Elity prawdziwe kontra fałszywe

Elity prawdziwe kontra fałszywe – kto zadecyduje o przyszłości Polski i świata?

Stanisław Bukłowicz elity-prawdziwe-kontra-falszywe

Współczesny świat nie patrzy przychylnie na klasy wyższe. Przeciwnie, są one postrzegane jako nieprzystające do dzisiejszych czasów. Jednak równość to utopia. W rzeczywistości nie wybieramy między równością a nierównością, lecz między elitami prawdziwymi a fałszywymi.

Społeczeństwa cywilizacji zachodniej (i nie tylko) od starożytności opierały się na przywództwie warstw wyższych. Czy mowa o starożytnym Rzymie, średniowiecznych monarchiach organicznych czy oświeconym feudalizmie, społecznościami zarządzały elity. W obecnej, demokratycznej epoce władza klas wyższych jest bardziej ukryta, ale jest równie, a nawet bardziej realna niż dawniej.

Hiszpański filozof José Ortega y Gasset w książce „Bunt mas” rozważał rolę wyższych warstw w społeczeństwie:

„(…) elita, w przeciwieństwie do mas, nie jest biernym, mechanicznym tworem, lecz dynamiczną rzeczywistością, która wyłania się dzięki twórczej sile jednostek. To nie kwestia urodzenia, lecz zasługi. Elity budują cywilizację, kulturę i wartości, które transcendują ich indywidualną egzystencję, przekształcając je w dobro wspólne”.

Socjolog podkreślił również, że „w rzeczywistości społeczeństwo jest zawsze rządzone przez elity – jedyną różnicą jest to, czy są to elity prawdziwe, zasłużone i twórcze, czy też przypadkowe, bierne i zdegenerowane”.

Tradycyjne elity i służba publiczna

Elity „prawdziwe, zasłużone i twórcze” to te tradycyjne, można powiedzieć – naturalne. Ich etos opiera się na służbie społeczności. Bazuje między innymi na słowach Chrystusa: „największy z was niech będzie waszym sługą. Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony” [Mt 23].

Zatem wbrew komunistycznym podręcznikom do historii, tradycyjne elity w zdrowej formie nie były grupą wyzyskiwaczy. Z ich przywilejami korespondowały obowiązki, takie jak obrona kraju, zarządzanie dobrami oraz troska o wspólnotę lokalną – zadania często uciążliwe i niebezpieczne.

W tradycyjnych społecznościach to warstwy wyższe musiały podejmować ryzyko bólu, śmierci i niewygód związanych ze służbą wojskową. W czasach pokoju działalność wojskową zastępował duch służby publicznej. Jeszcze w przedwojennej Polsce normą było poświęcenie się dla dobra ojczyzny, co niekiedy wiązało się z dobrowolnym celibatem czy innymi wyrzeczeniami.

W dawnej Rzeczypospolitej jednym z przykładów służby publicznej elit był Wielki Kanclerz Koronny Andrzej Zamoyski – autor „Zbioru praw sądowych”. To jeden z głównych reformatorów przedrozbiorowej Polski; starał się doskonalić prawo oraz administrację, m.in. poprzez swoje dzieło „Zbiór praw sądowych”.

Istotną rolę społeczną pełniły także damy – arystokratki poświęcające się szerzeniu kultury. I tak na przykład w XVIII wieku taką postacią była Elżbieta Sieniawska – arystokratka i mecenas sztuki. Hojnie wspomagała odbudowę pałaców, wspierała artystów i inne osobistości kultury. Z kolei Izabela Czartoryska, żona Adama Kazimierza Czartoryskiego, umacniała swoją działalnością tożsamość narodową podczas zaborów. Określana mianem matki kultury narodowej, organizowała w puławskim pałacu spotkania służące właśnie rozwijaniu rodzimej kultury.

Tradycyjne, naturalne elity dążyły również do intelektualnej i kulturowej doskonałości. Jej zewnętrznym przejawem były dobre maniery, stanowiące wyraz piękna i ogłady. Tak zrodził się brytyjski etos gentlemana czy też kodeks dobrych manier – savoir-vivre, będący zewnętrzną manifestacją etosu służby publicznej i troski o dobro wspólne.

Myślenie długofalowe

Kolejną cechą charakterystyczną tradycyjnych elit było myślenie w kategoriach długoterminowych. Członek tradycyjnego rodu postrzegał siebie jako część większej całości i myślał o trwałym dobru rodziny. „Jego pradziad dostrzegał go z daleka wśród mgieł, gdy pracował, robił oszczędności i zachowywał tradycje. Z drugiej strony, on teraz patrzy w tym samym kierunku, do przodu: myśli, zamierza i buduje dla prawnuka, dla tych, którzy są jeszcze gdzieś daleko, na linii horyzontu” – pisał w XIX wieku ksiądz Henri Delassus w książce „Duch rodzinny w domu, społeczeństwie i państwie”.

Używając terminologii ekonomicznej, przedstawiciele tradycyjnych elit cechują się niską preferencją czasową. Potrafią myśleć o przyszłości, dbać o majątek rodzinny i przekazywać tradycje. Wraz z własnością przekazują także rodzinne wartości, obejmujące specyficzny dla danej rodziny rodzaj służby patriotycznej czy religijnej.

Przekazywanie talentów i profesji

Rodzinne tradycje to często także talenty i zawody. Mogą to być wielopokoleniowe przedsiębiorstwa lub przekazywane z generacji na generację zawody i umiejętności. Doskonałym przykładem są wybitni muzycy, często synowie muzycznych rodów. Ich osiągnięcia były owocem genów i wychowania w tradycyjnie muzycznych rodzinach. Jeden z największych geniuszy muzycznych wszech czasów Jan Sebastian Bach pochodził z rodziny zajmującej się muzyką od pokoleń. Jego ojciec, Johann Ambrosius Bach, był muzykiem, kompozytorem oraz nauczycielem muzyki. Przodkowie Bacha pełnili funkcje organistów, kapelmistrzów oraz kompozytorów.

Również Johann Strauss pochodził z rodziny muzycznej – jego ojciec o tym samym imieniu zajmował się komponowaniem. To samo należy powiedzieć o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. Ojciec kompozytora, Leopold, był cenionym nauczycielem muzyki, który poświęcił się między innymi kształceniu syna. To tylko kilka przykładów przekazywania profesji z pokolenia na pokolenie.

Elity fałszywe

Współczesne elity lub raczej pseudoelity kierują się całkowicie odmiennymi „wartościami”. Uprzywilejowana pozycja w społeczeństwie służy im jedynie do realizacji ich własnych interesów. Etos służby społeczeństwu to dla nich pojęcie zupełnie obce, a zamiast wspierać dobro wspólne, chętnie korzystają z zasobów państwa.

Elity demokratyczno-oligarchiczne ukrywają przed społeczeństwem istnienie hierarchii. Głosząc hasła równościowe i starając się w blasku fleszy upodobnić do mas, zabiegają o ich przychylność, a jednocześnie żyją w luksusie. Wszystko to dzieje się jednak za zamkniętymi drzwiami.

Fałszywe elity nie są związane z żadną wspólnotą – ani lokalną, ani narodową, ani religijną. Oderwane od swoich korzeni, nie dbają o dobro wspólne. Etos rycerski całkowicie zamarł, a etos gentlemana istnieje jedynie na pokaz. Za zamkniętymi drzwiami zdegenerowane, demokratyczno-oligarchiczne elity dają upust chamstwu, posługują się rynsztokowym językiem, który przychodzi im z naturalną łatwością, czego dowodzą choćby powszechnie znane ujawnione nagrania z podsłuchów w restauracji „Sowa&Przyjaciele”.

Przykłady nadużyć pseudoelit

Przykładów degeneracji fałszywych, współczesnych elit jest aż nadto. Kryzys finansowy z 2008 roku pokazał chciwość oligarchów na publiczne pieniądze. Banki inwestycyjne, które swoją nieodpowiedzialną polityką wywołały kryzys na rynku nieruchomości, otrzymały rządową pomoc (bailouty), podczas gdy miliony ludzi straciły domy i oszczędności.

Również korporacje – elity biznesu – często kierują się wyłącznie dobrem własnym, a nie publicznym. Na przykład podczas pandemii COVID-19 Pfizer wykorzystywał swoją przewagę rynkową, wymuszając na rządach skrajnie niekorzystne warunki. Z kolei Johnson&Johnson produkował puder zawierający rakotwórczy składnik, który doprowadził do rozwoju raka jajnika u wielu kobiet. W 2018 roku ujawniono, że firma już od lat 70. XX wieku wiedziała o problemie, lecz skrzętnie ukrywała ten fakt przed opinią publiczną.

W Polsce takich przypadków działania przez pseudoelity na szkodę dobra publicznego jest też wiele. Chociażby afera reprywatyzacyjna w Warszawie, gdzie urzędnicy, prawnicy i biznesmeni przejmowali nieruchomości na podstawie fałszywych dokumentów. Albo afera z 2009 roku, która pokazała współpracę polityków z branżą hazardową. Klasycznym przykładem (jednym z wielu) zawłaszczania dobra publicznego dla prywatnych korzyści może być działalność marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który wykorzystywał rządowy samolot do celów prywatnych – dla siebie i rodziny.

Współczesne demo-oligarchiczne elity charakteryzuje zatem dążenie do osiągnięcia jak największych własnych korzyści kosztem dobra publicznego. To zupełne przeciwieństwo ideału tradycyjnych, naturalnych elit, które kierowały się etosem służby.

Fałszywe elity są pozbawione ducha służby publicznej, a kierują się wyłącznie powierzchownym egoizmem. Nie myślą w kategoriach długofalowych. Jako politycy dążą wyłącznie do zwycięstwa w najbliższych wyborach, jako biznesmeni – do szybkiego zysku. Jako głowy rodzin chcą wprawdzie „ustawić” swoje dzieci, lecz trudno tu mówić o przekazywaniu jakichś wyższych wartości. Tym bardziej że nowoczesne fałszywe ,,elity” to często chodzący w garniturach od Armaniego nuworysze, którym i tak wystaje słoma z butów.

Remedium – odtworzenie naturalnej arystokracji

Mamy więc do wyboru rządy naturalnych elit lub elit zdegenerowanych. Wszak podziału na elity i lud nie da się wyeliminować. I nic w tym złego. „Ludzie, ogólnie rzecz biorąc, potrzebują zarządzania” – pisze Roger Scruton w artykule „W obronie elitaryzmu”, opublikowanym pierwotnie na łamach portalu Future Symphony Institute.

Nierówność społeczna jest czymś naturalnym. Ludzie różnią się pod względem siły fizycznej, zdolności umysłowych i uposażenia genetycznego. Nawet w małych grupach wyłania się hierarchia oparta na charyzmie i umiejętnościach. Potwierdza to zasada Pareto, zgodnie z którą 20 procent ludzi kontroluje 80 procent zasobów (niekiedy te proporcje są znacznie bardziej nierówne).

Egalitaryzm jest więc jedynie fasadą dla rządów pseudoelit. Aby je obalić, trzeba powrócić do naturalnego ładu, na którego szczycie znajdą się prawdziwe elity – dbające o dobro wspólne, myślące długoterminowo i przekazujące tradycyjne wartości oraz majątek z pokolenia na pokolenie. Współczesny świat, mimo wszystko, pozwala na odtworzenie takiej warstwy. Tego zadania mogliby podjąć się zwłaszcza (choć nie tylko) młodzi ludzie, myślący o założeniu rodziny, studiujący, rozważający wybór drogi zawodowej. Czy jednak znajdą się wśród nich tacy śmiałkowie?

Stanisław Bukłowicz

NASA w szponach postępu. No to znów ich rakiety będą wybuchały.

NASA w szponach postępu. Miliony na indoktrynację, setki ekspertów na bruk

20.10.2024 nasa-w-szponach-postepu

Logo NASA
Logo NASA. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Miliony dolarów na promocję „polityki różnorodności, równościowości i inkluzji” oraz „sprawiedliwości środowiskowej” – tyle wydała Amerykańska Narodowa Agencja Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA). Zabrakło natomiast na wynagrodzenia dla fachowców i programy kosmiczne.

Od 2020 roku tzw. polityka DEI, wyrażając się w trzech słowach: różnorodność, równościowość i inkluzja, toczy amerykańskie korporacje. Teraz okazuje się, że NASA wydała na promowanie tych idei około 10 mln dolarów.

Mimo że NASA otrzymała mniej miliardów dolarów niż potrzebne było na realizację bieżących przedsięwzięć, to nie okrojono „równościowego” budżetu. Zwolniono natomiast setki fachowców, zajmujących się misjami na Marsa – zapewne w ramach „inkluzji”. Według „Washington Post”, zabrakło także środków na utrzymanie teleskopu kosmicznego. Realizowane są za to m.in. programy „sprawiedliwości środowiskowej”.

„Ruch na rzecz sprawiedliwości środowiskowej koncentruje się na zapewnieniu społecznościom równej ochrony przed naturalnymi i wywołanymi przez człowieka zagrożeniami środowiskowymi. Uosabia zasadę, że wszystkie społeczności powinny być wysłuchane i reprezentowane w procesie podejmowania decyzji” – twierdzi NASA, która aktywnie promuje tę gałąź ideologiczną, choćby przez rozdawanie wielu grantów dla uniwersytetów, by badały właśnie „sprawiedliwość środowiskową” na obszarach miejskich, czy w punktach o dużej koncentracji mniejszości rasowych.

Wśród beneficjentów znalazł się Columbia University, który otrzymał grant w wysokości 150 tys. dolarów na połączenie „obserwacji Ziemi i danych społeczno-ekonomicznych”. Miało to umożliwić studentom pracę na rzecz „sprawiedliwości środowiskowej” w Nowym Jorku.

Z kolei 250 tys. dolarów trafiło na uniwersytet w Los Angeles. Wszystko w ramach programu NASA Predictive Environmental Analytics and Community Engagement for Equality and Environmental Justice (PEACE). Według Agencji „osoby kolorowe często są bardziej narażone z powodu zanieczyszczenia powietrza”. Z tego względu miasto dostało pieniądze za dostarczanie danych o zanieczyszczeniach z uwzględnieniem podziału społeczności, różnic kulturowych itp.

Z dokumentów federalnych wynika, że od 2022 roku na projekty „sprawiedliwości środowiskowej” przeznaczono przeszło 5 mln dolarów. W lutym 2024 roku zwolniono około 530 osób, a także zerwano współpracę z 40 kontrahentami pracującymi w Jet Propulsion Laboratory. W tym samym czasie NASA wypłacała miliony na realizację środowiskowych grantów.

Jednym z kanałów, którymi NASA wyrzucała pieniądze w błoto, był Southwestern Universities Research Association, który miał przygotować materiały heliofizyczne agencji tak, aby były „bardziej istotne i otwarte dla społeczności latynoskich i rdzennych Amerykanów”.

Polityka DEI obejmuje szeroki zakres praktyk wykorzystywanych przez rozmaite korporacje i agencje rządowe. Mają one na celu uprzywilejowanie grup dotychczas „uciskanych” i „ciemiężonych” – kosztem pozostałych obywateli. Chodzi m.in. o grupy wyróżnione ze względu na „orientację seksualną”, „tożsamość płciową”, rasę itd.

Zgodnie z polityką administracji Bidena i Harris aż 40 proc. beneficjentów federalnych programów klimatycznych i środowiskowych miało pochodzić ze „społeczności niedostatecznie obsługiwanych”.

Szok dla zegara biologicznego. Opłakane skutki zmiany czasu

Szok dla zegara biologicznego. Opłakane skutki zmiany czasu

20.10.2024 Szok-dla-zegara-biologicznego-oplakane-skutki

Zegar, zmiana czasu.
Zegar. / Fot. RODOLFO BARRETO/Unsplash

Zmiana czasu jest zakłóceniem funkcjonowania naszego zegara biologicznego poprzez manipulację dostępnością światła – zwraca uwagę psycholog zdrowia prof. Marta Jackowska z Uniwersytetu SWPS w Sopocie. Tymczasem reguluje on funkcje naszego organizmu, np. sen, trawienie, a nawet nastrój.

Za tydzień, w nocy z 26 na 27 października zmienimy czas z letniego na zimowy. Oznacza to, że wcześniej będzie zapadać zmrok. W efekcie zimą wiele osób budzi się po ciemku i po ciemku wraca z pracy, a kiedy dostępne jest światło dzienne, przebywa w biurze. Z kolei przy marcowej zmianie czasu na letni bolesne bywa ponowne przyzwyczajanie się do wcześniejszego wstawania rano – przypomniała uczelnia w komunikacie.

Funkcje naszego organizmu, takie jak sen, czuwanie, trawienie, temperatura ciała czy nawet nastrój, są regulowane przez nasz zegar biologiczny. Jego funkcjonowanie jest ściśle powiązane z dostępnością światła lub jego brakiem, czyli ciemnością. Zmiana czasu jest więc niczym innym jak zakłóceniem funkcjonowania naszego zegara biologicznego poprzez manipulację dostępnością światła – uważa prof. Marta Jackowska z Uniwersytetu SWPS w Sopocie, cytowana w komunikacie.

Najłatwiej zaobserwować takie skutki, jak niewyspanie i zły nastrój. Są najbardziej odczuwalne po zmianie czasu z zimowego na letni w marcu. Dość szybko mijają, gdy organizm przyzwyczai się do nowego trybu. Są jednak skutki znacznie groźniejsze, dlatego po zmianie czasu zalecana jest szczególna ostrożność – wskazano w komunikacie.

Badania naukowe pokazują większe ryzyko śmiertelnego wypadku samochodowego podczas nocy ze zmianą czasu zarówno jesienią, jak i wiosną oraz większe ryzyko wypadków w pracy i zawałów serca bezpośrednio po zmianie czasu z zimowego na letni – przypomniała prof. Jackowska.

Ludzki organizm zdecydowanie gorzej znosi i dłużej się adaptuje do zmiany czasu z zimowego na letni, co potwierdzają właśnie statystyki dotyczące wypadków i zawałów. Jak napisano w komunikacie, jesteśmy też wtedy jeszcze bardziej niewyspani niż zwykle. Większość ludzi potrzebuje maksymalnie około dwóch tygodni, aby ich organizm dostosował się do zmiany czasu.

Co ciekawe, jedno z niewielu badań na ten temat pokazało, że zmiana czasu najbardziej niekorzystnie wpływa zarówno na osoby z bardzo wczesnym chronotypem (tzw. skowronki), jak i z bardzo późnym (tzw. sowy). Szczególnie źle reagujemy na zmianę czasu z zimowego na letni, kiedy tracimy godzinę snu. Są ponadto dowody sugerujące, że zegar biologiczny osób z późnym chronotypem nie dostosowuje się do tej zmiany czasu – dodaje psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Specjalistka wskazuje, że Polacy, podobnie jak inne nacje, są narodem niewyspanym – średnio co drugi Polak i Polka skarżą się na niską jakość snu. To sprawia, że zmiana czasu dodatkowo nas obciąża. Sen jest zaś potrzebny do utrzymania zdrowia fizycznego i psychicznego.

Przed snem powinniśmy się zrelaksować i unikać wszystkiego, co nas stymuluje lub pobudza. Badania naukowe od lat pokazują, że dobry sen się nam wszystkim opłaca! – podkreśla psycholożka zdrowia.

Jak przypomina uczelnia, zmiana czasu została formalnie wprowadzona w 1916 roku podczas pierwszej wojny światowej przez Niemców w celu efektywniejszego wykorzystania naturalnego światła i – co się z tym wiązało – zaoszczędzenia na użyciu sztucznego światła.

Obecnie mało kto widzi w tym sens lub użyteczność, a negatywne skutki dla naszego zdrowia i samopoczucia jasno sugerują, że zmiana czasu raczej nam szkodzi niż pomaga – podsumowuje prof. Marta Jackowska.

Kto by sobie zawracał głowę, kiedy wszystko jest gites tenteges?

Kto by sobie zawracał głowę, kiedy wszystko jest gites tenteges?

20.10.2024 Stanisław Michalkiewicz Kto-by-sobie-zawracal-glowe-kiedy-wszystko-jest-gites-tenteges

Myszy harcują, gdy kota nie czują. Kiedy w bezcennym Izraelu dzień w dzień odbywały się demonstracje, żeby ktoś wreszcie wpakował premiera Beniamina Netanjahu do kryminału, ten wykombinował sobie, że zamiast kopsać się z demonstrantami, lepiej będzie wykonać manewr ucieczki do przodu, to znaczy – ucieczki w wojnę. Oczywiście w tym celu trzeba było stworzyć wrażenie, że bezcenny Izrael został napadnięty – między innymi gwoli dostarczenia alibi amerykańskim hipokrytom.

Amerykanie bowiem, nawet jak robią świństwa, czy dopuszczają się zbrodni, starają się – podobnie jak Sowieciarze – sprokurować sobie coś w rodzaju pozoru moralnego uzasadnienia. Dzięki niemu mogą nieustannie pławić się w poczuciu pierwotnej niewinności. Opisał ten mechanizm Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Caryca i zwierciadło”:

„Wot Gitler, kakoj to durak. On się przechwalał zbrodnią swoją. A mudriec, to by sdiełał tak: Nu czto, że gdzieś koncłagry stoją? Nu czto, że dymią krematoria? Taż w nich przetapia się historia! Niewoli topią się okowy! Powstaje sprawiedliwszy świat! Rodzi się typ człowieka nowy!”.

Toteż Beniamin Netanjahu nakazał Mosadowi oślepnąć i ogłuchnąć, a może nawet – któż takie rzeczy może wiedzieć? – rozpocząć ostrzał bezcennego Izraela rakietami domowej roboty, wyrabianymi – czy aby nie przez palestyńskich konfidentów Mosadu?

Dzięki temu cały świat mógł zobaczyć, że bezcenny Izrael został „zaskoczony” zdradzieckim atakiem niczym Amerykanie w 1941 roku w Pearl Harbor. W tej sytuacji już nie było mowy o pakowaniu Beniamina Netanjahu do kryminału. Przeciwnie. Amerykański prezydent Józio Biden przygalopował w podskokach do Tel Awivu, żeby złożyć izraelskiemu premierowi hołd lenny i uroczyście potwierdzić jego prawo do „samoobrony”. Dzięki temu nic już nie stało na przeszkodzie, by bezcenny Izrael rozpoczął w Strefie Gazy operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej, to znaczy – wybicia tych, których będzie można wybić i zmuszenia do ucieczki tych, którym uda się pozostać przy życiu.

Miłujący wolność i pokój świat przyjął te cele do aprobującej wiadomości, dopraszając się tylko łaski, by bezcenny Izrael starał się zachować pozory humanitaryzmu, to znaczy – żeby bomby i pociski miały prawidłowe kalibry. Bezcenny Izrael chętnie na to przystał, bo cóż to dla niego za problem, kiedy przecież kontroluje zarówno „prasę międzynarodową”, która zawsze napisze, jak trzeba, jak i niezależne media amerykańskie? Toteż zarówno prezydent Józio Biden, jak i jego żydowscy i inni kolaboranci z Departamentu Stanu i innych instytucji, doznali moralnego uspokojenia i tylko od czasu do czasu życzliwie napominali, by ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej przebiegało gites tenteges.

Bezcenny Izrael upewniał wrażliwców, że wszystko jest gites tenteges i wszyscy byli zadowoleni – oczywiście z wyjątkiem Palestyńczyków – ale kto by sobie zawracał głowę jakimiś głupstwami, kiedy wszystko jest gites tenteges?

A tymczasem na amerykańskiej scenie politycznej nastąpiły przetasowania. Prezydent Józio Biden, który sprawiał wrażenie, że uparł się przewodzić Ameryce i światu do upadłego, nieoczekiwanie zrezygnował z kandydowania na prezydenta na rzecz pani Kamali Harris, która sprawia wrażenie, jakby była amerykańskim odpowiednikiem naszej posągowej pani Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Ona również kandydowała na tubylczego prezydenta i pamiętamy, jak to stała przed mikrofonami, a zaraz za nią – Wielce Czcigodny poseł Pupka, który scenicznym szeptem podpowiadał jej, co ma mówić, a ona głośno to powtarzała. Podobno pani Kamala też tak robi, tyle tylko, że dyskretniej, bo przy pomocy specjalnych kolczyków-słuchawek, w związku z czym żadnych suflerów koło niej nie widać i amerykańscy twardziele myślą, że naprawdę jest taka wyszczekana i że nie ma rady – trzeba na nią głosować.

Ponieważ zamachy na Donalda Trumpa zarówno te sądowe, jak i te karabinowe, się nie udały,
w związku z czym kampania przed listopadowymi wyborami wychodzi na ostatnią prostą, bezcenny Izrael musiał dojść do wniosku, że „jeśli nie teraz – to kiedy i jeśli nie my – to kto?” – i w ramach ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej otworzył drugi front – tym razem uderzając na Liban pod pretekstem zrobienia porządku z tamtejszym Hezbollahem. Bo w Gazie robi porządek z Hamasem, a w Libanie – z Hezbollahem. Na początek ubił przywódcę znienawidzonego Hezbollahu, jegomościa o egzotycznym nazwisku Nasrallah, a ledwo tylko świat oswoił się z tą wiadomością – „siły obronne” bezcennego Izraela „wkroczyły” do Libanu, by wyzwolić go od znienawidzonego Hezbollahu.

Bo Żydowie nauczyli się od Sowieciarzy, że nie mają żadnej „armii”, tylko „siły obronne”. A co mogą w razie czego zrobić „siły obronne”? Żadnej wojny rozpętać przecież nie mogą, to byłaby sprzeczność sama w sobie. Mogą tedy najwyżej „wkroczyć”, ale nie tak zwyczajnie, tylko gwoli wyzwolenia tamtejszego zagniewanego ludu od ciemięzców, w tym przypadku – od znienawidzonego Hezbollahu. Toteż wyzwalają, jak tylko mogą, a Libańczykowie, którzy od tego wyzwalania dostają kołowacizny, uciekają na oślep przed siebie, co sprawia wrażenie chaosu. Jednak amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin, będący ostatnią instancją moralną na świecie, rodzajem Sądu Ostatecznego, ustalił, że wszystko „gra i koliduje”, bo bezcenny Izrael ma prawo uwolnić się od presji ze strony znienawidzonego Hezbollahu. Nie tylko zresztą ustalił, ale żeby tym ustaleniom nadać odpowiedni ciężar gatunkowy, zapowiedział wysłanie w rejon Bliskiego Wschodu dodatkowych amerykańskich żołnierzyków, no i dwóch lotniskowców: „Prezydenta Trumana” i „Abrahama Lincolna”.

Te lotniskowce to przede wszystkim po to, by zniechęcić znienawidzony Iran do wtrącania się w wewnętrzne sprawy bezcennego Izraela, bo w przeciwnym razie będzie z nim brzydka sprawa.

Tymczasem strachliwy szef europejskiej dyplomacji Józef Borell alarmuje, że jesteśmy „na skraju wojny totalnej”. Jakiej tam znowu „wojny”? Po pierwsze to nie jest żadna „wojna”, tylko „operacja pokojowa”, taka sama jak ta, za którą prezydent Obama dostał w swoim czasie pokojową Nagrodę Nobla, a po drugie – wcale nie jest „totalna”, bo – podobnie jak operacja w Strefie Gazy” – jest całkowicie zgodna z konwencjami; to znaczy – bomby i pociski mają prawidłowe kalibry, więc jeśli nawet ten czy ów Palestyńczyk czy Libańczyk w swoim mniemaniu dozna krzywdy, to sam sobie winien. Kto mu kazał być Palestyńczykiem, czy innym głupim gojem, który powinien słuchać starszych i mądrzejszych? I tego się powinniśmy trzymać w naszych ocenach moralnych, bo inaczej zejdziemy na manowce.

Szczepionki HPV są zanieczyszczone.  Czemu Ministerstwo Zdrowia nie informuje o ryzykach związanych ze szczepieniem ?

Szczepionki HPV są zanieczyszczone 

Czemu Ministerstwo Zdrowia nie informuje o ryzykach związanych ze szczepieniem, uniemożliwiając rodzicom podjęcie świadomej zgody?

MARIUSZ JAGÓRA OCT 17

Czy Ministerstwo Zdrowia wraz z Ministerstwem Edukacji mają wyniki badań dotyczących wpływu fragmentów DNA HPV, wykrytych w szczepionkach Gardasil, na zdrowie i bezpieczeństwo szczepionych dzieci? Czy dysponują wiedzą jakie są potencjalne zagrożenia związane z obecnością DNA wirusa HPV w szczepionce Gardasil, i dlaczego nie informują o nich w swoich materiałach propagandowych rozsyłanych do szkół? Czy wiedzą, że firma Merck, producent szczepionki Gardasil, kłamała zapewniając FDA w 2006 roku, kiedy szczepionka po raz pierwszy została dopuszczona do obrotu, że produkt nie zawiera DNA wirusa HPV?

Dr. Sin Hang Lee jest patologiem i biologiem molekularnym, znanym ze swojej pracy w dziedzinie diagnostyki molekularnej oraz patologii klinicznej. Zyskał uznanie dzięki pionierskiemu zastosowaniu technologii sekwencjonowania DNA nowej generacji do wykrywania i identyfikacji wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) oraz innych patogenów z wysoką dokładnością. Dr. Lee opublikował badania dotyczące ograniczeń tradycyjnych metod wykrywania HPV w kontekście badań przesiewowych na raka szyjki macicy i opowiadał się za bardziej zaawansowanymi technikami molekularnymi w celu poprawy precyzji diagnostycznej. Wyraził również obawy dotyczące niektórych kwestii związanych z bezpieczeństwem szczepionek, szczególnie w odniesieniu do szczepionki HPV, argumentując, że potrzebne są dalsze badania, aby w pełni zrozumieć potencjalne skutki uboczne. W 2012 roku Sin Hang Lee opublikował w Journal of Inorganic Biochemistry badanie „Wykrywanie DNA genu L1 wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV) prawdopodobnie związanego z cząsteczkowym adiuwantem glinowym w szczepionce przeciwko HPV Gardasil®” 

Lekarze w dziewięciu krajach przesłali próbki szczepionki Gardasil firmy Merck & Co. do przebadania na obecność DNA wirusa brodawczaka ludzkiego (HPV), ponieważ podejrzewali, że pozostałości rekombinowanego DNA HPV pozostawione w szczepionce mogły być czynnikiem prowadzącym do niektórych niewyjaśnionych skutków ubocznych po szczepieniu. Łącznie otrzymano 16 opakowań szczepionki Gardasil z Australii, Bułgarii, Francji, Indii, Nowej Zelandii, Polski, Rosji, Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych.

Wyniki wykazały, że wszystkie 16 próbek Gardasil®, każda o innym numerze partii, zawierało fragmenty DNA HPV-11 lub HPV-18, lub mieszaninę fragmentów DNA obu genotypów. Stwierdzono, że wykryte DNA HPV było silnie związane z nierozpuszczalną, odporną na proteinazy frakcją, przypuszczalnie z amorficznych nanocząstek siarczanu hydroksyfosforanu glinu (AAHS) stosowanych jako adiuwant. Nie jest pewne jakie znaczenie kliniczne mają te resztkowe fragmenty DNA HPV związane z adiuwantem na bazie cząstek mineralnych po wstrzyknięciu domięśniowym i wymagają one dalszych badań pod kątem bezpieczeństwa szczepienia.

Zostało to jednak zakwestionowane, gdy dr Lee znalazł DNA HPV u 13-letniej dziewczynki z Toronto, która, jako osoba nieaktywna seksualnie nigdy nie była narażona na kontakt z wirusem HPV. Jednak w ciągu kilku dni po otrzymaniu trzeciej dawki szczepionki Gardasil, u dziewczynki rozwinęło się ostre młodzieńcze reumatoidalne zapalenie stawów. Seria testów wykazała u dziewczynki pozytywny wynik testu PCR na obecność DNA wirusa HPV we krwi. Lee podejrzewał, że DNA w jej krwi mogło pochodzić ze szczepionki Gardasil. Zwrócił się do grupy wsparcia, która zorganizowała testowanie fiolek szczepionki Gardasil.

W 2012 roku Lee zeznawał podczas dochodzenia po śmierci 18-letniej Nowozelandki Jasmine Renaty, która zmarła niespodziewanie we śnie, sześć miesięcy po otrzymaniu trzeciego zastrzyku Gardasil. Pośmiertne próbki tkanek zostały wysłane do Lee w celu przeprowadzenia badań. Krew i śledziona dały wynik pozytywny na obecność DNA HPV, co według Lee nie było wynikiem naturalnej infekcji HPV.

Na podstawie analiz sekcji zwłok przeprowadzonych przez Lee wiemy, że fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce Gardasil, po wstrzyknięciu w mięsień ramienia, przedostają się do krwi, mózgu i śledziony. Ale jakie mogą być tego konsekwencje? Fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce są absorbowane przez komórki odpornościowe, takie jak makrofagi, a następnie przemieszczają się przez układ limfatyczny, gdzie odkładają się w różnych tkankach w całym organizmie. Przypuszcza się, że w tym przypadku DNA wirusa HPV, które jest ściśle związane z adiuwantem aluminiowym i nie ulega łatwemu rozkładowi, może powodować przewlekłe reakcje immunologiczno-zapalne, które u niektórych osób prowadzą do chorób autoimmunologicznych. Istnieje także teoretyczne zagrożenie, że resztkowe fragmenty DNA wirusa HPV zawarte w szczepionce wnikają do komórek i integrują się z DNA gospodarza. Co prawda jak na razie nie ma dowodów na to, że dzieje się tak w przypadku szczepionki Gardasil, ale nigdy też nie przeprowadzono żadnych badań, aby sprawdzić, czy fragmenty DNA wirusa HPV w szczepionce Gardasil mogą zintegrować się z genomem i zakłócić działanie ważnych genów.

Powszechnie wiadomo, że firma Merck stoi w obliczu wielu pozwów ze strony osób, które twierdzą, że rozwinęły się u nich choroby autoimmunologiczne, takie jak zespół posturalnej tachykardii ortostatycznej (POTS), problemy neurologiczne lub przedwczesna niewydolność jajników spowodowana Gardasilem.

Dr Lee starannie udokumentował swoje odkrycia w raporcie, który został wysłany do amerykańskiej Agencji Żywności i Leków (FDA) w celu dokonania przeglądu. FDA przeprowadziła dochodzenie. 23 września 2011 r. Centrum Oceny i Badań Biologicznych (CEBR) FDA odpowiedziało, że oceniło obawy zawarte w raporcie Lee i stwierdziło, że szczepionka Gardasil jest „bezpieczna i skuteczna”. FDA przyznała, że Lee znalazła pozostałości DNA w szczepionce, ale stwierdziła, że jest to „oczekiwane” i „nieuniknione” w produktach wytwarzanych przy użyciu technologii rekombinacji. Agencja stwierdziła również, że jest przekonana, że pozostałości DNA „nie stanowią zagrożenia dla biorców szczepionek”. „Obecność pozostałości DNA nie jest czynnikiem bezpieczeństwa zdefiniowanym przez amerykańskie przepisy i nie musi być uwzględniana na etykietach Gardasilu” – napisała FDA. W następnym miesiącu (21 października 2011 r.) FDA po cichu zaktualizowała swoją stronę internetową, aby odzwierciedlić obecność fragmentów DNA w szczepionce, zapewniając opinię publiczną, że „nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa”.

„To było naprawdę rozczarowujące” – powiedział Lee – „FDA twierdziła, że obecność fragmentów DNA nie stanowi problemu, nie przedstawiając żadnych badań potwierdzających, że zostało to zbadane lub że jest to bezpieczne”. Europejska Agencja Leków również została powiadomiona o problemie, a jej odpowiedź była taka sama, stwierdzając, że „obecność rekombinowanych fragmentów DNA nie stanowi przypadku zanieczyszczenia i nie jest uważana za zagrożenie dla biorców szczepionek”.


Czy ukraiński prezydent Zełeński narąbał się gorzałą, czy też coś mocnego palił, albo zażywał?

Stanisław Michalkiewicz: Zełeński szantażuje zelenski-szantazuje

   Czy ukraiński prezydent Zełeński narąbał się gorzałą, czy też coś mocnego palił, albo zażywał? Takie wrażenie można by odnieść po opublikowaniu jego kolejnej “koncepcji” (nawiasem mówiąc, “koncepcje” odnośnie ostatecznego zwycięstwa, mnożą mu się ostatnio w głowie niczym Kukuńkowi) zakończenia wojny na Ukrainie. Przybrała ona postać  ultimatum, które jednak nie zostało postawione zimnemu ruskiemu czekiście Putinowi, tylko… zachodnim sojusznikom Ukrainy.

Jeśli mianowicie Zachód nie przyjmie Ukrainy do NATO, nie zgodzi się na atakowanie celów w głębi Rosji, nie da kolejnych bajońskich sum  oraz broni i amunicji na kontynuowanie wojny aż do ostatecznego zwycięstwa, a po ostatecznym zwycięstwie nie zgodzi się na zastąpienie  wojsk amerykańskich w Europie rezunami ukraińskimi,  to Ukraina zbuduje sobie broń jądrową i wtedy zobaczymy.

Ten “projekt”, jeśli w ogóle można go tak nazwać, przypomina trochę bredzenie Adolfa Hitlera, który nawet gdy ruskie sołdaty były już w odległości kilometra od Kancelarii Rzeszy w Berlinie, jeszcze przesuwał na mapie nieistniejące dywizje i kazał rozstrzeliwać “defetystów” w rodzaju Fegeleina.

Rzecz w tym, że zimny ruski czekista Putin systematycznie spycha ukraińskie wojska do defensywy nie tylko na terenie obwodów przyłączonych do Rosji, ale również – w obwodzie kurskim, gdzie wiąże walką ukraińskie pierwszorzutowe wojska, nie pozwalając na ich przegrupowanie na teren Ukrainy, gdyż wobec rosyjskiej przewagi każda taka próba mogłaby przekształcić się w paniczną ucieczkę i katastrofę. Co za idiota doradził Ukraińcom tę wyprawę na Kursk i jak im to uzasadnił – tego nieprędko się dowiemy.

Mam tylko nadzieję, że nie był to pan generał Skrzypczak, ani pan generał Polko, którzy jeszcze latem nie mogli się tego uderzenia nachwalić, ani przez chwilę nie dopuszczając do siebie myśli, że trudno przypisać mu jakiś rozsądny, perspektywiczny cel militarny, ani nie przypuszczając, że może ono stać się dla wojska ukraińskiego pułapką – co właśnie obserwujemy. Mniejsza jednak o naszych strategosów, którzy na szczęście niczym już nie dowodzą i mam nadzieję, że tak już zostanie – bo ważniejsza jest ocena ostatniego wyskoku prezydenta Zełeńskiego.

   Na pierwszy rzut oka wygląda to na jakieś wariactwo. Wykluczyć tego oczywiście z góry nie można, bo – jak mówi poeta – “paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy” – ale zanim przyjmiemy, że to wariactwo, wypada nam sprawdzić inne możliwości. Warto zwrócić uwagę, że tę “koncepcję” prezydent Zełeński najpierw przedstawił nie żadnym Ukraińcom, tylko trójce Amerykanów: prezydentowi Józiowi Bidenowi, jego faworycie Kamali Harris i Donaldowi Trumpowi.

Najwyraźniej chciał najpierw uzyskać ich opinię, zanim  ujawni cokolwiek Ukraińcom z Wierchownego Sowieta, a za jego pośrednictwem  – tamtejszej opinii publicznej. Jest ona oczywiście zakneblowana i sterroryzowana przez ukraińską soldateskę – ale kto wie, czy w jakimś momencie nie będzie mogła dojść do głosu? A w jakim momencie?

Ano w takim, kiedy Zachód, a zwłaszcza europejscy członkowie NATO, mający już dosyć drenowania swoich gospodarek i szlamowania swoich obywateli dla potrzeb amerykańskiej operacji “osłabiania Rosji”, który jeszcze daje Ukrainie forsę, ale już tylko pochodzącą z odsetek od zamrożonych tam rosyjskich aktywów, skończy Ukrainę futrować.

Wtedy prędzej, czy później ktoś postawi pytanie, kto z ukraińskich polityków odpowiada za tę wojnę, której można było uniknąć, a która prawdopodobnie doprowadzi do trwałej utraty przez Ukrainę co najmniej 20 procent terytorium państwowego, a doprowadziła już do ogromnych strat w ludziach oraz dewastacji sporych połaci kraju, a zwłaszcza – infrastruktury krytycznej. Najlepszym kandydatem na winowajcę jest oczywiście prezydent Zełeński, który z pewnością zdaje sobie z tego sprawę i pragnie się jakoś asekurować.

Dlatego uważam, że przedstawiając swoje “folies bergere” trójce amerykańskich ważniaków, chciał uzyskać ich aprobatę dla tej asekuracyjnej operacji. i najwyraźniej ją uzyskał, podobnie jak obywatel Tusk Donald uzyskał ze strony Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen aprobatę dla swoich planów “”zawieszenia azylu” i innych pokrzykiwań przeciw migrantom.

Ponieważ, zwłaszcza po ostatniej nagonce na prezydenta Dudę, w której, obok obywatela Tuska Donalda, wzięła udział również resortowa “Stokrotka”, a nawet autorytety pacanowskie, m.in. w osobie pana prof. Zolla, prawdopodobieństwo podpisania przez prezydenta stosownych ustaw – a ustawy muszą być – jest bliskie zera, no to zarówno Reichsfuhrerin, jak i my, doskonale wiemy, że to nie na serio, a tylko gwoli przelicytowania byłego Naczelnika Państwa w kampanii prezydenckiej.

Nie wiadomo nawet, czy ustawa o zawieszeniu azylu w ogóle by przeszła, jako że obydwie lewice się przeciw temu zbuntowały. Mają one co prawda tylko 26 mandatów, ale bez tego może nie być większości, zwłaszcza gdyby Konfederacja też zagłosowała przeciwko.

W podobnej, a nawet gorszej sytuacji jest prezydent Zełeński. Jeśli przynajmniej niektóre państwa NATO sprzeciwią się nawet zaproszeniu Ukrainy do Sojuszu – czego wykluczyć się nie da co najmniej w przypadku trójki państw członkowskich – to żadnej, wymaganej przez traktat waszyngtoński, jednomyślności nie będzie.

Pozostali członkowie, Ameryki nie wyłączając- zirytowani do żywego bezczelnym ukraiński ultimatum, wstrzymają finansowanie i dozbrajanie Ukrainy, to będzie  dobrze, jak skończy się tylko na “zamrożeniu konfliktu” – o którym jeszcze w pierwszym roku wojny mówiła amerykańska ambasadoressa przy NATO, jako o najbardziej prawdopodobnej ,możliwości. Czy wtedy Kijów spełni groźbę, że samodzielnie zaopatrzy się w broń atomową? Wydaje się to wątpliwe, nawet w postaci udostępnienia części swego arsenału nuklearnego przez Izrael – a jeśli komuś się wydaje, że zimny ruski czekista czekałby cierpliwie, aż to się stanie, to raczej się myli.

   Po co w takim razie prezydent Zełeński wystąpił ze swoją “koncepcją”? Myślę, że jedynym celem było przekonanie nie tyle do niej, co uświadomienie powagi sytuacji członkom ukraińskiego Wierchownego Sowieta, którzy też muszą odczuwać ciarki na myśl o dniu sądu.

To się nawet mogło mu udać, ale za cenę uświadomienia Zachodowi trafności opinii Jeremiego Wiśniowieckiego, który w XVII wieku, podczas wojen z chmielnicczyzną twierdził, że klemencję można okazać tylko zwyciężonym, którzy wtedy mogą być nawet z tego powodu wdzięczni – chociaż w przypadku Ukraińców trudno na  to liczyć – natomiast by w żadnym wypadku nie uginać się przed szantażem.

Kłamstwo wyewoluowane

Jerzy Karwelis dziennikzarazy

Jako filolog z wykształcenia obserwuję znane skądinąd, acz szkodliwe zjawisko przenikania do języka, i najgorsze, że do pojęć, nowomowy. Nowych wyrazów, czasem gorzej, bo nowych znaczeń starych słów, co to znaczyły kiedyś co innego. Jest to straszny wysyp rewolucji postępactwa, kiedy co chwila dekonstruuje się język, wprowadzając do obiegu jakieś lingwistyczne potworki.

Zabawa w feminatywy to już jest oczywisty chaos, ale najgorzej, że tylko na początku w uchu coś zgrzyta, bo jak te śmieciowisko cię zewsząd otacza, to już tracisz poczucie, że znajdujesz się na wysypisku. Używasz tych śmieci, bo nie chce ci się albo tłumaczyć, albo wykłócać o poprawne rozumienie znaczeń. To szantaż jest, w dodatku oparty na bzdurnych roszczeniach godnościowych. Jak jakiś, zwłaszcza, młodociany chwiej żąda ode mnie, bym albo w locie, albo po upomnieniu uszanował jego zboczenie tożsamościowe wyrażone w zaimkowaniu, to muszę to uszanować?

A z jakiej, że tak powiem, paki? A szacunek do mojego języka, mojego systemu pojęć, wreszcie mojej chęci braku czujności co to tam ta zapiercingowana, tleniona na niebiesko niby-osoba sobie aktualnie umyśliła na temat własnej tożsamości? Gdzie tej osoby szacunek do mojego, dość powszechnego delikatnie ujmując, sposobu określania płci interlokutora? To przecież nierównoważność kłująca wręcz w oczy. Ale taka moda – większość ma pochylać głowę przed aberracjami mniejszości i taki widok zachęca tylko mniejszości do eskalacji swych absurdalnych żądań.

Mniejszość jako większość

Ćwiczyliśmy to w kowidzie, kiedy ruch BLM kazał białym klękać i całować buty swym ofiarom niewolnictwa sprzed wieków. Wiem, ciężko w to uwierzyć, ale tak było. I biali, szczególnie policjanci, klękali, nawet burmistrz kupił złotą trumnę patologicznemu narko-bandycie, który kipnął w czasie policyjnej interwencji. Tak, mniemana mniejszość (jakby kto nie wiedział, to mówimy o Murzynach w USA, też mi mniejszość…) żąda przykucnięcia od większości, która ma ze wstydu za to, że nią jest, płaszczyć się przed każdą mniejszością. A więc mniejszości rodzą się na kamieniu postępu jedna za drugą. Oczywiście permutują i feministki już nawalają się z lesbijkami, homoseksualiści, którzy sobie żyli spokojnie w prywatności swych wyborów, teraz są wywlekani przez jakieś aktywiszcza na światło dzienne, a wywlekani być nie chcą, tylko chcą sobie żyć spokojnie w prywatności swoich wyborów seksualnych. Tak czy siak mamy dzisiaj kuriozum, dominacji mniejszości nad większością, a dzieje się tak zawsze w czasie rewolucyjnym. Tak, cywilizacja zachodnia funduje na swój własny pogrzeb rewolucyjne wzmożenie, które jeszcze bardziej powiększa i multiplikuje wszelkie przewiny, które do tego procesu doprowadzają. A więc koniec będzie przedwczesny i dynamiczny.

Ale żeby większość miała się ugiąć przed wolą mniejszości ta druga musi się przenieść w swych działania w sferę przemocy. Po tym jak skompromitował się Marks wieszcząc prymat terroru nad duraczeniem, zaś rację miał coraz bardziej Gramsci, który mówił, że najpierw (nie zamiast, bo tu chodzi o kolejność tylko) trzeba popracować nad świadomością i może wcale nie trzeba będzie uciekać się do terroru. I tak mamy teraz – mamy do czynienia z przemocą na wszelkich obszarach z odwlekanym jeszcze terrorem fizycznym, ale jak się te „chwyty na miękko” nie powiodą to trzeba będzie – stąd moja uwaga o różnicy między Marksem a Gramscim co do kolejności tylko – wrócić do twardych chwytów za gardło.

No, to gdzież ta przemoc? Głównie, moim zdaniem, bazuje w kompleksie większości, że nie nadążają za nowoczesnymi czasy. To ten wstyd pozwala na to, że toleruje się coraz większą ekspansję durnoctw postępactwa. Głupio się odezwać, bo nieczęste nieudane próby protestu są w mediach nagłaśniane właśnie jako przykład ciemnogrodzkiego zaprzaństwa wobec uznanych powszechnie postępowych idei. Ten rezerwuar wstydu jest później przenoszony na pasy transmisyjne postępu: media, edukację, przemysł rozrywkowy, by znaleźć swych wiernych akolitów i wtedy już „nagrane” tym osoby są armią ambasadorów postępu, rozproszoną w dyskursach.

Wreszcie – przy eskalacji niedorzeczności takich argumentów – sfera dialogu zamyka się. Nie trzeba już wymieniać poglądów, bo te mogą nie wytrzymać konfrontacji. Wykrzykuje się więc hasła z medialnych plakatów, jakimi stają się programy dowcipnie nazwane informacyjnymi, zaś coraz rzadszą kontrargumentację (rzadszą, bo momentów konfrontacji unika się) wprost wokalnie zabucza się, przerywając wraże wypowiedzi i zagłusza się przeciwnika hałłakując. Tak to przechodzi: od wstydu wywołanego jako postawę, do tematów „mniejszościowych”, tak by trenować większość w przyklękaniu. A jako, że klękać się nie bardzo chce, to sfera mniejszości poszerza się – wiadomo, wielu woli żeby to przed nimi klękano, zaś powody do tego obecna rzeczywistość mnoży jak króliki w klatce. Ale najważniejszym tworzywem, spoiwem i pasem transmisyjnym jest język.

Jeździec pierwszy – fakenews

Wiadomo, tej nowomowy jest w opór, ale dziś interesuje mnie zbitek dwóch potworków: „mowa nienawiści” i „fakenews”. Ci dwaj jeźdźcy zawsze występują razem, jest ich dwóch, zamieniają się tylko kolejnością, jeden motywuje drugiego, drugi zawsze wynika z pierwszego. Zabierzemy się za nie po kolei, skończymy zaś na ich wspólnym biegu, ciągnięciu tego dyszla postępu. Zacznijmy więc od konia fakenewsowego.

Pojęcie, zwłaszcza, że zagraniczne, już od dawna oddzieliło się od swego, nowego przecież, znaczenia i jest rozumiane całkiem inaczej niż znaczyło wtedy, kiedy powstało. To przyszło do nas z USA i właściwie ciężko znaleźć przykłady na jego istnienie w formach społecznie szerokich sprzed epoki Trumpa Pierwszego. To wtedy, kiedy pierwszy nieestablishmentowy kandydat walczył o elekcję pojawiło się to słowo, wyraźnie w zastępstwie słowa, które jeszcze do niedawna dużo w Stanach znaczyło, czyli słowa – kłamstwo. A zarzucenie komuś kłamstwa to – przynajmniej do niedawna i przynajmniej na Zachodzie – to sprawa poważna. Czasami zasadności takich oskarżeń należałoby dochodzić w sądzie przy biernej postawie oskarżonego. Tak, jak zarzuciłeś komuś kłamstwo, co mogło go narazić na utratę (potrzebnego w biznesie lub polityce) zaufania, to ty musiałeś dowieść w sądzie prawdziwości swych zarzutów i pomówiony mógł spokojnie na to patrzeć, jak się tam męczysz.

Powstał więc fakenews, jako ekwiwalent kłamstwa, ale zaraz przeszedł on na wyższy poziom – czyli poziom medialny. Fakenews to był news sprokurowany, lub co gorsza, kupiony przez media i kolportowany ze szkodą dla oczernianego. I tu mamy cały szpas. Po pierwsze – kto oceniał co jest fałszywe, a co nie? Według jakich kryteriów? No, co jasne już chyba, oceniał to mainstream, ze swoich pozycji, zaś wyrok nie był nigdzie zaskarżalny, gdy nie zapadał w sali sądowej, tylko w open ofice’ach głównych nadawaczy, jakimi stały się media, też dowcipnie zwane, społecznościowymi. Te, jako najszybsze, od razu nadawały ton, i te wolniejsze – jak telewizja i w ogóle prasa – brały już te kłamstewka w ocennym sosie factcheckerów.

Po drugie – takie fakenewsy przestały dotyczyć faktów, wiadomości, czyli newsów. Zaczęły coraz bardziej – i jest to trend wręcz rozlewający się po mediach – zaczęły coraz częściej dotyczyć opinii. Tak, oznacza to, że nie tyle fakty zostaną poddane weryfikacji, ale i opinie. Czy nie są przypadkiem „fake”, czyli odbiegające – i tu znowu wracamy do platform „checkujących” – od ugruntowanych prawd mainstreamu. Ba, żeby one chociaż były ugruntowane – są jak decyzje social mediów o wykluczeniu cię z platformy: nieprzeniknione, o zmiennych acz nieznanych kryteriach oceny i… nieodwoływalne. Musisz się więc pilnować, ba – nasłuchiwać co dziś jest mainstreamem, bo możesz się pomylić, jak Kurdej czy Holland z imigrantami. Raz bowiem mogą być fe, a raz cacy i jak przegapisz to wypadniesz z mainstreamu, a ten przyjmuje z powrotem po kosztownych kajaniach się i samokrytykach wobec kolektywu.

Po trzecie – fakenewsy przestały być polem obrażania jednostek. Stały się tropionym narzędziem obrażania, tu wróćmy do początku, całego areopagu mniejszości. A mniejszość obrażają głównie opinie, bo fakty to tropi… policja z pełnym unarzędziowieniem środków. W związku z tym fakenewsy tropione stają się przyczynkiem do wycinania całych platform i co bardziej popularnych profili. Sędzia w tej sprawie jest nieznany, kryteria, jako się rzekło, domniemywane i sam się musisz wysilać, by nie podpaść. W związku z tym króluje mówienie szyframi, jakieś „Strefy Opatrunku”, zamiast „Strefy Gazy”, łamańce i niedługo nadawanie Morsem, by uniknąć słynnych algorytmów tropiących. Ale to tylko piana – naprawdę chodzi o wewnętrzną cenzurę – tropiciele fakenewsów wytwarzają w głowach autorów ich bliźniaczy portret, na użytek przekazu, który ma uniknąć wytropienia i ukarania. I – to proces oczywisty w psychologii – ten drugi medialny brat-bliźniak powoli bierze górę, gdyż w poglądach, umysł wolny nie znosi dwójmyślenia.

Jeździec drugi – mowa nienawiści

Jak system tłumaczy taką wredotę, bo jakoś musi szlachetnie uzasadniać swoje okropieństwo? Ano chodzi mili Państwo o uchronienie Państwa przed kłamstwem, a więc wróciliśmy po zatoczeniu koła do właściwego znaczenia słowa „fakenews”, czyli kłamstwa. Otóż ma być niewinny lud wystawiony na pastwę kłamczuchów i rolą państwa, a właściwie najętych do tego korporacji, jest uchronić lud naiwny przez miazmatami fałszerstw. To oznacza, że system traktuje podmiot społeczny jako tabula rasę, na której każdy może napisać co chce. To zaś ujawnia bardzo lewackie podejście i demaskuje nie tylko totalitarne intencje systemu, ale to, za kogo ma społeczeństwo. No, za pustą kartkę, na której można nagryzmolić co się chce, by potem podmiot zapisany uznał te gryzmoły za swoje. Tak działają obecnie media mainstreamowe i nie ma co się dziwić, że tu trwa walka o rząd dusz. Jak się ma bowiem tak niepodmiotowe podejście do podmiotu, jak się uważa, że co się tam zapisze, to na wieki, to walczy się już tylko o dostęp do zapisu, czyli przed kim może się taki niezapisany zeszyt otworzyć i czy wrogowie posiadają jakiś pisak, co to może napisać jakieś straszne rzeczy na pustej kartce postnowoczesnej tożsamości. Powiadacie, że to cenzura? Nie, to tylko jej narzędzie, bo cenzura zawiera się w jeźdźcu drugim, czyli „mowie nienawiści”.

To też ewoluowało, w sposób podobny do fakenewsów. Najpierw to było o tym, że ktoś nienawidzi kogoś i się bezkarnie wyżywa. Tu otworzę nawias – to właśnie ta anonimowość plucia jest wykorzystywana jako pretekst do kolejnego kroku cenzorskiego, czyli walki z anonimowością w sieci. Tak, to na tych nienawistników teraz rzucają się wszyscy, a kończy się to tym, że spokojna większość jest w sieci coraz mniej anonimowa. A to źle, spyta ktoś? Po co uczciwemu anonimowość? Tak, to to samo jak gadanie – czego się Pan boi, jak przyjdą do pana o piątej rano, przecież jak jest Pan/Pani niewinny/-a, to nie ma się czego bać. Tak, ale co to za satysfakcja, kiedy leżysz przygnieciony przez but szwadronu do działań specjalnych, we własnym salonie, z kałachem przy głowie, na co patrzy cała twoja rodzina, może też na leżąca na dywanie? Przecież niewinni nie mają się czego bać.

A kto w dzisiejszych czasach jest niewinny? Jak, do czego wrócimy, definicja mowy nienawiści jest jak z gumy, większej niż definicja pornografii? A sankcje takiej gumowości są poważne, odkąd głównym przedmiotem zeuropeizowania przestępstw na Kontynencie stała się właśnie mowa nienawiści? Wystarczy, że powiedzmy jakiś portugalski cis-jednorożec poczuje się urażon mym tu, piastowskim, wpisem, a już poleci skrzydlata policja obyczajowa z europejskim nakazem aresztowania nienawistnika? A obrażanie całych grup społecznych? To też ciekawa historia dla rozległości mowy nienawiści. Jak takiego cis-portugalczyka obrazi jakiś pszenno-buraczany Polak, to pozew jest indywidualny. Ale jak taki obrazi całą społeczność cis-ów? Ba, jak taka społeczność cała poczuje się obrażona, choć piastowski obraził tylko jednego takiego z LGBT? I wystąpi w imieniu całej społeczności?

A jak taki piastowski w ogóle nikogo konkretnie nie zaczepi, tylko wyda własna opinię, to też może dostać po europejsku w kość. To już nawet nie jest to, że za walkę z mową nienawiści robi tu cenzura, ale takie usytuowanie sprawy powoduje, że mnożą się sztucznie instytucjonalni obrońcy. Te wszystkie płacone przez system organizacje obrony, tropienia, walki, co to są podmiotami prawa, często inicjującymi postępowania karne. Najlepszym tego przykładem jest gościu co uciekł do Norwegii, ścigany przez polską prokuraturę, schował się tam za opinią ściganego za poglądy polityczne, by stamtąd, ze Skandynawii, zasypywać zdalnie polskie sądy pozwami o ściganie wszechobecnego w Polsce faszyzmu.

Mowa nienawiści rozlała się nie tylko na opinie, nie tylko na zinstytucjonalizowany biznes jej tropienia, ale także na samą nienawiść. Przekroczyła dawno jej rozmiary. Bo mowa nienawiści wcale nie musi być nienawistna. Jak nienawistne może być cytowanie np. Biblii w tym co tam jest napisane o homoseksualizmie? A mamy przykłady uwięzień z tego powodu. Jak to się tłumaczy? Ano – wszech-wyjaśniającym wszystko – kontekstem. Tak, na golasa to może nie nienawistne, ale liczy się to w jakim świetle, a właściwie z jakich to pobudek własnych autor dopuścił się czynu wszetecznego. A my to już wiemy, co autor miał na myśli. Mało tego – najniewinniejsze przekazy mogą być nienawistne, bo… odwołują się do negatywnych stereotypów. W związku z tym nie można nic mówić o pieniężnym mentalu jednej z nacji (ale o Szkotach, to już można), o lenistwie czarnoskórego (nie czarnoskórych, tylko konkretnego gościa). Nie można bo odwołujesz się do stereotypów, a te – w dziwny sposób – zawsze są negatywne. Pozytywnym stereotypem jest tylko wygolony faszysta, który służy za twarz doklejaną każdemu przeciwnikowi. Choćby to była blondyneczka, długowłosy aniołek miłości.

Nienawiść bez nienawiści 

A więc mamy „pojęcie-kombajn”, co to ma znaczenie wielorakie, gdyż mowa nienawiści, jak widzimy wcale nie musi być nienawistna, nie musi też dotyczyć konkretnej osoby. O tym zaś czy taką dana  mowa jest czy nie – decyduje grono, czy instancja kompletnie nieznana, nie wiadomo nawet czy w ogóle istniejąca. To z kolej – znowu – oznacza, że, aby się strzec przed jej konsekwencjami, sami musimy się cenzurować, czy to już jest nienawiść, czy nie. Popatrzmy więc czemu służy ten omówiony dyszel. No, w realu wychodzi na to, że jest to mimikra cenzury, jakiej świat nie wiedział. Kiedyś to się szło na Hożą, by dostać stempel od cenzora, coś tam się zawsze podnegocjowało. Był adres, człowiek, argumenty. A teraz? Nic, pustka ukrywana za pozorami sztucznej inteligencji. No rules. Żadnych odwołań, pilnuj się sam i wymyślaj co dziś mainstream uważa za cacy, a co nie. Diabelska sztuczka.

Ale czemu to ludzie akceptują? Myślę, że wielu taki np. kowid tak przetrzepał mentalnie, że akceptują, iż weryfikacja przez nich rzeczywistości została wyoursourcowana w obce ręce. Bo co proponuje tropienie mowy nienawiści za pomocą narzędzi faktcheckigu? Ano to, że weryfikacja prawdy dla danego osobnika nie jest już dokonywana przez niego. Dokonuje jej ktoś inny. I dla niego podmiot ludzki staje się obiektem działań socjologicznych, wręcz pasuje mu, że ktoś „starszy i mądrzejszy” tłumaczy mu tę coraz bardziej komplikowaną rzeczywistość. Godzi się na to.

Ja wiem, że to ciężko tak codziennie konfrontować się z coraz bardziej nas otaczająca rzeczywistością. Że trzeba mieć busolę codziennej weryfikacji, albo dystans do wszystkiego. Ale większość jest tu rozleniwiona i przyjmuje takie sito z zewnątrz, zwłaszcza, że jest ono unurzane w plemiennej emocjonalności, upraszcza wszystko, likwiduje niuanse, tworzy rzeczywistość zarówno prostą, jak i fałszywą. I lud biorczy godzi się na to z ochotą i jest już bez znaczenia, czy to pragnienie tłumaczącego skrótu wywołał sam system, by tę sztucznie stymulowaną potrzebę zaspokoić swoim ideolo, czy tylko system odpowiedział na zapotrzebowanie. To wszystko jedno – jak z dylematami czy kowid został wywołany przez globalizm, czy tylko globalizm skorzystał na szansie na rozwój, jaką dała mu pandemia. To wszystko jedno – bo koniec jest taki sam. Cenzura, ku zadowoleniu cenzurowanego.

Trzeba zakończyć te rozważania wątkiem wolnościowym, czyli odpowiedzieć sobie na pytanie – czy wolno kłamać? I odpowiedź jest prosta, choć na dzisiejsze czasy – szokująca. Wolno kłamać, ale w świetle prawa można ponieść za to konsekwencje. Ale ex post. Nikt nie karze za, nawet domniemaną, chęć skłamania. Nikt, oprócz cenzury prewencyjnej, o której tu dziś w sumie mówimy. Możesz skłamać w piśmie urzędowym, w sądzie, w umowie, ale będziesz ponosił tego konsekwencje. A tu zablokują ci nawet zamiar, czyli zakneblują cię. Najpierw powloką przed oblicze prawa budujące przykłady, byś sam się opamiętał. Potem uniemożliwią ci dostęp do przekazu, bo zatrujesz swoimi, a zweryfikowanymi przez nas, kłamstwami błogość ludu post-nowoczesności. Wreszcie, po takim treningu, sam zaczniesz uważać na siebie, zaś mniej lub bardziej sztuczni cenzorzy będą mogli albo odpocząć, albo pokombinować jakie tu jeszcze obostrzenia wprowadzić.

Wolność łgania

Ceną za przyzwolenie na kłamstwo jest wolność. Tak, to ludzie sami sobie powinni wytyczać ścieżki co dla nich jest prawdą, a co nie. Nie jest to robota dla kogoś z zewnątrz, bo to się zawsze kończy cenzurą, gdyż ta jest z założenia zglajszachtowana do jakiegoś wzorca ideologicznego. W związku z tym nie można odbierać wolnym ludziom prawa do pomyłki, prawa do swoich poglądów, prawa do wystawiania się na kłamstwa. Bo to rozleniwia. Taką robotę z chęcią „przejmą” zewnętrzne struktury. Oddzielą (niewygodne) chwasty od (zideologizowanych) zbóż prawdy. Człowiek zaś, który odda ten trud komu innemu stanie się bezwolny i bezradny wobec nowej normalności, zaś jego poglądy na temat prawdy i fałszu będą już tylko emanacją zewnętrznych działań. Kształtowania umysłu wedle jednego strychulca. A więc dajcie się ludziom mylić, tylko wtedy będą wiedzieć co jest prawdą, bo dopiero sparzeni nie raz nauczą się weryfikować fakty z rzeczywistości.

Bo chodzi o wolność, nawet wolność mylenia się, nawet wolność kłamania. Bo inaczej nie ma wolności. Tu od dawna pielęgnuję wspomnienie z biografii Larry’ego Flynta, skandalisty, wydawcy półpornograficznego Hustlera. Ten, prowokując jeszcze wtedy konserwatywną Amerykę, pisał najgorsze bzdury i kłamstwa. Trafił do sądu, pozwany przez kaznodzieję, wielebnego Jerry’ego Falwell’a, wzór cnót wszelakich, za to, że opisał w swoim magazynie, że wielebny chędożył w wychodku własną matkę. Co było oczywistą bzdurą. Sąd uniewinnił jednak Flynta, wskazując, że choć to, co napisał jest wierutnym i obrzydliwym kłamstwem, ale wielebny to osoba publiczna i nie można tolerować zakazu pisania – nawet kłamstw – na jej temat, gdyż wyżej od obrony przed kłamstwem stoi wolność słowa. Zaś to czytelnik jest od tego, by uznać takie rewelacje za bzdury, ale – żeby to zrobił – społeczeństwo musi podjąć ryzyko wystawienia go na takie, dziś powiedzielibyśmy, fakenewsy.

Tak, ale to stare, dobre czasy. I Ameryki, i wolności słowa. Dziś Flynt zawisłby na niejednej medialnej latarni, bez sądu, a może i z sądem. No, chyba, że wielebny Falwell byłby za Trumpem. Wtedy to niema i głucha Temida postępackiego ostracyzmu zagrzmiałaby gromkim głosem i spaliła spojrzeniem każdego, kto nie uznałby, że rzeczony Flynt i jego bzdury są egzemplifikacją wolności słowa, przeciwniczki przecież „mowy nienawiści”.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Antynomie praktycznego rozumu

Antynomie praktycznego rozumu

Izabela Brodacka

Wiele lat temu przeczytałam w „Tygodniku Powszechnym” żartobliwy felieton pani Józefy Hennelowej na temat ekologii. Tygodnik Powszechny nazywany był w środowisku patriotycznym „ Obłudnikiem Powszechnym” więc czytywałam go raczej rzadko, tekst Hennelowej był jednak dla mnie pouczający. O ile pamiętam napisała, że nie wie czy z ekologicznego punktu widzenia słuszne jest otwieranie w Krakowie okien. Wpuszczając do pokoju świeże powietrze wpuszcza się jednocześnie wyziewy z Nowej Huty. Nie wiadomo co jest gorsze – duchota czy trucizny zawarte w dymie. A może w ekologii wcale nie chodzi o człowieka i powinniśmy zastanowić się czy z ekologicznego punktu widzenia słuszne jest zatruwanie krakowskiego powietrza wyziewami z własnego mieszkania?. Pani Hennelowa antycypowała w ten sposób zwrot jaki uczyniła współczesna ekologia. Z troski o środowisko człowieka ekologia przerzuciła się na troskę o środowisko Ziemi, a dla realizacji ochrony Ziemi człowiek jest więcej niż przeszkodą, jest szkodnikiem, którego populację należy ograniczyć a resztki tej populacji ubezwłasnowolnić setkami restrykcyjnych przepisów. Pani Hennelowa zwróciła również uwagę na nieusuwalne sprzeczności każdej, jakkolwiek rozumianej ekologii.

Jest wiele tego przykładów. Gorliwi wyznawcy ochrony naszej rzekomo płonącej planety, zwolennicy oszczędzania wody i energii polecają na przykład używanie najnowszej generacji zmywarek, które są w stanie doprowadzić naczynia do czystości w niskiej temperaturze i przy użyciu niewielkiej ilości wody. Zastanówmy się jednak jak silne muszą być środki chemiczne zapewniające ten efekt. Spuszczanie stężonych chemikaliów do ścieków, a wraz ze ściekami do rzek, zatruwa rzeki i szkodzi żyjącym w nich organizmom. Źle spłukane resztki tych substancji podtruwają również nas samych. Używanie takich zmywarek jest więc niekorzystne zarówno z punktu widzenia ekologii humanistycznej, nastawionej na ochronę środowiska człowieka jak i holistycznej czyli chroniącej wszystkie istoty żywe, co jak wiadomo w świecie, którym rządzi łańcuch pokarmowy jest niemożliwe. Nawet przy tak prostej czynności jak obieranie kartofli gospodyni domowa może mieć zasadnicze wątpliwości. Z jednej strony eksperci polecają jej obieranie kartofli cienko, gdyż pod skórką gromadzą się witaminy i inne korzystne dla ludzkiego organizmu substancje, z drugiej strony przestrzegają, że pod skórką gromadzą się środki ochrony roślin i wszelkie inne trucizny.

Podobne nieusuwalne antynomie dotyczą również wielu procedur leczniczych. Leki przeciwko pewnym dolegliwościom mają czasem tak groźne skutki uboczne, że lekarz powinien zastanowić się czy warto na przykład uzyskać u pacjenta pożądany efekt kosmetyczny niszcząc mu nerki i wątrobę. Do takich leków i procedur medycznych lekarze i pacjenci mają więc z konieczności stosunek ambiwalentny.

Pewien wykładowca psychologii UW nieodmiennie podaje studentom jako przykład ambiwalencji uczuciowej następujące zdanie: „ w wypadku samochodowym zginęła moja teściowa prowadząc mój nowy samochód”. Ale poważnie – klasycznie ambiwalentny stosunek mają specjaliści do regulacji rzek i budowania zbiorników retencyjnych. Wiadomo że z przyrodniczego punktu widzenia najkorzystniejsza jest retencja naturalna. Nieuregulowana rzeka, taka jak na przykład Bug, kilka razy w roku zalewa okoliczne łęgi pozostawiając po wycofaniu swych wód urocze jeziorka i starorzecza. Ogromne obszary nadrzeczne tworzą piękne, reliktowe krajobrazy ale są nieużyteczne nie tylko przemysłowo lecz nawet rolniczo.

Naturalna retencja jest niemożliwa w wielkich miastach i na terenach gęsto zabudowanych, takich jak miasta i wsie na Dolnym Śląsku. Żyjemy w określonej cywilizacji, musimy się z tym pogodzić i dostosowywać sposoby działania do istniejących warunków. Aby chronić życie mieszkańców tych terenów ich domy i zakłady pracy musimy zrezygnować z ekologicznych mrzonek. Terenu gęsto zabudowanego, o bogatej infrastrukturze nie da się zamienić w rezerwat czy nawet tylko skansen. Budowa zbiorników retencyjnych i wałów jest w takim terenie konieczna, niezależnie od tego co twierdzą nawiedzeni działacze ekologiczni. Zauważmy, że żywioł jakim jest nieokiełznana wielka woda spowodował podczas ostatniej powodzi ogromne zniszczenia krajobrazu naturalnego, spowodował również śmierć wielu zwierząt, które nie zdołały się schronić przed wodą. Powyrywane z korzeniami drzewa, zwłoki saren, lisów i zajęcy, błotne sadzawki w miejscu łąk i pól to rezultat niefrasobliwego stosunku obecnych władz do zagrożeń realnych i fetyszyzowania zagrożeń nierealnych. Zło obecnej ekologii, podobnie jak zło współczesnej polityki medycznej sprowadza się właśnie do przeceniania zagrożeń nierealnych, często zupełnie fikcyjnych a nie dostrzegania zagrożeń prawdziwych. Polityka renaturyzacji rzek doprowadziła do prawdziwej klęski społecznej i ekologicznej. Walka z realnym czy fikcyjnym zagrożeniem (zdania na ten temat są jak wiadomo podzielone) jakim był wirus Covid-19 spowodowała dwieście tysięcy tak zwanych nadmiarowych zgonów.

Wiadomo, że można zarobić na wszystkim, na chorych i zmarłych, na lekach i szczepionkach, na transplantacji narządów i trumnach, na pralkach i zmywarkach. Jasne jest więc, że forsowanie pewnych rozwiązań technicznych i prawnych zawsze będzie w interesie lobbujących na ich rzecz grup społecznych. Warto się więc zastanowić co miała naprawdę wspólnego z troską o środowisko ustawa wiatrakowa forsowana przez minister tego resortu, a napisana zapewne przez doradzających jej lobbystów i czy ta ustawa nie była po prostu pisana w interesie firmy Siemens pragnącej pozbyć się zalegającego jej magazyny wiatrakowego złomu.

Uświadomienie sobie nieusuwalnych sprzeczności ekologii jest jednak o wiele istotniejsze od podejrzeń o korupcję i doszukiwanie się we wszystkim gry ekonomicznych interesów. Czy możliwe jest osiągnięcie w ekologii arystotelesowskiego złotego środka? Raczej nie, gdyż ekologia została zaprzęgnięta w służbę polityki i ideologii.

Groźnie kiwamy palcem w bucie

Groźnie kiwamy palcem w bucie

Stanisław Michalkiewicz    19 października 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5701

Jak wiadomo, bezcenny Izrael przoduje pod każdym względem – podobnie, jak za Stalina pod każdym względem przodował w świecie bezcenny Związek Radziecki. Taki był wtedy rozkaz, no ale dzisiaj są całkiem inne rozkazy, w związku z tym w świecie, zwłaszcza tej jego części, co to miłuje pokój i wolność, obecnie pod każdym względem przoduje bezcenny Izrael. Pod każdym – a więc i pod względem moralnym. Jest on obecnie ostatnią instancją, rodzajem Sądu Ostatecznego, do którego dostrajają swoje moralne kamertony nie tylko miłujące pokój Stany Zjednoczone, ale również inne ośrodki, między innymi w ramach tak zwanego „dialogu z judaizmem”. Ale nie tylko pod względem moralnym, chociaż to się przekłada na wiele innych dziedzin.

Na przykład cały miłujący pokój i wolność świat bez zastrzeżeń przyjął do aprobującej wiadomości rozszerzenie operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej nie tylko na Strefę Gazy, ale również – na Zachodni Brzeg, a przede wszystkim – na złowrogi Liban. Jeśli w ogóle podnosi w tej sprawie jakieś wątpliwości, to co najwyżej takie, by bomby i pociski, którymi bezcenny Izrael gromi przywódców złowrogiego Hezbollahu i Hamasu, miały prawidłowe, znaczy się – zgodne z prawem międzynarodowym kalibery. Oczywiście bezcenny Izrael na to się godzi, bo czemuż miałby się nie godzić, skoro – jak powszechnie wiadomo – dysponuje inteligentną amunicją, w której wykorzystane są najnowsze zdobycze sztucznej inteligencji?

Jeszcze rosyjski feldmarszałek z czasów Katarzyny, Aleksander Suworow mawiał, że „kula głupia, bagnet zuch!” Jednak dzięki zastosowaniu zdobyczy sztucznej inteligencji, dzisiaj już tak nie jest. Wprawdzie bagnet po staremu zuch, ale kula już nie taka głupia. Dlatego właśnie nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania, lepiej…” – no, mniejsza z tym), że w ramach ostatecznego rozwiązywania kwestii palestyńskiej – obecnie już na trzech frontach – bezcenny Izrael godzi wyłącznie w złowrogich członków Hezbollahu i Hamasu, starannie omijając palestyńskich głupich cywilów, którzy nie wiadomo po co szwendają się w strefie intensywnego wyzwalania.

Jak żołnierz izraelski (ach, pamiętam, jak w 1967 roku, podczas wojny sześciodniowej na Bliskim Wschodzie, pułkownik Hipolit Kwaśniewski stawiał nam, żołnierzykom 3 kompanii zmotoryzowanej Studium Wojskowego UMCS w Lublinie, właśnie żołnierza izraelskiego, jako wzór do naśladowania: „Arab wyleguje się pod palmą, a żołnierz izraelski szkoli się!”) wystrzeli dajmy na to, ze swojego karabinu kulę z przeznaczeniem dla członka Hezbollahu, czy Hamasu, a w tym czasie na linii strzału znajdzie się jakiś głupi, palestyński cywil, czy – niech Bóg zabroni – dziecko – to kierowana sztuczną inteligencją kula nie tylko zboczy z toru, ale w ogóle wróci z powrotem do lufy i wszystko jest gites tenteges.

Dlatego też miłujący pokój i wolność świat nie daje wiary fałszywym pogłoskom, jakoby izraelskie „siły obronne” mordowały jakichści głupich cywilów. Gdyby zamordowały przynajmniej jednego głupiego palestyńskiego cywila, to prezydent Stanów Zjednoczonych Józio Biden, zaraz by bezcennemu Izraelowi natarł uszu i pogroził palcem: nu, nu! Żadnych poważniejszych zastawek oczywiście już by nie stosował, bo gdyby tak się odważył, to zaraz jakieś dziecko by sobie przypomniało, że 40 lat temu wsadził mu rękę pod spódniczkę i gmerał w majteczkach – a zanim by się okazało, że to nieprawda, to nie mógłby się pokazać na oczy w przyzwoitym towarzystwie – na przykład w towarzystwie pani Kamali Harris. A od tego to już świat mógłby się zawalić, więc dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego prezydent Józio Biden w sprawie bezcennego Izraela jest wprawdzie aż do bólu sprawiedliwy, ale jednocześnie – chwalebnie powściągliwy.

Ale – jak mawiają wymowni Francuzi – a la guerre comme a la guerre, co się wykłada, ze na wojnie, jak to na wojnie – straty muszą być. A kiedy najbardziej rośnie ryzyko strat? Wtedy, gdy działania pokojowe znaczy się – walka o pokój – nabiera szczególnej intensywności. Wtedy nie tylko sztuczna, ale nawet zwyczajna inteligencja może zawieść – z czego – jak nietrudno się domyślić – może dojść do nieszczęścia, to znaczy – nie tyle może do nieszczęścia, co do nieporozumień. I z takim nieporozumieniem mieliśmy w dniach ostatnich do czynienia.

Oto izraelskie siły pokojowe ostrzelały wieżę strażniczą przy kwaterze głównej sił pokojowych ONZ w Libanie w mieście Nakura, wskutek czego dwie osoby zostały ranne. „Osoby” – a więc niekoniecznie żołnierze sił pokojowych ONZ. Co na wieży strażniczej przy kwaterze głównej sił pokojowych ONZ w Libanie robiły dwie „osoby”? – tego jeszcze na razie nie wiemy, podobnie, jak nie wiemy, co to były za „osoby”. Mamy tedy dwie, a nawet trzy możliwości. Albo – zgodnie z wyjaśnieniami miłujących pokój „sił obronnych” bezcennego Izraela – na wspomnianą wieżę przedostały się „osoby” należące do złowrogiego Hezbollahu, które wykonywały pod adresem wspomnianych „sił obronnych” nieprzyzwoite, a nawet nieprzyjazne gesty – a w tej sytuacji nie było rady, tylko trzeba było użyć inteligentnej amunicji, która te „osoby” raniła, podczas gdy nikomu innemu nic się nie stało. Albo też wspomniane „osoby” nie należały do złowrogiego Hezbollahu, tylko zostały zaproszone przez członków „sił pokojowych” ONZ na wieżę, żeby umilić im i urozmaicić pełnienie służby. Mogły to jednak być osoby palestyńskie płci przeciwnej – i to właśnie zdezorientowało sztuczną inteligencję, ogólnie przecież skalibrowaną na mniej wartościowych Palestyńczyków. I wreszcie możliwość trzecia – że pod wpływem cyberataków ze strony zimnego, ruskiego czekisty Putina, który w dymach bijących z tamtejszych operacji pokojowych próbuje wędzić swoje półgęski – nie tylko sztuczna, ale i zwyczajna inteligencja się rozkalibrowała, to znaczy – zbisurmaniła – no i doszło do nieszczęścia.

Ponieważ w tych „siłach pokojowych” ONZ w Libanie służą też nasi, to znaczy – polscy żołnierzykowie, do zabrania głosu w tej sprawie poczuł się zobowiązany pan minister obrony narodowej w dwóch osobach, czyli minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz. Groźnie pokiwał bezcennemu Izraelowi palcem w bucie oświadczając, że strona polska „potępia” ten ostrzał w dodatku – „z całą stanowczością” – cokolwiek by to miało znaczyć. Zaznaczył jednocześnie, że wszystko złe się z tego bierze, że Polska, z winy pana prezydenta Dudy, w bezcennym Izraelu nie ma ambasadora. Gdyby miała – aaa, to co innego. Taki ambasador, zanim zostałby opluty, mógłby własną piersią zasłonić wieżę, dzięki czemu żadne „osoby” nie zostałyby ranne, w tym również ambasador – bo sztuczna inteligencja z pewnością rozpoznałaby w nim członka korpusu dyplomatycznego i taktownie go ominęła.

Stanisław Michalkiewicz

Europę zalewa cukier z Ukrainy. Nie jest on ukraiński tylko… niemiecki

18 października 2024 pch/europe-zalewa-cukier-z-ukrainy-tylko-niemiecki

Europę zalewa cukier z Ukrainy. Problem w tym, że nie jest on ukraiński tylko… niemiecki

Spółki cukrowe proponują plantatorom buraka ceny na przyszły rok niższe od tegorocznych, i to aż o 25 procent. Powodem jest zalew towaru napływającego do nas zza wschodniej granicy. Problem jednak dotyczy nie tylko Polski, lecz także innych państw UE.

Portal „Wieści Rolnicze” pisze o aż 23-krotnym wzroście importu cukru z Ukrainy przez kraje Unii Europejskiej. W dużej mierze chodzi o towar należący do spółek niemieckich. Przejęły one pokaźną część rynku w kraju, którego stosunkowo niewielkie obszary są dzisiaj objęte działaniami zbrojnymi.

Według danych Eurostatu, jeszcze w roku 2021 do Krajów Wspólnoty wpłynęło około 14 840 ton, a rok później aż 10 razy więcej, bo ponad 148 000 ton cukru. Wielkość ta okazuje się być mała w porównaniu z kolejnym – 2023 rokiem, kiedy Ukraina eksportowała do UE prawie pół miliona ton cukru. Jest to wzrost o 2 240 %! (23-krotny) względem średniej z lat 2016 – 2021” – czytamy w tekście Doroty Andrzejewskiej.

Jak podkreśla portal, tylko jedna niemiecka spółka Pfeifer&Langen jest na Ukrainie właścicielem 6 spośród 30 wszystkich cukrowni. Zakłady P&L znajdują się w miejscowościach: Chorostkiw, Kosowa, Radechiw, Zbaraż, Czortkiw i Gnidawa. Ostatni z wymienionych został wykupiony przed rokiem.  W ciągu jednego dnia potrafi przerobić 6 tysięcy ton buraków.

Według zaś witryny UkrAgroConsult, ubiegłoroczna łączna powierzchnia tamtejszych zasiewów buraka cukrowego przekroczyła aż o 30 tysięcy hektarów stan sprzed wojny (249 900 hektarów przy 220 tysiącach ha w roku 2021). Roczny plon u naszych wschodnich sąsiadów wynosi łącznie 13 mln ton buraków.

Źródło: Wieści Rolnicze RoM

​Dawca narządów obudził się na stole operacyjnym. Miotał się na stole operacyjnym i płakał.

Szok na sali operacyjnej. ​Dawca narządów obudził się na stole

[Oh, takie piękne serce – i nie udało się sprzedać… md]

Piotr Gądek dawca-narzadow-obudzil-sie-na-stole/operac

U 36-letniego Thomasa TJ Hoovera lekarze stwierdzili śmierć mózgu po przedawkowaniu narkotyków. Gdy szykowali się do wycięcia serca, mężczyzna zaczął miotać się na stole operacyjnym i płakać. Koszmar rozegrał się w szpitalu Baptist Health Richmond w Kentucky (USA).

O wydarzeniach w Kentucky, do których doszło w październiku 2021 roku, poinformowała teraz amerykańska stacja NPR. Dziennikarze rozmawiali z świadkami z personelu medycznego, a także rodziną Amerykanina, przedwcześnie uznanego za zmarłego.

„Miotał się na stole operacyjnym”

36-letni wówczas Hoover po przedawkowaniu narkotyków trafił do szpitala. Lekarze stwierdzili u niego śmierć mózgu. Za pobranie narządów – w tym przypadku serca – miała być odpowiedzialna KODA (Kentucky Organ Donor Affiliates).

Gdy chirurdzy szykowali się do wycięcia serca, według byłej pracownicy szpitala Natashy Miller, mężczyzna zaczął się ruszać i płakać. 

Miotał się na stole – opowiadała stacji NPR Nyckoletta Martin, twierdząc, że pacjent był jedynie pod wpływem środków uspokajających.

Niepokojące oznaki dało się zaobserwować jeszcze przed planowanym zabiegiem. Donna Rhorer, siostra Hoovera, powiedziała dziennikarzom, że zaniepokoiła się, gdy zobaczyła, jak jej brat, wieziony z oddziału intensywnej terapii na salę operacyjną, nagle otworzył oczy.

Dopiero gdy Hoover zaczął się ruszać i płakać, chirurdzy podjęli decyzję o zaniechaniu przeszczepu.

To najgorszy koszmar każdego. Być żywym podczas operacji i wiedzieć, że ktoś cię za chwilę rozetnie i wyjmie części twojego ciała – skonkludowała Martin.

Hoover żyje

To dzięki niej historia wyszła na jaw. Sprawę analizuje m.in. prokurator generalny stanu Kentucky.

Hoover przeżył i obecnie mieszka ze swoją siostrą. Ma jednak problemy z pamięcią, chodzeniem i mówieniem.

Ze szpitala w związku z tą historią miało odejść kilka osób.

Friday Funnies: Mandatory Joy

Friday Funnies: Mandatory Joy

and other campaign promises

Robert W Malone MD, MS Oct 18, 2024
























==================================



https://www.youtube-nocookie.com/embed/vC6okzIKQvg?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0



Who is Robert Malone is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.


Thanks for reading Who is Robert Malone! This post is public so feel free to share it.

Share


Headlines from the Babylon Bee:






That’s all folks!

Atak na sumienia lekarzy. Interes depopulacji musi być realizowany

Atak na sumienia lekarzy. Interes depopulacji musi być realizowany

17.10.2024 Julia Gubalska nczas/atak-na-sumienia-lekarzy-interes-depopulacji-realizowany

Nastawienie do aborcji zmienia się wraz z każdym nowym, demokratycznie wybranym rządem. Obecna koalicja okazuje się mocno podzielona w tej kwestii, dlatego wątpliwe jest, aby była w stanie wprowadzić pełną legalność przerywania ciąży. Interes depopulacji musi być jednak realizowany, dlatego rząd absolutnie nie chce utrudniać dostępu do aborcji, a nawet zamierza karać lekarzy za odmówienie jej wykonania.

Klauzula sumienia, czyli prawnie ujęty możliwy sprzeciw sumienia, dotyczy zarówno prawa do zarządzania własnością prywatną zgodnie ze swoim sumieniem, jak i wolności wyznawania dowolnej religii. Mogą się jednak odnosić do niej również lekarze, o czym świadczy art. 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z 5 grudnia 1996 roku, która mówi o możliwości powstrzymania się lekarza od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30 – otóż musi wskazać alternatywy uzyskania tego świadczenia u innego lekarza oraz wspomnieć o tym na piśmie, w dokumentacji medycznej. Nawet art. 10 Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej z 1 grudnia 2009 roku wskazuje na prawo do odmowy działania stojącego w sprzeczności z własnym sumieniem, zgodnie z ustawami krajowymi, które regulują korzystanie z tego prawa.

Nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia

Nowe rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia z 14 maja 2024 roku zmienia jednak dotychczasowe rozporządzenie w sprawie ogólnych warunków o udzielaniu świadczeń opieki zdrowotnej.

Na stronie internetowej gov.pl czytamy, że nowelizacja rozporządzenia o klauzuli sumienia zapewnia realną możliwość zakończenia ciąży, zgodnie z umową z Narodowym Funduszem Zdrowia. Gwarantuje przy tym, że państwo nie będzie wszczynać kontroli za każdym razem, kiedy lekarz będzie chciał powołać się na klauzulę sumienia i odmówić wykonania aborcji. Będzie mógł z niej jednak skorzystać z zastrzeżeniem. Lekarz ma obowiązek udzielać pomocy lekarskiej zawsze, gdy zwlekanie z udzieleniem jej mogłoby narazić pacjenta na niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia. Ministerstwo Zdrowia wyraźnie podkreśla, że klauzula sumienia nie może być stosowana, kiedy życie kobiety ciężarnej jest zagrożone, niezależnie od etapu ciąży. W pozostałych przypadkach lekarz może powołać się na klauzulę sumienia, pod warunkiem że zwlekanie z udzieleniem pomocy medycznej nie narazi kobiety ciężarnej na pogorszenie się jej stanu zdrowia.

Aborcja nigdy nie ratuje życia

Podstawa prawna zdaje się nie ujawniać żadnych niepokojących szczegółów nowelizacji ustawy z racji, że chodzi przecież o zdrowie i życie kobiet. Problematyczna sytuacja pojawia się, gdy przesłankę o możliwości zagrożenia zdrowia lub życia zaczyna masowo wykorzystywać proaborcyjna część medyków oraz same kobiety. Przypadek przerwania ciąży będącej skutkiem czynu zabronionego będzie dziś bardzo łatwo wykorzystać jako podstawę prawną do aborcji za sprawą zmiany definicji gwałtu, która nie określa, czym dokładnie jest zgoda na obcowanie płciowe. To samo próbuje się zrobić z przesłanką o zagrożeniu życia lub zdrowia, umożliwiając kobietom zdrowym fizycznie przerwanie ciąży za pomocą uzyskania należytej opinii na temat jej zdrowia od lekarza psychiatry, który wskaże na zagrożenie życia wynikające przykładowo z ciężkiej depresji.

Często proaborcyjna narracja wskazuje na aborcję jako na lek mogący rzeczywiście uratować zdrowie lub życie kobiety. Jest to nieprawda, ponieważ aborcja nigdy nie ratuje życia. Dziecko może ponieść śmierć wynikającą z podjęcia działań mających prowadzić do uratowania życia kobiety, np. podania pewnych leków, więc lekarz zawsze ma obowiązek ratować pacjenta w przypadku zagrożenia życia. W przypadku prowadzenia ciąży pacjentami są jednak zarówno matka, jak i dziecko. Dziecko nie jest pasożytem, którego pozbycie się umożliwi kobiecie przetrwanie. A taką narrację środowiska aborcyjne stosują masowo, powołując się na zagrożenie życia kobiety. Są nawet skłonne twierdzić, że każda ciąża, w wyniku utrudnionego dostępu do aborcji w Polsce, stanowi dla kobiety śmiertelne zagrożenie.

Mamy do czynienia w naszym kraju z jawnym wspieraniem masowego przeprowadzania aborcji przez pewne organizacje, a nawet placówki medyczne. Takim miejscem jest m.in. szpital w Oleśnicy, który słynie z bezpośredniej współpracy z organizacją przestępczą Aborcyjny Dream Team, od której otrzymał nowy sprzęt do wykonywania aborcji, a nagraniem z przeprowadzenia takiego „zabiegu” pochwalił się w Internecie. Szpital w Oleśnicy masowo wykorzystuje przesłankę o zagrożeniu życia kobiety, zabijając dzieci na wszystkich etapach ciąży. Są to zarówno zdrowe dzieci, jak i dzieci np. z zespołem Downa. Kobiety ciężarne powołują się na przesłankę o zagrożeniu życia, co wynika ze ścisłej współpracy szpitala z psychiatrą, która stawia diagnozę o chorobie psychicznej… zagrażającej życiu kobiety. Na tej podstawie obchodzi polskie prawo, dokonując tym samym masowego morderstwa nienarodzonych dzieci na życzenie i na wszystkich etapach ciąży.

Kobiety, które mają świadomość zmagania się z chorobą psychiczną mogącą narazić je na utratę życia w przypadku ciąży, nie powinny podejmować się współżycia. Współżycie to odpowiedzialność i zawsze pewien stopień ryzyka, do którego podejmowania dziś się skutecznie społeczeństwo zniechęca. Szpital w Oleśnicy nie liczy się z konsekwencjami prawnymi, a proaborcyjny rząd nie chce nic robić w kierunku powstrzymania tej patologii.

Surowe kary nakładane na szpitale

Nowelizacja ustawy o klauzuli sumienia jest bezpośrednim atakiem na sumienia lekarzy. Zmusza ich do obchodzenia prawa aborcyjnego i mordowania dzieci u zdrowych kobiet. Narodowy Fundusz Zdrowia nakłada kary na szpitale za niewykonanie aborcji. Mieliśmy już trzy takie przypadki w Polsce. Pabianickie Centrum Medyczne musi zapłacić 250 tys. zł kary. Na szpital w Lubartowie nałożono karę 100 tys., a na Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu – 300 tys. Jest to bezpośredni atak na sumienia lekarzy, jak i złamanie istoty wykonywania zawodu lekarza, który z definicji powinien leczyć, a nie zabijać. Tą nowelizacją Ministerstwo Zdrowia narusza również składaną przez lekarzy przysięgę Hipokratesa. Jest wielu lekarzy w Polsce, którzy są pro-life i nie godzą się na taki stan rzeczy, obawiając się surowych kar lub zwolnienia z pracy. Potrzeba odwagi do przeciwstawienia się atakowi na życie nienarodzonych dzieci. Najskuteczniejszym czynnikiem mógłby być masowy sprzeciw lub protest lekarzy, którzy chcą działać etycznie i zgodnie ze swoim sumieniem.

Zapytałam radcę prawnego Katarzynę Gęsiak z Instytutu Ordo Iuris o alternatywy związane z możliwością ratowania życia lub zdrowia matki w przypadku ich zagrożenia. Ekspertka wskazała na wysokie wykwalifikowanie polskiej służby zdrowia w dziedzinie medycyny prenatalnej, która rozwija się dzięki ograniczonemu dostępowi do aborcji w Polsce i działa na bardzo wysokim poziomie w porównaniu do innych państw UE. Podkreśliła, że przerwanie ciąży nie zawsze musi oznaczać aborcję, a dzisiejsza medycyna umożliwia ratowanie życia dziecka i dalszy proces jego rozwoju poza organizmem matki. Podsumowując, istotną sprawą jest rozwój medycyny w kierunku leczenia prenatalnego, zamiast zachęcania kobiet do prymitywnego rozwiązania, jakim jest aborcja.

Posłanka Mucha i koncert Madonny. Sejm za BEZKARNOŚCIĄ.

Posłanka Joanna Mucha i koncert Madonny. Sejm nie zgodził się na uchylenie immunitetu

2024-10-18 pap/joanna-mucha-i-koncert-madonny-uchylenie-immunitetu

Wiceszefowa MEN posłanka Joanna Mucha

Sejm nie wyraził w piątek zgody na uchylenie immunitetu posłance Joannie Musze (Polska2050) o co wnioskowała Prokuratura Okręgowa w Warszawie w 2021 r.

Głosowało 426 posłów, za było 178, przeciw 238, 10 wstrzymało się od głosu. 

Wniosek Prokuratora Okręgowego w Warszawie z czerwca 2021 r. o wyrażenie zgody na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej Joanny Muchy był rozpatrywany w komisji regulaminowej w poprzedniej kadencji Sejmu.

Nie trafił jednak wówczas do głosowania na posiedzeniu plenarnym. Wniosek został skierowany przez marszałka Sejmu do ponownego rozpoznania w tej kadencji. Komisja regulaminowa, spraw poselskich i immunitetowych opowiedziała się za odrzuceniem wniosku uchyleniu immunitetu.

Joanna Mucha i koncert Madonny

Sprawa dotyczy koncertu Madonny, który odbył się w 2012 r. w Warszawie. Prokuratura wskazywała, że Mucha jako ówczesna minister sportu zatwierdziła wypłatę ponad 5,9 mln zł z rezerwy celowej resortu na organizację koncertu, mimo że były to środki przeznaczone na upowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży oraz zadania związane z Euro 2012. Według prokuratury, organizacja koncertu przyniosła 4,7 mln zł straty Skarbowi Państwowi, na wartości stracił też znak towarowy Stadionu Narodowego.

Biegły w opinii wydanej w 2020 r. podkreślił, że żaden sponsor nie zdecydował się wesprzeć koncertu. Śledczy chcą postawić byłej minister zarzut przekroczenia uprawnień.(PAP)

Rządy ekologicznych ekstremistów. Katastrofalna polityka klimatyczna niszczy robotników oraz gospodarkę

Rządy ekologicznych ekstremistów. Katastrofalna polityka klimatyczna niszczy robotników oraz gospodarkę pch24/rzady-ekologicznych-ekstremistow-katastrofalna-polityka-klimatyczna

Polityka klimatyczna państw rozwiniętych doprowadziła do alienacji niemal całej klasy robotniczej oraz dużej liczby innych konsumentów, szczególnie tych o średnich lub skromnych dochodach. Brytyjscy związkowcy coraz głośniej sprzeciwiają się polityce zeroemisyjnej, wprowadzonej jeszcze przez rząd konserwatystów, której wdrażanie zostało przyspieszone przez obecny rząd labourzystowski.

Rząd brytyjski, podobnie jak wiele innych krajów rozwiniętych, zobowiązał się do redukcji emisji gazów cieplarnianych, dążąc do osiągnięcia zerowej emisji netto do 2050 roku. Ten cel został przyjęty przez konserwatywny rząd, który po opuszczeniu Unii Europejskiej nie wycofał się z tej polityki. Obecny rząd Partii Pracy pod przewodnictwem Keira Starmera ogłosił kilka nowych polityk, koncentrując się na zwiększeniu produkcji energii odnawialnej w Wielkiej Brytanii. 24 października 2024 r. w Izbie Lordów odbędzie się debata na temat wpływu tych polityk na gospodarkę, w szczególności na poziom zatrudnienia i wzrost gospodarczy.

Przed debatą, Gary Smith, lider związku zawodowego GMB, największej brytyjskiej konfederacji pracowniczej liczącej ponad 500 000 członków, w zeszłym miesiącu skrytykował politykę zerowej emisji netto, określając ją jako „wydrążenie społeczności klasy robotniczej”. Smith odnosił się do planowanych zwolnień w hucie stali Tata Steel, gdzie 2500 pracowników ma stracić pracę w wyniku zamknięcia ostatnich wielkich pieców na Wyspach. W konsekwencji Wielka Brytania może stać się jedyną dużą uprzemysłowioną gospodarką bez zdolności produkcji stali, krytycznej dla obronności. Zostaną jedynie piece łukowe, produkujące stal z recyklingu, ale przy znacznie mniejszym zatrudnieniu i ograniczonej różnorodności gatunków stali.

Smith skrytykował również konserwatywny rząd za wprowadzenie problemu drenażu klasy robotniczej poprzez „chaotyczne naśladownictwo ekologicznego ekstremizmu”, oraz obecny rząd Partii Pracy za przyspieszenie wdrażania „samodestrukcyjnych” polityk.

Podobną opinię wyraziła Sharon Graham, liderka związku zawodowego Unite. Wyraziła obawy o „sprawiedliwą transformację”, zwracając uwagę na to, że 30 000 pracowników na Morzu Północnym może podzielić los górników. Skrytykowała plan zakazu nowych wierceń i eksploracji ropy i gazu, podkreślając rosnące koszty energii elektrycznej, wynikające z rozwoju OZE.

Graham przypomniała, że kraj, który zapoczątkował rewolucję przemysłową 200 lat temu, teraz doświadcza deindustrializacji i marginalizacji klasy robotniczej.

24 października, na wniosek konserwatywnego lorda Lilley, odbędzie się debata nad skutkami polityki klimatycznej rządu dla miejsc pracy, wzrostu gospodarczego i dobrobytu. Lord Lilley zwrócił uwagę, że w marcu 2023 r. Partia Pracy określiła wzrost globalnych emisji jako „kryzys klimatyczny”, uznając go za „największe długoterminowe zagrożenie”.

Nowy rząd zobowiązał się do wspierania odnawialnych źródeł energii i ograniczenia paliw kopalnych, dążąc do przekształcenia Wielkiej Brytanii w „supermocarstwo czystej energii”. Istniał konsensus wśród kolejnych rządów, że Wielka Brytania powinna przyczynić się do międzynarodowych wysiłków na rzecz redukcji emisji tzw. gazów cieplarnianych. Rząd Rishi Sunaka przyznał jednak w grudniu 2023 r., że planując te działania, nie uwzględniono dodatkowych kosztów dla gospodarstw domowych i zakłóceń w życiu ludzi. Obiecał przyjęcie bardziej pragmatycznego podejścia, zmniejszającego obciążenia dla pracujących.

Zmiana podejścia obejmowała m.in. przesunięcie daty zakazu sprzedaży nowych samochodów spalinowych z 2030 r. na 2035 r. Partia Pracy, tuż przed wyborami w lipcu 2024 r., zapowiedziała jednak, że ponownie przywróci tę datę na 2030 r. Zapowiedziano także przyspieszenie dekarbonizacji sektora energetycznego oraz znaczące zwiększenie produkcji energii wiatrowej i słonecznej.

Konserwatyści ostrzegają, że zbyt szybka dekarbonizacja może prowadzić do utraty kluczowych technologii, które mogą wejść do użytku po 2030 r. Zwracają również uwagę na wysokie koszty tej polityki dla społeczeństwa. Raporty wskazują, że niepowstrzymane zmiany klimatyczne mogą prowadzić do trzykrotnego wzrostu zadłużenia Wielkiej Brytanii do końca stulecia. Koszty zerowej emisji netto szacuje się na 1,4 biliona funtów w ciągu 30 lat, z czego około 344 miliardy funtów ma pochodzić z budżetu państwa.

Jednocześnie Wielka Brytania, będąca odpowiedzialna za zaledwie 1% globalnych emisji, stoi przed wyzwaniem, by inne kraje równie szybko przeprowadziły dekarbonizację.

Podczas debaty politycy mają omówić koszty transformacji, szczególnie dla klasy pracującej i przedstawicieli sektorów, które są zagrożone zamknięciem w wyniku polityki klimatycznej.

Źródło: brusselssignals.eu, lordslibrary.parliament.uk AS

Austria: Zauważają: „Dla 80-85 % uczniów język niemiecki nie jest ojczystym”. To SKUTKI, SYNKOWIE !!

„Jest coraz gorzej”. Dyrektorzy szkół przerywają milczenie ws. uczniów z rodzin imigranckich

18.10.2024 nczas/dyrektorzy-szkol-przerywaja-milczenie-ws-uczniow-z-rodzin-imigranckich

Austriaccy dydaktycy zdecydowali się przerwać milczenie i otwarcie mówić o trudnościach, z jakimi borykają się nauczyciele i uczniowie – szczególnie w kontekście integracji uczniów z rodzin imigranckich.

Reportaż na ten temat przygotował portal krone.at. Pragnąca zachować anonimowość dyrektor zdradza, że zarządza szkołą średnią w Wiedniu, a w jej placówce uczy się ponad 800 dzieci i młodzieży. W dzielnicy, gdzie znajduje się szkoła, odsetek mieszkańców z tłem migracyjnym jest wyjątkowo wysoki. Dla 80-85 proc. uczniów język niemiecki nie jest ojczystym.

Dyrektor zwraca szczególną uwagę na trudności w komunikacji z rodzinami syryjskimi, które często nie mówią po niemiecku. – Społeczności arabskie są dla nas obecnie prawdziwym wyzwaniem – przyznaje.

Podkreśla, że choć imigracja zawsze była obecna, obecna sytuacja jest bezprecedensowa. – Jest coraz gorzej – rozkłada ręce. Mówi, że każda rozmowa z rodzicami wymaga obecności tłumacza .

Jednym z najbardziej niepokojących przypadków jest sytuacja 13-letniego chłopca w pierwszej klasie, który został już trzykrotnie zawieszony. Ostatnie zawieszenie na cztery tygodnie nastąpiło po werbalnym i fizycznym ataku na nauczyciela. Wcześniej pokazywał rówieśnikom pornografię na telefonie. Rozmowy z jego rodzicami nie przynoszą żadnych efektów.

Dyrektor zauważa, że „gdyby chodziło tylko o obelgi, nie wystarczyłoby to do zawieszenia”. – Sytuacja w szkole staje się coraz gorsza – ubolewa.

Problemy nie ograniczają się do jednej szkoły. Nauczyciele z całego Wiednia zgłaszają różnorodne incydenty, od odgrywania egzekucji w klasach po konflikty związane z różnicami kulturowymi i religijnymi. Wielu pedagogów obawia się mówić otwarcie o tych problemach z obawy przed represjami ze strony rodziców lub własnego środowiska.

Niektórzy – jak dyrektor szkoły Christian Klar – pod nazwiskiem mówią o potrzebie zmian. Podkreśla konieczność wprowadzenia jasnych zasad i oddzielenia uczniów zakłócających system od szkół ogólnodostępnych. Mówi o rosnącej fali przemocy w szkołach oraz zwraca uwagę na problem niedostatecznego przygotowania wielu dzieci do rozpoczęcia edukacji szkolnej.

Nie chodzi tylko o przemoc. Duża część dzieci nie spełnia kryteriów gotowości szkolnej. Wielu nie potrafi zawiązać butów czy trzymać długopisu – podaje tylko niektóre z przykładów. Tego typu przypadki negatywnie wpływają na rozwój całej grupy.

====================================

MD: Przed 30-tu laty moja przyjaciółka zrezygnowała z dyrektorskiego stanowiska w szkole pod Paryżem i odeszła z „oświaty” . 90% uczniów nie rozumiało francuskiego, nie chciało się go nauczyć, ale gwałcili nauczycielki i uczniów – bezkarnie.

To ci Austriacy TERAZ te skutki polityki zauważają.. Dobre i to.

Porsche. Wycofują samochody elektryczne. 27 tysięcy. Poważne zagrożenie.

Wycofują samochody elektryczne. Pojawiły się problemy. Raport wskazuje na poważne zagrożenie

17.10.2024 wycofuja-samochody-elektryczne

Porsche.
Porsche – zdj. ilustracyjne. / Fot. PAP/EPA

Amerykański rynek motoryzacyjny jest w szoku po informacji o masowym wycofaniu elektrycznych samochodów marki Porsche. Urząd ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego Departamentu Transportu Stanów Zjednoczonych ogłosił, że ponad 27 tysięcy pojazdów modelu Taycan musi zostać poddanych kontroli ze względu na potencjalne problemy z baterią.

Raport opublikowany 1 października 2024 roku wskazuje na poważne zagrożenie związane z akumulatorami produkowanymi przez LG Energy Solution Wrocław w gminie Kobierzyce. Według dokumentu, usterka może prowadzić do zwarcia, a w skrajnych przypadkach nawet do pożaru pojazdu.

Problem dotyczy modeli Porsche Taycan wyprodukowanych między 21 października 2019 a 1 lutego 2024 roku, które trafiły na rynek amerykański. Łącznie akcja obejmuje 27 527 samochodów. Urzędnicy podkreślają, że dokładna przyczyna usterki nie została jeszcze ustalona, co dodatkowo komplikuje sytuację.

Porsche podjęło decyzję o wycofaniu pojazdów o kodach ARB6 i ARB7. Dla modeli z kodem ARB6, gdzie brakuje wystarczających danych o stanie baterii, firma zaleca tymczasowe ograniczenie ładowania do maksymalnie 80 procent pojemności akumulatora. W przypadku samochodów z kodem ARB7, mimo że nie stwierdzono dotychczas żadnych usterek, Porsche nie wyklucza możliwości pojawienia się problemów w przyszłości.

Cały raport o wadliwych samochodach elektrycznych dostępny jest tutaj.

Do sprawy odniosła się rzecznik prasowa LG Energy Solution Wrocław. „Dochodzenie w tej sprawie jest nadal prowadzone i nie znamy dokładnej przyczyny zjawisk termicznych w pojazdach podlegających wycofaniu. Obecnie priorytetem dla nas jest wsparcie naszego klienta, zakończenie dochodzenia i zapewnienie bezpieczeństwa dla wszystkich użytkowników, dlatego też zostały podjęte dodatkowe kroki w celu zminimalizowania ewentualnego ryzyka do zera” – przekazała „Gazecie Wrocławskiej” Klaudia Piątek.

[czyli – bla – bla.. md]