Tybr wpada do Potomaku: Czy katoliccy politycy muszą być prześladowani…

Tybr wpada do Potomaku: czy katoliccy politycy muszą być prześladowani…

Tybr wpada do Potomaku: czy katoliccy politycy muszą być prześladowani?

19 grudnia 2010 12:00/w Kościół, Polska, Rodzina Radia Maryja

Wykład Scotta J. Blocha, byłego doradcy prezydenta USA George´a W. Busha,
wygłoszony na III Międzynarodowym Kongresie „Katolicy i polityka: szanse i
zagrożenia”,
który odbył się w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w
Toruniu w dniach 26-27 listopada 2010 r.

====================================

Wydaje mi się bowiem, że Bóg nas, apostołów, wyznaczył jako ostatnich, jakby na
śmierć skazanych. Staliśmy się bowiem widowiskiem światu, aniołom i ludziom; my
głupi dla Chrystusa, wy mądrzy w Chrystusie, my niemocni, wy mocni; wy
doznajecie szacunku, a my wzgardy… Błogosławimy, gdy nam złorzeczą, znosimy,
gdy nas prześladują; dobrym słowem odpowiadamy, gdy nas spotwarzają. Staliśmy
się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili”
(1 Kor
4, 9-13).
W życiu miałem momenty sławy, kiedy byłem w centrum opinii publicznej i miałem
sposobność tworzenia dobrych rzeczy. Pragnę przedstawić, jak te okoliczności
wpływają na człowieka, który chce zachować swoje zasady. Czy wywiązałem się
dobrze, czy też źle ze sprawowanych urzędów, zależy już od oceny waszej i
innych. Wiele informacji na mój temat można znaleźć w internecie – multum to
ataki zmyślone, jeśli nie zupełnie fałszywe. Przepraszam z góry, że nie jestem w
stanie odnieść się do wielu szczegółowych spraw, które okazały się zależne od
plątaniny mechanizmów prawnych. Od kilku już lat moi przeciwnicy boją się, że
opowiem o wszystkim w książce. W 2008 r. na antenie Narodowego Radia Publicznego
(National Public Radio) ogłosili nawet, że napisałem już książkę pt. „Korupcja w
stolicy” („Corruption in the Capital”).

Tymczasem moją jedyną książką jak do tej
pory jest opracowanie zbioru pism angielskiego pisarza Hilairego Belloca pt.
Kapitalny Belloc: prorok naszych czasów” („The Essential Belloc: a Prophet for
Our Times”)
, który ukazał się w 2010 roku.


Sam Belloc bardzo lubił Polskę. Zarówno on, jak i Gilbert Keith Chesterton
odwiedzili wasz piękny kraj i uznali go za „główny cud nowożytnych czasów”.
Belloc uważał, że Polska jest obdarzona tym typem rycerstwa i rozumienia dawnego
porządku katolickiej Europy, które wydają się zagrożone wszędzie indziej.
Zdaniem Belloca, Jan Sobieski był archetypem polskiego wojownika, który obronił
chrześcijaństwo przed barbarzyńcami stojącymi u jego bram. Z chwilą, gdy
proroctwo Belloca na temat rozkwitu islamu okazało się prawdziwe, potężny
najeźdźca wtargnął na teren chrześcijańskiej Ameryki i Europy, usiłował
zlaicyzować i oczyścić ich przestrzeń ze znaków wiary i chrześcijaństwa. Ta
niezdrowa sytuacja jest powodem, dla którego służba społeczna dla dzisiejszych
katolików jest czymś, co prowadzi do bezpośredniej konfrontacji z laickim duchem
tego świata – z duchem dążącym do całkowitego usunięcia chrześcijan z życia
publicznego.
Belloc miał wiele do powiedzenia o katolikach w świecie i w życiu społecznym.
Najbardziej znanym wystąpieniem na ten temat była jego mowa przed wyborami do
parlamentu, w której powiedział: „Panowie, jestem katolikiem. O ile to możliwe,
chodzę na Mszę św. każdego dnia. Oto jest różaniec. O ile to możliwe, klękam i
odmawiam go codziennie. Jeżeli odrzucicie mnie z uwagi na moją religię, to będę
dziękował Bogu, że zaoszczędził mi ujmy bycia waszym reprezentantem”.
Belloc zdobył mandat do parlamentu, pomimo iż w Anglii jego katolicyzm był
poważną przeszkodą. Zwłaszcza ten odważny typ katolicyzmu, który nie zatajał
wiary przed opinią publiczną ani też nie szukał wymówek i nie szedł na kompromis
ze swoją epoką. Piastując urząd, Belloc nie darzył sympatią „systemu partyjnego”
ze wszystkimi jego układami ze światem bankierów, specjalistów od reklamy i
dealerów popularności. Zrozumiał, że partie są takie same, z wyjątkiem
nielicznych różnic programowych. Próbował nasycać kulturę sensem katolickim,
podobnie jak próbuje czynić to uczelnia, w murach której się znajdujemy, i do
czego dążą organizatorzy tego kongresu. Jestem wdzięczny za zaproszenie
skierowane do mnie przez prof. Piotra Jaroszyńskiego i Wyższą Szkołę Kultury
Społecznej i Medialnej oraz prof. Petera Redpatha i Fundację Cywilizacji
Zachodu. To ważne dzieło – to apostolat katolickiej kultury, szerzący dobroć,
porozumienie, miłość do piękna i prawdy.
Kiedy przybyłem do Waszyngtonu, również zainicjowałem pierwsze w tym mieście
Towarzystwo im. Hilairego Belloca po to, aby do naszej stolicy wprowadzić trochę
innej cywilizacji, kultury i przyjaźni. Wyszły mi naprzeciw tamtejsze katolickie
i konserwatywne koła, które stają się coraz bardziej otwarte na pozyskiwanie i
angażowanie ludzi. Próbujemy więc walczyć o nasze ideały, mając w swoich
szeregach tak wspaniałych mówców, jak: o. James Schall, Joseph Pearce, Harry
Crocker i inni. Śpiewamy piosenki do tekstów Belloca, palimy cygara, siedzimy
przy lampce wina, spożywamy wspólny posiłek i rozmawiamy o wybranym eseju
Belloca lub jego książce.
Jestem więc niezmiernie wdzięczny, iż nareszcie mogłem przybyć do ziemi, na
której miały miejsce wielkie wydarzenia historyczne; do kraju, który przeżył
prawdziwą przemianę i w którym narodził się duch katolickiej demokracji; do
kluczowego miejsca w historii zbawienia; do rodzinnego domu największego
człowieka XX wieku – Karola Wojtyły, Papieża Jana Pawła Wielkiego. Moja córka
uczęszcza obecnie do szkoły im. Jana Pawła Wielkiego, wspaniałej placówki
prowadzonej przez Siostry Dominikanki z Nashville.

Urwiska postmodernizmu
Przejdźmy teraz do głównego tematu naszego kongresu i zapytajmy, czy z podjęciem
przez katolików służby społecznej wiąże się jakieś ryzyko, a jeśli tak, to czy
należy je podejmować. Problem dotyczy tego, czy katolicy w ogóle mogą
zaangażować się w politykę, a kiedy już się zaangażują, to czy mogą uczynić to w
sposób, który autentycznie będzie obejmował zarówno porządek polityki, czyli
sztukę czynienia tego, co możliwe – mówiąc językiem Arystotelesa – jak i
porządek wiary, czyli sztukę tego, co niemożliwe – parafrazując słowa Jezusa
Chrystusa.
Katolicy, podejmując społeczną służbę – zwłaszcza na drodze wyborów – często
zdają się uważać za coś cnotliwego rezygnację z cnoty na korzyść czegoś, co
moglibyśmy określić względami praktycznymi. Tym czymś mogą być kolejne stopnie
kariery, postępowanie z duchem czasu, pragnienie, by nikomu się nie narazić czy
też chęć uchodzenia za ludzi „miłych” – osobliwy powód właściwy dla gatunku
„homo erectus”. Ponieważ „być człowiekiem” oznacza stać prosto, nie chować się,
nie leżeć ani nie czołgać się na brzuchu.
Skupimy się jednak na innych katolikach, na tych poważnych, którzy potrafią
wybić się na mistrzostwo w polityce, a jednocześnie sumiennie dochować wierności
swojej wierze. Problemem dla większości katolików w życiu politycznym jest nie
tyle kultura, ile oni sami – brakuje im świadomości, że znajdują się w samym
centrum kultury postmodernistycznej, nie pod wpływem filozofii realistycznej,
dostrzegającej obecność prawdy w rzeczach i w nas samych, lecz filozofii
postmodernistycznej, która jest w większości pragmatyczna, technokratyczna i
nastawiona na manipulację oraz produkcję rzeczy i przyjemności. Można łatwo być
wessanym w nurt tego procesu o naturze biurokratycznej. Wystarczy po prostu
chodzić na spotkania, dać się skusić urokom rzeczy praktycznych, następnie
nasłuchać się obietnic, że jeśli zrobisz to, co ci się każe – a ciężko jest
oprzeć się sile biurokracji – wzniesiesz się na wyższe szczeble stanowisk
partyjnych, komitetów, urzędów państwowych, tych z wyboru i tych z nominacji, a
wtedy dopiero będziesz w stanie czynić prawdziwe dobro. W biurokracji zawsze
jest jakieś „a wtedy dopiero”.
John Courtney Murray w swojej ciągle interesującej i ważkiej książce pt. „Te
prawdy głosimy” („We Hold These Truths”) skoncentrował się na społeczeństwie
zbudowanym na fundamencie realistycznej epistemologii, które powstało z wiary
zrodzonej w Jerozolimie, z filozofii odkrytej w Atenach oraz ze sprawiedliwości
i skuteczności rodem z rzymskiego prawa. Ale próbował on również wzywać
modernistyczne społeczeństwo do powrotu do zasad prawa naturalnego. (Nie udało
się.) Krótko mówiąc, po tym, jak Murray napisał swoją książkę, większa część
społeczeństwa w Ameryce i Kościoła w świecie przeszła nad urwiskiem
postmodernizmu, by wejść w swego rodzaju rozchwianą etykę utylitarystycznego i
technokratycznego manipulowania ludźmi dla przyjemności, władzy, rozrywki i
wolności od bólu. Ta właśnie etyka zaczęła dominować w naszych instytucjach
społecznych, mediach, kulturze, edukacji i polityce. Teraz z kolei to polityka
zaczyna dominować np. nad ludźmi, którzy mają inne zdanie. Dzisiaj, moralne
rozumowanie właściwe Ameryce Murraya i każdej poważnej dyskusji na forum
państwa, wśród jego obywateli nakierowanych na wspólne dobro – to moralne
rozumowanie ustąpiło miejsca imperatywom wolnej miłości i radykalnej autonomii
jednostki – stworzonej przez państwo, które ciągle umacnia swoją niemal boską
władzę nad społeczeństwem i wiarą jego obywateli.
Jakie siły spotykają się u zbiegu Potomaku i Tybru – tam, gdzie nieodparta żądza
stanowisk i wpływów w Rzymie naszych czasów, jakim jest Waszyngton, może
wciągnąć każdego w swoje coraz większe wiry?

Cel: rozliczyć biurokratów
Miałem szczęście piastować kierownicze stanowisko w szeregach administracji
amerykańskiej za prezydentury George´a Busha, najpierw w Departamencie
Sprawiedliwości jako wiceszef Biura ds. Inicjatyw Społecznych i Religijnych, a
następnie jako dyrektor Urzędu Kontroli Państwa. Nazywano mnie doradcą
specjalnym Stanów Zjednoczonych. Mój urząd był autonomicznym i stałym urzędem,
który nadzorował władzę wykonawczą i Biały Dom w zakresie ich niewłaściwego
postępowania, nieudolności, naruszania prawa, używania stanowisk publicznych do
realizacji celów partyjnych i propagandy wyborczej. Chroniłem ludzi, których
nikt inny by nie ochronił. Odkryłem, że ochrona państwa, do czego mój urząd
został powołany, ma korzenie w biblijnej Księdze Mądrości: „Zróbmy zasadzkę na
sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam
łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów… Dotknijmy go obelgą i
katuszą, by poznać jego łagodność…” (por. Mdr 1, 16-2, 24). Jest to bardzo
trafny opis reakcji ludzi na tych, którzy ostrzegają i donoszą o
nieprawidłowości, nieudolności czy niebezpieczeństwie, które zagraża
społeczeństwu.
Można powiedzieć, że mój urząd był urzędem solidarności z tymi, którzy
potrzebowali głosu, musieli powiedzieć prawdę, pragnęli opowiedzieć swoją
historię o ucisku, o nadużyciu władzy, o niewłaściwym wykorzystaniu środków
publicznych, o naruszeniach porządku i prawa, które są ważne w stabilnym
społeczeństwie obywatelskim. Potrzebujemy bowiem proroków, ludzi, którzy
podejmują ryzyko zwrócenia uwagi narodu, kiedy ktoś źle postępuje.
Niektóre z głośniejszych spraw, jakie prowadziłem, wymagały, abym ujawniał
różnego rodzaju rewelacje, chronił moich podwładnych, czy też abym prowadził
dochodzenie przeciwko wysoko postawionym urzędnikom w mojej administracji.
Znajdywałem informacje do swojej pracy w tysiącach samolotów lądujących
awaryjnie z powodu niebezpiecznych pęknięć w ich kadłubach, wszczynałem
dyscyplinarne akcje przeciwko wysokim urzędnikom w wielu departamentach i w
samym Białym Domu, byłem obrońcą praw moich podwładnych w takich miejscach, jak:
Departament Obrony (sprawa wadliwych pomp Katrina i nieprawidłowości kontraktów
rządowych), Służby Ochrony Pogranicza (sprawa upozorowanej intrygi
łapówkarskiej), a także Administracja Lotnictwa Federalnego (sprawa ukrywania
awarii systemu nawigacji ruchu powietrznego oraz niedomagań inspekcji
orzekających o zdolności do lotu). Składałem zeznania przed Kongresem Stanów
Zjednoczonych i regularnie występowałem w mediach. Pisywałem, przemawiałem do
środowisk uniwersyteckich i innych wielkich zgromadzeń. Wszystko po to, aby
głosić, jak ważne jest posiadanie sprawiedliwego rządu, aby pokazywać ludziom,
że w szeregach władzy panuje uczciwość, a politycy nie żyją na koszt państwa,
nic nie robiąc. Stworzyłem jednostkę zajmującą się bezpieczeństwem inspektorów
kontroli państwa i ich uprawnieniami pracowniczymi. Ktoś wyliczył, że moje
dochodzenia kosztowały przemysł lotniczy 1 mld USD. Jednak każdy z moich
współpracowników powie, że moje i ich decyzje sprawiły, iż setki tysięcy ludzi
mogą teraz bezpieczniej korzystać z usług komercyjnych linii lotniczych. Z kolei
wielu lobbystów, członków rządu czy też ludzi spoza niego nie jest zadowolonych
przeze mnie. Występowałem przeciwko dziesiątkom ważnych urzędników,
doprowadzając niejednokrotnie do ich dymisji, jak chociażby w przypadku szefa
agencji o wartości 40 mld USD, która nadzoruje wszystkie rządowe zakupy i
budowy; dwóch inspektorów generalnych i jednego prokuratora.
Mam w sobie niechęć wobec stałego bohatera utworów Franza Kafki – wobec
biurokracji, a konkretnie biurokratów: niewidzialnych, przez nikogo
niewybieranych i nieodpowiedzialnych ludzi, którzy faktycznie rządzą światem.
Kiedy podejmuje się próby poddania ich pracy konkretnym zasadom, zredukowania
zaległości, ustalenia celów, aby móc osiągać rezultaty; kiedy się nawet
zawstydzą i wezmą do pracy – to tylko podrażnia ich dumę, przez co podejmują
wszelkie starania, aby raz na zawsze pozbyć się wszystkiego, co wchodzi im w
drogę. Przejąłem urząd, w którym zalegały sprawy niezałatwione od dziesięciu
lat, zredukowałem je do zera w ciągu pierwszych sześciu kwartałów pracy, po czym
nie tolerowałem już żadnych zaległości do końca mojego urzędowania. Zwracałem
się z prośbą i otrzymywałem od moich pracowników trzy-, a czasem czterokrotny
wzrost pozytywnych rezultatów, osiąganych w dochodzeniach sądowych i wygranych
przez nas sprawach. Krytykowałem ludzi, którzy mianowali mnie na to stanowisko,
czyli gryzłem rękę, która mnie karmiła. Przestrzegałem także prawa, a to
szczególnie bolało święte krowy naszych czasów.

Oskarżenie: katolik zbyt gorliwy
Zostałem zaatakowany za to, że jestem zbyt katolicki. Oskarżył mnie o to jeden z
członków sztabu pewnego kongresmena z Nowego Jorku. Nastąpiło poruszenie –
William Donohue z Ligi Katolickiej zażądał przeprosin od kongresmena Elliotta
Engela. I ten przeprosił. „American Spectator” zamieścił wówczas artykuł pt.
„Katolicy nie muszą aplikować”. Pozwolę sobie zacytować fragment tego artykułu,
aby pokazać, jak przedstawił on to wydarzenie:
„Grupy nacisku z Waszyngtonu – znane ze swej antyreligijnej wrogości wobec
konserwatystów – prowadzą skoordynowaną kampanię oszczerstw przeciw Scottowi
Blochowi, nominowanemu przez George´a Busha na urząd specjalnego doradcy, który
przeprowadza kontrolę państwa i przedkłada jej wyniki na ręce swych
przełożonych. W wywiadzie dla 'The American Spectator’ Pete Leon, dyrektor ds.
legislacyjnych w sztabie Eliota Engela, który domaga się dymisji Blocha, ujawnił
skrajny fanatyzm antyreligijny, znamionujący całą kampanię. Przedstawiając swoje
obiekcje wobec Blocha, Leon powiedział: 'Jest on gorliwym katolikiem’, lecz
kiedy zorientował się, jaką popełnił gafę, szybko rzucił znany tekst z serialu
komediowego: 'Nie żeby było w tym coś złego’ (D. Holman, „No Catholics Need
Apply”, „The American Spectator”, 15 IV 2005
[http://spectator.org/archives/2005/04/15/no-catholics-need-apply, odczyt: 2 XI
2010).
Jednak zdaniem ugrupowań atakujących Blocha, gorliwy katolik na tym urzędzie to
pomyłka. Grupy, o których mowa, nie uznają wierzącego katolika za godnego
kierowania urzędem, który za czasów Billa Clintona służył im za taran do
realizacji celów liberalnych. Scott Bloch, zaprzysiężony w styczniu 2004 r. jako
specjalny doradca Stanów Zjednoczonych, rozgniewał te hermetyczne grupy nacisku
nie dlatego, że nie spełniał swoich obowiązków, lecz dlatego, że spełniał je
zbyt dobrze.
Rozpoczynając pracę, stanął on wobec tysiąca zaległych, niezałatwionych spraw.
Zdemaskowane nadużycia oraz odwołania, czekające na rozpatrzenie niekiedy od
trzech lat, pokrywały się kurzem na półkach federalnej biurokracji, a zasadnicze
problemy przechodziły niezauważone. Po piętnastu miesiącach Bloch, wykazując
zdrowe lekceważenie dla stołecznego etosu interesownej jak zwykle biurokracji,
niemal zlikwidował te zaległości i szkody, które powstały za rządów ekipy
Clintona…

Nagonka to krzyż
To, co wyprowadziło z równowagi homoseksualne grupy aktywistów, to fakt, że
Bloch zakończył wykorzystywanie do celów propagandowych internetowej strony
swojej instytucji prowadzonej przez zdeklarowaną lesbijkę Elaine Kaplan,
nominowaną przez Billa Clintona. Kiedy Bloch obejmował urząd, na stronie tej
widniały informacje, które zaliczały orientację seksualną do chronionych. Odkrył
on jednak, że rozporządzenia prezydenta Clintona bezprawnie zwiększyły zakres
uprawnień jego instytucji o sprawy dyskryminacji z uwagi na orientację
seksualną. Bloch dostrzegł, że prawo zabrania dyskryminacji na bazie
postępowania, które nie wpływa niekorzystnie na wydajność pracy, i że orientacja
nie ma statusu klasy w prawie zwyczajowym, historii ustawodawczej, czy też
zwykłym znaczeniu prawa.
Przeciwko takiemu posunięciu zaprotestowały Kampania Praw Człowieka, czasopisma
homoseksualne, kongresmeni: Barney Frank, Eliot Engel i inni. Engel wezwał
Blocha do dymisji w październiku ubiegłego roku.
Żywa wiara jest esencją krytyki Blocha. W programie radiowym Boba Garfielda
stwierdzono niedawno: 'Mr. Bloch był zastępcą dyrektora w Biurze Inicjatyw
Religijnych przy Departamencie Sprawiedliwości, a więc nakażemy inspektorom
kontroli państwa, żeby bardziej wierzyli…’. Temu komentarzowi towarzyszyły
salwy śmiechu.
Nadchodzące miesiące mogą tylko przymnożyć Blochowi kłopotów, zwłaszcza jeśli
konserwatystom nie uda się zdemaskować, czym jest ta lewicowa kampania
antykatolicka. Niedawno rzecznik Rządowego Biura Odpowiedzialności (GAO)
potwierdził, że jego instytucja skontroluje Urząd Kontroli Państwa na wniosek
senatorów: Henry´ego Waxa i Danny´ego Davisa. Nie wiadomo jednak, jakie motywy
przyświecają sprawie. Komisja senacka ds. rządu planuje przeprowadzenie tej
kontroli na wiosnę tego roku.
’Być może metody mojego działania są niekonwencjonalne – mówi Bloch – lecz nie
trzymam się biurokratycznej dyplomacji. Nie jest ona czymś, co chcę zrozumieć”.
Natomiast spotkanie z synem Michaelem (21 lat), najstarszym z siedmiorga dzieci
– starszym szeregowym, który właśnie wrócił ze swojej drugiej wyprawy do Iraku,
utwierdziło Blocha w przekonaniu, że misja jego urzędu jest uzasadniona’”.
W ciągu kolejnych trzech lat byłem celem ośmiu dochodzeń wszczynanych przez
Kongres, który nie miał żadnej władzy nad moim urzędem. Najeżdżali mnie również
w moim domu i w biurze agenci FBI i penetrowali materiały prowadzonych przeze
mnie spraw, zajmując wszystkie tajne i poufne akta. Być może przypomina to
państwu czasy komunistyczne. Jestem wdzięczny za to, że mogłem służyć
społeczeństwu przez około 8 lat. Czy katolik podejmujący publiczną służbę zawsze
jest powodem takich konfliktów? Czy każdy człowiek podejmujący publiczną służbę,
który jest katolikiem, musi cierpieć? Istota problemu sprowadza się do kwestii,
co jest celem przywództwa i władzy. Czy najważniejszy jest ten, kto decyduje,
co, kiedy i gdzie? Czy musi się on również liczyć z prawdą, sprawiedliwością i
naszą ludzką naturą?
Nasz Pan, Jezus Chrystus, powiedział: „Oddajcie więc cezarowi to, co należy do
cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt 22, 21b). Naszym obowiązkiem, jeśli
przyjdzie nam pełnić służbę społeczną lub zajmować przywódcze stanowisko, jest
robić dobrą robotę. Naszym obowiązkiem jest oddać państwu dobrą pracę, której
motywem nie jest ideologia, partia, dogmat czy nawet wiara, lecz sprawiedliwość,
prawo i dobro wspólne. Nie ma bowiem sprzeczności między prawami władzy
państwowej i władzy Boga. Przeważnie zachodzi zgodność między władzą i rządami
państwa a prawem Bożym. Jeżeli jednak władza w państwie orzekłaby, że to ona
jest bogiem, a zwykły obywatel nie ma prawa modlić się do prawdziwego Boga, to
wówczas naszym obowiązkiem byłoby taką władzę odrzucić, jak czynili to pierwsi
męczennicy.
Oddajemy cezarowi to, co należy do niego, właściwie sprawując swój urząd. Czasem
jednak służba społeczna stawia nas wobec problemów, których nie chcielibyśmy
doświadczyć na swojej drodze. Tutaj pojawia się konieczność ofiary – pojawia się
ona dokładnie w momencie, kiedy uznajemy, że trzeba nam zrobić to, co słuszne,
nawet jeśli pokrzyżuje to plany króla. Przekonał się o tym św. Tomasz Morus.
Chciał zadowolić króla w niewłaściwy sposób. Owszem, był on „dobrym sługą króla,
ale najpierw Boga”.
Obecnie przywilej urzędu i władzy przypadł niechrześcijanom. Możesz cieszyć się
ich względami, jeśli jesteś katolikiem zsekularyzowanym. Z kimś takim
niechrześcijanie uwielbiają pokazywać się wszędzie i przyklejać katolicką
etykietę do ustaw, które obrażają prawo Boże. A ponieważ władza kocha samą
siebie, więc nie troszczy się o zasady czy o ideały. Zdradzi nawet hołubione
przez siebie wartości po to, aby ukarać kogoś swojego, kto oddalił się od
oficjalnych działań i przekonań. Nie można bowiem służyć Bogu i mamonie.
Papież Benedykt XVI w przemówieniu do polityków na Cyprze powiedział: „Kiedy
służba publiczna jest pełniona wiernie, pozwala nam wzrastać w mądrości i
prawości, osiągnąć osobiste spełnienie. Platon, Arystoteles i stoicy
przywiązywali wielką wagę do owego spełnienia – eudemonii – jako celu każdego
człowieka, a sposobu na osiągnięcie go upatrywali w moralnym postępowaniu. Dla
nich, a także dla wielkich filozofów islamskich i chrześcijańskich, którzy
poszli w ich ślady, praktykowanie cnoty polegało na postępowaniu zgodnym ze
zdrowym rozsądkiem i na poszukiwaniu wszystkiego tego, co prawdziwe, dobre i
piękne” (Benedykt XVI, „Trzy sposoby propagowania prawdy moralnej w życiu
publicznym”, „L´Osservatore Romano”, nr 8-9/2010, s. 10).
Nawiązując do Jana Pawła II, Papież Benedykt XVI przypomniał, w jaki sposób
należy dbać o właściwe decyzje w życiu publicznym: „Mój poprzednik Papież Jan
Paweł II napisał kiedyś, że obowiązek moralny nie powinien być postrzegany jako
prawo narzucające się z zewnątrz i domagające się posłuszeństwa, lecz raczej
jako wyraz Bożej mądrości, której ludzka wolność dobrowolnie się poddaje (por.
„Veritatis splendor”, 41). Jako ludzie znajdujemy swoje ostateczne spełnienie w
odniesieniu do Rzeczywistości Absolutnej, której odbiciem jest tak często
rozbrzmiewające w naszym sumieniu naglące wezwanie do służby prawdzie,
sprawiedliwości i miłości” (Tamże).
Zaproponował on wówczas trzy zasady. Po pierwsze, propagowanie prawdy moralnej
na drodze obiektywnych, faktycznych decyzji. Po drugie, opisywanie mechanizmu
wykorzystywania tzw. wartości jako środka promocji tyrańskich ideologii
politycznych. Natomiast w nawiązaniu do tradycji prawa naturalnego, o którym
pisał o. Murray, podczas Soboru Watykańskiego II Papież stwierdził: „Po trzecie,
propagowanie prawdy moralnej w życiu publicznym wymaga nieustannego wysiłku,
jakim jest stanowienie odpowiednich praw w oparciu o zasady etyczne prawa
naturalnego… Kiedy popierane przez nas działania polityczne pozostają w
zgodzie z prawem naturalnym, wspólnym całej ludzkości, wtedy nasze postępowanie
staje się bardziej rozważne i sprzyja tworzeniu klimatu zrozumienia,
sprawiedliwości i pokoju” (Tamże, s. 11).

Czas prześladowań
Arcybiskup Charles Chaput z Denver, kapucyn, często pisze i mówi o zderzeniu
cezara z Bogiem w polityce. Zna on dobrze te niebezpieczeństwa. W swojej książce
pt. „Oddajcie Cezarowi” („Render unto Ceasar”) pokazuje znakomicie, w jaki
sposób wierzący katolik zderzy się z duchem naszych czasów, jeżeli prawdziwie
opowie się po stronie słusznych zasad.
Następnie, by wyjaścić, dlaczego wpływ katolików na społeczeństwo jest ważny,
arcybiskup powiedział: „Usuwając Chrystusa, usunie się jedyny solidny fundament
dla naszych wartości, instytucji i sposobu życia. Powiedziałbym, że obrona
zachodnich ideałów jest jedynym sposobem, jakim my i nasi sąsiedzi dysponujemy,
uniknięcia nowych form represji – czy to ze strony ekstremistów islamskich, czy
też laickich technokratów”.
Potrzeba, abyśmy byli tak przekonani o prawdach wiary, że gorliwie będziemy żyć
tymi prawdami, kochać tymi prawdami i bronić tych prawd, nawet za cenę naszej
niewygody i cierpienia.
Kardynał Grancis George z Chicago jest chętnie cytowany, gdyż powiedział: „Ja
umrę w łóżku; mój następca umrze w więzieniu; a jego następca umrze śmiercią
męczennika”.
Jeśli ludzie sprzeciwią się Tobie, wzgardzą Tobą i upokorzą Cię – będzie to znak
Bożej miłości. Jest też pociecha w udręczeniu, którą pokazał św. Tomasz Morus.
„Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego
powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was” (Mt 5, 11). Nie znaczy to, że musisz
chcieć, by tak się stało. Dojdzie do tego po prostu z uwagi na to, kim jesteś.

Naucz się modlić
Uważam, że miałem szczęście. Jednym z głównych dobrodziejstw mojej pracy było
to, że urzędowałem dokładnie naprzeciwko katedry św. Mateusza w Waszyngtonie, z
jej pięknym, sakralnym wnętrzem, w którym każdego dnia odprawiano trzy Msze
Święte, w którym spędzałem czas na modlitwie i kontemplacji przed Najświętszym
Sakramentem. Zatem gdybym został zapytany o to, co ktoś zainteresowany
piastowaniem urzędu czy podjęciem służby publicznej powinien robić, aby się do
tego przygotować, odpowiedziałbym, że najważniejsza jest modlitwa – naprawdę
naucz się modlić. Katolicka Ameryka zagubiła sens modlitwy, modlitwy myślnej i
kontemplacji, która przywraca pogodę ducha i daje siłę do walki.
Biada tobie, jeśli jesteś powołany, by ponieść cierpienie związane z tymi
ciężarami i wzbraniasz się przed nimi ze strachu. Powinniśmy bowiem pragnąć
doświadczyć prześladowania i cierpienia, które z konieczności towarzyszy
przywódcom, a także doświadczyć ryzyka stania się głupcem dla Chrystusa.


Na zakończenie chciałbym zacytować trzecią zwrotkę „Ballady do Matki Boskiej
Częstochowskiej”, k
tóry to utwór jego autor, Hilaire Belloc, napisał po powrocie
z podróży do Polski w 1920 r. i po wizycie w sanktuarium maryjnym na Jasnej
Górze. Moim zdaniem, trafnie opisuje ona sposób naszego zaangażowania w służbę
publiczną na drodze ofiary. Jako że jedyna prawdziwa ofiara i służba, jaką
możemy złożyć i podjąć, pochodzi z nas samych:


„Ballada do Matki Boskiej Częstochowskiej”
I
Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico,
Któraś Regentką na niezmąconych
niebiosach,
Święta Hilda widziała we śnie
Twoje lice,
a muzyka za Tobą szła po rosach.
Przyjmiesz mnie, Pani,
pod chmur wysokich przyłbicą,
gdy do owczarni wrócą owce
i noc bosa.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
II
Morza są strome, mroźne i dzikie
w swej mocy,
tak straszne, gdy się zmagasz
w ich rozdartej toni,
ogromny ugór wód
pośród zimowej nocy,
gdzie żadna przystań
znikąd żagli nie uchroni.
Lecz Ty mnie poprowadzisz
ku światłom w zatoce,
ja w porcie rozpowiem
hymn o Twej obronie.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
III
Domie złoty, pomagasz tym,
co są wpółprzegrani,
Kaplico Miecza,
Wieżo ze Słoniowej Kości,
Aureolo, szczodry jest Twój
splendor,
Pani –
Tyś Wizją Wojownika,
a świata Światłością.
Dodasz sił, mój ostatni Sojuszu
w otchłani, do odwetu, do chwały,
co z nieugiętości.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
Przesłanie
Księciu upodleń, kupionych i
sprzedawanych,
ten wiersz w twym rozwalonym
chlewie napisany
wyznaje wiarę, w której
wierniem trwał przez lata
i ogłasza, z czym umrzeć chcę,
schodząc ze świata.

Hilaire Belloc. „Ballada do Matki Boskiej Częstochowskiej”.

Hilaire Belloc. „Ballada do Matki Boskiej Częstochowskiej”.


I
Pani i Królowo, tajemnic Tajemnico,
Któraś Regentką na niezmąconych
niebiosach,
Święta Hilda widziała we śnie
Twoje lice,
a muzyka za Tobą szła po rosach.
Przyjmiesz mnie, Pani,
pod chmur wysokich przyłbicą,
gdy do owczarni wrócą owce
i noc bosa.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
II
Morza są strome, mroźne i dzikie
w swej mocy,
tak straszne, gdy się zmagasz
w ich rozdartej toni,
ogromny ugór wód
pośród zimowej nocy,
gdzie żadna przystań
znikąd żagli nie uchroni.
Lecz Ty mnie poprowadzisz
ku światłom w zatoce,
ja w porcie rozpowiem
hymn o Twej obronie.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
III
Domie złoty, pomagasz tym,
co są wpół-przegrani,
Kaplico Miecza,
Wieżo ze Słoniowej Kości,
Aureolo, szczodry jest Twój
splendor,
Pani –
Tyś Wizją Wojownika,
a świata Światłością.
Dodasz sił, mój ostatni Sojuszu
w otchłani, do odwetu, do chwały,
co z nieugiętości.
To jest wiara, w której trwam
i trwałem przez lata:
W niej chcę umrzeć, gdy przyjdzie
mi zejść z tego świata.
Przesłanie
Księciu upodleń, kupionych i
sprzedawanych,
ten wiersz w twym rozwalonym
chlewie napisany
wyznaje wiarę, w której
wierniem trwał przez lata
i ogłasza, z czym umrzeć chcę,
schodząc ze świata.

=======================

aleteia [wyjątki md]

Belloc w 1928 roku odwiedził Polskę i spędził dwa dni (16 i 17 września) na Jasnej Górze. Napisał wówczas wiersz „Ballade To Our Lady of Częstochowa”. Oprawił tekst w ramki i powiesił w kaplicy cudownego obrazu Matki Bożej.

Ballada zniknęła

Wiersz Belloca był dość dobrze znany Polakom mieszkającym na Wyspach. Dlatego kiedy dziennikarz Sekcji Polskiej radia BBC Gregory Macdonald w 1960 roku dowiedział się, że na Jasnej Górze nie ma nigdzie wystawionego na widok publiczny rękopisu „Ballady…” (Został zdjęty ze ściany? Zgubił się? A może nigdy tam nie zawisł?), postanowił sporządzić kopię i dostarczyć ją do Częstochowy.

Poprosił Tolkiena o artystyczne przepisanie wiersza.

Ojcowie szukają w archiwach

Gdzie teraz jest kaligrafia Tolkiena? Na pewno nie ma jej w kaplicy cudownego obrazu Matki Bożej. Zapytaliśmy ojców paulinów o losy rękopisu. Okazuje się, że trudno go dzisiaj odszukać. Żadnej wzmianki na ten temat nie udało się znaleźć ani w katalogu archiwum, gdzie przechowywane są dokumenty, ani w katalogu zbiorów sztuki wotywnej, gdzie umieszcza się dzieła sztuki. Kustosz zbiorów sztuki wotywnej o. Stanisław Rudziński pytał starszych współbraci, ale nikt nie pamięta takiego daru.

Z tamtej strony globu: Ostra krytyka eksperymentalnej terapii genowej mRNA. Ujawnia też korupcję.

Z tamtej strony globu: Ostra krytyka eksperymentalnej terapii genową mRNA. Ujawnia też korupcję.

https://www.aussie17.com/p/prof-ian-brighthope-slams-experimental

Profesor Ian Brighthope ostro krytykuje eksperymentalną terapię genową mRNA i ujawnia korupcję TGA

Wiemy, że nanocząsteczka lipidowa pobierze RNA, ale dochodzi także do skażenia genomu poszczególnych osób z DNA.

5 kwietnia 2024 r Transkrypcja AI. [???}

W niedawnym wywiadzie dla Efrata Fenigsona profesor Ian Brighthope wyraził swoje poważne obawy dotyczące szybkiego przyjęcia szczepionek mRNA i naruszenia integralności australijskiego organu regulacyjnego, Agencji ds. Towarów Terapeutycznych (TGA). Jako założyciel Australasian College of Nutritional & Environmental Medicine (ACNEM), Brighthope jest niezłomną osobą w dziedzinie medycyny żywieniowej i środowiskowej oraz wybitną postacią w dyskursie na temat praktyk w zakresie opieki zdrowotnej.

Zagłębiając się w sedno swoich obaw, krytyka Brighthope’a dotycząca szczepionek mRNA jest zarówno wszechstronna, jak i głęboko niepokojąca. Wyraził poważne obawy dotyczące ich wpływu na zdrowie człowieka, podkreślając ich potencjalną ingerencję w najbardziej podstawowe procesy biologiczne organizmu. „Widzieliśmy szkody wyrządzone przez tę truciznę naszym komórkom somatycznym, widzieliśmy, jak trucizna przedostaje się do komórek rozrodczych, jąder i jajników, wytwarzając „swoje” plemniki i komórkę jajową” – szczegółowo opisał, przedstawiając ponury obraz sytuacji. wtargnięcie tych szczepionek na poziom komórkowy.

Następnie wyjaśnił ryzyko związane z nanocząsteczkami lipidowymi używanymi do dostarczania mRNA do komórek i podkreślił zanieczyszczenie DNA odkryte przez Kevina McKernana i odtworzone w kilku niezależnych laboratoriach na całym świecie: „Wiemy, że nanocząsteczki lipidowe pobierająą RNA i występuje również zanieczyszczenie z DNA do genomu jednostki.” To skażenie, ostrzega Brighthope, obejmuje w dużej mierze nieznane terytoria z nieprzewidywalnymi skutkami długoterminowymi, a jednocześnie zauważalnymi skutkami natychmiastowymi. „Nie wiemy więc dokładnie, co się stanie, ale z pewnością wiemy, że będzie to miało wpływ na cykle rozrodcze. W przypadku kobiet wiemy, że ma to wpływ na płodność i wiemy, że ma to wpływ na przeżycie embrionów i płodu” wyjaśnił, podkreślając głębokie implikacje dla płodności człowieka i potencjalnych przyszłych pokoleń.

Krytyka nie kończy się na wpływie fizjologicznym. Brighthope odnosi się również do zapalnego charakteru systemu podawania szczepionki i jego szerszych implikacji: „I jest to nadużywanie tej toksycznej szczepionki mRNA zawartej w nanocząstce lipidowej, która ma charakter wysoce zapalny, przedostaje się do mózgu ludzi i ma niekorzystny wpływ na jednostki.”

Przypadkowo liczba roszczeń z tytułu niepełnosprawności neurologicznej w Wielkiej Brytanii wzrosła o szokujące 15,6% w czerwcu 2021 r., by w 2022 r. gwałtownie wzrosnąć o bezprecedensowe 95,2%. [ŹRÓDŁO]

[Po prawej – Nadmiarowe „niepełnosprawności, uszkodzenia. Wykres można powiększyć w oryginale. MD]

ŹRÓDŁO Finanse Tech (Ed Dowd)

Ponadto profesor Brighthope naświetlił problematyczną strukturę finansowania TGA.

]Australijski organ regulacyjny ds. leków, TGA, otrzymuje 96% środków od przemysłu farmaceutycznego. Ten głęboko zakorzeniony konflikt interesów kwestionuje bezstronność decyzji regulacyjnych TGA, które zatwierdzają leki firm, które je finansują.

Rozmowa dotyczyła dalej szerszych konsekwencji takich naruszonych ram regulacyjnych dla ogólnego bezpieczeństwa i skuteczności szczepionek dla dzieci. Profesor Brighthope krytycznie ocenił obecne protokoły szczepień, wskazując na niepokojący brak solidnych badań potwierdzających ich skuteczność w zapobieganiu chorobom. „Teraz wiemy, że wiele z tych szczepionek jest albo bezużytecznych, albo powoduje działania niepożądane” – zauważył.

Ameryka też wybiera: Friday Funnies: „Democracy” eclipsed. MEMy.


Friday Funnies: Hod Roddin’

„Democracy” eclipsed.

ROBERT W MALONE MD, MS APR 5
 
READ IN APP
 












„Whoever would overthrow the liberty of a nation must begin by subduing the freeness of speech.” 

―Silence Dogood, likely pseudonym of Benjamin Franklin.





Thank you for reading Who is Robert Malone. This post is public so feel free to share it.





”Who is Robert Malone” is a reader supported publication. Please consider upgrading to a paid subscription to support our work.

Upgrade to paid


“Seldom do people think things through foolishly. More often, they do not bother to think things through at all, so that even highly intelligent individuals can reach untenable conclusions because their brainpower means little if it is not deployed and applied.”

– Thomas Sowell

małe rybki: 22 osoby aresztowano w związku z oszustwami na kwotę 600 mln euro z funduszu UE Covid

22 osoby aresztowano w związku z podejrzeniem oszustwa na kwotę 600 mln euro z funduszu UE Covid

22 osoby aresztowano w związku z podejrzeniem oszustwa na kwotę 600 mln euro z funduszu UE Covid

https://www.lemonde.fr/en/europe/article/2024/04/04/22-arrested-over-suspected-600-million-euro-eu-covid-fund-fraud_6667369_143.html#

22 osoby aresztowano w związku z podejrzeniem oszustwa na kwotę 600 mln euro z funduszu UE Covid

We Włoszech, Austrii, Rumunii i na Słowacji aresztowano osoby w ramach represji wobec osób podejrzanych o czerpanie pieniędzy z pomocy związanej z odzyskaniem środków w związku z Covid-19.

„Le Monde” z AFP 4 kwietnia 2024 o 13:43 (Paryż),

W czwartek 4 kwietnia władze aresztowały 22 osoby w czterech krajach europejskich w ramach śledztwa w sprawie podejrzenia oszustwa na kwotę 600 milionów euro związanego z odzyskaniem środków pieniężnych z tytułu Covid-19, podała prokuratura bloku. W wyniku dochodzenia w sprawie rzekomej siatki przestępczej, która przypuszczalnie przejęła fundusze, przeprowadzono dziesiątki nalotów i aresztowań we Włoszech, Austrii, Rumunii i na Słowacji – podała w oświadczeniu Prokuratura Europejska.

Organizacja przestępcza jest „podejrzana o wyłudzenie 600 milionów euro z unijnego Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) dla Włoch” – stwierdziła EPPO z siedzibą w Luksemburgu. Dodał, że biuro w Wenecji włoskiej jednostki policji finansowej Guardia di Finanza na zlecenie sędziego przedprocesowego zamroziło aktywa o wartości ponad 600 mln euro.

Spośród 22 aresztowanych podejrzanych ośmiu umieszczono w areszcie do czasu procesu, a pozostałych 14 umieszczono w areszcie domowym, a jednemu z nich, księgowemu, zakazano wykonywania zawodu. EPPO stwierdziła, że skupiała się na rzekomej siatce przestępczej, która w latach 2021–2023 stworzyła program oszustwa mający na celu uzyskanie pieniędzy z udziału Włoch w RRF.

RRF, utworzona, aby pomóc krajom bloku odbić się od ciosu gospodarczego zadanego przez pandemię Covid, była warta ponad 720 miliardów euro, finansowana w dużej mierze ze wspólnych pożyczek UE.

Model ten, zwłaszcza wspólne zaciąganie pożyczek, jest reklamowany przez niektóre kraje UE jako model, który można powielić, gdy Unia Europejska będzie intensyfikować swój przemysł obronny i współpracę w odpowiedzi na zagrożenie ze strony Rosji oraz w celu wspierania Ukrainy.

„Le Monde” z AFP

Nędza filozofii i zagadki reinkarnacji

Nędza filozofii i zagadki reinkarnacji

Stanisław Michalkiewicz    6 kwietnia 2024 nendza

Wprawdzie wiadomo, że na świecie dzieją się rzeczy, które nie śniły się filozofom, ale to, co dzieje się teraz, nie mogłoby przyśnić się nikomu – nawet w gorączce. Oczywiście są wyjątki – na przykład w osobach autorów niemieckiego portalu „Onet”, albo jeszcze lepiej – w osobach funkcjonariuszy Propaganda Abteilung, zatrudnianych przez Judenrat „Gazety Wyborczej”. Oto autor „Onetu” z całą powagą informuje o piosenkarce Duffy, która gdzieś przepadła na całe 4 lata. Okazało się, że została porwana i zgwałcona – ale nie raz, tylko nieprzerwanie przez całe cztery tygodnie, w dodatku w obcym kraju, do którego trafiła w stanie odurzenia. Nie wiadomo, czy przez resztę czasu ów raptus też ją gwałcił, czy też już nie musiał, a wróciła, bo skończyły się pieniądze? Jak tam było, tak tam było, ale to nieważne. Szkoda, że autorem tej informacji nie był filozof, bo może miałby bujniejszą fantazję i na przykład zasugerowałby piosenkarce, że porwali ją mieszkańcy Wenus – no bo gdzie można dostarczyć ofierze porwania więcej przeżyć, niż na Wenus – a w dodatku ci Wenusjanie są tak obficie wyposażeni przez naturę, że kto chociaż raz zostanie przez takiego zgwałcony, to już nie tylko niczego więcej nie pragnie, ale w dodatku nic nie pamięta, niczym towarzysze Odyseusza po zjedzeniu lotosu w krainie Lotofagów. To by się nawet bardziej trzymało kupy, zwłaszcza, że walka klasowa na Wenus, o której w latach 50-tych wspominał pewien poczytny autor powieści science-fiction, już się chyba szczęśliwie zakończyła i teraz rządzi tam – jak się należy – Michnikuremek w koalicji z folksdojczami.

Miejmy nadzieję, że następne piosenkarki będą bardziej pomysłowe i do swoich opowieści dodadzą dramatyzmu, wzbogacając je również w tak zwane „momenty”, dzięki czemu granica między literaturą faktu, a pornografią zostanie raz na zawsze zatarta. Tutaj akurat filozofowie nie bardzo się sprawdzają, bo przypominam sobie, jak pani profesor Maria Szyszkowska podczas dyskusji w telewizji dała do zrozumienia, że zdefiniowanie pornografii przekracza możliwości umysłu ludzkiego. Już prawie w to uwierzyłem, bo jakże tu nie wierzyć, aż tu nagle następnego dnia sierżant policji na Bazarze Różyckiego złapał jakiegoś jegomościa z torbą pełną kaset pornograficznych. Wystarczyło, że rzucił na nie przelotnym spojrzeniem i już wiedział, z czym ma do czynienia. Po tym incydencie lepiej zrozumiałem, o co chodzi w określeniu: „nędza filozofii”.

Rozmarzyłem się na temat możliwości, jakie otwierają się przed literaturą, zwłaszcza tą feministyczną, która – jak wiadomo – koncentruje się „na niewielkiej okolicy, między regio genus anterio, regio pubice i regio oralis”.

Tak przynajmniej uważał poeta Tadeusz Różewicz, pisząc, jak to „pewna panienka w Paryżu zrozumiała, że nie ma dna i napisała wypracowanie o spółkowaniu witaj smutku (…), a to, co było niegdyś przesionkiem piekła, zostało przez modną literatkę zmienione w vestibulum vaginae”.

Tymczasem ostatnie wypadki, podobnie jak wiele wcześniejszych też, skłoniły mnie do ponownego zainteresowania się reinkarnacją. Wprawdzie przemawiają przeciwko niej rozmaite argumenty, a zwłaszcza ten, że osobnik reinkarnujacy się absolutnie nic nie pamięta ze swoich poprzednich wcieleń, niczym piosenkarka Duffy ze swoich przeżyć z gwałcicielem – ale z drugiej strony spotykamy się z zagadkowymi wypadkami i sytuacjami, które powinny każdego skłonić do zastanowienia. Oto Leopold Tyrmand w swoim „Dzienniku 1954” relacjonuje, jak to na jakimś literacko-partyjniackim konwentyklu pastwiono się nad pisarzem, „niejakim Konwickim”. Napisał on powieść, jak się należy; „kochankowie p…lą się pod nadzorem podstawowej organizacji partyjnej” i w ogóle – ale towarzyszki Melanii Kierczyńskiej to nie zadowoliło. Tu następuje opis Melanii Kierczyńskiej, która „w życiu wypełnionym walką o socjalizm kutasa widziała chyba tylko w atlasie anatomicznym”, a w ogóle to wygląda jak zlepek brodawek i wyschłych kości. Ta Melania Kieczyńska musiała wcielić się w pewną dziennikarkę, której nazwiska nie wymienię, bo jeden proces mi wystarczy – podobnie, jak znana w czasach stalinowskich z „Fali 49” Wanda Odolska, która najwyraźniej musiała osiedlić się w ciele resortowej „Stokrotki”, czyli pani red. Moniki Olejnik. Czy zdecydowały o tym jakieś resortowe względy, czy coś innego – to nieważne – bo istotne jest przecież przesiedlenie.

Ale to wszystko nic w porównaniu z przypadkiem pana mecenasa Romana Giertycha. Jest on podobno pełnomocnikiem jegomościa występującego jako „główny świadek prokuratury” w „aferze Funduszu Sprawiedliwości”. Pan mecenas Giertych nie może się tego jegomościa nachwalić za to, że wzorowo „współpracuje” w tej sprawie z prokuraturą – a jestem przekonany, że stało się to w następstwie skutecznej perswazji pana mecenasa Giertycha i pana mecenasa Jacka Dubois. Otóż tu właśnie wydaje się pies pogrzebany, ale jednocześnie wyłania się problem. Starsi ludzie może pamiętają jeszcze sławnego w okresie stalinowskim, a i potem też, pana mecenasa Mieczysława Maślanko. Był on bardzo drogim panem mecenasem – podobnie jak pewien inny, współczesny, z kancelarią w Poznaniu – ale nie o to przede wszystkim chodzi, tylko o to, że – jak pisze pan Tadeusz Płużański – pan mecenas był jednym z nielicznych tak zwanych „tajnych obrońców” to znaczy – dopuszczanych do spraw tajnych. Musieli oni – jak ujawnił Józef Światło – spełniać wyśrubowane ubeckie standardy.. Oto po rozmowie z Józefem Różańskim, który w telegraficznym skrócie uświadomił politycznie pana mecenasa Maślankę o celach, jakie partia pragnie osiągnąć przy okazji procesu Adama Doboszyńskiego, pan mecenas Maślanko całą swoją energię i talenty perswazyjne poświęcił na przekonanie Doboszyńskiego, by się do wszystkiego przyznał. Ponieważ te perswazje mecenasa Maślanki wsparte były torturami zadawanymi przez Adama Humera, Doboszyński przyznał się do współpracy w wywiadem niemieckim, ale na rozprawie wszystko odwołał. Oczywiście na niezawisłym sądzie – jak to na sądzie – nie zrobiło to najmniejszego wrażenia tym bardziej, że pan mec,. Maślanko nazwał swego klienta „chałupnikiem awanturnictwa politycznego”.

Gdyby więc pan mecenas Mieczysław Maślanko, w ramach reinkarnacji wcielił się w pana mecenasa Romana Giertycha, to nie byłoby problemu. Problem pojawia się w momencie, gdy w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma panami mecenasami, którzy – jak przypuszczam – na wyścigi doradzają swemu klientowi, by wzorowo „współpracował” z prokuraturą”.

Zatem – czy jegomość wcielający się w kolejne ciało, może jednocześnie wcielić się w dwa ciała, czy tylko w jedno – a jeśli w jedno – to w które – i jakie względy o tym decydują? Ciekawe, co na ten temat sądzą specjaliści od reinkarnacji, od których podobno w naszym nieszczęśliwym kraju aż się roi?

Stanisław Michalkiewicz

Zabili naszego i co z tego?

 Zabili naszego i co z tego?

6 kwietnia 6 kwietnia, wpis nr 1258

Święta świętami, a tu świat nie próżnuje. Pierwszego kwietnia, wcale nie było prymaaprylisowo, szczególnie w Strefie Gazy. „Najbardziej humanistyczna armia świata” (to nie żart, tak o sobie mówią Żydzi) zaatakowała konwój z pomocą humanitarną, w wyniku czego zabito całą ekipę wiozącą pomoc Palestyńczykom, a wśród nich Polaka, Damiana Sobola. Wokół tej tragedii rozegrała się osobna, tym razem niestety tragifarsa, w wykonaniu polskiej polityki. Myślę, że pora ją tu naświetlić i wyjaśnić, nawet trochę lepiej niż ma to podobno zrobić z całą sprawą śledztwo w izraelskiej armii.
Zacznijmy więc od początku.
Strefa Gazy
Sprawa trwa od dawna, ale do szerokiej świadomości światowej opinii publicznej dotarła właściwie po 7 października 2023, kiedy palestyński Hamas zaatakował osiedla żydowskie poza granicami Strefy, zamordował ponad tysiąc ludzi, w większości cywilów. Był to atak terrorystyczny Hamasu, choć de facto uczyniony zbrojnym ramieniem tej organizacji, jakim jest brygada Izz al-Din al-Kassam. Bo Hamas jest wybraną demokratycznie siłą polityczną Palestyńczyków o dość ciekawej proweniencji. Od dawna się mówi i potwierdza w wielu źródłach, że do powstania organizacji, a już na pewno do jej wzrostu przyczynił się… Izrael, a zwłaszcza jego obecny premier NetanjahuCzemu miałby tak zrobić? Ano temu, że zarówno jego, jak i stojącej za nim grupie wyborców chodzi o „ostateczne rozwiązanie” kwestii palestyńskiej.
A są tu dwie koncepcje, z tym, że druga jest wariantowana obecnie przez Izrael po to, by ta pierwsza nie zaistniała. Pierwsza zasadza się bowiem na koncepcji dwóch państw, to znaczy, żeby obok siebie istniały na obecnej ziemi państwa Izrael dwa organizmy państwowe: izraelski i palestyński. Z tą koncepcją walczy i Izrael, i jego siły polityczne, choć jest ona na ustach całego świata, w papierach oenzetowskich i świadomości opinii publicznej. Obecny premier, który ma inną koncepcję, zaraz o niej opowiem, walczył ze strategią dwupaństwowości, głównie eskalując konflikt z Palestyńczykami.
Wcześniej miał do czynienia z bardziej ugodową OWP, która zbierała sympatię i poparcie światowe wobec powstania państwa palestyńskiego. W związku z tym wsparto powstanie bardziej radykalnego Hamasu, by ten swym ekstremizmem odstręczył od poparcia idei palestyńskiego państwa gremia światowe. Do tego dodatkowo wzmożono prześladowanie Palestyńczyków zarówno w Gazie, jak i na Zachodnim Brzegu, by jeszcze bardziej nakręcić spiralę wzajemnych ataków i odwetów. Tak bardzo, że w wyborach politycznych Palestyńczycy pogonili ugodową OWP i dali władzę walczącemu z okupantem Hamasowi.
Netanjahu więc miał i ma co chciał i za każdym razem jak identyfikował problem u siebie z koalicjantami, to atakował gdzieś Palestyńczyków, ci się odwijali, Izrael „musiał” interweniować, atakowany naród izraelski skupiał się wokół władzy, nie było czasu na niesnaski i w ten sposób, grając palestyńską kartą obecny premier Izraela osiągał swoje wewnętrzne cele. Nie szkodzi, że po drugiej stronie rosło również zagrożenie wobec jego własnych obywateli, ale mógł nim zagrać, bo wszystko dało się zrzucić na tych strasznych hamasowców.
Netanjahu, mistrz powtórki
Miało tak być i tym razem, kiedy Hamas zaatakował 7 października Izrael. Życie polityczne Netanjahu wisiało właśnie na włosku, zaś kwestia tego, że wojska izraelskie dały się niespodzianie zaskoczyć atakiem jest od pierwszych dni konfliktu przedmiotem spekulacji światowych, nawet i części opinii izraelskiej, bo śledztwo w tej sprawie odbędzie się (jak obiecał bohater zamieszania) już po wojnie z Hamasem, z czego wielu wyciąga wnioski, że chociażby z tego powodu ten konflikt będzie trwał wiecznie. Hamas przeprowadził atak terrorystyczny, zaś Izrael się odwinął. Mamy właściwie nie wojnę, bo po tamtej stronie raczej nie ma wojska palestyńskiego, ale coś w rodzaju akcji pacyfikacyjnej. I trzeba przyznać, że wiele działań armii izraelskiej tłumaczonych jest moralnym prawem i taktyczną koniecznością odwetu, jako symetryczna odpowiedź na działania Hamasu.
Z jednym zastrzeżeniem – Hamas to organizacja terrorystyczna z pełnymi reperkusjami tego stanu, czyli nielegalna, jej członkowie będą aresztowani w każdym demokratycznym kraju, a więc nie można tu mówić o symetrii działań. Bo Izrael, stosując podobne metody, pomnożone skalą własnego uzbrojenia, jest państwem a nie nielegalną organizacją terrorystyczną, które należy do wielu organizacji międzynarodowych i podpisało wiele (choć z pewnymi wyjątkami) konwencji międzynarodowych, które obecnie narusza.
W związku z tą skalą i prawnymi konsekwencjami przynależnymi państwom Izrael w rezultacie dopuszcza się zbrodni wojennych, ludobójstwa i zbrodni przeciw ludzkości, co łatwo można wywieść, nie tylko na podstawie tego, że z inicjatywy RPA toczy się przeciwko Izraelowi sprawa o takie uczynki przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości i sprawy Izraela słabo tam stoją. Wszystkie działania Izraela wypełniają znamiona łamania podstawowych konwencji humanitarnych, których stroną jest Izrael, na co zwrócił uwagę doktor Szewko. Ale wróćmy do prawdziwych celów tej pacyfikacji.
Ostateczne rozwiązanie
Już nawet oficjalnie, ustami wręcz niektórych członków izraelskiego rządu mówi się o „ostatecznym rozwiązaniu kwestii palestyńskiej”. Mówi się tak oficjalnie również dlatego, że rządzą tam, również wpisane w prawie, zasady wręcz rasistowskie, które w innych demokratycznych państwach nie ostałyby się, co zresztą jest przyczynkiem do tego, że wielu zastanawia się, czy sam fakt demokratycznego wybierania reprezentantów takich postaw lokuje taki kraj w gronie demokracji. Kwestia rozwiązania problemu palestyńskiego jest wariantowana: od jakiejś formy gettyzacji sprawy (czyli powrotu do stanu sprzed 7 października, ale z gwarancją blokady ekscesów a la Hamas), czyli zamiast państwa to jakiś megaobóz jeszcze bardziej pilnowany i izolowany niż niegdysiejsza Gaza, aż po coraz bardziej ekstremalne scenariusze na „zniknięcie” problemu wraz ze zniknięciem narodu.
Tu (uwaga!) najbardziej ugodową propozycją jest taka, żeby tych Palestyńczyków sobie wzięły jakieś inne kraje. Najbardziej ekstremalny scenariusz, polegający na eksterminacji narodu, jest właśnie realizowany.
To jest rzeź.
Obecnie Izrael (a kto to wie jak ci on liczy) wspomina o ponad 32.000 ofiar wśród Palestyńczyków, z czego ponad 2/3, czyli około 23.000 to są kobiety i dzieci. Tak wojuje z Hamasem armia izraelska. Najtragiczniejsza jest tu statystyka i nawet nie chodzi o spektakularne porównania ponad dwuletniej wojny rosyjsko-ukraińskiej jeśli chodzi o śmierć cywilów, o dzieciach już nie wspominając. Zgrozą napawa manipulacja związana z liczbą czynnych hamasowców, po których do Gazy wybrali się żydowscy wojskowi. Najpierw było to ze 3.000 terrorystów, ale skala śmierci Palestyńczyków, a już w szczególności cywilów wskazywała, że na jednego potencjalnego hamasowca ginęło kilkanaście kobiet i dzieci. W związku z tym, głównie w propagandzie izraelskiej, stał się cud i po ataku na Gazę liczba hamasowców z bronią w ręku zaczęła rosnąć wykładniczo, aż do 30.000 członków.
Gdyby ataki Izraela były precyzyjne to byłoby już po sprawie, ale trudno uznać ponad dwadzieścia tysięcy kobiet i dzieci za bojowników organizacji terrorystycznej. Tak więc Izrael wciąż utrzymuje, że wśród Palestyńczyków znajdują się niedorżnięci hamasowcy, co usprawiedliwia ich ciągłe ataki. Ale sprawa się zbliża do ostatecznej wersji zakończenia sprawy palestyńskiej.
Rafah – miejsce ostateczne
Otóż w wyniku bombardowań i przesiedleń Palestyńczyków (co jest nota bene kolejną zbrodnią przeciwko ludzkości, ale tylko w przypadku rosyjskich przesiedleń ludności ukraińskiej) ponad półtora miliona Palestyńczyków (plus pół miliona miejscowych) znalazło się w rejonie Rafah. Czyli skomasowano tam resztki niedobitych na północy Strefy, blisko granicy z Egiptem. Mamy tam do czynienia z katastrofą humanitarną, gdyż ginie tam kilkanaście, głównie dzieci, dziennie. Z głodu. Izrael znacznie opóźnia dotarcie pomocy humanitarnej czekającej na wjazd od strony Egiptu. Potrzeba kilkuset ciężarówek z pomocą dziennie, zostaje przepuszczonych kilkanaście. Dochodzi już do zrzutów lotniczych pomocy humanitarnej, jak za czasów oblężenia Warszawy.
Analogie do Powstania Warszawskiego są zarówno zabronione jak i całkowicie uzasadnione. Mamy do czynienia z odwetem za zryw ciemiężonych, których przecież i Niemcy w 1944 roku nazwaliby terrorystami, gdyby takie pojęcie, zamiast „polskich bandytów”, istniało w obiegu. Jest jeszcze jedna analogia. Żydzi na terenach zdobytej Gazy systemowo wysadzają wszystkie budynki, które jeszcze wystają z ziemi, coś jak Niemcy po upadku Powstania. Chodzi o to, by kwestie ewentualnego powrotu Palestyńczyków do status quo rozwiązać mieczem i dynamitem – nie będzie do czego wracać.
To samo z eksterminacją ludności. Bo to, że mamy głód w namiotach i ziemiankach Rafah to nic. Rafah jest już bombardowane, co jest już eksterminacją w przypadku stłoczenia na tym terytorium 365 km kwadratowych, ale Izrael przeznaczył na strefę humanitarną dla 2 milionów ludzi obszar beduińskiej wioski Muwasi, wielkości lotniska w Tel Awiwie. Gęstość zaludnienia w rejonie przekracza już 20.000 ludzi na kilometr kwadratowy, co daje nam wskaźnik na poziomie Paryża.
Bez infrastruktury i jedzenia. I to się bombarduje, zaś Netanjahu obiecuje ofensywę na to największe pole namiotowe na świecie.Cel jest jeden – ci co się ostaną wśród żywych będą wypchnięci do Egiptu. Świat się zgodzi z powodów humanitarnych, nawet pociśnie niechętny Kair i sypnie kasą. Ale Egipt, posiadający już płot na granicy z Izraelem postawił płot drugi, tym samym utworzył ogrodzoną strefę, w której ewentualnie, nie wpuszczając Palestyńczyków do siebie, potrzyma te dwa miliony nieszczęśników. Sprawa się więc rozwiąże. Palestyńczycy wylądują w kolejnym getcie, tym razem poza granicami Izraela i Tel Awiw pozbędzie się problemu umiędzynaradawiając go na poziomie humanitarnym. A czemu Egipt nie chce przyjąć Palestyńczyków? Ano temu, że wzorem Libanu będzie atakowany przez Izrael, który będzie chciał przecież dopaść, tym razem hamasowców, a nie hesbollachowców jak w Libanie, na terenie obcym. Odwet to odwet, c’nie?
A więc idzie ku ostatecznemu rozwiązaniu.
Trzeba tylko jeszcze bardziej zabijać, by świat zrozumiał swoją powinność, a Izrael na wieki już rozwiązał swój problem. No co z tego, że za cenę hekatomby ofiar, to pójdzie w zapomnienie, a kto będzie fikał to dostanie antysemicką łatkę i będzie zadziobany przez świat, który już kupił historię narodu żydowskiego jako jedynej ofiary nazistów. A skoro ofiarę mamy jedyną, to reszta to są kaci, a więc kajać się i wybaczać wszystko. Nawet podobne techniki.Załatwienie całej sprawy to działania wielowątkowe. Wymienię tylko dwa. Informacja i pomoc humanitarna. Po pierwsze media. Teraz już każdy, coraz rzadszy, dziennikarz chcący relacjonować tę rzeź wie już, że umieszczenie na swym hełmie napisu „Press” zamiast go chronić stwarza cel do ataków. Od czasu rozpoczęcia konfliktu zginęło już ponad 200 dziennikarzy. Strzela się do nich specjalnie. Dlaczego? Ano z takiego samego powodu z jakiego rozstrzelano konwój z pomocą humanitarną. Chodzi o to, żeby nie przyjeżdżali. Co do mediów to chodzi o to, żeby takich tam z napisem „Press” na kaskach nie było, bo wtedy jedynym źródłem informacji o konflikcie będzie propaganda izraelska i będzie już spokój. I teraz przechodzimy do naszego Polaka. Zadajmy pytanie i to bez względu na możliwe konsekwencje tego zdarzenia – czy po tym incydencie ochota do niesienia pomocy humanitarnej wzrośnie wśród wolontariuszy czy osłabnie? A jaka będzie konsekwencja takich postaw? Ano eskalacja sytuacji kryzysu humanitarnego w katastrofę i presja na świat oraz Egipt, by „coś z tym zrobić”. Tak jakby działania Izraela były jakimś dopustem bożym, żywiołem obiektywnym, nad którym nikt nie może zapanować, tylko likwidować jego skutki. Dlatego zginął ten Polak i kilku nieszczęśników ze świata.
Izrael a sprawa polska
No to teraz przejdźmy do naszych baranów. Zaraz po katastrofie zareagował cały świat, tylko… Polska milczała jeden cały dzień. I tu trzeba się zatrzymać. Czemu tak było? Ano temu, że Polacy, moim zdaniem, konsultowali się z Amerykanami jak mają zareagować. Coś jak w sprawie rakiet w Przewozowie, kiedy trzeba było ustalić co mamy mówić: oskarżać Ukraińców czy zwalać na Ruskich, mimo ewidentnych dowodów, że to się Ukraińcy zabłąkali ze swą strzelanką (albo chcieli umiędzynarodowić konflikt, czego się nie dowiemy gdyż śledztwo zawieszono z powodu braku współpracy z Ukrainą). Nota bene był to ostatni moment resztek szacunku Ukraińców do Polaków, bo jak się Kijów zorientował, że nie mamy w sprawie wojny nawet PR-owskiej sprawczości i o wszystko się będziemy pytali Waszyngtonu, to nas olał jako element wtórny i bierny i udał się ze wszystkim do… Niemca.
A więc nasi czekali na to co pozwoli nam w sprawie izraelskiego ataku mówić Waszyngton, co było smutne, zwłaszcza w porównaniu z natychmiastową i jednoznaczną reakcją choćby takiego premiera Australii, którego obywatel miał pecha być ukatrupiony w tym konwoju przez rakiety „najbardziej humanistycznej armii świata”. Polacy więc milczeli, pospekulujmy dlaczego czekali na… zgodę USA, a właściwie zostali do czegoś przez Waszyngton użyci. Najpierw jednak postawmy kwestię – USA a Izrael w kontekście wojny w Gazie.
Dla Bidena to przedwyborczy koszmar. Nie dość, że w polityce wewnętrznej nie może się odciąć od własnej polityki wpuszczania uchodźców, którzy zrobili z amerykańskich miast jesień średniowiecza, to jeszcze na polu międzynarodowym taki bigos. Amerykanie już zapomnieli o blamażu afgańskiej ucieczki, a tu trafił się taki problem. Bo rząd amerykański… popiera działania Izraela, nawet widowiskowo blokuje wszelkie rezolucje już nawet nie grożące sankcjami Izraelowi, ale wzywającymi do oczywistego zaprzestania tej rzezi. Oczywiście PR-owsko apeluje i się oburza, ale wysyła wciąż do Izraela kasę i bomby, które zaraz padają na Palestyńczyków. A potem mówi, że kasy i bomb dla takiej Ukrainy to nie ma w banku ani w magazynach. A najprostszym sposobem na ukrócenie tej rzezi, o które apeluje Biden, byłoby zaprzestanie pomocy dla Izraela. Wtedy to by się skończył, postulowany oralnie przez USA, problem z eksterminacją cywilów.
Ameryka a sprawa izraelska
I nie tylko świat to widzi, ale i widzą to Amerykanie. Ci demokratyczni, paradoksalnie są za Palestyńczykami, jak to lewica. I kłopot polega na tym, że pomagając Izraelowi Biden uderza we własny elektorat. A to obniża mu i tak geriatrycznie padające poparcie. Z drugiej strony lobby żydowskie jest przysłowiowo wszechmocne w USA i jakby tylko jakiś polityk amerykański sprzeciwił się – podkreślam – jakimkolwiek działaniom Izraela, to i znajdzie się kasa na poparcie jego kontrkandydata w okręgu, ale i też ktoś trzeba pogrzebie się w przeszłości takowego antysemity i znajdzie pachnące dymami Auschwitz wypowiedzi polityka i nazi-przodków jego. A więc kłopot nie polega na poglądach przedstawicieli demosu, bo te są gotowe poprawnościowo, ale na poczuciu ludu głosującego. A że zbliżają się wybory, to przy urnie może się rozejść prawda czasu z prawdą ekranu i Demokraci mogą przepaść nie tylko ze swym kandydatem, ale i w Kongresie.USA napominają Izrael tylko z tego powodu.
Gdyby nie było ciśnienia tej sytuacji na taktyczny moment wyborczy, to szło by proizraelsko pełną parą. Teraz mamy jeszcze dwójpolówkę – tonizujący PR i jednak przesyłanie narzędzi eksterminacji oraz „kryszę” dyplomatyczną. Gdyby nie wybory nawet napomnień o zagładzie narodu by nie było. Ale czemu to Żydzi stawiają swego największego (jedynego?) sojusznika w tak niewygodnej sytuacji? Ano dlatego, że mogą. Mają mocne lobby u tegoż sojusznika i w związku z tym w poważaniu światową opinię publiczną. Netanjahu jest więc osobistym koszmarem Bidena, o czym wie premier Izraela. I nic sobie z tego nie robi. Gra na Bidenie jak na pianinie, nawet nie bez specjalnego powodu zaatakował pośrednio Iran, by ten odpowiedział odwetem. Eskaluje panikę u siebie, ludzie w Izraelu wykupują żarcie przed irańskim kontratakiem, odkurzają schrony i zastanawiają się czy puścić dzieci do szkół. I co, USA odmówią pomocy zaatakowanemu sojusznikowi? No nie! Czy sprawa palestyńska zejdzie na drugi-trzeci plan? Tak, oczywiście. Czy wszystko pójdzie w niepamięć? To jasne.To sprytne, ale poraża cynizm. A więc, by wyleźć z eskalowanego na potrzeby wewnętrznej polityki konfliktu na poziomie eksterminacji narodu palestyńskiego trzeba podwyższyć stawkę o wojnę z groźnym państwem. Ryzykuje się przecież życie własnych obywateli. Tak, bo ta gra Netanjahu to o skalę do góry podniesiony casus palestyński. Aby zrobić dobrze swojemu rządzeniu, utrzymać sojusznika w szachu bezwarunkowego poparcia, ryzykuje się kilkadziesiąt tysięcy rakiet wystrzelonych na własnych obywateli. To iście szatański plan.
Amerykańce pozwolili albo kazali
I dopiero teraz możemy wrócić do nas. Myślę, że myśmy poczekali dzień z reakcją i dowiedzieliśmy się co możemy, a właściwie mamy, powiedzieć. Zadziwia ten dzień ciszy i nagła zdecydowana reakcja. Było cicho i wszyscy nagle zadęli w jedną trąbę. A to znaczy, że dostali te same nuty. Od Amerykanów. Ci, w świetle tego, co zostało pokazane powyżej, nie mogą tak w czambuł zaatakować Izraela za ten w sumie terrorystyczny napad, a więc użyli do tego swego podręcznego. I nasi zadęli w pryncypialną trąbę. Ale hola-hola. A kto przeprowadził sondującą rozmowę z ambasadorem Izraela, co on na to? Jednorządowe media? TVN? No nie – prywatny kanał socjalmediowy. Dopiero stąd dowiedzieliśmy się co myśli w tej sprawie Izrael, bo inaczej bylibyśmy oddani narracji polskiego MSZ, z której wynikało, że w Izraelu zginął jakiś Polak, i gdyby nie wieści z innych źródeł to z brzmienia komunikatu naszej dyplomacji w dzień zajścia wynikało, że równie dobrze mógłby to być wypadek samochodowy. I nagła eskalacja oficjeli nie wynikała z medialnego blamażu ambasadora zaprzyjaźnionego kraju, ale z pozwoleństwa USA. Waszyngton zadecydował, że Polska może upomnieć Izrael, nawet eskalując swą pryncypialność do wreszcie wyrażonego żądania zawieszenia walk i zmontowania wokół tej idei międzynarodowej koalicji. Chodzi o to by tak by wyszło, że źle Żydzi zrobili, ale nie ustami Bidena. Czyli żeby izraelski wilk był syty i wyborcza owca cała.
Sprawa postawy ambasadora Izraela jest tu sprawą wtórną, ale grzaną przez media jako zasadniczą. Tu nie chodzi o to, że to jakiś wyjątkowy antypolski osobnik. Nie – pierwszy raz, dzięki nota bene prywatnym mediom, mogliśmy zobaczyć co naprawdę Izrael myśli mówi o tym konflikcie i… Polakach, o mediach już nie wspominając. Wszelkie próby tłumaczenia, że to taki gościu i tak ma, nie mają żadnego sensu i tylko zamulają sprawę. Polacy są u Izraela na ostatnim miejscu szacunku. Pomijając lizusowską postawę polskiego rządu wobec tego kraju to jesteśmy traktowani jako niebezpieczny konkurent do „jedyności” ofiary drugiej wojny światowej. A na tym stoi przecież wyjątkowość izraelskiej racji stanu, a więc mówimy o sprawach poważnych.
I Izraela kwestią nie jest to, że przysłał tu „pomyłkowo” polakożercę, ale że on jest reprezentantem raczej średniej, a nie ekstremalnej postawy Żydów wobec Polaków. Dzięki temu wystąpieniu mieliśmy nie do czynienia z jakimś ekscesem pojedynczego oszalałego dyplomaty, ale z wyjątkową z powodów polskiej cenzury, emanacją postawy Izraela na rynku światowego przekazu swoich racji. Oni tak gadają do wszystkich, tylko pierwszy raz się spotkali z polskim dziennikarzem, który nie wiedział, że obowiązuje go w tej sprawie postawa klęcząca.
Porozumienie ponad podziałami, czyli klientystyczna racja stanu
A to, że nasi rządzący mają tu – narracyjne dodajmy, bo nikt ambasadora nie wydala – porozumienie ponad podziałami, to jeszcze jeden dowód na to, że nie prowadzimy żadnej, ale to żadnej własnej polityki. Nawet w sprawie reakcji narracyjnej musimy się pytać Waszyngtonu. Wtedy – przy zgodzie, a raczej poleceniu – dla ich własnych celów napinamy swoje muskuły reglamentowanego w rzeczywistości oburzenia. Ale czemu tu się dziwić? A kiedyś było inaczej? Zawsze mieliśmy zwasalizowaną rację stanu, bez względu na ekipę rządzącą. Taką nas przebiliście Polską.
Pookrągłostołową. I na nią głosuje ponad 70% Polaków. To czemu się dziwić zewnętrznym patronom tego układu, skoro mają takich klientów?
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Życie na linie 12. „Mieszanina nihilizmu i cynizmu”.

Życie na linie 12. „Mieszanina nihilizmu i cynizmu”.

Pędząca Glizda

Jak oceniali Chyżego koledzy? „Mieszanina nihilizmu i cynizmu” – mówili o nim najczęściej. Inni chłopcy z „Okienka” też bywali cyniczni lecz raczej w gębie. Był w nich rys romantyczny – tęsknota do wielkiej miłości, do wielkich przygód, wyczynów sportowych i podróży. Jedni się wspinali, inni żeglowali, jeszcze inni latali na paralotni. Natomiast Chyży był typowym produktem marginesu społecznego. Chłopiec z miejskiego podwórka, z niezamożnej rodziny, którego jedyną rozrywką było „haratanie w gałę” piłką szmacianką. Jak mówili koledzy – Chyży ma w sobie coś z Rosjan z ich charakterystyczną labilnością. Potrafi zjednać sobie ludzi, bratać się z nimi i nagle i niespodziewanie potraktować ich, nie wiadomo dlaczego, z niezwykłą brutalnością. Opowiadali jak walił kiedyś piłką w roślinkę w doniczce, którą dostał od kogoś w prezencie, tak długo, aż z roślinki zostały same strzępy. Dopiero wtedy się uspokoił. Przy czym robił to na zimno, bez emocji która mogłaby wytłumaczyć to idiotyczne zachowanie.

Gdy wszedł w świat polityki zaczął snobować się na znawstwo win, cygar i muzyki klasycznej. To znawstwo było jednak nie najwyższej próby. Kiedyś zachwycał się odtwarzaną z płyty – jego zdaniem – sonatą Beethovena, podczas gdy był to „Koncert włoski” Bacha. Pomylić Bacha z Beethovenem i sonatę z koncertem to dla melomana prawdziwa sztuka. Wyjaśnienie było proste – pomyliły się koperty, w których były przechowywane płyty. Co ciekawe nikt nie odważył się zwrócić Chyżemu uwagi na popełniony błąd. Koledzy i pracownicy bali się jego słynnych napadów wściekłości. Wiedzieli, że jest zakompleksiony i wyjątkowo mściwy. Wiadomo – mówili- Chyży Rój musi być mściwy. Tak jak każdy rój gryzących owadów.

Tylko raz, jeden z kolegów zareagował po męsku na świństwo, które zrobił mu Chyży organizując skierowany przeciwko niemu strajk w elektrociepłowni. Chyży malował jakieś drzwi do kibla czyli wykonywał pracę tak zwanego „dołowego” albo w grypserze „okiennej” „kapelucha” a chciał być opłacany jak robotnik wysokościowy pracujący w ciężkich warunkach, bo w działającej elektrociepłowni. Brygadzista sprał go po mordzie i w ten sposób zakończył się strajk. Tę nauczkę Chyży dobrze zapamiętał. Unikał brygadzisty jak tylko mógł i starał się szkodzić mu po cichu. Chyży nie pił wódki co w oczach chłopców z „Okienka” było wadą. Wiadomo, że lud uważa niepijącego za kapusia, kapustę, kabel czy – jak to teraz mówią- „sześćdziesionę”. Chłopcy naśmiewali się po cichu z zachwytów Chyżego nad toskańskim winem Brunello di Montalcino. Twierdzili, że gdyby mu podetknąć sikacza z kartonu, w butelce od Brunello, zachwycałby się tym sikaczem tak jak zachwycał się Bachem wziętym za Beethovena. Byli niesprawiedliwi. Bach Bachem ale do win Chyży miał naprawdę nosa. Nie zmienia to faktu, że pozując na dżentelmena z cygarem w ręku, którym się oczywiście, jak trzeba, nie zaciągał, z kieliszkiem włoskiego wina i przy dźwiękach – jak to złośliwi chłopcy nazywali – jakiejś muzyki pogrzebowej wyglądał tak jak wyglądał, jak mały Jaś, który roi sobie, że jest arystokratą. No może nie koniecznie arystokratą z urodzenia, lecz arystokratą ducha. Chyży nie miał żadnych hamulców jeżeli chodzi o sposoby pozyskiwania środków na cygara i drogie wina. Zresztą w „ Okienku” za czasów komuny nikt nie miał kłopotów z kasą. Dopiero gdy komuna niefortunnie się skończyła w wyniku – jak chłopcy naiwnie sądzili – ich intensywnego knucia, a tak naprawdę w wyniku szatańskiego planu wydymania społeczeństwa, wielu z chłopców straciło grunt pod nogami. Lecz Chyży Rój dopiero wtedy rozwinął żagle.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

=====================================

Mirosław Dakowski:

Marek, nazywany w młodości „Siwym „, bo był wtedy jasnym blondynem, opowiadał nam po latach przy żeglarskim ognisku, jak przekonał swego podwładnego, przy pomocy prania po mordzie, by przestał pajacować ze strajkiem.

Gdy aferałowie zostali powołani do „władzy”, usłyszał: „Ty, Marek, nie nadajesz się na ministra; jesteś za uczciwy”. Pozostał przy konserwacji wiatraków. Niemieckich.

Obecny przy ognisku Maciek P. uśmiechał się jakby zażenowany i tłumaczył: „bo wiecie, wy nie możecie zrozumieć wielkiej polityki; w tym trzeba być”.

O Unii Europejskiej można mówić tylko dobrze. Inne YouTube wycina. Targi książki w Łodzi.

O Unii Europejskiej można mówić tylko dobrze. YouTube nie chce, żebyście to obejrzeli [VIDEO]

6.04.2024 o-unii-europejskiej-mozna-mowic-tylko-dobrze

YouTube usunął kolejne nagranie z Tomaszem Sommerem
YouTube usunął kolejne nagranie z Tomaszem Sommerem

„Ten film został usunięty z powodu naruszenia Warunków korzystania z usługi YouTube” – taki napis zobaczą osoby, które spróbują obejrzeć rozmowę Tomasza Sommera z Tomaszem Cukiernikiem na YouTubie. Na szczęście są jeszcze inne platformy, na których można działać. Cukiernik i Sommer pojawią się natomiast na Targach Książki Patriotycznej w Łodzi.

„Nagrałem wczoraj z Tomaszem Cukiernikiem rozmowę o jego nowej książce. Wrzuciłem ją na Rumble a on na swojego YouTuba. Po kilku godzinach z YouTuba rozmowa zniknęła. Oni chyba cierpią na jakąś paranoję” – informuje redaktor naczelny Najwyższego Czasu! Tomasz Sommer.

Nagranie na swoim kanale Cukiernik promował wpisem: „20 lat w Eurokołchozie”. Gdy kliknie się w udostępniany przez niego link, zobaczymy napis „Ten film został usunięty z powodu naruszenia Warunków korzystania z usługi YouTube”.

Na szczęście istnieją wciąż platformy, które nie stosują tak zawziętej cenzury, choć nie pozwalają one tak dobrze zarabiać jak te największe.

Rozmowa Tomasza Sommera z Tomaszem Cukiernikiem wciąż jest dostępna w serwisie Rumble. Co takiego nie przeszło przez cenzurę YouTube’a?

Przekonajcie się sami:

Cukiernik: Poza Unią jest życie!

Targi książki patriotycznej w Łodzi z udziałem Autorów NCz!

Targi odbędą się w sobotę 6 kwietnia 2024 w godzinach 10-20, przy ul. Piramowicza 11/13 (wejście przez pierogarnię).

Będą autorzy NCz!: Tomasz Sommer, Stanisław Michalkiewicz, Leszek Szymowski, Janusz Korwin – Mikke, Tomasz Cukiernik, prof. Adam Wielomski.

O godz. 12 promocja najnowszej książki Tomasza Cukiernika „Dzwadzieścia lat w Unii. Bilans członkowstwa”.

Oprócz nich: Stanisław Srokowski, Marcin Rola, Piotr Szlachtowicz, dr Magdalena Ziętek Wielomska, prof. Jerzy Robert Nowak i inni.

Zapraszamy!

Bandyci z zapałkami. Potworne: „koalicja zdolności opancerzonych”

Bandyci z zapałkami

Redakcja Konserwatyzm.pl konserwatyzm.pl/rekas-bandyci-z-zapalkami

Podjęliśmy decyzję o ustanowieniu misji natowskiej na Ukrainie” – zapowiedział Radek Applebaumowy.  Termin „misja” ma w sobie pewne urocze niedomówienie. Minister nie określił przecież (i nikt go o to nie zapytał) czy „misja NATO” oznaczać ma jakieś dodatkowe przedstawicielstwo dyplomatyczne/polityczne, czy raczej kolejne zadania szkoleniowe – czy po prostu interwencję zbrojną. „Misja” oznaczać może wszystko i nic, w zależności od przebiegu wypadków i dalszych decyzji podejmowanych przez kierownictwo Paktu. NATO wysyła zatem kolejny sygnał, że „coś robi”, „jest zaangażowane”, ale nie tak, by dało się z tego decydentów rozliczać, tak na forum międzynarodowym, jak i krajowym.

Pełzająca interwencja

Oczywiście, można zakładać, że mamy do czynienia z pełzającą interwencją, z postępującym oswajaniem zachodniej opinii publicznej z obecnością wojsk NATO na Ukrainie (gdzie faktycznie znajdowały się na długo przed lutym 2022 roku). Nie można jednak tego zweryfikować metodami kontroli demokratycznej i parlamentarnej, podobnie jak i np. nie sposób dowiedzieć się od władz III RP co miałaby oznaczać „unia polsko-ukraińska” czy „coraz bardziej zaawansowane prace” nad jakimś nowym „porozumieniem Polska-Ukraina”. Zalewa nas morze słów, jakby rządzący starali się w ten sposób ukryć jedyny wyraz mający dziś naprawdę znaczenie: WOJNA.

Napoleon Najmniejszy

Ostatnio w pierwszym szeregu potencjalnych interwentów znalazł się Emmanuel Macron. Cóż, przy COVIDzie też starał się być prymusem globalistów, a zarządzanie stanem wyjątkowym/wojennym wyraźnie temu szczeremu liberalnemu demokracie odpowiada najbardziej. Paryż wyraźnie wybiera się więc na kolejną wojnę krymską, podobnie jak 171 lat temu prowadzony pod rączkę przez Anglosasów. Niestety, ale sprzyja temu postępujący kryzys energetyczny Europy. Francuzi ze swoimi elektrowniami jądrowymi z nieskrywaną satysfakcją mogli obserwować problemy reszty UE, zmuszanej do przestawiania całych sektorów gospodarki na nowe kierunki dostaw i źródła energii. Jednak tak, jak Anglosasi zadali cios niemieckiej Energiewende dokonując zamachu terrorystycznego na NordStream, tak Francja padła ofiarą własnego uzależnienia od Waszyngtonu i zadufania swojej polityki neokolonialnej. Afrykańskie przebudzenie, które znacznie przyspieszyło w ostatnich kilkunastu miesiącach, jak i rosną obecność w Afryce rosyjskich inwestycji energetycznych oraz chińskiego kapitału postawiła pod znakiem zapytania tradycyjne łańcuchy zaopatrzenia francuskiej metropolii. Nie mogąc zdyscyplinować niesfornych dawnych kolonii i nie potrafiąc samemu wyzwolić się spod amerykańskiej kolonii – francuskie kierownictwo polityczne wydaje się przyjmować podsuwane przez Anglosasów pseudorozwiązanie zewnętrzne. Nie mogąc zdobyć Niamey – Francuzi wrócą pod Bałakławę. A przynajmniej pomogą posłać tam Polaków.

Polacy zaś… Cóż, nie będziemy pewnie od tego, by im nie towarzyszyć. W końcu w 1812 r. do Moskwy w forpoczcie Wielkiej Armii też jako pierwsi wjechali polscy huzarzy. I jako ostatni z niej uciekli. Czy jednak teraz byłoby podobnie?

Nie stój, nie czekaj, co robić?! Uciekaj!

Według ostatnich badań opinii publicznej jedynie ok. 19 proc. Polaków byłoby gotowych samemu wstąpić do wojska by walczyć z obcą (czyt. rosyjską) agresją. Niewielu mniej, bo 16 proc. uciekłoby zagranicę, przede wszystkim do krewnych na emigracji zarobkowej w Niemczech i UK.  I tu odpowiedzmy sobie może na pytanie: czy jeśli III RP przystąpi do wojny z Rosją i w wyniku pierwszych klęsk Polacy rzucą się do ucieczki z domów (o czym już rozmawia się na FB) – Niemcy wsiądą w swoje mercedesy i zaczną nas masowo przywozić do siebie, przez Odrę, tak jak my zrobiliśmy z Ukraińcami w lutym 2022 r.? Czy też tymczasowe kontrole graniczne okażą się stałe, układ z Schengen zawieszony, a zamiast „Herzlich Willkommen” usłyszymy znajome „Passkontrolle. Ihren Ausweis bitte!?

Wystarczy jeden żołnierz!

Zdecydowana większość Polaków deklaruje jednak bierność. W tej sytuacji wciąż działają dotychczasowe lewary propagandowe, w tym zwłaszcza „Ukraina walczy za nas”, dzięki czemu wciąż ponad 67 proc. społeczeństwa popiera przekazywanie do Kijowa sprzętu wojskowego, choć tylko 54 proc. popiera wysyłanie ciężkiego sprzętu, zwłaszcza pancernego. Do 41 proc. spadło też poparcie dla pomocy finansowej i do 46 proc. dla przyjmowania tak zwanych uchodźców w Ukrainy. Jedynie 10 proc. Polaków dopuszcza możliwość wprowadzenia na Ukrainę Sił Zbrojnych RP. Gdyby więc władze w Warszawie chciałyby legalnie zatwierdzić włączenie się Polski do wojny, na przykład poprzez referendum – mimo dotychczasowych wysiłków bez wątpienia poniosłyby klęskę. Można więc być zupełnie pewnym, że jeśli taka decyzja zapadnie – nikt Polaków o zdanie pytać nie będzie, a polscy żołnierza na Ukrainie po prostu się znajdą, zapewne od razu w ogniu walki, byle tylko stworzyć fakty dokonane. By zostać przy przykładzie francuskim – przyszły marszałek Ferdynand Foch został zapytany na francusko-brytyjskiej naradzie sztabowej tuż przed wybuchem Wielkiej Wojny jaki minimalny brytyjski korpus ekspedycyjny powinien znaleźć się we Francji w przypadku wybuchu konfliktu z Niemcami. „Wystarczy jeden angielski żołnierz” – odpowiedział Foch. – „A my już postaramy się, żeby zginął…”.  Pamiętajmy o tej zasadzie zanim zostanie zalegalizowana obecność choćby jednego polskiego żołnierza na Ukrainie!

Koalicja zdolności opancerzonych”…

Tymczasem może się ich tam znaleźć o wiele więcej. Minister obrony Kosiniak-Kamysz zapowiedział przecież wydzielenie 2,5 tysięcy żołnierzy jako polski wkład do formacji/mechanizmu nazwanych w potwornej polszczyźnie „koalicją zdolności opancerzonych. Komentatorzy już zgryźliwie zauważyli, że taki potworek językowy będzie wyjątkowo głupio wyglądał na pomnikach pierwszych ofiar III wojny światowej…

Jeśli chodzić będzie o efekt czysto polityczno-propagandowy można też spodziewać się użycia okrzyczanego LITPOLUKRBRIG-u, czyli tzw. Litewsko-Polsko-Ukraińska Brygada im. Wielkiego Hetmana Konstantego Ostrogskiego, co jest wspólną czapą dla zróżnicowanych jednostek, głównie artyleryjskich, zmechanizowanych i szturmowych, formalnie o stanie ok 4,5 tys. ludzi. Trzeba jednak pamiętać, że Brygada ta funkcjonowała dotąd niemal wyłącznie w warunkach sztabowych, a więc przedstawia wartość bojową nie większą od chorągiewek na mapach.

Wreszcie jakąś podpowiedzią powinien być dla nas skład uczestników ćwiczeń NATO DRAGON-24, w których wzięło udział ok 15 tys. żołnierzy polskich, ćwiczących coś, co zdaniem kierownictwa Paktu miało stanowić „dynamiczną obronę przed atakiem na wschodnią flankę NATO”, a z zewnątrz do złudzenia przypominało przygotowanie do inwazji z terytorium Polski na Białoruś i obwód kaliningradzki. Być może są to też wskazówki sugerujące, że Warszawie powierzono w przypadku wojny aż dwa zadania – zarówno polityczno-militarną demonstrację na Ukrainie, siłami zbyt słabymi, być zmienić stosunek sił na korzyść Kijowa, ale wystarczającymi, by zaakcentować polskie tendencje samobójcze, jak i realną dywersję wojskową, przede wszystkim wobec Białorusi, celem wciągnięcia Mińska do wojny i związania jego sił, np. przed otwarciem kolejnego frontu w Pribałtyce.

Oczywiście też sam fakt, że takie analizy są snute, a po polskich drogach przesuwają się coraz większe masy wojska – ma w sobie wszystko z zabawy zapałkami przy beczce prochu. Zabawy prowadzonej przez zdrajców na polecenie bandytów i z milionami Polaków w roli potencjalnych ofiar.

Konrad Rękas

Zaniedbane pokolenie. Czy stracone?

Zaniedbane pokolenie

Posted by Marucha w dniu 2024-04-05 marucha

Mamy dość zwarte i niewielkie towarzystwo myślące i prawicowe, za to dookoła TVN i „Wyborcza”. Przyjaciel od kajaków, mgr inż. budownictwa: kiedyś czytał Wyborczą i oglądał TVN, ale na spływach wybiliśmy mu z głowy.

Dwóch jego synów dorosłych, po ATK (co można studiować „z cywila” na ATK?) lewacy; jeden zajadły, drugi umiarkowany. Wnuczka po studiach lewaczka. Żony synów również sycone prawdą z TVN. Wyraźne zaniedbania wychowawcze, gdyby w swoim czasie im wbijano prawidła historyczne do głowy, może by dzisiaj byli inni.

Drugi przyjaciel od kajaków, mgr inż. geodeta, prawica umiarkowana. Córkę starszą o dobrych poglądach Pan mu zabrał, ale jej dwójka dzieci „lewakuje”. Druga córka lewaczka, jej dzieci chodziły na demonstracje z błyskawicami. Próby dyskusji: „Ja nic nie chcę słuchać! Nie chcę słuchać!”. Za późno formować umysł, który się „nachlipał” prawdy ze współczesnej „Naje Fraje”.

Chyba mają wycięte ośrodki samodzielnego myślenia. Nie zdają sobie sprawy, że nieuniknionym następstwem aborcji i braku przyrostu naturalnego za kilkadziesiąt lat będzie eutanazja i niczym niehamowana imigracja innej cywilizacji do Europy. Dlaczego eutanazja? Bo kto się będzie opiekował starymi bezdzietnymi babami, porzuconymi przez „partnerów” i za czyje pieniądze? Niech składają się chociaż na trumny albo urny i miejsca w kolumbarium.

Dlaczego imigracja? Bo będzie puste miejsce „w tym kraju”, a natura pustki nie znosi. Dla przykładu: w 1950 roku Polska i Turcja miały porównywalną ilość ludności: PL 25 mln, TR 21 mln. W 2020: PL 38 mln (1,5 x), TR 82 mln (prawie 4 x). Podobnie jest albo jeszcze lepiej w innych krajach islamu i nie tylko islamu: Egipt 1950 21 mln -> 2020 101 mln; Meksyk 1950 28 mln -> 2020 135 mln (dane: ISBN 978-83-941876-7-5). Kto potrafi, niech myśli: będzie miał kto przyjść na gotowe po wymarłych Polakach (i różnych Europejczykach), którzy nie chcą mieć potomstwa. Broń atomową zapewni islamowi Francja, która ją posiada jako jedyna w tej części Europy, i w której islam demokratycznie przejmie władzę „brzuchami kobiet” za jedno, może półtora pokolenia.

Inny przyjaciel, torakochirurg, nie zaniedbywał wychowania dzieci, a i tak syn (architekt) ma w głowie siano. Propaganda nie potrzebuje cudów, pod jej wpływem siano samo w głowie się robi z mózgu.

Znajomi z działek mówią, że trzynastka i czternastka im się należy. Nie chcą słuchać, że za Rostowskiego nie było „piniendzy”. Głosują na lewactwo.

Mój syn też był sycony przez kolegę mądrościami z „Wybiórczej”: dostawał od niego przeczytane egzemplarze za darmo, zaczynał narzekać na Kościół i księży. Zdążyłem go przekonać po powrocie z emigracji, że próbują go wciągnąć na zwolennika innej cywilizacji. Jakoś mi się udało go zawrócić, chociaż trudno mu iść prosto.

Tak czy owak, wygląda na to, że nie potrafiliśmy wychować następnego pokolenia, a wielu z naszego utraciło zdolność samodzielnego myślenia (np. gałązka brzozy spowodowała katastrofę 100-tonowego samolotu — powiada 80-letni, skądinąd sprawny umysłowo magister inżynier po tęgich studiach!). Ogląda TVN cały dzień, w przerwach „Wybiórcza” itp.

Mam nadzieję, że jeśli nie napuszczą nam „muslimów”, z reszty się otrząśniemy. Swoją drogą nasi „prawicowi” przywódcy z „dobrej zmiany” podpisywali (lub nie anulowali) dziwne konwencje: Fit for 55, z Marrakeszu o migracji, z Istambułu przemocowa… Wybierali do polityki osobników wyszukanych z jakiegoś klucza: Marcinkiewicz, Sikorski, Gowin, Giertych, Kurski, Morawiecki, Niedzielski… Podpisywali pożyczki, których im nie dano, ale zwrócić trzeba, zamykali kopalnie i łapali zamiast tego wiatr w wiatraki. Kucali przed byle kim, zapalali świece chanukowe. Głosili jedno, robili drugie, gotowali Polaków metodą „na żabę”. Nie potrafili oczyścić sądów, mass mediów, opublikować „aneksu” (!), wychować młodzieży szkolnej – rezultat widzimy. Mieli senat, sejm, prezydenta, a teraz „ostał im się ino sznur” i TV Republika, której szef w swoim czasie został, jak mówią, odznaczony przez bezpiekę Ukrainy… Ciekawe za co?

Podobno zarówno były, jak i aktualny premier mają swoje kartoteki TW w niemieckich służbach specjalnych. Jeśli to nieprawda, czemu tego nie powiedzą głośno?

Czy można być równocześnie filosemitą, masonem i Polakiem wyznającym zasady cywilizacji wprowadzanej u nas od Chrztu Polski? Śp. prof. Bogusław Wolniewicz, ateista, filozof i logik: „możemy należeć tylko do jednej wspólnoty duchowej danego poziomu”. Śp. Lech, minister sprawiedliwości, na wniosek rabina wstrzymał ekshumację w Jedwabnem, złamał prawo i dał podstawy wrogom do plucia na Polaków. W interesie naszej, polskiej wspólnoty? Orban nie wkłada jarmułki i po raz kolejny w cuglach wygrał wybory, za to nasz Naczelnik państwa umknął przed „bratankiem” gdy tamten przyjechał do Polski.

Mam nadzieję, że jednak Pan Bóg nas ochroni po tęgim oćwiczeniu batem.

Autorstwo: Barnaba d’Aix
https://wolnemedia.net

Każdy Pierwszy Czwartek miesiąca: New York, Manhattan – Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę.

4.04.24 New York, Manhattan – Różaniec święty i Msza Święta za Ojczyznę

05/04/2024przez antyk2013

Od maja 2015 roku odprawiana jest w każdy Pierwszy Czwartek miesiąca Msza Święta w rycie tradycyjnym („trydenckim”) za naszą Ojczyznę Polskę.
Miejsce: Nowy Jork – Manhattan. Kościół pod wezwaniem Matki Boskiej z Góry Karmel.
Czas: 19.00
Pół godziny przed Mszą Świętą modlimy się jedną część Różańca Świętego za Ojczyznę.
Przychodzą na tą Mszę Świętą również obcokrajowcy różnych nacji, podtrzymują nas na duchu modlitwą szczerze podziwiając Polskę.
Po Mszy Świętej mamy zawsze spotkanie w salce przy kościele, mały poczęstunek, zawsze wszystkich zapraszamy i zawsze prosimy o wsparcie modlitewne dla Polski atakowanej ze wszystkich stron.
Mam ufność, że – z pomocą Bożą – będzie dobrze.

Share

Kategorie Msze św. za Ojczyznę, New York, Pokuta, Różaniec Święty w każdej parafii (kard. Hlond), Zagranica

„Miało nie żyć” –  8 kwietnia o godz. 20 w Centrum Prasowym Foksal w Warszawie

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Miało nie żyć” – film dokumentalny o aborcji w Polsce – jest już gotowy. Serdecznie zapraszam Pana na premierę – w ten poniedziałek 8 kwietnia o godzinie 20:00 w Centrum Prasowym Foksal w Warszawie. Wydarzenie poprowadzi red. Paweł Zdziarski.

W poprzednim mailu wysyłałam Panu zwiastun. Jeśli go Pan jeszcze nie widział, podaję link ponownie:

Właśnie ten tydzień, gdy w Sejmie mają się decydować losy nienarodzonych – rozpoczniemy pokazem filmu, w którym świadkowie aborcji ujawniają, jak naprawdę morduje się w Polsce dzieci.

Ich relacje są wstrząsające.

Sama nie mogę powstrzymać łez, gdy oglądam ten reportaż. A praca nad jego wyprodukowaniem była dla mnie i dla całego zespołu Fundacji bardzo obciążająca psychicznie.

To film, który całkowicie zmienia perspektywę. I ma ją zmienić, aby pomóc nienarodzonym dzieciom uniknąć aborcji.

Szanowny Panie,

Raz jeszcze serdecznie zapraszam na premierę „Miało nie żyć”. Centrum Prasowe Foksal, u. Foksal 3/5 w Warszawie, w poniedziałek 8 kwietnia o godzinie 20:00.

Zielone staje się brunatne

Zielone staje się brunatne

Izabela Brodacka

Przypominam dziecięcą zgadywankę: „Co to jest? Czarna jagoda. A dlaczego czerwona? Bo jeszcze zielona”. Trująca zielona jagoda jaką jest terroryzujący społeczeństwa „ zielony ład” dojrzewając bynajmniej nie staje się czerwona lecz jak dobrze widać staje się czarna, brunatna.

Do siedziby wydawnictwa 3DOM, którego właścicielem jest Tomasz Stala weszła ABW, policja i prokuratura. Łącznie było to przeszło 20 osób. Przeszukane zostało również prywatne mieszkanie wydawcy i jego działka letniskowa. Pretekstem do najścia były książki Dariusza Ratajczaka. Zarekwirowano również książki Radosława Patlewicza i Stanisława Trzeciaka. Były wśród nich „ Pogrom w Krakowie”, „Mord rytualny w Rzeszowie” oraz „ Protokoły mędrców Syjonu ze wstępem krytycznym” .

Łatwo zauważyć według jakiego klucza były wybierane te książki. Wątpię czy chciałbym obecnie kupować i czytać książki, które zostały zarekwirowane przez ABW. Sprzed lat pamiętam spór z pewnym znajomym, który opierając się na tezach Ratajczaka wmawiał mi, że w Oświęcimiu nie było prawdziwych komór gazowych, bo budynki tych komór były nieszczelne i gaz uciekałby nie spełniając swojej morderczej roli. Kiedy argumentowałam, że mój ojciec, który był więźniem karnej kompanii w Oświęcimiu potwierdzał gazowanie ludzi, odparł: „ wybacz większym autorytetem jest dla mnie Ratajczak niż twój świętej pamięci ojciec” co mocno mnie rozjuszyło i wyraziłam się brzydko na temat – również już wówczas świętej pamięci – pana Ratajczaka. Mogę przytaczając z pamięci jego tezy coś przekłamać bo nie chciało mi się wówczas nawet zajrzeć do jego książek i z nim polemizować.

Nie przyszłoby mi jednak do głowy, żeby postulować ich zakazanie czy zniszczenie. Jak pisze w „Warszawskiej Gazecie” pan Srokowski istnieją instytucje, których zadaniem jest polemizowanie z niesłusznymi poglądami. Istnieją krytycy, historycy, naukowe gremia i również prywatne światłe osoby. Kto ma decydować o wartości książek? Straż Pożarna, Pomoc Drogowa, czy Koło Gospodyń Wiejskich? A może urząd cenzora z ulicy Mysiej w Warszawie, który część z nas dobrze pamięta, a ci którzy z racji wieku nie mogą pamiętać, powinni się o nim uczyć. To co uczyniła koalicja „ !3 grudnia” jest moim zdaniem o wiele gorsze niż gdyby reaktywowała urząd cenzorski.

Pozwolono aby o poziomie i przeznaczeniu książek decydowali prości niewykształceni funkcjonariusze, nie posiadający żadnych poglądów na ich temat. A gdyby nawet mieli poglądy, to powinni zachować je dla siebie, albo zaprezentować u cioci na imieninach, albo pisać listy do redakcji, założyć stowarzyszenie walczące z tezami Ratajczaka czy wygłaszać przeciwko tym tezom filipiki z ławki w najbliższym parku. Cała władza w ręce mas – to czasy stalinowskie gdy młodociani hunwejbini jeździli po wsiach rozkułaczać chłopów zabierając im według swego widzi mi się sprzęty rolnicze i ziarno siewne. Nawet jeżeli mieli jakieś wytyczne od partyjnych władz nic nie może usprawiedliwić ich zbrodniczej, a wcale nie młodzieńczej aktywności, choć prześladowanie niewinnych ludzi umożliwił im system. Podobnie teraz to system umożliwia prześladowanie książek i poglądów podobnie jak system umożliwia czy inspiruje bicie na ulicach niewinnych spokojnych ludzi i wycieranie sobie butów polską flagą. Od tego jest już tylko jeden krok do palenia książek na placach. Pamiętamy jaki system to inspirował i przeprowadzał.

Wybieranie książek przeznaczonych do zniszczenia czy tylko aresztowania przez prostych funkcjonariuszy prawa (a raczej bezprawia) przypomina mi zabawne wydarzenia sprzed trzydziestu bodajże lat. Otóż w Instytucie naukowym imienia Nenckiego, zajmującym się badaniami w dziedzinie fizjologii mózgu, niezwykle istotnymi dla leczenia ludzi, specjalna komisja etyki naukowej, na mocy ustawy o zwierzętach, którą wówczas spłodzono, miała zajmować się przyznawaniem naukowcom określonej liczby szczurów do badań laboratoryjnych. Ponieważ żaden z naukowców nie chciał wejść do tej idiotycznej komisji zmuszono do tego bodajże portiera i dwie sprzątaczki i oni odtąd decydowali o przydziale zwierząt laboratoryjnych. Nic nie ujmując portierowi i sprzątaczkom – niech każdy robi to co potrafi i się tego trzyma – jak jednak pamiętamy to Pol Pot zmuszał prostych rolników do przeprowadzania operacji chirurgicznych, a chirurgów do kopania rowów. Operowani przez rolników umierali w męczarniach, a chirurdzy, gdy zbyt wolno kopali rowy, byli zabijani motyką. Jest to najczarniejszy okres w dziejach Kambodży.

Wracając do koalicji „ 13 grudnia”. Usłyszałam na własne uszy jak ktoś zachwalając niejakiego Majchrowskiego jako męża opatrznościowego Krakowa powiedział, że ma on niebieskie oczy oraz – nie pamiętam – habsburską, nordycką czy teutońską szczękę i dlatego jest najlepszym kandydatem na wieczne sprawowanie urzędu prezydenta miasta. Osłupiałam. Czy to znaczy, że czekają nas znowu ustawy norymberskie?. Oczy czarne i piwne są już znowu w niełasce? A o czym ma właściwie świadczyć habsburska szczęka? O przynależności do rasy nordyckiej?

Dobrze widać, że wraca stare. Zapanowała cywilizacja śmierci likwidująca osoby chore pod pretekstem ich własnego dobra. Przecież to nie tylko postulował, lecz zrealizował Hitler każąc zabijać chorych psychicznie i upośledzone dzieci. Od aresztowania czy internowania książek prezentujących niewłaściwe zdaniem rządzących poglądy już blisko do palenia książek na stosach co robili hitlerowscy siepacze. Od bicia na ulicach niewinnych ludzi i likwidowania siłą różnych instytucji publicznych może być blisko do „nocy długich noży”. Podobnie groźne jest tworzenie przez rządzących własnego prawa czyli bezprawia.

Naiwni uważali, że trująca zielona jagoda jaką jest „zielony ład” dojrzewając poczerwienieje. To znaczy, że zielony ład grawituje w kierunku komunizmu. Jest o wiele gorzej. Trująca zielona jagoda na naszych oczach staje się brunatna. U bram Europy stoi prawdziwy faszyzm, a nie straszak faszyzmu, którym nas faszerowano przez wiele lat w ramach pedagogiki wstydu.

===========================================

mail:

O Ratajczaku. Pisze Pani: „ Mogę przytaczając z pamięci jego tezy coś przekłamać bo nie chciało mi się wówczas nawet zajrzeć do jego książek”.

Gdzie tu sens, gdzie logika? – jak mówił chłopczyk wyrzucony z klasy za zanieczyszczenie powietrza. Ja nasmrodziłem, a oni w tym siedzą”.

Jeśli Panie nie czytała, co widać, to powtarza Pani kłamstwa z Gazety Wybiórczej i okolic. Dariusz Ratajczak tylko cytował, zresztą krytycznie i krótko, jakieś poglądy cudze. A zajęło to może 2% jednej z jego książki.

Warto jednak choć zajrzeć do książek, o których wydaję się sądy.

A mord rytualny wykonany wtedy na NIm przeraził i „uspokoił” wielu badaczy.

Dlaczego czystość jest królową cnót?

Dlaczego czystość jest królową cnót?

why-purity-is-the-queen-of-virtues

W prawdziwie katolickim domu nieodzowne jest kultywowanie cnoty czystości. Bez tego rodzina wpada w spiralę upadku, która może doprowadzić do jej ostatecznego upadku moralnego i materialnego.

Wręcz przeciwnie, w domach, w których kultywuje się anielską cnotę czystości , wszystkie inne cnoty znajdują żyzną glebę do rozkwitu. Wzmacniają się więzi rodzinne, atmosfera staje się harmonijna, a kontakty towarzyskie przyjemne.

Z tego powodu wielu świętych twierdziło, że czystość jest „królową cnót”. Święty Franciszek Salezy mawiał, że „czystość jest lilią cnót”, dzięki której ludzie wyglądają jak anioły.

Niestety wiele mediów, zwłaszcza telewizji i Internetu, wrzuca do domów tony nieczystych śmieci. Szerzą jawną niemoralność i pornografię, aby niszczyć niewinność dzieci, rozbijać rodziny i małżeństwa, podważać dobre obyczaje, a nawet dopuszczać się perwersji seksualnych.

Oto kilka myśli wielkich świętych, które mogą pomóc ojcom i matkom wychowywać dzieci, pokazując im piękno dziewictwa i rozmawiając o okropnościach grzechów przeciwko czystości.

Czystość, czyli czystość serca, zajmuje chwalebne i wyróżniające miejsce wśród cnót, ponieważ ona sama umożliwia człowiekowi oglądanie Boga; dlatego sama Prawda powiedziała: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądają”. – Św. Augustyn 

Pokora jest gwarancją czystości. W kwestii czystości nie ma większego niebezpieczeństwa niż brak lęku przed niebezpieczeństwem. Jeśli chodzi o mnie, gdy znajdę mężczyznę pewnego siebie i pozbawionego lęku, uznaję go za straconego. Mniej niepokoję się o tego, kto ulega pokusom i stawia opór, unikając okazji, niż o tego, kto nie jest kuszony i nie stara się unikać okazji. Kiedy ktoś stawia się w sytuacji, mówiąc: Nie upadnę, jest to prawie nieomylny znak, że upadnie, z wielką krzywdą dla swojej duszy.” – Św. Filip Neri

Musimy być czyści. Nie mówię jedynie o czystości zmysłów. Musimy zachować wielką czystość naszej woli, naszych intencji i wszystkich naszych działań.” – Św. Piotr Julian Eymard

Czysta dusza jest piękną różą, a trzy Osoby Boskie zstępują z nieba, aby wdychać jej zapach.” – Św. Jan Vianney

Święta Czystość, królowa cnót, cnota anielska, jest klejnotem tak cennym, że ci, którzy ją posiadają, stają się podobni do aniołów Bożych w niebie, chociaż przyobleczeni w śmiertelne ciało” – Św. Jan Bosko . 

Rak turbo

Puerto de la Cruz/Hiszpania 5.4.2024 Marek Wójcik

Cały blog jako bezpłatny eBook w formacie pdf.

Rak turbo: Białaczka powoduje śmierć młodych ludzi w ciągu kilku godzin lub dni. Źródło.

Wiemy już od dawna, że mafia farmaceutyczna wymyśla nowe choroby i stwarza atmosferę zagrożenia, by osiągnąć jeszcze większe zyski. Dobrym przykładem jest ADHS. Proponowanym lekarstwem na tę najczęściej wmówioną chorobę jest Ritalin – drugi po heroinie najsilniejszy narkotyk. Legalny handel narkotykami to także ważna dziedzina działalności BigPharma.

Największy producent „eliksiru szczęścia” firma Pfizer poszła jeszcze dalej w tym kierunku. Po wielkim sukcesie pseudoszczepionki mRNA, która już teraz wywołuje wyjątkowo agresywnego raka turbo, wydała lekką ręką sumę 43 miliardy dolarów amerykańskich na wykupienie Seagen – największej firmy onkologicznej na świecie. Zajmuje się ona leczeniem spowodowanym przez szprycę mRNA wielu odmian raka turbo. Informacje te pochodzą z opublikowanego 17 grudnia 2023 roku na The People Voice artykułu: Pfizer zakłada się o 43 miliardy dolarów, że „turbonowotwory” eksplodują na całym świecieźródło.

Firma Seagen przynosi aktualnie dochody na poziomie 2 miliardów dolarów. Można z tego wyciągnąć logiczny wniosek, że pan Bourla – szef Pfizera – zdaje sobie sprawę, że jego „ratujący cały świat” przed „straszliwym wirusem” środek, przyczyni się w najbliższym czasie do olbrzymiego wzrostu zachorowań na bardzo agresywne przypadki raka.

W kolejce po turbo raka…

Zbrodnia ludobójstwa w większości ludzi nieświadomych, że są ofiarami podstępnej ideologii depopulacji, nie zakończyła się na milionach nagle i nieoczekiwanie zmarłych. Bezpłodność poszczepieńców oraz szczepienie ciężarnych kobiet to także element bezwzględnej masowej zbrodni. Zwolennicy fałszywej teorii o przeludnieniu świata powinni zostać poddani w pierwszym rzędzie „dobroczynnemu” działaniu tych technik depopulacyjnych. Obiecujące zyski osiągnięte zostaną dzięki masowo i szybko umierającym ofiarom, poszczepiennych odmian raka turbo. Jak długo jeszcze będziemy zwracać się o pomoc medyczną do sprawców bardzo poważnych chorób?

Autor artykułu Marek Wójcik

Ucieczka z burdelu, albo kto nami rządzi

Ucieczka z… albo kto nami rządzi

Autor: AlterCabrio , 3 kwietnia 2024 ekspedyt

Nie czytają dokumentów, nie chcą wiedzieć, co się dzieje w Polsce, w Europie i na świecie, dopóki micha pełna, ciepła woda w kranie, grzejnik grzeje, a na ekranie ulubiona rozrywa. Potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kłuszyna, Chocimia, Wiednia, Racławic, Stoczka, Radzymina, Komarowa, Monte Cassino leżą dziś obżarci na kanapach, wyciągnęli swe członki leniwe, uśpili gnuśne umysły. Nie zachciało im się zadbać nie tylko o wychowanie własnego potomstwa, ale nawet o jego spłodzenie. Dlatego dzisiejsi sybaryci niedługo już, gdy sił im zbraknie, zdychać z głodu będą w samotności, wyjąc z boleści bezsensu swej egzystencji, patrząc z przerażeniem na swe życie jak na portret Doriana Greya.

−∗−

Ucieczka z burdelu, albo kto nami rządzi

Docierające do opinii publicznej wieści o tym, co się dzieje i co ma się dziać przyprawiają tych, co już wiedzą o dreszcz niepokoju, przeradzającego się stopniowo w przerażenie. Wiedza ta dociera do ludzi stopniowo i powoli, w takim tempie, w jakim dotyczy ich osobistej sytuacji. Wiele już pisaliśmy o obojętności większości na przyszłość ich własną i ich dzieci. Większość ludu bowiem nie obchodzi wcale los Ojczyzny, co z państwem, co z narodem, dopóki im samym jest znośnie i nie dostrzegają istotnych braków.

Nie czytają dokumentów, nie chcą wiedzieć, co się dzieje w Polsce, w Europie i na świecie, dopóki micha pełna, ciepła woda w kranie, grzejnik grzeje, a na ekranie ulubiona rozrywa. Potomkowie zwycięzców spod Grunwaldu, Kłuszyna, Chocimia, Wiednia, Racławic, Stoczka, Radzymina, Komarowa, Monte Cassino leżą dziś obżarci na kanapach, wyciągnęli swe członki leniwe, uśpili gnuśne umysły. Nie zachciało im się zadbać nie tylko o wychowanie własnego potomstwa, ale nawet o jego spłodzenie. Dlatego dzisiejsi sybaryci niedługo już, gdy sił im zbraknie, zdychać z głodu będą w samotności, wyjąc z boleści bezsensu swej egzystencji, patrząc z przerażeniem na swe życie jak na portret Doriana Greya.

Globalno – unijne elity obmyśliły swe plany, które opisały, a teraz realizują. Lud ich nie poznał, bo mu się nie chciało, wolał też brać dotacje i karmić się euro na kredyt. Wszak każdy taki leniwy sybaryta jest zarazem wyborcą, swym głosem decyduje, czy wybrać Jarka, czy Donka. Powinien więc dojść do prawdy, że różnice między dwoma skrajnymi wyborami mają charakter jeno przypadłościowy, nie zmieniając istoty. Żeby jednak umieć to rozróżnić, należy mieć choć podstawową wiedzę z propedeutyki filozofii i logiki, a tego przeciętny wyborca dzisiejszy nie zna ni w ząb, ani też nie uważa, ze powinien wiedzieć coś więcej, niż wie, a wie tyle, co nic, lub gorzej jeszcze – wie źle. Leniwi sybaryci, uznający się za speców, syci jadła, napoju i głupoty opróżnili więc swe dzbany z mądrości, jaką umieściły w nich poprzednie pokolenia, lubo też nie starali się ich napełnić wcale. Puste czeluście wypełnili globaliści, posługując się lewackimi pompkami, wlewając do dzbanów swoje własne ciecze. Następnie tak przemyślnie zaczęli huśtać sybarytami, że ich dzbany wpadły w skorelowany ruch wirowy, przez co ciecze, wlane uprzednio zmieniły stan skupienia w plazmę, kotłującą się w dzbanach jak w plazmotronach. Wielu naszych rodaków ma więc wir plazmowy w dzbanie, i jest to na tyle duża grupa, że wywiera znaczący wpływ na wybory polityczne, co prowadzi do takiego skutku, że Polska nie prowadzi swojej własnej polityki. W warunkach ziemskich nie da się bowiem utrzymać równowagi termicznej z otoczeniem, dlatego dzbany wypełnione wirem plazmowym zderzają się wciąż z innymi dzbanami plazmowirowymi, co stwarza chaos społecznych atomów, które wciąż nie mogą się zestalić w jakieś konsekwentne ciało polityczne. Analogia chemiczno – fizyczna jest tu jak najbardziej na miejscu. Jedną z głównych zasad masońskich jest przejęta z alchemii formuła: solve et coagula, co znaczy: „rozpuszczaj i zestalaj”. Najpierw więc należy prawdę rozwodnić, następnie zamieszać i wymieszać, aby ustalić nową substancję, pożądaną przez alchemika. Globaliści umyślili sobie skorzystać z tego receptu, aby zbudować nowy ład światowy wedle innej gnostycko – masońskiej zasady: ordo ab chao – porządek z chaosu. Najpierw więc tam, gdzie istnieje porządek, wprowadzają chaos, aby z niego wyprowadzić swój własny, upragniony nowy ład. Najlepszym więc sposobem jest ludziom zamieszać w głowach, aby mieli plazmowy wir w dzbanie, bo dzięki temu ani się nie dogadają, ani tez nie zrozumieją, dokąd i do czego są popychani. Wirujące, zderzające się nieustannie dzbany nieuchronnie oscylują w jednym kierunku – tam, gdzie ściąga ich pole grawitacyjne czarnej dziury globalno – unijnej.

Nie dałoby się jednak ludu w ten stan wprowadzić, gdyby globaliści nie mieli narzędzi do tego. Pierwotną ich siłą jest panowanie nad ludzkimi żądzami i pragnieniami, poprzez przejęcie środka, dzięki któremu można je zaspokajać. Środkiem tym jest pieniądz, a rządzi nim od wieków zwarta grupa gnostyków. Mogli oni tak się wybić na pieniądzu, gdyż chrześcijan obowiązywał niegdyś zakaz lichwy, a gnostyków nie, dlatego w miarę jak chrześcijanie odrzucali swoją wiarę, a wraz z nią etykę, cnotę, mądrość i wiedzę, puste miejsce wypełnił wir plazmowy w dzbanie, napędzany dłużnym pieniądzem gnostyków. Najpierwsze postępy zrobili wśród elit rządzących narodami i wskazujących, co robić należy, a czego nie wypada. Ci zostali wciągnięci w korowód grzechu, zdrady i kłamstwa, w ten sposób kupieni już na zaś. Ci więc, którzy winni narody chronić przed złymi myślami i zgubnymi ideami wpuścili wrogów ukrytych za pięknymi słowami. Jedni udali, że niczego nie wiedzą i niczego nie widzą. Drudzy rzeczywiście nie wiedzieli i nie widzieli, chociaż ich obowiązkiem było wiedzieć i widzieć, ci więc popełnili grzech ignorancji, co nie usprawiedliwia ich wcale. Trzeci wreszcie z rozmysłem wzięli pieniądze i z lubością zgodzili się na to, co wróg ukryty chciał z ludem uczynić.

Tak więc zhańbili się wielce politycy, artyści, uczeni i niektórzy kapłani, zamiast bonum publicum wybrali bowiem pulsowanie swych trzewi, trawiących nadmiar dóbr, którymi gnostycy brzuchy im wypełnili. Z nich największą hańbę ponoszą ci, którzy szczególnie lud winni chronić przed zgorszeniem, a dusze przed drogą do piekła. Ci, co dumnie wciąż twierdzą, że są kapłanami Kościoła, wierzącymi katolikami, sługami Pana. Rozpleniło się więc plemię wężowe modernistycznych księży, fajnokatolików, dobroludzistów, otwartych na wszystkich, a najbardziej na demony. Modni postępowi księża, a nawet niektórzy biskupi, co prawdziwą naukę katolicką porzucili, gęby swe kłamliwe fałszywie szczerzą, a co drugie zdanie to łeż i kłamstwo. Ci, co tak dziś w Judaszu zakochani, sami judaszowe imię przybrali i już udali się w mrok, do tych samych arcykapłanów, aby za srebrniki zdradzić Pana, a przy tym Ojczyzną swoją i naród. Ci na dwie kategorie się dzielą: na tych, którzy już zapłatę otrzymali i srebrniki swe przeliczyli, oraz na tych, co na zapłatę dopiero liczą, wiernie służąc tym, którzy im ją obiecali.

Gdy Polacy zwiedzeni, oszukani, ogłupieni, opętani próbują coś zmienić, zakładają partyjkę i myślą, że gdy do wyborów staną, zaraz Polskę zmienią. Ci są jeno pożywką gnostyków, zwiększając chaos, z którego wyłonić się ma nowy, masoński porządek. Inni, zawiedzeni tymi, o których myślą, że rządzą, w kolejnych wyborach wybierają ich przeciwników. Oni w równym są błędzie. Ci bowiem, co z ekranów się puszą, nie rządzą państwem, a jedynie sterują plazmowymi wirami w dzbanach. Jeśli przeanalizuje się kolejne ekipy, formujące rządy w Polsce po 1989 r. ujrzymy ciekawą prawidłowość. Jest to z grubsza stały garnitur nazwisk, aktywnych prze Okrągłym Stole i wokół niego. Wówczas grupa znajomych, zarządzających PRL-em, korzystając z układu gnostyków globalnych, europejskich i sowieckich dogadała się z tzw. „demokratyczną opozycją”. Lud myślał, że byli to ludzie z przeciwnych barykad, gdy w rzeczywistości obu grupom było bliżej do siebie, niż każdej z nich do ludu. Obie sitwy spotkały się więc z Magdalence, gdzie omówili interes, kręcący się do dziś. Nie można odmówić im pewnej finezji – nazwa Okrągłego Stołu nawiązuje zarówno do Króla Artura i jego rycerzy, jak i do jednej z najważniejszych lóż, rządzących światem, anglosaskiej grupy „The Round Table”. Per analogiam można więc zaryzykować twierdzenie, że w Polsce rządzi nieprzerwanie i niepodzielnie Loża Okrągłego Stołu, w skrócie LOST. Jeśli więc ktoś ma nadzieję na zmiany istotowe, bazując na obecnie istniejących siłach politycznych w Polsce, to może co najwyżej spodziewać się zmiany frakcji lożowej. W ten sposób zmienić się mogą przypadłości naszego obecnego stanu, ale nie zmieni się jego istota – wszyscy lożowcy zgodnie godzą się na podległość Polski i dryfowanie w stronę unijno – globalnego burdelu.

Inaczej nie można nazwać rzeczywistości, kreowanej przez gnostyckie elity unijno – globalne. Cóż bowiem dzieje się w burdelu – chędożenie i kradzież. Chędożone są prostytutki przez klientów. Panienki są jednocześnie okradane ze swej ludzkiej godności i dużej części przychodów z nierządu. Tego zawłaszczania dokonują alfonsi i burdelmamy, i w takim charakterze występują unijno – globalni urzędnicy, naganiacze i politycy, nie wyłączając lożowców LOST-u. Klienci też są okradani – korzystając z ich nieuwagi, podbierane są portfele, a oni sami, zwabieni do burdelu uciechami, czyli grantami i dotacjami, poniewczasie orientują się, że nie są tam klientami, lecz prostytutkami, i że nie oni będą chędożyć, lecz sami będą chędożeni. Zaiste, mają za swoje ci wszyscy, którzy zgodzili się odrzucić to, co własne i wzięli to, co obce. Nie byłoby bowiem unijno – globalnego burdelu, nie byłoby burdelmam i alfonsów, gdyby sam lud nie oddał się powszechnemu nierządowi.

Nierząd powszechny polega na tym, że większość narodu godzi się na konszachty rodzimych lożowców i machinacje unijno – globalnych gnostyków, stawiając wszelako jeden warunek: taki owaki chce mieć przyzwolenie, aby sam mógł kraść i chędożyć, i to bez żadnych wyrzutów sumienia. Taki nierządnik życzy sobie takiego ładu, w którym każdy będzie mógł robić, co mu się podoba, być tym, kim tylko zechce, i dostawać za to socjal od państwa, zarządzanego przez lożowców. I tu właśnie objawia się obietnica judaszowych srebrników, składana przez współczesnych arcykapłanów i uczonych w piśmie. To właśnie obiecują nierządnikom, że będą mogli do woli kraść i chędożyć i nikt im nie powie nic takiego, co mogłoby wyrzuty sumienia sprowadzić, mało tego, jeszcze będą przez prawo chronieni, a na to wszystko zawsze znajdą się pieniądze, wyczarowywane przez budżet lub fundusze unijne. Za te obietnice rozkoszy trzeba oczywiście coś zdradzić – rację stanu, interes narodu, tożsamość kulturową, wiarę ojców. Nierządnikom zdaje się, że niewielka to cena za obietnicę kradzieży i chędożenia, dlatego, że oni te wartości już wcześniej odrzucili, i teraz tylko chuć burdelu nimi kieruje.

W oczekiwaniu na wejście do unijno – globalnego zamtuza zdążyli już zburdelizować swoje własne życie, zamieniając swoje domy i rodziny w mikroburdele, gdzie zamiast zasad chrześcijańskich prawa Sodomy obowiązują. Najważniejsze z nich brzmią: „czyń wedle woli swojej, jedyne prawo” oraz „bóg i moje prawo”. Każdy sobie takie tabliczki w mosiądzu obstalował i na drzwiach swego mikroburdelu, czyli Sodomy domowej dumnie zawiesił. Ponieważ jednak wraz z chrześcijaństwem odrzucili i rozum, i wiedzę, nie wiedzą przeto, że pierwsze prawo pochodzi z Ordo Templi Orientis, a drugie jest dewizą Masonerii Rytu Szkockiego. A wysoko wtajemniczeni bracia wiedzą, że inne zasady są dla swoich, inne dla profanów. Wszelako oszukani, ogłupieni i opętani Polacy z wirem plazmowym w dzbanie wierzą, że kierując się wyłącznie swoim interesem i własnym prawem osobistym zmienią rzeczywistość na lepszą dla siebie, chociaż nie wykazują żadnego wysiłku, aby zrozumieć to, co chcą zmienić. Nie widzą przede wszystkim tego, że jeśli chcą zmienić Polskę, wpierw muszą zmienić siebie.

Zmiana na lepsze, zaczęta od siebie, pociągnie za sobą zmianę w rodzinie i miejscu pracy. Zmiana, dokonana na znaczną skalę spowoduje polepszenie stanu dużej części społeczeństwa, co będzie promieniować i pociągać za sobą resztę. Lepiej żyjące społeczeństwo wyłoni z siebie siłę polityczną, złożoną z ludzi, którzy będą pragnęli lepiej żyć nie tylko w domu, ale i wobec świata. Taka dopiero siła może odsunąć od wpływów Lożę Okrągłego Stołu i sprawić, że wreszcie stanie się LOST i więcej już nie powróci. Wszelkie dążenie do poprawy sytuacji Polski i Polaków musi bezwzględnie przyjąć trzy założenia. Pierwsze, że trzeba uwolnić się od smyczy, na której trzyma nas globalna finansjera. Drugie, że należy zerwać więzy zależności wobec ONZ i jej lucyferycznych projektów społeczno – politycznych. Trzecie, że Unia Europejska jest wrogiem wobec Polski, Polaków i wszystkich pozostałych narodów europejskich, należy więc bez wątpliwości dążyć do wyjścia Polski z tej organizacji, a także popierać jej rozpad. Tak należy zdefiniować podstawy polskiej racji stanu AD 2024. Każdego polityka należy pytać, jaki ma pomysł na realizację tych trzech celów. Jeśli odpowie, że cele są inne, lub będzie kluczyć, lub nie odpowie wcale, to nie będzie polityk wolnej Polski, lecz co najwyżej funkcjonariusz zarządu okupacyjnego, by nie rzec: naganiacz i alfons unijno – globalnego burdelu.

Możemy go scharakteryzować krótko, jako połączenie trzech elementów: psychiatryk, lager, zamtuz. Tworzyć go będzie synergiczne współdziałanie porządku unijnego i globalnego. Porządek unijny określany jest przez UE i jej organy, porządek globalny przez ONZ, jej agendy oraz organizacje ponadnarodowe.

Opis tych mechanizmów można przeczytać tutaj: Zrozumieć globalną władzę

Jeśli więc jako Polacy nie zdecydujemy się na zerwanie tych zależności, czeka nas wciągnięcie do unijno – globalnego burdelu, czyli psycho – łagro – zamtuza. Zerwanie z nim i odzyskanie wolności wymaga zgodnego współdziałania jak największej ilości ludzi, którzy są Polakami lub mogą nimi być. Do tej drugiej grupy zaliczam również tych, którzy byli z naszego narodu, ale zrezygnowali z bycia Polakami dla wolności kradzieży i chędożenia. Jeśli więc my, Polacy nie zdecydujemy się na ucieczkę z burdelu, to czeka nas wolność przymusowej prostytutki – do bycia chędożonymi i okradanymi przez alfonsów i burdelmamę, za pomocą rosnących regulacji, przepisów, podatków, opłat, nakazów, zakazów, obowiązków, ograniczeń. Bezwzględnie jednak należy pamiętać o tym, że aby skutecznie uciec z psycho – łagro – zamtuza, wpierw trzeba zreformować nasze własne, prywatne sprawy, tak, aby nasze progi były twierdzami, a nie Sodomami.

_____________

Ucieczka z burdelu, albo kto nami rządzi, Bartosz Kopczyński, 3 kwietnia 2024

−∗−

Warto porównać:

Zagrożenia polskiej suwerenności
Słowem, które najlepiej obrazuje dzisiejszy stan społeczeństwa polskiego jest zobojętnienie. Podczas gdy ogromna część społeczeństwa zanurza się od prawie dwóch dekad w jałowym, kompletnie rujnującym polską wspólnotowość konflikcie politycznym między […]

−∗−

Z Chrystusem w chińskich więzieniach. Ci męczennicy naszą nadzieją.

Z Chrystusem w chińskich więzieniach. Ci męczennicy naszą nadzieją.

Ryszard Mozgol https://tedeum.pl/-radosc-w-cierpieniu,c,p1680,pl.html

„Ty wiesz, iż fałszywe świadectwo wydali przeciwko mnie” (Dan 13, 43)

Temat komunistycznych prześladowań katolików w Chinach nie jest w Polsce szeroko znany, więc tym bardziej cieszy inicjatywa wydania wspomnień Rose Hu Radość w cierpieniu, książki będącej zapisem losów autorki skazanej za wyznawaną wiarę na 15 lat więzienia, która w aresztach, więzieniach i obozach pracy Chińskiej Republiki Ludowej spędziła łącznie 28 lat. Wspomnienia Rose Hu można traktować jako głos całego pokolenia chińskich katolików, którzy konsekwentnie odpowiedzieli na papieskie wezwanie Piusa XII do „wypełniania obowiązków religii chrześcijańskiej ze stanowczą wiernością, wymagającą w niektórych wypadkach heroicznej siły”. Jest to opowieść o konfrontacji wiary z nieludzkim systemem, który w Polsce ciągle pozostaje mało znany. Niniejszy szkic zapewne nie wyczerpie wszystkich wątków dotyczących tematu prześladowań Kościoła w Chinach, jednak ufam, że pomoże Czytelnikom w lekturze, przybliżając okoliczności opisywanych wydarzeń.

Krwawy świt

Najbardziej dojmującym doświadczeniem katolików dotkniętych prześladowaniami w Chinach była świadomość opuszczenia i pozostawienia własnemu losowi. Pisali o tym liczni misjonarze, wydaleni z Chin w latach 50 XX w. Sukcesem komunistów było stworzenie warunków pozbawiających swoje ofiary wszelkiej nadziei i stawiających je przed wyborem pomiędzy modlitwą o śmierć a akceptacją komunistycznego „porządku”. Siostra Katarzyna Ho, tak podobna do autorki niniejszej książki, aresztowana w wieku 18 lat za aktywne uczestnictwo w Legionie Maryi w Szanghaju (tego samego pamiętnego 8 września 1955 r.) wspominała, że obozy pracy, do których trafiali uznani za wrogów, były miejscami samotności, w których modlono się o śmierć. Głód, fizyczne zmęczenie, choroby i brud, towarzyszące ciężkiej pracy ponad możliwości uwięzionych kobiet, przekładały się na stopniowe osłabienie sił psychicznych i woli człowieka. Buntował się organizm, ustawały jego funkcje, załamywała się struktura psychiczna, a wola ustępowała otępieniu, prowadzącemu do rezygnacji z siebie, ze swoich przekonań i swojej odrębności jako istoty ludzkiej. Tym, którzy przechowywali w duszy płomyk wiary, umęczony Chrystus podawał dłoń i wyciągał z otchłani. Siostra Ho pisała: „Z powodu mojej wiary zamknęli mnie w więzieniu. Odizolowali od świata zewnętrznego. Próbowali zmanipulować swoją propagandą. Wiedziałam, że to kłamstwa. Nie mogłam uciszyć sumienia, nie mogłam zaprzeczyć mojej wierze. Nie mogłam wyrzec się wiary, która jest najcenniejszym darem, za który wielu chrześcijan oddało życie”. Nie pierwszy raz w historii świadomość, że inni zostali wystawieni na śmiertelną próbę, umacniała i skłaniała do złożenia dobrowolnej ofiary z samego siebie. Właśnie to dobrowolne poświęcenie okazało się najjaśniejszą gwiazdą na ciemnym niebie, najdoskonalszym wyrazem naśladowania Chrystusa, a zarazem fundamentem szańca, który pozostał niezdobyty przez komunistów, gdyż był poza zasięgiem ich władzy.

Pierwsze uderzenie

Chińskich katolików umacniał w oporze wzniosły przykład niepozornego, ale otoczonego powszechnym szacunkiem biskupa Szanghaju Ignacego Kunga (Gong Pinmei), wyświęconego przez Piusa XII w sierpniu 1950 r. Hierarcha stanął na czele jednego z najważniejszych katolickich ośrodków w Chinach, zamieszkiwanego przez ponad 110 tys. wiernych (1,6% mieszkańców miasta). Szanghaj był perłą w koronie Matki Bożej nazywanej Cesarzową Chin. Nieliczna w Państwie Środka społeczność katolicka, najczęściej rozproszona na prowincji, w Szanghaju była doskonale zorganizowana; wpływowa i bogata, stanowiła elitę sięgającą korzeniami XVII w. W mieście znajdowało się sanktuarium Matki Bożej w Sheshan, będące mobilizującym chińskich wiernych centrum pielgrzymkowym; tam też nuncjusz Antonio Riberi utworzył Centralne Biuro Katolickie, koordynujące działania wszystkich religijnych i świeckich inicjatyw na terenie całego kraju. W prace biura było zaangażowanych kilkuset zagranicznych i chińskich duchownych.

Wyświęcenie odważnego i pobożnego Kunga stanowiło dla władz nieprzyjemne zaskoczenie. Trwająca wojna w Korei skłaniała chińskich komunistów do rozprawy z przeciwnikami ideologicznymi i politycznymi, oskarżonymi o współpracę z amerykańskimi imperialistami. Tym bardziej, że ogłoszona w 1949 r. papieska ekskomunika dotykająca wszystkich, którzy podejmowali współpracę z komunistami, zdaniem przywódców ChPK stawiała katolików jednoznacznie po drugiej stronie barykady. Im bardziej zmieniała się sytuacja na froncie na korzyść interweniujących wojsk ONZ, tym głośniej w Pekinie wzywano do rozprawy ze szpiegami i kontrrewolucjonistami. W 1951 r. wydalono z Chin nuncjusza Riberiego, a w więzieniach wylądowało wielu „obcych” duchownych, których usiłowano zmusić do przyznania się do szpiegostwa na rzecz USA. Kanadyjczyk o. Arthur Vendam SFM, przełożony diecezji Lishui w Chinach, wspominał: „Zabrano mnie do pustego pokoju. […] Powiedzieli mi, że zostawią mnie w nim na miesiąc, żebym mógł medytować nad moimi zbrodniami i nad wszystkim, co zrobiłem przeciwko władzy podczas moich 24 lat pobytu w Chinach. Rząd wie wszystko o moich przestępstwach i nic nie mogę ukryć. Powinienem je sam wyznać. […] Pod koniec miesiąca zostałem wezwany na przesłuchanie, gdzie powtórzono wszystkie oskarżenia, które zarzucono mi w Lishui. Ponownie zaprzeczyłem wszystkiemu, ale oni ciągle powtarzali te same oskarżenia dzień po dniu. Po pewnym czasie zabrali mnie do innej celi i nadal przychodzili każdego dnia, dwa, trzy, cztery razy i kolejno mnie przesłuchiwali. Za każdym razem pytali, czy myślałem o swoich przestępstwach i chcę się do nich przyznać. Ciągle powtarzali, że «są dwie drogi: droga do życia i droga do śmierci». To było powtarzane regularnie i monotonnie przed każdym przesłuchaniem, w czasie którego zmuszano mnie do zaakceptowania zarzutów, ostrzegając: «Jeżeli nie przyznasz się do swoich przestępstw przeciwko władzy, umrzesz. Jeżeli przyznasz się do swoich zbrodni, zostaniesz uwolniony»”.

Świat chce nas zastraszyć

W Szanghaju starano się działać poprzez zastraszenie, choć i tam zdarzały się porwania, pobicia i tortury, czego najlepszym przykładem są losy chińskiego jezuity o. Bedy Changa, aresztowanego w 1951 r. Torturowany w więzieniu w celu wymuszenia zeznań, zmarł w listopadzie tego samego roku. Jego pogrzeb przekształcił się w olbrzymią manifestację mieszkańców Szanghaju i zaowocował wieloma nawróceniami, jednak największym owocem męczeńskiej śmierci o. Changa, dziekana katolickiego uniwersytetu Aurora w Szanghaju, był masowy napływ młodzieży do Legionu Maryi. Ci, którzy wówczas zasilili organizację, od kilku miesięcy będącą na celowniku bezpieki, nie mieli najmniejszych złudzeń, że droga, którą wybrali, to droga heroicznego trwania u boku Chrystusa. Niepowodzenie zarządzonej w Szanghaju tzw. akcji rejestracyjnej członków Legionu, opisywanej przez Rose Hu w swoich wspomnieniach, spowodowało chwilowe wstrzymanie aresztowań i represji, które komuniści starali się wykorzystać do pozyskiwania osób skłonnych do współpracy.

Uderzenie nastąpiło 8 sierpnia 1955 r.; to wówczas, kiedy Rose Hu jako jedna z wielu osób, została aresztowana przez chińską bezpiekę. W ciągu kilku dni uwięziono w Chinach co najmniej 20 tys. katolików, z czego 1500 w samym Szanghaju. Uderzenie skierowano w duchownych, zakonników i zakonnice, przywódców grup wiernych oraz aktywnych członków stowarzyszeń. Szczególnie mocno dotknięto aresztowaniami środowisko Legionu Maryi związane z Aurorą. Zwieńczeniem całej akcji było aresztowanie w październiku 1955 r. bp. Ignacego Kunga. Aresztowanym postawiono zarzuty o charakterze kryminalnym. Często były spreparowane, opierały się na niepotwierdzonych donosach lub zeznaniach innych osób. Oskarżeni musieli udowodnić swoją niewinność. Pierwsze przesłuchania miały na celu wyodrębnienie grupy skłonnej do ustępstw, zaparcia się i złożenia zeznań obciążających inne osoby. Los tych, którzy trwali przy swoich przekonaniach, był przesądzony.

Sekta „made in China”

Wszystko wskazuje na to, że w momencie aresztowań w 1955 r. władze partyjne miały już przygotowany scenariusz działań zmierzających do powołania państwowego „kościoła katolickiego”. W lipcu 1957 r. w Pekinie zorganizowano katolicki kongres „patriotyczny” i ściągnięto nań 241 delegatów z całych Chin, żeby położyć podwaliny pod powstanie Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich. W 1958 r. – przy sprzeciwie papieża – wyświęcono jednego biskupa, po czym w ciągu roku kolejnych 26, tworząc w ten sposób zależną od rządu hierarchię tzw. Kościoła patriotycznego.

Akcja aresztowań z 1955 r. była zakrojona tak szeroko, że w niektórych częściach Chin (szczególnie w Szanghaju) pozostawiła wiernych bez jakiejkolwiek opieki duszpasterskiej.

Sytuacja była łatwa do wykorzystania przez komunistów i utworzenie przez nich tzw. Kościoła patriotycznego przez dużą część chińskich katolików zostało przyjęte biernie lub z uczuciem ulgi. Jedność z Wiecznym Rzymem spoczęła na barkach osób takich jak Rose Hu.

16 marca 1960 r. rozpoczęła się propagandowa rozprawa sądowa przeciwko „Gong Pinmei i jego zdradzieckiej klice kontrrewolucyjnej”. Werdykt trybunału rewolucyjnego, działającego na wzór sądów stalinowskich, skazywał bp. Ignacego Kunga na dożywocie jako winnego przestępstw w postaci: jawnej wrogości wobec decyzji rządu w czasie konfliktu w Korei, sprzeciwianiu się reformie rolnej, wrogości wobec reform socjalistycznych w Chinach i działalności szpiegowskiej w siatce przebywającego w chińskim więzieniu szefa szanghajskiego Centralnego Biura Katolickiego, bp. Jamesa Walha.

Polski czytelnik powinien być świadomy faktu, że w tym krótkim szkicu przedstawiono zaledwie mikroskopijny wycinek prześladowań Kościoła w Chinach. Po 1960 r. trwały one nadal, a osoby podejrzane o nielojalność wobec władz komunistycznych trafiały do obozów pracy. Pod koniec lat 50 XX w. periodyk misyjny „The Scarboro Missions” informował: „W czasie, gdy komunistyczny reżim nieustannie głosi, że w Chinach panuje wolność religijna, doszła do nas informacja o aresztowaniu 40 katolickich prawników w Szanghaju. Oskarżono ich o przestępstwo głoszenia prawdy, że katolik bezwarunkowo podlega władzy Rzymu, z powodu domagania się uwolnienia bp. Ignacego Kunga z Szanghaju oraz utrzymywania, że Legion Maryi nie jest organizacją reakcyjną”. Prześladowania Kościoła katolickiego trwają do chwili obecnej. Katolicy za swoje przekonania trafiają do więzień oraz są zsyłani do obozów pracy.

Terror jako mechanizm rządzenia

Przywódca chińskich komunistów Mao Zedong nigdy nie taił swoich zbrodniczych planów. Jego fascynacje metodami stalinowskimi zaowocowały stworzeniem systemu powszechnej kontroli i strachu, który wprowadzał w zakłopotanie nawet sowieckich towarzyszy. Jeszcze w trakcie wojny domowej z nacjonalistami Mao zdefiniował podstawową zasadę maoistowskiej rewolucji, stwierdzając, że „zabijanie wskazywanych zdrajców jest rewolucyjną koniecznością, dzięki której ludność, pozbawiona innego wyboru, będzie zmuszona do kontynuowania rewolucji”. Fraza „braku wyboru” pojawia się na wszystkich późniejszych etapach rewolucji maoistycznej. Mao miał świadomość, że wśród likwidowanych „zdrajców” tylko około 10% stanowili rzeczywiści, zdeklarowani i aktywni wrogowie komunizmu. W 1944 r. na forum przywódców partyjnych przeprosił za dokonane czystki na terenach opanowanych przez komunistów, za co został nagrodzony oklaskami. W tym samym czasie modyfikował metody eliminowania przeciwników, rozwijał koncepcje reedukacji jako metody represji i budował zręby największego na świecie i najlepiej zorganizowanego ekonomicznie, istniejącego do dziś, systemu obozów niewolniczej pracy. Wraz ze zwycięstwem nad dotychczasowym sojusznikiem, jakim dla komunistów byli nacjonaliści, przyszła kolej na ukrytych wrogów politycznych. W 1949 r. w referacie dla Komitetu Centralnego ChPK Mao stwierdził, że zakończony etap walki militarnej nie kończy rozprawy z innymi wrogami komunizmu w Chinach. Pozostali wrogowie bez karabinów, nieużywający broni, zdaniem Mao byli nie mniej niebezpieczni i zdeterminowani i nie można ich było lekceważyć. Więcej: bagatelizowanie ich byłoby błędem. W swoich wypowiedziach Mao obrazowo stwierdzał, że liczba wrogów i imperialistycznych szpiegów w Chinach jest taka, jak „włosów w futrze”.

W ideologicznej wizji Mao Chiny stały się polem konfrontacji pomiędzy dwoma przeciwstawnymi – ideowymi, kulturowymi, politycznymi i mentalnymi – blokami: „czerwonym” (rewolucyjnym, komunistycznym, proletariackim, w języku propagandy „chłopskim”, robotniczym) a „czarnym” (reakcyjnym, kontrrewolucyjnym, imperialistycznym, obcym, religijnym, prawicowym, a od lat 60 XX w. – dodatkowo inteligenckim). Jako jednego z najbardziej niebezpiecznych wrogów komunizmu w Chinach wskazywano chiński Kościół katolicki, posiadający na początku lat 50 XX w. zaledwie ok. 3 mln wiernych (tj. 0,6% wszystkich ludzi zamieszkujących Chiny).

Tajne plany komunistów wobec Kościoła

Rozprawa z Kościołem katolickim miała być konsekwentna i bezwzględna, ale stosunkowo bezkrwawa. Starano się unikać prowokowania reakcji międzynarodowych i po cichu rozbijać Kościół od wewnątrz. Działania poprzedzała akcja propagandowa, przedstawiająca Kościół katolicki jako narzędzie imperialistów, a duchownych katolickich (zwłaszcza 5500 zagranicznych misjonarzy) jako potencjalnych szpiegów. Kościół katolicki miał działać na szkodę Chińczyków, wspierać wrogów Chin, zajmować się szkodliwą działalnością społeczną, tworzącą atmosferę nielojalności wobec rządu komunistycznego. Partia przyjęła szereg tajnych dyrektyw nakazujących szeroko zakrojone działania, polegające na zbieraniu materiału obciążającego i ujawniającego prawdziwe oblicze duchownych i katolickich działaczy. Według wytycznych Komitetu Centralnego, działalność Kościoła katolickiego miała zostać całkowicie zablokowana, a struktury hierarchiczne rozbite i podporządkowane władzy. W dokumencie nazwanym umownie Zasadą dziewięciu punktów (opublikowanym przez Worldmission Fides Service w 1958 r.) cel ten został wyrażony bezpośrednio, jako nakaz do realizacji przez każdego członka ChPK. „Każdy towarzysz zajmujący stanowisko decyzyjne musi dogłębnie zrozumieć, że Kościół katolicki idący na pasku imperializmu musi zostać całkowicie rozbity i zniszczony”. W dokumencie postulowano infiltrację struktur kościelnych, stowarzyszeń, szkół, organizacji parafialnych itp. Agentów skłaniano do przyjmowania chrztu, aby tym skuteczniej realizowali wytyczne partii komunistycznej. Postulowano zdobywanie popularności wśród wiernych, aktywność w stowarzyszeniach katolickich, inicjowanie wśród wiernych działań propagujących rzekomo obojętną ideologicznie walkę o pokój na świecie, przeciwstawianą dążącemu do wojny imperializmowi. Zalecano praktyczne stosowanie zasady „przyciągnij wroga, aby go zniszczyć” poprzez gorliwy udział w nabożeństwach, „pochlebne i słodkie rozmowy”, wreszcie wszystkie „inteligentne sposoby, aby zbliżyć się do duchownych i śledzić ich każdy krok”. Należało odkryć i uderzyć w słabe punkty w strukturze Kościoła; miało to posłużyć do rozbijania wspólnot, przeciwstawienia świeckich duchownym, szerzenia wśród wiernych podziałów, a wreszcie do wsączenia w nich zwątpienia – „zniszczenia kościelnej i religijnej trucizny przez naszą uleczającą truciznę” (sic!).

Działania przeciwko Kościołowi prowadzono w sposób dobrze przemyślany, dzieląc na kolejne etapy, wg scenariusza nazwanego przez francuskiego badacza Jean-Louisa Margolina „taktyką salami”, polegającą na stopniowym separowaniu kolejnych grup ludzi od reszty społeczeństwa – i likwidowaniu ich. Dokumenty wydobyte z chińskiego archiwum i opracowane przez amerykańskiego historyka Paula Marianiego ukazują etapy działań komunistycznych w opisywanym przez autorkę wspomnień Szanghaju. Pierwsze uderzenie, przy akompaniamencie propagandy, zostało wymierzone w duchownych pochodzących spoza Chin, przede wszystkim Europejczyków i Amerykanów. Zagranicznych misjonarzy przedstawiono jako szpiegów Trumana; aresztowano ich i w większości deportowano, przy okazji przedstawiając w prasie jako najgorszy element imperialistyczny. Drugi etap polegał na propagandowym podkreślaniu przez władze komunistyczne… wolności religijnej, jednocześnie wymierzając uderzenie w elementy rzekomo szkodzące narodowi („zainfekowane przez obcych”). Katolików na podstawie sfabrykowanych materiałów oskarżano o przestępstwa takie jak szpiegostwo, działanie dywersyjne, sabotaż, niegospodarność etc. Celem było dzielenie wiernych i wyodrębnienie grupy podatnej na komunistyczną propagandę, skłonną do ustępstw, nierzadko rekrutowaną spośród osób, które przyznały się do spreparowanych zarzutów. Oba te elementy wyraźnie widać we wspomnieniach Rose Hu, w doświadczeniach bliskich jej kapłanów oraz osób „złamanych”, a także w spreparowanych zarzutach wobec niej samej. Trzecim etapem było propagandowe mobilizowane wiernych do „aktywnego uczestnictwa”, polegające na definiowaniu linii podziałów ideologicznych i wskazywaniu wrogów. Celem tego etapu była całkowita anarchizacja działalności Kościoła i uaktywnienie elementów, na których miał być budowany tzw. Kościół patriotyczny. Komuniści chcieli zniszczyć Kościół poprzez oddzielenie go od Rzymu – wyhodowanie jałowej i niedającej owoców chińskiej hybrydy, a w perspektywie eschatologicznej (o czym oczywiście sami nie myśleli) skazanej na wrzucenie w ogień.

Pewien chiński politruk na jednym z ideologicznych szkoleń (jakich w ówczesnych Chinach odbywało się setki tysięcy) wystawił katolikom zaskakująco dobrą opinię: „Co do katolików, to jest praktycznie niemożliwe, żeby ich przekonać i sprawić, by poszli za nami. Każdy z nich jest jak twierdza w samym sobie; każdy z nich broni się jak forteca. Nie znają strachu, nie boją się poświęcenia; są mistrzami dla samych siebie, niezmienni i odważni. Jeśli przez przypadek zdobędziemy jednego z nich, aby [zrealizować] nasze pomysły, to będzie to ogromne zwycięstwo, zbliżające nas do osiągnięcia celu”. Celem jego przemówienia oczywiście nie było oddanie sprawiedliwości dwudziestoletnim studentom z Legionu Maryi, z całą rozrzutnością młodości stawiającym swoje kariery, szczęście, zdrowie, a nawet życie na szali losu. Jego zadanie polegało na zmobilizowaniu kolektywu do bardziej wytężonej pracy i walki przeciwko „demonicznemu wrogowi”, a przez to niedosiężnemu i prawie niepokonanemu. W istocie katolicy byli dalecy od tego obrazu, o czym uczciwie pisze Rose Hu.

Laogai – każda kara jest dożywociem

W 1950 r. komunistyczne Chiny i ZSRS zawarły umowę, dzięki której szereg rozwiązań administracyjno-organizacyjnych miało zostać przeszczepionych ze Związku Sowieckiego do Chin. Jednym z nich stały się obozy pracy, którymi od pewnego czasu interesowali się przywódcy partii komunistycznej. Rezolucja III Konferencji Narodowego Bezpieczeństwa Wewnętrznego ChRL z 1951 r. stawiała w tym zakresie konkretne wymagania: „Wielka liczba ludzi, którzy odsiadują swoje wyroki, to duży potencjał ekonomiczny. W celu ich zreformowania, w celu rozwiązania problemów związanych z [przepełnionymi] więzieniami, w których skazani kontrrewolucjoniści siedzą i jedzą za darmo, powinniśmy zorganizować nasze obozy pracy [laogai]. W sytuacjach, w których taka metoda jest wykorzystywana, należy ją rozszerzyć”. Bardzo szybko przystąpiono do wcielania w życie tego pomysłu, pomimo tego, że oficjalna decyzja o powołaniu do życia obozów zapadła na mocy rezolucji Kongresu ChPK kilka lat później – 7 września 1954 r. Oblicza się, że ok. 80 do 85% wyroków wydawanych przez sądy chińskie w latach 1955–1971 kończyło się deportacją do obozu pracy. Przypadek Rose Hu nie odbiega od losów większości Chińczyków zatrzymanych w ramach masowych akcji represyjnych, urządzanych na polecenie Mao i innych przywódców ChPK. Autorka po aresztowaniu trafiła do doraźnego aresztu, gdzie próbowano ją przekonać do współpracy. Z niego została przeniesiona kolejno do kilku aresztów i więzień. Jej proces nie był jawny, a członkini Legionu Maryi została poinformowana o wyroku skazującym prawie trzy lata po aresztowaniu – w 1958 r. Wyrok skazujący ją na 15 lat więzienia za przestępstwo prowadzenia działalności kontrrewolucyjnej w reakcyjnej organizacji oznaczał deportację do jednego z obozów pracy przymusowej laogai. Należy tu zwrócić uwagę, że odbywanie właściwej kary więzienia rozpoczynało się dopiero wraz z ogłoszeniem wyroku (a nie od momentu zatrzymania), a system sądowniczy w trakcie jego odbywania „uzupełniał” go o kolejne lata za nieprzestrzeganie obozowej dyscypliny. Rose Hu, aresztowana w 1955 r., rozpoczęła odbywanie kary w 1958 r., a na wolność została wypuszczona w 1983 r., po prawie 28 latach pozbawienia wolności! Wyrok wydany w czasach Mao, zauważa Jean-Louis Margolin, prawie zawsze był karą na całe życie.

W okresie, w którym autorka wspomnień przeżywała dramatyczne wydarzenia związane z aresztowaniem i deportacją do obozu pracy przymusowej, system obozów Laogai był na etapie krzepnięcia i przyjmowania ostatecznego kształtu. Stopniowo wyodrębniały się cztery kategorie osób objętych pracą przymusową. Opisał je Harry Wu – nieżyjący już wieloletni więzień obozów i działacz na rzecz pamięci o ich ofiarach. Do 1961 r. system nie rozróżniał pomiędzy osobami trafiającymi do obozów pracy przymusowej na podstawie wyroku sądu czy samego zatrzymania przez organa bezpieczeństwa. Co prawda w 1957 r. komuniści wprowadzili do systemu penitencjarnego pojęcie aresztu administracyjnego, ale do 1961 r. nie był on zbyt często stosowany. Sytuacja uległa zmianie w 1961 r., kiedy to obozy podzielono na podstawowe dwa rodzaje: Obozy Naprawy Poprzez Pracę (laogai) oraz Obozy Reedukacji Poprzez Pracę (laojiao); osadzeni w tych obozach stanowili dwie podstawowe grupy więźniów. Zesłani do laogai byli rzeczywistymi niewolnikami systemu komunistycznego. Skazani najczęściej na wieloletnie lub dożywotnie wyroki, pozbawieni praw obywatelskich, poddani żelaznej dyscyplinie, zorganizowani na sposób wojskowy, pracowali bez widoków na polepszenie swojej doli. Jedynym sposobem skutecznej ucieczki dla nich była śmierć. Z kolei więźniowie laojiao byli w obozach pracy poddawani reedukacji, czyli mieli zostać przywróceni komunistycznemu kolektywowi. Osadzeni nie posiadali wyroków (byli zatrzymani do czasu wydania decyzji administracyjnej o odwołaniu aresztu, na podobnej zasadzie jak internowani w Polsce w czasie stanu wojennego w 1981 r.), nie tracili praw obywatelskich (choć nie uczestniczyli w procedurach wyborczych demokracji ludowej), otrzymywali drobne wynagrodzenie, mieli też prawo do odwiedzin. Długość ich pobytu teoretycznie zależała od sprawowania, choć w praktyce nie była krótsza niż kilka lat. Pomimo tego, że areszt administracyjny był praktyką związaną z prześladowaniami politycznymi, najłatwiej można było znaleźć się w obozach laojiao za zwykłe przestępstwa kryminalne (kradzież, narkomanię, prostytucję etc.). Najmłodsi (znani badaczom) osadzeni w tych obozach mieli po 14 lat, pomimo klauzuli prawnej obowiązującej w Chinach mówiącej o wymaganym wieku „16 lat”. Warunki pracy i organizacji tej kategorii więźniów były takie same jak w laogai. Otrzymany wyrok najczęściej był zakamuflowanym dożywociem, co widać na podstawie funkcjonowania dwóch „wyższych” grup obozowych: „przymusowo zatrudnionych specjalistów”, nazywanych na wyrost „wolnymi pracownikami” oraz kategorii „uwolnionych”. W obu przypadkach jest mowa o osobach przetrzymywanych na potrzeby obozów pracy, które formalnie utraciły prawo do decydowania o sobie: nie mają prawa opuszczenia rejonu obozu, mogą tylko otrzymać jedną lub dwie przepustki na rok, otrzymują niewielkie wynagrodzenie, niektórym z nich przyznaje się prawo do sprowadzenia rodziny lub jej założenia. Proceder przymusowego osiedlania więźniów po odbyciu kary do końca lat 60 XX w. dotyczył prawie 95% wszystkich więźniów laogai. Wszystkie te kategorie spotkamy na kartach wspomnień Rose Hu.

Należy pamiętać, że opisany we wspomnieniach system obozów funkcjonuje do dnia dzisiejszego. Szacuje się, że w chwili obecnej na terenie Chin działa ok. 1000 Obozów Naprawy Poprzez Pracę i Obozów Reedukacji Poprzez Pracę, wraz z placówkami dla nieletnich i obozami specjalnymi (wg Harry’ego Wu, przez 19 lat więźnia tych obozów, w latach 90. XX wieku było to 990 obozów), w których może znajdować się nawet 6,8 mln ludzi (wg oficjalnych danych chińskich – od 0,5 mln do 2 mln więźniów). System obozowy przynosi chińskim komunistom olbrzymie korzyści finansowe. Wydany w 1988 r. przez Biuro ds. Laogai w Ministerstwie Sprawiedliwości ChRL Podręcznik więziennictwa stwierdza wprost, że laogai to nie tylko narzędzie dyktatury proletariatu i naturalny element funkcjonowania społeczeństwa socjalistycznego, ale także duża część należących do państwa przedsiębiorstw produkcyjnych, „dzięki której społeczeństwo się bogaci”. Obiekty laogai – czytamy w tym podręczniku – „to zarazem obiekty dozoru, jak i specjalne przedsiębiorstwa”.

* * *

Mam nadzieję, że powyższe krótkie wprowadzenie oraz przypisy umieszczone w tekście, zawierające biogramy i wyjaśnienie najważniejszych pojęć, pomogą zrozumieć główne wątki wspomnień Rose Hu, a jednocześnie nie przesłonią ich wymiaru duchowego, bowiem to właśnie żarliwa wiara pozwala przetrzymać każdy głód i każde prześladowanie, będąc prawdziwą tarczą i ochroną. Opisany przez św. Ambrożego przykład św. Pelagii jest tego dobrym przykładem. Otoczona przez oprawców, oświadczyła, że życie oddaje dobrowolnie, i tą deklaracją nie tylko odebrała im władzę nad sobą, ale też pozostawiła za sobą wszystko to, co niewolnicze. Nie był to z jej strony incydentalny akt odwagi – jak mogłoby się komuś, patrzącemu powierzchownie, wydawać – ale przejaw wynikającego z podążania za Chrystusem całkowitego wyzbycia się przywiązania do świata, efekt zaparcia się siebie aż do odrzucenia wstydu, dumy i wszelkich światowych myśli. Ścieżka przeznaczona dla nielicznych. Rose Hu bardzo przypomina św. Pelagię.

Ryszard Mozgol https://tedeum.pl/-radosc-w-cierpieniu,c,p1680,pl.html

============================

https://tedeum.pl/

33,00 zł / egz.