Mikrobiolog prof. Beata Sobieszczańska radzi, aby w trosce o zdrowie swoje i rodziny nie przesadzać z higieną i przy świątecznych porządkach nie stosować w nadmiarze detergentów. Według niej nadmierna czystość otoczenia szkodzi naszej odporności, a usuwanie brudu to nie sterylizacja.
W przesłanym w czwartek przez uczelnię komunikacie kierownik Katedry i Zakładu Mikrobiologii Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu prof. Beata Sobieszczańska zwróciła uwagę, że bezwzględna walka z bakteriami jest nie tylko bezzasadna, ale po prostu szkodliwa, bo grupa bakterii zagrażających ludzkiemu zdrowiu jest znikoma.
„To zaledwie jedna szósta spośród tych, które znamy. Pozostałe są dla nas przyjazne i wręcz konieczne do życia. Owszem, brud jest siedliskiem wielu patogenów, ale zupełnie czym innym jest jego likwidowanie, a czym innym pozbywanie się zbyt wielu bakterii” – powiedziała.
Zauważyła, że tendencja do nadmiernej higieny i dbałości o czystość otoczenia nasiliła się w wyniku pandemii COVID-19, co ma swoje wymierne, negatywne skutki. Izolacja, nieustanne mycie rąk i dezynfekcja przedmiotów codziennego użytku spowodowały ograniczenie kontaktu nie tylko z koronawirusem, ale też z wszelkimi innymi mikroorganizmami.
„Układ immunologiczny człowieka potrzebuje ciągłej stymulacji. Nieużywany mięsień ulega atrofii, czyli zanika. Podobnie z układem immunologicznym. On także potrzebuje bodźców, a jeśli ich nie ma, przestaje prawidłowo działać” – wyjaśniła mikrobiolog.
Według niej z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia po pandemii. Wróciło wiele chorób, jest znacznie więcej przypadków grypy, RSV wśród dorosłych, szkarlatyny itp.
„To wszystko efekt długotrwałego przebywania w warunkach, w których układ immunologiczny nie był odpowiednio stymulowany i niejako stracił pamięć, przestając rozpoznawać zagrożenie. Spowodowało to spadek odporności i podatność na patogeny” –powiedziała.
Dodała, że komórki pamięci immunologicznej tworzą się od urodzenia. Dlatego ważne, aby małemu dziecku zapewniać normalny kontakt ze środowiskiem, a nie obsesyjnie usuwać z jego otoczenia wszelkie bakterie czy izolować od innych.
„To normalne, że małe dzieci chorują, kiedy pójdą do żłobka czy przedszkola. W kontakcie z obcymi mikroorganizmami organizm uczy się odporności. Nie ma powodu do niepokoju, gdy maluch zje coś czasem z niezbyt czystej podłogi albo się pobrudzi w kałuży. Takie sytuacje są korzystne w kształtowaniu układu immunologicznego. Większość mikroorganizmów ze środowiska nie jest szkodliwa dla zdrowia. A przed tymi nielicznymi, które są śmiertelnie groźne, chronią szczepienia” – powiedziała prof. Sobieszczańska.
Zwróciła uwagę, że po pandemii niektóre higieniczne nawyki pozostały, nasilił się także trend do stosowania środków antybakteryjnych, nawet w kosmetykach. Przykładem modne ostatnio jony srebra. Jako składnik dezodorantów są rzeczywiście toksyczne dla bakterii powodujących nieprzyjemny zapach potu, ale także zabijają wszelkie inne kolonizujące skórę pod pachami. W tym także te, które zwalczaną tę woń. Szkód wynikających z nadużywania antybakteryjnych środków do higieny ciała jest więcej.
„Bakterie kolonizujące ludzką skórę pełnią różne pożyteczne funkcje, m.in. chronią nas przed grzybicami. Jeśli je regularnie usuwamy, zaczynają nas atakować grzyby, pojawiają się też inne problemy dermatologiczne. Z tego powodu nie powinno się nie tylko przesadzać z higieną ciała, ale także z praniem ręczników. Nie trzeba, a nawet nie należy, robić tego codziennie. Powód jest prozaiczny: płyny do mycia nie zabijają od razu wszystkich bakterii ze skóry, niedobitki pozostają na ręczniku podczas wycierania. Mają szansę do nas wrócić przy ponownym użyciu ręcznika i wyświadczyć nam przysługę, pozwalając odbudować zniszczoną florę. Zmiana ręcznika raz w tygodniu absolutnie wystarczy, a wręcz będzie dla nas korzystna. A na marginesie: pot zdrowego i prawidłowo odżywiającego się człowieka jest bezwonny. Żeby zlikwidować przykry zapach, czasem wystarczy zmienić dietę” – powiedziała prof. Sobieszczańska.
Pokazała też szerszy aspekt zbiorowego antybakteryjnego szaleństwa, wykraczający poza najbliższe otoczenie. To zanieczyszczenie środowiska. Hektolitry detergentów stosowanych do szorowania mieszkania trafiają do ścieków, a stamtąd do gleby. W dużym stopniu wracają do nas z żywnością i koło się zamyka.
„Jednym ze skutków bezmyślnego niszczenia bakterii jest nasilająca się w ostatnich dekadach antybiotykooporność. Świat mikroorganizmów broni się przed działaniem człowieka, pojawiają się nowe szczepy, coraz bardziej oporne na antybiotyki. Rośnie liczba chorób bakteryjnych, których już nie potrafimy leczyć. Jak tak dalej pójdzie, wrócimy do ery sprzed antybiotyków, co będzie miało dramatyczne skutki” – podsumowała prof. Sobieszczańska
Jej zdaniem nie możemy dać sobie wmówić, że bakterie to samo zło, bo to nieprawda. Nasz organizm kolonizują miliony bakterii, spośród których znamy może połowę.
„Wciąż nie wiemy wszystkiego o interakcjach, jakie między nimi zachodzą i nie znamy roli, jaką pełnią w naszych organizmach. Z pewnością jednak jest ona bardziej korzystna niż zabójcza, o czym świadczy fakt, że jako ludzkość istniejemy setki tysięcy lat w symbiozie z bakteriami” – podkreśliła
Populacja Europy zaczęła już spadać – teraz czeka nas już tylko zjazd… Obecnie nie jest jeszcze źle, gdyż mamy dużo ludzi w sile wieku – ludzi wychowanych w latach 80ych i 90ych – żyjemy obecnie w cywilizacyjnym apogeum – doceniajmy to… Ale za 20 lat nie będzie już tak wesoło… Ostatni wyż demograficzny będzie przechodzić na emeryturę i będzie zdany na pokolenie jedynaków wychowywanych obecnie… No i na migrantów… Może naprawdę nie być wesoło… Jedyne rozwiązanie to mieć dzieci… Najlepiej trójkę lub więcej… Kto o to teraz nie zadba może potem bardzo żałować… Nie będzie już tak wesoło i beztrosko jak teraz…
Nie ma rady, chyba trzeba będzie podjąć radykalne decyzje, może nawet decyzję o ostatecznym rozwiązaniu kwestii chrześcijańskiej, a zwłaszcza – katolickiej. Może jeszcze nie teraz, bo teraz premier bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu jeszcze bije się z myślami, jakby tu dokończyć operację ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Rafah, żeby z jednej strony doprowadzić do zakończenia, ale jednocześnie – by nie zaszkodzić prezydentu Józiowi Bidenowi w kampanii prezydenckiej, nad którą – jak to w demokracji – unosić się muszę gęste opary obłudy. Konkretnie chodzi o to, by kule i pociski, przy pomocy których dokona się ostatecznego rozwiązania, miały prawidłowe kalibry, bo wtedy nikt nie będzie mógł powiedzieć, że prawa jakichś człowieków zostały naruszone. Ale nawet i teraz nic nie szkodzi, by się zastanowić, w jaki sposób doprowadzić do ostatecznego rozwiązania kwestii katolickiej – a jak już stosowne programy pilotażowe zostaną obmyślone, to można będzie trzaskać.
Tym bardziej, że nie trzeba specjalnie nic nowego wymyślać, bo starsi i mądrzejsi w Ameryce nie tylko już wszystko obmyślili, ale nawet stosowny plan wprowadzili w życie. Wyjaśnił to w audycji telewizyjnej sam pan red. Tomasz Terlikowski, robiący za katolika zawodowego, a przy okazji dorabiający sobie w mediach powiązanych ideowo, a może nawet finansowo z Judenratem „Gazety Wyborczej”. W rozmowie z udziałem pana Cezarego Michalskiego, który najpierw biegał za konserwatystę, a potem zbisurmanił się na lewicy, pan red. Terlikowski przypomniał, że kilkanaście diecezji katolickich w Ameryce zbankrutowało w konfrontacji z tamtejszym przemysłem molestowania. Jak tylko się okazało, że z molestowania można wydostać szmal, „tak, jak za okupacji z Żyda”, natychmiast mnóstwo osób zaczęło sobie przypominać, że „me too !” – znaczy się – że były molestowane. Tamtejsze niezawisłe sądy zastosowały zasadę odpowiedzialności zbiorowej, w myśl której, za figle duchownego molestanta materialnie odpowiadają Bogu ducha winni parafianie, którzy nikogo nie molestowali. Jak wiadomo, słuszna myśl, raz rzucona w powietrze, prędzej, czy później znajdzie swego amatora. Żeby prawdziwa zasługa nie zginęła w mroku niepamięci, wypada przypomnieć, że zwolennikiem zasady odpowiedzialności zbiorowej był w czasach nowożytnych wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler. Wprawdzie „obawiając się sądu zagniewanego ludu” – jak to wyraził inny zwolennik zasady odpowiedzialności zbiorowej Józef Stalin – musiał on się zastrzelić, ale jego myśl znalazła kontynuatorów nie tylko w Związku Radzieckim, ale i w Ameryce, a skoro w Ameryce – to i w naszym, sojuszniczym bantustanie.
Żeby nie być gołosłownym, muszę przypomnieć postać pani sędzi – oczywiście niezawisłej – Anny Łasik, ze znanego na całym świecie z niezawisłości Poznania, która z powodzeniem zasadziła tę zasadę na gruncie tubylczym. Wydaje ona teraz plon stokrotny w kolejnych niezawisłych sądach, do których jedna przez drugą tłoczą się ofiary w nadziei rozwiązania sobie dzięki temu problemów socjalnych. Jak tak dalej pójdzie, to i tubylcze diecezje też pójdą z torbami, zwłaszcza gdy ich odrynariusze nie będą słuchali się pana red. Terlikowskiego, co to nieubłaganym palcem pokazuje im właściwą drogę: samokrytyki i czynnego żalu.
Więc kiedy na jednym odcinku frontu ideologicznego uwija się pan red. Tomasz Terlikowski, na odcinku politycznym Judenrat „Gazety Wyborczej” dokonał ostatnio wielkiego odkrycia. Może ono nie takie znowu wielkie, bo już po sugestii papieża Franciszka, by Ukraina zdobyła się na odwagę negocjacji, sprawa została prawidłowo oświetlona – że mianowicie ten cały papież Franciszek politycznie idzie na pasku Kremla, a w ogóle – jak przypomnieli panowie Obirek i Nowak, którzy viribus unitis nieubłaganym palcem dźgają Kościół katolicki w chore z nienawiści oczy – że ten cały Jorge Maria Bergoglio, kiedy jeszcze nie był papieżem Franciszkiem, to dokazywał z argentyńską juntą („Junta- juje” – jak pisał Janusz Anderman, co to wprawdzie ma talent, ale mały) generała Rafała Videli. Słowem – pryncypialnie go zlustrowali. Jak dokazywał z juntą, to dlaczego nie ma dokazywać z Kremlem?
Co prawda pan red. Michnik też dokazywał z zimnym ruskim czekistą Putinem w Klubie Wałdajskim, ale to zupełnie co innego. Czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty – mawiali SS-mani – i ta zasada się przyjęła również w innych środowiskach, które normalnie SS-manów pryncypialnie potępiają.
Toteż bez wielkiego zdziwienia odnotowujemy odkrycie Judenratu „Gazety Wyborczej”, że na czele „lobby antyaborcyjnego” w Europie, a może nawet i na świecie stoi Kreml. Oczywiście nie dlatego, by przejmował się „zygotami” – bo „zygoty” obchodzą zimnego ruskiego czekistę Putina tyle, co zeszłoroczny śnieg, tylko – żeby sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, który znękaną ludzkość, pod przewodem starszych i mądrzejszych, wiezie ku świetlanej przyszłości. Jak wyjaśnił legitymujący się pierwszorzędnymi korzeniami pan prof. Paweł Ehrlich z Pensylwanii, świetlana przyszłość ma polegać na tym, że światowa populacja zostanie zredukowana najwyżej do miliarda osobników, żeby – po pierwsze – zrobić miejsce, znaczy się – Lebensraum dla innych gatunków – czego domaga się zaprzyjaźniona z Judenratem Pracownia Na Rzecz Wszystkich Istot – a po drugie – żę trzeba przecież zostawić trochę głupich gojów, którym można by pożyczać pieniądze na wysoki procent. Tak bowiem doradził starszym i mądrzejszym sam Stwórca Wszechświata: „Będziesz pożyczał innym narodom, a sam od nikogo nie będziesz pożyczał. Będziesz panował nad innymi narodami, a one nad tobą nie zapanują”.
To odkrycie Judenratu wyjaśnia wszystkie meandry, jakimi ostatnio podąża papież Franciszek. Niby z jednej strony nie ma nic przeciwko błogosławieniu sodomczyków i gomorytek, prawidłowo ćwierkając, że nie chodzi o aprobatę dla „grzechu”, tylko – żeby nikogo nie „wykluczać” – ale kiedy przychodzi do aborcji, to zaraz staje dęba, podobnie jak cały Episkopat Polski – może z wyjątkiem Jego Eminencji Grzegorza kardynała Rysia, który – jeśli nawet w tej sprawie ćwierka tak samo, jak wszyscy, to przecież wcale nie dlatego, by naprawdę tak myślał, tylko w myśl zasady, że gdy wejdziesz między wrony – i tak dalej – ale in pectore myśli po swojemu, jak się należy. Tedy tym odkryciem Judenrat za jednym zamachem podgarnął wszystkich wrogów klasowych na jedną kupkę: i Episkopat i Ordo Iuris i Konfederacja i kunktatorski były ojczyk Szymon Hołownia – wszyscy oni tańcują tak, jak zagra im na kremlowskich kurantach zimny ruski czekista Putin, który właśnie ośmielił się zostać prezydentem Rosji, chociaż ani pan red. Michnik, ani Judenraty go nie zatwierdziły.
„Miało nie żyć” – świadkowie aborcji przerywają milczenie
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Proszę wygodnie usiąść w fotelu i dopiero wtedy otworzyć link. Bo materiał, który za chwilę Pan zobaczy, jest porażający.
Wstrząśnie każdym.
Świadkowie aborcji zdecydowali się mówić.
Wysłuchaliśmy tego, co mieli do powiedzenia.
A potem postanowiliśmy, że musi to usłyszeć cała Polska.
Powstaje film dokumentalny pt. „Miało nie żyć”. Jego najważniejsi bohaterowie nie pojawiają się na ekranie, bo… już nie żyją. To maleńkie, niewinne dzieci, na które Polska wydała wyrok śmierci, a aborterzy wyrok wykonali.
Byli jednak świadkowie tych bestialskich mordów. W filmie opowiedzą, co zrobiono z dziećmi i jak bardzo walczyły one o życie zanim nadeszło to, co nieuchronne… I co robili „lekarze”, aby śmierć dzieci nadeszła szybciej, a płacz maluszków nie przeszkadzał w pracy szpitala.
Właśnie teraz, gdy w Polsce dyskusja o aborcji wchodzi na najwyższy poziom hipokryzji. Gdy ustala się, kogo i jak mordować. Gdy Ministerstwo Zdrowia zamienia się w Ministerstwo Śmierci, a posłowie licytują się, kto złoży bardziej morderczy projekt ustawy. Pokażemy, jak wygląda rzeczywistość, którą próbuje się wygładzić mówiąc o „prawach kobiet”, „decyzjach” i „wyborach”.
Te dzieci nie miały żadnego wyboru. Były mordowane z zimną krwią, a w proceder ten angażowano osoby, które niekoniecznie wiedziały, do jakiego zabiegu są właśnie kierowane.
Dlatego mówią.
Cały dokument będzie miał ponad 40 minut i jest w końcowej fazie produkcji.
Uważam, że „Miało nie żyć” powinno zobaczyć jak najwięcej ludzi. Potrzeba tego głosu, gdy politycy szykują ustawy o legalizacji aborcji. Żeby nikt nie mógł powiedzieć, że nie wiedział, o czym jest dyskusja.
To nie wszystko…
Niespełna tydzień temu w Sejmie pokazano proaborcyjny film „O tym się nie mówi”, a patronat nad wydarzeniem objął sam Marszałek Sejmu Szymon Hołownia. Film przekonuje, że należy cofnąć wyrok TK o aborcji eugenicznej i przywrócić możliwość mordowania chorych dzieci. Pokaz w Sejmie wpisuje się w przygotowania do rozpatrzenia ustaw legalizujących aborcję – ich pierwsze czytanie ma nastąpić 11 kwietnia.
Gdy dowiedziałam się, że druga osoba w państwie patronuje projekcji filmu za aborcją i to jeszcze na terenie Sejmu RP, zrozumiałam, że przygotowujemydokument „Miało nie żyć” dokładnie wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebny.
To właśnie TENczas.
Potrzebuję teraz funduszy, aby jak najszybciej skończyć i rozpromować film, którego trailer Pan obejrzał. Trzeba działać szybko, by ten ważny materiał mógł trafić do ludzi w najbliższych dniach – jeszcze przed posiedzeniem Sejmu. Termin jest absolutnie kluczowy. Treści antyaborcyjne trudno rozchodzą się w Internecie, więc koszty związane z rozpowszechnianiem materiału będą znaczne.
Potrzebuję pieniędzy na:
– zorganizowanie pokazu otwartego – już w najbliższych dniach,
– druk plakatów i materiałów informacyjnych o filmie,
– dystrybucję płatnych reklam w Internecie,
– banery reklamowe.
„Miało nie żyć” musi dotrzeć jak najszerzej. Bo będzie próba ograniczenia zasięgu tego filmu.
Potrzebuję co najmniej 20 000 złotych, aby skutecznie zrealizować pierwszy etap kampanii promocyjnej filmu. I muszę pozyskać tę kwotę szybko, bo ustawy legalizujące aborcję są w grafiku Sejmu już za 2 tygodnie.
Czy może Pan pomóc?
Czy uważa Pan, że „Miało nie żyć” to film, który powinna zobaczyć cała Polska?
Czy może Pan wpłacić kwotę, o której wysokości sam Pan zdecyduje, aby pomóc w dystrybucji filmu?
Może to być 40, 100, 160 złotych lub inna suma, jaką uzna Pan za właściwą, aby pomóc sprawie.
Wpłaty proszę kierować na numer konta Fundacji Życie i Rodzina:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230.
Kod SWIFT: BIGBPLPW. Proszę o dopisek „Miało nie żyć”.
PS – Produkcja tego filmu – z uwagi na jego treść – była dla mnie i dla całego zespołu Fundacji niezwykle wyczerpująca psychicznie. Walczymy z czasem, by wypuścić film jeszcze przed posiedzeniem Sejmu w sprawie aborcji.Proszę Pana o pomoc.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Cochav Elkayam-Levy, izraelska prawniczka będąca w centrum kampanii oskarżającej Hamas o systematyczną przemoc seksualną dokonaną 7 października, została oskarżona przez izraelskie mass media o wyłudzanie pieniędzy od darczyńców oraz szerzenie dezinformacji. Zarzuty pojawiły się zaledwie kilka dni po tym, jak Elkayam-Levy otrzymała prestiżową Nagrodę Izraela.
Jako założyciel tak zwanej Komisji Cywilnej ds. Zbrodni Hamasu przeciwko Kobietom i Dzieciom popełnionych 7 Października, izraelska prawniczka Cochav Elkayam Levyhttps://www.cochavelkayam.com/https://de.wikipedia.org/wiki/Cochav_Elkayam-Levy, była głównym źródłem dla zachodnich organizacji medialnychforsujących narrację, że palestyńscy bojownicy dokonywali masowych i systematycznych napaści na tle seksualnym w trakcie ataków na Izrael.
Elkayam-Levy wystąpiła w specjalnym programie CNN na ten temat, którego narratorem był żarliwie proizraelski gospodarz Jake Tapper, który określił ją jako “eksperta w dziedzinie praw człowieka, który zorganizował komitet obywatelski w celu udokumentowania dowodów”.Haaretz przedstawił Elkayam-Levy jako temat nadętego artykułu, który niezgodnie z prawdą twierdził, że jej praca “przedstawia przerażający obraz, który nie pozostawia miejsca na wątpliwości”: 7 października terroryści Hamasu systematycznie dokonywali aktów gwałtu i wykorzystywania seksualnego”.
Następnie, 6 grudnia 2023 r., członkowie Rady Bezpieczeństwa Narodowego Białego Domu oraz asystentka prezydenta i dyrektor Rady ds. Polityki Płci Jennifer Klein gościli Elkayam-Levy w Waszyngtonie, aby usłyszeć “o jej pracy nad zbieraniem zeznań i dokumentowaniem dowodów wydarzeń z 7 października oraz opracowaniem kompleksowego rozliczenia przemocy na tle seksualnym popełnionej przez Hamas”.
Teraz, ekstrawagancja prawniczki w zakresie public relations przyniosła jej Nagrodę Izraela, najbardziej prestiżowe wyróżnienie, jakie obywatel Izraela może otrzymać od swojego rządu. “Powinniśmy zdecydowanie przeciwstawić się wyraźnemu zaprzeczeniu i rosnącej fali antysemityzmu” – zadeklarowała w oświadczeniu z 21 marca, przyjmując nagrodę.
Jednak trzy dni później, największa izraelska gazeta, YNet, opublikowała artykuł potępiający, oskarżając Elkayam-Levy o oszukiwanie głównych darczyńców, w tym członka administracji Bidena, rozpowszechnianie fałszywych opowieści o okrucieństwach Hamasu i niedotrzymanie obietnicy dotyczącej dużego raportu na temat przemocy seksualnej z 7 października.
“Ludzie odcięli się od niej, ponieważ jej badania są nieprecyzyjne” – powiedział izraelski urzędnik państwowy w rozmowie z YNet. “W końcu cała historia polega na tym, że chcą nas oskarżyć o rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, a jej metodologia nie była ani dobra, ani dokładna”.
Urzędnicy państwowi byli szczególnie oburzeni faktem, że Elkayam-Levy rozpowszechniała zdyskredytowane twierdzenia, jakoby bojownik Hamasu wyciął płód ciężarnej kobiecie przed jej zgwałceniem – kłamstwo rozpowszechnione po raz pierwszy przez znanego oszusta – Yossiego Landaua ze słynącej ze skandali organizacji ZAKA.“Historia o ciężarnej kobiecie, której rozcięto brzuch – historia, która okazała się nieprawdziwa, a ona rozpowszechniła ją w międzynarodowej prasie” – skarżył się urzędnik w rozmowie z YNet. “To nie żart. Stopniowo profesjonaliści zaczęli się od niej dystansować, ponieważ jest niewiarygodna”.
Elkayam-Levy jeszcze bardziej zraziła do siebie rząd Izraela, tworząc własną “komisję cywilną” wokół jednoosobowej operacji, którą prowadziła pod nazwą Deborah Institute, stwarzając poczucie, że reprezentuje Tel Awiw w oficjalnym charakterze. “Na początku była naprawdę bardzo aktywna, co było bardzo miłe” – powiedział informator z YNet. “Potem zaczęła nazywać siebie komisją cywilną. Ludzie byli zdezorientowani, członkowie Kongresu zwracali się do ludzi, którzy pracują z Izraelem i pytali, co to jest – ‘Izrael stworzył komisję?’.To myląca nazwa. I pytanie, czy coś takiego w ogóle istnieje? Czy istnieje taki organ? Odpowiedź brzmi – nie. To jest organ. Ona jest komisją cywilną”.
Poprzez swój Deborah Institute,Elkayam-Levy zebrała miliony dolarów. Ale jeśli wierzyć źródłom rządowym, które rozmawiały z YNet,oszukała ona bogatych amerykańskich żydowskich darczyńców, takich jak Rahm Emanuel, obecnie ambasador administracji Bidena w Japonii, i przelała pieniądze na swoje osobiste konto bankowe.
Według YNet,Elkayam-Levy zaapelowała o 8 milionów dolarów na uruchomienie swojej “Komisji Obywatelskiej”, prosząc o 1,5 miliona dolarów na “zarządzanie i administrację”.“Rahm Emanuel, ambasador USA w Japonii, przekazał jej pieniądze, a ona przyjęła darowizny od wielu osób i zaczęła prosić o pieniądze na odczyty” – skarżył się izraelski urzędnik.
Po ponad pięciu miesiącach badań, żądna rozgłosu prawniczka nie przedstawiła jednak niczego, co mogłoby uzasadnić jej ogromną zbiórkę pieniędzy. Istotnie, “raport o okrucieństwie” – który Elkayam-Levy obiecała swoim sponsorom, a który miał dostarczyć wyraźnych dowodów na systematyczną przemoc seksualną ze strony Hamasu 7 października – jeszcze nie pojawił się.
W międzyczasie próbowała podobno utrudnić wizytę w Izraelu specjalnego przedstawiciela ONZ ds. przemocy seksualnej podczas konfliktów, Pramili Patten, której raport został ostatecznie reklamowany przez Izrael jako “dowód” przestępstw seksualnych popełnionych przez Hamas, pomimo przyznania przez samą Patten, że nie zawierał on żadnych dowodów i nie posiadał mandatu dochodzeniowego ONZ.https://thegrayzone.com/2024/03/07/media-concocts-un-hamas-rape-report/
Po raz pierwszy dowiedziałem się o zamiłowaniu Elkayam-Levy do fałszowania faktów podczas prezentacji, którą przedstawiła 11 listopada 2023 r. w Towarzystwie Majmonidesa Uniwersytetu Harvarda. Przedstawiła tam zdjęcia kurdyjskich bojowniczek poległych w walce jako izraelskich Żydówek, które zostały zabite i zgwałcone przez bojowników Hamasu podczas Nova Electronic Music Festival 7 października.
«Przewodnicząca izraelskiej komisji śledczej ds. gwałtów dokonanych przez Hamas, @CochavElkayam, przedstawia stare zdjęcie martwych kurdyjskich bojowniczek jako kobiet napadniętych seksualnie na festiwalu muzycznym Nova.
Podczas przemówienia 11/12 dla Harvard’s Maimonides Society, Elkayam odniósła się do “obrazu kobiety rozebranej od pasa w dół… sfotografowanej na festiwalu muzycznym Nova”.
Zdjęcie to zostało pierwotnie opublikowane na anonimowej stronie Hamas-Massacre promowanej przez rząd Izraela, ale zostało usunięte bez potwierdzenia po tym, jak wykazałem, że zostało opublikowane po raz pierwszy w 2022 roku i przedstawiało martwe bojowniczki kurdyjskie.
Wypadnięcie z łask Elkayam-Levy następuje w momencie, gdy New York Times publikuje raport podający w dalszą wątpliwość już wcześniej zdyskredytowany artykuł gazety z 28 grudnia 2023 r., w którym zarzucono Hamasowi “systematyczną przemoc seksualną” w dniu 7 października. Według raportu Timesa z 25 marca, izraelski ratownik medyczny identyfikujący się jako “G” (prawdziwe nazwisko: Guy Melamed https://twitter.com/MaxBlumenthal/status/1745708695533625423) okłamał gazetę, twierdząc, że znalazł zwłoki nastoletnich dziewcząt w kibucu Beeri bez ubrań, co wyraźnie wskazywało na gwałt. “Nagranie zrobione przez izraelskiego żołnierza, który był w Beeri 7 października… pokazuje ciała trzech ofiar w pełni ubranych i bez widocznych śladów przemocy seksualnej” – stwierdził Times.
Janusz Korwin-Mikke podczas warszawskiej debaty wyborczej w TVP Info Fot. print screen z tvp.info
Działo się podczas debaty wyborczej kandydatów na prezydenta Warszawy w TVP Info. Janusz Korwin-Mikke wielokrotnie nazywał Rafała Trzaskowskiego „komunistą”
Niekrępowany przez politycznych marketingowców i szefów kampanii Janusz Korwin-Mikke zaserwował widzom debaty kandydatów na prezydenta Warszawy w TVP popis w swoim klasycznym stylu. Wypowiedzi polityka były ostre, dynamiczne, a wielu zapewne uzna je za kontrowersyjne.
Edukacja
– Myślałem, że najgorzej będzie za pana Czarnka, a okazuje się, że będzie jeszcze gorzej pod rządami duetu: pani Nowacka i pan prezydent Trzaskowski. Ja mam zupełnie inną wizję niż ci ludzie. Mam wizję szkoły, w której nie będzie żadnego LGBTQ. Jeżeli się pojawią jacyś ludzie od trans-gender to zostaną skierowani na policję, że demoralizują mi dzieci i wytłumaczymy od razu dzieciom, że taki człowiek, który zrobi sobie trans-gender, nie będzie ani mężczyzną, ani kobietą, nie będzie mógł mieć dzieci i będzie nieszczęśliwy przez całe życie. Nie będziemy w ogóle nic poza tym w szkole mówić o płci, bo szkoła nie jest od seksu, żeby to jasno powiedzieć. Będę finansował edukację przede wszystkim domową i prywatną, ale przede wszystkim taką, w której nie ma koedukacji, bo najgorszą rzeczą w szkolnictwie poza upaństwowieniem jest koedukacja. Przez 4 tys. lat edukacji nie było koedukacji dopóki czerwona hołota nie przyszła – mówił Janusz Korwin-Mikke.
Transport
– Warszawa przyjazna kierowcom! Ja stawiam na prywatne samochody. Ma być miasto jak w Ameryce, a nie miasto-ogród. Oczywiście – hulajnogi, rowery, skutery i motocykle [są], ale w Warszawie bywają deszcze i śniegi. Autobusy – jasne, metro, ale tylko obwodnice wewnątrz [miasta]. Nie będę rozbudowywał metra poza centrum. Na końcu metra mają być tramwaje, które mają odjeżdżać co 30 sekundy. W Chicago co 3 sekundy z dworca odjeżdża autobus […]. I oczywiście przez centrum, przez Marszałkowską poprowadzę dwupoziomową jezdnię trzypasmową. Nie chcę mieć Korei Północnej, jak w wykonaniu tego człowieka [polityk wskazał na Rafała Trzaskowskiego], gdzie tam są tramwaje, a nie ma samochodów. Ten człowiek, to jest komunista, który takiej Warszawy chce – powiedział Janusz Korwin-Mikke.
Zdrowie
– Ja mam swoje lata. 5 lat spędziłem w sejmowej komisji zdrowia i wiem, co można zrobić, a czego nie, ale niektóre rzeczy można zrobić na poziomie Warszawy. Na przykład: dlaczego aparatura warta miliony stoi nie wykorzystywana, a ludzie czekają na wyniki badań miesiącami? Ja będę dofinansowywał, ale tylko te placówki medyczne, które będą pracowały przez 24, albo przynajmniej przez 16 godzin – mówił założyciel Najwyższego Czasu!.
Skąd według Korwin-Mikkego wziąć personel? – Jak się pojawią pieniądze, to Polacy wrócą, przyjadą tam Białorusini, Rosjanie, Ukraińcy, Chińczycy, Hindusi. Wszystko jedno – to musi działać – powiedział polityk.
– Po drugie trzeba pamiętać, że najbardziej szkodzi ludziom, a szczególnie mężczyznom, brak mięsa. A ten człowiek, pan Trzaskowski, domaga się, żeby zlikwidować w ogóle jedzenie mięsa. Należy do takiej komunistycznej jaczejki C40 i sugeruje jedzenie nam świerszczy – dodał.
Mówiąc to, Janusz Korwin-Mikke wyciągnął z kieszeni pudełko, z którego wyjął świerszcza i wyrzucił owada na środek studia.
Rafał Trzaskowski stwierdził, że Korwin-Mikke „daje się nabierać na pisowską propagandę”.
– To nie jest tak, że się daje nabierać, bo osobiście oglądałem przedwczoraj pańskie wystąpienie w Buenos Aires, widziałem pana wystąpienie na takiej młodzieżowej imprezie na Mazurach, gdzie pan mówił, że to będzie robione – odpowiedział prawicowy polityk.
Bezpieczeństwo
Janusz Korwin-Mikke mówił: – Nie widzę najmniejszego związku pomiędzy bezpieczeństwem a nocną prohibicją, więc nie będę na takie głupie pytanie odpowiadał. Mnie chodzi o to, żeby ludzie w Warszawie byli bezpieczni, a kto nam zagraża? W Korei Północnej działa Kim Dzong Un, taki dyktator okropny, i on tam wprowadza na przykład tramwaje obowiązkowo, samochodom nie pozwala jeździć, tak jak pan Trzaskowski, ale uwaga – czy to Kim Dzong Un blokuje nam jazdę samochodem? Czy to Kim Dzong Un stawia słupki, że nie możemy parkować? To Kim Dzong Un chce nam zrobić strefę czystego parkowania? Nie! To robi ten komunista [Korwin-Mikke wskazał palcem na Trzaskowskiego], który chce nam odebrać prawo jazdy samochodem, a nie Kim Dzong Un i jeżeli mamy być bezpieczni, to temu człowiekowi trzeba założyć kaftan bezpieczeństwa.
Korwin-Mikke zapowiedział, że on nie ustąpi Unii Europejskiej ws. zielonych stref w Warszawie.
Mieszkania
– Zero mieszkań komunalnych i socjalnych. Ludzie mają mieć tanie mieszkania, a nie dostawać za darmo – zapowiedział Janusz Korwin-Mikke.
JKM stwierdził, że gdyby rządził w Polsce, to mieszkania byłyby nawet 7 razy tańsze, ale rządząc „tylko” w Warszawie może sprawić, że będą „2,5 raza tańsze”.
Korwin-Mikke skrytykował socjalne pomysły kandydatki Lewicy. – To co mówi pani Biejat, to nie są tanie mieszkania. To są bardzo drogie mieszkania, które ona potem sprzeda z 1/4 ceny swoim znajomym, seksworkerkom, feministkom, ludziom z miejskich ruchów. Tak jak za komuny robotnicy na MDM-ie dostawali za ćwierć darmo mieszkania. Pani Biejat ma dokładnie taki sam stosunek do tego. Nie będzie żadnych mieszkań darmowych – stwierdził
Światopogląd
Pytanie o światopogląd było tak naprawdę pytaniem o sprawę aborcji. Korwin-Mikke stwierdził, że nie widzi związku miedzy jednym a drugim.
– Ja się przygotowałem do odpowiedzi na pytania o światopogląd. Ja tu chciałem walczyć z religią. Konkretnie z religią wiary w globalne ocieplenie, która dominuje teraz w Warszawie. Niedawno dwie idiotki oblały syrenkę czerwoną farbą, wrzeszcząc „Ziemia płonie, jesteśmy ostatnim pokoleniem”. One same tego nie wymyśliły. Sfinansował to pan Trzaskowski i to pan Trzaskowski mówił, że Ziemia płonie. Kiedyś katolicy straszyli nas, że piekło płonie, a teraz ci ludzie straszą nas płonącą Ziemią – stwierdził.
– To jest coś przerażającego, co się robi pod tym pretekstem. Zabrania się jazdy samochodem, zabrania się jedzenia. To są po prostu szaleńcy. To jest religia. Ich nie da się przekonać. Taka pani Greta Thunberżanka jest całkowicie nieprzemakalna.
To są po prostu wariaci i trzeba powiedzieć jasno: król jest nagi. Z takimi ludźmi się nie dyskutuje. Z wariatami się nie rozmawia. Do szpitala! – dodał.
Jaka powinna być przyszłość CPK i stołecznych lotnisk?
– Jeżeli deweloper buduje mieszkania, to buduje takie, jakie chcą ludzie, a jeżeli miasto buduje mieszkania, to buduje takie, jak ono chce i ludzie potem muszą w tym mieszkać – mówił Korwin-Mikke.
Jeśli chodzi o CPK, to polityk zauważył, że jest to kwestia, o której zdecyduje rząd.
– To nie zależy od Warszawy. Jeśli państwo zdecyduje, że likwiduje Okęcie i robi tam CPK, co uważam za idiotyzm, w Madrycie zrezygnowana z tego, w Berlinie budowano 28 lat, na pewno nie za mojej kadencji to będzie oczywiście, także nie ma w ogóle o czym mówić. To w ogóle nie jest temat Warszawy. Ta decyzja zapadnie przecież nie w Warszawie, ja jestem za tym, żeby Okęcie zostało w Warszawie, ale to nie ja o tym będę decydował, tylko o tym będzie decydowało państwo niestety, a nie prywatny właściciel, który powinien to robić – powiedział.
Wizja efektywnej współpracy z rządem
– Nie wiem, jaki rząd będzie wtedy rządził, bo to się może zmienić w ciągu trzech dni. Takie rzeczy się zdarzają. Wiec co ja mam na takie rzeczy odpowiadać? Natomiast przede wszystkim samorząd i rząd nie powinny się w ogóle spotykać. Jest rzeczą niedopuszczalną, żeby się rząd wtrącał do samorządu i niedopuszczalną, żeby samorząd na przykład ogłaszał, że popiera Czeczenię, albo że zwalcza Czeczenię. Jeżeli coś takiego powie samorząd, to trzeba rozwiązać radę Warszawy i powołać wybory do nowej rady Warszawy. Samorząd ma robić swoje i nie powinno być żadnych sporów – stwierdził Korwin-Mikke.
– Niestety mamt absurdalną sytuację, że Warszawa płaci 2 miliardy z czymś janosikowego, a rząd daje Warszawie z łaski 3 miliardy i trzeba o nie na dwóch łapkach żebrać, czy tłumaczyć i prosić. To jest skandaliczne. Prościej jest nie zabierać Warszawie janosikowego i nie dawać dotacji. Warszawa sobie wtedy poradzi podobnie jak każde miasto – dodał.
Korwin-Mikke: Będę walczył o prawa mężczyzn!
– Jak Polak jedzie do Nowego Jorku, to nie chce mieć zielonych placów, tylko chce mieć ruch, dynamikę. Tak samo jak chłopak przyjedzie z Kałuszyna, to nie chce mieć zielonych terenów, bo zielone tereny ma w Kałuszynie. On chce dynamikę, ruch, żeby się dorabiać, żeby mieć tanie mieszkania, żeby móc sobie kupić po dwóch latach, żeby się dorabiać. Po to przyjeżdża do Warszawy. To jest podstawowa sprawa – żeby to było miasto ludzi, którzy się dorabiają, szybko jeżdżą po Warszawie. Tu załatwią, tam załatwią i się dorobią, a nie ludzi, którzy sobie idą na spacerek wesoło, spokojnie i umierają. Gdyby tacy ludzie jak pan Trzaskowski rządzili w Ameryce, to do dziś by tam hasały stada bizonów. Nie byłoby żadnej imigracji do Ameryki. To jest całkowicie inna wizja – powiedział na koniec podczas swobodnej wypowiedzi Korwin-Mikke.
– Ja będę walczył o prawa najbardziej uciskanej grupy ludzi. O prawa mężczyzn! Mężczyźni są najbardziej uciskaną i wyzyskiwaną grupą w Polsce. U mnie nie będzie krzywdzenia mężczyzn tak, jak to się robi na każdym kroku. Ja będę walczył o prawa mężczyzn – dodał.
The Cistercians are one of the many branches of the Catholic Church. Also known as ‘Trappists’, they were founded in 1098 when a saintly abbot named Robert led 21 monks to a remote location of Citeaux, France, where they followed Benedict of Nursia’s ‘Rules for Monasteries,’ written in the sixth century. Trappist monks are characterised by the vow of silence, which applies whenever they are on monastery grounds. From time to time the monks are expected to leave the monastery and share the spiritual lessons they have learned with people in the outside world.
In 1883 a Trappist monastery was established in the mountains of north China at Yangjiaping, just outside the Great Wall, about 80 miles (130 km) north of Beijing. Through great ingenuity and much sweat and tears they carved the monastery grounds out of 10 sq. miles (26 sq. km) of completely barren land, gradually transforming it into a useable condition. One report sayid:
“In the Trappist tradition, the area chosen by the monks…was remote and difficult to reach. Indeed, Yangjiaping was sufficiently isolated that a journey of three days by mule was required to reach the abbey from the nearest railway stop. When the Trappists first came to their hundred square-mile foundation it was virgin wilderness, and the early monks frequently encountered tigers and leopards.”[1]
The monks’ aims were the perusal of quiet meditation, peaceful contemplation, agricultural cultivation, and social work. Although European missionaries had founded the monastery, by the time of the Communist persecution, only a handful of the 75 monks residing at Yangjiaping were foreigners. Over time these harmless men won the respect of the local community to such an extent that people would not cut wood from the forests around the monastic lands. Ironically, the remote location chosen for the Yangjiaping Monastery also turned out to be a strategic location for military manoeuvres during the chaotic 1930s and 1940s in China.
During the Second World War, Japanese troops entered the monastery and stole the monks’ grain and other food. When the Communists came into the area they decided the monks had willingly helped the Japanese by providing food for them. The Communists hatred for the Catholics was obvious. Whenever Japanese troops drew near,
“Communist guerrillas fired off guns whose fire seemed to come from the monastery itself. Their agents painted abusive anti-Japanese slogans upon the monastery walls. These things brought down on the monks reprisals from the Japanese—as they were intended to do.”[2]
In the summer of 1947, a sequence of events that led to the end of the Yangjiaping monastery began. On July 1st two lay brothers herded goats and cows near the monastery were arrested and sentenced as “oppressors of the people.” A large mob consisting of more than 1,000 people from 30 villages were summoned to a mock trial at the ‘Peoples’ Court’, where all kinds of imaginary crimes were shouted at the startled monks. The furniture and other belongings of the monastery were given to people who accused the monks of various imagined crimes at staged public rallies, including some “witnesses” who were trucked in from faraway locations.
The monks had never seen any of these ‘professional accusers’ before. One man was awarded the rectory furniture because he reported his parents had been “frightened” by foreigners in 1909! The monastery’s cows and goats were confiscated and given to locals, while ten tons of grain and other supplies used to feed the poor were stolen to feed Communist troops. Just a few years previously the grateful local community had presented a memorial tablet to the monks, saying “The benefits you have brought us are as weighty as the mountains.”
The mob completely stripped the buildings bare of any removable item. Even the leather covers were torn from books in the monastery library, while the invaluable volumes were discarded on the floor by the illiterate peasants. The Communists took away the eye-glasses used by most of the monks, arguing that the villagers didn’t wear glasses, so why should they? It was later learned that some local Catholics had surreptitiously joined the looters in order to safeguard the sacred vessels and vestments. During the looting,
“the monks knelt in silent prayer for their oppressors. One by one the Trappists were called into the church to stand trial before the altar, where commissars stood armed with clubs to beat them into ‘confessing’. A Catholic woman who protested—her name was Maria Chang—was beaten into unconsciousness and dragged from the church.”[3]
Maria Chang had shown remarkable courage and boldness. She told the judges the truth—that the monks had only come to China only to share Christ and to help the poor. The beating she received was so severe that many thought she had died. Guards threw the church banner over her body. Maria recovered, but was placed under arrest and held at Yangjiaping for months. The judges were embarrassed by Maria’s courage, and determined not to let any other people make speeches to prevent a similar occurrence. The judges moved straight to the ‘peoples’ verdicts,’ calling out names of monks and asking the mob for their decision. One by one the people shouted, “Death!” By the end of the farcical proceedings, the result was
“condemnation to death of a number of the monks. They were accused of conniving with the Japanese in the first instance, and then of collaborating with the Nationalist Government. The other monks were at first sentenced to prison…. They were ordered to leave the monastery. They were forced to leave with their hands tied behind their backs.”[4]
After the looting was over the French abbot was shackled to the frozen ground for two months as punishment. He and two other French priests were later expelled from China.
Most of the Trappist martyrs died during an exhausting death march of approximately 100 miles (162 km). On the evening of August 12, the Communist commander, Li Cuishi, decided to use the monks as pack-animals to move supplies from the monastery to an army battalion at Zhang Gezhuang. The monks were forced to march over extreme terrain day and night. The freezing winter wind cut their bodies. After returning to the monastery three men, including 82-year-old priest Bruno Fu, died on August 15, 1947, from the sheer physical exhaustion and mental strain of their ordeal. Fou had been due to celebrate 50 years as a priest on the very day he died. The celebrations would certainly have exceeded all his expectations as he was welcomed to heaven by Jesus whom he had loved and served for so many years.
The men who survived soon came to envy those who had died. They were “handcuffed with wire tightly bound around their wrists. It was to stay there for weeks and months, so that when they ate, they were forced to lap up the food from the ground, like animals.”[5] Clement Gao, aged 75, dropped dead from exhaustion as he returned to Yangjiaping on August 18th, while Philip Wang Liu, also in his 70s, fell in the doorway after reaching his beloved monastery and never recovered. For those who had survived the initial ordeal, only a short recuperation was allowed before they were ordered to do another march on the night of August 28th. Along the way they were made to sleep in pig-pens. To entertain their captors, daily ‘trials’ were held, where the ‘accused’ were beaten for the soldiers’ sadistic pleasure. This death march took place
“in beating rain and violent winds, across steep, rugged mountains. The younger monks tried to help or even carry the older ones. All had to survive on meagre rations of dry cereal. Guards, enduring in part the same miserable hardships, vented their anger and frustration on the monks. There was no mercy.”[6]
William Camborieu, Albert L’Heureux, and Stephen Maury.
On the night of September 6th, as the group approached Ma Lai village, one of the younger monks carrying the 69-year-old Frenchman William Augustin Camborieu stumbled and fell on the mountain trail. The frail priest’s head was cut open on a jagged rock and he bled to death. Camborieu had already endured imprisonment at the hands of the Japanese a few years earlier. After his release he could have easily returned to the comfort of his native France, but he chose to remain in Yangjiaping because of his love for China and his desire to serve God.
When the march reached the village of Dengjiayou, Trappist priest Albert L’Heureux[7] felt that he had reached the end of his life. The Canadian-born priest signalled this to the other prisoners with the sign-language Trappists use to communicate with each other during the times they observe a vow of silence. L’Heureux was a former Jesuit theologian who had received permission to leave his former order and dedicate the remainder of his life to monastic prayer and meditation, and so transferred from Hangzhou in Zhejiang Province to the Trappist Monastery at Yangjiaping.
L’Heureux’s hands had been “bound together behind his back with steel wire for more than one month when he arrived at Dengjiayou. His wrists had swollen, and the bones were visible in the horrible wounds.”[8] That night the Canadian passed away. His body had simply expired from the toll of inhumane torture and stress. The next morning a young soldier told the survivors,
“‘He died very peacefully. He looks like that man on the figure-ten frame in your church.’ In Chinese the figure ten is a cross. Brother Marcellus and the three others who went over to bury him had to agree. They found [his] legs crossed, the shrunken right foot resting above the left. The swollen wrists were resting on his breast. There was something deeply beautiful about his emaciated face. Christ had died again for China in his beloved monk.”[9]
Perhaps one indication of the horrors endured by the Trappists can be seen in the fact that the survivors did not give any detailed account of the events for more than 30 years. L’Heureux’s colleague, Father Sebastian, later wrote:
“We took him out and laid him on a stretcher. He did not look like a corpse at all, smiling as he was, with both hands crossed over his breast. Bending on one knee, we took up the stretcher and as we walked, we looked at his smiling face and we prayed for him. When we reached the slope of the mountain, we dug a hole only about one foot deep and buried him, because it was raining and the soldiers would not wait.”[10]
The gentle monks were forced to endure a terrible 25-day stay in Dengjiayou village, during which
“The whole charade of the Peoples’ Court began again. The brutality was worse than ever. And meted out on bodies already severely debilitated by all the hardships of the death march. And the goal of the persecutors? It was now nothing less than that these monks would deny the very existence of God. For the Communists were establishing an atheistic state that would be purged of the opium of religion.”[11]
Because of the incredibly filthy conditions, the stay at Dengjiayou achieved nothing but to further break down the physical and mental health of the prisoners. One report says,
“All lived in conditions of incredible filth, and those who had their hands unbound tried to help their shackled and bound brothers remove lice and other vermin from their unwashed bodies. It was later reported that several of the monks whose hands were bound had almost literally been eaten to death by the vermin which afflicted them.”[12]
One priest, Maurus Bougon, tried to escape from the Communists during the death march. They soon recaptured him and cut off both his feet as punishment, and later executed him to put him out of his misery. A 60-year-old French priest, Stephen Maury, had invested many years of his life in China. Unable to bear the load of the death march, he was carried into Dengjiayou by four of his brethren on September 8th. As soon as they entered the village, Maury breathed his last and passed into the presence of God. Two days later, on September 10, Marcus Li Chang, a 62-year-old monk from Hejian in Hebei Province, also surrendered his life as a result of the intense strain.
During one agonizing day (September 15th), three more Chinese Trappists died. Their names were Matthias Ying[13] (a native of Shandong Province), Aloysius Ma,[14] and Andreas Li. Five days later Bartholomew Qin (aged 54), and Aloysius Ren[15] (75) also perished. Their bodies were placed in shallow graves and dug up by hungry dogs and wolves which ate the flesh and left body parts strewn about the village. To the Trappists, funeral rituals are extremely elaborate, and death is considered a monumental event to be cherished and honoured. To have limbs and body parts of their beloved colleagues devoured by beasts was almost too much for the survivors to bear. More sorrow was added to the monks when they were told the Yangjiaping Monastery had been destroyed. Three of the believers were allowed to return to see for themselves. The huge stone walls remained standing, but everything inside the monastery had been reduced to rubble.
Anthony Fan; Augustine FaureMichael Xiu; Aelred Drost; Chrysostom Zhang
The 62-year-old Prior of Yangjiaping, Anthony Fan, suddenly died on October 13th. The final French priest to die was the acting superior of the community, the 70-year-old Augustine Faure, who perished on October 18th. The fact that these two men’s health had appeared to be improving led the others to suspect they were poisoned.
Even after some of the prisoners were released the impact of the brutal summer continued to reap a harvest of martyrs. On October 31, the 66-year-old Lucas Fan died at Zhejiadai in Hebei Province, as did Malachi Chao and Amadeus Liu on November 1st. In late November and throughout the month of December heaven’s scroll of martyrs was added to by the names of Franciscus Shu (aged 48), Henry Chang (50), Thomas Zhao (45), Michael Xiu (46), Simon Shu (50), and the aged Gabriel Dian (86). Aelred Drost (37), from the Dutch abbey of Tilburg, went to his ultimate reward on December 5th.
On January 18, 1948, Basil Geng (32) died at Huanghuagou. The Communists believed Seraphim Shu (38) was the future leader of the monastery, so he was tried and beaten more than 20 times. By the end, “his thumbs were wired together behind his back, his big toes were wired together, and then a short wire joined the two links. He could only kneel or lie on his side.”[16]
February 5th “was a particularly fateful day. After suffering so much, Seraphim and the 29-year-old Chrysostom Zhang were taken out and laid on a flat stone. Then their heads were crushed with sharp stones, and they were beheaded. At the same time four brothers were shot: Brothers Alexis Liu, Damian Hang,[17] Eligius Sui[18] and John Miu.”[19] Damian Hang had excruciatingly had his hands wired behind his back since July 23rd the previous year, and his feet had been crippled from an earlier frostbite. In the end, “he could only crawl about. And for this he was confined and subjected to additional abuse.”[20] Information was later received that
“six of the Brothers had been beaten to death with clubs. Still later, five of the Trappists and a lay catechist from Banbu were all stoned to death—a death which, in China, means laying one’s head upon a heavy stone, while another is dropped to smash the skull. Brother Wang died of blood poisoning from the festering wounds on his bound wrist. Two more of the monks died in jail in 1951. In all, 33 of the 75 Trappists perished from the death march punishment.”[21]
The final recorded Trappist death resulting from this barbarous persecution was that of 32-year-old Thomas Yuen who died at Mujiazhuang, Hubei, in April 1948. It is likely that the true number of Trappist monks who died from the tortures of 1947 and afterwards is higher than those martyrs named here. Many of the Chinese believers who were released into society and never heard of again. The monks who survived the carnage realized the New China was no place for their ministry. In addition to their physical ailments, they suffered major psychological scars which most of them carried to their graves. A small group of survivors was led to the safe environment of Hong Kong by Paulinius Lee, who founded the Trappist Monastery on Lantau Island which continues to function to this day. Because of the humble nature of the Trappist monks and their refusal to seek any publicity, this terrible incident has rarely been mentioned in the annals of Chinese Church history, even though it ranks among the worst atrocities ever committed against any group of Christians.
1. Myers, Enemies Without Guns, 1. 2. Palmer, God’s Underground in Asia, 8. 3. Palmer, God’s Underground in Asia, 28. 4. Galter, The Red Book of the Persecuted Church, 170 (f.n.10). 5. Palmer, God’s Underground in Asia, 28. 6. Taken from “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949,” published on a website which is no longer operational. 7. Some accounts give his first name as Alphonso. 8. Myers, Enemies Without Guns, 11. 9. “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949.” 10. Patrick J. Scanlan, Stars in the Sky (Hong Kong: Trappist Publications, 1984), 295. Other eyewitness accounts of the terrible massacre of Yangjiaping are Stanislaus M. Jen, The History of Our Lady of Consolation, Yang Jia Ping (Hong Kong: n.p., 1978); Stanislaus M. Jen, The History of Our Lady of Joy (Liesse) Written for Its Golden Jubilee of Foundation (Hong Kong: Catholic Truth Society, 1978); and Jeroom Heyndrickx (ed.), Historiography of the Chinese Catholic Church: Nineteenth and Twentieth Centuries (Louvain Chinese Studies I, Leuven: Ferdinand Verbiest Foundation, 1994). 11. “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949.” 12. Myers, Enemies Without Guns, 11. 13. Some sources give Ying’s first name as Emile. 14. Some sources give Ma’s first name as Conrad. 15. Some sources give Ren’s first name as Gonzaga. 16. “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949.” 17. Some sources give his name as Damien Wang. 18. Some sources give his name as Elgius Zi. 19. “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949.” 20. “China’s Hope: The Story of the Chinese Cistercian Martyrs 1942-1949.” 21. Palmer, God’s Underground in Asia, 29.
Rosyjski serwis informacyjny Fontanka donosi, że wśród Rosjan gwałtownie rośnie popyt na fałszywe ukraińskie paszporty. Handlarze sfałszowanymi dokumentami twierdzą, że mogą one ułatwić relokację do Europy i uzyskać dostęp do świadczeń przyznawanych ukraińskim uchodźcom – podaje serwis uawire.org.
Większość ofert online to legalne usługi świadczone przez prawników w celu pomocy ukraińskim uchodźcom, którzy zgubili paszporty lub akty małżeństwa i nie mogą wrócić do domu, aby je odzyskać.
Ale na zamkniętych grupach w portalach społecznościowych rośnie też rynek handlu fałszywymi dokumentami.
„Możesz korzystać bez obaw”
„Twój paszport (krajowy lub międzynarodowy) jest sporządzany przy użyciu oryginalnych blankietów. Dane są dodawane do rejestru państwowego za pośrednictwem naszych połączeń” – czytamy w jednej z reklam tego typu nielegalnych usług. Reklama twierdzi, że na dokumencie umieszczane są wszystkie zabezpieczenia, jak odpowiednie perforacje i wszystkie pieczęcie. „Ostatecznie otrzymujesz prawdziwy dokument, z którego możesz korzystać bez obaw” – czytamy w jednej z reklam.
Ceny takiego dokumentu wahają się od 3000 do 9000 dolarów – podaje portal Fontanka.
He was in the world, and though the world was made through him, the world did not recognize him.” John 1:10
I have just returned from another year in China where I have witnessed the Church grow. I have seen churches struggle to accommodate the crowds who come for Holy Mass, and I have listened to countless stories of Christian suffering under China’s Communist rule. Over the years I have traveled with, worshipped with, and prayed with Chinese Catholics. Priests have risked their safety to meet me at secluded places, accompany me on peasant-filled busses to remote places of Catholic martyrdom, and send me surreptitious messages about the continued suppression, suffering, and humiliation that China’s Catholics endure every day. I once sat across from a crippled underground bishop, his spine permanently stooped over from twenty years of torture in a Communist prison because he refused to denounce the Pope. The bishop’s eyes beamed with joy, despite his distorted face, and he said over and over, “Thank you, Lord.” At such times when I am with holy Chinese Catholics who have suffered tortures for their faith, I recall the famous line from Saint Augustine: “God had one Son on earth without sin, but never one without suffering.” This holy bishop, Hu Daguo (1920-2011), was divinely connected to the suffering Son for whom he too had suffered. For nearly a decade I have preserved testimonies, handwritten accounts, and archival documents that outline how China’s Church has suffered under its Communist authorities, and in the 2 following series I will highlight some of those stories, stories that will help Catholics better understand China’s modern martyrs, from Mao to now.
Looking Ahead: His Excellency, Bishop Thaddeus Ma Daqin 馬達欽主教
While most Westerners hear only of China’s “economic miracle” and its appalling persecution of Tibetan Buddhists, few news sources or those persons in college classrooms discuss the government’s consistent maltreatment and discrimination against Catholic Christians. Only hours after Bishop Ma Daqin was consecrated the Auxiliary Bishop of Shanghai in July, 2012, the 54-year-old champion of Shanghai’s Catholic community was quietly escorted away by plain clothed Communist officers. He has not been publically seen since. Bishop Ma was favored and recognized by Pope Benedict XVI, and was set to succeed the recently-deceased Bishop of Shanghai, Aloysius Jin Luxian, SJ, (1916-2013) a Jesuit who suffered 27 years of imprisonment before his release. China’s Communist government only begrudgingly allows Catholicism to remain active, and the state remains adamant that Church hierarchy remains obedient first to the government, and governs the Catholic community in complete separation from the Holy Father in Rome “in all matters except spiritual ones.” Ma Daqin is first a Catholic, and for this he is now under house arrest. During his ordination as bishop, Ma Daqin allowed the three consecrating bishops who are in communion with the Holy See to lay hands on him, but when an illegitimate, state-supported bishop approached him, Ma stood up to embrace the other bishops, defying state interference in Church law. And after this bold act, the new Bishop Ma announced in his public thank-you speech that he declined any further affiliation with the 3 Communist-controlled Catholic Patriotic Association. He would, he said, devote himself only to his ministry as a bishop of the Roman Catholic Church. Shanghai’s crowded Saint Ignatius cathedral erupted into a long and enthusiastic applause of open support for the bishop’s defiance against the government. While unconfirmed, I was told by sources in Beijing that Bishop Ma is still under arrest at the Sheshan Catholic seminary near Shanghai, and is undergoing “reeducation” by the local authorities. China’s Catholics are heartened by Bishop Ma’s courageous opposition to Communist control, and continue to pray for a renewed era of clerical resistance to the state’s heavy, and often cruel, interference in the Church’s life and affairs in China.
Looking Back: A Communist Attack Against God, the Trappist Abbey of China
The history of Communist hostility against Christianity in China reaches back more than eight decades before Bishop Ma Daqin’s heroic defiance in Shanghai, and perhaps one of the most tragic examples of how merciless the Party can be is the appalling Communist massacre of thirty-three holy martyrs connected to Our Lady of Consolation Trappist Abbey at Yangjiaping. Still today, Chinese Catholics only speak of this incident in hushed tones for fear of the government. In 1947, a bedraggled and terrorized group of Trappist monks arrived in Beijing, where the American Jesuit, Fr. Charles J. McCarthy, SJ, (1911-1991) was the first person to collect the horrible stories of what had happened to their celebrated abbey, then in ruins. The stories they provided Fr. McCarthy had clearly stirred the young priest, for he later penned one of the most harrowing accounts of Communist atrocities in China’s early modern history. He began his narrative in vivid terms:
In the early morning hours of August 30, 1947, the Trappist Abbey of Our Lady of Consolation . . . was reduced to ruins by fire. . . . The burning of their monastery, affected by Communists who control this region, was but one act, and not the most pathetic, in a long tragic persecution inflicted on the brave Trappist Community. At present writing, sixteen Trappists are known to have died during the ordeal.1 The death toll indeed rose beyond sixteen, and as the details of their deaths came to light the inhumane tactics of China’s Communists also became known. Perhaps our best source of what happened in 1947 at Yangjiaping Abbey are the published descriptions by Fr. Stanislaus Jen, OCSO (1936-2003), one of the Chinese monks who witnessed many of the incidents.2 Fr. Jen recounts that Communist forces under Mao Zedong (1893-1976) had gained control of the area around Yangjiaping Abbey in late 1937, and by 1939 had decided to begin a campaign against the Christian monks. At noon one day some of the monastery Oblates left the enclosure to enjoy a walk, and were startled to discover an army of 8,000 Communists that had surrounded the community. Commanding officers entered the Abbey and demanded that the monks surrender the few rifles they had been given during the Boxer Uprising in 1900 to defend themselves; the situation was tense. Fearing an attack on the monastery, the monks surrendered their rifles, and once they were unarmed the Communists forced themselves into the Abbey and searched through every room, even upturning the floors. As Fr. Stanislaus wrote, “Even the Oblates foresaw the end of O. L. of Consolation for the monks.”3 5 Under orders of Chairman Mao’s leader of the People’s Liberation Army, Zhu De (1886-1976), some of the monks were arrested; “they were stripped of their clothes, tied by thumbs and big toes behind their back and hanged in trees in the valley for hours in icy cold winter temperature.”4 Scoffing at Bro. Alexis Liu, OCSO (d. 1948), soldiers shot bullets near his head to frighten him. The People’s Army eventually left the Abbey, leaving behind representatives of the Communist police, and from that time on the monastery was “completely under the control of the Communists.”5 During the decade before 1949, when China became a Communist country, Chairman Mao was already asserting strongly the Party’s position against religion, especially the Christian religion. In one impassioned speech, Mao proclaimed that, “the imperialist powers have never slackened their efforts to poison the minds of the Chinese people,” and this “policy of cultural aggression,” he argued, “is carried out through missionary work, through establishing hospitals and schools, publishing newspapers” to “dupe the people.”6 Christians, he told his followers, were imperialists determined to take over China, and since nearly three-fourths of China’s Christians were Catholic, the People were encouraged to attack Catholic institutions and convert them to their own way of thinking.
Accusations: The People’s Court and the Trappist Monks of Yangjiaping
An exceptional account of what the Communists did to the Trappists next is found in Gerolamo Fazzini’s, The Red Book of Chinese Martyrs, though even this work does not provide all the tragic details.7 By April 1947, the Communists began gathering people near the Abbey and conducted “peasant association meetings,” during which the Party cadres contrived false allegations that the monks had taken land from “the People,” and that the Catholics were determined to tyrannize the Chinese. After pillaging the 6 monastery, the Communists organized an open-air trial before more than a thousand villagers. At the first of these “People’s courts,” on 1 July 1947, two of the monks were dragged before a crowd, accused of “oppressing the people of China,” and ordered to give the Abbey’s goats to the peasants. At another trial on 10 July, the monks were again presented to the People’s Court. The thirty-nine-year-old Fr. Seraphin, OCSA (1909-1948), was, as Thomas Merton, OCSA (1915-1968), wrote in his The Waters of Siloe, “marked out for particularly cruel treatment,” and was “beaten across the back with clubs for two hours” in the presence of the villagers, many of whom were formerly friends of the Abbey.8 The monks stood on stage stripped to the waist – the Communists tore their habits during their arrests. The charge: the Abbey had collaborated with foreign colonial powers during the Boxer Uprising and used the guns received from the French government to oppress the Chinese people. The verdict: the People’s court ordered the monks to repay to the local peasants all it “had stolen from the people.” The next trial was held on the morning of 23 July. The Communist soldiers kicked the monks as they walked from their residence to the Abbey church, where the soldiers occupied the choir stalls while the monks began to chant the morning Divine Office: Laudáte Dóminum de cælis; laudáte eum in excélsis, “Praise the Lord from the heavens; praise him in the heights above.”9 Peasants filed into the nave as they sang. Theresa Marie Moreau’s dramatic book, Blood of the Martyrs: Trappist Monks in Communist China, describes the scene of this final trial in the Abbey church: 7 A table for the judges had been placed underneath the extinguished sanctuary lamp. . . . Father Gulielmus Cambourieu [OCSO (1870-1947)], gifted with a sensitive nature, whispered to his confreres, ‘Were all going to die martyrs. Let’s make a general Act of Contrition.’ They were to be tried before another People’s Court.10 The Communist court summoned Father Seraphin to the platform and accused him of spying among the neighboring villages, gathering information for the Japanese. After denying the false charge, members of the People’s Liberation Army were ordered to beat the monk with clubs. The abuse was so severe that Father Seraphin cried out, “Have a little mercy.” His judge’s reply was direct: “The time for mercy is past; this is the hour of our revenge.”11 A Catholic woman named Maria Zhang was commanded to testify against Father Seraphin, but after she defended him before the court the young woman was tied to a column and beaten on her head and back. Collapsing from the abuse, the Communists thought she was dead; “they took one of their crude festal banners, threw it over the prostrate form, then calmly resumed the trial.”12 Selected village representatives gathered in the nave, and at last demanded that the entire Trappist community should be executed. The Party cadre officiating at the trial coldly informed the monks that, “the people’s decision is our decision; for the Communist government is the people’s government.”13 One after the next, the Trappist monks were forced to the corner of the church, near where the vigil lamp of the Blessed Sacrament was suspended, and their hands and feet were shackled in chains. Their rosaries, scapulars, and holy medals were taken away, and they were escorted to the monastery refectory, where they were imprisoned to await their punishment. The monks 8 submitted to Christ’s divine will, for as Saint benedict had written in his Rule, “monks are men who can claim no dominion even over their own bodies or wills.”14 The trial and the accusations were a charade. The Abbey and the surrounding villages had always lived in peace, and the monks had even helped the villagers on many occasions. The Party had carefully orchestrated the trials and beatings; they had turned the villagers against the monks with fabricated rumors and encouraged them to raid the monastery’s provisions and seize its land and animals. The Trappists had lost everything but their lives, but many would lose even this.
The Hidden History of China’s Communist Government
China’s current government is careful to hide the events of this tragedy, and few people in and out of China today are aware of the unpitying violence the Communist Party has inflicted upon China’s Catholics. Over the past several years the horrific events of the Trappist martyrdoms in 1947 China have punctuated my research on other historical events. After Mass at Beijing’s West Church, an elderly Catholic man called me to the parish center to show me materials he had gathered about the Yangjiaping massacre, and suggested a surreptitious meeting with one of the Abbey survivors. I later met this survivor and recorded his tragic story of what happened. Last year, Theresa Marie Moreau kindly sent me a copy of her summoning book, Blood of the Martyrs, and in a recent correspondence she expressed her hope that the Trappist martyrs of China are someday elevated to the honor of the Altar as canonized saints in the Catholic Church. And during research visits to important Catholic archives in Europe, I inadvertently came across several rare documents related to the Trappist monks in China who were tried, tortured, and martyred by Chinese Communists. 9 Other accounts of Communist persecution of China’s Catholics have been given to me during recent trips to China. “We can’t say anything about this,” they tell me, “but you can.” In the next several columns I write for Catholic World Report, I will honor the wish of these holy and suffering Chinese Catholics, and tell some of these stories so more may know about the atrocities committed against the Church in China by its current government. Mao’s People’s Liberation Army, his Red Guards, and his Party officials have buried priests alive, tortured them in cruel prisons, and subjected countless faithful Christians to “reeducation” classes and years of harsh conditions at remote Labor Camps. In the next issue of “Clark on China,” I shall outline what happened to the Trappist monks of Our Lady of Consolation Abbey at Yangjiaping after their trials. Relying on several sources, including the report taken by Fr. Charles J. McCarthy in 1947 and the testimony given to me by one of the survivors, I will describe the terrible death march inflicted on the monks, and the awful torments they endured under China’s People’s Liberation Army. As one Communist soldier informed the monks, “Before long, in our territories there will be no Catholic Church.” Despite their sufferings, or perhaps because of them, the area around Yangjiaping now boasts a thriving Catholic population. The Trappist monks, and the Chinese Catholics today who remember their torments in 1947, highlight well the words of Saint Peter in his first Epistle: Beloved, do not be startled at the trial by fire now taking place among you to prove you, as if something strange were happening to you; but rejoice, in so far as you are partakers in the suffering of Christ.
=============================
[Poniższych obrazów nie znalazłem, a szkoda. Gdyby ktoś znalazł, daj mi znać MD]
====================== Images: 001: Our Lady of Consolation Trappist Abbey before its destruction by Chinese Communists in 1947. 002: Our Lady of Consolation Trappist Abbey church during Holy Mass before its destruction by Chinese Communists in 1947. 003: The monks Our Lady of Consolation Trappist Abbey before their persecution by Chinese Communists in 1947. 004: The survivors from Our Lady of Consolation Trappist Abbey after their suffering under Communist persecution. This photo was taken in Beijing, October 1947; Fr. Charles J. McCarthy, SJ, is seen in the back row, fourth from the right. All photographs are from Ren Dayi任達義, Yinshui siyuan Chahaer huai laixian Yangjiaping Shengmu shenwei yuan Shengmu shenle yuan zhi muyuan 飲水思源察哈爾 懷來顯楊家坪聖母神慰院聖母神樂院之母院 (Hong Kong 香港: 1978). 任達義, Yinshui siyuan Chahaer huai laixian Yangjiaping Shengmu shenwei yuan Shengmu shenle yuan zhi muyuan 飲水思源察哈爾懷來顯楊家坪聖母神慰院聖母神樂 院之母院 (In Remembrance of Our Lady of Consolation Abbey, Yangjiaping, Chahar Province, the Mother House of Our Lady of Joy, Liesse) (Hong Kong 香港: 1978). 11 Notes: ============================================= 1 Charles J. McCarthy, SJ, “A Trappist Tragedy,” in Paolino Quattrocchi, Monaci nella Tormenta [Abbaye de Cîteaux, 1991], 136. 2 The document I am relying on most is a fascimile of one of Fr. Jen’s books, provided to me by an anonymous Catholic at Beijing’s West Church: Fr. Stanislaus Jen/Ren Dayi, OCSO 任達義, Yinshui siyuan Chahaer huai laixian Yangjiaping Shengmu shenwei yuan Shengmu shenle yuan zhi muyuan 飲水思源察哈爾懷來顯楊家坪聖母神慰院聖母神樂 院之母院 (In Remembrance of Our Lady of Consolation Abbey, Yangjiaping, Chahar Province, the Mother House of Our Lady of Joy, Liesse) (Hong Kong 香港: 1978). 3 Stanislaus Jen, Yinshui siyuan ,17-18. 4 Stanislaus Jen, Yinshui siyuan, 18. 5 Stanislaus Jen, Yinshui siyuan, 19. 6 Mao Zedong, “The Chinese Revolution and the Chinese Communist Party,” in Selected Works of Mao Tse-tung, Vol. 2 (Beijing: Foreign Language Press, 1965), 312. 7 See Gerolamo Fazzini, The Red Book of Chinese Martyrs (San Francisco: Ignatius Press, 2006), pages 285-310. 8 Thomas Merton, The Waters of Siloe (New York: Harcourt, Brace and Company, 1949), 254. 9 Psalm 148. 10 Theresa Marie Moreau, Blood of the Martyrs: Trappist Monks in Communist China (Los Angeles: Veritas Est Libertas, 2012), 29. 12
11 Merton, The Waters of Siloe, 256. 12 Stanislaus Jen, Yinshui siyuan , 99. 13 Stanislaus Jen, Yinshui siyuan , 99. 14 The Rule of Saint Benedict, Chapter XXXIII (London: Baronius Press, 2005), 48. 15 I Peter 4:12
It was March of 1585. After three exhausting years spent traveling halfway around the world, Julian and his friends, all Japanese converts to the Catholic Faith, looked out on Rome. They were probably the first Japanese to gaze on the Eternal City, which seemed like something out of a dream. As they arrived, a large crowd gathered to welcome them in the evening twilight. Julian and his fellow Japanese nobles were escorted by the cavalry of the Pontifical Army. Trumpets blasted and torches blazed before them in the magnificent Jesuit Church of the Gesù; a solemn Te Deum resounded in thanksgiving for their arrival.
Julian eagerly awaited meeting the Holy Father the next day, so much so that he could hardly sleep. In the morning, he and his entourage were met by the ambassadors of the Catholic powers of Europe. The Papal Guards led the grand procession through the streets. As they approached Castel Sant’Angelo, the cannons fired in salute. Entering the Vatican Palace, Julian and his fellow Japanese prostrated themselves before the Holy Father’s throne.
Pope Gregory XIII rose, bedecked in papal tiara and flowing robes of state. With tears in his eyes, the aging pope raised Julian from the floor and embraced him. He did the same for the others in the entourage, the first of the Holy Father’s Japanese children to have the honor.
Julian, at long last, solemnly presented the letters of the Catholic princes whom he represented. Through an interpreter, he declared: “Your Holiness, we come in our own names and in the names of our princes to acknowledge you as the Vicar of the Son of God on earth, and to pay you the homage of the Christians of Japan.”
Seeking Peter’s Blessing
Julian Nacaura, Mancio Isto, Martin Fara and Michael Cingina had left their homes in Japan in the spring of 1582. Though their mission took three years of traveling to fulfill, here they were, standing before the Vicar of Christ. After a visit to St. Peter’s Basilica, the Holy Father conversed with them at length on the needs of the Church in Japan.
Pope Gregory was gladdened at hearing reports from these serious young men and zealous Catholics. With over 300,000 in the ranks of the baptized, growing seminaries and many converts of influence, the Church in Japan was the largest in Asia. Pope Gregory listened intently as they related their hopes for Japan’s conversion.
Remaining in Rome for some time, the Japanese visited many places of pilgrimage, including the catacombs and tombs of the holy martyrs. The four young Japanese knelt before the shrines of their forerunners in the Faith. Little did they know that Julian Nacaura would one day join the ranks of the martyrs.
Three weeks later, Pope Gregory XIII passed away. His successor was Pope Sixtus V. The new pope immediately called an audience with the Japanese entourage. He imparted the apostolic benediction and gave them places of honor at the awe-inspiring Papal Coronation.
A few days later, Pope Sixtus made the four young men the first Japanese Papal Knights. They knelt before the Holy Father and swore to defend the Faith with their lives. After assisting at a Solemn Mass and receiving the Sacred Host from the hands of Pope Sixtus, the four young men departed to bear the Apostolic Blessing to the Catholics of their country.
Their journey from Japan to Rome had taken three years and two months. The return journey would take even longer. Having left Nagasaki in 1582, they did not see Japan again until 1590. Their return marked the start of brutal persecution.
Brutal Persecution and Martyrdom
Saint Francis Xavier had arrived in Japan in 1549. The Jesuit mission in the country soon flourished. Every kingdom on the islands had large groups of Christians. Trouble began in 1580 as Catholics grew in number. Dutch merchants began spreading lies, insisting the Catholic Jesuits were the means for subjecting Japan to European rule.
The Japanese prince, Taicosama, who came to power by defeating other princes in battle, began to pressure Catholic nobles to abandon their Faith. In 1587, he issued an edict of banishment against foreign Jesuits, Franciscans and Dominicans, forcing most into exile. Twenty-six of their residences and more than 140 churches were destroyed.
In 1590, the news of the arrival of the four young nobles from their embassy to the Vatican soon spread. Advisors close to Taicosama lied to him, saying that they had gone to Europe to hand over Japan’s sovereignty to foreigners of the West.
At Taicosama’s orders, soldiers soon arrested all of the clergy in the kingdoms of Osaka and Miyako (modern-day Kyoto). Taicosama next issued an order outlawing the Christian religion. He ordered that six European Franciscan missionaries, three Japanese Jesuits and fifteen Japanese laymen, including three young boys, be executed by crucifixion in Nagasaki. They were transported more than 500 miles and exposed to the insults of the people as they passed. Onlookers were astonished to see looks of profound joy on their faces, knowing they would shed their blood for Jesus Christ.
The three youngest prisoners, Thomas age 14, Anthony age 13, and Louis age 11, tied together in the same cart, began singing the Pater Noster and the Ave Maria when they passed through the cities. The multitudes were filled with admiration.
Two young Japanese Catholics, Peter Sekugiro and Francis Fahalente, followed the condemned religious the entire way. The guards tried in vain to make them leave. Peter and Francis were thus also condemned, bringing the total to 26.
On February 5, 1597, they were led to a hill overlooking Nagasaki where crosses had been prepared for them. They all began to weep tears of joy. Each embraced his cross and kissed it. They were tied to the crosses with coarse cords and lifted up. Father Peter Baptist intoned the canticle Benedictus, which the others joined in. One by one they were pierced through with two lances which, thrust into their sides, crossed each other at the breast and came out through the shoulders. Eyewitnesses said that a heavenly light surrounded their bodies. Faithful Catholics soon approached and gathered the blood of the martyrs.
The Blood of Martyrs: Seed of the Church
Word spread quickly of this first martyrdom. Thousands of Japanese soon flocked for instruction in the Faith, edified by the heroic example of the martyrs. Miracles worked through the prayers of the martyrs became numerous.
Japanese Catholics began to invoke the new martyrs for the grace to suffer and die for Jesus Christ. Our Lord granted their splendid petition in short order. In honor of Our Lady, communities were formed with the particular intention of praying for the fortitude necessary to die for Christ.
The death of Taicosama in 1598 brought no relief to the Catholics of Japan. Daifusama soon replaced him, the first ruler of the Tokugawa Shogunate. This dynasty ruled Japan throughout the 17th century, multiplying the attacks on the Catholic faithful.
Intense pressures were put in place for Catholics to renounce their faith. Officials rounded up the faithful and forced them to step on crucifixes or holy objects as a sign of their repudiation of the Faith. The weak among them relented, but large numbers of the devout refused, marking themselves for death.
When the clergy were expelled, a poor blind man named Damian began to teach catechism and baptize, encouraging his fellow Christians. The local prince offered him great gifts if he would give up his faith, and threatened him with death if he refused. He quickly replied: “You give me the choice of life and death. It is death I choose, and I prefer it to all the goods you promise me.” He was led out to a place of execution, and his executioner told him he could still be saved should he deny his faith. Damian answered: “I am a Christian. Do your work.” He was then beheaded.
Nobility of Japan Martyred
Near Arima, there were eight noble families condemned to die for refusing to renounce their faith. Twenty thousand Christians soon appeared to accompany them to their deaths. They formed columns singing the Litany of the Blessed Virgin as they approached the place of execution.
The youngest, James, was asked if he would like to be carried as he became tired from walking. He replied: “We are imitating our Captain who ascended Calvary on foot. Now we must labor; eternity will give us a long rest.” When others wept at seeing him condemned, he chastised them: “Why do you weep? Do you not envy my happiness? Walk merrily, as you see me doing.”
Approaching the place of execution, the condemned kissed the stakes they would be tied to and burned. Leo Caniemon spoke boldly to the crowds of Christians there: “My brethren, the Christian religion is the only one in which we can be saved. Persevere in the faith. Let not our torments frighten you. The sufferings are light and short. The reward is great and is eternal. Be you the witnesses that we die for faith in Jesus Christ.” The fire beneath them was lit, and all the Christian onlookers fell on their knees. The remains of the martyrs were taken to Nagasaki and buried beside a church.
The following year, any samurai who refused to renounce Christianity was stripped of his title and banished. A famed samurai named Justo Takayama faced exile for his refusal to abandon his faith. He and 300 Japanese Catholics set sail from Nagasaki, never to return.
Throughout the decade of 1620, new persecutions arose, and larger numbers of Catholics were executed. On just one day in 1622, twenty-five religious were burned to death after witnessing the beheading of thirty Japanese faithful.
A Fate Worse than Death: Torture
A new edict came from the emperor: the Christians should no longer be put to death but tortured until they renounce their faith. At Mount Ungen near Nagasaki, hundreds of Christians were tortured with flames, lashings, boiling water poured over their heads, and all manner of cruelties. Many of those tortured died from their wounds. Father Anthony Iscida, a Japanese Jesuit priest, spent three years in prison, after which he was taken to Mount Ungen. All his limbs were dislocated, and sulfuric waters were poured over him for thirty days. He was finally burned alive.
In 1633, Julian Nacaura was led through Nagasaki to be executed. Though far from the Rome of his earlier travels in time and distance, he was closer than ever to the Eternal City in his heart. He was now a Jesuit priest, and was the last remaining in the country. He reminded those he passed that he was among the first Japanese sent to Rome, and was glad to give his life for Christ. Julian was hung head down in a pit, and died after three days of agony.
Shimabara: The Catholics’ Last Stand
For years the Catholics of Japan had suffered persecutions with heroic patience. However, the Catholics of the south soon took up arms against their cruel overlord. Early in 1643, more than 35,000 Catholics rose up and occupied the fortified town of Shimabara, which they held for several months.
The Tokugawa Shogunate sent an invasion force to put down this rebellion. 125,000 troops surrounded Shimabara for a lengthy siege. Shiro Amakusa, a samurai who had lost his position, led the Catholic army to inflict heavy losses on the enemy. He famously cried out during a skirmish, “We would rather die one swift death than a thousand slow ones.”
The Catholics held out for some time. However, the Protestant Dutch landed with their heavy cannons and breached the walls. Men, women and children were massacred. The remaining 4,000 Catholics taken prisoner were transported to the rock of Papenburg overlooking Nagasaki harbor. The last survivors of Shimabara were hurled to their deaths from a high cliff.
Underground “Treasure” Discovered—200 Years Later
The Tokugawa Shogunate fully implemented a policy of isolation that lasted 200 years. Only the Dutch were allowed to maintain a trade mission in the country; all other Europeans were banned. The Jesuit clergy, who would attempt to enter undetected during this time, were all arrested and executed.
Catholicism in Japan went underground for two centuries. In 1867, the Japanese policy officially changed, and religious were allowed back into the country. Priests of the Foreign Mission Society of Paris were the first to arrive and erect a church at Nagasaki. To their great surprise, many Japanese approached, asking if they were celibate and venerated the Blessed Virgin.
Upon investigating, the European priests were shocked to find large communities of believers numbering in the thousands. For centuries they had preserved the sacrament of baptism. Every Catholic they questioned knew the catechism and prayers in Japanese and Latin by heart.
The missionaries soon sent word to Europe of the incredible preservation of the Faith in Japan. Catholics deprived of priests for 200 years had faithfully clung to the Faith and passed on Church teaching intact. Pope Pius IX, on hearing the report, declared it a miracle.
Future Workings of Grace
From the first baptisms by Saint Francis Xavier in 1549, enemies of the Church have been working to extinguish the Faith in Japan. In spite of brutal persecutions, however, the Faith lives on.
Catholics in Japan today make up less than 2% of the population. Through centuries of imposed cultural uniformity, most modern Japanese show little openness to conversion.
God’s ways are not our ways, however. Through the heroic sacrifices of thousands of martyrs, many known only to God, a glorious future period will certainly come to Japan. Contrasting their centuries of isolation, a Christian civilization will one day take root in Japan, sending out missionaries to spread the Gospel.
The Japanese martyrs are now glorifying God forever and stand ready to intercede for us in these dark times. Let us continually beg them for the fortitude needed to be faithful unto the end.
Szanowny Panie! Dziecko w łonie matki jest pasożytem, a jego abortowanie jest bezpieczniejsze dla kobiety od wyrwania zęba – stwierdziła otwarcie w trakcie telewizyjnej debaty o aborcji lekarz-ginekolog Anna Orawiec. Ta przerażająca wypowiedź padła publicznie tuż przed głosowaniem w sprawie upowszechnienia aborcji, które już wkrótce ma odbyć się w Sejmie. Aborcjoniści od dawna między sobą mówią tak pogardliwie o dzieciach poczętych, a od jakiegoś czasu zaczęli to robić publicznie. Zbiega się to w czasie z planami sejmowej legalizacji aborcji i groźbami wypowiadanymi przez Donalda Tuska, który zapowiedział, że każdy lekarz, który odmówi aborcji, będzie ścigany z urzędu przez prokuratora. Plan lobby aborcyjnego jest taki: wszyscy lekarze w Polsce bez wyjątku mają być specjalistami od likwidacji dzieci-pasożytów i mają sugerować aborcje wszystkim kobietom w ciąży! To atak na biologiczne fundamenty istnienia naszego narodu. Musimy działać! 11 kwietnia organizujemy w Warszawie Marsz w obronie dzieci i planujemy kolejne akcje. Proszę, aby włączył się Pan do walki o życie. To historyczny moment, który zaważy o przyszłości Polski.Wstrząsające i szeroko komentowane w mediach słowa padły podczas niedawnej debaty o aborcji, która odbyła się na Kanale Zero. Nagranie doczekało się już ponad 419 000 wyświetleń. Zacznijmy od tego, że słowo „debata” trzeba w tym przypadku umieścić w cudzysłowie, ponieważ na 4 zaproszonych do studia gości w zasadzie tylko 1 osobę można określić jako przeciwnika aborcji. Stosunek sił w „debacie” był więc już od samego początku 3:1 na rzecz aborcjonistów.
Jedną z osób zaproszonych do tej „debaty” była lekarz-ginekolog dr Anna Orawiec, która powiedziała:
„Z punktu widzenia biologii pasożytnictwo, to jest sytuacja, w której jeden organizm zabiera od drugiego i nie daje nic w zamian. No i ciąża w pewien sposób jest taką sytuacją, ponieważ płód nie odżywia w żaden sposób kobiety. Więc jest pasożytem.”
Orawiec otwarcie powiedziała też, że jest zwolennikiem aborcji i zasugerowała, że popiera pro-aborcyjny projekt ustawy Tuska, który już wkrótce będzie głosowany w Sejmie RP:
„Uważam, że to kobieta powinna podjąć decyzję czy chce być w ciąży, czy chce ją zakończyć. Jeżeli pacjentka zdecyduje się na wykonanie aborcji do 12. tygodnia, jest to na tyle bezpieczna procedura, bezpieczniejsza niż wyrywanie zębów mądrości”.
Panie MirosĹ‚awie, propaganda hitlerowska w podobny sposób nazywała podludzi, głównie Polaków i Żydów, przeznaczonych do eksterminacji. Na określenie podludzi używano słów takich jak robaki, insekty, wszy i szczury. Podobnym słowem jest pasożyt, które w języku aborcyjnej propagandy określa dzieci w łonach matek – istoty pozbawione praw i przeznaczone do likwidacji. Warto w tym momencie przypomnieć, że projekt Donalda Tuska, który już wkrótce będzie głosowany w Sejmie, odbiera prawny status człowieka dzieciom poczętym poprzez usunięcie odpowiednich zapisów z polskiego prawa.
Z punktu widzenia naukowego wypowiedź dr Orawiec jest oczywistą bzdurą, tym bardziej, że pasożytnictwo dotyczy dwóch organizmów różnych gatunków, a nie tego samego gatunku. Jest to wiedza z zakresu lekcji biologii w szkole podstawowej. Jednak dla aborcyjnego lobby i powiązanych z nim polityków nie ma to najwyraźniej żadnego znaczenia.
W czasach PRL istniało powiedzenie: „nie matura a chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, oznaczające priorytety, jakimi kierowano się w doborze kadr do budowy komunistycznych „elit”. Nadrzędną wartością była wierność partii i ideologii, a kompetencje schodziły na dalszy plan. Przysłowiowy oficer lub jakikolwiek inny urzędnik państwowy mógł ledwo umieć czytać i pisać, ale jeśli posłusznie wykonywał polecenia to był promowany i awansowany.
Podobną sytuację obserwujemy dzisiaj m.in. w służbie zdrowia. Promowani, awansowani i zapraszani do telewizji są „eksperci”, których zadaniem jest upowszechnianie aborcyjnej ideologii, w zamian za co mogą liczyć na opiekę ze strony pro-aborcyjnych patronów. Porównująca dzieci do pasożytów dr Anna Orawiec znalazła ostatnio zatrudnienie w nowej klinice MSWiA, która wedle informacji medialnych ma stać się „ośrodkiem najwyższej rangi” w Polsce. W tym samym czasie lekarze sprzeciwiający się aborcji są prześladowani. Proceder ten trwa w Polsce już od wielu lat. Warto w tym momencie przypomnieć chociażby sprawę prof. Bogdana Chazana, członka Rady naszej Fundacji, który został wyrzucony ze szpitala przez ówczesną prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz z PO, gdyż odmówił abortowania dziecka.
Do czego to wszystko prowadzi? Wszyscy lekarze w Polsce mają być aborcjonistami.Właśnie o to chodzi Tuskowi i jego ministrom, którzy są jedynie podwykonawcami projektu narzuconego nam przez międzynarodowe lobby aborcyjne. To dlatego forsują projekty ustaw, które już po Świętach Wielkanocnych będą głosowane w Sejmie. To dlatego chcą prześladować lekarzy za odmowę aborcji.
W tym wszystkim chodzi o to, aby aborcja stała się domyślną, standardową opcją w trakcie wizyty kobiety u ginekologa. Dodatkowo, deklaracja światopoglądowa w sprawie aborcji ma być wyznacznikiem tego, czy ktoś może zostać lekarzem ginekologiem czy nie. Za wierność linii ideologicznej wyznaczonej przez rząd i lobby aborcyjne będą awanse. Za sprzeciw wobec aborcji będzie czekał prokurator.
To medyczna rewolucja, którą właśnie przeprowadza w Polsce międzynarodowe lobby aborcyjne. Jeżeli ich plan wejdzie w życie, zagrożeni będą wszyscy – każda rodzina w Polsce i każda kobieta. Każde poczęte dziecko będzie zagrożone aborcją, gdyż jedynymi lekarzami będą aborcjoniści wywierający emocjonalną presję na pacjentki.
Musimy stanąć do walki! 11 kwietnia, w trakcie sejmowej debaty nad aborcją, nasza Fundacja organizuje w Warszawie Marsz w obronie dzieci. Dołączają do nas kolejne organizacje i środowiska. Kolejne osoby deklarują, że przyjadą razem z nami na Marsz. Sejmowe głosowanie może być przełomowym momentem, od którego zależeć będzie życie milionów Polaków i przetrwanie naszego narodu. Dlatego musimy być w trakcie głosowania pod Sejmem.W obliczu ataku na biologiczne istnienie Narodu bierność oznacza współudział. Wobec zdrady polityków zwykli Polacy mają obowiązek stanąć w obronie najmniejszych Polaków. Liczne demonstracje przyczynią się zapewne do opamiętania wystarczającej grupy posłów, aby zablokować mordercze ustawy. Skłonią też Prezydenta do zawetowania ustaw, jeśli większość posłów poprze zabijanie małych Polaków. Zapraszam Pana do udziału w Marszu. Udzielimy Panu wszelkich informacji i pomocy, jeśli przyjedzie Pan do Warszawy z daleka. Prosimy tylko o zarejestrowanie się na naszej stronie internetowej. Jeżeli nie może Pan osobiście uczestniczyć w Marszu, proszę zachęcić do tego znajomych i wesprzeć organizację naszych akcji finansowo. Równolegle do Marszu, nasza Fundacja organizuje w całej Polsce niezależne kampanie informacyjne i publiczne modlitwy różańcowe w intencji powstrzymania aborcji oraz przemiany serc wszystkich ludzi uwikłanych w proceder aborcji. Pan Jezus powiedział: „jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.” Wielu aborcjonistów i najważniejszych liderów aborcyjnego lobby nawróciło się pod wpływem modlitwy i kontaktu z prawdą o aborcji. Kolejne takie nawrócenia są możliwe, ale musimy być konsekwentni i nieustępliwi w modlitwie i naszych akcjach.
Proszę Pana o umożliwienie nam tych działań. W najbliższym czasie potrzebujemy ok. 16 000 zł. Proszę, żeby przekazał Pan 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub inną kwotę, jaka jest dla Pana w aktualnej sytuacji możliwa, i pomógł nam w ten sposób zorganizować opór wobec ofensywy aborcjonistów na Polskę. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Międzynarodowe lobby aborcyjne i usłużni mu politycy tacy jak Donald Tusk chcą zamienić lekarzy-ekspertów od ratowania życia w terminatorów, którzy swoich umiejętności i autorytetu medycznego użyją do mordowania dzieci i emocjonalnego terroryzowania i ch matek. Plany rządu Tuska i aborcyjnego lobby zakładają, że tacy mają być wszyscy lekarze w Polsce. Musimy się temu przeciwstawić, dlatego proszę Pana o pomoc. Z wyrazami szacunku, Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Wiara w Boga jest obowiązkiem każdego człowieka, który używa rozumu. Nauka Kościoła katolickiego mówi, że każdy człowiek może poprzez swój naturalny rozum rozpoznać istnienie Boga jako źródła i przyczyny. Wskazywał na to św. Tomasz z Akwinu, a uroczyście ogłosił to I Sobór Watykański.
O tej kwestii mówił w PCh24 TV o. dr Michał Chaberek OP.
– Mamy nauczanie I Soboru Watykańskiego, które mówi, że Boga jako przyczynę, źródło bytu i świata, można poznać rozumem – nawet niezależnie od Objawienia. Ten argument sięga czasów przedchrześcijańskich. […] Zajmował się tym również św. Tomasz z Akwinu – stwierdził.
– To, co możemy poznać o Bogu na mocy samego rozumu nie prowadzi nas do rzeczy objawionych: że Bóg jest Trójcą, że wcielił się w Jezusa Chrystusa; to już jest na mocy wiary. Poznanie rozumowe ma swoje ograniczenia. Św. Tomasz mówi, że Boga może poznać niewielu, po długim czasie i z domieszką błędu. Widzimy to u Arystotelesa, który pojmuje Boga jako oddaloną zasadę bytu, Boga, który nie uczestniczy w historii, ale w trochę mechanicystyczny sposób porusza sfery. Wiara jest potrzebna, bo prowadzi do oczyszczenia błędów w poznaniu Boga i zawiera dużo więcej treści na temat Boga, zwłaszcza w kwestii historii zbawienia – powiedział dominikanin.
Pomimo tego, że można rozumowo stwierdzić istnienie Boga, nie każdy chce się na tę prawdę zgodzić. Wynika to z zatwardziałości, w jaką może popaść ludzka wola.
– Żeby przyjąć jakąś prawdę nie wystarczą argumenty. Można komuś powiedzieć, że 2+2 jest 4, ale on odpowie: jest pięć. Przyjęcie prawdy domaga się dobrej woli – zgodzenia się na pewne rzeczy. Jeżeli ktoś nie chce przyjąć prawdy, to może zaprzeczać nawet najbardziej logicznym faktom. Człowiek ma liberum arbitrium, wolną wolę, którą może po prostu źle skierować. Dlatego rozumowe dowody na istnienie Boga nie każdego przekonają; ale jeżeli ktoś chce poznać prawdę, to ma do tego narzędzia rozumowe – podkreślił o. dr Michał Chaberek.
W sumie zatem można powiedzieć, że obowiązkiem każdego rozumnego człowieka jest to, o czym mówi I Sobór Watykański: uznanie Boga jako przyczynę i cel. Trzeba zatem uznać, że jest jeden Bóg; że jest absolutem; że porządek świata pochodzi od Niego. Kto tego nie robi, do tego stosuje się nauczanie Pisma: „Mówi głupi w swoim sercu: «Nie ma Boga»”.
Sławny onkolog wypowiada się na temat turbo-raka księżnej Kate
„I am hugely grateful” [po injekcji]
[Znajomy lekarz, ordynator mówi („ale tylko prywatnie” – zastrzega,) że u niego takich „turbo-raków” wśród młodych, zaszczepionych, jest sporo. A w W. Brytanii ludzie byli odporni na propagandę pro-szprycową, więc namówienie młodej, ładnej księżnej na propagowanie szczepień pewnie skłoniło z dziesięć tysięcy brytyjczyków do szprycy. Ilu z nich zmarło na „tugbo-raka”, chyba można znaleźć w statystykach oficjalnych W. Brytanii, bo w tym są dość uczciwi. Czy można tę biedną kobietę o to obwiniać? Nie wiem, ale należy wszystkich przestrzec przed lekkomyślnym postępowaniem. MD]
Dr William Makis, kanadyjski onkolog i luminarz Cross Cancer Institute, wykładowca na University of Alberta:
U księżnej Walii, Kate Middleton, zdiagnozowano raka – istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ma tzw. turbo-raka, wywołanego przez szczepionki mRNA COVID-19, które przyjęła w 2021 roku.
Jakie są najbardziej prawdopodobne turbo nowotwory wywołane przez mRNA, które wymagałyby poważnej operacji jamy brzusznej i “chemioterapii zapobiegawczej”?
1. Turbo rak okrężnicy – jeden z najczęstszych
2. Turbo rak jajnika – coraz częstszy, złe rokowania
3. Turbo rak macicy – endometrium lub mięsak macicy
W moim artykule szczegółowo omawiam każdy z tych scenariuszy.
Najczęstszym scenariuszem jest turbo rak okrężnicy, który jest na szczycie listy 5 nowotworów występujących po szczepieniu szczepionkami mRNA Pfizer lub Moderna przeciwko COVID-19.
Turbo Rak jelita grubego jest coraz powszechniejszy i występuje u coraz młodszych mężczyzn i kobiet. Rośnie szybko i często nie reaguje na standardowe schematy chemioterapii i radioterapii. Immunoterapia również nie działa, co zwykle szokuje onkologów.
Turbo rak jajnika występuje coraz częściej u młodszych kobiet. Często występują one jako torbiele jajników i w wielu przypadkach są początkowo uważane za łagodne.
Wiele przypadków turbo-raka jajnika zostało zignorowanych przez lekarzy, dopóki nie osiągnęły one tak dużych rozmiarów, że musiały zostać usunięte chirurgicznie – i dopiero wtedy wykryto raka. Takie przypadki mają złe rokowania.
Turbo rak macicy również gwałtownie rośnie i może objawiać się bólem brzucha lub krwawieniem i początkowo uważany jest za nowotwór łagodny, taki jak mięśniaki macicy. Są to nowotwory endometrium lub mięsaki.
Rzadkie turbo nowotwory jamy brzusznej mogą dotyczyć wyrostka robaczkowego, pęcherzyka żółciowego, trzustki, żołądka i wątroby.
W przypadku wyrostka robaczkowego może wystąpić zapalenie wyrostka robaczkowego, a w przypadku pęcherzyka żółciowego ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego – po usunięciu może zostać wykryty rak, ukryty i nieoczekiwany. Nie są to jednak “poważne operacje jamy brzusznej”, więc są mniej prawdopodobne.
Moją hipotezą i obawą jest to, że poważna operacja brzuszna, którą przeszła księżna Walii, była całkowitą histerektomią i obustronną salpingo-oforektomią, a rak jest albo rakiem jajnika, albo rakiem macicy, który został nieoczekiwanie odkryty po badaniu patologicznym próbki chirurgicznej.
Potrzeba “chemioterapii zapobiegawczej” sugeruje turbo raka jajnika lub bardziej zaawansowane stadium turbo raka macicy (lub bardziej agresywne podtypy, takie jak mięsaki macicy, raki jasnokomórkowe lub raki surowicze), które również wymagałyby chemioterapii.
Jeśli Księżna Walii cierpi na turbo-raka jajnika lub zaawansowanego lub agresywnego turbo-raka macicy, będzie potrzebowała znacznie bardziej kompleksowego planu leczenia raka niż ten, który zaoferują jej brytyjscy onkolodzy.
Ogólnie rzecz biorąc, turbo-nowotwory nie reagują na standardowe schematy chemioterapii, radioterapii lub immunoterapii.
Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku turbo-nowotworów jajnika.
Księżna będzie potrzebowała planu leczenia, który uwzględni niektóre z unikalnych cech turboraka indukowanego przez mRNA.
Będzie on obejmował protokół “detoksykacji” z białek kolczastych (obejmujący czynniki rozkładające białka kolczaste, takie jak Nattokinaza i czynniki wiążące białka kolczaste o właściwościach przeciwnowotworowych, takie jak kwercetyna, liść oliwny, czarnuszka siewna lub kurkumina). a także “Alternatywny plan leczenia”, który obejmuje wysoką dawkę Iwermektyny i wysoką dawkę Fenbendazolu/Mebendazolu/Albendazolu.
Musi również wyeliminować cukier ze swojej diety, ponieważ rak rozwija się na cukrze (co potwierdza twierdzenie dr. Tullio Simonciniego, że rak to grzyb – uwaga red. Uczty Baltazara) i rozważyć niektóre pokarmy o silnych właściwościach przeciwnowotworowych (Soursop, grzyby Turkey Tail itp. są świetnymi przykładami).
Mam nadzieję, że księżna Walii jest w stanie otoczyć się lekarzami, którzy nie porzucili przysięgi Hipokratesa podczas pandemii COVID-19 (niestety zdecydowana większość to zrobiła, w tym praktycznie wszyscy onkolodzy).
Potrzebuje również lekarzy, którzy rozumieją bardzo realne i niebezpieczne zjawisko turbo raka wywołanego szczepionką mRNA COVID-19.
NEW ARTICLE: The Princess of Wales, Kate Middleton has been diagnosed with Cancer – there is a high probability she has Turbo Cancer, caused by COVID-19 mRNA Vaccines she took in 2021. What are the most likely mRNA Induced Turbo Cancers that would require major abdominal surgery… Mostra altro
NEW ARTICLE: The Princess of Wales, Kate Middleton has been diagnosed with Cancer – there is a high probability she has Turbo Cancer, caused by COVID-19 mRNA Vaccines she took in 2021. What are the most likely mRNA Induced Turbo Cancers that would require major abdominal surgery and „preventative chemotherapy”? 1. Turbo Colon Cancer – one of most common 2. Turbo Ovarian Cancer – on the rise, poor prognosis 3. Turbo Uterine Cancer – endometrial or sarcoma 4. Rare Turbo Cancers – appendix, gallbladder, pancreas, gastric I go through each of these Turbo Cancer scenarios in detail in my article. Turbo Colon Cancer would be the most common scenario, it is the top 5 cancer that occurs following vaccination with Pfizer or Moderna COVID-19 mRNA Vaccines. Turbo Colon Cancer is skyrocketing and presents now in younger and younger men and women. It grows rapidly and often doesn’t respond to standard chemotherapy and radiotherapy regimens. Immunotherapy also doesn’t work, which tends to shock Oncologists. Turbo Ovarian Cancer is on the rise in younger women. These often present as ovarian cysts and in many cases are initially assumed to be benign. Many cases of Turbo Ovarian Cancer have been ignored by doctors until they were so large that they had to be surgically removed – and only then is cancer discovered. These have a poor prognosis. Turbo Uterine cancer is also skyrocketing and this could present with abdominal pain or bleeding, and thought initially to be benign tumors like fibroids. These are either endometrial cancers or sarcomas. Rare Turbo Cancers in the abdomen would include appendix, gallbladder, pancreas, gastric, liver. Appendix can present as appendicitis, gallbladder as acute cholecystitis – upon removal, cancer can be discovered, hidden and unexpected. These are not „major abdominal surgeries”, however, so they are less likely. My hypothesis and concern is that the major abdominal surgery The Princess of Wales had was a total hysterectomy and bilateral salpingo-oophorectomy and the cancer is either an Ovarian cancer or a Uterine cancer that was discovered unexpectedly after pathological examination of the surgical specimen. The need for „preventative chemotherapy” suggests a Turbo Ovarian Cancer, or a more advanced stage Turbo Uterine Cancer (or more aggressive subtypes such as Uterine carcinosarcomas, clear cell cancers, or serous cancers) which would also require chemotherapy. If The Princess of Wales is suffering from Turbo Ovarian Cancer or an advanced or aggressive Turbo Uterine Cancer, she will need a much more comprehensive Cancer Treatment plan than her UK Oncologists will offer her. Turbo Cancers in general don’t respond to standard chemotherapy, radiotherapy or immunotherapy regimens. This is especially true for Turbo Ovarian Cancers. The Princess will need a Treatment plan that addresses some of the unique characteristics of mRNA Induced Turbo Cancer. This will include a spike protein “detoxification” protocol (that involves spike protein breakdown agents such as Nattokinase and spike protein binding agents with anti-cancer properties such as Quercetin, Olive Leaf, Nigella Sativa or Curcumin) as well as an “Alternative treatment plan” that includes high dose Ivermectin and high dose Fenbendazole/Mebendazole/Albendazole. She must also eliminate sugar from her diet, as cancer thrives on sugar, and consider certain foods with powerful anti-cancer properties (Soursop, Turkey Tail mushroom, etc are great examples) I hope The Princess of Wales
can surround herself with doctors who didn’t abandon their Hippocratic Oath during the COVID-19 pandemic (unfortunately vast majority did, including virtually all Oncologists). She also needs doctors who understand the very real and dangerous phenomenon of COVID-19 mRNA Vaccine Induced Turbo Cancer. Article Link in photo to avoid shadowban, just re-type the URL in the 1st photo at the top, into your browser to access
DR WILLIAM MAKIS O TYM, JAK BIG PHARMA JUŻ POZYCJONUJE SIĘ, ABY CZERPAĆ ZYSKI Z OBRAŻEŃ SPOWODOWANYCH PRZEZ ICH SZCZEPIONKI PRZECIWKO COVID-19 https://www.bitchute.com/video/1VML1z7wkCVp/
w związku z decyzją Prezydenta m.st. Warszawy o zakupie do bibliotek szkół podstawowych książki „Mamo, Tato, a co to jest to in vitro?”, autorstwa Narine Szostak, zwracam się z prośbą o odbiór 2 książek do Państwa biblioteki.
To historia dziewczynki i tysięcy dzieci, które przyszły na świat z miłości i dzięki pomocy medycyny. Książka ma na celu ułatwienie rozmowy na ten temat. Wyjaśnia proces in vitro w sposób zrozumiały i odpowiada na najczęściej pojawiające się pytania.
Przesyłam także list Pana Prezydenta dla dyrektorów szkół i placówek oświatowych, który będzie załączony do publikacji oraz moja prośba o wsparcie organizacyjne.
Książki sa do odebrania w Wydziale Oświaty, pokój 142.
— [—-] Główny specjalista URZĄD M.ST. WARSZAWY Dzielnica [—-] Wydział Oświaty i Wychowania dla Dzielnicy ul. [—] Warszawa
========================= tel.[—]
[tyż tajemnica !! Bo się wda, co ludzie Szambelana robią naszym dzieciom Mirosław Dakowski]
================
Dalej pańcia pisze:
Wiadomość ta jest przeznaczona tylko dla określonych adresatów i może zawierać informacje prawnie chronione. Zakazane jest rozpowszechnianie i przesyłanie informacji do osób nieuprawnionych do ich otrzymania. Zabronione jest także wykorzystywanie tych informacji w celu innym niż zostały przesłane.
Życie na linie 11 Postmodernizm i „Okienko”. „Drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.
Pędząca Glizda
W czasie stanu wojennego ZSRR objęty był tak zwanymi sankcjami. Nie wolno było wysyłać do tego kraju sprzętu elektronicznego i to w żadnej postaci. Chodziło oczywiście o to żeby Sowieci nie korzystali ze zdobyczy naukowych zachodniego świata. W tym okresie, w ramach pomocy, przychodziło do Polski wiele celowo słabo kontrolowanych – jak sądzę – paczek. W tych paczkach przemycano różne urządzenia. które miały służyć knuciu przeciwko komunie. Były wśród nich drukarki a także komputery, nadajniki i radia. Sama dostałam kiedyś paczkę z szeleszczącym w niej proszkiem do prania, w której na specjalnie podwieszonym woreczku ukryte było kilkadziesiąt odbiorników wyglądających jak niewielki zegarek z antenką, przeznaczonych dla więźniów oraz internowanych, do odbioru sygnałów z wolnego świata. Oddałam je pod wskazany adres i bardzo tego pożałowałam dowiedziawszy się, że niektórzy chłopcy z szerokiej otuliny „Okienka”, szczególnie ci, którzy zaprzyjaźnili się ( albo wręcz spoufalili ) z ciotką Irenką, zostali wprowadzeni na warszawskie salony i mogli zarabiać zgodnie ze specjalnym modus operandi tego środowiska.
Otóż w Warszawie wychodziło wówczas nielegalne albo półlegalne pismo o szumnym tytule skupiające tak zwaną intelektualną warszawkę. Naczelny tego pisma wszedł w strukturę pozwalającą zarabiać na omijaniu embarga na dostawy elektroniki do Sojuza. Elektronikę z przesyłanych masowo do Polski paczek zbierało się w określonym super tajnym punkcie, skąd dostarczano ją zaufanemu pośrednikowi, a on przekazywał ją sobie tylko znanymi kanałami do ZSRR. On też wypłacał honoraria nieporównywalnie większe od wierszówki, którą można było zarobić wypisując tromtadrackie bzdety w piśmie o napuszonym tytule. Ciekawe, że ci wszyscy intelektualiści nie widzieli żadnej sprzeczności pomiędzy swoim sposobem dorabiania, a szczytnymi hasłami, które głosili. Może dlatego, że wywodzili się po części spośród poszukiwaczy sprzeczności, które to poszukiwanie sprzeczności utrwaliło się jako akceptowanie wszelkich sprzeczności. A może dlatego, że jak twierdzili: „ drogowskaz nie biegnie w kierunku, który wskazuje”.
U bram kraju czaiła się wówczas ponowoczesność. Propagował ją i opisywał człowiek, który kiedyś walczył w Polsce z bandami. Potem członkowie tych band, czyli logicznie rzecz biorąc bandyci, zostali przemianowani w głównym nurcie mediów czyli- jak niektórzy powiadają- w głównym nurcie szamba, na bohaterów. Od pewnego czasu znowu usiłuje się zrobić z nich bandytów. Komuniści w okresie transformacji chętnie transformowali się na liberałów, potem liberałowie na katolików, najczęściej – jak ich nazywano- „podstępowych” i podstępnych – bo blisko im się okazało do zwolenników eutanazji i aborcji.
Duch ponowoczesności unosił się również i nad „ Okienkiem”. Nigdy nie było wiadomo kto jest z kim, jak i po co. Nigdy nie było wiadomo czy ktoś jest prostym robolem czy wyrafinowanym intelektualistą czy jednocześnie robolem i intelektualistą. A może raz robolem, a raz intelektualistą. Jakby oni wszyscy byli transformersami czyli fikcyjną rasą pozaziemskich istot potrafiących nieustannie się przeobrażać.
W kwestii obyczajów też zapanował- jak zresztą wszędzie- specyficzny kontredans. Elity mówiły językiem dawnych nizin społecznych, ale ich zdaniem tylko oni mieli do tego prawo, a w ich ustach soczyste przekleństwa brzmiały jak poezja, jak trzynastozgłoskowiec. Elity pędziły bimber, a plebs pomalutku uczył się pijać wino. Na początek tylko słodkie albo półsłodkie. Przestał obowiązywać tak zwany dress code . Nie sposób było- jak to mówił kiedyś lud -„poznać pana po cholewach” bo do Opery można było wejść w podartych spodniach, które stały się zresztą szczytem elegancji, a guru opozycji potrafił odbierać order w crocsach. Hipsterzy ( cokolwiek to słowo może znaczyć) nosili w zimie sandały nakładane na bose stopy, a białe skarpetki stały się znakiem rozpoznawczym człowieka z nizin społecznych, dorobkiewicza, człowieka spoza towarzycha warszawki.
Chłopcy z „ Okienka”, choć równie jak elitka warszawki przesiąknięci duchem ponowoczesności, byli przynajmniej zabawni i mili. Traktowali wiele spraw z przymrużeniem oka. Celowali w formułowaniu własnego dowcipnego „okiennego” – jak go nazywali – kodeksu. „Cnota to permanentny brak okazji” – taką definicję cnoty ukuli i z pewnością stosowali. „ Nie ma brzydkich i starych kobiet tylko czasem brakuje wódki” -twierdzili. Na miejscu pewnej słusznych rozmiarów dziennikarki telewizyjnej, zamiast nakłaniać sąd, żeby skazując na wysoką grzywnę pewnego niefortunnego felietonistę, przekonał szeroką publiczność, że jest nadal zdolna do czynności seksualnych, zadbałabym raczej o to, żeby w moim barku nigdy nie zabrakło alkoholu. Zdecydowanie wolałam również dobroduszne żarty chłopców z „ Okienka” na temat dziewcząt i kobiet od wybryków naczelnego redaktora pisma o napuszonym tytule, publicznie deklarującego, której z wielbiących go licznych dam nie tknąłby nawet szczotką do kibla.
Trawestując powiedzenie amerykańskiego admirała z przełomu XVIII i XIX wieku ( a był nim – jak pamiętamy- Stephen Decatur) chłopcy mawiali „ right or wrong, my money”. Sądzę, że miało to znaczyć : “pecunia non olet” Dzielili to przeświadczenie z intelektualistami z napuszonego pisma o napuszonym tytule zarabiającymi na łamaniu embraga na wwóz elektroniki do Sojuza. Nie należało doszukiwać się w postawie tych intelektualistów konsekwencji. Podstawową cechą ponowoczesności nie jest bynajmniej zastąpienie logiki dwuwartościowej logiką wielowartościową, lecz całkowity brak logiki.
C D N
Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”
=============================
Ja dostałem propozycję „omijania embarga na dostawy elektroniki do Sojuza” od któregoś z redaktorów pisma RES PUBLICA Marcina Króla. Negocjowaliśmy, dyskutowali stronę etyczną… A znajomy przyjął… Mirosław Dakowski
[Zadziwia, że ujawnianie skandali w Collegium Humanum rozpoczął Newsweek, dość szmatławe i oślizgłe środowisko. Bajwalec twierdzi, że dostali na „rektora” zlecenie. Od kogo? Chyba nie od Mafii Zboczeńców, która ma macki [i ręce] w wielu środowiskach i spodniach. Kiedy się dowiemy? Czy znów zamiotą pod dywan? Śledźmy sprawę.MD].
——————————-
Nie wpłacę tam kolejnych pieniędzy. Dziękuję bardzo za śmieciowy dyplom – opowiada Krzysztof, student Collegium Humanum. Odwiedziliśmy uczelnię, która ma 25 tys. studentów, a mimo tego w środku dnia trudno w jej gmachu znaleźć żywą duszę.
Siedziba Collegium Humanum w Warszawie Źródło: WP Finanse, fot: AS
Collegium Humanum ma kilka oddziałów w całej Polsce. Jeden z nich zlokalizowany jest w centrum Warszawy. Siedmiopiętrowy budynek mieści w sobie hol, duże Centrum Obsługi Studenta, wiele sal wykładowych zlokalizowanych na kolejnych poziomach i znajdujący się na samej górze sekretariat.
Stołeczny oddział odwiedziliśmy dwukrotnie tego samego dnia. Już od wejścia rzuca się w oczy bardzo duży, niemal sterylny porządek. Oraz kompletna cisza. Rozległe kanapy ustawione na parterze świecą pustkami. Niewielki ruch jest także w Centrum Obsługi Studenta.
Na drzwiach pomieszczenia przyklejona jest kartka z napisem „zakaz fotografowania”. W środku znajduje się kilka stanowisk obsługi w postaci boksów i cyfrowe wyświetlacze z numerkami, znane z miejskich urzędów i poczty. Także tu ruch jest jednak bardzo niewielki.
Nieco więcej osób pojawia się podczas naszej drugiej, popołudniowej, wizyty. Sale wykładowe wciąż świecą wprawdzie pustkami, studiujący w większej liczbie zbierają się przed COS. Szybko okazuje się jednak, że gros z około 30 osób pojawiło się tam, by podbić legitymację studencką. W poczekalni przez większość czasu panuje niemal grobowa cisza. Rzecz rzadko spotykana w kolejkach chociażby do uczelnianych dziekanatów.
Minister nauki Dariusz Wieczorek podał niedawno, że w Collegium Humanum studiuje 25 tys. osób. Poza Warszawą, uczelnia ma tylko 5 filii. Dlaczego więc w środku dnia ogromny gmach sprawia wrażenie opustoszałego?
Hol uczelni na parterzeŹródło: WP Finanse, fot: AS
O co chodzi z Collegium Humanum?
Collegium Humanum to jedna z najbardziej znanych uczelni w kraju. Swoją sławę szkoła zawdzięcza jednak nie absolwentom, wykładowcom czy nawet niestandardowym metodom reklamy. Szkoła została „bohaterką” cyklu reportażów „Newsweeka”.
Dziennikarze tygodnika ustalili, że wymagania wobec kandydatów są praktycznie zerowe, a na studia można dołączyć nawet kilka dni przed sesją. W dodatku wiele zajęć odbywa się online. Studenci łączą się z wykładowcami za pomocą platformy Teams. Na niektórych zajęciach liczba uczestników szła w setki.
Czarę goryczy przelał fakt przyznawania przez CH dyplomów MBA. Uczelnia stała się maszynką do produkowania członków rad nadzorczych w państwowych spółkach. Wymagany przez prawo dyplom można było zdobyć w dwa tygodnie. Efekt? Poprzedni rektor, Paweł C., dostał zarzut przyjęcia łapówki w zamian za wystawienie przeszło tysiąca dyplomów. Prokurator wprowadził na uczelni zarząd przymusowy.
Poczekalnia przed jedną z sal wykładowychŹródło: WP Finanse, fot: AS
„Poziom to kpiny z nauki”
Taka atmosfera wokół szkoły musi budzić duże emocje. Nie widać ich jednak na uczelni, bo zeszły do sieci. Na internetowej grupie zbierającej osoby, które czują się poszkodowane przez Collegium Humanum, użytkownicy zwołują się na pozew zbiorowy. Niektórzy piszą, że wystąpili o zwrot czesnego – bez odpowiedzi ze strony uczelni. – Poziom i forma studiowania to kpiny z nauki – rzuca jeden z komentujących.
Taki bałagan na Collegium Humanum ma trwać od dawna. Dorota spędziła na uczelni niespełna rok – w roku akademickim 2022/2023. W tym czasie, opowiada, szkoła nie miała własnej siedziby. Za sprawy administracyjne odpowiadał budynek przy ul. Moniuszki, a przez cały pierwszy semestr zajęcia odbywały się niemal wyłącznie online.
Później było niewiele lepiej, wspomina nasza rozmówczyni. Plan zajęć układany był z jednodniowym wyprzedzeniem – z tygodnia na tydzień. – Zdarzało się, że przychodził w niedziele wieczorem. Nie dało się tego łączyć z pracą. Zajęcia, które miały wypaść w piątek, nagle wskakiwały w środę w ciągu dnia – opowiada Dorota w rozmowie z WP Finanse.
Nasza rozmówczyni do sesji letniej już nie przystąpiła. Zdecydowała się zmienić kierunek studiów. Nie była w tej decyzji sama. – Razem ze mną zrezygnowały wszystkie osoby, z którymi miałam kontakt – wspomina.
Potwierdzenie wypisania z uczelni Dorota dostała 4 miesiące po złożeniu wniosku. – Zapytałam, czy powinnam odesłać legitymację studencką. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby, więc zniżki miałam przez całe wakacje, aż do momentu wygaśnięcia ważności dokumentu – opowiada.
W trudniejszej sytuacji jest Krzysztof. Mężczyzna rok temu zdecydował się rozpocząć na Collegium Humanum podyplomówkę i studia magisterskie. Teraz bez karty przebiegu studiów, nie jest w stanie przenieść się na inną uczelnie i kontynuować nauki. Na e-maile z prośbą o jej przesłanie uczelnia miała nie odpowiedzieć.
Sala wykładowa Collegium Humanum Źródło: WP Finanse, fot: AS
Nasz rozmówca do tej pory miał wpłacić na konto uczelni 7 tys. zł. Więcej, jak mówi, nie zamierza. – Nie wpłacam już kolejnych pieniędzy i dziękuję za śmieciowy dyplom. Dyrektorzy szkół prywatnych i publicznych głośno o tym mówią. Ludzie nie są głupi – opowiada.
Niekończąca się rekrutacja
Zdaniem naszego rozmówcy Collegium Humanum od początku nastawione było na zysk jak najmniejszym kosztem.
Trwała niekończąca się rekrutacja. Nowi studenci pojawiali się na zajęciach nawet w maju, tuż przed letnią sesją – mówi Krzysztof.
Wśród studentów, dodaje, pojawia się wiele osób, które w innych okolicznościach nie byłyby w stanie rozpocząć studiów ze względu na brak czasu i możliwości. Uzyskanie dyplomu przez komputer jawiło się jako atrakcyjna alternatywa. Tym bardziej, że ceny na tle konkurencyjnych uczelni jawiły się jako bardzo atrakcyjne.
Niestety, jak opisywał „Newsweek”, jakość samych zajęć online pozostawiała czasem dużo do życzenia. Nasz rozmówca przypomina sobie dwie takie sytuacje. Podczas jednego z prowadzących zajęcia miał powiedzieć, że obniża ocenę z egzaminu osobom, które zapisały się na studia w marcu. W trakcie egzaminu z innego przedmiotu wykładowca wysłał z kolei link do rozwiązanego testu. – Ups, pomyłka – pojawił się komunikat. Studenci zdążyli jednak w tym czasie zrobić zrzuty ekranu wszystkich odpowiedzi.
Sposobów na zwiększanie przychodów uczelni miało być więcej. Studenci mogą na przykład wykupić „Pakiet Premium Student”. Koszt? 490 zł. Nasz rozmówca skorzystał z takiej możliwości w marcu ubiegłego roku. Efekt? – Dostałem tani chiński kubek termiczny, smycz, pendrive i kalendarz z ówczesnym rektorem Collegium Humanum – mówi Krzysztof.
W zestawie znajduje się również dostęp do bazy Systemu Informacji Prawnej „LEX” i pakietu Office. Problem w tym, że działał on tylko przez kilka miesięcy. W październiku dostęp został wyłączony. – Dowiedziałem się, że obowiązuje on przez rok, ale… akademicki – opowiada student CH.
Studenci bronią uczelni
Dzisiaj atmosfera wokół Collegium Humanum robi się coraz gęstsza. Studenci podzielili się na dwa obozy. Część głośno krytykuje uczelnie i domaga się zwrotu pieniędzy za studia. Wiele osób stara się jednak mimo przeciwności ukończyć naukę. Tej drugiej grupie uderzanie w Collegium Humanum się nie podoba, bo każda afera wokół szkoły podkopuje wartość ich przyszłego dyplomu.
– Wielu ludzi pokłóciło się ze mną i zablokowało przez Messengera. Nie chcą rozmawiać o Collegium Humanum. To syndrom sztokholmski połączony z wyparciem – komentuje Krzysztof.
Hol Collegium Humanum Źródło: WP Finanse, fot: AS
Nowe porządki
„Newsweek” informował, że w ministerstwie trwa wewnętrzny audyt i weryfikacja programów i procesów dydaktycznych. Collegium Humanum tłumaczy, że chce „aby nikt nie podawał w wątpliwość jakości kształcenia na uczelni”. Szkoła spodziewa się kontroli ze strony Ministerstwa Nauki i Polskiej Komisji Akredytacyjnej.
Próbowaliśmy skontaktować się z Collegium Humanum. Interesowało nas, dlaczego w budynku nie odbywały się zajęcia i czy uczelnia odnotowała zwiększoną liczbę rezygnacji ze studiów. Kontakt z uczelnią jest jednak mocno utrudniony, strona internetowa mocno eksponuje zakładkę o nazwie „kłamstwa Newsweeka”, o osobach odpowiedzialnych za relacje z mediami jednak milczy. Pytania skierowaliśmy ostatecznie do działu marketingu. Do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Nie pierwszy raz w historii lewica w Polsce zamierza wsadzać do więzienia ludzi, których nienawidzi. Przygotowywana zmiana w „prawie” ma umożliwić łatwiejsze karanie za poglądy.
Kara za mówienie prawdy
Ofensywa propagandowa odbywa się po szyldem: „Kary za mowę nienawiści wobec osób lgbt”
Wiceminister sprawiedliwości Arkadiusz Myrcha zapowiedział w piątek, że wkrótce rząd zajmie się nowelizacją kodeksu karnego, która ma zakazać mowy nienawiści wobec osób LGBT
Rozróżnienie pomiędzy prawicą a lewicą, prawością a nikczemnością jest proste, a zamazywanie tej różnicy jest dziełem lewicy. Odróżnianie prawdy od kłamstwa, dobra od zła, piękna od brzydoty, normalności od patologii jest możliwe, a także stanowi duchowy fundament porządku społecznego.
Aktualna rewolucja nazywana antykulturą ma na celu złamanie paradygmatów naszej cywilizacji – norm moralnych, prawnych, logicznych, a nawet naukowych. Tworzony jest „nowy ład prawny” dostosowywany do lewicowego, a wiec nieracjonalnego i amoralnego, często wręcz absurdalnego światopoglądu.
Państwo, które ma się z tego wyłonić nie będzie bazować na kanonach naszej cywilizacji, nie będzie również państwem neutralnym światopoglądowo, bo takiego tworu nigdy nie było w historii ludzkości. Będzie natomiast państwem wyznaniowym stworzonym na bazie mutacji wszystkich najgorszych totalitaryzmów w historii. Lista ideologii – w tym chronionych i „obowiązkowych” patologii jest długa.
Czy można było tego uniknąć? Mieliśmy 8 lat po to, aby przeprowadzić rozdział lewicy od państwa. Nie napiszę „nie udało się” bo nikt nawet nie próbował. Stało się tak nie tylko z powodu niechęci zdegenerowanego PiS, ale również dlatego, że większość, wciąż odnoszę takie wrażenie, nie rozumie aksjologicznej zasady rozdziału lewicy od państwa.
Różnica pomiędzy czynem etycznym a nieetycznym jeszcze istnieje w prawie, lecz coraz częściej, są to martwe paragrafy, coraz rzadziej stosowane, obchodzone lub niestosowane w ogóle. Mam na myśli m.in. nieskuteczne zakazy zabijania (aborcja, eutanazja wbrew woli, mord medyczny), kradzieży praktykowanej indywidualnie (kradnący inaczej-lewica i …lewica czyli “libertarianie”) lub przez państwo oraz, co szczególnie ważne w tym kontekście: zakaz propagowania ustrojów totalitarnych.
Od tolerancji represywnej do terroru
Zmiana w prawie oznacza wprowadzanie do przepisów „tolerancji represywnej” czyli praktyki, którą od dziesięcioleci posługuje się neomarksistowska Szkoła Frankfurcka. Polega to na na nietolerancji w stosunku do osób normalnych. Temu właśnie ma służyć nowelizacja kodeksu „ o mowie nienawiści” umożliwiająca jeszcze bardziej bezczelną promocję patologii, a urażone samopoczucie złoczyńcy lub zboczeńca ścigać z urzędu.
Obecność lewicy w polityce jest wynikiem grzesznych skłonności ludzkiej natury. Te skłonności, z których czynią swoje modus operandi akolici księcia ciemności, nigdy nie zanikną, ale nie powinno to zwalniać lepszej części ludzkości z odpowiedzialności za samą siebie i być przyczyną rezygnacji z kolejnej walki w obronie cywilizacji. Przykład pierwszy z brzegu: tolerancja a tym samym brak penalizacji propagowania i wdrażania ideologii totalitarnej skutkuje „zielonym ładem” – w praktyce czerwono – brunatnym zamachem na wolność i własność.
Karanie z nienawiści do prawdy nazwaną “mową nienawiści” jest jednym z etapów lewicowej eskalacji. Następnym, jak uczy historia, może być, zgodnie z lewicową tradycją – masowe mordowanie.
Od biblijnego obrazu Szatana, po tolkienowskiego Saurona czy disney’owskiego Skazę, kultura do naczelnych przymiotów Zła zawsze zaliczała przebiegłość.
Ludzki intelekt posiada niebezpieczną wadę. Uznając rozum za jedyne narzędzie poznania, z czasem zakochuje się w jego tworach; nadaje im właściwości, których nigdy nie posiadały. Innymi słowy – tworzy idole.
Ontologicznie rzecz biorąc, człowiek nie może jednak stworzyć Boga. W tej materii – jak mówi Kohelet – „nic zgoła nowego nie ma pod słońcem”; bożki owe „mają usta, ale nie mówią; oczy mają, ale nie widzą (…) z gardła swego nie wydobędą głosu” (Ps 115, 5 – 8).
Dlatego też Pismo Święte ocenia podobne postawy jednoznacznie. Prorok Izajasz wyśmiewa głupców, wykorzystujących drewno do budowy czy ogrzewania, by następnie z tego samego surowca tworzyć rzeźbę, „przed którą wybijają pokłony” i błagają ją o ratunek (Iz 44, 15). Apokalipsa gromi zaś tych, którzy nawet w czasie wielkiego ucisku „nie odwrócili się od tworów swoich rąk”. Zamiast błogosławieństwa, sprowadzają bowiem na siebie wyłącznie nieszczęście.
Jak tłumaczy prof. Jordan Peterson, w „Raju utraconym” Johna Miltona Lucyfer – najinteligentniejszy z aniołów – trafia do piekła dokładnie w momencie, w którym uznał, że może obejść się bez transcendencji.
Nowe idole
Dzisiaj pokusę całkowitego zamknięcia w doczesności rozpalają sukcesy związane z rozwojem wysokich technologii informacyjnych. Spektakularne osiągnięcia dużych programów językowych jak ChatGPT, zdają się utwierdzać niektórych w przekonaniu, że nasza egzystencja, mierzona aktywnością procesów mózgowych, niewiele różni się od zero-jedynkowych mechanizmów zachodzących w środowisku cyfrowym.
Oczywiście, dzisiaj mamy do czynienia z bardzo potężnymi narzędziami, które – podobnie jak człowiek – przeczesują oceany rozproszonej wiedzy, „uczą się” nowych metod, poszukują wzorców, dostrzegają niewidoczne wcześniej korelacje. Jednak, jak podkreśla John Varvaeke, profesor psychologii Uniwersytetu w Toronto, obecne LLM-y są tyleż „wybitnie inteligentne, co zdumiewająco nieracjonalne”.
Nieracjonalne, jeżeli rozumiemy przez to troskę o Prawdę; wymagającą autorefleksji, empatii, umiejętności radzenia sobie z samo-zwiedzeniem (self-deception). Daleko im do „mądrości”; ponieważ mądrość to coś znacznie głębszego niż umiejętność kompresowania informacji i wyszukiwania z nich związków oraz zależności. Obecne maszyny na pewno nie są również świadome, chociażby z tego względu, że – jak wyjaśnia neurobiologia – brakuje im substratu biologicznego.
Pod tym względem nawet najnowocześniejsze systemy AI wciąż nie różnią się od „bożków złotych, srebrnych, spiżowych, kamiennych, drewnianych, które nie mogą ni widzieć, ni słyszeć, ni chodzić” (Ap 9, 20).
Mimo to, nie brakuje takich, którzy – podobnie jak głupiec w wizji Izajasza – łudzą się, że niczym boski creator potrafią nie tylko „tchnąć w ich nozdrza tchnienie życia”, ale zbudować… boga.
„AGI, przybywaj!”
AGI (ang. general artificial intelligence), czyli ogólna (generalna) sztuczna inteligencja to „święty Graal” Doliny Krzemowej. Program posiadający elementy świadomości, potrafiący podejmować racjonalne, suwerenne decyzje i – co najważniejsze – replikować się, tworząc coraz potężniejsze wersje samej siebie. Program tak potężny, że nikt nie będzie w stanie go kontrolować; moment zwrotny nie tylko w historii ludzkości, ale w dziejach ewolucji wszechświata.
Wraz z upowszechnieniem ChataGPT, technokraci przeżywają adwent swojego techno-bóstwa. W 2022 r. Ilya Sutskever, czołowy naukowiec OpenAI, w kultystyczno-coachingowej manierze zachęcał pracowników do skandowania: „Poczuj AGI! Poczuj AGI!”. Samo wyrażenie stało się na tyle popularne, że pracownicy OpenAI stworzyli specjalne emoji – Feel the AGI na Slacku. W tym samym roku, niczym w rytuale voodoo, Sutskever dokonał symbolicznego spalenia drewnianej figurki reprezentującej wrogą sztuczną inteligencję.
Jeszcze w 2015 roku, z inicjatywy „złotego dziecka” samochodów autonomicznych, Anthony’ego Levandowskiego powstał związek wyznaniowy Way of the Future, zwany też ChurchGPT (Kościół GPT). Uczestnicy tego zgromadzenia za swoją biblię uznali „Nadejście Osobliwości” Raymonda Kurzweila, który jest przekonany, że właśnie tworzymy „boga”.
Niczym Izraelici opuszczeni przez Mojżesza, rzesze inżynierów i wizjonerów odlewają złotego cielca w nadziei, że rozwiąże za nas wszelkie problemy, a samych ludzi wyniesie do wiecznej szczęśliwości.
Ale również i my, stopniowo uzależniani od technologicznych świecidełek, zaczynamy czcić idole: „usynawiamy” je, antropomorfizujemy, chcemy nadawać prawa. Rekordy popularności bije doradztwo AI, AI jako źródło wiedzy ogólnej, terapeuta AI, nauczyciel AI, dziewczyna AI… Kult sztucznej inteligencji nie potrzebuje instytucjonalizacji. Najlepiej wyraża się przez samo użytkowanie.
Homo Deus: krótka historia… apokalipsy
W latach 80 XX wieku, w ramach w ramach współpracy amerykańsko-sowieckiej, powstał Instytut Esalen. Jak przekonuje Douglas Rushkoff, autor książki Team Human, filozofowie, naukowcy i spirytualiści spotkali się w nadziei na zapobieżenie wojnie nuklearnej. Ostatecznie jednak stworzyli światopogląd równie niebezpieczny, co bomba atomowa.
To właśnie przedostatniej dekadzie minionego stulecia wykładowcy Stanforda i inżynierowie NASA poznali rosyjski kosmizm – wyrosły z prawosławia ezoteryczno-gnostycki światopogląd mówiący o ponownym składaniu ludzi, atom po atomie; przenoszeniu ich świadomości do robotów i kolonizacji kosmosu.
Sowieccy inżynierowie z miejsca zdobyli serca naukowców wychowanych na kulturze hippisowskiej i LSD. Czołowi intelektualiści USA uwierzyli, że istoty ludzkie mogą nie tylko przekroczyć granice biologicznej, śmiertelnej powłoki, ale także manifestować się fizycznie poprzez nowe maszyny.
Samorealizacja za pośrednictwem technologii oznaczała porzucenie ciała – ale „to było w porządku”, ponieważ zgodnie z tradycją gnostycką, ciało było źródłem ludzkiego grzechu i zepsucia. Technologia została uznana jako ewolucyjny partner i nasz następca; na popularności zyskało przekonanie, że ludzie to zasadniczo obliczeniowcy, nie są za bardzo oryginalni ani kreatywni; a na obydwu polach – szybkości obliczeniowej i naśladownictwa – dużo lepiej sprawdza się komputer.
Stąd już niedaleko było do przekonania, że ludźmi można dowolnie sterować, wręcz ich hakować (sic!). Od stron internetowych po oprogramowanie telefonów komórkowych, najbardziej przełomowe wynalazki miały służyć jednemu celowi – zmieniać przekonania i zachowania.
Nawet jeżeli w konsekwencji pozostawiają psychikę w zgliszczach, antagonizują i atomizują, chcą zastępować człowieka w pracy albo wyciskać z niego ostatnie krople potu. Opisywany przez Shoshanę Zuboff „kapitalizm inwigilacji” wymyka się racjonalności, zdrowemu rozsądkowi ale i elementarnemu poszanowaniu dla zdrowia z prostego powodu. Stojąca za nim myśl jest od samego początku wybitnie anty-ludzka. Podobnie jak w marksizmie, człowiek nie posiada żadnej wartości, poza wartością materiału, z którego można zbudować coś lepszego. Transhumaniści widzą w nas wyłącznie kopalnie informacji; niezbędnego surowca do budowy coraz większych i coraz bardziej żarłocznych modeli językowych.
Czy wciąż jesteś pewien, że technologiczni magnaci, uznający człowieka za problem, a technologię za rozwiązanie – stworzyli ChataGPT, PayPala, Google’a i Facebooka aby Ci służyły?
Projekt Zielonego Ładu z ETS i EPBD jak każda utopia kiedyś padnie, ale na razie biegniemy drogą do zniewolenia. Nie warto nie upominać się o wolność i suwerenność, bo unijna wyrocznia kazała Polsce realizować klimatyzm.
Już sam fakt, że od 2030 roku Unia Europejska zamierza zacząć zakazywać ludziom sprzedaży lub wynajmu własnych nieruchomości, jeżeli nie będą spełniały unijnych wymogów klimatycznych w zakresie poziomu emisyjności, powinien wywołać w Polsce alarm. I automatycznie jasną deklarację każdego rządu, że w naszym prawie nigdy nie będzie miejsca na takie unormowanie. Jeśli przepisy tak radykalnie łamiące prawo własności rzeczywiście zostaną ustanowione, będziemy mieli mechanizm jak z totalitaryzmu, a nie demokratycznego państwa prawnego, jak zwykli ze znaczną przesadą określać współczesne europejskie formuły państwowe liberalistokraci i ich medialni pupile.
Zapytana, czy Zielony Ład powinien być przedmiotem referendum, minister klimatu Paulina Hennig-Kloska oznajmiła, że nie i że jest to agenda, która musi być realizowana. Perspektywy nieuchronności podporządkowania Polski klimatyzmowi nie podzielił Krzysztof Bosak, apelując: „wyzwólmy się z myślenia, że my coś musimy, bo ktoś sobie coś wymyślił. Jesteśmy w swoim kraju, jesteśmy wolnymi ludźmi i tutaj powinny być zasady, które nam sprzyjają”.
Klimatyzm nie musi być obowiązkowy
To tylko przykłady z ostatnich dni przywołane nie celem przypominania znanych stanowisk koalicji czy Konfederacji wobec unijnej polityki klimatycznej, ale by raz jeszcze zwrócić uwagę na różnicę w mentalności. Abstrahując od rozmaitych przyczyn, podległość kierujących Polską „elit” wobec Unii dawno stała się nieznośna.
Miniona gospodarcza Wspólnota Europejska została poddana metamorfozie w politycznego centralnego zarządcę, a myślenie establishmentu ani drgnęło. Teraz kiedy forsują zaoranie całych sektorów gospodarki i daleko idące zubożenie społeczeństwa po to, żeby zrealizować koncepcję „zielonej” Europy, dobrze byłoby, gdyby Polacy – rządzący na razie nie są do tego zdolni, stosują jedynie socjotechnikę – odważyli się przyjąć założenie, że rząd nie musi robić wszystkiego, co podyktuje Unia Europejska. Że ma prawo odmówić. Dywersyfikację źródeł energii Polska może prowadzić bez histerii z powodu „zbrodniczego” dwutlenku węgla, spokojnie, rynkowo (a nie odgórnie), w tempie na jakie pozwolą możliwości finansowe, bez destrukcji małych i średnich firm oraz bez wyznaczonych przez UE terminów.
Program brukselskich komisarzy zakłada zaś osiągnięcie przez całą Europę tzw. całkowitej neutralności klimatycznej do 2050 r. Jak na sumiennych centralnych planistów przystało drogę ku powszechnej, „zielonej” szczęśliwości podzielili oni na szereg etapów. W stosunku do 1990 r. poziom emisji CO2 ma zostać zredukowany do 2030 r. o 55 proc (Fit for 55) i o 90 proc. do 2040 r. (na razie propozycja Komisji Europejskiej).
Przy czym emisje prawdopodobnie wzrosną gdzie indziej. Podczas gdy Bruksela forsuje ideologiczną dekarbonizację, Chiny konsekwentnie stawiają nowe elektrownie węglowe i zwiększają wydobycie. Przypomnijmy, że UE odpowiada za ok. 8 procent globalnych emisji CO2, Chiny za 27 proc., USA 15 proc., Indie 7 proc., Rosja 5 proc., Japonia niecałe 4 procent.
ETS i ETS 2. Sztuczny koszt jako „korzyść”
Polacy już ponoszą miliardowe straty w rezultacie funkcjonowania sztucznego europejskiego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO2 (ETS), tj. obejmującego emisje wytwarzane przez przemysł energochłonny (m.in. elektrociepłownie). Każde przedsiębiorstwo w branży objętej systemem i emitujące dwutlenek węgla musi kupić uprawnienie na każdą jego wyemitowaną tonę. Obowiązek ten w oczywisty sposób przekłada się na wzrost cen produktów, w tym rachunków za prąd.
[Ja ciągle nie wiem, od kogo?? Kto nas oschwabia? M. Dakowski]
Wbrew propagandzie etatowych treserów do klimatyzmu, ETS nie jest rynkowy, m.in. dlatego, że został sztucznie wymuszony. I właśnie w tym, że w ogóle istnieje leży jego największy mankament. W założeniu ma nakłonić przedsiębiorstwa do ekologicznych alternatyw gazu, oleju opałowego czy węgla. W praktyce napędza ceny energii elektrycznej i zyski wielkich spekulantów finansowych, co to wiedzą jak uprawnieniami „handlować”.
Mamy więc sytuację orwellowską – wmawia się ludziom, że sztucznie narzucony wydatek jest dla nich korzystny.
Warszawa dawno powinna jednostronnie wypowiedzieć uczestnictwo Polski w tym systemie (postulują to Konfederacja i Suwerenna Polska). Tymczasem od 2027 r. wejdzie w życie ETS2. Na tym etapie uniokraci wezmą się za budownictwo i transport. Uprawnienia do emisji CO2 będą musiały kupować firmy dostarczające paliwa kopalne do odbiorców. Jako że każdy podatek jest przerzucalny, także ten w praktyce zapłacą konsumenci. Firmy doliczą cenę zakupionych uprawnień do rachunków za ogrzewanie, więc każdy, kto korzysta z gazu, oleju opałowego czy węgla, poniesie dodatkowe koszty ideologii klimatyzmu. Podatek zostanie też wliczony w cenę paliwa, zatem zdrożeje transport, a co za tym idzie większość towarów i usług.
Według często przywoływanego raportu ekonomisty dr Marka Lachowicza dla Warsaw Enterprise Institute, koszt ETS2 dla Polski w 2030 r. to od 21 miliardów do 96 miliardów złotych. Będzie to potężne obciążenie gospodarstw domowych, na które Polaków po prostu nie stać, na które żaden polski rząd nie powinien pozwolić.
EPBD. Przymusowe remonty
Elementem, który prawdopodobnie w największym stopniu doprowadzi do masowej pauperyzacji polskiego społeczeństwa i dokończy eliminację klasy średniej, będzie prawdopodobnie dyrektywa w sprawie charakterystyki energetycznej budynków (EPBD). To część pakietu „Fit for 55”, która nałoży na Europejczyków obowiązek termomodernizacji, czy też „renowacji klimatycznej” – różnie to nowomowa określa – niewymagających remontu nieruchomości, by spełniały standardy tzw. zero-emisyjności. Każdy budynek w UE (z bardzo nielicznymi wyjątkami, np. zabytki) ma do 2050 r. nie emitować dwutlenku węgla.
System będzie obowiązywał właścicieli nieruchomości na terytorium państw Unii Europejskiej. Uderzy też po kieszeni wszystkich najmujących, bo wzrosną opłaty. Bruksela podzieliła budynki na klasy energetyczne – co dla samych celów klasyfikacyjnych nie jest niczym złym – ale oni wyznaczyli zakresy czasowe, w których nieruchomości mają być przymusowo remontowane. Według różnych szacunków w Polsce modernizacja ma objąć co najmniej 70, a nawet ponad 80 proc. budynków.
Pomijając rażącą sprzeczność tej regulacji z polską Konstytucją, m.in. z artykułem 64, (zresztą z traktatami unijnymi również, ale do tego się już przyzwyczailiśmy), nie ma tu uzasadnienia ekonomicznego. Większość budynków nie wymaga remontu, a mimo to ludzie zostaną zmuszeni do wydatkowania na ten cel swoich pieniędzy, zamiast sami zdecydować, co z nimi zrobić. Kogo nie będzie stać na „renowację”, będzie musiał się zapożyczyć. Dyrektywa przewiduje w tym celu utworzenie instrumentu „zielonych kredytów” hipotecznych i detalicznych. Ludzie zostaną zmuszeni przez władze do zaciągania kredytów wbrew swojej woli na niepotrzebne im cele. Nie jest to praktyka dopuszczalna w państwie, które chciałoby zachować choćby pozory praworządności.
Zielony Ład. Chcą wziąć biliony
Zarządzający Europą kolektywiści nie kryją, że na realizację ich ideologii poniesiemy bezprecedensowe koszty. Szefowa KE towarzyszka Ursula von der Leyen zapowiedziała w grudniu ub. r., że „jeśli chodzi o finansowanie działań związanych ze zmianą klimatu, musimy przejść od miliardów do bilionów„. Jej obłędnym wezwaniom wtórowali inni, równie oderwani od codzienności zwykłego człowieka maniacy z brukselskiego bizancjum.
Koszt realizacji przez Polskę dyrektywy EPBD, przed którą Konfederacja ostrzegała od dłuższego czasu, i którą nazywa dyrektywą wywłaszczeniową, jest szacowany na 1bilion – 1,5 biliona zł. W tym drugim przypadku oznacza ok. 100 tys. zł na każdego pracującego Polaka.
Z opublikowanego w styczniu raportu francuskiego Institut Rousseau „Droga do zeroemisyjności” wynika, że całościowy koszt inwestycji w politykę klimatyczną przez najbliższe 26 lat sięgnie 40 bilionów euro. Rocznie jest to ponad 1,5 bln euro. To 200 tys. euro na osobę do 2050 r., co daje 7,4 tys. euro co roku, a więc 32 tys. zł rocznie na jednego pracującego Polaka„.
Dlatego o opcjachPolexit czy nawet PolEsacpe – jak to sformułował Rafał Ziemkiewicz, pokazując podobieństwo obecnej Unii do upadającego ZSRS – powinno się mówić otwarcie, bez strachu i bez kompleksów.
Póki rząd warszawski zachowuje jeszcze trochę suwerenności, w tym zwierzchnictwo nad polskim wojskiem. Od lat widać wyraźnie, że uniokraci nie zmienią kursu na centralizację swojej władzy, tylko będą jeszcze bardziej podkręcać tempo. W europejskich społeczeństwach wreszcie zaczyna budzić się nieśmiały sprzeciw, a więc czas im ucieka. Protestujący rolnicy wiedzą, co mówią, alarmując, że szykowane jest doprowadzenie ich do upadłości i przejęcie ich gospodarstw przez zagraniczne agroholdingi.
Powodów do postawienia kwestii polexitu jest mnóstwo. Tzw. polityka klimatyzmu (raczej rodzaj wierzenia religijnego) i wynikające z niej m.in.: EPBD, ETS czy ETS2, to tylko wysuwające się na pierwszy plan oznaki szaleństwa klimatystycznych wyznawców i elementy uwidaczniające interesy gospodarcze piewców stachanowskiego tempa transformacji energetycznej. Chodzi o dalsze narzucanie metodami administracyjnymi uprzywilejowania politycznego kierownika Unii, czyli Niemiec kosztem potencjału i owoców pracy ludności państw peryferyjnych.
Ponadto za rozważeniem wyjścia z Unii przemawiają m.in. raportowanie ESG, trwająca likwidacja górnictwa, wspomniana zmiana struktury własnościowej w rolnictwie, kolejne unijne podatki czy wspólny unijny dług (pożyczka na KPO jest w całości do spłaty przecież nie z kieszeni premierów Tuska czy Morawieckiego, którzy nas w to wkręcili, tylko przez społeczeństwo w podatkach, cenach produktów i usług).
To stopniowe, celowe, metodyczne niszczenie małej średniej i przedsiębiorczości, ustawiające cały system pod interesy wielkich międzynarodowych korporacji. To również polityka migracyjna, w tym nadchodząca przymusowa relokacja Afrykanów i Azjatów (albo kara 20 tys. euro za każdego nieprzyjętego).
To wreszcie ogólnie pojęta centralizacja władzy w Brukseli (nie federalizacja, bo taki model w istocie już mamy). I przede wszystkim to konsekwentnie wdrażany model gospodarczy Unii Europejskiej, czyli eurosocjalizm.