Piorun rozbił klucz, rękę błogosławiącą i aureolę figury św. Piotra na fasadzie kościoła Matki Bożej Różańcowej w San Nicolas, sanktuarium w Buenos Aires w Argentynie.
Do incydentu doszło 17 grudnia, w dniu urodzin Franciszka, w przeddzień jego homoseksualnej propagandy Fiducia Supplicans. Tego dnia burza zdewastowała okolicę.
Rektor Sanktuarium pospiesznie odrzucił tę oczywiście symboliczną interpretację:
„Sanktuarium nie zgadza się z interpretacją, która została podana w odniesieniu do szkód wyrządzonych figurze św. Piotra Apostoła”.
Excusatio non petita, accusatio manifesta [Kto się tłumaczy, ten się oskarża]
Łukasz Warzecha oraz Policja na proteście polskich przewoźników w Dorohusku.
Polscy przewoźnicy wznowili protest przed przejściem granicznym w Dorohusku, po tym, jak wójt gminy Wojciech Sawa go rozwiązał. Publicysta Łukasz Warzecha ujawnił szokujące kulisy decyzji lokalnych władz.
Przypomnijmy, że trwający od 6 listopada protest przewoźników przed przejściem w Dorohusku został rozwiązany 11 grudnia przez wójta gminy Wojciecha Sawę. Jednocześnie przewoźnicy złożyli kolejny wniosek o nowe zgromadzenie od 18 grudnia do 8 marca, którego wójt również zakazał. Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił jednak tę decyzję wójta i protestujący powrócili na granicę.
„Pamiętają Państwo, jak przed Świętami wójt gminy Dorohusk rozwiązał protest przewoźników? Powoływał się wtedy m.in. na to, że w gminie przez protest znikają miejsca pracy” – przypomniał na portalu X Warzecha.
„Okazuje się, że wójt zwyczajnie kłamał – nie miał takich informacji” – stwierdził.
Dziennikarz wysłał bowiem do urzędu gminy Dorohusk szereg pytań, związanych z tą sprawą.
„Wśród argumentów za rozwiązaniem protestu przedstawiciele urzędu gminy wymieniali m.in. utratę miejsc pracy w gminie z jego powodu. Proszę o wskazanie, w jakich sektorach protest przewoźników spowodował utratę zatrudnienia w gminie Dorohusk oraz ile osób od momentu rozpoczęcia protestu pracę z jego powodu straciło” – pytał.
„Urząd gminy wskazał także, że organizatorzy protestu nie wywiązywali się ze zobowiązań dotyczących przepuszczania transportów z pomocą humanitarną oraz ładunkami łatwo się psującymi i niebezpiecznymi. Proszę w związku z tym o wskazanie:
– Jakie było źródło takich informacji?
– Jaka liczba transportów w konkretnych kategoriach nie została przepuszczona zgodnie z wcześniejszymi uzgodnieniami?
– Czy urząd gminy podjął w tej sprawie rozmowy z organizatorami blokady przed podjęciem decyzji o jej rozwiązaniu?” – dodał.
„Oto odpowiedzi wójta gminy, pana Sawy:
1. Gmina nie posiada danych w jakich dokładnie sektorach nastąpiła utrata miejsc pracy i jaka to była liczba.
2. Informacja była przekazywana od służb mundurowych. Nie dysponujemy liczbą transportów w konkretnych kategoriach, które nie zostały przepuszczane zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami.
3. Ustalenia z organizatorami zgromadzeń, które odbywają się lub odbywały na terenie gminy Dorohusk, były podejmowane przez policję z protestującymi na spotkaniach, które odbywały się przed każdym zgromadzeniem” – czytamy.
Pekin doświadczył najdłuższej fali zimna od początku prowadzenia zapisów w 1951 roku, zmagając się z ponad 300 godzinami temperatur poniżej zera od 11 grudnia. Ta arktyczna fala zimna przyniosła silne ochłodzenie w północnych i północno-wschodnich częściach Chin, gdzie w niektórych obszarach północno-wschodnich temperatury spadły do -40 °C i poniżej.
Szczególnie dotkliwie zimno było w Pekinie, gdzie stacja meteorologiczna Nanjiao odnotowała pierwszy wzrost temperatury powyżej 0 °C (32 °F) w niedzielne popołudnie 24 grudnia, kończąc okres mrozów trwających od 11 grudnia. Było to ponad 300 godzin temperatur poniżej zera, najdłuższy taki okres w grudniu od początku prowadzenia pomiarów w 1951 roku. Miasto wytrzymało dziewięć kolejnych dni z temperaturami poniżej -10 °C.
Nagłe spadki temperatur spowodowały zakłócenia w funkcjonowaniu metra w Pekinie, doprowadzając do zderzenia dwóch pociągów w śnieżnych warunkach. W wyniku tego zdarzenia setki pasażerów szukały pomocy medycznej, wielu z nich doznało złamań kości.
Ekstremalnie niskie temperatury utrudniły również działania ratunkowe po śmiertelnym trzęsieniu ziemi, które miało miejsce wcześniej w tym miesiącu w północno-zachodniej prowincji Gansu.
Intensywna fala zimna doprowadziła do przeciążenia systemów ogrzewania w kilku północnych miastach. W centralnej prowincji Henan zgłoszono wiele awarii systemów z powodu ogromnego zapotrzebowania na ogrzewanie. Jiaozuo, miasto w prowincji Henan, doświadczyło częściowego przerwania usług ogrzewania z powodu awarii w elektrowni Wanfang.
Inne miasta w prowincji, w tym Puyang i Pingdingshan, musiały ograniczyć ogrzewanie w budynkach rządowych i przedsiębiorstwach państwowych, aby priorytetowo zapewnić podstawowe usługi budynkom takim jak szpitale, szkoły i budynki mieszkalne.
Pekin odnotował również swój najgorętszy czerwiec w 2023 roku, z temperaturami przekraczającymi 40 °C.
– W pierwszej połowie XIX wieku liberałowie głosili tezę, że kiedy zlikwiduje się Państwo Kościelne, to Kościół runie załamując się pod własnym ciężarem. To się okazało nieprawdą, ponieważ Leon XIII wysoko podniósł sztandar Chrystusa, nie bał się głosić nauki apostolskiej i walczyć z rewolucją – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Marek Kornat.
Prorok, czy genialny obserwator rzeczywistości? Które określenie bardziej pasuje do papieża Leona XIII?
Jedno i drugie. Leon XIII był papieżem, który posiadał analityczny umysł i przez to w sposób niezwykle przenikliwy dostrzegał aktualne położenie spraw w świecie oraz położenie Kościoła w świecie, który w drugiej połowie XIX wieku wkraczał w nową fazę swoich dziejów. Po pierwsze dlatego, że w 1870 roku przestało istnieć Państwo Kościelne. Po drugie: trwała wówczas wielka ofensywa ideologii liberalizmu, socjalizmu i komunizmu, a także anarchizmu. Leon XIII był papieżem potrafiącym wznieść na wyżyny swoich możliwości służbę urzędowi nauczycielskiemu Kościoła. Papież zawsze jest bowiem pierwszym sługą urzędu nauczycielskiego, co w dzisiejszych czasach trzeba przypominać na każdym kroku, a Urząd Nauczycielski jest instancją ustanowioną przez Założyciela Kościoła – Jezusa Chrystusa. Nie ma więc wątpliwości, że urząd ów musi wypełniać każdy papież, bo to jest najważniejsze powołanie wszystkich następców Świętego Piotra.
Papież Leon XIII był mężem stanu wielkiego formatu (czego nie można powiedzieć o każdym papieżu), ale i wizjonerem w tym znaczeniu, że widział przyszłość świata w sposób realistyczny i niewątpliwie dość pesymistyczny. Był obrońcą podstaw wiary i pasterzem, który wyróżniał się niezwykle bogatym nauczaniem społecznym. Ono nigdy nie osiągnęło tak bogatego plonu ani wcześniej, ani później, jak podczas trwającego 25 lat pontyfikatu Leona XIII.
Leon XIII w swoich wypowiedziach i dokumentach używał bardzo mocnych słów. 28 grudnia 1878 roku ogłosił on encyklikę „Quod apostolici muneris”, w której nazywa socjalistów, komunistów i nihilistów sekciarzami i barbarzyńcami „związanymi ze sobą nieprawym przymierzem, którzy nie kryją się pod osłoną ciemności tajnych zebrań, lecz otwarcie wychodzą na światło dzienne z zamiarem rozbicia fundamentów społeczeństwa cywilizacyjnego”. Słowa nie do pomyślenia po II Soborze Watykańskim…
Zdecydowanie. Encyklika, która jest głównym przedmiotem naszej rozmowy, „Quod apostolici muneris” stanowi dobry przykład na to, żeby widzieć w papieżu Leonie XIII człowieka, który absolutnie nie może być posądzony o jakiekolwiek liberalne skłonności, modernizm czy progresizm, bo i takie głosy na jego temat pojawiały się w historiografii. Mówiono, że Leon XIII był papieżem sterującym Kościołem w sposób liberalny; że był on wyraźnym przeciwieństwem swojego wielkiego poprzednika, czyli błogosławionego Piusa IX etc. Otóż encyklika „Quod apostolici muneris” jest dobitnym zaprzeczeniem tego typu twierdzeń. Dzisiaj pontyfikatem Leona XIII prawie nikt się nie interesuje (poza historykami), bo Kościół posoborowy ma inne problemy, jak np. troska o klimat.
Pyta Pan, dlaczego Leon XIII używał ostrego języka? Przede wszystkim należy podkreślić, że ówcześnie wrogowie Kościoła atakowali Kościół jeszcze ostrzej. Kościół był atakowany jako siedlisko zabobonu, jako ciemiężyciel, jako pomocnik wyzyskiwaczy-kapitalistów, jako ten, który głosi pogodzenie się z rzeczywistością polegającą na wyzysku człowieka przez człowieka, obiecując wynagrodzenie krzywdy po śmierci, etc. Mówimy oczywiście o zewnętrznych wrogach Kościoła, bo wroga wewnętrznego w Kościele wówczas jeszcze nie było, a przynajmniej nie odsłaniał on swego oblicza. Oczywiście były takie czy inne różnice między biskupami czy kardynałami, ale one dotyczyły generalnie zagadnień politycznych, dyscyplinarnych czy duszpasterskich. Doktrynalnie Kościół stanowił jedność. Dotyczy to i dogmatów będących przedmiotem wiary, i ustroju Kościoła, i nauki moralnej.
Wrogowie zewnętrzni atakowali, więc papież stanowczo im odpowiadał broniąc Kościoła i pokazując, gdzie jest prawdziwe zło. Leon XIII nie pisze tego wprost w encyklice „Quod apostolici muneris”, ale cały jego pontyfikat dowodzi, iż zdawał on sobie sprawę, że komunizm ze swoją ideologią pretenduje do roli świeckiej religii. On chce być substytutem religii, której celem jest realizacja utopii fałszywego królestwa szczęśliwości na ziemi. Innymi słowy zamiast religii nadprzyrodzonej, która prowadzi do zbawienia i życia wiecznego, wrogowie Kościoła stworzyli religię świecką obiecującą powszechne szczęście, dobrobyt, równość i wolność na ziemi. Realizacja ich dążeń dała zaprzeczenie tych obietnic. Przyniosła głód, śmierć i ruinę cywilizacji.
Leon XIII zwraca uwagę, że wrogowie Kościoła chcą budować państwo bez Boga i bez Prawdy nadprzyrodzonej…
Tutaj mógłbym zrobić długi wywód, który przerodziłby się w wykład, ale pozwoli Pan, że ograniczę się tylko do absolutnego minimum. W 1848 roku, kiedy opublikowano „Manifest komunistyczny” słowo komunizm, ideologia komunistyczna zrobiły olbrzymie wrażenie na czołowych autorytetach Kościoła. Od tego momentu Urząd Nauczycielski sprawowany przez Piusa IX kilkukrotnie poddawał krytyce i potępiał komunizm jako ideologię zapowiadającą realizację zła pod sztandarem dobra.
Po drugie: papieże nigdy nie dali się oszukać hasłu, że komunizm to jakaś piękna idea, jak niekiedy słyszymy dzisiaj czy to w mediach, czy to nawet z ust historyków. Otóż nie! Papieże wiedzieli, że idea jest zła u samych podstaw, ponieważ jest destrukcyjna i chora. Nie jest bynajmniej tak, że komunizm jako projekt ideologiczny to coś wspaniałego, tylko jego realizacja się nie powiodła, bo została wypaczona przez Stalina, Pol Pota, czy Kim-Ir-sena wskutek ich autorytarnych osobowości. Papieże od początku wiedzieli, że cała ideologia komunistyczna już na etapie projektu, wraz ze swymi podstawami i założeniami teoretycznymi, nie zapowiada niczego dobrego. Prowadzi więc do zła.
Jeden tylko przykład. Zniesienie własności prywatnej – jako idea programowa – zapowiada kolektywizm, a kolektywizm to podporządkowanie człowieka państwu, gdyż państwo przejmie rolę wielkiego właściciela i producenta. I tak oto człowieka się upaństwowi…
Po trzecie: encyklika „Quod apostolici muneris” to pierwsza, osobna wypowiedź pontyfikalna o zagrożeniu komunistycznym (i socjalistycznym). Leon XIII napisał ją ze świadomością, że 7 lat wcześniej, w 1870 roku we Francji miało miejsce straszliwe wydarzenie nazwane Komuną Paryża. Komuna Paryża jako rewolucyjny projekt przetrwała 70 dni, ale niszczycielski pochód, który wówczas twórcy projektu nowego świata i nowego ładu pokazali światu, zrobił na ludziach Kościoła ogromne wrażenie. Przypomnę, że jednym z pierwszych czynów tamtego strasznego czasu było rozstrzelanie metropolity Paryża abp. Georgesa Derboy‘a. Brano zakładników, dokonywano masowych egzekucji. To wszystko było pierwszym pokazem terroru, jaki później doszedł do gigantycznych rozmiarów w Związku Sowieckim. Może w ogóle jest jakaś symbolika w tym, że Komuna Paryża przetrwała 70 dni, a ZSRR już 70 lat? Może jest to jakiś dyskretny, chociaż czytelny znak Opatrzności? Tego nie wiem, ale nasuwa się takie skojarzenie.
Dlaczego Leon XIII w encyklice „Quod apostolici muneris” stawia w jednym szeregu oprócz socjalistów i komunistów również nihilistów?
Jeżeli papież mówi o socjalistach, komunistach i nihilistach, to należy rozumieć, że nihilistami przede wszystkim są anarchiści. Anarchiści dążyli wówczas do likwidacji władzy państwowej jako takiej. Ich zdaniem na świecie byłoby lepiej, gdyby państwa zniknęły, bo wówczas zapanowałaby powszechna wolność i równość. Anarchiści pod koniec XIX i na początku XX wieku zabijali poprzez zamachy terrorystyczne wyższych funkcjonariuszy państwowych, a nawet i głowy państw. Z rąk anarchistów zginął przecież prezydent USA William McKinley. Anarchiści zamordowali cesarzową Austrii Elżbietę Bawarską, popularnie zwaną Sisi, włoskiego króla Humberta I oraz jeszcze kilku innych przywódców. O ile komunizm ma konkretny cel, jakim jest ustanowienie w jednym państwie „dyktatury proletariatu”, a docelowo zbudowanie globalnego państwa proletariackiego”, to anarchizm głosi, że trzeba zniszczyć dotychczasowy ład polityczny i społeczny. Ale nie obiecuje on już niczego w zamian, tylko zapowiada pełną samorealizację wyzwolonego spod alienacji człowieka. W takim kontekście właśnie trzeba pojmować fakt, że papież stawia w jednym szeregu socjalistów, komunistów i nihilistów. Nihiliści to anarchiści.
Papież Leon XIII zwraca uwagę, że całe to sekciarstwo i barbarzyństwo, które opisuje w dużym stopniu jest pokłosiem XVI reformacji. „Najsroższa wojna, która została wydana wierze katolickiej przez nowatorów w XVI wieku i ciągnąca się aż do naszych czasów zmierza do tego, by usunąć wszelkie objawienie i zburzyć jakikolwiek nadprzyrodzony porządek, pozostawiając wolną drogę tylko dla wymysłów a raczej dla fikcji rozumu”, pisze papież.
To tylko pokazuje jak wielką tragedią dla Kościoła i świata była zapoczątkowana przez Marcina Lutra w 1517 roku Reformacja. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że Leon XIII potępił całościowo reformację, jako jedno z głównych źródeł rewolucji w świecie obok oświecenia w encyklice „Diuturnum illud” z 29 czerwca 1881 roku. Dokument ten był pisany pod świeżym wrażeniem zabicia przez anarchistę cara Aleksandra II. Leon XIII oczywiście nie miał powodów, aby jakoś specjalnie opłakiwać tragiczną śmierć cara, choćby dlatego, że był przeciwnikiem ekumenizmu. Tym niemniej uważał, że taki mord, do jakiego doszło w Petersburgu jest wyczynem zapowiadającym podobne działania w przyszłości i bardzo był tym wstrząśnięty.
Jeśli zaś chodzi o encyklikę, o której rozmawiamy, czyli „Quod apostolici muneris”, to papież zwraca w niej uwagę na kilka idei. Przede wszystkim Leon XIII krytykuje i potępia tezę, że państwo jest umową społeczną. Papież podkreśla, że człowiek nie jest panem swego losu, swego życia i musi się liczyć ze Stwórcą, który zostawił światu prawo boskie, a każdemu stworzeniu wypisał w duszy (czyli w sumieniu) prawo naturalne. Kto tego nie przestrzega jest barbarzyńcą dążącym do zniszczenia porządku i przeprowadzenia rewolucji.
Druga idea tej encykliki, to krytyka komunistycznego hasła, że wszyscy ludzie są równi. Owsem papież pisze, że wszyscy ludzie są równi w tym znaczeniu, że wszyscy będą pojedynczo sądzeni po śmierci za swoje czyny, i że wszyscy ponoszą odpowiedzialność wobec Stwórcy, a także że wszyscy zawdzięczają życie twórcy i mają tę samą naturę pochodzącą od tegoż Stwórcy. Nie może natomiast być mowy o tym, że każdy człowiek ma mieć takie same dobra materialne, bo jeden jest zaradny i pracowity, a inny już nie. Nie ma mowy, że każdy może zostać księciem i rządzić. To jest absurd ideologii komunizmu, który krytykuje i potępia papież. Nie jest więc tak, jak głosił później Lenin, że pewnego dnia na czele rządu stanie kucharka.
Po trzecie: Leon XIII pisze również o obowiązkach władzy podkreślając, że władza nie polega na tym, żeby sobie używać, tylko spełnia się w postaci służby. Co ciekawe tę naukę głosi wciąż Kościół – również po II Soborze Watykańskim. Problem tylko w tym, że obecny papież, który z ortodoksją ma niewiele wspólnego, doprowadził tę naukę do absurdu w drugą stronę. Nie nauczać, nie potępiać błędów, tylko służyć wszystkim (może z wyjątkiem wiernych tradycji katolickiej…). Leon XIII podkreślał, że władza wiąże się z obowiązkami, i że każdy ze sprawujących władzę będzie z tychże obowiązków rozliczony. To bardzo ważna idea i Leon XIII nie był w tej materii żadnym odkrywcą. On tylko kolejny raz przypomina odwieczną naukę Kościoła pokazując, dlaczego komunizm, socjalizm, nihilizm są nie do pogodzenia z katolicyzmem.
Czwarta kwestia: papież broni prawa własności podkreślając, że likwidacja prawa własności i wprowadzenie zasady, iż wszystko jest wspólne, prowadzi do degradacji człowieka – do jego poniżenia i wykorzenienia. Leon XIII dodaje jednak, że własność nakłada obowiązki na człowieka, który z niej korzysta. Ostatnia rzecz: papież zachęca do dobroczynności, do opieki nad ludźmi biednymi i chorymi, do realizowania tych wszystkich ideałów miłosierdzia chrześcijańskiego, które zdobią Kościół od wielu stuleci.
Leon XIII pisze również o kryzysie rodziny: zachwianie rodziny; rozwody; „wyzwolenie” kobiet; słabi, zniewieściali mężczyźni; dzieci buntujące się przeciwko rodzicom etc. Papież pisał o drugiej połowie XIX wieku, czy o pierwszych dwóch dekadach XXI wieku?
To kolejny dowód na wielką dalekowzroczność Leona XIII, a może nawet prorockie olśnienia. To, co papież krytykował pisząc o kryzysie rodziny, to były wówczas niewielkie enklawy zła na świecie. Dzisiaj to niestety norma… Papież podkreśla, że obrona rodziny, odrzucenie rozwodów, to jeden z głównych obowiązków biskupów. Ta encyklika jest zachętą do jeszcze większej determinacji i jeszcze większego poświęcenia w służbie nauki moralnej Kościoła – niż zwykle. Niecałe 150 lat po opublikowaniu „Quod apostolici muneris” w Kościele posoborowym coraz mniej mówi się o grzechu. Kiedy chodzi o obronę rodziny, albo mówi się bardzo mało, albo głosi się zwodnicze tezy. Zwodnicze nauczanie jest tu najgorsze, ponieważ składa się życzeniowe obietnice jako prawdę niemal objawioną. Podam przykład: jeśli któryś hierarcha mówi, że Pan Jezus nikim nie gardził, to oczywiście mówi prawdę. Jeśli jednak te słowa odnoszą się do tego, żeby w ten sposób poprzeć przywileje „kochających inaczej”, wówczas mamy do czynienia z perwersyjnym używaniem słów Chrystusa do zrobienia wyłomu w nauce Kościoła. Powtarzam więc: nauczanie zwodnicze jest gorsze niż brak jakiegokolwiek nauczania.
Leon XIII pisze wprost, że tylko Kościół może zatrzymać zarazę socjalizmu, tylko Kościół może zatrzymać rewolucję. Co takiego się stało, że to socjalizm, komunizm i nihilizm zatrzymały Kościół? Co się stało, że rewolucja przesiąkła do Kościoła?
Nasuwają się dwie refleksje. Po pierwsze: co miał papież napisać? Jak się przygotowuje dokument pontyfikalny, to przedstawia się w nim wskazania mające podnieść wiernych na duchu. Tak przynajmniej było przez II Soborem Watykańskim. Napisać do katolików, że walka jest przegrana byłoby błędem. Jesteśmy z Chrystusem, więc mamy nadzieję zwycięstwa, tak jak On zwyciężył, pokonując śmierć, piekło i szatana. Druga kwestia: ówczesny Kościół z 1878 roku był organizmem zdrowym. Nie był on zakażony przez wroga wewnętrznego jego szaleńczą ideologią, zwodniczymi obietnicami i chorymi pomysłami. Modernizm przyjdzie trochę później – kilkanaście lat po tej encyklice, ale zostanie on stłumiony przez wielkiego następcę Leona XIII, czyli św. Pius X.
Tutaj mała dygresja: nie jest wcale tak, że modernizm nie był stłumiony przez Piusa X i dlatego na II Soborze Watykańskim zwyciężył. Był stłumiony, ale niestety odrodził się. Stało się tak dlatego, że Kościół był rządzony po śmierci św. Piusa X niezwykle łagodną ręką. Benedykt XV był nader łagodnym papieżem. Pius XI okazał się twardy, ale głównie w sprawach politycznych, dyscyplinarnych i moralnych. Z kolei Pius XII podobnie jak Benedykt XV był niezwykle łagodnym papieżem. Śmieszne jest kreowanie go do roli bezlitosnego dyktatora Kościoła, co usiłują robić historycy reprezentujący koła liberalne. Karał on oczywiście heretyków i innych zwodzicieli, którzy jawnie występowali przeciwko Kościołowi, ale ograniczał sankcje karne do minimum. Interweniował w tej materii dość niewiele. Na przykład Congar był upominany, ale dotkliwie nieukarany.
Wracając do ostatniego ćwierćwiecza XIX wieku: Kościół był zdrowy. Kościół nie był zakażony religią świecką liberalizmu, socjalizmu czy też innymi trującymi ideologiami. Papież miał więc pełne prawo napisać, że tylko Kościół może zatrzymać i pokonać pochód socjalistów i komunistów. Mimo straszliwego ciosu, jakim była utrata Państwa Kościelnego Kościół nie znalazł się w stanie rozkładu. To na pewno tak nie wyglądało. Oczywiście były lokalne problemy, ale polegały one na tym na przykład, że we Francji III Republiki rząd liberalny (w dużej mierze masoński) przeszkadzał katolikom ile potrafił, służąc sprawie dechrystianizacji kraju. W Niemczech autorytarny rząd pruski (a po zjednoczeniu ogólnoniemiecki) postanowił upaństwowić seminaria duchowne. W innych częściach świata były oczywiście jeszcze inne problemy. Jednak hierarchowie robili wszystko, co w mocy, żeby stawić im czoła. Na koniec pozwolę sobie przypomnieć, że w pierwszej połowie XIX wieku liberałowie głosili tezę, że kiedy zlikwiduje się Państwo Kościelne, to Kościół runie załamując się pod własnym ciężarem. To się okazało nieprawdą, ponieważ Leon XIII wysoko podniósł sztandar Chrystusa, nie bał się głosić nauki apostolskiej i walczyć z rewolucją.
Bóg zapłać za rozmowę. Tomasz Kolanek
=====================
mail:
Nie jest więc tak, jak głosił później Lenin, że pewnego dnia na czele rządu stanie kucharka.>>
Wydaje mi się, że nawet Lenin nie przewidział, że na czele rządu może stać błazen.
28 grudnia w Kościele katolickim obchodzone jest święto Świętych Młodzianków, męczenników. Upamiętnia się w ten sposób rzeź niewiniątek dokonaną w Betlejem za czasów Jezusa. Poznaj kilka faktów o młodych męczennikach.
Rzeź niewiniątek
Zapis o męczeńskiej śmierci dzieci betlejemskich znajduje się w Ewangelii św. Mateusza. Kiedy król Herod dowiedział się od Mędrców ze Wschodu, że narodził się przepowiadany przez proroków żydowski król, przeraził się, że straci władzę. Postanowił więc zabić nowo narodzonego Mesjasza. Chciał do tego wykorzystać mędrców ze Wschodu, którzy na jego życzenie, mieli odnaleźć dziecko płci męskiej, a następnie poinformować go o jego dokładnym miejscu przebywania.
Ostrzeżeni jednak przez anioła, nie zawiadomili Heroda i omijając Jerozolimę powrócili do swojej ojczyzny. Rozwścieczyło to króla, dlatego rozkazał zabić wszystkie dzieci w Betlejem poniżej 2. roku życia, licząc, że w ten sposób zamorduje również Jezusa. Jak wiemy z ewangelii, Święta Rodzina uciekła wcześniej do Egiptu, a dzieci z Betlejem, choć nieświadomie, poniosły śmierć za Jezusa.
Chrzest Krwi Młodzianków
Tradycja chrześcijańska podkreśla, że choć dzieci z Betlejem nie zostały ochrzczone, jednak męczeństwo przyłączyło je do Chrystusa, dlatego mówi się, że otrzymały chrzest krwi. W historii chrześcijaństwa wielokrotnie zdarzało się, że ktoś, kto nie był jeszcze ochrzczony – np. katechumeni przygotowujący się dopiero do przyjęcia sakramentów – ponosili śmierć męczeńską. O nich również mówi się, że otrzymali chrzest krwi.
„Flores martyrum”
Kult świętych Młodzianków sięga II w., a wspominają o nim święci Ireneusz z Lyonu i Cyprian. W wieku V kult był już powszechny w całym Kościele. Czczeni jako flores martyrum – pierwiosnki męczeństwa, Młodziankowie nie złożyli świadomie swojego życia za Chrystusa, ale niewątpliwie oddali je z Jego powodu. Zatriumfowali nad światem i zyskali koronę męczeństwa nie doświadczywszy zła tego świata, pokus ciała i podszeptów szatana.
Św. Augustyn pisał o nich: „Niemowlęta, które bezbożność Heroda oderwała od piersi matek, słusznie zostały nazwane męczeńskimi kwiatami. Są to pierwsze pąki Kościoła, rozwinięte wśród niewiary, zaś przedwcześnie zważone mroźną zawiścią prześladowania”. Ku ich czci stawiano świątynie i klasztory. W Kościele zachodnim Msza za świętych Młodzianków jest celebrowana tak jak Msze święte Wielkiego Postu, bez radosnych śpiewów.
Święci Młodziankowie – inspiracja męczeństwem
Święci męczennicy inspirowali też wielkich artystów, którzy wykonali obrazy przedstawiające „Rzeź niewiniątek”. W śród nich są m.in. Rubens, Dürer, Brueghel i wielu innych. Do świętych Młodzianków nawiązał też Adam Mickiewicz w trzeciej części „Dziadów”.
Od kilkunastu lat w Polsce i na świecie w dzień świętych Młodzianków odbywają się Msze Święte i marsze w intencji obrony poczętego życia.
Zapraszamy 31 grudnia, niedziela, na 86 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o 14.00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Św. która rozpocznie się o godzinie 16,00 w katedrze siedleckiej. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
W ubiegłym tygodniu przesłałam Panu wiadomość, załączam całość poniżej. Dziś pragnę jeszcze dodać, że wezwania na przesłuchania otrzymująkolejne dziewczyny z ŻiR-u, które 29 sierpnia w Ministerstwie Zdrowia ratowały dzieci przed aborcją. Wezwania zostały doręczone zbyt późno, więc przesłuchania odbędą się w nowych terminach, ale cała sytuacja pokazuje, jak bardzo spieszy się nowa władza, aby karać za obronę życia.
Przesyłam też Panu krótkie nagranie, na którym dzielę się informacjami, jakie uzyskałam w trakcie samego przesłuchania. Wszystko wygląda na zaplanowaną akcję, rozwiniętą całkiem niedawno – daty zbiegają się z powołaniem nowego rządu i przejęciem Prokuratury przez Adama Bodnara.
W dalszym ciągu zbieramy środki na obsługę prawną, by odeprzeć ataki aborcjonistów. Jestem pełna wdzięczności za każdy gest wsparcia. To bardzo trudne, że czas Bożego Narodzenia wykorzystano, aby podjąć próbę rozprawienia się z nami.
Mimo wszystko życzę Panu wiele spokoju i Pokoju w te ważne dni.
Na pięć dni przed Bożym Narodzeniem otrzymałam szokującą korespondencję. Policja wzywa mnie na przesłuchanie jako podejrzaną o przestępstwo z art. 193 &1 Kodeksu karnego:
Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Chodzi o interwencję w Ministerstwie Zdrowia 29 sierpnia br. Ktoś z urzędników zażądał od Policji ścigania mnie za wejście do budynku, by spotkać się z zespołem prof. Krzysztofa Czajkowskiego. Tamtego dnia zespół miał zebrać się po raz ostatni, by wydać wytyczne do aborcji. Jedną z wytycznych miał być zły stan psychiczny ciężarnej matki. Dzięki tamtej interwencji do wydania morderczego dokumentu nie doszło.
Relację z interwencji, w której brał udział Poseł Konfederacji Grzegorz Braun, dr Katarzyna Ratkowska oraz wolontariuszki ŻiR-u, można zobaczyć tutaj:
Jestem przerażona tym, jak państwo traktuje poczęte dzieci. Od miesięcy pozwala na tajne rozmowy o tym, jak zabijać jeszcze więcej bezbronnych maluchów, a gdy ktoś broni ich życia, wysyła na niego Policję i ściga z bzdurnych paragrafów. Ministerstwo Zdrowia jest organem państwa i wejście na jego teren nie jest przestępstwem. Tuż przed Bożym Narodzeniem będę się musiała stawić na komendzie i tłumaczyć z obrony życia.
Wiem, że mam rację, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że aborcja to oczko w głowie wielu możnych tego świata. Dlatego nie wiem, co ze mną będzie. Jestem pełna niepokoju, a fakt, że aborcjoniści nie odpuszczają nawet w tym szczególnym czasie w ciągu roku, naprawdę mnie szokuje.
Szanowny Panie!
To postępowanie to nie przypadek. Zarówno Zarząd jak i Wolontariusze ŻiR-u są nieustannie nękani przez zwolenników aborcji i LGBT.
Podam wybrane przykłady.
Pięć osób czeka w tej chwili na rozprawęza ostrzeganie przez ideologią LGBT pod II LO im Zamoyskiego w Lublinie. Lewackie media próbują wywierać presję, aby wszystkich skazać.
Wobec jednej z naszych koordynatorek toczą się trzy postępowania o kontrowanie parad LGBT w minione wakacje. W każdym jest postawiony inny zarzut – jakby sprawdzali, za co uda się ukarać.
W Katowicach niebawem rozpoczyna się sprawa wolontariuszki, która pokazywała plakaty z abortowanymi dziećmi w tracie kampanii „Sejm bez aborterów”. Sprawa wygląda na polityczne zlecenie.
W tych wszystkich sprawach stajemy wobec przeciwnika, który chce zniechęcić nas do walki ze złem. Aby to zło pleniło się przez nikogo niehamowane.
Potrzebuję Pana pomocy, aby móc pokryć koszty prawne związane z powyższymi sprawami. Tylko w mijającym miesiącu konsultacje, zastępstwo procesowe oraz pisma w różnych sprawach wygenerowały koszt prawie 18 tysięcy złotych, z czego brakuje 7400 złotych. Czy może Pan pomóc pokryć ten wydatek?
Czy może Pan wpłacić 50, 80, 150 złotych lub inną sumę, jaką uzna Pan za właściwą, abyśmy nie zostali z tym wszystkim bez fachowej pomocy?
Potrzebuję Pańskiego wsparcia ja sama, potrzebują wolontariusze ŻiR-u. Gorąco na Pana liczymy.
Wszelkie dane do przelewu, systemy do wpłat kartami, Blikiem i innych rodzajów płatności znajdują się w stopce niniejszego maila.
PS – W niedzielę zasiądziemy do wigilijnej wieczerzy. Jak będą się wtedy czuli ludzie, którzy nawet w przedświątecznym tygodniu ścigają za obronę życia…?
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Recep Tayyip Erdogan. / foto: Wikimedia, kremlin.ru, CC BY 4.0
Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan powiedział w środę, że izraelski premier Benjamin Netanjahu nie różni się od Adolfa Hitlera – podała agencja Reutera.
Porównał również izraelskie ataki na Strefę Gazy do traktowania ludności żydowskiej przez nazistów.
Przemawiając w Ankarze, Erdogan powtórzył swoją krytykę zachodniego wsparcia dla Izraela, dodając, że Turcja jest gotowa przyjąć naukowców, którzy są w swoich krajach prześladowani ze względu na swoje poglądy na temat konfliktu w Strefie Gazy.
(PAP)
=======================
mail: Różni, różni. Adolf nie był tak bezczelny ani tak krwiożerczy.
Studia i odkrycia rabinów. UE to decydujący etap w „boskim procesie”. Przygotowanie świata do Globalnej Unifikacji.
Każdy z nas będzie miał 2800 niewolników. Los gojów według NWO.
=============================
[Radzę skopiować na PENDRIVE. Nigdy nie łączyć z siecią. Internet w krytycznym momencie będzie wyłączony, niewłaściwe treści same zanikną. Przecież one nigdy nie istniały! To wymysły zapiekłych z nienawiści antysemitnikółw ! MD]
Compilation of rabbis enjoying the coming extermination of Non-Jews
Hervé Ryssen
Film, 36 min. Po francusku, napisy angielskie.
[CRIF – Związek Przedstawicieli Instytucji Żydowskich we Francji].
Hervé Ryssen, de son vrai nom Hervé Lalin, est un essayiste et militant nationaliste et négationniste français, proche des milieux de l’extrême droite radicale. [viki]
W naszych sercach, rodzinach, parafiach, szkołach i uczelniach, w środkach komunikacji społecznej, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku, miastach i wioskach, w całym Narodzie i Państwie Polskim – wszędzie tam miał nam królować Chrystus. To ślubowaliśmy w 1050. rocznicę Chrztu Polski. Ślubowali także i ci politycy, którzy dziś woleli zatrzasnąć drzwi przed przychodzącym na ten świat Chrystusem i zawrzeć pakt z samym Herodem, dając przyzwolenie na współczesną rzeź niewiniątek w procedurze in vitro.
Czy można było gorzej przygotować się na Boże Narodzenie 2023 roku?
Można, wszak apologeci antycywilizacji śmierci nie mogą doczekać się prawnego przyzwolenia na mordowanie nienarodzonych dzieci w łonach matek.
Można, bo parlamentarzyści i ministrowie krzywo patrzą na Krzyż Pana Jezusa w gmachu Sejmu i gotowi są „ukazem” – a nie tylko decyzją niektórych zarządców ministerialnych gabinetów – całkowicie usunąć znak Zbawczej Męki Pana Jezusa z miejsc publicznych.
Można, bo są tacy, co chcąc przypodobać się „postępowemu” światu, chcieliby już uderzyć w rodzinę, dając przyzwolenie na legalizację nieformalnych związków jednopłciowych, a w dalszej perspektywie pozwalając im na adopcję dzieci.
Można, bo ze szkół w praktyce – mimo ogromnych chęci – jeszcze nie wyrzucono lekcji Religii i Krzyża.
Można, gdyż edukatorzy spod znaku „tęczy” jeszcze nie zdołali dotrzeć do szkół, choć mają już wyraźny sygnał do startu.
Można było gorzej… Ale czy to stanowi dla nas jakieś pocieszenie?
Nie!
Co – jako Naród – zrobiliśmy z przyrzeczeniem złożonym Chrystusowi Królowi w 2016 roku? Gdzie jest ta Głowa Państwa, która te śluby składała w krakowskich Łagiewnikach i która na Jasnej Górze „ratowała” upadającą Hostię? Co robią dzisiaj ci politycy? Jeden z nich podpisuje herodowy wyrok na dzieci powstające w procedurze in vitro i zapala (nie od dziś zresztą) chanukowe świece, atrybut obcych Polakom, fałszywych wierzeń. Inni milczą albo właśnie „zmieniają zdanie”, by zyskać w sondażach.
A niby deklarują, że oczekują na czas Świąt Bożego Narodzenia…
W czym tacy ludzie różni są od tych, co oczekują na Mesjasza, ale zamykali drzwi przed brzemienną Maryją? Czymże różnią się tych co z gałązkami palmowymi witali Chrystusa wjeżdżającego do Jerozolimy, by chwilę później zawołać „ukrzyżuj”?
Ci, co Go dziś nie przyjęli, dobrze wiedzieli, że On przyjdzie… Ale wygodniej było tego „nie zauważyć”, pominąć. Dla własnych planów, kariery, interesów… W końcu na tle tych co Go bili i przybijali do Krzyża, albo tych co tylko trzasnęli drzwiami przed Świętą Rodziną będącą w potrzebie – jak im się wydaje – wypadają i tak lepiej. Ba, może i czasem uda się im kreować się na Jego obrońców… ale znów tylko po to, by się przypodobać tłumowi.
„Oto my, Polacy, stajemy przed Tobą wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi, by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”…
Przypomnijcie coście wtedy na kolanach ślubowali!
Obietnice przygotowania innych niż in vitro rozwiązań, które będą akceptowalne dla katolików, nie są żadnym wytłumaczeniem ani usprawiedliwieniem dla akceptacji zła! Ludzi nie można mordować! W żaden sposób! Tak, nie można ich mordować nawet jeśli pięknie nazwiemy procedurę i ukryjemy jej prawdziwy obraz pod hasłem „nowe życie”.
Dość krwi Młodzianków! Ona – jak wtedy, gdy Herod w gniewie posłał swoich siepaczy z rozkazem wymordowania chłopców do lat dwóch – niesie tylko rozpacz i żal.
Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. (por. Mt 2,17-18)
„Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie”.
Praktycznie dokładnie było w 2021 i 2022 kiedy pospolita grypa została zlikwidowana przez „nie grypę” o nazwie Covid.
——————————————————
Wirusa polio, powodującego rzekomą chorobę oczywiście nikt nigdy na oczy nie widział. Choroba o obecnym przebiegu była nieznana do mniej więcej 1860 – 70 roku.
Pierwsze, ciężkie przypadki zaczęły być obserwowane w krajach, gdzie zaczęła się rewolucja industrialna, szczególnie USA i Europie i gdzie zaczęto na polach stosować na dużą skalę silnie trujący pestycyd na bazie arsenu (zieleń paryska). Zamiast go wycofać zastąpiono go jeszcze bardziej trującym pestycydem na bazie ołowiu (arsen + ołów), a następnie wprowadzono do oprysku pól „króla trucizn”, czyli DDT.
Do pierwszej w historii epidemii choroby polio, jaką znamy teraz doszło dopiero w 1887 w Szwecji. Wcześniej w literaturze medycznej nie znajdzie się ani jednego ciężkiego przebiegu choroby polio. Zanim rozpoczęto na bezprecedensową skalę opryski pól pestycydami, polio miało łagodny przebieg i jego objawy samoistnie ustępowały.
I to tyle na temat rzekomo wirusowej przyczyny choroby polio, jaką znamy obecnie. Ta tzw. „szczepionka” zawiera formalinę, silnie żrącą, toksyczną substancję, zakwalifikowaną jako powodującą raka, mogącą silnie uszkodzić np. mózg, wątrobę, trzustkę, szpik kostny. Dodatkowo ta tzw. „szczepionka” zawiera silne antybiotyki, streptomycynę, neomycynę i polimyksynę. Produkowana jest z małpich, rakowych komórek, tzw. „Vero line”, co oznacza, że może zawierać jako zanieczyszczenie DNA małpy, co może spowodować raka i zabić osobę nawet po kilkudziesięciu latach od zastrzyku.
==========================
dr. Jerzy Jaśkowski:
To co przepisałeś nie jest odpowiedzią na pytanie „Jak likwidowano Polio”
Pisałem o tym 12 lat temu już „II Tom ABC Medycyny.” Po prostu w 1954 roku zmieniono definicję , urzędowo, Polio dawniej była: każde porażenie wiotkie…. nowa definicja:. Każde porażenie wiotkie , które trwa 30 dni. w czym problem. Podanie witaminy C domięśniowo lub dożylnie w dawcę 2-4 g w zależności od masy ciała. to porażenie mijało po 24-36 godzinach. Stąd spadek statystyczny
[Ja bym inaczej rozstawił te znaczenia, ale Autor „ma prawo” być krótkowzrocznym. M D]
Marszałek Sejmu RP Szymon Hołownia odpala świecę chanukową na chanukii, spoglądając w stronę rabinów. Po prawej stronie Prezydent RP Andrzej Duda. / Foto: screen YouTube/Kanał Polityczny
Nie milkną echa od zajścia z gaśnicą w polskim Sejmie, którego dokonał poseł Konfederacji Grzegorz Braun. To, co się stało właściwie po całym zajściu, przeraża i jest nieprawdopodobne, jednak pokazuje Polakom, kto jest kim.
Po zajściu z gaśnicą cały centrolew mało nie padł na pysk przed Żydami. Duda z Hołownią odwalili taki cyrk w Sejmie, że wątpię, by nawet w samym Izraelu były obchodzone te dziwaczne gusła. Można różnie oceniać to, czego dokonał Grzegorz Braun, ale na pewno pokazał prawdę, a tylko prawda jest ciekawa. Co zrobią z tym Polacy, to już ich problem?
Czas zrównać z ziemią to kondominium?
Po tym, co zobaczyłem 14 grudnia w Sejmie, śmiem twierdzić, że Polska to faktycznie jest „kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim zarządem powierniczym”. Strasznie smutny obraz upadku Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Ta czołobitność, ten nieprawdopodobny upadek wszystkich urzędów w Polsce jest niebywały. Za wszystkim stoi, jak widać, bardzo wpływowa sekta żydowska Chabad Lubawicz. Wróćmy jednak do tego, co się działo w polskim Sejmie, bo to nie był pierwszy raz.
Chanuka do synagogi, a nie do Sejmu RP
Sejm RP to nie jest miejsce, by odprawiać jakieś dziwne gusła. Jeśli ktoś chce sobie palić świece chanukowe, to od tego jest synagoga. Z drugiej strony zapraszanie do NASZEGO – Polaków – Pałacu Prezydenckiego antypolskiego „kłamcy Jedwabieńskiego” Schudricha to nieprawdopodobny skandal. Ten człowiek powinien być wydalony z Polski za swoją działalność przeciwko RP.
Jesteście zwykłymi antypolskimi zdrajcami i proszę mi tu nie wyjeżdżać z „antysemityzmem”, bo zrobiliście z niego, zdrajczykowie RP, zwykłą „propagandową pałkę”, którą smagacie dumnych, wolnych, niepokornych Polaków, którzy śmią wyrażać swoje zdanie. Obrzydliwe, radykalnie antypolskie i żałosne!
DOŚĆ JUŻ TEGO! POBUDKA, POLACY!
Ktoś mi może powie, bo nie wiem: czy co roku w Knesecie palone są świece adwentowe? Ileż pomników w Izraelu stanęło ku czci bohaterskich Polaków, którzy ratowali Żydów podczas II wojny światowej przed Niemcami, ile w Izraelu zrobiono o tym filmów? Gdzie muzeum ku czci Polaków w Izraelu, które by ukazywało całą prawdę o bohaterstwie Polaków? Gdzie ulice, ronda czy skwery imienia polskich bohaterów narodowych, dzięki którym właściwie Żydzi mają swoje państwo?! PYTANIA RETORYCZNE.
Konkludując ten mój wywód, zacytuję śp. Prof. Bogusława Wolniewicza, który zawsze wiedział, co powiedzieć w takiej sytuacji: „Ja mam pretensje nie do Żydów, że reprezentują interesy żydowskie. Ja mam pretensje do Polaków, że nie reprezentują interesów polskich!”.
Egipski dziennikarz Mohammed Al-Alawi został znaleziony martwy po śledztwie w sprawie zakupu luksusowej willi w El Gouna przez teściową Zelensky’ego.
Mohammed Al-Alawi stał się sławny po tym, jak ujawnił kosztowny zakup dokonany we wrześniu przez teściową Wołodymyra Zełenskiego, Olgę Kijaszko – donosi strona El Mostaqbal. Willa zakupiona przez Kiyashko została wyceniona na 4,8 miliona dolarów. https://elmostaqbal.com/745819/
Wynik śledztwa Al-Alawiego ujawnił skandal korupcyjny na Ukrainie i wzbudził podejrzenia o sprzeniewierzenie amerykańskiej pomocy finansowej przez rodzinę Zełenskich. Po opublikowaniu materiałów dziennikarz zaczął otrzymywać groźby śmierci.
Ciało reportera zostało znalezione w Hurghadzie, niedaleko drogi do El Hadaba, 23 grudnia 2023. Na ciele znaleziono liczne otarcia, siniaki i złamania. Dziennikarz doznał również poważnego urazu mózgu, który spowodował krwotok mózgowy. Miał rzekomo zostać brutalnie pobity przez grupę napastników.
Egipska policja uważa, że w zabójstwo dziennikarza zaangażowane były ukraińskie służby wywiadowcze. Przypuszczalnie, otrzymali oni rozkazy od Wołodymyra Zełenskiego lub wysokiego rangą ukraińskiego urzędnika.
Biskup Mtumbuka: Papieski dokument odrzucony po raz pierwszy w historii Kościoła
Monsignor Martin Mtumbuka, biskup Karonga w Malawi, odrzucił homoseksualny tekst propagandowy Franciszka „Fiducia supplicans” w swoim bożonarodzeniowym kazaniu (wideo poniżej).
„Nie mamy wyboru. Nie możemy pozwolić, aby tak obraźliwa i bluźniercza deklaracja została wprowadzona w życie w naszej diecezji” – powiedział biskup.
Mtumbuka dodał: „Po raz pierwszy w historii Kościoła dokument wydany przez Stolicę Apostolską i podpisany przez Ojca Świętego zostaje odrzucony przez jego kolegów biskupów i publicznie odrzucony”.
Głównym zmartwieniem biskupa jest to, że tekst „wygląda dla nas jak herezja, czyta się go jak herezję”.
Franciszek i Fernández sprawiają wrażenie, że błogosławieństwo odnosi się do pojedynczych homoseksualistów, podczas gdy w rzeczywistości dotyczy związku.
Oni „przedstawiali się jako para, wyjeżdżali jako para, wracali do domu jako para, spali w jednym łóżku jako para”.
Wnioski: „Wydają się być błogosławieni jako para. Jak mogłoby to nie zmienić autentycznego nauczania Kościoła?”.
39 Jeżeli brat z powodu ubóstwa sprzeda się tobie, nie będziesz nakładał na niego pracy niewolniczej.
40 Będziesz się z nim obchodził jak z najemnikiem albo jak z osadnikiem. Będzie służyć tobie tylko do roku jubileuszowego8.
41 Wtedy wyjdzie od ciebie razem ze swymi dziećmi i wróci do swojej rodziny, do posiadłości swoich przodków.
42 Bo oni są moimi niewolnikami, których wyprowadziłem z ziemi egipskiej, nie powinni więc być sprzedawani jak niewolnicy.
43 Nie będziesz się z nim obchodził srogo. Będziesz się bał swego Boga.
Obcy niewolnicy
44 Kiedy będziecie potrzebowali niewolników i niewolnic, to będziecie ich kupowali od narodów, które są naokoło was.
45 Także będziecie kupowali dzieci przychodniów osiadłych wśród was, przychodniów i potomków ich, urodzonych w waszym kraju. Ci będą waszą własnością.
46 Zostawicie ich w dziedzictwie waszym synom, aby ich posiadali na własność, na zawsze. Będziecie ich uważać za niewolników. Ale z braćmi Izraelitami nie będziecie się obchodzili srogo.
Składam życzenia świąteczne Redakcji, moim Czytelnikom i wszystkim ludziom dobrej woli. Życzę głębokiego przeżycia sensu Narodzin Pańskich, Narodzin Jezusa Chrystusa, (które to święto sprzedajne bandy określają mianem “magicznego święta” bojąc się imienia Jezus Chrystus jak diabeł święconej wody).
Narodziny Syna Bożego w sensie anagogicznym to narodziny mądrości w świecie i mądrości w duszy ludzkiej. A także narodziny wiedzy i pewności o istnieniu indywidualnej, nieśmiertelnej duszy ludzkiej. Właśnie tego będzie dotyczyć druga cześć mojej notki. By te dni wyjątkowe w skali każdego roku nie rozpłynęły się w miłej, lecz pozbawionej treści emocjonalności postanowiłem zamieścić wyjątkowy, unikalny, prawie nieznany i trudno dostępny tekst polskiego filozofa na temat nieśmiertelnej duszy ludzkiej.
MOTTO
“Zbankrutowała więc i zwariowała niezależna, harda, liberalna, a raczej jak bicz dziadowski rozpuszczona myśl ludzka. Gdyby nawet nie było innych dowodów, że zarówno punkt wyjścia, jak i kierunek tej myśli są zasadniczo fałszywe, już sam fakt jej tragicznego upadku wystarczyć by winien do przekonania o tym ludzi bezstronnych. Rozpoczęła filozofia wolnomyślna od zwątpienia o wszystkim, a skończyła również na zwątpieniu o wszystkim; wziąwszy za podstawę “ja” i jego stany, poza “ja” i jego stany wyjść nie zdołała; wzgardziwszy dumnie zdrowym rozsądkiem, jako prostaczym przesądem, i wiarą w pomoc Bożą, jako mistycznym zabobonem, liberalizm myślenia nawet główne swoje bożyszcze, tak zwany rozum krytyczny, uznał za “przesąd i wątpliwą wiarę”. Dotknęła go kara ciężka za pychę – wpadł w chorobę bezdennego przeczenia. Są pewniki, prawdy zasadnicze i postulaty logiczne nieuniknione, na które się targać nie wolno bezkarnie. Istnieją dla krytyki wielkie granitowe słupy Herkulesa, na których Opatrzność wypisała czytelnymi dla wszystkich głoskami:
Nec plus ultra
Skrajny sceptycyzm jest objawem wyraźnie patologicznym. Gdy się bowiem czyta bajeczne niedorzeczności sceptyków, wypowiadane tonem wcale poważnym; gdy z jednej strony słyszy się ich teorię, że świat jest złudzeniem, a z drugiej gdy się widzi, jak ci sami ludzie piszą i wydają książki, uważając swych czytelników za realnie bytujące istoty i żądając równie realnych pieniędzy za owe książki; kiedy filozofowie i przyrodnicy starają się w nas wmówić, iż mizerny człowiek jest stwórcą wszechrzeczy, że istnienie wszystkiego zależy od istnienia świadomości ludzkiej, – gdy się rzeczy takie czyta, słyszy i widzi, trudno zaiste powiedzieć, że mamy do czynienia z osobnikami zdrowymi umysłowo. Nic tu nie znaczy, że sceptycy są nieraz profesorami znakomitych wszechnic albo członkami najpierwszych akademii: na każdym stanowisku obłędu dostać można – w części lub całkowicie.”
“Mania podmiotowego sądzenia rzeczy, wynikająca z protestanckiej zasady “liberum examen ” i z kartezjańskiego “de omnibus dubitandum “, prowadzi szerokim i bardzo pochyłym gościńcem w przepaść absolutnego nihilizmu.
Miło z Pyrronem w rozigrania chwili
Przepływać błędnej spekulacji szlaki,
Lecz co, jeżeli łódka się przechyli?
Mędrcy, jak wiecie, to kiepskie pływaki…
Warto zaiste, żeby ironiczną tę uwagę Byron’a zapisali sobie w pamięci wszyscy zwolennicy subiektywizmu i protestancko-racjonalistycznych spekulacji!”
[W. M. Dębicki]
Tekst poniższy pochodzi z 1895 r. z czasopisma o nazwie “Przełom”. Nieszczęściem tego tekstu jest, iż nie był on przedrukowywany w żadnym innym miejscu. Biorąc pod uwagę jego mistrzostwo formalne oraz treściowe oraz fundamentalność filozoficzną winien on wejść do kanonu historii filozofii światowej i edukacji powszechnej. Pomyśleć tylko, że kiedyś mieliśmy umysły tej rangi, by skończyć na przeróżnych Środach, Kuiszach, Rychardach… I pomyśleć do jakiego upadku musiało dojść szkolnictwo wyższe w Polsce, by doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego otrzymał taki hochsztapler “naukowy” jak algierski Żyd Jacques Derrida.
Twardowski dokonuje doskonałej, perfekcyjnej logicznie refutacji każdej “filozofii” materializmu, ateizmu. Jest to tekst napisany w duchu wielkiej klasyki myśli helleńskiej i to napisany lekką ręką, w niczym nie przypominający napuszonego, koturnowego tonu filozofów germańskich.
Pomijając rzadkie i nieuniknione archaizmy językowe tekst brzmi jak napisany dziś. Jest on bezcenny zwłaszcza na czas ostatniej dekady, kiedy to światowy rozgłos (=raban na plemiennych tam-tamach) zyskują hochsztaplerzy, oszuści, sofiści, sztukmistrze infantylizmu i nihilizmu w rodzaju izraelskiego “uczonego” Harariego.
Tekst ten czytelnikowi uważnemu i rozumnemu daje niewiarygodnie mocny oręż do stosowania w dyskusjach, sporach, polemikach z ludźmi o orientacji materialistycznej, sceptycznej, agnostycznej, antychrześcijańskiej.
Rozpaczliwie niski poziom nauki filozofii na szczeblu szkolnictwa średnim i wyższym wymaga tak właśnie ścisłej i precyzyjnej techniki myślenia jak ta zaprezentowana przez Twardowskiego, by wchodzące pokolenia zyskały szansę na wypracowanie głębokiego i prawdziwego poglądu na świat dającego im zbroję “przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich”.
Dusza ludzka nie istnieje, jaźń nie istnieje, podmiot osobowy nie istnieje, wszystko, co nazywamy duszą jest li tylko mknącym strumieniem wrażeń, który wkrótce wygaśnie (ergo: nie istnieje Bóg ani wolna wola, ani nieśmiertelność indywidualnej duszy ludzkiej) – to jest kanon materialistów od 2400 lat. Większość ludzi jest zbyt mało zaprawiona w sztuce myślenia by móc sobie poradzić z chytrymi sztuczkami materialistycznej sofistyki.
Błyskotliwie, wręcz genialnie, Kazimierz Twardowski przyszpila dziesiątki sprzeczności systematu materialistycznego (ateistycznego, sceptycznego etc.). Pod jego okiem wyłażą one z nor na światło słoneczne niezwyciężonej logiki. Niezaprzeczalnym osiągnięciem artykułu Twardowskiego jest wykazanie niezbite, iż materializm jest systemem wewnętrznie sprzecznym.
Nawet jeśli ktoś nie czuje się skłonny do tego, aby teraz czytać ten filozoficzny artykuł, sugeruję by go zapisać na dysku i wrócić wkrótce do lektury. Bo jest to rzadkiej piękności perła myśli ludzkiej. Pomyśleć tylko jakie by były osiągnięcia polskiej myśli filozoficznej, gdyby nie bolszewizm i nazizm…
Kazimierz Twardowski
Metafizyka duszy
„Przełom” r. I, nr 15 z 31 sierpnia 1895, s. 467–480
Ze wszystkich teorii, tyczących się duszy ludzkiej, najosobliwszymi niezawodnie są te, które zgoła istnienia duszy nie uznają. A jeżeli pod duszą rozumiemy podmiot niematerialny, substancję niecielesną zjawisk umysłowych, wtedy do rzędu takich teorii zaliczyć musimy nie tylko naukę Fechnera, nie uznającą istnienia jakichkolwiek substancji, lecz także materializm, twierdzący, iż podmiot zjawisk umysłowych jest czymś materialnym, cielesnym. Materialiści i paraleliści (tak bowiem nazywają dziś zwolenników Fechnera, choć tenże sam naukę swą mienił synechologią) nie znają duszy; a jeżeli się tym wyrazem posługują, czynią to tylko dla określenia pewnej jednolitej całości zjawisk umysłowych, tych właśnie, które każdy uważa za swoje własne.
Jak przy głosowaniu nad rozmaitymi wnioskami zaczyna się zwykle od najdalej idącego, tak i w ocenie teorii filozoficznych o podmiocie zjawisk umysłowych, o naszym „ja”, najlepiej zacząć od zapatrywania najskrajniejszego. A więc, czy zdanie, jakoby nie istniał wcale podmiot naszych objawów duchowych, jest słusznym? Czy możemy się obejść bez substancji, której akcydensami byłyby wszystkie zjawiska, składające się na nasze życie umysłowe? Czy możemy twierdzić z Humem i Fechnerem, że istnieją tylko następujące po sobie zjawiska, ujęte w jedną całość samowiedzą i pamięcią? Fechner nadzwyczaj zręcznie broni tego zapatrywania, a gdyby się ono miało okazać słusznym, pociągnęłoby za sobą wielkie uproszczenie licznych teorii metafi zycznych. A jednak, zdaje mi się, argumentacja Fechnera nie prowadzi do zamierzonego celu.
Wedle Fechnera w świecie umysłowym nie istnieje nic, prócz stanów świadomości następujących po sobie czasem bez przerwy, czasem z większymi lub mniejszymi przerwami, spowodowanymi snem itp. Każdy taki stan obejmuje zazwyczaj kilka zjawisk: np. wrażenie zmysłowe i przywiązane do niego uczucie (widok osoby i uczucie nienawiści ku niej). Fechner, odrzucając podmiot tych zjawisk, stara się nam wytłumaczyć, skąd dochodzimy do przekonania o jedności każdego takiego stanu świadomości i do przekonania o tożsamości jakiegoś (urojonego wedle Fechnera) „ja”, trwającego niezmiennie mimo różnych następujących po sobie stanów świadomości.
Dotyczące [tej sprawy] wywody Fechnera są zupełnie trafne i nie można przeciwko nim podnieść żadnego zarzutu. Mimo to chybiają właściwego celu. Albowiem Fechner zapomina, iż winien nam odpowiedzi, nie na pytanie, skąd dochodzimy do przekonania o jedności i tożsamości naszego „ja”, lecz na pytanie, czy to przekonanie jest słusznym lub mylnym. Twierdząc, iż jest mylnym, a wykazując jego powstanie, mniema Fechner, że dowiódł, iż jest mylnym.
Byłoby jednak możliwym, że Fechner, mimo iż swego twierdzenia nie udowodnił, ma słuszność. Zdarza się bowiem nieraz, że jeden uczony stawia jakieś twierdzenie, nie popierając go dowodem, a że dopiero inny uczony dowodu tego dostarcza. Nie trzeba brać braku dowodu za znak fałszu. Jakże się więc rzecz ma w naszym wypadku? Jak stanąć wobec kwestii, czy istnieje podmiot zjawisk umysłowych, czy „ja” nasze jest czymś innym, jak całością pewnych zjawisk umysłowych, czymś niezmiennie trwałym wśród zmiennych objawów życia duchowego?
Odpowiadam, że „ja” takie istnieje; ale przyznaję, że nie jestem w stanie podać jakikolwiek dowód istnienia tego „ja”. Albowiem istnienie mego „ja” należy dla mnie do tych prawd, które są bezpośrednio oczywiste. A prawdy takie nie mogą być udowodnione, ale też nie potrzebują być udowodnionymi. Nikt nie wymaga dowodu na to, że nie istnieje koło kwadratowe; albowiem jest rzeczą bezpośrednio oczywista, iż coś podobnego istnieć nie może. A równie bezpośrednio oczywistym jest przekonanie o własnym bycie. Nie twierdzę tu nic nowego. Św Augustyn, a po nim Kartezjusz wypowiedzieli to już dawno: a ten ostatni sformułował tę prawdę w zdaniu: „Myślę, więc jestem”.
Znaleźli się później arcymądrzy ludzie, który mówili: Ściśle rzecz biorąc, bezpośrednio oczywistym jest tylko istnienie mojego myślenia, ale że poza tym myśleniem istnieje jakiś podmiot tego myślenia, jakieś „ja”, które myśli, to już jest dowolnym twierdzeniem. Ich zdaniem nie powinniśmy właściwie mówić „ja myślę” (ich denke), lecz tylko „myśli” (es denkt), tak jak mówimy „grzmi” (es donnert), nie przesądzają tym sposobem kwestii, co myśli i czy istnieje coś myślącego, co by nie było samym myśleniem.
Na to mogę tylko powiedzieć: „Habeant sibi!” Jeżeli ktoś przeczy, jakoby istniał, wtedy nie wiem, na co mam przekonywać kogoś, co nie istnieje. A gdy ten nie istniejący ktoś mi powie, że „on” wprawdzie nie istnieje, ale że natomiast istnieje jakaś grupa wrażeń, myśli, uczuć itp., pragnąca ze mną prowadzić dyskusję filozoficzną, wtedy może powstać niebywały jeszcze dialog. Ta grupa wrażeń itd. twierdzi bowiem, ze to, co ludzie nazywają swoim „ja”, jest tylko taką jak ona grupą zjawisk umysłowych. A więc, gdy zechce się wyrażać ściśle, nie śmie używać zaimku pierwszej osoby, lecz może o sobie mówić jedynie właśnie jako o grupie zjawisk umysłowych. A dialog nasz będzie wtedy brzmiał mniej więcej tak:
Ja. Niechże mi grupa zjawisk umysłowych powie, skąd grupa wie, że jakieś zjawisko umysłowe do niej należy, a nie jest częścią innej jakiejś grupy zjawisk umysłowych?
Grupa zjawisk umysłowych: Każda grupa zja[wisk] um[ysłowych] wie o tym stąd, że zjawiska umysłowe własne bezpośrednio spostrzega za pomocą doświadczenia wewnętrznego; o innych zaś, nie należących do niej zjawiskach umysłowych dowiaduje się jedynie na drodze wnioskowania.
Ja. Zgadzam się zupełnie; ale niech mnie grupa zja[wisk] um[ysłowych] zechce pouczyć, czym jest owo postrzeżenie wewnętrzne, któremu każda grupa zawdzięcza tak ważne dla niej wiadomości?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Każde postrzeżenie wewnętrzne jest także tylko jednym z licznych zjawisk umysłowych, składających się na taką grupę, którą ludzie zwykle mianują swoim „ja”.
Ja. Ślicznie. Ale skąd grupa wie, że to postrzeżenie wewnętrzne należy właśnie także do tej samej grupy zjawisk umysłowych, z którą mam zaszczyt prowadzić tak pouczającą dla mnie konwersację?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Wie o tym po prostu stąd, że i to postrzeżenie wewnętrzne jest dla niej przedmiotem wewnętrznego postrzeżenia.
Ja. Czy te dwa postrzeżenia wewnętrzne są jednym, czy dwoma postrzeżeniami?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Oczywiście dwoma, gdyż pierwsze z nich poucza grupę o należących do niej zjawiskach z wyjątkiem właśnie tego jednego, które ją o tym poucza; drugiemu zaś postrzeżeniu wewnętrznemu grupa zawdzięcza wiadomość o tym, że i owo pierwsze postrzeżenie należy do tej samej grupy.
Ja. Rozumiem. Ale o tym, że i to drugie postrzeżenie należy do tej samej grupy zjawisk umysłowych, której częścią jest pierwsze, grupa skąd się dowiaduje?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Rzeczą jasną [jest], że od podobnego dwom pierwszym, trzeciego postrzeżenia.
Ja. A więc mógłbym tak samo dalej się pytać. Dziękuję grupie za gotowość, z jaką mi dała powyższe objaśnienia. Wiem już, że tym sposobem żadna grupa nigdy się nie dowie, jakie zjawiska do niej należą, gdyż na to, aby się o tym dowiedzieć, musiałaby nieskończoną ilość następujących po sobie postrzeżeń wewnętrznych zrobić; a na to trzeba by jej czasu nieskończenie długiego.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Widzę, że sposób podany przeze mnie nie prowadzi do celu. A więc stawiam hipotezę, że już pierwsze postrzeżenie wewnętrzne, pouczając grupę o tym, jakie zjawiska do niej należą, poucza ją równocześnie o tym, że samo też do niej należy.
Ja. Zgadzam się na ten wykręt, który grupa tak ładnie nazwała hipotezą. Ale pozostaje jeszcze jedna wątpliwość, którą swym ograniczonym rozumem nie umiem sobie wyjaśnić. Grupa twierdzi, że ona się za pomocą postrzeżenia wewnętrznego o czymś dowiaduje. A przecież ta grupa nie jest czymś, co by miało byt samoistny obok zjawisk, z których się składa, lecz jest tylko ilością mniejszą lub większą zjawisk. Więc, ściśle się wyrażając, trzeba by powiedzieć, że pewna ilość zjawisk dowiaduje się od jednego z tych zjawisk, mianowicie od postrzeżenia wewnętrznego, że składa się z pewnej ilości zjawisk.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Widzę, że jesteś pojętnym bardzo uczniem.
Ja. Dziękuję grupie za komplement. Żałuję, że grupie nic podobnie pochlebnego powiedzieć nie mogę. Wszak ilość nie jest niczym, prócz pojęciem oderwanym?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Tak jest.
Ja. A więc jeszcze nie dość ściśle wyrażamy się, mówiąc, że ilość pewna zjawisk umysłowych o czymś wie; powinniśmy mówić, że zjawiska w liczbie dziesięciu np., a tworzące jedną grupę, dowiadują się o czymś.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Słusznie.
Ja. Gdy więc zjawiska, składające się na grupę, z jaką w tej chwili rozmawiam, rozumieją to, co ja mówię, czy zrozumienie to ma miejsce raz tylko, czy tyle razy, ile jest zjawisk, a więc dajmy na to 10 razy?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Oczywiście raz tylko, a dzieje się to tym sposobem, że na każde z tych dziesięciu zjawisk przypada jedna część zrozumienia, które to części składają się na jedno, całkowite zrozumienie.
Ja. Czołem! Takie pojmowanie rzeczy wiele bardzo tłumaczy; tłumaczy bowiem także, dlaczego nie mogę całkowicie zrozumieć twierdzenia tych, co utrzymują, że nie istnieją i że „oni”, to tylko grupy zjawisk umysłowych. Widocznie brak mi jakiegoś zjawiska umysłowego, w którym by tkwiła jeszcze jakaś część zrozumienia, potrzebna do tego, aby ono było całkowitym. Niechże jednak grupa szanowna przebaczy, że mimo to zadam jej jeszcze pytanie. Albowiem nie rozumiem, jakim sposobem zjawiska umysłowe w liczbie dziesięciu wiedzą o tym, że te części zrozumienia, rozłożone po jednej w każdym z tych zjawisk, należą do siebie i tworzą jedną całość, jedno całkowite rozumienie. Wszak ta wiedza o tym także jest tylko jedną i składa się sama z części dziesięciu, rozmieszczonych po jednej w każdym zjawisku?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Rzecz pewna.
Ja. Wtedy jednak potrzeba nam drugiej wiedzy, pouczającej te zjawiska umysłowe o tym, że tkwiące w każdym z nich części owej pierwszej wiedzy, tworzą jedną całość; a o tej drugiej wiedzy trzeba powiedzieć to samo, co o pierwszej itd. in dulce infi nitum! A więc nigdy zjawiska umysłowe, składające się na oto tę rozmawiającą ze mną grupę, niczego nie wiedzą, gdyż każde z nich posiada wprawdzie jakąś część wiedzy, ale nic tych części nie układa w jedną całość. Na to bowiem trzeba by nieskończenie wiele aktów wiedzy, a na nie znowu nieskończenie długiego czasu. Z tego prostu wniosek, że rozmawiałem wprawdzie ze zjawiskami umysłowymi w liczbie dajmy na to dziesięciu, ale że te zjawiska mnie nie zrozumiały, gdyż warunkiem zrozumienia jest wiedza o przynależności wzajemnej poszczególnych części zrozumienia, a wiedza taka nigdy osiągniętą być nie może. A co za tym idzie, to to, że te zjawiska w ogóle o niczym wiedzieć nie mogą; dlatego też bez najmniejszego skrupuły kończę z nimi rozmowę, nie żegnając się i nie dziękując, gdyż zjawiska te o niczym nie wiedzą, nie wiedzą, czy mówię z nimi dalej lub nie, czy się z nimi żegnam lub nie. – Koniec dialogu.
W ten mniej więcej sposób można tych doprowadzić ad absurdum, co utrzymują, że ich „ja” nie jest niczym innym, jak zbiorowiskiem, grupą zjawisk umysłowych.
Trzeba ich tylko przycisnąć do muru, trzeba ich dopilnować, aby wyrażali się w sposób, wypływający konsekwentnie z ich założenia, a wtedy można sobie dać z nimi radę. Fechner, a za jego przykładem Wundt, posługują się w swych wywodach, którymi chcą wykazać, iż nie istnieje dusza, jako podmiot zjawisk umysłowych, właśnie tym wyrazem „dusza”. Wprawdzie utrzymują, że tym słowem oznaczają jedynie grupę, pewną całość zjawisk umysłowych, nic więcej, ale mimo woli podsuwają temu wyrazowi jego znaczenie pierwotne i tym sposobem usuwają sobie sami spod uwagi trudności nie do przezwyciężenia, jakie powstają, gdy się pod duszą, pod naszym „ja” chce zrozumieć jedynie pewną ilość następujących po sobie lub równoczesnych zjawisk umysłowych.
Ktokolwiek się nie łudzi słowami czczymi, a stara się wniknąć do gruntu w tę cokolwiek subtelną kwestię, ten nie potrafi na serio twierdzić, że jego „ja” nie jest niczym, jak mianem zbiorowym dla pewnych zjawisk umysłowych.
Ergo sum. Jestem, istnieję nie jako grupa zjawisk umysłowych, lecz jako podmiot, z którego się te zjawiska wyłaniają. Przekonanie o jedności i o tożsamości mego „ja” nie kłamie, mówiąc mi, że spostrzegane przeze mnie zjawiska umysłowe odnoszą się do jednego jedynego „ja”, trwającego wśród zmiennych i coraz to nowych objawów życia duchowego. A kto przeczy temu, kto mniema, iż wie, że podmiot taki nie istnieje, ten sam sobie się sprzeciwia, gdyż z jego rzekomej wiedzy wypływa konsekwencja, iż on żadnej nie może posiadać wiedzy.
* * *
Przekonawszy się, iż zjawiska umysłowe posiadają podmiot, do którego przynależą jako akcydensy do substancji, musimy się zapytać, jakim jest ten podmiot.
Wewnętrzne doświadczenie podmiotu nam nie okazuje; spostrzegamy tylko zjawiska; ale może rodzaj tych zjawisk razem z faktem jedności świadomości i tożsamości naszego podmiotu pozwoli nam na drodze wnioskowania orzec coś o właściwościach tego podmiotu. Zamiast więc badać kolejno, czy materialiści, lub moniści, albo inni mają słuszność, polecając swoje określenie podmiotu jako jedynie prawdziwe, będziemy się starali wprost o wykrycie takich cech podmiotu, które by eo ipso rozstrzygnąć nam pozwoliły, czy nasze „ja” należy pojmować w duchu tej lub owej szkoły filozoficznej.
Jako punkt wyjścia obieramy znowu fakt niewątpliwy, znany nam dobrze z doświadczenia wewnętrznego. Zdarza się często, iż dwa przedmioty ze sobą porównujemy.
Gdy np. przekonujemy się, że równocześnie coś słyszymy i widzimy, przekonanie to opiera się na porównaniu czasu, w którym się odbywa wrażenie wzrokowe, i czasu właściwego wrażeniu słuchowemu. Porównujemy więc jedno wrażenie z drugim ze względu na czas, w którym mają miejsce i dochodzimy do przekonania, że czas ten dla obu wrażeń [jest] ten sam. Mamy więc cztery odrębne zjawiska umysłowe: (1) wyobrażenie barw i kształtu (wrażenie wzrokowe), (2) wyobrażenie dźwięku (wrażenie słuchowe), (3) czynność porównania, (4) sąd, iż oba wrażenia [są] równoczesne. Nam wystarczy zwrócić uwagę na pierwsze trzy zjawiska.
Otóż fakt, iż porównujemy ze sobą zjawiska umysłowe, jakimi są w naszym wypadku wrażenia wzrokowe i wrażenia słuchowe, sam ten fakt niewątpliwy pozwala nam twierdzić z wszelką stanowczością, iż podmiot tych zjawisk jest pojedynczym, że się nie składa z części; a twierdzenie to można udowodnić za pomocą rozumowania, przeciwko któremu nie można podnieść żadnego zarzutu.
Jeżeli bowiem przypuścimy, że podmiot składa się z części i każde zjawisko umieścimy w jednej części, wtedy porównywanie zjawisk staje się niemożliwym. Można tę doniosłą prawdę wykazać w ten sposób. Zjawisko umysłowe, oznaczone liczbą (1), niechaj się mieści w części A podmiotu, zjawisko, oznaczone liczbą (2), niechaj tkwi w części B podmiotu. Gdzież więc umieścić zjawisko, oznaczone liczbą (3), sam akt porównywania? Jeżeli je umieścimy w części A, będzie mu przystępnym tylko zjawisko (1), a więc wrażenie wzrokowe; nie będzie mu jednak przystępnym zjawisko (2), z którym zjawisko (1) ma być porównanym. A jeżeli je umieścimy w części podmiotu B, będzie mu przystępnym jedynie zjawisko (2), wrażenie słuchowe, z wykluczeniem zjawiska (1), a więc znowu zabraknie drugiego zjawiska dla porównania niezbędnego. Pozostają jeszcze dwie możliwości:
można umieścić zjawisko (3), porównywanie, albo w obu częściach, A i B, albo w trzeciej jakiejś części C. W pierwszym wypadku znowu by nie mogło nastąpić porównanie, gdyż każde z tych mających powstać porównań, znalazłoby się tylko wobec jednego wrażenia; na to jednak, by móc porównywać, trzeba dwóch przedmiotów.
Ale i w drugim wypadku porównanie nie może mieć miejsca, gdyż należąc do innej części podmiotu, aniżeli mające być porównane wrażenia, nie może nic o tych wrażeniach wiedzieć. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie, ten niechaj rozważy, że rozdzielając na trzy części podmiotu zjawiska, które mają być porównane ze sobą i samo zjawisko porównania, mamy do czynienia z trzema podmiotami częściowymi, z których część A widzi, część B słyszy, część C porównuje to, co widzi A, z tym, co słyszy B, czego jednak część C ani [nie] widzi, ani [nie] słyszy, Więc C, nie widząc żadnej barwy, którą widzi tylko A, i nie słysząc żadnego dźwięku, który słyszy jedynie B, ma na podstawie własnego, wewnętrznego doświadczenia orzec, czy wrażenie barwy i wrażenie dźwięku są równoczesnymi. Z takim samym prawem można by od kogokolwiek żądać, by za pomocą wewnętrznego doświadczenia porównywał ze sobą myśli dwóch osób, pomiędzy którymi siedzi. Aby porównanie mogło przyjść do skutku, potrzeba, by ta sama część podmiotu, która ma porównywać, posiadała także zjawiska, które mają być porównane ze sobą. C tylko wtedy potrafi porównać jakieś wrażenie słuchowe z wrażeniem wzrokowym, jeżeli samo C te dwa wrażenia odbiera, jeżeli one są jego własnymi wrażeniami. To znaczy, że podmiot zjawisk porówn[yw]anych ze sobą musi być identyczny z podmiotem porównania; nie może tkwić porównanie w innym podmiocie częściowym, aniżeli to, co bywa porównanym.
A ponieważ możemy porównywać przynajmniej ze względu na czas, w którym się odbywają, każde z naszych zjawisk umysłowych z każdym, więc wszystkie nasze zjawiska umysłowe w jednym i tym samym tkwić muszą podmiocie. A choćbyśmy przypuścili, że nasze „ja” składa się z licznych części, to mimo to wszystkie nasze zjawiska umysłowe musielibyśmy przypisać jednej tylko części niepodzielnej już, gdyż w tej chwili, w której zjawiska umieścimy w rozmaitych częściach, porównanie między nimi staje się z przytoczonych powodów niemożliwym. A wtedy właściwym podmiotem, właściwym naszym „ja” będzie właśnie owa część tamtego złożonego podmiotu, gdyż podmiotem naszych zjawisk umysłowych nazywamy właśnie to, w czym one tkwią. Więc nie ma wątpliwości, ze to, co widzi, słyszy, porównuje, sądzi itd., że podmiot tych czynności duchowych, że nasze „ja” jest pojedynczym, że nie składa się z części.
Na podstawie osiągniętego wyniku, że podmiot zjawisk umysłowych jest niepodzielnym, możemy orzec, że każdy kierunek filozoficzny, przyjmujący podmiot złożony z części, należy odrzucić jako fałszywy, niezgodny z wnioskami, wyprowadzonymi z oczywistych faktów. A więc błędnym jest materializm, błędnym [jest] też monizm Häckla, gdyż obaj uczą, że podmiotem zjawisk umysłowych jest mózg, złożony z niezliczonych atomów. Nie wiem, na co sobie niektórzy zadają tyle pracy, aby z wszelką dokładnością zbijać jeden argument materialistyczny lub Häcklowski po drugim. Wystarcza zupełnie wskazać na fakt niezaprzeczalny, iż zjawiska umysłowe ze sobą porównujemy i na wynikająca stąd niepodzielność podmiotu tych zjawisk, aby zmusić Büchnera i Häckla do odwrotu. Niech się oni uporają z tym faktem, nie sprzeniewierzając się swym teoriom. Ale właśni oni nie śmią mu zajrzeć w oczy. Konstatuję tutaj z wszelkim naciskiem okoliczność wielce znamienną, że żadne dzieło, broniące materializmu lub monizmu Häckla, nie starało się o pogodzenie tych teorii z faktem, z którego wysnuliśmy przekonanie o pojedynczości naszego „ja”. Omijali tę kwestię, jak diabeł wodę święconą, a jeżeli przez takie postępowanie nie zasłużyli na zarzut złej woli, to z pewnością okazali wielką niesumienność.
Jak długo będą stronili od poruszenia tej właśnie kwestii, tak długo nie mogą mieć pretensji, by ich uważać za poważnych badaczy, którym jeden tylko cel powinien w pracy przyświecać: wykrycie prawdy.
Tym sposobem, będąc zmuszeni odrzucić tak zdanie tych, co przeczą istnieniu podmiotu, jak i tych, co upatrują go w mózgu ludzkim, uzyskaliśmy nadwyżkę po stronie nieśmiertelności. Albowiem wszystkie poglądy na istotę podmiotu, z którym się nieśmiertelność duszy pogodzić nie daje, okazały się błędnymi. Pozostały tylko te kierunki, które albo wprost za nią przemawiają, jak monadologia, albo jej się przynajmniej nie sprzeciwiają, lub nawet, gdy uzupełnimy je preegzystencją, na równi co do przekonania o nieśmiertelności stają z monadologią.
Nadwyżka to, na razie może nie bardzo wielka, nabiera donioślejszego znaczenia, gdy zważymy, że i monizm w znaczeniu Spinozy lub Hartmanna z faktami pogodzić się nie daje. Wedle tych filozofów istnieje tylko podmiot jeden i jedyny dla zjawisk umysłowych wszystkich ludzi. Wolno się zatem zapytać, dlaczego te zjawiska wszystkie o jednym wspólnym podmiocie nie łączą się z sobą w jedną całość, tworząc tym sposobem jedną tylko osobę o nader licznych zjawiskach umysłowych? A choćby nam dano na to odpowiedź zadawalającą, to istnieje inna większa trudność, tak wielka, że o nią się rozbija cały monizm. Tę trudność stanowi fakt, że często jeden człowiek właśnie temu zaprzecza, co drugi twierdzi. Np. jeden mówi: „dusza jest nieśmiertelna”, a drugi mówi: „dusza jest śmiertelna”.
Ponieważ wedle Spinozy i Hartmanna ci dwaj ludzie, różniący się tak w swych zapatrywaniach, mają jeden wspólny podmiot, a więc ten podmiot nazwany przez Spinozę Bogiem, przez Hartmanna Nieświadomym, zapatrywałby się na tę samą rzecz na dwa sposoby wręcz sobie przeciwne. A więc Bóg, lub absolut nieświadomy twierdziłby i przeczyłby równocześnie przez usta swych dwóch objawów w kształcie ludzkim, jakoby dusza była nieśmiertelną! To już chyba istna niedorzeczność! Pozostaje więc do wyboru: monadologia, spirytualizm i dualizm; a dwa na ostatnim miejscu wymienione kierunki mogą być uzupełnione preegzystencją, albo bez niej wyznawane. Gdyby istniał sposób, za pomocą którego można by wykazać, iż należy wybrać monadologię, a odrzucić spirytualizm lub dualizm, kwestia nieśmiertelności byłaby rozstrzygnięta. Ze spirytualizmem można by sobie może jeszcze dać radę; ale na nic się to nie przyda, jeżeli nie możemy rozstrzygnąć spór systemów filozoficznych na korzyść monadologii, gdyż pozostanie zawsze jeszcze wybór między monadologią a dualizmem, a dualizm sam z siebieo nieśmiertelności nic nie stanowi. Nie znam zaś żadnych argumentów, które by nas zmuszały do przyjęcia monadologii, a odrzucenia dualizmu, tak samo, jak nie znam argumentów, które by przemawiały za dualizmem, a sprzeciwiały się monadologii. Nic nas moim zdaniem nie uprawnia, byśmy odrzuciwszy dualizm, stanęli po stronie monadologii i z tego stanowiska, przemawiającego wprost za nieśmiertelnością, orzekli, iż dusza jest nieśmiertelną.
A więc zdaje się, iż nie ma tu wyjścia. Uzyskaliśmy wprawdzie nadwyżkę po stronie nieśmiertelności, wykazawszy, że wszystkie kierunki filozoficzne, z których wynika śmiertelność, są błędne. Ale ponieważ nie możemy wykazać, że i dualizm jest błędny, z którym równie dobrze można pogodzić śmiertelność jak nieśmiertelność duszy, więc nadwyżka uzyskana zdaje się być za małą, by stanowczo wagę przechylić na stronę nieśmiertelności.
A jednak tak nie jest. Albowiem chociaż brak nam argumentów, by móc stanowczo zgodzić się na monadologię lub dualizm, możemy w kwestii nieśmiertelności uczynić jeszcze jeden i to decydujący krok naprzód. A mianowicie w następujący sposób:
Rozumowaniem nie dającym się obalić, opartym na faktach niewątpliwych dowiedliśmy, ze podmiot zjawisk umysłowych, że nasze „ja” jest czymś niepodzielnym.
Jest ono więc tak samo ostatecznym pierwiastkiem w świecie zjawisk umysłowych, jak atomy są ostatecznymi pierwiastkami w świecie zjawisk zmysłowych.
Tu [jest] kres analizy naukowej, która jest wprawdzie w stanie wykazać, jak z połączenia niepodzielnych pierwiastków powstają przedmioty i jak giną, rozkładając się znowu na pierwiastki, która atoli nie jest w stanie wytłumaczyć ani powstania, ani zaniku niepodzielnych tych pierwiastków i widzi się wskutek tego zmuszoną twierdzić, że te pierwiastki są wieczne, że zawsze istniały, zawsze istnieć będą. Materia, mówi nauka, jest wieczną. A to samo rozumowanie, co prowadzi nas do przekonania o wieczności pierwiastków materialnych, przekonywanie nas o tym, że nie ma sposobu wytłumaczyć na drodze naturalnej, tj. za pomocą sił przyrodzonych, działających w[e] wszechświecie, powstawanie pierwiastków umysłowych dusz. A więc traducjanizm, przyjmujący właśnie takie tłumaczenie powstawania dusz, jest ze stanowiska naukowego niekonsekwencją.
Twierdząc, że niepodzielne pierwiastki bytu są wiecznymi, nauka właściwie niczego nie tłumaczy. Uznaje tylko, że co do powstania tych pierwiastków nic nie jest w stanie orzec. Umysł ludzki nie umie się jednak zadowolić takim stanem rzeczy. Albowiem dziwnym mu się wydać musi, że to pierwiastki same z siebie, o własnych siłach mają istnieć ciągle, bez wszelkiej przyczyny. Umysł ludzki o Bogu tylko jest w stanie uwierzyć, że bez przyczyny istnieje; wszystko inne, co jest, musi mieć przyczynę, a co jej nie ma w siłach przyrodzonych, ma ją w Bogu.
W ten sposób jedynie można dojść do zadawalającego rozum nasz poglądu na całość istniejących rzeczy. A więc mówimy, że pierwiastki niepodzielne, atomy i dusze, nie powstały wskutek działania chemicznych, mechanicznych, lub organicznych albo umysłowych sił – gdyż siły te istnieć nie mogą przed owymi pierwiastkami – lecz, że zawdzięczają swe istnienie Bogu, który je stworzył.
Mógłby mi tu ktoś zarzucić, iż sam się sobie sprzeciwiam, twierdząc, że atomy i dusze są przez Boga stworzone, podczas gdym przedtem powiedział, że są wieczne. Ale sprzeczność jest tylko pozorną, a znika, jeżeli ściśle określimy pojęcie stworzenia. Stworzonym nazywamy to, co nie powstaje wskutek działania sił przyrodzonych, lecz zawdzięcza swe istnienie bezpośrednio Bogu. A wtedy coś może być stworzonym, a przecież wiecznym w zwykłym tego słowa znaczeniu. Albowiem jest rzeczą możliwą, że coś, co zawdzięcza swój byt czemuś innemu, nie jest od niego późniejszym. Jak światło, mające swój początek w płomieniu i jemu zawdzięczające swoje istnienie, nie powstaje później od płomienia, lecz istnieje w każdej chwili, w której istnieje płomień, tak samo i pierwiastki, zawdzięczające swe istnienie Bogu, mogą istnieć tak długo jak Bóg istnieje, a więc „wiecznie”, w potocznym tego wyrazu znaczeniu. Przyznając więc atomom i pierwiastkom istnienie wieczne, nie przeczymy bynajmniej, iż przez Boga zostały stworzone.
Ale wieczność nie jest czasem nieskończenie długim, lecz nieobecnością czasu. Jak bezbarwność nie jest jakąś nieokreśloną barwą, lecz brakiem wszelkich barw, jak cisza nie jest tonem pewnym, lecz brakiem wszelkiego dźwięku, tak wieczność nie jest jakimś nieograniczonym czasem, lecz zupełną nieobecnością czasu. Mówiąc o Bogu, że był zawsze i będzie zawsze, wyrażamy się zupełnie niewłaściwie, albowiem Bóg nie jest zgoła w czasie, tak jak nie jest w przestrzeni, nie posiada kształtu, ani barwy. Czas jest tak samo jak barwa czymś, co powstaje w naszym umyśle na podstawie jego organizacji. Umysł ludzki stwarza sam pojęcie czasu, a nie został w czasie stworzonym. Czas istnieje tylko w umyśle naszym, a gdzie nie ma takiego umysłu żyjącego wśród pewnych warunków, tam i czas nie istnieje. A gdy Bóg nie jest w czasie, wtedy i Jego czynności nie są w czasie; Bóg niczego nie robi w tej lub tamtej chwili, lecz wszystko robi wiecznie, tj. Jego działanie tak samo, jak Jego istnienie, nie może być określone za pomocą różnic czasu.
Z takiego pojęcia wieczności, pojęcia jedynie zrozumiałego, wynika, że między kreacjonizmem a nauką o preegzystencji pozorna tylko sprzeczność zachodzi. Jeżeli kreacjonizm twierdzi, iż Bóg każdą duszę stwarza w chwili, w której pewien zarodek ciała ludzkiego osiągnął odpowiedni stopień rozwoju, wyraża się o czynności twórczej Boga tak, jak gdyby mówił o czynnościach ludzkich, odbywających się w czasie, pierwej lub później. Przenosi właściwość przedmiotu stworzonego, duszy, która w połączeniu z ciałem podpada pod kategorię czasu, na czynność tworzenia. Tak samo mówimy np. o artyście, że w sposób plastyczny odtworzył jakąś grupę. A właściwie plastyczność nie jest przymiotem czynności odtwarzania, lecz przedmiotu odtworzonego. Powinniśmy zatem mówić, że artysta odtworzył plastyczną grupę. A powinniśmy też mówić, że Bóg stworzył duszę, która w chwili, gdy zarodek ciała do pewnego doszedł rozwoju, zaczyna działać i objawiać się w sposób przystępny określeniom czasowym. Wtedy nie powiemy nic o tym, kiedy dusza została stworzona; i słusznie, gdyż stworzenie duszy jako akt działania Boga, nie ma miejsca ani w tej lub tamtej chwili, lecz ma miejsce wiecznie, tj. w sposób nie dający się oznaczyć za pomocą określeń czasowych. Nauka o preegzystencji zaś niczego innego nie twierdzi. Ucząc, że dusze istnieją wiecznie, przyznaje się przede wszystkim do przekonania, iż powstanie dusz nie można wytłumaczyć za pomocą sił naturalnych. Na to i kreacjonizm się godzi. A różnica, zachodząca między tymi dwoma kierunkami polega jedynie na tym, że teoria preegzystencji zadawala się tą wiedzą czysto ujemną, podczas gdy kreacjonizm uzupełnia ją dodatnim twierdzeniem, mówiąc, iż dusze nie mogące powstać wskutek działania sił naturalnych, zawdzięczają swe istnienie tak samo jak materia, sile nadprzyrodzonej, czynowi twórczemu Boga. A więc sprzeczności między kreacjonizmem i teorią preegzystencji nie ma; sprzeczność ta powstaje dopiero, gdy kreacjonizm zaczyna do tego czynu twórczego Boga stosować miarę, którą bierze z czynów ludzkich, gdy zaczyna się pytać, kiedy Bóg dusze stwarza. Stawiać takie pytanie, znaczy zaprzeczać Bogu wieczności.
Jesteśmy u celu. Widzieliśmy, że z licznych teorii tyczących się duszy ludzkiej, ostać się mogą tylko te, które po pierwsze nie odmawiają jej istnienia jako podmiotu naszych zjawisk umysłowych, a po drugie nie przypuszczają, jakoby ten podmiot składał się z części. Więcej filozofia o podmiocie nam powiedzieć nie umie. A więc nie wiemy też, czy mamy pójść za spirytualizmem, za monadologią, za dualizmem. Ale wiemy, że ten podmiot, że nasze „ja”, skoro jest pojedyncze, nie może być wynikiem działania sił przyrodzonych, naturalnych, że powstać nie może w tych warunkach, w których powstają wytwory działań chemicznych, mechanicznych, biologicznych itd., że zatem tak samo jak niepodzielne już cząstki świata cielesnego, jest wiecznym. Różnica między teorią preegzystencji i kreacjonizmem należycie pojętym, na to przekonanie nie wpływa. Co zaś jest wiecznym, to nie ma ani początku w czasie, ani końca w czasie. Dusza, będąc wieczną jest nieśmiertelną.
* * *
A więc twierdzenie, jakoby kwestia nieśmiertelności była rozstrzygniętą już dawno, nie było pozbawionym słuszności. Platon ją rozstrzygnął, a wszystko, co później w tej mierze zdziałano, przyczyniło się może do ściślejszego sformułowania tej lub owej części dowodu, ale nie zmieniło głównego toku rozumowania.
Podnoszono niezliczone zarzuty przeciwko nieśmiertelności; prawda, a w niniejszej rozprawce nie uwzględniłem żadnego z nich. Ale nie ma obowiązku bronić się przeciw zarzutom, które podnoszą się przeciwko wynikowi badania jakiegoś, a badanie samo zostawiają nietknięte. Niech mi przeciwnicy nieśmiertelności wskażą błąd w rozumowaniu, w drodze, którą doszliśmy do przekonania o nieśmiertelności, zamiast wołać, że dusza z tych a tych powodów musi być śmiertelną.
Krytyka naukowa nie powinna krytykować wyników badania, lecz drogę, którą się doszło do wyników. A ponieważ droga w naszym wypadku jest jasną, ponieważ wnioski wyłaniają się w sposób ściśle logiczny z faktów niewątpliwych, więc ci, którym nieśmiertelność nie na rękę, wołają, że dusza [jest] śmiertelna, lub że nie ma duszy. Jak długo oni będą tylko podawać rzekome dowody na to, że dusza jest śmiertelną, jak długo nie dadzą dowodu, że w dowodzie nieśmiertelności tkwi błąd, tak długo będziemy mieli prawo na nich nie zważać. Póki nas ktoś nie przekona, żeśmy złą kroczyli drogą, póty będziemy wierzyć, żeśmy nie zbłądzili i celu nie chybili.
======================
Kazimierz (Jerzy Adolf ze Skrzypny Ogończyk) Twardowski (1866-1938).
Był znakomitym uczonym o dorobku światowym, a jego działalność nauczycielska i organizacyjna była wręcz imponująca. Do jego bezpośrednich uczniów należało ok. 30 późniejszych profesorów (nie tylko) polskich uniwersytetów z różnych dziedzin wiedzy. Skupił wokół siebie i swojego programu naukowego krąg ludzi nauki, który zdobył międzynarodowe uznanie, jak żadna inna grupa uczonych polskich w jakiejkolwiek dyscyplinie. Jego pracowitość, samodyscyplina i charyzma są już legendarne. Wywarł i wciąż wywiera wpływ na sposób uprawiania filozofii w Polsce.
Urodzony we Wiedniu, egzamin dojrzałości złożył we wiedeńskim Theresianum. Studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu we Wiedniu filozofię pod kierunkiem Franciszka Brentano, filologię klasyczną, matematykę i fizykę. Doktorat z filozofii w 1891. W roku 1892 pracuje w laboratorium Wundta w Lipsku i Carla Stumpfa W Monachium. Habilitacja na Uniwersytecie Wiedeńskim w 1894. 15 listopada 1895 mianowany profesorem filozofii na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego (1898 – profesorem zwyczajnym), gdzie pełni obowiązki profesorskie aż do przejścia na emeryturę w 1930 roku (profesor honorowy na Uniwersytecie Lwowskim aż do śmierci). Przez kilka lat Dziekan Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Lwowskiego, w latach 1914-1917 rektor tego Uniwersytetu. 1898/1899 rozpoczyna wykłady z psychologii eksperymentalnej i organizuje pierwszą w Polsce pracownię psychologiczną. 1920-1928 dyrektor Instytutu Psychologicznego na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie (od 1928 kierownikiem M. Kreutz), oraz do 1930 kierownik Katedry Filozofii (od 1930 kierownikiem Kazimierz Ajdukiewicz). Współorganizator Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, członek redakcji szeregu polskich czasopism filozoficznych. Twórca szkoły lwowsko-warszawskiej, wychowawca, obok szerokiej rzeszy nauczycieli szkół średnich, licznych nauczycieli akademickich, którzy objęli katedry filozofii i psychologii we wszystkich większych miastach Polski. Zwolennik proponowanej przez Brentano metody analitycznej w badaniu zjawisk psychicznych i prymatu introspekcji w docieraniu do faktów psychicznych. Rozróżniał czynności (akty) od ich wytworów, te pierwsze miały by domeną psychologii, te drugie, w kontekście orzekania o ich prawdziwości – domeną logiki i epistemologii. Szczególną uwagę poświęcał psychologii poznania (sądy, wyobrażenia, pojęcia). Przyznawał psychologii szczególne miejsce wśród innych nauk filozoficznych. Pisma zebrane w K. Twardowski: Wybrane Pisma Filozoficzne. Warszawa, 1965.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 26 grudnia 2023 michalkiewicz
Piszę ten felieton 12 grudnia, kiedy w Sejmie Wielce Czcigodni Umiłowani Przywódcy pod pretekstem komentowania expose Donalda Tuska jazgoczą o tym, co im tam ślina na język przyniesie. A Donald Tusk, oprócz tego, że zaprezentował swój vaginet, w którym – jak w Arce Noego: każdego zwierzęcia po parze, a niektórych nawet więcej – zapowiedział, że pojedzie do Brukseli, przywiezie miliardy, więc można będzie wypić i zakąsić, najlepiej na hucznych weselach, które w karnawale będą chyba odprawować sodomczykowie i gomorytki, jako że Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu orzekł, że odmawianie im związków partnerskich, to znaczy – rejestrowania umów o wzajemnym świadczeniu usług erotycznych, albo w postaci paciakowania w popielnik, albo mlaskania po klitorisie – stanowi naruszenie praw człowieków, więc jestem pewien, że Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, piastująca w nowym vaginecie funkcję ministra do spraw równości, w podskokach zaniedbania na tym odcinku wyeliminuje.
Poza tym Donald Tusk zapewnił, że w Unii Europejskiej nikt go nie wydyma. To akurat może być prawda, bo na IV Rzeszę zgodzi się przecież i bez dymania, więc po co ktoś miałby się fatygować? Wprawdzie Nasza Złociutka Pani Urszula też chyba sobie w Donaldu Tusku upodobała, ale może to tylko taka kokieteria – żeby zrobił swoje, a potem się zobaczy, co z nim zrobić. Słowem – wszystko gra i koliduje tym bardziej, że 13 grudnia, żeby nowej, świeckiej tradycji stało się zadość, pan prezydent ma odebrać od vaginetu Donalda Tuska rytualne krzywoprzysięstwo i wręczy tym całym ministrom stosowne kwity. Mówię o krzywoprzysięstwie, bo wszyscy będą tam deklamowali, że dobro Polski będzie dla nich najwyższym nakazem, ale przecież wszyscy wiemy, że tak naprawdę chodzi o to, żeby „jebać PiS”, więc trudno, żeby nie wiedzieli o tym członkowie vaginetu sformowanego przez koalicję, która przecież w tym celu się zlała.
Kiedy tak Donald Tusk wygłaszał swoje expose, jakimści sposobem na salę plenarną przedostał się Kukuniek, który w tym celu nie tylko cudownie wyzdrowiał, ale chyba znowu przeskoczył przez płot i ze łzami w oczach złożył premierowi hołd. Ta scena ma wymowę symboliczną; oto Kukuniek, który wprawdzie swoim zwyczajem wypiera się niebezpiecznych związków z bezpieką, pragnął podziękować Donaldu Tusku, że uwolnił go od zaciągania przed niezawisły sąd za fałszywe zeznania w kwestii esbeckich kwitów. Zresztą prokuratorowi, który ośmieliłby się oskarżyć Kukuńka pan minister sprawiedliwości Adam Bodnar, narodowym obyczajem pewnie uriezałby szyję, więc nic dziwnego, że Kukuniek cudownie ozdrowiał, a pan marszałek Hołownia, który zdążył już dorobić się pseudonimu „Kotłownia”, nie zauważył jego wtargnięcia na plenarną salę Sejmu.
Ciekawe, że zbagatelizował też deklarację wygłoszoną przez ustępującego Naczelnika Państwa, który zwracając się do Donalda Tuska powiedział: „wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!” Tymczasem Naczelnik podzielił się swoją wiedzą pewną („wiem jedno”), co było o tyle osobliwe, że przez ostatnie miesiące rządowa telewizja w serialu „Reset” przekonywała opinię publiczną, że Donald Tusk, też Książę-Małżonek, który wrócił do vaginetu jako minister spraw zagranicznych i znowu będzie podpisywał papiery bez czytania, a także inne osobistości, byli agentami ruskimi, na zgubę naszego nieszczęśliwego kraju kumającymi się z Putinem i Ławrowem.
Co więcej; komisja do badania ruskich wpływów w naszej – pożal się Boże! – polityce, w całej rozciągłości te podejrzenia potwierdziła, rekomendując nawet podejrzanym 10-letni szlaban na zajmowanie stanowisk publicznych. Wprawdzie Donald Tusk kazał tę całą komisję rozgonić i tylko patrzeć, jak sam powoła nową – ale czyż te wszystkie rewelacje nie przekonały, przynajmniej częściowo, opinii publicznej, że jest on ruskim agentem? Tymczasem okazało się, że wcale nie, że jest on agentem niemieckim – o czym Naczelnik Państwa wiedział od samego początku. Ładny interes!
Co prawda jedno drugiego nie musi wykluczać, bo zdarzają się przecież agenci podwójni, zwłaszcza, gdy mądrość etapu tego wymaga – a tempore criminis chyba wymagała, bo wtedy byliśmy na etapie strategicznego partnerstwa NATO – Rosja, więc ani telewizja, ani Naczelnik niekoniecznie musieli się mylić. Teraz jednak Donald Tusk w expose powiedział, że nie chce nawet słyszeć, że Zachód odczuwa zmęczenie ukraińską awanturą. Czy takie rzeczy mówiłby ruski agent? Raczej nie. Takich rzeczy nie mówiłby nawet agent niemiecki. Takie rzeczy mógłby mówić ostatecznie agent amerykański, chociaż i on niekoniecznie, bo teraz widzimy, jak Amerykanie właśnie próbują zakończyć ukraińską awanturę, którą w 2014 roku i później wywołali – i to w taki sposób, żeby cała odpowiedzialność za nią spadła na Ukraińców.
Toteż prezydent Zełeński, co to wysłuchał zachęty rządu amerykańskiego, by zerwać porozumienia mińskie, teraz się miota od ściany do ściany, bo nawet ukraińskie wojsko zaczyna przeciwko niemu szemrać. Toteż pan generał Skrzypczak, który wcześniej dla prezydenta Zełeńskiego dałby sobie wyrwać serce z piersi, teraz mu radzi, żeby ustąpił. Nawet nie mówi, żeby wyjechał do Izraela, zanim uriezają mu szyję, bo to jest zrozumiałe samo przez się. W Izraelu będzie mu dobrze, nie tak, jak polskim uchodźcom w 1939 roku w Paryżu. Tam taksówkarz, biały Rosjanin, który jeszcze w czasie wojny domowej uciekł przed bolszewikami, dobrotliwie im radził : Я бы советовал теперь покупить такси. Потом будет тяжело.Ja by sawietował tiepier pakupit’ taksi; patom budiet tiażeło”.
Ale mniejsza o to, bo ważniejsze – jak jest z Tuskiem, to znaczy – czyim jest agentem? Naczelnik mówi, że niemieckim, telewizja i komisja – że ruskim, z kolei jego deklaracja w sprawie ukraińskiej – że może amerykańskim? Ale komisja powołana przez Tuska na pewno powie, że ruskimi agentami są całkiem inne osoby; Naczelnik, złowrogi Antoni Macierewicz – i tak dalej.
A tu przecież jeszcze jest Wielce Czcigodny Michał Kobosko, który z pewnością będzie „doradzał” Władysławu Kosiniaku-Kamyszu, co to w vaginecie został ministrem obrony, nie mówiąc już o panu Trzaskowskim, co to jeszcze w maju ub. roku dogadał się z amerykańskimi Żydami. Jak widać, z agentami mamy embarras de richesse, więc nie ma rady; musimy odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej, według której naszym nieszczęśliwym krajem rządzą rotacyjnie trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur. W tym kotle bezpieka miesza, niczym czarownice wobec Makbeta, więc nic dziwnego, że w klarowny porządek zaczyna wkradać się chaos, jaki zawsze powstaje, gdy coraz więcej jest agentów podwójnych, potrójnych, a podobno zdarzają się i poszóstni.
Zatem – Wesołych Świąt!
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Stanisław Michalkiewicz Życzenia • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 25 grudnia 2023
I znowu historia zatoczyła koło. Niektórzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981. Inni – że owszem – ale to powtórka z roku 2015. Jeszcze inni – że historia się powtarza – ale to powtórka z lutego 1945 roku, kiedy to zakończyła się konferencja w Jałcie. Ciekawe, że w tym przypadku wszyscy mają rację. Rację mają ci, którzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981 – bo wtedy partia, a właściwie bezpieka wojskowa i cywilna, przy pomocy naszej niezwyciężonej armii, przywracała praworządność socjalistyczną metodą „na rympał”. Dzisiaj jest tak samo, z tą różnicą, że nie chodzi o praworządność socjalistyczną, tylko o zwyczajną, którą w Wielkopolsce nazywają „porzundek” albo inaczej – Ordnung. Ale rację mają również ci, którzy uważają, że to powtórka z roku 2015, kiedy to w naszym bantustanie dokonała się podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej w związku z przejściem spod kurateli niemieckiej z powrotem pod kuratelę amerykańską. Wtedy miejsce ekspozytury Stronnictwa Pruskiego zajęła ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Z kolei teraz, w związku z ponownym przejściem naszego bantustanu pod kuratelę niemiecką, podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej polega na tym, że na miejsce ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko- Żydowskiego, wróciła ekspozytura Stronnictwa Pruskiego z satelitami. Ci komentatorzy zachowują największy dystans, podkreślające nie tyle różnice między obydwoma Stronnictwami, co podobieństwa. Rzeczywiście – obydwie ekspozytury uważają, że praworządność jest wtedy, gdy instytucje publiczne swoimi zadami obsiadają „nasi”. Obydwie ekspozytury tak samo wpychały nas w absurdy covidowe, aż wreszcie epidemię zlikwidował zimny ruski czekista Putin – bo trudno było podtrzymywać absurdy w sytuacji, gdy granicę polską przekraczało każdej doby 100 tys. Ukraińców, którym nikt nie sprawdzał „niemania” maseczek, ani – tym bardziej – szczepień, ani nawet – czy nie przewożą broni. Obydwie ekspozytury z entuzjazmem przyjmują za dobrą monetę wszystkie wynalazki klimatyczne, nakierowane na „ratowanie planety”, a tak naprawdę – na masową tresurę, tylko pod innym pretekstem, niż epidemia. Wreszcie obydwie ekspozytury – co cała Polska zobaczyła dzięki posłowi Grzegorzowi Braunowi – pozostają w ścisłym sojuszu chanukowym – jak to mówi Ewangelia – „z obawy przed Żydami”. Nie widać tedy żadnej poważniejszej różnicy, a skoro nie widać różnicy, to… – i tak dalej. Wreszcie rację mają również ci, którzy uważają, że powtórzyła się historia z lutego 1945 roku, kiedy zakończyła się konferencja w Jałcie. Wtedy Nasz Najważniejszy Sojusznik sprzedał nas Stalinowi, bo tak mu akurat pasowało. Teraz z kolei też nas sprzedał, tyle, że już nie Stalinowi, czy Putinowi, tylko Niemcom, w nagrodę za to, że odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Putinem na rzecz strategicznego partnerstwa z Izraelem. Toteż Niemcy, podobnie jak wtedy Sowieci, skwapliwie korzystają z tego, by nie tylko proklamować IV Rzeszę, ale i w naszym bantustanie zaprowadzić swoje porządki. Wtedy to była PRL, a dzisiaj – Generalne Gubernatorstwo, w którym już chyba nie będzie miejsca na żadne polskie safandulstwo. Toteż widzimy, że na naszych oczach uchylona została niepisana zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”. Przypadek panów Kamińskiego i Wąsika w tempie stachanowskim skazanych przez usłużny niezawisły sąd pokazuje, że z etapu safandulstwa wchodzimy w etap surowości. Na razie nie leje się krew, nawet z nosa, ale kiedy już w etap surowości wejdziemy na dobre, to – kto wie – może nawet odezwie się „towarzysz Mauzer”? Teraz były Naczelnik państwa drapuje się w kostium męczennika świętej sprawy niepodległości – bo co ma robić w sytuacji, gdy stręczenie Anschlussu w roku 2003 kończy się perspektywą Generalnego Gubernatorstwa, a Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie spuścił go z wodą, lansując w charakterze jasnego idola pana Szymona Hołownię- dyskretnie pilotowanego z cienia przez pana Michała Koboskę?
Dobrze to nie wygląda, ale ma też plusy dodatnie, bo możemy sobie te wszystkie sprawy spokojnie rozebrać z uwagą przy świątecznym stole.
Zatem mimo wszystko – wesołych Świąt!
A ja, korzystając z tej okazji, bardzo Wam dziękuję za zainteresowanie moimi publikacjami, za oglądanie i komentowanie nagrań, a także za wspieranie mnie finansowo – bo to Wy jesteście moimi Pracodawcami, dzięki czemu i ja mogę zachować dystans do wszystkich politycznych gangów. Toteż życzę Wam i Waszym Bliskim zdrowia i wszelkiej pomyślności.