Stanisław Michalkiewicz Życzenia • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 25 grudnia 2023
I znowu historia zatoczyła koło. Niektórzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981. Inni – że owszem – ale to powtórka z roku 2015. Jeszcze inni – że historia się powtarza – ale to powtórka z lutego 1945 roku, kiedy to zakończyła się konferencja w Jałcie. Ciekawe, że w tym przypadku wszyscy mają rację. Rację mają ci, którzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981 – bo wtedy partia, a właściwie bezpieka wojskowa i cywilna, przy pomocy naszej niezwyciężonej armii, przywracała praworządność socjalistyczną metodą „na rympał”. Dzisiaj jest tak samo, z tą różnicą, że nie chodzi o praworządność socjalistyczną, tylko o zwyczajną, którą w Wielkopolsce nazywają „porzundek” albo inaczej – Ordnung. Ale rację mają również ci, którzy uważają, że to powtórka z roku 2015, kiedy to w naszym bantustanie dokonała się podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej w związku z przejściem spod kurateli niemieckiej z powrotem pod kuratelę amerykańską. Wtedy miejsce ekspozytury Stronnictwa Pruskiego zajęła ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Z kolei teraz, w związku z ponownym przejściem naszego bantustanu pod kuratelę niemiecką, podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej polega na tym, że na miejsce ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko- Żydowskiego, wróciła ekspozytura Stronnictwa Pruskiego z satelitami. Ci komentatorzy zachowują największy dystans, podkreślające nie tyle różnice między obydwoma Stronnictwami, co podobieństwa. Rzeczywiście – obydwie ekspozytury uważają, że praworządność jest wtedy, gdy instytucje publiczne swoimi zadami obsiadają „nasi”. Obydwie ekspozytury tak samo wpychały nas w absurdy covidowe, aż wreszcie epidemię zlikwidował zimny ruski czekista Putin – bo trudno było podtrzymywać absurdy w sytuacji, gdy granicę polską przekraczało każdej doby 100 tys. Ukraińców, którym nikt nie sprawdzał „niemania” maseczek, ani – tym bardziej – szczepień, ani nawet – czy nie przewożą broni. Obydwie ekspozytury z entuzjazmem przyjmują za dobrą monetę wszystkie wynalazki klimatyczne, nakierowane na „ratowanie planety”, a tak naprawdę – na masową tresurę, tylko pod innym pretekstem, niż epidemia. Wreszcie obydwie ekspozytury – co cała Polska zobaczyła dzięki posłowi Grzegorzowi Braunowi – pozostają w ścisłym sojuszu chanukowym – jak to mówi Ewangelia – „z obawy przed Żydami”. Nie widać tedy żadnej poważniejszej różnicy, a skoro nie widać różnicy, to… – i tak dalej. Wreszcie rację mają również ci, którzy uważają, że powtórzyła się historia z lutego 1945 roku, kiedy zakończyła się konferencja w Jałcie. Wtedy Nasz Najważniejszy Sojusznik sprzedał nas Stalinowi, bo tak mu akurat pasowało. Teraz z kolei też nas sprzedał, tyle, że już nie Stalinowi, czy Putinowi, tylko Niemcom, w nagrodę za to, że odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Putinem na rzecz strategicznego partnerstwa z Izraelem. Toteż Niemcy, podobnie jak wtedy Sowieci, skwapliwie korzystają z tego, by nie tylko proklamować IV Rzeszę, ale i w naszym bantustanie zaprowadzić swoje porządki. Wtedy to była PRL, a dzisiaj – Generalne Gubernatorstwo, w którym już chyba nie będzie miejsca na żadne polskie safandulstwo. Toteż widzimy, że na naszych oczach uchylona została niepisana zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”. Przypadek panów Kamińskiego i Wąsika w tempie stachanowskim skazanych przez usłużny niezawisły sąd pokazuje, że z etapu safandulstwa wchodzimy w etap surowości. Na razie nie leje się krew, nawet z nosa, ale kiedy już w etap surowości wejdziemy na dobre, to – kto wie – może nawet odezwie się „towarzysz Mauzer”? Teraz były Naczelnik państwa drapuje się w kostium męczennika świętej sprawy niepodległości – bo co ma robić w sytuacji, gdy stręczenie Anschlussu w roku 2003 kończy się perspektywą Generalnego Gubernatorstwa, a Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie spuścił go z wodą, lansując w charakterze jasnego idola pana Szymona Hołownię- dyskretnie pilotowanego z cienia przez pana Michała Koboskę?
Dobrze to nie wygląda, ale ma też plusy dodatnie, bo możemy sobie te wszystkie sprawy spokojnie rozebrać z uwagą przy świątecznym stole.
Zatem mimo wszystko – wesołych Świąt!
A ja, korzystając z tej okazji, bardzo Wam dziękuję za zainteresowanie moimi publikacjami, za oglądanie i komentowanie nagrań, a także za wspieranie mnie finansowo – bo to Wy jesteście moimi Pracodawcami, dzięki czemu i ja mogę zachować dystans do wszystkich politycznych gangów. Toteż życzę Wam i Waszym Bliskim zdrowia i wszelkiej pomyślności.
W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia po południu doszło do ataku w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Łodzi. Agresywny, wulgarny mężczyzna usiłować przerwać Mszę Świętą, gdy został powstrzymany i wyprowadzony przez wiernych.
Policja nie interweniowała pomimo telefonu jednej z uczestniczek Bożonarodzeniowego nabożeństwa.
Jak podają świadkowie, z którymi rozmawiała Polska Agencja Prasowa, napastnikiem był około 50-letni mężczyzna, który wtargnął stał przy drzwiach wejściowych, a nagle zaczął krzyczeć. – Był wulgarny. Nie usłyszałem, co konkretnie krzyczał, ale na pewno był wulgarny – relacjonował uczestnik Mszy Świętej. W pewnym momencie – jak mówił świadek wydarzenia – agresor zdjął kurtkę i zaczął iść w kierunku ołtarza.
– Tam były dzieci, bo nasi księża podczas niedzielnych i świątecznych mszy w sposób szczególny zwracają się do młodych parafian przygotowujących się do Pierwszej Komunii Świętej – powiedziała PAP pani Krystyna. – Wtedy go zobaczyłam. Był wściekły, wykrzykiwał wulgaryzmy. Miał mniej więcej 50 lat. Odniosłam ważenie, że nie był w pełni władz umysłowych – podkreśliła.
Kiedy agresywny mężczyzna zbliżał się do dzieci, w ich obronie wystąpili ksiądz i ich stojący w pobliżu rodzice. – Ksiądz natychmiast przeprowadził sprawnie dzieciaki w kierunku żłóbka – nie przerywając przypowieści i kierując uwagę najmłodszych w tamtym kierunku. Niektóre z dzieci chyba nawet nie zauważyły incydentu – podkreśliła pani Katarzyna, która stała bliżej ołtarza.
– Wówczas to rodzice dzieci podeszli do agresora odgradzając go jeszcze szczelniej od najmłodszych i otaczając go. Nie widziałam potem szczegółów, ale słyszałam, że mężczyzna zakłócający naszą bożonarodzeniową mszę, został wyprowadzony z kościoła. Słyszałam też, jak jedna z pań zawiadamiała o tym wydarzeniu policję – podsumowała dodając, że wydarzenie nie spowodowało przerwania liturgii.
Policja nie uznała jednak za słuszne, by podjąć jakiekolwiek działania.
– Na razie nie przekazano tego zgłoszenia – powiedział PAP w poniedziałek po południu podkom. Adam Dembiński z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.
Granica polsko-ukraińska, protest przewoźników. / Fot. PAP
Do ponad 30 dni zwiększył się czas oczekiwania kierowców tirów na wyjazd z kraju przez przejście z Ukrainą w Dorohusku – poinformowała we wtorek Izba Administracji Skarbowej w Lublinie. Wynika to z zaostrzenia protestu przewoźników, którzy przepuszczają obecnie jeden pojazd co trzy godziny.
Według danych lubelskiej IAS, w kolejce na wyjazd z Polski do Ukrainy przez przejście w Dorohusku oczekuje 1,5 tys. ciężarówek. „Szacunkowy czas oczekiwania – przy założeniu obecnego tempa przepuszczania pojazdów przez przewoźników – to ponad miesiąc” – poinformowano. W normalnych warunkach, czas oczekiwania takiej liczby pojazdów na odprawę w Dorohusku wynosiłby – jak podała IAS – ok. 68 godzin. Kolejka tirów liczy ok. 40 km i sięga do miejscowości Marynin w gminie Siedliszcze.
Przewodnicząca protestu przewoźników w Dorohusku Edyta Ozygała poinformowała PAP o zaostrzeniu protestu w ten sposób, że obecnie w stronę Ukrainy przepuszczana jest jedna ciężarówka co trzy godziny. Dotychczas były to 3 pojazdy na godzinę. „Protest trwa już ósmy tydzień; musimy jakoś zmienić taktykę. Przez siedem tygodni nasze ustępowanie stronie ukraińskiej nie przyniosło efektów, więc teraz zaostrzamy protest” – wyjaśniła Ozygała.
W kolejce do odprawy w Hrebennem czeka obecnie 950 pojazdów, co przekłada się na 12 dni oczekiwania. Jak wyjaśniła IAS, w normalnych warunkach byłoby to ok. 80 godzin.
Trwający od 6 listopada protest przewoźników przed przejściem w Dorohusku został rozwiązany 11 grudnia przez wójta gminy Wojciecha Sawę. Jednocześnie przewoźnicy złożyli kolejny wniosek o nowe zgromadzenie od 18 grudnia do 8 marca, które wójt również zakazał. Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił tę decyzję wójta i protestujący powrócili na granicę.
Jednocześnie trwa protest przed przejściami granicznymi w Hrebennem (woj. lubelskie) i Korczowej (woj. podkarpackie), gdzie przewoźnicy przepuszczają kilka aut na godzinę.
Przewoźnicy domagają się m.in. wprowadzenia zezwoleń komercyjnych dla firm ukraińskich na przewóz rzeczy, z wyłączeniem pomocy humanitarnej i zaopatrzenia dla wojska ukraińskiego, zawieszenia licencji dla firm, które powstały po wybuchu wojny na Ukrainie i przeprowadzenia ich kontroli. Jest też postulat dotyczący likwidacji tzw. elektronicznej kolejki po stronie ukraińskiej.
I znów to zrobili. „Polak świętuje, kapuś kapuje”. W tle rozmowa z Braunem [VIDEO]
25.12.2023
Grzegorz Braun i Monika Jaruzelska / Foto: X/Monika Jaruzelska
Po raz kolejny uaktywnił się Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. W Wigilię Bożego Narodzenia oświadczył, że złożył donos do prokuratury. Chodzi o najnowszy program Moniki Jaruzelskiej z posłem Grzegorzem Braunem.
„Oświadczamy, że złożyliśmy zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Grzegorza Brauna, który znieważał Żydów oraz przez blogerkę Monikę Jaruzelską, która te treści rozpowszechniała” – grzmiał w mediach społecznościowych Ośrodek Rafała Gawła.
ANTYSEMICKIE TREŚCI NA KANALE JARUZEKSKIEJ Oświadczamy, że złożyliśmy zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Grzegorza Brauna, który znieważał Żydów oraz przez blogerkę Monikę Jaruzekską, która te treści rozpowszechniała. Wspieraj nas http://zrzutka.pl/omzrik
„Monika Jaruzelska zaprosiła do swojego domu skrajnie prawicowego i prorosyjskiego polityka „Konfederacji” Grzegorza Brauna. Gdzie przeprowadziła z nim rozmowę w trakcie, której znieważał osoby pochodzenia żydowskiego, pochwalał czyny zabronione, groził Żydom” – czytamy dalej. Nie podano jednak konkretnych przykładów owych, rzekomych, zbrodni.
Jak się okazuje – według Ośrodka – równie „winna” jest sama prowadząca. „Jaruzelska opublikowała nagrane treści w celu propagowania i rozpowszechnia wypowiedzi mimo tego, że miały one charakter przestępczy i nienawistny” – dodano.
„Co więcej Jaruzelska przyznała się w trakcie nagrania, że jeździ na partyjne imprezy Konfederacji razem z Braunem – to wyklucza możliwość zakwalifikowania jej działania jako niezależnej audycji dziennikarskiej zamieszczonej w interesie społecznym w celu uwidocznienia negatywnych zachowań przestępczych” – czytamy dalej.
We Włoszech też „pogięło”: Zamiast Jezusa dają dzieciom „kukułkę”. „Dlaczego zawsze musimy się poddawać?”
„Kukułka” zamiast „Jezus” w szkole w Agnie (Padwa), aby nie wywołać „niezadowolenia wśród dzieci” innych wyznań i złości rodziców. Uczniowie otrzymali książeczki muzyczne z poprawionymi i zmienionymi tekstami piosenek. Wśród rodziców są tacy, którzy wycofali swoje dziecko z bożonarodzeniowego przedstawienia w szkole „De Amicis”.
Jezus staje się „ kukułką ”. Stało się to z woli nauczycieli szkoły podstawowej „ Edmondo De Amicis ” w Agna , w prowincji Padwa . Rozdano uczniom książeczki muzyczne z poprawionymi i zmienionymi tekstami piosenek , np. zastępując słowo „Jezus” słowem „kukułka”, co wywołało gniew rodziców .
„W zeszły poniedziałek zupełnie przez przypadek odkryliśmy, że świąteczne teksty do śpiewania przez nasze dzieci zostały zmienione i zmodyfikowane ” – wyjaśnił Francesco, ojciec jednego z dzieci.
„Na początku nie mogłem w to uwierzyć, ale kiedy żona pokazała mi kartki ze zwrotami, które uczniowie mieli początkowo śpiewać, z podkreślonymi słowami, już nie mogłem tego zobaczyć . Nie jest możliwe, abyśmy osiągnęli ten poziom między innymi bez uświadomienia nam, rodzicom, pomysłów nauczycieli”.
=========================== „Kukułka” zamiast „Jezus” w szkole w Agnie (Padwa), aby nie wywołać niezadowolenia wśród dzieci innych wyznań i złości rodziców.
Ojciec powiedział, że skontaktował się także z burmistrzem Gianlucą Pivą i proboszczem Don Fabio Bettinem . Burmistrz napisał, że „bardzo mu przykro z powodu tej wiadomości i że byłby osobiście zainteresowany sprawdzeniem w szkole powodu tej decyzji”, ale po tej pierwszej wymianie zdań Francesco powiedział, że nie ma od niego dalszych wiadomości.
Ksiądz jednak „powiedział, że takie rzeczy mogą się zdarzyć , uciekając za utartymi frazesami związanymi z tym, że trzeba być gościnnym wobec innych”. Ojciec [„postępowy” tłumacz automatyczny z uporem pisze: „Rodzic” md]: „Moja córka dla zasady nie będzie brała udziału w zabawie” Wydaje się, że jedynym, który udzielił rodzicom wyjaśnień, był autor eseju, udostępniając także zaproponowane przez siebie teksty, zanim nauczyciele dokonali cięć i „poprawek”. „ Josè Angel Ramìrez Ragoitia z Piove di Sacco, nauczyciel muzyki w tej szkole, powiedział nam, że on również był zaskoczony tą inicjatywą szkoły” – dodał Francesco.
Dyskusję kontynuowano także na czacie dla matek, zwykle używanym do śledzenia na bieżąco wszystkich działań szkoły. Z wymiany wiadomości wynikało, że żaden z rodziców nie był świadomy decyzji podjętej przez nauczycieli i że dowiedzieli się o tym dopiero po zadaniu dzieciom pytań.
„Po rozmowie z żoną zdecydowaliśmy, że nasza córka nie weźmie udziału w tym przedstawieniu , zarówno ze względu na zasady, jak i dlatego, że zabrano nam to, w co wierzymy” – podkreślił inny rodzic. „W moim domu nie możesz dyktować prawa. Dlaczego zawsze musimy się poddawać?”.
Kanadyjski premier Justin Trudeau potępił „Marsze Miliona dla Dzieci”, które z inicjatywy rodziców we wrześniu br. w 77 miastach Kanady przeszły w sprzeciwie wobec indoktrynacji ich dzieci. Trudeau : „transfobia, homofobia i bifobia nie mają miejsca w tym kraju”. „Stanowczo potępiamy tę nienawiść i jej przejawy, i jesteśmy jednocześnie solidarni z osobami 2SLGBTQI+ w całym kraju – jesteście ważni i cenieni.”
Wspólnie flagi Kanady, LGBT i transgender
autor: Wikimedia Commons-Caitlin Bowen
Polska jest o te 15 lat „do tyłu”
====================================
„Uciekliśmy z Kanady przed ideologią gender”. Ten kraj, gdzie 20 proc. 13-latek zagubiło już swoją tożsamość, jest stracony
„Uciekliśmy widząc, w którym kierunku zmierza tan kraj. Słusznie przypuszczaliśmy, że Kanada będzie w coraz szybszym tempie pogrążała w ideologii gender. Widzieliśmy, jakie to powoduje zagrożenia szczególnie dla naszych dzieci. Uciekliśmy z myślą o ich przyszłości” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl małżeństwo, które po 30 latach życia w Kanadzie wróciło wraz z dziećmi do Polski.
wPolityce.pl: Jak znaleźliście się w Kanadzie?
Magdalena i Michał: Wyjechaliśmy z Polski ze swoimi rodzinami jako nastolatkowie pod koniec lat 80. XX w. (Michał najpierw przez kilka lat mieszkał w Nigerii, Magda przybyła bezpośrednio do Kanady). Chodziliśmy do kanadyjskich szkół, nawiązywaliśmy relacje jak każdy młody człowiek. Poznaliśmy się na studiach, pokochaliśmy, po studiach założyliśmy rodzinę i zamieszkaliśmy wspólnie na obrzeżach Toronto. Przeżyliśmy w Kanadzie ponad 30 lat, do roku 2020.
Co więc sprawiło, że szczęśliwa, spełniona życiowo i zawodowo rodzina z czwórką dzieci w wieku od 3 do 15 lat, żyjąca dostatnio w pięknym kraju, zdecydowała się – jak mówicie – uciekać z Kanady?
Uciekliśmy widząc, w którym kierunku zmierza tan kraj. Słusznie przypuszczaliśmy, że Kanada będzie w coraz szybkim tempie pogrążała w ideologii gender. Widzieliśmy, jakie to powoduje zagrożenia szczególnie dla naszych dzieci. Uciekliśmy z myślą o ich przyszłości.
Co Was niepokoiło?
Trzeba powiedzieć, że – ze względu na system edukacji, w którym na pewnym etapie już całkiem nachalnie i otwarcie zaczyna się edukacja seksualna i genderowe indoktrynowanie – granicznym naszym zdaniem momentem, kiedy w Kanadzie można jeszcze „uratować” dziecko, jest wiek 16 lat.
Można powiedzieć, że działaliśmy prewencyjnie. Szczęśliwie nasze dzieci doświadczyły tego jeszcze w stosunkowo niewielkim stopniu.
Widzieliśmy, co się dzieje w szkołach w całym kraju, jak z wolna, niemal niezauważalnie wprowadzane są tam zmiany w edukacji zmierzające do zakwestionowania u dzieci ich tożsamości płciowej i nie tylko. Nasze dziewczyny były już we wczesnych klasach szkoły podstawowej poddawane edukacji seksualnej, która w ich życie wchodziła z butami.
Już wtedy my i wiele innych rodzin braliśmy w związku z tym udział w protestach, reagowaliśmy, jednak to nie przynosiło większych efektów.
Konkretny przykład tego, jak „urabiano” dzieci?
W szkole jednej z naszych córek jakaś dziewczynka ogłosiła, że jest kotem, że trzeba się do niej zwracać tak, jak do kota, i traktować ją jak kota. Wzbudziło to śmiech klasy, jednak nauczycielka zamiast porozmawiać z „kotem”, pouczyła śmiejące się dzieci, że muszą respektować „kota” i przepraszać „go” pod groźbą kary za to, że się śmiały. Mieliśmy świadomość, że to tylko pozornie jest śmieszne. To ma gdzieś jakiś swój początek i do czegoś to dąży.
Uważamy, że my opuściliśmy Kanadę w ostatnim momencie. Tego typu zjawiska od 2020 roku niezwykle się nasiliły. Śledzimy to – można powiedzieć – na bieżąco, ponieważ mamy wciąż żywe kontakty z pozostałymi członkami rodzin, którzy pozostali w Kanadzie. Utrzymujemy relacje z kanadyjskimi przyjaciółmi przez media społecznościowe, nadal jeździmy tam od czasu do czasu na ferie czy wakacje. Powiedzielibyśmy, że opuszczaliśmy Kanadę w momencie, kiedy flaga trans była oficjalnie wciągana na maszt.
Jak więc ta sytuacja się zmienia?
Jesteśmy tym mocno zaniepokojeni. Ideologia gender, wielorakie działania na rzecz upowszechniania się praktycznego tej ideologii, mody na tzw. tranzycje, homoseksualizm, biseksualizm – ten walec wciąż przyspiesza. Podatne są na to w szczególności dziewczynki i według obserwacji naszych przyjaciół, w tym kanadyjskich nauczycieli, w niektórych szkołach dziś już ok. 20 proc. 13-latek nie wie, kim jest, nie umie określić jednoznacznie swojej płci, tożsamości, lub wręcz stwierdzą już w tym wieku, że są lesbijkami lub są niebinarne. To może nie są twarde statystyki, ale i potwierdzają je nasze dzieci, które wciąż mają wiele kontaktów poprzez media społecznościowe z rówieśnikami w Kanadzie.
Mówicie, że sytuacja z zalewem gender w Kanadzie ma swoje źródła.
Studiowałem socjologię i moim profesorem był zadeklarowany komunista, miał książeczkę Komunistycznej Partii Kanady. To w Kanadzie jest przyjmowane jako normalne. On się wręcz z tym obnosił. Wkładał do głów swoim studentom swoje komunistyczne ideały. Gdybym nie przeżył pierwszych lat życia w Polsce, nie wiedział, czym komunizm jest, pewnie i ja bym tym nasiąknął. I o to chodzi – te biedne dzieci i młodzież w Kanadzie nie mają żadnego punktu odniesienia. Nie wiedzą, czym jest komunizm, czym są te wszelkie lewicowe hasła i idee.
Nauczanie historii w Kanadzie ogranicza się do ostatnich 150 lat i dotyczy ona głównie uciskania miejscowych Indian przez osadników. Kanada jest zbieraniną ludzi z całego świata. Wiele osób ma korzenie chińskie, ale to jest już inny komunizm.
Już w czasach moich studiów widać było działalność w Kanadzie ruchów komunistycznych sprzężonych z ruchami LGBT, ruchami transgenderowymi, które trafiały na wyjałowiony – gdy chodzi o pochodzenie i wyniesione wartości – ideowo i tożsamościowo grunt. To wszystko operowało i było proponowane Kanadyjczykom jako jedna, zwarta całość – jako przedłużenie ideologii komunistycznej. Kiedy my chodziliśmy w Ottawie na marsze pro-life, te grupy wychodziły na ulice z flagami tęczowymi i flagami z sierpem i młotem. Ten ideologiczny walec przejechał bez większych oporów przez całe społeczeństwo kanadyjskie zmieniając je.
Zmieniła się na przestrzeni lat także polityka imigracyjna Kanady. My byliśmy generacją emigrantów lat 80. i 90. Później bramka na Europejczyków została zamknięta i byli wpuszczani niemal wyłącznie przybysze z Azji, bez korzeni chrześcijańskich. W rezultacie w miastach takich, jak Toronto, biali stali się mniejszością.
I kolejna sprawa: ja działam w mediach i dobrze widzę, jak działa ten aparat kontroli i kształtowania społeczeństwa. Od lat w Kanadzie mamy zmasowaną narrację pro-gender, pro-LGBTQ. Te ideologie zostały zaszczepione ludziom, którzy są dziś tak nakręceni pogonią za dobrami tego świata, że nie mają czasu na refleksję, więc po prostu konsumują to, co im się podkłada. W ten sposób narzucaną im opinię uznają jako własną. Nie dziwię się więc, kiedy widzę, jak wielka walka toczy się dziś o media także w Polsce.
Kanadyjczycy nie widzą, nie są świadomi tego, co się dzieje?
Takich ludzi, także wśród naszych znajomych, nie brakuje, ale wygodniej, łatwiej im jest się podporządkować.
Trzeba powiedzieć wprost, że ideologia gender stanowi dziś oficjalną cześć kanadyjskiego prawa. Ci, którzy chcą się temu przeciwstawiać, protestować, narażeni są na wielorakie trudności i szykany łącznie z popadaniem w konflikt z prawem. I widzimy, że Polska – to, co się teraz dzieje ze strony środowisk lewicowych – także zmierza w tym kierunku.
Wyjechaliście z Kanady głównie ze względu na dzieci. A czy Wy sami doświadczyliście nacisków związanych z koniecznością dostosowania się do genderowej rzeczywistości?
Wtedy jeszcze nie. Jak mówiliśmy – od 2020 r. walec ideologiczny znacznie się rozpędził. Kiedy odbywał się w Kanadzie miesiąc Pride, czyli miesiąc de facto „Pychy”, szef mojej siostry zasugerował jej wywieszenie tęczowej flagi przed siedzibą firmy. Odmówiła. Wtedy nie spotkały jej żadne konsekwencje, jednak dziś już może to być odbierane jako akt potencjalnej nienawiści. Dziś już, kiedy ktoś wymaga ode mnie, bym widział w nim „kota”, a ja odmówię – „kot” może zadzwonić na policję i policja ma obowiązek prawny mnie za to ukarać.
O tym, jak bardzo wyprane są mózgi elektoratu Kanady, świadczy choćby kolejna kadencja rządu Justina Trudeau. Mimo, że widać gołym okiem, do czego zmierza ten kraj, widać progresję ideologiczną. Wystarczy wspomnieć po kolei o zalegalizowaniu pięć lat temu marihuany, potem zalegalizowaniu eutanazji, o aborcji zalegalizowanej wiele lat wcześniej już nie mówiąc. Następnie było rozdawanie strzykawek i igieł do narkotyzowania się i sugestia, by państwo dawało narkomanom narkotyki ponieważ bez narkotyków się męczą, a przecież unikanie męczenia się jest prawem człowieka. I tak to idzie wg zasady: młodych uczymy rozwiązłości, uzależniamy ich od narkotyków, aborcja rozwiązuje problemy związane z rozwiązłością, a eutanazja wszystkie inne problemy. W rezultacie mamy cywilizację śmierci.
Wspomnieliście już dwa razy o sytuacji w Polsce. Jak sytuujecie nasz kraj w powyższym kontekście?
Wyjeżdżając szacowaliśmy, że Polska jest o te 15 lat „do tyłu”. Myśleliśmy: OK, to wystarczy, byśmy zdążyli wychować nasze dzieci, dać im korzeń wiary, by związały się z jakąś ze wspólnot w Kościele, miały dobre wzorce i środowisko. Jednak trzeba powiedzieć, że w Polsce zmiany, o którym mówimy, także bardzo przyspieszają. Swoje robią choćby media społecznościowe, poprzez które ruch transgenderowy stawia społeczeństwu po obu stronach oceanu dokładnie te same wymagania, narzuca te same standardy.
Dlaczego akurat Polska stała się Waszym nowym domem?
Niebagatelną rolę odegrał aspekt duchowy. Tu jest główny korzeń naszej wiary, stąd wyszliśmy i wróciliśmy tu jak do siebie. W Kanadzie mieliśmy bardzo dobre życie, znajomych, pracę, rodzinę, dzieci, zajęcia itd. Jednak to tu naprawdę czujemy się jak w domu, wreszcie na swoim miejscu, chociaż zaczynaliśmy zupełnie od początku – bez znajomych, bez pracy, miejsca, gdzie chcieliśmy zamieszkać.
W Kanadzie nie brakowało nam po ludzku niczego, jednak te wszystkie zmiany ideologiczne sprawiły, że tam wszystko było byle jakie, bez przeszłości i przyszłości. Kanadyjczycy są fajni, mili, w przeważającym stopniu stali się jednak ludźmi nijakimi, sformatowanymi właśnie pod wtłaczane im ideologie. Kanadyjska młodzież zagubiła się w rozwiązłości, bez stawiania sobie szlachetnych celów. Baliśmy się, że nasze dzieci nie będą miały skąd czerpać wzorców.
W Polsce pod tym względem jest jeszcze całkiem nieźle. Kiedy ostatnio byliśmy w Kanadzie, patrząc już z perspektywy życia w Polsce – pustka duchowa Kanadyjczykow, jakiej tam doświadczyliśmy, była wszechobecna i dominująca. Są enklawki ludzi, którzy są duchowo gorący, ale to wszystko. Jeśli jesteś letni – nie przetrwasz. Wchłonie cię obowiązująca, wszechobecna narracja lewicowo-liberalna. Żyjąc tam przedtem nie widzieliśmy tego dość wyraźnie, nie potrafiliśmy nazwać.
Jak oceniają zmianę Kanady na Polskę Wasze dzieci?
Paradoksalnie mają tu o wiele więcej swobody. Z jednej strony mogą bardziej o sobie samych decydować choćby ze względów komunikacyjnych. W Kanadzie wszystko jest od siebie bardzo oddalone. Albo masz samochód, albo cię trzeba wszędzie dowozić. Z drugiej strony mogą tu mówić i myśleć, co chcą, bez obawy, że ktoś będzie chciał je ukarać, gdy wyrażą swoje „nie takie, jak trzeba” zdanie na jakiś temat. Pod tymi względami czujemy się o nie o wiele spokojniejsi.
Znamy spośród naszych znajomych wiele przypadków, kiedy dzieci po studiach wracały do rodzinnych domów nie te same, zindoktrynowane, obce, obojętne. Przed tym także uciekliśmy do Polski.
Wiele mówi sam fakt, że nasze dzieci nie chcą już mieszkać w Kanadzie; wolą w Polsce. Odwiedzić Kanadę – OK, ale nie mieszkać na stałe. Uważamy, że Polska jest krajem bezpieczniejszym i – pomijając nasz system podatkowy – o wiele bardziej przyjaznym, co zresztą potwierdzają statystyki. Dodać trzeba, że jak w Kanadzie mieszkaliśmy na obrzeżach Toronto, tak obecnie mieszkamy na obrzeżach Warszawy. I komunikacja jest do centrum lepsza.
Poza tym w Polsce jest o wiele ciekawsze życie. Na początku, kiedy przyjechaliśmy, poznawaliśmy bardzo wiele nowych osób. I byłam zachwycona ich różnorodnością, barwnością, przebojowością, wielością zainteresowań, poglądów. Polacy nie są szablonowi, co w Kanadzie jest normą, kiedy większość nie wychodzi poza schemat: praca, dom, telewizor. Każdy Polak to oryginał! W Kanadzie najciekawsi są ci, którzy właśnie do Kanady przyjechali.
Kanadyjski premier Justin Trudeau potępił „Marsze Miliona dla Dzieci”, które z inicjatywy rodziców we wrześniu br. w 77 miastach Kanady przeszły w sprzeciwie wobec indoktrynacji ich dzieci. Trudeau na platformie X zamieścił komunikat, że „transfobia, homofobia i bifobia nie mają miejsca w tym kraju”. „Stanowczo potępiamy tę nienawiść i jej przejawy, i jesteśmy jednocześnie solidarni z osobami 2SLGBTQI+ w całym kraju – jesteście ważni i cenieni.” – napisał. Powiedzmy więcej o pro–genderowej polityce państwa.
Państwo umożliwia i finansuje zmianę płci metrykalnej „na życzenie”, i nie potrzeba do tego zgody rodzica, by dziecko w wieku szkolnym podjęło w tej sprawie decyzję. Wręcz przeciwnie – jeśli rodzic stoi na przeszkodzie, to dziecko może być rodzicowi odebrane. Rodzice mogą być pozbawieni w ogóle dostępu do dziecka, jeżeli nie wspierają jego „transseksualnej tożsamości”.
Dramatyczne jest to, że w wielu aspektach w Kanadzie prawa rodziców przedstawiane są jako przejaw łamania praw dziecka. Przeciwstawia się przez to dzieci rodzicom. Proceder dostępności zmiany płci jest zrównany z dostępem do aborcji.
Święta Bożego Narodzenia to szczególny czas. To najbardziej rodzinne święta, które chcemy spędzać wspólnie, spożywając posiłek z bliskimi, łamiąc się opłatkiem, kolędując. Czas, w którym ważną rolę odgrywają tradycje, nadając mu uroczystego i wyjątkowego znaczenia.
W 2020 roku zarządzający strachem decydenci zabrali nam ten czas, odmówili ludziom prawa do wspólnego celebrowania narodzin Jezusa. Wiele osób już nigdy nie zasiadło do stołu z bliskimi. Wiele osób nie dźwignęło się ze strachu, i odchodzili w samotności, otoczeni „kosmitami” w skafandrach, bez dotyku i miłości bliskich.
Potem przyszły szczepionki i fala nagłych zgonów – coraz więcej jest pustych miejsc przy polskich, wigilijnych stołach. Pamiętajmy o tych, którzy odeszli, nie zapominajmy kto im taki los zgotował.
Życzę Państwu, żebyście nigdy nie spędzali Świąt samotnie.
Posłuchajcie Kolędy dla #N, którą pięknie napisał Jerzy Karwelis, zaśpiewała Anna Chrołowska, a w całość zmontował Kamil Osięglewski.
Wesołych Świąt.
https://youtu.be/3jKZmlyinIo?si=ZGEnluuA91ghbNoN
Tekst kolędy dla #N, słowa: Jerzy Karwelis
Czy nadzieja znów wstąpi w nas
Gdy najbliższych wspomnimy cienie. Dziś przeżyjmy kolejny raz
Kowidowe Boże Narodzenie. Choć się srożył plandemii żar
Gdy zabrakło znów naszego głosu – Czy to ludzki zgotował nam świat
Czy to raczej zrządzenie losu?
…
Rozgrzesz nas za zaniechań grzech
Gdy zabrali najbliższych kosmici, By umarli samotnie tam
Po szpitalach, w cień strachu spowici. Daj zapomnieć nam o tym gdy,
W niemych krzykach ich wciąż drży powietrze Nie odeszli po to by żyć,
Ale byśmy tęsknili tu wiecznie.
Straszny czas Zmienił zwyczaj, co żył wśród nas Gdy na obcych czekały wciąż Puste miejsca przy stole.
Dziś już świat Nie wyrówna rachunków strat To uczynił plandemii czas Puste miejsca przy stole
… Gdy Wigilii nadejdzie czas
Nieobecnych pojawią się cienie. Dziś nie wierzmy kolejny raz
W kowidowe świąteczne wybaczenie. Bo nie w naszej mocy chyba jest
By wybaczać w imieniu tych, których Zdradził świat ostateczny raz
W plandemicznych czasach ponurych.
Wspomnień czas Gdy tak bardzo ich brak wśród nas Każdy czuje na wskroś Puste miejsce w swej duszy.
Jeszcze raz Daj nam przeżyć najcięższą z prawd, By pamiętać dlaczego są puste miejsca przy stole.
Wspomnień czas Gdy tak bardzo ich brak wśród nas Każdy czuje na wskroś Puste miejsce w swej duszy.
Jeszcze raz Daj nam przeżyć najcięższą z prawd, By pamiętać dlaczego są puste miejsca przy stole.
Stanisław Michalkiewicz k „Goniec” (Toronto) • 24 grudnia 2023 michalkiewicz
Ciekaw jestem, czy posiedzenia rządu Donalda Tuska, który – za dyrektoressą Teatru Dramatycznego, panią Moniką Strzępką, co to najwyraźniej przestała już być najukochańszą duszeńką warszawskiego magistratu („a w Warszawie, w magistracie, wiszą gacie na szpagacie, kiwają się w lewo, w prawo, a publika bije brawo!”), powinien nazywać się „vaginetem” – również ze względu na liczny w nim udział feminister – więc czy te posiedzenia przypominają słynną „nocną zmianę” z czerwca 1992 roku – również z udziałem Donalda Tuska? Atmosfera jest bowiem podobna; wtedy chodziło o jak najszybsze zatarcie śladów po rządzie premiera Olszewskiego, do którego należał złowrogi minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz, co to przedstawił Sejmowi listę konfidentów SB, na której znalazł się również Kukuniek. Zadanie przeprowadzenia tego zamaszku stanu powierzono debiutującemu w tej roli Waldemarowi Pawlakowi, który na głos przepowiadał sobie, co ma zrobić; „czyszczę sobie MSW…” – i tak dalej. Zarówno wtedy, jak i teraz zmiana rządu odbywa się pod pretekstem przywrócenia praworządności – zgodnie z rozkazem Naszej Złotej Pani, która po gospodarskiej wizycie w Warszawie 7 lutego 2017 roku nakazała otworzyć front walki o praworządność. Skoro tak, to i atmosfera posiedzeń vaginetu może być podobna, zwłaszcza, że i zadania specjalnie się nie zmieniły. Trzeba „wyczyścić” nie tylko MSW, ale i Ministerstwo Obrony. Jak wiemy, objął je pan minister Władysław Kosiniak-Kamysz, którego nawet na krok nie odstępuje Waldemar Pawlak. Na pewno mu doradza nie tylko, jak się obsprawić, ale również – jak „sobie czyścić” MON. W ramach tej kuracji przeczyszczającej wymienieni zostali szefowie wszystkich tajnych służb. Najwyraźniej Donald Tusk musiał sięgnąć po starych, zaufanych bezpieczniaków, którzy za dawnych czasów robili, co im kazano. Sam doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy ABW zarobiła przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie sprawę operacyjnego rozpracowania pod kryptonimem „Menora”. Mieliśmy bowiem przygotowywać na rocznicę powstania w getcie warszawskim coś tak okropnego, że nawet przed sobą nawzajem utrzymywaliśmy to w tajemnicy i dopiero energiczna akcja… – i tak dalej – zapobiegła najgorszemu. Okazuje się, że i pod nadzorem Donalda Tuska bezpieka potrafiła dokazywać, co się zowie, więc jeśli weterani wracają na swoje posterunki, to czekają nas ciekawe czasy.
Ale nie tylko dlatego, bo w kuracji przeczyszczającej przoduje pan Adam Bodnar, któremu dano trafikę w postaci Ministerstwa Sprawiedliwości. Skierował on był do „uzgodnień międzyresortowych” projekt rozporządzenia, mającego na celu przejście na ręczne sterowanie sądami, o którym Zbigniewowi Ziobrze chyba nawet się nie przyśniło, chociaż i on próbował. Kruczek pana ministra Bodnara polega na tym, że skoro na razie nie może zwolnić „neo-sędziów”, to poodsuwa ich od orzekania na tej zasadzie, że jeśli strona podniesie zarzut, że sąd jest „nienależycie obsadzony”, to znaczy – jest obsadzony przez „neo-sędziego”, to inni „neo-sędziowie” nie mogą tego sporu rozstrzygać, a w ogóle, to nie będą losowani do orzekania w sprawach. Taka, panie, kombinacja – jak mawiał Antoni Lange. Ale Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego, pani Małgorzata Manowska, uznała, że to rozporządzenie „gwałci” same „fundamenty konstytucji”. Na takie dictum zareagował mój faworyt w osobie pana prof. Wojciecha Sadurskiego, który chyba jest bardziej szczery od innych, bo powiedział, że owszem – żeby zapanowała praworządność, to trzeba łamać konstytucję, bo sytuacja jest rewolucyjna. A pamiętamy, jak sytuację rewolucyjną charakteryzował proletariacki poeta Włodzimierz Majakowski: „Ciszej tam mówcy! Dzisiaj głos ma towarzysz Mauzer”. Toteż obawiam się, że prędzej czy później bez towarzysza Mauzera i jego przemówień się nie obejdzie. Ot, na przykład pan minister Władysław Kosiniak-Kamysz
postanowił zlikwidować Antoniemu Macierewiczu jego komisję smoleńską, surowo przykazując, by do 18 grudnia ze wszystkiego się rozliczyła. Ale złowrogi Antoni Macierewicz olał to ciepłym moczem oświadczając, że on tej decyzji, jako oczywiście nieważnej, nie uznaje i nawet ostentacyjnie zwołał na ten dzień posiedzenie komisji. Na to posiedzenie wtargnęła zakłopotana Żandarmeria Wojskowa, pozabierała jakieś komputery i inne składniki „mienia wojskowego”, ale nic więcej wskórać nie mogła ze względu na immunitet złowrogiego Antoniego Macierewicza. Ten zaś buńczucznie oświadczył, że tajne dokumenty są w sejfach, do których tylko on ma klucze. „Stoję przy mikrofonie, niech mnie który przegoni” – śpiewał Jerzy Stuhr. Podobnie w sprawie Jacka Kurskiego, którego premier Tusk „odwołał” z Banku Światowego w Waszyngtonie. Aliści prezes NBP, pan Glapiński orzekł, że premier przekroczył swoje uprawnienia i nawet przytoczył paragraf, według którego Polskę przed międzynarodowymi bankami reprezentuje nie premier, tylko prezes NBP. Na to premier – że Bank Światowy w Waszyngtonie, to nie bank, tylko „instytucja finansowa”, której udziałowcem jest rząd, więc on odwołać pana Jacka Kurskiego może. Nie wiadomo jednak, czy Bak Światowy w Waszyngtonie uważa się za bank, czy nie – a tu premier Tusk nie ma nic do gadania, więc widać, że cienki z niego Bolek i sam nie wie, czy odwołał pana Kurskiego, czy go nie odwołał. Podobna sytuacja jest z rządową telewizją, którą rząd też chciałby przejąć i nawet powierzyć jej kierownictwo panu Jarosławowi Kurskiemu, który w tym celu zrzekł się był stanowiska „vice-Michnika” w Judenracie „Gazety Wyborczej”. Jednak sprawa okazała się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądzono. Trzeba będzie zaangażować sztab prawników, ale Rada Mediów Narodowych, która rząd musiałby sforsować w pierwszej kolejności, z pewnością wynajmie swoich. Ci prawnicy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony będą zainteresowani, żeby spór trwał jak najdłużej, bo to są pieniądze, no a potem, tak czy owak, głos zabierze towarzysz Mau… – to znaczy pardon – jaki tam znowu „towarzysz Mauzer”? Nie żaden „towarzysz Mauzer”, tylko oczywiście – niezawisły sąd. Ale i tu kosa może natrafić na kamień, bo jak ministru Bodnaru nie uda się przekonać „neo-sędziów”, żeby posłusznie zastosowali się do jego pomysłów, to cały pogrzeb może okazać się na nic.
Rzecz w tym, że 19 grudnia weszło w życie rozporządzenie prezydenta Dudy z 29 listopada o zmianie regulaminu Sądu Najwyższego. Jak już pisałem, do podjęcia uchwały pełnego składu, czy połączonych izb, wymagana jest teraz zwykła większość przy obecności przynajmniej połowy sędziów. Jak powiedział sędzia Laskowski, uważający się za „legalnego”, w takiej sytuacji decyzję w sprawie ważności wyborów – której SN jeszcze nie podjął, a ma czas do 13 stycznia – może podjąć w gronie „neo-sędziów”, bez konieczności dopraszania kogokolwiek do quorum. I co wtedy? Tego nie wiemy, bo nie wiemy, czy Donald Tusk, a zwłaszcza jego niemieccy przyjaciele pogodzą się z tym, że jest on, podobnie jak cały jego rząd, rządem tymczasowym, czy też „staną w jego obronie z całą mocą” – jak obiecał Kukuniek bezpieczniakom, których trzódkę w sierpniu 1993 roku przyprowadził mu do Belwederu pan Andrzej Milczanowski. Wtedy oczywiście bez przemówień i to nawet wielokrotnych, „towarzysza Mauzera” by się nie obyło, chyba, żeby „Siły Zbrojne”, czyli nasza niezwyciężona armia zdecydowałaby się zrehabilitować za stan wojenny w grudniu 1981 roku i podporządkowała się swojemu Zwierzchnikowi, czyli prezydentowi Dudzie.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Braun: Ja bym naprawdę nie przewidział tej groteski, że na gwizdnięcie, wywołani do tablicy, będą przybywać prezydenci, ambasadorowie, marszałkowie, będą palić te świece, biorąc udział w rytuale, o którego istocie…
Braun: „Nikt by tego nie przewidział, że ci idioci…” [VIDEO]
Poseł Grzegorz Braun był gościem Moniki Jaruzelskiej. Rozmowa dotyczyła m.in. – a jakże – zgaszenia gaśnicą świec chanukowych, którego polityk dokonał 12 grudnia.
– Osiągnął Pan to, że rzeczywiście jest o Panu najgłośniej. Przykrył Pan wszystkich – mówiła o akcji z gaśnicą Jaruzelska.
– I trudno nie pomyśleć, że ja to tak sprytnie zaplanowałem wszystko – powiedział Braun.
– No właśnie, zbrodnia nie w afekcie, tylko z premedytacją – wtrąciła prowadząca.
– Ja sobie bardzo cenię, że Pani pamięta, że jestem reżyserem. Bardzo cieszę się też z tej pochlebnej recenzji, że Pani tak wysoko ocenia moje możliwości, reżyserskie talenta i niech tak zostanie. I niech tak zostanie. Towarzysze, rozkminiajcie, jak było, kto zainspirował, sam wymyślił, czy dla poklasku, czy z jakichś innych przyczyn – stwierdził poseł.
– Niech oni tak kombinują. Niech Pani tego nikomu nie mówi, ale ja Pani powiem, że przecież nikt by tego nie przewidział, nikt by tego nie przewidział, że ci idioci urządzą dogrywkowe, powtórkowe palenie tych świec, że ci durnie z mediów mainstreamowych, reżimowych – od „Gazety Wyborczej”, do „Gazety Polskiej” – będą się na mnie wyżywać tak, że dopiero po paru dniach się opamiętają i ktoś tam zwróci uwagę: oj, czy myśmy tego wszystkiego za bardzo nie wypromowali – wskazał.
– Ja bym naprawdę nie przewidział tej groteski, że na gwizdnięcie, wywołani do tablicy, będą przybywać prezydenci, ambasadorowie, marszałkowie, będą palić te świece, biorąc udział w rytuale, o którego istocie – to jest wersja dla nich pochlebna, optymistyczna wersja, że oni po prostu są tak zadufanymi ignorantami, że nie mają pojęcia, w czym biorą udział, co oczywiście tych, spośród nich, którzy sądzą, że jeszcze są katolikami, w niczym nie usprawiedliwia, ponieważ po prostu nie godzi się brać udziału w rytuałach obcych kultur – przyznał.
– Ja bym tego wszystkiego nie wymyślił, ale jeśli koledzy, którzy tam siedzą teraz w służbach trzyliterowych, jakiś też podobno stolik, co najmniej kryzysowy, na mnie niegodnego jest zmobilizowany, to wolna droga. Niech siedzą – dodał.
– Ja cieszę się, bo daję ludziom zajęcie. Rozkminiajcie towarzysze, siedźcie, piszcie te raporty, wiem, że przed świętami trzeba je jeszcze złożyć, więc sporo ludzi ma robotę z tego, i w mediach, i przy Rakowieckiej. Tam zmiana władzy, ale jednak obowiązki trzeba wykonywać – zaznaczył.
– Pani redaktor, nic dwa razy się nie zdarza. Ale jeśli pyta Pani, czy… – mówił dalej Braun, odnosząc się do pytania, czy powtórzyłby akcję z gaśnicą.
– Jak w piosence, „czy warto było”? – wtrąciła Jaruzelska.
– O, myślę, że spopularyzowałem fakty obce, nieznane moim rodakom, w szerszym świecie również. Myślę, że to jest cenne, że poziom intoksykacji naszego życia publicznego przez ludzi, którzy albo ze szczerych satanistycznych przekonań, albo z ignorancji błogiej propagują tego typu antycywilizacyjne, barbarzyńskie rytuały, spopularyzowanie tego fakt na pewno ludzi zaalarmowało, są ludzie, którym to jakoś otworzyło oczy i to myślę, że jest rzecz dobra – wskazał Braun.
– To jest wartość, że mamy (…) rzucenie snopu jasnego światła na polską scenę polityczną i zaprezentowanie się w całej okazałości tej zjednoczonej koalicji, zjednoczonego frontu chanukowego w Sejmie Rzeczpospolitej Polskiej, ponieważ i lewica z lewej, i lewica z prawej licytowała się tylko na takie rytualne potępienia i licytowali się tylko, kto sroższych kar na mnie zażąda. Myślę, że to jest dla wszystkich rodaków pożyteczne. Teraz państwo lepiej widzicie, że to jest zaiste leczenie dżumy cholerą – wskazał, przytaczając metaforę ukutą przez Janusza Korwin-Mikkego.
– Pan marszałek Hołownia, który tak bardzo chciał się zaprezentować publiczności jako marszałek najfajniejszy z fajnych, w krótkim czasie dokonał rozległej autodemaskacji, jako żwawy zamordysta, który na gwizdnięcie talmudystów właśnie będzie miał za nic prawo, regulamin Sejmu. Myślę, że to jest pożyteczne, że widać, kto tutaj jest kim – zaznaczył.
– Pytanie, jakie z tego wnioski zostaną wyciągnięte przez szeroką, patriotyczną publiczność, kiedy staje się tak oczywiste, że to jest zjednoczony front chanukowy kontra my, normalni Polacy, którzy – uwaga – chcą, żeby realizowany był bardzo prosty program (…), „żeby Polska była polska” – dodał.
Czy „płaskoziemcy” i „foliarze” mieli jednak rację?
Gorzkie żale: Joachim Brudziński: „Straciliśmy tych wyborców, którzy zawiedli się na nas, za naszą politykę wobec światowej pandemii Covid-19”. Syndrom wyparcia: Ci sami ludzie, którzy w trakcie „straszliwej pandemii” chcieli na powitanie zamiast dłoni witać się łokciem, dali się zaszczepić niesprawdzonym preparatem i zakładali z wielkim entuzjazmem nic nie dające maseczki, teraz raptem tego „nie pamiętają”. „Nie pamiętają”, że na niepokornych, którzy nie chcieli nosić maseczek i dać się „zaszprycować” patrzyli jak na potencjalnych morderców – „to oni chcą wybić ludzkość swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem”. Dzisiaj mówią: my tylko trochę, tak na początku jak jeszcze nie było wiadomo co to jest, to się baliśmy a później to już nie… Czyżby? WHO (oficjalne dane!): śmiertelność ludzi zakażonych Covid-19 w trakcie trwania pandemii była na poziomie 0,25%, czyli dużo niższa niż zabija coroczna sezonowa grypa!!! Książka, którą dzisiaj anonsuję jest zbiorem najciekawszych wpisów z największego bloga poświęconego pandemii prowadzonego przez Jerzego Karwelisa. Mądrym ku przypomnieniu a zastraszonym ku nauce – a więc zaczynamy! Ze wstępu: „Jak to się stało, że nauka nagle abdykowała? Jak to się stało, że wszystkie rządy weszły w lejek obostrzeń bez wyjścia? Jak to się stało, że jako społeczeństwa daliśmy się doprowadzić do akceptacji absurdów? Jak to się stało, że umarło tylu ludzi, którzy wcale nie musieli umrzeć?” Na te i wiele innych pytań „Dziennik zarazy” udziela odpowiedzi. Dziennik w formie papierowej nie zawiera przypisów ale ten prowadzony dzień po dniu w internecie zawiera linki podające źródło danej informacji. Już jeden z pierwszych zapisów (z 10.04.2020r.) jest dylematem: jak wyjść z dziećmi na spacer gdy ma się ich więcej niż jedno i jak chodzić z żoną 2 metry od siebie? (Sam tego doświadczyłem idąc z żoną za rękę kaliskimi „plantami”. Z krzaków wyskoczyło dwóch „municypalnych” i kazali nam się „rozejść” (!) Na słuszną uwagę mojej małżonki – ale ja przecież z tym panem śpię! – otrzymała odpowiedź – to co, chce Pani umrzeć?)
Zakazano również wchodzenia do lasu (w trosce o nasze zdrowie), mamy siedzieć w domach i koniec. Niby absurd ale kto tam zresztą wie, może drzewa rzeczywiście przenoszą wirusa i wymordują całą ludzkość? Ale już 14.10.2022 roku okazało się, że w tym nieszczęściu to niektórzy mają jednak szczęście: ogłoszono, że w Walencji 86 klientów domu publicznego utknęło w nim na kwarantannę… A co się wydarzyło na przykład 11.03.2021 roku? Wreszcie nastąpił polski wkład w walkę z pandemią. Japończycy wykupili polską wódkę jako lekarstwo na koronawirusa a w USA polski spirytus rektyfikowany został nazwany „mordercą covida!”
A 17.03.2021 roku minął dokładnie rok od pokazania światu katastroficznych filmów z Bergamo; stosy trumien i konwoje śmierci… (internauci bardzo szybko wtedy odkryli, że były to filmy ukazujące dużo wcześniejszą tragedię – były to trumny z ludźmi, którzy potopili się chcąc nielegalnie dotrzeć do Europy, ale to nie było ważne, najważniejsze że została wywołana panika!). W tym właśnie dniu trzej odważni Włosi – lekarz badacz, wirusolog i sędzia wnieśli skargę do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przeciwko środkom podjętym przez ich rząd w okresie szczytu pandemii. Kilka dni później (22.03.2023r.) autora bloga naszła refleksja. O co tu chodzi: szpitale odwołują zaplanowane operacje, żeby zrobić miejsca dla zakażonych chorobą o promilowej śmiertelności. Restauracje pozamykane (dla naszego dobra) jakoś ani jedna Biedronka nie została zamknięta a wystarczyło żeby jeden uczeń kichnął i już zamykano wtedy szkoły!!! Codziennie nowe kwiatki… (02.05.2021r.) redaktor Pawlicki naliczył, że w Radzie Medycznej przy Premierze doradza 17 lekarzy, z których aż 12 jest powiązanych finansowo z koncernami farmaceutycznymi i pewnie tylko dlatego rozpoczęła się nagonka na doktora Bodnara, który leczył (skutecznie!) ludzi amantadyną.
A 17.05.2021 roku okazało się, że wszyscy uczeni w piśmie i mikroskopie są chyba multimiliarderami bo nikt nie chciał schylić się po głupie 1 milion euro. Tyle Samuel Eckert i jego zespół chcieli dać mądrali, który wyizoluje koronawirusa według obowiązujących standardów Kocha. Okazało się, że o tym wirusie wiemy wszystko – jak morduje i która szczepionka go eliminuje a poza tym jest jak Yeti – nikt go nie widział (to co się nam pokazuje to są idiotyczne grafiki komputerowe – jak go wyobrażają sobie medycy!). Zanim przeskoczymy do dalszych zapisków, pytanie: Dlaczego na całym świecie jest takie parcie na szczepionkę a nie na lek? Odpowiedź jest banalnie prosta: lek podaje się chorym a szczepionkę zdrowym. A kogo jest więcej?
Sierpień 2021, Luc Montagnier odkrywca wirusa HIV, laureat Nagrody Nobla, autorytet wirusologii ostrzega przed tymi szczepionkami, bo według niego wzmagają one proces mutowania wirusa, stąd trzecia dawka „przypominająca”, bo pierwsze dwie były nieskuteczne i coraz więcej osób zaszczepionych się zakaża! Okazuje się, że ten Luc to niezły „foliarz” i „płaskoziemiec”!!! Czyta się ten dziennik jak najlepszą komedię obyczajową, szkoda tylko, że to wszystko działo się naprawdę. Już szykowano nam kolejną dawkę zamordyzmu a tu nagle łup! Rosja napadła na Ukrainę, do Polski przyjechało setki tysięcy nie zaszczepionych i nie zamaskowanych uchodźców wojennych i „straszliwa zaraza” uciekła z naszego kraju! Wszędzie obok szalała – we Francji, w Niemczech, Czechach a u nas nawet sezonowa grypa narobiła w portki przed Putinem i uciekła. I kto tu jest płaskoziemcem i foliarzem? Czy ludzie, którzy zachowali zdrowy rozsądek, czy wyznawcy religii kowidowej? Pamięć ludzka jest krótka dlatego radzę zakupić te zapiski, przeczytać i samodzielnie wyciągnąć wnioski. P.S. Z ostatniej chwili: nadciąga straszliwy kraken!! Ale nie pękajta ludziska – szczepionka też nadciągnie!!
Jerzy Karwelis „Dziennik zarazy”. Poleca foliarz i płaskoziemiec Sławomir Gralka
W czasach gdy świrnięci ateiści zwalczają wszelkie przejawy świąt Bożego Narodzenia, chcą Polaków (podobnie jak Europejczyków na zachodzie) wykorzenić z ich tożsamości i kultury (naturalnych wspólnot będących barierą dla ekspansji despotyzmu i tyranii lewicowej władzy). W czasach gdy na zachodzie lewica zakazała wspominania o Bożym Narodzeniu by nie urażać uczuć islamistów i bezbożników. W czasach gdy (ślepe na cierpienie nienarodzonych dzieci zabijanych podczas aborcji) celebrytki boleją nad losem karpi i choinek. Warto przypominać przede wszystkim o religijnym sensie Bożego Narodzenia, oraz o uroczych tradycjach ludowych związanych z tym świętem.
Przez wieki wigilia Bożego Narodzenia była dla ludu polskiego najważniejszym świętem ludowym. Dla etnografów niezwykle ciekawe jest to, że właśnie w wigilijnych zwyczajach ludowych najżywsze były relikty wierzeń pogańskich, które zostały schrystianizowane i zachowane w folklorze – bez tej chrystianizacji w folklorze zapewne by nie przetrwały.
Kościół katolicki zdecydował obchodzić święto narodziny Jezusa w pierwszym dniu w którym dzień przestaje być coraz krótszy, i długość dnia zaczyna rosnąć.
Decyzja o dacie w takim dniu miała sens teologiczny – tak jak narodziny Mesjasza rozpoczęły proces rozpraszania mroków pogaństwa prawdą, tak z dnia na dzień promienie słońca rozpraszały mroki zimy.
Protestanci zwalczając katolicyzm wymyślili mit, nie mający potwierdzenia w zachowanych kronikach, że znaczenie tego dnia również dla ludów pogańskich miało było duże. Według nieprawdziwego protestanckiego mitu, którego celem było wykreowanie wizerunku katolicyzmu jako pogańskiej wiary, w starożytnym Rzymie dnia tego miano obchodzić dzień narodzin słońca niezwyciężonego.
Łacińskie słowo wigilia oznacza oczekiwanie, tradycje oczekiwania, uroczystego obchodzenia wigilii święta. Uroczyste obchodzenie wigilii wywodzi się z biblijnego Izraela, którego kontynuacją jest katolicyzm, a nie judaizm.
Wigilia w tradycji ludowej rozpoczynała okres godów (świętych godów, kolędki, świętych wieczorów), który kończył się świętem Trzech Króli. W tradycji ludowej wigilia była dniem pierwszym nowego roku, dniem rozpoczynającym nowy roczny cykl, stały w swej naturze.
Wigilia była dniem odtwarzającym w swych rytuałach sytuacje z raju, początkiem, przekroczeniem granicy śmierci dzielącej żywych od zmarłych, dniem pokoju w jego najbardziej pierwotnym stanie – jedności ludzi ze zwierzętami (dla tego w wigilie zwierzęta mówią ludzkim głosem, a gospodarze dzielą się z nimi opłatkiem).
Dzień wigilijny zapowiadał cały rok. Dla tego tak ważne było odrzucenie wszelkich waśni i napominano dzieci by nie psociły – co nie miało jednak nigdy miejsca, bo chłopcy na wsiach stawiali sobie za punkt honoru coś na jeden dzień zabrać gospodarzowi oraz uczestnikom pasterki. Udany psikus zapowiadał im farta przez cały rok.
Wiele czynności w wigilie miało przynieść powodzenie. Dziewczętom tarcie maku miało zapewnić miało szybkie zamążpójście. Mycie się w wodzie z pieniążkiem miało zapewniać zdrowie i bogactwo. Przyniesienie, bez liczenia, parzystej liczby polan do pieca miało zapewniać powodzenie. Spróbowanie wszystkich potraw wigilijnych miało zapewniać, że żadna przyjemność w nowym roku nie ominie. Ranne wstawanie w wigilie miało chronić przed zaspaniem przez cały rok.
W ramach wdzięczności za ranne budzenie na Pomorzu pojono koguty wódką. Baczono też na symboliczne zdarzenia. Jeżeli do stodoły pierwszy wchodził mężczyzna krowa miała urodzi cielaka, a jak kobieta to jałówkę. Deszczowe święta Bożego Narodzenia zapowiadały lodowatą Wielkanoc. Pogoda bożonarodzeniowa zapowiadała pogodę w styczniu. Pogodna Wigilia zapowiadała urodzaj, szczególnie jajek.
Wigilia była dniem ciężkiej pracy. Przygotowywano zwierzętom karmę na dwa świąteczne dni, sprzątano oborę. Kobiety sprzątały dom, prały i trzepały ubrania – uważano, że w brudnej bieliźnie i surowej przędzy pozostawionej na święta przyciągnięty nieporządkiem zamieszkiwał diabeł.
Zgodnie z polską tradycją ludową w wigilie do wieczerzy poszczono jedząc mało, tylko ziemniaki lub postny żur z ziemniakami, a w czasie wieczerzy wigilijnej poszczono nie jedząc mięsa. [No, to jest oczywiste!! MD]
Przed wieczerzą gospodarze chodzili po sadzie i grozili drzewom, że w razie nie owocowania będą je wycinać. Stół, ława, powała, dekorowane była różnymi zbożami, wiązało się to z wróżbami co do urodzaju lub jego braku w przyszłym roku.
Przed samą wieczerzą wigilijną gospodarz przynosił do domu snopek lub snopki każdego rodzaju słomy, symbolizujący stajenkę w której narodził się Jezus. Podobnym symbolem było sianko chowane pod obrusem na wigilijnym stole.
Wraz z pierwszą gwiazdą, symbolizującą tę betlejemską, zasiadano do wieczerzy. Pierwsza gwiazdka rozpoczynała doroczny cykl od nowa. Z pierwsza gwiazdką przychodziły dusze przodków. Z racji na obecność dusz przodków, nie szyto w wigilie by nicią nie związać i zniewolić duszy, poruszano się powoli by nie potrącić ducha, nie wylewano wody by nie zamoczyć duszy. Szacunek dla dusz zmarłych zapewniał domowi opiekę duchów, nie uszanowanie przybyłych dusz zmarłych zapowiadało nieszczęścia. Dla ducha zostawiano wolne miejsce przy stole. Siadając dmuchano na ławę czy zydel by nie usiąść na duszy, Czasami duchy miały swój mały stolik, nie mógł on mieć nic żelaznego, bo żelazo odstraszało duchy. Całą noc palono w piecu by ogrzać spragnione ciepła dusze. Dusze przodków rządziły przez cały okres godów. Dla dusz przygotowano ich ulubione potrawy mak, miód, pszenicę, chleb.
W domach gdzie umiano czytać czytano ewangelie. Wszyscy dzielili się opłatkiem, symbolem wzajemnego pojednania. W Przemyskiem w czasie wigilii wynoszono pokarmy na dwór wilkom by zyskać ich przychylność w przyszłym roku. Wilki w wigilie nie napadały na ludzi, prócz tych, którzy spóźnili się na pasterkę.
Opłatki były wypiekane w klasztorach i na plebaniach. Nie można było ich sprzedawać w sklepie. Po domach roznosili je organiści, kościelni, ministranci i zakonnice. Tym sposobem cała wspólnota parafialna dzieliła się chlebem. Tradycja dzielenia opłatkiem wyrosła z chlebów ofiarnych składanych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Nie konsekrowane chleby rozdawano tym, którzy nie przyjęli komunii i posyłano do domów tych, którzy na mszy nie byli. Był to symbol jedności wiernych.
Złą wróżbą była nieparzysta liczba siedzących przy stole, bardzo złą liczna trzynastu osób. W wigilię kończyły się umowy o prace parobków, parobek jako wolny w dni świąteczne, zasiadał do stołu z gospodarzem.
Liczba potraw na stole powinna być być określona, w jednych miejscach parzysta, w innych nieparzysta. Wszędzie były to dania postne. Przygotowane z owoców lasu, pół, ogrodów stawów, rzek i jezior. Nie było mięsa, bo w wigilie, ludzie i zwierzęta stanowili jedną rodzinę. Do potraw dodawano olej z lnu, konopi i maku. W różnych rejonach Polski były różne tradycyjne potrawy. Składnikiem były kasze, mak, podawano pierogi, ryby, ciasta. Zwierzętom dawano do zjedzenia specjalne kolorowe opłatki, resztki z wieczerzy, obfitsze porcje karmy.
W XV wieku w domach wieszano na belce od sufitu wieńce uplecione z iglastych gałązek, lub czubki drzewek. Z czasem zastąpiły je uplecione ze słomy kule lub pająki. W XIX wieku z Niemiec do Polski przybył zwyczaj stawiania choinki – zielone drzewo życia, symbol drzewa z raju. Na choince wieszano jabłka, na pamiątkę owocu biblijnego. Symbolem węża kusiciela z raju były łańcuchy na choince, pętają one drzewko jak grzech zniewala człowieka. Gwiazda na choince symbolizowała gwiazdę betlejemską. Światełka na choince kiedyś były symbolem dusz zmarłych, dziś są symbolem nie gasnąca miłość Boga do ludzi. Choinka stała w domu do końca godów. Prezenty zaczęły się pojawiać dopiero pod koniec XIX wieku.
W czasie wieczerzy wróżono co przyniesie przyszłość. Wśród wielu wróżb co do plonów, jedna polegała na ty, że im więcej maku podrzuconego łyżką przez gospodarza do góry przykleiło się do powały tym lepsze zapowiadały się plony. Wyciągane spod obrusa źdźbła słomy symbolizowały pannom ich matrymonialną przyszłość, zielone szybkie zamążpójście, pokręcone długie oczekiwanie, żółte staropanieństwo. Długość źdźbła wieszczyła długość życia. Po wieczerzy dziewczęta stojąc przy płocie nasłuchiwały z której strony zaszczeka pies, była to strona z której nadejdzie przyszły małżonek.
W wieczór wigilijny po domach chodzili kolędnicy, w jasełkach odgrywający historie knowań Heroda. W nagrodę kolędnicy dostawali od gospodarzy świąteczne smakołyki. Po wsiach też chodzili kolędnicy śpiewający kolędy i proszący o szczodraki – bułeczki nadziewane.
Przez pierwsze trzy wieki chrześcijanie nie obchodzili świąt Bożego Narodzenia. Miało to związek z prześladowaniami chrześcijan. Obchody tych świąt pojawiły się po wybudowaniu bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem, co miało miejsce w pierwszej połowie IV wieku z inicjatywy św. Heleny.
Polski patrolog, ks. prof. Józef Naumowicz, jako pierwszy naukowiec ustalił, że pierwsze uroczyste obchody Bożego Narodzenia miały miejsce w Betlejem w IV wieku. Przez pierwsze trzy wieki chrześcijaństwa nie obchodzono Bożego Narodzenia. Wcześniej celebrowano przede wszystkim Wielkanoc. Świętowanie Bożego Narodzenia rozpoczęło się dopiero w IV wieku, gdy skończył się okres prześladowań chrześcijan. W oparciu o źródłowe można dowieść, że pierwsze oficjalne obchody tych świąt miały miejsce po wybudowaniu bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem w pierwszej połowie IV wieku z inicjatywy św. Heleny.
W oparciu o współczesne badania, w tym ks. prof. Naumowicza, można dowieść, że obchody Bożego Narodzenia nie były związane z zastąpieniem żadnych wcześniejszych świąt pogańskich, jak dotychczas sądzono. Obchodzenie rocznicy przyjścia na świat Chrystusa nie ma nic wspólnego z importowanym ze starożytnego Rzymu czy Egiptu świętem Słońca.
W Betlejem w 328 r. poświęcono Bazylikę Narodzenia Jezusa, wybudowaną dla uczczenia miejsce narodzin Chrystusa. Ustalił się także zwyczaj, że w wigilię święta patriarcha udawał się z Jerozolimy w procesji do Betlejem, odległego ok. 8 km i tam w Grocie Narodzenia odprawiał w nocy Mszę św., którą później nazwano „Pasterką” w nawiązaniu do ewangelicznej opowieści o pasterzach, którzy jako pierwsi oddali pokłon nowonarodzonemu Chrystusowi. Po czym obywało się całonocne czuwanie w bazylice wybudowanej nad Grotą Narodzenia. W ten sposób zaistniały pierwsze wigilie jak i pierwsza pasterki. I ta tradycja kontynuowana jest do dziś.
Początkowo obchody w Betlejem miały miejsce 6 stycznia, a w późniejszym okresie 25 grudnia. Chodziło o symboliczną wymowę przesilenia zimowego, kiedy to dzień jest najkrótszy a noc najdłuższa. Przesilenie zimowe najlepiej bowiem obrazuje fakt przyjścia Zbawiciela, które jest przedstawione jako nastanie światłości. Światło, które rozświetla mroki nocy, to symbol narodzin Chrystusa, który pojawia się w Ewangeliach. Światłość ta objawiła się w nocy pasterzom i prowadziła później Mędrców. Choć faktycznie przesilenie zimowe ma miejsce z 22 na 23 grudnia, to w czasach rzymskich uznawano, że następuje ono 25 grudnia – i dlatego wówczas ustanowiono Boże Narodzenie.
W 335. roku zwyczaj obchodzenia Bożego Narodzenia dotarł z Betlejem do Rzymu, a stąd do innych krajów.
Skąd ta choinka?
Zwyczaj strojenia choinek na Boże Narodzenie zna dziś cały chrześcijański świat. Jednak zwyczaj ten nie ma swoich korzeni w starożytności chrześcijańskiej ani w pozostałości jakichś kultów pogańskich, lecz powstał dość późno. W Europie zachodniej sięga końca XV wieku a na ziemiach polskich zakorzenił się na dobre dopiero w XIX stuleciu, choć już w 1698 r. można było kupić świąteczną choinkę na jarmarku w Gdańsku.
Jak wiadomo, święta Bożego Narodzenia zaistniały w IV wieku na terenie Bliskiego Wschodu. I choć od początku towarzyszyły im pewne dekoracje roślinne, na ogół w postaci wieńców, którymi ozdabiano domy, co zresztą było charakterystyczne dla starożytności, to nie od tego rodzaju dekoracji wywodzi się zwyczaj stawiania choinek.
Prawdziwa geneza choinki – jak dowodzi ks. Naumowicz – ma charakter nie etnograficzny, lecz stricte teologiczny. Już niektórzy autorzy bizantyjscy, np. św. Efrem Syryjczyk w swoim „Hymnie o Bożym Narodzeniu” często wymieniał postacie ze Starego Testamentu, łącznie z Adamem i Ewą. Narodzenie Jezusa interpretowane bywało coraz częściej jako powrót do utraconego raju. Mogło się to dokonać tylko dzięki interwencji samego Boga, który stając się człowiekiem, przywrócił ludziom możliwość korzystania z owoców rajskiego drzewa życia.
Popularność rajskich motywów sprawiła, że w średniowiecznych kalendarzach zaczęto umieszczać wspomnienie o Adamie i Ewie 24 grudnia. Pierwsi rodzice uosabiali oczekiwanie całej ludzkości na przyjście Zbawiciela. Stąd w średniowieczu, w wielu miejscach Europy popularne stały się przedstawienia bożonarodzeniowe, zwane dramatami o Adamie i Ewie.
I stąd właśnie wywodzi się zwyczaj bożonarodzeniowych choinek. W tych przedstawieniach dekoracja sceniczna obejmować musiała także drzewo, którego owoc stał się powodem upadku Adama i Ewy.
W Niemczech skąd pochodzą pierwsze przekazy o bożonarodzeniowych choinkach, była to na ogół jodła bądź świerk, gdyż 24 grudnia trudno było znaleźć kwitnącą jabłoń. Na nich zawieszano czerwone jabłka. Po zakończeniu misteriów odprawianych 24 grudnia, nazajutrz w dzień Bożego Narodzenia drzewa te przenoszono najpierw do kościołów, a później zaczęto nimi zdobić także miejskie domy.
Ojczyzną bożonarodzeniowej choinki jest dokładnie Alzacja końca XV wieku, leżąca na granicy Francji i Niemiec. Najstarszy przekaż sięga roku 1492 a dotyczy dekoracji choinkami jodłowymi katedry w Strasburgu i 9 innych tamtejszych kościołów. Dość szybko, bo już w XVI wieku choinkowy zwyczaj rozpowszechnił się w całej niemieckiej Nadrenii, a stamtąd zaczął przenikać do innych regionów Europy. A dotyczył nie tylko kościołów, ale i cechów, bractw, miejskich stowarzyszeń, ratuszy i szpitali.
Ważnym nośnikiem zwyczaju strojenia choinek była Hanza, czyli związek północnych miast portowych, leżących głównie nad Bałtykiem. Już w 1510 r. odnotowano choinkę bożonarodzeniową w Rydze, a nieco później w Tallinie, Bremie i wreszcie w Gdańsku, gdzie pierwsze informacje o choinkach pochodzą z 1698 r. To właśnie Gdańsk jest pierwszym miastem na terenie Rzeczypospolitej, gdzie w schyłku XVII stulecia zaczęto dekorować choinki. Jednak nie przeniósł się on wówczas na inne tereny Polski.
Dość wcześnie choinki bożonarodzeniowe pojawiły się w Rosji, a jak zawsze w tym kraju, było to następstwem ukazu wydanego przez Piotra Wielkiego w 1699 r. Wiemy, ze car ten był zapatrzony w kulturę niemiecką i stąd zapożyczył ten zwyczaj.
We Francji, w Wersalu pierwszą choinkę postawiono w 1738 r. na życzenie Marii Leszczyńskiej, żony króla Ludwika XV.
Do „Nowego Świata”, czyli do Ameryki, choinka zawędrowała w XVIII wieku, dzięki żołnierzom niemieckim biorącym udział w wojnie o niepodległość USA. Szerszą popularność zyskała tam w następnym stuleciu.
W tym samym czasie choinki pojawiły się w licznych miejscach w Europie, np. w Wiedniu, w Cieszynie, we Wrocławiu, Pradze i w Paryżu.
Na terenie Austrii czy Czech spotkać je można było nie tylko w domach chrześcijańskich, ale i żydowskich, gdzie towarzyszyły obchodom święta świateł czyli Chanuki. Zwyczaj ten wprowadził w swym wiedeńskim domu Theodor Herzl, twórca współczesnego syjonizmu.
Na początku XX wieku choinka stanowiła już nieodłączny element Bożego Narodzenia. Nic dziwnego, że pojawiła się na froncie w okopach I wojny światowej. Przy niej spotykali się nawet i składali sobie życzenia żołnierze wrogich armii.
W Polsce palmę pierwszeństwa ma Gdańsk, gdzie jak potwierdza dokument w 1698 roku – nie tylko stawiano choinki w domach, ale można je było kupić w tym mieście, na świątecznym jarmarku.
Jednak powszechny zwyczaj ustawiania choinek na święta w Polsce zakorzenił się dopiero w XIX stuleciu. Wcześniej na terenach Rzeczypospolitej ustawiano na święta Bożego Narodzenia w izbach po snopku zboża w każdym rogu, a na stole i na podłodze rozścielano siano, na pamiątkę tego, że Pan Jezus urodził się w stajence. Ważnym elementem świątecznego wystroju była również szopka, której geneza nawiązywała do jasełek, jakie zainicjował św. Franciszek z Asyżu.
Pierwsze źródłowe informacje o choinkach w Warszawie pochodzą z przełomu XVIII i XIX wieku. a był to zwyczaj przyjęty od Prusaków. Odrębną natomiast tradycję miało drzewko wigilijne na południu Polski, zwłaszcza w Krakowie i okolicach. Był to krzak jodłowy lub świerkowy zawieszany na pułapie w izbie. A zwano go sadem i zawieszano na mim owoce i słodycze. Zwyczaj ten przyszedł z południowych Niemiec. Podobnie było na Podhalu, gdzie drzewko wiszące u sufitu określano mianem „podłaźnika”. Zawieszano na nim także dekoracje sporządzane z opłatków.
Dzielenie opłatkiem specyfiką Rzeczypospolitej
Opłatek, to następny istotny element obrzędów bożonarodzeniowych, charakterystyczny dla ziem dawnej Rzeczypospolitej. Istniał, zanim tu pojawiła się tradycja choinkowa. Centralnym wydarzeniem wieczerzy wigilijnej, już od XVIII stulecia, było łamanie się na jej początku opłatkiem. Cyprian Norwid opisywał go „jako typowo polski zwyczaj, nieznany w innych krajach”, nazywając opłatek „chlebem pokoju i nieba”.
Naprawdę jednak – jak dowodzi ks. Naumowicz – pierwsze opłatki wieszane na drzewie świątecznym pojawiły się w Alzacji w XVII wieku, ale miały one charakter dekoracyjny i symboliczny. Choć niekonsekrowane, hostie przywoływały w symboliczny sposób misterium wcielenia.
W Polsce zwyczaj sporządzania choinkowych ozdób z opłatka rozwinął się w sposób wyjątkowy poczynając od XVIII stulecia. Specjalną kulistą formę miała ozdoba z opłatków na południu Polski, wieszana u dołu sadu. Była to przestrzenna konstrukcja przypominająca kulę ziemską, wyklejana z kolorowych opłatków, nazywana światem. Ozdoby z opłatków miały tez różne inne formy, a przede wszystkim gwiazdki.
Choinkowe mity
Ks. Naumowicz w swojej książce: „Historia świątecznej choinki” – konsekwentnie rozprawia się z wieloma mitami, zakorzenionymi w nauce a głównie w etnografii, o pogańskim pochodzeniu chrześcijańskiej choinki bożonarodzeniowej. Niektórzy badacze uważają, że pierwowzorów bożonarodzeniowego drzewka należy szukać w głębokiej przedchrześcijańskiej przeszłości, w pierwotnym kulcie drzew, który miał cechować religie dawnych ludów, m.in. germańską i słowiańska.
Tymczasem badacz dowodzi, że rodowód choinki w Europie jest stricte chrześcijański. U jego podstaw leżą motywy drzewa życia, które rosło w raju, oraz światłości zstępującej na świat w Boże Narodzenie, co choinka symbolizuje.
Innym dowodem, że choinka nie ma rodowodu pogańskiego, jest fakt, ze Kościół nigdy i nigdzie tego nie wypominał. Walczył najwyżej z pewnymi ludowymi wierzeniami, które towarzyszyły obchodom Bożego Narodzenia.
Niewiele wspólnego z prawdą ma także legenda, mówiąca o tym, że „wynalazcą” choinki był Marcin Luter, twórca Reformacji. Tymczasem ks. Naumowicz udowadnia, że pogląd ten powstał dopiero w połowie XIX stulecia, a być może Luter dekorował swój dom choiną, ale dlatego, że podczas jego życia były one już popularne w Niemczech.
Naukowcy opracowali unoszącą się w powietrzu szczepionkę mRNA, która umożliwia szybkie zaszczepienie mas bez ich wiedzy i zgody.
Uwalniając szczepionkę w powietrze, nie ma potrzeby wstrzykiwania każdej osobie indywidualnie – co jest nie tylko czasochłonne, ale i trudne, jeśli dana osoba sprzeciwia się zastrzykowi. Inaczej jest w przypadku szczepionki unoszącej się w powietrzu, która może zostać uwolniona do powietrza bez zgody, a nawet wiedzy społeczeństwa. … Podobną strategię stosuje się w przypadku mRNA krewetek.
————————–
Pod koniec: Biowzmacnianie moralne to potencjalna praktyka wpływania na moralne zachowanie danej osoby poprzez interwencję biologiczną w jej postawy moralne, motywacje lub dyspozycje.
„Ukryty, obowiązkowy program lepiej promuje wartości takie jak wolność, użyteczność, równość i autonomia niż program jawny”.
=========================
Zespół z Uniwersytetu Yale opracował nową metodę dostarczania mRNA bezpośrednio do płuc drogą powietrzną. Metodę tę zastosowano także do donosowego szczepienia myszy , „ otwierając drzwi do testów na ludziach w najbliższej przyszłości. ”
Chociaż naukowcy mogą chwalić ten wynalazek jako wygodną metodę szczepienia dużych populacji, sceptycy wyrażają oczywiste obawy dotyczące potencjalnego niewłaściwego użycia szczepionki przenoszonej w powietrzu, w tym możliwości ukrytych biowzmocnień, co było koncepcją sugerowaną wcześniej w literaturze akademickiej. ( źródło ).
Badanie: Nanocząsteczki polimerowe dostarczają mRNA do płuc w celu szczepienia błon śluzowych
W badaniach przeprowadzonych na myszach naukowcy z Uniwersytetu Yale opracowali nanocząsteczki polimerowe służące do kapsułkowania mRNA i przekształcania go w postać nadającą się do wdychania, dostarczaną do płuc. Courtney Malo, redaktorka Science Translational Medicine, wyjaśniła:
„ Zdolność do skutecznego dostarczania mRNA do płuc znalazłaby zastosowanie w opracowywaniu szczepionek, terapii genowej i nie tylko. Takie dostarczanie mRNA można osiągnąć poprzez kapsułkowanie interesujących mRNA w zoptymalizowanych polipleksach [nanocząsteczkach] poli(amino-koestrowych).
Dostarczone przez polipleks mRNA skutecznie przetłumaczono na białko w płucach myszy, przy ograniczonych dowodach toksyczności. Z powodzeniem zastosowano to jako donosową szczepionkę SARS-CoV-2, wywołując silną odpowiedź immunologiczną, która zapewniła ochronę wirusem.
Zespół kierowany przez fizjologa komórkowego i molekularnego Marka Saltzmana twierdzi, że wziewna szczepionka mRNA „ skutecznie chroni przed „SARS-CoV-2 ” i „otwiera drzwi do dostarczania innych leków informacyjnych RNA (mRNA) dla genów terapia zastępcza i inne metody leczenia płuc .” ( źródło )
Na potrzeby badania myszy otrzymały dwie donosowe dawki nanocząstek zawierających szczepionki mRNA przeciwko Covid-19, które okazały się skuteczne u zwierząt. W przeszłości terapie mRNA ukierunkowane na płuca miały trudności z przedostaniem się do komórek niezbędnych do ekspresji kodowanego białka, co było znane jako słaba wydajność transfekcji ( źródło ).
„Grupa Saltzmana obeszła tę przeszkodę częściowo dzięki zastosowaniu nanocząstki wykonanej z polipleksów poli(amino-koestrowych), czyli PACE, biokompatybilnego i dającego się w dużym stopniu dostosowywać polimeru” – wyjaśniono w komunikacie prasowym Uniwersytetu Yale . W poprzednim badaniu Saltzman wypróbował system „zastrzyku w zastrzyku” do podawania zastrzyków na Covid-19, który polegał na wstrzyknięciu zastrzyków mRNA do mięśnia, a następnie wstrzyknięciu białek kolczastych do nosa.
Okazało się, że część zastrzykowa może być zbędna, a Saltzman wiąże duże nadzieje z metodą podawania drogą powietrzną, wykraczającą poza szczepionki: ( źródło ).
„W nowym raporcie nie ma mowy o zastrzyku domięśniowym. Właśnie podaliśmy donosowo dwie dawki, pierwszą i przypominającą, i uzyskaliśmy wysoce ochronną odpowiedź immunologiczną. Ale pokazaliśmy również, że ogólnie rzecz biorąc, można dostarczyć różne rodzaje mRNA. Zatem nadaje się nie tylko do szczepionki, ale potencjalnie także do terapii zastępczej genów w chorobach takich jak mukowiscydoza i do edycji genów.
Użyliśmy przykładu szczepionki, aby pokazać, że ona działa, ale otwiera drzwi do stosowania wszystkich innych rodzajów interwencji”.
Air Vax może „radykalnie zmienić” sposób szczepień ludzi
Saltzman twierdzi, że ta „nowa metoda podawania szczepionki mogłaby «radykalnie zmienić sposób szczepienia ludzi»”, ułatwiając szczepienie osób w odległych obszarach lub osób bojących się igieł. Ale to nie wszystko. Szczepionka przenoszona drogą powietrzną umożliwia jej szybkie rozprzestrzenienie się w populacji.
Nie potrzeba szprycy.
Uwalniając szczepionkę w powietrze, nie ma potrzeby wstrzykiwania każdej osobie indywidualnie – co jest nie tylko czasochłonne, ale i trudne, jeśli dana osoba sprzeciwia się zastrzykowi. Inaczej jest w przypadku szczepionki unoszącej się w powietrzu, która może zostać uwolniona do powietrza bez zgody, a nawet wiedzy społeczeństwa.
Podobną strategię stosuje się w przypadku mRNA krewetek, które są zbyt małe i liczne, aby można je było wstrzykiwać pojedynczo. Zamiast tego stworzono doustną „nanowszczepionkę”, która ma powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa. Shai Ufaz, dyrektor generalny firmy ViAqua, która opracowała tę technologię, stwierdził:
„ Szpryca doustna jest świętym Graalem rozwoju zdrowia w akwakulturze ze względu zarówno na niemożność szczepienia poszczególnych krewetek, jak i na zdolność do znacznego obniżenia kosztów operacyjnych leczenia chorób przy jednoczesnej poprawie wyników …”
Chociaż naukowcy z Yale skupiają się na donosowym produkcie mRNA, wynik jest ten sam — wyeksponować jak najwięcej substancji, jak to możliwe, przy najmniejszych kosztach i wysiłku. Według badania Yale :
„ Wdychalna platforma dla leków informacyjnych RNA (mRNA) umożliwiłaby minimalnie inwazyjne i ukierunkowane na płuca dostarczanie leków w przypadku wielu chorób płuc. Rozwój leków mRNA ukierunkowanych na płuca został ograniczony przez słabą skuteczność transfekcji i ryzyko patologii wywołanej nośnikiem.
Tutaj opisujemy wdychany nośnik na bazie polimeru do dostarczania terapeutycznych mRNA do płuc. Zoptymalizowaliśmy biodegradowalne poli(amino-koestry) (PACE) polipleksy [nanocząstki] do dostarczania mRNA przy użyciu modyfikacji grup końcowych i glikolu polietylenowego. Dzięki tym polipleksom uzyskano wysoką transfekcję mRNA w całym płucu, szczególnie w komórkach nabłonkowych i komórkach prezentujących antygen.
Zastosowaliśmy tę technologię do opracowania szczepionki śluzówkowej przeciwko koronawirusowi 2 ciężkiego ostrego zespołu oddechowego i odkryliśmy, że szczepienie donosowe polipleksami mRNA kodującymi białko kolczaste indukowało silną odporność adaptacyjną komórkową i humoralną oraz chroniło podatne myszy przed śmiertelną prowokacją wirusową. Łącznie wyniki te pokazują potencjał translacyjny polipleksów PACE w zakresie terapeutycznego dostarczania mRNA do płuc”.
Poniższe fragmenty pochodzą od dr Josepha Mercoli , który wyjaśnia swoje obawy dotyczące mRNA unoszącego się w powietrzu
Rząd USA ma już historię uwalniania broni biologicznej
Po złożeniu elementów układanki wyłania się niepokojący obraz. Jak donosi „The Epoch Times”, od dawna rząd Stanów Zjednoczonych podejmował ekstremalne środki, aby nakazać społeczeństwu wprowadzenie szczepień przeciwko Covid-19 i promować je. Obecnie badacze opracowali unoszącą się w powietrzu szczepionkę mRNA, stanowiącą narzędzie umożliwiające szybkie zaszczepienie mas bez ich wiedzy i zgody (źródło ) .
Czy istnieje dowód na to, że rząd lub inna jednostka planuje potajemnie wypuścić na ludność szczepionkę powietrzną? Nie.
Ale istnieje historia przeprowadzania tajnych symulacji broni biologicznej na Amerykanach. W 1950 roku Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych przez sześć dni rozpylała bakterie Serratia marcescens w powietrze w pobliżu San Francisco.
Projekt nazwany „Operacją Sea Spray” miał na celu określenie podatności miasta na atak bronią biologiczną. Serratia marcescens zabarwia wszystko, czego dotknie, jaskrawoczerwoną, co ułatwia śledzenie. Rozprzestrzenił się po całym mieście, gdy mieszkańcy wdychali drobnoustroje z powietrza. Chociaż wojsko amerykańskie początkowo uważało, że Serratia marcescens nie zaszkodzi ludziom, doszło do wybuchu epidemii, w wyniku której u niektórych rozwinęły się infekcje dróg moczowych.
Co najmniej jedna osoba zmarła, „a niektórzy sugerują, że uwolnienie to na zawsze zmieniło ekologię mikrobiologiczną tego obszaru” – podaje Smithsonian Magazine. Nie był to odosobniony przypadek, ponieważ w ciągu następnych 20 lat rząd USA przeprowadził w całych Stanach Zjednoczonych wiele innych eksperymentów. (źródło ).
Tak więc, choć niepokojąca jest myśl o eksperymencie ze szczepionką powietrzną przeprowadzanym na niczego niepodejrzewającym społeczeństwie, nie jest to zjawisko bezprecedensowe.
Dodatkiem do tej historii jest akademickie poparcie dla stosowania obowiązkowych, ukrytych biowzmacniaczy. W czasopiśmie Bioethics Parker Crutchfield z Western Michigan University i Homer Stryker MD School of Medicine omawia biowzmocnienia moralne, które odnoszą się do stosowania środków biomedycznych w celu wywołania poprawy moralnej.
„Konieczne jest moralne wzmocnienie populacji, aby zapobiec ostatecznym szkodom. Biowzmacnianie moralne to potencjalna praktyka wpływania na moralne zachowanie danej osoby poprzez interwencję biologiczną w jej postawy moralne, motywacje lub dyspozycje.
Technologia, która może pozwolić na biowzrost moralny, mieści się w skali od nieistniejącej do rodzącej się, ale typowe przykłady potencjalnych interwencji obejmują uzupełnianie wodociągów środkami farmaceutycznymi wzmacniającymi empatię lub altruizm lub ingerowanie w inny sposób w emocje lub motywacje danej osoby w celu wywarcia wpływu na jej moralne zachowanie.”
Niektórzy twierdzą, że biowzmocnienia moralne powinny być obowiązkowe dla większego dobra. Crutchfield uważa, że to nie wystarczy. Chce też, żeby były ukryte: (źródło) .
„Idę o krok dalej w tym argumencie, argumentując, że jeśli biowzmacnianie moralne powinno być obowiązkowe, to jego administrowanie powinno być raczej tajne niż jawne. Oznacza to, że moralnie lepiej jest, aby obowiązkowe biowzmacnianie moralne było przeprowadzane bez wiedzy odbiorców, że je otrzymują”.
Posunął się nawet do sugestii, że „ukryty, obowiązkowy program lepiej promuje wartości takie jak wolność, użyteczność, równość i autonomia niż program jawny”. ( źródło ).
Mamy więc dowody na poparcie akademickie dla potajemnego udostępniania społeczeństwu leków i innych bioulepszeń. To, w połączeniu z opracowaniem szczepionki mRNA unoszącej się w powietrzu i historią eksperymentów rządu na społeczeństwie, daje niepokojący obraz przyszłości.
Problemy ze szczepionkami mRNA COVID nie ustępują
Oprócz obaw związanych z przenoszeniem drogą powietrzną, zastrzyki mRNA Covid-19 wiążą się ze znacznym ryzykiem – niezależnie od tego, w jaki sposób jesteś narażony. Z komunikatu opublikowanego przez Amerykańskie Centra Kontroli i Zapobiegania Chorobom oraz Agencję ds. Żywności i Leków wynika, że osoby w wieku 65 lat i starsze, które otrzymały zaktualizowany (dwuwalentny) zastrzyk przypominający przeciwko COVID-19 firmy Pfizer, mogą być narażone na zwiększone ryzyko udaru mózgu. ( źródło ).
Co więcej, duże badanie przeprowadzone w Izraelu wykazało, że szczepionka mRNA przeciwko COVID-19 firmy Pfizer wiąże się z trzykrotnie zwiększonym ryzykiem zapalenia mięśnia sercowego, co prowadzi do wystąpienia choroby z częstością od 1 do 5 zdarzeń na 100 000 osób ( źródło ). Po zaszczepieniu Covid-19 zidentyfikowano również inne podwyższone ryzyko, w tym powiększenie węzłów chłonnych (powiększenie węzłów chłonnych), zapalenie wyrostka robaczkowego i półpasiec ( źródło) .
Co najmniej 16 183 osób twierdzi również, że po zaszczepieniu się na Covid-19 wystąpił u nich szum w uszach ( źródło ). Zgłoszenia zostały wprowadzone do bazy danych CDC systemu zgłaszania zdarzeń niepożądanych po szczepionkach (VAERS). Biorąc jednak pod uwagę, że do VAERS zgłaszanych jest kiedykolwiek od 1% do 10% działań niepożądanych, rzeczywista liczba jest prawdopodobnie znacznie wyższa.
To właśnie ze względu na takie ryzyko świadoma zgoda jest niezbędna w przypadku każdej procedury medycznej, w tym szczepień.
Jednakże rozwój wstrzyknięć mRNA unoszących się w powietrzu sprawia, że możliwość odebrania świadomej zgody staje się coraz bardziej realna.
Jan Rokita był niegdyś przyjacielem Donalda Tuska i kandydatem PO na premiera. Jako publicysta „Dziennika Polskiego” ostrzega przed konsekwencjami siłowego przejęcia mediów publicznych. „Ostatnie trzy dni odmieniły kondycję polskiej polityki. Po raz pierwszy od odzyskania wolności konflikt polityczny wysadził ustrojowe bezpieczniki, więc walka o władzę rozlewa się teraz chaotycznie i bez hamulców” – twierdzi.
Kim jest Jan Rokita
Jan Rokita to od wielu lat stały felietonista „Dziennika Polskiego”. Wcześniej był kandydatem PO na premiera w 2005 roku, gdy partia Donalda Tuska szykowała się do koalicji z PiS. Z układu między dwoma największymi partiami po erze rządów SLD nic nie wyszło. Rokita odszedł z polityki w 2007 roku. Nie startował w przedterminowych wyborach. Zajął się publicystyką – pisał felietony na łamach „Dziennika”, komentował rzeczywistość w TVN24 „Biznes i Świat”. W międzyczasie jego teksty można było przeczytać na łamach tygodnika „Sieci”.
Były polityk z Krakowa jest wprost przerażony tym, co od kilku dni dzieje się wokół TVP, PAP i Polskiego Radia. Na mocy sejmowej uchwały i decyzją ministra Bartłomieja Sienkiewicza wymieniono zarządy w spółkach, a także zwolniono dziennikarzy. Wciąż trwa protest starej ekipy TVP i PAP wraz z politykami PiS w siedzibach mediów publicznych.
„(...) najpierw minister kultury obwieścił, że odwołał za jednym zamachem wszystkie władze w mediach państwowych, choć ustawy takie uprawnienie przyznają wyłącznie Radzie Mediów, a nie ministrowi. No a zaraz potem marszałek sejmu pozbawił mandatów poselskich dwóch posłów, ignorując fakt, iż oni zostali przez głowę państwa objęci prawem łaski” – analizuje ostatnie wydarzenia Rokita w „Dzienniku Polskim”.
„Sienkiewicz i Hołownia przechodzą do historii”
„W przypadku pierwszym Sienkiewicz uznał, iż w podejmowaniu decyzji nie przeszkadza mu to, iż kto inny jest legalnie uprawniony do ich podejmowania. W specjalnym komunikacie obwieścił, iż to on reprezentuje państwo, czyli jest właścicielem mediów, może zatem robić w tej mierze wszystko, co chce.
To zupełnie tak, jakby – na przykład – szef policji wkroczył na uniwersytet i oświadczył, że to on odpowiada za porządek w państwie, więc zwalnia z pracy rektora i profesorów, którzy mu nie odpowiadają.
Z kolei w przypadku drugim Hołownia uznał, że aczkolwiek prezydent wydał akt łaski, a nawet przypomniał o tym teraz w specjalnym oświadczeniu, to można spokojnie przejść obok tego faktu, jak gdyby o nim „zapominając”. To znów – jeśliby szukać porównania – tak jakby sąd kazał aresztować złoczyńcę, ale policjant, który ma go odwieźć do aresztu doszedł do wniosku, że gość mu się podoba, więc „zapomni” o nakazie sądu i wypuści złoczyńcę na najbliższym skrzyżowaniu” – porównuje Rokita.
Zdaniem byłego posła i wicepremiera, Hołownia i Sienkiewicz przechodzą do historii jako twórcy precedensu w III RP. „Jest to precedens polegający na odrzuceniu przez władzę ustrojowych reguł gry, ustanowionych po to, aby walka polityczna nie przekształciła się w wolnoamerykankę. Jego trudne do przecenienia znaczenie polega na tym, że mecz toczy się dalej, ale już bez reguł” – pisze.
„Być może więc ustawy nadal w Polsce obowiązują, ale czy wszystkie, czy w całości, i czy aby na pewno? Po przełomie trzech ostatnich dni nikt nie może mieć takiej pewności. To zatem na co możemy liczyć, to już nie pewność znanych do tej pory i zapisanych w prawie reguł. Liczyć możemy już raczej na prywatny strach ludzi władzy, albo działające jeszcze w nich hamulce moralne. Są przecież świadomi tego, że w polityce próba robienia wszystkiego, co się chce, musi w końcu okazać się szaleństwem” – zaznacza Rokita.
Co dzieje się w mediach publicznych?
Jego zdaniem, zrobiło się „ostro i groźnie” w Polsce w ostatnich kilku dniach. Media publiczne wciąż nie funkcjonują w pełni z nowymi zarządami. W siedzibie TAI zjawił się człowiek, który na polecenie nowego prezesa wynosi sprzęt należący do TVP. W budynku PAP z kolei jest policja.
Organizatorzy protestu przeciwko rządowi prezydenta Javiera Milei, który zwołano w Buenos Aires na poświąteczną środę, będą musieli pokryć koszty związane z mobilizacją sił bezpieczeństwa – poinformował rzecznik prezydenta.
Koszt wydatków, obejmujących mobilizację czterech rodzajów sił bezpieczeństwa – policji federalnej, policji miejskiej, policji lotniskowej i żandarmerii – oszacowano na 60 milionów peso, czyli około 73 000 dolarów.
Taki rachunek to efekt nowej ustawy, która nakazuje organizatorom demonstracji „wzięcia odpowiedzialności za wydatki, które ponoszą z podatków wszyscy obywatele” – dodał rzecznik prezydencki.
Dojście do władzy prezydenta-libertarianina Milei spowodowało, że natychmiast po objęciu w grudniu przez niego urzędu, na ulice zaczęli wychodzić związkowcy, lewica, beneficjenci etatyzmu. Rząd zapowiadał, że koszty manifestacji zaczną ponosić organizatorzy.
Lewicy nie podoba się program oszczędnościowy rządu, prywatyzacja, „deperonizacja” systemu i liberalne reformy ekonomiczne. Opozycja już zaczyna mówić o „dyktaturze”.
Minister bezpieczeństwa Patricia Bullrich zapowiada, że użycie sił bezpieczeństwa będzie „niezbędnie minimalne, ale proporcjonalne do zagrożeń”. Nie widzi też powodu, by za spokój na ulicach miał płacić budżet.
Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona
UPADEK EUROPY – II
W zeszłym tygodniu na łamach niniejszych Komentarzy zaprezentowano bez dodatkowych wyjaśnień – na tyle, na ile było to możliwe – streszczenie znakomitego artykułu na temat obecnego opłakanego stanu Francji i Europy, napisanego przez francuskiego nacjonalistę o pseudonimie „Militant”. (Kompletny artykuł można znaleźć na stronie www.jeune-nation.com/nationalisme/natio-france/prenons-un-seul-parti-de-la-france-helleno-chretienne ).
Może się wydawać, że artykuł w czasopiśmie politycznym nie ma wiele wspólnego z kwestiami religijnymi, a przecież to właśnie jest przedmiotem zainteresowania niniejszych Komentarzy. Chcielibyśmy pokazać, że najpoważniejsze problemy ludzkiej polityki nie mogą być rozwiązane bez religii katolickiej. Łatwiej to stwierdzić niż zrobić, ponieważ cała mentalność współczesnego człowieka jest taka, jakoby polityka, ekonomia, sztuka, medycyna, prawo, muzyka, itd. nie miały nic wspólnego z religią, lub religia nie miała z nimi nic wspólnego. Innymi słowy, nawet najlepsze argumenty polityczne nie są wystarczające. Spróbujmy jednak zacząć od jeszcze krótszego podsumowania – zeszłotygodniowego podsumowania artykułu w siedmiu punktach.
1 Francja i Europa upadają. My, nacjonaliści, od dawna przepowiadamy katastrofę.
2 Od lat pięćdziesiątych XX wieku kolejne katastrofy polityczne wywoływały niewielką reakcję opinii publicznej.
3 Od czasów średniowiecza Francja miała w znacznym stopniu korzystny wpływ na cały świat – teraz już nie.
4 Dziś Francja i Europa szybko oddają się w niewolę bankierom z Nowego Jorku i Londynu.
5 Poprzez wojnę zastępczą na Ukrainie USA zniszczyły konkurencję ze strony Europy i Niemiec.
6 Oto koniec świata, ale najwyższe instytucje Francji milczą, są potulne, idą z prądem.
7 Rozwiązanie? W polityce musimy zrobić, co w naszej mocy, i zachować skarby kultury na lepsze czasy.
A teraz zobaczmy, czy to rozwiązanie jest choć trochę pomocne w rozwiązaniu katastrofy, o której mowa na początku.
1 Rzeczywiście, ludzie, którzy kochają swój kraj, nie są zadowoleni z chodzenia we śnie, podczas gdy jest on niszczony. Przynajmniej nacjonaliści dostrzegają poważny problem i biją na alarm, co jest ich zasługą. Ale jeśli mają oczy do patrzenia, muszą uznać, że „polityka” w dzisiejszym rozumieniu jest zepsuta, skończona, kaputt. Dlaczego?
2 Nacjonaliści, obserwując brak reakcji społeczeństwa, powinni zapytać, jak można stworzyć naród z nieuformowanych istot ludzkich? Co niszczy współczesnego człowieka? Co jeszcze może go odnowić? Solidna rodzina i dom? Co polityka może zrobić dla rodziny i domu w porównaniu z religią? Nie ma żadnego porównania!
3 Drodzy Francuzi, spójrzcie dobrze na chwałę Francji w średniowieczu! Jak myślicie, skąd się ona wzięła? Z polityki? Nie ma mowy! Pochodziła od Kościoła, i to nie od francuskich protestantów, ale od Kościoła katolickiego, który otrzymał od Boga wspaniałe dary, aby oświecić świat.
4 Drodzy francuscy Przyjaciele, nie obwiniajcie Anglosasów za wasze własne rewolucje przeciwko Bogu. To tutaj, a nie gdzie indziej, znajduje się zatrute źródło wszystkich waszych problemów politycznych, które teraz zatruwają świat. Drogie problemy nie mają tanich rozwiązań. Zdrada Boga jest problemem, którego nie da się rozwiązać jedynie politycznie!
5 To prawda, że USA i Wielkiej Brytanii można bardzo dużo zarzucić ale Pan Bóg nigdy nie chciał, by stały one na czele narodów. Również samolubnie nacjonalistyczna Francja nie była do tego powołana przez Boga, ale tylko bezinteresownie katolicka Francja, na podobieństwo Arcybiskupa Lefebvre. Zobaczcie, co osiągnęła jego francuska pobożność.
6 Ale dlaczego Francja jest obecnie prowadzona przez takie „niechlubne” jednostki? Ponieważ są to ludzie, na których obecnie głosuje się, jeśli można tak powiedzieć, przez „politykę” w „demokracji”. To samo dzieje się w całej Europie. Współczesny człowiek nie wierzy w Boga czy religię, ale w człowieka i politykę. Czy wynikająca z tego tandeta jest jakimś zaskoczeniem?
7 Nic dziwnego, że dobry nacjonalistyczny pisarz dochodzi do tak słabego rozwiązania. To prawda, że średniowieczni mnisi ukryli skarby kultury antycznej dla dobra całej ludzkości, ale czym się kierowali? Nie polityką, ale religią, która uczyła trwałej wartości Piękna, Dobra i Prawdy.
Oczywiście polityka jest podporządkowana religii lub jej brakowi, a religia lub jej brak rządzi polityką.
Przyczyny nie trzeba daleko szukać. Bóg istnieje, nieskończenie ponad swymi jedynie ludzkimi stworzeniami, i w Nim wszyscy „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” w każdej chwili swego istnienia (Dz 17, 28). Polityka nie może być nigdy tak blisko żadnego żyjącego człowieka. Religia jest bowiem relacją, jaką każdy człowiek musi mieć z Bogiem głęboko w sobie, a polityka jest jedynie zewnętrzną relacją, jaką człowiek ma ze swoimi bliźnimi. Ale jeśli człowiek odrzuca wiarę w Boga, to wówczas polityka staje się dla niego religią zastępczą. Strzeżcie się, nacjonaliści!
Około 200 tys. Ukraińców, którzy uciekli z kraju przed poborem prawdopodobnie straci prawo do ubiegania się o zasiłek dla niepracujących. W Niemczech tzw. Bürgergeld wynosi 450 euro [w 2023 już 502 euro md] . To ma „zachęcić” poborowych do powrotu do domu i wypełnienia obowiązku obrony kraju.
Rozwiązanie zaproponowała CDU. Sprawę opisał portal Merkur, który wskazał, że Ukraińców – dezerterów należy pozbawić świadczeń, aby „mogli odpowiedzieć na wezwanie Ministra Obrony Ukrainy do powrotu do domu, by tam mogli zastąpić żołnierzy frontowych wyczerpanych po dwóch latach trwania wojny”. „CDU, co zrozumiałe, argumentuje, że chodzi o sprawiedliwość wobec przebywających na froncie żołnierzy i ich rodzin” – czytamy.
W ciągu ostatnich dwóch lat tylko do Niemiec zdezerterowało około 200 tys. Ukraińców w wieku poborowym. Jak zauważa portal, niekorzystny przebieg wojny, po części spowodowany zmęczeniem Zachodu, stawia teraz społeczeństwo niemieckie „przed trudnym dylematem: czy zgodzi się na to, że ci ludzie będą uchylać się od obrony swojej ojczyzny i że inni będą musieli za nich ginąć?”.[To gdzie tu, q.., dylemat? md]
Jak stwierdza Merkur, znalezienie prostej odpowiedzi nie jest łatwe, szczególnie w sytuacji gdy Rosja formalnie nie wypowiedziała Ukrainie wojny, a agresję określiła mianem „operacji specjalnej”.
Minister sprawiedliwości Marco Buschmann (FDP) uznał, że rząd federalny „nie może i nie będzie zmuszał nikogo do służby wojskowej”. „Faktem jednak jest, że setki tysięcy Ukraińców zdolnych do służby wojskowej opuściły swój kraj, co nie pomaga ani walczącej o przetrwanie Ukrainie, ani europejskim krajom goszczącym uchodźców i ich obywatelom, którzy ponoszą już znaczne obciążenia finansowe związane z dostawami broni na Ukrainę” – napisał Merkur.
Decyzją nowego wojewody lubelskiego – Krzysztofa Komorskiego z Platformy Obywatelskiej, zdjęto krzyż w Urzędzie Wojewódzkim, a na jego miejsce wywieszono flagi Unii Europejskiej.
Nowy, PO-wski wojewoda ściągnął krzyż z Urzędu Wojewódzkiego. W związku ze zmianą rządu w Polsce premier Donald Tusk powołał nowych wojewodów. W województwie lubelskim stanowisko to objął Krzysztof Komorowski z Platformy Obywatelskiej. Wśród pierwszych decyzji nowego wojewody było zdjęcie krzyża ze ściany urzędu i wprowadzenia do sali reprezentacyjnej flag Unii Europejskiej. Według wojewody ta zmiana jest „rutynowym działaniem”.
„Przed rozpoczęciem tej konferencji poprosiłem o zdjęcie krzyża i przygotowanie do wyniesienia flag unijnych. Nie jest to działanie obliczone na jakiś, broń Boże, happening polityczny. To normalna czynność, która dla mnie, jako urzędnika, jest czymś zwyczajnym. Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego”.
Nie ma żadnej sztucznej inteligencji AI – to inteligentny projekt, efekt myśli wielu ludzi o nieprzeciętnej inteligencji. Ani krzty inteligencji, ani krzty inwencji.
===========================
Nie ma żadnej sztucznej inteligencji ! Media wciskają wam kit i operują mózgi tak, że nawet tego nie zauważacie.
AI lub jej flagowy produkt czyli ChatGPT jest „bardzo inteligentnym programem w tym sensie, że jest wyjątkowo inteligentnym projektem, efektem zbiorowej myśli wielu ludzi o nieprzeciętnej inteligencji. Natomiast program sam w sobie nie ma ani krzty inteligencji, ani krzty inwencji. Jest takim samym programem jak każdy inny program reagujący na polecenia użytkownika (input) dokładnie według wcześniej przygotowanych przez programistów, ściśle określonych instrukcji.
GPT jest skrótem nazwy generative pre-trained transformer, co ujmuje zasadnicze cechy konstrukcji tego programu komputerowego. Generuje on teksty za pomocą techniki obliczeniowej zwanej „siecią neuronową typu transformer”, a parametry sieci zostały ustalone poprzez wcześniejsze jej „trenowanie” na przykładach z olbrzymiej bazy danych tekstowych.
Sztuczna sieć neuronowa to model obliczeń wzorowany luźno na sieci neuronów w mózgu.
W stosunku do rzeczywistej sieci neuronowej w mózgu model ten jest dużym uproszczeniem i nie jest w stanie symulować pracy mózgu (przede wszystkim dlatego, że rzeczywiste mechanizmy działania mózgu i zachodzące w nim zjawiska są nam w przeważającej mierze nieznane).”