Policja na proteście przewoźników w Dorohusku. / foto: screen X: @MeklerRafal (kolaż)
W poniedziałek wójt Wojciech Sawa zadecydował o rozwiązaniu protestu polskich przewoźników na granicy w Dorohusku. Późnym wieczorem do akcji wkroczyła policja. W sieci pojawiły się nagrania „dantejskich scen”, jakie miały miejsce w Dorohusku.
„Wójt gminy Dorohusk wydał decyzję o rozwiązaniu zgromadzenia. Osoby protestujące powoli opuszczają już miejsce. Ruch zaczyna wracać do normy” – przekazała sierż. szt. Angelika Głąb-Kunysz z chełmskiej policji.
Sekretarz gminy Dorohusk Katarzyna Rafalska powiedziała, że protestujący otrzymali w poniedziałek dwa ostrzeżenia od wójta, żeby sami zakończyli protest, bo w przeciwnym razie zostanie wydana decyzja o rozwiązaniu zgromadzenia.
Około godz. 14 wójt Wojciech Sawa pojechał na granicę, żeby przeczytać protestującym decyzję o rozwiązaniu protestu. W ciągu 72 godzin zostanie im ona przekazana na piśmie. Protestujący mają od poniedziałku 7 dni na odwołanie się od tej decyzji do Sądu Okręgowego w Lublinie.
„Ukraincy kilka godzin temu pisali w ich mediach że jutro będzie odblokowane przejście w Hrebennem. Przed chwilą pojawiła się informacja że jutro będą podjęte takie kroki. Ukraińcy wiedzą wcześniej jakie kroki podejmą nasze władze″ – napisał na portalu X Rafał Mekler.
Późnym wieczorem w sieci pojawiły się nagrania „dantejskich scen”, do jakich doszło na granicy polsko-ukraińskiej. „Policja przeprowadza drogą pod zakaz 5t. Przewoźnicy chcieli zablokować przejazd, na co policja ustawiła kordon z tarcz. Polska 2023” – poinformował Mekler.
„Tak zwana polska policja broni przed polskimi przedsiębiorcami ukraińskich przewoźników, którzy, jak widać, wiozą na Ukrainę artykuły pierwszej potrzeby. To, co się dzisiaj wydarzyło na granicy polsko-ukraińskiej, jest zwyczajnie hańbą polskiego państwa, które broni policyjnymi tarczami obcego interesu. Dla mnie absolutnie porażające” – skomentował wydarzenia na proteście przewoźników publicysta Łukasz Warzecha.
„Takie rzeczy nie dzieją się przypadkiem. Rząd PiS przygotował operację i wydał polecenie realizacji po głosowaniu o zmianie premiera?” – pyta z kolei wicemarszałek Krzysztof Bosak z Konfederacji.
Nad ranem poseł Krzysztof Mulawa, który w nocy był na miejscu, poinformował za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych, że „wraca z Dorohuska. Policja ma wyraźne nakazy (nie chcą podać odpowiedzialnego) żeby udrażniać granicę łamiąc przepisy o przepuszczaniu (!) ukraińskich ciągników drogami nieprzystosowanymi. Interweniowałem i udało się zablokować kolejne partię ukraińskich aut”.
Dzisiejsze media obfitują w nagłówki zawierające słowo „niesamowite”. W ten sposób wydawcy chcąc przyciągnąć widza – i często im się udaje. Jednak to, co reklamowane jest jako niesamowite, często okazuje się zwykłą tanią sensacją lub rzeczą zupełnie niewartą uwagi. Wizerunek Matki Bożej z Guadalupe, na kawałku meksykańskiego ubrania – tilmy – jest naprawdę niesamowity. Naprawdę niesamowity! Zobacz dlaczego.
1. To niemożliwe, by człowiek mógł go odtworzyć!
Tilma – wykonana głównie z włókien kaktusowych, była zazwyczaj bardzo słabej jakości i miała szorstką powierzchnię, co utrudniało jej noszenie, a tym bardziej utrudniało namalowanie na niej trwałego obrazu.
Niemniej jednak, obraz Matki Bożej powstał i istnieje do dziś, a naukowcy, którzy go badali twierdzą, że w czasie gdy powstawał nie znano techniki stosowanej do obróbki powierzchni. Powierzchnia, na której znajduje się obraz w dotyku przypomina jedwab, podczas gdy niewykorzystana część tilmy pozostaje gruba i chropowata.
Co więcej, eksperci od fotografii w podczerwieni studiujący tilmę pod koniec lat 70. XX wieku, stwierdzili, że nie można tam zobaczyć pociągnięć pędzlem, tak jakby obraz był „nakładany” na powierzchnię jednorazowo.
Phillip Callahan, biofizyk z Uniwersytetu Florydy odkrył, że różnice w fakturze i zabarwieniu, które powodują, że skóra Matki Bożej wygląda inaczej z bliska i z daleka, są niemożliwe do odtworzenia! Taka technika byłaby czymś niemożliwym do zrealizowania przez ludzi. Często zjawisko to występuje w przyrodzie, w barwie piór ptaków i łusek motylkowych, albo jaskrawo kolorowych chrząszczy. Mówiąc precyzyjnie, chodzi o to, że gdy powoli oddalamy wzrok od obrazu, na odległość mierzoną w milimetrach, gdzie pigment i rzeźba powierzchni mieszają się ze sobą, wydaje się, jakby warstwa farby… unosiła się nad materiałem.
To, wraz z nieco zmieniającymi się kolorami w zależności od kąta, pod jakim patrzymy na obraz, i fakt, że farby użyte do stworzenia obrazu nie zawierają elementów odzwierzęcych czy mineralnych (a przecież syntetyczne barwniki nie istniały w 1531 roku), dostarcza nam wielu powodów do zdumienia!
To po prostu niesamowite.
2. Ludzie mówią, że to tylko obraz, ale tilma przeżył ich wszystkich, nie tracąc na jakości
Jedną z najczęściej powtarzanych przez sceptyków rzeczy, jest sugestia, że wizerunek musi być jakimś rodzajem fałszerstwa. Jednak po każdej próbie odtworzenia obrazu, podczas gdy oryginał nigdy nie wydaje się blaknąć, duplikaty uległy pogorszeniu w krótkim czasie.
Miguel Cabrera, artysta z połowy XVIII wieku, wykonał trzy z najbardziej znanych kopii – jedną dla arcybiskupa, jedną dla papieża, jedną dla siebie. Napisał kiedyś o trudnościach w odtworzeniu obrazu nawet na najlepszych powierzchniach: „Wierzę, że najbardziej utalentowany i ostrożny malarz, gdyby chciał wykonać kopię tego świętego obrazu na płótnie o tak złej jakości, przyznałby wreszcie po wielkich bólach, że mu się to nie udało. Można to wyraźnie sprawdzić w licznych egzemplarzach, które zostały wykonane z wykorzystaniem lakieru, na starannie przygotowanych płótnach, przy użyciu tylko jednego medium, oleju, który oferuje największe udogodnienia”.
Adolfo Orozco, fizyk z Narodowego Uniwersytetu Meksykańskiego, mówił w 2009 roku o niezwykłej warstwie ochronnej tilmy, którą najłatwiej dostrzec porównując ją do jej licznych kopii.
Jeden z egzemplarzy, wykonany w 1789 roku, został namalowany na podobnej powierzchni przy użyciu najlepszych dostępnych wówczas technik, a następnie zamknięty za szkłem i przechowywany obok właściwej tilmy. Po namalowaniu wyglądał pięknie, ale nie minęło osiem lat, a gorący i wilgotny klimat Meksyku spowodował, że duplikat zaczął zanikać i strzępić się. Wkrótce został wyrzucony.
Jednak, jak powiedział Orozco, żadne naukowe wytłumaczenie tego nie jest możliwe, ponieważ „oryginalna tilma była wystawiona na działanie promieni podczerwonych i ultrafioletowych przez około 116 lat i pozbawiona jakiejkolwiek ochrony, otrzymując całą podczerwień i promieniowanie ultrafioletowe z dziesiątek tysięcy świec w jej pobliżu i wystawiona na działanie wilgotnego i słonego powietrza wokół świątyni”.
To niesamowite!
3. Tilma wykazała cechy zaskakująco podobne do… ludzkiego ciała
W 1979 roku, gdy Callahan, biofizyk z Florydy, analizował tilmę przy użyciu podczerwieni, odkrył również, że tilma utrzymuje stałą temperaturę około 37 stopni Celsjusza, taką samą jak temperatura ciała żywego człowieka.
Kiedy Carlos Fernandez del Castillo, meksykański ginekolog, zbadał tilmę, po raz pierwszy zauważył namalowany tam czteropłatkowy kwiat nad tym, co było łonem Maryi. Kwiat, nazwany przez Azteków Nahui Ollin, był symbolem słońca i symbolem pełni.
Po dalszych badaniach Castillo doszedł do wniosku, że wymiary ciała Matki Bożej na obrazie to wymiary ciała matki spodziewającej się porodu w niedługim czasie. 9 grudnia, dzień odsłonięcia, to zaledwie dwa tygodnie od Bożego Narodzenia.
Jednym z najczęstszych atrybutów i najczęściej badanych fragmentów obrazu są oczy Dziewicy.
Kiedy Jose Aste Tonsmann, peruwiański okulista, przeprowadził badanie, jednym z jego testów było zbadanie oczu narysowanych na tilmie przy powiększeniu 2.500 razy. Dzięki obrazom powiększonych oczu, naukowiec miał podobno zidentyfikować obraz aż 13… osób w obu oczach.
Być może jest to coś w rodzaju fotografii tamtej chwili, w której Juan Diego rozwinął tilmę przed arcybiskupem.
To jest niesamowite!
4. Wydaje się, że tilma jest praktycznie niezniszczalna
Na przestrzeni wieków dwa wydarzenia mogły zaszkodzić tilmie, jedno w 1785 roku i jedno w 1921 roku.
W 1785 r. robotnik oczyszczał szklaną obudowę obrazu i przypadkowo rozlał na dużą część obrazu silny rozpuszczalnik – kwas azotowy.
Obraz i reszta tilmy, która powinna była zostać rozpuszczona niemal natychmiast po rozlaniu, podobno samoistnie, odrestaurowały się w ciągu następnych 30 dni i pozostają nienaruszone do dnia dzisiejszego, poza małymi plamami.
W 1921 roku szalony antyklerykał ukrył bombę zawierającą 29 lasek dynamitu w garnku z różami i umieścił ją przed obrazem wewnątrz bazyliki na Guadalupe. Kiedy bomba wybuchła, rozbiła się marmurowa szyna ołtarzowa i okna. Zniszczeniu uległ też potężny mosiężny krucyfiks. Ale tilma i jej szklana obudowa pozostały nienaruszone.
Po uzyskaniu przez Donalda Tuska wotum zaufania w sejmowym głosowaniu, gdy marszałek Sejmu Szymon Hołownia ogłaszał zakończenie rozpatrywanie punktów obrad zaplanowanych na dzień dzisiejszy, na mównicę sejmową wszedł Jarosław Kaczyński i zarzucił Tuskowi, że ten jest niemieckim agentem.
Prezes PiS wszedł na mównicę, a pytany o to, w jakim trybie chce wystąpić, odpowiedział, że „jest taki tryb, jeśli ktoś kogoś obraża”.
„Ja nie wiem, kim byli pana dziadkowie, ale wiem jedno, pan jest niemieckim agentem, po prostu niemieckim agentem” – powiedział Kaczyński zwracając się do Donalda Tuska.
Na Różańcu świętym będziemy się modlić wraz z Maryja Królową Polski o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.
BIAŁYSTOK – O godz. 13.30 wyruszymy sprzed Katedry (ul. Kościelna 2), przejdziemy Rynkiem Kościuszki, ul. Lipową do Bazyliki Mniejszej p. w. św. Rocha.
===============================
POZNAŃ – początek o godz. 12.30 Msza Święta za Ojczyznę w Sanktuarium Bożego Ciała przy ul. Krakowskiej. Po Mszy Świętej Pokutny Marsz Różańcowy poprowadzi Ojciec Jerzy Garda. Zakończenie u Ojców Franciszkanów w Sanktuarium Matki Boskiej w Cudy Wielmożnej na Wzgórzu Przemysła.
ZAMOŚĆ – o godz. 15.00 Koronka do Miłosierdzia Bożego, po modlitwie wyruszy spod kościoła św. Katarzyny Pokutny Marsz Różańcowy.
Msza Święta za Ojczyznę w Kościele Rektoralnym Świętej Katarzyny, ul. Kolegiacka 3 o godz. 17.00
Krucjata Różańcowa za Ojczyznę prosi: Z Maryją Królową Polski módlmy się o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
Jako przedstawiciele Kościoła walczącego wychodzimy na Pokutny Marsz Różańcowy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii aby Chrystus Król został INTRONIZOWANY skoro On tego chce. I jak tego chce! 17 grudnia ok. godz.11:00 spod kościoła św. Andrzeja Boboli w Łomży wyruszymy z modlitwą, a pod figurą Chrystusa Króla zawierzymy Matkę-Kościół i Matkę-Ojczyznę Chrystusowi Królowi Polski i Jego Matce
O godz.10:00 Msza Św. w intencji Ojczyzny i PODJĘCIA przez naród POKUTY bo Polska poganieje i wymiera!
Aby Chrystus Król odnowił Polskę!
Krucjata Różańcowa za Ojczyznę DOŁĄCZ: https://krucjatarozancowazaojczyzne.pl/
Był upalny dzień, zapyloną drogą wijąca się gdzieś hen, daleko, w stronę horyzontu, wędrowało dwóch mężczyzn. Niby podążali w tym samym kierunku, niby szli blisko siebie, ale przecież nie byli towarzyszami podróży. Od czasu do czasu tylko jeden z nich łypał na drugiego złym okiem, wędrowali jednak w milczeniu.
Słońce prażyło niemiłosiernie, jakby chciało świat spopielić, cała przyroda dyszała ciężko, ale na tych dwóch nie widać było najmniejszego nawet śladu zmęczenia. Kiedy jednak spotkali spory zagajnik starodrzewu, zboczyli z drogi i weszli w jego mroczną głąb, aby postronny obserwator mógł uznać, że nie do końca tak jest i że jednak szukają cienia, a w cieniu wytchnienia i ulgi. Wędrowcy nie zwolnili jednak tempa marszu i nadal stawiali pewne, długie kroki, jakby doskonale wiedzieli, dokąd mają dotrzeć. I wreszcie dotarli. Dotarli do polany zarosłej trawą i ziołami, na której środku rosło samotne drzewo. Było jeszcze dość młode, ale piękne, wysmukłe i z wyglądu krzepkie.
Pierwszy z wędrowców, ten, który przez cały czas trzymał się lewej strony drogi, zbliżył się do niego, ogarnął je pieszczotliwym wzrokiem, pogładził chropawą korę i wyrył na niej znak trójkąta, tak jakby brał je w posiadanie i cechował swoim znamieniem. Może planował później je wyciąć i wykorzystać do czegoś? Pewnie tak było.
Kiedy pierwszy z wędrowców odszedł, a jego sylwetka zagubiła się gdzieś pomiędzy pniami starodrzewu, drugi mężczyzna, ten, który wcześniej trzymał się prawej strony drogi, stojący dotąd z boku, teraz podszedł do pnia, ogarnął go smutnym wzrokiem, objął ramionami, dłonią przesunął po znaku trójkąta, który pod tym dotykiem znikł, a na koniec ukląkł, skłonił głowę i wsparł się czołem o szorstką korę. A wtedy listki na drzewie poczęły drżeć, jakby w przeczuciu zbliżającej się burzy…
W końcu i drugi z wędrowców dźwignął się na nogi i ruszył w tę samą stronę co ów, który pierwszy się oddalił… a po paru chwilach i on jakby rozsnuł się śród kolumnady pni…
Niebo się zmroczyło, gwałtowny podmuch wichru raz i drugi szarpnął konarami samotnika rosnącego na środku polany, strącił z nich dobrą przygarść liści, zakręcił nimi w jakimś szalonym wirze, a potem ustał i ucichł…
* * *
– Spójrz synu, jakie zgrabne drzewo! Zetnijmy je, będą ze dwie belki na powałę domu. Tyle że jedna dłuższa, a druga krótsza, więcej się z tego nie wyciosa.
Słowa te wyrzekł stary brodaty, posiwiały i już lekko przygarbiony od znojnej, ciężkiej roboty, choć w miarę krzepki jeszcze mężczyzna, dźwigający ciesielską siekierę. A skierował je do towarzyszącego mu wysokiego, z wyglądu silnego i nad wyraz proporcjonalnie zbudowanego młodzieńca, który tak na oko mógł mieć jakieś 20–23 lata, który niósł piłę. Taką zwykłą, dwuchwytową, o potocznej nazwie „moja, twoja”.
– Nie – ono jeszcze nie dojrzało, jeszcze nie nadszedł jego czas. Drzewo tylko tak dorodnie wygląda, ale jak się je ociosze, zesłabnie i nie udźwignie tego ciężaru, jaki ma się na nim utrzymać. Niech jeszcze pożyje…
* * *
Gdy drzewo dojrzało, to ścięto je i z grubsza oczyszczono. Konary i drobniejsze gałązki zebrano w stos i spalono, iżby wiatr, rozwiawszy popiół, użyźnił dookolną glebę. A potem smukły pień powieziono do warsztatu cieśli.
Nie był to już ten warsztat, co jeszcze przed kilku laty, stary majster bowiem umarł, a młody w pojedynkę nie mógł brać tylu zleceń, ile ich brali we dwóch. Zresztą młody postanowił rzucić ciesielkę, nie była ona bowiem jego misją, a było nią coś zgoła innego…
Kiedy przywlekli mu ten pień i wyprzęgli suchotniczego, zabiedzonego konika, który go z trudem przyciągnął, młody cieśla najpierw, jakby na przywitanie, lekko dmuchnął szkapinie w chrapy, niezwykle delikatnie i czule pogładził ją po nich, przytulił swój policzek do łba zwierzęcia, poklepał je po szyi i zwrócił się do stojącej nieopodal wyglądającej na jakieś czterdzieści kilka lat kobiety:
– Mamo, bardzo cię proszę, przynieś trochę miodu. Tego, co to już się zestalił i stwardniał. Odłup go nieco, ale nie skąp, daj tak od serca, dobrze?
Sam zaś nadal głaskał konia i szeptał mu coś do ucha. Matka przyniosła spory kęs zbrylonego miodu. Podziękował jej spojrzeniem.
– No, staruszku, skosztujże jakie to pyszne, podetknął koniowi słodką i wonną bryłkę pod sam pysk.
A ów wziął ją delikatnie aksamitnymi wargami i przez jakiś czas międlił językiem, jakby rozkoszując się smakiem, aż w końcu przełknął.
– Smaczne było, staruszku? Pewnie nigdy czegoś takiego w swoim smutnym życiu nie próbowałeś…
Koń jakby rozumiejąc, zarżał cichuśko.
Zobaczywszy to czarny kot i rudawy pies popędziły teraz na wyprzódki, kot, by otrzeć się o nogi młodego cieśli, a pies, by podstawić mu łeb do pogłaskania, bo każdy chciał dostać swoją porcję czułości.
– No już, już, wystarczy – mówił cieśla, ale nie odmawiał im pieszczot.
A kiedy zwierzaki wreszcie odbiegły, każdy w swoją stronę, zwrócił się do ludzi, którzy dostarczyli mu surowy pień drzewa.
– To już ostatnia robota, jaką biorę. Następną zlecajcie komuś innemu.
– Ale ty jesteś najlepszym cieślą na całą okolicę!
– To już ostatnia robota, jaką biorę – powtórzył dobitnie. – Powiedzcie mi tylko, co mam zrobić z tego pnia?
– Gładko ociosaj w kant, podziel na dwie części – dłuższą i krótszą, wyżłób zakłady na poprzeczne łączenie… tyle…
– Zatem mam zrobić… krzyż?…
– Właśnie…
* * *
Gdy już młody cieśla, którego teraz nazywano nauczycielem, po trzech latach wędrówek i nieustannego opowiadania o miłości, prawdzie i dobru znów dotarł przed kolejną Paschą do świętego miasta Jeruzalem, witany przez tłumy niczym król, chociaż jechał na oklep na oślątku, źrebięciu oślicy, i to na dodatek jeszcze pożyczonym, nie zaś na szlachetnym arabskim rumaku przybranym w złoty czaprak, tak wystraszył tych, którzy mieli władzę, pieniądze i rządy dusz, iż umyślili sobie, aby go zgładzić. Postanowili więc unicestwić raz na zawsze dobro, miłość, prawdę i życie.
A kiedy już go opluli, kiedy wyszydzili, kiedy sponiewierali, skatowali, to nałożyli mu na barki starannie ociosaną belkę. Od razu wyczuł pod palcami własną robotę. Przymknął oczy, lekko się zachwiał pod ciężarem i powoli wyruszył w swą ostatnią drogę…
Tłumy pobożnych, rozsądnych i przyzwoitych zebrane w podwójnym szpalerze wzdłuż trasy wiodącej na Miejsce Czaszki, szydziły z niego i ryczały ze śmiechu… garstka niewiast płakała… a z tych dwunastu mężczyzn, którzy mu byli uczniami, przyjaciółmi, synami nieomal, raptem tylko jeden nie uciekł w popłochu, drugi zaś, ten co go zdradził i sprzedał za garść grosiwa, ten się był już zdążył powiesić w rozpaczy…
I mijał go też konik, ten sam zabiedzony, który ongiś przyciągnął pień, a któremu dał skosztować słodyczy miodu… i chciał konik pomóc, chciał ten pień łbem podeprzeć, chciał ulżyć umęczonemu, zaczął więc rozpychać zwarty szereg gapiów, już był tuż–tuż, tuż–tuż, ale właściciel smagnął go rzemiennym batem raz, drugi, dziesiąty klnąc przy tym głośno i ordynarnie… i upadł konik na kolana… i serce mu pękło…
* * *
Wisiał obnażony między niebem a ziemią. Wisiał na drzewie, które ongiś napotkał w lesie, na drzewie, które sam ociosał, na drzewie hańby, między złoczyńcami. Przybity za ręce i nogi wielkimi gwoździami z kutego żelaza o tępych kwadratowych łbach…
A tuż przy jego stopach stała matka i jedyny uczeń, który się nie uląkł, ani się też swojego mistrza nie powstydził. W ich twarzach dało się wyczytać udrękę, lecz oczy mieli suche. Może już wszystkie łzy wypłakali? Kto to wie?…
Omijając nogi rozlicznych gapiów, próbował podpełznąć do krzyża rudawy kundelek, lecz jakiś pobożny lewita wymierzył mu tak potężnego kopniaka, że pies ze skowytem runął na kamieniste zbocze, kalecząc boki i łamiąc żebro.
A zawieszony na drzewie, uprażony na słońcu, spragniony, napojony octem i żółcią, by mu jeszcze przydać męki, zawołał wielkim głosem:
– Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił?!
Kundelek znów podjął próbę, by podpełznąć do stóp swego pana i znów kolejny kopniak odrzucił go precz…
A zawieszony na drzewie, mimo bólu rozdzierającego mu całe ciało, rozejrzał się wokół. W słońcu srebrzyły się gaje oliwne, gdzieś, hen, za miastem, zieleniały połacie pól porosłych młodziuchną pszenicą, w powietrzu smużył się zapach wiosennych kwiatów… wtedy przymknął oczy, pojedyncza łza stoczyła się po policzku, po raz ostatni wypuścił powietrze z płuc i zwiesił głowę na piersi… bo w końcu ból rozdarł mu serce na strzępy…
Ciało osunęło się bezwładnie, a wtedy żołnierze podeszli… i zobaczyli, że już umarł, więc nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda.
I tak wisiał na tym drzewie hańby, aż słońce się zaćmiło, aż ziemia zadrżała, aż zasłona w świątyni rozdarła się na dwoje… aż cała natura skamieniała zdjęta grozą… aż ptaki zamilkły i nawet wiatr wstrzymał oddech… i tylko jeden, jedyny pies, który wreszcie doczołgał się do stóp Zamordowanego, patrząc w oczy jego matki, zawył długo i przeciągle, ale tylko jeden, jedyny raz…
Tymczasem on wciąż wisiał na krzyżu, na drzewie hańby… A wiatr, który łagodnie owiewał Jego przesycone gorączką ciało, które jeszcze nie zdążyło ostygnąć, wstawiał się za Nim u owego Drzewa, które już drzewem hańby być przestało, błagając drżącym i świszczącym głosem:
Skłoń gałązki, drzewo święte, ulżyj członkom tak rozpiętym.
Odmień teraz oną srogość, którąś miało z przyrodzenia.
Spuść lekuchno i cichuchno Ciało Króla Niebieskiego…
– Zaiste, ten był Synem Bożym – zbielałymi ze strachu wargami wyszeptał rzymski setnik, ów, który włócznią przebił Mu bok. Powtórzył to raz jeszcze, wycierając krew, która trysnęła z boku skazańca na jego chore, zarastające powoli bielmem, oczy. A one w jednej chwili odzyskały całą jasność i całą moc i całą ostrość widzenia, bo ta krew je uleczyła!
– Oj, a jakże mi to udowodnisz? Synem Bożym, zaraz Synem Bożym… – uczony w Piśmie nachalnie schwycił żołnierza za rękę. – No, udowodnij, że był Synem Bożym. To tylko twoja wiara, a ta nie ma nic wspólnego z wiedzą. No… to, co mi na to odpowiesz?…
Rzymianin szarpnął się gwałtownie.
– Odejdź! Zostaw!
– Ale… wiara… wiedza… nie musisz wierzyć… dam ci wiedzę… będziesz wiedział… Nie masz wiedzy, jesteś jak ślepiec… błądzisz po omacku… ja ci dam wiedzę! Będziesz znał dobro i zło.
Lecz żołnierz, który właśnie odzyskał wzrok, już nie słuchał parskającego śliną i gwałtownie gestykulującego natręta. Szybkim, sprężystym krokiem podszedł do matki Ukrzyżowanego i do młodzieńca, który jej towarzyszył.
– Posłuchajcie, zrobiłem, co musiałem. Jestem żołnierzem… Czy możecie mi wybaczyć?…
– Wiem. Jak ci na imię, synu? – zapytała kobieta.
– Longinus… – zawahał się przez chwilę, a potem dodał – matko…
* * *
Przed pieczarą grobową, do której wejście zakryto potężnym okrągłym głazem, płonęło niewielkie ognisko. Skądś z zarośli, dobiegały tajemnicze szepty nocy, jakieś trzaski, ptasie kwilenia, pohukiwanie sów, widać było niewyraźne cienie drgające na żwirowej ścieżce prowadzącej w głąb ogrodu.
Rzymscy żołnierze, pod wodzą setnika Longinusa, trzymali straż. Tak im nakazano. Zimno było, więc każdy chciał się znaleźć jak najbliżej ognia.
Naraz coś poruszyło się w krzakach, dało się słyszeć trzask łamanych suchych gałązek. Jeden z Rzymian gwałtownie powstał i zacisnął dłoń na rękojeści krótkiego miecza zwanego gladius, wpatrując się w ciemność, z której dobiegły te niepokojące odgłosy. Ale zaraz odetchnął z ulgą, widząc, że to tylko pies, ten sam pies, który był na Golgocie, a teraz, choć pobity i pokrwawiony, przywlókł się do grobu swojego Pana.
Żołdacy zaczęli ciskać w niego kamieniami, ale kundelek nie dawał się odpędzić. Odbiegał nieco tylko na bezpieczną odległość, a potem z uporem znów pełzł, przywierając brzuszkiem do ziemi, w stronę kamienia tarasującego wejście do grobu.
– Dajcież mu już spokój – powiedział Longinus. – Popatrzcie, bezrozumne stworzenie, a jakie wierne, jakie oddane. Chodź, no chodź do mnie – wyciągnął rękę w stronę zwierzęcia, chodź tu i zagrzej się, bo i ty zmarzłeś.
Pies nieufnie popatrzył na żołnierzy, ale ostatecznie posłuchał i zbliżył się do ognia. Położył się na brzuchu, wyciągnął przednie łapy i wsparł o nie łeb. Nie spał. Szeroko otwartymi brązowymi oczami wpatrywał się w kamień tarasujący wejście do pieczary. Jakby na coś czekał.
Czas płynął wolno, ale wreszcie niebo na wschodzie zaczęło lekko szarzeć. I naraz… ni stąd, ni zowąd… w mgnieniu oka zrobiło się widno niczym w upalne południe, ale tylko w pobliżu grobowca. Nie wiedzieć skąd pojawili się jacyś młodzi mężczyźni, w jaśniejących szatach, z których przy każdym poruszeniu wydobywały się ogniste refleksy i rozświetlał je blask i lśniły niczym błyski zwiastujące nadchodzącą burzę. Jeden skinął dłonią, a kamień grobowy sam z siebie z hukiem się odtoczył i runął na płask, odsłaniając wnętrze pieczary. Wtedy z jej mrocznego wnętrza wykwitł tak potężny strumień złocistobiałej światłości, jakby to samo słońce na niebie eksplodowało.
Oślepieni i wystraszeni strażnicy, odrzuceni tym blaskiem precz od grobu, upadli na ziemię tracąc przytomność. Tylko Longinus trwał świadomy na tym samym miejscu nieporuszony, pies zaś z radosnym skomleniem rzucił się w stronę wejścia do pieczary. Wtedy jeden z młodzieńców w świetlanych szatach przytrzymał go za kark, a potem wziął na ręce. I już nie było widać psa, który jakby roztopił się w nieziemskim blasku, choć jeszcze przez jakiś czas dało się słyszeć jego szczęśliwe, przepełnione radością skomlenie i poszczekiwanie…
Wasz specjalny, parlamentarny sprawozdawca ma zaszczyt przedstawić Wam stenogram exposé premiera Mateusza Morawieckiego. W kilku miejscach mogą być nieścisłości, którymi opłaciłem chęć jak najszybszego dostarczenia Wam relacji. Zapraszam do pełnej empatii lektury.
EXPOSEPPUKU
Drodzy Rodacy, i tacy i tacy. Rodacy i Rodaczki! Czworacy i Czworaczki!
Staję tu przed wami z podniesionym czołem. To nie my wybieramy. To Polska nas wybiera. Polska to miłość. Nie urząd. Jesteśmy zobowiązani dla naszych wnuków, prawnuków i praprawnuków. Nikt nie żyje w próżni. No, może z wyjątkiem kilku bakterii, ale i to nie jest pewne. Nie będzie naszej zgody. Na prawie wszystko. Ale podpiszemy wszystko. Bez zgody. Z miłością. Dla przyszłych pokoleń.
Nie pozwolimy na odbieranie kompetencji naszemu krajowi. Wprawdzie przez 8 lat pozwalaliśmy, ale teraz nie będzie naszej zgody. Na pewno zrobią co chcą, fir dojczland, ale bez naszej zgody. Bo my dumnie kroczymy w przyszłość. Budując polską drogę do wielkości filmu, który wam wyświetlaliśmy. Dziś taśma filmowa się urwała. Powiem więcej, Polacy zasługują na politykę wiarygodności a nie wiarołomności i taśmozerwaności. Show must go on. We are the champions. Jak zapowiada od lat premier Jarosław Kaczyński, brat profesora, prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Odpowiedzialność, to jest to dla nas najważniejsze. Dziś świat stawia przed nami wyzwania jak budować Polskę, z której nasze dzieci nie będą wyjeżdżały. Jak polepszać los seniorów, juniorów i tych pośrodku.
Szanowni Rodacy, droga izbo, droga chatko Baby Jagi na kaczej stopce. Mamy dość wiązania końca z końcem. Od dziś, albo od jutra będziemy wiązać początek z końcem albo nawet koniec z końcem.
Koniec z umowami śmieciowymi i z mafiami śmieciowymi i ze zmorą bezrobocia. Zatrudnimy was przy sortowaniu śmieci. Nie będzie Niemiec nam pluł w twarz śmieciami. Polacy mogą polegać na swoim państwie, które zlikwidowaliśmy walcząc o suwerenność. Dzisiaj pod naszym sukcesem chcą podpisać się wszyscy. To cywilizacyjna zmiana. W procencie do PKB, oczywiście.
Oni wyprzedali i zagarnęli. My zagarnęliśmy i wyprzedaliśmy – to różnica cywilizacyjna.
Sami możemy wyznaczać trendy w europejskiej polityce. Wyrwać Polskę z pułapek – to nasze hasło. Unia chce nas pochłonąć, ale my ją zmienimy od środka. Zmienimy Sasinem, Kujdą i Mejzą. I to nie jest nasze ostatnie słowo. Uzdrowiliśmy sytuację w dziesiątkach branż i sektorów. I nie zaprzestaniemy. Dla Polski, dla was, drodzy Rodacy. Kryzys za nami, teraz nam odbija. Odbicie przed nami. Wprowadzimy pakiety. I innowacje. Oraz wiele innych rozwiązań, które rozwiążą wszystko. Dziś nastał moment wyjątkowy. to efekt najniższego klina podatkowego. A mówili, że Polska to kraj leniów i nierobów.
Teraz przed nami nowy obowiązek i nowe wyzwania. Skokowy wzrost. Nowy plan i nowe projekty. Żeby żyć pełnią życia i mieć nowe marzenia. Postawiliśmy na taką wizję rozwoju, gdzie Polska staje się krajem wkorzystywanych frajerów. I już niedługo będziemy mogli spełnić sen naszych pradziadków, by spełnić marzenia prawnuków.
Świat jest niebezpiecznym miejscem. Rosną różne potęgi i zapowiadają różne kresy. Zapytajmy kim chcemy być w światowym teatrze geopolityki – podmiotem, pomiotem czy, drodzy Rodacy, wymiotem. Nie ma drugiego takiego kraju w Europie i na świecie a może i dalej, który tak wielokrotnie podnosił wszystko. Polska pod naszym kierownictwem podniosła wszystko. Tak jak Majewski. On też podniósł i przeniósł. Bo wiedział, że zwyciężymy. Skończył, skorygował, a teraz konfrontuje. Życzę każdemu rządowi polskiemu takich wyników w kolejnych latach. A nadchodzący rok może być jeszcze lepszy. Przemysł rośnie, eksport wzrósł – zagraniczna prasa wskazuje nas jako kraj, który będzie fundamentem światowego rozwoju.
To realny skok cywilizacyjny. Polska to kraj globalnych przepływów. Jedni płyną stylem klasycznym, inni żabką. Dajmy Polsce szansę wybić się na wielkośc. Tylko silna Rzeczpospolita będzie mocna. No i będzie potęgą wspieraną przez naszego najlepszego sojusznika. To szansa na przełom cywilizacyjny opłacany liczbą specjalistów.
W pandemii cały świat bał się zrywania łańcuchów dostaw. One, te łańcuchy odradzają się teraz w Polsce. Nie zrzucim łańcuchów skąd nasz ród… Taka jest prawda i nie może być innej. No, chyba, że zadzwoni do mnie Ronald Lauder lub Klaus Schwab i zmieni wytyczne.
Wskaźnik aktywności zawodowej kobiet i aktywności przestępczej wojsk stacjonujących w Polsce wzrasta. Kobiety razem z żołnierzami walczą dzielnie z wykluczeniem. Rozwiąże to problem demografii. I problem ataku na rodziny. W dekalogu polskich spraw wpisaliśmy bon na szczęście. Oprocentowany.
W moim domu matkę całowało się w dłoń. A inni kopali matki, fir dojczland. A przecież miejsce kobiety jest tam, gdzie je sobie wybierze. Wszyscy jesteśmy równi.
Jak mogłaby wyglądać Polska w nowej konfiguracji? Musimy się posunąć i zrobić miejsce dla kobiet i dla młodych.
Uczyniliśmy elektronikę częścią naszego życia codziennego. Elektroniczne piły, pity, elektroniczne pice, wice i kobity. Przemysł gier komputerowych, by zrobić z młodzieży uległe krowy. Gry komputerowe to szansa – jak mówi mój mistrz Harari – by zrobić z homo sapiens homo szympansa. Big Data posuwa nas do przodu, ale jednocześnie nas oplata w łańcuchu dostaw. Internet musi być wolny, a wolność musi być internetowana. Dziś walczymy o to, by praca dawała gwarancje dostatniego życia, chociaż przecież niedługo już pracy nie będzie a my będziemy i tak szczęśliwi.
Musimy myśleć jak żyć w świecie, w którym nie będzie już pracy. Będzie warunkowy dochód podstawowy w świecie postpracy. Polska musi otworzyć instytuty, które będą projektować strategię życia w świecie bez pracy, w rewolucji przyszłości. Ta rewolucja nie ominie niczego, żłobków, rolnictwa, mafii pod okiem Banasia, handlu wizami i sprowadzania trzeciego świata do drugiego świata. A drugi świat, zapytałby ktoś? Drugi świat będzie doganiał pierwszy świat. No i ten zerowy, korporacyjny. Dogonicie? Dogonimy!!! Tak nam dopomóż Prezes!
Musimy inwestować w gminy, powiaty, miasteczka i wioski, szkoły, drogi powiatowe, szpitale i płoty.
Jakiej administracji Polak potrzebje w nadchodzącym świecie postpracy? Skoro nie będzie pracy, to nie będzie łapówek. Jak sobie poradzić z tym wyzwaniem? Przygotujemy podstawy nowej reformy administracyjnej, której sednem będzie usieciowienie nepotyzmu.
A co z seniorami? Wdrożymy politykę srebrnego wieku i złotego standardu do rozpoznawania infekcji każdym wirusem. Nie będziemy niewdzięczni wobec seniorów, przewrócimy, przepraszam, przywrócimy im status.
Wprowadzimy polskie pracownicze plany kampingowe, przepraszam, kapitałowe. Wybudujemy budownictwo, zaangażujemy zaangażowanie naszych seniorów, nasze babcie, naszych dziadków. Niech sobie dorobią. Stróżem być każdy może, jeden lepiej, inny gorzej.
Stworzymy w miastach wspólne przestrzenie międzypokoleniowe. Poddronowe. Lojalnościowe.
Stworzymy kulturę. Która zalegała. W świecie jutra, w świecie szympansów mojego mistrza Harariego kultura odgrywać będzie kluczową rolę. Przemysły kreatywne, wyrównujące szanse, sięgające wyżej i wyżej – aż do gwiazd na których będziemy chceli założyć mediateki. Tylko społeczeństwo, które ma dostęp do kultury może tworzyć kulturę. Kreatywność, edukacja, dobra duchowe w połączeniu z nowymi technikami – aby tworzyć opowieści, które chce poznać cały świat. Żeby oczekiwać tego, co nieoczekiwane w technologii rozszerzonek rzeczywistości. Rozszerzonki rzeczywistości to nasza przyszłość, naszych wnuków i tłuków. To nadejdzie bardzo szybko. Gombrowicz, Sienkiewicz, Kopernik. Ale musimy skończyć z mikromanią i szukaniem akceptacji w oczach innych. Musimy być dojrzali a nie zdziecinniali. Dlatego zaproponuję dyskusję nad pakietem demokratycznym.
Musimy podnieść standardy demokracji, dostarczyć więcej narzędzi do działania. Ciepło myślę też o referendach.
Jaka będzie Polska? Polska będzie taka jacy będziemy my, Polacy. A my, Polacy będziemy tacy, jaka będzie Polska. To jest obustronne. Tak. Taka ma być Polska. Ma być mostem, pomostem i nie spać pod mostem.
Podsumowując: tylko Polska w którą wierzę będzie mogła zmierzyć się z wyzwaniami. Które wstają. I stoją.
Wierzę w Polskę będącą jak pomost dla zachodu w globalnej walce sił, w świecie sił, automatyzacji, robotyzacji, cyfryzacji, innowacji i nielimitowanego odpoczynku postpracowego.
Wierzę w Polskę ambitną, ktora wyrasta na europejskie i światowe centrum. Jednak aby taka Polska stała się faktem, musimy skończyć wojnę, wybrać dialog i przetrzeć nowe ścieżki rozwoju. By spełniać nadzieje na dobrą przyszłość następnych pokoleń.
Nowa polska zrodzi się z głębi naszych serc i z naszej odwagi. Nie będziemy mieć nic, wiedzieć nic i chcieć nic – a będziemy szczęśliwi. Szczęśliwi do gruntu. Podstawowo i gwarantowanie szczęśliwi. I o to właśnie chodzi.
Dlatego to zwiążmy i przetnijmy. Stwórzmy i zburzmy, i przejdźmy nad tym do porządku dziennego.
35 black school shooters in 2023. 4 Hispanic school shooters. 4 white school shooters. 1 Asian school shooter. Data and statistics are the enemy of the central anti-White narratives.
Wielu z osób głosujących na Zjednoczoną Prawicę, to zdeklarowani katolicy i często słuchacze Radia Maryja czy widzowie telewizji Trwam. Do Suwerennej Polski pretensji mieć nie trzeba, bo zazwyczaj są konsekwentni w polityce obyczajowej, lecz Prawo i Sprawiedliwość to zupełnie inna sytuacja.
Aborcja
„Zawsze byłem zwolennikiem kompromisu aborcyjnego sprzed 30 lat. Jednocześnie, na gruncie przepisów konstytucji trudno było sobie wyobrazić inny wyrok, skoro taki wniosek został złożony” powiedział w wywiadzie dla Interii Gierek 2.0 [inna ksywa: Vateuszek md] . Dalej ciągnął „Wniosek do TK w tej sprawie był błędem. Natomiast Trybunał Konstytucyjny, opierając się o polską konstytucję, nie mógł wydać innego wyroku”. Premier dopytywany o to, czy Prawo i Sprawiedliwość „panuje jeszcze nad takimi posłami jak Bartłomiej Wróblewski, który był architektem tego wniosku” (sic!) powtórzył, że „złożenie wniosku było błędem”.
22 października 2020 roku Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok, w którym stwierdził, że przepisy pozwalające na aborcję w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu są niekonstytucyjne. Decyzja ta doprowadziła do zaostrzenia przepisów aborcyjnych w Polsce, co wywołało falę agresywnych protestów pod sztandarem Marty Lempart i duże oburzenie społeczne, nie tylko lewicy. Wniosek, który doprowadził do tej decyzji, został złożony przez grupę posłów Konfederacji i Zjednoczonej Prawicy w grudniu 2019 roku. Decyzja Trybunału doprowadziła do zmiany praktycznej możliwości przerywania ciąży w Polsce, ograniczając legalne aborcje do przypadków, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety oraz gdy jest wynikiem czynu zabronionego, jak gwałt lub kazirodztwo. Wtedy zrobiło się głośno o Bartłomieju Wróblewskim, który wnosił o stwierdzenie niezgodności z konstytucją tzw. przesłanki eugenicznej do aborcji.
Wcześniej, w czerwcu t.r. minister „jednej choroby”, zwany dla zmylenia obywateli ministrem zdrowia Adam Niedzielski stworzył kuriozalny zespół pracujący nad przepisami aborcyjnymi, po śmierci Doroty z Nowego Targu. „Jak pisaliśmy na początku października, zespół w praktyce zakończył swoje prace i opracował już wytyczne, jednak odwołano jego ostatnie posiedzenie, by nie poruszać tematu aborcji przed wyborami” — pisała „Rzeczpospolita”. Chodzić ma o wytyczne dotyczące przesłanki zdrowia psychicznego jako wystarczającej do przerwania ciąży. Już dziś bywa ona stosowana przy kwalifikowaniu kobiet do legalnego zabiegu. Jest to furtka do masowego zabijania dzieci, bo wystarczy, że matka bardziej się „przeziębi”, źle się poczuje, znajoma lekarz stwierdzi zaburzenia psychiczne i wyrok śmierci zapadł.
Natomiast nowa minister, Katarzyna Sójka bez żadnych negatywnych emocji opowiadała w Polsat News „Z tego co wiemy, pani Joanna dokonała legalnej w Polsce, niekaralnej aborcji farmakologicznej. […] Samodzielna aborcja farmakologiczna w Polsce jest niekarana. Niekaralne jest również kupienie takich leków. Czyli widocznie, jak mawiają środowiska śmierci – (farmakologiczna) aborcja jest OK! – dla posłanki PiS. Na co starania pokoleń wielu działaczy pro-life, jak teoretycznie „prawicowy”, katolicki rząd pozwala na nieograniczony proceder. W ogóle jakim cudem aborcja farmakologiczna jest niby legalna. Spójrzmy na zapisy kodeksu karnego:
Art.152. §1. Kto za zgodą kobiety przerywa jej ciążę z naruszeniem przepisów ustawy, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. § 2. Tej samej karze podlega, kto udziela kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży z naruszeniem przepisów ustawy lub ją do tego nakłania.
A za każdym razem ktoś takiej kobiecie musi pomóc – handlarz śmierci lub morderczy dream team. Także warto zobaczyć zapisy ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży:
Art. 4a. 1. Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza […] 3. W przypadkach, o których mowa w ust. 1 pkt 1 i 2, przerwania ciąży dokonuje lekarz w szpitalu.
Jak widzimy – tylko i wyłącznie lekarz może wykonać tzw. spędzenia płodu oraz obowiązkowo w szpitalu.
Ponadto ostatnio minister cyfryzacji Janusz Cieszyński mówił w TOK FM, że on i wielu członków PiS jest zwolennikami tzw. „kompromisu aborcyjnego”. Natomiast Sekretarz Stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej Marcin Horała w programie „Kawa na Ławę” w TVN24 poruszył kwestię kompromisu aborcyjnego: „Wniosek do Trybunału był błędem, w sensie zarówno politycznym, jak i merytorycznym”.
In vitro
Pierwszym ważnym projektem, nad którym odbyła się debata w nowej kadencji Sejmu, jest obywatelski projekt przywracają finansowanie in vitro przez państwo. W Sejmie odbyło się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy o refundacji z budżetu państwa procedury in vitro dla par. To pierwsza ustawa rozpatrywana przez Sejm X kadencji. Do dyskusji zgłosiło się aż 80 posłów. W trakcie długiej, a momentami emocjonalnej debaty, dominowały głosy „za” inicjatywą.
Projekt obywatelski „Tak dla in vitro”, pod którym zebrano ponad pół miliona podpisów, przewiduje, że minister zdrowia będzie zobowiązany do przygotowania, wdrożenia i finansowania procedury zapłodnienia pozaustrojowego in vitro. Zakłada ponadto, że każdego roku z budżetu państwa na finansowanie in vitro zostanie przeznaczone minimum 500 mln zł. Poparcie dla projektu zadeklarowali nawet politycy PiS. – Poprę ten projekt, bo takie mam poglądy – zadeklarował rzecznik rzadu Piotr Müller. A w trakcie debaty reprezentantka PiS stwierdziła, ze klub będzie za skierowaniem go do dalszych prac.
U nas nigdy nie było dyscypliny partyjnej jeśli chodzi o sprawy światopoglądowe, które wywołują pewne wątpliwości moralne u wielu ludzi. Na pewno w tej sprawie nie będzie dyscypliny. Osobiście będę głosował za tym projektem – powiedział rzecznik PiS Rafał Bochenek pytany czy PiS będzie głosował za ustawą o finansowaniu in vitro przez państwo.
Józefa Szczurek-Żelazko zapowiedziała, że klub popiera skierowanie projektu do dalszych prac. PiS nie wprowadziło dyscypliny w tym głosowaniu, a prominentni posłowie – m.in. minister cyfryzacji Janusz Cieszyński zadeklarowali nawet, że po doprecyzowaniu projektu mogą opowiedzieć się za nim.
Projekt dotyczący in vitro nie jest zagrożony miedzy innymi za sprawa deklaracji ze strony Pałacu Prezydenckiego. W środę szef gabinetu prezydenta Marcin Mastalerek, że prezydent musi zobaczyć ostateczna wersje projektu, ale nie będzie go blokował.
Premier pytany, czy bon będzie także obejmował in vitro, powiedział: „Nasz bon rodzicielski jest pewnego rodzaju otwartą ofertą dla innych partii politycznych po to, aby znaleźć wspólny mianownik, znaleźć te wszystkie metody, które nas połączą”. Dopytywany o orientacyjną kwotę bonu poinformował, że jest to między 10 a 20 tysięcy złotych. „O takiej kwocie dyskutowaliśmy” – powiedział.
49 wstrzymało się, a 23 zagłosowało za uchwaleniem nowelizacji ustawy. A byli to m.in.: Mateusz Morawiecki, Rafał Bochenek, Radosław Fogiel, Katarzyna Sójka, Piotr Müller, Marcin Przydacz oraz Mariusz Kamiński.
Mateusz Morawiecki zapowiadał „rechrystianizację Europy”, a dziś głosuje za laboratoryjną produkcją ludzi, ich mrożeniem i zabijaniem.
„Uważam, że metoda in vitro jest dopuszczalną metodą, która może pomóc wielu rodzinom w posiadaniu potomstwa. Uważam, że ustawodawstwo, które teraz obowiązuje w Polsce, znacząco ogranicza wszystkie patologie w stosowaniu tej metody. Nie można dowolną liczbę zarodków tworzyć, nie wolno dowolną liczbę zamrażać. Tu jest dużo ograniczeń bardzo, każdy zarodek musi mieć i matką i ojca” – mówiła Joanna Lichocka.
Magdalena Guziak-Nowak, która jest członkiem zarządu i dyrektorką ds. edukacji w Polskim Stowarzyszeniu Obrońców Życia Człowieka podsumowała PiS tak:
Niepokojące jest to, że duża część posłów Prawa i Sprawiedliwości głosowała za dalszym procedowaniem tego projektu w Sejmie. Pojawia się w tym miejscu pytanie, czy Prawo i Sprawiedliwość zaczyna dryfować w kierunku bardziej liberalnym po to, żeby zyskać głosy elektoratu liberalnego.
Tym sposobem Prawo i Sprawiedliwość wykiwało swoich zwolenników wyznających wiarę w Jezusa Chrystusa, ale oczywiście media pisowskie nie raczyły ich nawet o tym poinformować. W tej niewiedzy trwają już kilka lat i stale dają głosy na partię, które dechrystianizuje się równomiernie z polskim narodem.
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) łączona jest z ideologią globalistyczną, i słusznie. Zwykle wynika to z prostego skojarzenia: Klaus Schwab ogłosił globalistyczny Wielki Reset i przewodził światowej walce z tzw. pandemią Covid-19, a jest to zarazem czołowy ideolog globalizmu i przewodniczący Światowego Forum Ekonomicznego (WEF), skupiającego skrajnie bogatych ludzi, którzy chcą zjednoczyć świat pod własną kontrolą.
Jednakże poza tym skojarzeniem, należy wymienić kilka innych czynników łączących WHO z globalizmem. Z powodu ograniczonej ilości miejsca ograniczę się tutaj tylko do dwóch:
1/ Dogodny pretekst. Zjednoczenie świata pod jednym zarządem (ang. governance) musi mieć jakiś powód. Dlatego też globaliści uwielbiają znajdywanie problemów o których można rzec, że „nie mogą zostać rozwiązane na gruncie państw, ponieważ są globalne, a więc można je rozwiązać tylko na poziomie globalnym”. I chętnie wskazują na dwa takie problemy. Pierwszym jest walka z ociepleniem klimatu. Skoro wszystkie ludy i państwa produkują CO2, to jego produkcji nie sposób ograniczyć decyzjami poszczególnych państw, gdyż każde będzie chciało, aby najpierw zrobili to inni, a jego gospodarka w tym czasie zyska w stosunku do tych, które stały się niekonkurencyjnymi z powodu reform zielonego ładu. Dlatego musi powstać zarząd czy rząd światowy, który wprowadzi zieloną rewolucję w tym samym czasie i dla całego świata. Inaczej Ludzkość wymrze. Dalej podawane są daty Wielkiego Wymarcia, zresztą coraz to przesuwane w miarę ich zbliżania się (Greta Thunberg usunęła ze swoich mediów społecznościowych daty, które już są za nami, a końca świata złośliwie nie było). Pandemia Covid-19 spełniła tę samą rolę. Z oficjalnych dokumentów WEF wynika, że organizacja ta nie była zaskoczona pandemią, gdyż przygotowywała się do tego wydarzenia i planowała „globalną walkę” z pandemiami już kilka lat przed jej wybuchem w 2019 roku. Jestem daleki od teorii wielkiego spisku, że WEF sam wyprodukował covida, a Klaus Schwab nosił wirusy w butelce i rozpylał ją z okien. Sprawa wydaje się prostsza: w związku z globalizacją, szybkością i częstotliwością podróży było oczywiste, że także zarodki, bakterie i wirusy będą podróżować wraz z ludźmi i epidemie dotąd lokalne mają szansę przeistoczyć się w globalne. Media już od lat przygotowywały nas na takie wydarzenia, choćby robiąc szum wokół tzw. ptasiej grypy wiele lat temu. Schwab i inni wiedzieli, że w końca jakiś wirus opanuje świat na tyle, że będzie można ogłosił stan „pandemii światowej”. I czekali. Ptasia grypa zawiodła? To czekamy na następną. I akurat trafił się Covid-19, rzeczywiście rozprzestrzenił się na cały świat, a fakt, że objawy były bardzo podobne do grypy spowodował, że można było odgórnie nakręcić medialną histerię. Gdyby nie było Covid-19 w 2019 roku, to pojawiłby się jakiś wirus w 2025 roku. Dziś wielkie media dosłownie czekają a to na krakena, a to na innego wirusa. Czeka nań także WHO, gdyż jako agencja zdominowana przez globalistów służy do odbierania suwerenności państwom narodowym na rzecz centralnego globalnego zarządu, pod pretekstem ewentualnych przyszłych pandemii. Pamiętajmy, epidemię globalną może powstrzymać tylko globalna instytucja! Oczywiście, każdy myślący człowiek zada sobie pytanie: Jak? W jaki sposób? Za pomocą globalnych aktów prawnych WHO powstrzyma wirusy? Nieważne, to tylko pretekst dla budowy globalnego zarządu.
2/ Wielkie korporacje. Wyjąwszy rozmaite „małe Grety” i garść dzieciaków nikt oczywiście nie wierzy, że projekt globalistyczny jest realizowany przez elity intelektualne, polityczne i ekonomiczne, które przeczytały Wieczny pokój Immanuela Kanta i stały się zwolennikami budowy kosmopolitycznego państwa światowego. Globalny zarząd nad światem w dziedzinie zdrowia i walki z pandemiami to gigantyczne pieniądze. Żyjemy w świecie w którym przyśpieszyło zjawisko jeszcze w XIX wieku nazwane przez Karola Marksa mianem „koncentracji kapitału”, gdy drobne i średnie firmy upadają lub są przejmowane, aby ustąpić miejsca gigantom, które dziś określamy mianem „międzynarodowych korporacji”. Ze względu na gigantyczne koszty badań nad lekami przemysł farmaceutyczny jest wprost predestynowany do przejęcia go przez wielkie korporacje, współdziałające z globalistami. Mamy taki cykl zależności:
Oczekiwania korporacji →WEF szykuje się na epidemię →ogłoszenie epidemii →globalna walka z nią za pomocą szczepionek →zyski korporacji →wsparcie korporacji dla WEF.
W czasie pandemii wartość akcji koncernów farmaceutycznych wzrosła wielokrotnie, ponieważ wielokrotnie wzrosły zamówienia rządowe, szczególnie na towar zwany szczepionką. WHO, które jest faktycznym podwykonawcą WEF, walczy teraz o instytucjonalizację swojej pozycji jako centralnego zarządcy walki z przyszłymi epidemiami. Z jednej strony zapewni w ten sposób trwałe zyski korporacjom farmaceutycznym, a z drugiej, stanie się elementem agendy Schwaba, aby wprowadzać w rozmaitych dziedzinach „globalne zarządy”.
Na instytucjonalizacji WHO zyskują zatem wszyscy zaliczający się do ułamka procenta najbogatszych ludzi na świecie. Ciebie, zwykły Polaku – najpierw zaszczepią, a potem za to zapłacisz.
USA, Chiny i nowa wojna opiumowa. Komu zależy, aby Amerykanie zaćpali się na śmierć?
Problem chiński to dla USA przede wszystkim problem negatywnego bilansu w handlu z Pekinem; to pośrednie zaangażowanie się Chin w wojnę na Ukrainie; to są przede wszystkim rosnące imperialne ambicje Chin na Pacyfiku, przede wszystkim w okolicy Tajwanu. Kwestia narkotyków na pewno nie jest dla Waszyngtonu tak istotna jak wymienione przeze mnie kwestie. Narkomania to problem dla przeciętnego Amerykanina, który nawet nie wie, kto to jest Xi Jinping. Dla niego tego rodzaju sprawy – sprawy narkotykowe – mogą się wydawać istotne, ale dla administracji Bidena już nie – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Jakub Polit.
Ostatnie spotkanie na szczycie dwóch najpotężniejszych ludzi na świecie, czyli prezydenta USA Joe Bidena i przewodniczącego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga, według relacji medialnych, zdominował temat fentanylu – syntetycznego opioidu do stu razy silniejszego od morfiny, pięćdziesiąt razy od heroiny. Czy problem narkomanii jest aż tak poważny, że stał się tematem numer jeden rozmów Waszyngtonu z Pekinem?
Wesprzyj nas już teraz!
25 zł
50 zł
100 zł
Zapewne zdaje Pan sobie sprawę, że to mimo wszystko temat zastępczy. Może to, co powiem, będzie niepopularne, ale ważniejsze jest, przynajmniej dla strony amerykańskiej, że w ogóle doszło do tego spotkania, niż to, o co w tym spotkaniu chodziło.
Jak wiadomo, prezydent Biden kończy swoją kadencję i zaczyna już coraz intensywniej myśleć o kampanii wyborczej. A w takim razie jego zadaniem jest pochwalić się jakimiś sukcesami międzynarodowymi. Wiadomo też, że opozycja będzie mu zarzucała zaangażowanie w sprawy europejskie, głównie w wojnę ukraińsko-rosyjską, i lekceważenie spraw Chin. Biden chce więc pokazać, że tak nie jest, i że wykonuje jakieś istotne ruchy.
Tutaj trzeba podkreślić, że żyjemy w epoce coraz bardziej informatycznej. Dawniej przywódcy spotykali się po to, żeby rozwiązać jakieś ważne sprawy. Obecnie jest odwrotnie: ważne sprawy rozwiązuje się zakulisowo po to, żeby się mogli spotkać przywódcy.
Wydaje się jednak, że problem fentanylu w USA jest poważny. Póki co, w skali roku narkotyk ten zabija około 100 tysięcy Amerykanów. Kolejne setki tysięcy co roku go albo próbują, albo się od niego uzależniają. Wydaje się więc, że dla Chin to złoty interes. Nic, tylko sprzedawać fentanyl…
W jakiejś mierze ma Pan rację, ale z drugiej strony, nie przesadzajmy.
Nie przesadzajmy dlatego, że na pewno funkcjonowanie Chińskiej Republiki Ludowej nie jest uzależnione od narkotyków, tak samo jak funkcjonowanie Imperium Brytyjskiego w wieku XIX, nawet w dobie ważnych i osławionych wojen opiumowych, nie było uzależnione od przepływu opium. Jest inaczej.
W polityce wewnętrznej Stanów Zjednoczonych wskazuje się, że rząd niewystarczająco walczy z groźbą narkomanii i dlatego „trzeba coś zrobić”. W przeszłości wskazywano na „ślad panamski” aż w końcu doszło do inwazji na Panamę w 1989 roku.
Innym razem wskazywano na „ślad kolumbijski”. Wtedy dokonywało się rozmaitych nacisków na rząd tego kraju. Niekoniecznie były one istotne, ale sprzedawano je opinii publicznej jako jakieś przełomowe ruchy w walce z narkotykami.
Ponieważ zaś dzisiaj twierdzi się, że narkomania w USA inspirowana jest z Chin, to aby pokazać jak sprawa ta jest niesłychanie ważna, dokonuje się rozmów na ten temat z przywódcą ChRL.
Problem chiński to dla USA przede wszystkim problem negatywnego bilansu w handlu z Pekinem; to pośrednie zaangażowanie się Chin w wojnę na Ukrainie; to są przede wszystkim rosnące imperialne ambicje Chin na Pacyfiku, przede wszystkim w okolicy Tajwanu. Kwestia narkotyków na pewno nie jest dla Waszyngtonu tak istotna jak wymienione przeze mnie. Narkomania to problem dla przeciętnego Amerykanina, który nawet nie wie, kto to jest Xi Jinping. Dla niego tego rodzaju sprawy – sprawy narkotykowe – mogą się wydawać istotne, ale dla administracji Bidena już nie.
Czy Xi Jinping podczas listopadowego spotkania z Joe Bidenem w pewien sposób upokorzył prezydenta USA? Mam tu na myśli zdjęcie przez Stany Zjednoczone sankcji nałożonych na chiński Instytut Medycyny Sądowej Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego za prześladowanie Ujgurów. Jakiś czas temu Amerykanie upominali się o Ujgurów, zapowiadali że są z nimi duchem i myślami, a Pekin zachowuje się w sposób niedopuszczalny, no i co? Ujgurzy już się nie liczą dla Waszyngtonu?
Ujgurzy nigdy nie liczyli się dla Waszyngtonu. Mogła się liczyć ich sprawa podnoszona okazjonalnie, żeby polepszyć wizerunek prezydenta USA.
Spójrzmy na to w inny sposób. Niestety Chińczycy mają przywilej polegający na tym, że jak już wspomniałem, prezydent Biden ma problemy z reelekcją. W USA będą wybory i Biden będzie się musiał ubiegać o stanowisko. Gdyby nie musiał, bo na przykład dopadnie go jakaś choroba, albo media zdemaskują jego rzekomą czy prawdziwą demencję, albo interesy jego syna Huntera, albo coś jeszcze, to problem przejdzie z Bidena na innego reprezentanta Partii Demokratycznej. Tymczasem Xi Jinping problemu z reelekcją nie ma. Jeżeli przed końcem kadencji odejdzie ze swojego stanowiska, być może na tamten świat, to na pewno nie będzie miało to nic wspólnego z niepowodzeniami wyborczymi. Innymi słowy, już przed pierwszym uściskiem dłoni przywódca Chin miał mocniejszą pozycję niż Amerykanin.
Ponieważ zaś to Amerykanom bardziej zależało na tym spotkaniu, to musiało dojść do jakichś ustępstw. Przypuszczam, że jedną z tych kwestii była właśnie sprawa ujgurska. Tutaj jeszcze jedno wyjaśnienie. Od kilku tygodni mamy do czynienia z wojną na Bliskim Wschodzie, a w każdym razie z quasi-wojną. Hamas nie jest instytucją popularną w USA. W związku z tym sprawy muzułmanów, którymi bez wątpienia są Ujgurzy, można odłożyć na boczny tor.
A co do samych muzułmanów to należy stwierdzić, że chociaż uważani są oni za reagujących spontanicznie i irracjonalnie, to jednak świat islamski jest światem rozumnym. Proszę tylko zobaczyć: w pierwszym lepszym starciu w chińskim Turkiestanie, czyli w Ujgurii, a konkretnie w Sinciangu, może być zastrzelonych w jednym starciu więcej osób niż w XXI wieku w całej wojnie izraelsko-palestyńskiej do 7 października. I co? I nic. Liga Państw Arabskich nic z tym nie robi. Co prawda Ujgurzy nie są Arabami, ale są jednak wyznawcami islamu. Organizacja Współpracy Islamskiej nic nie robi. Nikt do dżihadu przeciwko Chinom nie nawołuje, nawet tak przejmujący się Hamasem rząd w Ankarze. I to pomimo faktu, że Ujgurzy są ludem tureckim. Jest to niewątpliwie wielce roztropne.
Dlaczego więc o Ujgurów miałyby się troszczyć Stany Zjednoczone? To jest tak jak ze sprawą polską pod koniec XIX wieku. Interesowała ona wyłącznie samych Polaków. Jeśli w tej kwestii coś się działo na arenie międzynarodowej, to wyglądało tak, jak na przykład w latach 70. XIX wieku, kiedy Rosjanie przygotowywali wojnę z Turkami pod pretekstem gnębionej mniejszości prawosławnej w Turcji, konkretnie w Bułgarii. Wtedy to prasa brytyjska gotowa była wyciągnąć spod sukna kilka sensacyjnych informacji o prześladowaniu przez Rosjan unitów w Polsce. Kiedy kryzys międzynarodowy mijał, to i prześladowania się kończyły, oczywiście tylko na łamach „Timesa”.
Jestem świeżo po lekturze książki prof. Michała Lubiny „Chiński obwarzanek”. Autor zwraca uwagę, że sprawa Turkiestanu Wschodniego jest dla Pekinu niezwykle istotna podobnie jak sprawa Tajwanu, Hongkongu, Makau etc…
Jest Pan krok przede mną, bo w chwili gdy rozmawiamy, ja jeszcze książki prof. Michała Lubiny nie czytałem. Znam jednak jego inne publikacje i sposób myślenia. Oczywiście tutaj – punktowo – prof. Lubina ma absolutną rację…
Bo ja ogólnie zgadzam się z Panem profesorem, że Amerykanie jak prawie zawsze zachowali się w sposób cyniczny i wykorzystali cierpienie Ujgurów do swoich własnych rozgrywek. Odnoszę jednak wrażenie, właśnie po lekturze „Chińskiego obwarzanka”, że dla Pekinu jest to sprawa niezwykle ważna, i że odnieśli tutaj wielkie zwycięstwo propagandowe nad USA…
Oczywiście, że tak, ale tylko na forum wewnętrznym. Chińczycy rzeczywiście mają obsesję, że świat niechiński chce ich okraść ze zdobytego przez nich imperium. Musimy również pamiętać, że chociaż Chiny mają imponującą metrykę historyczną, to jednak ich imperium w Azji Środkowej nie jest znacząco starsze niż Imperium Rosyjskie. Jeszcze za czasów Piotra Wielkiego, który objął władzę w przedostatniej dekadzie XVII wieku, ani do Rosji, ani do Chin Azja Środkowa nie należała.
Wiek XVIII i początek XIX to jest rozbiór Azji Środkowej między Rosję i Chiny. Pojawił się wtedy rosyjski Turkiestan Zachodni, czyli dzisiejsze Kazachstan, Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan i chiński Turkiestan Wschodni, czyli właśnie Sinciang.
Rosja straciła formalnie, gospodarczo i politycznie swój Turkiestan Zachodni. Wszystkie kraje leżące na jego obszarze są dziś niezależne i coraz bardziej grawitują w stronę czy to Turcji, czy to Chin. Nic więc dziwnego, że Chińczycy obawiają się o losy swojego, wschodniego Turkiestanu zwłaszcza, że sąsiednie kraje, chociażby rząd w Kazachstanie mają tutaj coś do powiedzenia. Stąd również obawa, że mocarstwa, które zabierają głos w sprawie Tajwanu czy Tybetu, mogą się odezwać głośniej w kwestii ujgurskiej. Przy czym Xi Jinping jest tutaj w pewnym sensie cyniczny, bowiem prowadzi działania utwierdzające w przekonaniu część jego partyjnych kolegów, czy też rozgrzanych nacjonalistycznie mieszkańców Chińskiej Republiki Ludowej, że Amerykanie dybią na Ujgurię. I co? I teraz czytamy, że dzięki geniuszowi przewodniczącego Xi zdecydowanie się wycofali.
Natomiast dla Bidena na pewno sprawa Ujgurów sama w sobie w ogóle nie była ważna. Ona być może jest ważna o tyle, o ile ktoś tak (jak my w naszej rozmowie) zakonkluduje: „Patrzcie, prezydent Biden poniósł porażkę”. Biden poniósł porażkę tylko w tym sensie, jeśli jego elektorat uzna, że tak się stało.
Pozwolę sobie wrócić jeszcze na moment do kwestii fentanylu. Niektórzy sugerują, że mamy do czynienia z nową wojną opiumową z tą różnicą, że to nie Wielka Brytania i Francja wypowiedziały wojnę Chinom, tylko Chiny wypowiedziały wojnę Anglosasom. Zgadzałoby się to z jedną z zasad prowadzenia wojny mistrza Sun Zi, który twierdził, że przed klasyczną bitwą – walką żołnierzy – trzeba zdezintegrować przeciwnika wewnętrznie. Czym lepiej zdezintegrować przeciwnika, jeśli nie narkotykami?
Chińczycy mają bez wątpienia ułatwione zadanie, ponieważ Stany Zjednoczone są społeczeństwem demokratycznym zajmującym się przede wszystkim własnymi problemami. Prezydent Biden nawet gdyby chciał skupić uwagę rodaków na sprawach zewnętrznych, na przykład na wojnie prowadzonej dziś przez Rosję, na Ukrainie, to nie wszyscy zechcą się tym zająć. Chińczycy z kolei nie mają tego problemu. U nich o sprawach wewnętrznych – tych naprawdę istotnych – rozmawiać nie wolno i nie warto. Można skierować całą złość i energię gdzieś na zewnątrz, na przykład na USA.
Natomiast porównanie do wojen opiumowych, które Pan przywołał, na pewno jest efektowne, ale w pewnym sensie mylące. Po pierwsze, dla Wielkiej Brytanii sprawa mącenia kijem w chińskim stawie w XIX wieku była trzecio-, a nawet czwartorzędna. W Wielkiej Brytanii w latach 40. XIX wieku martwiono się ekspansją Rosji w kierunku cieśnin czarnomorskich; zastanawiano się nad tym, co knuje francuski rząd Ludwika Filipa; trochę się przejmowano, czy Stany Zjednoczone będą atakować Meksyk, czy jednak będą chciały rewizji granicy z brytyjską Kanadą. Sprawy Dalekiego Wschodu nie były zbyt ważne. Były one istotne dla Chin, które nagle zdały sobie sprawę, że nie są supermocarstwem i że kilka pułków indyjskich sipajów potrafi dać im w skórę.
Owszem, podobieństwo polega na tym, że już wtedy istnieli wpływowi dziennikarze i oba kraje – to znaczy Stany Zjednoczone w XXI wieku i Imperium Brytyjskie w wieku XIX – były państwami parlamentarnymi i sterowanymi przez media. Więc oczywiście można było napisać kilka artykułów, że w Państwie Środka rozwija się flagę brytyjską w celu ochrony haniebnego handlu. Wskazywano, że społeczeństwo chińskie jest narkotyzowane, chociaż było to wielce przesadzone. Odsetek Chińczyków uzależnionych w XIX w. od opium był z grubsza podobny do liczby narkomanów w obecnej Wielkiej Brytanii – w obu wypadkach mniej niż 1% populacji. Wszak nie wszyscy zażywający opium (a była to jednak mniejszość poddanych Wielkiego Cesarstwa Qing) uzależnili się od tego narkotyku, tak jak nie wszyscy Polacy, którzy „strzelają sobie kielicha” są nałogowymi alkoholikami. Ponieważ tego rodzaju figury retoryczne łatwo się sprzedają, to w takim razie można wytoczyć pewną paralelę: tak jak Brytyjczycy w osobie cnotliwego lorda Palmerstona chcieli w podły sposób znarkotyzować chiński naród i zmiękczyć go, ażeby stanął on otworem przed brytyjską inwazją, tak dziś prawdopodobnie Xi Jinping i jego Chińczycy zamierzają podrzucać narkotyki mieszkańcom USA.
Nie mam najmniejszego powodu występować tutaj jako adwokat rządu w Pekinie, który oczywiście robi pewne interesy na fentanylu. Niemniej wydaje mi się, że lokalne mafie – Kolumbijczycy, Meksykanie, Kubańczycy – robią interesy porównywalne, mimo że nie mogą się aż tak bardzo tym chwalić. Wizja upokorzonych Amerykanów, którzy „biorą prochy”, a ich prezydent musi w związku z tym dokonywać strategicznych odwrotów, na pewno dobrze się sprzedaje w mediach chińskich.
A może po prostu chodzi o zwykłą, ludzką zemstę, na którą Chińczycy czekali prawie 200 lat. Zacytuję fragment książki prof. Michała Lubiny:
„Od początku siłą napędową rozwoju Hongkongu był handel opium, dający niemal połowę oficjalnych wpływów do budżetu i tworzący fortuny kupieckie tajpanów, wielkich przedsiębiorców, dalekowschodnich burżujów. Najsłynniejszy z nich, William Jardine, sportretowany w powieści Clavella, jako Dirk Struan, zbił majątek na znarkotyzowaniu milionów ludzi, czym się szczególnie nie przejmował: z prawdziwie anglosaską hipokryzją głosił, że opium jest dla Chińczyków pocieszycielem. Wtórował mu John Stuart Mill, znany liberalny filozof, dowodzący, że Chińczykom należy się wolność do nabywania narkotyku”.
Profesor Michał Lubina – i to jest komplement z mojej strony – ma ten sam talent, jakim obdarzony jest skądinąd bardzo od niego różny Norman Davies. Jest to talent do efektownych bon motów i paradoksów, które czasami są trochę przesadne.
Jestem przekonany, że te cytaty są prawdziwe. Tylko w takim razie należy się zastanowić, jacy to imperialiści sprzedawali luminal i morfinę mieszkańcom Anglii, Szkocji i Walii. Specyfiki te były wówczas nie tylko całkowicie legalne, ale uchodziły za znakomite lekarstwo na wszelkiego rodzaju problemy. A kiedy się okazało, że morfina jest niezbyt w porządku, to znaleziono „o wiele lepszy” od niej środek, a mianowicie heroinę, która miała być absolutnie bezpieczna i nie powodująca uzależnień.
Imperium Brytyjskie było liberalne, przez znaczny okres, na zmianę z torysami, rządzili tam liberałowie. Rzeczywiście twierdzili oni, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Wobec tego, jeśli się w aptekach sprzedaje morfinę, tak samo jak się sprzedaje opium w Chinach, to właściwie, jaki w tym problem? Argumentowano tak, jak dziś odpowiadają liberałowie przeciwnikom aborcji: jesteś przeciw, to nie rób tego, ale nie zabraniaj innym.
To jednak było prawie 200 lat temu i dziś sposób myślenia ówczesnych dżentelmenów może się nam wydawać szokujący. Bynajmniej nie staję w jego obronie. Ale tak rozumowali panowie William Jardine i James Matheson, sprzedający narkotyki w Chinach i na Wyspach Brytyjskich.
Obchody Día de los Muertos, czyli meksykańskiego święta zmarłych.
Poziom przestępczości w Meksyku od czasu objęcia w 2018 r. prezydentury przez Andresa Manuela Lopeza Obradora osiągnął nienotowany wcześniej poziom. Średnio co kwadrans w tym kraju zabijany jest człowiek.
Bazujący na policyjnych statystykach raport ośrodka badawczego TResearch dowodzi, że nie spełniły się przedwyborcze deklaracje obecnego prezydenta Meksyku, który obiecywał, że zwalczy w kraju zjawisko powszechnej przestępczości, szczególnie zabójstw.
Autorzy studium wskazali, że pod względem liczby morderstw popełnionych w Meksyku najwięcej miało miejsce właśnie w okresie prezydentury Lopeza Obradora, choć do zakończenia kadencji tego lewicowego polityka na stanowisku szefa państwa pozostał jeszcze rok.
W sumie w okresie sprawowania rządów przez Lopeza Obradora zginęło w Meksyku 173,6 tys. osób, co daje średnio 95 zabójstw dziennie, czyli jedną ofiarę śmiertelną na kwadrans.
W XXI w. najmniej zabójstw w Meksyku popełniono podczas prezydentury Vicente Foxa, który stał na czele państwa od 2000 r. do 2006 r. W okresie tym zginęło 60,2 tys. osób, czyli średnio 28 dziennie. Daje to statystycznie jedną ofiarę śmiertelną podczas 52 minut.
Rekordowym w historii Meksyku był rok 2021, podczas którego zginęło w tym kraju ponad 36,7 tys. osób. Dla porównania w 2000 r. poziom rocznych morderstw wynosił 10 tys.
Z policyjnych statystyk wynika, że od 1 stycznia do 5 grudnia 2023 r. w Meksyku zabitych zostało 28,1 tys. osób.
Olaf Scholz. / foto: Wikimedia, European Parliament, CC BY 2.0
Pod wpływem racjonalnych i sprawdzonych zasad prawnych i ekonomicznych absurdalna, ogromnie kosztowna i zbędna unijno-brukselska i niemiecka „polityka klimatyczna” oraz „zielona transformacja energetyczna” już stopniowo cofa się i upada. Żeby ratować budżet, już mocno skorodowany przez tę „politykę ochrony klimatu”, rząd Niemiec zamierza kolejny raz zawiesić i obejść prawny „hamulec zadłużenia”.
15 listopada niemiecki Trybunał Konstytucyjny uznał za niezgodne z konstytucją RFN przeniesienie przez rząd niewykorzystanych 60 miliardów euro – z długu zaciągniętego na zwalczanie złych skutków zamykania i ograniczania życia gospodarczego w okresie covidowym. Przeniesienia dokonano do rządowego „Funduszu Klimatu i Transformacji Energetycznej” [Klima und Transformationsfonds]. To orzeczenie Trybunału wywołało budżetowy i polityczny chaos w organach lewicowych władz Niemiec.
Ten pozabudżetowy „Fundusz Klimatu i Transformacji Energetycznej” (KTF) to specjalny rządowy fundusz mający służyć finansowaniu między innymi produkcji energii ze „źródeł odnawialnych”, dopłat do termomodernizacji budynków i do wymiany źródeł ciepła, rozwoju ogromnie kosztownej i nieopłacalnej „elektromobilności”, inwestycji w technologie wodorowe itp. Główne źródła przychodów KTF stanowią środki ze sprzedaży przymusowych uprawnień do emisji dwutlenku węgla w ramach unijnych systemów ETS oraz z opłat krajowych – pobieranych głównie z firm transportowych i z sektora użytkowania budynków. Tylko na lata 2024-2027 zaplanowano w KTF, pod naciskiem partii Zielonych, SPD i eurokomunistycznych władz UE z Brukseli, ogromne wydatki na łączną kwotę aż 212 miliardów euro (!). Należy przypomnieć, że zaplanowane na rok 2023 łączne wydatki całego budżetu RFN miały wynieść około 565 mld euro.
Pisemną skargę do Trybunału Konstytucyjnego na takie postępowanie lewicowego rządu wniósł w czerwcu 2022 roku szef CDU Friedrich Merz. Twierdził w tej skardze, że przeznaczenie zaciągniętego przez rząd wielkiego „covidowego” długu na późniejsze cele „klimatyczne” jest niezgodne z niemieckim prawem. Twierdził słusznie, bo 15 listopada sędziowie z Karlsruhe przyznali mu rację. W roku 2020, w okresie kryzysu wywołanego epidemią COVID-19, ówczesne władze Niemiec na okres trzech lat zawiesiły obowiązywanie konstytucyjnego tzw. hamulca długu (Schuldenbremse) i tym samym umożliwiły rządowi systematyczne zwiększanie zadłużenia państwa w celu wspierania socjalistycznej służby zdrowia, szpitali, firm medycznych oraz zamkniętych przez rządy landów firm gastronomicznych i innych. W budżecie federalnym na rok 2021 zapisano więc uprawnienie rządu RFN do zaciągnięcia nowego długu – w wysokości aż 240 miliardów euro (!).
Ale na koniec grudnia owego roku okazało się, że ponad 60 mld euro z tego już zaciągniętego długu nie zostało jeszcze wydane. Więc na gruncie prawnym te niewykorzystane pożyczki rządu powinny były zostać spłacone i umorzone. Jednak w lutym 2022 roku nowa koalicja rządząca Niemcami (SPD-Zieloni-FDP) przegłosowała w Bundestagu nowelizację budżetu federalnego i wspomniane miliardy, zaksięgowane jako zadłużenie z roku 2021, przesunęła do „Funduszu Klimatu i Transformacji Energetycznej”. Tym samym zwiększyła budżet tego „ambitnego” Funduszu (jak to wówczas zachwalała lewicowa prasa) z wcześniejszych 42,6 do aż 102,6 miliardów euro. Wunderbar!
I właśnie tę nowelizację budżetu federalnego zaskarżyli do Trybunału Konstytucyjnego szefowie opozycyjnej (w Bundestagu) CDU. Bo ich słusznym zdaniem, te 60 miliardów z pożyczek można było wykorzystać jedynie w roku 2021 i tylko na cele związane z epidemią i sanacją gospodarki – po idiotycznym zamknięciu jej części. Bo to z tego nadzwyczajnego powodu zawieszono w Bundestagu konstytucyjny „hamulec długu”, a późniejsze działania nowego rządu stanowiły jego nielegalne obejście. Richtig! Trybunał nakazał więc umorzenie długów przesuniętych z funduszu „pandemicznego” do „Funduszu Klimatu” i tym samym zmniejszenie zasobów tego Funduszu o 60 mld euro. W związku z tym federalne ministerstwo finansów, pozostające pod nadzorem liberałów z FDP, już nazajutrz wykonało zalecenie Trybunału i wstrzymało – choć „z pewnymi wyjątkami” – radosne wydawanie miliardów euro z KTF na cele „klimatyczne” i podobne eurokomunistyczne głupoty. Zapowiedziało też opracowanie „w najbliższym czasie” nowego planu budżetowych wydatków i odroczyło przyjęcie przyszłorocznego budżetu RFN. Ale niestety jednocześnie, 23 listopada, szef FDP i federalny minister finansów Christian Lindner rzekomo „musiał” ogłosić zawieszenie na obecny rok budżetowy obowiązującego limitu zadłużenia. Uczynił to wbrew swoim wcześniejszym solennym zapewnieniom – oczywiście przede wszystkim pod naciskiem eurobolszewickiej partii Zielonych i jej ministrów. Sehr dumm und demokratisch!
Budżetowy chaos i niepokój szefów przemysłu
Powyższe wydarzenia wywołały budżetowy i polityczny chaos, głównie w parlamencie Republiki Federalnej, ale też m.in. w partii Zielonych. Gut! A także silne zaniepokojenie niemieckich inwestorów i kierowników przedsiębiorstw przemysłowych i transportowych. Bo możliwe teraz obcięcie różnych już zaplanowanych wydatków budżetu RFN w roku 2024 – na łączną sumę co najmniej 40-50 miliardów euro, w tym na obiecane w październiku br. wsparcie dużej części przedsiębiorstw przemysłowych i energetycznych dopłatami do bardzo drogiej, bo „zielonej” energii elektrycznej, co miało kosztować niemieckich podatników aż 68 mld euro (!) – może spowodować zapaść kolejnych setek firm średnich i wielkich. Ponadto szereg projektów infrastrukturalnych i tych dotyczących absurdalnej „ochrony klimatu” może już nie otrzymać obiecanego wielkiego finansowania. Gott sei Dank! Np. wielki producent stali, Stahl-Holding-Saar, liczył na rządową miliardową dotację na inwestycję na rzecz zmniejszenia emisji dwutlenku węgla z jego wielkich pieców. A teraz już chyba nie liczy.
W związku z tym wszystkim, prezes Związku Niemieckiego Przemysłu Siegfried Russwurm oświadczył, że „niemiecki przemysł obserwuje obecną sytuację polityczną z ogromnym zaniepokojeniem”, gdyż liczne „niepewności” po orzeczeniu Trybunału powodują u przedsiębiorców „skrajny niepokój w tej i tak już trudnej sytuacji gospodarczej i globalnej”. A „we wszystkich obszarach polityki, zwłaszcza w obszarze zaplanowanej transformacji w stronę klimatycznej neutralności, należy pilnie sprawdzić, czy wybrane koncepcje mają dalsze zastosowanie” (wg dpa). Richtig! W związku z tymi niepokojami kanclerz Olaf Scholz w swoim wystąpieniu wideo na Twitterze (25 listopada) starał się uspokoić obywateli i szefów przemysłu, że rząd dokona „szybkiej korekty projektu budżetu”, a wszystkie konieczne decyzje zostaną podjęte jeszcze w tym roku. Jawohl! Kanclerz zapowiedział też, że jego rząd zwróci się do parlamentu o uchylenie wspomnianego hamulca zadłużenia, który ogranicza możliwy deficyt budżetu do równowartości raptem 0,35 proc. PKB, aby „zapewnić pomoc zaplanowaną na ten rok”. Super!
Nieuniknione cięcia wydatków
Niektórzy niemieccy ekonomiści przewidują, że nieuniknione w tej sytuacji obcięcie części już zaplanowanych wydatków budżetu RFN w roku 2024 mogłoby obniżyć planowany wzrost PKB Niemiec w przyszłym roku nawet o 0,5-0,7 proc. i pogorszyć sytuację gospodarki i milionów gospodarstw domowych. Tym bardziej że w związku ze wspomnianym wyrokiem Trybunału, 24 listopada minister Christian Lindner zapowiedział między innymi, że obowiązujące od stycznia 2022 roku tzw. mechanizmy zamrożenia cen gazu ziemnego i energii elektrycznej, które miały obowiązywać co najmniej do kwietnia przyszłego roku włącznie, zostaną zawieszone już w grudniu br. Lindner wykluczył też jakiekolwiek podwyżki podatków i powiedział, że dla utrzymania priorytetowego planu wspierania przemysłu trzeba będzie znaleźć oszczędności gdzie indziej, w tym także w systemie opieki socjalnej. Richtig! Ciekawe, czy mu się uda cokolwiek przeforsować w tej kwestii? Czy uda się ogromne niemieckie wydatki na socjal przyciąć choć o parę procent? Wątpliwe.
Tak więc wyrok Trybunału Konstytucyjnego ma wymiar nie tylko prawno-finansowy, ale też makroekonomiczny. Zapewne wpłynie on pozytywnie na choćby nieduże oszczędności w wydatkach budżetu RFN i KTF, ale też pogłębi stopniową zapaść gospodarki Niemiec – postępującą już od roku 2020, przede wszystkim wskutek absurdalnej unijnej i niemieckiej „polityki klimatycznej”, energetycznej, „pandemicznej”, socjalnej, imigracyjnej itd. Słuszne orzeczenie Trybunału z Karlsruhe zwiastuje więc kolejne silne spory w lewicowej koalicji SPD-Zieloni-FDP. Głównie dlatego, że ogromny fundusz KTF służył przede wszystkim do obsługiwania różnych radosnych i „postępowych” projektów eurobolszewickiej partii Zielonych. Z tego powodu znaczące cięcia wydatków z tego „partyjnego” funduszu postawi Zielonych i część SPD pod presją rzekomej konieczności obrony ważnych dla nich projektów i inwestycji. Zapewne Zieloni i większa część SPD będą chcieli ograniczyć konieczne cięcia wydatków do minimum i dążyć – wbrew stanowisku FDP i chadeków – do podniesienia niektórych podatków i opłat oraz do likwidacji niektórych ulg podatkowych. Na pewno będą też dążyć do ponownego zawieszenia „hamulca długu”. To wszystko będzie rodzić w tej rządowej koalicji dodatkowe silne napięcia. Gut! Być może dojdzie więc do przedterminowych wyborów do Bundestagu.
Wyrok niemieckiego Trybunału będzie miał też wpływ na eurosocjalistyczne projekty i politykę władz Unii Europejskiej. W tym na już trwające negocjacje dotyczące reformy tzw. paktu stabilności i wzrostu UE, który zawiera nakazy fiskalnej dyscypliny. Eurokomunistyczni komisarze UE płci obojga i lewicowe rządy państw południa Europy domagają się od lat „większej elastyczności” w sprawach redukcji ich ogromnych długów – redukcji postulowanej od roku 2009 przez władze Niemiec, Holandii czy Austrii – oraz wprowadzenia dość licznych wyjątków, m.in. dla wydatków na cele obronne i „klimatyczne”. A kolejne rządy Niemiec dość konsekwentnie opowiadają się w instytucjach UE, też co najmniej od roku 2009, za utrzymaniem stabilnych reguł finansowych i budżetowych. I często stawiały swój prawny „hamulec długu” za wzór do naśladowania. A teraz wyrok niemieckiego trybunału mocno osłabia te niemieckie wzory i argumenty – pokazuje bowiem, że budżetowa dyscyplina i rzeczywiste znaczące oszczędności to już nie jest specjalność władz RFN.
Inny ciekawy przykład stopniowego cofania się rządowej i unijnej „polityki klimatycznej” oraz „zielonej transformacji energetycznej” to zablokowanie 24 listopada w Bundesracie (izbie przedstawicieli rządów 16 landów RFN) tzw. reformy ustawy o drogowym ruchu i transporcie. Zupełnie niespodziewanie dla polityków lewicowej SPD i Zielonych większość przedstawicieli landów odrzuciła bowiem przyjęcie rządowych zmian w tej ustawie, polegających między innymi na tym, że postulaty „ochrony środowiska i klimatu” miały być dodane do nowej ustawy jako podstawowe kryteria planowania transportu.
(Procesja Różańcowa za Życiem, fot. Centrum Życia i Rodziny)
Stajemy w obronie prawa do życia i sprzeciwiamy się pomysłom polityków, którzy chcą legalizować aborcję na życzenie. Modlimy się o dar pełnej ochrony życia w Polsce – mówili uczestnicy warszawskiej Procesji Różańcowej za Życiem.
W niedzielę 10 grudnia ulicami Warszawy przeszła Procesja Różańcowa za Życiem. Wydarzenie było publicznym aktem modlitewnym, w którym zwracano się do Matki Bożej o obronę i zachowanie w Polsce fundamentalnego, przyrodzonego prawa każdego człowieka jakim jest prawo do życia. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Zjednoczonych 2020 – wspólnotę w ramach, której działają m.in. grupy Męskiego Różańca, Centrum Życia i Rodziny, Wojownicy Maryi, Rycerze Jana Pawła II i inne grupy modlitewne.
Wydarzenie rozpoczęło się o 13:00 w kościele pw. Krzyża Świętego na Krakowskim Przedmieściu. – Słuszną jest modlitwa w intencji obrony życia od jego poczęcia do naturalnej śmierci. Oby nigdy w naszym narodzie nie zabrakło wyczulenia na tę wielką sprawę – mówił proboszcz parafii ks. Bartosz Pikul.
Następnie po Mszy świętej zgromadzeni wierni przeszli Krakowskim Przedmieściem do Placu Zamkowego, gdzie zatrzymano się, aby w samym sercu Starego Miasta modlić się w intencji obrony życia w Polsce. Procesja Różańcowa za Życiem wyruszyła dalej ulicą Świętojańską, przeszła przez Starówkę, ul. Nowomiejską oraz Freta, aż przez Rynek Nowego Miasta, dotarła ostatecznie do Sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia.
– Bronimy życia od poczęcia, stajemy po stronie pro life i modlimy się w intencji utrzymania przepisów chroniących życie w Polsce – mówi Wojciech, jeden z uczestników Procesji. Dodaje, że obowiązujące obecnie przepisy w znaczącym stopniu bronią fundamentu naszej cywilizacji jakim jest prawo do życia. – Nowa sejmowa większość zapowiada wprowadzenie regulacji dehumanizujących najbardziej bezbronne istoty – dzieci nienarodzone. Jestem tu po to, aby dawać jasne świadectwo, że nie zgadzam się na takie działanie. Modlę się o powstrzymanie proaborcyjnych pomysłów polityków – wskazuje Wojciech.
Z kolei Agnieszka dodaje, że dziś najważniejsza jest modlitwa za wstawiennictwem Matki Bożej oraz świętych patronów, których relikwie niesione są w Procesji. Wskazuje, że modlitwa czyni cuda, a dziś potrzeba wiele modlitwy publicznej, która obudzi sumienia Polaków. – Idziemy w Procesji za Życiem, dajemy świadectwo, modlimy się i jednocześnie apelujemy do polityków, którzy chcą podeptać fundamentalne wartości – nie zgadzamy się na to i będziemy bronić tych wartości – mówi uczestniczka Procesji.
NHS pod ostrzałem: informator twierdzi, że pacjenci byli bezzasadnie poddawani eutanazji, aby fałszywie zawyżyć liczbę ofiar pandemii COVID-19
Informator NHS (National Health Service – Brytyjska Służba Zdrowia), który pragnie zachować anonimowość, wystąpił z zarzutami, że szpitale NHS nie były przepełnione podczas pandemii Covid-19, jak donosiły władze i media głównego nurtu.
Informator potwierdził również, że znikoma opieka świadczona podczas pandemii była równoznaczna z zaniedbaniem, a rząd i szefowie NHS zasadniczo poinstruowali personel, aby pozwolił ludziom umierać, a w niektórych przypadkach zabijać ich w ramach programu „End of Life Care” i fałszywie oznaczać zgony jako spowodowane Covid-19.
„Pamiętam wizytę u pacjentki w wieku 80 lat. Po operacji stawu biodrowego odbyła tylko jedną bezpośrednią wizytę u fizjoterapeuty i jedną konsultację telefoniczną. Znalazłem ją leżącą w nieładzie na podkładkach na nietrzymanie moczu, z odebraną godnością, ponieważ była przykuta do łóżka ze sztywno obróconą nogą, niezdolną do przeniesienia się na sedes. Jej rodzina była bardzo zdenerwowana.”
Osoba ta, określana jako dr John, pracowała w ośrodkach zajmujących się drobnymi urazami i chorobami, a także w podstawowej opiece zdrowotnej podczas trwania całego okresu pandemii.
Dr John twierdzi, że „widział ewolucję tego bałaganu od samego początku pandemii” i że szpitale były w rzeczywistości wyjątkowo ciche i prawie puste podczas pierwszego lockdownu.
„Kiedyś przyjmowałem średnio 20 pacjentów dziennie, a podczas pierwszego lockdownu liczba ta spadła do 1-2 pacjentów. Byłem nawet świadkiem, jak starsza pani ze strasznymi złamaniami kości przybyła do szpitala trzy tygodnie po wypadku, ponieważ była zbyt przestraszona złapaniem koronawirusa, aby wcześniej odwiedzić szpital. W końcu ból przezwyciężył strach”.
„Badałem również ludzi z bólami w klatce piersiowej w ich domach, którzy nie chcieli iść na dalsze badania, ponieważ tak bardzo bali się „wirusa”, że woleliby raczej zaryzykować zawał serca niż infekcję lub samotność związaną z pójściem do szpitala”.
Statystyki NHS zdecydowanie potwierdzają twierdzenia dr Johna.
Przeanalizowaliśmy dane dotyczące frekwencji na ostrych dyżurach w kwietniu (Lockdown 1) i listopadzie (Lockdown 2) w 2020 roku i porównaliśmy je z kwietniem i listopadem w 2018 i 2019 roku, które wykazały, że frekwencja na ostrych dyżurach podczas pierwszego lockdownu spadła o 57% w porównaniu z rokiem poprzednim, a frekwencja na ostrych dyżurach podczas lockdownu 2 spadła o 31% w porównaniu z rokiem poprzednim.
2020 – kwiecień – 916 581 pacjentów na ostrym dyżurze / listopad – 1 485 132 pacjentów na ostrym dyżurze
Ten znaczący spadek frekwencji sugeruje, że ludzie byli zbyt przestraszeni, aby odwiedzić szpital z powodu propagandy strachu utrwalanej w mediach głównego nurtu.
Co więcej, dr John opisuje również, w jaki sposób zmiany w polityce opieki doprowadziły do tego, że pacjenci nie otrzymywali odpowiedniej opieki kontrolnej, co skutkowało negatywnymi skutkami dla pacjentów i ich rodzin.
Stwierdza, że zwykłe wizyty kontrolne nie były przeprowadzane, a rodzice usuwali gips ze złamanych kończyn swoich dzieci: „Boję się myśleć o stanie niektórych z ich kończyn”.
Wspomniał również, że zmiana w zasadach opieki doprowadziła do trwałej niepełnosprawności ponad 80-letniej kobiety.
Opisuje wizytę u starszej pacjentki, która po operacji stawu biodrowego odbyła tylko jedną bezpośrednią wizytę u fizjoterapeuty i jedną rozmowę telefoniczną. Znalazł ją w stanie przykutym do łóżka, niezdolną do przeniesienia się na sedes, pozbawioną godności.
Upadek NHS wpłynął jednak nie tylko na pacjentów dr Johna, ale także na niego osobiście, ponieważ podczas rzekomej pandemii z powodu braku wymaganej opieki stracił członka rodziny walczącego z rakiem.
„Dawano mu 7 lat życia z chorobą, a w nowym systemie NHS przeżył zaledwie rok.”
„Byłem również świadkiem rozpaczy rodzin, które widziały, jak ich krewni umierają wcześniej, niż powinni, z powodu braku profesjonalnej opieki, którą należało im zapewnić. To był bardzo smutny rok, w którym byłem świadkiem upadku służby zdrowia.”
„Widziałem również, jak pacjenci po udarze mózgu byli odsyłani do domu bez żadnej dalszej opieki. Wiem również o polityce kwalifikacji, w ramach której personel był zmuszony odsyłać potencjalnie poważnie chorych ludzi do domu, zakładając, że zadzwonią, jeśli ich stan się pogorszy.”
, polityka ta doprowadziła do tego, że osoby niepełnosprawne i mające trudności w uczeniu się stanowiły 3 na każde 5 zgonów z powodu Covid.
To zeznanie pracownika NHS sugeruje, że opinia publiczna była okłamywana co do oficjalnej narracji o przeciążeniu NHS podczas pandemii.
Podkreśla ono negatywny wpływ dezinformacji i propagandy strachu na postrzeganie sytuacji przez społeczeństwo, co doprowadziło do tego, że ludzie unikali leczenia z obawy przed zarażeniem się wirusem.
Ponadto podkreśla również negatywny wpływ zmian w polityce opieki, co prowadzi do tego, że pacjenci nie otrzymują odpowiedniej opieki kontrolnej i negatywnych wyników dla pacjentów i ich rodzin.
Fakt ten jest również poparty dokumentem o nazwie „The Death Document”, który został opublikowany przez NICE (National Institute for Health and Care Excellence), wykonawczy pozaministerialny organ publiczny, sponsorowany przez Departament Zdrowia i Opieki Społecznej.
Istnieje również wiele dowodów na to, że rząd Wielkiej Brytanii zezwolił na „masowe morderstwa” osób starszych i bezbronnych za pomocą zastrzyków z Midazolamu, a następnie powiedział opinii publicznej, że winny jest Covid-19.
W okresie od 2 marca do 12 czerwca 2020 r. z powodu COVID-19 zmarło 18 562 mieszkańców domów opieki w Anglii, w tym 18 168 osób w wieku 65 lat i starszych, co stanowi prawie 40% wszystkich zgonów związanych z COVID-19 w Anglii w tym okresie.
Jest to znacząca liczba, biorąc pod uwagę, że w tym samym okresie w domach opieki w Anglii odnotowano 28 186 „nadmiernych zgonów”, co stanowi 46% wzrost w porównaniu z tym samym okresem w poprzednich latach.
Szereg decyzji i zasad przyjętych przez władze na szczeblu krajowym i lokalnym w Wielkiej Brytanii naruszało prawa mieszkańców domów opieki do życia, zdrowia i niedyskryminacji.
Zawieszenie regularnych procedur nadzoru nad domami opieki przez ustawowy organ regulacyjny, Komisję ds. Jakości Opieki (CQC) oraz Rzecznika Praw Obywatelskich Samorządu Lokalnego i Opieki Społecznej.
Powyższe działania władz przyczyniły się do wysokiej liczby zgonów wśród mieszkańców domów opieki podczas pandemii. Stwierdzono również, że poważną chorobą Covid-19 jest zapalenie płuc i towarzysząca mu niewydolność oddechowa. Dlatego typowe objawy obejmują duszność, kaszel, osłabienie i gorączkę. Zauważono również, że u osób, u których pogarsza się niewydolność oddechowa i które nie otrzymują intensywnej opieki, rozwija się zespół ostrej niewydolności oddechowej z ciężką dusznością.
Mając to na uwadze, oto ważne ostrzeżenie dotyczące midazolamu dzięki uprzejmości amerykańskiej Narodowej Biblioteki Medycyny:
Wstrzyknięcie Midazolamu może powodować poważne lub zagrażające życiu problemy z oddychaniem, takie jak płytki, spowolniony lub tymczasowo zatrzymany oddech, co może prowadzić do trwałego uszkodzenia mózgu lub śmierci. Lek ten powinien być podawany wyłącznie w szpitalu lub gabinecie lekarskim wyposażonym w sprzęt niezbędny do monitorowania pracy serca i płuc oraz szybkiego zapewnienia ratującego życie leczenia w przypadku spowolnienia lub zatrzymania oddechu. Lekarz lub pielęgniarka będą uważnie obserwować pacjenta po otrzymaniu tego leku, aby upewnić się, że oddycha on prawidłowo.
Ostrzeżenie stwierdza, że lek ten powinien być podawany wyłącznie w szpitalu lub gabinecie lekarskim, który posiada niezbędny sprzęt do monitorowania serca i płuc pacjenta oraz zapewnienia leczenia ratującego życie w razie potrzeby.
Powstaje zatem pytanie, dlaczego „Dokument Śmierci” opublikowany w kwietniu 2020 r. instruuje lekarzy, aby leczyli pacjentów (z Covid-19) cierpiących na chorobę, która rzekomo wpływa na układ oddechowy, midazolamem, lekiem wpływającym na układ oddechowy.
Pojawia się również pytanie: dlaczego w tym samym miesiącu pozaszpitalne przepisywanie midazolamu było dwukrotnie wyższe niż w 2019 roku?
Budzi to obawy o właściwe prowadzenie leczenia pacjentów z Covid-19 w domach opieki podczas pandemii.
CQC, ustawowy organ zlecony przez Departament Zdrowia i Opieki Społecznej, przeprowadził specjalny przegląd decyzji o niepodejmowaniu resuscytacji krążeniowo-oddechowej (DNACPR) podjętych podczas pandemii COVID-19. Dochodzenie wykazało, że w trakcie pandemii podejmowano niedopuszczalne i niewłaściwe decyzje DNACPR i stwierdzono, że możliwe jest, że nadal istnieją przypadki niewłaściwego DNACPR.
Dochodzenie CQC wykazało również, że podczas „pandemii” wytyczne te nie były przestrzegane. Otrzymano głęboko niepokojące dowody z wielu źródeł, że podczas pandemii COVID19 zawiadomienia DNACPR były stosowane na zasadzie ogólnej do niektórych kategorii osób przez niektórych świadczeniodawców, bez żadnego zaangażowania osób lub ich rodzin.
Prawie 10% osób korzystających z usług lub rodzin, które odpowiedziały na wezwanie do przedstawienia dowodów, powiedziało Brytyjskiemu Instytutowi Praw Człowieka, że doświadczyło presji lub stosowania nakazów DNACPR.
Trzydzieści cztery procent osób pracujących w służbie zdrowia i / lub opiece społecznej stwierdziło, że byli pod presją, aby wprowadzić DNACPR bez angażowania danej osoby.
Ponadto 71% organizacji rzeczniczych i działaczy stwierdziło, że doświadczyło nakazów DNACPR lub nacisków na ich wydanie bez udziału w podejmowaniu decyzji.
Zauważono również, że te nakazy DNACPR były niesłusznie wykorzystywane jako pretekst do rozpoczęcia opieki u schyłku życia.
Dochodzenie CQC wykazało również, że podczas „pandemii” wytyczne te nie były przestrzegane. Otrzymali bardzo niepokojące dowody z wielu źródeł, że podczas pandemii COVID19 zawiadomienia DNACPR były stosowane w sposób ogólny do niektórych kategorii osób przez niektórych świadczeniodawców, bez żadnego zaangażowania osób lub ich rodzin.
Prawie 10% osób korzystających z usług lub rodzin, które odpowiedziały na wezwanie do przedstawienia dowodów, powiedziało Brytyjskiemu Instytutowi Praw Człowieka, że doświadczyło presji lub stosowania nakazów DNACPR.
Trzydzieści cztery procent osób pracujących w służbie zdrowia i / lub opiece społecznej stwierdziło, że byli pod presją, aby wprowadzić DNACPR bez angażowania danej osoby.
Ponadto 71% organizacji rzeczniczych i działaczy stwierdziło, że doświadczyło nakazów DNACPR lub nacisków na ich wydanie bez udziału w podejmowaniu decyzji.
Zauważono również, że te nakazy DNACPR były niesłusznie wykorzystywane jako pretekst do rozpoczęcia opieki u schyłku życia.
Dokument dotyczący śmierci
NICE twierdzi, że jest niezależną organizacją, ale w rzeczywistości wydaje się, że nie jest, gdy spojrzy się na jej strukturę. Na tej stronie TUTAJ znajduje się cytat „Nasza struktura – struktura organizacji i sposób, w jaki współpracujemy z rządem”. Podążając za linkiem do strony „Nasza struktura” TUTAJ, a następnie klikając „Dowiedz się więcej o tym, jak opracowujemy wytyczne”, można przejść do strony TUTAJ
, na której wyraźnie stwierdzono, że „tematy są kierowane do NICE z następujących organizacji”:
Tematy związane z opieką zdrowotną: NHS England
Tematy związane ze zdrowiem publicznym: Departament Zdrowia i Opieki Społecznej
Tematy związane z opieką społeczną: Departament Zdrowia i Opieki Społecznej oraz Departament Edukacji
Kopia wytycznych NICE znajduje się TUTAJ i można się z nią zapoznać w wolnej chwili. Jak widać w klauzuli 4.1 „Sekretarz Stanu jest odpowiedzialny przed Parlamentem za system opieki zdrowotnej (jego „steward”), w tym NICE”.
Wszystkie powyższe informacje wskazują, że NICE wcale nie jest niezależna. Jest ona wyraźnie częścią rządu Wielkiej Brytanii (NICE jest finansowana i odpowiedzialna przed Departamentem Zdrowia i Opieki Społecznej) i działa jako agencja NHS. Co więcej, i co niepokojące, biorąc pod uwagę, że nie wydaje się być niezależną organizacją, zasięg NICE jest niezwykle szeroki, biorąc pod uwagę, że ich wytyczne są wdrażane nie tylko w szpitalach, ale także w gabinetach lekarskich, domach opieki i organizacjach społecznych, a także innych, i rozciąga się na arenie międzynarodowej.
Mając na uwadze powyższe, musimy zadać pytanie: „Czy rząd Wielkiej Brytanii, za pośrednictwem Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej, jest w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za wytyczne NICE NG163, które doprowadziły do niepotrzebnego zabijania osób starszych i najbardziej bezbronnych w Wielkiej Brytanii, zalecając stosowanie Midazolamu i opioidów w „leczeniu” Covid 19?”.
Ten dokument jest trudny do znalezienia. Jeśli poszukasz go w witrynie NICE, dotrzesz do strony, która stwierdza, że wytyczne te zostały zaktualizowane przez NG191, który je zastępuje. Nie ma kopii bibliotecznej NG163, którą można by przejrzeć.
Clare Wills Harrison, prawniczka, która od 2020 roku ujawnia skandal związany z midazolamem, znalazła jakiś czas temu NG163 wraz z wieloma innymi dokumentami, które od tego czasu wyszły na jaw i są istotne dla kwestii midazolamu. Można śmiało powiedzieć, że NG163 bezpośrednio doprowadził do nieprawidłowego użycia protokołu, który Clare i jej zespół nazywają „ścieżką śmierci”, i doszli do wniosku, że tam, gdzie słowo „ścieżka” pojawia się w jakichkolwiek zaleceniach medycznych, jest to zwykle powód do niepokoju.
Kiedy czytasz NG163, zwróć uwagę na datę – 3 kwietnia 2020 roku. Było to mniej niż 2 tygodnie po tym, jak Wielka Brytania weszła w stan lockdownu. Nawet jeśli przyznamy, że NICE, za pośrednictwem rządu, pracował nad wytycznymi dotyczącymi leczenia od stycznia 2020 r., kiedy wczesne doniesienia o Covid 19 krążyły po całym świecie, dałoby to NICE tylko 3 miesiące na sformułowanie wytycznych w NG163. Nie można sobie wyobrazić, aby NICE mógł mieć dowody i informacje o skuteczności stosowania midazolamu i opioidów w leczeniu duszności i niepokoju związanego z Covid 19 w tym czasie.
GMC reguluje działalność lekarzy w Wielkiej Brytanii. Ustanawia standardy, prowadzi rejestr, zapewnia jakość kształcenia i rozpatruje skargi.
14 kwietnia GMC wydało „Wspólne oświadczenie: Społecznościowe zalecenia dotyczące stosowania leków na objawy COVID-19”, które można znaleźć TUTAJ
.
Wspólne oświadczenie niezbicie wspiera wytyczne NICE zawarte w NG163.
Z dowodów dostarczonych przez pracowników NHS, prawników śledczych i oficjalnych raportów rządowych jasno wynika, że z powodu kłamstwa poświęciłeś ponad dwa lata swojego życia.
Kłamstwa, które wiązało się z przedwczesnym kończeniem życia tysięcy ludzi, o których powiedziano ci, że zmarli na Covid-19.
Kłamstwa, które wiązało się z popełnieniem jednej z największych zbrodni przeciwko ludzkości w żywej pamięci.
Kłamstwa, które wymagało trzech rzeczy – strachu, twojego posłuszeństwa i leku znanego jako Midazolam.
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) • 10 grudnia 2023 tekst
Wprawdzie pan marszałek Szymon Hołownia, który – ze względu na panującą pod jego przewodnictwem atmosferę w Sejmie już zdążył dorobić się przezwiska „Kotłownia” – odroczył posiedzenie Sejmu do 11 grudnia, kiedy to premier Mateusz Morawiecki ma przedstawić expose swego rządu tymczasowego, a następnie odbędzie się dintojra w postaci odmowy udzielenia mu votum zaufania – ale się nie nudzimy, bo jak nie Volksdeutsche Partei, to komisja do zbadania ruskich wpływów w naszej – pożal się Boże! – polityce, jak nie komisja, to Kukuniek – i tak aż do ostatecznego zwycięstwa, to znaczy – do pojawienia się rządu Donalda Tuska.
Wiele wskazuje na to, że ten rząd objawić się może w całej straszliwej postaci 13 grudnia, co nawiązywałoby, a zarazem wypełniało pewną tradycję. Jak wiadomo, 13 grudnia 1981 roku generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny, w ramach którego administrująca Polską polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza podjęła próbę zdławienia siłą niepodległościowych aspiracji historycznego narodu polskiego. 13 grudnia 2007 roku Donald Tusk i jego minister spraw zagranicznych w osobie Księcia-Małżonka Radosława Sikorskiego, bez czytania podpisali traktat lizboński, który amputował Polsce ogromny – w dodatku nikt dokładnie nie wie, jaki – kawał suwerenności politycznej – no a teraz – rząd pod egidą Volksdeutsche Partei. Rzymianie mawiali, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe, więc gdyby wspomniany rząd objawił się w straszliwej postaci właśnie 13 grudnia, to nowej, świeckiej tradycji stałoby się zadość.
Jak tam będzie, tak tam będzie, ale i bez tego wcale się nie nudzimy. Oto po ekspresowym uchwaleniu ustawy o finansowaniu przez państwo zapładniania w szklance, w Sejmie pojawiła się kolejna, nie cierpiąca zwłoki ustawa. Teoretycznie dotyczyła ona stabilizacji cen energii, ale okazało się, że to był tylko pretekst, bo tak naprawdę chodziło o coś całkiem innego. Zacznijmy jednak od Adama i Ewy. Oto wkrótce po październikowych wyborach Nasza Złociutka Pani Urszula von der Layen, cała w skowronkach zakomunikowała, że na powitanie zwycięstwa demokracji Polska dostanie 5 mld euro zaliczki. Tak się akurat złożyło, że ta informacja zbiegła się w czasie z hiobowymi wieściami, jakoby niemiecki koncern Siemens miał 4 mld euro manka. Nikt by może nie dopatrzył się związku między tymi wydarzeniami, gdyby nie to, że Wielce Czcigodna Paulina Hening-Kloska, kiedyś w Nowoczesnej, a obecnie – z Trzeciej Drogi, wniosła do Sejmu projekt wspomnianej ustawy, w której pilni czytelnicy dopatrzyli się, że nie tyle chodzi o stabilizację cen energii, tylko o to, by Polska kupiła od koncernu Siemens wiatraki za 5 mld euro, które można by stawiać nawet w odległości 300 m od zabudowań i w dodatku wywłaszczać grunty pod ich instalowanie, ponieważ postawienie takiego wiatraka zostało tam uznane za „inwestycję publiczną”, taką samą, jak np. autostrada.
Wybuchł klangor, w następstwie którego Trzecia Droga przerzucała się z Volksdeutsche Partei projektem tej ustawy, niczym gorącym kartoflem – że to nie ich pomysł. A w takim razie – czyj? Mimo, iż pojawiły się wzruszające wątpliwości, czy Wielce Czcigodna Paulina Hening-Kloska byłaby w stanie napisać taką ustawę – a zresztą każdą inną też – to pytanie to początkowo zawisło w powietrzu bez odpowiedzi. Wreszcie Wielce Czcigodna Paulina Hening-Kloska wydusiła z siebie, że te 300 metrów to ona sama wymyśliła, ale ponieważ mleko się rozlało, to pojawiły się skrzydlate wieści, że chyba nie zostanie ona „ministrą” do spraw klimatu w rządzie pod egidą Volksdeutsche Partei, a sama ustawa – chociaż podobno z jej uchwaleniem nie można było czekać ani chwili dłużej – ma zostać „wycofana”. W tej sytuacji nie od rzeczy będzie przypomnienie opowieści pana Pawła Piskorskiego z KL-D, jak ta partia, której przewodził m.in. Donald Tusk, była finansowo futrowana przez Niemców. Tedy obóz „dobrej zmiany”, którego funkcjonariusze właśnie mają być już wkrótce tarzani w smole i pierzu przez sejmowe komisje śledcze: do spraw „wyborów kopertowych”, afery wizowej i „Pegasusa”, domagają się powołania kolejnej – właśnie w sprawie „afery wiatrakowej”. Jak już się tarzać, to się tarzać ponad podziałami!
W tak zwanym międzyczasie większość sejmowa rozgoniła komisję do badania ruskich wpływów w naszej – pożal się Boże! – polityce pod przewodnictwem pana doktora Cenckiewicza, która zdążyła jeszcze złożyć pocałunek śmierci w postaci „raportu cząstkowego”, z którego wynika, że Donald Tusk, Książę-Małżonek, Bogdan Klich, Tomasz Siemoniak i jeszcze inni mężykowie stanu drobniejszego płazu, powinni dostać szlaban na piastowanie funkcji publicznych. Zostało to potraktowane wzruszeniem ramion, bo chociaż w pierwotnej wersji ustawy ta komisja wyposażona została w taką sankcję, to na skutek pomruków z czeluści Unii Europejskiej, wystraszony pan prezydent Duda wyrwał jej ten jadowity ząb. Wygląda jednak na to, że Donald Tusk i jego komanda już wkrótce powoła „swoją” komisję, która nieubłaganym palcem wskaże winowajców – ale oczywiście już całkiem innych. Wprawdzie i ta komisja żadną sankcją nie będzie dysponowała, mimo to jednak sam fakt jej istnienia najwyraźniej musi budzić jaskółczy niepokój w Judenracie „Gazety Wyborczej”, bo jużci – pan redaktor Michnik bywał w Klubie Wałdajskim, gdzie zimny ruski czekista Putin karmił i poił swoich gości, którzy rewanżowali mu się swoimi złotymi myślami.
Tymczasem Kukuniek, który właśnie w Strasburgu wygrał – tym razem nie w totolotka, jak to bywało za pierwszej komuny – 30 tys. euro za męczeństwo w służbie praworządności, szykuje się do kolejnego męczeństwa dla Polski. Chodzi o to, że znienawidzony IPN, przed którym Kukuniek zeznawał w charakterze pokrzywdzonego, doszedł do wniosku, że jego zeznania w sprawie podpisów na zobowiązaniu do współpracy, ręcznych donosach i co najmniej 50 pokwitowaniach pieniężnych dla SB, nie były szczere, to znaczy – że kłamał mówiąc, iż to nie jego podpisy, ani donosy. Prokuratura zaangażowała sztab specjalistów z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie, którzy – porównując podpisy i pismo na dokumentach przekazanych IPN-owi przez panią Marię Kiszczakową i dokumenty podpisane przez prezydenta Lecha Wałęsę, „kategorycznie” orzekli, iż wszystkie podpisy zarówno na zobowiązaniu do współpracy z SB, jak i na pokwitowaniach pieniężnych oraz na ręcznie pisanych doniesieniach są autentyczne. W tej sytuacji Kukuńkowi grozi proces o fałszywe zeznania. Czy jednak pod rządami Volksdeutsche Partei, która będzie walczyć o przywrócenie praworządności do niego dojdzie – to całkiem inna sprawa. Toteż Kukuniek swoim zwyczajem oczywiście wszystkiemu zaprzecza, domagając się przy okazji likwidacji złowrogiego IPN („Ach, pójdę aż do piekła, byleby moją zbrodnię wieczysta noc powlekła” – wołała Pani, która zabiła Pana w balladzie Adama Mickiewicza „Lilie”), ale na wszelki wypadek, gdyby jednak coś poszło nie tak, deklaruje, że jak będzie trzeba, to pójdzie do więzienia i w ten sposób poświęci się dla Polski.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Wygląda na to, że moje przypuszczenia w sprawie losów wojny na Ukrainie zaczynają się sprawdzać. Przypomnę, że od samego początku twierdziłem, że Stany Zjednoczone, które zachęciły prezydenta Zełeńskiego do odrzucenia porozumień mińskich z roku 2014 i 2015, postanowiły wydać Rosji wojnę do ostatniego Ukraińca. Wypsnęło się to sekretarzowi obrony Lloydowi Austinowi, który podczas rytualnej pielgrzymki do Kijowa powiedział, że celem tej wojny jest “osłabienie Rosji”.
Czy Rosja została na skutek tej wojny osłabiona? Prawdopodobnie tak, bo ugrzęzła na Ukrainie podobnie, jak Stany Zjednoczone ugrzęzły w Wietnamie, gdzie wojowały przecież nie z Wietnamem, bo z nim poradziłyby sobie w miesiąc – tylko z całym Układem Warszawskim i Chinami na dodatek. Jak pamiętamy, wybory prezydenckie w USA w roku 1968 wygrał Ryszard Nixon tak naprawdę tylko dlatego, że obiecał, iż tę wojnę zakończy – co rzeczywiście zrobił, odwiedzając w tym celu Pekin.
W odróżnieniu od rozmaitych ukraińskich narwańców, którzy upajali się własnymi fantasmagoriami, jak to “zdemilitaryzują” europejską część Rosji – Amerykanom takie pomysły nawet nie przychodziły do głowy. Najwyraźniej zdawali sobie sprawę, że gdyby Rosja rzeczywiście sie rozpadła, to Syberii nie zagospodarowaliby ani Jakuci, ani Czukcze, ani Samojedzi, tylko Chińczycy, których USA prawdopodobnie już nie mogłyby stamtąd usunąć. I co dalej? Ponieważ na to pytanie nikt nie może udzielić odpowiedzi, to USA – owszem – chciałyby “osłabić Rosję”, ale nie za bardzo.
Pewne światło na tę sprawę rzucił sekretarz generalny NATO p. Stoltenberg, który wyraził obawę, by ta wojna “nie wymknęła się spod kontroli” Wynika z tego, że przez cały czas znajdowała się pod kontrolą i to w dodatku – z obydwu stron, to znaczy – z amerykańskiej i rosyjskiej. Amerykanie nie dostarczali Ukraińcom broni dalekiego zasięgu, przy pomocy której mogliby atakować Rosję, a z kolei Rosja powstrzymywała się i nadal powstrzymuje, przed niszczeniem np. ukraińskiej infrastruktury kolejowej. Co więcej – wycofała się chyba z niszczenia infrastruktury energetycznej, którą w swoim czasie zdewastował generał Surowikin.
O ile jednak USA i cały Sojusz Atlantycki wspierał Ukrainę dostawami broni i amunicji, o tyle nie był w stanie uzupełniać ubytków w tak zwanej “sile żywej”, której część (co najmniej 500 tys.) wyginęła w walkach, część wskutek obrażeń, np. utraty rąk, czy nóg, nie jest już zdolna do walki, no a pozostała część młodych ludzi w znacznym stopniu czmychnęła za granicę. W tym ostatnim przypadku – korzystając z fikcyjnych zwolnień od służby wojskowej, wystawianych za łapówki przez tamtejsze wojskowe komendy uzupełnień, albo nawet nie zadając sobie takiej fatygi.
W rezultacie zapowiadana z wielkim przytupem ukraińska kontrofensywa okazała się niewypałem z uwagi na to, że upojeni niepowodzeniem rosyjskiego Blitzkriegu Ukraińcy, przez 8 miesięcy się radowali, pozwalajac rosyjskiemu wojsku urządzić chronioną polami minowymi i umocnieniami polowymi, głęboko urzutowaną (na 30-50 km w głąb) obronę zajętych i włączonych do Federacji Rosyjskiej 4 ukraińskich obwodów: ługańskiego, donieckiego zaporoskiego i chersońskiego.
Przypomnijmy, że odrzucone przez Ukrainę porozumienia mińskie przewidywały tylko ustanowienie autonomii w obwodzie ługańskim i donieckim, które jednak miały pozostać w granicach Ukrainy.
Toteż kiedy okazało się, że ukraińska kontrofensywa spaliła na panewce (przez pół roku udało się ukraińskim wojskom posunąć na 19 km i na blisko 1000-kilometrowym froncie zająć obszar ok. 130 kilometrów kwadratowych, każdy zrozumiał, że żadnego przełomu w tej wojnie nie będzie. W dodatku władze ukraińskie w lipcu br. lekkomyślnie się pochwaliły, że Ukraina uzyskała rekordowy poziom rezerw walutowych.
W tej sytuacji, gdy czołowi faworyci Partii Republikańskiej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA odgrażają się, że zakończą ukraińską awanturę, podobnie jak Nixon obiecał zakończyć wojnę w Wietnamie, musiała dostroić się do tego również administracja prezydenta Józia Bidena, który najwyraźniej postanowił służyć Ameryce i światu do upadłego.
Ogłosiła, że – po pierwsze – wysyła na Ukrainę komisję celem zbadania co się naprawdę stało ze 140 mld dolarów amerykańskiej pomocy, a po drugie – Departament Stanu nakazał Ukraińcom przeprowadzić antykorupcyjną kurację przeczyszczającą całego państwa, bo jak nie, to USA wstrzymają pomoc.
Ponieważ wykorzenienie korupcji na Ukrainie wydaje się zamierzeniem jeszcze trudniejszym od uprzątnięcia stajni Augiasza, widać było, że administracja prezydenta Bidena poszukuje pretekstu, by się z tej awantury ukraińskiej wyplątać – ale metodą Kukuńka. Pan Paweł Pitera, małżonek pani Julii, twierdził, że Kukuniek przez całe życie miał jeden problem – jak wynieść za bramę puszkę farby, żeby w razie czego podejrzenie padło na portiera. Raz to jest puszka, innym razem – cała Polska – ale mechanizm jest taki sam.
Toteż, niezależnie od dwóch wspomnianych pretekstów, prezydent Józio Biden chwycił się trzeciego, który wydaje się strzałem w dziesiątkę. Chodzi o to, że kongresmani republikańscy domagają się od prezydenta cięć budżetowych i dodatkowych środków na ochronę granicy amerykańsko-meksykańskiej przez migrantami.
Jeśli administracja nie zgodzi się ani na jedno, ani na drugie – nie chcą uchwalić budżetu na rok 2024. Już we wrześniu w związku z tym Ameryce zagroziła niewypłacalność – ale Izba Reprezentantów w ostatniej chwili uchwaliła budżet tymczasowy na 45 dni – w którym jednak nie znalazła się pozycja o pomocy dla Ukrainy.
45 dni minęło i sytuacja znowu się powtórzyła, więc Izba Reprezentantów znowu przyjęła budżet tymczasowy do stycznia przyszłego roku – ale tam też nie ma środków na pomoc dla Ukrainy. A dotychczasowa forsa właśnie się skończyła. Na domiar złego – ponieważ prezydent Józio Biden zaparł się w sprawie warunków stawianych przez Republikanów i nie chce ustąpić ani na jotę – 6 grudnia Senat USA odrzucił pomysł pakietu pomocowego na ponad 100 mld dolarów, z którego Ukraina miałaby dostać prawie 70 mld.
Prezydent Biden oficjalnie jest załamany, ale jestem pewien, że kiedy nikt nie widzi, to zaciera ręce z radości, że już niczego Ukraińcom nie da – ale nie ze swojej winy, tylko z winy złych Republikanów. “Taka, panie, kombinacja” – jak mawiał Antoni Lange.
A jeśli Ameryka niczego Ukraińcom nie da, to nie ma rady – musi nastąpić zamrożenie konfliktu, Bóg wie na jak długo – bo prezydent Zełeński zaklina się, że z Putinem rozmawiać nie będzie. Możliwe jednak, że ktoś mu podstawi nogę, bo z Ukrainy dobiegają coraz wyraźniejsze pomruki niezadowolenia – również z kół wojskowych, no a wtedy może nawet odbędą się rozmowy z Rosją, które Wiktor Orban chciałby zorganizować w Budapeszcie.