Czy sedewakantyzm jest odpowiedzią na kryzys Kościoła?

Czy sedewakantyzm jest odpowiedzią na kryzys Kościoła?

Robert Nelke, Sławomir Wełniński Zawsze Wierni nr 2/2023 (225)

Jaka jest zatem odpowiedź na kryzys w Kościele?

piusx

W przestrzeni medialnej ścierają się różne wizje dotyczące źródła kryzysu w Kościele, jakie rozmiary on obecnie przybiera, a także tego, jak ów kryzys zażegnać. Jedną z bardziej aktywnych stron tej dyskusji, przynajmniej w Internecie, są tzw. sedewakantyści.

Sedewakantyści, wyraźnie obecni w Internecie, wzbudzają wśród wielu wiernych związanych z szeroko rozumianą Tradycją zainteresowanie, co rodzi szereg pytań o ich proweniencję. Jakie są główne filary tego ruchu? Czy poza samą negacją legalności wyboru papieża i podległych mu biskupów sedewakantyzm zawiera jakiś pozytywny przekaz? Czy w związku z powyższym nie pociąga to za sobą konsekwencji natury praktycznej? Co z nieomylnością papieską i widzialnością Kościoła? Czy istnieją podobieństwa między sedewakantystami a wschodnimi schizmatykami? Co z kwestią jurysdykcji w sprawowaniu kultu Bożego, sakramentów oraz nauczania?

Sede vacante w historii Kościoła a współczesny sedewakantyzm

Termin „sedewakantyzm”, pochodzący od łacińskiego sedes vacans („nieobsadzona stolica”), określa czas, w którym cały Kościół katolicki lub pojedyncza diecezja pozostaje odpowiednio bez papieża lub biskupa. Okres ten zamyka moment wyboru nowego papieża przez konklawe lub nominacja ordynariusza. Trwa on zazwyczaj kilka tygodni, a niekiedy miesięcy. Po śmierci Klemensa V konklawe trwało ponad 2 lata i 3 miesiące, kończąc się wyborem Jana XXII. Inne znaczące okresy sede vacante miały miejsce w latach 1241–1243 oraz 1268–1271. Nie należy jednak zapominać, że na ten czas (aż do pomyślnego wyniku konklawe), wyznacza się wcześniej osoby, które sprawują pieczę nad Kościołem, aż do wyboru nowego papieża. Jest to rzecz jasna stan bardzo niepożądany, stanowiący realne zagrożenie dla ciągłości Kościoła i jego władzy, jak również rodzący wiele problemów, na przykład ze strony ewentualnych uzurpatorów (antypapieży). Z tego też względu obsadzenie tronu papieskiego jest zadaniem absolutnie priorytetowym, przy którym niejednokrotnie ryzykowano wręcz życiem, jak choćby w latach 1799–1800 podczas ostatniego znanego konklawe odbywającego się z konieczności poza Rzymem, kiedy po wyjątkowo trudnych i długich obradach wybrano Piusa VII, następcę więzionego przez Napoleona Piusa VI. Warto więc zadać sobie pytanie: czy sede vacante mogłoby trwać przez dowolnie długi czas, na przykład przez okres dwóch lub trzech pokoleń? W swych rozważaniach sedewakantyści pomijają ten problem, zazwyczaj datując początek okresu sede vacante od momentu śmierci Piusa XII1, ostatniego katolickiego papieża, którego następcy popadli w herezję modernizmu. Czyli, jak łatwo można policzyć, okres nieobsadzenia Stolicy Piotrowej trwa według nich już niemal 65 lat. Argumentują to tezami niektórych znamienitych teologów Kościoła (przede wszystkim św. Roberta Bellarmina), jednak są to przede wszystkim teorie, które siłą rzeczy nie mogły przewidzieć, że zostaną wykorzystane przy apologetyce tak długiego rzekomego okresu sede vacante.

W 1970 r. abp Lefebvre, na prośbę grupy francuskich alumnów, których spotykały prześladowania za kultywowanie swojego powołania w duchu tradycyjnym, zakłada seminarium duchowne w Écône. W tym też czasie część kapłanów i wiernych świeckich doszła na podstawie swoich własnych teologicznych studiów do przekonania, że papieże, którzy ostatnio zasiadali na Stolicy Piotrowej są heretykami. Dlatego też nie mogli ważnie sprawować urzędu, czyli de facto nie byli prawdziwymi papieżami2. Wtedy to zaczęto mówić o istnieniu sedewakantyzmu, co spowodowało kolejny podział m.in. wśród duchownych i wiernych świeckich, którzy współpracowali z abp. Lefebvre’em, gdyż Arcybiskup nie zaaprobował tej teorii. Doprowadziło to w 1983 r. do odejścia kilkunastu amerykańskich kapłanów i wiernych oraz powołania Bractwa Kapłańskiego św. Piusa V (FSSPV), które w krótkim czasie uległo dalszym podziałom.

Jednymi z pierwszych głosicieli sedewakantystycznych poglądów byli świeccy autorzy: Patrick Henry Omlor, Japończyk Yukio Nemoto, a także założyciel sedewakantystycznej grupy CRMI, Francis Konrad Schuckardt, konsekrowany później na biskupa przez starokatolickiego biskupa Daniela Q. Browna. Spośród kapłanów należy wspomnieć o ks. Sáenz y Arriadze, który na początku lat 70. opublikował swój manifest zatytułowany Sede vacante, uzasadniający tezę o pustym tronie Stolicy Apostolskiej3.

W tym miejscu napotykamy kolejny dysonans – początki ruchu sedewakantystycznego to druga połowa lat 60. oraz lata 70., a najczęstszą opinią wśród sedewakantystów jest taka, że Rzym rzekomo nie jest obsadzony od 1958 r., tak więc jest to teoria wymagająca wstecznego datowania. Zwykła obserwacja prowadzi do wniosku, że przez kilka lat Kościół musiał nie istnieć, gdyż każdy katolik świecki i duchowny na świecie, w tym członkowie Kolegium Kardynałów, mianowani przez wcześniejszych papieży, zostali niejako zwiedzeni przez antypapieża. Zaistniała swego rodzaju próżnia, aż do czasów pierwszych ruchów sedewakantystycznych. Datowanie początku sede vacante jest u nich wszystkich bardzo podobne, lecz przed II Soborem Watykańskim termin „sedewakantyzm” pojawia się rzadko. Teorię sedewakantystów, iż okres wakatu na tronie Piotrowym może trwać przez długi, niemal nieograniczony czas, można także odnaleźć w pismach niektórych „reformatorów” XVI wieku. Wynika z nich, że część z nich wierzyła w prawowitość władzy papieskiej, ale jedynie do pewnego okresu, najczęściej granicznym był pontyfikat św. Grzegorza Wielkiego. Widzimy tu uderzające podobieństwo obu przypadków tj. Kościół funkcjonuje normalnie, aż w pewnym momencie następuje rzekome zerwanie ciągłości papiestwa. Ten argument zbija ulubiony teolog środowiska sedewakantystycznego, św. Robert Bellarmin, w komentarzu do dzieła o ustroju Kościoła i urzędu papieskiego, w którym polemizuje z Kalwinem i Lutrem.

Czy sedewakantyzm zawiera jakiś pozytywny przekaz?

Przy odpowiedzi na to pytanie należy unikać osądu subiektywnego (dotyczącego konkretnych osób oraz ich wewnętrznych intencji), co mogłoby być krzywdzące, a zamiast tego skupić się na osądzie obiektywnym, wyrażonym na podstawie faktów oraz zewnętrznych działań najaktywniejszych członków tego środowiska. Należy tu zwrócić uwagę, że większość sedewakantystów nastawiona jest na zwycięstwo w dyskusjach, prowadzonych najczęściej w świecie wirtualnym, przy pomocy wklejania gotowych materiałów przygotowanych przez te środowiska. Jednocześnie wyrażają swoistą obsesję na punkcie novus ordo i jego nadużyć, nieustannie i drobiazgowo śledzą wszelkie wypowiedzi kolejnych „antypapieży”, zdecydowanie nieadekwatnie do deklarowanego przez nich stosunku wobec Stolicy Piotrowej po 1958 r., jak i również bardzo silne interesują się działalnością pogardzanego przez nich Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X.

Cała ta zewnętrzna aktywność bardzo utrudnia jakąkolwiek pracę pozytywną, zwłaszcza zadbanie o własne życie duchowe. Należy podkreślić, że nie chodzi tu jedynie o zaniedbania na poziomie osobistej pobożności, ale również o to, że od kilkunastu już lat wiodąca polska grupa sedewakanstytyczna nie organizuje rekolekcji adwentowych czy wielkopostnych. Warto tu przypomnieć, również co bardziej krewkim wiernym FSSPX, że dusza, co szczegółowo wyjaśnia choćby św. Ignacy, aby się rozwijać, musi porzucić wiele absorbujących ją zewnętrznych bodźców i strapień.

Wielu mniej aktywnych w dyskusjach sedewakantystów stara się gromadzić wartościową literaturę katolicką sprzed czasów II Soboru Watykańskiego, przede wszystkim modlitewniki i lektury duchowe, nierzadko udostępniając je również w formie cyfrowej w Internecie. Jest to sama w sobie postawa godna uznania, trzeba jednak zauważyć, że w żadnej z tych pozycji nie znajdziemy potwierdzenia zasadności tez sedewakantystycznych, dlatego zbiory te są zazwyczaj „wzbogacane” o współczesne publikacje tych środowisk; nie można więc, wbrew pozorom, traktować ich jako swoistych „kapsuł czasu”, czy wręcz Arki Noego.

Wracając do zadanego pytania, warto podkreślić, że sedewakantyzm z samego swojego założenia jest postawą negacji, stąd tak trudno znaleźć w nim samym wspomniany powyżej przekaz pozytywny.

Kto może sądzić papieża?

Naturalną konsekwencją teorii sedewakantystycznej jest pogląd, że działalność obecnie istniejących struktur kościelnych i ich decyzje nie mają mocy prawnej, a co za tym idzie, wierni nie są zobowiązani do posłuszeństwa obecnym hierarchom, którzy są uzurpatorami. Hierarchowie są heretykami, którzy utracili swe urzędy, nie należą już w żaden sposób do Kościoła i można bez obaw ignorować ich urząd. Warto wyjaśnić, że w historii Kościoła nie było przypadku poważnego podejrzenia popadnięcia papieża w herezję; nie ma zatem skodyfikowanych procedur kanonicznych, na których mogliby wzorować się sedewakantyści. W zamian trzymają się jednej z teorii, którą różne grupy modyfikują według własnego upodobania. Wydaje się, że w przypadku podejrzenia papieża o herezję wystarczyłyby procedury zwykłe, przewidziane dla innych osób i stale praktykowane w Kościele, mianowicie postawienie zarzutów, możliwość ewentualnej obrony oraz wezwanie do odwołania heretyckich poglądów4. Sedewakantyści nie są w stanie przesłuchać papieży czy prałatów w kwestii ich jawnej herezji, aby jednoznacznie potwierdzić zaistnienie koniecznej co do tego złej woli, jednak nie przeszkadza im to w wydawaniu opartego na domniemaniu przestępstwa herezji wyroku ekskomuniki, do czego nie mają ani prawa, ani władzy.

Kolejną rzeczą, która spędza sen z powiek myślicielom sedewakantystycznym jest kwestia, kto może sądzić urzędującego papieża. Kościół naucza, że żaden człowiek nie ma takiego prawa, nie posiada go zgromadzenie biskupów czy kardynałów, wszyscy oni nie wyręczą Ducha Świętego. Co do przypadku przywoływanej tezy św. Roberta Bellarmina: czy zwykła intelektualna uczciwość pozwoliłaby twierdzić, że jej autor dopuszczał możliwość sądzenia papieży przez świeckich, nawet gdyby byli autorami najpoczytniejszych internetowych blogów?

Dotykamy tutaj jednego z korzeni sedewakantyzmu, który do złudzenia przypomina propozycje gallikańskie potępione przez I Sobór Watykański. Otóż gallikanizm dążył, między innymi, do osłabienia autorytetu papieża i wzmocnienia autorytetu biskupów lub władcy świeckiego, również w sprawach duchowych. Sobór powszechny miał rzekomo autorytet wyższy niż papież. Pomimo potępienia, idee gallikańskie podtrzymywali starokatolicy, spośród których wywodzą się niektórzy dzisiejsi sedewakantystyczni biskupi5. To właśnie z tego poglądu wyprowadza się wniosek, jakoby papież mógł być sądzony przez sobór, co jest naturalną konsekwencją zajęcia stanowiska sedewakantystycznego; już samo stwierdzenie stanu sede vacante oznacza sąd nad papieżem (lub chociażby potencjalnym papieżem). W modelowym sedewakantystycznym świecie papieże, począwszy od Jana XXIII, stali się heretykami, są antypapieżami, stracili autorytet, nie mają mocy nauczania i rządzenia Kościołem. Wszystko jest w porządku, nie mamy już problemów, ponieważ nie ma pomiędzy nami a papieżem jedności, rozwiązaliśmy kryzys w Kościele… Czy aby na pewno? Pozostaje jeszcze kwestia pozostałej części hierarchii – biskupów i kardynałów. W momencie ogłoszenia rzekomego sede vacante w 1958 r., w Kolegium Kardynałów zasiadali wyłącznie hierarchowie mianowani przez prawowitych papieży, podobnie jak w przypadku biskupów. Oczywiście część z nich mogła być (a nawet była) ukrytymi modernistami, jednak należy pamiętać, że wspomniany osąd dotyczy również hierarchów.

Problematyka jurysdykcji

Kiedy papież umiera, najwyższa władza odchodzi razem z nim, ale skutki jego urzędu, w tym jurysdykcja pochodząca od Boga, nadal są obecne w Kościele. Biskupi urzędują w swoich diecezjach w ramach kościelnej władzy rządzenia delegowanej im przez papieża, dzięki czemu można dokonać wyboru nowego papieża. Największy problem sedewakantyzmu tkwi w fakcie, że Kościół nie jest bytem tworzonym niejako „oddolnie”, lecz wprost przeciwnie, nadana bezpośrednio przez Boga władza rządzenia Kościołem należy do papieża (i tylko do niego). Przez jego osobę, władza ta jest następnie delegowana na biskupów, a w końcu na samych podległych mu kapłanów, wykonujących niektóre elementy władzy w Kościele (zwłaszcza w zakresie udzielania sakramentów), jednak zawsze w imieniu biskupa. Jedynie w ten sposób Kościół może funkcjonować i tworzyć tzw. społeczność doskonałą, a więc taką, która jest w posiadaniu wszystkich narzędzi pozwalających na realizację celów będących jej zadaniem. Nie ma zatem jurysdykcji delegowanej bez jurysdykcji zwyczajnej i uniwersalnej. Nawet kwestia otrzymywania tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej, koniecznej dla zbawienia dusz, a więc samej istoty działalności Kościoła, jest uzależniona od urzędu papieża, który jako jedyny otrzymuje jurysdykcję bezpośrednio od Chrystusa Pana. Dzięki temu Kościół uznaje choćby chrzty heretyków, a nawet warunkowo dopuszcza możliwość słuchania przez nich spowiedzi. Gdyby przyjąć twierdzenia sedewakantystyczne, nadanie im jurysdykcji byłoby możliwe. A co na przykład, w sytuacji, gdy w stanie wyższej konieczności niekatolicki duchowny słucha spowiedzi? Przecież nie posiada owej jurysdykcji „bezpośrednio od Boga”, jak to próbują tłumaczyć sobie sedewakantyści (jak również heretycy i schizmatycy na przestrzeni wieków), nie jest w łączności z prawdziwym Kościołem Chrystusowym, jest innowiercą, nie sprawuje katolickiego kultu ani nie podlega jedynej prawowitej władzy Kościoła, a jednak otrzymuje w konkretnej sytuacji wspomnianą władzę kluczy poprzez jurysdykcję nadzwyczajną. A w jaki sposób? Jedynie poprzez urząd papiestwa.

Kolejnym zagadnieniem, z którego czerpie teoria sedewakantystyczna, jest kwestia źródła mocy jurysdykcji do sprawowania władzy nauczania i rządzenia przez biskupa, który jest następcą apostołów w rządzeniu diecezją. Problem ten szerzej znany jest pod terminem „kolegializmu”, który jest błędem w wierze samym w sobie, obecnym przez wieki w grupach odłączonych od Kościoła, wprowadzonym na łono samej matki-Kościoła zgodnie z dokumentami II Soboru Watykańskiego. Tak jak biskupia władza uświęcania pochodzi ze święceń, tak moc jurysdykcyjna dawana jest przez papieża6, którego, jak twierdzą sedewakantyści, nie ma. Skąd więc mają jurysdykcję do nauczania? W czyim imieniu zatem nauczają?

Bardzo często sedewakantyści ripostują, iż mają jurysdykcję od Boga, tj. wyświęceni biskupi otrzymują jurysdykcję ze święceń, a nie od papieża. To twierdzenie rodzi niebezpieczną tezę, że papiestwo jest już bezużyteczne, bo rzekomo otrzymują oni jurysdykcję do spowiadania bezpośrednio od Boga, a nie od papieża. Z podobnym stwierdzeniem spotykamy się w tzw. konstytucji „dogmatycznej”7 ostatniego soboru, Lumen gentium. Naturalną konsekwencją takiego rozumowania jest zniszczenie monarchii, jaką jest papiestwo. Z błędu źródła jurysdykcji wynika możliwość posiadania „Kościoła poza Kościołem”. Zasadą jedności Kościoła jest papież, jednakże, w chwili gdy dopuści się możliwość posiadania mocy jurysdykcji z mocy święceń, wielu biskupów wyświęconych poza Kościołem katolickim, w oderwaniu również od jedności wiary, może stworzyć prawdziwe Kościoły partykularne – przez co, według Lumen gentium, mogą być one także środkami zbawienia. Znajdujemy tu więc zaskakującą zgodność pomiędzy teoriami sedewakantystycznymi a… modernizmem.

Jak wykazano powyżej, nie da się wywieść jurysdykcji sedewakantystów od tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej, w oparciu o którą, przynajmniej do czasu nadania jurysdykcji zwyczajnej przez papieża, posługuje Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. Taka argumentacja musi oznaczać co najmniej reprezentowanie urzędu, z którego płynie wszelka jurysdykcja Kościoła, a więc papiestwa (co wynika wprost z Ewangelii i przekazanej Piotrowi władzy kluczy).

Nadużycia ruchów sedewakantystycznych

Każda z grup sedewakantystycznych charakteryzuje się nieproporcjonalną liczbą biskupów w stosunku do liczby członków zgromadzenia. Ma tu miejsce mnożenie się biskupów wraz z każdym kolejnym podziałem wewnątrz grupy8. Nie tak dawno jeden z obcojęzycznych portali podjął się niezwykle trudnego zadania – określenia liczby biskupów sedewakantystycznych na całym świecie. Na podstawie analizy „drzew genealogicznych” przedstawiających sukcesję sedewakantystów, możemy wyliczyć 27 żyjących obecnie biskupów. Zdecydowana większość z nich stanowią tzw. biskupi niezależni, a więc całkowicie oderwani od jakichkolwiek struktur kościelnych, z reguły również nieprowadzący żadnego apostolatu. W opinii niektórych obserwatorów ruchów sedewakantystycznych, w tym biskupa sedewakantystycznego Agostino Taumaturgo, nb. jawnie interesującego się okultyzmem, to tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ należy zakładać, że wielu biskupów zostało konsekrowanych bez podania tego faktu do publicznej wiadomości, czerpiąc sukcesję od grup nieposiadających łączności z Kościołem katolickim9. Do tej liczby należałoby dodać ponad 70 biskupów wyświęconych w ramach konklawistycznego „Kościoła palmariańskiego”, posiadającego wspólną z większością sedewakantystów linię sukcesji apostolskiej (od abp. Thụca). Są to bardzo ostrożne szacunki, ponieważ według badacza historii Kościoła i profesora Uniwersytetu w Uppsali, Magnusa Lundberga, palmarianie konsekrowali w latach 1976–2015 nawet 192 biskupów (sic!). Jak na tym tle przedstawia się sytuacja w szeregach FSSPX? Trzech niemłodych już biskupów przypada na ponad 700 księży posługujących w niemal 100 krajach, ponad 100 braci, pięć seminariów na różnych kontynentach z niemal 300 klerykami, ponad 200 sióstr zakonnych oraz kilkuset członków współpracujących z Bractwem wspólnot zakonnych. Możemy to zestawić z sedewakantystycznym Instytutem Rzymskokatolickim (IRC), w którym na trzech biskupów przypada pozostałych czternastu członków, a wszyscy, poza Polakiem (ks. Rafałem Trytkiem), posługują w USA. Podobnie wygląda sytuacja w Bractwie św. Piusa V (FSSPV), do którego również należy trzech biskupów. Taka postawa jest nie tylko nieuzasadniona, ale wprost sprzeczna z odwieczną praktyką Kościoła i przez to godząca w powagę urzędu episkopatu. Jedynym zgromadzeniem, któremu nie można zarzucić nadużywania konsekracji biskupich, jest grupa CRMI, której przełożonym jest bp Mark Pivarunas.

Kolejnym poważnym nadużyciem i wyraźną sprzecznością z praktyką Kościoła jest bardzo często towarzysząca sedewakantystom aura tajemniczości. Niełatwo znaleźć miejsce odprawiania Mszy Świętych bez odpowiednich znajomości, głównie ze względu na brak adresów kaplic i oratoriów, jak również godzin nabożeństw. Nie wynika to jedynie z jakichś problemów komunikacyjnych czy nieaktualnych danych na stronach internetowych, ale również z celowego ograniczania informacji. Jakie są tego powody? Trudno powiedzieć, jednak należy stwierdzić, że jako „jedyni prawdziwi katolicy” postępują niezrozumiale, godząc w widzialność oraz powszechność (a więc wprost w katolickość).

Podobieństwa z grupami schizmatyckimi

Sedewakantyści, podobnie jak tzw. Kościoły prawosławne w praktyce odrzucają prymat papieża. Może to brzmieć niemal absurdalnie, ponieważ to stanowisko wywodzi się z przeciwnego bieguna – ultramontanizmu, ale prowadzi do tych samych wniosków, co zostało już udowodnione chociażby w części poświęconej problematyce jurysdykcji. Bardzo podobne perypetie przeżywają wyznania „prawosławne” z powodu braku cesarza, co w myśl ich doktryny na temat pochodzenia władzy w Kościele prowadzi do stanu, w którym owa społeczność doskonała miałaby znajdować się w stanie permanentnego defektu, takiego jak brak papieża w przypadku sedewakantystów. Zauważmy, że u sedewakantystów sytuacja jest bardziej niepokojąca, ponieważ cesarz zawsze się może znaleźć (niektórzy przedstawiciele tego nurtu mają już nawet kandydata), ale kwestia wyboru papieża to znacznie poważniejszy problem, który poruszymy w dalszej części tekstu.

Kolejnym podobieństwem stawiającym sedewakantystów obok schizmatyków jest fakt istnienia wśród nich różnych grup, między którymi występują różnice doktrynalne (np. kwestia tezy Cassiciacum10, chrztu pragnienia11 itd.). Ten szeroki zbiór zawiera m.in. jawnych heretyków, jak potępieni przez Piusa XII feeneyiści, czy grupy, które twierdzą, że są w stanie same wybrać następcę św. Piotra, czylikonklawistów. Przedmiotem gorących sporów jest akademickie wyjaśnienie mechanizmu, według którego miałoby dojść do wakatu na tronie Piotrowym, wobec czego nurt ten dzieli się między innymi na tzw. sedeprywacjonistów oraz „twardych” sedewakantystów. Nierzadko grupy te wzajemnie się zwalczają lub przynajmniej pozostają w konflikcie, przy jednoczesnym podkreślaniu, że łączy ich wspólnota – tj. twierdzenie o nieobsadzeniu Stolicy Piotrowej. Jak widać, stanowi to jedyny kerygmat i superdogmat konieczny do zbawienia.

W tym kontekście równie interesujące są podziały w łonie samego środowiska sedewakantystycznego na tle liturgii, przede wszystkim reform papieża Piusa XII. Z jednej strony prądy ultramontanistyczne nakazują absolutyzowanie wszelkich decyzji papieskich (w innym przypadku, postawa FSSPX wobec nowej Mszy wydałaby się uzasadniona), z drugiej jednak strony zdecydowana większość grup sede vacante dostrzega odejście od niektórych, wręcz starożytnych praktyk liturgicznych, co skutkuje silną potrzebą sprawowania liturgii według wcześniejszych edycji Mszału Rzymskiego, w praktyce prowadząc do ignorowania decyzji wydanych przez papieża Piusa XII. To powoduje, że niektórzy przedstawiciele nurtu sede vacante robią swoisty taktyczny unik, twierdząc, jakoby w reformach Piusa XII nie było nic szkodliwego dla wiary, przez co sprawowanie liturgii według obu wersji mszałów jest godziwe, ale sami preferują wersję sprzed reform. Powstaje jednak pytanie, na jakiej podstawie osoby te uzasadniły ową dowolność. Z pewnością nie wolą samego Piusa XII.

Na gruncie „prawosławnym” możemy zaobserwować podobne antagonistyczne relacje pomiędzy poszczególnymi wspólnotami, przy jednoczesnym podkreślaniu jedności wspólnoty (tzw. oikoumene). Prowadzi to nie tylko do indyferentyzmu względem zdefiniowanych dogmatów, ale również zjawiska dużej kreatywności względem rozstrzygania wielu kwestii doktrynalnych bądź kanonicznych. Zajmują się tym w dużej mierze osoby świeckie, prześcigające się w formowaniu własnych teorii związanych ze stanem sede vacante, włączając w to rzekomy bezwzględny brak obowiązku słuchania Mszy Świętej w niedzielę i święta nakazane z racji braku ustanowienia formalnych parafii, a także rzekomą możliwość wyboru własnego obrządku katolickiego w momencie przyjmowania święceń kapłańskich (z wszystkimi tego konsekwencjami, czyli chociażby kwestią celibatu). Obie tezy zostały opublikowane w komentarzach na pewnym poczytnym blogu sedewakantystycznym, spotkały się generalnie z ciepłym przyjęciem i uznano je jako „warte rozważenia”.

Wnioski praktyczne i konsekwencje teorii sedewakantystycznych

Hipoteza teologiczna to twór sam w sobie abstrakcyjny. Już sama znajomość teologii i filozofii scholastycznej pokazuje, jak na pozór łatwo przekonująco udowadniać tezy sprzeczne z rzeczywistością czy nauczaniem Kościoła. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy należy wyciągnąć praktyczne wnioski wynikające z owych hipotez, gdyż tutaj, bardziej niż karkołomne i samozwańcze teorie kolejnych domorosłych teologów, liczy się pewien zdrowy rozsądek.

Sedewakantyzm to w praktyce twierdzenie, że papieża być nie musi, Kościół trwa i bez niego. Według sedewakantystów Kościół obecnie istnieje i działa bez papiestwa, więc w konsekwencji papiestwo nigdy nie było mu potrzebne. Skoro wakat jest nieobsadzony już prawie 65 lat, umarli wszyscy mianowani przez papieży, do Piusa XII włącznie, kardynałowie i biskupi, to dlaczego taki stan nie mógłby trwać jeszcze dłużej, w nieskończoność?

Czy istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji? Najbardziej szalonym pomysłem wydaje się samodzielny wybór nowego papieża. Środowiska podzielające takie przekonanie określa się mianem konklawistów. Skutkuje to wyborem antypapieży, takich jak Michał czy Pius XIII. Pierwszy z nich został wybrany przez osoby świeckie (własnych rodziców i znajomych!), drugi w wyniku konklawe zwołanego przez tzw. Prawdziwy Kościół Katolicki. Obaj nie posiadali udokumentowanych święceń kapłańskich. Innym przedstawicielem nurtu konklawistycznego, działającym z większym rozmachem niż dwaj wymienieni uzurpatorzy, jest antypapież Piotr III, stojący na czele wspomnianego już „Kościoła palmariańskiego”.

Należy jednak przyznać, że większość sedewakantystów nie przyznaje się do wprost do skłonności ku konklawizmowi. Istnieją zatem, ich zdaniem, trzy możliwości, aby obsadzić wakat na tronie Piotrowym. Pierwszym rozwiązaniem, wbrew pozorom mającym spore grono zwolenników, jest bezpośrednia interwencja Boża, która wskaże kolejnego papieża. Ta teoria cieszy się szczególną popularnością wśród osób zainteresowanych różnego rodzaju objawieniami prywatnymi, odbiega jednak od rzekomo „twardej” i „logicznej” teologii, którą jakoby posługują się sedewakantyści, ale takie wyjście jest w pewien sposób naiwne. Drugim rozwiązaniem kończącym stan sede vacante, miała być tzw. teza z Cassiciacum, w myśl której, w dużym uproszczeniu, posoborowi papieże znajdują się w stanie swoistego zawieszenia pomiędzy ważnym wyborem a niemożnością sprawowania urzędu ze względu na przestępstwo herezji. Jeszcze do niedawna teoria ta wydawała się z pozoru całkiem logiczna, dość łatwo rozwiązująca problem wyboru papieża – wystarczyłoby wyrzeczenie się przez niego błędów modernizmu. W sposób naturalny nasuwa się w tym miejscu pytanie, kto miałby to stwierdzić i osądzić papieża. Zapewne ci, którzy wcześniej „pozbawili” go urzędu, a więc sami sedewakantyści. Niestety, wbrew oczekiwaniom jej zwolenników, teza ta nie przetrwała próby czasu, ponieważ w myśl postulowanej przez sedewakantystów nieważności sakramentów oraz sukcesji apostolskiej w „Kościele posoborowym”, kolejni następcy Jana Pawła II nie posiadają ważnych konsekracji biskupich, a wraz ze śmiercią kard. Ratzingera, byłego papieża Benedykta XVI, jedynym kandydatem jest papież Franciszek, który w myśl sakramentologii sedewakantystów jest osobą świecką, nieposiadającą święceń kapłańskich. Tak więc nawet ta teoria nie pozwala na logiczne uzasadnienie przejęcia przez niego władzy nad Kościołem katolickim. Trzecim rozwiązaniem jest próba zwołania tzw. niepełnego soboru, w którym uczestniczyłaby rzecz jasna pokaźna reprezentacja sedewakantystycznego oikoumene. Teoria ta mogłaby w pewnym stopniu tłumaczyć wspomnianą wcześniej tendencję do mnożenia konsekracji biskupich, szanse bowiem wyboru „swojego” papieża zwiększają się wraz z liczbą elektorów z danego zgromadzenia. Również to rozwiązanie jest sprzeczne z praktyką katolicką, ponieważ takie kolegium elektorskie nie posiada żadnego mandatu do uczestniczenia w wyborze papieża, a sama idea soboru, pomimo pewnych formalnych uników, jako żywo przypomina herezję koncyliaryzmu.

Jaka jest zatem odpowiedź na kryzys w Kościele?

Arcybiskup Marcel Lefebvre w jednym ze swoich kazań powiedział, że wszystkie herezje i kryzysy w Kościele miały zawsze jedną przyczynę – niezrozumienie Chrystusa i Jego męki. Wielu herezjarchów patrzyło na ogrom męki Chrystusowej i stwierdzało, że ktoś, kto tyle wycierpiał, nie mógł być Bogiem. Z kolei inni uważali, że skoro Chrystus faktycznie był Bogiem, to był niezdolny do cierpienia, a więc nie mógł być człowiekiem. Podobnie w obliczu cierpienia Mistycznego Ciała, a więc Kościoła, wielu podważa jego Boskie ustanowienie, ewentualnie stwierdza, że być może Kościół wcale nie znajduje się w staniu kryzysu. Istnieje również pokusa opuszczenia takiego cierpiącego Kościoła i chęć stworzenia własnego, nowego i pięknego. Warto więc rozważać tajemnicę Kościoła w kontekście Wcielenia Chrystusa Pana, aby uniknąć zgorszeń, które miały miejsce przez niemal wszystkie wieki historii Kościoła. Wbrew opinii sedewakantystów, nie dotyczyły one tylko kwestii moralnych, jak to miało miejsce w przypadku papieży z okresu pornokracji czy pontyfikatu Aleksandra VI. I tak też, papież Jan XXII nie wierzył, jakoby dusza ludzka mogła posiadać wizję uszczęśliwiającą bezpośrednio po śmierci. Nie wyrażał jednak tego poglądu publicznie jako głowa Kościoła. Sedewakantyści twierdzą, że jeśli papież błądzi i zajmuje stanowisko sprzeczne z nauką Kościoła, to przestaje być katolikiem, a tym samym papieżem, dlatego też tron Piotrowy jest pusty. Przypadki papieży Jana XXII, Liberiusza, Honoriusza i Wigiliusza12 przeczą tej teorii. Papież jest członkiem Kościoła przez swą osobistą wiarę, którą może utracić, ale głową widzialnego Kościoła czyni go posiadana jurysdykcja i władza, które otrzymał, a które mogą współistnieć z jego osobistą herezją.

W przypadku papieży XX i XXI w. kwestia udowodnienia formalnej herezji wydaje się jeszcze trudniejsza z uwagi na „dorobek” filozoficzny heglizmu i modernizmu, którym są skażeni papieże począwszy od Jana XXIII, a w myśl którego nie istnieje coś takiego jak niezmienna prawda. Do stwierdzenia przestępstwa herezji wymagane byłoby pewne poczucie niezmienności nauki katolickiej i bezpośredni zamiar jej zaprzeczenia. Tak głęboka negacja rzeczywistości niezbędnej do zrozumienia istoty urzędu papiestwa powoduje zarazem dobrowolne poddanie się i rezygnację z narzędzi, które Chrystus dał papieżom, aby mogli sprawować władzę nad Kościołem. Od tego zresztą rozpoczęła się cała katastrofa II Soboru Watykańskiego, kiedy to ówczesny papież, Jan XXIII, pozwolił zgromadzeniu soborowemu na głosowanie nad zaakceptowanymi i uprzednio przyjętymi przez niego schematami przygotowawczymi, które miały następnie stać się dokumentami soboru. Teksty te były dogmatyczne, angażujące narzędzie nieomylności, podpisane przez samego papieża. Niestety, w wyniku tego głosowania, wszystkie schematy przygotowawcze, poza już wówczas budzącym wątpliwości schematem o liturgii, zostały odrzucone i napisane od nowa, tym razem piórem teologów wykazujących wcześniej silne tendencje neomodernistyczne. To przełomowe wydarzenie stało się punktem zwrotnym w historii Kościoła i ma swoje konsekwencje aż do dziś.

Pytanie o obecny kryzys Kościoła, siłą rzeczy zawsze łączy się z kwestiami eschatologicznymi, a więc zagadnieniem czasów ostatecznych. Wielu współczesnych katolików uważa, że Kościół znajduje się już w tym właśnie okresie dziejów, jednak odwieczna nauka katolicka poucza, że jeszcze nie wszystkie zapowiedziane przez Pana Jezusa znaki i proroctwa zostały spełnione. Żyjemy więc w pewnej figurze tychże czasów, swoistej „próbie generalnej”. Warto jednak sumiennie wypełnić polecenie Chrystusa Pana, który bardzo jednoznacznie i konkretnie wskazuje na to, aby odpowiedzi szukać w księdze proroctwa Daniela. Opisane są w niej wszakże wydarzenia tyczące się ściśle dni panowania Antychrysta, jednak pierwsze jej rozdziały mogą pomóc nam w zrozumieniu obecnej sytuacji Kościoła.

W czwartym rozdziale Proroctwa Daniela opisany jest sen króla babilońskiego Nabuchodonozora. Na początku widzenia ukazało mu się drzewo sięgające nieba i widoczne z granic ziemi, z obfitymi owocami, będącymi pokarmem dla zwierząt, z gałęziami, na których gromadziły się ptaki (por. Dn 4, 7–9). Niemal identyczny obraz odnajdziemy w Ewangelii, w przypowieści Pana Jezusa o królestwie Bożym i ziarnie gorczycy. Można więc przyjąć, że opis ten dotyczy samego Kościoła Świętego. Następnie król usłyszał głos Boży nakazujący, aby wyciąć to drzewo i obciąć jego gałęzie (por. Dn 4, 9–11), pozostawić jego korzeń w ziemi, spętać go łańcuchami i porzucić, aby rosa niebieska skrapiała go przez okres „siedmiu czasów”. W wyroku tym „postanowiono, aby żyjący poznali, że Najwyższy panuje w królestwie ludzi, a komukolwiek zechce, da je, a najpodlejszego człowieka ustanowi nad nim” (por. Dn 4, 14). Prorok Daniel tłumaczy królowi znaczenie tego snu, zapowiadając upadek królestwa babilońskiego oraz obłęd jego władcy – „Królestwo twe odejdzie od ciebie, i od ludzi wyrzucą cię, a z bydłem i ze zwierzętami będzie mieszkanie twoje; trawę jak wół jeść będziesz” (Dn 4, 28–29).

Przywołując na myśl wizję wyciętego drzewa – jak zapewne można się domyślać z innej przypowieści ewangelicznej – z powodu niedobrych owoców, jakie rodziło dla Kościoła Świętego, i postać Nabuchodonozora jako głowy Kościoła, widzimy, że nawet pozornie enigmatyczne słowa o jedzeniu trawy niczym wół, mają swój głęboki sens i mogą oznaczać swoiste pomieszanie ról w Kościele, kiedy to pasterz próbuje zachowywać się jak owca i nie korzystając z darów i narzędzi, jakie Chrystus ofiarował mu do pełnienia urzędu. Pocieszające jest zakończenie tej historii. Gdy przepowiadany przez Daniela obłęd ustąpił, król Nabuchodonozor odzyskał zdrowe zmysły i zaczął chwalić Boga. Nie traćmy więc nadziei, albowiem Bóg, również z ułomności ludzi Kościoła, potrafi wyprowadzić dobro, pisząc prosto po krzywych liniach. Nie zapominajmy o korzeniu królestwa Bożego na ziemi, jakim jest urząd papieski. Nawet spętany łańcuchami heglizmu i modernizmu nadal skrapiany jest zdrojami łask Bożych i posiada wszystkie środki pozwalające na wyjście z poważnego kryzysu, jaki od niemal 65 lat go trawi. Rozwiązanie jest zasadniczo proste i tak naprawdę oznacza powrót do właściwego rozumienia papiestwa i narzędzi, które zostały dane przez Pana naszego Jezusa Chrystusa każdemu następcy św. Piotra. Aby tak się stało, konieczne jest zrozumienie prawdziwej roli każdego z członków Mistycznego Ciała, co w przypadku świeckich i kapłanów oznacza przede wszystkim nieustanną i żarliwą modlitwę za namiestnika Chrystusowego, a nie sądzenie czy wybieranie kolejnego papieża.

Przypisy

  1. Różne grupy sedewakantystyczne określają inaczej datę początku wakatu Stolicy Piotrowej. Większość z nich za ostatniego papieża uważa Piusa XII, niektórzy, w ramach pewnej akademickiej ostrożności, podają Jana XXIII, rzadziej Pawła VI, w praktyce równie chętnie nazywając ich jednak antypapieżami. Istnieją także grupy, które za ostatniego następcę św. Piotra uważają Piusa XI, a nawet Piusa IX. Do pewnej rodzimej egzotyki należy grupa twierdząca, że ostatnim znanym papieżem był zmarły w 1655 roku (!) Innocenty X, a następne konklawe były już tajne, przez co jego następcy nie są znani żadnemu katolikowi, aczkolwiek tron Piotrowy pozostaje obsadzony do dzisiaj.
  2. Ks. R. Trytek, Sedewakantyzm: wstęp do problemu, https://pelagiusastu- riensis.wordpress. com/2014/02/02/ trtek-sedewakantyzm-wstep-do-problemu/ [dostęp: 23.12.2022].
  3. Ks. R. Trytek, Początki oporu przeciw reformom II Sobo-ru Watykańskiego. W Stanach Zjednoczonych sedewakantyzm istniał od 1967 r., w Niemczech od 1969 r., w Argentynie prof. Disandro wraz z redakcją pisma ,,La Hosteria Volante” postawił pytanie o wakat Stolicy Apostolskiej w 1969 r., http:// www.sedevacante.pl//index. php?option=com_co ntent&task=view& id=52&Itemid=43 [dostęp: 25.12.2022].
  4. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku wezwania urzędującego papieża Innocentego XI (użyto jego świeckiego nazwiska) przez Francesco kard. Albizziego, inkwizytora, do stawienia się przed trybunałem Świętego Oficjum.
  5. Np. bp Francis Schuckardt. Nieznana bliżej liczba sedewakantystów posiada również suk- cesję od lewicowo-liberalnego bp. Carlosa Duarte Costy, założyciela starokatolickiego Brazylijskiego Katolickiego Kościoła Apostolskiego. W 2020 r. feeneyista posiadający święcenia od „kościoła palmariańskiego”, bp Neal Webster, konsekrował bp. Josepha Pfeiffera, jednego z kapłanów, którzy odłączyli się w 2012 r. od FSSPX i stworzyli tzw. Ruch Oporu (FSSPX-Resistance). Sam przebieg ceremonii oraz błąd w formule konsekracji wskazują na duże prawdopodobieństwo jej nieważności. Bp Pfeiffer odłączył się od apostolatu bp. Williamsona.
  6. Zagadnienie to zostało wyjaśnione przy okazji ekskomuniki biskupów tzw. Kościoła patriotycznego w Chinach. Papież Pius XII w encyklice Ad sinarum gentrem z 1954 r. i Ad apostolorum principis z 1958 r. potwierdził, iż z woli Bożej ustano- wiona jest podwójna święta hierarchia – mianowicie święceń i jurysdykcji. Władza święceń pochodzi z przyjęcia sakra- mentu święceń, ale władza jurysdykcyjna przechodzi z papieża na biskupów bezpośrednio na mocy prawa Bożego. Próbę przedefiniowania tych pojęć znajdujemy w Lumen gentium, gdzie jest mowa o tym, że biskup ma moc nauczania, nie tylko uświęcania.
  7. Określanie jakichkolwiek dokumentów II Soboru Watykańskiego mianem „dogmatycznych” to bardzo wyrafinowana manipulacja. W rzeczywistości jedyną przesłanką do nazwania Lumen gentium mianem konstytucji dogmatycznej nie był fakt obecności jakichkolwiek definicji dogmatycznych i wiązania sumień katolików, ale jedynie podejmowanie w niej problematyki doktryny.
  8. W 1983 r. szeregi Bractwa św. Piusa X musiała opuścić grupa sedewakantystycznie nastawionych księży i seminarzystów na czele z o. C. Kellym. Grupa ta dała początek nowej wspólnocie pod nazwą Bractwo Kapłańskie św. Piusa V. Z czasem Bractwo św. Piusa V podzieliło się na frakcje umiarkowaną oraz radykalną. Grupę umiarkowaną stanowią księża skupieni wokół bp. Kelly’ego (nielegalnie konsekrowanego przez bp. Méndez-Gonzaleza w 1993 r.). Radykałom przewodził bp D. Dolan.
  9. A. Taumaturgo, Occult Lineages within the Traditional Roman.
  10. Jest to obecnie bodajże najważniejsza linia podziału wśród sedewakantystów. Koncepcja o. Gerarda des Lauriersa, w myśl której papieże posoborowi są wybrani w sposób ważny, lecz głoszenie herezji zabiera im pełnię władzy jurysdykcyjnej właściwej papieżowi. Taki swoisty stan zawieszenia będzie trwał, aż do czasu porzucenia przez nich błędów modernizmu. Czyli, uściślając, okupant zostaje wybrany właściwie, ale brakuje mu odpowiedniego autorytetu, a więc w praktyce nie ma papieża, nie ma biskupów. Wyznawcy tej tezy nazywani są sedeprywacjonistami. Popiera ją bp Donald J. Sanborn i wspomniany włoski Instytut Matki Bożej Dobrej Rady, natomiast do zwolenników czystego sedewakantyzmu należą m.in. CMRI oraz Bractwo Kapłańskie św. Piusa V.
  11. Z tego względu brat M. Diamond OSB z opactwa Świętej Rodziny uważa FSSPX, FSSPV oraz CMRI za heretyków.
  12. Papież Liberiusz akceptował herezję arianizmu, papież Honoriusz podpisał dokument skażony herezją monoteletyzmu.

„Last Energy” !!! Amerykańska firma podpisała umowy w W. Brytanii i Polsce na 34 małe reaktory jądrowe… Brak licencji, ale oj-tam, oj-tam. Propaganda – i do przodu…

Last Energy !!! Amerykańska firma podpisała umowy w Wielkiej Brytanii i Polsce na 34 małe reaktory jądrowe… Brak licencji, ale oj-tam, oj-tam.

Tyler Durden deals-europe-small-nuclear-reactors 3 kwietnia 2023

W zeszłym tygodniu waszyngtońska firma Last Energy ogłosiła, że podpisała umowy w Wielkiej Brytanii i Polsce na trzydzieści cztery małe reaktory modułowe.

Szczerze mówiąc, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy ten nagłówek, założyliśmy, że brytyjska prasa popełniła błąd redakcyjny i poszliśmy dalej. Ale nasze początkowe wrażenie było błędne.

Są to jedne z najmniejszych konstrukcji reaktorów modułowych, o jakich do tej pory czytaliśmy, produkujące zaledwie 20 MW energii elektrycznej. Wszystkie z przytoczonych 34 zamówień odpowiadają łącznie około połowie elektrowni o skali gigawata, niezależnie od typu. Dla porównania proponowane reaktory NuScale produkują 77 MW, a rozważany przez TVA reaktor GE Hitachi BWRX 300 na terenie Clinch River ma, jak sama nazwa wskazuje, 300 MW. Wielkość nie jest jednak jedyną cechą odróżniającą Last Energy od jej bardziej konwencjonalnych konkurentów. Last Energy jest niezwykła, ponieważ jej wsparcie finansowe pochodzi od libertariańskich fundatorów z Doliny Krzemowej, którzy zazwyczaj są przedstawiani w prasie jako „burzyciele”. Prezes Last, założył w Waszyngtonie think tank Energy Impact Center, „który starał się odpowiedzieć na najważniejsze pytanie naszego życia: jak odwrócić zmiany klimatyczne. Odpowiedzią jest energia jądrowa”.

Sponsorowali również podcast „Titans of Nuclear”, w którym występuje wielu ekspertów i zagadnień z tej dziedziny. Zwracamy uwagę na to, że firma ta nie przypomina konwencjonalnej grupy wspieranych przez rząd kontrahentów z branży obronnej, reprezentujących większość pozostałych technologii SMR. Biorąc pod uwagę jej pochodzenie, nie dziwi, że Last Energy brzmi dla nas trochę jak Uber lub WeWork, ale dla nowych atomówek. Ich wzniosłym i wartościowym celem jest odwrócenie skutków zmian klimatycznych przy użyciu gotowej technologii jądrowej z innowacyjnym sposobem jej dostarczania. Ich celem jest „podążanie za najlepszymi praktykami przemysłu energii odnawialnej: skalowanie ilości, a nie wielkości”.

Ich propozycja to kompaktowy, o jednym obiegu reaktor wodny ciśnieniowy o mocy 20 MW, który mógłby stanąć na działce o powierzchni ½ akra. Wykorzystywałby on konwencjonalne paliwo jądrowe, uran wzbogacony do 4,95% oraz standardowe pręty paliwowe w układzie 17 na 17. Czas budowy szacowany jest na zaledwie 30 miesięcy. Jednak biorąc pod uwagę pełną modułowość wszystkich struktur elektrowni, szacowany rzeczywisty czas budowy na miejscu szacuje się na zaledwie trzy miesiące. Cykl paliwowy trwa 72 miesiące z trzymiesięczną przerwą na wymianę paliwa. Elektrownie te byłyby również chłodzone powietrzem, a firma chwali się niewielkim zużyciem wody, wynoszącym zaledwie 8 galonów na minutę. Kontrastuje to z dużym zapotrzebowaniem na wodę innych, nawet stosunkowo małych reaktorów. Podobnie jak inne mniejsze reaktory, projekt Last Energy będzie charakteryzował się „podziemną strukturą jądrową” i „wygodnym układem elektrowni”. Nie ma już dużych, wzmocnionych kopuł lub prostokątów z poprzednich projektów, które mogłyby wytrzymać każde hipotetyczne uderzenie, może poza asteroidą… Opisują swoje podejście jako „zorientowane na klienta” i że „nasza innowacyjność jest prosta: wykorzystać tylko sprawdzoną technologię jądrową, stworzyć powtarzalną, możliwą do wyprodukowania elektrownię i zdobyć kapitał prywatny”. Pierwsze rzeczywiste instalacje elektrowni mogą pojawić się już w 2025 lub 2026 roku. Żaden inny konstruktor SMR nie oferuje nowej elektrowni znacznie przed 2029 rokiem.

Jeśli chodzi o koszty, brytyjska prasa podała kwotę 100 milionów funtów lub mniej za jednostkę 20 MW, czyli około 6 135 dolarów za kW.

Dotyczyło to 34 europejskich reaktorów, 24 w Wielkiej Brytanii i 10 w Polsce. Rumunia również rozważa tę konstrukcję. Firma zabezpieczyła PPA, umowy o zakup energii, z 4 partnerami przemysłowymi. W Polsce partneruje im Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna . W Wielkiej Brytanii mają trzy partnerstwa przemysłowe zidentyfikowane jedynie jako „kampus nauk przyrodniczych, producent paliw zrównoważonych i deweloper hiperskalowych centrów danych”. Last Energy jest wyjątkowe, ponieważ oferuje „one stop shopping” dla nabywców energii jądrowej. Stwierdzają, że „Obejmujemy wszystkie aspekty procesu inwestycyjnego, w tym projektowanie, budowę, finansowanie, serwis i eksploatację.”

Europejska Agencja Energii Atomowej, która monitoruje kwestie związane z energetyką jądrową, wymienia obecnie dwadzieścia jeden obiecujących technologii jądrowych. (W każdej z pięciu kategorii nowych, małych technologii jądrowych: chłodzonych wodą, gazem, szybkim spektrum, mikro (do których zalicza się Last Energy) oraz stopioną solą, znajduje się wiele pozycji. Szeregują te różne technologie według pięciu kryteriów: licencjonowania, lokalizacji, łańcucha dostaw, zaangażowania i paliwa. Żadna z tych technologii nie została jeszcze komercyjnie licencjonowana. NEA stwierdziła, że mniej niż połowa wyróżnionych technologii mogłaby uzyskać finansowanie dla pierwszej w swoim rodzaju jednostki, a jeszcze mniejszy podzbiór byłby w stanie uzyskać umowy na zakup energii, co udało się Last Energy.

Jedną z głównych różnic między BWRX 300 czy NuScale a PWR 20 firmy Last jest kwestia licencji. Dwie pierwsze firmy bardzo starają się opisać i zareklamować swoją bliskość do zezwoleń. Na stronie internetowej Lasta czytamy, że „Największą niepewność stwarza proces licencjonowania”. Dalej wyrażają nadzieję, że w zakresie rozwoju projektu „jesteśmy w stanie produkować równolegle z naszym procesem licencjonowania”. Niezależnie od sposobu opisywania procesu regulacyjnego /licencyjnego, NEA podsumowuje podstawowy proces w USA i Europie jako składający się z czterech zasadniczych etapów: 1) interakcji przedlicencyjnej z organami regulacyjnymi, 2) zatwierdzenia projektu, 3) budowy, i wreszcie 4) wydania licencji operacyjnej i komercyjnej eksploatacji. Mówiąc inaczej, nie będzie miało znaczenia, jak szybko inżynierowie Last Energy potrafią wyprodukować i zmontować reaktor PWR 20, dopóki różne organy regulacyjne nie zatwierdzą ich projektu.

Z punktu widzenia akceptacji komercyjnej trudno nawet zaryzykować przypuszczenie dotyczące przyszłej technologii SMR, ponieważ tak naprawdę mówimy o cyklu zastępczym, głównie dla starzejących się elektrowni na gaz ziemny w latach 2040. Zakładając, że nowa generacja reaktorów SMR zacznie działać zgodnie z planem pod koniec tej dekady, nie ma powodów, aby sądzić, że rynek skupi się wokół jednej wielkości lub technologii SMR znacznie wcześniej niż w połowie lub pod koniec lat 2030. W tej chwili możemy jedynie stwierdzić, że istnieją dwa rynki SMR – reaktory o skali niemal użytkowej, produkujące 300 MW, takie jak model BWRX, oraz mikroreaktory o mocy 5-50 MW, w tym Last Energy. I że są one adresowane do bardzo różnych typów klientów. Przedsiębiorstwa energetyczne skłaniają się ku większym reaktorom ze względu na koszty – większe wciąż uważane są za tańsze. Z drugiej strony mniejsze reaktory są atrakcyjne dla działalności komercyjnej i przemysłowej, dostarczania pary technologicznej i kompatybilności z systemami ciepłowniczymi. I właśnie w tym obszarze Last Energy zdaje się robić postępy.

W końcu jednak ani techniczne, ani biznesowe umiejętności firmy Last nie odniosą skutku, jeśli opinia publiczna nie będzie czuła się komfortowo na myśl o mini elektrowniach atomowych rozsianych w najbliższej okolicy. Będą one musiały być chronione przed terrorystami, być może przez słabe rządy, a ich odpady będą musiały być transportowane przez miasta i okolice zamiszkałe do obiektów jeszcze nie zbudowanych. Mini atomówki wyglądają ciekawie na papierze. Ale jak to się mówi „zobaczymy w praniu”. Coś lepszego może się pojawić, gdy będziemy czekać.

==================================

mail:

…co ciekawe, wskazano tam na lokalizację – katowicką specjalną strefę ekonomiczną (gdzie mieszkam). Część naszych kopalń zrównano z ziemią i tak „zaorano”, żeby już węgla nie wydobywać – więc to jest kolejny krok. Oczywiście trzeba zadać pytanie skąd będziemy mieli energię za 10-15 lat, gdy zapewne większość kopalń zostanie zamknięta.

Sandro Magister: Franciszek krytykuje „prozelityzm”. A to jest NAWRACANIE. O nawracaniu Chinek w XVII wieku.

Sandro Magister: Franciszek krytykuje prozelityzm. A to jest NAWRACANIE.

Co powiedziałby jednak o nawracaniu Chinek w XVII wieku?

to-nie-prozelityzm

Papież Franciszek często krytykuje prozelityzm. Zrobił to także ostatnio w kilku wywiadach. Pytanie jednak, co powiedziałby wobec świadectwa nawracania Chińczyków w XVII stuleciu; praktyka pokazuje bowiem, że zwłaszcza dzięki licznym nawróceniom kobiet zaczęła rozwijać się w Chinach pomoc ubogim. Pisze o tym na swoim blogu watykanista Sandro Magister.

W wywiadach udzielanych przy okazji 10. rocznicy pontyfikatu, Franciszek wrócił do swojej standardowej krytyki „prozelityzmu”. Franciszek powołuje się zawsze na Benedykta XVI i Pawła VI, by uzasadnić swoją koncepcję ewangelizacjo jako cichego dawania świadectwa.

Sandro Magister: Jednak także poprzedni papieże wskazywali, że samo świadectwo nie wystarcza. Przykładowo Paweł VI zwracał uwagę na konieczność jego wyjaśniania.

Powstaje zatem pytanie, co myślał sobie Franciszek czytając niedawno artykuł autorstwa o. Federico Lombardiego SJ opublikowany na łamach „La Civiltà Cattolica”, w którym opisano wysiłki jezuickich misjonarzy na rzecz rozprzestrzeniania chrześcijaństwa w Chinach w XVII wieku. W 1627 było w Chinach 13 000 katolików, w 1636 roku już 40 000, w 1640 – 60 000, a w roku 1651 – 150 000.

[Wg wiarygodnych informacji [ Michel O’Brian] na początku III tysiąclecia w Chnach chrześcijanami było 10% ludzi – . MD]

O. Lombardi skupił swój opis na ewangelizacji chińskich kobiet, które w tamtejszej kulturze starano się szczególnie zamykać przed światem zewnętrznym. W 1589 roku kilka szanownych chińskich matron został ochrzczonych przez o. Matteo Ricciego w Zhaoqing na południu kraju. Rokiem przełomowym był 1601, kiedy do Shaozhou przyjechał o. Nicolò Longobardo; miał chińskiego ucznia, który chrzcił kobiety z wyższych sfer; one z kolei niosły chrześcijaństwo innym kobietom, nawet o niższym statusie społecznym, co było wówczas nieledwie cudem.

Szczególnie egzotyczna była dla Chinek praktyka spowiedzi, zwłaszcza w związku z faktem wyznawania po cichu grzechów mężczyźnie, w dodatku cudzoziemcowi. Ze względu na wymogi kulturowe, jezuici siadali w pokoju przedzielonym na pół zasłoną, poprzez którą rozmawiali z Chinką, nie widząc jej; w tym samym pomieszczeniu była zawsze obecna jeszcze inna osoba, na tyle jednak daleko, by nie słyszeć samej spowiedzi.

Jezuici starali się trafić również do pałacu cesarskiego – i do samego cesarza. Protagonistą tych wysiłków był o. Adam Schall von Bell z Niemiec, który przyjechał do Pekinu w 1623 roku. Chińscy urzędnicy poprosili go o pomoc w opracowaniu reformy kalendarza. W 1635 o. Schall nawrócił wpływowego eunucha, który rozprzestrzenił następnie Ewangelię pomiędzy kobietami w pałacu. Ojciec Schall ochrzcił wiele z nich. W 1644 upadła dynasta Ming; część gałęzi rodziny musiała uciekać z Pekinu na południe. Pretendent do tronu cesarskiego, Yunli, dał swojemu nowonarodzonemu synowi imię Konstantyna, by w ten sposób wskazać na jego przyszłą rolę jako chrześcijańskiego cesarza Chin.

O. Lombardi opisał następnie historię Kandydy, prawnuczki Xu Guanggi, członka dynastii Ming, konwertyty, jednego z przyjaciół o. Matteo Ricciego. Kandyda miała ósemkę dzieci, owdowiała w wieku 30 lat, co dało jej relatywnie dużą swobodę działania. Zarządzała przedsiębiorstwem związanym z wyrobem jedwabiu, dzięki czemu dysponowała dużymi środkami finansowymi – i wykorzystywała je dla wsparcia misjonarzy oraz biednych, do budowy kościołów i kaplic etc.

Kandyda oddała się szczególnie ewangelizacji kobiet, dbając o to, by otrzymywały pobożne lektury w języku chińskim. Udało jej się też stworzyć kościoły tylko dla kobiet, tak, że Chinki mogły uczestniczyć w Mszy świętej bez obecności jakichkolwiek mężczyzn, poza kapłanem i ministrantem. Kandyda zajmowała się też sierotami, niewidomymi, organizując dla nich specjalne przybytki z pomocą. Gdy do Europy powracał jej mistrz duchowy o. Philippe Couplet, Kandyda powierzyła mu 300 chrześcijańskich książek napisanych po chińsku przez misjonarzy. Znajdują się dziś w Bibliotece Watykańskiej. Książki miały przekonać Rzym, że Kościół w Chinach jest żywotny i gotów na to, by posiadać własne duchowieństwo i celebrować liturgię w języku chińskim.

Kandyda była postrzegana jako święta; podobnie należy na nią patrzeć również i dzisiaj, podkreślił w swoim artykule o. Federico Lombardi.
„Święta, która była w stanie przysporzyć wierze chrześcijańskiej wielu prozelitów – tak, jak nakazuje to Ewangelia” – podkreślił Sandro Magister.

Źródło: magister.blogautore.espresso.repubblica.it pach

Czas na jasny podział. „Daj kreskę Dowejce”.

Ułański błąd Marszałka Piłsudskiego

Czas na jasny podział. „Daj kreskę Dowejce”.

JOW to nie panaceum na wszystkie bolączki, lecz na pewno Maczuga

Mirosław Dakowski https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.96_45.php

18.03.2007.

Przed dwoma laty przeprowadziliśmy w gronie matematyków i polityków ilościową analizę wieloparametryczną (t.j. uwzględniającą osiem różnych aspektów ideowych, politycznych i gospodarczych) sytuacji Polski.. Część opisową wyników (niestety bez wykresów) umieściła mi uprzejmie Myśl Polska (25. I. 98). Tam odsyłam po szczegóły.[pewnie już niedostępne… 2023]

Analiza ta wykazuje, że podziały przebiegają wewnątrz wszystkich liczących się partyj politycznych, też wewnątrz hierarchii Kościoła, wewnątrz różnych ruchów społecznych. Część ludzi pretendujących do miana „dożywotnich mężów stanu” stoi w tak szerokim rozkroku, że … uprzejmie można to nazwać „szpagatem”. Niestety nie udało mi się wtedy umieścić drugiej części artykułu, ukazującej, jak zasada wyboru najlepszego (w.g. wyborców) kandydata (osoby!) w małym okręgu rozbiła w gruzy (Włochy) dotychczasowe partie, partyjki i koalicje, a wymusiła powstanie nowych, realnie konkurujących bloków.

Tym samym poważnie osłabiła tam mafie i masonerię. Nie mówię jedynie o jawnie kryminalnej loży Propaganda Due (P2), lecz także i o Wielkim Wschodzie. M. inn. Wielki Mistrz Wielkiej Loży Włoch Giuliano di Bernardo – ten sam, co parę lat wcześniej chciał swe „światła” wprowadzić w Europie Wschodniej – wycofał się z działalności.

Politycznie we Włoszech powstały dwa bloki: Ulivo i Polo.

W Polsce obecnie takimi naturalnymi blokami byłyby z pewnością:
A. Blok katolicko-narodowo-niepodległościowy, dla którego najwyższą wartością polityczną jest interes Polski i Polaków, m.inn. mający w programie ukrócenie przyzwolenia na „rozmywanie” prawdziwych wartości i na rabunek przez klikę najsprytniejszych, oraz
B. Unia między dwiema przenikającymi się grupami: 1) „internacjonalistami” i t.zw. „socjal-demokratami” spod znaku Marksa (ateistami) oraz 2) grupą zwolenników rozmycia się narodów w „postępowej Europie”, „humanistów” spod znaku UE, kielni i synarchii, czyli – „nieznanych mędrców” rządu światowego, jak się w swej pysze nazywają. Czcicieli „księcia tego świata”.
Dla obu grup z nurtu B największym wrogiem i przeszkodą jest: w porządku duchowym Kościół Chrystusowy, a w porządku ziemskim – rodzina i państwa narodowe.
Powinniśmy dążyć do takiej polaryzacji pod jasnych hasłem: „policzmy się!” Policzmy, ilu jest ICH, a ilu NAS. Zobaczymy, co te bloki mogą realnie zapewnić wyborcom, narodowi.

]Zadziwia mnie, że część publicystów i działaczy zgadzających się z powyższą diagnozą jakby nie zauważało możliwości użycia przez nas w tej walce potężnej broni: sposobu (mechanizmu) doboru elit politycznych. Skończy się plaga „trzecich sił” o szczytnych hasłach – lecz bezsilnych. „Ruchy” i „nurty” będą w sposób naturalny zmuszone do łączenia się.

„Nie tędy droga”. A którędy?

W odróżnieniu od A.Horodeckiego (MP z 23. I), nie boję się braku „kandydatów na polityków reprezentujących dobro narodu i Rzeczypospolitej”. Takich ludzi mamy, takich ludzi znamy, ale brak nam sposobu ich wypromowania. Taki sposób – to wybieranie przez tych, którzy kandydatów znają (często od pokoleń) t.j. przez mieszkańców tej samej ziemi czy powiatu. Zadziwia dwukrotne przyznawanie przez A. Horodeckiego, że „JOW jest wyrazem cywilizacji łacińskiej”, a z drugiej strony nawoływanie, że „Nie tędy droga” lub, jak pisze p. Ułański (MP 30. I) że istnieje (groźna?) „Pułapka ordynacji większościowej”.

Używając terminologii Feliksa Konecznego, ordynacja pseudo-proporcjonalna jest przecież owocem mieszanki cywilizacji turańskiej (kult wodza obozu) oraz cywilizacji żydowskiej (poprzez socjalizm). Jest więc skutkiem stanu acywilizacyjnego. Taka predylekcja mogła nie dziwić w otoczeniu J. Piłsudskiego, ale wśród narodowców??
P. Horodecki proponuje, by „uświadomić polityków, niech nastąpi jeden podział: za czy przeciw Polsce”. Czemu Pan, Panie Andrzeju, nie chce zobaczyć, że JOW daje właśnie takie narzędzie?

Musimy jednak w tym celu uświadomić Naród (przeszło 28 mln ludzi), a nie dogadaną między sobą klikę ok. 10 tys. beneficjentów Władzy. Oczywiście JOW to nie panaceum na wszystkie bolączki, lecz na pewno Maczuga na polityków zakłamanych i żerujących na wbudowanej w system nieodpowiedzialności przed wyborcą. Mówiąc realnie: „politycy”, t.j. ci, co są blisko władzy wolą listę krajową i okręgową, pseudo-proporcjonalność zapewniającą im dożywocie – i łatwe „wkręcenie” do władzy swych potomków czy znajomków (por. określenie prof. J. Staniszkis „renta władzy”). My – ludzie, wyborcy, wolimy przeegzaminować konkretnego polityka przy każdych wyborach! Wprowadzenie systemu JOW rozrywa dotychczasowe powiązania niejawne. Oczywiście – mogą być one odbudowane, ale to zajmie dużo czasu i sporo wysiłku. Od dojrzałości wyborców i uczciwych polityków zależy, by te słowa „dużo” i „sporo” były znaczące.

Największy błąd Marszałka

Warto zastanowić się, czy nasi ojcowie mogli w dwudziestoleciu II-giej Rzeczypospolitej osiągnąć więcej korzyści dla Polski i dla nas.
Tak wielbiciele, jak i przeciwnicy Marszałka Piłsudskiego (w każdym razie ogromna ich większość) zgadzają się z tym, że był on polskim patriotą i że kochał Polskę. Nie miał jednak wysokiego mniemania o zdolnościach Polaków do samo-rządzenia się. Powtarzał (za Wielopolskim), że dla Polski można wiele zrobić, lecz we współpracy z Polakami – raczej niewiele.
Z lekceważenia umiejętności Polaków, z ułańskiej niefrasobliwości (no i z pychy) wynikła brzemienna dla nas w skutki decyzja o sposobie wybrnięcia z „sejmokracji” panującej w pierwszych latach II Rzeczypospolitej. Skutkiem decyzji Piłsudskiego był krwawy przewrót z maja 1926 roku. Z jednej strony kosztował on życie prawie czterystu młodych Polaków, a z drugiej był przyczyną powstania rządów jednej grupy – „bezpartyjnej partii” – BBWR. Tę nielogiczną groteskę próbowano małpować jeszcze przed paru laty. Po roku 1926-tym zamiast bałaganu sejmokracji powstały rządy co prawda stabilne, ale ułatwiające wzrost klik i „układów nieformalnych”. Dla nas, Polaków na przełomie tysiącleci, jest najważniejsze, iż życie polityczne współczesnej Polski jest zarażone obiema powyższymi chorobami. Tak sejmokracją i nieodpowiedzialnością „koalicji”, jak i mafijnością. Czyżby Nabyty Brak Odporności ? NIE:
Gdyby Marszałek bardziej wierzył w rozum swoich uczciwych doradców, czy w rozsądek Polaków, to zrozumiałby na czas, że sposób doboru elit politycznych narzucony przez socjalistyczną, „postępową” konstytucję marcową był receptą na rozdrobnienie nurtów politycznych. Narzucono tam przecież naszym ojcom i dziadom „ordynację proporcjonalną”, sztuczny twór socjalistów belgijskich sprzed (wtedy) pół wieku.
Czy człowiek światły i uczciwy mógł nie widzieć, że prowadzi to w sposób nieunikniony do rozdrabniania nurtów politycznych na partie, partyjki, ruchy i odłamy? Ano, jak widać, mógł!
Gdyby Józef Piłsudski w maju 1926 r. wymusił zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na znaną już wtedy od 150-ciu lat ordynację z jednomandatowymi okręgami wyborczymi [por. IV Księga Pana Tadeusza, „Daj kreskę Dowejce”] – JOW, to spowodowałby tym samym powstanie dwóch stabilnych obozów (raczej partii) politycznych. A chyba o stabilne rządy rzetelnych patriotów mu w rzeczywistości chodziło. Najpewniej byłby to obóz socjalizująco-równościowy oraz partia narodowa. Partie te musiałyby mieć wewnętrznie spójne programy – i musiałyby je realizować (po ewentualnym wygraniu wyborów). Zostaliby do tego zmuszeni wszyscy politycy, włączając w to tak mężów stanu, jak i t.zw. „intrygantów” i „warchołów”. Nie wchodzę w to, czy były to epitety słuszne. Stwierdzam tylko, że przy ordynacji jednomandatowej nie opłaca się posłom, ani partii będącej u władzy nie spełniać swych obietnic przedwyborczych. Po drugie: partia rządząca na skutek wyboru poprzez JOW nie ma kuli u nogi w postaci „koalicjanta”, z którym musi zawsze zawierać „kompromisy”. Taka choroba (bardzo groźna dla społeczeństwa) trafia się zaś zwykle w państwach niby-demokratycznych na skutek wyborów pseudo-proporcjonalnych. Jest też wygodną wymówką dla nieuczciwych, małych polityków: Powoduje możność lekceważenia swych programów przedwyborczych przez partię u władzy, czyli jest przyczyną nie-rządu.
Światowe doświadczenie krajów zdrowej demokracji pokazuje, że wyborcy po jednej czy dwóch kadencjach zniechęcają się do partii u władzy, co przy następnych wyborach większościowych powoduje odmianę. Wystarczy do tego jednak jedynie zmiana poparcie z np. 53 % na 47%, a „nowa” partia u władzy już uzyskuje większość zdolną do wyłonienia stabilnego rządu. I stoi przed koniecznością spełnienia klarownego, jednoznacznego programu. Nic więc dziwnego, że kliki partyjne mające na celu wyciągniecie największych korzyści osobistych tak lubią mętną wodę „umów koalicyjnych” i zwalania przyczyn swych klęsk gospodarczych czy społecznych na „koalicjanta”, A nieczysty „kompromis” z koalicjantem musi się pojawić przy ordynacji pseodo-proporcjonalnej.
Gdyby w latach 20-tych wprowadzono w Polsce ordynację JOW, to w partiach powstałych na podstawie takich mechanizmów doboru, ogromna rolę graliby działacze terenowi, powiatowi, a nie „oficerowie legionowi” (zresztą cudownie wtedy, na początku lat trzydziestych, rozmnożeni). Istniała szansa: gdyby Marszałek w dziesięcioleciu po 1925r. znał te cechy ordynacji Jednomandatowej i ją wprowadził, to każda „ziemia” czy powiat mogłyby wystawić najlepszego ze swych reprezentantów. Polska pod koniec Drugiej Rzeczypospolitej byłaby na pewno zdrowsza, silniejsza i … łatwiej przeżyłaby następne kataklizmy narzucone nam z zewnątrz.
Obecna sytuacja Polski i Polaków jest na pewno o wiele bardziej krytyczna, niż w latach 30-tych. Konieczne jest więc, byśmy dołożyli wszystkich sił, by tego największego błędu Marszałka nie powtórzyć. Jesteśmy dojrzalsi o trzy pokolenia, uczmy się na cudzych błędach oraz w bibliotekach i w dyskusjach. Pozatem – bądźmy pokorniejsi.
Ciężkie milczenie mediów na temat Jednomandatowych Okręgów Wyborczych świadczy o tym, że ośrodki decydujące o czym mówić wolno i należy, boją się poruszenia sprawy JOW. Zażenowana bierność polityków znajdujących się już w sejmie czy senacie w czasie targów, przepychanek i intryg związanych z wymuszoną przez „reformę administracji” zmianą ordynacji źle Polsce wróżą. Świadczą o tym, iż kto już doszedł do władzy, to stara się przy niej pozostać, nawet kosztem niespełnienia swych programów i obietnic przedwyborczych. Nadzieja w działaczach młodych, rzutkich i z doświadczeniem samorządności terenowej. Inaczej „warszawka”, czy jak te samozwańcze i samo-podtrzymujące się „elity polityczne” nazwać, nas dobije. Ruch oddolny może sytuację zmienić.

Szarża ułańska – ale czy z głową?

Po napisaniu tego tekstu przeczytałem (MP, 30.I) artykuł „Pułapka ordynacji większościowej”. Sprostuję jedynie parę nieporozumień
1) Ruch na rzecz JOW działa od ośmiu lat, a nie dwa lata. Był w większości mediów przemilczany. Zebraliśmy ok. 200 tys. podpisów pod żądaniem referendum w sprawie Ordynacji. Zbieraliśmy je jednak głównie nie po to, by wymusić referendum, lecz by przy zbieraniu dyskutować i przekonywać ludzi, wyborców. Oraz by nawet sprzedajni żurnaliści (a jest ich niemało) byli zmuszeni uznać tę dyskusję za „News” godzien przedstawienia. Zaś „band wagon effect” (czyli nacisk opinii) spowoduje wtedy, że zagrożeni „emeryturą” politycy przypomną sobie, iż w programach przedwyborczych obiecywali wprowadzenie JOW.
Odniosę się do kolejnych punktów w artykule p.Ułańskiego.
Ad pkt.1 u Ułańskiego. Tak w mych audycjach w Radio Maryja, jak i w dziesiątkach wystąpień publicznych w Polsce (w 1997r) przeciw projektowi obecnej konstytucji wskazywałem (a obecnie wskazuję skutki!) tej strasznej zasady nieodpowiedzialności posła przed wyborcą. Bo… właśnie JOW taką odpowiedzialność wymusza.
Ad 2. Nie powinno nam tak zależeć na istnieniu „posłów niezależnych”. Za to zasada JOW rozbije obecne, sztuczne partie karierowiczów, a powstaną nowe partie, zgrupowane w naturalne dwa bloki . Jakie – opisałem powyżej.
Ad 3. Kandydat do sejmu J. Buzek otrzymał 1488 głosów na prawie milion uprawnionych. Czyli jeden wyborca na ok. 760-ciu dał się do Jego osoby przekonać. Rzeczywiście, J.B. wszedł z listy krajowej. Ale z list okręgowych (partyjnych ) też wchodziły miernoty. W poprzednim sejmie (akurat te dane mam pod ręką) „naszym reprezentantem” został jakiś człek („socjolog z Mosiny”), który otrzymał 640 głosów na prawie milion uprawnionych, inny „przedsiębiorca” – 711 głosów na prawie milion. Zasada JOW obala obie anomalie – obie listy partyjne.
Ad 4. Nie jestem zwolennikiem „sprawiedliwego” rozdrobnienia partyjnego – to pułapka myślenia socjalistycznego. Najlepsi (a nie najbardziej krzykliwi!) z każdego bloku (t.j. narodowego i kosmopolitycznego, jak sądzę) będą walczyli o wyborcę. Przykład Kanady i rządzącej kiedyś partii premiera Mulroney’a (o przydomku „Lying Brian”) opisany jest w „Otwartej Księdze” Lazarowicza i Przystawy. Po szczegóły odsyłam do tej książki. Partia Konserwatywna (Briana), która miała 157 mandatów w 290-osobowyn parlamencie, po ujawnieniu oszustw, w nowych wyborach otrzymała tylko jeden mandat. Czy to „niesprawiedliwe”? Może, ale jakże skuteczne. Pozatem: JOW zapewnia stabilny rząd bez koalicji ani „kompromisów”. Zapewnia odpowiedzialność tak posła, jak i rządzącej partii. A tego nam bardzo potrzeba. JOW zdyscyplinuje „działającą w rozproszeniu opozycję”. Jestem doświadczalnikiem, nie marzycielem. Znów odsyłam do „Otwartej Księgi” – do analizy sytuacji we Włoszech. I do artykułu J.Przystawy na Konferencji w Nysie. Warto to przedrukować. Tam są dane, a nie gdybania ani insynuacje.
Ad 5. Luudzie! Co ma wspólnego mechanizm wyborów na prezydenta (w okręgu o 28.4 milionach uprawnionych) z wyborami w okręgu o 58 tys. uprawnionych? Toć w pierwszym wypadku można (trzeba!) wydać miliony dolarów na propagandę, na odchudzenie delikwenta, na pomalowanie mu buzi na brązowo i na nauczenie zgrabnego recytowania sloganów. Co za praca, szczególnie, jeśli kandydat jest głąbem. W okręgu do sejmu (58tys.) ludzie widzą kandydata i naprawdę go znają. Co do szans komunistów: W parlamencie włoskim weszło (z JOW) tylko 8-miu komunistów na 630 miejsc w Camera! Reszta (z Massimo d’Alemą) weszła z 25% „proporcjonalnych” miejsc… Jeśliby zaś np. Balcerowicz wyeliminował Krzaklewskiego, to byłaby przecież ulga dla Polski, prawda? Lepszy jeden taki, niż dwóch.
Ad 6 i 7. Tak, musimy zmienić konstytucję! Jeśli Naród zobaczy, w czym jej największa wada, i da temu wyraz, to i „pseudo-proporcjonalni” posłowie ją zmienią, by się starać u władzy utrzymać. Ale władza nie będzie już organicznie zrośnięta z bezkarnym rabunkiem i kłamstwem… Będzie władza i odpowiedzialność.
Na zakończenie propozycja: Może insynuacje, n.p. że „promowanie JOW ma (…) za zadanie odwrócić uwagę od niebezpieczeństwa likwidacji w najbliższym czasie Rzeczypospolitej jako suwerennego państwa” (A.H.) pomińmy? Pozatem: Ułan to nie rycerz średniowieczny, powinien więc walczyć z otwarta przyłbicą, szczególnie, że nie ma do czynienia z podstępnym, cynicznym wrogiem, lecz z lojalnym sojusznikiem. Zorganizuj, o Naczelny MP, dyskusję redakcyjną, o najlepszym sposobie doboru Elit Politycznych ! Niech to się stanie podstawą szerokiej dyskusji narodowej.
Nie powtarzajmy – cudzego – grzechu pychy ani tchórzostwa.
Uczciwe i odważne elity w Polsce istnieją. Oby pojawiły się w parlamencie.

Cherchez la femme!

Cherchez la femme!

[Od tych jeremiad, czyli RACJONALNYCH ARGUMENTÓW, upłynęło już 14 lat – a absurd „proporcjonalności” ciągle nam szkodzi. MDakowski]

Jerzy Przystawa 31.08.2009. https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1361_45.php

Bardzo dobrze się stało, że polskie sufrażystki tak dzielnie wystąpiły o specjalne prawa wyborcze dla pań, albowiem dzięki temu polscy inteligenci zaczynają powoli odkrywać rolę i znaczenie ordynacji wyborczej, a w szczególności, jak się ma do zasad demokracji, sformułowanych w Konstytucji RP, obowiązujący w Polsce od 20 lat system list partyjnych, nazywany, w ramach obowiązującej dialektyki, systemem „proporcjonalnym”.

Po upływie niecałych dwu dekad nasze bystre i aktywne politycznie panie zauważyły, że w Sejmie i Senacie RP nie sposób się doliczyć proporcjonalnej reprezentacji dam, które, według obowiązujących spisów wyborców, stanowią nieco ponad połowę populacji Polaków i Polek. Tymczasem Konstytucja, w art. 96 ust. 2 wymaga, żeby wybory do Sejmu były „proporcjonalne. Twórcy Konstytucji, z jakiegoś powodu, takiego wymogu nie postawili wyborom do Senatu, więc sprawę tę możemy chwilowo odłożyć na później, bo w tym przypadku zagwarantowanie odpowiedniej reprezentacji Pań wymagałoby zmiany ustawy zasadniczej.

Ordynacja wyborcza do Sejmu, jak powszechnie wiadomo, szczególnie leży na sercu naszemu Premierowi, który już wielokrotnie publicznie deklarował zdecydowaną wolę jej reformy, a nawet posunął się w tym roku do zapewnienia, że „nie spocznie dopóki nie wprowadzi w wyborach do Sejmu jednomandatowych okręgów wyborczych” (JOW). Jest to jak najbardziej spójne z jego wcześniejszymi deklaracjami, że przypomnę tylko wypowiedź podczas Sesji w dniu 9 stycznia 2003, kiedy występując z pozycji wicemarszałka powiedział: „Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie – i to przekonanie narasta – że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne”.

Platforma Obywatelska – która kilka lat temu zebrała ponad 750 tysięcy podpisów obywatelskich pod wnioskiem o referendum, w którym jednym z pytań byłoby pytanie o JOW w wyborach do Sejmu – przygotowuje obecnie projekt ordynacji wyborczej, w którym sformułowany jest wymóg:  „Liczba kobiet na liście okręgowej nie może być mniejsza niż liczba mężczyzn”. Sam Premier, nie czekając na procedury legislacyjne, od razu oświadczył, iż korzystając ze swoich uprawnień lidera partii, zapewni kobietom połowę pierwszych miejsc na okręgowych listach wyborczych! Domyślać się więc wolno, że te „kobiece jedynki” (zgodnie z logiką: jeden = jeden) stanowić mają jakiś dialektyczny zamiennik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Wszystkie te pomysły i propozycje wywołują dyskusje, którym wypada tylko przyklasnąć, gdyż taka dyskusja może polskiemu inteligentowi pomóc w zrozumieniu znaczenia zapisu konstytucyjnego głoszącego, że „wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne”, a także dlaczego np. wybory do Senatu już ani równe, ani proporcjonalne być nie potrzebują.

Dziennik „Rzeczpospolita” z 28 sierpnia 2009 zamieścił duży tekst, autorstwa dwu Panów Raciborskich, Filipa i Jacka, zatytułowany „Kobiety w roli paprotek”.Obaj uczeni panowie usiłują wierzgać przeciwko ościeniowi i postawić tamę nieubłaganemu rozwojowi postępu i sprawiedliwości społecznej co, na obecnym etapie, przejawia się w propozycji ustalenia obowiązujących kwot partycypacji kobiet w życiu politycznym i parlamentarnym. Barwnie wyjaśniają, dlaczego ich zdaniem wdrożenie zaprojektowanej ustawy nie przyczyni się wcale do politycznej aktywizacji kobiet w życiu politycznym lecz, przeciwnie, będzie „realizacją scenariusza ujmującego kobiety w roli paprotek” i zamiast poprawy jakości naszej klasy politycznej spowoduje inflację osób drugorzędnej jakości i jeszcze bardziej wzmocni rolę partyjnych liderów.

„Kwoty” sprzeczne z zasadą równości

Za najważniejsze w całej argumentacji Raciborskich uważam wykazanie, że wprowadzenie obowiązkowych kwot występowania kobiet na listach wyborczych jest ciosem w konstytucyjną zasadę równości wyborów do Sejmu, albowiem każde uprzywilejowanie jakiejś części społeczeństwa jest de facto dyskryminacją innych.

Równość obywateli wobec prawa jest fundamentalnym wymogiem demokracji i nie ma wymogu bardziej zasadniczego. Obywatele mogą wprowadzić różne ograniczenia tej równości i ustanowić przywileje różnym swoim przedstawicielom czy nawet całym grupom. Te odstępstwa od zasady równości muszą jednak być zawarte w konstytucji, którą ogół obywateli akceptuje na drodze referendum. W ten sposób, przykładowo, Konstytucja RP znosi zasadę równości w wyborach do Senatu. Inaczej jednak jest rozwiązana sprawa wyborów do Sejmu i Konstytucja nie przewiduje żadnych odstępstw od zasady ich równości. Ustalenie kwotowego udziału kobiet będzie oczywistym złamaniem tej zasady.

Jest rzeczą ciekawą, że tego naruszenia zasady równości wyborów do Sejmu nie dostrzegają uczeni konstytucjonaliści, jak tego dowodzi fakt, że propozycję „damskich kwot” poparł znany warszawski profesor prawa konstytucyjnego Piotr Winczorek, a jak znam życie, znajdą się i inni. Odnieść można wrażenie, że większość polskich konstytucjonalistów zawęża zasadę równości w wyborach do Sejmu do tego, że każdy obywatel ma jeden głos. Być może jest to wynikiem faktu, że „polski konstytucjonalizm” jest stosunkowo młody i odziedziczony w spadku po niedawnej epoce, której konstytucja też zapewniała równość w wyborach do Sejmu (art. 80 Konstytucji PRL). W gruncie rzeczy komuniści bardzo dbali, żeby na listach wyborczych do Sejmu była odpowiednia liczba kobiet, robotników, chłopów itd., itp. Dlatego z wielkim uznaniem powitać należy, że wybitni przedstawiciele nauk społecznych (Jacek Raciborski jest profesorem w Instytucie Socjologii UW) zauważają, że zasada równości obywatelskiej powinna być rozumiana wprost, tak jak i inne zasady konstytucyjne, a nie podlegać jakiejś talmudycznej egzegezie, a więc, że nie należy „odstępować od prostego rozumienia równości obywatelstwa na rzecz daleko bardziej abstrakcyjnych i arbitralnych koncepcji”.

Ordynacje wyborcze do Sejmu od 1989 roku naruszają konstytucyjną zasadę równości

Witając z uznaniem głos warszawskich socjologów wypada żałować, że nie chcieli oni zauważyć, iż zasada równości wyborów do Sejmu jest gwałcona przez obowiązującą ordynację wyborczą do Sejmu, a de facto i przez wszystkie poprzednie ordynacje od 1989 roku.

Wg Bronisława Banaszaka („Prawo Konstytucyjne”, wyd. C.H. Beck, Warszawa 1999):Konstytucja ustanawiając zasadę równości w wyborach sejmowych, prezydenckich i samorządowych nie precyzuje jej bliżej. Oznacza to jej szerokie rozumienie, nie ograniczone tylko do równości praw wyborców w akcie głosowania, ale równości w całym procesie wyborczym”.

Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od wielu lat w swoich publikacjach podnosi fakt naruszania tej zasady w kolejnych wyborach, wykazując, w szczególności: (1) przywileje ustawowe dla mniejszości narodowych; (2) różne wymogi rejestracji list okręgowych dla komitetów partii politycznych i dla komitetów społecznych; (3) przywileje finansowe dla partii politycznych; a nade wszystko (4) nieformalne, ale faktyczne uprzywilejowanie liderów partii politycznych, wynikające z charakteru ordynacji wyborczej, które powoduje, że wybory odbywają się de facto w dwu turach: pierwsza tura, ważniejsza, do której zwykli wyborcy nie mają dostępu, to układanie list wyborczych; druga to głosowanie.

Jak dotąd klasa polityczna pozostawała głucha na wszystkie te argumenty, artykuły, książki, konferencje, protesty i skargi. Ignorują je posłowie, senatorowie, prezydenci, kolejni rzecznicy praw obywatelskich. Może działanie naszych dzielnych sufrażystek, głośno domagających się przywilejów wyborczych dla kobiet, zwróci wreszcie większą uwagę na konstytucyjne wady naszego systemu wyborczego i pozwoli nam wyrwać się z pęt partiokracji i całego jej inwentarza.

Wrocław, 30 sierpnia 2009

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina !

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina!

Ordynacja „proporcjonalna” degeneruje partie

…od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne

 [Posła Sanockiego zabili, na początku afery Cowid, zabraniając leczenia Amantadyną, o którą błagał. Rozwalili mu płuca respiratorem w Kędzierzynie Koźlu. Mirosław Dakowski]

Janusz Sanocki, 15/04/2013  https://dakowski.pl/archiwum/pliki/index.9491_45.php

Partia nowego typu

Włodzimierzowi Leninowi partia nie była potrzebna do wysłuchania opinii ludu. Partia nowego typu miała być narzędziem przeprowadzenia rewolucji, przekształcenia społeczeństwa wg idei, które najlepiej znał on sam, w nieco mniejszym stopniu znali jego współpracownicy, a do których dopiero miała dorosnąć reszta.

Z tego przeświadczenia, że partia ma być przewodniczką społeczeństwa, a nie efektem oddolnego zapotrzebowania na idee i rozwiązania, wynikała struktura partii leninowskiej. Na samej górze – najbardziej świadoma grupka zawodowych rewolucjonistów, którzy jak prorocy prowadzą (szerszą) grupę wyznawców – masy partyjne. Masy nie są od dyskutowania,  są wojskiem, a ich zadanie to karne wykonywanie rozkazów góry.

Niżej w hierarchii znajdowała się  klasa robotnicza (klasa w sobie i klasa dla siebie) i wreszcie reszta pogan – burżuazja, mnisi, inteligencja – wszyscy których potem rewolucja i bolszewizm zmieli zostawiając stosy trupów.

Dla leninowskiej koncepcji konieczne było najpierw zbudowanie hierarchicznej, zdyscyplinowanej struktury, a następnie zapewnienie partii nowego typu monopolu i pełnego panowania. Nieuchronnie musiały się zatem pojawić środki dyscyplinujące – zarówno wobec własnych towarzyszy,  którzy nie rozumieli na czym w danej chwili polega generalna linia partii, jak i wobec tych innych, którzy mogli partii leninowskiej stworzyć konkurencję i zagrozić. Partia leninowska musiała wobec wrogów, jak swoich stosować więc terror, by niszczyć obcych i stale oczyszczać swoje szeregi. W końcu naturalna ewolucja doprowadza partię nowego typu do kultu jednostki – jedynowładztwa wodza.

Niekomunistyczny leninizm PO-PiS

Wszystkie polskie partie polityczne mają charakter partii leninowskich. Nie tylko SLD. Również Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość są partiami leninowskiego typu. Bez leninowskiej ideologii, jednak struktura partii, reguły jej funkcjonowania, cele jakie sobie stawia i sposób w jaki są formułowane – stanowią przykład czegoś co można określić jako niekomunistyczny leninizm.

Platforma, w której czystki wewnętrzne doprowadziły do jedynowładztwa Donalda Tuska prowadzi ciemny polski lud do nowoczesnej Europy. PiS z Jarosławem Kaczyńskim natomiast musi nawrócić lemingi otumanione propagandą salonu, a zwłaszcza wyjaśnić przyczyny katastrofy smoleńskiej – bo to właśnie jest najważniejsze. 

I nie idzie tu o merytoryczną wagę takich zagadnień jak modernizacja czy Smoleńsk, ale o sposób formułowania ich w relacji: „partia – społeczeństwo.” W leninowskim modelu wiedza i narracja płyną do mas z góry. Masy czyli my, ogół obywateli, możemy jedynie przyjąć wytyczne, trzasnąć obcasami i wiernie je realizować.  

W podobny sposób narracja płynie z gór partyjnych SLD czy Ruchu Palikota.

W odwrotną stronę: od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne.  Stąd, w tak patologicznej strukturze systemu politycznego głuchego na potrzeby obywateli, pozbawionego w istocie społecznej kontroli nad swoim działaniem,  nie sposób rozwiązać żadnego z istotnych problemów. Ani służba zdrowia, ani sądownictwo, ani gospodarka nie mogą w istocie liczyć na poważne potraktowanie.

 Cała pseudo-dyskusja to gra pozorów. Demagogia, w której kiedy partia jest w opozycji – może obiecać wszystko, a kiedy rządzi zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla braku skuteczności. I tak jest z obu stron gorącego sporu: PiS – PO.

 Lekarstwo na leninizm: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze.

 Leninowskie struktury polskich partii wytwarzają się na skutek stosowania w wyborach do Sejmu – najważniejszego organu polskiego systemu politycznego – tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Proporcjonalna ordynacja dając partyjnemu przywództwu (wodzowi) prawo do ustalania list wyborczych, a zwłaszcza kolejności kandydatów, daje bowiem w istocie w ręce partyjnych bonzów władzę decydowania o tym kto będzie posłem.

 Czyni to w jawnej sprzeczności  z Konstytucją, która takiej delegacji dla partii nie przewiduje. Na wiele sposobów proporcjonalna (partyjna) ordynacja wyborcza łamie prawa obywatelskie w tym bierne prawo wyborcze. Ale coś za coś. Jeśli partyjni liderzy mają dostać przywilej wyznaczania posłów, to ktoś musiał tych praw być pozbawiony.

 Oczywistym lekarstwem na patologiczne zjawisko, jakim jest partia nowego typu jest odebranie liderom i partiom przywilejów wyborczych i oddanie pełni praw obywatelom. Takie rozwiązanie jest tylko jedno – jest to wybór posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych i to w jednej turze (by nie zostawiać furtki leninowskiemu partyjniactwu).

Wprowadzenie systemu jednomandatowego od lat proponuje Ruch Obywatelski na rzecz JOW, a nieodmiennie zwalczają go wszystkie polskie partie. Nie ma w tym nic dziwnego leninowskie struktury muszą walczyć z obywatelską demokracją. Zawsze to przecież czyniły.

 * Artykuł ukazał się w „Uważam Rze” 8.04.2013

Na 1000 pedofilów, 400 to 'geje’, a tylko 1 ksiądz

Na 1000 pedofilów, 400 to geje, a tylko 1 ksiądz 

[piszę geje w cudzysłowie, bo naprawdę to czynni zboczeńcy, pedały. MD]

14.04.2013.  

..a media skupiają się na mówieniu o pedofilii wśród księży

…na stronach gejowskich w centrum jest seksualność, one ociekają seksem, co świadczy o ubóstwie duchowym gejów, „seks-narkomanów”, wręcz opętanych seksem

ks. dr hab. Dariusz Oko https://dakowski.pl/archiwum/pliki/index.9137_47.php

Znikoma mniejszość chce zdominować większość, geje terroryzują całe społeczeństwa– mówił ks. dr hab. Dariusz Oko, współautor książki pt. „Bóg kocha homoseksualistów”, prezentowanej podczas XIX Targów Wydawców Katolickich. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa AGAPE.

Ks. Oko określił jako gigantyczne kłamstwo i gigantyczną manipulację mediów, które skupiają się na mówieniu o pedofilii wśród księży, podczas gdy na tysiąc pedofilów 400 to geje, a tylko jeden ksiądz. Jego zdaniem o pedofilii wśród gejów należałoby mówić 400 razy więcej.

Autor książki wskazywał, że obecnie jesteśmy poddawani szczególnej presji. Homoseksualiści skarżą się, że są biedną, prześladowaną mniejszością, a tymczasem to oni terroryzują całe społeczeństwa. Ludzie, którzy im się sprzeciwiają, są prześladowani, grozi im się śmiercią.

To oni chcą nas zdominować, chcą nami rządzić i trzeba się przed tym bronić – mówił wykładowca Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Zwrócił uwagę, że kiedyś bolszewicy byli mniejszością, a potem zawładnęli Rosją, a banda Hitlera z czasem zdominowała Niemcy.

Często mniejszość pisze historię

– ostrzegał ks. Oko i dodał, że lobby homoseksualne opanowało już wiele organizacji, takich jak Unia Europejska, czy ONZ, które stały się narzędziami propagandy gejowskiej.

Przypomniał, że Kościół patrzy na człowieka w głębi metafizycznej, szanując jego wartość i godność. W ten sam sposób patrzy na ludzi, którzy cierpią z powodu skłonności homoseksualnej. Jest ona jednak tylko częścią człowieczeństwa, której nie powinno się absolutyzować.

Każdy z nas musi się opanować w sferze seksualnej, pomimo różnych pokus. Tak jak niemal każdy mężczyzna ma pokusy, aby zdradzić żonę, ale nie powinien tego zrobić, tak jak prawie każdy ksiądz ma pokusy, aby złamać celibat, ale nie powinien tego zrobić, podobnie homoseksualista i pedofil mają swoje pokusy, ale nie powinni im ulegać i to jest w ich mocy. Do natury naszego bytowania na ziemi należy to, że jesteśmy kuszeni, i jeżeli pokusie potrafimy stawić czoła, jest to wspaniałe zwycięstwo, które czyni nas wielkimi ludźmi, jeżeli nie – następuje degradacja naszego człowieczeństwa – ocenił ks. Oko.

Jego zdaniem obserwujemy w tej sferze silne zderzenie dwóch antropologii – chrześcijańskiej i ateistycznej. W tej pierwszej seksualność jest bardzo ważnym wymiarem, ale nie najważniejszym. Nie istniejmy po to, aby się wyżyć seksualnie, ale żeby być w większej wspólnocie z Bogiem. Natomiast antropologia przeciwna, jak stwierdził ks. Oko, „ucina” wymiar duchowy i bardziej się skupia na tym, co cielesne. Dlatego na stronach gejowskich w centrum jest seksualność, one ociekają seksem, co świadczy o ubóstwie duchowym gejów, „seks-narkomanów”, wręcz opętanych seksem. Profesor przytoczył badania, które wykazują, że homoseksualista ma 12 partnerów rocznie, a jeżeli zawiera związek, to ta liczba spada do ośmiu.

Zdaniem ks. Oko jest to zaburzenie, a jako stan nienormalny określił to, że się o tym nie mówi.

Widać z jak wielkim zakłamaniem mamy do czynienia i jak bardzo temu trzeba się przeciwstawić – stwierdził współautor książki „Bóg kocha homoseksualistów”. Jest to bardzo ważne, gdyż homoideologia ma podobne rysy jak ideologia marksistowska, na co zwracał także uwagę prof. Leszek Kołakowski. Zdaniem ks. Oko takie ideologie mają wpisane w siebie tendencje totalitarystyczne. Jak podkreślił, nie można się dać temu zastraszyć, a taka sytuacja wymaga od ludzi Kościoła dużej życzliwości, aby gejom mówić prawdę.

Uczestnicząca w promocji książki psycholog i teolog dr Jolanta Próchniewicz zauważyła, że Kościół o homoseksualizmie jako zjawisku mówi niewiele, mówi natomiast o osobach homoseksualnych. Wskazała, że byli święci o takich skłonnościach, którzy traktowali swoją przypadłość jako krzyż i całe życie walczyli, aby jej nie ulec.

Kościół sprzeciwia się jednoznacznie, zawsze i bezwzględnie nie osobom, ale zachowaniom homoseksualnym, zgodnie z tym, co czytamy w Piśmie Świętym, że mężczyźni współżyjący ze sobą nie wejdą do Królestwa Niebieskiego.

Nie orientacja sprawia, że ściągam na siebie winę i że ocena mojej osoby przez Kościół jest negatywna, lecz to, co ja z tym zrobię – podkreśliła dr Próchniewicz.

 KAI/mall

Co wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach. Do Parlamentu powinni wchodzić tylko zdobywcy pierwszych miejsc, nie zaś ulubieńcy Prezesa.

Co wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach.

Do Parlamentu powinni wchodzić tylko zdobywcy złotych medali.

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.26270_45.php

 Tekst wystąpienia prof. Tomasza J. Kaźmierskiego na III Debacie Konstytucyjnej Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego w Zamku Królewskim w Warszawie, 19 października 2019

Panie Przewodniczący,

Otrzymaliśmy od organizatora debaty, pana Michała Kwileckiego, Kanclerza Senatu Stowarzyszenia Potomków Sejmu Wielkiego, precyzyjną instrukcję. Debata ma przedstawić różnice między poszczególnymi rodzajami ordynacji wyborczych w celu wykazania, która z nich daje obywatelom największą kontrolę nad politykami wybranymi do parlamentu.

Mamy więc porównywać ordynacje wyborcze według fundamentalnego dla jakości demokracji kryterium: w jakim stopniu realizowana jest w danym systemie konstytucyjnym zasada suwerenności narodu?

Najpierw przedstawię krótko podstawowe cechy wyborów jednomandatowych First-Past-The-Post, czyli Pierwszy na Mecie, to jest wyborów w małych okręgach, przy pełnej łatwości kandydowania, z głosowaniem w jednej turze, gdzie o wyniku decyduje zwykła większość głosów. Potem rozwinę te cechy w aspekcie realizacji zasady podmiotowości wyborców, mechanizmów oddolnej kontroli, czyli tych elementów JOW, które są istotne dla realizacji zasady suwerenności narodu.

JOW-y to system prosty, sprawdzony i przetestowany w wielowiekowej, historycznej praktyce.

W Wielkiej Brytanii do wyborów zgłasza się swoją kandydaturę indywidualnie w małym okręgu, a kandydować można mając poparcie zaledwie 10 mieszkańców. Kandydaci niezależni i członkowie partii mają w ten sposób jednakowe szanse, co zmusza partie polityczne do ciągłego szukania jak najlepszych kandydatów, zdolnych przyciągnąć jak najwięcej głosów.

Co więcej, mandat otrzymany w systemie jednomandatowym jest bardzo silny. Trzeba przecież być najlepszym, Pierwszym na Mecie. Posługując się analogią sportową można powiedzieć, że do Parlamentu wchodzą tylko zdobywcy złotych medali. Nagrodzeni srebrnymi, czy brązowymi medalami, nie mówiąc już o tych, co zajęli piąte, czy dziesiąte miejsce, nie wchodzą. Na przykład w wyborach powszechnych w Wielkiej Brytanii w 2010 r. Margaret Curran została wybrana w okręgu wyborczym Glasgow East, zdobywając 61,6% głosów. Osoby znane wyborcom ze złej strony, lub osoby wyborcom nieznane, nie zdobywają w JOW-ach mandatów.

Ta ostra selekcja kandydatów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych wymusza mechanizmy wewnętrznej konkurencji w partiach oparte na oddolnych procedurach demokratycznych. Polacy mojego pokolenia znają tylko jeden przykład tak działającej organizacji. Był to powstały latem 1980 roku Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Samorzutnie i w sposób naturalny powstałe wtedy procedury wybierania delegatów na Zjazd Krajowy „Solidarności” były bardzo zbliżone do wewnętrznych mechanizmów demokratycznych w brytyjskich, amerykańskich, australijskich czy kanadyjskich partiach politycznych.

Są jeszcze inne, korzystne cechy tego sposobu wybierania.

JOW-y sprzyjają integracji grup politycznych i nagradzają działania i programy umiarkowane. Tworzy to stabilne rządy. Innymi słowy, JOW-y zapobiegają fragmentacji i tłumią grupy ekstremalne. Wybór tylko jednego reprezentanta danego małego okręgu wyborczego oznacza, że istnieje bezpośredni związek między posłem a okręgiem wyborczym, co przekłada się na codzienny i bliski kontakt z wyborcami.

Aby lapidarnie zilustrować rolę posłów wybranych w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych, można posłużyć się testem tzw. Pięciu Pytań autorstwa charyzmatycznego brytyjskiego polityka lat 70. i 80. Tony’ego Benna, członka Partii Pracy.

Pytania te są następujące:
1. „Jaką masz władzę?”
2. „Skąd ją masz?”
3. „W czyim interesie ją sprawujesz?”
4. „Przed kim odpowiadasz?”
5. „Jak się możemy ciebie pozbyć?”

Tony Benn powtarzał, że w prawdziwej demokracji udział obywateli w codziennym życiu politycznym jest masowy. Obywatele są aktorami życia politycznego, a nie obserwatorami. Podkreślając tę masowość mówił o sobie, że jest demokratą przez małe „d”. Zadawał swoje pięć pytań wszędzie, gdzie był. Pisał je na tablicach szkolnych i sal wykładowych. Powtarzał je na wiecach, protestach i marszach. Jego ulubionym pytaniem było pytanie ostatnie: „Jak się możemy ciebie pozbyć?”.

Tony Benn twierdził, że „każdy, kto nie może odpowiedzieć na ostatnie z tych pytań, nie żyje w systemie demokratycznym”.

Mechanizmy oddolnej kontroli nad klasą polityczną najlepiej badać porównując JOW-y z innymi systemami. Jak będę pokazywał dalej, głównym mechanizmem kontroli jest łatwość usunięcia każdego niechcianego polityka. Ta łatwość jest przez wielu uważana za najważniejszą cechę jednomandatowości.

Zacytuję w tym miejscu słowa hiszpańskiego filozofa José Ortegi y Gasseta, autora jednej z najbardziej wpływowych książek ubiegłego stulecia pt. „Rewolta mas” napisanej w 1930 r.

Zdrowie demokracji, każdego typu i każdego stopnia, zależy od jednego drobnego szczegółu technicznego, a mianowicie: procedury wyborczej. Cała reszta to sprawy drugorzędne”.

Ortega y Gasset napisał powyższe słowa obserwując polityczną kulturę zachodniej Europy po pierwszej wojnie światowej, która wtedy zmierzała ku coraz głębszemu chaosowi. Były to lata masowej implementacji w kontynentalnej Europie różnych, nowych form ordynacji wyborczych, tzw. proporcjonalnych, opartych na wielomandatowych okręgach wyborczych i listach partyjnych. Tę formę wybierania członków parlamentu przyjęła wtedy między innymi Republika Weimarska, Austria, Trzecia Republika Francuska, Belgia, a także Druga Rzeczpospolita Polska.

Ekonomista i filozof Joseph Schumpeter w książce „Kapitalizm, socjalizm, demokracja” napisanej w 1942 roku zwracał uwagę, że odejście od wyborów większościowych, to błędny kierunek. Nie jest możliwa, pisał, realizacja postulatu, by parlamenty stawały się matematycznie precyzyjną miniaturą społeczeństwa. Obywatele powinni za to mieć do dyspozycji mechanizmy łatwego usuwania niechcianych polityków. To jest, według niego, najważniejsza funkcja ordynacji wyborczej. Inny myśliciel tego okresu Max Weber, krytyk konstytucji Republiki Weimarskiej, uważał, że w proporcjonalnych, wielomandatowych wyborach trudno jest wyłonić autentycznych, demokratycznych liderów. Obywatele tracą kontrolę nad życiem publicznym i przechodzi ona w ręce aparatów partyjnych.

Wybitny brytyjski filozof austriackiego pochodzenia Karl Popper, w swej napisanej w latach II wojny światowej książce „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie”, głosił całkiem podobne tezy. Tzw. test demokracji Poppera polega na badaniu łatwości usuwania polityków w drodze pokojowej. Kiedy w latach 80. w Wielkiej Brytanii rozgorzała debata publiczna nad postulatem, aby porzucić system Pierwszy na Mecie i przyjąć reprezentację proporcjonalną, Popper zdecydowanie bronił systemu Pierwszy na Mecie i sprzeciwiał się próbie psucia brytyjskiego systemu konstytucyjnego. Pisał wtedy, że ordynacja proporcjonalna odziera posła z osobistej odpowiedzialności i

czyni zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka”.

Popper argumentował, że nie ma skuteczniejszego sposobu realizacji władzy wyborców nad politykami niż jednomandatowe okręgi wyborcze. Dzięki jednomandatowości, każdy polityk jest rozliczany indywidualnie w następnych wyborach. Dzięki jednej turze i zasadzie zwykłej większości w systemie Pierwszy na Mecie (First-Past-The-Post), liderzy partyjni nie mogą w żaden sposób wpłynąć na zachowania wyborców ani zniekształcić ich woli. Dzień wyborów w systemie jednomandatowym, to według Poppera, „dzień sądu”. Łatwość usuwania niechcianych polityków jest,według niego, znacznie ważniejszą cechą JOW-ów, niż tendencja JOW do tworzenia dobrych rządów.

Na sam koniec pozwolę sobie na krótką dygresję. W kontekście debaty o ordynacji wyborczej, nie sposób nie przywołać dorobku konstytucyjnego pierwszej Rzeczypospolitej. Znajdujemy się tuż obok warszawskiego Zamku Królewskiego, gdzie przez ponad 200 lat zbierały się sejmy walne Rzeczypospolitej, w tym chwalebny Sejm Wielki, którego potomkowie zorganizowali niniejszą debatę. Posłowie wysyłani przez sejmiki ziemskie na sejmy walne byli wybierani w wolnych, większościowych wyborach w sposób bardzo zbliżony do ordynacji JOW. Jest wiele dowodów na to, że taki sposób wybierania posłów przez wieki chronił wolności. System ten czynił z posłów ludzi myślących niezależnie, czujących i odpowiedzialnych, przez co budował cnoty obywatelskie i hartował charaktery. System JOW, to nie jest obcy nam system. To jest również nasz rodzimy sposób wyłaniania reprezentantów, część naszej własnej tradycji i kultury.

Dobrze znany jest przykład bohaterskiej postawy grupy posłów czasu Sejmu Rozbiorowego z 1773 roku, którzy z narażeniem życia i mienia sprzeciwiali się nielegalnej ratyfikacji przez ówczesny Sejm pierwszego rozbioru Polski. Z honorem zachowali się też posłowie na Sejm Królestwa Polskiego z 1831, który trwał i obradował mimo upadku Powstania Listopadowego. Klęski militarne i kapitulacja Warszawy nie przerwały pracy posłów, którzy zebrali się w Płocku w ostatnich dniach września 1831 r., czyniąc w ten sposób z Płocka tymczasową stolicę Polski. Posłowie, między innymi Maurycy Mochnacki, Joachim Lelewel i marszałek Sejmu Władysław Ostrowski dodawali tym trwaniem Sejmu otuchy zgnębionym kapitulacją Warszawy rodakom i pokazywali, że Rzeczpospolita istnieje, bo istnieje Jej Sejm.

Głównym zadaniem tej debaty jest ocena ordynacji wyborczych z punktu widzenia kontroli nad wybranymi posłami. Powyższe argumenty wskazują, że mechanizmy kontrolne są realizowane najlepiej w systemie JOW Pierwszy na Mecie. Taka jest teza mojego wystąpienia.

Ale chciałbym też, abyśmy też respektowali te skutki oddolnych mechanizmów kontrolnych, które pokazuje nam zarówno nasza własna historia, jak i współczesne przykłady państw takich, jak Wielka Brytania, USA, Kanada czy Australia. Skuteczna, oddolna kontrola jest mechanizmem pozytywnej selekcji. Aktywizuje wielkie masy społeczeństwa, sprzyja kształtowaniu cnót obywatelskich, wyłania charyzmatycznych, kompetentnych liderów, zdolnych pracować dla dobra wielu, a nie tylko w interesie własnym czy w interesie małych grup.

Wybory czy Ordynacja –  co ważniejsze

Wybory czy Ordynacja –  co ważniejsze

Dwanaście prostych stwierdzeń i siedem argumentów

[ 2. kwietnia: Jest lepsza wersja Archiwum ! Korzystajcie!]

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.4404_45.php

Mirosław Dakowski 28.09.2011. [te same wyrazxy powtarzaj po kilka raqzy!! Te -sprzed 12 lat…]

1)     w ostatnim dwudziestoleciu w Polsce różnice pomiędzy wariantami ordynacyj, wraz z niedawnym „Kodeksem wyborczym” są dla wyborcy mało istotne. Nie dotyczą PODSTAWY, którą w sejmie jest głosowanie na listy partyjne, nie na OSOBY.

2)     Kolejne majstrowania (a było ich dużo),dotyczą spraw mało istotnych: z sufitu branych „przeliczników” d’Hondta, czy wybieranych przez amatorów „progów wyborczych” (3%, 5%, może 8%… wynikające z kalkulatorków nieuków, nie rozumiejących zasad działania danego mechanizmu) lub (ostatnio) prób pomocy niepełnosprawnym.

3)     W konstytucjach (też tej z 1997 r.) sprecyzowano, iż wybory mają być proporcjonalne. Zupełnie innym pojęciem jest Ordynacja proporcjonalna, tak nazwana przez prawników, z pogwałceniem zasad arytmetyki.

A)    Dla osób mniej znających logikę (do nich należą niektórzy prawnicy – konstytucjonaliści i szefowie partyj sejmowych): różnica między pojęciem „wybory” a pojęciem „ordynacja” jest taka, jak między pojęciem „mleko” a pojęciem „krowa”.

B)     „Proporcjonalność” implikuje, że stosunek ilości mandatów do ilości osób uprawnionych do głosowania powinien być w miarę stały. Z trudem spełniają to konstytucyjne wymaganie niektóre warianty ordynacyj  zwanych  proporcjonalnymi (d’Hondta – tylko z niektórymi współczynnikami), ale zdecydowanie spełnia te wymogi ordynacja JOW (w Polsce: jeden mandat na 62 tys. wyborców). Argument, iż „dla wprowadzenia JOW należałoby zmienić konstytucję, a to jest trudne” (czy niemożliwe) – jest więc argumentem nielogicznym, świadczy o złej woli osób i struktur go używających.

C)    W obecnych ordynacjach obywatel nie ma biernego prawa wyborczego. Skargi , m.in. do Sądu Najwyższego i Sejmu, słane od co najmniej 15-tu lat, pozostawały bez odpowiedzi, lub wywołały odpowiedzi żenująco głupie. Ostatnio przekonali się o tym następni (Rycerze? ….frajerzy? – chyba tak, bo nie powinno się popełniać tych samych błędów wielokrotnie… ).

Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

D)    Warianty ordynacji „partyjniackiej” dają wyniki skrajnie nieproporcjonalne (zob. np. Wybory do Sejmu: ani równe, ani bezpośrednie, ani proporcjonalne, ani powszechne. )

E)     Istnieją w niej też przywileje, np. dla mniejszości niemieckiej, łamiące konstytucyjną zasadę proporcjonalności i równości wyborów.

4)     Wszystkie sondaże profesjonalne, sondy uliczne , czy rozmowy ze znajomymi wskazują, że wyborcy (czy: Polacy) chcą głosować „na osobę”, nie zaś „na listę partyjną(78%, 84%, 87% itp).  Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

5)     Ten głos, ta wola wyborcy jest od 20-tu lat IGNOROWANY(-a) przez samozwańczo ukształtowaną „kastę polityków”. Kasta ta staje się dziedziczna. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

6)     Rozsądek i wola większości wyborców (tu szczęśliwie idą w parze) wymagają, by do sejmu szli aktywni, uczciwi, znani nam z rozumu, nie zaś celebryci, świecący implantami zamiast swych zębów, czy „proprcjonalni przedstawiciele” socjologów, kobiet, feministek, łysych, głupków itp. Wyborca chce, by wybrany (i przecież opłacony przez niego!) poseł najlepiej walczył o interesy wyborcy, nie zaś, by miał zbliżone do niego IQ, czy wykształcenie, czy wagę. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

7)     Ordynacja „na listy partyjne”, zwana od dziesięciolecia „partyjniacką”, gwarantuje długie targi koalicyjne, często wymusza koalicje partyj o sprzecznych programach. Zawsze pozwala partii największej na tłumaczenie, że nie spełnia ona swych przyrzeczeń, bo „koalicjant nie pozwala”.  W Belgii targi koalicyjne pozbawiają zwykle kraj rządu na 150 – 400 dni po wyborach. [por. Belgia pobiła rekord świata ]. W Wielkiej Brytanii (JOW) szef zwycięskiej partii (np. 38% posumowanych głosów, lecz 60% mandatów) na drugi dzień po wyborach przedstawia Królowej swój –jako premiera – gabinet i zaczyna rządzić. Później, gdyby nie spełnił obietnic przed-wyborczych, nie może się wymawiać, że „to koalicjant zawinił”. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

8)     Krajów, w których wybiera się parlamentarzystów w JOW, w naturalny od wieków, prosty i tani sposób, jest ponad sześćdziesiąt. Dobrze się mają. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

9)    Wybory JOW muszą być jedno-stopniowe: Przykład Francji (ma od pewnego czasu dwustopniowe) wskazuje, że po pierwszej turze możliwe są targi i intrygi eliminujące „niepoprawnych”, czy „niepostępowych”.

10) Po wyborach w JOW (w Wielkiej Brytanii startują ludzie, nie przedstawiciele partyj) zawsze tworzą się dwie grupy, partie silne (rządząca i główna opozycyjna). Ale jest też miejsce dla ”trzeciej siły”, są też reprezentanci małych partyj i niezależni.

11)Tak wskazuje doświadczenie, a także „zasada Duverger’a” . Factors in a Two-Party and Multiparty System Maurice Duverger : “…three sociological laws: (1) a majority vote on one ballot is conducive to a two-party system; (2) proportional representation is conducive to a multiparty system; (3) a majority vote on two ballots is conducive to a multiparty system, inclined toward forming coalitions.”

12)Ordynacja JOW jest PROSTA (opisana przez 2 – 4 zdań + zasady  podziału kraju na 460 okręgów), uniemożliwia więc dowolność interpretacji przez PKW oraz Sąd Najwyższy. Kampania jest tania i niezbyt zależna od dyktatu mediów. Rzutki kandydat jest w swym powiecie znany i może objechać na rowerach, z pomocą żony, synów i przyjaciół, domy wszystkich wyborców. Sam ten argument wystarcza, by walczyć o JOW.

I dla tego wszystkiego kasta partyjniaków tak się boi JOW.

To jest globalny zamach stanu. Dr Vernon Coleman.

To jest globalny zamach stanu
globalny zamach stanu

Oszustwo covid-19 zostało wymyślone w jakimś celu; była to część planu, który zaczął się na poważnie w latach 60., kiedy grupa ludzi spotkała się i zgodziła, że świat jest przeludniony.

dr Vernon Coleman

Doszło do globalnego zamachu stanu.
Oszustwo covid-19 zostało wymyślone w jakimś celu; była to część planu, który zaczął się na poważnie w latach 60., kiedy grupa ludzi spotkała się i zgodziła, że świat jest przeludniony. Postanowili zmniejszyć liczbę ludności do poziomu, jaki ostatnio widziano w połowie XVII wieku. Niektórzy z ludzi, którzy o tym zdecydowali, byli bardzo bogaci. Pan Rothschild, pan Rockefeller i kilku innych bankierów. A niektórzy spiskowcy pracowali dla dużej, międzynarodowej, lewicowej organizacji zwanej Organizacją Narodów Zjednoczonych. Wydaje się to dziwną mieszanką kapitalistycznych bankierów i komuchów, ale trzeba pamiętać, że nie ma zauważalnej różnicy między faszyzmem a komunizmem – więc dobrze się ze sobą dogadywali.
Ta dziwna banda złych ludzi zdecydowała, że potrzebuje czegoś, czym mogłaby przestraszyć światową populację; zagrożenie, niebezpieczeństwo, które umożliwiłoby im przekonanie miliardów do zaakceptowania totalitarnego rządu światowego i mniejszej globalnej populacji. Sugerowano, że dobra wojna to dobry pomysł. Wojny zawsze były popularne wśród despotów. Dają szansę na wprowadzenie wielu nowych praw, a dodatkowym skutkiem ubocznym jest śmierć milionów ludzi.
Ale spiskowcy uznali wtedy, że wojna nie jest najlepszym pomysłem, na jaki mogli wpaść – w każdym razie na początek. Po pierwsze, kontrolowanie wojny jest zawsze trudne. Zawsze istnieje ryzyko, że jakiś szalony generał zapomni, kto ustalił zasady. Poza tym wojny zwykle się kończą i tak naprawdę nie zabijają wystarczającej liczby ludzi. Potrzebowali czegoś wielkiego, co pozwoliłoby im przerazić życie wszystkich – zwłaszcza młodszego pokolenia. Potrzebowali zagrożenia, które zapewniłoby masowe rozproszenie uwagi, aby kiedy byli gotowi do wywołania globalnej wojny, ludzie byli gotowi zaakceptować wszystko. Musieli znaleźć rzecznika dzieci; postać przypominająca Joannę d’Arc, kogoś, kto mógłby przemawiać w imieniu milionów dzieci i kto mógłby namalować obraz ponurej przyszłości i umierającej planety. I wymyślili Gretę i globalne ocieplenie.
Globalne ocieplenie nie było nowym pomysłem, istniało od pokoleń, ale miało wszystko, czego potrzebowali. I był to sposób, aby ludzie czuli się tak winni, że zrobiliby wszystko, co im kazano. Globalne ocieplenie dało spiskowcom – bankierom, Organizacji Narodów Zjednoczonych i bandzie polityków, sektom, miliarderów i rozmaitych megalomanów, których zrekrutowano (z obietnicą większej władzy i pieniędzy, niż sobie wymarzyli) – szansę na zmianę wszystkiego, oraz aby zmiany te stały się trwałe; pretekst do wprowadzenia setek nowych praw, które normalnie nigdy nie zostałyby przyjęte; i szansa na to, by tak przerazić ludzi na całym świecie, że zrobią wszystko, co im się każe – i to z ochotą i entuzjazmem.
Spiskowcy wypróbowali swój plan, wprowadzając koncepcję zwaną recyklingiem. Mówili wszystkim, że na świecie kończą się pudełka na płatki kukurydziane i kartony po jogurtach, a nadchodzących niedoborów można uniknąć tylko wtedy, gdy wszyscy co tydzień będą sortować swoje śmieci do wielu różnych pudeł i toreb. Recykling był oczywiście pomyślany wyłącznie jako ćwiczenie w zmuszaniu ludzi do posłuszeństwa i uległości. Pudła, garnki i inne śmieci, na sortowanie których ludzie tracili czas, były po prostu wywożone do biedniejszych krajów i albo palone, albo wyrzucane na ulicę. Ogromne ilości wody pitnej marnowano na wypłukiwanie butelek i słoików. Kiedy oszustwo związane z globalnym ociepleniem i bzdury z recyklingiem najwyraźniej działały dobrze, spiskowcy zdecydowali, że lepiej zmienią nazwę oszustwa na „zmiana klimatu”, ponieważ dałoby im to większe szanse na obwinianie ludzi za złą pogodę.
Wyrażenie „zmiana klimatu” umożliwiło im obwinianie ludzi za burzę, pożar, falę upałów lub tsunami. Zaczęli manipulować prognozami pogody i nazywać wiatry i inne elementy pogody, żeby ludzie traktowali każde zagrożenie bardzo poważnie. Co więcej, uznali też, że potrzebują czegoś jeszcze, żeby trochę urozmaicić. Oszustwo związane z globalnym ociepleniem było dobre na dłuższą metę, ale nie było wystarczająco przerażające. Potrzebowali zagrożenia, którym mogliby zastraszyć wszystkich, aby zrobili dokładnie to, co im kazano.
Uznali, że przyda się jakaś pandemia. W latach 80. zaczynali od AIDS, ale miałem wtedy wielu czytelników i udało mi się obalić mit, że AIDS zabije nas wszystkich, więc wypróbowali różne rodzaje grypy, doskonaląc swój plan z każdym nowym zagrożeniem . Pod koniec 2019 roku złoczyńcy byli zdesperowani. Niektórzy z przywódców złego spisku wcale nie młodnieli. I musieli zająć się Wielkim Resetem i Nowym Porządkiem Świata, mianować się nowym rządem światowym i zamienić swoją władzę w miliardy dolarów dla siebie.
Postanowili więc wykorzystać zwykłą grypę tej zimy jako główne zagrożenie dla ludzkości. Hitchcock nazwałby to McGuffinem – nieco absurdalnym, ale pozornie wiarygodnym powodem wszystkiego, co miało nastąpić.
Wymyślili jakieś dziecinne bzdury o nietoperzach i laboratorium w Chinach i zatrudnili prawdopodobnie najbardziej niekompetentnego prognostyka w historii, by wymyślił jakieś skandaliczne prognozy. Matematyk, którego wybrali, Neil Ferguson, sprawił, że byli dumni, tworząc zdumiewająco absurdalne przewidywania, które nie miały absolutnie żadnego sensu dla każdego, kto je dokładnie zbadał. Te szalone prognozy zdominowały myślenie na całym świecie i były powielane do znudzenia w mediach. To był oczywisty nonsens i w połowie marca 2020 roku nakręciłem film, który nazwałem to mistyfikacją koronawirusa. Oficjalne dane po prostu nie miały żadnego sensu. I wydawało się, że wszyscy zapomnieli, że według danych WHO grypa może zabić 650 000 ludzi na całym świecie w ciągu jednego sześciomiesięcznego sezonu grypowego. W tym pierwszym filmie przewidziałem, że planem było zabicie starych ludzi, wprowadzenie obowiązkowych szczepień, W tym momencie ich plan nie do końca się powiódł.
2. 31 marca 2023 r
W marcu 2020 roku grupa naukowców powołana do doradzania rządowi brytyjskiemu uważnie przyjrzała się temu nowemu zagrożeniu i zdecydowała, że nie jest ono bardziej niebezpieczne niż coroczna grypa. Więc oficjalnie go… obniżyli! Dowód jest na moich stronach internetowych. (Oni też mieli rację. Dane brytyjskiego rządu dowodzą, że grypa w latach 2018 i 2019 była trzy razy bardziej śmiertelna niż covid-19.)
Gdyby źli nie byli na tyle dalekowzroczni, by kupić światowe media głównego nurtu, byłoby to katastrofalne. Pandemia skończyłaby się z dnia na dzień. Ale stacje telewizyjne i gazety zignorowały decyzję ekspertów, że covid-19 jest po prostu przesadnie promowaną, przemianowaną wersją grypy i posłusznie wiwatowały dziko, gdy rządy ogłosiły, że przyznają sobie ogromne nowe uprawnienia do radzenia sobie z tym zagrożeniem. Gazety i telewizję kupowano oczywiście za ogromne pieniądze podatników.
To stłumienie tej prostej prawdy, wraz z zatajeniem wszystkich związanych z nią faktów, odmową debaty i demonizacją prawdo-mówiących, udowodniło mi ponad wszelką wątpliwość, że było to poważne oszustwo; światowy zamach stanu. Nigdy wcześniej w historii naukowcom nie pozwolono debatować nad kwestią naukową. Zgodnie z deklarowaną polityką BBC nie zezwalano na wysłuchanie nikogo kwestionującego szczepienia. BBC produkuje propagandę, a nie wiadomości.
W cudowny sposób rządom na całym świecie udało się znaleźć podobne, 360-stronicowe plany radzenia sobie z tego rodzaju „fałszywą” pandemią leżącą w szufladzie. Nowe plany usunęły staroświeckie bzdety, takie jak wolność i demokracja, i zastąpiły je reżimami totalitarnymi o sile większej, niż Stalin kiedykolwiek marzył. Plan ratowania nas wszystkich przed chorobą, która w niewygodny sposób została oficjalnie sklasyfikowana jako nie groźniejsza od grypy, obejmował wprowadzenie bezsensownych z medycznego punktu widzenia globalnych blokad. W rezultacie osoby zostały uwięzione w swoich domach, osoby starsze nie mogły spotykać się z krewnymi, szkoły zostały zamknięte, najważniejsze departamenty rządowe zostały zamknięte, a oddziały szpitalne i gabinety lekarskie oferowały dramatycznie ograniczone usługi.
W bezprecedensowym przykładzie rażącego starzenia się, ogromnej liczbie osób starszych skutecznie odmówiono opieki medycznej, a w domach opieki wprowadzono celowy program ludobójstwa. Od razu stało się jasne, że blokady – technika tortur opracowana przez CIA i wcześniej stosowana w więzieniach – nie przyniosą żadnego pożytku w zapobieganiu rozprzestrzenianiu się infekcji i rzeczywiście uszkodzą układ odpornościowy milionów ludzi i spowolnią lub zatrzymają rozwój odporności. Było również jasne, że blokady spowodują śmierć milionów ludzi. W krajach rozwiniętych blokady i zamknięte usługi medyczne spowodowały, że listy oczekujących na niezbędne badania i leczenie zostały tak daleko wysunięte, że miliony ludzi miały umrzeć bez diagnozy lub leczenia. Zostało to oficjalnie przyjęte przez medyczny establishment, który później ogłosił, że ograniczenie diagnostyki i leczenia pomoże uratować nas wszystkich przed globalnym ociepleniem,
W krajach rozwijających się blokady spowodowały masowy głód, który dotknął setki milionów ludzi. Te katastrofy zostały całkowicie zignorowane przez wszystkich. W ciągu kilku dni od rozpoczęcia blokad przewidziałem, że blokady zabiją co najmniej sto razy więcej ludzi niż (rzekomy) covid-19.
Obywatelom powiedziano również, że powinni zachować sześć stóp i sześć cali odległości od wszystkich innych. Nie było ku temu absolutnie żadnego logicznego powodu, ponieważ kaszel lub kichnięcie, jedyny sposób na przeniesienie wirusa grypy, może przebyć 24 stopy. Uważano jednak, że zmuszanie ludzi do pozostawania 24 stóp od siebie byłoby, choć bardziej rozsądne z naukowego punktu widzenia, byłoby niepraktyczne w autobusach i sklepach.
W mediach głównego nurtu lansowano wiele mitów. Godny uwagi był wśród nich absurdalny pomysł, że ludzie bez objawów mogą nadal przenosić chorobę, której najwyraźniej nie mieli, oraz pogląd, że choroba przenoszona przez kaszel i kichanie może w jakiś sposób być przenoszona przez obchodzenie się z gotówką. Ten ostatni nonsens był częścią większego planu pozbycia się gotówki i zastąpienia jej cyfrowymi pieniędzmi. Niestety, miliony ludzi tego nie rozumiały i uważały, że to ekscytujące i futurystyczne móc kupić poranne cappuccino z posypką, machając kawałkiem plastiku gdzieś w pobliżu czytnika kart.
Po pierwsze, politycy i doradcy medyczni twierdzili, całkiem słusznie, że noszenie maski jest bezużyteczne, jedynie sygnalizuje cnotę i przyniesie więcej szkody niż pożytku. Wiadomo było, że maski nie zatrzymują wirusów, ale zmniejszają poziom tlenu, zwiększają poziom dwutlenku węgla, wpływają na rozwój umysłowy niemowląt i dzieci, zwiększają ryzyko rozprzestrzeniania się raka i powodują przypadki bakteryjnego zapalenia płuc. Nagle jednak ta rozsądna rada została odwrócona, a rządy i doradcy nalegali, aby noszenie masek było normalne. Nigdy nie było żadnych dowodów na poparcie tej instrukcji, ale miliony posłusznie nosiły maski w pociągach i autobusach, w sklepach i biurach, a nawet w pubach i klubach. Wielu z nich przeszło tak pranie mózgu, że wpadali w histerię, gdy widzieli innego człowieka bez maski.

Opinia publiczna była zachęcana do wiary, że firmy farmaceutyczne (najbardziej nieuczciwa grupa firm w historii) zamierzają nas uratować serią niezwykle dochodowych eksperymentalnych szczepionek, które nie były szczepionkami, nie zostały odpowiednio przetestowane, nie powstrzymały ludzi przed (rzekomym) covid lub przekazywaniem go dalej, ale (szczepionki) zabił lub zranił więcej ludzi niż jakikolwiek inny farmaceutyk/narkotyk w historii. Gdyby samochód, toster, rodzaj jogurtu lub środka przeciwbólowego zabił ułamek liczby zabitych przez to dźgnięcie, wywołałoby to oburzenie. Produkt zostałby wycofany i mówiono by o aresztowaniach. Ale firmy farmaceutyczne były fetowane. Szef firmy Pfizer poinformował, że kiedy wszedł do restauracji, otrzymał owację na stojąco.
Te niebezpieczne produkty zostały zatwierdzone – jako produkty eksperymentalne – przez agencje, które często miały powiązania finansowe z samymi firmami farmaceutycznymi. Agencja zatwierdzająca w Wielkiej Brytanii otrzymała ogromną sumę pieniędzy od Billa Gatesa, inwestora i orędownika wszelkiego rodzaju szczepionek. Gates, który został oskarżony o niewłaściwe zachowanie, ma również powiązania finansowe z BBC i The Guardian, z których żaden nie wydaje się przejmować jego przeszłością ani rzekomym związkiem z Epsteinem, który według New York Times miał miejsce po skazaniu Epsteina. Wielu uważało, że Światowa Organizacja Zdrowia stała się prywatnym lennem Gatesa.
Jak powiedział niemiecki eurodeputowany: „Firmy farmaceutyczne są tak samo zainteresowane zdrowiem publicznym, jak przemysł zbrojeniowy pokojem na świecie”.
Wielkie kanały internetowe współpracowały z organizatorami puczu, zakazując komukolwiek ośmielającego się dzielić prawdą. Zostałem zbanowany przez Facebooka, Twittera, LinkedIn i YouTube oraz wiele innych stron, mimo że nikt nigdy nie znalazł nieścisłości w żadnym z moich filmów ani artykułów. Zostałem zbanowany tylko dlatego, że prawda jest uważana za zbyt niebezpieczną. W pewnym momencie YouTube napisał do mnie, że mój najpopularniejszy film w YouTube nosi tytuł „Koronawirus: dlaczego YouTube zablokował mój film”.
Choć niektórym trudno w to uwierzyć, celem było zniszczenie światowej gospodarki. „Nic nie będziesz posiadał i będziesz szczęśliwy”, nie była czczą przechwałką Schwaba z Globalnego Forum Ekonomicznego. Mieli to na myśli. I wykorzystali każdą sztuczkę , aby zmylić, przestraszyć i oszołomić populacje na całym świecie.
3. 1 KWIETNIA 2023 R
Celem puczu było i jest zniszczenie gospodarek, podkręcenie inflacji, podwyższenie stóp procentowych, zbankrutowanie właścicieli domów, zniszczenie małych firm i zmuszenie mieszkańców wsi do mieszkania w bezdusznych wieżowcach. Dopóki tego nie zrozumiesz, nie zrozumiesz niczego. Podwyżki stóp procentowych, inflacji i cen ropy były najłatwiejsze do przewidzenia.
Co dziwne, tradycyjna grypa zniknęła całkowicie, ale zgony z powodu covid były prawie dokładnie takie same, jak zgony z brakującej grypy. (W rzeczywistości późniejsze liczby pokazały, że covid-19 to taka łagodna grypa, długi covid – obrażenia po szczepionce) Władze wyolbrzymiły długoterminowe skutki przemianowanej grypy – i tak zwanego długiego covid – i odrzuciły i stłumiły śmiertelne skutki najbardziej dochodowych, niebezpiecznych szczepionek w historii – i promowali je z bezczelnymi kłamstwami. Władze manipulowały śmiertelnością z covidu, licząc każdą śmierć jako śmierć covidową, nawet jeśli dana osoba została potrącona przez autobus lub postrzelona przez policjanta. Ofiary raka i chorób serca zostały wymienione jako zgony covidowe. Rządy wykorzystały niebezpieczny i bezużyteczny test – test PCR – aby zwiększyć oficjalną liczbę przypadków covid-19. W latach 2020 i 2021 liczba zgonów spowodowanych blokadami nadal rosła. Listy oczekujących na badania i leczenie rosły do tego stopnia, że pacjenci byli skazani na śmierć, zanim mieli szansę zostać zobaczeni.
W Wielkiej Brytanii wielu lekarzy rodzinnych przestało spotykać się z pacjentami twarzą w twarz, mimo że dowody wskazują, że prowadzi to do coraz większej liczby błędów i błędnych diagnoz. Bez usług lekarza rodzinnego oddziały ratunkowe w Wielkiej Brytanii miały 12-godzinne listy oczekujących, a tysiące pacjentów utknęło na wózkach w korytarzach lub pozostawiono umierających w karetkach. Do późnego lata 2021 r. służba zdrowia w Wielkiej Brytanii zabijała więcej osób, niż oszczędzała, ponieważ lekarze poświęcili się prawie wyłącznie dźganiu pacjentów nieprzetestowanym, niebezpiecznym, eksperymentalnym „lekiem”. Było to również bardzo opłacalne – lekarze otrzymywali niewielką fortunę za sprzedawanie swojego honoru i uczciwości. Szacuje się, że wielu lekarzy zarabiało premię w wysokości od 50 000 do 100 000 funtów rocznie, po prostu zadając zastrzyki – lub mówiąc pielęgniarkom, aby dawały za nich zastrzyki.
Niewielu lekarzy wydaje się przejmować tym, że nie było świadomej zgody – zgodnie z wymogami prawa. Niewielu obchodziło, że ponieważ aspiracja nie była dozwolona, istniało niebezpieczeństwo, że wstrzykną coś prosto do naczynia krwionośnego. Niewielu obchodziło, że zaszczepieni nie będą mogli oddać krwi bez zanieczyszczania zapasów. I niewielu przejęło się tym, że w Wielkiej Brytanii zrezygnowano z 15-minutowego oczekiwania po dźgnięciu – pozostawiając pacjentów z reakcjami wstrząsu anafilaktycznego w drodze do domu.
Niewielu obchodziło, że osoby zaszczepione były bardziej skłonne do rozprzestrzeniania infekcji i tworzenia nowych wariantów – zagrożenia dla siebie i innych.
Niewielu obchodziło, że dźgnięcia zabijały i raniły tysiące i że istniały udowodnione powiązania między dźgnięciami a uszkodzeniem serca, zakrzepami krwi i uszkodzeniem mózgu. Po raz pierwszy wymieniłem poważne skutki uboczne związane z tymi szczepionkami w grudniu 2020 r. Wtedy po raz pierwszy wspomniałem o zapaleniu mięśnia sercowego i wielu innych problemach. Dowody te – oparte na informacjach rządu amerykańskiego – zostały odrzucone. Problemy były odrzucane lub ukrywane. Ponownie, wszystkie dowody zostały udokumentowane na szeregu filmów w całym 2020 roku, więc lekarze, dziennikarze i politycy, którzy zaprzeczali tym problemom, byli albo żałośnie ignorantami, albo kłamali.
W lutym 2021 roku ostrzegałem, że lekarze i pielęgniarki podający szczepionkę na covid-19 będą sądzeni jako zbrodniarze wojenni. Ale, jak zawsze, establishment zareagował ignorując fakty i po prostu znęcając się i demonizując mnie – i każdego innego, kto zabrał głos. Celem było zawsze zdyskredytowanie i zrujnowanie każdego, kto ośmiela się mówić prawdę. Za każdym razem, gdy identyfikowano „nowy wariant”, władze wykorzystywały to odkrycie jako pretekst do jeszcze mocniejszych ataków. Nigdy nie było żadnych dowodów na to, że szczepionki robiły to, co ludzie myśleli, ale dowody na to, że szczepionki zabijały i raniły, rosły z każdym dniem.
Źli, szaleni ludzie stojący za tym przejęciem świata i naszego życia kontynuowali to szybko, ponieważ nie mogli sobie pozwolić na zatrzymanie się. Ich nieskrępowana nieuczciwość pchała ich do przodu. Wprowadzili więcej blokad, więcej ograniczeń i więcej przepisów i grozili zamknięciem mędrców, którzy odmówili zastrzyków – lub wypchnięciem ich ze społeczeństwa, zamknięciem ich w więzieniach lub obozach koncentracyjnych. W rzeczywistości blokady ograniczyły rozwój naturalnej odporności i zaszkodziły zdrowiu fizycznemu i psychicznemu tych, którzy się podporządkowali.
Stało się jasne, że ci, którzy zostali zaszczepieni, mogą przenosić infekcje na zdrowych (broń bio-technologiczna w zastrzyku dopow.) – bezobjawowe rozprzestrzenianie się stało się rzeczywistością dzięki toksycznym szczepionkom. A ci, którzy pozwolili się dźgnąć? Cóż, dowody wskazywały, że w większości byli skazani na przedwczesną śmierć. Pamiętaj, istnieją solidne dowody na to, że szczepionki mogą wpływać na ich mózgi.
Pomimo dowodów celebryci na całym świecie nagle stali się ekspertami w dziedzinie opieki zdrowotnej – zalecając szczepienia wszystkim i krytykując i znęcając się nad tymi, którzy ich nie przestrzegali. Moja rada była prosta: nigdy nie przyjmuj porad zdrowotnych od kogoś, komu nie ufałbyś w kwestii usunięcia wyrostka robaczkowego. Obywatelom na całym świecie powiedziano, że ich usługi zdrowotne są w kryzysie, przytłoczone przez pacjentów z COVID-19. To wszystko były kłamstwa. Szpitale i lekarze byli mniej zajęci niż zwykle, a personel ćwiczył i kręcił filmy taneczne. W szpitalach celowo stworzono opóźnienia z powodu polityki rządu, takiej jak blokady i dystans społeczny.
Zgadzający się uważali, że noszenie masek i niekończące się dźgnięcia zmienią sytuację. Rządy twierdziły, że ograniczenia nałożone na społeczeństwo były winą tych, którzy odmówili dźgnięcia.W rzeczywistości było oczywiście odwrotnie. Za ograniczenia odpowiadali zgodni. To posłuszni byli egoistami – mając nadzieję, że ich nowo wydane paszporty Vax pozwolą im prowadzić „normalne” życie. Ludzie, którzy stali w kolejce po śmiercionośne i bezużyteczne szczepionki przypominające, byli egoistami, ponieważ ich głupota doprowadzi do tego, że niezliczeni pacjenci z rakiem będą musieli czekać latami na leczenie, podczas gdy lekarze spędzają czas zarabiając ogromne pieniądze, dając szczepionki covidowe, a następnie lecząc pacjentów z urazami poszczepiennymi.
Obecnie wielu pacjentów umiera, zanim zostaną zdiagnozowani, nie mówiąc już o leczeniu. Wszystko to jest celowe i ludobójstwo. Popychając szczepionki przypominające, źli celowo zwiększają liczbę osób, które zachorują na to, co nazywają covid i co, jak udowodniłem, jest grypą o zmienionej nazwie. Ignoranci i chciwi dźgają ignorantów i bojaźliwych, ponieważ ich lojalność została kupiona przez grupę psychopatów.
Pojawiły się sugestie, że nasze relacje z naszymi rządami i kolaborantami są podobne do relacji między ofiarą a oprawcą w relacji międzyludzkiej. Ale obawiam się, że nie. Nasze stosunki z naszym rządem są bardziej zbliżone do relacji między ofiarą a zimnokrwistym mordercą-psychopatą. Nie mamy do czynienia ze zwykłymi oprawcami, którzy mogą zmienić swoje nastawienie. Mamy do czynienia z ludźmi, którzy są bardziej źli, niż większość ludzi może sobie wyobrazić, i z milionami współpracowników, którzy nie mają rozumu ani odwagi, by zobaczyć, co się dzieje.
Sporządź listę najokrutniejszych dyktatorów w historii, a umieścisz na niej Iwana Groźnego, Attilę Huna i Czyngis-chana. Dzisiaj wierzę, że możemy dodać Tony’ego Blaira, Billa Gatesa, jego królewskiego hipokrytę Charlesa, Klausa Schwaba, Rothschildów, Fauciego, Whitty’ego i wielu innych, którzy, jak sądzę, zostaną ostatecznie umieszczeni w panteonie najbardziej służących złu ludzi w historii.
Na początku historii tego oszustwa wyzwałem doradców rządowych na debatę telewizyjną na żywo. Nikt by się nie zgodził, bo wiedzieli, że przegrają. Ci niewybrani doradcy należą do najniebezpieczniejszych jednostek na świecie – kłamią, oszukują i chcą odebrać nam wolność i człowieczeństwo.Nigdy nie możemy oczekiwać, że nasi wrogowie zmienią się lub ujrzą światło. I nie możemy się doczekać, aż ci, którzy z nimi współpracują, zobaczą sens. Każdy dzień, który mija, staje się coraz bardziej przerażający. Osoby noszące maski – cierpiące z powodu ograniczonego przywiązania do bezmyślnej władzy i syndromu przywiązania do maski – stają się bardziej przestraszone i bardziej uległe w miarę trwania kłamstw. Czas ucieka. Musimy działać bardzo szybko, aby wygrać tę wojnę.
Wrogowie chcą zniszczyć religię, wraz z małymi firmami, właścicielami domów, oszczędzającymi, przedsiębiorcami i samozatrudnionymi. Trzeba być ślepym, żeby nie widzieć, jak się sprawy rozwijają. W żadnym innym momencie historii ludzkość nie była tak zagrożona. Będzie jeszcze wiele złych rzeczy. Nic nie dzieje się przypadkowo. Nie ma zbiegów okoliczności. Paszporty szczepionek staną się paszportami cyfrowymi. Czy staniemy się niewolnikami systemu, a przyszłość zbliża się bardzo szybko. Ceny energii i żywności pójdą w górę. Będą przerwy w dostawie prądu. Koszty posiadania domu wzrosną, podobnie jak koszty wynajmu – gdy wynajem będzie dostępny – również wzrosną. Oddziały banków będą nadal zamykane, a gotówka będzie demonizowana. Inflacja wzrośnie jeszcze bardziej, będzie wiele bankructw, a miliony stracą domy lub firmy.
Celem jest kontrola. Chcą nas podzielić – kobiety przeciwko mężczyznom i odwrotnie – czarnych przeciwko białym, młodych i starych, przeciw i za globalnym ociepleniem.
Systemy kredytu społecznego są wprowadzane w krajach na całym świecie. Liczba zgonów wzrośnie nie z powodu covid, który był tylko grypą, ale dlatego, że przez pacjentów z rakiem, chorobami serca, cukrzycą (po szczepieniach dopow.)itp. W Afryce z głoduzginą setki milionów ludzi i nikt poza Afryką tego nie zauważy.
Będzie mowa o nowym, jednym rządzie światowym, który wielu – mających dość własnych rządów – przyjmie z zadowoleniem. Na całym świecie chcą, abyśmy nienawidzili naszych rządów – i to dobrze działa – abyśmy z radością zaakceptowali Jeden Światowy Rząd, który planowali od dziesięcioleci.

Wszystkie zgony „Covid Jab” to morderstwo lub samobójstwo
Każdy, kto mówi, że szczepionki są bezpieczne i skuteczne, kłamie. Taki tytuł nosi moja książka o szczepieniach, którą napisałem kilkanaście lat temu i o ile mi wiadomo, nikt nigdy nie narzekał na trafność tytułu. Pewnie jęczeli na ten temat. Ale nie byli w stanie temu zaprzeczyć, ponieważ jest słuszna.nI oczywiście żadna szczepionka w historii ani żaden lek w historii nie były tak niebezpieczne jak szczepionka na COVID-19. Żaden produkt na receptę, o którym możesz pomyśleć, nie spowodował tyle śmierci, bólu i nieszczęścia. Ludzie, którzy to propagowali i dawali – często narzucając ludziom – powinni odbywać dożywocie w więzieniu – bez szans na zwolnienie warunkowe.
W Ameryce szczepionka covid stała się częścią nieodpowiedzialnego i nienaukowego programu szczepień. Dlaczego, pozwalają ludziom wstrzykiwać, dzieciom niebezpieczne narkotyki, przynajmniej nie pytając ich, co robią, dlaczego to robią i jakie mają dowody na to, że może to wyrządzić więcej szkody niż pożytku? Wymyślili covid-19 tylko dlatego, że uznali, że grypa nie jest wystarczająco przerażająca – chociaż w rzeczywistości oficjalne statystyki pokazują, że w niektórych latach oryginalna grypa zabija więcej ludzi niż nowo wprowadzona na rynek, przemianowana grypa.
A jednak dzisiaj bezużyteczna i toksyczna szczepionka na COVID-19 stała się częścią rutynowego, nieprzetestowanego programu szczepień małych dzieci, a władze zabijają niemowlęta i małe dzieci szybciej niż kiedykolwiek. Czy zauważyłeś, jak dranie obierają sobie za cel osoby z dwóch skrajności życia – bardzo starych i bardzo młodych – kosztownych w utrzymaniu i łatwych do pozbycia się.
Covidowe szczepionki podbijają układ odpornościowy, tak że organizm nie może reagować na inne infekcje. I jest to szczepionka mRNA, która, jak sądzę, wpływa na DNA i może prowadzić do mutacji genów i raka. Oczywiście są już dowody na raka. Miałem już z tym do czynienia. Tak więc, pomimo wszystkich szalonych dowodów, rabujący pieniądze lekarze dają te rzeczy małym dzieciom, pacjentom w szpitalach, dzieciom w wieku szkolnym i pilotom. Nie możesz wjechać do USA, chyba że jesteś na tyle głupi, by zgodzić się na zastrzyk, który prawdopodobnie cię zabije. Czasami myślę, że Djokovic musi być jedynym rozsądnym tenisistą na świecie. Ci, którzy zaszczepili się dobrowolnie, popełniają samobójstwo. Ci, którym podano go mimowolnie, są mordowani.
Teraz w USA chcą, aby szczepionka Covid była podawana co roku. Pediatrzy w USA mają podawać pięć szczepionek jednocześnie – używając obu rąk i obu nóg. Dzieci poniżej piątego roku życia otrzymują czwartą szczepionkę covidową. Dzieci poniżej piątego roku życia otrzymują 42 szczepienia. To masowe morderstwo. Co ich zdaniem powoduje zespół nagłej śmierci niemowląt? Nikt nigdy nie testował, czy można bezpiecznie podawać wszystkie te zastrzyki rosnącemu dziecku.
Tymczasem nagłe zgony są częstsze niż kiedykolwiek. Astma i POChP dramatycznie rosną, a obwiniają zanieczyszczenie powietrza, noszenie butów o niewłaściwym rozmiarze lub spożywanie niewystarczającej ilości brokułów. Gwiazdy sportu i artyści padają śmiercią tak szybko, że stało się to modne. Ponad 130 kanadyjskich lekarzy zmarło po dźgnięciu. W Stanach Zjednoczonych opublikowane oficjalnie wyniki VAERS pokazują, że było 34 725 przypadków, w których pacjent zmarł po szczepionce covidowej. Teraz będzie więcej. I pamiętaj, że zgłaszanych jest tylko około 1% skutków ubocznych szczepionek. Do tej pory w Stanach Zjednoczonych 121 dzieci poniżej 16 roku życia zmarło odrazu po zakłuciu. To liczby, które przyprawiłyby każdego seryjnego mordercę o ślinotok z zazdrości. I zanim jakiś głupi proszczepionkowiec zacznie narzekać, że wyniki VAERS są niewiarygodne, przypomnę, że na stronie VAERS jest zastrzeżenie, że podawanie fałszywych informacji może prowadzić do grzywny i więzienia. A jeśli spojrzeć na raporty, to oczywiste jest, że większość została napisana przez zrozpaczonych lekarzy.
To zabójcze ukłucie. Nie może być wątpliwości.
Ale zwolennicy szczepień, wspierani przez media, nieustannie odmawiają debaty na temat szczepień, ponieważ wiedzą, że się mylą i przegraliby każdą debatę. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła, że antyszczepionkowcy należą do największych zagrożeń dla zdrowia na świecie – stwierdzenie, które powinno znaleźć się w pierwszej dziesiątce naprawdę głupich uwag XXI wieku. Przez dziesięciolecia doświadczałem cenzury, ponieważ konsekwentnie mówiłem prawdę o szczepionkach i szczepieniach. Nikt nigdy nie znalazł błędów rzeczowych w żadnym z wielu stwierdzeń, które złożyłem.

Na długo przed wprowadzeniem fałszywej pandemii i fałszywej szczepionki w 2020 roku zostałem zbanowany na całym świecie za mówienie prawdy o szczepionkach. Na przykład następujący akapit pojawił się w 2011 roku w mojej książce Każdy, kto mówi ci, że szczepionki są bezpieczne i skuteczne, kłamie: Oto dowód . „Siła lobby proszczepionkowego jest potężna i dalekosiężna. Kiedy napisałem krótką kolumnę dla Oriental Morning Post w Chinach, redaktorzy początkowo niechętnie opublikowali moją kolumnę krytykującą szczepienia. W końcu redaktorzy wydrukowali artykuł (po prostu dlatego, że odmówiłem przedstawienia alternatywy). Po ukazaniu się felietonu moi wydawcy książek w Chinach napisali do mnie, że chiński rząd poinformował ich, że nie mogą już publikować moich książek. Moi wydawcy w Chinach wydali cztery moje książki, z których wszystkie sprzedawały się bardzo dobrze, ale rząd powiedział im, że tylko „wydawnictwa medyczne” mogą w przyszłości wydawać książki dotyczące opieki zdrowotnej. Inni chińscy wydawcy, którzy wykazywali wielki entuzjazm do publikowania moich książek, nagle zmienili zdanie”.
Każdy, kto spojrzał na dowody, wie, że szczepionka covid-19 jest najniebezpieczniejszą interwencją medyczną, jaką kiedykolwiek przeprowadzono . Wszyscy odpowiedzialni za jego produkcję i promocję powinni i ostatecznie zostaną aresztowani. Ale nikt nie będzie ze mną dyskutował. BBC ma zasadę, by nigdy nie pozwalać nikomu kwestionować szczepień – wiedzą, że fakty pokazują, że szczepienie nie działa i jest niebezpieczne. I boją się, że zrobię ze zwolenników szczepionek idiotów.
To mówi ci wszystko, prawda? Jeśli pro-szczepionkowcy myśleli, że mają rację, a ja się myliłem, skorzystaliby z okazji, by zrobić ze mnie głupka. Ale ich ciągła odmowa publicznej debaty dowodzi, że oni się mylą, a my mamy rację. Zamiast otwartej debaty na żywo politycy i dziennikarze, którzy są zwolennikami szczepień, będą mnie cenzurować i zniesławiać. To wszystko, co mają – cenzura i nadużyci … Kiedy pojawi się kolejna fałszywa pandemia, pojawi się kolejna fałszywa, pseudonaukowa, fałszywa szczepionka. Kolejny kawałek mRNA. Skąd więc ktokolwiek na świecie ma wiedzieć, czy następne pół-obowiązkowe szczepienie będzie dobrze mieszać się z pierwszym pół-obowiązkowym dźgnięciem. Jakie są szanse, że kiedy te dwie rzeczy się połączą, pacjent padnie martwy w ciągu 24 godzin? Nie mogę powiedzieć, że tak się stanie. A zwolennicy szczepień nie mogą powiedzieć, że tak nie będzie.
Dziękuję za wysłuchanie starca na krześle. Niech Bóg będzie z tobą. Parafrazując słowa Ricka z doskonałego TruNews, obiecuję dać wam prawdę, całą prawdę i tylko prawdę, tak mi dopomóż Bóg. Nie ufaj rządowi, unikaj środków masowego przekazu i walcz z kłamstwami. Proszę, podziel się tym ze wszystkimi, których znasz. YouTube zbanował mnie dawno temu i jestem całkowicie wyrzucony ze wszystkich mediów społecznościowych za dziwną, współczesną zbrodnię mówienia prawdy.

Vernon Coleman – international bestselling novelist and campaigning author  There has been a global coup (Part Three)
All Covid Jab Deaths are Murder or Suicide
WEF zabije 4 miliardy ludzi do 2030 roku. Coleman, Abp. Viganò
Wiele szpitali zostało przekształconych w nowoczesne obozy śmierci: obozy śmierci XXI wieku

Cóż ci lewacy u władzy wyrabiają w Polsce, w Warszawie… To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.

Cóż ci lewacy u władzy wyrabiają w Polsce, w Warszawie…

Zbigniew Dworakowski

To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.

Nielogiczne, lewackie wręcz bolszewickie pomysły na bezprawie:

Pod płaszczykiem postępu, nowoczesności i tzw. „bardziej ludzkiego prawa” pomysłodawcy bolszewickiego i totalitarnego pomysłu na urządzanie nam naszego wolnego świata wprowadzają nam kolejne przepisy prawa i zasady funkcjonowania naszych społeczności. W efekcie coraz bardziej ograniczając nam nasze podstawowe wolności, często doprowadzają ludzi myślących po prostu do tzw. szewskiej pasji z powodu zatrważającego braku logiki w tych „postępackich” pomysłach. Zatrważające jest jednak to, że jako zbiorowość: społeczność lokalna czy cały naród na to pozwalamy i się na te oczywiste kretynizmy godzimy. A oto jak dla mnie, przerażające przykłady pokazujące jak bardzo ta „żaba jest bliska ugotowania”:

  1. Na początek sławetne „prawo RODOdendronów”. Zostało celowo wprowadzone tylko po to, aby nas zatomizować i podzielić. Żebyś człowieku, jednostko nie znał imienia i nazwiska swojego sąsiada, ale także sąsiada w kolejce do lekarza czy urzędnika … bo to dla Twojego dobra … Takiego!!! Tylko, dlatego, że jakiś potencjalny przestępca, pospolity cwaniak (który może jednak przydarzyć się np. 1 na 100 000 przypadków) pozbywamy się naszego podstawowego prawa do poznania drugiego człowieka. W normalnym świecie … o ile jeszcze go pamiętamy znaliśmy swoich sąsiadów, czy ludzi często spotykanych w urzędach, u lekarza itp. z imienia i nazwiska … i to było normalne, dzisiaj nie, to może być … karalne. Ludzie czy widzicie, co daliśmy sobie zrobić ? Jak tylko zaczęli ten kretynizm nam wszystkim wprowadzać, to mój sąsiad pyta mnie któregoś dnia, czy chcę, aby moje imię i nazwisko znalazło się na liście lokatorów wiszącej od lat na klatce schodowej przy samym wejściu. Odpowiedziałem, że to oczywiste, że tak, bo to normalne, a on chcąc być chyba takim „nowoczesnym” mówi mi, że on tego nie chce. Był trochę zdziwiony, gdy mu odpowiedziałem, że dla potencjalnego np. złodzieja czy bandyty jest lepszym klientem ode mnie z oczywistych chyba względów. W efekcie tymi naszymi danymi w oczywisty sposób się handluje … typowy geszeft. Jak były powszechnie dostępne np. w książce telefonicznej, czy dowolnym urzędzie to geszeftu nie było. Proste jak budowa cepa. A jak kilka razy w roku odwiedzałem rodzinę na urodziny czy imieniny to nie musiałem pamiętać nr mieszkania, wchodziło się na klatkę schodową i wiedziałem gdzie mam pukać lub dzwonić. Dzisiaj to nawet nie wejdę na klatkę schodową, bo jest zamknięta, to samo jest z wejściem do zsypu, żeby wyrzucić śmieci muszę mieć 2 klucze, to jest chore, bo potencjalny intruz wejdzie ? A co z chrześcijańskimi uczynkami miłosiernymi wobec ciała: „głodnych nakarmić, spragnionych napoić, nagich przyodziać, podróżnych w dom przyjąć …”. Kiedyś, kiedy jeszcze klatki schodowe były otwarte zdarzało się, szczególnie jak było mocno zimno, że na moim ostatnim X piętrze nocowali bezdomni, bo było najcieplej (gorący baniak od co) i najmniejszy ruch. I to było normalne, jak mocno cuchnęli to się ich wypraszało, by się odświeżyli w schronisku. Dzisiaj nie do pomyślenia, zaraz jakaś k .. wa zadzwoni na SM lub Policję => to ja mam swoje niezbywalne wygody i z nich nie zrezygnuję, nawet jakby ten bezdomny miał zamarznąć – taki jestem nowoczesny, jprd gdzie my żyjemy. Kiedyś jak jeszcze były zsypy otwarte, a był mróz, to mój syn po wyrzuceniu śmieci przychodzi i mówi, że w zsypie na kartonach śpi parka bezdomnych. Mówię, idź do nich i powiedz, by przyszli na górę, bo tam zamarzną. Nie chcieli, bo bali się, że właśnie jakaś k… zadzwoni na SM lub Policję. W końcu zaniósł im jakieś kanapki i gorącą herbatę.
  2. W tym obłędzie zamykania klatek schodowych, zsypów na śmieci, geszefciarze poszli dalej, postawili szlabany i wszelkiej maści ogrodzenia oraz płoty nawet na osiedlach mieszkaniowych … też dla naszej wygody i dla naszego dobra. A geszeftów od tych płotów, słupków i szlabanów mnóstwo. Z Warszawy zrobiła się wieś, wszędzie płoty, żerdzie i słupki. Kiedyś by przejść z ulicy na ulicę mogłem na tzw. skrót. Dzisiaj nie, bo każdy nowoczesny mieszkaniec musi mieć swój wymarzony „bloczuś” ogrodzony. A jak paniusia lub paniuś z tegoż „bloczusia” z pieskiem wychodzi to jak najszybciej na sąsiedni trawniczek nie na swój, cyrk jak … … . Nawet ujęcia wody oligoceńskiej zamykają na noc, bo a nuż jakiś bezdomny się prześpi, no i na pewno zapaskudzi. Kiedyś takiej odźwiernej tuż przed zamknięciem mówię, że to nienormalne by ludziom zamykać dostęp do wody, a ona, że nie będzie sprzątać po bezdomnych. To ją zapytałem, czy jej płacą tylko za otwieranie i zamykanie, bo powinni także za sprzątanie. I znowu kłania się ten bolszewicko lewacki kretynizm. Tylko dlatego, że potencjalnie nocą może się znaleźć np. jeden brudas czy wandal na 1000 innych, normalnych – to utrudnimy życie pozostałym. To jest po prostu nielogiczne i w efekcie irytujące, bo coraz powszechniejsze. Głupota ludzka chyba jest jednak nieograniczona. Jednak nie tylko o głupotę tutaj chodzi, tylko o naszą wolność i prawo do normalnego funkcjonowania. Może kretynom te prawa jednak nie powinny przynależeć ?
  3. No i czyste szaleństwo, lewacko – bolszewickie w zakresie przepisów ruchu drogowego.

Za „starych, dobrych”, bo normalnych czasów prawie wszędzie na skrzyżowaniach były umieszczone na stałe zielone strzałki umożliwiające skręt w prawo, jeżeli była taka bezpieczna możliwość. Każdy kierowca mógł ten manewr wykonać na własną odpowiedzialność. Ta totalitarna i post bolszewicka hołota, która próbuje nami rządzić wymyśliła, że ponieważ jakiś 1 tzw. „kierowca bombowca” na 100 000 normalnych kierowców potrąci przechodnia lub spowoduje kolizję przy takim manewrze, to zabronimy wszystkim skrętu w prawo na osobistą odpowiedzialność. No i teraz wpatrujemy się w sygnalizator świetlny z pytaniem, kiedy w końcu ta zielona strzałka się zaświeci, a świeci się w zaiste dziwacznych sytuacjach, ewidentnie powodując blokadę płynnego ruchu. Bo mamy być pełni uznania dla ich „projektantów” – na pewno przewidzieli wszystkie potencjalne zagrożenia – gó .. o prawda, jak były tak są, np. ten „kierowca bombowca”. Po za tym tego typu rozwiązania w ewidentny sposób próbują eliminować logiczne myślenie i koncentrację u kierowców. Właśnie w myśl tych totalitarnych, lewackich, bolszewickich zasad: „my wiemy lepiej, co dla was jest dobre”, „nie będziecie mieć nic, ale będziecie szczęśliwi”, „my wam wszystko damy, tylko bądźcie naszymi posłusznymi niewolnikami”, tresura trwa, a zaczyna się w szkole i to na poważnie. W sieci WWW funkcjonują szokujące filmy o poziomie intelektualnym byłych gimnazjalistów i obecnych maturzystów.

Kolejne oczywiste kuriozum. W normalnym świecie, który odszedł do lamusa jezdnia była dla samochodów, a pieszy nawet przed wkroczeniem na przejście dla pieszych musiał spojrzeć w lewo, później w prawo, znowu w lewo i stwierdziwszy, że nic mu nie zagraża przekroczyć jezdnię. Było normalnie. Już w latach 80 ubiegłego wieku widziałem ten czysto lewacki kretynizm polegający na bezwzględnym pierwszeństwie pieszego na pasach w UK. Szwagier zwracał mi tam ciągle uwagę: nie stój blisko przejścia dla pieszych, bo kierowcy się zatrzymują myśląc, że chcesz przekroczyć jezdnię. Tylko wtedy mieli chyba 3 rodzaje takich przejść dla pieszych i tylko w przypadku jednego rodzaju obowiązywało to kuriozalne bezwzględne pierwszeństwo. Dzisiaj każdy „baran” wchodzi na przejście dla pieszych nie oglądając się na jadące samochody powodując jak w przypadku tych w/w zielonych strzałek blokadę płynnego ruchu samochodów. Ledwo wspomnę o masowym instalowaniu sygnalizacji świetlnej przy przejściach dla pieszych – geszeft musi trwać. Dodatkowo w wyniku tzw. plandemii zablokowali sygnalizatory na przycisk, no i nikt nie przechodzi przez przejście dla pieszych, a dziesiątki samochodów zatrzymuje się na czerwonym dla nich świetle, bo działa automat czasowy, np. co 3 min. Trzeba tutaj wspomnieć o wręcz „zapamiętałej dbałości” tegoż „postępactwa” o ekologię. A tu ileż zbędnego paliwa jest zużywane wskutek takiego porąbanego prawa ? Ale nie ma co żądać logicznego myślenia od intelektualnych inwalidów, bo z takimi właśnie mamy tutaj masowo do czynienia i to na najwyższych szczeblach. Im który głupszy tym lepiej nadaje się do wykonywania i wymyślania tych kretynizmów.

No i te garby poprzeczne stawiane już nawet na głównych osiedlowych ulicach, a głównych, bo jeżdżą po nich przecież autobusy. Znowu tylko dlatego, że jakiś 1 „kierowca bombowca” na 100 000 innych normalnych, przekraczając bezpieczną prędkość spowoduje wypadek drogowy, to wszystkim innym będziemy niszczyć zawieszenie i inne mechanizmy w ich samochodach, a wspomnę o zbędnym, dodatkowym zużyciu paliwa przy takiej jeździe. A skąd ten kolejny kretynizm do nas przywędrował ? Oczywiście z UK i USA, tam jest źródło tej porąbanej, alogicznej, światowej rewolucji komunistycznej, w swej szczytowej formie obecnie dotykającej tragicznie miliardy ludzi.

Nagminne ograniczenia prędkości, nawet do 20, 30 km/h. Za w/w dobrych, normalnych czasów, kiedy samochody nie posiadały tych wszystkich zaawansowanych systemów ułatwiających prowadzenie pojazdów i zwiększających znakomicie bezpieczeństwo podróżowania, prędkość w obszarze zabudowanym wynosiła 50, nawet 60 km/h. A w przypadku, kiedy droga tzw. przelotowa (niewiele było dróg szybkiego ruchu i autostrad) prowadziła przez miejscowość, ograniczenie to wynosiło 70 km/h. Wszystko po to, by nie zużywać zbędnie paliwa i by nadmiernie nie utrudniać ruchu pojazdów, bo jak powszechnie wiadomo jezdnia jest dla pojazdów. Dzisiaj mimo udoskonaleń mechanicznych i elektronicznych w terenie zabudowanym mamy nadal nominalnie ograniczenie do 50 km/h, a coraz częściej ograniczenia te wynoszą 40 czy 30 km/h.

No i gdzie tylko można, stosowany jest geszeft z fotoradarami emitującymi oślepiający i deprymujący każdego kierowcę błysk. To nie ma nic wspólnego ze zwiększaniem bezpieczeństwa na drodze – ma na celu tylko łupienie kierowców z pieniędzy i tak mocno obciążonych różnorakimi opłatami i podatkami.

Uprawnienia do prowadzenia pojazdów mechanicznych wydawane są po ułomnych egzaminach, na których zwraca się uwagę głównie na umiejętność parkowania, bezbłędnego odczytywania dziesiątek, jeśli nie setek zbędnych znaków drogowych, na które normalny kierowca już nie jest w stanie poprawnie reagować, bo tyle ich jest – geszeft musi trwać, k … wa mać. Nikt nie kontroluje przyszłych kandydatów na kierowców pod kątem refleksu, umiejętności oceny odległości i szybkości innych pojazdów oraz umiejętności koncentracji, a także szybkiej, logicznej, bezpiecznej reakcji w sytuacjach niebezpiecznych na drodze, np. jak wyjść z prostego poślizgu. Nie wspomnę już o takich prostych zasadach kulturalnego zachowania na drodze, by niepotrzebnie nie świecić kierowcom z tyłu światłami stop (stosowne używanie hamulca ręcznego) czy też wystarczająco wczesnego używania kierunkowskazów. Nagminnym jest używanie kierunkowskazu w momencie manewru skrętu lub tuż przed nim. Wtedy, to „kierowco bombowca” możesz sobie wsadzić ten swój kierunkowskaz; a może oszczędzasz żarówki ? To typowe dla lewactwa.

A co do łupienia kierowców z pieniędzy (bo to najliczniejsza grupa docelowa – target) to szczytem jest ustanawianie stref płatnego parkowania nawet na małych osiedlowych uliczkach. Kłamliwie wciska się informację, że dla mieszkańców są to minimalne opłaty. W tym geszefcie różnorakich firm (warto by sprawdzać cały proces koncesyjny) bierze udział w bezczelny sposób Straż Miejska. Powołani zostali głównie do tego, by pomagać mieszkańcom, a biorą udział w tym bezczelnym geszefcie polegającym na łupieniu mieszkańców z pieniędzy, także biednych emerytów, których tam nie brakuje. Widziałem to codziennie z okien Instytutu, w którym pracowałem. Wokoło wiele instytucji: szpital, przychodnia, instytuty, uniwersytet, itp., a miejsc parkingowych jak na lekarstwo, stąd ludzie parkowali gdzie się dało z konieczności. A ta „hołota” ze SM masowo powodowała odholowywanie lub wlepianie mandatów. Żadnemu nie przyszedł do łba taki oto wniosek racjonalizatorski, by wystąpić do stosownych władz o zwiększenie ilości miejsc parkingowych. Kiedy ich mijałem to skandowałem „darmozjady, darmozjady, darmozjady”. Czasami życzyli mi miłego dnia, ale rzadko. Kiedyś w okolicach Arkad Kubickiego (targi książki) dłużej rozmawiałem ze strażnikiem SM, który jak się okazało miał podobne poglądy do moich, ale za to wdrukowane takie oto medialne kłamstwo, że gdyby nie SM to W-wa przestałaby funkcjonować. Zakomunikowałem mu, że jest wiele miast na świecie i to znacznie większych, które funkcjonują skutecznie bez takich formacji i jak nic się nie zmieni to SM zostanie z hukiem rozwiązana.

Wnioski:

  1. To tylko mały promil z kretynizmów, które nam gotują od lat.
  2. Masz siedzieć niewolniku w domu, zapomnij o podróżowaniu, to dla twojego dobra i bezpieczeństwa.
  3. Jesteśmy w mocy wariatów i to globalnie. Ratuj się, kto może. Póki jeszcze jest czas.
  4. Jak damy sobie odebrać wolność w imię bezpieczeństwa, złudnego jak widać bezpieczeństwa, to nie będziemy mieli ani jednego, ani drugiego.

Autor: mgr inż. Zbigniew Dworakowski; Warszawa 2023.02.07

Proroctwo św. Franciszka z Asyżu: Człowiek wybrany niekanonicznie zostanie podniesiony do godności papieża

Proroctwo św. Franciszka z Asyżu: Człowiek wybrany niekanonicznie zostanie podniesiony do godności papieża

wybrany niekanonicznie

[Mamy czasy, w których takie teksty należy brać poważnie. Mirosław Dakowski]

————————————

Św. Franciszek z Asyżu krótko przed śmiercią w 1226 roku zwołał braci ze swojego zakonu i ostrzegł ich przed wielkim uciskiem, któremu Kościół zostanie w przyszłości poddany. W proroctwie Franciszek mówił o kimś, kto będzie nie — „prawdziwym pasterzem, ale niszczycielem”, kto „będzie się starał w przebiegły sposób doprowadzić wielu do błędu i śmierci”.
—————————–
Jak wyraźnie wynika z treści proroctwa, nakreśla ono sytuację Kościoła czasów przed powtórnym przyjściem Chrystusa Pana. Jak twierdzi św. Bonawentura — „duch proroctwa [u św. Franciszka] był tak wielki, że przewidywał on przyszłość, odkrywał tajniki serc, znał rzeczy zakryte tak jakby były jawne”.
Przedstawiane tu proroctwo ma poświadczenie w źródłach sprzed wieków, publikowanych przez poważnych autorów.

====================================
Święty Franciszek powiedział swoim braciom:
Działajcie odważnie, bracia; bądźcie dzielni i ufajcie Panu. — Czasy wielkich prób i wielkich ucisków szybko nadchodzą; zamieszanie i waśnie, tak co do rzeczy duchowych jak i doczesnych, będą rozliczne; miłość wielu oziębnie i niegodziwość złych wzrośnie.
Demony będą miały niezwykłą moc, nieskazitelna czystość naszego zakonu i innych [zakonów] zostanie tak bardzo oszpecona, że
tylko bardzo niewielu chrześcijan będzie ze szczerym sercem i doskonałą miłością posłusznych prawdziwej osobie trzymającej władzę papieską i Kościołowi Rzymskiemu.W czasie tego ucisku pewien człowiek, niekanonicznie wybrany, zostanie podniesiony do godności papieża.
Będzie się on starał w przebiegły sposób doprowadzić wielu do błędu i śmierci.
Wtedy zwielokrotnią się skandale, nasz zakon będzie podzielony i wiele innych zakonów będzie całkowicie zrujnowanych, ponieważ przystaną na błąd, zamiast się jemu sprzeciwić.
Będzie tak wielka różnorodność opinii i liczne podziały wśród ludzi, między zakonnikami i duchownymi, że jeśli te dni nie zostałyby skrócone, — według słów Ewangelii, — to nawet wybrani zostaliby wprowadzeni w błąd, jeśliby nie byli w szczególny sposób prowadzeni pośród tak wielkiego zamieszania, dzięki niezmierzonemu Bożemu miłosierdziu.
Naszej regule i sposobowi życia niektórzy będą z przemocą sprzeciwiać się i straszliwe pokusy na nas przyjdą. — Ci zaś, którzy pozostaną wierni, otrzymają koronę życia.
Ale biada tym, którzy ufając jedynie swojemu zakonowi, popadną w letniość, bo nie będą w stanie przetrzymać pokus, które zostały dopuszczone dla doświadczenia wybranych.
Ci, którzy wytrwają w swojej żarliwości i przylgną do cnoty z prawdziwą miłością i zapałem dla prawdy, będą cierpieć niesprawiedliwości i prześladowania jako rebelianci i schizmatycy, — ponieważ ich prześladowcy, prowadzeni przez złe duchy, będą twierdzić, że oddają wielką cześć Bogu poprzez rugowanie tego rodzaju zepsutych ludzi z powierzchni ziemi.
Ale Pan będzie ucieczką uciśnionych i uratuje tych wszystkich, którzy Mu ufają.
I by stać się jak ich Głowa [Jezus Chrystus], oni, wybrani, będą działać z ufnością i przez swoją śmierć uzyskają dla siebie życie wieczne;
— decydując się bardziej słuchać Boga niż ludzi, nie będą się lękać niczego i będą raczej skłonni zginąć [fizycznie] niż zgodzić się na kłamstwa i przewrotność.
Niektórzy kaznodzieje będą milczeć, nie mówiąc prawdy, a inni podepczą ją pod swoimi stopami i zaprzeczą jej.

Świętość życia będzie wyśmiewana nawet przez tych, którzy otwarcie ją wyznają, — dlatego w tych dniach Pan Jezus Chrystus ześle im nie prawdziwego pasterza, ale niszczyciela”.
———————————————
(źródło: „Works of the Seraphic Father St. Francis Of Assisi” /“Dzieła ojca serafickiego św. Franciszka z Asyżu”, wydanie angielskie/, London: R. Washbourne, 1882, strony 248-250

Dr Doom : Przewidział kryzys finansowy z 2008 r. Teraz ostrzega przed  stagflacją.

Dr Doom : Przewidział kryzys finansowy z 2008 r. Teraz ostrzega przed  stagflacją.

kryzys-finansowy

Prof. Nouriel Roubini, znany ekonomista, który jako jeden z pierwszych przewidział wielki kryzys finansowy z 2008 r., nie ma dobrych informacji dla świata. Jego zdaniem zbliża się wielki szok stagflacyjny, który może oznaczać recesję na Zachodzie i wysoką inflację. Ostrzega również, że banki centralne mają przed sobą koszmarny wybór.

Prof. Nouriel Roubini, nazywany Dr Doom (Doktorem Zagłady) przestrzega, że w obliczu wojny świat stanął na krawędzi najczarniejszego scenariusza gospodarczego – stagflacji (niski wzrost PKB oraz wysoka inflacja). Roubini przydomek zyskał w czasie, gdy jako jeden z pierwszych przepowiadał globalne załamanie się systemów finansowych, które obserwowaliśmy m.in. po upadku Lehman Brothers.

Wojna na Ukrainie to cios w gospodarki. Możliwe kolejne wojny

„Biorąc pod uwagę, że Rosja reprezentuje zaledwie 3 proc. światowej gospodarki, kuszące może się wydawać myślenie, że wojna na Ukrainie będzie miała jedynie niewielki wpływ na globalną gospodarkę i finansjerę” – pisze ekonomista. Nie będzie to jednak prawdą.

Roubini zaczyna od obserwacji geopolitycznej. Według niego wydarzenia u naszego wschodniego sąsiada są poważną eskalacją „II zimnej wojny”, w której cztery mocarstwa – Chiny, Rosja, Iran i Korea Północna – rzucają wyzwanie długiej globalnej dominacji Stanów Zjednoczonych i ładowi międzynarodowemu kierowanemu przez Zachód.

„W tym kontekście weszliśmy w geopolityczne turbulencje, które będą miały ogromne konsekwencje gospodarcze i finansowe. W szczególności w ciągu następnej dekady bardziej prawdopodobna jest gorąca wojna między głównymi mocarstwami” – przewiduje Dr Doom.

Stagflacja zagląda nam w oczy?

Co z samą gospodarką? Jego zdaniem wojna na Ukrainie wywoła „ogromny negatywny szok podażowy w globalnej gospodarce, która wciąż chwieje się po COVID-19”. Jak przewiduje, „szok ograniczy wzrost i jeszcze bardziej zwiększy inflację”. Ten okres nazywa „recesją stagflacyjną”.

„Krótkoterminowy wpływ wojny na rynek finansowy jest już jasny. W obliczu ogromnego stagflacyjnego szoku związanego z ograniczaniem ryzyka, globalne akcje prawdopodobnie przesuną się z obecnego zakresu korekty (-10 proc.) w obszar bessy (-20 proc. lub więcej). Rentowności bezpiecznych obligacji skarbowych będą spadać na jakiś czas, a następnie rosnąć, gdy oczekiwania inflacyjne się odkotwiczą. Ceny ropy naftowej i gazu ziemnego będą dalej rosnąć do poziomów znacznie powyżej 100 dol. za baryłkę. Podobnie będzie z wieloma innymi cenami towarów, ponieważ zarówno Rosja, jak i Ukraina są głównymi eksporterami surowców i żywności. Bezpieczne waluty, takie jak frank szwajcarski, umocnią się, a ceny złota będą dalej rosły”.

W jego opinii skutki gospodarcze i finansowe wojny i wynikający z niej „szok stagflacyjny” będą oczywiście największe w Rosji i na Ukrainie, a następnie w Unii Europejskiej, ze względu na jej duże uzależnienie od rosyjskiego gazu. „Ale nawet Stany Zjednoczone ucierpią. Ponieważ światowe rynki energii są tak głęboko zintegrowane”.

Banki centralne na rozdrożu.

Niemały dylemat będą miały w takiej układance banki centralne. Rysuje on dla nich „koszmarny scenariusz”.

„Będą przeklinane, jeśli zareagują, i przeklinane, jeśli tego nie zrobią. Z jednej strony, jeśli zależy im przede wszystkim na wzroście, banki powinny opóźnić podwyżki stóp procentowych lub wprowadzać je znacznie wolniej. Jednak w dzisiejszych warunkach rosnącej inflacji wolniejsze zacieśnianie polityki monetarnej może przyspieszyć odkotwiczanie się oczekiwań inflacyjnych i jeszcze bardziej pogłębiając stagflację” – kończy prof. Roubini.

Totalniacki ekstremista […żąda tymczasowości małżeństwa – dla wszystkich].

Totalniacki ekstremista [żąda tymczasowości małżeństwa – dla wszystkich].

Piątka Mentzena” (Polska bez Żydów, bez sodomczyków, bez wysokich podatków, bez aborcji i bez Unii Europejskiej)

Stanisław Michalkiewicz totalniacki-ekstremista

Jak wiadomo, w Polsce nasila się zjawisko dziedziczenia pozycji społecznej. Dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami – nawet jeśli mają tylko pierwszy stopień muzykalności, to znaczy – rozróżniają, kiedy grają, a kiedy nie – dzieci konfidentów zostają konfidentami, dzięki czemu dochowaliśmy się ubeckich dynastii, których początki giną w mrokach okupacji niemieckiej i sowieckiej, a państwo nasze jest aż do bólu przewidywalne – no a teraz mamy dowód, że dzieci ekspertów zostają ekspertami. Jest to tym łatwiejsze, że takim, dajmy na to, artystą, czy ekspertem zostaje się z autonominacji.

Jadąc niedawno samochodem z Warszawy do Gorzowa, słuchałem przez całą drogę audycji pewnej warszawskiej rozgłośni. To wzbudziło we mnie podejrzenia, że jest to rozgłośnia nie tylko przeznaczona dla wariatów, ale i przez nich prowadzona. Co prawda pracująca tam pani red. Eliza Michalik sprawiała wrażenie osoby absolutnie normalnej, ale być może to wrażenie powstało na tle pozostałych dziennikarzy tej rozgłośni, a poza tym i wśród wariatów musi być przynajmniej jeden człowiek normalny.

Prof. Łagowski jeszcze za komuny dowodził, że  komunizm nie może zwyciężyć na całym świecie, bo przynajmniej jedno państwo musi pozostać normalne, byśmy wiedzieli, ile co naprawdę kosztuje. Słowem – wszędzie musi być jakiś punkt odniesienia. Otóż na podstawie wysłuchanej tam audycji doszedłem do wniosku, że obecnie artystą, na przykład – poetą – zostaje się z autonominacji. Występująca tam pani poetessa zeznała sumiennie, że odbyła kilka “terapii”. Najwyraźniej któryś terapeuta na odczepne musiał ją przekonać, że ma talent poetycki i żeby pisała wiersze. Kilka utworów odczytała na antenie, co utwierdziło mnie w podziwie dla trafności zalecenia Antoniego Słonimskiego, że jeśli mamy wątpliwości, czy usłyszany wiersz nie jest przypadkiem bełkotem, “snem wariata śnionym nieprzytomnie”, to powinniśmy zapisać go tak, jak zapisuje się prozę. Wielokrotnie przekonałem się o skuteczności tej metody, która bezlitośnie demaskuje wszelkie literackie hucpy. Autorka przeczytała w dodatku utwór składający się z szeregu cyfr. Okazało się, że są to numery telefonów instytucji świadczących rozmaite usługi  rozkojarzonym paniom. Powiedziała też, że wierszem może być nawet czysta kartka papieru, a na koniec pochwaliła się, że za pieniądze Unii Europejskiej będzie prowadziła jakieś “warsztaty” w śląskich szkołach średnich. Biedne dzieci! Przecież to może być w skutkach gorsze od pedofilii, a tymczasem zapatrzony w księże genitalia pan red. Terlikowski zupełnie tego zagrożenia nie dostrzega. Widać, że w coraz większym stopniu trafiamy  w moc wariatów. Jest ich podobno już tyle, że tylko patrzeć, jak ich liczba przekroczy 50 procent populacji i wykorzystując procedury demokratyczne, uchwycą władzę polityczną.

Więc tak samo, jak artystą staje się u nas na zasadzie dziedziczenia pozycji społecznej, a świeża krew do środowiska dopływa z zewnątrz na zasadzie autonominacji, to wyglada na to, iż podobny mechanizm ma zastosowanie przy karierze eksperta. Oto pan dr Przemysław Witkowski, który uchodzi za eksperta w dziedzinie ekstremizmów politycznych, zwierzył się niedawno, że “nie mieści mu się w głowie” pomysł jednego z przywódców Konfederacji, pana doktora Sławomira Mentzena o “nierozerwalnych małżeństwach”. Pan dr Mentzen znalazł się ostatnio na celowniku również u miotającego się od ściany do ściany, sfrustrowanego niepowodzeniami Donalda Tuska, który najwyraźniej pozazdrościł pannie Grecie Thunberg jej doktoratu honoris causa z teologii.

Komentując tzw. “piątkę Mentzena” (Polska bez Żydów, bez sodomczyków, bez wysokich podatków, bez aborcji i bez Unii Europejskiej) powiedział, że prawdziwy Polak-katolik nie może głosować na Konfederację, bo w przeciwnym razie popadnie w sprośne błędy Niebu obrzydłe.

Oczywiście Donald Tusk się myli, jak zresztą we wszystkim, co mówi, chociaż kiedyś było inaczej. Kiedy 1 lipca 1989 roku poznałem go na zjeździe towarzystw gospodarczych i środowisk liberalnych w Gdańsku, to on też uważał, że podatki powinny być niskie, a pomysł “babciowego” nie przyszedłby mu do głowy nawet w gorączce. Najwyraźniej jednak niektórzy ludzie brzydko się starzeją, popadając w rozmaite idiosynkrazje. Na przykład Donald Tusk i Jarosław Kaczyński zarażają swoim obłędem całą Polskę, przy czym ta dolegliwość najwyraźniej ma charakter rozwojowy, bo od niedawna objęła też Konfederację. Sprawa wygląda na zaawansowaną do tego stopnia, że Donaldu Tusku nie mieści się w głowie, że ktoś może nie oddawać boskiej czci Unii Europejskiej, dzięki której Nasza Złota Pani  zrobiła z niego człowieka.

Panu doktorowi Przemysławowi Witkowskiemu, będącemu ekspertem świeżej daty, nie mieści się w głowie pomysł “nierozerwalnych małżeństw”. Ciekawe, że zamiast podjąć intensywne starania w kierunku powiększenia swojej głowy, żeby trochę więcej mu się w niej zmieściło, pryncypialnie zaatakował pana dra Mentzena za “ekstremizm”. Najwyraźniej jego percepcyjne zdolności musiała przekroczyć okoliczność, że pan dr Metnzen mówił o tym, jako o możliwości – żeby mianowicie każdy, kto chce, aby jego małżeństwa nie można było rozwiązać, mógł uzyskać taką prawną gwarancję.

W ten sposób możliwości wyboru zostałyby niewątpliwie poszerzone, bo kto by sobie tego nie życzył, ten nie musiałby z tej gwarancji korzystać. Zrozumienie tej prostej rzeczy nie przekracza możliwości umysłu ludzkiego, więc jeśli pan dr Witkowski twierdzi, że nie mieści mu się to w głowie, to oczywiście nie wypada zaprzeczać, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że i w tym przypadku do głosu może dochodzić idiosynkrazja. Rzecz w tym, że pan dr Witkowski, jako przedstawiciel postępactwa, zawarł był tak zwane “małżeństwo humanistyczne” z poetessą Iloną Jakubowską, według rytu Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Nie wiem, na czym ten ryt polega, ale podejrzewam, że może być podobny do tego, jaki za pierwszej komuny obmyślali pierwszorzędni fachowcy, którzy w specjalnym wydziale KC PZPR opracowywali rozmaite ceremonie w ramach tzw. “obrzędowości świeckiej”, jak np. wręczenie “dowodziku” osobistego i temu podobne. Niestety związek ten – jak czytamy w Wikipedii – nie wytrzymał próby czasu i pan dr Witkowski ze swoją małżonką wkrótce się rozstał. Najwyraźniej “małżeństwa humanistyczne” do specjalnie trwałych nie należą, więc trochę kobiety mające poczucie rzeczywistości mogłyby je zacząć traktować jako szczególnie ceremonialny wstęp do uwiedzenia i porzucenia, być może nawet z dzieckiem. W tej sytuacji możliwość zawarcia małżeństwa nierozerwalnego mogłaby być dla nich bardziej interesująca – a tymczasem pan dr Witkowski, któremu “nie mieści się to w głowie”, chciały je najwyraźniej takiej możliwości pozbawić.

Zawsze podejrzewałem, że ci postępacy, to tylko odmiana, znanych z okresu pierwszej komuny, starych totalniaków, w dodatku cierpiących na chorobę czerwonych oczu – żeby każdemu było tak źle, jak mnie.

Immunoterapia swoista.  Jak kształtują „nowego człowieka”.

Immunoterapia swoista

Izabela Brodacka

Znaną metodą leczenia alergii jest odczulanie, czyli immunoterapia swoista polegająca na podawaniu systematycznie rosnącej dawki alergenów, na które pacjent jest uczulony.

Podam prosty przykład. Po wypowiedziach Spurek, Jachiry i Nitrasa przeciętny obywatel przestaje reagować oburzeniem na propagowany „zielony ład”. Myśli, że światowi projektanci „zielonego ładu” to takie samo żałosne panopticum jak część naszego Sejmu.

Tymczasem „zielony ład” jest równie groźny dla ludzkości jak marksizm czy hitleryzm, a jego twórcy, na przykład Bill Gates, równie niebezpieczni jak Hitler, Stalin, Mao czy Pol Pot.

Alergia nie jest czystą fanaberią organizmu. Wystąpienie wysypki jest dowodem, że organizm broni się przed substancją, która jest dla niego szkodliwa. Leczenie objawowe alergii jakim było kiedyś podawanie dzieciom przy każdej okazji dipherganu było bez sensu. Dziecko przestawało kaszleć albo kichać, lecz choroba wirusowa rozwijała się nadal. Rodzice uspokojeni brakiem objawów wtórnych tracili z oczu zasadniczą dolegliwość.

Odczulanie społeczeństwa na znieważanie religii katolickiej i wspólnoty wiernych rozpoczęło się już dawno. Jakiś dureń podarł publicznie Biblię. [To jest nie tylko”dureń”, ale i satanista. MD] Uznano to za nic nie znaczący gest. Jakaś idiotka parafrazowała w obraźliwy sposób hasło „Bóg honor i ojczyzna”. Matce Boskiej domalowano tęczową aureolę. Przez cały kraj przetoczyła się fala dewastacji budynków kościelnych i zakłócania porządku nabożeństw. 

Epatowanie społeczeństwa obrzydliwymi utworami literackimi spowodowało powszechne znieczulenie na turpizm, na brzydotę. Powieści składające się z niecenzuralnych słów i opisujące obscena przedstawiano publiczności jako „twórczy eksperyment”. Jednym z takich eksperymentów miała być sztuka „Klątwa” wystawiana  w 2017 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Reżyserem przedstawienia opartego na motywach dramatu Stanisława Wyspiańskiego pod tym samym tytułem był Chorwat Oliver Frljić

W trakcie spektaklu w ramach immunoterapii swoistej pokazano seks oralny aktorki z figurą Jana Pawła II oraz scenę podcierania się flagą Watykanu. Inna aktorka zastanawiała się głośno, co by się wydarzyło, gdyby zorganizowano zbiórkę pieniędzy na zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego, a w trakcie jej kwestii krzyż stojący na scenie był ścinany piłą mechaniczną.

To nie był żaden eksperyment artystyczny, to oczywista „подготовка” do obecnego frontalnego ataku na Jana Pawła II i propozycji opiłowywania katolików. To próba odczulenia społeczeństwa, przyzwyczajenia ludzi do braku reakcji na obrażanie ich uczuć religijnych, na ewidentne świętokradztwo. Wrogowie katolicyzmu jednak się trochę przeliczyli. Kolejny, najnowszy atak na Jana Pawła II wywołał wstrząs anafilaktyczny. To wyjątkowo silna, wręcz paradoksalna, reakcja organizmu na bodźce, które odbiera on jako istotne zagrożenie. Tym razem odczulanie się nie udało.

 Afera wybuchła po reportażu TVN24 „Franciszkańska 3” którego autorem był Marcin Gutowski oraz książce holenderskiego dziennikarza Ekke Overbeeka pod tytułem: „Maxima culpa”. Obaj twierdzą, że Jan Paweł II w czasach, gdy jako Karol Wojtyła kierował archidiecezją krakowską (1964–1978) ukrywał przestępstwa seksualne duchownych wobec osób małoletnich. W oczach większości osób publikowane materiały są niewiarygodne i nie zaszkodziły wizerunkowi Papieża.

 Pouczająca jest jednak historia Piusa XII. Nagonkę na Papieża rozpoczęła inscenizacja  sztuki zachodnioniemieckiego dziennikarza Rolfa Hochhutha pt. „Namiestnik” („Der Stellvertreter”), którą wystawiono w Teatrze Narodowym w Warszawie w 1966 roku. Jej prapremiera odbyła się trzy lata wcześniej w zachodnioberlińskim Volksbühne w inscenizacji oraz reżyserii Erwina Piscatora. Autor oskarżył Piusa XII, o zbrodnię milczenia wobec masowych mordów hitlerowskich w Europie. Choć mit ten skutecznie obalają w książce „Tajne Archiwum Watykańskie. Nieznane karty z historii Kościoła” Grzegorz Górny i Janusz Rosikoń, którzy dotarli do przechowywanych w Tajnym Archiwum Watykańskim dokumentów, zła opinia przylgnęła do Piusa XII w Polsce na długo.
Udało się uniewrażliwić społeczeństwo na bardzo wiele innych negatywnych aspektów życia społecznego. Czego uczą nas na przykład programy typu „Wyspa miłości”?  Nie nazwalibyśmy chyba tego programu „Szkołą żon” (L’école des femmes to komedia satyryczna Moliera z 1662), a nawet szkołą gejsz, lecz raczej szkołą pań do towarzystwa w najgorszym rozumieniu tego słowa. „Gazeta Wyborcza” idąc za ciosem stwierdziła, że prostytucja to „praca jak każda inna”. „Wyspa miłości” działa czy działała podobnie jak słynny program „Big brothel” (tytuł sparafrazowany celowo) oswajający z ekshibicjonizmem psychicznym i nie tylko psychicznym. Spółkowanie pod prysznicem na oczach wielomilionowej widowni trudno uznać za normę postępowania cywilizowanych ludzi. Nie widziałam tego, ale wierzę moim „sygnalizatorom”. Zadekretowano takie nazywanie donosicieli, a w szkołach odbyły się nawet obowiązkowe szkolenia mające nakłonić nauczycieli do donoszenia na swoich uczniów. Donosiciel ma odtąd stać się postacią pozytywną, człowiekiem zatroskanym o losy świata. Donoszenie na sąsiada, który pali drewnem, na sąsiadkę która zostawiła na chodniku psią kupę czy na  nauczycielkę, która nie chce Zosi nazywać Wojtkiem – ma być szlachetne. W ten sposób chce się zlikwidować tak zwaną „mentalność porozbiorową”, w dekalogu której donoszenie na bliźniego było i nadal jest najcięższym grzechem.

Eksponowanie starej wariatki plującej na policjantów, innej wariatki nakłuwającej igłą zdjęcie nielubianego polityka czy ekshibicjonisty klepiącego się publicznie po genitaliach, a także komentowanie z aprobatą tych ekscesów ma za zadanie zlikwidowanie alergii ludzi na ordynarne zachowania zasługujące na potraktowanie policyjną pałką. Przyzwyczaja ludzi do chamstwa traktowanego jako norma.

To też forma immunoterapii, odczulania społeczeństwa, likwidowania jego wrażliwości wrodzonej lub wyuczonej przez tradycję i właściwe wychowanie.

 Tak kształtuje się „nowego człowieka”.

Dlaczego lewicowcy wciskają pornografię dzieciom w bibliotekach.

Dlaczego lewicowcy wciskają pornografię dzieciom w amerykańskich bibliotekach.

Edwin Benson why-leftists-promote-porn-to-children

Lewicowy dziennik, The New Republic, opublikował artykuł na temat obecnej kontrowersji dotyczącej pornografii w książkach dla dzieci. Jest to arcydzieło zamieszania i poplątania. Jego autorka, Melissa Gira Grant, musi mieć niewielkie pojęcie o tym, jak rozwinęła się debata, albo celowo próbuje zasiać irracjonalny chaos.

Błędne argumenty prowadzą do błędnych wniosków

Tytuł artykułu jest sugestywny. „Konserwatyści próbują zakazać książek w twoim mieście. Bibliotekarze walczą.” Przesłanie jest wystarczająco jasne. Można się spierać o naturę „zakazu”, ale reszta jest stosunkowo prosta. Faktyczne zamieszanie zawarte jest w podtytule: „Jak prawicowa mania niszczy tkankę społeczną społeczności w całej Ameryce”.

Lewicowy argument jest prosty. Pierwszym punktem jest to, że biblioteki istnieją po to, aby edukować i oświecać społeczeństwo. Następnie, społeczności w całym kraju założyły i teraz utrzymują biblioteki publiczne, aby zachęcić do czytania i pisania oraz wiedzy dla ogółu społeczeństwa. Tak więc biblioteki te stanowią istotną część „tkanki społecznej naszego narodu”, a każdy atak na nie zagraża społeczeństwu.

Rola bibliotekarzy dziecięcych

Ruch biblioteczny zyskał poparcie społeczne w Stanach Zjednoczonych w ostatnich dwóch dekadach XIX wieku. Do połowy XX wieku praktycznie każda społeczność w kraju miała jakąś bibliotekę publiczną. Na obszarach wiejskich mogły to być proste pomieszczenia na poddaszu budynku sądu okręgowego. W dużych miastach rozwinęły się masywne i złożone systemy z wysoko wykwalifikowanym personelem. „Bibliotekoznawstwo” stało się kierunkiem studiów na uniwersytetach w całym kraju.

Szybko okazało się, że dzieci mają inne potrzeby niż starsi. Potrzebowały książek łatwych do czytania, o prostszej fabule. Dzieci często chodziły do biblioteki publicznej, aby wykonać zadania szkolne. Niezbędne było pobudzenie dziecięcej wyobraźni.

Bibliotekarz dziecięcy stał się stałym elementem takich miejsc. Często posiadali oni specjalistyczne wykształcenie. Bohaterem artykułu The New Republic jest bibliotekarka dziecięca Mary Hunter, która pracuje w Ferndale w stanie Michigan. Tłumaczy ona swój wybór zawodowy. „Powodem, dla którego chciałam zostać bibliotekarką dziecięcą, jest to, że jest to jedno z niewielu miejsc, w których dziecko jest traktowane jak podmiot”.

„Wokefication” bibliotek

Używając słowa podmiot, autorka zdaje się twierdzić, że dzieci powinny mieć osobną egzystencję poza innymi wpływami, takimi jak rodzina. Takie twierdzenia potwierdza kolejny akapit, w którym wyjaśnia, że jej pokój dziecięcy jest miejscem, w którym dzieci nie są traktowane „jak ludzie z mniejszymi prawami”.

Jak bardzo jasno wynika z dalszej części artykułu, tym „prawem” jest możliwość uzyskania dostępu do informacji, które wielu uważa za pornograficzne.

Prawo do pornografii?

To właśnie w tym miejscu artykuł jest tak boleśnie błędny. Do niedawna nikt – poza zwolennikami najbardziej ekstremalnych perwersji – nie twierdził, że dzieci mają „prawo” do wyraźnych materiałów na temat ludzkiej seksualności. Wręcz przeciwnie, panował powszechny konsensus, że dzieci mają prawo być chronione przed takimi materiałami. Jednym z aspektów bycia dzieckiem była ochrona niewinności przed takimi materiałami.

American Library Association powtórzyło przeciwny pogląd w dokumencie zatytułowanym „State of America’s Libraries”, opublikowanym w kwietniu 2022 roku. Zawierał on takie oto spostrzeżenie przewodniczącej ALA Patricii Wong. „Biblioteki są gotowe robić to, co zawsze: udostępniać wiedzę i idee, aby ludzie mieli swobodę wyboru, co czytać”.

Wszystkie biblioteki „zakazują” książek

Jednak biblioteki nigdy nie udostępniały takiej wiedzy i idei bez filtrów. Wszystkie biblioteki zakazują książek, jeśli słowo „zakaz” jest interpretowane jako odmowa umieszczenia pewnych książek na półkach. Bibliotekarze zawsze dokonywali wyborów. Niektóre wybory były dokonywane na podstawie kosztów, zainteresowania lub braku miejsca na półkach.

Istnieje jednak – i zawsze istniało – inne kryterium.

Niektóre książki zawierają nieprzyzwoite pomysły i obrazy szkodliwe edukacyjnie. Tak więc biblioteka może mieć biografię Adolfa Hitlera, ale będzie unikać książki opublikowanej przez neonazistów. Ta sama biblioteka może mieć książkę o słynnej sprawie morderstwa, ale wykluczy książkę z wyraźnymi wskazówkami dotyczącymi zabijania innych i unikania wykrycia. Podobnie, ta sama biblioteka może mieć całą półkę książek o anatomii i fizjologii człowieka, ale wykluczyć pornografię.

Konieczność podejmowania takich decyzji jest powodem, dla którego zatrudnia się bibliotekarzy. Nie potrzeba wielkich zdolności, aby sprawdzić książkę klientowi. Układania książek na półkach w odpowiednich miejscach można nauczyć się w ciągu jednego popołudnia. Podstawowym szkoleniem, jakiego potrzebują bibliotekarze, jest ocena, jakie książki powinny być umieszczone na półkach.

Te spostrzeżenia są szczególnie ważne w pokoju dziecięcym.

Dyskredytowanie uzasadnionych obaw

Jednak w ciągu ostatnich kilkunastu lat wielu bibliotekarzy zaczęło postrzegać siebie jako misjonarzy lewicowej „sprawiedliwości społecznej”. Taka postawa powoduje erozję zaufania publicznego do decyzji bibliotekarzy.

The New Republic trywializuje uzasadnione obawy rodziców. Oferuje taką krótką lekcję historii:

„Katoliccy, bezwzględni wojownicy z Citizens for Decent Literature w latach 60. starali się uchronić młode umysły przed przynętą 'pornografii’ i uwiedzeniem przez 'komunizm’. W latach 70-tych zwolennicy wartości rodzinnych z Save Our Children walczyli o ochronę uczniów przed lawendowym zagrożeniem, jakim są nauczyciele geje i lesbijki „rekrutujący” w klasach, stanowiący „zagrożenie dla narodu”. Prawicowe grupy okresowo reorganizujące się jako nowy rodzaj zatroskanych rodziców nie są niczym nowym.”

Ponieważ zwykli współpracownicy i czytelnicy The New Republic są daleko na lewo, autor twierdzi, że rodzice obawiali się tych sytuacji w minionych dekadach. Obecne obawy są jedynie reinkarnacją głupich lęków.

Konserwatywne obawy się sprawdziły

Na takie oskarżenia jest jednak odpowiedź. Obawy rodziców z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych sprawdziły się. Pornografia szaleje w dzisiejszym „przeseksualizowanym” społeczeństwie. Proces ten nie nastąpił z dnia na dzień. W istocie, sami liberałowie narzekają na rosnące wskaźniki przemocy seksualnej. Miliony pseudointelektualnych uczniów college’ów i szkół średnich zostało uwiedzionych przez przynętę ideologii komunistycznej. Nauczyciele promujący ideologię LGBT dezorientują teraz tysiące uczniów, niektórych do tego stopnia, że są gotowi się okaleczyć.

Rzeczywiście, pytanie nie brzmi: „Dlaczego tak wielu rodziców jest zaniepokojonych?”. Prawdziwe pytanie brzmi: „Dlaczego więcej rodziców nie żądają przyzwoitości?”. To ci bibliotekarze pomagają zniszczyć społeczne więzy Ameryki.