Fikcja biernego prawa wyborczego. Partyjna oligarchia wyborcza.

Fikcja biernego prawa wyborczego. Partyjna oligarchia wyborcza.

Wojciech Błasiak https://dakowski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=24909&Itemid=45

[Wziąłem z Archiwum. Dotyczy KAŻDYCH „wyborów”, czyli „dania głosu” w ordynacji partyjniackiej. MD, 31 marzec 2023]

Właściwe wybory parlamentarne

Wczoraj kierownictwo partii Prawo i Sprawiedliwość przedstawiło publicznie nazwiska swoich kandydatów do Parlamentu Europejskiego w zbliżających się wyborach majowych, z miejsc na partyjnych listach wyborczych o numerach 1 i 2. Odbiło się to szerokim echem dziennikarskim wraz z komentarzami o kandydatach, prawie już pewnych zostania europosłami.

Nikomu jakoś nawet do głowy nie przyszło zapytać o to, jak to się ma do demokracji wyborczej? Dlaczego ten wybór numerów 1 i 2 jest tak ważny, jakby to były wręcz wybory do europarlamentu? I po co aż posiedzenia władz partii i klubu parlamentarnego, aby tego dokonać?

Fikcja biernego prawa wyborczego

Otóż to posiedzenie było posiedzeniem wyborczym, gdzie dokonały się pierwotnie właściwe wybory do europarlamentu. Będą jeszcze wtórne w maju, gdzie w zależności od fali poparcia tej partii i jej regionalnego zróżnicowania oraz indywidualnych korekt w głosowaniu na kandydatów, dokona się wybór ostateczny posłów PiS do Brukseli. To bowiem kierownictwo partii i klubu PiS, a nie wyborcy, dokonuje w sposób zasadniczy faktycznych wyborów europosłów. Tak jak dokona faktycznego wyboru posłów PiS do polskiego Sejmu.

Ustalanie bowiem kolejności nazwisk kandydatów na partyjnych listach wyborczych w wyborach w ordynacji proporcjonalnej, to zasadnicze określanie szans wyborczych kandydatów w takich wyborach. Po pierwsze więc, aby zostać posłem trzeba znaleźć się na partyjnej liście wyborczej. Nikt, kto się na takiej liście nie znajdzie, nie może znaleźć się w Sejmie czy Parlamencie Europejskim. Nie można po prostu zarejestrować się jako obywatel i wystartować jako kandydat do parlamentu. Mimo iż Konstytucja daje każdemu obywatelowi jego niezbywalne obywatelskie prawo polityczne bycia wybieranym, czyli bierne prawo wyborcze.

To prawo okazuje się fikcją, gdyż nie można z niego w Polsce skorzystać będąc obywatelem. Trzeba być zaakceptowanym przez władze partii kandydatem na partyjnej liście wyborczej. To jest sedno liberalnej demokracji wyborczej III Rzeczpospolitej Polskiej. To władze partii wybierają w rzeczywistości kandydatów do parlamentu. Bierne prawo wyborcze obywateli jest fikcją. I nikogo to nie obrusza i nie obchodzi, od Rzecznika Praw Obywatelskich poczynając, przez Państwową Komisję Wyborczą, a na uniwersyteckich polskich prawnikach, politologach i socjologach polityki kończąc.

Wyborcze „miejsca biorące”

Skąd takie znaczenie kolejności miejsc na partyjnej liście wyborczej? To znaczenie wynika z faktu, iż w głosowaniu na kilkanaście list partyjnych i co najmniej stu kilkudziesięciu kandydatów, nikt z wyborców nie zna kandydatów. Nawet z nazwiska, o poglądach i dokonaniach już nie wspominając.

Wyborca odszukuje więc listę wyborczą znanej mu jedynie z przekazów medialnych partii politycznej. Bierze ją do ręki i patrzy od góry na kilka pierwszych nazwisk spośród kilkunastu na niej zwykle umieszczonych. Potem przesuwa wzrokiem po liście i zwykle zatrzymuje się na ostatnim nazwisku. I tak dokonuje wyboru. Jeśli żadne nazwisko z niczym szczególnie pozytywnym mu się nie kojarzy, to zakreśla numer 1 na liście. Jeśli kojarzy mu się z czymś pozytywnym, to bierze pod uwagę jeszcze zwykle numery 2, 3, a nawet czasem 4, acz również i numer ostatni, gdyż zatrzymuje na nim wzrok.

To wszystko wynika z logiki patrzenia wyborcy na partyjną listę wyborczą i logiki dokonywania wyborów w ordynacji proporcjonalnej w Polsce. Ustalając więc kolejność nazwisk kandydatów na liście, a zwłaszcza tych z numerami 1, władze partii politycznych w Polsce dokonują zasadniczych właściwych wyborów do parlamentu. Określają kto może kandydować i z jakimi szansami. Określają nade wszystko „miejsca biorące”, jak się mówi w ich slangu partyjnym.

Fasadowa demokracja

Wyborcy w tej sytuacji sprowadzeni są zasadniczo do biernej roli głosujących, gdyż zasadniczego wyboru dokonali już za nich partyjni bossowie. Wyborcy wybierają bowiem tylko spośród tych, których już w procesie partyjnej selekcji wyborczej wybrano. Dlatego czynne prawo wyborcze jest w istocie fasadowe. Wybory parlamentarne są istotnie fasadowe, gdyż wybór jest zredukowany tylko do tych, których wybrały władze partii politycznych. Głosowanie wyborcze na już wybranych, zastępuje wybory parlamentarne spośród możliwych chętnych do kandydowania do parlamentu.

Dlatego pójdziemy w maju na wybory do Parlamentu Europejskiego, weźmiemy do ręki listę wyborczą partii Prawo i Sprawiedliwość i zdecydujemy, czy zakreślić 1 czy może wybierzemy między 1 a 2, a być może nawet 3. Reszty i tak nie znamy.

Dlatego w pewnie w październiku pójdziemy na wybory do polskiego parlamentu, weźmiemy do ręki partyjną listę kandydatów do Sejmu i zdecydujemy, czy zakreślić 1, czy może wybierzemy między 1 a 2, a być może nawet 3 i 4, czy nawet numerem ostatnim. Jeśli go znamy, a pewnie nie.

I potem będziemy się dziwić, jak taki dureń i oszust znalazł się w Sejmie. A o wyborze listy partyjnej zadecyduje obraz medialny partii i ich liderów, z wszystkimi jego zmanipulowanymi przekazami włącznie.

Partyjna oligarchia wyborcza

Dzięki temu żyjemy w ustroju politycznym partyjnej oligarchii wyborczej, a nie jak nam się wydaje i jak nam wmawiają wszelakie autorytety III Rzeczpospolitej, w ustroju politycznym parlamentarnej demokracji obywatelskiej. W tym ustroju oligarchii wyborczej w istocie bowiem nie jesteśmy obywatelami. Jesteśmy głosującymi na już wybranych nominatów partyjnych politycznymi tubylcami. Mamy swoje konstytucyjne prawa wyborcze, tak czynne, jak i bierne, ale nie możemy z nich skorzystać. Odbiera nam je proporcjonalna ordynacja wyborcza. Ba, sami nawet nie możemy w swoim podobno własnym kraju kandydować. Możemy tylko potulnie głosować na kandydatów już wybranych.

I można by drwić do woli z naszej roli tubylców, do jakiej zostaliśmy jako wyborcy sprowadzeni, gdyby nie tragiczne skutki tego proporcjonalnego sposobu wybierania dla polskiego państwa. Ta ordynacja stała się politycznym wehikułem czasu, który przenosi nam stale układ sił czasów „okrągłego stołu”, acz i czasów nam bliższych. W tej ordynacji nie da się wyrzucić hołoty politycznej z polskiego parlamentu, a w konsekwencji zrobić porządek w polskim państwie.

W tej ordynacji fakt ustalania list partyjnych i doboru przez kierownictwa partii swoich kandydatów jest samoreprodukcją środowisk politycznych. Ich samopowielaniem. Jest kluczowym mechanizmem negatywnej samoselekcji partyjnych grup władzy w Polsce. Z ich głupotą, bezideowością, prostactwem, sprzedajnością i skorumpowaniem.

I jeśli nie zmienimy tego sposobu selekcji polityków do najważniejszego organu władzy polskiego państwa, jakim jest Sejm, nie zrobimy nigdy w tym państwie porządku, a sami będziemy tu tylko politycznymi tubylcami, bez najważniejszych praw obywatelskich – biernego i czynnego prawa wyborczego.

21 lutego 2019

Abp Héctor Aguer: Kościół zmierza ku panowaniu Antychrysta. W tle masoneria.

Abp Héctor Aguer: Kościół zmierza ku panowaniu Antychrysta.

Antyliturgiczna obsesja Franciszka to papieska tyrania. W tle jest masoneria.

antyliturgiczna-obsesja-franciszka-to-tyrania-masonerii

Abp Héctor Aguer, arcybiskup La Platy w Argentynie w latach 2000-2018, wskazuje na infiltrację Watykanu przez masonerię. W jego ocenie to między innymi z tego wynika antyliturgiczna rewolucja, którą prowadzi dziś Watykan – podobnie jak próby zadekretowania „poganizacji” liturgii.

Arcybiskup pisał na ten temat na łamach „Rorate Caeli”.

„Rzym powinien zadać sobie pytanie, dlaczego coraz więcej księży i świeckich – przede wszystkim tych drugich – skłania się z czcią ku starożytnemu obrządkowi. Obsesja antyliturgiczna jest ideologią, która w przestrzeni kanonicznej staje się tyranią. Zakaz używania Mszału Jana XXIII nie jest respektowany przez młodych ludzi, którzy pragną kultu odpowiadającego prawdzie wiary: kultu Boga, a nie człowieka. Rzym ze swej strony nadal trzyma się „die anthropologische Wende (zwrot antropologiczny)” Karla Rahnera” – stwierdził hierarcha, odwołując się do Traditionis custodes oraz niedawnego Reskryptu Dykasterii ds. Kultu Bożego.

Według arcybiskupa w ostatniej dekadzie doszło jeszcze do tego pewne jezuickie, aliturgiczne skrzywienie. Wypiera się liturgię, wprowadza się relatywistyczny moralizm.

Hierarcha wskazał, że on sam celebruje Mszę świętą w nowym rycie. Z biegiem lat dostrzegł jednak, że posoborowe zmiany liturgiczne nie miały swojej adekwatności względem Soboru Watykańskiego II. Jak wskazał, wola Ojców Soboru wyrażona w konstytucji o liturgii Sacrosanctum concilium mogłaby zostać wypełniona przy niewielkich zmianach Rytu Rzymskiego; chodziło tak naprawdę o realne „przywrócenie” czystości rytu, nie o dramatyczne zmiany. Paweł VI podjął jednak inne, niezwykle brzemienne w skutki decyzje.

Zdaniem arcybiskupa papież Benedykt XVI z kolei podjął decyzję iście salomonową, ogłaszając motu proprio Summorum pontificum; mógł w ten sposób zaspokoić zarówno środowiska przywiązane do Tradycji, jak i wskazać [zasugerować.. md] błąd tych, którzy odmawiają prawomocności Mszy Pawła VI.

Zmienił ten stan rzeczy papież Franciszek. „Linia otwarta przez motu proprio Franciszka została ostatnio ratyfikowana i pogłębiona przez «Reskrypt», który nakłada na biskupów obowiązek uzyskania papieskiej zgody przed zezwoleniem na użycie Mszy Wszechczasów. Te niebywałe wymogi podważają tak bardzo zachwalaną «synodalność»; autorytet biskupów został ograniczony w zasadniczym obszarze ich munus jako Następców Apostołów” – napisał hierarcha.

„Antyliturgiczna obsesja, o której już wspomniałem, posuwa się do skrajnego bojkotu synodalności. Biskup, aby upoważnić księdza do odprawiania Mszału Jana XXIII – czyli Mszy Wszechczasów – musi prosić o pozwolenie Rzym. Taki jest wydźwięk ostatniego «Reskryptu»: to regularna papieska tyrania, która pozbawia następców Apostołów możliwości wypełniania ich posługi w tak fundamentalnej sprawie” .

Zwrócił następnie uwagę na problem jezuicki – oraz masoński.

„Towarzystwo Jezusowe zawsze było siłą na rzecz ponownego zakorzenienia Kościoła w społeczeństwie, spierając się z masonerią. Dzisiejszy Watykan jest jednak pełen masonów, a papież próbuje ich wykorzystać [?? md] . Dziwi mnie samozadowolenie papieża z dziesięciolecia rządów i fikcyjne przypisywanie sukcesów swoim współpracownikom; pokora była jednak chronicznym problemem Towarzystwa” – zauważył.

Następnie nawiązał do prób „poganizacji” liturgii.

„Prześladuje się tradycjonalistów, ale wyraża się zgodę na włączenie do Rytu Rzymskiego «rytów perkusyjnych i tanecznych» oraz przyjęcie obrzędów pogańskich, hinduskich czy buddyjskich, zgodnie z zasadami Nowego Porządku Świata […]. Za dopuszczalne uznaje się wprowadzanie do liturgii obrzędów plemiennych, związanych z kultem przodków. W ten sposób deformacja kultu Bożego graniczy z bałwochwalstwem” – stwierdził.

Następnie odwołał się do dokumentu z Abu Zhabi oraz innych inicjatyw watykańskich, które wskazują na indyferentyzm religijny.

Nie byłoby to możliwe, gdyby Watykan nie był już infiltrowany przez masonerię. Z tej perspektywy można zrozumieć włączenie pogańskich obrzędów do liturgii. Wyjaśnia to również prześladowanie tradycjonalistów, którzy przez swoją postawę utrudniają pełne wprowadzenie Kościoła do Nowego Porządku Świata; w ten sposób Kościół zmierza ku panowaniu Antychrysta. Konsekwencją tego jest zamieszanie wśród wiernych; jest to mysterium iniquitatis realizowane przez diabła” – podkreślił.

 Źródło: rorate-caeli.blogspot.com Pach

==============

======================================

mail:

=====================

OKRĄGŁY STÓŁ PEŁEN KANTÓW

OKRĄGŁY STÓŁ PEŁEN KANTÓW

Sławomir M. Kozak2023-03-31okragly-stol-pelen-kantow

Zbliża się kolejna, 34 rocznica zakończenia obrad tzw. Okrągłego Stołu. Moje pokolenie pamięta doskonale atmosferę tamtych lat, choć pewnie i jemu zdarzenia z okresu poprzedzającego te wydarzenia z wolna giną w otchłani czasu. Pokolenia młodsze muszą już polegać na filmach dokumentalnych i książkach wspomnieniowych. Tym bardziej ważne jest, abyśmy przekazywali wiedzę naocznych świadków wydarzeń naszym następcom, póki wszystkiego nie zawłaszczy  propagandowy przekaz jedynie słusznej wersji konsekwentnie nadpisywanej na kartach Historii przez jej twórców.

Okrągły Stół nie był, jak chcieliby jego dzisiejsi apologeci, cudownym wehikułem czasu, który przeniósł Polskę z niewoli PRL w niepodległy byt III RP. W mojej opinii, jego główny cel w ogóle nie zakładał poprawy statusu Polaków, a co najwyżej jego współuczestników, co obserwujemy od ponad 30 lat. Ale, to także nie było jego najważniejszym zadaniem, a ledwie zapłatą za dobrze wykonaną pracę jego budowniczych, ciosających od zarania PRL cztery solidne nogi tego historycznego mebla, czyli filary aparatu władzy, reprezentantów tzw. opozycji, wojskowych służb bezpieczeństwa i niestety, wybranych przedstawicieli Kościoła Katolickiego.

Praktykowali mozolnie tę ciesiółkę od samego początku, od Czerwca ‘56, przez  zamieszki marcowe ‘68, Grudzień ‘70, Czerwiec ’76, Sierpień ’80 po Grudzień ‘81. Brak miejsca nie pozwala opisać tych zajęć praktycznych, ale kiedy w roku 1989 na te podwaliny położono blat (!), wszystko okazało się być idealnie spasowane i funkcjonuje do dziś.

Ten Stół był niezbędny, by udowodnić, że można bezkrwawo zwinąć żelazną kurtynę, zdemontować nie tylko ZSRR, ale cały Układ Warszawski, obalić berliński mur i „zmienić oblicze Ziemi”.

Nie wszyscy pamiętają, a część nie wie, że zarówno idea, jak i sama nazwa tego procesu, który nazwano „okrągłym stołem”, nie były objawem geniuszu jego architektów, a zaledwie kontynuacją anglosaskiego konceptu z początków ubiegłego wieku. Był to czas erozji brytyjskiej hegemonii, którą spowodowała zarówno imperialna ekspansja mocarstw europejskich, czyli wzrost ich znaczenia militarnego na arenie światowej, jak i utrata przez Koronę przewagi przemysłowej i handlowej, na których to siłach ta dominacja się opierała. Na fali tych zagrożeń brytyjski establishment powołał do życia twór mający utrzymać traconą  supremację poprzez rozbudowę międzynarodowej sieci anglosaskiej, mającej wywierać „nieproporcjonalny wpływ na rządy amerykańskie i brytyjskie przez większą część XX w.”, co szczegółowo opisał w swojej książce, już w roku 1966, profesor historii i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Georgetown, 

Carroll Quigley. W swej pracy bazował na dokumentach z archiwów amerykańskiej 

Rady Stosunków Zagranicznych i brytyjskiego 

Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Wizja świata rządzonego przez anglo-amerykańską federację była jedną z pierwszych w XX wieku prób likwidacji demokracji przez ówczesną elitę władzy, której głównym celem było wyrzucenie na śmietnik Historii  suwerenności narodów i ustanowienie ponadnarodowej formy rządów. Ten twór określono mianem Okrągłego Stołu. Znowu, nie mamy miejsca na szczegółowe omawianie tematu, dość tylko wspomnieć, że jego formalnymi twórcami byli ludzie, których działalność odcisnęła swe piętno na milionach istot naszego globu. Wzorując się na Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej powołali do życia 

Brytyjską Kompanię Południowoafrykańską,  nastawioną na kolonizację i eksploatację złóż naturalnych Afryki Południowej. To 

Cecil Rhodes, główny kolonizator Korony w tej części Ziemi, od którego nazwiska wzięły nazwę Rodezja Północna i Południowa oraz lord 

Alfred Milner, który doprowadził do II wojny burskiej. O obu tych osobnikach i ich wizji świata Wikipedia pisze, że„zarówno Milner jak i Rhodes uważali Brytyjczyków za najwyższą ludzką rasę, której przeznaczeniem jest władza nad światem”. Parli do tego konsekwentnie, a było im o tyle łatwiej, że w rejonie ich zainteresowania znajdowały się nieprzebrane pokłady złota i diamentów.

Rhodes w swym, tzw. „wyznaniu wiary”, datowanym 2.06.1877 roku, pisał: „dlaczego nie mielibyśmy utworzyć tajnego stowarzyszenia, które miałoby tylko jeden cel: wspieranie Imperium Brytyjskiego i doprowadzenie całego niecywilizowanego świata pod panowanie brytyjskie, by odzyskać Stany Zjednoczone dla uczynienia rasy anglosaskiej jedynym   Imperium. Co za marzenie, a jednak jest to prawdopodobne, jest to możliwe”[1]. Zakładał też, że to stowarzyszenie będzie właścicielem prasy, „gdyż prasa rządzi umysłami ludzi”

[2]. Swoje spostrzeżenia umieszczał w kolejnych wersjach testamentu, których zdążył sporządzić osiem. Kładł w nich podwaliny pod Okrągły Stół, którego pełną realizację zamierzał zlecić dyrektorowi finansowemu swojego konsorcjum De Beers, 

Nathanielowi M. Rothschildowi. Planował zostawić mu część swej, gromadzonej przez lata, fortuny. Jednak zawiódł się na nim i zmienił decyzję, mówiąc w roku 1891, że „jest absolutnie niezdolny do zrozumienia moich idei. Próbowałem mu je wyjaśnić, ale z wyrazu jego twarzy widziałem, że nie robi to żadnego wrażenia… i że po prostu tracę czas”. Rola wykonawcy testamentu przypadła w ten sposób Milnerowi, choć nazwisko brytyjskiego bankiera do dziś pokutuje w opracowaniach autorów tzw. teorii spiskowych

[3].

„Nasz” Okrągły Stół nie zaistniałby, gdyby nie długoletnie przygotowania, których najistotniejszymi składnikami były, zarówno powstanie Solidarności, jak i późniejsze o rok wprowadzenie stanu  wojennego w Polsce. Wielu publicystów wskazuje do dziś, że przełom w relacjach między Wschodem i Zachodem nastąpił dopiero w roku 1985, w którym Jaruzelski poleciał do USA odwiedzić Davida Rockefellera (m.in. dyrektora wspomnianej wcześniej Rady Stosunków Zagranicznych), a Gorbaczow spotkał się z Reaganem w Genewie, czy nawet rok później, kiedy obaj przywódcy mocarstw 

porozumieli się w Reykjaviku. Otóż, nic bardziej mylnego. 

Adam Schaff, stalinista, ideolog eurokomunizmu i zwolennik globalizmu, już na przełomie lat 1983/84 co najmniej trzykrotnie latał „jako specjalny wysłannik Jaruzelskiego do Reagana”, co sam wyznał na łożu śmierci przyjacielowi, u którego w trakcie tych misji  pomieszkiwał, milcząc wcześniej na temat powodów swych podróży do Ameryki. Z jego słów  wynika, że „dogadał się” wówczas z prezydentem USA. Według niego „Polska miała całkowicie znieść wszelkie ograniczenia związane ze stanem wojennym (…) i wypuścić wszystkich więźniów politycznych. W zamian za to Stany Zjednoczone miały dać Polsce kredyty i znieść wszystkie sankcje ekonomiczne, przywrócić klauzulę najwyższego uprzywilejowania w handlu. (…) Amerykanie mieli też podobno skupić polskie, gierkowskie jeszcze długi i je restrukturyzować”

[4].

Być może, wyznawcom kultu Okrągłego Stołu należałoby przypomnieć, szczególnie dzisiaj,  słowa Jana Pawła II, które wypowiedział na Jasnej Górze 40 lat temu (1983), jeszcze w czasie trwania stanu wojennego:

„Naród jest prawdziwie wolny, gdy może kształtować się, jako wspólnota określona przez jedność kultury, języka, historii. Państwo jest istotnie suwerenne, jeśli rządzi społeczeństwem i zarazem służy dobru wspólnemu społeczeństwa, i jeśli pozwala narodowi realizować właściwą mu podmiotowość, właściwą mu tożsamość”.

—————————————

Sławomir M. Kozak

Jeśli felieton Ci się spodobał – postaw Autorowi kawę https://buycoffee.to/s.m.kozak

Z góry dziękuję i pozdrawiam


[1] „Rhodes”, Sarah Gertrude Millin, Chatto & Windus, 1952.

[2] „Cecil Rhodes”, John Flint, Hutchinson, 1976.

[3] „The Founder: Cecil Rhodes and the Pursuit of Power”, Robert I. Rotberg, Miles F. Shore, Oxford University Press, 1988.

[4] „Resortowe dziecko”, Krzysztof Topolski, wyd. Agrafka, 2022.

mail: Przypominam, że już August II Sas [„mocny” w… kroku] był uczestnikiem loży masońskiej „Okrągły Stół”, gzie planowano rozbiór Polski. Pisze o tym obszerniej Andrzej Sarwa, CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA].

Europoseł Jaki o PE: Podwójne standardy, rasizm, cenzura. To jest komunizm.

Europoseł Jaki ukazuje ideologię PE: Podwójne standardy, rasizm, cenzura . To jest komunizm. Wy wyznajecie komunizm!

https://wpolityce.pl/polityka/640583-europosel-jaki-odkrywa-karty-w-pe-wy-wyznajecie-komunizm

„Was nie interesuje opinia większości, dlatego że większość Polaków już osiem razy, osiem razy się wypowiedziała co myśli, ale Was to nie interesuje, bo Wy nimi gardzicie i gardzicie ich opinią” – mówił w zamieszczonym na Twitterze nagraniu z obrad Parlamentu Europejskiego europoseł solidarnej Polski Patryk Jaki.

Polityk partii Zbigniewa Ziobry poddał mocnej krytyce wartości, którymi kieruje się Unia Europejska wytykając, że są one w rzeczywistości wartościami komunistycznymi. Dla poparcia swojej tezy podał pięć podstawowych przykładów, odnoszących się do działalności UE, mających świadczyć o tym, że jest ona zaprzeczeniem tradycyjnych wartości chrześcijańskiej Europy.

Europoseł Jaki napisał na Twitterze: „PE głosami polskiej opozycji przegłosował właśnie roczny raport o praworządności z wezwaniem kolejnych sankcji na Polskę. Nasi obywatele rzekomo nie wyznają „właściwych” wartości. Jakich?”.

Chcecie zwiększenia środków na zwiększanie wiedzy o wartościach Unii Europejskiej i ja ten postulat popieram, dlatego że ludzie powinni wiedzieć jakie naprawdę wartości wyznajecie. Wartość numer jeden: podwójne standardy, otóż Polskę chcecie karać sankcjami, bo ma rzekomo upolityczniony sposób wyboru sędziów, tymczasem w Polsce wybiera się sędziów tak samo jak w Hiszpanii czy w Niemczech, ale tam można, a tu nie — mówi Patryk Jaki.

Wartość numer dwa: rasizm, otóż ten sposób postępowania tłumaczycie – można zobaczyć nawet w tej rezolucji – słynną opinią Komisji Weneckiej, tutaj proszę bardzo, według której są te same rozwiązania w różnych państwach, ale są państwa, które mogą i te, które nie mogą, a szczególnie te państwa mogą, gdzie jest wyższa kultura i tradycje, czyli Niemcy mają wyższą kulturę od Polski? To jest klasyczna definicja rasizmu.

Wartość numer trzy: pogarda dla obywateli. Was nie interesuje opinia większości, dlatego że większość Polaków już osiem razy, osiem razy się wypowiedziała co myśli, ale was to nie interesuje, bo wy nimi gardzicie i gardzicie ich opinią.

Wartość numer cztery: cenzura, otóż jak tam praworządność w kulturze? Właśnie w Europie cenzurujecie książki Agaty Christie, Dahla czy nawet Karola Maya.

Wartość numer pięć: odwrócenie pojęć, otóż najważniejsze są według was prawa mniejszości, które rozumiecie jako LGBTQ itd. Tymczasem reprezentanci tej opcji, w tej izbie od dawna są większością i nie respektują prawdziwej mniejszości, mniejszości która wyznaje tradycyjne wartości: rodzinę, prawo do życia czy polityczne prawa do sprawowania różnych funkcji. Więc podwójne standardy, rasizm, cenzura to nie są wartości europejskie. To jest komunizm i wy wyznajecie właśnie komunizm.

I w tym momencie stał się cud! Epidemia konwulsji. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (19)

I w tym momencie stał się cud! Epidemia konwulsji.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (19)

Cmentarz Świętego Medarda

Ufność… wiara… wątpliwości…

Państwo Białeccy od dwóch lat spokojnie mieszkający w Paryżu w domu przy rue de la Tannerie, gdzie żyli dostatnio pod hrabiowskim nazwiskiem Bialecki d’Urgel y d’Osona, zasobni, otoczeni szacunkiem paryskiej elity, bywający na salonach, nie mieli na co narzekać poza jednym tylko – czas płynął, a oni nie mogli doczekać się potomstwa.

Pani Florine nie traciła jednak ufności ni wiary, poruczając Panu Bogu tę sprawę. Ona bardzo chciała urodzić Mikołajowi dziecko, Mikołaj zaś z jednej strony pragnął zostać ojcem, z drugiej jednakowoż, gdy na myśl przychodziła mu poprzednia rodzina, to drżał przejęty na poły lękiem, na poły grozą, obawiając się, by i tym razem nie dotknęło go podobne nieszczęście. A ustawicznie miał w pamięci słowa, jakie usłyszał od markiza Ballettiego, gdy ów odwiedził go w Sandomierzu niedługo przed tym strasznym nieszczęściem. I Ballettiego za zwiastuna owego nieszczęścia uznał jakoś tak instynktownie. No i to jego – bo któż by mógł być, jeśli nie on, to chyba sam diabeł tylko – pojawienie się w sypialni Florine, tam w Madrycie – wręcz go przeraziło… Co prawda akurat owo wyszło na dobre dla ich związku, ale… zawsze zostawała jakaś wątpliwość i obawa jakaś… Mikołaj, choć wyciągnięty z nędzy i rzucony na szerokie wody arystokratycznego świata przez tajemniczego markiza, nie wierzył, by ten zrobił dla niego to, co zrobił, kierując się współczuciem li tylko z czystego altruizmu, nie licząc na jakiś zysk. I to bynajmniej nie materialny, albowiem był majętniejszy od królów.

Zatem pan Mikołaj bał się, tym bardziej, iż teraz owa zagadkowa osoba od co najmniej 1722 roku mieszkała w Paryżu, bywając na arystokratycznych salonach. Tyle że tym razem używał nazwiska hrabiego Bellamarre de Aymar. I zdarzyło się nawet, że pewnego razu natknęli się na siebie w salonie hrabiny Françoise d’Adhémar de Lantagnac de Voisines1, lecz de Aymar udał, że nie zna Mikołaja.

Było to na rękę panu Białeckiemu, i to nawet bardzo. Toteż gdy jakoś tak pod koniec lata Bellamarre gdzieś na dobre przepadł, pan Białecki odetchnął z ulgą. Co prawda zdawał sobie sprawę, że owa persona bez wątpienia zajmuje się czarami i może mu szkodzić również na odległość, niemniej brak obawy, iż znów się gdzieś z nim spotka twarzą w twarz, przywrócił mu spokój.

Tymczasem Florine zaczynała popadać w melancholię. I z dnia na dzień było to coraz bardziej widoczne. A jedynym tego powodem było to, iż nie mogła zaciążyć…

* * *

– Nicolás…

Słucham.

Nicolás… chcę cię prosić…

– O co Florine? O co?

– Żebyśmy odwiedzili świątobliwego diakona… pamiętasz chyba, co ci radził?

– Owszem, pamiętam, żebym się ożenił, a wszystko w moim życiu obróci się ku dobremu.

– Ale przeze mnie nie do końca…

Mikołaj położył żonie palec na ustach.

– Ciii… cicho… mamy siebie… kochamy się… żyjemy dostatnio i spokojnie… czego nam więcej trzeba?

– Wiesz… dobrze wiesz… – rozszlochała się i skryła twarz w dłoniach. – Boże… Boże… przecież o tak niewiele Cię proszę…

Pan Białecki długo nie mógł uspokoić żony.

Świątobliwy diakon

François de Pâris poza tym, że był jeszcze bardziej wynędzniały, niż wówczas kiedy go Mikołaj widział ostatnim razem i że miał jeszcze mocniej wytartą i jeszcze gęściej pocerowaną sutannę, a befka pod szyją przybrała barwę popiołu, niewiele się zmienił.

Florine zbliżyła się doń pierwsza i usiłowała ucałować dłonie duchownego, ale ten je tak gwałtownie cofnął, że pani Białecka mocno się zachwiała, trafiając ustami w próżnię.

Monsieur le Diacre…

– Słucham cię, madame… – de Pâris wyblakłymi oczyma wpatrywał się w pełne bólu i łez oczy kobiety. Milczał czas jakiś, a potem odezwał się głośnym szeptem – wiem, co cię trapi… wiem…

– Błagam… uproś u Boga tę łaskę…

Czyś jest pewna, że mam się o to modlić? Czy to szczere pragnienie, czy może raczej pragnienie wynikające z egoizmu?

Nie wiedziała co odpowiedzieć.

– Bo nie zawsze to, co nam się wydaje czymś dobrym i pożądanym w oczach Bożych takie być musi…

Florine milczała.

Czy zatem podtrzymujesz, madame, tę swoją prośbę?

Tak, Monsieur le Diacre… tak – powiedziała ledwo słyszalnym szeptem…

– Cóż… – diakon podniósł się z zydla, zbliżył do pani Białeckiej, jedną dłoń położył na jej ramieniu, drugą zaś na brzuchu i wzniósłszy oczy ku górze, bezgłośnie poruszał wargami.

* * *

– Nicolás…

Słucham cię, kochana.

– Nicolás… chyba…

– Cóż takiego?

– Chyba będę matką…

Panu Białeckiemu świat zawirował przed oczami i mimo woli w ich kącikach pojawiły się łzy.

– Jesteś pewna, Florine? – zapytał, jednocześnie przygarniając do siebie i delikatnie całując w czoło.

– Tak… jestem…

* * *

François de Pâris siedział na swoim starym, wytartym sosnowym zydlu poznaczonym przez korniki. Spoglądał na Białeckich i uśmiechał się smutno.

Cieszę się waszym szczęściem… naprawdę… ale czy przyjmiecie wszystko z ręki Boga?

– Co to znaczy ‘wszystko’, Monsieur le Diacre?

– Cokolwiek postanowi… cokolwiek wam da… czegokolwiek wam nie da… łaska… to tylko Jego łaska… nic nadto… nasze pragnienia… grzeszne… nasze uczynki… grzeszne…

– Przerażasz nas – wyszeptał Mikołaj.

Oh, monsieur!nadzieja na łaskę… jeśli jest w nas żądza dobra nic nadto…

Białecki pozostawił diakonowi sutą ofiarę i podawszy żonie ramię, wyszli na cuchnącą i zaśmieconą ulicę. Liście na drzewie, którego gałęzie przewieszały się przez mur ogrodu przylegającego do kamienicy, w której mieszkał świątobliwy duchowny, poczynały nabierać złotoszkarłatnych barw jesieni. Popołudniowe słońce, które już dawno minęło zenit, przeświecało przez nie ostrymi promieniami, niecąc na trotuarze niepokojące, rozedrgane błyski i lśnienia…

Szli powoli, zadumani, zasłuchani wciąż w słowa, które, choć naprawdę dawno już przebrzmiały, to w ich uszach nadal dźwięczały mocno… nadzieja na łaskę… nic nadto…

Dobra żądza…

Mikołaj śnił, ale zdawało mu się, że jednak nie śpi… Dziwne obrazy jawiły się wDobra żądza… majaku: Oto jakiś mnich w pąsowokrwistym habicie stąpał cichuśko, w milczeniu, w ogóle nie zwracając uwagi ni na Mikołaja, ni na jego towarzyszy. Bo najpierw zdawało mu się, że jest sam, ale potem spostrzegł także innych mężczyzn obok siebie. Mnich nie zechciał odpowiedzi na kilka pytań, jakie mu usiłowali zadać. Jednakowoż od tej chwili dyskretnie zerkał na podążających za nim, czy go aby nie mają zamiaru porzucić. Wszyscy wszelako szli wytrwale… chociaż nie wiedzieli dokąd…

I naraz Mikołaj spostrzegł, że mnich podąża prosto ku bocznym, północnym, drzwiom, wiodącym do wnętrza jakiegoś kościoła. Nacisnął klamkę, a one otworzyły się bezszelestnie. Widać było, iż ktoś dbał o to, by zawiasy zawsze były dobrze naoliwione i – broń Boże – nie skrzypiały.

Weszli do środka. W chramie, którego mury i powietrze przesycone były wonią przywiędłych kwiatów i balsamicznosłodkawych kadzideł z lekko cierpkawą żywiczną nutą olibanum, panował już mrok. Mnich szedł jednak pewnie, a Mikołaj trop w trop za nim, aż dotarli do prezbiterium, w którego ścianie, w pobliżu ołtarza, gdzie przed Sanctissimum pełgał pomarańczowo płomyk wiecznej lampki, pokazały się drzwi prowadzące do zakrystii, równie licho oświetlonej, niemniej oświetlonej, co mocno zdumiało Mikołaja, bo nie widział takiej potrzeby, skoro żadne już nabożeństwo nie miało się odbyć tego wieczora w owej świątyni. Ale czy by marnowano oliwę po próżnicy? Raczej nie…

Weszli teraz do zakrystii, przemierzyli na skos jej budzące przygnębienie wnętrze i na koniec stanęli przed solidnym murem wzniesionym z żółtawego, ciosanego kamienia, niepobielonym, nieotynkowanym, całkiem surowym i chropawym. Teraz mnich, zwracając się do Białeckiego i jego towarzyszy, rzekł:

Odwróćcie się i nie patrzcie.

A gdy oni to uczynili, pomajstrował coś przy jednym z wielu nierównych głazów i ściana ze skrzypieniem się rozwarła, ukazując czarną czeluść prowadzącą schodami gdzieś w głąb, poniżej kościelnej posadzki.

Mnich pomacał jedną ze ścian i zdjął z niezbyt szerokiego gzymsu pochodnie, które jakby czekały na odwiedzających owo miejsce. Zapalił je od kaganka, jedną zachował, pozostałe zaś wręczył Mikołajowi i jego towarzyszom, a następnie, ostrożnie stawiając stopy, aby nie spaść z dość stromych, lekko oślizgłych i nieco koślawych kamiennych schodów o nierównych stopniach, począł zmierzać w dół.

Mikołaj, nie wiedzieć czemu, jął drżeć cały i spoglądać za siebie, pragnąc zawrócić. Niestety drzwi wchodowe do podziemia ujrzał zamknięte na głucho, a na domiar złego tuż za nim szli inni, których żadną miarą na tych stromych i wąziuchnych stopniach nie dałoby się ominąć. Westchnąwszy tedy głęboko, widząc, iż nie ma innego wyjścia, schodził niżej.

Jeszcze kilka kroków i znaleźli się jakby w przedsionku większego pomieszczenia. Tutaj mnich zzuł sandały i rozdział się do gołego, na co ze zdumieniem i przerażeniem zarazem, patrzyli Mikołaj i jego towarzysze. Z jednego z licznych haków nierówno wbitych w wapienne spoiny między kamieniami muru zdjął czarnej barwy cucullę2 z doszytym do niej szpiczastym, również czarnym, kapturem i nałożył ją na swoje nagie ciało.

Przebierając się, dawał znaki, by przybyli wraz z nim poszli w jego ślady. Rychło więc wszyscy, przeodziani, przestąpili próg przedsionka i znaleźli się w głównym pomieszczeniu – w jakiejś jaskini. Oświetlona była suto, w kilku bowiem metalowych naczyniach w kształcie czaszek trupich płonął ogień, a każdy był innej barwy: delikatnie błękitny, jaskrawożółty, czerwony, fioletowy, różowy, zielony… Ledwo wyczuwalny przeciąg sprawiał, że pląsały one w jakimś magicznym tańcu, budząc przy tym tajemnicze cienie, które pełgały po posadzce, sprzętach i ścianach.

I oto naraz Mikołajowi się zdało, iż… usnął… we śnie, a skądś z niezgłębionej pustki do jego uszu dobiegł dudniący, ale i zarazem lekko stłumiony głos, mówiący po hiszpańsku:

Wyjawię ci tajemnicę, światłość wiedzy przekażę. Tylko milcz… tylko milcz… To nie dla głupców wiedza… nie dla profanów… Z Boga Nieznanego i Nienazwanego emanują eony, a pierwszy z nich to Barbelo… z niego kolejne eony… męskie i żeńskie atrybuty Nieznanego spojone z nim… tworzące Pleromę… ten duchowy wszechświat…

Barbelo… zasada… esencja pasywnej kobiecości, lecz zarazem Matka-Ojciec, myśl pierwsza i obraz jej zarazem… i łono wszystkiego… tak, Matka-Ojciec… androgyne… rzeczywista i pozorna… i człowiek pierwszy i Święty Duch i trzykroć mężczyzna i trzykroć potężny, i wieczny eon wśród niewidzialnych, i pierwszy, który wyjdzie… i moc pierwsza… i chwała objawienia… współdziałająca z Nienazwanym w aktach kreacji w boskiej sferze… i ów eon Sofia zaburzający Pleromę… naśladujący ją w stwarzaniu Archonci, Demiurgowie nieudolni… i Adam Kadmon o człowieczych kształtach to Boskie światło bez formy nijakiej… a zarazem forma czystaw naturze twojej yechidah3najwyższy aspekt ludzkiej duszy w duszy zbiorowej esencji… iskra Bożego światła w twoim wnętrzu… wola Boska i projekt przyszłego stworzenia… czerpiesz z Nienazwanego i z Obcego pochodzisz… z rasy obcej z Barbelo… jesteś jednością do Jedności przynależącą i czerpiesz z jej cienia… a przegnano Adama i Ewę z rajskiego ogrodu Archontów, po to, by uwolnić parę ową od nich… a Wąż edeński sprawił, iż pożywając owoc wiedzy, poczęli się nareszcie oswobadzać z opresyjnej mocy onych okrutników… w tym pierwszym akcie ludzkiego zbawienia… przez wiedzę, a nie ignorancję, przez Światłość, a nie Mrok… choć Światłość może być smolista, a Mrok lśniący blaskiem… niekiedy…”

Głos umilkł, a Mikołajowi się zdało, iż zapada się w jakąś ognistą przepaść, jęzory ognia lizały jego ciało, a światłość rozjarzona niczym tysiąc słońc co jednocześnie wybuchły na niebie w potwornej eksplozji, oślepiła go. I nic już nie mógł dojrzeć, i zatracił formę i umysłem był tylko, który śmiech szyderczy zalał niczym wody krwawego Potopu

Któż to się śmiał? To śmiał się Jezus… śmiał się z jego ignorancji…

Och! Wyznajesz doktrynę Umarłego? Żałosny głupcze! Jesteś pośmiewiskiem dla Oświeconych. Wiedz, że jam znalazł cielesne mieszkanie i wyrzuciłem zeń tego, który był w nim pierwej, i wszedłem… a wy sądzicie, że to było moje ciało… żałośni głupcy! W swojej ślepocie Cyrenajczyka cierniem żeście ukoronowali, przybiliście go do Krzyża, napoiliście żółcią i octem, a jam stał z boku, szydząc z waszej naiwności… z waszej ignorancji… nim się oddaliłem”4.

Ale ten Jezus… a może niby-Jezus?… miał jakiś dziwnie znajomy głos… głos hrabiego Bellamarre…

I naraz Mikołaj znalazł się na łące całej porosłej czarnymi kwiatami wyrastającymi spośród ognistokrwistych traw… a gdzieś w oddali zamajaczyła mu znajoma sylwetka markiza Balletti, hrabiego Montferrat, hrabiego Bellamarre de Aymar, de Saint-Germain… Ruszył w tę stronę, a czarne kwiaty kruszyły mu się pod stopami z cichym chrzęstem, rozsypując się w pył barwy popiołu, bo były martwe… ale on szedł, uparcie i wytrwale aż dotarł do czeluści i zajrzał w jej głąb, ale nie było widać dna i skoczył, rozumiejąc, iż to otchłań wiedzy, a im szybciej spadał, im prędszy był pęd, im bardziej się zagłębiał w otchłań ową, to pogrążał się we wciąż mocniejsze i niezwyczajne, bo czarne, światło palące jednakowoż bardziej niż żelazo rozżarzone do białości, którym cechuje się bydło… i nareszcie pojął… zrozumiał… że niczego pojąć, ni zrozumieć nie może… nie może… nie może… nie może… nie może… odbijało się echem w jego umyśle… jak to bydło obalane na ziemię i wyrywające się z rąk tego, który mu cechą bok znacząc, ów bok przypala…

Zerwał się z posłania, krzycząc i drżał na całym ciele jakby w gorączce, jakby w delirium.

Boże, Boże jaki straszliwy koszmar…

– Już dobrze, już dobrze. Jestem przy tobie.

Przywarł, nadal się trzęsąc, do Florine, a ona objąwszy go ramionami, kołysała niczym małe dziecko.

* * *

Czcigodny diakon François de Pâris spokojnie wysłuchał, co wciąż przestraszony Mikołaj chciał mu opowiedzieć… cały ów demoniczny sen. Potem pomilczał czas jakiś, aż na koniec nie spoglądając nawet na Białeckiego, ale skrywszy twarz w dłoniach, mówił monotonnie:

Wiedz, monsieur, iż popełniając grzech pierworodny, człowiek stracił wolną wolę. Jej miejsce zajęły dwie żądze: dobra – niebieska i zła – ziemska. Każdy czyn, tak dobry, jak i zły, jest uzależniony od tego, która z żądz jest w danej chwili silniejsza. Człowieka wspomaga Łaska Boża, której przeciwstawić się nie jest w stanie. Każdy więc czyn ludzki spełniany jest pod przymusem zewnętrznym. Łaska Boża bywa jednakowoż silniejsza lub słabsza od żądzy zła. Z tego wszystkiego wynika zatem, że Bóg, żądając spełnienia, o własnych siłach, przykazań, żąda rzeczy dla człowieka niemożliwej. A która z żądz jest teraz w tobie silniejsza?

– Żądza dobra…

– Tedy nie lękaj się… i odejdź w pokoju…

* * *

Florine obudził nieznośny ból brzucha, którym jednocześnie targały skurcze. Usiadła na posłaniu, odgarnęła przykrycie i ujrzała krew wypływająca spomiędzy jej nóg… Zaczęła krzyczeć, strasznie, wyć niczym okrutnie dręczone zwierzę…

* * *

– To była dziewczynka. To byłaby dziewczynka – poprawił się Mikołaj, patrząc błagalnie w oczy diakona. Jeszcze się ruszała… zanim jęła tężeć, ochrzciłem ją, abbé… a potem… potem zapragnąłem umrzeć wraz z nią…

Która z żądz jest teraz w tobie silniejsza?

Diakon oddychał ciężko, z mozołem.

– Wybacz – wyszeptał i nie odezwał się już więcej.

* * *

„Co mam mu wybaczyć?” – myślał Mikołaj, to, że opadł z sił, czy to, że jego modlitwy okazały się nieskuteczne?”

Zimowe niebo miało ołowianą barwę, groźnie wisiało nad światem.

Drzewo, którego gałęzie przewieszały się przez mur ogrodu przylegającego do kamienicy, w której mieszkał świątobliwy duchowny, nagie i czarne wyciągały się ku niemu niczym szpony jakiejś potężnej drapieżnej istoty…

* * *

– Nicolás…

Słucham cię, kochana.

– Nicolás… chyba…

– Cóż takiego?

– Chyba będę matką…

Panu Białeckiemu świat zawirował przed oczami i mimo woli w ich kącikach pojawiły się łzy.

– Jesteś pewna, Florine? – zapytał, jednocześnie przygarniając do siebie i delikatnie całując w czoło.

– Tak… jestem…

Która z żądz?…

Noc z 30 kwietnia na 1 maja 1727 roku była tak widna niczym dzień, a niebo pogodne, bez jednej nawet chmurki. Księżyc lśnił srebrzystym blaskiem, a gwiazdy błyszczały na aksamitnym granatowym baldachimie nieba niczym cekiny naszyte na suknie hiszpańskich tancerek.

Jakiś nocny ptak wydał z siebie przenikliwy głos, jakiś pies zaszczekał, jakiś spóźniony przechodzień swoimi krokami budził echo, a leciuchny wietrzyk szemrał śród listowia drzew rosnących za oknem.

Florine obudził nieznośny ból brzucha, którym jednocześnie targały skurcze. Usiadła na posłaniu, odgarnęła przykrycie i ujrzała krew wypływająca spomiędzy jej nóg… Zaczęła krzyczeć, strasznie, wyć niczym okrutnie dręczone zwierzę… to była dziewczynka… to byłaby dziewczynka…

Mikołaj zmartwiały stał nad posłaniem żony, a w głowie kołatała mu nieznośnie tylko ta jedna, jedyna myśl: Która z żądz jest teraz we mnie silniejsza? No która?…”

Nie umiał sobie na to odpowiedzieć, lecz już nie chciał odwiedzać diakona…

Ku wieczności…

François de Pâris słabł. Słabł z dnia na dzień. Jego udręczone ciało, wycieńczone postami i obolałe od biczowań i innych praktyk pokutnych powoli poczynało odmawiać posłuszeństwa. W trzy dni po Wielkanocy, 16 kwietnia 1727 roku, po raz pierwszy w życiu, ogarnięty gorączką, przyznał się księdzu z kościoła Świętego Medarda, który przyszedł go odwiedzić, iż czuje się bardzo słaby.
Nazajutrz zaś tak opadł z sił, iż nie był w stanie, mimo licznych prób i podejmowanych wysiłków, podźwignąć się i wstać.
Wieść o tym rozniosła się szeroko. Poczęły go nawiedzać liczne osoby.
Diakon wymagał odtąd stałej opieki. Przymuszono go, mimo protestów i wbrew woli, aby przywdział bieliznę, przy okazji zauważając, że na nodze uformował mu się potężny i bolesny guz, do czego się sam z siebie nie przyznawał, chociaż pojawił się on dobry miesiąc wcześniej. Wreszcie na sienniku wymoszczonym słomą, nie zaś na gołych deskach, rozścielono prześcieradło, na którym ułożono diakona. Był to tak wielki luksus, iż chory cierpiał z jego powodu ogromne wyrzuty sumienia, lecz nic już nie mógł na to poradzić. Już nie był panem samego siebie i ktoś inny podejmował za niego decyzje.
30 kwietnia zaopatrzono go na finalną już podróż, udzielając Ostatniego Namaszczenia i posilając Wiatykiem. Po tym poczuł na tyle lepiej, iż był w stanie sporządzić testament, w którym raz jeszcze publicznie wyznał jansenizm oraz wydał dyspozycję, by pochowano go jako żebraka na cmentarzu obok kościoła Świętego Medarda5.
Zaczęła się agonia...

* * *

Ranek 1 maja 1727 roku ciepły był i pogodny. Drzewo, którego gałęzie przewieszały się przez mur ogrodu przylegającego do kamienicy, w której mieszkał świątobliwy diakon, obsypane były kwieciem rozsiewającym wokół subtelną woń – słodkawą z leciuchną nutą goryczy

François de Pâris umierał spokojny, aż do ostatniego tchnienia pocieszając i budując swym przykładem obecnych w izbie, którzy przybyli, iżby mu asystować w przejściu na drugą stronę żywota. Jego krótkie, bo zaledwie trzydziestosześcioletnie życie dobiegało kresu.

Wreszcie zgasł, niczym świeca, która się wypaliła do końca. Zgasł… in odore sanctitatis… w zapachu świętości…

I ledwie tylko diakon wydał ostatnie tchnienie jego umęczona, szarożółta, poorana zmarszczkami, oszpecona bliznami po ospie twarz w jednej chwili, na oczach licznych świadków się odmieniła! Ze szpetnej przeistoczyła się w pełną spokoju, pełną powagi i olśniewająco piękną!

Cud, cud! Inaczej tego nie umiano odczytać.

Gdy wieść o jego zgonie rozeszła się po Paryżu to nie tylko z sąsiedztwa, lecz z całego miasta, z najodleglejszych nawet dzielnic, ściągały całe tłumy, aby oddać hołd doczesnym szczątkom świątobliwego męża. I ludziom się zdawało, iż nie spoglądają na trupa, ale na żyjącą osobę!

W powszechnym mniemaniu Pan Bóg w ten sposób chciał pokazać, że François de Pâris już się przechadza po niebiańskich łąkach i grzeje w promieniach Bożej chwały.

Rzucono się, by całować jego dłonie i stopy, ale to ludziom nie wystarczyło. Oto przed nimi spał snem śmierci łaskawej święty, prawdziwy święty. Każdy chciał zdobyć jakąś jego cząstkę, więc obcinano mu paznokcie, włosy, a prześcieradło i siennik, na których spoczywał, jego potem śmiertelnym przesiąknięte, rozdarto na strzępy, a kiedy z trudem, albowiem tłum nie chciał do tego dopuścić, ciało diakona nareszcie włożono do trumny i wieko przybito gwoździami, nawet i tę nędzną szafę, na której sypiał, połupano na drzazgi, a każdą z nich traktowano niczym skarb przeogromny, niezwykłą i cenną relikwię. Tak samo koszulę, sprzęty i cokolwiek w izbie się znajdowało, w ten sam sposób potraktowano.

I wówczas stało się coś niebywałego! Zaczęły dziać się cuda! I to już w dniu pogrzebu diakona, zanim jeszcze złożono go do trumny.

Oto niemłoda już niewiasta, wdowa imieniem Madeleine Beigney, ubożuchna przędzarka wełny, która z powodu paraliżu, jaki dotknął jej ręki, którą nosiła na temblaku i przez to z trudem zdobywała środki do życia, obserwując ów niesłychany wybuch żalu pomieszanego z pobożnością, a i chyba wręcz nawet ze szczyptą fanatycznego obłędu, nie wątpiąc w powszechne przekonanie, iż zmarły diakon jest świętym, gdy zobaczyła, że wnoszą trumnę, iżby go w niej złożyć, na kolanach zbliżyła się do posłania nieboszczyka.

Myślała sobie, że może teraz, za jego pośrednictwem, Pan Bóg wysłucha jej błagań, na które do tej pory był głuchy… uklękła i pełna ufności, uniosła nieco prześcieradło, które okrywało zmarłego, i z wielką czcią ucałowała jego bose, sine i poranione stopy.

I pozostała na kolanach, a gdy ludzie z parafii Saint-Médard, czyli Świętego Medarda, włożyli do trumny zwłoki de Pârisa, szepnęła, obracając głowę w jego stronę: „O, błogosławiony, módl się do Pana, aby mnie uzdrowił, jeśli taka jest Jego wola, i gorąco ufam, że zostaniesz wysłuchany”. Słowa te wypowiedziała o godzinie ósmej rano, jak już powiedziano, w dniu pogrzebu6.

I w tym momencie stał się cud! Podnosząc się z kolan, została w jednej chwili, w mgnieniu oka całkowicie uzdrowiona! Ramieniu wróciła sprawność. Mogła znów w pełni wydajnie pracować i zarabiać pracą na życie! Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się ze szczęścia.

Świadkowie owego zdarzenia w pierwszej chwili zdrętwiali ze zdumienia połączonego z nabożnym lękiem, po chwili wszakże ze zdwojoną energią rzucili się, by pozyskiwać coś, co by było relikwią związaną ze zmarłym. No bo czyż nie było to pewnym znakiem świętości, że cud ów dokonał się jeszcze przed pogrzebem?

A kiedy nie było już niczego co można by zabrać z tej ubożuchnej izdebki, pocierano kawałkami tkaniny o trumnę samą, iżby choć tyle zachować na pamiątkę po tym niezwykłym pokutniku i by też w ten sposób oddać hołd przyjacielowi biednych i obrońcy prawdziwej wiary, wiary nie skażonej, czystej, miłej Bogu… Tak przynajmniej sądzono…

* * *

3 maja. Pogrzeb. Tłumy. Nieprzebrane. Sam Louis Antoine kardynał de Noailles7 przybył wraz ze świtą. Żałobnicy nie pomieścili się w niezbyt dużym kościele Świętego Medarda, zapełniając cały plac wokół świątyni. A potem celebrans powiódł kondukt na cmentarz. A potem, gdy już miano spuścić trumnę w głąb mogilnego dołu, ci, którym nie było dane pomodlić się przy zwłokach de Pârisa i nie zdobyli żadnej po nim pamiątki, teraz rzucali się na trumnę, starając się odłupać od niej choćby drzazgę, a kiedy wreszcie grabarze na tyle opanowali całe owo zamieszanie, iż w końcu usypali mogiłę nad zmarłym, to pazurami rwali i tę ziemię, traktując ją niczym cenny obiekt kultu.

Na pogrzebie nie stało tylko dwojga ludzi, którzy za życia diakona prosili go o pomoc, o modlitewne wstawiennictwo w ich intencji… Mikołaj zapiekł się w żalu pomieszanym ze złością, bo poczuł się oszukany, a Florine była zbyt słaba po drugim już poronieniu, iżby mieć siłę wziąć udział w tej ostatniej posłudze względem diakona…

Cmentarz Świętego Medarda

Pogrzeb de Pârisa nie zakończył sprawy, choć na zdrowy rozum tak powinno się było stać, bo teraz Cimetière de Saint MédardCmentarz Świętego Medarda od dnia owego pogrzebu stał się sławny. I to nie tylko w Paryżu! Albowiem zdarzały się na nim niekwestionowane cuda, mające niezliczoną rzeszę świadków.

Do grobu diakona, przez ludność Paryża i duchownych jansenistycznych, okrzykniętego świętym, ściągały nieprzebrane tłumy. I działy się cuda tak liczne i tak spektakularne, iż kardynał de Noailles zdecydował się nawet na otwarcie procesu beatyfikacyjnego de Pârisa.

Ludzie odzyskiwali wzrok, słuch, zdrowe zmysły, opuszczał ich paraliż, rozpuszczały się guzy piersi, wysychały wrzody, goiły się ropnie… A równolegle do tego rosło chorobliwe już wręcz podniecenie – histeria nieomal – umiejętnie i sprytnie podsycana przez nadzwyczaj czynnych jansenistycznych księży, mnichów i mniszki

Wieść o tym, co się dzieje na Cmentarzu Świętego Medarda, przekroczyła granice Francji!

Spektakularnego cudu doznał między innymi młody hiszpański szlachcic Don Alphonso de Palacios, który tracił oko. Było ono tak straszliwie zniszczone chorobą, której ówcześni okuliści nie potrafili ani rozpoznać, ani tym bardziej wyleczyć, iż uznał, że ostatnim ratunkiem będzie pielgrzymka do grobu tego jansenistycznego świętego.

Gdy tam się zjawił 25 czerwca 1731 roku, oko wyglądało okropnie, było tak przekrwione i osłabione, iż najmniejsze światło, jakie doń docierało, sprawiało choremu nieznośny ból.

Don Alfonso położył się na grobie, jednakże oczekiwany natychmiastowy cud nie nastąpił. Kiedy nadszedł wieczór, zalecono mu, iżby do chorego oka przyłożył sobie kawałek śmiertelnej koszuli de Pârisa, co też i uczynił. Ból się początkowo nasilił, ale po jakimś czasie doznał znacznej ulgi, więc owo płótno-relikwię przykładał odtąd każdego dnia, aż wreszcie… 1 lipca około godziny trzeciej nad ranem poczuł, iż choroba ustąpiła! A gdy się rozwidniło na dobre, upewnił się o tym, z radością stwierdzając, że widzi, a wszelkie dolegliwości całkowicie znikły!

Byli świadkowie, były opinie i zeznania lekarskie. Na nic – jezuici podważali cudowność przypadku, lecz cierpiący, nieszczęśliwi, biedni nie dbali o to, co mówią jezuici… którzy budzili coraz większą niechęć prostego ludu, ale też i burżuazji.

Nieustanne pielgrzymki chorych przybywały do grobu zmarłego diakona, ocierały się o niego, kładły na nim, zbierały ziemię, którą traktowano niczym relikwię, a jednocześnie też jako lek na wszelkie dolegliwości tak fizyczne, jak i duchowe. Było to wszystko zjawiskiem niezwyczajnym, tak niezwyczajnym, iż władze kościelne poczęły mu się baczniej i coraz krytyczniej, a można by rzec nawet, iż również z rosnącą obawą, przyglądać. Tym bardziej że jezuici ciągle i ciągle na przekór jansenistom uparcie dowodzili, iż nie są to bynajmniej prawdziwe cuda, ale omamienie diabelskie, sam zaś de Pâris nie jest prawdziwym, lecz fałszywym świętym, powolutku podkopując tę bezkrytyczną wiarę, to bezkrytyczne przekonanie

Póki jednakowoż działy się cuda „zwyczajne”, nie podejmowano jakichś radykalnych środków. Z trudem, bo z trudem, ale jednak tolerowano to, co się działo, ponieważ tak hierarchia duchowna, jak i władze świeckie miały nadzieję, że z czasem wszystko wygaśnie samo – z braku świeżego paliwa, że spowszednieje, zblaknie i obumrze. I chyba ku temu zmierzało.

Jednakowoż nagle pojawiło się paliwo nowe. I to tak znakomite, a jednocześnie i niebywałe, iż znowu buchnął płomień fanatycznego kultu i to tak ogromny, że nie widziano sposobu, jakby go chociaż przygasić.

Oto bowiem w czerwcu 1731 roku jakiś niezapamiętany z nazwiska mężczyzna, którego nogi były powykrzywiane zapewne na skutek reumatyzmu, zległszy na grobie świętego, zaczął po jakimś czasie dziwnie drżeć i skręcać się, wić niczym robak i wydawać nieartykułowane dźwięki. Zadziwieni i zaskoczeni zebrani tam ludzie przyglądali się owemu zjawisku w milczeniu. Ale gdy po kilku minutach, kiedy kaleka wstał, krzycząc, iż całkowicie ozdrowiał, rozwrzeszczany tłum nieomal oszalał, bo widział cud jakby „nowej jakości”, „innego wymiaru”, „innego rodzaju”, dokonany na ich oczach w całkiem różnej formie niż dotychczas, nie w cichości i spokoju, ale w drgawkach, którym wtórowały porykiwanie i skowyt.

A potem kolejni i kolejni przybywający do grobu w nadziei uzdrowienia ciała, w nadziei uzdrowienia duszy doświadczali coraz to silniejszych i coraz to dziwniejszych konwulsji…

Najbardziej spektakularny, jako jeden z pierwszych, był przypadek abbé de Bescherand, który doświadczał tak straszliwych drgawek, że aż wyrzucały go one z wielką siłą w powietrze, a z jego koszmarnie wykrzywionych ust godzinami wydobywał się nieprzyjemny głos, krzyk, bardziej może przypominający ryczenie, niż dźwięki, jakie wydaje ludzka istota.

Lecz co ciekawe z czasem konwulsje owe jęły dotykać nie tylko tych, którzy tam przychodzili, by doznać oswobodzenia z chorób i utrapień, ale i zwykłych gapiów, ciekawskich, chcących jedynie popatrzeć na ów dziwny spektakl!

I w miarę upływu czasu epidemia konwulsji coraz bardziej się rozprzestrzeniała.

Do nadzwyczajnych zjawisk dochodziło już nie tylko w zetknięciu z grobem diakona, ale najpierw na terenie całego cmentarza, a później i na zewnątrz, na przylegających doń ulicach.

I nie były to już wyłącznie drgawki, konwulsje, ryki, lecz coś, co można zakwalifikować do ostrej patologii przedziwnie zapewne splecionej, z przynoszącym niektórym zadowolenie płciowe, z masochizmem.

Byli tacy, którzy odbijając się od ziemi, rzucali się później na nią w taki sposób, by z całej mocy wal o nią głową. I nigdy się przy tym nie ranili!

Byli też i tacy, którzy połykali płonące węgle, albo kamienie wielkie niczym pięść, których normalnie żadną miarą nie dałoby się przełknąć, bo gardło jest na to zbyt wąskie!

Byli i tacy, których przez dobre dwa kwadranse maltretowało bez litości nawet i dziecięciu krzepkich mężczyzn, bez najmniejszej szkody dla maltretowanych! A wszystko to dotyczyło – bez wyjątku – tak niewiast, jak i mężczyzn.

Ale byli i tacy, którzy podczas konwulsji ujawniali sekrety cudzych serc i sumień, przepowiadali przyszłość, przemawiali po hebrajsku, grecku, po łacinie, w językach, których nie tylko nigdy się nie uczyli, ale nawet nie słyszeli! Prymitywni zaś analfabeci wygłaszali głębokie i poruszające kazania8

I tak to się toczyło…

Epidemia konwulsji

Louis Basile Carré de Montgeron9, naoczny i wiarygodny świadek dostarczył opisów licznych i bardzo spektakularnych cudów, jakie się dokonały podczas drgawek i paroksyzmów nadzwyczajnych, za przyczyną – wedle powszechnego mniemania – de Pârisa.
Oto na przykład, jak podaje kronikarz, niejaka Jeanne Thénard, lat trzydzieści licząca, w roku 1731, w sam dzień Wszystkich Świętych legła na grobie diakona, gdzie natychmiast ogarnęły ją gwałtowne konwulsje, które podnosiły jej ciało w powietrze z taką siłą, iż musiało ją przytrzymywać kilka osób!
Inna z niewiast, niejaka Marie-Jeanne Fourcroy chciała się pomodlić przy grobie diakona, o uleczenie jej z anakylozy, to jest zesztywnienia stawów, a choroba była u niej tak zaawansowana, iż prawdopodobnie doszło już do zrośnięcia się stawów, ale widząc co się tam dzieje, wystraszona uciekła.
Wahała się długo, a nawet bardzo długo. Czując jednak jakiś dziwny wewnętrzny przymus zwrócenia się z prośbą do świętego o ratunek, 21 marca 1732 roku nie poszła na cmentarz, bo wejść tam nie mogła, ale zmusiła się do wypicia wina, do którego wrzucono grudkę ziemi z jego grobu i natychmiast ogarnęły ją konwulsje. Gdy odzyskała zmysły, poczuła wewnętrzny spokój, jakiego nigdy jeszcze nie doświadczyła, a który trudno było jej opisać, a choroba ustąpiła! I tak samo wspaniale się czuła po każdym następnym doświadczaniu konwulsji, w których, jak nietrudno się domyślić, wręcz się rozsmakowała. A ziemi z grobu diakona w stolicy Francji nie brakowało!
Takie przykłady można by mnożyć i mnożyć, bo bardzo wiele z nich szczegółowo opisano i nader rzetelnie udokumentowano, wydaje się jednak, że tych już aż nadto wystarczy.
Ponieważ owa epidemia, bo trudno znaleźć na to, co się działo trafniejsze słowo, rozrastała się tak, że w końcu objęła cały Paryż, zarówno świeckich, jak i duchownych, prostaczków i szlachtę poczęła budzić coraz większe zaniepokojenie władz kościelnych i świeckich. To, co się działo burzyło ład społeczny, a owo stawało się już niebezpieczne.
Tym bardziej, iż pojawiło się coś jeszcze, na początku epidemii owej nieznanego – oto pośród wrzasków i drgawek często dało się słyszeć straszne bluźnierstwa i zauważyć grubą rozpustę, czego przecie w takim miejscu być nie powinno.
I z wypiekami na twarzach opowiadano sobie nieskromne historie, jak to dojrzali mężczyźni nieomal publicznie współżyją z nieletnimi dziewczętami i mówiono coraz głośniej i coraz bardziej otwarcie, iż niektórym z konwulsjonistów o nic innego nie chodziło jak tylko o zaspokojenie swoich lubieżnych chuci. A tłumy, jakie się tam codziennie zbierały, obfitowały w piękniutkie dziewczęta i chłopców chętnych do udziału w owych wątpliwych widowiskach wespół z amatorami perwersyjnych doznań i zwykłymi wariatami10.
I wreszcie król postanowił zainterweniować.

* * *

W dniu 27 stycznia 1732 o godzinie czwartej nad ranem, gdy jeszcze mrok spowijał Paryż, przed bramę Cmentarza Świętego Medarda zajechała konno grupa uzbrojonych żołnierzy. Kiedy późnym rankiem, gdy już się rozwidniło, przybyli pierwsi tego dnia ludzie złaknieni doznania konwulsji, zastali bramę cmentarną zamkniętą na głucho i na dodatek groźne, uzbrojone po zęby, straże przed nią…
Wściekłość ogarnęła tłum, lecz nie było szans na to, żeby dostać się do środka, by dotrzeć do grobu świętego.
I chyba jeszcze tego samego dnia na ogrodzeniu cmentarnym ktoś przybił kartkę, na której wielkimi literami wypisał taki oto dwuwiersz:

De par le Roi, défense à Dieu
De faire miracle en ce lieu!

Z rozkazu króla, wzbroniono by Bóg
Tutaj, w tym miejscu, mógł uczynić cud!

Lecz nie był to bynajmniej koniec owej niesamowitej historii…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Urodzona około roku 1700, data śmierci nieznana.

2Długa do ziemi zwierzchnia szata mnichów z niektórych zakonów z niezwykle szerokimi rękawami, czasem posiadająca kaptur, a czasem nie.

3W kabalistyce najwyższy lub najgłębszy z pięciu poziomów duszy.

4Pogląd gnostycki, który dziś obecny jest również między innymi w Islamie.

5Adrien Borel, Les convulsionnaires…, p. 8.

6P.–F. Mathieu, Histoire des miraculés et des convulsionnaires de Saint-Médard, Paris 1864, pp. 117-119.

71651-1729 – arcybiskup Paryża.

8P.–F. Mathieu,Histoire des miraculés…, pp. 241-242; La vérité des miracles opérés par l’intercession de monsieur de Paris et autres appelans démontrée contre M. L’archevèque de Sens par Louis Basile Carré de Montgeron, tome premier 1737 & tome second 1741.

91686-1754 – początkowo libertyn i niewierzący, który z czystej ciekawości udał się na Cmentarz Świętego Medarda, gdzie doznał nagłego nawrócenia. Po tym doświadczeniu stał się żarliwym jansenistą, autorem dzieł apologetycznych dotyczących konwulsjonizmu, za co był więziony przez 17 lat, aż do samej śmierci.

10Adrien Borel, Les convulsionnaires…, pp. 13-15.

Co niesie Brunatny Deszcz z Sahary.

Co niesie Brunatny Deszcz z Sahary

StanW brunatny-deszcz-z-sahary
Pył z Sahary na naszych szerokościach geograficznych bywał często, jednak do wczesnych lat 90. zjawisko to było dość ograniczone. Potwierdzają to starsze badania. Ale w ciągu ostatnich kilku lat jest to zjawisko powszechne. A konsystencja czerwono-żółtego pyłu znacznie się zmieniła.
Kilka lat temu można było to po prostu zmieść miotełką lub sam spadł podczas jazdy, dziś jest jak twarda folia, która zdaje się przyklejać i pęknięć na powierzchni auta. Należy zatem zapytać o możliwe zagrożenia dla zdrowia i szkodliwego działania na naturę.
Co przynosi ze sobą brunatny deszcz w kwietniu?
 Instytut Inżynierii Procesów Przewlekłych w Tuzli (Bośnia) przeanalizował oryginalny piasek z Sahary oraz ten znaleziony w brunatnam deszczu na początku kwietnia.
Rezultat był więcej niż dziwny. Wykryto koktajl 26 metali i chemikaliów. Ale jeszcze dziwniejsze były pyły, szczególnie uderzająca była ilość aluminium.
Normalnie w pyle saharyjskim jest 14,20 mg/kg aluminium.
Ilość glinu znaleziona przez bośniacki instytut wynosiła 10 342 mg/kg!, a więc zawiera teraz 728 razy więcej aluminium niż zwykle.
Poza aluminium znaleziono w pyle 64 razy więcej cynku, 23 razy więcej żelaza, 2500 razy więcej niklu, 660 razy więcej baru i 44 razy więcej arsenu.
Instytut wymienia również bor, beryl, bizmut, kadm, kobalt, chrom, miedź, lit, mangan, molibden, ołów, antymon, selen, cynę, stront, tal i wanad. Niestety, „dawki” tego nie są dostępne. 
Ale to nawet nie jest konieczne. Podane powyżej ilości glinu, baru i arsenu są wystarczające, aby aktywnie prowadzić do zachorowań ludzi i zwierzęta oraz zanieczyścić glebę na długi czas. I oczywiście to zanieczyścić co na ziemi rośnie.
W czerwcu 2015 r. w artykule naukowym w Current Science (Indian Academy of Sciences) geolog z San Diego, J. Marvin Herndon, ujawnił:

Na całym świecie od ponad dekady nasza planeta jest celowo i potajemnie narażona, z dramatycznie rosnącą intensywnością, na działanie nienaturalnych substancji, które uwalniane są do środowiska,jaktoksyczne lotne aluminium. Pomimo tego, że nie było zezwoleń na taką działalność czy badania. Nie ujawniono również toksyczności tych substancji uwalnianych do powietrza”.
Poprzez zasiewanie chmur z samolotu (chemtrails), konspiracyjną geoinżynierią, ludzkość, a także flora i fauna ziemi, jest narażona na wysoce zmobilizowane/ nanozowane aluminium, toksyczną substancję, która nie występuje w środowisku naturalnym.
W okresie tym nastąpiła eksplozja chorób neurologicznych związanych z aluminium, w tym autyzmu, choroby Alzheimera, choroby Parkinsona, ADHD i innych, a także różnorodneuszkodzenia roślin i zwierząt. Można przypuszczać, że przyczyną jest wysoce aktywne aluminium z geoinżynieryjnego pyłu lotnego puszczanego z samolotów (chemtrails).

Jak działa aluminium?
W roślinach ważny regulator przepuszczalności membran dla wody i jonów.
W roślinach zasobnych w wodę zapobiega wydostawaniu się elementów budulcowych z komórki
W przypadku zaburzeń: utrata składników mineralnych = utrata wody komórkowej. Wynik: odchudzenie komórki

Wniosek: Aluminium w organizmach żywych ma bezpośredni wpływ na gospodarkę wodną.

Jak działa bar?
Wpływa na serce i układ naczyniowy.
W niskich stężeniach przyspiesza i wzmacnia wzrost wyporności => wzrost przepływu wieńcowego wraz ze spadkiem ciśnienia krwi. W wyższych stężeniach czynność serca spowalnia, wraz ze wzrostem ciśnienia krwi.
W związku z tym jako obca substancja jest nawet postrzegana jako toksyczna!
Bar jest bardzo zbliżony do wapna w układzie okresowym i chemicznie.
A między wapnem a barem jest stront, który jest również blisko spokrewniony.

Stront, metal ziem alkalicznych jest znany w medycynie, ranelinian strontu (= sól

C12H6N2O8SSr2) np. hamuje resorpcję kości i jednocześnie zwiększa wzrost kości, jest bardzo skutecznym lekarstwem na osteoporozę. Podobnie jak wapń, może być włączony jako składnik kości.

Nie mylić zradioaktywnym strontem-90obecnym w biosferze, który pochodzi głównie z testów broni jądrowej.Oganizm włącza również ten radioaktywny stront do kości.
 Brunatny deszcz przenosi dużo metali szkodliwych dla zdrowia. Do tego każdego dnia jesteśmy stale narażeni na wszystkie te szkodliwe substancje poprzez emisje gazów spalinowych z samolotów. 

Metale te są transportowane za pomocą pyłu saharyjskiego i opadają, a kiedy pada deszcz widzimy tzw. „brunatny deszcz”
 Często stosowanyjestpopularny argument, że „

zawsze tak było” ale ten argument jest łatwy do obalenia ponieważ zawsze było 14,20 mg/kg glinu w piasku z Sahary – a nie jak jest obecnie  10 342,00 mg/kg.  a więc 728 razy więcej aluminium jak było kiedyś.
 Gdzie w mediach publicznych można tym przeczytać lub usłyszeć?
Naprawdę najwyższy czas się obudzić i zobaczyć rzeczy takimi, jakie one są.
Jak by to było mało, to ONZ planuje jaszcze zaciemnić atmosferę, aby „uratować klimat” 
Nie ma dnia, żeby nie natknąć się na mniej lub bardziej absurdalne plany ratowania klimatu.
Oznacza to, żeorganizacje takie jak ONZ, WHO czy UE coraz częściej działają wbrew interesom ludzi.
Bez względu na to, czy chodzi o rzekomą pandemię korony, wojnę na Ukrainie czy klimat, to co się robi, służy interesom korporacji i elity finansowej.

https://tkp.at/2023/03/01/un-plant-verdunklung-der-atmosphaere-zur-klimarettung/
Jeśli obudzisz się z rana i suszy ciebie w jamie ustnej, jak byś miał kaca po przepiciu, to przypomnij sobie jakie działanie ma pył aluminiowy na gospodarkę wody w organizmie, którą możesz już mieć dobrze zakłóconą przez chemtrails.

Jak i dlaczego USA gnije i się rozpada. Do diabła z Ukrainą… …, czyli co się dzieje w USA

Jak i dlaczego USA gnije i się rozpada.

Do diabła z Ukrainą,… …, czyli co się dzieje w USA

zygumnt bialas

W Los Angeles jest około 60 tysięcy ludzi śpiących – kto o tym wie? – na chodnikach, w namiotach, kartonach, śpiworach lub po prostu nie wiadomo gdzie… Inni mieszkają w swoich samochodach. Podobnie jest w San Fran, Seattle i St Louis. Ponieważ nie ma toalet, załatwiają swoje potrzeby, kiedy tylko przyjdzie im ochota i gdziekolwiek. Jaki mają wybór? – Niektórzy są ćpunami, inni wariatami, wielu po prostu nie ma pracy albo takiej, w której zarabia się wystarczająco dużo, by stać było na kwaterę.

Tymczasem Biden wysyła miliardy na Ukrainę, wiele miliardów, nasze miliardy, podczas gdy Ameryka rozpada się w środku. Skorumpowany, zniedołężniały, drugorzędny prawnik, w tajemniczy sposób upoważniony do zbankrutowania własnego kraju, aby zadowolić brudny, skorumpowany kraj, który nie ma znaczenia dla Ameryki.
 
Jak to jest możliwe? Dlaczego Amerykanie to tolerują? – Ponieważ nie mają wyboru. Amerykanie nie mają wpływu na swój rząd z wyjątkiem mało istotnych spraw. Ostatnio moja pasierbica Natalia, Meksykanka, była w Austin odwiedzając przyjaciół. Wróciła i opisała Amerykę jako dziwny kraj. Wszystkie domy były takie same, więc jak można było znaleźć drogę do domu w nocy? – I było mnóstwo ludzi mieszkających pod mostami i na chodnikach – powiedziała. To było dla niej dziwne. Nigdy nie widziała czegoś takiego w Meksyku. Przez dwadzieścia lat ja też nie widziałem.
 
Tymczasem Biden wysyła fortunę na Ukrainę. Jak to możliwe? Czy nie moglibyśmy mieć amerykańskiego prezydenta? Chociaż raz? Kogoś, kto dba o ludzi we własnym kraju? Nie widać na to żadnych perspektyw. W Ameryce jest wielu ludzi, którzy nie mają co jeść, albo ledwo co. Appalachia, Rust Belt, wiejskie głębokie Południe. Czy Biden ma co jeść? – Ciekawe, czy obchodzi go, że wielu jego współobywateli nie ma co jeść. Ale obchodzi go Ukraina, obchodzi go bardzo.
 
Ameryka się rozpada, ale Biden odbuduje Ukrainę. Nasze pociągi wyglądają jak coś z Turner Classic Movies. Wersje pasażerskie na całym kontynencie są ładne, choć powolne. Ale są też prymitywne i źle utrzymane. W ciągu miesiąca wykoleiły się cztery pociągi towarowe. Nie, jest ich pięć. Dziś rano czytaliśmy o kolejnym w Arizonie. To jest Trzeci Świat zmierzający do Czwartego. A Biden zrobi, co trzeba, tak długo jak będzie trzeba. Dla Ukrainy.
 
Zastanawiam się czasem, czy Biden zna swój własny kraj. Nie ma dowodów na to, że go zna. Nie był w wojsku, nie spędził czasu na autostopie przez Zachodnią Wirginię, nie zna bryzy bigrigów (ciężkich ciężarówek), które ustawiają się na autostradach Dalekiego Zachodu. Nigdy nie pracował na życie i prawdopodobnie nie zna nikogo, kto by to robił. Jest politycznym cwaniakiem i drugorzędnym prawnikiem, który ukończył studia na 76. pozycji wśród 85 studentów, po tym jak został przyłapany na oszukiwaniu.
 
Ale wyśle tyle naszych pieniędzy na Ukrainę, ile będzie trzeba. Jesteście jeszcze wdzięczni? – We Flint w Michigan i w Jackson w Missisipi, a także – jak powiedziała mi mieszkająca tam córka – w Nowym Orleanie, woda nie nadaje się do picia. Co to za kraj, który na to pozwala? – Odpowiedź brzmi: kraj-krzak, czyli taki, którego rząd jest bardziej zainteresowany Ukrainą niż własnym narodem.
 
Ale, jeśli mogę, słowo o pociągach. Moja żona i ja byliśmy w Chinach kilka lat temu i jechaliśmy szybkimi pociągami (180 mil [290 km] na godzinę). Są niesamowite, gładkie, ciche, piękne. Pociąg z nadprzewodnikiem wysokotemperaturowym, o prędkości 360 mil na godzinę i nadwoziu z kompozytów z włókna węglowego, jest w późnym stadium rozwoju. Ameryka nie ma ani jednego nanometra, ani jednego angstremu, ani jednego z nich. Powrót z Chengdu był jak powrót z filmu science fiction.
 
Ale Biden wysyła miliardy na Ukrainę, podczas gdy kilkaset tysięcy umiera za niego na Ukrainie. Ale zrobi wszystko dla Ukrainy. W ogóle wszystko. Amerykanie nie chodzą do lekarza, bo nie mogą zapłacić rachunków. W przeciwieństwie do krajów pierwszego świata, w Ameryce nie ma porządnej opieki medycznej. Czy myślisz, że Bidenowi brakuje opieki medycznej, podczas gdy wysyła pieniądze, których Ameryka rozpaczliwie potrzebuje, na Ukrainę?
 
Chiny – jeśli mogę ponownie powiedzieć to okropne słowo – mają gospodarkę nastawioną na zysk. Chiny wydają swoje pieniądze na Chiny. Ameryka wydaje swoje pieniądze na Ukrainę. Spójrzcie na Chiny. Widzisz autostrady, czteropasmowe tunele biegnące dwanaście mil pod górami, jasno oświetlone. Lotniska, zapierające dech w piersiach mosty. Fenomenalne linie elektryczne wysokiego napięcia. Jeśli interesują cię takie rzeczy, Chiny mają ogromną bazę zainstalowanych urządzeń Five-G, a teraz, od Huawei, Five.five-G.
 
Biden właśnie podpisał ustawę o 886 miliardach dolarów na wojsko. Dodajmy VA, czarne programy – Bóg wie jakiej skali – i DOE [uwaga: DOE to skrót od United States Department of Energy, który jest odpowiedzialny za promowanie innowacji w technologii energetycznej i zapewnienie bezpieczeństwa narodowej broni jądrowej]. Podsumujmy to, a wyjdzie grubo ponad bilion dolarów.
 
Większość Amerykanów żyje z maksymalnie obciążonymi kartami kredytowymi i nie ma nawet pięciuset dolarów w zapasie na nagłe wypadki. Biden, który uniknął służby podczas wojny wietnamskiej, a teraz wojowniczy prezydent, ma prawdopodobnie 500 dolarów na swojej karcie Visa. I kupuje lotniskowce za 13 miliardów za sztukę, i pieniądze wysyła na Ukrainę. Czego potrzebujemy bardziej, niedrogiej opieki dentystycznej czy lotniskowca?
 
Przestępczość w Ameryce osiągnęła zatrważający poziom. Turyści z normalnych krajów muszą traktować wizyty jak wycieczki do ZOO. Edukacja jest fatalna i szybko się pogarsza pod rządami Bidena. Pojawiają się wyboje, mosty stają się przestarzałe, infrastruktura gnije. Ale Ukraina dostaje wiele, wiele za darmo. A teraz banki upadają, ponieważ, cóż, Lockheed-Martin otrzymał gigantyczny prezent wojskowy; dług krajowy jest gigantyczny, deficyty handlowe są ogromne i nie ma końca wojen. Teraz Ukraina prosi o samoloty bojowe.
 
Dziękujmy więc Bogu, że żyjemy w demokracji, gdzie zwycięża wola narodu. Nie będziemy jeździć pociągami ani pić wody, ani odwiedzać lekarza i będziemy mieć przygotowaną wygodną podkładkę, bo chodniki są twarde i zimą zamarzają. Ale możemy być pewni, że Biden wyśle na Ukrainę tyle naszych pieniędzy, ile ten ponury, nic nie znaczący kraj zechce.
 https://seniora.org/politik-wirtschaft/fred-reed-zum-teufel-mit-der-ukraine
 
Napisał: Fred Reed Opracował: Zygmunt Białas

===================

Komentarz: „Można zaryzykować tezę, że USA są 
przygotowywane przez grandziarzy finansowych do rozwałki. Fabryki 
wywieziono do Chin (podobnie jak Rosja wywiozła swe fabryki za Ural w 
obliczu II wojny światowej). Zostawiono tylko większą część zakładów 
zbrojeniowych, ale ostatnio wybuchł skandal w kongresie, bo komponenty 
elektroniczne i jakieś części mechaniczne do amerykańskiej broni też 
robione są ponoć we wrogich Chinach. Ten proces położenia laski na 
Ameryce trwa od około połowy lat siedemdziesiątych. Szkolnictwo 
tragiczne, służba zdrowia tragiczna, warunki pracy i ubezpieczenia 
tragiczne, możliwości samozatrudnienia bardzo ograniczone, 
infrastruktura sypie się nie odnawiana od lat 60tych. Więzienia 
zapchane,przestępczość narasta, narkomania, bezdomność, bieda hula wsród 
klasycznej klasy robotniczej i farmerów; nielegalnych emigrantów 
przyjmuje sie na miliony, mimo że brakuje dla nich pracy i mieszkań. 
Niezadowolenie podzielonego we wszelkich możliwych płaszczyznach 
społeczeństwa narasta i szanse na solidarny wybuch gniewu i rebelię 
zmiatającą mafię cwaniaków u władzy maleją.”

Najmłodsi sportowcy Kanady nagle umierają : Obowiązek szczepionek COVID dla dzieci był zbrodnią…

Najmłodsi sportowcy Kanady w wieku 6-13 lat umierają nagle: Obowiązek szczepionek COVID-19 dla dzieci uprawiających sport był zbrodnią…

Szczepionki COVID-19 są zakazane dla dzieci poniżej 18 roku życia w krajach skandynawskich

Dr William Makis Global Research, 26 III 2023 r. youngest-athletes-dying-suddenly-covid-vaccine

Kanadyjscy politycy, urzędnicy zdrowia publicznego i liderzy służby zdrowia popełnili wiele poważnych przestępstw podczas pandemii COVID-19, ale jednym z najbardziej haniebnych było przymusowe szczepienie COVID-19 mRNA zdrowych dzieci-sportowców w latach 2021-2022, aby mogły nadal uprawiać sport.

Oto niektórzy z najmłodszych sportowców Kanady, którzy zmarli nagle w ciągu ostatnich 3 miesięcy.

[Zdjęcia, opisy działań i dramatyczne zachorowania, odnośniki – w oryginale MD]

====================

Presley Clara Rose Wilchuck (lat 13) (zm. 13 stycznia 2023 r.)

Presley grała w piłkę nożną w Reginie, Saskatchewan. Zmarła nagle 13 stycznia 2023 roku.

Jak donosi Regina Leader-Post:

„Presley była zawodniczką Regina Victorias – Regina Minor Football’s pierwszy zespół dziewcząt. Presley pomogła jej drużynie wygrać mistrzostwo 2022 Prairie Girls Football League.

Na bankiecie rozdania nagród Victorias, który odbył się w listopadzie, Presley została uznana za najlepszą zawodniczkę drużyny. Presley należała do najmłodszej grupy wiekowej, gdy dołączyła do Victorias w 2021 roku, jako uczennica klasy 7.

===============================

Jeremy Riendeau (lat 10) (zm. 3 stycznia 2023)

Jeremy była hokeistą z Sainte-Martine w Quebecu. Zmarła nagle 3 stycznia 2023 roku. Była pasjonatką hokeja”

======================.

Slade Smith (7 lat) (zm. 29 listopada 2022)

Slade był hokeistą z Calgary w stanie Alberta. Zmarł nagle 29 listopada 2022 roku. W oświadczeniu rodziny czytamy:

„Slade odszedł nagle po zaledwie czterodniowej chorobie, a jego słodkie małe serce po prostu nie wytrzymało”.

===============================

Ayla Grace Loseth (lat 9) (zmarła 29 listopada 2022)

Ayla mieszkała w West Kelowna, British Columbia.

„Ayla była utalentowanym jeźdźcem, który kochał swoją poli Holly i konia Titanium”

Objawy grypopodobne w dniu 26 listopada 2022 roku, została wysłana do domu z pogotowia i zmarła trzy dni później z powodu powikłań infekcji Strep A .

Rodzina Ayli wyraziła obawy dotyczące opieki medycznej, którą otrzymała (kliknij tutaj): „Rodzina podniosła pytania o to, dlaczego Ayla nie została umieszczona na antybiotykach wcześniej”.

„Nic nie wydawało się wystarczająco pilne, dopóki nie było za późno”.

=================================

Danielle Mei Cabana (lat 6) (zmarła 26 listopada 2022)

Danielle mieszkała w Richmond, British Columbia. Była hokeistką, członkiem dziewczęcej drużyny hokejowej Richmond Ravens U7. Zmarła nagle 26 listopada 2022 roku.

Richmond News poinformowało :

„Według postu na Instagramie taty Denisa Cabana, Danielle złapała grypę w tym samym czasie co jej siostry w okolicach Dnia Pamięci.

Danielle została zabrana do szpitala , gdy okazało się, że nadal walczy z grypą po tym, jak jej siostry wyzdrowiały. Wkrótce została przeniesiona na oddział intensywnej terapii, gdzie zdiagnozowano u niej zapalenie mięśnia sercowego z powodu grypy.

Następnie otrzymała dwa zabiegi na serce i zaczęła oddychać samodzielnie, ale ostatecznie zmarła po doznaniu „masywnego udaru”.

========================

Eric Homersham (wiek 13 lat) (zmarł 9 listopada 2022 roku)

Eric był hokeistą, który mieszkał w Calgary, Alberta .

„Naturalny sportowiec, Eric uprawiał kilka sportów, ale jego głównym celem był hokej i golf”.

Jak donosi Calgary Herald :

„Eric Homersham, uczeń klasy 8 w West Island College, zmarł 9 listopada po upadku na szkolnej próbie koszykówki”.

„Eric, najmłodszy z trójki rodzeństwa, był związany z Calgary youth Wolverines Hockey Club przez osiem lat, dołączając do programu jako Timbit w 2014 roku. W tym sezonie rozpoczął pracę z drużyną U15 Division 1.”

========================

My Take…

Uważam, że szczepionki COVID-19 mRNA poważnie uszkadzają układy odpornościowe i serca małych dzieci. Uszkodzenie to może zająć 6-12 miesięcy, aby w pełni się ujawnić.

Nic dziwnego, że kanadyjskie władze zdrowotne próbują udawać, że te nagłe zgony najmłodszych sportowców Kanady nie mają miejsca.

Jak mogą one tak długo ignorować ten poważny problem??

Wykresy poniżej pokazują przyjęcie mRNA po 2 dawkach po lewej stronie i przyjęcie mRNA po boosterze po prawej, jako procent wszystkich kanadyjskich dzieci w wieku 5-11 lat, i 12-17 lat.

Rząd kanadyjski przestał publikować te wykresy w styczniu 2023 roku.

Ani „polska” ani „lewica”, ale chcą, żeby modlitwa stała się myślozbrodnią.

Ani „polska” ani „lewica”, ale chcą, żeby modlitwa stała się myślozbrodnią.

„Nie będziemy mogli spokojnie modlić się nawet w kościołach”

Na podst.: Goran Andrijanić zeby-modlitwa-stala-sie-myslozbrodnia

To wydaje się prawdziwą „obietnicą wyborczą“.

Katarzyna Kotula, posłanka Lewicy na Sejm, napisała, że jej partia, gdy dojdzie do władzy, zakaże modlitwy przed szpitalami i klinikami aborcyjnymi.

Wprowadzimy zakaz modlitw- pikiet z krwawymi banerami przed szpitalami w których są oddziały ginekologiczne, zaraz po wygranych wyborach—napisała Kotula , komentując wiadomość z Wielkiej Brytanii.

W Wielkiej Brytanii zakazano modlitw w okolicy budynków, w których przeprowadzane są aborcje. To bardzo „kontrowersyjna” decyzja, o którą cały czas toczą się zaciekłe dyskusje. [skandaliczna, panie Goran! MD].

CZYTAJ RÓWNIEŻ: „Nie” dla życia. „Ustawa wymierzona w organizacje katolickie uczestniczące w modlitwach przed hiszpańskimi szpitalami”

Na obszarze w odl. 150 metrów wokół klinik aborcyjnych zabronione jest wyrażanie uczuć religijnych. Nawet cicha modlitwa. Dwie osoby, które odważyły się zatrzymać na chwilę na tym „chronionym” terenie i pomodlić się, zostały już zatrzymane. Są to działacz pro-life Isabel Vaughan Spruce i ksiądz Sean Gaugh. Oboje zostali aresztowani w Birmingham za modlitwę, której nawet nie odmówili na głos.

W ten sposób modlitwa do  prawdxziwego Boga stała się pierwszą oficjalną „myślozbrodnią” na Zachodzie. Spełniła się wizja George’a Orwella z jego arcydzieła „1984”.

Długo zajęłoby nam wyliczenie wszystkich powodów, dla których decyzja władz w Wielkiej Brytanii jest błędna. Między innymi zagraża swobodom obywatelskim i religijnym oraz stanowi niebezpieczny precedens dla społeczeństwa demokratycznego.

Pani poseł Kotula jednak wcale się tym nie martwi. Wszystkie te wątpliwości rozwiązałaby w prosty sposób – zakazem. I zrobiłaby to zgodnie z tradycją polityczną partii, do której należy. Tradycja, w której represje wobec katolików są preferowaną metodą.

Polska według „totalsów”

I właśnie taka będzie [byłaby, panie Goran !! MD] Polska, którą obóz totalnej opozycji już dla nas przygotowuje, pewny swojego zwycięstwa w nadchodzących wyborach [co on pieprzy… Oni widzą, że nawet przy takiej gównianej ordynacji dostaną w dupe. MD.]

Polska, gdzie modlitwa w miejscu publicznym będzie przestępstwem. Jednocześnie nie będziemy mogli spokojnie modlić się nawet w kościołach, bo zawsze będzie istniała możliwość, że Msza św. zostanie przerwana przez jakiś „działaczy lewicowych.” Którzy, oczywiście, nie zostaną za to ukarani.

Tak jak ukarani nie zostali lewaccy „aktywiści” z Poznania.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Wdarli się do kościoła, zastawili ołtarz transparentami podczas Mszy Świętej, ale sąd ich uniewinnił! Powód? „Nie zrobili tego złośliwie”

Asia news: Władze Chin w walce przeciw Chrystusowi. Watykan kibicuje.

Asia news: Władze Chin w walce przeciw Chrystusowi. Watykan kibicuje.

Chiny: Komunistyczne władze oferują 162 euro za donos o „nielegalnej” działalności religijnej 

Na podst.: Chiny-wladze-a-nielegalna-dzialalnosc-religijna

Do 162 euro „premii” będzie mógł otrzymać każdy donosiciel, który zgłosi władzom „nielegalną” działalność religijną – postanowiła lokalna Administracja Spraw Religijnych w mieście Zhumadian we wschodnich Chinach. Potencjalni donosiciele są proszeni o dostarczenie „materiałów audiowizualnych, które mogą potwierdzić zgłaszane fakty”.

W prowincji Henan mieszka dziesięć procent chińskich katolików, a wspólnota nie uznawana przez władze jest silna – twierdzi agencja Asianews.

Nowe postanowienia wprowadzające „premię” dla donosicieli są częścią polityki Xi Jinpinga, polegającej na „sinicyzacji” religii – dodają dziennikarze.

Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy lokalne władze zachęcają do tłumienia wspólnot religijnych uznanych za niezgodne z dyktatem Komunistycznej Partii Chin, a więc postrzeganych jako zagrożenie dla stabilności społecznej. Zachęca się do „udziału społeczeństwa” w zwalczaniu nielegalnych działań religijnych. Ostatnio władze prowincji wprowadziły obowiązek rejestracji przez wiernych „wszystkich wyznań”[co za zakłamanie!! Tam są katolicy tradycji !! MD], aby móc uczestniczyć w nabożeństwach.

Przypomnijmy, że od prawie dwóch lat miejscowa policja bezprawnie przetrzymuje (bez wyroku i postawienia zarzutów) biskupa Josepha Zhang Weizhu z Xinxiang. Podpisanie w 2018 r. i odnowienie w październiku 2020 i 2022 r. chińsko-watykańskiego porozumienia o mianowaniu biskupów nie powstrzymało prześladowań katolików, zwłaszcza gromadzących się nieoficjalnie. W ostatnim okresie reżim w Pekinie wydał szereg zarządzeń ograniczających jeszcze bardziej wolność religijną – podaje agencja Asianews.

Źródło: KAI

=============================

MD: „Chińsko-watykańskie porozumienie o mianowaniu biskupów” było zgodą Watykanu na prześladowania silnego w Chinach „kościoła podziemnego”, czyli nie-komunistycznego. Kardynałowie i biskupi protestujący napotkali na wrogie milczenie Watykanu, a prześladowania w Chinach.


Unia w rękach sekty klimatystów – bez samochodów. Eurokraci chcą zrujnować gospodarkę Europy, sprowadzić na nią nędzę i chaos…

Unia w rękach sekty klimatystów – bez samochodów. Eurokraci chcą zrujnować gospodarkę Europy, sprowadzić na nią nędzę i chaos..

 unia-w-rekach-sekty-klimatystow

Eurokraci zdecydowali o zakazie rejestrowania samochodów z silnikiem spalinowym. To oznacza zniszczenie europejskiej gospodarki, pozbawienie nas wolności i odebranie nam naszego stylu życia. Europa wpadnie w nędzę i chaos. Polska powinna otwarcie i głośno oznajmić, że nie podporządkuje się tej obłąkańczej decyzji.

Co z tego, że Europa stoi na skraju wielkiego kryzysu gospodarczego, a co najmniej finansowego. Że inflacja niemal we wszystkich krajach kontynentu jest najwyższa od kilkudziesięciu lat. Że kontynent liże rany po pandemii, a miliony ludzi odbudowują swe zdewastowane biznesy. Furda, że Unia pogrążona jest w kryzysie energetycznym, a u jej bram toczy się wojna. Szaleńców nic nie powstrzyma, więc eurokraci właśnie uchwalili, że po 2035 roku w Unii nie będzie można rejestrować samochodów zarówno osobowych jak i dostawczych z silnikiem spalinowym. Decyzja podjęta przez Radę Unii Europejskiej ma być zweryfikowana w 2026 roku, co nijak nie zmienia faktu, że Unią i jej poszczególnymi krajami władają dziś szaleńcy, członkowie sekty klimatystów. Wcześniej decyzję przyklepały, jak łopatą ziemię na grobie, Parlament Europejski i Rada Europejska.

Ci ludzie wiodą Europę ku katastrofie. Swoją obłędną polityką klimatyczną doprowadzili do kryzysu energetycznego, ogromnej inflacji, umożliwili ruskiemu reżimowi rozpętać wojnę na Ukrainie, a teraz znów decydują jak ma podróżować i przemieszczać się 500 milionów Europejczyków. Jedynym państwem, które głosowało przeciw była Polska. Włochy, Bułgaria, Rumunia wstrzymały się. Nie ma znaczenia, czy mniejsze i słabsze kraje jak Nadbałtyckie, czy Węgry, które są teraz największym sojusznikiem Niemiec, głosowały za z powodu mniemanej troski o klimat, czy presji i strachu, że coś im z brukselskiego stołu nie skapnie. To głupia, krótkowzroczna, bardzo szkodliwa decyzja.

Gra Niemiec

Oczywiście Niemcy swoje próbują grać i knują jak załatwić używanie niby jakichś e-paliw, czy syntetycznych, które jakoby są czyste jak lelija. Nie da się wykluczyć, że niemieccy producenci samochodów, tak jak wcześniej, dopuszczą się oszustw na wielką skalę, by wykazać, iż ich silniki spełniają unijną normę emisyjności i z rur wydechowych wylatuje rumiankowy zefirek. W 2015 roku amerykańska Agencja Ochrony Środowiska wykryła, że Volkswagen montował w swych samochodach oprogramowanie pozwalającego na manipulację wynikami pomiarów emisji z układu wydechowego. Oszukańczy proceder trwał 6 lat.

Tak, czy owak eurokraci są opętani, oni nie mają bladego pojęcia co robią. Emisja CO2 przez wszystkie samochody w Europie nie ma żadnego wpływu na klimat, na atmosferę i minimalne na powstawanie smogu. Ten bowiem jest zjawiskiem lokalnym i niemal w ogóle nie zależy od emisji spalin przez samochody. Kiedy Trzaskowski opowiada, że ogranicza ich ruch w Warszawie, bo chce walczyć ze smogiem, to znaczy, że nie ma pojęcia o czym mówi, czym jest smog i z czego się bierze.

By uświadomić sobie szaleństwo eurokratów trzeba ustawić wszystko we właściwych proporcjach. Unia emituje ok. 3 miliardów ton gazów cieplarnianych liczonych w ekwiwalencie CO2. To ok 8% światowej emisji. Za 1/4 odpowiada transport z czego 70% tej wielkości to transport drogowy. W skali świata to 1,5% globalnej emisji – ok.500 milionów ton. Atmosfera Ziemi to 5 biliardów ton – 5 * 10^15, czyli – 50 000 000 000 000 000. Owa emisja samochodowa to tyle co 0,0000000000001% atmosfery. Do tego odwoływał się norweski laureata Nagrody Nobla z fizyki profesor Ivar Glaever, który mówił do zgromadzonych w wielkiej auli słuchaczy, że spalenie zapałki w tej sali ma większy wpływ na skład powietrza w niej, niż 3 lata emisji spalin przez wszystkie samochody świata na atmosferę kuli ziemskiej. My zaś jesteśmy ledwie Unią – w Europie największym emitentem jest Rosja, a eurokraci z powodu wydumanych szkód jakie przyniesie 0,0000000000001% stawiają na szali nasz dobrobyt, wolność, styl życia. Gotowi są to wszystko zniszczyć, by walczyć z jakimś fantomem, dać upust swym obsesjom.

Wszystko to dzieje się w chwili, gdy poddani Unii dopiero co przestali drżeć, że w zimie zamarzną z powodu braków energii, czy jej obłędnych cen. A także w czasie kiedy wśród 12 milionów elektryków na świecie, nie ma praktyczniej ani jednej ciężarówki. Chodzi o taką, która transportuje towary i może przewieźć np. śrutę rzepakową z Ukrainy do Niemiec na pyszne wegańskie wursty, a nie taką, co turla się po mieście, służy do opróżniania śmietników i całą noc się w garażu ładuje. Są prototypy, które od biedy nadają się do wożenia powietrza. Zbudowana na bazie ciągnika Volvo ciężarówka pobiła rekord zasięgu, bo na jednym ładowaniu pokonała 1099 km. Jechała pusta, średnio 50 km/h, po pozbawionym przeszkód, płaskim jak umysł przewodniczącej von der Leyen torze.

Nie ma dziś na świecie ani jednego dostawczaka, który załadowany toną materiałów budowlanych pokona 100 km i zimą podjedzie na rondo w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie ma ani jednego takiego dostawczaka, czy busa, ani ciężarówki, które załadowane przejadą przełęcze karpackie, nie mówiąc o pirenejskich, alpejskich etc. Do Krynicy zimą nic nie wjedzie i to jest prawdziwy wymiar szaleństwa w jakie pchają nas eurokraci. Im się zdaje, że samochody są po to, by turlać się po Brukseli, Berlinie, czy Paryż i do wynajmowania w Cannes i Marbelli.

Choć od pomysłu do przemysłu droga długa i w 2023 roku nikt nie ma pojęcia jak zbudować sprawnego elektrycznego dostawczaka, to zaplanowano, że w 2035 będą one śmigały po Europie. Władcy i właściciele wiedzą już jakie wynalazki i odkrycia zostaną w przyszłości dokonane. Ci, którzy wariactwo forsują mniemają, że wiedzą, iż w 2037 roku samochody będą się ładowały tyle czasu ile dziś trwa tankowanie, bo przecież nie powstaną miliony stacji na parkingach pod blokowiskami Europy. „Wiedzą” jakie niedługo będą odkrycia, bo musieli oszacować pojemność i żywotność akumulatorów dla samochodów elektrycznych. Znają też ich ceny w roku 2035, bo przecież one mają zastąpić te spalinowe, więc muszą być równie dostępne. A może mają być nieosiągalne i ludzkość ma siedzieć w domu przed ekranem, a nie włóczyć po plażach czy górach i jaśnie państwu przeszkadzać?

Frans Timmermans, który wariactwa firmuje, wie jak będą pracować kopalnie kobaltu niezbędnego do produkcji akumulatorów, albo gdzie są jeszcze nieodkryte złoża. W 2014 roku UNICEF szacował, że w Demokratycznej Republice Konga, skąd pochodzi 60 procent wydobywanego na świecie kobaltu, 40 tysięcy dzieci przekopuje miliony ton rudy za 2 dolary dzienne, by ów metal wydłubać. Od tego czasu wydobycie wzrosło 2 razy. Samochodów elektrycznych jest dziś na całym świecie ledwie 12 mln, zaś 300 mln spalinowych jest tylko w samej Unii. Timmermans na pewno policzył ile kongijskich dzieci potrzeba do przekopywania miliardów ton rudy dla 300 mln nowych eko samochodów, które w rozsądnym czasie zastąpią spalinowce. A jak nie wie, to spyta Didiera Reyndersa komisarza od sprawiedliwości, bo oni w tej Belgii to mają jakieś własne opracowania o wykorzystywaniu niewolniczej pracy w Kongo.

Żeby nie wiem jak dzieci w Kongo się starały, jak je popędzano, to nie ukopią eurokratom dość litu czy kobaltu. Żaden elektryczny zbiorkom nie będzie wozić mieszkańców Przechlewka do Przechlewa, by w śniegu z tobołami zakupów taszczyli się kilometrami od przystanku do swego domu na skraju wsi. To brednie tzw aktywistów miejskich w studiach telewizyjnych się lęgnących.

Podróż samochodem stanie się luksusem niedostępnym dla większości ludzi. Wątpliwości co do tego nie mają nawet szefowie wielkich koncernów motoryzacyjnych, czyli ludzie, którzy w przeciwieństwie do unijnych urzędników mają jakąś zdolność przewidywania przyszłości. Mówił o tym w czasie swej wizyty w Stanach Zjednoczonych przy okazji anonsowania nowej, wartej 1,7 miliarda dolarów inwestycji prezes BMW Oliver Zipse. Według niego nic nie wskazuje na to, że silnik spalinowy stanie się w perspektywie 15 lat przeżytkiem.

Podobną opinię ma szef Renault Luca de Meo, który na targach motoryzacyjnych w Paryżu przypomniał, iż 8 lat temu wróżono, że w ciągu 5 lat nastąpi wielki spadek kosztów produkcji akumulatorów. Nic takiego się nie stało. W ciągu ostatniego pół roku ceny kobaltu wzrosły o 100%. 80 procent ceny akumulatorów stanowią dziś koszty surowców.

Obłąkańcza polityka eurokratów z sekty klimatycznej to jeden z powodów, dla których Unia Europejska jest praktycznie jedynym regionem świata, który nie rozwija się gospodarczo. Takie kraje jak Hiszpania, Włochy, Portugalia, Grecja, Francja, Cypr, mają PKB niższe niż w 2008 roku. Motorem napędowym Unii są jej nowi członkowie z dawnego obozu socjalistycznego. Skutki obłąkańczej decyzji nie pojawią się w roku 2035, ale już niedługo. Koncerny motoryzacyjne przestaną inwestować w badania i rozwój silników spalinowych. Powoli będą ograniczać produkcję, a samochody będą stawać się coraz droższe. Średni wiek samochodu w Polsce to 13 lat. Niedługo Europa stanie się wielkim złomowiskiem, bo ściągane będą do niej graty od Hanoi po Buenos Aires.

Historia samochodów elektrycznych, podobnie jak spalinowych liczy sobie ok. 120 lat. Nie zawojowały one świata. Do roku 2035 nie nastąpi żaden przełom choćby w budowie odpowiedniej infrastruktury dla elektryków. Po miasteczkach i wsiach Polski, Rumunii, Słowacji, Bułgarii, Grecji Portugalii etc nie będą się za 15 lat turlać cichutkie elektryki. Eurokraci zabiją transport w Europie i w konsekwencji całą gospodarkę. Za 20 lat nie pojedziemy z dzieciakami na wakacje, ani na weekend.

Najdalej po jesiennych wyborach, które – wszystko wskazuje na to, że wygra PiS, nowy rząd powinien jednoznacznie, bez żadnego krygowania się oznajmić, iż nie będzie realizował szalonej unijnej polityki, że Polska nie popełni samobójstwa z resztą Europy. Nie ma co czekać na rok 2026 i liczyć na ewentualną rewizję tej idiotycznej decyzji o samochodach. To musi być czytelne, że nie będziemy uczestniczyć w szaleństwie i nie rzucimy się nagle na instalowanie milionów pomp ciepła i nie będziemy obklejać milionów domów styropianem, czy czym tam, bo mamy znacznie ważniejsze rzeczy na głowie niż dogadzanie świrom sekty klimatycznej. Jeśli trzeba będzie, to Polska powinna stanąć na czele rebelii, która odsunie unijnych wariatów od władzy.

Człowiek walczy o byt, a tu jeszcze odbyt zagrożony…

[to co mamy w 2023?? md]

==========================

[A gdy red – Kania w marcu 2023 w TVP – wspominając FOZZ – unikała ISTOTY, tj. sposobu rabunku , mechanizmu rabunku – oglądałeś z aprobatą- „no, wreszcie się za to wzięli!!” ??

===================================

[Przedłuż sobie te liczby – POPiS – do 2023.. md]

[Przedłuż sobie te liczby – POPiS – do 2023.. md]

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

W „szpitalu” w Oleśnicy rekordowo mordują dzieci z podejrzeniem zespołu Downa!

W „szpitalu” w Oleśnicy rekordowo mordują dzieci z podejrzeniem zespołu Downa!

Kinga Małecka-Prybyło <pomagam@stopaborcji.pl>

Kolejne niepokojące wieści płyną do nas ze szpitala w Oleśnicy. W 2022 roku padł tam nie tylko rekord liczby aborcji, ale również rekord liczby aborcji dokonanych na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa! Jak to możliwe, skoro od 2021 na mocy wyroku Trybunału Konstytucyjnego nielegalna jest w Polsce aborcja eugeniczna na dzieciach podejrzanych o chorobę? Wyjaśniamy to poniżej. Proszę przeczytać i zobaczyć, jak bardzo sytuacja w Oleśnicy pokazuje pilną konieczność naprawy polskiego prawa, wprowadzenia skutecznego i egzekwowanego zakazu aborcji oraz dalszego kształtowania opinii społecznej.

Niedawno dowiedzieliśmy się, że w szpitalu w Oleśnicy w 2022 roku padł rekord liczby aborcji, które dokonywane są w tej placówce od 2016 roku. W 2022 r. abortowano tam aż 75 dzieci, wszystkie z formalnego powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego” ich matek. Teraz zażądaliśmy od tego szpitala podania w drodze dostępu do informacji publicznej tego, u ilu z tych 75 dzieci stwierdzono podejrzenie wad rozwojowych i jakiego rodzaju.   Okazało się, że pomimo tego, iż wszystkie aborcje dokonane były z powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego matek”, szpital prowadzi również dokumentację medyczną dotyczącą zdrowia dzieci, na których dokonywane są takie aborcje! Jak wynika z danych udostępnionych przez szpital, u 71 z 75 dzieci abortowanych z powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego matki” stwierdzono podejrzenie chorób lub wad rozwojowych. 19 z tych 71 aborcji dotyczyło dzieci podejrzanych o zespół Downa. Jest to najwięcej aborcji na dzieciach podejrzanych o zespół Downa od momentu, gdy w Oleśnicy dokonuje się aborcji.   W 2022 roku w Oleśnicy padł więc nie tylko rekord liczby aborcji w ogóle, ale również rekord liczby aborcji dokonanych na dzieciach, które były podejrzewane o zespół Downa. 
To wszystko w sytuacji, gdy formalnie zakazana jest w Polsce aborcja eugeniczna, gdyż taką możliwość zdelegalizowało orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w 2021 roku. Aborcji dokonanych na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa było od 2016 roku w Oleśnicy:   2016 rok: 2 aborcje na dzieciach z zespołem Downa, 19 aborcji ogółem,
2017 rok: 9 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 28 aborcji ogółem,
2018 rok: 5 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 19 aborcji ogółem,
2019 rok: 13 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 30 aborcji ogółem,
2020 rok: 1 aborcja na dziecku z zespołem Downa, 28 aborcji ogółem,
2021 rok: 0 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 11 aborcji ogółem,
2022 rok: 19 aborcji na dzieciach z zespołem Downa, 75 aborcji ogółem.
 
Proszę zobaczyć – w 2022 roku ponad dwukrotnie więcej aborcji ogółem niż w rekordowym wcześniej roku 2019 oraz najwięcej aborcji na dzieciach podejrzanych o zespół Downa. Wszystko to dokonuje się legalnie, gdyż w 2022 roku aborcje w szpitalu w Oleśnicy przeprowadzane były na podstawie „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”, a ta przesłanka jest wciąż dopuszczalna przez polskie prawo.
To jednak nie wszystko. Niemal dokładnie w tym samym czasie, gdy dostaliśmy powyższe informacje ze szpitala w Oleśnicy, obchodzony był 21 marca Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. Publicznie świętuje go m.in…. wicedyrektor szpitala w Oleśnicy Gizela Jagielska. 
Na prowadzonym przez siebie profilu w mediach społecznościowych Jagielska umieściła zdjęcie uśmiechniętego dziecka z zespołem Downa i zaapelowała o pokazywanie wsparcia dla takich osób. Jednocześnie, w tym samym wpisie, Jagielska informuje:   „Co dalej jeśli badania wykazały, że Twoje dziecko obarczone jest trisomią 21 [zespół Downa]? Przede wszystkim skontaktuj się z genetykiem, który szczegółowo opowie Ci z czym wiąże się to zaburzenie. Obecnie w Polsce nie możesz poprosić o zakończenie takiej ciąży, gdyż prawodawstwo polskie nie przewiduje możliwości aborcji z powodu wad u płodu. Czy masz jakieś inne możliwości? Skontaktuj się z organizacjami zajmującymi się pomocą kobietą w trudnej sytuacji np. z Federą.”  
„Federa” to jedna z największych w Polsce organizacji aborcyjnych, która prowadzi sieć lekarzy-psychiatrów wystawiających kobietom zaświadczenia o „zagrożeniu zdrowia psychicznego”. Jak wynika z relacji i wypowiedzi medialnych, takie zaświadczenia są wystawiane każdej chętnej kobiecie, niezależnie od jej faktycznego stanu zdrowia.
Jak podkreśla Federa, aborcja na podstawie takiego zaświadczenia jest legalna i możliwa w szpitalu na każdym etapie ciąży, również w 9 miesiącu tuż przed terminem porodu.   Nasza wolontariuszka Kasia skomentowała wpis Jagielskiej słowami: „Szczyt hipokryzji!!! Jak można świętować dzień dzieci z zespołem Downa przy jednoczesnym zabijaniu tychże dzieci przed ich narodzeniem?” Na co wicedyrektorka szpitala w Oleśnicy odpisała jej: „Jako lekarka towarzyszę różnym kobietom – tym, które decydują się urodzić, ale też tym, które chcą ciąże z trisomią 21 [zespołem Downa] zakończyć. Nie oceniam ani jednych ani drugich. I nie widzę nic niewłaściwego w pisaniu do dniu trisomii 21”.
W świetle tych informacji i faktów widać wyraźnie, że w Polsce AD 2023 de facto legalna jest w Polsce szpitalna aborcja na życzenie. Aby jej dokonać wystarczy jedynie załatwić sobie stosowny dokument, w uzyskaniu którego pomagają organizacje aborcyjne. Z kolei lekarze-aborcjonisci nie kryją się z tym, że dalej wykonują aborcję, a ich publiczne wypowiedzi mogą być interpretowane jako reklama usług aborcyjnych świadczonych w szpitalu.   Gdy w 2021 roku Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie o niezgodności aborcji eugenicznej z konstytucją, w wielu polskich środowiskach pro-life wybuchła ogromna euforia. Liderzy wielu organizacji i środowisk ogłosili, że oto teraz mamy w Polsce niemal doskonałe prawo, jedno z najlepszych na świecie, i już nie musimy starać się o jego dalszą naprawę. Zamiast tego, jak przekonują do dziś dzień, są ważniejsze sprawy i problemy niż aborcja, na których organizacje pro-life powinny się skupić.
Tymczasem stało się dokładnie to, co przewidywała już od początku nasza Fundacja: pomimo orzeczenia Trybunału, które było zaledwie małym krokiem w dobrym kierunku, w polskich szpitalach nie tylko dalej legalnie przeprowadza się aborcje, ale również liczba dokonywanych aborcji rośnie, w tym aborcji na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa. Równolegle mamy do czynienia z gigantyczną plagą aborcji nielegalnych, sięgającą kilkudziesięciu tysięcy ofiar rocznie.   To wina złego, wadliwego i dziurawego prawa, oraz zaniechania przez wiele środowisk nacisku na polityków, aby wprowadzić realny i dający się skutecznie egzekwować zakaz aborcji. W aktualnym stanie prawnym, oraz przy braku woli politycznej do podjęcia walki z aborcją, zwolennicy aborcji mogą swobodnie działać, reklamować aborcję i dokonywać szpitalnych aborcji de facto na życzenie, a zorganizowane grupy przestępcze są niemal bezkarne w dystrybucji nielegalnych pigułek poronnych na masową skalę.   Musimy działać i wywierać nieustanną presję na to, aby prawo w Polsce chroniło życie każdego dziecka, a aborcjoniści i przestępcy aborcyjni nie mieli możliwości działania. Długofalowym warunkiem powodzenia naszych akcji jest wywarcie wpływu na opinię publiczną i świadomość społeczną Polaków. Musimy dotrzeć do naszych rodaków z prawdą o aborcji i wytłumaczyć im, że jest to morderczy proceder, który trzeba natychmiast powstrzymać. Aby to się udało, konieczne są kolejne, niezależne kampanie społeczne. W ich organizacji próbują nam przeszkodzić zwolennicy aborcji.
Zniszczony billboard [foto]
Kilka dni temu aborcyjni bandyci zdewastowali wielkoformatowy billboard, który wywiesiliśmy przy jednej z tras w pobliżu Zielonej Góry. Wielki plakat, który ujawniał prawdę o barbarzyństwie aborcji został pocięty ostrym narzędziem. W ostatnim czasie aborcyjni chuligani zniszczyli również kilka innych tego typu instalacji. Musimy kontynuować naszą kampanię billboardową, naprawić zniszczone plakaty oraz powiesić nowe, aby dotrzeć do tysięcy kolejnych Polaków z prawdą o aborcji. W najbliższym czasie potrzebujemy na ten cel ok. 9 000 zł.   Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić organizację niezależnej akcji billboardowej i za jej pomocą ukształtować świadomość tysięcy osób, które zobaczą nasze plakaty i przekonają się o wielkim złu, jakim jest aborcja.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Liturgia Majów i bluźnierstwo Europy. Nowa rewolucja uderza w Mszę świętą

Liturgia Majów i bluźnierstwo Europy. Nowa rewolucja uderza w Mszę świętą

Paweł Chmielewski liturgia-majow-i-bluznierstwo-europy

Kościół katolicki może zostać wkrótce „ubogacony” o nowy ryt liturgiczny. Będzie to ryt Majański, oparty o inkulturację pogańskich wierzeń Majów. W sieci został opublikowany kilkudziesięciostronicowy projekt tego rytu. Wkrótce Stolica Apostolska będzie podejmować w tej sprawie decyzje. Jednocześnie w Europie wchodzi w użycie ryt „homoseksualny”, oparty na bluźnierstwie.  Dokąd zmierza nowa rewolucja liturgiczna?

Destrukcja Mszy świętej: to cel, który stawiają się sobie progresywni rewolucjoniści zarówno z Ameryki Południowej jak i z Europy. Właśnie wykonali kolejny ważny krok na drodze do zniszczenia tego, co w Kościele najświętsze. Wszystko zdaje się iść zgodnie z „synodalnym” planem postepowania. Dwoma „taranami”, jakich używa teraz rewolucja, są dwie „mniejszości” – Indianie oraz homoseksualiści.

Cele Synodu Amazońskiego

Synod Amazoński, który odbywał się jesienią 2019 roku, przyciągał uwagę z dwóch głównych przyczyn. Po pierwsze, debatowano na nim o zniesieniu obowiązku celibatu, najpierw dla Amazonii a później także w innych regionach; zastanawiano się też nad wprowadzeniem w Kościele sakramentalnego diakonatu kobiet.

Drugim sensacyjnym elementem Synodu Amazońskiego był bezprecedensowy w historii Kościoła rzymskiego kult Pachamamy, na jaki zezwolono na Watykanie, ba, który wręcz promowano. Pogańska boginka znalazła się w centrum tamtego Synodu, za co do dziś żaden z watykańskich oficjeli nie przeprosił ani nie odpokutował.

Takich kroków nie należy się, oczywiście,  spodziewać, bo kult Pachamamy nie znalazł się w centrum Synodu Amazońskiego przypadkiem, wskutek jakiegoś niedopatrzenia czy nawet jako element nieprzemyślany. Bynajmniej, był w centrum, bo w centrum miał się znaleźć, jako przygotowanie do wprowadzenia w Kościele katolickim nowych rytów liturgicznych, garściami czerpiących z pogaństwa. To sami ojcowie Synodu Amazońskiego poprosili papieża, by zgodził się na opracowanie rytu Amazońskiego, na co ten w swojej posynodalnej adhortacji Querida Amazonia rzeczywiście przystał.

Bystrzy obserwatorzy wskazywali wówczas, że ryt Amazoński nie jest celem samym w sobie: chodzi raczej o otwarcie liturgicznej puszki Pandory, o rodzaj ogólnego zezwolenia na nową decentralizację liturgii, tak, by lokalnie coraz bardziej nasiąkała różnymi ideologiami. Tak się właśnie teraz dzieje, między innymi za sprawą rytu Majańskiego.

Ryt Majański w praktyce

Na początku marca grupa biskupów z Meksyku spotkała się z biskupem Aurelio Garcia Maciasem, podsekretarzem Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Spotkanie odbyło się w na terenie diecezji San Cristóbal de las Casas. Tematem było opracowanie liturgicznego rytu Majańskiego. Na terenie diecezji San Cristóbal de las Casas żyje duża społeczność Majów, podobnie jak w kilku innych miejscach Meksyku, a także w Gwatemali, Belize oraz Hondurasie. Łącznie za Majów uważa się dziś około 8 mln ludzi.

W diecezji San Cristóbal de las Casas w Meksyku eksperymenty z liturgią Majańską trwają już od bardzo dawna. Problem pojawił się na fali zmian posoborowych, zwłaszcza w kontekście dopuszczenia wyświęcania na diakonów żonatych mężczyzn. W diecezji takie wyświęcanie zaczęto praktykować w skali nieledwie masowej, a to między innymi ze względu na chęć silniejszego włączenia do liturgii kobiet. Żony diakonów stałych w diecezji San Cristóbal de las Casas pełnią różne funkcje, będąc traktowane w pewnym sensie jako współ-wyświęcone z diakonem. Nie ma to żadnej podstawy w prawie kanonicznym ani w teologii, ale taka jest lokalna praktyka, wspierana przez biskupów. Próbował ją zwalczyć Benedykt XVI, Franciszek poszedł w zupełnie drugą stronę, wspierając ten kreatywny „podwójny diakonat”. Ponadto w diecezji szeroko wykorzystywane jest posoborowe przyzwolenie na manipulowanie liturgią i samowolne wprowadzanie różnych elementów lokalnych tradycji. W San Cristóbal przejawia się to między innymi inkorporacją do liturgii różnych obyczajów pogańskich, związanych w sposób ścisły z przedchrześcijańskimi wierzeniami – kultem ziemi, kultem demonów, kultem przodków.

Plany rewolucjonistów w cieniu Sankt Gallen

Co ma zatem zawierać liturgia Majańska, tak, jak życzyliby sobie tego biskupi Meksyku wspierający jej formalne zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską? Byłyby to między innymi: okadzanie ołtarza przeprowadzane przez osoby świeckie, dowolnej płci; prowadzenie modlitw przez świeckich, dowolnej płci; wprowadzenie nowej posługi „przełożonego”, dowolnej płci, który odgrywałby quasi-kierowniczą rolę podczas Mszy; majańskie tańce; majański ołtarz. Głównym zwolennikiem wprowadzenia rytu Majańskiego jest kardynał Felipe Arizmendi Esquivel. To właśnie on przesłał ponad 30-stronicowy projekt rytu do portalu LifeSiteNews.com, który opisał jego treść.

„Przewodniczącym” ma zostawać osoba wybierana przez lokalną wspólnotę, na poziomie parafialnym lub odpowiadającym parafialnemu. „Przewodniczący” będzie jedynie zatwierdzany przez biskupa. Będzie głównym współpracownikiem księdza, prowadząc modlitwy w różnych momentach Mszy świętej. W czasie nieobecności księdza na terenie parafii/wspólnoty to on właśnie ma pełnić kierowniczą rolę. Ma mieć istotniejsze funkcje niż diakon. Jest tak prawdopodobnie dlatego, bo „przewodniczącymi” będą mogły być również kobiety.

Ponadto powołany ma zostać urząd okadzającego, który będzie okadzać ołtarz, kapłana, święte obrazy oraz wiernych, w różnych momentach Mszy świętej. Okadzającym może być zarówno mężczyzna jak i kobieta. Tego rodzaju posługa jest w niektórych Majańskich regionach praktykowana już od dawna.

Do rytu Mszy świętej ma zostać ponadto wprowadzony obrzęd zapalania rytualnych świec połączony ze wspólnym odmawianiem modlitwy, którą prowadzić ma przewodniczący. Ryt przewiduje, że będzie to jeden z centralnych momentów Mszy świętej, bez którego „wierny nie wszedłby odpowiednio w osobistą relację z Bogiem”.

Wreszcie w kościołach, w których sprawowana będzie liturgia Majańska, mają pojawić się oficjalnie tzw. Majańskie ołtarze. Chodzi o ułożony na posadzce, naprzeciwko stołu ołtarzowego, okrąg z kwiatów, gdzie zatknięte będą kolorowe świece o bogatej pogańskiej symbolice (4 strony świata, ziemia, woda, ogień, powietrze, duchy przodków etc.).

Autorem projektu rytu jest Felipe Jaled Ali Modad Aguilar SJ. Jezuita od lat pracuje w diecezji San Cristóbal de las Casas w Meksyku. Był uczestnikiem prac przygotowawczych prowadzonych przed Synodem Amazońskim, zarówno jawnych jak i tajnych. Jezuita uzasadniając niektóre propozycje liturgiczne odwołał się do osoby… kardynała Carlo Marii Martiniego, wieloletniego arcybiskupa Mediolanu i przywódcy grupy z Sankt Gallen, która osadziła na tronie Piotrowym Jorge Mario Bergoglia. Odwołanie do Martiniego można uznać albo za próbę zjednania przychylności papieża (captatio benevolentiae) albo za sygnał wskazujący, z jakiego środowiska pochodzi autor projektu rytu.

Projekt rytu ma trafić pod obrady biskupów Meksyku w kwietniu, w maju ma zostać przedłożony w Watykanie.

Ryt tęczowy w Europie?

Podczas gdy w Ameryce Południowej opracowywane są ryty Majański czy Amazoński, nowa rewolucja liturgiczna trwa również w Europie. Na naszym kontynencie coraz częstsze są nieautoryzowane przez Stolicę Apostolską zmiany, które idą jednak w kierunku oczekiwanym przez ludzi sprawujących realną władzę na Watykanie, w tym samego papieża. Chodzi z jednej strony o zmiany w Belgii, z drugiej o przestrzeń niemieckojęzyczną.

Od około pół roku w Belgii funkcjonuje oficjalny ryt błogosławienia par jednopłciowych. Papież nieoficjalnie zgodził się na jego wprowadzenie, o czym powiedzieli sami biskupi belgijscy (zrobili to pośrednio kard. Josef de Kesel, prymas Belgii, a wprost bp Johan Bonny z Antwerpii).

Taki sam ryt opracowują teraz Niemcy na gruncie decyzji Drogi Synodalnej. Prawdopodobnie powstanie jeden homoseksualny ryt dla wszystkich krajów niemieckojęzycznych, bo to samo chcieliby zrobić u siebie Austriacy i część Szwajcarów. W przyszłości być może wspólny homoseksualny ryt europejski lub nawet „zachodni” – podobne ryty chcieliby wprowadzić również niektórzy biskupi Włoch albo USA.

Europejska „demokratyzacja” i Synod o Synodalności

Co więcej w Europie i Ameryce Północnej trwają też prace, a częściowo są już wprowadzane konkretne rozwiązania, nad szerszym dopuszczeniem do udziału w liturgii osób świeckich oraz zwłaszcza kobiet, które miałyby wygłaszać kazania, prowadzić modlitwy czy udzielać niektórych sakramentów. W tym miejscu cele rewolucji liturgicznej w Ameryce Południowej oraz w Europie zazębiają się, co zresztą jest wiadome już od czasów Synodu Amazońskiego: kiedy protagoniści tamtego synodu zapowiadali wprowadzenie nowych posług dla kobiet czy też zniesienie celibatu dla Amazonii, europejscy progresiści natychmiast deklarowali, że zrobią to samo u siebie.

Jednak kluczem do zrozumienia obecnej sytuacji nie jest tylko ta bezpośrednia zbieżność. Zasadniczym celem takich działań jak te, które podejmowane są w Meksyku czy Amazonii, jest faktyczne przeprowadzenie swoistej „decentralizacji liturgicznej”. To otworzy szerokie możliwości dekretowania „zdecentralizowanych” liturgii także w innych regionach. Kiedy w Kościele pojawią się ryty Majański, Amazoński i inne – europejskim rewolucjonistom będzie o wiele łatwiej przeprowadzać swoje zamierzenia. Wszystko może zostać spięte w całość na płaszczyźnie Synodu o Synodalności, który w swoich dokumentach założycielskich mówi bardzo wiele o zmniejszeniu roli kapłana (mniejszy „protagonizm liturgiczny”), otwartości na wykluczonych (LGBT, rozwodnicy, poligamiści, niewierzący) i tak dalej. Oczywiście decentralizacja liturgiczna nie dotyczy sprawowania Najświętszej Ofiary w przedsoborowym rycie rzymskim, którego duchowe bogactwo jest niekompatybilne z wizją Kościoła przyszłości.

II Rewolucja Liturgiczna

W ten sposób, 60 lat po II Soborze Watykańskim, dokonuje się druga rewolucja liturgiczna. Celem pierwszej było zniszczenie jednolitego rytu Mszy świętej, który zachowywał rzymski porządek i stawiał w centrum Najświętszą Ofiarę. Zgodnie z wizją heretyckich protestantów zrelatywizowano ofiarny charakter Mszy świętej na rzecz charakteru wspólnotowego i wprowadzono szereg niekorzystnych zmian, zaciemniających wiele elementów katolickiej doktryny wyrażanej w Tradycji liturgicznej. Wskutek tamtych zmian liturgia zmieniła się zewnętrznie w stopniu dramatycznym, a wewnętrznie została ogołocona.

W nowych rytach nie wprowadzono jednak treści, które byłyby jako takie wprost i oczywiście niezgodne z wiarą Kościoła. Wydaje się, że to jest celem drugiej rewolucji liturgicznej. W efekcie jej przeprowadzenia liturgia staje się skrajnie plastyczna i podatna na „inkulturację” już nie tylko co do lokalnej zewnętrznej obrzędowości, ale również co do treści – wiara katolicka będzie zamieniana na różne ideologie.

W efekcie w Ameryce Południowej możliwy staje się bałwochwalczy liturgiczny kult bogini-Matki Ziemi, a w Europie – na przykład – udzielanie w imię Boże błogosławieństwa grzechowi.

Być może emblematyczne dla tego strategicznego celu jest to, co wydarzyło się w jednym z kościołów Innsbrucka, gdzie biskup kazał zawiesić nad ołtarzem zdjęcie świńskiego serca w prezerwatywie, co bluźnierczo nawiązywało do obrazów Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Kult demonów, obrzydliwości i kłamstwa w przebraniu katolickiej Mszy świętej: cel antychrześcijańskiej rewolucji, która wdarła się do Kościoła i czyni w nim coraz bardziej przerażające spustoszenie.

Paweł Chmielewski

======================

============================

mail:

Majowie i Aztekowie przejęli rytuał składania ofiar z ludzkiego serca od Tolteków – Indian znanych z masowych rzezi na jeńcach wojennych. Majowie wierzyli w pakt z bóstwem, zobowiązujący człowieka do karmienia istot demonicznych ofiarami z ludzi w zamian za ich przychylność.

Czy ten element również znajdzie się w „rycie majańskim”?

Nowy „KOŚCIÓŁ KATOLICKI”: Pojednania, Porozumienia i Humanizmu – w BUDOWIE .

Nowy KOŚCIÓŁ KATOLICKI: Pojednania, Porozumienia i Humanizmu – w BUDOWIE 

[Malachi Martin,Dom Smagany Wiatrem”, str. 344, Antyk, 2012 ]

WHO’S WHO IN „WINDSWEPT HOUSE”   

W przeciwieństwie do głównych protagonistów w globalnym procesie otwarcia na Nowy Porządek Świata kardynał Century City *) w niczym nie oglą­dał się na Rzym. W istocie jedyną rzeczą, jakiej oczekiwał od Watykanu – poza ogólnym poczuciem bezpieczeństwa – było to, by pozwolono mu bez prze­szkód kierować dobrze naoliwioną maszyną jego Kościoła.

Naturalnie od czasu do czasu zdarzały się wyjątki, jak choćby te konsul­tacje teologiczne, na które został zaproszony do Rzymu. Starzy przyjaciele Je­go Eminencji, kardynał Maestroianni i kardynał Pensabene, przekonali go do bliskiej współpracy, której owocem miało być utworzenie nowej doraźnej Ko­misji Spraw Wewnętrznych w ramach Konferencji Episkopatu USA.

Sam pomysł bardzo się kardynałowi Century City podobał. Umocowana w samym sercu Konferencji Episkopatu, ta nowa komisja Jego Eminencji ode­gra kluczową rolę w uformowaniu Wspólnej Opinii biskupów amerykańskich oraz biskupów całego Kościoła w nadzwyczaj ważnej kwestii jedności apostol­skiej między nimi a słowiańskim papieżem.

Po powrocie do Century City zabrał się od razu do tworzenia podstaw mającej powstać komisji, czyli wytypowania biskupów, którzy będą pełnili rolę „wyższych facylitatorów„. Każdy z tych pięciu biskupów rezydencjalnych zdawał sobie sprawę, dlaczego został wybrany przez Jego Eminencję. Pierwsze kryterium wyboru to charakter moralny. Jego Eminencja znał słabe strony każ­dego z nich i zamierzał je bez skrupułów wykorzystać. Na drugim miejscu wchodziły w grę poglądy tych ludzi w sprawach Kościoła.

Pierwszym przykładem pożądanego typu był biskup Kevin Rahilly. Jego celtycka szczerość w połączeniu z wrodzoną mu żółcią predestynowały go od początku na przywódcę w wysiłkach na rzecz deromanizacji oraz amerykanizacji życia kościelnego w podległej mu diecezji. To człowiek jak najbardziej odpo­wiedni.

Równie obiecujący był biskup nowojorski Manley Motherhubbe, który od dawna dał się poznać jako namiętny zwolennik oczyszczenia Kościoła od ­jak to nazywał -„żałosnego, przestarzałego romanizmu i innych przesądów„.

Inny biskup stanu Nowy Jork, prymas Rochefort, znany był z tego, że miał serce na dłoni. Najważniejsza cecha kwalifikująca go do tego zadania to nieposkromiona radość życia zaspokajana w miejscach uciech.

Wpływowy biskup Michigan Bruce Longbottham był figurą o większym ciężarze gatunkowym. Ten zdeklarowany przeciwnik ciągłych publicznych przeprosin za „grzechy seksizmu i patriarchalizmu Kościoła” chodził w spor­towych spodniach i niebieskich golfach. Grupę kardynała zamykał najbardziej efektowny z tych wszystkich potencjalnych „wyższych agentów zmiany„, ar­cybiskup Cuthbert Delish z Lackland City w stanie Wisconsin. Był on uosobie­niem sprawiedliwości i prawości.

         Szybkość, z jaką Jego Eminencja zdołał wyedukować tych pięciu człon­ków założycieli mającej powstać komisji, była zaiste godna uwagi. To prawda, że kardynał najlepiej się czuł, rządząc żelazną ręką w aksamitnej rękawiczce zdeprawowanymi duchownymi niższego rzędu. Pierwsze lody zostały zatem przełamane, nim kardynał udał się wraz z nowo obranymi „facylitatorarni” epi­skopalnymi do parafii Sto Olaf w diecezji Rosdale w stanie Minnesota na robo­czą naradę przed próbą generalną. Bezpośrednio po tej naradzie miał wraz z nimi wziąć udział w pierwszym posiedzenie plenarnym nowo utworzonej Ko­misji Spraw Wewnętrznych, które miało się odbyć w kościele dolnym.

Jakkolwiek wybór tak odludnego miejsca na planowane spotkanie wy­dawałby się dziwny, była w tym mądrość. Jasne było albowiem, że nie mogło się ono odbyć w kwaterze głównej Konferencji Episkopatu w Waszyngtonie, gdzie natychmiast przyciągnęłoby uwagę mediów. W istocie działania komisji miały już na zawsze zachować charakter poufny.

         Kardynał nie miał wątpliwości, że jego współpracownicy zdają sobie spra­wę z właściwych metod, jakich należy użyć, by urobić opinię każdego biskupa USA. Klarowność działań to klucz do sukcesu. Stąd też pierwszy punkt, jaki nale­żało omówić, to potrzeba kompartmentacji. Maestroianni i Pensabene przykładali do tego najwyższą wagę, a kardynał Century City był w tym z nimi zgodny.

         – Komisja będzie działała na poziomie episkopalnym – zaczął, przenosząc wzrok z jednego na drugiego. – Jakkolwiek należy poinformować wyższe władze, to jednak nikt powyżej biskupa nie powinien być bliżej zaangażowany w nasze prace – z wyjątkiem tu obecnych. Biskupom należy wpoić sposób myślenia Kevi­na Rahilly’ego – czy lepiej byłoby powiedzieć: przyzwyczaić ich do takiego my­ślenia. Muszą się nauczyć myśleć po amerykańsku. Wszelkie nasze działania w ramach komisji mają ten jeden zasadniczy cel. I w każdym momencie muszą być poruszane kluczowe kwestie eklezjalne i doktrynalne. Dam przykład: oto jeden z waszych biskupów pomocniczych opublikuje artykuł w dobrym, egalitarnym ame­rykańskim stylu, że czas najwyższy, by wyświęcać kobiety na księży. Powinien natychmiast uzyskać wsparcie w gazetach diecezjalnych, publicznych konferen­cjach, w głównych mediach. Biskup, który uruchomił tę lawinę, będzie oczywiście musiał – rozumie się, tylko nas jakiś czas – wycofać swoje stanowisko w wyniku nacisków urzędu papieskiego, które są oczywiście nieuchronne. Nie przejmujemy się tym, nie ma to większego znaczenia.

Znaczenie ma tylko to – ciągnął z naciskiem kardynał – jaki to będzie miało wpływ na Konferencję Episkopatu. Ponieważ propozycja wyszła od biskupa, któ­rego masowo poparły doły, nasza Komisja Spraw Wewnętrznych będzie musiała zająć się tymi ważkimi argumentami, które zostały podniesione. Będzie się tego od nas oczekiwać jako od oficjalnej komisji Konferencji Episkopatu.

Idźmy dalej: niektórzy nasi biskupi wciąż jeszcze mają skłonność do nie­potrzebnego ulegania dyrektywom papieskim. Muszę was uprzedzić, że inter­wencje z Rzymu będą się nasilały w miarę działań, jakie podejmiemy w przeciągu najbliższego roku. Dlatego pragnę podkreślić, że priorytetem tej na­szej Komisji Spraw Wewnętrznych jest dokładnie to, co zawarte jest w jej na­zwie: sprawy wewnętrzne . W granicach Stanów Zjednoczonych – to my jesteśmy Kościołem. Rzym leży poza granicami USA i nie ma tu nic do szukania. Konferencja Episkopatu jako całość będzie oczekiwała od naszej komisji określenia oficjalnego stanowiska episkopatu – zgodnego lub niezgod­nego ze stanowiskiem Stolicy Apostolskiej.

W tym miejscu twarze obecnych zwróciły się ku wchodzącemu sekreta­rzowi osobistemu Jego Eminencji, przystojnemu księdzu Oswaldowi Avonodo­rowi, który zakomunikował, że wszyscy zaproszeni na posiedzenie plenarne komisji czekają w sali. Zjawił się w samą porę, gdyż Jego Eminencja powie­dział już wszystko, co miał do powiedzenia.

Pięciu biskupów posłusznie podreptało za kardynałem do kościoła dol­nego, gdzie powietrze podgrzewało nie tyle skąpe centralne ogrzewanie, ile raczej zapał witających ich trzydziestu paru osobników zgromadzonych w sali. Wszystkich ich ożywiał duch krzyżowców, pionierów, awangardy. Zapał spi­skowców planujących wielkie dzieła. W każdym razie w najważniejszej kwe­stii najważniejszego postulatu spotkania – że słowiański papież musi odejść dla dobra Kościoła – ich serca biły zgodnym rytmem.

Formalnie rzecz biorąc wszyscy obecni – nie wyłączając kardynała Cen­tury City – byli gośćmi ordynariusza diecezji Rosedale Raymonda A. Luckenbilla. Jak należało się spodziewać, ten tolerancyjny biskup pojawił się w otoczeniu gromadki tolerancyjnych proboszczów jego diecezji oraz tolerancyj­nego kanclerza kurii diecezjalnej.

Mimo to nikt nie miał wątpliwości, kto tu gra pierwsze skrzypce. I jakby dla podkreślenia tego faktu Jego Eminencji kardy­nałowi Century City towarzyszył nie tylko ksiądz Oswald Avonodor **), lecz rów­nież dobrze wszystkim znany totumfacki kardynała, biskup pomocniczy Ralph E. Goodenough, krzepki, łysiejący, zwalisty mężczyzna z podwójnym pod­bródkiem i małymi, przebiegłymi oczkami knajpianego wykidajły.

Spotkanie przebiegało według z góry ustalonego planu. Jego Eminencja wymieniał po kolei nazwiska trzech najgłośniejszych przywódczyń amerykań­skich feministek w ruchu kobiet katolickich, które też po kolei podnosiły się z miejsc, by przyjąć pochwałę za wielki wkład w życie amerykańskiego Kościo­ła.

Siostra Fran Fedora z Zachodniego Wybrzeża wyglądała olśniewająco w czarno-fioletowych szatach liturgicznych. [To s. Fran Ferder. Użyte pseudonimy są rozwiązane w książce Malachi Martina, w Dodatku. MD].

Siostra Helen Hammentick z Nowe­go Orleanu bladła przy niej w swoim szarym biznesowym garniturze. Siostra Cherisa Blaine z Kansas City była znana obecnym z wprowadzania do obrzę­dów kościelnych elementów magii wicca.

         Następnie Jego Eminencja przedstawił reprezentantów największej ame­rykańskiej grupy „eks-księży” oraz prominentnego członka Dignity USA, rzymsko-katolickiej organizacji homoseksualnie aktywnych duchownych i świeckich. Po przedstawieniu oficjalnych gości siostra Fran Fedora została we­zwana do otwarcia obrad modlitwą. Siostra modliła się o matriarchalne błogo­sławieństwo Matki Ziemi i Sofii, bogini mądrości.

Skwitowawszy modlitwę siostry zdawkowym „amen„, Jego Eminencja zwrócił się do zgromadzenia biskupów ordynariuszy i pomocniczych z około dwudziestu diecezji w całym kraju. Każdego z nich kardynał wybrał na człon­ka komisji osobiście lub poprzez aprobatę wyboru przez jednego z pięciu członków grupy bazowej.

Witam was – powiedział dziarsko Jego Eminencja, a na jego twarzy wykwitł uśmiech zawodowego biznesmena. – Witam – powtórzył – członków i gości Komisji Spraw Wewnętrznych Episkopatu USA.

W odpowiedzi usłyszał oklaski.

Na moją prośbę arcybiskup Delish – tu wielkopańskim gestem wskazał na swego dostojnego towarzysza z Lackland City – przygotował referat wpro­wadzający, który was z pewnością zainteresuje.

Arcybiskup Cuthbert Delish podniósł się z miejsca niby uosobienie sprawiedliwości, gotów oddzielić ziarno od plewy.

Można założyć dwie rzeczy jako pewne – oświadczył na wstępie. – Po pierwsze: obecnie w tym kraju nieco ponad połowa biskupów wątpi w możli­wość prawdziwej jedności z obecnym papieżem. Po drugie: tych, którzy otwar­cie przeczą zdaniu owej większości, jest garstka. Oto podstawa działań, do których przystępujemy.

Mówca przyznał, że „istnienie pewnej liczby dysydentów to zdrowy ob­jaw”. Rzecz w tym, dowodził, że lista tych, którzy przysparzają kłopotów, jest niewielka, o wiele dłuższa jest natomiast lista dysydentów, którzy tak napraw­dę są tylko „widzami”.

Tu arcybiskup przeszedł do kolejnego zagadnienia swego referatu wpro­wadzającego.

– Każdy z nas zdążył zapisać na swoim koncie sukcesy we wprowadzaniu nowych zwyczajów pośród kleru i laikatu. Trzeba ich teraz przyzwyczaić do sprzeciwiania się instrukcjom płynącym z Rzymu. Normalną cechą katolickie­go życia musi stać się to, że Kościoły lokalne nie zgadzają się z papieskimi dy­rektywami i spokojnie kroczą własną drogą.

Arcybiskup Delish podał jako przykład takich działań kazania, artykuły, wywiady, kółka dyskusyjne, działalność medialną.

Pamiętajmy o jednym – podsumował mówca swoje wywody. – Na zwy­czaje, które się już przyjęły, na utrwalone postawy – Rzym nic już nie będzie mógł poradzić, prawda?

Odpowiedziały mu dyskretne, poufałe śmiechy. Tylko biskup Rahilly z Connecticut wtrącił swoje trzy grosze.

– Oto moja rada: nie należy ogłaszać zamiaru wprowadzania zmian czy innowacji. Trzeba je po prostu wprowadzać. W taki właśnie sposób zmoderni­zowałem mszę w mojej diecezji. Nie powiedzieliśmy ludziom, że będziemy coś zmieniać, tylko wprowadziliśmy zmiany. A ludzie posłusznie się dostoso­wali. To całkiem proste.

Arcybiskup Delish skinieniem głowy podziękował za to cenne uzupeł­nienie. Po czym, zwracając się do gości specjalnych, wezwał ich do „wytrwa­łości w działaniu” oraz zapewnił o poparciu nowej komisji. A członkom komisji i „agentom zmiany” rozdał listę biskupów dysydentów.

Jego Eminencja kardynał Century City, który nie lubił tracić słów na darmo, klasnął w ręce, przypieczętowując to, co zostało powiedziane, jako wspólną decyzję i wyszedł z sali, a za nim podążył ksiądz Oswald Avonodor.

Tymczasem jego biskup pomocniczy, Ralph Goodenough, pozostał do­statecznie długo, by prześwidrować każdego wychodzącego swymi oczkami. Trzy siostry dzielnie zmierzyły go spojrzeniem od stóp do głów, biskup Luc­kenbill rzucił mu tolerancyjny uśmiech. Resztę biskupów potraktował jak po­wietrze. Kilka minut później opuścił kościół i w ślad za Jego Eminencją wsiadł do limuzyny. Wszystko było pod kontrolą.

==================

*)Wypisz – wymaluj Chicago…

**) Wiele z tych osób – to członkowie sieci pedofilii satanistycznej. Dowody są w archiwach prokuratury USA .

Herr Otto Sekuler – już na SĄDZIE. Oto teczka Otto Sekulera.

Herr Otto Sekuler – już na SĄDZIE

Świecki uczestnik Intronizacji Księcia tego Świata w kaplicy św. Pawła w Watykanie, 28-29 czerwca 1963 roku, zagorzały HUMANISTA, oddany Sprawie rycerz łączący wysiłki globalistów – humanistów Zachodu z wysiłkami przywódców z jego macierzystych organizacji Wschodu (m. inn. KGB), prekursor Planowego Rodzicielstwa, zmarł ostatnio na Hawajach – i  poszedł na Sąd Boży. Potem zapewne (nam nie wolno sądzić, ale można przypuszczać ), padł w nienawistne ramiona swego Księcia. Na wieczność.

 ——————————————

         Poniżej jego krótka charakterystyka (jej część) pióra Malachi Martina z książki „Dom Smagany Wiatrem”, str. 516, Antyk, 2012

Osobom zainteresowanym „rządami światowymi”, globalizmem – GORĄCO ją polecam („Dom smagany wiatrem”). M. Dakowski.

Oto teczka Otto Sekulera

Robimy, co możemy – Vance popchnął ku niemu teczkę z materiałami. ­Stworzyliśmy specjalny zespół do śledzenia tych ludzi. Ale jak dotąd wygląda na to, że każdy pilnuje własnego nosa.

– Na to wygląda – Appleyard przebiegł oczami dokumenty. – A co sądzisz na temat tego pana Otto Sekulera? W zeszłym roku w Brukseli pojawił się jako specjalny oficer łącznikowy KBWE ze Wspólnotą Europejską. Ludzie, z któ­rymi rozmawiałem w Rzymie, wiążą jego nazwisko z UNESCO i Lożą Lipską. Jest także przewodniczącym WOSET, niewielkiej organizacji w ramach orga­nizacji pozarządowych związanych z ONZ. Ma coś wspólnego z etyką świec­ką. Z tym wszystkim raczej nie pasuje do tego towarzystwa.

To wykładowca, powiedziałbym – rzucił Vance. – W każdym razie nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego.             .

– Być może.

Appleyard z obowiązku przejrzał dossier do końca.

Sekuler spędził sporo czasu w Stanach, czerpiąc hojnie środki z dwóch kont zagranicznych w dużych bankach pięciu amerykańskich miast. Mieszkał głównie w prywatnych hote­lach i pozostawał w bliskich stosunkach ze znanymi osobistościami, między innymi z kardynałem Century City i głośnym uczonym Ralphem S. Channin­giem. W istocie Herr Sekuler był też czymś w rodzaju znakomitości, występo­wał często na forum niezliczonych organizacji filantropijnych i organizacji kulturalnych, którym patronowali architekci, fizycy, inżynierowie, profesorowie uniwersyteccy i hierarchowie katoliccy, jak i protestanccy. Niektóre z tych organizacji były brane pod lupę przez władze publiczne, podejrzewano bo­wiem, że mają one charakter sekt.

      Tyle tylko dało się ustalić z niejaką pewno­ścią na temat działalności Sekulera w Ameryce.

Wiadomości z niepotwierdzonych źródeł dawały dużo ciemniejszy obraz. Nie było niczego specjalnie wyjaśniającego w fakcie, że Sekuler spotykał się na stopie prywatnej z szefami najważniejszych organizacji pro choice i że świadkowie tych spotkań uznają jego samego za działacza pro choice. Gibowi zaparło jednak dech w piersiach, gdy natrafił na raport z jednego z tych spo­tkań, podczas którego Niemiec zademonstrował przed gronem około dwudzie­stu pięciu specjalistów aborcjonistów, zgromadzonych w sali operacyjnej prywatnej kliniki, najnowszą metodę pozbywania się trupów usuniętych dzieci.

„W krótkim wstępie do pokazu – czytał na głos Appleyard – obiekt ob­serwacji zapewnił słuchaczy, że nie będzie już kłopotów z zatkanymi przewo­dami kanalizacyjnymi czy nieprzyjemnymi odkryciami w pojemnikach na śmieci. Podczas demonstracji obiekt milczał. Przyniósł ze sobą walizkę oraz kilka metalowych pojemników. Z wyciągniętych z walizki części zmontował urządzenie, które okazało się nowym typem udoskonalonej technicznie ma­szynki do mięsa. Następnie wyjmował z metalowych pojemników usunięte płody w różnych stadiach rozwoju, demonstrując sprawną i higieniczną metodę przerabiania materiału na półpłynną masę, którą można wylać do zlewu i spłu­kać równie łatwo jak pastę do zębów.

Obiekt zapewnił słuchaczy – czytał dalej Appleyard – że nie proponuje rady­kalnych zmian w przebiegu zabiegów aborcyjnych. Nie ma mowy o pozbawianiu dochodów za dostarczanie badaczom żywych płodów do eksperymentów w zakre­sie tolerancji na ból czy badań nad takimi chorobami jak choroba Parkinsona i Alzheimera oraz cukrzyca. Nie chodzi też o odbieranie firmom kosmetycznym materiałów do produkcji kolagenu skóry ani uderzanie w sektor sekt potrzebują­cych tłuszczów do produkcji świec. Nowy system ma być tylko i wyłącznie sprawdzoną metodą pozbywania się niepotrzebnych resztek.”

Gibson zamknął teczkę Sekulera i popchnął ją ku Vance’owi.

– W ładne towarzystwo wpadłem.

Watykan. Wykonawcy PROCESU.

Watykan. Wykonawcy PROCESU.

Dom smagany wiatrem; Malachi Martin, str. 98 i nn. Wyd. ANTYK

Powieść watykańska. O Trzeciej tajemnicy z Fatimy. [fragment dotyczy 1990 roku md]

————————————-

[z Archiwum. Wchodźcie sami, warto! MD]

===========================

Wydarzenia tego poranka poranka, wywołane telefonem z Sainte Baume, po raz kolejny utwierdziły kardynała w przekonaniu o całkowitej nieprzydatności obecnego papieża, jeśli chodzi o wprowadzenie Kościoła w nadchodzący Nowy Porządek Światowy. Kardynał pielęgnował w pamięci postać innego papieża, Dobrego papieża. Kościół potrzebował nowego papieża, który, podobnie jak dobry papież Jan, posiadałby nie tylko dojrzałość duchową, ale i zdolności dyplomatyczne, i nadzwyczajną mądrość tego świata. Mądrość. Oto był klucz do wszystkiego. Nie mając na to najmniejszej ochoty, Maestroianni musiał się jednak zajmować obecnym papieżem. Przynajmniej na razie. 0, doskonale rozumiał myśli tego człowieka, w każdym razie potrafił przewidzieć strategię papieskich działań, a następnie jak nikt inny przeciwdziałać ich skutkom pośród hierarchii.

Rozumiał przede wszystkim, że papież obarczony jest bagażem dawnych rzymskokatolickich wyobrażeń o Chrystusie i jego boskim królowaniu, o Królowej Maryi, o przeznaczeniu człowieka w trójkącie piekło ziemia niebo Papież dostrzegał poza siłami historii rękę Chrystusa jako Króla rodzaju ludzkiego oraz Zbawiciela ludzi od grzechu i mąk piekielnych.

W rzeczy samej kardynał Maestroianni bynajmniej nie uważał się za zdrajcę i odstępcę od Kościoła katolickiego. Był przeświadczony, że wiara, jaką uzyskał w kurczącym się obecnie bastionie starego Kościoła, została obecnie oczyszczona i oświecona, została zhumanizowana. Urealniona w konkretnych warunkach dwudziestego wieku. A ileż to rzeczy, które niegdyś uważał za oczywiste, okazało się jedynie elementami różnych okresów kulturowych, przez które przeszedł Kościół w swojej historii.

Ten bagaż przeszłości nie miał nic wspólnego z bieżącą sytuacją. Nie miał nic wspólnego z Procesem. Kardynał nauczył się rozumieć historię i zbawienie rodzaju ludzkiego w sposób, którego ten słowiański papież nigdy nie pojmie. Rozumiał, że kategorie myślenia, jakimi kierował się obecny i papież, nie powinny mieć najmniejszego wpływu na życie i funkcjonowanie Kościoła.

Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby on, Maestroianni, na konferencji helsińskiej 1975 roku zaczął mówić do prezydentów i ministrów spraw zagranicznych o św. Marii Magdalenie adorującej zmartwychwstałego Chrystusa, jak to właśnie czyni w Sainte Baume papież Polak. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że wsadzono by go w kaftan bezpieczeństwa!

Albowiem prawdziwa rola Kościoła, jak to teraz wiedział, polegała na tym, by być jednym z graczy w warunkach szerszej ewolucji szerszego Procesu – którego słowiański papież najwyraźniej nie ogarniał. Chodziło o szeroki całkowicie naturalny proces, którego punktem początkowym było jasne rozpoznanie faktu, że najważniejszą przyczyną wszystkich nieszczęść rodziny ludzkiej nie było to, co ujmowano w prymitywnym pojęciu grzechu pierworodnego, lecz tylko i wyłącznie bieda, niedostatek i brak edukacji. Proces, który nareszcie uwolni ludzkość od tych kłopotów i wprowadzi harmonię między duchem ludzkim, Bogiem i Kosmosem. Kiedy się ten Proces zakończy i powstanie nowy polityczny porządek ludzkości, Kościół i świat będą stanowić jedno. Bo tylko wówczas Kościół będzie mógł zająć należne mu dumne miejsce w dziedzictwie ludzkości jako czynnik stabilizujący Nowy Porządek Świata. Jako prawdziwe i niezmącone lustro beztroskiej myśli Bożej. Kardynał bardzo żałował, że dobry papież tak szybko przeszedł do tego, 😮 sam dla siebie nazywał „zimnym milczeniem wieczności”.

A jeszcze bardziej Jego Eminencja żałował, że w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku przychodzi mu pracować z zacofanym papieżem, który nie jest w stanie zrozumieć prawdziwej mocy ukrytej za siłami historii. Z drugiej strony, skupiwszy w swoim ręku, jako watykański sekretarz stanu, maksimum władzy, Maestroianni użył całej machiny administracyjnej Kościoła rzymskokatolickiego, by skierować go na tory zbieżne z Procesem. Wszystko, co schodziło z biurka papieża, przechodziło przez gabinet sekretarza stanu. Jego władza dawała się odczuć we wszystkich dykasteriach watykańskich. Jego wola szanowana była przez narodowe i regionalne konferencje episkopatów na całym świecie. Gdyż w rzeczy samej wielu jego kolegów duchownych przeszło tę samą transformację mentalną, co on sam.

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość [—].

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość [—].

man-emerged-from-a-race

Ten mężczyzna w wyścigu z KOBIETAMI, wygrał o długość…, powiedz mi teraz, co jest nie tak z tym zdjęciem?

Dlaczego kobiety milczą i nie wychodzą na ulice z tego powodu? Dlaczego ci zboczeńcy, gwałciciele i pedofile, tak, IMO to są pedofile, są tolerowani?? Tak, to są chorzy ludzie.

[Czyżby?

Wygrać wyścig, a potem se popierdolić.. Marzenie chyba każdego zboczeńca. MD].

Pożar elektrycznego mercedesa. Gaszono blisko dobę.

Pożar elektrycznego mercedesa. Gaszono blisko dobę.

pozar-elektrycznego-mercedesa

Ponad 21h trwała akcja gaszenia elektrycznego mercedesa w Tuchomiu na Kaszubach. By schłodzić baterie auta, samochód trzeba było umieścić w kontenerze z wodą. [Trzeba go bylo do Brukseli podrzucic.. I to palacego sie.]

=================

16 jednostek straży pożarnej gasiło przez 21 godzin pożar elektrycznego Mercedesa EQA . Akcja gaśnicza trwała ponad 21 godzin. Dlaczego? Baterie elektrycznego Mercedesa EQA wymagały schłodzenia – powiedział oficer prasowy Kom. Pow. Państwowej Straży Pożarnej w Kartuzach Marek Szwaba.

– Auto zostało umieszczone w kontenerze napełnionym wodą. Zgłoszenie pożaru otrzymaliśmy w niedzielę przed godz. 21, a wodę z kontenera odpompowano w poniedziałek o godz. 15.30. Później kontrolowano, czy temperatura baterii nie wzrasta. Łącznie minęło ponad 21 godzin – podsumował Szwaba.

Kłopotliwe pożary samochodów elektrycznych

Według strażaków minimalny czas schłodzenia baterii płonącego samochodu elektrycznego wynosi siedem godzin. To może jednak potrwać znacznie dłużej, tak jak było w przypadku Tuchomia. W tej miejscowości nie było odpowiedniego miejsca do schłodzenia ogniwa, więc to strażacy z Gdańska musieli przywieźć kontener, w którym zanurzono mercedesa.

Miejsce, poza terenem zabudowanym, gdzie doszło do pożaru, strażacy musieli przez cały czas trwania akcji gaśniczej zabezpieczać. Łącznie w gaszeniu „elektryka” brało udział 16 zastępów straży pożarnej. Na skutek pożaru nikt nie został ranny. Straty oszacowano na 190 tys. zł.

————–

Piotras

Interesuje mnie ile wody nalano do kontenera w celu schłodzenia akumulatorów Kolejny etap akcji gaśniczej to co zrobiono z wodą która wykorzystano do schładzania Ostatnie pytanie to skład chemiczny wody po schładzaniu.

Lol:

Trzeba go bylo do Brukseli podrzucic.. I to palacego sie.