Rozpoznanie walką

Rozpoznanie walką

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  14 maja 2023 michalkiewicz

Wojna polsko-rosyjska rozwija się wprawdzie powoli, ale się rozwija. Inaczej zresztą być nie może. Skoro na Ukrainie jest wojna, to musi być także i u nas – bo inaczej – co by sobie o nas pomyśleli Nasi Najwięksi Sojusznicy w Waszyngtonie? Mogliby sobie pomyśleć, że my tu niby Ukrainie oddalibyśmy serce, ale tak naprawdę, to coś tu pokątnie kombinujemy. Tymczasem my nic nie kombinujemy, u nas co w sercu, to na dłoni, ewentualnie – na języku, więc jeśli jest taki rozkaz, żeby Polska włączyła się do wojny z Rosją, to się włączamy.

Jak wiadomo, w ramach działań rozpoznawczych, tak zwanej – jak to nazywają ruscy zbrodniarze – „razwiedki bojem”, czyli rozpoznania walką, niezależna prokuratura przejęła pieniądze rosyjskiej ambasady, uprzednio tylko zamrożone w Santander Banku, w ramach „zmiany formuły prawnej”. Ponieważ to działanie przypisano rządowi „dobrej zmiany”, to nieprzejednana opozycja nie mogła być gorsza. Co by sobie wtedy pomyślał o niej Nasz Najważniejszy Sojusznik?

Toteż pan Rafał Trzaskowski, który w wolnych chwilach sprawuje funkcję prezydenta Warszawy, nakazał przeprowadzenie „egzekucji komorniczej” budynku przy ulicy Kieleckiej w Warszawie, w którym wcześniej mieściła się szkoła dla dzieci rosyjskich dyplomatów. Strony rosyjskiej nie było stać na nic więcej, jak tylko na wezwanie polskiego charge d’affaires w Moskwie, któremu w tamtejszym ministerstwie spraw zagranicznych zrobiono wygowor – ale od tego przecież jeszcze nikt nie umarł.

Tymczasem samolot polskiej Straży Granicznej, który w ramach służby dla „Frontexu” patrolował nad Morzem Czarnym w pobliżu wybrzeża rumuńskiego, był nękany przez ruski myśliwiec, który wykonywał wokół niego manewry, zmuszając do zmiany kursu – ale poza tym nic się nie stało. Ten „Frontex” to taka biurokratyczna struktura Unii Europejskiej, która teoretycznie ma chronić zewnętrzne granice – ale podczas apogeum kryzysu migracyjnego urzędnicy „Frontexu” pochowali się w mysich dziurach i w rezultacie granice Unii Europejskiej sprawiały wrażenie opuszczonych. Wyjątek stanowiła granica polsko-białoruska, gdzie Straż Graniczna próbowała powstrzymywać napierających migrantów, za co była pryncypialnie krytykowana zarówno przez panią Ochojską, jak i przez panią Barbarę Kurdej-Szatan, która Straż Graniczną strasznie obsobaczyła i nawet została z tego powodu zawleczona przez reżym Jarosława Kaczyńskiego przed niezawisły sąd – ale sąd powinność swej służby zrozumiał i nie pozwolił zrobić pani Basi najmniejszej krzywdy.

Podobnie wesołym oberkiem zakończyła się też operacja niszczenia zasieków granicznych przez „aktywistów” przywiezionych nad granicę przez pana Bartosza Kramka z fundacji „Otwarty Dialog”, która pozostaje pod ochroną czyjejś Mocnej Ręki, której istnienia nikt u nas nie śmie się nawet domyślać. Wprawdzie złowrogi Aleksander Łukaszenka, który tych migrantów najpierw na Białoruś zwabił, a potem wypychał nad polską granicę, jest „pies potępiony”, jako pogromca pani Swietłany Cichanouskiej, z którą nasi Umiłowani Przywódcy pobawili się trochę w mocarstwowość i jako kolaborant Putina, ale potępienie Łukaszenki to jedna sprawa, a potępienie reżymu Jarosława Kaczyńskiego to sprawa druga – i dlatego Judenrat „Gazety Wyborczej” nieubłaganie stanął po stronie migrantów, a w tej sytuacji pani Ochojska nie miała wyboru, to jasne.

Wróćmy jednak do wojny polsko-ruskiej, która zresztą została proroczo przepowiedziana przez panią Dorotę Masłowską, damę i pisarkę w stosownej powieści, przeznaczonej dla wyrośniętej młodzieży z uwagi na wplecione tam „momenty”. Otóż nieubłaganie zbliżał się dzień 9 maja, kiedy to ruscy zbrodniarze tradycyjnie urządzają prowokacje. W ubiegłym roku rosyjski ambasador w Warszawie został oblany czerwoną farbą przez ukraińską aktywistkę, którą zaraz potem pośpiesznie wyekspediowano za granicę, żeby ani nasza ojczysta policja, ani niezależna prokuratura, ani niezawisłe sądy nie musiały doświadczać dysonansów poznawczych. Ale ambasadora niczego ta nauczka nie nauczyła i ogłosił, że 9 maja złoży kwiaty na cmentarzu-mauzoleum żołnierzy radzieckich. I tym razem do tego nie doszlo, a to za sprawą „aktywistów”, których tłum ustawił prawdziwy las z ukraińskich flag i wznosił rozmaite okrzyki. W rezultacie ambasador nawet nie zdołał docisnąć się w pobliże i – jak to podsumował poświęcony portal „Fronda” – „przestraszył się tłumu”.

Ośmielony tym triumfem nad Rosją pan Krzysztof Sobolewski, sekretarz generalny PiS wyraził pogląd, że rosyjskiego ambasadora Polska powinna „wydalić”. Pan Sobolewski dotychczas chyba nie zdążył jeszcze zdobyć żadnego doświadczenia heroicznego, w odróżnieniu od pana prezydenta Dudy, któremu prezydent Zełeński wielkodusznie włączył syreny alarmowe podczas jego pobytu w Kijowie, podobnie jak prezydentowi Bidenowi – ale pewnie w swoim tornistrze nosi buławę marszałkowską.

Co innego pani wicemarszałek Sejmu Małgorzata Gosiewska. Ta przeszła chrzest bojowy w słynnym ukraińskim pułku „Azow”, co – zgodnie z teorią Janusza Korwin-Mikke – uczyniło z niej nieprzejednaną antyrosyjską egerię, więc jeśli ktokolwiek miałby poprowadzić naszą niezwyciężoną armię na Moskwę, to stawiałbym właśnie na nią. Już na sam jej widok zimny ruski czekista czmychnąłby na Nową Ziemię, albo jeszcze dalej, zwłaszcza, gdyby, swoim zwyczajem, jego też obsobaczyła. W ten sposób nasza niezwyciężona armia powtórzyłaby sukces hetmana Żółkiewskiego ustępując następnie miejsca na Kremlu ukraińskiej załodze – bo to jej, zgodnie z rozkazem prezydenta Bidena, wypowiedzianym w Arkadach Kubickiego w Warszawie – należy się ostateczne zwycięstwo. Polska zaś, jako sługa narodu ukraińskiego, ma to umożliwić, nie tylko udostępniając za darmo Ukrainie zasoby całego państwa, ale nawet – jeśli będzie trzeba – to się z Ukrainą „zleje” – o czym pisał wpływowy amerykański periodyk „Foreign Policy”.

Wydawać by się tedy mogło, że żadna chmurka nie mąci świetlanego politycznego horyzontu, ale nie. Kiedy ruska prowokacja się nie udała, to zaraz niemiecki kanclerz Otto Scholz zaczął sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, oświadczając, że 8 maja to rocznica „wyzwolenia Niemiec i świata z tyranii narodowego socjalizmu”. Te słowa dlaczegoś wzburzyły akurat panią Beatę Szydło i pana ministra aktywów państwowych Jacka Sasina – żeby Niemcy nie chowały się za placami złych „nazistów”. Ale – jak to w Brzezince powiedział przed wielu laty Jego Świątobliwość Benedykt XVI – Niemcy były „pierwszym krajem, nad którym grupa zbrodniarzy zdobyła władzę”, toteż kiedy jeden zbrodniarz się zastrzelił, a inni – rozpierzchli – Niemcy zostały wyzwolone. Teraz trzeba tylko wyzwolić Rosjan – a potem się zobaczy.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Lotnisko w Radomiu zderzyło się z rzeczywistością. To „przedsmak tego, czym będzie CPK”.

Lotnisko w Radomiu zderzyło się z rzeczywistością. To „przedsmak tego, czym będzie CPK”.

„Dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł”

lotnisko-w-radomiu-zderzylo-sie-z-

– To również przedsmak tego, czym będzie CPK – powiedział wiceminister Marcin Horała, otwierając Lotnisko Warszawa-Radom. Oby te słowa nie odbijały mu się czkawką, bo nowy port już na początku ma pod górkę. Ekspert mówi wprost: teraz widać, jak dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł.

Podczas uroczystego otwarcia premier Mateusz Morawiecki mówił, że Lotnisko Warszawa-Radom to „dowód na to, że zdejmujemy klątwę z Radomia, którą na to miasto po czerwcu 1976 r. rzucili komuniści„. Przekonywał też, że sceptycy wobec inwestowania w ten port 800 mln zł, nie mieli racji. – To lotnisko będzie tętniło życiem – zapewniał szef rządu podczas inauguracji z pompą.

W Radomiu rzeczywiście powstało najnowocześniejsze regionalne lotnisko w Polsce, skrojone pod potrzeby czarterów i tanich linii lotniczych. Problem w tym, że na razie nie zdecydował się z niego latać żaden tani przewoźnik, a część z zapowiadanych tras została skasowana, jeszcze zanim wystartował na nich pierwszy rejs.

3,6 tys. pasażerów w dwa tygodnie. Statystyki Lotniska Warszawa-Radom

Money.pl ustalił, że po pierwszych dwóch tygodniach z Lotniska Warszawa-Radom skorzystało łącznie ponad 3,6 tys. pasażerów. Tygodniowo odbywa się tam 12 operacji startów i lądowań.

– Ciężko było rzecz jasna oczekiwać, że wszystko pójdzie jak po maśle i linie będą tam walić drzwiami i oknami. Obwąchiwanie każdego lotniska ma swoje prawa, więc korekty w rozkładzie były rzeczą oczywistą. Tutaj jednak każda korekta urasta do miana wydarzenia narodowego, bo napompowano wcześniej niesamowicie bańkę medialną wokół Radomia, projekt został mocno upolityczniony – komentuje money.pl Adrian Furgalski, prezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Lotnisko Warszawa-Radom powstało na gruzach portu lotniczego Radom-Sadków. Ten zakończył działalność po zaledwie trzech latach działalności, ponosząc finansowe i wizerunkowe fiasko. Zyskał miano lotniska, z którego prawie nikt nie latał. W ostatnim roku działalności odprawiono tam niespełna 10 tys. pasażerów – a to w uproszczeniu mniej niż 30 osób dziennie.

Państwowe Polskie Porty Lotnicze odkupił bankruta i zainwestował w niego około 800 mln zł. I przekonywał, że nowoczesne lotnisko, z dłuższym pasem startowym, nowoczesnym terminalem, będzie przepisem na sukces. Port Lotniczy Warszawa-Radom im. Bohaterów Radomskiego Czerwca 1976 r. zapowiadano jako ten, który ma odciążyć stołeczne Lotnisko Chopina, przejmując z niego część ruchu czarterowego i tanich linii lotniczych. Od początku zwracano jednak uwagę, że Warszawa ma już lotnisko komplementarne – port lotniczy w Modlinie. Odprawia ponad 3 mln pasażerów rocznie i sam wymaga rozbudowy.

– Przede wszystkim na kanwie wojny z lotniskiem w Modlinie zasadne było i jest pytanie o sensowność budowy lotniska w Radomiu – dodaje Furgalski.

Radom kontra Modlin

PPL, zarządzający Lotniskiem Chopina i udziałowiec Modlina, od lat blokował decyzje inwestycyjne. Argumentował, że to lotnisko jest podporządkowane tylko jednemu przewoźnikowi – Ryanairowi. I to on wyłącznie skorzysta na nowych inwestycjach, a Modlin wciąż pozostanie nierentowny.

PPL wylicza, że w sezonie letnim liczba operacji z Lotniska Warszawa-Radom wzrośnie, najpierw do 18, a potem do 32 tygodniowo. Sezon letni kończy się 27 października. Dzień później w życie wchodzi rozkład lotów na okres zimowy.

– Bardzo ciekawe będzie zapełnienie czarnej dziury, jaką jest tablica odlotów po 27 października, kiedy to odleci ostatni rejsowy samolot LOT-u. Sezon zimowy w ogóle jest ciężki a w Radomiu przy obecnym ograniczaniu oferty w sezonie wysokim, będzie bardzo ciężki – dodaje Furgalski w rozmowie z money.pl.

Radom to „przedsmak tego, czym będzie CPK”

– Na naszych oczach powstaje jedno z najlepiej skomunikowanych miejsc w Polsce. To również akt wielkiej sprawiedliwości wobec tak ciężko doświadczonego miasta. To również przedsmak tego, czym będzie CPK – mówił Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego, podczas uroczystego otwarcia nowego Lotniska Warszawa-Radom.

Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych IATA w prognozie z 2022 r. na zlecenie PPL szacuje, że w 2040 r. Lotnisko Warszawa-Radom obsłuży 1,8 mln pasażerów. Polskie Porty Lotnicze przewidują, że na koniec grudnia 2022 r. będzie to 150-180 tys. podróżnych. Wcześniej była mowa o 250 tys. pasażerów w tym samym okresie. A jeszcze w 2021 r. o tym, że już po zaledwie 2-3 latach od otwarcia z Radomia będzie latać milion pasażerów rocznie.

– Opierając się tylko na prognozach przedstawicieli portu oraz analizach IATA, widać teraz tym bardziej, jak dyskusyjne było wpakowanie 800 mln zł w to lotnisko. Dla mnie to także „dobry” prognostyk do tych szumnych zapowiedzi odnośnie CPK w 2027 roku, która to inwestycja będzie nieporównywalnie większa niż Radom – ostrzega Furgalski.

Bo plany i zapowiedzi polityków Prawa i Sprawiedliwości wobec Centralnego Portu Komunikacyjnego są jeszcze większe. Odkąd zapadła decyzja, przekonywano, że będzie to jedno z najlepszych lotnisk na świecie, nowe centrum transportowe kraju, koło zamachowe polskiej gospodarki i trampolina dla LOT-u, który dołączy do grona tych najbardziej liczących się linii lotniczych. Jeśli Lotnisko Warszawa-Radom to „przedsmak tego, czym będzie CPK”, to ekspert ma wątpliwości.

– Już przy malutkim projekcie radomskim zaliczyliśmy 2,5-roczną obsuwę czasową oraz dwukrotny wzrost kosztów, czy rozminięcie się inwestycji lotniczej z kolejową w postaci nowego przystanku kolejowego dla obsługi lotniska – dodaje prezes ZDG TOR.

Polskie Porty Lotnicze bronią inwestycji w Radomiu. „Warto pamiętać, że Lotnisko Warszawa – Radom, mimo swojej przeszłości, to tak naprawdę całkowicie nowy produkt na mapie polskich lotnisk. Jak zawsze w takich przypadkach linie lotnicze i touroperatorzy potrzebują czasu na kształtowanie siatki połączeń. Zmiany w siatce połączeń będą pojawiać się systematycznie w każdym sezonie, niektóre kierunki będą znikać, a w ich miejsce będą pojawiać się nowe. Szczególnie jeśli chodzi o loty czarterowe, siatka połączeń jest dostosowywana do aktualnych trendów” – czytamy w odpowiedzi na pytania money.pl.

Marcin Walków, dziennikarz i wydawca money.pl

Nowe zdobycze na froncie walki o wolność słowa

Nowe zdobycze na froncie walki o wolność słowa

Dariusz Matuszak nowe-zdobycze-na-froncie-walki-z-wolnoscia-slowa


Kanada to jeden z tych postępowych, zawsze uśmiechniętych reżimów, który jest swego rodzaju pracownią doświadczalną, gdzie sprawdza się zaprowadzanie totalitarnego nowego światowego ładu. Na ludności doświadczalnej testuje się poszczególne rozwiązania. Kraj Klonowego Liścia specjalizuje się m. in. w walce z wolnością słowa i zaprowadzaniem cenzury. W Europie to jedna z niemieckich specjalizacji, więc i Berlin ma swoje nowe zdobycze w walce z wolnością słowa.

Przepisy dotyczące cenzury

Kanadyjska Komisja Radiowo-Telewizyjna i Telekomunikacji (CRTC) właśnie przystąpiła do opracowywania szczegółowych przepisów wykonawczych dotyczących cenzurowania treści w Internecie. To konsekwencja przyjętej pod koniec kwietnia nowelizacja tzw. Ustawy C 11 o przesyłaniu treści w sieci (Online Streaming Act).

W największym skrócie nowelizacja polega na tym, że ci którzy dystrybuują treści uznane przez tzw. weryfikatorów faktów (fact checkers), a więc w rzeczywistości cenzorów, za fałszywe mogą zostać aresztowani, sądzeni i skazani na więzienie. Owi weryfikatorzy mogą pochodzić z mediów publicznych, państwowych – np. we Francji jest nim agencja prasowa AFP (absolutnym skandalem jest to, że polski rząd pozwala na to by, francuska państwowa agencja prasowa, której nawet prezesa mianuje premier Francji sprawdzała, weryfikowała treści publikowane na polskich stronach Facebooka).

Cenzorzy mogą też być prywatni z niby pozarządowych organizacji samozwańczy weryfikatorzy tacy jak w Polsce Demagog finansowany m. in. przez rząd Stanów Zjednoczonych. Na marginesie można zauważyć, że mamy do czynienia z jakimś wielkim oszustwem blagą, kłamstwem związanym z funkcjonowaniem wielu tzw. NGO. Co to za organizacje pozarządowe skoro są przez rządy finansowane?

Wróćmy jednak jak mawiają Francuzi do naszych baranów. Rząd kanadyjski i CRTC zaprzeczają, że po wprowadzeniu kolejnych cenzorskich przepisów „siewcy kłamstw” będą wsadzani do więzienia, ale przeciwnicy nowego prawa wskazują na praktykę związaną z egzekwowaniem ustawy o tzw. mowie nienawiści. „Nienawistnicy” lądują za kratami.

Ale jest też nadzieja, bo praktyka wskazuje także na to, że opracowywanie przepisów wykonawczych zajmuje owej kanadyjskiej komisji radia telewizji etc. z reguły kilka lat. To czas na odwrócenie legislacji, którą od lat zaprowadza skrajnie lewicowy, totalitarny rząd Trudeau, – ale oczywiście najpierw Konserwatywna Partia Kanady musi wygrać wybory. Paradoksalnie kanadyjscy konserwatyści mogą uzyskać wsparcie mediów, które w zachodnim świecie niemal bez wyjątku wspierają rządy liberalne, czy wprost lewicowe. A to właśnie z powodu kolejnych konsekwentnych ataków na wolności słowa w wykonaniu rządzącej lewicy i rządu Trudeau.

Czytelnicy zapewne pamiętają jak PiS zaproponował, by pierwsze miejsca w pilotach do telewizorów miała TVP. Amatorzy, dzieci. W takiej Kanadzie przeforsowano ustawę, by dystrybutorzy treści w Internecie – media społecznościowe, platformy streamingowe, portale agregujące treści od różnych dostawców – Facebook, YouTube, Twitter etc, w sposób preferencyjny traktowały publicznego państwowego nadawcę CBC. Mają dbać o większe zasięgi dla jego treści, nadawać im priorytet tak, by się wyświetlały. Kanadyjska Komisja Radiowo-Telewizyjna i Telekomunikacji (CRTC) zastrzega, że nie będzie układać algorytmów i tłumaczy

Nie możemy nakazać serwisom przesyłu strumieniowego online korzystania z określonych algorytmów w celu promowania treści kanadyjskich i od rdzennych mieszkańców (Kanady). Istnieje wiele innych sposobów na ułatwienie wyszukiwania treści kanadyjskich i od rdzennych mieszkańców. Na przykład prowadzenie kampanii promocyjnych, lub prezentowanie treści na stronie głównej serwisu. Zbadamy te możliwościowi w ramach naszych konsultacji i czekamy na opinie wszystkich.

Czyli będzie jak z samochodami Forda. Można kupić w każdym kolorze pod warunkiem że w czarnym.

I tak dystrybutorzy treści jak Facebook, YouTube etc. wcale nie będą zmuszani do manipulowania algorytmami na rzecz CBC, tylko wystarczy, że będą ją nieustannie reklamować, a treści od niej zawieszać na górze strony i na pierwszej pozycji utrzymywać. Tak, by ilekroć Kanadyjczyk otworzy Facebooka, Twittera, YouTube etc. najpierw zobaczył co ma państwowa telewizja do powiedzenia.

Canadian Broadcasting Corporation to odpowiednik BBC, czy naszej publicznej TVP i Polskiego Radia. Finansowany jest głównie przez rząd, choć część wpływów pochodzi z reklam. Wyobrażacie sobie państwo histerię jaka by w Polsce wybuchła, jaki wrzask o zamachu na wolność mediów by się podniósł, gdyby ktoś coś takiego zaproponował. Protesty byłyby oczywiście słuszne, ale niech nikt się nie łudzi, że to w Polsce niemożliwe. Wystarczy, że do władzy dojdą takie postępowe moce uśmiechniętego, liberalnego totalitaryzmu jakie opanowały większość krajów Zachodu.

Nazywałoby się to tak jak w Kanadzie – realizacja prawa obywateli do rzetelnej informacji.

Co więcej, Trudeau i jego rząd chcą zmusić, by Facebook, Twitter, płaciły tym głównym dostawcom, których treści udostępnia. Argument jest taki, że dzięki nim zwiększa u siebie ruch i zarabia na tym. Jakiś sens w tym jest i tego domaga się wiele tradycyjnych mediów. Ale sprawa jest niejednoznaczna i można argumentację odwrócić. Mianowicie producent treści CBC powinien płacić Facebookowi, Twitterowi za jej dystrybucję. Platformy internetowe zwiększają im bowiem zasięgi – oglądalność, czytelnictwo, a zbudowanie i utrzymanie infrastruktury kosztuje. To gazeta płaci przecież kioskarzowi za to, że ją sprzedaje. Odwrotny argument byłby taki – płać nam kioskarzu za to, że wstawiamy gazetę do twej budki, bo dzięki temu więcej ludzi do niej przychodzi i inne towary kupuje.

Taki sens ma kanadyjskie rozwiązanie i to bardzo się internetowym gigantom nie podoba. Na dodatek każe im się reklamować kanadyjską telewizję państwową, zapełniać swoje strony jej postępowymi treściami i przemówieniami przewodniczącego Trudeau. Inaczej mówiąc media społecznościowe są zmuszane do preferencyjnego traktowana treści od kanadyjskiej telewizji, radia i jeszcze mają im za to płacić. Dlatego tez kanadyjscy konserwatyści mogą zyskać sojuszników w wielkich platformach Internetu i w prywatnych mediach, które w sieci muszą mierzyć się z konkurencją bardzo uprzywilejowanego państwowego nadawcy.

Niemcy wiodą prym w walce z wolnością

Na naszym kontynencie jest kilka państw, które biją się o pozycje czempiona w walce z wolnością słowa i w zaprowadzaniu cenzury i wśród nich nie mogło oczywiście zabraknąć Niemiec. W połowie kwietnia rząd Scholza obwieścił o pracach nad ustawą o „przemocy cyfrowej”. Zakłada ona, że sądy mogłyby skazywać użytkowników na „zamknięcie kont”. Inaczej mówiąc przestępca – siewca kłamstw i nienawiści nie mógłby nie tylko niczego publikować, ale też w danym medium czytać, czy oglądać. Nie maiłby do niego dostępu. W PRL funkcjonował zapis cenzorski. Objęci nim nie mogli niczego publikować, przedstawiać. Nie tylko jakichś tam treści, które cenzorzy uznali za fałsz albo mowę nienawiści (w PRL były to treści mogące wywołać niepokoje społeczne), ale w ogóle nic. Nawet wierszyka o kotku.

Nowe cenzorskie przepisy o walce z tzw. mową nienawiści i fałszywymi wiadomościami z pozoru nie wyglądają groźnie, ale trzeba je rozpatrywać w szerszym kontekście niemieckiej walki z wolnością słowa, zwłaszcza uchwalonej w 2018 roku ustawy NetzDG – Netzwerkdurchsetzungsgesetz (ustawa i egzekwowaniu prawa w sieci).

Zgodnie z nią platformy mediów społecznościowych z ponad 2 milionami użytkowników mają 24 godziny na usunięcie treści „wyraźnie nielegalnych” i 7 dni na usunięcie nielegalnych. Te „zwyczajnie nielegalne” to takie których nielegalność nie jest tak oczywista, ale jacyś cenzorzy uznali, że jednak są nienawistne, czy fałszywe. Ot, dajmy na to ktoś napisze, że von der Leyen jest skrajnie nieudolną, infantylną, wręcz żałosną przewodniczącą Komisji Europejskiej. Będą więc trwały narady czy to prawda, czy fałsz i jak bardzo nienawistne takie stwierdzenie jest. Jeśli portal nie usunie takiej nielegalnej informacji, powiedzmy o von der Leyen, może zostać ukarany nawet 50 milionami euro grzywny. Wyobraźcie sobie teraz Państwo, ze jesteście Facebookiem i ktoś na swoim profilu napisał, że były przewodniczący Komisji Europejskiej Juncker jest pijakiem. Co robicie – zostawiacie, czy usuwacie, bo Niemcy mogą wam 50 mionów euro zabrać?

Portale muszą też co pół roku składać raporty o cenzurowanych i usuwanych treściach. Indywidualnie można tez wylądować na 2 lata w więzieniu za obrażanie osób, czy grup ze względu na rasę, pochodzenie, religie, płeć orientacje seksualna etc.

System cenzorski więc się w Niemczech ostatecznie domyka. Skazany na zamknięcie kont całkowicie znika z przestrzeni cyfrowej. W niektórych przypadkach jakby niemal fizycznie nie istniał, w każdym razie staje się niewidzialny, niesłyszalny. Nie ma go. Istotą jest całkowite uciszanie ludzi i wręcz wyrzucanie ich poza nawias społeczny, bo przecież ogromna część naszego życia toczy się już w przestrzeni cyfrowej. Oczywiście można dyskutować czy egzekucja takiego prawa będzie technicznie możliwa, ale Niemcy mają wprawę w izolowaniu ludzi, tworzeniu gett więc i z tym sobie pewnie poradzi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Komisarz Jourova rozczarowana – za mało cenzury na Twitterze. Grozi, że pozbawi nas możliwościowi korzystania z mediów społecznościowych

========================

 Tigermoth #30973

Podzielam oburzenie . Jednak porównywanie do Orwella nie jest do końca trafne. Lepiej pasuje zestawienie z „Nowym wspaniałym światem” Huxleya . Wizja Orwella zakłada stosowanie twardego terroru podczas gdy ta przedstawiona przez Huxleya ukazuje dominację miękkich środków , które zniewalają siłą pozornych przyjemności . Stąd wspomnienie przez Autora o uśmiechniętym totalitaryzmie jest adekwatne . To co piszę nie oznacza , że jedna forma oddziaływania nie może się przeistoczyć w drugą ! Ale to już inna sprawa.

Fit for 55. Uciekajmy na Białoruś, póki to możliwe!!

Fit for 55. Uciekajmy na Białoruś, póki to możliwe!!

[Poniżej „zrównoważone podejście”. MD]

Czy zielony komunizm w UE spowoduje, że Polacy będą uciekać na Białoruś, bo nie będzie się dało normalnie żyć w Polsce?

zielony-komunizm-w-ue

Unia Europejska jest na drodze do przemiany, której skala nie ma precedensu w jej historii. W ramach programu „Fit for 55”, UE ma zamiar zredukować swoje emisje CO2 o 55% do 2030 roku w porównaniu do poziomów z 1990 roku, a do 2050 roku stać się neutralna pod względem emisji. Dążenia te, choć szlachetne, mogą jednak prowadzić do poważnych konsekwencji dla obywateli.

W ramach „Fit for 55”, UE proponuje objęcie systemem handlu uprawnieniami do emisji (ETS) nowych sektorów, takich jak transport i budownictwo. W praktyce oznacza to, że koszty związane z emisją CO2 będą ponoszone bezpośrednio przez konsumentów, co spowoduje wzrost cen paliw, biletów lotniczych i ogrzewania. Ponadto, wszystkie budynki w UE będą musiały być zeroemisyjne, co może kosztować biliony złotych.

Co więcej, UE planuje zakazać rejestracji nowych samochodów spalinowych do 2035 roku, co wymusi na konsumentach przejście na droższe samochody elektryczne. Jednak, produkcja samochodów elektrycznych i baterii do nich również ma znaczny wpływ na środowisko, co często jest pomijane w tej dyskusji.

Należy jednak pamiętać, że wysiłki UE są tylko kroplą w morzu. Według danych, emisje CO2 w Europie stanowią tylko około 8% światowych emisji. Bez globalnej współpracy, zmiany w UE mogą okazać się niewystarczające, a wręcz szkodliwe dla jej obywateli.

Skutki tych polityk będą odczuwalne dla obywateli UE. Wzrost cen i ograniczenia mogą sprawić, że życie w UE stanie się trudne. Możliwe, że niektórzy Polacy zdecydują się przenieść na wschód, do krajów takich jak Białoruś czy Rosja, które nie podążają tą samą ścieżką. To prowadzi nas do dystopijnego scenariusza, w którym ogrodzenie na granicy Polski z Białorusią, które miało na celu powstrzymanie nielegalnej imigracji, może być wykorzystane do powstrzymania ucieczek na wschód z „eurosojuza”.

Czy rzeczywiście zmierzamy w stronę „zielonego komunizmu”? Czy UE stanie się miejscem, z którego obywatele będą chcieli uciekać? To pytania, na które jeszcze nie znamy odpowiedzi. Jedno jest pewne – zmiany, które nadejdą, będą miały daleko idące konsekwencje. 

Mimo teoretycznie szczytnych celów, „Fit for 55” stawia przed obywatelami UE wiele wyzwań. Przekształcenie budynków w zeroemisyjne, przeniesienie transportu na pojazdy elektryczne i objęcie nowych sektorów systemem ETS to zadania, które wymagają ogromnych inwestycji i zmian w naszym sposobie życia. Wiele osób będzie musiało zmierzyć się z wyższymi kosztami życia, a nie wszyscy będą w stanie sobie na to pozwolić.

Jednocześnie należy pamiętać, że wysiłki UE są tylko częścią globalnej walki przeciwko zmianom klimatycznym. [A gucio !! Tych wariatów najwięcej w UE md] ]

Bez globalnej współpracy, te wysiłki mogą okazać się niewystarczające. Co więcej, mogą one prowadzić do niezamierzonych konsekwencji, takich jak migracje wewnątrz kontynentu lub nawet poza jego granice.

Czy Polacy będą musieli szukać schronienia na wschodzie, w Białorusi lub Rosji? Czy zielony komunizm rzeczywiście stanie się rzeczywistością w Europie? To pytania, które wywołują niepokój, ale na które trudno teraz odpowiedzieć. Niezależnie od wyniku, jedno jest pewne: UE stoi na progu ogromnych zmian, które wpłyną na życie każdego z nas.

Na koniec, warto przypomnieć, że choć walka ze zmianami klimatycznymi jest ważna, nie może ona odbywać się kosztem jakości życia obywateli. Potrzebujemy zrównoważonego podejścia, które uwzględnia zarówno ochronę środowiska, jak i dobrobyt społeczny. Tylko w ten sposób będziemy mogli stawić czoła wyzwaniom przyszłości i zapewnić trwały rozwój dla przyszłych pokoleń.

=================================

mail:

Dlaczego „Mimo teoretycznie szczytnych celów, “Fit for 55” stawia przed 
obywatelami UE wiele wyzwań.”

Dlaczego szczytnych?

Przecież opowiadanie o globalnym ociepleniu jest pozbawione sensu.

Medytacje nad ruską rakietą

Medytacje nad ruską rakietą

Stanisław Michalkiewicz nad-rakieta

Oj cienko śpiewa nasza pani Swietłana Cichanouska, z którą tak pięknie nasi Umiłowani Przywódcy pobawili się w mocarstwowość, wpychając Aleksandra Łukaszenkę wraz z całą Białorusią w objęcia Putina. Właśnie z zagranicy, gdzie przebywa na łaskawym amerykańskim chlebie, o który, nawiasem mówiąc, wykłóca się z innym faworytem, panem Zianonem Paźniakiem, który obok wielu innych zalet ma również i tę, że był polakożercą – wydała z głębi wezbranej piersi delarację, że “jest gotowa wziąć odpowiedzialność” za los narodu białoruskiego – ale dopiero po śmierci Aleksandra Łukaszenki. Wtedy – rozmarza się pani Swietłana – rozgorzeje walka o schedę między jego pretorianami – a w tym momencie wkroczy ona, by realizować opracowaną już “strategię przejściową”. Pani Swietłana mówi, że zrobiły to “siły demokratyczne”, ale nie wiadomo które – więc równie dobrze mogli być to filuci z amerykańskiego Departamentu Stanu – bo każdy z nich to przecież jeden w drugiego szczery demokrata. Ciekaw jestem, jaką w tej strategii rolę wyznaczyli filuci naszemu nieszczęśliwemu krajowi; czy znowu mamy wziąć udział w kolejnej zabawie w mocarstwowość z panią Swietłaną? Miejmy nadzieję, że przynajmniej nasza niezwyciężona armia nie weźmie udziału w tej walce diadochów, żeby na fotelu prezydenckim w Mińsku posadzić panią Swietłanę. Gdybym był Białorusem to wolałbym już pana Poczobuta, który, w odróżnieniu od pani Swietłany, z Białorusi nie dał drapaka.

Ale wszystko zależy od tego, ile prezydent Łukaszenka będzie żył – bo najwyraźniej sama pani Swietłana straciła nadzieję, że za jego życia cokolwiek jej się uda. Jeśli jednak będzie żył jeszcze dostatecznie długo, to żadnych walk diadochów, na które i filuci, a za nimi i pani Swietłana stawia, może w ogóle nie być. Aleksander Łukaszenka ma przecież syna, którego od najmłodszych lat zaprawia do rządzenia Białorusią, więc również ten syn już teraz, w odróżnieniu od pani Swietłany, coś tam o rządzeniu Białorusią musi wiedzieć. Jeśli tedy za życia Aleksandra Łukaszenki dorośnie, to myślę, że plany pani Swietłany mogą  nie doczekać się realizacji tak samo, jak nie doczekałyby się realizacji plany zajęcia miejsca Kim Dzong Una w Korei Północnej.

Nie ukrywam, że w tej sytuacji życzę prezydentowi Łukaszence długich lat życia nie dlatego, żebym źle życzył pani Swietłanie która, zwłaszcza privatissime, może być uroczą osobą, tylko ze względu na ewentualny udział w białoruskiej wojnie sukcesyjnej naszej niezwyciężonej armii. Chodzi o to, że – jak wykazały ostatnie wydarzenia – największym dla niej zagrożeniem nie jest ani Łukaszenka, ani Putin, tylko ona sama.

Oto jakiś czas temu przypadkowy jeździec natknął się w lesie pod Bydgoszczą na zagadkowy przedmiot, który przez Judenrat “Gazety Wyborczej”, co to do takich spraw ma specjalnego nosa – został zdemaskowany, jako ruska rakieta, tyle, że podobno bez prochu. W tej sytuacji nasza niezwyciężona armia rozwinęła energiczną akcję, której celem było nie tyle odnalezienie tajemniczego obiektu, co wymyślenie odpowiedzi na kilka pytań: jak to się stało, że ruska rakieta doleciała niezauważona aż pod Bydgoszcz, dlaczego odnalazł ją przypadkowy przechodzień, a nie żadna bezpieczniacka wataha, których tyle oblazło nasz nieszczęśliwy kraj, no i na pytanie najważniejsze. Jak pouczał bowiem kadetów Szkoły Morskiej w Tczewie żaglomistrz na “Lwowie” Jan Leszczyński – “waju nikt nie będzie pytał, wiele czasu to było robione, tylko KTO TO ROBIŁ?”

Tymczasem według rewelacji, jakie okazały się w dniach ostatnich – właśnie ta kwestia zajęła naszej niezwyciężonej armii najwięcej czasu. Chodziło – jak się możemy domyślać – o to, by o tej tajemnicy wielkiej nie dowiedział sie przed czasem pan wicepremier i minister obrony Mariusz Błaszczak. Chociaż – jak przypuszczam – wiele od niego nie zależy, bo jego zadaniem jest kupowanie wszystkiego, co postanowi mu wtrynić Nasz Najważniejszy Sojusznik i nie targować się – ale “na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności” – toteż nasi dzielni generałowie starali się nie zasmucać pana ministra Błaszczaka. Jak śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski – “po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy” – zwłaszcza gdy najbardziej cieszy ją własna propaganda.

Toteż okazało się, że w tej sprawie pan minister Błaszczak nic nie wiedział – w co chętnie wierzę – bo po co niby wtajemniczać go w takie sprawy?  No ale teraz, kiedy mleko się rozlało, to już wie, w związku z czym poczuł się zobowiązany do energicznych, jak przystało na ministra obrony – działań. Zażądał tedy dymisji pana generała Piotrowskiego, że w ogóle się tą sprawą należycie nie zainteresował. Ale pan generał Andrzejewski, który podobno też znalazł się na linii strzału, natychmiast replikował, że od samego początku, czyli “wtedy, kiedy to się wydarzyło” informował o wszystkim swoich przełożonych. 

Wszystko się zgadza, jak mówią gitowcy – “wszystko gra i koliduje”, również dlatego, że tak naprawdę nie wiadomo, kiedy właściwie to się wydarzyło, no i – których przełożonych pan generał Andrzejewski informował – bo ponad wszelką wątpliwość ustalone zostało, że pan minister Błaszczak o wszystkim dowiedział się z opóźnieniem, toteż właśnie dlatego znajduje się poza wszelkim podejrzeniem. Skoro jednak tak, to nie da się ukryć, że mieliśmy do czynienia z konspiracją i to na najwyższych szczeblach naszej niezwyciężonej armii.

Jak w tej sytuacji zareaguje na to nasza nieprzejednana opozycja? Czy Senat powinien odrzucić ustawę o komisji nadzwyczajnej, która ma badać ruskie wpływy w polskiej polityce? Początkowo wszyscy myśleli, że jest to inicjatywa ustawodawcza wymierzona w Donalda Tuska, ale w tej sytuacji Donald Tusk może skutecznie schować się za plecami generałów, którzy własnie znaleźli sie na linii strzału. Wtedy komisja nic by mu nie zrobiła, natomiast przyczyniłaby się do dokończenia kuracji przeczyszczającej w naszej niezwyciężonej armii, którą przed “głęboką rekonstrukcją rządu” zdążył rozpocząć złowrogi Antoni Macierewicz. Tymczasem Donald Tusk idzie w przeciwnym kierunku, zarzucając ministrowi Błaszczakowi, że jako “tchórz” próbuje zwalić winę na “ludzi w mundurach”. Krótko mówiąc – próbuje kreować się na płomiennego obrońcę naszej niezwyciężonej armii, a zwłaszcza jej kadry dowódczej. Najwyraźniej liczy na to, że w sytuacji zagrożenia któryś z generałów zdecyduje się pójść na skróty i rozgonić rząd “dobrej zmiany”  – a wtedy na to miejsce wśliznąłby się Donald Tusk ze swoimi pretoriany, przede wszystkim – z Wielce Czcigodnym posłem Pupką.  Co tu ukrywać; widać, że  jeśli Donald Tusk liczy na jakieś wsparcie ze strony naszej niezwyciężonej armii, to nieomylny to znak, że traci poczucie rzeczywistości – podobnie jak pani Swietłana, z którą nasi Umiłowani Przywódcy tak ładnie pobawili się w mocarstwowość.

O horrorze obecnego pontyfikatu – dyplomatycznie.

O horrorze pontyfikatu w Watykanie – dyplomatycznie.

Aktualne trendy pontyfikatu papieża Franciszka.

=======================

Większość paragrafów jest przerażająca! Są tam jednak zwłaszcza dwa ustępy, które, jak sądzę, wyrażają intencję całego dokumentu, a w szczególności pragnienie zmiany samej istoty Kościoła katolickiego

==================================

Wywiad z przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX aktualne-trendy-pontyfikatu-franciszka

Czcigodny Księże Przełożony, niedawno przypadała 10. rocznica wyboru papieża Franciszka na Stolicę Piotrową. Co, w opinii Księdza, stanowiło najważniejsze wydarzenie tych kilku ostatnich lat?

Trudno nie zauważyć, że po jego dwóch głównych oraz nowatorskich ideach: miłosierdzia, rozumianego jako „powszechna amnestia”, oraz nowej moralności, opartej na szacunku do Ziemi jako „wspólnego domu całej ludzkości”, ostatnie lata były zdominowane przez ideę synodalności. Nie jest to zupełnie nowa idea1, jednak papież Franciszek uczynił ją osią swojego pontyfikatu.

Idea ta jest tak wszechobecna, że wielu ludzi przestało się nią zbytnio interesować, choć stanowi ona kwintesencję dojrzałego i pełnego modernizmu. Z punktu widzenia eklezjologii rewolucja synodalna ma wywrzeć na Kościół poważny wpływ i dogłębnie przeobrazić jego hierarchiczną strukturę, jego funkcjonowanie, a przede wszystkim nauczanie wiary.

Dlaczego ludzie stali stracili zainteresowanie synodalnością?

Być może była ona postrzegana jako problem wyłącznie krajów niemieckojęzycznych lub też – zachowując wszystkie proporcje – jako problem zasadniczo belgijski, a świadomość jego uniwersalnego wymiaru z czasem zanikła. Jest pewne, że Niemcy odgrywali szczególną rolę w procesie synodalnym, jednak sam problem dotyczy Rzymu – a więc jest powszechny, dotyczy Kościoła katolickiego jako całości.

Jak zdefiniowałby Ksiądz proces synodalny?

Przede wszystkim ten proces jest raczej konkretną rzeczywistością niż wcześniej zdefiniowaną doktryną. Jest on zagmatwaną metodą czy też „praktyką”, która została przyjęta bez wcześniejszej znajomości wszystkich możliwych skutków. Mówiąc konkretnie, stanowi on wyraz pragnienia postawienia Kościoła „na głowie”. Kościół nauczający nie uważa się już za depozytariusza Bożego Objawienia, którego jest strażnikiem, ale za grupę biskupów w jedności z papieżem, którzy słuchają wiernych, a zwłaszcza głosów z peryferii, przywiązując szczególne znaczenie do tego, co mogłyby postulować najbardziej wyalienowane jednostki. Jest to Kościół, w którym pasterze stają się owcami, a owce – pasterzami.

U źródła tej idei leży przekonanie, że Bóg nie objawia się poprzez Pismo św. i Tradycję, których strażnikiem jest hierarchia Kościoła, ale poprzez „doświadczenie ludu Bożego”. Właśnie dlatego proces synodalny rozpoczął się od konsultacji z wiernymi wszystkich diecezji świata. W oparciu o te dane konferencje biskupów sporządziły podsumowania, których owocem była opublikowana kilka miesięcy temu pierwsza synteza rzymska.

Jakie jest znaczenie idei, wedle której Bóg objawia się i daje poznać swoją wolę poprzez doświadczenia ludu Bożego?

Ta idea stanowi fundament całego gmachu modernizmu. Na potępieniu tej błędnej idei dotyczącej Objawienia św. Pius X oparł swoją encyklikę Pascendi dominici gregis. Jeśli wiara, zamiast odwoływać się do Pisma św. i Tradycji, jest redukowana do doświadczenia – najpierw jednostkowego, a następnie wspólnotowego – to wówczas jej treść, a w konsekwencji ustrój Kościoła, mogą podlegać wszelkim możliwym ewolucjom. Doświadczenie – z samej definicji – dotyczy pewnego momentu lub okresu czasu. Jest to rzeczywistość pojawiająca się w czasie i w historii, która ze swej natury ma charakter ewolucyjny. W analogiczny sposób w życiu każdego z nas występuje ruch, a więc to życie ewoluuje.

Taka wiara-doświadczenie, z konieczności podlegająca ewolucji zgodnie ze zmianą świadomości i potrzebami kolejnych etapów historycznych, jest stale „wzbogacana” o nową treść, a równocześnie odrzuca to, co nie jest już aktualne. W ten sposób wiara staje się rzeczywistością przede wszystkim ludzką, związaną – podobnie jak historia ludzkości – z coraz to nowymi i zmieniającymi się warunkami. W dłuższej perspektywie niewiele pozostaje z tego, co wieczne, transcendentne i niezmienne. Jeśli wciąż mówimy o Bogu i Kościele katolickim, to te dwie rzeczywistości stają się projekcją tego, co doświadczenie może odczuć hic et nunc. W nieunikniony sposób zmienia się sens oraz zakres tych dwóch pojęć, wraz ze wszystkimi innymi dogmatycznymi elementami naszej wiary. Stopniowo są one wchłaniane przez to, co jest jedynie światowe i zmienne. Ich znaczenie ewoluuje wraz z ludzkością oraz jej doświadczeniem Boga. Ta idea nie jest nowa, jednak proces synodalny stanowi nową kulminację jej zakresu.

Co mógłby nam Ksiądz powiedzieć na temat wspomnianej przed chwilą „syntezy rzymskiej”?

Mam tu na myśli dokument opublikowany w październiku 2022 r., zatytułowany Rozszerz przestrzeń twego namiotu2. Jest to dokument roboczy etapu kontynentalnego synodu, a więc przeznaczony dla biskupów spotykających się na poszczególnych kontynentach3. Jest on prezentowany jako wyraz sensus fidei wiernych, zaś biskupom zaleca się, aby go czytali „oczami ucznia, który uznaje go za świadectwo drogi nawrócenia w kierunku Kościoła synodalnego, który uczy się ze słuchania, jak odnowić swoją misję ewangelizacyjną w świetle znaków czasu”4. Tak więc oczekuje się, że to właśnie na podstawie tego rzekomego wyrazu sensus fidei wiernych biskupi będą wyciągali wnioski i podejmowali ostateczne decyzje.

Jednak treść tego dokumentu oraz zawarte w nim sugestie są po prostu katastrofalne. Nie ma w nim praktycznie niczego, co mogłoby zostać uznane za wyraz wiary katolickiej. Przeciwnie, większość sugestii zaleca transformację Kościoła w całkowicie nową jakość. Możemy poniekąd zrozumieć, że wierni, a nawet księża – zwłaszcza obecnie – głoszą różne dziwaczne opinie, jest jednak całkowicie niedopuszczalne, żeby takie twierdzenia znalazły się w syntezie opracowanej przez watykański Sekretariat Generalny synodu.

Czy w tej syntezie są jakieś ustępy, które należy uznać za szczególnie niebezpieczne?

Niestety, trzeba powiedzieć, że większość paragrafów jest przerażająca! Są tam jednak zwłaszcza dwa ustępy, które, jak sądzę, wyrażają intencję całego dokumentu, a w szczególności pragnienie zmiany samej istoty Kościoła katolickiego w wyniku procesu synodalnego. Przede wszystkim, w odniesieniu do władzy, można dostrzec wyraźne pragnienie akceptacji Kościoła, który funkcjonowałby odwrotnie niż w sposób tradycyjny i w którym Kościół nauczający nie miałby już czego nauczać: „Ważne jest budowanie synodalnego modelu instytucjonalnego jako eklezjalnego paradygmatu dekonstrukcji władzy piramidalnej, która uprzywilejowuje jednoosobowe zarządzanie. Jedyną słuszną władzą w Kościele musi być władza miłości i służby, na wzór Pana”5.

Możemy się zastanawiać, czy mamy tu do czynienia z herezją, czy też po prostu z pustosłowiem, którego nie potrafimy bliżej sklasyfikować. Heretyk w istocie wciąż w coś „wierzy” i wciąż może mieć jakieś pojęcie o Kościele, nawet jeśli jest ono wypaczone. Tu jednak mamy do czynienia z ideą Kościoła, który byłby nie tylko niespójny, ale również – by posłużyć się współczesnym określeniem – „płynny”. Proponuje się Kościół bez doktryny, bez dogmatów, bez wiary, Kościół, w którym nie jest już potrzebna żadna władza do nauczania czegokolwiek. Wszystko rozpływa się w duchu „miłości i służby”, choć nikt nie wie, co to w istocie oznacza – o ile faktycznie coś oznacza – oraz do czego zmierza.

Wspomniał Ksiądz również o drugim szczególnie niebezpiecznym fragmencie.

Zgadza się. Jest też drugi ustęp, który wydaje mi się wyrażać ducha całego tekstu, a równocześnie prawdziwą atmosferę tych kilku ostatnich lat pontyfikatu papieża Franciszka: „Świat potrzebuje «Kościoła wychodzącego», który odrzuca podział na wierzących i niewierzących, który zwraca się ku ludzkości i oferuje jej, zamiast doktryny czy strategii, doświadczenie zbawienia, «przepełnienie darem», który odpowiada na wołanie ludzkości i przyrody”6. Jestem przekonany że ten krótki fragment posiada znacznie głębszy sens i znaczenie, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać.

Odrzucanie podziału na wierzących i niewierzących jest z pewnością szaleństwem, choć w obecnym kontekście należy to uznać za logiczne. Jeśli wiara nie jest już rzeczywistością autentycznie nadprzyrodzoną, wówczas zmieniają się sama racja bytu oraz misja Kościoła, ustanowionego, aby tę wiarę zachowywał i głosił. Jeśli bowiem wiara jest tylko jednym z wielu doświadczeń, jak można przedstawiać ją jako lepszą i twierdzić, że powinna być powszechnie przyjmowana? Po prostu uczucie-doświadczenie nie może odpowiadać prawdzie absolutnej – posiada jedynie wartość opinii, która nie może być już prawdą w tradycyjnym sensie tego słowa. Logicznie prowadzi nas to do odrzucenia podziału na wierzących i niewierzących. Pozostaje jedynie ludzkość, z jej oczekiwaniami, opiniami i pragnieniami; ludzkość, która jako taka nie rości sobie prawa do niczego nadprzyrodzonego.

Zatem Kościół oferuje ludzkości nauczanie, które nie odpowiada już przekazowi transcendentnego Objawienia. Kościół ogranicza się do proponowania okrojonej i pozbawionej elementów nadprzyrodzonych „ewangelii”, która staje się księgą refleksji i pocieszenia, dopasowaną do wszystkich bez żadnej różnicy. W tej perspektywie rozumiemy, jak nowa teologia i nowa moralność ekologiczna, przedstawione w Laudato si’, są oferowane ludzkości, która nie potrzebuje już nawrócenia i w której nie ma już podziału na wierzących i niewierzących.

Środki masowego przekazu podkreślają zwłaszcza uwagę, jaką synod poświęca związkom osób tej samej płci. Jak Ksiądz postrzega ten problem?

Nie ulega wątpliwości, że ogólnoświatowa presja w tej sprawie przekłada się na proces synodalny. Wywiera się presję, żeby Kościół stał się bardziej otwarty na tych ludzi i wrażliwy na ich potrzeby uczuciowe, zwłaszcza po tym, jak otwarto dla nich drzwi poprzez ogłoszenie adhortacji Amoris laetitia. Jest to jedna ze spraw, co do których oczekiwania są największe. Z jednej strony możemy odnieść wrażenie, że władze Kościoła potwierdzają niemożliwość błogosławienia takich par – np. odpowiedź Kongregacji Nauki Wiary z marca 2021 r.; natomiast z drugiej strony obserwujemy przypadki udzielania im błogosławieństwa – przy czym niekiedy przychodzą one do kościoła, aby otrzymać błogosławieństwo po zawarciu świeckiego związku w ratuszu.

Kilka miesięcy temu biskupi flamandzcy opublikowali nawet oficjalny obrzęd błogosławieństwa takich par; do tej pory Watykan nie zareagował na tę inicjatywę. Według biskupa Antwerpii Ojciec Święty wiedział o tym, jednak postanowił nie podejmować żadnych kroków. Poważne i jawnie rewolucyjne zmiany w tej kwestii postulują również biskupi niemieccy. Wszystko to w nieunikniony sposób wywołuje reakcje niektórych biskupów oraz wiernych. Wielu innych ogranicza się jednak do biernej obserwacji.

W ten sposób powstaje pewna dialektyka, pewne zamieszanie – zarówno w tej dziedzinie, jak i w wielu innych – które powodują, że wszyscy w naturalny sposób oczekują na wypowiedź kompetentnej władzy… Władza ta może – gdy dane kroki wydają się jej zbyt pochopne – wyhamowywać takie inicjatywy; jednak może też zaaprobować je i pozwolić, aby sprawy potoczyły się własnym biegiem, aż ostatecznie będzie można mówić o lokalnych „tradycjach” i zwyczajach. Niekiedy tradycyjna doktryna Kościoła jest potwierdzana, a nawet określana jako niezmienna, co dodaje otuchy konserwatystom. Równocześnie w innych przypadkach władza powołuje się na potrzeby duszpasterskie, stosując „cudowne” miłosierdzie, które godzi rzeczy nie do pogodzenia. W ten sposób tradycyjne zasady moralne, tak jak i wiara, stają się opcjonalnymi opiniami. Jest to typowe dla władzy, która nie opiera się już na transcendentnych zasadach, ale wykazuje wrażliwość na oczekiwania chwili – i jest zdecydowana je spełnić, kierując się względami czysto pragmatycznymi.

Należy jednak zrozumieć, że to wszystko nie skończy się w jakimś konkretnym momencie. Taki sposób sprawowania władzy przypomina mechanizm funkcjonowania współczesnych demokracji: coś, czego nie można zaaprobować dziś, zostanie zaaprobowane jutro, kiedy za sprawą tej samej dialektyki i pod wpływem nowych nacisków i precedensów sytuacja do tego dojrzeje, a umysły ludzi zostaną stosownie przygotowane. Jest to krótki opis mechanizmu uruchamianego przez synodalność – i pokazuje, dlaczego mamy tu do czynienia z najdoskonalszym przykładem modernizmu.

Ogłoszony niedawno reskrypt papieża Franciszka potwierdził, że każdy nowy kapłan pragnący odprawiać Mszę trydencką musi uzyskać stosowne pozwolenie Stolicy Apostolskiej. Ponadto, żeby móc odprawiać tradycyjną Mszę św. w kościele parafialnym, również należy uzyskać jej zgodę. Jak Ksiądz ocenia te decyzje?

Myślę, że nie trzeba być szczególnie doświadczonym ekspertem, aby dostrzec wyraźną chęć wyrugowania tradycyjnej Mszy św. Wspomniany reskrypt, opublikowany w lutym 2023 r., podobnie jak list apostolski Desiderio desideravi z czerwca 2022 r., mają na celu maksymalne ograniczenie posługiwania się tradycyjnym mszałem, a także odstraszenie wszystkich, którzy pragnęliby go używać. W takich okolicznościach trudno mi sobie wyobrazić, aby jakikolwiek młody kapłan miał odwagę prosić Stolicę Apostolską o zgodę na odprawianie Mszy trydenckiej. Czy nam się to podoba, czy też nie, od czasu motu proprio Traditionis custodes ta Msza została w Kościele praktycznie zakazana. Jak ostatnio przypomniał nam kard. Roche, wraz z soborem „zmieniła się teologia Kościoła”7, a w konsekwencji także jego liturgia, gdyż stanowi ona wyraz tej teologii.

W tej sytuacji różne wspólnoty Ecclesia Dei odczuwają zaniepokojenie oraz niepewność co do swej przyszłości. Słyszy się, że niebawem ma zostać ogłoszony nowy dokument papieski dotyczący właśnie ich. Co mógłby nam Ksiądz powiedzieć na ten temat?

Nic nie wiem na temat takiego dokumentu. Myślę jednak, że nie można przeżywać swego kapłaństwa w sposób satysfakcjonujący godząc się z tym, iż nad naszą głową nieustannie wisi miecz Damoklesa. Nie można też żyć w pokoju, ciągle zajmując się wszelkiego rodzaju pogłoskami. Kapłan powinien żyć zjednoczony ze swoją Mszą, nie musząc zastanawiać się, czy jutro jego przełożeni pozwolą mu ją odprawiać. Ma troszczyć się przede wszystkim o dzielenie się z innymi duszami tym wielkim skarbem, bez nieustannej obawy, że sam zostanie go pozbawiony, czy też żyjąc nadzieją na cud, który pozwoli mu wybrnąć z obecnej, niepewnej sytuacji. Naprawdę nie sądzę, żeby Boża opatrzność pragnęła tego rodzaju sytuacji.

Ponadto – niestety – członkowie tych instytutów, podobnie jak wielu innych księży, którzy pragną odprawiać Mszę w tradycyjnym rycie, żyją w takim strachu, że są zmuszeni zachowywać milczenie na temat bieżących wydarzeń z życia Kościoła. Bardzo dobrze wiedzą, że w dniu, w którym zaczęliby wyrażać zastrzeżenia wobec tego, co dziś dzieje się w Kościele, na ich karki mógłby spaść miecz Damoklesa – a kard. Roche gotów jest im w każdej chwili o tym przypomnieć! Mówię to z całą miłością: ta sytuacja rodzi permanentną dychotomię między sferą liturgii a sferą doktryny, co stwarza niebezpieczeństwo, że ci kapłani będą żyć w zakłamaniu, które ich nieuchronnie sparaliżuje, gdy staną wobec konieczności publicznego wyznania swej wiary. Właśnie z tego powodu, zwłaszcza w pewnych krajach, reakcję przeciwko szaleństwu drogi synodalnej można zaobserwować – paradoksalnie – raczej w środowiskach nieprzywiązanych do tradycyjnego mszału.

A jak Ksiądz widzi przyszłość Bractwa św. Piusa X?

Widzę ją po prostu jako wierną kontynuację tego, co czyniło ono do tej pory. Bractwo musi zajmować się bieżącymi sprawami Kościoła, nie przywiązując wagi do pogłosek o tym, co taki a taki kardynał powiedział w zaufaniu takiemu a takiemu seminarzyście, co mogłoby się wydarzyć w Kościele czy też nawet co mogłoby spotkać nas… Musimy żyć ponad tym wszystkim.

Dla dobra Kościoła katolickiego Bractwo musi zachować i zapewniać swoim kapłanom oraz wiernym możliwość sprawowania tradycyjnej liturgii oraz uczestnictwa w niej. Równocześnie w dalszym ciągu musi strzec tradycyjnej teologii katolickiej, która tej liturgii towarzyszy i która ją podtrzymuje. Nikt, kto wciąż jeszcze posiada sensum catholicum, nie może wyrzec się tej doktryny. Parafrazując kard. Roche’a, wprowadzona przez sobór zmiana w doktrynie stanowiła w istocie inspirację dla nowej Mszy! Mamy obowiązek dochować wierności zarówno Mszy, jak i doktrynie katolickiej, równocześnie zachowując pełną swobodę do przeciwstawiania się błędom oraz tym, którzy ich nauczają. Ostatecznie, jeśli liturgia jest z definicji publiczna, to również wyznawanie wyrażanej przez nią wiary ma charakter publiczny.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek musimy być świadomi, że tradycyjna liturgia w Kościele katolickim ma również związek z moralnością, której zasad nie mamy prawa zmieniać. Wszechmogący Bóg w centrum naszej religii umieścił krzyż oraz prawdziwą ofiarę. Nikt nie może osiągnąć zbawienia bez krzyża i bez tej ofiary. Nikt nie może osiągnąć zbawienia akceptując, w imię fałszywej miłości i fałszywie rozumianego miłosierdzia, wszelkiego rodzaju zgorszenia. Zbawienie daje tylko jeden rodzaj miłości – ponieważ istnieje tylko jedna prawdziwa miłość, która oczyszcza: miłość krzyża, miłość odkupienia, miłość okazana nam oraz przekazana przez Chrystusa Pana, a którą On nazwał caritas. Ta miłość nie może jednak istnieć bez wiary ani bez tych, którzy jej nauczają.

Wywiad z przełożonym generalnym Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X, ks. Dawidem Pagliaranim FSSPX, przeprowadzony przez FSSPX.Actualités w Menzingen 5 maja 2023 r., w uroczystość św. Piusa V.

Źródło

Przypisy

  • 1 Proces synodalny rozpoczął się bezpośrednio po II Soborze Watykańskim, od czasu którego odbyło się ponad tysiąc synodów diecezjalnych – często z udziałem świeckich, co stanowi całkowitą nowość. Papież Franciszek precyzował koncepcję synodalności od początku swego pontyfikatu: najpierw poprzez interpretację sensus fidei oraz pobożności ludowej jako źródła Objawienia (por. Evangelii gaudium, par. 119–120), a następnie poruszając kwestię synodalności bardziej otwarcie w swojej Mowie z okazji 50 rocznicy utworzenia synodu biskupów (17 października 2015). Na tej podstawie Międzynarodowa Komisja Teologiczna zredagowała tekst Synodalność w życiu i misji Kościoła, przedstawiający podstawy teoretyczne procesu, którego świadkami jesteśmy obecnie.
    Synod o synodalności można więc postrzegać jako praktyczne zastosowanie, w skali całego Kościoła, idei głoszonych i rozwijanych w trakcie obecnego pontyfikatu, a które stanowiły punkt wyjścia dla wielu eksperymentów podejmowanych od czasu Vaticanum II.
  • 2 Cytat z Iz 54, 2 – przyp. red.
  • 3 Zorganizowano siedem oddzielnych grup kontynentalnych, osobno dla obu Ameryk oraz dla Bliskiego Wschodu.
  • 4 Rozszerz przestrzeń twego namiotu, par. 13. Wszystkie cytaty za: https://www.diecezja.kielce.pl/sites/default/files/etap_kontynentalny.pdf – przyp. tłum.
  • 5 Ibidem, par. 57.
  • 6 Ibidem, par. 42.
  • 7 Kard. Roche powiedział, że „teologia Kościoła zmieniła się. Wcześniej kapłan, oddalony od wiernych, reprezentował ich wszystkich. Byli oni niejako kierowani przez tego, który jako jedyny odprawiał Mszę św. [Dziś jednak] liturgię sprawuje nie tylko kapłan, ale razem z nim także ci, którzy są ochrzczeni. I ta konstatacja jest wręcz przełomowa” (audycja w BBC Radio 4, 19 marca 2023).

Wciąż zamawiamy

4.05. Wciąż zamawiamy

Jerzy Karwelis https://dziennikzarazy.pl/4-05-wciaz-zamawiamy/

Jak zwykle Marek Sobolewski nie śpi. Nie tylko dokonuje ciekawych analiz statystycznych opartych na demaskujących danych oficjalnych, ale w trakcie poszukiwania tych danych natrafia na niezłe smaczki. Oto ostatnio napisał, że: „Niechcący trafiłem na stronę UE, gdzie napisano, że ‘zabezpieczono’ 4,2 mld dawek szczepionki przeciwko COVID-19. Ósma szczepionka zatwierdzona

30.03.2023 i już ‘zabezpieczono’ jej 250 mln dawek. Dalsze dawki w fazie negocjacji. A UE liczy 450 mln mieszkańców”.

Ciekawe, co? My tu sobie myślimy, że tu dawno po pandemii, a tam młyny mielą. Ciekawe tylko co mielą i dlaczego. Warto się więc zastanowić. Po pierwsze jakoś (ja wiedziałem, że tak będzie) ucichło z aferą szczepionkową jak to nasza unijna Ursula, okazało się, że za pomocą zaginionych smsów, wynegocjowała z Pfizerami po 10 dawek dwudawkowej szczepionki na głowę.

Co prawda pozwał ją ostatnio New York Times za te smsy, ale i belgijski lobbysta wniósł przeciwko niej oskarżenie w sądzie w Liege. Pali się tam jej koło siedzenia, ale z mediów oczywiście nic nie usłyszycie, no, co najwyżej o jej możliwym awansie na szefa NATO, czyli o planie ewakuacji. Gdyby ten skorumpowany awatar miał stanąć na czele NATO, to trzeba byłoby się nie tylko ewakuować z Unii, ale i z Sojuszu.

Mam nadzieję, że Amerykany nie pozwolą, by taka lala szefowała NATO, chyba, że to tylko figuranctwo, a tam i tak rządzą z tylnego siedzenia Jankesi. No, bo co by nas czekało w jej wykonaniu? Żarówki, rzecz jasna energooszczędne, wożone na front, czy kupowanie lewego uzbrojenia od jakichś gangusów za pomocą memów?

Ale popatrzmy się na cały proceder. Młyny się nie zatrzymały i ciekawe dlaczego? Po kiego ósmej dawki (mamy dopiero w Polsce piątą na poziomie wyszczepień kilkunastu tysięcy) po dawce na połowę ludności Europy? A po ile jest szóstej i siódmej w magazynach? I po co? Ja uważam, że jest to realizacja – za wszelką cenę – podjętych zobowiązań poza stolikiem oficjalnych negocjacji. Bo po co Unia siada do stołu, skoro już po herbacie? No, chyba żeby dotrzymać jakichś zobowiązań, gdyż argumenty medyczne się już albo przedawniły, albo skompromitowały.

Żeby to tylko nie było jak z tymi helikopterami Caracale, co to poprzednia władza na bank wzięła w łapę, ale przyszedł PiS i odwołał przetarg. I był kłopot – kasa wzięta, ba – wydana, a tu towar nie dowieziony. To znaczy, co mi tam „żeby nie było”, niech i tak będzie. Co mnie obchodzą czyjeś łapówy, skoro nie można ich tam osądzić. Niech się rozliczą ci co brali z tymi co dawali. Proces ten zacznie się zaraz po zablokowaniu kolejnych dawek i odwołaniu zamówionych. Wtedy będą się działy dziwne jaja, łącznie z wypadkami samochodowymi i znikaniem ludzi. W końcu chodzi o dziesiątki miliardów euro i nie skończy się na podniesionych głosach dyskutujących w jakiejś piwniczce.

A tu nie – jedziemy w biały dzień za kolejne ciężkie miliardy i nikt nie mów nic. Europa jest już kompletnie obywatelsko ubezwłasnowolniona. Narracja odwraca uwagę w nieważne strony, mnoży fejkowych wrogów co to dybią na europejskie wartości, które okazują się kłębkiem komunałów, kiedy elity trzaskają kasę. I są biedni, hodowani naiwniacy, którzy w to wierzą. Mało tego – Unia nie kupuje dla Unii tylko dla krajów. Po pierwszej „fali zakupowej” okazało się, że był to procurment, czyli zakup zbiorowy, co to miał kumulować w jednym ręku przewagi negocjacyjne, a stał się przewałem nr 1 w dziejach ludzkości. W dodatku, kiedy się zaglądnie wstecz, to widać jak to szło. Unia kupowała po kokardę, zaś w poszczególnych krajach zaczęła się – dmuchana medialnie i politycznie – histeria żeby nasz rząd kupił tego jak najwięcej. Tak się ludzie bali, zaś opozycja wskazywała w Polsce, że nasz rząd z powodu złych stosunków z Unią słabo negocjuje i umrą Polacy. Tak było. I to podgrzewały jeszcze oba plemienne obozy medialne. TVNy ryczały, że za mało, publiczni zaś pokazywali, że jak za mało: mamy pińcetstodziwińcet na głowę i opozycja kłamie, bo dbamy.

Tak samo teraz – ósma dawka jest zamówiona również dla nas, ba – w imieniu Polaków. I zaraz do nas dotrze (ciekawe czy po szóstej i siódmej, czy od razu przeskoczy) dawka ósma i wyjdzie paru sługusów Big Farmy i – jak widać – sparowanej z nią korupcyjnej Komisji Europejskiej i będą nam tłumaczyć, że i owszem, trzeba brać. Albo nie będą nam musieli nic tłumaczyć, bo przyjedzie WHO z kwitem w ręce, że może i każe nam to wziąć. Przypomnę, że wedle ustaleń będziemy musieli to zrobić, i to w tym samym czasie, kiedy rozpoczęliśmy proces renegocjacji dotychczasowych kontraktów, że są za duże. Czyli jednocześnie opieramy się u nich i zamawiamy u nich.

Na koniec należy się klamra, która nie tylko domknie to w całość, ale i pokaże szerszy kontekst całej szczepionkowej zadymy. Otóż Robert Kennedy Jr. stwierdził jeszcze we wrześniu 2020, a więc tuż przed szczepionkowym szaleństwem, byśmy się tak nie ekscytowali dochodami Big Farmy ze sprzedaży szczepionek, bo nie tu są frukta. Powiedział: „Big Farma czerpie zyski nie ze szczepionek, ale ze sprzedaży lekarstw na urazy poszczepienne. Zarabiają 60 miliardów dolarów rocznie sprzedając nam szczepionki, ale zarabiają 500 miliardów dolarów rocznie, sprzedając lekarstwa na urazy spowodowany przez szczepionki.”  

Tak że widzimy dlaczego te młyny się kręcą. I będą się kręcić, od kiedy patrzymy w złą stronę. Ba, że w złą. Przestajemy się rozglądać, bo patrzymy już tylko pod stopy, by się nie potknąć o jakąś kłodę dnia codziennego. Idą ciężkie czasy i będziemy walczyć ze skutkami, nie widząc przyczyn. A jak już wyeskaluje wojna, to panie, wcisną nam co będą chcieli. Wiem, że to majówka i nie ma co psuć nastroju, ale jak tak siedzę sam w domu to takie myśli przychodzą. Może jak pojadę w środę na grilla, się przewietrzę, to będzie jakoś bardziej optymistycznie. Zobaczymy…  

mówił Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Jeszcze raz o wirusowej ściemie, czyli powszechna wiara w krasnoludki

Jeszcze raz o wirusowej ściemie, czyli wiara w krasnoludki

Anthony Ivanowitz 12 maja 2023, o-wirusowej-sciemie-czyli-wiara-w-krasnoludki

Tylko prawda jest ciekawa

Wirusy jak krasnoludki, nikt nie udowodnił ich istnienia, a wielu w nie wierzy!

…Niewiele osób wie, że Ludwik Pasteur był  wynalazcą „konsensusu naukowego”. Na skutek którego „uczeni” zgodzili się, że odkrył on wirusa wścieklizny. Dzięki temu konsensusowi naukowemu (czyli  przegłosowaniu przez grono samozwańczych autotytetów naukowych, że odkrył on wirusa wścieklizny) Pasteur został …ojcem wirusologii.  Jakim cudem mógł on w 1885 r. odkryć wirusa?   Oczywiście nie mógł, więc przegłosowano że ….odkrył! Nawet obecnie dysponując mikroskopami elektronowymi nie jest możliwe udowodnienie istnienia wirusów, o czym poniżej.
Dlaczego?
Otóż kluczowym etapem przy pracy z mikroskopem elektronowym jest przygotowanie próbki materiału który chcemy w powiększeniu obejrzeć.
Załóżmy, że chcemy obejrzeć wirusy grypy, które ponoć „pływają” w ślinie osoby chorej.
Osobom młodym, wykształconym z dużych miast może się wydawać, że wystarczy kropelkę śliny włożyć pod okular mikroskopu, zaś ten pokaże nam w milionowym powiększeniu wirusy.
Nic bardziej mylnego!
Przyjrzyjmy się metodologii przygotowania próbek do badań mikroskopem elektronowym. Niech tą próbką będzie ślina pobrana od osoby chorej na grypę.
„…Przygotowanie próbki do badania pod mikroskopem elektronowym przebiega w kilku etapach i wymaga kolejnego użycia różnych typów odczynników. Pierwszym etapem jest utrwalanie pobranego materiału w aldehydzie glutarowym albo jego mieszance z formaldehydem. Dla zapewnienia pH możliwie zbliżonego do naturalnego dla danej badanej próbki należy wykorzystać odpowiedni preparat w postaci np. buforu kakodylowego, fosforanowego czy Tris/HCl, albo HEPES/HCl, w którym rozpuszcza się utrwalacz.
Po procesie utrwalania prowadzonym nierzadko w obniżonej temperaturze dla zwolnienia procesów metabolicznych niezbędne jest wypłukanie utrwalacza za pomocą użytego wcześniej buforu, czyli np. kakodylanu sodu. Następnym krokiem jest przeprowadzanie utrwalania wtórnego w postaci osmowania w czterotlenku osmu rozpuszczonym w buforze lub wodzie destylowanej. Po osmowaniu wykonuje się odwadnianie alkoholem lub acetonem. Dla ochrony próbki przed uszkodzeniami mechanicznymi zatapia się ją w żywicy epoksydowej lub akrylowej.
Ostatnim etapem jest trymowanie próbki oraz umieszczenie jej w ultramikrometrze w celu pocięcia. Próbki w zależności od swego rodzaju są umieszczane na specjalnych siatkach miedzianych albo złotych lub niklowych z odpowiednim dla samego preparatu i celu badania filmem, np. krzemionkowym bądź węglowym albo odpowiednią membraną. Próbka może też być dodatkowo skontrastowana roztworem octanu uranylu albo cytrynianu ołowiu….”
Więcej na temat przygotowania próbek do badań pod mikroskopem elektronowym tutaj: odczynniki-w-mikroskopii-elektronowej
Jeśli założymy, że w ślinie osoby chorej na grypę znajdują się wirusy, ( a więc bardzo nietrwałe, martwe struktury białkowe) , to co z tych wirusów pozostanie po poddaniu ich opisanej wyżej procedurze?
Czy one rozpadną się na jakieś inne cząstki białkowe, czy wejdą w reakcje chemiczne z użytymi odczynnikami i co w wyniku tych reakcji powstanie?
Jaki wpływ na wirusy będzie miał silny strumień elektronów który zostanie przepuszczony przez próbkę? Niesie on z sobą duża energię. Jak ta energia wpłynie na strukturę wirusów i czy one w ogóle przetrwają?
Załóżmy na moment, że obraz mikroskopowy pokazuje wirusy. Ale oprócz wirusów pokazuje on miliardy innych cząstek zarówno tych które były w próbce śliny jak i tych które do próbki zostały wprowadzone podczas jej przygotowania.
Które z tych widocznych na ekranie komputera kropek, kresek, przecinków, wężyków (itp.) to są wirusy? A które to wtrącenia obce?
Aby w obrazie mikroskopowym rozpoznać wirusy, musielibyśmy wcześniej wiedzieć jak one wyglądają i czym się jedne wirusy (na przykład grypy) różnią od innych, na przykład odry. A tego nie wiemy!
Tak więc za pomocą mikroskopu elektronowego ani nie możemy potwierdzić istnienia wirusów ani nie możemy tego wykluczyć!!
Prawdziwa nauka takimi przypadkami (których nie daje się zweryfikować doświadczalnie) się nie zajmuje! Skoro jedna grupa „naukowców” może przegłosować, że wirusy istnieją, to dlaczego inna grupa nie może przegłosować, że one nie istnieją?  W prawdziwej nauce takiego dziadostwa nie ma! Każda tezę trzeba udowodnić empirycznie w sposób możliwy do powtórzenia przez innych!
Jak z tego dylematu wybrnęli współcześni szamani zwani wirusologami? Oszustwem! Pokazują oni w mediach i swoich pracach jako zdjęcia wirusów….powiększone obrazy pyłków kwiatowych, czyli kolorowe piłeczki z kolcami!

{szukam w google pod: „wirus ;foto”. Oto wyniki:

=======================================

Wiedząc, że weryfikacja istnienia wirusów za pomocą mikroskopów elektronowych jest niemożliwa, oszuści zwani wirusologami wpadli na iście komediowy, oszukańczy sposób: pośredniego dowodzenia istnienia wirusów.
Prekursorem tej metody dowodzenia istnienia bytów których nie ma, jest… nasza poetka Maria Konopnicka. To ona pierwsza zauważyła istnienie krasnoludków, których co prawda nikt nigdy na oczy nie widział, ale są nie podważalne dowody pośrednie na ich istnienia.

Tym pośrednim dowodem na istnienie krasnoludków jest… kwaśnienie mleka! Dlaczego ono kwaśnieje? Gdyż pod osłoną nocy do mleka szczą krasnoludki!

Podobne dowody na istnienie wirusów przedstawiają wirusolodzy.

Oto jeden z tych dowodów pośrednich.
Skoro nie ma możliwości technicznych wyizolowania wirusa ani obejrzenia go pod mikroskopem elektronowym, to trzeba przyjąć „na wiarę” (co zwane jest konsensusem naukowym) , że w biologicznej zupie (próbce pobranej do badań, na przykład w ślinie, czy śluzie z nosa) osób chorych pływają wirusy! A kto nie przyjmie tej „wiary” jest płaskoziemcą” i szurem.

A jak udowodnić pośrednio, że wirusy pływają w biologicznej zupie osób chorych, skoro inne metody udowodnienia zawodzą?

Ano jeśli w biologicznej zupie pływają wirusy, to (teoretycznie) wywołują one choroby, na tej samej zasadzie jak szczyny krasnoludków wywołują kwaśnienie mleka.
Teraz trzeba „udowodnić”, że to wirusy spowodowały chorobę.
Co więc robią wirusolodzy?
Wpuszczają do biologicznej zupy w której są wirusy (na przykład do śliny osoby chorej) dwa antybiotyki, (gentamycynę i amfoterycynę, znane jako toksyczne dla nerek.) które mają zabić obecne w zupie „wtrącenia” żywe. (przypominam, że wirusy to martwe struktury białkowe, tak twierdzą wirusolodzy) Po tym zabiegu w zupie pozostają już (teoretycznie!) tylko same martwe wirusy i martwe „wtrącenia” obce.

I teraz (uwaga, uwaga!)mamy gwóźdź programu.
Aby udowodnić, że martwe wirusy (a co z martwymi wtrąceniami?) są zabójcze i powodują chorobę, potraktowaną antybiotykami miksturę podaje się żywym tkankom pobranym z nerek małp, gdyż są one bardzo wrażliwe na toksyny.. Tkanki małp obumierają, co jest dowodem na toksyczność wirusów. A więc mleko kwaśnieje, gdyż oddały do niego mocz krasnoludki!
Szwindel ten jest grubymi nićmi szyty, gdyż obumieranie tkanek nerek małp powodują nie wirusy tylko antybiotyki co kilku naukowców udowodniło!
I takim oto prostymi szwindlami sprowadzono medycynę w ślepy zaułek, co było możliwe tylko i wyłącznie dlatego, że teoria infekcyjności Pasteura umożliwiła firmom farmaceutycznym obrabowanie ludzi na całym świecie, pod pozorem ich leczenia z wirusów i bakterii!
Rabunek trwa nadal i trwać będzie, gdyż prawie 100% ludzi nie ma świadomości jak robiona jest w konia! Próba wytłumaczenia im jak jest naprawdę zawsze kończy się medialną nagonką na „naukowego oszołoma” który odważy się zauważyć i upublicznić szwindel „wirusowy”.
Po takiej medialnej „obróbce” danego „oszołoma” jest on skończony w świecie „nauki” , co stanowi ostrzeżenie dla innych by „siedzieć cicho”!

Wirusowa ściema umożliwiła rozpętanie ogólnoświatowej histerii pandemii covid-19, na co dała się nabrać prawie cala światowa populacja ludzi!
Ludzie uwierzyli w wirusowe krasnoludki, choć istnieją one tylko w baśniach  tak zwanych wirusologów, czyli oszustów!
Anthony Ivanowitz 12.05.2023r. Www.pospoliteruszenie.org

===============================

mail:

„..Przez 30 lat uczyłem niewłaściwie. Pilnie musimy w podręcznikach 
zrewidować rozdziały dotyczące szczepień.
Cały przemysł szczepionkowy to gigantyczne oszustwo, prawdopodobnie 
największe i najniebezpieczniejsze wszechczasów oszustwo szczepionkowe w 
medycynie, a to, czego jesteśmy teraz świadkami, to szczyt, końcowy 
produkt tego oszustwa”.
Profesor Sucharit Bhakdi

Człowieka łatwo oszukać ale daremnie oczekiwać by przyznał, że został 
oszukany.

MK

Kryminały

Małgorzata Todd subscriptions

           Szanowni Państwo!
           Na policję zgłasza się pani, której ukradziono białego, rasowego pieska. Dzielnym funkcjonariuszom udaje się ustalić, że złodziejem jest pewien miejscowy menel. Identyczną opowiastkę można było zobaczyć w dwóch różnych serialach kryminalnych i pech chciał, że emisja obydwu przypadała w tym samym tygodniu.

A tymczasem za oceanem strajkują amerykańscy scenarzyści, bo producenci zatrudniają amatorów, którym mniej płacą. [No i już używają AI, której wcale nie płacą. md]

Hollywood powinno uczyć się od nas, jak sprzedawać wielokrotnie ten sam nieświeży towar. No… chyba, że to myśmy kupili jakiś zagraniczny pakiet scenariuszy, który musimy teraz realizować.
           Nie ma jednak co wyżywać się na biednych scenarzystach, bo niby skąd mają czerpać wzorce? Czyżby z wymiaru niesprawiedliwości, rodem jeszcze z PRL? Bywa on żałośnie nieudolny, lub „udolny”, zależy z czyjego punktu widzenia.

Komornik potrafi sprzedać (za byle grosze) ciągnik sąsiada wierzyciela, bo wie, że nic mu za to nie grozi. Strach mieszkać w pobliżu jakiegoś kredytobiorcy, który zalega z uiszczaniem bankowi należnego haraczu. W każdej chwili komornik może skonfiskować samochód, nie ważne, że nie wierzyciela, a twój!
           Intryga kryminalna, jeśli nie jest to komedia, nie może zakładać, że jakiś głupek udaje mafiosa. Przeciwnie, może natomiast kopiować prawdziwe afery, w których mafioso rżnie głupa. Skąd my to znamy? Ekipa Tuska, kiedy rządziła, posprzedawała obcym państwom nawet infrastrukturę taką jak telekomunikacja, czy wodociągi. Im większa skala przekrętu, tym większy szmal. A o nic innego przecież nie chodziło.
           Obecnej ekipie rządzącej udało się, wbrew kremlowskim „ekologom”, przekopać mierzeję wiślaną. Nie udaje się jednak zbudować portu w Elblągu. Inwestycję blokuje miejscowy samorząd PO.

Czysta złośliwość? Nie sądzę.

Niemcy już podobno chcą wykupić część nabrzeża w Elblągu. Ciekawe po co? Jakich już transakcji dokonał samorząd? To tajemnica handlowa znana zapewne nielicznym i bardzo wątpię, żeby stała się kiedykolwiek kanwą jakiegoś serialu.
           A w ogóle, po co nam seriale, skoro mamy mnóstwo prawdziwych afer kryminalnych?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Firma Larry Finka – BlackRock planuje kupić Ukrainę od Zelenskiego

Firma Larry Finka -BlackRock planuje kupić Ukrainę od Zelenskiego

Firma-larry-finka-blackrock-planuje-kupic-ukraine 13 maja 2023

Ukraina ma nowego sponsora z Zachodu. To nie jest państwo narodowe ani kontrahent wojskowy. To firma finansowa BlackRock, która już jest właścicielem 30% Ukrainy.

Ukraina ogłosiła w środę [11 maja] , że prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski odbył telekonferencję wideo z dyrektorem generalnym BlackRock Larrym Finkiem .[He grew up in a Jewish family]…

Para najwyraźniej zawarła umowę, aby skoordynować wysiłki inwestycyjne w celu odbudowy rozdartego wojną kraju.

Opisujący spotkanie na stronie internetowej prezydenta Ukrainy chwalił się zaangażowaniem BlackRock, nazywając firmę „jednym z wiodących światowych menedżerów inwestycyjnych” i odnotowano, że „zarządza aktywami klientów o wartości około 8 bilionów dolarów” .

„Zełenski i Larry Fink uzgodnili, że w najbliższym czasie skupią się na koordynowaniu wysiłków wszystkich potencjalnych inwestorów i uczestników odbudowy naszego kraju, kierując inwestycje do najbardziej istotnych i wpływowych sektorów ukraińskiej gospodarki”. W komunikacie stwierdzono również, że niektórzy dyrektorzy BlackRock odwiedzą Ukrainę w 2023 roku, aby „wypełnić swoje obowiązki doradcze”.

„Zgodnie ze wstępnymi porozumieniami zawartymi na początku tego roku między głową państwa a Larrym Finkiem, zespół BlackRock od kilku miesięcy pracuje nad projektem doradzania ukraińskiemu rządowi, jak ustrukturyzować fundusze na odbudowę kraju”. 

Jedną z takich wstępnych umów zawartych między BlackRock a Ukrainą było memorandum o porozumieniu podpisane przez ukraińskie Ministerstwo Gospodarki i BlackRock Financial Markets Advisory w Waszyngtonie w dniu 10 XI 2022 r. W notatce stwierdzono, że BlackRock FMA będzie doradzać ukraińskiemu rządowi, w szczególności Ministerstwa Gospodarki w sprawie inwestycyjnej mapy drogowej odbudowy gospodarki Ukrainy.

Komunikat prasowy BlackRock o notatce z 10 listopada jest pełen pustych korporacyjnych przemówień.

Poprzednie wrześniowe spotkanie Zełenskiego i Finka, najwyraźniej zaaranżowane przez Andrew Forresta z Fortescue Metals Group, położyło podwaliny pod rosnącą współpracę ukraińskiego rządu z BlackRock. Prezydent Ukrainy i dyrektor generalny BlackRock podobno rozmawiali o tym, jak przyciągnąć publiczne i prywatne inwestycje na Ukrainę.

Po powrocie do Stanów firma inwestycyjna z Nowego Jorku trafia na pierwsze strony gazet. Raport z Wall Street Journal z lata twierdził, że BlackRock była jedną z kilku dużych firm inwestycyjnych powodujących zakłócenia na rynku mieszkaniowym. W raporcie opisano, w jaki sposób BlackRock i podobne firmy wykorzystują swoje ogromne ilości kapitału do kupowania domów jednorodzinnych, podnosząc przy tym ceny.
Wspomniane podwyżki cen mają dwa bezpośrednie skutki ekonomiczne. Po pierwsze, wyższe koszty mieszkaniowe są korzystne dla nieruchomości już posiadanych przez BlackRock, zwłaszcza w obszarach, w których firma dużo zainwestowała. Drugim skutkiem jest sztucznie zawyżone ceny, które wypierają pracujące rodziny, pozostawiając jedynie bogatych lub firmy inwestycyjne dysponujące ogromnymi zasobami kapitału jako jedyni gracze pozostali na rynku.

Na przykład w Houston miliarder Fink odpowiada za jedną czwartą ostatnich zakupów domów. Po prostu wykupuje całe dzielnice i wynajmuje je. BlackRock pomaga stworzyć klasę stałych najemców, chociaż od dawna wiadomo, że posiadanie domu jest jednym z kluczowych elementów budowania bogactwa i utrzymania amerykańskiej klasy średniej.

To wszystko jest dość irytujące: można niemal zagwarantować, że BlackRock otrzyma sowite wynagrodzenie od ukraińskiego rządu za doradztwo „w sprawie planu odbudowy”.

A skąd ukraiński rząd obecnie czerpie fundusze, biorąc pod uwagę, że jego gospodarka jest w rozsypce, a wojna jest kosztownym przedsięwzięciem? Oczywiście od rządu Stanów Zjednoczonych. Do końca roku kalendarzowego Stany Zjednoczone przekażą rządowi Ukrainy bezpośrednie wsparcie budżetowe w wysokości 13 miliardów dolarów, aby uniknąć niedoborów i całkowitego bankructwa, a prezydent Joe Biden obiecał wspierać Ukrainę „tak długo, jak to będzie konieczne”.

Tak więc BlackRock jest opłacany przez amerykańskich podatników za pośrednictwem ukraińskiego rządu za opracowanie planu, który zapewni powodzenie ich przyszłych inwestycji na Ukrainie, zarobionych z pieniędzy uzyskanych z uczynienia amerykańskich mieszkań nieopłacalnymi. Z taką umową dla naszej elity finansowej i politycznej, dlaczego mieliby chcieć pokoju?

https://www.globalresearch.ca/blackrock-plots-buy-ukraine/5803685

Lot Germanwings z Barcelony: Prowansję chciano utopić, a Francję – ugotować? Samolot miał spaść na konkretny cel.

Ten samolot nie miał po prostu spaść i rozbić się w górach. On miał spaść na konkretny cel.

Lot Germanwings z Barcelony: Prowansję chciano utopić, a Francję – ugotować?

Ten samolot nie miał po prostu spaść i rozbić się w górach. On miał spaść na konkretny cel.

REJS GW9525, A320, 24/03/2015

Sławomir M. Kozak  OPERACJA TERROR, str. 132 i nn.

Z Archiwum: https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.18856_80.php

Poczciwość prawdy się nie lęka.(Ignacy Krasicki)

 Dopóki samolot leci po zadanej trasie, z mieszczącą się w normie prędkością, w tym przypadku oscylującą w granicach 300 – 400 węzłów i na przyznanym poziomie, wszyscy są spokojni. Jeśli jednak którykolwiek z tych parametrów zmieni się w sposób nagły i wcześniej nie uzgadniany, wówczas informacja o tym stawia na równe nogi wszystkich dbających o bezpieczeństwo maszyny. Samolot linii Germanwings nie zmienił kierunku lotu, ale zmianie i to gwałtownej uległy dwa inne parametry – wysokość i prędkość.

Samolot w pewnym momencie roz­począł szybkie, o wiele za szybkie, zniżanie. Powtarzano później wielokrotnie, że drugi pilot, pod nieobecność kapitana w kabinie załogi, ustawił na autopilocie schodzenie do wysokości stu stóp. Co się dzieje, kiedy samolot w autopilocie zniża się z wysokości 38 000 stóp do 100 stóp? Nic niepokojącego, ponieważ jest to normalne choćby przy rozpoczęciu podejścia do lądowania. Zgodnie z prawa­mi fizyki, w chwili, w której samolot się zniża, następuje co prawda naturalne zwiększenie prędkości, ale autopilot reaguje na to w odpowiedni sposób, aby nie dopuścić do utraty sterowności i pikowania maszyny w kierunku ziemi. Innymi słowy, rozkłada ten manewr w czasie i odległości w taki sposób, aby odbywało się to bez przekroczenia odpowiedniej konfiguracji lotu, między innymi pochy­lenia i zwiększonej prędkości. Autopilot reaguje na takie polecenie utrzymując te wartości w bezpiecznym zakresie. W tym konkretnym jednak przypadku samolot obniżał swoją wysokość z nadmierną prędkością, przekraczającą 430 węzłów. Jest to prędkość przelotowa, a nie taka, z którą samolot rozpoczyna podejście do jakiegokolwiek lotniska, która na ogół nie przekracza 250 węzłów i z każdym kilometrem bliżej lotniska maleje, by na końcowym odcinku kilku kilometrów do pasa osiągnąć wartość około 160 węzłów.

Wysoce problematyczne wydaje się przy tym ustawienie takiej prędkości z fotela drugiego pilota w maszynie typu airbus. A już z pewnością nie jest możliwe utrzymanie samolotu przy tej pręd­kości w locie po określonej linii, kierunku drogi. Należy pamiętać o tym, że na samolot w locie oddziałuje tak istotny czynnik, jak wiatr, który ma naturalną tendencję do znoszenia maszyny z ustalonego kursu. Autopilot koryguje ten znos w locie, jednak sterowanie takim samolotem ludzką ręką przy tej prędkości jest po pro­stu niemożliwe. Zainteresowanych odsyłam, zarówno do lektury moich wcze­śniejszych książek o 9/11, jak i do obejrzenia filmów wyprodukowanych przez Pilots For 9/11 Truth Organization, w którym profesjonalni piloci wyjaśniają to zjawisko bardzo dokładnie, dowodząc, iż z tego właśnie powodu nie było moż­liwe samo uderzenie, a tym bardziej precyzyjne trafienie żadnym z rzekomo po­rwanych samolotów w wieże World Trade Center w Nowym Jorku. Pomijając fakt, że przy tam przedstawianej rządowej wersji zdarzeń, przy prędkości ponad 500 węzłów, w pewnym momencie od samolotów „odmaszerowałyby” po prostu skrzydła. Jest to bowiem jeszcze kwestia różnicy ciśnienia, innej gęstości powie­trza na poziomie przelotowym, innej zaś przy powierzchni ziemi.

Wiemy więc, że samolot Germanwings rejs 9525 leciał w trybie autopilota.

Wyobraźcie sobie przez chwilę atmosferę kabiny pasażerskiej samolotu Ger­manwings. Maszyna mknie ku ziemi, za oknami widać coraz bliższe wierz­chołki gór. Od strony kokpitu dochodzą odgłosy prób dostania się kapitana do kabiny.

A pasażerowie? Czy czekają na rozwój wypadków niczym stado baranów? Dorośli, mający lepiej wypracowane instynkty samozachowawcze spoglądają na migające za oknami góry nie reagując zapewne od razu zbyt gwałtownie. Liczą na cud. Ale na pewno się boją, kryją twarze w dłoniach, modlą się, proszą swoich bogów o łaskę. Może skrobią coś w swoich iPadach, mażą długopisami na skrawkach gazet, książek, pokładowej prasy leżącej do­tąd niepotrzebnie na kolanach. Historia zna tysiące przykładów ostatnich słów, zdań kreślonych na ścianach cel śmierci rękami skazańców idących na strace­nie. Oskarżeń, prób pojednania z Bogiem, niemych wyrzutów. Czy widząc to, co dzieje się za oknami wszyscy posłusznie pozostają w fotelach? Czy nie ma gwałtownej bieganiny po samolocie? Walki o dostęp do małego okienka, przez które widać ostatnie resztki świata? Cała ta walka zamyka się w osiemnastu minutach. To mało, ale dla łaknących przeżycia ludzi aż nadto. A dzieci? Mło­dzież lecąca bez rodziców? Bez najbliższych? Czy nie pisze w tym momencie rozpaczliwych sms’ ów, nie wstukuje z szybkością światła apeli i powiadomień na tweeterach, facebookach i innych portalach społeczności owych? Nie walczy tak, jak potrafi najlepiej? Krzycząc światu w twarz? Na gorąco? Nie robi fotek, nie nagrywa? Ta dzisiejsza młodzież nie poddaje się bez walki. Jeśli nawet, z powodu ograniczeń fizycznych, wiadomości te nie wydostają się na zewnątrz zamkniętej puszki Faraday’a, jaką jest każdy samolot świata, to przecież pozo­stają w pamięci mikrokomputerów, kart pamięci, są dowodem ostatnich chwil walki o życie.

Gdzie one są? One nie giną, jak ostatnimi czasy zdarza się tandet­nym „czarnym skrzynkom” wraz z uderzeniem o ziemię. One pozostają na całe lata w systemach masowej pamięci, na serwerach, które przejmują je na wyso­kości kilkuset stóp nad ziemią i zapisują na zawsze w swoich bankach wiedzy o świecie rzeczywistym. Pozostają wołaniem o prawdę.

Tak było na przykład w samolocie japońskich linii lotniczych Japan Airlines rejs 123, który spadał na tyle długo ku ziemi, że pasażerowie zorientowani w tym, co ich czeka, pisali na wszystkim, co wpadło im w ręce, stawiając nierówne, drżącą ręką kreślone litery na pożegnalnych skrawkach kart pokładowych, torebkach, instrukcjach alarmowych. Krzyczeli do najbliższych zapewniając ich o swej miłości, czasem prosząc o wybaczenie, ale z tych zapisków niósł się krzyk walki, niezgody na ten rodzaj śmierci, śmierci, która przyszła zbyt wcześnie, by móc choć spró­bować się z nią oswoić i może nawet pogodzić.

Dlaczego więc nie ma po tych ostatnich krzykach tutaj śladu? Ano dlatego, że te ostatnie chwile wyglądały zapewne trochę inaczej od tego, co próbowały nam wmówić media. Nawia­sem mówiąc, czy zwróciliście uwagę na to, że kiedy telefonowanie z pokła­dów samolotów za pomocą tak zwanych komórek (do połowy lat 2000) było niemożliwe, to nikt nie zabraniał korzystać z nich podczas lotu? Stało się to dopiero od chwili, kiedy właśnie umożliwiono pasażerom kontakt ze światem zewnętrznym i to do tego stopnia, że dziś wszelkie urządzenia elektroniczne mają firmowo wbudowany tryb „samolot” w swoich ustawieniach.

Nie nama­wiam oczywiście nikogo do świadomego łamania prawa, ale wiem, że duża część regularnie latających pasażerów, jak również personelu pokładowego, nie zawraca sobie głowy wyłączaniem i włączaniem swych telefonów podczas lotów. Ich rzekomo zgubny wpływ na awionikę samolotów nie został nigdy formalnie i naukowo wytłumaczony. Zastanawiające.

Tu nasuwa się kolejne, bardzo ważne pytanie dotyczące opisywanej „samobój­czej” misji pilota Lubitza. Czy pilot samobójca pozwoliłby sobie na taki „luksus„, aby ostatniego swojego czynu na tym łez padole nie dokonać własną ręką? Oddać w najważniejszej chwili swego życia stery maszynie? Przecież to wydaje się być sprzeczne z samym założeniem samobójstwa i to takiego, które daje możliwość decydowania o tym, jak ma ta ostatnia chwila przebiegać. To nie skok z mostu lub dachu wieżowca. To możliwość sterowania ogromną, ale jednak posłuszną, wielką maszyną w jej ostatnich sekundach. No, ale w tym przypadku pojawią się zaraz głosy specjalistów psychologów, którzy takie spojrzenie będą kwestionowali na sto różnych sposobów, więc ten wątek pomińmy, bo nie jest łatwo osobom, które takiej próby nigdy nie podjęły wypowiadać się na temat psychiki samobójców.

Moim zdaniem Andreas Lubitz w tym czasie nie sterował maszyną, ponieważ spał, niczym niemowlę, a samolotem sterowano zdalnie. Nawiasem mówiąc, nie wierzę też w tę całą opowieść o „wyjściu kapitana z kokpitu do toalety” w kil­kadziesiąt minut po starcie. To historia, która ma przykryć całą bajkę, a jedno­cześnie zdjąć podejrzenia z rzeczywistych wykonawców i usprawiedliwić brak reakcji kapitana. Nie można bowiem byłoby racjonalnie wytłumaczyć zgody ka­pitana na samobójcze działanie drugiego pilota, gdyby znajdował się on w kabi­nie załogi. Spali obaj.

Jednak nikt nie mógłby uwierzyć w milczące przyzwolenie kapitana na samobójstwo, więc „wyrzucono” go z kokpitu medialnie. Nie mogli przecież w sposób naturalny obaj usnąć. Nie mogły nie reagować na ten stan rzeczy stewardessy. Całą tę historię zmyślono. Skąd wiemy o wyjściu kapitana do toalety? O jego późniejszym powrocie i próbie dostania się do kabiny załogi? Z czarnych skrzynek, które najpierw zaginęły, później się odnalazły, by mogło się okazać, iż ich zawartość utracono, a następnie w cudowny sposób odzyskano. Wówczas były już w pełni manipulowalne.

Najprościej było więc przypisać całą winę młodemu, 27-letniemu chłopakowi, bez doświadczenia lotniczego, żony i dzieci. „Wrobienie” w to kapitana byłoby zbyt bezczelnym kłamstwem, w które nie uwierzyłby nawet sympatyczny skądinąd Solejuk z ławeczki w Wilkowyjach. Jest to zresztą kalka koncepcji wykorzystanej po raz pierwszy w „wypadku” opi­sywanego wcześniej AFR 447, na co żaden z rzetelnych dziennikarzy roztrzą­sających przypadek Lubitza nie zwrócił uwagi. A przecież ulubiona przez nich Wikipedia mówi o tym wprost w opisie „katastrofy lotu Air France nr 447”:

58-letni pilot wpada przed katastrofą do kokpitu i wykrzykując polecenia dla po­zostałych pilotów, usiłuje uratować maszynę. (… )”

 Planiści piszący scenariusz dla tej historii stali się, po części na własną prośbę, za­kładnikami nowoczesnych technologii. Otóż, zgodnie z tym, co przedstawiałem w poprzednich książkach o jednym z teoretycznych uczestników 9/11, maszynie o znakach AAL 77, każde otwarcie i zamknięcie drzwi do kokpitu jest notowane. To chyba zresztą najdoskonalszy dowód w tamtej historii na oszustwo, bo rzeko­mi „porywacze„, zgodnie z rejestrem czarnych skrzynek, nigdy nie dostali się do kokpitu, który pozostał zamknięty przez cały czas lotu.

Poza tym, po 9/11 drzwi w samolotach stały się niemożliwe do sforsowania nawet przez uzbrojonych na­pastników. Nie można więc było wmawiać opinii publicznej, że ktoś nieupraw­niony wszedł do kabiny pilotów. Ogranicza to więc tego typu „wypadki” do tych z udziałem załogi! Wszelkie bowiem „wypadki” lotnicze nadal można fingować, ale już uderzenie w jakieś konkretne miejsce samolotem, musi się odbywać przy współudziale pilota, ponieważ teoretycznie nikt z zewnątrz nie może zawładnąć kabiną.

A ten samolot nie miał po prostu spaść i rozbić się w górach. On miał spaść na konkretny cel.

Mamy więc dwóch uśpionych pilotów i samolot, który nagle rozpoczął zniżanie, by uderzyć za paręnaście minut w góry. Co chcieliby osiągnąć takim działaniem ewentualni sprawcy, których nie będziemy starali się na tym etapie identyfiko­wać? Z uderzenia w zbocze góry i to nie najwyższej, z pewnością niewiele, poza zniszczeniem maszyny i zabiciem 150 osób, zupełnie nieprzydatnych z wojsko­wego punktu widzenia. Kiedy nie widzimy więc wyraźnego celu blisko, spójrzmy odrobinę dalej, wyjdźmy poza narzucone nam ramy tej opowieści.

Wiemy, że w kilka minut po zauważeniu anomalii z lotem 9525, obok niego poja­wiły się samoloty Mirage 2000. Najpierw mówiono o czterech myśliwcach, później o trzech. Zastanawiające może się wydawać to nagłe zniknięcie jednego samolotu. Odpowiedzmy więc sobie na pytanie o cel takiego lotu samolotów wojskowych. To oczywiste i na całym świecie nazywane w ten sam sposób – przechwycenie. Przechwycenie maszyny mogącej stanowić potencjalne zagrożenie dla innych sa­molotów, ludzi, obiektów na ziemi.

Tu po raz kolejny odsyłam do swojej książki „Przechwyceni„, która tłumaczy wiele aspektów takich działań. Idąc dalej tym to­kiem rozumowania, w chwili, w której załogi takiego samolotu nie uda się zmusić do lądowania piloci wojskowi mają obowiązek zameldowania o tym dowództwu na ziemi, a następnie wykonania rozkazu, który w praktyce zawiera się w jednym słowie – zestrzelić. Taka jest brutalna rzeczywistość. Zwłaszcza w deficycie czasu.

Po co jednak strzelać do samolotu, którego obaj piloci śpią, co doskonale widać z kabin myśliwców, a samolot kieruje się konsekwentnie w dół, na zbocza góry, gdzie nie ma osad ludzkich, a pewnie i turystów niewielu? A może Airbus 9525 nie leciał jednak aż tak pionowo w dół? Bo pewnie przy tej prędkości poodpadałyby mu najzwyczajniej skrzydła i spadłby w miejscu nie kontrolowanym.

Co jednak zmusiło dowództwo do wydania takiego rozkazu, skoro samolot i tak, w taki, czy inny sposób rozbić się musiał? Ano, właśnie – kontrolowany teren upadku, z dala od stałych traktów, nie pozwalający pojawić się w rejonie wypadku potencjal­nym gapiom przed przyjazdem służb i komisji, które dotarły tam w iście sprinter­skim tempie. A później, jeszcze szybciej, pomimo swych perypetii ze znikającymi skrzynkami i ich zawartością, w ciągu godziny doszły do prawdziwych powo­dów katastrofy.

Podobnie, jak w 9/11, gdzie Bush nie mający wcześniej oficjalnie wiedzy o arabskim zagrożeniu podał w ciągu godziny nazwisko ich przywódcy, w wystąpieniu będącym kalką wcześniejszego o kilka lat wystąpienia swego ojca i wskazał winnego oraz uruchomił wojnę z terrorem. I to na skalę międzynarodo­wą. To dopiero był sprint. Francuzi byli niezłymi uczniami. Czy tylko?

Po 9/11, gdzie jako jedni z niewielu, rozwiązali tę zagadkę i wiedzieli, jak mają reago­wać i zacierać nie swoje ślady. To przecież francuscy filmowcy (nawiążę do nich później), jako jedyni, odnotowali uderzenie pierwszego z samolotów w WTC. Na marginesie, warto tu przypomnieć, bo ludzie wciąż nie wiedzą o tych faktach, że Bush już rano „widział” owo pierwsze uderzenie. To jego własne słowa, mimo, iż Francuzi zmontowali materiał po południu i dopiero wieczorem, po raz pierwszy wyemitowały go stacje telewizyjne. Wiemy też, że w Nowym Jorku była 11 wrze­śnia jeszcze inna francuska ekipa filmowa, która wynajęła nawet miejsce widoko­we, z którego widać najlepiej panoramę Manhattanu. Czy to kolejny przypadek po filmujących całe zdarzenie pięciu  Izraelczykach, deportowanych wówczas migiem do Izraela? Przecież nie za filmowanie uderzenia w nowojorskie wieże, a odtańczony po nich spazmatyczny taniec radości!

10:31 samolot obniżył lot o 2 000 stóp – 37 975 stóp, prędkość 549 mph

10:32 piloci nie informują o dalszym schodzeniu – 35 575 stóp, prędkość 544 mph

1110:33 maszyna traci już 8 000 stóp – 32 625, prędkość 544 mph

10:34 na wskaźniku radarowym kontroler widzi wysokość 28 875, prędkość 552 mph 10:35 mija pięć minut zniżania i airbus leci na 24 650 stóp, prędkość 560 mph

10:36 samolot przelatuje nad Montagnac-Montepezat, 20 300 stóp, prędkość 547 mph

10:37 maszyna przelatuje nad lotniskiem Puimoisson – 17 050 stóp, prędkość 518 mph 10:38 na siedem minut przed alarmem ATC rejs 9525 ma 13 300 stóp, prędkość 496 mph 10:39 maszyna leci nad leżącym na 4000 stóp lasem Upper Bleone, 10 475 stóp, 473 mph 10:40 minuta do uderzenia, 4 000 stóp nad górą, wysokość 8 250 stóp, prędkość 442 mph 10:41 ATC traci kontakt radarowy z samolotem, wysokość 6 800 stóp, prędkość 435 mph 10:45 francuskie służby ruchu lotniczego ogłaszają alarm

Co więc z tym samolotem było nie tak, skoro uśpienie załogi i rzekome rozbicie samolotu było dla francuskich dowódców czytelne i pewne? Zakładam, że od­robili swoje lekcje i spojrzeli na to pragmatycznie. Jeśli samolot ich produkcji, lecz nie z ich flagą na stateczniku, leci z jakiegoś powodu z załogą, która nie ma szans na ocknięcie się, a pasażerowie w dalszym tego typu locie nie mają naj­mniejszych możliwości przeżycia, to jaki może być prawdziwy cel owej misji? W tym momencie ktoś, zapewne ze sztabu antykryzysowego pociągnął palcem po mapie wzdłuż przewidywanej linii lotu airbusa i z przerażeniem dostrzegł, że na tej linii, konsekwentnie się obniżającej, znajduje się, nieznane w szerszym wiecie, Lac de Serre-Poncon. To największe (3600 km2.) sztuczne jezioro w Europie. Zbiornik zasilają wody rzek Ubaye i Durance, płynące przez Alpy kierunku rzeki Rodan. Napierające miliony hektolitrów wody zatrzymuje na ich drodze ogromna, 123 metrowa zapora wodna (Barrage de Serre-Poncon), od roku 1961 dająca życiodajną wodę 1500 km kw. lądu oraz zasilająca w prąd 16 elek­trowni wodnych. Elektrowni, które zapewne już realizują opłacone wcześniej zamówienia na dostawę energii dla ogromnego obszaru Francji. My, w większoś­ci przypadków, jej nie znamy, ale t’O ogromna, robiąca wrażenie, budowla. Nie­ przypadkowo, to w tych plenerach powstał film Jean Giono, zatytułowany „Girl and the River” z Guy Beart w roli głównej.

Gdyby tama została przerwana, cały region zostałby zalany nawałą wody, setki domostw zostałyby zniesione z po­wierzchni ziemi wraz z ich mieszkańcami. Ogromne połacie Francji zostałyby z kolei wody i prądu pozbawione. I ten samolot leciał dokładnie na tę zaporę wodną. Tam miał zakończyć samobójczy lot jakiś późniejszy zwolennik ekstre­mistów muzułmańskich, którego głos „Allah Akbar” pewnie zdążyłby jeszcze pojawić się w ostatnich sekundach lotu, a w wewnętrznej kieszeni jego garnituru zapewne spoczywałby nienaruszony, irański paszport.

Udaremniono to 30 kilo­metrów przed celem.

Do akcji wysłano nie jedną, jak zazwyczaj, lecz dwie pary dyżurne. W takich lotach na ogół bierze udział jedna para myśliwców. Jeden z nich leci lekko z boku i przodu przechwytywanego samolotu, starając się przekazać sygnały przechwy­tywanej załodze. Drugi leci lekko z boku, z tyłu, gotów do oddania strzału. Tu wysłano dwie pary maszyn, a więc waga zagadnienia była poważna i nie można było pozwolić na to, że nagle jeden uzbrojony samolot nie będzie mógł z róż­nych przyczyn podołać zadaniu. Wiemy też, że w pobliżu znajdował się myśli­wiec włoskich sił zbrojnych, którego pilot obserwował całe zdarzenie, a zapewne również je filmował. W tym samym rejonie pojawiła się też wojskowa maszyna USA.

Czy było to rutynowe działanie? Alarm Przechwytujący wyszedł od służb kontroli ruchu już o 10:35, choć w późniejszych enuncjacjach prasowych mówi się o 10:45, jako chwili ogłoszenia stanu niebezpieczeństwa! Od dolotu do air­busa piloci wojskowi mieli zaledwie kilka minut, by zorientować się, że załoga nie powróci do czynności lotniczych, widząc obu pilotów leżących nienaturalnie w kokpicie. Przekazali taką wiadomość na dół, do sztabu, a tam ktoś zdecydo­wanie mądry, doświadczony i przewidujący, wydał rozkaz – zestrzelić. Wiedział już bowiem, że omdlenie załogi nie jest przypadkowe, a samolot zmierza w akcji sabotażowej na ich największe dobro w tym rejonie świata. A może mieli wcze­śniejsze przecieki, przecież służby francuskie słyną ze skuteczności i to również w świecie muzułmańskim. Może ktoś zdecydowanie bardziej nie lubił planistów tej operacji, aniżeli samych Francuzów?

I tu do akcji wszedł ten czwarty Mirage, który oddał strzał w kierunku airbusa, czym zakończył żywot zarówno jego, jak i lecących w nim niewinnych ludzi. Lot maszyny Germanwings zakończył się o 10:41, czyli sześć minut od chwili poderwania myśliwców do akcji. Dolot, oce­na sytuacji, oczekiwanie na decyzję, wykonanie rozkazu. Sześć minut!

Nawiasem mówiąc, tak to powinno wyglądać w USA 11 września 2001 roku, gdyby wojsko miało rzeczywiście bronić wówczas Ameryki. Później, jako że Mirage pozostał bez przynajmniej jednego pocisku, pilot dostał zapewne polecenie udania się na lotnisko wojskowe, na którym nikt nie zadawał mu pytań o jego zajęcia popołu­dniowe tego dnia i braki w uzbrojeniu maszyny. Trzy pozostałe myśliwce, nieska­żone bezpośrednim wykonaniem wyroku powróciły do bazy, gdzie piloci, o ile byliby zwolnieni z tajemnicy wojskowej, mogliby opowiadać o swoich czystych intencjach i próbach powstrzymania potencjalnego samobójcy, które spełzły na niczym, bo samolot Airbus 320-211, o znakach rejestracyjnych D-AIX i tak się rozbił o górski grzbiet pomiędzy malowniczymi wioskami Digne-les-Bains i Barcelonnette.

Najwcześniej, na zboczu góry o wysokości 2000 metrów, pojawiły się ekipy dochodzeniowe Francji, logicznie przejmując na swoim terenie rejon tragedii. Państwo to, będąc najważniejszym udziałowcem koncernu Airbus miało do tego największe umocowanie prawne. Na, w miarę trudno dostępnym miejscu, po­jawiła się natychmiast komisja, której członkowie szukając rozpaczliwie nie­szczęsnych skrzynek budowali już własną wersję wydarzeń.

Uderzenie w zaporę i zniszczenie tysięcy kilometrów kwadratowych terenów, które by znalazły się pod wodą, zastój w produkcji prądu, brak źródła wody pitnej dla ogromnej czę­ści kraju, gigantyczne odszkodowania dla odbiorców energii elektrycznej, mo­gło sparaliżować poważnie i na długo nie tylko ten rejon Francji, ale i rządowe ośrodki decyzyjne w państwie. Dlatego, podejmując właściwą, z punktu widze­nia prowadzenia wojny taktykę, a był to akt wojny, musieli… zacierać ślady. Wiedzieli, że samolot latał dla Germanwings przez 11 lat, później przez blisko 10 lat w barwach Lufthansy, a od 31 stycznia 2014 roku ponownie wrócił w bar­wy Germanwings. Nie wiem, czy francuskie siły wojskowe, kontrwywiadowcze i inne, miały świadomość, co rozgrywa się na ich niebie, ale sądzę, że decydenci w sposób sprawny i bezbłędny zrozumieli to i podjęli jedynie słuszną decyzję.

Podejrzewając, że Niemcy mogą o sprawie wiedzieć więcej, poprosili ich w spo­sób nie uwzględniający odmowy, o współpracę przy wyjaśnianiu sprawy i już od tej pory dochodzenie ruszyło szybkim tempem. Wiadomo, że na miejscu tragedii, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej po żadnym innym wypadku, obok prezydenta Francji pojawiła się kanclerz Niemiec i premier Włoch.

Możliwe, że dopiero wówczas zrozumieli, że za tym aktem wojny nie stoją „terroryści” z państwa re­prezentowanego przez żadne z nich. Może dymiące zgliszcza przemówiły do ich umysłów i doszli do wniosku, że to nie atak na Francję, ani na Niemcy, ale na Europę? Że oto realizuje się kolejny mocarstwowy reset na arenie świata? I może wtedy właśnie podjęli grę przeciw wspólnemu wrogowi, tak silnemu, że lepiej nie wymawiać jego imienia? I zacząć wielką improwizację.

Już po godzinie wiadome było, nie tylko kto zawinił, ale też poznano jego przeszłość, choroby, karty medyczne, upodobanie do nie najgrzeczniejszych stron internetowych i bardzo słabą kondycję psychofizyczną. Z czasem odnaleziono 50 danych o leczeniu się samobójcy, co samo w sobie zakrawa nie tylko na nie­wiedzę, w jakich warunkach odbywa się weryfikacja do tego zawodu, ale i aro­gancję podniesioną do potęgi.

Błyskawicznie ustalono, że kapitan wyszedł do toalety, bo wskazuje na to zarówno rejestr zamka drzwi, jak i zapis odgłosów z kabiny pilotów. Jeżeli chodzi o zareje­strowane na skrzynce otwarcie drzwi i ich późniejsze nieodwracalne zamknięcie, to wytłumaczenie może być zupełnie prozaiczne. Otóż kapitan wyszedł rzekomo wkrótce po osiągnięciu przez samolot poziomu przelotowego. Wiemy jednak, że kiedy maszyna zajęła poziom 380, była dokładnie godzina 10:30. Wtedy też kon­troler ruchu lotniczego wydał załodze zezwolenie na lot bezpośrednio na punkt nawigacyjny IRMAR, kierując ich tym samym na północny kurs prowadzący do lotniska docelowego. Nie kto inny, a właśnie kapitan Patrick Sonderheimer po­twierdził odebranie tego polecenia.

Tymczasem wmawia się nam, że w ciągu tej samej minuty, kapitan zdążył wprowadzić poprawki do systemu autopilota, prze­kazać stery drugiemu pilotowi, odpiąć pasy, przecisnąć się między fotelami, dojść do drzwi, otworzyć je, wyjść, zamknąć drzwi za sobą i dostać się do toalety. To wszystko nie mogło zdarzyć się w przeciągu tej jednej minuty! A wiemy, że już o 10:31 samolot rozpoczął zniżanie, którego nie przerwał aż do tragicznego finału. Kapitan odczułby je od razu, a to kazałoby mu zawrócić natychmiast.

Tymczasem jego skazana na porażkę walka o ponowne dostanie się do kokpitu rozpoczęła się, według ekspertów, dopiero po kilku minutach, po tym, kiedy spokojnie opuścił toaletę, a jego zaniepokojenie wzbudziło dopiero to, że nie może dostać się na swoje miejsce. No, totalny absurd. Drzwi musiały więc zostać otwarte wcześniej i bardzo ciekaw jestem zapisu tego konkretnego momentu. Może jeszcze kiedyś do niego dotrzemy?

Moim zdaniem, o ile zapis ten w ogóle miał miejsce, drzwi mogły zostać otwarte dla stewardessy, która zwyczajnie przyniosła załodze napo­je tak, jak ma to miejsce w tysiącach lotów każdego dnia. Po tym, kiedy samolot osiągnie poziom przelotowy, w większości znanych mi linii lotniczych świata, obsługa lotu przynosi pilotom kawę, soki, jakieś przekąski i dowiaduje się od kapitana o tym wszystkim, co może być dla niej lub pasażerów istotne podczas dalszej podróży. I to tłumaczy bez zbędnych teorii spiskowych otwarcie, a chwilę potem zamknięcie drzwi. Mogło to nastąpić między 10:27 i 10:30.

Natychmiast po obraniu nowego kursu, kiedy wiadomo było, że samolot leci na poziomie prze­lotowym i we właściwym kierunku, załodze zaaplikowano gaz usypiający. Do drzwi dobijały się zapewne stewardessy, przerażone schodzeniem maszyny. One wiedziały, że samolot osiągnął właśnie poziom przelotowy i przez dłuższy czas nie powinien był się zniżać. Wiedziały z doświadczenia w lotach na tej trasie, ale i od załogi, której chwilę wcześniej mogły podawać kawę i przekąski.

Natomiast, jeśli chodzi o te odgłosy z kabiny pilotów, to wyjaśnienia ekspertów brzmią co najmniej niedorzecznie. Otóż, jeśli załoga postępowała zgodnie z ogól­nie obowiązującymi przepisami, a nie powinniśmy zakładać, że w niemieckiej li­nii pozwolono sobie na odstępstwo od tej reguły, to przed wyjściem jednego z pi­lotów, o ile samolot znajduje się na lub powyżej poziomu 250 (ówczesny poziom lotu 380 – przyp. smk), pozostający w kabinie musi założyć maskę tlenową.

Nie podejrzewam kapitana z dziesięcioletnim stażem w barwach niezwykle restryk­cyjnej linii, jaką jest Lufthansa i nalotem sześciu tysięcy godzin, by mógł wyjść nie upewniając się, że jego o wiele młodszy kolega to uczynił. Piszę kolega, ale w tej, nie stałej, na bieżąco kompletowanej załodze, pilot Lubitz był dla niego obcym, niedoświadczonym młodzikiem, wobec którego tym bardziej należało stosować zasady, a otrzaskany z życiem i wylatany kapitan był z pewnością zdy­scyplinowanym, przez lata dbającym o swych pasażerów starym wygą, mającym w perspektywie wizję spokojnej emerytury w otoczeniu dzieci i wnuków.

Pomijam fakt, że do wspominanej wcześniej, niebywale obfitej w wydarzenia minuty, musiałby dojść czas niezbędny dla dokonania tej czynności, co w ogóle kładzie na łopatki tamtą wersję. A pilotowi maska potrzebna jest z oczywistego powodu. Gdyby nastąpiła gwałtowna dehermetyzacja kokpitu, pilot musi mieć szansę na opanowanie sytuacji, alarmowe zniżanie poniżej poziomu setnego, gdzie powraca szansa na przeżycie oraz łączność z kontrolą ruchu. W zależno­ści od wysokości i prędkości zniżania dopuszczalny dla zdrowia i życia czas pozostawania bez tlenu jest różny, ale w ekstremalnych przypadkach decydo­wać mogą sekundy.

Ażeby pilot mógł porozumiewać się w takiej sytuacji zarówno z kontrolą ruchu, koordynatorem swojej linii lotniczej, a przede wszystkim z drugim pilotem, jeśli jest on obok, maska ma wbudowany mikrofon. Nie jest on jednak włączony na stałe, bo wówczas słyszalny by był przez cały czas oddech człowieka, który ją założył, co przesładzałoby załodze w komunikacji. Dlatego mikrofon urucha­miany jest tylko wówczas, kiedy pilot chce z niego skorzystać.

I tu mamy kolej­ną niezgodność z oficjalną wersją, według której na nagraniu z kokpitu słychać rzekomo oddech Lubitza. I nie to nawet jest najistotniejsze, że jest on do samego końca równy i miarowy, nie wskazujący na jakiekolwiek podniecenie sytuacją, ale to, iż w ogóle został nagrany. Albowiem dźwięk z tego mikrofonu nie jest emitowany na kabinę!

Jeśliby przyjąć natomiast tezę, że po domniemanym wyjściu kapitana Lubitz ma­skę zdjął, wiedząc, że i tak rozbije za chwilę samolot, to wówczas oddech nie zostałby nagrany przez system nagrywania kokpitu, ponieważ jego mikrofony nie są tak czułe, jak ten w masce. W kabinie załogi nie panuje przecież bezwzględna cisza, ona „żyje”, cały czas słychać szum, pracę urządzeń, radio, dzwonki, nie­raz dźwięk syreny. A w tej konkretnej sytuacji tych dźwięków musiało z każdą chwilą przybywać. Załączały się wszystkie zabezpieczenia i to w zdublowanych konfiguracjach, hałas narastał. Oddech, zwłaszcza równy, cichy i spokojny, nie ma szans na nagranie w takim środowisku.

Wystarczy sięgnąć po nagrania z 9/11, spreparowane oczywiście, ale jednak profesjonalnie. Tam z trudem rozróżniane były poszczególne słowa wykrzykiwane przez „porywacza„, o jego oddechu nikt nawet nie pomyślał. Dlatego nie wierzę w całą tę historię z maską na twarzy pilota i nagranym oddechem. Żadnych masek nie było, a gaz podano na cały kokpit. w wyniku czego obaj piloci usnęli. Pozyskanie nagrania równomiernego oddechu jest banalnie proste, a ponadto nie trzeba się trudzić z jego fałszowaniem. Nikt nigdy nie udowodni, że ten zapis pochodził od rzeko­mego samobójcy. I w ten oto prosty sposób doszliśmy do momentu, w którym nasi eksperci podali rodzinom ofiar, międzynarodowej opinii publicznej i firmom ubezpieczeniowym prezent na tacy. Ten prezent okazał się głową pilota Lubitza.

Takiego tempa nie powstydziłby się ani Bush w roku 2001, ani „nasi” sadzając na stolec następcę prezydenta o 14:00 po zmarłym w wypadku Lechu Kaczyń­skim, zanim znaleziono jego ciało około 17. Takich dożyliśmy czasów, na wła­sną prośbę w dużej mierze. I wykorzystują to ci, którzy od wielu już lat wiedzą, że najbardziej skutecznym i jednocześnie przerażającym dla zwykłych obywa­teli aktem terroru, jest zniszczenie samolotu. Zrozumieli to 11 września 2001 roku w USA. Zrozumiały to tysiące rodzin zabitych tego dnia, które musiały być wstrząśnięte, wręcz przerażone, podobnie, jak przerażeni musieli być obroń­cy twierdz obleganych przez nie znających litości, żądnych łupów najeźdźców stosujących najwymyślniejsze machiny burzące i zapalające setki lat temu.

Nic dziwnego w dzisiejszych czasach, w których transport lotniczy jest jedynym, pra­wie monopolistycznym w wielu regionach świata, środkiem transportu. Ogrom zniszczeń, wszyscy świadkowie zabici, brak jakichkolwiek śladów, wyjaśniania trwające trzy, cztery lub pięć lat. Gwarancje w zacieraniu śladów, seryjne samo­bójstwa tych, którzy nie do końca pojęli, jaki był celowego przesłania. Ogromne odszkodowania.

I otwierające się przed sprawcami niesamowite wręcz możliwo­ści na wiele dekad biznesu, nie obarczone sumieniem, które to pojęcie w ogóle nie funkcjonuje w ich słowniku, a jeżeli już, to w zakresie dbałości o poszerzanie wpływów, już nie w skali lokalnej, krajowej, a kontynentalnej. Oni przenoszą swoje aktywa do dawno wykupionych miejsc tak tajnych, odciętych od świa­ta i pilnowanych prywatnymi armiami zwyrodnialców gotowych dla kolejnego mieszka z brzęczącymi srebrnikami, poderżnąć gardło dziecku na oczach jego rodziców.

Zaszufladkowano do kategorii O Świat | Otagowano

Germanwings A320 – FAKTY i wnioski.

Germanwings A320 – brak czarnej skrzynki (FDR). FAKTY i wnioski.

 2015-III-29 [z Archiwum: https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.15231_119.php

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.15206_119.php

———————————————-

Krzysztof Cierpisz  29.3.2015 Za: http://gazetawarszawska.com/zamach/1337-germanwings

 Co by się dalej nie stało, to – na moment pisania niniejszego artykułu –katastrofa aerobusu 320 należącego do linii Germanwings jest już teatrem masowej propagandy terroru. I jest to fakt niezaprzeczalny.

 Stało się to oczywiste już w chwili ogłoszenia wyników zapisów czarnej skrzynki CVR (zapis dźwięków z kabiny pilotów). Oczywiście ogłoszenie odczytów zapisów w trybie natychmiastowymi nie jest żadnym błędem, ale wyciąganie wniosków i wskazywanie winnych jest już przestępstwem i musi być napiętnowane. Śledczy francuscy wbrew własnym zasadom śledztwa opublikowali zapisy rozmów pilotów – jako medialny show – i na podstawie tych zapisów sformułowali wnioski, wskazując winę drugiego pilota jako sprawcy katastrofy, co do nich nie należy, (gdyż przekroczyli swe kompetencje, nie znając się na szczegółach technicznych).

Już sam ten happening francuski i to na poziomie motłochu dziennikarskiego polskich mediów, który przy zamachu 10 kwietnia 2010 roku wyraźnie uwidocznił się jako narzędzie propagandowego terroru nad Polakami, nakazuje nam nie tylko ostrożność, ale i aktywną nieufność wobec puszczanych w obieg faktów.

Sama skrzynka CVR nie może być wiarygodnym dowodem na wydarzenia, o ile nie jest potwierdzona innymi dowodowymi. A to na zasadzie: jeden świadek, to żaden świadek. Aby móc sądzić obiektywnie i rzeczowo, trzeba mieć co najmniej dwóch świadków, dwa dowody lub temu podobne. Najlepiej by było, jeśli dowody z jednej płaszczyzny mogłyby i muszą się zweryfikować dowodami z drugiej płaszczyzny. Jeśli tego nie ma, należy powstrzymać się z sądami.

To z dwóch powodów:

– obiektywnie rzecz biorąc, istnieje potrzeba weryfikacji faktów (co nadmieniono powyżej),

– subiektywnie w takich przypadkach musimy kontrolować dane z punktu widzenia podejrzenia zamachu. A w tym wypadku chodzi o podejrzenie otrzymania danych podrzuconych przez zamachowców.

Podejrzenia te nie są bezpodstawne, gdyż faktycznie zamachy z ostatnich 20- 30 lat to nie było tylko podkładanie bomb czy zestrzelenia samolotów, ale również wejście „do wnętrza” samolotu lub jego systemu kontroli i takie zmanipulowanie sterowaniem tego obiektu, aby go doprowadzić katastrofy. Tu dodatkowo szczególną odmianą takiej katastrofy jest coraz częściej tzw. „katastrofa wirtualna”. Katastrofa smoleńska była właśnie taką „katastrofą wirtualną” – bo lotu do punktu docelowego nie było wcale [tj. – nie ma na to żadnego dowodu md] , a członkowie Delegacji byli najprawdopodobniej uwięzieni i wymordowani w Warszawie lub okolicach, zaś utylizacja zwłok odbyła się przypuszczalnie w Pile (w okolicach, w zakładzie utylizacyjnym dla zwierząt).

Podobnym przypadkiem katastrofy wirtualnej (a nawet idąc dalej, bo „wirtualnego zamachu”), był atak na dwie wieże WTC 9/11 w Nowym Yorku, gdzie przypuszczalnie nie było nawet jednego trafienia samolotem w budynek. A jak pamiętamy miały być dwa. Przy czym – co warto podkreślić– zawaliły się od tych uderzeń trzy budynki. Czyli jest to nie tylko „atak wirtualny”, ale i skuteczne pranie mózgu na skalę światową, i to do tego stopnia, że ludzkość – aby przyjąć tamte brednie – obniżyła [-by md] swój iloraz inteligencji do poziomu niezdolności liczenia do trzech. Bo były dwa uderzenia, a zawalone budynki były trzy. Jak to możliwe?

I tu w katastrofie w Alpach widzimy podobne ryzyko manipulacji i prania mózgów na masową skalę. Zauważamy, jako jakieś ostrzeżenie na przyszłość, że teatr medialny we Francji z winnym Andreasem Lubitz`em został szybko podchwycony przez polskich klakierów. Może to groźnie wróżyć na okoliczność planowania nowych zamachów na Polskę. Takimi kampaniami histerii wymierzonych w drugiego pilota polskie massmedia ćwiczą się w kontrolowaniu reakcji polskiego społeczeństwa.

Zresztą próbkę podobnych fantazji mieliśmy w przypadku głoszenia opowieści o rzekomej wizycie gen. Błasika czy Prezydenta w kokpicie Tupolewa i spekulacji o przejmowaniu sterów czy nakazywaniu lądowania.

Zauważmy i to, że w tej alpejskiej manipulacji druga czarna skrzynka nie znalazła się, a mija już czwarty dzień od wypadku. Teren jest może i trudny, ale mocno ograniczony i stabilny na tyle, że ten rejestrator powinien już się znaleźć. Co gorsza, prezydent Hollande powiedział coś, co może zastanawiać: stwierdził on, że „opakowanie” się znalazło, ale bez zapisu pamięci. Co on miał na myśli? I dlaczego ten wątek nie został podchwycony przez dziennikarzy? Czy nie jest tak, że to „opakowanie” to faktycznie czarna skrzynka, ale bez nośnika pamięci? Albo to „opakowanie” zostało podrzucone przez zamachowców, albo „ktoś” wcześniej  „zaopiekował” się czarną skrzynką?

Jeśli tak by było, to jest oczywiste, że na moment katastrofy „opakowanie”, czyli czarna skrzynka „DFR” nie była sprawna, zdolna do jakiegokolwiek zapisu, bo nie posiadała tam „pamięci” i to już podczas lotu. Nośniki pamięci nie mogą sobie ot tak wypaść z obudowy! Jeśli tak się sugeruje, to hangar serwisowy, który dokonywał serwisu na dzień przed wypadkiem, jest miejscem sabotażu. Oczywiście wyklucza to winę Lubitz`a i autentyczność zapisu CVR.

Druga skrzynka DFR – zapis parametrów lotu – jest właśnie najprostszym drugim świadkiem, którego dane konfrontują dane od pierwszego świadka. O ile CVR jest bardzo trudne do zmanipulowania osobno, to DFR jest jeszcze trudniejsze. W obu jednak przypadkach jest to możliwe. Można np. nagrać CFR i DFR na innych lotach i podrzucić te zapisy na miejsce rozbicia, a nawet i w samym laboratorium badającym wypadek.

Bo z tymi laboratoriami na Zachodzie jest dokładnie tak samo, jak z danymi komputerowymi Państwowej Komisji Wyborczej w Polsce – nikt nie ma nad tym żadnej kontroli. Ale też zapisy skrzynek mogą być zmanipulowane tylko jako zapisy pojedyncze, bez drugiego zapisu, drugiej skrzynki jako świadka. To z tego powodu, że te oba typy zapisu muszą się zgadzać ze sobą (pasować, zazębiać się). Zapisy położeń na osi czasu ukazują np. zapis zmian położenia sterów lub podobne i jest to konfrontowane z dźwiękami w kabinie. Specjalista odróżnia dźwięk jednego przycisku lub drugiego, dźwigni, a nawet zmianę tempa oddechu u pilota, który np. musi się odchylić, aby uruchomić stosowe urządzenie. To wszystko musi się zgadzać. I to szczególnie wtedy, kiedy alpejscy śledczy odsłuchali „spokojny oddech drugiego pilota” . Na ścieżce dźwiękowej musi być zapis dźwięków pokręteł lub przycisków w kabinie ze zamianą zapisów urządzeń w samolocie i sfałszowanie tego razem nie jest możliwe.

Przypadki braku danych, manipulacja zapisami, są już znane w historii katastrof, które tak naprawdę są ukrytymi zamachami. Takie były przypadki w historii lotnictwa:

– Lot Egyptair 990 NY do Kairu, B747, gdzie „zestresowany drugi pilot” skierował samolot najpierw na niski poziomo lotu, a potem zanurkował nim prosto nosem w dół. Czarne skrzynki   DFR w końcu znaleziono, ale były prawie niemożliwe do odczytania z powodu uszkodzeń, kiedy obciążenia od uderzenia o pow. wody były na poziomie jedynie 1/3 maksymalnych nieniszczących

– „Katastrofa smoleńska” – nawet przy całej bezwstydności tej farsy – też nie ukazuje czarnych skrzynek, bo nawet w Polsce uchodziłoby to za zbyt bezczelne i zapis skromnie   „zamraża się na brzozie”.

– Lot z Malezji, Malaysia Airlines Flight 370 – nie ma czarnych skrzynek, a nawet i samolotu jako całości.

– Lot MH-17 linii Malaysian  – lot nad Donbasem – skrzynki co prawda znaleziono, ale oddano je w bezpieczne ręce – brytyjskie – i tam są studiowane. A pamiętamy, że to Brytyjczycy brali udział w zamachu na Gibraltarze i do dnia dzisiejszego gentlemeńsko zwodzą „głupawych Polaczków”.

Gdyby zatem okazało się, że ta wersja prezydenta Hollande jest autentyczna, to musiało by być jasne, OCZYWISTE również i to, że katastrofa A320 nie jest wypadkiem, ale aktem terrorystycznym.

W takim razie byłby to atak terrorystyczny na skalę wysokiej techniki niedostępnej dla klasycznych terrorystów, lecz poziomu techniki będącego pod kontrolą zaledwie kilku państw w świecie: USA, W. Brytanii, Izraela lub może też i Rosji.

A320 może być przejęty do zdalnego sterowania, za pomocą włamania się do komputera pokładowego w sposób zdalny i wysterowania samolotu do uderzenia w stok. Lub też, o ile samolot – jako starszy model – takiej opcji przejęcia i zdalnego sterowania nie miał, to i tak jest sterowany za pomocą nawigacji satelitarnej i ta może być w kontakcie z „samolotem – ofiarą” indywidualnie zmanipulowaną do tego stopnia, że pilot traci orientację i kiedy zauważy błąd w nawigacji, to jest już za późno. Ponad to są dowody na możliwość zdalnego włamania do systemu radiowego na pokładzie samolotu i takie zdalne sterowanie samolotem. Trzeba tu dodać informacje – na dzień dzisiejszy – że w samolocie został wyłączony transponder. Aby to móc zrobić trzeba mieć kody dostępu (w niektórych urządzeniach) i w takim wypadku nie mógłby tego uczynić drugi pilot, który takich kodów nie posiadał.

Tak więc druga czarna skrzynka FDR – jest tu bardzo ważna – a nawet gdyby się odnalazła, a była nieczytelna, to jest to jednoznaczne z zamachem.

To wszystko oznaczałoby terror, ale już nie jako terror, ale jako szantaż terrorem, jako perspektywę wręcz walca ślepej przemocy, która zacznie się ujawniać w naszej części Europy z coraz większą mocą i tylko patrzeć jak terroryści – najlepiej zapewne brzmiałoby, że islamscy – porwą samolot i zaatakują nim elektrownię jądrową np. we Francji (tajemnicze drony nad elektrowniami atomowymi już raportowano nawet w prasie i w Internecie) lub w ogóle z bombą atomową na pokładzie porwanego samolotu.

W tym drugim przypadku należy również pamiętać żydowski napad na samolot CASA i dodatkowe zgony wśród kadrowców Mirosławca oraz zabójstwa architektów w Asturias. To ostatnie w kontekście przemytu żydowskiego na Okęciu i roli w nim Szeivah`a Weiss`a – terrorysty żydowskiego, który wsławił się wypędzeniem Karmelitanek z ich klasztoru.

Fakty te przypisują Polskę jako zaplecze żydowskiego terroru wobec Europy, a może i wobec samej Warszawy. Chodzi tu o to, że polska infrastruktura lotnicza jest całkowicie pod kontrolą żydów wtopionych w polskie instytucje państwowe i logistyki armii Izraela, a to celem użycia tego zaplecza do ataku na Europę, a nawet – co nie wykluczone – do realnego czy rzekomego ataku Putina na Polskę (bo jaki miałby on interes w atakowaniu Polski? – Czyżby planowany atak na Europę Zach.? Czy jako odpowiedź na ew. atak NATO na Rosję?), a co musiałoby spowodować odwet polskiego mięsa armatniego w wojnie z Rosją.

In Christo

(-) Krzysztof Cierpisz 

===============================================

Germanwings Crash: How the Lock on the Cockpit Door Works

http://gazetawarszawska.com/scientia-et-arte/1360-germanwings-crash-how-the-lock-on-the-cockpit-door-works

Germanwings Crash: How the Lock on the Cockpit Door Works

Evidence from the cockpit voice recorder recovered from the wreckage of Germanwings Flight 9525 indicates that the co-pilot locked the captain out of the cockpit. Here are three different ways to unlock and lock the cockpit door, based on a video by Airbus, the manufacturer of the plane.

Normal procedure for entering the cockpit

1A crew member calls the cockpit on an intercom.

2After making contact, the crew member presses the pound key on the keypad, which sets off a buzzer inside the cockpit.

3The pilot switches the door-control toggle from “NORM” to “UNLOCK.”

4A green light on the keypad indicates that the door is unlocked.

5The crew member can enter the cockpit.

If a crew member believes the pilot is incapacitated

1If a member of the flight crew follows the normal procedure for entering the cockpit and gets no response, he or she would enter an emergency code into the keypad, triggering a 30-second timer. All crew members know the emergency code.

2 After 30 seconds, if there is no response from the cockpit, the door unlocks for five seconds.

3 The emergency code will not work if the pilot’s toggle is set to “LOCK.”

If the pilot wants to keep others out of the cockpit

1 The pilot, or someone else in the cockpit, can prevent anyone from entering by moving the door toggle to the “LOCK” position.

2 The “LOCK” position disables emergency access for five minutes at a time.

http://www.nytimes.com/interactive/2015/03/26/world/europe/germanwings-cockpit-door-lock.html?action=click&contentCollection=Europe&module=RelatedCoverage&region=Marginalia&pgtype=article

 Wniosek: W każdym razie – po pięciu minutach Pierwszy Pilot mógł wejść.

Franciszek „w dialogu” z lesbijką niewierzącą, „dumną aktywistką proaborcyjną”, osobą żyjąca z pornografii.. Lekcje dla młodzieży.

Franciszek „w dialogu” z lesbijką niewierzącą, „dumną aktywistką proaborcyjną”, żyjąca z pornografii.. Lekcje dla młodzieży.

„Amen. Papież odpowiada”.

„Ten dokument nie jest odpowiedni dla wszystkich widzów”.

Dokument Disneya egzemplifikuje „Kościół synodalny”

przez Luiz Sérgio Solimeo pope-answers-disney-church

[odnośniki w oryginale. MD]

Wyrażenie „obraz jest wart tysiąca słów” oznacza, że wiele złożonych idei można przekazać za pomocą jednego obrazu. Być może można powiedzieć, że film z dźwiękiem, dialogiem i animacjami jest wart miliona słów.

Byłoby to szczególnie prawdziwe w przypadku filmu 83′ wydanego niedawno przez Disneya – giganta przemysłu rozrywkowego i propagandystę ruchu homoseksualnego.

W filmie z 5 kwietnia 2023 roku papież Franciszek odwiedza w sposób przyjazny dziesięciu hiszpańskojęzycznych młodzieńców.

Rzeczywiście, wideo i audio tego dokumentu syntetyzuje wszystko, co papież Franciszek powiedział i napisał o swoim „Kościele synodalnym”. Film nosi tytuł „Amén. Francisco Responde.” [„Papież odpowiada”].2 Jak zobaczymy, film mógłby być zatytułowany bardziej trafnie i synodalnie: „Amen: Franciszek słucha i zgadza się”.

„Przede wszystkim obraz synodalności”

Według papieża Franciszka nowy „Kościół synodalny” to odwrócona piramida, w której władza znajduje się na dole, a nie na górze. Jest to Kościół, który nie naucza, ale słucha tego, co „Duch” mówi do jego oddolnych członków.3

Nowy film Disneya jest żywym przykładem tego „Kościoła synodalnego”. Papież uczy się od młodzieży. Po wysłuchaniu młodych ludzi broniących aborcji, pornografii, biseksualizmu i tak dalej, powiedział: „Wiele się od was nauczyłem, dziękuję za dobro, które uczyniliście „4.

Ks. Máximo Jurcinovic, dyrektor Biura Komunikacji Konferencji Episkopatu Argentyny, komentuje: „Duch Święty natchnął Ojca Świętego, aby wszystko, co zostało powiedziane i co miało znaczyć o synodalności, miało swój obraz. Obraz, który rozwiewa wątpliwości i pokazuje nam drogę do zrozumienia [synodalności]”. Dokument Disneya, zatytułowany 'Amen. Papież odpowiada’ jest przede wszystkim obrazem synodalności „5.

Młodzież wybrana „przypadkiem”

W atmosferze koleżeństwa i odprężenia papież Franciszek nawiązuje przyjacielską rozmowę z dziesięcioma młodymi mężczyznami i kobietami w wieku od 20 do 25 lat, ubranymi w większości w wulgarne szorty. Dwie młode kobiety mają gołe pośladki. Jedna ma prawie odsłonięte piersi. Siedzą bez opanowania, jedna młoda kobieta na stole, inne na podłodze. Często zwracają się do papieża hiszpańską formą traktowania między równymi, „tu”.

Papież dał producentom wideo, Hiszpanom Jordi Évole i Màriusowi Sánchezowi, całkowitą swobodę w wyborze uczestników, więc „ręcznie” wybrali dziesięcioro młodych ludzi. Gdy producenci pokazali mu gotowy produkt, Franciszek zatwierdził go bez nakazu usunięcia zawartych w nim obscenicznych scen.

„Według Évole’a i Sáncheza, papież Franciszek nie wyznaczył żadnych granic, jeśli chodzi o filmowanie tego spotkania, chociaż półżartem poprosił, aby był tam przynajmniej jeden katolik; nie ocenzurował też niczego, gdy pokazano mu końcowy montaż „6.

Uczestnikami byli hiszpańskojęzyczni młodzi ludzie z różnych krajów. Młoda Hiszpanka nazywa siebie „no binary” i pojawia się całując inną kobietę.

Inna to peruwiańska była zakonnica, która obecnie jest lesbijką niewierzącą. Młoda Kolumbijka wyjaśnia, że utrzymuje się z pornografii, obnażając się dla klientów internetu i mediów społecznościowych. Argentynka mówi, że jest katoliczką, katechetką, a jednocześnie „dumną aktywistką proaborcyjną”. Ekwadorka to była katoliczka, która obecnie jest protestantką. Tylko jedna młoda Hiszpanka nazywa siebie pełnoprawną katoliczką i broni doktryny i moralności Kościoła. Jeden z młodych mężczyzn jest muzułmańskim emigrantem z Senegalu, inni nazywają się niewierzącymi lub zdezorientowanymi. Inny twierdzi, że był molestowany w szkole katolickiej.

„Ten dokument nie jest odpowiedni dla wszystkich widzów”.

Podtytuł pochodzi z ostrzeżenia Kelsey Wicks w artykule na katolickiej stronie ACI Prensa. Wyjaśnia ona:

„Udział w dokumencie Alejandry, młodej Kolumbijki, która mówi, że tworzy treści pornograficzne i rozpowszechnia je w internecie i mediach społecznościowych, otwiera drogę do szczegółowych opisów masturbacji i seksualności. Dokument przeplata dialog między młodymi ludźmi i papieżem z niektórymi obrazami tych młodych ludzi w ich miejscach pochodzenia. Obejmują one scenę łóżkową [dwóch kobiet] (bez wyraźnych aktów seksualnych) oraz pocałunek [z języczkiem] między parami kobiet „9.

Jak stwierdzono, papież Franciszek widział i zatwierdził wideo, nawet z takimi scenami niemoralności.

„Katecheza o seksie jest wciąż w pieluchach”.

Wielowiekowa doktryna moralna Kościoła przestaje mieć znaczenie w nowym „Kościele synodalnym”. Trwają prace nad inną moralnością, która – zdaniem papieża Franciszka – „jest jeszcze w pieluchach”.

Po wysłuchaniu opisu przez młodą kobietę produkującą pornografię – i jak to robi, następuje dyskusja o masturbacji, w której hiszpańska katoliczka jako jedyna z młodzieży przyjmuje prawidłową pozycję.

Franciszek podsumowuje, że „katecheza o seksie jest jeszcze w pieluchach. Myślę, że my, chrześcijanie, nie zawsze mieliśmy dojrzałą katechezę o seksie „10.

W takich słowach widać pogardę dla wielkich moralistów, Ojców i Doktorów Kościoła, na przykład św. Tomasza z Akwinu i św. Alfonsa Liguori, oraz Magisterium, które od wieków formułuje i naucza moralności opartej na Piśmie Świętym i prawie naturalnym.

=======================

„Bóg nikogo nie odrzuca; Bóg jest Ojcem”

Podczas rozmowy kobieta „nie binarna” mówi papieżowi: „Chciałam zapytać, czy widzę w Kościele miejsce dla osób trans i no binary lub kolektywu LGTB „11.

Jak już wcześniej, papież Franciszek odpowiada, że wszyscy są dziećmi Boga, który dlatego nigdy ich nie odrzuca: „Ogólnie rzecz biorąc, każdy człowiek jest dzieckiem Boga, każda osoba. Bóg nikogo nie odrzuca, Bóg jest Ojcem, a ja nie mam prawa wyrzucić nikogo z Kościoła; co więcej, Kościół musi zawsze przyjmować; nie może zamknąć drzwi przed nikim. „12

Młoda kobieta nalega, że są „księża, którzy promują nienawiść i używają Biblii do wspierania mowy nienawiści i czytają je wam jak ewangelię, aby powiedzieć: nie, nie wykluczam was, Biblia tak mówi, nie ja. „13

W swojej odpowiedzi papież ostro krytykuje tych wierzących księży, nazywając ich „infiltratorami”: „Mam dość mówienia, że to nie jest przesłanie Jezusa. Ci ludzie są infiltratorami. Są infiltratorami, którzy wykorzystują Kościół dla swoich osobistych pasji i ciasnoty; jest to jedna z korupcji Kościoła. Te ideologie nie są prawdziwe”. 14

Podążając za freudowską psychoanalizą, papież Franciszek uważa takich wiernych księży za neurotyków: „W końcu wszyscy ci ludzie mają wewnętrzny dramat, dramat wielkiej wewnętrznej niespójności, że żyją po to, aby potępiać innych, bo nie umieją prosić o przebaczenie za własne winy. Nie. Ogólnie rzecz biorąc, jeden z tych typów potępiających jest niespójny, ma coś w środku. Następnie uwalnia się potępiając innych, kiedy musiałby dostosować swój umysł i spojrzeć na swoją winę.”

Kościół, kontynuuje, musi przyjąć wszystkich, „ślepych, głuchych, chromych, dobrych, złych, wszystkich. „

——————————————–

„Odejdźcie ode Mnie wy, którzy czynicie nieprawość”

Stwierdzenie, że wszyscy są dziećmi Bożymi i że On, jako ich Ojciec, nikogo nie odrzuca, stoi w sprzeczności z prawdziwym ojcostwem, które karze złe dziecko, bo „[w]ktokolwiek oszczędza rózgę, nienawidzi swoich dzieci, ale ten, kto kocha swoje dzieci, pilnie je karci.” (Prov. 13:24).

Ponadto nie bierze pod uwagę dwóch sensów, w jakich Bóg może być nazywany Ojcem, jak wyjaśnia Katechizm Soboru Trydenckiego: Jako Stwórca, Bóg może być nazwany Ojcem wszystkich przez analogię do ojców ziemskich. W bardziej właściwym znaczeniu Bóg jest jednak Ojcem tych, którzy „prowadzeni przez Ducha Bożego” stają się Jego przybranymi dziećmi z łaski i dziedzicami Boga razem z Chrystusem16.

Św. Paweł mówi: „Bo kto jest prowadzony przez Ducha Bożego, ten jest synem Bożym. Otrzymaliście bowiem … [ducha przybrania za synów, przez którego wołamy: Abba (Ojcze). . . . A jeśli synowie, to i dziedzice; dziedzice rzeczywiście Boga, a współdziedzice Chrystusa: a jednak tak jest, jeśli cierpimy z nim, abyśmy też z nim byli uwielbieni” (Rz. 8:14-15, 17).

Dlatego ci, którzy gardząc przykazaniami, nie żyją jako przybrane dzieci Boże, na Sądzie Ostatecznym mogą usłyszeć od naszego Pana te straszne słowa: „Nigdy cię nie znałem: odejdź ode mnie, ty, który czynisz nieprawość” (Mat. 7:23).

Papież Franciszek i aborcja: „Bądźcie miłosierni”

W całej rozmowie z młodymi ludźmi, którzy nalegali na obronę grzesznych czynów, sytuacji i zachowań, takich jak pornografia, aborcja i masturbacja, papież Franciszek – choć nie zgadza się z nimi – używa jedynie niereligijnych argumentów. Nigdy nie wspomina o grzechu, obrazie Boga, ani o wiecznym przeznaczeniu – niebie czy piekle.

Jedna z młodych kobiet, która nazywa się katolicką katechetką i aktywistką aborcyjną, po żarliwej obronie aborcji daje papieżowi szalik z napisem „Aborcja: wolna, bezpieczna i bez kosztów”. Jego frędzle mają tęczowe kolory ruchu homoseksualnego. Papież przyjął prezent z uśmiechem, całując Milagros w policzek.

Papież Franciszek wypowiada się przeciwko aborcji tylko w kategoriach naturalnych i nalega, aby księża nie byli surowi wobec kobiet, które dokonały aborcji: „Zawsze mówię księżom, że kiedy osoba przychodzi do mnie w takiej sytuacji, z ciężarem sumienia, ponieważ piętno, jakie aborcja pozostawia na kobiecie, jest ciężkie, proszę nie zadawać zbyt wielu pytań i być miłosiernym, tak jak Jezus, który przyjmuje każdego po fakcie. Bez względu na to, jak bardzo jesteś grzeszny i jak bardzo świat cię porzuca, Pan nigdy cię nie porzuca. „1.

Migranci są niewolnikami

Tego miłosierdzia, o które papież Franciszek prosi dla tych, którzy szukają aborcji, brakuje w jego analizie nielegalnej imigracji. Zajmując się tym tematem, nie dokonał koniecznego rozróżnienia między prawem do emigracji a prawem ustanowionych państw do regulowania imigracji na swoje terytorium w celu obrony wspólnego dobra swoich obywateli i samych imigrantów.

Odpowiadając imigrantowi z Senegalu, który mówi, że jest wyzyskiwany, Franciszek komentuje: „za tym stoi sumienie wyzysku i wykorzystania; nie witam cię jako brata; wykorzystuję cię, nie; i jest to sumienie wyzysku. To znaczy, że ostatecznie stoi za tym duch niewolnictwa. Nie, migrant jest uważany za niewolnika. Innymi słowy, za niedojrzałą polityką migracyjną zawsze stoi kolonializm. „19

* * *

[odnośniki w oryginale. MD]

Samobójstwo rozszerzone 

Samobójstwo rozszerzone 

Izabela Brodacka 13 maja 2023

Dla nas laików zagadką psychologiczną jest tak zwane  „samobójstwo rozszerzone”. Zupełnie czym innym jest morderstwo, po dokonaniu którego sprawca popełnia samobójstwo gdyż wie, że nie umknie wymiarowi sprawiedliwości. W tym desperackim akcie są pozory racjonalności. Bardziej przerażające jest samobójstwo dorosłego człowieka, który mając dość zmagania się z życiem zabija przed śmiercią własne dzieci. To też, choć potworne, ma jakieś racjonalne jądro. Samobójca nie chce żeby jego dzieci cierpiały, uważa że w ten dramatyczny sposób uchroni je przed nędzą ludzkiej egzystencji. Najbardziej wstrząsające wrażenie robi jednak na mnie samobójstwo niemieckiego pilota, który 24 marca 2015 r zabrał ze sobą w ostatnią drogę całą załogę i wszystkich stu pięćdziesięciu pasażerów, celowo rozbijając o górskie zbocze we francuskich Alpach samolot linii Germanwings lecący z Barcelony do Duesseldorfu. Był to 

Andreas Günter Lubitz. Lubitz cierpiał na depresję oraz hipochondrię, leczył się psychiatrycznie, szukał w sieci sposobów odebrania sobie życia. Obawiał się utraty wzroku, która realnie mu raczej nie groziła. Bał się wirusów, które mogli wnieść na pokład samolotu pasażerowie. Nie jest jasne dlaczego chciał się zabić, a tym większą tajemnicą jest dlaczego przy okazji zapragnął zabić przeszło 150 osób. [Było inaczej , spróbuję odnaleźć Mirosław Dakowski]

Piszę o tym tak szeroko bo wydaje mi się, że ludzkość jest obecnie w podobnym stanie psychicznym jak ów nieszczęsny pilot. Przede wszystkim większość ludzi cierpi na hipochondrię. Ludzie panicznie boją się nieznanych, tajemniczych chorób oraz – zupełnie irracjonalnie –  dwutlenku węgla, który jest przecież gazem życia. Gdyby zabrakło na naszej planecie dwutlenku węgla przerwana zostałaby asymilacja, a z nią cały cykl życia.  Dwutlenek węgla jest gazem niewidocznym, nietrującym (w przeciwieństwie do tlenku węgla), potrzebnym, a nawet wręcz niezbędnym. Uzasadniając szaleństwo ( dodajmy – szaleństwo intratne dla sprzedawców) jakim jest system handlowania pozwoleniami na emisję CO2 przedstawia się w mediach ten niewidoczny gaz jako smog, jako kłęby dymu wydobywającego się z jakiegoś monstrualnego komina.

To najlepszy dowód, że w straszenie dwutlenkiem węgla zaangażowane są potężne siły, że mówiąc klasykiem ( Ujejskim) „ inni szatani byli tu czynni”. Rozwiązania nie istniejącego problemu są tak głupie i niebezpieczne, że śmiało można postawić diagnozę. Autorzy tych rozwiązań  przygotowują się do popełnienia rozszerzonego samobójstwa. Wielu trzeźwych obserwatorów bieżących wydarzeń uważa, że jakiś tajemniczy Deep State szykuje masowe ludobójstwo. Ja upieram się przy swoim. Deep State -jeżeli istnieje- przygotowuje nie ludobójstwo lecz samobójstwo rozszerzone.  

Konsekwentne przekształcanie lokalnego konfliktu  w konflikt międzynarodowy, niczym nie uzasadniona segregacja ludzi przy okazji pandemii, która zaowocowała przede wszystkim milionami -w skali globu- nadmiarowych zgonów i zawieszeniem wszelkich ludzkich praw, prowokowanie kryzysu energetycznego przez zakaz używania znanych, tradycyjnych źródeł energii oraz prowokowanie światowego głodu przez ograniczanie czy wręcz niszczenie rolnictwa są wystarczającymi dowodami na szykowanie globalnego kataklizmu, a właściwie rozszerzonego samobójstwa. Historia jak widać niczego ludzi nie nauczyła. Hitler czy Goebbels byli nie tylko mordercami milionów niewinnych ludzi. Hitler i Goebbels popełnili w słynnym bunkrze samobójstwo rozszerzone. Nie tylko dlatego, że Goebbels przed zadaniem sobie śmierci zabił żonę i dzieci, lecz dlatego, że realizując swoje szaleńcze i zbrodnicze plany skończyli sami w hańbiący sposób pociągając za sobą na tamten świat miliony ludzi.  

Najgorsze jest to, że jak widać ludzkość nie nauczyła się bronić przed szaleńcami ciągnącymi ją w przepaść. Nie nauczyła się rozpoznawać szaleństwa we wczesnym, pozornie niegroźnym stadium. Cóż złego na pozór się kryje w trosce o losy naszej planety nawet jeżeli samozwańczo artykułuje tę troskę w imieniu ludzkości jakaś niespełna rozumu, zdiagnozowana zresztą, małolata? Cóż złego na pozór kryje się w trosce o dobre samopoczucie krów, nawet jeżeli tę troskę wyraża posłanka, która jeżeli dotąd nie została zdiagnozowana to tylko przez niedopatrzenie? Cóż złego na pozór kryło się w rojeniach Hitlera na temat wyższości rasy aryjskiej? Cóż złego kryło się na pozór w marzeniach Stalina i Lenina o powszechnym braterstwie całej bez wyjątków ludzkości?

Kiedy jednak Hitler i Stalin za przyzwoleniem  społeczeństw zaczęli wcielać w życie swoje mrzonki było już za późno na sprzeciw. Uruchomiły się mechanizmy totalitarnej władzy, cenzura prewencyjna, prześladowanie przeciwników (w tym członków własnego obozu) za najmniejsze odchylenie w poglądach od linii partii wyznaczanej arbitralnie przez przywódcę, który z nieszkodliwego wariata już nieodwołalnie i niepodważalnie awansował na charyzmatycznego przywódcę, ojca i zbawcę narodu. Gdyby społeczeństwo niemieckie nie poparło „nocy kryształowej”, gdyby sprzeciwiło się mordowaniu chorych psychicznie i niepełnosprawnych dzieci być może Hitler nie uzyskałby władzy umożliwiającej mu zaatakowanie całej Europy i wymordowanie milionów ludzi. Gdyby towarzysze radzieccy nie popierali skazywania przez Stalina ich własnych kolegów, a nawet członków rodzin, być może Stalin nie zdołałby utworzyć tak skutecznego w mordowaniu i terroryzowaniu ludzi sowieckiego imperium zła. Należało sprzeciwiać się póki czas bredniom Łysenki I Miczurina, stawiać  w miarę możliwości opór wobec pomysłów zmieniania biegu rzek i nawadniania pustyń, nie popierać donosicielstwa w szkołach i zakładach pracy. 

Teraz jest nasza kolej. Kolej na stanowcze przeciwstawienie się bredniom klimatycznym narzucanym nam przez Unię Europejską, a przede wszystkim mitowi globalnego ocieplenia, zakazowi używania samochodów spalinowych, oraz nachalnie reklamowanemu w mediach projektowi wprowadzenia pieniądza cyfrowego.

Jeżeli tego nie zrobimy będziemy mieć udział w samobójstwie rozszerzonym, do którego zmierza świat.

13.05.2023 Wałbrzych – Msza święta i czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

13.05.2023 Wałbrzych – Msza święta i czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

12/05/2023przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

Króluj nam, Chryste!

13 maja, we wspomnienie Matki Bożej Fatimskiej, comiesięczne czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę w Wałbrzychu będzie w 2 turach: pierwsza rano w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha – jak zawsze w sobotę – różaniec za Ojczyznę przed Mszą św. o godz. 8, która będzie sprawowana w comiesięcznej intencji: o nowy cud za przyczyną sługi Bożego o. Giulia Mancinellego SJ, potrzebny do wznowienia jego procesu beatyfikacyjnego, druga zaś tura w wałbrzyskiej kolegiacie Św. Aniołów Stróżów od godz. 15 do nabożeństwa majowego o godz. 17:30, po której będzie comiesięczna Msza św. za Ojczyznę o godz. 18, a po niej pierwsze w tym roku nabożeństwo fatimskie.

Są bardzo mocne przesłanki pozwalające sądzić, że zamach na Placu Św. Piotra 13 maja 1981 r. i wprowadzony 7 miesięcy później stan wojenny w Polsce to były 2 elementy jednego planu obmyślanego w Moskwie: planu zamordowania Wolności. Dzisiaj również są potężne ośrodki władzy, które dążą do pozbawienia nas suwerenności, czego przejawem jest – jak to już określiło wielu publicystów – nowy zamach na św. Jana Pawła II, tym razem zamach medialny, mający odebrać mu dobre imię. Dlatego wspominając misterium 13 maja, diabelski plan wpisany w odwieczny plan Bożej Opatrzności: śmierci i cudownego wskrzeszenia Biskupa odzianego w biel, rozważymy ścisły związek tajemnicy fatimskiej z objawieniami o. Giulia Mancinellego, a w Godzinie Miłosierdzia odprawimy Drogę Krzyżową z orędziem naszych narodowych wieszczów, przez których Duch Święty również rzucił światło na tamte wydarzenia.

Gorąco zapraszam do zjednoczenia się na wspólnej modlitwie o pomyślność tej ziemi oraz o tryumf Niepokalanego Serca Królowej Polski wniebowziętej, która jako Królowa męczenników i zarazem Królowa proroków objawiła się w Fatimie.

Sursum corda!
MP

Share

Kategorie Czuwania, Msze św. za Ojczyznę, Wałbrzych Tagi Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, różaniec za Ojczyznę, Wałbrzych

14.05.2023 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

Co śmieszy i denerwuje Amerykanów. MEMy.

Securing the Homeland

Just relax and learn to love the narrative, comrade

ROBERT W MALONE MD, MS MAY 12
SHARE
 














A couple of night ago, I had the pleasure of having dinner with James O’Keefe in Laguna Beach, CA. We had a chance to catch up, discus strategy, talk about what happened with Project Veritas, politics and human nature as well as his plans for the future. 

“What really happened at Project Veritas” (On Rumble).


Who is Robert Malone

„Aktywiści klimatyczni” zablokowali karetkę w Wiedniu. Pacjent zmarł na miejscu.

„Aktywiści klimatyczni” zablokowali karetkę w Wiedniu. Pacjent zmarł na miejscu.

12 maja aktywisci-klimatyczni-zablokowali-karetke-pacjent-zmarł

Protest „Ostatniego pokolenia” w Wiedniu / Letzte Generation Österreich /Twitter

Do zdarzenia doszło w środę w wiedeńskiej dzielnicy Favoriten. „Aktywiści”zablokowali dwa ronda: przy Praterstern oraz przy Verteilerkreis. 

„Rząd kręci się w kółko. Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może jeszcze podjąć środki zaradcze” – napisali działacze austriackiego „Ostatniego pokolenia”.

Blokada nie spodobała się uczestnikom ruchu drogowego. Doszło do eskalacji konfliktu. Krótko po rozpoczęciu protestu, aktywiści zostali przepędzeni z drogi przez wściekłych kierowców i przechodniów.

Wiedeń: Zablokowana karetka pogotowia. Pacjent zmarł

Jak informuje „Die Presse”, grupa zablokowała przejazd karetki pogotowia. Aktywiści podkreślają, że „zrobili to nieumyślnie”. W trakcie protestu nie dotarła do nich bowiem prośba o przepuszczenie pojazdu.

Według niemieckich mediów, karetka była w drodze na reanimację 69-letniego mężczyzny. Dopiero po rozproszeniu strajku przez policję, pojazd mógł ruszyć w docelowe miejsce. Zamiast ratowników z karetki, pomocy pacjentowi udzieli medycy, którzy przybyli na miejsce helikopterem ratunkowym. Mimo interwencji, mężczyzna zmarł na miejscu. 

[dalej bla-bla-bla md]

Jest światełko w tunelu!

Jest światełko w tunelu!

Stanisław Michalkiewicz 11 maja 2023 światełko

Odkąd Nasza Złota Pani w 2017 roku, po gospodarskiej wizycie w Warszawie, postanowiła dyscyplinować nasz nieszczęśliwy kraj na odcinku praworządności, zamiast – jak było poprzednio – na odcinku demokracji, niezawiśli sędziowie, którzy zostali rzuceni na pierwszą linię frontu, zaczęli się bisurmanić w sposób nie znany w czasach pierwszej komuny. Wtedy – jak wiadomo – stopień upatryjnienia w środowisku sędziowskim nie był może tak duży, jak w SB, ale i tak każdy wiedział, czego się trzymać. Jeśli partia czy bezpieka nie kazała takiemu sędziemu zrobić z podsądnego marmolady, to na wszelki wypadek zachowywał się przyzwoicie – oczywiście jak na garbatego – bo nigdy nie był pewien, czy stojący przed nim człowiek nie ma mocnych pleców w komitecie, albo w bezpiece.

Dzisiaj niezawiśli sędziowie już takiego batoga nad sobą nie czują, toteż bisurmanią się na potęgę – o czym świadczy choćby „burdel i serdel” w samej świątyni sprawiedliwości ludowej, czyli Trybunale Konstytucyjnym. Część tamtejszych sędziów uważa, że pani Julia Przyłębska nie jest już prezesem Trybunału, toteż nie reagują na żadne jej wezwania, by wzięli udział na przykład w ustaleniu, czy podyktowana przez Komisję Europejską nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym jest zgodna z konstytucją naszego bantustanu, czy nie. W obliczu tego bisurmaństwa bezradność okazuje nawet Naczelnik Państwa. Utraciwszy nadzieję, że sędziowie przestaną się bisurmanić, wystąpił z projektem ustawy, żeby konstytucyjność ustaw skierowanych do Trybunału przed podpisaniem przez prezydenta nie rozpatrywał Trybunał w składzie 11 sędziów, tylko mniejszym – akurat takim, jaka jest liczba sędziów uznających panią Przyłębską za prezesa. Co z tego będzie – tego jeszcze nie wiemy – ale, jak powiada przysłowie, nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje, toteż prace legislacyjne mogą toczyć się aż do wyborów, a potem się okaże, czy ustawa jest potrzebna, czy nie.

Ryba psuje się od głowy, to znaczy – od Trybunału i Sądu Najwyższego, w którym panuje podobny „burdel i serdel”, toteż w sądach drobniejszego płazu niezawiśli sędziowie też dokazują na całego, tworząc przy okazji precedensy, które niewątpliwie ubogacają naszą socjalistyczną jurysprudencję ludową. Tym razem precedens, stworzony przez panią sędzię Monikę Louklińską z niezawisłego Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa, dotyczy szkodliwości społecznej czynu. Jak bowiem wiadomo, czyn, którego szkodliwość społeczna jest znikoma, wyłącza jego przestępczy charakter i sprawca żadnej karze nie podlega.

Tedy niezawisła pani sędzia Monika Louklińska orzekała w sprawie napaści na pana Jana Bieniasa, który kierował furgonetką, uczestniczącą w akcji „Stop Aborcji”. Gdy pan Bienias zatrzymał się na światłach, były pracownik niemieckiego koncernu Axel Springer, który w naszym bantustanie jest wydawcą portalu „Onet” oraz gazet „Fakt” i „Newsweek”, otworzył drzwi furgonetki, zaczął szarpać pana Bieniasa by wyrzucić go z samochodu na ulicę, przy czym trochę go poturbował.

Sprawa trafiła do wspomnianego sądu, a tam pani sędzia Monika Loulińska umorzyła postępowanie wobec napastnika Piotra S. uznając, że wprawdzie tego wszystkiego się dopuścił, ale jego czyn charakteryzował się „znikomą szkodliwością społeczną”, ponieważ pragnął w ten sposób dać wyraz swojej dezaprobaty dla działalności fundacji „Pro-Prawo do Życia”, która przy pomocy m.in. oznakowanych samochodów próbuje przekonywać obywateli, że aborcja jest czynem niegodziwym. Warto dodać, że pan Bienias niczym pana Piotra S. nie sprowokował i w ogóle stan faktyczny nie budził wątpliwości, bo cały incydent został nagrany.

Żeby było śmieszniej, inny niezawisły sąd, tym razem we Wrocławiu, w osobie asesora sądowego Krzysztofa Leszczyńskiego, za jazdę wspomnianą furgonetką skazał pana Bieniasa na miesiąc ograniczenia wolności i przymusowe prace społeczne, ponieważ treści prezentowane na samochodzie „wywołały zgorszenie” „aktywisty”, który skierował sprawę do niezawisłego sądu. Co to były za „treści”? Tego nie wiem, ale wyobrażam sobie, że mogły to być obrazy dzieci poćwiartowanych w klinikach imienia króla Heroda – bo tak chyba powinny nazywać się te instytucje. Tak przypuszczam, bo pamiętam, że w sprawie prezentowania takich widoków były protesty aborcyjnych aktywistów, którzy wprawdzie za aborcją gardłują, ale – jako wrażliwcy – nie mogą patrzeć na rezultaty działań przez nich pochwalanych.

Ponieważ proces integracji europejskiej nabiera coraz większego, można powiedzieć – stachanowskiego tempa – zabrałem się do czytania monologów Adolfa Hitlera, czyli tak zwanych „Rozmów przy stole”, które szczęśliwie udało mi się kupić w antykwariacie. Ponieważ IV Rzesza, którą w ramach tej pogłębionej integracji, właśnie budujemy, nie może w sposób istotny różnić się od Rzeszy III, uznałem, że warto zapoznać się z przemyśleniami Adolfa Hitlera, bo wiele z jego ideałów już zostało zrealizowanych, a nie jest to przecież ostatnie słowo. Na przykład podczas spotkania Hitlera z gauleiterami w roku 1943, co w swoich dziennikach obszernie rekapituluje dr Józef Goebbels, Führer wyraził pogląd, że przywództwu w Europie mogą podołać tylko Niemcy, w związku z czym istnienie małych państw jest niepotrzebne.

Jeszcze dalej poszedł w swoich wnioskach włoski komunista, nazywany ojcem Unii Europejskiej Altiero Spinelli, który uważał, że nie tylko państwa, ale nawet historyczne narody europejskie powinny być w ogóle zlikwidowane, bo ich istnienie sprawia tytanom myśli nieopisane zgryzoty. Jestem pewien, że Adolf Hitler też potrafiłby sobie z tym problemem poradzić, ale tak się złożyło, że nie zdążył. On w ogóle wiele spraw odkładał na czas po zwycięskiej wojnie, czemu dawał wyraz właśnie podczas tych „rozmów przy stole”.

Na przykład 16 listopada 1941 roku wieczorem Adolf Hitler narzeka, że sąd proponuje mu ułaskawienie „typa, który wrzucił do jeziora dziewczynę, która była z nim w ciąży, zaznaczając, że zrobił to ze strachu przed posiadaniem nieślubnego dziecka! Stwierdziłem przy tym, że dotąd sprawców takich czynów ułaskawiano zawsze, w setkach przypadków! Przecież to dno upadku!”

Ciekawe, co by Führer powiedział, gdyby dowiedział się o wyroku wydanym przez panią sędzię Monikę Louklińską w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa, czy o wyroku wydanym przez pana asesora Krzysztofa Leszczyńskiego? Pewnie dopatrzyłby się i tam pewnych niedociągnięć, chociaż kierunek orzecznictwa uznałby pewnie za prawidłowy. Powiada bowiem dalej: „Nasz dzisiejszy wymiar sprawiedliwości już dawno doprowadziłby Rzeszę do rozpadu, gdybym nie stworzył korekty w postaci samopomocy państwowej. Oficer i sędzia – to dwaj nosiciele światopoglądu, a to oznacza władzę. Ale jeśli ma istnieć królestwo sędziów, to sądownictwo musi być tak homogeniczne rasowo, żeby do prawidłowego orzekania wystarczały ramowe wytyczne.”

Co to dużo gadać; od razu widać, że po kilku latach walki o praworządność, sądownictwo w Polsce zmierza w dobrym kierunku.

Euro w terminie i reaktor w każdej gminie

Euro w terminie i reaktor w każdej gminie

Wojciech Pańszczyca

Pamiętam z czasów rządów PO hasło: „euro w terminie i boisko w każdej gminie”. Wtedy chodziło o mistrzostwa w piłce kopanej i boiska ze sztuczną trawą o wstrętnym zapachu, które Tusk ufundował na swoją pamiątkę ludowi pracującemu miast i wsi. Były to więc – jak mówili złośliwi -piramidy Tuska. Takie piramidy – jaki faraon.

Piramidy Tuska były śmieszne i kosztowne. Kosztowne dla podatnika, bo przecież nie dla Tuska. Piramidy rządu dobrej zmiany mogą natomiast okazać się naprawdę niebezpieczne. „Euro w terminie” oznaczałoby wprowadzenie w Polsce waluty euro. Zwolennikom tego rozwiązania nie życzę, żeby na własnej skórze poznali jego skutki. Zobowiązanie do wprowadzenia euro w Polsce  zostało podpisane już dawno. Nie określono dokładnie terminu tego rozwiązania, ale wisi nad nami jak miecz Damoklesa.  

„Reaktor w każdej gminie” to plan budowy małych reaktorów jądrowych, które miałyby zdaniem autorów tej koncepcji zabezpieczyć nasz kraj przed brakiem energii.

W Polsce w sprawach energetyki jądrowej wiążące decyzje podejmują politycy, którzy są z wykształcenia psychologami, socjologami czy historykami, a nie fizykami czy inżynierami. Zupełnie nie rozumieją i nie mogą zrozumieć zagrożeń tej technologii. Cieszyć się z zastąpienia jednego reaktora licznymi małymi reaktorami to tak jakby cieszyć się z faktu, że groźny zlokalizowany nowotwór rozsiał się po całym organizmie.

Politycy twierdzą, że podejmują swoje decyzje myśląc o losach kraju i losach wielu następnych pokoleń. Obawiam się jednak, że ich myślenie można opisać powiedzeniem przypisywanym Madame de Pompadour, kochance Ludwika XV:„après nous, le déluge”. Po nas choćby potop. W tym przypadku – po wyborach choćby potop. Rozumienie zagrożeń wynikających z zainstalowania w kraju drogiej, niebezpiecznej i wbrew obiegowym opiniom bardzo brudnej technologii całkowicie przekracza  możliwości humanistów. Oczywiste jest, że każda władza ma swoich doradców. Ronald Reagan, średniej klasy aktor wygrał jak pamiętamy „gwiezdne wojny”, bo miał dobrych doradców.

Firmę Westinghouse, którą wybraliśmy bez przetargu poleciła podobno naszym rządzącym słynna Żorżeta. Znana  z tego, że podczas rozmów z dziennikarkami drążyła temat ich sztucznych rzęs. Żorżeta na pewno nie rozumie praw rozpadu i nie widziała nawet z daleka żadnego reaktora. Ale śmiało doradzała naszym władzom nie w kwestii zainstalowania w Polsce amerykańskich fabryk lakieru do paznokci, lecz w kwestii zainstalowania reaktorów jądrowych. Jaka jest Żorżeta każdy widzi. Dlaczego jednak traktowali ją poważnie politycy? Dlaczego w kwestiach energetyki jądrowej nadal najczęściej wypowiadają się entuzjastycznie aktorzy i dziennikarze?  Dlaczego w sprawach pandemii decydował w Polsce ekonomista, który powinien w najlepszym przypadku zarządzać  spółdzielnią pracy chronionej „Zbędny Trud”?

 Fakt, że rządzą nami profesjonalni humaniści to znak czasów.  Я и не знал, что мы были в лапах у гуманистов” (Nie wiedziałem, że trafiliśmy w łapy humanistów) powiedział kiedyś Osip Mandelsztam.  A tak naprawdę rządzą nami humaniści, którzy zostali profesjonalistami w zupełnie obcych im dziedzinach i to tylko de nomine. Absolwent SGH Adam Niedzielski ma być specjalistą w wąskiej dziedzinie wirusologii, a ekonomistka po socjologii na KUL  Anna Moskwa specjalistką od energetyki jądrowej?

Z takimi  specjalistami wygrywa zdrowy rozsądek szarego człowieka. Na współczesne szaleństwo reakcją może być tylko dowcip. Rosjanie mawiają –„Kовчег построен любителем – профессионалы построили Tитаник” (Arkę zbudował amator – profesjonaliści zbudowali Titanic). A oto dowcip rodzimy. Wykładowca uniwersytetu rozmawia z hydraulikiem na temat zarobków. „Jak to możliwe że pan za stukanie młotkiem zarabia więcej niż ja profesor, z doktoratem, z habilitacją, po wyższych studiach?”- mówi wykładowca. „Bo ja, w przeciwieństwie do pana, wiem gdzie trzeba stuknąć”- odpowiada hydraulik. Teraz autentyczna historia. Facet tłumaczy się w kościelnym sądzie metropolitalnym władnym unieważnić jego małżeństwo: „żona zarzuca mi, że jestem humanistą. To nieprawda, przysięgam, ja nie jestem żadnym humanistą, ja jestem zupełnie normalny, ja lubię baby”. 

Tak, być humanistą to nie grzech. Niestety w Polsce i nie tylko w Polsce została naruszona stara dobra zasada: „pilnuj szewcze kopyta”. Pani Żorżeta powinna zapewne być kosmetyczką, a nie politykiem. Mój ulubiony dziennikarz, Rafał Ziemkiewicz dowcipny, inteligentny, wszechstronny, powinien wydawać kolejne znakomite książki. Nie powinien jednak nigdy wypowiadać się na temat energetyki jądrowej.

Energetyka jądrowa to nie jedyny gorący temat.

Od 13 marca trwał protest pracowników stadniny arabów w Janowie Podlaskim występujących przeciwko objęciu funkcji prezesa przez Hannę Sztukę. Sztuka wcześniej była głównym hodowcą w stadninie w Michałowie, gdzie zasłynęła konfliktami z pracownikami.  Z Michałowa została zwolniona dyscyplinarnie, lecz wygrała potem w sądzie pracy. Dotychczasowy prezes Lucjan Cichosz, były senator i poseł PiS, z wykształcenia weterynarz, kierował stadniną od 2020 roku. Zdecydował się odejść z tej funkcji z powodu wieku. Janowska stadnina istnieje od 1817 roku. W PRL kierował nią Andrzej Krzyształowicz, od 2000 roku zaś jego wychowanek Marek Trela zwolniony w lutym 2016 roku. Jego następcą został Marek Skomorowski, który zasłynął stwierdzeniem, że choć nie miał styczności z końmi, jest przekonany że je polubi. Sztuka próbowała objąć funkcję w Janowie siłowo ale przegrała i wraca do Białki. Zamiast niej jako bodajże piątego z kolei prezesa zatrudniono Marcina Oszczapińskiego. Oszczapiński dotychczas związany był ze Stacją Unasieniania Krów w Bydgoszczy. 

Prawdziwych znawców hodowli koni czystej krwi w Polsce nie brakuje. Podobnie jak znawców fizyki jądrowej. Byłoby kogo zapytać o radę. Do kierowania hodowlą arabów jak i energetyką jądrową nie wystarczą jednak właściwe poglądy polityczne i przeświadczenie, że się tę dziedzinę kiedyś pozna, a może nawet i polubi.

Już w styczniu 2020, «wtajemniczeni» wiedzieli, że WHO wybrała Włochy na kraj pilotujący lockdown’y

Już w styczniu 2020, «wtajemniczeni» wiedzieli, że WHO wybrała Włochy na kraj pilotujący lockdown’y

Date: 12 Maggio 2023Author: Uczta Baltazara 0 Commenti

FOTO: Roberto Speranza: Włoski minister zdrowia w epoce Covida

«Wszystko to zgadza się z anonimową wskazówką giełdową opublikowaną 30 stycznia 2020 roku – tego samego dnia, kiedy potwierdzono pierwsze przypadki Covida we Włoszech – przez kogoś, kto powiedział, że ma przyjaciół i rodzinę w CDC i WHO i że WHO planuje rozpocząć odtwarzanie odpowiedzi Chin w całym zachodnim świecie – zaczynając od zamknięcia miast włoskich…. WHO już mówi o tym, jak bardzo “problematyczne” będzie modelowanie chińskiej reakcji w krajach zachodnich, a pierwszym krajem, w którym chcą to wypróbować, są Włochy. Jeśli rozpocznie się duża epidemia w dużym włoskim mieście – chcą pracować poprzez włoskie władze i światowe organizacje zdrowia, aby rozpocząć zamykanie włoskich miast – podczas daremnej próby spowolnienia rozprzestrzeniania się wirusa – przynajmniej do czasu, gdy będą w stanie opracować i dystrybuować szczepionki, co z kolei wskazuje na to, gdzie należy zacząć inwestować…»

Infekcja, nawet tak śmiertelna jak rak, często zaczyna się od pojedynczej rany. Przez tę ranę patogen dostaje się do organizmu za pośrednictwem pojedynczej komórki, gdzie patologicznie replikuje się i deprawuje te, które go otaczają, aż w końcu pochłania całego gospodarza.

Totalitaryzm rozwija się podobnie do infekcji. A w 2020 roku totalitaryzm znalazł swoją ranę w wolnym świecie za pośrednictwem Lombardii we Włoszech. A dokładniej, za pośrednictwem włoskiego ministra zdrowia Roberto Speranzy, na którego polecenie 50 000 mieszkańców na terenie lombardzkiej prowincji Lodi zostało objętych blokadą 21 lutego 2020 roku, co było pierwszą blokadą we współczesnym świecie zachodnim. W ciągu kilku tygodni zamknięcie rozprzestrzeniło się na miasta w całych Włoszech, aż do momentu, gdy cały naród został zamknięty 9 marca. Do kwietnia 2020 roku ponad połowa światowej populacji – około 3,9 miliarda ludzi – została zamknięta. https://en.wikipedia.org/wiki/Roberto_Speranza

Blokady te były bezprecedensowe w świecie zachodnim i nie będące częścią planu pandemicznego żadnego demokratycznego kraju przed blokadą Wuhan w Chinach dokonaną przez Xi Jinpinga. Nie udało im się znacząco spowolnić rozprzestrzeniania się koronawirusa i zabiły dziesiątki tysięcy młodych ludzi w każdym kraju, w którym je wypróbowano, w tym we Włoszech. https://www.michaelpsenger.com/p/lockdowns-killed-over-170000-americans

Co gorsza, urzędnicy, którzy kierowali reakcją na Covid w kilku głównych krajach, zeznali, że przyjęcie przez Włochy polityki blokady Chin było jednym z najważniejszych wydarzeń prowadzących do ich własnego nałożenia blokad. Jak napisała koordynatorka reakcji na koronawirusy z Białego Domu, Deborah Birx, w swojej dziwacznie samoobciążającej książce: https://www.michaelpsenger.com/p/deborah-birxs-silent-invasion-a-guide

«Pracowaliśmy jednocześnie nad opracowaniem wytycznych dotyczących spłaszczania krzywej, które miałam nadzieję przedstawić wiceprezydentowi pod koniec tygodnia. Uzyskanie poparcia dla prostych środków łagodzących, które każdy Amerykanin mógł podjąć, było zaledwie pierwszym krokiem prowadzącym do dłuższych i bardziej agresywnych interwencji. Musieliśmy sprawić, by były one akceptowalne dla administracji, unikając oczywistego wyglądu pełnej blokady Włoch. Jednocześnie środki te musiały być skuteczne w spowalnianiu rozprzestrzeniania się choroby, co oznaczało jak najdokładniejsze dopasowanie do tego, co zrobiły Włochy».

Podobnie jest w przypadku słów profesora Imperial College, Neila Fergusona, architekta szalenie niedokładnych modeli Covid, które skłoniły do blokad w całym wolnym świecie:

«To komunistyczne państwo jednopartyjne, mówiliśmy. W Europie nie mogło nam to ujść na sucho, myśleliśmy… A potem Włochy to zrobiły. I zrozumieliśmy, że możemy».

Ocena Fergusona jest podwójnie paradoksalna, ponieważ to właśnie badanie prowadzone częściowo przez Fergusona i jego zespół w Imperial College – które wskazywały na to, że zablokowanie przez Speranzę miasta Vo’ we Włoszech 22 lutego 2020 roku było skuteczne, doprowadziło do zablokowania całych Włoch 9 marca. https://www.medrxiv.org/content/10.1101/2020.04.17.20053157v1. Wniosek z jego badania był oczywiście bzdurny – mamy teraz dowód, że wskaźnik infekcji Covid był w spadku na długo przed rozpoczęciem blokad w każdym demokratycznym kraju, w tym w Lombardii i w Vo’, we Włoszech. Ferguson uzasadnił zamknięcie Wielkiej Brytanii na podstawie zamknięcia Włoch, które z kolei zostało uzasadnione fałszywym badaniem przeprowadzonym częściowo przez samego Fergusona.

Dlatego niezwykle ważne jest, abyśmy zrozumieli, co doprowadziło do decyzji Speranzy o zarządzeniu tych początkowych blokad w Lombardii i w Vo’ we Włoszech.

W październiku 2020 roku Speranza opublikował książkę zatytułowaną «Dlaczego wyzdrowiejemy: Od najtrudniejszych dni do nowej idei zdrowia». Wkrótce po opublikowaniu, książka została pospiesznie wycofana ze księgarni. Powodem było to, że Włochy doświadczały drugiej fali Covid, ale po przeczytaniu książki staje się jasne, że Speranza, który podpisał pierwszy nakaz zamknięcia w zachodnim świecie, zdradzal żenujący brak troski o samego Covida i znacznie większą troskę o to, w jaki sposób odpowiedź na infekcję może być wykorzystana do wdrożenia skrajnie lewicowych reform politycznych w całych Włoszech. Jak stwierdza w jednym z wymownych fragmentów książki:

«Jestem przekonany, że mamy niepowtarzalną okazję do umocnienia nowej idei lewicy… Wierzę, że po tylu latach biegu pod wiatr istnieje możliwość odtworzenia hegemonii kulturowej na nowych podstawach».

Analogicznie, Speranza stwierdza, że podstawowym wnioskiem płynącym z Covida jest konieczność wzmocnienia WHO; minister zwrócił się także z prośbą o uniemożliwienie Stanom Zjednoczonym opuszczenia WHO.

«W połowie lipca napisałem list do Jensa Spahna, niemieckiego ministra zdrowia i przewodniczącego Rady Ministrów Zdrowia, oraz do Stelli Kyriakides, prosząc o inicjatywę na szczeblu europejskim, aby zapobiec opuszczeniu WHO przez Stany Zjednoczone, co obecnie zaplanowano na 2 lipca 2021 roku. L: WHO ma fundamentalne znaczenie: należy jej bronić, poprawiać ją, wzmacniać, reformować, zaczynając od zasad przejrzystości i autonomii».

Natomiast w całej 229-stronicowej książce Speranza ani razu nie wyraża krytyki wobec Chin, posuwając się jedynie do przyznania, że Chiny mają “bardzo odmienny model kulturowy, polityczny i instytucjonalny”, opowiadając się jednocześnie za zacieśnieniem więzi z Chinami.

«Chiny są wielkim protagonistą czasów, w których żyjemy i jestem przekonany, że przed Europą otwiera się ważna przestrzeń polityczna jako przegub pomiędzy nową potęgą azjatycką a Stanami Zjednoczonymi».

Speranza jest liderem nowo powstałej włoskiej partii politycznej Articolo Uno, https://it.wikipedia.org/wiki/Articolo_Uno_(partito_politico) założonej przez byłego premiera Włoch – Massimo D’Alemę, pierwszego znanego byłego członka partii komunistycznej, który został premierem kraju NATO. D’Alema pełnił funkcję honorowego przewodniczącego Silk Road Cities Alliance, chińskiej organizacji państwowej.

W swej książce, Roberto Speranza wyraźnie zaznacza, że w momencie, gdy zarządził pierwszą w wolnym świecie blokadę w Lombardii we Włoszech, był świadomy, że kopiuje politykę, którą prowadziły wyłącznie Chiny, i że będzie to ograniczenie podstawowych praw konstytucyjnych obywateli.

«Postęp zakażeń w rejonie Lodi, a także w Wenecji Euganejskiej wymaga od nas “zamknięcia” obszarów, które nie są małe, co z konieczności uniemożliwia ponad 50 tysiącom osób wejście i wyjście z obszaru zamieszkania. Jest to środek o niepokojących konsekwencjach dla tkanki gospodarczej i społecznej, ale także o przerażającym oddziaływaniu symbolicznym. Ograniczenie swobody przemieszczania się obywateli, wysłanie wojska w celu sprawdzenia, czy zamknięcia są przestrzegane. Czy ochrona prawa do zdrowia, uznanego w art. 32 konstytucji, może skłonić nas do ograniczenia innych praw podstawowych gwarantowanych przez konstytucję? I czy wtedy tego typu interwencja rzeczywiście zadziała, by powstrzymać infekcję? Żaden inny kraj zachodni nie doświadczył jeszcze tego wirusa i strategii zarządzania, których on wymaga. Jedynym precedensem, na który możemy spojrzeć, są Chiny, których model kulturowy, polityczny i instytucjonalny bardzo różni się od naszego. We Włoszech, jak wszyscy powtarzają od tygodni, niemożliwe jest zrobienie tego, co zrobiły Chiny. Ale co, jeśli okaże się to konieczne?»

Zanim Speranza nakazał pierwsze blokady w świecie zachodnim, odegrał on we Włoszech rolę wczesnego alarmisty w kwestii Covida – podobną do tej, jaką w Stanach Zjednoczonych odegrał zastępca doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Matt Pottinger – biegle władający językiem mandaryńskim agent wywiadu, który od stycznia 2020 roku samodzielnie zaostrzył alarm w Białym Domu, opowiedział się za szeroko zakrojonymi sankcjami opartymi na jego własnych źródłach informacyjnych w Chinach i wyznaczył Deborah Birx do zorganizowania blokad w całych Stanach Zjednoczonych.

Matthew Forbes Pottinger (ur. 1973) to amerykański były dziennikarz i oficer Korpusu Piechoty Morskiej USA, który pełnił funkcję zastępcy doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych od 22 września 2019 r. do 7 stycznia 2021 r.[2]. W 2014 roku Pottinger poślubił dr Yen Duong, wirusologa, która wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych jako dziecko po tym, jak wraz z rodziną uciekła z Wietnamu po wojnie wietnamskiej.

https://en.wikipedia.org/wiki/Matthew_Pottinger https://www.michaelpsenger.com/p/matt-pottinger-the-intelligence-agent

Podobnie jak Pottinger, który zorganizował pierwsze spotkania Białego Domu w sprawie koronawirusa w połowie stycznia 2020 roku, Speranza zorganizował pierwsze włoskie spotkania grupy zadaniowej ds. koronawirusa mniej więcej w tym samym czasie – zanim jeszcze w świecie zachodnim pojawiły się jakiekolwiek potwierdzone przypadki. Podobnie jak spotkania Pottingera, spotkania Speranzy dotyczące koronawirusów odbywały się codziennie. I podobnie jak Pottinger, Speranza twierdzi, że zainspirowała go do tego reakcja, jaką zaobserwował w Chinach. Minister pisze:

«Giovanna Botteri (ówczesna włoska korespondentka RAI w Pekinie) informuje włoską opinię publiczną. Jej aktualizacje z Pekinu są częste i punktualne. Kilkudziesięciu sekundowe relacje, które jednak oddają surrealistyczną sytuację. Szturmowane szpitale, nowe tymczasowe obiekty służby zdrowia organizowane w ciągu kilku tygodni, kontrole gorączki w każdym zakątku kraju. A potem blokada i kwarantanna: ogromne miasta, z milionami mieszkańców, zamknięte z całkowitym uniemożliwieniem aktywności i zakazem wychodzenia z domu. Patrzę na te zdjęcia i myślę, że na Zachodzie nie dałoby się w ten sposób zarządzać kryzysem. Ale pozostaje nam mieć nadzieję, że nie będzie to konieczne…»

«I właśnie z tą myślą 12 stycznia powołałem po raz pierwszy grupę zadaniową do spraw koronawirusa. Natychmiast konsultuję się z głównymi włoskimi naukowcami, zdając sobie sprawę z przywileju, jaki daje mi ta możliwość. Badania naukowe, matematyka, są dla mnie podstawowym elementem siły ludzkości. Jako zagorzały racjonalista, mam prawdziwą wiarę w naukę… Grupa zadaniowa będzie się spotykać, w mojej obecności, codziennie o 9 rano, czasem wcześniej, bez wyjątku, do czasu, gdy zacznie działać Komitet Techniczno-Naukowy (CTS)».

Podobnie jak Pottinger, pod koniec stycznia 2020 roku Speranza zaczął podnosić alarm na temat koronawirusa w najwyższych siedzibach włoskiej władzy politycznej.

«29 stycznia po raz pierwszy mówię Parlamentowi, że w tej grze kraj musi być zjednoczony. Nie ma już większości ani opozycji. Są Włosi, jest ogromny problem, który im zagraża i są instytucje, które muszą bronić swoich obywateli. Na koniec mojego sprawozdania dla Parlamentu biorę telefon i osobiście dzwonię do trzech liderów opozycji: Silvio Berlusconiego, Giorgi Meloni i Matteo Salviniego».

Mniej więcej w tym samym czasie Speranza zaczął również podnosić alarm w Europejskim Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób – European Centre for Disease Prevention and Control.

«Nawet jeśli ECDC uważa, że ryzyko rozprzestrzeniania się wirusa w Europie jest niskie, po kilku nieformalnych i osobistych prośbach skierowanych do komisarza europejskiego Stelli Kyriakides i ministra zdrowia Chorwacji – która sprawuje rotacyjną prezydencję w UE – decyduję się na złożenie formalnego wniosku, w imieniu rządu włoskiego, o zwołanie Rady Europejskiej wszystkich ministrów zdrowia...

Ale mam wrażenie, że nasza spójność szwankuje, że poziom alertu w sprawie wirusa jest zbyt niski, a mechanizmy funkcjonowania wspólnych instytucji są zbyt słabe, by można je było skutecznie uruchomić w sytuacji kryzysowej. W tych godzinach potrzebne jest pilne spotkanie ministrów zdrowia».

Następnego dnia, 30 stycznia 2020 roku, premier Conte ogłosił pierwsze dwa potwierdzone przypadki Covid we Włoszech i natychmiast ogłosił stan wyjątkowy, “umożliwiając rządowi szybkie ograniczenie biurokracji w razie potrzeby.”

Kiedy Speranza zarządził lockdown Lombardii, stwierdził podczas konferencji prasowej, że zdaje sobie sprawę z tego, iż podjął działania o konsekwencjach nie tylko dla Włoch, ale i dla całego świata.

«Wydaje mi się to dość oczywistym faktem: działania wdrożone przez Włochy są na najwyższym poziomie w Europie, ale prawdopodobnie także na świecie».

Wszystko to zgadza się z anonimową wskazówką giełdową opublikowaną 30 stycznia 2020 roku – tego samego dnia, kiedy potwierdzono pierwsze przypadki Covida we Włoszech – przez kogoś, kto powiedział, że ma przyjaciół i rodzinę w CDC i WHO i że WHO planuje rozpocząć odtwarzanie odpowiedzi Chin w całym zachodnim świecie – zaczynając od zamknięcia miast włoskich.

«WHO już mówi o tym, jak bardzo “problematyczne” będzie modelowanie chińskiej reakcji w krajach zachodnich, a pierwszym krajem, w którym chcą to wypróbować, są Włochy. Jeśli rozpocznie się duża epidemia w dużym włoskim mieście, chcą pracować poprzez włoskie władze i światowe organizacje zdrowia, aby rozpocząć zamykanie włoskich miast podczas daremnej próby spowolnienia rozprzestrzeniania się wirusa – przynajmniej do czasu, gdy będą w stanie opracować i dystrybuować szczepionki, co z kolei wskazuje na to, gdzie należy zacząć inwestować». https://archive.4plebs.org/pol/thread/241674007/ https://www.michaelpsenger.com/p/how-covid-lockdowns-came-to-italy

Mimo że blokady nie miały precedensu w świecie zachodnim, wskazówka ta okazała się niemal doskonałą zapowiedzią późniejszych wydarzeń.

W istocie, grupa zadaniowa Speranzy zajmująca się koronawirusami już wcześniej zleciła przeprowadzenie badania na temat możliwych scenariuszy rozwoju epidemii Covida. Badanie to, wykorzystujące dane z Chin, zostało przedstawione włoskiemu Komitetowi Techniczno-Naukowemu ds. Koronawirusów 12 lutego 2020 roku, a jego autorem był Stefano Merler z Fondazione Bruno Kessler (FBK). https://magazine.fbk.eu/it/spotlight/stefano-merler/ https://www.salute.gov.it/imgs/C_17_notizie_4647_2_file.pdf

FBK i Merler zostali pozytywnie zacytowani przez Billa Gatesa, drugiego co do wielkości fundatora WHO, na Światowym Forum Ekonomicznym w 2017 roku po tym, jak Merler i FBK pracowali z Gatesem nad odpowiedzią na Ebolę https://magazine.fbk.eu/it/news/bill-gates-cita-i-dati-di-uno-studio-fbk-al-world-economic-forum-2017/. Fakt, że badanie Merlera istniało, był utrzymywany w tajemnicy i nie został publicznie ujawniony aż kilka miesięcy później. Z tego powodu zostało ono nazwane przez włoskie partie opozycyjne “tajnym studium”. https://www.rai.it/dl/doc/1604414373290_virus_segreti_stato_report.pdf

https://youtube.com/watch?v=3kLZLTtMYTQ%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dit%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

“Tajne badanie” Merlera nigdy nie zostało publicznie ujawnione, ale Merler opublikował dwa dodatkowe artykuły w czasopiśmach naukowych w roku 2020 wraz z kilkoma chińskimi współautorami i finansowaniem ze strony chińskiego rządu, z których każdy miał rzekomo wykazać skuteczność blokad i niefarmakologicznych interwencji przeciwko koronawirusowi w Chinach. Pierwszy z artykułów Merlera we współpracy z chińskimi współautorami, finansowany częściowo przez chiński rząd, pojawił się w kwietniu 2020 roku i twierdził, że “już samo dystansowanie społeczne, jakie wdrożono w Chinach podczas epidemii, jest wystarczające do kontrolowania COVID-19“, w oparciu o dane dostarczone przez Chiny z Wuhan https://www.science.org/doi/full/10.1126/science.abb8001. Drugi z artykułów Merlera, również napisany razem z chińskimi współautorami, finansowany częściowo przez rząd chiński, pojawił się w lipcu 2020 roku i twierdził, że NPI (Non-pharmaceutical interventions) były skuteczne w kontrolowaniu rozprzestrzeniania się koronawirusa w chińskich miastach poza Wuhanem, ponownie w oparciu o dane dostarczone przez Chiny https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S1473309920302309.

Rozsądna osoba prawdopodobnie uznałaby, że dane wejściowe z Chin, na których Merler oparł wnioski w swoich artykułach w czasopiśmie, pochodzące z totalitarnego reżimu o znanej historii fabrykacji, są kłamstwami.

Czy to motywowany rozumowaniem wyreżyserowanym, finansowaniem go, czy czymś gorszym, Stefano Merler – główny autor nieujawnionego “tajnego badania” opartego na danych z Chin, które doprowadziło do pierwszej w wolnym świecie blokady w Lombardii we Włoszech – przez cały rok 2020 skutecznie prowadził operację prania propagandy na rzecz Chińskiej Partii Komunistycznej.

Chociaż tajne badania Merlera nigdy nie zostały publicznie ujawnione, później podzielił się on nimi prywatnie z La Repubblica, centrolewicową włoską gazetą. La Repubblica napisała jeden artykuł na temat badań, ale w życiu nie widziałem, żeby mainstreamowy artykuł tak dokładnie dziurawił pamięć. Nie tylko oryginalny link do artykułu nie działa, ale również archiwa internetowe nie funkcjonują, a artykuł nie pojawia się w Google. Na szczęście pewna strona internetowa skopiowała tekst artykułu. https://www.cinquantamila.it/storyTellerArticolo.php?storyId=5f4b8295d07d7

Covid musi być naprawdę niezłym wirusem, skoro uniemożliwił włoskiej gazecie zachowanie podstawowych standardów przechowywania danych online wobec jedynego artykułu, który napisali na temat kluczowego badania rządowego, udostępnionego im prywatnie. Oczywiście, jest to zgodne z wzorcem tajności i jawnej nieuczciwości, który obserwujemy ze strony rządów w całym zachodnim świecie od czasu pojawienia się koronawirusa.

W rzeczywistości, równolegle z tajnym studium Merlera, istniał również bardziej szczegółowy “tajny plan”, konkretnie zatytułowany “Plan operacyjny przygotowania i odpowiedzi na różne scenariusze możliwego rozwoju epidemii 2019-nCov”, którego żadne szczegóły nigdy nie zostały ujawnione. W grudniu 2020 r. partia opozycyjna poszła do sądu, aby zmusić do ujawnienia tajnego planu operacyjnego, ale Speranza nadal odmawiał jego wydania, uzasadniając, że nie był to “formalnie zatwierdzony plan pandemiczny.” https://www.ilgiornale.it/news/politica/piano-segreto-ora-c-data-x-governo-finisce-tribunale-1908807.html https://dinovalle.it/2021/01/20/speranza-il-piano-pandemico-anti-covid-non-ce-labbiamo/

Odmowa Speranzy ujawnienia tajnego planu operacyjnego jest interesująca, ponieważ na początku roku 2020, rząd Niemiec podobnie zlecił poufny plan operacyjny, uzyskany później dzięki serii wycieków whistleblowerów i wniosków FOIA, “oparty na ustaleniach naukowych zespołów ekspertów z Uniwersytetu w Bonn/University of Nottingham Ningbo China” https://en.wikipedia.org/wiki/University_of_Nottingham_Ningbo_China – z których co najmniej jeden nie miał żadnego doświadczenia w zakresie chorób zakaźnych lub epidemiologii – zawierający “katalog środków” do wdrożenia przez niemieckie CDC. https://2020news.de/wp-content/uploads/2021/03/Strategiepapier-BMI-24.03.2020_online.pdf https://2020news.de/neuer-leak-die-umsetzung-des-panikpapiers/ https://clubderklarenworte.de/wp-content/uploads/2020/06/BMI-Dokument-incl.-Autoren.pdf https://web.archive.org/web/20201230034459/https://www.mcts.tum.de/en/people/maximilian-mayer/ https://www.tabletmag.com/sections/news/articles/masked-ball-cowardice

Przedstawiono w nim szczegółowo kroki zmierzające do wprowadzenia blokad, masowych testów i kwarantanny, wśród innych drakońskich środków. Dokument sugerował w szczególności “apele do ducha obywatelskiego”, w tym hasło “razem osobno”.

Spośród 210 stron uzyskanych przez FOIA e-maili prowadzących do publikacji niemieckiego planu operacyjnego, 118 zostało całkowicie zaciemnionych. E-maile zawierają częste dyskusje o Chinach, ale prawie wszystkie te odniesienia są niekompletne. Podany powód: “Może mieć negatywny wpływ na stosunki międzynarodowe”. https://threadreaderapp.com/thread/1358791154330980354.html

Jako że Roberto Speranza zdecydował, że w interesie narodu włoskiego nie leży poznanie treści tajnego planu operacyjnego Włoch, nie mamy możliwości dowiedzieć się, czy przypomina on tajny plan operacyjny Niemiec oparty na ustaleniach chińskich lobbystów, zawierający szczegółowe instrukcje dotyczące wdrażania blokad, masowych testów, miejsc kwarantanny i apelów do “ducha obywatelskiego“.

INFO: https://www.michaelpsenger.com/p/the-dragnet-in-lombardy-italy-patient