Sytuacja w Cieśninie Ormuz dramatycznie się zaostrza. W wyjątkowo ostrym ostrzeżeniu Stany Zjednoczone ogłosiły, że przeprowadzą operacje wojskowe na północ od Półwyspu Musandam w Omanie i – w razie potrzeby – zatrzymają siłą statki uznane za zagrożenie.
Ostrzeżenie, wydane za pośrednictwem Wspólnego Centrum Informacji Morskiej (JMIC), klasyfikuje sytuację bezpieczeństwa na najważniejszym strategicznie szlaku transportu ropy naftowej na świecie jako ‚KRYTYCZNĄ’. Armatorzy i kapitanowie są proszeni o koordynowanie swoich tranzytów z amerykańskim programem NCAGS (Naval Cooperation and Guidance for Shipping), utrzymywanie stałego kontaktu radiowego i natychmiastowe podporządkowanie się poleceniom sił zbrojnych USA.
Zapowiedziane operacje wojskowe USA skierowane są na obszar na północ od Półwyspu Musandam w Omanie, bezpośrednio przy wejściu do Cieśniny Ormuz. Jest to główny szlak tankowców między Zatoką Perską a Zatoką Omańską. Na północy leży Iran, a na południu omańska enklawa Musandam. Szlak tankowców przebiega właśnie przez ten wąski korytarz.
Szczególnie istotne jest sformułowanie, że każdy statek zauważony podczas prowadzenia lub wspierania irańskich działań może zostać zaatakowany przez siły amerykańskie ‚w samoobronie’. Jednocześnie stwierdza się, że statki, które nie stosują się do instrukcji Marynarki Wojennej USA, mogą zostać uznane za ‚bezpośrednie zagrożenie’.
Waszyngton oskarża Iran o dążenie do ‚nielegalnej kontroli’ nad Cieśniną Ormuz i narażanie żeglugi międzynarodowej poprzez minowanie i ataki na statki. Marynarka Wojenna USA oświadcza, że chce zapewnić wolność żeglugi i przygotowuje się na potencjalne ataki.
Statki zakotwiczone w cieśninie Ormuz
Ten rozwój sytuacji oznacza dalszą eskalację walki o kontrolę nad szlakiem wodnym, którym zazwyczaj transportowana jest około jedna piąta światowego handlu ropą naftową. Od miesięcy centra bezpieczeństwa morskiego donoszą o atakach dronów, zagrożeniach minowych, zakłóceniach GPS i incydentach wojskowych w regionie. Kilka statków handlowych zostało uszkodzonych lub zmuszonych do skrócenia rejsów.
Chwila ta jest godna uwagi, biorąc pod uwagę sprzeczne sygnały płynące z Waszyngtonu. Podczas gdy prezydent USA Donald Trump ogłosił w piątek zniesienie amerykańskiej blokady morskiej irańskich portów, agencje bezpieczeństwa morskiego wydały niemal jednocześnie ostrzeżenia o operacjach wojskowych i potencjalnych działaniach egzekucyjnych wobec statków w regionie. Obserwatorzy opisują sytuację jako coraz bardziej chaotyczną, a zapowiedzi polityczne i działania wojskowe najwyraźniej nie zawsze idą w parze.
Dla żeglugi międzynarodowej oznacza to przede wszystkim jedno: ryzyko incydentów wojskowych pozostaje wysokie. Stany Zjednoczone jednoznacznie dają teraz do zrozumienia, że są gotowe do militarnego wzmocnienia kontroli nad Cieśniną Ormuz. [co za piękne, wielopiętrowe zdanie… md] Jednocześnie Iran postrzega rosnącą obecność amerykańskich okrętów wojennych jako prowokację i wielokrotnie deklarował zamiar reagowania na zagrożenia w regionie.
Wzrastają obawy, że Cieśnina Ormuz nie tylko pozostanie wąskim gardłem gospodarczym, ale będzie coraz bardziej przekształcać się w bezpośredni obszar konfrontacji militarnej między Waszyngtonem a Teheranem. [Nyyy… A pokojowy Izrael będzie się przyglądał.. md]
Kiedy jedna z ukraińskich formacji wojskowych została dwa dni temu nazwana na cześć Ukraińskiej Powstańczej Armii, zbrodniczej formacji ukraińskich nacjonalistów z okresu II wojny światowej, utworzonej jako zbrojne ramię Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, kolaboracyjnej formacji kooperującej z Niemcami, u nas w Polsce nie powinno nikogo dziwić że takie działania na dzikich polach są podejmowane. A tym bardziej, że po tego typu kompromitacjach następuje przykrywanie ich w mediach.
Przyzwyczailiśmy się już, że w okresie od 24 lutego 2022 roku, kiedy szeroko pojęty świat zachodni, zwłaszcza USA czy Izrael, znajdują się w „złym położeniu medialnym”, tj. kiedy media huczą i grzmią o ich zbrodniach, nagle coś spada na kraj NATO. Raz dron, innym razem rakieta. Nazwa obiektu nie jest istotna. Ważne żeby przykryć własne zbrodnie. Incydenty te opisywałem m.in. w artykule pt. „Spadnij dronie na Polskę i przykryj kompromitację kogo trzeba”.
Ukraina czyni podobnie wobec siebie – bo przecież to Ukraińcy najprawdopodobniej przykrywają zbrodnie zachodu kiedy trzeba. Patrz atak na Przewodów, który przykrył fakt, że we Włoszech tego samego dnia rozbito neonazistowski gang, którego członkowie wyrażali gotowość dokonywania zamachów terrorystycznych na włoskich policjantów i cywilów a którego członkiem był Ukrainiec, któremu przed aresztowaniem udało się zbiec do swojego kraju i zaciągnąć się do struktur zbrojnych.
Kiedy więc w głównym sponsorze Ukrainy (tak, Polska to główny sponsor bo bez Polski nie byłoby łańcucha dostaw sprzętu wojskowego dla neobanderowców a jeżeli byłby to byłby dużo bardziej narażony na przerwanie) zaczyna być gorąco z powodu tego iż reżim kijowski nazywa swoje wojskowe jednostki imieniem ludobójców Polaków, gwałcicieli polskich kobiet i dzieci oraz rzeźników polskich staruszków z Wołynia i Małopolski Wschodniej, dobrze byłoby to trochę medialnie wyciszyć. I przekierować uwagę. Na Moskwę rzecz jasna.
Patrzcie Polacy, co prawda jesteśmy banderowcami i gwałciciele polskich kobiet są naszymi bohaterami ale ta Moskwa już zaczyna strzelać po budynkach cywilnych w Rumunii. Jak nie przymkniecie oczu na nasze zbrodnie to niedługo będzie strzelać także w Polaków.
Na granicy polsko-rosyjskiej oczywiście nic się nie dzieje. Podobnie jak na granicy polsko-białoruskiej gdzie w tym roku, przez pierwsze 3 miesiące, nie prześlizgnął się do naszego kraju żaden turysta Łukaszenki z Syrii, Iraku czy innego Sierra Leone. Ciekawe dlaczego.
Owe podprogowe straszenie nas Polaków dronem który uderzył w rumuńskie zabudowania niewiele jednak zmieni.
Wszyscy wiemy, że Ukraina co najmniej od 2024 roku potrafi przekierowywać rosyjskie drony za pomocą systemów walki elektronicznej, w wybrane przez siebie miejsce. Z początku była to Białoruś. Jednak od jakiegoś czasu to na nasz kraj drony spadają wtedy kiedy jakiś zachodni reżim się kompromituje i potrzeba jest w mediach przykryć jego kompromitacje. Zazwyczaj jest to oczywiście Izrael lub Stany Zjednoczone. Bo czy ktoś kojarzy jakieś niemieckie albo francuskie zbrodnie wojenne z ostatnich 4 lat, które w mediach dobrze byłoby zepchnąć z czołówki?
Mniemać można że uderzenie drona w rumuńskie zabudowania dokładnie w czasie kiedy reżim kijowski skompromitował się w oczach Polaków nazwaniem swojej jednostki imieniem „Bohaterów UPA” nie było w interesie i gestii Rosji lecz właśnie dzikich pól. A jak już wspomniałem, przekierowanie rosyjskich dronów to dla Ukrainy od jakiegoś czasu nic specjalnie trudnego.
Sytuacja z „rosyjskim” dronem uderzającym w kraj NATO jednak zrobiła się aż tak znacząca i groźna, że mówi się o artykule 4 sojuszu. Cóż, trzeba przecież pogrzać temat w mediach aby tubylcy nad Wisłą na dobre zapomnieli o tym, że rzeźnicy polskiej ludności cywilnej są po raz kolejny na piedestale na Ukrainie, której głównym sponsorem i rzecznikiem na świecie, oprócz reżimów anglosaskich, które to coś wyhodowały, jest Polska.
Temat zostanie więc trochę medialnie pogrzany po czym ucichnie a razem z nim „bohaterowie” UPA w ukraińskim wojsku.
Doprawdy zabawne są kroki podejmowane przez obóz pisowski, którego członkowie klękali przed ścianą z czarno-czerwonymi flagami OUN-UPA jeszcze kilka lat temu, jak byli u władzy, dzielnie spełniając potrzeby swoich anglosaskich patronów i żywicieli, a dzisiaj krzyczą o odebraniu kijowskiemu kacykowi Orderu Orła Białego, który sami mu wręczali, doskonale wiedząc, że w kraju tym kwitnie kult nazistów i ludobójców.
Obecny rząd warszawski, dognieciony przez zachód podobnie jak reżim pisowski, ma pewnie nie lada zagwozdkę. Wszak obalić chce go Waszyngton (a co najmniej dużo w nim pozmieniać, aby w razie wojny z Rosją nie było wątpliwości, że Polacy mają służyć za mięso armatnie, służące do karmienia różnych zbrojeniówek) a z taką siłą muszą się liczyć. Pisowcy wiernie służyli na pierwszej linii frontu wojny z Moskwą, wyprzedzając nawet NATO w wojnie zastępczej, kiedy wygadywali brednie o rosyjskiej rakiecie w Przewodowie, mówili coś tam o startach samolotów z polskich lotnisk czy też nawet o wysyłaniu żołnierzy polskich na dzikie pola, aby szybko oberwali od Rosjan i wreszcie mogli oni stoczyć swoją upragnioną wojnę z Rosją o której tylko marzą. Obecna władza jednak ma nieco innych sponsorów i patronów, którzy wyraźnie są zainteresowani zakończeniem wojny i powrotem do kupna tanich, rosyjskich surowców.
Warszawa więc stoi w rozkroku. Zachodnioeuropejskie stolice nie chcą zbyt ostrej gry z Rosją, jednakowoż nie można jej odpuszczać. W dodatku Waszyngton perfidnie podrzucił Europie kukułcze jajo w postaci zakończenia finansowania rozróby na dzikich polach, zmuszając do kontynuowania wsparcia Europę. Bo przecież nie można tak po prostu wyjąć kłód spod rozpędzonych rosyjskich tanków. I zakopać przed nimi rowów antyczołgowych. Oraz powyjmować z ziemi przeciwpiechotnych min.
Jeżeli więc to Europa ma przede wszystkim martwić się wojną z Rosją, której nadrzędnym powodem jest rozbudzenie banderyzmu na Ukrainie przez Anglosasów, to Polska ma się tym martwić przede wszystkim.
Z tej sytuacji oczywiście jest wyjście. Granica z Białorusią, która od początku 2026 roku nie płonie, dała się ustabilizować. A przecież ostatecznie odpowiada za nią Rosja. Gdyby Rosjanie szepnęli do ucha Łukaszenki, że potrzeba nowych imigrantów do jej podpalenia bo jak nie to podwyższamy ceny za gaz, to Białorusini bardzo szybko zrozumieliby, że czas na pożar pod Białowieżą.
Tego pożaru jednak nie ma. Da się więc robić z Rosjanami i ich białoruskimi pełnomocnikami interesy. Dlaczegoż więc podejrzewać Rosjan o umyślne czy w ogóle jakiekolwiek strzelanie dronami w kraje NATO wtedy kiedy Ukraina gra na ich korzyść, kompromitując się upowskimi wrzutkami?
Cóż, w ciągu najbliższych dni albo tygodni (jednego czy dwóch) trochę jeszcze wojna z Rosją i „rosyjskie” drony spadające na kraje NATO zostaną pogrzane. Wszak my Polacy mamy zapomnieć o tym, że UPA znowu jest na dzikich polach na piedestale. Kiedy już zapomnimy, to temat zostanie z dnia na dzień wyciszony. Jak po Przewodowie.
A przy okazji kolejnej kompromitacji zachodu, zapewne Izraela, USA lub Ukrainy, kolejny dron gdzieś na jakiś kraj NATO sobie spadnie. Ponownie oczywiście będzie to dron rosyjski, wystrzelony przez Rosjan.
A ukraińskie drony spadające ostatnio na Litwę, Łotwę i Estonię, w tym drony z ładunkami wybuchowymi? Cóż, a kogo to interesuje? Wojna ma trwać. Wszak dzikie pola trzeba oczyścić pod nową kolonizację, jedwabny szlak trzeba blokować i paraliżować a zasoby Rosji i jej sojuszników zużywać. A przecież nie osiągnięto jeszcze celu nadrzędnego. Którym jest wciągnięcie Chin w kompromitującą dla nich wojnę. Gdzieś na świecie ten cel będzie trzeba osiągnąć. Być może na Ukrainie.
Czego możemy się dowiedzieć o zaangażowaniu UE w wojnę z incydentu z dronem w Rumunii.
W piątek w Rumunii rozbił się dron, a Zachód twierdzi, że był to dron rosyjski. Reakcje UE po raz kolejny potwierdzają moją tezę, że UE od dawna jest stroną wojny z Rosją.
Anti-Spiegel 30 maj 2026
W piątek katastrofa drona w Rumunii trafiła na pierwsze strony gazet. Rumunia twierdzi, że był to rosyjski dron i stanowczo reaguje. UE oferuje Rumunii wsparcie i ostro krytykuje Rosję.
Dlaczego ten incydent jest dla mnie kolejnym potwierdzeniem, że UE od dawna jest stroną konfliktu z Rosją? Aby to wyjaśnić, musimy przyjrzeć się temu, co się wydarzyło; wtedy wszystko stanie się jasne.
Incydent
W piątek rano dron rozbił się o dom we wschodniorumuńskim mieście Gałacz, niedaleko granic z Ukrainą i Mołdawią. Dron spadł na dach budynku mieszkalnego, powodując pożar. Dwie osoby zostały lekko ranne, a około 70 mieszkańców musiało opuścić budynek podczas akcji gaśniczej.
Oświadczenie rumuńskiego Ministerstwa Obrony w sprawie incydentu rozpoczyna się od słów: „W nocy z 28 na 29 maja Federacja Rosyjska wznowiła ataki dronów na cele cywilne i infrastrukturalne na Ukrainie w pobliżu granicy rzecznej z Rumunią”. W dalszej części oświadczenia opisano sam incydent, zaznaczając, że dron był „śledzony przez systemy radarowe aż do miasta Gałacz na południu”. Został więc wcześnie wykryty, ale nie zestrzelony.
Rumuńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych stwierdziło, że incydent stanowił „poważną i nieodpowiedzialną eskalację ze strony Federacji Rosyjskiej”. Bukareszt poinformował Sekretarza Generalnego NATO Rutte i „zaapelował o podjęcie działań mających na celu przyspieszenie przekazania Rumunii zdolności w zakresie obrony przed dronami”.
Wszystkie doniesienia wskazują, że był to rosyjski dron, ale nie przedstawiono żadnych dowodów ani zdjęć wraku drona, które by to potwierdzały.
Reakcja Rumunii
Rumuński rząd zareagował natychmiast, a wczesnym rankiem pełniący obowiązki premiera ogłosił, że w Bukareszcie odbywa się posiedzenie Najwyższej Rady Obrony, dodając:
„Obecnie działamy na trzech frontach. Pierwszym jest front dyplomatyczny, a dziś rano uzgodniliśmy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych démarche, które zostanie przedstawione na posiedzeniu Najwyższej Rady Obrony w celu nałożenia sankcji na rosyjskich dyplomatów w Bukareszcie”.
Wkrótce później ujawniono szczegóły démarche. Rząd Rumunii podjął decyzję o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Konstancy i uznaniu konsula generalnego za personę non grata.
Co to oznacza
Niedawno opublikowałem obszerny artykuł na temat incydentów z udziałem dronów w państwach bałtyckich w maju, gdzie ukraińskie drony niemal codziennie, dziesiątkami, wykorzystywały przestrzeń powietrzną państw bałtyckich do ataków na cele w Rosji. Drony również wielokrotnie rozbijały się w tych krajach. Ponieważ mieszkańcy dotkniętych incydentem państw wiedzą, że oznacza to de facto udział ich krajów w wojnie, niosąc ze sobą ryzyko rosyjskiej odpowiedzi, wzrosła nerwowość.
W związku z tym na początku maja państwa bałtyckie zaczęły z coraz większą stanowczością twierdzić, że nie zezwoliły Ukrainie na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję. W ramach demonstracji siły, kilka odizolowanych ukraińskich dronów zostało nawet zestrzelonych.
W moim artykule, a także w niedawnej audycji w programie Tacheles, gdzie szczegółowo omówiliśmy ten temat – stwierdziłem, że jest to jedynie pokazówka, mająca na celu zasugerowanie mieszkańcom dotkniętych incydentem państw, że Ukraina nie ma pozwolenia na korzystanie z ich przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję, podczas gdy w rzeczywistości ataki są dozwolone i nic się z nimi nie robi poza symbolicznymi gestami.
W audycji „Tacheles” zapytałem, czy państwa bałtyckie zareagowałyby z taką samą powściągliwością, gdyby drony, o których mowa, były rosyjskie i zmierzały w kierunku Ukrainy, czy też reakcja byłaby bardziej zdecydowana. Ta różnica w reakcjach mogłaby ujawnić, czy państwa bałtyckie rzeczywiście sprzeciwiają się wykorzystywaniu swojej przestrzeni powietrznej do ataków na Rosję.
Incydent w Rumunii dał nam odpowiedź, ponieważ państwa bałtyckie mogły zareagować na obecność ukraińskich dronów w ich przestrzeni powietrznej gwałtownymi protestami, zamknięciem ukraińskich konsulatów i wydaleniem ukraińskich dyplomatów. Zablokowanie unijnej pomocy finansowej dla Kijowa do czasu zakończenia przelotów dronów również byłoby możliwe. Państwa bałtyckie jednak nic takiego nie zrobiły, co pokazuje, że przyzwalają na ukraińskie ataki na Rosję z wykorzystaniem ich terytorium.
Reakcja zachodnich mediów również wiele mówi. Sam „Der Spiegel” poświęcił dwa artykuły piątkowemu incydentowi w Rumunii, jednocześnie przemilczając niezliczone incydenty z udziałem dronów, które miały miejsce w krajach bałtyckich w samym maju.
W ten sposób reakcja UE na incydent w Rumunii nieumyślnie pokazuje, w jakim stopniu państwa członkowskie UE są już współwinne wojnie z Rosją.
Czy to w ogóle był rosyjski dron?
Oczywiście, możliwe jest, że rosyjski dron zboczył z kursu i rozbił się w Gałaczu, leżącym praktycznie na granicy z Ukrainą. Ale są pytania.
Pierwszym znakiem zapytania jest fakt, że dron nie wyrządził praktycznie żadnych szkód. Rozbił się na dachu budynku mieszkalnego i wzniecił niewielki pożar. Zdjęcia ukraińskich dronów uderzających w budynki w Rosji wyglądają inaczej, ukazując skutki eksplozji, które powodują znaczne zniszczenia w dotkniętych blokach mieszkalnych. Wygląda to niemal tak, jakby dron, który rozbił się w Gałaczu, nie miał głowicy bojowej, a raczej, że pożar został spowodowany przez paliwo znajdujące się na pokładzie.
Kolejną osobliwością jest to, że w piątek miał miejsce jeszcze co najmniej jeden kolejny incydent z udziałem drona, który wleciał w rumuńską przestrzeń powietrzną, o czym media nie wspomniały w swoich artykułach na temat incydentu w Rumunii. Rumuńska agencja prasowa Mediafax, powołując się na Reuters, poinformowała o kolejnym dronie, który rozbił się w Rumunii, ale nie miał on głowicy bojowej.
Przypomina mi to incydenty z dronami w Polsce we wrześniu 2025 roku. Wtedy około 20 dronów z Ukrainy wleciało w polską przestrzeń powietrzną, a media twierdziły, że były to drony rosyjskie. Było to jednak niemożliwe, ponieważ drony typu Geranium, które rzekomo brały udział w tym incydencie, po prostu nie miały wystarczającego zasięgu, aby dotrzeć do Polski.
Cała ta sprawa była w rzeczywistości ukraińską prowokacją, w której przechwycone rosyjskie drony zostały naprawione, a następnie wysłane do Polski. Żaden z dronów nie miał głowicy bojowej, ale oczywiście zachodnie media nie zwróciły na to uwagi, ponieważ wtedy byłoby jasne, że nie mogły to być drony rosyjskie.
Władze Ukrainy chcą wciągnąć NATO, a przynajmniej UE, w wojnę z Rosją. Dlatego, podczas gdy świat oczekuje kolejnych rosyjskich ataków odwetowych za ukraiński atak na akademik w obwodzie ługańskim, Kijów ma motyw, by sfabrykować doniesienia o rzekomych incydentach z udziałem rosyjskich dronów w krajach UE.
Ale podobnie jak w przypadku incydentów z udziałem dronów w Polsce we wrześniu ubiegłego roku, zachodnie media nie zadają krytycznych pytań, a gdy później okaże się, że wstępne doniesienia o rosyjskich dronach były fałszywe, nie poinformują o tym swoich czytelników.
Izrael rozszerza ofensywę, atakują Tyr. Ludzie muszą uciekać.
Hamas utworzyli żydzi wraz z USA ,po to by móc robić to co robią. Mordować kobiety i dzieci .To jest to… z jego ust… Netanyahu finansował Hamas kwotą 35 milionów dolarów miesięcznie za pośrednictwem Kataru, wykorzystując amerykańskie podatki, i mówi śledczym: „To jest poufne i nie może wyciec, dobrze? Mamy tu sąsiadów, zaciekłych wrogów. Nieustannie przekazuję im wiadomości. Dezorientuję ich, wprowadzam w błąd, kłamię, a potem UDERZAM ich w głowę.” • Netanyahu dążył do utrzymania kontroli Hamasu nad Gazą i kontroli Fatahu nad Zachodnim Brzegiem, aby uniemożliwić im zjednoczenie. • Netanyahu zorganizował dla Hamasu otrzymywanie 35 milionów dolarów miesięcznie z Kataru —walizki z 35 milionami dolarów w amerykańskiej walucie, co miesiąc. „Ponieważ Katar go znał, kazał mu złożyć wniosek na piśmie, ponieważ wiedzieli, że będzie kłamał w przyszłości.” Rezultat? Ponad miliard dolarów trafił do rąk Hamasu… –
Rosja jest głęboko zaniepokojona planami USA dotyczącymi rozmieszczenia tysięcy dodatkowych żołnierzy na wschodniej flance NATO w Polsce. Moskwa uznała doniesienia z Waszyngtonu za niedopuszczalne i ostrzegła przed dalszą eskalacją wojny na Ukrainie.
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa oświadczyła w czwartek na konferencji prasowej, że wysłanie dodatkowych żołnierzy amerykańskich do Polski „doprowadziłoby do eskalacji napięć w całej Europie” i że Moskwa będzie zmuszona podjąć „działania odwetowe”.
Jednocześnie przyznała, że przesunięcie około 5000 żołnierzy z Niemiec do Polski jest zasadniczo sprzeczne z wcześniej ogłoszonymi planami redukcji amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Jej zdaniem, faktyczna redukcja obecności wojsk amerykańskich w Europie byłaby, ogólnie rzecz biorąc, „rozsądnym, uzasadnionym i dawno spóźnionym” krokiem w kierunku stabilizacji „niezrównoważonej” sytuacji bezpieczeństwa stworzonej przez NATO i politykę Zachodu.
Kilka tygodni temu Biały Dom zagroził znaczącą i historyczną redukcją wojsk w Niemczech po tym, jak przedstawiciele niemieckiego rządu wielokrotnie krytykowali wojnę USA i Izraela z Iranem. Początkowo media przedstawiały to jako element szerszego wycofania wojsk z Europy. Jednak obecnie wydaje się, że siły amerykańskie zostaną jedynie przegrupowane – 5000 żołnierzy ma podobno zostać przesuniętych bliżej granicy z Rosją.
Według Zacharowej, rozmieszczenie dodatkowych wojsk w Polsce może skłonić Rosję do podjęcia „środków wojskowo-technicznych”. W najbardziej prowokacyjnym fragmencie swojego oświadczenia ostrzegła, że NATO popycha kontynent europejski w stronę „samobójczego” konfliktu.
Obecnie w Polsce stacjonuje około 10 000 żołnierzy amerykańskich w ramach systemu rotacyjnego. Nowe rozmieszczenie z Waszyngtonu zwiększyłoby tę liczbę o kilka tysięcy. Łącznie w Europie przebywa obecnie około 80 000 żołnierzy amerykańskich.
Polska graniczy bezpośrednio z rosyjską enklawą Kaliningrad. To nasila obawy Moskwy dotyczące potencjalnych celów wojskowych i aktywności dronów.
Zacharowa wyjaśniła:
„Rozmieszczenie dodatkowych sił zbrojnych USA w Polsce może doprowadzić do jakościowej eskalacji napięć między Rosją a Zachodem i zmusić Moskwę do podjęcia działań odwetowych”.
Wyjaśniła również, że liczba ataków dronów na terytorium Rosji z kierunku Europy i państw Europy Północnej rośnie.
Moskwa wyraziła również obawy, że ukraińskie drony mogłyby wykorzystywać przestrzeń powietrzną państw bałtyckich lub innych krajów europejskich do ataków na cele w Rosji. Twierdzenie to zostało odrzucone zarówno przez Kijów, jak i trzy państwa bałtyckie.
Warszawa natychmiast zareagowała na rosyjskie oskarżenia.
Szef polskiego MSZ Maciej Wewiór powiedział polskiej agencji prasowej PAP, że obecność wojsk sojuszniczych w Polsce jest „koniecznym wzmocnieniem wschodniej flanki NATO” w odpowiedzi na działania Rosji na Ukrainie i „eskalację retoryki” Kremla wobec sojuszu.
Wewiór dodał, że „prawdziwym źródłem eskalacji i napięć w Europie” pozostają „nielegalne i agresywne działania militarne” Moskwy, a nie środki podejmowane przez państwa NATO w celu ochrony swoich ludności i granic, które uważał za uzasadnione.
Alexander Dugin potępia ukraiński atak, w którym zginęło 21 studentów, i ostro krytykuje nadmiernie moralistyczne podejście Rosji do wojny, wzywając do zdecydowanego zwycięstwa, strategicznej bezwzględności i fundamentalnej zmiany sposobu prowadzenia konfliktu.
Rozmowa z Alexandrem Duginem w programie telewizyjnym Sputnik „Eskalacja”.
Prowadzący: 22 maja Siły Zbrojne Ukrainy dokonały potwornego ataku terrorystycznego: w Starobielskim Kolegium Pedagogicznym Uniwersytetu Państwowego w Ługańsku zginęło 21 osób. W każdej takiej sytuacji pierwsze pytanie brzmi: dlaczego? Bo nawet za tak potwornymi zbrodniami zwykle stoi jakiś cel. Alexander Gelyevich [Dugin], z Twojego punktu widzenia — dlaczego to zrobili?
Alexander Dugin:
Mamy teraz do czynienia z wojną, w której ogromną rolę odgrywają symbole. W każdej wojnie cele symboliczne, działania i gesty mają wielkie znaczenie, ale w naszych czasach być może mają znaczenie główne. Nie ma znaczenia, co naprawdę się stało, kto w co trafił i co osiągnięto — liczy się symboliczne znaczenie, jakie w to wkładają. Właśnie w tej „wojnie symboli”, moim zdaniem, należy rozumieć ten potworny atak terrorystyczny, tę zbrodnię przeciwko ludzkości, przeciwko życiu, przeciwko młodzieży, dokonaną przez ukraińskich nazistów.
Oczywiście nie było w tym żadnego sensu militarnego. Niemniej jednak uderzyli precyzyjnie, wielokrotnie, w kilku falach. Przede wszystkim wyrażamy kondolencje rodzinom ofiar, Ługańskiej Republice Ludowej, Noworosji, Donbasowi i całemu naszemu narodowi — bo to są nasze dzieci. Zginęły nasze córki i nasi synowie, którzy nie zdążyli jeszcze osiągnąć niczego znaczącego w życiu, którzy dopiero się do tego przygotowywali. W tych czternasto- i piętnastolatków zainwestowano już tak wiele, tyle życia już przeżyli — i zginąć, zanim zdążyli się rozwinąć, to być może najstraszniejsze ze wszystkiego.
Starzy wierzyli, że nie ma większej kary dla człowieka niż pochowanie własnych dzieci. W języku nie ma nawet na to słowa: „wdowa” to ta, która straciła męża, „wdowiec” — żonę, „sierota” — rodziców. Ale dla tego, kto stracił dzieci, ludzki język nie ma słowa, bo jest to coś nienaturalnego i nie do zniesienia bolesnego. I oni zrobili to świadomie.
Próbuję odtworzyć logikę tej diabelskiej świadomości, naszego ontologicznego wroga, tej szatańskiej siły, z którą walczymy. Najwidoczniej zobaczyli, jak działali Izraelczycy i Amerykanie, uderzając na przykład w szkoły dziewczęce, i wyciągnęli wniosek, że demonstracja absolutnej pogardy dla wszelkich ludzkich norm jest oznaką siły.
Nieprzypadkowo gloryfikują nazistów — Banderę, Szuchewycza i wszystkich przestępców oraz łotrów zakazanych w Federacji Rosyjskiej. W istocie na Ukrainie ustanowiono neonazistowski reżim, a jedną z cech nazizmu było świadome odrzucenie humanizmu we wszystkich jego formach: nie ma nic świętego; jeśli to wróg, musi zostać zniszczony, nawet dzieci.
Jest w tym coś starotestamentowego. Nieprzypadkowo dziś także Izrael wyróżnia się bezgranicznym, całkowicie nieludzkim, diabelskim okrucieństwem. W Starym Testamencie, niestety, spotykamy historie, w których wrogów wyniszczano całkowicie, wraz z kobietami, dziećmi i starcami. To staje się normą współczesnych wojen — świadome przekraczanie granicy człowieczeństwa dla sake nowej symboliki: ten, kto ma rację, to ten, kto jest silny, kto może zrobić coś niewiarygodnego i nic mu za to nie będzie.
W amerykańskim slangu, opartym na żydowskim żargonie, istnieje termin „chutzpah”. Co to oznacza? To gdy przestępca schwytany na miejscu morderstwa lub gwałtu zaczyna dziko wrzeszczeć, że to ten, który pierwszy wszedł do pokoju, popełnił zbrodnię. Mówi z taką bezczelnością, zuchwałością i wewnętrznym przekonaniem, że to on jest niewinną ofiarą, a prawdziwy świadek jest katem, że nawet paraliżuje ludzi. To nieskończona, sadystyczna agresywność połączona z pragnieniem wzbudzenia litości dla siebie i zrzucenia winy na niewinnego. I cieszenia się, gdy tego niewinnego się straci.
To właśnie „chutzpah” demonstruje dziś Izrael: im więcej palestyńskich dzieci zabijają, tym głośniej wrzeszczą o wzroście antysemityzmu na świecie i o tym, że są ofiarami niesprawiedliwości. Im więcej zbrodni — tym głośniejszy wrzask. A ukraińscy naziści postępują dokładnie tak samo. To jest prawdziwa chutzpah.
Czyli popełnić potworną zbrodnię na oczach całego świata, obwinić o nią same ofiary, a potem, jakby nigdy nic, prosić o wsparcie, by kontynuować w tym samym duchu. Tym właśnie wyróżniają się zarówno Unia Europejska, Stany Zjednoczone, jak i Trump, który porywa przywódców, niszczy kierownictwo suwerennych państw, a potem, jakby nigdy nic, mówi: „Doskonale się z nimi dogadywałem, osiągnięto wspaniały deal”.
Weszliśmy w erę „chutzpah”. To całkowicie nienaturalny, nieludzki model zachowania, który demonstrują Ukraińcy wraz z Izraelczykami i Amerykanami. To już stało się stylem zbiorowego Zachodu: popełnić potworną zbrodnię na oczach wszystkich, zniszczyć niewinnych z szczególnym cynizmem, a potem domagać się uwagi. Nawet nie żałują ani się nie tłumaczą — wszystko zrzucają na innych, czyniąc same ofiary winnymi. Inaczej tego wyjaśnić nie można.Oczywiście można użyć greckiego terminu hybris, ale jest on zbyt akademicki. Grecy uważali hybris za grzech tytanów, gdy nawet boscy bohaterowie robili coś niedopuszczalnego — na przykład profanowali zwłoki pokonanych wrogów, wyniszczali ich rodziny czy gwałcili żony na oczach dzieci. Kultura grecka kategorycznie to odrzucała. Można więc nadać temu naukową nazwę „hybris” albo użyć współczesnego żargonu politologicznego — „chutzpah”.
Ale jest też drugi moment symboliczny, na niższym poziomie. Kijów chce pokazać mieszkańcom wyzwolonych terytoriów, że Rosja, która przyszła ich chronić — a my absolutnie słusznie mówimy, że przyszliśmy ich chronić i tak właśnie było — rzekomo nie jest w stanie tego zrobić.
Dzieci przeniesiono dalej od linii frontu. Ługańska Republika została wyzwolona, całe jej terytorium oczyszczono z tych terrorystycznych kijowskich grup, a oni z tamtej strony mówią: „Nie, nie cieszcie się. Przyszli was chronić, ale nie potrafią was chronić”. Przyznają, że terytorium Ługańskiej Republiki Ludowej zostało wyzwolone, ale wysyłają sygnał: „Wszyscy jesteście zagrożeni, bójcie się, drżyjcie. Uwierzyliście Moskwie — macie za to; i tak nie można im ufać, i tak pozostajecie bezbronni”.
Gdyby nie ta potworna zbrodnia, w której tak cynicznie i celowo zabito dzieci, dziewczynki, być może trudno byłoby im przekazać tę symboliczną ideę, tę wiadomość. Myślę, że było to działanie świadome. Klasyfikujemy to oczywiście jako zbrodnię wojenną i akt terroru. I jest to absolutnie słuszne. Przyciągamy uwagę społeczności międzynarodowej. Ale kogo chcemy przekonać? Tych, którzy z nami walczą? Tych, którzy to wszystko rozpoczęli, którzy uzbrajali i nadal uzbrajają nazistowski kijowski reżim po zęby, którzy podsuwają im takie symboliczne ruchy, będące przykładem zachowania z punktu widzenia „chutzpah” czy „hybris”? Z kim właściwie rozmawiamy?
I tu oczywiście pytanie jest bardzo poważne. Symboliczne cele, które sobie postawili, niestety zostały osiągnięte. To nie jest porażka, nie jest usterka, nie „się pomylili”. To część strategii symbolicznej wojny, którą prowadzą przeciwko nam, i należy oczekiwać kontynuacji eskalacji właśnie takich symbolicznych działań. Zwróćcie uwagę na ich precyzyjne ataki terrorystyczne na początku wojny, w których zginęła moja córka — uderzenie było skierowane przeciwko mnie — potem zabito Vladlena Tatarskiego, a celem był Zachar Prilepin. Te punktowe uderzenia miały czysto symboliczne znaczenie — nie w wojskowych specjalistów, nie w cele wojskowe. Uderzali w ludzi, którzy ucieleśniali ideę.
Zniszczenie naszych dzieci na oczach wszystkich jest także częścią tej symbolicznej strategii. W tym tkwi groza sytuacji. Projektujemy na naszych wrogów nasze własne postawy moralne i etyczne, ale oni ich nie mają. To społeczeństwo się zmieniło; przez te lata stało się naprawdę nazistowskie, rusofobiczne i rasistowskie z jednej strony, a liberalne i zachodnie z drugiej. Te rzeczy się nie wykluczają, lecz przeciwnie — uzupełniają się. Zamienili się w mieszankę tej niewiarygodnej zachodniej cywilizacji kłamstwa, w którą są zintegrowani. Ponadto jest to rodzaj poligonu doświadczalnego dla potwornych działań, które Zachód prowadzi nie tylko na Ukrainie. I tu pojawia się pytanie: jak na to odpowiedzieć?
Prowadzący: Właśnie tu wpada pytanie od słuchacza, związane z tym: „Cztery lata maratonu nienawiści, wszelkich możliwych historii o Rosjanach, o naszej armii. Jak będziemy w przyszłości współistnieć z takimi »ludźmi«?”
Alexander Dugin: To zasadne pytanie, rozumiem je, ale na razie nie mówmy za dużo o przyszłości, bo potrzebujemy Zwycięstwa. I ta przyszłość zostanie właśnie określona w trakcie naszego zwycięstwa. Teraz nawet myślenie o tym jest nieodpowiedzialne: jak będziemy żyć, kim są ci ludzie, jak to się ułoży — wszystko to zależy od tego, kiedy, jak i w jakiej formie wygramy tę wojnę. A to na razie pytanie otwarte.
W zależności od tego, jak będzie wyglądać nasze zwycięstwo — czy całkowite, gdy ostatecznie wyzwolimy Ukrainę od tej nazistowskiej bestii, czy częściowe — od tego wszystkiego zależy. Czy wyzwolimy Noworosję, czy weźmiemy Kijów, czy całe terytorium, czy zostawimy zachodnie regiony. Od tych parametrów, od formatów zwycięstwa zależy odpowiedź na pytanie słuchacza. Jak mamy z nimi postępować? Nie wiadomo, kim będą ci „oni” po naszym zwycięstwie. Czy w ogóle pozostaną jako tacy? Czy będą mieć państwowość? Jakąkolwiek reprezentację polityczną czy społeczną? Jeśli staną się naszymi obywatelami, to nosicieli takich cech będziemy traktować po prostu jako przestępców, maniaków, chorych psychicznie — to zupełnie inna sprawa.
Albo będziemy uważać ich za jakąś państwowość i zawierać z nimi umowy. To wszystko jest generalnie pytaniem otwartym. Moim zdaniem pytanie o naszą odpowiedź sprowadza się do tego, że całkowicie nie rozumiemy symboliki nowych wojen. Kierujemy się naszą własną wewnętrzną etyką i wewnętrzną logiką, ale nie bierzemy pod uwagę symboliki. I to jest bardzo poważny błąd.
Możemy zadać najcięższe straty i uderzyć w wroga — zarówno w odwecie, jak i wyprzedzając jego działania, karząc go lub po prostu realizując plany naszej specjalnej operacji wojskowej — ale potem nic o tym nie mówić, nic nie pokazać i skierować zarówno uwagę publiczną, jak i nasze rakiety w złym kierunku. W ten sposób w zasadzie nie angażujemy się i nie wykorzystujemy arsenału symbolicznej wojny i symbolicznych środków.I to jest niewątpliwie ważne: chodzi o nagrania, o narracje, o liczne strumienie informacyjne, które musimy kierować do globalnej społeczności, nawet gdy te kanały są wszędzie blokowane. Ale muszą być dobrze skonstruowane, muszą trafiać w symboliczne cele i tworzyć potężne obrazy.
Ta symboliczna wojna jest nie mniej ważna. Zwróćcie uwagę: po naszych uderzeniach, naszych odwetowych uderzeniach, Ukraińcy w zasadzie nic sensownego nikomu nie powiedzieli. Nic szczególnego nie pokazali, nie krzyczeli: „Dajcie nam nowe wsparcie!” Mówią to codziennie i tak.Jeśli spojrzymy na to, co mówili tydzień temu — jest dokładnie tak samo. W rzeczywistości wszystko jest tak samo. A co my osiągnęliśmy? W wielkim obrazie nie przestraszyliśmy ani Ukraińców, ani Zachodu. Nie trafiliśmy w ani jeden symboliczny cel.Chcę podkreślić, że to nie jest krytyka. Po prostu mówię o symbolicznej wojnie. Możliwe, że trafiliśmy w bardzo ważne cele wojskowe. Problem w tym, że prawie nikt o tym naprawdę nie wie — ani nasza ludność, ani Zachód, ani nawet sami Ukraińcy. Bo wojna symboli to zupełnie co innego. Działa na zupełnie innym poziomie.I jeśli używamy jakiejś bardzo poważnej broni i zadajemy znaczący cios wroga, to przede wszystkim — nie drugorzędnie, lecz na pierwszym miejscu — musi to być atak medialno-informacyjno-symboliczny. Czyli muszą zostać dotknięte jasne, globalnie rozpoznawalne osobowości, międzynarodowo zrozumiałe budynki, cele, ludzie i struktury.
Na przykład: rakieta „Orzesznik” trafia nie w lotnisko w Białej Cerkwi, lecz w Majdan Niepodległości — i w miejscu Majdanu jest ogromny krater. Tam się to wszystko zaczęło, całe to nazistowskie plugastwo na Ukrainie. I teraz każdy, kto tam przyjdzie, każdy odwiedzający spotyka się z tym ogromnym kraterem. A tuż obok — zniszczony budynek Rady i w efekcie pozostałości ukraińskiego kierownictwa politycznego. To byłby symboliczny akt, który mógłby naprawdę odpowiedzieć za zbrodnię tego samego rodzaju. Pozostałby widoczny. Bardzo trudno byłoby go nie zauważyć, bo każda wizyta zagranicznych delegacji zaczynałaby się właśnie od tego.
Albo uderzenia powinny być przeprowadzane na takie krytyczne węzły logistyczne, że zachodnia broń po prostu fizycznie nie byłaby w stanie dotrzeć na Ukrainę. Są bolesne punkty, które oprócz nowej fali nienawiści do nas i zwykłych zachodnich ofert dalszej pomocy Ukrainie wywołałyby też inną reakcję — grozę przed nami, strach przed dalszą eskalacją i jasne zrozumienie, co będzie następnym krokiem.
Czyli: teraz likwidujemy kilku ukraińskich przywódców, Majdan już nie istnieje, Rady Najwyższej już nie ma, być może Jermaka czy jakiejś innej postaci już nie ma — nie ma znaczenia, czy byli aktywni, czy czysto symboliczni. I ta „czarownica”, która za nimi stała, też być może już nie istnieje.
I gdy po naszej nocnej, porannej czy dziennej operacji takie symboliczne postaci, obiekty, modele infrastruktury i systemy przestają istnieć — wtedy naprawdę przesuwamy figury na szachownicy symbolicznej wojny. Rozumiem, że chcemy mówić, iż uderzamy tylko w cele wojskowe, ale to na nikim nie robi wrażenia. Więc planujmy nasze uderzenia na cele wojskowe w taki sposób, by nad tymi obiektami unosiły się przerażające, ciężkie i złowrogie chmury. Będziemy uderzać w cele wojskowe, ale chmury wzniosą się w sferę symboliczną i nie będzie można ich zignorować.
Porównajcie obrazy, które pokazali nam po uderzeniu na Kijów, z tym, co widzimy w Gazie, w Iranie czy nawet w Libanie — i zgodzicie się, że w końcu jest to nieprzekonujące. Po prostu nieprzekonujące. Zwłaszcza że wszystko jest pokazywane jakoś ukradkiem, pod stołem… Znajdźmy sposoby, by pokazać: Kijów płonie, Kijów już nie istnieje taki, jaki był, Rady nie ma, tu był plac Majdanu — a teraz jest krater!..
Są nawet sposoby, by to pokazać bez robienia tego w pełnej rzeczywistości, rozumiecie? Właśnie pokazywanie tego na poziomie symbolicznej wojny jest konieczne i jest najważniejszym rezultatem.
Prowadzący: Mam jeszcze jedno pytanie związane z tą zbrodnią. W Stanach Zjednoczonych istnieje firma Palantir. Między innymi rozwija oprogramowanie do broni z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. A Ameryka w kontekście konfliktu irańskiego powiedziała, że testuje broń z AI — wtedy był atak na irańską szkołę dziewczęcą. Dwa tygodnie temu szef Palantiru przyjechał do Kijowa i otwarcie stwierdził, że Ukraina planuje i integruje sztuczną inteligencję tej firmy do planowania uderzeń głęboko na terytorium Rosji. A potem — następuje uderzenie na kolegium w Starobielsku. Czy to zbieg okoliczności, czy sztuczna inteligencja w tym przypadku działa jako rodzaj napędu tych strasznych wydarzeń, jeśli można tak to nazwać?
Alexander Dugin: Myślę, że sztuczna inteligencja jeszcze nie podejmuje w tych wojnach w pełni samodzielnych decyzji. Jest używana instrumentalnie, nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie oznacza to, że tak będzie zawsze lub jeszcze długo. W pewnym momencie będzie naprawdę zdolna nie tylko obliczać cele, ale też odpalać uderzenia. Na razie jestem przekonany, że to nie istnieje, nawet w formie eksperymentalnej. Może doradzać, rekomendować, ale ostateczną decyzję nadal podejmuje operator — czyli czynnik ludzki.
Niemniej jednak symboliczna wojna, o której mówiłem, jest także rozumiana i przetwarzana przez sztuczną inteligencję. AI jest już całkiem zdolna do jej pojmowania i oceny. Przy okazji, aktywnie z nią pracuję filozoficznie, używając różnych modeli. Niektóre modele są tak zaawansowane, że już daleko przewyższają poziom kandydata nauk w produktywności całych instytutów, i to w najbardziej poważnych dziedzinach. Czyli ma rozumowanie — zdolność do rozumowania.
Tym właśnie zajmuje się Palantir i Alex Karp (który przyjechał spotkać się z przywódcą ukraińskich nazistów, Zełenskim). To sztuczne rozumowanie, ta zdolność myślenia, jest całkiem wystarczająca, by sztuczna inteligencja zamieniła symboliczną wojnę w dość jasną mapę, system orientacji i priorytetów. Ale by wycelować rakietę w niemilitarny budynek, kolegium zawodowe, w którym mieszkają przyszli nauczyciele, sztuczna inteligencja nie jest potrzebna — to dość prosto zorganizować.
Ściśle mówiąc, sztuczna inteligencja (nie wykluczam tego) mogła powiedzieć, że ta akcja będzie przydatna przede wszystkim do zademonstrowania tego, o czym mówiliśmy: „Rosjanie przyszli nas ratować, ale nie potrafili nas uratować”. To bardzo poważny moralny i psychologiczny cios. Po drugie, jest potrzebna, by sprowokować jakąś ostrą odpowiedź, która, choć poważna, nie uderzy w naprawdę ważne cele symboliczne — a potem mogliby prosić o nową broń, wywołać nową falę protestów i wsparcia Zachodu, nawet jeśli nic naprawdę decydującego by się nie stało. To też można obliczyć.
A sztuczna inteligencja może obliczyć naszą logikę i naszą psychologię: że nie zniszczymy Rady, że nie uderzymy w Majdan prawdziwym „Orzesznikiem”, że znajdziemy nowe cele wojskowe i uderzymy właśnie w nie.
W wielkim obrazie jest to przemyślany krok w stronę eskalacji bez większych strat dla nich. To przemyślany krok, by zadać nam symboliczne i moralne szkody, podczas gdy naszą reakcję — zwłaszcza w sferze humanitarnej — można łatwo zignorować.
I wszystko to sztuczna inteligencja jest w stanie obliczyć w ułamku sekundy. Czego nie rozumiem, to dlaczego my nie zadajemy jej pytania: co my moglibyśmy zrobić? Dlaczego nie skonsultować się ze sztuczną inteligencją?Na razie jest ona stosunkowo neutralna, i do tego nie potrzeba Alexa Karpa ani Palantiru — każdy nowoczesny model AI można spokojnie użyć, by ustawić parametry: „Prowadzimy symboliczną wojnę z Ukrainą”.
Prowadzący: Być może przeważa tu w jakimś stopniu komponent etyczny?
Alexander Dugin: No oczywiście. Czyli my z tego nie korzystamy. Komponent etyczny przeważa u nas we wszystkim i czasem powołujemy się na niego, by usprawiedliwić nasze porażki. To niedobrze. Etyka to etyka, moralność to moralność. Nie jesteśmy jak oni — to jasne. Ale najpierw wygrywajmy, a potem możemy być inni niż oni.
Jeśli ani nie wygrywamy, ani nie jesteśmy inni niż oni, to pojawiają się pytania do wszystkich. Absolutnie wszystkich. Pojawiają się w naszym własnym społeczeństwie: dlaczego nie wygrywamy? Co to za moralność, która wymaga od nas takich ofiar i nadal nie potrafi złamać oporu wroga? Nasza moralność jest odczytywana na Ukrainie jako słabość i jest mnożona wiele razy. Nasze zasady moralne są postrzegane przez Zachód jako możliwość przesuwania czerwonych linii, ignorowania wszelkich porozumień, wysadzania i zabijania kogokolwiek chcą, wiedząc, że nic im za to nie będzie.
I tak stopniowo to, co jest moralnością na poziomie ludzkim, zamienia się po prostu w nieadekwatne zachowanie na poziomie polityki.
Kiedyś — nie lubię o tym szczególnie mówić, ale jednak — był znakomity (choć raczej złowrogi) filozof polityki, Niccolò Machiavelli. W swoim słynnym dziele Książę, które nadal studiuje się na wszystkich wydziałach politologii, napisał, że istnieją dwie moralności: moralność zwykłego człowieka i moralność władcy, księcia. Dla zwykłego człowieka bezwzględne przestrzeganie zasad etycznych i moralnych jest absolutnie konieczne i nic nie jest od tego wyższe — inaczej społeczeństwo popadnie w chaos. Ale dla władcy logika jest nieco inna. Dla władcy pierwotną koniecznością jest zapewnienie suwerenności, dobrobytu, wolności i niepodległości swojej Ojczyzny. Jego osobiste cechy moralne są drugorzędne. Bo co z tego, jeśli jest dobrym, cnotliwym obywatelem, ale zawiedzie swoje państwo, które potem stanie się łatwą zdobyczą o wiele okrutniejszego i bardziej cynicznego sąsiada? Po prostu zawiedzie w najważniejszej sprawie — w końcu powierzono mu życie wielu. Dlatego Machiavelli mówił, że nie ma prawa być miłym; nie ma prawa przestrzegać zasad osobistej moralności, jeśli stoi to w sprzeczności z interesami państwa.
W naszej historii widzimy bardzo jaskrawy przykład tego, jak społeczeństwo rozumie ten problem. W XX wieku mamy wspaniałego, cnotliwego, głębokiego i świętego człowieka — Mikołaja II, naszego zamordowanego Cara, męczennika i patrona ziemi rosyjskiej. Jego cnotliwe postępowanie, w tym niechęć do poważnego i twardego przeciwstawienia się wrogom wewnętrznym i zewnętrznym, gdy było to konieczne, doprowadziło Rosję do takiej katastrofy, że przelano morza krwi, a miliony ofiar stały się, jeśli chcecie, ceną za jego pobożność.
A mamy inną postać — Józefa Stalina, człowieka surowego i skrajnie okrutnego. Z indywidualnego punktu widzenia trudno nawet opisać brutalne decyzje, które podejmował. Ale pomnożył naszą suwerenność i umocnił nasze państwo. Ludzie nie oceniają ich po cechach osobistych — oceniają ich jako książąt.
Mikołaj II jako książę był niestety całkowicie nieudolny, podczas gdy skrajnie surowy tyran Stalin pozostaje do dziś obiektem najgłębszego szacunku, uwagi i miłości narodu, który ocenia według zupełnie innych standardów i kryteriów.
W żadnym wypadku nie usprawiedliwiam ani Machiavellego, ani tego podejścia dwóch moralności. Uważam, że lepiej próbować połączyć oba. Ale w niektórych przypadkach pytanie staje się ostre. Ci, którzy przede wszystkim dbają o ratowanie swojego osobistego wizerunku moralnego i pobożności, lepiej niech idą do klasztoru — to wspaniała rzecz. W takim przypadku idźcie do Boga, całkowicie Mu się powierzcie i przekażcie rządy kraju tym, którzy rozumieją znaczenie i odpowiedzialność zachowania suwerenności. Tu moralność władzy i moralność społeczeństwa naprawdę się różnią; nie ma między nimi bezpośredniej odpowiedniości.
Nie usprawiedliwiam ani nie potępiam nikogo. Uznaję świętość naszego cara-męczennika i jestem bardzo krytyczny wobec Stalina, który wyrządził naszemu narodowi wiele zła. Ale jeśli weźmiemy rzeczy w kategoriach absolutnych: w jednym przypadku mamy sukces polityczny, silne niepodległe państwo, broń jądrową, pół świata pod kontrolą i sprawiedliwość społeczną. Naród dostaje dwie rzeczy życiowe — suwerenność przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrzną sprawiedliwość. Za jaką cenę? Straszliwą, ogromną cenę. Ale ogólnie jest to historyczny plus.
Jeśli z najlepszych intencji i ze strachu przed surowymi działaniami pozwolimy społeczeństwu się zdegradować, suwerenności osłabnąć, a wrogowi zadać strategiczną porażkę, to żadne rozważania moralne tego nie usprawiedliwią.To lekcja historii i lekcja filozofii polityki. I w tej chwili wydaje mi się, że trochę się pogubiliśmy właśnie w tym punkcie: gdzie niepotrzebnie się ograniczamy, a gdzie jest prawdziwa granica naszych możliwości? Ale jeśli przestaniemy się ograniczać, te możliwości się pojawią. Musimy tylko spojrzeć, co musimy zrobić, co dodać, uzupełnić, rozwinąć i wdrożyć, by osiągnąć nasze decydujące, silne, jaskrawe i przekonujące zwycięstwo nad Zachodem na Ukrainie — a potem na nowo przemyślimy to, co już mamy. To jest ważne.
Jeśli wychodzimy z założenia zwycięstwa — projekt „Zwycięstwo”, kropka — to od tego zwycięstwa, przez rodzaj inżynierii odwrotnej, przez odwrotną temporalność, o której teraz mówi się w strategii wojskowej, zrozumiemy zasoby, które obecnie posiadamy, na nowo je przemyślimy, uświadomimy sobie, czego nam brakuje, i oczywiście skupimy na tym uwagę.
Ale jeśli zadaniem jest chronienie społeczeństwa przed pełnym uświadomieniem sobie, że jest zarówno na wojnie, jak i nie na wojnie, bez uznania powagi sytuacji historycznej, w jakiej znalazła się Rosja — jeśli trzeba utrzymywać pozory porządku, spokoju i pokojowego życia — to wydaje mi się, że jest to całkowicie demotywujące i demoralizujące. Do tego dochodzi te ciągłe obietnice zawieszenia broni. Dzięki Bogu, ludzie chyba zapomnieli o Anchorage. Ale ludzie na linii kontaktu, którzy codziennie poświęcają życie, słyszą, że zawieszenie broni jest tuż za rogiem. Nikt nie chce umrzeć w ostatnim dniu wojny — a jednak to „ostatni dzień” jest ciągle nadawany i ogłaszany.
Ta historia z Anchorage ciągnie się już prawie rok, od sierpnia zeszłego roku. Z symbolicznego punktu widzenia jest to całkowicie nieadekwatna kampania.Dlatego byłbym bardzo ostrożny z moralnością. Tak, nie jesteśmy jak oni. Tak, nie chcemy szkodzić cywilom. Ale spójrzcie: gdy nasze rakiety są zestrzeliwane, a odłamki obrony przeciwlotniczej spadają na budynki mieszkalne — widzieliśmy to w Kijowie. Czy naprawdę myślicie, że jakikolwiek Ukrainiec uwierzy, że to ich własna obrona przeciwlotnicza? Oczywiście, że nie. Bo wszystkich od razu umieszcza się w gotowym kontekście, że Rosjanie to łajdacy. W końcu nie chcieliśmy nikogo trafić, jesteśmy uczciwi wobec siebie, ale cała ukraińska ludność i cały świat wierzy, że nasze rakiety celowo uderzyły w domy cywilne.
Prowadzący: Bo przekonująco im to mówią.
Alexander Dugin: Właśnie — bo to jest symboliczna wojna, dlatego przekonująco im to mówią. I nie tylko mówią, ale przekonująco — bo to jest właśnie ta zupełnie nowa sfera wojny informacyjnej, której my, wybaczcie, nie prowadzimy na właściwym poziomie. Właśnie dlatego, że jesteśmy dobrzy, mili, uczciwi, szczerzy i prawdziwi. Tak, wszystko to jest słuszne. Szczerze wierzę, że nasze państwo i nasz naród obecnie ucieleśniają prawdę w tej niezwykle trudnej i złożonej globalnej sytuacji. Tak, jesteśmy biegunem prawdy. Tak, walczymy o prawdę, światło i sprawiedliwość, i nie tylko o własne interesy. Mamy w tej wojnie świętą misję. Więc mówmy o tym, wyjaśnijmy to i — co najważniejsze — przejdźmy do potężnych akordów symbolicznej wojny.
Powiedziano im, że domy cywilne trafione rakietami zostały uderzone przez Rosjan. Tam też wyciągają ludzi spod gruzów — prawdopodobnie martwe dzieci — i robi to bardzo silne wrażenie. I właśnie to jest pokazywane wszędzie. Ale dopóki Rada jeszcze stoi, dopóki po Majdanie chodzą ludzie i jeżdżą samochody, nie mamy symbolicznego argumentu. Gdyby tam był krater, wszelka zachodnia propaganda informacyjna po prostu by zamarła. Ale dopóki w ich świadomości „Rosjanie uderzają w obiekty cywilne” — tak właśnie to formułują, choć to ich własna obrona przeciwlotnicza powoduje te ofiary — nikt nie uwierzy w nic innego. I nie będziemy w stanie do nich dotrzeć. Bo ich kanały docierają do nas, ale nasze ledwo do nich.
I tak jest ze wszystkim. Nie potrafimy nawet porządnie nastawić się na zwycięstwo. Sami demonstrujemy w rozmowach z własnym narodem pewną połowiczność i niezdecydowanie. Musimy teraz zdecydowanie wszystko zmienić. Jest oczywiste, że by wygrać, kraj musi bardzo dużo zmienić. Musimy o tym myśleć, musimy to zrobić i musimy też nadać temu wymiar symboliczny. A my na coś czekamy. Tego nie da się już wyjaśnić moralnością.
Prowadzący: Więc może na to właśnie czekamy? Ostatnio coraz częściej mówi się, że Białoruś jest zagrożona wciągnięciem w konflikt. Ukraina już buduje okrężne umocnienia w obwodzie wołyńskim, Zełenski bezpośrednio grozi, a Łukaszenka przyjmuje białoruskich opozycjonistów (w cudzysłowie). Być może to stanie się spustem, gdy zaczną się prowokacje wobec Białorusi?
Alexander Dugin: Po pierwsze, tak jest od samego początku wojny — już w 2022 roku ciągle o tym mówili. Myślę, że nic to nie zmieni. A co by zmieniło? Tak, Łukaszenka jest po naszej stronie, nas wspiera. Dostarczyliśmy temu krajowi broń jądrową. To nasz najbliższy sojusznik, w zasadzie jedno wschodniosłowiańskie, eurazjatyckie terytorium, część naszego większego świata rosyjskiego. No i co? Czy nasze codzienne doświadczenia nie wystarczą? Czy nasze straty nie wystarczą?
Nic się nie zmieni, jeśli to się zacznie. Przy okazji Łukaszenka nie chce być wciągany w ten konflikt — unika go na wszelkie sposoby. Być może ma rację ze swojego punktu widzenia. Wydaje mi się, że to niczego by nie rozwiązało. Oczywiście prawdopodobieństwo wciągnięcia Białorusi w konflikt zawsze istniało, ale nic by nie zmieniło — ludność tam nie jest taka duża. Jeśli Białoruś dołączy, może stać się spustem dla krajów europejskich, krajów UE — bezpośrednio Polski na przykład czy państw bałtyckich. Dostalibyśmy nowe fronty, praktycznie gwarantowane uderzenie na Kaliningrad. I co by to zmieniło?
W rzeczywistości wszystko już się stało — o to chodzi. Po prostu nie ma na co więcej czekać. Wydaje mi się, że gdzieś w naszej świadomości, na dość wysokim poziomie, klatka się zatrzymała. Coś zamarzło w rozumieniu sytuacji historycznej, w jakiej się znajdujemy — rodzaj zamrożonej klatki. Ale to już wszystko się stało, już wszystko tu jest. Nie ma na co więcej czekać. Poważne, decydujące działania nie powinny być podejmowane w odpowiedzi na kolejną zbrodnię. W każdym razie nikogo nie przekonamy, że mieliśmy podstawy do tego czy tamtego. Jakie podstawy mieli Stany Zjednoczone, by zniszczyć całe kierownictwo polityczne, religijne i wojskowe suwerennego, dużego kraju jak Iran, który nic Stanom nie zrobił? Jakie mieli uzasadnienie?
Prowadzący: Na poziomie podstawowym jest to postrzegane jako „oni mogą, więc robią”.
Alexander Dugin: Dokładnie. Ale dla nas — i nie tylko dla nas — jest to postrzegane na tym poziomie jako: „My nie możemy, albo się boimy, albo od kogoś zależymy, albo mamy z kimś porozumienie, albo wszędzie są agenci”. Tak to wygląda. I dlatego nic nie robimy. Jeśli nie robimy, to znaczy, że nie możemy. A jeśli nie możemy — no to przepraszamy. Jeśli nie mogliśmy, ale jednak zaczęliśmy, to powinno być nam bardzo źle. Ale skoro już zaczęliśmy, to przede wszystkim mogliśmy i musimy być w stanie kontynuować. Nie ma drogi powrotnej.
Wydaje się, że wciąż możemy z kimś dojść do jakiegoś porozumienia. To absolutnie błędne. Alex Karp, szef Palantiru, który przyjeżdża do Kijowa — to nie jest Unia Europejska, to najczystsze trumpiści, tak jak Peter Thiel i inni podobni konserwatywni trumpiści. To nie jest jakaś oddzielna, inna siła. To jest zbiorowy Zachód, w tym Stany Zjednoczone. Naiwne i bezsensowne jest wierzenie, że Trump jest naszym zbawieniem i że wyjdzie nam naprzeciw. Nie wyjdzie. Tak, jego priorytetem nie jest Rosja, lecz Iran. Ale w każdym razie mogą nas wykorzystać, by zmienić fokus po porażce z Iranem.
Bo Iran, przy okazji, jest wspaniałym przykładem: Iran, nie będąc w stanie zadać symetrycznego uderzenia w Amerykę, uderzył w jej proxy i poradził sobie z tym znakomicie. Potem ogromna potęga państwa amerykańskiego wycofała się przed stosunkowo małym Iranem. Tak, ponieśli ciężkie straty, tak, oni też stracili dzieci, ale po ataku na dziewczynki w Minab zebrali się w sobie i zrobili to, co konieczne — naprawdę znaleźli słaby punkt przeciwnika.
Naszym zadaniem teraz jest zrobić to samo.Jest wiele asymetrycznych lub nawet symetrycznych odpowiedzi, które moglibyśmy podjąć. Ale z jakiegoś powodu my… Czym jesteśmy zahipnotyzowani? Dlaczego tego nie robimy? W tej chwili nikt nie ma na to odpowiedzi — ani nasi przyjaciele, ani my sami, ani nawet nasi wrogowie.
Jak poważnie należy traktować rosyjskie ostrzeżenia przed zbliżającą się wojną z Europą?
Ukraiński atak na Starobielsk mógł być punktem zwrotnym. Rosja zagroziła Ukrainie surowym odwetem i ostrzegła przed rozprzestrzenieniem się wojny na Europę. Czy rosyjskie „czerwone linie” zostały przekroczone, czy to tylko puste słowa?
Anti-Spiegel 29 maj 2026
Ukraiński atak na akademik w Starobielsku w obwodzie ługańskim w czwartek wieczorem był szokiem dla Rosji. Fakt, że od 10 do 20 ciężkich dronów zostało wystrzelonych w kierunku cywilnego celu, aby zmasakrować młodych ludzi kształcących się na nauczycieli, reprezentuje nowy poziom ukraińskich zbrodni wojennych.
Reakcja Zachodu, która albo całkowicie zaprzeczyła rzezi młodych ludzi, albo określiła akademik jako cel wojskowy, dodatkowo podsyciła gniew Rosji. Dotyczy to zarówno opinii publicznej, jak i ekspertów, którzy coraz częściej domagają się podjęcia działań przeciwko tym, którzy umożliwiają wojnę na Ukrainie poprzez wsparcie finansowe i dostawy broni – a mianowicie państwom europejskim.
W niniejszym artykule podsumowuję chronologicznie rosyjskie reakcje na masakrę.
Putin zapowiada odwet
Bezpośrednio po masakrze prezydent Putin potępił incydent w piątek, nazywając go „atakiem terrorystycznym reżimu neonazistowskiego” i zapowiedział zemstę. Ponadto polecił rosyjskiemu MSZ poinformowanie organizacji międzynarodowych i społeczności międzynarodowej o tej zbrodni. Obydwa działania zostały podjęte.
W sobotę rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaprosiło wszystkich zagranicznych dziennikarzy akredytowanych w Rosji do odwiedzenia miejsca tragedii. Oczywiście większość głównych zachodnich mediów odrzuciła zaproszenie, ale 55 dziennikarzy z całego świata przybyło w niedzielę do Starobielska, aby zobaczyć to na własne oczy. Byłem wśród nich; mój artykuł na ten temat można znaleźć tutaj anti-spiegel.ru/bericht-ueber-die-zerstoerung-der-berufsschule-nahe-von-lugansk-nach-dem-ukrainischen-kriegsverbrechen/, a szczegółowy wywiad ze zdjęciami tutaj https://www.youtube
Kiedy my, dziennikarze, w niedzielę wieczorem wyruszaliśmy do Ługańska, nastąpił odwet zapowiedziany przez Putina. Setki dronów i pocisków zaatakowały cele wojskowe na Ukrainie – w tym, po raz pierwszy, centrum Kijowa. Użyto nawet pocisku Oresznik. Pomimo masowego ataku, rosyjski odwet pochłonął mniej ofiar niż ukraińska masakra w Starobielsku, ponieważ Rosja nadal stara się minimalizować straty cywilne.
Rosyjski odwet zdominował relacje zachodnich mediów, podczas gdy ukraińska masakra spotkała się z niewielkim zainteresowaniem, uznając ją za „rosyjską propagandę”. Niemcy, Norwegia, Holandia, Polska, Francja, Hiszpania i inne państwa członkowskie UE wezwały ambasadorów Rosji w odpowiedzi na rosyjski atak odwetowy.
Ostrzeżenia Rosji dla Kijowa
Rosyjskie władze najwyraźniej zamierzają zająć twardsze stanowisko wobec ukraińskich decydentów i celów wojskowych, z których wiele Ukraina utworzyła na terenach mieszkalnych. W oficjalnym oświadczeniu wydanym w poniedziałek rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło dalsze „systematyczne ataki na przemysł zbrojeniowy w Kijowie” i inne cele wojskowe.
Powagę, z jaką Rosja wydaje się do tego podchodzić, potwierdza drugie oświadczenie rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych z tego samego dnia. Poinformowano w nim, że ministrowie spraw zagranicznych Rosji i USA rozmawiali telefonicznie, a Ławrow ostrzegł Rubia przed rosyjskimi atakami odwetowymi i zalecił USA ewakuację dyplomatów z Kijowa dla ich własnego bezpieczeństwa. Jednocześnie rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegło ludność cywilną, aby trzymała się z dala od infrastruktury wojskowej i administracyjnej. Celem ataku będą wszystkie obiekty wojskowe w stolicy.
Zgodnie z oczekiwaniami, państwa członkowskie UE zareagowały buntowniczo i odmówiły wycofania swoich misji dyplomatycznych z Kijowa. Jeśli Rosja spełni swoje ostrzeżenia, celowo narażą na ryzyko własnych dyplomatów. Powód jest łatwy do zrozumienia: gdyby europejscy dyplomaci ponieśli szkodę, stanowiłoby to pożywkę dla antyrosyjskiej propagandy w UE.
Obrona powietrzna Kijowa jest osłabiona.
Dla Ukrainy rosyjski atak odwetowy – i będzie tak w przypadku kolejnych masowych ataków rosyjskich – był trudny do obrony. Ukraina od dawna narzeka na niedobór pocisków obrony powietrznej, a dostawy z Zachodu praktycznie ustały. Europejczycy w dużej mierze uszczuplili swoje arsenały na rzecz Ukrainy i nie mogą dostarczać kolejnych pocisków bez wsparcia ze strony USA. Jednak ponieważ Stany Zjednoczone zużyły duże ilości pocisków w wojnie irańskiej, w dużej mierze wstrzymały dostawy do Europy, aby uzupełnić własne arsenały.
Zełenski ponownie napisał więc list do rządu USA, domagając się[co za hutzpah! md] większej liczby pocisków, ale według doniesień medialnych list pozostał bez odpowiedzi. NBC News poinformowało między innymi, że USA nie skomentowały listu.
Ostrzeżenia dla Europy
RT-DE podsumował w artykule reakcje rosyjskich ekspertów wojskowych, którzy mówią o zmianie paradygmatu i spodziewają się stopniowego wzrostu intensywności rosyjskich ataków. To reakcja Rosji na ukraińskie ataki terrorystyczne, których celem jest przede wszystkim ludność cywilna, a zarazem ostrzeżenie dla Europy, która, przenosząc ukraińską produkcję dronów do UE, w pierwszej kolejności umożliwiła wzrost liczby ukraińskich ataków terrorystycznych.
Ekspert Dmitrij Susłow, członek Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej, stwierdził na przykład, że Europa służy reżimowi w Kijowie jako zaplecze, a w niektórych przypadkach nawet jako jego kwatera główna. Europa jest przyczyną nasilenia ataków na Rosję, których celem jest między innymi utrudnienie procesu negocjacyjnego, i ponosi główną odpowiedzialność za obecną eskalację. Dodał:
„Eskalacja ze strony Rosji jest ostatecznie ważnym sygnałem dla europejskich elit, które prowadzą wojnę z Rosją za pośrednictwem Ukrainy. Rosja rozpoczyna obecnie systematyczne ataki na Kijów. Kolejnym krokiem eskalacji będą ataki bezpośrednio na cele w krajach UE i NATO”.
Ostatnie ostrzeżenia Rosji?
W czwartek kilku wysoko postawionych rosyjskich urzędników ostrzegło przed rozszerzeniem wojny na Europę.
W ekskluzywnym wywiadzie opublikowanym w środę wieczorem w gazecie „Rossijskaja Gazieta” szef rosyjskiej straży granicznej ostrzegł, że obserwuje się wzmocnienie bezpieczeństwa granic wojskowych w Finlandii, krajach bałtyckich i Polsce. W tych krajach budowane są nowe bazy wojskowe, na szeroką skalę kupowane jest nowoczesne uzbrojenie, a możliwości logistyczne w zakresie transportu żołnierzy i sprzętu do granic Rosji są ulepszane. Zwiększyła się również liczba i zakres manewrów NATO.
Stały Przedstawiciel Rosji przy OBWE, Dmitrij Polanski, oskarżył w czwartek Europę o „szybkie” zmierzanie w kierunku wojny z Rosją. Oskarżył państwa europejskie o przyczynianie się do eskalacji poprzez swoją politykę wobec Ukrainy. Stwierdził, że gdy napięcia te się utrwalą, nie da się ich rozwiązać drogą dyplomatyczną.
Polianski oskarżył również UE o systematyczne podważanie inicjatyw pokojowych. Twierdził, że UE nadal wspiera reżim w Kijowie poprzez masowe dostawy broni, zwiększa swoją obecność wojskową w pobliżu granic Rosji i przygotowuje opinię publiczną na potencjalną konfrontację z Rosją.
Siergiej Szojgu, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Rosji, ostrzegł w czwartek agencję TASS, że Rosja może w każdej chwili rozpocząć atak na Kijów, przed którym ostatnio ostrzegano. Moskwa dysponuje wszelkimi środkami, by przeprowadzić atak na stolicę Ukrainy. Armia rosyjska już pokazała, jak potężny może być taki atak. Ostrzeżenie dla zagranicznych dyplomatów, by opuścili Kijów, jest całkowicie poważne i celowe, podkreślił Szojgu.
Dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego (SWR), Siergiej Naryszkin, stwierdził w przemówieniu wygłoszonym tego samego dnia, że NATO aktywnie i realistycznie przygotowuje się do konfliktu zbrojnego na swoich wschodnich granicach. Według Naryszkina korzystne jest dla UE jak najdłuższe odwlekanie rozwiązania konfliktu między Moskwą a Kijowem, torpedując w ten sposób wszelkie próby pokojowego rozwiązania na drodze dyplomatycznej. Europejczycy chcą zrekompensować swoje straty finansowe poprzez przyszły wyzysk Rosji, wyjaśnił Naryszkin. To kolejny dowód na utrzymującą się w krajach zachodnich mentalność kolonialną. „Degenerująca się europejska klasa rządząca” po prostu nie może się pozbyć tej mentalności.
To tylko wypowiedzi najwyższych rangą rosyjskich urzędników z czwartku; rosnąca armia rosyjskich ekspertów podziela to przekonanie. Ostrzegają oni UE przed konsekwencjami jej polityki i domagają się, aby rosyjski rząd w końcu podjął działania przeciwko tym, którzy przedłużają wojnę na Ukrainie poprzez płatności finansowe i dostawy broni.
To dość istotna zmiana nastrojów w Rosji, zarówno wśród ekspertów, jak i – co rzeczywiście jest nowością – w wypowiedziach wysokich rangą rosyjskich urzędników państwowych.
Tak naprawdę pozostały tylko trzy scenariusze: NATO w końcu zgodzi się na jakąś formę propozycji Rosji; Rosja rozpocznie wojnę prewencyjną przeciwko europejskiemu NATO, zakładając, że USA nie zainterweniują bezpośrednio; albo Rosja pokojowo podporządkuje się Zachodowi.
Niespodziewana rozmowa telefoniczna prezydentów Emmanuela Macrona i Aleksandra Łukaszenki w zeszły weekend nastąpiła po ostrzeżeniu wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrija Miedwiediewa przed zagrożeniem przypominającym to z 1941 roku, jakie stanowi remilitaryzacja Niemiec, oraz o utworzeniu przez Wielką Brytanię wielonarodowej floty w celu powstrzymania Rosji. Te trzy wydarzenia razem zwracają uwagę na to, jak Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy, tradycyjni europejscy rywale Rosji, są teraz tuż za jej progiem. Konsekwencje dla bezpieczeństwa są poważne.
Aby jeszcze bardziej zaniepokoić rosyjskie interesy bezpieczeństwa narodowego, Niemcy niedawno zawarły z Ukrainą umowę o koprodukcji obronnej , rozszerzając tym samym swoją obecność militarną w tym, co Rosja uważa za swoją „strefę wpływów”. W rezultacie Wielka Brytania umacnia swoje wpływy na froncie arktyczno-bałtyckim, Niemcy na bałtyckim (litewskim) i ukraińskim, a Francja jest już zakorzeniona w Polsce, Rumunii i Mołdawii.
Niemcy aspirują do zbudowania największej europejskiej armii NATO, co wymagałoby przejęcia Polski i, z ich perspektywy, podporządkowania jej jako wasala, podczas gdy Francja i Wielka Brytania są mocarstwami nuklearnymi. Zagrożenia, jakie stwarza ich konwergencja militarno-strategiczna tuż za rogiem Rosji, nie można zatem przecenić. Mogłoby to co najmniej ośmielić ich partnerów do agresywnych działań wobec Rosji, niezależnie od tego, jak bardzo by się liczyli z tym, że te wielkie mocarstwa powstrzymają rosyjski odwet.
Byłby to błąd o epickich rozmiarach, ponieważ Rosja nie może pozwolić na taki scenariusz, a tym bardziej stać się „nową normalnością”, gdyż oznaczałoby to jej wykorzystanie jako broni do wymuszania niekończących się ustępstw, które z czasem doprowadziłyby do podporządkowania Rosji i ostatecznie do jej „bałkanizacji”. Innymi słowy, gorąca wojna NATO-Rosja byłaby prawdopodobnie nieunikniona, choć nikt nie może z całą pewnością powiedzieć, czy Stany Zjednoczone pomogłyby swoim europejskim sojusznikom, ani w jakim stopniu, jeśli tak, ani czy wystawiłyby ich na próbę.
Dlatego pilniejsza niż kiedykolwiek jest reforma europejskiej architektury bezpieczeństwa, tak jak Rosja próbowała to zrobić za pomocą środków dyplomatycznych przed operacją specjalną , której niepowodzenie skłoniło Putina do podjęcia działań militarnych. Pozostają tylko trzy scenariusze: NATO w końcu zgadza się na jakąś formę rosyjskich propozycji; Rosja rozpoczyna wojnę prewencyjną przeciwko europejskiemu NATO, zakładając, że USA nie zainterweniują bezpośrednio; albo Rosja pokojowo podporządkowuje się Zachodowi.
Derrick Broze jest niezależnym dziennikarzem, autorem, filmowcem dokumentalnym i aktywistą politycznym mieszkającym w Houston w Teksasie. Znany jest ze swojej pracy, której głównym tematem jest antykorporatyzm, wolności obywatelskie i decentralizacja.
„Bycie świadomym” nic nie znaczy, jeśli nigdy nie zmienisz sposobu, w jaki żyjesz, od kogo jesteś zależny, ani tego, jak bardzo jesteś przygotowany, gdy nadejdzie kolejny kryzys.
Nie potrzebny będzie plecak ucieczkowy. Na co mógłby się przydać? Wyobraźmy sobie nawet najkorzystniejsze warunki. Lato jakiś pobliski las. Jak długo wytrzyma przeciętny człowiek w warunkach oderwanych od cywilizacji? Jak dobrze jest na to przygotowany? Nawet jeśli ma w plecaku środki uzdatniające wodę, to z pożywieniem w dzisiejszym lesie będzie bardzo trudno. Tym bardziej że las zagęści się podobnymi, także głodnymi delikwentami.
Nie twierdzę, że jest to niemożliwe, ale na takie życie trzeba się przygotować zarówno teoretycznie, jak i praktycznie. W młodości zaliczyłem kilka obozów harcerskich, które mile wspominam. Gdybym twierdził, że to wystarczy, by przeżyć samemu w lesie, to bym skłamał. Na obozie w lesie z namiotami była kuchnia, gdzie kucharka gotowała posiłki dla hordy zgłodniałych harcerzy. Było też zorganizowane zaopatrzenie w żywność. Nie, to nie jest żadne przygotowanie do przeżycia w surowych warunkach.
Życie mieszczucha przyzwyczaiło nas do wygody i braku niebezpieczeństw. Ilu z nas potrafi rozróżnić zaskrońca od jadowitej żmii? Szacuję, że jedynie około 5% z nas jest wystarczająco przygotowanych do przetrwania w leśnych warunkach więcej niż tydzień.
Wymieniłem jedynie podstawowe problemy życia w lesie. Co z leśnymi rozbójnikami? Powiecie, że nie ma rozbójników i macie rację. Oni się dopiero pojawią w czasie kryzysu. Trudne czasy tworzą zarówno bohaterów, jak i złoczyńców z dużą przewagą tych drugich. Pozostanie w domu, także może okazać się zgubne – nie ma uniwersalnych recept. Jednak w domu, nawet bez prądu i wody łatwiej przeżyjesz, o ile zawczasu przygotujesz się na ciężkie czasy.
Celem nie jest czekanie na jakiegoś przyszłego politycznego zbawcę ani niekończące się pochłanianie alarmujących nagłówków w internecie. Chodzi o to, by zwykli ludzie stopniowo stawali się trudniejsi do kontrolowania, stając się mniej zależni od globalistów.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Negocjacje między Iranem a USA najwyraźniej osiągnęły punkt, w którym Teheran nie domaga się już tylko ustępstw, ale całkowitej reorganizacji amerykańskiej władzy na Bliskim Wschodzie.
Według doniesień omówionych w rozmowie z Larrym Johnsonem, Iran domaga się trwałego zawieszenia broni, wycofania wojsk amerykańskich z regionu, całkowitego zniesienia sankcji, uwolnienia zamrożonych funduszy, 300 miliardów dolarów odszkodowania za odbudowę oraz kontroli nad Cieśniną Ormuz. Johnson zaznacza jednak, że żądanie 300 miliardów dolarów nie zostało jeszcze oficjalnie potwierdzone.
Kluczowa kwestia: Iran nie zachowuje się jak osłabione państwo proszące o ustępstwa. Teheran negocjuje, jakby miał strategiczną dźwignię. A tą dźwignią jest Ormuz.
Cieśnina Ormuz jako dźwignia
Cieśnina Ormuz to jedno z najbardziej wrażliwych wąskich gardeł energetycznych na świecie. Ktokolwiek ją kontroluje, wpływa na ceny ropy naftowej, przepływy LNG, składki ubezpieczeniowe, łańcuchy dostaw i ostatecznie na globalną gospodarkę.
Johnson wyjaśnił, że Iran jasno określił swoje stanowisko: złagodzić sankcje, uwolnić aktywa, zakończyć wojnę w Strefie Gazy i Libanie – i zaakceptować irańskie roszczenia do wiodącej roli w Ormuzie. Teheran zamierza pobierać tam opłaty, czy to w formie opłat użytkowych, czy podatków środowiskowych.
Nie tylko zwiększyłoby to presję ekonomiczną Iranu, ale także ustanowiłoby strategiczny instrument kontroli nad Zatoką Perską. Dla Waszyngtonu byłby to bezpośredni atak na system porządku, który przez dekady opierał się na amerykańskich lotniskowcach, bazach wojskowych i możliwości nakładania sankcji.
Trump między umową a groźbą
Johnson opisuje Trumpa jako osobę sprzeczną: jednego dnia sygnalizuje gotowość do negocjacji, następnego grozi eskalacją działań zbrojnych. W rozmowie posługuje się analogią do „ludzkiej piłeczki pingpongowej” – rozdartej między porozumieniem, presją ze strony Izraela, krajowymi interesami politycznymi a twardogłowymi politykami w Waszyngtonie.
Johnson uważa za szczególnie uderzające, że Iran nie jest już pod wrażeniem tych gróźb. Teheran określił swoje „czerwone linie” i wydaje się nie chcieć ich porzucić: wzbogacanie uranu, kontrola nad wzbogaconym uranem, władza nad Ormuzem i zniesienie sankcji.
Oto sedno nowej sytuacji: USA nadal stanowią zagrożenie, ale Iran nie wydaje się już wycofującym się przeciwnikiem.
Izrael, Liban i drugi front
Tymczasem sytuacja w Libanie eskaluje. Johnson podkreśla, że Izrael nadal wywiera ogromną presję na południowy Liban. Jednocześnie Hezbollah nie stracił swojego potencjału, a wręcz go rozwinął – szczególnie w zakresie dronów.
To niebezpieczne dla Izraela. Naloty mogą niszczyć budynki, ale nie są w stanie wyeliminować głęboko zakorzenionej, mobilnej i zaprawionej w boju organizacji. Johnson argumentuje, że chociaż Izrael może bombardować, nie gwarantuje to automatycznie kontroli nad terytorium. Im dalej Izrael się posunie, tym większe będą jego straty.
W tej sytuacji każde porozumienie między Waszyngtonem a Teheranem staje się również pytaniem dla Netanjahu: Czy Izrael zaakceptuje nowy porządek regionalny, czy też będzie próbował jeszcze bardziej zaostrzyć sytuację?
Potencjalne wycofanie się Stanów Zjednoczonych z regionu
Szczególnie kontrowersyjna jest ocena Johnsona, że poważna umowa miałaby również widoczne konsekwencje militarne. Jednym z możliwych sygnałów byłoby wycofanie amerykańskich jednostek powietrznych i samolotów wojskowych z regionu. Według doniesień izraelskich, amerykańskie samoloty wojskowe mogłyby zostać przerzucone z Izraela do Europy w ciągu 72 godzin od zawarcia umowy.
Gdyby do tego doszło, byłoby to coś więcej niż tylko relokacja techniczna. Miałoby to wymiar symboliczny: Stany Zjednoczone nie mogłyby już dłużej pełnić funkcji stałego parasola militarnego Izraela i gwarantować Porządku Zatoki Perskiej.
Johnson idzie jeszcze dalej: jeśli rosyjsko-chińska wizja regionu stanie się rzeczywistością, amerykańska obecność wojskowa w regionie Zatoki Perskiej zniknie na dłuższą metę.
Chiny jako zwycięzca nowego porządku
Chiny byłyby jednym z największych zwycięzców. Jeśli Iran będzie potrzebował odbudowy, naprawy infrastruktury, modernizacji portów, budowy elektrowni i zabezpieczenia szlaków transportowych, to, według szacunków Johnsona, chińscy inżynierowie, pracownicy i firmy będą gotowi.
To wpisuje się w logikę Inicjatywy Pasa i Szlaku: Chiny nie muszą dominować, budując bazy wojskowe jak USA. Pekin buduje infrastrukturę, integruje kraje gospodarczo i tworzy zależności poprzez handel, technologię i finansowanie.
Program odbudowy Iranu o wartości 300 miliardów dolarów byłby zatem nie tylko rekompensatą. Stanowiłby potencjalny punkt wyjścia do głębszej integracji Iranu z zdominowanym przez Chiny porządkiem gospodarczym.
Strategiczny upadek USA
Dla Waszyngtonu takie porozumienie oznaczałoby geopolityczny odwrót o historycznych rozmiarach.
Przez dziesięciolecia potęga Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie opierała się na czterech filarach:
Bazy wojskowe w Zatoce Perskiej
Kontrola strategicznych szlaków energetycznych
Sankcje wobec Iranu
Zobowiązania ochronne wobec Izraela i monarchii Zatoki Perskiej
Jeśli Iran zaoferuje teraz jednocześnie złagodzenie sankcji, uwolnienie środków finansowych, pomoc w odbudowie, kontrolę nad cieśniną Ormuz i wycofanie wojsk amerykańskich, to nie chodzi już o normalne porozumienie pokojowe. Chodzi o demontaż istniejącej architektury USA na Bliskim Wschodzie.
Johnson uważa to za przesunięcie tektoniczne: USA tracą siłę odstraszania, Izrael traci bezpieczeństwo strategiczne, Iran zyskuje pole manewru, Chiny zyskują wpływy, a Rosja zyskuje dodatkowy front przeciwko dominacji Zachodu.
Wnioski: Nie porozumienie pokojowe, ale nowy porządek świata na Bliskim Wschodzie
To, o co tu negocjujemy, to coś znacznie więcej niż zawieszenie broni. Chodzi o to, kto będzie w przyszłości ustalał zasady na Bliskim Wschodzie.
Jeśli Iranowi uda się choć częściowo spełnić jego żądania, oznaczałoby to dramatyczną utratę władzy przez Waszyngton. Stany Zjednoczone musiałyby zaakceptować, że ich trwająca od dziesięcioleci strategia sankcji, baz wojskowych i taktyk nacisku osiągnęła swój kres.
Dla Iranu byłoby to historyczne zwycięstwo: sankcje zostały złagodzone, fundusze uwolnione, Hormuz uznany, wojska amerykańskie wycofane, a odbudowa sfinansowana.
Dla Izraela byłby to strategiczny koszmar: wzmocniony Iran, gotowy do walki Hezbollah i Ameryka, która nie będzie już automatycznie reagować na każdą eskalację konfliktu.
Dla Chin i Rosji byłby to kolejny dowód na to, że zdominowany przez Zachód porządek nie jest już niekwestionowany.
Krótko mówiąc: jeśli ta umowa wejdzie w życie, nie tylko zakończy ona eskalację, ale także wyznaczy początek nowego porządku sił na Bliskim Wschodzie.
Jak Chiny i Pakistan mogłyby dostarczyć prawdziwą [wykonalną] ofertę
Autorstwa Pepe Escobara
Prezydent Xi Jinping przyjmuje prezydenta Trumpa w Pekinie. Niecały tydzień później przyjmuje prezydenta Putina: obaj podpisują strategiczną wspólną deklarację, która de facto sygnalizuje restrukturyzację systemu stosunków międzynarodowych. Na początku tego tygodnia prezydent Xi przyjmuje również wysoko postawioną delegację pakistańską, w tym marszałka polowego Asima Munira, głównego mediatora między Iranem a Stanami Zjednoczonymi.
Wszystko to jest ze sobą ściśle powiązane. Poza porozumieniami dotyczącymi Chińsko-Pakistańskiego Korytarza Gospodarczego (CPEC), flagowego projektu Inicjatywy Pasa i Szlaku, oraz nowymi porozumieniami między Islamabadem a Alibabą, kluczowym faktem jest to, że Chiny są cichym gwarantem gorączkowych wysiłków mediacyjnych Pakistanu między Waszyngtonem a Teheranem.
W związku z tym pakistańskie władze musiały udać się do Pekinu, aby szczegółowo wyjaśnić wszystkie zawiłości.
Źródła dyplomatyczne potwierdzają, że po podróży roboczej do Teheranu Asim Munir powtórzył prezydentowi Xi, że z perspektywy Iranu amerykańskie zobowiązania są bezwartościowe. Rzecznik irańskiego MSZ, Esmaeil Baqaei, stale to powtarza.
Jeśli kiedykolwiek dojdzie do podpisania porozumienia – po jakimkolwiek potencjalnym postępie w obecnie zawieszonym Memorandum of Understanding (MoU) – podpis Chin jest absolutnie konieczny. To samo dotyczy Rosji.
Tymczasem w serii „zwrotów akcji” prezydent Trump postawił absurdalne ultimatum kilku państwom islamskim: muszą one jednocześnie podpisać Porozumienia Abrahama, w przeciwnym razie zostaną wykluczone z „jego” porozumienia z Iranem – jakby do niego należało.
Tłumaczenie: Cała wojna z Iranem mogła ostatecznie zostać rozpętana w celu zmuszenia Azji Zachodniej do normalizacji stosunków z Izraelem. Pakistańskie Ministerstwo Obrony już odrzuciło dyktat Trumpa.
Trwające śledztwo dyplomatyczne – od Azji Zachodniej i Południowej po Chiny – ujawniło, że potencjalna umowa między Iranem a Stanami Zjednoczonymi nie jest martwa, wbrew wszelkim oczekiwaniom. Wkracza ona jednak w swoją najdelikatniejszą i najniebezpieczniejszą fazę.
W istocie, dość kompleksowe porozumienie zostało już osiągnięte pomiędzy Iranem, Stanami Zjednoczonymi, Arabią Saudyjską i Katarem (choć niekoniecznie ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi), przy czym Pakistan pełni rolę głównego mediatora, a Chiny zapewniają zdecydowane wsparcie, akceptowane przez wszystkie zaangażowane strony.
Dyplomaci spodziewają się formalnego ogłoszenia już w trakcie obchodów święta Eid, które przypadają w niedzielę 31 maja 2026 r. Obejmowałoby ono następujące elementy: całkowite zawieszenie broni; ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz, którego szczegóły nie zostały jeszcze ustalone; zniesienie opłat drogowych i innych należności w cieśninie (choć Teheran nigdy się na to nie zgodzi); oraz zakończenie blokady morskiej USA.
Dyplomaci spodziewają się kolejnych 30–60 dni intensywnych negocjacji, które powinny doprowadzić do znacznie bardziej kompleksowego, długoterminowego porozumienia – obejmującego zniesienie sankcji, uwolnienie zamrożonych aktywów i ostateczne rozwiązanie kwestii nuklearnej.
Kwestia zaufania
Wszystko to może brzmieć jak pobożne życzenia, ale pochodzi od osób aktywnie zaangażowanych w trwające negocjacje. To praktycy realpolitik, którzy w pełni oczekują, że Izrael i wszystkie frakcje syjonistycznego lobby w Waszyngtonie będą wywierać ogromną presję, aby sabotować i storpedować ten proces. Właśnie to się już dzieje i pokazuje, jak bardzo oś syjonistyczna obawia się nieuchronnej reorganizacji geopolitycznej w Azji Zachodniej.
Ci aktorzy wyjaśnili na przykład, że Pakistan i Chiny – bardzo dyskretnie – stworzyły ramy dyplomatyczne na długo przed tym, jak Trump publicznie przyznał się do negocjacji.
Zwrócili również uwagę, że Arabia Saudyjska i Katar wywierały ogromną presję na Trumpa, by uwolnił się z pułapki eskalacji, podczas gdy amerykańskie media głównego nurtu nadal były zafascynowane scenariuszami bombowymi.
Wszyscy wiemy, że Trump ogłosił „swoją” umowę dopiero po rozmowach z przywódcami Pakistanu, Arabii Saudyjskiej, Kataru, Turcji, Egiptu, Jordanii, Bahrajnu, a nawet niezwykle powściągliwych Zjednoczonych Emiratów Arabskich – de facto sojusznika Izraela: „Ostateczne aspekty i szczegóły umowy są obecnie omawiane i wkrótce zostaną ogłoszone” (Trump on Truth Social, 23 maja).
Po drugiej stronie znajduje się Iran, strategicznie wspierany przez Pakistan, Chiny i Rosję, wolny od teatralnych hollywoodzkich wybuchów – skoncentrowany wyłącznie na konkretnych rezultatach.
Władze Iranu – zwłaszcza najbliższe otoczenie Modżtaby Chameneiego – rzeczywiście dążą do rozwiązania w drodze negocjacji i są nawet gotowe na kompromis, jednak nigdy nie są skłonne do zrzeczenia się swojej suwerenności.
Można było przewidzieć, że główną przeszkodą pozostaje zaufanie: nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby osobiście zaufać Trumpowi, który – mówiąc ostrożnie – uchodzi za impulsywnego, niezrównoważonego i całkowicie niepewnego instytucjonalnie.
Teheran po raz kolejny nie jest zainteresowany zawarciem kolejnego porozumienia na wzór JCPOA, w którym wszystkie obietnice zostaną złamane.
Jeśli chodzi o konkretne rezultaty, to widać pewne poruszenie w sprawie zamrożonych aktywów Iranu. Stanowisko Teheranu jest jasne: bez odpowiednich mechanizmów nie zostanie podpisane żadne Porozumienie o Porozumieniu. W związku z tym w Dosze trwają intensywne rozmowy wielostronne, których celem jest rychłe uwolnienie 12 miliardów dolarów irańskich aktywów.
Saudyjskie przecieki dotyczące potencjalnej umowy – z których żaden nie został w pełni potwierdzony – obejmują zniesienie sankcji wobec irańskiej ropy naftowej oraz zgodę Iranu na niekontynuowanie wzbogacania uranu powyżej 3,67%, co zostało już przewidziane w JCPOA (zniesionym przez Trumpa). Ponadto Teheran zgodziłby się na outsourcing 400 kilogramów swojego obecnego wzbogaconego uranu do poziomu 60% – prawdopodobnie do Chin, Rosji, a nawet Pakistanu – i zachowanie około 10% swoich zapasów bliskiej jakości broni.
Tymczasem Teheran nadal omija amerykańską blokadę i eksportuje dziennie o 100 000 baryłek ropy więcej – głównie do Chin – niż przed wojną. W ciągu zaledwie 72 godzin marynarka wojenna Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) przeprowadziła ponad 100 tankowców przez Cieśninę Ormuz zgodnie z przepisami nowo utworzonego Urzędu Zatoki Perskiej (PGSA). Nikt nie narzeka, a wszyscy płacą opłatę, która może sięgać nawet 2 milionów dolarów za supertankowce. W bitcoinach. Bez petrodolarów.
Azja Zachodnia wkracza w nową erę
Stawka jest nie do przebicia. Ale jeśli obecne ramy przetrwają kilka dni, cała architektura geopolityczna Azji Zachodniej ulegnie całkowitej transformacji. I to nie przez przypadek, ale w pełni zgodnie z priorytetami wspólnej deklaracji rosyjsko-chińskiej.
Przyjrzyjmy się najważniejszym konsekwencjom:
Chiny z pewnością pozycjonują się jako nowy, długoterminowy geoekonomiczny filar Azji Zachodniej.
Pakistan staje się kluczowym mediatorem dyplomatycznym i bezpieczeństwa, aktywnie przyjmując rolę „parasola bezpieczeństwa” – co jest bezpośrednią konsekwencją jego paktu wojskowego z Arabią Saudyjską.
Monarchie Zatoki Perskiej skutecznie osiągają większą niezależność strategiczną od Waszyngtonu.
Iran nie kapituluje, lecz czerpie korzyści ze swojej zdecentralizowanej mozaikowej strategii wojskowej i rekalibracji swojego suwerennego oporu, stając się kluczową potęgą regionalną i jednym z największych mocarstw Eurazji.
Kult śmierci w Azji Zachodniej, opętany ideą ludobójstwa i nieograniczonej ekspansji, traci zdolność do decydowania o dynamice eskalacji.
Wszystko to wyjaśnia, dlaczego w nadchodzących dniach toczyć się będzie bez żadnych zahamowań absolutnie zacięta walka o tę umowę – w każdym najdrobniejszym szczególe.
Pozytywny wstępny wynik sugeruje stopniowe podpisanie porozumienia, które natychmiast wstrzymałoby eskalację, a jednocześnie odłożyło niemal nierozwiązywalne kwestie programu nuklearnego i sankcji na późniejsze negocjacje.
Aby osiągnąć ten Święty Graal, „Porozumienie Islamabad”, Pakistan stoi przed syzyfową pracą.
Islamabad musi bezwzględnie koordynować bezpośrednie powiązania wojskowe i wywiadowcze z irańskimi przywódcami, prowadzić strategiczną współpracę z Chinami – jest to kluczowy cel poniedziałkowej wizyty w Pekinie – w szczególności w zakresie gwarancji, łańcuchów dostaw energii i powojennej architektury; a jednocześnie prowadzić stałe konsultacje z monarchiami Zatoki Perskiej.
Chiny nieuchronnie odniosą największe korzyści z porozumienia w Islamabadzie. Pekin zabezpieczy swoje strategiczne dostawy energii, utrzyma i wzmocni Iran jako ważnego partnera strategicznego oraz ostatecznie ugruntuje swoją pozycję długoterminowego geoekonomicznego centrum potęgi Azji Zachodniej. I to wszystko bez oddania ani jednego strzału.
Trump z kolei przynajmniej znalazłby jakieś wyjście z sytuacji z odrobiną godności – co nieuchronnie sprzeda jako „zwycięstwo”. Jeśli chodzi o wpływy hegemoniczne w Azji Zachodniej, mówimy jednak o głębokiej renegocjacji powojennego porządku świata jednobiegunowego – mówiąc ostrożnie.
Można śmiało powiedzieć, że Iran, Chiny i Pakistan – państwa będące ogniwem łączącym Azję Zachodnią, Południową i Wschodnią – obstawiają, że „Porozumienie z Islamabadu” może stać się rzeczywistością.
Oznaczałoby to w praktyce ostateczne przejście od porządku pozimnowojennego do prawdziwie wielobiegunowej, zorientowanej na Rosję i Chiny architektury geopolitycznej, opartej na „niepodzielności bezpieczeństwa” w całej Azji Zachodniej – z ogromnymi, dalekosiężnymi konsekwencjami dla całej Eurazji.
Nie ma wyścigu z Chinami. Chiny nie są naszym arcywrogiem. Zapomnij o wielobiegunowości. Komunistyczna Partia Chin nie jest komunistyczna. To technokracja – a podobne przyciąga podobne. Trump i arcy-technokraci w Chinach nie są tam po to, by „zdradzić Amerykę”, ale by zintegrować Chiny z globalną technokracją. Otoczyli Chiny. Każda inna narracja rozpada się, gdy tylko otworzysz oczy na technokrację. Wkrótce ukaże się biała księga tego autora. —Patrick Wood, redaktor.
Gdzieś nad Oceanem Spokojnym, na wysokości 35 000 stóp, po cichu zadecydowała się przyszłość globalnego porządku. Na pokładzie Air Force One siedział prezydent Donald Trump z dwoma mężczyznami: Elonem Muskiem i Jensenem Huangiem, prezesem Nvidii. Reszta delegacji – szesnastu najpotężniejszych prezesów amerykańskich firm, reprezentujących wszystkie kluczowe ośrodki nowoczesnej gospodarki technologicznej – podążała za nim prywatnymi odrzutowcami. Ten układ miejsc nie był zgodny z protokołem. To była hierarchia. I mówi wszystko o tym, co naprawdę dzieje się w Pekinie w tym tygodniu.
To nie jest szczyt handlowy. Nie jest to dyplomatyczny restart. Nawet nie są to negocjacje geopolityczne w konwencjonalnym sensie. To, co dzieje się w Pekinie, to formalne połączenie amerykańskiej i chińskiej technokracji w jeden, zintegrowany porządek globalny – a Chiny nie zasiadają przy stole jako równorzędny partner. Zasiadają przy stole, bo czas ucieka, a Trump trzyma rękę na pulsie.
Przyszli kontrolerzy świata
Wśród tytanów i arcy-technokratów tej delegacji znajdują się przedstawiciele bankowości, sztucznej inteligencji, przemysłu układów scalonych i globalnych inwestycji:
Elon Musk (Tesla, SpaceX, xAI) – sztuczna inteligencja, systemy energetyczne i infrastruktura kosmiczna.
Tim Cook (Apple Inc.) – Platformy technologii konsumenckich i globalne łańcuchy dostaw półprzewodników.
Larry Fink (BlackRock) – globalna firma zarządzająca aktywami o wartości ponad 10 bilionów dolarów.
David Solomon (Goldman Sachs) – Bankowość inwestycyjna i przepływy kapitału rządowego.
Stephen Schwarzman (Blackstone) – Private Equity i zarządzanie aktywami alternatywnymi.
Jane Fraser (Citigroup) – globalna bankowość biznesowa i detaliczna.
Kelly Ortberg (Boeing) – Produkcja samolotów i systemy obronne.
Cristiano Amon (Qualcomm) – projektowanie półprzewodników i standardy technologii bezprzewodowej.
Sanjay Mehrotra (Micron Technology) – produkcja układów pamięci.
Michael Miebach (Mastercard) – globalna infrastruktura płatnicza i systemy rozliczeniowe.
Ryan McInerney (Visa) – globalna sieć płatnicza i infrastruktura rozliczeniowa.
Dina Powell McCormick (Meta Platforms) – architektura mediów społecznościowych i komunikacja cyfrowa.
Lawrence Culp Jr. (GE Aerospace) – silniki i awionika obronna.
Jacob Thaysen (Illumina) – Platformy genomiczne i infrastruktura biotechnologiczna.
Jim Anderson (Coherent Corp.) – Fotonika i zaawansowane materiały optyczne.
Brian Sikes (Cargill) – globalne łańcuchy dostaw produktów rolnych.
Chuck Robbins (Cisco) – Sieci korporacyjne i infrastruktura cyberbezpieczeństwa [zaproszony; odwołany ze względu na datę przyznania nagrody].
Jensen Huang (Nvidia) – [niespodzianka ostatniej chwili] – największy na świecie producent układów scalonych AI.
Nigdy w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat tak wpływowa grupa nie przybyła z wizytą państwową do Chin.
Dwie technokracje, jedno zjednoczenie
Od dziesięcioleci dokumentuję technokratyczną transformację Chin. Jeszcze zanim zachodni analitycy na przełomie tysiącleci nazwali Pekin „komunistycznym”, Chiny już zakończyły swoją transformację. Komunistyczna Partia Chin systematycznie zastępowała rewolucyjnych generalistów inżynierami, naukowcami i menedżerami technicznymi na wszystkich szczeblach kierownictwa partii. Magazyn Time zauważył to mimochodem w 2001 roku.
Nazywałem to po swojemu. Technokracja – ta sama doktryna, ta sama filozofia działania, to samo przekonanie, że rząd to problem inżynierii technicznej, który rozwiązują wykwalifikowani eksperci, a nie kwestia polityczna, którą rozstrzygają obywatele.
Szesnastu dyrektorów, którzy przylecieli do Pekinu prywatnymi odrzutowcami, reprezentuje tę samą doktrynę po stronie amerykańskiej. Larry Fink z BlackRock zarządza globalnymi aktywami o wartości ponad 10 bilionów dolarów i zasiada w radzie doradczej Szkoły Ekonomii i Zarządzania Uniwersytetu Tsinghua – instytucji założonej przez chińskiego architekta technokracji, Zhu Rongji, a której honorowym przewodniczącym jest obecnie były wiceprezydent Chin Wang Qishan. Tim Cook przewodniczy tej samej radzie doradczej. David Solomon z Goldman Sachs jest jej członkiem. Podobnie jak Stephen Schwarzman z Blackstone. Mężczyźni ci od lat spotykają się corocznie z chińskimi wicepremierami w Diaoyutai State Guesthouse, doradzając w sprawie chińskiej strategii gospodarczej i nawiązując relacje na najwyższych szczeblach chińskiego aparatu technokratycznego.
Nie polecieli do Pekinu jako obcokrajowcy.
Przylecieli jako koledzy na spotkanie w sprawie fuzji, przygotowywane od 25 lat. To, co jest formalizowane w tym tygodniu, nie jest nową relacją. To instytucjonalna konsolidacja relacji, która istniała już wcześniej, po cichu, w ramach Rady Doradczej Tsinghua, chińskiego oddziału Goldman Sachs, relacji BlackRock z państwowymi funduszami majątkowymi oraz strategicznego dialogu gospodarczego między USA a Chinami od czasów Henry’ego Paulsona – prezesa Goldman Sachs, późniejszego sekretarza skarbu i założyciela Rady Doradczej Tsinghua SEM.
Ideologia prezentowana na flagach na zewnątrz sali konferencyjnej nie ma nic wspólnego z tym, co dzieje się w środku. To nie jest walka kapitalizmu z komunizmem. To spotkanie klasy menedżerskiej ze swoim własnym odbiciem.
Uniwersytet Tsinghua: chiński odpowiednik MIT
Założony w Pekinie w 1911 roku, Uniwersytet Tsinghua jest wiodącą chińską uczelnią naukowo-techniczną i inżynieryjną. Nieustannie plasuje się w czołówce najlepszych uniwersytetów w Azji i w pierwszej piętnastce na świecie. Jego absolwenci dominują w chińskim kierownictwie technokratycznym na szczeblu korporacyjnym, rządowym i wojskowym.
Uniwersytet Tsinghua ma radę doradczą – i zasiada w niej nie mniej niż sześciu członków delegacji Trumpa:
Larry Fink – dyrektor generalny BlackRock.
Jane Fraser – dyrektor generalny Citi.
Tim Cook – prezes Apple i obecny przewodniczący Rady Doradczej Tsinghua SEM – zajmuje najwyższą pozycję w radzie. W ramach tej funkcji spotkał się z wicepremierem He Lifengiem w Diaoyutai State Guesthouse w październiku 2025 roku.
David Solomon – dyrektor generalny Goldman Sachs.
Stephen Schwarzman – założyciel Blackstone. Sfinansował również program stypendialny Schwarzmana na Uniwersytecie Tsinghua – stypendium Rhodesa wzorowane na chińskim systemie kształcenia przyszłych globalnych liderów.
Elon Musk został powołany do Rady Doradczej Tsinghua w 2015 roku i piastował to stanowisko przez kilka lat.
Kiedy w 2000 r. powołano radę doradczą, jej pierwszym przewodniczącym został Henry Paulson: dyrektor generalny Goldman Sachs, późniejszy sekretarz skarbu USA, twórca strategicznego dialogu gospodarczego między USA i Chinami oraz człowiek, który odbył ponad siedemdziesiąt podróży do Chin, zanim objął urząd w tym kraju.
Architektura dominacji
Centralnym punktem instytucjonalnym tego szczytu jest planowana Rada Handlu i Rada Inwestycji – dwa dwustronne organy mające na celu regulację handlu i przepływów kapitału między USA a Chinami poza istniejącymi ramami WTO. Ich pomysłodawcami byli Sekretarz Skarbu Scott Bessent i Przedstawiciel ds. Handlu Jamieson Greer.
Żadna z tych organizacji nie wyznaczyła członków. Żadna nie ma regulaminu. To koncepcje przedstawiane jako fakty dokonane, przeznaczone do późniejszej sformalizowania – właśnie tak powstaje architektura technokratyczna. Najpierw powstaje struktura. Debata demokratyczna nigdy się nie odbywa.
Te dwa ciała nie istnieją samodzielnie. Uzupełniają trylogię.
Pierwszą z nich jest Rada Pokoju Trumpa – powołana rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ w listopadzie 2025 roku, rzekomo w celu zarządzania odbudową Gazy, ale z tak szerokim mandatem, że krytycy określają ją jako swego rodzaju „płać, aby grać” (pay-to-play) alternatywę dla Rady Bezpieczeństwa ONZ. Trump sprawuje stałe przewodnictwo. Członkostwo kosztuje miliard dolarów. Trzy rady. Trzy suwerenne domeny – konfliktów, handlu i kapitału. Żadna z nich nie jest rozliczana przed wyborcami. Wszystkie zostały zaprojektowane tak, aby przetrwać niezależnie od tego, którzy politycy są u władzy.
Termin „zarząd” nie jest przypadkowy. To język ładu korporacyjnego stosowany do funkcji rządowych. Na waszych oczach kształtuje się architektura porządku świata po ONZ i WTO – zarząd po zarządzie – a Chinom oferuje się miejsce: na amerykańskich warunkach albo wcale.
Pięć murów otaczających Pekin
Chiny nie przybyły na ten szczyt z pozycji siły. Przybyły, ponieważ wokół kraju równolegle budowane są pięć murów, a ich szansa na negocjacje się zamyka. Trump o tym wie – i każdy obserwator to widzi.
Izolacja technologiczna. Pax Silica – uruchomiony przez administrację Trumpa w grudniu 2025 roku – to koalicja sojuszniczych państw zaangażowanych w amerykańską infrastrukturę sztucznej inteligencji i dążących do wykluczenia chińskiej technologii ze swojej architektury cyfrowej. Do koalicji przystąpiły Australia, Indie, Japonia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Korea Południowa, Singapur i Wielka Brytania. Każde państwo, które dołączy do amerykańskiego stosu, zostanie trwale utracone przez Chiny. Koszty przejścia sprawiają, że wycofanie się jest praktycznie niemożliwe. Pax Silica nie jest programem technologicznym. To droga jednokierunkowa, która szybko zacieśnia się wokół Chin.
Fizyczne korytarze obejściowe. Korytarz Gospodarczy Indie-Bliski Wschód-Europa (IMEC) prowadzi handel z indyjskich portów przez Zatokę Perską, przez Izrael, do Europy Południowej – omijając w ten sposób każdy węzeł Pasa i Szlaku, który Chiny budowały przez dekadę. Wojna iracko-irańska uniemożliwiła Iranowi wykorzystanie go jako korytarza BRI. Umowa handlowa między UE a Indiami dodatkowo przyspieszyła rozwój IMEC. Najważniejszy chiński projekt infrastrukturalny ostatniej dekady jest systematycznie omijany.
Zbuntowani sojusznicy. Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar – najważniejsi partnerzy Chin w Zatoce Perskiej, kluczowe centra finansowe BRI i najwięksi odbiorcy irańskiej ropy – są obecnie sygnatariuszami Pax Silica, stałymi członkami Rady Pokoju i punktami tranzytowymi IMEC. Są one integrowane z amerykańską architekturą kawałek po kawałku – bez jednego wystrzału.
Uduszenie energetyczne. Trump jednocześnie odciął trzy kluczowe, przecenione źródła dostaw ropy naftowej do Chin. Interwencja wojskowa USA w Wenezueli ograniczyła dostawy ropy o 778 000 baryłek dziennie, które Chiny pozyskiwały po znacznych obniżkach. Wojna z Iranem zakłóciła transport 3,4 miliona baryłek dziennie przez Cieśninę Ormuz, w tym 1,38 miliona baryłek irańskiej ropy naftowej przeznaczonej dla Chin – co dało Pekinowi roczną sytratę cenową w wysokości od 12 do 15 miliardów dolarów. Wydalenie chińskich operatorów z obu końców Kanału Panamskiego i przejęcie infrastruktury portowej przez BlackRock dodatkowo zamknęły kluczowy korytarz logistyczny. 109-dniowe strategiczne rezerwy ropy naftowej Chin stanowią bufor, a nie rozwiązanie. Z każdym dniem przewaga konkurencyjna Pekinu maleje.
Luka w doświadczeniu bojowym. Pomimo całej wojskowej retoryki, Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie stoczyła żadnej większej wojny od 1979 roku. Wielu doświadczonych dowódców zostało odwołanych – obecnie obsadzonych jest tylko 21 procent kluczowych stanowisk. Jednocześnie Stany Zjednoczone prowadziły równoległe operacje wojskowe w Iranie, Jemenie i Wenezueli, testując systemy uzbrojenia, logistykę i struktury dowodzenia w rzeczywistych warunkach bojowych. Chiny obserwowały sytuację z boku. Wszelkie naciski wywierane przez Trumpa – w Wenezueli, Panamie czy Ormuz – były stosowane na obszarach, gdzie Chiny nie dysponowały wiarygodną odpowiedzią militarną.
Mężczyzna w samolocie
Następnie Trump zadzwonił do Jensena Huanga.
Huang pierwotnie nie znajdował się na liście delegacji. Jego nieobecność była celowa – jego obecność w Pekinie wywołałaby niewygodne pytania dotyczące chińskiego rynku Nvidii o wartości 50 miliardów dolarów oraz układów scalonych H200 AI, których sprzedaż rząd wcześniej ograniczył.
Trump osobiście uchylił decyzję, zadzwonił do Huanga i nakazał mu polecieć na Alaskę i wejść na pokład Air Force One. Chińscy radykałowie w Kongresie jasno dali do zrozumienia: pozwolenie firmie Nvidia na sprzedaż zaawansowanych chipów Pekinowi oznaczało zgodę Komunistycznej Partii Chin na militaryzację amerykańskiej technologii. Trump i tak zabrał Huanga ze sobą.
I właśnie to zdradza układ miejsc na pokładzie Air Force One w kontekście tego szczytu. Człowiek kontrolujący xAI – warstwę programową amerykańskiej sztucznej inteligencji – i człowiek kontrolujący Nvidię – warstwę chipów, na których działa cała sztuczna inteligencja – siedzą sam na sam z prezydentem Stanów Zjednoczonych, aby negocjować warunki amerykańskiej dominacji w dziedzinie sztucznej inteligencji z chińskim państwem technokratycznym. Pozostałych szesnastu dyrektorów lata prywatnymi odrzutowcami. Dwaj mężczyźni, których firmy stanowią niezastąpione jądro infrastruktury technologicznej mającej chronić Pax Silica, siedzą w sali, w której zapadają decyzje.
Obecność Huanga sygnalizuje, że dostęp do układów AI jest częścią negocjacji. Najbardziej ograniczona technologia w relacjach amerykańsko-chińskich – a dokładnie ta, która ma powstrzymać Pax Silica przed wejściem do Chin – trafia do stołu negocjacyjnego na zaproszenie samego prezydenta, wbrew oporowi Kongresu. To nie przypadek. To władza przekuwana w interesy – wysoko ponad Pacyfikiem.
Ostatnia szansa Chin na miejsce przy stole negocjacyjnym
Xi Jinping jest wystarczająco inteligentny, by to wszystko dostrzec. Rozumie, że Pax Silica wyrywa mu cyfrową przyszłość, kraj po kraju. Rozumie, że IMEC odwraca przepływy handlowe, które miały zdominować chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku. Rozumie, że jego sojusznicy z Zatoki Perskiej – których przez dwie dekady zabiegał o projekty infrastrukturalne i tanie towary przemysłowe – są instytucjonalnie włączani do amerykańskiego porządku.
Rozumie, że choć chińska kontrola nad pierwiastkami ziem rzadkich jest realna, to jej termin ważności upływa wraz z finansowaniem przez Pax Silica alternatywnych centrów przetwarzania w krajach sojuszniczych. Rozumie też, że pomimo imponującego sprzętu, chińska armia nie stoczyła prawdziwej wojny od 1979 roku i nie jest w stanie zagrozić amerykańskiej projekcji siły w obecnych strefach konfliktów.
Rada Handlu i Rada Inwestycji to wyjście awaryjne. Określają one warunki, na jakich Chiny będą mogły uczestniczyć w handlu dwustronnym w przyszłości – na amerykańskich warunkach, w ramach amerykańskich ram i pod nadzorem technokratycznych organów, które przetrwają cykle wyborów politycznych. Ceną za ten udział jest akceptacja ram. Alternatywą jest obserwowanie, jak te ramy są tworzone, aż drzwi w końcu się zamkną.
Porozumienia Abrahama, podpisane w 2020 roku pod przewodnictwem Jareda Kushnera, ustanowiły pewien schemat na Bliskim Wschodzie: normalizacja gospodarcza poprzedza i ostatecznie zastępuje rozwiązania polityczne. Tajwan jest palestyńską kwestią Pacyfiku – nierozwiązanym rdzeniem politycznym, który Rada Handlu instytucjonalnie chroni, tak jak Porozumienia Abrahama chroniły palestyńską państwowość. Handel jest nieustalony. Kwestia polityczna staje się niewygodna ekonomicznie. Architektura przetrwa polityków, którzy ją zbudowali.
Jest to ostatnia realna szansa Chin na wynegocjowanie swojej pozycji w ramach rodzącego się globalnego porządku technokratycznego, zamiast pozwolić, by on zarządzał nim z zewnątrz.
Za pięć lat, gdy w państwach sojuszniczych będzie się odbywać przetwarzanie pierwiastków ziem rzadkich, gdy IMEC będzie transportować towary z Bombaju do Mediolanu, gdy wszystkie państwa Zatoki Perskiej powiążą swoją infrastrukturę cyfrową z amerykańskim stosem, a Rada Handlu i Rada Inwestycji będą jedynymi legalnymi kanałami handlu między USA a Chinami, warunki będą w całości dyktowane przez stronę, która zbudowała tę architekturę. Miejsce oferowane Chinom w Pekinie w tym tygodniu nigdy więcej nie zostanie przyznane na takich warunkach.
Różne opakowania, ten sam producent
Komisja Trójstronna poświęciła trzydzieści lat na budowę architektury WTO – wielostronnego systemu zarządzanego handlu międzynarodowego, który dominował w handlu światowym od 1995 roku do wojny celnej Trumpa. Potwierdzeni członkowie Komisji Trójstronnej pełnili funkcję Przedstawiciela Handlowego USA w kluczowych latach: Charlene Barshefsky wynegocjowała przystąpienie Chin do WTO w 2001 roku; Susan Schwab przedłużyła system do 2009 roku. Henry Paulson – prezes Goldman Sachs, sekretarz skarbu i przewodniczący-założyciel Rady Doradczej Tsinghua SEM – ustanowił Strategiczny Dialog Gospodarczy USA-Chiny jako nadrzędne ramy dyplomatyczne.
Lighthizer i Greer rozwalili ten system na kawałki. Ale teraz, w Pekinie, Larry Fink – potwierdzony członek Komisji Trójstronnej, prezes BlackRock, współprzewodniczący WEF, dyrektor CFR i członek rady doradczej Tsinghua SEM – i inni są gotowi zbudować następcę. Opakowanie się zmieniło. Architekci nie.
Doktryna ta rozprzestrzenia się za pośrednictwem instytucji, a nie list członkowskich. Doktryna, że handel globalny musi być kontrolowany przez organy technokratyczne, chronione przed demokratycznym udziałem, jest taka sama w modelu WTO, jak i w modelu Izby Handlu. Wielostronna struktura została zastąpiona dwustronną. Treść technokratyczna pozostaje ta sama.
To, co powstaje w tym tygodniu w Pekinie, nie jest ani umową handlową, ani ożywieniem dyplomacji, ani zbliżeniem geopolitycznym.
To fundamentalna architektura postdemokratycznego porządku świata – otwarcie wzniesiona przez dwa zbieżne systemy technokratyczne pod pretekstem wizyty państwowej. Rada Handlu, Rada Inwestycji i Rada Pokoju to instytucje tego porządku. Musk, Huang, Fink, Cook, Solomon i Schwarzman są jego architektami. Trump jest technokratą naczelnym.
A Xi Jinping ostatecznie wybierze technokrację – pomimo dziesięcioleci retoryki o wielobiegunowości.
„Będziemy wiedzieć, że nasz program dezinformacyjny został ukończony, gdy wszystko, w co wierzy amerykańska opinia publiczna, okaże się kłamstwem”.
– były dyrektor CIA William Casey
Jeśli od jakiegoś czasu obracasz się w kręgach teorii spiskowych, z pewnością słyszałeś ten niesławny cytat byłego dyrektora CIA/nieoskarżonego współspiskowca Iran-Contras/Rycerza Malty/członka Le Cercle, Williama Caseya. I w przeciwieństwie do wszystkich innych cytatów, które stały się viralem w internecie i rzekomo zawierają sensacyjne wyznanie spiskowca, ten może być prawdziwy!
Tak przynajmniej twierdzi Barbara Honegger. Zapytana przez internetowego detektywa o pochodzenie cytatu, była pracownica kampanii Reagana i analityczka polityczna potwierdziła, że słyszała, jak Casey wypowiadał te słowa na spotkaniu w Białym Domu w 1981 roku.
Osobiście byłem źródłem tego cytatu Williama Caseya. Wypowiedział go na spotkaniu na początku lutego 1981 roku w Sali Roosevelta w Zachodnim Skrzydle Białego Domu, w którym uczestniczyłem. Natychmiast opowiedziałem o tym mojej bliskiej przyjaciółce i mentorce politycznej/starszej korespondentce Białego Domu, Sarah McClendon, która następnie upubliczniła go, nie podając źródła.
No i proszę. Według naocznego świadka, jeden z tajemniczych spiskowców po prostu stwierdził oczywistą prawdę: CIA nie tylko chce ogłupić amerykańską opinię publiczną, ale celowo chce ją oszukać do tego stopnia, że będzie się mylić dosłownie we wszystkim, w co wierzy. Cóż za zdumiewające wyznanie!
Ale czy kiedykolwiek zastanowiłeś się nad tym, co ten cytat naprawdę oznacza? I czy kiedykolwiek pomyślałeś, że ci, którzy jako pierwsi rzucają tym cytatem w swoich ideologicznych przeciwników, mogą być w rzeczywistości największymi ofiarami tej kampanii dezinformacyjnej?
Cóż, ja osobiście zatrzymałem się, żeby się nad tym zastanowić! I wnioski, do których doszedłem, was zaskoczą.
Myślisz, że dasz radę znieść prawdę? Czytaj dalej, żeby się dowiedzieć!
WSZYSTKO W CO WIERZYSZ JEST ZŁE
Prawdopodobnie nie muszę się wysilać, żeby przekonać moich stałych czytelników, że wszystko, w co wierzy dziś amerykańska opinia publiczna, jest błędne. Ale jeśli mi nie wierzycie, rozejrzyjcie się dookoła.
Czy to nie są ci sami ludzie, którzy dwie dekady temu ostro krytykowali przemysł farmaceutyczny, a potem zaczęli wychwalać firmę Pfizer, gdy poplecznicy głównego nurtu mediów powiedzieli im, żeby zaszczepili się na COVID-19?
Oczywiście, że tak!
Czyż ci sami ludzie, którzy potępiali cenzurę państwową, gdy była prowadzona przez Scary Poppins i skierowana przeciwko zwolennikom Trumpa, nie są teraz tymi samymi ludźmi, którzy wiwatują na cenzurę państwową, gdy prowadzi ją Trump i skierowana jest przeciwko propalestyńskim protestującym na kampusach uniwersyteckich i lewicowym gospodarzom talk-show?
Wiesz o tym!
A czy ci sami ludzie, dla których noszenie maseczki było centralnym elementem tożsamości w czasie „oszustwa pandemii”, nie zdjęli po prostu maseczki i nie wywiesili ukraińskiej flagi, gdy tylko porzucono narrację o Covidzie?
Możesz w to uwierzyć, kolego!
A czyż ci sami ludzie, którzy głosowali na Trumpa, bo obiecał osuszyć bagno, ujawnić akta Epsteina i uchronić Amerykę przed niepotrzebnymi wojnami na Bliskim Wschodzie, nie są teraz tymi samymi ludźmi, którzy bronią Trumpa za zasypanie bagna, zatuszowanie akt Epsteina i wciągnięcie Ameryki w kolejną niepotrzebną wojnę na Bliskim Wschodzie?
Czy w ogóle trzeba zadawać to pytanie?
Właściwie nie trzeba szukać daleko, żeby znaleźć przykłady na to, jak Joe Q. Normie i Jane Q. Soccermom (nacisk na „Q”) dają się nabrać na każdą bzdurę, jaką serwuje nam telewizyjna prasa.
Żeby było jasne: to nie jest zjawisko wyłącznie amerykańskie. William Casey mógł celowo wprowadzić w błąd amerykańską opinię publiczną podczas spotkania w Białym Domu w 1981 roku, ale to tylko dlatego, że powszechnie przyjmuje się, że oszukiwanie reszty świata jest istotną częścią misji CIA. Casey powiedział jedynie, że kampania dezinformacyjna agencji nie będzie kompletna, dopóki amerykańska opinia publiczna nie zostanie oszukana tak samo jak wszyscy inni na świecie. I uwierzcie mi, Kanadyjczykowi mieszkającemu w Japonii, który mieszkał w Irlandii i dużo podróżował po Europie i Azji: ludzie na całym świecie są wprowadzani w błąd tak samo jak Amerykanie.
No cóż, to dopiero! Ktoś powinien zadzwonić do fotografów i przygotować kombinezon lotniczy George’a Busha. Czas na zdjęcie z napisem „Misja wykonana”!
…ale chwila. Zaczekaj chwilę. Jesteś członkiem społeczeństwa, prawda? I nie jesteś jednym z tych, którzy dali się nabrać na kampanię dezinformacyjną CIA, prawda?
Nie jestem częścią amerykańskiej opinii publicznej, ale jestem częścią globalnej opinii publicznej, która, jak już ustaliliśmy, była niewypowiedzianym celem kampanii Caseya. I z pewnością nie jestem jedną z ofiar kampanii dezinformacyjnej CIA, prawda?
Przecież nie wszystko w co wierzymy jest złe… prawda?
MYŚLISZ, ŻE WSZYSTKO JEST ZŁE
Tak, my, tu, w krainie teorii spiskowych, uważamy się za garstkę wybrańców, którym jakimś cudem udało się przejrzeć kampanie dezinformacyjne CIA. Ale czy kiedykolwiek zastanawialiście się, że rosnąca świadomość społeczna kampanii dezinformacyjnych i brudnych sztuczek CIA może sama w sobie być wykorzystana do napędzania kolejnych kampanii dezinformacyjnych?
Przyjrzyjmy się fascynującemu studium przypadku, które właśnie się pojawiło: narastającemu sprzeciwowi wobec centrów danych AI. Widzowie programu „The Corbett Report” wiedzą, że narasta ruch sprzeciwu wobec budowy tych pochłaniających wodę i energię, a umożliwiających inwigilację potworów – i nie bez powodu. Centra danych niszczą lokalne środowisko, podnosząc koszty użytkowania dla mieszkańców, którzy i tak ledwo wiążą koniec z końcem, pomagają gigantom Big Tech stać się jeszcze bogatszymi, budując sieć inwigilacji „Wielkiego Brata” dla Państwa Głębokiego, a także ułatwiają zastępowanie stanowisk pracy technologiami AI.
Biorąc pod uwagę wszystkie te niezaprzeczalne fakty, z pewnością każdy może sympatyzować z ruchem przeciwko centrom danych, prawda? Młodzi/starzy, robotnicy/pracownicy umysłowi, liberałowie/konserwatyści – jak jedna z typowych taktyk „dziel i rządź” mogłaby zadziałać, by skłonić ludzi do odwrócenia się od protestujących przeciwko centrom danych?
…A potem nasi przyjaciele z głównego nurtu mediów przychodzą z nowym, szokującym odkryciem: „Finansowana przez Sorosa firma Indivisible atakuje centra danych w Temple w Teksasie”.
Zgadza się, czołowi reporterzy „The Dallas Express” odkryli skandal stulecia! Okazuje się, że ogólnokrajowa grupa, która kiedyś otrzymywała finansowanie od Sorosa, ma lokalny oddział w Temple w Teksasie, który kiedyś poparł pojedynczy „ protest i petycję ” przed ratuszem Temple, protestując przeciwko lokalnemu centrum danych. Wiecie więc, co to oznacza: sprzeciw wobec centrów danych jest całkowicie fałszywy! To część tej samej armii astroturfowej Sorosa, która odpowiada za każdy protest, jaki kiedykolwiek miał miejsce w Ameryce! Sprawa zamknięta!
…A przynajmniej taki wniosek sugeruje raport, który przenika świat teorii spiskowych, gdy „godne zaufania” „alternatywne” źródło informacji, ZeroHedge, podchwytuje tę historię i kontynuuje ją. Jak zauważył jeden z bystrych komentatorów ZeroHedge:
ZeroHedge naprawdę ujawnia swoje prawdziwe oblicze, przedstawiając opór wobec centrów danych jako rodzaj ideologii luddyzmu. Warto zauważyć, że artykuł nie łączy bezpośrednio Sorosa z tym oporem, a jedynie wskazuje na udział w nim jednej organizacji opozycyjnej, finansowanej przez niego. Kto czytając to, może faktycznie twierdzić, że te centra poprawią nasze życie? Kto ma nadwyżki wody i prądu?
Albo, cytując innego komentatora: „Wyobrażam sobie burzę mózgów na ZH: Jaki nagłówek możemy wymyślić, aby przekonać naszych czytelników o zaletach centrów danych?”
Ale tak to już jest w świecie, w którym ludzie przejrzeli kampanię dezinformacyjną CIA. Gdy już wszyscy zidentyfikujemy złoczyńcę, można go wykorzystać do zastraszenia dysydentów i voilà: problem rozwiązany!
Więc jeśli masy są o krok od rozpoczęcia dżihadu butlerowskiego, wystarczy wysłać Kevina O’Leary’ego, żeby argumentował, że wszelki opór przeciwko wielkim technologiom jest finansowany przez Chińczyków . A jeśli to nie zadziała – co oczywiście nie zadziała – po prostu powiedzcie ludziom, że Soros finansuje ten opór.
Szach-mat, teoretycy spiskowi! Teraz musicie wesprzeć centra danych. Przecież nie jesteście w drużynie Sorosa, prawda?!
Ale czekaj, będzie jeszcze gorzej! Tak, teoretycy spiskowi, którzy nie czytają dalej niż nagłówki, mogą dać się zmanipulować sztuczką „finansowania Sorosa” lub podobnymi zwodniczymi manewrami. Ale co, gdyby udało się skłonić byłych krytycznych myślicieli ze społeczności spiskowej do całkowitego odrzucenia wszelkich informacji na dany temat? Czyż nie byłby to szczytowy trik poznawczy?
No cóż, zgadnij co…
ŚWIAT POSTPRAWDY
Zatrzymaj mnie, jeśli już to słyszałeś: żyjemy w świecie postprawdy.
Oczywiście, słyszeliście już to wyrażenie. Od pierwszej inauguracji Trumpa w 2017 roku ukazały się niezliczone analizy, felietony, komentarze, a nawet artykuły naukowe, zmagające się z naturą naszej „ery postprawdy”. Te lamentujące jeremiady globalistycznych propagandystów i kolesi z establishmentu ostrzegają nas, że Trump spycha członków swojego kultu MAGA w epistemologiczną przepaść i że wkraczamy w świat, w którym „obiektywne fakty liczą się mniej niż osobiste odczucia i ideologiczna lojalność”.
Prawda jest taka, że od bardzo dawna żyjemy w tej „post-faktycznej” rzeczywistości .
Właśnie taką rzeczywistość opisał Orwell w „Retrospektywnym spojrzeniu na hiszpańską wojnę domową”, swoich wspomnieniach z 1943 roku, opisujących jego walkę po stronie republikanów w hiszpańskiej wojnie domowej. W tekście tym autor opowiada nie tylko o swoich doświadczeniach bojowych, ale także o tym, jak wojna była przeinaczana w gazetach w kraju.
Już na początku życia zauważyłem, że żadne wydarzenie nie jest dokładnie relacjonowane w gazecie, ale w Hiszpanii po raz pierwszy zobaczyłem relacje prasowe, które nie miały żadnego związku z faktami, nawet tego sugerowanego przez zwykłe kłamstwo. Widziałem doniesienia o wielkich bitwach, w których nie doszło do żadnej walki, i absolutną ciszę, w której zginęły setki ludzi. Widziałem żołnierzy, którzy walczyli dzielnie, potępianych jako tchórze i zdrajcy, a innych, którzy nigdy nie oddali strzału, czczonych jako bohaterów wyimaginowanych zwycięstw. Widziałem, jak londyńskie gazety rozpowszechniają te kłamstwa, a gorliwi intelektualiści wznoszą emocjonalne nadbudowy nad wydarzeniami, które nigdy nie miały miejsca. W rzeczywistości widziałem historię pisaną nie według tego, co się wydarzyło, ale według tego, co powinno się wydarzyć według różnych „linii partyjnych”.
To, że gazety kłamią o wydarzeniach, aby stworzyć narrację zgodną z ich poglądami politycznymi, niestety nie jest szokujące. Zszokowało jednak Orwella – i powinno zszokować nas – to, że opinia publiczna nie tylko wiedziała, że jest okłamywana, ale wręcz to akceptowała. Wręcz przeciwnie, ostrzegał, że przekonanie opinii publicznej, iż wszelkie doniesienia są propagandą, jest jeszcze bardziej niebezpieczne niż sama propaganda.
Tego rodzaju rzeczy mnie przerażają, ponieważ często sprawiają, że czuję, że koncepcja obiektywnej prawdy znika ze świata. […] Wiem, że modne jest twierdzenie, że większość udokumentowanej historii i tak składa się z kłamstw. Jestem skłonny uwierzyć, że historia jest w dużej mierze niedokładna i stronnicza, ale cechą charakterystyczną naszych czasów jest porzucenie idei, że historię można napisać zgodnie z prawdą.
To właśnie ta obserwacja – obserwacja, że społeczeństwo tak bardzo przyzwyczaiło się do kłamstw, że przestało wierzyć w samą prawdę – ukształtowała późniejszą konstrukcję państwa policyjnego Orwella w „ Roku 1984” , a w konsekwencji naszą wizję totalitarnego reżimu. Misja Wielkiego Brata nie została wypełniona, dopóki Winston nie uwierzył , że dwa plus dwa równa się pięć, czy cokolwiek innego partia mu wmówiła.
Nietrudno dostrzec paralele do naszych czasów. Jak często słyszeliśmy w społeczności zwolenników teorii spiskowych i poszukiwania rzeczywistości, że „wszystko, co nam powiedziano, jest kłamstwem”? Czy dotyczy to również samej obserwacji – że „wszystko, co nam powiedziano, jest kłamstwem” – czy też ta obserwacja jest wyłączona z tego dictum? W rzeczywistości, krótka chwila refleksji ujawnia, że destrukcyjny cynizm refrenu „wszystko jest kłamstwem” grozi nawet zniszczeniem samego refrenu.
Te rozważania nie są jedynie ćwiczeniem filozoficznym. Jeśli pozwolimy sobie na oderwanie się od prawdy, skończymy jako rozbita, apatyczna i niezdolna do działania grupa, całkowicie niezdolna do przeciwstawienia się spiskowcom i ich machinacjom.
CZY CIA WYGRAŁA?
Nic nie jest bardziej szkodliwe dla świadomego, zmotywowanego i zorganizowanego oporu niż społeczeństwo, które przestało wierzyć w prawdę.
Co może być bardziej sprzeczne z badaniami, studiami i dochodzeniami niż toksyczne wzruszenie ramion cynicznego zaprzeczenia?
Po co tracić czas na studiowanie wojny w Iranie? Nie ma broni jądrowej!
Po co tracić czas na badanie broni biologicznej? Wirusy nawet nie istnieją!
Po co marnować czas na zgłębianie tajnego programu kosmicznego? Kosmos nie istnieje (a Ziemia jest płaska, ty ignorancie, obieżyświatze!).
Po co tracić czas na martwienie się 11 września, zamachem bombowym na maratonie w Bostonie czy jakimkolwiek innym incydentem w wojnie z terroryzmem? To wszystko hologramy i aktorzy inscenizujący kryzysy!
Widzisz, nie chodzi tylko o to, że wszystko, w co wierzysz, jest fałszywe. Chodzi o to, że jeśli dasz się nabrać na kampanię dezinformacyjną Caseya, uwierzysz, że wszystko jest fałszywe! Nie ma ani jednego wydarzenia w wiadomościach ani przełomowego wydarzenia, którego nie dałoby się zignorować hasłami współczesnych teoretyków spiskowych: „To nie istnieje!”, „To się nigdy nie wydarzyło!” albo „To wszystko jest fałszywe!”.
Nie potrzeba żadnego śledztwa. Nie trzeba przyjmować żadnych informacji. Nie potrzeba żadnego wysiłku. Tylko protekcjonalne machnięcie ręką, podczas gdy spiskowcy forsują swoje plany.
A jeśli naprawdę wierzymy, że „wszystko, co nam powiedziano, jest kłamstwem” – innymi słowy, jeśli nie mamy żadnego fundamentu prawdy, na którym moglibyśmy się oprzeć, poza naszymi własnymi uczuciami i intuicją – to jaki jest sens budowania wspólnoty? Jaki jest sens podejmowania działań przeciwko przestępcom? Jaki jest pożytek ze znalezienia wspólnego gruntu z osobami o podobnych poglądach i zawiązania sojuszy, aby poprawić nasze życie?
Wreszcie, twój sąsiad, który nie wierzy w 99,99% rzeczy, w które ty nie wierzysz, prawdopodobnie potajemnie w coś wierzy. Może jest płaskoziemcą ( ups !)! A może * powie, że to nieprawda! * wierzy, że wirusy są najlepszym wytłumaczeniem rozprzestrzeniania się przeziębienia w społeczności, którego wszyscy doświadczyliśmy dziesiątki razy w życiu. A może * na litość boską! * wierzy, że broń jądrowa naprawdę istnieje i że warto uniknąć nuklearnego holokaustu!
Każdy, kto kiedykolwiek poświęcił czas na dyskusję na te tematy na forach internetowych, doskonale wie, że ludzie wolą kłócić się z sąsiadami niż współpracować z nimi w celu tworzenia równoległych struktur i ograniczania kontroli spiskowców.
W świetle powyższego, wypowiedź Caseya można przeformułować w następujący sposób: „Będziemy wiedzieć, że kampania dezinformacyjna CIA dobiegła końca, gdy ludzie na świecie przestaną wierzyć w cokolwiek”.
Gdyby tak było, jakie dictum moglibyśmy sformułować, aby temu przeciwdziałać? Co moglibyśmy ustanowić jako punkt odniesienia, mierząc nie sukces, ale porażkę CIA?
Być może: „Będziemy wiedzieć, że kampania dezinformacyjna CIA poniosła porażkę, gdy krytyczna masa społeczeństwa zacznie aktywnie współpracować ze swoimi przyjaciółmi i sąsiadami, aby weryfikować informacje, ustalać, co jest prawdą, i wspólnie pracować nad poprawą warunków życia”.
Z jakiegoś powodu wątpię, że zdanie to przyjmie się wśród ogółu społeczeństwa, ale może któryś z Was, znawców sztuki słowa, zasugeruje coś bardziej zwięzłego.
Plan rządu USA dotyczący III wojny światowej (WW3) jest taki sam, jaki realizował od początku istnienia imperium amerykańskiego i zimnej wojny, dążąc do przejęcia kontroli nad całym światem – która rozpoczęła się 25 lipca 1945 roku. Jednakże, ponieważ Stany Zjednoczone przez dekady przeznaczały ponad 50% globalnych wydatków wojskowych (w 2024 roku będzie to 65% całkowitych rocznych globalnych wydatków wojskowych), utrzymując około 900 zagranicznych baz wojskowych i monitorując świat z korzyścią dla amerykańskich miliarderów kontrolujących większość największych światowych korporacji międzynarodowych, Stany Zjednoczone stają się coraz mniej konkurencyjne na arenie międzynarodowej i w związku z tym przerzucają coraz większą część ciężaru finansowego swojego imperium na swoje kolonie (takie jak NATO). Obecnie domagają się one finansowania agresji USA, takiej jak nielegalne (niezatwierdzone przez ONZ) inwazje, sankcje gospodarcze, a także propagandy, blokad i zamachów stanu przeciwko Rosji, Chinom, Iranowi i innym krajom, których USA nie zdołały jeszcze podporządkować sobie dla korzyści swojego imperium miliarderów.
19 maja Alex Christoforou i Alexander Mercouris, dwaj eksperci zajmujący się wojnami prowadzonymi przez imperium USA, których celem jest podbój Rosji i Chin, opublikowali artykuł zatytułowany „Europejska eskalacja dronów wymyka się spod kontroli”, w którym omówili obecną fazę, w której imperium USA przerzuca bezpośrednie koszty militarne swoich wysiłków zmierzających do podboju Rosji i Chin na swoje kolonie europejskie.
Również 19 maja Gallup opublikował raport zatytułowany „Global Trust in Institutions: A 20-Year Review”, w którym stwierdzono „niski poziom zaufania do amerykańskich instytucji”, z wyjątkiem 70% zaufania do „małych przedsiębiorstw” i 62% zaufania do „wojska” (które jest najbardziej skorumpowaną instytucją w Ameryce i JEDYNĄ agencją federalną, która nigdy nie została poddana audytowi). Jednak wojsko jest również własnością właścicieli głównych mediów informacyjnych, co czyni te serwisy informacyjne narzędziami propagandowymi dla armii USA. Krótko mówiąc, miliarderzy kontrolują opinię publiczną. Dlatego „wojsko” jest jedną z zaledwie dwóch amerykańskich instytucji cieszących się szacunkiem społeczeństwa amerykańskiego.
Między 1973 a 2025 rokiem wskaźnik poparcia dla zorganizowanej religii spadł z 60% do 32%, dla systemu opieki zdrowotnej z 70% do 32%, dla urzędu prezydenta z 60% do 30%, dla gazet z 50% do 17%, dla wiadomości telewizyjnych z 50% do 11% i dla Kongresu z 45% do 10%.
16 listopada 2021 roku „The New York Times” opublikował artykuł zatytułowany: „Dane pokazują: Sojusznicy USA w dużej mierze odpowiadają za globalny upadek demokracji: Dane pokazują, że kraje sprzymierzone z Waszyngtonem wycofały się prawie dwukrotnie bardziej niż państwa niesprzymierzone, co podważa długo utrzymywane założenia dotyczące amerykańskich wpływów”. Donoszono: „Z nielicznymi wyjątkami kraje sprzymierzone z USA odnotowały w tym okresie niemal zerowy wzrost demokracji, podczas gdy wiele krajów spoza strefy wpływów Waszyngtonu odnotowało taki wzrost”. Dane „sugerują, że znaczna część globalnego regresu nie jest narzucana demokracjom przez mocarstwa zagraniczne, lecz jest raczej rozkładem, który ma swoje źródło w najpotężniejszej na świecie sieci sojuszy, w przeważającej mierze demokratycznych”. Jest to rodzaj „upadku” historycznie typowy dla imperiów w fazie schyłku, które desperacko przerzucają coraz większą część swojej agresji (wydatków wojskowych) na swoje kolonie, aby je finansować, podczas gdy samo imperium się rozpada.
W związku z tym reżim USA domaga się obecnie, aby Europa zajęła wyraźnie wiodącą pozycję w realizacji zamiaru NATO, by najpierw otoczyć Rosję wrogimi państwami na Zachodzie, a następnie podjąć inicjatywę inwazji na Rosję, zgodnie z założeniami NATO: „Niemcy ostrzegają, że Rosja może zaatakować NATO do 2029 roku, ponieważ rośnie liczba ocen zagrożenia ze strony agencji wywiadowczych”. „Rosja może zaatakować NATO w ciągu najbliższych czterech lat, ostrzega niemiecki minister obrony”. „Szef NATO ostrzega członków, aby „przygotowali się” do wojny z Rosją”. Szef NATO, Mark Rutte, mówi: „Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby Putin postawił na swoim. Ukraina pod jarzmem rosyjskiej okupacji, jego siły posuwające się wzdłuż dłuższej granicy z NATO i znacznie zwiększone ryzyko zbrojnego ataku na nas. Wymagałoby to naprawdę gigantycznego przemyślenia naszego odstraszania i obrony. NATO musiałoby znacznie zwiększyć swoją obecność wojskową na wschodniej flance, a sojusznicy musieliby pójść znacznie dalej i szybciej w wydatkach na obronę i produkcję broni”. Rosja za bardzo się do NATO zbliża, mówi; dlatego NATO MUSI się jeszcze bardziej rozszerzyć. I nie oznaczałoby to rosyjskiej inwazji na USA, ale rosyjską inwazję na Europę.
Niemcy muszą zatem powtórzyć swoją inwazję na Rosję w ramach operacji Barbarossa, tym razem jednak, aby „obronić się” przed „rosyjską agresją”. Neokonserwatywna Kennedy School Uniwersytetu Harvarda w artykule zatytułowanym „Rosyjskie zagrożenia dla wschodniej flanki NATO: scenariusze, strategia i polityka bezpieczeństwa europejskiego” stwierdza: „Europa stoi w obliczu najniebezpieczniejszego środowiska bezpieczeństwa od dziesięcioleci. Rosja stosuje połączenie taktyk szarej strefy i jawnych gróźb działań militarnych, aby osłabić NATO i skutecznie zawetować geopolityczne więzi swoich sąsiadów. Zmiany w priorytetach amerykańskiej polityki zagranicznej i polityce sojuszniczej za rządów Trumpa zwiększają niepewność co do zakresu i wiarygodności wsparcia USA. Chociaż niektóre państwa europejskie podjęły istotne kroki w celu wzmocnienia swojego bezpieczeństwa w odpowiedzi na te wydarzenia, na całym kontynencie utrzymują się znaczne deficyty w zakresie gotowości i zdolności”.
19 maja agencja Reuters opublikowała nagłówek: „Wyłącznie: USA planują zmniejszyć siły dostępne dla NATO w czasach kryzysu, twierdzą źródła” i poinformowała: „Administracja Trumpa planuje poinformować w tym tygodniu sojuszników z NATO, że zmniejszy pulę zdolności wojskowych, które USA udostępniłyby w celu wsparcia europejskich państw NATO w przypadku poważnego kryzysu, poinformowały trzy źródła zaznajomione ze sprawą”.
Amerykański plan przewiduje, że rząd USA i jego miliarderzy wyjdą z III wojny światowej stosunkowo bez szwanku, ponieważ siły inwazyjne będą się składać wyłącznie z europejskich kolonii walczących z Rosją. W ten sposób wygrają III wojnę światową – pod warunkiem, że sama planeta przetrwa, a Rosja nie odpowie również Stanom Zjednoczonym.
Kompromis osiągnięty 15 sierpnia między prezydentami Donaldem Trumpem i Władimirem Putinem wciąż nie przyniósł konkretnych rezultatów na Ukrainie. Dzieje się tak, ponieważ przeszkody nie są takie, jakich Stany Zjednoczone się spodziewały. Ukraina odmawia współpracy, a Niemcy i Wielka Brytania chcą wojny.
[Uwage: To nie jest mój pogląd na temat Europy, szczególnie Niemiec, ale umieszczam… md]
Prezydent Donald Trump przyznał swojemu odpowiednikowi Xi Jinpingowi, że ten drugi jest mu równy. Od II wojny światowej każdy prezydent USA uważał się za lepszego, ponieważ był najpotężniejszy i najbogatszy.
Z chińskiej perspektywy Xi Jinping postrzega siebie nie tylko jako równego Donaldowi Trumpowi, ale jako równego każdemu ze swoich odpowiedników. Chińczyk nie wierzy, że posiadanie większych zasobów czyni go lepszym.
Ta koncepcja hierarchii między narodami jest typowo zachodnia. Dlatego rozwoju przekonań prezydenta USA nie należy interpretować bez odniesienia do kultury danego obserwatora.
W następnym tygodniu prezydent Rosji Władimir Putin udał się do Pekinu. Zachodni komentatorzy twierdzili, że Rosjanie są zakładnikami Chińczyków. To kolejny dowód na to, że zachodni komentatorzy zasadniczo nie rozumieją relacji rosyjsko-chińskich. Nie wynikają one z ich wzajemnych interesów, lecz z ich historii. Od splądrowania Pałacu Letniego [1917 md] po nazistowską próbę eksterminacji Słowian, obie strony doświadczyły zachowań mocarstw zachodnich. Doszły do wniosku, że mogą im się przeciwstawić jedynie pozostając zjednoczone. Absurdem jest zatem rozważanie powtórki tego, co zrobili Richard Nixon i Henry Kissinger w 1972 roku: rozdzielenia obu państw.
Podczas szczytu w Anchorage, 15 sierpnia 2025 roku, Donald Trump i Władimir Putin rozważali prowadzenie interesów między swoimi krajami i pośredniczenie w zawarciu pokoju na Ukrainie. Pomimo kilku prób, Waszyngtonowi nie udało się, ponieważ początkowo chciał sprzedawać broń Europejczykom. Dziś wydaje się to znacznie trudniejsze, a Europejczycy zaczynają sami ją produkować.
Prezydent Trump rozpoczął zatem wycofywanie wojsk z Europy i porzucenie wojny, którą Pentagon chciał rozszerzyć na Naddniestrze oraz Bośnię i Hercegowinę. Zapowiedział wycofanie co najmniej 5000 żołnierzy z Niemiec. Z kolei Władimir Putin zadekretował, że przyzna obywatelstwo rosyjskie każdemu dorosłemu Naddniestrzaninowi, który się o nie zwróci. Ostatecznie Donald Trump wycofał swoje poparcie dla Wysokiego Komisarza Unii Europejskiej, który administrował Bośnią i Hercegowiną z naruszeniem porozumienia z Dayton z 1995 roku. Jednocześnie jego były doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, generał Michael Flynn, organizuje inwestycje USA w zamieszkanej przez większość serbską części Bośni i Hercegowiny.
Wydarzenia te sugerują, że Stany Zjednoczone opowiadają się za porozumieniem pokojowym na Ukrainie, które uznałoby całą Noworosję za terytorium rosyjskie. Jest to uzasadnione historycznie i kulturowo, ale będzie możliwe jedynie w drodze referendum w sprawie samostanowienia. Obecnie siły rosyjskie nie dążą do wyzwolenia Odessy. Jednak porozumienie pokojowe mogłoby doprowadzić do tego uznania.
Tutaj również trudności – wbrew naszym założeniom – nie są takie, jakich byśmy się spodziewali.
Trzy najważniejsze z nich to obecnie:
1) uznanie narodowo-socjalistycznego charakteru ideologicznego obecnych władz w Kijowie i denazyfikacja Ukrainy;
2) uznanie anty-demokratycznego charakteru zjednoczenia Niemiec i niepodległości Niemiec Wschodnich;
3) uznanie anty-rosyjskiej obsesji Zjednoczonego Królestwa i rozwiązanie Europejskiej Unii Obrony przed jej ostatecznym utworzeniem.
Ukraina
Mimo że Zachód pozostaje przekonany, iż rosyjska interwencja na Ukrainie jest próbą aneksji i początkiem ekspansji Rosji na zachód, Moskwa nigdy nie dokonała inwazji na sąsiada, lecz jedynie wdrożyła rezolucję 2202, którą poręczyła przed Radą Bezpieczeństwa.
Twierdzenie, że Rosja najechała Ukrainę, jest równie głupie, jak twierdzenie, że Francja najechała Rwandę. Wiemy, że Rosja interweniowała zgodnie z rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ mającą na celu położenie kresu ludobójstwu (za które była częściowo odpowiedzialna).
Obecny rząd Ukrainy jest nielegalny. Kadencja prezydenta Wołodymyra Zełenskiego dawno wygasła. Co trzy miesiące przedłuża on stan wyjątkowy, którego jedynym celem jest uniemożliwienie przeprowadzenia nowych wyborów. Jego najnowszy dekret w tej sprawie przedłuża jednak stan wyjątkowy z 2 maja do 4 sierpnia. Wtedy możliwe byłoby zorganizowanie kampanii wyborczej i przeprowadzenie wyborów. Listy wyborców musiałyby jednak zostać oczyszczone, ponieważ nadal znajdują się na nich żołnierze polegli na polu bitwy i cywile, którzy uciekli. Nikt nie wie, jaka jest ich liczba, ale mogą stanowić od jednej do dwóch trzecich zarejestrowanych wyborców.
Rada Najwyższa (parlament) jest równie problematyczna. Tylko jedna trzecia deputowanych uczestniczy w posiedzeniach. Uchwalane przez nią ustawy mają zatem wątpliwą legitymację. Na przykład, postanowiła zniszczyć sto milionów książek – pod pretekstem, że zostały podpisane przez rosyjskich autorów lub wydrukowane w Rosji, bez rozróżnienia między dziełami współczesnymi a klasyką literatury. Parlament ten zakazał również działalności największego kościoła w kraju i wszystkich partii opozycyjnych. Co więcej, w budynku Rady znajduje się biuro CIA, które przygotowuje wszystkie ustawy. Obecni deputowani zadowalają się jedynie ich uchwalaniem.
Najwyższym priorytetem Rosji jest denazyfikacja Ukrainy. Prezydent Putin ogłosił to podczas rozpoczęcia swojej „specjalnej operacji wojskowej”. Z rosyjskiej perspektywy jest to niepodlegające negocjacjom. Tożsamość Federacji Rosyjskiej definiuje bowiem nie pamięć o Katarzynie Wielkiej, lecz pamięć o sowieckiej walce z narodowym socjalizmem. Ideologia ta przewidywała zagładę całej ludności słowiańskiej (ale nie ludności żydowskiej ani romskiej), jak opisano w „Mein Kampf”. Nawet jeśli my na Zachodzie nie jesteśmy tego świadomi: II wojna światowa nie miała na celu dokonania Holokaustu, lecz wymordowania ludności słowiańskiej.
Nielegalny rząd niewybranego prezydenta Zełenskiego odrzuca jednak wszelkie działania denazyfikacji. Obecnie istnieje wiele pomników ku czci nazistów i ich kolaborantów, „integralnych nacjonalistów”. Historia Ukrainy została przez nich całkowicie przepisana po II wojnie światowej z pomocą brytyjskiego MI6 i amerykańskiej CIA. Ta propaganda ma na celu stworzenie wrażenia, że „banderowcy” walczyli z nazistami, co jest absolutnym kłamstwem. Nie: banderowcy byli nazistami.
Przekonani, że denazyfikacja nigdy nie nastąpi, „integralni nacjonaliści” planują obecnie budowę panteonu ku swojej chwale. 28 marca generał Kyryło Budanow, szef Administracji Prezydenta, zorganizował repatriację szczątków sprawców zbrodni przeciwko ludzkości, pochowanych na całym świecie podczas zimnej wojny. Rob Jetten i Luc Frieden, premierzy Holandii i Luksemburga, zgodzili się już na przeniesienie szczątków faszysty Jewhena Konowalca i nazisty Andrija Melnyka.
Niemcy
W naszym mniemaniu Niemcy są państwem demokratycznym, które zjednoczyło się pomyślnie w 1990 roku. Jednak, jak właśnie ogłosił Dmitrij Miedwiediew, wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, zjednoczenie jest jedynie iluzją. Niemcy Zachodnie nigdy nie konsultowały się z Niemcami Wschodnimi. Zgodnie z prawem międzynarodowym zjednoczenie jest nieważne.
Wybory federalne w 2025 roku w byłych Niemczech Zachodnich i Wschodnich przyniosły różne i kontrastujące wyniki. Niemcy Zachodni głosowali na CDU lub SPD, a Niemcy Wschodnie na AfD. To, nawiasem mówiąc, jest jedynym powodem, dla którego dwie pierwsze partie są klasyfikowane jako „demokratyczne”, a trzecia jako „skrajnie prawicowe”.
Kanclerz Friedrich Merz (chrześcijańsko-demokratyczny) kontynuował jednak szeroko zakrojone represje wobec wszystkich, którzy kwestionowali jego władzę i zostali nazwani „teoretykami spiskowymi”. Przy wsparciu monachijskiego Urzędu Ochrony Konstytucji (oddziału federalnej agencji, w którym po wojnie przetrzymywano wielu funkcjonariuszy Policji Rzeszy), zakazał działalności kilku mediom i uwięził dziennikarzy.
Jednocześnie Niemcy stopniowo odbudowują swoją armię, korzystając ze wsparcia finansowego Wielkiej Brytanii – podobnie jak jego poprzednik, kanclerz Rzeszy Adolf Hitler, odbudował armię niemiecką z pomocą gubernatora Banku Anglii, lorda Montagu Normana. Przywrócił on powszechny pobór mężczyzn i wymaga od każdego ochotnika powiadomienia Berlina przed wyjazdem na urlop zagraniczny.
Niemcy również odbudowują swoje lobby zbrojeniowe, tym razem korzystając ze środków europejskich.
Przygotowuje się do wojny podobnej do tej na Ukrainie, choć wojna z Rosją, gdyby do niej doszło, miałaby zupełnie inny charakter. Mimo to cały niemiecki przemysł produkuje obecnie ukraińskie drony i sprzedaje je w Zatoce Perskiej do walki z Iranem. W tym duchu Berlin chce przyjąć Ukrainę do Unii Europejskiej, mimo że nie spełnia ona kryteriów akcesyjnych określonych w traktatach: wystarczyłoby stworzyć nowy status „członka stowarzyszonego”, a sprawa byłaby załatwiona. Ponieważ negatywne wyniki referendów we Francji i Holandii z 2005 roku zostały zignorowane, byłaby to po prostu kolejna decyzja sprzeczna z wolą narodu.
Friedrich Merz, wnuk nazistowskiego dygnitarza, nie może sobie wyobrazić, że jego kraj nie jest sprzymierzony z ukraińskimi „integralnymi nacjonalistami” ani że mógłby pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy sabotowali gazociąg Nord Stream i spowodowali upadek niemieckiego przemysłu.
Zjednoczone Królestwo
Od XIX wieku Wielka Brytania postrzegała Rosję jako swojego jedynego rywala, nie tylko w Europie, ale i na całym świecie. Lord Curzon, wicekról Indii, rozpoczął „Wielką Grę” – kolonizację Azji Środkowej – aby wyeliminować Imperium Rosyjskie. Brytyjska strategia pozostaje niezmieniona do dziś.
Londyn wciąż próbuje przedstawiać Moskwę jako obskuranckie mocarstwo. Celem nie jest już wymyślenie sfałszowanego telegramu Zinowjewa (który umożliwił oskarżenie Sowietów o zamiar ingerencji w wybory w Wielkiej Brytanii), ale stworzenie wrażenia, że kremlowski urzędnik to szaleniec, który rozbiłby samolot pasażerski na Ukrainie i otruł Siergieja i Julię Skripalów lub Aleksieja Nawalnego. [a kto ich otruł, kolego?? md]
Jego najnowszym wynalazkiem jest atak na europejskie lotniska niezidentyfikowanymi dronami. Niezależnie od prawdziwych motywów, Londyn wykorzystuje tę okazję, aby przekonać państwa Morza Północnego do przyłączenia się do Połączonych Sił Ekspedycyjnych, które właśnie przekształcił w sojusz wojskowy „Marines du Nord” pod swoim dowództwem. Ma nadzieję pozyskać wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej oraz Turcję.
Dlatego dziedziczni lordowie – których wciąż jest niewielu – robią wszystko, co w ich mocy, aby utrzymać Keira Starmera na Downing Street. Premier jest w rzeczywistości politykiem Partii Pracy, który potajemnie działa w interesach wielkiego biznesu: bez wiedzy własnej partii ani mediów uczestniczył w posiedzeniach Komisji Trójstronnej Rockefellerów. Również bez wiedzy wszystkich mianował Petera Mandelsona – wspólnika przestępcy Jeffreya Epsteina – ambasadorem Jej Królewskiej Mości w Waszyngtonie.
Ważne jest, aby stworzyć wrażenie, że Wielka Brytania nie ma żadnych powiązań ani z Państwem Izrael, ani z Hamasem; a także dodatkowo ukryć fakt, że izraelscy szefowie sztabów wielokrotnie potajemnie odwiedzali Whitehall podczas ludobójstwa w Strefie Gazy, w którym armia brytyjska aktywnie uczestniczyła.
Lepiej udawać, jak zrobił to Christian Turner, następca Petera Mandelsona, że istnieje tylko jedno państwo, które utrzymuje „specjalne stosunki” z Waszyngtonem, a mianowicie Izrael.
Jestem przede wszystkim ekonomistą. Przedstawię Wam trzeźwe spojrzenie na ewolucję technokracji i zarysuję, co przyniesie przyszłość. Przyjmijcie ją taką, jaka jest. Od ponad 48 lat śledzę losy globalnych elit i technokracji, a od czasu mojej pierwszej książki napisanej wspólnie z Antonym Suttonem, „Trilaterals Over Washington”, tomy I i II, nigdy nie owijałem w bawełnę ani niczego nie lukrowałem. Od 12 lat ostrzegam, że zbliża się koniec gry. Przedstawiłem Wam dowody na poparcie moich twierdzeń. Czas ucieka… wkrótce.
Moja nowa, epicka książka, „Nowa ekonomia technokracji: Nie będziesz mieć niczego” (*The New Economics of Technocracy: You Will Own Nothing*), obnaża strukturę, architekturę i strategię kontroli świata. Moja wcześniejsza książka, napisana wspólnie z Courtenay Turner, ukazała się w listopadzie 2025 roku: „Ostateczna zdrada: Jak technokracja zniszczyła Amerykę” (*The Final Betrayal: How Technocracy Destroyed America*).
Jeśli nie czytaliście tych książek, nie mogę wam pomóc. Nie będzie dyskusji. Ci z was, którzy już je przeczytali, powinni z determinacją zagłębić się w ten esej, aby dotrzeć do sedna sprawy.
Do reszty Ameryki, która od dziesięcioleci walczy ze mną wszelkimi dostępnymi środkami (zarówno z lewa, jak i z prawa, wiecie, o kim mówię), mam tylko jedno do powiedzenia: „Mówiłem wam i miałem rację”.– Patrick Wood, redaktor.
Kiedy Klaus Schwab oświadczył na Światowym Forum Ekonomicznym w 2016 roku, że „nie będziesz niczego posiadał i będziesz szczęśliwy”, większość obserwatorów uznała to za utopijną wizję przyszłości. Dekadę później infrastruktura zaprojektowana, aby urzeczywistnić pierwszą część tego stwierdzenia, powstaje na naszych oczach – i to szybciej, niż zdaje sobie sprawę niemal ktokolwiek spoza branży.
Dokumentuję technokrację od prawie 20 lat. Schemat jest zawsze ten sam. Technokraci opisują przyszłość, którą chcą stworzyć. Krytycy odrzucają ten opis jako paranoję. Przyszłość nadchodzi zgodnie z planem. A potem nowemu pokoleniu mówi się, że nowy porządek był nieunikniony.
Tym razem inna jest prędkość. A ta prędkość jeszcze wzrasta.
Chcę ustalić rozsądny harmonogram na maj 2026 roku, mając pełną świadomość, że za sześć miesięcy będzie on wyglądał inaczej. To nie jest zabezpieczenie. To cecha charakterystyczna dla obecnej sytuacji. Kompresory same się kompresują.
Pierwotne szacunki były zbyt ostrożne.
Analitycy branżowi prognozowali harmonogram rozwoju tokenizacji w oparciu o modele wzrostu zaprojektowane z myślą o rozwoju technologii i przepisów w tempie zbliżonym do ludzkiego. Boston Consulting Group prognozuje, że do 2030 roku aktywa tokenizowane będą warte 16 bilionów dolarów. McKinsey podał podobne dane. Światowe Forum Ekonomiczne prognozowało, że do 2027 roku 10% światowego PKB będzie pochodzić z tokenizacji.
Te liczby były akceptowalne osiemnaście miesięcy temu. Dziś nie są już akceptowalne.
W grę wchodzi sześć sił, których nie uwzględniono w żadnym z tych modeli. Każda z nich skraca oś czasu. Razem oddziałują one na siebie.
Pierwszym z nich jest sztuczna inteligencja i jej gwałtownie rosnąca krzywa wzrostu. Drugim jest przejęcie regulacji przez klasę technokratów. Trzecim jest budowa ponad 5000 centrów danych AI jako jej fizycznego fundamentu. Czwartym jest deklaracja Pax Silica, która wiąże państwa sygnatariuszy z amerykańską infrastrukturą AI. Piątym jest strategia „federalnego opakowania”, mająca na celu obejście praw własności stanowej. Szóstym jest Bank Rozrachunków Międzynarodowych jako globalny mechanizm koordynacji dla tokenizowanej infrastruktury monetarnej.
Wcześniej błędnie zaklasyfikowałem trzy z tych kompresorów jako przeszkody nie do pokonania. Nie są. To akceleratory.
Przyspieszenie AI
METR, organizacja zajmująca się oceną sztucznej inteligencji, mierzy, ile czasu model sztucznej inteligencji potrzebuje, aby niezawodnie wykonać zadanie. Czas podwojenia wynosił kiedyś siedem miesięcy; obecnie jest bliższy czterem. W przypadku benchmarków inżynierii oprogramowania czas podwojenia wynosi mniej niż trzy miesiące.
Jest to istotne, ponieważ tokenizacja, w swojej istocie, stanowi problem rozwoju oprogramowania. Inteligentne kontrakty muszą zostać napisane, przetestowane, zintegrowane z systemami depozytowymi, uzgodnione z rejestrami poza łańcuchem, połączone z wyroczniami, zabezpieczone przed atakami typu exploit, a logika zgodności musi być wbudowana.
Każde z tych zadań jest przyspieszane przez narzędzia AI, które nie istniały jeszcze dwa lata temu. Ekosystem TON już teraz dostarcza oparte na AI łańcuchy narzędzi do obsługi inteligentnych kontraktów. Base uruchomił dziesiątki projektów AI opartych na agentach, działających na tokenizowanych zasobach. W lutym 2026 roku Broadridge przeprowadził ankietę wśród 900 wiodących firm technologicznych z sektora usług finansowych, a główny wniosek był jasny: „GenAI działa już teraz; tokenizacja to kolejny krok”.
Faza rozwoju, która pierwotnie miała trwać dekadę, zostanie ukończona w ciągu trzech do czterech lat.
Technokratyczne przywłaszczenie
Drugim czynnikiem kompresującym jest to, co Sabeel Rahman z Uniwersytetu Harvarda nazwał „impulsem technokratycznym” – postawa regulacyjna, w której ustawodawcy pozostawiają tworzenie przepisów tej samej branży, którą mają regulować.
Członkowie Kongresu nie potrafią czytać kodu inteligentnych kontraktów. Nie rozumieją dowodów zerowej wiedzy. Nie potrafią oceniać mechanizmów konsensusu. Kongresmen Ro Khanna otwarcie odniósł się do problemu: Kongresowi brakuje bazy wiedzy.
Branża chętnie dostarczy brakującą wiedzę. I brakujące teksty prawne.
Same wielkie firmy technologiczne wydały 1,1 miliarda dolarów na politykę do 2025 roku, aby kształtować przepisy dotyczące sztucznej inteligencji i blokować regulacje rządowe. Branża kryptowalut wydała porównywalne kwoty na uchwalenie ustawy GENIUS i przeforsowanie ustawy CLARITY w Izbie Reprezentantów.
Ten wzór można rozpoznać w dokumentach regulacyjnych:
Ustawa GENIUS została opracowana w ścisłej współpracy z emitentami stablecoinów.
Oświadczenie SEC ze stycznia 2026 r., zgodnie z którym tokenizowane papiery wartościowe „mogą” lub „nie mogą” obejmować praw akcjonariuszy, było sformułowaniem wnioskowanym przez platformy tokenizacyjne.
Polityka bezpieczeństwa Departamentu Pracy z 30 marca 2026 r. dotycząca „neutralności aktywów” opiera się na dosłownym brzmieniu oświadczeń branżowych.
Koncepcja „Projektu Krypto” przewodniczącego Atkinsa opiera się na standardach opracowanych przez branżę, takich jak ERC-3643, jako modelu regulacyjnym.
Rozporządzenie wykonawcze w sprawie priorytetu sztucznej inteligencji od grudnia 2025 r. zostało opracowane w ścisłej współpracy z branżą.
To nie jest przekupstwo. To coś bardziej subtelnego. Ustawodawcy otrzymują gotowe rozwiązania problemów, których nie są w stanie samodzielnie ocenić. Podpisują je, bo nie mają nic innego do podpisania.
Tak wygląda kooptacja regulacyjna, kiedy osoby kooptowane nie zdają sobie sprawy, że zostały kooptowane.
5000 centrów danych
Czytelnik może się zastanawiać, dlaczego to się dzieje teraz. Odpowiedź jest częściowo polityczna. Ale ma też podłoże fizyczne.
Stany Zjednoczone są w trakcie bezprecedensowej ekspansji centrów danych AI w historii przemysłu. Szacunki wskazują, że na całym świecie działa lub jest w trakcie budowy ponad 5000 centrów danych, z czego ponad połowa przypada na Stany Zjednoczone.
Te obiekty nie tylko obsługują modele językowe. Stanowią one fizyczne podłoże, na którym będzie działać gospodarka tokenizowana.
Każda transakcja na tokenizowanych akcjach wymaga mocy obliczeniowej. Każda realizacja inteligentnego kontraktu wymaga mocy obliczeniowej. Każda aktualizacja Oracle, każda kontrola zgodności, każda weryfikacja tożsamości, każda transakcja agentowa AI w tokenizowanej infrastrukturze wymaga mocy obliczeniowej.
Rozwój centrów danych jest siłą napędową tej architektury. Jest on finansowany przez państwowe fundusze majątkowe ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej, przez Microsoft, Google, Amazon, Meta, Oracle oraz nowych graczy na rynku – Stargate, CoreWeave i innych.
To jest fragment, który pominął cytat Schwaba. „Nie będziesz posiadać niczego” wymaga miejsca, w którym może zaistnieć brak posiadania. Centra danych są tym „miejscem”.
Pax Silica i obejście umowy
Wcześniej zakładałem, że transgraniczne uznanie prawne tokenizowanych aktywów wyznaczy sztywny dolny limit czasowy, biorąc pod uwagę, że cykle kontraktowe trwają od pięciu do piętnastu lat. To założenie jest już nieaktualne.
Deklaracja Pax Silica wiąże państwa-sygnatariuszy z amerykańską infrastrukturą sztucznej inteligencji (AI) jako podstawą operacyjną ich gospodarek cyfrowych. Po przystąpieniu do tego porozumienia, dany kraj przyjmuje powiązane standardy techniczne, systemy tożsamości, wymogi zgodności i procedury przetwarzania. Nie jest to traktat w tradycyjnym rozumieniu. Jest to miękka aneksja poprzez uzależnienie od infrastruktury. Uznanie prawne następuje po połączeniu.
A potem jest World Liberty Financial. Umowa WLF z Pakistanem dotycząca płatności transgranicznych nie była nawet brana pod uwagę przez większość analityków rok temu. Teraz weszła w życie. WLF pozycjonuje USD1 jako ewolucję samego dolara, wdrażaną poprzez umowy dwustronne z zaprzyjaźnionymi jurysdykcjami. Stabilna kryptowaluta emitowana przez politycznie powiązaną instytucję amerykańską jest wykorzystywana do przetwarzania płatności transgranicznych w suwerennym państwie liczącym 240 milionów mieszkańców.
To zastąpienie kontraktu, które działa z prędkością inteligentnego kontraktu. Pax Silica plus WLF plus 1 USD oznacza, że problem transgraniczny zostanie rozwiązany poprzez dwustronne umowy infrastrukturalne i tokenizowane porozumienie powiązane z dolarem, a nie przez Hagę czy ONZ.
Cykl kontraktowy trwający od pięciu do piętnastu lat zostaje skrócony do okresu podpisania umowy dwustronnej.
Federalne ramy dotyczące praw własności stanowej
Wcześniej zakładałem, że przepisy dotyczące własności poszczególnych stanów spowolnią tokenizację własności rządowej, ponieważ ustawodawstwo na poziomie stanowym zmienia się powoli, a jest ich pięćdziesiąt.
To było złe podejście.
Architekci nie muszą zastępować praw własności poszczególnych stanów. Potrzebują federalnej struktury, która formalnie zachowa prawa własności poszczególnych stanów, podczas gdy tokenizowane reprezentacje mogą pełnić funkcję instrumentów operacyjnych do transferu, finansowania, sekurytyzacji i obrotu kapitałem ekonomicznym.
To ten sam trik prawny, który jest stosowany w przypadku papierów wartościowych zabezpieczonych hipoteką w ramach MERS. Certyfikat pozostaje na swoim miejscu. Prawo do świadczeń jest przekazywane za pośrednictwem równoległego poziomu federalnego, który jest traktowany jako wiążący przez rejestratorów stanowych. Rejestracja stanowa staje się formalnością. Tokenizacja federalna staje się operacyjna.
Takie ramy federalne wymagają jednego aktu Kongresu, a nie pięćdziesięciu aktów legislatur stanowych. Ponieważ zasada pierwszeństwa w stylu ustawy CLARITY została już wdrożona, a precedens w postaci rozporządzenia o pierwszeństwie w zakresie sztucznej inteligencji z grudnia 2025 r. istnieje, ramy te można wdrożyć w ramach jednego cyklu legislacyjnego.
To wąskie gardło zostało zasadniczo wyeliminowane.
Bicz BIS
Trzecim ograniczeniem, które błędnie uznałem za wymóg minimalny, było dostosowanie 195 systemów prawnych do tokenizowanej infrastruktury monetarnej. To nie jest problem wymagający 195 decyzji. To problem dla Banku Rozrachunków Międzynarodowych.
BIS ma przewagę nad bankami centralnymi. Poprzez projekty Agorá, mBridge, Innovation Hub Network i Unified Ledger Initiative, od lat przygotowuje techniczne i zarządcze podstawy harmonizacji tokenizowanej waluty. Banki centralne będące członkami BIS już dostosowują swoje prace nad krajowymi walutami cyfrowymi (CBC) i depozytami tokenizowanymi do standardów publikowanych przez BIS.
Jeśli BIS uzna, że architektura jest gotowa, nie będzie potrzebował 195 odrębnych decyzji politycznych. Potrzeba około dwudziestu prezesów banków centralnych przy stole w Bazylei, którzy zgodzą się na skoordynowane wdrożenie, po czym pozostałe kraje dostosują się automatycznie, opierając się na bankach korespondentach, wymogach MFW i kompatybilności z systemem SWIFT.
To jest właśnie ten mechanizm. Bazylejskie zasady adekwatności kapitałowej zostały narzucone globalnemu systemowi bankowemu właśnie za pośrednictwem tego mechanizmu. Nie było żadnego globalnego porozumienia. Istniały ramy BIS, a następnie ich przestrzeganie.
Próg 195 krajów obowiązuje tylko tak długo, jak długo BIS nie zdecyduje się na wprowadzenie zmian. Gdy to zrobi, okres konwergencji skróci się z dekad do mniej więcej okresu pojedynczego, skoordynowanego wdrożenia – powiedzmy, od osiemnastu do trzydziestu sześciu miesięcy.
Trwający proces
A teraz najważniejsze pytanie: Kiedy to wpłynie na zwykłych ludzi?
Odpowiedzią nie jest data. To sekwencja.
Nikt nie budzi się we wtorek 2030 roku i nie odkrywa, że cały jego majątek zniknął. Architektura jest zaprojektowana tak, aby straty napływały falami. Różne ofiary. Różne klasy aktywów. Różne instrumenty prawne. Różne grupy społeczne.
Pierwsza fala już trwa. Inwestorzy detaliczni w kryptowaluty, kupujący tokenizowane akcje offshore – xStocks, Robinhood EU, tokenizowane akcje amerykańskie Kraken – to pierwsze pokolenie, które odkrywa, że to, co wygląda na token akcyjny, może nie obejmować praw akcjonariuszy, gwarancji wypłaty dywidendy ani możliwości dochodzenia roszczeń w przypadku awarii platformy.
Kolejna fala uderzy w posiadaczy stablecoinów, którzy muszą zmierzyć się z wymogami ustawy GENIUS Act – wykupami tylko dla uczestników z białej listy, zamrożeniem uprawnień i uświadomieniem sobie, że „token dolarowy” tak naprawdę nie jest dolarem. USD1 i wprowadzenie WLF przyspieszą tę falę.
Następnie są amerykańscy inwestorzy detaliczni, którzy kupują tokenizowane akcje od zewnętrznych emitentów w ramach wyjątku od innowacji SEC. Syntetyczna ekspozycja bez roszczeń. Cena podąża za nią. Prawa nie.
Następnie pojawią się uczestnicy programu 401(k) – około siedemdziesięciu milionów Amerykanów – których domyślne daty docelowe w ramach nowej bezpiecznej przystani Departamentu Pracy (DOL) po cichu wchłoną tokenizowane inwestycje private equity, tokenizowane pożyczki i kryptowaluty. Nikt ich o to nie poprosi. Nikt ich nie poinformuje. Brak płynności i straty w wycenie ujawnią się dopiero podczas kolejnego kryzysu.
Następnie emeryci. Następnie posiadacze samodzielnie zarządzanych kont emerytalnych IRA. Następnie nabywcy ułamkowych tokenów nieruchomości, którzy odkrywają, że posiadają udziały w spółkach LLC, a nie akty własności. Następnie konwencjonalni akcjonariusze Russell 1000, których prawa głosu są rozwadniane przez podmioty zewnętrzne. Następnie właściciele nieruchomości fizycznych objętych federalnym klauzulą własności, których federalnie zarejestrowane akty własności stają się jedynie formalnością. Następnie użytkownicy gotówki, ponieważ CBDC i tokenizowane depozyty stają się dominującą warstwą rozliczeniową.
Jest to sekwencja dziesięciu fal obejmująca około dekady – przy czym pierwsze sześć fal zostało skompresowanych do następnych czterech do pięciu lat.
Ofiary każdej fali różnią się od ofiar poprzedniej. To jest sedno sprawy. Nie wyłania się żadna wspólna tożsamość. Nie tworzy się żadna koalicja polityczna. Nie ma odwrotu.
Zmieniony harmonogram od maja 2026 r.
Jeśli połączymy sześć kompresorów i przeklasyfikujemy trzy poprzednie „punkty hamowania” jako „przyspieszacze”, wyłoni się uzasadniona odpowiedź na chwilę obecną.
Pierwotne szacunki analityków z lat 2038–2042, zakładające 80% globalnej tokenizacji aktywów, są nieaktualne w świetle wszystkich znanych mi wskaźników. Powstały one przed podwojeniem danych przez sztuczną inteligencję, przed technokratycznym cyklem podboju z lat 2025–2026, przed osiągnięciem obecnego tempa ekspansji centrów danych, przed uruchomieniem Pax Silica, przed WLF i USD1 oraz przed pojawieniem się strategii Federal wrapper.
W mojej poprzedniej rewizji okno nasycenia ustalono na lata 2030–2033, a agresywny scenariusz na lata 2029–2031. Ta prognoza jest obecnie również zbyt ostrożna.
Realny harmonogram na maj 2026 r.:
Scenariusz średnioterminowy: 80% globalnej tokenizacji aktywów do 2029–2032 r.
Scenariusz agresywnej konwergencji: 2028–2030.
Wspieranie architektury we wszystkich klasach aktywów: 2027–2028.
Pierwsze sześć fal wywłaszczeń zostało zasadniczo zakończonych: 2027–2030.
Pełna sekwencja dziesięciu fal: ukończona do 2032–2034 r.
Taki obraz widzimy dzisiaj. Szczerze mówiąc, spodziewam się, że szacunki te przesuną się o kolejne sześć do dziewięciu miesięcy, kiedy ponownie je przejrzę pod koniec 2026 roku. Kompresory same się kompresują. Podwojenie sztucznej inteligencji przyspiesza wdrażanie rozwiązań technicznych, co z kolei napędza uzyskiwanie zgód regulacyjnych, co z kolei napędza kolejną rundę dwustronnych umów infrastrukturalnych, co z kolei przyspiesza okno gotowości BIS. Każda pętla zacieśnia następną.
Piszę to z wyraźnym zastrzeżeniem, że każdy czytelnik, patrząc wstecz na listopad 2026 r., powinien założyć, że daty zostały przesunięte do przodu, a nie do tyłu.
Dlaczego będzie brutalnie
Brutalność nie tkwi w pojedynczej fali. Brutalność tkwi w ich kumulacji.
W styczniu 2026 roku ogłoszono, że wszystkie akcje notowane na NYSE zostaną tokenizowane. Platforma została zaprezentowana w kwietniu. Teraz wiemy, że zostanie uruchomiona do końca roku. Wcześniej taki proces, obejmujący regulacje, konsultacje i testy, trwałby lata; teraz jednak technokraci go napędzają.
W 2026 roku inwestor detaliczny traci pieniądze na tokenizowanej platformie akcji. W 2027 roku pracownik odkrywa, że jego fundusz docelowy osiągnął słabe wyniki z powodu niepłynnych inwestycji alternatywnych, których nie wybrał. W 2028 roku emeryt obserwuje, jak jego świadczenia są obniżane w ramach „koniecznej rekalibracji”. W 2029 roku drobny właściciel nieruchomości odkrywa, że jego token LLC został rozwodniony przez zmianę sponsora. W 2030 roku właściciel domu odkrywa, że jego akt własności stał się czysto ceremonialny w ramach federalnych ram prawnych. W 2032 roku starszy użytkownik gotówki odkrywa, że jego preferowany środek płatniczy po cichu stał się przestarzały.
Każdy z tych przykładów, rozpatrywany osobno, można zignorować. Jednak razem stanowią one najbardziej kompleksową redefinicję własności w historii Ameryki.
Technokraci o tym wiedzą. Zawsze wiedzieli. Specjalny Komitet ds. Blockchain w Wyoming jasno określił cel w 2020 roku: gdy tokeny zostaną uznane za dowód własności, zastąpią one fizyczny dowód własności. To nie metafora. To prawny plan działania.
Głosy z branży są równie entuzjastyczne. Analiza LinkedIn ze stycznia 2026 roku zatytułowana „The Programmable Square Foot” (Programowalna Stopa Kwadratowa) stwierdza: „Własność statyczna zanika. Programowalna wartość przejmuje inicjatywę”. State Street opisuje tokenizację jako proces, który „redefiniuje własność”. Better Markets ostrzega przed „akcjami cieni”, które wyglądają jak prawdziwe, ale nie mają żadnej podstawy prawnej.
Programowalne. Zdefiniowane na nowo. Cienie.
To słowa tych, którzy to budują. Nie ukrywają tego, co robią. Po prostu opisują to językiem, którego większość ludzi nie jest w stanie rozszyfrować.
Co to oznacza dla czytelnika
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek alarmować. Piszę to, ponieważ oś czasu uległa zmianie, a publiczna dyskusja nie nadążyła. I ponieważ oś czasu zmieni się ponownie, za sześć miesięcy.
Wydawanie zezwoleń prawnych na wywłaszczenie odbywa się szybciej, niż pozwalają na to techniczne możliwości wdrożenia przepisów, a oba te dokumenty uchwalane są szybciej, niż społeczeństwo jest w stanie zrozumieć, co zostało zrobione.
Prowadzi to do czterech wniosków.
Po pierwsze , czas na opór polityczny mierzy się teraz w miesiącach, a nie latach. Skrócenie cyklu legislacyjnego oznacza, że ta architektura będzie zasadniczo realna do 2027–2028 roku. Po tym terminie jej uchylenie będzie wymagało od przyszłego Kongresu podjęcia zdecydowanych działań przeciwko zakorzenionemu przemysłowi, sieci zależności od zagranicznej infrastruktury i systemowi monetarnemu zgodnemu z wytycznymi BIS. To znacznie trudniejsza przeszkoda niż pierwotna wersja.
Po drugie, stopniowy charakter wywłaszczenia oznacza, że czekanie na decydujące wydarzenie jest zgubne. Nie będzie pojedynczego kryzysu. Będą kolejne mniejsze kryzysy, każdy dotykający inną część populacji i każdy bagatelizowany jako przypadek marginalny, aż cała sytuacja stanie się nieodwracalna.
Po trzecie , prawdziwą historię stanowi konwergencja sztucznej inteligencji, technokratycznego zawłaszczania, rozbudowy centrów danych, Pax Silica, „Federalnego Opakowań” i dostosowania do BIS. Żaden z tych elementów nie jest wystarczający sam w sobie. Razem oznaczają one zmianę systemu w zakresie tego, co oznacza własność i kto ją kontroluje.
Po czwarte, sama oś czasu jest ruchomym celem. Każdy, kto zakłada, że dane, o których tu wspomniałem, będą aktualne przez dwa lata, czyta tę samą mapę, którą analitycy czytali w 2024 roku – a ta mapa jest teraz przesunięta o dekadę.
Nazywam to technokracją od prawie dwóch dekad, bo właśnie tym ona jest. Technokraci lat 30. XX wieku uważali, że gospodarką powinni zarządzać inżynierowie, ponieważ politycy nie są w stanie poradzić sobie ze złożonością przemysłową. Technokraci roku 2026 uważają, że architekci blockchain, inżynierowie sztucznej inteligencji i specjaliści od tokenizacji powinni tworzyć zasady własności i finansów, ponieważ politycy nie są w stanie poradzić sobie ze złożonością cyfrową.
Różnica polega na tym, że dzisiejsi technokraci nie muszą sięgać po władzę. Są zapraszani przez ustawodawców, którzy szukają kogoś, kto przygotuje techniczne części ustawy.
To jest schemat. To jest oś czasu. Zatem idea, że „nie będziesz mieć niczego”, nie jest już problemem lat 30. XXI wieku. To problem, który ma swój punkt końcowy między 2028 a 2030 rokiem, rozwijający się fala po fali.
Pytanie brzmi, czy wystarczająca liczba czytelników rozpozna wszystkie dziesięć fal jako jeden wzorzec, zanim czwarta fala nieodwołalnie znormalizuje tę technologię.
To jest właśnie wkład, jaki musi wnieść ta praca.
Wrócę do tej osi czasu za sześć miesięcy. Spodziewam się, że daty będą już przesunięte.
Przypisy końcowe
Boston Consulting Group i ADDX, „Tokenizacja aktywów stanie się szansą na osiągnięcie wartości 16 bilionów dolarów do 2030 r.”, Ledger Insights, 11 września 2022 r.
Rony Dahan, „Globalne przyjęcie tokenizacji: gdzie wiodą instytucje”, LinkedIn, 23 września 2025 r.
Światowe Forum Ekonomiczne, „Świat tokenizowany: przyszłość gospodarki w roku 2030”, BBVA, 5 maja 2026 r.
METR, „Pomiar zdolności sztucznej inteligencji do wykonywania długotrwałych zadań”, 19 marca 2025 r.
METR, „Horyzonty czasowe realizacji zadań w pionierskich modelach sztucznej inteligencji”, 7 maja 2026 r.
Preprint arXiv, „Pomiar zdolności sztucznej inteligencji do wykonywania zadań długoterminowych”, 2503.14499v2.
AI Digest, „Nowe prawo Moore’a dla agentów AI”, 8 kwietnia 2025 r.
BlockchainXTech, „Jak sztuczna inteligencja przyspiesza rozwój i automatyzację Web3”, LinkedIn, 16 listopada 2025 r.
Crypto Briefing, „Nowy łańcuch narzędzi TON oparty na sztucznej inteligencji przyspiesza rozwój inteligentnych kontraktów”, 12 maja 2026 r.
BingX, „Najważniejsze projekty agentów AI w ekosystemie Base w 2026 r.”, 12 lutego 2026 r.
Broadridge, „GenAI działa już teraz, tokenizacja to kolejny krok”, PR Newswire, 24 lutego 2026 r.
K. Sabeel Rahman, „Wizja państwa regulacyjnego: technokracja, demokracja i eksperymenty instytucjonalne”, Harvard Journal on Legislation.
Public Citizen, „1,1 miliarda dolarów wydanych na politykę Big Tech napędza ataki na rządowe przepisy dotyczące sztucznej inteligencji”, 20 listopada 2025 r.
Wikipedia, „Przejęcie regulacji”.
Forbes, Zennon Kapron, „W Ameryce wkrótce powstaną dwie giełdy papierów wartościowych tej samej firmy”, 19 maja 2026 r.
Better Markets, „Poparcie SEC dla tokenizacji musi priorytetowo traktować ochronę inwestorów”, 23 marca 2026 r.
Oświadczenie SEC w sprawie tokenizowanych papierów wartościowych z dnia 28 stycznia 2026 r.
Departament Pracy Stanów Zjednoczonych, „Proponowane regulacje: obowiązki powiernicze przy wyborze niektórych alternatyw inwestycyjnych”, Federal Register Doc. 2026-06178, 31 marca 2026 r.
Komunikat prasowy Departamentu Pracy Stanów Zjednoczonych / EBSA, 29 marca 2026 r.
Latham & Watkins, „DOL proponuje nową bezpieczną przystań ERISA dla alternatywnych inwestycji w plany emerytalne”, 30 marca 2026 r.
Ogletree Deakins, „DOL przedstawia propozycję regulacyjną zniesienia ograniczeń dotyczących inwestycji alternatywnych”, 29 marca 2026 r.
Rozporządzenie 14330, „Domokratyzacja dostępu do aktywów alternatywnych dla inwestorów 401(k)”, 7 sierpnia 2025 r.
Cleary Gottlieb, „Aktualne zmiany w regulacjach dotyczących aktywów cyfrowych w 2026 r.: przełomowy rok 2025”, 14 stycznia 2026 r.
Fireblocks, „5 kluczowych zmian w polityce dotyczącej aktywów cyfrowych w 2025 r. i czego można się spodziewać w 2026 r.”, 16 grudnia 2025 r.
Latham & Watkins US Crypto Tracker, Rozwój ustawodawstwa.
Americas Credit Unions, „Przepisy GENIUS, STABLE i CLARITY oraz przepisy stanowe”, 23 czerwca 2025 r.
Morgan Stanley, „GENIUSZ większej „JASNOŚCI” w stablecoinach”, 17 lipca 2025 r.
McGuireWoods Consulting, „Regulacje wykonawcze mają na celu regulację AI na szczeblu stanowym za pośrednictwem federalnych zasad priorytetowych”, 19 stycznia 2026 r.
Buchanan Ingersoll i Rooney, „Nowe przepisy wykonawcze sygnalizują priorytet federalny nad stanowymi przepisami dotyczącymi sztucznej inteligencji”, 6 stycznia 2026 r.
Holland i Knight, „Co wziąć pod uwagę, gdy Biały Dom wprowadza federalne regulacje dotyczące sztucznej inteligencji”, 14 grudnia 2025 r.
Pillsbury, „Tokenizacja nieruchomości: najnowsze wydarzenia w New Jersey i Dubaju”, 15 lipca 2025 r.
Komisja ds. technologii blockchain w Wyoming, „Tokenizacja nieruchomości”, 19 maja 2020 r.
ScienceDirect, „Czy tokenizacja nieruchomości to kolejny krok w kierunku finansjalizacji mieszkalnictwa?”, 2026.
Lobusto, „Programowalny metr kwadratowy: tokenizacja nieruchomości i szansa na 2 biliony dolarów”, LinkedIn, 23 stycznia 2026 r.
Binaryx, „Wyjaśnienie 4-etapowego planu tokenizacji firmy BlackRock”, 27 lutego 2025 r.
State Street, „Regulacje dotyczące aktywów cyfrowych przyspieszają w 2026 r.”, marzec 2026 r.
Atlantic Council, Central Bank Digital Currency Tracker, 13 maja 2026 r.
Rada Stabilności Finansowej, „Wpływ tokenizacji na stabilność finansową”, 21 października 2024 r.
Bank Światowy ID4D, „Tokenizacja”.
Canton Network, „Raport na temat stanu tokenizacji RWA 2026”, 16 grudnia 2025 r.
Światowe Forum Ekonomiczne, „Czego oczekiwać od aktywów cyfrowych w 2026 r.”, 12 stycznia 2026 r.
Frontiers in Blockchain, „Tokenizacja i przeprojektowanie tradycyjnych finansów”, 11 lutego 2026 r.
SNS Insider, „Raport na temat wielkości, udziału i wzrostu rynku tokenizacji aktywów w 2035 r.”, 22 września 2025 r.
Pointsville, „Globalny sektor tokenizacji RWA: analiza rynku i prognoza”, 19 sierpnia 2024 r.
Oświadczenie posła Ro Khanny w sprawie regulacji dotyczących sztucznej inteligencji, 13 lipca 2023 r.
Bank Rozrachunków Międzynarodowych, materiały na temat inicjatyw Project Agorá, Project mBridge i Unified Ledger.
Sprawozdanie na temat umowy o płatnościach transgranicznych między World Liberty Financial i USD1 Pakistan, 2026 r.
Rozmowa z byłym wiceprezesem Nowego Banku Rozwoju, prof. Paulo Nogueira Batistą Jr
Zapewne jest Pan jednym z niewielu ekonomistów, którzy na podstawie własnych doświadczeń mogą porównać Międzynarodowy Fundusz Walutowy z zupełnie nową instytucją, czyli Nowym Bankiem Rozwoju działającym przy BRICS. Mamy tu zatem zachodnią instytucję finansową i instytucję finansową BRICS. Jakie widzi Pan między nimi różnice?
– Rzeczywiście spędziłem osiem lat w MFW w Waszyngtonie, a bezpośrednio po tym przeprowadziłem się do Szanghaju, gdzie zostałem jednym z członków-założycieli Nowego Banku Rozwoju. Dlaczego stworzyliśmy Nowy Bank Rozwoju? W szczególności dlatego, że MFW nie reagował na konieczność zmian. Były w MFW pewne zmiany w 2008, 2009 i 2010 roku, ale od 2010 roku struktura MFW – i to samo dotyczy Banku Światowego – uległa jakby skostnieniu. Nie przeprowadzano żadnych reform i żadne reformy nie wydawały się realne, prawdopodobne w możliwej do przewidzenia przyszłości. W pewnym momencie – myślę, że było to jakoś w 2011 czy w 2012 roku – grupa BRICS zdała sobie sprawę, że powinna zająć się tą kwestią.
Nie chodziło o opuszczenie MFW i Banku Światowego, których członkami wszystkie jej kraje nadal pozostawały, lecz o stworzenie pewnej alternatywy. Udało się to zrobić. Przeprowadziłem się do Szanghaju w 2015 roku i zostałem tam do 2017 roku. Podjęliśmy próbę stworzenia czegoś nowego. Nowy Bank Rozwoju, nazywany bankiem BRICS, tak naprawdę dopiero zaczyna działać. Nawet dziś, po 10 czy 11 latach od jego powstania, nadal tylko próbuje stać się silną instytucją. Budowa instytucji wielostronnej nie jest prostym zadaniem. Grupa BRICS nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiła. Uczymy się na własnych błędach. Jestem rozczarowany tempem naszych postępów. Podam jeden przykład. Mieliśmy stworzyć bank globalny, a tymczasem mamy tylko 10 członków i o zasięgu globalnym nie sposób tu mówić. Mamy pięciu członków-założycieli BRICS i jeszcze pięć innych krajów, które dołączyły nieco później. Tymczasem musimy mieć znacznie więcej członków. Nie wiem co na to powiedziałaby Polska. Może Polska zechciałaby do nas dołączyć. Bank jest otwarty na wszystkie rynki wschodzące i kraje rozwijające się, bez żadnych wyjątków. Jest też otwarty na kraje zachodnie, które zechciałyby być kredytodawcami, na kraje o wysokich dochodach, które gotowe są do udzielania pożyczek. Na razie takowych nie mamy, za wyjątkiem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, które są krajem o wysokich dochodach, ale to nieco inny przypadek. Wszyscy pozostali członkowie to państwa o średnich lub niskich dochodach. Uważam, że Polska byłaby niezłym kandydatem, choć nigdy nie słyszałem, by bank się do niej zwracał.
Nawiasem mówiąc, to bardzo ciekawe, bo mamy pewne podobieństwa między krajami Ameryki Łacińskiej a Polską, jeśli chodzi o politykę Międzynarodowego Funduszu Walutowego a także Banku Światowego wobec nich. Mam tu na myśli warunki pożyczek. Jak wiemy w latach 1980-tych pojawiło się pojęcie konsensusu waszyngtońskiego odnoszące się do krajów latynoamerykańskich. Zaraz po rozpadzie bloku wschodniego, w początkach naszej transformacji, nam również MFW i Bank Światowy stawiały podobne warunki. Czy Pana zdaniem Międzynarodowy Fundusz Walutowy i inne instytucje finansowe kontrolowane przez Zachód nadal narzucają warunki określone w przeszłości mianem konsensusu waszyngtońskiego?
– Sądzę, że one nadal obowiązują. Mamy do czynienia z instytucjami bazującymi w Waszyngtonie, z MFW i Bankiem Światowym, które kontrolowane są przez Stany Zjednoczone i największe kraje zachodnioeuropejskie oraz przez Japonię. Te trzy ośrodki wraz z Kanadą i Australią dominują w MFW i Banku Światowym. To zachodni system kontroli. Kraje Ameryki Łacińskiej nie mają do niego dostępu. Co w związku z tym robimy? Unikamy jak tylko można korzystania z tych kredytów, bo ich warunki makroekonomiczne często nie mają nic wspólnego z potrzebami naszych krajów. Brazylia od wielu lat unika już Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jeśli się nie mylę, ostatnie programy przez niego finansowane zamknęliśmy w 2013 roku, a może nawet wcześniej. Słabsze kraje Ameryki Łacińskiej nadal jednak zabiegają o jego wsparcie. Polska to przypadek szczególny, bo otrzymywała ona wsparcie z linii kredytowej określanej mianem Elastycznej Linii Kredytowej, którą współtworzyłem i która charakteryzuje się niewygórowanymi warunkami. Polska była jednym z niewielu krajów mogących z niej korzystać. Świadczyło to o jej potencjale. Generalnie jednak sądzę, że Polska jest także jednym z tych krajów, które czują się w funduszu niereprezentowane na odpowiednim poziomie. Polska i Szwajcaria dzielą się stanowiskiem dyrektora wykonawczego, ale jest to zaledwie jedno z 25 stanowisk kierowniczych. Myślę, że strona polska nie jest z tego zadowolona. Może nie w takim stopniu jak Ameryka Łacińska, ale również nie jest usatysfakcjonowana sytuacją w MFW i Banku Światowym.
Owszem, było tak szczególnie w latach 1990-tych, kiedy postawiono nam warunki w postaci deregulacji czy prywatyzacji dużej części naszej gospodarki. W tamtych czasach cała ta agenda neoliberalna została narzucona krajom, takim jak Polska, z zewnątrz. Chciałbym jednak teraz zapytać o Nowy Bank Rozwoju. Czy istnieją jakieś warunki, jakie musi spełnić kraj zainteresowany współpracą z tym bankiem?
– Cóż, zazwyczaj bank udziela pożyczek krajom członkowskim. W kilku wyjątkowych przypadkach udzielił kredytów krajom spoza tego grona. Zazwyczaj jednak wspiera kraje członkowskie. Stworzyliśmy ten bank właśnie po to, by nie tworzyć żadnych warunków dodatkowych. Taki był nasz cel. Oczywiście, bank musi zaakceptować każdy projekt. Projekty te muszą mieć zdrowe podstawy. Jednak gdy negocjujemy je z krajami członkowskimi, stawiamy akcent na poszanowaniu ram polityki i priorytetów politycznych kraju będącego kredytobiorcą. To odróżnia nas zdecydowanie od Banku Światowego i MFW. Bank Światowy stara się przekształcać kraje, którym pożycza pieniądze, zgodnie z polityką prowadzoną w Waszyngtonie. To samo dotyczy MFW. Tymczasem Nowy Bank Rozwoju może jeszcze nie dokonał jakiegoś przełomu, ale postawił przed sobą pewne cele. Są one częścią jego strategii, zapisane zostały w tekście porozumienia tworzącego bank. Mam trochę wątpliwości, odpowiadając na Pańskie pytanie, bo jednym ze słabych punktów Nowego Banku Rozwoju jest brak przejrzystości. Tym samym, nie będąc już wewnątrz banku – tak jak ja – nie wiesz tak naprawdę co się w nim dzieje. Nawiasem mówiąc, jedną z przyczyn braku transparentności jest to, że przekazaliśmy odpowiedzialność za tą kwestię Rosjanom. Rosjanie to wspaniali ludzie, ale przejrzystość nie jest ich specjalnością. Wręcz przeciwnie – zajmują się oni zwalczaniem walki informacyjnej i ukrywaniem pewnych rzeczy. Bank jest zatem bardzo zamknięty. Nie tylko zresztą przez Rosjan, ale to właśnie oni przyłożyli do tego rękę. Obecnym prezesem Nowego Banku Rozwoju jest była prezydent Brazylii Dilma Rousseff, z pochodzenia częściowo Bułgarka. Rousseff ma bardzo wysokie kwalifikacje. Była prezydentem naszego kraju. Sądzę, że posuwa ona sprawy banku do przodu. W czerwcu prawdopodobnie wybiorę się do Szanghaju i spróbuję przyjrzeć się pracy banku. Jako jeden z jego członków-założycieli jestem szczególnie zainteresowany jego powodzeniem.
Jakie były Pańskim zdaniem najpoważniejsze przeszkody, które stanęły przed nowymi krajami planującymi bądź zamierzającymi dołączyć do Nowego Banku Rozwoju, powodujące, że jeszcze one tego nie zrobiły?
– Sam się nad tym zastanawiam, bo od czasów, gdy tam pracowałem, staramy się bardzo mocno o rozszerzenie. Prowadziłem rozmowy z ponad 50 krajami na świecie, przekonując je do dołączenia do banku. Po tym jak odszedłem ze stanowiska, mieliśmy pewien problem. Była nim po raz kolejny Rosja. Rosjanie chcieli korzystać z kredytów Nowego Banku Rozwoju na swoje potrzeby i obawiali się, że jej przeciwnicy uzyskają członkostwo w banku. To dlatego Rosja blokowała wszelkie negocjacje. Kolejnym problemem są Indie, ponieważ obawiają się one dołączenia do banku państw związanych z Chinami, co osłabiłoby ich pozycję w tej instytucji. Wielka szkoda.
Gdy pracowaliśmy nad tekstem porozumienia o utworzeniu banku, zawarliśmy w nim punkt nie pozwalający na tryb podejmowania decyzji w drodze konsensusu, bo w przypadku metody konsensusu, rozumianej restrykcyjnie jako jednomyślność, każdy kraj członkowski miałby prawo weta. Tak jest w tekście porozumienia. Ale w praktyce bank za każdym razem proceduje w ramach zasady konsensusu. Jeśli zatem Rosja jest temu przeciwna, żaden nowy kraj nie może zostać przyjęty. Podobnie się dzieje, gdy przeciwne są Indie. Niemal nigdy nie przeprowadza się głosowania mogącego odrzucić weto sprzeciwiającego się kraju, a to prowadzi do paraliżu. Wiąże się to z faktem, że wiele naszych krajów – za wyjątkiem Chin – jest na etapie starania się o status istotnych podmiotów w stosunkach międzynarodowych. Dotyczy to wszystkich, poza Chinami, krajów-założycieli Nowego Banku Rozwoju. Ale jak już powiedziałem – mam nadzieję, że ruszymy naprzód. Jest wiele innych przykładów instytucji międzynarodowych, które zaczynały bardzo słabo i nieśmiało, a później dynamicznie się rozwinęły. Jednym z nich jest bank u nas, w Ameryce Łacińskiej, CAF, czyli Comunidad Argentina de Fomento. Zaczynał bardzo skromnie, a dziś jest jednym z największych wielostronnych banków działających na rzecz rozwoju na świecie, choć wciąż jest mało znany, nawet w Ameryce Łacińskiej.
Skoro jesteśmy przy Ameryce Łacińskiej, chciałbym Pana zapytać o możliwości rozszerzenia w przyszłości grupy BRICS. Pamiętamy, że zanim nastąpiły tam polityczne zmiany gotowość do akcesji zgłaszała Argentyna. Czy dostrzega Pan jeszcze jakieś inne kraje latynoamerykańskie gotowe do dołączenia do tej grupy?
– Już dawno zaakceptowane zostało członkostwo Urugwaju. Ostatnio słyszałem, że parlament urugwajski ma jakieś problemy z ratyfikacją umowy akcesyjnej. To bardzo przykra wiadomość. Mam nadzieję, że uda się je przezwyciężyć. Kolejny kraj to Kolumbia. Kolumbia przyłączyła się do banku, sporo do niego wnosząc. A co do Argentyny – ma Pan na myśli sam bank, czy cały blok polityczny?
Blok polityczny, a właściwie polityczno-gospodarczy. Mam na myśli samą grupę BRICS. Ale chodzi mi także o bank.
– Członkami banku są Urugwaj i Kolumbia. Argentyna otrzymała zaproszenie do dołączenia do bloku politycznego, ale na szczęście to zaproszenie odrzuciła. Gdybyśmy bowiem mieli teraz Argentynę z Milei’em podporządkowanym bezpośrednio Trumpowi w procesie integracyjnym grupy BRICS, stanowiłaby ona poważny problem wewnętrzny, szczególnie w obliczu faktu, że grupa ta również działa na zasadzie jednomyślności. Argentyna byłaby w tej sytuacji poważnym elementem blokującym. Jak zapewne Pan wie, kolejnym zaproszonym krajem, który na zaproszenie nie odpowiedział, jest Arabia Saudyjska. Tu również dobrze się stało, bo Arabia Saudyjska jest dziś w obozie zachodnim, co widać szczególnie wyraźnie w kontekście wojny przeciwko Iranowi. Jak jesteśmy już poza Ameryką Łacińską, to kolejnym – poza Iranem – krajem, który otrzymał zaproszenie i je przyjął, były Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zastanawiam się kto wpadł na pomysł, by wystosować zaproszenie dla Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Owszem, jest to kraj o wysokich dochodach, kraj bogaty, ale geopolitycznie nie ma on kompletnie nic wspólnego z BRICS. Muszę to sprawdzić, ale wydaje mi się, że przyjęcie ZEA promowane było przez Indie. Indie same stanowią obecnie problem dla BRICS.
Tak, to ciekawa kwestia. Chodzi mi o Indie nie w wymiarze ekonomicznym, lecz politycznym – z ich stosunkiem do Iranu, z ich poparciem dla niektórych działań izraelsko-amerykańskiej koalicji walczącej z Iranem. To co najmniej dziwne. Na przykładzie Indii, chciałbym zapytać Pana czy w obliczu sprzeczności wewnętrznych w bloku BRICS jego dalsza integracja jest w ogóle możliwa?
– To zawsze stanowiło problem, ale teraz stał się on jeszcze większy w związku z coraz poważniejszą sytuacją geopolityczną i militarną po ataku na Iran. Indie mogą budzić niepokój z co najmniej dwóch powodów. Jednym z nich są ich związki z Izraelem. Jak to możliwe, że krótko przed atakiem na Iran premier Modi składa wizytę w Izraelu, ściskając się ze zbrodniarzem wojennym Netanjahu i przemawiając na forum Knesetu? Gdybym był Hindusem, byłoby mi wstyd. To naprawdę skandaliczne. To zachowanie niegodne członka BRICS, bo BRICS miało być grupą krajów postulujących reformy. Nie miała to być grupa antyzachodnia, ale jednak próbująca stworzyć alternatywę dla Zachodu, niekoniecznie przy tym wchodząc z nim w konflikt.
Jak wspomniałem, Iran jest członkiem BRICS. Wygląda na to, że Iran pasuje do BRICS bardziej niż Indie, choć to Indie były jednym z państw-założycieli grupy. Problem polega na rządach Modiego. Rząd Modiego jest z tego punktu widzenia znacznie gorszy od gabinetu poprzedniego premiera, Manmohana Singha. Singh wspierał powstanie Nowego Banku Rozwoju. Wystąpił z tym pomysłem w imieniu Indii, a inne kraje poparły tą ideę. Obecne Indie to zupełnie coś innego. Nie jestem w stanie usprawiedliwić tego, co robią, ale próbując to wyjaśnić w największym skrócie – Indie mają kłopoty z Pakistanem z jednej strony, a z Chinami – z drugiej. Nie mogą już bazować na dobrych relacjach z Rosją, jak to było w przeszłości. I nie chodzi o to, że ich stosunki z Rosją są jakoś wyjątkowo złe, ale Rosja bardzo zbliżyła się do Chin, szczególnie po inwazji na Ukrainę. Rosja nie jest już zatem dla Indii tak bliskim partnerem. W którym zatem kierunku spoglądają Indie? Patrzą na Stany Zjednoczone, bo obawiają się Chin. Modi pogorszył jeszcze sytuację przez swój stosunek do mniejszości muzułmańskiej. Indie muszą zatem prowadzić politykę równowagi, ale ostatnio zbliżają się bardzo do Stanów Zjednoczonych. Dzieje się to pomimo faktu, że w ubiegłym roku Trump wbił im nóż w plecy pod postacią wprowadzenia bardzo wysokich ceł. Mimo to Indie nadal stawiają na Stany Zjednoczone. To tragiczne, bo w 2026 roku Indie przewodniczą BRICS, całemu procesowi integracji grupy. Czego można się po takim przewodnictwie Indii spodziewać? Niczego, zera i jeszcze raz zera. Choć jako Brazylijczyk mógłbym powiedzieć, że brazylijskie przewodnictwo w grupie w ubiegłym roku też okazało się porażką i wielkim rozczarowaniem. Nie mam więc większego prawa do zbyt ostrego krytykowania Indii. Spójrzmy jednak na to, czego możemy się spodziewać. W 2027 roku przewodnictwo obejmą Chiny. Mogę mieć jedynie nadzieję, że w przyszłym roku Chiny zrobią o wiele lepszą robotę niż Indie i Brazylia. Indie mają jeszcze wciąż czas. Biorąc jednak pod uwagę ich relacje z Izraelem, a przede wszystkim ze Stanami Zjednoczonymi, nie spodziewałbym się po nich niczego szczególnego.
Uważa Pan zatem, że to Chiny mogą stać się głównym motorem napędowym integracji BRICS?
– Uważam, że takimi największymi motorami napędowymi są Chiny i Rosja, a także Iran. Rosja i Chiny to olbrzymie kraje, które okazały się odporne na presję Zachodu. Chiny pokazały wspaniały przykład jak można radzić sobie z Amerykanami, gdy w ubiegłym roku odpowiedziały na politykę celną wprowadzoną przez Trumpa. Z kolei Rosja udowadnia, że zasługuje na szacunek, na polu walki. To samo robi Iran. Szczerze mówiąc, nie da się powiedzieć tego samego o innych krajach BRICS. Mówiłem już o Indiach. Jednak równie słabymi ogniwami okazują się Afryka Południowa i Brazylia. Dlaczego? Bo tu, w Brazylii, mamy sporą, bogatą mniejszość zapatrzoną w Europę, a w szczególności w Stany Zjednoczone. Jej przedstawiciele uważają, że jesteśmy częścią Zachodu. Tymczasem Brazylia częścią Zachodu nie jest. Brazylia jest częścią Globalnego Południa. Geograficznie znajduje się na zachodzie, ale geopolitycznie nie jest uznawana przez kraje zachodnie za równorzędnego partnera. Dlatego jesteśmy w BRICS. W Brazylii nie ma jednak w tej kwestii konsensusu. Gdy nasz kraj próbował podjąć pewne kroki w zeszłym roku, podniosła się opozycja, zaś groźby wysuwane przez Trumpa przestraszyły również wielu członków rządu. Nie chodzi o prezydenta Lulę, ale o wielu jego ministrów przerażonych groźbami Trumpa. Niestety, zapewne z uwagi na to, nasze działania w BRICS były sparaliżowane.
Przejdźmy do kolejnego pytania o Amerykę Łacińską. Gdy czytamy strategię Stanów Zjednoczonych, widzimy że deklarują one wprost powrót do doktryny Monroe. Niektórzy komentatorzy twierdzą nawet, że mamy doktrynę nazywaną przez nich doktryną Donroe, która jest znacznie bardziej agresywna od swego historycznego odpowiednika. Niektórzy analitycy utrzymują, że Brazylia jest jedynym krajem zdolnym do przeciwstawienia się koncepcji dominacji Stanów Zjednoczonych nad półkulą zachodnią. Czy uważa Pan, że brazylijski potencjał mógłby stać się rdzeniem dla niepodległej Ameryki Łacińskiej?
– Dokładnie przeczytałem oba dokumenty strategiczne upublicznione przez Stany Zjednoczone – strategie narodową z ubiegłego roku oraz strategię obronną ze stycznia tego roku. Oba podkreślają potrzebę hegemonii Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej. Półkula zachodnia jest w nich rozumiana jako przestrzeń rozciągająca się od Grenlandii po Patagonię. Traktują ją całościowo. W moim przekonaniu atak na Wenezuelę na początku stycznia tego roku stanowił jej wcielenie w życie. To było naprawdę coś skandalicznego. Nigdy jeszcze nie było podobnej agresji na Amerykę Południową. Stało się to po raz pierwszy na przestrzeni bardzo długiej już historii. Było to szokujące, szczególnie dlatego, że – powiedzmy sobie szczerze – Stany Zjednoczone zrobiły to prawie bez żadnych kosztów lub poniosły koszty bardzo niewielkie, i kontrolują dziś rząd Delcy Rodriguez, która stała się wasalem Amerykanów. To naprawdę poważny problem. Jednak kiedy przeczytamy strategię Stanów Zjednoczonych, przekonamy się, że nie jest prawdą, że – jak niektórzy twierdzą – Amerykanie ograniczają się do półkuli zachodniej. Owszem, chcą sprawować nad nią kontrolę, jednak nie zrezygnowały ze swojego najważniejszego celu, jakim jest status hegemona globalnego. To dość oczywiste. Potwierdzają to ich kolejne działania, w tym przeciwko Iranowi. Stany Zjednoczone nie ograniczają się do półkuli zachodniej. A kogo mamy na tej półkuli zachodniej? Na Kanadę nie można liczyć. Kanada jest istotnym krajem, ale zależna jest od Stanów Zjednoczonych.
Gdy popatrzymy na południe, to obecnie które z krajów nie są związane z Trumpem? Jest Kolumbia, jest Brazylia i jest jeszcze Meksyk. Mamy jeszcze Nikaraguę i Kubę. I to chyba wszystko. Reszta jest już podporządkowana Trumpowi i jego doktrynie, doktrynie Donroe, jak Pan to nazwał. Najlepiej widać to na przykładzie Milei’a, ale mamy wiele innych przypadków.
Dlatego dla Brazylii tak istotne jest odgrywanie niezależnej roli. Nie chciałbym tu opowiadać się za żadnym ugrupowaniem. Nie jestem członkiem partii prezydenta Luli. Jestem często wobec niego bardzo krytyczny. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że opozycja przeciwko niemu w nadchodzących wyborach prezydenckich w tym roku to ludzie Trumpa w Brazylii, czyli syn byłego prezydenta Bolsonaro Flávio Bolsonaro, bardzo mocno obawiam się reelekcję Luli. Wciąż jest on faworytem sondaży, ale różnica jest niewielka. Tymczasem z punktu widzenia Donalda Trumpa i Stanów Zjednoczonych najlepszym, najłatwiejszym sposobem przejęcia kontroli nad półkulą zachodnią byłoby pokonanie Luli w wyborach, które odbędą się w październiku tego roku. Z geopolitycznego punktu widzenia wybory w Brazylii mogą być decydujące dla całego świata. Wcześniej odbędą się również bardzo istotne wybory w Kolumbii. Jeśli zdoła w nich wygrać następca prezydenta Petro, Kolumbia pozostanie w naszym obozie, co jest bardzo ważne.
Powiem jeszcze krótko, że naprawdę znakomita jest Claudia Sheinbaum, prezydent Meksyku, kobieta, Żydówka. Robi świetną robotę. Musimy zdawać sobie przy tym sprawę, że w sensie gospodarczym Meksyk jest bardzo mocno uzależniony od Stanów Zjednoczonych. Mimo to, wykazuje się ona wielką śmiałością w obliczu amerykańskiego dyktatu. Z kolei Kuba jest przykładem niewielkiego kraju, liczącego 10 milionów mieszkańców, podobnie jak Izrael, lecz zdolnego do stawiania oporu sankcjom i naciskom wielkiego supermocarstwa tuż u jej granic, jeszcze od wczesnych lat 1960-tych.
Mam nadzieję, że Brazylia będzie bardziej pomagała Kubie w zachowaniu jej niepodległości. Gdy posłuchamy przywódców kubańskich, dochodzimy do wniosku, że to wspaniali ludzie, bardzo konkretni, bardzo poważni, znacznie lepsi od przywódców w Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie, gdy popatrzymy na obecną Europę Zachodnią i Stany Zjednoczone. To zadziwiający widok. Naprawdę mam nadzieję, że Kubie uda się wymknąć z pułapki, do której próbuje się ją zagnać. To co teraz powiem jest dość egoistyczne, ale jeden czynnik może tu odegrać korzystną rolę: fakt, że Stany Zjednoczone ugrzęzły w Iranie i na Bliskim Wschodzie, sprawia, że nie mogą one wziąć się za nas. Koncentrują się na innym miejscu. Stany Zjednoczone są jednak potęgą zdolną do działań na różnych frontach jednocześnie. Tak czy inaczej, Iran dowiódł, że nie są one w stanie robić wszystkiego co zechcą, wszędzie, gdzie im się spodoba.
Dziękuję za rozmowę.
———————————————————-
Prof. Paulo Nogueira Batista Jr (ur. 1955 w Rio de Janeiro) – brazylijski ekonomista, w przeszłości m. in. wiceminister planowania, doradca ministra finansów, w l. 2007-2013 – dyrektor wykonawczy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w l. 2015-2017 – jeden z założycieli i wiceprezes Nowego Banku Rozwoju BRICS.
Całość wywiadu dostępna na kanale YouTube Wbrew Cenzurze.
W tym filozoficznym tekście Aleksander Dugin przedstawia technologię nie jako neutralne narzędzie, lecz jako destrukcyjną siłę metafizyczną, nierozerwalnie związaną z systemami kontroli, przemocy i duchowego rozkładu.
Aleksander Dugin 26 maja 2026
Czy czysto teoretycznie mogłoby w Stanach Zjednoczonych powstać potężne ruch polityczny — jawnie sprzeciwiający się sieci Epsteina i autentycznie oddany amerykańskiemu narodowi? W obecnej chwili taki rozwój wydaje się prawie niemożliwy.Sama technologia stała się klątwą ludzkości — demoniczną siłą.
Marcel Mauss i Georges Bataille już badali metafizyczne wymiary wymiany i zniszczenia poprzez koncepcję potlaczu. W tym sensie każda technologia ostatecznie staje się narzędziem dominacji, a potencjalnie — morderstwa.Obsesja na punkcie technologii jest więc obsesją na punkcie demona. „Technologiczna Republika” może być najbardziej precyzyjną nazwą dla porządku politycznego rządzonego przez to, co Pismo nazywa „księciem tego świata”.
[Potlacz to tradycyjna ceremonia i forma wielkiej uczty połączonej z rozdawnictwem lub niszczeniem mienia, praktykowana przez Indian. Jej głównym celem było zyskanie szacunku i potwierdzenie lub podniesienie swojego statusu społecznego – osobą o najwyższej pozycji stawał się ten, kto potrafił najwięcej rozdać lub publicznie zniszczyć. md]
=============================================
Istota problemu tkwi w samej zachodniej nowoczesności, a także w historycznych tendencjach uwolnionych przez Renesans i Reformację. Te procesy przygotowały drogę dla obecnego stanu cywilizacji. Jedynym prawdziwym rozwiązaniem byłaby de-modernizacja Zachodu i de-westernizacja Reszty.
Kapitalizm funkcjonuje jako maszyna zbiorowego samobójstwa.
Zewnętrzny świat materialny jest w istocie ciemną iluzją. Wszystko jest Umysłem — niekoniecznie tylko ludzkim umysłem, lecz Umysłem jako takim, w którym uczestniczy ludzka świadomość. To, co nazywamy rzeczywistością materialną, składa się jedynie z jego projekcji. [oj.. to jakiś deizm, gnoza czy co?? md]
Jak trafnie zauważył Johann Gottlieb Fichte, uczciwi i cnotliwi ludzie skłaniają się ku idealizmowi, podczas gdy okrutni i skorumpowani są bardziej skłonni ku materializmowi.
„Każda wielka wojna zaczyna się od kłamstwa” – Jak banki centralne, imperia i propaganda, według Richarda Wernera, wpędzają świat w wojnę.
uncut-news.ch
W obszernym wywiadzie ekonomista i ekspert bankowy Richard Werner analizuje geopolityczne struktury władzy stojące za wielkimi wojnami – od konfliktu o Lusitanię i I wojny światowej po współczesne konflikty z Iranem, Rosją i Chinami. Jego główna teza: Wielkie wojny nie powstają spontanicznie, lecz są przygotowywane za pomocą propagandy, interesów ekonomicznych i strategii geopolitycznych. Według Wernera banki centralne, imperialne ośrodki władzy i kontrolowane systemy finansowe odgrywają w tym procesie szczególnie istotną rolę.
„Wojna z Iranem o broń jądrową? Test na inteligencję”
Już na początku Werner wygłasza prowokacyjne stwierdzenie: Każdy, kto wierzy, że obecna wojna z Iranem jest związana przede wszystkim z irańskim programem nuklearnym, ulega propagandzie.
Twierdzi, że historycznie rzecz biorąc, wojny prawie zawsze były sprzedawane pod fałszywymi pozorami, podczas gdy prawdziwe geopolityczne i ekonomiczne motywy pozostawały ukryte.
Lusitania: I wojna światowa jako fałszywa flaga?
Jako przykład Werner podaje zatopienie RMS Lusitania w 1915 roku.
Oficjalna wersja wydarzeń głosi, że niemiecki okręt podwodny zatopił cywilny statek pasażerski, wywołując w ten sposób nastroje antyniemieckie w USA.
Werner twierdzi jednak, że brytyjskie władze celowo działały w celu wciągnięcia USA do wojny.
Podkreśla to:
Lusitania została oficjalnie zarejestrowana jako statek pomocy wojskowej.
Niemcy publicznie ostrzegły przed wejściem na pokład statku.
Niemieckie reklamy w amerykańskich gazetach wyraźnie informowały, że statek może zostać zaatakowany.
Szczególnie wybuchowe: Według Wernera niektóre gazety celowo nie publikowały tych ostrzeżeń.
Twierdzi również, że Brytyjczycy już wtedy potrafili odczytać niemieckie kody radiowe i celowo skierowali kapitana Lusitanii na trasę prowadzącą bezpośrednio obok niemieckiego okrętu podwodnego.
Winston Churchill osobiście wydał rozkaz zmniejszenia prędkości statku, choć zwiększało to ryzyko ataku.
Dla Wernera Lusitania jest klasycznym przykładem tego, jak wydarzenie może być wykorzystane do wykreowania nastroju wojennego wśród społeczeństwa.
„Normalni ludzie nie chcą wojny”
Werner wielokrotnie argumentował: Większość społeczeństwa nigdy nie chce wojny.
Właśnie dlatego:
Kampanie medialne,
Wydarzenia szokujące,
Obrazy wroga
i emocjonalne narracje
Mają one na celu nakłonienie ludności i polityki do wojny.
Ostrzega: Prawdziwym problemem jest to, że wiele osób po prostu nie potrafi sobie wyobrazić, że wpływowe kręgi mogłyby celowo prowokować globalne konflikty.
I wojna światowa jako początek całkowitej kontroli
Werner opisuje I wojnę światową jako punkt zwrotny w historii nowożytnej.
Nazywa to początkiem nowożytnej wojny totalnej.
Po raz pierwszy:
całe społeczeństwa
Przemysły,
Kobiety,
głoska bezdźwięczna
i systemy gospodarcze
został całkowicie zmilitaryzowany.
Według Wernera w tym okresie wyłoniła się nowa forma scentralizowanej kontroli , która mogła rozprzestrzeniać się pod pretekstem wojny.
Rola Wielkiej Brytanii
Imperium Brytyjskie znajduje się w centrum jego analizy historycznej.
Werner opisuje Wielką Brytanię jako ówczesną globalną potęgę hegemoniczną, która utrzymywała dominację nad:
Kolonializm,
potęga morska,
Systemy finansowe
i kontroli handlu
Zabezpieczyłem to.
Mówi szczególnie szczegółowo o:
Kompania Wschodnio-indyjska,
eksploatacja kolonialna,
Głód w Irlandii i Indiach,
jak również kontrola globalnych szlaków handlowych.
Twierdzi, że jeszcze przed I wojną światową Wielka Brytania coraz częściej postrzegała Niemcy jako zagrożenie egzystencjalne.
Prawdziwa przyczyna I wojny światowej?
Werner uważa, że kluczowym czynnikiem wywołującym I wojnę światową był niemiecki projekt infrastrukturalny linii kolejowej Berlin–Bagdad–Basra.
Pomysł był taki, że Niemcy chcieli zabezpieczyć sobie dostawy surowców i energii drogą lądową — nie uzależniając się od kontrolowanych przez Brytyjczyków szlaków morskich.
Dla Imperium Brytyjskiego była to katastrofa strategiczna.
Ponieważ: Udane połączenie kontynentalne z Europy do Bliskiego Wschodu znacznie osłabiłoby brytyjską potęgę morską.
Werner dostrzega bezpośrednie analogie do obecnej sytuacji na świecie.
Chiny jako „nowe Niemcy”
Według Wernera świat znajduje się obecnie w podobnej fazie geopolitycznej.
Chiny odgrywają obecnie tę samą rolę, którą kiedyś pełniły Niemcy.
Chiny próbują:
alternatywne szlaki handlowe,
niezależne łańcuchy dostaw,
własne systemy finansowe
i nowe projekty infrastrukturalne
budować.
Według Wernera współczesnym odpowiednikiem linii kolejowej Berlin-Bagdad jest chińska inicjatywa Pasa i Szlaku („Nowy Jedwabny Szlak”).
Iran jako klucz w walce z Chinami
Szczególnie ważny pod tym względem jest Iran.
Werner twierdzi, że Iran nie jest głównym celem ataków Zachodu ze względu na swój program nuklearny, ale ze względu na swoją rolę jako korytarz energetyczny i transportowy dla Chin.
Podkreśla, że projekty infrastrukturalne Inicjatywy Pasa i Szlaku również padły ofiarą bombardowań w atakach na Iran:
Mosty
Linie kolejowe,
Korytarze transportowe.
Dla Wernera jest to dowód , że prawdziwym przeciwnikiem geopolitycznym są Chiny.
„Wenezuela i Iran są częścią tej samej strategii”.
Werner również postrzega Wenezuelę jako część tej samej globalnej strategii.
Oba kraje:
posiadają duże zasoby energii,
dostarczać do Chin
i wyrwać się spod kontroli Zachodu.
Twierdzi , że operacje zmiany reżimu odbywają się coraz częściej otwarcie – bez możliwości „wiarygodnego zaprzeczenia”.
Banki centralne i kontrola państw
Duża część wywiadu skupia się wokół banków centralnych i systemów finansowych.
Werner opisuje:
kryzys azjatycki z 1997 r.
rola MFW
Ataki walutowe,
Kontrola kapitału
i manipulacji kredytowych.
Twierdzi, że kryzysy finansowe są często sztucznie wywoływane, aby wpędzić państwa w zależność.
Jako przykład podaje Tajlandię:
Polityka banku centralnego doprowadziła do destabilizacji bahta.
MFW zażądał wówczas wprowadzenia surowych środków oszczędnościowych.
W rezultacie aktywa tajskie zostały tanio sprzedane zagranicznym inwestorom.
Werner opisuje ten model jako: „nowoczesną kolonizację ekonomiczną”.
MFW jako nowoczesne imperium?
Werner jest szczególnie krytyczny wobec:
MFW
Bank Światowy
i systemu dolarowego.
Twierdzi, że instytucje te nie służą przede wszystkim rozwojowi, lecz kontroli.
Chińska Inicjatywa Pasa i Szlaku po raz pierwszy stanowi poważną alternatywę dla systemu finansowego zdominowanego przez Zachód.
Niebezpieczeństwo nowej wojny światowej
Na koniec Werner stanowczo ostrzega przed eskalacją konfliktu w kierunku Trzeciej Wojny Światowej.
Odnosi się do:
o masowym zbrojeniu Europy,
nowe debaty na temat poboru do wojska,
Strategie NATO,
Konflikty z Rosją,
i narastającej konfrontacji z Chinami.
Szczególnie niepokojące jest to , że wiele osób uważa, że nikt nie chce wojny światowej, podczas gdy w tym samym czasie trwają konkretne przygotowania.
Jego ponury wniosek
Richard Werner maluje obraz świata, w którym:
imperia chcą zapewnić sobie dominację,
Systemy finansowe są wykorzystywane w celach geopolitycznych.
Media wzmacniają narracje wojenne,
i rywale ekonomiczni są systematycznie zwalczani.
Dla niego są to:
wojna z Iranem,
konfrontacja z Rosją,
i presja na Chiny
nie oddzielne kryzysy — lecz części globalnej walki o kontrolę nad porządkiem świata.
Podczas gdy zachodnie media wciąż mówią o możliwych negocjacjach, dyplomatycznych przełomach i rzekomej „deeskalacji” między Waszyngtonem a Teheranem, były doradca Pentagonu, pułkownik Douglas Macgregor, przedstawia zupełnie inny obraz rzeczywistości. W kontrowersyjnym wywiadzie opisuje Bliski Wschód jako region na krawędzi historycznej geopolitycznej przebudowy – i ostrzega, że Stany Zjednoczone mogą zostać wciągnięte w wojnę, której nie będą w stanie kontrolować ani wygrać.
Macgregor jest pewien: konflikt z Iranem nie jest już tylko wojną regionalną. Stał się częścią znacznie szerszej walki o władzę.
o przyszłości Izraela,
aby utrzymać amerykańską supremację,
globalne zaopatrzenie w energię,
i strategiczna reorganizacja całego Bliskiego Wschodu.
Jego analiza jest druzgocąca: USA drastycznie niedoceniły Iranu, zignorowały własną podatność na zagrożenia i teraz stoją przed geopolitycznym dylematem, z którego nie ma łatwego wyjścia.
„Wycofanie się USA byłoby katastrofalne w skutkach dla Izraela”.
Macgregor rozpoczyna swoją analizę od stwierdzenia, które jest szokujące: Izrael po prostu nie może sobie pozwolić na wycofanie się Ameryki z wojny.
Twierdzi, że izraelskie władze doskonale wiedzą, że cała ich pozycja strategiczna opiera się na stałym wsparciu Stanów Zjednoczonych.
Czy Donald Trump powinien nagle ogłosić:
„nie ma rozwiązania militarnego”
Stany Zjednoczone wycofają się,
lub walki zostałyby zamrożone,
Według Macgregora byłoby to „katastrofalne” z perspektywy Izraela.
Ponieważ: Izrael musi stale angażować Waszyngton w konflikt. Tylko w ten sposób Tel Awiw może zapobiec izolacji geopolitycznej.
Strach przed końcem amerykańskiej ochrony
Między wierszami Macgregor opisuje ogromną panikę strategiczną w Izraelu.
Jego zdaniem izraelscy przywódcy obawiają się raczej tego, że pewnego dnia Stany Zjednoczone nie będą już chciały lub nie będą w stanie ponosić głównego ciężaru militarnego niż samego Iranu.
Właśnie dlatego, według jego analizy, ogień wojny nigdy nie powinien zostać całkowicie ugaszony.
Ponieważ gdy tylko Waszyngton się wycofa, natychmiast pojawia się niebezpieczne pytanie: dlaczego USA miałyby później ponownie interweniować militarnie — na przykład przeciwko Turcji, Iranowi lub innym regionalnym przeciwnikom Izraela?
„Wielki Izrael” i eskalacja w Libanie
Wypowiedzi Macgregora na temat strategicznych celów Izraela w Libanie są szczególnie kontrowersyjne.
Otwarcie twierdzi, że Izrael obecnie próbuje stopniowo „zgazować” południowy Liban — to znaczy zniszczyć go militarnie i w dłuższej perspektywie przekształcić w strefę kontrolowaną.
Jest to część szerszego planu: rozszerzenia terytorialnego i bezpieczeństwa polityki Izraela.
Niezależnie od tego, czy ocena ta jest trafna, czy nie — niezwykłe jest to, że były wysoko postawiony doradca wojskowy USA teraz publicznie wypowiada się w takich kategoriach.
Turcja staje się strategicznym rywalem.
Wywiad staje się jeszcze bardziej emocjonujący, gdy Macgregor zaczyna mówić o Turcji.
Obecnie uważa Ankarę za jednego z najgroźniejszych rywali geopolitycznych Izraela.
Według Macgregora tureccy stratedzy coraz częściej realizują idee neoosmańskie: strefy wpływów w:
Syria,
Irak,
Liban
i części wschodniej części Morza Śródziemnego.
Relacjonuje nawet dyskusje na temat tureckich map dawnych terytoriów osmańskich, które Ankara nadal postrzega jako historyczną strefę wpływów.
Stwarza to zupełnie nowy scenariusz: Izrael mógłby w przyszłości stanąć twarzą w twarz nie tylko z Iranem, ale również z rosnącą w siłę Turcją.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Macgregor powołuje się na wypowiedzi byłego premiera Izraela Naftalego Bennetta, który stwierdził, że Turcja może być w dłuższej perspektywie groźniejszym przeciwnikiem dla Izraela niż sam Iran.
Egipt – niedoceniane państwo beczki prochu
Macgregor ostrzega również przed zjawiskiem, o którym zachodnie media rzadko mówią: narastającym gniewem w Egipcie.
Opisuje kraj, którego mieszkańcy coraz bardziej buntują się przeciwko bierności rządu w obliczu zniszczeń w Strefie Gazy i Palestynie.
Wielu Egipcjan pytało:
Dlaczego Egipt nic nie robi?
Dlaczego największy naród arabski po prostu stoi i się temu przygląda?
Dlaczego nikt nie interweniuje?
Macgregor uważa: Jeśli Egipt ulegnie wewnętrznej destabilizacji, cały Bliski Wschód może eksplodować.
„Trump działa emocjonalnie, a nie strategicznie”
Jedna z najostrzejszych części wywiadu jest skierowana przeciwko samemu Donaldowi Trumpowi.
Macgregor otwarcie stwierdza: Ataki na Iran nigdy nie były racjonalnie obliczone.
Gdyby w grę wchodziło myślenie strategiczne, Waszyngton nigdy nie zaatakowałby Iranu.
Jego zdaniem:
Emocje wzięły górę nad rozsądkiem
Trump jest impulsywny,
i coraz częściej działają pod presją polityczną.
Macgregor szczególnie krytycznie odniósł się do faktu, że Trump najwyraźniej założył, że konflikt szybko się zakończy — była to błędna ocena mogąca mieć katastrofalne skutki.
Iran dostosował się i jest silniejszy, niż oczekiwano
Ocena sytuacji militarnej dokonana przez Macgregora jest szczególnie alarmująca.
Wyjaśnia: Iran dokonał obecnie radykalnej adaptacji swoich sił zbrojnych:
rozmieszczono mobilne wyrzutnie rakiet
infrastruktura rozproszona
Struktury dowodzenia ustabilizowane,
Analiza zachodnich wzorców lotów,
Obrona przeciwlotnicza dostosowana.
Dodatkowo musieliby:
Rosja,
Chiny,
Rozpoznanie satelitarne,
Systemy ISR,
pomoc techniczna
i wsparcia rakietowego
Iran stał się znacznie bardziej odporny.
Macgregor twierdzi nawet, że zachodnie operacje powietrzne stały się przewidywalne, podczas gdy potencjał Iranu został drastycznie niedoceniony.
Cieśnina Ormuz jako globalny punkt wstrząsu
Dostawy energii pozostają kluczową kwestią. Dalsza eskalacja może zachwiać całą globalną architekturą energetyczną.
Cieśninę Ormuz uważa się za najniebezpieczniejsze wąskie gardło na świecie.
W przypadku eskalacji poważnego konfliktu:
Ceny ropy mogą gwałtownie wzrosnąć,
Łańcuchy dostaw się załamują,
Gospodarka światowa weszła w fazę szoku.
Szczególnie dramatyczne jest to, że Macgregor mówi o możliwej dekadzie globalnych zniszczeń gospodarczych.
Koniec amerykańskiej dominacji militarnej?
Jednakże najważniejsza część wywiadu nie dotyczy Iranu, lecz samych Stanów Zjednoczonych.
Macgregor wyjaśnia: Cała amerykańska strategia wojskowa ostatnich dziesięcioleci jest technologicznie przestarzała.
Doktryna światowych baz wojskowych („wysunięta obecność”) już nie działa:
nowoczesne rakiety,
Broń hipersoniczna
Roje dronów
Rozpoznanie satelitarne,
Precyzyjne uderzenia
naraziłoby na niebezpieczeństwo duże bazy amerykańskie.
Według niego wiele baz na Bliskim Wschodzie jest dziś praktycznie nie do obrony.
Stany Zjednoczone same w sobie stanowią zagrożenie dla swoich sojuszników.
Macgregor idzie jeszcze dalej: amerykańska obecność wojskowa jest coraz częściej postrzegana nie jako ochrona, a jako zagrożenie.
Ponieważ: Gdziekolwiek znajdują się bazy USA, automatycznie pojawiają się potencjalne cele ataków.
Dlatego w przyszłości:
Niemcy,
Korea Południowa,
Japonia
i inni sojusznicy
coraz bardziej kwestionując amerykańską obecność.
Prawdziwy przekaz wywiadu
Pośród wszystkich analiz geopolitycznych, przez całą rozmowę przewija się jedno, centralne przesłanie:
Porządek świata zmienia się szybciej, niż Waszyngton jest skłonny zaakceptować.
Macgregor opisuje:
Ameryka w strategicznym nadmiernym rozszerzeniu,
Izrael w rosnącej niepewności,
Iran, który jest bardziej odporny niż oczekiwano,
a Türkiye on the rise
Chiny i Rosja jako cisi zwycięzcy,
i doktryna wojskowa, która pod względem technologicznym ulega coraz większemu rozpadowi.
Jego ponury wniosek: USA być może nie wygrają wojny z Iranem, ale wciąż mogą ją jeszcze bardziej zaostrzyć.
I tu tkwi największe niebezpieczeństwo: konflikt, który początkowo miał charakter regionalny, może przerodzić się w globalny kryzys energetyczny, militarny i systemowy, którego skutki będą sięgać daleko poza Bliski Wschód.