Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 16 marca 2025 michalkiewicz
Po wstrzymaniu amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy przez prezydenta Trumpa, obejmującej również informacje wywiadowcze, Sztab Generalny niezwyciężonej Ukraińskiej Powstańczej Armii zacząć ćwierkać z innego klucza, niż do tej pory. Do tej pory był to klucz triumfalny, że tylko godziny dzielą nas od ostatecznego zwycięstwa nad Rosją, podczas gdy teraz zaczyna dominować ton katastroficzny. Toteż, jak za panią matką, w ton katastroficzny uderzają również niezależne media głównego nurtu i to ponad podziałami. Oczywiście pewne różnice dają się zauważyć, bo o ile TVP i TVN dostrajają się do Volksdeutsche Partei, która z kolei dostraja się do swojej mocodawczyni, Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, którą nadwiślańscy złośliwcy przechrzcili na „Urszulę Wodęleje” i oprócz zwyczajowego pomstowania na Putina, zaczynają pomstować również na prezydenta Trumpa, to telewizja „Republika” nadal stoi w rozkroku, bo chociaż od pomstowania na prezydenta Trumpa na razie się powstrzymuje, to – żeby za bardzo nie odstawać od głównego nurtu – zaczyna dostrajać się do „Europy”, czyli do Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje – to na Putina pomstuje po staremu. Natomiast ponad podziałami obowiązuje rozkaz obywatela Tuska Donalda, że „każdy człowiek przyzwoity” stoi murem za Ukrainą, aż do końca. A co potem? A potem, to już nic nie będzie – jak mawiał zmarły właśnie pan Kononowicz.
Tymczasem ukraiński prezydent Zełeński nie tylko przestępuje z nogi na nogę z niecierpliwości przed zapowiedzianymi rozmowami z USA w Rijadzie, ale nawet stawia twarde warunki – żeby nie wypaść z kabaretowej roli „sługi narodu”. Gotów jest mianowicie na „częściowy” rozejm z Rosją, ale tylko wtedy, gdy Ameryka wznowi pomoc wojskową dla Ukrainy. Nie wiem, jak na te mocarstwowe deklaracje zareaguje prezydent Trump – ale jeśli akurat będzie w niezbyt dobrym nastroju, to może zapytać prezydenta Zełeńskiego, czy te objawy, to ma od dawna i na tym rozmowy zakończyć. Chodzi o to, że pojawiły się niedawno fałszywe pogłoski, że te złoża metali ziem rzadkich, na których prezydent Trump chce położyć rękę, prezydent Zełeński wespół z tamtejszymi oligarchami, sprzedał już wcześniej nie tylko Anglikom, którzy dlatego zawarli z Ukrainą układ na całe 100 lat, ale również Niemcom, które od czasów Hitlera traktują Ukrainę jako swoje „Indie” Ten buńczuczny nastrój ukraińskiego prezydenta udzielił się też obywatelu Tusku Donaldu, który przemawiając w Sejmie zapowiedział militaryzację naszego nieszczęśliwego kraju, co prawda w formie nieco groteskowej, ale nic innego zrobić przecież nie może. Konkretnie chodzi o powołanie Volkssturmu – bo tylko tak można rozumieć zapowiedź objęcia dobrowolnym przeszkoleniem „wszystkich mężczyzn”. „Powstań narodzie, rozpętaj się burzo, niech rozpocznie się szturm!” – wołał Józef Goebbels w słynnym przemówieniu w berlińskim Sportpalast, kiedy proklamował „wojnę totalną”. Najwyraźniej obywatel Tusk Donald myśli podobnie – że ten Volkssturm samym swoim istnieniem sparaliżuje zimnego ruskiego czekistę Putina i w ten sposób osiągniemy, to znaczy – nie tyle „my”, co bezcenna Ukraina – ostateczne zwycięstwo. W tej sytuacji nikt już nie przechwala się słynnym „wałem Tuska”, bo nie chodzi już o to, by się bronić, tylko – o ostateczne zwycięstwo. Tak naprawdę zaś chodzi o przygotowanie do wysłania polskich żołnierzy, kiedy już nauczą się maszerować, salutować i wykonać komendę „ w czwórki w prawo zwrot!” – na Ukrainę, żeby z ramienia „Europy” nadzorowali rozejm. Na szczęście zimny ruski czekista Putin nie chce nawet słyszeć o obecności na Ukrainie żołnierzy z jakiegokolwiek państwa NATO, więc jest szansa, że uratuje on nas przed skutkami militarystycznego obłędu naszych Umiłowanych tak samo, jak w lutym 2022 roku uratował nas od epidemii zbrodniczego koronawirusa, która zakończyła się z dnia na dzień.
Ten militarystyczny obłęd naszych Milusińskich jest oczywiście tylko odbiciem próby realizacji francuskiego i niemieckiego marzenia. Pod pretekstem pęknięcia w stosunkach amerykańsko-europejskich, Francja chciałaby uwolnić się od nieznośnej amerykańskiej kurateli. Nieznośnej – bo w XX wieku Ameryka dwukrotnie widziała dumną Francję w sytuacji bez majtek, czego ta nie może Ameryce darować, podobnie jak przyłożenia ręki do likwidacji francuskiego imperium kolonialnego. Niemcy to co innego. Próbują wykorzystać sprzyjający im moment dziejowy, by stworzyć niezależne od NATO, z którego prawdopodobnym upadkiem chyba nawet się pogodziły, europejskie siły zbrojne, oczywiście pod egidą niemiecką. Drugie niemieckie marzenie jest też bliskie realizacji, bo taka wspólna armia stwarza szansę położenia również niemieckiego palca na francuskim atomowym cynglu – a właśnie prezydent Macron, przemawiając w Zgromadzeniu Narodowym zamiar rozszerzenia francuskiego parasola atomowego na „sojuszników” solennie potwierdził. Na których „sojuszników” – tego nie powiedział, toteż sojusznicy, między innymi pan prezydent Duda, jeden przez drugiego próbują się pod ten parasol wcisnąć. Słowem – jak zwykle chwytamy się brzytwy – bo rozciągnięciem swojego parasola nuklearnego kusi „sojuszników” również Wielka Brytania, więc droga do powtórki z roku 1939 zdaje się stać otworem.
Tymczasem w Sejmie przemawiał Pan Na Chobielinie, czyli Książę-Małżonek. Jak wiadomo, odkąd JE pan ambasador Tomasz Róża uznał go za „geniusza” i to nawet nie jakiegoś karpackiego, tylko geniusza całą gębą, Książę-Małżonek poczuł w gębie „siłę trzystu koni” i splantował PiS-owskiego posła Marcina Przydacza, żeby nie uczył go „putinosceptycyzmu” (to takie słowa są?), bo on był na wojnie z Rosją, gdy ten jeszcze „robił w pieluchy”. Najwyraźniej Książę-Małżonek też poddał się nastrojom wojowniczym, bo w przeciwnym razie eksponowałby jakieś – co prawda nie bardzo wiadomo jakie – sukcesy dyplomatyczne, a nie heroiczne epizody afgańskie.
Ale dopóty dzban wodę nosi, dopóki sie ucho nie urwie. Z posłem Przydaczem poszło łatwo – ale kiedy Książę-Małżonek ofuknął Elona Muska, że jeśli wyłączy on Ukrainie Starlinki, to on – znaczy – Książę-Małżonek – poszuka sobie kogoś innego – Elon Musk poradził mu, żeby „siedział cicho”, a w dodatku nazwał go „małym człowieczkiem”. Takiej zniewagi Księcia-Małżonka nie mógł znieść pan marszałek Hołownia, który zażądał od Elona Muska, żeby zarówno Księcia-Małżonka, jak i „Rzeczpospolitą” przeprosił. Wskórał jednak tylko tyle, że sekretarz stanu USA Marco Rubio przestrzegł Księcia-Małżonka, żeby tak ostentacyjnie nie lekceważył Ameryki, zwracając uwagę, że gdyby nie amerykańska pomoc dla Ukrainy, to Polska miałaby juz Rosję na wschodniej granicy. W tej sytuacji za ciosem poszedł poseł PiS, Wielce Czcigodny Michał Wojcik, stwierdzając, że „Polską rządzi niepoważny rząd”. To miód na moje serce, bo i ja uważam, ze obecna ekipa przy sterze jest najgłupsza od czasów Bolesława Chrobrego. Ale Książę-Małżonek otrzymał wsparcie z zupełnie nieoczekiwanej strony. Oto w jego obronie stanęła pani Marianna Schreiber. Wprawdzie najpierw stwierdziła, że Książę-Małżonek „się wygłupił” – ale widocznie wkrótce uczucia opiekuńcze, to znaczy – „litość i trwoga” – wzięły górę, bo powiedziała, że „nikt nie ma prawa rugać polskiego ministra (…) bo reprezentuje on Polskę”. Czy Elon Musk w obliczu takich auxiliów się zreflektuje i Księcia-Małżonka przeprosi – to nie jest pewne – natomiast przy tej okazji potwierdza się opinia Jacka Kaczmarskiego, który w jednej ze swoich piosenek włożył w usta Repnina opinię o tubylczych elitach, że „rozgrywka z nimi, to nie żadna polityka. To raczej wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse”.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
W czasie uroczystości z okazji rocznicy Powstania Narodowego Viktor Orban wskazał, że współcześnie wrogiem, realnie dążącym do odebrania Węgrom wolności, jest Bruksela. Zdaniem polityka łase na centralizację swojej władzy unijne „elity” chciałyby zastąpić zarówno mieszkańców, jak i ducha Starego Kontynentu.
Obchody 177. rocznicy węgierskiego powstania narodowego w Budapeszcie zorganizowała rządząca partia Fidesz, której liderem jest Orban. Na początku swojego wystąpienia z tej okazji premier przypomniał, jak ważne jest świętowanie rocznicy.
Jak podkreślał szef rządu „żywiołem Węgrów jest wolność”, o którą muszą oni dziś walczyć z planującą przekształcić się superpaństwo Unią Europejską.
– Imperium chce zmieszać, a następnie zastąpić rdzennych mieszkańców Europy masami najeźdźców z obcych cywilizacji. Chce odciągnąć pokolenie naszych dzieci i wnuków od zdrowego porządku stworzenia w stronę nienaturalnego chaosu – ostrzegał premier, zastrzegając, że sprzeciw wobec tych zamierzeń to walka o duszę Starego Kontynentu.
Na zakończenie przemówienia Orban uderzył w opozycję, mówiąc, że „robactwo przetrwało zimę”. Według niego politycy, sędziowie i dziennikarze, którzy „pchają wózek imperium” dla pieniędzy, zostali przekupieni „skorumpowanymi dolarami”. –Mamy ich już po prostu dość – oznajmił.
W sobotę przed południem Orban na swoim profilu na Facebooku opublikował listę 12 postulatów skierowanych do władz UE w Brukseli. Oprócz wymienionych później w sobotnim wystąpieniu znalazły się wśród nich żądania: przywrócenia większej suwerenności poszczególnych narodów, ochrony chrześcijańskiego dziedzictwa Europy czy zakazu „nienaturalnej reedukacji dzieci”.
Rozpoczynamy regularne akcje antyaborcyjne pod placówką Abotak. Już wkrótce przedstawię Panu stronę www.StopAbotak.pl, na której znajdzie Pan najważniejsze informacje o kampanii oraz możliwościach włączenia się w nią.
Dokładnie tydzień temu morderczy ośrodek w centrum Warszawy miał zacząć zabijać poczęte dzieci. Jednak intensywny protest prolife przed wejściem pokrzyżował plany aborterów. W kolejnych dniach Aborcyjny Dream Team ogłosił, że zamyka Abotak na ponad tydzień – rzekomo pod pretekstem dokończenia remontu.
Fakty są jednak takie, że po zdecydowanej reakcji obrońców życia aborterki spanikowały i nie wiedzą, co zrobić. Planują otworzyć swoją rzeźnię w ten poniedziałek, o ile oczywiście będzie spokojnie.
Nie będzie. Nie pozwolimy im po cichu mordować dzieci tabletkami poronnymi. Wokół tej sprawy zrobimy raban.
Dziś po raz pierwszy – jeszcze przed ponownym otwarciem krwawego punktu – odbył się tam Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji. W przygotowaniu kolejne publiczne modlitwy i zdecydowane pikiety.
Pod oknami współczesnego Auschwitz nie będzie ciszy ani spokoju.
Szanowny Panie,
W sierpniu ubiegłego roku Adam Bodnar, Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny, wydał wytyczne odnośnie ścigania przestępstw związanych z aborcją. W dokumencie znalazło się m.in. stwierdzenie:
Problematyka aborcji jest stale obecna w debacie publicznej, a penalna reakcja na nią stanowi kontrowersyjny problem prawa karnego.
Czy Pan także przeciera oczy ze zdumienia? Oto Prokurator Generalny, który powinien z całą stanowczością ścigać przestępstwa, poucza swoich podwładnych, że reagowanie na przestępstwo to rzecz kontrowersyjna.
Dalsza część wytycznych Bodnara daje się streścić właściwie w jednym zdaniu: nie ścigajcie aborcji.
To właśnie ten niechlubny dokument stanowi do dziś nieformalną gwarancję dla aborterów, że prokuratury nie będą ich rozliczać z przestrzegania prawa. I stąd wziął się pomysł, by otworzyć Abotak.
Po ostatnich akcjach pod Abotakiem widzimy jednak, że założycielki i beneficjentki aborcyjnego ośrodka nie były przygotowane na nasze protesty. Bardzo narzekają, że nie udaje im się wesoło zabijać dzieci – tak jak sobie zaplanowały. Dlatego w najbliższym czasie zintensyfikujemy akcję. Chcemy m.in.:
– opracować materiały informacyjne o aborcji tabletkami – aby rozdawać je pod Abotakiem,
– zorganizować regularne, intensywne akcje przed wejściem, aby aborterzy nie mogli w spokoju mordować dzieci. Akcje te muszą być przygotowane profesjonalnie, z uwzględnieniem specyfiki miejsca i warunków, jakie panują w Warszawie (m.in. proaborcyjna Policja, skrajnie lewicowy prezydent miasta).
Nie damy w ciszy zabijać dzieci, nawet jeśli są to dzieci bardzo małe. Każde maleństwo to taki sam człowiek jak Pan i ja. Nie możemy pozwolić, aby w środku Warszawy prężnie działała regularna rzeźnia.
PS – Jeśli uważa Pan, że akcja „Stop Abotak” jest ważna i potrzebna, proszę o wsparcie modlitewne i finansowe (dane znajdują się w stopce niniejszego maila). Dziękuję za każdy gest solidarności z dziećmi zagrożonymi aborcją.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Lewica w panice! Przedstawiliśmy suwerennościowy projekt reformy UE
Szanowny Panie, tę wiadomość piszę do Pana w drodze powrotnej z Waszyngtonu, gdzie we wtorek zaprezentowaliśmy przełomowy raport zatytułowany „Wielki Reset. Pilna potrzeba reformy Unii Europejskiej”, przygotowany przez zespół ekspertów Instytutu Ordo Iuris i naszego węgierskiego partnera Mathias Corvinus Collegium (MCC). W tych samych dniach przedstawicielki Ordo Iuris uczestniczyły w pracach nowojorskiej Komisji ONZ ds. Statusu Kobiet (CSW) – największej dorocznej konferencji tego typu, gdzie dotąd głos z Europy zdominowany był przez radykalnych zwolenników aborcji, ideologii gender i LGBT. W anglojęzycznej publikacji, której premierę zorganizowaliśmy w siedzibie The Heritage Foundation w Waszyngtonie, przedstawiliśmy dwa scenariusze reformy Unii Europejskiej, która pozwoliłaby na przywrócenie demokracji i suwerenności państwom członkowskim. Pierwszym z nich jest „Powrót do korzeni”, czyli 23 konkretne propozycje zmian, przywracających kontrolę nad Unią w ręce państw członkowskich, likwidujących biurokratyczną potęgę Komisji i odbierających TSUE nadrzędną pozycję wobec narodowych konstytucji. Drugi scenariusz to „Nowy początek” – oznaczający rozwiązanie Unii i stworzenie zupełnie nowej struktury, w ramach której państwa europejskie na nowo ustaliłyby model i obszary współpracy międzyrządowej. Nasz raport i zacieśnienie współpracy z zapleczem administracji Donalda Trumpa przypadł na chwilę szczególnego napięcia pomiędzy USA i Unią Europejską, która kilka dni temu z ogromnym pośpiechem wróciła do planów budowy „Superpaństwa” i wspólnej armii, kosztem resztek suwerenności państw członkowskich – w tym Polski. To dlatego nasza obecność w samym sercu politycznych decyzji USA wzbudziła popłoch w mediach liberalnej lewicy w Europie i Ameryce. – Najbardziej wpływowy think tank administracji Trumpa, The Heritage Foundation, otrzymuje propozycje od nieliberalnych sił w Polsce i na Węgrzech dotyczące tego, jak kształtować przyszłość Unii Europejskiej.Propozycje obejmują likwidację kluczowych instytucji UE i zmianę nazwy całego bloku – jako pierwszy doniósł jeszcze przed naszą konferencją portal VSquare finansowany dotąd hojnie przez Niemców oraz ze środków USAID i NED – dwóch agencji rządu USA zamrożonych przez Donalda Trumpa – Ordo Iuris nie będzie musiało stać w korytarzu, wyglądając łaskawej uwagi kogoś z Heritage Foundation, niczym podenerwowany Andrzej Duda czekający na audiencję u Trumpa. Obie organizacje łączą bliskie relacje, które w ubiegłym roku doprowadziły do powstania Międzynarodowej Koalicji Przeciwko Ideologii Gender– relacjonowała złośliwie i z niepokojem lewicowa Krytyka Polityczna, która niedawno także informowała o zamrożeniu jej finansowania z USA. – Fundacja Heritage planuje teraz zniszczyć Unię Europejską, z pomocą polskich i węgierskich partnerów – przed naszym raportem ostrzegała Anne Applebaum, publicystka The New York Times i żona polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Ta panika lewicy nie dziwi, bo nasz raport został zaprezentowany nie tylko w ważnym miejscu, ale – jak już wspomniałem – w kluczowym czasie. Udało nam się dotrzeć do zaplecza administracji Donalda Trumpa z konkretną propozycją słusznych reform UE właśnie w momencie, gdy zarówno urzędujący Prezydent Stanów Zjednoczonych jak i kierujący programem DOGE Elon Musk ostro atakowali obecny kształt Unii Europejskiej. Nasz raport pokazuje, że Unia Europejska nie jest skazana tylko na model centralistyczny, w którym eurokraci skupiają się na wmuszaniu państwom członkowskim lewicowych ideologii, Zielonego Ładu i masowej migracji.Europa może wyglądać inaczej! Europa może znów być wspólnotą silnych, wolnych i bogatych narodów, a nie biurokratyczną machiną, szerzącą lewicowe ideologię i odbierającą nam wolność i suwerenność.Kolejne prezentacje naszego raportu odbędą się w najbliższych tygodniach w Budapeszcie, w Warszawie i w Brukseli. Ale premiera naszego raportu nie była w ostatnich dniach jedynym powodem wizyty ekspertów Ordo Iuris w USA. Gdy autorzy raportu odwiedzali Waszyngton, eksperci Centrum Prawa Międzynarodowego Ordo Iuris uczestniczyli w 69. sesji Komisji ONZ ds. Statusu Kobiet.W trakcie konferencji wielokrotnie wzywano do uznania aborcji za „prawo człowieka”, likwidacji klauzuli sumienia i wdrażania permisywnej edukacji seksualnej. Głos zabierała także „minister ds. równości” rządu Donalda Tuska – Katarzyna Kotula. W imieniu Polski żądała powszechnego dostępu do aborcji oraz edukacji seksualnej.
Gdyby nie obecność Ordo Iuris, byłby to jedyny głos docierający do ONZ z Polski…
Przedstawicielki Ordo Iuris brały udział w konferencji, współtworząc koalicję organizacji pro-life i uczestnicząc w wydarzeniach towarzyszących, spotkaniach bilateralnych, monitorując przebieg negocjacji oraz przedstawiając argumenty na rzecz ochrony prawa do życia i suwerenności państw w zakresie kształtowania polityki rodzinnej i społecznej. Dzięki naszym wysiłkom, przyjęta w ramach konferencji deklaracja polityczna nie wspomina o „prawach reprodukcyjnych i seksualnych”. Z dumą musimy podkreślić, że Instytut Ordo Iuris był w tym roku jedyną (!) organizacją z całej Europy, której przedstawiciele aktywnie bronili życia i rodziny.
Masakra chrześcijan w Syrii rozgrywa się na naszych oczach,
a świat — i media — milczą.
Blanka Bąkiewicz z całym zespołem CitizenGO
Całe wsie są najeżdżane. Kościoły płoną. Chrześcijanie są tropieni i mordowani z zimną krwią.
Mężczyźni, kobiety, dzieci — masakrowani tylko dlatego, kim są i w co wierzą.
To, co dzieje się teraz w Syrii, jest po prostu nie do pojęcia.
Pojawiają się wstrząsające doniesienia o masowych egzekucjach… całe rodziny mordowane we własnych domach… zrozpaczeni chrześcijanie uciekający w poszukiwaniu schronienia, gdziekolwiek się da. Całe wspólnoty błagające świat, aby usłyszał ich rozpaczliwe wołanie.
A jednak… cisza.
Ale ja nie mogę milczeć. I wiem, że Ty również nie.
To są nasi bracia i siostry w Chrystusie. I wołają do nas: „Nie opuszczajcie nas. Nie pozwólcie, by świat o nas zapomniał. Stańcie po naszej stronie. Módlcie się za nas. Przemówcie za nas.”
W obliczu tego mroku nadzieję odnajduję w modlitwie.
Bo wiem, że społeczność CitizenGO to wspólnota ludzi wiary. A w chwilach takich jak ta, modlitwa ma ogromną moc. Opłakujemy tych, którzy zginęli… i modlimy się za tych, którzy wciąż uciekają, ukrywają się i walczą o przetrwanie.
W moim sercu wciąż powracają słowa Corrie ten Boom:
„Nie ma takiej otchłani, w której miłość Boga nie sięgałaby jeszcze głębiej.”
Nawet teraz — pośród popiołów Syrii — to wciąż pozostaje prawdą. To właśnie ta prawda podtrzymuje nas, gdy wszystko wokół zdaje się rozpadać.
Ale nie możemy poprzestać tylko na modlitwie. Musimy działać.
Już w styczniu uruchomiliśmy kampanię, ostrzegając ONZ, że do tego może dojść. Widzieliśmy znaki, podnieśliśmy alarm, błagaliśmy światowych przywódców, by zareagowali, zanim będzie za późno.
Teraz… jest jeszcze gorzej, niż się obawialiśmy.
Od tamtej pory działamy nieprzerwanie — wywieramy presję na ONZ, współpracujemy z organizacjami pozarządowymi, budujemy europejską kampanię, robimy wszystko, co w naszej mocy, aby powstrzymać przemoc i nagłośnić wołanie prześladowanych chrześcijan.
Ale na tym nie możemy poprzestać. Sytuacja wymaga od nas więcej.
Planujemy globalne czuwania modlitewne przed ambasadami Syrii — aby świat zobaczył, że chrześcijanie nie zostali zapomniani.
Dostarczymy Wasze podpisy bezpośrednio urzędnikom ONZ i światowym przywódcom.
Wystąpimy przed Radą Praw Człowieka ONZ — aby ujawnić to, co naprawdę dzieje się w Syrii.
Uruchomimy globalne kampanie, aby zatrzymać to ludobójstwo chrześcijan.
Tak — ludobójstwo. Bo właśnie tym jest to, co się tam dzieje. I nie pozwolimy, by zostało to przemilczane.
Wiem, jak łatwo poczuć się bezsilnym w obliczu takiego cierpienia. Ale nie możemy pozostać obojętni.
W tym bólu społeczność CitizenGO jednoczy się – w modlitwie, w działaniu, w miłości.
Nie pozwolimy, by chrześcijanie w Syrii zostali wymazani z historii.
Nie pozwolimy, by ich cierpienie zostało zignorowane.
I nigdy nie przestaniemy walczyć o wiarę, prawdę i życie.
Proszę, módl się dalej. I nie trać nadziei.
Za każdą rodzinę pogrążoną w żałobie. Za każdy zniszczony kościół. Za każdy głos, który woła w ciemności: „Nie zapomnijcie o nas.”
Milenium koronacji pierwszego króla Polski. Nadchodzi WIELKI MARSZ i polonez, jakiego nie widział świat
Już 12 kwietnia Polacy pójdą w Wielkim Marszu z okazji 1000-lecia Królestwa Polskiego.
Rocznicę uświetni rekord par tańczących poloneza. Zapraszamy na wyjątkowe wydarzenie! Patronat nad obchodami objęły m.in. portal Niezależna.pl i Telewizja Republika.
1000 lat temu koronowano pierwszego króla Polski mat. aut. – 1000latpolski.pl
====================================
18 kwietnia 1025 roku nastąpiła koronacja pierwszego króla Polski – Bolesława Chrobrego, a 10 kwietnia 1525 roku Hołd Pruski. Równe 1000 i 500 lat. A ponieważ państwo wydaje się robić niewiele, aby upamiętnić te wyjątkowe rocznice, powstał Komitet Inicjatywy Społecznych Obchodów, na czele z profesorem Andrzejem Nowakiem, marszałkiem Markiem Jurkiem i Patrykiem Jakim.
Przede wszystkim planowany jest 12 kwietnia Wielki Marsz w centrum Warszawy.
Na ulicach stolicy znów pojawi się morze biało-czerwonych flag, a setki tysięcy gardeł zaśpiewa patriotyczne pieśni. Ale nie tylko z tego powodu warto wziąć udział w tej wyjątkowej rocznicy.
Oprócz towarzyszących marszowi konferencji, wystaw czy inscenizacji historycznych, padnie wyjątkowy rekord – zaplanowano masowego poloneza! Do polskiego tańca narodowego szykuje się rekordowa liczba par.
Zapraszamy na wydarzenie! Bądź w Warszawie 12 kwietnia. Start marszu o godz. 12.
Niewiele państw na świecie może się pochwalić tak długą i wspaniałą historią. Polska w czasie 1000 lat stworzyła największą na starym kontynencie unię państw, broniących praw obywatelskich i wolności. Wolności politycznych i religijnych. Przez dekady charakteryzowała się najlepszą sztuką wojenną.
Rzeczpospolita wielokrotnie skutecznie broniła Europy przez totalitarnymi zapędami; gdyby nie Grunwald, Chocim, Wiedeń czy Bitwa Warszawska i Solidarność historia Europy mogłaby potoczyć się inaczej. Znacznie gorzej.
To Polska stworzyła pierwszą Konstytucję w Europie. Wychowała mistrzów kultury, nauki i sztuki. Polska, jako jedyna na świecie może pochwalić się zarówno Hołdem Pruskim i Hołdem Ruskim, będącymi wyrazami jej siły w momentach, w których jej obywatele swoją wysoką świadomością dorobku kulturowego i znaczenia Rzeczpospolitej przecierali jej drogi współtworząc najwspanialsze miejsce na ziemi. Miejsce, z którego powinniśmy być dumni i za które powinniśmy być wdzięczni.
Vance ostrzega, że wiele krajów europejskich ryzykuje popełnieniem „samobójstwa cywilizacyjnego” z powodu m.inn. niedbałej polityki kontroli granic i ograniczeń wolności słowa.
W wywiadzie dla Fox News wiceprezydent USA podkreślił głębokie więzy kulturowe i religijne łączące USA i Europę, nazywając kontynent „kolebką zachodniej cywilizacji”, która jego zdaniem jest obecnie poważnie zagrożona.
Powiedział: „Cała idea cywilizacji chrześcijańskiej, która doprowadziła do powstania Stanów Zjednoczonych Ameryki, powstała w Europie. Więzi kulturowe, więzi religijne… te rzeczy przetrwają polityczne nieporozumienia”, po czym dodał: „ Ale myślę, że Europa, a szczerze mówiąc, powiedziałbym to samo o Ameryce rok temu, jest zagrożona, moim zdaniem, popełnieniem samobójstwa cywilizacyjnego ” .
Vance ostrzegł, że niechęć lub niemożność kontrolowania granic, w połączeniu z wysiłkami zmierzającymi do ograniczenia wolności słowa, gdy obywatele protestują przeciwko takim kwestiom jak nielegalna imigracja, może mieć poważne konsekwencje.
„Oni nie są w stanie lub nie chcą – zbyt wiele krajów – kontrolować swoich granic… Widzisz, że zaczynają ograniczać wolność słowa swoich własnych obywateli, nawet gdy ci obywatele protestują przeciwko takim rzeczom jak inwazja na granicę, która doprowadziła do wyboru [prezydenta USA] Donalda Trumpa i wielu europejskich przywódców” – wyjaśnił wiceprezydent, wyrażając nadzieję, że kraje europejskie zaczną zajmować się tymi kwestiami.
Odpowiadając na krytykę, że jego stanowisko może nadwyrężyć stosunki między USA a europejskimi partnerami, Vance stwierdził, że szczere dyskusje między sojusznikami są koniecznością.
„Jeśli mamy kraj taki jak Niemcy, gdzie przybywa kilka milionów imigrantów z krajów, które są całkowicie kulturowo niezgodne z Niemcami, to nie ma znaczenia, co myślę o Europie” – stwierdził.
Vance dodał, że niekontrolowana imigracja do UE może mieć negatywne konsekwencje dla Stanów Zjednoczonych, gdyż niektórzy ludzie mogą w końcu chcieć wjechać do Ameryki.
„Chcę, aby Europa się rozwijała. Chcę, aby byli ważnym sojusznikiem. Częścią tego będzie szacunek Europy dla własnych obywateli, szacunek dla własnej suwerenności, a Ameryka nie może wykonać tej pracy za nich” – powiedział.
W lutym Vance wygłosił płomienną mowę na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, krytykując europejskich przywódców za strach przed własnymi wyborcami i brak przestrzegania wartości demokratycznych, przy jednoczesnym cenzurowaniu głosów sprzeciwu pod pretekstem walki z „dezinformacją”.
„Zagrożenie, o które najbardziej się martwię w kontekście Europy, to nie Rosja, to nie Chiny, to nie żaden inny zewnętrzny aktor… to, o co się martwię, to zagrożenie z wewnątrz” – powiedział Vance w przemówieniu, które Trump później określił jako „bardzo błyskotliwe”.
Jako wzór dla świata umieszczony został nagle na piedestale nowy typ człowieka, odmienny od wszystkich, jakie istniały kiedykolwiek w przeszłości – intelektualista. Nie jest to człowiek, który wykorzystuje swój intelekt, aby zrozumieć świat zewnętrzny i podporządkować się temu, czym jest on ze swej istoty, ale człowiek tworzący nowy świat zgodnie ze swymi marzeniami oraz wyobrażeniami.
W ten sposób buduje się ziemski raj, niemający precedensu w historii: z nową ludzkością jako swym nieruchomym centrum grawitacji, zgodny z marzeniem myślicieli, którzy zainaugurowali epokę nowożytną, dzieło wyłącznie – ubóstwionego niejako – ludzkiego umysłu. Człowiek nie jest już istotą rozumną żyjącą w świecie i zależną od niego oraz od kierującej nim Opatrzności, ale istotą suwerenną, która nieustannie przeobraża świat, aby ostatecznie poddać go swemu intelektowi.
W tamtym czasie kryzys, którego skutki odczuwamy obecnie, dopiero się zaczynał. Obecnie nabrał on tempa niespotykanego w dziejach narodzin i upadków wszystkich wcześniejszych cywilizacji i stanowi – jak twierdzimy – pierwszy etap upadku człowieka, jak definiowali go starożytni, istoty rozumnej o naturze społecznej, przez zastąpienie go (człowieka) wynalazkami, które ostatecznie skazane są na niepowodzenie, przynosząc – o ile nie pojawi się jakaś reakcja – koniec ludzkości jako takiej. Dzisiejszy człowiek, którego przeznaczenie zdegradowane zostało do przeobrażania świata zgodnie z jego najbardziej materialnymi pragnieniami pod płaszczykiem humanizmu, staje w obliczu katastrofy o narastających codziennie rozmiarach. Mamy do czynienia z całkowitą prawie dominacją jego inteligencji przeobrażającej i tworzącej nowy świat.
Jednak kryzys ów, który nas zabije, o ile nie tchniemy w nasze obyczaje – zwłaszcza te intelektualne – nowego życia, pozostaje niemal niezauważany przez uczonych, którzy zainicjowali go i którzy tworzą coraz bardziej sztuczny świat wokół nas, a nawet w nas samych. Przeciwnie – kiedy nawet przyznają jego istnienie, czynią to jedynie po to, aby zachęcić pacjenta do podejmowania na nowo tych samych nieudanych prób na tym samym poziomie świata utopii. Czytałem o grupie uczonych, którzy zaproponowali jako lekarstwo na współczesną zarazę, rozlewającą się po całej planecie, pewnego rodzaju nowe, ultra-specjalistyczne maszyny obsługiwane wyłącznie przez elitę doświadczonych techników. Maszyny owe w istocie już działają. Obecna choroba dotyka każdego aspektu ludzkiego życia, a jedyną nadzieją, wedle większości intelektualistów, jest przede wszystkim wzmocnienie wszystkich mechanizmów, które ją spowodowały. Prędzej czy później ludzie zostaną wyparci przez maszyny, konkret przez abstrakcję, a rzeczywistość przez utopie.
Kto jeszcze mówi o rzeczywistości? Chcemy, by nasze współczesne pseudo-społeczeństwo funkcjonowało bez obrzędów czy ceremonii (zwłaszcza religijnych), bez odwoływania się do patriotyzmu czy narodu, pokładając swą nadzieję wyłącznie w handlu i przemyśle (z którego to powodu możemy się spodziewać wzrostu i tak już znacznego bezrobocia), który w coraz mniejszym stopniu obejmować będzie małe i średnie przedsiębiorstwa, by ostatecznie pozostawić jedynie gigantyczne korporacje czy też doprowadzić do powstania globalnego państwa socjalistycznego. Racjonalny język zredukowany zostanie do technicznego, specjalistycznego słownictwa zrozumiałego jedynie dla garstki wtajemniczonych. Język codzienny stanie się niezrozumiałym żargonem (…), ponieważ nie będzie już wyrażał rzeczywistości. Publikowane przez media reklamy przekonywać będą, że jedynym prawem życia ludzkiego jest produkcja i konsumpcja. Bycie obywatelem oznaczać będzie bycie niewykwalifikowanym pracownikiem, wytwórcą i równocześnie nabywcą rzeczy stricte materialnych, w niekończącym się nigdy cyklu.
Samoodnawiająca się utopia zastąpi wszędzie prawdziwą rzeczywistość społeczną, z korzyścią jedynie dla nowego rodzaju „intelektualistów”, wywołując w ten sposób poważniejszy jeszcze kryzys, w wyniku którego niemożliwe stanie się odróżnienie prefabrykowanej fikcji od resztek rzeczywistości. Zunifikowana Europa, którą zaślepieni politycy oferują nam w miejsce naszych ojczyzn, rozległy kontynent, gdzie nikt już nie będzie naprawdę znał nikogo innego, jest utopią w utopii.
Większość ludzi oderwanych jest dziś od rzeczywistości społecznej dzięki manipulatorom przemysłowym i handlowym; dzięki bankierom, których uległymi sługami często się stają; dzięki państwom, zredukowanym do roli zarządców pieniędzy publicznych; dzięki wszystkim piewcom „nowego świata”, pojawiającym się wciąż na nowo pomimo dotykających go kryzysów. Rządzący dziś nami nie są otwarci na otaczającą ich wieloaspektową rzeczywistość oraz jej ostateczną przyczynę. Mam tu na myśli przywódców naszej pseudodemokracji, liderów związkowych (nie same związki), a zwłaszcza nominalnych przywódców partii politycznych (nie same partie oraz ludzi oddających na nie swe głosy). Ponieważ nie są oni już częścią tych prawdziwych rzeczywistości społecznych (rodziny, regionu, ojczyzny), nie pozostają już w kontakcie z tymi rzeczywistościami, które jeszcze nie tak dawno nadawały kształt światu, ponieważ jedyne relacje utrzymują z anonimowymi jednostkami znajdującymi się na tej samej drodze do oderwania ze społecznego organizmu, zdolni są zaspokoić swe pragnienie dominacji, jedynie posługując się sloganami czy też zawoalowaną lub jawną przemocą, ukrytą za nowymi, zbawiennymi rzekomo prawami. Obecnie u sterów władzy są tylko dobrzy mówcy i ci, którzy wiedzą, jak manipulować masami. Jest to powrót romantyzmu skrytego pod maską nauki, czy też, mówiąc ściślej, nowa koncepcja świata przywiązująca znaczenie wyłącznie do umiejętności technicznych i tzw. artystycznej kreatywności, owych dwóch budowniczych nowej ludzkości…
Żyjemy w świecie skoncentrowanym na człowieku otaczającym się nimbem boskości, którą rodzaj ludzki zawsze rezerwował dla rzeczywistości względem niego transcendentnych. Obecnie ludzie rzadziej niż kiedykolwiek zwracają swój wzrok na wielkie, autentycznie społeczne sukcesy przeszłości czy też na Boga, który wydobył je z ludzkiej natury. Skupiają się na świecie, który zbudowali sami, oderwani od rzeczywistości i pozbawieni wszystkiego, co ponad nimi, skoncentrowanym na człowieku, który jest jego centrum.
„Romantyczny racjonalizm” to nie żart. Jest on wrogi wszelkiej metafizyce oraz moralności. Posługuje się rozumem jako swym jedynym fundamentem, budując – jak sądzi – doskonale skalkulowany nowy świat, odpowiadający temu prymatowi wyobraźni, kiedy stricte ludzka kreatywność zastąpić ma niewygodną rzeczywistość.
Pomimo kryzysu mamy coraz większe zaufanie do świata, który budujemy i którego mamy nadzieję stać się panami, nawet jeśli poddaje on nas oczywistej niewoli. […]
Dowodem na to jest nasza niewzruszona wiara w Demokrację przez duże „d”, którą współcześni liberałowie i socjaliści codziennie upijają się coraz bardziej. Demokracja ta nie istnieje poza retoryką. Pomimo tego jednak większość ludzi uznaje ją za ostateczny, transcendentny system polityczny, a niektórzy nawet za „głos Boga”. Jak przekonywał Pius XII w wielu swych encyklikach oraz alokucjach, demokracja jest systemem prawowitym, jednak możliwym do funkcjonowania jedynie na ograniczonym, konkretnym terytorium. Ostrzeżenia te okazały się jednak daremne: coraz więcej ludzi marzy dziś o globalnej demokracji. Aby się o tym przekonać, wystarczy poczytać gazety. Czy może być inaczej? Kiedy formy ustrojowe oparte na rodzinie, regionie, rzemiośle, kraju i ojczyźnie zanikają, pozostają jedynie oddzielone od siebie jednostki, z których każda udaje się na głosowanie do oddzielnej małej kabiny wyborczej – wraz ze swoimi upośledzonymi koncepcjami pseudo-rzeczywistości, którą pragnęłyby zobaczyć. W jaki sposób można zjednoczyć takie bezcielesne jednostki, które zerwały z prawdziwymi realiami wpisanymi w ich ludzką naturę, jeśli nie dzięki fałszywym obietnicom dotyczącym świetlanej przyszłości, dzięki nierealnym marzeniom i bezsensownym słowom?
Tłumaczy to całą gadaninę o demokracji wypełniającą współczesną literaturę, czy też to, co za literaturę obecnie uchodzi. Przekonują nas, że powodem kryzysu jest to, iż nie jesteśmy jeszcze dostatecznie demokratyczni, oraz że globalna demokracja ocali nas przed wciągającym nas bagnem. Najmniejszy nawet z powstających obecnie narodów musi być demokratyczny, o ile nie chce ściągnąć na siebie najostrzejszej krytyki. Co jeszcze przeczytać możemy każdego dnia? Co jeszcze wbijają nam do głowy codziennie środki masowego przekazu, [które w tym samym czasie] zdają się nie wymagać od nas niczego poza „walką” o zaspokojenie naszych osobistych potrzeb, nawet gdyby zginąć miało przez to społeczeństwo, czy też to, co z niego zostało?
Ogromne zadłużenie systemu ubezpieczeń społecznych, które przygniata większość państw na całym świecie, jest konsekwencją tej samej choroby lub iluzji. Tworzymy gigantyczną biurokratyczną strukturę, rodzaj gigantycznej biurokratycznej utopii mającej zapewnić utrzymanie jednostkom niezdolnym do pracy z najróżniejszych powodów, a w miarę jak kryzys zwiększa ich liczbę, struktura ta okazuje się być coraz bardziej niewydolna. Wszystko to czyni się w pogoni za mrzonkami, zamiast pozwolić samym pracownikom decydować, jaki rodzaj ubezpieczenia wybierają w obrębie kontrolowanych przez siebie instytucji. W tym samym czasie jednostka staje się niezdolna do prostego zarządzania nawet w sferach, na które wciąż jeszcze ma wpływ, oraz nieodpowiedzialna w relacjach, które jeszcze łączą ją z kimkolwiek innym. Ubezpieczenia społeczne dosłownie pożerają współczesne państwa socjalistyczne.
Dla każdej inteligentnej osoby istnienie zjawiska, które moglibyśmy określić mianem „deformującej formacji”, jest faktem bezdyskusyjnym. Powiemy jedynie bardzo krótko na temat współczesnej sztuki religijnej lub współczesnej sztuki w ogólności. Sztuka staje się zawiła, niezdolna do przekazywania idei i niezrozumiała, ponieważ jej twórcy to indywidua odseparowane od innych ludzi i świata. […] Większość sztuki współczesnej „formuje” jej odbiorców, usiłując ich zdeformować. Indywidualność artysty daremnie próbuje dotrzeć do innych, gdyż z definicji jest on do tego niezdolny. Może jedynie przerażać, szokować, zaskakiwać, a ostatecznie zamykać się w sobie samym oraz swoim głuchym niezrozumieniu. Nie ma przesady w twierdzeniu, że po raz pierwszy w historii, nawet biorąc pod uwagę okresy dekadencji, sztuka znajduje się na drodze do zaniku. Jak można się było spodziewać, większość krytyków sztuki i literatury nie zdiagnozowała tej śmiertelnej choroby, a nawet przedstawiała ją jako niezaprzeczalną odnowę zdrowia intelektualnego człowieka współczesnego. Dowodzi tego dobitnie całkowity niemal zanik poezji godnej tego miana, zdolnej jednoczyć poetę i czytelnika jego utworów z poetyckim uniwersum. Triumfuje poezja w swej współczesnej deformującej postaci.
To samo odnosi się do misji formacyjnej, którą przypisuje sobie współczesne państwo. Stała się ona misją deformacyjną. […] Jednak współczesna pedagogika nie jest tym w najmniejszym nawet stopniu zaniepokojona. Brnie dalej w kierunku zaprowadzenia najgorszego rodzaju chaosu intelektualnego poprzez wynajdywanie coraz to nowych piszących i liczących maszyn, mających zastąpić i udoskonalić ludzki umysł. Efekty tego mogę zaobserwować u niektórych z moich wnuków, które poddawane są tym metodom i których rodzice zmuszeni są codziennie korygować ich błędy ortograficzne i matematyczne. Dyktatura pedagogiczna poczyniła wielkie postępy w deformowaniu tych bezbronnych, uległych umysłów. Państwa jednak zdaje się to nie niepokoić. Coraz bardziej koncentruje się ono wyłącznie na kryzysie ekonomicznym, który działaniami swymi nierzadko samo jedynie potęguje. […] W wielu szkołach patriotyzm wyszydza się i przedstawia jako formę ksenofobii czy rasizmu. Język będący jedynie narzędziem wyrażania myśli jest odtąd wszystkim i niczym, „deformatorem” rzeczywistości, której powinien się podporządkować.
Któż nie dostrzega, że współczesna młodzież, pozbawiona swej naturalnej relacji z otaczającym ją prawdziwym światem oraz z jego transcendentnym Bogiem, zamyka się w sobie i szuka ucieczki w narkotykach, które sprzyjają izolacji jednostki w jej indywidualności, odseparowanej od wszystkiego innego? Ten rodzaj patologicznej, deformującej „formacji” jest bezpośrednio związany z pierwszym. Nasza biedna młodzież pozbawiona jest wszystkiego poza swoim „ja”, wszelkich relacji z tym, co nie jest nią samą, i znudzona swymi marzeniami. Pozostaje uwięziona w samej sobie. Uwolniona w sferze ekonomii, produkcji i konsumpcji rzeczy – napojów, żywności, ubrań, lekarstw, rozrywki itp. – jest nieustannie nakłaniana do przyswajania sobie wszystkich zalewających ją treści deformującej formacji. Zrozumiałe jest, że w tym „dys-społeczeństwie” (ang. dis-society) coraz bardziej skupionym na odizolowanej jednostce, pozbawionej wszelkich duchowych i fizycznych więzi z rówieśnikami, przyjemności – przede wszystkim fizyczna, a następnie umysłowa, będąca owocem iluzji – odgrywać będą coraz bardziej znaczącą rolę, jako iż przyjemność jako taka jest nierozerwalnie związana z „ja” i zamyka człowieka w nim samym.
Jednak to w Kościele katolickim deformująca formacja, bo odcięta od swej konstytutywnej relacji z nadprzyrodzonym Objawieniem, widoczna jest najlepiej, wraz z jej bezpośrednią konsekwencją: zerwaniem z naturą człowieka oraz społeczeństwa, w którym rodzi się on i rozwija. Natura i nadprzyrodzoność idą ręka w rękę – nie można mieć jednej bez drugiej. W co wcielić się ma nadprzyrodzoność, jeśli nie w to, co jest naturalne dla człowieka: jego intelekt, jego wolę i samo jego ciało? W jaki sposób natura osiągnąć może swą pełnię istnienia, jeśli nie poprzez nadprzyrodzoność, która opiera się na niej jako na solidnym fundamencie, realizując cały swój potencjał? Pojęcia „natury” i „nadprzyrodzoności” zniknęły – poza rzadkimi wyjątkami – ze słownictwa dzisiejszych duchownych na każdym praktycznie poziomie hierarchii. Jak zatem można przywrócić naturę człowieka zdenaturalizowanego wskutek narzucanego przez przywódców politycznych czysto ekonomicznego sposobu myślenia? Jak nadprzyrodzoność mogłaby zaszczepić się w niej w sposób solidny oraz trwały? Miejsce nauczania o rzeczywistościach transcendentnych zajmuje pustosłowie, czego konsekwencją jest wypaczanie idei o znaczeniu tak podstawowym, jak cnoty teologalne. Współcześni teologowie zwykle już o nich nie wspominają, nie mówi o tym również współczesne duchowieństwo, ślepo posłuszne swym przywódcom.
Analizę naszą potwierdza dom Gérard Calvet, opat benedyktyński z Le Barroux. Pisał on przed laty:
Jestem przekonany, że Boża transcendencja została utracona we mgle ostatnich 30 lat oraz że ci, którzy już o niej nie pamiętają, wyrzekli się godności gorliwych o cześć swego Ojca synów.
Sytuacja Kościoła po II Soborze Watykańskim pokazuje nam, że ta współczesna herezja, która podważa podstawowe prawdy teologiczne, wypiera wszelką nadprzyrodzoną wiarę – przy całkowitej niemal beztrosce wyższego duchowieństwa. Celem tego nowego, abstrakcyjnego chrześcijaństwa, oderwanego od swej zasadniczej i egzystencjalnej orientacji na Boga Objawienia, jest człowiek w ogólności oraz dobra doczesne, które należy mu odtąd zapewnić. Nie chodzi już o człowieka jako członka rodziny, mieszkańca regionu czy swej ojczyzny – pojęcia te znikły praktycznie ze świadomości Kościoła wraz z obowiązkami, jakie za sobą pociągają, oraz więziami, jakie implikują.
Chodzi o konceptualnego Człowieka zrodzonego z rewolucji [anty]francuskiej, idei komunizmu oraz masonerii, których hasła przyjęte zostały w sposób tak kompletny, iż w konsekwencji tego można odnieść wrażenie, że pomiędzy ideami masońskimi a chrześcijaństwem nie ma żadnych sprzeczności – zaś hierarchia katolicka bynajmniej tego błędnego przekonania nie rozwiewa.
Współczesny Kościół nie posiada już przed utopistami ochrony, jaką stanowiły należycie egzekwowane prawa. Panuje anarchia, ugruntowana – zwłaszcza we Francji – przez despotyzm wyższego duchowieństwa, które zdecydowanie opowiedziało się za Człowiekiem demokratycznym i którego członkowie – niczym zwykli politycy – zwracają się do jednostki wyrwanej [już] z jej odwiecznych warunków społecznych, aby z kolei zmielić ją, wtłoczyć w formę pseudoreligijnej, deformującej formacji i w ten oto sposób nad nią zapanować. Ekskomunika nałożona przez bp. Noëla Boucheix na zakonników tradycyjnego klasztoru św. Marii Magdaleny oraz ekskomunika dotycząca wspólnoty parafialnej Port-Marly, gdzie kapłan został siłą oderwany od ołtarza przez policjantów podczas odprawiania Mszy św., dowodzą, że duchowieństwo francuskie zdominowane jest przez komunistyczny „faszyzm”, który nie odważa się używać swej prawdziwej nazwy. Owe środki przymusu zaaprobowane zostały przez prymasa Galii, Alberta kard. Decourtraya (1923–1994). Oficjalnym językiem francuskiego duchowieństwa stała się deformująca indoktrynacja.
Wszystko zmierza ku temu, aby stała się ona również oficjalnym językiem całego duchowieństwa katolickiego, pod kierownictwem obecnego papieża (Jana Pawła II – przyp. tłum.), którego cała filozofia, leżąca u podstaw jego teologii, oparta jest na prymacie jednostki zakamuflowanej jako „osoba”, wbrew augustiańskiej i tomistycznej tradycji Kościoła wszystkich wieków. Jan Paweł II jest bez wątpienia pobożnym duchownym, jednak jego pobożność jest przede wszystkim indywidualnym uczuciem, co niesie za sobą poważne ryzyko przeobrażenia nauczania Ewangelii, o ile pobożność ta nie będzie łączyć się z filozoficznym i teologicznym realizmem, czego dowodzi przykład II Soboru Watykańskiego – narzucanie nowej Mszy całemu światu katolickiemu i osłabianie (jeśli nie wręcz eliminacja) różnic między obrzędami katolickimi oraz protestanckimi. Papież po cichu popiera zakazywanie celebracji tradycyjnej Mszy przez biskupów, zwłaszcza francuskich. W podobny sposób milcząco wspiera zakazywanie przez heterodoksyjne duchowieństwo posługiwania się katechizmem Soboru Trydenckiego i katechizmem św. Piusa X. Popiera wszystko to, co Jean Madiran krytykuje u współczesnego duchowieństwa – wraz z jego „inklinacjami socjalistycznymi, aprobatą dla CCFD (Comité Catholique contre la Faim et pour le Développement – Katolicki Komitet przeciw Głodowi i na rzecz Rozwoju – przyp. red.), bezmyślną kampanią w celu przyznania praw wyborczych imigrantom, publicznym sojuszem ze skrajnie lewicowym skrzydłem masonerii (listopad 1985)” – które to działania całkowicie podkopały jego autorytet moralny i religijny, doprowadzając do opustoszenia i zamykania licznych kościołów, seminariów oraz klasztorów.
Widzimy więc ponownie, jak deformująca formacja, odrzucenie nadprzyrodzoności, aż nazbyt ludzki kreacjonizm oraz niezdrowy klerykalizm zatriumfowały praktycznie bez żadnego oficjalnego oporu ze strony papiestwa.
Potrzebujemy pilnie nowego św. Piusa X, który ożywiłby Kościół katolicki i osadził go ponownie na solidnym fundamencie Tradycji. Dowodem tej potrzeby jest spotkanie ekumeniczne w Asyżu (1986 r.) zorganizowane przez Jana Pawła II. Wybrani przedstawiciele różnych religii chrześcijańskich i pogańskich zgromadzili się, aby ogłosić – o czym zawsze wiedzieliśmy – że wiara w Boga jest zjawiskiem normalnym w życiu ludzkości oraz że konieczne jest jej ożywienie. Taki „sobór” w oczywisty sposób odziera religię katolicką z powierzonej wyłącznie jej nadprzyrodzonej misji. Zafałszowuje fakt historyczny, iż Kościół katolicki jest jedynym depozytariuszem Bożej prawdy. Co tragiczne, równocześnie i formuje, i deformuje, z pełnią autorytetu, jakim wciąż jeszcze cieszą się współcześni papieże.
Powtórzmy raz jeszcze: kluczowe znaczenie ma dla nas stawianie oporu oraz przylgnięcie do integralnej natury ludzkiej, którą zostaliśmy obdarzeni, oraz do objawionych nam prawd nadprzyrodzonych. Módlmy się nieustannie.
Niniejszy tekst stanowi przedmowę do tak samo zatytułowanej książki1, którą pierwotnie opublikowano w 1969 r., a wznowiono w 1987 r. Za „The Angelus”, czerwiec 2007, tłumaczył Tomasz Maszczyk2.
Przypisy
↑M. de Corte, L’intelligence en péril de mort, Dion-Valmont 1987.
Z pewnością „postęp” stał się słowem – kluczem, przez który określali się nowożytni, rozumiejąc go po heglowsku jako porzucenie starego porządku, zwyczajnie zakwestionowanie tego, co było wcześniej. Wtedy dopiero uważają, że może pojawić się postęp – łatwiej teraz zrozumieć, dlaczego krytyka Kościoła miała być dla wielu podstawą postępu i nadal dziś wielu uważa, że będą postępowi gdy wszystko, co tradycyjne, osadzone w sprawdzonych formach historycznych – a Kościół wiele takich może pokazać – kiedy to wszystko się odrzuci, obśmieje, wyszydzi. Postępowiec w takim paradygmacie jest bezwzględny dla wszystkiego, co chce go zatrzymać i kwestionuje jego świeckie „dogmaty”– mówi w rozmowie z portalem PCh24 ks. prof. Piotr Roszak.
Zapraszamy na pierwszy odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach”.
Czy można zbudować cywilizację na bazie niemoralności i bezreligijności?
Odpowiadając krótko: nie, bo zawsze pojawi się prędzej czy później jakaś domyślna forma wskazania na priorytety, ocena zachowań, że są dobre lub złe etc. Dlatego nie ma a-moralności, próżni aksjologicznej, ale najczęściej następuje podmiana na inną moralność, gdyż zawsze istnieją kodeksy zachowań, względem których dokonuje się oceny. A więc pytanie brzmi nie „czy”, ale „jaka” moralność rządzi życiem społecznym… Tu pojawia się pierwszy paradoks.
Przykładowo niektórzy oburzają się, że obrońcy życia pokazują w czasie publicznej modlitwy zdjęcia abortowanych płodów, aby uwrażliwiać na zło aborcji. W odpowiedzi władze samorządowe zakazują ich eksponowania w miejscach publicznych ze względu na rzekome szkody dla psychiki dzieci. Jednocześnie ci sami ludzie oburzeni na zdjęcia ukazujące prawdę o szkodliwości aborcji, pozwalają na tzw. marsze równości LGBT, eksponujące wyuzdanie i niemoralność. Przechodząc przypadkowo obok takiego wydarzenia naprawdę trzeba zasłaniać oczy dzieciom, aby nie zostały zgorszone. Jak ocenić taką hipokryzję moralności?
Co ciekawe, nawet prawo „wie” o tym, że musi istnieć jakaś aksjologia. Dlatego operuje kategorią „moralności publicznej”, aby sankcjonować np. nieobyczajne zachowania na ulicy etc. Zatem nie jest tak, że każdy może robić w przestrzeni publicznej to, co chce. Problem z tym jest jednak taki, iż na siłę redefiniuje się nam moralność, i to w sposób niedostrzegalny. Na przykład wielkie firmy budują swoje „moralności”, kodeksy zachowań, ubioru, języka… Warto to zauważyć. Kto ustala te moralne reguły? One płyną z chrześcijaństwa czy decyzji prezesa firmy, rady nadzorczej? To efekt kalkulacji, co się opłaca w danej kulturze czy tego, jaka jest prawda?
Wydaje mi się, że podobnie jest z religią i cywilizacją. Może próbuje się żyć bez „widzialnej” religii, ale zostaje niewidzialna, jak u nazistów. Kultywowali oni przecież tajne celebracje i quasi-religijne zachowania ateistyczne. Istniała wręcz „liturgia państwowa” ze swoimi dogmatami, prowadzącymi do znaturalizowania, spłaszczenia religii.
Trudno nie zadać pytania: co to za cywilizacja, która wprowadza nihilizm – przy czym pamiętajmy, co ten termin oznacza. Nie chodzi tylko o brak (nihil) jakichkolwiek wartości, próżnię aksjologiczną, bo zawsze jakieś wartościowanie istnieje, np. ktoś ocenia rzeczy przez pryzmat ich przydatności albo przyjemności. W nihilizmie, zwłaszcza współczesnym, chodzi natomiast o to, że nie ma trwałych wartości. Coś co stanowi uznaną wartość dziś, jutro nie musi już nią być. Fryderyk Nietzsche propagował właśnie taki nihilizm, czyli inżynierię aksjologiczną: my tworzymy sobie wartości, silniejsi społecznie narzucający swoje przekonania innym.
A przecież cywilizacja oznacza porządek. Nie stertę kamieni zrzuconych na budowie w jedno miejsce, lecz hierarchicznie uporządkowanych, wedle pewnej idei. Budować czy tworzyć cywilizację to porządkować różne aktywności człowieka w sensowną całość. Dlatego cywilizacja charakteryzuje się celem, kierunkiem, a nie tylko stopniem technologii jako naczelnym kryterium cywilizacyjnym. W „cywilizację” wpisane jest civilis, a więc pewne relacje społeczne, które doprowadzają do wzrostu, bo sięgają dalej, a na co ukierunkowuje religia. Bez religii cywilizacja kręci się w kółko. A zatem bez moralności i religii można tylko podrabiać cywilizację, niekiedy nawet bardzo dobrze, ale to będzie podróbka.
Czy można zbudować cywilizację, której jedynym wyznacznikiem będzie „postęp” – naukowy, medyczny, technologiczny, moralny etc.?
Z pewnością „postęp” stał się słowem – kluczem, przez który określali się nowożytni, rozumiejąc go po heglowsku jako porzucenie starego porządku, zwyczajnie zakwestionowanie tego, co było wcześniej. Wtedy dopiero uważają, że może pojawić się postęp – łatwiej teraz zrozumieć, dlaczego krytyka Kościoła miała być dla wielu podstawą postępu i nadal dziś wielu uważa, że będą postępowi gdy wszystko, co tradycyjne, osadzone w sprawdzonych formach historycznych – a Kościół wiele takich może pokazać – kiedy to wszystko się odrzuci, obśmieje, wyszydzi. Postępowiec w takim paradygmacie jest bezwzględny dla wszystkiego, co chce go zatrzymać i kwestionuje jego świeckie „dogmaty”. Choć biegnie on w przepaść, to uważa, że to jest postęp, bo biegnie najszybciej. Robienie po prostu czegoś „więcej” nie będzie postępem, gdyż nieprzerwane zwiększanie objętości balonu poprzez dmuchanie w niego sprawia, że do czasu jest postęp, ale w konsekwencji balon pęknie.
W postępie nie chodzi więc jedynie o to, aby robić coś więcej, ale by to przybliżało do celu. Postęp jest wtedy, gdy to, kim jestem, moją naturę, rozwijam zgodnie z jej celem. Postęp mierzy się więc stopniem realizacji celu, a nie zwiększaniem możliwości. A żeby znać cel – który zawsze jest ostatni w realizacji, a pierwszy w planowaniu, bo najpierw trzeba coś chcieć zrobić, a potem to wdrożyć – trzeba się wsłuchać w tradycje religijne, odpowiedzieć na pytania fundamentalne: kim jest człowiek, po co żyje i dokąd zmierza.
W ideę postępu wpisane jest rozszerzanie zakresu np. wiedzy. Widać jednak, że bez etycznej odpowiedzi na postęp może być tak, że tworzymy złote więzienie, z którego trudno się wydostać, bo sami się w nim zamykamy. Zwiększanie możliwości działania i oddanie tego w ręce despoty, kogoś opanowanego przez zło, ostatecznie oznacza zniszczenie, zwróci się przeciwko twórcy postępu. Niedawno w związku z rozwojem AI często powtarzano, żeby się zatrzymać, przemyśleć, bo rozwój może prowadzić do katastrofy.
Dlaczego „postęp” stał się nowym złotym cielcem, któremu tak wielu bije dziś pokłony?
Bo to droga na skróty i najbardziej widoczny element. Żyjemy w czasie, gdy niestety liczy się to, co zewnętrzne i dajemy się nabrać. Sztuczna inteligencja tworzy obrazy, wkłada w usta teksty niewypowiedziane… Iluzja na każdym kroku, a do tego ocenia się cywilizację przez to, ile osób ma najnowszy sprzęt…
To złoty cielec, zgadzam się, bo tak jak ten biblijny, daje złudne przekonanie, że rozwiąże sprawę; że nie będzie trzeba Boga prosić, obędziemy się bez Niego. To ma zastąpić Boga, który obiecuje inny postęp – moralny, duchowy, religijny – dzięki któremu przez doczesność dojdziemy do wieczności, idąc we właściwą stronę, a nie szybko w błędnym kierunku.
Tak, pogoń za najnowszą wersją (wielu rzeczy i spraw) stała się chorobliwa lub patologiczna. Tym żyje choćby transhumanizm, traktując ideę postępu jako najwyższą władzę. On jest trybunałem, przed którym stają inne sfery życia. Wtedy szuka się „postępowej” szkoły, „postępowych” rodziców i, oczywiście „postępowego” Kościoła. Postęp i ulepszanie człowieka, tzw. human enhancement posunięte do tego, że człowiek powymienia w sobie wszystko na niebiologiczny materiał, tłumacząc sobie, że to po to by długo żyć, w ten sposób jednak sam siebie zniszczy, uczyni post-człowiekiem. To nie są mrzonki, odległe perspektywy, nie – o tym piszą ludzie sprzedający książki w milionach egzemplarzy, jak Harari.
Kiedy narodziło się przekonanie, że każdy segment naszego życia – rodzina, gospodarka, polityka, edukacja etc. – powinien być (w imię „postępu”) autonomiczny i niezależny od moralności wynikającej z Dekalogu i prawa naturalnego? Kiedy uznano, że jedynym, co może stanowić ich „źródło kontroli”, są „nauka”, „rozum”, „prawa człowieka” etc.?
Oddzielenie postępu od moralności to w, moim przekonaniu, postulat pozytywizmu, żyjącego niepohamowaną ewolucją, która zaczyna się przenosić na inne obszary życia, przestając być prawidłem powstawania gatunków, a zamienia się w regułę życia społecznego, historii, relacji… Z tego wyłania się pogląd, że skoro wszystko ewolucyjnie zmierza ku doskonałości, to jedynie trzeba się postarać, aby religia temu nie przeszkadzała i nie spowalniała tego procesu. W myśl tej dialektyki, trzeba uwolnić świat od religii, która zniewala, hamuje ewolucje troszcząc się o słabych, głosząc niezrozumiałe miłosierdzie, dokonując ocen moralnych. Zaczyna się wtedy proces „wyzwalania” kolejnych sektorów życia, rodziny, pracy zawodowej od rzekomej opresji religii, tworząc myślenie o dwóch poziomach życia.
Jeden to życie prawdziwe, gdzie toczy się autentyczna egzystencja, a z którego „wyskakujemy” na chwilę (np. na niedzielną Eucharystię). To nie jest – jak katolicyzm pokazywał – przemienianie świata wedle Ewangelii, ale wiara jest wówczas postrzegana jako hobby, które nie powinno mieć wpływu na inne dziedziny życia. Abolicja religii pod koniec XIX wieku znajduje swój wyraz w poglądach Fryderyka Nietzschego. Postulował on „śmierć Boga”, oczywiście w sensie braku Jego wpływu na dziedziny życia: On ma umrzeć w rodzinie, pracy, szpitalu. Ale to wszystko wynika ze sposobu, w jaki postrzegało się działanie łaski. Za tymi postulatami kryły się błędy teologiczne, subiektywizujące doświadczenie łaski (jak w modernizmie, gdzie wszystko kręci się wokół tego, „co kto czuje”, a nie ma niczego obiektywnego) i traktujące je jako dodatek do natury.
Czy to jednak rzeczywiście postęp, że polityka, gospodarka lub rodzina będą wolne od moralności czy od religii? To złudzenie, bo w to miejsce wchodzą inne, niepisane reguły – moralności silniejszego, przyjemności, skuteczności, pragmatyzmu. A przecież im więcej Dekalogu, prawa naturalnego, tym większy postęp, czyli osiąganie celu, dla którego człowiek żyje! To jest postęp – bo prawo naturalne do tego prowadzi. Nie jest ono jak kula u nogi, ale to raczej szyny, po których dojedzie się pewnie do celu.
Ale zauważmy, że pomimo tej agresywnej propagandy postępu wraca świadomość etyczna. Prace komitetów etyki, np. w szpitalach, pokazują, że wcześniejsze bezrefleksyjne stawianie na postęp to samobójstwo cywilizacyjne. Dekalog sprawdził się jako przewodnik w budowaniu jakościowych relacji. Kpienie z niego to dekonfiguracja kultury, odwrócenie biegunów, które prowokuje chaos tam, gdzie się pojawi – czy to będzie szkoła, kultura, biznes…
Arcybiskup Fulton Sheen ponad 80 lat temu zwrócił uwagę, że sekularyzm osiąga swój szczyt, kiedy ludzie mówią: „biznes to biznes, religia to religia” – jak gdyby sposób, w jaki człowiek pracuje albo opłaca swoich pracowników, nie miał nic wspólnego z sumieniem i moralną tkanką narodu. Czy A. D. 2025 słowa te są nadal aktualne? A może coś się zmieniło w tej kwestii? Jeśli tak, to na lepsze, czy na gorsze?
Sekularyzm istnieje w wersji dobrej i złej, bo jeśli saeculum to świat, wówczas zajmowanie się z perspektywy chrześcijańskiej naszym światem jest dobre. Takiego sekularyzmu potrzeba chrześcijanom – aby angażowali się w politykę, prowadzili działalność gospodarczą, społeczną, edukacyjną. Nie mogą tego zostawić w rękach ludzi bez odniesienia religijnego, katolickiego. Mamy kochać ten świat, aby go przemieniać, jak przypominał św. Josemaria Escriva. On wręcz mówił: „namiętnie” (hiszp. apasionadamente) kochać świat, nie byle jak, ale z oddaniem i przekonaniem, z pasją, która jest kreatywna.
Ale istnieje też inny sekularyzm, który – jak to przenikliwie widział już abp Sheen – jest sposobem, aby spychać na dalsze pozycje religię, sumienie i moralność. To jest on upadkiem, który tworzy podziały. To mentalność strefy wpływów jak z czasów zimnej wojny, którą zresztą ten rodzaj sekularyzmu i ideologia postępu do dziś prowadzą z religią, a zwłaszcza katolicyzmem, który opiera się ich tyranii. Sekularyzm chciałby poszerzenia swego oddziaływania i wręcz „wyskrobania” – to słowa radykalnych zwolenników oświecenia – resztek tradycji katolickiej z Europy.
Zauważmy przy tym jedną sprawę: czym innym jest odróżnianie, które nie polaryzuje i przeciwstawia, ale chce łączyć. To ważna sztuka, której się uczymy. Nie chodzi jednak o segregowanie, gdzie jestem katolikiem, a gdzie chowam krzyż; gdzie się przyznaję do wiary, a gdzie ukrywam swoją tożsamość. Jeśli zgodzimy się na taki podział, jeśli uważać będziemy, że jako obywatele państwa mamy schować naszą wiarę na dalszy plan, to będzie porażka dla nas. Jednak, co paradoksalne, także dla państwa jako wspólnoty – bo będzie to wspólnota ludzi „ukrywających to, kim są naprawdę”. Ta krótkowzroczność, wynikająca z zaślepienia ideologią wyrzucającą z państwa i jego życia, wszystko, co religijne, jest po prostu szkodliwa.
Cały czas pocieszamy się, że w Europie wciąż są miejsca, gdzie kościoły są pełne, gdzie ludzie żyją wiarą w Boga w Trójcy Jedynego. Czy nie jest to jednak robienie dobrej miny do złej gry? Obserwując bowiem ogólny „klimat” widać wyraźnie, że Europa odwraca się od swoich chrześcijańskich korzeni w imię „wartości” antychrześcijańskich, takich jak „postęp”…
Wszystko zawsze zależy od skali, bo co to jest Europa? Jak ją zdefiniujemy? Czy to społeczeństwo zamieszkujące kontynent, czy jego elity? Czy stopień obecności chrześcijaństwa w Europie mierzyć będziemy nagłówkami mainstreamowych mediów, czy praktyką życia? Z pewnością nie ma chrześcijaństwa na sztandarach, ale ono jest ukryte w zachowaniach, w mentalności, kulturze. Dlatego walka z chrześcijaństwem w Europie jest – jak wojna domowa – nieporozumieniem i szkodą wielkich rozmiarów. To bowiem walka z korzeniami, z pniem drzewa, gdy siedzi się na jego gałęzi. To w Santiago de Compostela, w 1982 roku św. Jan Paweł II mówił: „Europo, wróć do swoich korzeni, odkryj, kim jesteś”. Prorocze to były słowa.
Dlatego owego proroczego widzenia z nutą optymizmu ja bym nie nazwał robieniem dobrej miny, raczej przekonaniem, że widzimy dalej i jesteśmy jeszcze w stanie przywrócić tej Europie moc. Ale to my musimy być przekonani o wartości wiary. Tak się już dzieje, wystarczy posłuchać kardynała van Eijka, który musiał zamykać czy sprzedawać kościoły w swojej archidiecezji Amsterdam, a dziś budzą się tam wspólnoty i odzyskują sprawczość, energię. Chodzi o obudzenie misji, przekonania, że jest coś do zrobienia. Nie wrócimy po prostu do chrześcijaństwa z XVII czy XIX wieku, bo nigdy nie wracamy do dawnych epok. Nie da się powtórzyć tamtych relacji, ale można i trzeba umacniać obecność chrześcijaństwa, które jak zaczyn nadal prowadzi do wzrostu. Nie ma Europy bez wiary w Chrystusa, bo tę Europę stworzyła ta wiara. Jak mawiał ks. Janusz Pasierb, Europa sięga tak daleko, jak są tam katedry.
Ale na kanwie tego pytania przychodzi mi na myśl coś jeszcze – niestety, utrwalana przez lata postawa „wstydu” za chrześcijaństwo przynosi efekty wśród Europejczyków. Chociaż jej zwolennicy opowiadają kłamstwa (jak rzekomo Kościół zniewala, przeszkadza w szczęściu; że nic nie przyniósł cywilizacji; że Jezus Chrystus to „przemocowiec” i inne bzdury) to jednak wielu daje się na to nabrać. Dlatego potrzeba akcji „dumny jestem z bycia chrześcijaninem”, odpowiadania sobie na pytania, dlaczego nim jestem. Gdy mamy wojsko, które jest zdemoralizowane, nie wie za kogo walczy, straciło kondycję, nie rozumie po co ma iść na front… Co wówczas zrobić? Podnosić morale, to znaczy pokazywać, dlaczego każdy wysiłek ma sens; że świętowanie niedzieli ma sens, udział w lekcjach religii w szkole ma sens, wspólna modlitwa w domach ma sens, noszenie symboli religijnych ma sens – to jest ten odcinek frontu, który każdy z katolików może zrealizować. Trzeba przestać się wstydzić, bo nie ma czego!
Krajobraz religijny, jaki widzę w Europie, to podskórne przekonanie, że sekularyzm się nie sprawdził, ale… wstyd się do tego przyznać i uznać tym samym, że chrześcijaństwo miało rację… Dlatego ta kultura europejska kluczy się, wije w zeznaniach… Dopiero z Ameryki musiał pojawić się głos wzywający do opamiętania przed szaleństwem i że zdrada wartości podstawowych tego kontynentu to największa tragedia. Można stracić państwo, ale nie można stracić ducha. Dekonfiguracja duchowa Europy jest istotnie głębokim zagrożeniem.
Charles Péguy, francuski poeta i dramaturg, który nawrócił się na katolicyzm, napisał: „Nigdy jeszcze to, co doczesne, nie było tak chronione przed tym, co duchowe; i nigdy też to, co duchowe, nie było tak bezbronne wobec tego, co doczesne”.
Słowa te padły w latach, kiedy we Francji dokonywał się rozdział państwa od Kościoła. Co taki rozdział oznacza w praktyce, to widzimy chociażby po tym samym kraju, gdzie do Konstytucji wpisano tzw. prawo do aborcji. Niestety, wszystko wskazuje na to, że śladem Francji pójdą inne, niegdyś chrześcijańskie państwa. W dodatku nie widać ani nie słychać jakiejś stanowczej reakcji ze strony Kościoła. Dlaczego? Może uznano, że po ludzku nie da się tego zatrzymać?
Istnieją różne rozdziały Kościoła i struktur państwowych. Niektóre z nich są agresywne, jak okopy na linii frontu oddzielające wrogie oddziały. Wtedy rzeczywiście chcący wprowadzać rozdział państwa od Kościoła będą go rozumieć jako eliminowanie Kościoła z wszystkich sfer, od języka począwszy, po obecność publiczną. Ale są takie rozdziały, których celem jest zobaczyć coś lepiej i stanowią – jak to zresztą sugerują konotacje w języku polskim – rozdziałami jednej książki. Nie ma wrogości, ale współpraca. Nie chodzi o to, aby państwo zastąpiło Kościół, a Kościół państwo, ale by panowała synergia, łączenie sił, przy poszanowaniu specyfiki każdego z podmiotu. Zwłaszcza, że ten sam obywatel jest częścią tych dwóch wspólnot: państwowej i religijnej. To jak, ma się przepołowić? Udawać, że od godz. 6:00 do 14:00 jest obywatelem, a od 14:00 człowiekiem religijnym? Czy o to chodzi zwolennikom radykalnego rozdziału? Albo: głowa należy do religii, a ręka do państwa? Doprowadzam to rozumowanie do absurdu, ale podbijanie takiej wizji jest właśnie destrukcją, nie służy państwu ani obywatelom, ale służy ideologom, im na pewno. Zobaczmy, zawsze istniał rozdział państwa i Kościoła. W średniowieczu nie nachodziły na siebie te władze, bo istniał wielobiegunowy system społeczny, a państwo nie było absolutnym tworem (takowe powstały dopiero w nowożytności, począwszy od XVII wieku). Kościół nie wyręczał państwa, ale z nim współdziałał dla wspólnych celów. Trudno wiec mówić, że tam nastąpiło stopienie w jedno.
Niestety, „wrogi rozdział” prowadzi do takiego czynienia sobie na złość, aby na siłę się wyróżnić i pokazać, że wtedy naprawdę jesteśmy rozdzieleni, gdy u jednego można zrobić to, czego nie można u drugiego. To absurdalne, ale wynika z braku świadomości, kim się jest. Sprzeciw wobec takiego wrogiego rozdziału jest moralnym obowiązkiem. Państwo, które za aksjologię wybiera śmierć nie jest już bowiem wspólnotą, a na pewno nie taką, w której i z którą chrześcijanie mogą współdziałać, gdyż musieliby się zgadzać na degenerację indywidualną i zbiorową, przykładać rękę do rozpadu wspólnoty politycznej. To jest nasz dylemat. Nam naprawdę zależy na wspólnocie politycznej. Dlatego protestujemy przed rzekomym prawem do aborcji, który jest wpuszczeniem logiki śmierci do relacji społecznych. To jak wpuścić do krwi truciznę, która potem krąży po ciele i obejmuje po kolei wszystkie organy. Trzeba to wypłukać, nie dopuścić do krwioobiegu i do zakażenia kolejnych narządów.
Jeszcze raz pozwolę sobie powołać się na abp. Sheena, który w latach 40. XX wieku zwracał uwagę na hasła, jakie głoszą ówcześni „prorocy zagłady”, postulujący likwidację nauczania religii i etyki w szkołach. A brzmiały one: „nie ma dość czasu na religię”, „nie chcemy łączenia Kościoła i państwa” albo „religia jest w porządku dla jednostek, które jej potrzebują, ale nie ma żadnego związku z polityką czy gospodarką”. To samo słyszymy obecnie od zwolenników anty-religijnej rewolucji, jaką próbuje przeprowadzić w polskich szkołach minister Nowacka… „Zły” nie jest w stanie wymyślić nic nowego? Cały czas używa tych samych zagrywek?
Celna uwaga – kreatywność nie jest cechą Złego. On jest powtarzalny i przewidywalny, a jego inteligencja (bo jest inteligencją bez miłości) będzie dosadna, przeraźliwie racjonalna na swój sposób (tzn. uzasadniająca zło), ale nie będzie tam żadnej nowości. Tylko dobro jest kreatywne, bo jest czymś pozytywnym, zło zaś jest negacją.
Jednocześnie te powtarzane od lat argumenty są nadal wypowiadane, ale nie traktuje się ich poważnie… Bo skoro powinno się zostawić religię dla tych, co jej potrzebują, to skąd opór aby zapytać polskie społeczeństwo, czy chce religii; rozmawiać z Episkopatem i innymi związkami wyznaniowymi traktując ich podmiotowo, a nie przedmiotowo? Dlaczego głos rodziców jest lekceważony? Przecież to jest ostentacyjne ignorowanie większości w imię własnych ideologicznych uprzedzeń.
Pamiętajmy, że jak wirusy się mutują, tak bywa z tymi pierwotnymi argumentami anty-religijnymi. Na szczęście da się jednak wyodrębnić ich wspólne części, dlatego brzmią tak znajomo dla katolickiego ucha. Stare herezje się powtarzają i nie dziwię się, że nauka teologii powiązana jest ze znajomością herezji, błędów w nauce wiary, takich jak gnoza, manicheizm, arianizm, pelagianizm… Przecież to wraca w nowej postaci.
Zadziwiające jednak w tym wszystkim jest to, że ciągle pojawia się ten sam argument, aby „uniepotrzebnić” – że tak powiem – religię; uczynić ja nieprzydatną, zbędną, przeszkadzającą, zniewalającą… Zobaczmy, w jaki sposób współczesne elity liberalne etykietują katolicyzm. To nie jest siła napędowa rozwoju cywilizacji i kultury, choć przecież to dzięki katolickim naukowcom świat poszedł ogromnie do przodu, a prawa człowieka wyrosły na gruncie świata chrześcijańskiego, a nie np. chińskiego. Jednak katolicyzm, ich zdaniem, to zacofanie, ograniczenie i nie ma związku z życiem społecznym. Zadziwiające, naprawdę, zwłaszcza, gdy weźmiemy do ręki artykuły naukowe, operujące metodami empirycznymi, opowiadające o tym, jak pozytywnie wpływa religia na ludzi w trudnym sytuacjach (np. na migrantów z wojny w Ukrainie), w szpitalach, czy jak przekłada się na jakość życia rodzinnego. Religia pomaga, nie przeszkadza. O tym mówią dane, napisano naprawdę wiele artykułów naukowych, można sprawdzić w bazach danych… To dlaczego się z religią walczy? Jedyne co przychodzi na myśl, to właśnie – w imię ideologii.
Papież Pius XII stwierdził, że utrata Boga spowodowała próżnię, której nie jest w stanie wypełnić żaden narodowy czy internacjonalistyczny mit. Moim zdaniem, to dobra i oczywista diagnoza. Dlaczego jednak przez 80 lat nie udało się znaleźć skutecznego lekarstwa na chorobę opisaną przez Piusa XII?
Wydaje mi się, że diagnoza Piusa XII dotknęła ważnej kwestii, od której wszystko inne zależy, a czego wielu woli nie dostrzegać. Bo to nie jest tak, że nie ma znaczenia, czy ktoś wierzy w Boga, czy nie: to ma oczywiste znaczenie. Przekłada się na jego postawę wobec rożnych kwestii społecznych. To jest potwierdzone empirycznie, nie trzeba do tego teologicznych teorii. Brak wiary w Boga; wiary, która jest czymś naturalnym dla człowieka, bywa zaspokajany różnych aktywnościami i mitami, bo to nie jest wybór między Bogiem a brakiem Boga, tylko jakiego boga będę sobie ustanawiał – prawdziwego czy fałszywego. To podobnie jak z jedzeniem: nie można „nie jeść” (jeśli się chce przeżyć), ale pozostaje pytanie, co będę jadł, czy prawdziwy pokarm, czy fast food. Człowiek rzekomo twierdzący, że w nic nie wierzy, nie tylko przekonuje się – gdy uczciwie spojrzy na swoje życie – że jednak w coś/kogoś wierzy. To jednak warunek, bo trzeba wierzyć w coś, aby iść dalej i rozumieć, np. wierzyć w założenia danej nauki, że możemy coś poznać, że świat jest racjonalny. Miał rację św. Anzelm: wierzymy, aby rozumieć… wiara jest „po coś”.
Wydaje mi się, iż słowa Piusa XII pokazujące, co się dzieje, gdy porzuca się Boga, nie straciły nic na swej aktualności. Papież bowiem zwraca uwagę, że utrata wiary to jak nitka w swetrze. Zaczyna on się pruć, ścieg za ściegiem, a wówczas nic z niego nie pozostaje. Posłuchamy tej wnikliwej analizy Piusa XII, pisanej jakby na współczesne okoliczności:
„W tej atmosferze wyobcowania od Boga i dechrystianizacji myślenie i planowanie, oceny i działania ludzi musiały się stać materialistyczne i jednostronne, nacechowane dążeniem do prostej wielkości i ekspansji przestrzennej, nie uznającym żadnych granic pożądaniem coraz większego posiadania dóbr i władzy, wyścigiem za szybszą, bogatszą i lepszą produkcją wszelkich rzeczy, co postrzegano jako prowadzące do ewolucji materialnej i postępu. Te same symptomy ujawniły się w polityce jako nieograniczony pęd do ekspansji i poszerzania wpływu politycznego bez względu na standardy moralne: w życiu ekonomicznym przejawiły się one w dominacji gigantycznych koncernów i trustów, w sferze społecznej – w tworzeniu się w miastach i okręgach zdominowanych przez przemysł i handel ogromnych skupisk ludzi, czemu towarzyszy całkowite wykorzenienie tych ludzkich mas, które tracą swoje standardy życia, domy, prace, miłości i nienawiści. Ta nowa koncepcja myślenia i życia sprawia, że wszelkie idee życia społecznego przeniknięte zostają charakterem czysto mechanicystycznym”.
Czy nie słychać komentatorów życia społecznego, którzy bronią paradygmatu mechanistycznego, operują językiem „systemów”, nieubłaganych oddziaływań etc. gdzie gubi się wolność? Pius XII zachęcał do szukania symptomów tego procesu, byśmy myśleli „przyczynowo” a nie „objawowo”; a dla mnie to dwa różne sposoby myślenia: bo albo skupiam się na skutkach, objawach i próbuję je tylko ukryć, albo podejmuję trudną sztukę zwalczenia choroby u źródeł, w jej przyczynach. Dwie różne mentalności. Mam wrażenie, że Pius XII nie tylko trafnie diagnozował, ale jeszcze pokazał dlaczego tak jest, jak twierdził.
Abp Fulton Sheen w książce „Wojna a rewolucja” wskazuje pięć „przesądów”, które opanowały umysły ludzi w pierwszej połowi XX wieku. Są to: postęp, scjentyzm, relatywizm, materializm i rozwiązłość. Hierarcha liczył, że uda się z nich wyleczyć ludzkość. Tak się, niestety nie stało. Czy w związku z tym A. D. 2025 możemy mówić już nie o „przesądach”, tylko o „herezjach”?
Nie rezygnowałbym z tej nadziei abp. Sheena, byśmy nie oceniali wszystkiego naszą miarą. Jeszcze do przysłowiowego „wczoraj” wydawało się, że scjentyzm czy relatywizm kompletnie opanowały umysły zachodnich społeczeństw. Pojawiają się jednak jaskółki zwiastujące zmianę, ukazującą niewydolność systemów. One się rozpadają na naszych oczach. Scjentyzm utrzymuje się, ale nie w grupach naukowych, lecz w formie spopularyzowanej, która wierzy, że nauka wszystko rozwiąże, np. kolejne pandemie, stworzy szczepionki… Jednak rośnie, a nie zmniejsza się grupa ludzi, którzy widzą, że nauka ma swoje limity; że one są w nią wpisane, a nie są czymś przejściowym.
Wspomniana przez Pana droga od „przesądów” do „herezji” rzeczywiście jednak ma miejsce, gdyż różnica między tymi dwoma postawami wiąże się z ugruntowaniem poglądów: przesąd jest pozbawiony argumentów, nie sili się na tworzenie całościowego spojrzenia, funkcjonuje jako przed-racjonalne spojrzenie. Natomiast herezja jest ugruntowaniem błędnego twierdzenia, trwaniem przy nim i propagowaniem tego. Istotnie, coś co dawniej było przesądem, jest dziś herezją, bo rości sobie pretensje do bycia jedyną prawdą.
Choć z kościelnego języka na kazaniach czy katechezach znikł termin „herezja”, wskazujący etymologicznie na „podział”, oddzielenie od pnia wiary, to warto sobie uświadomić, aby nie być naiwnym, że mają miejsce takie sytuacje, wypaczenia wiary, manipulowanie nią. Nie wszyscy są tego samego ducha. Trzeba się uwrażliwić na herezje, nie bać się ich tak nazywać, bo choć dla niektórych cnotą jest wątpienie czy wymyślanie coraz to nowych herezji, to jednak to nie rozwija wiary. Nie można tego gloryfikować jako przejawów wolności, której prawdziwym wyrazem jest pogłębianie wiary, a nie jej modyfikowanie.
Wiosna jest kobietą. Przyszła bowiem 8 marca. Można wreszcie otworzyć szeroko drzwi balkonowe i nawdychać się po kokardę. Idzie wiosna, a ta zawsze niesie jakąś nadzieję. Po prostu człek jest tak wyposzczony tą szarówką polskiej zimy, że jak tylko pojawi się jakiś kolorek, a ptaszek zaśpiewa, to zaraz wchodzi do głowy ten niepoprawny optymizm. To jasne, inaczej – wychodzi na to, że gdyby się człowiek nie łudził – ciężko byłoby przeżyć w dzisiejszych czasach. Czasy zaś pełne niepokoju o przyszłość, a tu – wiosna. A więc powdychajmy nie tylko świeże powietrze ale też trochę realizmu. A ten ostatnio mocno kłóci się z optymizmem.
Płonne nadzieje konia padłego
Zaczaiłem się na ten szczyt w Brukseli licząc, wciąż naiwny jak widać, na jakieś decyzje – albo wiernopoddańcze wobec Trumpa, albo jakiś program na serio w ramach europejskiego rozsądku, który obecnie zdaje się brzmieć jak oksymoron. Nic z tego – jak widać Europa, szczególnie w unijnym sosie, najlepiej czuje się na naradach, z których wynikają kolejne serie konferencji i powoływanych komisji. Ale, ludzie – czegoście się spodziewali po przywódcach o mentalności i pochodzeniu urzędniczym!? No, będą jak zwykle deliberować o padłym koniu.
Nie znacie tej konstrukcji? To opowiem. W Ameryce istnieje takie pojęcie jak „teoria padniętego konia”. To prześmiewcza metafora ilustrująca, jak niektórzy ludzie, instytucje lub całe narody radzą sobie z oczywistymi, nierozwiązywalnymi problemami. Zamiast zaakceptować rzeczywistość, trzymają się uzasadniania swoich działań, częściej – zaniechań. No, bo czy to czegoś Państwu nie przypomina, takie reakcje, jak koń zdechnie?
Kupno nowego siodła dla konia.
Poprawa diety konia, mimo że jest martwy.
Zmiana jeźdźca zamiast rozwiązania prawdziwego problemu.
Zwolnienie opiekuna konia i zatrudnienie kogoś nowego, mając nadzieję na inny rezultat.
Organizowanie spotkań w celu omówienia sposobów zwiększenia szybkości martwego konia.
Tworzenie komitetów lub zespołów zadaniowych w celu analizy z każdej strony problemu martwego konia. Grupy te pracują miesiącami, sporządzają raporty i ostatecznie dochodzą do oczywistego wniosku: koń jest martwy.
Uzasadnienie wysiłków poprzez porównanie konia do innych podobnie martwych koni, dochodząc do wniosku, że problemem był brak treningu.
Proponowanie programów treningowych dla konia, co oznacza zwiększenie budżetu.
Redefiniowanie pojęcia „martwego”, aby przekonać samych siebie, że koń nadal ma potencjał.
Nudne, bo przewidywalne
Tyle „teoria”. A kto zdechł, zapytacie? Ano – co najmniej stary porządek, ale może i Europa, czego zdaje się jesteśmy świadkami, jeśli reakcja pt. „teoria padniętego konia” będzie kontynuowana w wydaniu, pożal się Boże, europejskich elit. No, bo weźmy ten brukselski szczyt: przed nim były ze dwie narady najwyższych kręgów. Też nic nie ustaliły, poza tym, że trzeba się znowu spotkać.
To typowe dla lewackich postaw, tym razem na najwyższym poziomie. W zderzeniu lewego ideolo z rzeczywistością powstają podłe fakty dokonane, a jak dochodzi do przesilenia, to namawia lewica do dialogu. Co prawda wyklucza z niego najczęściej nieprawomyślnych, bo po co mieć zamieszanie w czasie deliberowania? Taki dialog przypomina kampanijne spotkania z Tuskiem – chodzi milusi facecik i opowiada bon mociki, zero faktów, a jak się takie pojawią, to (tak jak z setką konkretów) wychodzi, że to dla picu, co twardy elektorat zrozumie, bo to przecież było tylko po to by pomamić wahających się debili, których po naiwnym zawierzeniu można kopnąć w obywatelskie de. I tak się „dialoguje” – dla pozoracji wypuści się od czasu do czasu jakiegoś naiwniaka, co to nieskładnie i śliniąc się krzyknie coś w rodzaju „Żydzi na Madagaskar!” i mamy uzasadnienie, że po drugiej stronie to sami debile, a więc – wtedy już za zgodą publiczności – trzeba zamykać drzwi do takich wygłupów i kontrolować za pomocą choćby i cenzury jakość takiego dialogu. A więc spotykają się na potęgę.
Temat podsumowania tego brukselskiego szczytu zgłosiłem do redakcji mego tygodnika, dostałem jak zwykle pozwolenie na potraktowanie go, a potem się zobaczy. Ale nie będę tego pisał. Po pierwsze – dobrze ten szczyt opisał mój redaktor naczelny, Paweł Lisicki, na tym etapie – nic dodać, nic ująć. Czemu „na tym etapie”, ano dlatego, że wynikiem tego szczytu są dość ogólnikowe „konkluzje”, zaś po ich podjęciu przez państwa członkowskie dopiero Komisja Europejska skonkretyzuje co wszyscy mieli na myśli. Tak to działa w Unii – zbiera się Rada Europejska, wydaje z siebie konkluzje, te się później doszlifowuje w Komisji i nagle okazuje się, na co się zdecydowano. A więc podpisanie konkluzji to droga w nieznane. A więc na tym etapie lepiej byłoby poczekać do 12 marca, aż komisarze przetłumaczą z ludzkiego na ichnie, ale wydaje się, że nie ma po co. Bo ja wiem jak będzie. Będzie jak z padniętym koniem.
Mamy do wyboru dwa pewne warianty i jeden realny. Pierwszy został nam objawiony w ramach konkluzji na poziomie, który wysoce uprawdopodabnia przyszłe zjawiska. A więc po pierwsze – sprawa zbrojenia się Europy została przejęta przez Unię. A przez kogo miałaby być przejęta, spyta ktoś, wydawałoby się, rozsądny? A dlaczegoż miałaby by być przejęta? Co ma piernik do wiatraka? A co ma ta Unia? Pieniędzy żadnych, chyba, że pożyczone, ale do tego wrócimy, bo Unia obiecała, że „zmobilizuje” (uwaga, dobre, nie?) 800 mld euro. Otóż Unia ma jedno – regulacje. I tym narzędziem ma… rzucić na kolana Putina. Terefere! Mieliśmy bowiem w wykonaniu szefowej Unii, pani Ursuli cały wachlarz propozycji jak tu się dozbroić na złego Putina, z którym zakolegował się pomarańczowo-włosy zdrajca zza Oceanu. Program nazywa się ReArm Europe i zaraz do niego zajrzymy.
Ursula na wojnie
Po pierwsze, co warto zauważyć, program dotyczy kasy. Dowody leżą w zachowaniu się przyszłego kanclerza Niemiec, który odpowiedział, że zbrojenie Niemiec odbędzie się bez zabierania socjalu, a więc za pożyczone, pytanie tylko – od kogo i kto to będzie spłacał? To charakterystyczne dla Europy. Jak się sypnie groszem w oczy, szczególnie Putinowi, to ten się położy na ziemi i załamie.
W tym podejściu brakuje jednego – ok, mamy kasę, ale kto pójdzie na wojnę. A pójść trzeba będzie w razie W, gdyż – ku zdziwieniu wszelkich przepowiadaczy wojny nowego typu – ta ukraińska skończyła się w regularnych okopach, jak za I wojny światowej. A więc mówi się o kasie tylko, bo inaczej, mówiąc o rozwoju wojska, niechybnie trafiłoby się na kwestie liczebności armii i poboru.
A nie tak się europejskie elity umawiały w swoim kontrakcie społecznym z suwerenem. Ten miał cicho siedzieć za sute socjalne łapówy, nawet do roboty mu się nie chciało iść, bo tę wykonywały świstaki w Mitteleuropie. I takie rurkowce miałyby usłyszeć od swoich wybrańców, że się mają wybrać na wojnę? Gdzież tam! Ci usłyszą, że sypnie się złotem, zaś w kwestii „kto pójdzie na tę wojnę” istnieje ciche porozumienie, że raczej mieszkańcy tzw. „Skrwawionych ziem”, czyli specjaliści w dostarczaniu armatniego mięsa. To pierwsza kwestia, która wynika z generalnego podejścia Unii do sprawy.
Druga kwestia – to dlaczego niby ta Unia ma to organizować? Po pierwsze dlatego, że gdyby Unia przegapiła taki moment, gdzie Europa może się zorganizować bez niej, to ktoś by mógł wyjść na beczkę i zapytać – to po co nam ona. Nikt taki nie wyszedł w czasie kowida, a był duży powód. Przypomnę jak to było – gruchnęła pandemia i pokazało się, nawet za poduszczeniem Unii, że pozostały tylko państwa narodowe, gdyż Unia nie rozeznała tematu, nie wiedziała jak i czym reagować.
Pierwsze spotkania w Brukseli – przypomnę były zbiorowymi akcjami oklasków dla dzielnych medyków. Tylko tyle Unia dała z siebie. Ale młyny unijne pracują powoli, lecz dokładnie. Jak już się kraje ogarnęły, to zjawiła się Bruksela – właśnie – z regulacjami. I przejęła cały miód, syf, wzmagany również swoimi wynalazkami – pozostawiając państwom. A więc zajęła się pilnowaniem interesów Big Farmy, zbiorowymi, a więc monopolistycznymi, zakupami oraz wykorzystywaniem wzmożonej paniki do uzasadnienia wszechobecnej kontroli obywateli.
Modus unijnego pomagania
I powtórki tego numeru jesteśmy obecnie świadkami. Państwa się wypruwały na pomoc Ukrainie, przyjmowały uchodźców, no bo przecież nie Unia, zaś ta zjawia się na koniec wojny na białym koniu podkutym pożyczkami pod zastaw państw. Zobaczmy co tam są za propozycje. Unia ma się łaskawie zgodzić, zobaczymy jeszcze w jakim zakresie, na to, że wydatki na zbrojenia nie będą się liczyły do podstawy obliczania nadmiernego zadłużenia. Tak, jakaś organizacja biurokratyczna, będzie łaskawie się zgadzać co ze swoim budżetem będą robić poszczególne kraje, które mogą mieć przecież różne scenariusze inwestycji w wojo. A więc to Unia będzie decydować każdorazowo, czy można czy nie. A jak wyjdzie, że nie można, zaś kraj przekroczy te limity, to mu się, jak Grecji czy Włochom, przyśle z Brukseli „trojkę”, która przejmie finansowe rządy nad danym krajem.
Dobre, ale niemożliwe? A jak było z Polską i imigracją Ukraińców? My mówiliśmy, żeby nas zwolnić z limitów na imigrantów, bo już swoje zrobiliśmy kilkakrotnie więcej przyjmując Ukraińców. Nota bene z kraju wojny, a nie z jakiegoś afrykańskiego zadupia, skąd ucieka się za chlebem, a nie przed wojną. I co? I nic – dalej jesteśmy w tych samych limitach – Ukraińcy zniknęli z europejskich statystyk, ale nie z naszych ulic. I tak samo może być z tymi uznaniowo przecież, bo indywidualnie w zależności od państwa, limitami przekroczenia zadłużenia. Unia po to robi, by wzmocnić swoje władztwo nad krajami członkowskimi.
Drugi pomysł to euroobligacje. To będzie wypisz-wymaluj powtórka z KPO. Jak to wygląda? Zacznijmy od początku – cały ten bałagan był po to by sfinansować wydobycie się z pandemicznych strat spowodowanych sanitarystycznym szaleństwem. A jako, że było ono dziełem samej Unii, to jest tak jak z baronem Munchausenem, który sam siebie za włosy wyciągał z bagna. To tylko w Polsce ten fundusz nazywał się tak jak idea jego powstania – Krajowy Program Odbudowy (w podrozumieniu – po kowidzie). W Europie się nie certolili i nazwali ten fundusz tak, jakie były ich intencje. Nazywa się New Generation EU, a więc pod pretekstem lizania pokowidowych ran wystawiło się fundusz dla sfinansowania nie strat pandemicznych, ale stworzenia nowego typu świata. I na to poszły te pieniądze – co ma bowiem odbudowa gospodarki do zielonego szaleństwa, digitalizacji – głównie kontroli ludności, czy tęczowo-genderowe projekty?
Ciekawy był też mechanizm działania tego funduszu, co odczuliśmy na własnej skórze. Politycznie była to rozgrywka mająca obalić istniejącą władzę, pod pretekstem że tu kasa leży, a tacy niepraworządni po nią przeniewierczo sięgają, jakby to miało cokolwiek mieć wspólnego z odbudową, o poleganiu na prawdzie nie mówiąc.
Ale sam mechanizm finansowy był cudowniejszy. Polacy – głupi, bo ci głosujący na obecną władzę – myśleli, że jak się PiS obali, to się worek z pieniędzmi zaraz otworzy, bo przecież wiadomo było, że gra się tu z Unią do jednej bramki. A tu – zonk! Pierwsza kasa poszła na dofinansowanie elektrycznego samochodowego złomu importowanego z Niemiec na zasadzie „gospodarki obiegu zamkniętego”, a w której u nas lądował niemiecki szrot kupowany za… nasze pieniądze. Potem przyszło ratowanie – również za nasze – padającego Siemensa, który po przyznaniu nam na zielony ład środków zaczął „niespodziewanie” wygrywać wszystkie polskie przetargi na OZE. Potem poszła kasa na kulczykowe też wiatraki, za co zapłacił polski drzewostan, o którego wycinanie Zieloni, dzisiaj u władzy, tak bardzo piętnowali kiedyś szyszkowy PiS.
KPO 2.0 i nie tylko
W dodatku pokazano nam, że dorzucać się możemy, ale czy z tej puli coś dostaniemy – to nie wiadomo. Bo dorzuciliśmy się i dorzucamy (długiem i podatkami), zaś czy dostaniemy, i na co – decyduje p. Ursula. Po szczycie okazało się, że „Unia pożyczy państwom”. Ale tak wcale nie jest – jak w KPO, Unia pożyczy na tzw. „rynkach” kasę pod zastaw zobowiązań państw członkowskich, bo przecież Unia żadnej swojej kasy, poza składkami i karami nie ma. Nie pożyczy więc „od siebie”, tylko dla nas, jest więc raczej brokerem, w dodatku nie bezinteresownym. Dostaje za to prowizję w postaci władzy przydzielania lub nie pieniędzy pożyczonych pod zastaw pożyczkobiorców. A to niezły numer, taki jak z KPO. Mamy więc precedens – na niego powołuje się Komisja Europejska, możemy więc, bez teorii, zobaczyć jak to chodzi w rzeczywistości.
I tak samo będzie teraz – Unia pożyczy „w naszym imieniu”, zaś sama będzie decydować na co możemy to wydać. I gdzie. To też ciekawy numer – musimy wydać tę kasę na wyroby europejskie, zaś odstępstwa od tej reguły będą w gestii… no zgadliście, Komisji Europejskiej. A więc znowu – władza. A co takiej Unii może przyjść do głowy, to już można sobie wyobrazić. To, że będzie preferowała zakupy u „starszych i mądrzejszych”, to jasne, ale jak będzie chciała wystawić „zeroemisyjną armię”, ekologiczną taką? Żartuję? Gdzież tam – zero-emisyjność przyszłej armii europejskiej to najważniejszy wniosek z raportu jaki w kwestii obronności Europy zamówiła Komisja.
Kolejne pomysły na sfinansowanie to przesunięcie środków z Zielonego Ładu na zbrojenia. Tusk powiedział, że jego rząd już nad tym pracuje, ale uwierzę jak zobaczę. A więc można to szaleństwo zamienić na bezpieczeństwo? Ale że do tego trzeba było aż Putina? Ten, najpierw atakiem na Ukrainę, zakończył kowida na świecie, teraz zaś – pośrednio – ma uratować Europę przed zielonym szaleństwem, w dodatku powodując jej przebudzenie w kierunku dozbrojenia. A więc – obok medycznego – także Nobel… pokojowy? Z ekonomii? Ale tu znowu – zwolnienie, w jakich przypadkach i w jakich kwotach, będzie umożliwiała Komisja Europejska.
Kolejny pomysł to rozluźnienie kryteriów kredytowania zbrojeń przez Europejski Bank Inwestycyjny. Po propozycji zwolnień dowiedzieliśmy się co to takiego ten bank mógł. A więc nie mógł pożyczać więcej niż 8 mld euro na wojo. A teraz będzie mógł. Będzie mógł też – o łaska niebieska – pożyczać na wojo, ale tylko takie obronne. Mógł do tej pory pożyczać na tzw. podwójne zastosowania, a więc mógł dofinansować np. fabryczkę dronów dziecięcych, co to je w czasie wojny można przerobić na śmiercionośną broń, ale mógł też dofinansowywać produkcję metalowych kubków, bo te też się przydadzą w okopach. A teraz będzie mógł dofinansować militaria obronne, a to oznacza, że namioty, szlabany, ale już nie myśliwce, czy czołgi, bo przecież z takich ustrojstw można zrobić krzywdę Rosjaninowi, a nie tak się umawialiśmy.
Widać jak byliśmy rozbrajani systemowo. No bo czemu EBI, w końcu własność wszystkich krajów członkowskich Unii, czemu akurat w zakresie obronnym był poddany takim limitom? Kto je zaserwował? Podejrzewam, że było to kluczowym dziełem czynnika niemieckiego: wszak to Niemcy umówili się z Rosją, że w ramach dealu niemieckiej hegemonii opartej na gospodarce działającej na preferencyjnych warunkach energetyczno-surowcowych z Rosji – za to Niemcy rozbroją kontynent. I tak to się odbywało, czego skutki widzimy obecnie z całą tą szarpaniną, która ma przysłonić ten wstydliwy fakt.
Ale zaraz, zaraz… Pomysł i sugestia do EBI wypłynęła z Komisji Europejskiej, na co EBI zaraz przystał. A co ma Komisja do EBI? Przecież właścicielami tego banku są kraje członkowskie, a tu nagle okazuje się, że zarząd tak skonstruowanego banku słucha się nie właścicieli, a jakichś biurokratów skądeś? Za pomocą jednego tylko przedstawiciela Komisji Europejskiej? A może to jest właśnie prawdziwy układ zależności, nie to co można wyczytać w statutach? Jakie to wszystko ciekawe…
Najfajniejszy pomysł, to sfinansowanie zbrojeń za pomocą środków… rosyjskich. Przypomnieć należy, że do tej pory Europa korzystała z zamrożonych na jej terenie aktywów rosyjskich tylko w zakresie przejęcia wpływów z ich oprocentowania. Te miały być przeznaczane na pomoc Ukrainie. Teraz ma być skok na całą kasę, ale tu mamy dwie zagwozdki. Pierwsza to prawo międzynarodowe – no, bo na jakiej zasadzie ma się dokonać takie zagarnięcie?
To to pikuś, ale taki numer podważy zaufanie Rosji do lokowania swych aktywów w Europie na zawsze. A banki tego nie chcą, a więc mocno naciskają, stąd ten pomysł międli się od dłuższego czasu. Ale jest jeszcze drugi aspekt – Trump gada z Rosjanami, a na pewno ci mają ten temat na stole. Europa może więc pokazać Trumpowi, a właściwie Putinowi, że Amerykanie handlują Inflantami, niedźwiedziem, co to biega póki co po europejskim lesie. No, bo Rosjanie będą chcieli oddania swych aktywów z Europy, zaś przy stole siedzi tylko Trump i jak to ma niby zagwarantować Putinowi? A to zbliża do konfliktu Trump-Europa, na który zdaje się szykować Stary Kontynent, tylko czy da radę?
Naiwny? Raczej wyrachowany…
Widać w tych europejskich działaniach próbę utarcia nosa Jankesowi. Jak to – tak wstać i wyjść z Europy, nawet jak masz w tym interes? Nie to, że nie tak się umawialiśmy, ale my tu wszyscy na takim dealu się umościliśmy w elicie od pokoleń. Taka postawa ma też głębsze korzenie – i to w kilku warstwach – pierwsza to taka, że Europa też chce położyć łapę na minerałach na Ukrainie, że Niemcy chcą wykorzystać tę sytuację, by z kryzysu wyskoczyć do przodu, posiadając europejską, a więc swoją armię. Już bez amerykańskiego straszaka ochrony, w końcu – że tak w sumie to się dobrze żyło w tym dealu europejskich elit z ukraińskimi oligarchami. A więc konstatacja jest obecnie widoczna jak na dłoni, acz smutna dla naszego region i tragiczna dla narodu ukraińskiego – wśród europejskich elit nie ma woli do zatrzymania, co dopiero zakończenia tej wojny. To dlatego, a nie z powodu zmiany priorytetów USA, tak się Europa wyżywa na Trumpie. On chce to wszystko popsuć swymi dążeniami do natychmiastowego pokoju. Stoi na drodze do wojny, która daje korzyści tej spółdzielni europejsko-oligarchicznej.
To tłumaczy postawienie się Zełenskiego w Owalnym Gabinecie. Przed rozmowami prezydent Ukrainy pogadał z Europejczykami, którzy powiedzieli mu, żeby wojny nie kończył. A ci właśnie mówili mu – „walcz, walcz” – kiedy po klęsce pierwszego ataku Rosjan na Ukrainę można było w Stambule podpisać pokój na warunkach, o których marzyłby dziś każdy rozsądny polityk. Wtedy z Europy przyjechał premier Johnson, zaś z Ameryki Sullivan i też mu wytłumaczyli, że nie można poprzestać na tym, że trzeba dobić gada, zaś Zachód zapewnia „kryszę”. Nic z tego nie zostało: ani kryszy, ani sukcesu na froncie, tylko tysiące poległych, zajęcie kolejnych terenów przez Rosję i ruina kraju. Zełenski nie rozumiał, że robi za zderzaka, że to po to, by Zachód wykrwawiał Rosję, potencjalnego partnera Chin, fundując jej drugi Afganistan na ukraińskiej krwi.
To, że Zełenski robi ten sam numer z zawierzeniem przez podpisaniem umowy z Trumpem daje mu możliwość stawiania się. Ale to oznaczałoby, że daje się nabierać po raz drugi, bo chyba łatwo się domyśleć, że Europa, teraz już bez Stanów, a nawet wbrew nim, takiej obietnicy nie dowiezie. A jeśli ktoś się nabiera drugi raz na ten sam numer, to może oznaczać, że i za pierwszym razem się nie bardzo nabrał, tylko odnosi korzyść z pozornego oszustwa.
Zobaczmy dlaczegóż Zełenski miałby nie chcieć końca tej wojny, zwłaszcza w wykonaniu Trumpa.
Po pierwsze – może przegrać wybory, gdyż jego poparcie spada, zaś stan wojny powstrzymuje proces weryfikacji jego legitymacji w postaci wyborów. Zacznie się jeszcze jakaś kampania, odezwą się jacyś kandydaci z nie najciekawszymi diagnozami, media trochę poluzują wojenną propagandę i będzie kłopot. Stawianie się Zełenskiego w Białym Domu miało mu też przysporzyć mu popularności przy spadającym na Ukrainie poparciu dla niego. Po drugie – wyjdą sprawki, że można to było skończyć wcześniej, że naród nic nie zyskał na przedłużaniu tej wojny.
Wyjdą też na jaw osobiste sprawki prezydenta, jego transfery własnego majątku, już o kwestii jak na tej wojnie zarobili rzeczywiści sponsorzy Zełenskiego, czyli ukraińscy oligarchowie nie mówiąc.
I trzeci, chyba najgorszy powód kontynuacji wojny – okazuje się, że przy takim podejściu to nie tylko Ukraina, ale i osobiście Zełenski jest zainteresowany umiędzynarodowieniem tej wojny, bo jak się zacznie dym na całego, to nikt już nie będzie zaglądał w ukraińskie kieszenie. Nota bene – niestety – umiędzynarodowieniem tego konfliktu zainteresowani są europejscy globaliści, ci liczą na to, że jak zacznie się awantura na całego to Amerykanie i tak przyjdą z pomocą. A jeśli tak to widzi i Trump, to nie dziwota, że chce dogiąć i Europę, i Zełenskiego, za największy w jego mniemaniu grzech – próbę wciągnięcia Ameryki do wojny i płacenie rachunków za gnuśność Europy.
No i Europa też nie chce z wielu powodów. Ma też chrapkę na złoża, ale w wojnie się sporo dorobiła, a tu miałoby się kończyć Eldorado kupione za ukraińską krew? Przecież handel z Rosją idzie na całego, nawet bije przedwojenne rekordy. To tworzy całą sieć interesariuszy – pośredników, korporacji, ale też i medialnych przykrywaczy tych rewelacji. Tak było fajnie i teraz ma się to skończyć? Tylko ten fakt, powtarzam, tylko on jest stanie wytłumaczyć te szaleńcze nawoływanie do kontynuacji przegrywanej wojny. Ktoś musi mieć w tym interes, bo na logikę – po co kontynuować proceder, który nie idzie? Nie idzie – a to zależy komu…
Czemu można nie chcieć pokoju?
I to jest drugi, obiecany przeze mnie scenariusz – że te wszystkie zbrojenia to tylko po to, by znowu poszerzyła się niekontrolowana władza elit europejskich, żeby zarobił ten, kto ma zarobić, byśmy się zapożyczali do wora, który trzyma ktoś inny. Żeby – w końcu w „trudnych czasach wojennych” doszło do ostatecznej federalizacji Europy pod berłem niemieckim, za nasze pieniądze. Żeby wreszcie ziściło się marzenie o europejskiej armii bez Amerykanów, która wcale nie ma nas bronić przed Kremlem, tylko polepszyć warunki business as usual, w odwiecznym dealu niemieckiej dominacji nad Europą w porozumieniu z Rosją, starej idei jeszcze Bismarcka. Ale tak jak w przypadku II wojny Hitler wyciął numer i wypowiedział ten deal, atakując Sowietów, tak i może się stać i teraz, tyle że na odwrót. Putin przecież wszystko popsuł atakiem na Ukrainę. Brzydkie szydła tego układy wyszły z medialnego worka.
Mamy więc scenariusz, który, jak się go da pod światło, pokazuje prawdziwe zwoje papieru, na którym go spisano. Zbrojenie się Europy ma, jak akcje kowidowe, doprowadzić do globalistycznego celu zjednoczenia Europy z geopolitycznym celem Niemiec jako hegemona władzy w Europie, którą się z Berlina steruje za pomocą Komisji Europejskiej. Zaś program drugi – dofinansowania Ukrainy – ma też jeden i to złowieszczy cel: niedopuszczenia do końca wojny. Bowiem gdy można zakończyć ją jednym podpisem, a tego się nie chce, dozbrajając Ukrainę w konflikcie bez szans na wygranie, to może oznaczać to jedno: wojna ma trwać z wymienionych wyżej powodów, zaś Trump staje się wrogiem numer 1 w osiągnięciu tego celu. A taki format pomysłu na europejską już tylko dominację globalizmu tworzy naczynie w które nalewa się już tylko kolejne hektolitry ukraińskiej krwi.
A może się kończyć jak zwykle, czyli jak uprzedzałem na początku. Skończy się normalnie, czyli nijak. Europa kupi sobie trochę czasu, który zmarnuje. Odbędą się konferencje, popłynie kasa za obligacje, przecież zadłużamy przyszłe pokolenia, ale kto tam o nich by myślał w czasie postmodernistycznej rzeczywistości życia wyłącznie w czasie rzeczywistym? Europa w formacie unijnym znowu nie dowiezie, odbędą się kolejne kroki na drodze federalizacji kontynentu, Putin się przez ten czas odbuduje i będzie gotowy, okno możliwości zamknie się (nomen, omen) z trzaskiem i będziemy w jeszcze gorszej sytuacji.
A, wbrew zakusom Europy, na business as usual, Trump pociśnie Europę, podpisze umowę i z Rosją, i z Zełenskim. Jego sobie zostawi na koniec. Jak świat, a szczególnie żołnierze w ukraińskich okopach dowiedzą się gdzie przepadały miliardy przesyłane przez międzynarodową społeczność na obronę Ukrainy, to nie będzie czego zbierać z człowieka w zielonym dresie, który swój ubiór wojskowy zmienia na garnitur tylko wtedy kiedy odwiedza swoich prawdziwych sponsorów – globalistów w Davos.
Stanisław Michalkiewicz Portal „Magna Polonia” •micha 15 marca 2025
Wygląda na to, że panu prezydentu Dudu nie udało się nic załatwić podczas pobytu w Waszyngtonie i rozmowy z prezydentem Trumpem. To znaczy – nie tyle „nie udało się” – ile pan prezydent Duda w ogóle tej sprawy w rozmowie z prezydentem Trumpem nie poruszył, deklamując mu akty strzeliste o konieczności „wspierania Ukrainy”, co to walczy „o wolność naszą i waszą”. Jeśli moje przypuszczenia są trafne, to nic dziwnego, że prezydent Trump rozmawiał z nim 10 minut – a i to prawdopodobnie tylko dlatego tak długo, że Polska kupuje amerykańskiej broni, ile tylko wlezie. Ja na jego miejscu też bym się zniecierpliwił wysłuchiwaniem aktów strzelistych na temat Ukrainy.
Co innego, gdyby prezydentu Dudu udało się zasugerować prezydentowi Trumpowi przeprowadzenie przesilenia rządowego w Polsce. Wtedy może ta rozmowa potrwałaby trochę dłużej, bo – po pierwsze – prezydent Trump chciałby poznać szczegóły tej propozycji, a po drugie – pewnie chciałby się dowiedzieć, co Polska w zamian za tę przysługę Ameryce zaoferuje w zamian. Niestety prezydentu Dudu nawet chyba nie przyszło do głowy, by prezydenta Trumpa zainteresować czymś innym, niż samostijną Ukrainą.
Przypuszczenie swoje opieram na tym, że mamy już pierwszą dekadę marca, a nie dalej jak 5 marca w telewizji „Polsat” wystąpił niejaki – oczywiście Wielce Czcigodny, jakże by inaczej – Lubczyk Radosław, w cywilu dentysta, a poza tym – oficer Wojska Polskiego i poseł Trzeciej Drogi. Wcześniej zaś był posłem z ramienia Nowoczesnej, która – jak przypuszczam – została utworzona przez stare kiejkuty, co to w roku 2015 chciały, by Amerykanie wciągnęli ich na listę tzw. „naszych sukinsynów”. W tym celu 18 czerwca 2015 roku zorganizowana została w Warszawie Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Most”, z udziałem przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski i ważnych ubeków z Izraela, którzy mieli żyrować wiarygodność tubylczych starych kiejkutów wobec Amerykanów. Pretekstem dla urządzenia tej konferencji była 25 rocznica uruchomienia transportów rosyjskich Żydów do Izraela przez Warszawę – ale tak naprawdę chodziło o wciągniecie starych kiejkutów na amerykańską listę „naszych sukinsynów”.
Zdaje się, że Amerykanie się wahali, czy ich wciągać, czy nie – aż stanęło na tym: pokażcie no, co potraficie! Starym kiejkutom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać i w ciągu tygodnia utworzyły partię polityczną „Nowoczesna” z panem Ryszardem Petru na fasadzie. I zanim jeszcze pan Ryszard otworzył otwór gębowy, żeby nam powiedzieć, jak będzie przychylał nam nieba, to naród zaliczkowo obdarzył Nowoczesną aż 11 procentami zaufania. Rozbierając sobie z uwagą ten fenomen, nie widzę innego wyjaśnienia, jak to, że konfidenci WSI dostali rozkaz: „W prawo zwrot! Do pana Ryszarda marsz!” – no i powstała partia i 11 procent zaufania. Takich to statystów ma w swoich szeregach „Trzecia Droga”.
Nie o to mi jednak chodzi, bo dla nikogo nie jest przecież tajemnicą, że partie polityczne w Polsce i gdzie indziej mają bezpieczniacką podszewkę, tylko o to, że podczas przesłuchania w Polsacie, Wielce Czcigodny pan Lubczyk nie tylko nawymyślał prezydentowi Trumpowi, ale nawet wyraził wzruszającą wątpliwość, czy w ogóle powinien nazywać go „prezydentem”. Wyobrażam sobie, jakie katiusze będzie przeżywał prezydent Donald Trump, kiedy się dowie, jaką recenzję wystawił mu Wielce Czcigodny Lubczyk Radosław. Ale nie chodzi i o to, tylko o to, że skoro dygnitarze Trzeciej Drogi po staremu pomstują na prezydenta Trumpa i sławią samostijną Ukrainę, to nie ma mowy o żadnym przesileniu rządowym w Polsce.
Tymczasem zaraz po awanturze w Gabinecie Owalnym Białego Domu, Niemcy, które – mimo wszystko – są państwem poważnym, natychmiast zwietrzyły okazję nie tylko do tego, by po raz kolejny wysunąć pomysł utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, którego – jak powiadają – wkrótce może „nie być”, ale też – by Francja rozciągnęła na Niemcy swój nuklearny parasol. W ten sposób spełniłyby się dwa niemieckie marzenia – po pierwsze, IV Rzesza miałaby wreszcie do dyspozycji europejską armię, a po drugie – Niemcy, które po to przecież podpisały w 1957 roku traktat rzymski o utworzeniu Europejskiej Agencji Energii Atomowej – położyłyby wreszcie i swój palec na francuskim, atomowym cynglu. Co więcej – prezydent Emmanuel Macron, przemawiając we francuskim Zgromadzeniu Narodowym potwierdził zamiar rozciągnięcia atomowego parasola na „kraje sojusznicze”. Czegóż chcieć więcej? Toteż Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje natychmiast wystąpiła z propozycją gigantycznego programu zbrojeniowego, bez oglądania się na rygory przewidziane w traktacie z Maastricht. Tak samo robił wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler. Nie dbał o żadne gospodarcze bilanse, tylko zbroił Niemcy po zęby w przekonaniu, że gospodarkę niemiecką zblilansuje już wkrótce obfity łup wojenny. Na jaki łup liczy kierownictwo IV Rzeszy z Reichsfuhrerin Urszulą Wodęleje na czele?
Państwo poważne ma to do siebie, że nigdy o niczym nie zapomina, toteż i my przypomnijmy, co na ten temat mówił Adolf Hitler w „Rozmowach przy stole”. Otóż mówił on, że tereny wschodnie, m.in. Ukraina, to będą „nasze Indie”. Toteż nic dziwnego, że w momencie, gdy na tych „Indiach” położyć łapę chciał prezydent Trump, to Niemcy mało jaja nie znieśli, by mu w tym przeszkodzić. Ukraińcy oligarchowie swoją drogą, ale bez niemieckich zapewnień o poparciu „aż do końca”, prezydentowi Zełeńskiemu na pewno rura już by dawno zmiękła.
Ale Niemcy od Ukrainy oddziela nasz nieszczęśliwy kraj. Toteż w dniach ostatnich zastępczyni Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje w Komisji Europejskiej poinformowała, że wkrótce odbędzie się „europejski okrągły stół” w sprawie wyborów prezydenckich w Polsce. Cóż to może oznaczać? A cóż by innego, jak przeprowadzenie tych wyborów w formule „demokracji kierowanej”, czyli według modelu rumuńskiego.
I cóż Państwo powiecie? Jeszcze pani Henna Vikkunen nie skończyła mówić, a już bodnarowcy w Polsce zostali podkręceni, żeby przystąpić do masowych aresztowań – na początek pod pretekstem „rozliczeń” – ale jak już „rozliczą”, to szykują inny pozór legalności w postaci penalizacji „mowy nienawiści”. Tych nienawistników może być tylu, że nie ma rady – trzeba będzie otworzyć chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne – oczywiście po niezbędnych remontach i odtworzeniu infrastruktury.
Wtedy nic już nie będzie stało na przeszkodzie, by przekształcić nasz nieszczęśliwy kraj w Generalną Gubernię, która – podobnie, jak to było w latach 40-tych – będzie pomostem do niemieckich „Indii”. Wszystko jest zatem postanowione i skoordynowane, a jeśli czegoś jeszcze nie wiemy, to już tylko tego, czy prezydentu Dudu dadzą w Generalnej Guberni, albo w „Indiach” jakąś posadę.
Tatuaże mogą być powiązane ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na raka skóry i chłoniaka – informuje pismo „BMC Public Health”.
Wpływ tatuaży na zdrowie zwykle nie jest przedmiotem troski osób tatuowanych, poza sytuacjami, w których na przykład ktoś wytatuuje sobie gałki oczne i oślepnie albo tatuażysta nie przestrzega zasad higieny i dojdzie do zakażenia wirusem HIV czy zapalenia wątroby. Jednak w dłuższej perspektywie tusz nie pozostaje tylko w miejscu wstrzyknięcia – wprowadzone do skóry pigmenty mogą migrować w głąb ciała.
Naukowcy z Uniwersytetu Południowej Danii (SDU) oraz Uniwersytetu Helsińskiego (Finlandia) wykorzystali prowadzone w Danii badania nad parami bliźniąt Danish Twin Tattoo Cohort, obejmujące ponad 5900 bliźniąt.
Jak się okazało, tusz do tatuażu migruje do węzłów chłonnych i gromadzi się w nich. Węzły chłonne pełnią kluczową rolę w układzie odpornościowym – pomagają zwalczać infekcje i filtrować szkodliwe substancje. Autorów badań szczególnie zaniepokoiło to, że tusz do tatuażu może wywołać przewlekły stan zapalny w węzłach chłonnych, co z czasem może prowadzić do nieprawidłowego wzrostu komórek i zwiększonego ryzyka zachorowania na nowotwory – u osób z tatuażami częściej diagnozuje się nowotwory skóry (o 62 proc. częściej) i chłoniaki w porównaniu z osobami bez tatuaży.
„Widzimy, że cząsteczki tuszu gromadzą się w węzłach chłonnych i podejrzewamy, że organizm postrzega je jako obce substancje” – wyjaśnił Henrik Frederiksen, konsultant hematologii w Szpitalu Uniwersyteckim w Odense i profesor kliniczny w SDU. „Może to oznaczać, że układ odpornościowy nieustannie próbuje reagować na tusz, a my nie wiemy jeszcze, czy może to osłabić funkcję węzłów chłonnych lub mieć inne konsekwencje dla zdrowia” – zrelacjonował.
Badanie powiązań między tatuażem a nowotworami jest trudne – rozwój raka może trwać latami. Narażenie w młodości może nie prowadzić do choroby przez dziesięciolecia, co utrudnia zmierzenie bezpośredniego efektu.
„Unikalnym aspektem naszego podejścia jest to, że możemy porównywać pary bliźniąt, w których jedno ma raka, ale poza tym mają wiele wspólnych czynników genetycznych i środowiskowych” – wskazał Jacob von Bornemann Hjelmborg, profesor biostatystyki na SDU. „Daje nam to silniejszą metodę badania, czy same tatuaże mogą wpływać na ryzyko zachorowania na raka” – zaznaczył.
Jak się okazało, związek między tatuażami a nowotworami jest najbardziej widoczny u osób z dużymi tatuażami (zdefiniowanymi jako większe niż dłoń). W porównaniu z osobami bez tatuaży ryzyko raka skóry było w ich przypadku wyższe o 137 proc., a chłoniaka o 173 proc. Wskaźnik ryzyka uwzględnia wiek, czas wykonania tatuażu i czas trwania badania.
„Sugeruje to, że im większy tatuaż i im dłużej jest na skórze, tym więcej tuszu gromadzi się w węzłach chłonnych. Zakres wpływu na układ odpornościowy należy jeszcze zbadać, abyśmy mogli lepiej zrozumieć działające mechanizmy” – zaznaczył Signe Bedsted Clemmensen, adiunkt biostatystyki na SDU.
Związek z chłoniakiem zaobserwowano również w szwedzkim badaniu z 2024 r.
Dane z Danish Twin Tattoo Cohort pokazuje, że tatuaże stają się coraz powszechniejsze. Naukowcy szacują, że cztery na dziesięć kobiet i trzech na dziesięciu mężczyzn będzie miało tatuaże do 25. roku życia.
„W naszym badaniu nie widzimy wyraźnego związku między występowaniem raka a konkretnymi kolorami tuszu, ale nie oznacza to, że kolor jest nieistotny. Z innych badań wiemy, że tusz może zawierać potencjalnie szkodliwe substancje, a na przykład czerwony tusz częściej powoduje reakcje alergiczne. To obszar, który chcielibyśmy dokładniej zbadać” – podkreślił Signe Bedsted Clemmensen.
Aby lepiej zrozumieć mechanizm biologiczny, autorzy planują teraz przeanalizować, w jaki sposób cząsteczki tuszu wpływają na funkcjonowanie węzłów chłonnych na poziomie molekularnym i czy niektóre rodzaje chłoniaka są bardziej powiązane z tatuażami niż inne. Wyniki pomogłyby ocenić, jak duże jest ewentualne zagrożenie oraz jak mu zapobiegać.
To, że Niemcy w czasie I wojny światowej wspierali bolszewików, by ci wywołując rewolucję w Rosji, doprowadzili w niej do chaosu, który zmusi ją do wyjścia z wojny, jest faktem. Cały misterny plan nie sprowadzał się jednak tylko do przewiezienia do Rosji Lenina w zaplombowanym wagonie. To ogromne uproszczenie! Ciekawe światło rzuca na ten temat zbiór dokumentów zebranych przez Ju. G. Felsztyńskiego zatytułowany „Germanija i rewoljucija w Rossii” – czyli „Niemcy i rewolucja w Rosji”.
Z pracy tej jednoznacznie wynika, że rzeczone zaangażowanie Berlina ma drugie dno i nie tylko kajzerowskie Niemcy, ale i Austro-Węgry myślały o wykorzystaniu Lenina do zasadniczego osłabienia carskiej Rosji! Sztab Generalny z Wiednia, a zwłaszcza jego wywiad, miał interesować się Leninem znacznie wcześniej. Na jego osobę miał zwrócić uwagę austriackiemu wywiadowi niejaki Józef Piłsudski, którego organizacja miała utrzymywać z nim związek…
Jest to bardzo prawdopodobne, choć trudne do zweryfikowania. Archiwum Sztabu Generalnego Austro-Węgier zostało przekazane władzom radzieckim jeszcze w latach czterdziestych. Jego przekazanie miało być jednym z warunków zakończenia okupacji części Austrii przez Armię Czerwoną. Komuś wyraźnie zależało na zatarciu wszelkich śladów na związki Lenina z wywiadem austriackim, zwłaszcza w latach 1912-14.
Osobowość Lenina na pewno zwracała uwagę. Tym bardziej że Lenina śledziły też na terenie Austro-Węgier służby rosyjskie. Już samo to mogło skłonić analityków ówczesnego austriackiego wywiadu do próby wykorzystania go do gry przeciwko Rosji.
Lenin dał się poznać wywiadowi austriackiemu w Pradze w 1912 r., gdzie zwołał konferencję swoich zwolenników, eliminując na niej mienszewików i nadając frakcji bolszewickiej charakter monolitu zawodowych rewolucjonistów, złączonych wojskową dyscypliną, działających w duchu radykalnego jakobinizmu. Agenci austriaccy musieli być zafascynowani osobowością Lenina, który potrafił swoim fanatyzmem kształtować frakcję bolszewików. Potrafił on poderwać ludzi do działania, narzucając im swój punkt widzenia, negując sens dyskusji i wymiany myśli we własnych szeregach. Przemawiając, Lenin dyskredytował przeciwnika przy pomocy oszczerstw. Wszystkie problemy były dla niego łatwe do rozwiązania.
Władze austriackie chciały przyjrzeć się bliżej Leninowi. Dlatego pozwoliły mu osiedlić się w Galicji. Rewolucjonista zamieszkał w Krakowie z żoną, kochanką i kilkoma osobami towarzyszącymi. Konkretnie wynajęto dom na Zwierzyńcu, zamożnym przedmieściu blisko Wisły i lasu. Lenin czuł się tam bardzo dobrze. Znacznie lepiej niż we Francji. Nadieżda Krupska pisała: „pod wieloma względami jest tu wygodniej niż w Paryżu. Podczas gdy policja francuska pomagała policji rosyjskiej na wszystkie możliwe sposoby, Polacy (…) byli wrogo nastawieni do całego rządu rosyjskiego. W Krakowie mogliśmy być pewni, że nasze listy nie będą przechwytywane i że nikt nie będzie szpiegował nowo przybyłych”.
W Krakowie przebywał też Piłsudski, który z pewnością także był wrogiem caratu. Według Felsztyńskiego Piłsudski utrzymywał z nim kontakt poprzez niejakiego Haneckiego, znanego jako Borel, który faktycznie nazywał się Jakub Furstenberg, który miał być jednym z najbardziej zaufanych i użytecznych adiutantów Lenina. Piłsudskiego i Lenina niewątpliwie łączyła zaciekła nienawiść do caratu. O ile jednak Piłsudskiego władze austriackie mogły wykorzystać do próby wywołania antycarskiego powstania w Królestwie Polskim, to z Leninem sprawa była bardziej skomplikowana.
Zegar zaczął już tykać
Po ogłoszeniu wypowiedzenia wojny w 1914 r. car spotkał się z aplauzem, kiedy tylko pokazał się na balkonie Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu, którego nazwa została zmieniona na Piotrogród (miała brzmieć mniej niemiecko). Lenin w tym momencie nie był potrzebny. Władze austriackie postanowiły go aresztować. Lenin był zatrzymaniem kompletnie zaskoczony. Nie jest wykluczone, że było ono nieporozumieniem i wynikało z nadgorliwości żandarmów z Nowego Targu, podpuszczonych przez księdza w Poroninie. Lenin, używając swego prawdziwego nazwiska, napisał do szefa policji w Krakowie:
„Lokalna policja w Nowym Targu podejrzewa mnie o szpiegostwo. (…) Jestem emigrantem socjaldemokratą. Proszę zatelefonować do Poronina i burmistrza Nowego Targu, by uniknąć nieporozumień. (…) W. I. Uljanow”. Telegram ten świadczy, że Lenin w Galicji czuł się zupełnie pewne i znajdował się pod opieką policji. Z aresztu Lenin został zwolniony formalnie na skutek interwencji ministra spraw wewnętrznych Karla Heinoldema. U niego z kolei miał interweniować wybitny austriacki socjaldemokrata Viktor Adler. Minister miał socjaldemokracie zadać jedno pytanie: „Czy pan jest pewny, że Uljanow jest wrogiem rządu rosyjskiego?”. Nie jest wykluczone, że zatrzymanie to miało uwiarygodnić Lenina w oczach europejskich socjaldemokratów i przekonać ich, że nie realizuje niczyich interesów.
Lenin, aby pokazać, że nie jest związany z żadną ze stron biorących udział w wojnie, zamieszkał w Szwajcarii. Wiedział, że bardzo szybko będzie potrzebny wrogom Rosji. Nie był wojskowym, ale przenikliwie opisał armię rosyjską jako „piękne jabłko zgniłe od środka”. Chciał, by Rosja przegrała wojnę. Jej klęska miała być iskrą, która rozpali rewolucję. „Carat jest bowiem sto razy gorszy od kajzeryzmu” – pisał Aleksandrowi Szlapnikowi, jednemu z czołowych bolszewików w Skandynawii, który dopilnował, żeby to oświadczenie zostało przemycone ze Szwecji do Rosji.
W Szwajcarii Lenin widząc, że jest śledzony, starał się oficjalnie unikać kontaktów z Austro- Węgrami i Niemcami. Zdawał sobie sprawę, że to mogłoby obniżyć jego popularność w Rosji. Nieoficjalnie utrzymywał ścisłe związki z Niemcami, bo uznał, że Austro-Węgry przestały się liczyć w grze. Oczywiście nie czynił tego wprost. W jego imieniu związku z Berlinem utrzymywał Aleksander Helphand znany szerzej pod pseudonimem Parvus. Bez jego pomocy Lenin najprawdopodobniej nigdy nie zdobyłby władzy w Rosji. Z dokumentów zebranych w tomie „Germania i rewolucja w Rosji” wynika, że od 1915 r. Parvus współpracował z niemieckimi władzami. Już 9 marca 1915 r. złożył w ręce przedstawiciela niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, liczące 18 stron „Memorandum, jak doprowadzić do masowego politycznego wrzenia w Rosji” pod hasłem „Wolność i Pokój”.
„Znacznie bardziej stuknięty”
W memorandum tym obszernie opisuje, jak Rosję można zdestabilizować od wewnątrz za pomocą grup rewolucjonistów, którzy zorganizowaliby serię zbrojnych buntów, strajków i aktów sabotażu. Lenin w planie tym miał odegrać główną rolę, bo zdaniem Parvusa był od innych bolszewików „znacznie bardziej stuknięty”.
Memorandum to w kręgach niemieckich dyplomatów i kontrwywiadu wywołało różne reakcje od euforii do sceptycyzmu. Jedni uważali, że to bajania, a drudzy, że powinien zostać wprowadzony w życie. W każdym razie minister finansów Niemiec zgodził się, by wypłacić jego autorowi 1 mln marek. Kwota ta miała służyć Parvusowi do propagandy swojego planu wśród bolszewików i innych ugrupowań, które chciał wykorzystać do „poderwania Rosji”. Miał na myśli m.in. eserowców i mienszewików. Według Felsztyńskiego Parvus miał otrzymać milion rubli, nie marek.
Oficjalnie Lenin, jak utrzymują jego biografowie, pieniędzy na podtrzymanie rewolucyjnego ducha od Parvusa nie wziął i przebywając w Szwajcarii, żadnych kontaktów z Niemcami nie utrzymywał. Nie jest to prawda. Jako zawodowy konspirator nie podpisywał żadnych pokwitowań i starał się nie zostawiać za sobą żadnych śladów w dokumentach.
Felsztyński odnalazł jednak w archiwum „Zagranicznej Agentury Departamentu Policji” dokument zatytułowany „Zewnętrzna obserwacja Lenina w grudniu 1916 r. w Szwajcarii”. Czytamy w nim m.in.:
„Szczególnie tajne! Uljanow (prawdziwe nazwisko Lenina). Zorganizowałem obserwację za domem 27 przy Spiegielgasse (adres Lenina w Zurychu w tym czasie – dop. red.). Od 25 grudnia 1916 r. wziąłem na siebie kierownictwo obserwacji 28 rano. Uljanow z niewielkim bagażem wyszedł z domu i koleją udał się do Berna o 10 rano i uda się prosto do Hotelu de France, obok dworca. Wynajął pokój i po pół godzinie wyszedł i wsiadł do tramwaju. Udał się nim na koniec miasta pod Fosse aux Qurs. Następnie piechotą wrócił z powrotem, chował się za arkadami, wielokrotnie się oglądał za siebie. Potem wychodząc spod arkad i nie oglądając się za siebie, wszedł do niemieckiego poselstwa. Była godzina jedenasta. Obserwacja niemieckiego poselstwa była prowadzona do 9 wieczorem, ale nikt nie zauważył, by Uljanow wychodził. Nie pojawił się on także w Hotelu de France ani wieczorem, ani na drugi dzień rano. Obserwacja poselstwa została wznowiona 29 rano i dopiero o 4 po południu Uljanow z niego wyszedł i pospiesznie udał się do Hotelu de France, gdzie przebywał około trzech kwadransów. Potem wsiadł do pociągu, którym my i on wróciliśmy do Zurychu”.
Sprawozdanie to potwierdza, że Lenin utrzymywał ścisły związek z niemiecką ambasadą w Bernie i z pewnością brał od niej pieniądze. Starał się ten fakt ukryć. W Bernie zachowywał się przecież jak rasowy konspirator. Przed udaniem się do ambasady usiłował sprawdzić, czy nie ma ogona i czy nie jest śledzony. Robił to zgodnie z regułami gry, ale albo nie zauważył śledzących go agentów rosyjskich, lub nimi się nie przejmował, zwracając uwagę bardziej na towarzyszy z konkurencyjnych partii. W każdym razie spędził w siedzibie ambasady niemieckiej prawie dobę i z pewnością cel jego wizyty w niej nie był stricte towarzyski.
Czytali pocztę Lenina
Kontrwywiad niemiecki od początku stycznia 1916 r. zaczął interesować się Leninem i czytał adresowane do niego przesyłki wysyłane z Rosji przez Skandynawię do Szwajcarii. Ułatwiało to z pewnością rozmowy z Leninem, a także jego odpowiednie wykorzystanie. Bardzo cennym dla niemieckiego wywiadu był agent estoński Keskjuli, który dostarczał Niemcom aktualne informacje z Rosji. Kontrwywiad niemiecki wiedział, że w 1915 r. rosyjscy liberałowie zawiązali spisek i opracowali plan zastąpienia caratu rządem zjednoczenia narodowego. Rząd taki miał składać się m.in. z księcia Gieorgija Lwowa, A. I. Guczkowa, przywódcy partii Oktiabrystów i Aleksandra Kiereńskiego. Mieli oni utworzyć Dyktatorski Dyrektoriat, rządzący Rosją.
Wywiad niemiecki wspomagał, jak wynika z dokumentów, wszystkie tendencje destabilizujące Rosję, a także wszystkie chcące to czynić organizacje, kładąc główny nacisk na wspieranie ich propagandy. Nie przestał liczyć jednak na Lenina. Gdy w Rosji obalono cara i powstał Rząd Tymczasowy, władze niemieckie szybko uznały, że jeżeli Lenin wróci do Rosji, to szybko go obali, przejmie władzę w zbrojnym powstaniu i szybko zawrze separatystyczny pokój. Dyplomaci niemieccy, którzy poznali Lenina uznali, że kieruje nim tak wielka żądza władzy, że łatwo będzie go użyć jako własne narzędzie. Orędownikiem wykorzystania Lenina byli przede wszystkim gen. Erich Ludendorff, kwatermistrz generalny i gen. Max Hoffmann niemiecki dowódca armii, walczący na wschodzie. To oni wypuścili dżina z butelki. Lenin nigdy nie usprawiedliwiał się, dlaczego zawarł z Niemcami porozumienie. Tylko raz zrobił to na piśmie: „Nikt nie prosił Niemców o pomoc (…) ale zachodziła zbieżność interesów. Bylibyśmy głupcami, gdybyśmy tego nie wykorzystali”.
17 marca 1917 r. Lenin wraz z towarzyszami wsiadał do zaplombowanego pociągu. Wchodząc na stopnie wagonu, Lenin oświadczył: „Za sześć miesięcy, albo będziemy wisieć, albo będziemy u władzy”.
7 listopada 1917 r., według nowego stylu kalendarza, Lenin wziął władzę. Komentując to, minister spraw zagranicznych Austro-Węgier w depeszy do kanclerza Niemiec pisał: „Jeżeli Leninowi i bolszewikom uda się utrzymać władzę, będą mogli wprowadzić w życie sformułowany przez nich program. Pierwsze miejsce w tym programie zajmuje obietnica dania Rosji »demokratycznego pokoju«, dlatego jak widać, osiągnęliśmy zwrotny moment w »kwestii pokoju«”.
Abstrahując od dalszego rozwoju sytuacji, stwierdzić trzeba, że to niemiecka pomoc i niemieckie pieniądze, które wraz z Leninem pojechały do Rosji, sprawiły, że bolszewicy zdobyli w niej władzę, a nie skończyli na szubienicy.
Na naszym podwórku piętrzą się odpady w postaci mebli i sprzętów domowych wszelakiego asortymentu. Służby porządkowe nie nadążają usuwać pralek i lodówek, których żywot kończy się po dwuletniej gwarancji. Nikt już ich nie reperuje, bo tak zostały skonstruowane, żeby naprawę uniemożliwić. Na tym właśnie polega nowoczesność: im nowsze, tym gorsze! Dewastacja środowiska naturalnego pod hasłem jego ochrony, to tylko jeden z przykładów jak się robi ludziom wodę z mózgów.
Czy można temu zaradzić? Twórcy chaosu nie są zainteresowani ograniczaniem ich działalności, a ofiarom, czyli nam brak możliwości. W pojedynkę nie osiągniemy pożądanych skutków naszej pracy. Od czegoś trzeba jednak zacząć, na razie od uświadamiania ludziom co ich czeka pod rządami unijnych gangsterów.
W 2018 roku Watykan podpisał dokument z komunistycznymi Chinami, który stał się jednym z najbardziej kontrowersyjnych aspektów pontyfikatu papieża Franciszka i doprowadził do „zdrady” katolików w Chinach.
Wysoce tajna chińsko-watykańska umowa ma już siedem lat, a została odnowiona po raz trzeci jesienią 2024 roku. Ale kto faktycznie ma większą władzę w ramach umowy i jakie były owoce?
2018: Nowa umowa dla nowego rozłamu?
22 września 2018 roku Watykan ogłosił, że podpisał umowę z chińskim rządem dotyczącą mianowania katolickich biskupów w Chinach. Watykan oświadczył, że od pewnego czasu trwały rozmowy, a ta nowa umowa była ich wynikiem. W komunikacie prasowym odnotowano:
„Wyżej wymienione Porozumienie Tymczasowe, będące owocem stopniowego i wzajemnego zbliżenia, zostało uzgodnione po długim procesie starannych negocjacji i przewiduje możliwość okresowych przeglądów jego stosowania. Dotyczy nominacji biskupów, kwestii wielkiego znaczenia dla życia Kościoła i stwarza warunki do większej współpracy na poziomie dwustronnym.
Watykan dodał, że ma „wspólną nadzieję” z Pekinem, że umowa „może sprzyjać owocnemu i przyszłościowemu procesowi dialogu instytucjonalnego i może pozytywnie przyczynić się do życia Kościoła katolickiego w Chinach, do wspólnego dobra narodu chińskiego i do pokoju na świecie”.
Kilka dni później papież Franciszek napisał list do chińskich katolików, w którym powiedział, że umowa „ograniczona do pewnych aspektów życia Kościoła i koniecznie zdolna do poprawy, może przyczynić się – ze swej strony – do napisania nowego rozdziału Kościoła katolickiego w Chinach”.
W końcu papież wyraził opinię, że Stolica Apostolska i komunistyczne Chiny będą mogły współpracować „w nadziei na zapewnienie wspólnocie katolickiej dobrych pasterzy”.
Treść umowy pozostała tajemnicą, bez żadnych stwierdzeń ani przez Watykan, ani władze komunistyczne w Pekinie, że jej zawartość zostanie ujawniona w najbliższym czasie. Watykański sekretarz stanu – i czołowy autor umowy – kardynał Pietro Parolin poświadczył w 2023 roku, że taka tajemnica była „ponieważ [umowa] nie została jeszcze ostatecznie zatwierdzona”.
Uważa się, że Umowa uznaje zatwierdzony przez państwo kościół w Chinach i pozwala Komunistycznej Partii Chin nominować biskupów w narodzie i angażować Watykan jedynie w „proces współpracy” zamiast wyboru biskupów.
Uważa się, że Stolica Apostolska, a mianowicie papież, ma formę władzy weta nad biskupami mianowanymi przez chiński rząd. Przypuszcza się również, że umowa pozwala na usunięcie biskupów, którzy są częścią „dziedzictwa kościoła” na rzecz biskupów lojalnych wobec chińskiego rządu, którzy są członkami chińskiego kościoła państwowego – Chińskiego Katolickiego Stowarzyszenia Patriotycznego (CCPA) – w tym, co zostało uznane za próbę osiągnięcia współpracy jedności między Rzymem a Pekinem.
Kardynał Parolin stwierdził w 2023 r., podczas wywiadu, który został przekazany do watykańskiego korpusu prasowego, że umowa chińsko-watykańska „obraca się wokół podstawowej zasady jednomyślności decyzji dotyczących biskupów” i jest nawiązywana przez „zaufanie do mądrości i dobrej woli wszystkich”.
Początkowo podpisana w 2018 roku, została odnowiona w 2020, 2022, a następnie w 2024 roku, tym razem na cztery lata. Zanim umowa „tymczasowa” zostanie odnowiona w 2028 roku, będzie to dekada, co wymusza pytania o oficjalny opis umowy jako „tymczasowe”.
Sukces dyplomatyczny czy ułatwienie prześladowań?
Ale jak pisze portalAsiaNews, które specjalizuje się w podkreślaniu prześladowań chrześcijan na Dalekim Wschodzie, donosi, że chińscy katolicy z Kościoła podziemnego czuli się zdradzeni. „Podziemni katolicy gorzko podejrzewają, że Watykan ich porzucił” – czytamy w artykule z listopada 2018 roku.
Przez wiele długich lat katolicy podziemnego kościoła w Chinach pozostali lojalni i wierni Rzymowi pomimo rosnących prześladowań nałożonych na nich przez chiński rząd, ponieważ wygląda na to, że katolicy [tj. Watykan md] zmuszają katolików do przyłączenia się do zatwierdzonej przez państwo i partii komunistycznej CCPA.
Cierpią prześladowania, które przechodzą z pragnienia pozostania oddanymi Chrystusowi, Ojcu Świętemu i Stolicy Apostolskiej, zamiast stać się poddanymi religii komunistycznej promowanej przez Pekin pod pozorem „chińskiego katolicyzmu”.
Właśnie z tego powodu emerytowany biskup Hongkongu, kardynał Joseph Zen, określił układ Stolicy Apostolskiej jako „niesamowitą zdradę”. „Oni oddają stado w paszcze wilków. To niesamowita zdrada” – powiedział agencji Reutera w wywiadzie ze swojego domu w Hongkongu w 2018 roku.
Kardynał Zen często wypowiadał się przeciwko niebezpieczeństwom tej „umowy”, ostrzega o trudnej sytuacji chińskich podziemnych katolików, choć w ostatnich latach musiał unikać tego tematu ze względu na „delikatność sytuacji”.
Ale nie jest sam. Wielu chińskich ekspertów i obserwatorów ostrzegło, że podpisując umowę z komunistycznymi Chinami, Stolica Apostolska rzeczywiście stała się otwarta na wykorzystywanie przez Pekin. Do ich głosów dołączyły przedstawiciele oficjalnych źródeł rządowych.
Krótko przed pierwszym dwuletnim odnowieniem umowy w 2020 roku, były Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo ostrzegł, że „Watykan zagraża swojemu autorytetowi moralnemu, jeśli odnowi umowę”. Wskazał na artykuł, który napisał na ten temat, w którym stwierdził, że „jest jasne, że chińsko-watykańskie porozumienie nie chroniło katolików przed gwałtami i grabieżami partii”.
Nawet Stany Zjednoczone.
Komisja Kongresowo-Wykonawcza ds. Chin publicznie odnotowała bezpośredni związek między umową Apostolską a wzrostem prześladowań chrześcijan w Chinach. W swoim raporcie z 2020 r. Komisja stwierdziła, że takie prześladowania są „z intensywnością niespotykaną od czasów rewolucji kulturalnej”.
Następnie, w raporcie z 2023 r., Komisja napisała, że „Komunistyczna Partia Chin i rząd nadal starają się kontrolować hierarchię, przywództwo katolickie, życie społeczne i praktykę religijną”.
W rzeczywistości sam papież Franciszek przyznał, że bezpośrednim skutkiem zatwierdzonej przez niego umowy będzie wzrost cierpienia.
Przemawiając na pokładzie papieskiego samolotu w 2018 roku, stwierdził o Kościele podziemnym: „To prawda, będą cierpieć. Zawsze jest cierpienie w porozumieniu”.
Gdy Stolica Apostolska chwali swoje rosnące relacje z Chinami, księża, seminarzyści i wierni świeccy w Kościele Podziemnym są aresztowani, torturowani, karani grzywną i wciągani w nieujawnione miejsca ze względu na ich lojalność wobec Rzymu i odmowę przyłączenia się do komunistycznego, usankcjonowanego przez państwo „kościoła”.
Podziemni katolicy w Chinach są znacznie bardziej prześladowani, jak zawsze, a mianowicie prześladowani przez władze komunistyczne, z wyjątkiem tego, że teraz władze komunistyczne są do tego ośmielone poprzez ich układ ze Stolicą Świętą. Rzeczywiście, ośmielony tajnym porozumieniem, Pekin tylko zwiększył swoje prześladowania katolików.
Czy to zadziałało?
Obserwatorzy będą się zastanawiać, czy pomimo wzrostu prześladowań katolików, wynikających z umowy, mimo to przyniósł on owoce i przyniósł większą jedność między Rzymem a Pekinem, w rodzaju takiej, jakiej pragnie Stolica Apostolska. Z pewnością kard. Parolin i watykański sekretarz ds. stosunków z arcybiskupem Paulem Gallagherem przyłączyli się do głosu papieża Franciszka w obronie umowy i jego skuteczności.
„Umowa stanowi podróż – powolną i wymagającą podróż, która moim zdaniem zaczyna przynosić owoce” – powiedział kard. Parolin w styczniu, powtarzając komentarze do tego korespondenta w listopadzie ubiegłego roku. Ze swojej strony, Abp. Gallagher mówił niedawno o „większej znajomości teraz” między Pekinem a Rzymem, umożliwiając im „możliwość kontaktowania się ze sobą w bardziej zrelaksowany sposób”.
Ale wbrew takiej retoryce dowody sugerują, że Pekin uporczywie łamał nawet warunki umowy i zmusił Stolicę Apostolską do upokarzającej akceptacji jednostronnych decyzji Pekinu w sprawie mianowania biskupów. Zamiast natchnąć współpracę roboczą, Watykan został przestraszony i przechytrzony, zmuszony do grania drugich skrzypiec dla władz komunistycznych.
Seria nominacji biskupów do chińskich diecezji w ciągu ostatnich dwóch lat podkreśliła, kto naprawdę dzierży władzę. Pekin wielokrotnie mianował nominacje i dopiero potem informował o nich Watykan, czasami w dniu nowej instalacji biskupa.
Jednym z takich przykładów jest biskup Shen Bin, który został zainstalowany przez chińskie władze jako biskup Szanghaju w kwietniu 2023 r. – posunięcie, o którym Watykan nie został nawet poinformowany. Shen został uznanym w Watykanie biskupem Haimen, a uznany przez Watykan biskup Szanghaju był w rzeczywistości biskupem Thaddeusem Ma Daqinem.
Stolica Apostolska została zmuszona do kapitulacji wobec żądań Pekinu i „uznała” instalację Shena Bin jako biskupa Szanghaju dwa miesiące później. Jest to tylko najjaskrawszy przykład rzeczywistej realizacji umowy watykańskiej watykańskiej: Pekin działa później, informuje Stolicę Apostolską, a Rzym jest następnie zmuszony do zaakceptowania decyzji rządu komunistycznego.
Wiele przypadków sprawiło, że Watykan wydał notę prasową ogłaszającą instalację nowego biskupa w Chinach, podczas gdy oświadczenia wydane przez chiński kościół zatwierdzony przez państwo ujawniają, że biskup został już zainstalowany kilka miesięcy wcześniej. Zwyczajowo szczegóły podane przez chińską służbę państwową nie wspominają o papieżu Franciszku ani Stolicy Apostolskiej, a zatem, jak skomentował weteran watykański Sandro Magister:
Krótko mówiąc, lektura podobnych komunikatów prasowych wydanych przez Stolicę Apostolską i „Kościół katolicki w Chinach” z każdym nowym nominacją biskupią daje jasno do zrozumienia, że reżim w Pekinie jest tym, który prowadzi grę.
Niestety, ale nie nieoczekiwanie, dowody podkreślają, że nie tylko umowa chińsko-watykańska zdradziła podziemnych katolików i doprowadziła do nasilenia ich prześladowań, ale także nie powiodła się w tym samym punkcie, który oficjalnie starał się osiągnąć – instalację biskupów poprzez wspólny proces między Rzymem a Pekinem w celu budowania stosunków między obiema stronami.
Taka porażka nie powinna być zaskoczeniem. Rzeczywiście, nawet pomijając kontrowersyjny charakter i pochodzenie samej umowy, bystry obserwator ostrzegł, że nigdy nie można się spodziewać powodzenia takiej umowy.
„Dyplomacja ma swoje miejsce. Negocjacje są konieczne” – powiedział mi Benedict Rogers – współzałożyciel Hong Kong Watch. Pojednanie jest godne pochwały i zawsze powinno być celem Kościoła. Naiwność jest wybaczalna. Ale współudział i zaspokojenie [wroga] – do których podejście Watykanu jest niebezpiecznie bliskie – nie mają miejsca w katolickiej nauce.
===============================
Michael Haynes jest angielskim dziennikarzem mieszkającym w Rzymie w ramach Korpusu Prasowego Stolicy Apostolskiej, pisząc głównie wLifeSiteNewsiPerMariam.
Podczas wyborów prezydenckich w 2010 roku byłam członkiem komisji wyborczej. Ku mojemu zdumieniu na kilkudziesięciu listach zostały wykreślone nazwiska obu kandydatów (Kaczyński i Komorowski ) i widniał dziwaczny dla mnie napis: „ Król Julian na prezydenta”. Dla wyjaśnienia wnuki pokazały mi film pod tytułem „ Madagaskar” w którym występuje to dość antypatyczne zwierzątko, bodajże lemur i wszystko stało się dla mnie jasne. Albo obaj kandydaci na prezydenta nie spełniali oczekiwań młodych ludzi, albo – co bardziej prawdopodobne – dowcip był dla nich bardziej znaczący od wyborów.
Po kolejnych wyborach, tym razem parlamentarnych, przepytywałam młodych ludzi dlaczego głosowali na Jachirę. Odpowiadali, że Jachira w jakimś programie telewizyjnym nakłuwała wściekle szpilką podobiznę Kaczyńskiego i to ich szczerze rozbawiło. Zawsze uważałam – jak widać mylnie – że ludyczny aspekt sprawowania władzy sprowadza się do celebrowania różnych uroczystości, królewskich ślubów, czy samej koronacji. Trudno mi zrozumieć dlaczego miotanie się jakiejś kobiety w tańcu św. Wita ma jej dawać kwalifikacje do rządzenia.
Do końca XIX wieku władcami byli na ogół ludzie poważni. Mogli być postaciami niesympatycznymi czy nawet złowrogimi jak kanclerz Bismarck lecz nie byli błaznami. Nawet prawdziwy błazen Stańczyk był intelektualistą i postacią tragiczną.
W XX wieku do władzy w dwóch największych systemach totalitarnych doszli psychopaci i zbrodniarze. W ich zbrodniczych ideologiach i działaniach nie było jednak nic zabawnego. Koncepcje eugeniczne, koncepcje czystości rasy, choć doprowadziły do śmierci milionów ludzi i uczyniły zbrodniarzy z milionów niemieckich obywateli były śmiertelnie poważne.
XXI wiek czyli czasy ponowoczesne rozchwiały i zrelatywizowały wszelkie prawdy. Prawda jest sprawą konwencji, umowy, w każdej chwili można ją odwołać i jej zaprzeczyć. Przywódcami politycznymi stają się więc kłamcy i błazny i z błaznów składa się praktycznie cała tak zwana klasa polityczna, a sam Parlament przypomina cyrk. To nic nowego. W 1970 roku, w 25 rocznicę powstania Sejmu, na ulicach Warszawy pojawiły się plakaty z tekstem „25 lat Cyrku Polskiego”. Na rozkaz rozjuszonej komunistycznej władzy specjalne grupy porządkowych zdzierały te plakaty, choć nie była to bynajmniej akcja opozycji, a tylko zwykły zbieg okoliczności.
Sale różnych szacownych instytucji też niejedno w historii widziały. W październiku 1960 r. Nikita Chruszczow na Sali obrad ONZ walił butem w pulpit. W 2015 roku Bronisław Komorowski podczas wizyty w japońskim parlamencie najpierw wszedł w butach na fotel spikera, a później przywoływał generała Stanisława Kozieja słowami: „chodź, szogunie”. W 2000 roku Gabriel Janowski zatruty podstępnie podanymi mu narkotykami skakał po ławach sejmowych i został wyniesiony z sali obrad przez straż marszałkowską. Jednak takiego cyrku jakim jest obecny Sejm polski nigdy nie widzieliśmy.
W mediach nieustannie zabiera głos niejaki Ryszard Petru. Petru, który jak pamiętamy wsławił się stworzeniem całkowicie nowej algebry. Zgodnie z jej prawami 3=6. Gdy Petru ujawni pozostałe aksjomaty swojej algebry niewątpliwie zasłuży na nagrodę Nobla.
Marszałkiem Sejmu został Szymon Płaczliwy zwany odtąd Szymonem Rotacyjnym albo ze względu na szczególną urodę – laleczką Chucky. Jak mówią złośliwi ex-katolik i ex- talent. Wśród wicemarszałków jest Krzysztof Bosak ex- tańczący z wilkami. (przepraszam, ex-tańczący z gwiazdami) oraz pani Dorota Niedziela z KO. Jako priorytet swojej działalności pani Dorota postulowała wpuszczanie psów do budynku Sejmu i do ogrodów sejmowych. Pani Dorota będzie mogła się powołać na precedens Incitatusa – konia, którego cesarz rzymski Kaligula uczynił senatorem. Pies Pani Doroty ma więc przed sobą wielką przyszłość, a ona sama bardzo wiele do zrobienia dla społeczeństwa.
Wśród senatorów widzimy Rafała Grupińskiego z KO oraz Michała Kamińskiego. Rafał Grupiński to człowiek orkiestra. Był ministrem, wydawcą, pisarzem, członkiem licznych rad i fundacji. Wchodził w skład Rady Muzeum Historii Żydów Polskich Polin w Warszawie, lecz zasiadał również kiedyś w radzie nadzorczej Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Handlowego AGROPOL w Sokołowie. Michał Kamiński to taki Jaś Wędrowniczek polskiej sceny politycznej. Bardzo ciekawie wygląda droga życiowa i polityczna Włodzimierza Karpińskiego. Karpiński przebywający w więzieniu w związku z aferą śmieciową w Warszawie objął mandat europosła, który chroni go przed prokuratorem.
Mecenas Giertych ukrywający się przed prokuratorem za granicą też został posłem co daje mu chwilowo ochronę przed zbytnią dociekliwością śledczych. Mecenas Giertych z racji wykształcenia i praktyki kryminalnej ma najwyższe kwalifikacje aby zostać ministrem sprawiedliwości. Piroman byłby jak wiadomo najlepszym naczelnikiem Straży Pożarnej, a hakerów zatrudnia się do walki z przestępstwami komputerowymi. Do ustawowej walki z hejtem w Internecie powinien być zatem powołany Krzysztof Brejza – jak sam podaje – „zawód senator„.
W swoich szeregach Tusk zebrał jak widać sporą ekipę prawdziwych kryminalistów. Nowak, którego działalność przekroczyła cierpliwość nawet skorumpowanych służb Ukrainy, Karpiński, który wprost z kryminału przeniósł się na fotel europosła, Grodzki i Giertych, których przed prokuratorem broni tylko immunitet, specjalistka od kręcenia lodów niejaka Sawicka czy Kijowski, który okradał własną fundację. Oprócz nich popiera Tuska: stara wariatka znana jako „babcia Kasia”, wulgarna aborcjonistka Lempart, różne podstarzałe idiotki i byłe celebrytki Janda i Holland oraz głosujący na niego liczni złodzieje i mordercy przebywający w więziennych murach na przymusowych wczasach. Natomiast zachowania samego Tuska bardziej przypominają modus vivendi i modus operandi capo di tutti capi niż sposób bycia cywilizowanego polityka demokratycznego kraju.
Czy naprawdę chcemy aby nasz kraj reprezentowali na arenie międzynarodowej Tusk – patologiczny kłamca i Trzaskowski który sam siebie nazywa dupiarzem?