Kułeba: Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą

Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą

24.09.2026 wolnemedia/wzywa-ukraincow-by-zdobywali-wladze-za-granica

Były szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba wezwał Ukraińców, którzy zdecydowali się zostać za granicą, by wchodzili do polityki krajów przyjmujących i zdobywali w nich realną władzę. Jako wzór wskazał diasporę w Kanadzie. W Polsce, gdzie legalnie mieszka ok. 1,55 mln obywateli Ukrainy, te słowa padają w momencie rosnących napięć i przed wyborami parlamentarnymi 2027 r.

Kułeba, minister spraw zagranicznych Ukrainy w latach 2020–2024, wypowiedział się w wywiadzie z żoną, Switłaną Pawełecką, opublikowanym w połowie września 2026 r. na jego kanale na platformie „YouTube”. Przekaz szybko podchwyciły ukraińskie i polskie media. Kluczowy fragment brzmi: „Zawsze mówię Ukraińcom mieszkającym za granicą: jeśli już zdecydowaliście się tam zostać, to szorujcie do polityki, stańcie się siłą polityczną, zajmijcie wpływowe posady, stańcie się wpływowymi politykami, tak aby rządy krajów, w których żyjecie, nigdy nie mogły zrobić niczego, co nie odpowiada interesom Ukrainy”.

Druga teza jest jeszcze bardziej konkretna: w ciągu najwyżej 30 lat osoba o ukraińskich korzeniach powinna zostać premierem lub prezydentem któregoś z państw europejskich. Nie chodzi wyłącznie o szczyt władzy. Kułeba wymienia też ministerstwa, przewodniczących parlamentów, burmistrzów dużych miast i innych polityków. Cel – jak tłumaczy – to długofalowe wzmocnienie pozycji Ukrainy na arenie międzynarodowej poprzez własne lobby w stolicach sojuszników.

Portal Kresy24.pl, który jako jeden z pierwszych opisał wypowiedź w Polsce, zatytułował materiał wprost: „Minister Kułeba do Ukraińców w Polsce: Zostańcie tam i idźcie po władzę!”. W tekście podkreślono, że wzorem mają być Ukraińcy w Kanadzie.

Porównanie z Kanadą nie jest przypadkowe. To nie jest analogia do uchodźców wojennych z 2022 r., lecz do społeczności budowanej przez ponad 130 lat. Według spisu z 2021 r. pochodzenie ukraińskie deklaruje ok. 1,26 mln mieszkańców Kanady – to trzecia pod względem liczebności społeczność ukraińska na świecie (po Ukrainie i Rosji). Koncentruje się głównie w Albertcie, Ontario, Manitobie i Saskatchewan. Od dekad działa Kongres Ukraińców Kanady (UCC), który potrafił przekuć liczebność i organizację w wpływ na Ottawę.

Efekty są widoczne od pokoleń: Kanada jako pierwsze państwo Zachodu uznała niepodległość Ukrainy (2 grudnia 1991 r.), Ray Hnatyshyn (Roman Hnatyszyn) był gubernatorem generalnym w latach 1990–1995, Ed Stelmach sprawował urząd premiera Alberty, a Chrystia Freeland, urodzona w Albertcie, córka Ukrainki z powojennego obozu dla uchodźców, została wicepremierem Kanady (2019–2024), ministrem finansów i spraw zagranicznych. Później pełniła funkcję specjalnego przedstawiciela Kanady ds. odbudowy Ukrainy.

Diaspora kanadyjska nie ograniczała się do kultury i cerkwi. Lobbing dotyczył uznania Hołodomoru za ludobójstwo, obserwatorów wyborów, sankcji wobec Rosji i – po 2022 r. – programu CUAET, który otworzył drogę setkom tysięcy Ukraińców. Część nowej fali też już stara się o stały pobyt. To właśnie ten model – wielopokoleniowa integracja plus lojalność wobec kraju pochodzenia – Kułeba stawia jako punkt odniesienia dla Europy.

W Polsce skala jest inna, a czas – krótszy. Na 1 lipca 2026 r. ważne dokumenty pobytowe miało 1,55 mln obywateli Ukrainy. Około 959 tys. korzystało z ochrony tymczasowej (PESEL UKR), reszta z zezwoleń na pobyt czasowy, stały lub unijny. Ukraińcy stanowią ok. 5% ubezpieczonych w ZUS; setki tysięcy dzieci chodzą do polskich szkół. Integracja na rynku pracy jest stosunkowo szybka. Część osób już zdobywa obywatelstwo polskie, które daje pełne prawa wyborcze.

Jednocześnie relacje polsko-ukraińskie od 2024–2025 r. ostro się ochłodziły. W tle są spory o historię (Wołyń, akcja „Wisła”), warunki pomocy i członkostwa Ukrainy w UE, a także nastroje społeczne. Sondaże CBOS pokazywały spadek sympatii Polaków do Ukraińców. Politycy prawicy uczynili „kwestię ukraińską” jednym z tematów kampanii przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na 2027 r. Sam Kułeba wcześniej ostrzegał, że ataki na Ukraińców w Polsce mogą się nasilać, a temat stanie się jednym z trzech głównych w kampanii. W tym klimacie wezwanie byłego ministra, by diaspora w Polsce „szorowała do polityki” i pilnowała, by Warszawa „nigdy nie zrobiła niczego wbrew interesom Ukrainy”, brzmi inaczej niż analogiczny apel skierowany do społeczności w Toronto czy Edmonton.

Różnica między Kanadą a Polską jest strukturalna. W Kanadzie ukraińskość polityczna dojrzewała przez cztery fale migracji, w warunkach wielokulturowości i dużej odległości od granicy z Ukrainą. Freeland czy Hnatyshyn byli Kanadyjczykami z ukraińskimi korzeniami, a nie uchodźcami wojennymi z wczorajszym paszportem. W Polsce społeczność jest liczniejsza w stosunku do ludności kraju, młodsza migracyjnie i mocniej powiązana z bieżącą wojną oraz codziennymi tarciami o mieszkania, szkoły, świadczenia i historię. Droga od statusu UKR do obywatelstwa i Sejmu jest możliwa, ale wymaga lat, języka i lojalności wobec państwa, w którym się głosuje – nie tylko wobec Kijowa.

Kułeba nie ukrywa celu: diaspora ma być narzędziem polityki zagranicznej Ukrainy. W Kanadzie taki model częściowo zadziałał, bo zbiegł się z interesami Ottawy. W Europie Środkowej, a zwłaszcza w Polsce, ten sam język łatwo odczytać jako zapowiedź budowy równoległego lobby – i tak właśnie odczytuje go część polskich komentatorów.

Artykuł nie rozstrzyga, czy wizja „ukraińskiego premiera w Europie za 30 lat” jest realna. Pokazuje natomiast, że były szef MSZ Ukrainy traktuje pozostanie milionów rodaków za granicą nie jako stratę demograficzną, lecz jako inwestycję geopolityczną. Kanada jest w tej opowieści dowodem, że da się to zrobić. Polska – największym i najbliższym poligonem.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją

24 września 2026 zygmuntbialas

O naszej słowiańskości, relacjach z Rosją z punktu widzeniach bułgarskich Słowian.

Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

Bigos ukraińsko-polski

Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowała nas do tej pory wojna na Ukrainie

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Polska za czasów Mieszka I

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

To już nie tylko piąta kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

To już nie tylko 5 kolumna, ale oplatająca państwo ośmiornica

Marucha w dniu 2026-09-24 marucha/to-juz-nie-tylko-5-kolumna-ale-oplatajaca-panstwo-osmiornica

Wiedzieliście Państwo, że oficjalnym doradcą Wojciecha Balczuna w Kolejach Ukraińskich (Ukrzaliznyci) była pani Олена Марчук? Znana szerzej jako Weronika Marczuk-Pazura, a obecnie jako Weronika Marczuk?

Ta sama pani, która rozpoczynała polską karierę w trójmiejskich klubach go-go będących pod kuratelą grupy niejakiego „Nikosia”?

No to już wiecie.

Im dłużej pochylam się nad dossier pana ministra, tym bardziej zastanawiam się, jak to jest, że Wojciech Balczun działa jak magnes na ludzi z szeroko pojętej ciemnej strefy, podejrzanych interesów i korupcyjnych układów.

Spójrzmy na ten wyjątkowy katalog znajomości i zbiegów okoliczności:

Jacek Dębski – minister sportu zastrzelony w gangsterskich porachunkach. Balczun zaczynał państwową karierę bezpośrednio u jego boku jako szef gabinetu politycznego.

Weronika Marczuk – dziennik „Fakt” pisał o niej w 2014 roku następująco: „Do Polski przyjechała, mając 20 lat. Wylądowała w Sopocie. Rano studiowała prawo, a po nocach tańczyła w trójmiejskich klubach «Amazonka», «GoGo Land», w hotelach «Posejdon» i «Marina» – lokalach opanowanych wówczas przez trójmiejską mafię. Za dodatkową opłatą rozbierała się na wieczorach kawalerskich”. Aferę z CBA i „łapówką” od „Agenta Tomka” celowo pomijam, ponieważ pani Weronika została uniewinniona. Jest tutaj jednak inny ciekawy wątek.

Portal https://znaj.ua/ w artykule o wielu nieprawidłowościach co do działalności Balczuna w ukraińskich kolejach podaje następującą informację:

„Po przybyciu na Ukrainę Wojciech powiedział, że nie zamierza przewozić żony i dziecka do Kijowa. Wynikało to z faktu, że podróż samolotem do nich zajmuje tylko godzinę. Menedżer przyjechał jednak ze swoją koleżanką Weroniką. Ukraińscy dziennikarze dowiedzieli się, że para mieszkała razem w Peczersku w drogim mieszkaniu.”

🤡 Portal nie doprecyzował czy chodzi o panią Weronikę Marczuk, ale zbieżność imion i czasu jest raczej jednoznaczna.

Orszak Balczuna – pan Wojciech nie przyjechał na Ukrainie pracować sam. Oprócz pani Weroniki przybyła wraz z nim cała świta „menadżerów” z Polski, którymi otaczał się wcześniej w rozmaitych spółkach. Wynikła z tego afera, w której padły oskarżenia o rozrzutność i defraudację środków. Na przykład w 2016 roku Balczun zamówił dla siebie i dwóch innych pracowników firmowe karty kredytowe. Mogli wydawać do 20 tysięcy hrywien dziennie. Środki te były przeznaczane na hotele, bilety, wyżywienie, udział w wydarzeniach kulturalnych. Jedną z tych osób był Remigiusz Paszkiewicz. Remigiusz Paszkiewicz jest od lutego 2026 roku…prezesem KGHM. Nie zgadniecie z czyjego nadania. Przypomną mi Państwo, która partia szła do ostatnich wyborów pod sztandarami walki z kolesiostwem i nepotyzmem?

Aha, niedługo później ci sami członkowie zarządu w UZ postanowili wypłacić sobie wynagrodzenie za czas przepracowany PRZED podpisaniem umowy. Koszt ich usług oszacowano na trzy miliony hrywien, a gdyby tego było mało, to Balczun miał zlecić wypłatę 150 tys. hrywien za dwugodzinną konsultację polskiemu ekspertowi Andrzejowi Kopciowi. Który swoją opinię o spółce sporządził… odręcznie. Kurtyna.

Bracia Dubnewycze (Jarosław i Bohdan) – ukraińska oligarchia grubego kalibru i posłowie, którzy zbudowali majątek na wielomiliardowych przetargach w Ukrzaliznyci. Za kadencji Balczuna w UZ ten układ trwał w najlepsze, a ludzie Dubnewyczów opanowali kluczowe stanowiska w spółce. Jarosław po utracie immunitetu i prokuratorskich zarzutach uciekł z kraju. Na pytania ukraińskich mediów o znajomość z braćmi Balczun odpowiedział, że zna, ale nie spotyka się. „Palę, ale się nie zaciągam”

Mykoła Niemcow – postać znana, wczoraj szerzej opisywana. Człowiek będący z ministrem Wojciechem na pograniczu zażyłej przyjaźni i relacji wręcz rodzinnych. Był szefem wydziału UBOZ (biura ds. walki z przestępczością zorganizowaną) w milicji obwodu czerniowieckiego, choć najpewniej jest ukadrowionym bezpieczniakiem, bo bez pleców w tajnych służbach nigdy by nie mógł piastować posady dyrektora w ukraińskich kolejach.

Portal Antikor przypisuje mu z tamtych lat krycie handlu narkotykami, nielegalnego alkoholu, przemytu i pobić aktywistów. Za Balczuna był dyrektorem bezpieczeństwa UZ i – według mediów śledczych – współorganizował masowy przemyt broni z Ukrainy do UE. Szlakiem kolejowym, ma się rozumieć

Anatolij Pałanijczuk – wiceszef ds. bezpieczeństwa Kolei Lwowskiej, opisywany jako architekt kanałów przerzutu przemycanych towarów do Unii Europejskiej.

Afera bursztynowa – biznes wydobywczy Balczuna na Ukrainie, gdzie jego wspólnikami zostali: pułkownik Niemcow (postać znana) oraz Jerzy Dominik K. – polski biznesmen zatrzymany przez CBA pod zarzutami udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania pieniędzy i wyłudzeń VAT (co ujawnił TVN24 i „Newsweek”).

Bartłomiej Babuśka – kluczowa postać w cieniu Balczuna. Tam gdzie jeden, tam i drugi. Fundusz Górnośląski, Agencja Rozwoju Przemysłu, MAP, biznes na Ukrainie. Działacz tarnowskiej PO, za którego rządów w państwowej spółce Fabios S.A. doszło do akcji CBA i śledztwa krakowskiej prokuratury ws. działania na szkodę firmy, dziwnego spadku zysków przed prywatyzacją oraz umów ze znajomymi – w tym z ukraińską firmą Bogema (jej właściciel był biznesowym wspólnikiem Babuśki). Mówi się, że przez kilka lat mieszkał na Ukrainie w obawie przed deszczem z czarnych chmur, które kolekcjonował nad głową. Przeczekał najgorsze i wrócił jako Konsul Honorowy Ukrainy w Tarnowie, by chwilę później znów zarządzać miliardami Skarbu Państwa. Włada płynnie ukraińskim i – jak sam twierdzi – od 20 lat mieszka w dwóch krajach.

Cień nad Cegielskim – pamiętacie wrzesień 2025 roku i to, co wydarzyło się w spółce H. Cegielski – Fabryka Pojazdów Szynowych? W momencie gdy Balczun i Babuśka wchodzili do struktur MAP i ARP, przy Zakładach Cegielskiego doszło do samobójstwa biznesmena obciążonego zarzutami korupcyjnymi. Według nieoficjalnych ustaleń Onetu wydarzenia w FPS mogły być częścią większej afery korupcyjnej związanej z ARP. Minął rok i cisza – amba fatima, była afera, afery nie ma. (Nie twierdzę, że Balczun i Babuśka mają z tym bezpośredni związek, ale z kronikarskiego obowiązku warto o tym wspomnieć).

Starczy na dziś, co się uśmiałem przy redagowaniu tego tekstu – to moje. Na koniec jeszcze pytanie z przymrużeniem oka: czy w bezpośrednim otoczeniu człowieka zarządzającego majątkiem Skarbu Państwa jest choć jedna osoba z czystą kartą, która nie otarła się o półświatek, korupcję lub prokuratorskie śledztwa?

Ja rozumiem sceniczny styl i rock ‚n’ rollową swobodę. Tylko że od konstytucyjnego ministra odpowiedzialnego za biliony złotych państwowego majątku należałoby oczekiwać otoczenia bliższego środowiskom naukowym czy uczciwemu biznesowi, a nie postaciom rodem z historii o Al Capone.

Napisał „Adrian”

Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga. Problem ostatecznego losu stworzenia.

Problem ostatecznego losu stworzenia.

AS

ZAPYTAŁEŚ:

  • ONI [Trójca] sobie w tym ich innym Czasie, był/byli sam, wymieniali uśmiechy. I zachciało się kogoś stworzyć. To wiedzieli przecie, że jeśli da „wolną wolę” to tak aniołowie, jaki ci z białkiem – dadzą dyla w ZŁO. Więc zbudują PIEKŁO. A teraz coraz więcej niewinnych głupków do tego piekła wpada. Z tego wynika, że Trójca nie „dopuściła” zła, ale je **- stworzyła?? ** Przecież to bluźnierstwo straszne!! ??

Dramat stworzenia a wszechwiedza Boga

Postawiony zarzut, czy pytanie dotyka najgłębszego i najbardziej bolesnego problemu filozofii religii. Wizja Boga, który w swojej wieczności istnieje przed stworzeniem świata, a następnie postanawia powołać do istnienia istoty obdarzone wolną wolą – doskonale wiedząc, że wielu z nich wybierze drogę zła, a w konsekwencji pogrąży się w cierpieniu i zatraceniu – rodzi fundamentalne pytanie.

Skoro Stwórca z góry znał ten tragiczny scenariusz, a mimo to uruchomił cały mechanizm istnienia, czy nie oznacza to, że zło nie zostało przez Niego jedynie „dopuszczone”, ale w istocie zaprojektowane i stworzone? Sformułowanie to dla wielu brzmi jak bluźnierstwo, jednak samo pytanie o granice odpowiedzialności Stwórcy za dramatyzm stworzenia nie da się łatwo uciszyć, ponieważ wyrasta ono z autentycznego ludzkiego doświadczenia cierpienia i zagubienia.
Teologia katolicka mierzy się z tym zarzutem poprzez precyzyjne odróżnienie wiedzy Boga, Jego aktu stworzenia oraz źródła moralnego zła. W klasycznym ujęciu augustyńsko-tomistycznym Bóg nie jest autorem ani twórcą zła, ponieważ zło nie posiada własnego bytu – nie jest „rzeczą”, którą można powołać do istnienia, lecz stanowi jedynie brak należnego dobra. Bóg stworzył osobę, wolność oraz zdolność działania, które same w sobie są dobre, natomiast moralna wadliwość aktu wynika wyłącznie z nieuporządkowania woli samego stworzenia.

Przykładowo, Bóg obdarza człowieka zdolnością ruchu, lecz jeśli człowiek użyje jej do popełnienia zbrodni, źródłem zła nie jest sam dar ruchu, ale sposób, w jaki został on wykorzystany.

Katolicyzm przyznaje zarazem, że Bóg doskonale wiedział, iż część aniołów i ludzi nadużyje swojej wolności. Wiedza ta nie jest jednak przyczyną czynu – przewidzenie czyjegoś wolnego wyboru nie oznacza zmuszania go do tego wyboru. Dlaczego więc Bóg zdecydował się na stworzenie świata, w którym pojawia się grzech? Odpowiedź katolicka wskazuje, że akt stworzenia wolnych osób jest dobrem tak fundamentalnym, iż możliwość odrzucenia Boga nie czyni samego stworzenia błędem, zwłaszcza że Stwórca potrafi włączyć skutki zła w większy porządek i wyprowadzić z nich dobro, którego istnienia stworzenie nie byłoby w stanie samo osiągnąć.

Jednocześnie tradycja ta odrzuca wizję piekła jako więzienia przygotowanego celowo dla masowo tam wpadających, nieświadomych ludzi. Piekło nie jest pierwotnym celem stworzenia, lecz ostateczną, dobrowolną konsekwencją odrzucenia Bożej miłości przez wolne istoty, a Kościół nie przesądza o niczyim ostatecznym potępieniu.

Wschodnie ujęcie miłości i wewnętrznej przemiany

Z nieco innej perspektywy, choć w duchu głębokiej zgodności co do wolności woli, na ten sam problem odpowiada teologia prawosławna. W ujęciu wschodnim Trójca Święta nie jest zbiorem oddzielnych bytów egzystujących w ludzkim pojęciu czasu, a stworzenie nie jest efektem samotności czy kaprysu, lecz czystego aktu miłości. Celem powołania człowieka do istnienia nie jest jedynie moralna poprawność, lecz theosis, czyli przebóstwienie i realne, wieczne uczestnictwo w życiu Boga. Ponieważ autentycznej miłości nie da się wymusić, wolność i możliwość odmowy są nieuniknionym warunkiem istnienia osób, a nie „zaprogramowanym” przez Boga złem.

Prawosławie podchodzi również inaczej do samej natury piekła, nie postrzegając go prymitywnie jako miejsca fizycznej katuszy skonstruowanego przez Boga. Zgodnie z mistyczną tradycją wschodu, zarówno zbawieni, jak i potępieni stają w wieczności wobec tej samej, niezmiennej Bożej miłości. Dla człowieka otwartego na Stwórcę obecność ta staje się źródłem niewypowiedzianej radości i światła, natomiast dla tego, kto definitywnie zamknął swoje serce, ta sama miłość może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Oznacza to, że Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego, a ostateczny stan człowieka wynika z tego, jak jego własna wolna wola odnosi się do wiecznego światła Bożego. Podobnie jak katolicyzm, prawosławie odrzuca tezę o masowym spychaniu niewinnych ludzi w otchłanie potępienia, podkreślając ludzką nieumiejętność do osądzania głębi cudzego sumienia i Bożego miłosierdzia.

Obie teologiczne tradycje spotykają się w punkcie, w którym racjonalne wyjaśnienia dochodzą do swojej naturalnej granicy. Zarówno katolicyzm, jak i prawosławie zgodzą się co do tego, że Bóg stworzył możliwość wolności, ale nie stworzył zła jako celu tej wolności, a Jego przed-wiedza o grzechu nie równa się sprawieniu tego grzechu. Niemniej jednak w tym miejscu pozostaje najpotężniejszy i najtrudniejszy zarzut: dlaczego Bóg, wiedząc z absolutną pewnością, że konkretna istota ostatecznie Go odrzuci i pogrąży się w cierpieniu, mimo wszystko powołuje ją do istnienia?

Żadna doktryna chrześcijańska nie ucieka od tego pytania za pomocą prostych haseł o wolnej woli. Stwierdzenie, że Bóg jest autorem moralnego zła, pozostaje w sprzeczności z wiarą, jednak samo dramatyczne pytanie o sens istnienia wobec dramatu cierpienia nie jest bluźnierstwem. Jest to krzyk, który wybrzmiewa już w Księdze Hioba oraz w psalmach, stanowiąc niezbytną część ludzkiego doświadczenia stojącego wobec tajemnicy stworzenia. Różnica polega tu głównie na akcentach: teologia zachodnia częściej szuka sensu w dopuszczeniu zła ze względu na większe dobro i szacunek dla wolności, podczas gdy wschód kładzie nacisk na nieskończoną relację miłości i wewnętrzną przemianę ludzkiego serca. Obie tradycje zgadzają się jednak, że ostateczny sens tego dramatu pozostaje zakryty w tajemnicy Boga, której pełne rozwiązanie przekracza ludzkie możliwości poznawcze.

Dramat wszechwiedzy a bezwarunkowy dar istnienia

Rozważenie problemu w całej jego rozciągłości prowadzi do punktu, w którym klasyczne tłumaczenie odwołujące się wyłącznie do ludzkiej wolnej woli przestaje wystarczać. Jeśli bowiem połączymy ze sobą Bożą wszechwiedzę, dobroć, stworzenie z niczego oraz realną perspektywę wiecznego potępienia, pojawia się fundamentalne pytanie o sens powoływania do istnienia istoty, której ostateczny los jest z góry znany. W chrześcijańskim ujęciu Bóg nie „ryzykuje” tak, jak robi to człowiek płodzący dziecko – Jego wiedza o całym ludzkim losie jest absolutna i odwieczna, co oznacza, że dla Stwórcy nie ma tu miejsca na nieprzewidziane rezultaty.

Jednocześnie przed-wiedza nie jest tożsama z predestynacją; to, że Bóg wie o przyszłym wolnym wyborze człowieka, nie oznacza, że go do tego wyboru przymusza. Z perspektywy wieczności Bóg widzi całe dzieje naraz, jednak wciąż pozostaje dramatyczne pytanie o sam akt stworzenia kogoś, o kim wie się, że ostatecznie odejdzie w zatracenie.

Tradycja katolicka, idąc tropem myśli świętego Tomasza z Akwinu, wskazuje, że samo istnienie jest fundamentalnym dobrem. Stwarzając osobę, Bóg nie powołuje do życia „potępionego”, lecz istotę zdolną do poznania Go, pokochania i osiągnięcia wiecznego szczęścia. W tym ujęciu Bóg chce istnienia człowieka, pragnie jego zbawienia, nie chce jego grzechu, a jedynie dopuszcza jego wolne wybory, nie będąc ich sprawcą. Pojawia się tu jednak nieustępliwy kontrargument: gdyby taka osoba nie została stworzona, nigdy nie doświadczyłaby również wiecznego cierpienia.

Aby rozwikłać ten węzeł, trzeba dostrzec subtelną różnicę logiczną. Gdyby Bóg uzależniał istnienie człowieka od warunku, że w przyszłości dokona on wyłącznie dobrych wyborów, uzależnilibyśmy możliwość zaistnienia od wykorzystania wolności, której dany człowiek jeszcze fizycznie nie posiada. Chrześcijaństwo przyjmuje jednak zasadę bezwarunkowego daru – Bóg nie stawia warunków wstępnych w stylu „będziesz istniał, jeśli będziesz dobry”, lecz mówi: „chcę, żebyś był”. Dopiero tak obdarzona istnieniem osoba odpowiada Bogu swoim życiem, co czyni sam akt stworzenia afirmacją konkretnej osoby, a nie afirmacją jej potencjalnego grzechu.

Tajemnica piekła i ograniczenia ludzkiego poznania

Cały ciężar zagadnienia zmienia się diametralnie w momencie, gdy do równania włączymy koncepcję piekła rozumianego jako nieskończone i nieodwracalne cierpienie będące konsekwencją doczesnych błędów. To właśnie w tym miejscu teologia musi odrzucić wszelkie karykaturalne wyobrażenia Boga jako sadystycznego sędziego czy oprawcy. Piekło nie jest celowo skonstruowaną przez Stwórcę komnatą tortur dla tych, którzy Go odrzucili. Zarówno na Wschodzie, jak i w refleksji Zachodu coraz wyraźniej akcentuje się, że ostateczny stan potępienia można rozumieć jako wewnętrzną kondycję osoby, która nie potrafi znieść i przyjąć wszechogarniającej Bożej miłości. Wobec tej samej, niezmiennej obecności Boga człowiek otwarty doświadcza wiecznej światłości i radości, podczas gdy człowiek wewnętrznie zatruty nienawiścią przeżywa tę samą miłość jako ból nie do zniesienia. Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego – to wola samego człowieka obraca tę miłość w udrękę.

Nawet to wyjaśnienie napotyka jednak na potężny mur krytyki: czy wszechmogący Bóg przez całą wieczność naprawdę nie potrafi uleczyć tak skrzywionej i chorej woli? Jeśli odpowiedź brzmi, że nie może, bo musiałby pogwałcić ludzką wolność, natychmiast pada pytanie, dlaczego uzdrowienie wolności musi oznaczać jej zniszczenie, skoro zbawieni w niebie są doskonale wolni, a mimo to nie grzeszą. W tym miejscu ostateczna odpowiedź chrześcijańska musi porzucić proste schematy i uznać, że nie dysponujemy pełnym kluczem do tej tajemnicy. Bóg powołał człowieka do zbawienia, a nie do potępienia, zło nie jest Jego dziełem, a piekło nie stanowiło celu stworzenia.

Co więcej, kluczowa korekta perspektywy polega na zauważeniu, że pytanie o stworzenie „kogoś, kto zostanie potępiony” zawiera w sobie nieuzasadnione założenie. Owszem, dogmatem wiary jest to, że Bóg stworzył człowieka, ale stwierdzenie, iż konkretna, żyjąca osoba na pewno jest potępiona, nie jest nam wiadome. To pozwala chrześcijaninowi na zachowanie głębokiej nadziei powszechnego zbawienia, bez popadania w dogmatyczne twierdzenia. Zamiast pytać, dlaczego Bóg stworzył kogoś, wiedząc, że będzie go wiecznie torturował – co prowadzi do teologicznej ślepej uliczki i fałszywego obrazu Boga – stajemy przed właściwym pytaniem: dlaczego Bóg obdarzył nas wolnością, wiedząc, że możemy Go odrzucić? To pierwsze pytanie prowadzi do karykatury, drugie zaś wprowadza nas w autentyczny dramat miłości, w której żaden teolog – ani katolik, ani prawosławny – nie powinien udawać, że małe hasło o „wolnej woli” rozwiązuje całą tajemnicę. W tym miejscu refleksja musi zatrzymać się przed tajemnicą, której ludzki rozum nie jest w stanie w pełni zamknąć w logicznych ramach.

Dramat powołania a perspektywa potępienia

Gdy schodzimy o poziom głębiej, sedno problemu przesuwa się z ogólnego pytania o pochodzenie zła na znacznie trudniejszy problem relacji między wszechwiedzącym Bogiem a powołaniem do istnienia osoby, której ostateczny los – potencjalne wieczne potępienie – jest odwiecznie znany. Rozważając tę kwestię, należy najpierw precyzyjnie rozdzielić trzy odrębne zagadnienia: czy Bóg jest autorem zła (na co odpowiedź brzmi negatywnie), czy wiedział, że stworzenie dopuści się zła (co teologia potwierdza), oraz dlaczego zdecydował się na akt stworzenia mimo tej wiedzy, co stanowi właściwy rdzeń teologicznej zagadki.

W tradycyjnym ujęciu przed-wiedza nie równa się predestynacji ani przyczynowości. Obrazowo rzecz ujmując, patrzenie z góry na drogę i posiadanie pewności, że kierowca skręci w lewo, w żaden sposób nie porusza jego kierownicą; w ujęciu boskim sprawa jest jeszcze bardziej radykalna, ponieważ Bóg nie podlega czasowi i nie „przewiduje” przyszłości w ludzkim wymiarze – dla Niego całe dzieje są współobecne w wieczności. Wiedza Boga o wolnym wyborze człowieka nie zmusza go do tego wyboru, co rozstrzyga o kwestii winy za czyn, lecz nie zamyka jeszcze pytania o samą decyzję powołania do istnienia kogoś, o kim wiadomo, że skończy w potępieniu.

W tym punkcie pojawia się najpoważniejszy zarzut, przed którym bledną proste formuły o wolnej woli. Załóżmy bowiem, że Bóg wie, iż człowiek oznaczony literą B zostanie ostatecznie potępiony, a mimo to powołuje go do istnienia. Człowiek B mógłby zasadnie zapytać: „Nie prosiłem o istnienie. Wiedziałeś, jak skończę, a jednak mnie stworzyłeś. Dlaczego?”.

Odpowiedź odwołująca się wyłącznie do wolnej woli staje się tu niewystarczająca, ponieważ nie kwestionuje samej wolności wyboru, lecz sam sens obdarzenia istnieniem kogoś, dla kogo ostateczny bilans istnienia okaże się tragiczny. Chrześcijańska odpowiedź na ten kryzys musi zacząć się od fundamentalnego afirmowania daru: Bóg nie stwarza nikogo z zamiarem skazania go na potępienie, lecz z perspektywy stwórczego aktu mówi do każdej osoby „chcę, abyś istniał”, a samo istnienie, rozum, wolność i zdolność kochania są bezwarunkowymi dobrami.

Piekło, miłość i tajemnica ludzkiej woli

Cały ciężar tego zagadnienia ulega drastycznej zmianie w zależności od tego, jak wyobrazimy sobie naturę piekła. Jeśli postrzegamy je w kategoriach karykaturalnych – jako miejsce prymitywnych tortur, w którym Bóg przez miliardy lat podtrzymuje istnienie człowieka wyłącznie po to, by ten cierpiał za kilkadziesiąt lat doczesnych błędów – wówczas zarzut staje się miażdżący, a pogodzenie takiego obrazu z miłością Stwórcy jest niewyobrażalnie trudne, jeśli nawet nie niemożliwe.

Z tego powodu zarówno dojrzała teologia katolicka, jak i mistyczna tradycja prawosławna odrzucają ten prymitywny schemat, skupiając się na istocie piekła jako dobrowolnej utracie komunii z Bogiem. Na szczególną uwagę zasługuje tu wschodnia intuicja teologiczna, zgodnie z którą Bóg nawet w piekle nie przestaje kochać człowieka. W obliczu wieczności zarówno święty, jak i zatwardziały grzesznik stają przed tą samą, niezmienną Bożą miłością. Dla otwartego serca obecność ta jest źródłem nieba i radości, natomiast dla kogoś, kto całkowicie zwrócił się ku nienawiści i odrzucił Stwórcę, ta sama wszechogarniająca miłość staje się doświadczeniem palącym i bolesnym, ponieważ nie ma ucieczki przed rzeczywistością podtrzymywaną przez Boga. To nie Stwórca zmienia swój stosunek do człowieka, lecz sam człowiek przekształca dobro w udrękę.

To jednak rodzi kolejne, niezwykle trudne pytanie: dlaczego nieskończona miłość Boga nie potrafi ostatecznie uleczyć tak chorej i skrzywionej woli? Jeśli grzech jest swego rodzaju chorobą, a uzdrowienie zwiększa, a nie zmniejsza wolność – co widać na przykładzie zbawionych w niebie, którzy są w pełni wolni, a jednocześnie nie grzeszą – pojawia się dylemat, dlaczego wolność miałaby wykluczać ostateczne uleczenie każdego stworzenia. Argument, że „Bóg nie może, bo szanuje wolność”, przestaje w tym miejscu w pełni tłumaczyć całą rzeczywistość, otwierając przestrzeń dla głębszej refleksji nad miłosierdziem.

Nadzieja większa niż doktryna?

W poszukiwaniu wyjścia z tego teologicznego labiryntu wielu wielkich myślicieli chrześcijańskich – od Orygenesa i Grzegorza z Nyssy po Izaaka Syryjczyka – żywiło głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie może ostatecznie objąć wszystkich, nie popadając przy tym w sztywne dogmatyczne twierdzenia o powszechnym zbawieniu. Kluczem do zrozumienia tego stanowiska jest rozróżnienie dwóch fundamentalnych zdań: „piekło jest obiektywną, wieczną możliwością i rzeczywistością” oraz „wiemy z pewnością, że jakaś konkretna osoba na wieki w nim pozostanie”.

Chrześcijańska doktryna z całą mocą podkreśla realność ludzkiej wolności i możliwość jej ostatecznego zatrzaśnięcia się na Bożą miłość, lecz jednocześnie nie daje nam mandatu do przesądzania o potępieniu konkretnych ludzi. W tym ujęciu pierwotny obraz – w którym Bóg tworzy wolność, przewiduje katastrofę i celowo buduje piekło [tj. pozwala szatanowi je zbudować] jako ostateczny magazyn potępieńców – ustępuje miejsca wizji Boga, który z czystej miłości powołuje osobę do komunii ze sobą, daje jej prawdziwą wolność, a gdy stworzenie tę komunię odrzuca, wciąż nie przestaje pragnąć jego dobra. Ostateczny dramat relacji między ludzką wolnością a boską miłością pozostaje w dużej mierze tajemnicą, której nie da się zamknąć w ciasnych ramach logicznych równań, przypominając nam, że ani proste hasło o „wolnej woli”, ani drastyczne karykatury piekła nie wyczerpują nieskończonej głębi Bożego planu.

Realność piekła a postawa nadziei

Precyzyjne rozróżnienie między obiektywną rzeczywistością piekła a brakiem wiedzy o potępieniu konkretnego człowieka pozwala uniknąć zarówno taniego uniwersalizmu, jak i bezdusznego fatalizmu. Tradycja katolicka z pełną mocą naucza, że piekło jest realną i ostateczną możliwością dla wolnego stworzenia, jednak Kościół nigdy nie orzekł dogmatycznie, że jakikolwiek konkretny człowiek w nim się znajduje. Choć liturgia zna kanonizację świętych, nie istnieje żaden odpowiednik „kanonizacji potępionych”. Nawet w odniesieniu do postaci Judasza, o którym Nowy Testament wypowiada się w niezwykle surowych słowach, Kościół nie ogłasza ostatecznego wyroku potępienia. Między ostatnim widocznym czynem człowieka a jego ostatecznym spotkaniem z Miłosierdziem rozciąga się przestrzeń tajemnicy, której ludzki wzrok nie jest w stanie przeniknąć.

Ewangeliczne ostrzeżenia przed utratą Boga nie oznaczają przy tym konieczności założenia, że miliony ludzi faktycznie w ową przepaść wpadną. Znak ostrzegawczy postawiony nad urwiskiem spełnia swoje zadanie wtedy, gdy wszyscy przed nim zawrócą; sam fakt, że nikt nie zginął, nie unieważnia powagi i realności samego niebezpieczeństwa. Chrystus całkowicie serio ostrzega przed możliwością ostatecznego odrzucenia łaski, co sprawia, że wierny nie może po prostu twierdzić, iż piekło na pewno jest puste. Może jednak – i powinien – zachować postawę głębokiej nadziei. Istnieje fundamentalna różnica między dogmatycznym twierdzeniem „wszyscy na pewno będą zbawieni” a chrześcijańską postawą „mam nadzieję na zbawienie każdego człowieka”, która nie przekreśla surowości sprawiedliwości, lecz całkowicie powierza los stworzenia nieskończonemu miłosierdziu.

Wschodnia teologia – reprezentowana m.in. przez świętego Izaaka Syryjczyka – rzuca na tę tajemnicę zupełnie inne światło, przenosząc ciężar rozważań z mechanicznej wizji kary na samą naturę relacji człowieka z Bogiem. Skoro Bóg jest niezmienną miłością, nie można wyobrazić sobie sytuacji, w której Stwórca otaczający człowieka za życia miłością nagle zaczyna go nienawidzić po śmierci. Zmienia się nie Bóg, lecz kondycja ludzkiego serca. Ta sama, wieczna i wszechogarniająca obecność Bożej miłości staje się dla człowieka otwartego źródłem niewypowiedzianej światłości i nieba, natomiast dla tego, kto tę miłość definitywnie odrzucił i zamknął się w nienawiści, ta sama wszechobecna jasność może objawiać się jako doświadczenie palące i bolesne. Bóg nie stworzył specjalnego miejsca tortur dla potępionych – to ludzka wola, trwająca w buncie, przekształca dar nieskończonej miłości w udrękę.

To rodzi jednak najtrudniejsze z pytań: dlaczego po przekroczeniu progu śmierci ludzka wolność miałaby zostać zamrożona na wieki? Dlaczego po upływie eonów trwania w oporze stworzenie nie mogłoby wreszcie powiedzieć: „pomyliłem się”? Odpowiedź, że po śmierci nie ma już nawrócenia, wymaga głębszego uzasadnienia. Z tego punktu widzenia tradycja chrześcijańska od wieków rozważała koncepcję apokatastasis – ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia z Bogiem. Nie chodzi tu o unieważnienie grzechu ani o mechaniczne zmuszenie woli do miłości, lecz o tak całkowite objawienie się prawdy i piękna Boga, że stworzenie zostaje uleczone z wewnętrznej niewoli zła.

Prawdziwa wolność a ostateczne zwycięstwo dobra

Rozważając ten problem, musimy skorygować nasze potoczne rozumienie wolności. Błędnie utożsamiamy ją wyłącznie z możliwością mechanicznego wyboru między dobrem a złem, tak jakby zdolność do błądzenia była istotą wolności. Klasyczna filozofia chrześcijańska wskazuje, że doskonała wolność polega na zdolności nieskrępowanego wyboru prawdziwego dobra. Człowiek owładnięty nienawiścią lub nałogiem nie jest bardziej wolny od tego, kto został z tego nałogu wyzwolony; grzech nie jest wyrazem wolności, lecz jej tragiczną utratą.

Skoro zbawieni w niebie oraz sam Chrystus posiadają pełną, ludzką wolność, a jednocześnie nie grzeszą, oznacza to, że wolność i niemożność upadku nie sprzeciwiają się sobie.

W świetle tej refleksji pierwotny, bolesny dylemat – w którym Bóg wiedział, stworzył, doprowadził do katastrofy i skazał na wieczność – ustępuje miejsca zupełnie innej dynamice. Bóg stwarza wolną osobę, człowiek odchodzi, Stwórca szuka go nieustannie, a Jego miłość nie gaśnie nawet w obliczu najtwardszego oporu. Stojąc na granicy ludzkiego poznania, chrześcijanin nie musi twierdzić, że wie, iż piekło ostatecznie zatriumfuje nad jakimkolwiek ludzkim sercem. Może natomiast zaryzykować nadzieję, że ostateczne słowo w historii świata nie należy do ludzkiego „nie”, lecz do wszechmocnego, uzdrawiającego „tak” Boga, który pragnie być wszystkim we wszystkich.

Oto podsumowanie i wyjaśnienie tej pozornej sprzeczności:

Tajemnica wiecznego buntu

Jednym z najtrudniejszych napięć w teologii chrześcijańskiej jest pozorna sprzeczność między zapowiedzią Pawłową, że na końcu dziejów Bóg ma być „wszystkim we wszystkich” (1 Kor 15,28), a realnością wieczności, w której część stworzenia mogłaby trwać w ostatecznym buncie. W wizji apostoła Chrystus pokonuje wszelkie wrogie moce, a ostatnim zniszczonym nieprzyjacielem jest śmierć, po czym przekazuje królowanie Ojcu.

Powstaje jednak fundamentalne pytanie: jeśli w kosmicznej rzeczywistości nieba Bóg jest wszystkim, ale gdzieś w otchłani piekła wciąż istnieje chociażby jeden człowiek wykrzykujący wieczne „nie” i nienawiść do Stwórcy, czy rzeczywiście cała rzeczywistość została pojednana i czy śmierć została całkowicie pokonana?

Zmierzenie się z tym dylematem prowadzi do dwóch odmiennych dróg w tradycji chrześcijańskiej. Tradycyjne ujęcie katolickie wskazuje, że „poddanie” całego stworzenia pod panowanie Boga nie musi oznaczać przymusowego zbawienia każdego grzesznika. Bóg zwycięża nawet wtedy, gdy stworzenie dobrowolnie Go odrzuca – bunt potępionych nie jest już w stanie zniszczyć Bożego porządku, a sprawiedliwość zostaje zachowana. W tym ujęciu „Bóg wszystkim we wszystkich” odnosi się do obiektywnego panowania nad wszystkim, co istnieje, nie unieważniając tragicznej, wiecznej możliwości samo-wykluczenia się człowieka z komunii miłości.

Leczniczy ogień Grzegorza z Nyssy

Zupełnie inną perspektywę otwiera wielki Ojciec Kościoła IV wieku, święty Grzegorz z Nyssy, którego myślenie podzielają również niektóre nurty wschodu. Grzegorz wychodzi z założenia, że ludzka natura została stworzona jako dobra, a zło nie jest jej elementem konstytutywnym, lecz pasożytniczą chorobą i deformacją. Z tego powodu ostateczne zwycięstwo Boga nad złem nie wymaga zniszczenia grzesznika, lecz oddzielenia od niego tego, co złe – unicestwienia choroby, a nie pacjenta. W tym świetle eschatologiczny „ogień” nie jest bezcelowym, wiecznym narzędziem sadystycznej kary, lecz bolesnym, leczniczym procesem oczyszczenia, przypominającym chirurgiczną operację.

Spotkanie z absolutną Prawdą i nieskończoną Miłością Boga dla człowieka przesiąkniętego pychą i nienawiścią musi być doświadczeniem palącym, pozbawionym wszelkich wymówek i samo-oszustwa. Jednak w ujęciu Grzegorza ogień ten ma na celu wypalenie zła, a nie wieczne podtrzymywanie agonii.

Rodzi to jednak potężny problem teologiczny: jeśli piekło i zło trwają przez całą nieskończoność bez końca, to zło staje się stałym, wiecznym elementem rzeczywistości obok Boga i zbawionych, co kłóci się z pełnym zwycięstwem dobra. Zwolennicy apokatastasis – czyli ostatecznego odnowienia i pojednania całego stworzenia – pytają więc retorycznie, czy zwycięstwo Boga nie byłoby doskonalsze, gdyby nieprzyjaciel nie został jedynie zmiażdżony i zamknięty w wiecznym więzieniu, ale uzdrowiony z nienawiści.

Kluczowy zarzut wobec tej koncepcji dotyka kwestii wolności: czy ostateczne nawrócenie wszystkich nie oznacza złamania ludzkiej woli i zmuszenia do miłości? Odpowiedź zwolenników uniwersalnej nadziei odwołuje się do głębszej definicji wolności. Człowiek często wybiera zło nie dlatego, że świadomie pragnie niszczącej go patologii, lecz dlatego, że jest oszukany, ślepy i zniewolony przez namiętności. Gdyby wszelkie zasłony, kłamstwa i skutki grzechu zostały usunięte w obliczu pełnego blasku Bożej prawdy, człowiek nie zostałby do niczego zmuszony – zostałby wreszcie w pełni uwolniony, by ujrzeć dobro w całej jego krasie i odpowiedzieć na nie własnym „tak”. Podobnie jak człowiek przebywający w ciemnym pokoju, po otwarciu okna nie jest zmuszany do uznania słońca, lecz po prostu przestaje żyć w ułudzie.

Choć ta wizja – wspierana przez intuicje takich mistrzów jak św. Izaak Syryjczyk – uwalnia teodyceę od trudności związanych ze stwarzaniem ludzi z góry skazanych na wieczne cierpienie, Kościoły katolicki i prawosławny nie podniosły jej do rangi dogmatu. Piekło pozostaje realną, przerażającą i ostateczną możliwością dla stworzenia, ponieważ nienaruszalna wolność zakłada zdolność dramatycznego odrzucenia Stwórcy. Istnieje jednak przepaść między twierdzeniem „piekło jest wieczne” a pychą mówienia „wiemy na pewno, że ktoś w nim tonie na wieki”. Chrześcijanin ma pełne prawo – a wręcz obowiązek – zachować głęboką nadzieję, że Boże miłosierdzie okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, a ostatecznym akordem dziejów nie będzie wieczny krzyk nienawiści, lecz uzdrawiające, wszechogarniające zwycięstwo Miłości.

Problem Szatana a granice wolności

Rozwinięcie całego wywodu ostatecznie dotyka najtrudniejszego punktu tradycyjnej eschatologii – kwestii upadłych aniołów i samej postaci Szatana. W klasycznej chrześcijańskiej refleksji Bóg nie powołał do istnienia „diabła”, lecz stworzył doskonałego, dobrego anioła obdarzonego wolnością, którego wola na skutek własnego buntu radykalnie i nieodwracalnie zwróciła się przeciwko Stwórcy. W przeciwieństwie do człowieka, którego ziemskie wybory są czasowe, uwarunkowane niewiedzą, słabością czy emocjami i mogą ulegać zmianie, czysty duch anielski dokonuje aktu poznania i wyboru w sposób ostateczny. Stąd tradycyjna teologia uczy o nieodwracalności anielskiego upadku.

Jednakże to wyjaśnienie natychmiast przywraca z jeszcze większą siłą dawny zarzut: skoro Bóg z absolutną wiedzą przewidział, że ten konkretny anioł dokona nieodwracalnego wyboru zła, dlaczego mimo to powołał go do istnienia? Zwyczajne odwołanie do „wolnej woli” ponownie okazuje się niewystarczające, co skłoniło niektórych myślicieli, takich jak Orygenes, do postawienia najbardziej radykalnego pytania. Skoro zło jest jedynie pasożytniczym brakiem dobra i nie posiada własnego, wiecznego bytu, czy ostateczne zwycięstwo Boga może tolerować istnienie wiecznej skazy w postaci trwającego w nienawiści Szatana? W ujęciu radykalnej apokatastazy zbawienie nie polega na ocaleniu „zła” jako takiego, lecz na uzdrowieniu osoby od jej szatańskiego stanu – tak samo jak zbawienie grzesznika nie oznacza akceptacji grzechu, lecz ocalenie człowieka.

Mimo pociągającej spójności tej koncepcji, tradycja katolicka i prawosławna zachowują ogromną ostrożność, opierając się na tekstach o wieczności kary i realności radykalnego odrzucenia Boga. To rodzi jednak głęboki paradoks filozoficzny: jeżeli Szatan lub jakikolwiek potępiony trwa przez całą nieskończoność w buncie, to co podtrzymuje jego istnienie? Odpowiedź może być tylko jedna – sam Bóg. Nic stworzonego nie ma bytu samo z siebie, co oznacza, że nawet możliwość wykrzyczenia przez potępionego nienawistnego „nie!” istnieje wyłącznie dlatego, że w tej samej chwili Bóg nieustannie podtrzymuje go w istnieniu i mówi: „chcę, żebyś był”.

Piekło nie jest zatem obcym obszarem poza Bożą rzeczywistością, do którego Stwórca wyrzucił zbuntowanych i zapomniał o nich. Skoro potępiony istnieje wiecznie, to nawet jego egzystencja jest nieustającym darem i świadectwem tego, że Bóg nie unicestwił stworzenia. W myśli św. Izaaka Syryjczyka prowadzi to do poruszającego obrazu: Bóg nie przestaje kochać nawet potępionego i stale pragnie jego dobra, a wieczny stan buntu staje się dramatycznym pytaniem o to, czy miłość ta pozostanie całkowicie bezowocna.

Trzy modele ostatecznego losu

Wobec tych napięć teologia wypracowała trzy główne modele rozwiązania problemu:

  1. Klasyczne wieczne piekło: Stworzenie może ostatecznie i nieodwracalnie zatwierdzić swój wybór przeciwko Bogu, który respektuje tę wolność na wieki, a Jego ostateczne panowanie polega na tym, że żaden bunt nie zdoła naruszyć ładu królestwa.
  2. Anihilacjonizm: Koncepcja usuwająca problem wiecznego cierpienia poprzez założenie, że ostatecznie odrzucające dobro stworzenie po prostu przestaje istnieć, choć nie jest ona akceptowana przez katolicyzm ani prawosławie.
  3. Apokatastaza: Wizja ostatecznego uzdrowienia i pojednania całego stworzenia, w której Bóg nie niszczy wolności, lecz uwalnia ją z niewoli ślepoty i nienawiści, doprowadzając do dobrowolnego i pełnego prawdy powrotu.

Prawdziwa natura wolności a nadzieja

To wszystko prowadzi nas do najgłębszego pytania o naturę samej ludzkiej i anielskiej wolności. Często zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na wiecznej, niezbywalnej możliwości wyboru zła. Istnieje jednak chrześcijańska intuicja – widoczna chociażby w bezgrzeszności zbawionych w niebie czy samej naturze Boga – że doskonała wolność nie jest zdolnością błądzenia, lecz pełną zdolnością wyboru autentycznego dobra, bez przymusu, ale i bez wewnętrznego skrzywienia. Jeśli zestawimy ze sobą trzy prawdy: wszechmoc Boga, Jego powszechną wolę zbawienia oraz realną możliwość zatracenia, stajemy przed fundamentalnym dylematem.

Czy Bóg dysponujący nieskończoną miłością, cierpliwością i mądrością napotka kiedykolwiek tak zatwardziałą istotę, której nie zdołałby przez całą wieczność przekonać prawdą i uleczyć? Tradycyjne nauczanie zakazuje nam czynienia z tego dogmatycznej pewności („wszyscy na pewno będą zbawieni”), ale pozwala – a wręcz przynagla – do zachowania nadziei, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt. Ostatecznie problem wolności sprowadza się do pytania: czy możliwość powiedzenia Bogu wiecznego „nie” jest najwyższym wyrazem wolności, czy jej ostateczną, tragiczną niewolą?

Zasadnicze rozstrzygnięcie całego problemu zależy od tego, jak zdefiniujemy samą wolność.

Potocznie zakładamy, że prawdziwa wolność musi polegać na niezbywalnej możliwości wyboru zła, jednak klasyczna myśl chrześcijańska prowadzi do wniosku przeciwnego. Sam Bóg oraz zbawieni w niebie są doskonale wolni, a jednocześnie nie potrafią i nie chcą grzeszyć – ich wolność nie jest pomniejszona, lecz w pełni zrealizowana w dobru.

Stawia to przed teologią niezwykle trudne pytanie: skoro Bóg potrafi doprowadzić zbawionego do stanu, w którym dobrowolnie i nieodwracalnie wybiera dobro, dlaczego nie mógłby dokonać tego samego z każdym grzesznikiem?

Odpowiedź, że „grzesznik tego nie chce”, nie rozwiązuje zagadnienia do końca, ponieważ nikt nie wybiera zła dla samego zła, lecz zawsze pod postacią jakiegoś cząstkowego, fałszywie pojętego dobra. Grzech nie jest szczytem wolności, lecz jej tragicznym zniewoleniem – przypomina narkomana, którego pragnienie substancji jest autentyczne, ale nie jest wyrazem wolności, lecz choroby.

Jeśli zbawienie polega na uwolnieniu i uzdrowieniu woli, a nie na jej złamaniu, to rodzi się fundamentalne pytanie o to, czy wszechmogąca miłość Boga jest w stanie ostatecznie uleczyć każdą stworzoną naturę. Tradycyjna teologia wskazuje jednak, że człowiek poprzez całe swoje życie i serię wolnych decyzji może tak głęboko ukształtować siebie przeciwko dobru, iż jego postawa staje się fundamentalnym, zastanym w chwili śmierci odrzuceniem łaski. Śmierć jawi się tu jako ostateczna granica czasu otwartego na nawrócenie, choć filozoficzne pytanie o to, dlaczego ta granica musi być nieprzekraczalna dla miłosierdzia, wciąż pozostaje otwarte.

Rozważając granice tego procesu, musimy wyraźnie odróżnić trzy poziomy twierdzeń teologicznych:

  • Dogmatyczną pewność: twierdzenie, że wszyscy na pewno zostaną zbawieni, co nie mieści się w granicach katolickiej ani prawosławnej nauki.
  • Filozoficzną możliwość: pytanie, czy Bóg teoretycznie mógłby doprowadzić wszystkie wolne osoby do dobrowolnego pojednania, czego nie da się logicznie wykluczyć.
  • Chrześcijańską nadzieję: postawę ufności, że miłosierdzie Stwórcy okaże się potężniejsze niż ludzki bunt, przy jednoczesnym zachowaniu realności sądu.

W świetle tej perspektywy pierwotny, bolesny zarzut – w którym Bóg wiedział o katastrofie, a mimo to powołał świat do istnienia – zyskuje zupełnie inne oświetlenie. Bóg nie stworzył zła ani nie przeznaczył nikogo na wieczne męki; powołał do istnienia dobro zdolne do wolności, wiedząc, że wolność ta może zostać tragicznie wypaczona.

Kluczowe pytania ostatecznie sprowadzą się do tego, jak zrozumieć eschatologiczny tryumf Boga: czy „zwycięstwo” oznacza, że Stwórca na wieki oddzieli zbawionych od nieuleczalnych buntowników, zamykając zło w wiecznym więzieniu piekła, czy też oznacza ono, że Bóg sprawi, iż zła w ostatecznym rozrachunku już nie będzie?

Zmierzenie się z tą drugą opcją wymaga jednak uczciwego stanięcia twarzą w twarz z najsurowszymi słowami samego Chrystusa o wiecznym ogniu, zatraceniu i dramacie Judasza – dopiero tam okazuje się, jak cienka jest granica między pobożną nadzieją a rygorystyczną wiernością biblijnemu objawieniu.

„Plany obronne” von der Leyen stawiają Europę na drodze wojny z Rosją

„Plany obronne” von der Leyen stawiają Europę na drodze wojny z Rosją

Przez Andrzej Korybko

Jedynym sposobem na uniknięcie nieuchronnej Trzeciej Wojny Światowej byłoby zdecydowane odbudowanie przez Rosję jej potencjału odstraszającego.

W swoim dorocznym przemówieniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zaproponowała kilka inicjatyw w dziedzinie obronności. Najbardziej znaczącą było mianowanie Kanady pierwszym „członkiem stowarzyszonym” UE, którego celem jest między innymi „integracja baz przemysłu obronnego” i „uczynienie z Arktyki wspólnego projektu flagowego”. W tym kontekście Kanada została zaproszona do członkostwa w nowej Europejskiej Radzie Bezpieczeństwa, w skład której wejdą również Ukraina, Wielka Brytania, Norwegia i inne nieokreślone państwa, prawdopodobnie uczestniczące w unijnym Artykule 4.

Odnosi się to do prawa członków do inicjowania pilnych konsultacji w przypadku, gdy czują się zagrożeni. Włączenie Ukrainy wyraźnie sugeruje, że będzie to kolejna z wielu gwarancji bezpieczeństwa, jakie czołowi członkowie NATO już udzielili temu państwu. W tej kwestii von der Leyen zaproponowała wspólny projekt z Ukrainą mający na celu stworzenie modułowego systemu obrony przeciwrakietowej i zapowiedziała, że ​​kolejne wspólne projekty zostaną uruchomione z wykorzystaniem pozostałych środków programu Security Action for Europe (SAFE).

Na szczeblu krajowym ma zostać przyjęta nowa europejska strategia bezpieczeństwa, której szczegółów nie sprecyzowała, ale która prawdopodobnie ukształtuje stanowisko Unii wobec Rosji w przewidywalnie napiętym porządku powojennym. Wreszcie, von der Leyen ogłosiła „Europejski Instrument na rzecz Strategicznych Instrumentów Wspierających”, przez co miała na myśli to, co określiła jako „kluczowe zasoby wsparcia i mnożniki sił, na których opiera się każda wiarygodna obrona”. Obejmują one zarówno obronę powietrzną i przeciwrakietową, jak i transport strategiczny oraz tankowanie w powietrzu. Od przestrzeni kosmicznej po cyberprzestrzeń.

Ogólnie rzecz biorąc, powiązane ze sobą propozycje von der Leyen dotyczące obronności zoptymalizują powiązane procesy decyzyjne UE, rozszerzą jej wpływy na państwa niebędące członkami i przygotują Europę jako całość na wojnę z Rosją do 2030 roku – całkowicie zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami niektórych jej współpracowników. Poprzez milczące traktowanie Ukrainy jako sojusznika we wzajemnej obronie poprzez włączenie jej do proponowanej Europejskiej Rady Bezpieczeństwa i traktowanie jej przemysłu zbrojeniowego jako części UE, Ukraina pozostanie najbardziej prawdopodobnym czynnikiem wywołującym wojnę między UE a Rosją w nowej erze.

Histeria wojenna, która ogarnęła blok, prawdopodobnie zostanie wykorzystana jako federalistyczna gra o władzę, w miarę jak UE ewoluuje od unii gospodarczej, a następnie swoistej unii politycznej, w unię wojskową. Oczekuje się, że Niemcy, pod wodzą von der Leyen, będą przewodzić zmilitaryzowanej UE, zarówno ze względu na ich dominujący wpływ gospodarczy na Unię, jak i zdolność do wydawania znacznie większych środków na obronność niż jakikolwiek inny członek. Chociaż Polska posiada obecnie największe siły zbrojne w NATO, niemieckie siły zbrojne są na dobrej drodze, aby je przewyższyć.

Rządzący w Polsce liberałowie aspirują do bycia najważniejszym młodszym partnerem Niemiec w powstrzymywaniu Rosji w ramach „NATO 3.0”, podczas gdy konserwatywna opozycja, reprezentowana głównie przez prezydenta, dąży do roli najważniejszego partnera USA. Jeśli urzędujący politycy pozostaną u władzy po kolejnych wyborach do Sejmu jesienią 2027 roku, geopolityczny los Polski będzie przesądzony; jednak powrót konserwatystów (prawdopodobnie w koalicji z siłami libertariańskie-nacjonalistycznymi) mógłby skłonić Polskę do próby zawarcia sojuszu „międzymorza”, który miałby zrównoważyć odradzającą się hegemonię Niemiec.

Oto dwa najbardziej prawdopodobne scenariusze tego, jak będzie wyglądała zachodnia flanka nowego „kordonu sanitarnego”: albo będzie to zdominowana przez Niemcy, zmilitaryzowana UE, albo zmilitaryzowana UE, w której kierowane przez Polskę „Międzymorze” będzie stanowiło przeciwwagę dla niemieckiej hegemonii nad blokiem, uzupełniając jednocześnie jej wysiłki na rzecz powstrzymania Rosji.

Tak czy inaczej, von der Leyen właśnie postawiła Europę na drodze wojny z Rosją, a jedynym sposobem na uniknięcie nieuchronnej Trzeciej Wojny Światowej byłoby zdecydowane przywrócenie przez Rosję jej siły odstraszającej.

Źródło: Plany obronne von der Leyen stawiają Europę na drodze do wojny z Rosją

Mission Impossible: Jak Trump i Pieskow sprowadzili „Wielkiego Żebraka” na ziemię

Mission Impossible:

Jak Trump i Pieskow

sprowadzili „Wielkiego Żebraka”

na ziemię

[Wielkiego Żebraka – aluzja do „Wielkiego Kombinatora” Ilfa i Pietrowa md]

=============================================

Andriej Nizamutdinow o tym, dlaczego nowojorska podróż Zełenskiego okazała się stratą czasu

Andrei Nizamutdinov , obserwator w Centrum Analitycznym TASS

23 września, tass-ru/opinions

Wołodymyr Zełenski i prezydent USA Donald Trump© AP Photo/ Julia Demaree Nikhinson

Mistrz intryg Ostap Bender znał 400 stosunkowo uczciwych sposobów na wyłudzenie pieniędzy. Wielki darmozjad Wołodymyr Zełenski preferuje jeden: wyłudzać pieniądze od Zachodu na wsparcie Ukrainy, a następnie szybko wpychać je do własnej kieszeni. Przez jakiś czas mu się to udawało. Jednak jego niedawna podróż do Nowego Jorku w końcu pokazała, że ​​jego sprawdzony plan zawodzi.

Czy kraje zagraniczne nam pomogą?

Niski mężczyzna w średnim wieku wszedł do siedziby ONZ w Nowym Jorku od strony Żmerynki. Ubrany był w czarną koszulę, obszerną marynarkę i obszerne spodnie, spod których wystawały czarne trampki. Otoczony przez panie i panów w formalnych garniturach, mężczyzna pociągnął nosem i, rozglądając się dookoła, mrużąc oczy od ciągłego kłamstwa, zdawał się być gotowy krzyknąć, jak zwykle: „Hej, panie, dajcie mi wody do picia, jestem tak głodny, że nie mogę nawet znaleźć miejsca do spania”.

  • Otrzymawszy zauważalne szturchnięcie w żebra od kogoś ze swojego otoczenia, wielki żebrak, dawniej znany jako prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, opamiętał się i szybko przyjął oficjalny ton: „Panie i panowie, pilnie dostarczcie rakiety do systemów Patriot i 27… nie, jeszcze lepiej, 29 miliardów euro, inaczej nie dotrwamy do zimy”.

Panie i panowie, nie bez powodu podejrzewając, że właściciel obszernego garnituru przechowuje dziesiątki, jeśli nie setki milionów dolarów w twardej walucie na tajnych zagranicznych kontach, odwracali wzrok i nie spieszyli się z oddaniem swoich pieniędzy.

Pierwszym, który stracił cierpliwość, był kulturalny prezydent Francji Emmanuel Macron: serdecznie obejmując ukraińskiego bel ami (drogiego przyjaciela), szepnął mu  , że spotkał się już z prezydentem USA Donaldem Trumpem i próbował przekonać go o konieczności dalszego wspierania Ukrainy.

Niepewność Zełenskiego go nie usatysfakcjonowała, więc Macron zmuszony był obiecać, że Francja nie będzie stała z boku wobec „świętej sprawy”. „Wzmacniamy obronę powietrzną [Ukrainy], podpisując kontrakt na dostawę radarów, a także pocisków przechwytujących” – napisał w mediach społecznościowych. Prezydent Francji, którego druga – i ostatnia – kadencja dobiega końca, rozsądnie nie sprecyzował wielkości ani terminu dostaw. Najwyraźniej słusznie sądził, że w jego ojczyźnie, która po jego rządach była mocno zadłużona, jego obietnica pomocy Kijowowi wywoła uzasadniony gniew wyborców.

Jeśli uścisk z Macronem pozostawił po sobie niesmak, to spotkanie Zełenskiego z innym wpływowym patronem, przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen, było zupełnie inne. Bloomberg nazwał je „napiętym”, delikatnie mówiąc. Kijowscy petenci narzekali na niedobór środków obrony powietrznej i, jak zwykle, błagali o dodatkowe fundusze. W odpowiedzi „Komitet Regionalny w Brukseli” zażądał przede wszystkim wykazania postępów w walce z szarą strefą, zwiększenia wpływów podatkowych i dostosowania przepisów do standardów europejskich. Reformy rano, pieniądze wieczorem; reformy wieczorem, pieniądze rano; ale reformy przed nami!

Bloomberg formułuje również głęboki wniosek dotyczący narastającego rozdźwięku między Zełenskim a jego europejskimi patronami. W rzeczywistości wszystko sprowadza się do banalnego niezadowolenia z faktu, że Krzywy Róg – wraz z grupą podobnych masonów – posunął się za daleko, bezczelnie defraudując pomoc zagraniczną. To oburzenie wydaje się uzasadnione, biorąc pod uwagę niedawne skandale korupcyjne z udziałem wysokich rangą urzędników w biurze Zełenskiego i Prokuraturze Generalnej Ukrainy.

Usiądź i bądź cicho

Jednak punktem kulminacyjnym zagranicznej podróży kijowskiego wicekróla było ewidentnie nie uściski z Macronem i rozmowy z von der Leyen, lecz rozmowy z Trumpem. Ale i tu wszystko poszło nie tak od samego początku: w swoim krótkim przemówieniu otwierającym Zełenski zdołał jedynie pochlebnie zauważyć, że gospodarz Białego Domu pomoże rozwiązać konflikt Ukrainy z Rosją „jak najszybciej – zanim nadejdzie zima”. Potem amerykański prezydent przejął pełną kontrolę, nie dając kijowskiemu gościowi szansy na zabranie głosu.  

Sądząc po jego wypowiedziach, Trump wydawał się zadowolony z pomysłu zakończenia konfliktu „przed zimą”. Jednak późniejsze oświadczenia Amerykanina o gotowości do ponownego spotkania z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem i jego dyskusja na temat negatywnego wpływu ukraińskich strajków na rosyjskie firmy paliwowe i energetyczne, skutkującego wzrostem cen oleju napędowego, wywołały jawną irytację Zełenskiego.

Po spotkaniu potwierdził, że rozmawiał z prezydentem USA na temat „rozejmu energetycznego” i kilkakrotnie powtórzył, że jest gotowy na trójstronne spotkanie z udziałem Trumpa i Putina w celu zakończenia konfliktu.

Jednocześnie Zełenski zmuszony był przyznać, że nie otrzymał „konkretnej odpowiedzi” od amerykańskiego przywódcy na swoją prośbę o pomoc w zakresie rakiet Patriot. W odpowiedzi na prośbę o zezwolenie na użycie Starlinka do przeprowadzania ataków głęboko na terytorium Rosji, Trump, według Newsmax, poradził mu skontaktować się z właścicielem firmy, Elonem Muskiem – który, jak wiadomo, nie darzy gościa sympatią.

Misja niemożliwa

Wygląda na to, że misja Zełenskiego w Nowym Jorku zakończyła się fiaskiem: Kijów nie otrzymał ani pocisków, ani pieniędzy. Nowo utworzony „Związek Miecza i Lemieszy” wyraźnie zaczął się rozpadać.

Odnosząc się do możliwości spotkań na szczycie,  rzecznik prasowy prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow udzielił jasnej i jednoznacznej odpowiedzi : „Organizowanie spotkania na szczycie przed zakończeniem prac na szczeblu ekspertów jest niewskazane — byłoby stratą czasu”.

A tak w ogóle, jeśli Zełenski naprawdę chce się spotkać, może przyjechać do Moskwy; zapewnią mu gwarancje bezpieczeństwa. „I on doskonale wie, jakie decyzje trzeba podjąć” – dodał Pieskow.

Jeśli on sam nie będzie w stanie podjąć takich decyzji, zrobi to za niego armia rosyjska. I właśnie to robi.

Zima, której tak bardzo obawiają się Kijów i Zachód, nadchodzi. Czas się spieszyć.

Przez żołądek do głowy

Stanisław Michalkiewicz:

Przez żołądek do głowy

23.09.2026 Stanisław Michalkiewicz prawy/przez-zoladek-do-glowy

Jak w swoim czasie zauważył Stefan Kisielewski, socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w innym ustroju. Jedną ze zdobyczy socjalizmu jest przymusowe i powszechne nauczanie. Jest to przedstawiane, jako wielka zdobycz ludu pracującego, podobnie, jak powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne. Tymczasem powszechne i przymusowe ubezpieczenia społeczne, obok – jak powiedziałby Kukuniek – plusów dodatnich, mają też liczne plusy ujemne.

Jednym z nich jest przymusowy charakter tych ubezpieczeń. Jeśli są one takie dobre, to dlaczego są przymusowe? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, wyobraźmy sobie, że powszechne ubezpieczenia społeczne nie są przymusowe. Jak wtedy wyglądałyby negocjacje między ubezpieczalnią, a kandydatem na klienta? Ubezpieczalnia poinformowałaby klienta, że będzie musiał oddawać jej połowę dochodu. – No dobrze – odpowiedziałby klient – ale co ja z tego będę miał? Zakładając, że rozmowy przebiegałyby uczciwie, ubezpieczalnia oświadczyłaby: kiedyś coś ci damy. Kiedyś – bo Sejm może przecież w każdej chwili zmienić wiek emerytalny – nie tak dawno zresztą zrobił to dwukrotnie – no i może zmienić sposób naliczania emerytur i rent, więc „kiedyś coś”.

Obawiam się, że żaden przytomny człowiek takiej umowy by nie podpisał – i dlatego ubezpieczenia społeczne są przymusowe – podobnie jak edukacja na poziomie podstawowym. Innym plusem ujemnym powszechnych ubezpieczeń jest to, że są one główną przyczyną kryzysu demograficznego. Opisał to w swoim czasie laureat Nagrody Nobla z ekonomii w roku 1992, Amerykanin Gary Stanley Becker. Według niego ubezpieczenia społeczne pozornie rozrywają związek między sytuacją ludzi starszych, a posiadaniem dzieci, w związku z tym ludzie przestają traktować dzieci jako inwestycję, a zaczynają traktować je jako obciążenie, od którego instynktownie uciekają. Becker bowiem dostał Nobla za udokumentowanie twierdzenia, że ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali. Skoro tedy uważają, że dzieci są obciążeniem, to od niego uciekają, a państwo – zainteresowane tym, by do systemu ubezpieczeniowego napływało jak najwięcej pieniędzy, jeszcze ich do tego zachęca, legalizując aborcję i propagując antykoncepcję.

Ale wskutek tego, po 50 latach narasta w społeczeństwie odsetek ludzi starych i w rezultacie – o ile np. w latach 60-tych na jednego beneficjenta systemu, tzn. emeryta, czy rencistę, przypadało siedmiu wpłacających, to teraz – niecałych dwóch. Żeby stworzyć wrażenie, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, rządy zadłużają państwa, to znaczy – nie tyle „państwa” – co obywateli – wpychając ich w coraz głębszą niewolę lichwiarskiej międzynarodówki. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy – płacić lichwiarzom coraz wyższe procenty, czyli – obywatele muszą oddawać im coraz większą część bogactwa, wytwarzanego własną pracą. Nazywa się to uczenie „bezwzględnym zubożeniem”.

Tymczasem te wszystkie plagi przedstawiane są jako rodzaj dopustu Bożego, na który – jak wiadomo – nic poradzić nie można. Dzięki temu, w ramach przymusowej edukacji, dzieci od samego początku są duraczone socjalistyczną propagandą, jakoby te wszystkie wynalazki były szalenie pożyteczne. W rezultacie bardzo trudno później przekonać kogokolwiek, że jest inaczej i dlatego nie więcej, jak 25 procent obywateli zaczyna powątpiewać w socjalizm, podczas gdy cała reszta – wierzy weń bez zastrzeżeń, dzięki czemu Umiłowani Przywódcy mogą ich eksploatować przez całe dziesięciolecia.

Wprawdzie dzieci w ramach przymusowej edukacji uczone są sztuki pisania i czytania – ale cóż mogą przeczytać? Ano – na przykład – że klimat się ociepla z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – za przyczyną ludzkiej działalności. Klimat rzeczywiście się zmienia, raz się ociepla, a innym razem – oziębia – ale przyczyną tych zmian są zjawiska kosmiczne, jak kąt nachylenia osi ziemskiej do płaszczyzny ekliptyki, który sprawia, że zmieniają się pory roku – jak precesja, czyli zakreślanie przez ziemską oś kręgów wokół bieguna niebieskiego, Zakreślenie jednego takiego kręgu trwa 26 tys. lat i nazywane jest „rokiem platońskim”. Wreszcie – „rok galaktyczny” trwający 250 mln lat. Układ Słoneczny, wraz z Ziemią, pędzi z ogromną prędkością wokół centrum galaktyki – ale ona też jest ogromna; jej średnica liczy ok. 100 tys. lat świetlnych, więc mimo ogromnej prędkości jedno okrążenie trwa właśnie 250 mln lat.

W trakcie tego lotu Układ Słoneczny przez kilkadziesiąt mln lat przelatuje przez obszar czystej próżni, gdzie nic nie przesłania Ziemi promieni słonecznych, w związku z czym może się ona ogrzać. Ale potem wlatuje w obszar trochę zanieczyszczony pyłami i gazami, wskutek czego część promieniowania Słońca już do ziemi nie dociera, wskutek czego planeta nasza zdąży się ochłodzić.

Na przykład w epoce kredy, kiedy ludzi na Ziemi, a zatem i przemysłu jeszcze nie było, poziom mórz był wyższy od obecnego o 250 m, bo na Ziemi w ogóle nie było lodu, nawet na biegunach. Ale potem dlaczegoś się ochłodziło; mnóstwo wody zostało uwięzionych w lodowcach biegunowych, w lodowcach górskich i wiecznych śniegach, wskutek czego poziom mórz obniżył się mniej więcej do obecnego – ale specjaliści powiadają, że klimat znowu się ociepla.

I pewnie tak jest rzeczywiście, tyle, że amatorzy tresowania ludzi do zachowań stadnych, zwęszyli okazję, by wykorzystać ocieplenie klimatu do tresury. W tym celu lansowana jest opinia, że ocieplenie klimatu dokonuje się z przyczyn antropogenicznych, to znaczy – spowodowanych działalnością człowieka. Następstwem tej propagandy są wszystkie „zielone wały”, czy opłaty z tytułu emisji zbrodniczego dwutlenku węgla – a w duraczeniu ludzi brało do niedawna udział towarzystwo dramatycznie nazywane „Ostatnim Pokoleniem – dopóki Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje nie cofnęła mu subwencji i nie nakazała zaprzestania happeningów.

Możliwe, że dlatego, iż vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda wpadły na pomysł tresowania dzieci do walki ze złowrogim klimatem przy pomocy szkolnych stołówek. One też są uważane za wielkie dobrodziejstwo, ale kiedy uświadomimy sobie, że najpierw vaginet musi odebrać rodzicom tych dzieci część dochodu, by potem sfinansować szkole stołówki, to nasz entuzjazm do tego wynalazku już słabnie. Tym bardziej, że przy okazji dożywiania dzieci za pieniądze odebrane wcześniej m.in. ich rodzicom, vaginessy z vaginetu obywatela Tuska Donalda tresują biedne dzieci do walki z klimatem poprzez tak zwane „menu planetarne”.

Pulchna pani Katarzyna Lubnauer twierdzi, jakoby posiłki wegetariańskie było zdrowsze, ale już sama nazwa tej diety zdradza prawdziwe intencje tego wynalazku. Nie chodzi o to, czy zdrowsza, tylko chodzi o to, że słuszna, a być może nawet – jedynie słuszna. Tresura zaczyna się od dzieci – ale te dzieci kiedyś przecież dorosną, a od małego będą przyzwyczajone do tego, że o tym, co mają jeść, a czego lepiej nie jeść, decydują dobre panie z rządu. I o to naprawdę chodzi.

Stanisław Michalkiewicz

Atak podczas Mszy w klasztorze w Jarosławiu. Ukrainiec zamordował księdza, trzej inni są ranni. MeRdia i min. Kierwiński kłamią.

Atak w klasztorze w Jarosławiu.

Ukrainiec zamordował księdza,

trzej inni są ranni.

polsatnews/atak-w-klasztorze-piec-osob-rannych-wsrod-nich-ksieza

Nie żyje ksiądz, a cztery inne osoby są ranne po ataku obywatela Ukrainy w klasztorze w Jarosławiu na Podkarpaciu. 31-letni napastnik jest w rękach policji. Śledczy ustalają okoliczności zdarzenia.

Atak w klasztorze w Jarosławiu

Do ataku doszło w czwartek około godz. 9:30 rano w Klasztorze Sióstr Benedyktynek w Jarosławiu. – 31-letni obywatel Ukrainy zaatakował nożem czterech mężczyzn i jedną kobietę []nie podają, czy to zakonnica – Benedyktynka ] na terenie jarosławskiego opactwa, na ulicy Benedyktyńskiej (woj. podkarpackie) – potwierdziła Interii aspirant sztabowy Anna Długosz z Komendy Powiatowej Policji w Jarosławiu.

Policjantka potwierdziła informację o śmierci jednego z trzech rannych księży. 

Podkarpacie. Atak w klasztorze w Jarosławiu. Nie żyje ksiądz, cztery inne osoby w szpitalu.

Poszkodowanych zostało czterech mężczyzn (wśród nich trzech księży) oraz jedna kobieta. Wszyscy trafili do szpitala. Początkowo informowano, że stan trzech jest zagrażający życiu. Później Interia ustaliła, że jeden z księży zmarł. 

Ukrainiec, który dokonał ataku jest w rękach policji. – Na miejscu są przesłuchiwani świadkowie, trwają oględziny i ustalamy wszelkie okoliczności tego zdarzenia – informowała aspirant sztabowy Anna Długosz.

Teren opactwa został odgrodzony. Na miejscu trwają czynności policji i prokuratury. Przybyła też wojewoda Teresa Kubas-Hul.

Do sprawy odniósł się na platformie X szef MSWiA Marcin Kierwiński.

Burmistrz Jarosławia Marcin Nazarewicz przekazał Interii, że „w tej chwili zespół zarządzania kryzysowego poinformował szkoły, urzędy i parafie, że takie zdarzenie miało miejsce”. Do wymienionych instytucji zwrócono się z apelem, żeby „zwróciły większą uwagę na to, kto wchodzi do budynków”. [SIC !! md]

==============================

MeRdia „informują” , czyli kłamią, że zaatakowani to „przypadkowe osoby”

Nowa strategia Ukrainy: „Pilne zawieszenie broni” przed zimową burzą ogniową

Nowa strategia Ukrainy:

„Pilne zawieszenie broni”

przed zimową burzą ogniową

Symplicjusz simplicius/ukraines-new-strategy-urgent-ceasefire

Jak przewidywaliśmy w poprzednim artykule, spotkanie Trumpa z Zełenskim nie przyniosło niczego poza nową próbą zawieszenia broni, co jest niczym więcej niż tylko tymi samymi starymi, wyreżyserowanymi pogańskimi słowami.

Zełenski i jego sponsorzy rozpoczęli kampanię na rzecz zawieszenia broni z pełną mocą, a minister spraw zagranicznych Sybiha ogłosiła zamiar Ukrainy natychmiastowego zaprzestania wszelkich działań wojennych, w otoczeniu grupy zdenerwowanych przedstawicieli UE:

Could not load video.

Informacje z ostatniej wizyty Kushnera i Witkoff w Kijowie sugerowały, że na Zełenskiego wywierana jest coraz większa presja ze strony pachołków Trumpa, by wycofał AFU z Donbasu, aby spełnić główny warunek Putina dotyczący tego pożądanego zawieszenia broni. Zełenski jednak odmawia, prawdopodobnie dlatego, że byłoby to polityczne – a być może i materialne – samobójstwo.

Could not load video.

Zamiast tego Rosja rozpoczęła nową, systematyczną kampanię niszczenia ukraińskich kolei, w ramach której, według Politico, zniszczono dotychczas 40 lokomotyw miesięcznie:

https://www.politico.eu/article/rosja-uderza-w-pociągi-pasażerskie-i-niszczy-morale-gospodarki-ukrainy/

KIJÓW — Rosja coraz częściej atakuje ukraińskie pociągi pasażerskie za pomocą dronów napędzanych silnikiem odrzutowym, zagrażając sieci kolejowej mającej kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju, logistyki wojskowej i przepływu osób.

Strajki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw od rozpoczęcia pełnej inwazji w 2022 roku; ponad 60% z nich zostało uszkodzonych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Ukraińskie Koleje Państwowe tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.

Ministerstwo obrony Rosji potwierdziło ataki na pociągi, opisując je jako część strategii mającej na celu zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni wykorzystywanej w działaniach wojennych Kijowa.

Zaledwie wczoraj wieczorem pojawiła się informacja, że ​​dworzec kolejowy w Kijowie, na który zazwyczaj przyjeżdżają delegacje zagraniczne, mógł zostać zaatakowany w kolejnym dużym ataku dronów.

Ale dlaczego te ataki zaczęły się nasilać dopiero teraz, pyta wiele osób. Według prezesa ukraińskiego urzędu kolejowego, dzieje się tak dlatego, że rosyjskie sieci mesh, będące ubogą wersją Starlinka, dopiero zaczynają się rozwijać:

Rosja rozpoczęła polowanie na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po uzyskaniu anten sieciowych, powiedział Piercowski. Technologia ta pozwala dronom na przesyłanie sygnałów między sobą lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami na Białorusi lub okupowanej Ukrainie, umożliwiając operatorom sterowanie nimi w czasie rzeczywistym, pomimo środków walki elektronicznej, i atakowanie ruchomych celów, takich jak pociągi.

W niedawnym wpisie czołowego proukraińskiego analityka zaprezentowano przybliżoną mapę tych stref siatki, których powstanie jest możliwe dzięki „powtarzaczom” sygnału:

Witalij@ M0nstas

Mapa zasięgu siatki 150 km.

Ostatnie trasy dronów wskazują na pewne oznaki, że Naddniestrze może również gościć repeatery.

18:27 · 23 września 2026 · 3,54 tys. wyświetleń


Krótkie wprowadzenie do kontekstu jest na miejscu, ponieważ wciąż widzę w internecie pytanie: Dlaczego Rosja potrzebuje odpowiednika „Starlink”, aby trafiać w cele w zachodnich regionach Ukrainy?

Rosja oczywiście ma pociski kierowane GPS, które mogą trafiać w cele w dowolnym zasięgu na Ukrainie. Problem polega na tym, że muszą to być cele statyczne, ponieważ pociski po prostu docierają do określonych współrzędnych GPS. Ale jak można trafić w ruchomy lub poruszający się cel, taki jak lokomotywa, skoro jego współrzędne GPS ulegną zmianie w momencie dotarcia pocisku? Dlatego potrzebne są informacje zwrotne w czasie rzeczywistym , które mogą być dostarczane wyłącznie za pośrednictwem łącza satelitarnego lub sieci mesh, która przekazuje obraz wideo z drona lub pocisku do kontrolera na terytorium sojuszniczym.

To głównie dlatego Rosja nie była w stanie przechwycić zachodniej granicy Ukrainy i zapobiec napływowi różnych transportów broni na Ukrainę. Wymaga to kontroli w czasie rzeczywistym, którą mogą zapewnić jedynie bezpośrednie łącza satelitarne, umożliwiające śledzenie poruszających się pojazdów z transmisją na żywo i ich zestrzelenie. Teraz, gdy rosyjski Starlink powoli zaczyna przynosić efekty, a sieć mesh również się rozrasta, te działania szybko stają się realną rzeczywistością w perspektywie średnioterminowej.

W tym celu Rosja po raz pierwszy zademonstrowała swój rodzimy naziemny terminal konsumencki Starlink podczas wyborów do Dumy kilka dni temu, zapewniając dostęp do Internetu w odległej syberyjskiej wiosce:

Could not load video.

Biuro 1440 przetestowało swój satelitarny system internetowy Rassvet w Arktyce… do zdalnego głosowania w wyborach do Dumy Państwowej.

Mały terminal użytkownika Biura 1440 został zainstalowany we wsi Nelmin-Nos w Nienieckim Okręgu Autonomicznym, łącząc się z satelitami na orbicie i zapewniając dostęp do internetu tabletowi przez Wi-Fi.

Pomijając zagadkowe połączenie z wyborami, jest to rzeczywisty dowód na to, że rosyjski odpowiednik Starlink działa, zapewniając satelitarny dostęp do internetu w odległych obszarach.Jesteśmy coraz bliżej wdrożenia tej łączności, początkowo w stałych lokalizacjach w tylnej kwaterze, a później bliżej linii frontu.Mały krok dla pojedynczego abonenta, ale wielki skok dla całego rosyjskiego systemu łączności.

Serhij Flash, czołowy ukraiński ekspert w dziedzinie radioelektroniki, opublikował nowy wpis, w którym apeluje o traktowanie sytuacji z Rassvet („Świt”) niezwykle poważnie i krytykuje tych, którzy lekceważą rosyjskie „porażki” w pierwszym teście tych satelitów. Wyjaśnia, że ​​Rosja jest potęgą kosmiczną i że rosyjska rakieta mogłaby wkrótce wynieść na orbitę całe konstelacje tych satelitów za jednym zamachem:

Przepisane, na wypadek gdyby powyższe było dla niektórych nieczytelne:

Widzę, że wielu uspokoiły niepowodzenia Rosji w umieszczeniu satelitów Rassvet na orbicie. Jestem pewien, że udoskonalą silniki i satelity osiągną pożądane orbity. Rosja jest potęgą kosmiczną i całkiem możliwe, że rakieta Angara „niespodziewanie” wyniesie na orbitę połowę konstelacji satelitów Rassvet jednym startem. To da wrogowi możliwość kontrolowania Szahedów i pocisków rakietowych online za pośrednictwem satelitów.

To będzie dla nas ogromny problem. Nie, to nawet nie jest problem, to będzie mała katastrofa.

Teraz mamy problem z EW vs. MESH. Przez rok nikt się tym nie zajął. Potem będzie tak samo z „Dawn” (Rassvet). Wszyscy będą zaskoczeni „jak to się stało”, ktoś zapyta, dlaczego Flash milczał. Ja nie milczę, tak jak było z MESH, tak z Dawn dosłownie krzyczę o zagrożeniu. Zanim pojawią się satelity Rassvet, musimy mieć już opracowany system walki elektronicznej. I nie tylko opracowany. Wszystkie kluczowe obiekty infrastrukturalne muszą JUŻ być objęte tym systemem walki elektronicznej. I muszę od razu powiedzieć, że to wszystko nie będzie tanie i szybkie.

W związku z powyższym, przypomnijmy, że Rosja od dawna rozwija rakietę Amur, która ma być wielostopniowym wzmacniaczem, podobnym do systemu Falcon firmy Space X. Właśnie dzisiaj szef rosyjskiego Roskosmosu, Dmitrij Bakanow, ogłosił, że przeprowadzono już dwa testy silników rakietowych:

https://www1.ru/news/2026/09/23/amur-spg-prosel-eshhe-odin-ognevoi-test-cto-proisxodit-s-rossiiskoi-mnogorazovoi-raketoi.html

W przypadku obiecującej rakiety wielokrotnego użytku „Amur-SPG” przeprowadzono już dwa udane testy wypalenia silnika.Poinformował o tym Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu, podczas spotkania z premierem Michaiłem Miszustinem.

„Obecnie pracujemy nad rakietą nośną „Amur” z powracającym pierwszym stopniem i udało nam się uruchomić dwa silniki, wykorzystując parę paliwową: gaz-gaz — skroplony gaz-tlen.

Dmitrij Bakanow, dyrektor generalny Roskosmosu

W 2025 roku stwierdził, że Rosja będzie potrzebowała ponad dwóch lat, aby rozpocząć poważne testy rakiety w warunkach rzeczywistych, w ramach których będzie ona wykonywać rzeczywiste „skoki”, czyli samodzielnie startować i lądować. Niektórzy twierdzą, że testy te są obecnie planowane na 2028 rok. Co prawda, nie jest to jeszcze tak szybko, ale gdy Rosja w pełni rozwinie tę technologię, umożliwi ona przyspieszenie masy satelitów Rassvet i dotarcie na orbitę.

Aby wyjaśnić, co powiedział Serhij Flash, Rosja do tej pory używała rakiet średniego nośności Sojuz 2.1b do wynoszenia na orbitę 16 satelitów Rassvet naraz. Sugeruje on, że Rosja mogłaby zamiast tego wykorzystać system Angara, który mógłby potencjalnie wystrzelić w kosmos nawet 40-60 takich satelitów naraz. Wąskim gardłem jest prawdopodobnie produkcja samych satelitów, ale nie mamy pewności, czy Rosja mogłaby nagle osiągnąć przełom w produkcji, który umożliwiłby masowe wystrzelenie tych satelitów po początkowym locie próbnym w tym roku.

Skoro mowa o rosyjskim rozwoju technologicznym, wspomnijmy również o tym, co dzieje się w dziedzinie obrony przed atakami ukraińskich dronów. Rosja rozpoczęła szeroko zakrojony projekt polegający na zabezpieczeniu rafinerii ropy naftowej różnego rodzaju strukturami obronnymi.

Poniżej znajdują się zdjęcia rafinerii, nad którymi rozłożono siatki oraz ustawiono wysokie stosy kontenerów transportowych w formie ścian przeciwpożarowych po obu stronach:

Nowe nagrania z bliska pokazują pracowników montujących siatki nad jedną z rafinerii:

Could not load video.

Kolejna interesująca aktualizacja dotyczy czołgów i broni pancernej. Większość skreśliła pojazdy pancerne ze względu na rozprzestrzenianie się dronów, ale ostatnio coraz więcej ukraińskich osobistości twierdzi, że rosyjskie czołgi stają się coraz trudniejsze do zniszczenia ze względu na postęp w dziedzinie zwalczania dronów.

https://defence24.pl/wojna-na-ukrainie-raport-specjalny-defence24/ukrainski-dowodca-ostrzega-coraz-trudniej-zneutralizowac-rosyjskie-pojazdy-opancerzone

Dowódca Azowa, Prokopenko, mówił o tym w nowym wywiadzie. Jego jednostki bronią rejonu dolnego Kramatorska i przewiduje, że jesienią Rosja rozpocznie cięższe ataki zmechanizowane, których nie będzie łatwo powstrzymać z kilku powodów:

1. Rosja umiejętnie zmodernizowała swój pancerz do celów szturmowych, włączając w to aktywne systemy ochrony (jak ostatnio Arena-M), grille i klatki przeciwpancerne, systemy walki elektronicznej itp. Czołgi nie są już łatwe do zniszczenia i mogą wymagać [do zniszczenia] dziesiątek, jeśli nie setek dronów.

2. Rosja stawia na dokonywanie małych przełomów taktycznych, w ramach których jednostki pancerne wnikają na głębokość jednostek ukraińskich dronów, zmuszając je do rozproszenia, co pozwala rosyjskim piechocie zająć pozycje.

Could not load video.

Niedawno zademonstrowano to na przykładzie rosyjskiego czołgu T-90M, który według doniesień wytrzymał 40 ataków dronów w kierunku Dobropole:

Could not load video.

Historia czołgu T-90M o kryptonimie „Krepyisz”, który wytrzymał ponad 40 ataków dronów i kilka min magnetycznych podczas 12-kilometrowego marszu w kierunku Dobropole.

Urządzenia obserwacyjne i działo pojazdu zostały całkowicie unieruchomione, ale nie były w stanie go zniszczyć. Ostatecznie dron „Baba Jaga” zrzucił na czołg gaz łzawiący, zmuszając załogę do ewakuacji. Załodze czołgu udało się uciec do starego okopu, z którego szli przez kilka dni, aby dotrzeć do własnych pozycji. Załoga została odznaczona Orderem Odwagi.

Takie incydenty nie są już odosobnione – nowoczesne, kombinowane systemy przeciwdronowe znacznie zwiększają przeżywalność pojazdów bojowych w starciu z dronami kamikaze z niewielkim ładunkiem. Przykładowo, polska publikacja Defence24.pl, powołując się na słowa dowódcy I Korpusu Gwardii Narodowej Denisa Prokopenko, podaje, że do zatrzymania 2-3 rosyjskich czołgów potrzebnych było około 125 dronów.

A teraz krótka aktualizacja z pola bitwy. Wielu wspominało o niedawnym „upadku” rosyjskiej kontroli nad obszarem Lyman, a niektórzy prosili mnie o komentarz w tej sprawie.

Prawdą jest, że siły rosyjskie zostały wyparte z rejonu Swiatogorska w ramach długotrwałej serii ukraińskich kontrataków, które zostały ujawnione jako duża, trwająca operacja, którą czołowy ukraiński uczestnik, 3. Korpus Armijny, nazwał „Operacją Vivaldi” . Nawet będąc siłą częściowo pokonaną, Ukraina wciąż jest w stanie od czasu do czasu zmobilizować niewielkie oddziały elitarnych jednostek, które mogą przytłoczyć słabiej wyposażone/przygotowane siły rosyjskie w wybranych obszarach, szczególnie w „uśpionych” i mniej znaczących obszarach mapy.

W tym przypadku główną odpowiedzialność ponosił ukraiński 3. Korpus Armijny dowodzony przez Andrija Biletskiego. Sam Biletski przyznał, że celem było jedynie zapewnienie jednostkom Armii Ukraińskiej lepszych pozycji obronnych:

Could not load video.

Krótko mówiąc, potwierdza to, że jednostki AFU w tym sektorze nie mają wystarczającej liczby ludzi, aby przełożyć swoje sukcesy na coś długofalowego, lecz raczej koncentrują się na blokowaniu postępów Rosji i ulepszaniu własnych linii obronnych.

Na praktycznie każdym innym froncie jednostki rosyjskie posuwały się naprzód. Nawet pod koniec 1944 i na początku 1945 roku Wehrmachtowi udawało się od czasu do czasu odnieść zaskakujący sukces, jak na przykład w początkowej fazie bitwy o Ardeny i w innych miejscach. To, że jedna ze stron przegrywa, nie oznacza, że ​​nie jest w stanie zaskoczyć przeciwnika, ale nie należy tego interpretować jako czegoś więcej niż tylko incydentu na tle załamujących się linii na pozostałych 90% sektorów działań wojennych.

W szczególności siły rosyjskie posuwają się naprzód zarówno w południowej, jak i wschodniej części Kramatorska, gdzie można zaobserwować, jak powoli kształtuje się kocioł:

Na wschodnim krańcu jednostki rosyjskie znajdują się zaledwie 4 km od samego Kramatorska, w zasadzie w zasięgu moździerzy:

Największe postępy odnotowano jednak w kierunku południowym, w kierunku Zaporoża, gdzie wojska rosyjskie przebijały się przez Oriechow, otaczając go z obu stron:

Przyjrzyjmy się bliżej:

Dla porównania, tak to wyglądało w aktualizacji z 21 sierpnia :

Można wyraźnie zobaczyć, że cały kocioł uległ już niemal całkowitemu zawaleniu, dzieląc się na dwie małe części, które prawdopodobnie wkrótce się zawalą.

Drugim ważnym obszarem, na którym Rosjanie intensywnie atakują, jest sektor Dobropole. Tutaj możemy zobaczyć porównanie z innym zdjęciem z tego samego serwisu Sitrep z 21 sierpnia.

Oto aktualizacja z 21 sierpnia:

A dziś:

Na osi Dobropolskiej walki toczyły się w rejonie Nowego Donbasu, Bielickiego, Nowogriszyno, Wodyanskoje, Mołodeckoje, Murawka, Mirnoje, Siergiejewka, Nowopodgórnoje i Nowopawłowka. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło nowe okrążenie:

Jednostki grupy wojsk „Centrum”, w wyniku aktywnych i zdecydowanych działań, zakończyły okrążenie dużego węzła obronnego Sił Zbrojnych Ukrainy w mieście Dobropole w Donieckiej Republice Ludowej i kontynuują ofensywę w kierunku Aleksandrowki. Okrążone zostały jednostki 4. i 15. brygady Gwardii Narodowej Ukrainy oraz 425. batalionu szturmowego „Skała”.

W tej problematycznej części miasta postęp nie jest aż tak zauważalny, ale widać, jak powoli okrąża ono miasto.

—

Kilka ostatnich pozycji. Szef ukraińskiego związku konsumentów usług komunalnych ostrzega, że ​​ta zima może być ostatnią dla Ukrainy:

Could not load video.

Ukraina może nie podnieść się po nadchodzącej zimie, jeśli rosyjskie ataki będą kontynuowane – ukraińscy eksperci

▪️Szef Związku Odbiorców Usług Komunalnych stwierdził, że przygotowania do sezonu grzewczego zawiodły: brakuje pieniędzy, budynki mieszkalne nie są wyposażone w zasilanie awaryjne, a sektor prywatny, według niego, jest praktycznie nieprzygotowany.
▪️Popenko ostrzegł, że dalsze strajki w infrastrukturze mogą doprowadzić do konsekwencji, na które Ukraina nie będzie miała środków.
➖ „Następna zima będzie, jeśli nie ostatnią, to taką, która może doprowadzić do nieodwracalnych procesów. Nie będziemy w stanie się podnieść” – stwierdził.

—

Podczas dzisiejszej sesji ONZ Ławrow po raz kolejny powtórzył, że Rosja – po tym, jak wyciągnęła „gorzki wniosek” – nie będzie już dłużej rozważać żadnego zawieszenia broni na czas negocjacji, jakie obecnie oferuje Zachód:

Could not load video.

—

W chwili pisania tego tekstu Kijów ponownie jest celem ataków rakietowych, a według wstępnych doniesień konkretnie rakiet typu Zircon. Jednym z celów miała być elektrownia miejska:

Could not load video.

Na podstawie nagrań wynika, że ​​jedna z elektrowni TETS-5/6 prawdopodobnie została uszkodzona. Raporty wskazują, że niektóre obszary zostały odcięte od zasilania.

Narracje wojenne

Narracje wojenne

Prof. Stanisław Bieleń

Wbrew temu, co pokazuje wojna na Ukrainie, która stała się wojną na wyniszczenie, polscy politycy upierają się, że wojna z Rosją może okazać się wojną szybką i zwycięską. Wygląda na to, że mamy do czynienia z szaleńcami u władzy.

Zamiast nawoływać do ograniczenia ryzyka eskalacji wojny w najbliższym regionie, marzy im się wojna, w której zwycięstwo ma charakter fatamorganiczny, a przewidywane zyski  nie mają żadnego oparcia w realistycznych scenariuszach. Zresztą obserwacja konfliktów na Bliskim Wschodzie (na froncie izraelsko-arabskim, jak i amerykańsko-irańskim)  dowodzi niemożności osiągnięcia zakładanych celów. Widać, jak maleje praktyczna wartość  wojen w osiąganiu spektakularnych zwycięstw.

Ta konstatacja powinna sprzyjać odwróceniu rozumowania o nieuchronności wojny. No bo jakie mogą być jej wymierne korzyści, jeśli najbardziej widocznym rezultatem są straszliwe zniszczenia i ludobójstwo, co uzmysławia tragedia Gazy. Nie można udawać, że skrywane pod eufemizmami „misji” czy „operacji” działania zbrojne są mniej szkodliwe niż oficjalnie deklarowane wojny. A jednak przywódcy polityczni wszystkich niemal opcji – co widać  najlepiej na przykładzie polskiej sceny politycznej – powracają do postrzegania siły militarnej jako kluczowego czynnika gwarancji bezpieczeństwa. Dopuszczają użycie siły w bezpośrednim starciu z arbitralnie wyznaczonym wrogiem jako konieczne i strategicznie wartościowe rozwiązanie.

Takie stanowisko jest w dużej mierze oparte na bezkrytycznej wierze w sojusznicze zobowiązania, zwłaszcza „parasol ochronny” USA oraz zachwycie efektami kolejnej rewolucji w dziedzinie zbrojeń i uzbrojenia. Właśnie ten ostatni czynnik powoduje, że  zmiany technologiczne w uzbrojeniu oznaczają radykalne przezbrojenie armii. Rozwój niedrogich dronów i amunicji krążącej zdecydował o zmianie charakteru działań bojowych.

Wojny z wykorzystaniem ciężkiej broni pancernej przechodzą do historii. Technologie dronowe oraz proliferacja taniej, precyzyjnej, masowo produkowanej broni rakietowej, mobilnych wyrzutni, wzrost widoczności pola walki dzięki dostępowi do wysokiej jakości wywiadu elektronicznego i systemów naprowadzania – niczym zabawki u dzieci wywołują w umysłach polityków skłonność do miraży i fantazjowania.

Obserwowane w ostatnich latach kampanie wojenne na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie (Iran, Liban, Jemen) mogą służyć jako poligony doświadczalne, gdzie Rosja, a także USA i Izrael – pomimo znacznej przewagi militarnej – znalazły się w impasie.  Na wszystkich wymienionych frontach broń dronowa pozwoliła kontynuować  walki dłużej niż oczekiwano oraz zapewniła słabszym państwom, a także podmiotom niepaństwowym (jak Hamas, Hezbollah czy Huti) zadawanie skutecznych strat potężniejszym przeciwnikom.

Warto zauważyć, że w dłuższej perspektywie mocarstwa są w stanie zneutralizować chwilowe przewagi technologiczne państw mniejszych i słabszych. Widać to choćby na przykładzie Rosji, która nową generacją  odrzutowych bezzałogowców przejęła inicjatywę na froncie ukraińskim. Gdyby nie ogromna pomoc Zachodu, idąca w setki miliardów dolarów, trwająca  już piąty rok wojna na wyniszczenie dawno uległaby zakończeniu. Okazuje się, że w każdej przedłużającej się wojnie działa swoiste prawo inercji.  Trudniej ją zakończyć, choć łatwiej było zacząć. Ponadto mało kto pamięta, jakie były rzeczywiste powody i cele rozpoczęcia kampanii wojennej. Eskalacja działań zbrojnych nie ułatwia prowadzenia negocjacji dyplomatycznych.

Mimo wszelkich negatywnych konsekwencji kataklizmów wojennych, w dzisiejszym świecie przeważa retoryka prowojenna, w której wybrzmiewa użyteczność wojen. Przejawia się ona w celach zastraszania społeczeństw i odwracania uwagi od rzeczywistych problemów. Wojny sprzyjają odzyskiwaniu utraconych terytoriów lub zdobywaniu nowych, a także przesuwaniu granic, nawet gdy formalnie obowiązują zasady o ich nienaruszalności.

W ostatnich kilku latach najbardziej spektakularne operacje wojenne w celu odzyskania utraconych terytoriów w poprzednich konfliktach przeprowadził Azerbejdżan przeciw Armenii. W wyniku kampanii w 2020 i 2023 roku doszło do całkowitej likwidacji Górskiego Karabachu jako samodzielnej jednostki quasi-państwowej, podległej Armenii. Kto pamięta o ofiarach tej wojny i exodusie Ormian?

Są wreszcie wojny środkiem ustanawiania kontroli nad ograniczonymi zasobami nośników energii oraz kluczowych minerałów dla rozwoju nowoczesnych technologii. No i stanowią środek prewencyjny na wypadek wzrostu zagrożenia ze strony rywali.

Strategia zastraszenia

Jeśli chodzi o zastraszanie społeczeństw i odwracanie uwagi od realnych problemów, to przoduje pod tym względem tzw. kolektywny Zachód. Kilkadziesiąt państw najwyżej rozwiniętych traci zdolność do zarządzania globalnymi systemami finansowymi, informacyjnymi, logistycznymi i politycznymi. Stąd wojna jest szansą utrzymania władzy i wpływów, powstrzymania rywali, ustanowienia dzięki nowoczesnym technologiom „cyfrowej wasalizacji”. To w państwach Zachodu kładzie się największy nacisk na wzrost budżetów wojskowych, a militaryzacja polityki zagranicznej ma być przykładem dla wszystkich wahających się.

Zarówno Stany Zjednoczone, jak i państwa Unii Europejskiej prowadzą narrację pełną hipokryzji. Deklarując obronę wartości, w tym pokoju i ochronę praw człowieka, jednocześnie cały swój potencjał angażują w cele wojenne. Udział w organizowaniu pomocy Ukrainie, co oznacza krucjatę przeciw Rosji, świadczy o stosowaniu przez liderów państw zachodnich podwójnych standardów  moralnych. W tym samym czasie, gdy nawołują do rozprawienia się ze „zbrodniczą Rosją”,  nie są w stanie potępić i zablokować ludobójstwa, jakie ma miejsce w Strefie Gazy  w wyniku wojennego awanturnictwa Izraela.

USA nie rezygnują w sferze deklaratywnej z obrony sojuszników, przy okazji budując nowe przyczółki ich coraz większego zwasalizowania, jak w przypadku Polski poprzez budowę stałej bazy wojskowej. Biały Dom i Pentagon stoją także na straży wolności żeglugi i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. To jeden z ważnych motywów atakowania Iranu. Niezależnie od zmian administracji prezydenckich imperium amerykańskie nie wycofuje się z wyłącznej  i misyjnej odpowiedzialności za utrzymanie porządku międzynarodowego. To nakazuje kolejnym administracjom, niezależnie od wewnętrznych problemów z ich instytucjonalną legitymizacją, odwoływać się do wojny jako środka zapobiegania niepożądanym wydarzeniom.

Wojny prewencyjne

To USA najczęściej sięgają do logiki wojen prewencyjnych. Ich źródła znajdujemy w starożytności, a w postaci modelowej przypomniał je amerykański politolog Graham Allison, nazywając to zjawisko „pułapką Tukidydesa”. Istotą tej konstrukcji jest przekonanie, że wobec wzrostu potęgi rywala warto uciec się do wyprzedzających działań militarnych, nie po to, by wyeliminować zbliżające się zagrożenie, ale aby zapobiec jego powstaniu. Odnosząc się do ataku Sparty na Ateny w wojnie peloponeskiej jako pierwowzoru takich zachowań, współcześnie Amerykanie wskazują na narastającą groźbę wojny ze strony Chin, które dzięki potężnym zbrojeniom wkrótce mogą stać się nietykalne. Ze względu na skalę potęgi chińskiej oraz strategię umiaru ze strony Pekinu, uderzenie na Chiny w obecnej kondycji Ameryki wydaje się mało prawdopodobne.

Wiele inwazji amerykańskich w przeszłości (nazywanych też interwencjami) miało u swoich podstaw prewencję. Odnosi się to zarówno do Wietnamu, jak i do Iraku, a ostatnio najwyraźniej do Iranu. Operacja Midnight Hammer (Nocny Młot) w czerwcu 2025 roku była kampanią prewencyjną, mającą na celu pozbawienie Iranu możliwości wzbogacania uranu i spowolnienie jego dążeń do uzyskania broni jądrowej. Operacja Epic Fury (Epicka Furia) z przełomu lutego i marca 2026 roku zakładała natomiast nie tylko zniszczenie, ale także zmianę ustrojową Iranu. Mimo zniszczeń i dekapitacji przywództwa napadnięte państwo  pokazało odporność na ataki. USA nie osiągnęły zamierzonych celów, a kampania amerykańska nie zapobiegła projekcji siły militarnej Iranu poza jego granice. Niezależnie od trumpowskiej propagandy, reputacja potęgi amerykańskiej została poważnie nadszarpnięta.

Przywołane przykłady świadczą o tym, że Stany Zjednoczone stanęły otwarcie na gruncie amoralizmu. Przestały bronić liberalnych standardów i działają w obronie egoistycznych interesów, cynicznie łamiąc prawo międzynarodowe i bezczelnie lekceważąc racje innych państw, nawet sojuszniczych. Można śmiało stwierdzić, że z ich przyczyny postępuje barbaryzacja stosunków międzynarodowych, trwa powrót do praktyk drapieżnego imperializmu, przypominającego koniec XIX i początek XX wieku. Wbrew  dorobkowi prawa międzynarodowego, zakazującego napaści i grabieży, na wokandę celów najsilniejszego mocarstwa powraca zajmowanie wszystkiego, co zapewnia przewagi konkurencyjne, a więc terytorium, zasoby surowcowe, technologie, drogi wodne, podmorskie linie komunikacyjne, przestrzeń powietrzną i in.  USA chcą powrócić do roli mocarstwa „rozdającego karty”,  przywołującego siłą do porządku krnąbrnych i nieposłusznych.

System międzynarodowy ulega wszak depolaryzacji i policentryzacji, stąd wiele sfer wymyka im się spod kontroli. Obserwujemy umacnianie się konkurujących ze sobą przestrzeni gospodarczych i technologicznych, funkcjonujących według własnych reguł. W takim świecie długotrwałe kampanie wojenne stają się zbyt kosztowne i wyczerpujące. Tym właśnie można wytłumaczyć ograniczanie przez Donalda Trumpa wsparcia dla Ukrainy, jak i ograniczenie wojny z Iranem, przed osiągnięciem któregokolwiek ze swoich ambitnych celów politycznych.

Rosja i wojna prewencyjna

W odróżnieniu od ekspansywnej i zaczepnej narracji amerykańskiej, szerzej zachodniej, rosyjska wykładnia doktryny wojennej odwołuje się do moralnie uzasadnionej obrony. We wszystkich enuncjacjach występuje odwołanie się do syndromu „oblężonej twierdzy”, osaczenia jej ze strony Zachodu i konieczności reagowania na śmiertelne zagrożenia. Mają one charakter zewnętrzny i narastający, a władze sięgają do siły jako wymuszonej reakcji, podejmowanej po długim namyśle i wyczerpaniu środków dyplomatycznych.

W świadomości powszechnej funkcjonuje mocno ugruntowany mit, że Rosja nie inicjuje wojen, a jedynie reaguje na narastające zagrożenia. Język oficjalny faworyzuje kategorie obrony, wyzwolenia i prawdy historycznej. Unika odniesień do agresywnej przemocy, naruszeń praw człowieka czy grabieży. Odwołując się do wielkich epopei wojennych – wojen ojczyźnianych z czasów Napoleona i Hitlera – Rosja przywraca bezpieczeństwo i sprawiedliwość historyczną. Imperialna polityka ochrony peryferii i rubieży sprzyja prezentacji siebie jako wyzwoliciela i obrońcy. Nawiązuje się w ten sposób do tradycji wyzwoleńczej z czasów wojen tureckich w XIX wieku czy zwycięstwa w II wojnie światowej.

W takim rozumieniu mieści się operacja wojskowa na Ukrainie, która ma charakter prewencyjny. Trwająca kampania wojskowa jest środkiem zapobiegawczym i przynosi – mimo tragicznych strat i ofiar – „pozytywne” rezultaty. Wyklucza bowiem zachodnie afiliacje Ukrainy (przyjęcie  państwa w stanie konfliktu do struktur zachodnich oznaczałoby katastrofę dla nich samych), a także przyszłe stacjonowanie wojsk państw zachodnich. Całkiem prawdopodobne w przyszłych rokowaniach pokojowych może okazać się utworzenie strefy buforowej, której zalet nie są w stanie zrozumieć ani dzisiejsze władze Ukrainy, ani ich protektorzy. Mogłaby to być jakaś forma modus vivendi, rozwiązania przejściowego, ale  ideologizacja stanowisk póki co nie dopuszcza takiego sposobu zakończenia konfliktu.

Zważywszy na determinację Rosji w obronie swoich interesów narodowych trudno dzisiaj dywagować, czy wojny można było całkowicie uniknąć. Obecnie należy raczej rozważać, jak zapobiec jej dalszej eskalacji. Warto przypomnieć, że Stany Zjednoczone Joe Bidena i cała zgraja ich europejskich popleczników  nie były skore do dyskusji kanałami dyplomatycznymi na temat powstrzymania ekspansji NATO na Ukrainę. Wojna prewencyjna Rosji za cenę ogromnych ofiar osiągnęła więc to, czego nie udało się zdobyć dzięki negocjacjom. Warto tu nawiązać do wojny gruzińskiej  w 2008 roku, która również miała charakter prewencyjny. Głównym osiągnięciem Moskwy stało się wówczas zablokowanie instytucjonalizacji orientacji zachodniej Gruzji, zwłaszcza jej akcesji do NATO.

To, co łączy narracje atlantyckie i rosyjskie, odnosi się do podobieństw w politycznym i medialnym pokazywaniu wroga. Tak w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej, jak i w Rosji zbudowano w ostatnim ćwierćwieczu wrogą przestrzeń informacyjną. Oprócz metodycznej dezinformacji i propagandy wprowadzono liczne obostrzenia cenzuralne i poprawnościowe. Podporządkowano komunikację publiczną logice ochrony państwa, co w USA miało związek z atakami terrorystycznymi i akcjami odwetowymi, a w Rosji z narastaniem  syndromu wrogości wobec NATO.

Podobieństwa narracji wojennych dotyczą także stosunku do wrogich stron. I na Zachodzie, i w Rosji dokonuje się depersonifikacji wroga, podkreśla się własny heroizm, wyrzeczenia i racje moralne, odmawiając tych cech przeciwnikom. Mobilizacja medialna i indoktrynacja powodują, że po każdej ze stron – mimo wzrostu sił opozycyjnych – utrzymuje się lojalność wobec władz, a nawet osobliwy, bo często bezkrytyczny konsensus społeczny. Zjawiska te wynikają z powszechnego przekonania, że w obliczu nagromadzonych problemów wojna daje szanse na usprawiedliwienie błędów i szkodliwych polityk, a także na powstrzymanie konkurentów w globalnej rywalizacji o zasoby i kontrolę, opartą na nowych technologiach cyfrowych.

Na tle zachodniego i rosyjskiego podejścia do wojny Chiny odróżniają się powściągliwością w rozważaniu ryzyka jej wszczęcia. Ich stanowisko wynika z konsekwentnego traktowania użycia siły jako ostatecznego środka przeciwko separatyzmowi i ingerencji zewnętrznej. Uznawanie Tajwanu jako części Chin i dążenie do zjednoczenia wyspy mieści się w strategii gróźb, ale i manewrów dyplomatycznych na drodze stopniowego i cierpliwego zbliżania się do celu. Podobnie stanowisko w sprawie Morza Południowochińskiego wywodzi suwerenność nad wyspami z długiego procesu historycznego i stanowi przejaw obrony terytorium i praw morskich, a nie ekspansję zewnętrzną. Zamiast przemocy Chiny stosują więc presję psychologiczną, rozwijanie argumentów prawnych i perswazję dyplomatyczną, towarzyszącą projektom gospodarczym i handlowym. Siłą chińskiej narracji jest strategiczna spójność, promowanie roli mocarstwa broniącego moralności i prawa, w duchu pokojowej harmonii i współistnienia.

Narracja Ukrainy i Izraela

Spośród państw mniejszych i zaangażowanych w wojnę należy jeszcze odnieść się do narracji izraelskiej i ukraińskiej. Opowieść izraelska opiera się na idei ciągłego zagrożenia egzystencjalnego. Zdolność do samoobrony jest imperatywem moralnym i politycznym, legitymizowanym przez pamięć o tragedii Holokaustu. Liczne wojny izraelsko-arabskie, doświadczenia  zamachów terrorystycznych i ataków rakietowych uczyniły z pamięci Zagłady powracające doświadczenie. Powszechne i codzienne odczuwanie zagrożenia prowadzi do preferowania działań prewencyjnych, mających na celu jego wyeliminowanie, zanim dojdzie do oczywistych szkód i ofiar. Taka strategia dopuszcza całkowite zniszczenie wroga, nawet gdy koliduje ona z prawem humanitarnym. Atak z 7 października 2023 roku stał się  fundamentem narracji moralnej w języku „kultury eksterminacji” (Paweł Mościcki, „Gaza. Rzecz o kulturze eksterminacji”, Kraków 2025).

Ideologizacja, a nawet swoista sakralizacja wojny z odwołaniem do granic Wielkiego Izraela powoduje, że w narracji izraelskiej dopuszczalna, a nawet konieczna staje się okupacja, a za nią inkorporacja terytoriów uwolnionych od wroga. Mało się o tym mówi, ale Izrael eksploatuje od lat bogactwa zdobyte w kolejnych wojnach z Arabami.  Sprawuje kontrolę nad złożami gazu w Libanie i Strefie Gazy, zagospodarował grunty rolne na Zachodnim Brzegu, przejął zasoby wodne w Syrii.

Co najważniejsze, narracja izraelska cieszy się nie tylko szerokim poparciem społeczeństwa, ufnego w gwarancje dla życia i mienia ze strony państwa, ale znajduje także zrozumienie u największego sojusznika zewnętrznego, tj. w Stanach Zjednoczonych. Kolejne administracje w Waszyngtonie firmują izraelską niedopuszczalność bezbronności we wrogim otoczeniu, ale także prawnie i moralnie usprawiedliwiają praktyki eksterminacyjne wobec ludności palestyńskiej. Takie wsparcie wynika nie tylko z lobbingu diaspory żydowskiej w Ameryce, ale także ze skuteczności „hasbary” (wyjaśniania), czyli izraelskiej dyplomacji publicznej, skierowanej na agendy rządowe, międzynarodowe media i grupy nacisku.

Narracja ukraińska wynika z połączenia ofiary rosyjskiej agresji i obrońcy demokratycznego świata, mimo że Ukraina ani wcześniej, ani tym bardziej obecnie nie grzeszy przywiązaniem do praktyk demokratycznych. Tym bardziej nie jest obrońcą Zachodu, gdyż zależy całkowicie od jego wsparcia i jest na utrzymaniu obcych sił. W tym stanowisku widać wyraźnie wpływ „mobilizacyjnego optymizmu”, a nawet chciejstwa i zawyżonych oczekiwań.

Władze ukraińskie sprytnie różnicują uzasadnienia swoich ról w wojnie z Rosją. Wobec Stanów Zjednoczonych przedstawiają się jako obrońca demokracji, wobec Europejczyków jako  strażnik ich bezpieczeństwa, a wobec najbliższych sąsiadów jako bariera przed rozlaniem się rosyjskiego imperializmu i powrotu do zależności. Długotrwały opór wobec agresora ma budzić solidarność, powszechną empatię, a przede wszystkim mobilizować do udzielania kolejnych transz pomocy i stosowania sankcji wobec Rosji.

Tragedią narracji ukraińskiej jest traktowanie wojny jako środka gwarantującego przetrwanie państwa. W obliczu coraz większej destrukcji rodzi się jednak pytanie, czy ograniczenie, a nawet eliminowanie alternatywnych punktów widzenia nie prowadzi do pogłębiania katastrofy. Jak długo można utrzymać „optymizm mobilizacyjny”, gdy brak rozstrzygnięć na polu walki i narasta zmęczenie społeczeństwa pogarszającymi się warunkami egzystencji? Nie pomoże wzmacnianie kontroli nad debatą publiczną, gdy maleje wiarygodność przywództwa w obliczu skandali korupcyjnych. Utożsamianie wizerunku państwa z wizerunkiem  przywódcy zawsze grozi narastaniem rozczarowań w kręgach rządzących i medialnych, gdy spada jego popularność jako głównego „świadka oporu” w społeczeństwie i za granicą.

Każda z zarysowanych w skrócie narracji wojennych pokazuje instrumentalizację wojny w realizacji interesów przywołanych państw. Dramat dzisiejszej odsłony dziejów polega na tym, że zarówno władze, jak i szerokie odłamy społeczeństw są przekonane, że nie mogą się obejść bez używania siły. Dopóki będą inwestować w swój potencjał militarny i doskonalić zarządzanie strachem, dopóty atrakcyjność wojen będzie rosła, niezależnie od ich niszczycielskich skutków.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów

Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów

Posted on 24 września, 2026 by jw

Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów

(ujęcie AI)

Tworzenie „pożytecznych idiotów”

Abp Sheen bezlitośnie obnażał naiwność zachodnich elit akademickich, które fascynowały się komunizmem. Zwracał uwagę, że profesorowie z bezpiecznych, amerykańskich czy europejskich uczelni zachwycali się sowieckim systemem, ignorując miliony ofiar. Ich metoda polegała na ideologicznym formatowaniu studentów, którzy później wchodzili do świata polityki, mediów i prawa, niosąc ze sobą marksistowskie mechanizmy myślenia.

Wizją arcybiskupa było to, że komunizm (bolszewizm) jest tak naprawdę zakażeniem sumienia Zachodu. Uważał, że jeśli profesorowie odetną młode pokolenia od chrześcijańskich fundamentów i moralności, społeczeństwo naturalnie stoczy się w stronę kolektywistycznego totalitaryzmu – niezależnie od tego, jak ładne hasła będą wypisane na uniwersyteckich sztandarach. Nie trzeba rosyjskich czołgów, jeśli uniwersytety same wychowają mentalnych bolszewików.

Myśli abp. Sheena idealnie tłumaczą mechanizm, który w grudniu 1945 roku na I Zjeździe PPR zapowiedział Władysław Gomułka. Słowa Gomułki: „My dopiero musimy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno”, były wprost zapowiedzią systemowej, marksistowskiej inżynierii społecznej, przed którą ostrzegał amerykański duchowny.

Gomułka celnie zauważył, że na wychowanie profesora potrzeba lat. Komuniści grali w długą grę – dokładnie tę, którą opisywał Sheen. Chodziło o to, by „nasi profesorowie” ukształtowali kolejne pokolenia studentów (nauczycieli, sędziów, urzędników) w duchu materializmu, ateizmu i relatywizmu. Sheen twierdził, że raz zainfekowane w ten sposób środowisko akademickie replikuje ten schemat przez dekady, nawet po formalnym upadku systemu.

Można więc powiedzieć, że zachodni profesorowie, o których pisał Sheen, robili dobrowolnie (z naiwności lub ideologicznego zaślepienia) to, co profesorowie w PRL-u musieli robić systemowo i na rozkaz partii.

Pojęcie „opętania intelektualnego” (często opisywane przez arcybiskupa jako sojusz pychy umysłu z siłami zła) idealnie tłumaczy dramat, jaki rozegrał się na polskich uczelniach wyższych po „obaleniu komunizmu” w 1989 roku.

Abp Fulton J. Sheen przestrzegał, że komunizm nie jest tylko systemem ekonomiczno-ustrojowym, ale głęboką infekcją duchową i intelektualną. Przekonanie, że upadek muru berlińskiego czy zmiana flag automatycznie uleczyły polską naukę, było tragicznym złudzeniem. Wychowani w myśl instrukcji Gomułki z 1945 roku „nasi profesorowie” nie zniknęli – oni po prostu płynnie przeszli w realia nowej epoki, mutując marksizm w nowe formy relatywizmu.

Patrząc na polskie uczelnie po 1989 roku, widzimy realizację najczarniejszego scenariusza, przed którym ostrzegał amerykański hierarcha. Przegrana komunizmu na polu politycznym i gospodarczym została zamieniona w jego zwycięstwo na polu kulturowym i akademickim. „Nasi profesorowie”, zapowiedziani przez Gomułkę, wykonali swoje zadanie: przetrwali transformację ustrojową i skutecznie przekazali pałeczkę relatywizmu moralnego kolejnym generacjom.

„Etyka nikczemnego postępowania” realizuje się dziś na uczelniach poprzez tzw. kulturę unieważniania (cancel culture), konformizm i eliminowanie z debaty naukowej ludzi o innych poglądach w imię panującej poprawności politycznej. To ta sama bolszewicka metoda eliminacji przeciwnika za pomocą kłamstwa i ostracyzmu, tylko ubrana w nowoczesne, akademickie pojęcia.

Zdemoralizowane środowisko akademickie potrafi skutecznie izolować i niszczyć jednostki, które odmawiają udziału w układach. Tacy ludzie panicznie boją się młodych, zdolniejszych od siebie naukowców i zamiast im pomagać, blokują ich kariery, by chronić swój monopol.

Ktoś, kto autorytet opiera wyłącznie na państwowym tytule i ministerialnych punktach, staje się niewolnikiem systemu. Musi bezustannie przypodchlebiać się władzy (państwowej, uniwersyteckiej czy korporacyjnej), pisać pod dyktat grantów i milczeć wtedy, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Taki człowiek dla Sheena tracił status intelektualisty, stając się jedynie „najemnym pracownikiem nauki”.

Na zewnątrz widać gronostaje, togi i uroczyste dyplomy, a w środku kryje się pustka, konformizm i etyczny relatywizm.

Trump jak Don Corleone

Trump jak Don Corleone

Chris Hedges chrishedges.substack.com/p/don-corleone-trump-read-by-eunice

Odwiedziłem kasyno Donalda Trumpa Taj Mahal w Atlantic City w październiku 2016 roku, dzień przed jego zamknięciem. Przed budynkiem stały dwie ogromne białe bramy, a po ich bokach dwa białe słonie z odlewanego kamienia, ważące po dwie tony. Nad wejściem wznosiło się siedemdziesiąt turkusowych minaretów z włókna szklanego i dwanaście kopuł o złoconych szczytach. Neon w czerwonych i złotych barwach głosił: „Trump Taj Mahal Casino and Resort”. Podświetlaną fontannę przed szklanymi drzwiami zdobiły dwa rzędy po sześć biało-złotych urn.

Budowa Trump Taj Mahal, najwyższego budynku w New Jersey i największego kasyna na świecie, kosztowała 1,2 miliarda dolarów. Luksusowe apartamenty nazwano imionami postaci historycznych: Aleksandra Wielkiego, Michała Anioła, Napoleona i Kleopatry. Nocleg kosztował około 10 tysięcy dolarów. Trump, którego nazwisko i wizerunek widniały w całym kasynie, nazwał je z właściwą sobie przesadą „ósmym cudem świata”. Pracownikom polecono odbierać telefony słowami: „Dziękujemy za telefon do Trump Taj Mahal, gdzie cuda nigdy się nie kończą”. Kelnerki nosiły stroje „dziewcząt z haremu”.

Kasyno pięciokrotnie przechodziło przez postępowanie upadłościowe.

Trump robi dziś z krajem to, co zrobił z Taj Mahal.

Jego administracja wydaje znacznie więcej, niż wynoszą jej możliwości finansowe: budżet na rok fiskalny 2026 opiewa na 7,4 biliona dolarów przy przewidywanych dochodach zaledwie 5,6 biliona.


Głupota Trumpa wciągnęła Stany Zjednoczone w niekończącą się wojnę z Iranem, której nie da się wygrać i która może pogrążyć światową gospodarkę. Trump zamierza pozbawić opieki zdrowotnej 15 milionów ludzi, a także ograniczyć pomoc żywnościową i inne podstawowe programy wsparcia. Zwolnił tysiące pracowników administracji państwowej. Zamknął USAID, Amerykański Instytut Pokoju i Kennedy Center. Poważnie osłabił Voice of America i zapowiada likwidację Departamentu Edukacji. Wycofał Stany Zjednoczone ze Światowej Organizacji Zdrowia oraz, już po raz drugi, z porozumienia paryskiego w sprawie klimatu. Utrzymał wstrzymanie finansowania Agencji Narodów Zjednoczonych ds. Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA), rozpoczęte za administracji Bidena. Anulował tysiące projektów rozwojowych finansowanych przez USA. Usunął rządowe zbiory danych oraz strony internetowe poświęcone klimatowi. Drastycznie ograniczył środki na rozwój energii odnawialnej, a jednocześnie uchylił federalne przepisy dotyczące emisji dwutlenku węgla i zanieczyszczeń.

Polityce spalonej ziemi, która wysadza w powietrze fundamenty republiki, towarzyszy kultura korupcji i kłamstwa niemająca odpowiednika w historii Stanów Zjednoczonych.

Urzędnicy Trumpa mierzą się z oskarżeniami o wykorzystywanie poufnych informacji w transakcjach giełdowych, a jego rodzina zarobiła od objęcia przez niego urzędu ponad 1,4 miliarda dolarów na przedsięwzięciach związanych z kryptowalutami. Trump bezwstydnie czerpie korzyści z połączenia polityki z nieuregulowanymi rynkami zakładów opartymi na kryptowalutach, które upowszechniły aplikacje hazardowe, takie jak Polymarket.

Firma inwestycyjna Donalda Trumpa juniora, 1789 Capital, jest znaczącym inwestorem w Polymarket, a on sam zasiada w radzie doradczej tej spółki. Jego majątek szacuje się na 400 milionów dolarów. Jest również doradcą strategicznym Kalshi. Otrzymał udziały w tej firmie warte około 300 tysięcy dolarów, których wartość szacuje się dziś na miliony. Kalshi ogłosiło niedawno, że pozwoli użytkownikom obstawiać, czy amerykańska Agencja Żywności i Leków uzna poszczególne leki za „bezpieczne i skuteczne”.

Należąca do Trumpa platforma Truth Social rozwija rynek zakładów pod nazwą Truth Predict. Jego administracja pozwała stany Connecticut, Arizona i Illinois, próbując uniemożliwić im regulowanie takich rynków. Truth Social uruchomiło także usługę za 100 tysięcy dolarów miesięcznie, oferującą szybszy dostęp do wpisów Trumpa, które mogą wpływać na rynki. To słabo zakamuflowana odmiana handlu na podstawie informacji poufnych.

Biały Dom, naśladując mafijne wymuszenia znane z kasyn Atlantic City, żąda od korporacji i miliarderów ogromnych wpłat w zamian za polityczne przysługi i znoszenie regulacji. „The Wall Street Journal” pisze, że Trump zgromadził fundusz uznaniowy w wysokości 800 milionów dolarów na swoje ulubione przedsięwzięcia, w tym salę balową, bibliotekę prezydencką, komitety polityczne typu super PAC oraz organizacje prowadzące kampanie w konkretnych sprawach.

Jego główna specjalistka od zbierania funduszy, Meredith O’Rourke, nazywana „księżniczką ciemności”, zabiega o wpłaty bez ogródek: „Szef chce tych pieniędzy”.

To żądanie, które nie podlega negocjacjom, przypomina metody Nicodema „Little Nicky’ego” Scarfo, szefa mafijnej rodziny Bruno-Scarfo. Jego organizacja wymusiła miliony dolarów od firm budowlanych w Atlantic City, przedsiębiorstw, barów, restauracji, związków zawodowych, których fundusze zdrowotne i socjalne ograbiono, oraz kasyn. I tak jak mafii, grupie Trumpa jedna wpłata nigdy nie wystarcza.

Zawsze wraca po więcej.

Trumpowi, podobnie jak wielu mafiosom, towarzyszy znacznie młodsza goomah, czyli kochanka. Według autora obecnie jest nią jego asystentka Natalie Harp. Trump ma też długą historię odwetu w mafijnym stylu. Wydał rozporządzenia wymierzone w kancelarie prawne, które wcześniej zatrudniały prawników prowadzących przeciwko niemu dochodzenia. Kancelarie utraciły poświadczenia bezpieczeństwa i dostęp do gmachów sądów federalnych. Próbując udobruchać Trumpa, potulnie uległy jego żądaniom.

Kiedy przyjechałem do kasyna Trumpa, terminal dla autobusów wycieczkowych, mieszczący dwadzieścia dwa pojazdy, był pusty. Większość z dwunastu restauracji w kasynie była zamknięta. Zamknięto również halę widowiskową na 5500 miejsc.

Trump Taj Mahal, podobnie jak nasza republika, dogorywał.

„Kiedy wszedłem do Taj, nad łagodnie oświetlonym wnętrzem zwisały połyskujące żyrandole z austriackiego kryształu, z których każdy kosztował 14 milionów dolarów”, pisałem w książce America: The Farewell Tour. „W wielu brakowało sznurów kryształowych paciorków. Ściany pokrywały lustra. Patrzyłem na rzędy stołów do gry, stołów do blackjacka, ruletki i trzech tysięcy automatów migających kolorowymi światłami. Automaty piszczały, brzęczały i dzwoniły na różne tony. Zajmowały powierzchnię trzech boisk piłkarskich. Sala gier była niemal pusta. Krupierzy stali przed nieobsadzonymi stołami pokrytymi suknem. Większość graczy siedzących w wyściełanych fotelach przed automatami stanowiły osoby starsze i wyniszczone. Mechanicznie pociągały za dźwignie lub naciskały kwadratowe przyciski. Wpatrywały się bez wyrazu w obracające się przed nimi obrazy. Jeden automat przynosi kasynu od 200 do 300 dolarów dziennie. Stałym graczom podaje się darmowe drinki. Zdarza się, że pracownicy sprzątający znajdują w pokojach zwłoki starszych osób, które przez wiele godzin piły więcej alkoholu, niż ich organizmy mogły znieść. Nie jest niczym niezwykłym, że gracze przy automatach moczą i brudzą ubranie”.

„Siedemnaście stanowisk komputerowej rejestracji przy wejściu stało pustych”, pisałem dalej. „Za długą ladą stał tylko jeden pracownik, a przed nim ciągnęły się puste kolejki wyznaczone sznurami. Toalety w łazienkach wyłożonych marmurem z Carrary przykryto plastikowymi workami i oznaczono napisami »Nieczynne«. Szedłem po brudnym, wytartym dywanie przez długie, opustoszałe i słabo oświetlone korytarze na wyższych piętrach. Po obu stronach, co kilka kroków, wisiały półkoliste beżowe kinkiety. W części z nich żarówki były przepalone. Kinkiety były brudne i popękane. Na suficie widniały brązowe zacieki. W powietrzu czuć było pleśń. Trzy czwarte spośród 1250 pokoi wyłączono z użytku. Kasyno przypominało statek widmo”.

Hazard, podobnie jak fikcyjny uniwersytet Trumpa i jego memecoin $TRUMP, polega na sprzedawaniu fantazji pozwalających uciec od rzeczywistości. Żeruje na ludzkiej rozpaczy. Obracające się bębny automatów są na przykład iluzją. Nie zwalniają stopniowo z powodu utraty rozpędu; zostały zaprogramowane tak, by sprawiać takie wrażenie. O wyniku decyduje układ elektroniczny w chwili naciśnięcia przycisku lub pociągnięcia za dźwignię. Układ symboli sprawia, że znak oznaczający główną wygraną pojawia się tuż nad linią wygrywającą albo tuż pod nią. Gracz odnosi wrażenie, że niemal wygrał, co skłania go do dalszego obstawiania.

Trump był powiązany z mafią od początku swojej działalności na rynku nieruchomości. Do tego środowiska należał jego bezwzględny prawnik Roy Cohn. Reprezentował on Anthony’ego „Fat Tony’ego” Salerna, szefa mafijnej rodziny Genovese, oraz Carmine’a Galantego z rodziny Bonanno. Od Cohna i innych Trump uczył się wymuszeń, szantażu, gróźb i przekupstwa. Przez całą karierę otaczał się gangsterami, oszustami i pochlebcami.

Joseph Weichselbaum, trzykrotnie skazany za przestępstwa, a później uwięziony za handel marihuaną i kokainą, zarządzał flotą helikopterów Trumpa. Przewoziły one bogatych graczy do jego kasyn i z powrotem. Mogli tam dostać wszystko, czego zapragnęli, od usług seksualnych po kokainę. Łatwy dostęp Weichselbauma do narkotyków był zapewne atutem. Kiedy czekał na wyrok, Trump napisał do sędziego, że jest on „zasłużonym członkiem społeczności”. Handlarz otrzymał wyrok trzech lat więzienia, lecz odsiedział tylko osiemnaście miesięcy. Kurierów, którzy fizycznie dostarczali dla niego narkotyki, skazywano nawet na dwadzieścia lat. Po wyjściu z więzienia Weichselbaum zamieszkał ze swoją partnerką w Trump Tower.

Kasyno Trumpa otwarto w 1990 roku koncertem Michaela Jacksona. To widowiskowe przedsięwzięcie zbudowano, zaciągając 820 milionów dolarów długu, którego nie sposób było udźwignąć. Obejmował on emisję obligacji śmieciowych o wartości 675 milionów dolarów, oprocentowanych na 14 procent.

Marvin B. Roffman, analityk branży kasynowej z filadelfijskiej firmy inwestycyjnej Janney Montgomery Scott, powiedział „The Wall Street Journal”, że Taj Mahal musiałby zarabiać 1,3 miliona dolarów dziennie, by spłacać same odsetki. Żadne kasyno nigdy nie osiągało takich przychodów.

„Taj był skazany na porażkę od samego początku”, pisałem. „Wkrótce Trump musiał płacić 95 milionów dolarów odsetek rocznie. Przez pewien czas udawało mu się uzyskiwać nowe pożyczki, aż w końcu zbankrutował. Był to krótki, oszałamiający okres szalonej rozrzutności. Pomogło to jednak jego rozbuchanej marce, choć świadczyło o fatalnym wyczuciu biznesowym. Trump pożyczał pieniądze na wysoki procent i okłamywał organy nadzoru co do wysokości oprocentowania. Straty przerzucił na akcjonariuszy i posiadaczy obligacji, którzy stracili ponad 1,5 miliarda dolarów. Wielu miejscowych wykonawców i dostawców, którym Trump nigdy nie zapłacił, zbankrutowało”.

Sam Trump wyszedł na tym znakomicie. Zainwestował niewiele własnych pieniędzy. Przeniósł osobiste długi na kasyno, a jednocześnie pobrał miliony dolarów w formie pensji, premii i innych wypłat. Pracownicy kasyna stracili łącznie miliony dolarów oszczędności emerytalnych, a także pracę. Jego długi biznesowe spadły na inwestorów.

Trump miał trzy kasyna w Atlantic City i jedno w Gary w stanie Indiana. Trump Plaza i Trump Taj Mahal zamknięto. Trump Marina, jego trzecie kasyno w Atlantic City, sprzedano teksańskiemu miliarderowi Tilmanowi Fertitcie, obecnie ambasadorowi Trumpa we Włoszech. Fertitta przemianował je na The Golden Nugget. Kasyno Trumpa w Indianie, mieszczące się na statku o długości około 104 metrów, zwanym Trump Princess, ogłosiło upadłość w 2004 roku.

Wszystkie upadły wskutek nienasyconej chciwości Trumpa i złego zarządzania.

Trump robi dziś z państwem to, co zrobił z Taj Mahal. Wyciska pieniądze z organizacji, nad którymi sprawuje nadzór, i wymusza od nich korzyści dla siebie. Resztę z nas pozostawi pośród ruin.

Przedpłata na nową pandemię

Przedpłata na nową pandemię

23. września 2026 Marek Wojcik

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę – to przysłowie pochodzące z Księgi Ozeasza ze Starego Testamentu jest po tysiącach lat nadal aktualne.

Paniczny strach był ich najważniejszym narzędziem, teraz sami popadają w panikę. Zaplanowali z dobrym skutkiem wielką pandemię w formie wojny biologicznej przeciwko ludzkości. Użyli strachu, żeby przekonać opornych do poddania się zabójczej terapii genetycznej i teraz gdy ich pomysł przejęcia władzy nad całym światem rozpadł się na trzy kawałki (Chiny, Rosja i USA, którymi nie są w stanie zawładnąć pomimo istniejących tam skostniałych struktur głębokiego państwa), jedyne, na co wpadli to wojny lub następna pandemia.

Kolejna plandemia nie ma szans powodzenia. Dlaczego? Czy raz oszukani na wnuczka uwierzylibyście ponownie w podobny przekręt? Znajdą się pewnie i tacy, ale będzie ich niewielu. Były już wielokrotnie powtarzane próby na przykład ze zmałpowaną ospą, która wywoływała paniczny śmiech. Dobrze się dzieje, że globaliści nie uczą się na swoich błędach. A dlaczego się nie uczą? Ponieważ uważają, że oni błędów nie popełniają.

Stąd się bierze taktyka dostarczania przez UE Ukrainie pieniędzy i uzbrojenia oraz ataki na rosyjską infrastrukturę, by przekonać siebie samych, że się nie mylili, bo mylić się przecież nie mogą. Jeśli ktoś jeszcze tego nie wie, to wyjaśniam, że UE jest organem wykonawczym globalistów.

W poniedziałek ukazał się na jonfleetwood.substack.com artykuł:

BARDA inwestuje ponad 80 milionów dolarów w nowe szczepionki przeciwko wirusowi „ptasiej grypy” H5N1 przed jakąkolwiek pandemią. Źródło.

BARDA twierdzi, że jego szerszy program dotyczący grypy ma na celu utrzymanie środków zaradczych na wypadek „następnej pandemii grypy”, w tym zgromadzonych materiałów szczepionkowych, krajowych mocy produkcyjnych, badań klinicznych i technologii zdolnych do szybkiego dostosowania się w przypadku zidentyfikowania nowego „zagrożenia”.

Dlaczego tylko grypa, a nie dżuma, czy cholera?

Przeciwko grypie szczepimy się już od dekad i jedyną korzyść odnoszą producenci szczepionek. U wielu zdrowych pacjentów sama szczepionka wywołuje objawy grypy. Wtedy rusza propaganda medialna: gdyby nie szczepienia byłoby znacznie gorzej, a tak to jest tylko źle.

Ptasia grypa daje twórcom plandemii strachu największe nadzieje na sukces. Amerykański Departament Obrony – od roku ponownie Departament Wojny – przejął pełną kontrolę nad pracami stworzenia zabójczego wirusa ptasiej grypy. Dlatego takie inicjatywy można uznać za element wojny biologicznej przeciwko ludzkości. Jednak skoro opierają się na wątpliwych definicjach pseudonauki zwanej wirusologią, mają mizerne szanse na powodzenie.

W ramach programu badawczego finansowanego przez amerykańskie siły zbrojne opracowano szczepionkę opartą na samo replikującym się RNA (sa-mRNA), skierowaną przeciwko ptasiej grypie typu H5N1, stworzoną z wykorzystaniem chimerycznych konstrukcji wirusowych zbudowanych metodą genetyki odwrotnej. 15.01.2026 r. Źródło.

Do dzisiaj nie udało się stworzyć patogenu grypy, który spowodowałby zaplanowaną dla niego chorobę. Nie udowodniono także, w jaki sposób takie zakażenie mogłoby się przenosić. Co do tego, że ludzie i zwierzęta (oraz rośliny) przekazują swoje choroby na inne osobniki, nie mamy wątpliwości. Wątpliwa jest jednak obowiązująca teoria chorób zakaźnych oraz i jakie czynniki tym procesem sterują.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Polityczne zwroty w Europie

Polityczne zwroty w Europie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  22 września 2026 michalkiewicz

Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.

Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.

Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.

Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.

Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.

Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.

Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.

Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.

Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.

Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.

W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.

Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.

Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…

Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.

W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Mozaiki byłego jezuity Rupnika pozostaną widoczne w sanktuarium w Fatimie

Mozaiki byłego jezuity Rupnika pozostaną widoczne w sanktuarium w Fatimie

23 września 2026 pch24/mozaiki-bylego-jezuity-rupnika-pozostana-widoczne-w-sanktuarium-w-fatimie

obraz_2023-10-10_184643988.png
Mozaika Rupnika, fot. Flickr/renagrisa

Przewodniczący episkopatu Portugalii bp Virgílio Antunes potwierdził, że 500 metrów kwadratowych mozaik autorstwa ks. Marko Rupnika pozostanie widocznych w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie.

Wcześniej ogłoszono, że mozaiki byłego słoweńskiego jezuity w sanktuarium w Lourdes pozostaną na stałe zakryte. Oznacza to, że dwa najważniejsze sanktuaria Maryjne Europy odmiennie podchodzą sprawy Rupnika wydalonego ze stanu duchownego po oskarżeniu o wykorzystanie seksualne, psychiczne i duchowe kilku kobiet.

Decyzja ogłoszona przez portugalskiego hierarchę, który przewodniczy radzie fatimskiego sanktuarium, nie jest nowa. W wypowiedzi dla amerykańskiego portalu The Pillar przyznał on, że „w tej chwili nie istnieją powody, aby zmienić postanowienie” podjęte wcześniej przez władze sanktuarium.

Sprawa dotyczy monumentalnego dzieła szerokiego na 50 metrów i wysokiego na 10 metrów, zajmującego ścianę za ołtarzem głównym Bazyliki Trójcy Przenajświętszej, poświęconej w 2007 r. przez kard. Tarcisio Bertone, ówczesnego sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Może ona pomieścić ponad 8,5 tys. wiernych.

Mozaika powstała według projektu i pod kierownictwem ks. Rupnika, lecz faktycznie nie jest dziełem rąk jednego człowieka. Praca powstała przy udziale innowierców. Przy jej wykonaniu pracowało 20 artystów z ośmiu krajów, należących do różnych wyznań chrześcijańskich. Ten „kolektywny” wymiar dzieła, wpisujący jest w trend szalonego dialogizmu, jest dziś podnoszony, aby uzasadnić niechęć do ukrycia dzieła.

Biskup Antunes zgadza się z tym, że nie można oddzielić dzieła sztuki od „kontekstu i okoliczności”, w jakich powstało. Jednocześnie przypomina, że władze sanktuarium „kategorycznie” potępiły czyny zarzucane Rupnikowi i wyraziły solidarność z ofiarami. Postanowiły też nie wykorzystywać zdjęć jego mozaik w promocji sanktuarium. Pozostały one jednak widoczne w bazylice.

Hierarcha przyznał, że Portugalska Konferencja Biskupia nie przeprowadziła konsultacji z ofiarami w sprawie przyszłości mozaik. The Pillar uważa, że dyskusja na ten temat może wkrótce powrócić za sprawą obchodzonej w 2027 r. 110. rocznicy objawień Matki Bożej w Fatimie, na którą mógłby przyjechać papież Leon XIV – ten sam, przed którego wizytą w Lourdes zasłonięto mozaiki ks. Rupnika w tamtejszym sanktuarium.

Źródło: pillarcatholic.com / tribunechretienne.com / KAI

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Autor: Redakcja, 23 września 2026

Każdy kto dziś, na miarę swoich możliwości, nie staje w obronie prześladowanych Polaków i nękanego Grzegorza Brauna, każdy już dziś, w obliczu historycznego wyzwania, ma szansę zostać zaliczony do ponadczasowej kategorii bezwolnych głupców lub antypolskiej swołoczy popierającej kolejny raz w dziejach – kolejną odsłonę totalitaryzmu.

<><><>

Pan redaktor zapytał, czy mnie posadzą, więc ja tego nie przesądzając, muszę tylko bardzo wyraźnie stwierdzić i ogłosić, że nie będzie to miało żadnego wpływu na zdolność Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego ubiegania się o mandaty poselskie i senatorskie. (…) proszę zmartwić się tym, że scenariusz stanu wojennego, ni mniej, ni więcej, może mieć konsekwencje dla wszystkich formacji, dla wszystkich środowisk, niezależnie od tego kto na kogo głosuje. Niewątpliwie ten scenariusz jest na stole.

Nie wiem w jakim tam stole, w jakim pomieszczeniu sztabowym, w jakiej kancelarii tajnej, ale władza niewątpliwie nosi się z zamiarem skasowania kalendarza wyborczego pod pretekstem wojny.  I stąd podżegacze wojenni doznali teraz takiego wzmożenia.  Przypomnę, że wystarczy stan wyjątkowy pod jakimś pretekstem, takiej czy innej prowokacji, wystarczy limitowany stan wyjątkowy.

Stała Instrukcja Alta Vendita. Celem masonerii nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez infiltrację.

Alta Vendita Stała Instrukcja Alta Vendita

Celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez infiltrację.

Przypominam, warto sobie skopiować i wydrukować, bo w internecie „zanika”. md

=======================================
John Vennari
2014-4-11 www.bibula.com
Transkrypcja przemówienia wygłoszonego na Fatimskiej Konferencji Pokoju w Rzymie, październik 2001

To przemówienie będzie krótkim exposé na temat XIX-wiecznego dokumentu masońskiego “Stała Instrukcja Alta Vendita” [Permanent Instruction of Alta Vendita]. Autor który nakreślił plan pomocy w zrozumieniu tego czym jest “diaboliczna dezorientacja wyższej hierarchii”, o czym mówiła s. Łucja.
Uważam, że “Stała Instrukcja” tłumaczy pochodzenie tej diabolicznej dezorientacji.

Alta Vendita była najwyższą lożą Carbonari [Karbonariusze], włoskiego tajnego stowarzyszenia powiązanego z masonerią, i obie potępił Kościół Katolicki [1]. Jezuita E Cahill w książce “Masoneria i ruch antychrześcijański” [Freemasonry and the Anti-Christian Movement] twierdzi, że Alta Vendita “ogólnie miała być wtedy ośrodkiem zarządzającym europejską masonerią” [2]. Karbonariusze byli najbardziej aktywni we Włoszech i Francji.

W książce “Atanazy i współczesny Kościół” [Athanasius and the Church of Our Time], bp Rudolph Graber zacytował masona, który oświadczył, że “celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację” [3].
Inaczej mówiąc, skoro masoneria nie mogła całkowicie zniszczyć Kościoła Chrystusowego, to planuje nie tylko wykorzenić wpływ katolicyzmu na społeczeństwo, ale wykorzystać organizację Kościoła jako narzędzie “odnowy”, “postępu” i “oświecenia” – jako środka do realizacji własnych zasad i celów.

Zarys ogólny
Nakreślona w “Stałej Instrukcji” strategia zdumiewa swoją bezczelnością i oszustwem. Od samego początku dokument mówi o procesie którego realizacja będzie wymagała dziesięcioleci. Autorzy dokumentu wiedzieli, że nie doczekają jego realizacji. Rozpoczynali dzieło, które będzie realizowane przez przyszłe pokolenia wtajemniczonych. “Instrukcja” mówi: “W naszych szeregach jest tak, że żołnierz ginie, a walka toczy się dalej”.
“Instrukcja” wzywała do rozpowszechniania liberalnych idei i aksjomatów w społeczeństwie i w instytucjach KK, tak żeby na przestrzeni lat świeccy, seminarzyści, klerycy i prałaci przyzwyczajali się do postępowych zasad.
Z czasem ten sposób myślenia będzie tak przekonujący, że tacy będą wyświęcani księża, konsekrowani biskupi i mianowani kardynałowie, których myślenie będzie zgodne z nowoczesną myślą przedstawioną w “Zasadach z 1789″ [Principles of 1789] (pluralizm, równość religii, oddzielenie Kościoła od państwa itp.).


W końcu spośród tych szeregów zostanie wybrany papież, który będzie prowadził Kościół ścieżką “oświecenia i odnowy”. Należy podkreślić, że ich celem nie było ulokowanie masona na Stolicy Piotrowej. Ich celem było stworzenie środowiska, które w końcu wyprodukuje papieża i hierarchię popierające liberalny katolicyzm, cały czas wierzący, że są wiernymi katolikami.
Ci katoliccy przywódcy już nie będą sprzeciwiać się nowoczesnym ideom rewolucji (co było stałą praktyką papieży w okresie 1789 do 1958 krytykujących te liberalne zasady), ale będą wprowadzać je do Kościoła. Ostatecznym tego rezultatem będą katoliccy duchowni i świeccy maszerujący pod sztandarem oświecenia, cały czas myśląc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej.


Czy to możliwe?
Ci którzy uważają ten plan za zbyt ambitny, a cel wroga za zbyt beznadziejny do realizacji, powinni zauważyć, że dwaj papieże – Pius IX i Leon XIII zażądali publikacji “Stałej Instrukcji”, bez wątpienia po to, by zapobiec wydarzeniu się takiej tragedii. Ci wielcy papieże wiedzieli, że takie nieszczęście nie było niemożliwe.

Ale gdyby zrealizował się tak ciemny scenariusz, będą trzy bezbłędne sposoby jego rozpoznania:
1) Powstanie tak wielkie zamieszanie, że cały świat zrozumie, iż KK przeszedł przez wielką rewolucję w kwestii nowoczesnych pomysłów. Wszyscy zrozumieją, że Kościół się “zaktualizował”.
2) Wprowadzi się nową teologię sprzeczną z wcześniejszymi naukami.
3) Sami masoni będą piać triumfalnie, uważając że KK w końcu “dojrzał światło” w kwestiach pluralizmu, świeckiego państwa, równości religii i wszystkich innych osiągniętych kompromisów.


Prawdziwość dokumentów Alta Vendita
Tajne dokumenty Alta Vendita, najwyższej loży Karbonariuszy, które wpadły w ręce papieża Grzegorza XVI, obejmują okres od roku 1820 do 1846. Na prośbę bł. Piusa IX opublikował je Cretinau-Joly w książce “Kościół Rzymski a rewolucja” [The Roman Church and Revolution] [4].

Krótką aprobatą z 25 lutego 1861 roku, zaadresowaną do autora, papież Pius IX potwierdził autentyczność tych dokumentów, ale nie pozwolił nikomu na ujawnienie prawdziwych członków Alta Vendita zamieszanych w tą korespondencję.
Pełny tekst “Stałej instrukcji” jest również w książce ks. George’a E. Dillona “Wielka masoneria wschodu zdemaskowana” [Grand Orient Freemasonry Unmasked]. Kiedy Leonowi XIII wręczono egzemplarz tej książki, zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że nakazał opracowanie i opublikowanie włoskiej wersji na własny koszt [5].
W encyklice Humanum Genus, Leon XIII wezwał przywódców katolickich do “zdarcia maski z masonerii i wyjaśnienia wszystkim jaka ona naprawdę jest” [6]. Publikacja tych dokumentów jest metodą “zdarcia tej maski”. A skoro papieże poprosili o opublikowanie tych listów, to dlatego, że chcieli by wszyscy katolicy poznali plany tajnych organizacji niszczących Kościół od środka, żeby byli czujni i mogli udaremnić wydarzenie się tej katastrofy.

Stała Instrukcja Alta Vendita

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale ten fragment, który najbardziej wiąże się z naszą dyskusją:


“Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem.
Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.
Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na stolicę piotrową. To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom. . .
Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem. Chcecie wiedzieć dlaczego? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni. Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie chrześcijaństwa.
Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków. Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, skoro nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Vente pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie nauki albo memorandum. . .

A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy go najpierw ukształtować. . . bo ten papież będzie zasługiwał na panowanie przez pokolenie, panowanie o jakim marzymy. Zostawmy na boku starców i ludzi dojrzałych; idźmy do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci. . . Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i prawdziwych patriotów.

Ta reputacja sprawi, że nasze doktryny dotrą zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów. Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi i humanitarnymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg. I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle na wiatr, aby go zrealizować. Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu, niech księża maszerują pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zastawcie swoje pułapki, jak Simon Barjone; wyłóżcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego. Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; wokół tronu apostolskiego zgromadzicie swych przyjaciół. Będziecie głosić rewolucję tiary i kapy, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata” [7].


Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan.

Oświecenie, przyjacielu, przyjdzie z wiatrem
W XIX wieku społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami rewolucji francuskiej, z wielką szkodą dla wiary katolickiej i katolickiego państwa. Rzekome “łagodniejsze i delikatniejsze” pojęcia o pluralizmie, obojetności religijnej, demokracji według której wszelka władza pochodzi od narodu, fałszywe pojęcia wolności, zgromadzenia międzywyznaniowe, oddzielenie Kościoła od państwa i inne nowinki, zdobywały umysły po-oświeceniowej Europy, infekując tak samo mężów stanu jak i duchownych.
Papieże w XIX wieku i na początku XX-go wypowiedzieli tym niebezpiecznym trendom wojnę w pełnej zbroi. Dzięki wyraźnej przytomności umysłu wpojonej bezkompromisowym przeświadczeniem wiary, ci papieże nie dali się nabrać. Oni wiedzieli, że te diabelskie zasady, niezależnie od tego jak szlachetne mogą wyglądać, nie przyniosą dobrych owoców, i były to złe zasady w najgorszym wydaniu, bo pochodziły nie tylko z herezji, ale i z apostazji.
Jak dowodzący generałowie, którzy wiedzą, że mają obowiązek utrzymania za wszelką cenę swoich pozycji, ci papieże skierowali swoje potężne armaty na błędy nowoczesnego świata, i nieustannie strzelali. Ich kulami były encykliki, i nigdy nie pudłowali.
Najcięższe uderzenie przyszło w roku 1864 w formie monumentalnej encykliki bł. papieża Piusa IX “Wykaz błędów” [Syllabus of Errors], a kiedy rozproszył się dym, nikt uczestniczący w bitwie nie miał wątpliwości kto stał po której stronie. Jasno określono linię demarkacyjną. W tym wielkim “Syllabusie”, Pius IX potępił zasadę błędów nowoczesnego świata, nie dlatego że były nowoczesne, ale dlatego że te nowe idee pochodziły z panteistycznego naturalizmu, a zatem były sprzeczne z katolicką doktryną, a także niszczące dla społeczeństwa.
Nauki zawarte w “Syllabusie” były sprzeczne z liberalizmem, a zasady liberalizmu były sprzeczne z “Syllabusem”. To bezdyskusyjnie zrozumiała każda ze stron.

Do tej ostatecznej rozgrywki nawiązał o. Denis Fahey w książce “Św. Pius IX a panteistyczna deifikacja człowieka” [Pius IX vs. the Pantheistic Deification of Man] [8]. Wypowiadając się za stronę przeciwną, francuski mason Ferdynand Buissont oświadczył podobnie: “Szkoła nie może pozostać neutralna między Syllabusem i Deklaracją Praw Człowieka” [9].

Ale XIX wiek był świadkiem pojawienia się katolika nowego rodzaju, który utopijnie szukał kompromisu pomiędzy nimi obu. Ci ludzie poszukiwali czegoś co uważali za “dobre” w zasadach z 1789 roku, i próbowali wprowadzać je do Kościoła. Wielu duchownych, zainfekowanych duchem epoki, złapało się w tę sieć, “zastawioną w zakrystiach i seminariach”. Ci ludzie stali się znani jako liberalni katolicy. Bł. papież Pius IX podchodził do nich z absolutnym horrorem. Powiedział, że ci “liberalni katolicy” byli “najgorszymi wrogami Kościoła”.
W liście z 18 czerwca 1871 do francuskiej delegacji pod przewodnictwem biskupa Nevers, papież Pius IX napisał:
“Tym czego się boję nie jest komuna paryska – nie – boję się liberalnego katolicyzmu. . . Mówiłem o tym ponad 40 razy, i powtarzam teraz, z uwagi na miłość jaką mam dla was. Prawdziwą plagą dla Francji jest liberalny katolicyzm, który chce zjednoczyć dwie zasady tak sprzeczne ze sobą jak ogień i woda” [10].
Ale pomimo to zwiększała się liczba liberalnych katolików.

Papież Pius X a modernizm
Ten kryzys osiągnął szczyt na przełomie wieku, kiedy “przyniesiony z wiatrem” liberalizm z roku 1789 skłębił się w tornado modernizmu. O. Vincent Miceli określił tę herezję jako “trójcę rodziców / przodków”. Napisał:
“1) Jej religijnym przodkiem jest protestancka reformacja
“2) Jej filozoficznym rodzicem jest oświecenie
“3) Jej politycznym źródłem jest rewolucja francuska” [11].


Papież św. Pius X, który zasiadł na tronie piotrowym w 1903 roku, modernizm uznał za najgroźniejszą plagę, którą należy powstrzymać. Napisał, że najważniejszym obowiązkiem papieża jest zachowanie czystości i integralności katolickiej doktryny, i dalej powiedział, że gdyby nic nie zrobił, to nie poniósłby fiaska w kwestii podstawowego obowiązku [12].

Św. Pius X wypowiedział wojnę modernizmowi, przeciwko niemu wydał encykliki (Pascendi) i Syllabus (Lamentabili), ustanowił “Przysięgę Antymodernistyczną” obowiązującą wszystkich księży i nauczycieli, wyczyścił seminaria i uniwersytety z modernistów, i ekskomunikował upartych i nieskruszonych.
Pius X skutecznie zatrzymał szerzenie się modernizmu w tym czasie. Ale mówi się, że kiedy pogratulowano mu wytępienia tego poważnego błędu, Pius X natychmiast odpowiedział, że pomimo jego wszelkich wysiłków, nie udało mu się zabić tej bestii, a tylko wpędził ją w podziemie. Ostrzegł, że jeśli przywódcy Kościoła nie zachowają czujności, to powróci ona bardziej jadowita niż kiedykolwiek [13].

Kuria w pogotowiu
Mało znany dramat jaki rozegrał się za panowania papieża Piusa XI pokazuje, że podziemny nurt modernizmu miał się dobrze w okresie tuż po Piusie X.

O. Raymond Dulac opowiada, że na tajnym konsystorzu 23 maja 1923 roku papież Pius XI zapytał 30 kardynałów kurii o termin zwołania soboru ekumenicznego. Obecni byli wybitni prałaci tacy jak Merry del Val, De Lai, Gasparri, Boggiani i Billot.
Kardynałowie wypowiedzieli się przeciwko.
Kard. Billot ostrzegł: “Nie da się ukryć istnienia głębokich różnic wśród członków samego episkopatu. . . [Oni] ryzykują dyskusjami, które będą się przedłużać w nieskończoność”.
Boggiani przypomniał modernistyczne teorie, które nie są obce części kleru i biskupom. “Ten sposób myślenia może skłaniać pewnych Ojców do przedstawiania pojęć i wprowadzania metod niezgodnych z tradycjami katolickimi”.
Billot był jeszcze bardziej precyzyjny. Wyraża obawę o “wmanewrowanie” soboru przez “najgorszych wrogów Kościoła, modernistów, którzy już się przygotowują, o czym mówią pewne oznaki, do wywołania rewolucji w Kościele, nowego roku 1789” [14].

Zniechęcając do pomysłu zwołania soboru z tych powodów, ci kardynałowie wykazali się wtedy bardziej skłonni do tego by rozpoznać “znaki czasu”, niż wszyscy posoborowi teolodzy razem. Ale ich ostrożność miała dużo głębsze źródło. Mogli także czuć się zastraszeni pracami notorycznego iluminata, ekskomunikowanego kanonika Roca (1830-1893), który głosił rewolucję i “reformę” Kościoła, i który prognozował subwersję Kościoła wynikłą z soboru.

Rewolucyjny bełkot Roca
W książce “Atanazy i Kościół naszych czasów”, bp Graber cytuje proroctwo Roca o “nowo-oświeconym Kościele”, który będzie pod wpływem socjalizmu Jezusa” [15].
W połowie XIX wieku Roca zaprorokował “Nowy Kościół, który może nie być w stanie zachować niczego ze scholastycznej doktryny i oryginalnej formy wcześniejszego Kościoła, to jednak otrzyma błogosławieństwo i kanoniczne uzasadnienie z Rzymu”.
Przewidział również reformę liturgiczną. W odniesieniu do przyszłej liturgii, uważał, że “boski kult w formie zalecanej przez liturgię, ceremoniał, rytuał i przepisy KK wkrótce przejdą transformację na soborze ekumenicznym, który przywróci w nim odwieczną prostotę złotego wieku apostołów, zgodną z nakazami sumienia i nowoczesną cywilizacją”.
Przewidział, że w wyniku tego soboru nastąpi “pełna zgoda między ideałami nowoczesnej cywilizacji i ideałem Chrystusa i Jego Ewangelii. Będzie to poświęcenie NWO i uroczysty chrzest nowoczesnej cywilizacji”.
Roca powiedział także o przyszłości papiestwa. Napisał: “Już organizuje się ofiarę, która ma reprezentować uroczysty akt ekspiacji. . . Papiestwo upadnie; zginie od uświęconego noża, jaki ukują ojcowie ostatniego soboru. Papieski cezar jest żywicielem [ofiarą] ukoronowaną na poświęcenie“.
Roca entuzjastycznie przewidział “nową religię, nowe dogmaty, nowy rytuał, nowe kapłaństwo”. Nowych księży nazwał “progresywistami” i powiedział o “zniesieniu” sutanny i “małżeństwie księży” [16].

Mrożące słowa Roca i Alta Vendita znajdują potwierdzenie u Różokrzyżowca, dr Rudolpha Steinera, który w roku 1910 oświadczył: “Potrzebny jest nam sobór i papież który to ogłosi” [17]. Bp Graber w komentarzu o tych przewidywaniach mówi: “Kilka lat temu byłoby to jeszcze nie do pomyślenia, ale teraz. . .” [18]

Wielki sobór który się nie odbył
Około roku 1948, papież Pius XII, na prośbę mocno ortodoksyjnego kard. Ruffiniego, rozważał zwołanie soboru ogólnego, a nawet spędził kilka lat na koniecznych przygotowaniach. Istnieją dowody na to, że postępowe elementy w Rzymie w końcu wyperswadowały to Piusowi XII, gdyż ten sobór pokazywał wyraźne oznaki synchronizacji z “Humani Generis”. Tak jak ta wielka encyklika z roku 1950, nowy sobór będzie zwalczał “fałszywe opinie zagrażające osłabieniu fundamentów katolickiej doktryny” [19].
Tragicznie, papież Pius XII nabrał przekonania, że był zbyt stary by podołać tak istotnemu zadaniu, i zrezygnował mówiąc, że “to zostawiam mojemu następcy” [20].

“Roncalli dokona kanonizacji ekumenizmu”
W czasie pontyfikatu Piusa XII, Święte Oficjum pod kierownictwem kard. Ottavianiego zachowało bezpieczny katolicki pejzaż twardo zatrzymując dzikie konie modernizmu w zagrodzie. Wielu z dzisiejszych modernistycznych teologów lekceważąco wspomina jak wtedy im i ich przyjaciołom nałożono “kagańce”.
Ale nawet Ottaviani nie mógł zapobiec temu co miało miejsce w roku 1958. Nowy typ papieża, “którego postępowcy uważali za sprzymierzeńca” [21] wstąpi na papieski tron i zmusi wahającego się Ottavianiego do usunięcia skobla, otwarcia zagrody i przygotowania się do masowego pędu tabunu.

Jednak takiej sytuacji nie przewidziano. Kiedy podano wiadomość o zgonie Piusa XII, stary ks. Lambert Beauduin, przyjaciel Roncallego (przyszły Jan XXIII) zwierzył się o. Bouerowi: “Jeśli wybiorą Roncallego, wszystko się uratuje; będzie mógł zwołać sobór i konsekrować ekumenizm” [22].
I stało się tak jak przepowiedział ks. Lambert. Wybrano Roncallego, ten zwołał sobór i konsekrował ekumenizm. Toczyła się “rewolucja tiary i kapy’.

Rewolucja papieża Jana
Powszechnie znany i wspaniale udokumentowany jest [23] fakt, że klika liberalnych teologów (periti) i biskupów porwała II SW z programem przerobienia Kościoła na ich własny obraz, poprzez wprowadzenie “nowej teologii”. W tym punkcie zgadzają się zarówno krytycy jak i obrońcy II Soboru.

W książce “Powrót do II SW” [Vatican II Revisited], bp Aloysius J. Wycisło (rapsodyczny obrońca soborowej rewolucji) deklaruje z trzpiotowatym entuzjazmem, że “teolodzy i badacze biblijni, którzy od lat byli ‘pod chmurą’, pojawili się jako periti (doradcy teologiczni biskupów na soborze), a ich książki o II SW i komentarze stały się popularną lekturą” [24].
Napisał, że encyklika “papieża Piusa XII” Humani Generis miała. . . dewastujący skutek na prace licznych przedsoborowych teologów” [22] i wyjaśnia, że “Podczas początkowych przygotowań do soboru, ci teolodzy (głównie francuscy, a także niemieccy), których działalność ograniczył Pius XII, byli nadal ‘pod chmurą’. Papież Jan spokojnie anulował zakaz nałożony na niektórych z najbardziej wpływowych. Ale wielu z nich nadal podejrzewali członkowie Świętego Oficjum” [26].
Wycislo wyśpiewuje pochwały dla triumfujących postępowców takich jak Hans Kung, Karl Rahner, John Courtney Murray, Yves Congar, Henri de Lubac, Edward Schillebeeckx i Gregory Baum, uważanych za podejrzanych przed soborem (nie bez powodu), że teraz są wiodącym światłem posoborowej teologii [27].

W rezultacie, ci których Pius XII uważał za nieodpowiednich do podążania drogą katolicyzmu, teraz kontrolowali miasto. I jakby ukoronowaniem ich osiągnięć było ciche wycofanie “Przysięgi Antymodernistycznej” tuż po zakończeniu soboru. Św. Pius X prawidłowo to przepowiedział. Brak czujności w kręgach władzy pozwolił na powrót modernizmu z zemsty.

“Marsz pod nowym sztandarem”
Na II SW toczyły się niezliczone bitwy między międzynarodową grupą ojców obrońców tradycji i grupą reńskich postępowców. Rezultat był tragiczny, w końcu zwyciężył element liberalny i modernistyczny.
Dla każdego kto miał oczy do widzenia było oczywiste, że II SW ogłosił wiele pomysłów wcześniej uznanych za anatemę wobec nauk Kościoła, ale one były zgodne z nowoczesnym sposobem myślenia. To nie nastąpiło przez przypadek, ale zgodnie z planem.
Postępowcy na II SW unikali potępienia błędów modernistów. Także umyślnie wprowadzili dwuznaczności do soborowych tekstów, którymi zamierzali się posługiwać po soborze. Liberalny peritus soboru, o. Edward Schillebeeckx, przyznał, że “na soborze używaliśmy dwuznacznych wyrażeń i wiedzieliśmy jak będziemy je interpretować później” [28].
Używając umyślnych dwuznaczności, dokumenty soborowe promowały ekumenizm potępiony przez papieża Piusa XI, swobodę religijną potępioną przez papieży XIX wieku (szczególnie bł. Piusa IX), nową liturgię bardziej podobną do protestanckiej, i ekumenizm, który Bugnini nazwał “głównym podbojem KK”, kolegialność która uderza w serce prymatu papieża, i “nową postawę wobec świata” – zwłaszcza w jednym z najbardziej radykalnych soborowych dokumentów, Gaudium et Spes. (Nawet kard. Ratzinger przyznał, że Gaudium et Spes jest przesiąknięty duchem Teilharda de Chardina) [29].

Tak jak oczekiwała “Stała Instrukcja Alta Vendita“, wymysł liberalnej kultury w końcu znalazł sprzymierzeńców wśród głównych graczy w katolickiej hierarchii, i poszerzył się na cały Kościół. Rezultatem tego był bezprecedensowy kryzys wiary, który się pogarsza, choć jednocześnie niezliczeni hierarchowie wysokiego szczebla, oczywiście upojeni “duchem II SW” nadal chwalą te reformy soboru, które sprowadziły to nieszczęście.

Okrzyki radości masonów
Ale obrót wydarzeń dokonanych przez sobór świętowali nie tylko liderzy Kościoła, lecz także masoni. Cieszą się z tego, że katolicy w końcu “dojrzeli światło”, i że Kościół usankcjonował wiele z masońskich zasad.
Yves Marsaudon ze szkockiego rytu masonerii, w książce “Ekumenizm postrzegany oczyma tradycyjnego masona” [Ecumenism Viewed by a Traditional Freemason] pochwalił ekumenizm soborowy.
Powiedział:
“Katolikom. . . nie wolno zapominać o tym, że wszystkie drogi prowadzą do Boga. I będą musieli zaakceptować to, że ta odważna idea wolnomyślicielska, którą naprawdę nazywamy rewolucją, wylewa się z naszych lóż masońskich, rozciągnęła się wspaniale nad kopułą św. Piotra” [30].
Yves Marsaudon powiedział dalej: “Można dostrzec, że ekumenizm jest prawowitym synem masonerii” [31].

Posoborowy duch zwątpienia i rewolucji oczywiście rozgrzał serce francuskiego masona Jacquesa Mitteranda, kóry napisał z aprobatą:
“Coś się zmieniło w Kościele, a odpowiedzi papieża na najpilniejsze sprawy takie jak celibat księży i kontrola urodzeń są przedmiotem gorących dyskusji w samym Kościele; słowo papieża kwestionują biskupi, księża i wierni. Według masona, człowiek który kwestionuje dogmat już jest masonem bez fartuszka” [32].
Marcel Prelot, senator z francuskiego regionu Doubs jest chyba najdokładniejszy w określeniu tego co się wydarzyło. Pisze:
“Przez 150 lat walczyliśmy o to, żeby nasze opinie zwyciężyły w Kościele i nam się nie udało. W końcu nadszedł II SW i odnieśliśmy triumf. Od tej pory propozycje i zasady liberalnego katolicyzmu zostały stanowczo i oficjalnie przyjęte przez Święty Kościół” [23].

Zerwanie z przeszłością
“Konserwatyści” którzy zaprzeczają temu, że II SW stanowił zerwanie z tradycją, i że to jest sprzeczne z wcześniejszym Magisterium, nie chcieli słuchać ludzi czynu soboru, którzy bezwstydnie to uznają.
Yves Congar, jeden z architektów reformy, zauważył ze spokojną satysfakcją, że “Kościół spokojnie przeszedł swoją rewolucję październikową” [34].
Przyznał również, jakby to było powodem dumy, że soborowa “Deklaracja o swobodzie religijnej” jest sprzeczna z “Syllabusem” papieża Piusa IX. Powiedział:
“Nie da się zaprzeczyć, że potwierdzenie przez II Sobór swobody religijnej faktycznie mówi coś innego niż “Sylllabus” z 1864, a nawet wręcz przeciwnego do propozycji 16, 17 i 19 tego dokumentu” [35].
I w końcu kilka lat temu, kard. Ratzinger, widocznie niewzruszony tym przyznaniem, napisał, że soborowy tekst “Gaudum et spes” postrzega jako “anty-Syllabus“.
Powiedział:
“Jeśli wymagane jest przedstawienie diagnozy tekstu (Gaudium et Spes) jako całości, można powiedzieć, że (w związku z tekstem o swobodzie religijnej i światowych religii) jest to rewizja “Syllabusa” Piusa IX, rodzaj anty-syllabusa. . . Powiedzmy że ten tekst służy jako anty-syllabus, i jako taki, według Kościoła stanowi próbę oficjalnego pogodzenia się z nową erą rozpoczętą w roku 1789” [36].
Inaczej mówiąc, z rewolucją francuską i oświeceniem.
Ten komentarz kard. Ratzingera jest niepokojący, szczególnie dlatego, że pochodzi od człowieka, który będąc szefem Kongregacji Doktryny Wiary, rzekomo stoi na straży czystości katolickiej doktryny.
Ale możemy także przywołać podobną opinię postępowego kard. Suensensa, jednego z najbardziej liberalnych prałatów w tym stuleciu, sam będąc ojcem soboru, płomiennie wypowiadał się o starych reżimach, które upadły. Słowa których użył chwwaląc sobór są najbardziej mówiące, najbardziej przerażające i najbardziej obciążające. Suenses oświadczył: “II SW to rewolucja francuska Kościoła” [37].

Status dokumentów soborowych
Oczywiście katolicy mają prawo, a nawet obowiązek, odrzucenia tych nauk pochodzących z soboru, króre są w konflikcie z wiecznym Magisterium.
Od lat katolicy tkwili w błędnym przekonaniu, że muszą akceptować sobór duszpasterski, II SW, z takim samym aktem wiary jaki należy się soborom dogmatycznym. Ale tu nie o to chodzi.
Ojcowie soboru wielokrotnie mówili o II SW jako o duszpasterskim, to znaczy, że jest to sobór który zajmuje się nie definiowaniem wiary, ale jej wdrożeniem.
Fakt, że II SW jest gorszy od dogmatycznego potwierdza świadectwo ojca soboru, bpa Thomasa Morrisa. Teraz na jego prośbę to świadectwo ujawniono po jego śmierci:
“Poczułem ulgę kiedy powiedziano nam, że ten sobór nie miał na celu definiowania czy wydawania ostatecznych opinii o doktrynie, ponieważ oświadczenie o doktrynie musi być ostrożnie sformułowane, i dokumenty soborowe uwazałbym za niepewne i mogące podlegać reformie” [38].
Jest też ważne świadectwo sekretarza soboru, abpa (później kardynała) Pericle Feliciego. Na zakończenie II SW biskupi poprosili abpa Feliciego o coś co teolodzy nazywają “teologiczną notą” soboru, czyli o doktrynalny “ciężar” nauk II SW. Felici odpowiedział:
“Musimy rozróżnić zgodnie ze schemas i rozdziałami, tymi które już były przedmiotem definicji dogmatycznych w przeszłości; zaś jeśli chodzi o deceleracje [zwolnienie tempa] które mają charakter nowości, musimy mieć zastrzeżenia” [39].
Sam papież Paweł VI również podobnie skomentował, że “biorąc pod uwagę pastoralny charakter soboru, uniknął ogłoszenia w niezwykły sposób dogmatów obdarzonych notą nieomylności” [40].
A zatem, w przeciwieństwie do soboru dogmatycznego, II SW nie wymaga aktów wiary bez zastrzeżeń. Rozwlekłe i dwuznaczne oświadczenia II SW nie są na równi z wypowiedziami dogmatycznymi. Nowości II SW nie są bezwarunkowo wiążące dla wiernych. Katolicy mogą “mieć zastrzeżenia”, a nawet sprzeciwiać się każdej nauce soboru, która byłaby sprzeczna z odwiecznym Magisterium.

“Rewolucja tiary i kapy”
Rewolucja posoborowa ma wszystkie znamiona realizacji planów “Stałej Instrukcji Alta Vendita”, jak również przepowiedni kanonika Roca:
1.Cały świat dostrzegł głęboką zmianę w KK na skalę międzynarodową zgodną z nowoczesnym światem.
2. Zarówno obrońcy jak i krytycy II SW pokazują, że pewne nauki soboru stanowią zerwanie z przeszłością. 3.Sami masoni radują się z soboru, że ich pomysły “rozciągnęły się wspaniale nad kopułą św. Piotra”.
Dlatego cierpienia jakie teraz dotknęły KK naprawdę nie są tajemnicą. Lekkomyślnie ignorując przeszłych papieży, nasi obecni liderzy Kościoła zbudowali zepsutą strukturę, która się rozpada. Choć papież Paweł VI ubolewał nad tym, że “Kościół jest w stanie samozniszczenia”, to on, tak jak obecny papież, nalegał by katastrofalne aggiornamento odpowiedzialne za to samozniszczenie szło pełną parą.
Chciałbym poruszyć jeden punkt końcowy. Nie twierdzę, że każdy duchowny promujący nowe praktyki, takie jak ekumenizm, umyślnie działa jako wróg Kościoła. Znany ksiądz z XIX wieku, o. Frederick Faber, okazał się być prawdziwym prorokiem kiedy w niezwykłej homilii wygłoszonej w Zielone Świątki w londyńskim Oratorium powiedział:
“Musimy pamiętać, że gdyby wszyscy wyraźnie dobrzy ludzie byli po jednej stronie, a wszyscy wyraźnie źli po drugiej, nie byłoby niebezpieczeństwa dla nikogo, a już najmniej dla wybranych, oszukiwanych przez kłamliwe cuda. To dobrzy ludzie, wcześniej dobrzy, musimy mieć nadzieję że nadal dobrzy, którzy mają wykonywać dzieło antychrysta i tak smutno ukrzyżować Pana na nowo. . . Pamiętajmy tę cechę ostatnich dni, że ten fałsz pojawia się wśród dobrych ludzi, będących po niewłaściwej stronie” [41].

Dlatego uważam, że wielu (nie wszyscy) duchownych, którzy ulegają duchowi epoki i promują nowy program soboru, są dobrymi ludźmi po złej stronie.

Obowiązek sprzeciwu
Jak powiedziałem na początku, uważam że “Stała Instrukcja Alta Vendita” i jej skutki pomagają wyjaśnić to o czym mówiła s. Łucja, kiedy ostrzegała o diabolicznej dezorientacji hierarchów wyższego szczebla, określenie użyte przez nią wiele razy.
W obliczu takiej diabolicznej dezorientacji, jedyną odpowiedzią dla wszystkich zaniepokojonych katolików jest:
1) dużo się modlić, zwłaszcza na Różańcu
2) uczyć się i żyć tradycyjną doktryną i moralnością KK, zawartymi w pracach przedsoborowych
3) trwać przy łacińskiej Mszy Trydenckiej, w której wiara katolicka i nabożeństwo są wolne od skażenia dzisiejszym novus ordo ekumenizmu
4) sprzeciwiać się całą duszą trendom II SW siejącym takie spustoszenie w Mistycznym Ciele Chrystusa
5) z miłością mówić innym o tradycjach wiary i ostrzegać ich przed błędami czasów
6) modlić się o to by zaraźliwy powrót do normalności objął wystarczającą liczbę hierarchów
7) nigdy nie zgadzać się na kompromis
8) i na koniec, powodem tego że tu jesteśmy: by praktykować i głosić najlepiej jak potrafimy, są prośby Matki Bożej Fatimskiej.


John Vennari, red. naczelny Catholic Family News Freemasonry and the Subversion of the Catholic Church
Tłumaczenie: Ola Gordon

==========================

telegimelka1022śr., 23 wrz, 19:56 (12 godzin temu)
do mnie

linki do książek

https://dn790003.ca.archive.org/0/items/freemasonry-and-the-vatican_202104/FREEMASONRY%20and%20the%20VATICAN.pdf

https://dn721806.ca.archive.org/0/items/why-johnny-cant-come/Vatican%20Ratline_%20The%20Vatican,%20the%20Nazis,%20and%20the%20New%20World%20Order%20-%20Mauri.pdf

„Stała Instrukcja” Alta Vendita

https://docer.pl/doc/esv0xv0

[W 1846 roku papież Pius IX zezwolił na publikację dokumentów Alta Vendita. Powstała w 1819 roku.MD]

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale te fragmenty, które są najbardziej istotne dla naszej dyskusji.

W dokumencie czytamy:

Naszym ostatecznym celem jest cel Woltera i Rewolucji Francuskiej – ostateczne zniszczenie Katolicyzmu, a nawet idei chrześcijańskiej. Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem. Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.

Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na Stolicę Piotrową.

To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom… Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem.

Chcecie poznać powód? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni.

Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie Chrześcijaństwa. Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków.

Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Ventą [Lożą] pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie instrukcji albo memorandum… A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy najpierw ukształtować temu papieżowi pokolenie warte rządów o jakich marzymy.

Zostawcie na boku starców i ludzi dojrzałych; idźcie do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci… Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i nieskazitelnych patriotów. Ta reputacja włoży nasze doktryny zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów.

Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża, który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi [rewolucyjnymi] i humanistycznymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg.

I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle, aby go zrealizować.

Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu; niech kler maszeruje pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszeruje pod sztandarem kluczy apostolskich. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zarzućcie swoje sieci, jak Szymon Syn Jony; zarzućcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego.

Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; zgromadzicie swych przyjaciół wokół Tronu Apostolskiego.

Będziecie głosić rewolucję w tiarze i kapie, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata”.

——————

Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan. Oświecenie, mój przyjacielu, „rozwiewa wiatr”. Przez cały XIX wiek społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, z wielką szkodą dla Wiary katolickiej i katolickiego państw…

====================

linki do książek

https://dn790003.ca.archive.org/0/items/freemasonry-and-the-vatican_202104/FREEMASONRY%20and%20the%20VATICAN.pdf

https://dn721806.ca.archive.org/0/items/why-johnny-cant-come/Vatican%20Ratline_%20The%20Vatican,%20the%20Nazis,%20and%20the%20New%20World%20Order%20-%20Mauri.pdf