Ministrowie zmuszeni do proszenia ubiegających się o azyl: „NIE gwałć kobiet”

: „Szaleństwo” w nowej broszurze uczy migrantów, jak unikać popełniania przestępstw seksualnych w Wielkiej Brytanii

dailymail/The-rape-guide-Insane-new-government-booklet-teaches-asylum-seekers-avoid-committing-sex-crimes-British-women

Daily Mail Logo

Rządowy poradnik ostrzega osoby ubiegające się o azyl, aby nie gwałcić ani nie bić kobiet.

Publikacja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych , w której określono „zasady i oczekiwania” dotyczące życia w Wielkiej Brytanii, zostanie przekazana osobom ubiegającym się o azyl w ramach kampanii edukacyjnej.

Ostrzega: „Jeśli uprawiasz seks z kimś bez jego zgody, nazywa się to gwałtem. Gwałt jest poważnym przestępstwem w Wielkiej Brytanii”.

Siedmiostronicowa broszura, opublikowana wczoraj w następstwie serii okropnych gwałtów i ataków seksualnych, których dopuścili się azylanci, ostrzega również nowoprzybyłych, aby nie „podążali za kimś ani nie blokowali mu drogi” i nie „wykonywali niegrzecznych lub obraźliwych gestów”.

Osobom ubiegającym się o azyl zaleca się, aby nigdy „nie kierowały do ​​nikogo uwag o charakterze seksualnym, nawet jeśli uważają to za komplement” ani „nie gwizdały i nie wydawały odgłosów całowania w stronę kogoś”.

Stanowi ona, że ​​seks z osobą poniżej 16 roku życia jest nielegalny, dodając: „Nie ma wyjątków od tej reguły. Nawet jeśli się zgodzą, to i tak jest to nielegalne”.

Broszura zatytułowana „Zrozumienie zachowań i oczekiwań w Wielkiej Brytanii: przewodnik dla osób ubiegających się o azyl” ma zostać udostępniona w wielu językach obcych.

W dokumencie podkreślono również, że przemoc fizyczna, groźby i kontrolowanie stanowią formy przemocy domowej i poważne przestępstwo.

W dokumencie napisano: „Rozumiemy, że przyjazd do nowego kraju może być trudny, a prawa i zwyczaje mogą się tu różnić od tych w Twoim kraju ojczystym.

Ta broszura pomoże Ci zrozumieć, czego się od Ciebie oczekuje, jeśli mieszkasz w Wielkiej Brytanii.

Dodaje: „Te zasady i oczekiwania nie dotyczą tylko osób ubiegających się o azyl, dotyczą wszystkich, którzy tu mieszkają”.

W broszurze wyjaśniono dalej, że mężczyźni i kobiety w Wielkiej Brytanii mają równe prawa, a kobietom wolno „pracować i zarabiać na swoje utrzymanie”.„własne pieniądze”, studiowanie, swobodne podróżowanie i „podejmowanie własnych decyzji dotyczących własnego życia”, łącznie z decyzją o zawarciu związku małżeńskiego.

W dokumencie dodano, że mąż, ojciec lub brat nigdy nie powinien zabraniać kobiecie pracy lub nauki, kontrolować jej ubioru lub miejsc, do których chodzi, uniemożliwiać jej spotykania się z rodziną i przyjaciółmi ani podejmować za nią decyzji bez jej zgody.

W dokumencie ostrzega się również, że robienie komuś zdjęć o charakterze seksualnym bez jego zgody jest przestępstwem.

Zawiera porady i numery telefonów zaufania dla osób, które padły ofiarą nadużyć seksualnych lub innych form nadużyć.

W osobnym dokumencie zatytułowanym „Zapewnienie bezpieczeństwa dzieciom w Wielkiej Brytanii” określonoże „niemowląt i małych dzieci nigdy nie należy zostawiać samych”.

Dzieci nie powinny być „bite, klepane, potrząsane ani krzywdzone”  , a „niezapewnienie dziecku wystarczającej ilości pożywienia, czystych ubrań, opieki zdrowotnej lub bezpiecznego miejsca do życia” jest równoznaczne z zaniedbaniem.

Materiał ten został również wydany w formie serii plakatów z ilustracjami w stylu komiksowym, prawdopodobnie przeznaczonych do wywieszenia w hotelach dla uchodźców i innych miejscach zakwaterowania dla migrantów. 

W zeszłym roku na małych łodziach przypłynęło 41 472 osób – większość z nich ubiegała się o azyl – spośród nich 34 201 stanowili mężczyźni.

Najliczniejszą grupą narodowościową wśród migrantów przybywających przez Kanał La Manche w ubiegłym roku były:Erytrejczyków (nieco ponad 7600), Afgańczyków (4800), Irańczyków (4400), Sudańczyków (4400) i Somalijczyków (3800).

 W zeszłym tygodniu na pokładzie jednej łodzi przypłynęła rekordowa liczba 230 osób .

Inne sposoby ubiegania się o azyl obejmują przybycie w sposób nielegalny, np. na pace ciężarówki, lub ubieganie się o status uchodźcy po uzyskaniu wizy. 

Chris Philp, rzecznik Partii Konserwatywnej ds. wewnętrznych, powiedział: „Nielegalni i legalni imigranci pochodzą z miejsc i społeczeństw, w których stosunek do kobiet jest zupełnie niezgodny z postawą społeczeństwa zachodniego.

=============================

Ujawniono: Sześciu przybyszów, którzy dopuścili się gwałtu 

Przez CAMERON CHARTERS 

Abdulla Ahmadi, Ibrahim Alshafe i Karin Al-Danasurt

Abdulla Ahmadi i Ibrahim Alshafe, oboje w wieku 26 lat, a także Karin Al-Danasurt, 21 lat, zostali określeni przez sędziego mianem „całkowicie drapieżnych, bezdusznych i pogardliwych” za napaść na kobietę na plaży Brighton 4 października ubiegłego roku.

W styczniu w Sądzie Koronnym w Hove sędzia Christine Henson KC skazała Ahmadiego z Iranu i Alshafe’a z Egiptu na 21 lat więzienia za gwałt. Skazany za morderstwo 21-letni Al-Danasurt, również z Egiptu, przedostał się do Wielkiej Brytanii.w 2024 roku. Został skazany za gwałt za filmowanie ataku i skazany na 18 lat więzienia.

Wszyscy trzej mieszkali w hotelu Home Office w Horsham, West Sussex, po przepłynięciu kanału La Manche małymi łódkami.

Ahmad Mulakhil

Afghani Ahmad Mulakhil został w lipcu skazany na 15 lat więzienia za gwałt na 12-letniej dziewczynce w Nuneaton w hrabstwie Warwickshire.

23-letni Mulakhil został skazany w Sądzie Koronnym w Warwick za gwałt, porwanie, napaść seksualną i nagranie nieprzyzwoitego filmu. Policja stwierdziła, że ​​jego przestępstwa „naruszają fundamentalne wartości spajające nasze społeczności”. 

Mulakhil przybył do Wielkiej Brytanii małą łódką w marcu ubiegłego roku. Rok i cztery miesiące później zaatakował dziewczynę. Ława przysięgłych usłyszała zeznania, że ​​Mulakhil śmiał się podczas ataku, co spowodowało u jego ofiary głęboki uraz psychiczny.

Sheraz Malik

Pakistański Sheraz Malik, lat 28, zgwałcił 18-letnią kobietę w parku w Nottinghamshire w czerwcu ubiegłego roku. Dwa miesiące temu Sąd Koronny w Birmingham skazał go na dziesięć lat więzienia za fałszywe twierdzenie, że stosunek był dobrowolny.

Sędzia Simon Ash KC stwierdził, że Malik obrał sobie za cel „szczególnie bezbronną” kobietę. Podczas ataku Malik nazwał ofiarę „dziwką” i uderzył ją w twarz, gdy próbowała mu się przeciwstawić. Słyszałem, że przybył do Wielkiej Brytanii rok przed dokonaniem gwałtu.

Mehmet Ogur

27-letni Turk Mehmet Ogur został skazany na siedem lat więzienia za gwałt na 18-letniej kobiecie w parku w Tamworth w hrabstwie Staffordshire w styczniu ubiegłego roku. Przybył do Wielkiej Brytanii zaledwie kilka tygodni wcześniej.

Podczas procesu usłyszał, jak jego ofiara krzyczała na niego i błagała, żeby przestał. W styczniu jego ofiara odczytała oświadczenie w Sądzie Koronnym w Stafford, w którym zapytała Ogura: „Dlaczego ja, dlaczego wybrałeś mnie, żeby mnie całkowicie zniszczyć, skoro okazywałam ci jedynie dobroć i empatię?”.

Sachan Gautam zCPS oświadczyło: „Jego zachowanie ewoluowało od niechcianych zalotów do brutalnego i traumatycznego gwałtu”.

Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski

Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski

magnapolonia/rusza-sciaganie-ukrainskich-weteranow-do-polski

W Polsce rusza pilotażowy program rehabilitacji dla zdemobilizowanych ukraińskich weteranów. W pierwszym etapie ma do nas przyjechać 30 osób, podzielonych na trzy grupy. Uczestnicy będą przez kilka tygodni korzystać z rehabilitacji fizycznej oraz programu rekonwalescencji. Projekt ma jednak wykraczać poza samą pomoc medyczną — jego organizatorzy chcą, aby weterani przebywali wśród mieszkańców i nawiązywali kontakty z lokalną społecznością.

Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski. Program ma być realizowany w Górowie Iławeckim w województwie warmińsko-mazurskim. Do dyspozycji uczestników mają zostać wykorzystane zaplecze miejscowego szpitala oraz infrastruktura uzdrowiskowa.

Projekt został zorganizowany przez polskiego socjologa i prezesa Fundacji Stocznia Jakuba Wygnańskiego oraz Związek Ukraińców w Polsce. Pierwsza grupa ma zostać wyłoniona we współpracy z partnerami z Winnicy. Organizatorzy nie zakończyli jeszcze prac nad szczegółowymi kryteriami kwalifikacji — mają one uwzględniać przede wszystkim to, czy zakres oferowanej rehabilitacji odpowiada indywidualnym potrzebom konkretnego weterana.

W praktyce oznacza to, że nie chodzi o masowy program obejmujący tysiące osób, lecz o stosunkowo niewielki projekt pilotażowy. Jeżeli okaże się skuteczny, może jednak stanowić podstawę do jego dalszego rozwijania.

Jednym z bardziej charakterystycznych elementów programu jest założenie, że rehabilitacja nie powinna kończyć się na sali zabiegowej. Ukraińscy weterani mają mieszkać w lokalnej społeczności i mieć możliwość bezpośredniego kontaktu z jej mieszkańcami. Według organizatorów ma to być element szerszego procesu powrotu do normalnego funkcjonowania po zakończeniu służby wojskowej. W praktyce oznaczać ma to osiedlanie tych weteranów w Polsce.

Wybór Górowa Iławeckiego nie jest przypadkowy. Według informacji przedstawionych przez Censor.NET ponad 10% mieszkańców miejscowości stanowią potomkowie Ukraińców przesiedlonych w ramach akcji „Wisła”. Organizatorzy uznali więc, że właśnie tam łatwiej będzie stworzyć środowisko sprzyjające „kontaktom polsko-ukraińskim”, cokolwiek ma to w tych okolicznościach znaczyć.

To interesujący aspekt projektu, ponieważ pokazuje, że organizatorzy traktują rehabilitację również jako element inżynierii społecznej – wtłaczania do Polski ukraińskich weteranów z PTSD, celem sprawdzenia, jakie będą tego efekty.

Wokół informacji o programie mogą pojawiać się pytania dotyczące jego kosztów. Z opisu projektu wynika, że zasadnicza część pieniędzy nie pochodzi z polskiego budżetu państwa. Pół miliona złotych na ten cel zgromadziła „Polska Rada Biznesu”, korzystając z „indywidualnych wpłat swoich członków”. Środki mają zostać przeznaczone m.in. na transport, zakwaterowanie, wyżywienie oraz samą rehabilitację. Rzekomo zebrano je w ciągu zaledwie jednego weekendu.

Jest to dość podejrzane, zwłaszcza, że w inicjatywę włączył się Związek Ukraińców w Polsce. Ten z kolei jest już futrowany z pieniędzy budżetowych.

To szczególnie ważne dlatego, że w polskim społeczeństwie narasta zmęczenie częścią polityki związanej z wojną oraz sporami polsko-ukraińskimi. Kolejna próba forsowania dziwnych projektów czysto osiedleńczych jest bardzo niemile widziana przez Polaków. Zwłaszcza, że tym razem chodzi stricte o osoby wracające z frontu, obeznane z używaniem broni oraz wojennym okrucieństwem. Takie osoby stanowią łakomy kąsek dla organizacji przestępczych.

Co ciekawe, pod oryginalnym materiałem Censor.NET pojawiły się komentarze Ukraińców, w których krytyka tego programu wielokrotnie przeradza się w atak na Polaków jako naród.

Z punktu widzenia humanitarnego trudno kwestionować sens pomocy ludziom, którzy zostali poszkodowani podczas wojny. Z punktu widzenia polskich interesów, osiedlanie u nas ukraińskich weteranów stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego. Niestety, rząd warszawski ma ten problem w wiadomym miejscu.

Ukraina promuje w Polsce handel ludźmi

Ukraina promuje w Polsce handel ludźmi

magnapolonia/ukraina-chce-promowac-w-polsce-handel-ludzmi

Ukraińska klinika BioTexCom, działająca w obszarze wspomaganego rozrodu i macierzyństwa zastępczego, zapowiedziała organizację konferencji w Warszawie. Wydarzenie ma odbyć się 12 i 13 września 2026 roku. Z informacji zamieszczonych w formularzu rejestracyjnym wynika, że jednym z głównych tematów spotkania ma być macierzyństwo zastępcze, a także procedury in vitro.

Ukraina promuje w Polsce handel ludźmi. BioTexCom prowadzi na Ukrainie programy surogacyjne i kieruje swoją ofertę również do klientów zagranicznych, w tym polskojęzycznych. Według informacji dotyczących warszawskiego wydarzenia uczestnicy mogą uzyskać informacje m.in. na temat programów wykorzystujących własne komórki jajowe lub komórki dawczyni.

Sama klinika przedstawia się jako centrum medycyny reprodukcyjnej działające w Kijowie. W jej ofercie znajdują się m.in. zapłodnienie in vitro, dawstwo komórek jajowych oraz programy macierzyństwa zastępczego. Firma prowadzi również działalność marketingową skierowaną do klientów z innych państw.

Skala działalności BioTexCom widoczna jest w jej oficjalnym cenniku. Klinika oferuje trzy podstawowe warianty programów surogacyjnych: Standard za 39,9 tys. euro, Standard Plus za 49,9 tys. euro oraz VIP za 64,9 tys. euro. Tyle dokładnie kosztuje dziś zakup dziecka w ramach ukraińskiego handlu ludźmi.

Według informacji publikowanych przez firmę poszczególne pakiety różnią się m.in. liczbą prób oraz deklarowanym czasem oczekiwania na dopasowanie surogatki. W przypadku programu VIP ma on wynosić do około czterech miesięcy, natomiast w programie Standard nawet do roku. BioTexCom informuje również, że w cenę programu wliczone są określone procedury medyczne, prowadzenie ciąży oraz pomoc prawna.

Klinika podaje, że wynagrodzenie surogatki jest uwzględnione w cenie programu i może wynosić około 20 tys. euro. Są to jednak dane deklarowane przez samego usługodawcę.

Organizacja konferencji w Warszawie jest szczególnie interesująca z punktu widzenia polskiego prawa. Polska nie ustanowiła instytucji macierzyństwa zastępczego. Kluczowe znaczenie ma art. 61 par. 9 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, zgodnie z którym matką dziecka jest kobieta, która je urodziła.

Również Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w dokumencie z 2025 roku wskazała, że polskie prawo rodzinne nie przewiduje macierzyństwa zastępczego jako sposobu ustalenia pochodzenia dziecka. Jednocześnie poszczególne przypadki dotyczące dzieci urodzonych w wyniku surogacji za granicą wymagają indywidualnej oceny, przede wszystkim z uwzględnieniem dobra dziecka. Co więcej, kodeks karny zabrania handlu ludźmi w każdej postaci.

Niestety, nie oznacza to, że samo zorganizowanie konferencji poświęconej surogacji w Polsce będzie automatycznie uznawane za przestępstwo. Od 2022 roku w Polsce Ukraińcom można bardzo dużo i każda krytyka ich poczynań związana jest z oskarżeniami o rosyjską działalność agenturalną. To właśnie dlatego surogacja wkracza do nas z Ukrainy, nie z Zachodu.

Ukraina od lat należy do państw, w których rozwinął się transgraniczny rynek usług związanych z tzw. „macierzyństwem zastępczym” (przyjemna nazwa dla starego, dobrego handlu ludźmi). BioTexCom otwarcie oferuje komercyjne programy skierowane do zagranicznych klientów.

Według informacji samej kliniki jej programy surogacyjne nadal funkcjonują pomimo trwającej wojny. Firma deklaruje również stosowanie procedur bezpieczeństwa związanych z sytuacją wojenną. BioTexCom podaje, że od początku wojny w jej programach urodziło się ponad tysiąc dzieci. Są to jednak dane pochodzące od samej firmy i nie stanowią niezależnego audytu jej działalności.

Klinika wskazuje ponadto, że część zagranicznych klientów dociera na Ukrainę przez państwa sąsiednie, w tym Polskę. Polska może więc pełnić zarówno funkcję rynku, na którym prowadzone są działania informacyjne i marketingowe, jak i kraju tranzytowego dla osób korzystających z ukraińskich usług handlu dziećmi.

Warszawska konferencja pokazuje tym samym szerszy problem transgranicznego charakteru rynku surogacji. Z jednej strony funkcjonują państwa, w których określone formy macierzyństwa zastępczego są prawnie dopuszczone i komercjalizowane, z drugiej zaś państwa, takie jak Polska, które nie wprowadziły tej instytucji do prawa rodzinnego.

Samo wydarzenie w Warszawie nie oznacza zatem zmiany polskiego prawa. Pokazuje jednak, że firmy działające w branży handlu ludźmi coraz aktywniej docierają ze swoją ofertą do polskojęzycznych odbiorców.

Ze swojej strony obiecujemy zająć się sprawą konferencji i spróbować złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci promocji handlu dziećmi.

Polecamy również: Rusza ściąganie ukraińskich weteranów do Polski

Nie tylko Wołyń. Współczesny testament OUN-UPA

Nie tylko Wołyń. Współczesny testament OUN-UPA

20 sierpnia 2026 pch24/nie-tylko-wolyn-wspolczesny-testament-oun-upa

Zelenski-Ukraina-banderowcy.jpg
fot. GS / PCh24.pl

Wołodymyr Zełenski, wykorzystując ukraiński nacjonalizm do doraźnych celów politycznych, jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana.

Przedziwna to sprawa. Ukraiński Żyd z Krzywego Rogu, gdzie do tradycji UPA podchodzono z daleko posuniętą rezerwą, dzisiaj stał się czołowym czcicielem tradycji nacjonalistycznej. Prezydent Ukrainy sprowadził do kraju szczątki ojców OUN, nadając dotychczasowemu kultowi rangę niemal państwową.

Na Ukrainie spoczęli już Andrij Melnyk i Jewhen Konowalec. Tylko czekać, aż z Monachium przyleci do ojczyzny sam Stepan Bandera, zajmując należne mu miejsce w panteonie narodowym.

Jeżeli wierzyć ekspertom, Zełenski – sam będąc potomkiem Żydów, a więc pierwszych ofiar dziarskich rezunów – chwyta się ideologii nacjonalizmu niczym tonący brzytwy. Restauracja pamięci zbrodniarzy i polakożerców to nie tylko ukłon w stronę coraz liczniejszego elektoratu, ale „ucieczka do przodu” od zarzutów korupcyjnych czy rozliczeń po wojnie, w myśl starej jak świat zasady „żołnierze stanęli na wysokości zadania, ale wszystko zepsuli ci na górze”.

Sytuacja prezydenta Ukrainy wydaje się nie do pozazdroszczenia. Jego partia Sługa Narodu może liczyć obecnie na zaledwie 17-procentowe poparcie. Zełenski już dawno stracił posągowy urok obrońcy ojczyzny na rzecz generałów Załużnego i Budianowa. Aktor-polityk gra obecnie rolę nacjonalisty, ponieważ mu się to opłaca. Nadając elitarnej jednostce komandosów imię „Bohaterów UPA” Zełenski zbiera przede wszystkim punkty w armii, obłaskawiając potencjalnych sojuszników rywali. Natomiast celowo wywołanym konfliktem z Polską przykrywa kolejne afery korupcyjne i niepopularne decyzje personalne, jak dymisję szefa MON Michajło Fedorowa, oraz konsoliduje stronników.

Odziedziczony anty-polonizm
Jednak wykorzystując ukraiński nacjonalizm w tak cyniczny sposób, Zełenski igra z mrocznymi i potężnymi siłami. Jest jak dziecko bawiące się zapałkami w stodole pełnej suchego siana. I nie chodzi nawet o historyczny dług polskiej krwi wsiąkłej w wołyńską ziemię, ale cały testament polityczny ruchu, który miał swoje cele, kierunki i metody działań.

Po pierwsze, oprócz nienawiści do Sowietów i Rosji, ukraiński nacjonalizm ufundowano na odrzuceniu wszystkiego co polskie. Wołyń nie wziął się znikąd. Nie stanowił wyjątku od reguły, nie wynikał z nagłego zbiorowego opętania. Demony wypuszczone w 1943 roku, hodowane były w czarno-czerwonych sercach na długo zanim krwawe sotnie dokonały pierwszej rzezi.

Konowalec, Szuchewycz, Bandera czy Melnyk z perspektywy władz II Rzeczpospolitej byli zwykłymi terrorystami, dla których idea ukraińskiej niepodległości usprawiedliwiała sabotaż, dywersję oraz zabójstwa polityczne. To właśnie Polska, nie ZSRS, była głównym teatrem ich działań. Melnyk za udział w zamachach spędził kilka lat w polskim więzieniu, Szuchewycz trafił do Berezy Kartuskiej, a Konowalec został zmuszony do emigracji. Co więcej, za równie groźnego przeciwnika nacjonaliści uznawali współplemieńców dążących do normalizacji relacji z Polakami. Ich ofiarami padali zarówno przedstawiciele polskiego aparatu władzy, jak i Ukraińcy współpracujący z Warszawą.

Znamiennie jawi się pod tym względem zabójstwo ministra Bronisława Pierackiego z 15 czerwca 1934. Siedzący w Berlinie OUN-owcy podjęli decyzję o zamachu w momencie, gdy polski rząd zaczął dogadywać się z umiarkowanymi przedstawicielami ukraińskiej mniejszości, zagrażając radykalnej polityce nacjonalistów. Nawet jeżeli część z nich ostatecznie odrzuciła idee czystki etnicznej (tzw. melnykowcy), w żaden sposób nie zmniejszyło to ich wrogiego nastawienia wobec naszego kraju. Ta część dziedzictwa ukraińskiego nacjonalizmu pozostaje silna do dziś.

Kierunek – Berlin
Organizacja Wojskowa Ukrainy (UWO), protoplasta UPA, od początku swojej działalności brała pieniądze na swoją wywrotową działalność od Niemców. Nacjonaliści szpiegowali w Polsce dla Abwehry, przywódcy sympatyzowali z oficerami niemieckiego wywiadu, a część z nich – jak Melnyk – działała jako bezpośredni agenci Berlina. Ukraińscy nacjonaliści służyli w formacjach pomocniczych Wehrmachtu, bo potem tworzyć i szkolić oddziały UPA.

Od Niemców przejęli ideologię rasy i krwi, czyli przekonanie, że nie będzie niepodległej Ukrainy bez ludobójstwa innych narodowości. Od ideologów narodowego socjalizmu zapożyczyli również kult siły i przemocy, dążenie do czystości etnicznej, terror polityczny, w końcu – tak bulwersujące nas dzisiaj – wzorce faszystowskiej organizacji i symboliki. Niestety, od Niemców nauczyli się również, jak przeprowadzać eksterminację całych grup społecznych.

Powtarzającym mantrę „historię zostawmy historykom” spieszę wyjaśnić, że powrót „banderowców” i „melnykowców” na sztandary ma nie tylko znaczenie moralne, ale jest wyrazem aktualnych zmian politycznych. Kijów ostatecznie daje do zrozumienia, że porzuca koncepcję jagiellońską, czyli marzenie i silnym sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Kijów nie wierzy już w Warszawę (jeżeli kiedykolwiek tak było), lecz coraz chętniej spogląda na Berlin. Dzisiaj rozumieją to w Polsce nawet najwięksi zwolennicy federacjonizmu, stąd tak zaskakująca zmiana w podejściu do Ukrainy niektórych formacji politycznych.

Kanclerz Friedrich Merz, w kwietniu br. podkreślił, że więzi ukraińsko-niemieckie są dziś „silniejsze niż kiedykolwiek”, a jego rząd sfinansuje Ukrainie dostawy kilkuset pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot. Zaledwie miesiąc później wybuchło całe zamieszanie związane z nadaniem przez Zełenskiego jednostce wojskowej imienia „Bohaterów UPA”, co doprowadziło z kolei do bezprecedensowego pogorszenia relacji z Warszawą.

Dzisiaj w tzw. koalicji chętnych nie ma już miejsca dla przedstawiciela Polski, podobnie jak nie ma miejsca dla polskich kontrahentów w kolejce do odbudowy tego państwa. To Merz, nie Tusk obiecuje Kijowowi miejsce w UE, proponując jakieś alternatywne ścieżki akcesji dla „strategicznego partnera”. Mimo początkowego sceptycyzmu, Niemcy wyrosły z czasem na największego europejskiego dostawcę pomocy dla Ukrainy, oraz stanowią największe zaplecze demograficzne tego państwa. Według oficjalnych statystyk, w Niemczech przebywa ok. 1,29–1,35 miliona Ukraińców, zaś w Polsce – niecały milion. Ze swoim potencjałem rolniczym, transportowym i zbrojeniowym Kijów wyrasta na potężnego rywala, co w przypadku zacieśniania sojuszu z Berlinem jeszcze pogorszy naszą sytuację.

Z perspektywy wschodniego sąsiada jest to polityka pozornie racjonalna i skuteczna. Na dłuższą metę może jednak okazać się katastrofalna. Ponownie z pomocą przychodzi nam historia.

Chomyszyn miał rację

Gorączka nacjonalizmu trawi organizm duchowy narodu, odbiera rozsądek i rozumną wszechstronną orientację, utwierdza upór i nie dozwala uzdrowić narodu. …Przywódcy i rzekomi patrioci narodowi tak dalece opanowali i zahipnotyzowali naród, że niejedna zdrowa myśl, rada i przestroga nie znajdują zrozumienia. Na odwrót, uważa się ją za szkodliwą dla „sprawy narodowej”. Jest to najstraszniejszy symptom nieuleczalnej choroby… – diagnozował błogosławiony biskup Grzegorz Chomyszyn.

Stanisławowski hierarcha przewidywał, że oprócz oczywistych krzywd moralnych, nacjonalizm na dłuższą metę przyniesie Ukraińcom więcej szkód niż pożytku.

I rzeczywiście, testament OUN-owców można w zasadzie określić jednym słowem – porażka. Konowalec zginął w zamachu przeprowadzonym przez sowieckiego funkcjonariusza NKWD w 1938 roku. Bandera podobnie – został zastrzelony w swoim monachijskim mieszkaniu w 1959 r. Melnyk miał więcej szczęścia i dożył 74 lat, choć podobnie jak Bandera trafił na krótko do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Za swojego życia nie doczekali niepodległej Ukrainy, która od samego początku bardziej nawiązuje do tradycji Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917–1921) niż marzenia o „czystej” etnicznie, wolnej od wpływów Wschodu i Zachodu potędze.

Czerwono-czarna Ukraina postawiła na Hitlera i razem nim poszła na dno, zaciągając dodatkowo krwawy dług, który do dzisiaj domaga się sprawiedliwości. Co więcej, niemiecki przywódca nie dopuszczał myśli o jakimkolwiek niepodległym państwie ukraińskim. Kiedy w 1941 roku nacjonaliści z OUN-B ogłosili we Lwowie Akt Odrodzenia Państwa Ukraińskiego, naziści natychmiast go odrzucili, a przywódców (w tym Stepana Banderę) aresztowali i osadzili w obozach koncentracyjnych.

Niemcy głęboko pogardzali Ukraińcami. Dla nich byli po prostu Słowianami, kolejnymi podludźmi, untermenschami, których rolą jest niewolniczo służyć rasie panów. Ukraina była traktowana przez Rzeszę wyłącznie jako kolonia surowcowa i żywnościowa (Reichskommissariat Ukraine), a miejscowa ludność była głodzona i masowo wywożona na przymusowe roboty w głąb Niemiec.

Nie chcę, broń Boże powiedzieć, że dzisiejsza RFN w podobny sposób traktuje obywateli Ukrainy. Należy jednak mieć świadomość, że pogarda niemieckich elit wobec krajów Europy Środkowo-Wschodniej ma bogatą tradycję. Grając do jednej bramki z Berlinem, a jednocześnie antagonizując Polskę, Ukraina może ostatecznie skończyć jak jeden wielki rynek zbytu i montownia niemieckiego przemysłu, zwłaszcza w sytuacji coraz większego uniezależniania się naszego kraju.

Co więcej, Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej z Banderą na sztandarach. W Brukseli nie ma miejsca na współpracowników Hitlera, tak samo jak nie było go dla księdza Tiso czy chorwackich Ustaszy. Akcesja będzie wymagać prawdziwej „denazyfikacji” kraju, co przy konsekwentnym rozbudzaniu nacjonalistycznych nastrojów będzie coraz trudniejsze.

W końcu, każda gloryfikacja ukraińskich zbrodniarzy spotka się z gwałtowną odpowiedzią Polski. Światowa opinia publiczna zacznie poznawać, że bohaterowie Zełenskiego et concortes masowo i w bestialski sposób mordowali bezbronne dzieci, kobiety i starców. A dzisiejsze władze poprzez zamilczanie głosu ofiar, przy jednoczesnym stawianiu pomników katom, kontynuują dziedzictwo tej straszliwej zbrodni.

W ostatnich miesiącach nikt nie dał putinowskiej propagandzie lepszych narzędzi niż sam Zełenski. Kiedy wyjdzie, że mit współczesnego państwa jest fundowany na kulcie zbrodniarzy wojennych, uzależniona od czerwono-czarnej kroplówki Ukraina może zostać z problemem sama. Słabemu, wyludnionemu, pozbawionemu znaczenia i żyjącemu z zagranicznej pomocy kadłubowemu państwu pozostaną tylko złote pomniki „ojców narodu”.   

Piotr Relich

Dlaczego blokada Trumpa nie może zamienić Iranu w wyspę

Dlaczego blokada Trumpa nie może zamienić Iranu w wyspę

Pepe Escobar

Stany Zjednoczone mogą zablokować Iran na morzu. Ale nie mogą zablokować jego dostępu do geografii.

Iran jak dotąd nie zwracał uwagi na opóźnienia.

Iran przyspiesza teraz zarządzanie czasem.

Nawet strategiczna cierpliwość ma swoje granice. Teheran przez 5,5 miesiąca prowadził system „dziadek do orzechów” w Cieśninie Ormuz. Imperium piractwa nie ustąpiło. Wręcz przeciwnie, reakcja, oprócz blokady Trumpa, koncentrowała się na bezwzględnej, ostatecznej manipulacji rynkiem, aby utrzymać ceny ropy na względnie niskim poziomie – wykorzystując wszystko, od wyczerpujących się Strategicznych Rezerw Ropy Naftowej (SPR) po wykorzystywanie przez DARPA narzędzi AI do manipulowania rynkami.

Już wkrótce trzeba będzie ponieść pełną, straszliwą cenę – globalną depresję, dalsze odrzucenie zachodnich „wartości” i fałszywych systemów w krajach Globalnego Południa oraz nieunikniony podział między dwoma systemami światowymi.

Iran nie może kontynuować powolnego dławienia Cieśniny Ormuz – grozi mu bowiem utrata z czasem tych korzyści. Iran, podobnie jak wszystkie inne kraje, nieuchronnie ulegnie osłabieniu w wyniku globalnego Wielkiego Kryzysu. To zdecydowanie nie jest długoterminowe rozwiązanie dla dumnego, suwerennego, odpornego i cywilizowanego narodu, który od tysiącleci dąży do godnej samowystarczalności.

Władze w Teheranie doskonale zrozumiały, że nową – a właściwie starą – taktyką imperium jest finansowe i ekonomiczne uduszenie Persji, tak jak zrobiono to na przykład w przypadku Syrii.

Jest jeszcze gorzej. Znacznie gorzej: obecna normalizacja użycia taktycznej broni jądrowej w „dyskusjach” przy stołach imperium. Skoro ludobójstwo zostało znormalizowane – przez cały, zbiorowy, rozdrobniony Zachód – dlaczego nie bombardowanie atomowe (ale tylko przez imperium)?

Teheran doskonale zdaje sobie sprawę, że może nadciągać długa, ciemna chmura. Dlatego teraz nadszedł czas, aby przyspieszyć. Mohsen Rezaee – nowy sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC) i osobisty przedstawiciel przywódcy Modżtaby Chameneiego – nadaje ton. Nie ma alternatywy dla podjęcia wszelkich możliwych działań, aby zmusić hegemoniczny, stary porządek do ustąpienia.

Wywieranie przymusu, ale nie w sposób zdecydowany

Blokada morska Trumpa może wywołać chaos w Iranie, ale sama w sobie nie jest w stanie zmienić istotnej części architektury łączącej Iran z Eurazją.

Blokada poważnie zaszkodziła irańskiemu handlowi ropą naftową drogą morską. Ruch w Cieśninie Ormuz uległ załamaniu. Według danych źródła, eksport irańskiej ropy naftowej spadł z około 1,8–2,0 mln baryłek dziennie przed blokadą do poniżej 300 000 baryłek dziennie.

To ogromna presja. Mimo to Iran jest daleki od izolacji geograficznej. Połączenia kolejowe przez Azję Środkową; handel przez granice lądowe z Pakistanem (co najmniej sześć kanałów); szlak kaspijski do Rosji; Międzynarodowy Korytarz Transportowy Północ-Południe (INSTC): wszystko to nadal funkcjonuje – a w przypadku INSTC jest on nawet rozbudowywany, choć infrastruktura wciąż nie jest ukończona.

Część irańskiej ropy naftowej nadal ucieka w wyniku przeładunków między statkami, szczególnie u wybrzeży Malezji. Ładunki opuszczające irańskie wody terytorialne są przeładowywane na morzu, aby ukryć ich pochodzenie przed dalszym transportem, głównie do odbiorców azjatyckich.

Podczas zawieszenia broni w czerwcu i lipcu około dwudziestu tankowców przetransportowało w ten sposób ropę naftową o wartości około 6 miliardów dolarów. Oczywiście, nie zastąpi to irańskiego systemu eksportowego sprzed wojny – ponieważ proces ten opiera się na ograniczonej flocie tajnej, działającej pod ogromną presją sankcji.

Kluczową kwestią jest jednak to, że amerykańska blokada ma swoje przecieki.

Blokada może mieć charakter przymusu, ale nie jest decydująca – niezależnie od zalewu propagandy ze strony kolesiów Trumpa i różnych oszustów.

Jeśli chodzi o bezpośrednie rozmowy między USA i Iranem, tkwią one w oceanie sprzeczności.

Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i Departament Stanu publicznie – i wyraźnie – zaprzeczyły, jakoby jakikolwiek bezpośredni kanał komunikacji z USA był obecnie aktywny. IRGC wyśmiało amerykańskie roszczenia, nazywając je wojną psychologiczną, podczas gdy Trump publicznie promował ugruntowany, bezpośredni kanał komunikacji z IRGC.

Cóż, kanał informacyjny rzeczywiście istnieje: to kanał z maja 2026 roku, biegnący przez prezydenta Kurdystanu, Nechirvana Barzaniego, do wysoko postawionego kierownictwa Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Stał się nieaktywny. Mógł nawet nieformalnie trwać w niejasnym stanie – podczas gdy Teheran zaprzecza jego istnieniu.

„Dyplomacja” nie jest Trumpowi tak bliska jak Big Macs-om; groźby natomiast – owszem. Rozważmy teraz publiczną groźbę zbombardowania Omanu, wyrażoną w dwóch odrębnych przypadkach.

Oman jest w żadnym razie nie bez znaczenia. Maskat jest jednocześnie: jednym z najbardziej konsekwentnych mediatorów w Radzie Współpracy Zatoki Perskiej; głęboko zaangażowanym w kanał dyplomatyczny z Iranem; i współ-negocjatorem rodzącego się mechanizmu tranzytowego dla Cieśniny Ormuz.

Dwie groźby zbombardowania Omanu oznaczają zatem, że POTUS podejmuje bezpośrednie działania przeciwko temu niewielkiemu państwu, które pomaga w tworzeniu możliwej drogi ucieczki dla imperium.

Nic dziwnego, że rząd Omanu nie wydał oficjalnego oświadczenia w sprawie tych gróźb. Sułtan również nie wydał oświadczenia.

Brak komentarza ze strony Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Milczenia Muscata nie należy źle interpretować. Milczenie nie oznacza zgody. Milczenie nie oznacza oporu. Milczenie może być częścią wyrafinowanej strategii dyplomatycznej: czymś, co pozostaje korzystne dla obu stron.

Nie ma możliwości zablokowania geografii Iranu

Port Gwadar nad Morzem Arabskim – kluczowy element chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego (CPEC) – zyskał ogromne znaczenie strategiczne jako lądowa brama tranzytowa do Iranu.

Oto jak to działa: ładunek dociera do Gwadaru, jest konsolidowany, transportowany drogą lądową na odcinku około 89 km do przejścia granicznego w Gabdzie, a następnie drogą lądową do Iranu. Proces ten jest znacznie krótszy niż transport tego samego ładunku przez Karaczi – co skraca czas i koszty.

Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że statki pływające pod banderą Iranu regularnie zawijają do Gwadaru lub że załadunek i rozładunek irańskiego ładunku morskiego jest tam przeprowadzany, co w praktyce oznaczałoby istnienie irańskiego szlaku żeglugowego.

Następnie mamy Morze Kaspijskie: kluczowy szlak strategiczny, na który nie ma dostępu Marynarka Wojenna USA.

Jak sam się przekonałem w zeszłym roku, kręcąc film dokumentalny o INSTC, Irańskie porty nad Morzem Kaspijskim, takie jak Bandar Anzali, łączą Iran przede wszystkim z Rosją, szczególnie z Astrachaniem.

Od początku blokady irańskie porty nad Morzem Kaspijskim zwiększyły tempo operacji; Bandar Anzali zbliża się do pełnej przepustowości, obsługując zboże, produkty rolne, towary przemysłowe, komponenty i, przede wszystkim, strategiczne towary handlowe między członkami BRICS – Iranem i Rosją.

Marynarka Wojenna USA nie może podejmować żadnych działań na Morzu Kaspijskim, ponieważ Konwencja o statusie prawnym Morza Kaspijskiego z 2018 r. wyklucza mocarstwa morskie niebędące państwami regionalnymi.

Wzdłuż 7200-kilometrowej INSTC, łączącej Rosję, Iran i Indie, ruch towarowy między Rosją a Iranem rozwija się bardzo dynamicznie – pomimo problemów infrastrukturalnych, takich jak brak połączenia kolejowego Raszt–Astara na terenie Iranu.

Ponadto morska trasa INSTC z Czabaharu w Sistanie-Beludżystanie do Indii nie pełni obecnie funkcji istotnego kanału pomocy w czasie wojny.

Iran rzeczywiście leży w sercu dwóch architektur łączności: połączenia kolejowego Chiny–Azja Środkowa–Iran, będącego częścią inicjatywy Pasa i Szlaku (BRI)/Nowego Jedwabnego Szlaku; oraz szlaku Iran–Rosja przez Morze Kaspijskie, będącego częścią INSTC.

Są to w istocie dwa przecinające się korytarze: jeden biegnący ze wschodu na zachód, drugi z północy na południe.

Następnie istnieje Korytarz Transkaspijski, zwany również Korytarzem Środkowym – który nie przebiega przez Iran: Chiny–Kazachstan–Morze Kaspijskie–Azerbejdżan–Gruzja–Turcja–Europa. Korytarz Środkowy rzeczywiście omija Iran.

Co to wszystko nam mówi o blokadzie Trumpa?

Krótko mówiąc: Stany Zjednoczone mogą zablokować Iran na morzu. Ale nie mogą zablokować jego dostępu do geografii.

Wreszcie Iran leży w sercu euroazjatyckiej sieci, do której należą Pakistan, państwa Azji Środkowej, Rosja, Morze Kaspijskie i Chiny.

Obecny impas w postaci „ani pokoju, ani wojny” prowadzi do wykładniczego wzrostu strategicznego znaczenia tej sieci. Sieć zapobiega temu, by przymus morski doprowadził do całkowitej izolacji fizycznej. Zapomnijmy o tym, że Stany Zjednoczone mogłyby skorzystać na strategicznej blokadzie.

Co więcej, irański zwrot w stronę działań ofensywnych mógłby w rzeczywistości wywołać inny rodzaj blokady strategicznej. Iran nadal dysponuje wielowarstwową architekturą antydostępową, obejmującą pociski przeciwokrętowe dalekiego zasięgu, morskie systemy minowania oraz okręty podwodne przeznaczone do operacji na płytkich i ograniczonych przestrzennie wodach.

A geografia dodatkowo zaostrza problem. Duże amerykańskie siły morskie operujące stosunkowo blisko niezwykle wrogiego wybrzeża będą miały bardzo krótki czas na ostrzeżenie i znacznie ograniczony obszar rozmieszczenia swoich sił.

Amerykańska blokada rzeczywiście zniszczyła największy kanał, którym Iran zarabiał twardą walutę – petrojuan. Nie zredukowała jednak – i nie może z geograficznego punktu widzenia – zredukować Iranu do roli wyspy, ponieważ Iran nadal jest połączony ze wschodem, północą i południowym wschodem za pośrednictwem sieci lądowych, kolejowych i morskich.

Z każdym dniem, w którym ta architektura nadal funkcjonuje pod presją, rośnie motywacja Iranu, Rosji, Chin, Pakistanu i państw Azji Środkowej do jej pogłębiania.

I w ten sposób pogłębić integrację Eurazji – najważniejszego wydarzenia geopolitycznego XXI wieku.

Źródło: Dlaczego blokada Trumpa nie może zamienić Iranu w wyspę

„Ograniczona wojna nuklearna” jako opcja: Pentagon planuje nowe etapy eskalacji nuklearnej

„Ograniczona wojna nuklearna” jako opcja: Pentagon planuje nowe etapy eskalacji nuklearnej

Test nieuzbrojonego pocisku Minuteman III za pośrednictwem Wikimedia

„Ograniczona wojna nuklearna” jako opcja: Pentagon planuje nowe etapy eskalacji nuklearnej

Pentagon dokonuje przeglądu swojej strategii nuklearnej – a kierunek jest godny uwagi. Rząd USA chce dać prezydentowi więcej „opcji” w przypadku potencjalnych scenariuszy eskalacji nuklearnej. U podstaw tego leżą wojny regionalne z Rosją lub Chinami oraz możliwość „ograniczonego” użycia broni jądrowej.

Oficjalnie ma to na celu wzmocnienie odstraszania. Krytycy jednak od lat ostrzegają przed czymś przeciwnym: im bardziej „użyteczna” wydaje się broń jądrowa pod względem militarnym, tym bardziej niebezpieczna może stać się granica między wojną konwencjonalną a nuklearną.

Pentagon rozpoczął przegląd amerykańskiej strategii nuklearnej. Wysoko postawieni urzędnicy sformułowali cel z zaskakującą szczerością: Waszyngton chce poszerzyć nuklearne „opcje” prezydenta .

Sekretarz stanu ds. polityki obronnej, Elbridge Colby, potwierdził na początku sierpnia podczas Sympozjum na temat odstraszania w Omaha przeprowadzenie przeglądu tzw. „wytycznych dotyczących zatrudnienia” – czyli wytycznych stanowiących ramy dla ewentualnego użycia amerykańskiej broni jądrowej.

Colby wyraźnie podkreślił, że nie podjęto jeszcze decyzji o zmianie polityki nuklearnej . Jednocześnie wielokrotnie mówił o zapewnieniu większej liczby, a raczej „bardziej racjonalnych opcji nuklearnych”. Tło jest kluczowe: Waszyngton jest coraz bardziej zaabsorbowany perspektywą wojny nuklearnej z Rosją lub Chinami o zasięgu regionalnym .

Od końca świata do „ograniczonej” opcji nuklearnej

Logika Pentagonu początkowo wydaje się wiarygodna.

Co się stanie, jeśli Rosja lub Chiny użyją taktycznej broni jądrowej małej mocy w wojnie regionalnej? Prezydent USA mógłby wówczas stanąć przed skrajnym wyborem: nie odpowiedzieć bronią jądrową – albo odpowiedzieć znacznie potężniejszą strategiczną bronią jądrową, ryzykując eskalację do pełnoskalowej wojny nuklearnej. Waszyngton najwyraźniej chce zatem wprowadzić więcej pośrednich etapów na tej drabinie eskalacji.

Colby wyjaśnił, że jego większym zmartwieniem nie jest koniecznie masowy atak nuklearny na USA, lecz regionalna wojna konwencjonalna, w której broń jądrowa zostanie użyta lokalnie, a następnie dojdzie do dalszej eskalacji.

Dowódca Dowództwa Strategicznego USA, admirał Richard Correll, wyraził swój pogląd jeszcze dobitniej.

Pentagon chce poszerzyć wachlarz dostępnych prezydentowi opcji i dać mu swobodę decydowania o praktycznie każdym możliwym scenariuszu eskalacji. Correll wyraźnie opisał zakres od potencjału niekinetycznego i konwencjonalnego, po „ograniczoną wymianę nuklearną” , a ostatecznie eskalację w górnym zakresie.

To jest sedno sprawy.

Wojna nuklearna nie jest więc postrzegana wyłącznie jako apokaliptyczny krok ostateczny, ale także jako stopniowa eskalacja militarna, którą teoretycznie należy „kontrolować”.

Mniejsze głowice nuklearne mają zapewniać większe pole manewru.

Breaking Defense donosi , że przegląd odbywa się w kontekście wieloletnich obaw Amerykanów dotyczących rosyjskiej i chińskiej taktycznej broni jądrowej. Broń ta charakteryzuje się zazwyczaj mniejszą siłą wybuchu i krótszym zasięgiem niż strategiczna broń jądrowa, a zatem jest przeznaczona do użycia przeciwko celom regionalnym lub wojskowym.

Jednak „mały” jest pojęciem względnym w kontekście broni jądrowej.

Szacuje się, że na przykład amerykański W76-2, który już został rozmieszczony, ma siłę rażenia około pięciu kiloton. To wciąż odpowiada mniej więcej jednej trzeciej siły wybuchu bomby zrzuconej na Hiroszimę. ( armscontrol.org )

Stany Zjednoczone posiadają już broń jądrową o niższej mocy. Ponadto istnieją programy takie jak rodzina pocisków B61 i planowany pocisk manewrujący SLCM-N z głowicami jądrowymi, odpalany z morza. Obecny przegląd może obecnie wykazać konieczność dalszego rozwoju zdolności taktycznych. Jednak Breaking Defense wyraźnie podkreśla, że ​​taka decyzja jeszcze nie zapadła .

Odstraszanie czy niebezpieczniejsza iluzja?

Pentagon twierdzi dokładnie odwrotnie niż jego krytycy.

Więcej opcji nuklearnych ma zmniejszyć prawdopodobieństwo wojny nuklearnej .

Jeśli Rosja lub Chiny wiedzą, że Waszyngton może odpowiednio zareagować nawet na ograniczony atak nuklearny, powinny być odstraszane od użycia broni jądrowej. Correll argumentuje, że większa różnorodność platform i możliwości podnosi próg taktycznego użycia broni jądrowej przez przeciwnika. Dla Pentagonu odstraszanie jest zatem „przede wszystkim” celem.

Jednak ta sama teoria od lat jest przedmiotem kontrowersyjnych debat.

Krytycy ze środowiska kontroli zbrojeń ostrzegają, że dodatkowa broń jądrowa małej mocy może zatrzeć granicę między wojną konwencjonalną a nuklearną. Stowarzyszenie Kontroli Zbrojeń argumentowało już wcześniej, odnosząc się do amerykańskich strategii nuklearnych, że choć broń ta jest przedstawiana jako narzędzie kontroli eskalacji, faktycznej eskalacji po pierwszym ataku jądrowym nie da się skutecznie kontrolować.

Nikt nie wie, czy „ograniczona wojna nuklearna” pozostanie ograniczona.

Waszyngton może zdecydować o użyciu mniejszej broni jądrowej. Ale Waszyngton nie może decydować o reakcji Moskwy lub Pekinu. Taktyczna broń jądrowa pozostaje bronią jądrową.

Przeciwnik musiałby w bardzo krótkim czasie ocenić, czy był to rzeczywiście atak odosobniony, czy też początek większej operacji nuklearnej. Właśnie dlatego koncepcja kontrolowanej eskalacji nuklearnej jest tak ryzykowna.

Stowarzyszenie Kontroli Zbrojeń (Arms Control Association) powołuje się na znamienne oświadczenie byłego dowódcy STRATCOM, generała Johna Hytena. W 2018 roku zdał on relację z amerykańskich ćwiczeń eskalacji nuklearnej i drastycznie podsumował ich wynik: Skończyły się one źle – a mianowicie globalną wojną nuklearną.

Rosja i Chiny jako uzasadnienie – i początek nowego wyścigu zbrojeń

Waszyngton uzasadnia swoje rozważania potencjałem nuklearnym Rosji i Chin. To jednak rodzi klasyczny dylemat bezpieczeństwa mocarstw nuklearnych. Stany Zjednoczone rozszerzają swój potencjał, ponieważ Rosja i Chiny się zbroją.

Moskwa i Pekin z kolei mogą wykorzystać dodatkową amerykańską taktyczną broń jądrową jako uzasadnienie dla dalszej rozbudowy własnych arsenałów. Każda ze stron deklaruje, że jej zbrojenia są konieczną odpowiedzią na działania drugiej strony.

Skutkiem tego może być nowy wyścig zbrojeń nuklearnych, w którym nie będzie chodziło tylko o liczbę głowic, ale coraz częściej o ich użyteczność militarną w wojnach regionalnych .

Im więcej opcji „ograniczonego” użycia broni jądrowej otrzyma prezydent, tym bardziej wiarygodne staje się zagrożenie – ale potencjalnie również bardziej prawdopodobne staje się faktyczne jej użycie.

A gdy tylko eksploduje pierwsza broń jądrowa, kończy się kontrola jednej ze stron.

Następnie przeciwnik decyduje o kolejnym etapie.

Źródło: Pentagon chce „rozszerzenia opcji” w zakresie broni jądrowej, twierdzą urzędnicy

BlackRock i nowy stary totalitaryzm

BlackRock i nowy stary totalitaryzm

Olaf Swolkień

Kodeksy karne krajów Zachodu pełne są paragrafów mających nas zabezpieczyć przed powrotem ustrojów takich jak komunizm czy przede wszystkim faszyzm. Czasem określane są wspólnym mianem totalitaryzmu.

Delegalizuje się w atmosferze politycznego wzmożenia pozbawioną znaczenia partię z nazwy komunistyczną, surowo każe się za podniesienie w górę prawej ręki i organizuje głośne medialne prowokacje z okazji urodzin Hitlera.  W tym samym czasie na co dzień doświadczamy jawnej bądź tajnej inwigilacji, której perfidia i zakres zaskoczyłyby zarówno George’a Orwella jak i Józefa Stalina. Rośnie lawinowo ilość prawnych regulacji dotyczących najprostszych życiowych czynności, których łamanie może skutkować drakońskimi karami finansowymi lub więzieniem. Nie wolno nam spalić w ogrodzie suchych gałęzi, zapalić węglem w piecu, drewnem w kominku, ogrzać własnego domu tak jak czyniono to od stuleci, czy nawet zalecano całkiem niedawno czyli gazem, nabrać wody ze studni, hodować pszczół i innych zwierząt, leczyć się tak jak mamy na to ochotę u leczących, których sami sobie wybierzemy.

Coraz częściej nie są to jedynie zakazy, ale także nakazy dotyczące badań, szczepień, wypełniania sprawozdań, rejestrowania, raportowania, instalowania oraz zakupu nowych liczników i urządzeń do ogrzewania, do inwigilacji, bez których coraz trudniej skontaktować się z urzędem, podróżować, a przy zakupach trzeba faktycznie płacić za brak kolejnej aplikacji, nie mówiąc o branym za dziwactwo nie posiadaniu smartfona. Kodeksy karne zakazują nie tylko jak było to w czasach PRL głoszenia niewłaściwych z punktu widzenia władzy poglądów, ale przewidują kary za słowne manifestowanie posiadanych uczuć – nazwanych, ale nie zdefiniowanych, wśród których pierwsze miejsce zajmuje nienawiść. Nie ma jeszcze kodeksowego nakazu miłości, ale wiele wskazuje, że wszystko przed nami. Trudno o lepsze wypełnienie definicji totalitaryzmu, czyli totalnej kontroli każdego aspektu życia. Jest uderzające, że nagłaśniane podziały polityczne rzadko skupiają się na tym powszechnym trendzie i choć do pewnego stopnia można zaryzykować twierdzenie, że tak zwana lewica go popiera, a prawica hamuje, to jednak również rządy prawicy po kolejnym zwycięstwie wyborczym z reguły rozczarowują i wkrótce okazuje się, że jak mówił Jarosław Kaczyński w odniesieniu do tzw. zielonego ładu: „nie możemy go odrzucać, bo to oznaczałoby ustawienie się na marginesie i innego rodzaju kłopoty”.

Oznacza to, że cywilizacja podlega przemianom, które świadomie lub nie przyjmujemy jako nieuniknione, bez względu na deklarowaną lewicowość czy prawicowość. W dużym stopniu wynikają one ze zmian technologicznych i komunikacyjnych. Jałowość wzajemnych oskarżeń o faszyzm z jednej i socjalizm bądź marksizm z drugiej strony w zestawieniu z faktycznym podobieństwem podejmowanych działań potwierdzają, że w praktyce mamy do czynienia z nową rzeczywistością polityczną, w której realna władza sprawowana jest spoza widocznej i zbudowanej na nieaktualnych założeniach sceny politycznej oraz że czynione to jest w interesie grup i elit wymykającym się tradycyjnym podziałom czy to narodowym czy klasowym. Ciekawą próbę znalezienia odpowiedzi na znane z czasów peerelowskiej propagandy pytanie: „Kto za tym stoi i komu to służy” podjęło wydawnictwo Wektory wydając w ostatnim czasie trzy książki, które są inspiracją tego artykułu.

Pierwszą i najbardziej aktualną jest praca autorstwa Magdaleny Trojanowskiej „Black Rock. Jak przejąć świat, tak by nikt się nie zorientował”. Druga to „Cyfrowy kapitalizm. Jak nowy totalitarny kapitalizm pozyskuje dane, kontroluje nasze życie i przejmuje władzę nad światem” Jathana Sadowskiego. Znakomitym uzupełnieniem obu jest klasyczna pozycja Jamesa Burnhama „Rewolucja menedżerów, czyli co się dzieje ze światem”. Powstała w 1941 r. jeszcze przed przystąpieniem USA do II WŚ, stanowi rzadki w dziejach nauk humanistycznych przykład naukowego proroctwa, które szokuje trafnością po ponad 80 latach od pierwszego wydania.

Treść książki Trojanowskiej…

jest znacznie szersza niż wskazuje tytuł. W rzeczywistości autorka dokonała pogłębionej i klarownie przedstawionej analizy struktury, mechanizmu działania i celów ideologicznych całego systemu, którego tytułowy moloch jest symbolem. O jego sile nie decyduje jedynie wartość aktywów, którymi zarządza (13,5 biliona dolarów), ale fakt, że poprzez zarządzane przez siebie algorytmy faktycznie steruje rynkami, a więc i gospodarkami dziesiątek państw, a posiadany przez BlackRock cyfrowy system do zarządzania aktywami i ryzykiem o nazwie Alladin przetwarza informacje o aktywach wartości ponad 21 bilionów dolarów. Razem z dwoma podobnymi gigantami State Street i Vanguard kontrolują zdecydowaną większość funduszy notowanych na giełdach światowych. Decydują o losach firm, o ich istnieniu bądź nie w indeksach najważniejszych giełd całego świata. Jak pisze autorka „Ręka rynku nie jest już niewidzialna – jest wyciągnięta, wskazująca i egzekwująca.”

A gdzie indziej tak charakteryzuje działanie systemu Alladin: „Alladin nie prognozuje, on projektuje rynek i jego reguły, ponieważ jego rekomendacje wpływają na decyzje tysięcy inwestorów instytucjonalnych.” Uzupełnieniem tej oceny jest informacja o tym, że: „W roku obrotowym 2024 – 2025 BlackRock uczestniczył w 16802 walnych zgromadzeniach akcjonariuszy na całym świecie, oddając głosy w łącznie 152 007 uchwałach na 58 rynkach.” Jednak działalność menedżerów BlackRocka nie ogranicza się do zarządzania aktywami na podstawie wskazań algorytmów. Jego zarządcy pełnią jednocześnie rolę doradców rządów w czasie kryzysów i decydują np. o tym, które firmy uzyskają pomoc publiczną, a które nie. To już nawet nie drzwi obrotowe polegające na rotacji stanowisk w administracji państwowej i w prywatnym biznesie, nie tradycyjny konflikt interesów, to jawne łączenie funkcji zarządzającego gospodarką i uczestnika gospodarczej gry, która nawet bez takiego połączenia jest grą do jednej bramki. Przejawem politycznych wpływów BlackRocka jest coraz bardziej agresywna presja na rządy by prywatyzować, a więc oddawać pod wpływy BlackRocka firmy zarządzające infrastrukturą odpowiedzialną za zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb takich jak energia, woda, telekomunikacja.

Myliłby się jednak ktoś kto sądziłby, że ambicje L. Finka ograniczają się do coraz większej potęgi gospodarczej, osiąganych zysków i bogactwa. Naturalną koleją rzeczy jest w sytuacji realizacji tych ambicji następny krok jakim są kontrola i władza. L. Fink ma dlatego swoich protegowanych w obu amerykańskich partiach, może także wpływać na wybory w innych państwach i jak pisze M. Trojanowska: „Demokracja pozornie nie zanikła, a jednak zamiast debaty o kierunkach, ma miejsce selekcja kandydatów, którzy nie zakwestionują reguł. Konkurencja nie została zakazana, została ograniczona do poziomu mikromarketingu”. Każda władza potrzebuje także ideologii, która przekonałaby masy, że jej działanie jest uzasadnione wyższymi celami.

Zarządca BlackRocka rozumie tę konieczność i w corocznych listach kierowanych do prezesów największych korporacji „promuje tezę, że celem korporacji nie może być wyłącznie zysk, lecz szerszy „cel społeczny”, który musi przekładać się na konkretne, wymierne działania ESG.” Pod tym angielskim akronimem kryje się troska o środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny, przedłużeniem tego jest stosowanie zasady DEI – różnorodność, równość i inkluzywność. Jak dodaje autorka „w takim ujęciu przedsiębiorstwo ma być już nie tylko maszyną do generowania zysku, lecz także lokalnym kapłanem sensu, wartości i wspólnoty”. Jak przekłada się to na praktykę? Rozmawiałem kiedyś z prezesem polskiego oddziału jednej ze znanych korporacji. To człowiek inteligentny, dobrze wykształcony i obyty w świecie. Pytam go, czy wierzy w to, że temperatura na ziemi zmienia się na skutek spalania węgla w elektrowniach i w pozostałe elementy ideologii klimatyzmu i dlaczego stosuje to w praktyce swojej firmy. Zaśmiał się i odpowiedział, że oczywiście wie, że to bzdury, ale jego wynagrodzenie tylko w połowie zależy od tradycyjnie rozumianych wyników przedsiębiorstwa, druga połowa od wdrażania wyżej wymienionych standardów.

 „Arcykapłan” Larry Fink

Co więcej, gdyby ich nie respektował, wtedy jego korporacja nie otrzymałaby kredytu albo musiałaby za niego drożej płacić. Inny znajomy z branży jądrowej relacjonował spotkanie z wizytującą polski oddział przedstawicielką zamorskiego zarządu. Uczestnicy spodziewali się rozmowy na temat bezpieczeństwa i rozwiązań technicznych, zamiast tego otrzymali reprymendę za zbyt małą liczbę kobiet w lokalnym zarządzie i na spotkaniu. To przykład pokazujący, że osoby w rodzaju L. Finka to już nie tylko wielcy gracze na arenie gospodarczej, a nawet politycznej, ale że mają ambicję by pełnić rolę jaką kiedyś odgrywał Kościół i religia. 10 przykazań i Ewangelia zostały zastąpione opakowanymi w moralistyczną retorykę „standardami” stworzonymi w gabinetach zarządców kapitału. To sekwencja podobna do opisywanej przez E. M. Jonesa  historii protestantyzmu i ideologii liberalnej. Tamta kładła nacisk na nieograniczoną wolność wzbogaconych cudzym kosztem jednostek, indywidualizm, nienaruszalność umów korzystnych dla „dających pracę” i wiarę, że bezwzględna walka na wolnym rynku przyniesie dobrobyt wszystkim. Odpowiadało to odnoszącym sukcesy właścicielom wielkich fabryk i banków jacy w tamtym systemie dominowali. Politycznym uzupełnieniem była parlamentarna demokracja, w ramach której zwyciężać miał mądrzejszy i lepiej argumentujący polityk zyskujący dzięki temu uznanie mas wyborców.

Dzisiaj kryteria są inne, w dodatku znacznie mniej czytelne i szybciej się zmieniające. L. Fink decyduje o ich aktualizacji w czasie zjazdów w Davos, gdzie pełni od kilku lat funkcję jednego z kierujących wraz ze zjeżdżającymi tam szefami rządów i dyplomacji, służb, biznesu, banków, międzynarodowych organizacji, mediów, nauki czyli nowej elity władzy. To tam ustala się aktualną narrację decydującą na bieżąco o tym co jest etyczne, odpowiedzialne, co jest koniecznością i dziejowym wyzwaniem, co zagrożeniem. Tam powstają także plany nowych kryzysów, które są zawsze argumentami za wprowadzeniem zmian jakie normalnie wywołałyby społeczny sprzeciw. Pandemia i klimatyzm to najbardziej znane przykłady, ale w repertuarze środków są też klasyczne wojny służące dyscyplinowaniu państw i poszczególnych już nie obywateli, ale jak głosi nowy język „interesariuszy”, wybiera się także tylko takie technologie które pasują do portfeli dużych inwestorów, a więc równie duże i skoncentrowane przedsięwzięcia „bankowalne”, a w efekcie uzależniające jednostki od woli korporacji i rządów.

Klasycznym tego przykładem jest tzw. transformacja energetyczna. Głosy sprzeciwu spychane są na karb emocji, lęków, niezrozumienia kontekstu i wyższej konieczności. „Jeżeli człowiek nauczy się „zarządzać stresem”, „akceptować niepewność”, „pracować z emocjami” presja na zmianę strukturalną słabnie. System nie musi się dostosowywać. Dostosowują się ludzie. I co ważne dzieje się to w języku dobra – troski, pomocy, profilaktyki. Władza nie musi już uzasadniać swoich decyzji wobec gniewu społecznego. Wystarczy, że wytworzy procedury jego rozładowywania.”

Odbiciem tego stanu rzeczy jest standardowe spychanie niezadowolenia na karb błędów w komunikacji według schematu: władza dobra, ale ludzie o tym nie wiedzą, bo popełniono błędy w komunikowaniu. Innym sposobem osłabiania oporu jest tłumaczenie politycznych błędów problemami technicznymi. Nowa globalna elita szkolona jest w zakresie kierowania emocjami ludu na specjalnych kursach liderów, którzy potem dziwnym trafem ponownie spotykają się już w rolach szefów rządów i międzynarodowych instytucji. Mają umieć „zapraszać do stołu, nie oddając władzy, słuchać nie zmieniając decyzji. Można uwzględniać traktując głos interesariuszy jako dane wyjściowe do modelu, ale nie jako mandat do zmiany.” „Lider ma wyglądać na bliskiego ludziom, mówić językiem empatii, zapraszać do dialogu, a jednocześnie pilnować aby dialog nie dotyczył fundamentów.”

Kim oni są?

Co charakterystyczne lider nie jest już kapitalistą w tradycyjnym rozumieniu, a najlepszym tego przykładem jest sam L. Fink. Kim więc jest? Odpowiedź na to pytanie daje wspomniana „Rewolucja menedżerów” już w tytule. Jest menedżerem, który zarządza i kontroluje, ale niekoniecznie właścicielem w tradycyjnym rozumieniu czy to świętego prawa własności  czy własności środków produkcji. J. Burnham tworzył swoje dzieło w chwili, kiedy istniały na świecie dwa mocarstwa uważane dzisiaj za totalitarne – hitlerowskie Niemcy i stalinowski ZSRR. Oba uważał za przykład rządów menedżerskich, w których kapitaliści w tradycyjnym rozumieniu albo jak w ZSRR zostali wymordowani albo musieli podporządkować się władzy politycznej. W żadnym nie doszło do praktycznej realizacji deklarowanych pierwotnie celów. Zamiast likwidacji państwa, wolności i decyzyjności mas, w ZSRR władzę szybko przejęła elita urzędnicza i polityczna. Robotnicze kolektywy okazały się w praktyce niezdolne do skutecznego zarządzania. W ZSRR proces ten był bardziej radykalny niż w Niemczech, ale w obu doszło do swoistego połączenia państwa i fabryki w jeden wielki mechanizm skutecznie mobilizujący zasoby i  ludzkie masy. Wyższości takiego modelu dowodziła też zdaniem Burnhama klęska Francji, którą uważał nie za rezultat braku woli „umierania za Gdańsk”, ale za kapitalizm.

Co ciekawsze, Burnham jako trzeci przykład do uzasadnienia swojej tezy i powszechności tej samej dziejowej tendencji wykorzystał amerykański New Deal i rządy Roosevelta. Pomimo tego, że jego zdaniem tradycyjny kapitalizm w USA był stosunkowo żywotny, to doszło wtedy do charakterystycznej dla tytułowego procesu fuzji władzy politycznej i gospodarczej. Głosy obrońców tradycyjnego wolnorynkowego ustroju już wtedy wydawały się archaiczne i nie odpowiadające rzeczywistym oczekiwaniom gnębionych przez kryzys rzesz bezrobotnych. Zmiana jaką dostrzegał wtedy w USA do złudzenia przypomina procesy jakie obserwują dzisiaj zwolennicy kapitalizmu w Unii Europejskiej i krytycy współtworzonego przez L. Finka wielkiego resetu. Burnham zauważał, że nie ma czegoś takiego jak wielka narracja rewolucji menedżerskiej jaką tworzyły tradycyjne ideologie.

Wprowadzanie nowej ideologii polega natomiast na popartej praktyką i następującej w wielu dziedzinach zmianie języka i wartościowania. „Powtórzmy” pisał: „Ideologia Nowego Ładu nie jest rozwiniętą ani systematyczną ideologią menedżerską. (…) W swojej bardziej zagmatwanej i mniej rozwiniętej postaci New Deal przyczynił się – także poza granicami Stanów Zjednoczonych – do upowszechniania nacisku na państwo kosztem jednostki, planowania zamiast prywatnej przedsiębiorczości, tworzenia miejsc pracy (nawet dorywczej) zamiast „szans”, bezpieczeństwa zamiast inicjatywy oraz „praw człowieka” zamiast „praw własności”. Gdzie indziej przewidując przyszłość pisał: „Proces wyzysku będzie jednak przebiegał w gospodarce menedżerskiej inaczej niż w feudalizmie czy kapitalizmie. Nie będzie już możliwe osiąganie zysków poprzez wykorzystywanie pieniędzy jako prywatnego kapitału. Kapitału – o ile ten termin będzie miał jeszcze zastosowanie – dostarczy państwo. Środkami produkcji będą faktycznie zarządzać menedżerowie, zajmujący kluczowe stanowiska w „nieograniczonym” państwie, które w społeczeństwie menedżerskim stanie się połączonym aparatem polityczno – gospodarczym. Uprzywilejowana pozycja w dystrybucji produktów będzie wynikała z miejsca w strukturze tego aparatu, nie z posiadania prywatnych tytułów własności – w tym sensie będzie to system bliższy logice feudalnej niż kapitalistycznej.”

Kłania się Orwell

Czyż nie przypomina to sloganów jakie płyną do nas z Davos, Brukseli i ich krajowych przekaźników o „nieposiadaniu niczego i byciu szczęśliwym”? Czyż nie taki przykład dają Chiny, czyż nie do tego prowadzą plany waluty cyfrowej banków centralnych? O przenikliwości Burnhama świadczy także wiele innych spełnionych przepowiedni, jak choćby ta o powstaniu kilku superpaństw i zaniku suwerenności małych państw, o zatarciu granicy między wojną i pokojem na rzecz opisanej przez Orwella nieustającej wymiany ciosów między Oceanią a Eurazją i spadających co pewien czas rakiet niewiadomego pochodzenia, które uprawomocniały permanentny stan wojenny?

Trzecia pozycja autorstwa J. Sadowskiego jest uzupełnieniem pierwszych dwóch, gdyż pokazuje znaczenie przyjmowanych bezrefleksyjnie jako nieuniknione składniki rozwoju tzw. inteligentnych technologii w coraz to kolejnych obszarach życia. Technologii, których nie rozumiemy, nie posiadamy, a które coraz bardziej nas uzależniają i inwigilują. Według autora celem tego procesu są jedynie kontrola i gromadzenie danych. Informatycy nie są też pozbawieni ambicji tworzenia języka i własnej ideologii, która w tym ujęciu przypomina „techniczną wersję nieuniknionego końca historii”. To według Sadowskiego „najbardziej podstępny produkt Doliny Krzemowej”. W sferze politycznej książka odwołuje się do tradycyjnej krytyki kapitalizmu. Proponuje też drogi oporu od zmian ustawowych po masowe działania jednostek rezygnujących z niepotrzebnych gadżetów, które dawno już przestały czynić nasze życie lepszym.

Czytając wszystkie trzy książki oprócz wielkiego nieobecnego, czyli tego co stało się i do czego służy dzisiaj nauka, na myśl przychodzi stale druga, ludzka strona omawianych procesów i pytanie dlaczego się na to godzimy, czy naprawdę chcemy jak zatytułował swoją książkę Neil Postman „Zabawić się na śmierć”? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Nasz wielki i niedoceniony wizjoner Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) tłumaczył to zanikiem uczuć metafizycznych lub jak ujął to bardziej brutalnie zbydlęceniem. Już wtedy widział sztuczność i fałsz górnolotnych sloganów nie pasujących do tego co „szewcom” i zdegenerowanym arystokratom w duszach czy raczej w ciałach grało.

George Orwell inspirował się dziełem Burnhama pisząc Rok 1984. Aldous Huxley pisał o erze Forda. W ten ciąg obserwacji i artystycznych intuicji wpisuje się także opisany w  „Homo Sovieticus” przez Aleksandra Zinowiewa homosos jako uniwersalny typ przyszłości pozbawiony poglądów i zawsze dopasowujący się do kolektywu. Jednak cytowany fragment książki M. Trojanowskiej o sposobie szkolenia i postępowania liderów nowego porządku najbardziej przypomina tekst bez mała 200 lat wcześniejszy autorstwa Alexisa de Tocqueville, który obserwując obiecującą demokrację w Ameryce pisał:

„Kiedy próbuję sobie wyobrazić ten nowy rodzaj despotyzmu zagrażający światu, widzę nieprzebrane rzesze identycznych i równych ludzi, nieustannie kręcących się w kółko w poszukiwaniu małych, pospolitych wzruszeń, którymi zaspokajają potrzeby swojego ducha (…) Ponad wszystkimi panuje na wyżynach potężna i opiekuńcza władza, która chce sama zaspokoić wszystkie potrzeby i czuwać nad losem obywateli (…) Nie łamie woli lecz ją osłabia (…) Nie tyranizuje – krępuje, ogranicza, osłabia, gasi ogłupia i zamienia w końcu każdy naród w stado onieśmielonych pracowitych zwierząt, których panem jest rząd.”

Czy zmiany, których kierunek potwierdzany jest w tak długim czasie i przez tak różnorodnych autorów są rezultatem szalonych idei powstających w bardzo mądrych głowach, chciwości i głupoty filozofujących informatyków, a może tego, że są nas miliardy zamiast milionów, że żyjemy w stalowo szklanych wieżach z dala od lasów i natury, wpatrując się w trzymane przed oczyma ekraniki, a może to kwestia chemizacji i spadku ilości testosteronu? Czy jesteśmy jak owady skazani na odtwarzanie ciągle podobnych cykli wzrostu i obumierania, nabywania mądrości i ogłupienia? Jest jeszcze Apokalipsa jako odpowiedź ostateczna. Na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, jednak treść wszystkich trzech książek stanowi ważną próbę zrozumienia tego co dzieje się z galopującym w coraz bardziej szalony sposób światem. Książka Magdaleny Trojanowskiej zajmuje w tym szlachetnym przedsięwzięciu znaczące miejsce.

Olaf Swolkień  

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Były analityk CIA: Dane nie potwierdzają twierdzenia, że Iran jest „głównym sponsorem terroryzmu”

Były analityk CIA: Dane nie potwierdzają twierdzenia, że Iran jest „głównym sponsorem terroryzmu”

Larry C. Johnson

(UWAGA: Postanowiłem zebrać różne artykuły, które napisałem, w których obalam twierdzenia, że ​​Iran, Hamas i Hezbollah są głównymi źródłami terroryzmu. Mam nadzieję, że uznasz je za przydatne i zechcesz podzielić się nimi ze znajomymi, którzy dali się zwieść panującej opinii)

===============================

Każdy rząd powołuje się na to samo. Iran, jak nam powiedziano, jest czołowym państwem sponsorującym terroryzm na świecie – twierdzenie to stało się obecnie centralnym argumentem uzasadniającym wojnę. Ma ono wagę oficjalnego określenia: Iran znajduje się na liście państw sponsorujących terroryzm prowadzonej przez Departament Stanu USA od 19 stycznia 1984 roku, co stanowi najdłużej obowiązującą pozycję, obok Kuby, Korei Północnej i Syrii. Liczby przytaczane na poparcie tego stwierdzenia są powtarzane jako ustalone fakty – ponad miliard dolarów rocznie przeznaczanych na finansowanie terroryzmu i od 140 000 do 185 000 bojowników z organizacji partnerskich Sił Al-Kuds Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), rozproszonych w Afganistanie, Strefie Gazy, Libanie, Pakistanie, Syrii i Jemenie.

Problem polega na tym, że dane rządowe nie potwierdzają tego nagłówka. Miejscem, w którym należy zweryfikować to twierdzenie, są dane publikowane przez sam Departament Stanu – dodatek statystyczny do „Raportów krajowych na temat terroryzmu”, a wcześniej do „Wzorców globalnego terroryzmu”, serii raportów zleconych przez Kongres, które odnotowują międzynarodowe ataki terrorystyczne każdego roku od 1990 roku. Analiza tych tabel przedstawia inny obraz niż ten prezentowany w telewizji kablowej.

Kto przeprowadził ataki

Dodatek nie kategoryzuje ataków według wyznania religijnego i nie jest to konieczne. Tożsamość głównych grup sprawców mówi sama za siebie. Rok po roku, w latach 2004–2023, najbardziej aktywnymi i śmiercionośnymi grupami byli sunnici: talibowie, ISIS, Boko Haram, Al-Kaida i jej organizacje stowarzyszone, Al-Szabab i TTP. Dziewięć na dziesięć ataków wymienionych w raportach zostało przeprowadzonych przez sunnickich ekstremistów z tradycji salaficko-dżihadystycznej. Żaden z nich nie jest kontrolowany przez Teheran. Większość uważa muzułmanów szyickich – w tym z Iranu – za heretyków i odpowiednio ich atakuje. ISIS od lat otwarcie prowadzi wojnę z Iranem i jego sojusznikami.

Odrębny francuski zbiór danych, opracowany przez FONDAPOL na przestrzeni dłuższego okresu od 1979 do kwietnia 2024 roku, prowadzi do tych samych wniosków. Pięć najgroźniejszych grup islamistycznych w tym okresie odpowiada za ponad 80 procent wszystkich ofiar terroryzmu islamistycznego – i wszystkie pięć to sunnici: Talibowie, ISIS, Boko Haram, Al-Szabab i Al-Kaida.

Gdzie w tym wszystkim są grupy powiązane z Iranem? Są one praktycznie nieobecne na szczycie zestawień. Hezbollah i jego wspierane przez Iran milicje generalnie się nie pojawiają, częściowo dlatego, że ich działania są skierowane głównie przeciwko siłom zbrojnym, a nie ludności cywilnej, co stawia je poza roboczą definicją terroryzmu stosowaną w raportach. Huti to najważniejsza grupa powiązana z szyitami, jaka pojawiła się w ostatnich edycjach, i to jedynie jako niewielki ułamek całości.

Dopiero w 2023 roku trzy ugrupowania z irańskiej strefy wpływów – Huti, Hamas i Hezbollah – znalazły się w pierwszej dziesiątce. Stało się tak za sprawą ich ataków na Izrael, wymierzonych głównie w cele wojskowe. Przed 2023 rokiem ani Hamas, ani Hezbollah nie należały do ​​ugrupowań odpowiedzialnych za największą liczbę ataków na świecie. To niezwykły fakt w przypadku dwóch organizacji powszechnie uznawanych za jedne z najliczniej działających ugrupowań terrorystycznych na świecie.

Izraelskie liczby

Przyjrzyjmy się definicji terroryzmu stosowanej przez samego Benjamina Netanjahu – przemocy wobec cywilów w celach politycznych – i odnieśmy ją do danych rządu Izraela, które pochodzą z rejestrów izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych dotyczących ofiar przemocy palestyńskiej w latach 2000–2024. (Zbiór danych pochodzi sprzed ataku z 7 października 2023 r., a zatem go nie uwzględnia).

Dwie rzeczy rzucają się w oczy. Po pierwsze, liczba ataków palestyńskich od 2003 roku ma tendencję spadkową. Szczyt nastąpił w latach 2000–2005 – podczas Drugiej Intifady. W ciągu całych 24 lat zginęło 1552 Izraelczyków, a 5595 zostało rannych, przy czym przemoc skoncentrowała się w tym szczytowym okresie na początku XXI wieku: około 76% ofiar śmiertelnych i 92% rannych miało miejsce podczas Drugiej Intifady. Po drugie, Hamas nie jest machiną terrorystyczną, za jaką jest przedstawiany w powszechnej wyobraźni. Tylko około 15% ataków w ciągu 24 lat przypisuje się Hamasowi, samodzielnie lub we współpracy z inną grupą. Nic z tego nie czyni Hamasu ruchem pokojowym – bo nim nie jest – ale nie jest też organizacją nieustannie dokonującą masakr.

Ataki rakietowe są najwyraźniejszym przykładem tego, jak retoryka przeważa nad liczbami. Hamas i Hezbollah wystrzeliły tysiące rakiet w kierunku Izraela w ciągu ostatnich 25 lat. Liczba ofiar śmiertelnych tych rakiet w latach 2001–2025 waha się od 50 do 75 osób – a nie „tysięcy”, jak sugerują doniesienia. Rozbieżność między tymi dwiema liczbami jest kluczowa.

Kontrastuje to z asymetrią, której żaden uczciwy rachunek nie może zignorować. Szacuje się, że Izrael zabił 11 200–11 500 Palestyńczyków między 2000 a 6 października 2023 roku. Według Ministerstwa Zdrowia Gazy, od 7 października liczba ofiar w Strefie Gazy wzrosła do ponad 73 000 – liczby, którą izraelski oficer wojskowy w styczniu 2026 roku praktycznie potwierdził, akceptując ponad 71 000 ofiar śmiertelnych bezpośredniego ostrzału izraelskiego.

Kto właściwie finansuje sprawców

Jeśli to jest punkt odniesienia, to wskazuje on na miejsce inne niż Teheran. Grupy sunnickie, które dominują w statystykach ofiar, otrzymały wsparcie finansowe od państw Zatoki Perskiej – a co jeszcze bardziej niepokojące, od samych Stanów Zjednoczonych. Szlak pieniędzy prowadzi przez Syrię: fundusze USA i ich sojuszników dotarły do ​​grup, które wyłoniły się z ISIS, w tym do linii an-Nusra, z której wywodzi się Hajat Tahrir asz-Szam, której przywódca Waszyngton wyznaczył kiedyś nagrodę w wysokości 10 milionów dolarów, po czym po cichu ją wycofał. Ta sama administracja, która uznaje Iran za głównego sponsora terroryzmu, wielokrotnie wspierała te same grupy, które zabiły najwięcej ludzi.

Wniosek

Klasyfikacja ta pełni funkcję polityczną, a nie analityczną. Według danych rządowych dotyczących ataków, Iran nie jest główną siłą napędową globalnego terroryzmu; sprawcy należą głównie do sunnickiego ruchu dżihadystów, wrogiego wobec Iranu i finansowanego z innych źródeł. Poważna kampania przeciwko sponsorom terroryzmu rozpoczęłaby się od państw Zatoki Perskiej, a nie od Teheranu. Zamiast tego oskarżenie, które nie znajduje poparcia w danych, jest wykorzystywane jako pretekst do niesprowokowanej wojny. Kraj, który żyje w szklanym domu, powinien dwa razy się zastanowić, zanim rzuci kamieniami.

Oczekiwane obiekcje – i odpowiedzi

„Ale Hamas i Hezbollah znalazły się w pierwszej dziesiątce w 2023 roku, więc sojusznicy Iranu rzeczywiście są poważnymi terrorystami”.

Znaleźli się na liście w ciągu jednego roku, wyłącznie dzięki wojnie z Izraelem, w której ich ogień był skierowany głównie na cele wojskowe – żołnierzy, bazy i Siły Obronne Izraela (IDF) na polu bitwy. Definicja Departamentu Stanu USA opiera się na przemocy wobec ludności cywilnej w celach politycznych. Wzrost spowodowany atakami na armię podczas aktywnej wojny nie jest dowodem na ciągły terroryzm skierowany przeciwko ludności cywilnej; jest dowodem na wojnę, w której dochodzi do strzelanin. W ciągu dwóch dekad poprzedzających to sprawozdanie żadna z grup nie znalazła się na liście najaktywniejszych sprawców na świecie. Jeden rok w pierwszej dziesiątce, spowodowany walkami z armią danego państwa, nie neguje dwudziestu lat poza tą listą.

„Opierają swoje obliczenia na danych, które nie uwzględniają 7 października 2023 r. – najtragiczniejszego dnia w całych statystykach”.

Wyłączenie jest podane otwarcie i nieukryte: zbiór danych izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych obejmuje okres poprzedzający ten atak, a 7 października jest największym pojedynczym wydarzeniem po stronie izraelskiej w tym zestawieniu. Przyjmijmy to w pełni. Zmienia to ogólną liczbę o jeden dzień; nie zmienia struktury dwudziestoletniego rejestru, w którym przemoc palestyńska ma tendencję spadkową od 2003 roku, a Hamas odpowiada za około 15 procent ataków. Pojedyncze wydarzenie z wieloma ofiarami śmiertelnymi nie czyni też Iranu głównym sponsorem terroryzmu na świecie, gdy grupy, które dominują w statystykach ofiar we wszystkich innych latach – ISIS, Talibowie, Boko Haram, Al-Szabab – pozostają sunnickimi, antyszyickimi i niemającymi powiązań z Teheranem. 7 października to prawdziwy i przerażający punkt danych. Nie odzwierciedla trendu i nie odpowiada na pytanie o finansowanie.

„Dane dotyczące COVID-19 nie mierzą poparcia – klasyfikacja dotyczy poparcia udzielanego przez państwo, a nie liczby osób zabitych przez jego przedstawicieli”.

To najsłuszniejszy zarzut i warto się do niego odnieść bezpośrednio, zamiast go unikać. Zauważmy różnicę: wsparcie państwa mierzy się pieniędzmi, bronią i szkoleniem, a nie liczbą ofiar ze strony osób trzecich. Jednak określenie „główny sponsor” prawie nigdy nie jest stosowane w praktyce w tak wąskim zakresie. Służy ono scharakteryzowaniu zagrożenia – argumentowaniu, że Iran jest główną siłą napędową terroryzmu, którego Amerykanie powinni się obawiać.

W zestawieniu z rzeczywistym rozkładem przemocy terrorystycznej, ta charakterystyka upada: zagrożenie ma głównie charakter sunnicko-dżihadystyczny. Standard ten jest również stosowany wybiórczo w odniesieniu do finansowania. Państwa Zatoki Perskiej, które finansowały sieci sunnickie, a także fundusze USA i sojuszników, które docierały do ​​grup w Syrii wywodzących się z ISIS, nigdy nie prowadzą do określenia ich mianem „głównego sponsora terroryzmu”. Klasyfikacja, która jest konsekwentnie stosowana tylko wtedy, gdy wskazuje na Iran, jest narzędziem politycznym, a nie obserwacją analityczną.

„Stwierdzenie, że cele Hezbollahu są „głównie militarne”, umniejsza rzeczywiste okrucieństwa”.

Twierdzenie to odnosi się do schematu ujawnionego w doniesieniach i nie zaprzecza faktowi, że Hezbollah kiedykolwiek zabijał cywilów – jest oczywiste, że tak było, począwszy od bombardowań w latach 80., a skończywszy na atakach za granicą.

Jednak sedno sprawy pozostaje na poziomie danych ogólnych: w całym okresie sprawozdawczym działania grupy były skierowane głównie przeciwko siłom zbrojnym i właśnie dlatego nie znajduje się ona w tabelach głównych sprawców ataków na ludność cywilną. Przyznanie się do tych wyjątków nie zmienia ogólnego obrazu.

Źródło: Dane nie potwierdzają zarzutu: Iran i twierdzenie „głównego sponsora terroryzmu”

Uważam jednak, że globalizm należy zniszczyć

Musimy pokonać globalizm

18. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/musimy-pokonac-globalizm

Uważam jednak, że globalizm należy zniszczyć – to sparafrazowane przeze mnie zdanie Katona Starszego dotyczyło Kartaginy i kończyło ponoć każdą jego, nawet niezwiązaną tematycznie z Kartaginą mowę, wypowiadaną w Senacie rzymskim w okresie wojen punickich (264–146 r. p.n.e.).

Niektóre słowa o zabarwieniu politycznym stają się częścią naszego wspólnego słownictwa niemal z dnia na dzień. „Globalizm” jest tego przykładem. Dziesięć czy piętnaście lat temu nazwanie kogoś „globalistą” nie miało większego znaczenia. Dziś powszechnie rozumie się je jako pejoratywne określenie, podkreślające czyjąś lojalność wobec instytucji międzynarodowych, a nie wobec tych utworzonych w ramach państwa narodowego.

Cytat z opublikowanego na americanthinker.com 7 sierpnia artykułu: Globalizm musi zostać pokonany. Źródło.

Globalizm to zjednoczenie ludzkości pod jednym rządem światowym, którego skład wybiorą globaliści.

Największe dotychczasowe osiągnięcie globalistów, to regres praw obywatelskich, osiągnięty głównie paniką kowidową. Wszystkie trzy mocarstwa światowe chętnie wzięły w tym udział, wykorzystując ten pomysł dla własnych korzyści.

  • Chiny doprowadziły do perfekcji Systemem Zaufania Społecznego (Social Credit System) znacznie przewyższający wizje Orwella z książki Rok 1984 oraz uzyskały dominację gospodarczą, a co za tym idzie uzależnienie świata od chińskiej produkcji;
  • Pandemia COVID-19 umożliwiła Rosji wzmocnienie kontroli wewnętrznej, przeprowadzenie kluczowej zmiany konstytucyjnej oraz prowadzenie „koronadyplomacji” w celu podważenia pozycji Zachodu;
  • Wspierana przez Trumpa pandemia strachu doprowadziła do oszustwa wyborczego 2020 r., sprowokowanie Rosji do wojny na Ukrainie i zapoczątkowanie zgodnie z planami globalistów procesu autodestrukcji Zachodu.

Szufladkowanie Trumpa do obozu globalistów jest nieporozumieniem. Trump realizuje własne pomysły i potrafi chwilowo sprzymierzyć się z wrogami, by osiągnąć kolejne stopnie zbliżające go do celu. Wszyscy trzej przywódcy światowi nie mają problemu, by poświęcić czyjeś życie dla osiągnięcia swoich, rzadko jawnie głoszonych dążeń. Moralność w polityce zawsze była czymś nieznanym. Pragmatyzm stoi na pierwszym miejscu. Dlatego jestem pewien, że wszystkie trzy mocarstwa ustalają potajemnie reguły postępowania, przynajmniej w kwestiach, które przynoszą im konkretne korzyści, takie jak umacnianie władzy kosztem własnego społeczeństwa.

Niezwykła akcja protestacyjna zajmuje niemieckie służby bezpieczeństwa policji.
Nieznani sprawcy zawiesili na wielu znakach wjazdowych do miejscowości w Meklemburgii-Pomorzu Przednim białe koszulki z napisem „Moja ostatnia koszula”.

Największym sprzymierzeńcem globalistów jest konformizm większości z nas oraz strach, będący najsilniejszym motywem działania człowieka. Nigdy nie będziesz wolnym człowiekiem, jeśli pozwolisz, żeby strach – uzasadniony czy nie – kierował twoim postępowaniem.

Sądzicie, że Irańczycy nie odczuwają strachu? Oczywiście, że czują lęk o życie własne i bliskich, jednak postawili na logiczne myślenie i pokonali największą potęgę świata. Moglibyśmy się dużo od nich nauczyć, zamiast rozpowiadać światu o naszej urojonej wyższości nad jedną z najstarszych kultur na świecie.

Twoja pensja to narkotyk, który sprawia, że zapominasz o tym, że nie realizujesz swoich marzeń.

Ponoć pieniądz rządzi światem. Tak więc jesteśmy poddanymi papierowej władzy. Czyżby zawinili temu Chińczycy? Tradycyjnie za wynalazcę papieru uznaje się chińskiego urzędnika dworskiego Cai Luna, który w 105 roku n.e. przedstawił cesarzowi nową metodę wytwarzania materiału pisarskiego. Użył do tego kory drzew, konopi, starych szmat oraz sieci rybackich.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Bezkonkurencyjny syndykat zbrodni

Bezkonkurencyjny syndykat zbrodni

19. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/bezkonkurencyjny-syndykat-zbrodni

„Health Inc” – to nowe pojęcie ukute na określenie skonsolidowanego sektora opieki zdrowotnej, stanowiącego zagregowaną globalną gospodarkę zdrowotną: szpitale publiczne i prywatne, kliniki, przemysł farmaceutyczny, w tym nowe leki, na przykład tzw. „Smart Payloads” (do robotycznych tabletek i kapsułek), urządzenia (zwłaszcza do nowej chirurgii robotycznej), ubezpieczenia, opieka długoterminowa, administracja zdrowia publicznego oraz łańcuchy dostaw. Wszystkie te elementy działają ramię w ramię i w sposób dobrze skoordynowany, tworząc jeden sektor o ogromnym znaczeniu politycznym i sile lobbingowej.

Z opublikowanego w piątek na globalresearch.ca artykułu: „Health Inc” – największy na świecie przekręt konglomeratu. Źródło.

Ten dobrze opracowany artykuł analizuje ekonomiczne aspekty służby zdrowia. Porównuje koszty z efektami działania tej branży.

Health Inc dysponuje wbudowanym czynnikiem wzrostu demograficznego, z którym żadna inna branża nie może się równać. Całkowite wydatki na opiekę zdrowotną i zyski nie rosną równolegle, lecz wykładniczo, ponieważ kolejnym strukturalnym czynnikiem wzrostu Health Inc jest czynnik strachu: marketing jako dźwignia wzrostu.

Również w piątek ukazał się na tkp.at inny artykuł na ten właśnie temat: Dlaczego medycyna nie chce cię wyleczyć – i jak to się zmienia po raz pierwszy właśnie teraz. Źródło.

Istnieje zasada, która wyjaśnia więcej o naszym społeczeństwie niż tysiąc badań: „Żadna instytucja, której zadaniem jest rozwiązanie problemu, nigdy go nie rozwiąże. Ponieważ wraz ze zniknięciem problemu znika również przyczyna jej istnienia”.
Milton Friedman ujął to bardziej zwięźle: „Nic nie jest tak trwałe, jak tymczasowy program rządowy”. To, co zaczyna się jako rozwiązanie tymczasowe, staje się instytucją – a instytucja potrzebuje problemu, aby przetrwać.

Dożywotni pacjent, jako model finansowy współczesnej medycyny tłumaczy, dlaczego ta branża stała się najdroższa ze wszystkich oraz dlaczego pomimo a może właśnie dzięki takiej skali wydatków, społeczeństwo coraz bardziej pogrąża się w przeważnie chronicznych i jakżeby inaczej „nieuleczalnych” chorobach.

Ten system sam się napędza i zanim dojdzie do jego kolapsu, pochłonie jeszcze miliony ofiar zwanych przez ten syndykat pacjentami.

Elon Musk ma rację, pisząc: „Pewnego dnia odbędą się procesy norymberskie dla tych, którzy to umożliwili”.
Dotyczy to nie tylko zalewania Europy psychicznie chorymi mordercami i gwałcicielami, ale także inscenizacji globalnej pandemii i wszystkiego, co się z tym wiąże.
Sprawiedliwość nadejdzie, jestem tego całkowicie pewien. Nie wiem tylko, ile czasu minie, zanim ludzie zaczną się jej domagać.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Stawiają pomniki ludzi związanych z germanizacją Śląska. „Niemieckie znakowanie terenu”

Pomnik Guido Henckela von Donnersmarcka w Świętochłowicach, fot. FB

Stawiają pomniki ludzi związanych z germanizacją Śląska. „Niemieckie znakowanie terenu”

19 sierpnia 2026

Na Śląsku trwa akcja honorowania niemieckich polityków związanych z okresem germanizacji regionu – alarmuje dr Wacław Jan Kroczek. Publicysta wskazuje na pomniki stawiane w Bytomiu, Rybniku i Świętochłowicach oraz zarzuca zaangażowanie w te działania środowisk separatystycznych i polityków Koalicji Obywatelskiej. „Nie każdy zasługuje na pomnik. Zwłaszcza w kraju, który tyle wycierpiał przez imperialną politykę germanizacyjną” – podkreślił.

Dr Wacław Jan Kroczek, lekarz i publicysta znany z krytycznego stosunku do śląskiego separatyzmu, zwrócił we wtorek uwagę na pojawiające się w śląskich miastach pomniki upamiętniające niemieckich polityków. Jego zdaniem działania te składają się na szersze zjawisko, które określił mianem „niemieckiego znakowania terenu”.

„Trwa niemieckie ZNAKOWANIE TERENU na Śląsku wspierane przez polityków rządzącej KO i separatystów z organizacji Schlesischer Verein postaciami z czasów słusznie minionych – za pieniądze polskich podatników. I to wszystko w ciągu ostatniego zaledwie roku” – napisał Kroczek na platformie X.

Publicysta podkreślił, że jego zastrzeżenia nie dotyczą upamiętniania twórców kultury, lecz osób związanych z niemiecką polityką na Śląsku.

„To nie są pomniki pisarzy, kompozytorów ani filozofów. To są pomniki niemieckich POLITYKÓW, którzy odpowiadają za politykę germanizacji na tych terenach” – zaznaczył.

Kroczek wskazał w tym kontekście na Bytom, Rybnik i Świętochłowice, gdzie – jak napisał – honorowani są dawni niemieccy burmistrzowie. Szczególnie krytycznie odniósł się do upamiętnienia księcia Guido Henckel von Donnersmarcka, jednego z najpotężniejszych przemysłowców Cesarstwa Niemieckiego.

Według Kroczka działalność Donnersmarcka należy rozpatrywać nie tylko w kontekście niemieckiej polityki na Górnym Śląsku, ale również warunków pracy w należących do wielkich przemysłowców zakładach.

„Jego przedsiębiorstwa zatrudniały tysiące robotników, a ich historia obejmuje również pracę w niebezpiecznych warunkach, konflikty płacowe, strajki, skrajny wyzysk i pracę nieletnich” – napisał.

Kroczek przypomniał także o bliskich relacjach Donnersmarcka z kanclerzem Ottonem von Bismarckiem. W swoim wpisie szeroko odniósł się do XIX-wiecznych sporów dotyczących ograniczania pracy dzieci i kobiet w niemieckim przemyśle, wskazując, że Bismarck sprzeciwiał się dalszemu rozszerzaniu przepisów ochronnych.

Szczególne zastrzeżenia publicysty wzbudził sposób, w jaki doszło do postawienia jednego z pomników. Według niego wykorzystano do tego procedurę budżetu obywatelskiego. Kroczek zakwestionował przejrzystość tego mechanizmu i postawił szereg pytań dotyczących m.in. weryfikacji oddawanych głosów, możliwości kontroli głosowania papierowego i elektronicznego oraz audytu systemów informatycznych.

„Łatwo im teraz powoływać się na tezę, że Donnersmarcka honorować chcieli sami mieszkańcy. Tymczasem ścieżka głosowania w BO jest wyjątkowo mało przejrzysta” – ocenił.

Jednocześnie zastrzegł, że nie przesądza o istnieniu celowego działania wymierzonego w polską państwowość. Zaapelował jednak o dokładniejsze zbadanie sposobu przeprowadzania głosowań nad budżetami obywatelskimi w śląskich samorządach.

„Nie twierdzę, że tak jest w tym przypadku, ale uważam, że należy się przyjrzeć jak w poszczególnych miastach na Śląsku wyglądają głosowania w Budżecie Obywatelskim i dlaczego konkretne projekty przechodzą, a następnie mogą liczyć na wyjątkowo mocną promocję medialną, a inne nie” – napisał.

Zdaniem Kroczka coraz bardziej widoczne jest podobieństwo między poszczególnymi inicjatywami upamiętniającymi niemieckie postacie polityczne.

„Coraz bardziej prawdopodobne i widoczne staje się skoordynowanie akcji stawiania pomników niemieckich polityków na Śląsku, co samo w sobie należy uznać za niepożądane, tym bardziej, że postacie te miały swój udział w polityce germanizacyjnej regionu” – stwierdził.

Publicysta zakończył wpis oceną, że samo historyczne znaczenie danej osoby nie oznacza, iż powinna być ona honorowana monumentem.

„Nie każdy zasługuje na pomnik. Zwłaszcza w kraju, który tyle wycierpiał przez imperialną politykę germanizacyjną i kapitalistyczny wyzysk społeczny” – podkreślił.

Kroczek już wcześniej nagłaśniał przypadki, które jego zdaniem świadczą o problemie z niemiecką i separatystyczną symboliką na Śląsku. Jak informowaliśmy, w sierpniu zwrócił uwagę na regularną dewastację pomnika Powstańców Śląskich w Wierzchach na Opolszczyźnie. Na monument naklejano napisy „Oberschlesien”, a podczas jednego z incydentów zrzucono ustawione przy nim polskie flagi. Sprawę zgłoszono policji.

W styczniu Kroczek komentował również Marsz na Zgodę organizowany przez środowiska autonomistyczne. Zwracał wtedy uwagę na eksponowanie niemieckiej flagi, symboliki Schlesischer Verein i herbu dawnej niemieckiej prowincji Górny Śląsk oraz na pojawiające się podczas wydarzenia hasło o „polskich koncentracyjnych lagrach”.

Kresy.pl

Podwodny dron jądrowy Posejdon

Podwodny dron jądrowy Posejdon

[Pisałem już o tym. Oto, jak mało dają swym konsumentom meRdia. MD]

news-pravda.com/world

Rosyjski projekt 09851 Chabarowsk, specjalny okręt podwodny, rozpoczął swoje pierwsze fabryczne próby morskie po tym, jak został sfotografowany opuszczając Severodvinsk 17 sierpnia 2025.

Budowę rozpoczęto w Sevmash 27 lipca 2014 roku. Łódź wytoczono z hali 1 listopada 2025 roku i fizycznie opuszczono do wody jeszcze w tym samym miesiącu, zanim dodano ostateczne wyposażenie i przeprowadzono testy dokowe.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony powiedziało, że łódź podwodna została zbudowana do rozmieszczania nowoczesnej broni podwodnej, w tym systemów robotycznych. Jej szczegółowe specyfikacje pozostają niejawne, ale powszechnie ocenia się, że może przewozić do sześciu pocisków Poseidon.

Poseidon to autonomiczny, zasilany energią jądrową i zdolny do przenoszenia broni jądrowej podwodny dron zaprojektowany do podróżowania na dystansach międzykontynentalnych. Zamiast latać przez sieci radarowe i przechwytujące zbudowane do wykrywania pocisków balistycznych, zbliża się do celu pod oceanem.

news-pravda.com/world

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rzeczywistość zawsze wystawia rachunek

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rachunek zawsze wystawia rzeczywistość.

Autor: CSIS | Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych z Waszyngtonu, USA – Brzeziński na ceremonii wręczenia nagrody Distinguished Public Service Award. Pentagon. 10 listopada 2016 r., CC BY 2.0.

Wyobraźnia nic nie kosztuje – ale rzeczywistość zawsze wystawia rachunek.

Patrick Wood

Możesz wierzyć w co chcesz. Wiara nic nie kosztuje. Nic nie kosztuje posiadanie opinii, udostępnienie posta czy powtórzenie frazy, którą usłyszałeś od kogoś i która brzmiała uspokajająco.

Rzeczywistość tak nie działa. Rzeczywistość śledzi. Czeka. A potem wysyła rachunek.

Rachunek za ostatnie pięćdziesiąt lat dotarł w ciągu ostatnich pięciu lat. Większość ludzi go nie rozpoznała, ponieważ nigdy nie pokazano im samego rachunku. Pokazano im jedynie saldo zadłużenia.

Trzech mężczyzn opisało to, co miało nadejść. Pisali w latach 70. Nie zgadzali się między sobą co do Boga, co do ludzkości, co do tego, co należy zrobić. Właśnie ta różnica zdań jest sednem sprawy. Ludzie, którzy nie podzielają wspólnych fundamentalnych założeń, rzadko osiągają ten sam cel. Tym trzem się to udało.
Człowiek, który mierzył prędkość.

Alvin Toffler opublikował „Future Shock” w 1970 roku.1 Nie był osobą religijną. Był byłym marksistą, który został pisarzem ekonomicznym i lubił technologię.

Jego argument był prosty. Zmiany przyspieszały. Nie tylko nieznacznie. Bardzo szybko. A sama prędkość – niezależnie od tego, czy zmiany były dobre, czy złe – powodowała szkody.

Powiedział, że ludzie mają swoje granice. Przytłocz kogoś, kto jest w stanie znieść więcej zmian niż jest w stanie, a ten w przewidywalny sposób się załamie. Zaprzeczają temu, co go czeka. Trzymają się przeszłości, która nigdy nie istniała. Chowają się w wąskiej specjalizacji i odmawiają spojrzenia na cokolwiek innego. Albo w ogóle przestają myśleć i uciekają się do mistycyzmu.²

Toffler nazwał to szokiem przyszłości. Zapożyczył koncepcję medyczną z ówczesnych badań nad stresem³. Nikt nigdy nie zmierzył punktu krytycznego dla całej populacji. Toffler ekstrapolował badania dotyczące jednostek na całe narody. Była to jego własna ocena, a nie udowodniony fakt. Krytycy twierdzili tak w tamtym czasie.

Ale spójrz na listę jego objawów. A potem rozejrzyj się dookoła.

Toffler przewidział jeszcze coś innego. Powiedział, że trwałość umiera. Rzeczy, prace, miejsca i relacje będą poruszać się w naszym życiu szybciej. Przewidział przejście od posiadania do wynajmu. Nazwał to nowym nomadyzmem.

Miał rację. Po prostu myślał, że to się samo wydarzy.
Człowiek, który podał cenę,

Francis Schaeffer opublikował w 1976 roku książkę „Jak powinniśmy zatem żyć?”.⁴ Był duchownym prezbiteriańskim. Nie interesowały go przewidywania technologiczne. Przedstawił teologiczną argumentację na temat tego, z czego zrezygnował Zachód.

Schaeffer argumentował, że gdy społeczeństwo porzuca wszelkie ustalone standardy prawdy, dobra i zła, nie pozostaje mu nic, na czym mogłoby oprzeć swoje prawo, poza opiniami. Prawo staje się wówczas tym, co wolą osoby sprawujące władzę. Nazwał to prawem socjologicznym.

Potem zapytał, co wypełniło pustkę. Jego odpowiedzią była elita. Nie dyktator. Nie armia. Grupa dysponująca technicznymi umiejętnościami zarządzania, dysponująca narzędziami perswazji i kontroli, prezentująca się jako kompetentna i rozsądna.

Powiedział, że społeczeństwo to zaakceptuje, ponieważ społeczeństwo pragnie tylko dwóch rzeczy: osobistego pokoju i dobrobytu. Zostawcie mnie w spokoju i pozwólcie mi zachować komfort. Ludzie, którzy niczego więcej nie pragną, zamienią to na wszystko, bo nigdy niczego innego nie bronili.

Schaeffer wyjaśnił, że ta elita nie musi być zła. Wystarczy, że ujawnią się i zaoferują rozwiązanie sytuacji.
Mężczyzna, który już był w środku,

Zbigniew Brzeziński opublikował „Między dwoma wiekami” w 1970 roku – w tym samym roku co Toffler.⁵

Opisał społeczeństwo zmierzające ku większej kontroli. Opisał elitę nieskrępowaną tradycyjnymi wartościami. Pisał o ciągłym nadzorze nad obywatelami, gdzie akta każdej osoby są łatwo dostępne dla władz. Opisał, jak uczciwi, dociekliwi intelektualiści są wypierani przez ekspertów i specjalistów, którzy służą systemowi od wewnątrz.⁶

Pamiętajcie, mamy rok 1970. Nie ma internetu. Nie ma smartfonów. Nie ma brokerów danych.

Obrońcy Brzezińskiego twierdzą, że jedynie przewidział, a nie zalecał. Wystarczy przeczytać książkę, a ten argument ma swoje uzasadnienie. Chwilami jednak brzmi nieswojo.

Więc nie podejmuj decyzji na podstawie książki. Podejmuj decyzje na podstawie dowodów.

David Rockefeller przeczytał tę książkę. Komisja Trójstronna została założona w 1973 roku, a Brzeziński był jej pierwszym dyrektorem.⁷ Jimmy Carter był jednym z pierwszych członków. Carter został prezydentem w 1977 roku i mianował Brzezińskiego swoim doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego.

Człowiek, który przewiduje kontrolowane społeczeństwo i jest tym zaniepokojony, pisze ostrzeżenie. Ten człowiek zorganizował ciało koordynujące.

Następnie, w kwietniu 1974 roku, Richard Gardner opublikował artykuł w „Foreign Affairs”, czasopiśmie Rady Stosunków Zagranicznych. Gardner był członkiem Rady Trójstronnej, a później ambasadorem Cartera we Włoszech. Napisał, że bezpośrednie podejście do porządku światowego utkwiło w martwym punkcie i że obejście suwerenności narodowej – jej fragmentaryczny demontaż – będzie skuteczniejsze niż frontalny atak.⁸

Nie ukrywał się. Upubliczniono to. To jest ta część, którą ludzie pomijają.

Obejście problemu nie musi być ukryte. Każdy element jest zbyt mały i zbyt nudny, by o niego walczyć. Standard techniczny. Zasada płatności. Klauzula w załączniku, której nikt nie czyta. Ukrywanie nie jest tajemnicą. Ukrywanie to nuda.

A społeczeństwo, oszołomione szokiem przyszłości, nie czyta załączników. Toffler wyjaśnił nam dokładnie dlaczego. Przytłoczeni ludzie wycofują się do swojej wąskiej strefy komfortu.
To, co wywołało oddźwięk, to…

Połącz te trzy elementy, a ostatnie pięć lat przestanie wydawać się zbiegiem okoliczności.

Toffler powiedział, że trwałość umrze. Własność jest teraz subskrypcją. Twoje oprogramowanie jest licencjonowane. Twoja muzyka i filmy są wypożyczane. Twój samochód ma funkcje, które producent może wyłączyć. Światowe Forum Ekonomiczne przedstawiło to na slajdzie: Nie będziesz niczego posiadał i będziesz szczęśliwy.⁹ Toffler myślał, że to się wkradnie. To zostało stworzone.

Schaeffer powiedział, że ludzie wymieniają wolność na osobisty spokój i dobrobyt. Zobaczcie, z czego społeczeństwo tak naprawdę zrezygnowało w zamian za wygodę i bezpieczeństwo. Bez zagrożenia. Na żądanie. Z radością.

Brzeziński opisał akta każdego obywatela, które są natychmiast dostępne. To już nie jest prognoza. To infrastruktura.

Istnieje również nowszy fragment, którego cała trójka nie dostrzegła w całości. Arthur C. Clarke napisał w 1973 roku, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.10 Dotarliśmy do celu. Sztuczna inteligencja jest używana codziennie przez setki milionów ludzi i prawie nikt z nich – w tym wielu, którzy ją tworzą – nie potrafi wyjaśnić, jak powstała konkretna reakcja. Istnieje cała dziedzina badań poświęcona temu zagadnieniu.11

To jest prawdziwa szkoda. Nie chodzi o to, że ludzie nie potrafią wyjaśnić działania maszyny. Chodzi o to, że nie ma już wspólnej metody rozwiązywania sporów na jej temat. Dwie osoby mogą się spierać całymi dniami o to, czy coś działa, i nic nie dowodzi, że któraś z nich się myli. To nie nauka. Taka jest natura magii.

To nie jest nic nowego w historii i powinno cię to bardziej martwić niż pocieszać. Teoria czterech humorów Galena dominowała w medycynie europejskiej przez około czternaście wieków. Lekarze, którzy ją stosowali, nie byli głupcami. Byli wykształceni, uczciwi i codziennie obserwowali swoich pacjentów. Brakowało im metody, która mogłaby im pokazać, że się mylą. System nie musi być prawdziwy, aby przetrwać. Wystarczy, że będzie niefalsyfikowalny.

A teraz połączmy to z Schaefferem. Powiedział, że społeczeństwo bez ustalonych standardów kończy z prawem opartym wyłącznie na preferencjach. Wersja techniczna dociera do tego samego punktu, ale z innej strony. Jeśli maszyny nie da się zweryfikować, a dowodów nie da się zbadać, autorytet automatycznie przechodzi w ręce tego, kto obsługuje system. Nie dlatego, że wygrał spór, ale dlatego, że nie ma już zewnętrznego punktu widzenia, z którego można by go wysunąć.

Wyobraźnia nic nie kosztuje. Dlatego się rozprzestrzenia.
Co dalej?

Wszystko, o czym mowa powyżej, jest udokumentowane – książki, dane, członkostwa, opublikowane artykuły. To, co poniżej, jest moją oceną i jako taką ją zaznaczam. To wnioski, a nie fakty. Oceńcie je ponownie za pięć lat.

Tempo wciąż przyspiesza. Zmierzona zdolność AI do wykonywania zadań podwoiła się w ciągu kilku miesięcy, a nie lat.12 Jeśli to się potwierdzi, choćby w przybliżeniu, to luka między tym, co systemy potrafią, a tym, co rozumie opinia publiczna, nie maleje. Pogłębia się z kwartału na kwartał.

Klasa zawodowa jest wydrążona. Brzeziński powiedział, że niezależny myśliciel zostanie zastąpiony przez specjalistów, którzy służą systemowi. Można się tego spodziewać w prawie, księgowości, programowaniu, radiologii i analityce – nie poprzez zwolnienie wszystkich naraz, ale poprzez ciche przekształcenie osądu w kontrolę. Jednostka pozostaje na swoim miejscu. Władza decyzyjna się zmienia.

Tożsamość staje się bramą. Zobacz, jak cyfrowa tożsamość i weryfikacja wieku rozprzestrzeniają się z kilku stron do większości, potem ze stron do usług, a potem z usług do pieniędzy. Każdy krok będzie drobny, techniczny i chroniony jako zabezpieczenie. To właśnie metoda Gardnera.

Pieniądze stają się programowalne. Stablecoiny i tokenizowane aktywa są teraz włączane do rozliczeń.111 Pytanie, na które należy zwrócić uwagę, nie brzmi, czy cyfrowy dolar zostanie ogłoszony, ale czy płatności będą warunkowe – zatwierdzane lub odrzucane – zgodnie z zasadami zapisanymi w niewidocznym miejscu.

Coraz mniej osób będzie szukać informacji. Toffler ostrzegał przed nadmiarem wyboru – zbyt wiele opcji prowadzi do paraliżu. Rynek rozwiązał ten problem, eliminując możliwość wyboru. Wyszukiwanie jest zastępowane pojedynczą odpowiedzią z systemu, który nie pokazuje swojej pracy i nie wskazuje źródła. Spodziewaj się, że bezpośredni ruch do niezależnych publikacji będzie nadal spadał, a powodem tego będzie poprawa doświadczenia użytkownika. Tak jest. To właśnie czyni to skutecznym.

Zasady pojawiają się w sytuacjach kryzysowych i nigdy nie znikają. To schemat, którego należy przestrzegać ponad wszystko. Milton Friedman ujął to jasno: Prawdziwa zmiana następuje w czasie kryzysu, a to, co zostaje przyjęte, to to, co już zostało napisane i jest dostępne.1⁴ Nie pytaj, kto wywołał kryzys. Zapytaj, kto miał gotowy dokument.

I punkt zaczepienia się sprawdza. Możesz nie być w stanie sprawdzić maszyny. Nadal możesz sprawdzić datę. Brzeziński pisał o natychmiastowych aktach dotyczących obywateli w 1970 roku. Gardner pisał o obwodnicy w 1974 roku. Schaeffer podał cenę w 1976 roku. Toffler zmierzył prędkość w 1970 roku.

Spójrz na to, co powiedzieli. Spójrz na to, co istnieje. Nie musisz znać się na technologii, żeby to zrobić. Wystarczy kalendarz.

To jest jedyny test, którego nikt nie może ci odebrać.

Wyobraźnia nic nie kosztuje. Nigdy nie kosztowała. Ale rachunek obowiązuje od 1970 roku i teraz jest dostarczany – w ratach – ludziom, którzy nie pamiętają, żeby cokolwiek zamawiali.

Przeczytaj dane. Następnie przeczytaj fakturę.

=====================================
Odnośniki

  1. Alvin Toffler, Szok przyszłości (Nowy Jork: Random House, 1970).
  2. Toffler, Szok przyszłości, o załamaniu adaptacyjnym i wzroście irracjonalności i okultyzmu w warunkach przeciążenia.
  3. Toffler oparł się na ogólnym zespole adaptacyjnym Hansa Selyego oraz badaniach Holmesa i Rahe nad zmianą życia z lat 60. XX wieku. Oba badania dotyczyły jednostek. Rozszerzenie teorii na całe populacje było wnioskiem samego Tofflera.
  4. Francis A. Schaeffer, Jak więc powinniśmy żyć? Rozkwit i upadek myśli i kultury Zachodu (Old Tappan, NJ: Fleming H. Revell, 1976) oraz towarzysząca mu seria filmów, zwłaszcza Odcinek 10.
  5. Zbigniew Brzeziński, Between Two Ages: America’s Role in the Technetronic Era (Nowy Jork: Viking Press, 1970).
  6. Brzeziński, Between Two Ages, o społeczeństwie technetronicznym, nadzorze i aktach obywatelskich oraz wypieraniu humanistycznego intelektualisty przez ekspertów i integratorów.
  7. Komisja Trójstronna została założona w 1973 roku z inicjatywy Davida Rockefellera, a Brzeziński był jej dyrektorem założycielem. Listy członków i dokumenty trójstronne Komisji zostały opublikowane.
  8. Richard N. Gardner, „Trudna droga do porządku światowego”, Foreign Affairs, kwiecień 1974.
  9. Światowe Forum Ekonomiczne, „8 prognoz dla świata w 2030 r.” (2016), źródło powszechnie stosowanej formuły własnościowej.
  10. Arthur C. Clarke, Profiles of the Future, wydanie poprawione (1973), Trzecie prawo.
  11. Obszar interpretowalności mechanistycznej istnieje właśnie dlatego, że wewnętrzne procesy myślowe dużych modeli nie są bezpośrednio czytelne, nawet dla ich twórców.
  12. METR, badania nad horyzontem czasowym dotyczące mierzonej zdolności sztucznej inteligencji do wykonywania zadań. Interwał podwojenia jest empirycznym trendem, a nie prawem, i może nie być prawdziwy.
  13. Zapoznaj się z ramami ustawy GENIUS Act dotyczącymi stablecoinów i powiązanymi z nimi pracami nad tokenizowanymi rozliczeniami, które są obecnie prowadzone w Stanach Zjednoczonych i państwach Zatoki Perskiej.

Źródło: Fantazja nic nie kosztuje, ale rachunek zawsze wystawia rzeczywistość

AI na smyczy propagandy: Izrael manipuluje odpowiedziami sztucznej inteligencji

AI na smyczy propagandy:

Izrael manipuluje

odpowiedziami sztucznej inteligencji

Date: 19 agosto 2026Author: Uczta Baltazara

«Zatruwanie LLM»: Izrael płaci 46 milionów dolarów za manipulowanie systemami ChatGPT, Gemini i Claude

Izrael zainwestował dziesiątki milionów dolarów w kampanię „zatruwania” sztucznej inteligencji w celu manipulowania odpowiedziami chatbotów

Izrael nie toczy wojny na siedmiu frontach, ale na ośmiu. Ósmym frontem, o czym wielokrotnie pisaliśmy na łamach InsideOver, są Stany Zjednoczone: jest to wojna hybrydowa, skupiająca się głównie na propagandzie, mająca na celu odzyskanie poparcia amerykańskiej opinii publicznej, która coraz bardziej oddala się od Tel Awiwu i krytycznie ocenia politykę zagraniczną Netanjahu w Strefie Gazy oraz na całym Bliskim Wschodzie. Dane mówią same za siebie: według Pew Research Center, tylko 32% Amerykanów ma pozytywne nastawienie do rządu izraelskiego, co stanowi najniższy poziom od dziesięcioleci. Wśród młodych republikanów odsetek osób o negatywnej opinii na temat Izraela wzrósł do 57%. Jest to „front”, który analizowaliśmy wielokrotnie – od działań propagandowych lobby izraelskiego w Kongresie po rekordowe inwestycje w tzw. hasbarę – 730 milionów dolarów jedynie w 2026 roku, czyli czterokrotnie więcej niż w 2025 roku.

Jak wynika z raportu serwisu Drop Site News autorstwa Nicka Clevelanda-Stouta, kampania ta wkracza na nowy, niepokojący obszar: nie chodzi już (tylko) o tradycyjne media czy sieci społecznościowe, ale o sztuczną inteligencję. W centrum tej operacji znajduje się postać dobrze znana czytelnikom witryny InsideOver: Brad Parscale, były dyrektor kampanii cyfrowej Donalda Trumpa, który już wcześniej był przedmiotem naszych analiz ze względu na swoją rolę zarejestrowanego agenta zagranicznego działającego na rzecz Izraela. https://en.wikipedia.org/wiki/Brad_Parscale

Ofensywa na chatboty

Według śledztwa przeprowadzonego przez Drop Site, od października 2025 roku, Parscale, za pośrednictwem swojej firmy Clock Tower X, prowadzi operację o wartości 46,5 mln dolarów (która następnie wzrosła do 4,5 mln miesięcznie) na zlecenie rządu izraelskiego. Jaki jest deklarowany cel? „Wpływanie na chatboty oparte na sztucznej inteligencji”, takie jak ChatGPT, Claude, Gemini i Perplexity – praktyka znana jako „LLM poisoning” („zatruwanie” modeli językowych).

Nie chodzi tu o wywieranie wpływu na ludzi, a przynajmniej nie bezpośrednio. Strony stworzone przez Parscale’a – około dziesięciu, w tym Allyvia.org, FactSignal.org, Paxpoint.org, Justorium.org i inne – odnotowują zaledwie kilkaset odwiedzin miesięcznie. Prawdziwym celem tych stron jest to, by były „odczytywane” i indeksowane przez roboty indeksujące, które zasilają gigantów sztucznej inteligencji, przede wszystkim Common Crawl – organizację non-profit, która okresowo skanuje duże fragmenty sieci i udostępnia publicznie swoje archiwa. Archiwa te stanowią jedno z głównych źródeł surowego tekstu wykorzystywanego do szkolenia dużych modeli językowych stosowanych w sztucznej inteligencji.

Treści są tak opracowane, by sprawiać wrażenie wyważonych i dobrze udokumentowanych, a ich ton sprawia, że są one bardziej atrakcyjne dla systemów sztucznej inteligencji – jak wyjaśnił serwisowi Axios Scott Stouffer, dyrektor ds. technologii w Market Brew, firmie, w którą inwestuje Parscale. Na przykład artykuł opublikowany na stronie FactSignal twierdzi, że większość dziennikarzy w Strefie Gazy ma powiązania z organizacjami terrorystycznymi, podając w wątpliwość nawet zabójstwo małej Hind Rajab, pięcioletniej palestyńskiej dziewczynki zabitej przez izraelską armię w 2024 roku. Inny artykuł, opublikowany na Justorium.org, chwali „działania Izraela mające na celu ograniczenie strat wśród ludności cywilnej”, powołując się na praktykę „roof knocking” – którą według dokumentacji „New York Timesa” znacznie ograniczono już w pierwszych dniach wojny. https://en.wikipedia.org/wiki/Roof_knocking

Czy to działa?

Tak, a wyniki są widoczne dla wszystkich. Serwis Drop Site przetestował główne chatboty, zadając im konkretne pytania. Kiedy zapytano Perplexity: „Czy zacieśnienie współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi jest korzystne dla Izraela?”, chatbot odpowiedział lakonicznym „Tak”, podając jako pierwsze źródło Allyvia.org – stronę internetową Parscale’a. Microsoft Copilot i Google Gemini postąpiły tak samo, powołując się na strony sieci Clock Tower bez zaznaczenia, że są to materiały przygotowane na zlecenie rządu izraelskiego – mimo że na dole każdej strony znajduje się obowiązkowa zgodnie z ustawą FARA (Foreign Agents Registration Act) informacja potwierdzająca ich charakter.

Jeszcze większy niepokój budzi ryzyko infiltracji danych szkoleniowych modeli sztucznej inteligencji. Analiza przeprowadzona przez Drop Site News wykazała, że w okresie od stycznia do czerwca 2026 r. dziesięć stron internetowych zarządzanych przez sieć Brada Parscale’a zostało zarchiwizowanych przez Common Crawl aż 912 razy. Common Crawl to jedno z największych publicznych archiwów internetowych, często wykorzystywane jako źródło danych do szkolenia dużych modeli językowych (LLM). Szczytowy wynik odnotowano w maju, kiedy to w ciągu zaledwie jednego miesiąca zarejestrowano 376 przypadków.

Dane te są istotne, ponieważ nie chodzi tu wyłącznie o wywieranie wpływu na odpowiedzi chatbotów w czasie rzeczywistym (jak już zaobserwowano w przypadku Perplexity, Copilot i innych systemów). Materiały z tych stron mogą trafić do zbiorów danych wykorzystywanych do szkolenia przyszłych wersji modeli, stając się trwałym elementem ich „wiedzy”.

Jak wyjaśnia Hervé Letoqueux, dyrektor generalny Check First: „Common Crawl jest szeroko wykorzystywany do szkolenia modeli, co oznacza, że niektórzy chcą manipulować odpowiedziami na swoją korzyść. Udowodniono, że jest to stosunkowo łatwe”. Alice Lee, analityczka z NewsGuard, dodaje, że strony internetowe Parscale’a zawierają „punkty listy, podsumowania na górze strony, agresywne źródła, łatwe do przyswojenia informacje: wszystko to zwiększa prawdopodobieństwo, że chatboty będą zbierać te właśnie treści”.

Kampania warta wiele milionów dolarów

Jak już informowaliśmy na naszej stronie, we wrześniu 2025 roku globalna agencja reklamowa Havas, w imieniu izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, powierzyła firmie Parscale’a, Clock Tower X, prowadzenie kampanii komunikacyjnej skierowanej do odbiorców w Stanach Zjednoczonych. Wartość umowy, początkowo zgłoszona zgodnie z ustawą FARA na poziomie 1,5 miliona dolarów miesięcznie, szybko wzrosła, osiągając 6 milionów, a następnie 9 milionów do grudnia 2025 roku, by ostatecznie osiągnąć łączną kwotę szacowaną na 45–50 milionów dolarów, wliczając podwykonawców – jest to kwota znacznie przewyższająca te, jakie zazwyczaj płacą rządy Arabii Saudyjskiej, Indii czy Kataru za podobne usługi doradcze.

Jednak według dogłębnego śledztwa przeprowadzonego przez izraelską gazetę „Haaretz” – która dokładnie przeanalizowała sieć stron internetowych i kont w mediach społecznościowych zarządzanych przez Clock Tower X – najdroższa operacja propagandy cyfrowej, jaką Izrael kiedykolwiek podjął w Stanach Zjednoczonych, przynosi rozczarowujące wyniki pod względem widoczności i skuteczności.

Haaretz zidentyfikował 42 konta w głównych sieciach społecznościowych (X, Facebook, Instagram, TikTok, YouTube i Rumble), które łącznie mają zaledwie 885 obserwujących. Spośród nich, 854 należy do jednego kanału na YouTube. Pozostałe 41 kont dzieli między sobą zaledwie 31 obserwujących, a kilka profili na X, pomimo codziennych postów, nie ma żadnych obserwujących. Każdy profil został utworzony w maju 2026 r., z identycznymi opisami i postami publikowanymi synchronicznie, a wszystkie śledzą te same izraelskie i amerykańskie konta rządowe.

Analiza przeprowadzona przez „Haaretz” wykazała, że praktycznie każda interakcja z postami lub stronami internetowymi pochodzi od krytyków, badaczy lub dziennikarzy dokumentujących tę operację, a nie od jej zwolenników, którzy ją propagują. Lepiej więc skupić się na sztucznej inteligencji i chatbotach, gdzie wyniki są już widoczne i mają konkretny charakter.

INFO: https://it.insideover.com/media-e-potere/llm-poisoning-israele-paga-46-milioni-di-dollari-per-manipolare-chatgpt-gemini-e-claude.html https://www.dropsitenews.com/p/israel-brad-parscale-ai-chatbots-gaza (przekład automatyczny; odnośniki w tekście oryginalnym)

Paranoja czy spostrzegawczość? – recenzja

Paranoja czy spostrzegawczość? – recenzja

Autor: AlterCabrio, 19 sierpnia 2026

Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Paranoja czy spostrzegawczość?

W lipcu wspomniałem mimochodem, że legendarny artysta kontrkultury Robert Crumb, mający obecnie prawie 83 lata, wypowiedział się na temat możliwych manipulacji przemysłowych stojących za katastrofą covid-19. [1]

Dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do jego nowej książki z komiksami (pierwszej od 23 lat), która w języku angielskim nosi tytuł Tales of Paranoia. [2]

Ponieważ posiadam francuską wersję Chroniques de la Paranoia, nie mogę cytować Crumba, próbując absurdalnie przetłumaczyć jego słowa z powrotem na angielski, ale mogę opisać, co mówi. [3]

Jak wynika z tytułu książki, oprawa, jaką autor wybiera dla swoich ilustrowanych refleksji, polega na zastanowieniu się, czy mroczne podejrzenia krążące w jego głowie mają jakiekolwiek podstawy w rzeczywistości.

Zaczyna od przyznania się do własnej tendencji do „łączenia kropek” w pomysłowy sposób i zastanawia się, czy nie odziedziczył czegoś po swojej matce, która podobno kiedyś rozmontowała rodzinny telewizor, aby poszukać urządzenia podsłuchowego, które, jak myślała, umieścił w nim jej mąż.

Crumb szybko przechodzi jednak do sedna sprawy, sugerując, że „pandemia” była oszustwem przeprowadzonym przez wielkie koncerny farmaceutyczne i kompleks medyczno-przemysłowy.

Jak wszyscy sceptycy covid-19, przeprowadził własne poszukiwania. Na przykład cytuje artykuł z „The New York Times” ze stycznia 2018 roku, ostrzegający przed zagrożeniem globalną pandemią grypy i wzywający do zainwestowania ogromnych środków w badania nad szczepionką.

Na początku książki widzimy Crumba stawiającego czoła sprawiedliwemu gniewowi swojego przyjaciela lekarza z USA, który mówi mu, że covid nie jest kwestią polityczną, na temat której można wyrażać osobistą opinię, ale naukową, w której jego obowiązkiem jest zaufać ekspertom.

Rozmowa ta nie pozwala mu spać przez pół nocy, przewraca się z boku na bok i zastanawia się, czy nie stanie się celem ataków za podważanie oficjalnej wersji wydarzeń.

Pomimo, że te obawy i wątpliwości nie znikają całkowicie – zwłaszcza wątpliwości metafizyczne wyrażane w rozmowach sam na sam z Bogiem – seria komiksów ukazuje coraz większą pewność co do machinacji związanych z covid-19.

Wydaje się, że w procesie tym pomogła Rand Corporation, która w 2021r. opublikowała raport zatytułowany „Wykrywanie teorii spiskowych w mediach społecznościowych”. [4]

Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.

Opisuje także, w jaki sposób raport identyfikuje cztery rodzaje „teorii spiskowych” [5] – te dotyczące wizyt istot pozaziemskich, te dotyczące zagrożeń związanych ze szczepionkami, te dotyczące pochodzenia covid-19 i te ostrzegające przed zaplanowanym ludobójstwem białej rasy.

Wskazuje również, w jaki sposób kwestionowanie programu dotyczącego covid-19 jest zgrabnie wciśnięte między „szalone” teorie dotyczące UFO i „skrajnie prawicowe” teorie rasowe w ramach manewru okrążającego, którego celem jest zdyskredytowanie poprzez skojarzenie.

Aby zobrazować skalę tajemniczych sieci rządzących naszym światem zza kulis, skupia się na jednej osobie, którą nazywa jedynie „Kobietą z głębokiego państwa”, wyjaśniając, że nie chce, aby mogła go pozwać!

Pokazawszy nam, jak grupa zwolenników teorii „zaufaj nauce” [trust the Science] oskarżyła go o przejście na „ciemną stronę”, ponieważ zaufał swojemu mózgowi, Crumb kończy, poświęcając całą stronę na wymienienie niektórych z wielu organizacji, które, jak twierdzi, wzbudzały w nim strach i szerzyły paranoję.

Należą do nich CIA, Mossad, AIPAC, Rezerwa Federalna, Bank Światowy, Blackrock, przemysł naftowy, przemysł farmaceutyczny, przemysł 5G, Google, Facebook, Microsoft, GAVI, Wellcome Trust, WHO, WEF, [6] Fundacja Billa Gatesa, [7] Fundacja Carnegie [8] i Fundacja Rockefellera… [9]

Wiele lat temu wielkie wrażenie zrobiła na mnie pewna karykatura, na którą natknąłem się w jednym z amerykańskich magazynów anarchistycznych, które wówczas uwielbiałem czytać – teraz nie mam pojęcia, w którym.

Pokazano stopniowe pojawianie się tego, co nazywamy „cywilizacją”, w małym zakątku USA: na 12 klatkach widzimy, jak idylliczny zakątek wsi przekształca się w brzydką plątaninę budynków, dróg i przewodów napowietrznych.

Zawsze miałem to z tyłu głowy i stanowiło to wizualną podbudowę mojego osobistego pojmowania całej tej ohydnej agendy „rozwoju”. [10]

Natknąłem się na nią ponownie w sieci, kiedy szukałem ilustracji do wzmianki o Crumbie, ponieważ okazało się, że to on ją narysował w 1979r. Nosi tytuł „Krótka historia Ameryki”.

To, co tam zrobił, było ogromnym krokiem wstecz w stosunku do naszego społeczeństwa, od wszystkich szczegółów, które zaśmiecają nasze umysły i blokują naszą wizję, aż po wykazanie z rzadką jasnością, na czym to wszystko naprawdę polega.

Dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za „nowoczesnością” nie było niczym bardziej szalonym niż dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za covidem.

Nie mamy tu do czynienia z „paranoją”, lecz z wnikliwością.

________________

Paranoia or perceptivity?, Paul Cudenec, August 7, 2026

Więcej: Paul Cudenec

Kolejna afera w najbliższym otoczeniu Zełenskiego. Służby przeszukują Biuro Prezydenta

Afera w najbliższym otoczeniu Zełenskiego.

Służby przeszukują Biuro Prezydenta

admin3 śr., 19/08/2026 – zmianynaziemi/afera-w-otoczeniu-zelenskiego-sluzby-przeszukuja-biuro-prezydenta

19 sierpnia 2026 roku ukraińskie organy antykorupcyjne rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę operację specjalną, która ponownie skierowała uwagę na najbliższe otoczenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) poinformowały o działaniach mających na celu ujawnienie organizacji przestępczej. Według oficjalnego komunikatu grupa działała pod kierownictwem obecnego i byłego deputowanego do Rady Najwyższej, a w jej struktury zaangażowani mieli być wysocy rangą urzędnicy Biura Prezydenta Ukrainy.

Przeszukania objęły między innymi rezydencję Iryny Mudry, zastępczyni szefa kancelarii prezydenta odpowiedzialnej za sprawy prawne i reformę wymiaru sprawiedliwości. Wcześniej Mudra pełniła funkcję wiceminister sprawiedliwości. Śledczy przeszukali także posesje deputowanego Wadyma Stolara, który w przeszłości był związany z partią Platforma Opozycyjna – Za Życie, zdelegalizowaną po pełnoskalowej inwazji Rosji w 2022 roku. Operacja o kryptonimie Forest Gump stanowi kolejny etap szerokich działań antykorupcyjnych.

Według doniesień ukraińskich mediów śledztwo koncentruje się na schematach prania pieniędzy i nielegalnych przepływach finansowych. W jednej z wersji ujawnionych przez organy antykorupcyjne grupa miała zajmować się legalizacją środków pochodzących z wcześniejszych spraw, w tym związanych z sektorem energetycznym – konkretnie 150 milionów hrywien przeznaczonych na kaucję w poprzedniej aferze. Prezydent Zełenski zareagował szybko, wydając dekret o odwołaniu Iryny Mudry ze stanowiska. Sam nie skomentował publicznie szczegółów operacji.

Ważny kontekst: według oficjalnych oświadczeń NABU i SAP Wołodymyr Zełenski nie figuruje jako podejrzany w tych postępowaniach. Organy wielokrotnie podkreślały, że prezydent nie jest przedmiotem ich dochodzeń – zarówno w sprawie Midas, jak i w najnowszej operacji. Formalnie nie postawiono mu żadnych zarzutów.

Jednocześnie fakty dotyczące jego najbliższego otoczenia wyglądają inaczej i budzą uzasadnione pytania. Ta sprawa nie jest odosobniona, lecz stanowi kontynuację głośnej operacji Midas z listopada 2025 roku. Wówczas ujawniono schemat wymuszania łapówek w państwowej spółce Enerhoatom. Szacowana wartość procederu wyniosła co najmniej 100 milionów dolarów. W centrum uwagi znalazł się biznesmen Tymur Mindicz – wieloletni partner biznesowy Zełenskiego i współwłaściciel studia Kwartał 95. Mindicz wyjechał do Izraela, unikając zatrzymania.

Kolejną kluczową postacią był Andrij Jermak, długoletni szef Biura Prezydenta. W maju 2026 roku postawiono mu zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i legalizacji około 460 milionów hrywien poprzez budowę luksusowego kompleksu Dynastia pod Kijowem. Śledczy podejrzewali, że środki mogły pochodzić z nielegalnych mechanizmów w Enerhoatomie. Jermak zaprzeczał zarzutom.

https://youtu.be/GN-PsJJ864I

Pojawiły się też doniesienia o nagraniach, w których pada zdrobnienie Wowa w kontekście budowy luksusowych rezydencji.

NABU i SAP oficjalnie zaprzeczyły, by prezydent był w jakikolwiek sposób objęty śledztwem. Krytycy wskazują jednak, że przy tak bliskich i długotrwałych powiązaniach z osobami objętymi zarzutami trudno mówić o pełnej izolacji od problemu. Zwolennicy podkreślają, że niezależne organy antykorupcyjne działają, a sam prezydent publicznie deklaruje wsparcie dla walki z korupcją i szybko odwołuje osoby objęte podejrzeniami.

Korupcja w Ukrainie nie jest nowym zjawiskiem. W warunkach wojny nabiera szczególnego wymiaru – środki przeznaczone na obronność i odbudowę stają się atrakcyjnym celem. Zachodni partnerzy wielokrotnie podkreślali konieczność skutecznej walki z tym problemem. NABU i SAP, utworzone z pomocą międzynarodową, mają działać niezależnie. Ich ostatnie działania pokazują, że instytucje te zachowują zdolność do podejmowania kroków nawet wobec osób z najbliższego otoczenia prezydenta.

Polityczne konsekwencje są już widoczne. Spadek notowań Zełenskiego zbiegł się z serią skandali. Dodatkowym czynnikiem stała się dymisja popularnego ministra obrony Mychajła Fedorowa, który publicznie wezwał do przeprowadzenia wyborów nawet w czasie wojny. Przeszukania zbiegły się z głosowaniem w parlamencie nad nowym kandydatem na to stanowisko.

Międzynarodowa opinia publiczna obserwuje te wydarzenia z uwagą. Dla partnerów zachodnich niezależność NABU i SAP jest jednym z warunków dalszego wsparcia. Ukraina, ubiegając się o członkostwo w Unii Europejskiej, musi wykazać postępy w reformach. Każda kolejna afera utrudnia ten proces.

Z drugiej strony działania służb antykorupcyjnych można uznać za pozytywny sygnał. Pokazują one, że mimo wojny instytucje państwa funkcjonują i są w stanie badać nawet najtrudniejsze sprawy. Operacja z sierpnia 2026 roku, choć wciąż na wczesnym etapie, potwierdza, że system antykorupcyjny nie został całkowicie zablokowany.

Przyszłość wskaże, jak głęboko sięgają powiązania ujawnione w najnowszym śledztwie. Ukraina stoi przed wyzwaniem, by jednocześnie prowadzić wojnę obronną i budować transparentne państwo. Najnowsza afera – wraz z całą serią poprzednich spraw dotyczących najbliższego kręgu władzy – pokazuje, jak trudne jest to zadanie. Formalny brak zarzutów wobec samego prezydenta nie zamyka dyskusji o odpowiedzialności politycznej i o tym, dlaczego kolejne nazwiska z jego otoczenia pojawiają się w aktach spraw korupcyjnych.

Źródła:

osw.waw.pl/en/publikacje/analyses/2026-05-13/…

polsatnews.pl/wiadomosc/2026-08-19/grupa-prze…

https://wydarzenia.interia.pl/zagranica/news-afera-na-szc…

https://dorzeczy.pl/swiat/930661/afera-korupcyjna-zamiesz…

https://wiadomosci.wp.pl/w-imie-chciwosci-afera-korupcyjn…

Bliski Wschód bez USA: Jak porozumienia z Mekki zmieniają porządek globalny

Opinia tass-ru/opinions

Bliski Wschód bez USA: Jak porozumienia z Mekki zmieniają porządek globalny

Georgy Asatryan o tym, dlaczego Turcja, Pakistan i Arabia Saudyjska utworzyły sojusz

Gieorgij Asatryan

Georgy Asatryan , zastępca dyrektora Instytutu Światowej Gospodarki Wojskowej i Strategii w Wyższej Szkole Ekonomicznej Narodowego Uniwersytetu Badawczego, doktor historii

18 sierpnia, 2026

Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, następca tronu Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman i premier Pakistanu Szahbaz Sharif© Agencia de Prensa Saudí vía AP

Wojna USA i Izraela z Islamską Republiką Iranu stała się jednym z najważniejszych wydarzeń we współczesnej historii stosunków międzynarodowych. Choć wciąż niedokończona, tragiczna i dramatyczna, doprowadziła już do namacalnych zmian w polityce globalnej. Ośmielę się zasugerować, że w przyszłości czekają nas o wiele poważniejsze, wręcz tektoniczne, zmiany.

Jednym z przejawów tej nowej rzeczywistości było podpisanie wspólnego porozumienia obronnego pomiędzy Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem – Porozumienia z Mekki. 

Konsekwencje ambicji USA

Agresywne starcie w czerwcu 2025 roku, jego logiczna kontynuacja w postaci szeroko zakrojonej konfrontacji, która rozpoczęła się w lutym 2026 roku, oraz późniejsze sporadyczne eskalacja napięć w powietrzu, fundamentalnie zmieniły dyplomację na Bliskim Wschodzie. Upadek potężnej amerykańskiej machiny militarnej zmusił kluczowe państwa regionu do poszukiwania sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa.

Przeczytaj także

Arabowie rozczarowani Ameryką: Jak kraje Bliskiego Wschodu reagują na eskalację

Podczas konfliktu w Zatoce Perskiej Iran i Siły Powietrzno-Kosmiczne Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) niespodziewanie rozpoczęły asymetryczną reakcję przeciwko amerykańskim bazom wojskowym i infrastrukturze. W atakach wykorzystano irańskie pociski balistyczne i drony przeciwko celom amerykańskim w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie, Katarze, Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej i Jordanii. Obecność wojskowa USA nie tylko nie zapewniła im ochrony, ale wręcz uczyniła z krajów-gospodarzy legalne cele dla irańskich pocisków i dronów.

Systemowe ataki Iranu doprowadziły do ​​znacznego odpływu kapitału z najbogatszych i najszybciej rozwijających się monarchii Zatoki Perskiej. W pewnych momentach eksport energii z kilku krajów, w tym z Arabii Saudyjskiej, spadł do historycznie niskiego poziomu. Utrata turystów, spadek atrakcyjności inwestycyjnej i erozja wizerunku Iranu jako bezpiecznej przystani dla globalnego kapitału – wszystko to jest bezpośrednią konsekwencją amerykańskiej obecności wojskowej. A zamierzony efekt był dokładnie odwrotny.

Po rewolucji islamskiej w 1979 roku Waszyngton rozpoczął szybką rozbudowę infrastruktury wojskowej w państwach arabskich regionu. Na początku obecnego konfliktu znajdowało się tam ponad dwadzieścia amerykańskich instalacji wojskowych, w tym około tuzina głównych strategicznych baz. Jednak w wyniku precyzyjnych ataków irańskich większość baz Pentagonu została zniszczona lub całkowicie unieruchomiona.

Cele sojuszu

W Mekce prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan, premier Pakistanu Szahbaz Szarif i saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, podpisali porozumienie obronne, które stało się trójstronnym paktem o bezpieczeństwie zbiorowym. Zgodnie z dokumentem, zbrojny atak na jedno z państw członkowskich będzie uważany za agresję przeciwko całemu sojuszowi. Ten blok stanowi fundamentalny przełom militarny i polityczny, radykalnie zmieniając równowagę sił. Ponadto zauważa się, że inne kraje muzułmańskie w regionie mogą w przyszłości dołączyć do sojuszu. W szczególności Turcja liczy na akcesję Egiptu i, w ramach swojej pojednawczej retoryki, oficjalnie nie wyklucza nawet Iranu w perspektywie długoterminowej. Jednak Rijad i Ankara mają odmienne poglądy na temat ostatecznego kształtu bloku, a dla Arabii Saudyjskiej pakt pozostaje przede wszystkim instrumentem regionalnego odstraszania.

Przeczytaj także

Bez Trumpa, ale z Zełenskim: Czy UE i Wielka Brytania chcą zastąpić NATO EUTO?

Temat sojuszu wojskowego między trzema potężnymi mocarstwami wschodnimi od dawna jest dyskutowany w najwyższych kręgach Ankary, Islamabadu i Rijadu. Bliska współpraca obronna między Arabią Saudyjską a Pakistanem ma długą historię, ale strony zawarły fundamentalne pisemne Porozumienie o Strategicznej Wzajemnej Obrony (SMDA) stosunkowo niedawno – 17 września 2025 roku. Zgodnie z tym dokumentem Islamabad zobowiązał się do obrony Królestwa, otrzymując w zamian znaczne zastrzyki finansowe z pokaźnego budżetu Arabii Saudyjskiej. Pakistan skutecznie wykorzystuje to partnerstwo, aby zabezpieczyć fundusze na modernizację własnego kompleksu wojskowo-przemysłowego i odstraszyć Indie.

Spośród tych trzech państw Arabia Saudyjska dysponuje największymi zasobami finansowymi, ale ustępuje sojusznikom pod względem technologii wojskowej. Pomimo posiadania zaawansowanego i drogiego uzbrojenia, Rijad nadal boryka się z niską gotowością bojową swojego personelu. Udział w sojuszu daje rządowi Arabii Saudyjskiej dostęp do pakistańskiego „parasola nuklearnego” oraz wsparcia operacyjnego ze strony doświadczonych armii pakistańskiej i tureckiej. Rijad liczy na pomoc w szkoleniu kadry dowódczej i pozyskiwaniu zagranicznych specjalistów. Teoretycznie sojusznicze kontyngenty mogłyby zostać wykorzystane w operacjach lokalnych – na przykład w walce z Huti w Jemenie.

Turcja potrzebuje tego paktu, który zasadniczo rozszerza poprzednie porozumienie saudyjsko-pakistańskie, aby zrealizować swoje regionalne ambicje, rozszerzyć swój kompleks militarno-przemysłowy na bogaty rynek Zatoki Perskiej i stworzyć przeciwwagę dla polityki izraelskiej. Porozumienie pozwala tureckim firmom zbrojeniowym wyprzeć z rynku Zatoki Perskiej amerykańskich gigantów, takich jak Lockheed Martin i Raytheon. Powstanie Paktu Mekka oznacza w praktyce koniec Porozumień Abrahama i nadziei Izraela na antyirańską koalicję pod auspicjami Waszyngtonu.

Jednocześnie głównym katalizatorem porozumienia z Mekki był wspólny strach przed Iranem. Determinacja Teheranu do przeprowadzenia masowych ataków na każdego przeciwnika oraz zwiększone możliwości militarno-techniczne Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zmusiły elity trzech krajów do bezprecedensowego zbliżenia.

Bez Stanów Zjednoczonych

Sojusze wojskowe są niezbędne dla państw do budowania systemów bezpieczeństwa zbiorowego i zabezpieczania się przed ryzykiem strategicznym. Poprzez dołączanie do sojuszy, uczestnicy dążą do integracji mocnych stron swoich partnerów, tworząc odporną architekturę obronną.

Przeczytaj także

NATO rozszerza rurociągi wojskowe do granic Rosji: możliwości i sposoby ich wyzerowania

Najważniejszym aspektem Sojuszu Mekka jest brak Stanów Zjednoczonych. Wiodące państwa Globalnego Południa uczą się zapewniać stabilność bez bezpośredniego zaangażowania Waszyngtonu. Pomimo głębokich historycznych powiązań z Zachodem w sferze politycznej i gospodarczej, stolice największych mocarstw Wschodu zdały sobie sprawę z niebezpieczeństw podążania wyłącznie ścieżką amerykańskich interesów neokolonialnych. Długotrwała współpraca wojskowo-techniczna z Waszyngtonem nie tylko nie osiągnęła nadrzędnego celu, jakim jest kompleksowe i systemowe bezpieczeństwo, ale wręcz przeciwnie, współpraca z Pentagonem doprowadziła do głębokiego kryzysu architektury bezpieczeństwa.

To być może najważniejszy etap transformacji w kierunku wielobiegunowego systemu stosunków międzynarodowych. Przywódcy regionalni demonstrują rosnącą autonomię strategiczną i autentyczną suwerenność. Powstanie obronnego bloku trzech kluczowych sojuszników USA w regionie, bez udziału Waszyngtonu, stanowi istotny krok dla kształtującego się porządku światowego. A teraz, gdy na przykład studenci studiów międzynarodowych proszeni są o podanie przykładów świata wielobiegunowego, wykładowcy mogą śmiało przytoczyć przykład sojuszu wojskowego Turcji, Pakistanu i Arabii Saudyjskiej.

Po ataku na rzekomy obiekt do zasiewania chmur: Deszcze powracają do Iranu

burza z migoczącymi błyskawicami nad oceanem

Po ataku na rzekomy obiekt do zasiewania chmur: deszcz powraca do Iranu

Zasiewanie chmur jako narzędzie do modyfikacji pogody nie jest już science fiction. Technologia ta istnieje od dziesięcioleci i jest otwarcie wykorzystywana w wielu krajach. Jednak znacznie bardziej palącym pytaniem jest, czy mogłaby być również wykorzystana jako instrument geopolityczny, a nawet militarny.

Ta debata nabrała nowego rozpędu w związku z niedawnymi wydarzeniami w Iranie. Obszary, które od lat cierpiały z powodu ekstremalnej suszy, nagle doświadczyły wyjątkowo intensywnych opadów deszczu – w niektórych przypadkach największych od dziesięcioleci.

Moment wystąpienia zdarzenia wzbudza spekulacje: opady deszczu nastąpiły po irańskich atakach na amerykańskie obiekty wojskowe w regionie, w tym – według doniesień – obiekty lub systemy związane z modyfikacją pogody i zasiewaniem chmur.

To nie dowodzi związku. Jednak chronologia zdarzeń budzi wątpliwości.

Lata suszy – i nagle woda

Iran od lat zmaga się z poważnym kryzysem wodnym. Ziemie uprawne wysychają, zasoby wód gruntowych maleją, a miasta muszą radzić sobie z problemami zaopatrzenia i racjonowaniem wody. W rezultacie wzrasta presja społeczna i ekonomiczna.

Niektórzy analitycy ostrzegają, że niedobór wody osiągnął poziom, który w perspektywie długoterminowej może zagrozić stabilności politycznej kraju.

Wygląda na to, że nastąpiła niezwykła zmiana pogody, przynajmniej regionalnie. Obszary, które przez długi czas doświadczały niewielkich lub zerowych opadów, nagle doświadczyły obfitych opadów. Raporty wskazują nawet na opady śniegu w regionach, gdzie takie zjawiska są rzadkością. Czy to po prostu anomalia meteorologiczna, czy też kryje się za tym coś więcej?

Połączenie czasowe, które budzi pytania

Moment jest szczególnie uderzający.

Ulewne deszcze zbiegły się w czasie z irańskimi atakami na amerykańskie instalacje wojskowe w regionie. Wśród nich miały znaleźć się systemy i obiekty rzekomo zaangażowane w operacje modyfikacji pogody i zasiewania chmur.

Dziennikarz śledczy Ben Swann porusza ten potencjalny związek w nowym filmie. Wyraźnie podkreśla, że ​​jego intencją jest rozróżnianie między weryfikowalnymi faktami, faktami historycznymi i spekulacjami.

To rozróżnienie jest kluczowe: istnienie modyfikacji pogody jest udokumentowane. Jej wykorzystanie w operacjach wojskowych jest również dobrze udokumentowane. Nie udowodniono jednak jeszcze, że susza w Iranie została celowo wywołana lub zaostrzona przez czynniki zewnętrzne – ani że ostatnie opady deszczu są bezpośrednią konsekwencją zniszczenia niektórych obiektów.

twitter.com/Donuncutschweiz/status/2088869489631003046/video/1

Niemniej jednak połączenie tych okoliczności jest co najmniej niezwykłe.

Zasiewanie chmur nie jest teorią spiskową.

Każdy, kto uważa, że ​​zasiewanie chmur to „teoria spiskowa”, ignoruje technologię stosowaną od dziesięcioleci.

Zasiewanie chmur polega na wprowadzaniu do odpowiednich chmur substancji, takich jak jodek srebra lub inne cząsteczki, w celu wpłynięcia na procesy fizyczne zachodzące w chmurze i, w określonych warunkach, przyspieszenia powstawania opadów.

Wiele stanów otwarcie stosuje takie procedury.

Zjednoczone Emiraty Arabskie inwestują znaczne sumy w modyfikację pogody, między innymi ze względu na ograniczone naturalne zasoby słodkiej wody. Arabia Saudyjska również prowadzi podobne programy.

Również w Stanach Zjednoczonych około 30 stanów uchwaliło już ustawy dotyczące modyfikacji pogody lub omówiło bądź zaproponowało odpowiednie propozycje legislacyjne.

Istnienie tej technologii nie jest zatem kwestionowane. Zupełnie inną kwestią jest jednak to, czy modyfikacja pogody mogłaby być również wykorzystana jako narzędzie geopolityczne lub militarne. I istnieje na to historyczny precedens.

Operacja Popeye: Stany Zjednoczone wykorzystały manipulację pogodą podczas wojny w Wietnamie

Jednym z najbardziej znanych przykładów jest tajna operacja Popeye , która miała miejsce podczas wojny w Wietnamie w latach 1967–1972.

Wojsko amerykańskie uwolniło jodek srebra do chmur nad częściami Wietnamu, Laosu i Kambodży. Celem było zwiększenie opadów deszczu i/lub wydłużenie pory monsunowej.

Cel militarny był jasny: osłabić lub uczynić nieprzejezdnymi drogi i szlaki zaopatrzeniowe wroga poprzez deszcze i powodzie, a tym samym zakłócić linie zaopatrzeniowe, w szczególności północno-wietnamskie. Miało to również wpłynąć na warunki rolnicze.

Operacja pozostawała tajna przez lata i dopiero później wyszła na jaw i stała się przedmiotem śledztw politycznych w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Lyndon B. Johnson często wypowiadał się w tym kontekście:

„Kto kontroluje pogodę, kontroluje świat”.

Czy Johnson rzeczywiście wypowiedział te słowa w dokładnie taki sposób, to osobna kwestia. Jednak idea leżąca u ich podstaw – pogoda jako czynnik strategiczny – od dawna była częścią rozważań wojskowych.

Ahmadineżad wysunął poważne oskarżenia już w 2012 r.

Były prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad również publicznie poruszył tę kwestię. W 2012 roku twierdził, że państwa zachodnie wykorzystują technologie do wpływania na pogodę, a w szczególności do zapobiegania przedostawaniu się chmur deszczowych do Iranu.

Międzynarodowe media zareagowały wówczas głównie drwinami. Ahmadineżada przedstawiano jako populistę szerzącego teorie spiskowe.

W świetle udokumentowanej historii wojskowej manipulacji pogodą i obecnie jawnie prowadzonych programów zasiewania chmur, fundamentalne pytanie o możliwości takich technologii wydaje się mniej egzotyczne, niż przedstawiano je wówczas. Nie oznacza to jednak, że konkretne oskarżenia Ahmadineżada zostały udowodnione.

Kto kontroluje technologię?

Centralne pytanie, jakie stawiają Ben Swann i inni obserwatorzy, nie brzmi już zatem , czy ludzie mogą technicznie wpływać na warunki pogodowe. To, że modyfikacja pogody jest możliwa i praktykowana, jest dobrze udokumentowane.

Kluczowe pytania brzmią: Kto posiada jakie umiejętności? Jak daleko sięgają te umiejętności? Do czego są wykorzystywane – i przeciwko komu?

Gdyby państwa były w stanie selektywnie i szeroko wpływać na wzorce opadów w regionach o znaczeniu strategicznym, potencjał militarny byłby oczywisty. Taka technologia teoretycznie wpisywałaby się w logikę wojny hybrydowej: trudna do wykrycia, trudna do jednoznacznego przypisania do jednego aktora i potencjalnie niosąca dalekosiężne konsekwencje ekonomiczne i społeczne.

Zwłaszcza w krajach, w których występują niedobory wody, długoterminowa zmiana rozkładu opadów może mieć ogromny wpływ na rolnictwo, zaopatrzenie w wodę pitną, produkcję energii, gospodarkę i ostatecznie na stabilność polityczną.

Manipulowanie pogodą jako broń wojenna jest zabronione na całym świecie.

Prawo międzynarodowe pokazuje również, że scenariusz ten wcale nie jest wyłącznie fantastyką naukową.

Konwencja o zakazie wojskowego lub innego wrogiego wykorzystania technik modyfikacji środowiska – tzw. Konwencja ENMOD – która weszła w życie w 1977 roku, zakazuje wrogiego wykorzystania technik modyfikacji środowiska o rozległych, długotrwałych lub poważnych skutkach. Istnienie takiego porozumienia dowodzi co najmniej, że wojskowe wykorzystanie modyfikacji środowiska było uważane za poważny problem już dekady temu.

Same traktaty nie gwarantują jednak, że państwa nigdy ich nie naruszą. Zwłaszcza tajne operacje są z natury trudne do udowodnienia. Operacja Popeye stanowi historyczny precedens: modyfikacja pogody rzeczywiście była wykorzystywana jako narzędzie militarne i początkowo była utrzymywana w tajemnicy przed opinią publiczną.

Pytania, które po prostu nie znikają

Obecnie nie można jednoznacznie stwierdzić, czy ostatnie ulewne deszcze w Iranie mają bezpośredni związek z zamknięciem regionalnych obiektów lub systemów.

Procesy meteorologiczne są złożone. Opady zależą od wielu czynników, a nietypowe zjawiska pogodowe mogą wystąpić nawet bez sztucznej interwencji. Dlatego sama korelacja czasowa nie dowodzi związku przyczynowo-skutkowego.

Mimo to mamy do czynienia z nietypową sekwencją wydarzeń: wieloletnią dotkliwą suszą, wojną, podczas której rzekomo wyłączono z użytku systemy kontroli pogody – a w konsekwencji z wyjątkowymi opadami deszczu.

To nie jest dowód na istnienie broni pogodowej. Ale jest to kwestia, którą można poważnie zbadać.

Fikcjonariusze nauki

Fikcjonariusze nauki

Posted on 18 sierpnia, 2026 by jw

Fikcjonariusze nauki

Paradoks naszych czasów polega na tym, że im szybciej rozwija się nauka, tym słabsze staje się społeczne zaufanie do ludzi nauki i efektów ich działalności. Na spadek prestiżu pracują sami naukowcy, którzy zamiast wiedzy nieraz produkują jej imitację. Dość często można przeczytać o plagiatach, naruszaniu praw autorskich popełnianych nie tylko przez studentów, ale i przez „doskonałych” profesorów.

Zdarza się jednak, że nawet przedstawiciele środowiska profesorskiego uznają takie czyny za społecznie mało szkodliwe (sic!). Faktem jest, że naruszanie praw autorskich, jakkolwiek winno być karalne, nie jest największą szkodą dla nauki. To przede wszystkim szkoda dla pokrzywdzonych naukowców.

Większą szkodą dla nauki są oszustwa naukowe w postaci fikcyjnych badań ogłaszanych w prestiżowych czasopismach, które mimo recenzji nie zostały zidentyfikowane. No cóż, recenzje też bywają zawodne, a nieraz fikcyjne. Stąd producentów fikcyjnych badań, rzec można: fikcjonariuszy nauki, wysoko uplasowanych w systemie, mamy wielu. Wśród zagranicznych takich „naukowców” niektórzy szczycą się i ponad 200 fikcyjnymi pracami „naukowymi”, które po zidentyfikowaniu podlegają retrakcji (wycofaniu z obiegu naukowego).

Ale przed wycofaniem mogą spowodować poważne szkody dla gospodarki (jeśli ta oparta jest na takiej „wiedzy”) czy zagrożenie dla zdrowia/życia ludzkiego, jeśli takie prace dotyczą aspektów medycznych. Do tej patologii przyczynił się zanik merytorycznej krytyki i dyskusji, nawet na najlepszych uniwersytetach. Kto się odważy podważyć tezy profesora, decydenta akademickiego?

Niestety do takiego stanu doprowadziła nader częsta eliminacja z systemu tych, którzy byli zdolni do rzetelnych, krytycznych, nonkonformistycznych recenzji, także prac tworzonych przez tzw. niekwestionowane autorytety. W takim systemie większe szanse na awans ma często „yes man”, potakujący autorytetom i aprobujący błędy, niż recenzent skłonny do krytycznej oceny. Nic więc dziwnego, że „fikcjonariusze nauki” mają się dobrze.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska 12 sierpnia 2026 r.

Niebo pełne dziur: Ukraina straciła rakiety przechwytujące i pomoc sojuszniczą przed zimą

Niebo pełne dziur: Ukraina straciła rakiety przechwytujące i pomoc sojuszniczą przed zimą

tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

Ukraina po raz kolejny nie zestrzeliła ani jednego pocisku balistycznego ani hipersonicznego wystrzelonego przez rosyjskie siły zbrojne podczas ataku w nocy 16 sierpnia. Poinformowała o tym ukraińska gazeta „Strana”, powołując się na służbę prasową Sił Powietrznych Ukrainy. Dlaczego Kijów pozwala na kontynuację ataków, co oferują mu sojusznicy i czy nadchodząca zima może być ostatnią zimą w Kijowie?Redaktorzy strony internetowej TASS

18 sierpnia,

© REUTERS

Rosja kontynuuje ataki na cele na Ukrainie za pomocą precyzyjnej broni dalekiego zasięgu i bezzałogowych statków powietrznych. Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony, rosyjskie Siły Zbrojne przeprowadziły 14 ataków grupowych w dniach 8-14 sierpnia oraz dwa ataki na dużą skalę i 12 ataków grupowych w dniach 1-7 sierpnia.

Rakiety i drony zaatakowały zakłady przemysłu zbrojeniowego, składy amunicji, paliw i smarów, tymczasowe miejsca rozmieszczenia jednostek ukraińskich i zagranicznych najemników, centra logistyczne, infrastrukturę ukraińskiego portu morskiego oraz zakłady paliwowe i energetyczne.

Z powodu niedoboru pocisków przechwytujących, Siły Zbrojne Ukrainy, wbrew dotychczasowej praktyce, zaprzestały publikowania danych o rosyjskich pociskach wystrzelonych w kierunku Ukrainy, jak donosi Bloomberg. Posłanka Rady Najwyższej Anna Skorochod stwierdziła , że ​​wynika to z „katastrofalnej sytuacji” w kraju, zauważając, że zamiast zająć się problemem, dowództwo wojskowe po prostu zaprzestało informowania opinii publicznej.

„Zełenski nadal przerzuca odpowiedzialność na Zachód, obwiniając partnerów za niedobór rakiet” – napisała była rzeczniczka prasowa Zełenskiego, Julia Mendel, w X. „Tymczasem jego rząd nie przygotował kraju na trudności związane z eskalacją i zbliżającą się katastrofą tej zimy. <…> Zamiast tego kontynuuje eskalację wojny, żąda pieniędzy i nie oferuje żadnych perspektyw. Jego osobista odpowiedzialność za opłakany stan Ukrainy jest oczywista”.

Patriot nie pomoże

Według „The Washington Post” jedynym ukraińskim systemem obrony powietrznej zdolnym do przechwytywania pocisków jest amerykański system Patriot .

Jednak, jak podaje gazeta, Rosja zmodernizowała swoje środki uderzeniowe i podczas gdy w sierpniu 2025 roku Ukraina rzekomo przechwyciła 37% hipersonicznych pocisków rakietowych Kinżał i Iskander, we wrześniu [2025 md] wskaźnik ten spadł do 6%.

Przeczytaj także

„Pokojowe” złomowanie klastra: jak Turcja będzie opłacalnie pozbywać się starych systemów ATACMS kosztem Ukrainy

Według ekspertów, Patriot nie jest wyspecjalizowanym systemem przeciwrakietowym. Ekspert wojskowy Michaił Chodarenok powiedział agencji TASS, że system posiada zdolności do obrony przeciwrakietowej niestrategicznej, ale nie gwarantuje to 100% skuteczności przechwytywania.

Analityk wojskowy Igor Korotczenko, redaktor naczelny magazynu „National Defense”, zauważył, że wyrzutnie Patriot strzelają w ograniczonym zakresie, w przeciwieństwie do pionowych wyrzutni rakietowych rosyjskich systemów S-300 i S-400 .

Magazyn Military Watch (MWM)  zwrócił uwagę na wysoki koszt pocisków Patriot: cena za sztukę sięga 4 milionów dolarów. MWM, powołując się na źródła zagraniczne, przytoczył przykład , w którym podczas jednej próby zestrzelenia Kinżału amerykański system bezskutecznie wystrzelił 32 pociski przechwytujące o łącznym koszcie około 96 milionów dolarów.

Bez rakiet

Wołodymyr Zełenski wielokrotnie apelował do Stanów Zjednoczonych o zwiększenie dostaw pocisków przechwytujących dla systemu obrony powietrznej Patriot, skarżąc się , że „kraje partnerskie” zaczęły „wstrzymywać” produkcję amunicji do systemów obrony powietrznej. Gazeta „Guardian” zauważyła , że ​​Ukraina jest zobowiązana do produkcji pocisków dla amerykańskiego systemu obrony powietrznej na poziomie trzy do czterech razy wyższym niż światowa średnia roczna.

W sierpniu 2025 roku CNN, powołując się na źródła, poinformowało , że Pentagon otrzymał prawo do uzupełniania własnych zapasów broni bronią produkowaną dla Ukrainy. Pociski Patriot znalazły się w kategorii „czerwonej”, co oznaczało, że same Stany Zjednoczone borykały się z niedoborem.

„Financial Times” donosił , że w styczniu 2026 roku systemy rakietowe Patriot rozmieszczone na Ukrainie były nieczynne z powodu braku amunicji w Kijowie. To uniemożliwiło krajowi odparcie rosyjskich ataków. W sierpniu CNN, które uzyskało dostęp do ukraińskich systemów obrony powietrznej, poinformowało , że jedna z wyrzutni nie wystrzeliła pocisków przez około sześć tygodni z powodu braku amunicji.

Stany Zjednoczone gwałtownie wyczerpywały swoje zapasy pocisków przechwytujących i amunicji precyzyjnego rażenia podczas wojny z Iranem, donosił „The Washington Post” w marcu 2026 roku, powołując się na źródła . Administracja USA zaprzeczyła jakimkolwiek niedoborom pocisków przechwytujących. Jednak w tym samym miesiącu Pentagon ogłosił zamiar potrojenia produkcji pocisków Patriot i czterokrotnego zwiększenia produkcji systemu obrony przeciwrakietowej THAAD (Terminal High Altitude Area Defense).

Alternatywy

Według „The Washington Post”, w 2023 roku nieżyjący już senator USA Lindsey Graham (znajdujący się na rosyjskiej liście terrorystów i ekstremistów) zaproponował przekazanie Ukrainie systemu obrony przeciwrakietowej Żelazna Kopuła. Jednak premier Izraela Benjamin Netanjahu zawetował potencjalną umowę, powołując się na warunki wspólnej produkcji.

Zełenski zażądał, aby Stany Zjednoczone przyznały licencję na produkcję amunicji Patriot już w 2025 roku. Przyznał jednak, że nawet jeśli zgoda zostanie udzielona, ​​wdrożenie produkcji zajmie od roku do kilku lat, narzekając na europejską i amerykańską biurokrację.

Przeczytaj także

Wpływ na strategiczne siły obronne USA i manewry. Eksperci o przekazaniu licencji Patriot Ukrainie

Innym systemem obrony powietrznej zdolnym do przechwytywania pocisków jest SAMP/T, produkowany przez konsorcjum Eurosam, w którego skład wchodzą francuska firma Thales i międzynarodowa korporacja MBDA. Prezydent Francji Emmanuel Macron potwierdził jego rozmieszczenie na Ukrainie w 2023 roku. Skuteczność europejskiego systemu jest zbliżona do amerykańskiej, stąd jego przydomek Euro-Patriot.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony po raz pierwszy ogłosiło zniszczenie systemu SAMP/T na Ukrainie w styczniu 2024 roku. Od tego czasu resort wojskowy wielokrotnie informował o zniszczeniu europejskiego systemu rakiet przeciwlotniczych (SAM).

Ataki na Rosję zamiast ochrony Ukrainy

Ukraina z kolei próbuje zaatakować Rosję dronami kamikaze. Według TASS, ukraiński atak dronów na regiony Rosji w nocy 16 sierpnia był największym od początku 2026 roku: rosyjskie systemy obrony powietrznej przechwyciły 822 drony. Poprzedniej nocy rosyjska artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła 598 ukraińskich dronów.

Zachodni „partnerzy” nie spieszą się z przekazywaniem Ukrainie kierowanych pocisków przeciwlotniczych, ale dostarczają drony do ataków na Rosję i rozwijają współpracę w ich produkcji.

W sierpniu 2026 roku „The Sunday Times” doniósł , że ukraińskie siły zbrojne po raz pierwszy zaatakowały Rosję brytyjskimi dronami, w tym dronami Nyan firmy Callen-Lenz z Wiltshire, atakując rafinerie ropy naftowej w Wołgogradzie i Jarosławiu.

Wśród dronów zestrzelonych przez operatorów w Centrum Testowym Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych Rubikon należącym do rosyjskiego Ministerstwa Obrony znajdują się amerykańskie Darty i Hornety oraz niemieckie RZR-01 i Vector.

„Zasadniczo, jedyne ukraińskie napisy tutaj to kilka napisów w języku ukraińskim i żółto-niebieskie kółka” – skomentował członek mobilnej jednostki ogniowej o pseudonimie Dawid na zestrzelonym bezzałogowym samolocie rozpoznawczym Shark należącym do ukraińskich sił zbrojnych, zaznaczając, że dron jest wyposażony w moduł komunikacyjny Silvus Technology, wyprodukowany przez USA na potrzeby amerykańskich produktów wojskowych.

„Znak rozpaczy”

„Zełenski zaapelował do europejskich partnerów posiadających znaczne zapasy pocisków przechwytujących Patriot, takich jak Hiszpania i Grecja, o podzielenie się nimi z Ukrainą” – zauważa Financial Times. „Jednak po tym, jak wojna z Iranem uszczupliła zapasy pocisków Patriot USA i ich sojuszników z Zatoki Perskiej, których uzupełnienie może zająć miesiące, a nawet lata, wielu partnerów Kijowa obawia się, że mogą zostać bez wystarczającej liczby pocisków”.

Dziennik „Washington Post”, powołując się na źródła , poinformował , że na początku 2026 roku administracja prezydenta USA Donalda Trumpa próbowała przekonać kilka krajów europejskich do wysłania rakiet dla amerykańskich systemów obrony powietrznej na Ukrainę, ale odmówiły one, obawiając się osłabienia własnej obrony.

Przeczytaj także

Nadchodzi wiosna: dlaczego nadchodząca zima może pogrzebać kijowski reżim

„Te pociski mają chronić polskie niebo” – odpowiedział były minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak w wywiadzie dla radia RMF24 na pytanie o możliwość przekazania Ukrainie polskich pocisków Patriot. Co więcej, według portalu Wirtualna Polska, powołującego się na źródła w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej, MON jest zirytowany sposobem, w jaki Zełenski prosi Warszawę o pociski – obliczając stan zapasów Patriotów w Polsce i uznając, że Polska „może obsłużyć dużą partię [pocisków]”.

„Prośby Zełenskiego o pomoc są oznaką desperacji. Cały świat zmaga się z poważnym niedoborem pocisków przeciwlotniczych. Ani Europejczycy, ani Stany Zjednoczone nie mają ich wystarczająco dużo” – napisała gazeta Die Welt. W artykule zauważono, że sytuacja Kijowa przed zimą jest tak „niepewna”, że kraj bije na alarm na wszystkich szczeblach.

„Narastające problemy systemowe, rosnąca presja na froncie i paraliż zaplecza – od deficytu budżetowego po rozpadający się aparat administracyjny – nieubłaganie skracają wiosnę” – powiedział Władimir Kostyriew, zastępca szefa redakcji TASS Near Abroad. „Nadchodząca zima może okazać się ostatnią kroplą, która ostatecznie przeleje czarę goryczy w Kijowie”.

Wiktor Bodrow