Szczegółowe wyniki wyborów parlamentarnych we Francji spływają, zatem kilka słów na temat systemu wyborczego i jak to się przekłada na szanse RN.
Francuska ordynacja wyborcza to JOW w dwu turach. Żeby zdobyć mandat należy przekroczyć 50% w pierwszej turze albo wygrać w drugiej turze. Żeby wejść do drugiej tury trzeba zdobyć w pierwszej co najmniej 12,5% głosów uprawnionych do głosowania.
Baaaardzo teoretycznie w drugiej turze kandydatów może być ośmiu (100:12,5), gdyby wydarzył się cud i zagłosowało 100% uprawnionych, każdy oddał głos ważny, a głosy rozłożyły po równo. Ale furda zabawy intelektualne – w realu do drugiej tury przechodzi zwykle dwóch najlepszych, niekiedy trzech, bardzo rzadko czterech. Im większa frekwencja, tym mniej „pojedynków”, a więcej „triangulacji”. Według szacunków Ipsos, opartych na 539 okręgach wyborczych we Francji metropolitarnej, tym razem pierwszej turze wybranych zostanie od 65 do 85 deputowanych. Wiele nazwisk już znamy np. Marine Le Pen została wybrana. Warto pamiętać, że 2022 r. w pierwszej turze weszło tylko trzech kandydatów.
W drugiej turze tym razem odbędzie się potencjalnie od 285 do 315 „triangulacji” i od 150 do 170 pojedynków (to prognozy). RN będzie w drugiej turze w 390 do 430 okręgów, lewica w 370 do 410, większość prezydencka w 290 do 330, a Republikanie w 70 do 90. Przebrnęliście przez cyferki? To jedziemy dalej. Dlaczego jest to ważne. Z powodu strategii „frontu republikańskiego”. Co to za zwierz? Francuski. Kiedy mianowicie w drugiej turze jest pojedynek, to cała klasa polityczna przerzuca głosy na ich kandydata przeciw kandydatowi RN. Robi się pospolite ruszenie od burżuazyjnej prawicy przez centrystów i zielonych po skrajną lewicę. Ludzie, którzy w pierwszej turze obrzucali się błotem robią wspólny front. Kapitalistyczni krwiopijcy głosują na kandydata komunistów, antifa woke na rentiera pod krawatem mieszkającego w pałacu. Najczęściej to działa, a właściwie działało od lat 1980 do niedawna. Republikańska tama sprawiała, że partia z poparciem 25% miała jednego, dwóch, potem ośmiu posłów, a najczęściej wcale.
Teraz, gwoli ścisłości, RN szklany sufit przebija i system JOW obraca się na jego korzyść (tłumaczyłem szczegółowo u @lkwarzecha
). Stąd owe 250 możliwych mandatów, o czym na początku tweeta. Jednak w wypadku „triangulacji” pojawia się problem. Jeśli w drugiej turze jest kandydat RN, systemowej lewicy i systemowej prawicy, to głosy „systemu” się rozbijają. Wystarczy konfiguracja 35/33/32 i wchodzi „faszysta”. Tak właśnie w przeszłości FN odnosił rzadkie sukcesy. Strategia „frontu republikańskiego” zakłada zatem, że kandydat mający gorsze szanse na pobicie „faszysty” powinien się wycofać z kandydowania i wezwać do głosowania na drugiego kandydata systemu. I znowu: komuch na prawicowca, burżuj na lewaka etc. Zabawne. Tylko, że pojawia się problem nieobcy znawcom natury ludzkiej. Często obaj kandydaci systemu uważają, że to oni mają największe szanse na wygranie lokalnego Stalingradu, więc to ten drugi powinien się wycofać. Czasem grają lokalne animozje i ambicje, na które paryskie centrale partyjne nie mają wpływu. Wtedy obaj kandydaci się utrzymują i czasem wygrywa RN z poparciem 35%. Jeszcze inna sprawa: czy wyborcy są posłusznymi baranami, którzy mechanicznie przerzucają głosy na przeciwny obóz? Kiedyś tak, dziś mniej. Dla wielu wyborców centrum czy prawicy bardziej naturalny jest głos na RN, niż na bolszewików Mélenchona albo choć pozostanie w domu. Z kolei wyborcy lewicy nie widzą różnicy między faszystą Macronem a faszystką Le Pen i wcale nie jest pewne czy w wypadku pojedynku oddadzą głos na faceta, który przeprowadził reformę emerytalną etc. Tu miejsce na inny długi wpis: w jaki sposób w ciągu kilku ostatnich lat Marine Le Pen udała się w dużej mierze „dediabolizacja” RN i jak jej miejsce politycznego Szatana zajęła skrajna lewica z jej bolszewizmem, wokizmem, islamizmem, imigracjonizmem etc. Ma w tym „zasługę” i obóz prezydencki, któremu lewica zaszła za skorę i który nie wahał się użyć wpływów polityczno-medialnych, by zaczernić jej wizerunek. Wszystko to gra na korzyć RN. Tym razem. Tym razem 7 lipca możemy być świadkami sporej niespodzianki.
=========================
z PCh:
Socjalista i członek koalicji Frontu Ludowego, Raphaël Glucksmann, patetycznie stwierdził, że „dziś wieczorem stawiamy czoła historii”. „Nie ma wahania: będzie wycofywanie kandydatów i wsparcie dla polityków zdolnych pokonać RN, niezależnie od naszych różnic. Czy po raz pierwszy w naszej historii pozwolimy skrajnej prawicy przebić się przez urnę wyborczą? Musimy się zjednoczyć, musimy mieć demokratyczne głosowanie i zapobiec zatonięciu Francji” – dorzucił Glucksmann.
Także Marine Tondelier z partii Zielonych (EELV) wezwała do „budowy nowego frontu republikańskiego” w II turze. Premier Attal, w podobnym tonie ostrzegał, że „skrajna prawica jest u bram”, ale „nasz cel jest jasny: uniemożliwić RN wybieranie posłów w drugiej turze i ani jeden głos nie powinien pójść na Zjednoczenie Narodowe” – dodał szef rządu.
Stanisław Michalkiewicz: Wolne miasto Gdańsk wraca do Reichu
Jak zauważył Stanisław Lem, “nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie”. Nawet konklawe – a cóż dopiero samorząd wolnego miasta Gdańska z jego Dulczessą, która – jak przypuszczam – o niczym innym nie marzy, ja tylko o wprowadzeniu wolnego miasta Gdańska do Reichu.
A Niemcy postępują cierpliwie i metodycznie; najpierw przy pomocy osób zaufanych, korzystających ze wsparcia świętych rodzin, które przez cały okres PRL były przez Niemców futrowane – a to biskup zlecał im korzystne chałtury, a to jakieś Vereiny – a na pieniądzach oczywiście nie było napisane, że pochodzą z BND – no i oczywiście – agentury, która u progu transformacji ustrojowej przewerbowała się na służbę m.in. – niemieckiej BND, jako naszego nowego sojusznika.
A ponieważ bezpieka od 33 lat kręci sceną polityczną naszego bantustanu, więc zainstalowanie w wolnym mieście Gdańsku odpowiedniej ekipy z Dulczessą na czele nie przedstawiało dla pierwszorzędnych fachowców najmniejszych trudności. Zresztą i przed Dulczessą sytuacja w wolnym mieście Gdańsku stała się dziwnie osobliwa, jako że pan prezydent Paweł Adamowicz tak zalazł za skórę nawet Volksdeutsche Partei, że nie było innego wyjścia, jak zaangażować jakiegoś obłąkańca by go na oczach całej Polski zadźgał podczas koncertu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
“Stąd – powiada poeta – nauka jest dla żuka”, by nie wierzgać przeciwko ościeniowi. Dulczessa wolnego miasta Gdańska tę umiejętność opanowała, w związku z czym z kadencji na kadencję jest wybierana przez wdzięcznych obywateli na prezydenta. Można porównać ją do generała Salana, który w armii francuskiej był generałem “le plus decore de tous les generaux”.
Gdyby Dulczessa przypięła sobie do munduru wszystkie odznaczenia, to upodobniłaby się nie tylko do generała Salana, ale nawet do generałów armii Kim Dzong Una – chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że Nagrody im. Karola Wielkiego jeszcze nie dostała.
Ale bo też ta Nagroda ma specjalne znaczenie i Nasza Złota Pani załatwiła ją Donaldu Tusku, by pokazać tubylczym starym kiejkutom, żeby przestały na niego dybać, bo w przeciwnym razie będą miały z nią do czynienia. Jak pamiętamy, stare kiejkuty natychmiast powinność swej służby zrozumiały i nie tylko przestały nękać Donalda Tuska, ale nawet unieważniły “aferę hazardową”.
I oto Nasi Umiłowani Przywódcy w 2008 roku, a więc za pierwszych rządów Donalda Tuska, rada w radę uradziły, żeby właśnie w Gdańsku zlokalizować Muzeum II Wojny Światowej. Kosztowało ono polskich podatników prawie pół miliarda złotych, wyłożone przez Ministerstwo Kultury. Jak się jednak okazało, Ministerstwo to – zwłaszcza po roku 2015, kiedy to na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu nastąpiła podmianka – nie ma ani w sprawie muzeum, ani w sprawie tego, co i jak będzie się tam pokazywało – nic do gadania.
Tak w każdym razie uważał niezawisły sąd ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego. Okazało się, że chamstwo, czyli podatnicy, mają tylko płacić, a o tym, kto, co I jak będzie tam pokazywał, decydować ma – no właśnie; to nie jest do końca jasne, bo do decydowania garnie się zarówno Ministerstwo z racji kasy, ale również autorowie, którzy opracowali “koncepcję” – jak np. pan prof. Paweł Machcewicz – doradca doskonały premiera Donalda Tuska, no i oczywiście – recenzenci.
Nie byłoby w tym wszystkim może i nic osobliwego, bo do publicznej, czyli niczyjej forsy zawsze garnie się mnóstwo chętnych w nadziei, że przynajmniej jakąś część sobie sprywatyzuje – a takie Muzeum, to prawdziwy dar Niebios. Sprawa zaczyna się komplikować w momencie, gdy uświadomimy sobie, że nasz nieszczęśliwy kraj od lat znajduje się na linii strzału dwóch skoordynowanych polityk historycznych: niemieckiej i żydowskiej. Polityka historyczna jest to elegancka nazwa sfałszowanej wersji historii.
Celem niemieckiej polityki historycznej jest stopniowe zdejmowanie z Niemiec odpowiedzialności za II wojnę światową, a zwłaszcza – za towarzyszącej jej ekscesy – i stopniowe przerzucanie tej odpowiedzialności na winowajcę zastępczego. Celem żydowskiej polityki historycznej jest zagwarantowanie środowiskom żydowskim i bezcennemu Izraelowi możliwości obcinania kuponów od tak zwanego “holokaustu”, czyli dokonanej w czasie II wojny światowej przez Niemców masakry europejskich Żydów.
Ponieważ na początku trzeciego tysiąclecia Niemcy dały do zrozumienia, że już nie będą przyjmowały żadnych suplik odszkodowawczych, Żydowie skwapliwie wytypowali Polskę na winowajcę zastępczego, a pretekstem było to, że większość z tych ekscesów rzeczywiście dokonała się na obecnym polskim terytorium państwowym, co znakomicie ułatwia czarną propagandę.
I tu mamy obszar kontrowersji między obozem – nazwijmy to – “dobrej zmiany” z PiS-em na czele, a obozem zdrady i zaprzaństwa, na czele z Volksdeutsche Partei Donalda Tuska. Chodzi o to, że PiS jest wyznaczony na odcinek patriotyczny, podczas gdy Volksdeutsche Partei – na odcinek modernizacyjny. Uwijając się na odcinku patriotycznym, obóz “dobrej zmiany” w okresie dobrego fartu umieścił w ekspozycji wspomnianego Muzeum postacie św. Maksymiliana Marii Kolbego, rotmistrza Witolda Pileckiego oraz rodziny Ulmów, wymordowanej za udzielanie pomocy Żydom.
Trudno, żeby coś takiego mogło podobać się Niemcom, a zwłaszcza Żydom, zazdrośnie strzegącym swojego monopolu na martyrologię. Jak pamiętamy, nawet gdy prezydent Zełeński, przecież z pierwszorzędnymi korzeniami, chlapnął przy jakiejś okazji, że na Ukrainie dokonuje się “holokaust”, natychmiast został sprowadzony do pionu z przypomnieniem, skąd wyrastają mu nogi. Cóż dopiero, gdy przy polityce historycznej zaczynają gmerać jakieś osoby niepowołane, to znaczy – nie zatwierdzone przez Sanhedryn?
Toteż kiedy tylko nastąpiła podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, a pułkownik Sienkiewicz i moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, trafili do luksusowego przytułku dla “byłych ludzi” w Brukseli.
Ministerstwo Kultury objęła pani Hanna Wróblewska, co to dotychczas kręciła się przy różnych wystawach i muzeach, m.in. była dyrektorem polskiego pawilonu na Biennale w Wenecji (“A Venice nous avons un petit pavillon; pavillon polonais pour Mesdames et Messieurs”). i to podobno ona usunęła i Maksymiliana Kolbego, i rotmistrza Pileckiego i rodzinę Ulmów.
Rzeczywiście, potrzebni oni tam wszyscy, jak psu piąta noga, zwłaszcza, że jest rozkaz, żeby docelowo w gdańskim Muzeum pokazywać, jak to Tewje Bielski do spółki z pułkownikiem Stauffenbergiem, rozgromił polskich antysemitników, którzy, obawiając się sądu zagniewanego ludu, w 1944 roku schronili się w Warszawie, gdzie samowolnie wywołali powstanie.
Mieliśmy kiedyś taki hit eksportowy, ale już nie mamy. Przemysł dogorywa
Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK) spadł o 0,4 punktu w porównaniu z ubiegłym miesiącem do 160,8 pkt. Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych (BIEC), które jest autorem badania, zaznacza w komentarzu, że to drugi miesiąc z rzędu, kiedy trwające od lipca ubiegłego roku tendencje wzrostowe wyraźnie wyhamowały. Najgorzej radzi sobie przemysł, w tym producenci mebli, naszego niegdysiejszego hitu eksportowego.
Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK) informuje o tendencjach w polskiej gospodarce, które mogą dopiero pojawiać s§ię za kilka miesięcy. Spośród ośmiu składowych WWK tylko jedna uległa wyraźnej poprawie. Był to indeks giełdowy WIG, który w ostatnich miesiącach zyskiwał na wartości. Trzy składowe uległy w czerwcu wyraźnemu pogorszeniu, a pozostałe cztery nie zmieniły się istotnie w stosunku do ubiegłego miesiąca.
Eksport się kurczy, przemysł powoli się zwija
W opinii ekonomistów BIEC najbardziej niepokojący jest spadek zamówień trafiających do przemysłu – zarówno zamówień pochodzących od krajowych odbiorców, jak zagranicznych.
Niektóre z branż, które w ostatnich latach były liderami eksportu, obecnie niezwykle dotkliwie odczuwają dekoniunkturę. Należy do nich przede wszystkim przemysł meblarski, gdzie przewaga odsetka firm wskazujących na spadek zamówień nad odsetkiem firm odczuwających ich wzrost sięga 30 punktów procentowych (p.p.) – wskazuje BIEC w komentarzu do badania.
Więcej wiadomości o prognozach gospodarczych i koniunkturze
I dodaje, że większość producentów trwałych dóbr konsumpcyjnych (samochody, mieszkania, meble czy sprzęt RTV i AGD) dotkliwie odczuwa spadek zamówień, a w konsekwencji ogranicza produkcję. Z dekoniunkturą zmagają się również przedsiębiorstwa produkujące maszyny i urządzenia, co bezpośrednio związane jest z zapaścią w inwestycjach. Na narastające trudności w pozyskiwaniu zamówień uskarżają się również producenci odzieży.
Z powyższych danych wyłania się obraz wskazujący na zacinanie się dotychczasowego silnika wzrostu, jakim była konsumpcja, a w szczególności spożycie indywidualne, zapaść inwestycyjna pogłębia się, a perspektywy dla dalszego rozwoju eksportu są coraz gorsze – uważają ekonomiści Biura.
Rosnące koszty dobijają przedsiębiorców
Sytuacja finansowa przedsiębiorstw pogorszyła się w stosunku do wcześniejszego miesiąca, co jak zauważa BIEC, ma związek z rosnącymi kosztami prowadzenia działalności gospodarczej. Menadżerowie firm wskazują przede wszystkim na rosnące ceny energii i paliw (80 proc.), wzrost kosztów zatrudnienia (77 proc.) oraz wzrost cen komponentów niezbędnych do produkcji i cen usług (63 proc.).
Ciągłe podnoszenie płacy minimalnej przy ograniczonej podaży siły roboczej nakręca spiralę żądań płacowych, prowadząc do wzrostu wynagrodzeń daleko powyżej tempa wzrostu cen, w szczególności cen producentów – wskazuje BIEC.
Wobec powyższego relacja przychodów do kosztów w przedsiębiorstwach pogarsza się, co oznacza spadek rentowności firm. W takich warunkach utrzymanie konkurencyjności na rynkach światowych staje się bardzo trudne – podsumowuje BIEC.
„Żyjemy w epoce, w której kłamstwo zostało uszlachetnione i zyskało status narracji. Ot, każdy ma prawo do swojej narracji. Kłamca zatem będzie bezczelnie kłamał, bo… ma do tego prawo i jego kłamstwa będą miały taki sam – a często znacznie ważniejszy – status jak świadectwo człowieka rzetelnego i kierującego się prawdą. Ba, kłamstwo zyskało status oficjalnej sztuki marketingu i public relations. Są całe uczelnie przysposabiające swoich absolwentów do fachowego operowania faktami, półprawdami i oczywiście kłamstwami. To epoka bezwstydnego kłamstwa, które już się pozbyło swojego bezwstydu i kroczy teraz w chwale nowoczesności i propagowania politycznej poprawności”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.
Publicysta zastanawia się, dlaczego prawda jest obecnie wyszydzana jako „niemodna, niepraktyczna, niepostępowa”, co powoduje, że współczesny człowiek powoli, ale systematycznie staje się wierzącym w magię, wewnętrznie nieuporządkowanym, rozbitym duchowo barbarzyńcą. Jego zdaniem głównym powodem jest brak wiary w Pana Boga, którego świat próbuje zastąpić wiarą w inne bóstwa takie jak „Matka Ziemia – Gaja”.
„Odebrano nam prawo sądzenia o rzeczach i bytach, klasyfikowania ich pod względem etycznej i duchowej doniosłości. Człowiek został wprzęgnięty w maszynę konsumowania i wydalania. To mają być najgłębsze ośrodki jego naturalnej refleksji. Dziś więcej poradników dotyczy jedzenia i trawienia i ułożenia krajobrazu wewnętrznych odczuć, dążeń i wartości. W ten sposób tradycyjny system działania społeczeństwa w błyskawiczny sposób rozpada się, a każdy, kto śmie mieć własne przemyślenia na ten temat, natychmiast poddany jest ostracyzmowi, który wyklucza do z grona liczących się publicznie postaci”, podkreśla autor „Tajemnicy spowiedzi”.
Kto jest odpowiedzialny za taki stan rzeczy? Ten sam demiurg, który pod postacią węża skusił w Edenie Adama i Ewę do grzechu, „małpa udatnie – w umysłach współczesnych ludzi – naśladująca Boga” i próbująca przekształcić nasz świat w… „planetę małp” z wszelkimi tego smutnego faktu konsekwencjami.
„Jedno tylko może rozświetlić nasze widzenie: wejście do ciemnej świątyni – w porze gdy kręci się tam niewielu ludzi – padnięcie na kolana i głośne, pełne rozżalenia zwrócenie się do Boga. – Panie, daj mi rozum, abym widział sprawy takimi, jakie one są, wiarę, że mogę coś zdziałać, i siłę, abym codziennie ruszał w drogę, mając przed oczami niezmienny cel. Obojętnie, czy będą mnie obrzucać zgniłymi słowami, daj mi siłę iść. I jeszcze jedno – daj mi moc, która uchroni mnie od nienawiści wobec tych, którzy ze mnie szydzą i wymierzają mi razy. Nie moją bowiem rzeczą jest wymierzać sprawiedliwość. A teraz słucham… mów do mnie, Mistrzu!”, podsumowuje Witold Gadowski.
„IJHARS w Lublinie wydał decyzję o zakazie wprowadzenia do obrotu na teren Polski dwóch partii masła ekstra mrożonego o masie 7 925 kg importowanego z Ukrainy, z powodu zaniżonej zawartości tłuszczu. Decyzji nadano rygor natychmiastowej wykonalności”, poinformował w piątek Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych.
W ostatnich dniach polskie służby zatrzymały dwie partie masła z Ukrainy, które miało niewłaściwe oznaczenia. Chodziło o zbyt małą zawartość tłuszczu w kostce mimo, że na etykiecie znajdowała się informacja, że jest go o kilkadziesiąt procent więcej. Masło zostało cofnięte do producenta.
Jak informuje serwis PolsatNews.pl nie był to odosobniony przypadek. „W czerwcu Główny Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych kilkukrotnie informował o zatrzymaniu na granicy partii produktów, które nie spełniały wymogów. Chodzi m. in. o inspektorat w Gdańsk, który zapobiegł wprowadzeniu na polski rynek ryżu brązowego o masie 50 ton. W środku znaleziono żywe i martwe szkodniki. Znaleziono je także w żółtym prosie sprowadzonym z Ukrainy. Inspektorat z Lublinie wydał decyzję o zakazie wprowadzenia go na polski rynek. Proso ważące ponad 22 ton trafiło ponownie do producenta”, czytamy.
Z kolei Inspektorat w Rzeszowie wydał z kolei 25 decyzji o zakazie wprowadzenia do obrotu na teren Polski 25 partii ekologicznych produktów mlecznych. W śród nich znalazły się m.in. mleko, jogurty, kefiry, śmietana, sery. Ich łączna masa wyniosła cztery tony.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 30 czerwca 2024 ferment
Mimo przejścia przez Warszawę i inne miasta kolejnych „Parad Równości” kiedy to sodomczykowie i gomorytki paradowały, eksponując swoje największe zalety anatomiczne no i – jakże by inaczej? – intelektualne, vaginet Donalda Tuska, ku nieutulonemu żalowi feministry od równości, Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli, nie może przeforsować stosownej ustawy z uwagi na opór Wielce Czcigodnego Władysława Kosiniaka-Kamysza z PSL, który wzajemne dziedziczenie i prawo do otrzymywania informacji medycznych może by jeszcze dopuścił – ale adopcji dzieci, to już nie.
Nawiasem mówiąc, okazało się, że Wielce Czcigodna feministra nie forsuje tego bezinteresownie, bo liczy przy tej okazji na załatwienie po swojej myśli własnej sprawy prywatniackiej. Tak bywa z ambitnymi osobami po przejściach, że nie chcą uznać swojej porażki, tylko pragną przerobić cały świat, żeby wyszło na ich. Taki właśnie jest pan red. Michnik, „Szarik Ambitny”, który – w odróżnieniu od Jarosława Kaczyńskiego, widzącego świat w dwu kolorach („nikt nam nie powie, że czarne jest czarne, a białe jest białe”) – zrobiłby cały świat na szaro, żeby tylko usprawiedliwić „heglowskie ukąszenie” komunizmem rodzonej żydokomuny.
Ale prywatniackie uwarunkowania Wielce Czcigodnej Katarzyny Kotuli najwyraźniej nie robią wrażenie, ani na Wielce Czcigodnymi Kosiniaku-Kamyszu, ani na jego kolegach, „chłopach z Marszałkowskiej” w rodzaju pana wicemarszałka Zgorzelskiego, podszytych lękiem, że wtedy definitywnie mogliby utracić poparcie „ludu”. A „Ludowcy” bez „ludu”, to jak Cygan bez drumli – groteskowe figury bez żadnych perspektyw. Na razie bowiem „Ludowcy” – również ze względu na ich stuprocentową zdolność koalicyjną, a w patriotycznych porywach nawet większą – stanowią mroczny przedmiot pożądania zarówno ze strony Volksdeutsche Partei, jak i Prawa i Sprawiedliwości, które nie traci nadziei, że pewnego dnia w towarzystwie „Ludowców” a może i zneutralizowanej Konfederacji – powracając na białym koniu, wdepce w ziemię znienawidzonego Tuska.
Chodzi o to, że „Ludowcy” jeszcze pod koniec pierwszej komuny – obsadzili wszystkie możliwe synekury w sektorze publicznym w wiejskich gminach i małych miasteczkach. Osoby piastujące te stanowiska wiedzą, że dopóki PSL jest w Sejmie – wszystko jedno; w rządzie, czy w opozycji – to synekury są bezpieczne. Nie chodzi tu o żadną ideologię – bo tej „Ludowcy” dobrze, jak nie mają, może z wyjątkiem mantry, że „najcięższa jest dola chłopa”, co zresztą sprawdza się pod warunkiem, gdy każdy jest chłopem – chyba, że jest babą – tylko o zwyczajną walkę o przetrwanie. Gdy ktoś ma w gminie posadę, a przy tym dom i kawałek pola, to gdzie w razie czego pójdzie? A tu jeszcze w wyższej szkole gotowania na gazie Zosia, Franek, czy Józio właśnie „robią magistra” i trzeba pomyśleć o ich przyszłości. Dlatego też PSL ma niezawodny aparat wyborczy, dzięki któremu zawsze przeczołga się przez klauzulę zaporową i właśnie dlatego stanowi „mroczny przedmiot pożądania” każdego politycznego gangu.
Co prawda, po ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego fascynacja panem Hołownią i jego haremem, zdecydowanie w PSL zmalała, zwłaszcza po rejteradzie pana Kobosko do Brukseli, wskazującej że – przynajmniej na razie – Amerykanie nie wiążą już z panem Hołownią specjalnych nadziei – ale siłą inercji zamierzają podtrzymywać „Trzecią Drogę” przynajmniej do wyborów prezydenckich, w których pan Hołownia uparł się uczestniczyć w charakterze kandydata – no a potem się zobaczy. W ogóle można odnieść wrażenie, że na naszej scenie politycznej największą siłą jest właśnie siła inercji: „Niech sobie człowiek wiarę ma, czy nie ma, ale najgorzej, kiedy się nie trzyma tego, w co już raz wdepnął i próbuje, jaka się wiara lepiej dopasuje” – pisze poeta. Toteż i partia Razem panów Biedronia i Zandberga, wprawdzie czyni Donaldu Tusku gorzkie wyrzuty, że „zawiódł” i „oszukał” w sprawach maciczno-równościowych – ale deklaruje, że w Sejmie będzie go popierała, żeby zrobić „no pasaran” znienawidzonej „prawicy”. No to dlaczego Donald Tusk miałby przejmować się panem Zandbergiem czy Biedroniem i ich wariackimi „programami”?
Tym bardziej, że właśnie Komisja Europejska, jakby przechodząc do porządku nad zasługami Donalda Tuska dla IV Rzeszy, wszczęła wobec Polski procedurę w sprawie nadmiernego deficytu. Jużci, nie da się ukryć, że deficyt jest i to rzeczywiście „nadmierny” – a to za sprawą nie tylko programów rozrzutniczych, uruchomionych przez Naczelnika Państwa w ramach strategii przekupywania obywateli ich własnymi pieniędzmi. Jak pamiętamy, do tej strategii akomodował się również Donald Tusk ze swoją Volksdeutsche Partei, co jest jeszcze jedną ilustracją, że każda słuszna, a jeśli nawet niesłuszna, to przynajmniej korzystna myśl, raz rzucona w powietrze, prędzej, czy później znajdzie swego amatora.
Więc nie tylko za przyczyną wspomnianych programów rozrzutniczych, ale również – a może przede wszystkim – w następstwie zaangażowania Polski w służbie Ukrainie. Jak pamiętamy, 2 grudnia 2016 roku pan minister Macierewicz parafował umowę z ukraińskim rządem, a podstawie której Polska zobowiązała się do „nieodpłatnego” udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. I ta umowa, której zawarcie z pewnością nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, nadal obowiązuje, mimo podmianki dokonanej na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu. Wielu Czytelników karci mnie w listach i komentarzach, że ta umowa nie jest ważna, bo nie zatwierdził jej Sejm – i tak dalej. Może i nie jest – ale co z tego, skoro – po pierwsze – jej zawarcie nakazał nam Nasz Najważniejszy Sojusznik, a po drugie – że jest realizowana, w następstwie czego coraz to większy deficyt jest już prawdziwy? Jeśli komuś nie przeszkadza odkrycie pana Łukasza Jasiny, że „Polska jest sługą narodu ukraińskiego”, to jakże może mu przeszkadzać wspomniana umowa i będący jej następstwem „nadmierny” deficyt? Jak się powiedziało „a”, to trzeba powiedzieć „b” – a przynajmniej nie pyskować, że „b” jest „nieważne”, bo Sejm – i tak dalej.
Ten „nadmierny” deficyt trzeba będzie sprowadzić do dozwolonych rozmiarów, w związku z czym Naczelnik Państwa przeżywa Schadenfreude, że Donaldu Tusku zabraknie szmalcu, a pretorianie Naczelnika już przypominają mantrę Vincenta, „Jacka” Rostowskiego, że „piniędzy nie ma i nie będzie”. Jakoż pan Ryszard Petru, co to nosił teczkę za Leszkiem Balcerowiczem i stąd uchodzi za wybitnego znawcę ekonomii twierdzi, że „trzeba ciąć” wydatki.
Ale chyba nie na Ukrainę, bo takich cięć nie wybaczyłby nikomu ani prezydent Józio Biden, ani nawet Donald Trump, który wprawdzie sam by Ukrainie już nic nie dał, ale tylko dlatego, że uważa, iż powinni ją futrować europejscy członkowie NATO. No to chyba nie po to Niemcy osadzili na stanowisku tubylczego premiera Donalda Tuska, żeby on ciął wydatki na Ukrainę – bo wtedy musiałyby ponosić je Niemcy – tylko żeby ciął wszystko inne, niechby nawet głowy przedstawicieli „skrajnej prawicy” – ale nie wydatki na Ukrainę.
Tymczasem Naczelnik Państwa, idąc za ciosem, wykombinował sobie, żeby jesienią, jak już wszyscy wrócą z wakacji, urządzić referendum w sprawie Paktu Migracyjnego. To referendum prawdopodobnie nie będzie miało żadnego znaczenia merytorycznego, bo Pakt Migracyjny został zatwierdzony przez UE – ale znakomicie nada się do duraczenia wyznawców obydwu obozów, których polityczne namiętności zostaną rozgrzane do białości.
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Jak to historia się powtarza! W latach 30-tych XX wieku, żydokomuna pod przewodnictwem Józefa Stalina („a my wszyscy za towarzyszem Stalinem!”) próbowała przejąć polityczne kierownictwo nad państwami Europy Zachodniej przy pomocy tzw. fołksfrontów. Żydokomuna perswadując opinii publicznej, że „demokracji” zagraża nationalsocialismus, wzywała do „zjednoczenia”, to znaczy – do poddania się wszystkich jej kierownictwu, gwoli zrobienia faszyzmowi „no pasaran”. To nawet spotykało się z pozytywnym rezonansem nie tylko dlatego, że we wszystkich państwach Europy Zachodniej Żydowie mieli sporo do powiedzenia – a na tym etapie wysługiwali się Stalinowi i bolszewikom, tworząc nie tylko twarde jądro partii, ale przede wszystkim – najtwardsze jądro sowieckiego aparatu terroru – ale również dlatego, że zagrożenie Zachodniej Europy ze strony Niemiec rzeczywiście istniało. Trzeba o tym nieustannie przypominać, bo obecnie Żydowie, próbując odcinać kupony od Hitlera, prezentują się wyłącznie w roli ofiar. Tymczasem żydokomuna i w ogóle Żydowie doskonale sprawdzają się również w roli katów, co widzimy nie tylko w Strefie Gazy, ale czego Polacy doświadczyli na własnej skórze w okresie stalinowskim.
Wprawdzie dzisiaj i pani reżyserowa i pan Śpiewak twierdzą, że żadnej żydokomuny nie ma i nigdy nie było, że to tylko taka „mowa nienawiści” uprawiana przez antysemitników, ale kto im wierzy, ten sam sobie szkodzi. Wyobraźmy sobie dwa kręgi: jeden, to Żydowie, a drugi, to komuna. Te dwa kręgi częściowo na siebie zachodzą a miejsce, gdzie na siebie zachodzą, to właśnie żydokomuna.
Jakże więc jej „nie ma”, kiedy każdy widzi, że jest? W dodatku, podobnie jak i w latach 30-tych, a i potem też, żydokomuna, pozostając w służbie najbardziej nieludzkiego i totalitarnego systemu, przy którym Hitler był zaledwie detalistą, prezentowała się światu, jako źrenica demokracji. Ciekawe, że kolejne pokolenie żydokomuny, reprezentowane u nas przez Judenrat „Gazety Wyborczej” nie tylko znowu sięga do taktyki „fołksfrontów”, ale również do retoryki defensorów „demokracji”.
Ledwo tylko Sejm uchwalił ustawę o „sygnalistach”, od razu michnikowszczyny w służbie Judenratu zaczęły nie tylko „sygnalizować”, ale i szantażować. Oto na 22 czerwca zaplanowane zostały Targi Książki Patriotycznej w Kielcach. Jakiś tydzień wcześniej zauważyłem, że Judenrat spuścił z łańcucha swoich „sygnalistów”, którzy natychmiast zasygnalizowali, że „sabat” i że „faszyści”. Nie tylko „zasygnalizowali”, ale najwyraźniej musieli podjąć próbę zaszantażowania kierownictwa Wojewódzkiego Domu Kultury w Kielcach, by w ostatniej chwili zerwało umowę. Świadczy o tym pismo kierownictwa kieleckiego WDK:
„W związku z negatywnymi informacjami pojawiającymi się w przestrzeni publicznej (chodzi oczywiście o „sygnał” wysłany przez Judenrat – SM) dotyczącymi wydarzenia, które odbędzie się 22 czerwca 2024 r. pod nazwą „Targi Książki Patriotycznej”, Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach informuje, że umowa z dnia 24 maja 2024, zawarta przez byłego dyrektora Wojewódzkiego Domu Kultury Dotyczy jedynie wynajęcie sali podmiotowi prywatnemu. (…) Wojewódzki Dom Kultury w Kielcach w związku z tym wskazuje, że nie jest organizatorem przedmiotowego wydarzenia i nie ponosi odpowiedzialności za treści, które będą prezentowane w trakcie „Targów Książki Patriotycznej”, ani się z nimi nie utożsamia.”
To z jednej strony dobrze świadczy o odwadze kierownictwa WDK w Kielcach, które mimo represji, jakie już musiały spaść na „byłego” dyrektora, nie zerwał umowy, dzięki czemu „Targi” się odbędą. Inna rzecz, że nie wiedząc, co tam się będzie działo, niepotrzebnie z góry się odcina od „treści” które tam będą prezentowane. Ja na przykład zamierzam wygłosić tam panegiryk ku chwale żydokomuny, co Judenratowi „Gazety Wyborczej” powinno się podobać, chyba, że uważa on, iż panegiryki na chwałę żydokomuny wolno wygłaszać tylko Żydom. Czy jednak taki pogląd nie dowodziłby obrzydliwego rasismusa w łonie Judenratu? Aj waj!
A w ogóle, to dziwi mnie, iż Judenrat wychwala Wielce Czcigodną Barbarę Nowacką, trochę żylastą feministrę edukacji w vaginecie Donalda Tuska i jej zastępczynię, również Wielce Czcigodną, ale zdecydowanie pulchniejszą Katarzynę Lubnauer za stopniowe ograniczanie, aż do całkowitej eliminacji nauki religii w rządowych szkołach. Jak wiadomo, celem tej operacji jest z jednej strony zamknięcie jednego z kanałów finansowania części duchowieństwa – bo w sytuacji rozmnożenia diecezji, które muszą być utrzymywane przez parafie, dochód z pensji nauczycielskiej w wielu przypadkach jest praktycznie jedynym źródłem utrzymania nie tylko księdza, ale i funkcjonowania parafii. Z drugiej strony chodzi o to, by młodzież tubylczą odciąć od religii a przy okazji – od niektórych źródeł europejskiej kultury, dzięki czemu żydokomunie, która tradycyjnie jest w awangardzie komunistycznej rewolucji, jaka przewala się przez Amerykę Północną i Europę, łatwiej będzie przerobić historyczne europejskie narody na „nawóz historii” – co zostało zapisane w „Manifeście z Ventotene” autorstwa unijnego świątka, włoskiego komuszka Alfiero Spinellego, którego słowa są w Brukseli ryte spiżem na marmurze.
Słowem – na pozór wszystko „gra i koliduje” – jak mówią gitowcy – ale czy pani Nowacka i pani Lubnauer, nie mówiąc już o Judenracie ze swoimi michnikowszczynami, nie posuwa się na tej drodze aby za daleko? Warto przypomnieć, że nauka religii, wszystko jedno – czy katolickiej, czy prawosławnej, czy protestanckiej – to w znacznym stopniu edukacja w zakresie żydowskiej historii plemiennej – poczynając od momentu, gdy Stwórca Wszechświata umówił się z pewnym mezopotamskim koczownikiem na zrobienie interesu, aż do początku Nowej Ery, kiedy to w judzkim Betlejem narodził się Jezus, zwany Chrystusem.
Zwracał na to uwagę jeszcze w XIX wieku nie byle kto, tylko brytyjski premier Beniamin Disraeli, który ze względów oportunistycznych biegał za chrześcijanina, ale był Żydem stuprocentowym, a w dodatku – snobem. Wyraz „snob” jest zbitką dwóch łacińskich słów: „sine nobilitate”, czyli – bez szlachetności. Ale niekiedy – jak pisze Stanisław Cat-Mackiewicz – „potrafił zachować się w sposób honorowy”. Oto gdy Rotschild wybrany został do Izby Gmin, musiał złożyć przysięgę, która była niezgodna z wyznawaną przezeń religią, więc odmówił jej złożenia. Mimo że prawie wszyscy konserwatyści byli za wykluczeniem Rotschilda, Disraeli był za jego przyjęciem i uzasadniał to Anglikom tak: „Uczycie dzieci wasze historii żydowskiej, co niedziela śpiewacie hymny żydowskie. Właśnie jako chrześcijanin żądam, by Rotschild był przyjęty.” Nic tak nie gorszy, jak prawda, więc konserwatyści wysłuchali przemówienia Disraeliego w złowrogim milczeniu. No więc w rządowych szkołach dotychczas dzieci i młodzież były uczone historii żydowskiej, m.in. po to, by co niedziela śpiewać żydowskie hymny. Czy w takim razie akcja Judenratu oraz Wielce Czcigodnych feminister nie jest przypadkiem rażącym antysemityzmem?
Antysemicki rząd Donalda Tuska… Ładny interes! Adolf Hitler w piekle zaciera ręce.
Premier Węgier Viktor Orban twierdzi, że przywódcy UE popychają blok w kierunku wojny z Rosją, zaniedbując jednocześnie interesy własnego społeczeństwa.
W artykule opublikowanym w sobotę w gazecie Magyar Nemzet Orban ostrzegł, że UE stoi w obliczu szeregu kryzysów, w tym wyzwań gospodarczych i zwiększonego zagrożenia terroryzmem.
„Co gorsza, brukselska biurokracja, która żyje w bańce, podjęła w ostatnich latach szereg złych decyzji politycznych” – argumentował premier. „Europa coraz bardziej wciągana jest w wojnę, w której nie ma nic do zyskania, a wszystko do stracenia”.
„Biurokraci w Brukseli chcą tej wojny. Uważają ją za swoją i chcą pokonać Rosję. Ciągle wysyłają pieniądze Europejczyków na Ukrainę. Sankcjami postrzelili europejskie firmy na nie FR. Wywołały one inflację i utrudniły życie milionom obywateli Europy.
Orban oskarżył także przywódców UE o „narzucanie własnych ideologii”ludności państw członkowskich, zamiast „dbać o interesy obywateli”.
Węgierski premier wygłosił swoje komentarze wkrótce po tym, jak przywódcy UE nominowali Ursulę von der Leyen na trzecią kadencję na stanowisku przewodniczącej Komisji Europejskiej. W tym samym czasie premier Estonii Kaja Kallas została nominowana na następczynię Josepa Borrella na stanowisku głównego dyplomaty bloku. Znana ze swojej jastrzębiej polityki zagranicznej Kallas była jedną z głównych orędowniczek ostrzejszych sankcji wobec Rosji i większych dostaw broni na Ukrainę. Jest również zwolenniczką wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów na pomoc dla Kijowa.
Orban jest zdeklarowanym krytykiem podejścia UE do konfliktu na Ukrainie, opowiadając się za rozwiązaniem dyplomatycznym w drodze negocjacji. W przeciwieństwie do wielu innych członków NATO Węgry odmówiły wysłania broni do Kijowa i lobbowały przeciwko bezwarunkowej pomocy finansowej.
Orban wcześniej twierdził, że Stany Zjednoczone i UE są „źródłami” „szaleństwa wojennego” ogarniającego kontynent i oskarżył Brukselę o niebezpieczne działanie w odniesieniu do FR.
Spiker Mike Johnson (La.) powiedział w piątek, że członkowie gabinetu prezydenta Bidena powinni rozważyć wykorzystanie 25. poprawki do usunięcia go ze stanowiska w świetle jego słabego wyniku w debatach w czwartkowy wieczór.
„Wiele osób pyta o 25. poprawkę, powołując się na nią teraz, ponieważ jest to alarmująca sytuacja” – powiedział Johnson. „Nasi przeciwnicy widzą słabość tego Białego Domu, tak jak my wszyscy. Nie sprawia mi przyjemności mówienie tego. Uważam, że jest to bardzo niebezpieczna sytuacja”.
„Prosiłbym członków gabinetu, aby zbadali swoje serca” – kontynuował Johnson, wspominając doniesienia, że Demokraci „wpadają w panikę” po występie Bidena w debacie. „Też wpadłbym w panikę, gdybym był dzisiaj Demokratą i to byłby mój kandydat. Myślę, że wiedzą, że mają poważny problem.
„Ale to nie jest tylko kwestia polityczna. To nie tylko Partia Demokratyczna. To cały kraj. Mamy tu poważny problem, ponieważ mamy prezydenta, który – wszystko na to wskazuje – nie stanął na wysokości zadania” – stwierdził Johnson. „A to są bardzo niebezpieczne czasy. To bardzo poważny moment w historii Ameryki. I jako takie należy to postrzegać i traktować. Mamy nadzieję, że wypełnią swój obowiązek, tak jak my wszyscy staramy się wypełniać swój obowiązek, aby jak najlepiej służyć narodowi amerykańskiemu”.
W czwartek wieczorem Biden dał niepewny i pełen wahania występ i miał problemy z odpowiedzią na niektóre pytania. Wywołało to niepokój wśród Demokratów, a nawet wezwania do wycofania się Bidena z listy kandydatów na prezydenta.
25. poprawka do Konstytucji, która reguluje kwestie sukcesji prezydenckiej, stanowi, że wiceprezydent i większość członków gabinetu może zagłosować za uznaniem prezydenta „za niezdolnego do sprawowania władzy i obowiązków swojego urzędu” i powierzeniem wiceprezydentowi obowiązków pełniącego obowiązki prezydenta.
Spór prezydenta dotyczący jego zdolności do pełnienia tej funkcji skierowałby pytanie do Kongresu, który następnie większością dwóch trzecich głosów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie mógłby zdecydować o przyznaniu wiceprezydentowi uprawnień pełniącego obowiązki prezydenta.
Nigdy wcześniej wiceprezydent i Rada Ministrów nie uznali prezydenta za niezdolnego do sprawowania urzędu.
Rep. Chip Roy (R-Texas) powiedział wcześniej w piątek, że złoży rezolucję wzywającą wiceprezydent Harris do zwołania gabinetu i ogłoszenia Bidena niezdolnym do wykonywania obowiązków swojego urzędu. Roy powiedział jednak, że jako rezolucja Kongresu nie będzie miała pełnej mocy prawnej.
„Małpa z brzytwą – to określenie nie oddaje istoty zagrożenia, którym jest nominacja dr. Pawła Grzesiowskiego na funkcję głównego inspektora sanitarnego”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Jan Pospieszalski.
Publicysta przypomina, że w czasie tzw. pandemii koronawirusa Grzesiowski był zwolennikiem „najostrzejszych form sanitarnego reżimu”, a także przekonywał o „skuteczności i bezpieczeństwie preparatów mRNA” oraz postulował „wielokrotność dawek”.
„Szeroki rozgłos przyniósł mu jego projekt instalowania nad stolikami w restauracjach specjalnych wyciągów, które będą odsysały zakażone powietrze”, relacjonuje gospodarz programu „W Pośpiechu” na antenie PCh24 TV.
„Gdyby tylko to miał w swoim dorobku dr Grzesiowski, zagrożeni byliby pewnie właściciele restauracji. Bo kto zagwarantuje, że pomysł z 2021 r. obecnego szefa GIS nie stanie się warunkiem funkcjonowania gastronomii? Niestety, jest gorzej. Dziś ten człowiek może z dnia na dzień zamknąć każde przedsiębiorstwo, szkołę, obiekt kultury, wstrzymać budowę, odwołać zgromadzenie. Może nakazać szczepienia, wycofać produkt spożywczy, postulować zamknięcie granic państwa”, podsumowuje Jan Pospieszalski.
29 czerwca 2024 r. | Nr 26/2024 (678) Ministerstwo Prawdy
Małgorzata Todd Szanowni Państwo! Unia Europejska jasno pokazuje, że Karol Marks jest jej ojcem duchowym. Skoro tak, to dlaczego by nie skorzystać ze spostrzeżeń Orwella, który komunizm prześwietlił na wskroś? W normalnych czasach był on prześmiewcą tej zwariowanej ideologii, ale po zwycięstwie komunizmu nad rozumem, okazało się, że świetnie nadaje się na instruktora. Właśnie UE obwieściła dyrektywę nakazującą Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego ściganie i usuwanie (na razie z internetu) „nieprawdziwych” wiadomości. Orwellowskie Ministerstwo Prawdy, jak znalazł. Cenzor miałby bowiem decydować co jest, a co nie jest prawdą? Już mistrz kłamstwa, w naszym zniewolonym przez prusko-ruską koalicję kraju, będzie wiedział kogo nominować na szefa tego nowego resortu. Kwalifikacje są bez znaczenia, bo decyzje, co jest prawdą, będą zapadały w Berlinie/Brukseli. Tu na miejscu, wystarczą pomówienia i każdego będzie można skazać. Może będzie nim zarówno „wróg ludu”, jak i nielubiany sąsiad. To tak na początek. Zielony nieład i „biedni uchodźcy”, zwłaszcza muzułmańscy, zwożeni do Polski przez litościwych Niemców będą widzieli jak się z nami rozprawić. Na tym akurat się znają (niestety). Anarchia, to nieodzowny przejaw każdej rewolucji, a Ministerstwo Prawdy zadba o właściwy przekaz i odpowiednie doświetlenie tematu.
Natrafiłem na bardzo ciekawą konferencję w instytucie im. Jana Olszewskiego. Polecam zwłaszcza wystąpienie europosła Sariusza-Wolskiego, który wyliczył wszystkie grzechy Unii, jej prawdziwe cele i idee oraz pokazał jak można z tego wyjść. Co prawda skończył dogmatem, że nie ma co myśleć o polexicie, jako pomyśle niewykonalnym, ale zanegował to zaraz redaktor Bronisław Wildstein. Ale nie dlatego będę chciał napisać o jego wystąpieniu. Ten bilans unijny, oprócz tego wątpliwego „pewnika” w wykonaniu Sariusza-Wolskiego, a dotyczący diagnozy Unii, nadaje się do uważnego przesłuchania i przemyślenia, bo widać z tego wystąpienia, że można to sobie zmieścić na jednej kartce i startować do rozmowy z każdym bezkrytycznym euroentuzjastą. W końcu pan Sariusz to piękny przykład powrotu syna marnotrawnego, euroentuzjasty z ekipy Tuska, który na miejscu, w Brukseli, przejrzał antypolską grę swego pryncypała i stać go było na odwrócenie wektorów oraz przejście do obozu przeciwnego. Szkoda, że z marnym skutkiem, skoro rząd Morawieckiego podpisywał Unii wszystko jak leci. Ale nie o Unii dziś, chodzi o Wildsteina.
Od rewolucji do imperializmu
Miał on ciekawą wypowiedź z punktu widzenia walki idei, bo zdaje się, że ten dziennikarz-publicysta wylądował właśnie w okolicach nie tyle badania historii idei, ale z tych pozycji przyglądania się procesowi ich ścierania się w czasach dzisiejszych. Co prawda raziło mnie w jego wypowiedzi całkowite oderwanie analizy od kontekstów konfliktu interesów, zwłaszcza ekonomicznych, ale coś, co mnie zainspirowało w tej kilkudziesięcio-minutowym wystąpieniu to była jedna teza, której rozwinięcia zabrakło, pewnie z przyczyn czasowych. Wildstein zauważył ważną prawidłowość: otóż postępowe ideologie się zużywają w swej perspektywie uniwersalistycznej i w trakcie tego procesu stają się narzędziem do uzasadniania całkowicie nie uniwersalistycznych, a wprost imperialnych działań konkretnych państw.
Tak na przykład skończyła Rewolucja Francuska, która poprzez Napoleona dokonała zwrotu praktycznie o 360 stopni – do cesarstwa. Najciekawszym przykładem jest tu Rewolucja Październikowa, a właściwie zamach stanu i wojna domowa, czym w rzeczywistości było dzieło Lenina. Idea wyzwolenia świata z okowów alienacji, obnażonych przez Marksa, miała ogarnąć cały świat, a w rzeczywistości stała się już za Stalina jedynie narzędziem do realizacji imperialnej polityki jednego państwa – Rosji. Co ciekawe – obecnie ten proces w przypadku Kremla wyewoluował już do kompletnego imperializmu w formie czystej – teraz to nie marksizm niesiony na bagnetach ma zbawić całą wyalienowaną ludzkość, ale już czynnik kompletnie imperialny, Ruskij Mir, ta „naszość”, która to nowa ideologia Kremla ma być antidotum na gnilność Zachodu. Ale już bez jakichkolwiek konotacji lewackich.
Wildstein ciągnie tę analogię do czasów dzisiejszych. Wedle niego jesteśmy świadkami podobnego procesu, z tym, że mamy do czynienia z rewolucją mariażu lewicowej ideologii z globalistycznymi interesami korporacji, który na naszych oczach przemienia się w narzędzie dominacji znowu jednego państwa – Niemiec, zaś przedmiotem tego procesu, a właściwie ofiarą, ma być Europa. To zgrabna analogia, ale trzeba się jej przyjrzeć z kilku punktów widzenia, zobaczyć pod światło pod różnymi kątami, by stwierdzić czy to diament, czy tylko zwykła skamielina.
Rewolucyjne triady
A więc trzeba by zacząć od początku. Po pierwsze – czy dzisiejsza „rewolucja” jest tożsama z „tamtymi”? Tam przecież latami lała się krew, dochodziło do nagłych zmian społecznych, własnościowych, szalał widowiskowy terror, widowiskowy właśnie po to, by go było WIDAĆ, tak, by oddziaływał swą grozą na stymulację poddańczego strachu.
To pierwsza różnica.
Dzisiejsza formuła rewolucji polega na wyjściu z błędu Marksa, które zaproponował Gramsci. Ten stwierdził, że u Marksa wszystko gra, z jednym wyjątkiem: jego triada terror-gwałtowne zmiany własnościowe – duraczenie jest słuszna, tyle, że kolejność jest wadliwa. Terror powoduje to, że operowany orientuje się, że jest operowany i to bez znieczulenia, tępym nożem. A to budzi opór i jak już dochodzi do przemian własnościowych, to mamy zorientowanego pacjenta, który widzi, że coś się dzieje. I to nie tak. W ten sposób ostatnia faza – duraczenie polega już tylko na odkręcaniu w społecznej świadomości tych konstatacji, jest walką z oporem, które wywołały dwa wcześniejsze etapy. I tak wyglądała każda, że tak powiem „analogowa”, rewolucja, ta sprzed naszej, globalistycznej.
Gramsci zaproponował odwrócenie kolejności triady i… ktoś to przeczytał i niestety wdrożył. Myślę, że odbyło się to w okolicach rewolucji 1968 roku i pomysłu długiego marszu lewicy, dodajmy – przez instytucje. Te, główny filar ciągłości królującej wtedy liberalnej demokracji, były dla lewicy wymarzonym łupem. To tam kumulowała się coraz bardziej nieograniczona władza, niekontrolowana, również głosem suwerena. Ten proces „marszu przez (a właściwie „na”)” instytucje był działaniem równoległym ze startem triady w kolejności Gramsci’ego.
Zamiast gwałtowności zaproponowano niedetektowalną społecznie cierpliwość. Najpierw było duraczenie, wszystko odbywało się w obrębie kształtowania się percepcji społecznej i kultury. Dzięki temu tak zoperowany pacjent nawet nie wie, że jest (został) zoperowany, zaś swą śpiączkę operacyjną odbiera jako kolorowe obrazy serwowane przez narkozę symulowanej wolności i dobrobytu. A więc jest gotowość do przyjęcia następnego etapu – wywłaszczenia. Jesteśmy dzisiaj właśnie w tym miejscu. To już nie jest tak, że zdaje ci się, że jesteś właścicielem mieszkania czy samochodu, bo mylisz kredyt czy lesaing z aktem nabycia. Teraz już jesteśmy na etapie „świata wypożyczonego”. Do tego dochodzi zanikanie pieniądza, jako środka wymiany, sama wymiana zanika w ramach ekologicznie motywowanej redukcji konsumpcji. A więc masz coraz mniej, ale czy jesteś (będziesz?) od tego szczęśliwszy?
Wchodzimy powoli, osmatycznie i równolegle w etap trzeci. Bo to wcale nie jest tak, że te etapy następują po sobie, jak ten poprzedni się skończy. Nie, one są tylko startowane, jak już poprzedni się odpalił, ale to nie znaczy, że ten inicjujący się zatrzymał. Nie, to jest tak jak z Bolero Ravela, każdy instrument wchodzi po kolei i zostaje ze swą linią melodyczną, by na końcu grała już cała orkiestra. Na wszystkim co ma. I jest jak u Ravela – na początku spokojnie werbelek i powolutku linia narasta i nawet nie wiesz kiedy cała orkiestra gra już fortissimo na kotłach i gongach.
A więc etap trzeci – terror. Tu też jest cwanie. Po pierwsze – oduraczonymi łatwiej jest rządzić bez terroru. Tu obróbka świadomości zrobiła swoje i strach przed takim na przykład wywłaszczeniem można zastąpić innym strachem, chociażby przed spłonięciem planety. Po drugie – takie wywłaszczenie może być… niezauważone, głównie w świecie wychowanym na długu. Po trzecie – terror jest niezauważenie wstawiany do prawa. Nikt tego nie kontroluje, bo to i system partyjny się znarowił w reprezentowaniu interesu społecznego, zaś sam suweren w ogóle nic nie kuma – rządzenie i polityka są mu specjalnie pokazywane jako proces co najmniej skomplikowany, jeśli w ogóle obrzydliwy.
Kto to są ONI?
Narzędzia są więc gotowe i będą użyte w zależności od sytuacji. I tu jest zasadnicze pytanie – czy dowodzący tym czekają tylko na okazję, czy jeszcze się boją, by – wzorem błędu Marksa – nie za wcześnie wrzucić żabę do wrzątku. No właśnie – oni. Kim są ci, bo na razie pobywamy w jakiejś abstrakcji, a więc pora na zdefiniowanie „podmiotu lirycznego”? Współpracuję z pewną inicjatywą, która z pozycji naukowych wzięła się za fenomen „Wielkiego Resetu”. Nazwę tego zjawiska zaczerpnięto z dzieła jego guru Klasa Schwaba, który tak zatytułował swoją książkę. Ale ten tytuł poprzedził słowami „COVID-19”, co wskazywałoby na dość „młodą” koncepcję. Ale to tylko danie nazwy od dawna istniejącej inicjatywie.
Nie chcę tu zgłębiać historii formowania się tego ruchu, bo nie czas i miejsce to na to, ale można odesłać do swego rodzaju „sekretarza”, tego zjawiska, który trzyma wszystkie papiery i ustalenia – to Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, które od samego początku nie jest żadnym cyklicznym eventem, tylko stałą instytucją wprowadzającą w życie ustalenia, których tylko kulminacją jest coroczne spotkanie w Davos. Jest to plan globalizacji świata. Przeprowadzany konsekwentnie, łącznie ze szkoleniem i umieszczaniem w instytucjach (tak, tak – marsz przez instytucje) młodego narybku. Spiskowa wizja historii? Tak? To czemu na coroczne zjazdy Forum stawiają się jak jeden mąż najwięksi władcy świata, mężykowie stanu i celebryci? Żeby posłuchać oszalałego starca, który coś plecie o mrzonkach swego zglejałego mózgu? Nie – oni tam wszyscy przyjeżdżają, by zobaczyć jak została zrealizowana agenda omawiana w poprzednim roku i ustalić co nowego na rok następny. Tak wynika z tych paneli i dyskusji. Na koniec mamy spis konkluzji i rozpisane zadania na przyszłe okresy dla poszczególnych elementów tego układu. I tak co roku. „W międzyczasie” Forum ćwiczy różne scenariusze „rozwoju” świata, a ich lektura mrozi krew z perspektywy realizacji już niektórych wariantów.
Jeśli nie wierzycie w sprawczość tego grona, to użyję bardziej konkretnego dowodu. Otóż w czasie pierwszego pandemicznego Davos (ale w dokumentach organizacji zaproponowane to było wcześniej) ustalono, że najlepsze w czasie pandemii byłoby powołanie światowego ministerstwa zdrowia. Korononawirus to przecież międzynarodowy zarazek jest, państwa nie dowożą, są jakieś kompromitujące i powodujące niepotrzebne dyskusje różnice w krajowych strategiach i da się przez to porównywać kto miał rację. A tak nie można. Trzeba powołać światowe ministerstwo zdrowia i w tym zakresie państwa mają się schować do budy. Wziął to na tapet nadworny pisarczyk globalizmu – Juwal Harari i mogliśmy przeczytać (i wysłuchać – miałem to „szczęście”), że to tylko początek. No, bo zdrowie zdrowiem, ale czy przypadkiem nie jest tak samo z finansami, gdy egoizm państw prowadzi do kryzysów światowych? A co z wojskiem? No, przecież gdyby było jedno światowe ministerstwo wojny, to jasne, że… wojny by zniknęły, bo nikt ze sobą przecież walczyć nie będzie. Spoko, nie będę tego ciągnął – na końcu jest postulat rządu światowego, do którego pandemia była tylko przygrywką.
A więc jak to się stało, że takie niewinne mrzonki jakichś starców stają się nagle po paru tygodniach agendą w ONZ, które forsuje Traktat Pandemiczny, w ramach którego w czasie ogłoszonej przez siebie pandemii cała władza w dowolnym kraju przechodzi w ręce WHO? No, jak to się stało? Ja widziałem tuziny konferencji z bardzo szlachetnymi konkluzjami, ale nigdy nie widziałem ich w światowej skali realizacji, i to po kilku tygodniach. A więc to Davos, to nie jest jakaś konfa, ale ciało ze wszech miar decyzyjne, ba – inspirujące i inicjujące.
Świat po Wielkim Resecie
A więc zajrzyjmy im w papiery. To, że tam pandemia była wpisana co najmniej 5 lat przed jej wystąpieniem to oczywistość. Nawet się tu nie zatrzymam nad tym czy została wywołana, by zrealizować cele, czy – jak udaje Schwab – była super okazją. Ale jedno trzeba przyznać – globaliści byli gotowi w blokach startowych. Cała sieć krajów zaczęła się zachowywać tak samo, jak na komendę. Dowodziła WHO, nie dość, że niewybieralna, to jeszcze w 80% finansowana i obsadzona przez najbardziej zainteresowaną pandemią – Big Farmę. Pandemia to był duży krok i duży test przeprowadzony na ludzkości na ile sobie można z nią pozwolić. Test się powiódł. Ale to jako się rzekło – krok, a my zajmijmy się metą, czyli światem, ku którem dąży Wielki Reset.
Jest to realizacja dystopijnej progresywnej utopii. Świat jest przeludniony (stąd m.in. aborcyjna narracja), ekologicznie jesteśmy najbardziej nieudanym elementem planety (stąd ekologiczna narracja tłumaczenia (samo)ograniczeń), wolność prasy to żerowisko faszystowskich manipulatorów, którzy chcą zakłócić jedyną prawdziwą narrację (stąd osmatycznie wprowadzane przepisy mordujące wolność wypowiedzi, ukryte pod płaszczykiem „mowy nienawiści”), finansowe zubożenie społeczeństwa, oddalające je od własności, która jest jednym z głównych filarów wolności, a która to wolność jest definiowana po marksowsku – jako zrozumienie narzuconej konieczności.
Mówimy nie o nowej normalności, ale o nowym świecie. Całkowicie nowym. W związku z tym atak na wszystko co „stare”, a prowadzące do indywidualistycznej i wspólnotowej wolności. Ma być kolektywnie a nie wspólnotowo: religia – precz, rodzina – do likwidacji, wolność wypowiedzi – won; własność? nie dość, że prowadzi do żarłocznego marnotrawienia zasobów, to generuje nierówności społeczne. Tożsamość – płynna, płeć – chwilowa, stosunki społeczne – zdegradowane, sztuka – można sobie obejrzeć na transmisji z konkursu Eurowizji, jak to ma wyglądać. Piękno – przestarzałe, dobro – staroświeckie i transakcyjne, prawo – zależne od zmanipulowanej większości. Czyli nie ma nic pewnego, wszystko w gruzach, a co na nich ma być zbudowane?
Obietnice są konkretne – z powodów ekologiczno-zasobowych redukcja demografii do pół miliarda (z ośmiu miliardów). Tyle wyszło z wyliczeń, by pogodzić jak najmniejsze oddziaływanie klimatyczne z potrzebami obsługi elit. Tak, elit. Bo Davosy, choć obiecują społeczeństwo równych bezklasowców, to w swych deklaracjach zakładają, że ktoś przecież będzie musiał rządzić tym całym interesem. Tak, to ci, co to latają swymi odrzutowcami na spotkania płaczek nad zagładą klimatu, ci sami, którzy sobie załatwili w unijnej dyrektywie, że wszyscy przechodzimy na samochody elektryczne, z wyjątkiem ich jak najbardziej spalinowych, wypasionych ferrari czy bentley’ów. Czyli ma nas być mniej, a to się da załatwić, co pokazała pandemia, bez dramatycznych czystek. Nie będzie się reszta pałętała po planecie, zatruwała wspólne przecież powietrze swymi wyziewami, zaludniała piękne plaże swymi bachorami wraz z ojcami w „piwnej ciąży”. Będzie ta redukowana reszta siedziała w piętnastominutowych miastach, żarła co im tam damy z GMO-korpo, oglądała co im każemy i pisała na swych pseudo social mediach tylko to, na co im pozwolimy.
I to wszystko – uwaga, tu jest najlepszy numer! – wszystko w oparach narracji, że to dla dobra realizacji ich wolności. A tam, gdzie już nie można się będzie wytłumaczyć, że to ekspresja wolności, to się powie, że to dla bezpieczeństwa. A jak się nie posłuchają – to złapie się za mordę. Najpierw wybranych – dla postrachu. Stąd tak ważny był covid – by ludność nauczyć łatwości w zamianie wolności na bezpieczeństwo i zaakceptować rewolucyjnie nagły wzrost przemocy. A niebezpieczeństwo można przecież dozować w dowolnym kierunku i momencie. To nas czeka. I nie jest to twór mego szalonego i podejrzliwego umysłu. To wszystko jest tam napisane – w papierach. A czy jest realizowane? Tak, wystarczy się tylko rozejrzeć dokoła. Wziąć do ręki globalistów listę punktów do realizacji i odhaczać. Wszystko się zgadza – po kolei idzie, jeden po drugim. Można też przez to zobaczyć co jeszcze przed nami. Tu wyimki z „dezyderatu” Schwaba:
Reset makroekonomiczny:
Przebudowa globalnych gospodarek w kierunku zrównoważonego rozwoju.
Promowanie bardziej inkluzyjnego i sprawiedliwego systemu ekonomicznego.
Zmiany w polityce fiskalnej i monetarnej.
Reset społeczny:
Redukcja nierówności społecznych.
Wzmacnianie roli rządów w zapewnianiu dobrobytu.
Nowa umowa społeczna uwzględniająca potrzeby wszystkich grup społecznych.
Reset geopolityczny:
Zmiana podejścia do globalizacji na bardziej zrównoważone.
Współpraca międzynarodowa w zarządzaniu globalnymi problemami.
Zarządzanie rywalizacją między głównymi mocarstwami, np. USA i Chinami.
Reset środowiskowy:
Zmniejszenie emisji CO2 i walka ze zmianami klimatycznymi.
Wsparcie dla działań na rzecz ochrony środowiska.
Promowanie zrównoważonego rozwoju gospodarczego.
Reset technologiczny:
Przyspieszenie transformacji cyfrowej.
Zwiększenie nadzoru i śledzenia kontaktów w kontekście zdrowia publicznego.
Zarządzanie ryzykiem związanym z technologiami dystopijnymi.
Punkty konieczne do realizacji Wielkiego Resetu:
Globalna współpraca:
Zacieśnienie współpracy między rządami, biznesem i społeczeństwem obywatelskim.
Utworzenie globalnych struktur zarządzania.
Inwestycje w zrównoważony rozwój:
Skierowanie inwestycji na projekty proekologiczne i zrównoważone.
Edukacja i szkolenia dostosowane do potrzeb nowoczesnej gospodarki.
Wzmocnienie umiejętności cyfrowych i technologicznych.
Zmiana podejścia do pracy:
Wspieranie elastycznych i zdalnych form pracy.
Ochrona praw pracowników w dynamicznie zmieniającym się środowisku pracy.
Zarządzanie zdrowiem publicznym:
Wzmocnienie globalnych systemów opieki zdrowotnej.
Wprowadzenie skutecznych środków zarządzania kryzysowego i nadzoru epidemiologicznego.
Czemu lewacka narracja?
No dobra – narysowaliśmy sobie mniej więcej z czym mamy do czynienia. Ale trzeba zaznaczyć tutaj jeden ważny element. Narracja tego harmonogramu jest lewacka. Czemu? A jakież inne może być duraczenie? Namawiające do konserwatywnego umiaru? No – może być narracja faszystowska i zamordystyczna. A taka się staje narracja obecnego globalizmu. Im dalej w las, tym bardziej przecież musimy przechodzić do fazy trzeciej – terroru. Na razie więc mamy tylko zapowiedzi i umieszczanie ważniejszych filarów w prawie. Czyli mamy lewacką narrację w oparach komunofaszyzmu. Sam faszyzm to uwielbienie państwa, a skoro ma być ono jedno i to światowe, to reszta już idzie tak samo. Te same metody. A teraz o głównym nurcie, czyli lewackości narracji.
To dziecko epokowego dealu finansującego ten interes korpo i lewackiego postępactwa. Do tej pory te dwa twory walczyły ze sobą na śmierć i życie. Teraz wektory się zbliżyły. Dawni wrogowie padli sobie w ramiona. Tak jak kiedyś Hitler i Stalin, kiedy każdy z nich myślał, że deal jest taktycznie chwilowy i w jego interesie, a operacyjnego partnera załatwi się później, na gruzach starego świata. Tak samo wielu prorokuje koniec tego dealu kapitału z Marksem – że się pożrą i któryś zwycięży po malowniczej walce. Słaba to pociecha, bo to i straty będą okrutne, i każda wersja zwycięstwa jest potworna. No, wersję a la polacca, pt. że się dwa giganty nawzajem unicestwią i wyjdziemy wszyscy na pusty ring, cali na biało, jest tak samo prawdopodobna jak jednoczesny nokaut w boksie.
Największym dowodem z rzeczywistości na istnienie takiego związku jest porównanie z samym… Davos. Kiedyś, przed laty, to antyglobaliści z lewicy dymili na uliczkach tego kurortu, były starcia z policją, lała się krew i tony farby drukarskiej. Dziś ci sami (dosłownie) zadymiarze siedzą już na panelach konferencji, którą zwalczali przed laty. Dokonało się więc. Narracja lewacka jest dla korpo zbawieniem, bo co by biedaczki korporacyjne mieli powiedzieć ludowi? Że ich wszystkich zniewolą? Nie! Oni się umówili z lewakami, że wszystko pójdzie a rebour – w procesie dziejowego zniewolenia ludzkości użyje się argumentów… równościowych i wolnościowych. Potwierdza to starą prawdę rosyjskich dysydentów, którzy uważali, że ideałem równości jest na końcu radziecki łagier. Ale to nie jest do końca prawda – w obozie istnieje podział klasowy, co najmniej na więźniów i strażników. A przy takim rozwoju historii każdy będzie marzył, by znaleźć się po stronie co najmniej strażników, bo to będzie jedyna grupa pośrednia pomiędzy zniewoloną społecznością więzienną a zarządzającą i więźniami, i strażnikami – elitą.
Rodzaje globalizmu
Tyle – z czym mamy do czynienia. Teraz wróćmy do Wildsteina. Czy można przeprowadzić analogie pomiędzy „analogowymi” rewolucjami, które zmutowały tylko do narracji imperialnej a dzisiejszymi czasy? Czy globalizm może być dziś użyty przez Niemcy jako narracja prowadząca do uzasadnienia europejskiej hegemonii? Najpierw kwestia samego globalizmu. Wielu uważa go za proces ściśle gospodarczy, z czego dopiero wyprowadza jego konsekwencje na politykę. Ale ten proces, o którym mówimy, dotyczy globalizmu wartości i kulturowo-medialnego oddziaływania społecznego. Obecnie proces globalizmu gospodarczego rozsypuje się na naszych oczach. W sensie gospodarczym polegał on na tym, że świat zachodni produkował tam, gdzie mu wygodniej (i taniej), co niosło za sobą sprzeczności, rozsadzające cały układ. Chiny się zorientowały, że jest to dla nich szansa, że robotnicy z fabryki świata mogą wypowiedzieć posłuszeństwo biurowcowi, który – tu po marksowsku – kumulował wyłącznie u siebie wartość dodaną. USA, co dopiero samozarzynająca się klimatyzmem Europa, odzwyczaiły się od pracy, którą za nie robił kto inny, i przeszły na gospodarkę finansową. Okazało się, że spekulowanie pieniądzem nie tworzy na dłuższy dystans żadnych przewag, zwłaszcza przy postępującym procesie osłabiania dolara, jako waluty rozliczeniowej światowej gospodarki. Tokarz wygrywa ze spekulantem, od kiedy coraz mniej ludzi chce dawać swe towary i usługi za papierki zadrukowane na zielono.
Ten układ się rozsypał. Był to proces jeszcze sprzed kowida, ale to on pokazał kto ma w kieszeniach śrubki, a kto papierki. Porwane łańcuchy dostaw ukazały na czyim pasku wisi świat. I świat to zauważył. Tylko czy wyciągnął z tego wnioski? Raczej nie, a właściwie wyciągnęli wnioski… Chińczycy. Świat, gdyby się ogarnął, to doprowadziłby do procesu decouplingu, czyli przywrócenia na Zachód chociażby podstawowych dla bezpieczeństwa produkcji.
Ale nie zrobił tego. A mógł to być rewolucyjny moment przyspieszający stymulacje powrotu przemysłu na Zachód. Wygrał w rezultacie korporacyjny kapitał i utrzymał uzależnienie od Chin. Po co inwestować w nowe fabryki, skoro zrobili to już (i zrobią) Chińczycy? Po co płacić jakieś europejskie stawki za robotę, skoro tam Chińczyk wszystko ładnie pakuje w sreberka? Po co płacić w Europie za klimat, skoro tam Chińczyk może sobie śmierdzieć w produkcji po taniości?
Tak więc ten gospodarczy globalizm się rozpadł, a właściwie, przy takiej niemocy, przeszedł tylko w formę uświadomienia sobie tego stanu, bez znaczącej reakcji. A jak z globalizmem politycznym? Ten się rozpadł jako konsekwencja upadku globalizmu gospodarczego. To potwierdza oddziaływanie realnej sfery gospodarczej na długofalowe trendy polityczne. Mamy teraz dwa globalizmy polityczne. Dwie pary master-juniorpartner: współpracę USA-Indie, które to Indie mają być wyłuskane z chińskiej strefy wpływów, jako przeciwwaga dla Pekinu, oraz parkę Chiny-Rosja. Oczywiście dookoła latają jakieś pomniejsze paputczyki, ale nie będą one miały większego znaczenia. Każda parka będzie ciągnęła resztę świata w swoją stronę i to będzie dominanta światowej polityki – walka na atrakcyjność przyciągania po resecie światowego porządku. W tle jest oczywiście wojna, ale ta kasuje wszystko i dobrze, że obie strony to wiedzą. (W tej perspektywie pokojowa nagroda Nobla należy się… bombie atomowej, gdyż tylko świadomość jej istnienia po każdej z potencjalnych stron konfliktu powstrzymuje świat przed eskalacją wojny. Bez nuka świat już dawno byłby po wielu krwawych wojnach światowych w wykonaniu konwencjonalnej broni).
Globalizm ideologii
No dobrze, ale wspomniałem, że mówię tutaj o globalizmie jako ideologii mającej swoje cele oparte nie na pragmatyzmie wyliczeń ekonomicznych, ale na docelowej wizji świata, którą chciałem tu opisać. A więc jak wygląda ten podział? Ewidentnie udziałem Zachodu jest opisany przeze mnie kierunek globalistów z Davos. I to, że tak powiem – w układzie transatlantyckim, gdyż Davos takie właśnie jest. Po drugiej stronie będziemy mieli wartości… konserwatywne. Czyli ta idea stanie się nieoczekiwanym towarem eksportowym ze swego zachodniego źródła, do społeczeństw, które wcześniej jej nie znały. Czy to będzie szczere? No, w Chinach, pomijając chwilową z perspektywy chińskich dziejów komunistyczną wersję ich ducha narodowego, to raczej nie są za postępactwem. Raczej za równowagą, umiarem i harmonią Konfucjusza. Nie trzeba się więc tu niczego Chińczyków uczyć. Mamy tylko kolektywną wersję konserwatyzmu. Co do Rosji, to już inna sprawa – ja po prostu wątpię w autentyczność jakiejkolwiek idei w kraju (i narodzie), który jest światową stolicą nihilizmu. Putin taktycznie używa argumentów konserwatywnych po to, by pozbierać zachodniaków, zawiedzionych zlewaczeniem ich kultury. Jest to więc posunięcie taktyczne, obliczone na eksport Ruskiego Miru. Dla użytku własnego będzie sprzedawane jako „naszość”, leczącą ze szkodliwych miazmatów kompleksu wobec Zachodu.
Niemcy beneficjentem globalizmu?
Mając już te trzy aspekty globalizmu w pamięci pora sprawdzić tezę Wildsteina, że lewacki progresywizm wyewoluował (wyewoluuje) w uzasadnienie niemieckiej dominacji nad Europą. Wydaje mi się to mało możliwe. Hegemonia Niemiec, wbrew ich zapewnieniom, że są „imperium moralnym”, nie może być oparta na niczym innym, niż na sile gospodarczej zamienianej geopolitycznie we wcale już nie „soft” power. A ideologia postępowego globalizmu jest de facto bankrutem gospodarczym. Tylko przez chwilę wydało się to cudownym połączeniem. To były czasy, kiedy jeszcze z Putinem było ok, miał on tam zamieniać u siebie swoją brudną energię na czysty wodór, którym ze Starym Kontynentem miał handlować Berlin. Wszystko było oparte na wmuszeniu Europie Zielonego Ładu, pozbawieniu wszelkich źródeł energii, innych niż, zapośredniczone przez Niemcy, rosyjskie, z użyciem technologii z niemieckich rąk. Po to te wszystkie zielone rewolucje.
Ale pękło w kilku miejscach, jak w wysadzonym Nord Streamie. Ruscy się zbiesili, wywołali wojnę z Ukrainą. Zdarli więc rosyjsko-niemiecką kołderkę i zaskoczona publiczność mogła zobaczyć, że parka leży w bardzo intymnej pozycji. Energia się u Germanów sypnęła, koszty wzrosły i niemiecki kontrakt społeczny, że gdzieś tam, po taniości, również energetycznej, ktoś pracuje na nasze marże – został unieważniony. Po drugie – przyszedł Chińczyk i powiedział: sprawdzam. Chcecie fotowoltaikę? Proszę bardzo, to my tu w Kraju Środka zrobimy najlepszą i najtańszą, i figę na tym Niemcy zarobicie. A co, będziecie okładać nasze panele podatkiem? Za co, za czystą energię, która jest warta wszystkiego, nawet dopłat? To samo z samochodami. Na początku w Niemczech, czyli w kraju, w którym to nie rząd ma przemysł, a przemysł ma rząd, to się koncerny samochodowe burzyły na swoich (sic!) rządzących, że jak to, elektryki? A nasz spalinowy core business? To się im wytłumaczyło, że to dopiero Zielony Ład da im kopa w górę – wymusi wymianę całego istniejącego parku na 2-3 droższe samochody, które w dodatku się zdegradują po 2-3 latach. I przemysł w to poszedł, aż tu Chińczyk wyprodukował spełniające wszystkie normy swoje elektryki, tyle, że dwa razy tańsze. I co? Przecież klimatyczne ideolo powinno zabiegać o jak najszerszy dostęp do czystych samochodów, a tu się w Europie odwija jakimiś cłami zaporowymi?
Wnioski
A więc moim zdaniem mamy do czynienia z dwiema wersjami – albo te wszystkie ideolo zostaną wdrożone, a wtedy – przy nieuchronnej ekonomicznej klęsce konceptu – Niemcy będą już tylko „imperium moralnym”, a tu akurat konkurentów może być masa. Albo całe to ideolo padnie, zaś Niemcy będą musiały się same pozbierać gospodarczo, bez żadnych regulacyjnych wtedy dopalaczy.
Ale tu na drodze stanie cały dotychczasowy układ, który pracował na Niemcy, a w rozsypanym globalizmie pracować wcale nie musi. Europa stanie się zaściankiem świata. Biednieje, zaś kraje azjatyckie się bogacą, a więc będą zaspokajane przez własne, lokalne inicjatywy. Zostaniemy jak skansen, z tym, że z pewną atrakcją – lokalnymi wojnami, które ze względu na naszą zaściankową zapyziałość nie będą na pewno światowe.
I to może jedyna, smutna dla nas, w geopolitycznym położeniu naszym – pociecha.
Francja wpisała prawo do aborcji do konstytucji. Realnie grozi nam wpisanie prawa do aborcji do „karty praw podstawowych”. Znaczenie tych faktów jest ogromne i chyba nie doceniane. Jak świat światem kobiety dokonywały aborcji podobnie jak świat światem ludzie mordowali się nawzajem, okradali, oszukiwali i prześladowali. Zawsze było to zło, banalne zło. Wydawało by się zatem, że nic nie różni mordowania Żydów przez Niemców (hitlerowców, faszystów, czy jak kto chce – nazistów) od niezliczonych morderstw w historii ludzkości. A jednak różni! Mordowanie Żydów było ludobójstwem.
Z ludobójstwem mamy do czynienia gdy na podstawie pewnej wyróżniającej cechy wyklucza się jakąś grupę ludzi ze wspólnoty ludzkiej, wyjmuje się ich spod prawa. W przypadku Żydów tą wykluczającą cechą było pochodzenie etniczne.
W przypadku nienarodzonych dzieci jest nią wyłącznie fakt przebywania w łonie matki. Nie jest nią nawet niezdolność dziecka do samodzielnego życia bo w USA dozwolona była w niektórych Stanach tak zwana „późna aborcja” podczas której zdolne do samodzielnego życia dziecko zabijało się wstrzykując trującą substancję do macicy matki.
Zabijanie Żydów w hitlerowskich Niemczech było na mocy ustaw norymberskich obywatelskim obowiązkiem, a ścigani przez hitlerowskie prawo byli ci, którzy się z mordowaniem Żydów nie godzili.
Wpisanie prawa do aborcji do konstytucji czyni z zabijania nienarodzonych dzieci niezbywalne prawo człowieka takie jak – paradoksalnie- prawo człowieka do życia.
Ścigani przez sądy będą i już są- również w Polsce – ci, którzy się temu holokaustowi nienarodzonych przeciwstawiają. Nie bez przyczyny po II Wojnie Światowej proces niemieckich morderców odbywał się właśnie w Norymberdze, a niektórzy z nich zawiśli pokazowo na szubienicy.
Holokaust nienarodzonych też doczeka się – mam nadzieję – swojej Norymbergi. Stalinizm nie miał swojej Norymbergi i dlatego odradza się w konwulsjach jak odrastają obcięte głowy nie dobitego smoka. Nie chodzi tu wbrew pozorom o samych komunistów, ani o ich progeniturę roszczącą sobie prawa do dziedzicznych przywilejów. Stalinizmem nazywam tu każdą formę narzucania ludziom przemocą jakiejś utopii – wszystko jedno czy będzie to sprawiedliwość społeczna czy zielony ład.
Utopia to koncepcja wydumana, z pozorami słuszności czy nawet szlachetności, lecz nie do zrealizowania bez terroru i ludobójstwa. Zupełnie drugorzędną sprawą jest fakt, że twórcy i realizatorzy tych utopii nie stosują się sami do wyznawanych zasad. Komuniści, w tym polscy, lubowali się w niedostępnych dla społeczeństwa luksusach, w brylowaniu w domach wczasowych (domach pracy tfurczej, ortografia celowa ) utworzonych w zrabowanych dworach i pałacach oraz kawiorze kupowanym w sklepach za żółtymi firankami. Jak mówiono : „ naród pijał koniak ustami swoich przedstawicieli”.
Te wszystkie, ludzkie słabości można by im darować gdyby nie fakt, że ich następcy, ich mutanci, znowu chcą terroryzować ludzi, ograniczać ich wolność przekonań, swobodę wychowywania według tych przekonań dzieci, ograniczać wolność ekonomiczną i swobodę poruszania się. Postulatorzy „ zielonego ładu”, który jest przecież współczesną formą totalitaryzmu planują zamkniecie ludzi w „piętnastominutowych gettach”, zakazanie im poruszania się samochodami, na które tych ludzi stać, oraz drastyczne ograniczenie liczby dozwolonych podróży samolotem, podczas gdy sami latają tam i z powrotem odrzutowcami na nikomu nie potrzebne spotkania i konferencje. Chcą zrujnować obywateli cenami energii, pozbawić przez zbrodnicze regulacje prawne własności mieszkań i domów.
Z marksizmem łączy ich zarówno dogmatyzm propagowanych bredni jak i zapał w niszczeniu wszelkich form swobodnej działalności ludzkiej, niszczeniu życia człowieka. Komunizm zawalił się pod ciężarem własnej nieudolności. Pochłonął jednak miliony niewinnych ofiar. Zielony ład też się zawali lecz nieuchronnie kosztem ofiar, których przypuszczalną liczbę trudno obecnie oszacować. Redukcja CO2 – równie fikcyjny i bezsensowny cel jak światowe rządy proletariatu może doprowadzić do „Wielkiego Głodu” nie tylko w Europie lecz na całym świecie.
CO2 jest gazem życia, jest podstawowym surowcem asymilacji, a asymilacja roślin pierwszym etapem łańcucha pokarmowego czego nie rozumieją sprzedajni jak za czasów komunizmu uczeni. Młodzi aktywiści ekologiczni, nazywający sami siebie „ostatnim pokoleniem” płonącej rzekomo planety przyklejają się w Warszawie do asfaltu aby zablokować ruch samochodowy.
To następna cecha wspólna ekologizmu z komunizmem. Komunistyczni młodociani aktywiści, hunwejbini z czerwonego harcerstwa Kuronia jeździli rozkułaczać polskich chłopów kradnąc im ziarno siewne i zapasy żywności. Opisuje to Anna Bojarska w powieści z kluczem pod tytułem „ Czego nauczył mnie August”. Bez tych pożytecznych idiotów, (a może były to zwykłe młodociane szuje), sowietyzm byłby w Polsce trudniejszy do zainstalowania. Wracając do CO2 – jak stwierdzono wzrost poziomu dwutlenku węgla w atmosferze przyczynił się do znacznego ożywienia roślinności na dużych obszarach świata, w tym w regionie Sahelu. Jak pokazują badania, w ciągu ostatnich 20 lat odnotowano tam o 14% większy przyrost roślinności, co przyniosło wymierne korzyści dla lokalnej bioróżnorodności i produkcji żywności.
Ale cóż to obchodzi ideologów zielonego ładu, którzy chcą nas zagłodzić i karmić owadami. Zakaz stosowania paliw kopalnych może doprowadzić również do „Wielkiego Chłodu”. Ludzie będą umierać z wychłodzenia. Przymiotem wykluczającym, wyjmującym spod prawa, takim jak żydowskie pochodzenie w hitlerowskich Niemczech czy delikatne ręce w Kambodży Pol Pota jest jak widać obecnie samo człowieczeństwo.
P.S. Związek Radziecki jako pierwszy kraj na świecie zalegalizował w 1920 roku aborcję za sprawą komisarz ludowej do spraw społecznych Aleksandry Kołłontaj. Wprawdzie Stalin uchylił na wiele lat to prawo w 1936 roku ale tylko dlatego, że potrzebne mu było mięso armatnie do czynnej walki o pokój, którą miał zamiar dalej prowadzić.
Komitet redakcyjny wpływowego liberalnego dziennika „New York Times” (taka amerykańska „Gazeta Wyborcza”) wezwał w piątek prezydenta Joe Bidena do wycofania się z batalii o Biały Dom w zbliżających się wyborach prezydenckich.
W edytorialu opublikowanym w piątek wieczorem i zatytułowanym „Dla dobra kraju prezydent Biden powinien wycofać się z wyścigu”, stwierdzono, że Biden” w czwartkowej debacie z republikańskim rywalem Donaldem Trumpem „był cieniem przywódcy”.
„Pan Biden był prezydentem godnym podziwu. Pod jego rządami kraj prosperował i zaczynał podejmować serię długookresowych wyzwań…Ale największą przysługą publiczną, jaką mógłby dzisiaj oddać, byłoby ogłoszenie, że nie będzie brał udziału w wyborach” – napisano w edytorialu.
Podczas czwartkowej debaty Biden często nie miał pojęcia, co mówi, zacinał się, mylił miliony z miliardami, mówił cicho i czasami niezrozumiale, czasami nie kończył zdań i patrzył się pustym wzrokiem w przestrzeń.
Komitet redakcyjny „NYT” składa się z czołowych publicystów i komentatorów dziennika. Oczywiście o profilu lewicowo-prożydowskim.
Wcześniej podobny pogląd wyraził na łamach „NYT” pisarz i publicysta Thomas Friedman.
Biden zapewnił w piątek na wiecu wyborczym, że odrzuca możliwość wycofania się z wyścigu i zamierza wygrać batalię o Biały Dom. Oświadczył, że choć w debatach nie radzi sobie tak dobrze jak kiedyś, to jest w stanie podołać obowiązkom prezydentury.
Tego samego dnia Biden otrzymał wsparcie swych demokratycznych poprzedników na stanowisku prezydenta – Billa Clintona i Baracka Obamy.
Jak większość z nas wie, Deep Faking to trik do edycji wideo, który pozwala płynnie zastąpić jedną twarz inną. Nie jest to specjalnie trudne ani drogie. Wszystko, czego potrzebujesz, to zamiennik, który będzie choć powierzchownie podobny do zamienianego, duża liczba zdjęć przedstawiających różne pozycje twarzy i odpowiednie oprogramowanie komputerowe.
Reklama jest prosta. Autobus zatrzymuje się i powoduje korek po uderzeniu w wózek z owocami, młoda pasażerka patrzy przez okno na przystojnego młodzieńca w kabriolecie. Wysiada z autobusu, wsiada do samochodu, a mężczyzna jako szofer odjeżdża z nią, podczas gdy ona je batonik.
Młodą kobietą jest Audrey Hepburn.
Ma to niezwykle istotne implikacje dla naszego postrzegania świata, w którym żyjemy, w sposób, o którym tak naprawdę nikt nie mówi. Ale do Audrey wrócimy później.
Nie zawsze tak bywa, ale ludzie z natury są ufni.
Niezależnie od tego, czy jest to ewolucyjny rozwój mający na celu ułatwienie funkcjonowania w grupie społecznej, czy też pozostałość tysięcy pokoleń religijnego myślenia, głęboko w duszy nasze automatyczne stanowisko jest takie, że większość ludzi – w większości przypadków – mówi prawdę.
Jest to naturalna skłonność, którą tyrani rozumieli i wykorzystywali – od wieków.
Ale bez względu na to, jak bardzo ufamy innym, jest coś, czemu ufamy najbardziej – naszym własnym oczom.
Jesteśmy wzrokowcami i kiedy ktoś coś zobaczył – lub uwierzył, że coś zobaczył – prawie niemożliwe jest przekonanie go, że tak nie było.
W dzisiejszych czasach potencjalni tyrani również mogą to wykorzystać.
Niestety, niezbędne i pierwotne zaufanie, jakim nasz mózg darzy nasze oczy, nie nadąża za zdolnością technologii do ich zmylenia.
Jak większość z nas wie, Deep Faking to trik do edycji wideo, który pozwala płynnie zastąpić jedną twarz inną. Nie jest to specjalnie trudne ani drogie. Wszystko, czego potrzebujesz, to zamiennik, który będzie choć powierzchownie podobny do zamienianego, duża liczba zdjęć przedstawiających różne pozycje twarzy i odpowiednie oprogramowanie komputerowe.
„Shitposters” z 4chan robią to w zaciszu własnych sypialni dla śmiechu, zastępując twarze gwiazd porno twarzami aktorek, celebrytów, polityków i Nicolasa Cage’a.
Mówiąc najprościej, technologia deep fake ze swej natury musi sprawiać, że każdy film przedstawiający jakąkolwiek twarz będzie w pewnym stopniu podejrzany.
Potencjał fałszerstwa nie ogranicza się do wideo, fałszowanie dźwięku z roku na rok staje się coraz łatwiejsze. Przy wystarczającej liczbie próbek mowy, syntezatory głosu i klonery głosu mogą sprawić, że każdy może wypowiedzieć cokolwiek. Ta technologia cały czas jest ulepszanai może idealnie naśladować intonację.
Sztuczna inteligencja ogólnie rzecz biorąc może narysować w ciągu sekund dowolny obraz, który zechcesz opisać. Może generować fotorealistyczne twarze, które można wykorzystać jako „ofiary” i „zdjęcia policyjne” lub obsadzić dowolny fałszywy dramat z fałszywymi aktorami.
Darmowe narzędzia online mogą już robić w miarę przyzwoicie wszystkie powyższe rzeczy. Oczywiście rządy i megakorporacje miałyby dostęp do droższych zaawansowanych narzędzi, których wykrycie byłoby prawdopodobnie niemal niemożliwe.
W filmach hollywoodzkich stosuje się komputerowo generowane obrazy, aby przywrócić do życia zmarłych aktorów, dodać współczesne twarze do starych materiałów informacyjnych, spalić miasta do fundamentów lub sprawić, by 60-latkowie znów wyglądali na 20-latków.
Wróćmy do Audrey Hepburn jedzącej batonik i przeanalizujmy to na nowo.https://www.youtube.com/embed/Z6HKWuZPrdU?si=rKNahgoAuu_8UreP
Można by powiedzieć, że reklama ta pokazuje ograniczenia tej technologii – mimo wszystko daje poczucie pewnej osobliwej jakości, a nikt, kto ją oglądał, nawet przez sekundę nie pomyślał, że to naprawdę Audrey Hepburn.
Cóż, po pierwsze, ta reklama ma już jedenaście lat. To jest to, co można było zrobić w małej reklamie słodyczy ponad dekadę temu. Technologia od tego czasu poszła do przodu.
Po drugie, wszystkie te informacje mają charakter kontekstowy.
W 2013 roku, kiedy emitowano reklamę, twój mózg wiedziałby, że nie powinien wierzyć w to, co widzi, ponieważ oglądałeś reklamę telewizyjną. Twój mózg wiedziałby również, że to, co widzisz, jest niemożliwe, ponieważ Audrey Hepburn miałaby 84 lata… a ponadto już od bardzo dawna nie żyje.
Twój analityczny mózg może filtrować, gdy ma dodatkowe informacje i kontekst. Widzisz powiązania, gdy wiesz, że tam są.
Ale wyobraźcie sobie, że to nie była Audrey Hepburn, wyobraźcie sobie, że to nie była reklama.
Załóżmy, że jest to materiał filmowy wyświetlany w wiadomościach, a zamiast kolorowej reklamy słodyczy pojawia się niewyraźne nagranie z telefonu komórkowego przedstawiające ofiarę ‘A’ ataku terrorystycznego ‘X’. Jest to nagranie z monitoringu pokazujące polityka ‘B’ otrzymującego łapówkę ‘Y’. Jest to oskarżony ‘C’ transmitujący na żywo swój proces za przestępstwo ‘Z’.
…choć potencjalnie nic z tego nie jest w ogóle prawdziwe.
Ale ile osób to przetworzy? Ilu z nas zresetowało mózgi, aby pierwszym pytaniem, jakie zadajemy było „tak, ale czy to wideo aby jest prawdziwe”?
Mimo to, automatyczną reakcją większości ludzi, gdy ktoś stwierdzi, że „to fake”, jest wyśmiewanie się bez chwili namysłu.
To jest staromodne myślenie.
Żadna z powyższych informacji nie jest szokująca ani nowa. Nie sugeruję, że tak jest. Technologia jest powszechnie znana, a część z niej ma już ponad dekadę, to dodatek do naszych mentalnych odniesień, które pozostają w tyle. Jej użycie nie jest jeszcze automatycznie brane pod uwagę, a powinno być.
Mówiąc najprościej – nie można ufać obrazom ani filmom. Kiedykolwiek. To lekcja, której wszyscy musimy się nauczyć.
Wiemy zatem, że szybko rozwijające się narzędzia sprawiają, że tworzenie wysoce przekonujących fałszywych wiadomości lub inscenizowanych wydarzeń jest nie tylko możliwe, ale i łatwe. W ostatnim punkcie chcę się bardziej skupić na powtarzającej się lekcji historii, której ludzie nie chcą przyswoić:
Oni. Podrabiają. Już. Wszystko.
OK, nie dosłownie wszystko, ale dużo. Ogromną ilość. Znacznie więcej, niż większość ludzi pojmuje.
To drobny przykład, ale w tym nagraniu z CNN dwie reporterki udają, że dzieli je wiele kilometrów, gdy przeprowadzają wywiad satelitarny, podczas gdy autobus przejeżdżający w tle udowadnia, że w rzeczywistości znajdują się na tym samym parkingu, i nie dalej niż pięćdziesiąt stóp od siebie.
To przypomnienie, ile mediów konsumujemy każdego dnia, i że staje się to w ten czy inny sposób pewnego rodzaju nierzeczywistością.
Można powiedzieć, że „rzeczywistość”, taka jak ją rozumiemy, rzadko pojawia się w mediach. Okładki magazynów są przerabiane w Photoshopie. Wywiady są reżyserowane. „Skandale” mogą być w dużej mierze chwytami PR-owymi. „Reality TV” jest pełne opłacanych aktorów w symulowanym konflikcie ze sobą. Każdy scenariusz jest sztuczką, każda emocja jest występem.
Co oni robią? Wygląda na to, że udają, iż protestują, a potem zastygają, by pozować do zdjęć, niektórzy mają sztuczne obrażenia. Oczywiście, że to nie jest prawdziwe, ale czy przyszłoby ci to kiedykolwiek na myśl, gdyby zaprezentowano ich tylko na zdjęciach lub filmie?
W Syrii Zachód sfingował nawet całą organizację charytatywną. „Białe Hełmy” miały być zwykłą organizacją Syryjczyków poświęcającą się ratowaniu życia. Niczym takim nie były. Były finansowaną przez NATO operacją psychologiczną, a wiele z ich filmów „ratunkowych” było wyraźnie wyreżyserowanych. Wzięli nawet udział w viralowym „Mannequin Challenge” (kiepskie posunięcie PR-owe).
„Nayirah”, kuwejcka pielęgniarka, która zeznała, że widziała „dzieci wyrzucane z inkubatorów” przed pierwszą wojną w Zatoce Perskiej, tak naprawdę nigdy nie istniała. Jej rolę odegrała córka ambasadora Kuwejtu.
W swojej książce „Bought Journalists” [Kupieni dziennikarze] nieżyjący już Udo Ulfkotte wspomina pobyt w Iraku podczas wojny i obserwowanie, jak dziennikarze oblewają benzyną spalone czołgi i samochody, wiele mil od linii frontu, aby następnie mogli je podpalić i udawać, że relacjonują ze strefy działań wojennych.
Pamiętacie niesławny artykuł magazynu Rolling Stone „Gwałt w kampusie”? 9000 słów opisujących zbiorowy gwałt, który nigdy nie miał miejsca.
W ciągu kilku dni od rozpoczęcia przez Rosję „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie, zarówno główne media, jak i media społecznościowe zostały zalane fałszywymi i błędnie przypisanymi filmami, w których sprzedawano zmyślone historie.
Covid od samego początku był lawiną oszustw zarówno w skali makro, jak i mikro.
Kiedy choroba rozpoczęła się w Chinach, potraktowano nas absurdalnie fałszywymi zdjęciami i filmami przedstawiającymi ludzi, którzy rzekomo przewracali się na ulicach z powodu choroby.
W szczytowym momencie paniki użytkownik Twittera o imieniu TraceyZ poinformował, że dwie pielęgniarki w szpitalu Swansea zmarły na covid, a trzy kolejne przebywały na OIOM-ie. Twierdzenie rozeszło się po sieci, zanim sam szpital temu zaprzeczył.
Konto o tej nazwie zostało wkrótce potem usunięte.
Przypomnij sobie film, który nakręcił przechodzień, przedstawiający „sprzątaczy” w londyńskim metrze udających, że sprzątają.
Albo to wideo z wnętrza hiszpańskiego szpitala, gdzie dwaj „lekarze” na pierwszym planie są ubrani jak statyści z Epidemii [Outbreak], podczas gdy zdezorientowana osoba w tle obserwuje to wszystko ubrana jedynie w T-shirt.
Przypomnijmy sobie ogromną liczbę osób, które zaangażowały się w „teatr polityczny”, udając, że noszą maski, jak ten facet:
Przykłady z covid-19 można mnożyć w nieskończoność, trwają już cztery lata i ciągle ich przybywa.
A to tylko te, o których wiemy i które możemy udowodnić.
Krajobraz medialny jest przesiąknięty udawaniem i tak było od dziesięcioleci.
Omawiana powyżej technologia nie oznacza, że oni zaczną fałszować, oznacza natomiast, że fałszowanie, które praktykują od lat, będzie łatwiejsze do przeprowadzenia i trudniejsze do wykrycia.
Technologia istnieje. Motywacja istnieje. Wymagany poziom nieuczciwości i korupcji tym bardziej istnieje. Istnieje również swoiste przyzwolenie, które „usprawiedliwia” kulturę udawania.
Już dawno minęliśmy punkt, w którym kwestionowanie wszystkiego, co widzisz i/lub słyszysz, można by uznać za „paranoję”. Jest to zdrowe, racjonalne, a nawet stanowi warunek zachowania zdrowia psychicznego.
Wiemy, że wszystko będą sfałszować, więc musimy być gotowi także kwestionować wszystko.
W tym artykule omówiono, w jaki sposób establishment może tworzyć fałszywe newsy. W drugiej części artykułu zadamy ważniejsze pytanie: dlaczego.
A w mediach bez zmian… Szokujące wypowiedzi sygnalistów [whistleblowers], ujawnione materiały wideo i tajne nagrania ukazują przestępstwa popełniane przez media. Project Veritas, Charlie Chester z CNN, Udo Ulfkotte, Julian Assange z WikiLeaks i nie tylko… […]
____________
Świadoma i inteligentna czyli krótki film o manipulacji Spoglądając wstecz na początek tej ery komunikacji masowej można zauważyć, że wraz z ewolucją technologii radia, telewizji i filmu, zmieniło się też naukowe zrozumienie w jaki sposób te nowe media mogą być wykorzystywane do osiągania celów tych, którzy tworzą i rozpowszechniają media dla zysku lub propagandy. […]
____________
‘Dezinformacja’ czyli uniwersalna wymówka dla cenzury W dzisiejszych czasach słabo, jeśli w ogóle, zdefiniowane pojęcie „dezinformacji” jest często używane przez rządy i będące pod ich wpływem media (społecznościowe), po prostu jako „uniwersalna” wymówka do cenzurowania informacji i tłumienia wolności słowa. […]
−∗−
O autorze: AlterCabrio
If you don’t know what freedom is, better figure it out now!
W dniach 28-30 czerwca odbędzie się w Warszawie III Konferencja Inicjatyw Polonijnych – wydarzenie ma charakter ponad polityczny i wielo-środowiskowy. Wśród organizatorów są m.in. redakcja Polityki Polskiej, Polsko-Amerykańska Inicjatywa Strategiczna, Związek Polaków w Norwegii, osoby reprezentujące środowiska polonijne w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii.
=============================
Program III Konferencji Inicjatyw Polonijnych
Warszawa 28.06. – 30.06.2024 rok
Miejsce konferencji z możliwością noclegów; Hotel Arkadia Royal, ul. Bronisława Czecha 10, 04-555 Warszawa, www.arkadiaroyal.pl
Dzień 1, 28.06.2024, piątek
Godz. 10.00 – 10.30 – rejestracja uczestników
Godz. 10.30, Otwarcie konferencji. Autoprezentacja delegatów i uczestników konferencji.
Godz. 13.10 Ks. Prof. Roman Piwowarczyk; „Chaos a Nowy Porządek Świata”. Dyskusja.
Godz. 14.00 Obiad
Godz. 15.00, ks. Jerzy Chorzempa (Francja); „Więź z Polską Polonii przebywającej we Francji, Maroko, Algierii, Tunezji, Grecji i w Bośni i Hercegowinie – w Sarajewie i Tuzli”.
15.30, Dyskusja panelowa; „ Trójkąt Weimarski – oczekiwania i rzeczywistość”.
Moderator; red. Adam Domaradzki (Polska), Uczestnicy; Andrzej Dembiński (Francja), Krystyna Krzekotowska (Polska), Marek Wolski (Niemcy), red. Romuald Starosielec. Pytania i dyskusja.
Godz. 16.40, Prof. Paweł Soroka; „Scenariusze eskalacji wojny na Ukrainie”.
Godz. 17.10, – red. Hubert Gorczyca, „Projekt Akcji Wyborczej Polonii”
Godz. 17.20, – dr Kazimierz Krawczyk (Norwegia), „Ofensywa Gietrzwałdzka”.
Godz. 17.30 Przerwa na kawę
Godz. 17.45, Prof. Artur Śliwiński; „Polski Kongres Pokoju”.
Godz. 18.00, Dyskusja panelowa; „Polska wobec zagadnień wojny i pokoju”.
Moderator; red. Romuald Starosielec; Uczestnicy; dr Mira Modelska-Creech (USA), gen. broni w st. spocz. Tadeusz Wilecki, Wojciech Jeśman (USA), dr Artur Bartoszewicz (Warszawa), Bogdan Kulas (Norwegia), Miłosz Adam Kuziemka MBA (Sopot). Pytania i dyskusja
Temat; „Przyszłość polskiej edukacji na emigracji i Kresach Wschodnich”. Wystąpienia; Renata Cytacka (Wilno), Beata Howe; „Szkolnictwo polskie w Wielkiej Brytanii”, Jacek Cholewski (Australia); „Włączenie języka polskiego jako obcego do szkolnictwa na przykładzie Australii”, Agnieszka Pędrak (Irlandia), Marek Wolski (Niemcy), Krzysztof Kowalczyk. Pytania i dyskusja.
Godz. 10.30, Bartosz Kopczyński; „Przyszłość narodu polskiego w kontekście polityki społecznej UE i ONZ”.
Godz 11.00, Krzysztof Tytko; Status prawny pozwu o unieważnienie fuzji Orlenu z PGNIG
Godz. 11.20, Przerwa na kawę.
Godz. 11.35, Jacek Gancarson (Szwecja); „Solidarność społeczna 1914-1918 jako istotny czynnik integracyjny w przyszłym rozwoju Polski”
Godz. 11.50, Ewa Nitecka; „Moc w słabości się doskonali, czyli jak zdrowym być!”.
Godz. 12.20, Dyskusja panelowa; „Misja polskich mediów w przestrzeni międzynarodowej”. Moderator; red. Hubert Gorczyca (iTVP), Uczestnicy red. Adam Domaradzki, red. Tomasz Bartel, red. Jan Kubań. Pytania i dyskusja.
Wystąpienia; Prof. Zbigniew Klimiuk; „Czy Polsce potrzebne jest EURO? Skutki ewentualnego wejścia do strefy euro”,
dr Artur Bartoszewicz; „Wybrakowany potencjał Polski – kapitał społeczny i patriotyzm gospodarczy”,
Henrych Doruch, Jarosław Zienkiewicz; „Niewykorzystane szanse polskiej myśli technicznej”.
Pytania i dyskusja.
Godz. 17.30, Przerwa na kawę
Godz. 17.45, Sesja Plenarna; dr Katarzyna Obłąkowska; „Autoidentyfikacja narodowa współczesnych Polaków w ich tożsamości indywidualnej – wyniki badań ogólnopolskich”. Pytania i dyskusja.
Godz. 18.30, Paweł Klimczewski; ”Polacy XXI wieku, epokowy kryzys, czy katastrofa? Wyniki badania Europejskiego Sondażu Społecznego”.
Godz. 19.15, Red. Agnieszka Wolska (Niemcy); „C19 i wojna na Ukrainie – operacja psychologiczna i element wojny kognitywnej przeciw własnym społeczeństwom.”
Godz. 7.00, Msza Św. w kościele parafialnym Matki Bożej Królowej Polski, ul. Rzeźbiarska 46, Warszawa
Godz. 8.00 -9.00 Śniadanie
Godz. 9.00. Sesja plenarna; „Kościół wobec duszpasterstwa Polonii i wyzwań współczesności”. Bogdan Kulas; „Program Polski chrześcijańskiej”, Jacek Schmidt; „Obcy ogień w Kościele – jak przeciwdziałać protestantyzacji katolików”. Dyskusja.
Godz. 10.15, Dyskusja panelowa; Moderator; red. Tomasz Bartel, ; Uczestnicy; ks. Wiesław Pęski SAC, Miłosz Adam Kuziemka MBA (Sopot). Pytania i dyskusja.
Godz. 11.00, Przerwa na kawę
Godz. 11.15, Sesja plenarna. Prof. Włodzimierz Bojarski; „Katastrofa Europy – Przesilenie cywilizacyjne. Program godności i wyższej jakości życia”,
Godz. 11.45, Dyskusja panelowa; Temat; „Polska wobec wyzwań współczesności”; Moderator; red. Ewa Nitecka, Uczestnicy; prof. Włodzimierz Bojarski, gen. broni w st. spocz. Tadeusz Wilecki, Jan Rybski, red. Piotr Zajkowski.
Godz. 13.00, Red. Romuald Starosielec; „Posłannictwo cywilizacyjne polskiej Emigracji”. Pytania i dyskusja.
Godz. 13.30 Podsumowanie obrad. Przyjęcie uchwał. Zamknięcie konferencji
Godz. 14.00 -16.00 Obiad
Obrady w grupach tematycznych /propozycje/, mające na celu opracowanie projektów uchwał III Konferencji Inicjatyw Polonijnych, które będą przyjęte na sesji plenarnej 30.06.2024 roku o godz. 13.30;
Narodowa strategia edukacji i wychowania młodego pokolenia Polaków w kraju i zagranicą.
Integracja niezależnych mediów polonijnych. Konsolidacja wokół konieczności powołania polskiego państwowo-społecznego kanału telewizyjnego w języku angielskim, niemieckim i rosyjskim.
Potrzeba określenia celów i opracowania działań suwerennej polskiej polityki zagranicznej. Powszechny ruch na rzecz przeciwdziałania eskalacji wojennej. Powszechna mobilizacja dla obrony dobrego imienia Polski i Polaków w świecie.