
————————————-

—————————————

————————————

————————————–

————————————–

————————————————-

———————————————-

—————————————————-

Błąd bazy danych WordPressa: [Duplicate entry '8388607' for key 'wp_visitors_stat.id']INSERT INTO `wp_visitors_stat` (`time`, `ip`) VALUES ('1792040920', '216.73.217.145')

————————————-

—————————————

————————————

————————————–

————————————–

————————————————-

———————————————-

—————————————————-

Sztuka zawierania umów przez Trumpa ostatecznie wpędza Stany Zjednoczone w otchłań. Teraz urzędujący prezydent USA walczy nie tylko z Irańczykami, ale także – z Kanadą!
Punkt widzenia Hermanna Ploppy.
W obliczu bezprecedensowych upadków władzy niegdyś budzącego postrach „dobroczynnego” władcy świata, Stanów Zjednoczonych, coraz częściej mówi się o upadku imperiów (1).
Nawet Hollywood podejmuje ten temat. W filmie Christophera Nolana „2000: Półtora życia” dramatycznie przedstawiono upadek wielkich imperiów późnej epoki brązu. Bohaterowie starożytnych mitów homeryckich są przedstawiani, zupełnie bez sentymentalizmu, jako żałosne postacie, które bezsensownie dokonują dewastacji i grabieży na epicką skalę. I muszą za to zapłacić gorzką cenę.
Niemityczni bohaterowie naszych czasów nie mogą już siać spustoszenia i grabieży z tą samą niepohamowaną furią, co jeszcze kilka lat temu. Coraz częściej diagnozuje się pewne przejawy upadku i dekadencji w upadających imperiach, na przykładzie Stanów Zjednoczonych Ameryki. Starożytny Rzym upadł z powodu nadmiernego rozciągnięcia kontroli militarnej nad podbitymi ludami. Do stale rosnących, monstrualnych wydatków wojskowych doszły stale rosnące koszty utrzymania weteranów i narastająca dekadencja elit. Bezwzględnym bandytom pokroju Alaryka ostatecznie łatwo było bezkarnie plądrować niegdyś budzący postrach Rzym.
W swoim pożegnalnym przemówieniu w styczniu 1961 roku ustępujący prezydent USA Dwight D. Eisenhower ostrzegał przed rakowatym rozrostem kompleksu militarno-przemysłowego w USA. W ciągu 65 lat od tamtej pory ten właśnie kompleks militarno-przemysłowy wydrążył społeczeństwo obywatelskie od wewnątrz.
Teraz jednak pojawił się banalny zwrot akcji: imperium USA rozpada się w zawrotnym tempie. Przyczyną jest niezaprzeczalna, absolutna głupota elit Stanów Zjednoczonych. Zapał, z jakim Donald J. Trump, w swojej drugiej kadencji, wpędza powierzony mu naród w ruinę, jest imponujący. Powodów jest wiele.
Po pierwsze, trzeba po prostu przyznać, że dynastia Trumpów postrzega społeczeństwo amerykańskie oczami lisa patroszącego gęś. Niewiarygodna, samolubna mentalność rodziny Trumpów została już omówiona tutaj (2). Trump ewidentnie ujawnia poufne informacje swoim kolesiom, zanim ogłosi niekiedy skrajne decyzje na swoim kanale Truth Social. To jest jawna i oczywista korupcja w Białym Domu.
Oprócz chciwości, również skrajna niezdarność administracji Trumpa na arenie dyplomatycznej odgrywa istotną rolę w przyspieszeniu upadku USA. Widać to wyraźnie w sposobie prowadzenia wojny z Iranem. Ta nielegalna agresja Izraela i Stanów Zjednoczonych przeciwko Republice Iranu spotkała się z nieoczekiwanym oporem ze strony Irańczyków. Zamiast blitzkriegu, Stany Zjednoczone znalazły się w impasie. Działania sił zbrojnych USA obnażyły dotychczas niezauważone słabości tych sił. Sytuacja jest taka, że Trump nie ma obecnie żadnych innych opcji militarnych.
Wojna zawsze składa się z trzech elementów: oprócz brutalnych działań wojennych, wiąże się również z duszeniem wroga na jego gospodarczej żyłce. Trzecim elementem jest propaganda. Ponieważ Trump i jego kumple również zdecydowanie przegrali bitwę propagandową, pozostało jedynie uduszenie Iranu. W tym celu lojalny sekretarz skarbu Trumpa, Scott Bessent, zwołał prasę. Ogłoszono całkowitą izolację ekonomiczną Iranu. Konferencja prasowa Bessenta zapowiedziała „D-Day”.
Tak zwany D-Day to dzień, w którym siły alianckie, nacierając z Normandii, zakończyły nazistowską okupację Francji i zepchnęły nazistów przed siebie aż do bezwarunkowej kapitulacji. Najbardziej skrajne porównanie jest obecnie w zupełności wystarczające.
Konferencja prasowa jednak spaliła na panewce. Bessent zagroził całej społeczności międzynarodowej surowymi sankcjami, jeśli kraje takie jak Chiny, Turcja czy Pakistan będą kontynuować handel ze „złym” Iranem. Zapytany jednak o datę wejścia w życie tych sankcji, Bessent oświadczył, że na razie nie będzie to miało miejsca. Wyjaśnił, że nie chcieli narażać globalnych łańcuchów dostaw. Kiedy jednak nadejdzie czas, Iran zostanie przedstawiony jako gospodarczo wykluczony outsider w ramach pompatycznie nazwanej operacji „Economic Outcast”. Były ekspert ds. Iranu z poprzedniej administracji skomentował to sucho:
„Problem z operacją «Economic Outcast» polega na tym, że podtrzymuje ona trend przedstawiania Stanów Zjednoczonych jako kraju wybitnego pod względem ekonomicznym”. (3)
Znany spekulant giełdowy Peter Schiff po raz kolejny dał znak minus, gdy zauważył:
„Ale «Operacja Ekonomiczny Wyrzutek» nie tylko się nie powiedzie, ale pętla ekonomiczna, która się zaciska, może w końcu zacisnąć się wokół naszych szyi”.
A w X Schiff sformułował całkowite bankructwo polityki Trumpa:
„Bessent wyjaśnił, że powodem, dla którego Trump grozi jedynie wtórnymi sankcjami gospodarczymi, ale ich faktycznie nie nakłada, jest niechęć do „rozwalenia” globalnego systemu finansowego. Ponieważ Stany Zjednoczone są głównym beneficjentem tego systemu, nikt nie potraktuje tej groźby poważnie”. (4)
Zamiast wyczekiwanego „D-Day”, ten wybryk Bessenta okazał się idealnym „Waterloo” dla administracji Trumpa. Takie wpadki z pewnością nie poprawią i tak już niskiego poparcia dla obecnego rządu USA. Co trzeba było palić, żeby wpaść na tak katastrofalne pomysły?
Trump, wielki negocjator
Nawet w pierwszej kadencji Trumpa wielokrotnie podkreślano, że były deweloper nieruchomości traktował politykę jak targ, czyli, mówiąc delikatnie, jak „umowę”. Na przykład, Trumpa nagle zauważono w stolicy Korei Północnej, Pjongjangu, rozmawiającego po przyjacielsku z dyktatorem Kim Dzong Unem. Cóż, stosowanie niekonwencjonalnych taktyk poza ustalonymi kanałami dyplomatycznymi może być z pewnością orzeźwiające. W końcu John F. Kennedy ominął establishment polityki zagranicznej podczas kryzysu kubańskiego, po prostu wysyłając swojego młodszego brata Roberta na spotkanie z Chruszczowem, zapobiegając w ten sposób poważnej konfrontacji.
Jednak druga kadencja Trumpa bezlitośnie obnaża słabości tak nieortodoksyjnego podejścia.
W latach 80. Trump podzielił się swoją mądrością z oszołomioną opinią publiczną w książce napisanej przez ghostwritera Tony’ego Schwarza (5). Książkę zatytułowaną „Sztuka zawierania transakcji” można streścić w jednym zdaniu:
Trzeba stawiać sobie skrajnie wygórowane wymagania, aby ostatecznie osiągnąć znacznie więcej, niż można by osiągnąć stosując strategię miękką.
Brzmi to następująco:
„Najlepsze, co możesz zrobić, to działać z pozycji siły – a dźwignia to największa siła, jaką możesz posiadać… Dźwignia oznacza posiadanie czegoś, czego druga osoba pragnie. Albo jeszcze lepiej: potrzebuje. Albo – co najlepsze – po prostu nie może się bez tego obejść”. (6)
No cóż, tak. Trump doprowadził sztukę dźwigni finansowej do perfekcji. Budował luksusowe hotele, korzystając z niezwykle wysokiego poziomu finansowania dłużnego. Niezliczeni fachowcy oczywiście potrzebowali pieniędzy, które Trump im był winien. To była jego dźwignia. Ale Trump umiejętnie wykorzystywał amerykańskie prawo upadłościowe, a konkretnie Rozdział 11, aby uniknąć płacenia zaległych faktur. Tysiące fachowców zostało oszukanych z pieniędzy przez ten proceder (7). Trump zorganizował w ten sposób sześć bankructw i w ten sposób stał się jeszcze bogatszy.
Teraz Trump stosuje swój maksymalistyczny styl negocjacyjny również w polityce międzynarodowej, wykorzystując drugą dźwignię wojny: propagandę. Na przykład, Trump ogłosił 2 kwietnia 2025 roku „ Dniem Wyzwolenia ”. W tym „Dniu Wyzwolenia” na całym świecie na import z Chińskiej Republiki Ludowej nałożono cła podstawowe w wysokości 10% oraz cła dodatkowe w wysokości 125%. Szacuje się, że ten środek wygenerował 166 miliardów dolarów dochodu dla budżetu federalnego USA. Oczywiście, ta podwyżka ceł była niczym więcej niż tylko znaczną podwyżką podatków dla zwykłych Amerykanów, ponieważ korporacje po prostu przerzuciły te cła na konsumentów.
Nawet Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, pod silnym wpływem Trumpa, uznał, że była to jedynie podwyżka podatków. Uznał podwyżki taryf wprowadzone przez Trumpa za nieważne. Trump potrzebowałby bowiem zgody obu izb Kongresu, aby powołać się na ustawę o międzynarodowych nadzwyczajnych uprawnieniach gospodarczych (IEEPA). W związku z tym pieniądze zebrane przez rząd federalny muszą zostać zwrócone. Zostaną one jednak zwrócone jedynie korporacjom, które następnie będą mogły swobodnie decydować, czy przekazać je konsumentom. Przynajmniej sieć supermarketów Walmart zamierza zwrócić pieniądze konsumentom, oferując znacznie niższe ceny. Sto miliardów dolarów zostało już zwróconych, choć z dużymi trudnościami. Zamiast zwiększonych dochodów rząd stoi teraz w obliczu ogromnych kosztów i równie ogromnego obciążenia biurokratycznego związanego z odzyskiwaniem nielegalnie zebranych funduszy.
Następny teatr wojny: Kanada
Kanada, dotychczas jeden z najwierniejszych sojuszników USA, jest niepotrzebnie odpychana przez USA. Zamiast ostatecznie złagodzić swoją maksymalistyczną taktykę negocjacyjną, Trump wręcz nasila ataki na Kanadę. To, co mogłoby być obiecującą strategią w mętnych wodach nowojorskich rekinów rynku nieruchomości, okazuje się straszną katastrofą w stosunkach międzynarodowych. Stawką jest życie i cierpienie milionów niewinnych ludzi. A teraz Trump mimochodem oświadcza, że Kanada to „straszny kraj” i tak dalej. My, Amerykanie, wcale nie potrzebujemy tych Kanadyjczyków. Ale Kanadyjczycy potrzebują nas. Trump po raz kolejny wygłasza swoją teorię nacisku. Grozi Kanadyjczykom ekstremalnie wysokimi cłami.
Pierwsza część jego strategii zadziałała: kanadyjska delegacja handlowa odbyła trzydniowe rozmowy z delegacją amerykańską. Kanadyjczycy dołożyli wszelkich starań, aby sprostać wymaganiom maksymalistycznego Trumpa. Przynajmniej tak wynika z późniejszych raportów premiera Kanady Marka Carneya.
A teraz Trump, blitzkrieger, powraca. Pod koniec trzeciego dnia negocjacji amerykańska delegacja wysuwa zupełnie nowe, wygórowane żądania, które wcześniej nie były nawet w programie. Albo się na to zgodzić, albo nie. Nagle mówi się o 50-procentowych cłach na części samochodowe produkowane w Kanadzie. Co więcej, Kanadyjczycy mają teraz zwrócić się do USA o pozwolenie na sprzedaż wszelkich kluczowych minerałów innym krajom.
Prawo pierwokupu: Stany Zjednoczone mają umowne prawo pierwokupu wszystkich istotnych materiałów. Ponadto, Kanadyjczycy są proszeni o ograniczenie używania języka francuskiego. Angielski i francuski są językami urzędowymi Kanady od lat 60. XX wieku. Jednak amerykańskie firmy mają dość konieczności deklarowania wszystkich opakowań i korespondencji z Kanadą w obu językach urzędowych. Dlatego administracja Trumpa domaga się, aby Kanada ograniczyła używanie języka francuskiego.
Taktyka targowania się Trumpa przyniosła Kanadyjczykom odwrotnie – spektakularny skutek. Politycy ze wszystkich partii w Kanadzie są szczególnie krytyczni wobec tych rażących naruszeń suwerenności narodowej i, co zrozumiałe, wykorzystują je dla korzyści politycznych. Kanadyjczycy są wściekli. W sondażu 59% Kanadyjczyków wskazało Stany Zjednoczone jako swoje największe zagrożenie, znacznie wyprzedzając Rosję i Chiny (8). Nic więc dziwnego, że Carney był już w Chinach w styczniu tego roku, aby zawrzeć daleko idące porozumienia gospodarcze z Xi Jinpingiem. Na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos Carney wygłosił historyczne przemówienie, w którym jasno dał do zrozumienia, że mocarstwa średniej wielkości muszą teraz zjednoczyć się przeciwko mocarstwom z czołówki, w przeciwnym razie znajdą się w menu mocarstw z czołówki.
Administracja Trumpa zdaje się nie zdawać sobie sprawy, że jej działania przeciwko Kanadzie są samobójcze. Nie pomaga fakt, że sekretarz transportu USA Sean Duffy grozi Kanadzie użyciem siły militarnej (9).
Agencja Reuters trafnie skomentowała groźbę 50-procentowych ceł na kanadyjskie części samochodowe:
„Eskalacja grozi zakłóceniem jednego z najbardziej powiązanych łańcuchów dostaw w branży motoryzacyjnej na świecie. Produkcja samochodów w USA jest silnie uzależniona od części i pojazdów produkowanych w Kanadzie; wyższe cła mogą podnieść koszty dla amerykańskich producentów samochodów i konsumentów, jednocześnie zaostrzając konflikt handlowy, który już odbił się negatywnie na cenach akcji samochodowych”. (10)
W rezultacie akcje producentów samochodów gwałtownie spadły. Konsekwencje mogłyby być jednak o wiele bardziej katastrofalne, gdyby Kanada ograniczyła lub wręcz wstrzymała eksport ropy naftowej do USA. Oczywiście doprowadziłoby to również do ogromnych strat dla Kanady. Kanadyjska prowincja Alberta jest obecnie całkowicie przekształcana w pustynię. Koparki przeczesują lasy borealne w poszukiwaniu piasków roponośnych, z których wydobywa się ropę naftową. Ropa ta jest pompowana rurociągami do rafinerii w USA, gdzie jest rafinowana na ciężką, tzw. kwaśną ropę. Chociaż Stany Zjednoczone eksportują ogromne ilości ropy na cały świat, jest to tzw. słodka ropa, która jest bezużyteczna dla amerykańskiego przemysłu. Stany Zjednoczone pozyskują w ten sposób cztery piąte swojej ciężkiej ropy z Kanady. Jeśli dopływ tej ciężkiej ropy ustanie, amerykański przemysł może ulec zahamowaniu.
Jak nazwać coś takiego? Oczywiście, administracja Trumpa również w tym przypadku poniesie porażkę ze swoją strategią targowania się. Ponieważ świat działa nieco inaczej niż nowojorska bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości. Nie da się zaprzeczyć: strukturalne czynniki upadku amerykańskiego imperium są w ogromnym stopniu przyspieszane przez kompletny idiotyzm elit.
Witamy w wielobiegunowym porządku świata!
(1) apolut.net/history-sterbende-imperien
(2) apolut.net/trumps-schmutziger-insiderhandel-von-hermann-ploppa/
(3) asiatimes.com/2026/08/dołącz-do-nowych-sankcji-dla-iranu-lub-opuść-system-dolarowy
(4) https://x.com/PeterSchiff/status/2091959908681843120
(5) Donald Trump z Tonym Schwartzem: Sztuka zawierania umów. Nowy Jork 1987
(6) tamże.
(7) washingtonpost.com/investigations/trumps-use-of-debts-and-tax-laws-spurs-concerns-about-his-methods
(8) politico.eu/article/canada-us-threat-donald-trump-greenland-iran-study-reveal/
+++
Hermann Ploppa jest politologiem i publicystą. Jego książka „Nowy feudalizm – prywatyzacja, BlackRock, kapitalizm platformowy” została niedawno opublikowana. Ponieważ Amazon nie oferuje jeszcze tej książki, najlepiej zamówić ją bezpośrednio od autora, pisząc na adres: liepsenverlag@gmail.com

———————-

———————————————————–

—————————————————-

——————————

——————————–

—————————————

————————————————–

———————————————————-

———————————————-


W Polsce trwa proces 56-letniej Ukrainki Switłany P., dla której prokurator domaga się 15 lat pozbawienia wolności. Zarzuca się jej m.in., że biła dzieci z domu dziecka po genitaliach, wykorzystywała je seksualnie i udostępniała pedofilom oraz podawała do jedzenia zwierzęce odchody.
Sprawa dotyczy wydarzeń na Ukrainie. Switłana P. prowadziła rodzinny dom dziecka. Wraz z podopiecznymi uciekła do Polski zaraz po rozpoczęciu inwazji Rosji na Ukrainę.
Trafiła do Poznania. Wówczas dzieci będące pod jej opieką postanowiły zgłosić, czego doświadczały na Ukrainie pod opieką 56-latki. Okazuje się, że mowa o wybitnej patologii.
– Poniżała, zastraszała, zmuszała do wielogodzinnego stania w kącie, czy jedzenia zepsutych pokarmów. Ograniczała im także dostęp do jedzenia, picia i toalety – wyliczyła na sali rozpraw podczas ostatniego dnia procesu prok. Nina Tybinkowska-Sepsiak z Poznania.
Ukrainka miała też bić dzieci krzakiem z kolcami, gałęziami oraz tłuczkiem do mięsa. Wyrywała również dzieciom włosy i wkładała do ust brudne pieluchy.
„Jeden z chłopców miał być bity po penisie i przywiązywany do drążka, pianina, a na talerzu do jedzenia miał podawaną… psią kupę” – podał „Super Express”.
Kobieta miała też zapraszać pedofilów i udostępniać im dzieci. Te faszerowano lekami. Nieraz budziły się obolałe i bez bielizny.
„Ukrainka sama również miała molestować dzieci, m.in. kazała się lizać po miejscach intymnych” – czytamy na se.pl.
Proces Switłany P. trwał trzy lata. Ukrainka przekonywała, że jej placówka na Ukrainie była pod „specjalną obserwacją” i żadne dziecko nigdy nie skarżyło się na warunki w jej domu. Twierdziła, że na Ukrainie „nikt nie zauważył niczego złego, niczego mi nie zarzucano”.
Według jej zeznań, dzieci chodziły czyste i zadbane do szkoły. Ona zaś stworzyła dla dzieci azyl, w którym czuły się bezpiecznie.
Przyznała się jednak do bicia dzieci oraz że miała nie poświęcać im „zbyt dużej uwagi”. Jej obrońca, mec. Jędrzej Kwiczor kwestionował zeznania dzieci, które dopiero po przyjeździe do Polski opowiedziały obcym ludziom, co je spotkało.
„W Sądzie Okręgowym właśnie zakończył się proces w tej sprawie. Prokuratura domaga się 15 lat więzienia dla Ukrainki. Ona sama poprosiła o sprawiedliwy wyrok. Sąd ogłosi go 7 września” – napisała redakcja SE.

———————————–

———————————-

——————————————————

—————————————————————-

—————————————-

——————————————————-

———————————————————

—————————————————–

[A trza było poczekać, aż sam się domyje. ]
————————————-
„To się stanie w tym roku”: Uderzenie w cele NATO w Polsce przewiduje generał major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych

Emerytowany generał major MSW Władimir Owcziński przewidział cios dla celów NATO w Polsce: „To się stanie w tym roku”. Zwrócił uwagę, że Zachód faktycznie rozpoczął agresję na pełną skalę przeciwko Rosji, więc nie można tylko czekać na ekspansję ataków wroga – konieczne jest działanie.
Emerytowany Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, doradca ministra spraw wewnętrznych Władimira Owczinskiego w programie „Wyniki dna z Delyaginem” w Царьграде powiedział, że Rosja, jego zdaniem, jest już w stanie wojny z NATO. Uważa, że udział krajów sojuszu w ukraińskim konflikcie nie pozwala nam mówić tylko o możliwej perspektywie bezpośredniej konfrontacji – już dostarczają pociski, które lecą do Moskwy i innych miast.
Ekspert zastanawia się, czy poczekać na dalszą ekspansję ataków na nasze terytorium. Jako jedną z opcji potencjalnych środków odwetowych nazwał uderzenie „Oresznika” na infrastrukturę wojskową w Rzeszowie, gdzie koncentruje się znaczna część pojazdów opancerzonych NATO, a w pobliżu znajdują się lotniska z samolotami bojowymi sojuszu.

Królowa Cargradu
Jednocześnie Owcziński odrzuca sugestię, że takie uderzenie w cele wojskowe w Polsce nieuchronnie doprowadzi do wojny nuklearnej. Według niego kraje zachodnie nie przejdą do konfliktu nuklearnego z Rosją:
Nigdy nie rozpoczną wojny nuklearnej przeciwko Rosji. Ponieważ zarówno prezydent, jak i kierownictwo Ministerstwa Obrony, że dziesięć minut wystarczy, aby zniszczyć każdy kraj NATO na początku wojny nuklearnej przeciwko Rosji. Rosja nie zostanie zniszczona. Dlatego obiekty w Rzeszpwie powinny być skazane na zagładę. Wszystkie magazyny z pojazdami opancerzonymi, amunicją i tak dalej powinny zostać tam zniszczone. I to się stanie. I tak się stanie, jak sądzę, w tym roku. I to już koniec.
Tym samym emerytowany generał major Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przewidział uderzenie w cele NATO w Polsce. Wskazał, że mamy przyjęte dokumenty i faktycznie posiadające prawa siłowe, doktryny, strategie, które mówią, że jeśli istnieje niebezpieczeństwo, jeśli wróg ma plany, aby spowodować znaczne szkody dla Rosji, którym już towarzyszy prawdziwe przygotowanie do uderzeń, możemy podjąć wszelkie środki wyprzedzające, aż do użycia broni jądrowej:
Dzięki Bogu, oprócz broni jądrowej opracowaliśmy systemy takie jak Oresznik, możemy wysyłać pociski, które nie są przechwytywane za pomocą wielo naładowanych pocisków. NATO i Stany Zjednoczone nie mają środków do przechwycenia Oresznika. Przetestowaliśmy już „Орешник”, a te pociski są w wystarczających ilościach.

Władimir Owcziński i Michaił Delyagin. Zdjęcie: Cargrad
Wcześniej politolog Jurij Baranczik zauważył w rozmowie z Царьград, że mieszkańcy nie tylko regionów przygranicznych, ale także tych podmiotów, które są usuwane z linii frontu na tysiąc kilometrów lub nawet częściej wpadają pod ogień w Rosji:
Ponadto nasze rafinerie spłonęły. Ludzie widzieli te zdjęcia i zdają się mówić władzom: „Zmieńmy w jakiś sposób sytuację, aby tak się nie stało”. A drugie pytanie brzmi: jak zmienić tę sytuację. Jedną z opcji jest liczenie według LBS, zgodnie ze scenariuszem koreańskim. Ludzie tego nie popierają. Są gotowi na to, że kierownictwo kraju ogłosi politykę ostrej eskalacji konfliktu, aż do użycia taktycznej broni jądrowej w Europie. I myślę, że jest to bardzo ważna reakcja obywateli.

Królowa Cargradu
Według eksperta można to postrzegać jako sygnał z dołu, że „ludzie czekają”, a ostatnie masowe uderzenia na Kijów za pomocą pocisków, w tym hipersonicznych, i drony „spełniają tę linię aspiracji ludzi” o tym, jak dokładnie walki powinny rozwijać się z naszej strony:
Ale wierzę, że ciosy w zachodnie bazy są również możliwe. Oto obiekty w Rzeszowie, np. w Konstancie. [w Konstancy” (jeśli chodzi o miasto Konstanca w Rumunii) md]. Takie jednorazowe uderzenia mogą zatrzymać ten strumień pomocy dla APU, wiesz. Jeśli się nie zatrzymają – to oczywiście musimy odizolować ten region operacji wojskowych, które są prowadzone na Ukrainie, innymi metodami i środkami.
[—-]
To nie Teheran, nie Moskwa, ani nawet nie zadeklarowany przeciwnik Stanów Zjednoczonych wydaje ten druzgocący werdykt. Pochodzi on nie od kogo innego, jak od jednego z najbardziej wpływowych amerykańskich magazynów poświęconych polityce zagranicznej – i od człowieka, który sam przyczynił się do ukształtowania amerykańskiej polityki wobec Iranu.
Pod tytułem „Maksymalna presja na Iran nie powiedzie się” „ Foreign Affairs ” publikuje niezwykłą krytykę strategii Waszyngtonu wobec Iranu. Podtytuł jest jeszcze bardziej dosadny: „Wojna Trumpa doprowadziła amerykańską strategię w ślepy zaułek”. Artykuł jest obecnie jednym z najczęściej czytanych artykułów w magazynie.
Autor, Nate Swanson, jest kimś więcej niż tylko zewnętrznym komentatorem. W latach 2022-2025 pełnił funkcję dyrektora ds. Iranu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych i był członkiem zespołu negocjacyjnego administracji Trumpa ds. Iranu w 2025 roku.
Obecnie kieruje Projektem Strategii Iranu w Radzie Atlantyckiej. Kiedy taki insider ogłasza, że amerykańska strategia zawiodła, jego słowa mają większą wagę niż zwykła krytyka ze strony opozycji.
Swanson nie pozostawia wiele miejsca na upiększanie, jeśli chodzi o pytanie, kto rozpoczął tę wojnę. Pisze wprost, że prezydent Donald Trump rozpoczął wojnę z Iranem w lutym. Trump, jak argumentuje, chciał w końcu osiągnąć to, czego nie udało się poprzednim prezydentom USA: złamać Iran militarnie i doprowadzić do zmiany reżimu.
Ale sześć miesięcy później obraz jest zupełnie inny.
Stany Zjednoczone i Izrael poważnie uszkodziły irańską infrastrukturę wojskową i cywilną, wyeliminowały kluczowych przywódców i spowodowały ogromne zniszczenia. Tysiące żołnierzy i cywilów zginęło, pisze Swanson. Jednak główny cel polityczny nie został osiągnięty: Republika Islamska się nie poddała. To ujawnia fundamentalny problem z tą polityką: Waszyngton po raz kolejny polegał na swojej zdolności do wymuszania politycznej uległości poprzez przewagę militarną.
Dokładnie to się nie wydarzyło.
Co więcej, według analizy Swansona atak Waszyngtonu mógł osłabić właśnie odstraszający efekt, na którym przez dziesięciolecia opierała się amerykańska polityka wobec Iranu.
Z wojny Iran wyciągnął trzy ważne wnioski.
Po pierwsze, system dowodzenia nauczył się, że jest w stanie wytrzymać nawet zmasowane ataki lotnicze Amerykanów i Izraelczyków. Po drugie, Teheran zdał sobie sprawę, że Waszyngton najwyraźniej nie chce ryzykować inwazji lądowej, prawdopodobnie niezbędnej do rzeczywistej zmiany reżimu. Po trzecie, Iran uznał, że może być w stanie prowadzić wojnę na wyniszczenie dłużej niż Stany Zjednoczone.
To jest godna uwagi zmiana.
Waszyngton chciał pokazać Iranowi, jak bardzo kraj jest podatny na skutki wojny. Zamiast tego Waszyngton mógł pokazać Teheranowi, gdzie leżą granice amerykańskiej potęgi.
Nawet Swanson pisze, że zagrożenie militarne ze strony USA jest dziś mniej istotne niż przed wybuchem wojny. Powtarzające się groźby Trumpa nie wpłynęły znacząco na zachowanie Teheranu od tamtej pory.
Ponieważ presja militarna nie doprowadziła do kapitulacji, Waszyngton próbuje teraz sparaliżować Iran gospodarczo. Według Swansona, Trump opisuje nową kampanię jako „najbardziej druzgocącą operację gospodarczą, jaką kiedykolwiek podjęto przeciwko jakiemukolwiek państwu”. Obejmuje to obecnie blokadę irańskich portów.
Ale tutaj Waszyngton napotyka problem, z którym poprzednie rządy USA nie miały do czynienia w tej formie: Iran może odpowiedzieć – nie tylko militarnie, ale także wywrzeć presję na globalną gospodarkę. Cieśnina Ormuz jest najpotężniejszym narzędziem Teheranu w tym przedsięwzięciu.
Iran udowodnił swoją zdolność do poważnego zakłócenia żeglugi w regionie, jednocześnie atakując infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej. To przekształca amerykańską presję ekonomiczną w narzędzie, którego koszty nie obciążają już wyłącznie Iranu.
Rosnące ceny ropy naftowej i energii mają wpływ na konsumentów i przedsiębiorstwa w znacznie szerszym zakresie niż region – również na Stany Zjednoczone.
Analiza Swansona jest zatem szczególnie niekorzystna dla Waszyngtonu: Iran przekonał się, że może odpowiedzieć na presję ze strony Ameryki kontr-presją ekonomiczną. Właśnie z tego powodu uważa on za niezwykle mało prawdopodobne, aby nowa blokada zmusiła Teheran do kapitulacji.
Być może najbardziej szkodliwa część raportu dotyczącego spraw zagranicznych nie dotyczy wyłącznie Trumpa.
Swanson zasadniczo kwestionuje całą amerykańską politykę wobec Iranu od 1979 roku. Przez dziesięciolecia Waszyngton opierał się na dwóch instrumentach: wiarygodnej groźbie użycia siły militarnej i przymusie ekonomicznym za pomocą sankcji.
Iran został objęty tysiącami sankcji. Transakcje naftowe zostały ograniczone, banki odizolowane, inwestycje zablokowane, a międzynarodowe firmy poddane presji. Konsekwencje dla irańskiej ludności były w niektórych przypadkach ogromne.
Ale czy środki te osiągnęły swój rzeczywisty cel strategiczny?
Odpowiedź Swansona jest otrzeźwiająca. Chociaż presja gospodarcza poważnie wpłynęła na Iran i tymczasowo wpłynęła na decyzje, w dużej mierze nie udało się jej osiągnąć fundamentalnych celów politycznych Waszyngtonu. Republika Islamska nie została ani obalona, ani trwale zmuszona do reorientacji politycznej pożądanej przez Waszyngton.
Szczególnie kontrowersyjne jest jego twierdzenie, że amerykańska polityka nacisku prawdopodobnie nawet zaostrzyła cierpienia irańskiej ludności cywilnej. Innymi słowy, przez dziesięciolecia ponoszono ogromne koszty gospodarcze – bez rozwiązania centralnego problemu politycznego.
Za tym kryje się bardziej podstawowy problem amerykańskiej polityki zagranicznej.
Waszyngton długo zakładał, że jest w stanie kontrolować eskalację: nakładając sankcje, utrzymując bazy wojskowe, grożąc rządom, przeprowadzając ataki powietrzne i organizując blokady gospodarcze – jednocześnie ograniczając koszty dla własnej populacji.
Iran zmienił tę kalkulację. Dzięki rakietom, dronom, a zwłaszcza Cieśninie Ormuz, Teheran ma środki, by bezpośrednio zwrócić część kosztów sojusznikom Waszyngtonu i globalnej gospodarce. Stara logika już nie ma zastosowania.
Im bardziej Waszyngton będzie dławił Iran gospodarczo, tym większą motywację będzie miał Teheran, aby w zamian podnieść cenę ekonomiczną USA i ich sojuszników.
Efektem nie jest już kontrolowana eskalacja, ale spirala, w której obie strony starają się przekroczyć próg bólu drugiej.
Ironia tej wojny jest szczególnie gorzka. Stany Zjednoczone chciały odbudować swoją wiarygodność i pokazać Iranowi, że opór przeciwko Waszyngtonowi jest ostatecznie daremny.
Według analizy Swansona mogło wydarzyć się coś odwrotnego.
Iran przekonał się, że jest w stanie wytrzymać zmasowane ataki. Iran przekonał się, że Waszyngton niechętnie podejmuje inwazję lądową. Iran przekonał się, że rząd amerykański jest wrażliwy na rosnące ceny energii i sprzeciw wewnętrzny. Iran przekonał się również, że Cieśnina Ormuz jest strategiczną dźwignią, za pomocą której można przeciwdziałać presji ze strony Ameryki.
Wojna miała pokazać Teheranowi granice jego potęgi. Zamiast tego mogła obnażyć ograniczenia Waszyngtonu.
Właśnie dlatego ten artykuł o sprawach zagranicznych jest tak interesujący pod względem politycznym.
To nie irański urzędnik rządowy ogłasza amerykańską wojnę porażką. To były dyrektor ds. Iranu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego i były członek zespołu negocjacyjnego Trumpa ds. Iranu.
W innym miejscu Swanson wprost określa wojnę jako arbitralną i pisze, że osłabiła ona interesy amerykańskie i izraelskie. Stany Zjednoczone nie miały jasnej drogi do zwycięstwa.
Jego wniosek w Foreign Affairs jest równie drastyczny: Stany Zjednoczone nie mogły po tej wojnie po prostu powrócić do starego scenariusza.
Czterdzieści siedem lat amerykańskiej polityki nacisku ostatecznie doprowadziło do kosztownej wojny, która w dużej mierze obnażyła ograniczenia tej strategii.
To jest prawdziwe polityczne trzęsienie ziemi, które kryje się za tym artykułem.
Supermocarstwo rozpoczęło wojnę, by zademonstrować swoją dominację. Zniszczyło infrastrukturę, pogłębiło kryzys gospodarczy i po raz kolejny uciekło się do sankcji i blokad.
Ale Iran się nie poddał.
Teraz człowiek z dawnego wewnętrznego kręgu amerykańskiej polityki wobec Iranu ostrzega, że ta wojna nie doprowadziła Waszyngtonu do upadku Iranu, lecz położyła kres jego własnej, stosowanej od dziesięcioleci strategii.

magnapolonia/policja-pomaga-przemytnikom-migrantow
——————————————————
Francuska policja pomaga przemytnikom nachodźców. Dziennikarz związany z zespołem Watchman Media, przez pewien czas działał pod przykryciem w rejonie Calais. Aby dostać się do organizowanej przez przemytników przeprawy, przedstawiał się jako Brytyjczyk, który wcześniej przebywał w Hiszpanii i chciał nielegalnie wrócić do Wielkiej Brytanii. Ostatecznie znalazł pośrednika, któremu zapłacił 1400 euro. Następnie został skierowany do obozowiska, w którym oczekiwali inni migranci. Pomagali im skrajnie lewicowi aktywiści, organizujący nachodźcom żywność, ubrania i telefony komórkowe.
Podczas pierwszej próby przeprawy łódź miała problemy z silnikiem. Francuscy funkcjonariusze wkroczyli wówczas do akcji i zatrzymali część osób podejrzewanych o przemyt. Migranci, w tym Drogan, rozproszyli się. Według reportera nie oznaczało to jednak skutecznego przerwania operacji. Jak relacjonował, ta sama grupa miała następnego dnia ponownie znaleźć się na wybrzeżu i podjąć kolejną próbę przeprawy. Tym razem łódź była sprawna i zdołała wypłynąć na kanał La Manche.
Drogan twierdzi, że właśnie obserwacja sposobu działania przemytników pozwoliła mu zrozumieć, jak funkcjonuje cały mechanizm. Według jego relacji osoby odpowiedzialne za organizację przeprawy początkowo wchodzą na pokład razem z migrantami, aby sprawdzić, czy do łodzi nie dostała się osoba nieuprawniona. Następnie, już po rozpoczęciu rejsu, część z nich ma opuszczać łódź i wracać na francuski brzeg.
Najpoważniejsze zarzuty dotyczą wydarzenia, które miało nastąpić już na wodach kanału. Drogan twierdzi, że mężczyźni, których uważał za przemytników, skontaktowali się drogą radiową z jednostką ratowniczą. Następnie na miejsce miała zostać wezwana francuska jednostka policyjna. Według reportera funkcjonariusze zabrali podejrzanych mężczyzn z łodzi i przewieźli ich z powrotem na francuski brzeg.
Reporter uznał to za szczególnie istotne, ponieważ – jego zdaniem – mężczyźni ci mogli być organizatorami przeprawy. Po krótkiej kontroli mieli zostać zabrani na ląd, zamiast zostać zatrzymani jako potencjalni przemytnicy. To właśnie ten fragment śledztwa stał się podstawą oskarżeń o faktyczne ułatwianie działalności przemytniczej przez francuskie służby. Należy jednak podkreślić, że są to przede wszystkim ustalenia i interpretacje samego reportera. Nie oznaczają one automatycznie, że francuskie państwo prowadzi zorganizowaną politykę wspierania przemytu.
Sprawa nabrała rozgłosu po publikacjach brytyjskich mediów. „The Times” również opisał relację Drogana, wskazując, że francuscy funkcjonariusze są prawnie zobowiązani do udzielania pomocy osobom znajdującym się na morzu i proszącym o ratunek. Jednocześnie brytyjska gazeta odnotowała, że materiał reportera wywołał pytania dotyczące tego, czy procedury ratunkowe nie są wykorzystywane przez przemytników do uniknięcia odpowiedzialności.
Brytyjskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych określiło działanie Drogana jako lekkomyślne. Z punktu widzenia władz wejście na pokład łodzi przemytników oznaczało nie tylko złamanie przepisów, ale również stworzenie dodatkowego zagrożenia dla służb prowadzących działania na kanale. Jednocześnie brytyjski rząd podkreśla współpracę z Francją w celu ograniczenia nielegalnych przepraw. [hi… hi…md]
Nielegalne przeprawy przez kanał La Manche od lat pozostają jednym z największych problemów brytyjskiej polityki migracyjnej. Model działania jest stosunkowo prosty: migranci docierają do północnej Francji, gdzie działające tam grupy przestępcze organizują przeprawy niewielkimi, często przeładowanymi łodziami.
Z perspektywy Wielkiej Brytanii szczególnie problematyczne jest to, że nawet zwiększenie skuteczności działań na samym kanale nie rozwiązuje problemu źródłowego. Jeżeli organizatorzy przemytu mogą stosunkowo łatwo działać na francuskim wybrzeżu, a migranci mogą podejmować kolejne próby przeprawy po nieudanym rejsie, system pozostaje trudny do uszczelnienia.
W ostatnich miesiącach Londyn i Paryż próbowały zacieśnić współpracę w tej sprawie. Według „The Times” od czasu zawarcia najnowszego porozumienia Francuzi przechwycili 185 łodzi, co miało odpowiadać około 61% wszystkich prób przepraw. Jednocześnie analiza gazety wskazywała, że odsetek zatrzymywanych przepraw nie zmienił się znacząco w porównaniu z okresem poprzedzającym porozumienie.
Śledztwo Drogana może być istotnym materiałem dokumentującym konkretne zachowanie funkcjonariuszy, a także pokazującym luki w systemie przeciwdziałania przemytowi. Nie stanowi jednak samo w sobie dowodu na istnienie formalnego porozumienia pomiędzy władzami Francji a organizacjami przemytniczymi.
Różnica jest istotna. Czym innym jest świadome wspieranie działalności przestępczej przez państwo, czym innym zaś nieskuteczność służb, błędne decyzje funkcjonariuszy, ograniczenia wynikające z prawa morskiego czy wykorzystywanie procedur ratunkowych przez przemytników. Po dotarciu łodzi w rejon działań brytyjskich służb Drogan został przejęty przez Border Force. Wówczas jego prawdziwa tożsamość oraz cel udziału w przeprawie miały zostać ujawnione. Reporter pozytywnie ocenił działania brytyjskich funkcjonariuszy, krytykując jednocześnie polityków za brak rozwiązania problemu na poziomie systemowym.
Sprawa pokazuje przede wszystkim skalę problemu, jaki dla Wielkiej Brytanii stanowią przeprawy przez kanał La Manche. Jeżeli przemytnicy mogą organizować kolejne przeprawy niemal natychmiast po nieudanej próbie, a osoby pełniące kluczowe funkcje w organizacji rejsów łatwo unikają zatrzymania, to obecny system faktycznie wspiera przestępcze struktury, daje im parasol ochronny.
Śledztwo Christiana Drogana pokazało mechanizm, w ramach którego francuskie służby pomagają osobom podejrzewanym o przemyt wrócić na brzeg i kontynuować działalność, zamiast je zatrzymać. Wobec braku oficjalnych protestów ze strony Wielkiej Brytanii, można pokusić się o tezę, że proceder jest zaplanowany, a straż graniczna i policja obu krajów jedynie pozorują ściganie przemytników i walkę z imigracją.
Posted by Marucha w dniu 2026-08-27 marucha./rozmowa-portalu-ukraina-ru-z-red-konradem-rekasem/
Ukraina.ru: Panie Redaktorze, niedawno Pan prezydent Rosji Władimir Putin wyraził przekonanie, że prędzej czy później Ukraina utraci swoje zachodnie ziemie na rzecz ich historycznych właścicieli, wspominając między innymi o byłych ziemiach polskich. Czy sama Polska przygotowuje się na taki scenariusz?
Konrad Rękas: III Rzeczpospolita, czyli obecna forma państwowości polskiej – nie, bo jest całkowicie niesamodzielna wobec Anglosasów i prędzej sama stałaby się częścią UkroPolinu, pro-zachodniej unii polsko-ukraińskiej niż ośmieliłaby się oficjalnie zgłosić roszczenia wobec historycznych ziem polskich pod tymczasowym zarządem ukraińskim.
Natomiast naród polski tak, jak najbardziej jest gotów powrócić na polskie Kresy Wschodnie i połączyć się w jednym państwie z naszymi rodakami, zamieszkującymi obecną Ukrainę, siłą oddzielonymi od ojczyzny i narażonymi na szowinistyczną politykę Kijowa skierowaną przeciw wszystkim mniejszościom.
Jedyną wątpliwością, wyrażaną niekiedy przez Polaków, żywo dyskutujących w internecie, bywa kwestia Ukraińców zamieszkujących obecnie Lwów, Łuck, Równe, Tarnopol, Stanisławów, Żytomierz, Winnicę i Kamieniec Podolski.
„Po co nam więcej Ukraińców?!” – pytają, odnosząc się do przeszło 3,5-milionowej rzeszy ukraińskich nachodźców, zamieszkujących obecnie w Polsce. Takie obawy łatwo jednak można rozproszyć. Wszak kiedy po wygranej II wojnie światowej Polska odzyskiwała swoje historyczne Ziemie Zachodnie – takie miasta jak Wrocław, Gdańsk czy Szczecin były wciąż pełne Niemców. A jednak w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy gremialnie opuścili oni odradzające się państwo polskie.
Zmiana granic pociąga za sobą zmiany etniczne, wiedzą o tym mieszkańcy serbskiej Krainy czy Cypru. Kiedy polskie Wilno przyłączono do Litwy w 1939 r. było tam mniej niż 1 procent Litwinów, Lwów przed 1944 r. był miastem od kilku stuleci rdzennie polskim. Powrót tych miast do Polski przywróciłby ich pierwotny skład etniczny, a dynamiczna akcja repolonizacyjna zatarłaby szybko powierzchowne ślady ukrainizacji czy lituanizacji.
Wystarczy jeden szybki ruch i ukraiński epizod w długiej historii Lwowa i całych Kresów odszedłby w niepamięć, na którą zasłużył. Ukraina jest pasożytem na ziemiach polskich i jak pasożyt powinna zostać potraktowana.
Ukraina.ru: We wrześniu br. w Polsce odbędą się ćwiczenia wojskowe tzw. koalicji chętnych. Oprócz żołnierzy polskich, zapowiedziano udział 1500 żołnierzy francuskich i brytyjskich. Organizatorzy tych ćwiczeń nie kryją, że ich celem jest przygotowanie do rozmieszczenia wojsk europejskich na Ukrainie. Czy Pana zdaniem jest to możliwe, a jeśli tak, to na jakich warunkach?
KR: Siły europejskie nie muszą wchodzić na Ukrainę, bo już tam są, wystarczy, że się ujawnią. Bez zachodniej, a dokładniej amerykańskiej pomocy nie byłyby możliwe ukraińskie ataki dalekiego zasięgu na cele w głębi Rosji. Bez brytyjskiego i niemieckiego udziału nie byłyby możliwe ukraińskie akty sabotażu i dywersji. Polscy żołnierze udający najemników działają na Ukrainie od euromajdanu.
Rozszerzenie i umiędzynarodowienie konfliktu można uzyskać także w inny sposób, relokując kijowskie bojówki do krajów bałtyckich, do Mołdawii, a także do Polski, gdzie mogłyby służyć zdyscyplinowaniu Polaków buntujących się przeciw ukraińskiej dominacji.
Nie miejmy złudzeń, Rosja walczy z koalicją zachodnią już co najmniej od 2014 r., od 2022 roku wreszcie czyni to zbrojnie, jednak cały czas wypiera się to z rosyjskiej świadomości. Rosjanie zostali napadnięci przez taką samą międzynarodową koalicję, jaka stanęła w szeregach Kawalerów Mieczowych przeciw Aleksandrowi Newskiemu, u boku Karola XII przeciw Piotrowi Wielkiemu, pod wodzą Napoleona przeciw Kutuzowowi i pod przewodem Hitlera przeciw narodom sowieckim. Ta wojna wróciła i dalej trwa.
Ukraina.ru: W kwietniu ogłoszono, że Francja planuje wspólne ćwiczenia sił powietrznych z Polską z udziałem myśliwców wielozadaniowych Rafale uzbrojonych w pociski nuklearne. Ćwiczenia te mają obejmować symulowane ataki na cele w Rosji i na Białorusi. Jednocześnie władze Warszawy starają się o udział w programie Nuclear Sharing, który zakłada rozmieszczenie amerykańskich bomb atomowych. Skąd ta samobójcza chęć uczynienia z Polski celu nuklearnego?
KR: Taktyczna / ograniczona wojna jądrowa pozostaje jedną z metod akceptowalnych w ramach NATO-wskiego planu aktywnej obrony strategicznej, czyli faktycznie ataku wyprzedzającego na Rosję i Białoruś. Co konkretnie wyprzedzającego – dowódcy NATO nigdy nie uważali za stosowne wyjaśnić, grunt, żeby to ich kody odpalające zostały wczytane pierwsze.
Bomby jądrowe mają zaś to do siebie, że muszą gdzieś wybuchnąć – oczywiście na terytorium wroga spadając na cele uznawane za istotne strategicznie, np. główne centra przemysłowe i decyzyjne kraju, zaś na własnym terenie… Cóż, na własnym terenie należy znaleźć i wyeksponować takie obszary, z których straty mogłyby zostać uznane za akceptowalne z punktu widzenia Londynu, Berlina i Paryża. Tak jak Polska, Rumunia i Pribałtika.
Ukraina.ru: W ostatnich miesiącach różne sondaże udokumentowały narastające negatywne nastawienie Polaków do Wołodymyra Zełenskiego, Ukrainy i Ukraińców. Ten ostatni punkt potwierdzają trwające konflikty wewnętrzne z obywatelami Ukrainy w Polsce. W tej sytuacji zarówno rząd, jak i znaczna część opozycji apelują o utrzymanie poparcia dla Kijowa ze strony Warszawy. Czy nadchodzące wybory parlamentarne mogą odwrócić ten trend?
KR: Elity polityczno-medialne III RP dość długo myślały jak zareagować na falę wyraźnego społecznego przesytu pro-kijowską propagandą w Polsce. Wszystko, co w głównym nurcie umiano wymyślić to jednak tylko łzawe historyjki o biednych ukraińskich nastolatkach, na które ktoś nakrzyczał w tramwaju, bo kładły nogi w butach na oparciach siedzeń. W tak opisywanej historii jeden burkliwy starszy Polak nie tylko miałby równoważyć kilkaset tysięcy Polaków ludobójczo pomordowanych przez ukraińskich nazistów podczas Rzezi Wołyńskiej.
Polacy, którzy nie chcą dalej płacić Ukraińcom za darmowe zasiłki, przejazdy, leki, opiekę medyczną emerytury okazują się być nagle gorsi od „bomb Putina!”. Nie trzeba dodawać, że tak przerysowana, jeszcze bardziej histeryczna propaganda zamiast przekonywać Polaków do Kijowa i dalszego wspierania ukraińskich nazistów i oligarchów – działa tylko bardziej otrzeźwiająco i odstręczająco. Polacy się budzą i ani szantażowani ukraińskimi burdelami politycy, ani sprzedajni dziennikarze z mediów należących do niemieckiego i amerykańskiego kapitału zmienić już tego nie są w stanie.
Ukraina.ru: W lipcu w całej Polsce odbyły się masowe uroczystości upamiętniające ofiary Rzezi Wołyńskiej, w których sam Pan uczestniczył. Tymczasem na Ukrainie nasilają się gloryfikacje osób i organizacji, które dopuściły się tej zbrodni. Czy nie nadszedł czas, aby Polacy przypomnieli sobie tezę Jerzego Giedroycia, że Polska nie powinna wspierać nacjonalistycznego rządu na Ukrainie, a w takim przypadku Moskwa byłaby naturalnym, choć taktycznym, sojusznikiem Warszawy – jako przeciwwaga dla ukraińskiego nacjonalizmu?
KR: Nie trzeba ani lubić Rosji i Rosjan, ani nawet życzyć im zwycięstwa, by rozumieć, że Polska skazana jest na współpracę z Rosją – w swoim najlepszym interesie, zaś dla Rosjan Polacy mogliby być znakomitymi partnerami i pośrednikami w dziele odbudowie relacji z Europą, oczywiście z pominięciem jej wyalienowanych elit.
Dyplomacja narodów przeciw wojnie oligarchów byłaby najlepszym wyjściem z obecnego kryzysu, który w Europie Zachodniej objawia się wzrostem kosztów życia, spekulacją energetyczną, katastrofą imigracyjną i rozkładem cywilizacyjnym. Polska tyle razy i często bez własnego udziału była bramą do zachodnich inwazji na Rosję, najwyższy czas, byśmy wyciągnęli wnioski z historii i jak mówił polski ksiądz prymas, Stefan kardynał Wyszyński, oparli się o ścianę wschodnią, słowiańską. Nasza współpraca znakomicie pomogłaby też w denazyfikacji Ukrainy, która potrzebuje naszej wspólnej pomocy w uwolnieniu spod jarzma międzynarodowej finansjery, rodzimych oligarchów i nazistów.
Ukraina.ru: W zeszłym tygodniu Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna w Polsce, rozpadła się po raz piąty. Czy powinniśmy spodziewać się w związku z tym znaczących zmian w polskiej klasie politycznej, czy skończy się to kolejnym „przestawianiem łóżek w burdelu”?
KR: Podział sceny politycznej III RP na liberalno-europejską PO i konserwatywno-amerykańskie PiS, zainicjowany po wyborach w 2005 r., nareszcie dobiega końca, podobnie jak wcześniejsza (równie fikcyjna) konkurencja post-Solidarności z post-komuną. Naturalne starzenie się frontmenów i dorastanie kolejnych pokoleń wyborców skłaniają do restrukturyzacji sceny politycznej.
Zmieniają się szyldy, poprzedni drugi szereg staje się nagle odświeżonym pierwszym, jednak w istocie w Polsce, podobnie jak i w innych państwach Europy Środkowej istnieją całe hodowle polityków partyjnych, prezenterów telewizyjnych, celebrytów, kierowników polityki gospodarczej, którzy mają służyć tylko jednemu celowi – utrzymaniu stanu zależności Polski od Zachodu, a Polaków w pułapce średniego wzrostu, dającego pozory spokojnego życia mimo skrajnie niskich zarobków i stałego wzrostu cen oraz braku samodzielności ekonomicznej.
Ruch z ex-premierem Morawieckim należy widzieć w tych właśnie kategoriach. To próba oddziaływania na wyborców zdezorientowanych, zrażonych do dotychczasowych partii, ale niegotowych, by całkowicie zerwać z dotychczasowym systemem, ciągle tymi samymi nazwiskami, twarzami i… kapitałami. To także rozpaczliwy odruch obronny systemu, przerażonego wzrostem nastrojów, nad którymi nie panuje i których nie jest w stanie zmanipulować.
Nie udało się wypromować polityków PiS, ani PSL, wypróbowanych sług narodu ukraińskiego, na antybanderowskich patriotów, tworzone są więc byty, mające zapewnić pro-zachodnią i pro-kijowską większość po wyborach jesienią 2027 r.
Tymczasem jeśli za rok dojdzie do powstania jakiegoś rządu ocalenia narodowego przed populizmem i rosyjskimi agentami w Polsce, wówczas w ciągu najdalej kilkunastu miesięcy III RP się zawali, podobnie jak i jej układ zależności od Zachodu, a władzę w Polsce przejmą po prostu Polacy. I będą rządzić po polsku i w polskim interesie.
No chyba, że wówczas władza, wzmocniona wsparciem Zachodu i na jego rozkaz – zdecyduje się na rozwiązanie siłowe. A wówczas, zgodnie z wielowiekową już tradycją, oby miał nam kto udzielić pomocy.
Ukraina.ru: Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Oleg Chawicz
https://aniemowilem.pl/

Źródło: AI Generated
Współczesne modele językowe potrafią pisać eseje, programować w wielu językach i prowadzić dyskusje, które dla przeciętnego użytkownika są nieodróżnialne od rozmowy z człowiekiem. Ten poziom sprawności sprawia, że coraz częściej zadajemy sobie pytanie, czy maszyny w końcu nauczyły się rozumować. Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak jednoznaczna i zależy od tego, jak zdefiniujemy proces myślenia. Dla wielu ekspertów to, co obserwujemy, nie jest narodzinami cyfrowej świadomości, lecz niezwykle zaawansowaną formą naśladownictwa.
Kluczem do zrozumienia działania dużych modeli językowych jest statystyka. Maszyny nie operują na pojęciach ani ideach, lecz na prawdopodobieństwie. Kiedy AI generuje odpowiedź, w rzeczywistości przeszukuje gigantyczne zbiory danych, aby znaleźć najbardziej prawdopodobny ciąg słów, który następuje po zadanym pytaniu. Ponieważ ludzki język jest z natury ustrukturyzowany i logiczny, statystyczne przewidywanie kolejnych wyrazów często wygląda jak proces rozumowania. W rzeczywistości jest to jednak dopasowywanie wzorców, a nie zrozumienie treści.
W świecie nauki rozróżnia się rozumowanie oparte na logice formalnej od tego, czym zajmują się modele typu LLM. Prawdziwe rozumowanie maszynowe powinno opierać się na jawnych regułach i wnioskowaniu z pierwszych zasad. Tymczasem sztuczna inteligencja działa w sposób retrospektywny. Czerpie z tego, co już zostało napisane przez ludzi, i odtwarza te schematy. Można to określić mianem użytecznego pseudo-rozumowania. Jest ono niezwykle pomocne w codziennych zadaniach, ale pozostaje jedynie imitacją procesu poznawczego.
Różnica między człowiekiem a maszyną staje się szczególnie widoczna w kwestii tworzenia nowości. Ludzka kognicja jest zorientowana na przyszłość i zdolna do generowania autentycznie nowych koncepcji oraz rozwiązań, które nie wynikają bezpośrednio z poprzednich danych. AI natomiast jest w dużej mierze ograniczona do danych treningowych. Nawet gdy model wydaje się być kreatywny, zazwyczaj łączy on znane mu elementy w nowy sposób, zamiast tworzyć nową teorię czy ideę od podstaw.
Obecnie rozwija się nowa generacja modeli, nazywana modelami rozumowania (LRM). Wykorzystują one techniki takie jak łańcuch myśli, co pozwala im na rozbicie złożonego problemu na mniejsze kroki. Wywołuje to ogromny entuzjazm w branży technologicznej, ale część badaczy pozostaje sceptyczna. Pytają oni, czy te modele faktycznie zyskały zdolność generalnego i odpornego rozumowania, czy może po prostu nauczyły się naśladować sposób, w jaki ludzie zapisują proces myślowy w tekstach. Jeśli model był trenowany na tysiącach przykładów rozwiązywania zadań matematycznych krok po kroku, będzie on powielał tę strukturę, nie rozumiejąc samej natury matematyki.
Wiele osób ulega złudzeniu inteligencji, ponieważ AI potrafi perfekcyjnie symulować styl wypowiedzi ekspertów. Kiedy maszyna brzmi pewnie i posługuje się fachową terminologią, mamy tendencję do przypisywania jej opinii lub przekonań. W rzeczywistości AI nie posiada żadnych poglądów ani świadomości. Jest lustrem, w którym odbija się suma ludzkiej wiedzy zapisanej w internecie. To, co bierzemy za intelekt, jest w istocie bardzo sprawnym mechanizmem przewidywania statystycznego.

Problem ten ma również wymiar filozoficzny. Jeśli maszyna potrafi idealnie udawać rozumowanie i dostarczać poprawne wyniki, to czy ma znaczenie, czy robi to w sposób świadomy? Dla inżyniera budującego narzędzie odpowiedź brzmi: nie. Dla naukowca badającego naturę umysłu różnica jest fundamentalna. Rozumienie wymaga świadomości kontekstu i relacji przyczynowo-skutkowych, podczas gdy AI operuje na korelacjach.
Sztuczna inteligencja nie jest zatem myślicielem, lecz genialnym imitatorem. Potrafi ona przekonać nas o swojej inteligencji, ponieważ operuje na danych stworzonych przez inteligentne istoty. Granica między naśladowaniem a rozumowaniem pozostaje nieprzekroczona, a obecne modele, mimo swojej potęgi, wciąż pozostają zaawansowanymi kalkulatorami słów, a nie świadomymi bytami.
Źródła:
https://medium.com/@mstuva/human-reasoning-vs-ai-two-diff…
https://www.science.org/doi/10.1126/science.adw5211
Autor: Piotr Szubarczyk 28.06.2020 przystanekhistoria/Nieznany-pamietnik-babci-Inki
W Ełku, u rodziny Tymińskich, przechowywany jest od lat pamiętnik Heleny Tymińskiej (1885–1968), babci „Inki” po kądzieli. Najbardziej dramatyczne fragmenty dotyczą jej ukochanej wnuczki – Danusi.
Od lat piszę o sprawie Danuty Siedzikówny „Inki”. Jestem autorem pierwszego artykułu o niej w prasie ogólnopolskiej (2001), pierwszej broszury, pierwszej książki oraz biogramu w Encyklopedii białych plam.
Byłem przekonany, że wszystko, co najważniejsze w sprawie „Inki”, już znam, zwłaszcza po wielogodzinnych rozmowach z jej siostrą, Wiesławą Siedzik-Korzeniową, ks. Marianem Prusakiem i zastępcą naczelnika gdańskiego więzienia w roku 1946, Alojzym Nowickim.

============================================
Sądziłem, że pozostaje mi już tylko bronić pamięci „Inki” przed niemądrymi opiniami i domysłami, których nie brakuje, zwłaszcza w środowiskach prosowiecko nastawionych Białorusinów, niechętnych nie tylko „Ince”, ale Żołnierzom Wyklętym w ogóle. I dlatego zaprotestowałem niedawno przeciwko chybionemu projektowi rozpowszechniania we wszystkich polskich szkołach książki Szukając „Inki” (2015), w której te postsowieckie opinie są cytowane bez słowa komentarza i w której kwestionuje się więzienny gryps „Inki” do babci(!), ze słowami, które zna dziś cała Polska: „Powiedzcie […], że zachowałam się jak trzeba”. Kwestionuje się, bo – jak brzmi dziwny argument – „w roku 1946 w Gdańsku nie latało się po mieście z grypsami”.
Zamknięty w szufladzie
I oto sensacja! Istnieje – jak się dowiedziałem – pamiętnik Heleny Tymińskiej, babci „Inki”, do której kierowała ona owe najważniejsze słowa w swym ostatnim grypsie. Pięć zeszytów sześćdziesięcio-kartkowych, zapisanych strona po stronie. Szósty, niestety, gdzieś przepadł. Po śmierci Heleny (pochowanej na cmentarzu parafialnym w Grajewie) zeszyty te trafiły do jej najmłodszego syna, Brunona Tymińskiego (rocznik 1924). Był rok 1968, więc pan Brunon natychmiast zorientował się, że to nie jest lektura na czasy późnego Gomułki. Ani Gierka. Ani tym bardziej Jaruzelskiego!
Byłem przekonany, że wszystko, co najważniejsze w sprawie „Inki”, już znam… Sądziłem, że pozostaje mi już tylko bronić pamięci „Inki” przed niemądrymi opiniami i domysłami, których nie brakuje, zwłaszcza w środowiskach prosowiecko nastawionych Białorusinów, niechętnych nie tylko „Ince”, ale Żołnierzom Wyklętym w ogóle.
Zakopał pamiętnik głęboko w szufladzie, zaglądając do niego od czasu do czasu. Nawet po roku 1990 nie był pewien, czy to jest już ten czas. „Odkrycie” „Inki” przez całą Polskę, jej narastająca sława, spektakl TVP, artykuły prasowe, nadawanie jej imienia szkołom sprawiały mu wielką radość, wielokrotnie sam w tych uroczystościach uczestniczył, choć był coraz starszy i podupadał na zdrowiu. Doszedł w końcu do przekonania, że dla pełnego zrozumienia postępowania „Inki” w najbardziej ekstremalnych momentach (jej postawa podczas ubeckiego „śledztwa”, odmowa podpisania prośby o łaskę do Bolesława Bieruta, okrzyki wydane przed plutonem egzekucyjnym) jest konieczne, by Polacy poznali pamiętnik jego matki. Z czasem depozytariuszem zapisków uczynił swego syna, Dariusza Tymińskiego (rocznik 1965).
Kiedy się pojawiłem w Ełku u pana Dariusza z pytaniem o możliwość przejęcia lub skopiowania przez IPN pamiętnika jego babci, usłyszałem stanowcze: Jeszcze nie teraz. Pan Dariusz dopiero niedawno otrzymał te zapiski. Musi je ogarnąć i musi podjąć decyzję, czy te fragmenty, które mają charakter intymny lub dotyczą kwestii ściśle rodzinnych, można upowszechnić. Chodzi o to, by ich publikacja nie spowodowała niesnasek w rodzinie. I dlatego stwierdził:
„Musi mnie pan zrozumieć. Nie chcę być cenzorem, ale jako depozytariusz czuję się odpowiedzialny za ewentualne skutki publikacji. Możemy rozmawiać o publikacji pamiętnika, ale jeszcze nie teraz”.
Rozumiem. Z fragmentów pamiętnika, które poznałem, wynika, że babcia Helena o najtrudniejszych sprawach waliła prosto z mostu. I brzydziła się kłamstwami, niedomówieniami, o czym pisała wprost.
Po godzinnej rozmowie przekonuję pana Dariusza, że już teraz mógłby udostępnić chociaż fragmenty pamiętnika „Biuletynowi IPN” i „Naszemu Dziennikowi”, którego zasługi dla pamięci o „Ince” są nieocenione (tam był pierwszy artykuł o niej). Pan Dariusz śmieje się, obserwując mój entuzjazm dla sprawy, i zgadza się:
„Dam panu fragment, w którym babcia pisze o Danusi, i fragmenty z pierwszej części pamiętnika, dotyczące dzieciństwa i młodości Heleny Tymińskiej”.
Nie jestem „ruska Polka”!
Czekałem niecierpliwie na przesyłkę, a potem zabrałem się do lektury, która zapiera dech w piersiach! Umocniłem się w przekonaniu, że te zapiski powinna poznać cała Polska. Poznałem już na tyle pana Dariusza – człowieka wielkiej kultury, taktu, współodczuwającego znaczenie „Inki” dla Polaków, zwłaszcza młodzieży – że jestem spokojny o publikację całego pamiętnika.
Nawet te niewielkie fragmenty udostępnione mi przez pana Dariusza (ze zgodą na cytowanie) robią wielkie wrażenie i nadają sprawie „Inki” nowy wymiar. Na czym ta nowość polega? Na tym przede wszystkim, że „Inka” nie była „zagubioną nastolatką” (taką opinię znajdujemy w książce Szukając „Inki”), lecz – mimo młodego wieku – w pełni świadomą swej narodowości i obowiązków wobec Polski, hardą Kresowianką. Była lustrzanym odbiciem babci Heleny! Ta sama krew, ta sama harda Polka!
I oto sensacja! Istnieje – jak się dowiedziałem – pamiętnik Heleny Tymińskiej, babci „Inki”, do której kierowała ona owe najważniejsze słowa w swym ostatnim grypsie. Pięć zeszytów sześćdziesięcio-kartkowych, zapisanych strona po stronie. Szósty, niestety, gdzieś przepadł.
Helena – wychowana w Tyflisie – przyjeżdża po raz pierwszy do Warszawy w roku 1902 i jest oburzona, że śmią o niej mówić „ruska Polka”! To tak się traktuje kogoś, kto w obcym rosyjskim środowisku broni swej polskiej tożsamości, pracuje nad językiem?! Tak się traktuje kogoś, kto pochodzi z rodziny pokaleczonej represjami i kontrybucjami za udział w Powstaniu Styczniowym?! Złości się na warszawiaków, że są „klerykalni” i zamknięci na nowinki tego świata. Ona sama w Tyflisie czy w Baku zetknęła się z modnymi wśród ówczesnej młodzieży prądami socjalistycznymi i anarchistycznymi. Ale potem przychodzi dojrzała refleksja: czy ten „klerykalizm” nie bierze się z represji rosyjskich wobec Polaków, których ona, żyjąc dotychczas w Rosji, bezpośrednio nie doświadczyła?
Cudne są te wspomnienia z przełomu wieków, nasycone ówczesnymi realiami. Będą interesujące nie tylko dla miłośników historii o Żołnierzach Wyklętych i ich formacji duchowej. Poznamy też perypetie „duszne” i romanse pełnej życia i urody Helenki:
„Ja i siostra byłyśmy ładne, więc nie brakowało i kochania się… Duży wpływ w kształtowaniu się mojej świadomości miała miłość do mnie Kazimierza Wiłkomirskiego. Malarza, dla którego na świecie były tylko dwie święte rzeczy: ja i sztuka. Kochał jednakowo głęboko. Lecz czy ja, czternastoletni podlotek, mogłam to zrozumieć!”
Po Nowym Roku Danuta idzie do gimnazjum. Wychodząc z domu, powiedziała: Babciu, to najszczęśliwszy dzień mojego życia!
Poznamy realia życia rodziny rosyjskiego pułkownika. Rosyjskiego? A jakże! Karol Rzepecki, pradziadek „Inki”, ojciec Heleny, był tak jak jego brat wysokiej rangi oficerem armii rosyjskiej! Wielu młodych Polaków robiło karierę w armii wroga z nadzieją, że kiedyś będą mogli służyć Polsce. A jednocześnie ich rodzina płaciła drastyczne kontrybucje za Powstanie Styczniowe. Czy to będzie zrozumiałe dla młodego czytelnika w naszych czasach? Pamiętnik Heleny Tymińskiej wymaga rzetelnego komentarza historycznego i objaśnień ówczesnych realiów.
„Inka” na urlopie
Dla mnie najciekawszy oraz najbardziej odkrywczy i dramatyczny jest fragment zapisków Heleny dotyczący wnuczek. Jest rok 1946. Zacytujmy go w całości:
„Danuta poszła w partyzantkę. Gdy syn [Brunon Tymiński] był w Białymstoku, ona przyjechała do niego chora i on ją odwiózł do mnie, do Nierośnego. Była żądna nauki. Zaczęła się przygotowywać do gimnazjum. Ciężka to była nauka. Za nauczycielkę byłam ja, lecz miałam wtedy i gospodarkę, i uczniów, i gimnazjum. Oprócz tego w matematyce byłam durak… A ona nic nie mogła przyjąć na słowo, a wytłumaczyć nie umiałam. A do tego nafty nie ma, łuczywa palimy. Ciężko. Jednak wytrwamy! I oto po Nowym Roku Danuta idzie do gimnazjum. Wychodząc z domu, powiedziała: «Babciu, to najszczęśliwszy dzień mojego życia!»
Niedługo to szczęście trwało, bo tylko jeden tydzień. Wiesia [siostra «Inki»] nie przyjechała ze Świąt. Byłam niespokojna, dlaczego nie przyjeżdża. Nauka już się zaczęła, a jej nie ma. Nareszcie po tygodniu przyjeżdża. Jest zdenerwowana, roztrzęsiona. Udało się wyciągnąć od niej, że w Białymstoku spotkał ją szpicel z Narewki, kazał iść za sobą. Zaprowadził do więzienia. Tam ją trzymali cały tydzień, domagając się, żeby powiedziała, gdzie siostra Danuta. Nie powiedziała. Postraszywszy ją, odpuścili.
Wraca do domu, mija sklep z artykułami papierniczymi. Zawraca. „Poproszę pięć… może sześć zeszytów 60-kartkowych.” Wraca zmęczona do domu i zaczyna pisać. I znów żyje: kaukaską jurtą, instytutem dla panienek z dobrych domów, Kaziem Wiłkomirskim i kochanym Janem. I jest jej lżej.
Danusia, gdy o tym usłyszała, zdecydowała od razu, że musi natychmiast odejść. Po nitce do kłębka znajdą ją. Nie chciałam, żeby odchodziła, ale lękałam się o nią i nie wiedziałam, co robić. Przecież nie mogłam wziąć na siebie odpowiedzialności, że wszystko będzie dobrze. A ona już miała swoje dossier [na UB – po ucieczce z konwoju w czerwcu 1945].
Po śmierci Matki była łączniczką z leśnymi partyzantami. Było jej już ciasno, nie uciekła w lasy i ją aresztowali. Po kilku dniach partię aresztowanych prowadzili z Narewki do Hajnówki i ona też była w tej partii. Ją uprzedzili, że będą odbijać, i rzeczywiście partyzanci napadli na nich. Wszyscy od razu położyli się do rowów. Ona skorzystała, jak mówiła, zdecydowała w ułamku sekundy. Pobiegła do lasu. Do niej strzelali, sukienka była przebita kulami w kilku miejscach, lecz ją nie ranili. Las! Puszcza Białowieska! Nie tak łatwo spotkać tam ludzi. Ona błądziła cały dzień i dopiero na wieczór spotkała oddział partyzancki. W jakim była stanie, trudno sobie wyobrazić. Dowódca oddziału kazał dać jej wódki. Zwaliło od razu, zasnęła i uspokoiła się. Została w oddziale, a na jesieni przyszła, jak już wspomniałam, do syna, do Białegostoku. On ją odwiózł do mnie. Gdy namawiałam zostać, powiedziała: «Czy my z Tobą choć noc prześpimy spokojnie? Gdy kto przejeżdża (szkoła była przy szosie), i ja, i ty nie śpimy. Lepiej skryć się».
Pojechała więc do Białegostoku, gdzie była znajoma rodzina, syn której był też w partyzantce. Pytanie, z czego i gdzie żyć? Leśnictwo jest znane i bliskie. Idzie więc do Urzędu Lasów i tam dowiaduje się, że dyrektorem jest jej chrzestny ojciec i najbliższy przyjaciel ojca [Stefan Obuchowicz]. Ona zwróciła się do niego i szczerze wszystko opowiedziała. Natychmiast wysłał ją do leśniczówki, w zapadłym kącie lasu [Miłomłyn koło Ostródy]. Tymczasem ja robiłam starania, żeby ona mogła dalej się uczyć. Pawlik K., mój wielki przyjaciel, urządził ją w Domu Dziecka w Sopotach i w liceum tamże [ostatecznie w roku 1946 trafiła tam Wiesia]. Bruno z rzeczami potrzebnymi jej jedzie do tej leśniczówki. W drodze dowiaduje się, że właśnie w ten sam dzień przysłali po nią z lasu i jej już tam nie ma.

Nic o niej nie wiemy. Po paru miesiącach przyjeżdża do mnie na parę dni [urlopowana przez dowódcę]. Jest w partii w Lasach Tucholskich, dowódca bardzo dobry. Pytam: – Czy ty też zabijasz? – Nie, babciu. Nie mam przy sobie nawet oręża. Idę za oddziałem. Jeśli jest ranny, opatruję go. Jeśli gdzie zatrzymujemy się, gotuję jak umiem i opatruję chorych. Zostać u ciebie nie mogę.
Poszła i już nigdy nie wróciła. Na jesieni tego roku była aresztowana i powieszona jak morderczyni. A ona nikogo nie zabijała! Ja temu wierzyłam, bo ona nigdy nie kłamała! Myślałam, że zwariuję! Dobra, mądra, szlachetna, wartościowa i taka straszna śmierć w 17 lat!”.
Ten zapis pochodzi z roku 1966 lub 1967. Helena nie znała okoliczności śmierci wnuczki tak dokładnie, jak my je dziś znamy. Nawet nie wiedziała, kiedy ją zamordowano. Ale wiedziała o Danusi dużo więcej niż my.
Rodzina
Pamiętnik babci Heleny – choć poznałem go tylko fragmentarycznie – uświadomił mi, że tacy ludzie jak „Inka” nie biorą się z przypadku. Żeby zachować się tak jak ona, trzeba było świadomości, skąd się wyrasta. Trzeba było dumy i hardości. Tej babcinej hardości, wyrastającej ze świadomości, że ja Polka, a nie żadna „ruska Polka”. W moim dotychczasowym pisaniu o Danucie dostrzegam błąd, wynikający z sugestii jej siostry. Uważałem, że więzienny gryps „Powiedzcie…” był przeznaczony dla babci Anieli, matki ojca, z którą dziewczynki były zżyte, która była osobą bardzo ciepłą, rodzinną. W świetle pamiętnika Heleny widać, że to ona była adresatką grypsu. A dlaczego Helena nic o tym grypsie nie pisze? Ponieważ siostry Mikołajewskie z Gdańska, u których „Inka” spędziła ostatnią noc przed aresztowaniem, nie miały szans na to, by ją powiadomić. Po zatrzymaniu Danuty w ich domu urządzono kocioł, były pod obserwacją, a później trafiły na kilka lat do więzienia – zarówno Helena, jak i Jadwiga. Pewnie w latach sześćdziesiątych nie miały pojęcia, że babcia „Inki” żyje w Grajewie.
Helena Tymińska – panna z dobrego domu, dobrze wydana za mąż – miała po wojnie ciężkie życie, które niejedną by załamało. Ukochany, pierworodny syn Aleks popełnił samobójstwo, po tym jak tramwaj w Warszawie obciął mu nogę. Nie chciał być ciężarem dla matki. Córka Helusia umarła w 1963 r. z powodu hemofilii. Córkę Eugenię, mamę „Inki”, zamordowało w czasie wojny gestapo. Ukochaną wnuczkę Danusię skazano na śmierć jak zbrodniarkę i zamordowano.
Pani z dobrego domu, majątek w Harasimowiczach. Po wojnie musiała pracować 10 lat, by dorobić się marnej peerelowskiej emerytury, która na nic nie starczała. Stara kobieta, przeszło siedemdziesięcioletnia, wchodzi do swej szkoły, Liceum Ogólnokształcącego w Grajewie. Jest bardzo zmęczona, ale prostuje się, bo tak trzeba… Dyrektor napisze w arkuszu obserwacyjnym, że nie ma dyscypliny na lekcjach… Jakby wbrew temu w następnym zdaniu doda, że jest znakomitą nauczycielką… Wraca do domu, mija sklep z artykułami papierniczymi. Zawraca. „Poproszę pięć… może sześć zeszytów 60kartkowych.” Wraca zmęczona do domu i zaczyna pisać. I znów żyje: kaukaską jurtą, instytutem dla panienek z dobrych domów, Kaziem Wiłkomirskim i kochanym Janem. I jest jej lżej:
„Przybliżając się do kresu życia, kiedy człowiek już nie dąży do niczego, kiedy nie ma celu życia, wspomina się życie przeżyte i dlatego biorę się do wspomnień. Pierwsze wspomnienia moje nie są ciągłe, lecz jak odosobnione obrazki wstają przede mną. Mama, układając nas spać na podłodze jurty, zawsze bardzo uważnie przeglądała naszą pościel, żeby nie wlazła tam żmija. […]
Pytam: – Czy ty też zabijasz? – Nie, babciu. Nie mam przy sobie nawet oręża. Idę za oddziałem. Jeśli jest ranny, opatruję go. Jeśli gdzie zatrzymujemy się, gotuję jak umiem i opatruję chorych. Zostać u ciebie nie mogę.
Zostałam z ojcem. Raptem zaczęło go dusić, zawołałam mamę. Przyleciał lekarz. Niestety, drugi krwotok. Mama, klęcząc koło łóżka Ojca, krzyczy: «Jak Ty mnie zostawiasz»!? A on odpowiada: «Będę Ciebie zawsze uprzedzał o nieszczęściu»… Płacząc schowałam głowę pod poduszkę. Nie wiem, jak długo leżałam, chyba krótko, bo agonia Ojca była krótka. Przychodzą żegnać się koledzy oficerowie. A pod wieczór przed wejściowymi drzwiami zjawia się nieśmiało zwykły żołnierz, który pyta się, czy można i im […] przyjść pożegnać się, bo był dla nich taki dobry. Mama pozwoliła i ucieszyła się, bo to największa nagroda dla Ojca. […]
Moja babka pochodziła z bogatej ziemiańskiej rodziny. Była piękna, ubóstwiana przez męża. Majątek został konfiskowany po 1863…
Po powstaniu dziadek z rodziną był wywieziony z Polski do Saratowa. Pewnego razu dziadek, idąc ulicą w Saratowie, widzi zbiegowisko ludzi. Dowiaduje się, że jakiś pan leży na chodniku. Udar. Bierze dorożkę, odwozi do hotelu, gdzie ten pan zatrzymał się, bo był to przyjezdny z odległej miejscowości. Przyjechał oddać córkę do Instytutu. Wkrótce zmarł, prosząc dziadka zaopiekować się córką. Dziadek pochował go, wziął dziewczynkę do siebie. Pociągów nie było, poczta też nie wszędzie była, więc dziewczynka mieszkała u dziadka aż 2 lata, dopóki jacyś krewni jej nie wzięli do siebie. Dobry był to człowiek mój dziadek.”

Nie można zrozumieć „Inki” bez babci Heleny! Panie Dariuszu, czekamy na cały pamiętnik!
Tekst pochodzi z nr 1-2/2017 „Biuletynu IPN”
28 sierpnia 2026 pch24/zgine-ale-nie-zdradze-dla-polski-zaplacila-najwyzsza-cene

W lipcu 1946 roku Danuta Siedzikówna ps. „Inka” trafiła do więzienia UB przy ulicy Kurkowej w Gdańsku. Po brutalnym śledztwie i pełnym fałszerstw procesie zaledwie 18-letnia polska patriotka została skazana na śmierć. Wyrok przez rozstrzelanie wykonano 28 sierpnia na terenie miejscowego więzienia UB.
Zanim kula odebrała jej życie, zdążyła zawołać: „Niech żyje Polska!”. Śmierć Inki od 80 lat przynosi obfity plon.
Danuta Siedzikówna przyszła na świat w miejscowości Olchówka niedaleko Narewki. Lata dziecięce przeżyła wraz z rodzicami i dwiema siostrami w leśniczówce Guszczewina. Jej ojciec był leśniczym, który bardzo aktywnie uczestniczył w życiu społecznym. Cała patriotyczna rodzina Siedzików była związana ze służbą leśną.
Ojca Wacława Siedzika w roku 1940 Sowieci wywieźli na Sybir. Wprawdzie udało mu się opuścić Rosję Sowiecką z armią gen. Andersa, ale wkrótce potem zmarł z wycieńczenia. Mamę „Inki” – Eugenię, Niemcy za działalność konspiracyjną w AK, rozstrzelali w roku 1943. Prawdopodobnie w lesie grabowieckim w okolicach Białegostoku. Niemcy zamordowali w tym lesie około 11 tysięcy osób. Pannami Siedzikównymi zajęła się babcia Aniela, do której, w przedśmiertnym liście „Inka” zwróciła się słynnymi już dziś słowami: „Zachowałam się jak trzeba”.
Danka wraz z siostrą w grudniu roku 1943 wstąpiła do AK. Ostatnim oddziałem, w jakim służyła jako sanitariuszka, była 5. Wileńska Brygada Armii Krajowej dowodzona przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”. – Inka była bardzo odważną dziewczyną. Pamiętam jak mi mówiła: „Józek, ja nigdy nie zdradzę. Zginę, ale nie zdradzę”. Dotrzymała słowa – wspominał swą koleżankę ze wspomnianej tu formacji kapitan Józef Rusak, ps. „Bylina” (1920 – 2021).
18-letnia Danuta w lipcu 1946 r. trafiła do więzienia UB przy ulicy Kurkowej w Gdańsku. Po brutalnym śledztwie i pełnym fałszerstw procesie „Inka” została skazana na śmierć. Wyrok przez rozstrzelanie, wykonano w gdańskim więzieniu UB. W chwili przed śmiercią zawołała jeszcze: „Niech żyje Polska!”.
W roku 2015 IPN (zespół pod kierownictwem prof. Krzysztofa Szwagrzyka) odnalazł szczątki „Inki” na cmentarzu w Gdańsku. 28 sierpnia 2016 odbył się uroczysty państwowy pogrzeb Danuty Siedzikówny. Według woli rodziny, która po wojnie zmuszona była do przeniesienia się z Podlasia na Pomorze Gdańskie, spoczęła na cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku.
Postać sanitariuszki Danuty Siedzikówny coraz częściej inspiruje m.in. instytucje samorządowe czy państwowe do nadawania jej imienia ulicom, skwerom, szkołom, stawiania jej pomników. Władze samorządowe Białegostoku jednej z miejskich ulic odebrały imię agenta wywiadu sowieckiego Teodora Duracza, a uczyniły jej patronką „Inkę”. W Białymstoku jest też jej pomnik.
Znana jest akcja „Serce dla Inki”. Narodziła się, gdy na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku odnaleziono szczątki młodej bohaterki. Akcja ta, której pomysłodawcą i koordynatorem jest salezjanin ks. dr hab.Jarosław Wąsowicz, polega na zbieraniu od darczyńców biżuterii srebrnej, aby później móc ją przetopić na srebrne serca. Są one umieszczane w kościołach wraz z tablicami pamiątkowymi. Ksiądz Jarosław poświęcił też dzielnej sanitariuszce książkę pt. „Danuta Siedzikówna ps. „Inka” (1928 – 1946). Pamięć i tożsamość”.
– W grupie bohaterów, jakimi są Żołnierze Wyklęci, szczególne miejsce zajmuje sanitariuszka 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej Danuta Siedzikówna „Inka”. Ta skromna dziewczyna, która zginęła w komunistycznych kazamatach w Gdańsku przy ulicy Kurkowej, staje się dla młodzieży współczesnej bardzo wyrazistym znakiem patriotyzmu i bohaterstwa – powiedział nam kapelan Prezydenta RP.
Adam Białous
*****
Relacja Bruna Tymińskiego, wujka „Inki”, żołnierza AK (1924 – 2020) o ostatnich miesiącach życia Danusi Siedzikówny.
„To było w listopadzie roku 1945. Ona wówczas, po rozwiązaniu przez Łupaszkę 5. Brygady AK, co miało być tylko na okres zimy, ukrywała się gdzieś w jej rodzinnych stronach i zachorowała na zapalenie płuc. Wtedy przyjechała do mnie, do Białegostoku, gdzie wówczas mieszkałem na stancji i uczyłem się w liceum. Miała 40-stopniową gorączkę. Mieszkała u mnie około 10 dni, a że nie było tu jej jak u lekarzy leczyć, bo mogła wpaść w ręce UB, domowymi sposobami kurowała ją gospodyni tej stancji.
Później odwiozłem Dankę do mojej matki, a jej babci, która mieszkała wówczas w Nierośnie koło Dąbrowy Białostockiej. Danusia zaczęła nawet chodzić do gimnazjum w Nierośnie, gdzie jej babcia Helena Tymińska wtedy nauczała języków obcych. Jednak około Świąt Bożego Narodzenia UB aresztowało w Białymstoku Wiesię, siostrę Danki. Przyszła wtedy do mnie na stancję do Białegostoku jakaś pani i powiedziała: „proszę zawiadomić Dankę, że Wiesię aresztowano”. Dlatego pojechałem zaraz z Białegostoku do Nierośna, żeby ostrzec Dankę by uciekała z Nierośna i gdzieś się ukryła, bo Wiesia na torturach mogła przecież powiedzieć UB, gdzie jest Danka. Kiedy jej to tylko przekazałem, wówczas Danka od razu spakowała się i wyjechała. Umówiliśmy się wtedy na spotkanie w październiku 1946 u mojego znajomego w Gdańsku.
Potem okazało się, że Danka pod nazwiskiem Obuchowicz podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn w powiecie ostródzkim. Napisała nawet w tym okresie do Nierośna do swojej babki Heleny Tymińskiej kilka pocztówek. Słała w nich pozdrowienia i życzenia świąteczne. Miałem też informacje, że nawiązała kontakty z oddziałem podziemia operującym na terenie Pomorza Gdańskiego.
Do tego naszego październikowego spotkania w roku 1946 w Gdańsku oczywiście nie doszło, bo Danka już wówczas nie żyła. Ale ja o jej zamordowaniu przez UB dowiedziałem się z gdańskiej gazety, dopiero właśnie w październiku. To był dla mnie bardzo ciężki cios”.
Not. AB

IPN szuka szczątków żołnierzy pierwszego oddziału bohaterskiej sanitariuszki „Inki”
We wtorek we wsi Podborowisko (woj. podlaskie) rozpoczęły się prowadzone przez IPN poszukiwania szczątków 10 żołnierzy z oddziału ppor. Stanisława Wołoncieja ps. „Konus”. Był to pierwszy oddział, w którym służyła, jako sanitariuszka, Danuta Siedzikówna „Inka”. Został on rozbity na łąkach wsi. W nierównej walce 20 żołnierzy oddziału ze 100 funkcjo…Czytaj dalej
Z okazji 83. rocznicy Krwawej Niedzieli, w doborowym towarzystwie rozdawałem kwiaty lnu. Zwykli ludzie wykazują o wiele większą wrażliwość na krzywdę pomordowanych rodaków niż „główny nurt” zanieczyszczonej rzeki, zwanej „polską sceną polityczną”.
Pierwszego dokonali ukraińscy zwyrodnialcy, zaopatrzeni w widły, siekiery i noże, inspirowani ideologią, której głównym twórcą był Dmytro Doncow. Ukraińscy zwyrodnialcy, którzy zrobili rzeczy tak potworne, że ich potomkowie do dziś nie chcą rozpocząć ekshumacji ciał ich ofiar na pełną skalę.
Sprawcą drugiego był cały „główny nurt” III RP, ramię w ramię działające PO i PiS, w tym prezydent Andrzej Duda strofujący wg mnie jednego z największych Polaków ostatnich dziesięcioleci, księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, który dla wołyńskiej pamięci zrobił więcej niż cała nasza „elita” razem wzięta.
Mieliśmy do czynienia z wieloletnią ponadpartyjną współpracą tych od „historię zostawmy historykom” (nawet, gdybyśmy chcieli to zrobić – Ukraińcy nie dopuścili by ich do ekshumacji) oraz tych przekonanych, że w imię walki z Rosją trzeba zapomnieć o setkach tysięcy polskich ofiar banderyzmu.
To ludzie, dla których albo wszystkie poglądy (w tym ukrainofilia) są funkcją wykorzenienia z polskości i niechęci do państwa narodowego albo – jak w przypadku części pisowskiej (jeśli chodzi o paranoję ukrainofilską to są dwie strony tego samego medalu) – karykaturalny romantyzm (czyli „umierajmy za tych, którzy nas zabijali”) i „bardziej nienawidzę Rosji niż kocham Polskę” to aksjomaty polityczne i geopolityczne.
To depozytariusze fałszywych miar, wyrzuceni pracownicy kantoru, którzy za złotego płacili mniej niż za włoskiego lira.
Ci, którzy oburzają się (słusznie) kilkoma słowami za dużo do ukraińskiego dziecka, ale zupełnie nie oburza ich nadawanie imienia seryjnych morderców Polaków ukraińskim jednostkom wojskowym (na poziomie państwowym, nie przez faceta w autobusie!). Ukraińców, którzy w dzisiejszej Polsce napadają na Polaków najchętniej anonimizowaliby pisząc „mężczyzna” – metoda na Zachodzie sprawdzona.
Ci, którzy od 100 lat tropią „faszyzm” (niezastąpiony Adam Michnik wspominał o zagrożeniu faszystowskim w ostatnio udzielonym wywiadzie – jak co miesiąc, chce się rzec), a gdy widzą promocję nazizmu na Ukrainie, mówią, że „przecież to jak Niezłomni”, „przecież to ich bohaterowie”.
Ci, którzy straszą „wojną z Rosją”, więc z tej okazji rozbrajają polską armię.
Ci, którzy prowadzą politykę strachu, tą którą imputują „faszystom” i „ksenofobom” – i całą narrację sprowadzają do tego, że armia, która nie radzi sobie na Ukrainie napadnie na Polskę (wpadłem na pomysł, że w przypadku braku rosyjskiej agresji obywatele powinni składać pozwy o zadośćuczynienie z powodu stresu wywołanego obawą agresji).
Ci, którzy zamilczali masakrę wołyńską, a przepraszali za ponad 100 razy mniej zabitych w Jedwabnem.
Ci, którzy „historię zostawiają historykom”, ale tylko wtedy, gdy to historia krzywd Polaków (kapitanem „Burym” i insynuacjami pod jego adresem mogliby zajmować się przez cały czas wolny od oglądania TVN).
Ci, którzy uprawiają negacjonizm wołyński. Jak Sławomir Sierakowski, przemianowany przez samego siebie z lewaka w mainstreamowego chat-bota od „onuc” i „szampanów na Kremlu”, kapłana poprawniactwa, uznającego punkt 1 pewnej księgi: „uznałem, że jestem bezsilny wobec posiadania własnych poglądów”. On i jemu podobni domagają się, w typowym dla siebie stylu łączącym moralistę i galaretę, restrykcyjnego egzekwowania kar za negacjonizm oświęcimski.
Ci, którym „lewicowa wrażliwość” leczy sumienie, a jedynym ich stosunkiem do narodu jest pouczanie go i rysowanie jego karykatur. Ci, którzy zawsze poprą deweloperów, którzy spalili Jolantę Brzeską – jak przyjdzie co do czego.
Ci z manią wyższościową, którzy uznają, że naród omamiony przez „populistów” nie dorósł do jaśniepaństwa – a naród okazał się od jaśniepaństwa mądrzejszy.
Ci od układania krzyży z piwa Lech.
Ci od wpychania się w kolejki w szpitalach, wciąż tkwiący w hamletowskim rozdarciu między „lewicową wrażliwością” a arystokratycznymi nawykami.
Ci, którym ta wynoszona na sztandar wrażliwość nie przeszkadza w kpiarskim przyrównywaniu odpowiedzialności za Wołyń do odpowiedzialności za Grunwald – bo nigdy, przenigdy nie chcieli wsłuchać się we wspomnienia żyjących świadków gehenny Polaków.
Ci, którzy uznają, że powierzchowna grzeczność i dyplom uczelni dają przynależność do lepszej rasy – budują przewagę nad „kibolem co jeździł na ustawki”. Lubią ładnie pachnieć, polityka to dla nich moralistyka i perfumeria – niestety, nie lubią samodzielnie myśleć. Głosują jak „wypada”. Mówią „obrzydliwe”, „straszne”, „przerażające”, bo konkrety i fakty ich przerażają.
Powiedzieć, że to skandal, że fan UPA miał order, a ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski przypłacił niezłomność krótszym życiem. Odciąć się od swojego guru (przyznam, że wiele poziomów wyżej niż aktualni guru) Bronisława Geremka, który osobiście dopilnował, by rzeź wołyńska nie została nazwana ludobójstwem.
Mogliby nawet troszkę zmanipulować, wykazując odrobinę poczucia wstydu – powiedzieć, że nie wiedzieli, powiedzieć, że infekowali toksynami polską duszę, bo nie znali historii. Że morderstwo z powodu antysemityzmu nie jest znowu tak dużo gorsze od zabójstwa z powodu nienawiści do Polaków.
Zaakceptowałbym nawet taki wybieg, jeśli miałby on służyć uznaniu zła, własnego grzechu zaniechania, własnego doktrynalnego przyjęcia, że życie Polaka dużo mniej znaczy.
Co zrobili? Chcieli dać order fanowi nazistowskich rzezimieszków, patronowi korupcji na nieprawdopodobną skalę, człowiekowi, który Polaków ostentacyjnie spycha do tylnego rzędu.
Bezczelność Wołodymyra Zełenskiego to wina Polaków – tu „elita” ma rację. Tyle że ta wina nie polega na odebraniu orderu, lecz na pomyśle, by go kiedykolwiek przyznać.
I myślałem, która część ich osobowości przeważy- ukrainofilsko-mesjanistyczna czy manipulancko-cyniczna. Niespełniony i niedoceniony „przewodnik moralny” narodu reaguje wściekłością na niewdzięczny naród: jest w stanie jedynie kipieć w moralistycznym nadąsaniu.
Nienawiść „Europejczyków” do Nawrockiego w pewnym sensie pięknie pomogła Polsce. Bo była nienawiścią do polskiej podmiotowości, do zakończenia polityki charytatywnej.
Ujawniła dużo wyraźniej niż wcześniejsze zachowania postawę „elity”, której z polskiego punktu widzenia nie da się obronić. Nie da się obronić nawet „interesem narodowym” i innymi „faszystowskimi” pojęciami, po które „elita” sięgnęła, jak zdała sobie sprawę, że tonie.
Nawet walcząc z rekinami jak Rafał, nawet haj lajfem zastępując maj lajf, nawet radząc sobie z pracą w 50 szpitalach jednocześnie.
Pamięć leczona ze stresu, kości przeliczane na euro – Polacy zabici tylko dlatego, że byli Polakami złożeni na ołtarzu „dobrych relacji sąsiedzkich”.
Pamiętam, że jeszcze niedawno dla funkcjonujących nad Wisłą mediów na początku lipca istotniejsze były obchody rocznicy zbrodni w Jedwabnem, gdzie w niejasnych okolicznościach zginęło kilkaset Żydów od obchodów rocznicy Krwawej niedzieli, choć w trakcie rzezi wołyńskiej zginęło ponad 100 tysięcy Polaków.
To zwykli ludzie uznali, że zbrodnia wołyńska to nie żadna historia – a na pewno nie będzie nią do momentu, w którym skończą się wszystkie ekshumacje i do chwili, w której na Ukrainie stoi choć jeden pomnik Bandery czy Szuchewycza.
„Elita” nie boi się „nacjonalizmu” – boi się samej siebie i dyktatu wybiórczej amnezji, w jakim tresowała naród. A może i niczego się nie boi, skoro nie boi się UPA.
To kibice na stadionach i raperzy w piosenkach wyrazili uczucia zranionego narodu, który woła o pamięć i sprawiedliwość – wyrazili to, czego nie potrafią ci, co ostatnio mówią o pojednaniu – pojednaniu w imieniu ofiar, które chcieli zamilczeć, pojednaniu z banderowcami, którzy przecież podobno nie istnieją. Naród ma dość tej ściemy – bla, bla, bla – „Na Ukrainie nie ma banderyzmu” – bla, bla, bla – „Skupmy się na przyszłości” – bla, bla, bla – „Obie strony są winne” – bla, bla, bla – „Dla Ukraińców to bohaterowie” – bla, bla, bla.
Marszałek Józef Piłsudski, koło którego pomnika w Otwocku rozdawaliśmy dziś kwiaty lnu rzekł słynne słowa: „Naród wielki, tylko ludzie kurwy”. Pozwolę sobie się nie zgodzić, bo zamiast „ludzi” widziałbym w tym zdaniu „elity”.
Naród wygrał walkę o pamięć. Dlatego wciąż potrafi być wielkim narodem.
Jacek Tomczak
Myśl Polska, nr 35-36 (30.08-6.09.2026)

Pepe Escobar
Realpolitik? Poważne nieporozumienie? A może wycofanie się bez nazywania tego wycofaniem?
Oto, co naprawdę dzieje się za zamkniętymi drzwiami – a właściwie za kilkoma drzwiami: wysoce uprzywilejowane, poufne informacje z obu ośrodków ciężkości obecnego dramatu, Teheranu i Islamabadu, wskazują na rodzącą się architekturę, która wykracza daleko poza typową spektakularną inscenizację Waszyngtonu. W obecnej sytuacji możemy wykorzystać uzyskane informacje, aby zrozumieć tę architekturę, wyostrzyć nasze pytania i nakreślić niezwykle spójny obraz.
Krótko mówiąc, administracja Trumpa zasadniczo ogranicza swoją ofensywę militarną, podczas gdy Teheran nadal utrzymuje w gotowości drabinę eskalacji. Zagrożeń jest wiele. Różnica polega na tym, że po największej ze wszystkich podróży na początku tego tygodnia – feldmarszałek Asim Munir udał się do Teheranu, aby porozmawiać ze wszystkimi kluczowymi graczami – Pakistan ponownie przejmuje praktyczne mechanizmy możliwego wyjścia z bezpardonowej konfrontacji Trumpa z Iranem.
Munir udał się do Teheranu z propozycją amerykańską: Trump dzwonił do niego wcześniej i dosłownie błagał go, żeby znalazł jakiś bodziec, który pozwoli Teheranowi powrócić do stołu negocjacyjnego – stołu negocjacyjnego, który sam Waszyngton rozbił.
Islamabad poinformował później Teheran, że nowe sankcje USA mogą zostać cofnięte przed wznowieniem negocjacji lub w ich trakcie.
W tym samym czasie Departament Skarbu USA, za pośrednictwem odrażającego byłego człowieka Sorosa, Scotta Bessenta – uosobienia arogancji i ignorancji – ogłosił niezwykle agresywną kampanię maksymalnej presji ekonomicznej, mającą na celu uduszenie irańskiej gospodarki, ale powstrzymał się od podjęcia środków finansowych – na przykład wobec chińskich firm i banków – które natychmiast uczyniłyby tę „kampanię” systemową i praktycznie nieodwracalną.
I co najważniejsze, ograniczono zakres ukierunkowań wojskowych.
Łącznie – i patrząc na to, co mówią nam źródła z obu ośrodków grawitacyjnych – środki te tworzą coraz bardziej spójną architekturę: na bieżąco powstaje wyjście z sytuacji.
Trump – lub Neo-Krassus – kurczowo trzyma się retoryki maksymalnej presji z powodów wewnętrznych i politycznych. Waszyngton utrzymuje odwracalne sankcje jako narzędzie negocjacyjne. Pakistan zarządza komunikacją polityczną między Waszyngtonem a Teheranem. Oman omawia specyficzny mechanizm dotyczący Cieśniny Ormuz. Teheran utrzymuje kontrolę nad cieśniną, presję na żeglugę i opcje eskalacji, jednocześnie oceniając, czy Waszyngton jest wreszcie gotowy do poważnych negocjacji.
Oto więc kluczowa informacja: Iran się nie poddaje, a Trump nie ustępuje.
Obie strony starają się stworzyć sobie wystarczająco dużo swobody politycznej, aby móc się wycofać, bez konieczności publicznego przyznawania się do tego.
To sprawia, że nowe okno czasowe jest realną, choć jednocześnie niezwykle kruchą szansą.
Munir udał się do Teheranu z konkretnym amerykańskim przesłaniem, które Waszyngton chciał przekazać irańskim przywódcom.
Możliwość, że Waszyngton cofnie nowe sankcje przed wznowieniem negocjacji lub w ich trakcie, pokazuje, że sankcje są w istocie narzędziem wywierania nacisku: instrumentem przymusu, który można jednocześnie zawiesić, zmniejszyć, a nawet wymienić w ramach sekwencji negocjacji.
Jak zadrukowane opakowanie z wbudowanymi drzwiami wyjściowymi.
Amerykański „Gospodarczy Dzień D” był dotychczas typowym retorycznym cyrkiem, przesiąkniętym bombastycznymi groźbami – i wywołał niezliczone żarty w całym Globalnym Południu. Waszyngton powstrzymał się od podjęcia kroków, które mogłyby bezpośrednio przekształcić presję ekonomiczną w systemową konfrontację.
Tłumaczenie: Trump utrzymuje otwartą pozycję negocjacyjną. Most powrotny do dyplomacji nie został całkowicie spalony. Można to nazwać taktyczną pauzą w warunkach ekstremalnej presji militarnej.
Tymczasem Iran i Oman podjęły działania w celu utworzenia tymczasowego korytarza żeglugowego i wspólnego mechanizmu rozminowywania.
Teheran jasno i jednoznacznie stwierdza jedną rzecz: nNie oznacza to, że Cieśnina Ormuz zostanie ponownie otwarta.
Tłumaczenie: Iran wykazuje elastyczność, utrzymując jednocześnie swoją strategiczną pozycję.
Tak więc, powtórzę: Teheran nie ugiął się. Wręcz przeciwnie:
Żądania pozostają niezwykle surowe, w tym znaczące ustępstwa ze strony Stanów Zjednoczonych w sprawie sankcji, zamrożenia aktywów, blokady morskiej i przymusu militarnego. A co najważniejsze: wszystkie te zobowiązania są zapisane w martwym punkcie Porozumienia o Porozumieniu – podpisanego dwustronnie – i muszą zostać spełnione, zanim będzie możliwa jakakolwiek normalizacja stosunków wokół Cieśniny Ormuz.
Wreszcie Iran nadal dysponuje praktycznie wszystkimi istotnymi instrumentami przymusu: kontrolą żeglugi, czarnymi listami, zatrzymaniami, możliwością wywierania presji na żeglugę oraz potencjałem eskalacji działań przeciwko interesom USA.
potencjalne obciążenie regionalnej infrastruktury energetycznej;
i ostatecznie opcje na progu nuklearnym.
Kluczowym sygnałem jest obecnie to, czego Teheran celowo nie robi. Teheran koncentruje się na budowaniu korytarzy, mediacji, wymianie informacji oraz dyplomacji telefonicznej i osobistej. Żadnej strategicznej eskalacji. Teheran ma gotową drabinę eskalacji, ale świadomie – przynajmniej na razie – decyduje się po niej nie wspinać.
Cóż, to trudne. Waszyngton chce, żeby Iran wykonał pierwszy krok. Teheran chce, żeby Ameryka wykonała pierwszy krok.
Politycznie Trump nie może pozwolić sobie na stwarzanie wrażenia, że Teheran zmusił go do wycofania się. Teheran jednak nie przejmuje się pozorami: potrzebuje namacalnego dowodu, że negocjacje doprowadzą do wzajemnych działań ze strony Stanów Zjednoczonych, a nie staną się kolejnym mechanizmem, za pomocą którego Waszyngton wymusza ustępstwa Iranu, zachowując jednocześnie wszystkie swoje środki przymusu.
Pakistan, znajdujący się dokładnie pośrodku, próbuje załagodzić tę lukę, odpowiadając na kluczowe pytanie: Kto działa pierwszy, nie sprawiając przy tym wrażenia, że zrobił to pierwszy?
Informacje, które otrzymaliśmy, pozwalają nam porównać to, co Islamabad uważa za transmitowane, z tym, co Teheran uważa za odbierane. To właśnie tam znajdują się naprawdę cenne informacje.
Kluczowe pytania brzmią: Co Islamabad chciał, żeby Teheran zrozumiał? I co Teheran faktycznie zrozumiał?
Jaką odpowiedź Teheran wysyła tym kanałem?
Co mogłoby realnie sprowadzić Pakistan z powrotem do Waszyngtonu?
Jest nowa pętla komunikacyjna. Wygląda na to, że działa.
Trump potrzebuje wyniku, który będzie mógł przedstawić jako zwycięstwo. Potrzebuje powrotu Iranu do stołu negocjacyjnego, ponieważ presja amerykańska rzekomo odniosła skutek. Potrzebuje deeskalacji w Cieśninie Ormuz, nie stwarzając wrażenia, że Teheran jest za to nagradzany. Musi wiarygodnie podtrzymywać zagrożenie militarne, nie wszczynając jednocześnie kolejnej, potencjalnie niekontrolowanej wojny.
Przede wszystkim potrzebuje wyjścia, które nie będzie wyglądało jak wyjście.
Teheran z kolei potrzebuje widocznych ustępstw ze strony USA. Potrzebuje dowodu, że sankcje rzeczywiście można znieść, a nie tylko mówić. Potrzebuje zakończenia blokady morskiej. Potrzebuje zapewnienia, że negocjacje nie staną się pułapką, w której Iran zrzeknie się swoich wpływów, a Waszyngton pozostawi całą swoją architekturę przymusu nienaruszoną.
A przede wszystkim Teheran potrzebuje wiarygodnej formuły dla Cieśniny Ormuz, która zachowa wystarczającą kontrolę suwerenności, aby ani w jego własnym kraju, ani w całej Azji Zachodniej nie powstało wrażenie kapitulacji.
I to doprowadza nas do Pakistanu, który próbuje pogodzić te dwa zasadniczo sprzeczne i prawie niemożliwe do rozwiązania żądania polityczne gdzieś pośrodku.
To sprowadza nas z powrotem do możliwego wyjścia. Niewielkiego otwarcia. Ale do porozumienia wciąż daleka droga.
Cały proces dyplomatyczny toczy się w obliczu bardzo poważnej i trwającej konfrontacji militarnej. Amerykańska blokada morska nadal obowiązuje. Teheran oficjalnie uznaje Cieśninę Ormuz za zamkniętą. Żegluga handlowa jest całkowicie odsłonięta. Ryzyko wojny pozostaje dość wysokie. Iran nadal dysponuje znacznymi możliwościami eskalacji. Stany Zjednoczone nadal dysponują przytłaczającą siłą militarną. Jeden błąd w obliczeniach może zniszczyć cały kanał komunikacyjny.
W obecnej sytuacji wydaje się, że inicjatywa przejęła ścieżka dyplomatyczna: tak wąska, tak niepewna, ale mimo to realna. Kolejny kluczowy krok będzie miał charakter polityczny – a nie militarny. Chyba że, oczywiście, któryś z aktorów celowo zamknie to okno możliwości zawczasu.
Islamabad uważa – za pośrednictwem kręgu premiera Shehbaza Sharifa, który rozmawiał bezpośrednio z Trumpem i irańskimi przywódcami – że istnieje znaczna szansa na wznowienie porozumienia, przy czym okno negocjacyjne wynosi od 60 do 90 dni, w ciągu których obie strony mogłyby wypracować bardziej kompleksowe porozumienie i zerwać z drabiną eskalacji, zanim przerodzi się ona w całkowicie niekontrolowaną wojnę.
I nagle coś przychodzi z biura prezydenta Iranu Pezeshkiana. Jest on niezwykle zadowolony z wizyty pakistańskiej delegacji i przesłania, które Munir przekazał mu od Trumpa:
„Ta wojna może wreszcie dobiec końca – a zwycięzcą będzie Iran”.
Realpolitik? Poważne nieporozumienie? A może wycofanie się bez nazywania tego wycofaniem?
Tajemnicza podróż dyrektora CIA do Moskwy wywołuje burzliwe spekulacje
Symplicjusz 26 sierpnia 2026 r.simplicius/cia-directors-mystery-moscow-trip
Rzeczy są w toku, o czym świadczy nagła i niespodziewana wizyta dyrektora CIA Johna Ratcliffe’a w Moskwie wojskowym samolotem transportowym C-17.
W komentarzach krąży mnóstwo plotek na temat tego, co jego podróż może oznaczać. Najpierw jednak spójrzmy na kontekst, przypominając, że jest to pierwsza wizyta dyrektora CIA w Rosji od pamiętnego przyjazdu dyrektora CIA Williama Burnsa w listopadzie 2021 roku, który naznaczony był ostatnią próbą USA, by powstrzymać Rosję przed rozpoczęciem inwazji nieco ponad dwa miesiące później.
W związku z tym wielu słusznie przypisało temu ostatniemu spotkaniu duże znaczenie.

Według teorii WSJ wizyta może mieć coś wspólnego z informacjami wywiadowczymi USA, że Rosja przygotowuje się do jakiejś nowej kampanii na szeroką skalę:
Stany Zjednoczone zebrały informacje wywiadowcze wskazujące na wczesne przygotowania Rosji do ewentualnej mobilizacji wojskowej na Ukrainie oraz plany przetestowania determinacji Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego, poinformował „The Wall Street Journal”.
Analitycy twierdzą, że Ratcliffe może spotkać się z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, aby przekazać ostrzeżenie. „Może to oznaczać: »Wiemy, co zamierzasz zrobić i lepiej, żebyś tego nie robił«” –powiedziała Beth Sanner, była zastępczyni dyrektora amerykańskiego wywiadu narodowego ds. integracji misji. „Może to również dotyczyć zawieszenia broni z Iranem i włączenia kogoś innego do dyskusji” – dodała, dodając, że Ratcliffe może również poruszyć kwestię wsparcia Kremla dla Iranu po kolejnej kampanii sankcji USA przeciwko temu reżimowi.
Inne internetowe agregatory donoszą, że może to mieć coś wspólnego z rzekomymi „wtargnięciami dronów” Rosji na terytorium NATO, choć osobista wizyta dyrektora CIA w tej sprawie wydaje się nieco naciągana:
Wizyta dyrektora CIA Ratcliffe’a na Kremlu była ultimatum w związku z niedawnymi wtargnięciami dronów na terytorium NATO. Miała ona odstraszyć Rosję od eskalacji ataków na Kijów po ukraińskich atakach na magazyny łańcucha dostaw komercyjnych. Powiedział to wysoki rangą urzędnik USA portalowi Faytuks Network.
Rosyjski kanał RVoenkor podaje, że ukraińskie źródła uważają, że spotkanie jest odpowiedzią na jakąś „znaczącą tajną operację” przygotowywaną przez Rosję:
W Moskwie odbyły się rozmowy z dyrektorem CIA dotyczące ważnej tajnej operacji.
▪️ Według kijowskich mediów, strona ukraińska jest świadoma pewnych aspektów i kwestii, które były dziś omawiane w Moskwie.
▪️ Chodzi o ważną operację, której przygotowania trwają w tajemnicy od pewnego czasu. Jej wyniki mogą mieć istotny wpływ na dalszy rozwój sytuacji.
Na czym mogłaby polegać taka operacja?
Cóż, po pierwsze, wciąż krążą silne pogłoski o potencjalnej dużej operacji rosyjskiej w obwodzie czernihowskim na północy Ukrainy, graniczącym z Kijowem:
Mapowanie AMK 🇳🇿@ AMK_Mapping_AMK_Mapping_Według moich informacji z rosyjskich i ukraińskich źródeł istnieje możliwość przeprowadzenia przez Rosję transgranicznej inwazji z obwodu briańskiego na obwód czernihowski. Ostatnio zaobserwowano dużą koncentrację wojsk rosyjskich w obwodzie briańskim, z udziałem…

10:29 · 25 sierpnia 2026 · 85,1 tys. wyświetleń Views
AMK Mapping pisze:
Uwaga: Informacje te pochodzą ze źródeł rosyjskich i ukraińskich, z którymi rozmawiałem. Oba źródła wyraziły zgodę na ich opublikowanie. Szczegóły, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosję lub Ukrainę do atakowania się nawzajem, zostały pominięte. Wszystkie wymienione tu informacje są już znane obu stronom. Strzałki pokazane na mapie mają charakter poglądowy.
Bardziej prawdopodobnym powodem może być to, że CIA po prostu próbuje ratować Ukrainę, która obecnie zmaga się z problemami i chwieje się pod falą rosyjskich ataków, niszczących resztki jej gospodarki. To właśnie dlatego w zeszłym tygodniu USA i Ukraina podobno opracowały kolejny z długiej serii desperackich planów, mających na celu nakłonienie Rosji do zawieszenia broni:

Prezydent Ukrainy powiedział w niedzielę, że Kijów współpracował z wysłannikami prezydenta Trumpa i europejskimi urzędnikami nad planem. Dodał, że plan ten zakładałby zawieszenie broni, wzajemne wycofanie się wojsk rosyjskich i ukraińskich z linii frontu oraz utworzenie strefy buforowej.
„Z tego, co wiemy, strona amerykańska ma jeszcze kilka pomysłów. Chcą znaleźć odpowiedni moment, żeby się nimi podzielić. Czekamy na nie” – dodał Zełenski.
Do Moskwy podobno przybył „urzędnik watykański”, aby przekazać wiadomość i wezwać Putina do zakończenia wojny. Putin oświadczył wczoraj , że nadal otrzymuje „ekstremalne i nie do przyjęcia” oferty od USA dotyczące przedwczesnego zakończenia konfliktu.
Możemy jedynie przypuszczać, że sytuacja na Ukrainie stała się jeszcze gorsza niż kiedykolwiek, zwłaszcza wraz z nadejściem zimy, która obnaży na oczach świata wszystkie najgorsze słabości Ukrainy. W związku z tym, są to desperackie próby Zachodu, by powstrzymać narastającą ofensywę Rosji.
Bez względu na prawdziwy charakter spotkania, po jego zakończeniu doszło do szeregu dziwnych zdarzeń. Pojawiły się twierdzenia, że ambasada USA w Moskwie miała zdjąć swoją flagę amerykańską natychmiast po odejściu Ratcliffe’a. Później jednak sprostowano, że była to flaga „Amerykańskiego Centrum” w Moskwie.
==================================
Amerykańskie „samoloty zagłady” nagle zauważono wzbijające się w powietrze nad Środkowym Zachodem:


Nie wspominając już o tym, że Putin miał podpisać trzy „tajne dekrety” po wizycie szefa CIA:
Putin podpisał 3 tajne dekrety w dniu wizyty dyrektora CIA w Moskwie.
* Rosyjskie liberalne media donoszą o tej „sensacji”.
* Zauważyli lukę między dekretami 604 i 608 na oficjalnej liście dekretów prezydenckich.
* Treść dokumentów jest nieznana, ale ewidentnie nie ma ona związku z wizytą dyrektora CIA. Po tajnych dekretach podpisano dekret nr 608, dotyczący dymisji irackiego ambasadora E. Kutraszewa, który ujawniono wcześniej rano.
* Niejawne dokumenty mogą dotyczyć ochrony infrastruktury krytycznej.
Grafika z oficjalnej strony Kremla przedstawia dekrety ponumerowane w kolejności chronologicznej, przy czym brakuje numerów 605, 606 i 607, co ponownie wywołało burzliwe plotki i histerię:

Oto, co na temat całego zdarzenia powiedział jeden rosyjski analityk:
Samolot z amerykańską delegacją, na czele której stał dyrektor CIA John Ratcliffe, opuścił Moskwę.
„Wall Street Journal” donosi, że mogła to być wizyta podobna do tej sprzed SMO, kiedy to amerykańscy urzędnicy podobno ostrzegali Kreml przed podjęciem działań.
W tym przypadku przesłaniem byłoby powstrzymanie się od mobilizacji w Rosji, o której poważnie dyskutowano przez ostatnie trzy lub cztery miesiące i do której istnieją dowody sugerujące, że trwają przygotowania. Wyobrażam sobie, że decyzja o mobilizacji zostanie podjęta w zależności od wyników wyborów za miesiąc.
Z drugiej strony, dyrektor CIA próbowałby również ostrzec Kreml przed prowokacją lub testowaniem determinacji NATO, co również było rozważane.
Bezpośrednio po spotkaniuPutin podpisał trzy „tajne dekrety”. Powodem ich opisania jest fakt, że istnieją publicznie dostępne dekrety nr 604 i 608, podczas gdy trzy poprzednie dekrety zaginęły. Znajduje to odzwierciedlenie w rejestrze na oficjalnym portalu informacji prawnej. (A może to po prostu zbieg okoliczności)
Rosyjski teoretyk polityki Henry Sardaryan również przedstawia kilka ciekawych argumentów na temat charakteru wizyty Ratcliffe’a:

Podkreślając desperację za kulisami, która prawdopodobnie jest motorem najnowszych działań Ukrainy, zaskakujące nowe oświadczenie byłego ministra obrony Fiodorowa stwierdził, że Ukraina w rzeczywistości „przegrywa wojnę z Rosją” i ma tylko kilka miesięcy, aby odwrócić sytuację:

Kijów stopniowo zbliża się do porażki w konflikcie z Moskwą, powiedział były minister obrony Nikołaj Fiodorow.
„Myślę, że osiągnęliśmy punkt zwrotny, który zadecyduje o naszej dalszej trajektorii. Wygląda jednak na to, że stopniowo, powoli przegrywamy” – powiedział w wywiadzie dla Reutersa.
Ukraina ma więc zaledwie kilka miesięcy – dokładnie zsynchronizowanych z nadejściem, jak się obecnie przewiduje, brutalnej i bezkompromisowej zimy, podczas której wyniszczona Ukraina, pozbawiona obrony powietrznej i z resztkami energii elektrycznej, będzie próbowała odeprzeć niepowstrzymany, nieustępliwy rosyjski atak balistyczny na swoją kluczową infrastrukturę krytyczną. Wygląda na to, że ukraińskie elity widzą, co się dzieje, a CIA i inni zachodni sponsorzy oraz popychacze spieszą się, by podjąć ostatnią próbę odstraszenia rosyjskiego molocha od odłączenia jałowego białego karła, znanego dawniej jako Proxy-404.
Szczury teraz spadają w przepaść.
Zupełnie zrozumiałe jest, że przybycie Ratcliffe’a zwiastuje ostateczny upadek gryzonia Bankova.[?? nie znalazłem, nie domyślam się.. md]
Przynajmniej tak to wszystko zaczyna wyglądać.

Lider KKP Grzegorz Braun złożył zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa w postaci handlu ludźmi w związku z działalnością ukraińskiej firmy surogacyjnej. W przyszłym miesiącu firma organizuje konferencję w Warszawie.
Ukraińska klinika BioTexCom w połowie września organizuje konferencję na temat surogacji, czyli zamawiania zajścia w ciążę i sprzedaży dzieci. Na Ukrainie jest to legalny i uregulowany prawnie biznes, w Polsce zaś w teorii jest to zakazana praktyka, która może podchodzić pod handel ludźmi.
O sprawie konferencji pisaliśmy w artykule poniżej.
nczasukrainska-firma-surogacyjna-organizuje-konferencje-w-warszawie
Sprawą zainteresował się lider KKP Grzegorz Braun. Na Facebooku opublikował pismo z zawiadomieniem dla Prokuratury Okręgowej w Warszawie o możliwości przestępstwa polegającego na handlu ludźmi.
„Na podstawie art. 304 § 1 Kodeksu postępowania karnego niniejszym zawiadamiam o możliwości popełnienia przestępstwa handlu ludźmi, w tym przygotowania do tego przestępstwa, w związku z planowaną organizacją i promocją komercyjnych programów tzw. macierzyństwa zastępczego (surogacji) na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej” – napisał w zawiadomieniu Grzegorz Braun.
„Z publicznie dostępnych informacji, w tym z materiału opublikowanego na platformie YouTube pod adresem: https://youtu.be/UWn7MeDPQDw (kanał Tomasza Piekielnika, tytuł: „Sprzedaż Dzieci, Ukraińska Klinika, Warszawska Konferencja, Surogacja i Ważne Pytania!”), a także z niezależnych doniesień medialnych wynika, że ukraińska klinika BioTexCom (Centrum Rozrodu Człowieka BioTexCom z siedzibą w Kijowie) organizuje w dniach 12–13 września 2026 r. w Warszawie konferencję poświęconą m.in. komercyjnej surogacji” – czytamy w opublikowanym zawiadomieniu.
Jak podkreślił Braun, „w oficjalnym formularzu rejestracyjnym uczestnicy są pytani wprost o zainteresowanie 'macierzyństwem zastępczym’ z własnymi komórkami jajowymi lub komórkami dawczyni. Na stronie internetowej kliniki BioTexCom (w wersji polskojęzycznej) oferowane są konkretne pakiety komercyjne”. Wskazał na omawiane wcześniej w naszym artykule pakiety: „Standardowy”, „Standardowy Plus” i „VIP”. Ich ceny oscylują od prawie 40 tys. euro do prawie 65 tys. euro.
Podkreślił następnie, że ukraińska firma „opisuje procedury wyboru matki zastępczej oraz zapewnia klientom wsparcie medyczne, prawne, transport i zakwaterowania”. Natomiast samo wydarzenie „ma charakter otwartej promocji usług, które w warunkach polskich budzą poważne wątpliwości prawnokarne”.
„Przypominam, że znowelizowana dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/36/UE w sprawie zapobiegania handlowi ludźmi i zwalczania tego procederu oraz ochrony ofiar wprost uznaje wykorzystywanie surogacji za jedną z możliwych form eksploatacji. Polski Kodeks karny w art. 189a §1 penalizuje handel ludźmi, a w §2 – przygotowanie do tego przestępstwa. Ponadto art. 619 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego stanowi, że matką dziecka jest kobieta, która je urodziła – umowy o surogację nie przenoszą macierzyństwa. Komisja Kodyfikacyjna Prawa Rodzinnego w opinii z sierpnia 2025 r. wskazała, że działania związane z surogacją mogą podlegać ocenie na gruncie przepisów karnych, w tym dotyczących handlu ludźmi” – napisał w zawiadomieniu lider KKP Grzegorz Braun.
Wskazał też, że organizacja konferencji w Polsce, której „celem jest pozyskiwanie klientów do komercyjnych programów surogacji prowadzonych poza granicami Polski, a także zbieranie danych osobowych uczestników zainteresowanych tymi programami, może wyczerpywać znamiona przygotowania do przestępstwa handlu ludźmi (art. 189a §2 k.k. w zw. z art. 18 §1 k.k.)”.
„Istnieje ponadto ryzyko naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych (RODO) – w widocznej treści formularza rejestracyjnego brak jest pełnej klauzuli informacyjnej wskazującej administratora danych i podstawę ich przetwarzania. Mając na uwadze powyższe fakty, a także ochronę ładu prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, godności człowieka oraz interesów małoletnich, zwracam się z wnioskiem o: 1. wszczęcie postępowania przygotowawczego w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa z art. 189a §1 i §2K .k.; 2. ustalenie organizatorów, promotorów i ewentualnych współsprawców planowanego wydarzenia; 3. zabezpieczenie materiałów reklamowych, formularzy rejestracyjnych oraz danych osobowych zebranych w związku z konferencją; 4. podjęcie działań mających na celu uniemożliwienie przeprowadzenia wydarzenia w formie promującej działalność, mogącą nosić znamiona handlu ludźmi. Wnoszę o prowadzenie postępowania w celu ustalenia sprawców ww. czynów” – podsumował Grzegorz Braun.
wpisał: AlterCabrio, 26 sierpnia 2026
Politycy kupują sprzęt, na tle którego będę mogli sobie zrobić ładne zdjęcia. Rządzi propaganda, a nie rzeczywiste potrzeby Wojska Polskiego. Drogie zabawki dla dużych chłopców, bo duże pieniądze z SAFE trzeba wydać szybko na cokolwiek
◊

Redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” Tomasz Sommer skomentował na platformie X najnowsze dwie sprawy związane z wynagrodzeniami w polskiej ochronie zdrowia. Pierwsza dotyczy lekarza ze szpitala w Bielsku Podlaskim, który łączy pięć stanowisk, pracuje rzekomo po 20 godzin dziennie i w 2025 roku zarobił ponad dwa miliony złotych. Druga odnosi się do zestawienia najwyższych zarobków pielęgniarek zatrudnionych w 4. Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką SPZOZ we Wrocławiu, z których najwyższa przekracza 340 tysięcy złotych rocznie.
Arsalan Azzaddin pracuje w Samodzielnym Publicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Bielsku Podlaskim od niemal 20 lat. Do Polski przyjechał w 1980 roku z Iraku na studia medyczne i pozostał w kraju na stałe. Obecnie jednocześnie sprawuje funkcję zastępcy dyrektora szpitala do spraw lecznictwa, koordynatora Szpitalnego Oddziału Ratunkowego, lekarza dyżurującego na tym oddziale, a także pracuje na oddziale chorób wewnętrznych.
Grafiki dyżurów, do których dotarła redakcja TVN24, pokazują, że lekarz pracuje na SOR-ze niemal bez przerwy. Grafiki dyżurów zatwierdza ten sam lekarz, który jednocześnie zajmuje stanowisko zastępcy dyrektora szpitala do spraw medycznych, czyli Arsalan Azzaddin osobiście. Z oficjalnej dokumentacji wynika, że w 2025 roku przepracował w sumie 7530 godzin, czyli średnio… 20 godzin dziennie.
Według przedstawionych informacji łączne wynagrodzenie brutto Arsalana Azzaddina za pracę na wszystkich pięciu stanowiskach w szpitalu w Bielsku Podlaskim przekroczyło w 2025 roku dwa miliony złotych.
„Poznajcie prawdziwego siłacza – kilka posad lekarskich, 20 godzin pracy dziennie przez cały rok bez przerwy. Dalibyście radę za dwie bańki?” – odniósł się do sprawy Sommer.
Druga sprawa skomentowana przez Sommera dotyczy zestawienia dziesięciu najwyższych łącznych wynagrodzeń brutto pielęgniarek i pielęgniarzy zatrudnionych lub współpracujących z 4. Wojskowym Szpitalem Klinicznym z Polikliniką SPZOZ we Wrocławiu w 2025 roku.
Najwyższa odnotowana kwota wyniosła 341 450,20 zł i dotyczyła osoby zatrudnionej na podstawie umowy o pracę. Pozostałe dziewięć miejsc na liście zajęły osoby rozliczające się w ramach kontraktów. Ich roczne wynagrodzenia wyniosły od 259 tys. zł do 315 tys. zł.
„Szok! Czy pielęgniarki powinny zarabiać więcej niż prezydent i premier? Ktoś totalnie zwariował w NFZ-cie” – skomentował Sommer.
Arcyksiąże Ferdynand @ArcyksiazeFerd
Można już otwierac nowy wątek pod tytułem #pigułaposting

Date: 26 agosto 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/prevost-mianuje-konsultantow-popierajacych-swiecenia-kobiet-oraz-agende-swiatowego-forum-ekonomicznego-wef
Do watykańskiej Dykasterii ds. Promowania Integralnego Rozwoju Człowieka powołane zostały osoby, które opowiadają się za tzw. “synodalnością” oraz zmianami w nauczaniu Kościoła Katolickiego w odniesieniu do moralności seksualnej.
We wtorek, papież Leon XIV mianował tuzin konsultantów Dykasterii ds. Promowania Integralnego Rozwoju Człowieka, w tym kilka osób, które opowiadają się za „święceniami” kobiet na kapłanów, synodalnością, zmianami w nauczaniu Kościoła katolickiego dotyczącym moralności seksualnej, a nawet jedną osobę powiązaną ze Światowym Forum Ekonomicznym (WEF). press.vatican.va/salastampa/en/bollettino/pubblico
Wśród osób mianowanych 18 sierpnia przez papieża Leona do tej dykasterii znalazł się Peter G. Kirchschlager, specjalista ds. etyki społecznej z Uniwersytetu w Lucernie w Szwajcarii, który stwierdził, że Kościół boryka się z nierozwiązanym problemem dotyczącym niemożliwości święceń kapłańskich dla kobiet. Kolejną osobą mianowaną przez papieża jest niemiecki ksiądz Peter Klasvogt, który poparł „Drogę Synodalną” i wezwał do przeglądu nauczania Kościoła w sprawie kobiet -„kapłanek” oraz moralności seksualnej z „gotowością do zmian”.
Kathryn Koch, prezes i dyrektor generalna globalnej niezależnej firmy zarządzającej aktywami TCW, wcześniej przez 20 lat pracowała w Goldman Sachs. W 2015 roku, Koch została wybrana przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) do grona „Young Global Leaders”.
W 2018 roku, Kirchschläger skrytykował Kościół Katolicki za „niewystarczające przestrzeganie praw człowieka w swoich własnych szeregach” oraz za „nierozwiązany problem” tzw. „równości płci”, zwłaszcza w kontekście odmowy dopuszczenia kobiet do święceń kapłańskich.
Kirchschläger stwierdził nawet, że „państwo powinno powiedzieć Kościołowi: »Macie problem z równouprawnieniem«” oraz nalegać, by państwo egzekwowało „powszechność praw człowieka” w Kościele Katolickim i innych wyznaniach, niezależnie od tego, czego nauczają.
Przypomnijmy, że Kościół Katolicki niezmiennie naucza, że do sakramentu święceń kapłańskich mogą być dopuszczani wyłącznie mężczyźni. W liście apostolskim „Ordinatio Sacerdotalis” z 1994 roku papież Jan Paweł II potwierdził tę odwieczną naukę:
“Dlatego też, aby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące sprawy o wielkim znaczeniu, sprawy dotyczącej samej boskiej konstytucji Kościoła, na mocy mojej posługi umacniania braci (por. Łk 22, 32) oświadczam, że Kościół nie ma żadnej władzy do udzielania święcenia kapłańskiego kobietom i że wszyscy wierni Kościoła powinni definitywnie trzymać się tego orzeczenia”.
Ojciec Klasvogt, pełniący funkcję rektora Campo Santo Teutonico w Rzymie, w pełni poparł heterodoksyjną niemiecką „Drogę Synodalną” oraz Synod poświęcony synodalności. W wydanej w 2022 r. książce, której był współautorem, zatytułowanej „Riskierte Berufung”, błędnie stwierdził również, że w niebie „nie będzie już kapłanów – przynajmniej nie w sensie urzędu”, co wydaje się być subtelnym wezwaniem do większego udziału świeckich w zarządzaniu Kościołem. Kościół naucza, że skoro sakrament święceń kapłańskich nadaje nieusuwalny znak, kapłani, którzy dostaną się do nieba, rzeczywiście pozostaną kapłanami.
Ksiądz argumentował dalej, że Kościół ma swobodę tworzenia nowych posług „zgodnie z potrzebami czasów” i zasugerował, że w związku z tym Kościół powinien ustanawiać nowe posługi „dla mężczyzn i kobiet, w tym te ustanawiane poprzez znak nałożenia rąk i modlitwę”.
Wydaje się to być wezwaniem do wyświęcania kobiet na kapłanki i diakonisy.
Kathryn Koch, oprócz tego, że 11 lat temu została wybrana przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF) na „Młodą światową liderkę”, obecnie zasiada w zarządzie Nasdaq, kluczowego partnera tej globalistycznej organizacji.
Nominacje te wpisują się w trend charakterystyczny dla ostatnich decyzji papieża Leona. Na początku tego miesiąca papież mianował 15 nowych konsultorów w Dykasterii Instytutów Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego, której przewodniczy prefektka siostra Simona Brambilla. Wśród nich znaleźli się zwolennicy ideologii LGBT i „święceń kobiet”, większej swobody eksperymentów liturgicznych oraz zmian strukturalnych w zarządzaniu Kościołem.
Najbardziej rzucającym się w oczy spośród tych nominacji na konsultantów było mianowanie siostry Patricii Murray, byłej sekretarz wykonawczej Międzynarodowej Unii Przełożonych Generalnych. Podczas konferencji poświęconej synodalności w 2021 roku argumentowała ona, że dyskusje dotyczące kontrowersyjnych kwestii, w tym święceń diakonatu i kapłaństwa dla kobiet, nie mogą być po prostu wykluczone z tego procesu. „Musimy również pozwolić, by poruszano tematy, o których ludzie chcą rozmawiać” – powiedziała, wyraźnie wspominając o diakonacie i kapłaństwie kobiet.
Podczas konferencji prasowej w Watykanie poświęconej synodowi, która odbyła się 16 października 2023 r., Murray była również przepytywana o „cierpienie osób LGBTQ+”.
INFO: lifesitenews.com/news/pope-leo-appoints-consultors-who-back-womens-ordination-wef-agenda (przekład automatyczny; wszystkie odnośniki w tekście oryginalnym)