Ile straciliśmy na Unii?

Ile straciliśmy na Unii?

30.04.2024 Autor:Tomasz Sommer nczas/ile-stracilismy-na-unii

Pieniądze Unia Europejska

Jak możemy podsumować dwie dekady członkostwa Polski w Unii Europejskiej? O tym redaktor naczelny „Najwyższego Czasu!” dr Tomasz Sommer rozmawia z ekonomistą Tomaszem Cukiernikiem, autorem książki „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”, która została właśnie wydana m.in. pod patronatem naszego dwutygodnika.

Tomasz Sommer: Skąd pomysł na taką książkę?

Tomasz Cukiernik: W 2021 roku w Łodzi wraz z redaktorem Stanisławem Michalkiewiczem uczestniczyłem w spotkaniu autorskim promującym moją nowo wydaną książkę „Michalkiewicz. Biografia. Na ostatniej prostej”. Po naszych wystąpieniach jeden z uczestników spotkania zapytał mnie, czy po napisaniu mojej książki „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa” – podsumowania cieszącego się dużym zainteresowaniem czytelników, którego nakład wraz z dodrukiem się wyczerpał – planuję napisać pracę podsumowującą dwie dekady członkostwa Polski w bloku. Wówczas jeszcze o tym nie myślałem, ale dzięki temu człowiekowi uznałem, że może warto to zrobić. I tak doszło do napisania tej książki.

– To jak wychodzi ten dwudziestoletni bilans członkostwa Polski w Unii Europejskiej?

– Przede wszystkim – wbrew temu, co mówią niedouczeni dziennikarze i politycy – bilansem członkostwa Polski w Unii Europejskiej nie jest dodatnie saldo przepływów finansowych pomiędzy budżetem unijnym a polskim. To saldo w ciągu dwudziestu minionych lat wychodzi ok. 2 proc. PKB na korzyść Polski. W gruncie rzeczy nie ma ono większego znaczenia gospodarczego, a jeśli już – to negatywne, tym bardziej że są to pieniądze publiczne zasilające głównie wydatki urzędnicze. Najważniejsze są kwestie gospodarcze. Na przykład przez niemal całe dwie dekady Polska miała ujemne saldo zagranicznych obrotów towarowych, a z drugiej strony przez cały ten okres notowała dodatnie saldo zagranicznych obrotów usługami. Ale ktoś powie: przecież import towarów i usług nie jest naszą stratą. No, właśnie. To wszystko nie jest takie jednoznaczne. Co jednak pewne, Polska zyskiwała na uczestnictwie we wspólnym rynku, a traciła na konieczności wdrażania unijnych regulacji. Można przyjąć, że były to podobne wartości w relacji do PKB.

Z kolei liczby podane przez Ministerstwo Finansów mówią jednoznacznie, że w latach 2005-2022 do krajów Unii wytransferowano z Polski łącznie ok. 1,15 bln złotych i prawdopodobnie są to kwoty zaniżone. Z drugiej strony polskie firmy też uzyskiwały dochody z tytułu zagranicznych inwestycji. Jednak mamy w tym olbrzymią nierównowagę. O ile jeszcze w 2004 roku dochody z tytułu zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce były aż ponad tysiąc razy wyższe od dochodów polskich firm z tytułu ich inwestycji zagranicznych, to w 2022 roku – już tylko nieco ponad cztery razy. Łącznie w okresie 2004-2022 dochody z tytułu zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce były ponad 13 razy wyższe niż łączne dochody z tytułu polskich inwestycji bezpośrednich za granicą. Do tego dochodzi bardzo niekorzystne dla Polski zjawisko emigracji Polaków, którzy zamiast budować bogactwo swojego kraju, budują dobrobyt Niemców, Holendrów i Irlandczyków. Ta strata to co najmniej 6 proc. PKB. Ale są jeszcze straty niepoliczalne, takie jak na przykład kwestia utraty suwerenności, której Polska stopniowo wyzbywa się na rzecz centrali w Brukseli. A przecież trzeba zdać sobie sprawę z tego, że Unia Europejska nie działała, nie działa i nigdy nie będzie działała na rzecz polskiej racji stanu. Co najwyżej na rzecz niemieckiej czy francuskiej racji stanu, a w najlepszym z naszego punktu widzenia wypadku – na rzecz ogólnoeuropejskiej racji stanu.

Jednak to wszystko to już historia i będzie tylko gorzej. Zaproponowane w 2023 roku zmiany traktatów Unii Europejskiej, których celem jest budowa scentralizowanego państwa europejskiego, doprowadzą do całkowitej utraty niezależności krajów członkowskich. Zostaniemy też w końcu zmuszeni do przyjęcia waluty euro, co będzie miało również negatywny wpływ na gospodarkę. Z kolei Europejski Zielony Ład zdemoluje gospodarkę szczególnie w przypadku Polski. Według wyliczeń francuskiego Instytutu Rousseau co roku do 2050 roku tzw. dekarbonizacja i osiągnięcie tzw. neutralności klimatycznej mają nas kosztować 2,4 biliona euro. To znacznie więcej niż korzyści wynikające z uczestnictwa we wspólnym rynku. To niemal dziesięć razy więcej niż wszystkie dotacje unijne, jakie Polska dostała przez dwadzieścia lat!

– Warto zadać pytanie, jaka jest alternatywa. Do czego mógłby doprowadzić Polexit?

– Po pierwsze, nie oznacza to, że nagle wszystkie kraje Unii się na nas obrażą, tym bardziej że szczególnie Niemcy i Holandia sporo by straciły na zerwaniu więzi gospodarczych z Polską. Nie wierzę w taki scenariusz. Może nastąpiłoby rozluźnienie, ale na pewno nie zerwanie powiązań gospodarczych. Po drugie, będąc poza Unią Europejską, Polska nie byłaby związana unijnymi traktatami i mogłaby podpisywać dowolne umowy z krajami trzecimi czy blokami państw jak BRICS, który rozwija się zdecydowanie szybciej niż Unia Europejska. Można budować Trójmorze, współpracować w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku czy przyłączyć się do bloku państw Regional Comprehensive Economic Partnership (państwa ze Stowarzyszenia Narodów Azji Południowo-Wschodniej oraz Chiny, Japonia, Korea Południowa, Australia i Nowa Zelandia). To największa strefa handlowa na świecie. W państwach bloku mieszka 2,2 mld ludzi, którzy wytwarzają 30 proc. światowego PKB. Pod względem PKB to dwa razy większy rynek niż Unia Europejska.

Pamiętajmy, że gospodarka światowa nie kończy się na Unii. Unia Europejska to zaledwie ok. 15 proc. światowego PKB, a ok. 85 proc. generują państwa pozaunijne. Po trzecie, ktoś skomentował w mediach społecznościowych hasło Polexit słowami, że Putin czeka z otwartymi ramionami. Czyli co – że musimy być niewolnikami albo jednych, albo drugich i wykonywać ich szkodliwe dla nas rozkazy? Że do końca świata mamy pracować na Ruska albo na Niemca? To mentalność niewolnika, który nie myśli o tym, żeby stać się wolnym, tylko o tym, żeby służyć lepszemu panu. I to nie obiektywnie lepszemu, tylko lepszemu według mądrości etapu.

– Eurostat podał, że PKB per capita według standardu siły nabywczej w Polsce w 2023 roku wyniósł 80 proc. unijnej średniej. W 2003 roku było to 50 proc. Czyli jednak dzięki Unii się szybko rozwijamy…

– To nie Unia buduje nam dobrobyt. Budujemy go sami ciężką pracą i oszczędnościami. Rozwijaliśmy się szybciej, zanim weszliśmy do Unii Europejskiej. W latach 1995-2024 średnioroczny wzrost PKB Polski wyniósł 4,6 proc., a w latach 2004-2023 – już tylko 3,9 proc. Poza tym ta unijna średnia z 2003 roku i z 2023 roku to całkiem inne średnie. Pamiętajmy o stagnacji panującej w krajach tzw. starej Unii. Wzrost jest tam bardzo powolny w związku z kryzysami finansowymi, lockdownem covidowym, a także z powodu tego, że inne państwa są członkami Unii. Z bloku wypadła bogata Wielka Brytania, a przystąpiły biedne Bułgaria, Rumunia i Chorwacja, co tę średnią obniżyło. W okresie referendalnym euroentuzjaści głosili, że Unia przyniesie nam niespotykany wzrost dobrobytu, że za 10-15 lat będziemy tak bogaci, jak mieszkańcy Europy Zachodniej, a może nawet jak Niemcy. Tymczasem w dogonieniu poziomu życia Niemców niewiele się zmieniło: w 2021 roku eksperci Warsaw Enterprise Institute przewidywali, że Polska może dogonić ten kraj już za… 34 lata.

Dlaczego zadedykowałeś książkę właśnie śp. Michałowi Marusikowi i śp. Markowi Bernaciakowi?

– Działacz opozycji antykomunistycznej, a potem europoseł nieżyjący już niestety Michał Marusik miał bardzo trzeźwe i odważne podejście do Unii Europejskiej. Nie obawiał się mówić prawdy. Także w Parlamencie Europejskim wygłaszał śmiałe przemówienia. Miałem to szczęście, że kilka razy się z nim spotkałem i mogłem z nim rozmawiać, a jego poglądy na temat Unii umieściłem w książce. Wykorzystałem w niej również wypowiedzi nieżyjącego Marka Bernaciaka. Szkoda, że spotkałem się z nim tylko raz. Planowałem przeprowadzić jeszcze z nim wywiad, ale nie zdążyłem. To przedsiębiorca z Koła, który nie bał się publicznie piętnować brania przez firmy unijnych dotacji. Wbrew powszechnemu trendowi otwarcie argumentował, w jaki sposób szkodzą one zarówno firmom, jak i całemu państwu. Zwracał przede wszystkim uwagę, że dotacje odciągają biznes od podstawowego zadania, czyli działań gospodarczych, na rzecz myślenia o subwencjach i bezproduktywnego wypełniania wniosków. Teraz trudno nawet znaleźć menadżera, który by publicznie skrytykował skrajnie szkodliwą dla firm unijną regulację ESG (sprawozdawczość przedsiębiorstw w zakresie zrównoważonego rozwoju) – ona również powoduje koszty i odciąga firmy od ich zasadniczych zadań.

Skąd na okładce informacja, że wydanie książki nie zostało sfinansowane z funduszy Unii Europejskiej?

– Właściwie powinienem napisać, że wydanie mojej książki nie było WSPÓŁFINANSOWANE z funduszy unijnych podatników. Bo po pierwsze Unia nie finansuje projektów w stu procentach, tylko wszystkie współfinansuje. Po drugie Unia nie ma swoich pieniędzy, a dysponuje pieniędzmi zabranymi pod przymusem unijnym podatnikom. Po prostu irytują mnie unijne tablice propagandowe rozmieszczone na każdym rogu ulicy. Przez to ludziom się wydaje, że wszystko, co w Polsce jest realizowane, powstaje z unijnych srebrników. Tymczasem nic bardziej mylnego. W mojej książce udowadniam, że wszystkie „unijne” projekty w Polsce przez dwie dekady Unia Europejska sfinansowała w mniej niż jednej trzeciej (30,5 proc.), a w ponad dwóch trzecich (69,5 proc.) to były pieniądze polskie! Co więcej, w przypadku samych inwestycji te proporcje są jeszcze bardziej druzgocące. Otóż w inwestycjach z lat 2004–2018 pieniądze pochodzące z Brukseli stanowią zaledwie 3 proc., czyli 97 proc. wartości inwestycji w Polsce w tym okresie zostało zrealizowanych za pieniądze POLSKIE!

Gdzie można książkę kupić?

– Zarówno na stronie mojej księgarni internetowej tomaszcukiernik.pl, jak i w innych księgarniach prawicowych, jak na przykład sklep-niezalezna.pl. Zapraszam.

Dziękuję za rozmowę.

ZBAWIANIE ŚWIATA KOSZTEM WŁASNEJ OJCZYZNY

ZBAWIANIE ŚWIATA KOSZTEM WŁASNEJ OJCZYZNY

Krzysztof Baliński

Na początek cytat, i to nie byle kogo, bo samego Stefana kardynała Wyszyńskiego: Każdy naród pracujeprzede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny”.

Polska to panna stara, brzydka i bez posagu” – to z kolei słowa Władysława Bartoszewskiego, czyli doktryna Polskiego Interesu Narodowego obowiązująca do dziś. Nic dziwnego, że bilans jest przygnębiający. Polskie interesy nie są zabezpieczone, stosunki z sąsiadami złe, od Rosji nieprzerwanie dostajemy cięgi, Ukraińcy dyktują treść uchwał Sejmu i pobierają coroczny haracz, maleńka Litwa rozmawia z nami jak mocarstwo, Łukaszenko ogrywa nas jak małe dzieci w piaskownicy. Czy nie dlatego, że otoczeni jesteśmy przez krzykaczy, którzy nie stawiają na pierwszym miejscu słów „polski interes narodowy”? Czy nie dlatego, że gdy pierwszy lepszy Żyd zmarszczy czoło, chowamy się po kątach, a polityką zajmują się notorycznie przegrywające miernoty? Czy nie dlatego, że Polska to jedyny kraj na świecie, który świadomie nie definiuje swojej racji stanu?

Przykłady z ostatnich dni. Nowe kierownictwo PAP wydało wewnętrzną instrukcję: Dziennikarz PAP nie może używać w depeszach sformułowania „racja stanu”, bo Szefostwo uznało je za „archaiczne” i „opisujące spolaryzowany świat z minionych stuleci”. „Wyzwaniem na kolejne lata dla Polski jest zdefiniowanie własnych interesów. Musimy wiedzieć, czego chcemy” – te porażające i szokujące słowa wygłosiła z dumą ministra w rządzie Donalda Tuska. W jednym, zwięzłym zdaniu zawarła brutalną prawdę – przyznała, że rząd nie zdefiniował jeszcze interesów własnego państwa. Grozę budzi to także dlatego, że sytuacja geopolityczna wymaga klarownej i silnej koncepcji suwerennego państwa oraz spójnej wizji rozwoju, szczególnie gdy Niemcy coraz sprawniej montują w UE swoje superpaństwo. Przykłady z ostatnich dni: Przeforsowanie w PE paktu migracyjnego, który zobowiązuje Polskę do przyjmowania tysięcy imigrantów z  Afryki oraz tzw. dyrektywy budynkowej, która doprowadzi większość polskich rodzin do ruiny.

Czy teza, że rząd nie realizuje polskich interesów nie jest za mocna? Odpowiedzią niech będzie dorobek jego pięciomiesięcznych rządów: Afera wiatrakowa, która uderzyła w Orlen i wspomogła niemieckiego Siemensa; Wycofanie się ze starań o reparacje od Niemiec; Sabotowania wszelkich inwestycji, które mogą być konkurencyjne dla niemieckiej gospodarki, w tym budowy CPK, portu kontenerowego w Świnoujściu i udrożnienia Odry.

Ile razy w ciągu tych 5 miesięcy rząd stanął po stronie polskiej racji stanu i  przeciwstawił się Berlinowi? Próżno szukać. I, czyniąc niemrawo przymiarki do zdefiniowania polskich interesów, rozważając, czego chce Polska, realizuje interesy innych.

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z przytupem ogłosiła też, że „do Polski wpłynął właśnie największy przelew z UE w historii naszego członkostwa”. Nie powiedziała jednak, że pieniądze są niczym innym, jak pożyczką, i to nie taką zwyczajną, którą należy spłacić, ale zobowiązującą Polskę do wydania uzyskanego kredytu na konkretne cele, w tym na Zielony Ład, który dobije polska gospodarkę. „Interesów Polski” nie zdołali jeszcze ustalić, trudno zatem oczekiwać, że postawią niemieckim apetytom, jakiekolwiek granice. A te są niespożyte, i nie dotyczą jedynie gospodarki. Ministra napisała (ilustrując zdjęciem przelewu): „Bycie w Unii się opłaca, ale Unia to nie tylko pieniądze o czym zapomnieli nasi poprzednicy. Łączą nas wartości: demokracja, równe szanse, rządy prawa, wolności obywatelskie”. Czyli wpisanie do Konstytucji aborcji na żądanie, legalizacji związków homoseksualnych i adopcji dzieci przez homoseksualistów.

Ale to nie wszystko – obroną polskich interesów zajmują się notorycznie przegrywające patałachy. Nadzwyczaj „skutecznie” wtrynia do tego nos, słynący z rozlicznych talentów dyplomatycznych, Andrzej Duda. Na polecenie prezydenta USA udaje się do Trumpa, żeby odblokował w Kongresie pomoc dla Ukrainy. Podczas wizyty w Egipcie, już na płycie kairskiego lotniska złożył deklarację „Przyjechałem tu z misję zleconą mi przez Zełenskiego”. Pomińmy przy tym dyplomatyczne faux pas takie jak to, że zlecający Dudzie misję Zełenski, to postsowiecki, skrajnie proizraelski Żyd, i że do Kairu prezydent RP wybrał się w towarzystwie żydowskiej żony oraz żydowskich doradców.

Gdy Duda odbył telefoniczną rozmowę z prezydentem Iranu, wkrótce okazało się, że to Zełenski nakazał Dudzie przekonać Persa, aby Teheran nie sprzedawał broni Rosjanom. Pomijając już to, że rozmowa stworzyła okazję do antyirańskich tyrad i dała asumpt do napuszczania Polaków na Irańczyków, zapytać należy: Jakim trzeba być dyplomatycznym matołem i politycznym Kałmukiem myśląc, że Irańczycy posłuchają prezydenta kraju, który nie ma żadnej pozycji na Bliskim Wschodzie (bo uprzednio zniszczył stosunki ze wszystkimi krajami regionu), jest skrajnie proizraelski i gościł konferencję antyirańską? A tak w ogóle – czy prezydent RP musi spełniać polecenia prezydenta jakiegoś upadłego kraju.

20 czerwca 2022, na spotkaniu z ambasadorami RP, Duda wymienił priorytety polskiej dyplomacji. Poza udzieleniem schronienia przesiedleńcom (których „nazwał gośćmi z Ukrainy”), zaliczył do nich sankcje wobec Rosji (które „powinny być utrzymane dotąd, aż Ukraina nie powie, że można je zdjąć, a dopóki nie powie, to te sankcje trzeba zwiększać”). Wszystkie bzdury przebił mówiąc o dostawach broni. Odchodząc od napisanego tekstu, z głowy (czyli z niczego!) wygłosił następującą „myśl”: „To się może w głowie nie mieści, że Polska wysłała taką pomoc – ale faktycznie wysłaliśmy (…) wysłaliśmy prawie że bez zastanowienia. Innymi słowy – idiota szkodzi Polsce i jeszcze się publicznie swą głupotą chwali.

Pierwszy Dyplomata RP (i Pierwszy Dyplomatoł RP), po spotkaniu z Emmanuelem Macronem oświadczył: „Najlepiej by było, gdyby Rosji nie było”. Ale przykład idzie z góry „Polska powinna wesprzeć Izrael w konflikcie z Iranem”, bo „atak Iranu na Izrael był atakiem podobnie terrorystycznym jak atak Rosji na Ukrainę”, bo „zamiarem Iranu było zniszczenie Izraela”, a „jedynym, który zacierał ręce z powodu ataku Iranu na Izrael, był Władimir Putin” – palnął wiceminister Andrzej Szejna. Głupota czy prowokacja? To był nie tylko pokaz dyplomatycznego matołectwa. To była kwintesencja polskiej myśli strategicznej.

Inne objawy tej „myśli”: Szef kancelarii prezydenta: „Ukraina dostaje od Polski to, o co prosi”.  Szef kancelarii premiera: „Gdy otrzymamy środki z KPO powinniśmy pewną częścią wspomóc Ukrainę”. Europoseł: „Należy zwiększyć składki członkowskiej w UE, by stworzyć specjalny fundusz pomocowy dla Ukrainy”. Wiceminister w MSZ: „My jesteśmy gotowi do tego, żeby w tej sprawie działać w każdy możliwy sposób, który będzie przede wszystkim uzgodniony z Ukrainą. Jeżeli Kijów będzie chciał, my będziemy gotowi. Najważniejsze będą oczekiwania samej Ukrainy”. Także Jarosław Kaczyński ma w niej swój wkład: „W ten sposób realizuje się marzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”.

Polityką zagraniczną Polski, czyli definiowaniem polskich interesów zajmuje się ambasador Ukrainy, który arogancko poucza, wydaje polskim politykom rozkazy, a nawet traktuje, jak chłopców na posyłki. No i mamy: „Polski rząd powinien być ambasadorem interesów Ukrainy na świecie”; „Doceniamy przywództwo polski w rezygnowaniu z rosyjskich nośników energii i zablokowania handlu między Rosją, a innymi państwami, który przechodzi przez terytorium Polski”. Tymczasem Ukraińcy sami pozwalają na tranzyt rosyjskiej ropy i gazu i pobierają za to 5 mld dolarów”, i stosują z powodzeniem schemat: „Ukraina broni całego świata” (a Polski w szczególności). Krótko mówiąc: Wszyscy kierują się w stosunkach międzynarodowych własnym interesem, definiują go i bronią, a „nasi” przyjęli za doktrynę: „Jesteśmy sługami narodu ukraińskiego”.

„Jestem przekonany, że po zakończeniu negocjacji rząd tę umowę zawrze” – oświadczył niedawno w Wilnie Andrzej Duda. Mówił o umowie, która zobliguje nasz kraj do przekazywania określonego odsetka PKB na wsparcie wojskowe dla Kijowa. Dodał przy tym: „Nasza polityka tutaj jest stabilna, jednoznaczna i tutaj nie ma w Polsce wokół pomocy dla Ukrainy żadnego sporu […] Premier Tusk uzgodnił ze mną kwestie przystąpienia do porozumienia o wspieraniu Ukrainy, które podpisał nie tak dawno w Kijowie. Do tego porozumienia ma być zawarta umowa. Tego typu umowę podpisała już Łotwa i będzie co roku przekazywać Ukrainie pomoc wojskową o łącznej wysokości 0,25 proc. PKB. Ponieważ w przypadku Polski wartość PKB znacznie przekracza 3 biliony złotych, to 0,25% oznacza 10 miliardów złotych. I tak, dla przypodobania się „najważniejszemu sojusznikowi”, wmanewrują nas w rolę państwa służebnego, łożącego na potęgę Drugiego Izraela w Europie coroczną kontrybucję.

Rządy chwalą się zwiększaniem wydatków na zbrojenia. Ten Tuska z dumą ogłasza, że wyniosą ponad 4% PKB, czyli 150 miliardów. Równocześnie minister finansów oznajmił, że rząd wycofuje się z obietnicy wprowadzenia kwoty wolnej od podatku, uzasadniając to: „Jesteśmy w sytuacji prawie wojennej”. W tym samy czasie wydatki na ochronę zdrowia pozostaną na tym samym poziomie, a każdy, kto styka się z publiczną służbą zdrowia, doskonale wie, że nawet w przypadku poważnych chorób usłyszeć może: najbliższy możliwy termin wizyty za 2-3 lata. Komunikat jest zatem jasny: jeśli upierasz się przy korzystaniu z publicznej służby zdrowia, to umieraj pod przysłowiowym płotem. A to wszystko dlatego, że rządzący zadecydowali, iż najważniejszym jest wypchanie portfeli amerykańskich i izraelskich koncernów zbrojeniowych. Dlaczego zbroimy się po zęby, rezygnujemy z podstawowych potrzeb i skazujemy nasze wnuki na spłatę pożyczki zaciągniętej na zakup żelastwa? Dlaczego kupujemy F-35, gdy na wschodniej flance zaczyna zanikać wojna i zagrożenie? Gdzie więc wyślemy te najdroższe na świecie samoloty? Do obrony nieba nad Izraelem? A może z bombami nad Teheran?

Donald Tusk wypowiedział się w kwestii tzw. europejskiej tarczy antyrakietowej (nie wiedzieć dlaczego, nazywanej przez „Wyborczą” żelazną kopułą, chociaż ta izraelska nosi nazwę „żelazna mycka”): „Dla mnie jest nieistotne, kto ma jaki biznes w kwestiach zbrojeniowych czy obronnych. Dla mnie jest istotne to, kiedy Polska będzie bezpieczniejsza. I nie przeszkadza mi zupełnie, żeby nie było wątpliwości, że głównymi inicjatorami tej inicjatywy były Niemcy”. Tymczasem to jest niemiecki projekt biznesowy i tarcza finansowa chroniąca niemiecki przemysł zbrojeniowy oraz śmiertelny ciosem dla polskiego przemysłu zbrojeniowego.

Gdy na mównicy sejmowej kiwa się, jakby w takt muzyki klezmerskiej, wiceminister (a wkrótce ambasador wszystkich Polaków w Izraelu) Władysław Teofil Bartoszewski, to przypominają się słowa jego ojca, jakoby inspirowane polską mądrością ludową: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”? Teofil też uraczył nas takim cymesem. Gdy Izrael mordował Palestyńczyków w Gazie, stwierdził: „Żydzi są naszymi braćmi. Musimy się z państwem Izrael identyfikować”. Mówiąc o interesach Polski i ich obronie, warto wspomnieć o „zasługach” ojca Teofila na tym polu. W izraelskim Knesecie bił się w piersi za „antysemityzm Polaków”, mówiąc: „ta ciemnota, gdzieś tam na zapadłej prowincji, która opowiada jakieś głupstwa, a która dobrze czytać i pisać nie umie”.

Ojciec Teofila w Knesecie obwieścił też: Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym w ostatnim 20-leciu trzech szefów dyplomacji było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. Wkrótce jego syn będzie mógł ogłosić w Knesecie: Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym premierem jest wnuk żołnierza Wehrmachtu, ministrem-koordynatorem służb specjalnych i ministrem sprawiedliwości Ukraińcy wychowani w nienawiści do Polaków. I pytanie, czy Teofil będzie godnym reprezentantem polskich interesów w Tel Awiwie jest tylko pytaniem retorycznym.

Sprawy jeszcze bardziej gmatwa to, że w MSZ nie tylko Bartoszewski, ale żaden inny zastępca ministra nie ma doświadczenia w dyplomacji. No i jest, jak jest. Sytuacja geopolityczna Polski jest niezwykle trudna. Ważą się losy naszego kraju. Potrzebna jest finezyjna dyplomacja. Potrzebni są profesjonalni dyplomaci. A mamy notorycznie przegrywające miernoty i przykłady dyplomatycznych posunięć, wręcz absurdalnie sprzecznych z fundamentalnymi interesami Polski. Sankcje wobec Rosji, które najbardziej uderzają w Polskę. Oddanie wszystkich zasobów Państwa do dyspozycji Ukrainy. Kłótnie ze wszystkimi sąsiadami (w tym narażanie wielowiekowych tradycji przyjaźni i współpracy z Węgrami). Retoryka obelg i inwektyw oraz obrażanie głów obcych państw, z których najłagodniejsze to knajacka odzywka prezydenta RP pod adresem Putina („Nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz”) i słowa marszałka Sejmu o „wdeptaniu Putina w ziemię”. W tych kwestiach mamy, co prawda, konkurencję w państwach bałtyckich, ale to małe pocieszenie.

Zamiast trzymać się z daleka od konfliktów, które nas nie dotyczą, wsadzają palce między drzwi i futrynę. Przedkładają obce interesy narodowe nad interesami Polski, wdając się w gry, których zasad nie znają. Dając się wciągać w geopolityczne machlojki podsuwane przez trockistów zza Oceanu, stawiają aparat państwa w roli wykonawcy cudzych strategii. Odwracają nasz kraj na Wschód, wciągając go w tamtejsze konflikty. Nakręcają się wizją nowego wschodniego mocarstwa Trojga Narodów, nie pomni, że podobny wybryk Józefa Piłsudzkiego o mało nie zniszczył nowo powstałej II RP.

Na koniec cytat, też Stefanakardynała Wyszyńskiego: „Nie oglądajmy się na wszystkie strony. Nie chciejmy żywić całego świata, nie chciejmy ratować wszystkich. Chciejmy patrzeć w ziemię ojczystą, na której wspierając się, patrzymy ku niebu. Chciejmy pomagać naszym braciom, żywić polskie dzieci, służyć im i tutaj przede wszystkim wypełniać swoje zadanie – aby nie ulec pokusie ‘zbawiania świata’ kosztem własnej ojczyzny”.

Zawsze zadajmy sobie pytania: Gdzie tu Polska i gdzie Polski Interes Narodowy? Uczmy się od innych, nawet od wrogów. Gdy na świecie coś się wydarzy, w Mosadzie pytają: Jaki ma w tym interes Izrael? Nawet pospolity żydowski handełes zapytuje: Kto mi popilnuje interesu? Nie zajmujemy się zatem dobrostanem Ukraińców, Żydów, Palestyńczyków, ale Polaków, i tylko Polaków. Miejmy odwagę powiedzieć: Tonie nasza wojna, bo prowadzi do militarnej i politycznej klęski Polski, do katastrofy finansów publicznych, do zniszczenia jednolitości etnicznej naszego państwa, do koszmaru wielonarodowego tygla.

Krzysztof Baliński

Mówimy językami – regionalnymi

Stanisław Michalkiewicz Mówimy językami – regionalnymi

Czczony w IV Rzeszy świątek nazwiskiem Alfiero Spinelli, który w Brukseli ma podobno nawet swoją kapliczkę, w swoim wyznaniu wiary zwanym „Manifestem z Ventotene” głosił potrzebę likwidacji historycznych narodów europejskich twierdząc, że to właśnie one są przyczyną wszelkich zgryzot. Ten jego postulat stał się zasadniczym punktem programu rewolucji komunistycznej, jaka przewala się przez Amerykę Północną i Europę.

W rewolucyjne przemiany w Ameryce zaangażowała się nawet sztuczna inteligencja i to w sposób absolutnie politycznie poprawny. Zadano jej pytanie, czy można być dumnym z przynależności do razy białej – na co sztuczna inteligencja bez wahania odparła, że w żadnym wypadku, bo dumnym można być tylko z własnych osiągnięć. Po chwili zadano sztucznej inteligencji kolejne pytanie – czy można być dumnym z przynależności do rasy czarnej. Sztuczna inteligencja natychmiast odpowiedziała, że należy pielęgnować własną tożsamość i czynić wszystko, by doznać pełnej samorealizacji.

Wynika z tego, że osobnicy należący do rasy czarnej nie tylko przez sztuczną inteligencję, ale i przez promotorów rewolucji komunistycznej, którzy sztuczną inteligencję najwyraźniej kontrolują i instruują, zaliczyli Murzynów do proletariatu zastępczego, który – podobnie jak „kobiety” oraz sodomczyków i gomorytki – trzeba będzie „wyzwolić” z opresji, jakiej poddają je „męskie szowinistyczne świnie” należące do znienawidzonej rasy białej.

Z historycznymi narodami sprawa jest bardziej skomplikowana, bo w Ameryce tworzą one zwarte skupiska, o charakterze jakby eksterytorialnym, w związku z czym wielu ludzi ma wątpliwości, czy „naród amerykański” o którym tyle się mówi, rzeczywiście istnieje, czy też jest to raczej rodzaj propagandowej fikcji, podobnie jak „naród sowiecki” w ZSRR. W Europie jest inaczej. Tutaj wymagania rewolucji komunistycznej nakładają się na potrzeby związane z budowaniem IV Rzeszy, w związku z tym, zarówno z jednego powodu, jak i z drugiego, historyczne narody tak czy owak trzeba zlikwidować. Nie chodzi przy tym o eksterminację, bo dzisiaj już wiadomo, że nie jest ona opłacalna, że z żywego niewolnika można wydostać większy szmal, niż z jego zwłok. Chodzi zatem o likwidację historycznych narodów, jako właśnie narodów i zastąpienie ich tak zwanym „nawozem historii”, w który wynarodowione jednostki zostaną przez promotorów rewolucji komunistycznej przekształcone. Jednym z narzędzi, którymi posługują się zarówno promotorzy rewolucji, jak i architekci IV Rzeszy, jest regionalizacja.

Najogólnie biorąc, chodzi o rozparcelowanie geograficznych siedzib historycznych europejskich narodów na tak zwane „regiony”, które można by w miarę przerabiania ich mieszkańców na „nawóz historii” dowolnie łączyć w doraźne lub stałe większe całości, na podobieństwo dawnych europejskich kolonii w Afryce, które połączono w państwa, bez zaprzątania sobie głowy przynależnością narodową tubylców. Warto jednak zwrócić uwagę, że politykę regionalizacji aplikuje się nie wszystkim krajom, a tylko niektórym. Oto w latach 70-tych ub. wieku we Włoszech powstała Liga Północna, Jej twórca, Umberto Bossi, opowiadał się nie tylko za gospodarką rynkową i przeciwko imigracji z Północnej i czarnej Afryki, ale również – za podziałem Włoch na trzy regiony: Republikę Północną, w którego skład wchodziłaby Lombardia, Piemont, Liguria, Romania, Toskania i Venetto oraz region środkowy i południowy. Republika Włoska ze stolicą w Rzymie utrzymywałaby armię i prowadziła politykę zagraniczną. Te postulaty Ligi Północnej spotkały się we Włoszech ze sporym pozytywnym rezonansem, ale również z krytyką, również ze strony Stolicy Apostolskiej. Do akcji wkroczyły nawet tamtejsze niezawisłe sądy, w następstwie czego Umberto Bossi przestał przewodzić Lidze Północnej, a jego następcy w ogóle zrezygnowali z forsowania regionalizacji. Na tym przykładzie widzimy, że w niektórych państwach przyszłej IV Rzeszy regionalizacja jest dobra, ale w innych – niedobra.

Jeśli chodzi o Polskę, to regionalizacja jest dobra, a w porywach nawet bardzo dobra. Mamy zatem euroregion Pomerania, obejmujący Pomorze Zachodnie, następnie Pro-Europa Viadrina, dalej na południe – Sprewa-Nysa-Bóbr, następnie – idąc w kierunku południowym oraz wschodnim – Nysa, dalej Glacensis, potem Pradziad, potem Silesia, później – Śląsk Cieszyński, Beskidy i Tatry, dalej na wschód – potężny euroregion Karpacki, na północ od niego – Euroregion Bug, dalej na północ – Puszczę Białowieską – następnie Euroregion Niemen, dalej – Łyna-Iława i wreszcie – Bałtyk.

W środkowej części Polski żadnego euroregionu nie ma, pewnie dlatego, że tu ma być Generalna Gubernia, której to nazwy jeszcze oficjalnie się nie używa, żeby tubylców niepotrzebnie nie płoszyć. Nie znaczy to jednak, że nic się nie dzieje. Oto w dniach ostatnich Sejm przyjął ustawę o uznaniu gwary śląskiej za „język regionalny”. Zgodnie z prawem IV Rzeszy takie uznanie ma swoje konsekwencje. W Polsce reguluje je ustawa z 2005 roku, która już wtedy nadała status języka regionalnego językowi kaszubskiemu. Obecnie mamy również język śląski.

Co wynika z uznania jakiegoś języka ze język regionalny? Ma być nauczany w szkołach, łącznie z możliwością zdawania matury, a także – zgodnie ze zobowiązaniami przyjętymi przez państw członkowskie – również na poziomie uniwersyteckim. Ponadto język regionalny powinien być używany w sądach, zarówno w postępowaniach karnych, jak i cywilnych, podobnie – w administracji państwowej i samorządowej. W związku z tym również powszechnie stosowane formularze powinny być sporządzane również w języku regionalnym. To samo dotyczy policji, a także mediów. Inna sprawa, że – przynajmniej na podstawie doświadczeń z regionalnym językiem kaszubskim – zainteresowanie uczniów, zwłaszcza maturzystów jest raczej umiarkowane; na przykład do zdawania matury w tym języku przystąpiło w ubiegłych roku zaledwie 14 osób – ale w przypadku skargi, że ktoś z powodów językowych został zdyskryminowany, trzeba będzie się tłumaczyć przed stosownymi instancjami Rzeszy.

Charakterystyczne jest, że wspomniana ustawa w części dotyczącej języków regionalnych jest szalenie lakoniczna, w związku z czym informacji o konsekwencjach uznania jakiegoś języka za „regionalny” trzeba szukać w dokumentach brukselskich – ale rozumiem, że to dlatego, żeby nikogo nie płoszyć, przynajmniej do czasu. Potem, to znaczy – gdy już Rzeczpospolita Polska zostanie przekształcona w Generalną Gubernię – bo chyba takie jest nasze przeznaczenie w Generalplan Ost? – nie będzie to miało specjalnego znaczenia, bo i tak każdy będzie musiał nauczyć się języka urzędowego.

Stanisław Michalkiewicz

Gietrzwałd – spotkajmy się 3 maja

Gietrzwałd – spotkajmy się 3 maja

Kategoria: Archiwum, Co piszą inni, Filozofia, Gietrzwałd, Jezus Chrystus – Król Polski, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne, Wiara

Autor: AlterCabrio, 29 kwietnia 2024

Spotkajmy się w Gietrzwałdzie 3 maja. W święto Najświętszej Marii Panny Królowej Polski. I tam prośmy, aby nasza Królowa prowadziła nas do Króla, do Chrystusa Króla. Jedynego, prawdziwego Króla, Którego nikt nie może pozbawić władzy królewskiej. Tego, Któremu ta królewska godność przysługuje od zarania dziejów. Który, niezależnie od tego czy zostanie uznany czy nieuznany, tym Królem jest był i będzie.

−∗−

Spotkajmy się 3 maja w Gietrzwałdzie! Piotr Mrotek i Marek Skowroński

W Gietrzwałdzie, 3 maja:

g. 11:00 Msza święta w Bazylice

g. 12:00 Różaniec w intencji Polski

g. 13:00 Przerwa

g. 14:00 Spotkanie pod transparentem «Spotkajmy się 3 maja» i odmówienie Drogi Krzyżowej w intencji Ojczyzny

Następnie spotkanie uczestników.

https://banbye.com/embed/v_ardtl0n5ogmm

−∗−

Warto przypomnieć:

Potrzebujemy duchowego powstania narodowego
‘Jest nam potrzebna mądrość, roztropność i mężna odwaga. Rządzącym oprawcom trzeba powiedzieć: Dosyć tego! Potrzebujemy duchowego powstania narodowego. I takiego obywatelskiego. Potrzebujemy tego pospolitego ruszenia, kiedy nie pozwolimy sobie na […]

_____________

Demokracja łatwo przemienia się w totalitaryzm. Wołanie o Intronizację
«Nie mamy siedzieć w letargu z założonymi rękami, tylko zrobić to, co sam Bóg przykazał Annie Dąmbskiej, powiedział: ‘Każdy z was ma działać tak, jakby od niego samego zależały losy […]

_____________

Polska płonie. Intronizacja do uzupełnienia – ks. Eugeniusz Miłoś
«Wydaje się, że teraz jest najodpowiedniejszy czas by uzupełnić te słowa, o które nam chodzi. Gdy widzimy co się dzieje w Sejmie, jak jest łamane prawo, jak coraz większy rozgardiasz […]

_____________

Kim my jesteśmy czyli trzeba wstać z pogorzeliska – ks. Marek Bąk
Musimy sobie uświadomić, jeszcze raz, kim my jesteśmy. I z tego biorą się powinności wiary i powinności obywatelskie. Nadto trzeba sobie uświadomić kto w naszym kraju obsadził urzędy. Są to […]

_____________

Gietrzwałd. To czasy ostatecznej konfrontacji – ks. Marek Bąk
Objawienia w Gietrzwałdzie pomieszały zamysły polityczne ówczesnych zarządzających Europą i nie doszło do kolejnej wojny. Nie doszło też do kolejnego powstania i likwidacji resztek nadziei polskich. Dlatego też po takich […]

−∗−

Tagi:3 Maja, Gietrzwałd, Intronizacja, ks. Marek Bąk, Marek Skowroński, NMP, pielgrzymka, Piotr Mrotek, wyjazd do Gietrzwałdu

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

komentarze

AlterCabrio 29 kwietnia 2024

  1. 4„Budujemy 150 kapliczek dla uczczenia 150 lecia Objawień Niepokalanej Matki Bożej Królowej Korony Polskiej w Gietrzwałdzie”.
  2. Naród polski przeznaczony dla Boga i Matki Bożej Królowej Polski – ks. prof. Tadeusz Guz, 18 czerwca 2023r., [31min]

Walka o pokój dla świata

Walka o pokój dla świata

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    30 kwietnia 2024 michalkiewicz

Z wielkich idei rodzą się wielkie nieszczęścia” – twierdził Aldous Huxley. Trudno mi powiedzieć, co konkretnie miał na myśli, bo w świecie krążą rozmaite idee, które przez ich wyznawców uznawane są za wielkie, ale przez pozostałych – już niekoniecznie. Jednak zamiast gubić się w domysłach, spróbujmy sprawdzić trafność spostrzeżenia Huxleya na konkretnym przykładzie.

Oto w biblijnej Księdze Rodzaju czytamy, jak to Stwórca Wszechświata, który dlaczegoś upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku, pewnego dnia obiecał mu solennie, że „jego potomstwu” oddaje obszar „od Rzeki Egipskiej”, czyli Nilu, aż do „rzeki wielkiej, rzeki Eufrat”. Obecnie, słusznie, czy niesłusznie, za potomków Abrahama uważają się Żydowie i z tego tytułu snują marzenia o „wielkim Izraelu”, który miałby rozciągać się właśnie na obszarze ujętym w ramy tych dwóch rzek. Snują marzenia – bo Stwórca Wszechświata przez kilka tysięcy ostatnich lat, z zagadkowych przyczyn swojej obietnicy nie spełniał, ale ostatnio jakby coś w tej sprawie drgnęło. Czy stało się to za sprawą wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera, który – podobnie jak rzymski cesarz Klaudiusz – uważał, że Żydowie są przyczyną „powszechnej choroby świata cywilizowanego”, czy też Marcina Lutra, który dał początek Reformacji, dzięki której w Ameryce pojawił się odłam wyznania protestanckiego, według którego nie będzie na świecie pokoju, dopóki nad światem nie zapanują Żydowie – tego pewnie się nie dowiemy, bo – w odróżnieniu od czasów dawniejszych, kiedy to Stwórca Wszechświata co i rusz rozmawiał z wieloma osobami – teraz jakby przestał się komukolwiek zwierzać, a jeśli w ogóle komunikuje się z ludzkością, to raczej przez czynności konkludentne – ale to nieistotne, bo zamiast dociekać przyczyn, skupmy się na skutkach, które są widoczne.

Oto po II wojnie światowej, której towarzyszyła masakra europejskich Żydów zainicjowana przez wspomnianego wybitnego przywódcę socjalistycznego, w 1948 roku proklamowana została niepodległość Izraela, który – jak to potwierdza niedawna uchwała tamtejszego parlamentu, czyli Knesetu – jest „państwem żydowskim”, czyli ex definitione przeznaczonym dla Żydów. Warto zwrócić na to uwagę, bo ten pogląd uważany jest przez opinię światową za oczywistą oczywistość, podczas gdy opinie, że takie na przykład Niemcy powinny należeć do Niemców, czy taka na przykład Polska powinna należeć do Polaków, uchodzą nie tylko za „kontrowersyjne”, ale nawet za rodzaj orwellowskiej myślozbrodni i bywają ścigane przez niezawisłe sądy.

Wynika z tego, że Żydowie, w odróżnieniu od innych, mniej wartościowych narodów, cieszą się specjalnym statusem, na straży którego stoi jedno z najsilniejszych współczesnych państw, czyli Stany Zjednoczone. Składa się na to szereg zagadkowych przyczyn, wśród których jedna uważana jest przez nowojorską Ligę Antydefamacyjną za opinię „antysemicką” – że mianowicie Żydowie w Ameryce mają duże wpływy w sektorze finansowym, w mediach i przemyśle rozrywkowym, co sprawia, że tamtejsi twardziele, z obawy, by Żydowie nie zrobili z nich marmolady, skaczą przed nimi z gałęzi na gałąź. Wyraża się to m.in. w tym, że każdy twardziel, który zostaje prezydentem USA, składa bezcennemu Izraelowi coś w rodzaju hołdu lennego – że mianowicie będzie bronić jego interesów przy użyciu całej potęgi Stanów Zjednoczonych i to bez względu na to, co bezcenny Izrael zrobi.

Ponieważ po proklamowaniu niepodległości bezcennego Izraela, na Bliskim Wschodzie w ciągu 76 lat wybuchły cztery duże wojny i co najmniej tyle samo mniejszych, wielu ludzi uważa bezcenny Izrael za coś w rodzaju krosty, która na ciele świata wywołuje nieustanne stany zapalne i nawet twierdzi, że zgoda społeczności międzynarodowej na utworzenie tego państwa była błędem. Ale takie opinie są energicznie zwalczane właśnie przez amerykańskich twardzieli, spośród których wielu naprawdę wierzy, że nie będzie na świecie pokoju, dopóki nad światem nie zapanuje bezcenny Izrael. Nie tylko wierzy – ale podejmuje w tym kierunku dość skuteczne starania, które dotychczas przyniosły rozmaite rezultaty. Rozmaite – bo wprawdzie dla bezcennego Izraela okazały się korzystne – ale dla sąsiadujących z nim narodów uważanych za mniej wartościowe – już niekoniecznie.

Na przykład w 1991 roku, w następstwie operacji „Pustynna Burza”, pod pretekstem skarcenia złowrogiego Saddama Husajna za samowolne zajęcie Kuwejtu, nieżyczliwy bezcennemu Izraelowi Irak został skotłowany. Ale to był dopiero pierwszy krok, bo w 2003 roku, w ramach operacji pokojowej „Iracka Wolność” iracki potencjał został zniszczony całkowicie, złowrogi Saddam Husajn, po zawleczeniu go przed niezawisły sąd został powieszony i w ten sposób Irak przestał być dla bezcennego Izraela jakimkolwiek problemem. Ot i teraz słyszymy, że irańskie drony i rakiety były przez amerykańskie myśliwce strącane nad Irakiem, z czego wynika, że to państwo jest wasalem USA, podobnie jak Jordania, dzięki czemu zarówno tam, jak i w Arabii Saudyjskiej, amerykańscy twardziele nie forsują demokracji, pozwalając tamtejszym królom na samowładne, żeby nie powiedzieć – tyrańskie panowanie. W zamian za to jordańska wielka księżniczka musiała wsiąść do myśliwca i strącać irańskie drony, żeby nie doleciały do bezcennego Izraela. Warto na koniec dodać, że „rzeka wielka, rzeka Eufrat”, która miała stanowić wschodnią granicę obszaru podarowanego przez Stwórcę Wszechświata potomstwu mozopotamskiego koczownika, przepływa akurat przez terytorium Iraku.

Wreszcie w październiku 2010 roku na szczycie w Deauville, Nasza Złota Pani z Berlina pozwoliła Francji na budowanie sobie kieszonkowego imperium w basenie Morza Śródziemnego. W następstwie tych ustaleń w Tunezji, Egipcie i Libii wybuchły wkrótce „jaśminowe rewolucje”, które doprowadziły do obalenia tamtejszych tyranów, a nowi tyranowie ani myślą podskakiwać bezcennemu Izraelowi. Prezydent Obama chciał, by demokracja zwyciężyła też w Syrii, ale tamtejszy tyran, dufny w protekcję Putina, nie chciał ustąpić, za co Syria została ukarana operacją pokojową, która trwa do dzisiaj i po której z Syrii wkrótce nie zostanie kamień na kamieniu, więc i ona przestanie być problemem dla bezcennego Izraela.

Pozostał jednak złowrogi Iran, na który, jak się wydaje, właśnie przyszła kryska. Jeśli „siły obronne” bezcennego Izraela zdecydują się skarcić go za zuchwalstwo, to może to rozpalić kolejną dużą wojnę w regionie, a może nawet w skali światowej, zwłaszcza gdyby się okazało, że złowrogi Iran, podobnie jak bezcenny Izrael, też ma broń jądrową. Wtedy na świecie może rzeczywiście zapanować pokój – jak to sobie wyobrażają niektórzy amerykańscy protestanci.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Ucieczka z kina „Polska”

 Ucieczka z kina „Polska”  Jerzy Karwelis



29 kwietnia, wpis nr 1262 https://dziennikzarazy.pl/29-04-ucieczka-z-kina-polska/



Uciekają. Uciekają do tej Unii, aż człowiekowi samo na myśl przychodzi, że zwiewają jak z tonącego okrętu. A może po co to – „jak”?
Może nasz polski okręt po prostu tonie i ci co się przesiadają na unijne szalupy wiedzą o tym dobrze, bo sami nawiercili w naszej nawie państwowej sporo dziur. Zwłaszcza, że uciekają praktycznie z każdego obozu politycznego, co rodzi podejrzenia, że – jak mówią Rosjanie – „im tam widnieje”, wiedzą politycy coś, czego my nie wiemy, bo tylko oni, nie suweren przecież, – jak to psuje język klasa polityczna, „posiadają wiedzę” jak jest naprawdę. Tam, wiedzą…! Gdyby wiedzieli jak jest, to by coś tam może i przedsięwzięli, a oni wiedzą tylko jak jest źle, zajmują się więc łataniem dziur w polskiej łajbie, a że ta na dziurach stoi, to mamy łatę na łacie. Panie bracie.
Nie wiedzą nie tylko gdzie jest dobrze, ale oprócz awaryjnych interwencji ustawodawczych nie wprowadzają systemowych reform, tylko skupiają się na realizacji choćby najgłupszych obietnic danych swemu elektoratowi. Zobaczywszy jaki domek z kart stawiają – zmieniają talię. Na brukselską.Ale nawet tego też nie dowożą. Większość obietnic leży niezrealizowanym odłogiem, co nawet wybacza rządowi jego własny elektorat. Ten wie, że aspirujący do władzy „musieli” kłamać, by uwieść tych, dla którym samo istnienie PiS-u nie wystarczyło do uzasadnienia i wybaczenia dowolnych działań, a nawet ich braku.
Się naobiecało na zapas, ale najważniejszy cel – ***** *** – został osiągnięty i… co teraz?
Rządzący uciekają
A więc uciekają do Brukseli. Popatrzmy na to partyjnie. Trójka ze sternikiem, czyli Sienkiewicz, Kierwiński i Budka to wyraźnie uciekinierzy. Narobili zleconych dziur w łajbie pt. Polska i spylają na inne pokłady. Ciekaw jestem czy uciekają przed odpowiedzialnością, chowając się za międzynarodowym unijnym immunitetem? A może zrobili już swoje i pora odpocząć? Potwierdzałoby to plotki o dowyborczym kształcie Tuskowego rządu z 13 grudnia. Ten etap miał się zamknąć zaudytowaniem złodziejstw PiS-u, czyli dostarczeniem medialnego paliwa podtrzymującego zapał powyborczy. Czyli zamiennik za chleb, którego wyraźnie – co zostało wyliczone i skoordynowane – zabraknie w drugiej, powyborczej właśnie, części tego roku. Uśmiechnięta Polska, będzie się bawić reglamentowanym rozliczaniem PiS-u i nikt nie zapyta o realizację obietnic, czy choćby podstawowych funkcji państwa, innych niż te skoordynowane unijnie.A więc czas na wymianę zużytych audytorów, choć wydaje się, że okres właściwej rekonstrukcji rządu wciąż przed nami, a właściwie nie musi to być jakieś spektakularne momentum, może to być zrobione osmatycznie, co powinno przystawkowych sojuszników Tuska trzymać wciąż w twórczym napięciu zaglądania liderowi w oczy. Myślę, że zarówno Sienkiewicz jak i Kierwiński mogą zameldować wykonanie zadania.  Pułkownikowy prawnuk sumienia narodu na stanowisku nomen omen ministra kultury wykonał zadanie polegające na trwałej destrukcji mediów publicznych, ku uciesze tych prywatnych.
Z dylematu – upubliczniać czy prywatyzować państwowego molocha wyszło się na rympał na trzeci wariant – zniszczyć. Czyli robota zrobiona. Kierwiński także może iść na emeryturę, do tego „cmentarzyska słoni”, jak nazywają Parlament Europejski. Wymienił policję na taką, jaką trzeba, czyli nieinterweniującą w momentach skoku nowej ekipy na konstytucyjny porządek, za to usłużną w naparzaniu w ostatki buntowników, za jakich robią obecnie rolnicy. Tu też wszystko ustawione.Zesłanie Budki wygląda już inaczej. Chyba zastało go ono w trakcie działań, gdyż czystki w spółkach skarbu państwa wyraźnie nie są dokończone. Może tam plany kogo zamienić na kogo, pozostawi Budka po sobie, ale ta sprawa wyraźnie się ślimaczy, zwłaszcza w porównaniu z ofensywą medialno-policyjną wymienionych wyżej dwóch ministrów-uciekinierów. Wszystko będziemy widzieć, jak przyjdzie Budki następca – kto on, a właściwie po owocach go poznamy, czyli zobaczymy czy wymiana popisowskich zarządów przyspieszy.
A może będzie jak teraz, bo widać wyraźnie, że – ku zaskoczeniu wielu – PO, trąbiącej o swej fachowości, wyraźnie brakuje ludzi. Dobrych rozdrapały korporacje, zaś ustawienie się na politycznej huśtawce bujającej spółkami państwowymi nie jest marzeniem większości menadżerów, nawet ten stres przebiją ewentualne kosmiczne odprawy. Wykopią takiego i się okaże, że ten moment w cv nie jest powodem do dumy menadżera, który spadł z politycznej karuzeli stanowisk.Ważne jest, że nie zesłano Bodnara. To znaczy, że dużo wciąż roboty przed nim, wciąż są niedokończone sprawy i ojczyzna (Tusk znaczy się) wyznaczyła mu zadanie kontynuacji. A to wróży ciągłe burze i napory w systemie sprawiedliwości. Czeka nas więc tu kontynuacja nieprzewidywalności. Zastanawiają także brukselskie transfery Polski 2050. Też się szybko dziewczyny i chłopaki zużyli w tej krótkiej przecież kampanii. A to może wskazywać, że ta formacja, jak i poprzedniczki, była jednak partią jednorazowego użytku, co się ostatecznie zdecyduje w wyborach prezydenckich, oczywiście jeśli rotacyjny marszałek w ogóle zechce wystartować do wyścigu do jak najbardziej nierotacyjnego Belwederu. Hołownie idą z Kosiniakami licząc na powtórkę z rozgrywki, jaka im się udała 15 października. Dziwi start do Brukseli peeselowskiego ministra rozwoju, co może się wykładać, że w podlegającym mu ministerstwie rozwoju nie szło mu najlepiej, albo się znudził.
Opozycja też ucieka
Pisowcy też się zabierają do Brukseli, choć Kurski czy Lichocka, to raczej nie rdzeń partii, który miałby tu na miejscu odwojować Polskę. Wynik tej partii w tym ostatnim w triadzie wyborczej starciu o mandaty miał będzie jedynie znaczenie sondażowe. A więc walczyć się będzie bardziej sztandarem niż nazwiskami. PiS nie miał nigdy swego pomysłu na Unię, gdyż same erystyczne popisy Sariusza-Wolskiego czy Legutki nie miały w gabinetach brukselskich większego znaczenia i były obliczone jedynie na polski rynek wewnętrznej polityki, tak by okazać rodakom swą pryncypialność wobec Brukseli. Choć elektorat wyraźnie dał się na to nabrać, nie rozróżniając wojowniczej retoryki od kapitulanckich zgód traktatowych.Konfederację i jej start w tych wyborach zostawiam na boku, gdyż nie chcę analizować wyraźnie przesypianej szansy na najlepszy wynik dla tej formacji. Tu, jak zwykle, pójdzie para w gwizdek, prawica pójdzie podzielona, albo się samozbojkotuje, zaś trend do tego, by się i ta formacja, a właściwie jej przedstawiciele, także oddalili od nudnej polskiej naparzanki miałby chociaż cień sensu, gdyby powieziono tam na taczce Konfederacji jakieś realne, poza erystycznymi, działania antyunijne.
Kasa, Misiu, kasa…
Tyle merytoryki. A może to jest tak, że oni tam jadą za kasą? Na bank, jak to się mówi. Jak się porówna polskie pieniądze za politykę i z drugiej strony pensje oraz dodatki w korumpującej swych przedstawicieli Unii, to wychodzi, że ta motywacja jest konieczna do uwzględnienia. Umieralnia słoni to luksus w porównaniu ze stresem i pieniężnym ekwiwalentem polskich zapasów w plemiennym błocie. W Brukseli można się dorobić, łącznie z sowitą emeryturą, w pracy nie trzeba się wysilać, pełno komisji, wizyt po całym świecie, seminariów, raucików i hotelików. Żyć nie umierać. A w Polsce – wiadomo: szczują, trzeba być czujnym, media ze służbami mogą w jeden dzień zabić jednym twittem, kasy nie ma, trzeba ryzykownie dobierać i po co się więc pchać?To każe nam pochylić się nad aspektem finansowym polskiego systemu politycznego. Oficjalne wynagrodzenie dla polityków, w porównaniu z rosnącą decyzyjnością i (niestety) odwrotnie proporcjonalną odpowiedzialnością, to przepis na katastrofę. W najlepszym razie idą do polityki ambicjonerzy, chcący dopisać sobie do swego cv prestiżowy punkcik. Budują sobie relacje na przyszłość, którą widzą poza polityką, w najlepszym razie – na jej styku z biznesem. Pełno tego. Najwięcej zaś – tu przeprowadzam proces poszlakowy sądząc o istnieniu systemu na podstawie jego ofiar – przeważa element korupcyjny. Mamy tu niezły węzeł: wykładnicze komplikowanie i rozrost regulacji, który przekierowuje każdą decyzję w ramiona omnipotentnych urzędników, niskie pensje, cwaniaków pływających w mętnej wodzie regulacji, którą sami mącą, aby proceder się rozkręcał. No i mamy biznes, który o tym wie.Prezes Kaczyński, obniżając kiedyś pensje posłom, stwierdził, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy. Było to słabe tłumaczenie decyzji o obniżeniu pensji politykom, a chodziło jedynie o to, by taktycznie wygłodzić tylko opozycję, gdyż każdy rezolutny poseł robiący za te swoje 8 tysi, jak był z rządzących, to się poustawiał tak, że krzywdy nie zaznał. Z opozycją było gorzej – przejął co się dało pełowski samorząd i fundacje nowego świata. I jak to z pozytywnymi efektami taktycznych zagrywek często wychodzą one negatywnie na poziomie strategicznym i systemowym. Jeżeli do polityki nie idzie się dla pieniędzy, to łatwiej pieniądzom przychodzić do polityki i ustawiać sobie tak regulacje, żeby pieniądzom działo się lepiej. Ale pochylmy się nad tym stwierdzeniem Kaczyńskiego na wprost i na poważnie. Czyli jak nie dla pieniędzy, to dlaczego się idzie do polityki, nawet gdyby to była prawda? Aha, tam mają iść ludzie ideowi, niepodatni na sute propozycje, realizujący interes narodowy.A są (byli) w PiS-ie tacy? Przecież Prezes widział i wie, że większość idzie tam kręcić lody – inaczej nie byłoby tego mechanizmu „sprzężenia zwrotnego” chociażby ze spółek skarbu państwa do partii, gdy oddawało się politycznym decydentom kawał najczęściej chyba po to przeszacowanego wynagrodzenia. Minister zarabia w Polsce wielokrotnie mniej niż szefowi podległych mu instytucji, a więc i tu też zalęga się korupcyjny robak możliwości.
Diabelska alternatywa
Z drugiej strony to człowiek nawet nie wie czy lepiej być rządzonym przez skorumpowanych cwaniaków czy przez oszalałych ideowców. Przypomnę chociażby taką „piątkę Kaczyńskiego”. W najlepszym przypadku chodziło o podlizanie się lewackiemu elektoratowi, tak czułemu przecież w temacie ochrony życia zwierzęcego, w odróżnieniu zresztą do poczętego. Tak, wyobraźcie sobie, że to miałoby przeciągnąć na stronę PiS-u młody elektorat lewicy! To jakiś sen wariata. A tłumaczenie, że to realizacja idei dobrostanu zwierząt, to już Himalaje durnoctwa, bo w tym temacie taka niby-estyma osobista prezesa zamordowała nam kolejną branżę, w której przodowaliśmy w Europie, co przejęły inne kraje, również deklarujące swą miłość do futerkowych.No, dobra, powiecie, ale to śmiertelna alternatywa. Korupcja albo odklejona od rzeczywistości ideowość. Ale jest trzecie wyjście (pomijając monarchię), gdy w demokracji można się utrzymać nie wybierając mniejszego zła. To republika, z systemem realnej równowagi, trójpodziału władz, instytucji spoza klucza demokratycznej kadencyjności, które kontrolują równowagę systemu. Teraz wszystko jest poddane wątpliwemu dyktatowi wątpliwej, bo ordynacyjnej, większości. Wszelki trójpodział władzy ma obecnie swe źródło w większości parlamentarnej, czego dowodem jest chociażby pozakonstytucyjne marginalizowanie obecnego prezydenta, którego funkcja miała ustrojowo zapobiegać nierównowadze ustroju.W tym systemie mamy dwa obiegi kasy. Oficjalny i pookrągło-pod-stołowy. Aby ten drugi kwitł i dostarczał klientów, trzeba, aby ten pierwszy był zrobiony na bidę, tak, by każdy kandydat wiedział od razu po co idzie i gdzie są prawdziwe frukty. To nie miejsce dla dinozaurów, państwowców, którzy tylko przeszkadzają. Cały bowiem system jest tak skonstruowany, reprodukuje swoje zasady i zasoby, zaś naiwniaków od państwowej nawy albo korumpuje, albo wyrzuca poza swój nawias. Ma być za czapkę gruszek, ale za to w oparach narracji, że to wszystko dla ojczyzny. W związku z tym nie dziwota, że wielu chce wybrać drogę brukselską, gdzie można na legalu opływać w kasę, bez żadnej odpowiedzialności, produkując ułudę, że demos może oglądać emanację swej europejskiej wersji woli.
Naiwniacy czy cyniczni?
Jest też jeszcze jedna grupka motywacji do wyjazdu do Brukseli. Mimo dość odrażających poprzednich ta wydaje mi się najbardziej zakłamana. Chodzi o to, by być w centrum wydarzeń i mieć wpływ, gdyż to w Unii dzieją się rzeczy najważniejsze. Wystarczy spojrzeć na takie na ten przykład polskie prawodawstwo i widać, gdzie bije źródło naszego prawa i wszystkich (no, może z wyjątkiem Niemców) członków Unii. Jest jeszcze jedna podwersja – jechać tam by zreformować Unię (to PiS-owcy), albo ją rozwalić, co najmniej polexitując, a najlepiej już poleskejpując. Wszystkie te odmiany zakładają wielką naiwność tak motywujących, ale chyba bardziej słuchających takich tłumaczeń.No, bo popatrzmy co taki Parlament Europejski może. Wielu w to wierzy, że tyle co taki Sejm, że wybiera rząd, odwołuje ministrów, miota większością w różne strony, by zebrać odpowiednią ilość głosów do przewidzianych ustrojem decyzji. Nic podobnego – Parlament nie wydaje z siebie żadnych ustaw do realizacji przez Komisję Europejską. Wydaje z siebie tylko uchwały, które mają mniej więcej taką rangę jak te sejmowe (co prawda ranga uchwał sejmowych urosła ustrojowo w przypadku nowego rządu, ale to jakieś kuriozum, za co nie jeden jeszcze beknie w nieuczęszczanym do tej pory Trybunale Stanu). Parlamentu Europejskiego zaś wpływ na obsadę szefa Komisji Europejskiej jest także o wiele mniejszy niż w parlamentach przy wyborze rządu. Popatrzmy jak to idzie.Po pierwsze nazwisko kandydata na szefa Komisji Europejskiej jest uzgadniane między rządami w formacie Rady Europejskiej. Rządzą tu Niemcy, o czym wie każdy, kto widział jak w ostatniej chwili pisowski rząd wybrał z dwóch propozycji panią von der Leyen. Tak, to była lepsza kandydatura w porównaniu z polakożercą Zimmermansem, ale taki mieliśmy wybór. I wybraliśmy jak na garbatą – najprzystojniejszą. Ta się ucieszyła, że dzięki głosom Polski przeszła i wywdzięczała się jak pamiętamy rządowi Kaczyńskiego jak tylko mogła. Wróćmy do procedury – takiego kandydata przedstawia się Parlamentowi Europejskiemu do zatwierdzenia. Jak ten nie zatwierdzi, to procedura jest powtarzana.
Pamiętajmy jednak, że najczęściej przedstawiciele w europarlamencie są z tego samego obozu co rząd danego kraju, reprezentowanego w Radzie Europejskiej. I klepie się uzgodnioną przy zielonym stoliku kandydaturę.Teraz może być inaczej, czyli trudniej, ale tylko pod warunkiem, że ciało parlamentarne i Rada Europejska nie będą tak jednolite, a to głównie z powodu zagrożenia dostania się do Brukseli elementu eurosceptycznego. I stąd ta nerwowość. Jedynie rację mogą mieć ci, którzy postulują, że idą do Brukseli, by właśnie stanąć okoniem wobec polityki Unii. Bo jak ten moment wyboru szefa KE przejdzie i się go przegapi, albo przegra, to wszystko wraca w stare koleiny, czyli po klepnięciu Komisarza Parlament zrobił już swoje i może już wracać do ławek ciągłego dialogu o gardłowaniu. Komisja zaś rządzi całym kontynentem.Piszę o tych oczywistościach tylko po to, by pokazać, że ci co jadą do Brukseli, by popracować dla sprawczości oszukują albo siebie, albo innych, albo wszystkich na raz. Jedynym motywem i szansą na sprawczość jest bycie zauważonym i awansowanym ze skromnego posła na urzędnika, szefa jakichś ważniejszych komisji, szczególnie takich gdzie dzieli się kasę, a chyba innych tam nie ma. Jest to kolejny szczebel w karierze, ale nie wycierajmy sobie przy tym gęby postulatami o sprawczości. Biurokratyczna machina Unii to orkiestra i pojedynczy poseł ma takie szanse na sprawczość, jak członek kilkusetosobowej orkiestry. Dostanie nuty, dyrygent machnie batutą i masz grać zespołowo, bo na twoje miejsce czeka za kulisami cała gromadka chętnych. Nie wierzę nikomu, kto jedzie do Unii coś tam pozałatwiać dla Polski, nawet dla Europy, zreformować Unię, czy zwiększyć jej siłę przez podwyższenie stopnia integracji. Będzie taki co najwyżej klakierem na ustalonym występie, zaś upostaciowieniem awansu będzie jedynie indywidualny kop w górę – do urzędniczej orkiestry.
Sami swoi, czy kochaj albo rzuć?
Zastanawiałem się nad puentą tych rozważań. I natchnął mnie filmik redaktora Pospieszalskiego. Ten, analizując plemiennych kandydatów do Brukseli, zastanawiał się jak to będzie, jeżeli w samolocie do Brukseli siądą obok siebie taki Sienkiewicz z Lichocką, czy Kiewiński z Kurskim? Że będzie iskrzyło, że skoczą sobie do gardeł. Podziwiam optymizm Pana Redaktora, bo myśli on, że to wszystko na poważnie. Ja, kiedy jeszcze pracowałem w Warszawie, a mieszkałem we Wrocławiu to często latałem na tej trasie. I muszę powiedzieć, że najczęściej widziałem sfraternizowanych posłów, którzy lecieli w tym samym samolocie. Gruchali ze sobą, żartowali, byli na „ty”, choć kilka godzin wcześniej widziałem ich w telewizji w osobistym, zajadłym starciu na śmierć i życie. Niech się więc Pan Redaktor nie martwi o ład na pokładzie do Brukseli. Tam będą lecieć sami swoi. Ci, dla których nawet najwyższe funkcje państwowe i instytucjonalne były tylko trampolinami po to, by bezpiecznie wskoczyć na poziom wyżej – do sowitej przystani nicnierobienia.  A Polskę mają w tyle, jako jeden z etapów swej kariery. Tak jak i suwerena, który na nich głosował. Frajera, który myślał i wciąż myśli, że to wszystko naprawdę.
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Rolnik musi sprzedać 3 razy więcej zboża niż parę lat temu, by kupić ciągnik.

Rolnik musi sprzedać 3 razy więcej zboża, by kupić ciągnik. Skala kryzysu poraża!

29.04.2024., Kamila Szałaj

https://www.tygodnik-rolniczy.pl/pieniadze/oplacalnosc-w-rolnictwie/rolnik-musi-sprzedac-3-razy-wiecej-zboza-by-kupic-ciagnik-szokujaca-skala-kryzysu-2509038

14 lat temu rolnik musiał sprzedać 171 ton pszenicy, żeby kupić ciągnik. Teraz musi sprzedać prawie 500 ton! Te dane potwierdzają szokującą skalę kryzysu w rolnictwie, zwłaszcza że w 2010 roku ceny skupu były niższe.

Sytuacja w rolnictwie jest katastrofalna. Ceny skupu spadają, ale koszty produkcji wciąż pozostają wysokie, a nawet rosną. Tak jest m.in. w przypadku maszyn rolniczych. To najszybciej drożejąca grupa środków produkcji – od 2021 roku ceny maszyn poszły w górę o prawie 70 proc.!

– Od początku roku do marca br. maszyny podrożały średnio o 2 proc. Dla porównania podwyżki cen w tym samym czasie rok wcześniej wyniosły 6,6 proc., a w 2022 r. – 13,5 proc. Ceny w marcu br. były jednak przeciętnie o 6,8 proc. wyższe niż rok wcześniej – wylicza dr Arkadiusz Zalewski z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej.

Ile pszenicy musi sprzedać rolnik, żeby kupić ciągnik?

Tragiczną sytuację rolników potwierdzają też dane z GUS. GUS wyliczył, ile rolnik musiałby sprzedać pszenicy w marcu tego roku, by kupić ciągnik.

Ciągnik był wart tyle co:

  • 467,5 t pszenicy,
  • 602 ton żyta,
  • 48,74 t żywca wieprzowego,
  • 35,63 t żywca wołowego
  • 175200 l mleka.

Rolnik musi sprzedać 3 razy tyle pszenicy i o 100 tysięcy litrów mleka więcej, żeby kupić ciągnik

A jak to było 14 lat temu? W tym samym okresie 2010 roku ciągnik kosztował tyle co 171 t pszenicy, 242 t żyta, 21 t żywca wieprzowego, 17 t żywca wołowego i 76400 l mleka. Z tych wyliczeń wynika, że obecnie rolnik musi sprzedać prawie 3 razy więcej zboża niż 14 lat temu żeby kupić ciągnik. Musi też sprzedać ponad 2 razy więcej tuczników i  2 razy więcej bydła. A mleka musi sprzedać o 100 tysięcy litrów więcej!

Ile pszenicy, świń i bydła trzeba sprzedać, żeby kupić tonę saletrę?

Żeby kupić 1 tonę saletry rolnik w marcu 2024 r. musiał sprzedać:

  • 3,1 tony pszenicy
  • 3,9 t żyta,
  • 0,32 t żywca wieprzowego,
  • 0,23 t żywca wołowego
  • 1100 l mleka

Dla porównania 14 lat temu (w 2010 roku), żeby kupić tonę saletry rolnik musiał sprzedać:

  • 2,3 tony pszenicy
  • 3,2 t żyta,
  • 0,28 t żywca wieprzowego,
  • 0,23 t żywca wołowego
  • 1000 l mleka

Ile tuczników rolnik musi sprzedać, by kupić mieszankę paszową?

Mimo ogromnego wzrostu cen skupu tuczników, rolnik w dalszym ciągu musi sprzedać żywca więcej niż 14 lat temu, żeby kupić tonę paszy.

Żeby kupić 1 tonę mieszanki paszowej dla tuczników rolnik musiał sprzedać w marcu 2024 roku:

  • 3,2 t pszenicy,
  • 4,1 t żyta,
  • 0,33 t żywca wieprzowego,
  • 0,24 t żywca wołowego,
  • 1200 l mleka.

Z kolei w 2010 roku było to: 2,1 t pszenicy, 2,9 t żyta, 0,25 t żywca wieprzowego, 0,21 t żywca wołowego i 900 l mleka.

Z tych wyliczeń wynika, że obecnie rolnik musi sprzedać dużo więcej płodów rolników, by kupić ciągnik, paszę czy nawóz niż 14 lat temu.

14 lat temu ceny skupu niższe, ale rolnik mógł kupić dużo więcej

Co ciekawe w 2010 roku ceny skupu były dużo niższe, a i tak rolnik mógł kupić dużo więcej środków produkcji za tonę pszenicy i innych płodów niż obecnie.

Wg GUS, w marcu 2024 r. ceny skupu wynosiły (w nawiasie ceny z 2010 roku):

  • trzoda chlewna – 7,37 zł/kg (3,89 zł w 2010 r.)
  • bydło – 10,08 zł/kg (4,56 zł w 2010 r.)
  • pszenica – 768,50 zł/kg (598 zł w 2010 r.)
  • żyto 596,80 zł/kg (421 zł w 2010 r.)
  • mleko 2,05 zł/l (1,06 zł w 2010 r.)

image

KPO: dług śmierci prosto z UE

KPO: dług śmierci prosto z UE

30.04.2024 Autor:Tomasz Sommer kpo-dlug-smierci-prosto-z-ue

KPO: dług śmierci z UE.
KPO: dług śmierci z UE. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Najwyższy Czas!

Zgoda na udział w unijnym, Krajowym Planie Odbudowy, którą podpisał były premier Mateusz Morawiecki, to jedna z najgłupszych decyzji, jakie podjął rząd PiS-u, a którą z radością przyjęli politycy z obecnej koalicji rządowej. W efekcie powstanie ogromny dług, który przez lata, do 2058 r., będzie niszczył Polskę gospodarczo i politycznie.

W latach 2020-2021 Polska i świat były szantażowane umiarkowanie szkodliwą pandemią kowida, co doprowadziło w naszym kraju do setek tysięcy ofiar bezczynności służby zdrowia, uruchomienia inflacji, blokad działalności gospodarczej oraz szkolnictwa. Socjaliści z UE wpadli na pomysł, by niszczyć gospodarkę swoimi pomysłami także po zakończeniu pandemii, która w sposób naturalny wygasła na początku 2022 r. Tym pomysłem jest KPO, czyli Krajowy Plan Odbudowy. Propagandowo te pieniądze miały stymulować odbudowę zniszczonych przez rządy obszarów gospodarczych. Realnie umożliwiły UE po raz pierwszy uruchomienie ogólnounijnego opodatkowania oraz stawianie do kąta krajów, które jej podpadły.

Wciskanie długu

Szybko okazało się, że KPO stała się jedynie narzędziem unijnego zamordyzmu. Polska, mimo wymyślenia najgłupszych możliwych sposobów na rozdysponowanie tych obiecanych pieniędzy, zapisanych w słynnych „kamieniach milowych”, które natychmiast ochrzczono mianem „kamieni u szyi”, przez dwa lata nie dostała z nich ani grosza, gdyż podpadła Komisji Europejskiej za próbę pogonienia postkomunistycznej nomenklatury z sądownictwa. Paradoksalnie, nieprzyjęcie długu i nieprzyjęcie „kamieni u szyi”, było w tej sytuacji najlepszym rozwiązaniem.

Po zmianie władzy UE zaczęła jednak niemal siłą zmuszać Polskę do przyjęcia pieniędzy z KPO, co zresztą nowy premier, Donald Tusk, wykorzystywał jako okazję do ogłoszenia „sukcesu”.

Dlaczego UE nagle zaczęło nagle tak bardzo zależeć na wciśnięciu nam długu? Bo w międzyczasie Polska już… zaczęła spłacać pożyczkę, z której ciągle nie dostała ani grosza. Gdyby taki stan rzeczy nadal trwał, to mogłoby się okazać, że Polska nie dostanie nic aż do 2026 r., kiedy rozdawanie pożyczonych pieniędzy ma się skończyć. A wtedy okazałoby się, że jesteśmy jedynym krajem w Europie, który spłaca ogromne pieniądze za dług, którego nie zrealizowała i jest to kara czysto polityczna. Racjonalne zachowanie władz Polski w takiej sytuacji mogłoby być tylko jedno – zaprzestanie spłacania tej pożyczki. Doprowadzenie przez Komisję Europejską do takiej sytuacji mogłoby osłabić entuzjazm pozostałych krajów UE do powtarzania podobnych działań w przyszłości. A wiadomo, że jeśli chodzi o zadłużanie Europy, to eurobiurokraci dopiero zaczynają się rozkręcać.

Dług przyszedł

W zeszłym tygodniu do Polski przyszły w końcu pieniądze na tę „odbudowę”, która zresztą dokonała się całkiem dobrze bez nich. Minister Funduszy i Polityki Regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz przy pomocy portalu X (dawniej Twitter) pochwaliła się przelewem, tłumacząc, że Unii zajęło cztery miesiące zgromadzenie tej wypłaty. Wybuchł skandal, bo okazało się, że te pieniądze to żadna dotacja, tylko zwykła pożyczka. W opisie przelewu pokazanego przez Pełczyńską jak byk tkwiło słowo „loan”, czy właśnie „pożyczka”, wzięta od instytucjonalnych lichwiarzy. W dodatku w ogóle Polsce niepotrzebna.

– „Część tych pieniędzy to rzeczywiście pożyczka, ale część to dotacja” – tłumaczyła się później z propagandowej wpadki minister Pełczyńska. – „A sama pożyczka zawarta została na najlepszych możliwych warunkach, które nie byłyby możliwe do uzyskania przez kraje członkowskie bezpośrednio”.

Oczywiście to wszystko nieprawda. Unijny dług KPO rzeczywiście w części jest zwykłą pożyczką, którą zawieramy u lichwiarzy za pośrednictwem UE, natomiast reszta jest subwencją. Problem polega jednak na tym, że UE nie miała dotąd własnych dochodów podatkowych, więc by pozyskać środki, takie dochody otrzymała.

– „Na spłatę KPO zaprojektowano nowe podatki unijne i podwyższenie składki członkowskiej. Podatek od plastiku, podatek od ETS, podatek od „śladu węglowego”, podatek od zysków rezydualnych. Zapłacimy za to od 143 do 153 mld euro, czyli wielokrotnie więcej, niż dostaniemy” – tłumaczy europoseł Patryk Jaki.

Ponieważ te opłaty i podatki już zaczęliśmy częściowo płacić, dlatego byliśmy w sytuacji, że już płaciliśmy za pożyczkę, której nie otrzymaliśmy. Zresztą nadal w niej jesteśmy. Bo ta pierwsza wpłata z zeszłego tygodnia to pożyczka od lichwiarzy. Zaś części subwencyjnej nadal nie otrzymaliśmy.

Marnowanie pieniędzy

Wpłata unijnej pożyczki od razu uruchomiła wezwania do realizacji „kamieni milowych”. Znów zaczęto mówić o kolejnych obciążeniach ZUS-owskich niszczących elastyczność pracy, jaka jeszcze w Polsce przetrwała, wspomina się ponownie o wprowadzeniu opłat na autostrady i drogi szybkiego ruchu. Już wiadomo, że konkretne sumy pójdą na montowanie nowej sieci fotoradarów na drogach.

To wszystko będzie rujnować polską gospodarkę, ale nie to jest jeszcze najgorsze. Najgorsze jest coraz częściej deklarowane przez obecnych rządzących przeznaczenie unijnego długu na „zielony ład”, czyli niszczenie polskiego systemu energetycznego oraz polskiej przyrody poprzez masowe instalowanie nieefektywnych i nieekonomicznych instalacji OZE.

Czyli nagle okazuje się, że fundusz „odbudowy” stał się funduszem „zniszczenia” realizowanego pod dyktando wierzących w „katastrofę klimatyczną”, niebezpiecznych zielonych radykałów rządzących w Brukseli.

Oczywiście część unijnego długu zostanie przeznaczona jak zwykle na tradycyjne łapówkarstwo. Już ogłoszono program dopłat dla właścicieli hoteli. Naturalnie dostaną je ci, którzy są przysłowiowymi krewnymi i znajomymi królika.

Nie brać długu, znieść podatki

Polski rząd powinien odmówić uczestnictwa w KPO i zażądać wykluczenia Polski z podatków, które służą do finansowania subwencji. Powinien także blokować wprowadzony przy okazji KPO „mechanizm warunkowania”, będący w istocie narzędziem do szantażowania nieposłusznych politycznie krajów członkowskich. A przede wszystkim powinien przestać kłamać o unijnym długu, przedstawiając go jako dobrodziejstwo, podczas gdy jest kolejnym ciosem w polską gospodarkę i polski system polityczny.

Parlament „Europejski” to mordercy. Sam przyznaje.  Uznał prawo do aborcji za „prawo podstawowe”.

Mamy nadzieję, że poniższe informacje okażą się przydatne. Parlament – a również Polacy

===============================================

Nadawca:European Parliament Ask EP <askEP-DoNotReply@europarl.europa.eu>
Adresat:Janrybski@int.pl
European Parliament
Ask EP 
Szanowni Państwo!
Dziękujemy za kontakt z przewodniczącą Parlamentu Europejskiego oraz posłami i posłankami w sprawie dostępu do aborcji w Unii Europejskiej.O udzielenie odpowiedzi na Państwa apel poproszono Dział ds. Zapytań Obywateli.Z uwagą zapoznaliśmy się z jego treścią.
Stanowisko Parlamentu Europejskiego 
11 kwietnia 2024 roku Parlament wydał rezolucję o sytuacji kobiet na świecie i w państwach Unii Europejskiej. Zwrócił w niej uwagę, że sytuacja kobiet znacznie się pogorszyła. Uznał także prawo do aborcji za prawo podstawowe. W rezolucji tej Parlament wezwał też Radę Europejską (głowy państw lub szefów rządów państw członkowskich), aby rozpoczęła procedurę włączenia prawa do bezpiecznej i legalnej aborcji do Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej.
Posłowie przyjęli rezolucję stosunkiem głosów 336 do 163 (39 posłów wstrzymało się od głosu). Informacje o tym, jak głosowali poszczególni posłowie, można znaleźć w protokole z posiedzenia (punkt 61.31).
Zgodnie z artykułem 2 regulaminu Parlamentu posłowie wykonują swój mandat w sposób wolny i niezależny. Przewodnicząca Parlamentu nie może wpływać na ich sposób głosowania. Sama nie głosuje też nad tekstami przyjmowanymi przez Parlament.Rezolucja wyraża stanowisko polityczne. Nie zobowiązuje Rady Europejskiej do podjęcia działania. Więcej informacji na ten temat można znaleźć tym komunikacie prasowym (w j. angielskim).
Zmiana karty praw podstawowych wymaga zgody wszystkich państw członkowskich
Aby włączyć prawo do aborcji do Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej, trzeba zmienić traktaty unijne. A to długi i złożony proces, który wymaga jednomyślnej zgody rządów wszystkich państw członkowskich. Zmianę tę muszą następnie zatwierdzić wszystkie państwa członkowskie. Odbywa się to zwykle w drodze głosowania w parlamencie krajowym lub referendum.
Mamy nadzieję, że powyższe informacje okażą się przydatne. Dziękujemy za kontakt z Parlamentem Europejskim i podzielenie się z nami Państwa uwagami.Z wyrazami szacunkuDział ds. Zapytań Obywateli (AskEP)www.europarl.europa.eu/askEP/pl Kontakt z namiNie odpowiadaj na tę wiadomość. Jeżeli chcesz skontaktować się z Działem ds. Zapytań obywateli, skorzystaj z formularza internetowego.ZastrzeżenieDział ds. Zapytań Obywateli Parlamentu Europejskiego zajmuje się wyłącznie przekazywaniem informacji i nie udziela porad prawnych.Ochrona prywatnościRozpatrzymy twoją wiadomość zgodnie z przepisami o przetwarzaniu danych osobowych przez instytucje unijne. Dodatkowe szczegóły znajdziesz w informacji o ochronie prywatności.Ask EP internal reference: 421410 
Your original message
Szanowna Pani Przewodnicząca Roberta Metsola,
Szanowne Panie Posłanki i Panowie Posłowie w Parlamencie Europejskim 

My, niżej podpisani, pilnie wzywamy Państwa do głosowania przeciwko wprowadzeniu aborcji jako prawa podstawowego do Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Dążenie do zapisania zabijania nienarodzonych dzieci w Karcie, pod pozorem praw kobiet, może stanowić niepokojący i niebezpieczny precedens. Podczas niedawnej debaty 14 marca, głos pro-life w Parlamencie Europejskim został brutalnie zaatakowany. Przestępstwem jest umieszczenie prawa do zabijania niewinnej ludzkiej istoty w Karcie, która powinna chronić życia na wszystkich etapach i w każdym wieku, zwłaszcza najbardziej bezbronnych. Ta rezolucja nie tylko stworzy precedens, ale również będzie służyć jako narzędzie dla Komisji Europejskiej do szantażowania rządów, które są pro-life. Wzywamy do sprzeciwienia się propozycji zorganizowania konwencji mającej na celu rewizję traktatów oraz zakwestionowania zasady jednomyślności, która obecnie chroni strategiczne obszary. Prawo do życia nienarodzonego dziecka nie może być lekceważone. Słyszymy bicie serca dziecka w łonie już od 6. tygodnia, a w 14. tygodniu ciało dziecka jest już kompletnie ukształtowane z rączkami i nóżkami. 
Prosimy o głosowanie za życiem i ochroną nienarodzonych dzieci 11 kwietnia, odrzucając wprowadzenie aborcji jako prawa podstawowego do Karty UE. Państwa decyzja ukształtuje przyszłość Europy. Naszym obowiązkiem staniecie w obronie najbardziej bezbronnych wśród nas. 
Nasza petycja w j. francuskim https://bit.ly/4aNCXjG 
Z wyrazami szacunku,  
 Sent by Ask EP the European Parliament Citizens’ Enquiries
 

Folksdojcze wszystkich krajów…

Stanisław Michalkiewicz : Folksdojcze wszystkich krajów… magnapolonia

Co tu ukrywać; Księcia-Małżonka nie opuszcza poczucie humoru. Inna sprawa, że może to być niezamierzony efekt komiczny, bo Książę-Małżonek może traktować swoją osobę serio, jako urodzonego w czepku człowieka Renesansu, który jest zdolny do wszystkiego – to znaczy – do kierowania wszystkimi resortami na raz. No, może nie na raz, bo to chyba byłoby sprzeczne z konstytucją – ale rotacyjnie, to już pewnie by mógł.

W swoim czasie, jako wynalazek ówczesnego ministra obrony, pana Jana Parysa, będąc chyba jeszcze poddanym brytyjskim, został wiceministrem obrony narodowej i tak się zaczęło. Pojawiły się w związku z tym wzruszające wątpliwości, czy nie ma tu jakiegoś konfliktu interesów, ale osoba Księcia-Małżonka została uznana za gwarancję, że żadnego konfliktu nie ma.

W międzyczasie Książę-Małżonek poddanym brytyjskim chyba być przestał, a poza tym został prześwietlony przez Wojskowe Służby Informacyjne, czyli stare kiejkuty, w ramach operacji “Szpak”, więc nic już nie stało na przeszkodzie, by “wataha” to znaczy – Naczelnik Państwa z satelitami – wystrugała go nawet na ministra obrony.

Na tym stanowisku świetnie się prezentował, ale chyba przyczyny, dla których Naczelnik go na to stanowisko wystrugał, albo przestały istnieć, albo utraciły znaczenie, w związku z czym zarówno Naczelnik, jak i prezydent Lech Kaczyński, dali mu do zrozumienia, że mu już nie ufają. Dlaczego – tajemnica to wielka – ale pod tym pretekstem Książę-Małżonek dokonał zwrotu o 180 stopni, deklarując swoje nawrócenie na łono Volksdeutsche Partei Donalda Tuska i oferując swoje usługi w dziele “dorżnięcia watahy”.

W nagrodę za dobre sprawowanie Donald Tusk wystrugał go znowu na ministra, tym razem – spraw zagranicznych. Wsławił się wielkimi czynami, wśród których na uwagę zasługuje zlikwidowanie wielu polskich ambasad. W ten sposób Książę-Małżonek  przez czynności konkludentne dał wyraz przekonaniu, że Polska prowadzenie jakiejkolwiek polityki, a już zwłaszcza – polityki zagranicznej – powinna mieć surowo zakazane.

I tak się właśnie stało, co było zadaniem o tyle łatwym, że – zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową – Polską rotacyjnie rządziły trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie – co było konsekwencją przewerbowania się na służbę do naszych nowych sojuszników, tubylczych bezpieczniaków, którzy stanowili najtwardsze jądro systemu komunistycznego.

Ponieważ w naszym nieszczęśliwym kraju mamy do czynienia ze zjawiskiem dziedziczenia pozycji społecznej, sprawiającym że dzieci konfidentów zostają konfidentami, zależności powstałe na przełomie lat 80-tych i 90-tych reprodukują się w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii. Obecnie, wskutek wojny, jaką Nasz Najważniejszy Sojusznik prowadzi na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca, Stronnictwo Ruskie ze sceny politycznej właściwie zniknęło, a na placu pozostały tylko dwa: Stronnictwo Pruskie i Amerykańsko – Żydowskie.

Sprawiają one wrażenie, jakby chciały utopić się nawzajem w łyżce wody, ale tak naprawdę, w sprawach najważniejszych dla naszego bantustanu idą ręka w rękę. Tak było w sprawie Anschlussu w roku 2003, tak było w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego w roku 2008 i 2009 i tak było w przypadku forsowania przez Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen oraz brukselski gang, rozmaitych wynalazków, zarówno prowadzących do IV Rzeszy, jak i wprzęgniętych w służbę rewolucji komunistycznej, która przewala się przez Amerykę Północną i Europę.

Kiedy więc w marcu ub. roku amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, zaraz na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej naszego bantustanu została dokonana podmianka, w ramach której liderem została Volksdeutsche Partei Donalda Tuska z satelitami.

Z uwagi na to, ze Naczelnik Państwa wierzgał przeciwko ościeniowi, deklarując przywiązanie do różnych wstecznych i obskuranckich zabobonów, postępowy prezydent Józio Biden pozwolił spuścić go z wodą, podstawiając w charakterze jasnego idola, w którym nasz mniej wartościowy naród tubylczy powinien się zakochać, pana Szymona Hołownię, dyskretnie prowadzonego przez pana Michała Kobosko. Toteż Volksdeutsche Partei ma wolną rękę, zarówno od Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, jak i amerykańskich twardzieli, żeby “watahę” pogrążać aż do ostatecznego rozwiązania.

Jak mogliśmy się przekonać, Niemcy robią wszystko, by w czasie darowanym, to znaczy – do listopada br, kiedy to w USA zostanie wybrany następny prezydent – stworzyć fakty dokonane, które ostatecznie przesądzą o powstaniu i okrzepnieciu IV Rzeszy, a w Polsce III Rzeczpospolita zostanie zastąpiona Generalną Gubernią.

Aliści w czerwcu odbyć się mają wybory do Parlamentu Europejskiego, w których sporo miejsc mogą uzyskać rozmaite europejskie Schwein, pragnące sypać piasek w szprychy rozpędzającego się parowozu dziejów, Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen zarządziła tedy mobilizację Volksdeutsche Partei we wszystkich bantustanach Rzeszy, żeby również po wyborach nic już nie moglo zagrozić niemieckiemu dziełu odbudowy Europy.

Folksdojcze wszystkich krajów łączcie się! – tak brzmi dzisiejszy rozkaz – toteż Donald Tusk pod ciężarem takiego zadania aż się rozchorował – ale zanim weźmie wolne dla poratowania zdrowia, kazał wszystkim swoim pretorianom wystawić się w wyborach do PE, żeby w ten sposób zablokować miejsca “lunatykom” i “idiotom”. Mają znaleźć się tam czyste typy nordyckie, co to i bez mydła są czyste. One dadzą odpór wrogim siłom, które nieubłaganym palcem wskazała Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, a do których w naszym bantustanie zalicza się Konfederacja.

Toteż kiedy tylko po wyborach do PR Europeische Volksdeutsche Partei się skonsoliduje, przystąpi on do następnego zadania, to znaczy – do “wypalania żelazem każdej zdrady i próby destabilizacji”. Od razu widać, że w Generalnej Guberni nie będzie już miejsca na żadne polskie safandulstwo, tylko nastanie dyscyplina, jak za Adolfa Hitlera. Tako rzecze Zara…, to znaczy pardon – jaki tam znowu “Zaratustra”?

Nie żaden “Zaratustra”, tylko Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która albo zachowa swoje stanowisko równiez po wyborach, albo zostanie zastąpiona przez jakiegoś innego Reichsfuhrera – bo przecież IV Rzesza bez Reichsfuhrera, to jak Cygan bez drumli! A tymczasem Książę-Małżonek swoje “expose” przedstawił tak, jakby wierzył, iż to on nie tylko uprawia, ale nawet kreuje politykę europejską i światową. Widać, że mimo tylu rozmaitych zawirowań, poczucie humoru go nie opuszcza – bo przecież przypuszczenie, że wierzy w to, co mówi, byłoby niegrzeczne.

Aborcja to jedyny biznes, który nie chce pokazywać tego, co sprzedaje. Ani oglądać skutków.

RatujŻycie.pl

Aborcja to jedyny biznes, który nie chce pokazywać tego, co sprzedaje.

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!


Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina <kontakt@zycierodzina.pl>

W programie na żywo udawała, że połyka tabletki aborcyjne, w Sejmie podarła zdjęcia z aborcji. Aktywistka Aborcyjnego Dream Teamu nie wytrzymała konfrontacji z prawdą.

Fundacja Życie i Rodzina stawiła się w Sejmie na posiedzeniu Komisji Nadzwyczajnej ds. aborcji (KNPC), aby patrzeć posłom na ręce i pilnować interesu nienarodzonych dzieci. Jeszcze przed rozpoczęciem posiedzenia nasze wolontariuszki rozdały foldery pt. „Aborcja – najgorszy rodzaj ludobójstwa”. Gdy podeszły do aktywistek aborcyjnych, spotkały się z histerią.

Proszę zobaczyć na nagraniu, co się działo:

Szanowny Panie,

W Fundacji wiemy dobrze, że prezentowanie efektów aborcji oburza aborcyjnych lobbystów.

– Od lat zakładają nam procesy za pikiety, podają na Policję i do Prokuratury.

– Próbowali uchwał w samorządach, by doprowadzić do zakazu pokazywania publicznie zdjęć z aborcji.

– Jednej z naszych wolontariuszek Policja weszła wprost do domu i na oczach jej niepełnosprawnej córki przeprowadzała przesłuchanie w sprawie Publicznych Różańców.

– W Raciborzu policjanci ukradli nasz plakat ze stelażem i do dziś nie chcą oddać.

– Proaborcyjni mężczyźni wielokrotnie rzucali się fizycznie na nasze wolontariuszki na ulicy i niszczyli im banery.

Czemu to wszystko robią? Bo aborcja to jedyny biznes, który nie chce pokazywać tego, co sprzedaje.

Bo ludzie widząc aborcję stają się jej przeciwnikami.

Wiele razy słyszałam od ludzi: jestem obrońcą życia, bo widziałem zdjęcie z aborcji. Albo: bronię nienarodzonych dzieci, bo obejrzałem „Niemy krzyk”.

Obecnie w całej Polsce nie tylko prowadzimy pikiety na ulicach, ale i pokazujemy film Miało nie żyć. Ludzie wychodzą w pokazów z płaczem. I tak jak 40 lat temu świadomość społeczną przeorał Niemy krzyk, tak dziś film Miało nie żyć czyni ze wszystkich widzów radykalnych przeciwników mordowania dzieci.

Są też inne powody, dla których pokazujemy zdjęcia z aborcji.

Zapraszam na nagranie, gdzie tłumaczę, o co tu chodzi.

Film jest także na Rumble: https://rumble.com/v4s74ww-zdjcia-i-filmy-z-aborcji-dlaczego-s-skuteczne.html

Serdecznie Pana pozdrawiam,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

Fundacja Życie i Rodzina broni dzieci – nienarodzonych przed aborcją, a narodzonych przed lobby LGBT. Jesteśmy organizacją non-profit. Działamy dzięki wsparciu finansowemu od ludzi, którzy widzą, że to, co robimy, jest dobre i słuszne.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Obserwuj nas:      

Czy Polska odeśle Ukraińców na pewną śmierć?

Czy Polska odeśle Ukraińców na pewną śmierć?

Agnieszka Piwar 2024-04-29 piwar/czy-polska-odesle-ukraincow-na-pewna-smierc


Fot. cmentarz na Ukrainie / źródło: zrzut ekranu YouTube

Od początku byłam kategorycznie przeciwna wpuszczaniu do Polski milionów przybyszów z Ukrainy. Po prostu wiedziałam, że jest to zaplanowana i zorganizowana akcja przesiedleńcza, której celem jest utworzenie UkroPolinu. W takim tworze pseudo-państwowym, żydowscy zarządcy mają sterować podburzonymi przeciwko sobie Polakami i Ukraińcami.

W myśl zasady divide et impera (dziel i rządź) Ukraińcy powinni jeszcze bardziej znienawidzić Polaków. W związku z tym, polskojęzyczne „elity” – czyli potomkowie sekty frankistów – nieustannie okłamują Ukraińców, że ich walka z Rosjanami jest koniecznością, bo w ten sposób rzekomo bronią bezpieczeństwa Europy.

Manipulatorzy przekonują, że opór Ukrainy musi trwać, abyśmy nie mieli Rosji przy naszej granicy. A Obwód Kaliningradzki to niby granica z kosmitami?

W obliczu wojny rosyjsko-ukraińskiej, polskojęzyczne władze nigdy nie apelowały o to, aby zasiąść do stołu negocjacyjnego. Zamiast zachęcać do rozmów w celu rozwiązania konfliktu, kolejne rządy III RP (PiS-PO jedno zło) wysyłały broń na Ukrainę, zagrzewając wschodnich sąsiadów do dalszej walki. W ten sposób przyczynili się do wykrwawiania Słowian, zamiast przynajmniej próbować temu zapobiegać.

KIJÓW-WARSZAWA (NIE)WSPÓLNA SPRAWA

Na froncie zginęło już tylu Ukraińców, że zaczęło brakować mięsa armatniego. W związku z tym, żydowskie władze w Kijowie rozpoczęły konkretne działania. Ministerstwo Spraw Zagranicznych Ukrainy od 24 kwietnia zakazało świadczenia usług konsularnych Ukraińcom w wieku poborowym, którzy mieszkają bądź przebywają za granicą. Od tej pory ukraińscy mężczyźni, którzy będą chcieli uzyskać paszport lub przedłużyć jego ważność, będą mogli zrobić to jedynie na terenie swojego kraju.

Do sprawy odniósł się wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz. Polityk powiedział wprost: „Nie dziwię się ukraińskim władzom, że zrobią wszystko, aby posyłać żołnierzy na front. Potrzeby są ogromne.” Chwilę później władze w Warszawie zadeklarowały gotowość do rozmów ws. odesłania obywateli ukraińskich w wieku poborowym.

Gdyby do tego doszło, byłoby to równoznaczne ze skazaniem tych ludzi na śmierć albo kalectwo i traumę. Ale czy faktycznie Polska chce pozbyć się taniej siły roboczej? Cóż, pewne działania wskazują na to, że ktoś tu jednak próbuje wykiwać sojuszników z Kijowa. Najwyraźniej żydzi budujący UkroPolin nie mają do końca zbieżnych interesów z żydami „czyszczącymi” tereny wschodniej Ukrainy pod budowę Niebiańskiej Jerozolimy.

Polskie Ministerstwo Rozwoju i Technologii właśnie przygotowało nowelizację ustawy o nielegalnym zatrudnieniu. Jedna ze zmian, zamieszczona w tzw. pakiecie deregulacyjnym dotyczy odpowiedzialności pracodawcy za powierzenie cudzoziemcowi nielegalnego wykonywania pracy. Za wskazany czyn grozi kara grzywny do 30 tys. zł.

Tymczasem nowelizacja zakłada, że za wykroczenie polegające na nielegalnym zatrudnieniu cudzoziemca byliby karani jedynie ci pracodawcy, którzy dopuścili się tego z winy umyślnej (co właściwie jest trudne do udowodnienia), a nie – jak teraz – wszyscy, którzy złamali prawo. Wygląda więc na to, że proponowane w ustawie zmiany mają pomóc zatrzymać w Polsce ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym.

Chodzi o to, że pracujący w Polsce Ukraińcy mają obecnie obowiązek stawiania się w ukraińskich konsulatach w celu załatwiania formalności, by mogli dalej legalnie pracować za granicą. Decyzją Kijowa właśnie zablokowano mężczyznom w wieku poborowym świadczenia takich usług, w związku z czym, aby np. odnowić ważność paszportu muszą wrócić na Ukrainę. Tymczasem władze w Warszawie chcą przymknąć oko na nielegalne zatrudnienie.

W praktyce może to wyglądać następująco. Polski pracodawca zatrudnia Ukraińca w wieku poborowym. Po jakimś czasie Ukraińcowi kończy się ważność paszportu. Zgodnie z nowymi wytycznymi Kijowa, aby go odnowić musi wrócić na Ukrainę. Tam zostaje przejęty i wysłany na front. Po nowych wytycznych Warszawy, polski pracodawca nie poniesie odpowiedzialności, jeśli jego ukraiński pracownik nie poinformuje go o utracie ważności paszportu (od momentu utraty ważności dokumentu staje się nielegalnym pracownikiem).

Czy celem cedentów z Warszawy jest to, aby Ukraińcy w wieku poborowym nie musieli wracać na Ukrainę i ginąć na froncie? Nie posądzam polskojęzycznych decydentów o szlachetne pobudki. Oni kierują się wyrachowaniem i najczęściej działają pod czyjeś dyktando. Natomiast fakty są takie, że przy okazji ubijanych przez ich mocodawców interesów, wielu Ukraińców ma szansę uniknąć pójścia w kamasze i tym samym ocalić swoje życie.

Proponowana przez resort zmiana w ustawie o zatrudnieniu obcokrajowców, wywołała oburzenie w kraju nad Wisłą. Pakiet deregulanyjny trafił na początku kwietnia do konsultacji społecznych i wzbudził wiele emocji. Zdaniem ekspertów cytowanych przez portal money.pl, proponowane w pakiecie rozwiązania wpłyną nie tyle na deregulację, ile na demontaż rynku pracy i działalności gospodarczej. Mogą też stanowić zachętę do większego napływu cudzoziemców bez prawa pobytu i wykonywania pracy w Polsce.

Portal money.pl zapytał o opinię wiceprzewodniczącego Związku Zawodowego „Budowlani”. Jakub Kus powiedział wprost, że zapisy „nawiązują do najgorszych tradycji polskiej legislacji, a duża część proponowanych zmian wydaje się katalogiem pomysłów różnych lobbystów”.

Rozmówca money.pl skwitował pomysł następująco: „To oczywiste, że związki zawodowe są i będą zdecydowanie przeciwne wprowadzeniu tej zmiany w ustawie. Prowadzi ona do powrotu do usankcjonowanego dumpingu na rynku pracy (nie tylko w budownictwie), a także do naruszenia zasad uczciwej konkurencji”.

W związku z powyższym nasuwa się podejrzenie, że decydenci z Warszawy mogą działać w celu podkręcenia polsko-ukraińskich animozji. Dlatego warto zastanowić się nad tym, jaką wypracować strategię, aby nie doszło do eskalacji napięcia między Polakami i Ukraińcami. Do realizacji właśnie takiego czarnego scenariusza dążą bowiem żydowscy podżegacze budujący UkroPolin. Przytomni Polacy muszą więc zawczasu starać się temu zapobiec.

WALKA O ZACHOWANIE CYWILIZACJI

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że gra toczy się o tych Ukraińców, którzy od początku nie chcieli zabijać i ginąć w bezsensownej wojnie. Kierowali się oni motywacjami witalnymi, wybrali życie i bezpieczeństwo, w związku z tym, czym prędzej prysnęli na Zachód. Na ich miejscu zrobiłabym dokładnie to samo.

Choć nigdy nie byłam entuzjastką wpuszczania do Polski Ukraińców, to uważam, że skoro już ich tu mamy, to powinniśmy wziąć za nich pewną odpowiedzialność. Do takiej postawy zobowiązuje nasza cywilizacja. Oczywiście taka deklaracja może zaskoczyć moich Czytelników, a nawet ich oburzyć. Nie jest bowiem tajemnicą, że z Ukraińcami mam na pieńku.

W 2016 roku ukraińscy pogranicznicy wbili do mojego paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę. W mniemaniu decydentów z Kijowa stanowiłam zagrożenie dla bezpieczeństwa ich państwa. Najwyraźniej nie spodobał się im fakt, że mam przyjaciół w Rosji.

Kiedy przed trzema laty napisałam artykuł o kulisach masakry w Odessie z 2 maja 2014 roku, wówczas Ukraińcy wysyłali mi obrzydliwe wiadomości, wyzywając od najgorszych. Niektórzy nawet pozwolili sobie na pogróżki. Straszyli mnie tym, że za takie publikacje skończę jak osoby spalone w odeskim Domu Związkowców.

Pomimo tego typu nieprzyjemnych doświadczeń, po ludzku uważam, że odsyłanie na front Ukraińców, którzy zwiali do Polski, byłoby zwyczajnym świństwem. Twierdzę tak, chociaż nie życzyłam sobie ściągania ich do Polski. Wychodzę jednak z założenia, że skoro przyjęliśmy już tych ludzi (czemu byłam stanowczo przeciwna), to nie odsyłajmy ich teraz na pewną śmierć.

Z drugiej strony nie może to się odbywać kosztem Polaków, dlatego trzeba szukać takich rozwiązań, aby nie ucierpiały na tym polskie związki zawodowe. Jest to o tyle trudne, że decydenci z Kijowa niejako zmusili decydentów z Warszawy, aby zaczęli majstrować przy ustawie o zatrudnieniu cudzoziemców. Sytuacja wydaje się być patowa – albo Polska odeśle ukraińskich pracowników na front, gdzie najpewniej zginą, albo dojdzie w Polsce do demontażu rynku pracy i działalności gospodarczej.

Bezpieczeństwo obywateli Polski powinno być brane pod uwagę w pierwszej kolejności. Nie mam kompetencji, by wypowiadać się w kwestiach dotyczących zmian w ustawodawstwie. Znalezienie złotego środka, to zadanie dla łebskich ekspertów. Uważam jednak, że przybyłym obcokrajowcom trzeba stawiać jasne granice. Tylko stanowcza i roztropna postawa może pomóc nam uchronić się przed zbliżającą katastrofą. Jak tego dokonać? Pewien budujący przykład widziałam kiedyś na własne oczy.

Chodzi o wydarzenie sprzed kilku lat, którego byłam świadkiem podczas podróży do Łodzi. W pociągu niedaleko mnie siedziała grupa Ukraińców, zachowujących się bardzo agresywnie i głośno przeklinających. Wydawało się, że w każdej chwili mogą zrobić komuś krzywdę, ponieważ mieli oni w sobie ogromne pokłady niewyładowanej złości.

W pewnym momencie pociąg podjechał do stacji Łódź Widzew, przy której zatrzymał się. Najagresywniejszy z Ukraińców zdenerwowany podbiegł do kierownika pociągu i zaczął wydzierać się na niego. Krzyczał, że ma bilet do Łodzi Fabrycznej, a tu jakaś inna łódzka stacja. Reakcja pracownika kolei była niesamowita. Życzę Polsce mężów stanu, którzy będą reagować podobnie jak ów mężczyzna.

Kierownik pociągu z podniesioną głową, stanowczo, acz niezwykle opanowanym tonem zaczął Ukraińcowi tłumaczyć, że zachowuje się bardzo niewłaściwie i niczego w ten sposób nie osiągnie. Wezwał agresywnego pasażera do opamiętania i grzecznie go pouczał, żeby przestał krzyczeć. Po czym spokojnie mu przekazał, że nie ma powodów do zdenerwowania, gdyż stacja do której chce dotrzeć, dopiero przed nimi. Co mnie najbardziej zdumiało, był przy tym jak zatroskany wychowawca, który pragnął uwolnić Ukraińca z ciążącej w nim nienawiści i wrogości.

Chwilę później pociąg ruszył w dalszą drogę, by ostatecznie dojechać do stacji Fabryczna. Wtedy zobaczyłam niesamowitą przemianę Ukraińca, który najwyraźniej coś zrozumiał. Ponownie podszedł do kierownika pociągu i z uniżoną głową zaczął go grzecznie przepraszać. Następnie serdecznie go uściskał gestem proszącym o wybaczenie. Kierownik mu odpowiedział, że nie potrzeba było krzyków, bo przecież wszystko można załatwić w sposób spokojny i cywilizowany. Pożegnali się bardzo serdecznie, a napięta twarz Ukraińca zmieniła wyraz na łagodne oblicze.

Wtedy do mnie dotarło, że nasz polski pracownik kolei dokonał czegoś niezwykłego. Swoją zdecydowaną i zarazem roztropną postawą sprawił, że w oczach tamtego Ukraińca Polak przestał być złym Lachem czy frajerem do bicia. Jeśli więcej Polaków zachowa się jak tamten kierownik pociągu, wtedy mamy szanse pokrzyżować plany żydowskich podżegaczy, którzy chcą na polskich ziemiach zaprowadzić własne porządki – kosztem naszej cywilizacji i słowiańskiej krwi.

Agnieszka Piwar

Kościół czasu Antychrysta. Antonio Socci.

Kościół czasu Antychrysta Antonio Socci Wydawnictwo AA

19,90 zł  zamiast 39,90 zł

Antonio Socci przyglądając się kondycji dzisiejszego świata i Kościoła, przywołuje powstałe przed stu laty przełomowe książki: Krótką opowieść o Antychryście Sołowiowa i Władcę świata Bensona. W obu papiestwo zostało wygnane z Rzymu. Europa, która dotąd była ziemią prawdziwie chrześcijańską, stała się miejscem powszechnej apostazji i dechrystianizacji, a światem niepodzielnie zarządza Antychryst.

Socci, powracając do obserwowanych dziś przemian, pyta: czy to tylko prorocze ostrzeżenia? A może Antychryst żyje wśród nas i ma jakiś nowy rysopis? Wreszcie – czy to konkretna osoba, czy może rodzaj ideologii z własną duchowością, życiowymi prawidłami, swoimi „świętymi” i sanktuariami?

Zapowiadane w Piśmie Świętym przyjście Antychrysta wielu intryguje i przeraża. Dlatego Socci wnikliwie i z całą ostrością kreśli obraz chylącego się ku upadkowi świata oraz pogrążonego w kryzysie Kościoła, który zamiast nauczaniem w sprawach wiary zajął się ekologią, „ekumenicznym” otwarciem na inne religie oraz sprawą migrantów, niepokojąco dryfując w bliżej nieokreślonym kierunku…

Pornografia – najgorszy narkotyk XXI w.

Pornografia – najgorszy narkotyk XXI. Nowa edukacyjna inicjatywa Ordo Iuris

pch24.pl/pornografia-najgorszy-narkotyk

(pixabay.com)

Coraz większym problemem, szczególnie wśród dzieci i młodzieży, staje się powszechne „korzystanie” z pornografii. Według badań, ponad 21 proc. dzieci w wieku 12-14 lat sięga po treści pornograficzne codziennie. Oglądanie pornografii prowadzi do licznych negatywnych konsekwencji natury zdrowotnej i społecznej, takich jak uzależnienie, destrukcyjne procesy zachodzące w mózgu czy depresja i stany lękowe.

Instytut Ordo Iuris uruchomił portal narkotyk21wieku.pl, na którym publikowane są informacje i dane naukowe opisujące problem pornografii.

NARKOTYK21WIEKU.PL – ODWIEDŹ STRONĘ

Według badań przeprowadzonych w Polsce, co czwarty internauta w wieku 7-12 lat „korzysta” [jaki gqwałt na pojęciach: takie zniewolenie nazwaj ą „korzystanbiem” md] z pornografii internetowej przynajmniej raz w miesiącu. Natomiast 21,5 proc. dzieci między 12 a 14 rokiem życia przyznaje, że sięga po pornografię codziennie. Pierwszy kontakt z takimi treściami dzieci mają średnio w wieku 11 lat. Z kolei 73 proc. dzieci uważa, że łatwo jest znaleźć w Internecie treści o charakterze pornograficznym.

Zjawisko pornografii wiąże się też z wykorzystywaniem seksualnym nieletnich. Co piąta osoba w wieku 12 lat twierdzi, że otrzymuje prośby o przesłanie swoich nagich lub półnagich zdjęć innym osobom. Według badań, ok. 20 proc. dziewcząt i ok. 10 proc. chłopców zgłasza udostępnianie własnych nagich zdjęć w Internecie. 1/3 nastolatków twierdzi, że widziała nieświadomie udostępniane rozebrane zdjęcia innych nieletnich. Osoby występujące w produkcjach pornograficznych (w tym dzieci) często padają ofiarą handlu ludźmi.

Pornografia pociąga za sobą także szereg problemów zdrowotnych. Coraz bardziej powszechne staje się zjawisko uzależnienia od pornografii. Badania wykazują niezwykłe podobieństwa neurologiczne między uzależnieniem od substancji narkotycznech a kompulsywną konsumpcją pornografii. Kompulsywne zachowania seksualne zostały w 2022 r. umieszczone przez Światową Organizację Zdrowia w klasyfikacji chorób. Uzależnienie od pornografii utrudnia walkę ze stresem. Osoby w tym stanie, aby rozładować stres, muszą sięgnąć po treści pornograficzne. Pornografia wpływa także na zaniżenie samooceny, głównie u dziewcząt, kształtując fałszywe wzorce urody, co często popycha dziewczęta do przeprowadzania operacji chirurgicznych.

Źródło: Ordo Iuris TG

O szacunku dla kobiet, szczególnie dla zakonnic. Różnice cywilizacyjne.

O szacunku dla kobiet, szczególnie dla zakonnic. Różnice cywilizacyjne.

„Get up woman, I have to sit down now!” He shouts at old Swedish woman. Thoughts?

RadioGenoa @RadioGenoa

https://twitter.com/i/status/1784097562749767784

3,6 mln Wyświetlenia

[no, nie są takie stare, moga se postać… a dwa miejsca użyję właściwei..]

=============================

Mail:

Ciapaty zaatakował ring girl, bo widocznie woli, żeby po ringu biegały kozy

Nie spodobało się to rosyjskiej publiczności i mu wpierd….

============

MD:

Przypomniało mi to:

Jakieś 20 lat temu, gdy byłem już dobrze po sześćdziesiątce, jechałem autobusem z Anina do Warszawy. W tyle autobusu siedziała grupka naćpanych łobuzów, dość głośna. Jeden z nich, mały ale agresywny, zaczął bluźnić i obrażać siedzącą niedaleko zakonnicę. Wymachiwał nożem – dużą finką. W autobusie cisza. Ja wstałem, siedzący obok nieznany mi pan w średnim wieku powiedział: to ja panu potrzymam teczkę, panie profesorze. Przypuszczalnie był to mieszkaniec tego samego osiedla. Powierzyłem mu więc teczkę i podniosłem wrzeszczącego gnoja za kark, tj. za kołnierz. Był zupełnie bierny, sflaczały. Przeprowadziłem go dwa, trzy kroki do tylnych drzwi autobusu i łagodnym kopem wyrzuciłem na jezdnię. Finkę wyrzuciłem kopem za nim. Dopiero wtedy rozległ się powszechny krzyk dezaprobaty „dla dzisiejszej młodzieży”. Reszta tych rozigranych ćpunów musiała siedzieć bardzo cicho, bo zupełnie ich nie pamiętam. Podziękowałem dzielnemu panu za opiekę nad moją teczką i pojechaliśmy dalej do miasta.

Jest to komentarz do dwóch filmików które państwu prezentuję powyżej.

Globalistyczne plany użycia broni jądrowej. Czym to będzie skutkować?

Globalistyczne plany użycia broni jądrowej 

Czym to będzie skutkować?

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 29

Coraz większe niepowodzenia NATO w wojnie proxy (per procura) z Rosją na Ukrainie, popycha rządzących nami globalistów do rozważenia wariantu nuklearnego tego i wszystkich innych planowanych konfliktów.

Przy czym nie dotyczy to jedynie Izraela, który zawsze odgrażał się każdemu i wszystkim, w użyciu tej i każdej innej, będącej w jego arsenale, broni, na wypadek jakiegokolwiek „nieposłuszeństwa”.

O zgrozo, coraz otwarciej dyskutują o tej alternatywie, nie tylko globalistyczni obłąkańcy, zainstalowani w zachodnich strukturach władzy przez oligarchię finansową, ale również wojskowi, demonstrując tym samym fakt obsadzenia przez całkowicie niekompetentne indywidua, także profesjonalnych stanowisk w „rozwiniętych społeczeństwach demokratycznych doby globalizmu”.

Pod koniec II Wojny Światowej, Stany Zjednoczone mogły sobie pozwolić na użycie dwu ładunków nuklearnych w Japonii, znajdującej się po drugiej stronie Pacyfiku.  Do dziś trwająca tam katastrofa nosi znamiona izolowanego incydentu.  W owym czasie nikt więcej oprócz USA nie posiadał broni nuklearnej.

Dziś posiada ją Rosja, USA, Chiny, Brytania, Francja, Izrael, Indie, Pakistan, Korea Północna i zapewne wiele innych nie afiszujących się tym krajów.  Dlatego użycie tej broni, z dużym prawdopodobieństwem doprowadzi do „rewanżu”, a w rezultacie do globalnej katastrofy nuklearnej.

Mało tego, samo rozmieszczenie tejże broni na swym terytorium naraża dane państwo na katastrofalne konsekwencje.

W dobie broni hipersonicznej którą posiadają: Rosja, Chiny, Iran, oraz Korea Północna, samo uderzenie tymi wysoce precyzyjnymi i niemożliwymi do przechwycenia, pociskami w magazyny amunicji nuklearnej, spowoduje katastrofalne skażenie terytorium tego państwa, na którym jest ona składowana. 

Dla wyjaśnienia:  pociski hipersoniczne wystrzeliwane są pionowo do stratosfery (poza zasięg radarów), w której przemieszczają się z szybkością jedenastu (11) tysięcy  kilometrów na godzinę, po czym z bezbłędną precyzją (do kilku metrów) spadają pionowo na wyznaczony cel. 

Taka rzeczywistość sprawia, że każdy kto składuje u siebie ładunki nuklearne, czy też posiada elektrownie atomowe, jest POTENCJALNIE narażony na katastrofalne konsekwencje użycia powyższej broni przeciw sobie.  To powinien wiedzieć każdy kapral NATO, nie tylko „generał”!.

W przypadku III RP, która nie posiada elektrowni atomowych, sprowadzenie omawianej broni na terytorium kraju byłoby równoznaczne z przyłożeniem sobie do skroni naładowanego i odbezpieczonego pistoletu.  Dobrze by o tym wiedzieli wszyscy globaliści, od lat administrujący naszą Ojczyzną i identyfikujący się dla niepoznaki różnorakimi  „opcjami politycznymi”.

Zbliża się krytyczny moment naszej długotrwałej wojny z WHO przeciwko Traktatowi Pandemicznemu.

Zbliża się krytyczny moment naszej długotrwałej wojny z WHO przeciwko Traktatowi Pandemicznemu. 


„Sebastian Lukomski, CitizenGO” <petycje@citizengo.org>

Przez prawie dwa lata, razem – Państwo i ja – nieustannie walczyliśmy przeciwko temu, co stanowi jedno z największych zagrożeń dla naszych podstawowych wolności… I nasze wysiłki przyniosły efekty!

Wiem, że przez cały ten czas Państwo, podobnie jak ja, nie dali się zwieść myśleniu, że Traktat Pandemiczny ma na celu ochronę naszego zdrowia. Jest to nieprawda!

Pandemia już dawno się skończyła, a globaliści nadal naciskają, aby ratyfikować Traktat Pandemiczny. DLACZEGO?

Ponieważ ich celem jest zrobienie z obywateli marionetek globalnej władzy, która kontroluje nasze zdrowie, wymusza podawanie szczepionek naszym dzieciom — nawet gdy nie są one skuteczne —, wprowadza lockdowny, spowalnia gospodarkę oraz ogranicza naszą wolność do przemieszczania się i życia według własnych wyborów.

Dzięki Państwa zaangażowaniu nie udało im się ratyfikować tego traktatu. Jednak teraz elity ONZ desperacko próbują sfinalizować porozumienie przed wyznaczonym terminem, który przypada na 27 maja – wtedy odbędzie się posiedzenie Światowego Zgromadzenia Zdrowia.

Nie możemy ich pokonać jeszcze raz bez Państwa wsparcia tu i teraz. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości, że jeśli ten Traktat wejdzie w życie to:

  • PAŃSTWO nie będą mogli decydować, jakie szczepionki podawać swoim dzieciom,
  • PAŃSTWO nie będą decydować, dokąd mogą się Państwo swobodnie udać,
  • PAŃSTWO nie będą mieli prawa decydować o osobistym uczestnictwie w kościelnych nabożeństwach,
  • Zamiast tego, te i inne niezliczone decyzje pozostaną w gestii „elit.”

Natomiast mogą to Państwo powstrzymać poprzez swoją darowiznę.

Zmiany klimatu w holocenie – ostatnie 11 700 lat

Zmiany klimatu w holocenie – ostatnie 11 700 lat

===========================

[Ale to nie ten artykułwywołał nagłe wycie propagandystów… MD]

prof. Leszek Marks
Państwowy Instytut Geologiczny

Leszek Marks 15.10.2014 odsłon: 25460

Zmiany klimatu w najmłodszej epoce w dziejach ziemi, choć niewielkie, miały znaczący wpływ na historię ludzkości – stawały się przyczyną upadku, ale i rozkwitu pierwszych cywilizacji.

Holocen, czyli ostatnie 11 700 lat, jest okresem o stosunkowo stabilnych warunkach klimatycznych, chociaż występowały w nim wielokrotnie ocieplenia i ochłodzenia różnej długości. Nie wszystkie epizody klimatyczne były jednakowe na całej kuli ziemskiej, ponieważ na zmiany temperatury nakładały się zmiany wilgotności. Zmiany klimatu zaznaczały się przede wszystkim w określonych szerokościach geograficznych, najsłabiej zwykle w strefie międzyzwrotnikowej.

Te pierwszorzędne zmiany klimatu na Ziemi, będące wypadkową zmian temperatury i wielkości opadów, były w pierwszej kolejności stymulowane zmianami cyrkulacji wód oceanicznych i mas powietrza, na które z kolei wpływ miały zmiany orbity Ziemi i położenia jej osi. Jednak najważniejszym czynnikiem sterującym klimatem na Ziemi była ilość promieniowania słonecznego docierającego do powierzchni Ziemi. Nie można również pomijać znaczenia wydarzeń ekstremalnych, przede wszystkim wybuchów wulkanów, które okazjonalnie powodowały istotne zakłócenia warunków klimatycznych, przede wszystkim przez okresowe wyrzucanie pyłów wulkanicznych do atmosfery, a zatem ograniczanie ilości promieniowania słonecznego docierającego do powierzchni Ziemi.

Temperatury zapisane w lodowcach

Najlepszym rejestrem zmian temperatury w holocenie są rdzenie lodowe pobrane z lodowców, w których wzajemna relacja izotopów tlenu (18-O i 16-O), wynikająca z ilości wody zmagazynowanej w pokrywach lodowych, pozwala określać średnią globalną temperaturę w przeszłości i to w ściśle określonym czasie. Skład powietrza występującego w takich rdzeniach lodowych pozwala również wnioskować o dawnym składzie gazowym atmosfery ziemskiej.

Zmiany temperatury w rejonie biegunów w holocenie, określone na podstawie stosunku izotopów tlenu w lodzie lodowcowym, wg danych R.B. Alley'a

Zmiany temperatury w rejonie biegunów w holocenie, określone na podstawie stosunku izotopów tlenu w lodzie lodowcowym, wg danych R.B. Alley’a

Wczesny holocen (11 700-8000 lat temu)

Z początkiem holocenu w Europie i Ameryce Północnej klimat ocieplał się i w umiarkowanych szerokościach geograficznych postępował zanik lądolodów. Jednak proces ten toczył się powoli – niektóre lądolody i duże czapy lodowe stopiły się dopiero 8000–7000 lat temu, co miało decydujące znaczenie dla ówczesnej cyrkulacji atmosferycznej, a tym samym i dla klimatu na Ziemi. Dlatego wczesny holocen (11 700–8000 lat temu) charakteryzuje się nawrotami zimna (np. 8200 lat temu), wynikającymi ze zróżnicowanego wzajemnego oddziaływania oceanu i zanikających czap lodowych półkuli północnej.

holocen2

Gwałtowne spływanie wód roztopowych zgromadzonych w wielkich zbiornikach przylodowcowych spowodowało wychłodzenie wód powierzchniowych w północnym Atlantyku, a tym samy osłabienie Prądu Zatokowego i ochłodzenie około 8200 lat temu (wydarzenie Bonda 5)

Środkowy holocen (8000–3500 lat temu)

Środkowy holocen jest często określany jako optimum klimatyczne, jednak przypisywany temu okresowi klimat ciepły występował przede wszystkim w wyższych szerokościach geograficznych, natomiast w innych regionach (np. w obszarze śródziemnomorskim) zaznaczyło się ochłodzenie.

Młodszy holocen (ostatnie 3500 lat)

Klimat młodszego holocenu stopniowo ochładzał się, głównie w wyniku zmian parametrów orbity Ziemi, spowodowanych przez tzw. cykle Milankoviča.

holocen3

Zmiany nasłonecznienia Ziemi od 6000 lat temu do dziś wskutek zmian orbity Ziemi (Beer & Wanner, 2008); letnie nasłonecznienie półkuli północnej stopniowo się zmniejsza

W tym czasie wielokrotnie zachodziły oscylacje lodowców górskich, które stopniowo powiększały się, by osiągnąć maksymalny zasięg podczas małej epoki lodowej w latach 1400–1850 n.e. Z powodu odradzania się lodowców późny holocen bywa niekiedy określany jako neoglacjał, a spadek temperatury w tym czasie dochodził w niektórych regionach do 0,5–1ºC. W Europie epizody zwiększonej wilgotności sprzyjały narastaniu torfu, a ich początki datowane są na lata: 2300, 1200 i 600 p.n.e. oraz 400 i 1200 n.e., co skutkowało powiększaniem obszarów zabagnionych, połączonym z obumieraniem rosnących na nich drzew.

Okresy klimatyczno-roślinne von Posta

Przez wiele lat rozwijała się burzliwa dyskusja dotycząca klimatu holocenu, wynikająca z różnych koncepcji opartych na badaniach szczątków roślin występujących w osadach jeziornych i bagiennych. Schemat Blytta-Sernandera (od nazwisk dwóch jego autorów), zaprezentowany w ostatniej dekadzie XIX wieku, zawierał naprzemienne okresy suche i wilgotne, natomiast nieco późniejszy schemat Gunnara Anderssona (początek XX wieku) przedstawiał bardziej jednolitą krzywą stopniowego wzrostu temperatury, aż do osiągnięcia maksimum termicznego w środku holocenu, po którym nastąpił spadek temperatury.

Oba te poglądy pogodził von Post (1946), który wykorzystując nową metodę analizy pyłkowej, zrekonstruował klimat holocenu, w którym uwzględniono zarówno zmiany temperatury, jak i wielkości opadów. Powstał wówczas, dla północnej części Europy wykorzystywany do dzisiaj, podział holocenu zawierający następujące okresy klimatyczno-roślinne:

  • preborealny (11 700–10 200 lat temu): temperatura stopniowo rosła, ale pod koniec okresu nastąpiło ochłodzenie;
  • borealny (10 200–8900 lat temu): temperatura była na ogół około 2ºC wyższa niż dziś, suchość częściowo spowodowana większym kontynentalizmem;
  • atlantycki (8900–5700 lat temu): optimum klimatyczne z maksymalną temperaturą o 2–3ºC wyższą niż obecnie i dużą wilgotnością;
  • subborealny (5700–2600 lat temu): klimat suchy i ciepły, lecz chłodniejszy niż poprzednio;
  • subatlantycki (od 2600 lat temu): chłodny i wilgotny.

Zimne wydarzenia Bonda

W rejonie północnego Atlantyku stwierdzono w holocenie cykliczne raptowne ochłodzenia, powtarzające się co 1470±500 lat i nazwane od nazwiska ich odkrywcy wydarzeniami Bonda. Ich przyczyny nie są jednoznaczne; przyjmuje się, że mogły być spowodowane m.in. zmianami radiacji słonecznej, reorganizacją cyrkulacji atmosferycznej, wpływem cyklu księżycowego oddziałującego na wielkość pływów albo zmianą cyrkulacji w północnym Atlantyku.

holocen4

Temperatura holocenu i wydarzenia Bonda (Gregory, 2010)

Wydarzenia Bonda stwierdzono szczególnie w rejonie północnego Atlantyku, ale są one synchroniczne również z okresami osłabienia monsunów azjatyckich, okresami suszy na Bliskim Wschodzie oraz transformacją zbiorowisk roślinnych w Ameryce Północnej. Wyróżniono 9 wydarzeń Bonda (oznaczonych liczbami od 8 do 0), które powiązano z wyraźnymi, globalnymi zmianami klimatu oraz rozwojem i upadkiem cywilizacji:

  • 8 – 11 100 lat temu – krótkotrwałe ochłodzenie.
  • 7 – 10 300 lat temu – krótkotrwałe ochłodzenie.
  • 6 – 9400 lat temu – transgresja lodowców w Norwegii, zimny epizod w Chinach.
  • 5 – 8200 lat temu – największe, raptowne ochłodzenie w holocenie.
  • 4 – 5900 lat temu – przybycie nomadów (ludów pasterskich i zbieracko-łowieckich) na Środkowy Wschód wskutek zmian klimatu.
  • 3 – 4200 lat temu – międzyzwrotnikowa strefa konwergencji (czyli pas kontaktu pasatów północno-wschodnich i południowo-wschodnich) przemieściła się ku południowi, powodując przesunięcie w tym samym kierunku strefy występowania monsunów, co w rezultacie skutkowało m.in. pustynnieniem obszaru Sahary oraz upadkiem Starego Państwa w Egipcie, imperium akadyjskiego w Mezopotamii i państwa Harapy w dolinie Indusu.
  • 2 – 2800 lat temu (900–300 lat p.n.e) – zimna epoka żelaza.
  • 1 – 1400 lat temu (530 r. p.n.e do 900 r. n.e.) – tzw. ciemne stulecia, kiedy Morze Czarne zamarzało (w latach 800, 801 i 829 n.e.), lód tworzył się na Nilu, a opady śniegu występowały w Europie śródziemnomorskiej i na wybrzeżu Chin. Klęska głodu (późne lata 530. n.e.), epidemie (542–545 n.e.) oraz długie i silne susze w Europie (300–800 n.e.) doprowadziły do wędrówki ludów i napięć społecznych; w Ameryce Środkowej wieloletnie susze – powtarzające się co 40-50 lat (około 760, 810, 860 i 910 r. n.e.) spowodowały upadek imperium Majów.
  • 0 – 1400–1850 n.e. – mała epoka lodowa: lodowce górskie powiększały swoje zasięgi, a rzeki i kanały w Europie Zachodniej zamarzały zimą; powtarzające się klęski głodu, wojny, zarazy spowodowały drastyczne zmniejszenie zaludnienia w Europie. Lód morski wokół Islandii ograniczył komunikację, skutkując wyginięciem Wikingów na Grenlandii, a chroniczny m.in. niedostatek zboża i chleba w końcu XVIII wieku doprowadził do rewolucji francuskiej).
holocen5

Przemieszczenie międzyzwrotnikowej strefy konwergencji w okresie od 6000 lat temu do XVIII wieku (Wanner i in., 2008)

holocen6

Jazda na łyżwach na wsi – obraz Hendricka Avercampa, ok. 1610 r. Źródło: https://www.rijksmuseum.nl/

Rozkwitowi cywilizacji sprzyjało ciepło

Pomiędzy zimnymi wydarzeniami Bonda występowały w holocenie okresy o klimacie szczególnie sprzyjającym rozwojowi społeczeństw ludzkich.

W czasie ocieplenia rzymskiego (300 p.n.e.–530 n.e.) drzewa cytrusowe i winorośle występowały w Anglii aż do Muru Hadriana, a drzewa oliwne rosły w dolinie Renu, Egipt dostarczał zboża dla Kartaginy, potem dla Rzymu, zaludnienie Anglii przekraczało 5,5 mln.

W czasie ocieplenia średniowiecznego (900–1400 n.e.) temperatura była wyższa o około 0,5–1ºC od obecnej. Nastąpiła wówczas recesja lodowców, umożliwiająca działalność rolniczą wysoko w Alpach, a w Niemczech winnice występowały ponad 200 m wyżej niż obecnie. Zmniejszenie zasięgu lodu morskiego sprzyjało Wikingom w kolonizowaniu Islandii i Grenlandii oraz dotarciu do Nowej Fundlandii. Dostatek żywności w Europie doprowadził do dwukrotnego wzrostu zaludnienia i powstania sieci transportowej, nadmiar siły roboczej zatrudniano do budowy klasztorów, kościołów i uniwersytetów. Nastąpiła wówczas maksymalna ekspansja arabska oraz niespotykany wcześniej rozwój kultury i nauki.

Przyczyny zmian klimatu w regionie północnego Atlantyku

Dominującym trybem zróżnicowania klimatu w regionie północnego Atlantyku w holocenie jest północnoatlantycka oscylacja powietrza, która charakteryzuje się dużymi wahaniami ciśnienia pomiędzy wyżem subtropikalnym (azorskim) a niżem polarnym (islandzkim), zachodzącymi w różnych skalach czasowych.

holocen7

Oscylacja północnoatlantycka: a – dodatnia i b – ujemna. Źródło: http://www.ldeo.columbia.edu/NAO by Martin Visbeck

W czasie dodatniej oscylacji północnoatlantyckiej występuje silny wyż subtropikalny i głębszy niż polarny, a wynikający z tego zwiększony gradient ciśnienia skutkuje licznymi i silnymi burzami zimą bardziej na północy Europy. Powoduje to ciepłe i wilgotne zimy w Europie i na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych oraz zimne i suche zimy w północnej Kanadzie i na Grenlandii.

W czasie ujemnej oscylacji północnoatlantyckiej występuje słaby wyż subtropikalny i słaby niż polarny, a efektem ich wzajemnego oddziaływania jest mniejszy gradient ciśnienia, powodujący rzadsze i słabsze burze zimą, przemieszczające się równoleżnikowo w kierunku Europy. Dostarczają one wilgotnego powietrza do regionu Morza Śródziemnego i zimnego powietrza do Europy Północnej. Do wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych dociera powietrze bardziej zimne i występują intensywne opady śniegu, ale na Grenlandii zimy są łagodniejsze.

Zmiany klimatu w holocenie a zawartość CO2 w atmosferze

Naturalne zmiany klimatu w holocenie nie wykazywały żadnej zależności od zawartości dwutlenku węgla w atmosferze, która przez większość holocenu była stabilna. Zwiększenie zawartości tego gazu w atmosferze w ostatnich kilkunastu latach nie znajduje odzwierciedlenia w zmianach temperatury dowodząc, że zależy ona przede wszystkim od zmiennych czynników naturalnych.

Temperatura dolnej troposfery a zawartość CO2 w latach 1979–2010 Źródło: http://friendsofscience.org

Temperatura dolnej troposfery a zawartość CO2 w latach 1979–2010 Źródło: http://friendsofscience.org

prof. Leszek Marks
Państwowy Instytut Geologiczny

Zaszufladkowano do kategorii Nauka | Otagowano

Onkolog z Japonii: Ta szczepionka od początku opierała się na błędnych przekonaniach, niewłaściwym postępowaniu i złych praktykach naukowych, była całkowicie wadliwa

Profesor Fukushima, najstarszy onkolog w Japonii, potępia szczepionki mRNA jako „złe praktyki naukowe” [prof. Masanori Fukushima, MD, Ph.D. ]

Jestem najstarszym onkologiem medycznym w Japonii. Jako pierwsza otworzył przychodnię onkologiczną na Uniwersytecie w Kioto, a wcześniej na Uniwersytecie w Kioto. W 2020 roku był kierownikiem oddziału w Aichi Cancer Center, wszystkie stanowiska znajdowały się w Aichi Cancer Center Hospital. Założył pierwszy kurs farmako-epidemiologii na Uniwersytecie w Kioto w Japonii. …

Lekarze mówią o tak zwanym „turbo raku”, typie wcześniej nie obserwowanym przez lekarzy, charakteryzującym się niewiarygodnie dużą szybkością. W chwili wykrycia jest już w czwartym stadium zaawansowania nowotworu i takie przypadki zaczynają sporadycznie pojawiać się w konsultacjach. W związku z tym lekarze zaczęli dzielić się informacjami o tych niezwykłych przypadkach, różniących się od wcześniejszych.

Tak więc sytuacja ta stopniowo się zmieniała od zeszłego roku lub roku wcześniej. Rzeczywiście lekarze wyczuwali w terenie, że może dziać się coś niezwykłego związanego z rakiem. Czuli to na ziemi. … Co więcej, wyniki naszej analizy zaskakująco pokazują, że określone typy nowotworów, w odniesieniu do szczepień, wydają się charakteryzować zwiększoną śmiertelnością. W pierwszej kolejności nowotwory takie jak rak piersi, rak jajnika, rak tarczycy, a następnie statystycznie rak przełyku i płuc. Są to najczęstsze, a kolejnym jest rak prostaty u mężczyzn. Takie nowotwory szczególnie powodują nadmierną śmiertelność. Zjawiska tego nie można po prostu wytłumaczyć zakłóceniami, takimi jak brak możliwości wczesnych badań przesiewowych z powodu pandemii lub utrata możliwości leczenia. …

To tak, jakbyśmy otworzyli puszkę Pandory i teraz spotykamy się z najróżniejszymi chorobami. Stawiamy im czoła. Choroby autoimmunologiczne, choroby neurodegeneracyjne, nowotwory i infekcje.

Wszystko to, łącznie z rzadkimi i trudnymi chorobami, a nawet tymi rzadkimi schorzeniami, ma miejsce. Zwykli lekarze spotykają się nawet z chorobami, o których nie słyszano. … To, [co nam piszą o szczepieniach, to] nie jest nauka; moim zdaniem bardziej przypomina to wiarę, histerię, a nawet zachowanie kultowe. Sprzeciw wobec szczepionek nie czyni kogoś heretykiem takim jak Galileusz; to tak, jakby być traktowanym jak kompletny wyrzutek.

Taka jest sytuacja. To szaleństwo. … Naprawdę musimy poważnie potraktować te szkody i poważnie się nimi zająć. Wszelkie wysiłki mające na celu odrzucenie tych szkód, jak gdyby ich nie było, są, szczerze mówiąc, dziełem zła. Jest to kwintesencja złego praktyki nauki. … Dlatego ta szczepionka od początku opierała się na błędnych przekonaniach, niewłaściwym postępowaniu i złych praktykach naukowych, była całkowicie wadliwa, oparta na błędnych przekonaniach, prowadząc do całkowicie fałszywej produkcji, fałszywego produktu, jak sądzę. …

Musimy ponownie bezpośrednio się z tym skonfrontować i rzucić na to światło nauki, dlatego WHO powinna poprowadzić kompleksowe badania wyników nad tą szczepionką genową zastosowaną po raz pierwszy na szeroką skalę u ludzkości, a wszystkie kraje powinny z nią współpracować.

Nigdy więcej nie powinniśmy stosować takich szczepionek.

To wstyd dla ludzkości. To hańba!