Nie ma alternatywy dla Polexitu, gdyż nie da się Unii zreformować od środka

Sommer: Nie ma możliwości zreformowania. Jedyną metodą na powstrzymanie tego jest…

12.04.2024 nie-ma-mozliwosci-zreformowania-UE

Tomasz Sommer.
Tomasz Sommer. / foto: screen YouTube

W jednym z najnowszych programów Tomasz Sommer przypomniał przyjęcie paktu migracyjnego przez UE oraz szaloną politykę klimatyczną. Wskazał też na fałszywą narrację wokół obecności Polski w Unii Europejskiej.

– Nie ma możliwości zreformowania tych polityk, bo oznaczałoby to niemalże zmianę religii – ocenił.

– Dojrzała tutaj taka religia przez tę kilkadziesiąt lat, religia zielonego wariactwa, ta religia ma swoich kapłanów, biskupów, kardynałów, ma swoich pseudopapieży, ma milion diakonów, którzy działają we wszystkich krajach, ma parafie, ma zakony – wyliczał.

– Teraz jeżeli by nagle z dnia na dzień powiedzieć, że koniec, likwidujemy tę religię, to przecież bunt tych wszystkich działaczy byśmy mieli. Nie da się ich uciszyć, odciąć od koryta, odciąć od głoszenia tych swoich „prawd” jednorazowo – wskazał.

– Jedyną metodą na powstrzymanie tego z dnia na dzień, póki jeszcze u nas ta ideologia nie jest aż tak mocna, to jest oderwanie się od Unii Europejskiej natychmiast, odcięcie tych więzi, sprawienie, że te wszystkie kontakty ideologiczne zostaną uznane za to, czym są, czyli agenturalną robotę wrażych sił i dzięki temu będziemy mogli funkcjonować na normalnych zasadach z resztą świata – dodał.

Sommer podkreślił, że „to jest wszystko mało”. – Przez lata, jak mówiono w Polsce o Unii, to zawsze mówiono w takim ujęciu, że my jesteśmy żebrakami, a ktoś tam przychodzi i nam rzuca pieniądze. Mówiono: musimy być w Unii, bo nam rzucają pieniądze – zwrócił uwagę.

– Czy jakikolwiek żebrak, który stoi pod urzędem i zbiera jakieś pieniądze, czy on kiedykolwiek z tego żebractwa doszedł do pozycji milionera? Czy zdarzyła się taka sytuacja? Czy można, poprzez zbieranie rzuconych przez kogoś ochłapów, stać się potentatem? Ja się nie spotkałem z taką sytuacją – wskazał.

Jak dodał, „jeżeli chcielibyśmy wyjść na poziom potentatów europejskich, to nie poprzez zbieranie ochłapów”. Podkreślił, że obecnie Polska znajduje się w stałym dystansie do bogatszych państw Unii Europejskich, właśnie dlatego że „żyjemy z ochłapów”.

– Aby dojść do pozycji wielkości ekonomicznej trzeba zrezygnować z funkcjonowania na zasadzie żebraka – skwitował.

Sommer podkreślił, że od początku funkcjonowanie Polski w Unii Europejskiej było oparte na niemoralnym przekazie. Jak dodał, „w ogóle nie ma alternatywy” dla Polexitu, gdyż „nie da się Unii zreformować od środka”. – To są tylko próżne żale, próżny trud. Nie da się przekonać biurokratów unijnych, żeby zmienili swoje podejście do rzeczywistości. Trzeba by ich wszystkich wyrzucić, ale na to nie ma siły politycznej – skwitował.

https://rumble.com/embed/v4ma6kk/?pub=4

OSZUSTWA wmontowane w ordynację „proporcjonalną” przyczyną dziwacznych, szkodliwych „koalicji”

To nie „paradoksy”, lecz świadome OSZUSTWA ordynacji „proporcjonalnej”.

===================================================

Artykuł ten „przeczytało” dotąd 1480 osób. I żadna nie zasygnalizowała mi, że bez TABEL jest niezrozumiały !! Umieściłem go 5 miesięcy temu.

O tempora !! O mores!! Rozpacz.

Umieszczam więc jeszcze raz, by chętni jednak CZYTALI ze ZROZUMIENIEM. Dodaję BOLD, by łatwiej się czytało. md

[Alina: Rzucili okiem. Nie czytali więcej niż kilkanaście linijek. Tekst jest b. długi i wymaga skupienia i czasu.]

====================================

[z książki „Otwarta Księga”, Romuald Lazarowicz i Jerzy Przystawa. W ciągu dwóch dziesięcioleci pozycja ta ZNIKŁA z wszystkich portali, a była na co najmniej sześciu. Znikła też z google.. MD]

============================================

Krzysztof Ciesielski. Ordynacja paradoksalna?

Obowiązująca w Polsce ordynacja wyborcza nosi nazwę „proporcjonalnej”. Znaczenie tego słowa jest dobrze znane, o proporcjonalności uczone są na lekcjach matematyki dzieci w szkole podstawowej.

Tymczasem przydział mandatów w Sejmie otrzymany w wyniku takiej ordynacji może z proporcjonalnym rozdziałem nie mieć nic wspólnego.

Mogą się też zdarzyć rzeczy nad wyraz nieoczekiwane. Głos oddany na jednego kandydata może działać na korzyść kogoś zupełnie innego. Może się okazać, że dwa ugrupowania. zdobędą tyle samo głosów, ale przypadną im w udziale różne liczby miejsc w parlamencie. Partia może przekonać do swojego programu dodatkowych wyborców i w efekcie… stracić mandaty! A kandydat, na którego nikt nie głosował, może zostać posłem.

Jak to możliwe?

Aby odpowiedzieć na postawione pytania, należy dokładniej przeanalizować sposób, według którego oddane głosy przeliczane są na mandaty w Sejmie RP. I tu nie sposób nie zauważyć, że w tej, podstawowej przecież, sprawie społeczeństwo polskie jest informowane w sposób nad wyraz powierzchowny – o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek informacji.

Telewizja, prasa, radio z upodobaniem cytują wyniki rozmaitych sondaży, opinie wypowiedziane przez rozmaitych polityków (czesto wyrwane z kontekstu), mówi się o prawyborach…

Tymczasem o sposobie liczenia głosów wspomina się niesłychanie rzadko, a to przecież podstawowa sprawa! Wyborca powinien wiedzieć, co z jego głosem się dzieje. Tymczasem traktowany jest on według zasady: „ty zagłosuj, a my już dobrze wiemy, co z twoim głosem zrobić”.

Metoda liczenia głosów

Posłów wybiera się oddzielnie w każdym województwie, przy czym liczby mandatów do obsadzenia nie są w poszczególnych okręgach identyczne. Najwięcej jest ich w okręgu miasta Warszawy (l7), najmniej w województwach chełmskim i bielsko-podlaskim – po 3. Poszczególne partie zgłaszają w okręgu listy wyborcze. W zależności od otrzymanych głosów niektórym partiom przyznaje się określoną liczbę mandatów. Według jakiej zasady?

Zobaczmy na przykładzie.

Przypuśćmy, że mamy do dyspozycji 10 mandatów. Najwięcej głosów uzyskali przedstawiciele partii: Partii Piłkarzy, Partii Narciarzy, Partii Koszykarzy, Partii Rugbystów, Partii Tenisistów, Partii Lekkoatletów i Partii Siatkarzy (nazwy partii nieistniejących użyte zostają celowo, by uniknąć jakichkolwiek analogii z polską sytuacją polityczną; zobaczmy po prostu, co z takiej ordynacji może – teoretycznie – wyniknąć i do czego może doprowadzić stosowanie jej w praktyce).

Rozkład głosów przedstawia tabela 1.

Załóżmy ponadto, że Narciarze w skali kraju nie otrzymali 5% głosów, natomiast pozostałym partiom to się udało. Oznacza, to, że głosy, które padły na Narciarzy, nie są liczone przy rozdziale mandatów (o czym mowa będzie za chwilę). Liczby „dające” mandaty zaznaczone są tłustym drukiem (tabela 1).

Co oznaczają liczby w dalszych kolumnach tabelki? One właśnie wpływają na przyznanie danej partii odpowiedniej liczby mandatów. Otóż dzielimy liczby uzyskanych głosów kolejno przez 1, 2, 3, 4…, czyli przez kolejne liczby naturalne. Spośród uzyskanych wyników wybieramy największe – tyle, ile mamy mandatów do rozdzielenia (w naszym przypadku dziesięć; w tabeli wyniki dające mandat podane są tłustym drukiem). Każda z partii dostaje tyle mandatów, ile wyników z „pierwszej dziesiątki” udało się jej uzyskać. W pewnym momencie wypisywania wyników w tabeli widać wyraźnie, że nie dadzą one już danej partii mandatów; wówczas przestajemy je wypisywać. I jeszcze jedno: gdyby do ostatniego „wchodzącego” miejsca kandydowały dwie partie z takimi samymi liczbami, to mandat – otrzymuje to ugrupowanie, na które padło więcej głosów.

W Sejmie zasiadają jednak konkretni ludzie. Jak ich wybrać? Otóż każda partia zgłasza swoją listę, a wyborca, głosując na dane ugrupowanie, wybiera z tej listy jednego kandydata. Mandaty (tyle, ile ich przypadło tej partii) otrzymują ci, którzy zdobyli na okręgowej partyjnej liście najwięcej głosów. W przypadku remisu decyduje kolejność na liście. I jeszcze jedno. Otóż obowiązuje „próg wyborczy”. Oznacza to, że mandaty dzielone są jedynie między te partie, które w skali kraju (nie okręgu!) uzyskają wystarczająco dużo głosów.

Próg ten wynosi dla partii 5%, dla koalicji wielopartyjnych – 8%. W naszym przykładzie zakładamy, że w okręgu bardzo popularne są sporty zimowe, wiec Narciarze zdobyli tu drugie miejsce. Tymczasem w skali kraju Partia Narciarzy wypadła znacznie słabiej, nie zdobyła 5%, w związku z czym nie bierzemy jej pod uwagę przy rozdziale.

Tą metodą wybiera się 391 posłów; pozostałych 69 miejsc przyznawanych jest również według opisanego schematu, ale na podstawie wyników ogólnopolskich, dla osób z list krajowych, to znaczy zgłoszonych „centralnie” przez poszczególne partie (przy czym rozdziela się je wyłącznie między ugrupowania, które otrzymały ponad 7% głosów). Tu mandaty otrzymują osoby niezależnie od otrzymanych głosów – na podstawie kolejności na liście krajowej danej partii. Już pobieżna analiza przykładu pokazuje, że mogą tu zaistnieć dziwne dysproporcje i wyniki wyborów według tej ordynacji nie muszą współgrać z wolą wyborców. Piłkarze dostali dokładnie dwukrotnie więcej głosów niż Koszykarze, mandaty zaś rozłożyły się w stosunku 5:2. Koszykarze mają niemal trzykrotnie więcej głosów niż Lekkoatleci, ale mandaty podzielono w stosunku 2:1. Z kolei Rugbyści i Lekkoatleci mają po jednym mandacie, choć pierwsi dostali prawie dwa razy więcej głosów niż drudzy (16000:8400), co raczej przeczy proporcjonalności.

Może są to jednak drobne niedokładności, które można zbagatelizować, a w skali kraju nie będą one miały istotnego znaczenia. Nic z tych rzeczy! Gdy zbierzemy razem głosy w różnych okręgach, może się okazać (o przykłady bardzo łatwo), że Partia A zbierze znacznie więcej głosów niż Partia B, ale mandatów mniej… Na ten temat bardziej szczegółowo za chwilę.

Zyskać głosy, stracić mandat

Wyobraźmy sobie teraz, że Rugbyści stracili 1400 głosów i głosy te zostały oddane na Koszykarzy. Zgodnie z logiką, dopuszczalne powinny być jedynie dwie możliwości. Pierwsza, że zmiana preferencji wyborców była tak mała, że nic się w rozdziale mandatów nie zmieniło. Druga, że Rugbyści stracili mandat (mandaty) na korzyść Koszykarzy. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Te wyniki zaznaczone są kursywą (mandaty zaś wytłuszczoną kursywą.

I cóż się stało? Koszykarze istotnie zyskali dodatkowy mandat. Ale bynajmniej nie kosztem Rugbystów! Mandat stracili Lekkoatleci, choć liczba ich zwolenników w żaden sposób się nie zmieniła. Opisana sytuacja nie jest jeszcze najbardziej groteskowa; zmiana preferencji przez niewielką liczbę wyborców może doprowadzić do bardziej paradoksalnych konsekwencji.

Oto następny przykład: wyobraźmy sobie, że w okręgu startują tylko trzy partie: Partia Pingpongistów, Partia Brydżystów i Partia Szachistów. Mandatów do rozdziału jest 6. Przypuśćmy też, że tuż przed wyborami Pingpongiści zdecydowali poprowadzić ostrą kampanię negatywną przeciwko Brydżystom, którzy byli ich najpoważniejszymi rywalami. Kampania odniosła skutek – aż 800 osób zrezygnowało z głosowania na Brydżystów. Większość z nich przerzuciła swe głosy na Pingpongistów – i to spora większość, bo aż trzy czwarte, 600 osób. Pozostałe 200 zrezygnowało co prawda z popierania Pingpongistów, ale zagłosowało na inne ugrupowanie – na Szachistów. Popatrzmy teraz, jaki był efekt owej zmiany głosów.

Wyniki przedstawia Tabela 2; w górnych rzędach pokazane są rezultaty – bez przerzucenia 800 głosów, W dolnych zaś (kursywą) – rezultaty po zmianie opinii przez 800 głosujących. I co otrzymujemy w efekcie? Brydżyści stracili głosy, ale nie stracili mandatu. Większość ze straconych przez Brydżystów głosów zyskali Pingpongiści i… stracili jeden mandat!

Wcześniej mandat ten dawała im liczba 3000 (ich głosy podzielone przez 3) porównana z 2980 głosami oddanymi na Szachistów, teraz jednak wynik odpowiedniego dzielenia to 3150, Szachiści zaś mają głosów 3180.

Taki może być efekt ordynacji nazywanej „proporcjonalną”. Ugrupowanie zyskuje głosów więcej niż ktokolwiek inny kosztem drugiego, ale traci mandat, to drugie nie traci zaś nic.

Konsekwencje progu wyborczego

Teraz zajmijmy sie konsekwencjami wprowadzenia progu wyborczego w skali kraju. Wydawać by się mogło, że idea wyeliminowania partii z małym poparciem jest słuszna. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Przede wszystkim zauważmy, że (w naszym pierwszym przykładzie) mimo autentycznie dużego poparcia w rejonie, żaden Narciarz do parlamentu nie wejdzie.

A co by było, gdyby Narciarzom udało się jednak przekroczyć w skali kraju pięcioprocentowy, próg wyborczy? W badanym okręgu nic się nie zmieniło, ale dostali trochę głosów więcej gdzieś na drugim końcu kraju. Być może była to kwestia jedynie kilku głosów. Jak taka zmiana wpłynie na rozdział mandatów w naszym okręgu? Narciarze dostaną trzy mandaty. Po jednym mandacie stracą: Piłkarze, Koszykarze i Lekkoatleci. W efekcie Lekkoatleci zostaną w ogóle bez mandatu – i to jest kolejny zaskakujący rezultat ordynacji. Od czego zależy mandat dla Lekkoatlety? Nie od głosów na jego partie, ale od głosów na partie Narciarzy; ponadto nie od głosów na Narciarzy w jego okręgu, ale od głosów oddanych zupełnie gdzie indziej – gdzieś, gdzie, być może, Lekkoatleci w ogóle nie startują…

Wyniki po zmianie zaznaczone są kursywą w tabeli 3.

========================================

Efekty wprowadzenia progów mogą być znacznie bardziej paradoksalne. Oto następny przykład. Przyjmijmy, że w pewnym okręgu głosuje 100 000 osób do rozdziału jest zaś 10 mandatów. Załóżmy, że w okręgu tym ogromna większość głosów padła na partie Kajakarzy i Żeglarzy (schemat podany jest w tabeli 4).

Omawiany okręg był jednak w skali kraju okręgiem nietypowym. Gdzie indziej pływanie na kajakach i żeglowanie nie cieszyło się zbyt wielkim poparciem, zatem te dwie partie wypadły znacznie gorzej i w skali kraju nie przekroczyły progu. Zgodnie z ordynacją, w omawianym okręgu nie mogą nie dostać! Ale mandaty trzeba rozdzielić, 10 mandatów otrzymają wobec tego partie, na które w sumie padło 4000 głosów (czyli 4% głosów w tym okręgu).

W innym okręgu 4000 głosów może (przy tej samej liczbie wyborców i mandatów) nie wystarczyć nawet na jeden mandat – jeśli na przykład 100 000 głosów podzieli się równo na 10 partii. A potem, w parlamencie, wszystkie mandaty warte są tyle samo.

Czy osoby wybrane w ten sposób można nazwać przedstawicielami wyborców? Czy reprezentacja omawianego okręgu w parlamencie jest jego autentyczną reprezentacją? Jak ważna w kampanii wyborczej może być dobra znajomość preferencji wyborców w poszczególnych okręgach! Załóżmy, iż ktoś wie, że w pewnym okręgu dużo głosów padnie na partie z niewielkim poparciem w kraju. Owocnym posunięciem może być wówczas dobra kampania wyborcza jego partii w tym właśnie okręgu. Poparcie wyborców w takim rejonie może zaprocentować mandatami uzyskanymi jako efekt znacznie mniejszej liczby głosów niż gdzie indziej.

Jaka jest prawdziwa rola pięcioprocentowego progu? Wbrew pozorom, nie jest nią eliminowanie partii z małym poparciem!

Oto przykład następny. Tym razem dane przedstawione w tabeli (tabela 5) są autentyczne – pochodzą z jednego z większych okręgów w Polsce. Dla rozważań matematycznych nie jest ważne jednak, które partie uzyskały które wyniki, ani też, z którego roku były to wybory. Glosy są tym razem podane w procentach. Przypuśćmy, że do rozdziału było 10 mandatów.

I cóż się dzieje? Nawet wynik 5,8% mandatu nie dal – ostatnia liczba, która przyniosła partii miejsce w parlamencie, to 6,75. Partia z poparciem dokładnie 5% otrzymałaby mandat dopiero wtedy, gdyby było ich do rozdziału 14 (bo poza „wchodzącymi” już dziesięcioma liczbami, większe są jeszcze 6,03, 5,8 oraz 5,25). Okręgów, w których można zdobyć ponad 10 miejsc w Sejmie, jest bardzo mało. Praktycznie wiec wynik poniżej 5% i tak mandatu nie da, ewentualnie w paru jednostkowych przypadkach i przy specyficznym, sprzyjającym tej partii układzie głosów.

Właśnie.

Chyba że przy rozdziale nie będą uwzględnione niektóre z partii, które otrzymały wyniki wyższe. „Wycięcie” paru z nich da fotele poselskie ugrupowaniom z mniejszym poparciem. Głównym efektem progów jest pozbawienie mandatów ugrupowań, które mają mocne poparcie lokalne, ale w skali kraju słabsze. Czy o to chodzi?

Zauważmy też, że jeśli ktoś zechce kandydować samodzielnie, bez wsparcia jakiejkolwiek partii, to nie wejdzie do Sejmu nawet wtedy, gdy zdobędzie WSZYSTKIE głosy w swoim okręgu. W skali kraju nie przekroczy progu! Posłami zostają ludzie, w Sejmie zasiądą jednak ludzie, nie partie. Poświęćmy teraz chwilę uwagi konkretnym osobom wybranym do parlamentu. Przypuśćmy, że (w przykładzie z tabeli 2) wśród brydżystów jest jeden niezwykle popularny i głównie na niego głosowali wyborcy – do tego stopnia, że na 8800 głosów na tę partie aż 8799 padło na niego. Spośród pozostałych Brydżystów jeden zagłosował na siebie, dostał jeden głos, pozostali zaś – zero głosów. Zgodnie z podziałem mandatów, Brydżystom przypadły dwa – do Sejmu wejdzie zatem obywatel, na którego padł jeden głos jego własny.

Przykład powyższy jest oczywiście świadomie przerysowany; jednak i w praktyce większość głosów na daną listę pada na jedną osobę. W efekcie można otrzymać mandat poselski zdobywając (personalnie) głosów niewiele. Jeżeli partia dostała w okręgu 6 mandatów, przy czym wyborcy zaznaczali na liście głównie tego pierwszego, to nie tylko następni kandydaci mieli głosów niewiele, ale różnice między nimi miały charakter raczej przypadkowy.

Co z tego wynika? Przyjmijmy, że z listy Partii Piłkarzy do sejmu weszli Bramkarz, Lewoskrzydłowy, Prawoskrzydłowy i Stoper, przy czym lwia cześć głosów padła na Bramkarza. Jeśli jednak Stoper, Lewoskrzydłowy i Prawoskrzydłowy (wybrani, być może, wyłącznie głosami rodzin i znajomych) będą mieli w jakiejś sprawie inną opinie niż bramkarz, to niewiele on wskóra, choć właśnie Bramkarz ma prawdziwe poparcie wyborców. Ponadto po wyborach obaj skrzydłowi mogą przejść do Partii Hokeistów.

Głosowanie na konkretnego kandydata ma zatem znaczenie ewidentnie drugorzędne; popierając daną osobę, popieramy przede wszystkim listę partyjną. na której się ona znalazła, a praktycznie te osoby z listy, które od innych wyborców dostaną najwięcej głosów.

Z kolei przy rozdziale miejsc z list krajowych ważna jest jedynie kolejność na tych listach ustalona przez poszczególne partie. Może zostać posłem nawet osoba, na którą nie padł żaden głos! W parlamencie jednak wszyscy posłowie mają głosy tyle samo warte. Ów „niepersonalny” charakter wyborów widać w miarę upływu lat coraz bardziej, nikną nawet pozory. Dwa tygodnie przed wyborami w roku 1997 w wielu miastach Polski trudno było znaleźć dostępną publicznie informację o pełnych składach list okręgowych. Ile czasu wyborca miał na świadomą decyzję? A gdzie i kiedy są przed wyborami podawane pełne składy list krajowych? Przecież krzyżyk postawiony przez wyborcę w pewnym okręgu może zadecydować o wejściu do Sejmu piętnastej osoby z listy krajowej, osoby, o której wyborca absolutnie nic nie wie.

Wybory w okręgach a wynik krajowy

Jak już zostało wyżej wspomniane, po zebraniu wyników z okręgów dysproporcje mogą być – w skali kraju – olbrzymie.

Niezwykle istotny może też okazać się sposób podziału kraju na okręgi wyborcze. Oto przykład. Kraj zostaje podzielony na 50 idealnie równych okręgów: 25 na północy i 25 na południu. W każdym okręgu północnym wyniki są identyczne, analogicznie w każdym okręgu południowym. W południowej części kraju preferencje wyborców dzielą się idealnie równo między Partię Turystów Tatrzańskich i Partię Turystów Beskidzkich i nikt nie głosuje na inne ugrupowania. Jak natomiast wyglądają wyniki wyborów w północnej części? Tam połowa wyborców głosuje na Partię Turystów Nizinnych, a pozostałe glosy mieszkańców części północnej padają na przedstawicieli partii, które globalnie mają bardzo małe poparcie i w rezultacie do parlamentu nie wejdą.

Jaki będzie skład całego Sejmu? Mimo że partie Nizinna, Beskidzka i Tatrzańska mają idealnie takie same poparcie w kraju (każ z nich popiera 25% wyborców), parlament będzie się składał dokładnie w połowie ze zwolenników Nizin, natomiast dwie pozostałe partie zajmą po jednej czwartej miejsc.

Więcej! Jeżeli ktoś z Partii Turystów Nizinnych mieć będzie istotny wpływ na ukształtowanie granic okręgów wyborczych, to może je nieznacznie zmienić tak, aby któryś z południowych okręgów objął sobą kawałek części północnej – wystarczy wybranie w takim okręgu jednego Turysty Nizinnego, by jego partia miała w parlamencie bezwzględna większość.

Ktoś mógłby zarzucić, że podane powyżej przykłady są wielce abstrakcyjne, a w praktyce ewentualne dysproporcje w poszczególnych okręgach ulegną – po skompletowaniu parlamentu – wyrównaniu. Wystarczy jednak zagłębić się w wyniki wyborów do Sejmu w roku 1993, by stwierdzić, że podział mandatów i liczby oddanych głosów bardzo często nie mają ze sobą wiele wspólnego. Można zaobserwować np. takie sytuacje, że partia A ma (w przybliżeniu) cztery razy więcej głosów niż partia B, mandatów zaś dziesięć razy więcej; partia C ma trzy razy więcej głosów niż partia D, ale partia C ma, kilkadziesiąt miejsc w parlamencie, partia D zaś ani jednego… A co z głosami oddanymi na konkretne osoby? Prawie 150 posłów otrzymało w tych wyborach mniej niż 3 tysiące głosów (niekiedy znacznie mniej); rekordowy wynik należy do parlamentarzysty, który dostał 131 głosów.

Wybory do rad miejskich

Według „ordynacji proporcjonalnej” odbywają się u nas także wybory do rad w większych miastach. Tu jeszcze trudniej znaleźć informacje o sposobie glosowania, a różni się on od tego wykorzystywanego w wyborach do Sejmu. Różnice są dwie. Po pierwsze, nie obowiązuje próg pięcioprocentowy. Po drugie, by ustalić liczbę mandatów, dzielimy liczby głosów nie przez kolejne liczby naturalne, ale najpierw przez 1.4 , a potem kolejno przez liczby nieparzyste, czyli 3, 5, 7...

Zobaczmy to na przykładzie.

Tabela 6

Tu efekty – mimo braku progów – mogą być nawet bardziej paradoksalne niż w przypadku ordynacji „sejmowej”. Na Partię Tenisistów padło 1400 głosów spośród 2770 oddanych, czyli ponad połowa; partia zdobyła bezwzględną większość głosów. Na sześć mandatów „do wzięcia” uzyskała jednak jedynie trzy, czyli równo połowę! Jej przedstawiciele nie mają większości, choć popiera ich ponad połowa, wyborców.

Może być jeszcze dziwniej. Wyobraźmy sobie, że startują trzy partie: Trójskoczków, Ornitologów i Entomologów, miejsc zaś do rozdzielenia jest siedem. Rozkład głosów i podział mandatów przedstawia tabela 7.

*) Analiza dotyczy wyborów według ordynacji obowiązującej do 1998 roku. Obecnie w wyborach do samorządów w dużych miastach (powiaty grodzkie) obowiązuje zarówno próg pięcioprocentowy, jak i dzielenie przez kolejne liczby naturalne (przyp. red).

Nie jest wykluczone, że wkrótce po wyborach Ornitolodzy 1 Entomologowie zawiążą koalicję. I oto widzimy rzecz ciekawą: choć w sumie mają mniejsze poparcie niż Trójskoczkowie (popiera ich łącznie 2016 osób, Trójskoczków zaś 2100), to mają w radzie czterech przedstawicieli, a Trójskoczkowie trzech. Absolutna wiekszość wśród wyborców mają Trójskoczkowie, ale to ich przeciwnicy mają większość w parlamencie… Gdyby o mandaty ubiegały się tylko dwie partie: Trójskoczków i Przyrodników, przy czym Przyrodnicy mieliby poparcie nieznacznie mniejsze (i dokładnie wiedzieli jakie), to mogliby się sztucznie podzielić na Ornitologów i Entomologów, by dzięki temu manewrowi zyskać większość w radzie miasta. Konsekwencje tej metody liczenia mogą być naprawdę oryginalne. Wyobraźmy sobie, że w pięciomandatowym okręgu zdecydowanie najwięcej głosów (900) otrzymali Żonglerzy, przy czym poszczególnych kandydatów poparło (odpowiednio) 181,180,180, 180 i 179 osób. Drugim z kolei ugrupowaniem byli Woltyżerzy; dostali zaledwie 142 głosy (w rozkładzie: 30 + 28 + 28 + 28 + 28). Dzieląc liczbę 900 przez 1.4. itd otrzymujemy kolejno: 642, 300 180,128, 100. Cóż to oznacza? Do Rady wejdzie czterech Żonglerów i jeden Woltyżer, gdyż 142:1,4 = 101,4 .

KAŻDY z żonglerów dostał więcej głosów niż wszyscy woltyżerzy razem wzięci, nie mówiąc już o tym, że Żongler z najmniejszym poparciem dostał sześć razy więcej głosów niż Woltyżer z poparciem największym. Tym niemniej jeden z Żonglerów odpada na rzecz Woltyżera.

Co powiedzieć o ordynacji, która dopuszcza takie możliwości?

Proporcjonalna czy paradoksalna?

Obowiązująca ordynacja, choć nosi nazwę „proporcjonalna”, wcale proporcjonalną nie jest. Słowo „proporcjonalny” ma swoje znaczenie, podawane w słownikach, a także na lekcjach matematyki w szkole podstawowej. Znaczenie to wielce odległe jest od tego, co obserwujemy w ordynacji. Można by ją raczej nazwać „paradoksalną”, ewentualnie „partyjną” (bo głosujemy na partie, człowiek się prawie wcale nie liczy). Może jednak, gdyby wprowadzono którąś z tych nazw, to – choć bardziej odpowiadają one rzeczywistości – więcej osób mogłoby przeciwko tej metodzie zaprotestować…

Udowodniono (matematycznie), że niezależnie od tego, w jaki konkretnie sposób będziemy dzielić głosy oddane „na listy” mię- dzy poszczególne partie, to zawsze zaistnieć mogą paradoksalne sytuacje w rodzaju opisanych powyżej. Czyli, na przykład, takie, że partia A zabiera głosy partii B, ale to właśnie ona straci mandat, a nie partia B. „Proporcjonalny” podział mandatów w uzależnieniu od głosów jest niemożliwy.

Ponadto — podkreślmy jeszcze raz — jedną z podstawowych zasad obowiązujących w wyborach powinna być jasność i powszechna dostępność metody, według której liczone są głosy. Nie może być tak, by podejrzewano, że posłowie wybierani są według zasady podobnej do tej ze starego wierszyka: „Urna to jest urządzenie, co ma dziwne kółka choć głosujesz Mikołajczyk, wychodzi Gomułka. . . ”.

Kilka słów o sondażach przedwyborczych

Po podanych (nieraz jako główna informacja) wiadomości, wynikach słyszymy: „zbadano 1000 osób, dopuszczalny błąd wynosi 3%”. Takie sformułowanie oraz podawanie składu Sejmu opracowanego według wyników takiego sondażu to dezinformacja oraz nadużycie praw statystyki. Zdanie „dopuszczalny błąd to 3%” sugeruje, że błąd większy zdarzyć się nie może, a tak nie jest. Badania przeprowadzane są według specjalnych, naukowo opracowanych, precyzyjnych testów. I gdy się podaje oszacowanie błędu, należy bezwzględnie podać dwie liczby. na przykład: „Z prawdopodobieństwem 80% błąd nie będzie większy niż 3%” – a

w ogóle najuczciwsze byłoby sformułowanie tego inaczej. „Partia Filantropów osiągnie wynik między 5% a 15% z prawdopodobieństwem 80%.

Przecież fakt, że coś jest mało prawdopodobne, nie znaczy, że jest niemożliwe. Błąd może więc być większy! Często po uwzględnieniu dodatkowych czynników owo „mało prawdopodobne” staje się realne.

Zauważmy: bada się tysiąc osób, a wyborców jest prawie 30 milionów. Jeden ankietowany reprezentuje 30 tysięcy ludzi!

To nie wszystko. W badaniach statystycznych dotyczących opinii ludzi, w tym preferencji wyborczych, należy w interpretacji danych zachowywać daleko idącą ostrożność. Tu błąd może być znacznie większy niż w przypadku badań rzeczy „mierzalnych” (jak wzrost czy waga); opinie ludzkie są zbyt chwiejne, zmieniają się w zależności od okoliczności, nawet od nastroju ankietowanego w danej chwili czy sposobu stawiania pytań przez ankietera. Wiele osób nie jest zdecydowanych, co zmniejsza liczbę 1000 badanych. A poza tym, można kłamać.

Wyjątkowym nadużyciem jest zaś przewidywanie składu Sejmu na podstawie sondażu na próbce 1000 osób. Mandaty przydzielane są niezależnie w województwach. Wiemy, że wyniki wyborów w różnych województwach znacznie różnią się między sobą. Poza tym różnym okręgom przydzielane są różne liczby mandatów. W jednym okręgu 10% głosów może dać dwa mandaty, w innym – ani jednego. By być rzetelnym, symulacje podziału mandatów należałoby przeprowadzić oddzielnie w każdym województwie (a i to jest ryzykowne, zwłaszcza przy obowiązującej ordynacji wyborczej; o mandacie dla partii może zdecydować kilka głosów, i to oddanych na zupełnie inną partię).

Tymczasem skoro zbadano 1000 osób, to na jedno województwo przypada średnio osób 20 Zmiana opinii jednej osoby to zmiana 5% głosów w przeprowadzanej symulacji! Dysproporcje w poszczególnych województwach mogą mieć olbrzymi wpływ na rozdział mandatów. Czy takie modele mogą być reprezentatywne?

Podczas referendum konstytucyjnego ankieterzy w punktach wyborczych zebrali opinie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Nie jednego tysiąca, ale znacznie, znacznie więcej. Nie jakiś czas przed referendum, ale tuż po głosowaniu! Możliwe odpowiedzi były tylko dwie, nie mieliśmy kilkunastu partii do wyboru. Podział na województwa nie mial wpływu na ostateczne wyniki. I wówczas błąd w stosunku do wyników faktycznych wyniósł więcej niż 3%! Przy- pomnijmy też, że kilka tygodni przed referendum konstytucyjnym sondaże mówiły o znacznej przewadze zwolenników konstytucji – a okazała sie ona minimalna.

Warto również przypomnieć, że w wyborach 1997 błąd w analogicznych badaniach (przeprowadzanych w dniu wyborów) co do frekwencji wyborczej (czyli w sprawie, w której kłamać sie raczej nie da, a możliwości są tylko dwie) wyniósł – bagatela! – 11 procent…

Czy można wybierać inaczej?

Czy w związku z przedstawionymi wadami ordynacji nazywanej „proporcjonalną” istnieje jakieś wyjście? Uważam, że zdecydowanie lepsza jest ordynacja nazywana Większościową, stosowana z powodzeniem w wielu krajach. Na czym ona polega? Cały kraj należy podzielić na okręgi i w każdym z nich wybierać dokładnie jednego posła. Zasada wyboru jest bardzo prosta: jeśli ktoś dostał ponad połowę głosów, wygrywa; jeśli nikogo takiego nie ma, dwóch najlepszych przechodzi do drugiej tury, gdzie wygrywa ten, który ma głosów więcej.

Wyborca głosuje na konkretnego człowieka – swojego reprezentanta. Jasne i zrozumiałe, a także bardziej praktyczne – pamiętamy ogromne „książeczki” do głosowania, w których należy zaznaczyć jeden krzyżyk. Znacznie bardziej obiektywny wynik (przy braku 50% poparcia) daje co prawda metoda odkreślania z listy kandydata z najsłabszym wynikiem i kolejnych głosowań – aż do skutku. Tak można jednak wybierać na zebraniach, gdy liczenie głosów trwa krótko i wkrótce po głosowaniu można przystąpić do następnej tury. Gdy wchodzimy do lokali wyborczych, nie należy przekraczać dwóch tur.

Oczywiście, i ta metoda ma wady – na przykład taką, że partie z całkiem sporym poparciem mogą mieć niewielu przedstawicieli w Sejmie. Jednak jej zalety w porównaniu z ordynacją u nas obowiązującą są niepodważalne. Po pierwsze, przy ordynacji „większościowej” do parlamentu nie uda się wejść nikomu ze znikomym poparciem; głosów oddanych na przyszłego posła musi być naprawdę sporo. To oznacza, że poseł – personalnie – został wybrany rzeczywiście przez wyborców, a nie na skutek odpowiedniego dzielenia głosów miedzy kandydatów na liście partyjnej. Nie można zostać wybranym jedynie głosami rodziny i znajomych, dzięki poparciu udzielonemu danej partii. W efekcie tak wybrany poseł naprawdę przed kimś odpowiada.

Po drugie, metoda ta nie wprowadza wyborców w błąd, niczego nie udaje. Zwolennicy ordynacji „proporcjonalnej” często głoszą, że przy jej zastosowaniu dzielenie mandatów odbywa się w sposób proporcjonalny i sprawiedliwy. Widzieliśmy na przykładach, jak z tym może być. Po trzecie, idea liczenia głosów jest prosta, jasna i klarowna – a to sprawa podstawowa; wyborcy muszą wiedzieć, w jaki sposób ich głosy zamieniają się na mandaty poselskie. Po czwarte, w ordynacji Większościowej nie może zdarzyć się absurdalna sytuacja polegająca na tym, że część wyborców zrezygnuje z głosowania na kandydata A, większość z nich poprze kandydata B, po czym kandydat B straci mandat, kandydat A zaś nie straci nic. Po piąte, przy tylu organizacjach kandydujących u nas w wyborach niemal pewne jest, że głosy rozdziela się na kilka ugrupowań. Teraz trzeba wyłonić „większość parlamentarną”, pogodzić parę partii… Przykłady znamy z lat ubiegłych. Zazwyczaj partia wchodząca w koalicje rezygnuje z niektórych punktów swego programu wyborczego. A mogły to być właśnie te punkty, które przeważyły szalę przy decyzji niejednego wyborcy. Przy ordynacji „proporcjonalnej” praktycznie nikt sam nie zdobędzie większości. Przykłady wielu kraj ów pokazują, że tam, gdzie wybory są przeprowadzane metodą „proporcjonalną” rządy są nie- stabilne, posłowie w parlamencie zajmują się często przede wszystkim sporami partyjnymi… Czy o to chodzi?

Przy ordynacji większościowej są duże szanse, że najmocniejsze ugrupowanie zdobędzie ponad 50% mandatów, będzie rządzić samo. Czy to źle? Zobaczmy, jak zrealizują swoje programy, obietnice – bez ustępstw na rzecz koalicjanta! Jeżeli ich działalność wyborcom się nie spodoba, to w następnych wyborach przepadną. W wielu, bardzo wielu sprawach wygrywa najlepszy. Czy to przy staraniu się o pracę, czy w sporcie, czy w rozmaitych konkursach…

Przy głosowaniu decydującym o Nagrodzie Nobla może się zdarzyć, że osoba uzyskująca przewagę jednego głosu nad drugą dostaje wszystko – ta druga nic. Dlaczego w tak ważnej sprawie, jak wybory naszych przedstawicieli, ulega się złudnej argumentacji: „podzielić sprawiedliwie”? Tym bardziej że nie jest to ani sprawiedliwe, ani skuteczne.

Kolejny argument związany jest ze wspomnianymi wcześniej tak popularnymi u nas sondażami przedwyborczymi. Ich wyniki są z lubością przytaczane przez telewizję, prasę… Jak już wiemy, informacje te są podawane z nadużyciem praw statystyki, wprowadzają wyborcę w błąd. Nieraz, gdy wyborca słyszy, że według sondaży jego partia nie wejdzie do parlamentu, zmienia swoją decyzję iw efekcie głosuje na kogoś innego. Główną rolę przy podejmowaniu decyzji może odegrać podana przez telewizję informacja o tym, co usłyszeli ankieterzy od 1000 ludzi w kraju!

Można się zastanowić, czy przypadkowo głównym celem podawania wyników sondaży nie jest odpowiednie „nastawienie” wyborców, „nakręcanie opinii”? Przy ordynacji większościowej taka manipulacja nie mogłaby mieć miejsca.

Kilka słów o Senacie

Wydawać by się mogło, że ordynacja Większościowa jest u nas stosowana przy wyborach do Senatu. Wyborca głosuje tu na dwie osoby (w województwach warszawskim i katowickim na trzy); najlepsi zostają senatorami.

Okazuje się jednak, że pozory mylą… Głosowanie jednocześnie na dwie osoby może w zasadniczy sposób zmienić wyniki wyborów; taka metoda jest wypaczeniem idei ordynacji większościowej. Ponadto obecnie nie ma drugiej tury wyborów, co przy licznym gronie kandydatów powoduje, że może zostać wybrany kandydat o niewielkim poparciu.

I tu można podać ciekawe przykłady. Oto jeden z nich. Przyjmijmy, że w pewnym województwie zdecydowanie największe poparcie (bo aż 60% wyborców) ma pan Żabacki, natomiast po 20% osób popiera panów Abackiego i Babackiego. Bezdyskusyjnie pan Żabacki powinien zostać senatorem – jest ewidentnie najlepszym kandydatem. Nie jest potrzebna nawet druga tura! Tymczasem może się zdarzyć, że przy głosowaniu na dwie osoby polowa zwolenników Żabackiego poprze również Abackiego, druga połowa zaś Babackiego. Jeżeli ponadto zwolennicy Abackiego jako tego drugiego wskażą Babackiego i Vice versa, to panowie Abacki i Babacki otrzymają po 70% głosów i to oni wejdą do Senatu, wyprzedzając Żabackiego z 60%.

Ponadto jedną z zasad ordynacji większościowej jest by w okręgach było mniej więcej tyle samo wyborców. Okręgami zatem nie mogą być województwa! Po wyborach w roku 1993 można było usłyszeć stwierdzenia, skierowane do zwolenników ordynacji większościowej „przecież w wyborach do Senatu ona obowiązywała, i tam wyniki były podobne… ” .

Jest to wielkie nieporozumienie. Po pierwsze, ordynacja senacka nie jest, jak zostało zaznaczone wyżej – „klasyczną” ordynacją większościową.

A po drugie – ale najważniejsze – nie o to przecież chodzi! (choć wydaje się, że część osób odpowiedzialnych za wprowadzenie u nas ordynacji „proporcjonalnej” ma inne poglądy). Jeżeli już „bawimy się w te klocki” i organizujemy wybory, to organizujmy je najlepiej, jak można, i „grajmy czysto”. Nie można patrzeć na ordynację wyborczą z punktu widzenia: „która metoda jest dla mnie najlepsza”. Należy przemyśleć, która metoda da nam Sejm autentycznie wybrany, Sejm zajmujący się przede wszystkim ćwiczeniem dobrego prawa, nie zaś sporami partyjnymi.

A na to odpowiedź jest jednoznaczna.

===============================================

Przykład z 2024 roku:

Wybory Samorządowe

2024 7 kwietnia wybory.gov.pl/samorzad2024/pl/sejmik_wojewodztwa/okreg

Dane z 83 na 83 (100,00%) obwodów głosowania

Wyniki w niżański w okręgu wyborczym nr 3 w wyborach do Sejmiku Województwa Podkarpackiego

Wyniki w okręgu wyborczym nr 3 w wyborach do Sejmiku Województwa Podkarpackiego

Kandydaci, którzy uzyskali mandat

DRAUS Ewa Maria, PIECH Kamila Barbara, ROMANIUK Bogdan Piotr, KNAP Renata Czesława, BUTRYN Renata Celina

Okręg wyborczy nr 3 w wyborach do Sejmiku Województwa Podkarpackiego

Zasięg m. Tarnobrzeg; pow. kolbuszowski; pow. niżański; pow. stalowowolski; pow. tarnobrzeskiLiczba mandatów5

Wyniki w niżański

Lista numer 1 – KOMITET WYBORCZY PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ

NrNazwisko i imionaMiejscowość zamieszkaniaWiekPoparcie partii politycznej lub organizacjiLiczba głosów na kandydataProcent głosów na kandydataWyniki
1DRAUS Ewa MariaKolbuszowa642 2138,48%Kandydatka uzyskała mandat
2PIECH Kamila BarbaraStalowa Wola412 4809,51%Kandydatka uzyskała mandat
3ROMANIUK Bogdan PiotrLipnica576012,30%Kandydat uzyskał mandat
4BABIEC Andrzej BogdanTarnobrzeg513561,36%
5WASYLISZYN Michał JerzyCholewiana Góra395 91422,67%
6STASIAK WiktorTarnobrzeg625952,28%
7KNAP Renata CzesławaStalowa Wola521 2584,82%Kandydatka uzyskała mandat
Razem13 41751,43%

Pieszczochy globalizmu

Pieszczochy globalizmu

DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 12

Procesy globalizacji rozpoczęły się już wiele dekad temu.  Polegały one na instalowaniu, w strukturach władz państwowych, agentów wyszkolonych i zaprzedanych światowej oligarchii finansowej.  Kuźniami tych kadr były prywatne organizacje (finansowane przez wspomnianych oligarchów), takie jak Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, Światowa Organizacja Zdrowia, itp.

Przy czym do uzyskania zaszczytnej funkcji „światowego młodego przywódcy”, czy zwanego z angielska „influencera”, potrzebne było nie tylko zaprzedanie, ale inne „kwalifikacje”, takie jak kompromitująca przeszłość, oraz zboczenia seksualne, zwłaszcza pedofilia czy homoseksualizm. 

O ile kompromitująca przeszłość zapewniała możliwość ewentualnego szantażu danego osobnika, o tyle wspomniane zboczenia gwarantowały całkowitą niezdolność agenta do integracji z jakąkolwiek społecznością. Bowiem żadna cywilizacja, zarówno historyczna jak współczesna nie akceptuje i nie toleruje zboczeń podcinających elementarne prawa naturalne niezbędne do przetrwania tejże.  W wyniku czego wspomniani agenci sami wykluczyli się ze społeczeństwa.

Przy czym truizmem jest stwierdzenie, że Zachodni Globalizm (US & UE, etc.) jest wyjątkiem w powyższej regule, będąc przez to czystą emanacją szatana i z definicji skazując się na zagładę. 

Niewidoczny rozwój globalizmu swą siecią agenturalną objął prawie cały świat, umożliwiając oligarchom spełnienie ich największego marzenia; LIKWIDACJĘ LUDZKOŚCI POPRZEZ GLOBALNE LUDOBÓJSTWO.  Zrealizowano je przy pomocy „pandemii covidowej”, w której jedynym źródłem śmierci i chorób, były „szczepionki”.

Ludobójstwo udało się w znacznym stopniu, ale nie w pełni.  W związku z czym zastosowano drugi „temat”; ekologię.

Walka ze zmianami klimatycznymi polega na eliminacji azotu z atmosfery (która w naturalnym składzie zawiera go około 78%), poprzez likwidację nawozów azotowych.  A także, i wczwśniej, eliminowanie dwutlenku węgla, związku niezbędnego obok tlenu w procesie asymilacji, czyli koegzystencji świata roślinnego i zwierzęcego.

W ten sposób globaliści uderzają w dwa filary egzystencji:  rolnictwo i zasoby energetyczne.   Jeszcze pół wieku temu taka strategia skazana była by na porażkę, gdyż nawet słabi uczniowie szkół podstawowych znali i rozumieli te elementarne mechanizmy.  Dziś jednak sytuacja się zmieniła i absolwenci „prestiżowych zachodnich szkół i uczelni” są całkowitymi ignorantami we wszystkich dziedzinach, za wyjątkiem umiejętności posługiwania się ikonami na komputerach i smart phone’ach.  Zresztą nie muszą nic umieć, bo ma zastąpić ich AI (sztuczna inteligencja), a dla nich samych przygotowywana jest kolejna rzeź, pod jakąś inną nazwą, niż covidowa.

Prawdziwym dramatem jest natomiast to, że obecne „elity” (czytaj agenci globalistyczni), osiągnęli już taki poziom zidiocenia, że nie potrafią nawet pojąć własnego interesu, który jasno wskazuje, że wypełniając dalej wolę oligarchów, apostołów szatana, siebie również skazują na zagładę. 

Rozpasani, niewybieralni, unijni oficjele pławią się w rozkoszach raju (zwanego przez nich „ogrodami”) niebaczni tego, że prowadzą do nieuniknionej zagłady swych podwładnych i samych siebie.

Część środków ze „wspólnego długu”, który został zaciągnięty przez KE w celu odbudowy gospodarki po „pandemii Covid”, została zdefraudowana.

Skandal z funduszami UE: Miliony euro w rękach oszustów! ue-miliony-euro-w-rekach-oszustow

(fot. flickr.com/ European Parliament)

Część środków z wspólnego długu, który został zaciągnięty przez KE w celu odbudowy gospodarki po „pandemii Covid-19”, została zdefraudowana. Postępowania toczą się między innymi w Grecji, Włoszech, Austrii, Słowacji oraz Rumunii.

W przypadku Grecji chodzi o zmowę przy przetargach na projekty o wartości 2,5 mld euro. W przypadku Włoch – o wyłudzenie około 600 mln euro na fikcyjne projekty i nieistniejące podmioty. Stworzono sprawnie działającą siatkę księgowych, notariuszy i innych przedsiębiorców, którzy wykorzystali tzw. sztuczną inteligencję oraz inne zaawansowane technologie w celu wyłudzenia środków unijnych i ukrycia oszustw. Dochodzenia uderzają w reputację KE oraz programu NextGenerationUE.

„Politico” podaje, że obecnie badana jest sprawa zarzutów dotyczących nadużyć finansowych związanych ze sposobem wydatkowania 2,5 miliarda euro z funduszy UE, które trafiły zaledwie do dziesięciu firm w Grecji.

W marcu bieżącego roku śledczy z greckiej komisji ds. konkurencji przeszukali biura trzech krajowych firm telekomunikacyjnych – Cosmote, Vodafone i Nova, a także pięciu firm informatycznych i dwóch firm konsultingowych: Byte, Uni Systems, Netcompany-Intrasoft, Space Hellas, Cosmos Business Systems, Toolbox oraz Active. Dochodzenie prowadzi Prokuratura Europejska (EPPO).

W zeszłym tygodniu policja aresztowała 22 osoby podejrzane o malwersację 600 mln euro z włoskiej części funduszy na odbudowę. Podejrzanych aresztowano we Włoszech, Austrii, Rumunii i na Słowacji, zarzucając, że działali w „szajce” mającej na celu wyłudzenie 600 mln euro z włoskiej transzy funduszy na odbudowę. W domniemaną oszukańczą działalność uwikłani są księgowi, notariusze oraz inne firmy usługowe.

Jak podają prokuratorzy, podejrzani przekazali środki na swoje konta bankowe w Austrii, Rumunii oraz na Słowacji zaraz po otrzymaniu zaliczek. Gang wykorzystywał zaawansowane technologie, takie jak sieci VPN, serwery w chmurze zlokalizowane za granicą, aktywa kryptograficzne oraz oprogramowanie sztucznej inteligencji, aby przeprowadzać oszukańcze działania i ukryć nielegalną działalność. Dochodzenie prowadzi Prokuratura Europejska (EPPO) w Wenecji, koordynując akcję przeszukań i zatrzymań z prokuraturą z innych krajów. Do tej pory dokonano nalotów na kilkadziesiąt domów i firm, przejmując i zamrażając aktywa, w tym mieszkania i wille, kryptowaluty, zegarki Rolex, złoto oraz biżuterię, a także Lamborghini, Porsche oraz Audi Q8 w kilku państwach. We Włoszech zabezpieczono aktywa o łącznej kwocie 600 mln euro. Ośmiu podejrzanych umieszczono w areszcie tymczasowym, wobec pozostałych czternastu zastosowano areszt domowy, a jednemu z księgowych zakazano wykonywania zawodu.

Domniemani przestępcy w 2021 r. złożyli wnioski o bezzwrotne dotacje na wsparcie cyfryzacji, innowacyjności oraz konkurencyjności małych i średnich firm, w celu rozszerzenia ich działalności na rynki zagraniczne. Środki trafiły do nieaktywnych i fikcyjnych firm. Oszuści stworzyli oraz zdeponowali fałszywe bilanse przedsiębiorstw, aby wykazać, że spółki były aktywne i rentowne.

Prokuratura Europejska (EPPO) jest prokuraturą Unii Europejskiej. Odpowiada za prowadzenie dochodzeń w sprawie przestępstw przeciwko interesom finansowym UE.

[dostaną łapówkę, czyli „dolę” – i umorzą ? md]

Włochy są największym beneficjentem unijnego funduszu odbudowy gospodarczej po „pandemii Covid-19”, dysponując kwotą 191,5 mld euro w postaci dotacji i pożyczek.

W ciągu ostatniej dekady syndykaty przestępcze poszły z postępem i stały się bardziej sprawne w wyprowadzaniu funduszy rozdzielanych przez UE na rozwój i odbudowę. W ubiegłym roku wszczęto ponad 200 dochodzeń w sprawie nadużyć finansowych związanych z ogólnounijną pulą środków pieniężnych RRF o wartości około 800 miliardów euro. W 2022 r., kiedy wypłata środków była w początkowej fazie, wszczęto 15 dochodzeń. Włochy są objęte szczególnym nadzorem prokuratorów w zakresie zarządzania środkami na odbudowę. W kraju toczy się 179 dochodzeń w tej sprawie.

Prokuratura Europejska przyznaje, że oszuści z całego bloku zakładają fikcyjne firmy lub przekupują urzędników publicznych w sprawie wydatkowania środków ze wspólnego budżetu UE. Potwierdzono także, że mimo szeregu warunków, jakie wierzyciele wymagali od Greków, udzielając im kolosalnej pożyczki kilkanaście lat temu, do tej pory nie udało się zwalczyć korupcji w tym kraju. Ma ona być nawet większa niż dekadę temu.

Źródło: politico.eu, amlinteligence.com AS

Swietłana – zbrodnicza „matka zastępcza”. Wychodzi z aresztu!

TVN24 10 kwietnia 2024, poznan/poznan-sad-zwolnil-z-aresztu-matke-dzieci-pedofilom

Miała zarabiać na „wypożyczaniu” pedofilom dzieci, którymi się opiekowała. Wychodzi z aresztu

TVN24 | Poznań 10 kwietnia 2024, Jarosław Kostkowski Źródło: tvn24.pl, Radio Poznań

Dzieci miały być gwałcone w Polsce i na Ukrainie. „Matka” w tym czasie stała w drzwiach z telefonem w ręku”Jarosław Kostkowski/Fakty TVN

Ukrainka oskarżona o okrutne znęcanie się nad dziećmi i prostytuowanie ich wyszła z aresztu. Kobieta miała pod opieką dziesięcioro dzieci w wieku od 4 do 16 lat. Po wybuchu wojny uciekła z nimi do Poznania.

Kobieta opuszcza areszt po blisko dwóch latach. Jak informuje Radio Poznań, prokuratura chciała przedłużenia wobec niej aresztu, ale sąd odrzucił ten wniosek i uznał, że wystarczy dozór policyjny oraz zakazy opuszczania kraju i zbliżania się do dzieci. Powód? Brak obawy matactwa wobec tego, że w sprawie przesłuchano już wszystkich świadków. Prokuratura złożyła zażalenie.

[tvn nie udostepnia , napisać w oryginale materiał filmowy]

Rodzina zastępcza podejrzewana o znęcanie się nad dziećmi. „Dzieci mają wyraźne ślady przemocy fizycznej”Jarosław Kostkowski/Fakty TVN

Dziwne zachowanie dzieci wzbudziło niepokój

Swietłana P. prowadziła w Ukrainie rodzinę zastępczą. Po wybuchu wojny kobieta wraz z dziećmi trafiła do Polski. Tu kontynuowała opiekę nad dziesięciorgiem małoletnich – w wieku od 4 do 16 lat.

– Pojawiła się w rodzinie pani, która opiekuje się innymi dziećmi. To ona zauważyła, że te dzieci dziwnie się zachowują, że mogą być ofiarami przemocy – wyjaśniał Łukasz Wawrzyniak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Swietłana P. miała wyzywać, poniżać i zastraszać swoich podopiecznych. Miała też popychać dzieci, uderzać, wyrywać im włosy i bić pałką lub pasem po ciele i głowie. Obywatelce Ukrainy przedstawiono wówczas zarzuty i kobieta trafiła do aresztu.

„Gazeta Wyborcza”: wyrywane włosy, wybijane zęby, bicie tłuczkiem

Dzieci zostały przesłuchane i przeprowadzono z nimi czynności procesowe. Zebrane dowody pozwoliły na przedstawienie kobiecie zarzutów znęcania się ze szczególnym okrucieństwem.

„Gazeta Wyborcza” opisywała szczegóły ustaleń śledczych. Dzieci miały mieć powyrywane włosy i wybite zęby.

– W trakcie kolejnych przesłuchań wychodziły kolejne fakty. Oprócz przemocy miało także dochodzić do wykorzystywania seksualnego dzieci – relacjonował Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Prokuratura: dzieci były przez nią bite, zastraszane i poniżane

Akt oskarżenia przeciwko matce zastępczej trafił do Sądu Okręgowego w Poznaniu 23 marca zeszłego roku. Prokurator zarzucił kobiecie popełnienie przestępstw polegających na znęcaniu się ze szczególnym okrucieństwem nad dziesięciorgiem ukraińskich dzieci. – Zebrane dowody potwierdziły, że pozostający pod jej opieką małoletni pokrzywdzeni byli przez nią bici, zastraszani i poniżani. Śledztwo wykazało, że oskarżona ograniczała dzieciom dostęp do toalety, a także jedzenia oraz picia, doprowadzając w niektórych przypadkach do ich skrajnego niedożywienia – podkreślał Wawrzyniak.

Koszmar ukraińskich dzieciTVN24

Według ustaleń „Gazety Wyborczej”, jedna z dziewczynek w wieku pięciu lat ważyła niecałe 12 kilogramów. Jeden z podopiecznych kobiety – dziewięcioletni chłopiec – miał chodzić głodny i trząść się ze strachu.

Miała zarabiać na „wypożyczaniu” dzieci pedofilom

Podopieczni Ukrainki mieli być także „udostępniani” pedofilom. – Stosując przemoc, wykorzystała seksualnie część z nich oraz przekazywała je w tym celu innym osobom. Ten przestępczy proceder trwał od marca 2020 roku do kwietnia 2022 roku, a oskarżona uczyniła sobie z niego stałe źródło dochodu – informował prokurator.

Ofiarami przemocy seksualnej – według „Gazety Wyborczej” – miało być ośmioro dzieci. – Prowadząc śledztwo, staramy się ustalić, gdzie i kiedy dochodziło do przestępstw i kim są ludzie, którzy krzywdzili te dzieci. Zrobimy wszystko, by tych ludzi postawić przed sądem – podkreślał rzecznik wielkopolskiej policji.

Proces kobiety ruszył w maju zeszłego roku. Przestępstwa, o które jest oskarżona, zagrożone są maksymalną karą 15 lat więzienia.

Dzieci, którymi zajmowała się Swietłana P., trafiły do kilku rodzin zastępczych.

Maciej Lisowski: „Jak rzekomo ukradłem 1,5 mln zł. z Funduszu Sprawiedliwości i przekazałem mojej matce.

Szanowni Państwo!
Poprzez działanie poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości przeżyliśmy 7 lat „piekła”, którego nikomu nie życzę.

Fundacja LEX NOSTRA od 2017 roku wielokrotnie składała zawiadomienia w sprawie nieprawidłowości w funkcjonowaniu tzw. „Funduszu Sprawiedliwości” działającego w Ministerstwie Sprawiedliwości. Sukcesywnie będziemy je publikować na stronie https://funduszsprawiedliwosci.org/
W wyniku tej działalności Fundacja LEX NOSTRA była systematycznie niszczona zarówno przez poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości, jak i … dziennikarzy TVN24, którzy napisali ordynarne kłamstwo o rzekomym przekazaniu przeze mnie, mojej matce 1,5 mln. zł z Funduszu Sprawiedliwości!

Mam nadzieję, że niedługo zacznie się proces sądowy przeciwko tym „dziennikarzom” i stacji TVN24, którego przebieg będziemy Państwu na bieżąco relacjonować.

Prawda jest taka, że to nie Fundacja LEX NOSTRA lub jej Zarząd ukradł 1,5 mln. zł. z Funduszu Sprawiedliwości, ale to poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie zapłaciło Fundacji LEX NOSTRA ok. 1,5 mln zł. za wydatki poniesione na pomoc osobom pokrzywdzonym świadczoną w ramach Funduszu Sprawiedliwości!

To tak, jak w tym dowcipie: nie rozdają, ale kradną i nie rowery, ale samochody…
Ciekawi Państwa, dlaczego czołowi dziennikarze śledczy, czołowej stacji informacyjnej TVN24 tak diametralnie „pomylili” fakty? Niedługo o tym napiszę…

W wyniku działań poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości, zarówno ja, jak i moi bliscy, a także Fundacja LEX NOSTRA zostaliśmy zlinczowani medialnie i pozbawieni środków do życia. Zostaliśmy zmuszeni do zaciągnięcia setek tysięcy kredytów bankowych jako osoby prywatne, a LEX NOSTRA została zmuszona do rozpoczęcia procesu sądowej restrukturyzacji.
Przeżyliśmy to w samotności, ostracyzmie i – co chyba było najbardziej trudne – w milczeniu, bo jakiekolwiek upublicznienie działań poprzedniego kierownictwa Ministerstwa Sprawiedliwości spowodowałoby natychmiastowe aresztowanie mnie pod jakimkolwiek pretekstem.
Jedną z takich prób opisałem w artykule: „Jak poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości niszczyło Fundację LEX NOSTRA”.
Fundacja LEX NOSTRA złożyła w 2022r. dwa pozwy przeciwko Ministerstwu Sprawiedliwości – Funduszowi Sprawiedliwości, na kwoty: 367 249,52 zł. i 1 135 134,88 zł.
W przypadku pierwszego pozwu, już w dniu 11 sierpnia 2022r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał orzeczenie – Nakaz Zapłaty, od którego odwołało się poprzednie kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości.
Skan Nakazu Zapłaty przesłałem w załączniku do maila, oraz opublikowałem na stronie Fundacji LEX NOSTRA w tekście pt.: „Maciej Lisowski: „Jak rzekomo ukradłem 1,5 mln zł. z Funduszu Sprawiedliwości i przekazałem mojej matce””.
Obydwa postępowania sądowe są w toku.
Będziemy informowali o ich przebiegu, a z każdym kto kiedykolwiek upowszechnił lub nadal upowszechnia, kłamstwo że Fundacja LEX NOSTRA lub ktokolwiek z nią związany ukradł jakiekolwiek pieniądze z Funduszu Sprawiedliwości, spotkamy się w sądzie.
Z wyrazami szacunku

Maciej Lisowski
Dyrektor Fundacji LEX NOSTRA

Od 2010 r. wspieramy osoby pokrzywdzone przez prawo i urzędy. Pomagamy osobom pokrzywdzonym przez przestępstwa. Chronimy dzieci. Od 2020 r. nie otrzymujemy na nasze działania środków publicznych (za wyjątkiem 1,5%).
Prosimy Państwa o wsparcie Fundacji LEX NOSTRA poprzez przekazanie na naszą działalność 1,5% podatku. Wystarczy w odpowiednim polu wpisać nasz numer KRS: 0000365293
Można pobrać też nasz darmowy program do rozliczania PIT lub zrobić to online.

Min. Siekierski o negocjacjach z Kijowem: Aż głupio się przyznać… Oni mają „świetnie rozwinięte kontakty w Brukseli”

Siekierski o negocjacjach z Kijowem: Aż głupio się przyznać…

Siekierski-o-negocjacjach-z-Kijowem-Az-glupio-sie-przyznac

Kijów otwarcie grozi, iż w przypadku blokad ze strony Polski, Ukraina nie będzie przyjmować polskich produktów.

==========================

Minister rolnictwa Czesław Siekierski przybliżył szczegóły rozmów z władzami Ukrainy na temat warunków handlu produktami rolnymi. Polityk wskazał m.in. na „świetnie rozwinięte kontakty w Brukseli”, którymi ma cieszyć się Kijów, a które mają wpływać na pozycję Polski w trudnych negocjacjach.

Szef resortu rolnictwa o postępach w negocjacjach opowiedział w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

– „Aż głupio się przyznać, bo znów powiedzą, że rozmawiamy i rozmawiamy, a co z tego wynika, ale partner do rozmów jest bardzo trudny. Oni chcą zachować warunki liberalizacji handlu, które zostały wprowadzone w tym szczególnym okresie, aby wesprzeć Ukrainę. I oni uważają, że to już ma tak zostać do końca i że to będzie ich główna pozycja negocjacyjna”– powiedział.

Przekazał, że Kijów otwarcie grozi, iż w przypadku blokad ze strony Polski, Ukraina nie będzie przyjmować polskich produktów. Stwierdził przy tym, że strona ukraińska cieszy się „świetnie rozwiniętymi kontaktami w Brukseli, że dosłownie można się od nich uczyć”.

– „Ja się zastanawiam, jak państwo, które jest w stanie wojny, ma w obszarze wzmacniania własnego dużego biznesu taką determinację. Tam jednak rządzi biznes i to biznes, który bardzo zdominował najwyższych polityków”- ocenił.

kak/Dziennik Gazeta Prawna, Fronda.pl

Hindusi mają zastąpić w Izraelu wypędzonych Palestyńczyków

12.04.2024

mają zastąpić w Izraelu wypędzonych Palestyńczyków

Izrael. Flaga.
Flaga Izraela. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Ponad 6 tys. indyjskich pracowników budowlanych przyleci w kwietniu i maju br. do Izraela – poinformowała indyjska agencja informacyjna Press Trust of India (PTI).

Od momentu wybuchu konfliktu z Hamasem Izrael cierpi na niedobór siły roboczej.

Izraelski rząd poinformował w środę, że pracownicy z Indii zostaną przewiezieni specjalnym transportem lotniczym w związku z zawieszeniem lotów czarterowych.

Obecnie Izrael cierpi na brak siły roboczej. Do tej pory największa grupa pracowników, około 80 tys., pochodziła z Zachodniego Brzegu, a kolejne 17 tys. ze Strefy Gazy. Większości z nich cofnięto pozwolenia na pracę w październiku 2023 r. wraz z rozpoczęciem wojny.

Jak informuje PTI, Hindusi zostaną sprowadzeni do Izraela na mocy porozumienia międzyrządowego.

W ostatnich miesiącach do Izraela przybyło ponad 900 pracowników budowlanych z Indii w ramach umów zawartych między agencjami pracy w obu krajach.

Pytany przez indyjską agencję prasową izraelski Urząd Współpracy Przemysłowej (ICA) podał do wiadomości, że do tej pory wydał on zgody na zatrudnienie 20 tys. pracowników z Indii i Sri Lanki, w tym połowa dotyczy kontraktu rządowego. Obecnie trwa procedura przyznawania im wiz.

Szacuje się, że do tej pory do Izraela przybyło ok. 7 tys. pracowników z Chin i ok. 6 tys. z Europy Wschodniej.

PTI podaje, że na terenie Izraela pracuje 18 tys. Hindusów, przede wszystkim w sektorze opieki społecznej. Większość z nich nie chce na razie wyjeżdżać, tłumacząc, że zatrzymują ich atrakcyjne wynagrodzenia oraz poczucie bezpieczeństwa.

(PAP)

Izrael przegrywa II wojnę o niepodległość

Lewicki: Izrael przegrywa II wojnę o niepodległość

Redakcja Konserwatyzm.pl Stanisław Lewicki

Niezadługo po ataku Hamasu na Izrael, który miał miejsce w dniu 7 października ubiegłego roku, premier Izraela Netanjahu przedstawił sens obecnej fazy konfliktu i, co wydawało się wtedy pewną przesadą, nazwał ją drugą wojną o niepodległość: „Wojna z palestyńską organizacją terrorystyczną Hamas to nasza druga wojna o niepodległość; nasi partnerzy na całym świecie dobrze rozumieją, że walczymy nie tylko we własnym imieniu, ale w imieniu całej ludzkości, ponieważ jest to starcie cywilizacji z barbarzyństwem”.

Od czasu tego oświadczenia upłynęło już kilka miesięcy i przebieg, a jeszcze bardziej obraz, tego konfliktu, z jednej strony potwierdza to, że może to być faktycznie dokończenie wojny o niepodległość z roku 1948, a jednocześnie jej wynik może być odmienny od rozstrzygnięcia jakie zapadło podczas tamtej pierwszej wojny.
Jeśli spojrzymy na przekaz medialny i sympatie opinii publicznej na całym świecie to Izrael nie jest już popierany. Te działania jakie prowadzi on w Gazie wielu uznaje za zbrodnie wojenne, a niektórzy nawet za ludobójstwo. Taki obraz się wyłania gdy uwzględni się rozmiary i strukturę ofiar wśród uczestników starcia.
Ze strony Izraela, do tej pory, miało utracić życie 695 ofiar cywilnych i 676 żołnierzy oraz funkcjonariuszy policji i służb specjalnych. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że znaczna cześć tych izraelskich cywili to rezerwiści sił zbrojnych, niektórzy posiadający w domu broń, to może się okazać, że bezbronni cywile stanowią mniejszość wśród ogółu ofiar po stronie Izraela.
Jeśli zaś wziąć stronę palestyńską, to śmierć tam miało ponieść już ponad 33 tysiące zabitych, w tym aż 14 000 dzieci i 9 200 kobiet. Widać, że na jedną ofiarę izraelską przypada ponad 15 palestyńskich, z których większość to kobiety i dzieci. Czy eliminacja nawet licznych terrorystów usprawiedliwia tak masowe ofiary wśród dzieci i kobiet?

Smoke and flames rise during Israeli air strikes amid a flare-up of Israeli-Palestinian violence, in Gaza May 12, 2021. REUTERS/Ibraheem Abu Mustafa TPX IMAGES OF THE DAY

Ogromna większość ludności Gazy, prawie dwa miliony ludzi, została wygnana ze swoich domów, które są systematycznie niszczone. Na dodatek, od dłuższego już czasu, zaczyna tam bardzo brakować żywności i mieszkańcy Gazy zagrożeni są głodem. Według ocen Światowego Programu Żywnościowego (największej organizacji humanitarnej świata – agencji ONZ) aż 30 procent dzieci w wieku poniżej 2 lat w Gazie może być skrajnie niedożywionych. Oxfam – międzynarodowa organizacja humanitarna, zajmującą się walką z głodem – stwierdziła, że od stycznia mieszkańcy północnej części Strefy Gazy, tej najbardziej atakowanej przez Izrael, przyjmują średnio zaledwie 245 kalorii dziennie. To jest poziom niedożywienia prowadzący szybko do śmierci.
Warto przypomnieć, że według szacunków profesora Tomasza Szaroty, zawartych w pracy „Okupowanej Warszawy dzień powszedni. Studium historyczne”, średni przydział kartkowej żywności dla dorosłego mieszkańca getta warszawskiego w latach 1940–1942 wynosił 200–500 kalorii dziennie. Jednak spożycie żywności w getcie było na wyższym poziomie, gdyż było uzupełniane powszechnym szmuglem, przez co ilość żywności dostępnej dziś dla cywili w Gazie, a liczonej na 245 kalorii, jest pewnie nawet mniejsza niż w warszawskim getcie. Jeśli celowe głodzenie żydowskich mieszkańców getta było jednym z głównych elementów eksterminacji tej ludności, to jak nazwać to co dziś dzieje się w Gazie?

Biorąc to wszystko razem nie można się dziwić, że wiele osób nazywa ludobójstwem obecne działania Izraela w Gazie. Coraz więcej ludzi jest świadomych tego, że, przy braku przeciwdziałania,  może to się skończyć eksterminacją ludności Gazy. Dociera to nawet do członków elit USA mających żydowskie pochodzenie. Profesor Jeffrey Sachs występuje przeciwko uzbrajaniu Izraela przez USA i zadaje pytanie:” Czy Stany Zjednoczone chcą być współwinne ludobójstwa?”.
Tę dramatyczną zmianę w postrzeganiu Izraela na świecie dostrzegają także sami Izraelczycy. Najpopularniejszy kanał komercyjnej telewizji w Izraelu – Keshet 12 – ubolewa: „Izrael znajduje się dziś w najgorszej sytuacji na świecie od czasu swego powstania; Świat nas nienawidzi, poparcie dla nas jest niskie, a antysemityzm osiągnął wysoki poziom.

Netanjahu miał rację, przyrównując obecne wydarzenia w Gazie do II wojny o niepodległość. Wygląda jednak na to, że tę wojnę dziś Izrael przegrywa.
Kiedyś Izrael nie przejmował się opinią świata, gdyż mając bezwarunkowe poparcie USA, mógł resztę traktować pałką antysemityzmu, która była bardzo skuteczna w uciszaniu przeciwników. Teraz, w obliczu tego co dzieje się w Gazie, to się zaczyna kończyć, gdyż nie tylko bezwarunkowe poparcie USA nie jest pewne, ale na dodatek pałka antysemityzmu przestała działać.
Najlepiej widać to na przykładzie afery z ambasadorem Jakowem Liwne, która była efektem jego zachowania, po tym jak w wyniku ataku izraelskiej armii na konwój organizacji charytatywnej World Central Kitchen, zginęło siedem osób, w tym Polak Damian Soból.
Liwne próbował odrzucać żądania przyjęcia przez Izrael odpowiedzialności za atak i po staremu posługiwać się antysemityzmem, jako politycznym narzędziem. Tym razem jednak oburzenie było zbyt wielkie by taka metoda rozmywania odpowiedzialności okazała się skuteczna. Zwyczajnie paradygmat postrzegania Izraela się u nas zmienił, i takie zachowanie, które dotychczas uchodziło i było przyjmowane przez nasze, wytresowane antysemityzmem, pseudoelity z podkulonym ogonem, obecnie już nie funkcjonuje.

Stanisław Lewicki

Piątek: Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

12.04.24 Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

11/04/2024 przez antyk2013

Zapraszamy w piątek 12.04 na godz.17.00 do Parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika (Głównego Patrona Polski).

Msza święta a później Koronka do Bożego Miłosierdzia i Różaniec święty przed Najświętszym Sakramentem w intencji Polski i Polaków, o ochronę życia poczętych dzieci.

Share

Kategorie Bielsko-Biała, Msze św. za Ojczyznę, Różaniec Święty w każdej parafii (kard. Hlond)

Wszyscy wygrali?

Wszyscy wygrali?

11 kwietnia, wpis nr 1259 dziennikzarazy
No i mamy po wyborach samorządowych. W mediach dyżurne spekulacje kto wygrał, ale – jako się rzekło – wybory te są tak złożone, że właściwie każda z sił politycznych, no może oprócz Lewicy, ale o tym po tym, może powiedzieć, że wygrała. Wedle Ziemkiewicza to właściwie wszyscy przegrali, ale to nie jest precyzyjne, bo przegrała Polska, a więc przegraliśmy wszyscyśmy, no może z wyjątkiem właśnie paru taktycznych wiktoryjek w wykonaniu partii.
Ale partie polityczne dawno już praktycznie wszystkie leżą poza dobrem wspólnym kraju, skrzętnie kumulując swoje drobne ugrane blotki kosztem kondycji Ojczyzny naszej. O rozmiarach tej alienacji na przykładzie ostatnich wyborów będzie dzisiaj.
PiS – dwie konsekwencje i trzecia, zasadnicza
Nie trzeba było wielkiej przenikliwości, żeby wieszczyć, iż wszyscy odtrąbią zwycięstwo. Procentowo wygrał PiS, co ma dwie ważne konsekwencje i trzecią – zasadniczą. Pierwsza, to taka, że się wynikowo zawrócił znad przepaści, co prawda sondażowej, ale to sondaże wyznaczały PiS-owi trend spadkowy i rzeczywiste policzenie szabelek w wyborach samorządowych zweryfikowało ten trend. Korzystnie dla partii Kaczyńskiego. Co prawda ten warunek istnieje tylko w przypadku uznania wyników tych lokalnych przecież wyborów za wyraz sympatii politycznych na szczeblu centralnym, ale – jak już od dawna się mówi – jednym z aspektów traktowania tych wyborów przez partie (szczególnie w obliczu zaostrzania się wojny polsko-polskiej) jest używanie ich jako pogłębionego sondażu poparcia na poziomie politycznym w wymiarze ogólnopolskim. Obecne wybory samorządowe są w tym względzie ważne, gdyż będąc drugimi w triadzie parlamentarne-samorządowe-europerlamentarne czerpią jednocześnie z trendów tych pierwszych i oddziałują na te trzecie.W tym względzie szczególnie poszło dobrze PiS-owi, bo odwrócił on po raz pierwszy od 15 października 2023 roku trend spadkowy i wyszedł z optymizmem na wybory do europarlamentu. A miało być wedle mediów, sondaży i rozgrzanych mścicieli spod znaku serduszka, już z PiS-em pozamiatane.
Druga konsekwencja to jednak powtórka z wyborów parlamentarnych: PiS wygrał procentowo, ale i tak nie uchroniło go to od utraty władzy. Patrząc na sejmiki, a o tę główną kasę (oprócz wielkich miast) jest ta gonitwa, utracił ich sporo na rzecz już nie PO, ale przyszłych lokalnych koalicji, głównie w oparciu o KO i Trzecią Drogę. Czyli jak niedawno – PiS wygrał wybory, ale przegrał rządzenie. To konsekwencja druga. To ważne, bo była partia rządząca straciła wiele obszarów, gdzie może umieścić i przechować na czas lepszego fartu swoje struktury coraz bardziej wygłodniałe po wymuszonej zmianą władzy wymianie stanowisk. Te struktury, wychudzone odcięciem od publicznego cyca państwowego, nie będą miały gdzie przeczekać czasów kolejnej smuty, po państwowym obrocie o 180 stopni, jakim charakteryzuje się polski system osadzony w plemiennej dwójpolówce. Z tych wyborów zostaje PiS-owi „trynd” na wybory do Brukseli, na zasadzie „z dwojga złego”, zaskakujące jednak wybaczenie win przez rolników, oraz pierwsze po parlamentarnej porażce odkucie się sondażowe.
      Ale pora na obiecaną trzecią konsekwencję – zasadniczą. Zaskakująco dobry wynik PiS-u zamyka ostatecznie kwestie rozrachunkowe partii i postulaty do wewnętrznego dyskursu reformatorskiego oraz ewentualnej rewizji kierunku i narracji. Żadnych marzeń, panowie. Będzie jak było, bo się sprawdziło. Ale PiS nie dostał dobrego wyniku, bo jest taki fajny, tylko dlatego, że jego polityczne otoczenie się samozapadło. Uśmiechnięta Polska pokazała swoją prawdziwa twarz i dalej, dla tych, dla których PiS jest nieakceptowalną alternatywą znowu „trzecią drogą” stała się ułuda koalicji PSL i Hołowni. Ci, co dali obecnie rządzącym nadmiarowe frekwencyjne zwycięstwo w wyborach parlamentarnych tym razem do urn nie poszli, odtworzyły się tylko procentowe proporcje. Rolnicy, nie widząc tego, że protestują na traktorach w sumie przeciwko swym późniejszym wybrańcom z PiS-u znowu zawierzyli w „mniejsze zło”, a to oznacza, że nie widzą na scenie innej politycznej siły, z którą utożsamialiby swe interesy. Drobnica polityczna, która się na ten protest chciała załapać poległa, zaś same protesty nie wyłoniły nowej siły, programu ani liderów. Największym dowodem na to, że PiS nie dostał potwierdzenia słuszności swej „taktyki” jest to, że praktycznie kampanii nie prowadził, a dostał dobry wynik. Źródła więc tego fenomenu muszą być zewnętrzne. Nie ma się więc z czego cieszyć, bo trend się może odwrócić, zwłaszcza, że, jak widać, nie zależy on w dużym stopniu od kierunku działań PiS-u.
Krowa na łyżwach
To, iż PiS może popaść w próżność, że jednak stojąc tam gdzie stoi daje radę, jest dla Polski bardziej szkodliwe, niż  gdyby wyciągnął wnioski ze swej porażki w wyborach parlamentarnych. Chodzi o to, że i obecne wybory potwierdziły mumifikację dwóch tendencji: dwójpodziału plemiennego oraz tego, że PiS zajmuje już na trwałe miejsce jedynej alternatywy dla „koalicji uśmiechniętej Polski”. I dlatego wybacza mu się wcześniejsze winy (vide rolnicy) i obecne wpadki, jak i bezrefleksyjność co do źródeł swej porażki z 15 października. A więc nie jest bez znaczenia jakość tej alternatywy, a „stary dobry PiS” właśnie „zajmuje miejsce” i nie jest wszystko jedno czy jego postawa, a wychodzi, że ta się nie zmieni, skoro uzyskała w pewnym stopniu potwierdzenie, będzie uwzględniała sygnały z rzeczywistości. Nie chcę nawet dodawać, że skostnienie niezreformowanych struktur i treści w PiS-ie jest na rękę… Tuskowi. Dalej będzie miał ostrzelanego przeciwnika, nikt mu nowy nie wyskoczy, zaś wojenka polsko-polska, to zawód (dla Polaków życiowy) dla drugiego już pokolenia polityków i po co to zmieniać?
Stąd te narracje, że w tych wyborach Polska przegrała.
Fenomen relatywnego sukcesu PiS-u mimo praktycznego braku kampanii ma jeszcze jeden podtekst. PiS traci w aktywnej kampanii. Jest jak krowa, która jeśli się ją chce wywrócić daje się łyżwy i wypuszcza na lód. Tymi łyżwami jest ciągła tendencja do powrotu do starej narracji. Jak tylko takiej dać megafon, to PiS przegrywa. Jak miał przekaz pozytywny – to wygrywał. Tak odwojował Polskę w 2015 roku, ale stare demony wróciły. W przegranej kampanii parlamentarnej mieliśmy same negatywne przekazy – straszenie Tuskiem, fur Deutschland, sitwa, panie i dalejże. Dokładnie takie same zaśpiewy jak w przegranych wyborach za PiS-u pierwszego w 2007 roku. Za to PiS potem siedział w oślej ławce opozycji przez lat osiem, a wrócił, bo miał przekaz spokojny, nie wojowniczy.
I znowu o tym zapomniał, bo jego powtarzalni medialni macherzy zagrali na konflikt i różnicowanie tak bardzo, że przy nich Tusk wyglądał na koncyliacyjnego gołąbka społecznego spokoju.I teraz jak zamilkli w kampanii, co nie było ich ruchem taktycznym, ale zbiegiem okoliczności „oszczędzania” na kampanię do europarlamentu – to tylko im pomogło. W dodatku jeśli były już jakieś małe przebłyski kampanii, to były one pozytywne, przypomnijmy, że hasłem tegorocznych wyborów był optymistyczny przekaz: „Jesteśmy na TAK”. Przypomnę tę metaforę, którą PiS zna, ale jej nie słucha. Skoro został zamknięty w klatce opozycji poprzez przegraną parlamentarną, to jak Tusk przejeżdża prętem po kratach klatki to najgorszą rzeczą jest się dać prowokować. I jak Tuski widziały, że to znowu działa (jak w latach 2007-2015), to waliły po klatce z całą mocą. PiS się wzmagał i pokazywał pokrzywioną od gniewu małpią mordę. Ale jak by się zaparł i nie dał prowokować, to widz widziałby tylko jak jakiś debil wali prętem po klatce. Coraz głośniej. I tak PiS przeszedł te wybory, choć w klatce tylko przysnął. Kłopot jest taki, że się wybudził i wyciągnął odwrotne wnioski – skoro to działa (ale przecież nie dlatego), to wracamy w stare koleiny. I zaczęło się – znowu wrócił Smoleński, Antoni! Antoni! przez pałacem prezydenckim i elektorat labilny znowu widzi małpią twarz.
Wygrani-przegrani
     Tusk tę w sumie swoją (sondażową) porażkę przekuć chce na sukces. Stąd też pogłoski, że jak się popatrzy pod różnym kątem na lustro suwerena, jakim są wybory, to każdy może powiedzieć, że wygrał. Tusk sprzedaje to podmieniając procenty na władzę. Znów wrócił do mówienia „my, koalicja”. Skoro więc w procentach krajowego poparcia (do sejmików, dodajmy) przegrał, to przesiadł się na mandaty, a tych z koalicjantami ma prawie wszędzie więcej niż (znowu niekoalicyjny) PiS. W poprzednich wyborach na sejmikach wyszedł remis, w tym roku PiS ocali pojedyncze województwa. A więc koalicja centrozlewu wygra rządzenie. Drugi sukcesem Tuska jest słaby wynik Lewicy, co daje mu możliwość przeczołgania koalicjanta. Zwłaszcza, kiedy w dzień po wyborach samorządowych padł strach na koalicjantów, bo premier ogłosił przyszłą rekonstrukcję rządu. Co prawda mówi się o sześciomiesięcznym rządzie technicznym praktycznie od momentu jego powstania (miał on się zająć audytowaniem w swych resortach ścieżek kradzieżowych poprzedniej ekipy, w celach paliwa do igrzysk), ale rekonstrukcja to zawsze wstrząs dla koalicji. I nie tylko może będą musieli się posunąć jacyś ministrowie czy ministry, ale może zostać zakwestionowany koalicyjny podział włości, skoro niektóre formacje słabo dowożą poparcie. Tusk więc czyści w swoich szeregach, przy okazji odwracając uwagę swych zwolenników od własnego słabego wyniku.„Trzecia droga” właściwie odtworzyła swój wynik z wyborów parlamentarnych, co dla nie jest… drogą PiS-u. Ona też zaczęła łapać trendy spadkowe, mówiło się już o partii jednorazowego użytku, coś jak Wiosny, Palikoty czy Nowoczesne. A tu wynik przyzwoity, w sumie niepomijalny koalicjant, języczek u wagi wielu koalicji sejmikowych i nawet nie ma się czego bać, jakby nawet Tusk zarządził przedterminowe wybory.
Lewica, jako się rzekło – poległa najbardziej i jest jedyną partią, która nawet nie może udawać, jak inne, że wygrała. Wielu uważa, że jej porażka to cena za skupienie się na bezsensownej kompetencyjnie i politycznie tematyce aborcyjnej (w wyborach samorządowych to istotnie niezła jazda) i, że Lewica będzie musiała zrewidować swój tak negatywnie zweryfikowany przez wyborców kierunek. Ale należy w to wątpić, gdyż wtedy, bez tych postulatów, lewicy już programowo nie ma. Wszystkie inne postępackie postulaty są już zaabsorbowane przez KO, Hołownie i… PiS i właściwie po porzuceniu aborcji, genderyzmu i progresywizmu w edukacji nic już z lewicy nie zostaje. A więc wychodzi na to, że wciąż będzie wysadzać te pociągi, choć nic już nie jeździ po tych torach.
Bezpartyjni
Alternatywa do dwójpolówki przegrała i o tym się nie mówi, bo niewielu tę alternatywę w kampanii zauważyło. Pogłębił się niestety stan upartyjnienia tych wyborów. W poprzedniej kadencji było więcej bezpartyjnych w różnych gremiach. Teraz lud głosujący, w tym pomieszaniu wojny polsko-polskiej jest tak daleko od autonomii własnych decyzji przy urnie, że wybiera już tylko partyjne flagi i to w pozycjach najwyższych na listach, układanych w gabinetach naczelników i lokalnych baronów. W sejmikach nie ma i nie będzie żadnych niepomijalnych „języczków u wagi”, kilkuosobowych grupek, od których zależeć może złożenie koalicji w sejmiku. Wszystko pójdzie na dwójpodział: albo-albo. A to źle. Ten trend – na mitygowanie dwóch plemion za pomocą niepartyjnego elementu zewnętrznego – nie udał się i widać, że długa droga jeszcze przed takim wyjściem z zaklętego kręgu polskiej nawalanki o totem władzy.
Odbył się więc sondaż opinii kosztem pogorszenia się jakości życia publicznego w małych ojczyznach. Czy suweren to widzi lub czy zobaczy? Widzieć to chyba nie widzi, sądząc po wynikach, ale na pewno zobaczy. Problem w tym, że i własny wstyd przed tym, że dał się nabrać i cały system polityczno-medialny będą mu tłumaczyć, że wybrał dobrze, ale to inni sknocili. Zaś powody zapaści życia publicznego w jego najbliższym otoczeniu nie wynikają z jego wyborów, ale istnienia tego okropnego przeciwnika politycznego oraz złowrogiego Putina. 
Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Eko-ściema po niemiecku. Berlin drastycznie [184 razy] zaniżał emisje metanu z górnictwa.

Eko-ściema pch24.pl/eko-sciema-po-niemiecku

Analiza wydobycia węgla brunatnego w Niemczech wykazała, że emisje metanu są tam o 184 razy wyższe, niż wcześniej zgłoszono – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie organizacji Deutsche Umwelthilfe (DUH).

Niemcy są największym producentem węgla brunatnego w UE. 

W 2022 roku Niemcy zgłosiły emisje metanu w wysokości około 1 390 ton z wydobycia węgla brunatnego. Badania wykazały jednak, że rzeczywista wartość może wynosić 256 000 ton w tym roku – informuje portal „Biznes Alert”.

Niemiecka produkcja węgla brunatnego w 2022 roku stanowiła ponad 40 procent całkowitej emisji tego gazu cieplarnianego. Niemcy są największym producentem węgla brunatnego w UE. W 2022 roku w tym kraju wydobyto około 131 mln ton. Odpowiadało to 44 procent całkowitej produkcji UE wynoszącej 294 mln ton.

Źródło: biznesalert.pl
PR

Pięć dowdów św. Tomasza na istnienie Boga.

Według św. Tomasza za istnieniem Boga przemawia pięć argumentów, nazywanych drogami (łac. via – droga):

1. jeśli istnieje ruch, to istnieje Pierwszy Poruszyciel (łac. ex motu)

2. jeśli każda rzecz ma swą przyczynę, istnieje Pierwsza Przyczyna Sprawcza (łac. ex ratione causae efficientis)

3. jeśli byty przygodne nie istnieją w sposób konieczny (pojawiają się na świecie i przemijają), musi istnieć Byt Konieczny (łac. ex possibili et necessario)

4. jeśli rzeczy wykazują różną doskonałość, to istnieje Byt Najdoskonalszy (łac. ex gradibus perfectionis)

5. jeśli celowe działanie jest oznaką rozumności, to ład i porządek w działaniu bytów nieożywionych lub pozbawionych poznania świadczą o istnieniu Boga, kierującego światem nieożywionym (łac. ex gubernatione rerum)”

Kto jest autorem polityki Donalda Tuska? Identyczne założenia wobec Polaków, co hitlerowskie instrukcje dotyczące traktowania podludzi na terenach okupowanych.

Fundacja Pro-Prawo do życia

„Wszystkie środki, które służą ograniczaniu rozrodczości, powinny być tolerowane albo popierane. Spędzanie płodu [aborcja] musi być na pozostałym obszarze Polski niekaralne. Środki służące do spędzania płodu i środki zapobiegawcze mogą być w każdej formie publicznie oferowane (…) Przeciwko instytucjom i osobom, które trudnią się zawodowo spędzaniem płodu, nie powinny być wszczynane policyjne dochodzenia” – powyższe słowa napisał w listopadzie 1939 dr Erhardt Wetzel – kierownik Centrali Doradczej Urzędu do Spraw Rasowo-Politycznych NSDAP.
Były to wytyczne dla hitlerowskich okupantów na temat polityki, jaką mają prowadzić wobec podbitych Polaków. 
Dzisiaj dokładnie te same wytyczne znajdują się w projektach ustaw, nad którymi właśnie rozpoczyna debatę Sejm RP – poparcie dla aborcji, upowszechnienie aborcji jako publicznej „usługi” we wszystkich szpitalach oraz wprowadzenie bezkarności i niekaralności dla wszystkich osób uwikłanych w proceder aborcji i namawiania Polek do mordowania własnych dzieci. 

Projekty ustaw opracowane przez rząd Donalda Tuska i lewicę zawierają identyczne założenia wobec Polaków, co hitlerowskie instrukcje dotyczące traktowania podludzi na terenach okupowanych.
Cel jest wciąż ten sam – eksterminacja narodu Polskiego.Kto jest autorem aborcyjnej polityki? [foto]Dzisiaj, w czwartek 11 kwietnia 2024 roku, Sejm RP rozpoczyna debatę nad szeregiem proaborcyjnych ustaw. Zakładają one, że aborcja polskich dzieci ma być masowa, powszechna i ogólnodostępna na żądanie, a lekarze i aktywiści, uwikłani w proceder aborcji i namawiania do niej kobiet, mają być bezkarni.
 Jest to dokładnie ta sama polityka, jaką III Rzesza wprowadziła wobec Polaków na okupowanych terytoriach. Hitlerowcy chcieli uczynić z Polaków, których traktowali jak „podludzi”, niewolników pracujących przymusowo dla Niemców. Wszystkich innych, zbędnych podludzi należało eksterminować. Hitlerowcy wiedzieli jednak, że otwarte wymordowanie milionów Polaków zrobi im „złą reklamę” na arenie międzynarodowej, sprowadzi na nich konsekwencje dyplomatyczne i wpłynie na pogorszenie reakcji z innymi krajami.
Jak pisał w swoich wytycznych nazista Erhardt Wetzel, odpowiedzialny za politykę wobec Polaków: 
Powinno być oczywiste, że polskiej kwestii nie można rozwiązać w ten sposób, że zlikwiduje się Polaków, podobnie jak Żydów. Tego rodzaju rozwiązanie kwestii polskiej obciążyłoby naród niemiecki na daleką przyszłość i odebrałoby nam wszędzie sympatię, zwłaszcza że inne sąsiednie narody musiałyby się liczyć z możliwością, iż w odpowiednim czasie potraktowane zostaną podobnie. Moim zdaniem, musi zostać znaleziony taki sposób rozwiązania kwestii polskiej, ażeby wyżej wskazane polityczne niebezpieczeństwa zostały sprowadzone do możliwie najmniejszych rozmiarów”. 

 Właśnie dlatego hitlerowcy postanowili zalegalizować i upowszechnić na okupowanych terenach Polski aborcję oraz wprowadzić bezkarność dla wszystkich osób uczestniczących w aborcji. Chodziło o to, aby eksterminacja narodu Polskiego dokonała się jego własnymi rękami – aby polskie matki i polskie rodziny same wymordowały swoje własne dzieci. W ten sposób Niemcy mieli być „czyści”. To jednak nie wszystko. Aborcja miała być tylko częścią tego planu. 
Aby zniszczyć Polaków należało również zdewastować ich sumienia poprzez propagandę.
Dr Erhardt Wetzel, kierownik Centrali Doradczej Urzędu do Spraw Rasowo-Politycznych NSDAP, opisał ten plan w swoich wytycznych tak:
 „Aby doprowadzić na wschodnich terenach do znośnego dla nas rozmnażania się ludności, jest nagląco konieczne zaniechanie na wschodzie tych wszystkich środków, które zastosowaliśmy w Rzeszy celem podwyższenia liczby urodzin. Na terenach tych musimy świadomie prowadzić negatywną politykę ludnościową. Poprzez środki propagandowe, a w szczególności przez prasę, radio, kino, ulotki, krótkie broszury, odczyty uświadamiające itp. należy stale wpajać w ludność myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci. Powinno się wskazywać koszty, jakie dzieci powodują, na to, co można by zdobyć dla siebie za te wydatki. Można wskazywać na wielkie niebezpieczeństwa dla zdrowia, które mogą grozić kobiecie przy porodzie itp. Obok tej propagandy powinna być prowadzona na wielką skalę propaganda środków zapobiegawczych [antykoncepcji]. Przemysł produkujący tego rodzaju środki musi zostać specjalnie stworzony. Nie może być karalne zachwalanie i rozpowszechnianie środków zapobiegawczych ani też spędzanie płodu. Należy też w pełni popierać powstawanie zakładów dla spędzania płodu. Można wykształcić np. akuszerki lub felczerki w robieniu sztucznych poronień. Im bardziej fachowo będą przeprowadzane poronienia, tym większego zaufania nabierze do nich ludność. Rozumie się samo przez się, że i lekarz musi być upoważniony do robienia tych zabiegów, przy czym nie może tu wchodzić w rachubę uchybienie zawodowej lekarskiej godności. Należy propagować również dobrowolną sterylizację”. 

 Proszę zobaczyć, jak bardzo aktualne są powyższe słowa nazisty, który szczegółowo zaplanował jak ma przebiegać zniszczenie narodu Polskiego. Najpierw należy zniszczyć sumienia Polaków i zdeprawować naród, aby w konsekwencji „podludzie” sami przestali się rozmnażać oraz aby sami zaczęli mordować własne dzieci. 
Czy przypadkiem ten plan nie realizuje się właśnie na naszych oczach? 
Przyjrzyjmy się szczegółowo powyższym wytycznym hitlerowców. W 2023 roku urodziło się w Polsce najmniej dzieci w historii pomiarów ludności. Wszyscy eksperci i komentatorzy głośno mówią o katastrofie demograficznej w Polsce
. Dlaczego? Polacy nie mają dzieci przede wszystkim z przyczyn kulturowych. Jak pisał cytowany powyżej nazista Wetzel: „Poprzez środki propagandowe, a w szczególności przez prasę, radio, kino, ulotki, krótkie broszury, odczyty uświadamiające itp. należy stale wpajać w ludność myśl, jak szkodliwą rzeczą jest posiadanie wielu dzieci. Powinno się wskazywać koszty, jakie dzieci powodują, na to, co można by zdobyć dla siebie za te wydatki.” Dokładnie to robią od wielu lat polskojęzyczne media głównego nurtu (których właścicielami są przeważnie niemieckie koncerny wydawnicze) – obrzydzają Polakom posiadanie dzieci, wmawiają, że dzieci to obciążenie, koszty i przeszkoda w „samorozwoju”, robieniu kariery i podróżowaniu po świecie. Efekty tego obserwujemy dzisiaj – w Polsce rodzi się najmniej dzieci w historii, a nasz naród wymiera. Jak pisał dalej autor hitlerowskich wytycznych polityki wobec Polaków: „Można wskazywać na wielkie niebezpieczeństwa dla zdrowia, które mogą grozić kobiecie przy porodzie.” Właśnie to robią w Polsce aktywiści aborcyjni. W swojej propagandzie, kierowanej w mediach przede wszystkim do nastolatek i młodych dziewcząt, kłamią oni, że aborcja jest bezpieczniejsza dla zdrowia niż urodzenie dziecka! Jest to oczywiste kłamstwo, jednak tysiące Polek nabierają się na te manipulacje. Co więcej, aborcjoniści bez przerwy powielają kłamstwa, jakoby aborcja była „bezpiecznym zabiegiem”, porównywalnym do wyrwania zęba.
Dalej w hitlerowskich wytycznych czytamy: 
„Obok tej propagandy powinna być prowadzona na wielką skalę propaganda środków zapobiegawczych. Przemysł produkujący tego rodzaju środki musi zostać specjalnie stworzony.” 
Tzw. „środki zapobiegawcze” to oczywiście antykoncepcja. Ostatnio informowaliśmy i ostrzegaliśmy o tym, że równolegle do sejmowej debaty na temat aborcji, rząd Donalda Tuska forsuje rozpowszechnienie w Polsce tzw. „pigułek po” bez recepty w aptekach. Te śmiertelne tabletki, które mają działanie wczesno-aborcyjne, mają być według planów Tuska dostępne bez ograniczeń dla nastoletnich dziewcząt. 
Ministerstwo Zdrowia pracuje właśnie nad tym, aby pigułki były łatwo i swobodnie dostępne w aptekach dla każdego. 
Warto również w tym momencie przypomnieć, że głównym producentem „pigułki po” dla Polek jest niemieckie środowisko biznesowo-farmaceutyczne, którego korzenie sięgają niemieckiego przedsiębiorstwa, które niegdyś było częścią koncernu produkującego w czasie II wojny światowej Cyklon B – truciznę używaną w komorach gazowych.
 Hitlerowskie wytyczne wobec Polaków napisane w czasach okupacji kończą się następującymi instrukcjami: 
„Należy też w pełni popierać powstawanie zakładów dla spędzania płodu. Można wykształcić np. akuszerki lub felczerki w robieniu sztucznych poronień. Im bardziej fachowo będą przeprowadzane poronienia, tym większego zaufania nabierze do nich ludność.” 
Projekty ustaw, nad którymi dzisiaj rozpoczyna debatę Sejm, zakładają m.in. prawną możliwość otwierania w Polsce tzw. „klinik aborcyjnych”, czyli ośrodków śmierci specjalizujących się wyłącznie w wykonywaniu aborcji. To nic innego, jak „zakłady do spędzania płodu”, których powstanie na okupowanych terenach Polski planowali naziści. Projekty ustaw Tuska i lewicy zakładają też bezkarność dla aktywistek aborcyjnych, które pomagają Polkom w aborcjach dokonywanych za pomocą pigułek poronnych. To dokładnie to samo co hitlerowskie kształcenie „akuszerek lub felczerek w robieniu sztucznych poronień”. Na naszych oczach forsowane jest w Polsce prawo, opracowane w trakcie okupacji przez hitlerowskie Niemcy, którego celem jest zagłada naszego narodu i naszego społeczeństwa. Sposób, w jaki ta zagłada ma się dokonać, czyli rękami samych Polaków omamionych przez propagandę, ma spowodować wzrost sympatii i poparcia dla rządu Tuska w Niemczech, Unii Europejskiej i na całym Zachodzie. Z powodów pijarowych, reklamowych i medialnych nie planuje się już budowania obozów koncentracyjnych dla Polaków. Zamiast nich będą „zakłady spędzania płodu”, którymi wedle planów Tuska mają stać się wszystkie szpitale w Polsce. Nie wolno nam się na to zgodzić! Musimy stanąć do walki! Musimy działać w obronie dzieci, polskich rodzin i przyszłości naszego narodu. Nasza Fundacja chce być na pierwszej linii frontu bitwy o życie. Intensyfikujemy działania w całej Polsce. Wczoraj blisko 100 osób zgromadziło się z naszej inicjatywy w centrum Elbląga, aby modlić się o powstrzymanie aborcji i informować mieszkańców miasta czym jest aborcja. Kolejne takie akcje będą wkrótce w całym kraju.
Walka musi trwać! 
Będziemy Pana informować o rezultatach tej walki i sejmowej debaty. Jednak abyśmy mogli ją toczyć, potrzebujemy Pana pomocy i zaangażowania. 
Proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić naszej Fundacji dalszy opór wobec hitlerowskich planów eksterminacji narodu Polskiego, nad którymi rozpoczyna dzisiaj debatę Sejm: 
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW

Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl

Elbląg: publiczny różaniec w intencji powstrzymania aborcji

Elbląg: publiczny różaniec w intencji powstrzymania aborcji

W środę 10 kwietnia w centrum elbląskiej starówki odbyła się publiczna modlitwa różańcowa w intencji powstrzymania aborcji i nawrócenia wszystkich osób uwikłanych w proceder mordowania dzieci w łonach matek. Była to reakcja mieszkańców Elbląga na wydarzenia w Sejmie RP, gdzie w trakcie trwającego właśnie posiedzenia mają zostać poddane pod debatę projekty ustaw upowszechniających aborcję w Polsce. Publiczny różaniec zorganizowała Fundacja Pro-Prawo do Życia wspólnie ze Stowarzyszeniem Elbląscy Patrioci.

Za pomocą zgłoszonych do Sejmu ustaw aborcyjna koalicja chce znieść wszelkie procedury i formalności przy dokonywaniu aborcji. Aborcja polskich dzieci ma być powszechna i masowa. Co więcej, rząd zapowiedział również, że wszystkie szpitale w Polsce mają stać się ośrodkami aborcyjnymi, a każdy lekarz za odmowę aborcji ma z urzędu stanąć przed prokuratorem. Jeżeli aborcyjne lobby zrealizuje swoje plany, to wszystkie rodziny w Polsce będą zagrożone, gdyż aborcja ma stać się domyślną, standardową opcją sugerowaną w trakcie wizyty kobiety w ciąży u ginekologa. Wszystkie matki będą namawiane i zachęcane do aborcji. Aborcyjna koalicja chce również wprowadzić formalną bezkarność dla wszystkich osób zamieszanych w proceder aborcyjnego mordowania dzieci, w tym dla handlarzy środkami poronnymi, aktywistów, którzy nakłaniają do aborcji, a także tych, którzy aborcje wykonują.

Papież Jan Paweł II mówił, że „naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości” i wzywał Polaków do jednoznacznego opowiedzenia się za życiem. Dlatego Fundacja Pro-Prawo do Życia i Stowarzyszenie Elbląscy Patrioci zorganizowali w środę 10 kwietnia w centrum elbląskiej starówki publiczną modlitwę różańcową w intencji powstrzymania aborcji i przemiany serc aborcjonistów. Wraz z modlitwą odbyła się akcja informacyjna ukazująca prawdę o aborcji mieszkańcom Elbląga, a wszyscy uczestnicy różańca otrzymali od organizatorów wydane przez Fundację Pro-Prawo do Życia broszury „Jak rozmawiać o aborcji?”, które umożliwią argumentowanie za życiem wśród swoich znajomych.

Źródło: Fundacja Pro-Prawo do Życia, Stowarzyszenie Elbląscy Patrioci

fot. Jacek Gierwatowski, Elbląscy Patrioci

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich zdecydowanie przeciwne udostępnianiu pigułek Ella One dzieciom. „Nie, nigdy. Nie wolno zabijać dzieci!”

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich przeciwne udostępnianiu pigułek Ella One dzieciom Stowarzyszenie-lekarzy-polskich-przeciwne-udostepnianiu-pigulek-ella-one-dzieciom

(fot. Pixabay)

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich jest zdecydowanie przeciwne udostępnianiu hormonalnych pigułek Ella One, zwanych enigmatycznie tabletkami „dzień po” nastolatkom po 15. roku życia w ramach dodatkowych usług farmaceutycznych planowanych przez Ministerstwo Zdrowia jako „plan B”.

Jeśli owe środki zostaną przyjęte po owulacji i zapłodnieniu, ich mechanizm działania polega na uniemożliwieniu zagnieżdżenia się ludzkiego zarodka w macicy matki, co prowadzi do śmierci niewinnego człowieka w jego początkowej fazie rozwoju.


Prawda, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia, od połączenia materiału genetycznego ojca i matki, nie jest mitem, czy dogmatem wiary, lecz faktem potwierdzonym naukowo, który jest nie do podważenia i nie podlega dyskusji.

Prawo do ochrony życia stanowi jedną z najważniejszych gwarancji konstytucyjnych (Art. 38), które w sposób naturalny warunkuje istnienie wszystkich dalszych wolności i praw. Ponieważ życie ludzkie jest najwyższą wartością konstytucyjną, państwo zostaje powołane w sposób bezpośredni do jego ochrony. Konstytucja wymaga od państwa nie tylko powstrzymania się od wprowadzania regulacji dopuszczających pozbawiania życia ludzkiego, ale również zobowiązuje do podejmowania określonych kroków w celu ochrony tego życia. Ponadto Rzeczpospolita Polska zapewnia ochronę praw dziecka. Każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją (Art.72 Konstytucji).
W/w Art. 72 ustala zasadę pierwszeństwa roli rodziców w sprawowaniu opieki nad dzieckiem i pomocniczej roli władz w tym zakresie (ust. 2)

Demoralizacja nieletnich to proces odchodzenia dzieci lub młodzieży od obowiązujących zasad i wartości moralnych często przez wpajanie młodym złych i szkodliwych wzorców postępowania przez dorosłych. Ten proces jest poważnym problemem społecznym, który wymaga przede wszystkim prewencyjnego działania ze strony rodziców (lub opiekuna prawnego) oraz kompleksowego podejścia na wielu płaszczyznach całego społeczeństwa (głównie rządzących, wychowawców i nauczycieli).


Planowany przez Ministerstwo Zdrowia projekt rozporządzenia jest całkowicie niezgodny z Konstytucją RP, godzi w prawo do życia człowieka, zagraża ochronie dzieci i młodzieży przed demoralizacją, a wręcz ułatwia im drogę do niemoralnego zachowania.


W sytuacji pogłębiającego się niżu demograficznego w naszym kraju, starzeniu się społeczeństwa, braku zastępowalności pokoleń, szczególną troską należy otoczyć zdrowie i morale społeczeństwa a w szczególności dzieci i młodzieży.
Jeśli stanowione prawo stoi w pogardzie do prawa naturalnego, jeśli ustala się, że wolno zabijać nienarodzone dzieci, to znaczy, że mamy do czynienia z zakamuflowanym totalitaryzmem.
Słowa położnej Stanisławy Leszczyńskiej wypowiedziane w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz: „Nie, nigdy. Nie wolno zabijać dzieci!” wybrzmiewają dziś bardzo mocno. Niedopuszczalne jest wprowadzanie regulacji dopuszczających pozbawiania życia ludzkiego. To krok cofający Polskę w rozwoju cywilizacyjnym. Lekarze są powołani do ratowania życia i nigdy nie zgodzą się na taki dyktat państwa!

Dr n.med. Elżbieta Kortyczko specjalista pediatra, specjalista neonatolog, Prezes Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich (www.kslp.pl)

Prof. dr hab. n. med. Bogdan Chazan, specjalista ginekologii i położnictwa, Wiceprezes Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich (www.kslp.pl)

Dr Andrzej Niemirski, lekarz chorób wewnętrznych, specjalista medycyny rodzinnej, Prezes Oddziału Ziemi Radomskiej Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich

KAI

Aptekarz karany. Tak, jeśli wypisze dziecku receptę na „pigułkę po”, jak i wtedy, gdy jej odmówi

Farmaceuci w potrzasku. Absurdalne przepisy dot. pigułki „dzień po”

11.04.2024 farmaceuci-w-potrzasku

Tabletka
Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Projekt rozporządzenia o pigułce „dzień po” jest tak niejasno sformułowany, że farmaceutę będzie można pozwać zarówno za odmowe wydania leku, jak i za jego wydanie – informuje czwartkowy „Dziennik Gazeta Prawna”.

„Po tym, jak prezydent zawetował ustawę w sprawie pigułki «dzień po», rząd wybrał inną drogę, żeby kobiety zyskały do niej prawo” – pisze „DGP”.

Od 1 maja receptę na pigułkę ma wypisać farmaceuta.

„Problem w tym, że projekt rozporządzenia daje szerokie pole do interpretacji. Nie jest jasne, czy mamy do czynienia ze świadczeniem zdrowotnym, a co za tym idzie – czy na wypisanie recepty małoletniej pacjentce będzie musiał się zgodzić rodzic. Niepewność projektowanego prawa, zdaniem ekspertów, może narazić farmaceutów na pozwy albo ze strony rodziców, albo ze strony małoletniej pacjentki” – zauważa gazeta.

„Jeśli niepełnoletniej córce zostanie bez wiedzy rodzica wypisana recepta na tabletkę «dzień po», będzie mógł on pozwać farmaceutę. Naruszone zostaną bowiem prawa pacjenta – prawo rodzica do wyrażenia zgody na leczenie niepełnoletniego pacjenta” – powiedział gazecie adwokat, partner kancelarii Fairfield Karol Korszuń.

„Część ekspertów po lekturze projektu rozporządzenia dochodzi do skrajnie odmiennych wniosków – takich, że zgoda rodziców nie jest potrzebna” – informuje „DGP”.

Dług względem UE ma być wieczny, ale coraz większy

Dług UE będzie dożywotni? Unijny komisarz gospodarki stawia ostre żądania

Dług UE będzie dożywotni? Unijny komisarz gospodarki stawia ostre żądania 

https://pch24.pl/dlug-ue-bedzie-dozywotni-unijny-komisarz-gospodarki-stawia-ostre-zadania


Szef gospodarczy UE, komisarz Paolo Gentiloni, oficjalnie wezwał do przekształcenia Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF) – mechanizmu, który miał być jednorazowym uwspólnotowieniem długu – w „stałe” zasoby UE. Gentiloni przekonuje, że „tymczasowy charakter” programu uniemożliwia uwolnienie pełnego potencjału, a UE potrzebuje dodatkowo ponad 650 mld euro rocznie na transformację eko-cyfrową.

Kraje UE są ogromnie zadłużone. Istnieje zapotrzebowanie na nowe kredyty z powodu realizacji antyspołecznego Zielonego Ładu (od 2028 r. zacznie się również spłacanie zaciągniętego przez Brukselę na 30 lat wspólnego długu w celu „ratowania” gospodarki zniszczonej z powodu lockdownów). Uwspólnotowienie długów ma pomóc w centralizacji władzy i stworzeniu Stanów Zjednoczonych Europy.

Na spotkaniu śródokresowym poświęconym wspólnemu mechanizmowi RRF, komisarz Gentiloni ostrzegł, że na transformację eko-cyfrową bloku potrzebne są dodatkowe fundusze w wysokości aż 650 miliardów euro rocznie. Oprócz tego Europa musi się zbroić z powodu wojny na Ukrainie. Dlatego fundusze z mechanizmu Odbudowy i Zwiększania Odporności są niewystarczające.

– Cztery lata temu nasze gospodarki znajdowały się w środku najgorszej recesji gospodarczej od dziesięcioleci. Państwa członkowskie starały się wspierać firmy i pracowników na wszelkie możliwe sposoby. Komisja zawiesiła już nasze reguły fiskalne i zasady pomocy państwa, aby dać rządom jak największą swobodę. Stawało się jednak jasne, że nie wszystkie państwa członkowskie dysponują taką samą siłą finansową, aby wesprzeć swoje gospodarki. A bez wspólnej odpowiedzi, rozbieżności między państwami członkowskimi pogłębią się, podważając istotę naszej Unii. Istniała wyraźna potrzeba podjęcia zdecydowanych działań, by uniknąć ryzyka Wielkiej Fragmentacji – zauważył Gentiloni, nawiązując do półmetka funkcjonowania RRF.

W maju 2020 r. KE zaproponowała plan NextGenerationEU, a dwa miesiące później – podczas jednego z najdłuższych posiedzeń Rady Europejskiej w historii – przywódcy państw osiągnęli porozumienie w sprawie zaciągnięcia wspólnego długu w ramach Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności (RRF).

Zdaniem unijnego komisarza, porozumienie w sprawie NextGenerationEU „zmieniło zasady gry w przywracaniu zaufania”. Państwa zaczęły przygotowywać swoje „plany odbudowy i zwiększania odporności”, które miały być „czymś więcej niż zwykłym odbiciem”. Ich celem było skierowanie krajowych gospodarek na „ścieżkę silniejszego, bardziej zrównoważonego rozwoju gospodarczego, bardziej sprzyjającego włączeniu społecznemu”.

Z RRF wypłacono do tej pory 225 mld euro, które miały nie tylko wesprzeć gospodarki, ale także w bezprecedensowy sposób zwiększyć poziom inwestycji i reform. Środki jednak w zdecydowanej mierze mogły być kierowane na ekologizację i cyfryzację gospodarki.

Gentiloni uznał, że „RRF okazuje się być sukcesem”. Pomógł uspokoić rynki. Środki z uwspólnotowienia długu miały pomóc „w utrzymaniu silnego odbicia po pandemii”. Gospodarka europejska powróciła do poziomu produkcji sprzed „pandemii” znacznie wcześniej, niż oczekiwano. Po kryzysie w 2007-2008 r., pełne ożywienie produkcji zajęło siedem lat.

Pieniądze z RRF miały pomóc zwiększyć inwestycje publiczne. Do 2025 r. wskaźnik inwestycji publicznych w UE ma wzrosnąć do 3,5% PKB, w porównaniu z 3,0% w 2019 r.

– Po trzecie, RRF nadały nowy wymiar unijnym instrumentom finansowania. Uzależniając finansowanie inwestycji od wdrożenia reform, RRF zachęciło państwa członkowskie do stawienia czoła długotrwałym wyzwaniom. Widzimy to po wyraźnej poprawie postępu w zakresie zaleceń dla poszczególnych krajów we wszystkich państwach członkowskich – uznał komisarz.

Najważniejszą zaletą ma być jego zdaniem to, że „dzięki NextGenerationEU Komisja stała się głównym graczem na rynkach kapitałowych”. „Wolumen naszej emisji wzrósł z 0,4 miliarda euro w 2019 r. do 120 miliardów euro w 2021 r. i od tego czasu nasza roczna emisja utrzymuje się na poziomie powyżej 100 miliardów euro. To z kolei pomogło również wzmocnić międzynarodową rolę euro” – powiedział.

Niektóre państwa członkowskie bardzo szybko otrzymały środki ze wspólnego długu. Inne, jak Polska, są szantażowane i żąda się od nich spełnienia wszystkich „kamieni milowych”, w tym bezprawnego uznania agnostycznych zapisów Karty Praw Podstawowych, od obowiązywania której wyłączyliśmy się w 2009 r. Opóźnienia z wypłatami środków uwspólnotowienia długu, który od 2028 r. i tak musimy spłacać (obecnie spłacamy odsetki), pozostawia bardzo mało czasu na terminową realizację planów inwestycyjnych. Wszystkie kraje są zobowiązane zrealizować plany do 2026 r. To termin ostateczny – przypomniał komisarz ds. gospodarki.

Gentiloni przyznał, że co prawda, „po Covid-19 nastąpiło silne odbicie, jednak wzrost spowolnił”. – W zeszłym roku 11 państw członkowskich odnotowało ujemny wzrost, a przyspieszenia aktywności gospodarczej spodziewamy się dopiero w drugiej połowie tego roku – komentował, zrzucając winę za niepowodzenie pobudzenia wzrostu gospodarczego na wojnę na Ukrainie.

– Tak naprawdę dużą część ubiegłego roku poświęcono na dostosowanie planów do konsekwencji wojny i uzgodnienie rozdziałów REPowerEU, mających na celu przyspieszenie transformacji energetycznej. Podsumowując, RRF okazał się elastycznym instrumentem i pomógł nam poruszać się po tych bardzo wzburzonych wodach – mówił.

Wspomniał także o pewnych niepowodzeniach. Na przykład państwa członkowskie skarżą się na to, że wdrażanie programu stanowi obciążenie dla ich zdolności administracyjnych. 
Najważniejszy fragment przemówienia Gentilonego dotyczył jednak przekształcenia mechanizmu RRF w stałe narzędzie. Zatem KE ciągle mogłaby zaciągać – w imieniu pozostałych państw – nowe długu, aby sprostać niezwykle kosztownej, wymagającej i obciążającej dla obecnych oraz przyszłych pokoleń transformacji eko-cyfrowej.

Komisarz zaznaczył, że oprócz środków, którymi obecnie dysponują państwa i przeznaczają na inwestycje potrzebujemy wydatkować rocznie dodatkowo 650 miliardów euro na transformację ekologiczną i cyfrową.

– RRF pomoże wypełnić tę lukę inwestycyjną przynajmniej do jej wygaśnięcia w 2026 r. Ale oczywiście nasze potrzeby inwestycyjne nie kończą się w 2026 r. Na pierwszy plan wysunęły się nowe priorytety, takie jak obronność czy odbudowa Ukrainy – wskazał eurokrata, zadając pytanie, w jaki sposób będziemy finansować te „strategiczne inwestycje”?

Ciągłe zadłużanie ma uwolnić „ogromny potencjał” Europy. Gentiloni przyznał między wierszami, że zalety RRF właściwie wyczerpały się w pierwszych czterech latach jego obowiązywania. Teraz, druga połowa „pod wieloma względami będzie trudniejsza”. – Nie możemy jednak sobie pozwolić na poddawanie się zmęczeniu związanemu z odpornością. Musimy kontynuować wspólną pracę, aby wykorzystać tę wyjątkową szansę i odnieść sukces. I równolegle, aby rozpocząć refleksję nad tym, co nastąpi po RRF. Ponieważ rok 2026 jest tuż za progiem – puentował.

Włoski komisarz ds. gospodarki właściwie ponownie otworzył dyskusję, jaką toczono przed kilkoma laty, gdy George Soros zaproponował, aby UE stworzyła wspólny skarb i zaciągnęła dożywotnie długi. Mówił wówczas o obligacjach wieczystych. Państwa UE nigdy nie mogłyby wyzwolić się od wierzycieli i cały czas musiałyby spłacać odsetki od stale narastającego długu.

Zbliża się 20 lat, odkąd Polska przystąpiła do UE. Niewielu zdaje sobie sprawę, że po 2028 r. będziemy płatnikiem netto, czyli będziemy więcej wpłacać do wspólnego budżetu, niż z niego otrzymywać. UE już jest bardzo zadłużona. Od 2028 r. zacznie się spłacanie 30-letniego wspólnego długu. Odsetki płacimy już teraz i są wyższe niż pierwotnie zakładała KE. Do tego trzeba będzie poszukać środków w związku z ewentualnym rozszerzeniem UE o Ukrainę i Mołdawię oraz kraje Bałkanów Zachodnich, nie mówiąc o kolosalnych kosztach transformacji eko-cyfrowej.

Bruksela musi zwiększyć wpłaty państw członkowskich do wspólnego budżetu albo poszukać innych stałych wpływów (nowe podatki) lub wprowadzić na stałe mechanizm wspólnego zaciągania długu. Spowoduje to jeszcze większą centralizację władzy, szantaż i jeszcze trudniej państwom członkowskim będzie wyrwać się z „uścisku” UE.

Źródło: ec.europa.eu AS

Piotr 11 kwiecień 2024

Ta płatna, ideologiczna banda grabarzy Europy coraz bardziej i bezczelniej posuwa otumanionych Europejczyków do totalnej bankowej niewoli, a Chiny, Wall Street i City of London razem z globalistami od Szwaba się śmieją.

Eksplozja brutalnych przestępstw w Niemczech. Aż 41 % przestępców to obcokrajowcy. A wielu „niemieckich” podejrzanych to też obcokrajowcy

Rząd zapowiada zwiększenie deportacji w związku z eksplozją brutalnych przestępstw w Niemczech

41 procent wszystkich podejrzanych o przestępstwa to obcokrajowcy

Tymczasem wielu „niemieckich” podejrzanych to w rzeczywistości obcokrajowcy, którzy uzyskali obywatelstwo niemieckie, lub migranci w drugim lub trzecim pokoleniu.

=====================================

Przestępczość w Niemczech gwałtownie wzrosła do poziomu nienotowanego od blisko dziesięciu lat, przy ogromnym wzroście liczby migrantów popełniających przestępstwa, zwłaszcza przestępstwa z użyciem przemocy.

Opublikowane we wtorek statystyki niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych pokazują, że liczba podejrzanych z zagranicy wzrosła w 2023 r. do około 923 000, co oznacza ogromny wzrost o 18% w ciągu zaledwie jednego roku.

Dane pokazują ponadto, że 41 procent wszystkich podejrzanych o przestępstwa w Niemczech to obcokrajowcy, mimo że stanowią jedynie 15 procent całej populacji. [Aż !! Durnie!! md]

Ogółem nastąpił ogromny, bo o 14,5%, wzrost liczby osób podejrzanych o popełnienie brutalnych przestępstw niebędących Niemcami.

W raporcie zauważono, że w 2023 r. nastąpił wzrost przestępczości o 5,5% i wzrost przestępczości z użyciem przemocy o 8,6% , co stanowi obecnie najwyższy poziom od 15 lat.

TWIITER https://twitter.com/i/status/1778030499765633372

Nieustannie podkreślamy, że przestępczość, zwłaszcza brutalna, wymknęła się obecnie w Niemczech spod kontroli, a ataki z użyciem noża, brutalne napaści, gwałty i inne przerażające zdarzenia eksplodowały, odkąd Niemcy otworzyły swoje granice dla masowej migracji w 2015 roku. 

https://modernity.news/2024/04/05/syrian-migrant-randomly-stabs-4-year-old-girl-in-supermarket

Nowe dane skłoniły federalną minister spraw wewnętrznych Nancy Faeser do ogłoszenia, że „Zagraniczni przestępcy muszą znacznie szybciej opuścić Niemcy. Należy teraz wprowadzić w życie rygorystyczne zasady deportacji, które stworzyliśmy”. 

Twitter https://twitter.com/i/status/1777650462885347826

„Dla mnie ważne jest, aby praworządność podjęła zdecydowane działania przeciwko przemocy” – kontynuował Faeser, dodając: „Zastosowuje się tu zero tolerancji. Każdy, kto nie przestrzega zasad, musi odejść.”[do kraju, z którego do was, idiotów, wpełzł. md]

Faeser, członek centrolewicowej Partii Socjaldemokratycznej, dodał, że należy egzekwować „energiczne działania policji, szybkie procesy, sensowne wyroki i wymierne kary”, a „przestępcy muszą poczuć konsekwencje swoich działań – i to szybko”.

Faeser zalecił również poprawę integracji migrantów, stwierdzając, że „chodzi zarówno o zapobieganie, jak i represje”.

„Potroiliśmy liczbę uczestników kursów integracyjnych, aby od pierwszego dnia w Niemczech przekazywać, jakie zasady i wartości, według których żyjemy” – powiedział Faeser, dodając: „Mówiąc prościej, chodzi o szacunek, a nie o przemoc”. [bełkot.. MD]

Prawicowe partie opozycji stwierdziły, że dane wskazują na pilną potrzebę ograniczenia imigracji, i argumentowały, że taka polityka „integracyjna” jest kluczowym elementem  wyścigu rządu koalicyjnego do naturalizacji milionów obcokrajowców , maskując w ten sposób prawdę o tym, kto jest za wzrostem przestępczości.

Rzeczywiście statystyki nie dają nawet pełnego, szokującego obrazu tego, co się dzieje, ponieważ wielu „niemieckich” podejrzanych to w rzeczywistości obcokrajowcy, którzy uzyskali obywatelstwo niemieckie, lub migranci w drugim lub trzecim pokoleniu.

Armin Schuster, minister spraw wewnętrznych Saksonii i członek centroprawicowej chadecji, wezwał rząd Olafa Scholza do ograniczenia liczby uchodźców.

„Ta bardzo negatywna sytuacja pokazuje, jak obciążone są nasze usługi integracyjne pod względem zakwaterowania, języka i pracy… pilnie potrzebujemy ograniczenia migracji dla uchodźców” – stwierdził Schuster.

Alexander Throm, rzecznik chadeków do spraw wewnętrznych w Bundestagu, stwierdził, że dane są „niepokojące, ale nie zaskakujące”, ponieważ są konsekwencją „otwartej” polityki migracyjnej Scholza.

Richard Graupner z prawicowo-populistycznej AfD w Bawarii nalegał, aby „nie można już dłużej ukrywać tego, przed czym AfD ostrzegała od lat… nowe statystyki dotyczące przestępczości wywołały debatę na temat przestępczości cudzoziemców”.

Szef Niemieckiego Związku Policyjnego Rainer Wendt ostro skrytykował Faesera, twierdząc, że „Federalna Minister Spraw Wewnętrznych coraz bardziej przypomina «Nancy w Krainie Czarów», kiedy ze zdumieniem odkrywa, że Niemcy stały się bardziej brutalne”.

Następnie zauważył, że liczby zaskoczone są jedynie tymi, którzy „całkowicie stracili kontakt z ludnością”.

Jak podkreślaliśmy w lutym, Faeser wielokrotnie twierdził, że „prawica” stanowi największe zagrożenie dla porządku w Niemczech, a nawet  ogłosił plan  wybrania za cel kont bankowych osób przekazujących pieniądze grupom i celom uznawanym za „prawicowe”. ekstremistów”.

link: https://modernity.news/2024/02/18/government-floats-plan-to-freeze-bank-accounts-of-right-wing-extremists-in-germany/

AfD, która w sondażach uzyskała ponad 20-procentowe poparcie, zarzuca tej polityce, że ma na celu panowanie nad rosnącą popularnością partii.

Wybory regionalne w Niemczech zaplanowano na wrzesień, a aktualne sondaże wskazują, że AfD może zdobyć najwięcej głosów w kluczowych stanach i potencjalnie jedną trzecią ogółu głosów.

Partia  wzywała do masowych deportacji  migrantów-przestępców z Niemiec, a media twierdziły, że w tym celu odbyły się „tajne” spotkania konspiracyjne wśród jej członków.