Matematyka: O pomiarach średniej globalnej temperatury.

O pomiarach średniej globalnej temperatury

13.04.2024 Miroslaw Gajer o-pomiarach-sredniej-globalnej-temper.

Termometr Temperatura
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

We wszelkich dyskusjach dotyczących ocieplenia klimatu na Ziemi przewija się nieustanie pojęcie „średniej globalnej temperatury”, rozumianej zapewne jako średnia temperatura panująca na naszym globie. Celowo użyłem tutaj wyrazu „zapewne”, ponieważ nigdzie nie można znaleźć żadnej „oficjalnej” definicji rozważanego pojęcia, a zatem pozostają nam w tym wypadku jedynie bliżej nieokreślone domysły. Możemy tylko przypuszczać, że zapewne chodzi tutaj o średnią arytmetyczną temperatur wyznaczonych na obszarze całej kuli ziemskiej.

Oczywiście wartości średniej dowolnej wielkości fizycznej nie można ot tak, po prostu sobie zmierzyć, ponieważ trzeba ją dopiero wyliczyć na podstawie całej serii uprzednio wykonanych pomiarów. Oprócz zwykłej średniej arytmetycznej, w przypadku której sumujemy wyniki przeprowadzonych pomiarów, a następnie dzielimy uzyskany wynik przez ich liczbę, mogą być wyznaczane także różnego typu średnie ważone. Wówczas wyniki kolejnych pomiarów mnożymy przez tzw. współczynniki wagowe, a zatem wkład poszczególnych pomiarów do uzyskanej wartości średniej nie jest już bynajmniej taki sam, tylko zależy od wartości przypisanych im współczynników wagowych.

W związku z powyższym manipulując wartościami współczynników wagowych, możemy w dużym zakresie wpływać na wartość wyliczanej w ten sposób średniej. Pojawia się zatem niezmiernie ważne pytanie dotyczące tego, w jaki sposób wyliczana jest średnia temperatura na Ziemi, kryjąca się pod powszechnie używanym pojęciem „średniej globalnej temperatury”, ponieważ w tym wypadku przyjęta metodologia jej wyznaczania wydaje się mieć kluczowe znaczenie.

Krytyka pomiarów

W zasobach internetowych można między innymi natknąć się na zamieszony na rys. 1 wykres ukazujący, jak na przestrzeni ostatnich 140 lat zmieniała się średnia globalna temperatura. W związku z powyższym wykresem pojawia się jednak sporo wątpliwości, które dodatkowo nasuwają różnorakie pytania.

Przede wszystkim można zastanawiać się, za pomocą jakiej to niewątpliwie „wysoce zaawansowanej technologicznie” aparatury metrologicznej dokonywano pomiarów temperatury w 1880 roku – wszak półtora wieku temu o elektronice nikomu nawet się jeszcze nie śniło. Spoglądając na wykres zamieszczony na rys. 1, widać, że dokładność zamieszczonych tutaj wartości pomiarów średniej globalnej temperatury jest zapewne większa niż jedna dziesiąta stopnia Celsjusza (wystarczy porównać wysokość najmniejszych „schodków” na rozważanym wykresie).

Czy zatem w czasach, gdy na świecie nie było chyba jeszcze naszych pradziadków, istniała w ogóle możliwość wiarygodnego zmierzenia wartości temperatury powietrza z dokładnością do kilku setnych części stopnia Celsjusza? Jest to oczywiście pytanie do historyków nauki, a zwłaszcza historyków techniki. Szanowni Państwo – pomóżcie! Bo jeżeli półtora wieku temu nie było w ogóle możliwości dokonania wiarygodnych pomiarów temperatury powietrza z dokładnością na poziomie kilku setnych części stopnia Celsjusza, to jest to niezaprzeczalny dowód na to, że przestawiony na rys. 1 wykres został sfingowany, a przynajmniej jego początkowy obszar to czyste fantasmagorie!

Rys. 1. Wykres ukazujący zmiany średniej temperatury na ziemi przez ostatnie 140 lat. / Źródło: https://www.climateleadership.pl/pl/baza-wiedzy/neutralnosc-klimatyczna/srednia-globalna-temperatura-na-ziemi

Innym niezmiernie ważnym pytaniem jest, czy w roku 1880 temperatury powietrza były mierzone w jakiś regularny i systematyczny sposób? Zapewne nie – wręcz przeciwnie, można przyjąć, że z całą pewnością były one mierzone w przypadkowo wybranych miejscach i do tego w losowych momentach czasu. Zatem o żadnych danych pomiarowych, które byłyby miarodajne dla całego globu, w tym wypadku mowy być nie może.

Na marginesie warto przypomnieć, że pierwszym człowiekiem, który dotarł do bieguna północnego, był Robert Edwin Peary, a wyczynu tego dokonał w dniu 6 kwietnia 1909 roku. Z kolei na biegunie południowym po raz pierwszy w historii ludzkości stopę postawił Roald Amundsen, a miało to miejsce 14 grudnia 1911 roku. Warto także przypomnieć, że gdy 30 czerwca 1908 roku na obszarze środkowej Syberii doszło do upadku tzw. meteorytu tunguskiego, pierwsza ekspedycja zorganizowana przez radzieckiego uczonego – Leonida Kulika dotarła w ten rejon dopiero prawie 20 lat po tym wydarzeniu.

Jest zatem rzeczą oczywistą, że w 1880 roku na licznych obszarach kuli ziemskiej temperatura atmosfery nie mogła być w ogóle mierzona, a co dopiero w jakiś zorganizowany i systematyczny sposób. W związku z tym temperatury panujące na tych obszarach nie mogły być w żaden sposób wliczane do wyznaczonej wartości średniej. Zatem o jakiej średniej „globalnej” jest tutaj mowa – to są po prostu czyjeś urojenia!

A swoją drogą musielibyśmy mieć w tym wypadku do czynienia z jakimś wyjątkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, polegającym na tym, że zapiski ze skrupulatnymi pomiarami temperatury powietrza dokonanymi w 1880 roku dotrwały w komplecie do naszych czasów i w związku z tym musiały przecież przetrwać liczne zawieruchy dziejowe, jak chociażby obie wojny światowe w dwudziestym wieku.

Jak zmierzyć średnią temperaturę

Gdybyśmy chcieli zmierzyć średnią temperaturę w danym miejscu na Ziemi, to sprawa wydaje się raczej stosunkowo prosta. Stawiamy tam po prostu budkę meteorologiczną, a w niej dwa metry nad powierzchnią gruntu umieszczamy czujnik temperatury. Pomiary wykonujemy regularnie, przykładowo co pięć minut, przez cały rok, więc w sumie wykonamy ich 105.120. Następnie wszystkie wyniki pomiarów sumujemy i dzielimy przez 105.120, a uzyskaną średnią arytmetyczną traktujemy jako średnią temperaturę panującą w danym miejscu na ziemi.

Natomiast aby można było wyznaczyć średnią globalną temperaturę dla naszego globu, należałoby dokonać uśrednienia nie tylko po czasie, ale także i po całej powierzchni Ziemi. W tym celu całą kulę ziemską należałoby pokryć regularną siatką czujników umieszczonych dwa metry nad jej powierzchnią. Gdyby na każdy kilometr kwadratowy powierzchni Ziemi przypadał tylko jeden taki czujnik, wówczas trzeba byłoby zainstalować ich aż 510.100.000. Po roku uzyskalibyśmy 53.621.712.000.000 wyników pomiarów (byłoby to ponad 200 TB danych zapisanych w zmiennoprzecinkowym formacie float), a po ich zsumowaniu i podzieleniu przez ich liczbę, otrzymalibyśmy wielkość, którą można byłoby uznać za średnią temperaturę dla całej Ziemi. Jednak tego rodzaju procedura z pewnością nie została nigdy przeprowadzona, ponieważ w praktyce jest ona po prostu niewykonalna.

Po pierwsze pokrycie całej powierzchni kuli ziemskiej siatką regularnie rozmieszczonych czujników temperatury jest niemożliwe, choćby z tego powodu, że ponad 70 proc. powierzchni Ziemi stanowią morza i oceany. Ponadto czujniki te należałoby umieścić również w tak niedostępnych obszarach kuli ziemskiej, jak Grenlandia, Alaska, Arktyka, Antarktyda, Himalaje, Andy itp. Taką regularną siatką czujników należałoby pokryć także cały obszar Sahary oraz innych wielkich pustyń występujących na Ziemi.

Nawet gdyby założyć, że jakimś cudem całą powierzchnię naszego globu udałoby się taką regularną siatką czujników pokryć, to i tak pojawiłby się kolejny problem. Można bowiem zastanawiać się, czy pomiary temperatury wykonane na niewielkich wysokościach nad poziomem morza są aby porównywalne z tymi wykonanymi w wysokich górach, kilka kilometrów powyżej tego poziomu, ponieważ temperatura wraz z wysokością spada zazwyczaj o około 0,6 stopnia Celsjusza na każde 100 metrów wysokości. Żeby temperatury mierzone na różnych wysokościach nad poziomem morza były wzajemnie porównywalne, należałoby je zapewne odpowiednio przeskalować do wartości, które występowałyby na poziomie morza, gdyby cała powierzchnia Ziemi była płaska i rozpościerała się właśnie na tym poziomie.

W tym celu wartości zmierzone przez poszczególne czujniki powinny zostać przemnożone przez odpowiednie współczynniki wagowe. Zatem w tym wypadku nie mamy już do czynienia ze zwykłą średnią arytmetyczną, tylko ze średnią ważoną, której wartość zależy od odpowiedniego doboru wartości rozważanych współczynników wagowych. Zatem wartość średniej globalnej temperatury zależałaby od metodologii doboru wartości rozważanych współczynników wagowych, co automatycznie otwierałoby drzwi do wszelkich możliwych na tym polu manipulacji.

Można wykazać wszystko!

Jak już wspomniano, to, co podawane jest jako średnia globalna temperatura, jest zapewne średnią arytmetyczną temperatur mierzonych w jakichś arbitralnie wybranych miejscach na Ziemi i w dodatku w przypadkowych momentach czasu. Jest oczywiste, że nie mamy tutaj do czynienia ze średnią temperaturą na Ziemi, a jedynie ze średnią arytmetyczną jakichś przypadkowych wyników pomiarowych. Dobierając arbitralnie wyniki pomiarów wchodzących w skład takiej średniej, jesteśmy w stanie wykazać dosłownie wszystko – przykładowo, że wartość tej średniej rośnie o około 0,2 stopnia Celsjusza na dekadę, co obecnie jest powszechnie głoszone.

Dodatkowo w zdecydowanej większości pomiary temperatur powietrza dokonywane są na obszarach stosunkowo łatwo dostępnych i w związku z tym gęsto zamieszkanych przez ludzi. Takie zurbanizowane obszary z licznymi ośrodkami przemysłowymi są swego rodzaju „wyspami ciepła”, gdzie istotnie w ciągu ostatnich dekad mógł nastąpić wzrost średniej wartości temperatury powietrza rzędu kilku dziesiątych stopnia Celsjusza, ale tego rodzaju obszary to przysłowiowa kropla wody w morzu w porównaniu z powierzchnią całej Ziemi.

„Co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie”. Tak bolszewicy wieźli Polaków na Syberię

„Co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie”. Tak bolszewicy wieźli Polaków na Syberię

Data publikacji:

Autor: Maciej Zborek Przy tekście pracowali także: Anna Winkler (redaktor) Anna Winkler (fotoedytor)

Bolszewicy odziedziczyli po upadłym caracie niechęć do Polaków. Za ich rządów kolejne transporty „wrogów Moskwy” trafiały na Syberię. Już sama podróż była wstępem do czekającego zesłańców piekła Gułagu. Jak więźniowie ją wspominają?

Bolszewicy – tak, jak wcześniej carscy urzędnicy – doskonale wiedzieli, w jaki sposób walczyć z Polakami. Wzajemna niechęć narastała przecież od wielu wieków, choć to dopiero upadek I Rzeczpospolitej i kolejne powstania nakręciły spiralę przymusowych przesiedleń. Dopełnieniem dzieła był okres lat trzydziestych i czterdziestych w XX wieku, który ostatecznie pozwolił ZSRR uwolnić od ludności polskiej tereny uznawane za „obszar dominacji kultury rosyjskiej”.

Niewiele miejsc zesłania zapisało się w historii Polski równie źle, co Kołyma, gdzie wywożono Polaków z terenów dzisiejszych Kresów i centralnej Polski. Tak grozę położenia przesiedleńców spróbował oddać Sebastian Warlikowski, jeden z autorów książki „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”:

Kołyma – synonim śmierci, powolnego umierania i innego świata, gdzie nie obowiązują żadne reguły, a człowiek to tylko nieistotny element większej machiny. Grupa obozów pracy przymusowej, znajdujących się w krainie niemal wiecznego mrozu, gdzie przez prawie 10 miesięcy trwała wycieńczająca zima […].

„Przywieziono prawie samych trupów”

Jednak zanim wypędzeni z domów ludzie trafili do tej koszmarnej krainy, musieli odbyć wielotygodniową podróż. Już na tym etapie pojawiały się pierwsze ofiary wywózek – wiele słabszych fizycznie osób nie było w stanie przetrwać nieludzkich warunków transportu.

Droga na Kołymę była wieloetapowa. Podróżowano różnymi środkami transportu, między innymi pociągiem.

[A nas z Nowosybiska dalej najpierw trzy dni na cieżarówkach niemieckich na Holzgaz, a potem trzy dni saniami do łagru „Krasnyj Oktiabr’ „. MD]

Droga na Kołymę była wieloetapowa. Więźniowie musieli kilkukrotnie zmieniać środki lokomocji. Na miejsce katorgi docierali statkiem. Leonarda Obuchowska, której wspomnienia znalazły się w zbiorze „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”, tak opisała swoją drogę na zesłanie:

[…]  załadowano nas na statek towarowy niczym bydlęta i wieziono w kierunku Magadan. Podróż trwała ponad 1 miesiąc. Tu znów były tysiące ludzi różnych narodowości, razem mężczyźni i kobiety. Przez cały okres tej podróży statkiem wszyscy byli chorzy na tzw. chorobę morską. Ludzie nic nie mogli jeść tylko leżeli, a ci co byli słabi kolejno umierali. Do miejsca docelowego przywieziono prawie samych trupów, a nie żywych ludzi.

Co ciekawe, napotykana po drodze ludność rosyjska nie miała złego nastawienia względem więźniów. Można to tłumaczyć faktem, że od pokoleń w głębi kraju osadzano osoby niewinne. Polacy jadący na wschód mogli więc liczyć na gesty litości ze strony cywilów, a nawet żołnierzy przemieszczających się w odwrotnym kierunku!

Janusz Siemiński pisał o nich:

Mijani żołnierze rzucali nam chleb i tytoń w okratowane okienka wagonów […]. Chleb najczęściej dostawał się uprzywilejowanym więźniom, kórzy odpychali nas do okienka, natomiast machorka rozsypywała się w wagonie i mogliśmy czasem zebrać okruchy […].

Na stacji Kirow, naprzeciw naszego wagonu, zatrzymał się wagon z młodzieżą jadącą na zachód odbudować zniszczenia […]. Przez kratę okienka dostrzegła mnie młoda dziewczyna. na długą chwilę nasze oczy spotkały się, jej – wyrażały współczucie, moje – zachwyt jej urodą. W końcu dziewczyna zaczęła śpiewać, jakby z żalem. Utkwiły mi w pamięci pierwsze słowa zwrotki: Młody chłopcze, dlaczegoś dostał się za kratki, moje serce za tobą płacze.

„Jedynym prawem był mocny kułak”

Trzeba też pamiętać, że zesłani musieli obawiać się nie tylko strażników, ale często także współwięźniów. W końcu „polityczni” byli wymieszani z pospolitymi kryminalistami i recydywistami. Ci ostatni wielokrotnie pełnili ważne funkcję w trakcie transportu (a niekiedy później byli odpowiedzialni za dyscyplinę w obozie). Prawo silniejszego było jedyną regułą, a brak poszanowania dla innych – oczywistością. Maciej Żołnierczyk, którego wspomnienia znalazły się w zbiorze „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”, tak zapamiętał śmierć innego Polaka w drodze na zesłanie:

Urbański konał powoli, rzęził i coś bełkotał.  […] Wtem podpełzł młody żulik i widząc umierającego, szybko spuścił gacie i zaczął załatwiać się Urbańskiemu na nogi. […] Ja zawarczałem na ruskiego, który szybko, tak jak przyszedł, uciekł, ale swoją „pieczęć” zostawił. Później z daleka widziałem jak inni podpełzali do konającego Urbańskiego i załatwiali się, po prostu dlatego, że on nie mógł się ani bronić, ani protestować.

To było normalne w tym transporcie, gdzie jedynym prawem był mocny kułak. Trzeba pamiętać, że okręt płynął prawie dwa tygodnie. Ludzi musiało być około 3 tysięcy. Jak mogę ocenić, cztery symboliczne latryny na pomoście nie miały żadnego znaczenia.

Żołnierczyk dodał, że zwłaszcza pod koniec piekielnej podróży statkiem „żuliki jakby oszaleli”. Zaczęli bez opamiętania znęcać się nad towarzyszami niedoli – jak pisał były więzień, „co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie którejś z ich ofiar”.

Więźniowie nieraz odkrywali po drodze ślady swoich rodaków – choćby krzyże na grobach polskich zesłańców… Zdjęcie poglądowe.

Innym przerażającym doświadczeniem zesłanych Polaków było odkrywanie śladów rodaków, którzy na zsyłce zakończyli życie. Na dalekim wschodzie, w głębi Rosji, kolejne pokolenia zaznaczały swoją obecność. Zbigniew Lewicki tak zapamiętał jeden z etapów swojej drogi na Kołymę w roku 1939:

Za Bajkałem, w architekturze napotkanych osiedli zauważyłem jakiś swojski pierwiastek. Domy z ciosanych belek, nie okrągłych, ganki na słupkach, węgły i dachy, żurawie studzienne, serca wycięte w okiennicach, malwy pod oknami, wreszcie cmentarze pełne krzyżów polskich zesłańców.

Koniec wojny!

W trakcie drugiej wojny światowej wywózki polskiej ludności nie ustały, choć władza sowiecka miała „przejściowe” kłopoty z powodu ataku armii niemieckiej. Skończyły się one jednak, gdy tylko alianci zaczęli zyskiwać przewagę na froncie.

Paradoksalnie koniec wojny nie dla wszystkich był powodem do radości. Nawet 9 maja 1945 roku ruszył bowiem kolejny transport na wschód. W gronie zesłańców znalazł się Janusz Siemiński:

9 maja wywołano nas do transportu. […] Wchodziliśmy pojedynczo, odliczani, do bydlęcych wagonów. Byłem już w środku, gdy w pewnym momencie usłyszałem strzały, krzyki, wrzaski.[…] Na peronie żołnierze ściskali się i całowali. To koniec wojny! Koniec wojny! Czekaliśmy na ten dzień pięć długich, krwawych lat, a przeżywamy go w transporcie na wschód z wyrokiem piętnastu lat katorgi…

Na miejscu czekały zesłańców zabójcze mrozy. (Workuta).

Równie gorzko o wywózce piszą Polacy, którzy doświadczyli jej rok po zakończeniu działań wojennych, gdy propaganda sowiecka z dumą prezentowała ZSRR jako „wyzwoliciela” Polski. Małgorzata Giżejewska w książce „Kołyma 1944-1956 w wspomnieniach polskich więźniów” przywołała relację Stanisława Jachniewicza, jednego z aresztowanych i wywiezionych w 1946 roku. Wyraźnie widać, że „bracia” ze wschodu nie zrezygnowali z oczyszczania terenów, które uznali za „swoje”:

Najpierw cieszyliśmy się, że wiozą nas na wschód, a nie na północ. Aby nie do Workuty. W Irkucku nastąpiła zmiana eskorty, zrozumieliśmy, że to dopiero pół drogi. Zaprowadzono nas do łaźni. 40 st. mrozu, grudzień. Łaźnia zamarznięta, nie bardzo nam się chciało tam wchodzić, ale poszczuto nas psami i poszliśmy.

Były prysznice i dali po małym kawałku mydła. Byliśmy strasznie brudni, bo w wagonach panowały okropne warunki i nie myliśmy się, nie było czym. Jeśli nawet dostaliśmy nawet trochę wody, to nawet do picia nie starczyło. Zeskrobywaliśmy szron ze ścian i tak gasiliśmy pragnienie.

W „wolnej i demokratycznej” Polsce Ludowej jeszcze niejeden „wróg ludu” zakosztował smaku piekielnej podróży. Na koniec koszmarnych transportów trzeba było czekać o wiele za długo…

Bibliografia:

  1. Małgorzata Giżejewska, Kołyma 1944-1956 ws wspomnieniach polskich więźniów, Instytut Studiów Politycznych PAN 2000.
  2. Zbigniew Lewicki, Dziennik, Instytut Teologiczny Księży Misjonarzy 2000.
  3. Janusz Siemiński, Moja Kołyma, Wydawnictwo KARTA 1995.
  4. Autor zbiorowy, Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach, Wydawnictwo Fronda 2019.

84 rocznica drugiej deportacji Polaków na Sybir. Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia.

Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia

13.04.2024 jak-sowieci-mordowali
[Umieszczam „po znajomości”, bo sam zostałem jako „kapitalisticzeskij szpion”, w wieku trzech lat i tygodnia, wywieziony 10 lutego 1940. M. Dakowski]

W nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. władze sowieckie przeprowadziły drugą masową deportację ludności polskiej w głąb ZSRS. Według danych NKWD w ramach przeprowadzonej akcji wywieziono łącznie około 61 tys. osób, głównie do Kazachstanu. Ofiarami deportacji były rodziny polskich jeńców wojennych rozstrzeliwanych w tym samym czasie w ramach zbrodni katyńskiej.

Deportacja Polaków z Kresów przez Armię Czerwoną Tadeusz Płużański: Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia

Deportacja Polaków z Kresów przez Armię Czerwoną / Wikipedia domena publiczna

=================================

A to – trochę wcześniej..

=====================================

Pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana „przesiedleniem”, rozpoczęta 10 lutego 1940 r., objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Trafili (wg danych NKWD) do 115 specposiołków, rozrzuconych po 21 krajach i obwodach ZSRS: m.in. do Archangielska, Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi. Czym Polacy „zawinili”? Sowieci uznali, iż pełnili rolę „dywersantów”, „szpiegów” i „terrorystów” (dziś Rosja nazywa tak Ukraińców).

„Polski już nie będzie”

Łagiernicy pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw „wrogowie ludu” i „burżuje”. NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: „Polski już nigdy nie będzie”.

Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) – przede wszystkim rodziny osób poprzednio „przesiedlonych”, w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, tylko na południe azjatyckiej części ZSRS, do Kazachstanu.
Następnie – 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków – nie tylko mieszkańców Kresów II RP, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka – w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów „Zachodniej Ukrainy”. Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.

Miliony Polaków

Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 nawet do 2 milionów Polaków. To jedna z największych zbrodni dokonanych na Polakach w latach 1939-1945. Szkoda tylko, że do dziś niewiele się o tym mówi, podkreślając zbrodnie „nazistów”.

82 lata od tej tragedii Rosja – prawny i moralny spadkobierca ZSRS – udaje (przy cichej aprobacie Zachodu), że tematu nie ma, i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Przeciwnie – Putin i jego przestępcza ekipa, próbując dziś odbudować Związek Sowiecki, „przesiedla” kolejne narody.
 

  • Autor: Tadeusz Płużański
  • Źródło: tysol.pl

Wrażliwe sumienia politykują

Stanisław Michalkiewicz wrazliwe-sumienia

Od polityki uciec niepodobna – mawiała moja starsza o rok koleżanka na podyplomowym Studium Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego, Anna Bojarska. Ta sama, której mąż jechał kiedyś autem przez Bawarię i wziął autostopowicza, Niemca. Jadą, jadą – aż tu nagle ukazał się drogowskaz z napisem: “Dachau”. – Aaa – powiedział mąż pani Bojarskiej. – To ten obóz koncentracyjny, chwilowo nieczynny? Niemiec popatrzył na niego przeciągle i uważnie i zapytał: dlaczego powiedział pan: “chwilowo”?

Jak pamiętamy, kiedy powtórzyłem to sformułowanie, przewidując, że wkrótce, gdy tylko na dobre z etapu umizgów przejdziemy w etap surowości, trzeba będzie te chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne ponownie uruchomić, pan red. Terlikowski z tej zgrozy aż pobiegł się wypłakać przed Judenratem “Gazety Wyborczej” – pewnie z obawy, że w przeciwnym razie Judenrat zablokuje mu intratne kontakty medialne.

Teraz już nikt się tej perspektywie nie dziwuje, bo jakże tu się dziwować, gdy vaginet Donalda Tuska zaplanował penalizację “mowy nienawiści” – że na przykład każdym, kto nieopatrznie powie, że są tylko dwie płcie, zaraz zainteresuje się prokurator, a potem niezawisłe sądy, co to będą sypać piękne wyroki? Nikt nie będzie znał ani dnia, ani godziny, więc zwykłe kryminały z pewnością wszystkich nie pomieszczą, więc po niezbędnych remontach trzeba będzie ponownie uruchomić wspomniane, chwilowo nieczynne obozy.

Personel wartowniczy i porządkowy – oczywiście po stosownym przeszkoleniu w Trawnikach koło Lublina – zapewni 20 tys. kryminalistów, których pan minister Bodnar zamierza wypuścić na wolność. Słowem – wszystko powróci do stanu, jaki panował w Generalnym Gubernatorstwie, z tą różnicą, że obecnie z Niemcami będą kolaborowali Żydowie, a nie żadni szmalcownicy sposród głupich gojów.

Zarówno za Stalina, jak i teraz, Żydowie udowadniają wszak światu, że z rozmaitymi ostatecznymi rozwiązaniami różnych kwestii świetnie sobie radzą, więc wszystko – jak mówią gitowcy – gra i koliduje.

 Wróćmy jednak do polityki, od której uciec niepodobna. Jak pisze w swojej znakomitej powieści o władzy pod tytułem “Gubernator”, amerykański autor Robert Penn Warren, jeśli człowiek politykuje, to jego sumienie także politykuje. Człowiek jest bowiem jednością duszy i ciała – może z wyjątkiem byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, pana Aleksandra Kwaśniewskiego, który twierdzi, że nie ma duszy. I ja mu wierzę, bo któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od niego?

Ale skoro nie ma duszy, to chyba nie ma też sumienia, więc świetnie nadawałby się na lekarza w klinice imienia króla Heroda. Jak bowiem ogłosiła feministra w vaginecie Donalda Tuska, Wielce Czcigodna Izabela Leszczyna, lekarze będą musieli pozostawiać swoje sumienia przez bramami wspomnianych klinik, więc pan Aleksander Kwaśniewski, gdyby został tam lekarzem, w odróznieniu od wszystkich innych,  nie musiałby się obawiać, że ktoś mu to sumienie ukradnie, czy zdeprawuje.

Trafność spostrzeżenia Roberta Penn Warrena możemy śmiało potwierdzić, obserwując rozwój sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Właśnie  media doniosły, że w dniach ostatnich nasiliły się szturmy nieszczęśliwych migrantów na tę granicę. 9 kwietnia funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej zaatakowała wataha ponad 100 migrantów, którzy po obrzuceniu Polaków konarami i kamieniami zostali wyparci na terytorium Białorusi, skąd się wcześniej wyłonili.

Wszystko zatem przebiegło podobnie, jak przebiegało wcześniej, z tą różnicą, że tym razem na granicy nie było żadnych moralnych wrażliwców, którzy – jak wcześniej pan Kramek i pani Kozłowska z fundacji “Otwarty Dialog” – próbowaliby rozrywać koncertinę  lub dostarczać migrantom pieczone i smażone, a na popitkę – rozmaite “napoje energetyzujące” – ani nawet moralnych wrażliwców w głębi kraju, którzy – jak wcześniej pani Maja Ostaszewska, czy pani “Basia” Kurdej-Szatan – wymyślałyby Straży Granicznej od “zbrodniarzy“ – i tak dalej.

Ogon pod siebie podkuliła nawet pani reżyserowa Agnieszka Holland, najwyraźniej nawet nie próbując kręcić nie tylko kolejnej wersji “Zielonej granicy”, ale nawet żadnych innych lodów. Milczy również Judenrat Gazety Wyborczej”, który za ancien regime`u złowrogiego Jarosława Kaczyńskiego niemal w każdym numerze rozdzierał szaty, niczym arcykapłan Kajfasz, kiedy udało mu się sprowokować Pana Jezusa do wyznania, że jest Synem Bożym. Co się stało, “gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?” – pytał poeta w nieśmiertelnym poemacie “Towarzysz Szmaciak”.

Najwyraźniej te wszystkie zmiany są następstwem podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, dokonanej przez BND wespół ze starymi kiejkuty, przy aprobacie Naszego Najważniejszego Sojusznika. Ponieważ rządy objęła Volksdeutsche Partei z satelitami, to wszyscy moralni wrażliwcy zrozumieli, że etap się zmienił.

Polskie Babcie już nie okładają policjantów kijami od parasolek, bo pan minister Kierwiński pokazał, że zamiast Polskich Babć, woli fachowych prowokatorów z ABW, którzy swoje umiejętności zademonstrowali nie tylko podczas pojmania panów Kamińskiego i Wąsika w Pałacu Prezydenckim, ale i podczas ostatniej demonstracji rolników pod Sejmem. Żeby jednak Polskie Babcie, z Babcią Kasią na czele, nie miały żalu, Donald Tusk poskromił węża w kieszeni i sypnął złotem na “babciowe”.

Dopieroż Babcia Kasia zacznie teraz używać życia całą paszczą – bo wiadomo, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero na “babciowym”. Na tym odcinku sprawa wydaje sie więc załatwiona – ale nie wyjaśnia to sytuacji na odcinkach humanitarnych, gdzie rej wodziła pani Maja Ostaszewska, czy pani “Basia” Kurdej-Szatan, które pochowały się w mysie dziury. Żadnych informacji co do przyczyn takiej zmiany zachowania i całkowitego wygaszenia wrażliwości na dolę nieszczęśliwych migrantów do wiadomości opinii publicznej nie podano, toteż jesteśmy skazani na domysły.

Skoro jednak już jesteśmy skazani, to domyślajmy się! Ja na przykład się domyślam, że do pani Mai Ostaszewskiej przyszedł ktoś starszy i mądrzejszy i powiedział jej tak: wiecie, rozumiecie Ostaszewska, teraz mamy nowy etap, więc przestańcie już dokazywać z tymi migrantami, bo inaczej ściągniemy wam majtadały na oczach całej Polski i będzie brzydka sprawa. Być może pani Maja po tej rozmowie kontrolnie zadzwoniła jeszcze do Judenratu, a tam zmianę mądrości etapu jej potwierdzono.

W tej sytuacji pozostawało tylko obdzwonić pozostałych wrażliwców-aktywistów i cały humanitaryzm jakby ręką odjął – nawet w sytuacji gdy Straż Graniczna nadal bez ceregieli wypycha migrantów z powrotem na Białoruś.

Aborcyjna ofensywa w Sejmie: Polska ma spłynąć krwią, a naród w perspektywie kilku następnych pokoleń ma przestać istnieć w rezultacie katastrofy demograficznej.  

Fundacja Pro-Prawo do życia
Sejm RP większością głosów poparł wczoraj dalsze prace nad upowszechnieniem aborcji w Polsce. Wszystkie mordercze projekty pro-aborcyjnych ustaw zostały skierowane do dalszej debaty w tzw. komisji nadzwyczajnej Sejmu.
Aborcjoniści mówią, że celem forsowanych ustaw jest danie kobietom „prawa wyboru”. To kłamstwo. 
Aborcyjna ofensywa w Sejmie to początek dobrze zaplanowanego planu masowej rzezi milionów polskich dzieci. Jan Paweł II mówił, że: „naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”. Piątkowe głosowanie w Sejmie przybliża nas do moralnej, duchowej i demograficznej zagłady. Możemy jednak jeszcze pójść inną drogą. Wszystko zależy od postawy każdego z nas, od naszego działania i od naszych osobistych decyzji – włączam się w walkę o życie, albo stoję z boku i nie robię nic. Każdy z nas ma wpływ! Wpływ na innych i na swoje otoczenie – w pracy, w szkole, w parafii, wśród znajomych, w swoim miejscu zamieszkania. Nasza Fundacja pomoże każdemu wywierać ten wpływ.
 Co w obecnej sytuacji powinniśmy robić? Jak powinniśmy działać? Co się stanie z Polską, jeśli będziemy bierni? Proszę przeczytać.Musimy stanąć do walki ! [foto]Niech nikogo nie zmylą powielane przez aborcjonistów i usłużnych im polityków kłamstwa o „prawie kobiet” do rzekomego „wyboru”. W legalizacji i upowszechnieniu aborcji nie chodzi o żaden „wybór”. Chodzi o urządzenie masowej rzezi polskich dzieci.

Tuż przed głosowaniem w Sejmie głos w mediach zabrała Gizela Jagielska, wicedyrektor szpitala w Oleśnicy, który jest obecnie największym ośrodkiem aborcyjnym w Polsce. Jagielska, zwolenniczka aborcji, którą osobiście wykonuje na dzieciach w szpitalu, wyraziła w związku z wejściem w życie projektów ustaw Tuska i lewicy… obawy! Czego się boi aborcjonistka? Jak powiedziała:

„- Nie jesteśmy w stanie przyjąć 70 000 pacjentek do oddziałów, żeby rozdać im tabletki aborcyjne. (…) Gdyby to weszło w życie, to rzeczywiście jest to dosyć niewesoła wizja.”

Na sam początek szykują nam 70 000 ofiar! Czołowa polska aborcjonistka obawia się wręcz, że będą mieli za dużo „pacjentek”! Skąd ta liczba? Skąd tyle „pacjentek” do aborcji? Skąd oni zamierzają je wziąć i jak zamierzają zgładzić tyle dzieci?

Po pierwsze, projekty ustaw forsowane przez Sejm zakładają prawną możliwość powstawania w Polsce tzw. „klinik” aborcyjnych, czyli ośrodków śmierci wyspecjalizowanych wyłącznie w mordowaniu dzieci. To właśnie w takich placówkach morduje się miliony dzieci na Zachodzie.

Po drugie, konieczna jest propaganda, reklama, oraz namowy i przymuszanie kobiet do aborcji. Szczególną rolę w tej propagandzie zajmuje deprawacja seksualna młodzieży.

Dokładny model działania aborterów opisała była szefowa dużego ośrodka aborcyjnego w Teksasie Carol Everett. Kobieta nawróciła się i dołączyła do ruchu pro-life. Jak powiedziała:

„Naszym celem biznesowym było sprzedanie 3–5 aborcji każdej dziewczynie w wieku 13–18 lat, ponieważ w przemyśle aborcyjnym wszyscy opierają się na prostym systemie prowizyjnym. Każda klientka zwiększała moją zamożność. Aby sprzedawać aborcję, najpierw trzeba stworzyć odpowiedni rynek. To znaczy, że trzeba przekonać dzieci i młodzież, na jak najwcześniejszym możliwym etapie, do patrzenia na seksualność w całkowicie odmienny sposób niż poprzednie pokolenia.” 

Gdzie tu jest miejsce na „wybór” kobiety, skoro aborcyjne lobby przyznaje, że w związku z aborcją stawia sobie konkretne cele i planuje liczbę dzieci, które mają zostać zamordowane!? Poza nienawiścią do Boga i człowieka, aborcjoniści morderstwo dziecka traktują również w kategoriach rynkowych. To tak jak z jakimś nowym produktem wypuszczonym na rynek, np. nowym modelem telefonu. Jeśli nie będzie miał on reklamy i promocji, to może on być powszechnie dostępny w sprzedaży, ale nikt go nie kupi.  

Tak samo jest z aborcją. Zwolennicy mordowania dzieci w łonach matek nie poprzestaną na tym, aby ich „usługa” była tylko legalna i powszechnie dostępna, a od Polek będzie zależało, czy z niej skorzystać. Nie! Oni będą masowo namawiać Polki do mordowania własnych dzieci! To już się dzieje w Polsce od lat. 

W ubiegłym roku szpital w Oleśnicy, największe obecnie centrum aborcyjne w Polsce,  podwoił liczbę wykonywanych aborcji. Podobnie jest w innych szpitalach, które notują wzrosty morderstw na dzieciach. Równolegle, na gigantyczną skalę sprzedawane są w Polsce nielegalne pigułki poronne, za pomocą których dokonuje się aborcji w domach. To efekt m.in. reklam śmiercionośnych tabletek, które w mediach społecznościowych kierowane są do nastolatek i młodych dziewcząt. 

Teraz, zgodnie z planami Tuska i lewicy, wszystkie szpitale w Polsce mają zostać przekształcone w ośrodki aborcyjne, mają zacząć powstawać specjalne „kliniki” do mordowania dzieci, handlarze pigułkami poronnymi mają być całkowicie bezkarni, a każdy lekarz za odmowę aborcji ma z urzędu odpowiadać przed prokuratorem.
Aborcyjna koalicja chce, aby polskie dzieci były mordowane na masową skalę, podobną do zagłady dzieci dokonującej w krajach Zachodu, gdzie każdego roku morduje się miliony niewinnych. Polska ma spłynąć krwią, a nasz naród w perspektywie kilku następnych pokoleń ma przestać istnieć w rezultacie katastrofy demograficznej.  

Narody Europy Zachodniej, które nie chcą mieć dzieci i które mordują własne dzieci, są obecnie intensywnie podmieniane przez tzw. imigrantów, głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu. Są to społeczeństwa obce (i często wrogie) nam kulturowo, religijnie i cywilizacyjnie. Mają jednak dużo dzieci, którymi zaludniają państwa zachodnioeuropejskie. Arabskie imię Mohammed jest obecnie najczęściej nadawanym nowo urodzonym chłopcom imieniem w Berlinie. Co więcej, w trzech niemieckich krajach związkowych imię Mohammed znajduje się w pierwszej trójce nadawanych imion dla noworodków. Podobna sytuacja jest w Wielkiej Brytanii – kolejny rok z rzędu najpopularniejszym imieniem dla noworodków w Londynie jest Mohammed. Z kolei w belgijskiej Brukseli, stolicy Unii Europejskiej, muzułmanie stanowią obecnie największą grupę wyznaniową.  

Jeżeli Polacy nie będą otwarci na życie, nie będą chcieli zakładać rodzin i mieć dzieci, a za to będą mordować poczęte dzieci w łonach matek, czeka nas ten sam los – jako naród przestaniemy istnieć. A razem z nami przestanie istnieć polskość, nasza kultura, wiara i tradycja. Być może zachowa się kraj o nazwie „Polska” lub powstanie euroregion „nadwiślański”, ale nie będą go już zamieszkiwali Polacy. Właśnie po to dokonuje się w naszym kraju aborcyjna rewolucja.  

Musimy walczyć! Musimy stawić opór! Musimy ratować Polskę, polskie dzieci i naszą przyszłość!Takie akcje muszą być w całej Polsce [foto]Mordercze projekty ustaw trafiły teraz do tzw. komisji nadzwyczajnej w Sejmie, gdzie większość mają zwolennicy ludobójstwa. Co to dla nas oznacza? Dalszą walkę. Musimy wywierać presję i kolejne naciski, a przede wszystkim docierać do Polaków z prawdą o aborcji i kształtować świadomość naszego społeczeństwa, aby nie ulegało manipulacjom i nie zaakceptowało aborcji.
Aborcjoniści będą teraz bardzo aktywni w mediach, gdzie zamierzają upowszechniać swoją propagandę. My również musimy intensyfikować nasze działania i niezależne kampanie informacyjne oraz publiczne modlitwy różańcowe o powstrzymanie aborcji. Musimy także wywierać wpływ na posłów oraz pomóc wszystkim ludziom z różnych rejonów Polski, którzy zgłaszają się do nas i przy naszym wsparciu chcą organizować akcje i różańce w swoim miejscu zamieszkania (możemy również pomóc w tym Panu, prosimy tylko o kontakt). W ostatnich tygodniach takie akcje z pomocą naszych koordynatorów po raz pierwszy udało się zorganizować m.in. w Krośnie.
 Lista miast, w których publicznie wybrzmiewa prawda o aborcji, wciąż musi się powiększać, stąd konieczność pomocy kolejnym osobom oraz zakupu nowych środków takich jak plakaty, megafony, głośniki, billboardy i bannery. Kilka dni temu w Elblągu rozdaliśmy kilkaset broszur „Jak rozmawiać o aborcji?” i ulotek ujawniających prawdę na temat mordowania dzieci. Zgłaszają się do nas kolejne osoby, które takie materiały chcą rozdawać w swoich miejscowościach i w ten sposób docierać z prawdą do innych (Pan też może – prosimy tylko o kontakt). Im też musimy pomóc.
W nadchodzącym czasie potrzebujemy na te działania ok. 25 000 zł.

Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka w aktualnej sytuacji jest dla Pana możliwa, aby umożliwić nam dalszą walkę i mobilizację kolejnych Polaków do działania w obronie życia i przyszłości naszego narodu.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW
Aborcja to nie „wybór” kobiet. Aborcja to dobrze zaplanowana, masowa rzeź polskich dzieci, którą musimy powstrzymać. 
Proszę Pana o włączenie się do walki. 
Z wyrazami szacunkuMariusz Dzierżawski
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
stronazycia.pl
====================

mail:

Obiecana przepaść

Obiecana przepaść

Autor: CzarnaLimuzyna , 12 kwietnia 2024 ekspedyt

Podobno Polska w błyskawicznym tempie odzyskuje należne jej miejsce w szeregu. Bardziej spostrzegawczy już zauważyli, że nie jest to szereg ani kolejka.

Miejsce w którym aktualnie się znajdujemy przypomina urwisko z którego po trochu osypuje się ziemia, a stopy powoli tracą grunt. Bardziej dociekliwi opisują konsystencję nowego politycznego fundamentu jako nazbyt bagnistą. Pesymiści! Obiecano nam równość, a więc zostaniemy wciągnięci wszyscy na równą głębokość. Najgorsi są katolicy, którym obiecana przepaść kojarzy się z piekielną czeluścią.

Jeden z moich ulubionych poetów pisał:

Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać

Kształt architektury rytm bębnów i piszczałek

Kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Dziś jesteśmy w bardziej zaawansowanym stadium- podniosły rytuał aborcji, chanukowe świece, marsze pedofilów, kolory wymieszane… jak do tego doszło? Straciliśmy po prostu czas. Bardzo dużo czasu bezpowrotnie utraconego w rytmie demokratycznego wahadła. Głupcy wierząc w demokrację zapominają o Bogu.

grafika w ikonie wpisu: Ana Kapor “poza czasem”

=============

Z tej nadarzającej się okazji zacytuję jeden felieton na ślad którego trafiłem u prof. Dakowskiego. Chodzi o historię naszej głupoty.

[A ja re-kopiuję, bo „pamięć mamy DOBRĄ” – ALE KRÓTKĄ. md]

Polska u bram piekielnych

Dr Ignacy Nowopolski

Kiedy to we wczesnych latach 90 tych przyuczano Polaków do zachodniej „wolności, demokracji i wolnego rynku”, niejednokrotnie treserzy „nagradzali” pospólstwo pochwałami ze słownika dla kretynów, przykładowo, „klepiąc werbalnie” ich po plecach, stwierdzeniem, że III RP jest „prymusem” w szkole „zachodnich wartości”.  W miarę upływu czasu, obywatele III RP dorośli do tych „pochwał”.

Po kilku latach chaosu, spowodowanego koniecznością „umocnienia zachodniej demokracji i pluralizmu”, pozbyto się, ze sceny publicznej, w taki czy inny sposób, tych nielicznych, którzy ciągle nie chcieli, lub nie mogli pojąć, o co tak naprawdę w cyrku  „zachodnich wartości” chodzi, a mianowicie o przekazanie za pomocą pseudodemokratycznych rytuałów, całej autentycznej władzy politycznej, gospodarczej i (o zgrozo!) duchowej, globalnej oligarchii finansowej, czyli wyrażając się kolokwialnie, apostołom szatana.

Scena polityczna została z grubsza uporządkowana według „najlepszych standardów amerykańskich” w dwubiegunowy system bloku „pro narodowego” i „pro-europejskiego”, czyli jak to się teraz w USA określa „dwupartji demokratyczno-republikańskiej”.  Przy czym, tak jak w amerykańskim, także w polskim systemie nie można uniknąć waśni pomiędzy dwoma blokami, w końcu każda klika ma swoje partykularne interesy, ale zasadnicze sprawy w tzw. „porozumieniu ponad podziałami” idą utartym torem, ku zadowoleniu apostołów szatana.

W przypadku III RP, dla sprawności funkcjonowania takiego amerykańskiego systemu, potrzebny był jeszcze jeden element, a mianowicie kolaboracja Polskiego Kościoła Katolickiego, który podobno zawsze był z Narodem!  Jednak dzięki „intelektualnej  giętkości” polskiej hierarchii kościelnej, udało się pogodzić te dwa wzajemnie wykluczające się postawy i to nawet do ekstremum aktywnej współpracy w covidowej „plandemii” w III RP!  Taka harmonia i zrozumienie graczy społeczno-politycznych musiało spowodować głębokie konsekwencje w odniesieniu do psyche społeczeństwa.

Po z górą 30 latach funkcjonowania w „wolności, demokracji, tolerancji, wolnym rynku i wartościach europejskich”, przeciętny „Polak” nie pojmuje nawet tak fundamentalnych wartości jak: prawda i kłamstwo, wolność i niewola, zło i dobro, honor i zaprzaństwo, uczciwość i złodziejstwo, patriotyzm i renegactwo. Itd.,itd.,itd.,.

Nawet w PRLu ludzie, włączając w to członków komunistycznej partii, rozumieli ich znaczenie, choć w większości nie stosowali się doń.

Dziś żadnych krępujących restrykcji  nie ma, no może za wyjątkiem obowiązku akceptacji zboczeń seksualnych i prymatu miłości międzyrasowej przez polskie „panie euro wędrowniczki”.

W zakresie gospodarczym szerzy się zwyczaj pełnej kolaboracji administracji i publicznych/prywatnych korporacji w dalszym nieustannym rabowaniu polskiego mienia.

W polityce, normą stało się polsko-banderowskie „braterstwo broni” i masowe przekształcenie się „Polaków” w polskojęzycznych volkseuropejczyków, z kulminacją w postaci zainstalowania następcy gubernatora Hansa Franka, germańskiego gauleitera III RP, Donalda Tuska na stanowisko „premiera III RP”.

Reasumując, w każdej bez wyjątku dziedzinie, III PR dzierży dumnie tytuł „prymusa” wśród „wielkich nacji Zachodu”, ale niestety ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami.  WITAJCIE U BRAM PIEKŁA!

_____________________________________________________________

grafika w ikonie wpisu: Ana Kapor “poza czasem”

Ludzie zaszczepieni technologią “szczepionki” mRNA są organizmami modyfikowanymi genetycznie. To może rozprzestrzeniać się w mleku matki. Najpewniej prowadzi do nowych rodzajów nowotworów, a nawet turboraków.

Technologia genetyczna a szczepionki mRNA

Autor: AlterCabrio , 12 kwietnia 2024

Czy ludzie zaszczepieni technologią “szczepionki” mRNA są organizmami modyfikowanymi genetycznie? Dlaczego ta szczepionka może rozprzestrzeniać się w mleku matki? I dlaczego zanieczyszczone DNA w tych szczepionkach może prowadzić do nowych rodzajów nowotworów, a nawet turbonowotworów? Dowiedzcie się w tym programie, dlaczego technologia “szczepionek” opartych na mRNA jest niebezpieczna dla ludzi!

−∗−

Technologia genetyczna na ludziach za pomocą “szczepionek” opartych na technologii mRNA!

https://www.kla.tv/index.php?a=showembed&vidid=28729&lang=pl

[Tekst transkrypcji zachowany w tłumaczeniu automatycznym zgodnie ze stroną źródłową -AC]

Czy ludzie zaszczepieni technologią “szczepionki” mRNA są organizmami modyfikowanymi genetycznie? Dlaczego ta szczepionka może rozprzestrzeniać się w mleku matki? I dlaczego zanieczyszczone DNA w tych szczepionkach może prowadzić do nowych rodzajów nowotworów, a nawet turbonowotworów?
Bądźcie na bieżąco i dowiedzcie się w tym programie, dlaczego technologia “szczepionek” opartych na mRNA jest niebezpieczna dla ludzi w następnym programie!

[Moderacja] W 2019 r. podczas pandemii korony po raz pierwszy zastosowano u ludzi nowy rodzaj technologii szczepionkowej – technologię szczepionek mRNA. Już wtedy lekarze ostrzegali, że ta nowa technologia była wykorzystywana jako test polowy na całej ludzkości bez przeprowadzenia jakichkolwiek poważnych badań naukowych nad jej konsekwencjami!

Dziś, prawie cztery lata po wprowadzeniu tej technologii szczepionkowej, prawie wszystkie obawy dotyczące konsekwencji tej technologii opartej na mRNA zostały niestety potwierdzone. Biolog molekularny prof. dr Klaus Steger i prof. dr Alexandra Henrion-Caude, specjalistka w dziedzinie RNA i epigenetyki, [proszę pokazać w = dziedzinie biologii dotyczącej aktywacji genów za pomocą enzymów] podsumowali najnowsze wyniki badań nad technologią szczepionek opartych na mRNA w ulotce. Jest on zatytułowany: Technologia “szczepionkowa” oparta na mRNA: koniec gry!

Zanim podsumujemy to w skrócie, kilka wyjaśnień dotyczących terminów.
Szczepionka korony mRNA nie jest już określana jako szczepionka, ale jako technologia szczepionkowa oparta na modyfikowanym RNA stosowana u ludzi. Modyfikowane RNA, jest to sztucznie wytworzone mRNA, którego nie wolno porównywać z ludzkim mRNA w organizmie.
Według biologa prof. dr Ulriki Kämmerera, szczepionka przeciwko koronie nie może być określona jako szczepionka. Dr Kämmerer wypowiedział się na ten temat w jednym z wywiadów:
[głos lektora] “To nie jest szczepionka w tym sensie, to technologia genetyczna. Nie jest to również terapia genowa, ponieważ nic nie jest leczone, ale jest to technologia genetyczna. Jest to genetycznie zmodyfikowana aplikacja, podczas gdy w przypadku prawdziwej szczepionki wstrzykuje się albo zabity patogen, albo strukturę, tj. białko patogenu, ja mam określoną ilość, która nie może już namnażać się w organizmie i jest w pewnym momencie rozkładana, a następnie pozostaje tylko odpowiedź immunologiczna, że tak powiem. Ale teraz zmuszam ludzkie komórki, aby działały jak te bakterie w fermentacji, tj. aby najpierw wyprodukowały rzeczywiste szczepionki, nie wiedząc, jak skuteczne będą, jak długo to potrwa, czy może potrwa całe życie, czy przedostaną się do jądra komórkowego. Oznacza to, że wszyscy, którzy otrzymują te zastrzyki, w tym przyszłe szczepionki, są początkowo mimowolnymi organizmami zmodyfikowanymi genetycznie.”

Wyniki badań podsumowano poniżej.
Technologia mRNA w postaci szczepionek może prowadzić do następujących skutków u ludzi: Przewlekły stan zapalny w każdym narządzie w organizmie, np. zapalenie mięśnia sercowego i osierdzia.
ModRNA może być zintegrowany z DNA ludzkich komórek. Jeśli ma to miejsce w męskich lub żeńskich komórkach rozrodczych, genom [= materiał genetyczny] przyszłych pokoleń zostaje zmieniony.
Technologia szczepionki modRNA lub włączenie modRNA do własnych komórek organizmu może prowadzić do nowych rodzajów raka i do turbo raka u osób, które już chorują na raka!

Kla.TV podsumowała niektóre punkty z poniższej ulotki i przedstawia je w skróconej formie. Pełna ulotka w języku niemieckim i angielskim znajduje się w niebieskiej ramce pod programem.

1. Tak ci mówią: “To szczepionka”, ale to nieprawda.

Nie jest to “szczepionka”, ponieważ spełnia wszystkie kryteria produktu modyfikowanego genetycznie. Zawiera syntetycznie wytworzone zmodyfikowane mRNA, modRNA, które jest pakowane w nanocząsteczki lipidowe, które transportują modRNA do naszych komórek.

2. Tak ci mówią: “To mRNA”, ale to nieprawda.

Nie jest to mRNA, ale zmodyfikowane mRNA, modRNA. Chociaż ten syntetycznie wytworzony modRNA naśladuje naturalny mRNA, ma zupełnie inne właściwości:
W przeciwieństwie do naturalnego mRNA, które ulega szybkiej degradacji, modRNA z Covida-19″szczepionek” było wykrywane we krwi przez okres do 28 dni, a w tkankach przez okres do ośmiu tygodni. Potwierdzono badaniami, że białko spike, które jest tworzone przez wstrzyknięty modRNA, krąży we krwi przez okres do sześciu miesięcy.
DNA jest również obecne w szczepionkach i jest to całkowicie nieoczekiwane. W partiach szczepionek znaleziono duże ilości zanieczyszczeń DNA, których skutki są niepokojące zgodnie z naszą obecną wiedzą naukową. Mogą one reprezentować zmienioną regulację genów [= kontrola aktywności genów] i ryzyko integracji z naszym genomem [= materiał genetyczny].

3. Tak ci mówią: “Szczepionka pozostaje w mięśniach”, ale to nieprawda.

“Szczepionka” nigdy nie miała pozostawać w mięśniach, ale przedostawać się do krwiobiegu, węzłów chłonnych, a nawet mleka matki.
W przeciwieństwie do cząsteczek konwencjonalnych szczepionek, nanocząsteczki lipidowe zawierające modRNA nie pozostają w krwiobiegu. Zamiast tego mogą one w zasadzie przenikać do każdej komórki naszego ciała, w tym do ważnych narządów, takich jak serce, mózg, wątroba, nerki, płuca, śledziona, żołądek, jajniki i jądra. Nanocząsteczki lipidowe są wysoce prozapalne i toksyczne. Powtarzające się iniekcje zwiększają zatem uszkodzenia naszych komórek, a nawet mogą prowadzić do ich przedwczesnej śmierci.

_________________

Źródło: kla.tv

==========================

mail:

Kolejny raz Izrael z premedytacją zaatakował dziennikarzy.

Izrael zaatakował dziennikarzy. „Było oczywiste, że jestem cywilem i dziennikarzem. Staliśmy się celem”

13.04.2024 izrael-zaatakowal-dziennikarzy

Podczas wojny Izraela z Hamasem zginęło już co najmniej 95 przedstawicieli mediów. Jest to najbardziej śmiercionośny konflikt dla reporterów.

Strefa Gazy, zniszczenia po izraelskim ataku na dzielnicę Jenin w Rafah.
Strefa Gazy, zniszczenia po izraelskim ataku na dzielnicę Jenin w Rafah. / Fot. PAP/ABAC

Kilku dziennikarzy, w tym przedstawiciele tureckiego publicznego nadawcy TRT, zostało rannych w ataku izraelskich czołgów na obóz dla uchodźców Nusajrat w centralnej części Strefy Gazy. Jeden z reporterów stracił nogę.

TRT oskarżyła siły zbrojne Izraela o dokonanie „ataku z premedytacją” na grupę dziennikarzy. Tureckie medium podkreśla, że ich pracownicy wyraźnie odróżniali się od pozostałych osób, ponieważ mieli na sobie dobrze widoczne kamizelki z napisem „Press”.

Podobne doniesienia przekazał w rozmowie z CNN Sami Szehada, arabski operator kamery stacji TRT, który stracił nogę w wyniku ostrzału, a następnie został przewieziony na operację do szpitala. – Nagrywaliśmy w bezpiecznym miejscu. (…) Było oczywiste, że jestem cywilem i dziennikarzem. Staliśmy się celem – relacjonował Szehada.

„Potępiamy izraelski atak w Strefie Gazy na grupę dziennikarzy noszących oznaczenia prasy. Na skutek (tego ostrzału) operator kamery Sami Szehada, (pracujący dla) tureckiego nadawcy TRT World, stracił nogę. Lekceważenie przez izraelską armię oznaczeń prasy – zarówno po 7 października (dniu ataku Hamasu na Izrael – red.), jak też przed tą datą – zagraża życiu dziennikarzy. Ten incydent musi stać się przedmiotem niezależnego śledztwa, a osoby odpowiedzialne za atak muszą zostać pociągnięte do odpowiedzialności” – oświadczyła amerykańska organizacja pozarządowa Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ).

Kwadratowe zdjęcie profilowe

Committee to Protect Journalists @pressfreedom

CPJ condemns the Israeli attack in Gaza on a group of journalists wearing press insignia that resulted in cameraman Sami Shehadeh, of Turkish broadcaster

@trtworld

, having his leg amputated. The IDF’s disregard for press insignia, both after and prior to October 7, endangers the lives of journalists. This incident must be independently investigated, and those responsible for the attack must be held accountable.

Kwadratowe zdjęcie profilowe

CPJ MENA

@CPJMENA

CPJ condemns the Israeli attack in Gaza on a group of journalists wearing press insignia that resulted in cameraman Sami Shehadeh, of Turkish broadcaster @trtworld, having his leg amputated.

Zdjęcie

W osobnym komunikacie CPJ przekazał, że podczas wojny Izraela z Hamasem zginęło już co najmniej 95 przedstawicieli mediów. Jest to najbardziej śmiercionośny konflikt dla reporterów, odkąd w 1992 roku zaczęto prowadzić statystyki.

Śmierć – na życzenie – z NFZ-u. Cywilizacja śmierci III

Śmierć – na życzenie – z NFZ-u. Cywilizacja śmierci III

Izabela Brodacka

„Niemal połowa oddziałów położniczych w Polsce przyjmuje mniej niż dwa porody dziennie”, wynika z analizy opublikowanej przez „Dziennik Gazetę Prawną”. Biorąc pod uwagę, że według wytycznych Ministerstwa Zdrowia „optymalna liczba porodów”, to 600 rocznie, najprawdopodobniej część oddziałów położniczych zostanie zamknięta jako nierentowna.

„Gazeta Prawna” opisuje również nową strategię ministerstwa zdrowia w sprawie znieczulenia przy porodzie. Znieczulenie ma być dostępne wszędzie. W tych miejscach, w których co najmniej 10 procent kobiet skorzysta ze znieczulenia przy porodzie naturalnym wycena porodu będzie wyższa. Stawka ma wzrastać proporcjonalnie do liczby znieczuleń. To teoretycznie ma zachęcić większe szpitale do przyjmowania rodzących.

Może to doprowadzić jednak do zamknięcia mniejszych porodówek, których nie stać na opłacanie etatu anestezjologa i dla których znieczulenia są zbyt drogie. Przy jednym porodzie dziennie pieniądze z NFZ nie wystarczą na utrzymywanie w gotowości personelu.

Logika tego wszystkiego jest następująca. Obecne władze forsują ze wszystkich sił aborcję na żądanie. Logicznie spójna z tym jest likwidacja oddziałów położniczych. Oznacza to pogłębiającą się katastrofę demograficzną. Nie będzie komu pracować na wypracowane emerytury starzejącego się społeczeństwa.

„Zaradzi” temu wprowadzenie eutanazji. Już nie tylko na żądanie lecz na przykład zaleconej przez sąd lub nawet przez trzyosobową komisję, która uzna, że komfort życia starego czy chorego człowieka jest zbyt niski aby pozwolić mu nadal żyć, należy więc go dla jego własnego dobra uśpić, realizując w ten sposób plan depopulacji globu.

Ktoś jednak musi pracować na nieustannie rosnącą liczebnie klasę próżniaczą. Ma temu zaradzić sprowadzanie „najeźdźców” czyli przyjętych w ramach relokacji przybyszy z krajów afrykańskich oraz z ogarniętej wojną Ukrainy. Lecz oni na ogół nie mają zamiaru pracować natomiast chcą korzystać z przywilejów socjalnych wypracowanych przez społeczność danego kraju, w tym przypadku Polski. To na nich trzeba będzie pracować biorąc pod uwagę fakt, że masowo będą uzyskiwać prawa do emerytury nie wypracowanej w Polsce oraz korzystać z przywilejów wprowadzonych po to w Polsce aby zapobiec katastrofie demograficznej. W ten sposób koło się zamyka.

Czy klasa rządząca czyli klasa w Polsce wyjątkowo próżniacza zaoszczędzi na zamykaniu oddziałów położniczych? W ekonomii i w socjologii stosuje się tak zwany rachunek ciągniony ale to raczej zbyt skomplikowane dla naszych (p)osłów. Dobrym przykładem jest sprawa leczenia kilkanaście lat temu tak zwanej stopy cukrzycowej ( aktualnych danych nie znam). Otóż większość szpitali decydowała się wówczas „leczyć” chorego, a raczej zapobiegać gangrenie przez amputację części jego stopy gdyż amputacja kosztowała wówczas szpital czyli społeczeństwo 3000 złotych natomiast leczenie zachowawcze kosztowało powyżej 12000. Lekarze decydujący się na obcięcie pacjentowi stopy czy nawet całej nogi wydawali się nie rozmieć, że generują w ten sposób o wiele większe koszty społeczne. Inwalida staje się niezdolny do pracy, przysługuje mu dożywotnia renta i droga przecież proteza, rana po amputacji wymaga na ogół dalszego pielęgnowania i wizyt u specjalistów, protezę trzeba naprawiać i zmieniać. To wszystko obciąża ZUS oraz NFZ czyli nas podatników.

Pikanterii temu rachunkowi ciągnionemu dodaje fakt, że ubezpieczenie zdrowotne jest przecież przymusowe. Każdy z nas – szczególnie ludzie starsi – wydał na to ubezpieczenie ogromną sumę. I właśnie tych starszych ludzi najczęściej poddaje się eutanazji po polsku czyli eutanazji przez zaniechanie.

Epidemia covid19 – prawdziwa czy fałszywa- pozwoliła zrealizować w sporym zakresie światowy plan depopulacji powodując w Polsce jak wiadomo przeszło 200 000 (albo więcej) tak zwanych nadmiarowych zgonów. Byli to pacjenci, którym pod pretekstem pandemii odmówiono operacji ratującej życie, na przykład operacji usunięcia rozlanego wyrostka robaczkowego, czy operacji onkologicznej, albo opóźniano termin tej operacji tak długo, że pacjent jej nie doczekał. Byli to pacjenci wymagający na ogół długiej i kosztownej opieki i w dodatku już nie czynni zawodowo czyli generujący obciążające społeczeństwo koszty natomiast nie przynoszący zysków. Argument, że ci kłopotliwi pacjenci zapłacili z nawiązką za swoje leczenie zbierając składkę zdrowotną jako część przymusowego ubezpieczenia i że gdyby im choćby część tej składki zwrócić byłoby ich stać na opłacenie sobie kuracji w prywatnej placówce trafia wyłącznie do różnych liberałów pokroju Korwina-Mikke i pozwala im snuć przez długie lata utopijne wizje idealnego społeczeństwa liberalnego, w świecie zachodnim całkowicie passé.

Zaczyna się totalna wojna. Sejm skierował WSZYSTKIE CZTERY proaborcyjne projekty do dalszych prac.

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Zaczyna się totalna wojna. Sejm skierował WSZYSTKIE CZTERY proaborcyjne projekty do dalszych prac.

Poniżej zobaczy Pan, jak głosowali posłowie.

UWAGA: głosowano wnioski o odrzucenie. A więc ZA oznacza „za przyjęciem wniosku o odrzucenie” (czyli za życiem), a PRZECIW oznacza „przeciw wnioskowi o odrzucenie” (czyli za aborcją).

W sprawie ustawy Lewicy o depenalizacji aborcji.

https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=10&NrPosiedzenia=9&NrGlosowania=28

W sprawie ustawy Lewicy o legalizacji aborcji.

https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=10&NrPosiedzenia=9&NrGlosowania=29

W sprawie ustawy Koalicji Obywatelskiej o legalizacji aborcji:

https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=10&NrPosiedzenia=9&NrGlosowania=31

W sprawie ustawy Trzeciej Drogi o przywróceniu aborcji eugenicznej.

https://www.sejm.gov.pl/sejm10.nsf/agent.xsp?symbol=glosowania&NrKadencji=10&NrPosiedzenia=9&NrGlosowania=30

Ciekawostka: były premier Mateusz Morawiecki zagłosował przeciw projektowi Trzeciej Drogi o mordowaniu dzieci z niepełnosprawnościami. Krótko potem przeprosił na Twitterze i stwierdził, że się pomylił, bo jednak chciał zagłosować za aborcją. Co za bezduszność…

Wszystkimi projektami zajmie się teraz specjalnie powołana komisja sejmowa. Jej skład nie napawa optymizmem. Zasiądą w niej posłowie, którzy albo są wprost za aborcją, albo mają w tej sprawie miękki kręgosłup, poza nimi jest dosłownie kilku konserwatystów.

Oto skład komisji: Sylwia Bielawska (KO), Paweł Bliźniuk (KO), Alicja Łepkowska-Gołaś (KO), Dorota Łoboda (KO), Katarzyna Maria Piekarska (KO), Maciej Wróbel (KO), Monika Rosa (KO), Anna Sobolak (KO), Jolanta Niezgodzka (KO), Urszula Nowogórska (PSL-TD), Urszula Pasławska (PSL-TD), Żaneta Cwalina-Śliwowska (Polska2050-TD), Karina Bosak (Konfederacja,) Olga Semeniuk-Patkowska (PiS), Katarzyna Sójka (PiS), Józefa Szczurek-Żelazko (PiS), Ewa Szymanowska (Polska2050-TD), Agata Wojtyszek (PiS), Marcelina Zawisza (Lewica) i Anna Maria Żukowska (Lewica).

Szanowny Panie,

Komisja będzie obradować przez wiele miesięcy. Zaczyna się wielka wojna o życie i nie będziemy stać z boku. Musimy wygrać świadomość ludzi, aby jak najwięcej osób otwarcie i bez wyjątków sprzeciwiało się aborcji.

Mamy dwa ważne projekty do zrealizowania.

Pierwszy to seria pokazów filmu „Miało nie żyć” w każdym zakątku Polski. Chcemy dotrzeć nie tylko do dużych metropolii, ale także do mniejszych miejscowości, do ludzi, którzy chcą zobaczyć, jak naprawdę wygląda aborcja i co dzieje się z dziećmi, które ośmielą się ją przeżyć. Zrobiliśmy założenie, że wejście na film ma zawsze być bezpłatne.

Już teraz mamy około 10 zgłoszeń od osób, które szykują projekcję filmu w swoim miejscu zamieszkania. W dwóch miejscach odbędą się pokazy dla zamkniętych grup formacyjnych, natomiast inne dwa miejsca z pokazem otwartym są już pewne i tutaj serdecznie Pana zapraszam:

– 20 kwietnia o godz. 20:00 w Domu Aktywności Mieszkańców w Marysinie koło Lublina,

– 27 kwietnia o godzinie 17:00 w kinie Beskid w Andrychowie.

Dogrywamy kolejne terminy. Chcemy też, aby na każdym pokazie była osoba z Fundacji, bo po filmie widzowie mają wiele pytań. Niektórzy nie mogą uwierzyć, jak to możliwe, że w Polsce zabija się dzieci. Cierpliwie odpowiadamy i uświadamiamy ludziom, co naprawdę dzieje się za murami polskich lecznic. Prawda o aborcji pomaga walczyć o życie dzieci.

Oprócz pokazów filmu planujemy kolejną akcję plakatowo-pikietową. Pokażemy hipokryzję polityków, którzy z jednej strony mówią o tolerancji i równości, z drugiej chcą dyskryminować dzieci ze względu na etap ich życia.

Chcą najmłodsze z nich rozrywać szczypcami chirurgicznymi i zabijać zastrzykiem z chlorku potasu wprost w serce. Ludzie muszą się o tym dowiedzieć. Do tej kampanii potrzebne będą nowe banery, na początek co najmniej 30 sztuk.

W tym gorącym czasie rosną koszty naszych działań. Tylko do końca kwietnia potrzebujemy co najmniej 24 tysiące złotych, aby zrealizować najbliższe zadania.

Czy może Pan pomóc?

Czy może Pan wpłacić 50, 100, 200 złotych lub inną wybraną kwotę, aby pomóc w walce z aborcją? Wpłat można dokonać na dane widoczne w stopce niniejszego maila.

Proszę Pana, bo wierzę, że nie zostawi Pan dzieci bez pomocy.

To szczególny moment i potrzeba ogromnej mobilizacji.

Jesteśmy na froncie i potrzebujemy wsparcia, by iść z prawdą w Polskę.

Bardzo proszę o wsparcie dla zwalczania aborcji.

Serdecznie Pana pozdrawiam.

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – W czasie, gdy aborterzy napierają, musimy mieć pewność, że zrobiliśmy wszystko, co było można, aby ratować życie niewinnych dzieci. Proszę Pana o pomoc, bo przed nami ogrom pracy.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Obserwuj nas:      

Niedziela: Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

14.04.2024 Biłgoraj, Warszawa – comiesięczne Msze Święte za Ojczyznę i Pokutne Marsze Różańcowe

10/04/2024przez antyk2013

Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu

BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!

WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.

Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).

Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie:  Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w  ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).

https://youtube.com/watch?v=zL3tg863fSE%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl-PL%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent
https://youtube.com/watch?v=FA-B8j-Tgbk%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Dpl-PL%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był  j e d y n ą  Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.

Share

Kategorie Biłgoraj, Pokuta, Pokutne Marsze Różańcowe, Warszawa Tagi Biłgoraj, Jasnogórskie Śluby Narodu, Krucjata Różańcowa za Ojczyznę, modlitwa za Ojczyznę, Msza Święta za Ojczyznę, Pokuta, Pokutny Marsz Różańcowy, różaniec za Ojczyznę, Warszawa

Sobota Wałbrzych – Msza święta i czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

13.04.2024 Wałbrzych – Msza święta i czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę

12/04/2024 przez antyk2013

13. dnia każdego miesiąca

Króluj nam, Chryste!

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Najpiękniejszy z synów ludzkich, którego wygląd został nieludzko oszpecony, aby narody „wybrane przed innemi o Jego piękność walczyły na ziemi”!

Jutro, jak zawsze 13. dnia miesiąca, będzie w Wałbrzychu czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, tym razem w dwóch turach: pierwsza rano w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha – jak zawsze w sobotę – różaniec za Ojczyznę przed Mszą św. o godz. 8,

druga zaś tura w kolegiacie Św. Aniołów Stróżów od godz. 15 do comiesięcznej Mszy św. za Ojczyznę o godz. 18.

Nasze czuwanie kwietniowe, począwszy od roku 2010, tradycyjnie ma związek z katastrofą smoleńską, która ostatnio stała się na nowo otwartą raną. Ale przede wszystkim ma związek z okresem radości paschalnej. Zmartwychwstanie Pańskie to zadatek zwycięstwa, które Jezus ma odnieść nie sam, ale jako BÓG Z NAMI. Tym zadatkiem jest pieśń pochwalna płynąca z Krzyża odkupienia świata (por. Ps XXII, 26). W tym roku radość paschalna łączy się ze wspomnieniem XXV rocznicy wydania jednego z najdonioślejszych i najwznioślejszych dokumentów św. Jana Pawła II, Listu do artystów, w którym Papież Poeta, przywołując proroctwo: „piękno zbawi świat”, nawiązał do naszych narodowych wieszczów. Płynące z ich serc piękne słowo jest ową pieśnią nową, potężnym głosem Krzyża historii, wzywającym do wierności Barankowi, aby Polska mogła zwyciężyć przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, do czego jesteśmy powołani (por. Ap XIV, 1-4). A wydaje się, że ta profetyczna epistoła, wydana 4 kwietnia 1999 r. w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego (notabene jedyny Papieski dokument wydany w największe święto Chrześcijaństwa a niebędący orędziem wielkanocnym), w samym zamierzeniu miała antycypować ujawnienie III części tajemnicy fatimskiej, gdzie ukazuje się ów krzyż historii, który znamy z mistycznych wizji naszych wieszczów.Papież Poeta, sam będący ich wcielonym Słowem, zaproponował artystom nawiązanie bardziej owocnej współpracy z Kościołem, aby środkami artystycznego wyrazu sprawili, że krew Odkupienia przemówi do sumień i przekona świat o tym, co napisał Apostoł narodów: Szacuję bowiem, że nie się równowarte cierpienia tej teraz pory względem przyszłej chwały, która ma się objawić w nas. Bo stworzenie z upragnieniem objawienia [się] synów Boga wyczekuje, gdyż zostało poddane marności (…) w nadziei, że i to stworzenie wyzwolone zostanie z niewoli zepsucia ku wolności chwały dzieci Boga (Rz VIII, 18-21). – Tak to ujął Ojciec św.:

Kieruję do was wezwanie, byście na nowo odkryli głęboki wymiar duchowy i religijny sztuki, który w każdej epoce znamionował jej najwznioślejsze dzieła. (…) przymierze istniejące od zawsze między Ewangelią a sztuką, niezależnie od swoich aspektów funkcjonalnych, wiąże się z wezwaniem do wniknięcia twórczą intuicją w głąb tajemnicy Boga Wcielonego, a zarazem w tajemnicę człowieka.

Każdy człowiek w pewnym sensie pozostaje nieznany samemu sobie. Jezus Chrystus objawia nie tylko Boga, ale «objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi». W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą. Wszyscy wierzący są powołani, by dawać o tym świadectwo; ale to wy, którzy poświęciliście życie sztuce, macie ukazywać bogactwem swego geniuszu, że świat jest odkupiony przez Chrystusa: (…) odkupione jest całe stworzenie, o którym św. Paweł napisał, że «z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych» (Rz 8,19). To stworzenie oczekuje objawienia się synów Bożych także poprzez sztukę i w sztuce. Jest to właśnie wasze zadanie. Obcując z dziełami sztuki, ludzkość wszystkich epok – także współczesna – spodziewa się, że dzięki nim pozna lepiej swoją drogę i przeznaczenie (14. Apel do artystów).

To zwłaszcza my, Polacy, obcując z dziełami naszych wieszczów, mamy sobie uświadomić i zrozumieć, że Ojczyzna nasza za niebotyczną cenę wierności Barankowi nabyła u Boga obietnice. – Stąd wykrzesać mamy iskrę, która wyjdzie z Polski, aby przygotować świat na ostateczne przyjście Króla Miłosierdzia przez nasze wywyższenie w potędze i świętości. Albowiem na początku jest Opatrzność Boża, na końcu zaś Miłosierdzie.

Dlatego oprócz stałej intencji: „O Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu”, co będzie intencją części bolesnej Różańca św., modlić się będziemy także w wielu intencjach szczegółowych, od których zależy pomyślność tej ziemi.

Będziemy błagać Wszechmoc Bożą, by naukowo udowodniona prawda o katastrofie smoleńskiej, podobnie jak prawda o zbrodni katyńskiej, została oficjalnie uznana na forum międzynarodowym, wyzwalając nas z niewoli ojca kłamstwa, który mężobójcą był od początku, i burząc mury wrogości, które są jego królestwem i które spychają Ojczyznę naszą w otchłań nowej niewoli.

Aby obietnice dane Polsce zostały ustawione na świeczniku, tak, by mogło się spełnić błogosławieństwo Melchizedeka i obietnica dana Abrahamowi na wzgórzu w krainie Moria: nasienie twoje zdobędzie bramę nieprzyjaciół swoich (Rdz XXII, 17).

O tryumf Niepokalanego Serca Matki Bożej Fatimskiej i krwi Golgoty Wschodu (w tym oczywiście także ofiar zbrodni katyńskiej i Smoleńskiej) nad władzą zbudowaną na propagandzie kłamstwa, o zburzenie murów wrogości w Słowiańszczyźnie, nawrócenie Rosji na wiarę katolicką oraz zjednoczenie całej Słowiańszczyzny w Chrystusie, który jest pokojem naszym, przez miłość wszystkich Słowian do słowiańskiego Papieża, Męża naznaczonego w misterium 13 maja, oraz przez maryjne zjednoczenie narodów, na którego czele ma stanąć Polska.

Przede wszystkim zaś nie może zabraknąć modlitwy o wypełnienie apelu o nowe przymierze między Kościołem a światem sztuki, z jakim wystąpił największy z synów tej ziemi w Liście do artystów w Niedzielę Wielkanocną Zmartwychwstania Pańskiego AD 1999, nawiązując do proroczej wizji wskrzeszenia Narodu, jaką zawarł Norwid w Promethidionie. Bo Ojciec św. w swoim apelu nie stwierdza, jak jest, ale co i jak  ma być. Dla nas, modlących się za Ojczyznę, jest to drogowskaz, o co należy się modlić.

Sursum corda!

MP z Wałbrzycha

Bandera bohaterem w polskiej szkole? Szokujące informacje z MEN

Bandera bohaterem w polskiej szkole? Szokujące informacje z MEN

https://www.fronda.pl/a/Bandera-bohaterem-w-polskiej-szkole-Szokujace-informacje-z-MEN,228830.html


O kolejnej szokującej decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej poinformowała wiceminister Joanna Mucha. Okazuje się, że uczęszczające do polskich szkół ukraińskie dzieci będą uczyły się historii na podstawie materiałów przygotowanych przez stronę ukraińską. Można więc spodziewać się, że w polskich szkołach jako bohater przedstawiany będzie np. Stepan Bandera.

O przygotowaniu przez stronę ukraińską podstawy programowej dla ukraińskich dzieci uczących się w polskich szkołach, wiceminister Joanna Mucha mówiła na antenie Radia ZET.

– „Strona ukraińska zaoferowała nam, że dla swoich dzieci przygotuje tzw. komponent ukraiński, który będzie obejmował historię, geografię, literaturę. I będą to realizowali we własnym zakresie. Wydaje mi się to bardzo fair ofertą, skorzystają na pewno obie strony „- powiedziała.

Podkreśliła, że Polska nie chce „polonizować” ukraińskich dzieci.

– „Chcemy, żeby dzieci ukraińskie zostawiły swoją tożsamość ukraińską, ale jednocześnie były dobrze wyedukowane, bo część z nich po prostu zostanie w Polsce”- zapewniła.

Czym różni się zabicie dziecka od zabicia dorosłego lewaka?

Czym różni się zabicie dziecka od zabicia dorosłego lewaka?

Autor: CzarnaLimuzyna , 12 kwietnia 2024 ekspedyt

Człowiek ma prawo pozbawić życia drugiego człowieka tylko w nielicznych, wyjątkowych przypadkach: w samoobronie lub podczas obrony osób trzecich przed poważnym zagrożeniem, na wojnie sprawiedliwej, podczas walki narodu o wolność m.in. w czasie okupacji wykonując wyrok śmierci na zdrajcach, agentach, szmalcownikach po uprzednim osądzeniu ich przez sąd władzy podziemnego państwa i wreszcie wykonując karę śmierci na zbrodniarzu po wyroku sądowym legalnej i praworządnej władzy.

W tym przypadku jednak należy oddzielić sądownictwo państwa totalitarnego i jakiejkolwiek podobnej struktury od władzy osiadłej na fundamentach cywilizacji łacińskiej czyli stosującej przepisy prawa wolnego od lewicowej deformacji.

Prawo do legalnego zabijania niewinnych ludzi?

Wszystkie powyższe przypadki, które wymieniłem, dotyczą ludzi winnych, obarczonych zbrodniczymi czynami lub będących w trakcie usiłowania ich popełnienia.  W przeciwieństwie do wymienionych przestępców dziecko w łonie matki jest niewinne i to stanowi jedną z kilku zasadniczych różnic. Zabicie ludzkiego płodu jest dozwolone tylko w przypadku, gdy kontynuacja ciąży zagraża życiu matki [czyli obojga].

Prawo do zabijania na życzenie… (niektórzy degeneraci chcą, aby matka miała to prawo do chwili urodzenia lub nawet po urodzeniu dziecka)…takie prawo jest prawem do popełniania zbrodni ludobójstwa i nie jest przypadkiem, że wprowadzali je najwięksi ludobójcy w historii: Lenin, Hitler i Stalin.

Bełkot i opętanie. „Bo mieszkanie było za małe”

Przedstawiciele lewicy próbując uzasadnić swój zbrodniczy postulat używają najczęściej nielogicznych, absurdalnych argumentów. Sam widziałem jak na postawione pytanie czym różni się prócz rozmiaru ludzki płód od dorosłego człowieka zwolenniczka zabijania odpowiedziała: „nie żyje”.

Swego czasu podczas akcji billboardowej przeciw przemocy męskiej i tylko męskiej, opuchnięta i posiniaczona twarz kobiety była połączona z napisem bo zupa była za słona. Tragicznym odpowiednikiem, jakże bardziej zbrodniczym, lecz cenzurowanym z całych sił przez lewicę, są zdjęcia zabitych dzieci z napisem: bo mieszkanie było za małe, a wyznała to swego czasu jedna z piosenkarek wspierająca „prawa kobiet”.

Czym różni się zabicie dziecka od zabicia dorosłego lewaka?

Zamordowanie dziecka przed lub po urodzeniu, zamordowanie osoby dorosłej, a także osoby o poglądach zbrodniczych nie różnią się od siebie kwalifikacją czynu poza wymienionymi przeze mnie przypadkami. Osoby o poglądach zbrodniczych czyli część środowisk lewicowych powinna być ścigana z paragrafu o zakazie propagowania ustrojów totalitarnych oraz o zakazie podżegania do przestępstwa. Uchroniłoby to wiele istnień ludzkich od śmierci.

Różnica pomiędzy zabijaniem dzieci „na życzenie”  a karą śmierci dla zbrodniarzy jest różnicą cywilizacyjną.

Jak przodkowie neopogan składali takie same ofiary z dzieci Molochowi

stan orda 12 kwietnia 2024 ekspedyt

Współcześni nam barbarzyńscy neopoganie zasiadający w ławach parlamentarnych publicznie twierdzą, iż mordowanie dzieci nienarodzonych to sprawa światopoglądu każdego z osobna. I z tego powodu wprowadzają np. dyscyplinę głosowania w sprawie przekonań, wedle owej nomenklatury, światopoglądowych. Ten elementarny brak logiki prowokuje pytanie, o co tu chodzi?

Z sensowną odpowiedzią jest jednak spory kłopot.

To może tak.

W starożytnej Ziemi Kanaan i w dużej połaci Bliskiego Wschodu oddawano cześć pogańskiemu bożkowi (bałwanowi) znanemu pod imieniem Moloch albo Ba’al. Poza rozmaitymi plemionami zamieszkującymi ten obszar świata, głównie zaś Fenicjanami i Babilończykami, kult taki był praktykowany również w kulturze minojskiej (mit o Minotaurze). Otóż Ba’al znaczy król-byk. Z kolei określenie „moloch” wywodzi się z aramejskiego i fenickiego rdzenia mlk, który czytany z hebrajska brzmi jak „molek” albo „molok”, a oznaczał ofiarę składaną z nowo narodzonych dzieci, w szczególności zaś z pierworodnych synów.

Ofiara ta była składana w ten sposób, że figura bałwana zwanego Ba’al wykonana była z brązu i trzymała wyciągnięte przed sobą ręce skierowane dłońmi ku dołowi. W te ręce wkładano noworodka, a pod nimi rozpalany był ogień, którego płomienie rozgrzewały metalowe dłonie. Gdy dziecko zaczynało się piec niczym na ruszcie, kapłani walili w wielkie bębny aby zagłuszyć krzyk dziecka. Gdy spalone ciało skurczyło się, wówczas spalone szczątki spadały w ognisko.

Oczywistym jest, że pogańscy mieszkańcy Kanaanu wyznawali stosowny światopogląd, w którym składanie właśnie takich ofiar stanowiło przejaw ich rozumienia świata i konieczności przebłagania bożka, aby zapewnić sobie jego przychylność w rozmaitych kwestiach ciężkiej egzystencji, w tym np. w kwestii nadumieralności noworodków, co wszak było skutkiem drastycznego nierozumienia zasad higieny tudzież braku rozeznania co do rodzaju zagrożeń okołoporodowych wśród społeczeństw tamtej epoki historycznej

Znalazł się jeden wyjątek pośród ludów Kanaanu, który zerwał z ww. praktyką, a mianowicie zakaz takiej praktyki powstał wśród klanów hebrajskich (pokoleń). Zakaz składania dzieci na ofiarę przebłagalną (a szerzej ludzi) otrzymał w mozaizmie (a także w późniejszym judaizmie) sankcję nakazu boskiego, co znalazło wyraz w piątym przykazaniu Dekalogu (nie zabijaj niewinnego i bezbronnego bliźniego swego, czyli nie morduj), a narrację fabularną w przypowieści biblijnej o Abrahamie i jego synu Izaaku. Niewątpliwie ta praktyka, tak odmienna od kultywowanej przez wszystkie okoliczne ludy, także była przejawem stosownego światopoglądu.
Skąd zatem wziął się wspomniany wcześniej światopogląd u naszych swojskich dzisiejszych neopogan?

Śmierć lwowskich profesorów. Zabicie ich dzieci i wnuków. Symbol uniwersalny

Śmierć lwowskich profesorów. Zabicie ich dzieci i wnuków. Symbol uniwersalny

Ks. prof. Franciszek LONGCHAMPS DE BÉRIER

Ksiądz katolicki, profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, członek prezydium Komitetu Nauk Prawnych PAN, wybrany do Wspólnego Komitetu Zarządzającego (kadencja 2016-2018) China-EU School of Law w China University of Political Science and Law w Pekinie.

Ryc.Fabien Clairefond

zobacz inne teksty Autora

O profesorach lwowskich zamordowanych w lipcu 1941 roku powiedziano i napisano już sporo. Dlaczego nigdy nie będzie za wiele? Zastrzeleni przez niemieckie komando, ponieważ byli Polakami i profesorami – polskimi profesorami we Lwowie

Egzekucja na Wzgórzach Wuleckich nie odbiegała zbytnio od innych okupacyjnych rozstrzelań. Wyobrażam sobie wykopane świeżo doły z przerzuconymi nad nimi deskami, na których stają po cztery osoby. Strzały na chwilę rozświetlają ciemność i ciała wpadają do zbiorowej mogiły. Nie pierwszy raz i nie ostatni podczas okupacji. Jednak morderstwo z 3 na 4 lipca, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach. W 212 roku przed Chrystusem pokonano miasto po dwuletnim oblężeniu, ale ponoć był rozkaz dowodzącego rzymską armią Marka Klaudiusza Marcellusa, aby odnaleźć i oszczędzić uczonego. Nie dotarł do świadomości żołdaka, który bezceremonialnie zarąbał Archimedesa nad morskim brzegiem, przeszkadzając w kreśleniu figur i rozmyślaniu o matematycznych diagramach. We Lwowie rozkaz musiał być inny. Podobno wydał go generalny gubernator Hans Frank pomny „zamieszania” po wysłaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego „tylko” do obozów koncentracyjnych. Wygodniej zabić na miejscu.

Morderstwo z 3 na 4 lipca 1941 roku, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach.

Dziś o prześladowaniu krakowskich profesorów jest komu opowiadać potomnym. Szczęście, że dzieje się to instytucjonalnie w jagiellońskiej Alma Mater, która wspomina uczonych nie tylko przy okazji rocznicy tzw. Sonderaktion Krakau. Ich los stanowi część pamięci uniwersytetu, która tworzy jego tożsamość.

Nie tak samo jest w przypadku profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nikt też z nich nie wrócił (jeśli pominąć jednego z „zatrzymanych” lipcowej nocy). Ci jednak, którzy wspominają ofiarę ich życia: we Wrocławiu, w Lublinie, jak Polska długa i szeroka oraz w dzisiejszym Lwowie, widzą w tym symbol mówiący o wielkości nauki, o „zagrożeniach” wynikających z jej uprawiania, o sile i potędze myśli, o mocy sprawczej i odnowicielskiej, której obawiają się wrogowie. Ludzie przecież ginęli z ręki Niemców, bo byli uczonymi i tylko za to, że byli uczonymi. Zastrzeleni nocą byli Polakami, jak wielu innych naszych Rodaków, pozabijanych w XX wieku często właśnie tylko dlatego, że byli Polakami. Kaźń profesorów to jednak symbol uniwersalny, ważny dla każdego, kto ceni rozum. Ostrzeżenie. Umiłowanie prawdy i poszukiwania naukowe mogą sprowadzić wyrok śmierci. Ale i tak warto je prowadzić, jak Archimedes czy uczeni z Uniwersytetu Jana Kazimierza.

W zeszłym roku sugestywną okazję, aby o nich rocznicowo i nie rocznicowo wspomnieć dał Instytut Pamięci Narodowej. Rocznicowo, bo w 2016 roku minęło 75 lat jak siły bezpieczeństwa III Rzeszy pozbawiły życia polskich profesorów we Lwowie. Nie rocznicowo, gdyż IPN przygotował piękną wystawę do przedstawiania na ulicach i placach, którą 30 sierpnia pokazano na Esplanadzie Solidarności przed gmachem Parlamentu Europejskiego w Brukseli. Potem we wrześniu pojawiła się we Wrocławiu przed Bazyliką św. Elżbiety, aby następnie zawitać w Krakowie: w listopadzie przed Ignatianum, a w pierwszych tygodniach grudnia na pl. Szczepańskim.

1-27473

Ekspozycję „Kaźń profesorów lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941” mogło ze zrozumieniem obejrzeć wielu, gdyż opisy przygotowano równolegle po polsku, niemiecku, ukraińsku i angielsku. Na zakończenie odbyła się 16 grudnia w Collegium Maius sesja o tytule „Sprawa mordu na profesorach lwowskich nadal jest otwarta”. Inspirowana była zakończeniem pamiętników Karoliny Lanckorońskiej. Brakuje słów wdzięczności dla Uniwersytetu Jagiellońskiego za uczczenie ich pamięci: jak od dawna tablicą na półpiętrze Collegium Novum, tak teraz spotkaniem, zorganizowanym przez prof. Andrzeja A. Ziębę, pana Macieja Wojciechowskiego i dyrektora Collegium Maius prof. Krzysztofa Stopkę. Z kilku powodów ucieszyło mnie zaproszenie do znakomitego kręgu strażników pamięci, którzy mieli podzielić się wtedy refleksjami. Wspomnienie kaźni na Wzgórzach Wuleckich zdaje się wyzwaniem dla każdego. Mnie przyszło się na nią zastanowić jako księdzu, jako osobie noszącej nazwisko aż czterech ofiar i jako profesorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Cieszy, że spotkanie w Krakowie, gdzie serca otwarte i trwa pamięć nie tylko o własnych profesorach. W ich zresztą gronie został aresztowany w Sonderaktion członek naszej rodziny – historyk prawa i były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Stanisław Estreicher. Mogę napisać wuj, gdyż jego żona Helena z domu Longchamps de Bérier była najstarszą siostrą mego pradziadka Bogusława („ochrzczonego na szablach powstańczych”). Wuj nie wrócił – zmarł w Sachsenhausen 28 grudnia 1939 roku. Ona, piękna i kochająca szybko podążyła za nim, odchodząc 14 marca 1940 roku.

Czterech Longchamps de Bérier: Bronisław, Zygmunt, Kazimierz – synowie Romana. Ojciec profesor prawa cywilnego i rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza w Lwowie. Tragedia rodzinna, dlatego bliska i bardziej dotkliwa, choć inni pewnie mieli straszniejsze: więcej ludzi lub okrutniej zginęło. Nie mnie o tym pisać. Trzeba spytać stryja Jana, którego jako trzynastolatka zostawiono z matką. Ja zastanawiam się głośno, co wyjątkowego było w kaźni profesorów lwowskich? Tak wiele za nami rozważań o zbrodni, zbrodniarzach, winie, braku odpowiedzialności, białych plamach.

Sporo, choć nie wszystko wiemy o lipcowej nocy 1941 roku. Morderstwo nie zakończyło dla nazistów sprawy polskich profesorów. Nie bez znaczenia symbolicznego było to, co zdarzyło się z nimi później. W 1943 roku zbliżał się front. O tym w książce „Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941” prof. Zygmunta Alberta, szczególnego strażnika pamięci: „Ekshumowane zwłoki rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów i ich współtowarzyszy przewieziono bezzwłocznie na Lasu Krzywczyckiego i następnego dnia, tj. 9 października, dorzucono je do kilkuset innych trupów i spalono wspólnie na olbrzymim stosie. Zachowane resztki kości zmielono w żwirowym młynie i wraz z popiołami rozrzucono w okolicznym lesie”. Zabity, spalony, a prochy rozsypane – tylko dlatego, że był profesorem. Pozostał pył na wietrze.

Zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Co jednak uderza – zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. O każdym z rozstrzelanych profesorów daje się wiele powiedzieć, bo mieli piękny dorobek życiowy. Łatwiej się o nich pamięta przez dzieła, jakie zostawili. Wszelako nie wszyscy z zamordowanych byli profesorami, za to wszyscy byli równi w śmierci. Wśród ofiar znalazły się żony – panie Grekowa, Ostrowska, Ruffowa, synowie – Jerzy Nowicki, Andrzej Progulski, Adam Ruff, Józef Weigel, Eustachy i Emanuel Stożkowie, nasi Bronisław, Zygmunt i Kazimierz. I Adam Mięsowicz, wnuk prof. Sołowija. Oni także bez miejsca pochówku; rozsypani w Lesie koło Krzywczyc.

Profesorowie zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. Tylko dlatego, że ich zastano w domach polskich uczonych.

Kiedyś wnosiłem o otwarcie nowego wykładu na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zdziwienie wzbudził tytuł – „Reflektorem w mrok. Prawo rzymskie o współczesnym”. Sugerowano zmianę i należało w radzie wydziału z niego wytłumaczyć. Przy tej okazji – ale potem też wielokroć od studentów – padało pytanie: dlaczego „reflektorem w mrok”? Mało kto dał się zbyć odpowiedzią, że to po prostu dobrze brzmi. Przecież wiedzieli, że wyrażenie kojarzy się z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, krytykiem i tłumaczem francuskiej literatury. Powszechnie wiadomo o jego wyraziście nie-kościelnych poglądach, a tu ksiądz proponuje taki tytuł…? Proponowałem i proponuję między innymi po to, aby przypomnieć człowieka, który zginął razem z profesorami lwowskimi zabrany z domu prof. Jana Greka. Razem w śmierci, każdy zatem bliski nam, którzy pamiętamy. Patrzyłem na moją radę wydziału – polskich profesorów w Krakowie: „nie mam dzieci, ale wielu ze słuchających mnie ma córki, synów, a nawet wnuki. Proszę pomyśleć, że zostają zamordowane tylko dlatego, że są dziećmi, wnukami polskich profesorów”. Pamięć należy się nie tylko profesorom, lecz i tym, co zginęli z nimi. A zginęli dlatego, że ich zastano w w domach polskich uczonych.

W Księdze Życia zapisano każde imię i po zostaniemy wezwani na Sądzie. Tak tedy rozsypywanie prochów po lasach było głęboko niechrześcijańskie. A skoro o tym mowa: jako księdzu miło mi, że w gronie zabranych z lwowskimi profesorami znalazł się dwudziestodziewięcioletni wykładowca biblistyki ksiądz Władysław Komornicki. Zanim zginął, miał szansę zaopiekować się duchowo zwieziony na Wzgórza Wuleckie. Przecież pozostała jeszcze chwila, sporo czasu na pojednanie się z Bogiem. Zawsze pozostaje wybór, choćby droga wiodła na szafot: nie przebaczyć czy przebaczyć?

1-27469
1-27471
Zrzut ekranu 2017-02-04 (godz. 11.52.14)

Fot. Wystawa „Kaźń profesorów lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941” – Wrocław, wrzesień 2011, IPN [LINK].

Po sześćdziesięciu latach

W trybie większego przypisu: skoro o profesorach zawsze daje się powiedzieć więcej, przedkładam mój wstęp do sławnego, klasycznego i do dziś ciągle powoływanego podręcznika prof. Romana Longchamps de Bérier pt. „Polskie prawo cywilne. Zobowiązania”. Do ponownego ogłoszenia drukiem na podstawie wydania drugiego z 1939 roku doszło w Poznaniu w 1999 roku. Zatem „Po sześćdziesięciu latach” – i taki był tytuł wstępu:

Wielkiego dzieła podjęli się Polacy, gdy po z górą wieku niewoli rozpoczęli odbudowę państwowości. Nie chodziło tylko o wskrzeszenie Polski, jako o akt sprawiedliwości dziejowej. Trzeba było od podstaw stworzyć nowoczesne państwo. Wymagało to większego wysiłku niż ten, przed jakim stanęliśmy po przełomie roku 1989. Podobnie jak dziś, prawo miało wtedy szczególną rolę do odegrania w budowie Rzeczypospolitej. Jednak ówczesna sytuacja wydawała się znacznie trudniejsza. W samej tylko sferze prawa prywatnego w różnych częściach kraju obowiązywały odmienne, obce regulacje: kodeks cywilny austriacki, kodeks cywilny niemiecki, kodeks Napoleona, zwód praw, a na Spiszu i Orawie prawo węgierskie. W pierwszym rzędzie należało więc zadbać o ujednolicenie prawa, aby mogło stać się skutecznym instrumentem nie tylko tworzenia państwa, ale i zaprowadzania w nim trwałego ładu. Choć stworzenie polskich unormowań stanowiło poważne wyzwanie, prawnicy tamatych czasów byli do tego chyba lepiej niż my przygotowani. Studiowali na najlepszych europejskich uniwersytetach. Znali doskonale zarówno w teorii, jak i w praktyce prawo kilku państw, przodujących w świecie pod względem nowoczesności unormowań. Mogli tedy z pełną świadomością skutków wybierać najlepsze rozwiązania normatywne. W powołanej w 1919 roku Komisji Kodyfikacyjnej zasiedli najwybitniejsi znawcy prawa. Łącząc swą wiedzę i umiejętności stworzyli zespół, któremu do dziś trudno znaleźć równy. Pracowali solidnie, systematycznie i bez pośpiechu. Stąd rozpoczęte w początku lat dwudziestych prace nad kodeksem zobowiązań, ukończyli dopiero w 1933 roku. Dzięki temu jednak stał się on najwybitniejszym osiągnięciem polskiej myśli prawniczej w XX wieku.

Kluczową rolę w tworzeniu kodeksu zobowiązań odegrał Roman Longchamps de Bérier. Do udziału w pracach kodyfikacyjnych zachęcił go prof. Ernest Till. Już od 1922 roku jako członek lwowskiego komitetu, brał Profesor Roman udział w obradach nad przygotowanym przez E. Tilla projektem części ogólnej prawa zobowiązań. Potem wspólnie już opracowali projekt części szczegółowej[1], zaś po śmierci E. Tilla w 1926 roku, Profesor Roman przejął cały ciężar prac, będąc głównym referentem tej dziedziny prawa cywilnego w Komisji Kodyfikacyjnej[2]. Uczestniczył oczywiście także w przygotowywaniu jednolitego polskiego prawa rodzinnego, autorskiego, handlowego i morskiego, jednak kodyfikacja i wykładnia prawa zobowiązań stanowiły główne pole jego działalności. Jak się miało później okazać, stały się one najważniejszym dziełem jego przedwcześnie przerwanego życia. Prawu zobowiązań poświęcił liczne prace, wśród których poczesne miejsce zajmuje Uzasadnienie projektu kodeksu zobowiązań z uwzględnieniem ostatecznego tekstu wydane w Warszawie: tom I w 1936, a tom II w 1937 roku[3].

Jednak najwybitniejszym osiągnięciem Profesora Romana są Zobowiązania[4]. Zaplanowano je jako drugi tom systematycznego podręcznika Polskie prawo cywilne, którego pozostałe części miały wychodzić w miarę postępów prac kodyfikacyjnych. Do wybuchu wojny ukazał się jeszcze tylko tom VI – Kazimierza Przybyłowskiego Prawo prywatne międzynarodowe[5]. Pierwsze wydanie Zobowiązań drukowano w pięciu zeszytach w latach 1934-1938. Po uzupełnieniu i drobnych poprawkach drugie wydanie ukazało się w roku następnym i jako najpełniejsze, a przy tym w pełni oryginalne, jest podstawą niniejszego wznowienia. Trzecie wydanie opracował w 1948 roku w Poznaniu prof. Józef Górski, który wprowadził szereg uzupełnienień, ale i pominął pewne ustępy, aby dostosować podręcznik do stanu prawnego w dniu 1 stycznia 1948. Mając przed oczyma ujednolicone już przepisy prawa cywilnego, zastąpił uchylone normy obowiązującymi, a w szeregu przypadków, np. w rozważaniach dotyczących najmu czy umowy o pracę, przedstawił też najważniejsze postanowienia nowych regulacji.

Podręcznik Romana Longchamps de Bérier pojawił się bezpośrednio po ogłoszeniu polskiego prawa obligacyjnego[6] i był oparty o wygłoszone wykłady uniwersyteckie. Obie okoliczności wydatnie wpłynęły na charakter dzieła. W Zobowiązaniach nie chodziło bowiem o szczegółowy komentarz do poszczególnych artykułów kodeksu zobowiązań, lecz o systematyczne przedstawienie zasad nowego prawa. Nie uwzględniono orzecznictwa ani literatury, które były wówczas bardzo skromne. Kontekst prawnoporównawczy ograniczano do praw obowiązujących w danej materii w Polsce przed 1 lipca 1934. Pojawiał się zresztą tylko dla wyjaśnienia stanowiska nowego prawa w kwestiach zasadniczych. Autor zastrzegł też sobie prawo do pominięcia rozważań teoretycznych nad zagadnieniami spornymi w literaturze prawa cywilnego[7].

Już w momencie wydania, Zobowiązania zostały zaliczone do klasyki przedmiotu[8]. Zawierały bowiem nie tylko autorytatywny wykład głównego referenta kodeksu. Przedstawiały całość doktryny, nie stroniąc od wszelkich odcieni i subtelności myśli prawniczej. Stanowiły nadto doskonały pod każdym względem podręcznik. Zmarły niedawno badacz prawa rzymskiego prof. Jan Kodrębski pisał: „Erudycja autora, równie kompetentnego w czterech prawach obowiązujących na ziemiach polskich, jak i we współczesnych mu prawach zachodnioeuropejskich i tamtejszej literaturze prawniczej, wiąże się tu z wielkim talentem konstrukcji prawnej, mistrzostwem dydaktycznym i precyzyjną, elegancką formą… Dzieło Romana Longchamps znakomicie uwydatnia romanistyczny podkład współczesnych zobowiązań i – będąc wykładem współczesnego prawa – może równocześnie służyć jako największy polski podręcznik rzymskiego prawa zobowiązaniowego. Traktat Romana Longchamps jest też wzorem znakomitej formy prawniczego pisania”[9]. Ta ze wszech miar wybitna książka, cytowana we wszystkich liczących się pracach cywilistycznych, trafia ponownie do rąk czytelników dzięki entuzjazmowi prof. Władysława Rozwadowskiego oraz zgodzie syna Autora Zobowiązań – Jana Longchamps de Bérier.

Być może pisanie do niej wstępu nie powinno przypaść komuś, kto w swych skromnych poszukiwaniach naukowych próbuje poprzez prawo rzymskie i historię prawa zgłębiać czym jest prawo, jakie rządzą nim prawidłowości. Po pierwsze jednak, Zobowiązania należałoby poddać analizie, która umożliwiłaby kompleksowe wprowadzenie w zagadnienia w nich przedstawiane. Pozwoliłaby też na osadzenie wielu z przewijających się tam wątków w całym kontekście, uwzględniającym również późniejszy rozwój doktryny. Po wtóre zaś, na uważne studia i pełniejsze opracowanie zasługuje cały dorobek Romana Longchamps de Bérier. Tymczasem Profesor doczekał się dotąd tylko kilku wspomnień[10], zaś reakcji na jego poglądy naukowe należałoby szukać w szczegółowych rozważaniach całej polskiej cywilistyki. Niestety, nikt nie podjął się jeszcze ani jednego, ani drugiego. Prawda, że to zadania trudne, lecz wybitnych prawników dzisiaj nie brakuje. Ponadto dzieło Profesora Romana nie pozostało poza granicami III Rzeczypospolitej, jak miejsce jego kaźni. Przeciwnie, wpisało się na trwałe w polski porządek prawny. Przetrwało nawet ciemną noc bezprawia. Skoro jednak zaszczyt skreślenia kilku słów wprowadzenia do wznawianych Zobowiązań przypadł prawnukowi stryjecznego brata Autora, trudno aby nie zarysował sylwetki wielkiego uczonego.

Pochodził Roman Longchamps de Bérier z osiadłej w Polsce hugenockiej rodziny francuskiej, która emigrowała po odwołaniu przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego w 1685 roku. Już pierwszy Longchamps przeszedł na katolicyzm, a jego syn Franciszek (zmarły w 1784 roku) był kapitanem gwardii królewskiej w czasach saskich i uzyskał zatwierdzenie szlachectwa[11]. W rodzinnym archiwum zachowały się dwa dokumenty podpisane w roku 1753 i 1760 przez Augusta III, przyznające mu serwitoriat, czyli przywilej kupiecki wyjmujący spod prawa i władzy miasta Lwowa, zwalniający z podatków i ograniczeń celnych oraz oddający pod jurysdykcję marszałka wielkiego koronnego. Zachowały się też druki urzędowe, na których Franciszek podpisał się jako prezydent Lwowa[12]. Jego syn Jan (1762-1834) służył w Legionach Dąbrowskiego[13], a w 1807 roku został kapitanem w I Regimencie Huzarów Polskich[14]. Synowie jego brata Aleksandra (1766-1810), bliźniacy Wincenty (1808-1881) i Bogusław (1808-1888), przerwali studia w Wiedniu na wieść o powstaniu listopadowym, w którym niezwłocznie wzięli udział. Wincenty był potem jeszcze powstańcem 1846 roku, zaś syn Bogusława – Franciszek (1840-1915), a stryj Romana, powstańcem 1863 roku[15].

W rodzinie nie brakowało nigdy prawników i lekarzy. Wincenty rozpoczął w Wiedniu studia prawnicze, które po upadku powstania ukończył w Pradze. Również jego bratanek Franciszek studiował prawo. Rodzony brat Romana Andrzej został sędzią Najwyższego Trybunału Administracyjnego w Warszawie, zaś stryjeczny brat, ochrzczony na szablach powstańczych Bogusław Karol (1884-1947) był znanym lwowskim adwokatem. Natomiast lwowskim lekarzem był już ojciec bliźniaków – Aleksander. Medycynę studiował również jego syn Bogusław, dziadek Romana, który praktykował w Lesku, by osiąść później we Lwowie, gdzie został nawet lekarzem miejskim. Jego syn Bronisław, ojciec Romana, był wojskowym lekarzem w randze generała austriackiej armii[16].

Roman Józef Longchamps de Bérier urodził się 9 sierpnia 1883 we Lwowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia na Wydziale Prawa Lwowskiego Uniwersytetu. Stopień doktora praw uzyskał w 1906 roku, a od 2 lutego tego roku pracował w Prokuratorii Skarbu, potem w lwowskim oddziale Prokuratorii Generalnej RP. Trwało to do 30 kwietnia 1920, kiedy podjął obowiązki profesorskie w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie: najpierw jako profesor nadzwyczajny, a od 1 sierpnia 1922 już jako profesor zwyczajny[17].

Pracy naukowej poświęcał się odkąd ukończył studia, zawsze pod troskliwym okiem swego mistrza prof. E. Tilla. W roku akademickim 1907/1908 studiował w Berlinie u profesorów Thodora Kippa i Josepha Kohlera[18]. Wkrótce przedłożył monograficzne Studya nad istotą osoby prawniczej[19] oraz zestawił polską bibliografię prawniczą za lata 1911-1912[20]. Przygotował szereg prac poświęconych zagadnieniom związanym z rękojmią[21], a wkrótce światło dzienne ujrzała rozprawa habilitacyjna pt. Rękojmia z powodu wad i braków a obowiązek świadczenia – Studyum z austyackiego prawa cywilnego[22]. „Bronił w niej poglądu, że chodzi tu o odrębny rodzaj odpowiedzialności, który różni się od odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązań zarówno podstawą, jak warunkami (niezależność od winy) i skutkami (odszkodowanie w granicach ujemnego interesu)”[23].

Prócz nauczania w katedrze prawa cywilnego, od 1920 roku aż do wybuchu wojny prowadził wykłady na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W związku z nimi przygotował podręcznik Wstęp do nauki prawa cywilnego ze szczególnym uwzględnieniem kodeksów obowiązujących w b. Królestwie Kongresowym, Małopolsce i W. Ks. Poznańskim[24]. „Jest to znakomite dzieło, które do dziś dnia zachowało swoją wartość jako najpełniejsze wprowadzenie do historii prawa cywilnego ziem polskich XIX i początków XX wieku, a równocześnie swą precyzją i zwięzłością korzystnie odbiegające od współczesnego odpowiednika”[25]. Choć przedstawiał w nim aktualny stan prawny, nie przestawał wskazywać na korzyści z unifikacji prawa, jakie przyniesie opracowanie polskiego kodeksu cywilnego. Podobnie, po opracowaniu kodeksu zobowiązań marzył, że posłuży on jako projekt dla wspólnej, europejskiej regulacji, którą proponował rozpocząć od przyjęcia jednakowych unormowań w Polsce, Czechosłowacji i Jugosławii. Wiedziony tą myślą współorganizował I zjazd prawników państw słowiańskich w Bratysławie w 1933 roku, gdzie wygłosił referat główny[26].

Do współpracy międzynarodowej przywiązywał zresztą ogromną wagę. Oprócz działań wśród prawników państw słowiańskich, brał udział w kongresach prawa porównawczego w Hadze w 1932 i w 1937 roku, publikował w niemieckich i francuskich czasopismach i dziełach zbiorowych. Przygotował prawnicze porozumienie polsko-francuskie i przewodniczył polskiej grupie działającej w jego ramach.

Profesor nie stronił od angażowania się w pracę na rzecz wspólnoty akademickiej. Wielokrotnie pełnił funkcję dziekana Wydziału Prawa UJK: w latach 1923/1924, 1929/1930, 1930/1931 i 1931/1932. Prorektorem był od 1934 aż do 1938 roku, a w roku następnym wybrano go rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Godność tę obejmował 1 września 1939[27].

Od 1920 roku brał udział w pracach Polskiego Towarzystwa Naukowego we Lwowie. Przez 32 lata działał w lwowskim Towarzystwie Prawniczym. W 1931 roku został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności. Wiele wysiłków poświęcił pracy w Przeglądzie Prawa i Administracji. W 1939 roku wszedł do komitetu redakcyjnego Orzecznictwa Sądów Polskich. Od 1936 roku był członkiem Trybunału Kompetencyjnego. Za zasługi w pracy nad kodeksem zobowiązań wyróżniono go w 1934 roku krzyżem komandorskim orderu Odrodzenia Polski. Natomiast za rozwijanie prawniczej współpracy polsko-francuskiej otrzymał Legię Honorową[28].

Roman Longchamps de Bérier pozostał w pamięci potomnych nie tylko jako wybitny uczony. Uosabiał to, co w jego rodzinie ceniono najbardziej: był dobrym człowiekiem. Kazimierz Przybyłowski bardzo pięknie i prawdziwie ujął ten profil wielkości Autora Zobowiązań:

„Cechowała go wielostronność zainteresowań i upodobań. Uprawiał sport. Miłośnik muzyki – poświęcał jej niejedną chwilę. W życiu towarzyskim chętnie brał udział. W czasie letnich ferii lubił pobyt na wsi w Hatowicach. Najlepiej czuł się w umiłowanym gronie rodzinnym (żona Aniela ze Strzeleckich i czterej synowie). Był pełen dobroci i pogody ducha, łagodny i wyrozumiały. Łatwo wybaczał urazy i innych do tego skłaniał, łagodził nieporozumienia, czuwając jak dobry duch opiekuńczy nad koleżeńskimi stosunkami na Uniwersytecie. Cechował go pogodny humor bez cienia złośliwości. Obce mu były wszelkie przejawy zawiści. Nie powodował się ambicją. Z natury optymista, skłonny dopatrywać się wszędzie raczej dobrych stron, w taki właśnie sposób odnosił się do otoczenia. Toteż daleki był od nieufności i podejrzliwości, z drugiej strony jednak nie był łatwowierny, szybko i trafnie orientował się w ludziach. Obowiązki swe traktował poważnie i wypełniał gorliwie; niezwykle pracowity i sumienny, nie znosił powierzchownej roboty. Postępował zgodnie z tym, co mu dyktowało sumienie, nie oglądając się na opinię. W obejściu łatwy i zazwyczaj życzliwie uśmiechnięty – odznaczał się niezwykle ujmującą wytwornością, która przejawiała się w każdym słowie i ruchu, a świadczyła o wysokiej kulturze osobistej. W słowach raczej powściągliwy, w zachowaniu się zawsze idealnie opanowany – był uosobieniem rozumnego umiaru, który zawsze i we wszystkim wysoko cenił. Ten styl życiowy narzucał mimowoli każdemu, kto z nim przestawał[29]„.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa uważał za swój obowiązek pozostać na Uniwersytecie. Nie będąc oczywiście rektorem, na Wydziale Prawa Radzieckiego wykładał prawo zobowiązań i prawo obligacyjne państw zachodnioeuropejskich[30]. Późnym wieczorem 3 lipca 1941, parę dni po wejściu Niemców, został aresztowany wraz z trzema synami: Bronisławem, lat 25 i Zygmuntem, lat 23 – absolwentami Politechniki Lwowskiej oraz Kaziemierzem, osiemnastoletnim maturzystą. Moment ten relacjonował Zygmunt Albert: „Wtargnąwszy do domu prof. Longchamps de Bérier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swych najbliższych”[31]. Aresztowania udało się uniknąć tylko najmłodszemu Janowi. Tej nocy zabrano też innych profesorów Uniwersytetu i Politechniki, niejednokrotnie z członkami rodzin lub osobami zastanymi w ich domach. Rozstrzelano ich jeszcze tej samej nocy, 4 lipca około 4.00 nad ranem. Na Wzgórzach Wuleckich zginęło wtedy 40 osób. Pochowano je w miejscu stracenia. Jednak 9 października 1943, najwyraźniej dla zatarcia śladów zbrodni, ich doczesne szczątki ekshumowano i kremowano w Lesie Krzywczyckim, rozrzucając po nim popioły[32]. Ogromna widać bywa cena naukowej wielkości polskiego uczonego.

Śmierć lwowskich profesorów budzi nieutulony żal. Milczenie wokół złożonej przez nich ofiary zastanawia i przeraża. Cóż, na zapomnienie skazano po wojnie całą polską obecność we Lwowie. Na pomniku wzniesionym przez Międzyuczelniany Komitet Uczczenia Pamięci Lwowskich Pracowników Nauki w 1964 roku we Wrocławiu władze nakazały umieścić napis głoszący, że upamiętnia wszystkich polskich uczonych zabitych i zmarłych podczas okupacji. Tablicę z nazwiskami lwowskich profesorów wmurowano natomiast w 25. rocznicę śmierci w krakowskim kościele oo. Franciszkanów. Jednak dopiero sierpniowy zryw Solidarności dał szansę oddania im należytego hołdu i odsłonięcia we Wrocławiu trzech okolicznościowych tablic (w tym przy pomniku). Także we Lwowie próbowano uczcić pamięć pomordowanych profesorów. Na stoku Wzgórz Wuleckich rozpoczęto w 1956 roku budowę pomnika. Stanęły rusztowania i wyłoniły się jego kontury, ale wkrótce prac zaprzestano: ślady usunięto, a teren wyrównano[33]. Nic to jednak, bo najokazalszym, choć niedokończonym pomnikiem pozostało dzieło ich życia. To właśnie Zobowiązania stanowią najwspanialsze, trwałe epitafium Romana Longchamps de Bérier. O pięknie i doskonałości tego monumentu myśli prawniczej przekonuje się każdy, kto pochyla się nad jego stronicami. Im bardziej wgłębia się w lekturę, tym silniej rośnie w nim przekonanie, że Profesor mógłby powtórzyć za starożytnym wieszczem: Exegi monumentum aere perennius… non omnis moriar, multaque pars mei…[34]

Na zakończenie pozostaje zasadnicze pytanie. Co sprawia, że po sześćdziesięciu latach dochodzi do wznowienia książki poświęconej prawu? Nowoczesne, dobrze działające wydawnictwo z pewnością nie kieruje się chęcią uzupełnienie zniszczonych zbiorów archiwalnych. Prawda, że dzieło Romana Longchamps de Bérier może być wzorem dla wszystkich piszących podręczniki prawnicze. Jednak jak ostrzeżenie brzmią słowa pewnego pruskiego prokuratora z czasów Wiosny Ludów: „trzy słowa poprawki do ustawy, a całe biblioteki idą na makulaturę”[35]. A przecież w ciągu sześćdziesięciu lat przez nasze prawo więcej zmian się przetoczyło. Zastanawia przeto, że stan prawny przedstawiony w Zobowiązaniach jest stale dość aktualny. Na szczęście, inaczej niż w wielu innych krajach tzw. demokracji ludowej, przejęto z niewielkimi zmianami przedwojenną regulację prawa obligacyjnego. Czy sekret tkwi wszelako tylko w utrzymaniu jej pozytywną wolą ustawodawcy?

Wznowienie dzieła prawniczego nie jest zjawiskiem niespotykanym, także w rodzinie Longchamps de Bérier. W 1949 roku nakazano zniszczenie całego nakładu rozprawy habilitacyjnej Profesora Franciszka (1912-1969) pt. Założenia nauki administracji[36]. Wydaje się, że ograniczenie prawa do woli ustawodawcy oraz obawa przed podważeniem jej niepodzielnego panowania, stały u podstaw zakazu uprawiania nauki administracji, a wkrótce również filozofii prawa – w zasadzie aż do 1989 roku. Jednak Założenia wydano ponownie w 1991 roku, a potem znów w 1994 roku[37] – po przeszło dwudziestu latach od śmierci Autora. Najwyraźniej w prawie, w jego konkretnych unormowaniach jest coś więcej niż tylko pozytywna wola skłanienia do konkretnych zachowań. Można chyba wskazać na swoistą ponadczasowość prawa, warunkowaną pragmatyzmem i użytecznością rozwiązań oraz otwarciem na zmieniające się potrzeby obrotu. Niezmienne prawidłowości prawne ujawniają się przecież w naturze regulowanych stosunków. Ustawodawcy odkrywają je i przyjmują w wybranej przez siebie formie, choć podlegają im nawet wówczas, gdy nie są ich świadomi czy wręcz je odrzucają. Warto przeczytać dziś Zobowiązania również pod tym kątem.

Franciszek Longchamps de Bérier

[1])  Por. E. Till – R. Longchamps de Berier, Polskie prawo zobowiązań, Lwów 1928. [2])  Prace nad kodeksem zobowiązań opisuje sam R. Longchamps de Berier, Zobowiązania, wyd. 2, Lwów 1939, str. 1-3. [3])  K. Przybyłowski, ś. p. Roman Longchamps, Państwo i Prawo, 1947, Zesz. 5-6, str. 64-68, ; Tenże, Longchamps (Longchamps de Berier) Roman Józef (1883-1941), Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 543-544. [4])  „Inaczej niż jego koledzy z innych wydziałów, czasem nawet ku ich zgorszeniu, uważa prawnik pisanie podręcznika nie za rezygnację, ale za godne pochwały dopełnienie twórczości naukowej”. F. Longchamps de Berier, O prawniku w rzeczypospolitej nauk, Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego, 1958, Seria A, Nr 15, str. 10. [5])  Lwów 1935. [6])  Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej kodeks zobowiązań z dnia 27 października 1933 poz. 598 Dz. U. [7])  Zobowiązania, Zesz. 1, Lwów 1934, Przedmowa. [8])  Por. Zobowiązania, wyd. 3, Poznań 1948, Przedmowa J. Górskiego. [9])  J. Kodrębski, Roman Longchamps de Berier, w: Lwowskie środowisko naukowe w latach 1939-1945. O Jakubie Karolu Parnasie, wyd. 4, red. I. Stasiewicz-Jasiukowa, Warszawa 1993, str. 120-126, 125. [10])  Oprócz cytowanych w przyp. 3: J. Fedynskyj, Prominent Polish Legal Scholars of the Last One Hundred Years, w: J. W. Wagner, Polish Law Throughout the Ages, Stanford, California 1970, str. 469-473; W. Wojtkiewicz-Rok, Sylwetki uczonych polskich pomordowanych we Lwowie w lipcu 1941 r., w: Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941, Studia oraz relacje i dokumenty zebr. i oprac. przez Z. Alberta, Wrocław 1989, str. 359; T. Giaro, .Longchamps de Berier, Roman (1883-1941), w: Juristen. Ein biographisches Lexicon. Von der Antike bis zum 20. Jahrhundert, red. M. Stolleis, München 1995, str. 390. Ponadto ukazały się krótkie noty: A. Szpunar, Prawo cywilne, w: A. Szpunar, K. Przybyłowski, W. Siedlecki, Nauka prawa prywatnego i procesowego w Polsce, Kraków 1948, str. 14; W. Bonusiak, Kto zabił profesorów lwowskich?, Rzeszów 1989, str. 90-91. [11])  B. Longchamps de Berier, Ochrzczony na szablach powstańczych… Wspomnienia (1884-1918), Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1983, str. 26. [12])  Dokumenty w posiadaniu Jana Longchamps de Berier. [13])  B. Longchamps de Berier, Ochrzczony…, str. 26. [14])  Kopia dokumentu w posiadaniu autora przedmowy. [15])  Por. Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 540-545. [16])  Tamże. [17])  Por. K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64; Tenże, Longchamps…, str. 543. [18])  Tamże. [19])  Przegląd Prawa i Administracji, 1910, 1911, 1912 i odbitka Lwów 1911. [20])  Polska bibliografia prawnicza 1911, 1912. Rejstr alfabetyczny, Lwów 1916. [21])  Por. np. R. Longchamps de Berier, Czy nabywca rzeczy wadliwej w rozumieniu § 922 nast. u. c. może domagać się jej naprawy z tytułu rękojmi?, Księga Pam. ku czci Orzechowicza, T. II, Lwów 1916, str. 1-9. [22])  Lwów 1916. [23])  K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64. [24])  Lublin 1922. [25])  J. Kodrębski, l. c., str. 123. [26])  Zjednoczenie prawa obligacyjnego w państwach słowiańskich, Przegląd Prawa i Administracji, 1933, str. 3-14, 9. [27])  K. Przybyłowski, ś. p…, str. 67. [28])  Tamże, str. 65-68. [29])  Tamże , str. 67. [30])  J. Fedynskyj, Prominent, str. 472; J. Kodrębski, l. c., str. 126. [31])  Z. Albert, Mord profesorów lwowskich w lipcu 1941 roku, w: Kaźń…, str. 40. [32])  Tamże, str. 37-62. [33])  Tamże, str. 65-66. [34])  Horacy, Pieśń III.30. [35])  Cytowane za F. Longchamps de Berier, O prawniku…, str. 10. [36])  Wrocław 1949. Por. K. Jonca, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego 1945-1995, Wrocław 1996, str. 31. [37])  Wyd. 1, Wrocław 1991; wyd. 2, Wrocław 1994.

Ci mają problemy! Całkiem jak nasze. Friday Funnies: For Your Own Good

Friday Funnies: For Your Own Good

„I’m from the government, and I’m here to help”

ROBERT W MALONE MD, MS APR 12
 
READ IN APP
 

EPA’s new emissions standards for heavy-duty trucks will effectively require that electric semi-trucks make up an increasing share of manufacturer sales from 2027 through 2032, similar to its recent rule for passenger cars. The difference is that the truck mandate is even more costly and fanciful.

EVs make up less than 1% of U.S. heavy-duty truck sales, and nearly all are in California, which heavily subsidizes and mandates their purchase. EPA’s rule will require electric models to account for 60% of new urban delivery trucks and 25% of long-haul tractor sales by 2032 (WSJ).

This EV truck mandate on manufacturers is not feasible. EV big rigs and commercial vehicles will need to make more stops for charging, will not be able to carry heavy weights and there are no charging stations available for commercial vehicles. This will drive up the cost of goods throughout the USA, as well as making farm, manufacturing more expensive – which equals less demand for product. 

At this time, there is not even a single long-haul tractor truck on the market, and yet 25% of them are now supposed to be EVS?

Biden officials who have pushed these new mandates are well aware of damage they are doing, but believe that in the name of “climate change” it is justified. This will reduce the American standard of living and limit economic growth. Weaponizing government agencies to push activist agendas is especially detrimental to the American political system and must stop.









The issue of bribing students just prior to the election is real.

The Administration is essentially turning college into an open-ended, taxpayer-financed entitlement by canceling loans on the installment plan. It even boasts that it has already “approved $146 billion in student debt relief for 4 million Americans through more than two dozen executive actions.” That’s $36,500 per borrower. It’s good to be the King.

The Supreme Court ruled last year that Mr. Biden’s cancelation of $10,000 to $20,000 per borrower exceeded his authority under the 2003 Heroes Act, which allows the executive to “modify” loan terms in an emergency. The Administration “modified” loans, Chief Justice John Roberts wrote, in the “same sense that ‘the French Revolution “modified” the status of the French nobility.’”

An Administration official said late Sunday its new plans “involve different considerations” and use “different legal authority.” It invokes the Higher Education Act, which lets the Education Secretary “compromise” or “waive” claims. The Administration says its new plan is targeted even as it boasts about its scale.

Mr. Biden’s new loan forgiveness is still illegal. The High Court stressed that student loan forgiveness is a major question that requires clear authorization from Congress. But Mr. Biden seems to believe he can jam the courts by automatically forgiving debt before a judge has time to stop him.

The White House says most borrowers won’t even have to apply for loan relief. Sometime before the November election, Mr. Biden will simply declare their debt forgiven. That means a future Congress and a President Trump might be unable to undo the lawless act. Where are the press scolds who warn about a President who threatens democracy?(From the WSJ).





Here is the link to the above essay.



Finally, one of the most inspirational horsemen of our time, Lorenzo!

For those that wish to watch more, here is his video archive page.

„O Grzegorz Braun !!! – przebój w sejmie. I w Unii…

Dzika impreza w Sejmie. Znany jest organizator poselskiego chóru [VIDEO]

12.04.2024 impreza-w-sejmie

Impreza w hotelu sejmowym.
Impreza w hotelu sejmowym. / foto: screen YouTube: Super Express

To Łukasz Mejza był gospodarzem słynnej imprezy, która postawiła na nogi Straż Marszałkowską i pół hotelu sejmowego – dodnosi se.pl – Pewnie do straży zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy – twierdzi poseł PiS-u.

Imprezę z udziałem młodych posłów PiS-u zakończyła w nocy ze środy na czwartek (z 10 kwietnia na 11 kwietnia) interwencja Straży Marszałkowskiej.

– Straż Marszałkowska niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o zaistniałym na terenie Domu Poselskiego zdarzeniu podjęła interwencję, która okazała się skuteczna – czytamy w oficjalnym piśmie z Kancelarii Sejmu.

To były dobre pozytywne emocje, z dobrymi pozytywnymi ludźmi. Staropolskim zwyczajem po prostu zaczęliśmy śpiewać, a ja grałem na gitarze. Cieszę się, że moje umiejętności artystyczne, instrumentalne, jak i wokalne zostały tak szeroko docenione – tłumaczy Mejza. – Pewnie zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy. Ze Strażą Marszałkowską odbyliśmy bardzo kulturalną rozmowę. Powiedzieli, żeby pamiętać o innych gościach w hotelu.

W skład wesołej sejmowego chóru wchodzili jeszcze między innymi: Kamil Bortniczuk i Dariusz Matecki. Posłowie śpiewali przeróbkę hitu Myslovitz pt. „Peggy Brown”.

W nowej wersji zespołu „Letni Chamski Podryw” bohaterem utworu jest Grzegorz Braun i jego historia gaszenia świec hanukowych w Sejmie za pomocą gaśnicy.