Studia i odkrycia rabinów. UE to decydujący etap w „boskim procesie”. Przygotowanie świata do Globalnej Unifikacji.
Każdy z nas będzie miał 2800 niewolników. Los gojów według NWO.
=============================
[Radzę skopiować na PENDRIVE. Nigdy nie łączyć z siecią. Internet w krytycznym momencie będzie wyłączony, niewłaściwe treści same zanikną. Przecież one nigdy nie istniały! To wymysły zapiekłych z nienawiści antysemitnikółw ! MD]
Compilation of rabbis enjoying the coming extermination of Non-Jews
Hervé Ryssen
Film, 36 min. Po francusku, napisy angielskie.
[CRIF – Związek Przedstawicieli Instytucji Żydowskich we Francji].
Hervé Ryssen, de son vrai nom Hervé Lalin, est un essayiste et militant nationaliste et négationniste français, proche des milieux de l’extrême droite radicale. [viki]
W naszych sercach, rodzinach, parafiach, szkołach i uczelniach, w środkach komunikacji społecznej, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku, miastach i wioskach, w całym Narodzie i Państwie Polskim – wszędzie tam miał nam królować Chrystus. To ślubowaliśmy w 1050. rocznicę Chrztu Polski. Ślubowali także i ci politycy, którzy dziś woleli zatrzasnąć drzwi przed przychodzącym na ten świat Chrystusem i zawrzeć pakt z samym Herodem, dając przyzwolenie na współczesną rzeź niewiniątek w procedurze in vitro.
Czy można było gorzej przygotować się na Boże Narodzenie 2023 roku?
Można, wszak apologeci antycywilizacji śmierci nie mogą doczekać się prawnego przyzwolenia na mordowanie nienarodzonych dzieci w łonach matek.
Można, bo parlamentarzyści i ministrowie krzywo patrzą na Krzyż Pana Jezusa w gmachu Sejmu i gotowi są „ukazem” – a nie tylko decyzją niektórych zarządców ministerialnych gabinetów – całkowicie usunąć znak Zbawczej Męki Pana Jezusa z miejsc publicznych.
Można, bo są tacy, co chcąc przypodobać się „postępowemu” światu, chcieliby już uderzyć w rodzinę, dając przyzwolenie na legalizację nieformalnych związków jednopłciowych, a w dalszej perspektywie pozwalając im na adopcję dzieci.
Można, bo ze szkół w praktyce – mimo ogromnych chęci – jeszcze nie wyrzucono lekcji Religii i Krzyża.
Można, gdyż edukatorzy spod znaku „tęczy” jeszcze nie zdołali dotrzeć do szkół, choć mają już wyraźny sygnał do startu.
Można było gorzej… Ale czy to stanowi dla nas jakieś pocieszenie?
Nie!
Co – jako Naród – zrobiliśmy z przyrzeczeniem złożonym Chrystusowi Królowi w 2016 roku? Gdzie jest ta Głowa Państwa, która te śluby składała w krakowskich Łagiewnikach i która na Jasnej Górze „ratowała” upadającą Hostię? Co robią dzisiaj ci politycy? Jeden z nich podpisuje herodowy wyrok na dzieci powstające w procedurze in vitro i zapala (nie od dziś zresztą) chanukowe świece, atrybut obcych Polakom, fałszywych wierzeń. Inni milczą albo właśnie „zmieniają zdanie”, by zyskać w sondażach.
A niby deklarują, że oczekują na czas Świąt Bożego Narodzenia…
W czym tacy ludzie różni są od tych, co oczekują na Mesjasza, ale zamykali drzwi przed brzemienną Maryją? Czymże różnią się tych co z gałązkami palmowymi witali Chrystusa wjeżdżającego do Jerozolimy, by chwilę później zawołać „ukrzyżuj”?
Ci, co Go dziś nie przyjęli, dobrze wiedzieli, że On przyjdzie… Ale wygodniej było tego „nie zauważyć”, pominąć. Dla własnych planów, kariery, interesów… W końcu na tle tych co Go bili i przybijali do Krzyża, albo tych co tylko trzasnęli drzwiami przed Świętą Rodziną będącą w potrzebie – jak im się wydaje – wypadają i tak lepiej. Ba, może i czasem uda się im kreować się na Jego obrońców… ale znów tylko po to, by się przypodobać tłumowi.
„Oto my, Polacy, stajemy przed Tobą wraz ze swymi władzami duchownymi i świeckimi, by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”…
Przypomnijcie coście wtedy na kolanach ślubowali!
Obietnice przygotowania innych niż in vitro rozwiązań, które będą akceptowalne dla katolików, nie są żadnym wytłumaczeniem ani usprawiedliwieniem dla akceptacji zła! Ludzi nie można mordować! W żaden sposób! Tak, nie można ich mordować nawet jeśli pięknie nazwiemy procedurę i ukryjemy jej prawdziwy obraz pod hasłem „nowe życie”.
Dość krwi Młodzianków! Ona – jak wtedy, gdy Herod w gniewie posłał swoich siepaczy z rozkazem wymordowania chłopców do lat dwóch – niesie tylko rozpacz i żal.
Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma”. (por. Mt 2,17-18)
„Wyznajemy wobec nieba i ziemi, że Twego królowania nam potrzeba. Wyznajemy, że Ty jeden masz do nas święte i nigdy nie wygasłe prawa. Dlatego z pokorą chyląc swe czoła przed Tobą, Królem Wszechświata, uznajemy Twe Panowanie nad Polską i całym naszym Narodem, żyjącym w Ojczyźnie i w świecie”.
Praktycznie dokładnie było w 2021 i 2022 kiedy pospolita grypa została zlikwidowana przez „nie grypę” o nazwie Covid.
——————————————————
Wirusa polio, powodującego rzekomą chorobę oczywiście nikt nigdy na oczy nie widział. Choroba o obecnym przebiegu była nieznana do mniej więcej 1860 – 70 roku.
Pierwsze, ciężkie przypadki zaczęły być obserwowane w krajach, gdzie zaczęła się rewolucja industrialna, szczególnie USA i Europie i gdzie zaczęto na polach stosować na dużą skalę silnie trujący pestycyd na bazie arsenu (zieleń paryska). Zamiast go wycofać zastąpiono go jeszcze bardziej trującym pestycydem na bazie ołowiu (arsen + ołów), a następnie wprowadzono do oprysku pól „króla trucizn”, czyli DDT.
Do pierwszej w historii epidemii choroby polio, jaką znamy teraz doszło dopiero w 1887 w Szwecji. Wcześniej w literaturze medycznej nie znajdzie się ani jednego ciężkiego przebiegu choroby polio. Zanim rozpoczęto na bezprecedensową skalę opryski pól pestycydami, polio miało łagodny przebieg i jego objawy samoistnie ustępowały.
I to tyle na temat rzekomo wirusowej przyczyny choroby polio, jaką znamy obecnie. Ta tzw. „szczepionka” zawiera formalinę, silnie żrącą, toksyczną substancję, zakwalifikowaną jako powodującą raka, mogącą silnie uszkodzić np. mózg, wątrobę, trzustkę, szpik kostny. Dodatkowo ta tzw. „szczepionka” zawiera silne antybiotyki, streptomycynę, neomycynę i polimyksynę. Produkowana jest z małpich, rakowych komórek, tzw. „Vero line”, co oznacza, że może zawierać jako zanieczyszczenie DNA małpy, co może spowodować raka i zabić osobę nawet po kilkudziesięciu latach od zastrzyku.
==========================
dr. Jerzy Jaśkowski:
To co przepisałeś nie jest odpowiedzią na pytanie „Jak likwidowano Polio”
Pisałem o tym 12 lat temu już „II Tom ABC Medycyny.” Po prostu w 1954 roku zmieniono definicję , urzędowo, Polio dawniej była: każde porażenie wiotkie…. nowa definicja:. Każde porażenie wiotkie , które trwa 30 dni. w czym problem. Podanie witaminy C domięśniowo lub dożylnie w dawcę 2-4 g w zależności od masy ciała. to porażenie mijało po 24-36 godzinach. Stąd spadek statystyczny
[Ja bym inaczej rozstawił te znaczenia, ale Autor „ma prawo” być krótkowzrocznym. M D]
Marszałek Sejmu RP Szymon Hołownia odpala świecę chanukową na chanukii, spoglądając w stronę rabinów. Po prawej stronie Prezydent RP Andrzej Duda. / Foto: screen YouTube/Kanał Polityczny
Nie milkną echa od zajścia z gaśnicą w polskim Sejmie, którego dokonał poseł Konfederacji Grzegorz Braun. To, co się stało właściwie po całym zajściu, przeraża i jest nieprawdopodobne, jednak pokazuje Polakom, kto jest kim.
Po zajściu z gaśnicą cały centrolew mało nie padł na pysk przed Żydami. Duda z Hołownią odwalili taki cyrk w Sejmie, że wątpię, by nawet w samym Izraelu były obchodzone te dziwaczne gusła. Można różnie oceniać to, czego dokonał Grzegorz Braun, ale na pewno pokazał prawdę, a tylko prawda jest ciekawa. Co zrobią z tym Polacy, to już ich problem?
Czas zrównać z ziemią to kondominium?
Po tym, co zobaczyłem 14 grudnia w Sejmie, śmiem twierdzić, że Polska to faktycznie jest „kondominium niemiecko-rosyjskie pod żydowskim zarządem powierniczym”. Strasznie smutny obraz upadku Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej. Ta czołobitność, ten nieprawdopodobny upadek wszystkich urzędów w Polsce jest niebywały. Za wszystkim stoi, jak widać, bardzo wpływowa sekta żydowska Chabad Lubawicz. Wróćmy jednak do tego, co się działo w polskim Sejmie, bo to nie był pierwszy raz.
Chanuka do synagogi, a nie do Sejmu RP
Sejm RP to nie jest miejsce, by odprawiać jakieś dziwne gusła. Jeśli ktoś chce sobie palić świece chanukowe, to od tego jest synagoga. Z drugiej strony zapraszanie do NASZEGO – Polaków – Pałacu Prezydenckiego antypolskiego „kłamcy Jedwabieńskiego” Schudricha to nieprawdopodobny skandal. Ten człowiek powinien być wydalony z Polski za swoją działalność przeciwko RP.
Jesteście zwykłymi antypolskimi zdrajcami i proszę mi tu nie wyjeżdżać z „antysemityzmem”, bo zrobiliście z niego, zdrajczykowie RP, zwykłą „propagandową pałkę”, którą smagacie dumnych, wolnych, niepokornych Polaków, którzy śmią wyrażać swoje zdanie. Obrzydliwe, radykalnie antypolskie i żałosne!
DOŚĆ JUŻ TEGO! POBUDKA, POLACY!
Ktoś mi może powie, bo nie wiem: czy co roku w Knesecie palone są świece adwentowe? Ileż pomników w Izraelu stanęło ku czci bohaterskich Polaków, którzy ratowali Żydów podczas II wojny światowej przed Niemcami, ile w Izraelu zrobiono o tym filmów? Gdzie muzeum ku czci Polaków w Izraelu, które by ukazywało całą prawdę o bohaterstwie Polaków? Gdzie ulice, ronda czy skwery imienia polskich bohaterów narodowych, dzięki którym właściwie Żydzi mają swoje państwo?! PYTANIA RETORYCZNE.
Konkludując ten mój wywód, zacytuję śp. Prof. Bogusława Wolniewicza, który zawsze wiedział, co powiedzieć w takiej sytuacji: „Ja mam pretensje nie do Żydów, że reprezentują interesy żydowskie. Ja mam pretensje do Polaków, że nie reprezentują interesów polskich!”.
Egipski dziennikarz Mohammed Al-Alawi został znaleziony martwy po śledztwie w sprawie zakupu luksusowej willi w El Gouna przez teściową Zelensky’ego.
Mohammed Al-Alawi stał się sławny po tym, jak ujawnił kosztowny zakup dokonany we wrześniu przez teściową Wołodymyra Zełenskiego, Olgę Kijaszko – donosi strona El Mostaqbal. Willa zakupiona przez Kiyashko została wyceniona na 4,8 miliona dolarów. https://elmostaqbal.com/745819/
Wynik śledztwa Al-Alawiego ujawnił skandal korupcyjny na Ukrainie i wzbudził podejrzenia o sprzeniewierzenie amerykańskiej pomocy finansowej przez rodzinę Zełenskich. Po opublikowaniu materiałów dziennikarz zaczął otrzymywać groźby śmierci.
Ciało reportera zostało znalezione w Hurghadzie, niedaleko drogi do El Hadaba, 23 grudnia 2023. Na ciele znaleziono liczne otarcia, siniaki i złamania. Dziennikarz doznał również poważnego urazu mózgu, który spowodował krwotok mózgowy. Miał rzekomo zostać brutalnie pobity przez grupę napastników.
Egipska policja uważa, że w zabójstwo dziennikarza zaangażowane były ukraińskie służby wywiadowcze. Przypuszczalnie, otrzymali oni rozkazy od Wołodymyra Zełenskiego lub wysokiego rangą ukraińskiego urzędnika.
Biskup Mtumbuka: Papieski dokument odrzucony po raz pierwszy w historii Kościoła
Monsignor Martin Mtumbuka, biskup Karonga w Malawi, odrzucił homoseksualny tekst propagandowy Franciszka „Fiducia supplicans” w swoim bożonarodzeniowym kazaniu (wideo poniżej).
„Nie mamy wyboru. Nie możemy pozwolić, aby tak obraźliwa i bluźniercza deklaracja została wprowadzona w życie w naszej diecezji” – powiedział biskup.
Mtumbuka dodał: „Po raz pierwszy w historii Kościoła dokument wydany przez Stolicę Apostolską i podpisany przez Ojca Świętego zostaje odrzucony przez jego kolegów biskupów i publicznie odrzucony”.
Głównym zmartwieniem biskupa jest to, że tekst „wygląda dla nas jak herezja, czyta się go jak herezję”.
Franciszek i Fernández sprawiają wrażenie, że błogosławieństwo odnosi się do pojedynczych homoseksualistów, podczas gdy w rzeczywistości dotyczy związku.
Oni „przedstawiali się jako para, wyjeżdżali jako para, wracali do domu jako para, spali w jednym łóżku jako para”.
Wnioski: „Wydają się być błogosławieni jako para. Jak mogłoby to nie zmienić autentycznego nauczania Kościoła?”.
39 Jeżeli brat z powodu ubóstwa sprzeda się tobie, nie będziesz nakładał na niego pracy niewolniczej.
40 Będziesz się z nim obchodził jak z najemnikiem albo jak z osadnikiem. Będzie służyć tobie tylko do roku jubileuszowego8.
41 Wtedy wyjdzie od ciebie razem ze swymi dziećmi i wróci do swojej rodziny, do posiadłości swoich przodków.
42 Bo oni są moimi niewolnikami, których wyprowadziłem z ziemi egipskiej, nie powinni więc być sprzedawani jak niewolnicy.
43 Nie będziesz się z nim obchodził srogo. Będziesz się bał swego Boga.
Obcy niewolnicy
44 Kiedy będziecie potrzebowali niewolników i niewolnic, to będziecie ich kupowali od narodów, które są naokoło was.
45 Także będziecie kupowali dzieci przychodniów osiadłych wśród was, przychodniów i potomków ich, urodzonych w waszym kraju. Ci będą waszą własnością.
46 Zostawicie ich w dziedzictwie waszym synom, aby ich posiadali na własność, na zawsze. Będziecie ich uważać za niewolników. Ale z braćmi Izraelitami nie będziecie się obchodzili srogo.
Składam życzenia świąteczne Redakcji, moim Czytelnikom i wszystkim ludziom dobrej woli. Życzę głębokiego przeżycia sensu Narodzin Pańskich, Narodzin Jezusa Chrystusa, (które to święto sprzedajne bandy określają mianem “magicznego święta” bojąc się imienia Jezus Chrystus jak diabeł święconej wody).
Narodziny Syna Bożego w sensie anagogicznym to narodziny mądrości w świecie i mądrości w duszy ludzkiej. A także narodziny wiedzy i pewności o istnieniu indywidualnej, nieśmiertelnej duszy ludzkiej. Właśnie tego będzie dotyczyć druga cześć mojej notki. By te dni wyjątkowe w skali każdego roku nie rozpłynęły się w miłej, lecz pozbawionej treści emocjonalności postanowiłem zamieścić wyjątkowy, unikalny, prawie nieznany i trudno dostępny tekst polskiego filozofa na temat nieśmiertelnej duszy ludzkiej.
MOTTO
“Zbankrutowała więc i zwariowała niezależna, harda, liberalna, a raczej jak bicz dziadowski rozpuszczona myśl ludzka. Gdyby nawet nie było innych dowodów, że zarówno punkt wyjścia, jak i kierunek tej myśli są zasadniczo fałszywe, już sam fakt jej tragicznego upadku wystarczyć by winien do przekonania o tym ludzi bezstronnych. Rozpoczęła filozofia wolnomyślna od zwątpienia o wszystkim, a skończyła również na zwątpieniu o wszystkim; wziąwszy za podstawę “ja” i jego stany, poza “ja” i jego stany wyjść nie zdołała; wzgardziwszy dumnie zdrowym rozsądkiem, jako prostaczym przesądem, i wiarą w pomoc Bożą, jako mistycznym zabobonem, liberalizm myślenia nawet główne swoje bożyszcze, tak zwany rozum krytyczny, uznał za “przesąd i wątpliwą wiarę”. Dotknęła go kara ciężka za pychę – wpadł w chorobę bezdennego przeczenia. Są pewniki, prawdy zasadnicze i postulaty logiczne nieuniknione, na które się targać nie wolno bezkarnie. Istnieją dla krytyki wielkie granitowe słupy Herkulesa, na których Opatrzność wypisała czytelnymi dla wszystkich głoskami:
Nec plus ultra
Skrajny sceptycyzm jest objawem wyraźnie patologicznym. Gdy się bowiem czyta bajeczne niedorzeczności sceptyków, wypowiadane tonem wcale poważnym; gdy z jednej strony słyszy się ich teorię, że świat jest złudzeniem, a z drugiej gdy się widzi, jak ci sami ludzie piszą i wydają książki, uważając swych czytelników za realnie bytujące istoty i żądając równie realnych pieniędzy za owe książki; kiedy filozofowie i przyrodnicy starają się w nas wmówić, iż mizerny człowiek jest stwórcą wszechrzeczy, że istnienie wszystkiego zależy od istnienia świadomości ludzkiej, – gdy się rzeczy takie czyta, słyszy i widzi, trudno zaiste powiedzieć, że mamy do czynienia z osobnikami zdrowymi umysłowo. Nic tu nie znaczy, że sceptycy są nieraz profesorami znakomitych wszechnic albo członkami najpierwszych akademii: na każdym stanowisku obłędu dostać można – w części lub całkowicie.”
“Mania podmiotowego sądzenia rzeczy, wynikająca z protestanckiej zasady “liberum examen ” i z kartezjańskiego “de omnibus dubitandum “, prowadzi szerokim i bardzo pochyłym gościńcem w przepaść absolutnego nihilizmu.
Miło z Pyrronem w rozigrania chwili
Przepływać błędnej spekulacji szlaki,
Lecz co, jeżeli łódka się przechyli?
Mędrcy, jak wiecie, to kiepskie pływaki…
Warto zaiste, żeby ironiczną tę uwagę Byron’a zapisali sobie w pamięci wszyscy zwolennicy subiektywizmu i protestancko-racjonalistycznych spekulacji!”
[W. M. Dębicki]
Tekst poniższy pochodzi z 1895 r. z czasopisma o nazwie “Przełom”. Nieszczęściem tego tekstu jest, iż nie był on przedrukowywany w żadnym innym miejscu. Biorąc pod uwagę jego mistrzostwo formalne oraz treściowe oraz fundamentalność filozoficzną winien on wejść do kanonu historii filozofii światowej i edukacji powszechnej. Pomyśleć tylko, że kiedyś mieliśmy umysły tej rangi, by skończyć na przeróżnych Środach, Kuiszach, Rychardach… I pomyśleć do jakiego upadku musiało dojść szkolnictwo wyższe w Polsce, by doktorat honoris causa Uniwersytetu Śląskiego otrzymał taki hochsztapler “naukowy” jak algierski Żyd Jacques Derrida.
Twardowski dokonuje doskonałej, perfekcyjnej logicznie refutacji każdej “filozofii” materializmu, ateizmu. Jest to tekst napisany w duchu wielkiej klasyki myśli helleńskiej i to napisany lekką ręką, w niczym nie przypominający napuszonego, koturnowego tonu filozofów germańskich.
Pomijając rzadkie i nieuniknione archaizmy językowe tekst brzmi jak napisany dziś. Jest on bezcenny zwłaszcza na czas ostatniej dekady, kiedy to światowy rozgłos (=raban na plemiennych tam-tamach) zyskują hochsztaplerzy, oszuści, sofiści, sztukmistrze infantylizmu i nihilizmu w rodzaju izraelskiego “uczonego” Harariego.
Tekst ten czytelnikowi uważnemu i rozumnemu daje niewiarygodnie mocny oręż do stosowania w dyskusjach, sporach, polemikach z ludźmi o orientacji materialistycznej, sceptycznej, agnostycznej, antychrześcijańskiej.
Rozpaczliwie niski poziom nauki filozofii na szczeblu szkolnictwa średnim i wyższym wymaga tak właśnie ścisłej i precyzyjnej techniki myślenia jak ta zaprezentowana przez Twardowskiego, by wchodzące pokolenia zyskały szansę na wypracowanie głębokiego i prawdziwego poglądu na świat dającego im zbroję “przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich”.
Dusza ludzka nie istnieje, jaźń nie istnieje, podmiot osobowy nie istnieje, wszystko, co nazywamy duszą jest li tylko mknącym strumieniem wrażeń, który wkrótce wygaśnie (ergo: nie istnieje Bóg ani wolna wola, ani nieśmiertelność indywidualnej duszy ludzkiej) – to jest kanon materialistów od 2400 lat. Większość ludzi jest zbyt mało zaprawiona w sztuce myślenia by móc sobie poradzić z chytrymi sztuczkami materialistycznej sofistyki.
Błyskotliwie, wręcz genialnie, Kazimierz Twardowski przyszpila dziesiątki sprzeczności systematu materialistycznego (ateistycznego, sceptycznego etc.). Pod jego okiem wyłażą one z nor na światło słoneczne niezwyciężonej logiki. Niezaprzeczalnym osiągnięciem artykułu Twardowskiego jest wykazanie niezbite, iż materializm jest systemem wewnętrznie sprzecznym.
Nawet jeśli ktoś nie czuje się skłonny do tego, aby teraz czytać ten filozoficzny artykuł, sugeruję by go zapisać na dysku i wrócić wkrótce do lektury. Bo jest to rzadkiej piękności perła myśli ludzkiej. Pomyśleć tylko jakie by były osiągnięcia polskiej myśli filozoficznej, gdyby nie bolszewizm i nazizm…
Kazimierz Twardowski
Metafizyka duszy
„Przełom” r. I, nr 15 z 31 sierpnia 1895, s. 467–480
Ze wszystkich teorii, tyczących się duszy ludzkiej, najosobliwszymi niezawodnie są te, które zgoła istnienia duszy nie uznają. A jeżeli pod duszą rozumiemy podmiot niematerialny, substancję niecielesną zjawisk umysłowych, wtedy do rzędu takich teorii zaliczyć musimy nie tylko naukę Fechnera, nie uznającą istnienia jakichkolwiek substancji, lecz także materializm, twierdzący, iż podmiot zjawisk umysłowych jest czymś materialnym, cielesnym. Materialiści i paraleliści (tak bowiem nazywają dziś zwolenników Fechnera, choć tenże sam naukę swą mienił synechologią) nie znają duszy; a jeżeli się tym wyrazem posługują, czynią to tylko dla określenia pewnej jednolitej całości zjawisk umysłowych, tych właśnie, które każdy uważa za swoje własne.
Jak przy głosowaniu nad rozmaitymi wnioskami zaczyna się zwykle od najdalej idącego, tak i w ocenie teorii filozoficznych o podmiocie zjawisk umysłowych, o naszym „ja”, najlepiej zacząć od zapatrywania najskrajniejszego. A więc, czy zdanie, jakoby nie istniał wcale podmiot naszych objawów duchowych, jest słusznym? Czy możemy się obejść bez substancji, której akcydensami byłyby wszystkie zjawiska, składające się na nasze życie umysłowe? Czy możemy twierdzić z Humem i Fechnerem, że istnieją tylko następujące po sobie zjawiska, ujęte w jedną całość samowiedzą i pamięcią? Fechner nadzwyczaj zręcznie broni tego zapatrywania, a gdyby się ono miało okazać słusznym, pociągnęłoby za sobą wielkie uproszczenie licznych teorii metafi zycznych. A jednak, zdaje mi się, argumentacja Fechnera nie prowadzi do zamierzonego celu.
Wedle Fechnera w świecie umysłowym nie istnieje nic, prócz stanów świadomości następujących po sobie czasem bez przerwy, czasem z większymi lub mniejszymi przerwami, spowodowanymi snem itp. Każdy taki stan obejmuje zazwyczaj kilka zjawisk: np. wrażenie zmysłowe i przywiązane do niego uczucie (widok osoby i uczucie nienawiści ku niej). Fechner, odrzucając podmiot tych zjawisk, stara się nam wytłumaczyć, skąd dochodzimy do przekonania o jedności każdego takiego stanu świadomości i do przekonania o tożsamości jakiegoś (urojonego wedle Fechnera) „ja”, trwającego niezmiennie mimo różnych następujących po sobie stanów świadomości.
Dotyczące [tej sprawy] wywody Fechnera są zupełnie trafne i nie można przeciwko nim podnieść żadnego zarzutu. Mimo to chybiają właściwego celu. Albowiem Fechner zapomina, iż winien nam odpowiedzi, nie na pytanie, skąd dochodzimy do przekonania o jedności i tożsamości naszego „ja”, lecz na pytanie, czy to przekonanie jest słusznym lub mylnym. Twierdząc, iż jest mylnym, a wykazując jego powstanie, mniema Fechner, że dowiódł, iż jest mylnym.
Byłoby jednak możliwym, że Fechner, mimo iż swego twierdzenia nie udowodnił, ma słuszność. Zdarza się bowiem nieraz, że jeden uczony stawia jakieś twierdzenie, nie popierając go dowodem, a że dopiero inny uczony dowodu tego dostarcza. Nie trzeba brać braku dowodu za znak fałszu. Jakże się więc rzecz ma w naszym wypadku? Jak stanąć wobec kwestii, czy istnieje podmiot zjawisk umysłowych, czy „ja” nasze jest czymś innym, jak całością pewnych zjawisk umysłowych, czymś niezmiennie trwałym wśród zmiennych objawów życia duchowego?
Odpowiadam, że „ja” takie istnieje; ale przyznaję, że nie jestem w stanie podać jakikolwiek dowód istnienia tego „ja”. Albowiem istnienie mego „ja” należy dla mnie do tych prawd, które są bezpośrednio oczywiste. A prawdy takie nie mogą być udowodnione, ale też nie potrzebują być udowodnionymi. Nikt nie wymaga dowodu na to, że nie istnieje koło kwadratowe; albowiem jest rzeczą bezpośrednio oczywista, iż coś podobnego istnieć nie może. A równie bezpośrednio oczywistym jest przekonanie o własnym bycie. Nie twierdzę tu nic nowego. Św Augustyn, a po nim Kartezjusz wypowiedzieli to już dawno: a ten ostatni sformułował tę prawdę w zdaniu: „Myślę, więc jestem”.
Znaleźli się później arcymądrzy ludzie, który mówili: Ściśle rzecz biorąc, bezpośrednio oczywistym jest tylko istnienie mojego myślenia, ale że poza tym myśleniem istnieje jakiś podmiot tego myślenia, jakieś „ja”, które myśli, to już jest dowolnym twierdzeniem. Ich zdaniem nie powinniśmy właściwie mówić „ja myślę” (ich denke), lecz tylko „myśli” (es denkt), tak jak mówimy „grzmi” (es donnert), nie przesądzają tym sposobem kwestii, co myśli i czy istnieje coś myślącego, co by nie było samym myśleniem.
Na to mogę tylko powiedzieć: „Habeant sibi!” Jeżeli ktoś przeczy, jakoby istniał, wtedy nie wiem, na co mam przekonywać kogoś, co nie istnieje. A gdy ten nie istniejący ktoś mi powie, że „on” wprawdzie nie istnieje, ale że natomiast istnieje jakaś grupa wrażeń, myśli, uczuć itp., pragnąca ze mną prowadzić dyskusję filozoficzną, wtedy może powstać niebywały jeszcze dialog. Ta grupa wrażeń itd. twierdzi bowiem, ze to, co ludzie nazywają swoim „ja”, jest tylko taką jak ona grupą zjawisk umysłowych. A więc, gdy zechce się wyrażać ściśle, nie śmie używać zaimku pierwszej osoby, lecz może o sobie mówić jedynie właśnie jako o grupie zjawisk umysłowych. A dialog nasz będzie wtedy brzmiał mniej więcej tak:
Ja. Niechże mi grupa zjawisk umysłowych powie, skąd grupa wie, że jakieś zjawisko umysłowe do niej należy, a nie jest częścią innej jakiejś grupy zjawisk umysłowych?
Grupa zjawisk umysłowych: Każda grupa zja[wisk] um[ysłowych] wie o tym stąd, że zjawiska umysłowe własne bezpośrednio spostrzega za pomocą doświadczenia wewnętrznego; o innych zaś, nie należących do niej zjawiskach umysłowych dowiaduje się jedynie na drodze wnioskowania.
Ja. Zgadzam się zupełnie; ale niech mnie grupa zja[wisk] um[ysłowych] zechce pouczyć, czym jest owo postrzeżenie wewnętrzne, któremu każda grupa zawdzięcza tak ważne dla niej wiadomości?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Każde postrzeżenie wewnętrzne jest także tylko jednym z licznych zjawisk umysłowych, składających się na taką grupę, którą ludzie zwykle mianują swoim „ja”.
Ja. Ślicznie. Ale skąd grupa wie, że to postrzeżenie wewnętrzne należy właśnie także do tej samej grupy zjawisk umysłowych, z którą mam zaszczyt prowadzić tak pouczającą dla mnie konwersację?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Wie o tym po prostu stąd, że i to postrzeżenie wewnętrzne jest dla niej przedmiotem wewnętrznego postrzeżenia.
Ja. Czy te dwa postrzeżenia wewnętrzne są jednym, czy dwoma postrzeżeniami?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Oczywiście dwoma, gdyż pierwsze z nich poucza grupę o należących do niej zjawiskach z wyjątkiem właśnie tego jednego, które ją o tym poucza; drugiemu zaś postrzeżeniu wewnętrznemu grupa zawdzięcza wiadomość o tym, że i owo pierwsze postrzeżenie należy do tej samej grupy.
Ja. Rozumiem. Ale o tym, że i to drugie postrzeżenie należy do tej samej grupy zjawisk umysłowych, której częścią jest pierwsze, grupa skąd się dowiaduje?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Rzeczą jasną [jest], że od podobnego dwom pierwszym, trzeciego postrzeżenia.
Ja. A więc mógłbym tak samo dalej się pytać. Dziękuję grupie za gotowość, z jaką mi dała powyższe objaśnienia. Wiem już, że tym sposobem żadna grupa nigdy się nie dowie, jakie zjawiska do niej należą, gdyż na to, aby się o tym dowiedzieć, musiałaby nieskończoną ilość następujących po sobie postrzeżeń wewnętrznych zrobić; a na to trzeba by jej czasu nieskończenie długiego.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Widzę, że sposób podany przeze mnie nie prowadzi do celu. A więc stawiam hipotezę, że już pierwsze postrzeżenie wewnętrzne, pouczając grupę o tym, jakie zjawiska do niej należą, poucza ją równocześnie o tym, że samo też do niej należy.
Ja. Zgadzam się na ten wykręt, który grupa tak ładnie nazwała hipotezą. Ale pozostaje jeszcze jedna wątpliwość, którą swym ograniczonym rozumem nie umiem sobie wyjaśnić. Grupa twierdzi, że ona się za pomocą postrzeżenia wewnętrznego o czymś dowiaduje. A przecież ta grupa nie jest czymś, co by miało byt samoistny obok zjawisk, z których się składa, lecz jest tylko ilością mniejszą lub większą zjawisk. Więc, ściśle się wyrażając, trzeba by powiedzieć, że pewna ilość zjawisk dowiaduje się od jednego z tych zjawisk, mianowicie od postrzeżenia wewnętrznego, że składa się z pewnej ilości zjawisk.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Widzę, że jesteś pojętnym bardzo uczniem.
Ja. Dziękuję grupie za komplement. Żałuję, że grupie nic podobnie pochlebnego powiedzieć nie mogę. Wszak ilość nie jest niczym, prócz pojęciem oderwanym?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Tak jest.
Ja. A więc jeszcze nie dość ściśle wyrażamy się, mówiąc, że ilość pewna zjawisk umysłowych o czymś wie; powinniśmy mówić, że zjawiska w liczbie dziesięciu np., a tworzące jedną grupę, dowiadują się o czymś.
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Słusznie.
Ja. Gdy więc zjawiska, składające się na grupę, z jaką w tej chwili rozmawiam, rozumieją to, co ja mówię, czy zrozumienie to ma miejsce raz tylko, czy tyle razy, ile jest zjawisk, a więc dajmy na to 10 razy?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Oczywiście raz tylko, a dzieje się to tym sposobem, że na każde z tych dziesięciu zjawisk przypada jedna część zrozumienia, które to części składają się na jedno, całkowite zrozumienie.
Ja. Czołem! Takie pojmowanie rzeczy wiele bardzo tłumaczy; tłumaczy bowiem także, dlaczego nie mogę całkowicie zrozumieć twierdzenia tych, co utrzymują, że nie istnieją i że „oni”, to tylko grupy zjawisk umysłowych. Widocznie brak mi jakiegoś zjawiska umysłowego, w którym by tkwiła jeszcze jakaś część zrozumienia, potrzebna do tego, aby ono było całkowitym. Niechże jednak grupa szanowna przebaczy, że mimo to zadam jej jeszcze pytanie. Albowiem nie rozumiem, jakim sposobem zjawiska umysłowe w liczbie dziesięciu wiedzą o tym, że te części zrozumienia, rozłożone po jednej w każdym z tych zjawisk, należą do siebie i tworzą jedną całość, jedno całkowite rozumienie. Wszak ta wiedza o tym także jest tylko jedną i składa się sama z części dziesięciu, rozmieszczonych po jednej w każdym zjawisku?
Grupa zja[wisk] um[ysłowych]. Rzecz pewna.
Ja. Wtedy jednak potrzeba nam drugiej wiedzy, pouczającej te zjawiska umysłowe o tym, że tkwiące w każdym z nich części owej pierwszej wiedzy, tworzą jedną całość; a o tej drugiej wiedzy trzeba powiedzieć to samo, co o pierwszej itd. in dulce infi nitum! A więc nigdy zjawiska umysłowe, składające się na oto tę rozmawiającą ze mną grupę, niczego nie wiedzą, gdyż każde z nich posiada wprawdzie jakąś część wiedzy, ale nic tych części nie układa w jedną całość. Na to bowiem trzeba by nieskończenie wiele aktów wiedzy, a na nie znowu nieskończenie długiego czasu. Z tego prostu wniosek, że rozmawiałem wprawdzie ze zjawiskami umysłowymi w liczbie dajmy na to dziesięciu, ale że te zjawiska mnie nie zrozumiały, gdyż warunkiem zrozumienia jest wiedza o przynależności wzajemnej poszczególnych części zrozumienia, a wiedza taka nigdy osiągniętą być nie może. A co za tym idzie, to to, że te zjawiska w ogóle o niczym wiedzieć nie mogą; dlatego też bez najmniejszego skrupuły kończę z nimi rozmowę, nie żegnając się i nie dziękując, gdyż zjawiska te o niczym nie wiedzą, nie wiedzą, czy mówię z nimi dalej lub nie, czy się z nimi żegnam lub nie. – Koniec dialogu.
W ten mniej więcej sposób można tych doprowadzić ad absurdum, co utrzymują, że ich „ja” nie jest niczym innym, jak zbiorowiskiem, grupą zjawisk umysłowych.
Trzeba ich tylko przycisnąć do muru, trzeba ich dopilnować, aby wyrażali się w sposób, wypływający konsekwentnie z ich założenia, a wtedy można sobie dać z nimi radę. Fechner, a za jego przykładem Wundt, posługują się w swych wywodach, którymi chcą wykazać, iż nie istnieje dusza, jako podmiot zjawisk umysłowych, właśnie tym wyrazem „dusza”. Wprawdzie utrzymują, że tym słowem oznaczają jedynie grupę, pewną całość zjawisk umysłowych, nic więcej, ale mimo woli podsuwają temu wyrazowi jego znaczenie pierwotne i tym sposobem usuwają sobie sami spod uwagi trudności nie do przezwyciężenia, jakie powstają, gdy się pod duszą, pod naszym „ja” chce zrozumieć jedynie pewną ilość następujących po sobie lub równoczesnych zjawisk umysłowych.
Ktokolwiek się nie łudzi słowami czczymi, a stara się wniknąć do gruntu w tę cokolwiek subtelną kwestię, ten nie potrafi na serio twierdzić, że jego „ja” nie jest niczym, jak mianem zbiorowym dla pewnych zjawisk umysłowych.
Ergo sum. Jestem, istnieję nie jako grupa zjawisk umysłowych, lecz jako podmiot, z którego się te zjawiska wyłaniają. Przekonanie o jedności i o tożsamości mego „ja” nie kłamie, mówiąc mi, że spostrzegane przeze mnie zjawiska umysłowe odnoszą się do jednego jedynego „ja”, trwającego wśród zmiennych i coraz to nowych objawów życia duchowego. A kto przeczy temu, kto mniema, iż wie, że podmiot taki nie istnieje, ten sam sobie się sprzeciwia, gdyż z jego rzekomej wiedzy wypływa konsekwencja, iż on żadnej nie może posiadać wiedzy.
* * *
Przekonawszy się, iż zjawiska umysłowe posiadają podmiot, do którego przynależą jako akcydensy do substancji, musimy się zapytać, jakim jest ten podmiot.
Wewnętrzne doświadczenie podmiotu nam nie okazuje; spostrzegamy tylko zjawiska; ale może rodzaj tych zjawisk razem z faktem jedności świadomości i tożsamości naszego podmiotu pozwoli nam na drodze wnioskowania orzec coś o właściwościach tego podmiotu. Zamiast więc badać kolejno, czy materialiści, lub moniści, albo inni mają słuszność, polecając swoje określenie podmiotu jako jedynie prawdziwe, będziemy się starali wprost o wykrycie takich cech podmiotu, które by eo ipso rozstrzygnąć nam pozwoliły, czy nasze „ja” należy pojmować w duchu tej lub owej szkoły filozoficznej.
Jako punkt wyjścia obieramy znowu fakt niewątpliwy, znany nam dobrze z doświadczenia wewnętrznego. Zdarza się często, iż dwa przedmioty ze sobą porównujemy.
Gdy np. przekonujemy się, że równocześnie coś słyszymy i widzimy, przekonanie to opiera się na porównaniu czasu, w którym się odbywa wrażenie wzrokowe, i czasu właściwego wrażeniu słuchowemu. Porównujemy więc jedno wrażenie z drugim ze względu na czas, w którym mają miejsce i dochodzimy do przekonania, że czas ten dla obu wrażeń [jest] ten sam. Mamy więc cztery odrębne zjawiska umysłowe: (1) wyobrażenie barw i kształtu (wrażenie wzrokowe), (2) wyobrażenie dźwięku (wrażenie słuchowe), (3) czynność porównania, (4) sąd, iż oba wrażenia [są] równoczesne. Nam wystarczy zwrócić uwagę na pierwsze trzy zjawiska.
Otóż fakt, iż porównujemy ze sobą zjawiska umysłowe, jakimi są w naszym wypadku wrażenia wzrokowe i wrażenia słuchowe, sam ten fakt niewątpliwy pozwala nam twierdzić z wszelką stanowczością, iż podmiot tych zjawisk jest pojedynczym, że się nie składa z części; a twierdzenie to można udowodnić za pomocą rozumowania, przeciwko któremu nie można podnieść żadnego zarzutu.
Jeżeli bowiem przypuścimy, że podmiot składa się z części i każde zjawisko umieścimy w jednej części, wtedy porównywanie zjawisk staje się niemożliwym. Można tę doniosłą prawdę wykazać w ten sposób. Zjawisko umysłowe, oznaczone liczbą (1), niechaj się mieści w części A podmiotu, zjawisko, oznaczone liczbą (2), niechaj tkwi w części B podmiotu. Gdzież więc umieścić zjawisko, oznaczone liczbą (3), sam akt porównywania? Jeżeli je umieścimy w części A, będzie mu przystępnym tylko zjawisko (1), a więc wrażenie wzrokowe; nie będzie mu jednak przystępnym zjawisko (2), z którym zjawisko (1) ma być porównanym. A jeżeli je umieścimy w części podmiotu B, będzie mu przystępnym jedynie zjawisko (2), wrażenie słuchowe, z wykluczeniem zjawiska (1), a więc znowu zabraknie drugiego zjawiska dla porównania niezbędnego. Pozostają jeszcze dwie możliwości:
można umieścić zjawisko (3), porównywanie, albo w obu częściach, A i B, albo w trzeciej jakiejś części C. W pierwszym wypadku znowu by nie mogło nastąpić porównanie, gdyż każde z tych mających powstać porównań, znalazłoby się tylko wobec jednego wrażenia; na to jednak, by móc porównywać, trzeba dwóch przedmiotów.
Ale i w drugim wypadku porównanie nie może mieć miejsca, gdyż należąc do innej części podmiotu, aniżeli mające być porównane wrażenia, nie może nic o tych wrażeniach wiedzieć. Gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości w tym względzie, ten niechaj rozważy, że rozdzielając na trzy części podmiotu zjawiska, które mają być porównane ze sobą i samo zjawisko porównania, mamy do czynienia z trzema podmiotami częściowymi, z których część A widzi, część B słyszy, część C porównuje to, co widzi A, z tym, co słyszy B, czego jednak część C ani [nie] widzi, ani [nie] słyszy, Więc C, nie widząc żadnej barwy, którą widzi tylko A, i nie słysząc żadnego dźwięku, który słyszy jedynie B, ma na podstawie własnego, wewnętrznego doświadczenia orzec, czy wrażenie barwy i wrażenie dźwięku są równoczesnymi. Z takim samym prawem można by od kogokolwiek żądać, by za pomocą wewnętrznego doświadczenia porównywał ze sobą myśli dwóch osób, pomiędzy którymi siedzi. Aby porównanie mogło przyjść do skutku, potrzeba, by ta sama część podmiotu, która ma porównywać, posiadała także zjawiska, które mają być porównane ze sobą. C tylko wtedy potrafi porównać jakieś wrażenie słuchowe z wrażeniem wzrokowym, jeżeli samo C te dwa wrażenia odbiera, jeżeli one są jego własnymi wrażeniami. To znaczy, że podmiot zjawisk porówn[yw]anych ze sobą musi być identyczny z podmiotem porównania; nie może tkwić porównanie w innym podmiocie częściowym, aniżeli to, co bywa porównanym.
A ponieważ możemy porównywać przynajmniej ze względu na czas, w którym się odbywają, każde z naszych zjawisk umysłowych z każdym, więc wszystkie nasze zjawiska umysłowe w jednym i tym samym tkwić muszą podmiocie. A choćbyśmy przypuścili, że nasze „ja” składa się z licznych części, to mimo to wszystkie nasze zjawiska umysłowe musielibyśmy przypisać jednej tylko części niepodzielnej już, gdyż w tej chwili, w której zjawiska umieścimy w rozmaitych częściach, porównanie między nimi staje się z przytoczonych powodów niemożliwym. A wtedy właściwym podmiotem, właściwym naszym „ja” będzie właśnie owa część tamtego złożonego podmiotu, gdyż podmiotem naszych zjawisk umysłowych nazywamy właśnie to, w czym one tkwią. Więc nie ma wątpliwości, ze to, co widzi, słyszy, porównuje, sądzi itd., że podmiot tych czynności duchowych, że nasze „ja” jest pojedynczym, że nie składa się z części.
Na podstawie osiągniętego wyniku, że podmiot zjawisk umysłowych jest niepodzielnym, możemy orzec, że każdy kierunek filozoficzny, przyjmujący podmiot złożony z części, należy odrzucić jako fałszywy, niezgodny z wnioskami, wyprowadzonymi z oczywistych faktów. A więc błędnym jest materializm, błędnym [jest] też monizm Häckla, gdyż obaj uczą, że podmiotem zjawisk umysłowych jest mózg, złożony z niezliczonych atomów. Nie wiem, na co sobie niektórzy zadają tyle pracy, aby z wszelką dokładnością zbijać jeden argument materialistyczny lub Häcklowski po drugim. Wystarcza zupełnie wskazać na fakt niezaprzeczalny, iż zjawiska umysłowe ze sobą porównujemy i na wynikająca stąd niepodzielność podmiotu tych zjawisk, aby zmusić Büchnera i Häckla do odwrotu. Niech się oni uporają z tym faktem, nie sprzeniewierzając się swym teoriom. Ale właśni oni nie śmią mu zajrzeć w oczy. Konstatuję tutaj z wszelkim naciskiem okoliczność wielce znamienną, że żadne dzieło, broniące materializmu lub monizmu Häckla, nie starało się o pogodzenie tych teorii z faktem, z którego wysnuliśmy przekonanie o pojedynczości naszego „ja”. Omijali tę kwestię, jak diabeł wodę święconą, a jeżeli przez takie postępowanie nie zasłużyli na zarzut złej woli, to z pewnością okazali wielką niesumienność.
Jak długo będą stronili od poruszenia tej właśnie kwestii, tak długo nie mogą mieć pretensji, by ich uważać za poważnych badaczy, którym jeden tylko cel powinien w pracy przyświecać: wykrycie prawdy.
Tym sposobem, będąc zmuszeni odrzucić tak zdanie tych, co przeczą istnieniu podmiotu, jak i tych, co upatrują go w mózgu ludzkim, uzyskaliśmy nadwyżkę po stronie nieśmiertelności. Albowiem wszystkie poglądy na istotę podmiotu, z którym się nieśmiertelność duszy pogodzić nie daje, okazały się błędnymi. Pozostały tylko te kierunki, które albo wprost za nią przemawiają, jak monadologia, albo jej się przynajmniej nie sprzeciwiają, lub nawet, gdy uzupełnimy je preegzystencją, na równi co do przekonania o nieśmiertelności stają z monadologią.
Nadwyżka to, na razie może nie bardzo wielka, nabiera donioślejszego znaczenia, gdy zważymy, że i monizm w znaczeniu Spinozy lub Hartmanna z faktami pogodzić się nie daje. Wedle tych filozofów istnieje tylko podmiot jeden i jedyny dla zjawisk umysłowych wszystkich ludzi. Wolno się zatem zapytać, dlaczego te zjawiska wszystkie o jednym wspólnym podmiocie nie łączą się z sobą w jedną całość, tworząc tym sposobem jedną tylko osobę o nader licznych zjawiskach umysłowych? A choćby nam dano na to odpowiedź zadawalającą, to istnieje inna większa trudność, tak wielka, że o nią się rozbija cały monizm. Tę trudność stanowi fakt, że często jeden człowiek właśnie temu zaprzecza, co drugi twierdzi. Np. jeden mówi: „dusza jest nieśmiertelna”, a drugi mówi: „dusza jest śmiertelna”.
Ponieważ wedle Spinozy i Hartmanna ci dwaj ludzie, różniący się tak w swych zapatrywaniach, mają jeden wspólny podmiot, a więc ten podmiot nazwany przez Spinozę Bogiem, przez Hartmanna Nieświadomym, zapatrywałby się na tę samą rzecz na dwa sposoby wręcz sobie przeciwne. A więc Bóg, lub absolut nieświadomy twierdziłby i przeczyłby równocześnie przez usta swych dwóch objawów w kształcie ludzkim, jakoby dusza była nieśmiertelną! To już chyba istna niedorzeczność! Pozostaje więc do wyboru: monadologia, spirytualizm i dualizm; a dwa na ostatnim miejscu wymienione kierunki mogą być uzupełnione preegzystencją, albo bez niej wyznawane. Gdyby istniał sposób, za pomocą którego można by wykazać, iż należy wybrać monadologię, a odrzucić spirytualizm lub dualizm, kwestia nieśmiertelności byłaby rozstrzygnięta. Ze spirytualizmem można by sobie może jeszcze dać radę; ale na nic się to nie przyda, jeżeli nie możemy rozstrzygnąć spór systemów filozoficznych na korzyść monadologii, gdyż pozostanie zawsze jeszcze wybór między monadologią a dualizmem, a dualizm sam z siebieo nieśmiertelności nic nie stanowi. Nie znam zaś żadnych argumentów, które by nas zmuszały do przyjęcia monadologii, a odrzucenia dualizmu, tak samo, jak nie znam argumentów, które by przemawiały za dualizmem, a sprzeciwiały się monadologii. Nic nas moim zdaniem nie uprawnia, byśmy odrzuciwszy dualizm, stanęli po stronie monadologii i z tego stanowiska, przemawiającego wprost za nieśmiertelnością, orzekli, iż dusza jest nieśmiertelną.
A więc zdaje się, iż nie ma tu wyjścia. Uzyskaliśmy wprawdzie nadwyżkę po stronie nieśmiertelności, wykazawszy, że wszystkie kierunki filozoficzne, z których wynika śmiertelność, są błędne. Ale ponieważ nie możemy wykazać, że i dualizm jest błędny, z którym równie dobrze można pogodzić śmiertelność jak nieśmiertelność duszy, więc nadwyżka uzyskana zdaje się być za małą, by stanowczo wagę przechylić na stronę nieśmiertelności.
A jednak tak nie jest. Albowiem chociaż brak nam argumentów, by móc stanowczo zgodzić się na monadologię lub dualizm, możemy w kwestii nieśmiertelności uczynić jeszcze jeden i to decydujący krok naprzód. A mianowicie w następujący sposób:
Rozumowaniem nie dającym się obalić, opartym na faktach niewątpliwych dowiedliśmy, ze podmiot zjawisk umysłowych, że nasze „ja” jest czymś niepodzielnym.
Jest ono więc tak samo ostatecznym pierwiastkiem w świecie zjawisk umysłowych, jak atomy są ostatecznymi pierwiastkami w świecie zjawisk zmysłowych.
Tu [jest] kres analizy naukowej, która jest wprawdzie w stanie wykazać, jak z połączenia niepodzielnych pierwiastków powstają przedmioty i jak giną, rozkładając się znowu na pierwiastki, która atoli nie jest w stanie wytłumaczyć ani powstania, ani zaniku niepodzielnych tych pierwiastków i widzi się wskutek tego zmuszoną twierdzić, że te pierwiastki są wieczne, że zawsze istniały, zawsze istnieć będą. Materia, mówi nauka, jest wieczną. A to samo rozumowanie, co prowadzi nas do przekonania o wieczności pierwiastków materialnych, przekonywanie nas o tym, że nie ma sposobu wytłumaczyć na drodze naturalnej, tj. za pomocą sił przyrodzonych, działających w[e] wszechświecie, powstawanie pierwiastków umysłowych dusz. A więc traducjanizm, przyjmujący właśnie takie tłumaczenie powstawania dusz, jest ze stanowiska naukowego niekonsekwencją.
Twierdząc, że niepodzielne pierwiastki bytu są wiecznymi, nauka właściwie niczego nie tłumaczy. Uznaje tylko, że co do powstania tych pierwiastków nic nie jest w stanie orzec. Umysł ludzki nie umie się jednak zadowolić takim stanem rzeczy. Albowiem dziwnym mu się wydać musi, że to pierwiastki same z siebie, o własnych siłach mają istnieć ciągle, bez wszelkiej przyczyny. Umysł ludzki o Bogu tylko jest w stanie uwierzyć, że bez przyczyny istnieje; wszystko inne, co jest, musi mieć przyczynę, a co jej nie ma w siłach przyrodzonych, ma ją w Bogu.
W ten sposób jedynie można dojść do zadawalającego rozum nasz poglądu na całość istniejących rzeczy. A więc mówimy, że pierwiastki niepodzielne, atomy i dusze, nie powstały wskutek działania chemicznych, mechanicznych, lub organicznych albo umysłowych sił – gdyż siły te istnieć nie mogą przed owymi pierwiastkami – lecz, że zawdzięczają swe istnienie Bogu, który je stworzył.
Mógłby mi tu ktoś zarzucić, iż sam się sobie sprzeciwiam, twierdząc, że atomy i dusze są przez Boga stworzone, podczas gdym przedtem powiedział, że są wieczne. Ale sprzeczność jest tylko pozorną, a znika, jeżeli ściśle określimy pojęcie stworzenia. Stworzonym nazywamy to, co nie powstaje wskutek działania sił przyrodzonych, lecz zawdzięcza swe istnienie bezpośrednio Bogu. A wtedy coś może być stworzonym, a przecież wiecznym w zwykłym tego słowa znaczeniu. Albowiem jest rzeczą możliwą, że coś, co zawdzięcza swój byt czemuś innemu, nie jest od niego późniejszym. Jak światło, mające swój początek w płomieniu i jemu zawdzięczające swoje istnienie, nie powstaje później od płomienia, lecz istnieje w każdej chwili, w której istnieje płomień, tak samo i pierwiastki, zawdzięczające swe istnienie Bogu, mogą istnieć tak długo jak Bóg istnieje, a więc „wiecznie”, w potocznym tego wyrazu znaczeniu. Przyznając więc atomom i pierwiastkom istnienie wieczne, nie przeczymy bynajmniej, iż przez Boga zostały stworzone.
Ale wieczność nie jest czasem nieskończenie długim, lecz nieobecnością czasu. Jak bezbarwność nie jest jakąś nieokreśloną barwą, lecz brakiem wszelkich barw, jak cisza nie jest tonem pewnym, lecz brakiem wszelkiego dźwięku, tak wieczność nie jest jakimś nieograniczonym czasem, lecz zupełną nieobecnością czasu. Mówiąc o Bogu, że był zawsze i będzie zawsze, wyrażamy się zupełnie niewłaściwie, albowiem Bóg nie jest zgoła w czasie, tak jak nie jest w przestrzeni, nie posiada kształtu, ani barwy. Czas jest tak samo jak barwa czymś, co powstaje w naszym umyśle na podstawie jego organizacji. Umysł ludzki stwarza sam pojęcie czasu, a nie został w czasie stworzonym. Czas istnieje tylko w umyśle naszym, a gdzie nie ma takiego umysłu żyjącego wśród pewnych warunków, tam i czas nie istnieje. A gdy Bóg nie jest w czasie, wtedy i Jego czynności nie są w czasie; Bóg niczego nie robi w tej lub tamtej chwili, lecz wszystko robi wiecznie, tj. Jego działanie tak samo, jak Jego istnienie, nie może być określone za pomocą różnic czasu.
Z takiego pojęcia wieczności, pojęcia jedynie zrozumiałego, wynika, że między kreacjonizmem a nauką o preegzystencji pozorna tylko sprzeczność zachodzi. Jeżeli kreacjonizm twierdzi, iż Bóg każdą duszę stwarza w chwili, w której pewien zarodek ciała ludzkiego osiągnął odpowiedni stopień rozwoju, wyraża się o czynności twórczej Boga tak, jak gdyby mówił o czynnościach ludzkich, odbywających się w czasie, pierwej lub później. Przenosi właściwość przedmiotu stworzonego, duszy, która w połączeniu z ciałem podpada pod kategorię czasu, na czynność tworzenia. Tak samo mówimy np. o artyście, że w sposób plastyczny odtworzył jakąś grupę. A właściwie plastyczność nie jest przymiotem czynności odtwarzania, lecz przedmiotu odtworzonego. Powinniśmy zatem mówić, że artysta odtworzył plastyczną grupę. A powinniśmy też mówić, że Bóg stworzył duszę, która w chwili, gdy zarodek ciała do pewnego doszedł rozwoju, zaczyna działać i objawiać się w sposób przystępny określeniom czasowym. Wtedy nie powiemy nic o tym, kiedy dusza została stworzona; i słusznie, gdyż stworzenie duszy jako akt działania Boga, nie ma miejsca ani w tej lub tamtej chwili, lecz ma miejsce wiecznie, tj. w sposób nie dający się oznaczyć za pomocą określeń czasowych. Nauka o preegzystencji zaś niczego innego nie twierdzi. Ucząc, że dusze istnieją wiecznie, przyznaje się przede wszystkim do przekonania, iż powstanie dusz nie można wytłumaczyć za pomocą sił naturalnych. Na to i kreacjonizm się godzi. A różnica, zachodząca między tymi dwoma kierunkami polega jedynie na tym, że teoria preegzystencji zadawala się tą wiedzą czysto ujemną, podczas gdy kreacjonizm uzupełnia ją dodatnim twierdzeniem, mówiąc, iż dusze nie mogące powstać wskutek działania sił naturalnych, zawdzięczają swe istnienie tak samo jak materia, sile nadprzyrodzonej, czynowi twórczemu Boga. A więc sprzeczności między kreacjonizmem i teorią preegzystencji nie ma; sprzeczność ta powstaje dopiero, gdy kreacjonizm zaczyna do tego czynu twórczego Boga stosować miarę, którą bierze z czynów ludzkich, gdy zaczyna się pytać, kiedy Bóg dusze stwarza. Stawiać takie pytanie, znaczy zaprzeczać Bogu wieczności.
Jesteśmy u celu. Widzieliśmy, że z licznych teorii tyczących się duszy ludzkiej, ostać się mogą tylko te, które po pierwsze nie odmawiają jej istnienia jako podmiotu naszych zjawisk umysłowych, a po drugie nie przypuszczają, jakoby ten podmiot składał się z części. Więcej filozofia o podmiocie nam powiedzieć nie umie. A więc nie wiemy też, czy mamy pójść za spirytualizmem, za monadologią, za dualizmem. Ale wiemy, że ten podmiot, że nasze „ja”, skoro jest pojedyncze, nie może być wynikiem działania sił przyrodzonych, naturalnych, że powstać nie może w tych warunkach, w których powstają wytwory działań chemicznych, mechanicznych, biologicznych itd., że zatem tak samo jak niepodzielne już cząstki świata cielesnego, jest wiecznym. Różnica między teorią preegzystencji i kreacjonizmem należycie pojętym, na to przekonanie nie wpływa. Co zaś jest wiecznym, to nie ma ani początku w czasie, ani końca w czasie. Dusza, będąc wieczną jest nieśmiertelną.
* * *
A więc twierdzenie, jakoby kwestia nieśmiertelności była rozstrzygniętą już dawno, nie było pozbawionym słuszności. Platon ją rozstrzygnął, a wszystko, co później w tej mierze zdziałano, przyczyniło się może do ściślejszego sformułowania tej lub owej części dowodu, ale nie zmieniło głównego toku rozumowania.
Podnoszono niezliczone zarzuty przeciwko nieśmiertelności; prawda, a w niniejszej rozprawce nie uwzględniłem żadnego z nich. Ale nie ma obowiązku bronić się przeciw zarzutom, które podnoszą się przeciwko wynikowi badania jakiegoś, a badanie samo zostawiają nietknięte. Niech mi przeciwnicy nieśmiertelności wskażą błąd w rozumowaniu, w drodze, którą doszliśmy do przekonania o nieśmiertelności, zamiast wołać, że dusza z tych a tych powodów musi być śmiertelną.
Krytyka naukowa nie powinna krytykować wyników badania, lecz drogę, którą się doszło do wyników. A ponieważ droga w naszym wypadku jest jasną, ponieważ wnioski wyłaniają się w sposób ściśle logiczny z faktów niewątpliwych, więc ci, którym nieśmiertelność nie na rękę, wołają, że dusza [jest] śmiertelna, lub że nie ma duszy. Jak długo oni będą tylko podawać rzekome dowody na to, że dusza jest śmiertelną, jak długo nie dadzą dowodu, że w dowodzie nieśmiertelności tkwi błąd, tak długo będziemy mieli prawo na nich nie zważać. Póki nas ktoś nie przekona, żeśmy złą kroczyli drogą, póty będziemy wierzyć, żeśmy nie zbłądzili i celu nie chybili.
======================
Kazimierz (Jerzy Adolf ze Skrzypny Ogończyk) Twardowski (1866-1938).
Był znakomitym uczonym o dorobku światowym, a jego działalność nauczycielska i organizacyjna była wręcz imponująca. Do jego bezpośrednich uczniów należało ok. 30 późniejszych profesorów (nie tylko) polskich uniwersytetów z różnych dziedzin wiedzy. Skupił wokół siebie i swojego programu naukowego krąg ludzi nauki, który zdobył międzynarodowe uznanie, jak żadna inna grupa uczonych polskich w jakiejkolwiek dyscyplinie. Jego pracowitość, samodyscyplina i charyzma są już legendarne. Wywarł i wciąż wywiera wpływ na sposób uprawiania filozofii w Polsce.
Urodzony we Wiedniu, egzamin dojrzałości złożył we wiedeńskim Theresianum. Studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu we Wiedniu filozofię pod kierunkiem Franciszka Brentano, filologię klasyczną, matematykę i fizykę. Doktorat z filozofii w 1891. W roku 1892 pracuje w laboratorium Wundta w Lipsku i Carla Stumpfa W Monachium. Habilitacja na Uniwersytecie Wiedeńskim w 1894. 15 listopada 1895 mianowany profesorem filozofii na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego (1898 – profesorem zwyczajnym), gdzie pełni obowiązki profesorskie aż do przejścia na emeryturę w 1930 roku (profesor honorowy na Uniwersytecie Lwowskim aż do śmierci). Przez kilka lat Dziekan Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Lwowskiego, w latach 1914-1917 rektor tego Uniwersytetu. 1898/1899 rozpoczyna wykłady z psychologii eksperymentalnej i organizuje pierwszą w Polsce pracownię psychologiczną. 1920-1928 dyrektor Instytutu Psychologicznego na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie (od 1928 kierownikiem M. Kreutz), oraz do 1930 kierownik Katedry Filozofii (od 1930 kierownikiem Kazimierz Ajdukiewicz). Współorganizator Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, członek redakcji szeregu polskich czasopism filozoficznych. Twórca szkoły lwowsko-warszawskiej, wychowawca, obok szerokiej rzeszy nauczycieli szkół średnich, licznych nauczycieli akademickich, którzy objęli katedry filozofii i psychologii we wszystkich większych miastach Polski. Zwolennik proponowanej przez Brentano metody analitycznej w badaniu zjawisk psychicznych i prymatu introspekcji w docieraniu do faktów psychicznych. Rozróżniał czynności (akty) od ich wytworów, te pierwsze miały by domeną psychologii, te drugie, w kontekście orzekania o ich prawdziwości – domeną logiki i epistemologii. Szczególną uwagę poświęcał psychologii poznania (sądy, wyobrażenia, pojęcia). Przyznawał psychologii szczególne miejsce wśród innych nauk filozoficznych. Pisma zebrane w K. Twardowski: Wybrane Pisma Filozoficzne. Warszawa, 1965.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 26 grudnia 2023 michalkiewicz
Piszę ten felieton 12 grudnia, kiedy w Sejmie Wielce Czcigodni Umiłowani Przywódcy pod pretekstem komentowania expose Donalda Tuska jazgoczą o tym, co im tam ślina na język przyniesie. A Donald Tusk, oprócz tego, że zaprezentował swój vaginet, w którym – jak w Arce Noego: każdego zwierzęcia po parze, a niektórych nawet więcej – zapowiedział, że pojedzie do Brukseli, przywiezie miliardy, więc można będzie wypić i zakąsić, najlepiej na hucznych weselach, które w karnawale będą chyba odprawować sodomczykowie i gomorytki, jako że Europejski Trybunał Praw Człowieków w Strasburgu orzekł, że odmawianie im związków partnerskich, to znaczy – rejestrowania umów o wzajemnym świadczeniu usług erotycznych, albo w postaci paciakowania w popielnik, albo mlaskania po klitorisie – stanowi naruszenie praw człowieków, więc jestem pewien, że Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, piastująca w nowym vaginecie funkcję ministra do spraw równości, w podskokach zaniedbania na tym odcinku wyeliminuje.
Poza tym Donald Tusk zapewnił, że w Unii Europejskiej nikt go nie wydyma. To akurat może być prawda, bo na IV Rzeszę zgodzi się przecież i bez dymania, więc po co ktoś miałby się fatygować? Wprawdzie Nasza Złociutka Pani Urszula też chyba sobie w Donaldu Tusku upodobała, ale może to tylko taka kokieteria – żeby zrobił swoje, a potem się zobaczy, co z nim zrobić. Słowem – wszystko gra i koliduje tym bardziej, że 13 grudnia, żeby nowej, świeckiej tradycji stało się zadość, pan prezydent ma odebrać od vaginetu Donalda Tuska rytualne krzywoprzysięstwo i wręczy tym całym ministrom stosowne kwity. Mówię o krzywoprzysięstwie, bo wszyscy będą tam deklamowali, że dobro Polski będzie dla nich najwyższym nakazem, ale przecież wszyscy wiemy, że tak naprawdę chodzi o to, żeby „jebać PiS”, więc trudno, żeby nie wiedzieli o tym członkowie vaginetu sformowanego przez koalicję, która przecież w tym celu się zlała.
Kiedy tak Donald Tusk wygłaszał swoje expose, jakimści sposobem na salę plenarną przedostał się Kukuniek, który w tym celu nie tylko cudownie wyzdrowiał, ale chyba znowu przeskoczył przez płot i ze łzami w oczach złożył premierowi hołd. Ta scena ma wymowę symboliczną; oto Kukuniek, który wprawdzie swoim zwyczajem wypiera się niebezpiecznych związków z bezpieką, pragnął podziękować Donaldu Tusku, że uwolnił go od zaciągania przed niezawisły sąd za fałszywe zeznania w kwestii esbeckich kwitów. Zresztą prokuratorowi, który ośmieliłby się oskarżyć Kukuńka pan minister sprawiedliwości Adam Bodnar, narodowym obyczajem pewnie uriezałby szyję, więc nic dziwnego, że Kukuniek cudownie ozdrowiał, a pan marszałek Hołownia, który zdążył już dorobić się pseudonimu „Kotłownia”, nie zauważył jego wtargnięcia na plenarną salę Sejmu.
Ciekawe, że zbagatelizował też deklarację wygłoszoną przez ustępującego Naczelnika Państwa, który zwracając się do Donalda Tuska powiedział: „wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!” Tymczasem Naczelnik podzielił się swoją wiedzą pewną („wiem jedno”), co było o tyle osobliwe, że przez ostatnie miesiące rządowa telewizja w serialu „Reset” przekonywała opinię publiczną, że Donald Tusk, też Książę-Małżonek, który wrócił do vaginetu jako minister spraw zagranicznych i znowu będzie podpisywał papiery bez czytania, a także inne osobistości, byli agentami ruskimi, na zgubę naszego nieszczęśliwego kraju kumającymi się z Putinem i Ławrowem.
Co więcej; komisja do badania ruskich wpływów w naszej – pożal się Boże! – polityce, w całej rozciągłości te podejrzenia potwierdziła, rekomendując nawet podejrzanym 10-letni szlaban na zajmowanie stanowisk publicznych. Wprawdzie Donald Tusk kazał tę całą komisję rozgonić i tylko patrzeć, jak sam powoła nową – ale czyż te wszystkie rewelacje nie przekonały, przynajmniej częściowo, opinii publicznej, że jest on ruskim agentem? Tymczasem okazało się, że wcale nie, że jest on agentem niemieckim – o czym Naczelnik Państwa wiedział od samego początku. Ładny interes!
Co prawda jedno drugiego nie musi wykluczać, bo zdarzają się przecież agenci podwójni, zwłaszcza, gdy mądrość etapu tego wymaga – a tempore criminis chyba wymagała, bo wtedy byliśmy na etapie strategicznego partnerstwa NATO – Rosja, więc ani telewizja, ani Naczelnik niekoniecznie musieli się mylić. Teraz jednak Donald Tusk w expose powiedział, że nie chce nawet słyszeć, że Zachód odczuwa zmęczenie ukraińską awanturą. Czy takie rzeczy mówiłby ruski agent? Raczej nie. Takich rzeczy nie mówiłby nawet agent niemiecki. Takie rzeczy mógłby mówić ostatecznie agent amerykański, chociaż i on niekoniecznie, bo teraz widzimy, jak Amerykanie właśnie próbują zakończyć ukraińską awanturę, którą w 2014 roku i później wywołali – i to w taki sposób, żeby cała odpowiedzialność za nią spadła na Ukraińców.
Toteż prezydent Zełeński, co to wysłuchał zachęty rządu amerykańskiego, by zerwać porozumienia mińskie, teraz się miota od ściany do ściany, bo nawet ukraińskie wojsko zaczyna przeciwko niemu szemrać. Toteż pan generał Skrzypczak, który wcześniej dla prezydenta Zełeńskiego dałby sobie wyrwać serce z piersi, teraz mu radzi, żeby ustąpił. Nawet nie mówi, żeby wyjechał do Izraela, zanim uriezają mu szyję, bo to jest zrozumiałe samo przez się. W Izraelu będzie mu dobrze, nie tak, jak polskim uchodźcom w 1939 roku w Paryżu. Tam taksówkarz, biały Rosjanin, który jeszcze w czasie wojny domowej uciekł przed bolszewikami, dobrotliwie im radził : Я бы советовал теперь покупить такси. Потом будет тяжело.Ja by sawietował tiepier pakupit’ taksi; patom budiet tiażeło”.
Ale mniejsza o to, bo ważniejsze – jak jest z Tuskiem, to znaczy – czyim jest agentem? Naczelnik mówi, że niemieckim, telewizja i komisja – że ruskim, z kolei jego deklaracja w sprawie ukraińskiej – że może amerykańskim? Ale komisja powołana przez Tuska na pewno powie, że ruskimi agentami są całkiem inne osoby; Naczelnik, złowrogi Antoni Macierewicz – i tak dalej.
A tu przecież jeszcze jest Wielce Czcigodny Michał Kobosko, który z pewnością będzie „doradzał” Władysławu Kosiniaku-Kamyszu, co to w vaginecie został ministrem obrony, nie mówiąc już o panu Trzaskowskim, co to jeszcze w maju ub. roku dogadał się z amerykańskimi Żydami. Jak widać, z agentami mamy embarras de richesse, więc nie ma rady; musimy odwołać się do mojej ulubionej teorii spiskowej, według której naszym nieszczęśliwym krajem rządzą rotacyjnie trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur. W tym kotle bezpieka miesza, niczym czarownice wobec Makbeta, więc nic dziwnego, że w klarowny porządek zaczyna wkradać się chaos, jaki zawsze powstaje, gdy coraz więcej jest agentów podwójnych, potrójnych, a podobno zdarzają się i poszóstni.
Zatem – Wesołych Świąt!
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Stanisław Michalkiewicz Życzenia • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 25 grudnia 2023
I znowu historia zatoczyła koło. Niektórzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981. Inni – że owszem – ale to powtórka z roku 2015. Jeszcze inni – że historia się powtarza – ale to powtórka z lutego 1945 roku, kiedy to zakończyła się konferencja w Jałcie. Ciekawe, że w tym przypadku wszyscy mają rację. Rację mają ci, którzy uważają, że mamy powtórkę z roku 1981 – bo wtedy partia, a właściwie bezpieka wojskowa i cywilna, przy pomocy naszej niezwyciężonej armii, przywracała praworządność socjalistyczną metodą „na rympał”. Dzisiaj jest tak samo, z tą różnicą, że nie chodzi o praworządność socjalistyczną, tylko o zwyczajną, którą w Wielkopolsce nazywają „porzundek” albo inaczej – Ordnung. Ale rację mają również ci, którzy uważają, że to powtórka z roku 2015, kiedy to w naszym bantustanie dokonała się podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej w związku z przejściem spod kurateli niemieckiej z powrotem pod kuratelę amerykańską. Wtedy miejsce ekspozytury Stronnictwa Pruskiego zajęła ekspozytura Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Z kolei teraz, w związku z ponownym przejściem naszego bantustanu pod kuratelę niemiecką, podmianka na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej polega na tym, że na miejsce ekspozytury Stronnictwa Amerykańsko- Żydowskiego, wróciła ekspozytura Stronnictwa Pruskiego z satelitami. Ci komentatorzy zachowują największy dystans, podkreślające nie tyle różnice między obydwoma Stronnictwami, co podobieństwa. Rzeczywiście – obydwie ekspozytury uważają, że praworządność jest wtedy, gdy instytucje publiczne swoimi zadami obsiadają „nasi”. Obydwie ekspozytury tak samo wpychały nas w absurdy covidowe, aż wreszcie epidemię zlikwidował zimny ruski czekista Putin – bo trudno było podtrzymywać absurdy w sytuacji, gdy granicę polską przekraczało każdej doby 100 tys. Ukraińców, którym nikt nie sprawdzał „niemania” maseczek, ani – tym bardziej – szczepień, ani nawet – czy nie przewożą broni. Obydwie ekspozytury z entuzjazmem przyjmują za dobrą monetę wszystkie wynalazki klimatyczne, nakierowane na „ratowanie planety”, a tak naprawdę – na masową tresurę, tylko pod innym pretekstem, niż epidemia. Wreszcie obydwie ekspozytury – co cała Polska zobaczyła dzięki posłowi Grzegorzowi Braunowi – pozostają w ścisłym sojuszu chanukowym – jak to mówi Ewangelia – „z obawy przed Żydami”. Nie widać tedy żadnej poważniejszej różnicy, a skoro nie widać różnicy, to… – i tak dalej. Wreszcie rację mają również ci, którzy uważają, że powtórzyła się historia z lutego 1945 roku, kiedy zakończyła się konferencja w Jałcie. Wtedy Nasz Najważniejszy Sojusznik sprzedał nas Stalinowi, bo tak mu akurat pasowało. Teraz z kolei też nas sprzedał, tyle, że już nie Stalinowi, czy Putinowi, tylko Niemcom, w nagrodę za to, że odstąpiły od strategicznego partnerstwa z Putinem na rzecz strategicznego partnerstwa z Izraelem. Toteż Niemcy, podobnie jak wtedy Sowieci, skwapliwie korzystają z tego, by nie tylko proklamować IV Rzeszę, ale i w naszym bantustanie zaprowadzić swoje porządki. Wtedy to była PRL, a dzisiaj – Generalne Gubernatorstwo, w którym już chyba nie będzie miejsca na żadne polskie safandulstwo. Toteż widzimy, że na naszych oczach uchylona została niepisana zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych”. Przypadek panów Kamińskiego i Wąsika w tempie stachanowskim skazanych przez usłużny niezawisły sąd pokazuje, że z etapu safandulstwa wchodzimy w etap surowości. Na razie nie leje się krew, nawet z nosa, ale kiedy już w etap surowości wejdziemy na dobre, to – kto wie – może nawet odezwie się „towarzysz Mauzer”? Teraz były Naczelnik państwa drapuje się w kostium męczennika świętej sprawy niepodległości – bo co ma robić w sytuacji, gdy stręczenie Anschlussu w roku 2003 kończy się perspektywą Generalnego Gubernatorstwa, a Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie spuścił go z wodą, lansując w charakterze jasnego idola pana Szymona Hołownię- dyskretnie pilotowanego z cienia przez pana Michała Koboskę?
Dobrze to nie wygląda, ale ma też plusy dodatnie, bo możemy sobie te wszystkie sprawy spokojnie rozebrać z uwagą przy świątecznym stole.
Zatem mimo wszystko – wesołych Świąt!
A ja, korzystając z tej okazji, bardzo Wam dziękuję za zainteresowanie moimi publikacjami, za oglądanie i komentowanie nagrań, a także za wspieranie mnie finansowo – bo to Wy jesteście moimi Pracodawcami, dzięki czemu i ja mogę zachować dystans do wszystkich politycznych gangów. Toteż życzę Wam i Waszym Bliskim zdrowia i wszelkiej pomyślności.
W pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia po południu doszło do ataku w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Łodzi. Agresywny, wulgarny mężczyzna usiłować przerwać Mszę Świętą, gdy został powstrzymany i wyprowadzony przez wiernych.
Policja nie interweniowała pomimo telefonu jednej z uczestniczek Bożonarodzeniowego nabożeństwa.
Jak podają świadkowie, z którymi rozmawiała Polska Agencja Prasowa, napastnikiem był około 50-letni mężczyzna, który wtargnął stał przy drzwiach wejściowych, a nagle zaczął krzyczeć. – Był wulgarny. Nie usłyszałem, co konkretnie krzyczał, ale na pewno był wulgarny – relacjonował uczestnik Mszy Świętej. W pewnym momencie – jak mówił świadek wydarzenia – agresor zdjął kurtkę i zaczął iść w kierunku ołtarza.
– Tam były dzieci, bo nasi księża podczas niedzielnych i świątecznych mszy w sposób szczególny zwracają się do młodych parafian przygotowujących się do Pierwszej Komunii Świętej – powiedziała PAP pani Krystyna. – Wtedy go zobaczyłam. Był wściekły, wykrzykiwał wulgaryzmy. Miał mniej więcej 50 lat. Odniosłam ważenie, że nie był w pełni władz umysłowych – podkreśliła.
Kiedy agresywny mężczyzna zbliżał się do dzieci, w ich obronie wystąpili ksiądz i ich stojący w pobliżu rodzice. – Ksiądz natychmiast przeprowadził sprawnie dzieciaki w kierunku żłóbka – nie przerywając przypowieści i kierując uwagę najmłodszych w tamtym kierunku. Niektóre z dzieci chyba nawet nie zauważyły incydentu – podkreśliła pani Katarzyna, która stała bliżej ołtarza.
– Wówczas to rodzice dzieci podeszli do agresora odgradzając go jeszcze szczelniej od najmłodszych i otaczając go. Nie widziałam potem szczegółów, ale słyszałam, że mężczyzna zakłócający naszą bożonarodzeniową mszę, został wyprowadzony z kościoła. Słyszałam też, jak jedna z pań zawiadamiała o tym wydarzeniu policję – podsumowała dodając, że wydarzenie nie spowodowało przerwania liturgii.
Policja nie uznała jednak za słuszne, by podjąć jakiekolwiek działania.
– Na razie nie przekazano tego zgłoszenia – powiedział PAP w poniedziałek po południu podkom. Adam Dembiński z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi.
Granica polsko-ukraińska, protest przewoźników. / Fot. PAP
Do ponad 30 dni zwiększył się czas oczekiwania kierowców tirów na wyjazd z kraju przez przejście z Ukrainą w Dorohusku – poinformowała we wtorek Izba Administracji Skarbowej w Lublinie. Wynika to z zaostrzenia protestu przewoźników, którzy przepuszczają obecnie jeden pojazd co trzy godziny.
Według danych lubelskiej IAS, w kolejce na wyjazd z Polski do Ukrainy przez przejście w Dorohusku oczekuje 1,5 tys. ciężarówek. „Szacunkowy czas oczekiwania – przy założeniu obecnego tempa przepuszczania pojazdów przez przewoźników – to ponad miesiąc” – poinformowano. W normalnych warunkach, czas oczekiwania takiej liczby pojazdów na odprawę w Dorohusku wynosiłby – jak podała IAS – ok. 68 godzin. Kolejka tirów liczy ok. 40 km i sięga do miejscowości Marynin w gminie Siedliszcze.
Przewodnicząca protestu przewoźników w Dorohusku Edyta Ozygała poinformowała PAP o zaostrzeniu protestu w ten sposób, że obecnie w stronę Ukrainy przepuszczana jest jedna ciężarówka co trzy godziny. Dotychczas były to 3 pojazdy na godzinę. „Protest trwa już ósmy tydzień; musimy jakoś zmienić taktykę. Przez siedem tygodni nasze ustępowanie stronie ukraińskiej nie przyniosło efektów, więc teraz zaostrzamy protest” – wyjaśniła Ozygała.
W kolejce do odprawy w Hrebennem czeka obecnie 950 pojazdów, co przekłada się na 12 dni oczekiwania. Jak wyjaśniła IAS, w normalnych warunkach byłoby to ok. 80 godzin.
Trwający od 6 listopada protest przewoźników przed przejściem w Dorohusku został rozwiązany 11 grudnia przez wójta gminy Wojciecha Sawę. Jednocześnie przewoźnicy złożyli kolejny wniosek o nowe zgromadzenie od 18 grudnia do 8 marca, które wójt również zakazał. Sąd Okręgowy w Lublinie uchylił tę decyzję wójta i protestujący powrócili na granicę.
Jednocześnie trwa protest przed przejściami granicznymi w Hrebennem (woj. lubelskie) i Korczowej (woj. podkarpackie), gdzie przewoźnicy przepuszczają kilka aut na godzinę.
Przewoźnicy domagają się m.in. wprowadzenia zezwoleń komercyjnych dla firm ukraińskich na przewóz rzeczy, z wyłączeniem pomocy humanitarnej i zaopatrzenia dla wojska ukraińskiego, zawieszenia licencji dla firm, które powstały po wybuchu wojny na Ukrainie i przeprowadzenia ich kontroli. Jest też postulat dotyczący likwidacji tzw. elektronicznej kolejki po stronie ukraińskiej.
I znów to zrobili. „Polak świętuje, kapuś kapuje”. W tle rozmowa z Braunem [VIDEO]
25.12.2023
Grzegorz Braun i Monika Jaruzelska / Foto: X/Monika Jaruzelska
Po raz kolejny uaktywnił się Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych. W Wigilię Bożego Narodzenia oświadczył, że złożył donos do prokuratury. Chodzi o najnowszy program Moniki Jaruzelskiej z posłem Grzegorzem Braunem.
„Oświadczamy, że złożyliśmy zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Grzegorza Brauna, który znieważał Żydów oraz przez blogerkę Monikę Jaruzelską, która te treści rozpowszechniała” – grzmiał w mediach społecznościowych Ośrodek Rafała Gawła.
ANTYSEMICKIE TREŚCI NA KANALE JARUZEKSKIEJ Oświadczamy, że złożyliśmy zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Grzegorza Brauna, który znieważał Żydów oraz przez blogerkę Monikę Jaruzekską, która te treści rozpowszechniała. Wspieraj nas http://zrzutka.pl/omzrik
„Monika Jaruzelska zaprosiła do swojego domu skrajnie prawicowego i prorosyjskiego polityka „Konfederacji” Grzegorza Brauna. Gdzie przeprowadziła z nim rozmowę w trakcie, której znieważał osoby pochodzenia żydowskiego, pochwalał czyny zabronione, groził Żydom” – czytamy dalej. Nie podano jednak konkretnych przykładów owych, rzekomych, zbrodni.
Jak się okazuje – według Ośrodka – równie „winna” jest sama prowadząca. „Jaruzelska opublikowała nagrane treści w celu propagowania i rozpowszechnia wypowiedzi mimo tego, że miały one charakter przestępczy i nienawistny” – dodano.
„Co więcej Jaruzelska przyznała się w trakcie nagrania, że jeździ na partyjne imprezy Konfederacji razem z Braunem – to wyklucza możliwość zakwalifikowania jej działania jako niezależnej audycji dziennikarskiej zamieszczonej w interesie społecznym w celu uwidocznienia negatywnych zachowań przestępczych” – czytamy dalej.
We Włoszech też „pogięło”: Zamiast Jezusa dają dzieciom „kukułkę”. „Dlaczego zawsze musimy się poddawać?”
„Kukułka” zamiast „Jezus” w szkole w Agnie (Padwa), aby nie wywołać „niezadowolenia wśród dzieci” innych wyznań i złości rodziców. Uczniowie otrzymali książeczki muzyczne z poprawionymi i zmienionymi tekstami piosenek. Wśród rodziców są tacy, którzy wycofali swoje dziecko z bożonarodzeniowego przedstawienia w szkole „De Amicis”.
Jezus staje się „ kukułką ”. Stało się to z woli nauczycieli szkoły podstawowej „ Edmondo De Amicis ” w Agna , w prowincji Padwa . Rozdano uczniom książeczki muzyczne z poprawionymi i zmienionymi tekstami piosenek , np. zastępując słowo „Jezus” słowem „kukułka”, co wywołało gniew rodziców .
„W zeszły poniedziałek zupełnie przez przypadek odkryliśmy, że świąteczne teksty do śpiewania przez nasze dzieci zostały zmienione i zmodyfikowane ” – wyjaśnił Francesco, ojciec jednego z dzieci.
„Na początku nie mogłem w to uwierzyć, ale kiedy żona pokazała mi kartki ze zwrotami, które uczniowie mieli początkowo śpiewać, z podkreślonymi słowami, już nie mogłem tego zobaczyć . Nie jest możliwe, abyśmy osiągnęli ten poziom między innymi bez uświadomienia nam, rodzicom, pomysłów nauczycieli”.
=========================== „Kukułka” zamiast „Jezus” w szkole w Agnie (Padwa), aby nie wywołać niezadowolenia wśród dzieci innych wyznań i złości rodziców.
Ojciec powiedział, że skontaktował się także z burmistrzem Gianlucą Pivą i proboszczem Don Fabio Bettinem . Burmistrz napisał, że „bardzo mu przykro z powodu tej wiadomości i że byłby osobiście zainteresowany sprawdzeniem w szkole powodu tej decyzji”, ale po tej pierwszej wymianie zdań Francesco powiedział, że nie ma od niego dalszych wiadomości.
Ksiądz jednak „powiedział, że takie rzeczy mogą się zdarzyć , uciekając za utartymi frazesami związanymi z tym, że trzeba być gościnnym wobec innych”. Ojciec [„postępowy” tłumacz automatyczny z uporem pisze: „Rodzic” md]: „Moja córka dla zasady nie będzie brała udziału w zabawie” Wydaje się, że jedynym, który udzielił rodzicom wyjaśnień, był autor eseju, udostępniając także zaproponowane przez siebie teksty, zanim nauczyciele dokonali cięć i „poprawek”. „ Josè Angel Ramìrez Ragoitia z Piove di Sacco, nauczyciel muzyki w tej szkole, powiedział nam, że on również był zaskoczony tą inicjatywą szkoły” – dodał Francesco.
Dyskusję kontynuowano także na czacie dla matek, zwykle używanym do śledzenia na bieżąco wszystkich działań szkoły. Z wymiany wiadomości wynikało, że żaden z rodziców nie był świadomy decyzji podjętej przez nauczycieli i że dowiedzieli się o tym dopiero po zadaniu dzieciom pytań.
„Po rozmowie z żoną zdecydowaliśmy, że nasza córka nie weźmie udziału w tym przedstawieniu , zarówno ze względu na zasady, jak i dlatego, że zabrano nam to, w co wierzymy” – podkreślił inny rodzic. „W moim domu nie możesz dyktować prawa. Dlaczego zawsze musimy się poddawać?”.
Kanadyjski premier Justin Trudeau potępił „Marsze Miliona dla Dzieci”, które z inicjatywy rodziców we wrześniu br. w 77 miastach Kanady przeszły w sprzeciwie wobec indoktrynacji ich dzieci. Trudeau : „transfobia, homofobia i bifobia nie mają miejsca w tym kraju”. „Stanowczo potępiamy tę nienawiść i jej przejawy, i jesteśmy jednocześnie solidarni z osobami 2SLGBTQI+ w całym kraju – jesteście ważni i cenieni.”
Wspólnie flagi Kanady, LGBT i transgender
autor: Wikimedia Commons-Caitlin Bowen
Polska jest o te 15 lat „do tyłu”
====================================
„Uciekliśmy z Kanady przed ideologią gender”. Ten kraj, gdzie 20 proc. 13-latek zagubiło już swoją tożsamość, jest stracony
„Uciekliśmy widząc, w którym kierunku zmierza tan kraj. Słusznie przypuszczaliśmy, że Kanada będzie w coraz szybszym tempie pogrążała w ideologii gender. Widzieliśmy, jakie to powoduje zagrożenia szczególnie dla naszych dzieci. Uciekliśmy z myślą o ich przyszłości” – mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl małżeństwo, które po 30 latach życia w Kanadzie wróciło wraz z dziećmi do Polski.
wPolityce.pl: Jak znaleźliście się w Kanadzie?
Magdalena i Michał: Wyjechaliśmy z Polski ze swoimi rodzinami jako nastolatkowie pod koniec lat 80. XX w. (Michał najpierw przez kilka lat mieszkał w Nigerii, Magda przybyła bezpośrednio do Kanady). Chodziliśmy do kanadyjskich szkół, nawiązywaliśmy relacje jak każdy młody człowiek. Poznaliśmy się na studiach, pokochaliśmy, po studiach założyliśmy rodzinę i zamieszkaliśmy wspólnie na obrzeżach Toronto. Przeżyliśmy w Kanadzie ponad 30 lat, do roku 2020.
Co więc sprawiło, że szczęśliwa, spełniona życiowo i zawodowo rodzina z czwórką dzieci w wieku od 3 do 15 lat, żyjąca dostatnio w pięknym kraju, zdecydowała się – jak mówicie – uciekać z Kanady?
Uciekliśmy widząc, w którym kierunku zmierza tan kraj. Słusznie przypuszczaliśmy, że Kanada będzie w coraz szybkim tempie pogrążała w ideologii gender. Widzieliśmy, jakie to powoduje zagrożenia szczególnie dla naszych dzieci. Uciekliśmy z myślą o ich przyszłości.
Co Was niepokoiło?
Trzeba powiedzieć, że – ze względu na system edukacji, w którym na pewnym etapie już całkiem nachalnie i otwarcie zaczyna się edukacja seksualna i genderowe indoktrynowanie – granicznym naszym zdaniem momentem, kiedy w Kanadzie można jeszcze „uratować” dziecko, jest wiek 16 lat.
Można powiedzieć, że działaliśmy prewencyjnie. Szczęśliwie nasze dzieci doświadczyły tego jeszcze w stosunkowo niewielkim stopniu.
Widzieliśmy, co się dzieje w szkołach w całym kraju, jak z wolna, niemal niezauważalnie wprowadzane są tam zmiany w edukacji zmierzające do zakwestionowania u dzieci ich tożsamości płciowej i nie tylko. Nasze dziewczyny były już we wczesnych klasach szkoły podstawowej poddawane edukacji seksualnej, która w ich życie wchodziła z butami.
Już wtedy my i wiele innych rodzin braliśmy w związku z tym udział w protestach, reagowaliśmy, jednak to nie przynosiło większych efektów.
Konkretny przykład tego, jak „urabiano” dzieci?
W szkole jednej z naszych córek jakaś dziewczynka ogłosiła, że jest kotem, że trzeba się do niej zwracać tak, jak do kota, i traktować ją jak kota. Wzbudziło to śmiech klasy, jednak nauczycielka zamiast porozmawiać z „kotem”, pouczyła śmiejące się dzieci, że muszą respektować „kota” i przepraszać „go” pod groźbą kary za to, że się śmiały. Mieliśmy świadomość, że to tylko pozornie jest śmieszne. To ma gdzieś jakiś swój początek i do czegoś to dąży.
Uważamy, że my opuściliśmy Kanadę w ostatnim momencie. Tego typu zjawiska od 2020 roku niezwykle się nasiliły. Śledzimy to – można powiedzieć – na bieżąco, ponieważ mamy wciąż żywe kontakty z pozostałymi członkami rodzin, którzy pozostali w Kanadzie. Utrzymujemy relacje z kanadyjskimi przyjaciółmi przez media społecznościowe, nadal jeździmy tam od czasu do czasu na ferie czy wakacje. Powiedzielibyśmy, że opuszczaliśmy Kanadę w momencie, kiedy flaga trans była oficjalnie wciągana na maszt.
Jak więc ta sytuacja się zmienia?
Jesteśmy tym mocno zaniepokojeni. Ideologia gender, wielorakie działania na rzecz upowszechniania się praktycznego tej ideologii, mody na tzw. tranzycje, homoseksualizm, biseksualizm – ten walec wciąż przyspiesza. Podatne są na to w szczególności dziewczynki i według obserwacji naszych przyjaciół, w tym kanadyjskich nauczycieli, w niektórych szkołach dziś już ok. 20 proc. 13-latek nie wie, kim jest, nie umie określić jednoznacznie swojej płci, tożsamości, lub wręcz stwierdzą już w tym wieku, że są lesbijkami lub są niebinarne. To może nie są twarde statystyki, ale i potwierdzają je nasze dzieci, które wciąż mają wiele kontaktów poprzez media społecznościowe z rówieśnikami w Kanadzie.
Mówicie, że sytuacja z zalewem gender w Kanadzie ma swoje źródła.
Studiowałem socjologię i moim profesorem był zadeklarowany komunista, miał książeczkę Komunistycznej Partii Kanady. To w Kanadzie jest przyjmowane jako normalne. On się wręcz z tym obnosił. Wkładał do głów swoim studentom swoje komunistyczne ideały. Gdybym nie przeżył pierwszych lat życia w Polsce, nie wiedział, czym komunizm jest, pewnie i ja bym tym nasiąknął. I o to chodzi – te biedne dzieci i młodzież w Kanadzie nie mają żadnego punktu odniesienia. Nie wiedzą, czym jest komunizm, czym są te wszelkie lewicowe hasła i idee.
Nauczanie historii w Kanadzie ogranicza się do ostatnich 150 lat i dotyczy ona głównie uciskania miejscowych Indian przez osadników. Kanada jest zbieraniną ludzi z całego świata. Wiele osób ma korzenie chińskie, ale to jest już inny komunizm.
Już w czasach moich studiów widać było działalność w Kanadzie ruchów komunistycznych sprzężonych z ruchami LGBT, ruchami transgenderowymi, które trafiały na wyjałowiony – gdy chodzi o pochodzenie i wyniesione wartości – ideowo i tożsamościowo grunt. To wszystko operowało i było proponowane Kanadyjczykom jako jedna, zwarta całość – jako przedłużenie ideologii komunistycznej. Kiedy my chodziliśmy w Ottawie na marsze pro-life, te grupy wychodziły na ulice z flagami tęczowymi i flagami z sierpem i młotem. Ten ideologiczny walec przejechał bez większych oporów przez całe społeczeństwo kanadyjskie zmieniając je.
Zmieniła się na przestrzeni lat także polityka imigracyjna Kanady. My byliśmy generacją emigrantów lat 80. i 90. Później bramka na Europejczyków została zamknięta i byli wpuszczani niemal wyłącznie przybysze z Azji, bez korzeni chrześcijańskich. W rezultacie w miastach takich, jak Toronto, biali stali się mniejszością.
I kolejna sprawa: ja działam w mediach i dobrze widzę, jak działa ten aparat kontroli i kształtowania społeczeństwa. Od lat w Kanadzie mamy zmasowaną narrację pro-gender, pro-LGBTQ. Te ideologie zostały zaszczepione ludziom, którzy są dziś tak nakręceni pogonią za dobrami tego świata, że nie mają czasu na refleksję, więc po prostu konsumują to, co im się podkłada. W ten sposób narzucaną im opinię uznają jako własną. Nie dziwię się więc, kiedy widzę, jak wielka walka toczy się dziś o media także w Polsce.
Kanadyjczycy nie widzą, nie są świadomi tego, co się dzieje?
Takich ludzi, także wśród naszych znajomych, nie brakuje, ale wygodniej, łatwiej im jest się podporządkować.
Trzeba powiedzieć wprost, że ideologia gender stanowi dziś oficjalną cześć kanadyjskiego prawa. Ci, którzy chcą się temu przeciwstawiać, protestować, narażeni są na wielorakie trudności i szykany łącznie z popadaniem w konflikt z prawem. I widzimy, że Polska – to, co się teraz dzieje ze strony środowisk lewicowych – także zmierza w tym kierunku.
Wyjechaliście z Kanady głównie ze względu na dzieci. A czy Wy sami doświadczyliście nacisków związanych z koniecznością dostosowania się do genderowej rzeczywistości?
Wtedy jeszcze nie. Jak mówiliśmy – od 2020 r. walec ideologiczny znacznie się rozpędził. Kiedy odbywał się w Kanadzie miesiąc Pride, czyli miesiąc de facto „Pychy”, szef mojej siostry zasugerował jej wywieszenie tęczowej flagi przed siedzibą firmy. Odmówiła. Wtedy nie spotkały jej żadne konsekwencje, jednak dziś już może to być odbierane jako akt potencjalnej nienawiści. Dziś już, kiedy ktoś wymaga ode mnie, bym widział w nim „kota”, a ja odmówię – „kot” może zadzwonić na policję i policja ma obowiązek prawny mnie za to ukarać.
O tym, jak bardzo wyprane są mózgi elektoratu Kanady, świadczy choćby kolejna kadencja rządu Justina Trudeau. Mimo, że widać gołym okiem, do czego zmierza ten kraj, widać progresję ideologiczną. Wystarczy wspomnieć po kolei o zalegalizowaniu pięć lat temu marihuany, potem zalegalizowaniu eutanazji, o aborcji zalegalizowanej wiele lat wcześniej już nie mówiąc. Następnie było rozdawanie strzykawek i igieł do narkotyzowania się i sugestia, by państwo dawało narkomanom narkotyki ponieważ bez narkotyków się męczą, a przecież unikanie męczenia się jest prawem człowieka. I tak to idzie wg zasady: młodych uczymy rozwiązłości, uzależniamy ich od narkotyków, aborcja rozwiązuje problemy związane z rozwiązłością, a eutanazja wszystkie inne problemy. W rezultacie mamy cywilizację śmierci.
Wspomnieliście już dwa razy o sytuacji w Polsce. Jak sytuujecie nasz kraj w powyższym kontekście?
Wyjeżdżając szacowaliśmy, że Polska jest o te 15 lat „do tyłu”. Myśleliśmy: OK, to wystarczy, byśmy zdążyli wychować nasze dzieci, dać im korzeń wiary, by związały się z jakąś ze wspólnot w Kościele, miały dobre wzorce i środowisko. Jednak trzeba powiedzieć, że w Polsce zmiany, o którym mówimy, także bardzo przyspieszają. Swoje robią choćby media społecznościowe, poprzez które ruch transgenderowy stawia społeczeństwu po obu stronach oceanu dokładnie te same wymagania, narzuca te same standardy.
Dlaczego akurat Polska stała się Waszym nowym domem?
Niebagatelną rolę odegrał aspekt duchowy. Tu jest główny korzeń naszej wiary, stąd wyszliśmy i wróciliśmy tu jak do siebie. W Kanadzie mieliśmy bardzo dobre życie, znajomych, pracę, rodzinę, dzieci, zajęcia itd. Jednak to tu naprawdę czujemy się jak w domu, wreszcie na swoim miejscu, chociaż zaczynaliśmy zupełnie od początku – bez znajomych, bez pracy, miejsca, gdzie chcieliśmy zamieszkać.
W Kanadzie nie brakowało nam po ludzku niczego, jednak te wszystkie zmiany ideologiczne sprawiły, że tam wszystko było byle jakie, bez przeszłości i przyszłości. Kanadyjczycy są fajni, mili, w przeważającym stopniu stali się jednak ludźmi nijakimi, sformatowanymi właśnie pod wtłaczane im ideologie. Kanadyjska młodzież zagubiła się w rozwiązłości, bez stawiania sobie szlachetnych celów. Baliśmy się, że nasze dzieci nie będą miały skąd czerpać wzorców.
W Polsce pod tym względem jest jeszcze całkiem nieźle. Kiedy ostatnio byliśmy w Kanadzie, patrząc już z perspektywy życia w Polsce – pustka duchowa Kanadyjczykow, jakiej tam doświadczyliśmy, była wszechobecna i dominująca. Są enklawki ludzi, którzy są duchowo gorący, ale to wszystko. Jeśli jesteś letni – nie przetrwasz. Wchłonie cię obowiązująca, wszechobecna narracja lewicowo-liberalna. Żyjąc tam przedtem nie widzieliśmy tego dość wyraźnie, nie potrafiliśmy nazwać.
Jak oceniają zmianę Kanady na Polskę Wasze dzieci?
Paradoksalnie mają tu o wiele więcej swobody. Z jednej strony mogą bardziej o sobie samych decydować choćby ze względów komunikacyjnych. W Kanadzie wszystko jest od siebie bardzo oddalone. Albo masz samochód, albo cię trzeba wszędzie dowozić. Z drugiej strony mogą tu mówić i myśleć, co chcą, bez obawy, że ktoś będzie chciał je ukarać, gdy wyrażą swoje „nie takie, jak trzeba” zdanie na jakiś temat. Pod tymi względami czujemy się o nie o wiele spokojniejsi.
Znamy spośród naszych znajomych wiele przypadków, kiedy dzieci po studiach wracały do rodzinnych domów nie te same, zindoktrynowane, obce, obojętne. Przed tym także uciekliśmy do Polski.
Wiele mówi sam fakt, że nasze dzieci nie chcą już mieszkać w Kanadzie; wolą w Polsce. Odwiedzić Kanadę – OK, ale nie mieszkać na stałe. Uważamy, że Polska jest krajem bezpieczniejszym i – pomijając nasz system podatkowy – o wiele bardziej przyjaznym, co zresztą potwierdzają statystyki. Dodać trzeba, że jak w Kanadzie mieszkaliśmy na obrzeżach Toronto, tak obecnie mieszkamy na obrzeżach Warszawy. I komunikacja jest do centrum lepsza.
Poza tym w Polsce jest o wiele ciekawsze życie. Na początku, kiedy przyjechaliśmy, poznawaliśmy bardzo wiele nowych osób. I byłam zachwycona ich różnorodnością, barwnością, przebojowością, wielością zainteresowań, poglądów. Polacy nie są szablonowi, co w Kanadzie jest normą, kiedy większość nie wychodzi poza schemat: praca, dom, telewizor. Każdy Polak to oryginał! W Kanadzie najciekawsi są ci, którzy właśnie do Kanady przyjechali.
Kanadyjski premier Justin Trudeau potępił „Marsze Miliona dla Dzieci”, które z inicjatywy rodziców we wrześniu br. w 77 miastach Kanady przeszły w sprzeciwie wobec indoktrynacji ich dzieci. Trudeau na platformie X zamieścił komunikat, że „transfobia, homofobia i bifobia nie mają miejsca w tym kraju”. „Stanowczo potępiamy tę nienawiść i jej przejawy, i jesteśmy jednocześnie solidarni z osobami 2SLGBTQI+ w całym kraju – jesteście ważni i cenieni.” – napisał. Powiedzmy więcej o pro–genderowej polityce państwa.
Państwo umożliwia i finansuje zmianę płci metrykalnej „na życzenie”, i nie potrzeba do tego zgody rodzica, by dziecko w wieku szkolnym podjęło w tej sprawie decyzję. Wręcz przeciwnie – jeśli rodzic stoi na przeszkodzie, to dziecko może być rodzicowi odebrane. Rodzice mogą być pozbawieni w ogóle dostępu do dziecka, jeżeli nie wspierają jego „transseksualnej tożsamości”.
Dramatyczne jest to, że w wielu aspektach w Kanadzie prawa rodziców przedstawiane są jako przejaw łamania praw dziecka. Przeciwstawia się przez to dzieci rodzicom. Proceder dostępności zmiany płci jest zrównany z dostępem do aborcji.
Święta Bożego Narodzenia to szczególny czas. To najbardziej rodzinne święta, które chcemy spędzać wspólnie, spożywając posiłek z bliskimi, łamiąc się opłatkiem, kolędując. Czas, w którym ważną rolę odgrywają tradycje, nadając mu uroczystego i wyjątkowego znaczenia.
W 2020 roku zarządzający strachem decydenci zabrali nam ten czas, odmówili ludziom prawa do wspólnego celebrowania narodzin Jezusa. Wiele osób już nigdy nie zasiadło do stołu z bliskimi. Wiele osób nie dźwignęło się ze strachu, i odchodzili w samotności, otoczeni „kosmitami” w skafandrach, bez dotyku i miłości bliskich.
Potem przyszły szczepionki i fala nagłych zgonów – coraz więcej jest pustych miejsc przy polskich, wigilijnych stołach. Pamiętajmy o tych, którzy odeszli, nie zapominajmy kto im taki los zgotował.
Życzę Państwu, żebyście nigdy nie spędzali Świąt samotnie.
Posłuchajcie Kolędy dla #N, którą pięknie napisał Jerzy Karwelis, zaśpiewała Anna Chrołowska, a w całość zmontował Kamil Osięglewski.
Wesołych Świąt.
https://youtu.be/3jKZmlyinIo?si=ZGEnluuA91ghbNoN
Tekst kolędy dla #N, słowa: Jerzy Karwelis
Czy nadzieja znów wstąpi w nas
Gdy najbliższych wspomnimy cienie. Dziś przeżyjmy kolejny raz
Kowidowe Boże Narodzenie. Choć się srożył plandemii żar
Gdy zabrakło znów naszego głosu – Czy to ludzki zgotował nam świat
Czy to raczej zrządzenie losu?
…
Rozgrzesz nas za zaniechań grzech
Gdy zabrali najbliższych kosmici, By umarli samotnie tam
Po szpitalach, w cień strachu spowici. Daj zapomnieć nam o tym gdy,
W niemych krzykach ich wciąż drży powietrze Nie odeszli po to by żyć,
Ale byśmy tęsknili tu wiecznie.
Straszny czas Zmienił zwyczaj, co żył wśród nas Gdy na obcych czekały wciąż Puste miejsca przy stole.
Dziś już świat Nie wyrówna rachunków strat To uczynił plandemii czas Puste miejsca przy stole
… Gdy Wigilii nadejdzie czas
Nieobecnych pojawią się cienie. Dziś nie wierzmy kolejny raz
W kowidowe świąteczne wybaczenie. Bo nie w naszej mocy chyba jest
By wybaczać w imieniu tych, których Zdradził świat ostateczny raz
W plandemicznych czasach ponurych.
Wspomnień czas Gdy tak bardzo ich brak wśród nas Każdy czuje na wskroś Puste miejsce w swej duszy.
Jeszcze raz Daj nam przeżyć najcięższą z prawd, By pamiętać dlaczego są puste miejsca przy stole.
Wspomnień czas Gdy tak bardzo ich brak wśród nas Każdy czuje na wskroś Puste miejsce w swej duszy.
Jeszcze raz Daj nam przeżyć najcięższą z prawd, By pamiętać dlaczego są puste miejsca przy stole.
Stanisław Michalkiewicz k „Goniec” (Toronto) • 24 grudnia 2023 michalkiewicz
Ciekaw jestem, czy posiedzenia rządu Donalda Tuska, który – za dyrektoressą Teatru Dramatycznego, panią Moniką Strzępką, co to najwyraźniej przestała już być najukochańszą duszeńką warszawskiego magistratu („a w Warszawie, w magistracie, wiszą gacie na szpagacie, kiwają się w lewo, w prawo, a publika bije brawo!”), powinien nazywać się „vaginetem” – również ze względu na liczny w nim udział feminister – więc czy te posiedzenia przypominają słynną „nocną zmianę” z czerwca 1992 roku – również z udziałem Donalda Tuska? Atmosfera jest bowiem podobna; wtedy chodziło o jak najszybsze zatarcie śladów po rządzie premiera Olszewskiego, do którego należał złowrogi minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz, co to przedstawił Sejmowi listę konfidentów SB, na której znalazł się również Kukuniek. Zadanie przeprowadzenia tego zamaszku stanu powierzono debiutującemu w tej roli Waldemarowi Pawlakowi, który na głos przepowiadał sobie, co ma zrobić; „czyszczę sobie MSW…” – i tak dalej. Zarówno wtedy, jak i teraz zmiana rządu odbywa się pod pretekstem przywrócenia praworządności – zgodnie z rozkazem Naszej Złotej Pani, która po gospodarskiej wizycie w Warszawie 7 lutego 2017 roku nakazała otworzyć front walki o praworządność. Skoro tak, to i atmosfera posiedzeń vaginetu może być podobna, zwłaszcza, że i zadania specjalnie się nie zmieniły. Trzeba „wyczyścić” nie tylko MSW, ale i Ministerstwo Obrony. Jak wiemy, objął je pan minister Władysław Kosiniak-Kamysz, którego nawet na krok nie odstępuje Waldemar Pawlak. Na pewno mu doradza nie tylko, jak się obsprawić, ale również – jak „sobie czyścić” MON. W ramach tej kuracji przeczyszczającej wymienieni zostali szefowie wszystkich tajnych służb. Najwyraźniej Donald Tusk musiał sięgnąć po starych, zaufanych bezpieczniaków, którzy za dawnych czasów robili, co im kazano. Sam doświadczyłem tego na własnej skórze, kiedy ABW zarobiła przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie sprawę operacyjnego rozpracowania pod kryptonimem „Menora”. Mieliśmy bowiem przygotowywać na rocznicę powstania w getcie warszawskim coś tak okropnego, że nawet przed sobą nawzajem utrzymywaliśmy to w tajemnicy i dopiero energiczna akcja… – i tak dalej – zapobiegła najgorszemu. Okazuje się, że i pod nadzorem Donalda Tuska bezpieka potrafiła dokazywać, co się zowie, więc jeśli weterani wracają na swoje posterunki, to czekają nas ciekawe czasy.
Ale nie tylko dlatego, bo w kuracji przeczyszczającej przoduje pan Adam Bodnar, któremu dano trafikę w postaci Ministerstwa Sprawiedliwości. Skierował on był do „uzgodnień międzyresortowych” projekt rozporządzenia, mającego na celu przejście na ręczne sterowanie sądami, o którym Zbigniewowi Ziobrze chyba nawet się nie przyśniło, chociaż i on próbował. Kruczek pana ministra Bodnara polega na tym, że skoro na razie nie może zwolnić „neo-sędziów”, to poodsuwa ich od orzekania na tej zasadzie, że jeśli strona podniesie zarzut, że sąd jest „nienależycie obsadzony”, to znaczy – jest obsadzony przez „neo-sędziego”, to inni „neo-sędziowie” nie mogą tego sporu rozstrzygać, a w ogóle, to nie będą losowani do orzekania w sprawach. Taka, panie, kombinacja – jak mawiał Antoni Lange. Ale Pierwsza Prezes Sądu Najwyższego, pani Małgorzata Manowska, uznała, że to rozporządzenie „gwałci” same „fundamenty konstytucji”. Na takie dictum zareagował mój faworyt w osobie pana prof. Wojciecha Sadurskiego, który chyba jest bardziej szczery od innych, bo powiedział, że owszem – żeby zapanowała praworządność, to trzeba łamać konstytucję, bo sytuacja jest rewolucyjna. A pamiętamy, jak sytuację rewolucyjną charakteryzował proletariacki poeta Włodzimierz Majakowski: „Ciszej tam mówcy! Dzisiaj głos ma towarzysz Mauzer”. Toteż obawiam się, że prędzej czy później bez towarzysza Mauzera i jego przemówień się nie obejdzie. Ot, na przykład pan minister Władysław Kosiniak-Kamysz
postanowił zlikwidować Antoniemu Macierewiczu jego komisję smoleńską, surowo przykazując, by do 18 grudnia ze wszystkiego się rozliczyła. Ale złowrogi Antoni Macierewicz olał to ciepłym moczem oświadczając, że on tej decyzji, jako oczywiście nieważnej, nie uznaje i nawet ostentacyjnie zwołał na ten dzień posiedzenie komisji. Na to posiedzenie wtargnęła zakłopotana Żandarmeria Wojskowa, pozabierała jakieś komputery i inne składniki „mienia wojskowego”, ale nic więcej wskórać nie mogła ze względu na immunitet złowrogiego Antoniego Macierewicza. Ten zaś buńczucznie oświadczył, że tajne dokumenty są w sejfach, do których tylko on ma klucze. „Stoję przy mikrofonie, niech mnie który przegoni” – śpiewał Jerzy Stuhr. Podobnie w sprawie Jacka Kurskiego, którego premier Tusk „odwołał” z Banku Światowego w Waszyngtonie. Aliści prezes NBP, pan Glapiński orzekł, że premier przekroczył swoje uprawnienia i nawet przytoczył paragraf, według którego Polskę przed międzynarodowymi bankami reprezentuje nie premier, tylko prezes NBP. Na to premier – że Bank Światowy w Waszyngtonie, to nie bank, tylko „instytucja finansowa”, której udziałowcem jest rząd, więc on odwołać pana Jacka Kurskiego może. Nie wiadomo jednak, czy Bak Światowy w Waszyngtonie uważa się za bank, czy nie – a tu premier Tusk nie ma nic do gadania, więc widać, że cienki z niego Bolek i sam nie wie, czy odwołał pana Kurskiego, czy go nie odwołał. Podobna sytuacja jest z rządową telewizją, którą rząd też chciałby przejąć i nawet powierzyć jej kierownictwo panu Jarosławowi Kurskiemu, który w tym celu zrzekł się był stanowiska „vice-Michnika” w Judenracie „Gazety Wyborczej”. Jednak sprawa okazała się bardziej skomplikowana, niż początkowo sądzono. Trzeba będzie zaangażować sztab prawników, ale Rada Mediów Narodowych, która rząd musiałby sforsować w pierwszej kolejności, z pewnością wynajmie swoich. Ci prawnicy, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony będą zainteresowani, żeby spór trwał jak najdłużej, bo to są pieniądze, no a potem, tak czy owak, głos zabierze towarzysz Mau… – to znaczy pardon – jaki tam znowu „towarzysz Mauzer”? Nie żaden „towarzysz Mauzer”, tylko oczywiście – niezawisły sąd. Ale i tu kosa może natrafić na kamień, bo jak ministru Bodnaru nie uda się przekonać „neo-sędziów”, żeby posłusznie zastosowali się do jego pomysłów, to cały pogrzeb może okazać się na nic.
Rzecz w tym, że 19 grudnia weszło w życie rozporządzenie prezydenta Dudy z 29 listopada o zmianie regulaminu Sądu Najwyższego. Jak już pisałem, do podjęcia uchwały pełnego składu, czy połączonych izb, wymagana jest teraz zwykła większość przy obecności przynajmniej połowy sędziów. Jak powiedział sędzia Laskowski, uważający się za „legalnego”, w takiej sytuacji decyzję w sprawie ważności wyborów – której SN jeszcze nie podjął, a ma czas do 13 stycznia – może podjąć w gronie „neo-sędziów”, bez konieczności dopraszania kogokolwiek do quorum. I co wtedy? Tego nie wiemy, bo nie wiemy, czy Donald Tusk, a zwłaszcza jego niemieccy przyjaciele pogodzą się z tym, że jest on, podobnie jak cały jego rząd, rządem tymczasowym, czy też „staną w jego obronie z całą mocą” – jak obiecał Kukuniek bezpieczniakom, których trzódkę w sierpniu 1993 roku przyprowadził mu do Belwederu pan Andrzej Milczanowski. Wtedy oczywiście bez przemówień i to nawet wielokrotnych, „towarzysza Mauzera” by się nie obyło, chyba, żeby „Siły Zbrojne”, czyli nasza niezwyciężona armia zdecydowałaby się zrehabilitować za stan wojenny w grudniu 1981 roku i podporządkowała się swojemu Zwierzchnikowi, czyli prezydentowi Dudzie.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).