Mamy brązowy Medal w UE !! Na 27 państw !!

Bieguny biedy w Unii Europejskiej. Polska obecna w niechlubnym gronie

Damian Słomski 24 czerwca 2024, businessinsider/najbogatsze-i-najbiedniejsze-kraje-w-ue

Polska jest w trójce krajów Unii Europejskiej, w których majątek w przeliczeniu na pojedynczego dorosłego obywatela jest najmniejszy. Średnio pięciu Kowalskich ma razem tyle, co typowy Muller. Pocieszający jest fakt, że nie mamy poczucia większego zagrożenia ubóstwem lub wykluczenia społecznego niż inne kraje.

Zestawienie krajów UE według wielkości majątku
Zestawienie krajów UE według wielkości majątku | Foto: Damian Słomski/Business Insider, Artem Kontratiev / Shutterstock
  • Bieguny biedy w UE znajdują się w Europie Wschodniej i na Bałkanach
  • Najbogatsza nacja w przeliczeniu na osobę dorosłą jest ponad 10-krotnie zamożniejsza niż najbiedniejsza
  • Majątek na głowę dorosłej osoby w najmniej zamożnym kraju ekonomiści oszacowali na około 42 tys. euro, co daje blisko 180 tys. zł
  • W Polsce średnia nie jest wiele wyższa, ale widać bardzo dużą różnicę między tą miarą a medianą

Obywatele Unii Europejskiej niedawno wybrali swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Teraz trwa walka o stołki i układ sił w nowym rozdaniu, co wyznaczy kierunki polityki na kolejne lata. Jednym z zagadnień, które może wkrótce wrócić, jest temat Europy dwóch prędkości i podziału na zamożniejsze i biedniejsze kraje?

Nie można udawać, że nie istnieje przepaść między niektórymi krajami. Dobrze pokazuje to raport poświęcony globalnemu bogactwu, opracowany przez ekonomistów szwajcarskich instytucji finansowych Credit Suisse i UBS, który na podstawie danych za 2022 r. pokazał, że najbogatsza nacja w przeliczeniu na osobę dorosłą jest ponad 10-krotnie zamożniejsza niż najbiedniejsza.

Dysfunkcyjne dziwnikarstwo zbulwersowane kolorem skóry nachodźców

Dysfunkcyjne dziwnikarstwo zbulwersowane kolorem skóry nachodźców

Autor: CzarnaLimuzyna , 24 czerwca 2024

Od pewnego czasu ośrodki lewicowej propagandy zwane mediami głównego ścieku rozdzierają szaty z powodu pokazywania zdjęć i filmów przedstawiających nachodźców mających ciemny kolor skóry. Ciemny kolor skóry… a jaki mają mieć kolor skóry Arabowie, Murzyni i Azjaci? Dysfunkcyjne dziwnikarstwo przy aktywnym udziale partyjnego lewactwa z pokazywania nachodźców o ciemnym kolorze skóry usiłuje zrobić „rasizm”.

Są to typowe psychologiczne sztuczki, wirtualne zasieki, w których grzęzną rzekomi lub nieudolni obrońcy polskiej racji stanu. Hucpa z wymyślonym rasizmem ma odwrócić uwagę od pracujących w pocie czoła przemytników oraz od przekraczających granicę od strony Ukrainy przesiedleńców. Ale akurat o tym pani Anna Bryłka, przedstawicielka Konfederacji, słowem się nie zająknie, a mając wielokrotnie okazję zrobić to w mediach, nie raz chowała głowę w piasek gorliwie zaprzeczając: Stop ukrainizacji Polski nie jest hasłem Konfederacji, Stop ukrainizacji Polski nie jest hasłem Konfederacji…

Jeszcze gorzej zachowują się obłudni-lewoskrętni politycy PiS, którzy zapoczątkowali wszystkie destrukcyjne procesy, które teraz, z rosnącą intensywnością, kontynuuje Tusk. Słomianym patriotom wciąż zapatrzonym w cuchnących podsemityzmem lewaków Kaczyńskiego, przypominam:

Zasadniczym podziałem był, jest i pozostanie podział na dobro i zło, prawdę i kłamstwo.

To są główne granice podziału pomiędzy ludźmi prawymi a lewoskrętnymi, pomiędzy prawicą a lewicą. Praworządność stara się nawiązywać (w praktyce) do prawa naturalnego, leworządność (w praktyce)  do ideologii antykultury, czerwonego i brunatnego przykrytego zielenią ładu oraz każdej innej aberracji, a w tym idei etnicznej podmiany.

Grafika: Evgenij Kungur

O autorze: CzarnaLimuzyna

Tak bredzą rządzący nami klimatyści… „Co ja mogę panu na tym etapie więcej powiedzieć”.

„Tak rozmawia się z ludźmi oderwanymi od rzeczywistości”. Warzecha upokorzył wiceministra klimatu

23.06.2024 nczas/oderwanymi-od-rzeczywistosci-warzecha-upokorzyl-wiceministra-klimatu

Łukasz Warzecha oraz wiceminister klimatu i środowiska Mikołaj Dorożała.
Łukasz Warzecha oraz wiceminister klimatu i środowiska Mikołaj Dorożała. / foto: screen Super Ring

Dziennikarz i publicysta Łukasz Warzecha na wizji upokorzył wiceministra klimatu i środowiska Mikołaja Dorożałę. Najlepiej tę debatę podsumowuje fragment dyskusji, kiedy to Warzecha stwierdził, że wiceszef resortu klimatu „mówi ogólnikami”, na co ów odpowiedział: „co ja mogę Panu na tym etapie więcej powiedzieć”.

Gościem Warzechy w programie „Warzecha kontra” był wiceminister klimatu. Choć rozmowa miała miejsce dwa tygodnie temu, dopiero teraz jej fragmenty zaczęły zyskiwać popularność w sieci.

Dorożała przekonywał między innymi, że „z funduszy europejskich mamy wpompować, tylko w Polsce, w perspektywie tej długofalowej, prawie sto miliardów złotych w ocieplanie budynków”.

Oceny skutków wprowadzenia dyrektywy budynkowej, bo mówi Pan o ocieplaniu budynków, są szacowane, w zależności od tego kto szacuje, na od biliona do półtora biliona złotych. Pan mówi o 100 miliardach – powiedział Warzecha.

Niedawno w jednym z programów telewizyjnych państwa, czyli Polski 2050, kandydatka do Parlamentu Europejskiego, p. Róża Thun, pytana o to, czy zgodnie z deklaracją waszego lidera pana Szymona Hołowni będzie walczyła w Parlamencie Europejskim z dyrektywą EPBD, czyli właśnie tą budynkową, powiedziała, że nie ma z czym walczyć, bo będą świetne kredyty – zauważył dziennikarz i przypomniał, że w dyrektywie słowo „kredyty” pojawia się jedenastokrotnie.

Zdaniem Warzechy „interes” na wprowadzeniu dyrektywy zrobią „w pierwszej kolejności banki, które będą udzielały tych kredytów”. – W drugiej kolejności sektor, który będzie zapewniał te ocieplenia, renowacje, tak jak się to w dyrektywie nazywa, tylko, że to będzie wymuszone. To nie jest naturalny proces rynkowy – podkreślił publicysta.

Tu jest potrzebna strategia (…) mechanizmy rynkowe mogłyby spowodować, że na poziomie unijnym, ci ludzie nigdy by nie wyszli z tego, jeśli zostaliby zostawieni sami sobie w kontekście tego, jak oni mają sobie dzisiaj poradzić w tym 300-metrowym mieszkaniu wybudowanym w 65 roku, gdzie zostali tam sami, dwójka starszych osób – przekonywał Dorożała.

A tak to bank je przejmie po prostu – odparł Warzecha.

Nie. Ja widzę rolę państwa i Unii Europejskiej w kontekście stymulanta pewnych procesów – zaprotestował wiceminister.

Ale ktoś musi za to zapłacić. Pan mówi o stu miliardach, a ja mówię o półtora biliona kosztów, a najmniej bilionów – podkreślił dziennikarz.

Ale o jakiej skali Pan mówi teraz czasowej? – pytał Dorożała, a Warzecha wyjaśnił, że „mówi o takiej skali, jaką zakreśla dyrektora ETBD”.

A czym jest zwrot z tych kosztów? Trzeba coś, żeby coś wyciągnąć, żeby z tej inwestycji coś wyciągnąć, trzeba coś zainwestować – brnął dalej wiceminister.

https://nczas.info/2024/06/22/proste-pytanie-pokonalo-klimatyste-warzecha-masakruje-ministra-video/embed/#?secret=aW1LMNJbNv#?secret=JOHuBxKurQ

Pan płaci, pani płaci…

Eksperci szacują w tej chwili, że dostosowanie domu wybudowanego w standardach sprzed około 10 lat do standardów dyrektywy EPBD to jest koszt rzędu 200-300 tysięcy złotych. Jeżeli Pan chce i Pana na to stać, proszę bardzo, może pan zainwestować te pieniądze i potem się cieszyć niższymi rachunkami (…) Ale jeżeli Pana nie stać, to co? A dyrektywa, jak Pan doskonale wie, nakłada obowiązek stworzenia takiej struktury tych paszportów energetycznych i powoduje, że Pan nie będzie mógł dysponować swoją własnością, jeżeli pan nie podciągnie swojej nieruchomości do odpowiedniego standardu – zauważył Warzecha.

Wie pan, tego typu język oczywiście pobudza wyobraźnię i może powodować jakiś strach i lęk, że teraz ktoś chce nam zabrać… – oburzył się wiceszef resortu klimatu. – Mówimy o całym systemie wsparcia finansowego, dofinansowań, przejścia jakiegoś trudnego procesu, zaplanowania tego procesu, żeby go rozwiązać w czasie.

Pan mówi ogólnikami. Powiedział Pan o 100 miliardach – wtrącił Warzecha.

Ale co ja mogę Panu na tym etapie więcej powiedzieć. My rozmawiamy o idei tego. My jesteśmy w momencie… – opowiadał Dorożała.

O jakiej idei? Ta dyrektywa weszła w życie – powiedział, nie móc powstrzymać śmiechu, Warzecha. I tu do głosu na dłuższą chwilę doszedł wiceminister:

Ale wie Pan, co się dzieje w całej debacie społeczno-politycznej teraz, tak? Żer my rozmawiamy o tym, o jakimś zamachu teraz Unii Europejskiej na wolność. Mówi Pan o kosztach, które są. Ja Panu o tym, że z perspektywy dzisiaj polskiego społeczeństwa, kwestii całej zmiany, w której dzisiaj jesteśmy w tej części Europy pod kątem tego, z czego my w ogóle będziemy brać energię, o tych wampirach energetycznych, gdzie ludzie zostali sami sobie zostawieni i mają te domy do ogrzania, ich nie stać, żeby te domy ogrzać. Mówimy teraz o przeprowadzeniu tego systemu transformacji w sposób sprawiedliwy po to, żeby docelowo na tym skorzystać.

Ale co to znaczy sposób sprawiedliwy? – zapytał Warzecha.

W taki sposób, że nie można tych ludzi zostawić samych sobie. Mówimy o pełnym wsparciu – odparł Dorożała.

A kto za to zapłaci? – nie ustępował dziennikarz.

Zapłaci za to każdy obywatel Unii Europejskiej – przyznał wiceminister.

Prawdziwe mechanizmy władzy w czasach ostatecznych. Jak potoczy się końcowa rozgrywka w tym „meczu do jednej bramki”?

Prawdziwe mechanizmy władzy w czasach ostatecznych

Jak potoczy się końcowa rozgrywka w tym „meczu do jednej bramki?

DR IGNACY NOWOPOLSKI JUN 23
 
READ IN APP
 

Czasy w których żyjemy charakteryzują się dualizmem systemowym.

Z jednej strony mamy formalne struktury międzynarodowe (ONZ, UE, BRICS, itd.), oraz państwa ze wszystkimi ich atrybutami, jak rządy, wojsko, organizacje polityczne, itd., a z drugiej nieformalne, fundowane przez korporacje (WEF, WHO), półtajne (np. Bilderberg, i zupełnie tajne, jak rzeczywiści władcy naszego globu.

Przedstawienie grane nieustannie przez „struktury formalne” absorbuje uwagę tej części społeczeństwa, która uważa się za zainteresowaną sprawami świata.  Jakikolwiek obrót ten spektakl by nie przyjął, nie ma on istotnego wspływu na bieg wydarzeń.

O losie Ludzkości decydują natomiast „struktury nieformalne”, które w dużej mierze mają charakter duchowy, okultystyczny.

Od momentu kiedy to Imperium Rzymskie rozpędziło plemię szatańskie po całym swoim terytorium, rozpoczęło ono budować wspomniane struktury, najpierw  w Rzymie, potem w Europie, a ostatecznie w Ameryce, gdzie władzę polityczną i militarną sprawuje w  zbudowanym przez Iluminatów Waszyngtonie, finansową na Wall Street, a duchową w Hollywood.

Aby uniknąć rozwodnienia tego tematu rzeki, ograniczam się tylko do najbardziej istotnych elementów.

Jak w szatańskim jest zwyczaju, imituje on w karykaturalny sposób  Boskie Koncepcje.   Jego „apostołami” są globalni oligarchowie finansowi, którzy utrzymują swą anonimowość pod szyldami różnorakich funduszy inwestycyjnych i korporacji.  One to są fundatorami takich organizacji jak WEF (Światowe Forum Ekonomiczne), WHO (Światowa  Organizacja Zdrowia), itd. 

Specjalne miejsce w tej szaradzie zajmuje Hollywood, odgrywający rolę stolicy duchowej i kulturowej NWO (Nowego Porządku Światowego).  W miarę stopniowego szatańskiego „uświęcania się” zarówno obraz, jak i produkty Hollywood stawały się coraz bardziej płaskie, prymitywne i odrażające.  Aby uzyskać „sukces” w tym środowisku, należy stać się członkiem masonerii i „uświęcać” swe „członkostwo”, rytualnym piciem krwi niemowląt.  NIE, nie są to oszczerstwa rozprzestrzeniane rzekomo przez wrogów szatańskiego plemienia!  Są na to setki TWARDYCH DOWODÓW, pochodzących od tych, którzy nie wytrzymali tej formy „kariery” i zaczęli publicznie dawać świadectwo PRAWDZIE.  Materiał dowodowy jest tak przeogromny, a przy tym przerażający, że nawet sam „książę kłamstwa”, nie próbuje tego negować, a jedynie usuwać ze światła dziennego największe dowody swego ”sukcesu”.

Kolejnym filarem władzy jest Davos, czyli WEF, z jakiegoś niezrozumiałego  powodu noszące nazwę „Światowego Forum Ekonomicznego”.  Jego głową jest stary błazen Klaus Schwab, a ideologiem Yuval Harari, izraelski pederasta, który chełpi się tym, że „stracił cnotę w stosunku płciowym ze Schwabem”.

Głównym zadaniem tej organizacji jest szkolenie „młodych liderów”, „influencerów” i innych agentów, których następnie wmontowuje się w „struktury formalne” na całym świecie, zapewniając sobie tym samym ich pełną dyspozycyjność.

Truizmem jest stwierdzenie, że proces ten trwa już dekady, a zapewne i wieki, ale dopiero teraz osiągnął pełne „nasycenie” i kontrolę złego nad niemal całym światem.

Korzystając z pierwszego nasuwającego się przykładu:  „kibicowanie” którejkolwiek ze stron w konflikcie banderowskim, to groteska, biorąc pod uwagę fakt, że po obu jego stronach zarządzającymi są globaliści.  Po fałszywej „pandemii” proces depopulacji jest kontynuowany na ukraińskich stepach, a wszystkie inne zagadnienia zostaną rozwiązane „pod stołem”, oczywiście przy założeniu, że nie doprowadzą oni do konfliktu jądrowego!

Nie są natomiast groteskowymi próby zapobiegnięcia udziału w tej rzezi obywateli III RP, tak jak udało się to już osiągnąć Węgrom.

Leksykon IKEA w awangardzie postępactwa… LGBTQIKEA.

Żydzi, murzyn i dwie płcie. IKEA opublikowała leksykon języka. Czytając, co chwilę łapaliśmy się za głowę

23.06.2024 nczas/zydzi-murzyn-i-dwie-plcie-ikea

Wydawałoby się, że firma z meblami oraz wyposażeniem domu winna zajmować się ich sprzedażą. Nic jednak bardziej mylnego. IKEA ruszyła na ratunek naszemu ojczystemu językowi i przygotowała „Leksykon dobrego języka”, który nikomu do niczego nie jest potrzebny i którego nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien brać na poważnie.

IKEA od lat stoi w awangardzie postępactwa. Na swojej stronie internetowej chwali się, że „od dawna stoi w obronie praw osób należących do społeczności LGBTQ+, tak aby czuły się mile widziane, szanowane i doceniane za to, kim są”. Podobno orientacji seksualnej się nie wybiera, a więc nie bardzo widzimy powód do tego, aby kogoś doceniać za to, że preferuje w kontekście seksualnym osoby tej samej płci.

Najwidoczniej jednak taki powód dostrzega IKEA, której pracownicy wzięli udział w tzw. paradzie równości. Firma chwali się też, iż we współpracy z programem Global Diversity Champions w Stonewall przygotowała zestaw działań, aby „okazać wsparcie LGBTQ+”.

Oprócz promocji owych ruchów, IKEA w wolnym czasie zajmuje się też walką z katolikami. Kilka lat temu głośna była sprawa zwolnienia pracownika w związku z jego komentarzami, w których posługiwał się cytatami z Biblii, krytycznie wypowiadając się o LGBT.

Język inkluzywny

Teraz IKEA przygotowała kilkudziesięcio-stronnicowy dokument nt. rzekomo dobrego języka. „Język inkluzywny (inaczej włączający) nie dyskryminuje, zauważa wszystkie osoby i ułatwia komunikację w codziennym życiu” – czytamy we wstępie. Nie jest to prawda, gdyż komunikacja łatwiejsza jest w języku, który przez lata naturalnie ewoluował, a nie za pomocą sztucznie wprowadzanych pojęć.

We wstępie Maciej Makselon, ambasador kampanii #ZmieniamyNarracje, używa zwrotu „każde z nas”, zamiast napisać zwyczajnie „każdy z nas”. Dobry język, który proponuje IKEA to rzekomo „uszanowanie potrzeb konkretnych grup i jednostek”. To jednak znów nie jest prawdą, gdyż potrzeby osób, które nie chcą używać nowomowy, nie są zauważane.

W dokumencie czytamy m.in., że inwalida albo kaleka, to rzekomo „stygmatyzujące zwroty”. Znacznie bardziej empatycznie jest podobnież mówić „osoba z niepełnosprawnością”. Okazuje się także, iż nie ma już osób chorych psychicznie, ale są osoby „w kryzysie zdrowia psychicznego”.

Znacznie ciekawiej robi się w sekcji LGBTQIKEA.

Otrzymujemy poradę, by nie używać sformułowań kończących się na -izm, jak homoseksualizm, gdyż „określenia kończące się -izmem kojarzą się z pojęciami medycznymi (nazwami chorób lub zaburzeń) lub nazwami ideologii”. Jeśli faktycznie tak jest, to są to sformułowania jak najbardziej trafne.

Okazuje się, iż nie należy mówić także o dwóch płciach, gdyż „określenie to sugeruje, że istnieją tylko dwie płcie, co jest niezgodne z obecną wiedzą naukową”. Jaką wiedzą naukową kierowała się w tym przypadku IKEA nie wiemy, pozostaje nam więc jedynie zaufać nauce, podobnie jak w czasach ogłoszonej pandemii koronawirusa.

W kwestii rozmaitych mniejszości również nie można się nudzić. Zakazane jest używanie słowa „żydzić”, gdyż „to negatywne określenie pochodzi od wyznawcy judaizmu (żyd)”, a więc dalsze wyjaśnianie tego, to zupełnie niepotrzebna jest. Rzecz jasna na – nomen omen – czarną listę trafiło także słowo murzyn, ponieważ funkcjonuje wiele zwrotów, „które są obraźliwe i tworzą negatywny obraz osób o czarnym kolorze skóry”.

Za głowę można złapać się po raz kolejny czytając, iż określenie nielegalny imigrant jest „bardzo krzywdzące i stygmatyzujące”, a więc „powinno całkowicie zniknąć z dyskusji o migracji”. W pierwszej kolejności powinni jednak zniknąć nielegalni imigranci. Nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszemy, że bardzo nieładnie podobno jest mówić też: Eskimos, Indianin, Cygan albo żółtodziób.

A kto stoi za tym dokumentem? Jak czytamy materiał został przygotowany w ramach kampanii IKEA #ZmieniamyNarracje, a pomocą przy jego współtworzeniu posłużyły: Mudita, Kampania Przeciw Homofobii, Fundacja Ocalenie, Salam Lab, Dialog Pokoleń, Nomada oraz Fundacja w Stronę Dialogu.

DYREKTOR PFIZERA PRZYZNAJE – ”COVID TO BYŁA PRÓBA GENERALNA…”

  • DYREKTOR PFIZERA PRZYZNAJE – ”COVID TO BYŁA PRÓBA GENERALNA…”

Globalna Świadomość 22 czerwca 2024 globalna/dyrektor-pfizera-przyznaje-covid-to-byla-proba-generalna

Dyrektor generalny firmy Pfizer, Albert Bourla, został przyłapany na przyznaniu, że plandemia Covida była „próbą” przed „główną chorobą”, która dopiero nadejdzie.

Według szefa Big Pharma „najlepsze dni” firmy Pfizer mają dopiero nadejść ze względu na zdolność firmy do masowej produkcji mRNA z taką szybkością i na dużą skalę, aby zaszczepić cały świat w ciągu kilku tygodni.

Bourla pochwalił się również, że rak, którego liczba wzrosła na całym świecie w następstwie wprowadzenia mRNA, stanowi dla firmy Pfizer wysoce lukratywny rynek.

Patrick Webb @RealPatrickWebb

BREAKING: Pfizer CEO Albert Bourla admitted yesterday that Covid was used as a test, while also saying that he believes that the best days of Pfizer are ahead. “I truly think that the best days of Pfizer are ahead of us, because Covid was for me was like a rehearsal.”

Według informatora firmy Pfizer , który ostrzega, że ​​każdy zaszczepiony mRNA to chodząca i gadająca bomba zegarowa, która czeka na wybuch, w ciągu najbliższych kilku lat turborak pochłonie życie setek milionów, jeśli nie miliardów ludzi.

Według informatora pandemia Covida i wprowadzenie mRNA były operacją planowaną od kilkudziesięciu lat, której wyraźnym celem było zranienie ludzi, okaleczenie i umyślne zabicie ogromnej liczby ludzi.

TRENDY: Osobisty szef kuchni Billa Gatesa twierdzi, że miliarder „odmówił karmienia swojej rodziny fałszywym mięsem”

Ale jest jeszcze gorzej. Wprowadzenie mRNA jest dopiero w powijakach. Chore i pokręcone ghule odpowiedzialne za ogromny wzrost zachorowań na nowotwory turbo mają teraz ogromne korzyści finansowe, zmuszając cały świat do zaszczepienia się przeciwko problemowi, który spowodowały.

Elita globalistyczna wykorzystuje przemysł farmaceutyczny do dokonania największej zbrodni przeciwko ludzkości w historii i jak zwykle jest zdeterminowana ukryć swój niegodziwy plan na widoku.

SYMBOLICZNE 13 KRAJÓW PODPISAŁO TRAKTAT WEF ”PROJEKTU ŚWIATOWEGO GŁODU”

  • SYMBOLICZNE 13 KRAJÓW PODPISAŁO TRAKTAT WEF ”PROJEKTU ŚWIATOWEGO GŁODU”

Published by Globalna Świadomość on 23 czerwca 2024 globalna./13-krajow-podpisalo-traktat-wef

13 krajów zachodnich, w tym Stany Zjednoczone, podpisało traktat WEF mający na celu zaprojektowanie czegoś, co nazywają „etyczną globalną klęską głodu” w ramach celów Agendy 2030 Światowego Forum Ekonomicznego.

Następujące kraje zgodziły się zaaranżować „ kontrolowaną likwidację ” przemysłu rolnego na całym świecie, powodując jednocześnie głód i głód dla ludzkości:

  • Stany Zjednoczone
  • Argentyna
  • Australia
  • Brazylia
  • Burkina Faso
  • Chile
  • Republika Czeska
  • Ekwador
  • Niemcy
  • Panama
  • Peru
  • Hiszpania
  • Urugwaj

Naturalnews.com donosi: Utrata produkcji mięsa w samej Australii, Brazylii i USA wystarczyłaby, aby zagłodzić niezliczoną liczbę ludzi, nie wspominając o całej innej żywności hodowanej i uprawianej w tych trzech krajach.

Powołując się na „zmiany klimatyczne” i „globalne ocieplenie” jako powody, dla których należy podjąć tak drastyczne środki, globaliści stojący za oszustwem klimatycznym forsują pogląd, że rolnictwo, w tym hodowla zwierząt, musi zostać zakończone, aby zapobiec podgrzewaniu środowiska przez wzdęcia zwierząt .

„Cieszę się, że wspólne zaangażowanie społeczności międzynarodowej na rzecz ograniczenia emisji metanu z rolnictwa stanowi środek do osiągnięcia celów, które podpisaliśmy w Porozumieniu paryskim w sprawie klimatu” – powiedział Luis Planas, hiszpański Minister Rolnictwa, Rybołówstwa i Żywności, w oświadczeniu. Marcelo Mena, dyrektor generalny Global Mamine Hub, oczywiście się z tym zgadza.

„Systemy żywnościowe są odpowiedzialne za 60 procent emisji metanu” – wyjaśniła Mena w ogłoszeniu.

Bez gospodarstw nie ma żywności

W weekend wiceprezydent Kamala Harris wydała oświadczenie, w którym wezwała do „zmniejszenia populacji”. Można to częściowo osiągnąć poprzez zniszczenie światowych zasobów żywności.

Najnowsza wersja narracji o globalnym ociepleniu głosi, że powoduje je sama żywność. Najwyraźniej cały świat musi wrócić do społeczeństwa łowców i zbieraczy, w którym pozostanie bardzo niewiele ludzi, aby planeta mogła się „ochłodzić” i powrócić do „normalności”.

„Ograniczenie emisji metanu to najszybszy sposób na ograniczenie ocieplenia w krótkim okresie” – twierdzi były kandydat na prezydenta John Kerry, który w dalszym ciągu jest jednym z najgłośniejszych propagatorów propagandy globalnego ocieplenia.

„Żywność i rolnictwo mogą przyczynić się do przyszłości nisko-metanowej poprzez poprawę produktywności i odporności rolników. Witamy ministrów rolnictwa uczestniczących w realizacji Globalnej Obietnicy dotyczącej metanu.”

Nawiasem mówiąc, część Globalnej Obietnicy dotyczącej Metanu obejmuje przejście świata z jedzenia prawdziwej żywności, takiej jak wołowina i kurczaki, na spożywanie świerszczy i larw owadów.

Jak wyraźnie widać utrzymujący się trend inflacyjny, który w zwolnionym tempie wydaje się być hiperinflacją, dochodzimy do punktu, w którym mięso i żywność w ogóle staną się tak niedostępne dla przeciętnego człowieka, że ​​wielu nie będzie miało innego wyjścia, jak tylko spróbować robaków, zakładając, że chcą dalej żyć w takim świecie.

„Na podstawie tego języka możemy przypuszczać, że wśród rozważanych praktyk znajduje się zastępowanie większej części bydła mięsnego i mlecznego, wieprzowiny i kurczaków, z których populacje czerpią białko, larwami owadów, mącznikami, świerszczami itp.” – mówi dziennikarz Leo Hohmann o tym, co pociąga za sobą Globalne zobowiązanie dotyczące metanu.

„ONZ, Światowe Forum Ekonomiczne i inne organizacje pozarządowe od lat promują dietę bezmięsną i spożycie białka owadów, a miliarderzy inwestują w ogromne fabryki owadów powstające w stanie Illinois, Kanadzie i Holandii, gdzie mączniki, świerszcze i inne robaki będą przetwarzane jako dodatki dodawane do żywności, często bez wyraźnych etykiet informujących ludzi o tym, co dokładnie jedzą”.

Migranci, gestapo i klimat

Migranci, gestapo i klimat

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    23 czerwca 2024

Gdybyśmy nie wiedzieli, że Donald Tusk jest przewodniczącym Volksdeutsche Partei, premierem rządu i Wielką Nadzieją Postępactwa, to moglibyśmy sobie pomyśleć, że to jakiś błazen, który – podobnie jak inni Umiłowani Przywódcy – duraczy trzódkę swoich wyznawców, niczym „Kostuś” z nieśmiertelnego, a dedykowanego Stefanowi Niesiołowskiemu utworu Janusza Szpotańskiego pod tytułem

Pan Karol i Kostuś”.

Pan Karol ma żonę uroczą i mądrą, plus seraj rozkosznych kochanic.

A Kostuś z pyskatą żonaty jest flądrą i romans ma z tkaczką z Pabianic.

A dalej:

Pan Karol jak myśli, to myśli szeroko i mnóstwo ogarnia perspektyw.

A Kostuś wlepione baranie ma oko w stek brudnych, endeckich inwektyw. (…)

Pan Karol jest mówca i złote ma usta, do czynu porywa słuchaczy;

a Kostuś z miedzianym obliczem oszusta wyznawców swych trzódkę duraczy.

No ale takie myślenie byłoby niegrzeczne, bo Donald Tusk jest przewodniczącym Volksdeutsche Partei – i tak dalej – a ponadto – jak mówią na mieście – jak już przy pomocy swojej hałastry zwanej „koalicją 13 grudnia” całkowicie zdemontuje III Rzeczpospolitą, to w nagrodę zostanie jakimś Reichsleiterem – bo stanowisko Reichsfuhrera jest zarezerwowane dla obecnej Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, która w Donaldu Tusku sobie upodobała, podobnie jak wcześniej Nasza Złota Pani, co to zrobiła z niego człowieka na europejskich salonach. Wprawdzie byłoby to niegrzeczne, ale z drugiej strony – amicus Plato, sed magis amica veritas – jak powiadali starożytni Rzymianie, co się wykłada, że prawdzie Platon przyjacielem, ale prawda jest przyjaciółką większą.

Jaka zatem jest prawda o Donaldu Tusku?

Od roku 2008, kiedy to, będąc premierem rządu, próbował poluzować sobie obróżkę i smycz, na której trzymały go stare kiejkuty, omal nie został przez nich wysadzony w powietrze przy pomocy „afery hazardowej”, związał swoje losy najpierw z Naszą Złotą Panią z Berlina, w później – z jej następcami, wśród których najbardziej upodobała sobie w nim Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, co to wyznaczyła mu zadania do wykonania w naszym bantustanie. A związał swoje losy ze Złotą Panią, bo to ona, ratując go przed wysadzeniem w powietrze i Bóg wie przed czym jeszcze – załatwiła mu Nagrodę im. Karola Wielkiego – co było aluzją, że kto odtąd podniesie rękę na Donalda Tuska, to będzie miał z nią do czynienia – a potem Mocną Ręką przeniosła go na brukselskie salony, gdzie zrobiła z niego – i tak dalej.

Odtąd Donald Tusk służy – ale nie Sowieckiemu Sojuzu, tylko Rzeszy. Naturalnie o tym nie powinno się głośno mówić, chociaż Jarosław Kaczyński chyba o tym nie wie, bo na oczach całej Polski wygarnął Donaldu Tusku w Sejmie:wiem jedno: jest pan niemieckim agentem– a Donald Tusk przytomnie udał, że nie słyszy – bo niby co miał powiedzieć?

Wreszcie, dopóki Niemcy nie mogły się zdecydować, czy w związku z wojną, jaką USA i NATO prowadzą z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca, trzymać się strategicznego partnerstwa z Rosją, czy nie – aż Amerykanie, wysadzając w powietrze bałtyckie gazociągi ułatwili im podjęcie decyzji – Donald Tusk prezentował się jeśli nawet nie jako gołąbek pokoju, to przynajmniej jako humanitarny wrażliwiec, zwłaszcza w kwestii migrantów. Kiedy jednak Niemcy po wysadzeniu w powietrze wspomnianych gazociągów i odkryciu w izraelskiej strefie ekonomicznej na Morzu Śródziemnym obiecujących złóż ropy i gazu, machnęły ręką na strategiczne partnerstwo z Rosją na rzecz strategicznego partnerstwa z Izraelem, Donald Tusk w jednej chwili przepoczwarzył się z gołąbka pokoju z jastrzębia gołębiarza. Z dnia na dzień zrozumiał, że migranci, to nie żadni nieszczęśliwcy, tylko łajdacy i tak się wobec nich usztywnił, że aż pani reżyserowa Agnieszka Hollandówna, kierujący nietykalną fundacją „Otwarty Dialog” pan Bartosz Kramek i wreszcie Judenrat „Gazety Wyborczej” zaczęli się od niego dystansować a nawet czynić mu gorzkie wyrzuty.

Towarzyszyły tej metamorfozie buńczuczne deklaracje o Wale Tuska zwanym inaczej Linią Imaginota”, o pozwoleniu żołnierzom na używanie broni i o „strefach buforowych”, ale – jak zauważył Jan Kochanowski – „próżno się rząd mniemaną potęgą nasrożył, który na gruncie cnoty rządów nie założył”. Okazało się bowiem, że bufory – buforami – ale „aktywiści”, jak gdyby nigdy-nic, po staremu rozprowadzają migrantów w strefie nadgranicznej, a żołnierze są „zastraszeni”, więc po staremu cierpią od migrantów katiusze – i tak dalej.

Jak jednak ma być inaczej, skoro zgodnie z dyrektywą Komisji Europejskiej z 14 maja br. o wyrównywaniu warunków przyjmowania itd. – migrantom należy zapewnić warunki pobytu, a więc – zakwaterowanie, tzn. mieszkanie socjalne co najmniej na rok, finansowane z funduszy publicznych o powierzchni minimum 50 m. kw. dla pierwszej osoby plus dodatkowe 10 metrów na każdą kolejną – do tego ok. 2,4 tys. zł miesięcznie na osobę bezterminowo, plus rozmaite „bonusy”.

Ta dyrektywa już obowiązuje, a premier Tusk – podobnie jak w sprawie innych dyrektyw – nie ma nic do gadania. Toteż od połowy maja Niemcy wypychają od siebie do Polski coraz to nowe grupy migrantów, o czym funkcjonariusze rządowych i nierządnych jednostek Propaganda Abteilung starają się nie mówić – no bo co w tej sytuacji powiedzieć?

Ale na tym nie koniec, bo 14 czerwca Sejm przyjął ustawę o „sygnalistach”, to znaczy – o donosicielach – i utworzeniu całego systemu ich ochrony, którym zawiaduje Rzecznik Praw Obywatelskich, w ten sposób wmontowany w mechanizm totalnej inwigilacji. Rząd, kierując projekt stosownej ustawy do Sejmu, wykonał w ten sposób dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej.

I jak tu się nie zgodzić z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, który jeszcze przed II wojną, w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś”, wspierany przez proroctwa pisał: Czyli że co do tych okien – to każdy kraj ma Gestapo” . Jakże zresztą ma nie mieć, skoro przecież budujemy IV Rzeszę, a ta – choćby ze względu na ciągłość – nie może przecież różnić się zasadniczo od Rzeszy III? Toteż będzie miał – a nad wszystkim będzie czuwać Reichsfuhrerin, być może nawet przy pomocy Donalda Tuska, jeśli oczywiście zostanie wynagrodzony stanowiskiem Reichsleitera.

Ale może nie zostanie, może zakończy karierę na stanowisku Generalnego Gubernatora – bo właśnie Rada Unii Europejskiej przyjęła prawo o odbudowie zasobów przyrodniczych. Wprawdzie Włochy, Węgry, Szwecja, Holandia, Finlandia i Polska się sprzeciwiały, ale nic to nie pomogło. W ogóle to Polska była „za, a nawet przeciw” – bo Ministerstwo Klimatu projekt rekomendowało, ale jednocześnie rząd „nie mógł” go poprzeć ze względu na „nadmierne obciążenia biurokratyczne”.

Wiadomo jednak, że nic tak nie robi dobrze klimatowi, jak rozrost biurokracji. Na tym nieubłaganym stanowisku stanęło 215 naukowców, którzy zapewne liczą na posady w stosownych instytucjach – bo komuż w końcu je powierzać, jeśli nie płomiennym obrońcom „planety” przez zagładą?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Fundusz paniki zbuduje Nowy Świat

Fundusz paniki zbuduje Nowy Świat

Napisał Jerzy Karwelis 22 czerwca, wpis nr 1275

Istnieje coś takiego jako nazwana ostatnio przez money.pl „Polska funduszowa”. Zaczęła się ona co najmniej za czasów pierwszych rządów koalicji PO-PSL. Ruch na tworzenie specjalnych funduszy miał służyć temu, że tak ulokowane pieniądze nie są wliczane do długu publicznego. Finanse wyglądają wtedy lepiej na użytek wewnętrzny, szczególnie przy spełnianiu konstytucyjnego warunku nieprzekroczenia długu publicznego do limitu 60% PKB. Czyni się to także w celu spełniania różnych kryteriów oceny w przypadku instytucji międzynarodowych. Dlatego kiedy zaczął się kryzys 2008 roku, to w funduszach, szczególnie w takim Funduszu Drogowym pochowano pieniądze tak, by nie obciążały długu publicznego. Już wtedy zaczęła się praktyka, która tworzyła z tych pieniędzy łatwo dostępną skarbonkę do wydawania na rzeczy kompletnie nie zgodne z pierwotnym przeznaczeniem funduszu.
Kowid jako funduszowy katalizator
Sprawa się rozkręciła w kowidzie, a więc już za innego rządu. PiS stworzył fundusz kowidowy, który – na fali aprobującej paniki – był olbrzymi i kompletnie niekontrolowany. Stał się podręcznym funduszem premiera.
Interesujące są tu dwie rzeczy – fundusz kowidowy, jak i większość pozabudżetowych funduszy, został ulokowany w Banku Gospodarstwa Państwowego, co uczyniło z niego „hub” około 20 funduszy. To było – i jest – centrum „polski funduszowej”, pozwalające schować przed raportową statystyką (również unijną) pieniądze na różne wydatki. Doprowadziło to do sumy przekraczającej 320 mld zł, które, wliczone do długu publicznego, zdemolowałyby finanse państwa, a rząd doprowadziłyby przed oblicze Trybunału Stanu.
Fundusz kowidowy to perła w koronie w portfolio funduszowego BGK, który oscyluje w okolicach 50% wartości wszystkich funduszy BGK-owych. Zasilany z różnych źródeł – wpływów uprawnień do emisji gazów cieplarnianych (ETS), zysku NBP, czy nawet funduszu rezerwowego NFZ. Tak, NFZ-towi zostały pieniądze, gdyż środków również darowanych i jemu było za pandemii tak dużo, że zostało tam niewydane ponad 10 miliardów złotych, co ujawnił raport NIK.
Ale wiadomo, że w sumie na fundusz kowidowy poszło ponad 190 miliardów i to do czasu kontroli NIK, czyli w latach 2020-2022. Na rok 2023 przewidziano tu wydatki rzędu 22,4 miliarda.Wiadomo – kwoty duże, wszystkie ręce ratowały nas przed śmiertelną pandemią, ale warto spojrzeć na co szły pieniądze. No, co oczywiste, na szpitale tymczasowe (już pomijam kwestię ich sensowności i przejrzystości inwestycyjnej) i rzecz jasna na szczepionki (przepłacone i kupione w utylizacyjnych ilościach). Ale też mamy zaskakujące wydatki, i to w coraz większej części odchodzące od pierwotnych, kowidowych założeń. Finansowano działania osłonowe gospodarki, co jeszcze się jakoś trzyma sensu, bo środki poszły np. na wspomożenie branży turystycznej, ale przesuwanie środków na dodatki węglowe, do pomp ciepła i pieców gazowych, dodatek elektryczny czy rekompensaty dla producentów i dystrybutorów energii to już kwestia mocno „niekowidowa”.
Dostało się także Polskiemu Ładowi, ale – co najbardziej kontrowersyjne – Rządowemu Funduszowi Inwestycji Lokalnych. Tak, okazało się, że pieniądze zbierane na walkę z kowidem stanowiły… zabezpieczenie tekturowych czeków rozdawanych przez premiera Morawieckiego, wierzę, że wedle jak najbardziej obiektywnych kryteriów.
Odnowa czy od nowa?
Nowa władza z 13 października zadeklarowała, że wydaje wojnę „Polsce funduszowej”. Ale tu zaraz zaczęły się schody. Po pierwsze taki gwałtowny ruch skokowo pogorszyłby wyniki finansów państwa oraz oddaliłby Polskę od kryteriów konwergencji, należnych do spełnienia przy wejściu do, wymarzonej przez nowy rząd, strefy euro. A więc nie tak szybko.
Po drugie – list wrócił do nadawcy, czyli i dla tego rządu, który to zaczął w 2008 roku z przerwą na rządzenie i twórcze podrasowanie funduszowej polityki w wykonaniu PiS-u, jest to wygodne, poręczne i nieweryfikowalne narzędzie do szybkich wydatków, z których nie ma się co i komu tłumaczyć.
Bowiem oto wcale nie planuje się likwidacji funduszu kowidowego, ba – wcześniej planowane wydatki na 2024 rok w wysokości 40,3 miliardów (już wzrost prawie o 100%) będą jeszcze zwiększone do miliardów 60. Tak, w rok po ogłoszeniu zamknięcia pandemii, dla potrzeb której fundusz ten został powołany. I tak, jak za Morawieckiego, tak i za Tuska, te wydatki z przyczyn wręcz epidemiologicznych, nie będą wydane na nieistniejący kowid. Nie będą nawet wydane na to, żeby się ten kowid nigdy nie powtórzył, bo co ma z tym wspólnego tegoroczne przekazanie 10,5 miliarda na rekompensaty wzrostu cen energii, tak jakby kowid (a nie oczywisty Putin) podbił jej cenę.Ta sytuacja potwierdza kolejny raz tezę, że narracja narracją, zaś nowa władza jak przyjdzie co do czego, to korzysta z wcale nie likwidowanych narzędzi popisowskich.
Pojemność i nietransparentność akurat tego funduszu powodują sytuację, gdy aż trudno nie korzystać. Kowida dawno już nie ma, a tu instytucje wysadzają za publiczne pieniądze pociągi, choć już dawno po tej wojnie, na którą tworzono ten fundusz wsparcia.
Matka funduszy covidowych
Ale to nie jest tylko cwany polski pomysł, by obejść własną konstytucję i zmylić Unię Europejską. Cała idea napędzenia paniką ogromnego, ale od razu niekontrolowanego funduszu powstała w… Brukseli. Pamiętam kiedy powoływano specjalny fundusz jeszcze w 2020 roku – to miał być fundusz walki z kowidem i odporności na niego. Z tej kasy też kupowano miliardy szczepionek dla Starego Kontynentu, zaś o jego przejrzystości świadczy to, że kupiono np. z niego na głowę Europejczyka po 8 dawek dwudawkowej szczepionki, zaś szczegóły tego dealu były negocjowane poprzez smsy z szefową Komisji Europejskiej i przedstawicielami Big Farmy.
Tak transparentnie, że do dziś ani Unia nie może przesłuchać szefowej w tej sprawie, ani nawet zobaczyć tych słynnych smsów.Mamy tu do czynienia z semantyczną manipulacją. Powody, deklarowane, powołania tego funduszu to była walka z kowidem i uzyskanie odporności na przyszłość. Tak myślą Polacy, bo u nas tę część przeznaczoną dla nas nazwano zgodnie z deklaracjami KPO, czyli Krajowym Programem Odbudowy (w domyśle – po pandemii). Ale tak nie jest – fundusz-matka nazywa się Next Generation EU. Tu wcale nie chodzi o „nowe pokolenie”, ale o nową generację, rodzaj, coś jak z nową generacją telefonów. To samo (marka), ale już całkiem inna zawartość. I o to chodzi. Te pieniądze, do których ekspresowe tempo i uznaniowość przyznawania motywowało się publicznie skutecznością i szybkością działań antykowidowych mają tak naprawdę być użyte do zmiany oblicza Unii, a potem świata.
Żeby udowodnić tę śmiałą tezę należy po prostu wejść na stronę NextGenerationEU i zobaczyć strukturę wydatków funduszu. Czytamy: wspieranie zielonej transformacji poprzez promowanie energii odnawialnych, zrównoważonej mobilności; przyspieszenie transformacji cyfrowej poprzez większą cyfryzację usług publicznych i szerzej rozumianej gospodarki; wzmocnienie infrastruktury i usług społecznych, przy jednoczesnym zmniejszeniu dysproporcji terytorialnych; wsparcie włączające wzrost gospodarczy, badania i rozwój oraz innowacje dla wszystkich; zapewnienie nowoczesnych, wydajnych i dostępnych usług opieki zdrowotnej. Tak – zdrowie, nawet nie kowid – na końcu. Priorytety są wymienione w również w kolejności wolumenu finansowania, a więc na zdrowie, bo nie na kowid, jest jeszcze mniej. Główne zasady funduszu to: niech się stanie zieloność, cyfrowość, zdrowie, moc i równość. W takiej kolejności.
Fundusz nowego świata,
Tak jak w przypadku Polski, pieniądze kowidowe wyszły na łatanie budżetowych dziur po zielonej rewolucji, tak w przypadku Europy będą one przekazane na jej rozkręcanie.
Tworzy to pewien układ sprzężenia zwrotnego, perpetuum mobile, pod warunkiem, że to się da – a nie ma prawa – posklejać finansowo. Pandemia przeszła przez świat, ten to tak źle wspomina, że i wspominać nie chce, ale okazuje się, że niepożądane odczyny pokowidowe zostały wśród nas. Pieniądze zebrane ze zbiórki na  pandemiczną wojnę zostaną wydane na nowy świat. Taką zarazę, że może będziemy jeszcze kowid wspominać z utęsknieniem. 

Napisał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Fundament Generalnego Gubernatorstwa. O ochronie sygnalistów – donosicieli.

Fundament Generalnego Gubernatorstwa

Stanisław Michalkiewicz    22 czerwca 2024 michalkiewicz

Niezależne media głównego nurtu, wykonując polecenia swoich oficerów prowadzących, od 1989 roku, już w drugim, albo nawet trzecim pokoleniu ubeckich dynastii, pozostających na służbie cudzoziemskich central wywiadowczych, próbują zaczadzić opinię publiczną w Polsce rozmaitymi dyrdymałami w rodzaju szans prezydenckich sezonowego pana marszałka Hołowni, którego pan Kobosko zostawił z Kamyszem w garści, a za tą zasłoną dymną dokonuje się postępująca faszyzacja Polski, która pod przewodnictwem Volksdeutsche Partei, przepoczwarza się w Generalne Gubernatorstwo w ramach IV Rzeszy.

Polega ona, to znaczy – ta faszyzacja – na wprowadzaniu do systemu prawnego państwa specjalnych regulacji, odpowiadających kryteriom ustanowionym przez twórcę faszyzmu, Benito Mussoliniego: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”. Z tej formuły wynika, że poza „państwem”, a więc poza ramami wyznaczonymi przez polityczne gangi lub gang, nie tylko nie ma życia, ale i być go nie może. W tej sytuacji „państwu” wolno wszystko – i na tym właśnie polega istota faszyzmu, jego najtwardsze jądro.

Faszyzacja postępuje z inicjatywy Komisji Europejskiej, która – obecnie pod dyrekcją Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, ale i pod dyrekcją poprzednich owczarków niemieckich: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa – zasypuje członkowskie bantustany tak zwanymi „dyrektywami”, które nasi suwerenowie sejmowi opisują własnymi słowami i w rezultacie około 80 proc. tubylczego systemu prawnego stanowią już owe dyrektywy, uzupełniane najwyżej korupcyjnymi nowelizacjami w rodzaju „lub czasopisma” – ale i te, żeby w ogóle były procedowane, muszą uzyskać certyfikat zgodności z prawami Reichu.

W ten sposób na przykład przyjęta została faszystowska regulacja w postaci ustawy o ochronie danych osobowych, która wprowadza zasadę, że jeśli jeden człowiek chce coś powiedzieć drugiemu człowiekowi, to musi prosić „państwo” o pozwolenie. Na straży tych faszystowskich regulacji władze Rzeszy postawiły Gerichty, to znaczy – instytucje zatrudniające poprzebieranych w „śmieszne, średniowieczne łachy” funkcjonariuszy, którzy za pieniądze w podskokach służą każdemu reżymowi. Gerichty bowiem były i w III Rzeszy i w PRL w czasach stalinowskich oraz późniejszych, więc nie ma powodu, by nie miało być ich teraz, gdy właśnie przystępujemy do kładzenia fundamentów pod Generalne Gubernatorstwo. Ludzie dziwują się niekiedy, jak to się działo, że ci funkcjonariusze, siłą inercji nazywani „sędziami”, dopuszczali się tylu zbrodni sądowych, z morderstwami włącznie. Ano właśnie tak; jeszcze trochę faszystowskich regulacji i ani się spostrzeżemy, kiedy trup zacznie ścielić się gęsto, a tysiące zapełnią więzienia. I niech nas nie zmylą usprawiedliwienia, że np. w czasach stalinowskich wśród tych funkcjonariuszy dominowali Żydowie albo Żydówki w rodzaju niejakiej Gurowskiej (nee Morycówna Zand). Polskie pochodzenie w niczym przed popełnianiem zbrodni sądowych nie chroni, a tym bardziej – płeć – zwłaszcza gdy obecna propaganda Judenratu kładzie nacisk na „siłę kobiet”. A w czym ta siła ma się objawiać, jeśli nie w bezwzględnym realizowaniu faszystowskich regulacji?

Toteż i teraz, gdy funkcjonariusze Propaganda Abteilung podsuwają opinii publicznej pod nos wspomniane dyrdymały, właśnie menażeria skupiona w Sejmie i Senacie przyjęła ustawę z 23 maja br. o ochronie sygnalistów. Jest to oczywiście dyrektywa władz IV Rzeszy, które nakazały jej przyjęcie wszystkim bantustanom, co nasi suwerenowie w podskokach wykonali. Chodzi naturalnie o donosicieli, elegancko nazywanych „sygnalistami”, nad którymi szczególną opiekę ma roztoczyć Rzecznik Praw Obywatelskich. W ten oto sposób ta dotychczas operetkowa posada zostanie wkomponowana w system totalnej inwigilacji – w szczególności w ochronę „sygnalistów” przed tak zwanymi „działaniami odwetowymi”, a więc każdym zachowaniem, które „może wyrządzić szkodę” sygnaliście – a nawet „próby” lub „groźby” takich zachowań. Wprawdzie teraz pojedynki wyszły już z mody, ale ciekawe, czy według kodeksu Boziewicza „sygnaliści” mają „zdolność honorową”, czy też odmawianie im jej można będzie uznać za „działania odwetowe”? Ale to nic w porównaniu z przewidzianym przez ustawę zakresem ochrony, która z „sygnalisty” czyni coś w rodzaju świętej krowy. Jeśli, dajmy na to, „sygnalista” gdzieś pracuje, to pracodawca nie może mu nic zrobić, bez narażania się na odpowiedzialność za „działania odwetowe” – przy czym w razie czego to właśnie on musi udowadniać niezawisłemu sądowi, że to nie były żadne „działania odwetowe”, tylko pracownik na przykład się wałkonił. Z doświadczenia wiem, że udowodnienie czegoś takiego niezawisłemu sądowi jest niemożliwe, zwłaszcza, gdy „sygnalista”, podobnie jak niezawisły sędzia, jest jednocześnie konfidentem którejś z bezpieczniackich watah. „Sygnalista” w kolei może wszystko, to znaczy – prawie wszystko – bo na przykład nie może przyjąć odpowiedzialności za szkodę powstałą z powodu „zasygnalizowania”- gdyby na przykład ruszyło go sumienie. Poza tym ma zagwarantowaną całkowitą anonimowość – jak to konfidenci – a za ujawnienie jego tożsamości grozi nawet do roku więzienia.

Cóż można o tej ustawie powiedzieć? Czyni ona z „sygnalisty” osobę stojącą właściwie ponad prawem, podobną do niezawisłych sędziów, którzy – jak się przekonałem – naprawdę uważają, że nikt nie powinien mieć prawa komentowania ich orzeczeń. Przepisy tej ustawy naruszają konstytucyjne zasady np. zasadę swobody zawierania umów – w tym – umów o pracę – bo na przykład pracodawca pod żadnym pozorem nie może pozbyć się „sygnalisty” ze swojej własnej firmy – chyba, że ją zlikwiduje, chociaż kto wie, czy wtedy nie narazi się na odpowiedzialność za „działania odwetowe”.

Te regulacje – chociaż expressis verbis o tym nie mówią – stanowią milowy krok na drodze przejmowania władzy przez tajne służby, dla których „sygnaliści” są oczami i uszami. W sytuacji, kiedy zarówno wobec osób piastujących wysokie funkcje publiczne w konstytucyjnych organach państwa, jak i obywateli kontrolujących kluczowe segmenty gospodarki, funkcjonariuszy organów ścigania, niezawisłych sędziów oraz funkcjonariuszy Propaganda Abteilung z niezależnych mediów głównego nurtu I przemysłu rozrywkowego niepodobna uniknąć podejrzeń o tajną współpracę z bezpieką, która w naszym nieszczęśliwym kraju jest wyjątkowo bogato rozbudowana, ustawa o ochronie „sygnalistów” stanowi rodzaj wisienki na torcie, uzupełniając, a właściwie dopełniając obrazu Generalnego Gubernatorstwa, które właśnie jest budowane pod kierunkiem Volksdeutsche Partei.

Stanisław Michalkiewicz

Kurze móżdżki w „rządach”: Od 1 lipca musisz zarejestrować, nawet jeśli inwestujesz w jedną kurę

Od 1 lipca musisz zarejestrować wszystkie kury. Nawet jeśli posiadasz jedną kurę

legaartis/musisz-zarejestrowac-jedna-kure

Nowe przepisy dotyczące obowiązkowej rejestracji zwierząt hodowlanych, w tym drobiu, budzą wiele kontrowersji i pytań wśród hodowców. Od 1 lipca 2024 roku wszyscy posiadacze kur, niezależnie od skali hodowli, muszą zarejestrować swoje zwierzęta w systemie Rejestracji i Identyfikacji Zwierząt. Ten obowiązek ma na celu uszczelnienie systemu, poprawę zdrowia zwierząt oraz zapewnienie lepszego monitoringu hodowli. W tym artykule przyjrzymy się szczegółom nowych przepisów, ich celom, a także konsekwencjom ich niewykonania. Przypominamy jednocześnie, ze przepisy te poprzednia władza obiecał uchylić jednak na chwilę obecną, są one wciąż obowiązujące.

Obowiązek Rejestracji

Zgodnie z nowymi przepisami, każdy hodowca posiadający drób musi zarejestrować swoją hodowlę w ciągu trzech miesięcy od wejścia w życie nowych regulacji. Dotyczy to zarówno dużych ferm, jak i małych, przydomowych hodowli, w których znajduje się tylko jedna kura. Proces rejestracji odbywa się w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR) w systemie Rejestracji i Identyfikacji Zwierząt.

Kogo Dotyczy Nowe Prawo?

Nowe przepisy obejmują wszystkich posiadaczy drobiu, bez względu na cel ich hodowli. Oznacza to, że nawet jeśli trzymasz kury tylko na własne potrzeby, jesteś zobowiązany do ich rejestracji. Wyjątek stanowią jedynie hodowle zwierząt kopytnych, gdzie obowiązek rejestracji dotyczy wszystkich posiadaczy, niezależnie od celu utrzymania zwierząt.

Kary za Brak Rejestracji

Nieprzestrzeganie obowiązku rejestracji drobiu może prowadzić do nałożenia surowych kar finansowych. Kara za brak rejestracji wynosi 30-krotność średniej krajowej, co obecnie przekracza 200 tys. zł. Tak wysokie sankcje mają na celu zniechęcenie hodowców do ignorowania nowych przepisów i zapewnienie ich powszechnego przestrzegania.

Procedura Nakładania Kar

Kary administracyjne będą nakładane przez właściwe organy kontrolne w przypadku wykrycia nielegalnych hodowli lub braku rejestracji. Kontrole będą przeprowadzane regularnie, a ich celem będzie sprawdzenie zgodności hodowli z obowiązującymi przepisami.

Elektroniczna Książka Leczenia Zwierząt

Nowe Narzędzie Kontroli

W ramach nowych regulacji wprowadzenie elektronicznej książki leczenia zwierząt, będącej częścią Systemu Informatycznego Inspekcji Weterynaryjnej IW-System, ma na celu lepszą kontrolę nad stosowanymi lekami i sposobem leczenia zwierząt. Elektroniczna książka zapewni dostęp do pełnych informacji dotyczących produktów leczniczych używanych w hodowlach.

Opóźnienie Wejścia w Życie

Ze względu na opóźnienia w pracach nad systemem informatycznym, wprowadzenie elektronicznej książki leczenia zwierząt zostało przesunięte do 2025 roku. Mimo to, już teraz hodowcy powinni przygotować się na nadchodzące zmiany i monitorować postępy prac nad nowym systemem.

Jak Przeprowadzić Rejestrację?

Kroki Rejestracji w ARiMR

Proces rejestracji drobiu w ARiMR jest stosunkowo prosty, ale wymaga dokładności i terminowości. Oto kroki, które należy podjąć:

  1. Zgromadzenie Dokumentów: Przygotuj niezbędne dokumenty potwierdzające posiadanie hodowli, takie jak umowy kupna-sprzedaży drobiu, świadectwa zdrowia zwierząt itp.
  2. Wypełnienie Formularza: Wypełnij formularz rejestracyjny dostępny na stronie ARiMR. Formularz wymaga podania szczegółowych informacji na temat hodowli, w tym liczby zwierząt, ich pochodzenia i celu hodowli.
  3. Złożenie Wniosku: Złóż wniosek rejestracyjny online lub w najbliższym biurze ARiMR. Upewnij się, że wszystkie dane są poprawne i kompletne.
  4. Oczekiwanie na Potwierdzenie: Po złożeniu wniosku, ARiMR przeprowadzi weryfikację i wyda numer identyfikacyjny hodowli. Proces ten może potrwać kilka tygodni, więc warto złożyć wniosek jak najwcześniej.
chicken 4920967 1920

Opinie Hodowców

Wielu hodowców wyraża mieszane uczucia wobec nowych przepisów. Z jednej strony, dostrzegają potrzebę lepszego monitoringu i kontroli zdrowia zwierząt, z drugiej jednak obawiają się dodatkowych kosztów i biurokracji związanej z procesem rejestracji. Niektórzy hodowcy, zwłaszcza ci prowadzący małe, przydomowe hodowle, obawiają się, że nowe przepisy mogą stanowić dla nich zbyt duże obciążenie finansowe. [—]

=============================

MD:

Kompromitacja niedawnego ministra sprawiedliwości w dwutygodniowym rządzie Mateusza Morawieckiego. Marcin Warchoł oburzył się na zapisy tej ustawy. Sęk w tym, że została ona wprowadzona za czasów rządów PiS, a on sam głosował „za”.

Chodzi o ustawę o systemie identyfikacji i rejestracji zwierząt. Jednym z jej zapisów jest obowiązek rejestracji kur.

Warchoł popełnił w mediach społecznościowych następujący wpis: „Wiedzieliście, że w uśmiechniętej Polsce każdy, kto ma choć jedną kurę, musi ją zarejestrować, bo inaczej dostanie do 200 tys. zł kary? No to już wiecie”.

Po pierwsze były minister przestrzelił wysokość kary (kara wynosi od połowy do dwukrotności przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w roku poprzednim), po drugie obowiązek dotyczy hodowców a nie osób, które posiadają kury na własny użytek, a po trzecie i najważniejsze to pan Warchoł zapomniał, że… sam za tą ustawą głosował.

Dupiarzu: Londyńczycy niszczą szpiegowskie kamery

Londyńczycy walczą z ULEZ: rosnący sprzeciw wobec kamer monitorujących

Londyn, miasto pełne kontrastów, staje w obliczu nowego wyzwania, które dzieli jego mieszkańców niczym miecz. Rozszerzenie strefy Ultra Low Emission Zone (ULEZ), mającej na celu poprawę jakości powietrza, wywołało burzliwą reakcję części społeczeństwa, prowadząc do eskalacji konfliktu na ulicach. Grupy aktywistów, określane mianem „Blade Runners”, podjęły się desperackiej walki z systemem ULEZ, sabotując sieć kamer monitorujących niszcząc je metodycznie.

Przecinanie kabli, malowanie obiektywów, a nawet całkowite usuwanie urządzeń – to tylko niektóre z metod stosowanych przez tych anonimowych bojowników. Ich działania, choć kontrowersyjne, zyskują uznanie wśród części mieszkańców, którzy widzą w nich bohaterów broniących się przed niesprawiedliwymi regulacjami.

Incydenty te nie tylko generują znaczące koszty dla władz miejskich, ale także podważają skuteczność samego programu ULEZ. Wprowadzony, aby zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza, rozszerzenie strefy miało objąć dodatkowe obszary, umożliwiając pięciu milionom londyńczyków oddychanie czystszym powietrzem. Jednak akty sprzeciwu społęcznego stawiają pod znakiem zapytania realizację tych celów.

Sytuacja stawia przed władzami miejskimi trudne wyzwanie. Z jednej strony muszą one zwiększyć zabezpieczenia kamer ULEZ i skutecznie egzekwować przepisy, z drugiej zaś unikać dalszego zaogniania konfliktu społecznego. Transport for London (TfL) podejmuje działania, takie jak montaż kamer w metalowych skrzynkach i zwiększenie liczby patroli policyjnych, ale wydaje się, że problem narasta.

Burmistrz Londynu, Sadiq Khan, stoi na stanowisku, że rozszerzenie ULEZ jest niezbędne dla zdrowia publicznego i poprawy jakości powietrza. Podkreśla, że decyzja ta była trudna, ale konieczna dla ochrony mieszkańców. Jednak przeciwnicy ULEZ, organizując protesty i blokując ruch na M25, dają wyraz swojemu niezadowoleniu, twierdząc, że program ten nieuczciwie obciąża kierowców i lokalne biznesy.

Londyn, miasto pełne sprzeczności, staje przed dylematem: jak pogodzić potrzebę ochrony środowiska z oczekiwaniami i obawami społeczeństwa? Czy uda się znaleźć kompromis, który zadowoli wszystkie strony? Czy też konflikt ten będzie eskalował, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość inicjatyw mających na celu poprawę jakości powietrza w stolicy Wielkiej Brytanii?

https://twitter.com/BGatesIsaPyscho/status/1802996490106798135

================

https://twitter.com/BGatesIsaPyscho/status/1801878132300898505

Klimatyczny “naukowy konsensus” czyli jeden z największych globalnych przekrętów

Klimatyczny “naukowy konsensus” czyli jeden z większych globalnych przekrętów

——————

Konsensus to sprawa polityki. Nauka zaś to jeden badacz, który ma rację.

=====================

Autor: piko , 21 czerwca 2024 ekspedyt


    W styczniu 1972 r. Fundacja National Science zorganizowała spotkanie na Uniwersytecie Browna, aby omówić “zmiany klimatyczne”, które wtedy to utożsamiano z globalnym ochłodzeniem pochodzenia naturalnego.

image

https://www.science.org/doi/10.1126/science.178.4057.190

Grupa naukowców zainteresowanych badaniami czwartorzędu zebrała się niedawno, aby przeanalizować możliwość, czy ich dane dotyczące klimatu z przeszłości mogą być cenne dla długoterminowych globalnych prognoz klimatycznych. Spotkali się na konferencji roboczej zatytułowanej “Obecny interglacjał, jak i kiedy się skończy?”, która odbyła się na Uniwersytecie Browna w Providence, Rhode Island, w dniach 26 i 27 stycznia 1972 roku. Dyskusja została podzielona na pięć sekcji: (i) zmiany środowiskowe w okresie historycznym (niezależne od człowieka), (ii) wzorzec zmian w ciągu ostatnich 10 000 lat, (iii) ostatni interglacjał i jego koniec, (iv) porównanie ostatniego interglacjału z obecnym ciepłym okresem i prognoza przyszłych zmian oraz (v) rozważenie przyczyn globalnych zmian klimatycznych.

Obecne globalne ochłodzenie, które odwróciło ciepły trend z lat 40. ubiegłego wieku, wciąż trwa. Chociaż zanieczyszczenia spowodowane przez człowieka mogły przyczynić się do obserwowanych wahań, większość zmian jest prawdopodobnie pochodzenia naturalnego (Mitchell). Obecne ochłodzenie jest szczególnie widoczne w niektórych kluczowych regionach w arktycznych i subarktycznych szerokościach geograficznych. W ten sposób zaspy śnieżne pokrywają dziś obszary Wyspy Baffina, które były sezonowo wolne od śniegu przez 30 lub 40 lat poprzedzających obecne letnie ochłodzenie (Andrews, Barry, Bradley, Miller i Williams); skupiska lodu wokół Islandii ponownie stają się poważną przeszkodą dla nawigacji, a zwierzęta ciepłolubne, jak pancerniki, które rozszerzyły się na północ do amerykańskiego Środkowego Zachodu w pierwszej połowie wieku, obecnie wycofują się na południe (Schultz)”.

Uczestnicy spotkania wysłali list do prezydenta Nixona, ostrzegając przed nową epoką lodowcową, która może nadejść w ciągu stulecia. Biały Dom “podchwycił” zagrożenie globalnego ochłodzenia, a czołowi eksperci klimatyczni NASA przewidywali nadejście nowej epoki lodowcowej do 2021 roku. Naukowcy szybko zdali sobie sprawę, że globalne ochłodzenie może stać się dla nich żyłą złota.

Wszystko zaczęło kręcić się wokół zagrożenia globalnym ochłodzeniem – wojsko ostrzegało przez wywołanymi przez nie “ekstremalnymi warunkami pogodowymi”. W 1974 roku New York Times donosił o spotkaniu ekspertów ds. klimatu w Niemczech, informując o rodzącym się konsensusie naukowców co do tego, że globalne ochłodzenie zagraża światowym dostawom żywności: „Podsumowanie tego raportu jest jedną z najbardziej ponurych prognoz, jakie pojawiły się w ostatnich latach. Dr Walter Orr Roberts, jeden z czołowych krajowych ekspertów w dziedzinie klimatu, uważa, że w tej dziedzinie istnieje rosnący konsensus”.

Naukowcom wtóruje CIA, która w 1974 roku oznajmia w raporcie, że „globalne ochłodzenie spowoduje suszę, głód, konflikty międzynarodowe i niepokoje polityczne na całym świecie”.
image

https://news.google.com/newspapers?nid=1241&dat=19760504&id=uGxTAAAAIBAJ&sjid=8oUDAAAAIBAJ&pg=6620,6677103&hl=en

Biały Dom „kupuje” oszustwo związane z globalnym ochłodzeniem i wywołaną nim zmianą klimatu, i od grudnia 1974 roku pieniądze podatników zaczynają płynąć szerokim strumieniem do kieszeni naukowców z grupy „konsensusu”.

Na początku lat 80. zagrożenie związane z globalnym ochłodzeniem płynnie przekształciło się w zagrożenie związane z globalnym ociepleniem, przyczyny naturalne zmieniły się na antropogeniczne i tylko strumień pieniędzy oraz konsensus naukowców pozostały bez zmian.

O tym jak działa ten naukowy konsensus napisałem kilka tekstów, które można sobie przypomnieć tu:

https://www.salon24.pl/u/piko/1286148,klimatyzm-religia-szubrawcow-i-idiotow

https://www.salon24.pl/u/piko/1291305,klimatyzm-religia-szubrawcow-i-niedoinformowanych-cz-2

https://www.salon24.pl/u/piko/1292745,klimatyzm-religia-dla-naiwniakow-uzupelnienie-1

Obecnie obowiązuje narracja –  jeżeli nie ograniczymy emisji CO2 – zginiemy od przegrzania. Pośród wzrostu liczby budzących strach doniesień korporacyjnych mediów o tak zwanym “kryzysie klimatycznym”, napędzanych przez globalistyczną zieloną agendę, mało osób patrzy na rzetelność danych, na których te informacje się opierają. Jak się okazuje, wywołujące panikę twierdzenia o “kryzysie klimatycznym”, poparte przerażającymi czerwonymi i ognisto-pomarańczowymi mapami pogody, opierają się na fałszywych danych.

W ostatnich tygodniach podsycanie strachu znacznie się nasiliło. Media zalewają nas doniesieniami o falach upałów na całym świecie oraz pożarach w Kanadzie czy Grecji. Pomimo, że pożary i fale upałów istniały na Ziemi na długo przed pojawieniem się człowieka, oczekuje się od nas wiary w to, że te występujące dzisiaj, to efekt globalnego ocieplenia wywołanego działalnością człowieka.

Ale fakty dowodzą bezzasadności tego twierdzenia. Weteran meteorologii Anthony Watts z Heartland Institute Watts zwraca uwagę opinii publicznej, że pożary są zjawiskiem powszechnym, wbrew temu, co twierdzą korporacyjne media, oraz że w XXI wieku pożarów było znacznie mniej niż w przeszłości, jednak teraz prasa i media społecznościowe poświęcają im więcej uwagi. Wszyscy emocjonują się płonącą Grecją, ale jak pokazują prowadzone od ponad 40 lat badania pt. “Śmiertelne i niszczycielskie pożary w Grecji”, najgorszą dekadą licząc od 1950 roku pod względem liczby pożarów lasów były lata 1990 – 1999. Co ciekawe – na 100 pożarów lasów spowodowanych w Grecji – 26 pożary wybuchły z nie ustalonej przyczyny, a aż ponad 64 pożary były spowodowane przez człowieka przez zaprószenie ognia lub umyślne podpalenie.

Recenzowane badania i zweryfikowane obserwacje satelitarne pokazują ponad wszelką wątpliwość, że pożary w perspektywie długoterminowej, średnioterminowej i krótkoterminowej stały się rzadsze i mniej dotkliwe w miarę umiarkowanego ocieplania się Ziemi. Prawdopodobnym powodem jest odnotowany wzrost parowania z oceanów, co skutkuje wzrostem częstotliwości opadów na całym świecie.

Analiza “umiarkowanego ocieplenia”, które obserwujemy na Ziemi, powinno być poparte solidnymi danymi. Jednak jak odkrył dr Watts badając stacje pogodowe w całym kraju, dostępne dane mogą być prawie całkowicie bezużyteczne przy próbie ilościowego określenia niewielkich zmian średnich temperatur. Twierdzenia dotyczące ocieplenia są całkowicie błędne, ponieważ ponad 90% danych jest “zniekształconych” – ostrzega Watts – a powodem tego jest fakt, że zdecydowana większość termometrów, na których opiera się NOAA, jest nieprawidłowo zainstalowana i konserwowana, co prowadzi do rejestrowania sztucznie zawyżonych temperatur.
image

https://heartland.org/wp-content/uploads/documents/2022_Surface_Station_Report.pdf

Wyniki nowego badania zatytułowanego “Uszkodzone stacje klimatyczne: Oficjalny amerykański zapis temperatury powierzchniowej zawiera poważne błędy“, pokazały, że 96 procent amerykańskich stacji temperatury wykorzystywanych do pomiaru zmian klimatycznych nie spełnia warunków, które Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna (NOAA) uważa za “akceptowalne” i wolne od błędów według własnych standardów.

Raport, opublikowany przez The Heartland Institute, został opracowany za pomocą satelity i osobistych wizyt ankietowych w stacjach pogodowych NOAA, których pomiary składają się na “oficjalne” dane dotyczące temperatury na lądzie w Stanach Zjednoczonych. Badania wykazały, że 96% tych stacji jest uszkodzonych przez lokalne skutki urbanizacji i podają  tendencyjnie zawyżone pomiary ze względu na bliskość asfaltu, maszyn i innych obiektów wytwarzających ciepło, zatrzymujących ciepło lub akumulujących ciepło. Aby uzyskać dokładne odczyty temperatury w oparciu o własne opublikowane standardy NOAA, termometry powinny znajdować się w naturalnych, “dziewiczych” lokalizacjach, takich jak pola, lasy lub wzgórza – termometry umieszczone w naturalnych warunkach rejestrują niższe średnie temperatury.

Celem narracji o “kryzysie klimatycznym” nie jest “ratowanie planety”, ale raczej forsowanie implementacji polityki zgodnej z radykalnymi celami “zielonej agendy” garstki niewybieranych globalistycznych elit reprezentujących interesy Światowego Forum Ekonomicznego (WEF), Organizacji Narodów Zjednoczonych, Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i innych organizacji pozarządowych. Osiągnięcie tych celów “klimatycznych” nieuchronnie będzie wiązało się z pozbawieniem społeczeństwa jego wolności i praw.

Geolog, profesor Ian Plimer, komentując mantrę “zmian klimatycznych spowodowanych przez człowieka” powiedział: “Nikt nie jest w stanie wykazać na podstawie literatury naukowej, że emitowany przez człowieka dwutlenek węgla napędza globalne ocieplenie…
Cały ten pomysł z globalnym ociepleniem spowodowanym przez człowieka nie ma nic wspólnego ze środowiskiem – to próba dekonstrukcji naszego społeczeństwa, to mechanizm przejęcia władzy przez ludzi, którzy nigdy nie zostali demokratycznie wybrani w wyborach”
.

Norman Fenton, profesor zarządzania informacjami o ryzyku, podczas konferencji poświęconej zmianom klimatu Better Way w 2023 w Bath ujawnił kulisy podejmowania decyzji o tym jakie informacje mogą być podawane do publicznej wiadomości, a jakie nie:

„Ten sam rodzaj manipulacji danymi i wadliwego modelowania, jaki widzieliśmy w erze COVID, był wykorzystywany przez wiele lat do wyolbrzymiania kryzysu klimatycznego i wpływu na niego człowieka. Nie jestem ekspertem w dziedzinie nauk klimatycznych, ale mam pewien wgląd w środowisko akademickie i medialne, aby wiedzieć, że twierdzenia o zbliżającej się i nieuniknionej katastrofie są również ogromnym oszustwem. W 2015 roku zostałem wybrany przez krajowego nadawcę finansowanego ze środków publicznych do zaprezentowania filmu dokumentalnego o matematyce zmian klimatycznych wraz z dwoma innymi matematykami, którzy wkrótce stali się niezwykle znanymi prezenterami naukowymi (moja kariera telewizyjna rozpoczęła się i zakończyła wraz z tym filmem dokumentalnym). Praca nad nim ujawniła, jak stronniczy i skorumpowany jest “przemysł zmian klimatycznych” i jak skompromitowani są naukowcy. Jeden z konsultantów w niedawnym artykule naukowym zaprzeczał tezom, które potem stawiał w filmie. Zapytany o tę sprzeczność powiedział: “wszyscy musimy kłamać dla większego dobra”.

Obowiązująca w korporacyjnych mediach narracja klimatyczna bazuje na  tzw. “konsensusie naukowym”.  Czym jest w nauce konsensus dobrze przedstawił Michael Crichton w swoim wykładzie “Obcy powodują globalne ocieplenie” wygłoszonym w 2003 roku w California Institute of Technology:

„konsensus naukowy jest niezwykle szkodliwym zjawiskiem, które powinno zostać całkowicie wyeliminowane. Historycznie rzecz biorąc, wiara w konsensus była zawsze drogą ucieczki mistyfikatorów, sposobem na uniknięcie dyskusji poprzez twierdzenie, że dana kwestia jest już przesądzona. Za każdym razem, gdy słyszycie Państwo, że naukowcy ustalili konsensus w jakiejś sprawie, proszę pilnować pieniędzy, ponieważ próbuje się Was oszukać. Postawmy sprawę jasno: Nauka nie ma nic wspólnego z konsensusem.

Konsensus to sprawa polityki.

Nauka zaś to jeden badacz, który ma rację. A to oznacza, że jego wyniki są możliwe do zweryfikowania w odniesieniu do świata rzeczywistego i powtarzalne. W nauce konsensus jest nieistotny. Liczy się powtarzalność wyników. Najwięksi naukowcy w historii są wielcy właśnie dlatego, że zerwali z konsensusem. Nie ma czegoś takiego jak nauka oparta na konsensusie. Jeżeli mamy do czynienia z konsensusem, to nie jest to nauka. Kropka”.

Źródła:

https://substack.com/@mariuszjagora

https://t.co/e9rWttKpQv

https://heartland.org/wp-content/uploads/documents/2022_Surface_Station_Report.pdf
https://www.forbes.com/sites/carlieporterfield/2021/03/03/report-world-needs-equivalent-of-pandemic-lockdown-every-two-years-to-meet-paris-carbon-emission-goals/

https://documents.theblackvault.com/documents/environment/potentialtrends.pdf

https://realclimatescience.com/the-history-of-the-modern-climate-change-scam

Czy dalsze zwiększanie mocy zainstalowanej w polskiej fotowoltaice ma jeszcze jakikolwiek sens?

Czy dalsze zwiększanie mocy zainstalowanej w polskiej fotowoltaice ma jeszcze jakikolwiek sens?

Autor: Miroslaw Gajer

https://nczas.info/2024/06/15/czy-dalsze-zwiekszanie-mocy-zainstalowanej-w-polskiej-fotowoltaice-ma-jeszcze-jakikolwiek-sens/

W chwili pisania niniejszego artykułu moc zainstalowana w polskiej fotowoltaice osiągnęła już wartość 17GW. Jest to bardzo dużo – wystarczy uświadomić sobie, że moc największej w Polsce elektrowni cieplnej w Bełchatowie wynosi nieco ponad 5GW. Zatem w polskiej fotowoltaice mamy już zainstalowane więcej niż trzy takie elektrownie, jak w Bełchatowie, w związku z czym wydawać by się mogło, że wszelkie problemy energetyczne powinniśmy mieć już definitywnie rozwiązane – właśnie dzięki fotowoltaice.

Tak jednak bynajmniej nie jest, ponieważ w polskich warunkach (na szerokościach geograficznych powyżej pięćdziesiątego równoleżnika) wykorzystanie mocy zainstalowanej w panelach fotowoltaicznych jest na poziomie zaledwie około 10 proc. W związku z tym ostateczny skutek energetyczny jest taki, jakbyśmy zamiast wspomnianych trzech elektrowni tej wielkości, co w Bełchatowie, mieli zaledwie jedną średniej wielkości elektrownię o mocy 1,7 GW, ale za to pracującą ze stałą mocą przez cały rok. Dokładnie tyle energii jest w stanie wygenerować w ciągu jednego roku polska fotowoltaika, po wszakże jednym zasadniczym warunkiem, że całą wygenerowaną w panelach fotowoltaicznych energię jesteśmy w stanie na bieżąco odebrać.

Tymczasem w roku 2024 w niedzielę w dniu 3 marca doszło do sytuacji, w której Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A. musiały wydać nakaz przymusowego odłączenia od sieci elektroenergetycznych wybranych farm fotowoltaicznych o łącznej mocy kilku gigawatów. Tego rodzaju sytuacja powtórzyła się w godzinach około-południowych w kolejną niedzielę 10 marca.

Zważywszy na to, że wtedy była jeszcze zima, a sezon generacji mocy w polskiej fotowoltaice rozpoczyna się w zasadzie od równonocy wiosennej i trwa do równonocy jesiennej, czyli wtedy, gdy dzień jest dłuższy od nocy, a słońce wędruje relatywnie wysoko nad horyzontem, należy oczekiwać, że w miesiącach wiosenno-letnich tego typu sytuacje staną się już zwyczajną normą. Ponadto nie będą dotyczyć wyłącznie niedziel, gdy zapotrzebowanie na energię elektryczną jest relatywnie najniższe, ale także i zwykłych dni roboczych w godzinach około-południowych.

Jest rzeczą niezwykle istotną, że za takie przymusowe wyłączenia farm fotowoltaicznych ich właścicielom wypłacane są odpowiednie odszkodowania, stanowiące ekwiwalent tego, co rozważane farmy fotowoltaiczne by zarobiły, gdyby wyprodukowaną w panelach energię mogły wprowadzić w rozważanym okresie czasu do sieci elektroenergetycznych. Oczywiście za tego rodzaju „fanaberie” płacą de facto pozostali odbiorcy energii elektrycznej, a zwłaszcza drobni przedsiębiorcy, którym nie przysługują żadnego rodzaju tarcze osłonowe, zapomogi, rozliczane po niższej cenie limity zużycia itp. Wszyscy przedsiębiorcy płacą za energię elektryczną stawkę nawet kilkakrotnie wyższą niż zwykłe gospodarstwa domowe.

Nie ma się zatem czemu dziwić, że z rynku znikają powoli małe sklepy, różnego rodzaju warsztaty rzemieślnicze, punkty usługowe, piekarnie, cukiernie, drobna gastronomia itp. Niestety, wszystko wskazuje na to, że w przyszłości będzie już tylko gorzej, a takich drobnych rodzinnych biznesów za kilka lat w zasadzie może w ogóle już nie być, ponieważ tak drastycznych podwyżek cen energii elektrycznej nie będą w stanie po prostu więcej zdzierżyć.

Dodatkowo takie przymusowe odłączenia od sieci elektroenergetycznej farm fotowoltaicznych powodują, że wartość współczynnika wykorzystania mocy w nich zainstalowanej drastycznie spada, ponieważ w okresie, gdy są relatywnie najlepsze warunki do generacji mocy, są one na okres kilku godzin całkowicie wyłączane. Jeśli wartość współczynnika mocy zainstalowanej dla polskiej fotowoltaiki w wyniku przymusowego odłączenia od sieci spadnie poniżej 5 proc., to mówienie o jakiejkolwiek opłacalności tego typu instalacji będzie po prostu czystą kpiną.

Wszystkiemu winne są sieci elektroenergetyczne

Za taki stan rzeczy winione są w powszechnym przekazie krajowe sieci elektroenergetyczne, które w obiegowej opinii są archaiczne, przestarzałe, niewydolne i całkowicie niedostosowane do współpracy z fotowoltaiką. Stwierdzenia takie powtarzane są aż do znudzenia, jak jakaś swego rodzaju mantra, gdy tymczasem prawda jest o wiele bardziej złożona. Sama modernizacja sieci elektroenergetycznych, polegająca na wymianie transformatorów, kabli, słupów i przewodów, niewiele tutaj zmieni, bowiem istota problemu polega na czymś zupełnie innym i wiąże się przede wszystkim z koniecznością zbilansowania mocy występujących w systemie elektroenergetycznym.

Reasumując, wszystkie źródła wytwórcze muszą generować dokładnie tyle mocy, ile w danym momencie żądają odbiorcy i nie ma żadnego sposobu na efektywne magazynowanie nadwyżek wytworzonej energii elektrycznej w tak ogromnej skali, jak cały krajowy system elektroenergetyczny.

Dzieje się tak dlatego, że w dowolnym obwodzie elektrycznym, przykładowo takim jak pokazano na rys. 1, w każdej chwili czasu moc elektryczna wydawana przez źródło prądu I jest równa mocy pobieranej przez odbiornik R i nie ma tutaj żadnej możliwości swego rodzaju „upchania” gdzieś tego prądu, żeby go później w jakiś sposób wykorzystać.

Tymczasem za wszystko obwiniane są Bogu ducha winne sieci elektroenergetyczne – zwłaszcza te niskich napięć. Tego typu opinie upowszechniły się wręcz do tego stopnia, że można całkiem poważnie zastanawiać się, czy aby w tym wypadku nie mamy już do czynienia ze swego rodzaju „anty-siecizmem”. Zrzucanie odpowiedzialności na sieci elektroenergetyczne pojawia się powszechnie w publikacjach zamieszczanych na przykład na portalu WysokieNapiecie.pl. Jednocześnie z rozważanego portalu możemy się dowiedzieć, że jeden z autorów tego rodzaju publikacji jest absolwentem prawa i dziennikarstwa, a drugi politologii i komunikacji społecznej. Poza tym żadna z osób tworzących ten portal nie jest inżynierem, a zatem nie ma żadnego wykształcenia technicznego, o ukończeniu wydziału elektrycznego na politechnice nawet nie wspominając.

Osobiście uważam, że trzeba mieć sporo odwagi – żeby wręcz nie powiedzieć: tupetu – aby z tak wielką swobodą „buszować” po dziedzinach jakże odległych od własnej profesji. Ponadto studia magisterskie na uczelni politechnicznej z elektrotechniki, elektroniki czy automatyki, trwają pięć lat i są powszechnie uważane z jedne z najtrudniejszych.

Tego rodzaju sytuację można przykładowo porównać do zachowania się osoby, która swego czasu przeczytała kilka popularnych opracowań na temat judaizmu, po czym ogłosiła się „ekspertem” w kwestiach związanych z interpretacją Talmudu, odczytywaniem przekazu Tory, znajomością Miszny i Gemary oraz praktycznym stosowaniem Halachy, a jeszcze na dodatek ma czelność ortodoksyjnych rabinów w tych sprawach pouczać, nie zważając zupełnie na to, jak wielce zwiła jest to materia…

Tego rodzaju sytuacja ma miejsce powszechnie w dziedzinie elektroenergetyki, gdzie różnej maści samozwańczy i domorośli „eksperci” nagminnie piszą, że za przymusowe odłączenia farm fotowoltaicznych odpowiedzialne są wyłącznie sieci elektroenergetyczne, które rzekomo „zapychają się prądem”. Tymczasem „zapchać się” to może co najwyżej zlew w kuchni, ewentualnie rura kanalizacyjna w ubikacji, natomiast w przypadku obwodów elektrycznych tego rodzaju zjawiska w ogóle nie mają miejsca.

Niemożność odwrócenia kierunku przepływu prądu

Ogólnie rzecz ujmując, generowany w elektrowniach prąd płynie przez sieci przesyłowe najwyższych napięć 220kV i 400kV (sieci oczkowe) do sieci przesyłowo-rozdzielczych 110kV (sieci oczkowe i promieniowe), a z nich do sieci średnich napięć 15kV (sieci promieniowe) i następnie poprzez transformatory 15/0,4kV do sieci niskich napięć 400/230V, do których podłączeni są już odbiorcy końcowi.

Jeśli mamy kolonię domków jednorodzinnych zasilanych z sieci niskiego napięcia 400/230V, podłączonych do wspólnego transformatora 15/0,4kV, na dachach których zainstalowano panele fotowoltaiczne o mocy rzędu kilku kilowatów, to w trakcie godzin okołopołudniowych w sieci tej będzie się pojawiała potężna nadwyżka mocy – w wielkości nawet kilkuset kilowatów. Jeśli jednocześnie do sieci tej nie są podłączone żadne zakłady przemysłowe lub choćby jakiś tartak czy stolarnia, gdzie pracują maszyny elektryczne i w związku z tym pobór mocy jest znaczny, to można postawić retoryczne pytanie, dokąd ten prąd generowany przez panele fotowoltaiczne ma w zasadzie płynąć? Około południa w takim domku jednorodzinnym w zasadzie raczej nikogo nie ma, pracuje tam być może lodówka, jakaś elektronika znajduje się w stanie czuwania, ewentualnie jakiś emeryt ogląda telewizję lub przez kilka minut świeci światło w toalecie.

Taki stan rzeczy powoduje, że napięcie w rozważanej sieci niskiego napięcia gwałtownie wzrasta ponad dopuszczalną wartość wynoszącą 253V, w wyniku czego falowniki zaczynają się wyłączać. Pomiędzy falownikami zainstalowanymi w poszczególnych budynkach rozpoczyna się swoista „zabawa” – swego rodzaju „chocholi taniec”, ponieważ zaczynają się one cyklicznie wyłączać i zaraz ponownie włączać, aby ubiec nieco konkurencję i tym samym wprowadzić do sieci trochę energii, aż jej napięcie ponownie przekroczy 253 V i konieczne będzie w związku z tym kolejne odłączenie się od sieci, w której napięcie wzrosło ponad dopuszczalną wartość.

Należy przy tym zaznaczyć, że nie ma żadnej możliwości, aby prąd płynął z sieci niskiego napięcia 400/230V do sieci średniego napięcia 15kV, czyli w kierunku przeciwnym, niż ma to miejsce w warunkach normalnych. Aby wymusić taki odwrócony kierunek przepływu prądu w sieci niskiego napięcia, należałoby podnieść jej napięcie znacznie powyżej maksymalnej dopuszczalnej wartości 253V. Być może napięcie to musiałoby wynosić przykładowo 275V, a może nawet i około 300V – wszystko zależy od ustawień zaczepów transformatora 15/0,4kV. Tak mocno zawyżone napięcie sieci spowodowałoby natychmiastowe uszkodzenie przyłączonych do niej urządzeń odbiorczych – chyba, że zadziałyby wcześniej zabezpieczenia przeciwprzepięciowe, oczywiście pod warunkiem, że dana domowa instalacja elektryczna jest w nie wyposażona.

Przy okazji warto uświadomić sobie jeszcze jedną rzecz. Mianowicie, gdy napięcie sieci wzrośnie do maksymalnie dopuszczalnej wartości wynoszącej 253V, wówczas klasyczna stuwatowa żarówka pobiera moc wynosząca około 121W, co znacznie skraca jej żywotność. Natomiast gdyby napięcie wzrosło do wartości 275V, wówczas żarówka ta pobierałaby około 143W, oczywiście gdyby nie uległa wcześniej natychmiastowemu przepaleniu.

Ogólnie rzecz ujmując, instalacje fotowoltaiczne poprzez zawyżanie napięcia w sieci przyczyniają się do zwiększenia zużycia energii elektrycznej, ponieważ moc odbiorów rezystancyjnych zależy od kwadratu przyłożonego na ich zaciskach napięcia. Z kolei wszelkiego typu „majstrowanie” przy falownikach, aby nie wyłączały się po przekroczeniu dozwolonych 253 V, co staje się w naszym kraju niestety coraz częstszą praktyką, stanowi już poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa użytkowania wszelkiego typu urządzeń elektrycznych, grożąc ich nieodwracalnym uszkodzeniem.

Mrzonki o magazynowaniu energii

Równie powszechnie lansowane są przez różnych „ekspertów” opinie, że wszelkie problemy rozwiąże wielkoskalowe magazynowanie energii elektrycznej. Tymczasem tego rodzaju „eksperci” powinni powrócić na lekcje fizyki do liceum, aby nabyć konieczną wiedzę, pozwalająca im później policzyć, z jakimi rzędami wielkości fizycznych mamy w tym wypadku do czynienia.

W okresie jesienno-zimowym dobowe zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce przekracza znacznie 500GWh i z roku na rok systematycznie rośnie. Porównajmy to teraz z pojemnością drugiego co do wielkości magazynu energii w Polsce, którym jest elektrownia szczytowo-pompowa Porąbka-Żar. Jej zdolność magazynowania energii wynosi „zaledwie” 2GWh. Zakładając, że jedynie 20 proc. dobowego zapotrzebowania na energię elektryczną w naszym kraju miałoby być pokrywane za pośrednictwem magazynów energii, to takich elektrowni szczytowo-pompowych, jak Porąbka-Żar należałoby wybudować co najmniej 50. Jest to oczywiście ilość wręcz niewyobrażalna – tego nie byłoby po prostu gdzie wybudować, abstrahując już od faktu, że koszt budowy tylko jednego tego typu obiektu sięga wartości około 10 miliardów złotych, a sama budowa trwa około 10 lat. Zresztą, co tu dużo mówić, jak niby mielibyśmy te 50 nowych elektrowni szczytowo-popowych w naszym kraju wybudować, gdy przez okres kilkudziesięciu lat nawet nie jesteśmy w stanie ukończyć budowy tylko jednego tego typu obiektu w miejscowości Młoty w Kotlinie Kłodzkiej.

Jako alternatywa dla elektrowni szczytowo-pompowych proponowane są obecnie akumulatorowe magazyny energii. Są to jednak urządzenia o zdecydowanie mniejszej mocy, wynoszącej najczęściej kilka bądź kilkanaście megawatów. Dla porównania moc elektrowni szczytowo-pompowej Porąbka-Żar po jej modernizacji wynosi 540 MW, a moc największej polskiej elektrowni szczytowo-pompowej w Żarnowcu 716 MW. We wspomnianym Żarnowcu ma powstać także największy akumulatorowy magazyn energii o mocy 205 MW, czyli prawie cztery razy mniejszej niż znajdująca się tam elektrownia szczytowo-pompowa (zresztą pojawiły się ostatnio wątpliwości czy ten magazyn energii w ogóle kiedykolwiek powstanie – jak zwykle „na papierze” to my mamy dosłownie wszystko!)

Problem z akumulatorowymi magazynami energii polega jeszcze na tym, że akumulatory wraz z upływem czasu tracą swoją pojemność i po 10 latach użytkowania nadają się już w zasadzie do wymiany. Nie rozwiążą one zatem problemu efektywnego magazynowania energii elektrycznej na wielką skalę, tym bardziej że nie są w stanie rozwiązać tego problemu znacznie potężniejsze od nich elektrownie szczytowo-pompowe.

W związku z powyższym pojawiają się od czasu do czasu różnego rodzaju pomysły dotyczące wykorzystania nadmiaru mocy elektrycznej, generowanej w panelach fotowoltaicznych w godzinach około-południowych. Do najbardziej popularnych należy nakłanianie prosumentów, aby w swych domach zainstalowali bojlery elektryczne, służące do podgrzewania wody użytkowej.

Jednak nie jest to w stanie całkowicie rozwiązać problemu, co wykażę za pomocą odpowiednich wyliczeń. Przyjmijmy zatem, że w domku jednorodzinnym zainstalowano duży bojler elektryczny o pojemności 300 litrów. Ponadto przyjmijmy, że po porannej toalecie jego mieszkańców, na którą zużyli nieco ciepłej wody, temperatura wody w bojlerze spadła do 40 stopni Celsjusza. Następnie w godzinach około-południowych, gdy produkcja energii z instalacji fotowoltaicznych osiąga swój szczyt, woda ta jest ponownie podgrzewana do maksymalnej dopuszczalnej dla tego typu urządzeń temperatury, czyli do 60 stopni Celsjusza.

Zużytą w tym celu energię można wyliczyć ze wzoru E=mCw(t2-t1), gdzie (m) – masa wody 300kg, (Cw) – ciepło właściwe wody 4200J/kgK, t1 – temperatura początkowa wody, t2 – temperatura końcowa wody (różnica tych temperatur wynosi 20 stopni Celsjusza). Ostatecznie energia zużyta do podgrzania wody wynosi około 7kWh.

Zakładając, że typowa moc paneli umieszczonych na dachu domku jednorodzinnego wynosi 5kW, to przy przeciętnym nasłonecznieniu w okresie wiosenno-letnim woda w bojlerze zostanie podgrzana w przeciągu około dwóch godzin. A co z pozostałymi godzinami okresu, gdy jeszcze silnie świeci słońce? Jak widać, zainstalowanie bojlera do podgrzewania wody użytkowej nie do końca rozwiązuje przedstawiony tutaj problem.

Ponadto, aby wyrobić sobie pogląd odnośnie tego, jak w sumie zawodne są odnawialne źródła energii (zwłaszcza fotowoltaika i wiatraki), wystarczy spojrzeć na rys. 2, na którym zamieszczono dane udostępnione na stronie internetowej Polskich Sieci elektroenergetycznych S.A.

Otóż w dniu 13 marca 2024 roku (przy czym nie jest to z pewnością kwestia owej „feralnej trzynastki”), tuż po godzinie osiemnastej, zapotrzebowanie na moc w krajowym systemie elektroenergetycznym wynosiło 23,478GW i było pokrywane głównie przez elektrownie cieplne 19,652GW (83,7 proc. zapotrzebowania). Dodatkowo elektrownie wodne generowały 1,436GW (6,1 proc. zapotrzebowania), choć w tym przypadku sformułowanie „elektrownie wodne” jest pewnym nadużyciem, ponieważ do tej kategorii zaliczane są także elektrownie szczytowo-pompowe i to właśnie one generowały większość mocy.

Zapewne nikogo specjalnie nie dziwi, że fotowoltaika w marcu po godzinie osiemnastej generuje dokładnie zero watów, natomiast pewnym zaskoczeniem może być informacja, że elektrownie wiatrowe generowały wtedy jedynie 0,181GW, podczas gdy moc w nich zainstalowana przekracza już 10GW – wykorzystywały zatem niecałe 2 proc. swego potencjału. Parafrazując słowa wypowiedziane niegdyś przez towarzysza Wiesława, można byłoby powiedzieć: „gdybyśmy mieli więcej wiatraków, mielibyśmy więcej prądu, ino wiatru nie mamy…”

Uwagę zwraca także relatywnie wysoki import energii elektrycznej z krajów ościennych w wysokości aż 2,163GW (9,2 proc. zapotrzebowania). W tym ostatnim przypadku jesteśmy jednak zdani całkowicie na łaskę bądź raczej niełaskę naszego zachodniego sąsiada, co raczej dobrze nie wróży na przyszłość.

Co zatem nas czeka?

Wszystko wskazuje na to, że w kolejnych latach moc zainstalowana w polskiej fotowoltaice będzie nadal systematycznie wzrastać i z każdym rokiem będzie przybywać tam po kilka gigawatów, co w okresie wiosenno-letnim w godzinach około-południowych będzie powodowało coraz poważniejsze problemy związane z koniecznością zbilansowania mocy w systemie elektroenergetycznym – w skrajnym przypadku taki niekontrolowany wzrost mocy generowanej przez fotowoltaikę może doprowadzić w efekcie nawet do tzw. blackoutu, czyli całkowitego wyłączenia prądu na obszarze całego kraju.

Powyższe stwierdzenie warto rozpatrzyć także w kontekście niedawno uchwalonej unijnej dyrektywy EPBD, która wymusza instalowanie paneli fotowoltaicznych na wszystkich nowo-powstałych budynkach mieszkalnych, począwszy już od 2029 roku, co przyczyni się w stopniu istotnym do kolejnego powiększania mocy zainstalowanej i dalszego przewymiarowania polskiej fotowoltaiki – w godzinach około-południowych większość tych instalacji trzeba będzie i tak odłączać od sieci, aby dosłownie nie „rozsadzić” systemu elektroenergetycznego od środka.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć, że koszt zainstalowania jednostki mocy w fotowoltaice jest porównywalny z kosztem zainstalowania jednostki mocy w elektrowni cieplnej. Dokładnie za te same pieniądze, za które zainstalowano łącznie ponad 17GW mocy w polskiej fotowoltaice, można było wybudować przecież aż cztery elektrownie cieplne o porównywalnej wielkości, jak elektrownia w Bełchatowie, ale wyposażone już w nowoczesne bloki nadkrytyczne o sprawności netto sięgającej 46 proc., co definitywnie rozwiązałoby nasze problemy energetyczne na co najmniej kolejne 30 lat. Zamiast tego w przyszłości będziemy mieć tylko coraz to większe problemy z gigantycznym wręcz nadmiarem mocy generowanej w godzinach około-południowych przez instalacje fotowoltaicznych, której w żaden sposób nie będziemy w stanie efektywnie zagospodarować.

Prawdziwe pieniądze robi się na drogich, słomianych inwestycjach – „Miś” i Dupiarz. Jajo do remontu.

Warszawskie jajo za ćwierć miliona postało rok. Już do remontu

22.06.2024 ale/jajo

Rzeźba jajo w Warszawie.
Jajo. Tak wygląda 250 tys. zł. [+”remont”.] Fot. PAP

Prawdziwe pieniądze robi się na drogich, słomianych inwestycjach – mawiano w kultowym „Misiu” i Warszawa Rafała Trzaskowskiego najwyraźniej wzięła sobie te słowa do serca.

Jajo, które postawiono za „jedyne” ćwierć miliona złotych, już musi przejść mały lifting.

W maju ub.r. na placu 5 Rogów w Warszawie uroczyście (bo jakżeby inaczej!) odsłonięto dwumetrowe jajo. To instalacja, którą zaprojektowała Joanna Rajkowska.

Koszt „dzieła” – ćwierć miliona złotych. Błękitne w czarno-purpurowe plamki olbrzymie jajo wykonano z gipsu akrylowego.

Z wnętrza rzeźby o oficjalnej nazwie instalacja multimedialna „Pisklę. Drozd śpiewak” wydobywają się odgłosy pisklaka nagrane specjalnie na potrzeby tej instalacji. A „przytulając się” do jaja, można nie tylko usłyszeć dźwięki, ale nawet poczuć drgania.

Na takie coś Warszawa przeznaczyła ponad ćwierć miliona złotych. Konstrukcję wykonano za 207 tys. zł, a dodatkowo nagłośnienie kosztowało 53,5 tys. zł.

Jajo postało w Warszawie rok i już musi przejść mały lifting. Jak się okazuje, kolor nie zmienił się zgodnie z wizją artystki, więc trzeba je przemalować.

– Twórczyni instalacji artystycznej zadecydowała i podjęła się lekkiego retuszu koloru skorupki jaja. Według niej kolor powinien być nieco jaśniejszy – argumentuje „potrzebę” wydawania kolejnych pieniędzy dyrektor Zarządu Dróg Miejskich Łukasz Puchalski.

Wyjaśnił, że pierwotnie nałożony kolor miał wypłowieć na słońcu i uzyskać oczekiwany przez artystkę efekt. Natomiast położenie na nim zabezpieczającej warstwy antygrafitti spowodowało, że kolor nie zbladł i konieczna jest jego zmiana, by instalacja spełniała założenia artystyczne.

Ile tym razem wydano na jajo? Tego już nie podano do publicznej wiadomości. Koszty jednak nie były małe, bo żeby w ogóle malowanie zacząć, trzeba było rzeźbę odgrodzić barierkami, postawić namiot – i tak dalej. Każdy z podwykonawców swoje musiał zainkasować.