Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

Zawsze Wierni nr 6/2025 (241)

Tercjarka dominikańska

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

W naszych czasach, gdy sztuki piękne1 przechodzą tak ogromny kryzys, to aby przywrócić im ich uwznioślającą rolę, należałoby – zgodnie z hasłem św. Piusa X Instaurare omnia in Christo – odnowić je w Chrystusie. Wracać powoli (albo szybciej, gdyż na co czekać?) do Niego jako do Boskiego źródła sztuki panującej w epoce, która wydała wielką liczbę świętych, czyli we wczesnym średniowieczu. Ponieważ nie wszystko, co się później świeciło, jest czystym złotem.

Zwykle nie zastanawiamy się nad elementami rzeczywistości otaczającymi nas, rzec można, od zawsze. Były tu od dawna, zanim się urodziliśmy, zanim urodzili się nawet nasi pradziadowie. Zamki, pałace, dwory, kościoły… Skupmy się na tych ostatnich, a w szczególności na dziełach sztuki, które je wypełniają.

Zapewne po przeczytaniu ostatniego zdania Czytelnikowi stanął przed oczami jakiś bogato zdobiony kościół – pełen obrazów, rzeźb, witraży, złoceń i pięknych lamp. Być może wielu katolików, zachwycając się dawniejszymi dziełami, przygląda się im z wielkim zainteresowaniem, chce je dogłębnie poznawać, zapamiętywać szczegół po szczególe, a będąc przejazdem w nowym dla siebie kościele, utrwala je pamiątkowo na zdjęciach. Ja również kierowałam się podobnymi ideami. Ale gloryfikowany był tylko warsztat artysty, nic więcej.

Jednak tu nie o kształty i gusty chodzi, ale o kwestię pewnych zasad. Zastanówmy się nad niewywołującą „achów i ochów” prostotą sztuki preromańskiej i romańskiej. Ich schematyczność w zupełności wystarcza każdej duszy szukającej Boga w kontemplacji2. Można ją porównać z prostym jedzeniem, a jakiś renesansowy obraz czy późnogotycki ołtarz z coraz wykwintniejszym daniem. Gdy jest tego za dużo – tego wykwintnego, sytego stołu – do czego to prowadzi? Uwaga z łatwością odwraca się od Boga, a zapatrywania stają się coraz bardziej przyziemne, skierowane na… geniusz człowieka. I tak, oczywiście, możemy tłumaczyć, że ten oto talent artysta otrzymał od Stwórcy, a także że trzeba Bogu wszystko jak najpiękniejsze oddawać. Tylko że to pierwsze z trudem nakierowuje i utrzymuje ludzką myśl przy Bogu, a to drugie, cóż, nie Pana Boga, ale nas bardziej interesuje, a ostatecznie, jeśli za bardzo się na tym pięknie skupimy, ta myśl, która miała bez rozproszeń trwać kontemplacyjnie przy Zbawicielu, odleci w dowolnej chwili, gdy zapatrzymy się np. na rozfalowanie barokowych ołtarzy.

Jedno trzeba zaznaczyć i wyważyć: współczesna słaba kondycja katolickiego ducha może bardzo potrzebować tych „artystycznych wspomagaczy”, pomimo że niejednokrotnie stanowią podłoże dla humanistycznych, horyzontalnych zapatrywań. Z jednej strony kierują myśli ku rzeczywistości nadprzyrodzonej, bo już nawet najogólniejszy rzut oka na wystrój świątyni sprawia, że wiemy, iż jesteśmy zanurzeni w sferze sacrum, że stoimy w przedsieniach nieba, ale z drugiej łatwo od tej rzeczywistości mogą odrywać, jeśli pozwolimy naszej uwadze skupić się na ich szczegółach.

Kościół jest nieomylny. Jeśli dopuścił któreś z kierunków artystycznych do swoich ziemskich wnętrz, to znaczy, że stały za tym jakieś poważne racje. Hipotetycznie wobec powyższego można się zastanowić – jako że Bóg nikomu pragnącemu nie skąpi swej łaski, ale także ujmuje jej, gdy człowiek po wielokroć wybiera miłość własną – czy to aby nie ten stygnący duch chrześcijan spowodował, że Pan Bóg wobec słabnącej gorliwości dozwolił pojawiać się coraz mocniej działającym na zmysły dziełom, aby równocześnie za ich pomocą przypominać o swoim istnieniu, o pięknej i przebogatej rzeczywistości nadprzyrodzonej, o wieczności. Z wieku na wiek katolicy coraz mniej byli zdolni (czy może raczej mniej chętni) do kontemplowania tych prawd, obraz nadprzyrodzoności w ich intelekcie stopniowo się zacierał na rzecz obrazów tego świata i samych ludzi – wokół czego w renesansie krążyły myśli ludzkie, dobitnie odzwierciedla tematyka malarstwa tamtego okresu3

Tak jak w głębokim średniowieczu cała sztuka i literatura opiewały rzeczywistość Boską, tak w późniejszych stuleciach zainteresowania twórców sztuki wmieszały do niej motywy świeckie, aż ostatecznie – co obserwujemy dziś – Stwórcę Wszechświata wyrugowano z ludzkiej myśli, tematyka biblijna jest gdzieś na szarym końcu, a dzieła i „dzieła” ukazują wszystko inne, tylko nie historię zbawienia. Warto przy okazji zauważyć, że z jednej strony (nomen omen) pyszne wytwory baroku odzwierciedlają klimat tamtej epoki4, a równocześnie z drugiej wykorzystywał je Bóg do bardziej dosadnego, fizycznego już zwrócenia uwagi na sprawy niebieskie. Barok jest „głośny” w swym wyrazie, ale jest to też wyraźne nawoływanie Boga skierowane do gubiącego się coraz bardziej człowieka. I to nie tylko katolika. Trzeba pamiętać, że sztuka barokowa użyta w kościołach stanowiła kontrast w stosunku do pustych, białych ścian w zborach protestanckich, a więc była to także akcja kontrreformacyjna.

Mówi się czasem, że piękny wystrój kościoła budzi w człowieku miłość do Pana Boga. Czy to możliwe, żeby piękno wytworów ludzkiej kultury miało być fundamentem teologicznej cnoty miłości? Może to być wprawdzie jakaś pierwsza fascynacja – na początek dobre i to – ale zmysłowy wzrok świadomego katolika musi stopniowo ustępować miejsca oku intelektu, widzącemu rzeczy w głębszej i rozleglejszej perspektywie, obserwującemu nadprzyrodzony sens otaczającej rzeczywistości.

W renesansie zaczęło się podpisywanie przez autorów ich dzieł, czego pobożne średniowiecze unikało, a w baroku nagle nawet ich oświetlenie stało się bardzo ważne. Gdyby trend stopniowego przez wieki czynienia piękna coraz bardziej finezyjnym sam z siebie był owocny, to ludzkość nie doszłaby do tego upadku, którego doświadczamy dziś – ale jako żywo widać, że sztuka wizualna nie przełożyła się na wzrost liczby kontemplatyków. Jest jasne dlaczego: przecież nie od zmysłowego oglądania, ale od intelektualnego poznania5 zależą zachwyt nad Bogiem i miłość do Niego.

(Osobiste spostrzeżenie, proszę je sprawdzić na sobie). Gdy oglądam obrazy i rzeźby w kościele, to je kontempluję, przyglądam się im bardzo szczegółowo, ale zapewniam, że nie kontempluję wtedy Boga. Skupiam się na zdolnościach artysty, podziwiam, jak kiedyś potrafiono hojnie oddawać swoje zdolności na służbę Najwyższemu6. Aby móc wreszcie skoncentrować myśli na Bogu, muszę zamknąć oczy. Wnętrza preromańskie i romańskie ze swoim skromniejszym zdobnictwem nie przeszkadzały w modlitewnym skupieniu.

Na pewno doceniam renesansowe i barokowe wspaniałości oraz rozumiem, że są one dziś potrzebne coraz mniej uduchowionemu człowiekowi. Bogactwo i nagromadzenie przywodzą na myśl wspaniałość nieba: to kapiące złoto, wytworne ramy, mnogość przedstawionych świętych – tak, to odblask stwórczej mocy Boga przebijający w zdolnościach manualnych artysty. Ale gdy się okazało, że już nawet to artystyczne „niebo na ziemi”, doczesne przedstawienie niebiańskiego blasku chwały nie pomaga, by ludzie zwrócili się do Stwórcy, a odwrócili od potrzeb barokowego świata zmysłów, to już Pan Bóg „dał sobie spokój” i na tym apogeum twórczości poprzestał, nie kontynuując rozwoju sztuk, ale raczej je dewoluując. Rokoko przypomina zakończenie jakiejś wybujałej przy końcu symfonii, po czym następuje nagłe urwanie. Tylko echo jeszcze niesie refrenem ostatnią nutę (klasycyzm), ale i ona w końcu przestaje być słyszalna. Nie ma już żadnej muzyki.

Barok można podziwiać za cierpliwość w tworzeniu entej kościelnej ozdoby. Najważniejsze było natworzyć ich całe mnóstwo, poutykać je w każdym wolnym miejscu… Ale uwaga, aby w podziwie nad tym pięknem zamiast skupić się na Bogu kolekcjonersko nie zacząć się rozglądać: „Co my tu jeszcze mamy? Ile sztuk aniołów widnieje w tym ołtarzu? Czy już wszystko zobaczyłem?”. Zauważmy mimochodem, jak w wielkim kontraście do sztuki średniowiecznej w baroku nie ma zahamowań przed ukazywaniem nagich kupidynków7.

Średniowieczne malarstwo natomiast jest bardziej schematyczne, pozostawiające wiele przestrzeni na czystą myśl o Bogu, która za Jego łaską jest prowadzona właściwymi ścieżkami, na pogłębioną medytację intelektualną, na rozumową analizę użytej symboliki – w przeciwieństwie do bardziej wysublimowanej sztuki późniejszej, w której zaczynają grać rolę efektowne zabiegi artystyczne i wywołane uczucia, a umysł skłania się raczej do analizy kształtów i barw, występuje zaskoczenie malarstwem iluzorycznym, mogą nawet pojawić się pytania typu: „Ile to wszystko mogło kosztować?”. W oczywisty sposób stanowi to przeszkodę w skupieniu; od medytacji, stającej się siłą rzeczy powierzchowną, odciągają nas wrażenia estetyczne.

Postawmy poważne pytanie: Czy kiedykolwiek duch chrześcijański podniesie się jeszcze na wybitny poziom wczesnego średniowiecza? – tego zapatrzonego w Stworzyciela nieba i ziemi oraz niepotrzebującego artystycznych przypominajek, że w świątyni klęczymy w Jego jak najbardziej rzeczywistej obecności.

Aby tak się stało, trzeba najpierw się zachwycić średniowieczem, odkłamać wszystko, czym do tej pory zostaliśmy na jego temat od szkolnych lat zindoktrynowani, i w rezultacie powrócić do stylu okołoromańskiego, aby wyciszyć zmysły, a myślom pomóc obrać możliwie najbardziej wertykalny kierunek. Notabene wczesnośredniowieczne świątynie przypominały oddzieloną od świata grubym murem, rozbudowaną celę. To budowle o surowym, ascetycznym, obronnym wyglądzie – jest w tym ukryta głęboka symbolika.

Jako laik może i na sztuce się nie znam, a moje refleksje są zupełnie błędne. A może jednak… przyjmuję właśnie rolę dziecka mówiącego w swej szczerości, że król jest nagi, podczas gdy wieki tłumów zachwycających się sztuką różnych stylów nie zwróciły uwagi na to, że te najbardziej dziś cenione – z punktu widzenia eschatologicznego są cokolwiek zdradliwe, mając potencjał odwodzić myśli od tego, co najistotniejsze. Niedobrze by świadczyło, gdyby badacze i krytycy sztuki, zdając sobie sprawę z problemu, przemilczeli go.

Dziwi mnie to, że skoro we wczesnym średniowieczu tak wielu się uświęcało, to jednak – zgodnie z powiedzeniem „Lepsze jest wrogiem dobrego” – zamiast utrzymać ten dobry kurs czy też pozostać w tej oazie, katolicy poszli gdzie indziej. Jaki z tego wniosek? Gdy osiąga się zadowalające rezultaty, to tak trzymać i raczej nic nie zmieniać. Lecz trzeba pamiętać, że utrzymanie takiego stanu łączy się z wielkoskalową, zorganizowaną czujnością, rodzajem „zbiorowego sumienia”. Tę sytuację można porównać do przeciwdziałania działającemu bezustannie zjawisku entropii lub ostrożności wobec lwa krążącego i wypatrującego, kogo by pożreć. O ustalony porządek trzeba byłoby bardzo dbać, trzymając najpierw siebie, a potem jego w ryzach.

Choć nie mamy dostępu do pradawnych świątyń preromańskich i romańskich, postarajmy się pracować nad nieustannym skupieniem myśli na Bogu. A kto wie… być może w rezultacie dobry Ojciec natchnie architektów i artystów, aby wrócili do tego najpomocniejszego ze stylów w dążeniu do osiągnięcia zjednoczenia z Bogiem.

Przypisy

  1. Czy są to wciąż sztuki piękne? Piękno w klasycznym ujęciu nieodłącznie wiąże się z prawdą i dobrem. Rzecz naprawdę piękna jest taka, ponieważ jest dobra i zarazem prawdziwa. Z kolei antropologiczna prawda głosi, że człowiek jest całkowicie zależny od Stwórcy. Zatem jeśli ludzka twórczość koncentruje się na człowieku i świecie, to odwraca oko jego intelektu od Boga. A więc taka, niegłosząca podstawowej prawdy, sztuka nie jest piękna, a tego przymiotnika można w stosunku do niej używać tylko w potocznym znaczeniu: czegoś, co sprawia przyjemność zmysłowi wzroku.
  2. Nawet w późniejszych wiekach kościoły zakonów kontemplacyjnych pozostawały surowe – rzecz w tym, że dla wyrobionych duchowo ludzi nie trzeba aż tylu dzieł sztuki w świątyni. Ale generalnie sztuka romańska, patrząc statystycznie, nie była aż tak bogata w zdobienia i detale jak te późniejsze. Owszem – malowidła ścienne istniały; dziś ich już prawie nie możemy zobaczyć z racji nietrwałej techniki, dzięki której powstawały – przyp. red.
  3. To kontemplacja nadaje wszystkiemu sens. Odejście od niej powoduje, że chrześcijańska sztuka w ogóle umiera – przyp. red.
  4. Trudno uwierzyć, by gorliwość i pobożność w czasach baroku były tak powszechne wśród artystów i na takim poziomie jak w średniowieczu. Wystarczy przewertować ciekawą książkę Krystyny Bockenheim Przy polskim stole, w której autorka opisuje wzrost kultu zmysłu smaku. A dodatkowo: Z. Kuchowicz, Obyczaje staropolskie XVII i XVIII wieku, Wyd. Łódzkie 1975, s. 11–80.
  5. A fundamentem tego jest codzienna lektura duchowa i doktrynalna.
  6. Lecz mam jednocześnie wrażenie, że ta hojność była zanieczyszczona chęcią popisania się posiadanymi talentami.
  7. Nie mówiąc już o tym, jaki „piękny, misterny” bezwstyd tworzy się w tym samym czasie poza murami kościołów w sztuce świeckiej.

Zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa

Zaskakujący upadek oszustwa klimatycznego – udokumentowany

Autorstwa Jamesa Corbetta

Dla wszystkich, którzy uważnie śledzili wydarzenia, zapierający dech w piersiach upadek klimatycznego oszustwa w zeszłym roku był imponującym widowiskiem.

Najpierw była klapa COP.

Następnie Stany Zjednoczone wycofały się z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC).

Judith Curry zamknęła wtedy swojego bloga i oświadczyła: „Czas ogłosić zwycięstwo nad głupotą klimatyczną i iść naprzód”.

Następnie The Guardian opublikował artykuł, w którym ubolewano, że mniej niż 5% brytyjskich mediów wykorzystało ostatnią falę upałów w Europie jako pretekst do szerzenia propagandy „zerowej emisji netto”.

A teraz nawet „New York Times” wywiesza białą flagę w opowieści o klimatycznym Armagedonie… no cóż, w pewnym sensie.

Co więc, u licha, tu się dzieje? Jak to się stało, że przeszliśmy ze świata, w którym apokalipsa klimatyczna była przedstawiana jako egzystencjalne zagrożenie dla życia na Ziemi i ogłaszana codziennie w wiadomościach, do świata, w którym zmiana klimatu w ogóle nie pojawia się już na radarach?

Dowiedzmy się.

Nierozstrzygnięte kwestie naukowe: koniec RCP 8.5

Każdy, kto badał oszustwo klimatyczne, zna długą listę naukowych oszustw, błędów merytorycznych i manipulacji, na których opiera się rzekomo „niepodważalna nauka” o katastrofalnym antropogenicznym globalnym ociepleniu.

Wiedzą na przykład, że zapisy temperatur były systematycznie manipulowane, aby przedstawić przeszłość jako stale chłodniejszą, a teraźniejszość jako cieplejszą, tworząc w ten sposób fałszywe wrażenie szybkiego wzrostu temperatur.

Znasz też różne sztuczki statystyczne, stosowane po to, by łatwowierna opinia publiczna uwierzyła w fałszywą narrację o zbliżającej się katastrofie klimatycznej.

A wiecie, że afera „Climategate” ujawniła wiele szczegółów na temat rzeczywistych metod pracy naukowców zajmujących się klimatem i pokazała, do jakiego stopnia są oni skłonni kłamać, oszukiwać i zniesławiać, aby ukryć sprzeczne dowody w zapisach naukowych – pomimo wysiłków osób ujawniających aferę „Climategate”, aby ukryć ten skandal.

I zdasz sobie sprawę, że „średnia globalna temperatura” to nie faktycznie zmierzona temperatura, ale obliczona liczba skompilowana z różnych zbiorów danych o wątpliwej jakości.

Jednak o czym być może nie wiecie, jeśli nie śledzicie uważnie najnowszych wydarzeń związanych z oszustwem klimatycznym, to fakt, że IPCC oficjalnie porzuciło RCP 8.5.

Dla tych, którzy znają się na tych sprawach, nie trzeba nic więcej dodawać. Jednak większość ludzi nie będzie miała pojęcia, co to wszystko znaczy. Pozwólcie, że wyjaśnię.

IPCC to oczywiście Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, organ ONZ, którego misją jest „dostarczanie rządom wszystkich szczebli informacji naukowych, aby pomóc im w opracowywaniu polityki klimatycznej”. Co sześć lub siedem lat publikuje „raport oceniający” podsumowujący kluczowe ustalenia opublikowanej literatury naukowej z zakresu klimatologii. Raporty te są oczywiście traktowane bardzo poważnie przez media głównego nurtu i wykorzystywane przez polityków do uzasadniania wszelkiego rodzaju drakońskich środków „zerowej emisji netto” i tyranii „Zielonego Nowego Ładu”.

Słuchacze „The Corbett Report” wiedzą, że IPCC to oszustwo, że jego raporty oceniające to po prostu puste słowa i że cały proces IPCC był manipulowany od samego początku.

Wiedzą na przykład, że jego „Podsumowanie dla decydentów” – dokument o charakterze wyraźnie politycznym, służący uzasadnieniu różnych działań w zakresie polityki klimatycznej – jest dokumentem negocjowanym, a nie oceną naukową. W rzeczywistości raport naukowy jest przepisywany dopiero po wynegocjowaniu „Podsumowania dla decydentów”, aby zapewnić zgodność ustaleń naukowych z decyzjami dyplomatów.

Jednym z filarów propagandy pesymizmu klimatycznego IPCC są scenariusze RCP (Reprezentatywne Ścieżki Stężeń) – seria modeli prognozujących, jak stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze może wzrosnąć w ciągu następnego stulecia.

Te „ścieżki” przedstawiają różne scenariusze w zależności od tego, w jakim stopniu kraje ograniczą emisje gazów cieplarnianych i wdrożą środki mające na celu wprowadzenie odnawialnych i tzw. „zielonej” energii. Obejmują one od RCP 1.9 – ścieżki, która „ma na celu ograniczenie ocieplenia do poziomu znacznie poniżej 1,5°C, co jest celem Porozumienia Paryskiego” – do RCP 8.5 – ścieżki, która przewiduje „niemal monotonny wzrost emisji do 2100 roku”. RCP 8.5 jest często używany jako „scenariusz najgorszego przypadku” i ma zilustrować, co się stanie, jeśli ludzkość będzie podążać obecną ścieżką – tj. jeśli produkcja gazów cieplarnianych będzie nadal przekraczać 1,5°C. tzn. co się stanie, jeśli nie zaczniemy poświęcać całej cywilizacji rozgniewanym bogom pogody.

Następnie wartości te wykorzystuje się do przewidywania przyszłych globalnych temperatur powierzchni Ziemi.

Innymi słowy, RCP 8.5 to model, na który zawsze powołują się straszyciele, gdy chcą przedstawić przyszłą mapę temperatur w ognistej czerwieni.

Oczywiście, sam proces generowania prognoz temperatury na podstawie tych modeli jest swego rodzaju sztuczką. Opiera się on na wartości zwanej „równowagową wrażliwością klimatu” (ECS), która szacuje długoterminową reakcję ocieplenia na podwojenie stężenia CO₂ w atmosferze.
Jednak nawet IPCC przyznaje, że ECS jest całkowicie arbitralne: „Najlepszego oszacowania równowagowej wrażliwości klimatu nie można obecnie podać, ponieważ nie ma konsensusu co do wartości w różnych ocenianych łańcuchach dowodów i badań”. A zatem: śmieci na wejściu (ECS), śmieci na wyjściu (prognozy temperatury).[shit in – shit out md]

Abstrahując jednak od tego, w jaki sposób modele te przekładają się na szacunki przyszłych temperatur: same modele są wysoce wątpliwe!

„Najgorszy scenariusz” modelu RCP-8.5 jest dyskutowany od lat, a krytycy wskazują, że ten nierealistyczny, fantastyczny scenariusz zawiera całkowicie nieprawdopodobne założenia. Przewiduje on nawet, że ludzkość spali pięć razy więcej węgla w ciągu najbliższego stulecia niż wynosi obecnie znany stan zasobów na całej planecie.

No cóż, krytycy paniki związanej z RCP-8.5 mieli rację!

W kwietniu Geoscientific Model Development opublikował artykuł „The Scenario Model Intercomparison Project for CMIP7 (ScenarioMIP-CMIP7)” na temat prób modelowych przyczyniających się do rozwoju Coupled Model Intercomparison Project (CMIP). Ten wspólny projekt od ponad trzech dekad opracowuje porównania modeli klimatycznych, a jego prace stanowią podstawę prognoz klimatycznych IPCC. Ta nowa publikacja dotyczy prac nad CMIP7, najnowszej fazy tego trwającego projektu, i stwierdza – co kluczowe – że RCP 8.5 stał się „nieprawdopodobny” ze względu na zmiany w polityce klimatycznej i ostatnie trendy emisji.

Teraz pojawiła się o wiele bardziej szczegółowa analiza tej publikacji i jej implikacji (CERES-Science udostępnia ją tutaj), ale w skrócie: RCP 8.5 – model, który był cytowany w tysiącach badań klimatycznych jako najbardziej realistyczna prognoza tego, co stanie się z klimatem Ziemi, jeśli nie połkniemy szalonej pigułki „zerowej emisji netto” – nie będzie już uwzględniany w kolejnym raporcie oceniającym IPCC.

Znaczenia tego wydarzenia nie można przecenić. IPCC i jego siejący strach sojusznicy nie będą już mogli posługiwać się swoim modelem „business-as-usual” do „przewidywania” całkowicie niewiarygodnych scenariuszy katastrofy klimatycznej i wprowadzania w błąd opinii publicznej, by akceptowała coraz bardziej drakońskie, hamujące rozwój cywilizacji środki w imię uniknięcia całkowicie wyimaginowanej katastrofy.

Oczywiście, propagandziści kultu klimatycznego interweniowali, aby ograniczyć szkody w tej sprawie.

Przykładowo „New York Times” chciałby, abyś uwierzył, że „globalne ocieplenie nadal stanowi zagrożenie”, ale jednocześnie przyznaje, że „decyzja o odrzuceniu najgorszego scenariusza rodzi pytania, czy niektóre ryzyka nie zostały przeszacowane”.

A w programie Vox Bryan Walsh niemal na moment uświadamia sobie, że przyznaje: „Nie zawsze wiedziałem – i nie zawsze to przekazywałem – że scenariusz kryjący się za najbardziej apokaliptycznymi, przyciągającymi uwagę odkryciami był w dużej mierze próbą wyobrażenia sobie, jak źle może się potoczyć sytuacja, a nie faktyczną prognozą”. Pomijając jednak całkowitą ignorancję w swojej dziedzinie, Walsh chętnie zapewnia czytelników, że „nawet jeśli udało nam się zapobiec katastrofie, wciąż mamy wiele do zrobienia, aby zapewnić bezpieczniejszą przyszłość”. (Źródło: Trust Me, Dude!)

Ale tu właśnie tkwi sedno sprawy – sedno, które Walsh niemal pojął w chwili olśnienia: nigdy nie chodziło o naukę. Nawet dziennikarze klimatyczni, których jedynym zadaniem było wyjaśnianie tej wiedzy opinii publicznej, tak naprawdę nie znali podstaw naukowych, o których pisali. A gdyby zapytać tysiąc aktywistów klimatycznych, mielibyście szczęście, gdybyście znaleźli choć jednego, który potrafiłby wyjaśnić, czym jest ECS lub co oznacza RCP 8.5.

Nie, nie chodzi tu o naukę. Chodzi o opowiadanie historii.

A najbardziej znacząca zmiana zachodzi na poziomie narracji.

Punkt zwrotny ducha czasu

Era przesadnego alarmizmu klimatycznego rozpoczęła się na dobre w Dniu Ziemi w 1990 roku, w 20. rocznicę sponsorowanego przez ONZ święta „Dnia Ziemi”, ustanowionego w 1970 roku. Pierwotnie zaproponowany w 1969 roku jako „dzień czci Ziemi i idei pokoju”, w 1990 roku Dzień Ziemi stał się pretekstem dla gwiazd Hollywood, takich jak Robin Williams, Christopher Lloyd, Bill Cosby, Candace Bergen i Kermit Żaba, do prowadzenia godzinnych programów propagandowych w telewizji, w których wygłaszali neofeudalnym chłopom wykłady na temat tego, jak ogrzewanie domów i dojazdy do pracy zanieczyszczają Ziemię i rozgniewały bogów pogody.

Ta kampania propagandowa była częścią przygotowań do Szczytu Ziemi Maurice’a Stronga w 1992 roku, który, jak wiedzą reporterzy Corbetta, dał początek Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC) i całej polityce klimatycznej ONZ. UNFCCC stała się swego rodzaju „samo-oblizującym się rożkiem lodów” dla zwolenników klimatu, zapewniając im miejsce spotkań, gdzie mogli roztrząsać najnowsze katastroficzne oświadczenia IPCC i wydawać coraz bardziej złowieszcze ostrzeżenia przed całkowitym wyginięciem planety – chyba że politycy przekażą całą władzę ONZ i przyjmą program „zera netto” (a może „zera absolutnego”?).

Innymi słowy, wszyscy poniżej 50. roku życia spędzili całe swoje świadome życie w cieniu tej kampanii propagandowej. Słyszą te katastroficzne przepowiednie od tak dawna, że ​​trudno im sobie wyobrazić, że jakaś rozpieszczona gwiazda Hollywood czy oderwany od rzeczywistości polityk nie skarci ich za korzystanie z klimatyzacji albo nie zastraszy za lot komercyjny na rodzinne wakacje.

Ale na wypadek, gdybyście nie zauważyli: społeczeństwo stopniowo przestało słuchać nieustannego bełkotu alarmistów ostrzegających przed „kryzysem klimatycznym”. Zamiast tego, w końcu zaczęło kwestionować rzekomo „niepodważalną naukę”, która próbuje przekonać społeczeństwo, że zwierzęta domowe i dzieci szkodzą planecie.

Pierwszy sygnał odrzucenia histerii klimatycznej pojawił się po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku, kiedy koniec dwudziestoletniego planu Niemiec dotyczącego wycofywania energii jądrowej zbiegł się z poważnymi zakłóceniami w dostawach LNG z Rosji, wywołując kryzys energetyczny. Ludzie w całej Europie i na całym świecie byli świadkami trudnej sytuacji Niemiec i dostrzegli realne konsekwencje ich polityki „zielonej energii”: ubóstwo energetyczne.

Od tego momentu samozwańczy orędownicy celów zerowej emisji netto musieli stawić czoła trudnej walce z coraz bardziej sceptycznym nastawieniem opinii publicznej. W ubiegłym roku doszło do zaskakującego upadku „Net-Zero Banking Alliance” w obliczu ogromnego sprzeciwu społecznego, strategicznego wycofania się BlackRock z inwestycji ESG oraz początku upadku UNFCCC i IPCC.

A teraz, jak wspomniałem we wstępie do dzisiejszego artykułu wstępnego, nawet najbardziej zagorzali obrońcy klimatycznego oszustwa w mediach głównego nurtu – „The New York Times” i „The Guardian” – martwią się o koniec swojego oszustwa związanego z histerią klimatyczną.

W artykule „Demokraci kiedyś przysięgali, że powstrzymają ropę i gaz. Teraz nie są już tacy pewni”, media establishmentu w „New York Timesie” donoszą, że nawet główny nurt polityków Demokratów w USA unika obecnie polityki ery Clintona/Obamy/Bidena, która miała na celu powstrzymanie nowych projektów wiertniczych i rurociągowych dla przemysłu naftowego i gazowego.

W północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych gubernatorzy z ramienia Partii Demokratycznej zaczęli rozważać rozbudowę gazociągów – coś, co kiedyś było nie do pomyślenia w stanach o największej świadomości klimatycznej. Nawet obrońcy klimatu w Kongresie zmienili swoją taktykę, o czym przedstawiciele Kongresu stwierdzili w ostatnich wywiadach. I choć współinicjatorzy Zielonego Nowego Ładu z 2019 roku, senator Ed Markey z Massachusetts i kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez z Nowego Jorku, wciąż zaciekle krytykują przemysł paliw kopalnych, rzadko teraz podkreślają swój niegdyś wpływowy plan mobilizacji amerykańskich przedsiębiorstw w walce ze zmianami klimatu.

W artykule „Większość brytyjskich relacji medialnych na temat czerwcowej fali upałów nie wspomina o kryzysie klimatycznym” coraz bardziej oderwane od rzeczywistości „instytuty prasowe” w „The Guardian” ubolewają, że ich własne próby zmiany dyskursu wokół „kryzysu klimatycznego” przyniosły odwrotny skutek. Pomimo cytowania własnego rzecznika, chwalącego „przełomowe” wysiłki dziennikarskie „The Guardian” – w tym „aktualizację naszego przewodnika stylistycznego, aby uwzględnić terminy takie jak »kryzys klimatyczny« i »globalne ocieplenie«” – skarżą się, że „większość brytyjskich relacji medialnych na temat rekordowej fali upałów w czerwcu nie wspomniała o kryzysie klimatycznym”.

Szaleństwo ery „szaleństwa globalnego ocieplenia” było najwyraźniej widoczne podczas niedawnej fali upałów w Europie, gdy francuscy politycy próbowali zrzucić winę za wzrost temperatur na amerykańskie klimatyzatory… zanim jeszcze obywatele Francji zaczęli masowo instalować klimatyzatory, aby uciec przed upałem.

Ludzie mają dość słuchania, jak bogaci politycy wmawiają im, że muszą żyć w przedindustrialnej nędzy, aby udobruchać rozgniewanych bogów pogody. Nawet jeśli nie wiedzą absolutnie nic o RCP 8.5 ani o pseudonaukowych podstawach, na których zbudowano to klimatyczne oszustwo, przeciętny obywatel jest na tyle mądry, by wiedzieć, że „uznana nauka” wcale nie jest nauką, a „eksperci”, którzy z przekonaniem głoszą, że samochody, zwierzęta domowe i klimatyzatory są przyczyną śmierci cieplnej planety, to ci sami „eksperci”, którzy mówili nam, że ludzkość zostanie zdziesiątkowana, jeśli nie będziemy nosić masek, zachowywać dwumetrowego dystansu i podwijać rękawów, by poddać się eksperymentalnym procedurom genetycznym.

Teraz, gdy czar rzucony na społeczeństwo przez szamanów klimatycznych w końcu został przełamany, pojawia się pytanie: Czy nadszedł czas, by pójść drogą Judith Curry? Czy powinniśmy wszyscy zamknąć nasze blogi o klimacie, ogłosić zwycięstwo i iść naprzód? A może z tej niezwykłej zmiany kulturowej, która zachodzi wokół nas, możemy wyciągnąć głębszą lekcję?

Nasze opinie mają znaczenie

Przede wszystkim, do wszystkich, którzy chcą się ze mną nie zgodzić, mówiąc: „No cóż, właściwie…” i mówić mi, jak naiwny jestem, wierząc, że oszustwo klimatyczne naprawdę się skończyło: proszę, nie traktujcie mnie protekcjonalnie. Prowadzę „The Corbett Report” od prawie dwudziestu lat i doskonale wiem, jak działa psychologiczna manipulacja.

Oczywiście Mark Carney i jego wspólnicy wykorzystają każdą okazję – taką jak obecne pożary lasów w Kanadzie – aby zastraszyć społeczeństwo, aby ponownie uwierzyło w apokalipsę i zaakceptowało coraz bardziej restrykcyjne cele klimatyczne w imię uspokojenia boga ognia.

Naturalnie ONZ będzie starać się uzyskać podstawę prawną do ścigania państw, które nie osiągną swoich celów klimatycznych.

Oczywiście, niektórzy przedstawiciele klasy oligarchów (na przykład Bill Gates) nie podsycają histerii klimatycznej dlatego, że nagle uświadomili sobie błędność swoich działań, ale dlatego, że chcą dostarczyć swoim monstrualnym centrom danych AI jeszcze więcej energii.

Oczywiście zwolennicy Zielonego Nowego Ładu po prostu zaczną wszystko od nowa i przeformułują swój plan zakończenia cywilizacji przemysłowej w świetle najnowszej narracji politycznej – a mianowicie problemu centrów danych AI.

Nie, oczywiście, że działania na rzecz klimatu jeszcze się nie zakończyły.

Ale równie naiwne byłoby wierzyć, że ta zmiana w opinii publicznej nie będzie miała żadnych konsekwencji. Potężni, którzy w ogóle nie powinni istnieć, nie wydali miliardów dolarów i nie poświęcili niezliczonych godzin na skrupulatną indoktrynację opinii publicznej na temat „Człowieka-Misia-Świni”, ponieważ ich opinia nie ma znaczenia. Nie zbudowali całej międzynarodowej, wielomiliardowej, zależnej od klimatu zielonej gospodarki i powiązanych z nią instytucji akademickich, mediów i organizacji pozarządowych, ponieważ planowali po prostu porzucić całą narrację klimatyczną w 2026 roku.

Nie, zbudowali je, ponieważ potrzebują publicznej akceptacji dla tych neofeudalnych metod „zjedz robaki” i „nie posiadaj niczego i bądź szczęśliwy”, aby miały jakiekolwiek szanse na sukces. Ludzie nie będą siedzieć cicho i umierać w swoich coraz bardziej wyczerpanych energetycznie chatach, jeśli nie zostaną nakarmieni narracją o tym, dlaczego umieranie jest nie tylko moralnie cnotliwe dla planety, ale wręcz niezbędne dla samego życia.

A jak właśnie udowadniają Francuzi: gdy tylko opinia publiczna przestanie wierzyć w tę narrację, po prostu przestanie udawać, że jest „sygnalizatorem cnoty” i zacznie montować klimatyzatory, żeby móc żyć w minimalnym komforcie – a politycy mogą iść do diabła.

Cóż, nie, oczywiście, że oszustwo klimatyczne jeszcze nie umarło i nie zostało pogrzebane. Ale w ostatnich latach poniosło ono poważną porażkę. A ponieważ od prawie dwóch dekad intensywnie pracuję nad edukacją społeczeństwa na temat tego oszustwa, z pewnością wybaczycie mi, że poświęcam chwilę na docenienie tego pozytywnego rozwoju sytuacji i przyczynienie się do jego dalszego rozpowszechniania.

Teraz musimy włożyć tyle samo wysiłku, ile włożyliśmy w ujawnienie oszustwa klimatycznego, aby ujawnić wszystkie inne fałszywe narracje wykorzystywane do manipulowania opinią publiczną.

Ludzkość zaczyna zdawać sobie sprawę z oszustw, które ją zniewalają. Pomóżmy jej to zrobić!

Źródło: Oszałamiający upadek oszustwa klimatycznego, udokumentowany

Izraelska armia “będzie odbudowywała ruiny, a także relacje” w Wenezueli…

Izraelskie siły zbrojne

“będą odbudowywały ruiny,

a także relacje”

w Wenezueli…

Date: 22 luglio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/izraelskie-sily-zbrojne-beda-odbudowywaly-ruiny-a-takze-relacje-w-wenezueli

FOTO: Na zdjęciu opublikowanym 10 lipca 2026 r., Delcy Rodríguez pełniąca obowiązki prezydenta Wenezueli spotyka się w Wenezueli z oficerami Dowództwa Frontu Wewnętrznego Sił Obronnych Izraela (Siły Obronne Izraela)

Izrael twierdzi, że delegacja, która pomagała w akcjach ratunkowych i odbudowie, opracowała krajowy plan odbudowy, który został zatwierdzony przez pełniącą obowiązki prezydenta Wenezueli.

Premier Beniamin Netanjahu pochwalił izraelską delegację za udzielenie pomocy po potężnym trzęsieniu ziemi w Wenezueli, stwierdzając, że nie tylko pomaga ona krajowi w odbudowie po niszczycielskich trzęsieniach ziemi, które nawiedziły ten kraj w zeszłym miesiącu, ale także „odbudowuje stosunki” z Caracas, prawie dwie dekady po zerwaniu przez to państwo więzi z Izraelem.

„Odbudowujecie ruiny, a także relacje. Pokazujecie narodowi Wenezueli, a także rządowi Wenezueli, prawdziwe oblicze Państwa Izrael” – powiedział Netanjahu w wiadomości wideo do szefa delegacji i szefa sztabu Dowództwa Frontu Wewnętrznego, Elada Edriego, oraz ambasadora Izraela w Meksyku, Yoeda Magena, który przewodzi cywilnemu komponentowi delegacji.

Przez ostatnie 10 dni, delegacja, działając na prośbę rządu Wenezueli, działała w kilku rejonach dotkniętych trzęsieniami ziemi, oceniając i klasyfikując uszkodzone budynki oraz pomagając w odbudowie po trzęsieniach ziemi, w których według najnowszych szacunków zginęło co najmniej 3889 osób. Prawie 17 000 osób zostało rannych w wyniku trzęsień ziemi o magnitudzie 7,2 i 7,5, które miały miejsce 24 czerwca, a prawie 18 000 osób straciło domy.

Po rozmowach z ministrem infrastruktury Wenezueli, zespół izraelski przygotował narodowy plan odbudowy, który, jak podaje Izrael, został zatwierdzony przez pełniącą obowiązki prezydenta Wenezueli, Delcy Rodriguez.

„To, co teraz robicie, to przybycie do kraju, który zerwał stosunki prawie 20 lat temu. Udowadniacie, jak korzystne są więzi z Izraelem” – powiedział Netanjahu.

FOTO: Eksperci inżynierii z Dowództwa Frontu Wewnętrznego Sił Obronnych Izraela (IDF) na zdjęciu opublikowanym 7 lipca 2026 r. w Wenezueli. (Siły Obronne Izraela)

Wenezuela zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem w związku z wojną w Strefie Gazy w latach 2008–2009. Pod rządami ówczesnego przywódcy Hugo Cháveza Wenezuela była jednym z najgłośniejszych krytyków Izraela podczas wojny w Strefie Gazy, która wybuchła po terrorystycznej inwazji Hamasu 7 października 2023 r.

Jednak Izrael wyraził nadzieję na poprawę stosunków z Caracas, odkąd Stany Zjednoczone w styczniu pojmały ówczesnego prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro i poparły przejęcie władzy przez Rodrigueza.

„Jesteśmy bardzo dumni, że możemy reprezentować tu kraj… Działamy tu dzień i noc, wspólnie z lokalnymi władzami i Ministerstwem Infrastruktury rządu Wenezueli. Nawiązaliśmy również kontakt ze społecznością żydowską – powiedział Edri w nagraniu wideo, dodając, że „zarówno przedstawiciele władz, jak i naród wenezuelski przyjęli delegację bardzo życzliwie”.

INFO: timesofisrael/israeli-aid-team-for-rebuilding-relations-with-venezuela-after-17-years-of-severed-ties

Płacimy 20 tys. zł za malowanie gęby i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

Płacimy 20 tys. zł za kosmetyczkę

i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

Skandaliczna umowa

Kancelarii Senatu

22.07.2026 nczas/placimy-20-tys-zl-za-kosmetyczke-i-fryzjerke-dla-kidawy-blonskiej

Kancelaria Senatu zawarła umowę na ponad 20 tys. zł, za co marszałek Małgorzata Kidawa-Błońska ma być przygotowana do wystąpień publicznych i medialnych. Prościej mówiąc, rząd zabiera nam pieniądze na kosmetyczkę i fryzjerkę dla Kidawy-Błońskiej.

„Trzymajcie mnie. Okazuje się, że płacimy za fryzury i makijaż Małgorzaty Kidawy-Błońskiej” – napisał na X chrzanik.

Jak podkreślił, Kancelaria Senatu „zawarła umowę z makijażystką i fryzjerką na kwotę ponad 20 tysięcy złotych”. Zadaniem makijażystki za tę kwotę jest „przygotowanie Marszałka Senatu do wystąpień publicznych i medialnych”.

„Żeby Marszałek Senatu nie mogła sobie sama za fryzury płacić i sama się malować i obciążała podatnika to już przerasta ludzkie pojęcie” – podsumował.

Kwota dotyczy obsługi przez 215 dni. Daje to prawie 100 zł dziennie zabieranych nam pieniędzy na makijaż i fryzjera dla marszałek Kidawy-Błońskiej.

Polskie prawo nie precyzuje w żaden sposób, ile rząd z zagrabionych nam pieniędzy może wydać na wizerunek polityków. Kancelaria Senatu ma jedynie obowiązek zapewnić marszałkowi odpowiednie warunki do wykonywania mandatu. Co to oznacza – tu panuje dowolna interpretacja.

W efekcie, rządzący dodatkowo na nasz koszt zapewniają sobie kosmetyczki i fryzjerów, podczas gdy w legalny sposób okradani przez nich Polacy muszą finansować sobie takie usługi samodzielnie ze swoich wypłat, które są przecież wielokrotnie niższe, niż osób z rządu.

UE martwa. NATO martwe. Europa martwa. Mysz martwa. Martwe jak kamień.

.

UE martwa. NATO martwe. Europa martwa. Mysz martwa.

19 lipca 2026 r. Autorstwa Hansa-Jürgena Geese

anderweltonline/eu-tot-nato-tot-europa-tot-mause-tot

Jeśli chcesz zrozumieć historię ostatnich 81 lat, musisz zacząć badania od początku. Logicznie rzecz biorąc. Ale niewielu ludzi to robi. Od jakiego wydarzenia? Od śmierci prezydenta USA Franklina D. Roosevelta.

Prezydent USA Franklin D. Roosevelt zmarł 12 kwietnia 1945 roku, 26 dni przed zakończeniem II wojny światowej w Europie. Miał 63 lata. Według doniesień zmarł w wyniku krwotoku mózgowego.

Biorąc pod uwagę logikę późniejszych wydarzeń, należy założyć, że prezydent Franklin D. Roosevelt został zamordowany. Dlaczego?

Roosevelt pragnął stworzyć świat współpracy i pokoju po wojnie. Dotyczyło to również jego relacji ze Związkiem Radzieckim, któremu hojnie obiecał pomoc w odbudowie. Jednak nigdy do tego nie doszło.

12 kwietnia 1945 roku Harry S. Truman został prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Truman, były pracownik banku, który później prowadził własną firmę odzieżową, zanim zasiadł w Senacie, miał bardzo nikłe pojęcie o polityce światowej.

Po zakończeniu wojny Truman podjął trzy druzgocące decyzje, które do dziś wpływają na bieg historii świata:

Po pierwsze, opowiedział się za polityką konfrontacji z komunizmem. Wybuch zimnej wojny datuje się na lata 1947/48.

Po drugie, 26 lipca 1947 roku Truman założył CIA. Lata później przyznał, że był to największy błąd w jego życiu. Powiedział, że jest „głęboko zaniepokojony” faktem, że CIA stała się organem operacyjnym i politycznym, niezależnym od rządu. CIA wkrótce zaczęła ustanawiać i usuwać rządy w Europie i innych częściach świata.

Po trzecie: Niemcy chcieli zachować neutralność po zakończeniu II wojny światowej. Truman odmówił Niemcom prawa do samostanowienia.

Truman odrzucił porozumienie ze Związkiem Radzieckim, częściowo dlatego, że Związek Radziecki proponował neutralne, zjednoczone i rozbrojone Niemcy. USA jednak chciały, aby bogate Niemcy były państwem wasalnym.

Początek ery niekończących się wojen

Truman wysłał wojska amerykańskie do Korei w 1950 roku bez formalnej zgody Kongresu wymaganej przez Konstytucję. Zezwolił nawet na przekroczenie 38. równoleżnika. Decyzja ta sprowokowała masowe zaangażowanie Chin w konflikt. Kto sprowokował tę wojnę? CIA.

Mówiąc wprost: od 26 lipca 1947 roku, czyli od powstania CIA, polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych Ameryki jest kontrolowana i ustalana przez CIA. Nie przez Trumana. Ani przez Trumpa.

Prezydent Eisenhower ujawnił tę prawdę w swoim telewizyjnym przemówieniu pożegnalnym wygłoszonym 17 stycznia 1961 r.

Kiedy prezydent Kennedy doszedł do podobnych wniosków, powiedział, że chce „rozbić agencję wywiadowczą na tysiąc kawałków i rozproszyć ją po całym świecie”. CIA go wtedy zamordowała. Dyrektor CIA Allen W. Dulles, zwolniony przez Kennedy’ego, był członkiem Komisji Warrena, która badała zabójstwo Kennedy’ego. Świat poznał teraz potęgę CIA.

Na przestrzeni lat CIA zbudowała ogólnoświatową sieć, nawiązała współpracę z innymi agencjami wywiadowczymi i pozyskała miliardy dolarów z nielegalnej działalności, takiej jak handel narkotykami, handel bronią i niewolnictwo, aby móc realizować własne plany niezależnie od Kongresu.

W 1976 roku Kongres USA po raz pierwszy i jedyny wszczął śledztwo w sprawie CIA (Komisja Kościelna). CIA została przyłapana na prowadzeniu działalności szpiegowskiej. To było w 1976 roku. Nikt w Kongresie USA nie odważyłby się dziś przeprowadzić śledztwa w sprawie CIA.

Wszyscy prezydenci USA od czasów Johna F. Kennedy’ego byli dla CIA jedynie pożytecznymi idiotami. Donald J. Trump nie jest wyjątkiem. Zwłaszcza Donald J. Trump. Cieszy się przywilejem bogacenia się do woli, pod nadzorem CIA.

Ważne: Jeśli pracujesz dla CIA, jesteś „nieśmiertelny”. W przeciwnym razie gra z CIA nie miałaby sensu, ponieważ wszyscy prezydenci i inni gracze naturalnie chcą czerpać korzyści z tej relacji. Dotyczy to również na przykład Wołodymyra Zełenskiego.

Tak, wszyscy sojusznicy CIA są nietykalni. Zapytajcie Macrona, Merza czy Merkel. Poparcie społeczne jest zupełnie nieistotne. Demokracja to nic więcej niż ładna fasada. Trzeba powiedzieć, że wszyscy obywatele tych demokracji to nic więcej niż pożyteczni idioci.

UE

Ironią historii UE jest z pewnością to, że UE i poprzedzające ją organizacje powstały po to, by zapobiec kolejnej wojnie w Europie. A teraz UE jest wręcz opętana chęcią prowadzenia wojny w Europie. Widzicie, UE zawsze miała ograniczony związek z gospodarką.

Świadczy o tym chociażby fakt, że gdy nowe państwo zostaje przyjęte do UE, niemal zawsze musi ono pewnego dnia stać się członkiem NATO.

Głównym celem UE nie jest zatem dobrobyt ekonomiczny jej obywateli, lecz ich kontrola. Po prostu łatwiej jest kontrolować UE niż wszystkie poszczególne kraje. To byłoby ogromne przedsięwzięcie. Teraz, po wielu, wielu latach, udało im się zainstalować intelektualnych i moralnych idiotów na stanowiskach szefów rządów w każdym kraju UE. To naprawdę godne podziwu osiągnięcie. Nie ma ani jednego kraju, w którym nie ma dysydenta. Wszyscy są nieskazitelnymi agentami CIA.

Gdyby Niemcy stały się neutralne w 1945 roku i nigdy nie przystąpiły do ​​UE, dziś byłby to praktycznie raj na ziemi. Oczywiście, nie można było na to pozwolić. Najprawdopodobniej doprowadziłoby to do bliskiej współpracy ze Związkiem Radzieckim, z korzyścią dla obu krajów. Przerażająca perspektywa w Waszyngtonie i Londynie.

W przeciwieństwie do tego, Republika Federalna Niemiec jest obecnie płatnikiem Europy. Bogactwo Republiki Federalnej jest dziś systematycznie eksploatowane dla dobra innych. Niewiele z niego pozostanie. Celem jest coś w rodzaju przytułku dla ubogich.

Zniesienie marki niemieckiej było ogromnym błędem. Co u licha opętało Kohla? Co za szaleństwo! Zasada numer jeden dla suwerennego państwa: Nigdy nie rezygnuj ze swojej suwerenności. Nigdy. Jednak Republika Federalna Niemiec nie może dziś zrzec się swojej suwerenności. Bo jej w ogóle nie posiada.

NATO

Posłuchajcie przemówień polityków na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa (13-15 lutego 2026 r.) i na niedawnym szczycie NATO w Ankarze (7-8 lipca 2026 r.). Ci politycy są kompletnie niezrównoważeni. Zależy im tylko na wojnie. I chodzi o zmarnowanie setek miliardów euro na planowaną wojnę z Rosją. Ostatecznie będzie to równowartość bilionów euro – pieniędzy, które są rozpaczliwie potrzebne na inwestycje w infrastrukturę, edukację, opiekę zdrowotną i inne obszary w Europie. Ci politycy są opętani ideą pokonania Rosji. Zdrowy rozsądek już im nie pomaga.

Jeśli kiedykolwiek chciałeś wiedzieć, jak wybuchła I lub II wojna światowa, to właśnie jesteś świadkiem projekcji tamtych czasów na teraźniejszość.

NATO powinno zostać rozwiązane. Tak jak Unia Europejska powinna zostać rozwiązana. Obie organizacje to narzędzia diabła. Trzeba to powiedzieć wprost. Nic dobrego z tych organizacji nigdy nie wyjdzie. Spójrzcie na Ursulę von der Leyen. Skorumpowana na wskroś. Albo na Sekretarza Generalnego NATO, Marka Rutte, który nazywa Donalda Trumpa „tatusiem”. Takie żałosne postacie rządzą Europą. Powtórzę: jak coś dobrego może z tego wyniknąć?

Musisz zdać sobie sprawę, że pieniądze rządzą światem, logicznie, bezpośrednio lub pośrednio, i że wszystkie te organizacje ostatecznie stanowią modele biznesowe zaprojektowane w celu kierowania jeszcze większej ilości pieniędzy, bezpośrednio lub pośrednio, do określonych kanałów.

Deprawacja, korupcja i bezwzględność klasy politycznej są dla nas, obywateli, trudne do zauważenia i zrozumienia. Popełnienie takich zbrodni wymaga psychopatycznych skłonności. Każdego dnia setki ludzi giną w wojnie na Ukrainie. Każdego dnia setki ludzi giną w wojnach na Bliskim Wschodzie. Politycy mogliby temu położyć kres. Ale tego nie robią. Są niewolnikami mrocznego planu. UE i NATO to nic więcej niż organizacje przestępcze.

Europa

Mieszkałem i pracowałem w wielu krajach. To złudzenie zakładać, że Niemiec i Francuz myślą i działają na tej samej fali. Wystarczy zapytać niemieckiego dyrygenta, czy interpretuje muzykę tak samo, jak jego włoscy koledzy. Różne kultury tworzą różnych ludzi. Taka jest po prostu ludzka natura. Ale to właśnie ta różnorodność stanowi o bogactwie Europy. To coś bardzo pozytywnego.

Bardzo niewielu będzie ludzi, którzy określą siebie przede wszystkim jako Europejczyków. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto by tak twierdził.

Tak jak różnorodność w Europie czyni Europę bogatą, tak różnorodność narodu niemieckiego czyni Niemcy bogatymi. Sas nie jest Bawarczykiem.

Jeśli Europa zostanie zalana obcokrajowcami, ta przewaga kulturowa zostanie zatarta. I o to właśnie chodzi w tym napływie milionów ludzi z obcych kultur, których nigdy nie uda się zintegrować.

Wystarczy spojrzeć na wskaźniki urodzeń Niemców i imigrantów, aby obliczyć, ile czasu upłynie, zanim Niemcy staną się mniejszością we własnym kraju. To już jest przewidywalne. To nieodwracalne. To wojna przeciwko Niemcom.

„Niemcy same się likwidują”, „Europa sama się likwiduje” to nic więcej niż wnioski, nic więcej niż rezultaty stosowania zdrowego rozsądku. Kto by się z tym dzisiaj nie zgodził?

Europa jako instytucja była i jest martwo urodzonym dzieckiem.

Po tym, jak Ameryka przejęła dominację nad światem po II wojnie światowej, naturalnie musiała pozbyć się swoich najbliższych wrogów. Oprócz Związku Radzieckiego, była to Europa Zachodnia, a zwłaszcza Niemcy.

Plan Marshalla był niczym więcej niż programem stymulacji gospodarczej dla amerykańskiej gospodarki. Po tym, jak Amerykanie zbombardowali Niemcy na kawałki, zupełnie bezsensownie, po tym, jak zabili setki tysięcy cywilów, zupełnie bezsensownie, i odnieśli przy tym ogromne korzyści, hojnie zaoferowali odbudowę tego wszystkiego. Tylko po to, by ponownie zarobić na wojnie.

Czego ci niemieccy czciciele Amerykanów nie zrozumieli i nie chcą zrozumieć, to: w Ameryce czczony jest dolar. Pieniądze.

Niemcy jednak zawsze żyli w innej kulturze, w której oprócz pieniędzy istnieją o wiele ważniejsze wartości, przede wszystkim dobro wspólne, które w Ameryce utożsamiane jest z socjalizmem, a nawet komunizmem.

Amerykanizacja Europy oznacza koniec Europy. Oznacza to przede wszystkim całkowite jej ogłupienie, co jest praktycznie warunkiem koniecznym do osiągnięcia pożądanej amerykanizacji, a następnie jej upadku.

Uwaga: Edukacja była najwyższym dobrem dla Niemców. Edukacja była najwyższym dobrem dla Europejczyków. Amerykanie nigdy nie byli w stanie z nią konkurować. Jakie więc było rozwiązanie dla Amerykanów? Ogłupienie Europejczyków. Dyplomy ukończenia szkoły średniej dla wszystkich.

Europa jest kolonią Amerykanów

Można by uznać takie stwierdzenie za przesadę. Ale Amerykanie traktują nas jak swoich poddanych. Wystarczy posłuchać Trumpa albo jego kumpli. Nie traktują nas poważnie. I nawet otwarcie to mówią.

Można negocjować lub żyć razem tylko wtedy, gdy negocjuje się na równych warunkach i jest się postrzeganym jako równoprawny partner. Dotyczy to małżeństwa. Dotyczy to współistnienia narodów.

Wyjściem jest radykalne zerwanie z Ameryką. Europa musi odnaleźć siebie na nowo. Odesłać Amerykanów do domu. Wszystkich. Najlepiej jeszcze dziś. I pozwolić Trumpowi być szczęśliwym w swoim Waszyngtonie. Ignorować go.

Potem porozmawiaj z Rosjanami i znajdź rozwiązanie konfliktu na Ukrainie. Bez Amerykanów. Bo dla Amerykanów czym jest wojna? Modelem biznesowym. Zawsze nią była i prawdopodobnie zawsze będzie. W ciągu 250 lat historii mieli tylko 19 lat bez konfliktu zbrojnego! 19 lat w ciągu 250 lat!

Niemcy dla Niemców. I Europa dla Europejczyków. Niech z pokoju i dobrobytu wyłonią się nowe Niemcy i nowa Europa. My, Europejczycy, my, Niemcy, musimy mieć nadzieję na odrodzenie przynajmniej części Europy na przyszłość. Europa dawnych czasów, Europa dzisiejsza, nigdy już nie zaistnieje. Miejmy nadzieję, że kultura europejska, a tym samym kultura niemiecka, przetrwa jedynie w odizolowanych enklawach.

Osiągnięcie tego skromnego celu będzie możliwe tylko we współpracy z Rosją. Bez UE, bez NATO, bez tych idiotów wśród polityków. Zawód polityka musi zostać raz na zawsze zniesiony. To się nie udało. Są kontrolowani przez innych. Ludzie muszą nauczyć się rządzić sami. 

———–

Jak i dlaczego Zimna Wojna została stworzona? I kto ją wywołał? Zamów pakiet 1 na ten temat bezpośrednio u wydawcy tutaj . W tych trzech tomach dowiesz się rzeczy, które na zawsze zmienią twoje rozumienie historii. Ten pakiet, dostępny w specjalnej cenie, można kupić wyłącznie bezpośrednio u wydawcy. 

============================================================

Czy podobał Ci się ten artykuł? Czyż nie imponuje Ci, jak Hans-Jürgen Geese, z drugiego końca świata, tak trafnie analizuje sytuację w Niemczech? Gorąco polecamy lekturę książki tego samego autora. Zatytułowanej „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia ” Geese nawiązuje do związku między Nową Zelandią a Niemcami. Jego wnikliwe analizy ujawniają, jak obywatele na całym świecie są uciskani i wykorzystywani, a nawet zniewalani, przez tych samych aktorów, stosujących te same metody. Nie daj się zwieść. To, co Geese tak wyraźnie ujawnia w Nowej Zelandii, dzieje się również w Niemczech. Tylko niełatwo to dostrzec. „ Wyprzedaż nowozelandzkiego marzenia” jest dostępna w księgarniach lub można ją zamówić bezpośrednio u wydawcy tutaj. 

Tutaj możesz przeczytać recenzję tego dzieła: 
anderweltonline.com/kultur/kultur-2020/ausverkauf-vom-traum-neuseeland-wie-ein-bluehendes-land-verramscht-wurde

Plantacje patogenów

Plantacje patogenów

21. lipca 2026

Marek Wojcik world-scam/plantacje-patogenow

16 lat temu na Uniwersytecie w Północnej Karolinie armia USA starała się poznać historię genetyczną koronawirusów mogących wywołać pandemię na wiele lat przed pojawieniem się COVID-19.

Tak twierdzi i udowadnia Jon Fleetwood w swoim artykule na jonfleetwood.substack.com: W ramach operacji „PROPHECY” agencji DARPA w 2010 r. sfinansowano sieć UNC Ralpha Barica, która miała na celu stworzenie genetycznego planu przyszłych koronawirusów pandemicznych. Źródło.

Jon Fleetwood to autor publikacji śledczych i niezależny analityk specjalizujący się w analizie na poziomie dokumentów złożonych materiałów naukowych, regulacyjnych i politycznych, ze szczególnym uwzględnieniem identyfikacji słabych punktów dowodowych, wewnętrznych sprzeczności oraz potencjalnych konsekwencji.

To, jak zachowywałeś się podczas pandemii Covid, pokazuje dokładnie, kim jesteś.
Przekonaj mnie, że się mylę.

Z przedstawionych w artykule dokumentów wynika, że militarne projekty stworzenia wirusowej broni biologicznej opierają się na nigdy nieudowodnionym w badaniach założeniu, że to, co nazywamy wirusami, powoduje takie choroby jak grypa, odra, ospa wietrzna, przeziębienie, różyczka i świnka, są wywoływane przez wirusy. Dlatego właśnie na szczęście nigdy nie udało się wytworzyć zabójczej fiolki, która uwolniona spowodowałaby pandemię zaplanowanej choroby!

Udało się natomiast stworzyć panikę fałszywej pandemii. Tu trzeba uznać, że zatrudnieni przez globalistów psycholodzy stanęli na wysokości zadania.

Zadałem sztucznej inteligencji pytanie: Czy infekcje wirusowe zostały kiedykolwiek naukowo udowodnione? W odpowiedzi przeczytałem argumenty na temat samego istnienia wirusów, czemu nikt nie zaprzecza:

Tak, infekcje wirusowe zostały w pełni udowodnione naukowo. Dowodzą tego wieloletnie badania, takie jak izolacja patogenów, obrazy z mikroskopów elektronowych oraz analiza kodu genetycznego DNA i RNA.

Dowody na istnienie wirusów:

  • Izolacja i Hodowla: Naukowcy potrafią wyizolować wirusy z chorych tkanek i hodować je w laboratoriach;
  • Mikroskopia Elektronowa: Cząstki wirusów są widoczne pod silnymi mikroskopami;
  • Badania Genetyczne: Znamy dokładny kod DNA lub RNA wielu wirusów.

Czym są wirusy, napisałem już w pierwszym artykule tego blogu z 30 marca 2020 r. Na co brakuje dowodów, to twierdzenie, że wirusy są przyczyną, a nie skutkiem, przypisywanym im chorób.

To bajka o wirusowym patogenie przekazywana jest studentom nauk medycznych na całym świecie, propagowana przez media i powtarzana z goebelsowskim uporem jako jedyna na świecie „prawda”.

Twoja dawka przypominająca przeciwko COVID-owi nigdy nie była szczepionką.
Była to celowo stworzona broń biologiczna.
Naukowcy celowo wbudowali 8 pełnych łańcuchów wirusa HIV w zastrzyki z mRNA.
Sekwencje te zostały zaprojektowane tak, aby atakować i paraliżować zdolność twojego organizmu do wytwarzania białych krwinek.

Twój układ odpornościowy jest sabotowany od wewnątrz.
Komórki T zniknęły. Komórki B zostały zniszczone. Nie ma już żadnej ochrony przed infekcjami, rakiem ani niczym innym.
Źródło.

„Twoja szczepionka przeciwko koronawirusowi zawierała 8 szczepów wirusa HIV, które hamują produkcję białych krwinek”. Źródło.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

magnapolonia/terror-wysiedlen-palestyna-jak-zamojszczyzna

W cieniu wojny Rosji z Ukrainą i USA z Iranem, izraelskie władze wydały kolejne nakazy eksmisji i rozbiórki palestyńskich domów w Kafr Aqab, na północ od nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Decyzje obejmują 22 budynki mieszkalne, w których żyją dziesiątki rodzin. Oficjalnym uzasadnieniem są naruszenia przepisów budowlanych, jednak organizacje praw człowieka od lat wskazują, że system wydawania pozwoleń dla Palestyńczyków jest skonstruowany w sposób dyskryminacyjny, czyniąc legalną budowę praktycznie niemożliwą.

Żydonazistowski terror wysiedleń w Kafr Aqab wpisuje się w wieloletni proces rozbiórek palestyńskich domów, rozbudowy izraelskich osiedli oraz stopniowego ograniczania obecności palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu. Organizacje takie jak Human Rights Watch, Amnesty International czy izraelski B’Tselem oceniają, że przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej na okupowanych terytoriach mogą naruszać międzynarodowe prawo humanitarne, a część z nich określa te działania jako element polityki przymusowego transferu ludności.

Dla wielu Palestyńczyków nie jest to już seria pojedynczych decyzji administracyjnych, lecz systematyczna polityka mająca na celu zmianę struktury demograficznej nielegalnie okupowanych terenów. Kolejne nakazy rozbiórek, konfiskaty gruntów, rozwój osiedli oraz akty przemocy ze strony części osadników tworzą atmosferę permanentnej niepewności i strachu. Równocześnie izraelski rząd kontynuuje program intensywnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, co spotyka się z krytyką znacznej części społeczności międzynarodowej.

Coraz częściej pojawiają się opinie, że działania części środowisk skrajnie nacjonalistycznych oraz niektórych przedstawicieli władz Izraela tworzą klimat przyzwolenia na przemoc wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach organizacje międzynarodowe wielokrotnie alarmowały o wzroście przemocy osadniczej, zastraszaniu mieszkańców oraz wymuszaniu opuszczania przez nich swoich domów. Nie oznacza to, że można przypisywać odpowiedzialność całemu społeczeństwu żydowskiemu – odpowiedzialność dotyczy konkretnych sprawców i prowadzonych polityk państwowych.

Historia Europy zna podobne mechanizmy wypierania ludności cywilnej. W Polsce jednym z najbardziej dramatycznych przykładów były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943. Wówczas okupacyjne władze III Rzeszy usuwały polskich mieszkańców z ich domów, przejmowały gospodarstwa i osadzały na ich miejscu niemieckich kolonistów. Tysiące rodzin zostało rozdzielonych, a dzieci wywożono do obozów lub Niemiec, gdzie poddawano germanizacji.

Porównanie współczesnej sytuacji Palestyńczyków do Zamojszczyzny nie jest przypadkowe. Analogii można doszukiwać się w samym mechanizmie działania władz: wykorzystaniu przewagi militarnej i administracyjnej do stopniowego wypierania rdzennej ludności cywilnej z terenów uznawanych za strategiczne oraz zastępowaniu jej inną, „lepszą” populacją.

Przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej, niszczenie domów oraz trwałe pozbawianie ludzi możliwości zamieszkiwania na własnej ziemi pozostają jednymi z najbardziej obrzydliwych działań we współczesnych konfliktach zbrojnych. Ich konsekwencje wykraczają daleko poza zburzone budynki – oznaczają utratę dorobku życia, rozpad lokalnych społeczności i pogłębianie spirali wzajemnej wrogości.

Każda kolejna decyzja żydo-nazistów o rozbiórce domu w Kafr Aqab czy innych miejscowościach okupowanego Zachodniego Brzegu staje się nie tylko problemem lokalnych rodzin, ale także kolejnym elementem konfliktu, który od dziesięcioleci pozostaje nierozwiązany i którego ofiarami w największym stopniu pozostaje ludność cywilna.

Ogólnie to blues

Ogólnie to blues

Przypominacie sobie te wszystkie statystyki pokazujące koncentrację bogactwa? Najpierw mówiły one jaki procent bogactwa (jedynie USA) znajduje się w rękach jednego procenta najbogatszych, potem był to 0,1%, teraz jest to 0,00001%. Słownie jest to JEDNA STUTYSIĘCZNA procenta!! Do tak niewielkiej grupy należy 12% amerykańskiego dochodu narodowego. Ta informacja zatacza aktualnie coraz szersze kręgi.

Ale czy znajdziemy jakieś komentarze, wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska? Nic, ani słowa! Najwyżej może ktoś bąknie coś o podatkach. Ta sytuacje wpisuje się w to, co w poprzednim wpisie napisałem o zaniku krytycznego myślenia. Tak jak poprzednio będzie trochę hałasu, oburzenia i po jakimś czasie wszyscy przejdą do porządku dziennego. Ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć jaką rolę w tym procesie odgrywa system monetarny? Wyjaśniałem to w moim kompendium systemu monetarnego. Najwyraźniej faktycznie trudno to zrozumieć. Kolejny raz przypomniały mi się słowa Schopenhauera, który twierdził, że zadaniem człowieka myślącego jest nie tyle dostrzeganie tego, czego nikt nie widział, ile myślenie o tym co widzą wszyscy w sposób, w jaki jeszcze nikt o tym nie pomyślał.

Ale krytyczne myślenie to analiza posiadanych informacji. Ale czy wiemy wszystko o systemie monetarnym? Ta niewiedza i brak informacji, jest częściowym rozgrzeszeniem dla braku myślenia. Zbieranie informacji to proces żmudny, wymagający czasu. Nie każdy ma ten czas, nie każdemu się chce. Na dodatek każdą informację trzeba zweryfikować, sprawdzić, czy jest ona prawdziwa; nie zawsze jest to łatwe, czasem niemożliwe. Dobrze o tym wiem…

Ale gdy tak człowiek pogłówkuje, zawsze coś mu nie pasuje, więc może lepiej nie główkować? Zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie naszą niewiedzę. Zresztą taki jest obecny trend. Weźmy chociażby tę warstwę najbogatszych. Alex Krainer pisał o niej dwa lata temu. Opisywał to, co w pewnym wywiadzie „chlapnął” Chodorkowski. Wyjawił on ni mniej, ni więcej, że Yukos miał „protektora” w osobie Jacoba Rothschilda. Gdy zachodziło podejrzenie, że Chodorkowski nie podejmuje samodzielnie decyzji, to ów protektor przejmował pakiet kontrolny akcji firmy. Gdy Chodorkowski wylądował w więzieniu, to zaszło podejrzenie, że może pod przymusem podejmować decyzje związane z prowadzeniem firmy, więc protektor przejął pakiet kontrolny akcji.

Już samo przeniesienie praw własności pod nieobecność jednej ze stron, jest bardzo zastanawiające, ale faktycznie miało ono miejsce. A może żadnego przeniesienia własności nie było? Może po prostu wyszło na jaw kto jest faktycznym właścicielem? Krainer od razu odpiera zarzut, że to przecież było w Rosji, a tam nie takie rzeczy się zdarzają. Okazuje się, że na „praworządnym” Zachodzie jest masa podobnych przypadków. Gdy w 1913 roku zmarł John Pierport Morgan, wszyscy sądzili, że był najbogatszym człowiekiem świata. Tymczasem był on właścicielem jedynie 9% „swojego” banku i był jedynie powiernikiem. Czyim? Nie wiadomo. Faktyczni właściciele są do dzisiaj nieznani. Podobnie jest z innymi koncernami jak np. General Electric, Exxon Mobil – ich faktyczni właściciele są nieznani. Krainer opisuje także inne, podobne przypadki, gdy firmy pojawiają się nie wiadomo skąd, a ich rzekomi właściciele okazują się jedynie słupami. Faktyczni właściciele zawsze pozostawali nieznani.

Dlatego nie jesteśmy w stanie z całą pewnością powiedzieć kim właściwie jest taki jeden z drugim Bezos, Gates, Soros, Ellison, Buffett, Musk, Schmitt, Thiel, Mercer i inni. Może wszyscy oni są jedynie słupami i zasłoną dymną mającą ukryć faktycznych właścicieli?

Krainer kończy swój tekst słowami:

„Wracając do rewelacji pana Chodorkowskiego, sugerują one również ostateczne przyczyny, dla których znaleźliśmy się dziś na krawędzi wojny nuklearnej: lord Rothschild bez skrupułów przejął „Yukos”, a potem pojawił się ten zły pan Putin i odebrał „Yukos”, który odpowiadał za 20% rosyjskiej produkcji ropy. Oczywiście musimy więc teraz przywrócić w Rosji wolność, demokrację, prawa człowieka, przejrzystość, praworządność i prawa własności, nawet kosztem podpalenia przy tym całego świata.”

P.S.

I na koniec coś zupełnie niezwiązanego z powyższym tekstem. A może się mylę?… Czy zauważyliście, że Izrael kompletnie zniknął z mediów? Gdy się weźmie pod uwagę to, w czyim ręku są te media, to coś mi tu śmierdzi!

Idę na piwo, dopóki można się go napić…

Podżeganie do wszczęcia wojny napastniczej. W Polsce!!

Zakazany pogląd. Kolejna amunicja w wojnie polsko-polskiej

22.07.2026 Autor:Leszek Szymowski nczas/zakazany-poglad-kolejna-amunicja-w-wojnie-polsko-polskiej

NCZAS.INFO | Sędzia podczas rozprawy sądowe. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP
NCZAS.INFO | Sędzia podczas rozprawy sądowej. Zdjęcie ilustracyjne. Źródło: PAP

Przepis penalizujący podżeganie do wojny i pochwalanie wojny napastniczej stają się kolejną amunicją w politycznej wojnie polsko-polskiej.

Konfederacja Korony Polskiej piórem Piotra Heszena zawiadomiła Prokuraturę Okręgową w Warszawie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Stanisława Żaryna – byłego rzecznika Ministra Koordynatora Służb Specjalnych Mariusza Kamińskiego. Z zawiadomienia wynika, że Żaryn miał naruszyć jeden artykuł Kodeksu Karnego penalizujący sprowadzanie powszechnego niebezpieczeństwa (art. 163 kk) i drugi (art. 117 kk) przewidujący karę za podżeganie do wszczęcia wojny napastniczej. Jedynym sensownym skutkiem tego może być dyskusja o konieczności wykreślenia tego artykułu z kodeksu karnego.

Odpowiedzieć Rosji

Poszło o wpisy Żaryna w mediach społecznościowych, głównie na portalu społecznościowym X (dawny Twitter). Żaryn pisał, że Polska powinna odpowiedzieć Rosji wojną hybrydową. „Polska powinna przenosić wojnę hybrydową na terytorium Rosji” – napisał Żaryn. Potem dodał: „W RP powinno powstać Centrum Operacji Psychologicznych zajmujące się (…) także destabilizowaniem naszych przeciwników, głównie Rosji”. I potem trzeci wpis. Tutaj Żaryn uznał, że głównym celem państw Zachodu winno być zniszczenie Federacji Rosyjskiej.

Zawiadomienie zostało oficjalną drogą wysłane na ulicę Chocimską w Warszawie, gdzie mieści się siedziba Prokuratury Okręgowej. Jaki będzie dalszy scenariusz? Zgodnie z przepisami Kodeksu Postępowania Karnego prokurator będzie miał miesiąc na wydanie decyzji odmawiającej wszczęcia śledztwa lub na wszczęcie. Trudno sobie wyobrazić, żeby Stanisław Żaryn (bądź co bądź prominenta postać duopolu PiS-PO) usłyszał zarzuty za swoje niezbyt mądre wypowiedzi. Prokuratura więc sprawę umorzy, co da pretekst politycznym mocodawcom Żaryna do ataków na KKP z użyciem argumentu o rosyjskich powiązaniach. W przyszłości za to wzajemne donoszenie na siebie polityków skłóconych ze sobą opcji może właśnie się opierać na twórczym wykorzystaniu wspomnianych artykułów z Kodeksu karnego. Wszystko to nie ma żadnego sensu.

Głupawe wypowiedzi

Z punktu widzenia polityki realnej, pomysły Żaryna to oczywisty nonsens. Polska nie powinna się angażować w żadną wojnę hybrydową, bo nie ma na to sił i środków. Wskutek rządów opcji, której Stanisław Żaryn był jedną z twarzy, polskie wojsko nadaje się do operetki, a nie do walki zbrojnej. Pomysł powołania w Polsce antyrosyjskiego Centrum Operacji Psychologicznych może u fachowców z Kremla wywoływać uśmiech politowania. A już pomysł, aby kraje Zachodu zjednoczyły się w celu zniszczenia Rosji to science fiction. Akurat teraz kraje Zachodu (zwłaszcza Niemcy) szykują się do odbudowy relacji handlowych z Moskwą. Stanisław Żaryn domaga się więc rzeczy nierealnych. Z drugiej jednak strony: Konstytucja RP gwarantuje każdemu wolność słowa, czyli swobodnego wyrażania myśli i poglądów. Wolność słowa to też wolność gadania bzdur.

Same zaś wypowiedzi Żaryna nie mają ani żadnego skutku ani żadnego znaczenia. Żaryn nie jest już przecież rzecznikiem ministra, nie pełni żadnej funkcji państwowej i nie ma żadnej mocy sprawczej. Czy jego wypowiedzi można więc zakwalifikować jako podżeganie do wojny napastniczej?

Gdyby Stanisław Żaryn był obywatelem USA i pisał takie rzeczy po angielsku, nikomu za Oceanem nie przyszłoby do głowy, aby wszczynać przeciwko niemu postępowanie karne. W każdej napiętej sytuacji międzynarodowej, kwestia zbrojnego zaangażowania USA jest tematem podnoszonym w mediach i szeroko dyskutowanym. Gdy w ramach „wojny z terroryzmem” George W. Bush rozważał atak na Irak, nie brakowało takich, którzy w przestrzeni publicznej się tego domagali. Wszyscy oni mogli spokojnie ten pogląd głosić w mediach, bez ryzyka jakichkolwiek konsekwencji karnych. Dlaczego w Polsce ma być inaczej?

Złe przepisy

Tymczasem artykuł 117 Kodeksu Karnego to jeden z największych prawnych bubli. Sankcjonuje on bowiem podżeganie do wojny i chwalenie wojny napastniczej. Tyle tylko, że podżeganie do wojny to definicja, w której zmieścić może się wszystko. Czy nawoływanie do powszechnego poboru może być uznane za nawoływanie do wojny? Oczywiście, że tak, bo przecież poborowi mogą być wykorzystani do działań wojennych. A czy sprzeciw wobec powszechnego poboru może być uznany za podżeganie do wojny? Oczywiście. Przecież jest to nawoływanie do osłabiania potencjału obronnego Polski, z którego skorzystać może napastnik. Czy zatem namawianie do pomocy wojskowej i finansowej dla Ukrainy może być karalne? Namawiamy wszakże do wojny?

Największym paradoksem jest jednak co innego: cytowany przepis nie mówi tylko o pochwalanie wojny napastniczej toczącej się obecnie.

Wyobraźmy sobie więc sytuację, że student historii bada wojnę toczoną przez Rzeczpospolitą z Zakonem Krzyżackim w XV wieku, w czasach Kazimierza Jagiellończyka. Student kończy swoje naukowe dociekania konstatacją, że król Polski słusznie zrobił, najeżdżając ziemię krzyżackie. Czy sformułowanie takiego wniosku stanie się podstawą do ścigania karnego studenta? Mamy przecież ewidentne pochwalanie wojny napastniczej.

Wszystko to ukazuje bezsens artykułu 117 kk. Artykuł ten winien być jak najszybciej wykasowany z Kodeksu Karnego. Inaczej stanie się bublem prawnym wykorzystywanym do głupich wojen politycznych.

Kroniki nierealistycznych przewidywań: Dlaczego „rosyjska inwazja” została odwołana

Kroniki nierealistycznych przewidywań: Dlaczego „rosyjska inwazja” została odwołana

Władimir Kostyriew o tradycji samo-zastraszania i marzeniu Zachodu o wojnie z Rosją

Władimir Kostyriew , zastępca szefa redakcji TASS ds. krajów sąsiednich

21 lipca, tass-ru/opinions

© AP Photo/ Jean-Francois Badias

W wywiadzie dla lrt.lt litewski minister obrony Robertas Kaunas ponownie stwierdził, że Moskwa przygotowuje „atak” na kraje bałtyckie i Polskę, ponieważ jak dotąd nie udało jej się osiągnąć celów specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podobne sesje histerycznej autohipnozy powtarzają się w UE niemal codziennie.

Sekretarz generalny NATO Mark Rutte – w czerwcu 2025 roku , a następnie ponownie w styczniu 2026 roku – posunął się tak daleko, że zagroził Europejczykom perspektywą nauki rosyjskiego, jeśli nie zwiększą wydatków wojskowych do 2% PKB. Na tym jednak polega jego zadanie: jeśli nie będzie z kim walczyć, ani Sojusz, ani jego przywódcy nie będą potrzebni. Chociaż sama rada jest słuszna: Europejczycy powinni przeczytać Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego w oryginale – może zrozumieją coś o naszym kraju. Zwiększanie budżetów wojskowych nie jest do tego konieczne.

Tymczasem Zachód podaje nawet daty rosyjskiego „ataku”. Generał porucznik Christian Freuding, dowódca wojsk lądowych Bundeswehry, podał rok 2029. Niemiecki minister obrony Boris Pistorius i inspektor generalny Bundeswehry Carsten Breuer podali lata 2028–2029 jako potencjalny moment agresji . Komisarz UE ds. obrony i przestrzeni kosmicznej Andrius Kubilius wyznaczył okres przygotowawczy do 2030 roku. Były premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer również spekulował na temat roku 2030. 

Istnieją również mniej radykalne scenariusze. Niedawno prezydenci Litwy i Łotwy ogłosili plany Rosji dotyczące przeprowadzenia jakiegoś rodzaju ataku hybrydowego. Być może w krajach graniczących z Rosją zastraszanie klinami czołgowymi jest trudniejsze. Jeśli Estończyk lub Łotysz spojrzy przez rzekę na stronę rosyjską i zobaczy spokojne życie, cały gmach oszustwa runie.

Niemniej jednak eskalacja jest intensywna. Przeciętnemu Europejczykowi trudno nie wpaść w panikę i nie poprzeć kolejnego wzrostu wydatków wojskowych. Ale czy te obawy są uzasadnione? Oczywiście, że nie. Dlaczego Zachód tak aktywnie kręci tym kołem zamachowym? Ponieważ chce walczyć sam ze sobą. A historia, zarówno najnowsza, jak i najdawniejsza, to potwierdza.

Cierpienie Bałtyku

Nawet teraz nie widzimy nowej koncepcji, a jedynie modyfikację idei, która pojawiła się w połowie pierwszej dekady XXI wieku – wkrótce po tym, jak rosyjska gospodarka i armia zaczęły się odradzać. Jej istotą jest rzekomy spisek Moskwy za jej „porażkę” w zimnej wojnie i poszukiwanie sposobów na zniszczenie Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Jednocześnie zachodnie kręgi ekspertów wojskowych i politycznych opracowały scenariusz potencjalnego konfliktu między Rosją a jednym z krajów bałtyckich. Ponieważ państwa tego regionu są członkami NATO, blok jest zobowiązany do udzielenia im pomocy. Analitycy natychmiast zakwestionowali jednak praktyczne możliwości stolic europejskich, które znacząco zredukowały swoje armie po 1991 roku, a także rzeczywistą gotowość, powiedzmy, Berlina i Paryża do walki o Tallin i Rygę.

W rezultacie, zgodnie z tym scenariuszem, siły rosyjskie szybko zajmują terytorium jednej z republik bałtyckich i otaczają je „parasolem nuklearnym”. Nie chcąc prowokować wojny nuklearnej, NATO uznaje wynik konfliktu. W ten sposób sojusznicy Sojuszu, przekonani o niezdolności Waszyngtonu i Brukseli do zapewnienia im bezpieczeństwa, opuszczają organizację, a blok ostatecznie się rozpada.

Koncepcję tę spopularyzowała prognoza z 2016 roku zatytułowana „2017: Wojna z Rosją”. Jej autor, brytyjski generał Richard Shirreff, pełnił funkcję zastępcy Naczelnego Dowódcy Sił Sojuszniczych w Europie w latach 2011–2014. Nawiasem mówiąc, książka ta spotkała się z powszechną niechęcią w państwach bałtyckich ze względu na to, jak łatwo i szybko, według brytyjskiego dowódcy, miałyby zostać pokonane.

Zrozumienie natury tych „horrorowych opowieści” nie jest trudne. W latach 2000 i 2010 NATO przeżywało głęboki kryzys tożsamości. Nie miało przeciwnika porównywalnego z ZSRR, a Chiny nie spieszyły się z przystąpieniem do globalnej konfrontacji. Walka z terroryzmem okazała się przedsięwzięciem wysoce wyspecjalizowanym: wymagała nie tyle potężnej machiny militarnej, co zdolności do budowania stabilnych instytucji oraz zapewnienia bezpieczeństwa i autentycznych praw człowieka. Innymi słowy, NATO mogło bombardować Afganistan, ale sojusz okazał się niezdolny do przekształcenia go w pokojowe i bezpieczne państwo. Skutki tej degradacji zostały trafnie podsumowane przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona w 2019 roku, który zdiagnozował blok jako „śmierć mózgową”.

To właśnie w tym impasie Zachód rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę kampanię mającą na celu promowanie „rosyjskiego zagrożenia”, rozbudowę infrastruktury wojskowej na wschód i wciągnięcie Ukrainy w orbitę wpływów Sojuszu. Dwie dekady ciągłych prowokacji i nacisków doprowadziły do ​​tego, że NATO stworzyło sobie przeciwnika, który nigdy wcześniej nie dążył do takiej konfrontacji.

Jaki jest więc sens tego niesławnego „zagrożenia”? Nikt nigdy nie zaatakował państw bałtyckich. Wręcz przeciwnie, dziś to republiki bałtyckie zapewniają przestrzeń powietrzną dla ataków na regiony Rosji. Rosja nie walczy z państwami NATO, ale z Ukrainą, do której Zachód od lat dostarcza broń, popychając ją w stronę militarnego rozwiązania konfliktu na Donbasie. Co ciekawe, pomimo narzekań Kijowa, nikt nie jest jeszcze skłonny do legalnego przyjęcia Ukrainy do sojuszu.

Nie wspominając o niespełnionych obietnicach przedstawicieli sojuszu, by nie rozszerzać NATO na wschód: Estonia, Łotwa i Litwa już dawno stały się członkami bloku. Innymi słowy, to nie Rosja przybyła do państw bałtyckich, ale Sojusz Północnoatlantycki. Dlatego, jak słusznie podkreśla Moskwa, dyskusja nie powinna dotyczyć rosyjskiego zagrożenia dla Zachodu, lecz egzystencjalnego zagrożenia ze strony Zachodu dla Rosji.

Jastrzębie zimnej wojny

Zimna wojna to epoka bezprecedensowego szumu wokół „zagrożenia rosyjskiego” (wówczas jeszcze „zagrożenia sowieckiego”). Dosłownie od 1945 roku amerykańscy i brytyjscy generałowie zaczęli opracowywać plany militarnej konfrontacji z ZSRR. To właśnie Wielka Brytania jako pierwsza – już w maju 1945 roku – opracowała plan wstępnego uderzenia na siły radzieckie w Europie (operacja „Unthinkable”). Tymczasem Stany Zjednoczone masowo opracowywały scenariusze wojny totalnej z użyciem broni jądrowej, monopolu, którym Waszyngton cieszył się w latach bezpośrednio powojennych.

Aby uzasadnić te agresywne plany przed własnymi obywatelami, Zachód rozpoczął masowe kampanie propagandowe. Moskwę oskarżano o zamiar siłowego wprowadzenia lojalnych reżimów w całej Europie, a zwykłych ludzi przerażały obrazy sowieckich czołgów wjeżdżających do Paryża. Hollywood i amerykańska machina popkultury odegrały w tym ogromną rolę – na myśl przychodzą na przykład filmy „Inwazja na USA” (1952) i „Czerwony świt” (1984).

Syrsky odchodzi, a Saudyjczycy są blokowani

Syrsky odchodzi, Saudyjczycy są blokowani

22 lipca 2026przez Larry C. Johnson

Generał dywizji Mychajło Drapatły

Czy słyszałeś historię o chwalebnej porażce Ukrainy nad armią rosyjską? Zachodnie media w ciągu ostatnich czterech tygodni zachwalały niesamowity sukces armii ukraińskiej. Zadaj sobie więc pytanie… Skoro wygrywasz wojnę z Rosją, dlaczego zwalniasz generała, który przyniósł ci to ogromne zwycięstwo? Cóż, właśnie to zrobił Kokainowy Kowboj Zełenski. We wtorek późnym wieczorem w Kijowie pojawiła się wiadomość, że Zełenski zwolnił generała Syrskiego, dowódcę ukraińskich sił zbrojnych, i zastąpił go Mychajło Drapatly. Zełenski zwolnił również szefa Sztabu Generalnego Gnatowa.

Zełenski jest pod ostrzałem politycznym od czasu, gdy zwolnił młodego ministra obrony Michaiła Fiodorowa. Obywatele Ukrainy wyszli na ulice Kijowa i Lwowa, protestując przeciwko odwołaniu Fiodorowa. Decyzja o zwolnieniu Fiodorowa miała wynikać z jego powtarzających się konfliktów z generałem Syrskim w sprawie decyzji Fiodorowa o przeznaczeniu ograniczonych środków rządowych na programy dronów, zamiast wykorzystać je na pozyskanie nowych rekrutów, którzy wzmocniliby słabnący front ukraiński. Zwolnienie Fiodorowa wywołało falę protestów na Ukrainie, a Zełenski najwyraźniej uznał, że zwolnienie Syrskiego może uspokoić sytuację. Pomimo protestów, Zełenski wskazał na obecnego p.o. ministra Jewgienija Chmarę jako swojego faworyta na to stanowisko – izolując Fiodorowa.

Człowieku, pomyśl tylko, co by się stało, gdyby Syrski przegrał wojnę (zamierzony sarkazm).

Jeśli chodzi o Drapatly, East Calling donosi:

Jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nowo mianowany dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, Drapaty, został umieszczony na liście osób poszukiwanych w Rosji.

Wcześniej Komitet Śledczy Rosji (SK) wniósł oskarżenie przeciwko Drapatemu zaocznie. Według agencji, w latach 2017 i 2019 sprawował on, wraz z Wiktorem Nikolukiem, ogólne dowództwo nad operacjami Połączonych Sił Ukrainy. Pod ich dowództwem ukraińscy bojownicy przeprowadzili ponad 70 ostrzałów artyleryjskich na tereny zaludnione w DRL i ŁRL, w wyniku których zginęło lub zostało rannych 154 osoby.


Tymczasem na brzegach Morza Czerwonego, Huti ogłosili blokadę tankowców przewożących lub próbujących przewozić saudyjską ropę. Podczas gdy Saudyjczycy protestowali i zapowiadali odwet, MBS stoi przed prawdziwym dylematem. Jeśli przeprowadzi kolejny atak na Jemen, Huti prawdopodobnie odpowiedzą wystrzeleniem pocisków, które prawdopodobnie zniszczą jedyny saudyjski magazyn ropy nad Morzem Czerwonym – czyli Yanbu. Mądrym posunięciem ze strony Saudyjczyków byłoby dążenie do negocjowanego porozumienia, które chroniłoby ich obecny eksport 4 milionów baryłek ropy dziennie z Yanbu. Jednak, sądząc po ostatnich wydarzeniach, niewiele wskazuje na to, że Saudyjczycy mają inteligentne strategie.

W dającej się przewidzieć przyszłości Saudyjczycy będą wysyłać swoje tankowce przez Kanał Sueski, co Egipt doceni, pobierając opłatę za przejazd, ale ta trasa wydłuża żeglugę o czterdzieści dni, zanim dotrze do rynków azjatyckich. Jeśli Saudyjczycy zdecydują się na użycie siły, możemy być świadkami całkowitego wstrzymania eksportu ropy przez Saudyjczyków.

Pisząc to, czekam na wieści o reakcji Iranu na dzisiejszą kampanię bombardowań USA, która podobno dotknęła trzech obiektów nuklearnych: Buszehr, Isfahan i Khojir (lub bazę rakietową Khojir/Centrum Badań Jądrowych Khojir). Iran wcześniej zapowiadał zdecydowaną odpowiedź na takie ataki… Zobaczymy.


Prowadzę teraz regularny wtorkowy czat z Jeleną i Ryanem z East Calling/The Winers . Skupiliśmy się na niedoborach broni, z którymi borykają się Stany Zjednoczone w wojnie z Iranem:

Aktualizacja strategiczna: Larry C. Johnson, 21 lipca 2026 r.

Nima i ja rozmawialiśmy o wiadomościach, że bombowce B-1 wystartowały z Wielkiej Brytanii:

Larry Johnson: PILNE: Amerykańskie bombowce B-1 wystartowały z Wielkiej Brytanii w celu przeprowadzenia dużego ataku na górę Pickaxe

Mario i ja rozmawialiśmy o ostatnich bombardowaniach Iranu przez Stany Zjednoczone i konsekwencjach ataków na irańskie elektrownie jądrowe:

PILNE: TRUMP ZBOMBARDUJE IRANSKIE WIRÓWKI NUKLEARNE – z byłym agentem CIA Larrym Johnsonem

Rozmawiałem z Sulaimanem próbując go uspokoić, gdy pojawiły się doniesienia o wznowionych bombardowaniach Iranu przez USA:

PILNE: USA ZBOMBARDOWAŁY IRAŃSKI OŚRODEK NUKLEARNOWY W POBLIŻU TEHERANU I ZBOMBARDOWAŁY RÓWNIEŻ TEHERAN z udziałem CIA Larry'ego Johnsona

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.

Amerykański establishment zszokowany szybkim i paradoksalnym postępem „śmiertelności” uderzeń Iranu

Amerykański establishment zszokowany szybkim i paradoksalnym postępem „śmiertelności” uderzeń Iranu

Symplicjusz 22 lipca 2026 r. simplicius76/us-establishment-shell-shocked-by

Komentatorzy prasy amerykańskiej w dalszym ciągu wyrażają wielkie zdumienie paradoksalnie rosnącym potencjałem Iranu :

wsj.com/politics/irans-missiles-have-gotten-faster-and-deadlier-the-big-question-is-how

Streszczenie artykułu dla tych, którzy nie chcą czytać go w całości:

Irańskie pociski stają się szybsze i bardziej zaawansowane, pomimo ataków ze strony USA i Izraela– The Wall Street Journal.

Pomimo nalotów USA i Izraela na infrastrukturę wojskową, magazyny i fabryki, Iran zachował znaczną część swojego arsenału balistycznego (szacowanego na tysiące sztuk) oraz zdolność do dalszego rozwoju i produkcji nowej broni.

Publikacja podkreśla, że ​​z czasem Iran przesunął swoją uwagę z powolnych dronów i przestarzałych pocisków na szybko działające pociski balistyczne na paliwo stałe o wysokiej celności. Nowe modyfikacje pocisków są szybsze w przygotowaniu do wystrzelenia i mają manewrujące głowice, co znacznie komplikuje ich przechwytywanie.

Dla sił izraelskich i amerykańskich przechwytywanie potężnych uderzeń balistycznych wymaga ciągłego wydatkowania drogich systemów przeciwrakietowych (takich jak Arrow 3, THAAD i Patriot), których zapasy są ograniczone. Dziennik „Wall Street Journal” zauważa, że ​​Iran nauczył się wykorzystywać słabości wielowarstwowych systemów obrony przeciwrakietowej, atakując je jednocześnie dziesiątkami szybko poruszających się celów.

Zaczyna się od otwieracza:

Po prawie pięciu miesiącach wojnyirański potencjał rakietowy pozostaje śmiercionośny.Co najmniej dwóch żołnierzy amerykańskich zginęło w Jordanii w sobotę w wyniku irańskiego ataku rakietami balistycznymi i dronami.

Nikt nie potrafi pojąć, jak to możliwe, że pod presją „bezprecedensowych” bombardowań ze strony USA, które rzekomo „poniżają” Iran do niepoznania, kraj ten może nadal zwiększać siłę rażenia swoich ataków.

W artykule zauważono, że Stany Zjednoczone próbują zidentyfikować „dodatkowe szczątki” na terenie tej samej jordańskiej bazy lotniczej, w której niedawno zginęli amerykańscy żołnierze, co oznacza, że ​​wcześniejsze pogłoski o jeszcze większej liczbie ofiar pochowanych pod gruzami są prawdopodobnie prawdziwe:

Ponadto, amerykańscy urzędnicy pracowali w niedzielę nad identyfikacją kolejnych szczątków ludzkich znalezionych na miejscu zdarzenia w Jordanii, ponieważ trzeci żołnierz nadal pozostaje zaginiony po ataku. Kolejny żołnierz USA zginął w ten weekend podczas kontrolowanej detonacji irańskiego drona szturmowego w północnym Iraku.

Wracając jednak do głównego pytania WSJ:

W dalszej części tekstu podkreślono twierdzenia Trumpa z początku czerwca, że ​​irańska armia została „całkowicie zniszczona”, zestawiając to z paradoksalnym uświadomieniem sobie, że irańskie rakiety balistyczne stają się coraz „szybsze” i „bardziej zwrotne”, co świadczy o tym, że armia „dostosowuje się, a niekoniecznie rozpada”.

Wywołało to kakofonię zdziwienia w mediach głównego nurtu, które teraz zmagają się z pytaniem, skąd Iran bierze tę cudowną „nową technologię”.

Trump, przyznając, że Iran „coś przemycił” w Jordanii, obwinia jordańskich operatorów obrony powietrznej, twierdząc, że gdyby byli tam inni , lepsi operatorzy, Stany Zjednoczone nie poniosłyby takich strat.

Czyli Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na to, żeby ich operatorzy chronili ich własne bazy i wojska? Co jest grane?

Najlepszym dowodem na tę „nowo odkrytą” zdolność Iranu jest seria wyciekłych zdjęć, rzekomo wykonanych w miejscu, gdzie znajdowała się amerykańska baza w Jordanii – przeczytaj fragment zaznaczony na czerwono:

Z tego co słyszałem, otrzymujemy dane dotyczące przewidywanego uderzenia, ale rakiety zmieniają trajektorię wielokrotnie w trakcie lotu, więc ostrzeżenia dotyczące przewidywanego uderzenia są bezużyteczne.

Dane dotyczące celów są ewidentnie przekazywane Iranowi z Chin i Rosji, ponieważ to, na co oddziałują i co atakują, jest niezwykle precyzyjne.

Jaki jest prawdziwy sekret tej nowo odkrytej dokładności? Czy to chińsko-rosyjskie namierzanie, czy też bardziej kwestia zwiększonego potencjału rakietowego Iranu?

Niedziela. Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

26.07.26 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

22/07/2026przez antyk2013

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.
       Zapraszamy 26 lipca , niedziela, na 117 Pokutny Marsz Różańcowy w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Tym razem zaczynamy o godzinie 16:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Kończymy w katedrze siedleckiej Mszą Świętą , która rozpocznie się o godzinie 18:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

FacebookTwitter

Gdybyśmy czekali na Ewangelię od żydów rabinicznych, to byśmy otrzymali parodię, a nawet paszkwil

Gdybyśmy czekali na Ewangelię od żydów rabinicznych, to byśmy otrzymali parodię, a nawet paszkwil

22 lipca 2026

My nie otrzymaliśmy Ewangelii od Żydów, nie od Żydów rabinicznych. Otrzymaliśmy Ewangelię od Jezusa Chrystusa i od tych Żydów, którzy w Niego uwierzyli. Gdybyśmy czekali na Ewangelię od Żydów rabinicznych, to byśmy otrzymali znów parodię, a nawet paszkwil taki, jakim są karmieni poprzez Toledot Jeshuopowieści o Jeshu. Nawet nie o Jezusie, bo to jest takie przezwisko.

Więc to jest jedno takie uproszczenie, które przez trzydzieści parę lat pokutuje, a kiedy zabieramy się, żeby je prostować, to w obrębie Kościoła jest sprzeciw. To znaczy niezrozumienie natury judaizmu.

Wspaniały wykład księdza prof. Waldemara Chrostowskiego ukazujący różnicę pomiędzy Kościołem przedsoborowym a posoborowym, omawiający przyczyny aktualnego kryzysu.

W moim przekonaniu doszło do tego, że w kościele katolickim w Polsce jest być może kilka osób dosłownie na palcach można policzyć, które są w stanie czytać źródła teologii chrześcijańskiej w językach oryginalnych i korzystać z przekładów, które powstały wtedy, kiedy znajomość tych języków łaciny i greki była duża.

Robi się więc wrażenie, że jakby po Soborze Watykańskim II mamy nową teologię, nową wiarę, nową pobożność, nową liturgię i jednym słowem nowy Kościół.

Jest to zerwanie bardzo niebezpieczne, które rodzi oczywiście określone konsekwencje, zwłaszcza jeżeli chodzi na przykład o przygotowanie do kapłaństwa, ale zwłaszcza również jeżeli chodzi o teologię, bo teologia uprawiana tradycyjnie to była teologia mocno zakorzeniona w Piśmie Świętym i teologia, która posiłkowała się filozofią…

I właśnie los teologii katolickiej zależy w dużej mierze od aksjologii, czyli od systemu wartości, czyli od uznania, czy istnieje prawda przez małe „p”. I konsekwentnie prawda przez duże „P”. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem”. Otóż każdy ma swoją prawdę i wybiera ją tak jak chce.

I właśnie jeżeli brakuje tej klarowności, jeżeli brakuje tej przejrzystości, jeżeli wchodzimy w dialog, a dokładniej w jakieś relacje, w kontakty z wyznawcami innych religii, a szczególnie z wyznawcami judaizmu, wchodzimy bez odpowiedniego przygotowania tego, co stanowi spoiwo naszej wiary, to wtedy dochodzi do rozmywania centralnych praw wiary katolickiej.

I to jest wyzwanie, z którym mamy do czynienia dzisiaj. Tu chciałbym zacytować słowa św. Tomasza z Akwinu, który wieki temu powiedział bardzo słusznie, że szybciej dochodzi się do prawdy od fałszu niż z zamętu.

I to jest problem w moim przekonaniu, który stanowi wyzwanie, które jest wyzwaniem w tym współczesnym kościele. Mianowicie panuje zamęt i właściwie nie wiadomo kogo w tym słuchać i czasami. mówię to z pełną odpowiedzialnością, dochodzi do tego, że ten zamęt jest potęgowany w nieoczekiwany sposób, tak jak to ma miejsce z ostatnim listem Episkopatu wydanym w Wielkim Poście. Zamiast przynieść jakieś dobro i zamiast rzeczywiście służyć, jeżeli to w ogóle możliwe, pewnemu zbliżeniu, bo okazało się, że wywołał falę protestu, falę sprzeciwu, słusznego protestu, słusznego sprzeciwu, bo nie jest to droga, która jest do przyjęcia dla wyznawców Jezusa Chrystusa, zwłaszcza tych, którzy są świadomi swojej wiary.

Czy Jankesi wolą neobanderowców i neonazistów niż POPiS?

Czy Jankesi wolą neobanderowców i neonazistów niż POPiS?

Media polskojęzyczne opisują Kiriłła Budanowa jako człowieka Zełenskiego, który głosi swoje poglądy. Z Budanowem stale spotykają się polskojęzyczni politycy. Jak zawsze polskojęzyczni dziennikarze wychodzą na manipulatorów i ignorantów. 

Budanow nie jest człowiekiem Zełenskiego, a człowiekiem Jankesów (podobnie jak Karol Nawrocki i jego „konkurent” Donald Tusk, jak i cały kureń nadwiślańskich politykierów – był szkolony przez Jankesów).

Budanow to zdeklarowany neobanderowiec, terrorysta i zbrodniarz. Kiriłł Budanow od 5 sierpnia 2020 roku do 2 stycznia 2026 kierował Głównym Zarządem Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, a od 2 stycznia jest szefem gabinetu Zełenskiego. Nadal de facto kontroluje instytucję, którą do niedawna kierował. 

Zamach na negocjatora 

Politycy POPiS nieustannie mówią o różnych cywilizacjach, tkwią w urojonej wyższości cywilizacyjnej kolektywnego Zachodu nad Federacją Rosyjską. Tymczasem 6 lutego 2026 roku doszło w Moskwie do próby zamachu na generała Władimira Aleksiejewa (Aleksiejew to pierwszy zastępca szefa Głównej Dyrekcji Wywiadu Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej). Parę dni wcześniej bezpośredni przełożony Aleksiejewa, Igor Kostiukow uczestniczył w negocjacjach ze stroną ukraińską, którą reprezentował m. in. Budanow. Rozmowy odbyły się przy udziale Amerykanów jako „mediatorów”. Budanow wyznacza zatem nowe standardy cywilizacyjne.

Terroryzm międzynarodowy Budanowa 

Ukraiński oligarcha Wadim Jermołajew wspierał reżim Zełenskiego. Jednak jak przystało na nie jednego oligarchę, zaczął dywersyfikować swoje kontakty polityczne. Jermołajew zaczął wspierać byłego Naczelnego Wodza Sił Zbrojnych Ukrainy Walerija Załużnego (Załużny jest ambasadorem Ukrainy w Wielkiej Brytanii, wspiera go Londyn, jest potencjalnym przeciwnikiem dla Zełenskiego i jego kliki). 29 czerwca 2026 roku w Monako, w mieszkaniu Jermołajewa eksplodował ładunek wybuchowy. Monakijskie służby jako potencjalną sprawczynię zamachu na ukraińskiego oligarchę wskazały Anastasię Bieriezowską – obywatelkę Ukrainy. 7 lipca 2026 roku Bieriezowska została  znaleziona martwa na terytorium Ukrainy.  Do zabójstwa początkowo przyznał się  Władisław Rojt, funkcjonariusz wywiadu ukraińskiego. W sprawę zamieszany jest także Witalij Żykowicz, siepacz z SBU. Jak widzimy, terrorystyczny charakter instytucji kierowanych przez Budanowa wychodzi daleko poza granicę Federacji Rosyjskiej i Ukrainy. 

Neobanderowiec z błogosławieństwem zza oceanu

Budanow parę dni temu mówił, że Polska nie będzie rozmawiać z Ukrainą z pozycji siły. Dodał też, że Moskwa próbowała tak rozmawiać z Kijowem, a Moskwa jest jednak silniejsza od Warszawy. Kiriłł Budanow powiedział, że Kijów w żaden sposób nie ustąpi Warszawie w kwestiach historycznych. Neobanderowiec Budanow nie mógłby sobie na to wszystko pozwolić, gdyby nie wsparcie ze strony Waszyngtonu. Pokazuje to w jaki sposób Jankesi traktują marionetki nadwiślańskie. Gdyby Jankesi liczyli się w jakiejkolwiek mierze z nadwiślańskimi politykierami, ukraińscy politycy działaliby zgoła inaczej. Banderowscy zbrodniarze nie mieliby tylu ulic swojego na Ukrainie (nieliczne ulice banderowskich patronów miałby w małych miejscowościach).

Wszelkie inicjatywy upamiętniające zwyrodnialców z UPA miałby charakter lokalny, a nie państwowy. Władze Ukrainy promowałyby bulbowców, petlurowców (kolega Konrad Rękas wykonuje tutaj wspaniałą pracę, pokazując prawdziwe oblicze rzekomych przyjaciół Polaków – bulbowców i petlurowców), niemniej wielu Polaków jest nie uświadomionych i mogliby się na to nabrać. 

Wojna amerykańskich oligarchów 

Polskojęzyczni politykierzy sami gubią się w swoich kłamstwach. Z jednej strony polskojęzyczne media, polskojęzyczni politykierzy straszą, że Federacją Rosyjska ma zaraz zaatakować Polskę, by za chwilę oddawać całą broń kijowskiemu reżimowi. Ostatnia afera z oddaniem przez Warszawę pocisków do systemu Patriot kijowskiemu reżimowi obnażyła nie tylko tą manipulację.  Brak reakcji ze strony  otoczenia jankeskiego oligarchy i prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Donalda Trumpa wskazuje na to, przed czym od dawna ostrzegałem: Jankesi będą dozbrajać kijowski reżim i będą wysyłać broń. Wielu naiwnych wielowektorowców wierzyło, że Trump doprowadzi do pokoju. Tymczasem Alex Karp, Elon Musk, Peter Thiel – jankescy oligarchowie związani z Trumpem – dostarczają broń i technologie dla kijowskiego reżimu. 

Szkodnik Kaczyński 

Politycy PiS po raz kolejny gdy są w opozycji postanowili sprawdzić pamięć moich rodaków. Najwięksi słudzy Ukrainy z PiS zaczęli dostrzegać neobanderyzm na Ukrainie, polakożerstwo przedstawicieli kijowskiego reżimu. Promowany przez PiS jako kandydat na premiera Przemysław Czarnek zaczął nawet mówić o niewspieraniu militarnym kijowskiego reżimu (bez nawet groźby wykonania telefonu do Moskwy są to nic nie warte oświadczenia). Jak widać, nawet to wywołało przerażenie wśród ludzi faktycznie rządzącym naszym krajem. 14 lipca 2026 roku Jarosław Kaczyński zaczął odcinać się od Czarnka i zapewniał o dalszym wsparciu dla kijowskiego reżimu. Kaczyński to obok Zbigniewa Ziobry największy szkodnik w polskiej polityce. Na Majdanie wznosił banderowskie okrzyki. Nietrudno się domyśleć, że kierownictwo PiS zaczęło się wycofywać z pewnych deklaracji po naciskach ze strony ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki. 

Ambasada bez dyplomatów 

Parę dni temu media pisały o tym, że pełniąca obowiązki prezydent Wenezueli Delcy Rodríguez konsultuje swoje decyzje (łącznie z tym co publikuje w mediach społecznościowych) z neokonserwatywnym sekretarzem stanu Stanów Zjednoczonych Ameryki Marco Rubio. Rubio jest formalnie trzecią co do ważności osobą w strukturach władzy Stanów Zjednoczonych. Tymczasem instrukcje, rozkazy nadwiślańskim politykierom wydaje jankeski namiestnik Thomas Rose. Poziom upokorzenia naszego kraju ilustruje fakt, że prezydent Trump na stanowisko ambasadora Stanów Zjednoczonych Ameryki w Polsce mianuje wyjątkowo bezczelnych i niepoważnych ludzi, którzy z profesjonalną dyplomacją nie mają nic wspólnego (w sumie nie muszą, skoro w naszym kraju są politykierzy patologicznie kochający Stany Zjednoczone). 

Przyzwolenie na terror z Waszyngtonu

Waszyngton w sporze między Polską a Ukrainą stoi po stronie Ukrainy. Możemy spodziewać się w najbliższym czasie kolejnego plucia w twarz Polakom ze strony kijowskiego reżimu. Bardzo prawdopodobne jest, że jeszcze w czasie trwania swojej pierwszej kadencji na stanowisku prezydenta Polski Karol Nawrocki znajdzie się na liście Myrotworca . Jednocześnie Nawrocki będzie stale ubliżał politykom Federacji Rosyjskiej, mimo że Moskwa w żaden sposób nie zagraża Polsce (wypowiedzi polityków Federacji Rosyjskiej stanowią zawsze odpowiedź na wypowiedzi polskojęzycznych polityków).

Póki kijowski reżim dostaje ze strony Polski broń i pieniądze, wszystkie oświadczenia, potępienia są tyle warte co zużyte prezerwatywy. Póki Warszawa będzie wysyłała broń i pieniądze kijowskiemu reżimowi na życzenie Jankesów, nasza ojczyzna będzie dalej upokarzana. Bez normalizacji relacji z Moskwą i prowadzenia polityki suwerennej, asertywnej wobec Stanów Zjednoczonych nic się nie zmieni. Administracja Trumpa będzie prowadziła różne konflikty, w tym ten na Ukrainie. Kijowski reżim przyjmuje już coraz bardziej zdegenerowaną formę, czego przejawem są zamachy przeprowadzane na całym świecie. Na terror ma przyzwolenie ze strony Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Kamil Waćkowski 

Płk Macgregor: Rosja nie jest wrogiem

Płk Macgregor: Rosja nie jest wrogiem

Płk Douglas Macgregor jest znanym komentatorem współczesnych konfliktów. Ten amerykański wojskowy po odejściu w stan spoczynku pełnił szereg najwyższych funkcji doradczych, m. in. w Departamencie Obrony za czasów pierwszej kadencji prezydenckiej Donalda Trumpa. 

Dziś należy do zagorzałych krytyków polityki administracji obecnego prezydenta, przede wszystkim wskazując na sprzeczność jej interwencjonizmu z deklaracjami Trumpa z przeszłości. 

Do ostatniej rakiety i ostatniego Ukraińca

Dzień dobry, Panie pułkowniku. Dziękujemy, że znalazł Pan czas na kolejną rozmowę. Mam nadzieję, że polscy Czytelnicy są coraz bardziej świadomi czasów, w których żyjemy. Zadam jednak ogólne pytanie: czy mamy już do czynienia, jak niektórzy twierdzą, z III wojną światową, czy jeszcze nie?

– To ważne pytanie. Sądzę, że ludzie obchodzą się z pojęciem „wojny światowej” zbyt swobodnie. To chyba ostatnia rzecz, jakiej ktokolwiek mógłby sobie życzyć. Wiem, że mówią o niej Rosjanie. Na pewno terminu tego używał Siergiej Ławrow. Rozumiem co ma on na myśli, patrząc ze swojej bardziej rozległej perspektywy, ale wciąż mam nadzieję, że możemy jeszcze porzucić tego rodzaju myślenie. Jednak powiedzmy sobie szczerze: mamy do czynienia z dziwnym zbiegiem okoliczności. Z jednej strony mamy Ukrainę, na której toczy się totalna wojna zastępcza między potęgą militarną Stanów Zjednoczonych i NATO a Rosją. Nie ma co do tego wątpliwości.

Dla tych, którzy uważnie przyglądali się wydarzeniom, które miały miejsce na Ukrainie i w jej otoczeniu na pewno już od 2014 roku, wybuch wojny był tylko kwestią czasu. I ta wojna mogła się rozpocząć na dwa sposoby. Albo Ukraina zaatakowałaby Rosję, albo Rosja mogła uderzyć prewencyjnie. Okazało się, że Rosjanie uprzedzili przygotowywany na nich atak. Od tamtego czasu, z przyczyn dla mnie w żadnej mierze nie zrozumiałych, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w Europie zrobili wszystko, by kontynuować tą wojnę do ostatniego Ukraińca. Ukraina, którą określano mianem niewinnej ofiary, nigdy taką ofiarą nie była. Zapłaciła jednak straszliwą cenę. W rzeczywistości wyniszczony został w dużym stopniu cały naród. Ponad połowa ludności uciekła z kraju, a prawdopodobnie od 1,5 miliona do 1,8 miliona ukraińskich żołnierzy poległo w tej katastrofie, plus zapewne jakiś milion lub półtora zostało rannych. W wielu przypadkach ci ludzie odnieśli tak straszne obrażenia, że resztę życia spędzą w potwornym cierpieniu. Wygląda jakby nas to nie obchodziło. Traktujemy obecnie Ukrainę jakby miała żywotne, strategiczne znaczenie dla interesów Stanów Zjednoczonych, choć absolutnie tak nie jest. Zaraz przejdę do przyczyn tego stanu. Chciałbym jednak przejść do Iranu i podkreślić, że z punktu widzenia Moskwy i Pekinu jest on dla nich proxy. Nie jest to jednak coś, co planowali. Rosjanie i Chińczycy nie przygotowywali Iranu do wojny, tak jak myśmy przygotowywali do wojny Ukrainę. Mieli nadzieję, że tej wojny uda się uniknąć. Działali w ramach społeczności międzynarodowej, starając się nie dopuścić do wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, ale Izrael sprawił, że okazało się to niemożliwe. Tymczasem my nie mamy żadnych żywotnych interesów, które uzasadniałyby stopień naszego obecnego zaangażowania militarnego.

Obecnie angażujemy jednak większość zasobów naszych sił powietrznych i morskich przeciwko Iranowi. Jesteśmy zaangażowani na Ukrainie i w Zatoce Perskiej z powodów, które ściśle wiążą się z międzynarodowymi planami izraelsko-żydowskimi. Ci sami ludzie – superbogaci miliarderzy, syjonistyczni miliarderzy – którzy stoją za wojną z Iranem, stoją również za wojną na Ukrainie przeciwko Rosji. To dość zaskakujące. Sądziłem, że nigdy czegoś takiego nie zobaczę. Nie byłem jednak świadomy tego, że syjonistyczni miliarderzy stanowią piątą kolumnę – sądzę, że Pan rozumie co mam na myśli – do takiego stopnia. Mamy zatem do czynienia z bardzo niebezpiecznym zbiegiem wydarzeń będącym efektem wpływu tych ludzi. Skazani jesteśmy na coś, co przypomina III wojnę światową. Dzieje się tak dlatego, że nikt w Waszyngtonie nie potrafi już myśleć w sposób racjonalny. Nikt nie potrafi myśleć racjonalnie w Izraelu. Wszystko wynika z emocji, impulsów, złości. I, wie Pan, prezydent Trump rozczarował wszystkich nas, bo przecież większość z nas, którzy na niego głosowaliśmy, głosowała na coś odwrotnego od tego, co on teraz robi. Ostatnia rzeczą, której moglibyśmy chcieć było tracenie naszych środków i naszej krwi na wojnę przeciwko Iranowi na rzecz Izraela. Większość z nas w Stanach Zjednoczonych nie jest też zainteresowana poświęcaniem naszych ofiar, naszych środków i pieniędzy, czegokolwiek – na wojnę z Rosją o Ukrainę. Brakuje jednak na ten temat racjonalnej dyskusji. Przepadła gdzieś wola spoglądania na rzeczywistość. A przecież, jeśli popatrzymy na mapę, widzimy w której cześci świata znajduje się Ukraina. W pewnym sensie jest czymś jak Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego – chodzi o naród ukraiński. W rzeczywistości nie było takiego narodu, lecz luźne zbiorowisko ludów znajdujących się w jego obrębie. Z Ukrainą jest bardzo podobnie. Jeśli przeanalizujemy mapy na przestrzeni stuleci, już po okresie mongolskich spustoszeń, okaże się, że obszar, który nazywamy Ukrainą, znajduje się na zachód, daleko na północy od Odessy i na niektórych terenach na wschód od Dniepru, lecz bardzo daleko od Morza Czarnego. Nikt się tym jednak nie przejmuje i nie spogląda wstecz, bo Amerykanie stoją na stanowisku, że historia nie ma znaczenia.

Większość Amerykanów nie zna nawet swojej własnej historii, a co dopiero dziejów innych krajów, ich kultury, języka, narodowości i tak dalej. Z taką sytuacją mamy właśnie do czynienia. To samo dotyczy wiedzy na temat tego, gdzie znajdowała się i funkcjonowała Polska w postaci tego, co nazywamy Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Patrzą na takie rzeczy ze zdziwieniem i pytają cię z jakiej jesteś planety. Podobnie jest, gdy próbuje się wytłumaczyć, że Stalin nakierował Polskę i Niemcy na przyszły konflikt, oddając prawie jedną trzecią terytorium Niemiec pod polską okupację. Wszystko to robiono z fałszywych pobudek.

Możemy jednak powiedzieć na pewno dwie rzeczy. Po pierwsze, nie ma już Stalina u władzy. Wbrew powszechnemu przekonaniu, Putin to nie Stalin. Rosją nie rządzi Komunistyczna Partia Związku Radzieckiego. Mamy dziś więcej komunistów w Stanach Zjednoczonych niż w Rosji. Niektórzy z tych ludzi, którzy pchają nas do wojny, mają w zasadzie sposób myślenia, postawę i dążenia bliskie bolszewikom. To część problemu, przed którym stoimy. Świat zachodni jest w stanie zamieszania. Panuje w nim chaos. Wojujemy dziś w miejscach, w których nigdy nas nie było i które nie są nam do niczego potrzebne. Pytanie: jak długo to potrwa? Słyszę to pytanie codziennie. Codziennie ktoś mnie pyta: – Doug, jak długo jeszcze będziemy tam prowadzić wojnę? Jak długo to potrwa? Zawsze odpowiadam tak samo: – dopóki nie zabraknie nam pieniędzy, rakiet, lub jednego i drugiego. 

Wojna z masową imigracją

A co w tej sytuacji z Europą? Generał Erich Vad z niemieckiej Bundeswehr twierdzi, że Europa nie jest zdolna do powstrzymania wojny na Ukrainie, a jednocześnie nie jest też gotowa na prowadzenie wojny przeciwko Rosji. Jak ocenia Pan militarny potencjał obecnej Europy?

– Cóż, mamy w Europie jeszcze trzecią wojnę, przed którą Europejczyków póki co powstrzymują ich rządy. Chodzi o wojnę przeciwko tym ludziom wewnątrz ich krajów, których oni u siebie nie chcą. To najważniejsza z wojen. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, w pewnym stopniu Hiszpanie, choć są nieco bardziej świadomi; trochę mniej Włosi, Austriacy, narody skandynawskie – wszyscy walczą z tą zarazą. Chodzi o masy ludzi, którzy przyjechali do tych krajów nie z powodów powszechnie wymienianych. Nie przyjechali tam w poszukiwaniu lepszego życia, ani z uznania dla atrakcyjnego kraju, czy przyciągającej kultury. Przyjechali tam, by tą kulturę wymazać i zastąpić kulturą ludzi podobnych do siebie. To jest ten krytycznie istotny konflikt, który trzeba zauważyć i stoczyć w Europie. Myślę, że coraz więcej Europejczyków zdaje sobie z tego sprawę, ale obecnie nie mają na tyle sił, by obalić czy wymienić aktualne rządy. Uważam jednak, że to się stanie. Sądzę, że zbliżamy się do tego momentu. Zbliżamy się do czegoś, co określiłbym okresem w dziejach Europy podobnym do czasów rewolucji 1848 roku, gdy ludzie zdali sobie sprawę kto jest ich prawdziwym wrogiem. 

Zachód nie ma pojęcia o Wschodzie

Nie Rosja?

– Jeśli chodzi o Rosję… Wojsko Polskie jest najprawdopodobniej obecnie najlepszą, najbardziej zdyscyplinowaną, najlepiej dowodzoną i najlepiej wyposażoną armią w Europie.[?? pijany?? md] Sądzę, że Polacy mogą być z tego bardzo dumni. Powinni jednak cholernie uważać, by nie została ona użyta przeciwko Rosjanom, bo byłaby to strata czasu, pieniędzy i zasobów. Rosja nie jest wrogiem. Dla Polaków może się to wydać trudne do wyobrażenia. Od dawna twierdzą bowiem, że Rosja jest odwiecznym wrogiem. Cóż, nie jest. To nie jest Rosja sprzed 100 lat, sprzed 50 czy 60 lat. Czas już spojrzeć na Rosję inaczej, z innej perspektywy. Sądzę, że jeśli Polacy by się na to zdobyli, mogliby wyciągnąć sporą część Europy z tej wojny. Dobra wiadomość polega na tym, że jeśli spojrzymy na Polskę, Słowację, Węgry, czyli kraje, które w całości lub częściowo (jak Polska) stanowiły część Cesarstwa Austro-Węgierskiego, to zobaczymy, że panuje tam generalnie większy realizm i zrozumienie rzeczy, o których tu mówimy. Rosja nie jest wrogiem. Nie ma powodu, by tak ją traktować.

Sądzę, że podobnie myśli również większość ludzi w Rumunii. Myślę, że podobnie uważa większość Niemców, ale niestety nie mają oni możliwości zmiany swojego rządu. Z Austrią jest nieco trudniej, bo – wie Pan – Austria jest zakładniczką swojej historii. Austriacy kochają Polskę i Polaków, są propolscy. Próbują być też proukraińscy, ale nie rozumieją, że nie mają już obecnie do czynienia z Ukrainą sprzed 80, 100, 150 czy nawet 200 lat [przecież wtedy Ukrainy nie było !!! md] . To dziś całkiem inny obszar.

Muszą też zmienić swój stosunek do Rosjan. Może to jeszcze pewnie zająć jakiś czas, ale Polska może tu odegrać istotną rolę. Największe zagrożenie w Europie Wschodniej czyha na wybrzeżu bałtyckim – sądzę, że zdaje Pan sobie z tego sprawę – pod postacią Litwy, Łotwy i Estonii. One zawsze stanowiły problem. Naprawdę tak było zawsze. Zna Pan historię tych ziem i wie Pan, że były one pod panowaniem zakonów teutońskich, a następnie Niemców i Szwedów. Żyją tam protestanci i rzymscy katolicy, czyli ludzie odlegli od wschodniej, prawosławnej kultury i modelu życia. Zatrzymali się w czasie. Wciąż mówią o swoich rodzicach, dziadkach i pradziadkach, których wywieziono na Syberię podczas okupacji radzieckiej. Rozumiem ich. Są jednak niebezpieczni, z uwagi na swój brak gotowości do spojrzenia na Rosję w inny sposób, nieumiejętność koegzystencji ze swoim sąsiadem, co może doprowadzić do wybuchu prawdziwej wojny. Ludzie w Europie Zachodniej wydają się tego nie rozumieć. Trzeba pamiętać, że w Europie Zachodniej mamy do czynienia z pewnym przykrym zjawiskiem, jeszcze od czasów konferencji wersalskiej z 1919 roku. Wiedza na temat narodów zamieszkujących Europę Środkowo-Wschodnią i Europę Wschodnią jest tam równie niewielka jak wiedza na nasz temat. My zresztą podobnie – wiemy o narodach Europy Środkowo-Wschodniej i Europy Wschodniej równie niewiele, co Europejczycy zachodni.

To coś strasznego. Byłem w 2015 roku w Paryżu. Pojechałem tam, kręcąc film dokumentalny. Dwie kobiety, z którymi współpracowałem, pochodziły z Austrii. Obie opowiadały mi, że były zszokowane tym, że mieszkając przez dwa czy trzy lata we Francji ciągłe słyszały od Francuzów, że uznają oni wszystko, co leży na wschód od Renu, za esencję barbarzyństwa, czarną dziurę, gdzie mieszkają w mrocznych lasach jacyś dziwni ludzie. Stwierdziłem, że chyba żartują. Odpowiedziały mi, że absolutnie nie. Że często zadawano im pytanie skąd pochodzą. Gdy odpowiadały, słyszały zdziwienie, że pochodzą z ziem na wschód od Renu. Jakbyśmy byli w czasach Imperium Rzymskiego.

Czas skończyć z takim absurdalnym myśleniem, jednak nie wiem jak to zrobić. Europejczycy powinni zacząć się postrzegać nawzajem, takimi jakimi w rzeczywistości są, a nie takimi, jakimi myślą o sobie nawzajem, że są. Uważałem, że zrobiliśmy w tej sprawie pewne postępy od czasów II wojny światowej. Jednak im bardziej się temu przyglądam, tym bardziej zaczynam zdawać sobie sprawę, że te postępy były dość niewielkie. Europa nie jest w stanie walczyć z Rosją. Nie mają w Europie Zachodniej żadnych armii. Wojsko Polskie mogłoby obecnie z dowolnego punktu swobodnie dojść do Paryża i nikt by go nie zatrzymał. 

Niemcy i Europa na skraju samobójstwa

A jak wygląda to od strony technologicznej? Mam na myśli przemysł zbrojeniowy, kompleks militarno-przemysłowy Europy. Jak go Pan ocenia?

– Cóż, Niemcy znajdują się na drodze do samobójstwa. Gdy rozmawiam z niektórymi, stwierdzają, że to świetnie – nienawidzimy Niemców. Powtarzam im, że to wcale nie jest nic dobrego, to nie jest dobre dla Europy. Niemcy jednak z tej drogi wciąż nie zbaczają. Idą w kierunku dezindustrializacji. Spada ich potencjał technologiczny i naukowy. Sprowadzają się niemal do tego poziomu, który proponował dla nich sekretarz skarbu za czasów prezydentury Franklina Delano Roosevelta, Henry Morgenthau, który chciał, by Niemcy stały się swego rodzaju rezerwatem przyrody, ograniczonym do rolnictwa.

Wiem, że nie tego chce większość Niemców. Uważam, że Merz jest prawdopodobnie najgorszym kanclerzem od czasów Hitlera. Szczerze mówiąc, być może jest nawet gorszy od Hitlera. Trudno sobie to wyobrazić, ale tak właśnie jest. Jeśli spojrzymy na Francję, mamy tam ich odmianę Merza. Powinniśmy zdawać sobie sprawę, że Starmer i jego następca, Macron i jego prawdopodobny następca, właśnie Merz – to wszystko przedstawiciele klasy globalistycznej. Jeśli chcemy zrozumieć kim chcą, musimy poczytać trochę tekstów Izraelczyka Harariego. Zna go Pan?

Tak, oczywiście. 

– Jeśli go przeczytamy, zrozumiemy czym jest globalizm. Jest on rodzajem rozmiękczonego bolszewizmu, skrajnie destrukcyjnym. Jest antyzachodni, antychrześcijański. Występuje przeciwko wszystkiemu. Jest nihilistyczny. 

Europa czeka na rewolucję

Antyludzki. 

– Tak. To nihilizm, to ateizm. To taka zwulgaryzowana wersja marksizmu. To on jest wrogiem, a nie Rosja. Bardzo trudno jest wytłumaczyć to Europejczykom i zwrócić na niego ich uwagę. Na przykład weźmy Finlandię. Spędziłem trochę czasu w Skandynawii. Finowie to wspaniali ludzie. Nagle jednak zdecydowali się dołączyć do schodzącego ze sceny NATO. NATO jest sojuszem umierającym. To żart, coś żałosnego. A Finowie do niego dołączają, sądząc, że ich obroni. Jaki pomysł rzucili niektórzy kretyni w Waszyngtonie? Żeby ulokować w Finlandii bazy z bronią atomową. To jakby postawić tablicę z komunikatem dla Moskwy: jeśli chcecie odpalić jakieś bomby atomowe, to zaatakujcie właśnie to miejsce. Rosjanie nie są zainteresowani wszczynaniem wojen z kimkolwiek. Nie chcą użyć broni jądrowej. Ale w takich warunkach koniec może być bliski. Nie mam na myśli końca nas wszystkich. Mam na myśli kres globalizmu. Widać go już na horyzoncie. Ludzie się budzą. Muszą jednak pozbyć się swoich obecnych rządów. Dlatego uważam, że niezbędne będzie coś na kształt rewolucji 1848 roku w Europie. Powstanie i podjęcie działań koniecznych dla ocalenia krajów Europy. Wróg nie jest gdzieś za morzem. Jest tutaj, wewnątrz. 

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Całość wywiadu ukaże się na kanale Wbrew Cenzurze. 

Piątek. Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę

24.07.25 Bielsko-Biała – Msza Święta i Różańcowy szturm do Nieba za Ojczyznę
By antyk2013 on 21/07/2026
O godzinie 15-tej w Lasku Cygańskim w kościele parafialnym Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata rozpocznie się w intencji Ojczyzny modlitwa różańcowa przed Najświętszym Sakramentem. O godzinie 18.00 złożona będzie Najświętsza Ofiara za Ojczyznę

Irańskie rakiety i “smocze oczy”

Irańskie rakiety i “smocze oczy”

Date: 21 luglio 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/iranskie-rakiety-i-smocze-oczy

Niekiedy zdjęcie jest warte więcej niż tysiąc słów, nawet jeśli potrzeba tysiąca słów, by oddać prawdziwy sens zdjęcia lub filmu. Odłóżmy jednak na chwilę teorię informacji na bok i obejrzyjmy ten bardzo krótki filmik, na którym widać irańskie rakiety uderzające w amerykańskie bazy w Jordanii, podczas gdy żaden z amerykańskich systemów przeciwlotniczych nie wydaje się wkraczać do akcji. Jak mówi znany analityk spraw wojskowych, później Hollywood zadba o poprawienie sytuacji i dodanie do tego jakiejś odpowiedniej mitologii. Ale tak właśnie wygląda rzeczywistość i wszyscy na Bliskim Wschodzie zdają sobie z tego sprawę (VIDEO w oryginale artykułu – link tutaj):

Wiemy, że irańskie rakiety uderzyły z dużą siłą i precyzją w amerykańskie bazy, nie ograniczając się do przypadkowego niszczenia obiektów, ale celując w kluczowe elementy, takie jak centra dowodzenia oraz pasy startowe z myśliwcami i tankowcami powietrznymi. Wszystko to można wyjaśnić wykorzystaniem systemu satelitarnego, którego jednak Iran jeszcze nie posiada. Jak więc jest to możliwe?

Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 roku irańskie pociski i drony miały trudności z przebiciem się przez zaawansowaną elektronikę wojskową Izraela i Stanów Zjednoczonych. Zakłócenia i fałszowanie sygnału GPS wielokrotnie zakłócały działanie ich systemów naprowadzania, ograniczając ich skuteczność podczas wymiany ognia.

Jednak na początku 2026 roku, kiedy Iran został zaatakowany przez Usrael, od razu stało się jasne, że sytuacja uległa radykalnej zmianie: irańskie ataki precyzyjne zaczęły przebijać się przez obronę powietrzną, trafiając w cele strategiczne w Zatoce Perskiej z zaskakującą dokładnością.

Analitycy wywiadu wskazali kluczowy czynnik tej rewolucji: Iran zrezygnował z systemu GPS na rzecz chińskiego systemu nawigacji satelitarnej Beidou, którego podstawową strukturę przedstawia zdjęcie otwierające artykuł wikipedia.org/wiki/BeiDou.

Również w tym przypadku powstanie chińskiego systemu satelitarnego było wynikiem arogancji amerykańskiej: w 1993 roku chiński kontenerowiec płynący do Iranu został zmuszony do zatrzymania się na zewnątrz portów Bliskiego Wschodu pod zarzutem przewożenia sprzętu wojskowego. Zarzut ten został później wycofany, ale w międzyczasie Pekin zdał sobie sprawę, że wszystko to było możliwe za sprawą dezaktywacji systemu GPS na statku. Chiny uznały więc, że nie mogą już ufać systemowi kontrolowanemu przez obce państwo i rozpoczęły prace nad własnym systemem nawigacji satelitarnej, który dziś stanowi sieć o zasięgu globalnym i jest, nawiasem mówiąc, znacznie dokładniejszy od GPS (błąd pomiaru poniżej pięciu metrów), a ponadto odporny na zakłócenia.

Właśnie system Beidou, który docelowo będzie liczył 80 satelitów na orbicie niegeostacjonarnej, stanowi kluczowy punkt konfliktu, a Stany Zjednoczone po raz kolejny dały się zaskoczyć.

INFO: ilsimplicissimus2/i-missili-e-il-dragone

Sfingowanie „bankructwa wodnego”, część 2: Zmiany klimatyczne

Sfingowanie „bankructwa wodnego”, część 2: Zmiany klimatyczne

Podał: AlterCabrio , 21 lipca 2026

„Badanie wody” lub „nadzór nad mikrobami” w celu wykrycia ameb, azotanów lub innych groźnych substancji chemicznych może działać w ten sam sposób, w jaki działały testy PCR, czyli stworzyć „problem” wymagający rozwiązania.

Przygotuj grunt w mediach, wykorzystując propagandę, aby oswoić ludzi z myślą, że sytuacja się zmienia i woda może już nie być tak bezpieczna. Następnie, gdy będziesz gotowy, wyślij Agencję Ochrony Środowiska (EPA) lub Departament Środowiska, Żywności i Leków (DEFRA) na losowe badania terenowe.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Część pierwsza:

Sfingowanie „bankructwa wodnego”, część 2: Zmiany klimatyczne

Jeszcze w tym roku ONZ będzie gospodarzem ważnego szczytu poświęconego światowym zasobom wody. Globalna Konferencja Wodna 2026 ma na celu rozwiązanie problemu, który ONZ nazywa „bankructwem wodnym”, oraz realizację 6. Celu Zrównoważonego Rozwoju w ramach Agendy 2030.

Powiedzmy sobie jasno – nie mówimy o zaludnionych, suchych regionach, które przerastają swoje zasoby wodonośne, ani o starzejącej się infrastrukturze, która pozostaje w tyle za rozrostem miast. Wszystkie te problemy są aktualne i wymagają rozwiązania – ale nie o to chodzi w Globalnej Konferencji Wodnej. Jest to raczej punkt centralny globalnego „przemyślenia” [re-thinking] kwestii zaopatrzenia w wodę, mającego na celu dotarcie do nas wszystkich, nawet w regionach z regularnymi opadami deszczu i obfitością słodkiej wody.

Sprzedawana narracja jest taka, że ​​światowe zasoby wody są zagrożone w jakiś nowy i krytyczny sposób i konieczne są drastyczne – potencjalnie globalne – działania.

Innymi słowy, kolejny „kryzys”. Kolejna dialektyka heglowska. I wiemy, co to oznacza.

W pierwszej części tej serii omówiłem, w jaki sposób prasa i „eksperci” ostatnio przeinaczają, wyolbrzymiają i upraszczają kwestię zużycia wody w centrach danych, a także rolę, jaką ta bezczelna propaganda odgrywa w promowaniu rozwijającej się narracji o „bankructwie wodnym”.

Ale ta narracja to coś więcej niż tylko sztuczna inteligencja czy centra danych. „Zagrożenie” dla naszych globalnych zasobów wody jest już wielowarstwowe.

Jedną z tych warstw jest nieuchronnie zmiana klimatu.

Nie mam zamiaru ponownie rozpatrywać tutaj tak zwanego antropogenicznego globalnego ocieplenia (AGW). Są całe hektary stron na ten temat. Dość powiedzieć, że AGW to kwestia priorytetowa w przejmowaniu władzy nad światem przez globalistów. To wytwór skorumpowanej nauki i nieustającej propagandy, służący do usprawiedliwiania wszelkich despotycznych nadużyć, jakie może wymyślić rząd.

To, że zmiana klimatu doprowadzi do rzekomego „kryzysu wodnego”, nie jest nowym tematem; mówi się o tym od lat, a nawet dekad, i jest to nierozerwalnie związane z niezliczoną ilością przewidywanych katastrof, od kwaśnych deszczów, przez dziurę ozonową, po zanikające czapy lodowe.

Oczywiście medialne doniesienia o suszach są powszechne – niektóre absolutnie prawdziwe, inne wybiórczo wyolbrzymione lub zmanipulowane, by powoływać się na globalne ocieplenie – ale znamienne jest, że powtarzającym się motywem w najnowszych doniesieniach o panice związanej z brakiem wody NIE jest to, że zmiana klimatu sama przez się zmniejszy ilość wody, ale raczej to, że sprawi, że nasza obecna woda stanie się bardziej niebezpieczna do picia.

Niebezpieczne wody

Na ile udało mi się ustalić, narracja ta zaczęła się pojawiać pod koniec 2019r. i na początku 2020r. w artykułach takich jak ten:

Czy zmiana klimatu spowoduje zwiększenie obecności patogenów w wodzie pitnej?

W ciągu następnych kilku lat porzucili znak zapytania i stali się nieco bardziej asertywni:

Zmiany klimatyczne mogą pogorszyć jakość wody pitnej

Ostatnio ciągle pojawiają się nowe opowieści i artykuły na ten temat.

W lutym Agencja Ochrony Środowiska USA opublikowała raport zatytułowany „Zmiany klimatu a szkodliwe zakwity glonów w wodach słodkich”, w którym ostrzega:

Naukowcy nadal dokumentują liczne skutki zmian klimatycznych dla wód słodkich, estuariów i środowiska morskiego, a przewiduje się, że skutki te ulegną w przyszłości pogłębieniu.

Wiosną ubiegłego roku Yale School of Environment opublikowała następujący artykuł:

Jak zmiana klimatu zagraża bezpieczeństwu wody pitnej

Ostrzega on przed powodziami i pożarami związanymi ze zmianą klimatu, które mogą zanieczyścić wodę pitną.

W lipcu ubiegłego roku ONZ poinformowała, że ​​topniejące lodowce mogą uwalniać do wody pitnej prehistoryczne mikroby:

Klimatolodzy twierdzą, że wiele lodowców nie przetrwa tego stulecia, jeśli nie zostaną podjęte działania mające na celu spowolnienie tempa topnienia spowodowanego zmianami klimatu. Oznacza to, że mieszkańcy terenów położonych niżej od lodowców będą musieli stawić czoła fali powodzi, a także zagrożeniom ze strony reaktywowanych mikrobów w ocieplającej się kriosferze lub zamarzniętych częściach Ziemi.

W pokrywach lodowych, lodowcach i wiecznej zmarzlinie zamrożone są bakterie, grzyby i wirusy. Choć większość z nich jest martwa, niektóre pozostają w stanie uśpienia, a inne są aktywne. Wraz ze wzrostem globalnych temperatur do rekordowo wysokich, mikroorganizmy te staną się bardziej aktywne w wielu ekosystemach. Nawet jeśli topnienie uda się spowolnić poprzez ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, konieczne jest oszacowanie i przygotowanie się na potencjalne zagrożenia ze strony patogenów.

W styczniu Science Daily poinformował o „pilnych ostrzeżeniach” chińskich naukowców dotyczących rozprzestrzeniania się ameb w wodzie pitnej, co jest oczywiście spowodowane zmianami klimatycznymi:

mikroskopijne organizmy zyskują coraz większą popularność na całym świecie. Jest to spowodowane zmianami klimatu, pogarszającą się jakością systemów wodnych oraz ograniczonymi możliwościami monitorowania i wykrywania.

Zaledwie kilka dni temu Phys.org zrecenzował nowy artykuł zatytułowany:

Zmiany klimatyczne zmieniają ryzyko chorób przenoszonych drogą wodną, ​​ponieważ patogeny reagują inaczej

W maju w artykule w czasopiśmie „New Yorker” zatytułowanym „Nasza ocieplająca się planeta to szalka Petriego dla nowych i śmiercionośnych mikrobów” ostrzegano, że woda może stawać się coraz bardziej niebezpieczna w miarę ocieplania się planety ze względu na rozmnażanie się mikroorganizmów:

Bakterie „zjadające ciało” rozprzestrzeniają się. Pojawiają się zakaźne grzyby. Mikrobiomy mogą już nigdy nie być takie same. Czy jesteśmy gotowi?

Picie wody nie jest nawet głównym motywem, ale jest w nim obecne. Stanowi tło, dyskretnie ustala linię bazową.

A przekaz jest ciągły.

W niedalekiej przyszłości nadejdzie czas, gdy zmiany klimatyczne sprawią, że woda, która dotychczas była bezpieczna, stanie się niebezpieczna”.

Rozszerzają ten mem „bezpieczna woda staje się niebezpieczna” również na kwestie wykraczające poza zmiany klimatyczne.

Nowe badania ujawniają, że znaczna liczba Amerykanów ma niebezpieczny poziom azotanów w wodzie pitnej lub że „woda deszczowa na całej Ziemi nie jest już bezpieczna” z powodu „trwałych substancji chemicznych”.

Można by argumentować, że te stwierdzenia są do pewnego stopnia prawdziwe. Z pewnością poziom azotanów w wodzie pitnej budzi obawy od kilku dekad, od czasu rozwoju intensywnego rolnictwa. Ale od kiedy kontrolowane media w ogóle się tym przejmowały? I dlaczego – teraz – nagle zdają sobie sprawę, że to ma znaczenie?

Samo to, jak relacjonują, wskazuje kierunek narracji. Odkrywają swoje obawy dotyczące azotanów – ponieważ teraz jest to wygodne.

Wspólnym mianownikiem jest to, że – czy to za sprawą mikrobów, czy zanieczyszczeń – woda, która wcześniej była bezpieczna, może stać się w jakiś sposób niebezpieczna. To najbardziej nadużywane, emocjonalne i upolitycznione ze słów.

Rola „Bezpieczeństwa”

„Bezpieczny” to potężne słowo w despotycznym przemyśle kontroli. Jego definicja ciągle się zmienia, napierając na nas lub znikając za horyzontem.

Co jest „bezpieczne”?

„Bezpieczny” we współczesnym rozumieniu mediów to słowo definiowane odgórnie, przez organy regulacyjne i międzynarodowe gremia, co zapewnia im pełną kontrolę nad narracją. Piękne i atrakcyjne dla propagandystów jest jednocześnie uważane za absolutnie niezbędne przez większość ludzi, ale z drugiej strony całkowicie subiektywne, a zatem bardzo przydatne w manipulowaniu „rzeczywistością”.

To prawda, że ​​dotyczy to niemal wszystkiego – chorób, zanieczyszczeń, czerwonego mięsa lub… wody pitnej.

Każdy chce być bezpieczny. I wiele osób zniesie niemal wszystko, jeśli alternatywą będzie narażenie ich bezpieczeństwa.

„Pandemia” pokazała nam, że naukowe badania przesiewowe i testy mogą służyć do kontrolowania tempa i kierunku narracji. Wykorzystano fałszywe testy, przeprowadzane zgodnie z oficjalnymi protokołami, nie tylko po to, by stworzyć pandemię, ale także po to, by kontrolować przypływ i odpływ „zachorowań” i „zgonów” oraz poziom „bezpieczeństwa”, jakiego doświadczali ludzie.

Im więcej „testowali”, tym większe zagrożenie ujawniali. Im więcej niebezpieczeństwa ujawniali, tym większy strach społeczny pozwalał im na uchwalanie przepisów chroniących przed tym „zagrożeniem”.

Myślę, że ten sam model jest stopniowo wdrażany w przypadku „kryzysu wodnego”. Myślę, że to nie przypadek, że kilka artykułów, do których linkuję powyżej, deklaruje potrzebę „wzmocnionego nadzoru” (testowania) nad zaopatrzeniem w wodę.

„Badanie wody” lub „nadzór nad mikrobami” w celu wykrycia ameb, azotanów lub innych groźnych substancji chemicznych może działać w ten sam sposób, w jaki działały testy PCR, czyli stworzyć „problem” wymagający rozwiązania.

Przygotuj grunt w mediach, wykorzystując propagandę, aby oswoić ludzi z myślą, że sytuacja się zmienia i woda może już nie być tak bezpieczna. Następnie, gdy będziesz gotowy, wyślij Agencję Ochrony Środowiska (EPA) lub Departament Środowiska, Żywności i Leków (DEFRA) na losowe badania terenowe.

I bez większego wysiłku jesteśmy tylko kilka „testów” lub prostą korektą „zalecanych poziomów” od nagłego posiadania „niebezpiecznej” wody pitnej, co wymaga usunięcia z obiegu określonych zbiorników (dowolnej liczby) – dopóki woda nie zostanie uzdatniona lub „nie zostanie osiągnięty bezpieczny poziom X” (co będzie możliwe w dowolnym momencie, który wybiorą od teraz do końca świata).

W ten sposób prawdziwy niedobór wody może zostać wywołany z niczego, wyższe rachunki będą tłumaczone jako nieuniknione, a racjonowanie wody jako część dobrej, starej nowej normalności.

*

Mamy więc dwa elementy układanki.

Z jednej strony media promują uproszczone i zniekształcone informacje na temat zużycia wody w sektorze technologicznym. Ta dezinformacja ma na celu wzbudzenie strachu przed potencjalnymi niedoborami.

Z drugiej strony, alarmiści klimatyczni ostrzegają nas, że ta niewielka ilość wody, którą mamy, staje się dla nas coraz bardziej niebezpieczna do picia. To z kolei może zostać wykorzystane do wywoływania lokalnych „kryzysów” na żądanie, na wzór modelu „covidowego”.

Mamy już podwaliny poważnego globalnego „problemu”, ale jaki jest cel końcowy?

Aby się tego dowiedzieć, musimy przyjrzeć się potencjalnym „rozwiązaniom”, które zostaną zaproponowane.

Omówimy je w części trzeciej.

________________

Faking “Water Bankruptcy” Part 2: Climate Change, Kit Knightly, Jul 20, 2026