Chaos synodalny trwa, podczas gdy Leon XIV głosi „całościowy rozwój człowieka”

Chaos synodalny trwa,

podczas gdy Leon XIV głosi

„całościowy rozwój człowieka”

Date: 23 luglio 2026Author: Uczta Baltazara

Hej, tu nie ma na co patrzeć, przejść dalej. To tylko katastrofa, jaką jest nowy „katolicyzm”, z którym powinniście pozostać w komunii – czego wymaga Prevost.

Podczas gdy zniewieściali dostojnicy synodalni kręcą na YouTube pełne zadowolenia, nieuczciwe filmiki, w których nazywają Bractwo św. Piusa X „sektą protestancką” i robią wszystko, co w ich mocy, by odciągnąć wiernych od katolicyzmu, ludzie, którzy wciąż dają się zwieść przekonaniu, że tacy jak oni reprezentują Kościół Katolicki, powinni szybko zapoznać się z kilkoma przykładami obecnego upadku synodalnego, który ma miejsce na całym świecie.

——————————————————-

Seria najnowszych doniesień z różnych zakątków synodalnego świata ilustruje absurdalność twierdzeń synodalnych heretyków, że to właśnie oni są Kościołem Katolickim założonym przez Chrystusa.

Jedno z szeroko rozpowszechnionych zdjęć (fotografia wprowadzająca) przedstawia ekwadorskiego jezuitę „ks.” Wilo Haro Rivasa odprawiającego mszę na świeżym powietrzu podczas tak zwanych „rekolekcji duchowych”. „Kapłan” siedzi ze skrzyżowanymi nogami na macie, ubrany w dżinsy i bluzę, a na sobie [z szat liturgicznych] ma jedynie zieloną stułę, podczas gdy naczynia liturgiczne spoczywają na rozłożonych na ziemi płachtach, a nie na prawdziwym ołtarzu.

Zdjęcie oddaje atmosferę nieformalności, która nie godzi się z godnością tradycyjnie oczekiwaną podczas sprawowania Ofiary Mszy Świętej, ale oczywiście doskonale wpisuje się w nienawiść synodalnego „Kościoła” wobec katolicyzmu.

infovaticana/hoodie-jeans-and-a-chalice-on-the-mat-an-image-of-jesuit-decadence

Najwyraźniej na modernistycznej pustyni posoborowej takie właśnie przesłanie „słyszą od Ducha Świętego przeznaczone dla naszych czasów”, tj. sprowadzić świętą liturgię do poziomu prywatnej ekspresji twórczej celebransa, co stanowi świętokradczą kpinę z Ofiary Chrystusa.

FOTO: Tenże sam ekwadorski jezuita, „ks.” Wilo Haro Rivas…

W Kanadzie zaś wybuchł spór, gdy „ks.” Rico Passero z diecezji St. Catharines wziął udział w sodomskim cywilnym „ślubie” swego brata z partnerem tej samej płci. Zgodnie z jego własnymi wpisami w mediach społecznościowych, ów „kapłan”, pozostający w pełnej komunii z odstępczym Rzymem i uprawniony do ważnego udzielania „sakramentów”, opisał tę uroczystość jako „epicką” i „niesamowitą” oraz podziękował osobom, które były obecne, by wesprzeć parę, a podczas przyjęcia pełnił rolę mistrza ceremonii. lifesitenews/catholic-priest-attends-brothers-homosexual-wedding-calls-it-amazing-special

Ale hej, tu nie ma na co patrzeć, przejść dalej. To tylko katastrofa, jaką jest nowy „katolicyzm”, z którym powinniście pozostać w komunii – czego wymaga Prevost, bo w przeciwnym razie zostaniecie ekskomunikowani, tak jak ci z „protestanckiej sekty” w rodzaju FSSPX.

Kiedy nie pozwala się na wykłady muzułmańskie, zajęcia jogi czy pokazywanie meczów piłkarskich na dużych ekranach w parafiach, wrogowie Chrystusa znajdują inne sposoby, by stopniowo podważać wszystko, co święte i uświęcone. Ostateczny cel? – Aby przeciętny wierny nie dostrzegał już Boga w Kościele synodalnym, a jedynie człowieka i religię skoncentrowaną na człowieku.

Dla wielu wiernych jednak ciągłe zamykanie i sekularyzacja kościołów pozostają bardzo niepokojące. We Francji, kościół św. Józefa w Châteauroux jest przekształcany do użytku świeckiego zgodnie z procedurami kanonicznymi przewidzianymi w kanonie 1222. Według lokalnych doniesień budynek ma stać się halą wspinaczkową.

Tak, niech to do was dotrze. Oto owoce II Soboru Watykańskiego i synodalności. Chociaż prawo kanoniczne w wyjątkowych okolicznościach zezwala na przeznaczenie kościołów do celów nie sakralnych, bolesne jest obserwowanie, jak budynki niegdyś poświęcone do sprawowania Ofiary Mszy Świętej są przekształcane w miejsce bzdurnych zabaw.

Jest to szczególnie bolesne w kontekście świadomości, że właśnie ci ludzie, którzy mieli chronić wiarę, zdradzili ją i obecnie aktywnie niszczą wszelkie pozostałości katolicyzmu, jakie jeszcze pozostały w „cyrku synodalnym”.

W międzyczasie, wspomniana „sekta protestancka” rozrasta się ponad miarę, a plany budowy pięknego nowego kościoła katolickiego w Charlotte w Karolinie Północnej są już w zaawansowanej fazie realizacji. Tradycyjny katolicyzm, czyli prawdziwy katolicyzm, rozwija się i kwitnie, co dowodzi, że Matka Kościół pozostaje widoczna, choć jest mniejsza i obecnie nie ma prawowitego pretendenta do papiestwa. integritymagazine/exclusive-sspx-project-manager-reveals-charlotte-chapels-massive-expansion-plans

W ramach kolejnej próby zbezczeszczenia wszystkiego, co święte, wciąż trwa polemika dotycząca planów otwarcia bistro na tarasie Bazyliki św. Piotra, z którego rozciąga się widok na Rzym. Przedstawiciele Watykanu twierdzą, że projekt ten stanowi jedynie rozszerzenie oferty gastronomicznej już dostępnej dla zwiedzających wchodzących na kopułę

ilmessaggero.it/vaticano/bistrot_san_pietro_apertura_quando_settembre_stop_papa_leone_perche

infovaticana/il-controverso-bistrot-della-cupola-di-san-pietro-aprira-a-settembre-salvo-un-intervento-di-leone-xiv

Prawda jest taka, że utworzenie lokalu gastronomicznego w sąsiedztwie jednego z najświętszych kościołów chrześcijaństwa prowadzi do komercjalizacji tego najświętszego miejsca, co sprawia, że nie sposób nie tęsknić za pewnym Prorokiem z I wieku oraz Jego sposobem na rozwiązanie owego problemu przy pomocy bata.

A co robi w tej chwili rzekomy Namiestnik Chrystusa?

Z wielkim zaangażowaniem działa na rzecz swej “religii godności ludzkiej” i eko-pogaństwa. Leon XIV ma niedługo wręczyć pierwszy Medal Zrównoważonego Rozwoju – nazwany jego imieniem i ustanowiony przez Uniwersytet Villanova (amerykański uniwersytet augustiański) w uznaniu wkładu w ochronę środowiska, sprawiedliwość społeczną oraz to, co określa się mianem „integralnego rozwoju człowieka”. Konferencja towarzysząca wręczeniu nagrody zgromadzi naukowców, przedstawicieli Kościoła i liderów społecznych w celu promowania wspólnych inicjatyw środowiskowych inspirowanych encykliką „Laudato si’”. Ale spokojnie, jak zwykle nie będzie to miało absolutnie nic wspólnego z prawdziwym katolicyzmem.

……………..

Pierwszy Medal im. Papieża Leona XIV za działania na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju zostanie wręczony przez Ojca Świętego w Castel Gandolfo podczas Villanova International Sustainability Conference: “Odpowiadając na Wołania Ziemi i Ubogich”, która odbędzie się w dniach 12–15 października 2026 roku. Konferencja zgromadzi około 300 uczestników – w tym przedstawicieli środowisk akademickich, naukowców, przedstawicieli Kościoła, fundacji oraz liderów sektora publicznego i prywatnego – w ramach forum transdyscyplinarnego, którego celem jest przejście od dialogu do konkretnych, wspólnych działań. Zwycięzca pierwszej edycji medalu zostanie ogłoszony we wrześniu 2026 roku, przed konferencją i oficjalną ceremonią wręczenia nagród w «Borgo Laudato Si’» w Castel Gandolfo.

FOTO: Inauguracja i poświęcenie kompleksu «Borgo Laudato Si’» w Ogrodach Papieskich w Castel Gandolfo (@Vatican Media)

Papież Leon XIV, a wcześniej Robert F. Prevost, uzyskał w 1977 roku na Uniwersytecie Villanova tytuł licencjata nauk ścisłych w dziedzinie matematyki, a w roku 2014 uczelnia ta przyznała mu honorowy tytuł doktora nauk humanistycznych. vaticannews.va/pope/pope-leo-to-present-medal-on-sustainability-named-for-him.

………….

Tak więc, podczas gdy Rzym płonie w ogniu odstępstwa, herezji i świętokradztwa, Leon Niszczyciel gra na swych skrzypcach „godności ludzkiej”, obdarzając świat swoim faryzejskim uśmieszkiem.

INFO: radicalfidelity/synodal-shambles-continue-while-leo

…….

Eucharystia na piasku, z wiernymi w strojach kąpielowych…

Zdjęcie towarzyszące temu artykułowi zostało opublikowane przez katolicką gazetę „Avvenire” w artykule „Między Biblią, morzem a życiem razem: oto przepis na wakacje z Bogiem”.

avvenire.it/chiesa/tra-bibbia-mare-e-vita-insieme-ecco-la-formula-per-una-vacanza-con-dio

Inicjatywa „Sto płetw – Morze i Biblia” jest z pewnością piękna (realizowany na Sycylii, Sardynii, w Kalabrii i w Albanii: szlak „100 płetw – Morze i Biblia” został stworzony w 2010 roku przez ojców jezuitów). Tydzień poświęcony Słowu Bożemu, modlitwie, życiu wspólnotowemu i kontemplacji natury może stanowić autentyczną odpowiedź na duchowe pragnienie wielu młodych ludzi i dorosłych. Morze jest zresztą głęboko zakorzenione w geografii Ewangelii: na jego brzegach Jezus powołał uczniów, przemawiał do tłumów, uciszył burzę i przygotował chleb dla swoich przyjaciół. „Chodźcie na bok, sami, w ustronne miejsce, i odpocznijcie trochę” (Mk 6,31).

Jednak właśnie dlatego, że inicjatywa ta jest poważna i ambitna pod względem duchowym, zdjęcie opublikowane przez „Avvenire” rodzi pytanie, którego nie można zbyć jako zwykłej tradycjonalistycznej nostalgii:

Czy naprawdę należało odprawiać Eucharystię (bo na to wygląda) na piasku, z księdzem klęczącym przed przedmiotami ułożonymi na płótnie i niektórymi uczestnikami wciąż w strojach kąpielowych lub bikini?

Nie wszystko, co jest oryginalne pod względem duszpasterskim, jest z tego samego powodu również mądre pod względem duszpasterskim. Pragnienie wyprowadzenia Kościoła „poza zakrystie” nie może przerodzić się w zacieranie wszelkiej różnicy między celebracją a dniem spędzonym na plaży. Jezus spotykał ludzi na drogach i nad brzegiem morza, ale kiedy chciał sprawować Paschę, posłał uczniów, aby przygotowali odpowiednie miejsce: „On wskaże wam na piętrze wielką salę, urządzoną i już gotową; tam przygotujcie wszystko” (Mk 14,15). Kluczowe jest właśnie to słowo: “przygotujcie”.

Istnieje zatem niebezpieczeństwo, że Msza św. będzie postrzegana jako jedna z wielu atrakcji w ramach całodziennego programu: lectio divina, kąpiel, wycieczka, wspólne spędzanie czasu, a pomiędzy płetwami a ręcznikiem plażowym – także Eucharystia. Ale Msza nie jest zajęciem rekreacyjnym zawierającym elementy życia duchowego. Nie jest to animacja plażowa, ani też nastrojowy dodatek do zachodu słońca, mający uczynić owo doświadczenie bardziej emocjonującym. Jest to Pamiątka Śmierci i Zmartwychwstania Pana: „Czyńcie to na moją pamiątkę” (1 Kor 11,24). (…)

„Sto płetw – Morze i Biblia” zasługuje na uznanie za to, co proponuje. Ale właśnie dlatego zasługuje też na szczerą krytykę. Można modlić się w stroju kąpielowym, można zatrzymać się na plaży i czytać Ewangelię, można wielbić Boga nad brzegiem morza. Celebracja eucharystyczna wymaga jednak czegoś więcej: przygotowania, godności, skupienia i świadomości. W przeciwnym razie, próbując przenieść Chrystusa na plażę, ryzykujemy sprowadzenie Jego ołtarza do roli kącika pośród toreb, koszyków i strojów kąpielowych. A to nie jest tzw. “otwartość na świat”: to jest ryzyko zapomnienia o Tym, Komu oddajemy cześć.

INFO: investigatorebiblico/messa-in-spiaggia-tra-bikini-e-teli-e-davvero-questo-il-modo-di-celebrare-leucaristia-di-ib

Najnowszy atak administracji Trumpa na Międzynarodowy Trybunał Karny: Kolejna porażka w toku.

Najnowszy atak administracji Trumpa na Międzynarodowy Trybunał Karny: Kolejna porażka w toku. 

21 lipca 2026 r. Patrick Lawrence globalbridge-ch/der-neue-angriff-der-trump-regierung-auf-den-istgh-ein-weiterer-fehlschlag-in-der-mache

(Uwaga redaktora) Powszechnie wiadomo, że gdziekolwiek stacjonuje amerykański personel wojskowy, w tym w Niemczech, nie podlega on prawu krajowemu, lecz prawu amerykańskiemu, nawet w sprawach dotyczących przestępstw przeciwko cywilom, takich jak wykroczenia drogowe. Jednocześnie Stany Zjednoczone próbują unieważnić orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). Nasz amerykański felietonista, Patrick Lawrence, podzielił się swoimi przemyśleniami na ten temat. (cm)

================================

Od kilku lat widać wyraźnie, że polityczne kliki w Waszyngtonie zobowiązały się do przeciwstawienia się nadejściu XXI wieku, a jeśli to możliwe, do jego całkowitego zatrzymania. Gdybyśmy mieli szukać definiującej cechy amerykańskiej polityki ostatnich dekad, zasugerowałbym: odmowę spojrzenia w przyszłość i zaakceptowania realiów nowego stulecia. 

Scharakteryzowałem fundamentalny cel tych, którzy kształtują i wdrażają politykę USA w ten sposób, od ataków w Nowym Jorku i Waszyngtonie 11 września 2001 roku, kiedy globalna hegemonia Ameryki nagle legła w gruzach. Nieustępliwość, obstrukcja, nieustępliwość, reakcja: wszystko to działo się od tamtej pory. I jeszcze coś: od tamtej pory panowała również rozpacz. Jak mogłoby być inaczej dla narodu, którego intencją jest zatrzymanie koła historii?

Każda wojna agresywna, każda nielegalna interwencja, każda blokada i każdy nalot bombowy, każda nowa runda sankcji i sankcji wtórnych wobec innych państw, ich firm lub ludności, jeszcze bardziej uwidacznia tę desperację. Nie przypominam sobie żadnej znaczącej polityki USA od 2001 roku, która okazałaby się sukcesem – chyba że zniszczenie uznamy za sukces.

Wraz z pojawieniem się nowego porządku świata opartego na wielobiegunowości i równości między narodami, to, co nazwę międzynarodową sferą publiczną, stało się areną najbardziej zaciętej walki Waszyngtonu. Administracja Trumpa – a czy od 2001 roku istniała administracja USA, której desperacja była bardziej widoczna? – przekształca to teraz w otwarcie wypowiedzianą wojnę. Marco Rubio dał temu wyraz w zeszłym tygodniu, ogłaszając zamiar Waszyngtonu „systematycznego unieruchomienia” Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK). 

Oto krótki fragment oświadczeń sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Trumpa odnośnie planu sparaliżowania sądu:

[Cytat:]
„Wykorzystując wszelkie środki, jakimi dysponuje nasz rząd, i we współpracy z każdym sojusznikiem, z którym uda nam się połączyć siły, rozmontujemy Międzynarodowy Trybunał Karny – cegła po cegle, jeśli będzie to konieczne”.
[Koniec cytatu]

To nie jest nowy  démarche  ze strony Waszyngtonu. To radykalna eskalacja polityki prowadzonej od momentu powstania Międzynarodowego Trybunału Karnego 24 lata temu. Nie przypominam sobie żadnego innego działania podjętego lub planowanego przez Stany Zjednoczone od 2001 roku, które tak wyraźnie i boleśnie świadczyłoby o ich obawie przed wyłaniającym się nowym porządkiem świata i desperacji w dążeniu do unicestwienia globalnych dóbr wspólnych. 

Moje oczekiwania: Niezdarne twierdzenia Rubia okażą się kolejnym przykładem pustej retoryki, której spodziewamy się po Trumpie i jego zwolennikach. Stopień, w jakim ta „cegła po cegle” retoryka wyjdzie poza zwykłe słowa, będzie zależał od tego, jak bardzo obecny reżim w Waszyngtonie będzie nadal izolował Stany Zjednoczone w społeczności międzynarodowej. 

Stany Zjednoczone nigdy nie podpisały Statutu Rzymskiego, który został ratyfikowany przez 125 stanów w 1998 roku i oficjalnie wszedł w życie w lipcu 2002 roku. Miesiąc później Kongres USA uchwalił ustawę o ochronie amerykańskich żołnierzy (ASPA), zapewniając tym samym amerykańskiemu personelowi wojskowemu immunitet przed ściganiem przez Trybunał w przypadku oskarżenia o zbrodnie przeciwko prawu międzynarodowemu. Tak rozpoczęła się walka. 

Od tego czasu Waszyngton zmusił ponad 100 stanów do nieoddawania Amerykanów pod jurysdykcję Międzynarodowego Trybunału Karnego. Od czasu podpisania przez prezydenta Trumpa dekretu wykonawczego nr 14203 w lutym 2025 roku, miesiąc po objęciu urzędu w zeszłym roku, 11 sędziów i prokuratorów tego sądu podlega obecnie sankcjom USA. Tego rodzaju sankcje – zamrożenie kont bankowych, zablokowanie kart kredytowych, zablokowanie systemów płatności, takich jak PayPal – są obecnie powszechne; Unia Europejska regularnie nakłada te środki.

ASPA została uchwalona w celu ochrony amerykańskich żołnierzy w Afganistanie przed śledztwami prowadzonymi przez Międzynarodowy Trybunał Karny; EO 14203 miało na celu wzmocnienie immunitetu Amerykanów i Izraelczyków – rok i kilka miesięcy po rozpoczęciu ludobójstwa dokonanego przez syjonistyczne państwo terrorystyczne w Strefie Gazy i wsparciu udzielanym mu przez Amerykę.

■ 

Ucieczka Marco Rubio najwyraźniej zbiegła się z kluczowym głosowaniem w ONZ, zaplanowanym na 24 lipca, w sprawie odwołania Karima Khana, głównego prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), który jest jednym z osób objętych sankcjami Stanów Zjednoczonych, ze stanowiska z powodu zarzutów o molestowanie seksualne. Asystentka Khana, znana jedynie jako „Sarah”, wysunęła te oskarżenia w maju 2024 roku. Stało się to tuż przed tym, jak Khan apelował do MTK o wydanie nakazów aresztowania za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości przeciwko Bibiemu Netanjahu i Joawowi Gallantowi, ówczesnemu ministrowi obrony premiera Izraela. Oskarżenia te upubliczniono w październiku następnego roku.

Khan dobrowolnie wzięła urlop na czas trwania śledztwa prowadzonego przez sąd w sprawie tych zarzutów i od tamtej pory sprawa ta pozostaje fikcją. Panel sędziów powołany przez Zgromadzenie Państw-Stron, złożony z przedstawicieli dyplomatycznych państw członkowskich MTK, uniewinnił Khana od wszystkich zarzutów o niewłaściwe postępowanie w marcu ubiegłego roku. Od tego czasu Zgromadzenie, po nagłej zmianie swojego regulaminu, postanowiło jednak poddać Khan pod głosowanie w sądzie. Odkąd „Sarah” po raz pierwszy podniosła swoje zarzuty (których szczegółów odmawia ujawnienia), wpływy amerykańskie i izraelskie były widoczne w całej sprawie Khana. 

Ciekawostka: głosowanie 24 lipca w siedzibie ONZ w Nowym Jorku podobno opiera się na nowych zarzutach o niewłaściwe postępowanie. Khan nie tylko zaprzecza tym zarzutom – tak jak konsekwentnie robił to w przypadku innych oskarżeń – ale również „Sarah”.

Josep Borrell, były minister spraw zagranicznych UE, opublikował w zeszły piątek w  Project Syndicate miażdżący komentarz na ten temat  pod tytułem „Podważanie Międzynarodowego Trybunału Karnego  ”. Poniżej fragmenty artykułu Borrella, które warto przytoczyć w całości:

[Cytat]
„Niektóre instytucjonalne niepowodzenia wynikają nie ze skandali, lecz z procedur, z aktami sabotażu ukrytymi pod płaszczykiem rzetelnego śledztwa i odpowiedzialności. Zanim ktokolwiek zda sobie sprawę z tego, co się dzieje, szkody już zostały wyrządzone.
Obawiam się, że właśnie to widzimy w atakach na Karima Khana, głównego prokuratora Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. Najnowsze wydarzenia zdają się realizować cele, do których USA i Izrael dążą od miesięcy.
… Wrogom Khana udało się wywołać debatę na temat jego ewentualnego odwołania, zapoczątkowaną przez zarzuty o molestowanie seksualne. To klasyczny przypadek instytucji, która nie podporządkowała wewnętrznej sprawy zasadom (mianowicie praworządności), których powinna przestrzegać na całym świecie. Chociaż wewnętrzny organ sądowy – mechanizm stworzony przez sam Trybunał do badania takich spraw – zbadał zarzuty i stwierdził, że nie spełniają one progu udowodnienia niewłaściwego postępowania, ci, którzy naciskają na odwołanie Khana, nie poddali się…
Nie trzeba wierzyć w teorie spiskowe, aby uznać zbieżność interesów przywódców USA i Izraela. Administracja Trumpa i Netanjahu chcą tego samego: zapewnić, że żaden sąd międzynarodowy nie będzie mógł ścigać żołnierzy, strażników granicznych ani ich wybranych sojuszników, niezależnie od tego, jak poważne mogą być zarzuty o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości. Obie strony postrzegają „skandal Chana” jako idealną okazję do osłabienia trybunału .
Nie muszą go niszczyć z zewnątrz, skoro ich własne państwa członkowskie mogą go osłabiać od wewnątrz, ignorując orzeczenie sądowe i organizując głosowanie polityczne przeciwko człowiekowi, który podpisał nakazy aresztowania, które przysporzyły im najwięcej niedogodności.

W świetle prowokacyjnej groźby Rubia o zniszczeniu Trybunału, wydaje się, że administracja Trumpa zaangażowała się zarówno w zewnętrzną, jak i wewnętrzną działalność wywrotową. Pogląd Borrella na tę kwestię pokrywa się z moim: kampania przeciwko Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu (MTK) jest w istocie aktem oporu wobec postępu w zakresie praw człowieka w XXI wieku.

[Cytat]
„…Rubio nie tylko ogłosił zamiar rządu, by rozmontować MTK „cegła po cegle”. Przedstawił to przedsięwzięcie jako krucjatę cywilizacyjną. Przedstawiając Trybunał jako narzędzie postępowych aktywistów, elit globalistycznych i rządów wrogich USA, zapowiedział kampanię dyplomatyczną mającą na celu mobilizację wszystkich sojuszników, którzy popierają credo MAGA, czyli suwerenność narodową przeciwko globalizmowi”.
[Koniec cytatu]

Sprawa Juliana Assange’a, sfabrykowane oskarżenia o gwałt po atakach Hamasu w południowym Izraelu 7 października 2023 roku, niedawna wizyta Karima Khana w USA,  podważenie kampanii Grahama Platnera do Senatu – Platner krytykuje ludobójstwo w Izraelu i współudział Ameryki w nim: byłoby nudno, gdyby nie to, jak podstępnie Amerykanie i Izraelczycy regularnie uciekają się do oskarżeń o podłożu seksualnym, by zniszczyć swoich oponentów. Niczego nie trzeba udowadniać; generalne, bezpodstawne oskarżenia zazwyczaj wystarczają, by dokończyć operację. Dokładnie tak to ujął Josep Borrell: „Zanim ktokolwiek zorientuje się, co się dzieje, szkody już zostały wyrządzone”.

Los Karima Khana wisi obecnie na włosku i podzielam wyraźny sceptycyzm Borrella co do wyniku głosowania z 24 lipca. Niezależnie od tego, jak (godna podziwu) kariera Khana w Międzynarodowym Trybunale Kariera będzie kontynuowana, nie sądzę, aby te nasilające się wysiłki mające na celu zniszczenie trybunału zakończyły się dobrze dla Stanów Zjednoczonych.

Kiedy sekretarz stanu Rubio ogłosił nową strategię ataku administracji Trumpa, był zajęty nawiązywaniem kontaktów z sojusznikami, aby ich pozyskać. Te doniesienia przypomniały mi o staraniach Busha II, aby wciągnąć inne państwa do swojej „koalicji chętnych”, gdy przygotowywał się do inwazji na Irak pod koniec 2002 roku i aż do wybuchu wojny w marcu 2003 roku. To się nie udało: z wyjątkami takimi jak Wielka Brytania, „koalicja chętnych” ostatecznie przekształciła się w koalicję zmuszonych. Przewiduję, że znów będzie tak samo.

Mocarstwa europejskie – nie wspominając o państwach spoza Zachodu, które są wystarczająco silne, by stawić opór Amerykanom – zbyt mocno popierają Sąd Najwyższy, by uczestniczyć w działaniach administracji Trumpa zmierzających do jego likwidacji. Ostatecznie atak na Sąd Najwyższy – niezależnie od szkód, jakie wyrządzą Stany Zjednoczone (przez lata wyrządziły już znaczne szkody i z pewnością wyrządzą ich więcej) – okaże się sabotażem sięgającym zbyt daleko, pozostawiając Amerykanów w jeszcze większej izolacji w trzeciej dekadzie tego wieku niż jest obecnie.

Trump i jego podwładni są zdumiewająco niekompetentni – głupi, z prymitywnym poglądem na świat, jaki jest, i często wydaje się, że codziennie popełniają błąd w kalkulacjach. Atak na Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) to kolejny przykład. Ale nie można za to winić tylko Trumpa. To Ameryka po 2001 roku – niczego nie budująca, ale całkowicie oddana niszczeniu wszystkiego, co zwiastuje nadchodzący porządek świata.

(Uwaga redaktora) Oryginalny artykuł Patricka Lawrence’a w języku angielskim (USA) można przeczytać tutaj .

Von der Leyen wyznacza cele w Europie – paktem o dronach dla Ukrainy

Von der Leyen wyznacza cele w Europie – paktem o dronach dla Ukrainy

uncutnews-ch/von-der-leyen-malt-zielscheiben-auf-europa-mit-dem-drohnenpakt-fuer-die-ukraine

To nie jest lunatykowanie i pójście na wojnę. Oczy europejskich elit są szeroko otwarte – i działają z przerażającą determinacją.

Unia Europejska oficjalnie przyłączyła się do wojny z Rosją. W tym tygodniu przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podpisała „historyczny pakt” z Ukrainą w sprawie integracji produkcji dronów bojowych do ataków na Rosję.

Według doniesień Euronews umowa przewiduje również wspólną produkcję pocisków balistycznych.

Ta ogromna ekspansja produkcji wojennej ma być finansowana z 90-miliardowej pożyczki, którą UE udziela Ukrainie. Rachunek, który będą spłacać pokolenia europejskich podatników.

Von der Leyen została przyjęta w Kijowie przez Wołodymyra Zełenskiego, niewybranego prezydenta Ukrainy, który sprawuje władzę w stanie wojennym. W ten sposób dwie osoby pozbawione demokratycznego mandatu podejmują decyzje, które mogą wpędzić Europę w wojnę z Rosją na pełną skalę. Nominacja von der Leyen ma charakter polityczny; nie została wybrana przez naród. Wcześniej była ministrem obrony Niemiec – i, zdaniem autora, niezbyt przekonującym. Naznaczona oskarżeniami o korupcję i nadużycia władzy przy zakupie szczepionek przeciwko COVID-19 od dużych firm farmaceutycznych, von der Leyen jest uważana za doskonały przykład zasady „wznoszenia się przez porażki”.

Podczas swojej jedenastej wizyty w Kijowie od eskalacji konfliktu w lutym 2022 roku, von der Leyen oświadczyła, że ​​„następuje zmiana” w wojnie zastępczej NATO z Rosją. Wspomniała o nasilającej się fali ataków dalekosiężnych na terytorium Rosji i o przekazaniu 90 miliardów euro na sfinansowanie wojny.

W przemówieniu publicznym otwarcie stwierdziła, że ​​Unia Europejska jest teraz wyraźnie zaangażowana w wojnę jako sojusznik Ukrainy.

„W Europie dysponujemy już ogromnym potencjałem technologicznym i przemysłowym, który możemy wykorzystać. Mamy też bezpieczne zakłady produkcyjne, które mogą pomóc w zwiększeniu produkcji” – powiedziała von der Leyen.

Dodała:

„Brakuje nam sprawdzonej w boju wiedzy i doświadczenia, jakie zdobyła Ukraina. Dlatego musimy połączyć nasze siły. Razem możemy pracować nad wspólną produkcją”.

Innowacją, którą von der Leyen i jej planiści z NATO najwyraźniej uważają za szczególnie sprytną, jest produkcja amunicji w krajach europejskich, która rzekomo jest „bezpieczna” przed rosyjskimi atakami odwetowymi. Drony i pociski mają być następnie transportowane na Ukrainę, skąd mogą penetrować głęboko terytorium Rosji i atakować cele tak odległe jak Moskwa, a także zakłady naftowe i przemysłowe w całym kraju. W ostatnich miesiącach wspierane przez NATO ukraińskie drony zabiły setki rosyjskich cywilów. Według autorki, pakt von der Leyen daje tej kampanii zielone światło do dalszej eskalacji.

Szczególnie godne uwagi i głęboko niepokojące jest poczucie bezkarności von der Leyen. Najwyraźniej zakłada ona, że ​​państwa europejskie mogą służyć jako arsenał do ataków na Rosję, ale Rosja z kolei nie powinna mieć prawa podejmować działań odwetowych wobec UE lub NATO jako stron konfliktu. Autorka określa to stanowisko jako „niezwykle lekkomyślne i głupie”.

W rzeczywistości Unia Europejska, NATO i Stany Zjednoczone uczestniczą w tej wojnie zastępczej od czasu zamachu stanu w Kijowie w 2014 roku, kiedy to, według autora, zainstalowały i uzbroiły neonazistowski reżim. Ta wieloletnia rozbudowa uzbrojenia i przygotowania ideologiczne ostatecznie doprowadziły do ​​wojny w 2022 roku.

Od tego czasu Zachód przeznaczył około 400 miliardów dolarów na wsparcie reżimu, wysłał najemników i doradców NATO oraz zapewnił rozpoznanie celów, logistykę i wsparcie operacyjne dla pocisków dalekiego zasięgu.

Ponadto Ukraina zawarła dwustronne umowy wojskowe z poszczególnymi państwami członkowskimi UE, takimi jak Niemcy, Francja, Dania, Holandia i Norwegia. Wielka Brytania podpisała nawet stuletni pakt obronny. Wszystkie te umowy obejmują broń, myśliwce, drony i pociski rakietowe.

Jednak poparcie zaprezentowane w tym tygodniu przez von der Leyen ma szerszy zakres: po raz pierwszy cała 27-osobowa UE zobowiązuje się do wspierania wojny na poziomie przemysłowym.

W kwietniu rosyjskie Ministerstwo Obrony opublikowało listę europejskich firm i ich lokalizacji, które według Rosji są zaangażowane w działania wojenne na Ukrainie. Rosja oświadczyła, że ​​obiekty te mogą być w przyszłości uznane za uzasadnione cele działań odwetowych. Jak dotąd Rosja powstrzymuje się jednak od bezpośrednich ataków na państwa członkowskie UE i NATO. Biorąc jednak pod uwagę narastające prowokacje ze strony UE i NATO, pojawia się pytanie, jak długo ta powściągliwość się utrzyma.

Von der Leyen nazywa teraz ukraiński reżim „gwarantem bezpieczeństwa netto dla Europy”. Według autorki, ma to na celu usprawiedliwienie obciążeń ekonomicznych, jakie muszą ponosić obywatele Europy, podczas gdy fundusze publiczne płyną do skorumpowanego reżimu.

Zbiegając się z umową dotyczącą dronów i integracją gospodarczą UE z Ukrainą, Zełenski przeprowadził w tym tygodniu drugą w ciągu zaledwie kilku miesięcy rekonstrukcję swojego gabinetu. Najwyraźniej chciał stworzyć wrażenie, że podejmuje zdecydowane działania przeciwko korupcji. Premier Julia Swyrydenko została zdymisjonowana z powodu jej bliskich powiązań z byłym szefem sztabu generalnego Andrijem Jermakiem, który został zmuszony do rezygnacji w związku z poważnym skandalem korupcyjnym związanym z zamówieniami wojskowymi.

Autor twierdzi jednak, że Zełenski popełnił błąd, odwołując ministra obrony Mychajło Fiodorowa. Decyzja ta wywołała protesty w Kijowie i innych miastach. Fiodorow sprawował urząd zaledwie od sześciu miesięcy i był uważany za poważnego reformatora.

Jego wysiłki reformatorskie zraziły do ​​niego dowódców wojskowych, takich jak Naczelny Dowódca Ołeksandr Syrski, którzy chcieli utrzymać istniejący system korupcji. Nic dziwnego, że Zełenski ostatecznie poparł starą gwardię – między innymi dlatego, że pociąg z UE wart 90 miliardów euro miał wkrótce przyjechać do Kijowa.

Sytuacja rzeczywiście się zmienia – choć nie w sposób, jaki autor, jego zdaniem nierealistyczny, przewiduje von der Leyen. Rosyjskie wojska lądowe niszczą ostatnie ukraińskie linie obrony wspierane przez NATO, a nasilone rosyjskie naloty niszczą fabryki dronów w Kijowie i innych miastach.

Dlatego UE i NATO realizują obecnie nową strategię: produkcja dronów jest przenoszona z Ukrainy do krajów europejskich, pozornie po to, by znaleźć się poza zasięgiem rosyjskich ataków. Podstawowym założeniem jest to, że UE może bezpiecznie zwiększyć produkcję wojskową bez ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji.

Jak wyjaśnił profesor Richard Sakwa w wywiadzie udzielonym Glennowi Diesenowi w tym tygodniu, antyrosyjskie przywództwo UE popycha Europę coraz dalej w wojnę z Rosją. Decyzje podejmowane są w sposób autorytarny i bez demokratycznego mandatu. W efekcie Unia Europejska stała się dyktaturą wojenną.

Innym przykładem jest parada wojskowa z okazji francuskiego święta narodowego 14 lipca w Paryżu, podczas której wojska NATO, wraz z pułkami francuskimi i ukraińskimi, wzięły udział we wspólnej demonstracji konfrontacji z Rosją.

A zdaniem autora, urzędnicy państwowi, tacy jak Ursula von der Leyen, która otrzymuje roczną pensję wynoszącą około 400 000 euro , z przyjemnością w międzyczasie atakują państwa europejskie.

To nie jest lunatykowanie i pójście na wojnę. Oczy europejskich elit są szeroko otwarte – i działają z przerażającą determinacją.

Źródło: Von der Leyen maluje znaki na mapie Europy i Ukrainy dotyczące paktu dronów

Polska imperium naukowym, czyli cud metodologiczny w sezonie ogórkowym

Polska imperium naukowym,

czyli cud metodologiczny

w sezonie ogórkowym

Posted on 23 lipca, 2026 by jw blogjw/polska-imperium-naukowym-czyli-cud-metodologiczny-w-sezonie-ogorkowym

Polska imperium naukowym, czyli cud metodologiczny w sezonie ogórkowym

Sezon ogórkowy w pełni stąd ogłoszono wyniki ewaluacji polskich jednostek naukowych, z których wynika, że jesteśmy imperium naukowym i niech cały świat bierze z nas przykład, aby osiągnąć poziom takiej potęgi. I podobno osiągnęliśmy taki poziom w warunkach głodowych co winno budzić zawiść krajów sytych i hojnie finansujących swoje badania. Potęgą europejską to już byliśmy i to niezbyt długo przed upadkiem, ale potęgą światową i to po upadku, to nam się zdarza chyba po raz pierwszy. Co prawda naukowo nie skolonizowaliśmy jeszcze innych kontynentów ani wysp doskonałości naukowej, lecz po tej, a może kolejnych podobnych ewaluacjach zapewne i to nastąpi. Możemy. W końcu – cóż szkodzi obiecać? Gdy polskie jednostki naukowe opanują intelektualnie zacofańców, świat dopiero ruszy do przodu. Przecież nauka jest fundamentem rozwoju.

Ta ewaluacja zdaje się podważać powszechną opinię, że polska nauka znajduje się w zapaści z powodu chronicznego niedofinansowania. Okazuje się bowiem, że im mniej finansuje się naukę, tym lepsze osiąga wyniki – przynajmniej według tych samych środowisk, które od lat alarmują o dramatycznie niskich nakładach. Paradoks? A może cud metodologiczny.

W informacjach ministerialnych czytamy, że „od wyników ewaluacji zależą nie tylko prestiż uczelni i instytutów, ale także ich finansowanie oraz możliwość prowadzenia studiów i szkół doktorskich”.

„W ramach ewaluacji za lata 2022–2025 przygotowano do przyznania łącznie 1 241 decyzji administracyjnych dotyczących kategorii naukowych w 280 podmiotach” – poinformowało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w udostępnionym PAP komunikacie.

W kategorii A+ przyznano 106 decyzji, czyli w tylu przypadkach prowadzi się badania na światowym poziomie, w kategorii A, czyli świetnych, o znaczeniu międzynarodowym  – 392 decyzji. Te dwie kategorie łącznie stanowią około 40 proc. ogółu rozstrzygnięć. Takie decyzje podjęto.

Czy jest drugi taki kraj o takim poziomie badań naukowych? Trzeba podjąć niezwłocznie decyzję o powiadomienie świata o naszej pozycji w nauce światowej, bo wkrótce zostanie ogłoszony światowy ranking szanghajski i znowu będziemy dyskryminowani, nie na topie ale na odległych miejscach, albo wcale.

Nie pozwólmy sobie dłużej w kaszę dmuchać!

Złote iluzje Warszawy: Dlaczego amerykańskie bazy nie gwarantują bezpieczeństwa Polski

Złote iluzje Warszawy: Dlaczego amerykańskie bazy nie gwarantują bezpieczeństwa Polski

Maria Pawłowa o polskiej „bazomanii” i jej cenie. tass-ru/opinions

Maria Pawłowa

Maria Pawłowa , kandydatka nauk historycznych, starszy pracownik naukowy w Instytucie Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych (IMEMO) Rosyjskiej Akademii Nauk

22 lipca,

© Ian Hitchcock/Getty Images

W czerwcu polski minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz po raz pierwszy przedstawił sekretarzowi Pentagonu Pete’owi Hegsethowi swoją propozycję budowy stałej bazy wojskowej w Polsce, której budowę w całości sfinansowałaby Warszawa. Teraz, 22 lipca, wiceminister Paweł Zalewski w wywiadzie dla Radia Zet wyjaśnił, że rozważana jest możliwość utworzenia kilku takich obiektów.

To nie pierwszy raz, kiedy kwestia rozmieszczenia stałych amerykańskich baz powróciła do polskiego porządku obrad. Dlaczego?

Ponowne wejście

W polskiej polityce idea utworzenia stałej bazy amerykańskiej jest jednym z niewielu przykładów konsensusu między dwoma przeciwnymi blokami: obozem narodowo-konserwatywnym pod przewodnictwem lidera Prawa i Sprawiedliwości (PiS) Jarosława Kaczyńskiego i prezydenta Polski Karola Nawrockiego oraz liberalną Platformą Obywatelską premiera Donalda Tuska.

Politycy PiS, a zwłaszcza były prezydent Polski Andrzej Duda, próbowali „sprzedać” ten pomysł w 2018 roku pod kuszącą nazwą „Fort Trump”, która odpowiadała ambicjom amerykańskiego prezydenta. Warszawa poniosła jednak dość upokarzającą porażkę: negocjacje utknęły w martwym punkcie, a sam Donald Trump oświadczył w 2019 roku, że „zapomniał” o swojej umowie na budowę bazy.

Porażka poprzednika nie powstrzyma Nawrockiego przed ponownym promowaniem idei „absolutnego zjednoczenia” polskiego bezpieczeństwa ze strategią USA. Najwyraźniej pozostaje przekonany, że tylko osobiste, dwustronne porozumienia z Waszyngtonem mogą zapewnić Polsce niepodległość. Przedstawiciele koalicji rządowej starają się jednak mniej otwarcie kwestionować gwarancje NATO i działać bardziej pragmatycznie, kierując się prostą zasadą ministra obrony Kosiniaka-Kamysza: „Model stały jest zawsze lepszy niż rotacyjny”.

Magiczne myślenie

Bez względu na los „Fortu Trump 2.0”, debata nad jego powstaniem dostarcza interesujących spostrzeżeń na temat współczesnych polskich koncepcji bezpieczeństwa.

Głównym argumentem przemawiającym za tą ideą – zarówno wśród polityków, jak i lokalnej społeczności ekspertów – pozostaje przekonanie, że stała baza, w przeciwieństwie do 10000 żołnierzy amerykańskich stacjonujących w kraju na zasadzie rotacji, prawnie i infrastrukturalnie zwiąże Stany Zjednoczone z Polską i zapewni jej bezpieczeństwo.

Tego przekonania o cudownych właściwościach amerykańskiej bazy nie da się zachwiać nawet w obliczu licznych dowodów z ostatnich lat, że obecność wojsk amerykańskich nie gwarantuje bezpieczeństwa, a w niektórych przypadkach przynosi wręcz odwrotny skutek.

Obecna wojna w Zatoce Perskiej jest tego doskonałym przykładem: amerykańskie bazy w Katarze (Al Udeid), Bahrajnie (dowództwo 5. Floty), Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie zapobiegły irańskim bombardowaniom. Podobna sytuacja miała miejsce w Afganistanie w 2021 roku i w Gruzji w 2008 roku.

Jedynym sprzeciwem w samej Polsce jest proponowana lokalizacja obiektów. Według wstępnych doniesień bazy mają powstać na Dolnym Śląsku (na zachód od Wrocławia), w pobliżu Poznania i/lub Szczecina – czyli w zachodniej części kraju, blisko granicy z Niemcami. To położenie geograficzne spotkało się z krytyką wielu ekspertów wojskowych, którzy nazwali je nieskutecznym narzędziem „odstraszania Rosji” i próbą „ukrycia się w bezpiecznym miejscu za plecami polskich żołnierzy” przez Amerykanów.

Niektórzy komentatorzy żartują: czy polska armia będzie zmuszona sama bronić tych obiektów? Na razie brzmi to jak żart, choć władze już rozważają zaostrzenie kar dla żołnierzy za nieposłuszeństwo rozkazom w czasie działań bojowych – w tym dożywocie.

Jednakże symboliczne znaczenie bazy (lub baz) cenione jest niemal wyżej niż jej rzeczywisty potencjał militarny – rozmieszczenie stałego garnizonu powinno, zdaniem Warszawy, ostatecznie zapewnić jej rolę głównego węzła wojskowo-logistycznego na całej wschodniej flance NATO i znacząco podnieść jej status zarówno w samym sojuszu, jak i w Unii Europejskiej.

Krytyka projektu utworzenia stałej amerykańskiej bazy w Polsce pochodzi przede wszystkim od ekonomistów, którzy wskazują na ogromne dodatkowe obciążenie, jakie będzie to stanowić dla polskiego budżetu. W przeciwieństwie do rotacyjnej obecności, stworzenie od podstaw stałej infrastruktury – odpowiedniej dla około 5000 amerykańskich żołnierzy i ich rodzin – będzie wymagało ogromnych inwestycji ze strony kraju przyjmującego.

Obecnie koszt samego projektu bazy szacuje się na 10–12 miliardów złotych (około 2,3–4 miliardów euro). Takie „drobne szczegóły”, jak uczynienie z tej części terytorium Polski priorytetowego celu ataku (odwetowego) w przypadku hipotetycznego konfliktu, są w dzisiejszej dyskusji po prostu odrzucane jako nieprzyjemne wydatki.

Gorączka wojenna z deficytem budżetowym

Oczywiste jest, że argumenty ekonomiczne raczej nie zostaną wzięte pod uwagę przez władze i nie będą odstraszać Warszawę. Polska pozostaje liderem pod względem tempa wzrostu wydatków na militaryzację, choć pogłębianie tej spirali spadkowej nie leży w jej interesie narodowym.

Na masowym zbrojeniu Europy korzystają przede wszystkim Stany Zjednoczone, największy eksporter broni na świecie, którego udział w globalnym rynku osiągnął 43% w ciągu ostatnich pięciu lat. Pomijając azjatyckich klientów Waszyngtonu, takich jak Japonia, Korea Południowa i Indie, a także Australię i Bliski Wschód, kraje europejskie są kolejnymi największymi importerami amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Polska jednak zdecydowanie utrzymuje pod tym względem pozycję lidera w UE.  

Dzisiejsza „gorączka militarna” jest również w dużej mierze odpowiedzią na presję ze strony Stanów Zjednoczonych, które naciskają na sojuszników na całym świecie, od Kanady po Australię, aby zwiększyli budżety obronne (co, rzecz jasna, stymuluje amerykański eksport broni). W odpowiedzi Bruksela uruchomiła projekt EU SAFE (Security Action for Europe), mający na celu ograniczenie skali importu broni z krajów trzecich, co wyraźnie zirytowało zarówno Biały Dom, jak i całe amerykańskie lobby wojskowo-przemysłowe.  

Niemniej jednak ciągłe promowanie mitu zagrożenia „rosyjską inwazją” na Zachodzie – w tym w Polsce – przyczyniło się do długotrwałego boomu zbrojeniowego, przede wszystkim amerykańskiego. Amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy dominuje dzięki istniejącym mocom produkcyjnym, których obecnie brakuje europejskim fabrykom, oraz technologicznemu uzależnieniu nabywców od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu.

Co więcej, Waszyngton udziela swoim sojusznikom ukierunkowanych pożyczek pod warunkiem, że kupują wyłącznie broń amerykańską, podczas gdy sama infrastruktura wojskowa Polski jest początkowo standaryzowana, aby odpowiadała amerykańskim bazom. Ma to implikacje geopolityczne, makroekonomiczne i mikroekonomiczne. Od 2022 roku sektor ten wykazuje wykładniczy wzrost: na przykład lider branży, Lockheed Martin, sprzedał rekordową ilość sprzętu wojskowego i oprogramowania w 2025 roku – ponad 75 miliardów dolarów – z zyskiem operacyjnym na poziomie 10,3%. W obliczu powszechnej paniki – podsycanej przez zachodnie elity – gracze europejskiego przemysłu zbrojeniowego również biją historyczne rekordy pod względem przychodów i wolumenu produkcji.

Starając się dotrzymać kroku liderom, Warszawa zwiększa nie tylko zakupy uzbrojenia, ale także deficyt budżetowy. Według prognoz, dochody skarbu państwa w 2026 roku wyniosą 647,2 mld zł (około 149,5 mld euro). Jednak pomimo wysokich obciążeń podatkowych dla ludności, ten rok będzie naznaczony rekordowym deficytem budżetowym – co najmniej 271,7 mld zł (około 62,8 mld euro).

Z makroekonomicznego punktu widzenia destabilizuje to cały system kraju, zwłaszcza że ogromny deficyt pogłębia ujemne saldo płatności zagranicznych spowodowane rosnącym importem zagranicznego sprzętu wojskowego. Kumulując długi zarówno w kraju, jak i za granicą, Polska płaci za swoją „bazo-manię”.

I choć przyczyny tego zjawiska leżą w sferze irracjonalności, jego finansowe konsekwencje dla przyszłości kraju będą całkowicie racjonalne i namacalne.

Gozdów 1944. Zapomniana zbrodnia SS Galizien

Gozdów 1944. Zapomniana zbrodnia SS Galizien

magnapolonia/gozdow-1944-zapomniana-zbrodnia-ss-galizien

Gozdów 1944, czyli  Zapomniana zbrodnia SS „Galizien”.

W czasie, kiedy Ukraińcy grożą Polsce spadającymi dronami na polskie miasta, a w Sejmie lewicujący posłowie wznoszą okrzyki, jakie towarzyszyły bestialsko mordowanym zwykłym Polakom przez bandy UPA obowiązkiem Polaków jest upominać się o prawdę historyczną.

Przy obecnym zatwardziałym ustosunkowaniu się Ukraińców przy kulcie band odpowiedzialnych za śmierć tysięcy bezbronnych ludzi strona polska nie ma po co tracić czasu na jałowe dyskusje z gloryfikatorami nazistów i sadystów. Dziś już  tylko ktoś niemądry może ufać w szczere intencje strony ukraińskiej, w tym rzetelne przeprowadzenie ekshumacji ofiar szowinistycznej polityki UPA.

Dlatego też musimy pamiętać, że w obecnych granicach Polski w latach powojennych bandy banderowskie starały się na terenach przez siebie uznanych za ukraińskie zrobić powtórkę Wołynia w stosunku do każdego, kto nie wpisywał się w ich rasistowskie poglądy. Posiadając tę wiedzę, na niej powinniśmy budować fundamenty prawdy historycznej.

Bandy UPA i sławiona obecnie na Ukrainie 14. Dywizja SS “Galizien” mają na swoim koncie liczne zbrodnie, jakich dopuściły się wobec cywilów w granicach obecnej Polski. Jako państwo wiarygodne powinniśmy pochylić się nad tymi zbrodniami i zebrać jak największy materiał badawczy. Tam, gdzie jest to możliwe powinny odbyć się ekshumacje przy obecności obserwatorów międzynarodowych tam, gdzie jest szansa dotrzeć do rodzin pomordowanych powinno zebrać się zdjęcia, spisać wspomnienia.

Jeśli w wykazie osób brutalnie zamordowanych za to, że byli Polakami, zaczną oprócz liczb i kolumn z nazwiskami, pojawiać się ich zdjęcia, aby każdy mógł spojrzeć w twarz tym, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomość zagrożenia własnego życia i życia najbliższych przez odrodzoną na Ukrainie ideologię stanie się realna.

Portal Magna Polonia ma już na swoim koncie odkrycie zapomnianych, lecz istotnych kart polskiej historii

magnapolonia.org/skrepowano-im-rece-a-nastepnie-wprowadzono-do-stodoly-i-spalono-zywcem/ ;

magnapolonia.org/udalo-sie-odnalezc-grob-jednego-z-nich/ ;

magnapolonia.org/nowe-informacje-o-polskim-marynarzu-kto ), dlatego też pochyla się nad kolejną zapomnianą kwestią dotyczącą ludobójczej działalności UPA i SS Galizien na terenach obecnej Polski.

W marcu 1944 roku żołnierze ukraińskiej dywizji SS- Galizien i policja ukraińska w służbie niemieckiej dokonała pacyfikacji wsi Gozdów (gmina Werbkowice, powiat hrubieszowski). W wyniku ich działalności życie straciło ok. 30 mieszkańców wsi, w tym kilkoro dzieci i kobiet.

Na liście ustalonych osób ukraińskiego pogromu polskiej ludności cywilnej udało się zidentyfikować:

  1. Józef Bekon lat 36
  2. Władysław Bekon lat 18
  3. Józef Barański lat 31
  4. Władysław Bednarczuk lat 36
  5. Ignacy Betkowski 36 lat
  6. Piotr Grzelecki 40 lat
  7. Czesław Kaluba 22 lat
  8. Marian Koryczko 23 lat
  9. Mieczysław Kowalczyk 20 lat
  10. Łukasz Kowalczyk 55 lat
  11. Wincenty Krawczyk 45 lat
  12. Jan Omelczuk 40 lat
  13. Józef Pęczko 30 lat
  14. Zygmunt Pękalski 21 lat
  15. Eliasz Sen 52 lat
  16. Walenty Strzępek 20 lat
  17. Zygmunt Surowiecki 21 lat
  18. Kazimierz Świec 41 lat

Takich spacyfikowanych polskich wsi przez obecnie gloryfikowane na Ukrainie jednostki SS Galizien było mnóstwo. Przykładowo 2 lutego 1944 roku oddziały niemieckiej żandarmerii, SS i jednostki SS Galizien dokonały pacyfikacji wsi Wólka Szczecka (gmina Gościeradów), gdzie zamordowano ponad 200 mieszkańców, w tym ok. 50 kobiet i 20 dzieci2.

Apelujemy o kontakt wszystkich bliskich ofiar –  jeśli posiadacie zdjęcia, wspomnienia ofiar band UPA, SS Galizien lub innych ukraińskich oddziałów kolaborujących z III Rzeszą skontaktujcie się i podzielcie się tą tragiczną kartą polskiej historii. Niech przykład Waszych bliskich będzie ostrzeżeniem przed powtórką z historii. Już starożytni mówili, że historia jest nauczycielką życia. Uczmy się na tragedii przodków, zamiast powtarzać tę lekcję.

Krytyczne uzależnienie Izraela od paliwa

Krytyczne uzależnienie Izraela od paliwa

Larry C. Johnson

Co się dzieje z izraelskimi twardogłowymi? Po posiedzeniu gabinetu bezpieczeństwa pod przewodnictwem premiera Benjamina Netanjahu, Smotrich oświadczył:

„Obecna sytuacja, w której konflikt między Iranem a Stanami Zjednoczonymi pozostaje ograniczony, jest właściwa i najlepsza dla nas. Nie chcemy się w nią angażować”.

Wyjaśnił dalej, że ostatecznym celem Izraela jest osłabienie i ostateczne obalenie reżimu irańskiego, a presja ekonomiczna – powołująca się na wysoką inflację i dewaluację waluty w Iranie – jest obecnie najskuteczniejszym sposobem osiągnięcia tego celu. Argumentował, że ograniczona konfrontacja między USA a Iranem, w tym presja związana z Cieśniną Ormuz, przyniosła korzyści Izraelowi bez konieczności bezpośredniego zaangażowania militarnego Izraela.

Ale czy mówi prawdę?

Może istnieć jeszcze inny powód, dla którego Izrael, pomimo pewnych agresywnych gróźb Netanjahu, chce uniknąć głębszego zaangażowania w wojnę z Iranem. Myślę, że odpowiedź może kryć się w ocenie, którą otrzymałem kilka dni temu od znajomego. Jest on ekspertem ds. energii i aktywnie współpracuje z krajami Bliskiego Wschodu jako konsultant.

Oto jego główne wnioski:

KLUCZOWA OCENA:

Zdolności militarne Izraela są krytycznie uzależnione od paliwa. Siły Powietrzne stanowią fundament armii, czyli „obrony narodowej”, strategicznego zasięgu oraz wszelkich przedłużających się konfliktów z Iranem, Libanem, Jemenem lub na wielu frontach jednocześnie. Krajowy system zaopatrzenia w paliwo ze średnich destylatów koncentruje się na dwóch rafineriach, a większy kompleks rafineryjny w Hajfie nadal zmaga się z problemami strukturalnymi. Awaria obu rafinerii spowodowałaby stratę około 104 000 baryłek oleju napędowego i paliwa lotniczego/nafty dziennie. Żaden bezpieczny zewnętrzny system zaopatrzenia nie jest w stanie zastąpić zapotrzebowania wynoszącego 88 000 baryłek dziennie podczas przedłużającej się wojny w wymaganej skali i tempie. Jeśli opcje importowe również zawiodą, Izrael stanie w obliczu wyścigu z czasem z obecnymi zapasami, stopniowo paraliżując operacje powietrzne, logistykę naziemną, obronę powietrzną, awaryjne zasilanie i ogólne zdolności wsparcia wojskowego.

Podsumowanie: Cztery krytyczne słabości

KONCENTRACJA KRAJOWEJ MOCY RAFINERYJNEJ. Izrael nie posiada geograficznie zdywersyfikowanego systemu rafinacji. Dwie rafinerie obsługują praktycznie całe krajowe zapotrzebowanie. Obecnie planowane jest wydobycie około 82 300 baryłek oleju napędowego i 22 000 baryłek paliwa lotniczego/nafty dziennie. Hajfa dostarcza około dwóch trzecich wszystkich średnich destylatów i około 70% oleju napędowego. Awaria samej Hajfy spowodowałaby deficyt 52 000 baryłek dziennie. Awaria obu rafinerii całkowicie wyeliminowałaby krajowe dostawy.

ISTNIEJĄCE NIEDOCIĄGNIĘCIA STRUKTURALNE.

Chociaż Hajfa działa, nie jest to obiekt w pełni odporny na awarie. Uzależnienie od połączonych systemów zasilania, pary, energii elektrycznej, rurociągów i przesyłu sprawia, że ​​cały kompleks jest podatny na awarię pojedynczego systemu. Ryzyko strategiczne wiąże się nie tylko ze zmniejszoną zdolnością produkcyjną, ale także z możliwością dalszych zakłóceń, które mogą jednocześnie wpłynąć na wiele systemów produkcyjnych i dostawczych.

BRAK BEZPIECZNEGO SYSTEMU ZAPASOWEGO.

W przypadku awarii obu rafinerii, w scenariuszu przedłużającej się wojny, około 88 000 baryłek destylatów średnio-naftowych dziennie musiałoby być dostarczanych z zapasów i importu. Dostawy przez Morze Czarne są poważnie ograniczone, globalny handel paliwem lotniczym i olejem napędowym jest nadwyrężony, moce przerobowe rafinerii w Zatoce Perskiej są zagrożone, a każda importowana baryłka jest uzależniona od ubezpieczenia, transportu, rozładunku, certyfikacji i dystrybucji w kraju. Chociaż Izrael ma możliwości zaopatrzenia, brakuje mu bezpiecznej struktury zapasowej, która mogłaby zastąpić krajowy system rafinacji w wymaganym zakresie.

Zdolność operacyjna wojska zależy od średnich destylatów. Siły Powietrzne Izraela stanowią fundament odstraszania, obrony narodowej, strategicznego zasięgu i wszelkich długotrwałych wojen na wielu frontach. Paliwo lotnicze utrzymuje samoloty w powietrzu; olej napędowy napędza cały system, który w ogóle umożliwia wykorzystanie sił powietrznych – obronę powietrzną, mobilność naziemną, logistykę, łączność, zasilanie awaryjne, konserwację i funkcjonowanie baz wojskowych. Kryzys paliwowy wpłynąłby zatem nie tylko na Siły Powietrzne, ale na całą zdolność operacyjną wojska.

Powiem prościej.

W ciągu pierwszych pięciu tygodni operacji Epic Fury izraelskie rafinerie w Hajfie i Aszdodzie zostały trafione i poważnie uszkodzone. Te dwie rafinerie mają kluczowe znaczenie dla zdolności Izraela do produkcji oleju napędowego i paliwa lotniczego.

Izrael obecnie ledwo utrzymuje się na powierzchni, ale nie ma znaczących rezerw. Dalsze uszkodzenia tych rafinerii wywołałyby kryzys paliwowy, zwłaszcza w odniesieniu do produkcji paliwa lotniczego.

Bez paliwa lotniczego zdolność Izraela do kontynuowania bombardowań Libanu i Gazy byłaby poważnie ograniczona, a nawet całkowicie niemożliwa. Niedobór oleju napędowego sparaliżowałby również izraelskie operacje naziemne.

Krótko mówiąc: ponowne ataki Iranu na izraelskie rafinerie mogą uniemożliwić Izraelowi kontynuowanie działań wojennych.

Co o tym myślisz?

Źródło: KRYTYCZNE NARAŻENIE IZRAELA NA PALIWO

Autobus z napisem „koniec”

Autobus z napisem „koniec”

autobus ses

19 lipca, wpis nr 141 Jerzy Karwelis

Do tego artykułu miałem wiele linków z internetu, ilustrujących moje tezy. Kiedy dziś sięgnąłem do nich to okazało się, że… nie istnieją. A więc ogłaszam wielki wjazd sprawy ukraińskiej do algorytmów cenzurujących media społecznościowe. Rzecz jasna, bo jak by inaczej, na zgłoszenie samych polskich władz, a może nie tylko polskich…

Zazwyczaj nie poddaję się chwilowym módkom medialnym. Odczekuję trochę, by zobaczyć czy to dłuższa opowieść, ale i tak czekam dalej, by zrozumieć po pierwsze o co tak naprawdę chodzi i jeśli chodzi o coś poważniejszego niż odwracanie uwagi od rzeczy istotnych kolejną przykrywką, to zastanawiam się dopiero o co tak naprawdę chodzi? Ale dzisiaj zrobię wyjątek – wrócę do afery z awanturą w autobusie w Bielsku-Białej. Ukazał się filmik, kręcony przez poszkodowane ukraińskie dziewczyny, z którego wynika, że jakiś raptus zelżył je słownie, co dziewuszki nagrały.

Po tej publikacji mieliśmy do czynienia z falą oburzenia, nie tylko na agresora, ale na wzrastającą falę szowinizmu antyukraińskiego, co dało asumpt do pociągnięcia sprawy – zelżone dziewuszki, to ofiary Brauna (to jasne), Bosaka (to już mniej jasne) i… Czarnka (co już jest sporym zaskoczeniem). Wylały się wiadra zatroskania nad stanem polskiej duszy, pojawiły się kuriozalne zarzuty o rasizm. Nawet w tej sprawie odezwali się najważniejsi politycy, łącznie z ukraińskimi. Powtórzę jeszcze raz – to wszystko z powodu jednej awantury w autobusie. Nasze stosunki między narodami stanęły na granicy. Przystanku autobusowego.

Taka w sumie głupota, a właściwie reakcja na nią pokazuje głębsze pokłady przyczynowo-skutkowe, ale daje też szansę na przewidzenie przyszłości. Tak, taki bzdet daje nam aż tyle możliwości. Trzeba tylko metodą księdza Bozowskiego oddzielić przypadki od znaków. A tu mamy poważny znak. Po pierwsze – samo nagłośnienie akcji. Od zdarzenia, do wypłynięcia całej sprawy upłynął cały weekend. Aferę miała nagłośnić znana z proroctw pożarowych aktywistka ukraińska z polskim obywatelstwem, niejaka Natalia Panczenko. Nagranie miał też ujawnić pan Strelnikow, aktywista ukraiński (co to znaczy właściwie – aktywista ukraiński, aktywista w czym? Skoro siedzi w Polsce, to nie chyba aktywista pomocy Ukrainie, gdyż w tym wypadku siedziałby w okopach), który stwierdził, że to film jego córki, zaś z kolei jego starsza córka, która obejrzała film stwierdziła, że sama z koleżankami była obiektem podobnych jak w bielskim autobusie ataków. W rezultacie sprawa się zaczęła zagęszczać frekwencyjnie. Okazało się, że w duszach polskich czai się (i czaił do zawsze – zawsze? nawet od lutego 2022 na granicach?) skrywany szowinizm w stosunku do Ukraińców, to genetycznie przeniesione przez wieki poczucie wyższości panów Lachów wobec siczowej czerni.

Reakcja

Sama sprawa pokazuje, że jak coś ma zaistnieć publicznie, to musi być nagrane. Bez filmiku – nie ma sprawy. Same opowieści, nawet teksty nie przemawiają do niegramotnej części widowni. Obraz mówi wszystko. Ale cały obraz. Zaraz pojawiły się głosy strony przeciwnej – jak w Polsce się coś dzieje to zaraz objawia się „strona przeciwna” – że filmik powinien być puszczony w całości, by zobaczyć co takiego sprowokowało faceta do takiej reakcji. No bo fakt – z filmu wynika, że dziewczynki spokojnie przechodziły właśnie z tragarzami i nagle zaczepił je facet z wyzwiskami. Ot tak, po prostu. Ważne jest więc cóż to takiego mogło spowodować taką (nad?)reakcję. Filmików to wskazujących nie widziałem, ale widziałem opisy, że dziewuszki zachowywały się głośno i wyzywająco, grały na full muzykę ze smartfonów i zakładały nogi w butach na siedzenia. Na zwróconą im uwagę przez mężczyznę miały go opluć i zacząć nagrywać filmik.

Wyszło ostatnio, że tak naprawdę słowny agresor tak naprawdę to opieprzał matkę tych dziewczynek, która nie reagowała na uwagi, żeby jej dzieci zdjęły nogi z siedzeń, a więc cały kontekst (szowinistyczna agresja na biedne dziewczynki) ma inny wymiar, zaś opieprzana pani okazała się żoną wspomnianego aktywisty, teraz już wiadomo aktywisty od czego.

Tu mała dygresja. Mój znajomy popadł kiedyś w toksyczny małżeński związek. Żona od dawna chciała go wystawić na przemocowca, by rozwieść się z sutym orzeczeniem o winie. Oczywiście robiła to w pełnej konspirze, facet – jak to wielu w naszych czasach – się nie orientował, że intryga trwa od dawna. Otóż okazało się, że jego żona zaczęła coraz częściej prowokować awantury, łącznie z atakami fizycznymi na małżonka. Ten prowokowany reagował różnie, z tym, że żona nagrywała takie przypadki, ale dopiero od momentu samej reakcji, nie jej czynu, który prowokował odwet. W czasie rozprawy w sądzie – a po to to było robione – pokazywała filmiki, gdzie agresor nie wiadomo dlaczego ją atakuje, wyzywa i awanturuje się. Na szczęście sąd nie dał temu wiary właśnie na zasadzie wątpienia, że tak po prostu, bez powodu facet wychodził z nerw.

Nie twierdzę, że to w autobusie było ustawką. Tego nie wiem, ale widzę, że wielu patrzy w tę stronę. Twierdzę natomiast, że cała ta histeryczna reakcja ustawką już była. Rozdęcie tej sprawy do granic możliwości, reakcje mediów i władz na taką w sumie głupotę wskazują na specjalne grzanie tej sprawy. Piszę „głupotę”, bo dzień przed wypadkami w autobusie w Bytowie trzech Ukraińców pobiło na śmierć Polaka i jakoś w mediach nic się nie działo. Związek Ukraińców nie wezwał (swoich) do opamiętania się, zaś ambasador ukraiński odezwał się, ale dopiero dzień po zajęciu swego twardego i zatroskanego stanowiska w sprawie słownej zbrodni w bielskim autobusie. Mamy więc do czynienia z selektywną narracją, a to już są procesy z gruntu sterowane.

To dość długi proces. Ja go pamiętam jeszcze z czasów kowidowo minionych, kiedy doszło do pewnego wypadku. Facet wjechał samochodem w przystanek i nauszkadzał ludzi, łącznie ze zgonem. Nic nie zwróciłoby mojej uwagi, gdyby nie to, że w prasowym opisie tego zdarzenia kierowcę określono inicjałem A. Zazwyczaj podaje się pełne imię i pierwszą literę nazwiska, by zanonimizować sprawcę. A tu podano inicjał imienia. Wpadłem na to, że nie po to żeby zanonimizować sprawcę, ale… jego pochodzenie. I sprawdziłem – okazało się, że gościu ma na imię Andrij i już samo imię wskazuje na ukraińskie pochodzenie sprawcy. A tak nie można, bo wzbudzi się jeszcze niechęć do naszych gości spod bomb. Żeby sadystycznie podrążyć sprawę zadzwoniłem na policję, tam po ganianiu się pomiędzy tymi co wiedzą (policja) ale nie powiedzą, a rzecznikiem (który nie wie i o tym mówi) doszedłem, że decyzja o zatarciu imienia jest decyzją prokuratury. Zgodziłem się z rzecznikiem, że już samo to świadczy o tym, że bronimy publiczność przed wiedzą o pochodzeniu sprawcy.

Anonimowi sprawcy politycznej poprawności

W tym wypadku mamy dwa warianty rozwinięcia zagadnienia. Po pierwsze – jak piszą, że coś nabroił Polak, to oznacza żebyśmy rasistowsko nie spekulowali, nasza wina, ale i droga dedukcji – jak nie piszą, że to Polak, to na bank Ukrainiec. Jest tez drugi sposób – nic. Nic, nawet imienia, żadnych liter, żadnych wspominek o pochodzeniu. Po prostu kręcimy się w kosmosie bezimiennych kosmopolitów, anonimowych tylko po to, byśmy nie wyciągali z tych swoich brudnych dusz ukrytych złogów szowinizmu.

Cała sprawa odzwierciedla trendy zachodnie, polegające na ukrywaniu pochodzenia sprawców, by uchronić publiczność przed pokusami ksenofobicznymi, że to jednak nie był dobry pomysł z tą migracją. Skończyło się to systemowymi problemami z NIEŚCIGANIEM gangów gwałcicieli, oskarżaniem ofiar o rasizm czy sekowaniem wszelkich medialnych sygnałów w tej sprawie, aż do aresztowania prywatnych ludzi za prywatne wpisy. My weszliśmy w te same koleiny, tyle, że u nas byli to Ukraińcy, z tym, że na razie chodzi o utarczki słowne, nie zaś o procedery kryminalne, choć przykład przemilczania sprawy typu morderstwo w Bytowie, i wielu innych przypadków, wskazuje że podążamy tą samą drogą. Tyle, że kolor skóry świętych krów jest tutaj inny. Reszta jest taka sama, z tym, że my jesteśmy dopiero w fazie wstępującej, mamy więc szansę na przykładach krajów bardziej „rozwiniętych” w tej kwestii zobaczyć co nas czeka. Pytanie tylko czy będziemy w stanie na to prewencyjnie zareagować i czy mamy na to społeczne czy polityczne narzędzia?

Bezkarność rozzuchwala

Ważny jest tu jeszcze jeden aspekt. Tak jak na Zachodzie, jak i u nas będziemy świadkami realizacji zasady, że bezkarność rozzuchwala. Tam rozzuchwaliła do tego stopnia, że nożownik, który zasztyletował w Wielkiej Brytanii nieszczęsnego Novaka, swobodnie rozmawiał sobie z policjantami, że biały go rasistowsko zaczepił. Na takie wieści policjanci zareagowali jak pies Pawłowa na światełko lampy – włączyły się procedury preferencji ścigania zgłoszonej ksenofobii i zakuto umierającego białasa w kajdanki.

Mamy więc do czynienia z wzajemnym przeciekaniem poczucia bezkarności sprawców do procedur publicznych. Postawy te warunkują się wzajemnie – bezkarność wzrasta przy braku ścigania, brak ścigania włącza się automatycznie przy kontekście ksenofobicznym, zawieszając ogólną logikę interwencji i kontekst przyczynowo-skutkowy definiujący kto jest ofiarą, a kto sprawcą.

Tak będzie i u nas. Kiedy Ukraińcy zobaczą, że Polacy się samobiczują i można wszystko, zaś policjant walnie prędzej Polaka niż upomni Ukraińca, to sprawa jest prosta jak droga do kasy w IKEA. Ukraińcy zhardzieją, wiedząc, że teraz aparat publicznych urzędników i funkcjonariuszy stoi murem za nimi. I nie, nie będą (na początku?) mordować i gwałcić bezkarnie jak na Zachodzie, ale zacznie się proces, którego koniec będzie zależał wyłącznie od… nich. Bo to oni, nie porządek prawny, jak widać zawieszony, będzie wyznaczał tu granice. W niesławnym autobusie w Bielsku-Białej okazało się, że działa monitoring i widać co się nagrało. To znaczy zarządcy linią autobusową wiedzą co się stało, a my z tego wiemy tylko to, co nam powiedzieli. A co nam powiedzieli? Ano, że „zachowanie dziewczynek nie odbiegało od standardowych zachowań młodzieży” w zbiorkomie. Ale standard to nie znaczy, że to dobrze, tylko, że często. Standardem może być i wydalanie się w autobusie, i zaczepianie innych pasażerów, darcie ryja i inne harce do tej pory uważane za chuligaństwo. Może to być i granie głośnej muzyki, i wykładanie nóg z butami na siedzenia, tak jak ponoć to miało miejsce w autobusie bielskim.

Co to znaczy? Ano sporo.

Po pierwsze – widać, że takie zachowania – i uwaga! i o wiele gorsze – będą tolerowane i będą przeciekały do standardu. W dodatku mamy tu dwa warianty: jak na to zareagują służby, a jak mogą – i czy w ogóle będą mogli po casusie bielskim – zareagować obywatele? Służby będą się mroziły z interwencją tym przykładem, albo – tak jak w Bielsku-Białej – postawią zarzuty każdemu interweniującemu Polakowi. (Gościa z autobusu wzięli w kajdany i na bęben, z zarzutem do lat trzech, w ten sam dzień, a – przypomnę – niesławnych bohater afery w Szpitalu Południowym swobodnie sobie hasa nieprzesłuchany już ze drugi miesiąc i podobno leczy). Polacy zaś sami są właśnie uczeni braku reakcji na dowolne ekscesy naszych gości, bo jeden z drugim narozrabia, nagra potem reakcję jakiegoś Polaka, a ten się znajdzie w podobnych kłopotach co nasz nieszczęśnik z Bielska-Białej. Jesteśmy więc trenowani do pewnych zachowań i dlatego przykład bielski to nie incydent, tylko znak.

Polowanie na ksenofobów

Ostatnio widziałem filmiki z rodzącego się procederu. Ukraińcy, wzorem cwanej żony mego kolegi, prowokują Polaków, potem jak ci zaczną reagować, to włączają telefon i nagrywają. Puszczają to w sieci. Tak, by pokazać niewdzięczność Polaków wobec walczącej Ukrainy. Mamy już podobno oficjalne, po pochodzące z ambasady ukraińskiej instrukcje. Oczywiście w celach bezpieczeństwa.

A propos – żaden z nagrywaczy nie walczy z Rosją, bo siedzi sobie w bezpiecznej Polsce i strzępi sobie język o bohaterstwie jego narodu. Są to więc pretensje dekowników i dezerterów, nad którymi powinien się kiedyś zastanowić naród ukraiński jak wróci z okopów, nie my – Polacy.

Pal ich licho, ale u nagrywaczy pojawił się jeden kuriozalny szczegół. Na nagraniach Ukraińcy wyzywają Polaków od rasistów, jakoby to ich zachowanie było wyrazem rasistowskich i wyższościowych ciągot Polaków. Kuriozalność tego zarzutu to pokraczny import zachodnich trendów: zarzuty o rasizm (i to systemowy) to wynalazek amerykański, gdzie murzyni, przedstawiciele innej rasy niż biali, zarzucali suprematyzm białym. Miały te zarzuty, mimo ich absurdalności, jednak jakieś uzasadnienie rasowe.

Ale jak my, Polacy, mielibyśmy być rasistami wobec Ukraińców? To absurd – nie moglibyśmy być wobec nich rasistami, nawet gdybyśmy bardzo chcieli. Z jednej prostej przyczyny – my, bracia Ukraińcy – jesteśmy Słowianie, jesteśmy tą samą rasą. To, że różni nas wiele, bo należymy do różnych cywilizacji kulturowych – my do łacińskiej, wy do turańskiej, jeśli w ogóle – to nie znaczy, że nie mamy pochodzenia ze wspólnej puli genetycznej. Tak że zarzut rasizmu jest tu nietrafiony, acz będzie pewnie używany na zasadzie importowania mód zachodnich, co wskazuje na niespontaniczne jednak źródła takich aktywności, jak zaczepianie Polaków, by ujawnić ciemne zakamarki polskiej duszy, gdzie czają się wielkościowe uroszczenia. A raczej to wszystko świadczy bardziej o kompleksach ukraińskich, ale każdy ma własne piekiełko.

Najgorsze, że to się będzie rozwijać. Z prostej przyczyny – grzanie animozji pomiędzy Polakami i Ukraińcami ma zbyt wielu popleczników, jest na rękę zarówno Rosji, jak i Ukrainie. Rosji, bo wiadomo –  rozbicie poparcia Polaków dla Ukraińców, to dla Rosji duża sprawa. Ale to też dobre dla Ukrainy. Nie po to Zełenski przecież zaczął cały ten proces, by nie miał on swojego celu, jak i scenariusza rozwojowego, który nam dozuje prezydent Ukrainy. Oni tam mieli to rozpisane na całe odcinki, serial wciąż trwa, kiedy my jesteśmy biernymi widzami tego spektaklu i tylko łapiemy – lub nie – spadające talerze ze stołu naszego odreagowywania. Oddawanie medali Polakom, zorganizowana fala antypolskiego hejtu, te wszystkie Panetony, obraźliwe i agresywne deklaracje władców Ukrainy – to wszystko jest planem. To, że właśnie realizacja tego planu jest na rękę Rosji każe powtórzyć tezę redaktora Parafianowicza, że największą ruską onucą jest sam Zełenski.

Ukraińscy zakładnicy Zełenskiego

To pokazuje skalę cynizmu władcy Ukrainy. Pal licho, że wobec nas, Polaków i całego Zachodu, który nota bene też gra w tę grę. Te zachowania Zełenskiego, jak widać, postawiły ze dwa miliony Ukraińców wobec sprowokowanej przez niego fali niechęci Polaków do gości z Ukrainy. A tu przecież wielu z nich chciało sobie spokojnie ułożyć życie, może i z pożytkiem dla Polski. Teraz wylądowali w jednym worze z banderowcami i żyje im się trochę bardziej, że tak powiem, bardziej niekomfortowo. My zaś, a szczególne nasi władcy, wciąż deklarujemy Ukraińcom, że powadzimy się o historię, ale nie o pomoc Ukrainie. Tu będziemy – w fenomenie porozumienia ponad śmiertelnymi podziałami – stali przy Ukrainie. Przecież spory historyczne sporami, ale nasz interes jest w tym, by wspierać ukraiński wysiłek, który odsuwa widmo czołgów na polskiej granicy, tak jakby one nie stały w obwodzie królewieckim czy na Białorusi. Znowu będziemy w jednym zdaniu straszyć Putinem, by w drugiej jego części przekonywać, że Rosja jest na ostatnich nogach. Jest to dla Ukraińców miła pieśń straceńcza w naszym wykonaniu. Będzie bowiem można zrobić z Polakami co się chce, do dopiero wstawić nogi na siedzenie w autobusie czy bezkarnie opluć Lacha za to, że się krzywo spojrzał.

Kwestia autobusowa jest też na rękę Tuskom. Widać to po histerycznych reakcjach, detektowaniu polskiego rasizmu i zwróceniu się do publiki, że to Braun z Bosakiem, a ostatnio z Czarnkiem zaatakowali niewinne dziewczynki. Dziś słownie, jutro fizycznie. Przecież agresor wykrzykiwał wobec dziewczynek właściwie hasła polityczne tych zaprzańców. Widać jak na dłoni, że Tusk nie przegapi żadnej okazji do dzielenia Polaków, a właściwie wtłoczenia każdego, nawet jak to autobusowe, zdarzenia w manichejskie tryby dwójpolówki wojny polsko-polskiej. Cały aparat oburzenia stoi gotowy na stand by, można więc do niego wrzucić każdy impuls, każdy wątek, zwłaszcza jak popchnie się je w czeluści tej machiny jakimś pieniążkiem. Mamy nawoływania wprost do zabrania się fizycznie za agresora, łącznie z zesłaniem go na, ukraiński oczywiście, front. Wylewają się pięknoduchowe deklaracje i zasromania za ciemnogród, odżywa na kolejnej wysypce alergiczna reakcja na manię wyższości wobec „tego narodu” w „ten kraju”. Po drugiej stronie zostali już tylko obywatele szury, czyli szurnięci, których jak zwykle jest większość, ale dla systemu, który skutecznie alienuje się od wpływu suwerena jest to dotkliwość jak widać systemowo pomijalna.      

Autobus to znak, tyle, że wielu go nie dostrzega, zaś jeszcze więcej ludzi nie wie jak na to zareagować. Nie ma bowiem żadnych narzędzi, gdyż system właśnie trwale odizolował obywateli od wpływu na jego kształt. Po prostu zakonserwował się na stałe, domknięty wieczkiem okrągłego stołu dokręconym, radosnymi „niekonfrontacyjnymi wyborami” 4 czerwca roku pamiętnego. Sam system mutował, ale w tych właśnie granicach, ot tak, jak zmienia się nieznacznie organ złożony w słoju z formaliną.

Na Zachód marsz!

Politycznie to też pójdzie jak na Zachodzie. A tam ludzie się martwią o bezpieczeństwo swoich i najbliższych, które stanęło pod imigracyjnym znakiem zapytania. Ale z drugiej strony głosują na tych, którzy takie niebezpieczeństwo sprowadzają na ich głowy i domy. To pokazuje jak skuteczna jest mieszanina propagandy i przymusu, który ściga ofiary. Oczywiście na końcu – tak jak obecnie na Zachodzie – dochodzi do pewnego opamiętania, ale jest zwykle za późno. Po prostu diabelskie połączenie demografii i demokracji robi swoje. Kiedyś problemy migracyjny to były jakieś kulturowe egzotyczne oboczności. Dziś to wszystko przenika do instytucji, władz, jako prawa (byłej) mniejszości. A więc mimo przebudzenia koniec tego procesu wcale nie musi być optymistyczny. My mamy ten handicup, że jesteśmy o fazę do tyłu, możemy więc wyciągnąć wnioski co do skutków przyszłych błędów, które popełnili już inni. Tylko czy będzie komu je sformułować. Ba, sformułować –  wdrożyć!

Biedny Czarnek, który w telewizji zagroził wstrzymaniem pomocy Ukrainie, czyli jedynym realnym dla niej czynnikiem nacisku, został natychmiast wezwany na pisowski dywanik. Czyli już widzimy jak będzie wyglądała sprawa ukraińska, jak PiS będzie u władzy. Widać też, że jego ostatnie nawrócenie na ukro-realizm jest tylko na pokaz, bo ograniczy się do sfery symbolicznej, co jest na rękę Ukrainie. W nowej Polsce, jeśli taka przyjdzie, przy starym układzie plemiennym, będziemy znowu politycznie skazani przez nasze pseudoelity na rolę „sługi Ukrainy”. I będą o tym wiedziały dziewuszki w każdym autobusie, będzie wiedział każdy ukraiński byczek w wieku poborowym. I wierzcie mi, nie będzie się obcyndalał z kindersztubą, gdyż jako się rzekło – pochodzimy z różnych kręgów kulturowych. Dojdzie więc do konfliktu cywilizacji w pokracznej sytuacji, gdy państwo będzie sekowało własnych obywateli, jeśli ci staną w obronie wartości stanowiących fundamenty naszej wspólnoty.

Tak to jest, jak za sprawy między narodami wezmą się samozwańczy władcy. Jedni naiwni, drudzy wyrywni. Autobus z Bielska-Białej właśnie odjechał. Na przystanku został tylko lud polski, zagubiony całkowicie, patrzący tylko jak ulicami mijają go jego przedstawiciele w limuzynach politycznej poprawności, o której wiemy z doświadczeń zachodnich czym się kończy. Powtarzam – to nie przypadki, to znaki. Tylko kto je odczyta, a kto się nimi przejmie? Od tego kiedyś byli władcy na poziomie mężów stanu – jak wytrawni tropiciele wykrywali wcześniej zagrożenia, potem wiedzieli jak ich uniknąć i jak to przeprowadzić.

Dziś mamy mężyków stanu, których może kiwać jak chce byle komik, który kiedyś wygrywał zabawne melodie. Na fortepianie.

Penisem.                                     

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Polityczna sitwa III RP wybrała swojego wroga numer jeden. Jest groźny.

Polityczna sitwa III RP wybrała swojego wroga numer jeden. Jest groźny

Autor: CzarnaLimuzyna , 23 lipca 2026

AIX

Targowica umiarkowana (PiS) wraz z pączkującym „gangiem Pinokia” oraz targowica radykalna (KO) ogłosiły wroga numer jeden. Wybór był prosty. W przedbiegach odpadli wszyscy zdrajcy stanu. Do grupy kandydatów nie załapali się również „zbrodniarze zza biurka” obciążeni tysiącami ofiar wprowadzonego przez siebie lockdownu.

W wyborze pomogły instrukcje otrzymane ze strony naszych wypróbowanych nieprzyjaciół. W skład kapituły rekomendującej kandydaturę wchodzili „najstarsi bracia w nienawiści”, a potem zgodnie ze starszeństwem: Niemcy, Ukraińcy oraz ambasada państwa, które od 1989 roku aż do dziś obdarza obfitym sojuszniczym wsparciem kolonialny status III RP. Głos Unii antyeuropejskiej, która emanuje wartościami Talmudu, również wskazywał na jedną osobę.

Na wybranym polityku nie zostawiono suchej nitki. Mówienie o niepodległości Polski w sytuacji, gdy unijną racją stanu jest likwidacja tego anachronizmu na rzecz większej integracji – jest na rękę Putinowi. Niepodległość? To rosyjska prowokacja! – posypały się intelektualnie wyrafinowane argumenty ze strony KO.

PiS z kolei był bardziej powściągliwy, co wpisywało się w politykę całkowitej utraty niepodległości w sposób stopniowy i z patriotyczną godnością. Ten rodzaj destrukcji był wyrazem starego konsensusu, który wypracowali w kontekście ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego bracia Lech i Jarosław Kaczyński wraz z Donaldem Tuskiem.

Z wyborem “wroga numer jeden” nie zgodził się Witold Gadowski wskazując na kogoś innego, a mianowicie na lidera środowiska, o którym Stanisław Michalkiewicz mawia „Volksdeutsche Partei“.

Panie Kaczyński, bez Grzegorza Brauna nie będzie żadnego rządu anty-tuskowego. Albo to Pan zrozumie, albo niech Pan nie udaje patrioty polskiego.

To prawda. Najbardziej antytuskowy jest Braun. Jest też antypisowski, a co gorsze najbardziej propolski – rzecz nie do przełknięcia dla pozostających w antyprawicowym sojuszu nieformalnej koalicji – nieformalnej, lecz działającej w praktyce politycznej, koalicji KOPiS.

Niemcom mają oddać Podziemne Magazyny Ropy i Paliw??

od Hubert Bednarz 

„To co się teraz dzieje wokół kopalni Solino w Inowrocławiu, to jest po prostu jakiś koszmar o którym większość ludzi nie ma bladego pojęcia. Przecież te kopalnie to nie są zwykłe dziury w ziemi, z których sypie się sól na stół. Pod ziemią w Inowrocławiu i Górze koło Janikowa znajdują się Podziemne Magazyny Ropy i Paliw. To są gigantyczne jaskinie, kilkaset metrów pod naszymi stopami. Sól ma to do siebie, że nie przepuszcza żadnych płynów ani gazów, więc państwo polskie trzyma tam strategiczne rezerwy ropy, benzyny i diesla dla całego kraju.

Gdyby doszło do wojny, kryzysu geopolitycznego lub odcięcia dostaw z zagranicy, to właśnie stamtąd rurociągami tłoczona jest ropa do rafinerii w Płocku i Gdańsku.
I teraz zobaczcie, kto tu nagle wchodzi z butami. Niemiecki koncern K+S, … tak! dokładnie ten sam, który za chwilę ma budować w Janikowie spalarnię odpadów niebezpiecznych.

Górnicy i związki zawodowe z Solino ryczą już z bezsilności i protestują pod bramami bo wielki biznes za naszymi plecami kombinuje, jak oddać kontrolę nad tą solą i rurociągami w ręce niemieckiego kapitału. Oczywiście nikt w Orlenie nie jest głupi i nie podpisze papieru, że sprzedają magazyny ropy Niemcom, bo za to idzie się siedzieć.

Gra toczy się sprytniej, czyli przez restrukturyzację i dzielenie firmy. Solino robi dwie rzeczy, pilnuje ropy i wydobywa solankę. A plan jest taki, żeby tę część solną i rurociągi odciąć od Orlenu i wpuścić tam jako zarządcę koncern K+S.
I tu dochodzimy do sedna sprawy, którego wielu mieszkańców nie rozumie, a górnicy doskonale znają. Te magazyny ropy nie mogą działać bez solanki i rurociągów. Aby wypompować ropę spod ziemi trzeba wpompować tam pod ogromnym ciśnieniem nasyconą solankę, która wypchnie paliwo do góry. I teraz najważniejsze. Jeśli infrastruktura solna i rurociągowa Solino zostanie uzależniona od prywatnego, zagranicznego kapitału, to państwo polskie będzie miało ropę pod ziemią, ale technologia do jej wypompowania będzie należała do obcego prywatnego kapitału. I tutaj powstaje bardzo ważne pytanie, czy Polska zachowa wtedy pełną niezależność operacyjną nad strategicznymi zapasami ropy w sytuacji kryzysowej.
Wygląda na to, że jeden wielki układ chce kontrolować naszą sól, rurociągi i strategiczne magazyny paliw pod Inowrocławiem, a w Janikowie chcą nam przejąć ogrzewanie domów i palić pod oknami przemysłową chemię i toksyczne odpady. Prawda jest taka, że nasze miasto zostało wessane w międzynarodową grę o miliardy, gdzie zdrowie mieszkańców Janikowa i bezpieczeństwo Polski są na samym szarym końcu.
Niestety, przeżywamy dziś największy dramat. Sprzedajemy dosłownie wszystko, co mamy, a ludzie zamiast patrzeć na ten gigantyczny problem, wolą patrzeć na barwy partyjne. Obrzucamy się w komentarzach błotem i wyzywamy, bo pod bramę Solino przyjechał ten czy tamten polityk. (…)

I na koniec jeszcze ciekawostka. Po spaleniu chemii w Janikowie zostaną tony toksycznych pyłów z filtrów. Gdzieś trzeba je podziać. A wiecie, z czego słynie w Europie niemiecki koncern K+S? Z zarabiania miliardów na chowaniu najbardziej niebezpiecznych odpadów przemysłowych pod ziemię, w starych kopalniach soli. Jeśli położą łapę na Solino i naszej infrastrukturze solnej, będą mieli idealny, zamknięty biznes. Dalej uważacie, że wszystko jest okej?”

od Hubert Bednarz 

Bab al-Mandab nie jest zamknięty. Jest załadowany. [Nabity, gotów do strzału].

Pepe Escobar uncutnews-ch/exklusiv-iran-pakistan-was-an-der-diplomatischen-front-wirklich-geschieht

Bab al-Mandab nie jest zamknięty. Jest załadowany. [Nabity].

Na początku tego tygodnia irański minister spraw wewnętrznych Eskandar Momeni przybył do Islamabadu z wysoko postawioną delegacją. Do wtorku spotkał się już z premierem Shehbazem Sharifem, marszałkiem polowym Asimem Munirem i swoim pakistańskim odpowiednikiem Mohsinem Naqvim.

To było coś więcej niż rutynowa wizyta graniczna lub bezpieczeństwa między dwoma sąsiednimi państwami. Co najważniejsze, obecny był szef Narodowej Irańskiej Kompanii Naftowej (NIOC). Oznaczało to, że energia – a zwłaszcza potencjalna budowa gazociągu Iran-Pakistan (IP) – sankcje i handel transgraniczny były głównymi tematami dyskusji.

A teraz do sedna sprawy: Momeni przywiózł specjalne orędzie od irańskich przywódców dotyczące wojny. Strona pakistańska publicznie podkreśliła, że ​​irańska delegacja przybyła z „dobrymi wiadomościami”.

Pytanie brzmi, w jaki sposób przekazano tę „dobrą nowinę”.

Zanim Momeni wylądował w Islamabadzie, pakistańskie władze cywilne i wojskowe otrzymały informację, że osobiście przekaże list od przywódcy Mojtaby Chameneiego.

Po przybyciu Momeni wyjaśnił jednak Pakistańczykom, że nie ma przy sobie prawdziwego listu. Zamiast tego, przekazywał wiadomość od Modżtaby do pakistańskich władz, co spotkało się z pełnym poparciem prezydenta Pezeshkiana i ministra spraw zagranicznych Araghchiego.

Ambasada poruszyła wiele kluczowych kwestii dotyczących stosunków między Iranem a Pakistanem, a także wysiłków mediacyjnych Pakistanu w relacjach Teheranu z administracją Trumpa.

Według ambasady Iran byłby gotowy zaakceptować dziesięciodniową przerwę w obecnej eskalacji. Warunkiem jest jednak, aby Trump natychmiast rozpoczął wdrażanie wszystkich (podkreślenie w oryginale) punktów 14-punktowego Memorandum of Understanding (MoU) w momencie, gdy Iran zgodzi się na tę dziesięciodniową przerwę.

W tłumaczeniu oznacza to: brak nowych negocjacji. To również odpowiada stanowisku Chin. Jedynym decydującym czynnikiem jest powrót do pierwotnego porozumienia i pełne wdrożenie jego zobowiązań.

Zgodnie z oczekiwaniami, Trump odrzucił wiadomość. Pakistan poinformował wówczas Iran o odmowie Trumpa skorzystania z jedynej pozostałej opcji. Według mediatorów, stało się to po tym, jak narcystyczny megaloman Asim Munir nękał go codziennie telefonicznie, niemal błagając, by pozwolił mu na właśnie tę drogę ucieczki.

Czy było jakieś przesłanie? I jak zostało przekazane?

A teraz przejdźmy do czynników komplikujących sytuację. Wysoko postawione źródła w Teheranie podkreślają trzy kwestie:

  • Przywódca Mojtaba Chamenei nie wysłał żadnej wiadomości do Pakistanu i nie kontaktuje się z nikim w tym kraju, w tym z Asimem Munirem.
  • Gdyby rzeczywiście przekazał wiadomość, nie zrobiłby tego za pośrednictwem ministra. Zazwyczaj robi się to za pośrednictwem prezydenta (Pezeshkiana), przewodniczącego parlamentu (Ghalibafa) lub sekretarza Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego (Zolghadra), jak to miało miejsce wcześniej w Chinach i Rosji.
  • Informacje o dziesięciodniowej przerwie, po której nastąpią kolejne 60–90 dni, są fałszywe i nierealne. Iran nie prowadzi negocjacji w tej sprawie i nie będzie tego robił w przyszłości.

Oczywiste jest, że w Teheranie istnieje kilka konkurujących ze sobą ośrodków władzy. Różnice w podejściu lub w kwestii tego, co powinno zostać upublicznione, mogą zatem pojawić się w każdej chwili. Faktem jest jednak również, że Pakistan nie miałby absolutnie żadnego interesu w fabrykowaniu takich informacji – wiedząc, że Iran natychmiast by je zdementował.

Rozważmy zatem fakty. Prezydent Pezeshkian wielokrotnie publicznie oświadczał, że Modżtaba jest najwyższą władzą w Iranie, że ważne decyzje zapadają pod jego przywództwem i że władze zamierzają położyć kres obecnemu niebezpiecznemu stanowi „ani wojny, ani pokoju”.

Dlatego wydaje się prawdopodobne, że wiadomość rzeczywiście pochodziła z najwyższych szczebli władzy w Iranie i została zatwierdzona przez Modżtabę – ale miała pozostać w tle. Odrzucenie jej przez Trumpa czyni ten scenariusz jeszcze bardziej prawdopodobnym.

Po raz kolejny, choć Iran zyskuje na czasie, jego przywódcy zdają sobie jednocześnie sprawę, że czas Trumpa się kończy. W Teheranie panuje konsensus co do tego, że kraj ten jest w stanie nadal przeciwstawiać się ogromnej presji gospodarczej i militarnej, nawet jeśli kontrola nad Cieśniną Ormuz dodatkowo zwiększa koszty wojny.

Teraz do głosu doszedł kolejny czynnik: morska blokada Jemenu na Morzu Czerwonym przez Arabię ​​Saudyjską.

Kalkulacje Teheranu są oczywiste. Wraz z trwającą eskalacją, presja polityczna i gospodarcza rozprzestrzenia się niczym pożar w Azji Zachodniej, na międzynarodowych szlakach żeglugowych i na światowych rynkach energii.

Irański przekaz do Trumpa, przekazany pośrednio za pośrednictwem Pakistanu, pozostaje zatem niezmienny: W pełni wdrożymy pierwotne 14-punktowe porozumienie bez renegocjacji – lub przygotujmy się na przedłużającą się wojnę i ciągłe zakłócenia w dostawach energii i transporcie morskim, mające katastrofalne skutki.

To, jak dokładnie ta wiadomość została przekazana Trumpowi przez Islamabad, nie jest ostatecznie kluczowe. Prawdziwa pomysłowość polega na tym, że rozmowy handlowe, dotyczące rurociągów i granic posłużyły jako dyplomatyczna przykrywka dla spełnienia warunków Teheranu dotyczących zakończenia wojny.

Kluczowa kwestia pozostaje ta sama: dla Teheranu – tak jak dla Pekinu – memorandum o porozumieniu jest ostatecznym porozumieniem. Sfinalizowanym porozumieniem. Waszyngton musi je wdrożyć. Nie będzie kolejnej rundy negocjacji.

Konsekwencje całkowitej strategicznej przewagi Iranu

Kryzys między Arabią Saudyjską a Jemenem pozostaje nierozwiązany. Pakistańscy mediatorzy podkreślają, że Islamabad wezwał Rijad do zachowania powściągliwości, ponieważ Pakistan nie chce być w tej chwili zmuszany do działania w roli strony konfliktu, a nie mediatora.

Sana’a nie czeka na żadne „instrukcje” dotyczące dalszej eskalacji sytuacji na cieśninie Bab al-Mandab. To typowe twierdzenia zachodnich agencji informacyjnych. Ansarallah reaguje raczej na saudyjską blokadę Jemenu, która trwa od ponad jedenastu lat. Zasada brzmi: „Oblężenie przeciwko oblężeniu”. Blokada ta jest skierowana wyłącznie przeciwko Arabii Saudyjskiej. Przeprawa Bab al-Mandab zostanie całkowicie zamknięta dla wszystkich statków tylko wtedy, gdy USA zaatakują irańską sieć energetyczną i infrastrukturę energetyczną.

Bab al-Mandab nie jest zatem zamknięty. Jest obciążony.

Szersza rzeczywistość strategiczna jest niezaprzeczalna: Iran ma teraz pełną kontrolę nad dwoma najpoważniejszymi wąskimi gardłami energetycznymi na świecie.

Jednocześnie Iran systematycznie zmusza „imperium piractwa” do stania się głuchym, niemym i ślepym w całej Zatoce Perskiej, niszcząc baterie Patriot, instalacje radarowe, stacje paliw i inną infrastrukturę wojskową w Kuwejcie, Bahrajnie, Jordanii, Katarze i Omanie.

Kuwejt aktywnie zabiega obecnie o zawarcie umowy obronnej z Pakistanem, wzorowanej na istniejącej umowie z Arabią Saudyjską. Mogłaby ona obejmować pakistańskie wojska, samoloty, drony i systemy obrony powietrznej w zamian za energię i, oczywiście, znaczne środki finansowe. Arabia Saudyjska wyraźnie wspiera Kuwejt w tym przedsięwzięciu.

Co więcej, trwają poważne rozmowy między Turcją, Pakistanem i Arabią Saudyjską na temat szerszego sojuszu obronnego. Jednak przekonanie Teheranu, że nie jest to kolejny sojusz wymierzony w Iran, prawdopodobnie okaże się zadaniem syzyfowym.

Należy jednak zauważyć, że znaczna liczba państw Zatoki Perskiej zaczyna uwalniać się od wyłącznej zależności bezpieczeństwa od „imperium piractwa” i poszukuje gwarancji bezpieczeństwa poza Stanami Zjednoczonymi.

Pakistan jest teraz w stanie sam zdecydować, jak daleko chce się posunąć – nie narażając przy tym na szwank starannie budowanych dobrych relacji z sąsiadem Iranem, relacji w dużej mierze promowanych przez Chiny.

Źródło: Ekskluzywne: Iran – Pakistan, co naprawdę dzieje się na froncie dyplomatycznym

Jak język wpływa na debatę klimatyczną

Opinia Uwe Froschauera . apolut/klimaluge-und-klimadiktatur-teil-1-vom-denken-zum-glauben

Jak język wpływa na debatę klimatyczną

——————————–

Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

————————————-

Wygodne kłamstwo jest dla wielu ludzi łatwiejsze do zniesienia niż niewygodna prawda. Prawda wymaga refleksji, wątpliwości, badań, a być może nawet porzucenia ukochanych przekonań. Gotowa narracja jest bardziej strawna. Dzieli świat na dobrych i złych, sprawców i zbawicieli, tych, którzy wiedzą, i tych, którzy zaprzeczają prawdzie.

Dlatego nie zaczynam tej serii artykułów o kłamstwach klimatycznych i dyktaturze klimatycznej od krzywych temperatur, wartości CO₂ ani modeli klimatycznych. Zaczynam od języka. Zanim ludzie będą skłonni zaakceptować środki polityczne, muszą najpierw nauczyć się postrzegać świat w kategoriach im przypisanych, w kategoriach akceptowalnych dla polityków.

George Orwell napisał w swojej powieści Rok 1984 o celu tzw. nowomowy (1):

„Cały cel Nowomowy polega na zawężeniu zakresu myśli”.

Orwell opisuje język, którego słownictwo nie jest poszerzane, lecz celowo zawężane. Niektóre myśli stają się ostatecznie niewyrażalne z powodu braku niezbędnych terminów. Powieść opowiada o państwie totalitarnym. Opisany przez niego mechanizm – że kto zawęża język, zawęża również zakres dopuszczalnej myśli – jest szeroko wykorzystywany przez elity władzy i majątku oraz ich politycznych, medialnych i akademickich popleczników.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej.

Każdy, kto wyraża wątpliwości co do poszczególnych prognoz klimatycznych, działań politycznych lub modeli obliczeniowych, często nie jest już nazywany krytykiem ani sceptykiem. Nazywa się go „negacjonistą klimatycznym”. To zasadniczo kończy dyskusję. Negacjonista nie analizuje, nie kwestionuje ani nie argumentuje. Odrzuca rzekomą, oczywistą prawdę. Termin „negacjonista klimatyczny” w „pozorowanej debacie” potencjalnie zastępuje brakujące argumenty oparte na dowodach, które mogłyby obalić twierdzenia „negacjonisty”.

Podczas pandemii COVID-19 to nieuczciwe i faszystowskie podejście do radzenia sobie z odmiennymi opiniami było na porządku dziennym wśród polityków i mediów. Osoby o odmiennych poglądach określano mianem negacjonistów COVID-19, zwolenników teorii spiskowych i tym podobnych.

Obywatele kwestionujący skuteczność niemieckiej polityki klimatycznej są nazywani „grzesznikami klimatycznymi”. Z kolei ci, którzy popierają wyższe podatki, zakazy lub interwencje rządu, mogą czuć się „obrońcami klimatu”, a nawet „zbawcami klimatu”. Jedna strona jest moralnie poniżana, druga moralnie wywyższana. Jeszcze zanim dane liczbowe zostaną podane, role zostają przypisane.

Termin „kryzys klimatyczny” w żadnym wypadku nie jest neutralny. Kryzys nie wymaga długiej dyskusji. Wymaga szybkiego działania. W sytuacji kryzysowej ograniczenia, podatki i zakazy wydają się łatwiejsze do uzasadnienia niż w normalnej praktyce politycznej. Każdy, kto się z tym nie zgadza, nie wydaje się już krytycznym obywatelem, ale raczej kimś, kto utrudnia rzekomo niezbędne działania ratunkowe.

Słowo „bez alternatywy” funkcjonuje podobnie. Tam, gdzie środek jest bez alternatywy, nie ma potrzeby omawiania alternatyw. Co na tym świecie jest bez alternatywy? Bzdura, pani Merkel! Bzdura, panie Merz! Niezależnie od tego, czy chodzi o ceny CO₂, przepisy dotyczące ogrzewania, zakazy silników spalinowych, handel emisjami, czy wielomiliardowe programy transformacyjne: gdy tylko decyzja polityczna zostaje przedstawiona jako jedyna możliwa odpowiedź na egzystencjalne zagrożenie, przestrzeń demokratyczna się kurczy.

I właśnie to zamierza imperium kłamstw – elity władzy i majątku oraz ich polityczne, medialne i akademickie prostytutki. To, jaki demon z kolei kieruje tymi elitami władzy i majątku, to zupełnie inna kwestia i nie jest to przedmiotem tej dyskusji.

W tym momencie politycznie motywowane narzędzia koncepcyjne są wykorzystywane do przekształcania wiary w coś innego. Konsensus naukowy nie jest już rozumiany jako obecny stan wiedzy naukowej, który musi pozostać fundamentalnie weryfikowalny i korygowalny. Staje się on swego rodzaju dogmatem. Każdy, kto go kwestionuje, jest uważany za „antynaukowego”. Każdy, kto wskazuje na niepewność, rzekomo szerzy „dezinformację”. Każdy, kto pyta o konflikty interesów, założenia modelowe lub konsekwencje ekonomiczne, jest poddawany presji, by się usprawiedliwić.

Już w 1946 roku Orwell napisał, że język polityczny może służyć do tego, by kłamstwa wydawały się prawdziwe i by zwykłe twierdzenia nabrały pozorów pewności. Nie miał na myśli debaty klimatycznej. Jego ideę można jednak odnieść do każdego konfliktu politycznego, w którym język nie służy już do wyjaśniania, lecz do zaciemniania. Wraz z językiem narodziło się kłamstwo.

Warto zatem zwrócić szczególną uwagę na terminologię stosowaną w debacie klimatycznej.

Co tak naprawdę oznacza „neutralność klimatyczna”?

Czy państwo, firma lub lot mogą być naprawdę neutralne dla klimatu, czy też są to tylko częściowo obliczone kompensacje?

Co oznacza „energia odnawialna”, skoro turbiny wiatrowe, panele słoneczne, sieci energetyczne, obiekty magazynowe i surowce nie powstają bez skończonego zużycia materiałów?

Co oznacza „ochrona klimatu”, jeśli w tym samym czasie rozwija się uzbrojenie, toczą się wojny, a zniszczona infrastruktura jest następnie odbudowywana?

A co oznacza „konsensus naukowy”, jeśli wiedza naukowa, ze swej natury, nie jest ostatecznie przyjmowana decyzją większości, jeśli niezbędny w demokracji pluralizm opinii nie jest już dozwolony?

========================================

W tej serii artykułów nie twierdzę, że znam ostateczną prawdę. Nikt jej nie zna. Ja jej szukam. Dla mnie oznacza to zadawanie niewygodnych pytań i nieużywanie terminów tylko dlatego, że powtarzają się codziennie.

Ostrzeżenie Orwella nie zaczyna się od jawnej cenzury. Zaczyna się tam, gdzie ludzie już ograniczają swoje myśli, ponieważ wiedzą, które pytania są społecznie akceptowalne, a które nie. To właśnie tutaj wchodzi w grę „spirala milczenia” opisana przez Elisabeth Noelle-Neumann – cicha autocenzura, którą omówię w następnym rozdziale.

Policja myśli z 1984 roku musiała przeniknąć do ludzkich umysłów. Jednak skuteczniejsza forma kontroli zaczyna się tam, gdzie ludzie sami dbają o to, by żadne podejrzane myśli nie pojawiały się w ich umysłach.

Ci, którzy nie chcą być uznani za osoby negujące zmiany klimatyczne, milczą.

Ci, którzy nie chcą narażać swojej pozycji zawodowej, dostosowują się.

Ci, którzy chcą należeć do społeczeństwa, powtarzają przyjęte zasady.

I w pewnym momencie pytanie o poprawność stwierdzenia przestaje być aktualne. Sprawdza się jedynie, czy mieści się ono w dopuszczalnym zakresie opinii.

Potem wiara zastąpiła myślenie.

Dlaczego strach jest potężniejszy niż argumenty

Dlaczego miliony ludzi ulegają wpływowi tych samych przekazów? Dlaczego niektóre obrazy wywołują ogromną reakcję społeczną, podczas gdy chłodne, twarde statystyki cieszą się niewielkim zainteresowaniem? Z tymi pytaniami zmagał się francuski lekarz i psycholog społeczny Gustave Le Bon ponad sto lat temu. Jego spostrzeżenia dotyczące zachowań tłumu pozostają fundamentalne dla badań nad psychologią mas.

Le Bon napisał (2):

„Masy myślą obrazami, a obrazy przywoływane wywołują kolejne obrazy, bez żadnego logicznego związku.”

W innym miejscu opisuje:

„Nie fakty, lecz sposób ich przedstawienia wywiera wpływ na wyobraźnię mas”.

Te słowa zawierają klucz do zrozumienia dzisiejszej debaty klimatycznej. Mam wrażenie, że prawie nikt nie formułuje swojej opinii na temat zmian klimatu w oparciu o oryginalne badania naukowe. Większość ludzi opiera się na obrazach, nagłówkach i emocjonalnych przekazach. To nie krytyka, a cecha ludzka. Nikt nie jest w stanie czytać setek publikacji naukowych każdego dnia. Dlatego większość ludzi polega na tym, co mówią im media, politycy czy tak zwani eksperci.

Dlatego to nie diagramy ani serie pomiarów zapadają nam w pamięć, ale obrazy: płonące lasy, topniejące lodowce, wyschnięte koryta rzek, zalane drogi czy cierpiące niedźwiedzie polarne. Takie obrazy działają natychmiast. Wywołują uczucie niepokoju, strachu lub winy. Z drugiej strony, klasyfikacje statystyczne lub wątpliwości naukowe często wydają się abstrakcyjne i docierają tylko do wąskiego grona odbiorców.

Le Bon zrozumiał to ponad 130 lat temu. Już pod koniec XIX wieku opisywał, jak tłumy reagują mniej na logiczne argumenty niż na mocne obrazy, proste przekazy i powtarzane narracje. Im częściej powtarzane jest stwierdzenie, tym bardziej wydaje się znajome – a znajomość łatwo pomylić z prawdą.

Dlatego w debacie klimatycznej należy nie tylko pytać, które obrazy są pokazywane, ale także, które obrazy są pokazywane rzadko.

Dlaczego widzimy płonące lasy przez wiele tygodni, a rzadziej pojawiają się doniesienia o regionach, gdzie lasy się odnawiają?

Dlaczego pojedyncze ekstremalne zjawiska pogodowe są często od razu interpretowane jako dowód zmiany klimatu, podczas gdy porównania historyczne lub naturalne wahania klimatyczne rzadko cieszą się w debacie publicznej uwagą?

Dlaczego dramatyczny nagłówek przyciąga większą uwagę niż niuansowana analiza naukowa?

To nie są pytania retoryczne. To pytania, na które każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sam.

Le Bon wskazuje na inny mechanizm: masy poszukują prostych wyjaśnień. Złożoność jest wyczerpująca. Dlatego proste narracje zazwyczaj łatwiej przeważają nad niuansowanymi analizami. To pragnienie prostoty jest również wielokrotnie widoczne w debacie klimatycznej: tu CO₂ jako główna przyczyna, tam redukcja CO₂ jako główne rozwiązanie. To, czy złożone procesy klimatyczne można rzeczywiście wyjaśnić i rozwiązać w tak prosty sposób, to jedno z pytań, które zgłębię w kolejnych rozdziałach.

Prace Le Bona nie udzielają odpowiedzi na pytanie o klimat. Oferują jednak klucz do zrozumienia, dlaczego pewne komunikaty mogą mieć tak silny wpływ. Każdy, kto chce zrozumieć, jak kształtuje się opinia publiczna, powinien zatem czytać nie tylko klimatologów, ale także psychologów i socjologów. Zanim ludzie zaakceptują działania polityczne, muszą najpierw zostać przekonani o istnieniu określonej rzeczywistości. Psychologia zajmuje się tym procesem – od wyobrażenia do silnego przekonania – a socjologia mechanizmami zachodzącymi między ludźmi.

Prowadzi to do kolejnego pytania: Co się dzieje, gdy naturalna ludzka skłonność do adaptacji staje się presją społeczną, by się do niej dostosować? To właśnie tutaj niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz wprowadza koncepcję normopatii. Termin ten został ukuty na początku lat 70. XX wieku, ale Maaz podjął go, rozwinął i zastosował do przemian społecznych, jak mało kto.

Kiedy adaptacja staje się chorobą

Dlaczego tak wiele osób milczy, mimo wątpliwości? Dlaczego zadają pytania tylko w zaciszu domowym, a rzadko publicznie? Dlaczego akceptują opinie, których nigdy sami nie zweryfikowali?

Niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz od lat zmaga się z tymi zagadnieniami. Opiera swoją pracę na koncepcji normopatii, którą uczynił centralnym elementem swojej analizy społecznej.

Maaz opisuje normopatię jako przesadną adaptację do problemów społecznych. Ludzie przyjmują zachowania i przekonania nie dlatego, że po dokładnym namyśle uznają je za słuszne, ale dlatego, że chcą przynależeć. Adaptacja staje się normą – i według Maaz to właśnie w tym tkwi prawdziwe zagrożenie.

Maaz stwierdza (3):

„Normopatia odnosi się do przystosowania się większości ludzi w społeczeństwie do niedostosowawczego rozwoju, do patogennego zachowania psychospołecznego, którego zaburzenie nie jest już rozpoznawane i akceptowane, ponieważ większość myśli i działa w ten sposób”.

Myśl ta dała mi szczególny powód do przemyśleń, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa.

Nie dlatego, że uważam, że każda opinia większości jest błędna – choć historia uczy nas, że większość zazwyczaj się myli. Byłoby to jednak równie nieprecyzyjne, jak twierdzenie, że każda opinia większości musi być słuszna. Kluczowa jest inna kwestia:

Ile osób faktycznie wyrabia sobie własne opinie?

W debacie klimatycznej często obserwuję następujący mechanizm. Wiele osób nie mówi: „Intensywnie studiowałem modele klimatyczne, serie pomiarowe czy historię Ziemi i dlatego doszedłem do tego przekonania”.

Raczej mówią:

„Nauka jest jednomyślna”. Co
, nawiasem mówiąc, absolutnie nie jest prawdą.

„To samo mówią wszyscy eksperci”.
Przy takich stwierdzeniach najlepiej śledzić przepływ pieniędzy, na wszelki wypadek.

„Wszyscy już to wiedzą”.
Kim właściwie są ci „wszyscy”? Ja? Ty?

Tu właśnie zaczyna się dla mnie prawdziwy problem. Te stwierdzenia nie są autentycznie przekonujące – dlatego trzeba zakwestionować ich pochodzenie. Czy wynikają z osobistego zaangażowania w temat, czy ze społecznego konformizmu?

Maaz opisuje ludzi jako istoty społeczne. Każdy pragnie przynależności. Nikt nie lubi być wykluczany, wyśmiewany ani traktowany jak outsider. Ta potrzeba jest głęboko ludzka. Jednocześnie sprawia, że ​​jesteśmy podatni na presję konformizmu. Im większa presja społeczna, tym większa pokusa, by podążać za opinią większości – nawet gdy skrywa się wewnętrzne wątpliwości.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej. Każdy, kto dziś zadaje fundamentalne pytania – na przykład o trafność modeli klimatycznych, skuteczność poszczególnych działań czy ekonomiczne konsekwencje polityki klimatycznej – musi liczyć się z etykietką „negacjonisty klimatycznego”, „antynaukowca” lub „niesolidarnego”. W dalszych rozdziałach odniosę się do faktu, że te etykietki są w większości przypadków nieuzasadnione. Nie jest też aż tak istotne, czy dana opinia jest słuszna, czy niesłuszna; liczy się efekt zniesławienia, dyskredytacji i etykietowania: wiele osób unika krytycznych pytań z obawy przed konsekwencjami społecznymi.

Dla Maaz jest to cecha rozwoju normopatycznego. Prawdziwym problemem nie jest jawny przymus, lecz raczej wewnętrzny przymus konformizmu.

Zwróciłem szczególną uwagę na inną myśl Hansa-Joachima Maaza. Wskazuje on, że kryzysy społeczne często prowadzą do tego, że te same instytucje lub aktorzy polityczni, którzy definiują zagrożenie lub znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, jednocześnie prezentują się jako ci, którzy posiadają jedyne słuszne rozwiązanie. Nie oznacza to automatycznie, że kryzysy są celowo kreowane lub inscenizowane – choć niewątpliwie tak było w przypadku koronawirusa. Ujawnia to jednak mechanizm władzy politycznej: ktokolwiek definiuje kryzys – nawet jeśli nie istnieje – i być może nawet brał udział w jego planowaniu, często zyskuje znaczący wpływ na kształtowanie rozwiązania. Zbawiciel!

Dlatego proponowane rozwiązania nigdy nie powinny być przyjmowane bez analizy. Moim zdaniem pandemia COVID-19 nauczyła wielu ludzi krytycznej analizy działań rządowych, narracji medialnych i uzasadnień politycznych. Kiedy ktoś zaczyna myśleć samodzielnie, nie zadowala się już tak łatwo prostymi wyjaśnieniami lub rzekomo nieuniknionymi rozwiązaniami. Filozofka polityczna Hannah Arendt uważała niezależne myślenie za najważniejszy warunek ludzkiego osądu. Dla niej prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi nie w myśleniu, ale w braku myślenia. Jej słynne stwierdzenie: „Nie ma niebezpiecznych myśli; samo myślenie jest niebezpieczne” wyraża właśnie tę kwestię. Ci, którzy zaczynają myśleć samodzielnie, kwestionują pewniki, analizują uzasadnienia i nie zadowalają się już prostymi odpowiedziami. W tym tkwi wyzwalająca moc myśli.

Dlatego uważam za niebezpieczne, gdy osoby sprawujące władzę celowo degradują sceptycyzm do rangi stygmatu. Sceptycyzm jest ważny i dobry! To nie sam sceptycyzm jest niebezpieczny dla demokracji, ale ci u władzy, którzy w ten sposób postępują. Demokracja nie rozwija się dzięki konformizmowi. Demokracja rozwija się dzięki obywatelom zadającym pytania – zwłaszcza gdy prawie wszyscy wierzą, że znają tę samą odpowiedź.

„Gdzie wszyscy myślą tak samo, tam niewiele się myśli.” (Karl Valentin)

Być może krytyczne myślenie jest dziś mniej kwestią inteligencji, a bardziej odwagi. Bo myślenie wbrew większości nigdy nie było komfortowe.

Kiedy strach ogranicza twoją wizję

Dlaczego społeczeństwom tak trudno jest nawet pozwolić na zadawanie krytycznych pytań w czasach kryzysu? Dlaczego często pojawia się wrażenie, że istnieje tylko jeden słuszny punkt widzenia i tylko jedno akceptowalne rozwiązanie?

Na te pytania odpowiada belgijski psycholog Mattias Desmet. Stworzył on swoją teorię formowania się mas , opierając się na obserwacji, że w pewnych warunkach społecznych ludzie są skłonni zaakceptować proste wyjaśnienia i dalekosiężne środki (4).

Desmet opisuje cztery czynniki, które szczególnie sprzyjają masowemu formowaniu się: powszechna izolacja społeczna, poczucie bezsensu, narastający niepokój oraz ogólne niezadowolenie, którego nie da się przypisać żadnemu konkretnemu czynnikowi. Według niego, gdy te czynniki występują łącznie, wiele osób chętniej jednoczy się wokół wspólnej narracji i podąża za centralnym rozwiązaniem.

Uważam jego podejście za niezwykle wnikliwe. Przenosi on uwagę z pytania, czy dany środek polityczny jest słuszny, czy niesłuszny, na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: dlaczego tak wiele osób nagle przyjmuje ten sam punkt widzenia w czasach kryzysu? Dlaczego złożone problemy często sprowadzają się do kilku, pozornie jednoznacznych wyjaśnień? Debata klimatyczna stanowi tego dobitny przykład.

Przez lata klimat był zdominowany przez terminy, które niosą ze sobą poczucie nieustannego zagrożenia: kryzys klimatyczny, punkty krytyczne, fale upałów, susza zdarzająca się raz na sto lat, wymieranie gatunków, a nawet zbliżający się koniec naszej planety. Tam, gdzie pojawia się strach, zrozumiałe jest, że rośnie pragnienie bezpieczeństwa – a wraz z nim gotowość do akceptowania dalekosiężnych środków politycznych – nawet jeśli wiążą się one z ograniczeniami wolności osobistej i dobrostanu. W końcu walczymy ze wspólnym wrogiem, prawda? Czy to złowrogi wirus i jego minimalizatorzy, złowrogi Putin i jego apologeci, czy też „sztuczna” zmiana klimatu i jej negacjoniści. Ramię w ramię, bracia i siostry, to tworzy solidarność! To takie proste! Wcale nie!

Desmet zwraca uwagę, że strach może zmieniać ludzkie perspektywy. Ci, którzy czują się zagrożeni, szukają orientacji. Złożone problemy często wydają się wtedy mniej atrakcyjne niż proste wyjaśnienia. Jednocześnie rośnie gotowość do akceptowania środków, które w normalnych okolicznościach prawdopodobnie byłyby omawiane znacznie bardziej krytycznie, a być może w ogóle nie zostałyby wdrożone.

Społeczeństwo demokratyczne powinno zadbać o to, by strach nigdy nie stał się trwałym narzędziem politycznym. Politycy tacy jak Karl Lauterbach, Boris Pistorius, Roderich Kiesewetter i im podobni, którzy celowo szerzą strach, powinni zostać powstrzymani. Strach może mobilizować w krótkiej perspektywie. Jest jednak kiepskim doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie długoterminowych decyzji o dalekosiężnych konsekwencjach dla wolności, dobrobytu i spójności społecznej.

Praca Desmeta nie odpowiada na pytanie, jak będzie się rozwijał klimat. Wyjaśnia jednak, dlaczego komunikacja kryzysowa może być tak skuteczna. Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego miliony ludzi w krótkim czasie przyjmują te same terminy i popierają te same żądania polityczne, nie może uniknąć spostrzeżeń z psychologii.

To prowadzi nas do kolejnego kluczowego pytania: jak właściwie powstają w naszych umysłach obrazy, które kształtują nasz światopogląd? Amerykański publicysta Walter Lippmann zbadał ten mechanizm już ponad sto lat temu.

Obrazy w naszych umysłach

Jak właściwie kształtuje się nasze postrzeganie rzeczywistości?

Amerykański publicysta i politolog Walter Lippmann postawił to pytanie już w 1922 roku w swojej pracy „Opinia publiczna” . Jego odpowiedź jest równie prosta, co głęboka: większość ludzi reaguje nie na samą rzeczywistość, lecz na obraz rzeczywistości, który ukształtował się w ich umysłach. Ten obraz rzeczywistości, który na nich „oddziałuje”, staje się ich „rzeczywistością”.

Lippmann napisał (5):

„Nasza reakcja nie jest w pierwszej kolejności reakcją na świat, lecz na obraz, jaki o nim stworzyliśmy”.

Ta idea jest ponadczasowa. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich badań naukowych, przeanalizować wszystkich danych pomiarowych ani zweryfikować samodzielnie każdego wydarzenia politycznego. Dlatego jesteśmy nieuchronnie zależni od innych, którzy objaśniają nam świat. Media, naukowcy, politycy, eksperci i sieci społecznościowe codziennie dostarczają nam mnóstwa informacji, z których stopniowo wyłania się obraz naszej rzeczywistości.

Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe. Staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy mylimy ten zapośredniczony obraz z samą rzeczywistością. Uważam to za jedno z kluczowych pytań w dzisiejszej debacie klimatycznej. Większość ludzi nie zna zmian klimatu z własnego doświadczenia. Znają je z wiadomości telewizyjnych, artykułów prasowych, filmów dokumentalnych, portali internetowych i mediów społecznościowych. Wizerunek klimatu, jaki sobie kreują, powstaje zatem głównie na podstawie informacji, które inni wybrali, skategoryzowali i zaprezentowali.

Nieuchronnie pojawiają się dalsze pytania:

Które wydarzenia pojawiają się wielokrotnie, a które prawie nigdy?

Które badania naukowe trafiają do głównych wiadomości, a które pozostają w dużej mierze niezauważone?

Którzy eksperci regularnie mają możliwość zabrania głosu, a którzy rzadko kiedy?

Te pytania podważają pogląd niektórych, że publiczne reprezentacje automatycznie odzwierciedlają całą rzeczywistość.
Więcej na ten temat w następnej sekcji.

Lippmann zauważył, że między rzeczywistością a naszym postrzeganiem zawsze istnieje filtr. Filtr ten tworzą nasze doświadczenia, oczekiwania, a także informacje, które otrzymujemy codziennie. Im bardziej jednostronny staje się ten filtr, tym bardziej jednostronny staje się nieuchronnie nasz obraz rzeczywistości.

Dlatego uważam za niebezpieczne i nieodpowiedzialne, gdy pewne stanowiska w debacie klimatycznej są przedwcześnie uznawane za niedopuszczalne lub naukowo obalane. Nauka rozwija się dzięki porównywaniu różnych hipotez. Sprzeciw jest istotą nauki. Ci, którzy ograniczają się do jednego wyjaśnienia, ryzykują utratę z oczu różnicy między rzeczywistością a jej reprezentacją.

Lippmann nie chciał zniechęcać opinii publicznej. Wręcz przeciwnie. Jego dzieło jest zaproszeniem do bardziej wnikliwego osądu. Przypomina, że ​​często istnieje znacząca różnica między tym, co się faktycznie dzieje, a tym, co o tym postrzegamy.

Być może najważniejszym zadaniem świadomego obywatela nie jest przyswajanie jak największej ilości informacji. Raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, czy obraz, który noszę w głowie, rzeczywiście odzwierciedla całą rzeczywistość – czy tylko jej fragment. W moim przypadku również zawsze jest to drugie.

Ale kto i według jakich kryteriów decyduje, które informacje są podkreślane, które tematy powtarzane, a które pytania spychane na dalszy plan? Psycholog i kognitywista Rainer Mausfeld badał tę formę zarządzania uwagą.

Władza nad naszą percepcją

Kto właściwie decyduje, co uważamy za ważne, albo co powinniśmy uważać za ważne? I dlaczego niektóre tematy przez tygodnie dominują w nagłówkach gazet, a inne prawie nie cieszą się zainteresowaniem opinii publicznej?

Na te pytania odpowiada psycholog percepcji Rainer Mausfeld. W swojej pracy dowodzi, że we współczesnych demokracjach coraz rzadziej sprawuje się władzę poprzez jawną cenzurę. Znacznie skuteczniejsze jest kierowanie uwagi ludzi: które tematy są podkreślane? Które informacje są powtarzane? Które powiązania są uwydatniane – a które pozostają w dużej mierze niewidoczne?

Mausfeld jasno daje do zrozumienia, że ​​nasze postrzeganie rzeczywistości kształtowane jest nie tylko przez dostępne fakty, ale także przez ich selekcję, ważenie i klasyfikację. Te same informacje mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków w zależności od kontekstu.

Rainer Mausfeld opisuje mechanizm, który wykracza daleko poza pojedyncze kwestie polityczne. Ten, kto kieruje uwagą opinii publicznej, wpływa również na postrzeganie rzeczywistości społecznej. Nie dlatego, że fakty są sfabrykowane, ale dlatego, że niemożliwe jest, aby wszystkie fakty były w centrum uwagi jednocześnie.

Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w debacie klimatycznej. Niemal każdego dnia pojawiają się doniesienia o falach upałów, suszach, pożarach lasów, topnieniu lodowców czy ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Takie zjawiska z pewnością zasługują na uwagę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy jednocześnie należycie uwzględniane są informacje przeciwne, a nawet pozytywne, które mogłyby uzupełnić lub zróżnicować ogólny obraz.

Na przykład pojawia się pytanie, jak często zgłaszane są naturalne wahania klimatu, historyczne okresy ocieplenia i ochłodzenia, niepewności modeli klimatycznych czy rozbieżne oceny naukowe. Nie dlatego, że te aspekty podważałyby istnienie zmian klimatycznych, ale dlatego, że mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia.

Mausfeld przypomina nam, że społeczeństwo demokratyczne rozwija się nie tylko dzięki swobodzie rozpowszechniania informacji, ale także dzięki swobodzie postrzegania i porównywania różnych perspektyw. Tylko poprzez porównywanie różnych punktów widzenia można formułować niezależne osądy.

Jego idea bezpośrednio łączy się z teorią Waltera Lippmanna. Skoro nasz światopogląd wyrasta z obrazów, które nosimy w umyśle, to dobór tych obrazów w istotny sposób determinuje naszą ocenę rzeczywistości. Myślenie krytyczne nie zaczyna się zatem od odpowiedzi, lecz od pytania, czy w ogóle dostrzegamy cały obraz i z jakich źródeł go czerpiemy i konstruujemy.

Jak można nie tylko wpływać na opinię publiczną, ale także celowo wspierać cele polityczne i gospodarcze? To pytanie już około sto lat temu podjął Edward Bernays, człowiek uważany za twórcę nowoczesnego public relations.

Można zorganizować proces zatwierdzania.

Jak można przekonać całe społeczeństwa do określonej idei? Jak powstaje konsensus społeczny? I dlaczego ludzie czasami przyjmują przekonania, których mogliby nigdy nie wykształcić bez ukierunkowanego wpływu?

Z tymi pytaniami zmagał się amerykański pionier PR Edward Bernays. Bratanek słynnego psychoanalityka Zygmunta Freuda połączył wiedzę o ludzkiej podświadomości z możliwościami współczesnej komunikacji masowej. Podczas gdy Freud badał, jakie ukryte motywy wpływają na ludzkie zachowania, Bernays pytał, jak tę wiedzę można strategicznie wykorzystać do kształtowania opinii publicznej.

Jego najsłynniejsze dzieło nosi obecnie negatywnie konotowany tytuł „Propaganda” (7). Tytuł ten wydaje się dziś dziwny. Jednak w latach dwudziestych XX wieku termin ten nie miał jeszcze jednoznacznie negatywnego znaczenia, jakie nabrał po doświadczeniach z reżimami totalitarnymi XX wieku.

Bernays argumentował, że społeczeństwa demokratyczne nie są spajane wyłącznie argumentami, ale że zgoda społeczna musi być aktywnie organizowana. Jego słynne sformułowanie o „świadomej i inteligentnej manipulacji zorganizowanymi nawykami i opiniami mas” pozostaje jednym z najczęściej dyskutowanych stwierdzeń w badaniach nad komunikacją.

Odkrycia Bernaysa jasno pokazują, że przekonania polityczne nie są wyłącznie wynikiem swobodnego, niezależnego kształtowania opinii. Mogą być również wynikiem profesjonalnych strategii komunikacyjnych, które odwołują się do emocji, kreują obrazy i wielokrotnie eksponują pewne interpretacje.

Sam Bernays później donosił, że Joseph Goebbels studiował jego pisma i przejął z nich metody propagandowe. To, czy i w jakim stopniu tak się stało, jest przedmiotem różnych relacji historycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że psychologiczne spostrzeżenia dotyczące wpływania na opinię publiczną mogą być wykorzystywane zarówno w legalnym PR, jak i w manipulacyjnej propagandzie. Nie metoda ani technika determinują jej ocenę moralną, lecz cel, któremu służy. Noża można użyć do posmarowania chleba masłem lub do zabicia kogoś.

Dlatego warto bliżej przyjrzeć się dzisiejszej debacie klimatycznej. Każdy, kto powtarza te same obrazy, te same hasła i te same przekazy przez miesiące i lata, nieuchronnie kształtuje percepcję społeczną. Topniejące lodowce, płonące lasy, zalane ulice czy wyschnięte krajobrazy to prawdziwe i uderzające obrazy. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy oddają one pełny obraz złożonej rzeczywistości, czy też pokazują tylko jej niewielki wycinek?

Bernays prawdopodobnie powiedziałby, że skuteczna komunikacja nie polega na przedstawianiu jak największej liczby faktów. Kluczowe jest to, które komunikaty wywołują emocje i na stałe zapadają w pamięć ludzi.

Dlatego w demokracji nie wystarczy samo przyswajanie informacji. Równie ważne jest pytanie, kto je wybiera, jak są prezentowane i jaki cel jest realizowany w ich rozpowszechnianiu. Myślenie krytyczne nie oznacza odrzucania każdego przekazu. Oznacza ono raczej kwestionowanie mechanizmów jego powstawania.

Wniosek

Według Orwella, Le Bona, Maaza, Arendt, Desmet, Lippmanna, Mausfelda i Bernaysa, wyłania się z tego wspólny mianownik: Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

Wiedza o ludziach nie jest odporna na nadużycia, jak pokazuje historia. Z drugiej strony, osoby rozumiejące te mechanizmy będą inaczej postrzegać debaty polityczne – w tym te dotyczące zmian klimatycznych.

+++

Źródła i notatki

(1) Orwell, George (1949): 1984 . Londyn: Secker & Warburg

(2) Le Bon, Gustave (1895): Psychologia mas (francuska psychologia fauli )

(3) Maaz, Hans-Joachim (2017): Fałszywe życie – przyczyny i skutki naszego normopatycznego społeczeństwa . Monachium: CH Beck. Teza przewodnia książki głosi, że nadmierna presja konformizmu może prowadzić do powstania „normopatycznego” społeczeństwa.

(4) Desmet, Mattias (2022): Psychologia totalitaryzmu . White River Junction (VT): Chelsea Green Publishing

(5) Lippmann, Walter (1922): Opinia publiczna . Nowy Jork: Harcourt, Brace and Company

(6) Mausfeld, Rainer (2018): Dlaczego owce milczą? Jak elitarna demokracja i neoliberalizm niszczą nasze społeczeństwo i nasze źródła utrzymania . Frankfurt nad Menem: Westend Verlag

(7) Bernays, Edward L. (1928): Propaganda . Nowy Jork: Horace Liveright

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

+++

Zdjęcie: Demonstracja przeciwko kryzysowi klimatycznemu.
Źródło zdjęcia: rongreenbergphotography / shutterstock


Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Trump NIE jest prezydentem niechętnym wojnie

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie można dziś spotkać, jest idea, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po tym, jak został ponownie wybrany, tak jakby go gonili i pytali: „Czy chciałbyś zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w…

Caitlin Johnstone 21 lipca 2026 r. caitlinjohnstone-au/trump-is-not-a-reluctant-war-president

Najnowsza wojna Ameryki nieustannie pustoszy Bliski Wschód. Siły USA bombardują Iran dziesiątą noc z rzędu w serii wymian ognia, w wyniku których, jak podaje „The New York Times”, liczba rannych wśród żołnierzy amerykańskich przekroczyła liczbę przyznaną przez Pentagon.

Prezydent Trump mówi , że „za każdym razem, gdy Iran zabije amerykańskiego żołnierza, zapłaci za to zabójstwo wielokrotnie”, jednocześnie gwarantując, że trwający atak doprowadzi do jeszcze większych irańskich odwetów, które oczywiście mogą łatwo doprowadzić do śmierci kolejnych żołnierzy amerykańskich.

W obliczu eskalacji działań wojennych siły jemeńskie ogłosiły blokadę morską Arabii Saudyjskiej, ponieważ zawieszenie broni, które oba państwa utrzymywały od 2022 roku, chyli się ku upadkowi. Trump odziedziczył zawieszenie broni w straszliwej wojnie między Jemenem a Arabią Saudyjską i najwyraźniej spuszcza je w toalecie, tak jak odziedziczył porozumienie z Iranem i podpalił je, żeby móc rozpocząć wojnę. To obrzydliwy, okrutny świnia wojenna.

Jedną z najgłupszych popularnych narracji, jakie dziś widzimy, jest ta, że ​​syjoniści przekonali niechętnego Trumpa do rozpoczęcia wojny z Iranem po jego reelekcji, jakby gonili go, pytając: „Chcesz zbombardować Iran?”, jak facet z Green Eggs and Ham, który krzyczał: „Nie w pudełku! Nie z lisem!”, aż w końcu się poddał.

Teraz jest już zupełnie jasne, że ta wojna była zaplanowana dawno temu. Nie w 2026 roku, nie w 2025, nie w 2024 roku, a nawet nie za rządów Bidena. Została zaplanowana, zanim Trump został wybrany na prezydenta. Jego kampania opierała się na zerwaniu porozumienia nuklearnego z Iranem i dokładnie to zrobił, gdy po raz pierwszy objął urząd.

Zaraz po zniesieniu JCPOA w 2018 r. administracja Trumpa zaczęła drastycznie zwiększać akty agresji wobec Iranu, rozprawiając się z nimi za pomocą sankcji głodowych w ramach kampanii „maksymalnej presji”, której wyraźnym celem była zmiana reżimu , a następnie eskalując działania do bezpośredniego zabójstwa najwyższego rangą irańskiego urzędnika wojskowego.

Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem był pokój. Nie było powodu, żeby to robić, jeśli celem było uniemożliwienie Iranowi uzyskania broni jądrowej. Porozumienie z Iranem działało . Iran był w pełni posłuszny. Celem była eskalacja.

[filmiki w oryginale md]

Trump otwarcie przyznał , że dał Adelsonom wszystko, czego chcieli, w zamian za ogromne darowizny na kampanię , które pozwoliły mu zasiąść w Białym Domu. W 2013 roku Sheldon Adelson trafił na pierwsze strony gazet , twierdząc, że Stany Zjednoczone powinny zrzucić bombę atomową na irańską pustynię, a następnie powiedzieć: „Widzicie? Następna jest w samym środku Teheranu”, aby nastraszyć Irańczyków i skłonić ich do uległości.

Wszystko, co obserwowaliśmy w drugiej kadencji Trumpa, wyraźnie pokazuje, że jedynym powodem, dla którego otrzymał on niezbędne oligarchiczne i instytucjonalne wsparcie, by zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, było to, że zapewnił wystarczającej liczbie wpływowych ludzi, że zrobi to, czego nie odważył się żaden inny prezydent: rozpocznie wojnę z Iranem.

Wszystko, co widzieliśmy w 2026 roku, to zalążki spełnienia się tych wczesnych zapewnień. Wszyscy ci zamordowani uczniowie. Wszyscy zabici i ranni żołnierze amerykańscy. Zbombardowana infrastruktura cywilna. Zaciemnione niebo. Blokady. Strach. Konflikt gospodarczy. To wszystko zostało zaplanowane lata temu, przy pełnym współudziale psychopatycznego potwora, który pragnął zostać prezydentem.

Prowadził kampanię na rzecz zakończenia wojen i cały czas kłamał. Nie dał się naciskać ani namawiać, był aktywnym i chętnym uczestnikiem.

Prawicowi antyinterwencjoniści często próbują przedstawiać sytuację jako dowód na to, że Trump dał się nabrać Izraelczykom, ponieważ pozwala im to uzasadnić swoje poparcie dla Trumpa przekonaniem, że głosowali na kogoś, kto w danym momencie miał dobre intencje.

Ale Trump nigdy nie miał dobrych intencji. Zawsze planował rozpocząć wojnę z Iranem w drugiej kadencji, kiedy już nie będzie musiał martwić się o reelekcję. Zawsze był podstępną wojenną dziwką, równie złą, jak każda inna, jaką widzieliśmy w Białym Domu.

Tylko źli ludzie mogą przejść przez liczne mechanizmy kontroli dostępu do urzędu prezydenta. Aby pomóc w zarządzaniu morderczym imperium napędzanym ludzką krwią, trzeba być psychopatą. Nie wpuszczą cię, dopóki nie upewnią się, że jesteś wystarczająco psychopatyczny, by podołać zadaniu.

Trump dał im te zapewnienia. To jedyny powód, dla którego siedzi tam, gdzie teraz siedzi.

To Trump zabił żołnierzy USA w Jordanii

Trump zabił żołnierzy USA w Jordanii

Zostali zabici przez oligarchów i zarządców imperiów, których decyzje sprowadziły na nich śmierć w kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie opartej na kłamstwach i którzy nigdy nie będą z tego powodu tracić z oczu snu.

Caitlin Johnstone 19 lipca 2026 r. caitlinjohnstone/trump-killed-those-us-troops-in-jordan

W szalonej wojnie agresywnej Trumpa przeciwko Iranowi zginęło więcej żołnierzy USA , więc oczywiście jesteśmy świadkami bzdur opowiadanych przez amerykańskich podżegaczy wojennych o bohaterskiej ofierze, jaką ponieśli ci żołnierze, mających na celu usprawiedliwienie dalszej eskalacji konfliktu.

„Powodzenia, bohaterowie. Ich poświęcenie tylko wzmacnia naszą determinację” – napisał na Twitterze sekretarz wojny Pete Hegseth w odpowiedzi na wiadomość o śmierci dwóch żołnierzy amerykańskich i zaginięciu jednego żołnierza w wyniku irańskich ataków odwetowych na bazę USA w Jordanii.

Ale oni nie byli „bohaterami” i nie ponieśli żadnej „ofiary”.

Bohater to ktoś, kto ryzykuje niebezpieczeństwo, podejmując szlachetne działania dla dobra innych. Ofiara to poświęcenie życia dla wyższej sprawy. 

To nie było ani jedno, ani drugie. Ci żołnierze zginęli w odpowiedzi na amerykańskie naloty na infrastrukturę cywilną w głupiej, nikczemnej wojnie agresywnej, prowadzonej przez syjonistycznego prezydenta, by zadowolić swojego miliardera izraelskiego mega-darczyńcę.

Ataki USA zniszczyły zakład odsalania wody , odcinając niezbędne dostawy wody dla tysięcy irańskich cywilów.

Nie zginęli broniąc Stanów Zjednoczonych. Nie zginęli, chroniąc naród amerykański. Nie zginęli za wolność, za demokrację ani za żadne inne fałszywe powody, za które imperialni spin-doktorzy będą ich podawać. Zginęli za Izrael, za kompleks militarno-przemysłowy i za amerykańskie imperialne plany globalnej dominacji. I za nic innego.

Powiedziałam to w sieci, a ktoś próbował mi powiedzieć: „Zginęli za swój kraj i mam cię w dupie za to, że na nich zsikałaś się”.

Powiedziałem mu, że nie, nie ginęli za swój kraj. Irańczycy giną za swój kraj.

Amerykanie giną za Izrael, za pieniądze i za kontrolę geostrategiczną. Ani jedno życie Amerykanina w Stanach Zjednoczonych nie jest chronione przez działania amerykańskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie. Oni nie bronią swojej ojczyzny, atakują ludzi, którzy bronią swojej.

To nie jest godne pochwały, to raczej wywołuje gniew i oburzenie. 

Wśród Amerykanów panuje dziwaczne, sekciarskie przekonanie, że trzeba udawać, że każdy amerykański żołnierz poległy w akcji zginął, dokonując bohaterskiego czynu, który przyniósł korzyść narodowi amerykańskiemu, nawet jeśli każda rozsądnie inteligentna osoba wie, że to obiektywnie nieprawda.

Odrzucam to z całego serca. To jedynie ułatwia armii USA rekrutację kolejnych żołnierzy i kreowanie zgody na kolejne zdeprawowane wojny agresywne.

Żołnierze zabici w Jordanii nie zginęli, czyniąc coś szlachetnego. Zginęli śmiercią pozbawioną sensu i godności za niemoralną i niegodną sprawę.

Ci żołnierze nie zostali zabici przez Iran. Zostali zabici przez Donalda Trumpa. Zostali zabici przez oligarchów i zarządców imperiów, których decyzje sprowadziły na nich śmierć w kolejnej wojnie na Bliskim Wschodzie opartej na kłamstwach i którzy nigdy nie będą mieli z tego powodu zmrużenia oka.

Każdy, kto myśli o wstąpieniu do armii USA, powinien powstrzymać się od tego kroku, a każdy, kto już służy w armii USA, powinien zrobić wszystko, co w jego mocy, żeby się stamtąd wydostać. Bo nie ma nic gorszego niż zabijanie i umieranie za bogatych drani, którzy mają cię gdzieś.

Dotacje, czyli defraudacje. Korupcja wpisana w DNA pieniędzy publicznych

Dotacje, czyli defraudacje. Korupcja wpisana w DNA pieniędzy publicznych

23.07.2026 Autor:Tomasz Cukiernik nczas/dotacje-czyli-defraudacje-korupcja-wpisana-w-dna-pieniedzy-publicznych

Pieniądze euro karta
NCZAS.INFO

Z rozdawnictwem unijnych funduszy nierozerwalnie związany jest problem przestępstw finansowych. Choć informacje na ten temat dość łatwo znaleźć i jest ich bardzo dużo, to szczególnie aktualna, patologicznie prounijna koalicja rządowa wolałaby, żeby takie przykłady zostały zamiecione pod dywan.

W 2025 roku Komisja Europejska wykorzystała unijne fundusze, które miały być przeznaczone na „walkę ze zmianą klimatu”, do finansowania lewicowych organizacji pozarządowych. Europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik nagłośniła skandal na FB: „Celem tych działań była obrona Zielonego Ładu i uciszanie europejskich sił prawicowych w ramach tajnej operacji wpływu. […] Były komisarz UE ds. klimatu, antypolski Frans Timmermans, zorganizował tajne umowy z takimi organizacjami, które miały zawierać szczegółowe plany lobbingowe, co oznacza, że Komisja Europejska nie tylko zapewniła finansowanie, ale także dawała strategiczne wskazówki, kogo i jak atakować, by bronić swoich klimatycznych wariactw!”. Pieniądze pochodziły z programu LIFE, którego całkowity budżet od 2014 roku wyniósł 9 mld euro.

Eurodeputowana zauważyła, że „Komisja pod presją dowodów przyznała się do winy, ale oczywiście nie ma mowy, by ktokolwiek został pociągnięty za to do odpowiedzialności! Właśnie tak zepsute do cna i skorumpowane jest to środowisko. O działaniach lobbingowych lewackich organizacji klimatycznych mówię od lat, teraz wszystko wychodzi na światło dzienne i finansowane było za cichym przyzwoleniem unijnych pseudoelit. Zielony Ład to jedna wielka paramafijna operacja ogłupiania ludzi, prania ogromnych pieniędzy i dewastowania gospodarek unijnych państw. Każdy element tego dziadostwa trzeba NATYCHMIAST wycofać, wyrzucić do śmieci i wrócić do normalności!”.

Wyłudzenia z NCBR

Na naszym podwórku wylęgarnią afer z udziałem unijnych funduszy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Co kilka dni na stronach CBA, prokuratur czy NIK mamy kolejną odsłonę z tym związaną. W 2023 roku ujawniono, że w konkursie Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego „Szybka ścieżka – Innowacje cyfrowe” NCBR przyznało ogromne dotacje firmom, które w rzeczywistości nie prowadziły realnej działalności badawczo-rozwojowej.

Jedna z firm, założona dziesięć dni przed terminem przez 26-latka, otrzymała 55 mln złotych. Inna spółka, powiązana politycznie – 123 mln złotych. W innym przypadku prace wykonywane w związku z grantami miały pozorny charakter i nie korespondowały z planowanym zakresem prac oraz dochodziło do znacznego zawyżenia ich wartości. Kontrole poselskie i NIK wykazały rażące nieprawidłowości w co najmniej siedemnastu projektach na setki milionów złotych. Tworzono fikcyjne spółki – „słupy”, fałszowano faktury i dokumenty, wyłudzano unijne dotacje.

W styczniu 2026 roku Prokuratura Regionalna w Warszawie skierowała pierwszy akt oskarżenia przeciwko 33 osobom, które oskarżone są o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwa, pranie pieniędzy. Wyłudzono ok. 5 mln złotych, a usiłowano wyłudzić kolejne 43 mln złotych. Zatrzymania dotyczyły także byłych pracowników NCBR i prezesów powiązanych spółek. Straty dla budżetu państwa i UE szacowane są na setki milionów złotych (część dotacji trzeba będzie zwrócić Brukseli). Postępowanie jest kontynuowane.

W maju i czerwcu 2026 roku na polecenie Prokuratury Europejskiej funkcjonariusze CBA zatrzymali czternaście osób, wśród których znalazły się osoby odpowiedzialne za zarządzanie projektem objętym dofinansowaniem, a także osoba nadzorująca działalność NCBR. Zatrzymanym przedstawiono zarzuty, m.in. przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków, usiłowania oszustwa w odniesieniu do mienia o znacznej wartości oraz powoływania się na wpływy. Sprawa dotyczy puli środków publicznych w niebagatelnej wysokości ponad 811 mln złotych.

Z kolei o najnowszej odsłonie afery z lipca 2026 roku informuje Prokuratura Regionalna w Gdańsku. Otóż NCBR zostało doprowadzone do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości przekraczającej 7,5 mln złotych poprzez niezasadne udzielenie dofinansowania ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014–2020. Projekt badawczo-rozwojowy objęty śledztwem dotyczył opracowania technologii lokalizacji, wydobycia i unieszkodliwienia zatopionej w Morzu Bałtyckim amunicji chemicznej. Z ustaleń wynika, że podejrzani przedłożyli w NCBR nierzetelne dokumenty dotyczące rzeczowego i finansowego postępu realizacji projektu, obejmujące m.in. fikcyjne koszty zakupu specjalistycznych urządzeń, mobilnej komory technologicznej oraz systemu neutralizacji bojowych środków trujących.

Unijne dotacje rozwojowe i działalność NCBR nie tylko generują zachowania korupcyjne, ale absolutnie nie prowadzą do osiągnięcia założonych celów. W 2025 roku Polska zajęła dopiero 23 miejsce w Europejskim Rankingu Innowacyjności, pokonując jedynie Słowację, Łotwę, Bułgarię i Rumunię. Z raportu NIK z 2025 roku wynika, że NCBR i jego cztery spółki w niewielkim stopniu osiągnęły zaplanowane efekty działalności, mimo wydania w ciągu dziesięciu lat niemal 47 mld. złotych na wspieranie projektów mających zwiększyć innowacyjność, a tym samym konkurencyjność polskiej gospodarki. Do końca 2023 roku w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój Centrum rozdysponowało blisko 23 mld złotych. Liczba wdrożeń i komercjalizacji wyników prac badawczo-rozwojowych została osiągnięta na poziomie 10–40 proc. planu w zależności od projektu, a przychody z komercjalizacji ich wyników wyniosły zaledwie 1–17 proc.

W latach 2022–2024 powołana przez NCBR spółka IDEAS sporządziła około 130 prac naukowych, ale nie doprowadziła do komercjalizacji jakichkolwiek wyników badań i prac. Założono, że przychody z komercjalizacji miały stanowić zaledwie… 0,7 proc. nakładów na spółkę zaplanowanych w wysokości 428 mln złotych. Powołana przez NCBR spółka AKCES oprócz pilotażu nie przeprowadziła żadnego programu wsparcia dla startupów, wskutek czego koszty przekazania przez nią grantów w łącznej kwocie 1,7 mln złotych wyniosły… 16 mln złotych. Otrzymane środki wykorzystano głównie na bieżącą działalność spółki. Przez cały 2022 rok spółka AKCES otrzymywane z NCBR w sumie 2 mln złotych przeznaczała wyłącznie na swoje utrzymanie, nie osiągając żadnych zaplanowanych celów. Z kolei łączna wartość inwestycji dokonanych do końca 2024 roku przez inną spółkę powołaną przez NCBR – NIF – stanowiła tylko 16 proc. pierwotnych planów, z zakładanych 471 mln złotych.

Afer na pęczki

Afery związane z unijnymi dotacjami można wymieniać w nieskończoność. Przeprowadzona w 2025 roku kontrola NIK w dwóch uczelniach lubelskich wykazała istotne nieprawidłowości we wdrożeniu systemów informatycznych i zarządzaniu systemem bezpieczeństwa informacji. Kontrola w Uniwersytecie Medycznym w Lublinie wykazała, że Zintegrowany System Informatyczny do zarządzania uczelnią, za który zapłacono łącznie 15,9 mln złotych, w tym 12,1 mln złotych dofinansowania z funduszy unijnych, nie został uruchomiony do zakończenia czynności kontrolnych w październiku 2025 roku. Z kolei w Politechnice Lubelskiej przyjęta odbiorem końcowym aplikacja mobilna, której celem było zwiększenie dostępności kampusu uczelni dla osób z niepełnosprawnościami i za którą zapłacono 571,9 tys. złotych z dotacji unijnych, nie spełniała części wymagań określonych w opisie przedmiotu zamówienia.

W serwisie CBA co chwilę pojawiają się kolejne informacje o śledztwach związanych z korupcją czy wyłudzeniem unijnych srebrników. Jedna z większych afer wydarzyła się na Górnym Śląsku. Od grudnia 2025 roku funkcjonariusze CBA zatrzymali kilkanaście osób podejrzanych o udział w procederze korupcyjnym oraz zmowie przetargowej związanej z modernizacją infrastruktury Tramwajów Śląskich. Inwestycja jest finansowana przez UE kwotą 1,9 mld złotych. Z ustaleń śledztwa prowadzonego pod nadzorem Prokuratury Europejskiej wynika, że w spółce funkcjonował układ korupcyjny. Dochodziło do przekazywania poufnych informacji faworyzowanej firmie z branży inżynierii budowlanej, aby mogła uzyskać kontrakt. Z ustaleń śledztwa wynika, że korzyści majątkowe były wypłacane również w zamian za zatwierdzenie zawyżonych kosztów lub rozliczenie fikcyjnych prac. Śledczy oszacowali, że łączna wartość przyjmowanych korzyści przez osoby uczestniczące w procederze wynosi prawie 2,7 mln złotych.

CBA wraz z Prokuraturą Europejską prowadzą też śledztwo w sprawie nieuczciwej sprzedaży żywności przeznaczonej dla uchodźców i osób potrzebujących, a pochodzącej z funduszy europejskich. Grupa religijna objęta śledztwem otrzymała 2,5 tys. ton żywności o wartości ponad 15,8 mln złotych. Dostawy realizował Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa w ramach unijnego programu współfinansowanego w 90 proc. z Europejskiego Funduszu Społecznego Plus. Z oznakowania produktów żywnościowych jednoznacznie wynikało, że nie są przeznaczone do sprzedaży. Organizacja otrzymała również unijne dotacje na pokrycie kosztów administracyjnych, transportowych oraz magazynowania. Wartość przekazanych na ten cel środków wyliczono na ponad 2,2 mln złotych.

Z kolei w kwietniu 2026 roku funkcjonariusze CBA zabezpieczyli dokumentację dotyczącą sztandarowego Priorytetowego Programu Czyste Powietrze z okresu od 1 czerwca 2021 roku. Czynności na polecenie Prokuratury Europejskiej prowadzono m.in. w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwie Klimatu i Środowiska, Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, Narodowym Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 16 funduszach wojewódzkich. Chodzi o niedopełnienie obowiązków przez urzędników w związku z opracowaniem i wdrożeniem kolejnych etapów programu. Nieprawidłowości miały umożliwić nieuczciwym wykonawcom nielegalne pozyskanie środków finansowych, a także doprowadzić do wyrządzenia szkody tysiącom beneficjentów programu.

Dla odmiany miesiąc później funkcjonariusze CBA zatrzymali dziewięć osób w związku ze śledztwem w sprawie podejrzenia wyłudzenia dofinansowania na tworzenie nowych miejsc w żłobkach w Trójmieście w ramach programu „Aktywny Maluch 2022–2029” współfinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego.

Czego nie wykrył OLAF?

Raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego wskazuje na poważne problemy z przejrzystością wydatkowania pieniędzy z tzw. Funduszu Odbudowy, a zdaniem Marcina Możdżonka, przedsiębiorcy i polityka Nowej Nadziei, Komisja Europejska dopuściła finansowanie uniemożliwiające rzetelny audyt, co jest „jawnym przyzwoleniem na marnotrawstwo pieniędzy podatników w skali niespotykanej w historii kontynentu”. Komentuje, że w ten sposób „pieniądze europejskich obywateli zwyczajnie zostały rozkradzione. Od początku ostrzegałem, że mechanizm KPO, oparty na wspólnym długu i nietransparentnych procedurach, stanie się polem do gigantycznych nadużyć. Dziś potwierdzają to unijni audytorzy, wskazując na rażący brak kontroli nad tym, do kogo realnie trafiły miliardy euro”.

Swoje dochodzenia w sprawie defraudacji unijnych dotacji prowadzi też Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych (OLAF). W jego corocznych raportach możemy wyczytać informacje o przykładowych defraudacjach funduszy unijnych w całej Unii Europejskiej, a nawet poza nią. Na przykład w 2025 roku urząd zamknął dochodzenie w sprawie nieprawidłowości w realizacji kilku umów finansowanych z tzw. Funduszu Odbudowy, mających na celu podłączenie szeregu budynków w Szwecji do szybkiej sieci szerokopasmowej. Dochodzenie wykazało, że niektóre budynki były zaliczane do ogólnego celu projektu, mimo że już wcześniej były podłączone do sieci. Straty mogły wynieść 46,4 mln euro. Z kolei w Norwegii OLAF zbadał dwie firmy, które otrzymały dofinansowanie na kilka projektów badawczych w dziedzinie gospodarki o obiegu zamkniętym w ramach programu „Horyzont Europa”. Urząd stwierdził, że obie firmy nie posiadały zdolności finansowej i operacyjnej do realizacji projektów, pomimo ubiegania się o ponad 2,9 mln euro dofinansowania z funduszy unijnych. W rezultacie OLAF zalecił m.in. odzyskanie pełnej kwoty otrzymanego finansowania, wynoszącej ponad 2,2 mln euro.

Z kolei w Hiszpanii OLAF wykrył, że jeden z przetargów na szkolenie w ramach Funduszu Odbudowy został ustawiony pod konkretną firmę. Po dochodzeniu zalecił odzyskanie kwoty 266 tys. euro. Natomiast na Węgrzech OLAF ujawnił grupę firm, które współpracowały ze sobą w ramach licznych projektów w celu nielegalnego pozyskiwania środków z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, których celem było dostarczanie ciężkiego sprzętu firmom na obszarach wiejskich. W rzeczywistości fundusze nie były przekazywane dostawcom, lecz pośrednikom pobierającym wysokie opłaty bez dodawania jakiejkolwiek wartości. Śledztwo ujawniło przypadki manipulacji procesami zamówień publicznych, w tym sfałszowane dokumenty przetargowe, zawyżone ceny maszyn, podwójne finansowanie oraz innowacyjne techniki potencjalnie wskazujące na pranie pieniędzy. Firmy miały zwrócić prawie 1,5 mln euro.

W związku z nieprawidłowościami dotyczącymi unijnych funduszy w latach 2016–2025 łącznie OLAF zalecił odzyskanie nienależnie wydanych 8,3 mld euro oraz zabezpieczenie kolejnych 873 mln euro. Może w relacji do łącznej sumy unijnych dotacji w tym okresie to niewiele, ale ilu nieprawidłowości, oszustw i wyłudzeń w całej Unii Europejskiej OLAF i inne instytucje do tego powołane nie wykryły?

Korupcja i defraudacje są wpisane w DNA wszelkich pieniędzy publicznych, a w szczególności dotacji unijnych, tak oderwanych od realnej gospodarki, że traktowane są jak darmowa manna z nieba. A przecież są to ciężko zarobione pieniądze wielu uczciwych przedsiębiorców i ich pracowników, zabrane im pod przymusem w formie podatków i różnorakich opłat, których sama Unia Europejska szczególnie w ostatnich latach wprowadza w ilościach hurtowych głównie pod pretekstem walki ze zmianami klimatu. A KPO to w 100 proc. kredyt zaciągnięty przez UE w ramach NextGenerationEU, który w całości musi zostać spłacony przez podatników krajów członkowskich. Czyli unijne dotacje sami sobie finansujemy i to po części na kredyt, a kolejne uśmiechnięte i dobrozmianowe rządy opowiadają ludziom bajki, że to pieniądze Brukseli.

Czy kiedyś powiemy IM „przebaczamy” a może nawet „prosimy o przebaczenie”?

Czy kiedyś powiemy IM „przebaczamy”

a może nawet „prosimy o przebaczenie”?

O kogo tu idzie? Przecież nie o Rosjan, bo dopóki nami rządzi zgodny tu duopol w Polsce obowiązuje nakaz nienawiści, pogardy i strachu. Żadnych odstępstw od „zasadniczego kierunku”: musisz na każdym kroku manifestować strach przed Rosją spełniając tę najważniejszą powinność prawdziwego, ukształtowanego przez III RP obywatela.

Tu jakiekolwiek zaniechanie jest „zdradą”. Nie idzie również o większość Ukraińców, czyli obywateli naszego sąsiada ze wschodu, bo od większości z nich nie doznaliśmy jakichkolwiek krzywd. Ich państwo, którego granice wyznaczył już dawno rozwiązany Związek Radziecki, obejmuje również nacje, z którymi nie mamy złej przeszłości, a ich stosunek do Polski i Polaków był i jest neutralny ze wskazaniem w stronę przychylnego; dajmy przykład Zakarpatczyków, którzy od wieków żyli w sąsiedztwie z Rumunami, Węgrami i Cyganami a nawet osadnikami niemieckojęzycznymi, i nie przychodziło im do głowy „oczyszczać” siekierami swojej ziemi z tzw. obcoplemieńców.

Myślę tu o politykach wywodzących się z byłych ziem II RP, czyli dawnych województw Wołynia i Galicji Wschodniej. Czyli dla większości tzw. Zachidników, dla których Bandera jest bohaterem narodowym a UPA i UON (i ich „bohaterowie”) to część rzeczywistego panteonu narodowego. Gdyby przynajmniej milczeli na temat popełnionych przez ich przodków zbrodni, czekali zapomnienia („czas leczy rany”, jeśli tego chcemy i nie będziemy rozpamiętywać) kierując się zasadą ciszej nad tą trumną (trumnami), bo przecież „mamy się czego wstydzić”.

W ten sposób chciano przemilczeć złą przeszłość w okresie radzieckim czekając na amnezję w imię lepszej przyszłości. Po 1991 r., w niepodległej już Ukrainie, w istotnej części zaprzepaszczono wspólnotę zapomnienia, chętnie budowano kult autorów masowego ludobójstwa, którzy mają na sumieniu wymordowanie pod okupacją niemiecką 1941-1944 setki tysięcy (ilu dokładnie? do dziś nie wiadomo) obywateli II RP: najpierw Żydów i Cyganów a później Lachów a nawet nielicznych osadników czeskich. Mordy były masowe, niewyobrażalne w swym okrucieństwie nawet jak na wzorce niemieckie i – co najgorsze – „spontaniczne”, z masowym udziałem tzw. zwykłych ludzi. Tu nie ma miejsca na relatywizowanie i symetryzm.

Nie zapomnimy i raczej nie wybaczymy, chyba że władza tego państwa jednoznacznie i bez reszty potępiłaby bezpośrednich morderców, ich przywódców oraz usunęłaby z przestrzeni publicznej ich imiona i podobizny, Czy powinna odbyć się współczesna NORYMBERGA nad sprawcami ludobójstwa? Czy powinno się udowodnić IM winę w formalnym procesie karnym? A dlaczego nie? Powinna powstać lista ofiar, nie tylko rzezi wołyńskiej ale również galicyjskiej. Ich imiona i nazwiska powinny być uwiecznione w publicznym miejscu u nas i na Ukrainie. Ekshumacja i pochówek ich kości jest czymś oczywistym.

W centrum Warszawy powinien powstać pomnik ofiar ludobójstwa, obejmujący m.in. zaktualizowaną listę ofiar. To przecież byli MĘCZENNICY POLSKOŚCI.

Prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

NAGRANIE: Pracownica z Brochowa przełamuje milczenie w/s Gizeli

NAGRANIE: Pracownica z Brochowa przełamuje milczenie w/s Gizeli

Od:

Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina


Jeśli wiadomość nie wyświetla się poprawnie, należy skorzystać z linku – wersja przeglądarkowa

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Dyrektor szpitala na wrocławskim Brochowie Magdalena Puziewicz-Karpiak wypowiedziała się dla „Gazety Wyborczej” na temat zatrudnienia Gizeli Jagielskiej. Twierdzi, że to nieprawda, że personel nie chce pracować z niesławną ginekolog. Zaprzecza też, jakoby miała w planach zdusić bunt na pokładzie szpitala.

Tymczasem Fundacja Życie i Rodzina dotarła do pracowników szpitala i pozyskała wypowiedź z pierwszej ręki. Zaniepokojona pracownica placówki mówi nam, że w szpitalu ludzie są przerażeni, bo doskonale wiedzą, co ich czeka podczas współpracy ze znaną aborterką.

Proszę posłuchać tego nagrania.

Robicie dobre rzeczy – wspieram.

Wspieram

Dyrektor szpitala po prostu nie mówi prawdy. Ale pracownicy „Brochowa” nie są sami. We wtorek pod szpitalem zebrało się przeszło 200 osób – na Publicznym Różańcu o zatrzymanie aborcji i donośnym proteście przeciw tworzeniu w tej placówce największego abortorium w Polsce.

Były wystąpienia, modlitwa i masowe podpisywanie petycji o odebranie Gizeli Jagielskiej prawa wykonywania zawodu lekarza. Ginekolog, która zabija poczęte dzieci zastrzykiem dosercowym i uważa, że życie zaczyna się po porodzie – powinna zająć się inną pracą zamiast kreować się na medyka. To elementarna sprawiedliwość wobec pacjentów, którzy są już na tym świecie, choć jeszcze w łonach swoich matek.

We wtorek we Wrocławiu byłam poruszona tym, jak wiele osób wstawia się za nienarodzonymi dziećmi. Szczególne wrażenie zrobił na mnie widok młodych rodzin z maluchami w wózkach oraz matek w ciąży. Jedna z nich – Pani Paulina, pacjentka tego szpitala – podzieliła się swoim doświadczeniem związanym z poszukiwaniem miejsca, aby w dobrych warunkach urodzić swoje dzieciątko.

Kiedyś chciała w Oleśnicy, ale tam praktykowała aborcję Gizela. Teraz planowała na Brochowie, ale i tu prawdopodobnie niedługo spotka aborterkę. Proszę zobaczyć, co mówiła – w takiej sytuacji są obecnie ciężarne mamy we Wrocławiu:

Szanowny Panie,

Nie zostawiamy tej sprawy. Kolejny Publiczny Różaniec pod szpitalem im Falkiewicza we Wrocławiu w niedzielę 16 sierpnia o 17:00. Już teraz zapraszam Pana – jeśli tylko może Pan wtedy być na miejscu.

Fundacja Życie i Rodzina zajmuje się sprawą kompleksowo. Oprócz modlitwy, pokazywania prawdy o aborcji, edukacji i petycji – podejmujemy także działania prawne. Jeszcze w tym tygodniu na ręce dyrekcji szpitala trafią liczne wnioski o informację publiczną w sprawie planowanego przetargu na stanowisko, które ma zająć Gizela Jagielska oraz w innych sprawach, które mogą mieć związek z przekształcaniem szpitalnej porodówki w abortorium.

Te działania generują obecnie koszty – logistyczne, prawne i inne. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o wsparcie naszej pracy w chwili, gdy musimy stawiać czoła na froncie, na którym sytuacja wszystkich zaskoczyła.

Aby sensownie zaplanować działania na najbliższy czas muszę w tej chwili zebrać co najmniej 10 000 złotych, czyli znaleźć 100 osób, które wpłacą po 100 złotych lub więcej.

Czy może Pan być jedną z tych osób? Bardzo o to proszę.

Dane do wpłat:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: GIZELA

Z góry dziękuję Panu za pomoc finansową – jest ona bardzo potrzebna, bo w środku wakacji znaleźliśmy się w zupełnie nowej sytuacji.

Czekam na Pańską pomoc i… DZIAŁAMY.

Z wyrazami szacunku,

Kaja Godek
Kaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Likwidacja porodówek, zamiana tych, które jeszcze istnieją, w miejsca kaźni – to polityka obecnej władzy.

Proszę o wsparcie, abyśmy mogli bronić dzieci na Brochowie przed bezduszną aborterką.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

RatujŻycie.pl

MEM-y wojenne

——————————————

————————————–

———————————–

—————————————————-

——————————————————————

——————————


===============================================

Pro domo sua:

—————————-

————————————————–

Fikcyjna nauka za realne pieniądze

Fikcyjna nauka za realne pieniądze

22. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/fikcyjna-nauka-za-realne-pieniadze

Pewnie słyszałeś już, jak ktoś kończył kłótnię słowami: „Z najnowszych badań wynika, że…”. Jakby to rozstrzygało sprawę. Tak nie jest. Niektóre z najostrzejszych ostrzeżeń dotyczących publikowanych badań medycznych nie pochodziły od osób z zewnątrz ani od dziwaków. Pochodziły one od redaktorów czołowych czasopism na świecie — ludzi, którzy stworzyli ten system i doskonale wiedzą, gdzie są w nim luki.

Ten cytat pochodzi z opisu filmu na YouTube:

Naukowcy, którzy nie ufają nauce.
W filmie udostępniono polską ścieżkę dźwiękową.

Również naukowcy muszą spłacać kredyty. Moralność? Czy moralność może pokryć te raty? Z pewnością nie może i dlatego mamy korupcję. Jak długo są chętni do finansowania fałszu, tak długo dyspozycyjni „uczeni” będą spełniać ich najbardziej niedorzeczne życzenia.

Kiedy ci sami ludzie na szczycie instytucji strzegących dostępu – ci, którzy decydują, co uznaje się za „uznaną naukę”, zanim lekarze, organy regulacyjne i dziennikarze się na niej opierają – publicznie kwestionują swój własny system, nie jest to jedynie przypis.

To prawdziwy przekaz, który gubi się w krótkim, viralowym klipie: nie to, że „wszystko jest kłamstwem”, ale to, że te same instytucje, uważane zbiorowo za ostatecznych arbitrów w walce z dezinformacją w medycynie, publicznie przyznają, że nie są już w stanie rzetelnie wypełniać swojej funkcji nadzorczej.

Cytat z niedzielnego artykułu na tkp.at: Kupiona nauka: „Gdziekolwiek szukaliśmy korupcji, tam ją znaleźliśmy”. Emily Kaplan. Źródło.

Żyjemy w trudnych czasach – w czasach upadku wszelkich autorytetów. Ludzie, którzy nie potrzebują żadnego dowodu, by uwierzyć w kłamstwo, wymagają nieskończonej ilości dowodów, by zaakceptować prawdę.

Sceptycyzm – to zdrowe podejście, szczególnie gdy wokół dominuje obłuda. W czasach jedynie słusznej choroby angażowano sportowców, artystów i pisarzy, by reklamowali „środki zaradcze”, które nie potrzebowałyby żadnej kampanii reklamowej, gdyby rzeczywiście spełniały te reklamowane fałszywe obietnice.

Co jest ponad nauką?- Nauka wyższa.- A ponad nauką wyższą?- Chłopski rozum. Dzieci ufają rodzicom. Rodzice ufają lekarzom. Lekarze ufają swojemu wykształceniu. A ich edukacja należy do Rockefellerów.

„Szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje”.
Albert Camus.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com