Inny pogląd amerykańskich byłych obywateli na Rosję

Inny pogląd amerykańskich byłych obywateli na Rosję

11 lipca 2026przez Larry C. Johnson sonar21/another-american-ex-pats-view-of-russia

John McKeller jest emerytowanym Amerykaninem mieszkającym w Rosji. Oto jego historia:

Larry opublikował niedawno komentarze amerykańskiego ekspata, który podzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Rosji. W nawiązaniu do tego wpisu, Larry łaskawie zaoferował publikację mojego komentarza na ten temat. Moim celem jest jak najkrótsze i najkrótsze omówienie bardzo złożonego tematu. Przedstawię jedynie kilka informacji, a następnie zwrócę uwagę na niektóre błędne przekonania i przekłamania dotyczące Rosji, które zdają się wciąż panować. Jeśli nie jesteś tym zainteresowany, proszę przejść do następnego komentarza.

Kontekst: Po przejściu na emeryturę moja rosyjska żona i ja postanowiliśmy spędzać więcej czasu w jej rodzinnym mieście. Naszym celem była pomoc w codziennych potrzebach i opieka medyczna nad jej starszymi rodzicami. Po dekadach krótkich, corocznych wizyt, pomyśleliśmy, że moglibyśmy dzielić nasz czas między USA a Rosję. Cóż, powiedzenie, które John Lennon śpiewał w „Beautiful Boy” – „Życie to to, co się dzieje, gdy jesteś zajęty snuciem innych planów” stało się „Najlepiej ułożone plany myszy i ludzi często biorą w łeb”. Nietrudno sobie wyobrazić, jak Covid, szalejąca inflacja, wzrost cen nieruchomości w USA, wyniki wyborów, masowa imigracja, sankcje i wojna wpłynęły na życie amerykańskich emerytów w ciągu ostatnich pięciu lat. Więc nadal jesteśmy w Rosji.

Źródła błędnych wyobrażeń: Do tych, którzy kwestionują moje komentarze dotyczące błędnych wyobrażeń o Rosji – rozumiem wasze stanowisko. Wszyscy byliśmy (nadal jesteśmy) indoktrynowani, aby postrzegać Rosję jako „złą”. W książkach, filmach, „wiadomościach” czy na lekcjach historii Rosja i Rosjanie są często przedstawiani w negatywnym świetle. Weźmy na przykład filmy. Badania pokazują, że nawet jeśli ludzie znają rzeczywistość, polegają na pamięci o wersji filmowej. Przykłady: „John Wick” – rosyjscy gangsterzy; „Wyrównywacz” – zdegenerowani rosyjscy gangsterzy; „U-571” – kto tak naprawdę schwytał maszynę Enigma? „Ostatni samuraj” – czy Amerykanie byli w ogóle zaangażowani w japońską Restaurację Meiji? [spoiler – Brytyjczycy i nie.]

Rosja od grudnia 1991 roku: Pod koniec lat dziewięćdziesiątych miałem okazję pracować w krajach byłego Związku Radzieckiego, takich jak Polska i Czechy. Wszędzie wciąż panowały dekady zaniedbań. Ludzie zmagali się z przejściem od gospodarki planowej/rządowej do systemów kapitalistycznych. Do 2000 roku miasta takie jak Praga znacznie się poprawiły. [Oczywiście, wspaniałe miasto. To tam poznałem moją żonę.] Jeśli chodzi o Rosję, transformacja była katastrofalna. Jednak zmiany, które zaczęły zachodzić po objęciu urzędu prezydenta przez Władimira Putina, były dramatyczne. Wiem to, bo osobiście byłem ich świadkiem przez wiele lat.

Cechy „idealnego kraju” są kwestią otwartą dla świadomej opinii. Jako osoba, która dużo podróżowała po świecie, jestem pewna, że ​​wiem, jak wygląda kraj „gówniany”. Rosja do niego nie należy.

Co więcej, uogólnienia na temat kraju lub jego obywateli nigdy nie są w pełni trafne. Po samej wizycie w Los Angeles, Chicago, Nowym Orleanie czy Nowym Jorku nie można uogólnić charakterystyki całych Stanów Zjednoczonych. To samo dotyczy Moskwy, Sankt Petersburga, Jałty czy Soczi w porównaniu z małymi wioskami. Istnieją różnice. Jednak ogólnie rzecz biorąc, mam wrażenie, że mieszkańcy zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Rosji są bardzo zgodni.

Życie codzienne: Życie codzienne jest dla nas przyjemne. Mieszkamy jednak w miejscu, które można by określić mianem „mikrodzielnicy” w większym mieście. Z okien rozpościera się piękny, długi deptak z aleją drzew i dwoma bardzo dużymi parkami, oddalonymi od siebie o około trzy kilometry. Ulica jest usiana licznymi sklepami, restauracjami i kawiarniami. Sklepy spożywcze, piekarnie, teatry, przychodnie lekarskie – praktycznie wszystkie udogodnienia – znajdują się w zasięgu krótkiego spaceru. Jeśli czegoś, czego potrzebujemy, nie ma tuż za rogiem, prawdopodobnie znajdziemy to w jednym ze sklepów internetowych.

Jak „bezpiecznie” jest? Czasami spacerujemy po deptaku z psem o 22-giej. Nawet o tej porze ulica jest pełna młodych ludzi, par, emerytów, innych osób wyprowadzających psy i rodzin z dziećmi robiących to samo. W kawiarniach na świeżym powietrzu roi się od klientów. Owszem, sankcje i Specjalna Operacja Wojskowa miały wpływ – ale życie toczy się dalej.

Kultura: Z moich obserwacji wynika, że ​​kultura rosyjska i duma obywateli z ojczyzny zostały aktywnie ożywione. Rosja to ogromny, wielokulturowy naród (Federacja Rosyjska). Wiele cech tych kultur jest zarówno obserwowanych, jak i łączonych w dość spójną koncepcję tego, co znaczy być „Rosjaninem”.

Rosja jest otwarta na ludzi z całego świata. Na przykład w naszym mieście znajduje się kilka uczelni wyższych, w tym uniwersytet medyczny. Oprócz obywateli Rosji, na uczelniach tych studiują również studenci z byłych republik radzieckich, Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu.

W Rosji nie ma „obudzonych”. Dzieci mają „matkę” i „ojca”. Są tu tylko dwie płcie. Wbrew doniesieniom, prywatne działania związane z orientacją seksualną wśród osób dorosłych za ich zgodą nie są kryminalizowane. Jednak publiczne okazywanie lub propagowanie takich zachowań jest niedozwolone.

Rosja ma tysiącletnią historię literacką, teatralną, muzyczną i ludową. Ludzie ze wszystkich warstw społecznych i ekonomicznych wspierają sztukę. W odległości spaceru od nas znajdują się cztery obiekty, w tym piękna sala koncertowa.

Niektóre konkretne błędne przekonania i zniekształcenia:

Rosjanie są komunistami i chcą odbudować ZSRR – to błąd. Komunizm upadł i spłonął w 1991 roku. Rosja jest już największym krajem pod względem powierzchni. Nie potrzebują niczego więcej. Chcą po prostu, żeby ich zostawiono w spokoju.

Putin jest dyktatorem – to nieprawda. Choć jego decyzje mogą wydawać się zachodnim odbiorcom nazbyt „autorytarne”, na jego decyzje wpływa wiele wpływów rządowych i komercyjnych. Co więcej, wybory w Rosji zostały zweryfikowane przez uznanych obserwatorów międzynarodowych.

Naród rosyjski obali „reżim Putina” – nie, po pierwsze, rząd nie jest „reżimem”. Kraj JEST rządzony za zgodą obywateli. Tak, ludzie są już zmęczeni konsekwencjami konfliktu. Tak, ludzie nie są nieświadomi zniszczeń i druzgocących strat w ludziach. Ponadto są zirytowani bardzo osobistymi problemami, takimi jak blokowanie lub ograniczanie systemów komunikacyjnych, inflacja, niskie pensje, niskie emerytury i wysokie stopy procentowe. Te problemy wpływają na codzienne życie i wywołują frustrację – ale nie są działalnością wywrotową.

Rosjanie to banda pijaków – nieprawda. Ogólnie rzecz biorąc, spożycie alkoholu w Rosji na mieszkańca drastycznie spadło. Stereotyp pijaka popijającego wódkę w kinie to dziś rzadkość.

Rosjanie nigdy się nie uśmiechają – Błąd. W przeciwieństwie do Amerykanów, którzy często uśmiechają się do nieznajomych, Rosjanie mają wspólną cechę, która jest widoczna również w innych kulturach. Zazwyczaj nie uśmiechają się do każdego. Jednak gdy już się ich przedstawi lub do nich podejdzie, są bardzo przyjaźni – i się uśmiechają!

Rosjanie są pesymistami – nieprawda. Oczywiście, jak wszędzie, zawsze znajdą się tacy. Przejdź się naszym deptakiem, a zobaczysz śmiejące się dzieci jeżdżące na hulajnogach, uśmiechnięte matki i córki rozmawiające, czułe pary spacerujące trzymające się za ręce, emerytów siedzących na ławkach i wspominających, a także małe grupki podziwiające ulicznych artystów. To nie są osoby z depresją.

Rosjanie są zdystansowani i zimni – nieprawda. Po raz kolejny, to normalni ludzie, a niektórzy tacy właśnie są. Jednak jako przyjaciele są niezwykle gościnni, pomocni i godni zaufania.

Rosja jest bardzo biurokratyczna – i jest w tym ziarno prawdy. Każdy, kto przeczytał książkę lub obejrzał film „Autostopem przez Galaktykę”, pamięta, jak biurokratyczni byli vogońscy urzędnicy. Choć ludzcy administratorzy tutaj zdecydowanie się do nich nie zaliczają, wszystkie wymagane formularze muszą być przedstawione na żądanie, każda kropka nad „i” i każde „t” muszą być przekreślone. Nawet drobne błędy skutkują odrzuceniem. Wszystkie zagraniczne dokumenty muszą być apostille, przetłumaczone i poświadczone notarialnie. Następnie zostaną opatrzone datą, ostemplowane i podpisane – czasami w trzech egzemplarzach. Dlaczego? Nie mam pojęcia.

Rosyjski to trudny język – to prawda. Język jest bardzo wymagający. Jest bardzo skomplikowany nawet dla Rosjan. Najczęściej powtarzam zdanie: „Извините, Я американец. Я очень плохо говорю по-русски”. Czyli: „Przepraszam. Jestem Amerykaninem. Mówię bardzo słabo (słabo) po rosyjsku”. Na co zazwyczaj otrzymuję uśmiechy i chichoty z propozycją pomocy w zrozumieniu.

Na koniec – jest takie powiedzenie, które podchwyciłem w Afryce: „Nie wiedzieć jest źle. Nie chcieć wiedzieć jest gorzej”. Ci z nas, którzy odwiedzają blogi Larry’ego, podobnie jak inni, tacy jak Andrei Martyanov, Stanislav Krapivnik i Daniel Davis, „chcą wiedzieć”. Nie oczekujemy od nich nieomylności. Jednak świetnie sobie radzą, pomagając nam być na bieżąco. Jeśli naprawdę chcesz dowiedzieć się więcej o Rosji, odwiedź nas i dowiedz się więcej. Nie będziesz zawiedziony.


Trump znowu zapomniał wziąć leki? „Rozkazy zostały wydane. CHWAŁA ALLAHOWI!”

Trump znowu zapomniał wziąć leki? „Rozkazy zostały wydane. CHWAŁA ALLAHOWI!”

11.07.2026 nczas/trump-znowu-zapomnial-wziac-leki-rozkazy-zostaly-wydane-chwala-allahowi

Prezydent USA Donald Trump ostrzegł Iran, że wojsko USA wystrzeli tysiące rakiet i przez rok będzie niszczyć wszystkie jego obszary, jeśli władze tego kraju zrealizują swoje groźby i podejmą działania zmierzające do przeprowadzenia na niego zamachu.

„1000 pocisków jest już namierzonych i załadowanych, wycelowanych w Islamską Republikę Iranu, a tysiące kolejnych ma zostać natychmiast wystrzelonych, jeśli rząd Iranu podejmie działania, by zrealizować groźbę, wyrażaną w wielu zakątkach świata, zamachu na urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, w tym przypadku MNIE!” – napisał Trump we wpisie na platformie Truth Social.

„Rozkazy zostały już wydane, a wojsko USA jest gotowe, chętne i zdolne, przez okres jednego roku, z możliwością przedłużenia, do całkowitego zdziesiątkowania i zniszczenia wszystkich obszarów Iranu – CHWAŁA ALLAHOWI!” – zakończył.

Trump na szczycie listy

Wpis Trumpa odnosi się do doniesień na temat planowania przez Iran nowego zamachu na niego, o czym według prasy miał ostrzec go Izrael. Sam Trump jeszcze w środę mówił, że jest na szczycie „nowej listy” osób do zabicia przez Iran. Według „Wall Street Journal” ostrzeżenie to, choć nie zostało uznane za bardzo wiarygodne, skłoniło Biały Dom, by podróż powrotną ze szczytu NATO w Turcji prezydent odbył starym samolotem Air Force One, a nie nowym, podarowanym przez Katar, który ma nie posiadać takich zabezpieczeń i systemów przeciwrakietowych.

Pytany o to podczas szczytu Trump powiedział, że wyszła „nowa lista” osób, które Iran chce zabić i że jest na jej czele. Dodał jednak, że nie użył nowego samolotu w drodze z Ankary, bo chciał, by obejrzeli go żołnierze w bazie Mildenhall w Wielkiej Brytanii. Tam właśnie doszło do międzylądowania i zamiany starego samolotu na nowy.

Trump już wcześniej w piątek zaprzeczył informacjom o roli Izraela oraz powiadomił o wydaniu dyspozycji wojsku w wywiadzie dla „New York Post”.

– Nie, nie. Izrael z niczym nie wyszedł. Byłem numerem jeden od długiego czasu i takie jest życie – powiedział dziennikarce „NYP” w krótkim wywiadzie telefonicznym. – Mam nadzieję, że będziesz za mną tęsknić – dodał żartując.

Trump wyjawił jednak, że zostawił instrukcje wojsku, by „jeśli cokolwiek się stanie, żeby dosłownie zbombardować ich na poziomie nie widzianym nigdy wcześniej”.

Prezydent USA miał już wcześniej – po zakończeniu jego pierwszej kadencji – być na celowniku Iranu, w ramach odwetu za zabicie dowódcy sił specjalnych Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej gen. Kasema Sulejmaniego. Amerykańskie służby wykryły i udaremniły też zamachy na byłego doradcę Trumpa Johna Boltona oraz b. sekretarza stanu Mike’a Pompeo.

Globalistyczne Organizacje Pozarządowe rekrutują „Ukraińców” w Indiach i Pakistanie

Globalistyczne Organizacje Pozarządowe Rekrutują Zastępców w Indiach

Billboard w Indiach zachęca Hindusów i ich rodziny do migracji na Ukrainę. Podobnie jak Pakistańczyków, mieszkańców Afryki i innych krajów muzułmańskich.

W języku Hindi i angielskim brzmi to tak: „Stwórz rodzinę. Szukaj Pracy. Stwórz przyszłość. Wybierz Ukrainę!” – opieczętowany adresem URL visitukraine.today.

Ktoś płaci za rekrutację obywateli Indii do migracji do kraju, który jest aktywnie w stanie wojny, gdzie ukraińscy mężczyźni są wcielani do armii z ulic, i gdzie rdzenna ludność zmniejszyła się ponad dwukrotnie w ciągu jednego pokolenia.

Kandydatów nietrudno znaleźć. A pytanie, “dlaczego” powinno przeszkadzać każdemu Amerykaninowi, któremu powiedziano, że ta wojna dotyczy wolności i demokracji.

Minister Polityki Społecznej Ukrainy przyznał w maju 2026 roku, że na terytorium kontrolowanym przez Kijów mieszka obecnie tylko 22-25 milionów ludzi. W 1991 roku liczba ta przekroczyła 50 milionów. MFW przewiduje, że do końca 2026 roku populacja spadnie do 33,3 mln – i to jest optymistyczna liczba. Wskaźniki pośrednie – użytkownicy bankowości, rejestracje kart SIM, odbiorcy płatności społecznych — sugerują, że rzeczywista populacja może już wynosić poniżej 20 milionów.

Matematyka jest brutalna: cztery lata wojny zabiły, okaleczyły lub wcieliły do wojska setki tysięcy mężczyzn. Kolejne 5-6 milionów uciekło na zachód do Europy jako uchodźcy i nie wróciło. Wskaźniki urodzeń spadły — śmiertelność jest obecnie prawie trzykrotnie większa. Piramida wieku kraju ma statystyczną dziurę, w której powinny znajdować się osoby w wieku 20-25 lat.

Rząd Ukrainy i jego międzynarodowi partnerzy mają rozwiązanie. To nie jest pokój, który sprowadziłby Ukraińców do domu.

To import.

Około 300 000 zagranicznych migrantów – głównie z Indii, Bangladeszu, Pakistanu i Afryki Subsaharyjskiej – przybyło już, aby uzupełnić niedobory siły roboczej w budownictwie, logistyce, usługach użyteczności publicznej i produkcji. Według ekonomistów i analityków politycznych cytowanych w ukraińskich mediach, plan wymaga 4,5 miliona więcej cudzoziemców w ciągu najbliższych czterech lat. Powyższy billboard to boisko rekrutacyjne.

Międzynarodowa Organizacja ds. migracji — niezwiązany z nią organ z rocznym budżetem w wysokości 2 miliardów dolarów finansowanym w dużej mierze przez Departament Stanu USA i Komisję Europejską – jest osadzona w Ukraińskiej infrastrukturze migracyjnej od 2022 roku. Jego deklarowana misja obejmuje promowanie „włączenia migrantów i osób powracających do społeczeństwa.” Ta sama globalistyczna architektura migracyjna, która przekształciła Europę Zachodnią, działa teraz w kraju demograficznie wypatroszonym przez wojnę, którą Zachód aktywnie przedłuża.

Uzasadnienie ekonomiczne jest jasno określone w ukraińskich dyskusjach politycznych: migranci pracują za mniej, żądają mniej i — jak jedna z analiz ujęła to z niezwykłą szczerością — „nie stwarzają ryzyka politycznego.” W przeciwieństwie do ukraińskich pracowników, którzy domagają się płacy wystarczającej na utrzymanie i mają czelność oprzeć się przymusowej mobilizacji, zagraniczna siła robocza jest wygodna. Zgodna i tania.

Francja osiągnęła ten etap po 30 latach. Ukraina robi to w cztery lata – pod osłoną wojny, z logistyką zachodnich organizacji pozarządowych i billboardami rekrutacyjnymi w Bombaju.

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

11 lipca 2026 Andrzej Solak pch/cien-domostawy-dzielo-ktore-krzyczy-o-niewygodna-prawde

forum-0904050664.jpg
Fot. Daniel Mróz / Forum

Pomnik „wołyński” w Domostawie stanowi nie tylko upamiętnienie ofiar ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich szowinistów na ludności polskich województw wschodnich. Monument, nieoczekiwanie dla twórcy i fundatorów, stał się zarazem świadectwem hańby środowisk pretendujących do miana politycznych i medialnych elit III RP.

Obrazy i słowa

To dzieło krzyczy o prawdę, która do dziś pozostaje niewygodna.

Olbrzymi orzeł, ogarnięty płomieniami, z krzyżem na piersi. A w krzyż wpisane maleńkie dziecko, nadziane na tryzub. U podstawy pomnika inne maluchy wraz z matką i ojcem, całą rodziną kroczące w ogniu i próbujące osłonić się krucyfiksem. Zaś na rewersie nabite na płot dziecięce głowy, także w płomieniach. Przerażająca kompozycja utrwala pamięć o przerażających czasach. Dlaczego właśnie tak?

Powiadają, że obraz ma moc tysiąca słów. A właśnie w kwestii Wołynia przeciwko słowom prawdy prowadzi się w Polsce wojnę, od wielu lat. Określenia takie jak: „zbrodnia”, „rzeź”, „ludobójstwo” zostały uznane za „niepotrzebnie jątrzące”. Pokochano za to eufemizmy: „tragedia na Wołyniu”, „tragiczne wydarzenia”, „trudna przeszłość”… Dawnych „bandytów z UPA” i „ukraińskich rezunów” zastąpili: „bojownicy UPA”, „żołnierze UPA”, „uczestnicy walk o niepodległość Ukrainy”, „antysowiecki ruch oporu na Ukrainie”… Samozwańczy arbitrzy elegancji nakazali nam milczeć, szantażując insynuacjami o „uleganiu rosyjskiej narracji”. I trzeba to powiedzieć otwarcie – wielu ich posłuchało.

Rzeźbiarz Andrzej Pityński uderzył więc obrazem. Pokazał zbrodnię bez niedomówień, w całej jej potwornej grozie. Nie zostawił miejsca na żadne „dialogowanie” ze spadkobiercami morderców; na żadne nowomodne „wyważanie ocen”, w stylu: „pięć minut dla ofiar – pięć minut dla rezunów”. Bo co można powiedzieć o „bojownikach”, którzy nadziewają dzieci na widły?  Jak człowiek normalny MUSI ocenić „bohaterów walk o niepodległość”, co odrąbują dzieciom głowy?

Z Golgoty na Wołyń

Spór o pomnik Andrzeja Pityńskiego przypominał dawne, równie zajadłe dyskusje przy okazji projekcji filmu „Pasja” Mela Gibsona.

Toż wtedy także obrodziło nam w kwękających estetów, narzekających na „krwawe mięso” i „epatowanie okrucieństwem”. Najwyraźniej byli oni zdania, że obraz tortur, biczowania, koronowania cierniem, wreszcie wbijania gwoździ w ludzkie ciało winien być przepełniony anielską słodyczą.

Oburzały się wtedy wcale nie tylko środowiska lewicowe, zawsze okazujące zdumiewające zainteresowanie wewnętrznymi sprawami Kościoła; cierpiące na jakoweś natręctwo wydawania pouczeń chrześcijanom, w co powinni wierzyć i jak uzewnętrzniać swe uczucia. Jeszcze bardziej zaskakiwały ostentacyjne wyrazy absmaku ze strony deklaratywnych, progresywnych katolików, przywykłych do „dialogowania” i układnego pustosłowia, na co dzień przytulających się do pluszowego krzyża.

Chropawa, drapieżna narracja Gibsona zburzyła dobre samopoczucie wielu. Reżyser ośmielił się ukazać, że Ofiara na Krzyżu to nie była rzecz słodka i miła; to nie były uprzejme, niezobowiązujące, „braterskie” uśmiechy i uściski dłoni. Gibson przypomniał, że Ofiara zaczęła się od przerażenia w Ogrojcu. Od zwyczajnego, ludzkiego lęku Boga przed męką, przed samotną śmiercią wśród nienawistnych tłumów. Oraz że tamto dławiące uczucie niepokoju zostało przełamane – poczuciem obowiązku i prawdziwą Miłością, mocno różniącą się od „miłości” obecnie lansowanej. Dlatego potem był pot, i krew, i ból, prawdziwe morze bólu. Reżyser pokazał to bez niedomówień. Andrzej Pityński poszedł tą samą drogą.

Znak sprzeciwu

O pomniku w Domostawie mówi się, że głęboko podzielił nasz naród.

To akurat prawda. Spory toczące się wokół monumentu pokazały, kto jest u nas prawdziwym patriotą, zwyczajnie wiernym prawdzie, nieoglądającym się na państwowe granty ani na „sojusze”. Kto nie potrzebuje łaskawego przyzwolenia ministra ani partyjnego prezesa na złożenie hołdu zamordowanym. Spory ujawniły także, kto wyprzedał za drobne honor i poczucie przyzwoitości, łasząc się do obcych, pomagając im zabijać pamięć o ofiarach. Pomnik oddzielił ziarno od plew.

Powstanie i instalacja monumentu były pracą oddolną. Pomnik wykonał Andrzej Pityński na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, z siedzibą w Nowym Jorku. Rzecz sfinansowała Polonia oraz krajowi darczyńcy. Fundatorzy wyłożyli kilkaset tysięcy dolarów, pokrywając koszt produkcji, jak i zamierzonej instalacji. Rzeźbę odlano w brązie już w roku 2018.

W sprawę zaangażowało się mnóstwo prawych osób. Ale nagle pojawił się problem! W Polsce, rządzonej wtedy przez ponoć „patriotyczny” PiS, władze stanęły okoniem. Tubylczy „słudzy narodu ukraińskiego” za wszelką cenę chcieli uniknąć nazwania zbrodni po imieniu. Władze poszczególnych miast, jedne po drugich, zaczęły odmawiać zgody na postawienie pomnika. Na tej liście hańby znalazły się: Jelenia Góra, Rzeszów, Toruń, Stalowa Wola…

W końcu jednak, obok wystraszonych samorządowców, objawił się człowiek odważny: pan Zbigniew Walczak, wójt podkarpackiej gminy Jarocin. Na jego decyzji zaważyła prawdziwa wspólnota bólu – podczas II wojny światowej okolice Jarocina krwawo pacyfikował okupant niemiecki przy współudziale ukraińskich kolaborantów.

Kiedy pan Walczak podejmował odważną decyzję, gniewu „ukraińskich partnerów” w sprawie uczczenia ofiar rzezi wołyńskiej bał się prezydent RP; bał się premier; bali się ministrowie rządu; bali się zależni od ich decyzji samorządowcy. Bała się mniemana opozycja spod znaku PO i Lewicy – wszak wraz z rządzącymi PiS-owcami „solidarna z Ukrainą”. Przed gniewem Kijowa trzęsły portkami wielomilionowe elektoraty wzmiankowanych partii. Nie bał się za to wójt maleńkiego Jarocina.

Oni i my

14 lipca 2024 roku w Domostawie wielotysięczne tłumy asystowały przy odsłonięciu i poświęceniu pomnika. Przybyły rzesze zwyczajnych ludzi z całej Polski. Byli weterani, grupy rekonstrukcyjne, przedstawiciele organizacji kresowych i dziesiątków innych stowarzyszeń społecznych.

Spośród 460 posłów RP na uroczystość przybyło zaledwie 10. Z tego aż 7 osób reprezentowało ówczesną niszową, niepodzieloną jeszcze Konfederację (głównie Koronę). Z PSL stawił się raptem jeden sprawiedliwy. PiS-owska większość sejmowa wygenerowała ledwie… dwóch uczestników, co przyjechali własnym sumptem, na własną odpowiedzialność (oceńcie Państwo sami, czy było to ocalenie honoru partii rządzącej, czy też uwypuklenie jej moralnego upadku?). Z PO, Lewicy i partii Hołowni nie stawił się nikt.

Nie było nikogo ze zdominowanego przez POPiS Senatu. Zabrakło przedstawicieli władz wojewódzkich i centralnych. Nie było ówczesnego prezesa IPN (wszak rok wcześniej zapewnił on, że Ukraińcy mają prawo wybierać swoich bohaterów, nawet jeśli okażą się nimi Bandera lub Szuchewycz). Na obecność prezydenta RP, premiera czy któregokolwiek z ministrów nikt rozsądny nawet nie liczył. Co najbardziej bolesne, na uroczystości nie stawił się ani jeden biskup. Jak zwykle, nasi arcypasterze mieli ważniejsze sprawy…

Szczucie

Przez kolejne dni i tygodnie mogliśmy w mediach wysłuchiwać popisu chóru „oburzonych” odsłonięciem pomnika.

„Nie ma wątpliwości, że odsłonięcie pomnika zostanie wykorzystane przez rosyjską propagandę do budowy podziałów między naszymi społeczeństwami” – skamlała odezwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Osobnicy określający się rządem Rzeczypospolitej skwapliwie odcinali się od inicjatywy: – „Zwracamy uwagę, że pomnik, który ma zostać odsłonięty w miejscowości Domostawa jest efektem prywatnej inicjatywy. Zarówno jego kształt, jak i sama budowa, nie uzyskały wsparcia władz centralnych na żadnym etapie prac. Artystyczny kształt pomnika „Rzeź Wołyńska” i jego drastyczna wymowa wzbudzają wiele kontrowersji”.

Mirosław Skórka, prezes Związku Ukraińców w Polsce, organizacji finansowanej przez polskiego podatnika, pospieszył z publicznym donosem, że domostawski monument „budzi nienawiść”. Przy okazji pan Skórka raczył napomknąć też o „półprawdzie” w sprawie Wołynia, jakoby lansowanej przez stronę polską.

Do „Newsweeka” podreptał z proukraińskimi umizgami Kazimierz S. Ożóg, historyk sztuki:

– W tym okrutnym dla Ukraińców momencie, jakim jest wojna, epatowanie tak nachalną symboliką jest w mojej opinii niedopuszczalne.

Z kolei Jakub Szafrański z „Krytyki Politycznej” uderzył w ton rechotliwy:

– Szkoda tych tatusiów i mam z pieśnią maryjną na ustach oraz ich pociech, które muszą się potem bać nadziania na ukraiński trójząb i smażenia żywcem jak kiełbasa na grillu.

Prawdziwe rozczulające były wyrazy oburzenia ze strony Bohdana Czerwaka, przewodniczącego Kijowskiej Miejskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, uznającej się za kontynuatorkę działalności dawnej OUN (niegdyś patronującej wołyńskiemu ludobójstwu). Imć prowidnyk nie owijał rzeczy w bawełnę. Stwierdził, że Polacy „obrażają uczucia narodowe Ukraińców” oraz że w ten sposób „kopią grób dla Polski”.

Niejaki Witold Głowacki z oko.press napomknął o nekropornograficznej orgii przemocy”. Niestety, nie był pierwszy. Wszystkich przebił wcześniej Wojciech Mucha, niegdysiejszy publicysta „Gazety Polskiej”. Ów pan już przed laty wypalił z grubej rury:

Nekropornograficzny pomnik Ofiar ludobójstwa wołyńskiego to obraza dla Ofiar, pamięci i estetyki. To dowód na to, że część polskiej prawicy jest upośledzona intelektualnie i nieodwracalnie zaczadzona.

Sprawny intelektualnie tudzież odwracalnie wentylowany redaktor Mucha najwyraźniej zaimponował zarówno lewactwu, jak i urzędowym „sługom”. Wszak przy innej okazji pochwalił się, że dla znajomych jest „większym ukraińskim patriotą niż większość Ukraińców”.

Przedstawione komentarze to oczywiście skromniutki czubek góry lodowej. Z Internetu wylała się fala insynuacji, których autorzy dopatrywali się w domosławskich uroczystościach złowrogiej ręki Moskwy.

Dał im przykład Jakub Berman

Jestem przekonany, że dzisiejsi zawodowi medialni demaskatorzy obcej agentury, dezinformacji i wrogiej propagandy, także udzielający się w kwestii Domostawy, czerpią pełnymi garściami z pewnych, dość szczególnych wzorców. W epoce stalinowskiej nadworni propagandyści osiągnęli prawdziwą wirtuozerię w mieszaniu z błotem przeciwników politycznych, w przypisywaniu im niecnych intencji i działań, w tym rzekomych agenturalnych powiązań. Kiedy porównać język mediów z tamtej epoki z dzisiejszym, to podobieństwa są uderzające.

Niejaki Andrzej Szczypiorski, za stalinizmu osobnik godzący obowiązki literata oraz Tajnego Współpracownika UB (zaś w III RP ogłoszony „autorytetem moralnym” z mianowania „Gazety Wyborczej”), otóż w latach 50-ych XX stulecia ów Szczypiorski uderzył zaangażowanym piórem w polską antykomunistyczną emigrację, wyzywając ją od „renegatów”. Odpowiedział mu na to pięknie poeta Marian Hemar, na wygnaniu zżerany tęsknotą za utraconym rodzinnym Lwowem. Hemar pisał w czasach Josifa Stalina, nie Wołodymyra Zełeńskiego, ale potrafił uchwycić ponadczasowe niuanse wrażliwością duszy Kresowianina wypędzonego z ojcowizny:

Kim są ci „renegaci”

Pośród nas? To zapewne

Wszyscy, co mają pretensje

Zadrażnione i gniewne

I nie godzą się w sposób

Odszczepieńczo warcholski,

Że w Polsce nie ma już Lwowa,

Że Lwów może nie być polski

I co tylko pomyślą

O swym zdradzonym Lwowi,

To jasna krew ich zalewa,

Nu… renegaci. Typowi.

Skądinąd to interesujące, czy w kwestii oceny prawowitej przynależności Lwowa dzisiejszym „solidarnym z Ukrainą” bliżej do Hemara, czy do konfidenta UB Szczypiorskiego?

Sprawdzam!

Miałbym dobrą radę dla wszystkich nadwiślańskich sług narodów obcych. Dla zagłuszających wrzaskiem pamięć o polskich ofiarach. Dla wielbicieli mafijno-banderowskich układów we władzach w Kijowie. Dla zgorszonych wymową pomnika w Domostawie, tych z lewa i owych z prawa. Dla całej tej samozwańczej żandarmerii, co tak gorliwie tropi „wrogów” i „dezinformację”.

Niechaj przestaną nas truć swoimi pouczeniami i radami. Niech udowodnią czynami wiarygodność swych słów i deklaracji. Niechaj pakują manatki i jadą na wschód, służyć swoim panom – właśnie tam, a nie u nas. A niechby nawet na froncie, tłukąc się z Rosjanami – czy istnieje lepsza sposobność poświadczenia własnego, nabytego ukraińskiego patriotyzmu, „większego niż u większości Ukraińców”?

Nie wiem, czy faktycznie przysłuży się to Ukrainie. Ale naszej Polsce ulży to na pewno.

Andrzej Solak

Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

Nazistowska OUN. Jak Ukraińcy przygotowali rzeź wołyńską?

10 lipca 2026 Krzysztof Gędłek pch24/nazistowska-oun-jak-ukraincy-przygotowali-rzez-wolynska

image-3-1.png
fot. PCh24.pl/ GS

Nazizm dał ukraińskim nacjonalistom ideologiczne uzasadnienie dla mordowania Polaków. Inspirowani rasizmem dokonywali też – podobnie jak ich niemieccy sojusznicy – zbrodni na Żydach. W jaki sposób Ukraińcy spod szyldu OUN przygotowywali grunt pod ludobójstwo?

Ukraiński nacjonalizm rodził się – jak wiele podobnych ruchów – w XIX i XX wieku. Od początku wśród jego twórców istniało przekonanie, że poważnym zagrożeniem dla powstania państwa ukraińskiego są Polacy. Konflikt ten podsycali też zaborcy. Częściowo Rzesza Niemiecka, upatrująca w ruchach nacjonalistycznych możliwości destabilizowania sytuacji wewnętrznej w Austro-Węgrzech czy Rosji; częściowo zaś same Austro-Węgry, które liczyły na skuteczne zarządzenie przez spór narodowościowy.

Jednak niechęć do Polaków ze strony nacjonalistów ukraińskich narastała wyraźnie w dwudziestoleciu międzywojennym. To wówczas do głosu doszło młode pokolenie radykałów, którzy dorastali w pierwszych dwóch dekadach XX wieku. Oskarżali oni starszą generację o zaprzepaszczenie szansy na powstanie państwa ukraińskiego. Winę za ten stan rzeczy przypisywali też w ogromnej mierze Polakom. Ich modus operandi opierał się w gruncie rzeczy na dwóch założeniach: potrzebie rewizji porządku wersalskiego w wyniku konfliktu zbrojnego oraz osłabieniu Polski tak, by nie mogła ona już stanąć na przeszkodzie do powstania wymarzonego państwa. Krótko mówiąc, „nowy nacjonalizm” ukraiński, którego politycznym wyrazicielem stało się OUN był rewolucyjny i radykalnie antypolski. Antypolski, bo wyrastający z głębokiego przekonania, że to z Polską przyjdzie mu stoczyć najpoważniejszą walkę – walkę o ziemię.

Dodajmy jednak, że o ile nacjonaliści ukraińscy – jak wiele niepodległościowych organizacji – posługiwali się terrorem, to jednak nowością w przypadku OUN był właśnie ów rewolucyjny program, inspirowany faszyzmem i nazizmem. Nie była to jedynie inspiracja taktyczna, ale ideowa oraz polityczna.

„Nie wstydźmy się mordów”

Zbrodnie UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej były czymś absolutnie wyjątkowym. To trzecie największe ludobójstwo dokonane na Polakach po sowieckim i niemieckim. Były to zbrodnie zaplanowane, prowadzone z premedytacją i obliczone na konkretny cel: usunięciu ludności polskiej z terenów, które nacjonaliści ukraińscy uznali za swoje.

Rasistowskie motywacje tamtych mordów nie dają się porównać z niczym innym wcześniej. Jak to zatem możliwe, że narodowcy ukraińscy przeszli od terroryzmu dwudziestolecia międzywojennego do ludobójstwa?

Doskonałą egzemplifikacją tego, co wpłynęło na zbrodniczy charakter OUN jest życie i twórczość Dmytro Dońcowa, marksisty, który – choć kształcił się na terenie Rosji – pozostawał pod silnym wpływem Niemiec. W trakcie I wojny światowej angażował się w powstanie tzw. hetmanatu, czyli legitymizowanych przez Niemców rządów Pawła Skoropadskiego.

Najważniejszym dziełem Dońcowa pozostaje oczywiście wydany w 1926 roku „Nacjonalizm”. To praca konstytutywna dla Ukraińców spod szyldu OUN, swoista „biblia” ich ideologii. Stanowi exemplum intelektualnej degradacji Dońcowa, przesiąkniętego już wówczas ideologią nazizmu i faszyzmu.

O czym pisał Dońcow? Przede wszystkim przestrzegał przed prowansalizacją Ukrainy. Uważał, że podobnie jak francuska Prowansja została zdominowana przez północną Francję, tak tereny ukrainne mogą być kulturowo zwasalizowane przez Rosję. Utrzymywał, że Rosjanie stanowią największe zagrożenie dla mającej powstać w przyszłości Ukrainy a tym, co może ją uratować jest sojusz z Zachodem.

Jednak kluczowe z punktu widzenia późniejszej ludobójczej praktyki UPA, była te koncepcje Dońcowa, które wprost inspirowała rewolucyjna ideologia nazizmu. Dońcow uważał bowiem, że kwestia powstania narodu to sprawa woli, to znaczy, że tzw. grupa inicjatywna pod przewodnictwem jednego wodza, zdecyduje nie tylko czym jest naród, ale też określi kryteria przynależności do niego. Powinni oni również otrzymać prawo stosowania przemocy wobec osób czy grup stanowiących przeszkodę w postaniu narodu ukraińskiego. Nie podawał oczywiście żadnych jasnych kryteriów określających stosowanie siły. Podawał natomiast, że ma to być siła brutalna, nie licząca się z godnością drugiego człowieka, wszak czegoś takiego w istocie nie ma. Moralna jest bowiem jedynie siła, za sprawą której można uzyskać przewagę, zaś niemoralna (zła) jest śmierć. Tę myśl znacznie bardziej bezpośrednio jeszcze wyraził inny ideolog nacjonalizmu i zdeklarowany wróg Polaków, Mychajło Kołodzinski: „mając na celu wolne państwo ukraińskie, idźmy doń wszystkimi środkami i wszystkimi szlakami. Nie wstydźmy się mordów, grabieży i podpaleń. W walce nie ma etyki

Dońcow wprowadzał do swojej koncepcji narodu także element rasistowski. Uważał, że rodzący się naród ukraiński jest boski w sensie religijnym. Deifikował ukraińską wspólnotę narodową, sytuując ją ponad innymi wspólnotami. Jej zadaniem ma być biologiczne przetrwanie, czyli pokonanie zagrażającym jej wspólnot.

Trudno rzecz jasna wskazać konkretny moment, w którym radykalizm, narastający w nowym pokoleniu ukraińskich nacjonalistów, uczynił Ukraińców rasistami, dążącymi do „ostatecznego rozwiązania” kwestii wrogów mającego powstać państwa ukraińskiego. Nie sposób jednak zaprzeczyć temu, że Dońcow odegrał kluczową rolę w ideowym formowaniu tego środowiska. Dostarczył im spójnej ideologii, uzasadniającej zbrodnicze działania.

Jak naziści

Nie tylko ideologicznie nacjonaliści z OUN byli bliscy hitlerowcom. Berlin wspierał nacjonalistów ukraińskich jeszcze przed wojną. Podstawą tego „sojuszu” był rewizjonizm. Niemcy chcieli pogrzebać traktat wersalski i odbudować dzięki temu swoją niedawną potęgę. Takie grupy, jak działacze z OUN – w dodatku bliscy ideowo nazistom – zwracały uwagę Berlina, wszak dawały możliwości działań dywersyjnych w ewentualnej wojnie z Polską i ZSRR. OUN-owcy pozostawali zatem pod politycznym wpływem Rzeszy, uczestniczyli m.in. w szkoleniach organizowanych przez Abwehrę. Sami zresztą dużo obiecywali sobie po Adolfie Hitlerze, licząc, że wojna stanie się dla nich okazją do zbudowania upragnionego państwa ukraińskiego.

Po jej wybuchu, Hitler wspierał jeszcze przez pewien czas OUN, nie będąc pewnym czy Sowieci, zgodnie z ustaleniami dokonanymi pomiędzy Joachimem Ribbentropem a Wiaczesławem Mołotowem, dołączą do wojny. Ukraińcy wykorzystywali wojenny chaos, dokonując pierwszych zbrodni, które trudno już uznać za akty terroru. Świadczyły raczej o planowanej polityce eksterminacji konkretnych narodowości. Zgodnie zresztą z „programem” wspomnianego już nacjonalisty Mychajło Kołodzinskiego: „trzeba krwi, dajmy morze krwi, trzeba terroru, uczyńmy go piekielnym”.

Idąc za tym wskazaniem bojownicy OUN dokonywali mordów na ludności polskiej m.in. w Koniuchach, Potutorowie i Sławentynie. W sumie w kampanii wrześniowej nacjonaliści zamordowali 796 Polaków.

Nazizm i polityka łączyły Niemców i OUN, co przypieczętowywali oni krwią kolejnych ofiar. To dzięki Ukraińcom Niemcy zamordowali lwowską elitę naukową. Gdyby nie lista przekazana okupantom przez OUN, być może do egzekucji nigdy by nie doszło.

By wyraźniej jeszcze pokazać, jak bliskie sobie były nazizm u ukraińskich nacjonalizm, dodajmy że OUN-owcy nie tylko Polaków obrali sobie za cel. Ich wrogami byli także Żydzi – tu kolejne powiązanie z ówczesnymi nazistowskimi Niemcami – którzy podobnie jak Polacy byli mordowani i prześladowani przez Ukraińców. Wystarczy wspomnieć pogromy lwowskie. Żydów bito i torturowano, wreszcie dokonywano na nich masowych egzekucji. W sumie w lipcu 1941 roku zamordowano kilka tysięcy Żydów (szacunki mówią o czterech tysiącach). W ocenie tych morderstw niewiele zmienia fakt niemieckich inspiracji i zachęt, wszak OUN od początku w swoim programie definiowało wrogów jasno: byli to Polacy, Ormianie i Żydzi. Do tej grupy można było zapisać też Rosjan, jednak z nimi OUN wiązało jeszcze pewne nadzieje, licząc, że na ich asymilację.  

Konflikt i ludobójstwo

Jak na współpracę z OUN patrzyli po wybuchu wojny Niemcy? Zasadniczo dominowała postawa, którą reprezentował Hans Frank, gubernator okupowanych ziem polskich w tzw. Generalnym Gubernatorstwie. Powołał on m.in. Ukraińską Policję Pomocniczą, dostrzegając w nienawiści Ukraińców do Polaków szansę na prowadzenie skutecznej polityki w myśl zasady „dziel i rządź”. Mówimy zatem o podejściu bardzo pragmatycznym.

W niemieckiej elicie władzy spór o politykę wobec Ukrainy i OUN toczył się pomiędzy Alfredem Rosenbergiem (w czerwcu został ministrem Rzeszy ds. ziem wschodnich), Wilhelmem Canarisem (szef Abwehry) oraz Heinrichem Himmlerem (szef Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i autor Generalplan Ost). Rosenberg był przeciwnikiem dozbrajania Ukraińców, chciał ich germanizować i sporo sobie po ich „zniemczeniu” obiecywał. Himmler z kolei forował twardy kurs wobec nich, sprzeciwiając się jakimkolwiek koncesjom. „Liberałem” zaś okazał się Wilhelm Canaris. Jego zdaniem Ukraińcy mogli okazać się pożyteczni do wykorzystania ich w przyszłości, stąd optował za wspieraniem OUN.  

Poważny kryzys w relacji między Niemcami a nacjonalistami ukraińskim nastąpił w 1941 roku, po rozpoczęciu wojny między Berlinem a Moskwą. OUN-owcy liczyli wówczas na powołanie państwa ukraińskiego, nawet ogłosili Akt Odnowienia Państwa Ukraińskiego i mianowali premierem Jarosława Stećkę, działacza nacjonalistycznego. Dowiedziawszy się o tym Hitler wpadł w szał i zażądał ukarania niesfornych sojuszników. W ten sposób niemała część wierchuszki nacjonalistów (w tym Stepan Bandera) trafiła do niemieckiej niewoli.

Był to potężny cios dla działaczy OUN (wówczas już podzielonych na frakcje Andrieja Melnyka i Stepana Bandery), ale pomimo tego nie dokonali oni istotnej korekty sojuszów ani tym bardziej ideologii. Nadal widzieli w Niemcach nadzieję na realizację swojego programu. Trzeba pamiętać, że OUN-owcy traktowali II wojnę światową jak dogrywkę po wielkiej wojnie z początku wieku. Spodziewali się zatem realizacji podobnego scenariusza jak wówczas, czyli ostatecznego zwycięstwa wrogów III Rzeszy. Ich celem było zatem utrzymywanie bliskich relacji z Berlinem dopóki ten święci tryumfy i wykorzystanie sytuacji do „oczyszczenia” ziem ukraińskich z – ich zdaniem – wrogich narodowości, w tym rzecz jasna z Polaków. Później zaś planowali zmienić front i sprzymierzyć się z aliantami.

OUN podjęło zatem decyzję o powołaniu własnej grupy bojowej, wzmocnionej Ukraińcami przeszkolonymi w niemieckich batalionach, w tym między innymi Romanem Szuchewyczem i Wasylem Sudorem. Tak powstała UPA, która niebawem miała rozpocząć misternie zaplanowaną zbrodnię na Polakach, jedną z największych, jaką doświadczył nasz naród w całej historii. I najbardziej okrutnych.

***

Czy nie byłoby mordów na Polakach na Wołyniu i we wschodniej Galicji gdyby nie nazizm? To oczywiście spekulacje, na które nie sposób udzielić odpowiedzi. Nie mają one zresztą sensu. Możemy jednak z całą pewnością powiedzieć, że ukraińscy nacjonaliści – radykalni i wrogo nastawieni do Polaków – stworzyli w dużej mierze dzięki ideologii Dmytro Dońcowa teoretyczną podbudowę pod zbrodniczą ideologię. Sojusz z niemieckimi nazistami, zarówno polityczny jak i ideologiczny, stał się dla nich ważnym etapem – nadał spójności ideologicznej i stanowił niespełnioną ostatecznie, ale jednak bezcenną obietnicę o powstaniu silnego ukraińskiego państwa.

Przede wszystkim jednak stanowił ważne uzasadnienie dla dokonania straszliwej zbrodni na Polakach, słusznie określanej mianem ludobójstwa.

Krzysztof Gędłek

W trakcie tekstu korzystałem z:

Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, Kraków 2011;

Michał Siekierka, Kwestia ukraińska w polityce Niemiec 1871-1991, Wrocław 2024;

Bogumił Grott, Ukraiński nacjonalizm a polska polityka wobec Ukrainy i Ukraińców, [w:] Biuletyn IPN nr 7-8, lipiec-sierpień 2010;

Autor: Krzysztof Gędłek

Co zmienia Sztuczna Inteligencja?

Co zmienia Sztuczna Inteligencja?

Izabela BRODACKA

Na takie pytanie, postawione na najwyższym poziomie ogólności można odpowiedzieć: Zmienia wszystko. Ale to niewiele wyjaśnia. Czym jest AI, Artificial Intelligence, Sztuczna Inteligencja? Jest to zdolność komputerów, o gigantycznej pamięci, do naśladowania ludzkiego myślenia i kreatywności w tworzeniu odpowiedzi na zadane pytanie i polecenie. Wykorzystuje przy tym ona, na zasadzie logicznych algorytmów, wszelkie zasoby wiedzy zgromadzone na dany temat. Odpowiada w każdym języku, adekwatnie do języka zadanego pytania, czy postawienia problemu. AI potrafi w minutę odpowiedzieć na skomplikowane pytanie, albo wyemitować długi, skomplikowany i merytorycznie wartościowy tekst. Dla przykładu, w odpowiedzi na postawione zadanie, potrafi błyskawicznie napisać długą pracę, taką jak praca magisterska, czy doktorska.

W której dziedzinie życia Sztuczna Inteligencja powoduje największe zmiany? Wydaje się, że w edukacji. W całym cywilizowanym świecie prowadzona jest dyskusja na temat koniecznych zmian w systemie edukacji. W sposobie nauczania i uczenia. W obliczu galopującego upowszechnienia wiedzy generowanej przez Sztuczną Inteligencję konieczne są zmiany celów kształcenia, ukierunkowanie nauczania na twórcze, samodzielne myślenie, krytycyzm w przyswajaniu informacji i umiejętność dokonywania wartościowych selekcji treści. Niezbędne są również zmiany w przyjętych metodach nauczania i wyborze wartościowych treści.

Wiele krajów dokonuje reform swoich systemów edukacyjnych idących we wskazanych kierunkach. Liderem w tej dziedzinie jest Singapur. W związku z pojawieniem się AI zreformowano tam system edukacji, począwszy od szkoły podstawowej, aż do kształcenia uniwersyteckiego. Uznano, że tradycyjny system klasowo-lekcyjny i bazowanie na nauczaniu opartym na zapamiętywaniu treści, nie przystaje do wymagań i oczekiwań współczesnego świata. Singapurski system edukacji jest słusznie uznawany za jeden z najlepszych na świecie. Mają oni w tej dziedzinie znakomite doświadczenia i bogatą tradycję reformowania edukacji w oparciu o aktualne potrzeby rzeczywistości. Słynny, genialny przywódca Singapuru, premier Lee Kuan Yew, w 1965 roku, gdy ten kraj wybił się na niepodległość, zreformował system edukacji zwiększając nakłady na tę dziedzinę życia publicznego czterdzieści sześć razy i jednocześnie bardzo znacząco podnosząc pensję nauczycielskie, przy zasadniczym zwiększeniu wymagań formalnych stawianych tej grupie zawodowej. Na efekty tego poczynania nie trzeba było długo czekać. Singapur ma znakomite szkoły kształcące wybitnych specjalistów w wielu dziedzinach, a ich Uniwersytet Narodowy jest w rankingu szkół wyższych, ósmy na świecie.

A co dzieje się w naszym, polskim systemie oświatowym w związku z wyzwaniami stawianymi przez Sztuczną Inteligencję? Otóż, nie dzieję się nic. Tak jakby rządzący naszą edukacją nie dostrzegali tego problemu. Złośliwcy twierdzą, że pani minister Nowacka, która czytając z kartki, „przejęzyczyła się” mówiąc, że to Polacy wybudowali na swoim terenie obozy koncentracyjne, w czasie drugiej wojny światowej, sama posługuje się specyficzną, własną „sztuczną inteligencją”.

Ale nie pora na żarty. Sprawa jest bardzo poważna. Kierująca polskim Ministerstwem Edukacji Narodowej nie potrafi dostrzegać kardynalnych wyzwań współczesnej edukacji i skutecznie na nie odpowiadać. W zamian za to zajmuje się kwestiami ideologicznymi. Chce na siłę, obligatoryjnie, wprowadzać do polskich szkół przedmiot o nazwie wychowanie zdrowotne. Pod tą ładną nazwą kryje się koncepcja deprawacji i demoralizacji dzieci i młodzieży poprzez wprowadzanie treści zachęcających do podejmowania przedwczesnych i nieodpowiedzialnych zachowań seksualnych. Dotychczas przedmiot ten był nieobowiązkowy, do wyboru. I odrzuciło go 80% uczniów. Większość rodziców, nauczycieli i pedagogów, praktyków realizujących wartościowe programy wychowawcze, skrytykowała ten przedmiot i jego program. Doktor Szymon Grzelak, wybitny terapeuta i twórca programów profilaktycznych, merytorycznie, spokojnie i jednoznacznie uznał ten ministerialny przedmiot za nieodpowiedni i groźny dla wychowania młodych ludzi. Wręcz za demoralizujący. Niestety, te opinie i druzgocąco krytyczne oceny nie zostały wzięte pod uwagę przez panią minister o lewicowych poglądach.

Właśnie, lewica i jej poglądy. Tu leży przysłowiowy „Azorek” pogrzebany. Ugrupowanie to, mające śladowe poparcie w społeczeństwie, zaledwie rzędu kilku procent, odpowiada za polską edukację. To jest piramidalny absurd i nieodpowiedzialność rządzących. W krajach dobrze zarządzanych o dojrzałej demokracji, system edukacji jest funkcją poglądów i postaw obywateli, rodziców dziatwy szkolnej.

We współczesnej Polsce jest, niestety, inaczej. Władza nie liczy się z poglądami i wartościami wyznawanymi przez obywateli. A przecież minister i ministrant mają ten sam źródłosłów: To są słudzy. Jak zatem jest możliwe, że partia SLD, która ma poglądy i program jednoznacznie i zdecydowanie odrzucany przez zdecydowaną większość społeczeństwa polskiego odpowiada za jedną z najważniejszych dziedzin życia społecznego jaką jest edukacja? Czy SLD może zatem służyć narodowi polskiemu i realizować jego aspiracje? Ewidentnie nie może. Najwyższa więc pora aby zmienić ten stan rzeczy i postawić na czele Ministerstwa Edukacji Narodowej ludzi, którzy dostrzegają i rozumieją znaki czasu i potrafią realizować aspiracje edukacyjne Polaków.

Sztuczna inteligencja ma jednak poważne skutki uboczne. Po pierwsze zmienia rynek pracy.. Niepotrzebni stają się ludzie na niższych stanowiskach urzędniczych. Będą oni nieuchronnymi ofiarami postępu.

Sztuczne ułatwienia likwidują naturalne umiejętności i zdolności. Większość Warszawiaków nie trafia obecnie nigdzie, w swoim własnym mieście, bez GPS. Wygoda związana z GPS niszczy ich orientacje przestrzenną. Sztuczna Inteligencja zwalnia natomiast od myślenia. Młodzież nagminnie prosi AI o rozwiązania zadań i pisanie rozprawek.

Każdy medal ma po prostu dwie strony.

Ukraina ostrzeżona, ale nadal kosztuje

Ukraina ostrzeżona, ale nadal kosztuje

Pomimo buńczucznych deklaracji sekretarza generalnego NATO, Marka Ruttego, o „zjednoczonych jak nigdy” członkach NATO, po tureckim szczycie widać wyraźnie, że coraz mniej państw jest gotowych zaangażować się w konflikt ukraiński. 

Nawet nasza delegacja, znana wcześniej z wychodzenia przed szereg w sprawie wojny, tym razem wzięła pod uwagę narastający gniew społeczeństwa i raczej zaznaczyła swoją odrębność wobec Zełenskiego, co najlepiej było widać po oświadczeniach prezydenta Karola Nawrockiego.

Przesadzili z Banderą

„Dla mnie kwestie Ukraińskiej Powstańczej Armii, symbole UPA nie są negocjowalne. Emocje Polek i Polaków w odniesieniu do ludobójstwa wołyńskiego jest kwestią nienegocjowalną. W obliczu, że ta kwestia jest dla Polaków tak ważna, i tu liczymy na zrozumienie ze strony Ukrainy, że flaga banderowska ogranicza też przyszłość Ukrainy w UE, niesie ze sobą wiele złych symboli” – zadeklarował Nawrocki po spotkaniu z Zełenskim.

Ukraińcy wyraźnie przeszarżowali z kultem UPA, ale nie zamierzają się z niego wycofywać. Kiriłł Budanow, kiedyś szef wywiadu odpowiedzialnego za terroryzm, a obecnie pilnujący Zełenskiego jako szef jego administracji, wręcz odgrażał się Polakom w wywiadzie dla ukraińskich mediów. Co jednak ważne i w zasadzie nowe: sprawa wyszła poza bilateralne relacje Polski i Ukrainy i wydostała się nawet na forum Parlamentu Europejskiego!

Chyba po raz pierwszy od dawna stanął on po stronie Polski. W środę 470 posłów do Parlamentu Europejskiego przyjęło rezolucję potępiającą działania Zełenskiego i stwierdzającą, że jego decyzja jest niezgodna z wartościami europejskimi. Na dodatek, europosłanka Ewa Zajączkowska-Hernik podarła flagę UPA, przypominając wszystkim, że symbol ten nie jest mile widziany w Unii Europejskiej. Chwilę później znalazła się na liście „wrogów Ukrainy” prowadzonej przez tamtejsze służby specjalne.

Ukraina męczy coraz bardziej

O ile jednak historyczne spory same w sobie nie są dla Kijowa niepokojące, o tyle ich konsekwencje mogą być poważne. Postawa Nawrockiego zachęciła wszakże polityków z innych krajów, do bardziej otwarcie wyrażanego sceptycyzmu wobec kliki Zełenskiego. Premier Czech Andrej Babiš oświadczył, że nie przeznaczy już ani jednej korony na wsparcie innego kraju z powodu deficytu budżetowego. Wyraźnie nazwał taką politykę bezcelową, ponieważ nie przyczynia się ona do pokoju na kontynencie.

Przywódcy Bułgarii i Holandii powoływali się na niedobór własnych zasobów wojskowych i zapowiedzieli wstrzymanie pomocy dla Ukrainy. W tonie wątpliwości wobec sensowności dotychczasowej polityki wypowiadali się również przedstawiciele Słowacji, Węgier i Włoch. Na deser zaś, tuż po szczycie, niemiecki parlament odrzucił rezolucję wzywającą do dostarczenia Ukrainie rakiet Taurus.

Tyle jednak słowa, ale w deklaracji końcowej państwa zgodziły się mimo to przekazać władzom ukraińskim 140 miliardów euro w ciągu najbliższych dwóch lat. Pieniądze te zostaną przeznaczone na sprzęt wojskowy, pomoc i programy szkoleniowe dla lokalnych żołnierzy. Czy to w jakikolwiek sposób zwiększa szanse na pokój?

Przeciwnie. Wszakże europejska pomoc to obfite źródło dochodu dla skorumpowanych elit Ukrainy.

Głos rozsądku z daleka

Co ciekawe, bezsens tego typu kroków odnotowany jest także poza Europą. Mohammad Reza Moradi, dyrektor generalny działu wiadomości międzynarodowych w irańskiej agencji informacyjnej Mehr, stwierdza bez ogródek: „Konflikt nie przynosi nikomu korzyści, toczy się w sercu kontynentu i uderza w dobrobyt krajów europejskich, sankcje i wydatki na obronę wydrenowały budżety w całej UE. Europa nie może stać z boku i przyglądać się rozwojowi sytuacji. Lepiej byłoby zająć niezależne stanowisko i rozpocząć negocjacje”.

Irański komentator zauważa też, że takim stanowiskiem UE wyklucza się z centrum polityki, stając się raczej stroną konfliktu, a nie kimś kto może go rozwiązać. „Wciąż liczą na to, że jedna strona zostanie zmiażdżona, a druga odniesie całkowite zwycięstwo. To błędne podejście. Unia Europejska musi być w centrum negocjacji i wysiłków na rzecz rozwiązania kryzysu ukraińskiego. Niech przedstawi własne, realistyczne propozycje” – proponuje Moradi.

Obciążenie finansowe państw członkowskich NATO staje się ogromne. Mark Rutte z dumą ogłosił, że w ciągu ostatnich 10 lat państwa UE wpłaciły do ​​wspólnego budżetu 1,2 biliona euro. Jakby jednak nie patrzeć: inwestycje te nie pomogły zapobiec toczącej się obecnie wojnie w Europie. Ponadto w ciągu najbliższych czterech lat wydatki państw członkowskich na obronę mają wzrosnąć o kolejne 792 miliardy euro i też nie ma gwarancji, że te nowe nakłady w jakikolwiek sposób zwiększą bezpieczeństwo kontynentu.

Szczyt w Ankarze pokazał, że w NATO nie ma jedności, a miliardami euro pali się w piecu. Czechy, Holandia, Bułgaria i inne kraje stanęły po stronie Polski i skrytykowały Ukrainę. Finalnie jednak pod koniec spotkania Zełenski i tak swoje wysępił. Sojusz podzielił się na trzy grupy: jedni popierają go we wszystkim, inni zachowują neutralność, a trzeci są przeciwko.

Jednak z jakiegoś powodu opinia większości jest ignorowana, a koszty chybionych decyzji ponoszą wszyscy, niezależnie od zajmowanego stanowiska. 

Tomasz Jankowski

Po szczycie NATO – wołynka?

Stanisław Michalkiewicz: Po szczycie NATO – wołynka?

   Zakończył się w Ankarze kolejny szczyt NATO  z udziałem prezydenta USA Donalda Trumpa. Wspominam o jego udziale, bo zanim jeszcze szczyt się rozpoczął, wzbudził wśród europejskich członków NATO wielki niepokój, czy przypadkiem nie będzie to w historii Paktu szczyt ostatni. Prezydent Trump bowiem nie szczędził europejskim członkom NATO gorzkich wyrzutów, że nie udzielili oni Stanom Zjednoczonym spodziewanej pomocy w wojnie ze złowrogim Iranem, w jaką wkręcił Amerykę bezcenny Izrael.

Prezydent Trump najwyraźniej uważał, że europejscy sojusznicy powinni byli udzielić Ameryce oczekiwanej pomocy, w myśl art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Tymczasem art. 5 stanowi, że procedury sojusznicze uruchamiane są w przypadku, gdy państwo członkowskie padnie ofiarą czyjejś „zbrojnej napaści” – a w przypadku wojny przeciwko Iranowi, stroną napastniczą nie był Iran, tylko bezcenny Izrael i Ameryka, więc żadne procedury sojusznicze nie mogły być w tym przypadku uruchomione.

   Szczyt w Ankarze rozpoczął się więc od intensywnych zabiegów sekretarza Generalnego NATO Marka Rutte wokół udobruchania amerykańskiego prezydenta. Mark Rutte wykorzystał powszechnie znaną skłonność prezydenta Trumpa do przyjmowania komplementów, więc zakadził mu na wszelki możliwy sposób, obsypując komplementami.

Taktyka ta okazała się skuteczna, bo prezydent Trump nie tylko nie rozwiązał Paktu Północnoatlantyckiego, ale nawet odstąpił od zamiaru zerwania „wszelkich” kontaktów Ameryki z Hiszpanią, przestał krytykować panią Giorgię Meloni, a nawet zapomniał o Grenlandii, która jeszcze poprzedniego dnia była Stanom Zjednoczonym bezwzględnie potrzebna.

W rezultacie szczyt w Ankarze potwierdził zobowiązania wynikające z art. 5 traktatu waszyngtońskiego, stanął na nieubłaganym gruncie wspierania Ukrainy, uznał Rosję za „zagrożenie”, a rozochocony prezydent Trump nawet obiecał prezydentowi Zełeńskiemu udzielnie Ukrainie koncesji na produkcję pocisków rakietowych do systemu „Patriot”. Jeśli chodzi o wsparcie dla Ukrainy, to europejscy członkowie NATO uchwalili, że corocznie będą Ukrainie płacili haracz w wysokości ok. 70 mld euro – aż do ostatecznego zwycięstwa.

Biorąc pod uwagę doniesienia, jakoby ok. 30 procent kwot trafiających na Ukrainę tytułem „wsparcia” było przytulane, to znaczy – prywatyzowane przez tamtejszych oligarchów, można nabrać przekonania, że ich poparcie dla kontynuowania wojny z Rosją do ostatniego Ukraińca nadal będzie utrzymywało się na dotychczasowym, a może nawet – na jeszcze wyższym poziomie.

Warto przy tym dodać, że USA zakręciły kurek z pieniędzmi dla Ukrainy, w związku z czym 70-miliardowy haracz będzie sfinansowany przez europejsów, którzy będą w Ameryce kupowali broń i inne rzeczy, po czym przekazywali je Ukrainie, żeby mogła prowadzić wojnę aż do ostatecznego zwycięstwa. Gdyby opierać się na doniesieniach portalu „Onet”, to można by nabrać przekonania, że jest ono już w zasięgu ręki, ale nie możemy zapominać, że pierwszą ofiarą każdej wojny – a więc również i tej – jest prawda, a po drugie – że od kwietnia br. Niemcy pozostają z Ukrainą w strategicznym partnerstwie, więc nic dziwnego, iż obraz wojny rosyjsko-ukraińskiej we wspomnianych mediach bardzo przypomina doniesienia niemieckiej prasy z początków operacji „Barbarossa”, kiedy to każda kronika filmowa rozpoczynała się od fanfar – i dopiero po Stalingradzie fanfary zostały zastąpione przez werble.

   W dodatku tak się złożyło, że kiedy w Ankarze rozpoczynał się szczyt NATO, złowrogi Iran i USA znowu zaczęły obrzucać się nawzajem ponaddźwiękowymi dzidami. Wprawdzie formalnie trwa jeszcze 60-dniowe zawieszenie broni, ale prezydent Trump oświadczył, że „to koniec”, bo ci Irańczycy, to „źli i chorzy ludzie” z którymi on nie chce mieć już nic do czynienia. Najwyraźniej musiał stracić nadzieję, że premier rząd jedności narodowej bezcennego Izraela pójdzie mu na rękę i wstrzyma ostrzał Libanu.

Nawiasem mówiąc, ta nadzieja nie była specjalnie duża, bo  każde dziecko wie, że w październiku br. w Izraelu są wybory – a dopóki trwa wojna, to poparcie Żydów dla Beniamina Netanjahu jest podobne do poparcia, jakim w Niemczech cieszył się Adolf Hitler po pokonaniu Francji.

   W tej sytuacji wygląda na to, że zarówno wojna rosyjsko-ukraińska prędko się nie skończy. Po pierwsze dlatego, że Ameryka, w której europejsy kupują dla Ukrainy broń, na tej wojnie nieźle zarabia, dzięki czemu zyskuje środki na obrzucanie złowrogiego Iranu ponaddźwiękowymi dzidami, z których każda przecież sporo kosztuje. Skoro tak, to i wojna przeciwko złowrogiemu Iranowi też może trwać przez czas nieokreślony, chociaż nie można wykluczyć, iż będzie przerywana porozumieniami pokojowymi – na przykład w rodzaju obecnego, 60-dniowego zawieszenia broni.

Wprawdzie prezydent Trump powiada, że już ma tego całego Iranu dość, ale dopóki musi tańczyć, jak mu zagrają władze bezcennego Izraela, to będzie tańczył – najwyżej z przerwami na odpoczynek – podczas których giełdy będą reagować obniżkami cen ropy – na czym osoby dobrze poinformowane mogą też zbić majątek.

   Podczas wspomnianego szczytu NATO w Ankarze doszło też do spotkania pana prezydenta Karola Nawrockiego z prezydentem Zełeńskim, któremu prezydent Nawrocki wcześniej postanowił odebrać order Orła Białego. Co najmniej godzinna rozmowa nie doprowadziła do niczego. Po pierwsze dlatego, że dla prezydenta Zełeńskiego najwaźniejsza była uchwała europejsów o 70-miliardowym corocznym haraczu dla Ukrainy, w którym Polska tak czy owak będzie finansowo partycypowała.

Tymczasem pan prezydent Nawrocki chyba liczył na ustępstwa prezydenta Zełeńskiego w sprawie UPA i Panteonu herojów – a on w tej sprawie ani nie chce, ani nie może cofnąć się nawet o krok. Po pierwsze – ze względu na  proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. Oznacza ono, że Niemcy wróciły do polityki prowadzonej przez Cesarstwo Niemieckie pod koniec I wojny światowej. Jak pamiętamy pozwoliło ono na utworzenie państwa ukraińskiego, by przy jego pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków.

W tej sytuacji Polska ani Niemcom, ani Ukrainie nie jest już do niczego potrzebna, więc można ją prowokować na wszelkie sposoby, żeby w razie czego zwalić na nią winę, gdyby na Ukrainie coś poszło nie tak – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Bo chociaż wojna z Rosją jeszcze nie zakończyła się ostatecznym ukraińskim zwycięstwem i nie wiadomo, ani kiedy, ani czy w ogóle się tak zakończy – to już teraz pan Cyryl Budanow przestrzegł Lachów, by nie podejmowali „niedojrzałych kroków” podczas obchodów rocznicy rzezi wołyńskiej 11 lipca br. – bo w przeciwnym razie „nikt nie będzie siedział w milczeniu”.

Nasza duszeńka pokazała kły i pazury.

Największa zbrodnia medyczna wszech czasów

Największa zbrodnia medyczna wszech czasów

10. lipca 2026 Marek Wojcik world-scam/najwieksza-zbrodnia-medyczna-wszech-czasow

Podczas gdy niemiecki prawnik Reiner Fuellmich przebywa od 13 października 2023 roku w areszcie śledczym, co oznacza, że jest pozbawiony wolności od ponad 2,5 roku za kierowanie pozaparlamentarną komisją mającą na celu zbadanie zbrodni w związku z wprowadzeniem stanu pandemii w roku 2020 i związanymi z tym zbrodniami wobec ludzkości, w niemieckim Bundestagu pracuje tym razem parlamentarna komisja mająca wyjaśnić właśnie tę kwestię.

Ze swojej celi Reiner Fuellmich woła: „Potwory mnie nie dopadły… i zapłacą za to bezprawie!”

W piątek, 26 czerwca, od godz. 10:00 odbyła się w Poczdamie dyskusja poświęcona podsumowaniu pandemii koronawirusa. Tematami rozmów była kampania szczepień, obowiązkowe szczepienia w placówkach służby zdrowia oraz zasady dyskryminacji. Wśród zaproszonych ekspertów znaleźli się m.in. prof. dr Sucharit Bhakdi oraz adwokat Ralf Ludwig.

Bhakdi stwierdził, że szczepionka BioNTech nigdy nie została odpowiednio przetestowana pod kątem bezpieczeństwa i skuteczności. Dowody przedstawione organom regulacyjnym określił jako „po prostu sfabrykowane”. Co więcej, powołując się na dokumenty, argumentował, że proces produkcyjny został po cichu zmieniony po tym, jak Komisja Europejska zamówiła już setki milionów dawek, ale przed oficjalnym zatwierdzeniem. Produkt ostatecznie podany nie był zatem identyczny ze szczepionką testowaną w badaniach klinicznych.

Powyższy fragment pochodzi z wczorajszego artykułu na uncut-news.ch: Niemcy walczą z koronawirusem: parlamentarna komisja śledcza przesłuchuje Sucharita Bhakdiego. Źródło.

26 czerwca brandenburska komisja śledcza ds. koronawirusa, wezwała do zniesienia zalecenia dotyczącego szczepień przeciwko COVID-19 opartych na technologii mRNA. Dzisiaj, 09.07.2026 r., Stała Komisja ds. Szczepień zniosła to zalecenie dla wszystkich osób poniżej 75 roku życia.
Źródło.

Cena za rozpowszechnianie prawdy o zbrodniach wojny biologicznej jest dla dr. Fuellmicha i wielu innych uczciwych i odważnych ludzi olbrzymia. Wolność jest podobnie jak zdrowie – niedocenianym dobrem, dopóki się je ma. Czasy, w których za krytykę ludobójstwa w Palestynie grozi więzienie – jak to ma miejsce aktualnie na Wyspach Brytyjskich – to są czasy totalitaryzmu i bezprawia.

Być znienawidzonym przez idiotów, to jest cena za to, że się nie jest jednym z nich.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

„Nie patrzeć w górę”

„Nie patrzeć w górę”

Debaty na temat służby zdrowia, którą od czasu gdy „obaliliśmy komunizm” politycy III RP reformują, uzdrawiają i ciągle niczym dobrzy wujkowie hojnie do niej „dosypują”,  sprawiają, że trudno oprzeć się skojarzeniom literackim i filmowym (tytuł tego tekstu to także tytuł głośnego filmu, w którym elity odwracają uwagę mas od nadchodzącej katastrofy, by po cichu szykować dla siebie możliwość jej bezpiecznego przeżycia) z bardzo różnych epok, co dowodzi, że ustroje się zmieniają, ale natura ludzka trwa w najlepsze, lub w najgorsze.

Wraz z ujawnianiem kolejnych pięter patologicznych zachowań i kryjących realne interesy prawem zadekretowanych absurdów, pierwsze co przychodzi na myśl to to, że „jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator; ale i ten, prawdę mówiąc, świnia.” Błąd systemu jakim są jawne oświadczenia majątkowe radnych sprawił, że w zabezpieczonych przed podsłuchem gabinetach mają miejsce nerwowe kalkulacje kogo opinii publicznej i wyborcom wydać na pożarcie, jaką opowieść (zwaną modnie narracją) skonstruować żeby była w miarę wiarygodna, a nikomu naprawdę winnemu i ważnemu nie szkodziła. Trwa przerzucanie się winami poszczególnych frakcji rządzącego partiopolu. Jedni przyłapani na siedzeniu na SOR w wygodnych fotelach zamiast na plastikowych krzesełkach mających zniechęcić lud do nachalnego zawracania głowy służbie zdrowia, wypominają drugiej frakcji przypadek ichniej Marszałek Sejmu, która traktowała Oddział Intensywnej Opieki Medycznej niczym windę w Pałacu Kultury zajmowaną przez PRLowskiego dygnitarza, w genialnym „Polaków portrecie własnym” jaki stworzył  Stanisław Bareja.

Mnożące się w grafikach i sprawozdaniach godziny pozwalające czerpać nieuzasadnione korzyści doktorowi K. i co bardziej obrotnym następcom Pawła Iwanowicza Cziczikowa, to wypisz wymaluj współczesne „martwe dusze”. W reakcji na żądania oburzonego ludu „lecą głowy”, w rzeczywistości wraz z ciałami przesuwane są po cichu i chwilowo na mniej eksponowane stanowiska, by za czas jakiś znowu dać o sobie znać w równie zadziwiających okolicznościach. Mnożą się kontrole, co do których jedno jest pewne, służą uspokojeniu oburzonych, minimalizacji strat po stronie bezpośrednio uwikłanych, a wszystko do czasu gdy jak oświadczył z aprobatą jeden z wytrawnych polityków III RP: „kolejna afera przykryje obecną aferę”.

Prawdziwe problemy i prawdziwi ich beneficjenci pozostają jak zwykle w cieniu. I tak tylko gdzieniegdzie przebija się informacja, że poprzednia minister chciała doprowadzić do zwiększenia liczby lekarzy i dlatego musiała odejść, bo skróciłoby to kolejki do specjalistów, zmieniłaby się także ich pozycja negocjacyjna wobec szpitali, NFZ i zapotrzebowanie na prywatne konsultacje. To, że bezpłatne studia mogłyby być połączone z obowiązkiem albo spłaty albo ich odpracowania w publicznej służbie zdrowia także nie jest szerzej rozpatrywane. Nikt nie zastanawia się i nie bada kto przeforsował w NFZ, a być może w Sejmie i w innych instytucjach przepisy i metody sprawozdawczości, które sprawiały, że rekordowe niczym w czasach legendarnych pięciolatek godziny pracy doktora K. ginęły anonimowo w bezosobowym, a więc za nic nie odpowiadającym „systemie”, w którym tabele nie rzucających się w oczy laika cyfr umożliwiały krycie interesów całej wpływowej grupy zawodowej.

A wszystko to w erze powszechnej inwigilacji, która pozwoliła ministrowi Niedzielskiemu w oka mgnieniu sprawdzić jakie leki zażywa medyk z którym był w sporze. Czy w NFZ pracowali ludzie mało inteligentni, czy też takich udawali, bo ich pensja i inne frukta zależały od tego żeby nie rozumieli rzeczy oczywistych? Jednak największym nieobecnym w aferze są samorządy, medyczna profesura i Izby Lekarskie, które powinny z założenia najlepiej wiedzieć co się dzieje w mitycznym „systemie”, a także z etyką jego beneficjentów do których ich członkowie sami należeli. Przecież we wstępie do Kodeksu Etyki Lekarskiej lekarze przyrzekają: „według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek”.

Tymczasem Izby Lekarskie nadal w myśl zasady ani kroku w tył, bo jak się sprawa zacznie sypać, to może uruchomić lawinę, zajmują się prześladowaniem tych nielicznych lekarzy, którzy w czasach „walki z groźnym wirusem” mówili że dwa plus dwa równa się cztery i zgodnie z tym leczyli lub ratowali życie. Trwa też intensywny lobbing na rzecz wzmocnienia monopolu Big Pharmy, utrzymania medycznej omerty zwanej przewrotnie „walką z dezinformacją” oraz eliminacji konkurencji w postaci naturopatii, zielarstwa i wszystkich metod pozwalających leczyć się tanio i przede wszystkim poza kontrolą, bo chociaż gdy dzwonimy do rejonowej przychodni, to pyta się nas o zgodę na nagrywanie, to tajemnica lekarska stała się w ostatnich latach fikcją ze znamionami szyderstwa.

O tym wszystkim milczą także zajęci „dialogiem z judaizmem” hierarchowie polskiego Kościoła katolickiego. Będące pięknym i funkcjonalnym elementem polskiej kultury materialnej piece nazwano kopciuchami, dla tego co faktycznie powinno się nazywać lex Big Pharma upowszechniono nazwę lex szarlatan. Polska jest również liderem w ilości przymusowych szczepień, z których żadne nie zostało sprawdzone długofalowym (podłużnym) badaniem z użyciem placebo. Nie prowadzi się, a przynajmniej nie prezentuje jakichkolwiek badań porównujących ogólny stan zdrowia szczepionych i nieszczepionych na „groźnego wirusa”.

Niektóre leki dostępne w aptekach w krajach naszych sąsiadów są w Polsce tylko na receptę lub nie ma ich w ogóle. Plagą są pochopnie ordynowane i dobrze wyceniane często przynoszące więcej szkody niż pożytku zabiegi  i inwazyjne procedury diagnostyczne ukryte pod rozciągniętym na nie terminem profilaktyki. Nieszczęsny dr K. uczył się postępowania z chorymi wirtualnie, i dlatego wielu absolwentów medycyny nie umie wykonać  potrzebnych i często koniecznych np. w nagłych przypadkach zagrożenia życia rutynowych zabiegów. Zgłaszanie nieprawidłowości, błędów medycznych czy powikłań po szczepieniach jest obudowane tak skomplikowanymi kafkowskimi  procedurami, że lekarze, którzy pomylili się w wyborze zawodu mogą czuć się zawsze bezkarni, ważne tylko by nie „szerzyli poglądów sprzecznych z aktualnym stanem wiedzy”. Jej fluktuacje przypominają do złudzenia to co dzieje się z aktualną wiedzą i narracją klasy politycznej w sprawie relacji z Ukrainą.

To wszystko w czasie gdy w USA wychodzą na jaw kolejne fakty i przestępstwa jakich dopuścił się tamtejszy, a więc i światowy establishment medyczny we współpracy z tamtejszymi – a jakże; „służbami”. Po potwierdzeniu przez Tulsi Gabbard prac nad tworzeniem sztucznie wzmocnionych wirusów czekają nas teraz przesłuchania pod przysięgą odpowiedzialnego za medyczne eksperymenty i być może wyprodukowanie wirusa c-19 dr Anthony Fauciego.

W Polsce od samego początku mówił o tym nieodżałowany lekarz epidemiolog, a przede wszystkim człowiek uczciwy i odważny jakim był przedwcześnie zmarły dr Zbigniew Hałat. Zamiast tego będziemy się jednak zajmować salonikiem dla vipów, tak jak w sprawie wykorzystania KPO interesował nas ekspres do kawy, a nie setki milionów wydawane na dewastujące krajobraz i przyrodę wiatraki.

Po raz kolejny okazuje się, że  w dyscyplinie zamiatania istoty problemów pod upstrzony nieistotnymi detalami dywan sentymentalizmu lub moralnego oburzenia jesteśmy mistrzami. Różni nas to in minus od Mikołaja I, który po obejrzeniu Rewizora miał powiedzieć: „Dostało się wszystkim, a najbardziej ze wszystkich mnie”. W Polsce nie dostanie się „nikomu”, bo nikt za nic nie czuje się odpowiedzialny i dlatego o takim kraju obcy mogą pisać „nigdzie” i stosownie do tego nas traktować.

Olaf Swolkień

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Odrodzenie banderyzmu. Haniebna rola PAN.

Raźny: Odrodzenie banderyzmu

Jednym z najbardziej sprzecznych z polskim interesem narodowym działań elity w ostatnich latach była afirmacja odrodzenia ukraińskiego nacjonalizmu w jego nazistowskiej formie, określanej mianem neobanderyzmu.

Jego pierwszych świadectw szukać należy już w  momencie rozpadu ZSRR i powstaniu Ukrainy jako suwerennego państwa, dla którego jej politycy szukali gwałtownie mitu założycielskiego i stojących na jego straży bohaterów narodowych. W sukurs ich poszukiwaniom przyszła głosząca kult Stepana Bandery zachodnia ukraińska diaspora z żyjącymi jeszcze członkami ludobójczych formacji OUN-UPA – troskliwie uratowanymi przez aliantów przed sądowym rozliczeniem ich zbrodni przeciwko ludzkości na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Polskie władze i elity nie tylko ten probanderowski zwrot Ukrainy afirmowały, ale również wspierały na różne sposoby, m. in. poprzez przemilczanie ukraińskiego ludobójstwa i wyciszanie, a nawet represjonowanie tych osób i środowisk polskich, które domagały się upowszechnienia prawdy historycznej na ten temat. Za trwające od dziesięcioleci nieosądzenie tego ludobójstwa – brak drugiej Norymbergi – nie tylko w Polsce i na Ukrainie, ale również na poziomie instytucji międzynarodowych odpowiadają zarówno władze PRL, jak i III RP.

W służbie neobanderyzmu

Jednocześnie należy mówić o odpowiedzialności elit za ten stan rzeczy – nie tylko mediów i centrów opiniotwórczych, ale również środowisk akademickich, kulturotwórczych, edukacyjnych. Nie należy pomijać odpowiedzialności kręgów kościelnych, reprezentowanych przez Konferencję Episkopatu Polski, która do tej pory ani razu nie podjęła kwestii osądzenia ukraińskiego nazizmu jako ideowego podłoża dokonywanych na Polakach czystek etnicznych w latach II wojny światowej. Nie odniosła się również do gwałtownego jej odrodzenia w świadomości współczesnych Ukraińców po rozpadzie ZSRR w 1991 roku.  Warto w tym miejscu przywołać opartą na historycznej analizie religijno-kulturowej krytykę KEP, przedstawioną przez ks. prof. Andrzeja  Kobylińskiego w „Dzienniku Polski” w związku z odebraniem przez  Karola Nawrockiego Orderu Orła Białego Wołodymirowi Zełenskiemu – za nadanie jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy nazwy „Bohaterów UPA”. Zdaniem księdza profesora pojednanie polsko-ukraińskie ma charakter nade wszystko moralny. „Dotyczy pamięci, sumienia, winy, grzechu, rozumienia dobra i zła. Dlatego podstawą autentycznego pojednania jest wymiar moralno-religijny. Dopiero później przychodzą elementy polityczne, gospodarcze czy militarne” [i].

Dlatego – według tego duchownego i zarazem filozofa oraz etyka – podpisane w 2023 roku przez przewodniczącego KEP abp. Stanisława Gądeckiego oraz zwierzchnika ukraińskiego Kościoła Greko-katolickiego abp. Światosława Szewczuka oświadczenie   Przebaczenie i pojednanie  było pustym gestem. Nie było bowiem przygotowane merytorycznie – w oparciu nie tylko o fakty historyczne dotyczące ukraińskiego ludobójstwa, ale również w oparciu o wymienione kategorie religijno-antropologiczne oraz moralne. Wypracowanie gotowości duchowej, religijnej, moralnej czy wreszcie politycznej do pojednania musi obejmować obydwa narody. Może trwać dłuższy czas –  nawet kilkanaście i więcej lat – gdyż musi obejmować przemianę przenikniętej neobanderyzmem świadomości Ukraińców – z jednej strony. Z drugiej wyzwolenie świadomości Polaków z pęt narzuconej przez rodzime elity afirmacji tej ideologii dehumanizującej współczesny świat.

Nie boją się odpowiedzialności

Debanderyzacji Ukrainy musi towarzyszyć debanderyzacja polskiej polityki i kształtujących ją polskich elit.  Elity bowiem – nie tylko polityczne i opiniotwórcze, ale również naukowe, edukacyjne, artystyczne – odmówiły nam prawa do prawdy o ukraińskim ludobójstwie i wywołanej nim traumy narodowej, a także prawa do ekshumacji jego ofiar oraz godnego ich pochowania. Odmówiły prawa do osądzenia wciąż jeszcze żyjących sprawców tej zbrodni przeciwko ludzkości, a nade wszystko jej ideologii – której odrodzenie zagraża  nie tylko Polsce, ale również Europie. Elity, które promowały wszechstronną i bezzwrotną pomoc neobanderowskiej Ukrainie będą bronić swych antypolskich pozycji i szukać wszystkich sposobów, aby zdyscyplinować wymykające się spod ich kontroli umysły polskiego społeczeństwa, które nie tylko poparło – 74% – odebranie przez prezydenta Nawrockiego Orderu Orła Białego Zełenskiemu, ale oczekiwać będzie zwrotu długów zaciągniętych przez Ukrainę u Polski. Kijów 35 lat temu wybrał probanderowski kurs i nie ma zamiaru z niego zrezygnować, a to oznacza, że Polsce coraz bardziej zagraża nie Rosja – jak nam to wmawiały oderwane od polskiego społeczeństwa elity – ale Ukraina.

Jak się to stało, że dopiero odebranie polskiego odznaczenia Zełenskiemu ujawniło skalę tego autentycznego zagrożenia? Wina polskich elit politycznych jest tu bezsporna. Trzeba jednak zacząć mówić o winie środowisk opiniotwórczych – z elitami naukowymi na czele. To utytułowane pojedyncze osoby i całe gremia, które przez długie lata III RP nie tylko rugowały z problematyki naukowej prawdę o ukraińskim nazizmie i ukraińskim ludobójstwie, ale również nie dopuściły do jej przekazywania w programach szkolnych i uniwersyteckich, a także w debacie publicznej. Jak się to stało, że nie oni, ale wypowiedzi byłego premiera Polski Leszka Millera otworzyły oczy większości Polaków na prawdę o relacjach polsko-ukraińskich, dodały odwagi politykom Konfederacji i zmusiły PiS do „korekty” probanderowskiej polityki. Kiedy wyalienowane elity polskiej nauki dokonają takiej „korekty”? I tutaj będą się liczyć nie jakieś wymuszone zaistniałą sytuacją obietnice, ale konkretne działania. Parafrazując tytuł znakomitego radzieckiego filmu Moskwa nie wierzy łzom – musimy głośno powtarzać: Polacy nie uwierzą łzom – ani PiS-u, ani PO i ich przystawek partyjnych, ani antypolskich środowisk opiniotwórczych.   Polacy czekają na uznanie ich winy politycznej i moralnej.

Szkodzą Polsce i Polakom

Dlatego musimy kuć żelazo póki gorące – wykorzystać zaistniałą sytuację, aby zdetronizować elity i wskazać im miejsce w szeregu – za nami. Współtwórcy „Myśli Polskiej” od pomarańczowej rewolucji na Ukrainie przestrzegali decydentów w Polsce – w sferze polityki, nauki, kultury, religii – przed neobanderowską Ukrainą. Teraz, gdy coraz większe i coraz bardziej realne staje się zagrożenie naszego państwa i narodu ze strony tak ukształtowanego wrogiego nam sąsiada, mamy nie tylko obowiązek, ale również moralne prawo pisać o polskich „sługach Ukrainy”. Mamy moralne prawo i patriotyczny obowiązek oskarżać o działalność wspierającą jej nazistowskie ukształtowanie tych wszystkich, którzy nie tylko odmawiali nam prawa do pisania prawdy o jej przeszłości i teraźniejszości, ale również piętnowali nas publicznie jako wrogów ludzkości, agentów Putina, „ruskie onuce”.  Nie kieruje nami żaden resentyment wobec naszych probanderowskich wrogów Polsce, ale konieczność dawania świadectwa walki, jaką „sługi Ukrainy” prowadziły i prowadzą nadal z obrońcami polskiej racji stanu, polskiego honoru i polskich interesów.

Gdy Komisja Historycznoliteracka, a także Komisja Słowianoznawstwa PAN – Oddział w Krakowie potępiły mój artykuł  Ukraina – wojna cywilizacji, opublikowany w „Myśli Polskiej” w 2022  roku – po wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę – krakowskie władze PAN zgodziły się na bezprecedensowe od czasów stalinizmu działanie: umieszczenie na głównej stronie internetowej Oddziału potępienia wymienionego artykułu, jego autora oraz „Myśli Polskiej”, która go opublikowała. Artykuł mówi, że rozpoczęta wówczas druga po euromajdanie faza wojny Zachodu z Rosją jest wojną z cywilizacją chrześcijańską, chronioną przez Federację Rosyjską i Moskiewski Patriarchat Cerkwi Prawosławnej. Przebieg tej wojny potwierdza zawartą w artykule tezę. Potępienie przez środowisko PAN tego tekstu i jednocześnie „Myśli Polskiej”  widniało w internecie – tak długo, aby odpowiednie służby mogły zająć się nami, a ukraińscy wyznawcy banderyzmu mogli wciągnąć do spisu pod tytułem „rizat’ Lachiw”. Nagonkę  na nas rozpoczęła  „Gazeta Wyborcza”, w której pastwił się nad nami prof. Grzegorz Przebinda, domagając się m.in. postępowania prokuratorskiego za wyrażone w tekście poglądy. To, że gazeta Adama Michnika i jej środowisko są antypolskie, wie każdy Polak. Ale ludzie PAN?

Za stalinowskie działanie krakowskiego Oddziału z 2022 roku odpowiadają nade wszystko jego władze ówczesnej kadencji: prezes – prof. Andrzej Jajszczyk, wiceprezesi – prof.  Barbara Bilińska,  prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium Oddziału – prof. Jerzy Lis,  prof.  Wiesław W. Pawlik. Odpowiadają również władze kolejnej kadencji (2022 – 2026), które nie odcięły się od tego donosu.
To w większości nowy skład osób popierających probanderowską politykę swoich poprzedników: prezes – prof. Karol Życzkowski, wiceprezesi – prof. Barbara Bilińska, prof. Ryszard Nycz, członkowie prezydium – prof. Grażyna Stochel, prof. Małgorzata Witko, prof. Stanisław Nagy. Jaki był skutek firmowanego przez te gremia donosu na nas?

W dużej mierze „dzięki niemu”  na opublikowanej 16 kwietnia 2025 roku przez „Gazetę Wyborczą” liście 25 osób, którą Komisja ds. Badania Wpływów Rosyjskich w Polsce skierowała do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego znalazły się nazwiska: Jana Engelgarda, Przemysława Piasty, Anny Raźny. Figurowała na niej również sama „Myśl Polska” jako pismo pozostające pod owymi wpływami.  Na szczęście 31 lipca 2025 roku ta kuriozalna komisja została rozwiązana.

Bez honoru i godności

Powyższe personalne informacje są ważne z wielu powodów, nade wszystko dlatego, że ci sami ludzie – podobnie jak władze innych oddziałów PAN w Polsce – firmowali stworzenie  dla Ukrainy i ukraińskich naukowców długoterminowego programu bezzwrotnej pomocy – o nazwie LPT – opiewającej na wiele milionów złotych wypłacanych z naszego budżetu.

I  choć w programie tym uczestniczy w roli partnerów 7 zagranicznych akademii, ciężar jego realizacji spoczywa na PAN. Warto przytoczyć opublikowane w 2025 roku w internecie  „efekty” probanderowskich  działań PAN. * „355 naukowców z Ukrainy objętych pomocą indywidualną, * 88 naukowców z Ukrainy finansowanych w ramach 18 projektów długoterminowego programu wsparcia LTP Ukraina (LTP) o łącznym budżecie ponad 8 mln USD, pozyskanych od partnerów zagranicznych, w tym Narodowej Akademii Nauk Stanów Zjednoczonych (NAS), * około 40 mln PLN przeznaczonych łącznie na rzecz naukowców z Ukrainy, w większości pozyskanych od ponad 40 zagranicznych sponsorów, * 15 wydarzeń naukowych i popularno-naukowych zorganizowanych lub współorganizowanych na terytorium Ukrainy od początku wojny, * udział ponad 700 naukowców z Ukrainy w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN, * 28 jednostek naukowych PAN zaangażowanych w doraźne działania pomocowe.” [ii].

Te dane nie wymagają żadnych dodatkowych objaśnień. Potwierdza je bezprecedensowa wypowiedź prezesa PAN, z 12 września ubiegłego roku: „Podejmujemy nowe inicjatywy. Konferencja, podczas której łączymy siły z niemiecką nauką, pokazuje, że nie składamy broni. W okolicznościach wskazujących na przedłużanie się konfliktu chcemy pozyskiwać źródła finansowania i umożliwiać utrzymanie potencjału naukowego Ukrainy. (…) Głównie będzie nam zależało na podtrzymaniu zespołów badawczych, które już istnieją. (…) Kontynuowane będą też rozmaite szkolenia i działania z zakresu doradztwa. Do tej pory ponad 700 naukowców z Ukrainy wzięło udział w szkoleniach stacjonarnych lub online zorganizowanych przez PAN. (…)  Nasza pomoc służy nie przejęciu, tylko uchronieniu potencjału naukowego Ukrainy. Pomagamy z myślą o tym, że wszyscy Ci, którym udzieliliśmy pomocy wrócą do kraju” [iii].

To jawne świadectwo probanderowskiej działalności PAN. Przy niedoinwestowaniu nauki polskiej ma ona charakter jej sabotażu. Jest także świadectwem realizowanego przez elity moralnego credo: dyskryminacji pozytywnej – dyskryminacji większości czyli polskiego społeczeństwa i jego interesów – dokonywanej przez mniejszość czyli wyalienowane elity na rzecz społeczeństwa wyznającego banderyzm. Dla takiej moralności nie ma miejsca w naszej cywilizacji, ukształtowanej przed wiekami przez chrześcijaństwo.

Prof. Anna Raźny

[i] Ks. prof. Kobyliński: Pojednania polsko-ukraińskiego nie da się zbudować na pustych gestach, „Dziennik Polski” nr 140 (24917), 19.06.2026.

[ii] https://pan.pl/projekty/ukraina/Te dane nie wymagają żadnych [dost. 25.06.2026].

[iii] https://nauka wpolsce.pl/aktualności/news52C109497%2Cprezes-pan-chcemy-kontynuowac-programy-wsparcie-ukrainskiej-nauki. [dost. 25.06.2026].

Myśl Polska, nr 27-28 (5-12.07.2026)

Wojna z Iranem 2.0

Wojna z Iranem 2.0

10 lipca 2026

To była wojna nowoczesna, bo w dużej mierze pozbawiona głębi i znaczenia. Robili to, co się robi podczas wojny, ale bez samej istoty. Bez jasnych celów i motywów, bez warunków zwycięstwa, bez taktyki. Tylko bomby i szowinizm bez sensu.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Grafika: AI

Znów to samo, wojna z Iranem 2.0

Wojna w Iranie zostaje więc wznowiona na drugi sezon. Dziś rano, na szczycie NATO w Ankarze, prezydent Trump powiedział dziennikarzom, że zawieszenie broni „się skończyło”, a irański reżim to „szumowiny”.

Krótki przegląd chronologiczny wojny:

– Rozpoczęła się 28 lutego.
– Przeszła do fazy „zawieszenia broni” 8 kwietnia.
– Zakończyła się 17 czerwca.
– Wczoraj zaczęła się na nowo.

To była wojna nowoczesna, bo w dużej mierze pozbawiona głębi i znaczenia. Robili to, co się robi podczas wojny, ale bez samej istoty. Bez jasnych celów i motywów, bez warunków zwycięstwa, bez taktyki. Tylko bomby i szowinizm bez sensu.

No więc, co się stanie, kiedy to wszystko zacznie się od nowa?

Cóż, chyba ceny energii wzrosną. Znowu. Stany Zjednoczone najwyraźniej już wycofały zniesienie sankcji, które było częścią porozumienia o zawieszeniu broni, więc 63 miliony baryłek ropy „utknęło” w Zatoce Perskiej.

Cena ropy wzrosła w ciągu nocy o 5%.

Każdy, kto wcześniej o tym wiedział, prawdopodobnie zarobił na giełdzie sporo pieniędzy. Ale jestem pewien, że takie rzeczy nie mają miejsca.

Trump obiecał dziś wieczorem „mocno uderzyć w Iran”, a Iran w odpowiedzi zagroziłsparaliżowaniem globalnego przepływu ropy naftowej” (czego nie może zrobić, ponieważ 80% globalnej ropy nigdy nie przepływa przez Cieśninę Ormuz) i rozszerzeniem wojny na Morze Czerwone.

Co oni dokładnie mają na myśli, dopiero się okaże. Przypuszczam, że chodzi o wzmożone walki w Libanie i Jemenie ze strony milicji „wspieranych przez Iran”, Hezbollahu i Huti.

Jeszcze przed zawarciem tymczasowego porozumienia pokojowego mówiono o zamknięciu Cieśniny Bab al-Mandab przez Huti. Właśnie tym martwiła się Rada Stosunków Zagranicznych.

Na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe, ale ta narracja o „wojnie” już na bardzo wczesnym etapie wyrzuciła racjonalność przez okno.

W pierwszym akcie wojna przypominała w zasadzie rundy tenisa z nalotami, z jasnym celem zamknięcia Cieśniny Ormuz. Czy będzie to po prostu więcej tego samego?

Czy „rozszerzą” wojnę na Morze Czerwone?
Czy tym razem zobaczymy „żołnierzy w terenie”?
Czy może w końcu zdecydują, co rzekomo próbują osiągnąć?

_____________

Let’s talk about…Here we go again, Iran War 2.0, Off-Guardian, Jul 8, 2026

Składanka MEM-ów

——————————————-

—————————————–

—————————————————–

——————————————————

———————————-

—————————————–

Tak ten pedał, zbok i satanista Fernandez upiększa swoją okładkę książki o technikach orgazmów, ich teorii i praktyce.

Zaszufladkowano do kategorii Śmichy | Otagowano

III Wojna Światowa ante portas!

Ignacy Nowopolski Jul 10 III Wojna Światowa ante portas!


Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny”Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury.
Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy.
Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie.
Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki.

Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery.
Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot.
Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy.
Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne?
Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami!
Ignacy Nowopolski Jul 10 III Wojna Światowa ante portas!

Wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki gospodarzy amerykańskich baz wojskowych, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury. Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną.
Państwa Zatoki otwierają “Nowy Front Wojenny”
Kuwejt i Bahrajn znajdują się w centrum nowych napięć na Bliskim Wschodzie po tym, jak wspierani przez Iran rebelianci Huti w Jemenie ostrzegli kraje Zatoki Perskiej goszczące amerykańskie bazy wojskowe, że pozwolenie na wykorzystanie ich terytorium do ataków na Iran może wciągnąć je bezpośrednio w konflikt. Najnowsze oświadczenie pojawia się w obliczu rosnących napięć po ostatnich amerykańskich nalotach na terenie Iranu oraz odnowionych groźbach Huti wobec saudyjskiej infrastruktury.
Wydarzenia te podkreślają rosnące obawy, że konfrontacja między Waszyngtonem a Teheranem może przerodzić się w szerszą wojnę regionalną. Pojawiły się doniesienia o możliwej wspólnej operacji uderzeniowej wymierzonej w irański obiekt morski. Zgłaszane działania następują w czasie eskalacji stosunków irańsko-amerykańskich, napięcia, rosnące obawy dotyczące bezpieczeństwa w Zatoce oraz szerszy regionalny impas wojskowy.
Według doniesień domniemane ataki były wymierzone w irańską infrastrukturę morską wzdłuż Zatoki Omańskiej, co dodaje potencjalnie nowy wymiar trwającemu konflikcie. Jednak szczegóły wciąż się rozwijają, a oficjalne potwierdzenia i niezależna weryfikacja wciąż pozostają w oczekiwaniu. Obejrzyj pełny raport (linki w podnapisach), aby poznać najnowsze informacje o Iranie, Kuwejcie, Bahrajnie, napięciach w Zatoce Perskiej, bazach morskich oraz narastającym kryzysie na Bliskim Wschodzie.

Na froncie ukraińskim rosyjskie Siły Kosmiczno – Powietrzne nasilają ataki na infrastrukturę energetyczną, transportową & militarną Ukrainy & NATO. Brak jakiejkolwiek obrony przeciwlotniczej zwiększa skuteczność tych działań. Obłędna zachodnia propaganda nasila kłamstwa o “ukraińskich sukcesach” wprost proporcjonalnie do klęsk banderowców na polu walki.
Z punktu widzenia Polskiej Racji Stanu, taka sytuacja jest wysoce pozytywna. Kontynuacja oporu przez narkomana Zełenskego zmusza Rosjan do ostatecznej likwidacji tego, co jeszcze pozostało z państwa Bandery.
Karykaturalną ilustracją, jak naprawdę NATO traktuje Ukrainę, jest decyzja z Ankary o przekazaniu Kijowowi “licencji” na produkcję platform Patriot.Ponieważ Zachód wystrzelał się już z nich wszystkich, a amerykański przemysł zbrojeniowy produkuje zaledwie kilkadziesiąt sztuk rocznie w sieci kilkuset fabryk podwykonawców, to Trump wspaniałomyślnie zezwolił Kijowowi na uruchomienie własnej produkcji na terenie Ukrainy.
Ciekawe będzie zobaczyć gdzie & w jakim czasie rozmieści się fabryki systemów na terenie Banderowszczyzny. Kto będzie je produkować? W jaki sposób Kijów przekona Rosję o konieczności wstrzymania się z atakami na te nowe obiekty militarne?
Teatr absurdu rozgrywający się na naszych oczach osiągnął nowe szczyty. Niepokojące jest to, że zachodnia opinia publiczna nie widzi w tym obłędnym cyrku niczego nienormalnego! Udowadnia to oczywistą tezę, że masowa narkomania na Zachodzie musi owocować delirycznymi rezultatami!

Dopinanie systemu

Szanowni Państwo!

Oto  dwudziesty ósmy w tym roku SOBOTNIK.

Z pozdrowieniami Małgorzata Todd www.mtodd.pl

Dopinanie systemu 28/2026(782)



     Budżet się nie domyka, ale rząd-nierząd ma to w… głębokim poważaniu. Unia Europejska mogłaby to zauważyć, ale dopiero gdyby Polakom zamarzył się własny rząd. Na razie spoko, bo ten rząd się wyżywi, jak mawiał niewysoki, ale wielkouchy klasyk systemu.

     Wystarczy każdego Polaka obwinić o cokolwiek i nałożyć grzywnę, od której będą naliczane codzienne odsetki za zwłokę. Taki dług dla większości obywateli naszego kraju będzie nie do spłacenia. Europejczycy polskiego pochodzenia będą oczywiście zwolnieni z takiej powinności. Miejmy na uwadze, że w każdej chwili tak może zadziałać prawo, jak Tusk je chce rozumieć.

     Co bym zrobił, gdybym był wrogiem Polski? Takie pytanie zadał sobie i na nie odpowiedział 100 lat temu Roman Dmowski. To co on rozważał teoretycznie, ekipa Tuska wprowadza w życie. Czy jest to coś nowego, czy też powinniśmy przywyknąć do braku własnego państwa? Jeden rozbiór więcej, co to za różnica? Potem będą oczywiście powstania i zrywy narodowe, aby naprawić głupotę i popełnione, albo wymuszone przez zdrajców Polski błędy.


Drugie dno ‒ Dlaczego tylko drugie? – spytała Małgorzata. – W bezdennej demokracji, jak sama nazwa wskazuje, żadnego dna nie ma.‒ Ale nie wiadomo jak Donald je rozumie – powiedział DUCH CZASU.
‒ Jest więcej słów zaczynających się na literę d, których Donald zdaje się nie rozumieć.
‒ Na przykład?
‒ Detoksykacja kraju z drani i durni.
‒ Jeśli dra nie i Dur nie, to co pozostaje?
‒ Niezawodny Covid.
‒ Myślisz, że jeszcze zadziała?

***


Na koniec przesyłam projekt okładki książki, którą zamierzam wydać. Proszę o opinię czy się Państwu podoba.

Ponad siedmiu na dziesięciu Włochów popiera deportacje nielegalnych imigrantów na dużą skalę

Ponad siedmiu na dziesięciu Włochów popiera deportacje nielegalnych imigrantów na dużą skalę

Ponad siedmiu na dziesięciu Włochów popiera deportacje nielegalnych imigrantów na dużą skalę

Michał Rogalski | 10/07/2026 polskakatolicka/ponad-siedmiu-na-dziesieciu-wlochow-popiera-deportacje-nielegalnych-imigrantow-na-duza-skale


Włochy coraz wyraźniej mówią „dość” niekontrolowanej migracji. Według sondażu Euromedia Research, na który powołuje się Breitbart.com, aż 73% Włochów uważa, że nielegalni imigranci powinni zostać deportowani do krajów swojego pochodzenia.

57% postrzega nielegalną migrację negatywnie, zaledwie 14% pozytywnie. Szeroka zgoda ponad podziałami politycznymi pokazuje, że problem masowej migracji islamskiej dotyka większości społeczeństwa – także części elektoratu centrolewicy.

Migracja i rosnące wyzwania

W latach 2024–2025 do Włoch przybywało morzem około 66 tysięcy migrantów rocznie. To głównie młodzi mężczyźni z krajów muzułmańskich i afrykańskich. Liczba muzułmanów w kraju przekracza już 1,5–2 miliony. Przy braku formalnego uznania islamu przez państwo oficjalnych meczetów jest bardzo mało, jednak mnożą się prowizoryczne miejsca kultu w garażach i magazynach.

Taka sytuacja budzi obawy o przyszłość włoskiej kultury, tradycji i chrześcijańskiego dziedzictwa. Integracja w wielu przypadkach postępuje zbyt wolno, a niektóre środowiska tworzą zamknięte społeczności.

Dramatyczny przykład – brutalny atak w Mediolanie

W ostatni weekend w Mediolanie doszło do bestialskiego ataku. 22-letni Lamin Saidilly, urodzony we Włoszech w rodzinie imigrantów z Gambii, bez żadnego powodu zaatakował nożem 55-letniego Gerardo Pastore. Mężczyzna jadł śniadanie w kawiarni La Giada razem ze swoim starszym ojcem. Napastnik zadał ofierze około dwudziestu ran kłutych w głowę, szyję, klatkę piersiową i brzuch. Nie doszło wcześniej do żadnej kłótni – mężczyźni się nie znali.

Saidilly został obezwładniony przez trzech obywateli Egiptu, którzy przebywali w lokalu. Po aresztowaniu miał powiedzieć policji: „Dobrze się bawiłem, jak tylko wyjdę, zrobię to znowu”. Ofiara przeszła kilka operacji i choć nie jest już w stanie krytycznym, jej stan nadal budzi obawy. Włoskie media, w tym Rai News, opublikowały nagranie z monitoringu pokazujące całe zdarzenie.

Takie incydenty pokazują realne konsekwencje braku kontroli nad migracją i nie bez powodu podsycają społeczny niepokój.

Bezpieczeństwo i przestępczość

Chociaż ogólny poziom przestępczości spada od lat, cudzoziemcy są nadreprezentowani w statystykach. Przy 8–10% populacji popełniają około 30% przestępstw – szczególnie rozbojów, kradzieży i handlu narkotykami. W więzieniach obcokrajowcy stanowią 30-34% osadzonych. Te dane przekładają się na realne poczucie braku bezpieczeństwa wśród mieszkańców.

Polityka rządu i dalsze oczekiwania

Rząd Giorgii Meloni osiągnął częściowe sukcesy – dzięki porozumieniom z Libią i Tunezją liczba migracji spadła niemal o połowę, a deportacje wzrosły. Mimo to napływ islamskich migrantów nadal przewyższa liczbę deportacji (ok. 6 tys. deportacji wobec ponad 66 tys. przybyłych). Wygląda na to, że nowe rozwiązania, takie jak ośrodki w krajach trzecich (np. Albania), idą we właściwym kierunku.

Po stronie prawicy rosną głosy domagające się więcej – m.in. szerszej remigracji nielegalnych migrantów oraz tych, którzy nie potrafią dostosować się do włoskich realiów, a także silniejszego wsparcia dla dzietności rdzennych Włochów. Jak podaje Breitbart.com, te nastroje prowadzą do powstania nowych ugrupowań na prawicy.


Potrzeba zdecydowanych działań

Włosi jasno komunikują swoje oczekiwania: chcą ochrony granic, porządku i zachowania charakteru swojego kraju. Niekontrolowana masowa migracja islamska niesie ryzyko dalszego wzrostu napięć społecznych, kosztów oraz zmian w codziennym życiu.

Kluczowe będą:

  •     Skuteczne deportacje nielegalnych migrantów;
  •     Wymagająca integracja osób legalnie przebywających na terenie Włoch, z poszanowaniem włoskiego prawa i norm;
  •     Mocna polityka demograficzna wspierająca dzietność włoskich rodzin;
  •     Nadzór nad miejscami kultu i ograniczenie obcego wpływu finansowego.

Ponad 70 % włoskiego społeczeństwa popiera twarde działania. Politycy powinni to uszanować i działać konsekwentnie – zanim problemy przybiorą jeszcze większą skalę, jak ma to miejsce w krajach Europy Zachodniej.

Przybywa „schizmatyków”

Przybywa „schizmatyków”

 Stanisław Michalkiewicz miesięcznik „Magazyn Polonia” 9 lipca 2026 michalkiewicz

1 lipca w szwajcarskim Econe wyświęconych zostało czterech biskupów. Nie byłoby może w tym nic osobliwego, gdyby nie okoliczność, że ci biskupi zostali wyświęceni wbrew stanowisku Stolicy Apostolskiej oraz samego papieża Leona XIV, który dwa dni wcześniej osobiście prosił władze Bractwa św. Piusa X, by wstrzymały się z tą czynnością. Ale rozpędzonego parowozu dziejów już nie udało się zatrzymać, święcenia się odbyły, w związku z czym zarówno konsekrowani biskupi, jak i ci, którzy ich wyświęcili, a także przewielebne duchowieństwo, biorące udział w uroczystości – wszyscy zostali objęci ekskomuniką. Jeśli chodzi o cywilów, to znaczy – zwykłych uczestników uroczystości, to ich sytuacja nie jest jasna. O ile przystąpili do Bractwa formalnie [prostuję: Członkowie Bractwa to księża, zakonnicy i zakonnice. Reszta – to wierni. md], to ekskomunika ich również obejmuje, a jeśli nie – to nie – z tym jednak, że uczestnicząc w nabożeństwach odprawianych przez duchownych z Bractwa, nie tylko popełniają grzech ciężki, ale w dodatku takie sakramenty, jak spowiedź, czy małżeństwo „nie są ważne”. W ten sposób Bractwo św. Piusa X dołączyło do 50 tysięcy tzw. „denominacji” chrześcijańskich. Najliczniejszą wśród nich stanowią oczywiście katolicy (1,2 miliarda), a według szacunkowych danych, liczba katolików skupionych wokół Bractwa wynosi około 300 tysięcy i stale rośnie [uczciwe oceny podają na 2025 ok. 600 000 md] .

Historia Bractwa sięga II Soboru Watykańskiego, na którym wyraźnie zarysowały się dwa nurty – postępowy i tradycyjny. Z książki Roberta de Mattei o II Soborze Watykańskim wynika, że te stronnictwa uformowały się niemal od początku Soboru, przyjmując z czasem charakter coraz bardziej konspiracyjny. O ile jednak konspiracja „tradycjonalistyczna” zakończyła się wraz z Soborem, o tyle konspiracja postępowców przetrwała po Soborze w postaci tzw. „ducha Soboru”. Ów „duch Soboru” na przykład sprawił, że np. praktyka liturgiczna poszła w stronę zupełnie inną, niż przewidywały soborowe konstytucje. Na przykład jeśli chodzi o języki narodowe, to konstytucje soborowe mówiły o wyjątkowym ich dopuszczeniu w liturgii, a nawet tam, gdzie zostały one dopuszczone, wierni powinni znać modlitwy i śpiewy po łacinie.

Tymczasem pod wpływem „ducha Soboru” praktyka poszła w całkiem innym kierunku i łacina została praktycznie z liturgii wyrugowana. Ponieważ pamiętam czasy przedsoborowe, to mogę potwierdzić, że tradycyjna liturgia miała swoje dobre strony. Miedzy innymi taką, że katolik, gdziekolwiek by się nie znalazł – był u siebie – ponieważ w każdym kościele modlono się po łacinie. Dzięki temu nawet w zapadłej, wiejskiej parafii, było grono osób, ministrantów, i członków parafialnego chóru, które kościelną łacinę musiały znać.

Kiedy zapisałem się do ministrantów, zanim wolno było nam nałożyć komżę, musieliśmy zdać egzamin z ministrantury – a nie była to formalność, bo opiekujący się nami ks. Tadeusz Szyprowski, był pod tym względem wymagający. Nawiasem mówiąc, wtedy klerycy w seminariach musieli uczyć się też języka hebrajskiego, w związku z tym ks. Szyprowski wspominał ówczesną przyśpiewkę: „kto się uczy hebrajskiego, musi być chłopak nie kiep. Albo musi dobrze wkuwać, albo mieć żydowski łeb”. Widocznie jednak ta dość powszechna, chociaż oczywiście – powierzchowna – znajomość łaciny wśród parafian, komuś przeszkadzała, więc „duch Soboru” zrobił, co, do niego należało.

W reakcji na działalność „ducha Soboru” arcybiskup Marcel Lefebvre zainicjował ruch przywiązania do tradycji katolickiej, początkowo kładąc nacisk przede wszystkim na liturgię, ale z czasem również obejmując inne, nie tyle może ustalenia II Soboru Watykańskiego, co następstwa działania „ducha Soboru”. W rezultacie coraz więcej katolików, którzy zaczęli nabierać wątpliwości, czy przypadkiem Kościół nie jest sprowadzany na manowce, zaczęło szukać ratunku w przywiązaniu do tradycji.

Jest to szczególnie widoczne w seminariach; o ile w „zwyczajnych” seminariach często brakuje kandydatów i albo trzeba je zamykać, albo łączyć, o tyle w seminariach prowadzonych przez Bractwo nie ma problemów z kandydatami do stanu duchownego. Najwyraźniej tradycja dostarcza ludziom poczucia pewności, podczas gdy wysocy przedstawiciele Kościoła posoborowego zaczynają dostarczać parafianom rozterek. Mogliśmy się o tym przekonać całkiem niedawno, gdy Episkopat przed Wielkanocą ogłosił „List” – ponoć inspirowany przez JE Grzegorza kardynała Rysia. Mogliśmy tam przeczytać, że „w przeszłości” zdarzały się „niewłaściwe” interpretacje Ewangelii. Chodziło o interpretacje, które nie podobały się Żydom. Skoro, tak czy owak, te „niewłaściwe interpretacje” się jednak zdarzały, to skąd można mieć pewność, że interpretacje dzisiejsze są na pewno prawidłowe? Takiej pewności już nigdy nie odzyskamy, więc w ten sposób Kościół, a konkretnie – przedstawiciele hierarchii, już nie dostarczają katolikom pewności, tylko rozterek.

Czy jednak Kościół dostarczający swoim wyznawcom rozterek, będzie im do czegokolwiek potrzebny? Rozterek ludzie mają wystarczająco dużo i bez Kościoła, więc jeśli również on zacznie im te rozterki mnożyć, to przestanie być potrzebny tym bardziej, że już dzisiaj można zauważyć malejącą liczbę ludzi naprawdę pragnących żyć wiecznie. Coraz więcej pragnie tylko żyć długo – co widać choćby po zainteresowaniu rozmaitymi cudownymi dietami – ale perspektywa życia wiecznego jak gdyby traciła na atrakcyjności. Tymczasem – jeśli podejść do sprawy od strony komercyjnej – nadzieja życia wiecznego jest głównym, a może nawet jedynym towarem, który Kościół ma do zaoferowania. Toteż nic dziwnego, że w samym Kościele, to znaczy – wśród przewielebnego duchowieństwa – możemy zauważyć dwa nurty; albo skupienie się na władzy i dyscyplinie, albo – na rozmaitych socjotechnikach, między innymi – na schlebianiu sodomczykom i gomorytkom, których związki wolno przewielebnemu duchowieństwu „błogosławić” – cokolwiek by to miało znaczyć.

No a w naszym nieszczęśliwym kraju mamy jeszcze i ten problem, że niektóre środowiska katolików zawodowych, jak na przykład – środowisko „Dygotnika Powszechnego” – ale nie tylko – ćwierkają z klucza nastrojonego przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, który wobec tubylczych katolików ma swoje plany, niekoniecznie natury zbawiennej. Właśnie trzy Eminencje skierowały do parafian przestrogę, by nie praktykowały „złej” pamięci, tylko tę „dobrą”. Chodzi oczywiście o stosunki polsko-ukraińskie.

Pikanterii tej przestrodze dodaje okoliczność, że jej sygnatariuszami są nie tylko trzy Eminencje tubylcze, ale również – JE abp. Szewczuk, zwierzchnik Kościoła Grekokatolickiego na Ukrainie, który asystował prezydentowi Zełeńskiemu, gdy ten ogłaszał swoją decyzję o utworzeniu Panteonu z ukraińskimi herojami, wśród których prawie na pewno znajdzie się Stefan Bandera.

Stanisław Michalkiewicz

Grok o sukcesach kotłów na biomasę.

[Przeczytałem : Drastyczny wzrost cen pelletu w środku lata. Wszystko przez rząd Tuska.

[Ponieważ to ja wprowadziłem kotły ogromnej sprawności na odpady drewna, więc na b. tanie paliwo w latach 90-tych i pierwszej dekadzie XXI wieku, a „władze” to bardzo blokowały, chciałem się dowiedzieć, jak jest teraz. Tłumaczyłem , też na kursach dla „ekologów”, że to najtańsze paliwo dodatkowo powoduje zero emisji netto CO2, i zero emisji SO2. Chyba szatan ich oślepia. Mirosław Dakowski]

===================================================

Szacunkowo 1,5–2,5 mln kotłów/pieców na drewno kawałkowe, gałęzie, odpady drewna i podobną biomasę (znacznie więcej niż na pellet).

  • Kotły na pellet: Według Twojego pytania i aktualnych doniesień z 2025/2026 – ok. 450 tys. gospodarstw domowych (głównie nowoczesne, automatyczne kotły, często z programu Czyste Powietrze). Liczba szybko rośnie od kilku lat dzięki dotacjom. [ano właśnie gnojki kolektywistyczne.. Nie lubicie rozwoju naturalnego. MD]
  • Kotły/palniki na drewno kawałkowe (kawałki, gałęzie, odpady drewna): Dane z Centralnej Ewidencji Emisyjności Budynków (CEEB, głównie z 2022–2023, ale struktura zmienia się powoli) wskazują na:
    • Ponad 1,8 mln kotłów wykorzystujących drewno kawałkowe (w tym wiele wielopaliwowych /”wszystko-palnych”, które spalają też gałęzie, odpady drewna, czasem inne rzeczy).
    • Drewno kawałkowe dominowało w starszej bazie kotłów na paliwa stałe (ok. 37% deklaracji paliwowych w kotłach).

Nowe instalacje (zwłaszcza zgazowujące drewno klasy 5/Ekoprojekt) są mniej liczne niż pelletowe, ale baza starych i średnio-nowych kotłów na drewno jest ogromna – wiele z nich nadal działa, szczególnie na wsiach i w mniejszych miejscowościach.Dlaczego różnica jest tak duża?

  • Kotły na drewno (kawałkowe, zasypowe, zgazowujące) to tradycyjna, tańsza opcja – często starsze instalacje lub wielopaliwowe „janusze” (oficjalnie na drewno/pellet, w praktyce na co popadnie). Wiele gospodarstw ma dostęp do własnego drewna z lasu, sadu czy odpadów.
  • Pellet wymaga kupna paliwa i nowocześniejszego (droższego) kotła automatycznego – dlatego boom jest nowszy i napędzany dotacjami.
  • W programie Czyste Powietrze kotły na biomasę (pellet + drewno kawałkowe) dominują (nawet 70–80% wniosków w niektórych okresach), ale pellet rośnie szybciej. businessinsider.com.pl

Dodatkowe szacunki

  • Razem kotłów na paliwa stałe w CEEB: kilka milionów (w tym węglowe jako większość).
  • Kominki, kozy, piece kaflowe na drewno: dodatkowe 1–1,5 mln+ (nie zawsze liczone jako główne źródło ogrzewania).
  • „Inna biomasa” (gałęzie, zrębki, odpady) – setki tysięcy, często w tych samych wielopaliwowych urządzeniach.

Podsumowując: Kotłów na drewno/odpady drewniane jest 3–5 razy więcej niż na pellet (raczej bliżej dolnej granicy po wymianach kopciuchów, ale baza jest ogromna). Dokładna aktualna liczba nie jest publicznie precyzyjna (CEEB nie jest w 100% kompletny), ale drewno kawałkowe nadal mocno dominuje w polskim ogrzewaniu indywidualnym.

Patrioty? Yes, dej… MEM-y VI.

————————————

———————————————-

———————————————–

———————————————————–

——————————————

—————————-

———————————–

——————————–

——————————————

————————————–

————————————————

————————————————–

Jak ostateczny akt Chameneiego pokonał NATOstan

Jak ostateczny akt Chameneiego pokonał NATOstan

Pepe Escobar

Przerywamy program, aby ogłosić, że kotka objęta porozumieniem MoU wybudziła się ze śpiączki i praktycznie nie wykazuje oznak życia.

To było całkowicie przewidywalne.

Barbarzyński Pawian i jego poplecznicy złamali obietnicę zawieszenia sankcji naftowych wobec Iranu. Zobowiązanie to zostało anulowane przez Ministerstwo Finansów.

Złamali kruche zawieszenie broni, atakując bazy na południowym wybrzeżu Iranu; Iran zareagował; to samo zrobiły Stany Zjednoczone; i drabina eskalacji znów zaczęła działać.

Złamali porozumienie w sprawie przepłynięcia przez Cieśninę Ormuz, dokonując poważnych prowokacji tankowcami. Marynarka IRGC odpowiedziała w ten sam sposób.

Za pośrednictwem kultu śmierci złamali obietnicę zawartą w porozumieniu, zakładającą zakończenie wojny „na wszystkich frontach, w tym w Libanie”.

Barbarzyński Pawian z wielką pompą podpisał memorandum o porozumieniu w Wersalu i złamał je w typowy dla siebie okrutny i podły sposób podczas długich ceremonii żałobnych po zamordowanym przywódcy ajatollahu Chameneim – podczas gdy dziesiątki milionów Irańczyków, wraz z Irakijczykami w Nadżafie i Karbali, wykazały się całkowitą jednością narodową.

Całkowita kontrola Iranu nad Cieśniną Ormuz powróciła.

A Bab el-Mandab może być następny.

Wszystko to działo się równolegle ze szczytem NATO w Ankarze, gdzie Trump, kipiąc z wściekłości i histerycznie wściekły, ogłosił zakończenie zawieszenia broni i, w stylu neo-krassusa, nazwał irańskich polityków „szumowinami” i „kłamcami”, „złymi, brutalnymi ludźmi”. Nie wspominając o jego narcystycznej auto-projekcji.

Jakże trafne było to, że „Bawian z Barbarii” zaostrzył wojnę bezpośrednio ze szczytu Północnoatlantyckiej Organizacji Terrorystycznej. Celami CENTCOM-u są irańska infrastruktura cywilna i korytarze komunikacyjne. Potwierdzona taktyka terrorystyczna.

Należy zawsze podkreślać, że wojna NATO przeciwko Rosji i amerykańska wojna przeciwko Iranowi są pochodnymi tej samej wojny imperialnej przeciwko suwerennym państwom cywilizacyjnym, które są głęboko osadzone w integracji euroazjatyckiej.

Kluczowa kwestia dotycząca tego okropnego Sekretarza Generalnego NATO, Tutti Frutti al-Ruttiego, który wygadał się, opisując Europę jako „świetną platformę do projekcji siły dla Stanów Zjednoczonych”: w końcu „5000 samolotów wystartowało z europejskich lotnisk”, aby wesprzeć amerykańską wojnę z Iranem.

Oto, co każdy na Zachodzie, którego IQ przekracza 50, powinien zrozumieć: NATO to nic więcej niż zwasalizowana platforma startowa dla imperium chaosu, grabieży i piractwa.

Pawian z Barbarii nie był pod wrażeniem holenderskiego błazna. Wręcz przeciwnie, ostro skrytykował Włochy – „bardzo źle” – za nieotwieranie baz; Wielką Brytanię za otwarcie zaledwie kilku; zagroził Hiszpanii bojkotem handlowym, ponieważ Madryt zamknął swoją przestrzeń powietrzną na czas wojny w marcu ubiegłego roku; i dodał, że „potrzebuje” pożreć Grenlandię.

Tak oto Imperium traktuje wasalną „platformę”: jako „śmieci”.

NATO do Europejczyków: „Niech jedzą drony”

Zwięzły nagłówek opisujący szczyt NATO w Ankarze brzmi: „Niech jedzą drony”. Przesłanie to jest skierowane do każdego europejskiego podatnika, ze wszystkich klas społecznych.

NATO chce, aby każde państwo członkowskie przekształciło się w gospodarkę wojenną, w której każdy kraj będzie wydawał oszałamiające 5% swojego PKB na goszczenie baz USA, które służą do atakowania przysłowiowych „zagrożeń egzystencjalnych” dla imperium: Rosji, Iranu i Chin.

Podążaj za pieniędzmi. Nie ma pieniędzy. Żadne z tych bezbronnych państw członkowskich nie jest nawet bliskie osiągnięcia progu 5% PKB dla wydatków na zbrojenia. Żadne z nich nie jest na tyle głupie, by wierzyć, że musi iść na wojnę z Chinami. Są kompletnie zdezorientowane, jak zareagować na ogromną strategiczną porażkę Iranu zadaną Stanom Zjednoczonym.

Ale wszyscy byli w dobrych nastrojach, gdy chodziło o kontynuowanie wojny z Rosją – o której każdy przytomny umysł wie, że jest przegrana – i o wpompowanie kolejnych 70 miliardów dolarów w czarną dziurę Ukrainy, aby trwała ona do ostatniego Ukraińca.

Porównajmy teraz całą tę zachodnią, złożoną demencję z zadziwiającym widokiem milionów ludzi na ulicach Teheranu, Kom i Meszhedu – a także Nadżafu i Karbali w Iraku – oddających hołd zmarłemu, zamordowanemu przywódcy ajatollahowi Chameneiemu.

Nie można wyobrazić sobie bardziej trafnego obrazu walki cywilizacji z barbarzyństwem.

Ceremonia pożegnalna w sanktuarium Abbash w Karbali podkreśliła głęboką więź łączącą kluczowe ośrodki religijne/duchowe w Iranie i Iraku: krótko mówiąc, jedność szyitów, która jest również demonstracją miękkiej siły, ponieważ sunnici i chrześcijanie również oddali mu hołd.

Tłumaczenie: Skraj salafitów i dżihadystów został zepchnięty na śmietnik historii. I to jest główny powód, dla którego zwykli podejrzani musieli spanikować i wznowić swój kinetyczny atak na Persję. Po prostu nie mogą sobie pozwolić na regionalne odrzucenie ich barbarzyństwa w całej Azji Zachodniej.

To prowadzi nas do typowych podejrzanych, którzy wykorzystują bazy i przestrzeń powietrzną Kataru (Al Udeid) i Arabii Saudyjskiej (Prince Sultan) do atakowania celów irańskich i wzniecania na nowo podziałów i dominacji arabsko-perskiej oraz szyicko-sunnickiej.

Kilka tygodni temu Teheran osiągnął porozumienie zarówno z Katarem, jak i Abu Zabi: Iran nie zbombarduje ich w zamian za uwolnienie zamrożonych irańskich funduszy. To samo dotyczyło Rijadu – w zamian za poprawę stosunków dyplomatycznych. Pakistańscy mediatorzy pracują teraz na najwyższych obrotach, próbując poskładać Humpty Dumpty z powrotem do kupy.

Ostatni niezwykły czyn Chameneiego

Będziemy musieli raz po raz wracać do znaczenia wielomilionowego, rozległego marszu na rzecz zjednoczenia narodu, zapoczątkowanego rytuałami/ceremoniami związanymi z zamordowaniem ajatollaha Chameneiego.

Nie był to jedynie hołd – złożony przez przedstawicieli wszystkich środowisk – jednemu z najważniejszych intelektualistów/polityków końca XX i początku XXI wieku.

Ponad 100 krajów wysłało na uroczystości delegacje wysokiego szczebla. Reprezentowano najwybitniejsze osobistości Globalnego Południa. Rosja wysłała drugiego w swoim rządzie przedstawiciela Miedwiediewa Unpluggeda jako osobistego wysłannika Putina. Chiny wysłały swoich wysoko postawionych przedstawicieli parlamentu. Pakistan wysłał swojego premiera wraz z potężnym feldmarszałkiem Asimem Munirem.

Azja Środkowa, Kaukaz, Azja Zachodnia, a nawet wiceminister spraw zagranicznych talibów – wszyscy tam byli. Żaden wasal NATO nie wysłał delegacji. Cóż, irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie zaprosiło żadnego kraju zachodniego, który poparł wojnę amerykańską.

Co więcej, każdy rozsądny człowiek na Globalnym Południu wie, że zachodnie „liberalne demokracje” są pogrążane w najgłębszym dole nihilistycznego upadku moralnego przez swoje niewypowiedzianie mierne elity.

Iran, przynajmniej jako wschodząca, odradzająca się potęga regionalna i mocarstwo Globalnego Południa, z w pełni potwierdzoną spójnością wewnętrzną, nawet w obliczu ogromnych wyzwań, nie potrzebuje tego. Rosja, Chiny, Pakistan, Turcja, państwa Azji Środkowej – to właśnie ta rodząca się wielobiegunowość uczestniczyła w pogrzebie i pozowała do jednego z ostatnich zdjęć Nowej Wielkiej Gry.

Zatem tak: powinniśmy postrzegać niezwykłe wydarzenia tego tygodnia w Iranie i Iraku jako ostatni – niezwykły – akt Chameneiego. Bunt. Odporność. Suwerenność. Godność. Jakby intuicja podpowiadała mu, że to nieuniknione; jakby pocieszała go myśl o ogromnym znaczeniu, jakie jego zabójstwo będzie miało dla Iranu.

Pomijając całą podłość, kłamstwa i wściekłą wściekłość, jaką wykazało to barbarzyńskie imperium, ten tydzień przejdzie do historii jako tydzień, w którym Iran umocnił swój status niezachwianego państwa cywilizacyjnego – dumnego ze swojej bogatej historii i jedności narodowej.

Nic dziwnego, że Barbarzyńcy tak bardzo boją się Persów.

No i oczywiście są jeszcze Chiny, które od samego początku popierały praktycznie martwe porozumienie, a teraz zdają sobie sprawę, że Teheran nie jest już w stanie się nim zająć.

Podczas gdy nikt nie patrzył, Pekin powiększył swój zasób płynności w juanach do 500 miliardów dolarów (podwajając kwoty Bond Connect), uruchomił centrum rozliczeniowe złota w Hongkongu i ogłosił wprowadzenie kontraktów terminowych na złoto denominowanych w juanach.

Bank Chin wyraźnie dostrzega, że ​​globalny popyt na juana wykracza poza handel, obejmując „inwestycje, finansowanie, ustalanie cen” i, co najważniejsze, „zasoby rezerwowe”. Innymi słowy: przyspieszona dedolaryzacja. Barbarzyństwo powinno przygotować się na brutalne przebudzenie.

Źródło: Jak ostatnim aktem Chameneiego jest pokonanie NATOstanu