Szczęście alchemika. WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (14)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (14)

Szczęście alchemika

Jedna, jedyna, niezbyt gruba i na wpół już wypalona woskowa świeczka ledwo co rozpraszała mrok dość obszernej izby w domu przy rue de la Tannerie na przedmieściu Paryża, w którym mag w piwnicach urządził swoje laboratorium.

Chociaż co prawda miał mieszkanie w Luwrze, ale tam się bał zajmować owymi niebezpiecznymi sprawami, więc nie przeniósł pracowni do królewskiego pałacu, ponieważ na starym miejscu było zdecydowanie bezpieczniej. A przynajmniej tak mu się zdawało, bo przecie i tak każdy wiedział, kim jest i czym się para. A że stała za nim królowa Katarzyna, nikt go nie zaczepiał, ani nie próbował atakować. On jednakowoż wolał dmuchać na zimne.

Co prawda miał świadomość, że tak monarcha, jak i jego dwór tylko nominalnie są katolikami, bo czary i alchemia nie stanowiły dla nich najmniejszego nawet moralnego problemu i z zapałem nie tylko w nie wierzyli, ale kiedy zachodziła – wedle ich mniemania – taka potrzeba, ochoczo się im oddawali w praktyce, czy to czynnie, czy biernie uczestnicząc w mrocznych i przerażających rytuałach, ale… ale zawsze istniało niebezpieczeństwo, że jeśli ktoś zapała jakąś szczególną nienawiścią do naszego alchemika i uprze się, by go zniszczyć, to nie zawaha się oskarżyć go o oddawanie czci diabłu, iżby maga posłać na stos, a chętnych do układania i podpalania stosów w Paryżu nie brakowało! Bo to była kulturalna Francja, a nie barbarzyńska Polska, w której to stosy nie płonęły ani obficie, ani regularnie, a nader rzadko, jakby od przypadku.

Wolał tedy Illuminatus pracować jak najdalej od dworu. I to było zrozumiałe.

Ckniło mu się jednak trochę za nieboszczykiem panem Jakubem Białeckim, bo chociaż dzięki niemu, a właściwie jego wątrobie, udało mu się pozyskać niezbędny składnik dla sporządzenia niezawodnej trucizny i jednocześnie także antidotum na ów toksykant, to zżył się z młodzieńcem i teraz mu go brakowało.

Sam, w opustoszałym obszernym domostwie, nie czuł się najlepiej, toteż się uradował, kiedy posłyszał echo kroków na dziedzińcu, a potem odgłos kołatki u drzwi.

Uchylił je i zerknął przez szparę.

– Otwieraj, otwieraj – usłyszał głos Atanasa. – Długo masz zamiar trzymać mnie na progu?

Rozwarł tedy Illuminatus pospiesznie podwoje na całą szerokość, skłonił się głęboko, z szacunkiem, przybyłemu i gestem zaprosił go do środka.

Atanas wyminął go obojętnie i od razu skierował się do laboratorium.

– Może potrzebujecie czegoś, ojcze? – zapytał mag.

Diuk wszakże wzruszył tylko ramionami i nic nie odpowiedział. Rozglądał się za to bacznie po pracowni Cadavera i z podziwem kiwał głową.

– Widzę, że nie próżnowałeś. Widzę, żeś poczynił ogromne postępy. Należy ci się uznanie. I cóżeś zdziałał nowego? Pochwalże się!

– Uzyskałem ów toksykant i antidotum nań. Ten sam, nad którym tak długo pracowałem.

– Zatem należy ci się wyjątkowa, specjalna pochwała!

Illuminatus uśmiechnął się z zadowoleniem, skłonił jeszcze niżej i ucałował dłoń przybyłego.

– Staram się, jak mogę, ojcze. Służę ci, jak mogę.

– Widzę, widzę i doceniam.

– Ckni mi się tu wszelako samemu…

– To znajdź sobie jakowegoś towarzysza, do pogawędki i do łoża.

– Towarzysza? Do łoża? Do łoża to wolałbym, ojcze, towarzyszkę…

Hrabia z pogardą pomieszaną z obrzydzeniem odął wargi.

– Pfe! Nie pochwalam, ale… skoro masz taką potrzebę? Tylko która cię zechce? Bardzoś paskudny, a na domiar niemłody już i skąpy. Po dobrawoli żadna z tobą nie zamieszka.

– Po dobrawoli i owszem, ale są i inne sposoby, co by dziewkę przy sobie zatrzymać.

– Ba! Najpierw taką znajdź, pochwyć i przymuś – zaśmiał się chrapliwie Atanas.

– Więc dajesz mi na to, ojcze, swoje błogosławieństwo?

– Tak, masz je. Bo to zabawne, bo to grzeszne, bo to okrutne. Byle bez ślubu! Nakłonisz ją do ślubu – to cię odtrącę, ale wpierw będziesz musiał spłacić wszystkie długi, jakieś u mnie zaciągnął. Zrozumiałeś?

– Tak, ojcze… tak… zrozumiałem… bez ślubu…

– To zaczynaj łowy. Ja tu zabawię ze dwa-trzy dni i ruszę w dalszą drogę.

– Może mnie, ojcze, zabierzesz ze sobą?

– A po co? Przecież kobiety ci się zachciało, a ja mam przeczucie, iż niedługo trafi ci się i młoda i ładna.

– Prawdę, ojcze, prawicie, czy kpicie ze mnie?

– Nie, nie kpię. Rzeczywiście mam takie przeczucie. A właściwie pewność. Szukaj jej w pobliżu Luwru. Wasze ścieżki rychło się skrzyżują. I odmieni to twoje dotychczasowe życie.

– A jak ją rozpoznam? – zapytał Illuminatus.

– Et, daj mi spokój. Głupiś, widzę, jak but. Znasz się może na formułach, na miksturach, na ewokacjach i inwokacjach, na procesjach i recesjach, na mieszaniu ingrediencji, na jadach i odtrutkach, na lubczykach i urokach, ale marny z ciebie samiec. A właściwie żaden tam samiec, ot kapłon i tyle. Ty nawet zapiać nie umiesz, nie mówiąc o czymś więcej.

Cadaver zgryzł w sobie to szyderstwo, nie okazując na zewnątrz, jak go słowa Atanasa ubodły i w duszy poprzysiągł sobie, że udowodni i sobie i jemu, iż wcale tak nie jest, że będzie miał kobietę, choćby nie wiadomo co!

* * *

Ludka Białecka nabożnie wysłuchała mszy świętej, a potem przemodliła całe przedpołudnie w kościele Saint Germain l’Auxerrois nieopodal Luwru, błagając Stwórcę, iżby tak pokierował jej krokami, aby trafiła na ślad brata. Nie winiła go za to, co się wydarzyło, miała bowiem świadomość, iż czar jakiś na nich rzucono, tak że grzechu w tym, co uczynili, nie było żadnego. I chociaż się wstydziła na samą myśl o tym, co to będzie i jak to będzie, kiedy się wreszcie spotkają i spojrzą sobie w oczy, to rozumiała, iż w Jakubie już tylko cała jej nadzieja. Bez niego nie uda się jej jakoś w miarę normalnie ułożyć sobie dalszego życia.

Wyszła z kościoła i jęła się przechadzać w pobliżu Luwru, darmo jednak wypatrywała oczy, bo brata nie zobaczyła. Przysiadała w Tuileriach, posiliła się skibką chleba i posmutniała. Jadąc tutaj taki szmat drogi, zdawało się jej, że skoro tylko znajdzie się w Paryżu, od razu spotka Jakuba i wszystkie problemy znikną jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… niestety, tak się nie stało… ot nazbyt bujna dziewczęca wyobraźnia…

Pierwszy dzień jej pobytu w stolicy Francji dobiegał kresu. Niebo ubarwiły przedwieczorne zorze i pora było pomyśleć o jakimś noclegu. Nie bardzo wszakże wiedziała jak się za to zabrać. Co prawda po francusku mówiła całkiem znośnie, ale wszystko tu było dla niej obce, a na dobitkę była kobietą… a właściwie to nawet nie kobietą, a niedojrzałą w pełni dziewczyną. Łakomym kąskiem dla podłego człowieka. I co najgorsze uświadomiła to sobie właśnie.

Gdy takie przykre myśli krążyły jej po głowie, starała się je tłumić, pamiętając, iż przecie bez szwanku, bez uszczerbku udało się jej przebyć całą długą drogę z Sandomierza do Paryża. Musiał więc być w tym widomy znak Boży. Dopiero wówczas uspokoiło się nieco strwożone serce dziewczyny. I oto naraz, nieomal w tej samej chwili, posłyszała, że ktoś ją woła:

– Kogo moje oczy widzą? Toż to panna Białecka!

Ludka obejrzała się zaskoczona i dostrzegła znajomego już jej z Sandomierza doktora Cadavera Illuminatusa. Zdrętwiała na jego widok i przemożny strach ścisnął ją za gardło, osobnik ten bowiem kojarzył się jej tylko z jednym – z owym nieszczęściem, które dotknęło i ją i brata i rodziców… i to dzieciątko, które gdzieś tam, hen daleko, u wujostwa porzuciła…

Przygarbiła się, wtuliła głowę w ramiona i przyspieszywszy kroku, ruszyła przed siebie. A że nie znała okolicy, to w krótkim czasie znalazła się nie między ludźmi, na gwarnej i ruchliwej ulicy, gdzie mogłaby się poczuć bezpiecznie, lecz na opustoszałym przed wieczorem nabrzeżu Sekwany.

Cadaver widząc, dokąd zmierza, zachowując pewien dystans, szedł uparcie za nią. W końcu, gdy rzeka przegrodziła jej dalszą drogę, a do mostu było jeszcze daleko i dziewczyna uświadomiła sobie, że nie uda się jej pozbyć natręta, zatrzymała się, odwróciła i zapytała groźnie, a przynajmniej zdawało się jej, że groźnie:

– Czego chcecie, doktorze? Małom to wycierpiała przez was?

– Przeze mnie? – Illuminatus udał zdziwienie.

Ludka zbita z tropu, bo nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć, zapytała prawie z płaczem:

– Czego wy chcecie ode mnie?

– Hm… po prawdzie to niczego… ja tak z dobroci serca… widzę, że waćpanna nie bardzo wie, co ze sobą począć, pomyślałem, że jakoś wesprę, pomogę…

– A to niby jak?

– Ma waćpanna jakiś nocleg?

– A jeśli bym i nie miała, to co wam do tego? Poradzę sobie – odparła niegrzecznie i hardo.

– Taki pewny to ja na miejscu waćpanny bym nie był. Miasto duże, ludne… niebezpieczne – to ostatnie słowo wypowiedział dobitnie głośnym szeptem.

Ludka spuściła oczy i milczała.

– Znamy się przecie. Jesteśmy krajanami. Mogę zaproponować nocleg. Dom mam obszerny i dość wygodny na przedmieściu. Znajdzie się pokoik i dla panienki.

– Ja sama z wami? A cóż to za nieskromna propozycja!

– Nie mieszkam sam. Uspokójże się waćpanna. Mam współlokatora.

– I kogóż to?

– Uczonego diuka Atanasa.

– Diuka?

– Diuka.

– I mieszka z wami? To i książę i jakiś mędrzec zarazem?

– A owszem.

– Może raczej powiedzcie mi, gdzie mogę znaleźć brata, to u niego przenocuję. Przecież po to tu przybyłam, aby go odszukać.

– Niestety, nie mam dobrych wieści…

– To znaczy?

– To znaczy, że wyjechał w baaardzo, baaardzo daleką podróż, w którą wyprawił go osobiście sam król.

– A kiedy wróci?

Doktor zrobił stropioną minę i bezradnie rozłożył ręce.

– A któż to wie? Ponieważ brata waćpanny tu nie ma, najuprzejmiej ponawiam swoją wcześniejszą propozycję.

– No nie wiem… – Ludka czuła głód i coraz większe zmęczenie. Propozycja wydała się jej bezpieczna i kusząca, bo chyba w obecności osoby szlachetnej, uczonej Cadaver nie ośmieliłby się popełnić żadnego łajdactwa, pomyślała w naiwności swojej?

– Tedy chodźmy, bo coraz później się robi!

Ludka skinęła głową i podążyła za doktorem, który szedł przodem, nawet się na nią nie oglądając.

* * *

– No widzisz, jak rychło się moje przeczucie ziściło? – powiedział Atanas do alchemika, zerkając przy tym na Ludkę.

– Rzeczywiście ani bym się nie spodziewał.

– No, ale my tu konwersujemy, a panna głodna. Zapraszam na wieczerzę.

Diuk ruszył przodem w stronę pokoju stołowego, otworzył prowadzące do niego drzwi na oścież i wpuścił dziewczynę do środka.

Kiedy tam weszła, to aż dech w niej zaparło. Oto bowiem ujrzała stół zastawiony najbardziej wyszukanymi potrawami, z których większości nawet nie umiałaby nazwać. A sama zastawa! Nawet i król nie jadał na lepszej. Nie podejrzewała, iż alchemik jest tak zamożny.

Zresztą i alchemik, wybałuszywszy na zastawiony stół oczy, otwarł gębę ze zdziwienia, bo czegoś takiego się nie spodziewał.

Owa wieczerza to była taka zaskakująca niespodzianka, jaką im zafundował książę. Wyglądała niczym uczta weselna.

Atanas, mimo iż on tu był najważniejszy, usiadł skromnie u końca stołu, na talerz nałożył sobie kilka listów sałaty, ale nawet na nie nie patrzył, jakby nie miał zamiaru ich jeść. Na pierwszym miejscu natomiast usadowił pannę Białecką, a po jej lewej ręce Illuminatusa.

Dziewczyna najpierw poczuła się niezręcznie, skrępowana całą tą niezwykłą, ba! wręcz niebywałą sytuacją, ale powoli się uspokoiła. Była bardzo głodna, toteż z wdzięcznością, toteż skwapliwie, przysunęła do siebie talerz, który podał jej alchemik. Już, już miała zacząć jeść, gdy przypomniała sobie o tym, od czego zawsze rozpoczynano posiłek w domu rodzinnym – przeżegnała się, dodając przy tym:

– Niechże Waszą Książęcą Mość Pan Bóg w Trójcy Świętej Jedyny i Matka Najświętsza, wespół ze świętym Archaniołem Michałem, mają w swej opiece. Za waszą hojność i szczodrobliwość.

I oto naraz ujrzała coś, co ją zarazem przeraziło, jak i wprawiło w osłupienie. Twarz Atanasa dziwnie jakoś pociemniała. Blada i delikatna dotychczas cera stała się ciemna, jak u mumii a wąskie sinawe wargi skurczyły się tak bardzo, iż praktycznie zanikły odsłaniając pożółkłe i poczerniałe zęby, zaś na miejscu oczu i nosa pokazały się puste otwory. Osobliwy diuk gwałtownie powstał i uciekł. Tak, nie można znaleźć lepszego określenia. Uciekł w głąb domu, miotając najohydniejsze przekleństwa. Jednocześnie po jadalni rozniósł się obrzydliwy smród – jakby pomieszanych woni ziół wrotyczu, bagna i asafetydy, końskiego potu, zgniłych jaj i jeszcze rozkładającego się trupa.

Illuminatus zbladł i nie mniej przerażony od swego mentora, plącząc nogi w przydługiej todze, pobiegł za nim.

– Jezus, Maria, Józef! – wyszeptała Ludka i również porwawszy się od stołu, ruszyła w kierunku sieni.

Na szczęście główne drzwi nie były zamknięte na klucz tylko na zasuwę, którą dziewczyna odciągnęła, rozwarła podwoje i wybiegłszy na zewnątrz, popędziła co sił w nogach w stronę ulicy. Chociaż była przerażona, nie krzyczała, bo strach tak ścisnął jej krtań, że nie mogła wydobyć z siebie głosu…

Biegła środkiem zapylonej drogi, byle dalej od tego strasznego miejsca i od tych strasznych istot… byle dalej. Modliła się w duchu, przyzywając boskiej opieki i zmiłowania. Biegła, a całe dotychczasowe życie jawiło się jej niczym obrazy, przesuwające się jeden za drugim, jeden za drugim… i wszelkie dobro, które uczyniła i wszelkie zło, jakiego się dopuściła… od najwcześniejszych lat swojego niedługiego przecież żywota. I dziękowała Bogu za dobro i żałowała zła – z całego serca i szczerze, wciąż gnając przed siebie na oślep.

Naraz spoza zakrętu w wielkim pędzie wyjechała kareta zaprzęgnięta w czwórkę koni. Stangret za późno zauważył biegnącą wprost pod ich kopyta dziewczynę. Ściągnął cugle, z całych sił je ściągnął, lecz rumaki nie zdołały wyhamować pędu…

Mgnienie oka… sekund parę…

Na pokrytej kurzem drodze legła bez ruchu niczym szmaciana lalka, o pokracznie porozrzucanych kończynach ta, która w niczym i nikomu nie zawiniła… a wokół jej głowy jęła rozlewać się coraz szerzej i szerzej kałuża krwi… jakby męczeńska aureola…

Kareta stanęła. Konie nerwowo biły kopytami w ziemię. Stangret zeskoczył z kozła i podbiegł do leżącej. Przyklęknął nad nią, przyjrzał się bacznie, a potem pokręcił głową, powstał z kolan i zdjął czapkę.

Przez okienko w karecie wychyliła się głowa jakiejś damy. Twarz miała zaokrągloną, czoło wysokie, nos dość wydatny, podobnie uszy, usta duże, ale o szlachetnym wykroju, a ciemnoblond włosy ufryzowane w gęste drobne loczki.

Dama przyjrzała się bacznie leżącej i zapytała:

– Czy żyje?

– Niestety… martwa…

Dama jeszcze baczniej wpatrzyła się w twarz zabitej dziewczyny i bardziej do siebie niż do towarzyszącej jej niewiasty powiedziała:

– Skądś mi owa twarz znajoma.

– Niby skąd?

– Nie, nie ona sama… ona tylko kogoś mi bardzo przypomina, kogoś, kogo kiedyś dobrze znałam… jest niezwykle podobna… ten podbródek, oprawa oczu, wykrój ust…

Stangret odciągnął ciało ze środka ulicy na pobocze i ułożył je pod murem domu Atanasa.

– Margot! Droga kuzynko, dajże już pokój. Przytrafił się nieszczęśliwy wypadek, ale to nie znaczy, że masz zaraz wpadać w melancholię! Jedźmy!

Stangret strzelił z bata, konie ruszyły galopem.

A potem niebo ostatecznie pociemniało i rozbłysły na nim pierwsze gwiazdy. Jakiś słowik śpiewał swojej wybrance, przepieką serenadę. Nagrzana przez dzień ziemia stygła i oddychała cudownym aromatem lata, rosa jęła siadać na źdźbłach traw… Cudowna, spokojna noc rozpostarła się nad Paryżem…

* * *

Atanas stał przy oknie, w zamyśleniu wpatrując się w ciemność. Milczał. Na koniec zaś zwrócił się do maga i rzekł:

– Wyjeżdżam.

– Kiedy, panie?

– Natychmiast.

– Ale koń nieosiodłany.

– Cóż z tego? Żadna to przeszkoda.

Atanas ruszył w kierunku drzwi.

– Kiedy, panie, tu powrócisz?

– Gdy się będziesz mnie najmniej spodziewał.

Trzasnęły drzwi frontowe i z podworca dobiegło klaskanie sandałów o granitowe płyty.

Cadaver w sercu czuł mróz i przerażenie. Bał się, coraz bardziej się bał Atanasa. Chętnie by się od niego uwolnił, ale wiedział, że to niemożliwe…

Aby stłumić lęk, który go porażał, schwycił sporą flaszę palonego wina, czystego destylatu, przyłożył szyjkę do ust i pił, pił, pił. Aż w końcu poczuł ulgę, wróciła mu odwaga i zaczęła rozpierać energia.

Przyodział się, przeliczył monety w sakiewce i chwiejnym krokiem ruszył na miasto w poszukiwaniu jakiejś niedrogiej ulicznicy. A niech tam! Skoro i tak jest już skończony, to niechże ma coś od życia, odrobinę szczęścia, miłości… choćby i nawet i za tę przygarść miedziaków…

Wędrował skrajem ulicy, potykając się o nierówności bruku i recytując w głos:

Płyną lata, płyną, płyną…

Piękność ciała szybko mija.

Z róż zostają jeno ciernie.

Więdnie fiołek i lilija…

Dziewice! dopóki pora,

Żyjcie szczęściem i rozkoszą.

Kochankom się nie odmawia

Tego, o co grzecznie proszą1

Nawet nie musiał daleko chodzić. Stara kokota zwiędła i niedomyta, sokiem z zielonych łupin niedojrzałych orzechów maskująca pojawiającą się siwiznę, grubo przypudrowana owsianą mąką, z ustami i policzkami zabarwionymi na ciemnoczerwono sokiem z buraka, zaraz za rogiem ulicy, stojąc na skraju zdziczałego ogrodu, zaczepiła Illuminatusa:

– Chcesz się, panie dobrze zabawić?

– A i owszem, i owszem!

Objął kokotę wpół i pociągnął w kierunku najbliższych zarośli.

=============================================

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Owidiusz, Ars amandi (Sztuka kochania) w przekładzie Juliana Ejsmonda.

GUS: Polska wkroczyła w okres [pogłębienia !!] kryzysu demograficznego. Do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln.

GUS: Polska wkroczyła w okres [pogłębienia] kryzysu demograficznego. Do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln osób.
2022-11-30 https://www.bankier.pl/wiadomosc/GUS-Polska-wkroczyla-w-okres-kryzysu-demograficznego-8448575.html

Polska wkroczyła w okres kryzysu demograficznego, do 2050 liczba ludności spadnie o 4,4 mln osób – napisał GUS w opracowaniu poświęconym sytuacji demograficznej Polski.

„Odnotowany w 2021 r. spadek liczby urodzeń potwierdza, że Polska wkroczyła w okres kolejnego kryzysu demograficznego (który miał już przejściowo miejsce w latach 1997–2007), ale obecny prawdopodobnie może mieć charakter dłuższej tendencji” – napisał GUS.

Ruch naturalny i migracje w latach 1980–2021 (GUS)

GUS podkreśla, że nie należy oczekiwać powrotu do wysokiego poziomu dzietności sięgającego istotnie ponad wartość 2. [Minimum dla utrzymania narodu – to 2.2 M. Dakowski]

„Utrzymywanie się przez długi czas niskiej dzietności grozi wejściem w tzw. pułapkę niskiej płodności, z której wyjście jest bardzo trudne” – napisał GUS.

GUS podaje, że do 2050 r. liczba ludności Polski zmniejszy się o 4,4 mln osób.

„Największy wpływ na ten stan rzeczy będzie miała umieralność (przewiduje się, że w 2050 r. liczba zgonów sięgnie blisko 430 tys.). Będzie to konsekwencją między innymi tego, że w wiek największej umieralności systematycznie będą wchodzić roczniki należące do wyżu demograficznego z drugiej połowy lat 50. XX wieku – czyli obecni około 60-latkowie. Natomiast wiek emerytalny zaczną osiągać obecni 30/40–latkowie” – napisano.

GUS podaje, że mediana wieku ludności wyniesie ponad 52 lata, czyli o ok. 11 lat więcej niż obecnie, co oznacza, że ponad połowa mieszkańców Polski będzie miała ponad 50 lat.

Prognoza nie przewiduje wzrostu liczby urodzeń, co prawda zakłada wzrost współczynnika dzietności, ale liczebność potencjalnych matek (obecnie są to kilkuletnie dziewczynki) spowoduje, że liczba urodzeń będzie stosunkowo niska (ok. 255 tys. w 2050 r.).

map/ asa/

=======================

mail:

Data analyst suggests COVID jabs linked to steep birth rate drop in Europe

https://www.lifesitenews.com/news/data-analyst-suggests-covid-jabs-linked-to-steep-birth-rate-drop-in-europe/

A comprehensive data analysis of birth rates across European countries shows a decline in the first half of 2022 by up to 19 percent.

– The picture is the same worldwide: there was a significant decline in live births among 18–49-year-olds nine months after the start of COVID vaccinations, especially in countries with high vaccination rates.

Kosztowniak w akcji: Dodatkowe 705 mln zł na propagandę. TVP.

Dodatkowe 700 mln zł na TVP. Komisja finansów przegłosowało kontrowersyjną poprawkę budżetową

30 listopada 2022 https://pch24.pl/dodatkowe-700-mln-zl-na-tvp-komisja-finansow-przeglosowalo-kontrowersyjna-poprawke-budzetowa/

(Fot. Pixabay)

Na posiedzeniu sejmowej komisji finansów publicznych Prawo i Sprawiedliwość przegłosowało poprawkę do ustawy budżetowej, która zwiększa finansowanie TVP i innych mediów publicznych z 1 mld 995 mln zł do 2 mld 700 mln zł. Poprawkę złożył szef komisji finansów poseł PiS Andrzej Kosztowniak.

Oznacza to, że w 2023 roku TVP może liczyć na 700 mln zł więcej niż do tej pory. Poprawka zakłada zmiany w art. 8 ustawy budżetowej, który upoważnia ministra finansów do: „przekazania, na wniosek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jednostkom publicznej radiofonii i telewizji skarbowych papierów wartościowych jako rekompensaty z tytułu utraconych w roku 2023 wpływów z opłat abonamentowych z tytułu zwolnień, o których mowa w art. 4 ust. 1 ustawy z dnia 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych (Dz. U. z 2020 r. poz. 1689), w ramach limitu określonego w art. 5 ust. 3, z tym że wartość nominalna nowo wyemitowanych skarbowych papierów wartościowych na ten cel wyniesie 1 995 000 tys. zł, z przeznaczeniem na realizację przez jednostki publicznej radiofonii i telewizji misji publicznej, o której mowa w art. 21 ust. 1 ustawy z dnia 29 grudnia 1992 r. o radiofonii i telewizji (Dz. U. z 2022 r. poz. 1722) (…)”.

Na czym polega poprawka? Jest bardzo krótka: „1 mld 995 mln zł” zostaje zastąpione „2 mld 700 mln zł”.

Źródło: Interia.pl

Dodatnie i ujemne plusy państwa pozostałego. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my.

Dodatnie i ujemne plusy państwa pozostałego. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my.

Stanisław Michalkiewicz 1 grudnia 2022 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5292

Małą mądrością rządzony jest ten świat – jak zauważył już w XVII wieku szwedzki kanclerz Oxienstierna, który o rządzeniu światem, a w każdym razie państwem, coś tam musiał wiedzieć. Wydaje się jednak, że za jego czasów świat był rządzony mądrością trochę większą od obecnej, kiedy to sprawia wrażenie, jakby coraz bardziej pogrążał się w mocy wariatów w sensie medycznym. Tacy wariaci na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie normalnych, ale to tym gorzej, bo w rezultacie coraz trudniej jest odróżnić wariata od człowieka normalnego.

Pod tym względem nasz nieszczęśliwy kraj też dobrze nie wygląda, bo podobno nienormalny jest u nas jeden obywatel na siedmiu. Jeśli te proporcje się pogorszą, to trzeba będzie – o czym zresztą już wspominałem – wyciągnąć wnioski polityczno-ustrojowe – czy mianowicie nadal praktykować demokrację, czy też rozejrzeć się za jakimś innym sposobem wyłaniania aparatu władzy – na przykład – przez kooptację, praktykowaną nie tylko w Stolicy Apostolskiej, ale również – w Unii Europejskiej, która mimo to, jak gdyby nigdy nic, stręczy nam demokrację. Z jednej strony to nieładnie, ale z drugiej – pokazuje, że dygnitarze Unii Europejskiej wiedzą, że nie można ulegać własnej propagandzie. W naszą propagandę mają wierzyć inni – ale nie my. Dlatego też Unia Europejska propaguje demokrację, ale swój aparat władzy – z wyjątkiem pozbawionego realnej władzy Parlamentu Europejskiego, w którym odsetek wariatów jest znacznie większy, niż gdzie indziej – rekrutuje metodą kooptacji. Oczywiście moglibyśmy tych wszystkich rozterek uniknąć, gdybyśmy zmienili ustrój polityczny – z republikańskiego na monarchiczny – ale – jak mawiał pan Ignacy Rzecki z „Lalki” Bolesława Prusa – „co tam marzyć o tem”.

Porzućmy jednak te akademickie rozważania i wróćmy do małej mądrości, którą ten świat jest rządzony. Warto zauważyć, że wcale nie jest tak, by wszystkie kraje rządziły sie taką samą mądrością. Przypominam sobie, jak podczas referendum akcesyjnego w 2003 roku, kiedy to obecny Naczelnik Państwa stręczył Polakom Unię Europejską wspominałem, by trochę powściągnąć entuzjazm do Anschlussu, bo poza Unią Europejską też jest życie i jako przykład podawałem Szwajcarię, która do Unii Europejskiej nie należy, bo nie chce. Na to entuzjaści Anschlussu odpowiadali, że owszem – ale Szwajcaria jest bogatym krajem, więc nie możemy się na nią tu zapatrywać. Na co odpowiadałem, że owszem – Szwajcaria jest bogatym krajem, ale przecież nie dlatego, że się gdzieś zapisała i spadł na nią deszcz złota, tylko dlatego, że się rozsądnie prowadzi. Tedy i my prowadźmy się rozsądnie, a nie róbmy sobie złudzeń, że Niemcy będą nas obsypywały złotem z bezinteresownej miłości do nas. Mało kto jednak chciał tego słuchać i w rezultacie teraz Anschluss odbija nam się czkawką w postaci niemieckiego szantażu finansowego, wobec którego nawet Naczelnik Państwa wydaje się bezradny.

Tymczasem Szwajcaria, nawet w takich trudnych czasach prowadzi się rozsądnie, o czym świadczy niedawne odrzucenie w tamtejszym referendum pomysłu wprowadzenia powszechnego dochodu gwarantowanego, który w naszym bantustanie jest właśnie testowany w programie pilotażowym. Więc jedne państwa rządzą się większą mądrością i te nazywamy poważnymi, a inne – znacznie mniejszą – i te nazywamy państwami pozostałymi. Polska naturalnie należy do tej drugiej kategorii.

Widać to podczas obserwacji postępowania naszego nieszczęśliwego kraju i postępowania innych państw choćby w sprawie wojny, jaką na Ukrainie prowadzi NATO ze Stanami Zjednoczonymi na czele z Rosją, do ostatniego Ukraińca. W odróżnieniu od państw poważnych, Polska gotowa jest poświęcić własne interesy państwowe dla interesów państwowych ukraińskich, a najgorsze w postępowaniu naszych dygnitarzy jest to, że sprawiają oni wrażenie, jakby nie mogli się doczekać, kiedy nie tylko Ukraina, ale również Polska zostanie wkręcona w maszynkę do mięsa. Pozorem logicznego uzasadnienia tego szaleństwa jest opinia, jakoby Ukraina broniła Europy. Jest to oczywista nieprawda, ponieważ wojna na Ukrainie zaczęła się od Majdanu w roku 2014, który z kolei był rezultatem wysadzenia przez amerykańskiego prezydenta Obamę politycznego porządku lizbońskiego z 20 listopada 2010 roku, którego najważniejszym postanowieniem było ustanowienie strategicznego partnerstwa NATO-Rosja, którego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę niemiecką i strefę rosyjską. Co prezydent Obama i Stany Zjednoczone z tego mają, że tamten porządek został wysadzony w powietrze – trudno zgadnąć – chyba, że przyjmiemy za dobrą monetę stwierdzenie amerykańskiego sekretarza obrony Lloyda Austina, że celem wojny na Ukrainie jest „osłabienie Rosji”. Rzeczywiście osłabienie Rosji może być korzystne dla USA, ale dla Ukrainy – już niekoniecznie – zwłaszcza gdy widzimy cenę, jaką Ukraina i Ukraińcy za to amerykańskie pragnienie płacą. A już dla Polski, zwłaszcza, gdyby miała być również wciągnięta w maszynkę do mięsa, to z całą pewnością nie. Jak mówi przysłowie, zanim gruby schudnie, to chudy umrze – i o tym powinniśmy pamiętać.

Dodatkowym mankamentem naszego państwa jest również i to, że konstytucyjna hierarchia organów władzy państwowej nie pokrywa się z hierarchią rzeczywistą. Już nie mówię o tym, że głównym ośrodkiem władzy w Polsce pozostaje bezpieka, która Bóg wie komu naprawdę służy – bo na pewno to wiadomo, że nie Polsce. Na domiar złego, od czasu, kiedy rządziła koalicja AWS-UW, hierarchia władzy zaburzona była już nawet w samej ekspozyturze konkretnego stronnictwa. Jak pamiętamy, wtedy z „tylnego siedzenia” całym rządem kierował pan Marian Krzaklewski, który nawet przeciwko własnemu rządowi urządzał protesty, a o którym teraz słuch zaginął. Teraz to samo robi Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński. Ma to oczywiście swoje plusy dodatnie, bo Naczelnik wygaduje różne rzeczy, na przykład – wiąże „dążenie” do reperacji wojennych od Niemiec z zaspokajaniem żydowskich roszczeń majątkowych przeciwko Polsce – ale, z uwagi na to, że Naczelnik formalnie jest prostym posłem – te deklaracje nie są na szczęście dla Polski wiążące.

Ale ma to również plusy ujemne, bo prowadzi do ośmieszenia Polski na arenie międzynarodowej. Tak właśnie się stało, gdy Niemcy zaproponowały Polsce dwie baterie rakiet przeciwlotniczych „Patriot”. Pan minister Błaszczak początkowo się ucieszył i zaproponował, by te baterie rozlokować wzdłuż wschodniej granicy Polski. Następnego dnia jednak, ku zaskoczeniu strony niemieckiej, zaproponował, by te baterie przekazać Ukrainie. Niemiecka minister obrony delikatnie zwróciła uwagę, że „Patrioty” mogę być rozlokowane wyłącznie na obszarze NATO, do którego Ukraina nie należy. Okazało się, że taką propozycję ministrowi Błaszczakowi kazał złożyć Naczelnik, który najwyraźniej albo o tym nie wiedział, albo nie przywiązywał do tego wagi, przyzwyczajony, że w naszym bantustanie ostatnie słowo należy do niego. Panu wicepremierowi i ministrowi obrony Mariuszowi Błaszczakowi prestiżu to nie przysporzy, podobnie, jak i Polsce.

Ekipa Bidena. Odpad jądrowy pedryl minister Brinton ukradł walizkę.

Ekipa Bidena. Odpad jądrowy minister Brinton ukradł walizkę.

Zboczeniec z amerykańskiego departamentu energetyki.

https://nczas.com/2022/12/01/ekipa-bidena-zboczeniec-z-amerykanskiego-departamentu-energetyki-ukradl-walizke/

Zastępca szef Departamentu Nowej Energii w USA Sam Brinton jest „queerowym aktywistą”. Dzieli się swoimi praktykami fetyszystycznymi w mediach społecznościowych, gdzie bywa „przewodnikiem psa”. To najbardziej znany i jeden z pierwszych „niebinarnych” pracowników administracji Joe Bidena.

We wrześniu został jednak oskarżony o kradzież bagażu podróżnego na lotnisku w Minneapolis. Chodziło o walizkę Very Bradley o wartości 2325 dolarów, którą miał zabrać w punkcie odbioru bagażu na lotnisku Minneapolis-St. Paul.

Brinton, który używa wobec siebie neutralnych zaimków został przyłapany przez kamery monitoringu, jak chwyta walizkę i usuwa z niej identyfikator właściciela. Według śledczych „był(a)” widziana z walizką Very Bradley co najmniej dwa razy podczas podróży do Waszyngtonu, 18 września i 9 października.

Brinton początkowo zaprzeczył kradzieży walizki, ale później twierdził, że zabrał ją przez pomyłkę i że nadal jest w jej posiadaniu. Ze stanowiska wiceszefa departamentu został w listopadzie urlopowany. Rozprawa związana ze skargą karną wyznaczona jest na 19 grudnia 2022 r. Grozi mu do pięciu lat więzienia, a także grzywna do wysokości 10 000 USD.

Brinton jest absolwentem MIT. Poza zabawami „queer” w tresera „psów”, jest specjalistą od postępowania z odpadami nuklearnymi. W Departamencie Energii był odpowiedzialny za zużyte paliwo jądrowe i usuwanie odpadów.

Światowe Dni Młodzieży – Lizbona 2023. Żądamy dostępu do aborcji!! Wymagamy antykoncepcji!! Ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze.

Światowe Dni Młodzieży – Lizbona 2023. Żądamy dostępu do aborcji!! Wymagamy antykoncepcji!!

Oczywiście ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze.

Równość płci na ŚDM. Agenda zrównoważonego rozwoju zamiast Ewangelii || w pośpiechu 22 lipca 2022

Edukacja ekologiczna: równość płci i działania na rzecz klimatu, partnerstwo dla wspólnych celów, odpowiedzialna konsumpcja oraz produkcja, redukcja nierówności, ekologiczne gospodarowanie, wspólne zaangażowanie i aktywne współdziałanie. To niektóre cele pewnego programu, który został opublikowany w tak zwanej liście zobowiązującej przez organizatorów pewnej inicjatywy na rzecz młodzieży – rozpoczyna tymi słowami Jan Pospieszalski.

Publicysta zadaje pytanie: „Zgadnijcie Państwo, co to jest?”, po czym wyjaśnia nam: „Czy jest to Campus Polska Przyszłości Rafała Trzaskowskiego? No nie! Pudło! Czy jest to być może Akademia Sztuk Przepięknych organizowana przez Jerzego Owsiaka gdzieś tam na kolejnym wcieleniu festiwalu Woodstock? Też nie! Czy jest to być może jakaś konferencja z okazji przyjazdy Grety Thunberg? Też nie!

To jest list zobowiązujący, który został opublikowany przez organizatorów Światowych Dni Młodzieży – Lizbona 2023”.

Jan Pospieszalski nie kryje swojego zażenowania i dodaje: „Otóż to nie pomyłka. Wspaniała ewangelizacyjna inicjatywa zapoczątkowania ponad trzydzieści lat temu przez Jana Pawła II adresowana do młodzieży, gdzie istotą było spotkanie Jezusa Chrystusa w tym uniwersalnym wielkim zgromadzeniu młodego Kościoła katolickiego w różnych miejscach świata”.
Źródło: PCh24TV – Polonia Christiana
Równość płci na ŚDM. Agenda zrównoważonego rozwoju zamiast Ewangelii || w pośpiechu

=============================

Skoro celem ich pobytu na światowych dniach młodzieży, ma być zapoznanie się z agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030, nie trzeba jechać do Lizbony, można to zrobić w Polsce u pana Trzaskowskiego, u Owsiaka u p. Biedronia i wielu innych miejscach. Będzie taniej i ekologiczniej.”

=========================

,,W dokumencie nie ma ani jednego słowa o Panu Bogu, o Jezusie Chrystusie, o Trójcy Świętej, o modlitwie, o wierze. Nic z tych rzeczy… Na naszych oczach wprowadza się bocznymi drzwiami, w sposób zawoalowany, albo zupełnie wprost zupełnie nową etykę katolicką, daleką od nauczania Kościoła, sprzeczną z tym co głosi encyklika ,,Humanae Vitae” Pawła VI, sprzeczną z tym co głosi
Evangelium Vitae, Jan Paweł II…”

Nagła śmierć dyrektorki lubelskiego NFZ. 51 lat. Przyjęła trzy szpryce.

Nagła śmierć dyrektorki lubelskiego NFZ. Przyjęła trzy szpryce.

30 listopada 2022 https://detektywprawdy.pl/2022/11/30/nagla-smierc-dyrektorki-lubelskiego-nfz/

Uwierzcie mi, takich przypadków słynnej nagłej śmierci jest o wiele więcej. Nie umieszczam ich dlatego, że wszyscy poszukiwacze prawdy o wiedzą o nowej pandemii podźganiowej. W tym przypadku warto się pochylić nad śmiercią kogoś z eksponowana pozycją w państwie i to jeszcze w służbie zdrowia, albowiem po pierwsze wychodzi na to, że wierność systemowi Bestii dotyka również ludzi na wysokich stanowiskach wyłączając posłów, którzy dobrze wiedzieli co robią społeczeństwu i nie poddali się chorobie pt. “nagle”.

Udział w systemie niszczącym Polaków prędzej czy później powoduje efekt bumerangu. Zło wraca, a więc w interesie nas wszystkich, w tym urzędników i policji jest trzymać się Prawa Bożego. Przykazanie nie zabijaj dotyczy także reklamowania dźganek. Ci ludzie, którzy reklamowali dźgania złamali przykazanie “nie zabijaj”. Co bardziej szczegółowi powiedzą “nie morduj”. Może być i tak bo jak to inaczej nazwać.

 Fakt napisał:

 “Nie żyje Magdalena Czarkowska, dyrektor lubelskiego oddziału Narodowego Funduszu Zdrowia. Zmarła nagle, w wieku 51 lat, pozostawiając pogrążonych w żałobie bliskich, przyjaciół i współpracowników. “Jej niespodziewany brak pogrąża nas w niedowierzaniu” – piszą pracownicy lubelskiego NFZ.”

 Wiele osób zmarło lub jak kto woli zostało podstępnie zamordowanych i ich otoczenie i bliscy nie dowierzali….[—-]

Dlaczego nie podaje się informacji o szczepieniu na kowid ludzi, którzy zmarli nagle?

Poskrolowałem jej fejs i nikt mi nie powie, że to nieprawda. Zrobiłem screen póki jeszcze jest

https://i0.wp.com/detektywprawdy.pl/wp-content/uploads/2022/11/czarkwska-nfz-szczepienia.jpg?ssl=1

:

Pod informacją o trzeciej dawce wiele oklasków bezmyślnych ludzi.

[—]

=====================

Biskup Chur, medyk, nie wierzy w diabła. Usuwa egzorcystę. V2 w działaniu.

Biskup Chur, medyk, nie wierzy w diabła. Usuwa egzorcystę. V2 w działaniu.

https://fsspx.news/en/news-events/news/they-no-longer-believe-devil-78217

Wielu księży i biskupów nie wierzy już w diabła, co jest oczywiście dla niego najlepszym możliwym kamuflażem. Skoro nie istnieje, to po co z nim walczyć? Po co się przed nim strzec? I wreszcie, czy istnieje piekło? Bo piekło to miejsce, do którego wrzucono zbuntowanych aniołów po ich grzechu i gdzie potępieni odbywają wieczną karę.

Jak widzimy, szereg prawd, z których niektóre są dogmatami, zostaje zachwianych lub odrzuconych przez odmowę wiary w istnienie upadłych aniołów, tych, którzy odmówili posłuszeństwa Bogu, a których Pismo Święte nazywa demonami.

Diabeł objawia się w sposób zwyczajny i codzienny poprzez pokusy, które zadaje duszom, aby skłonić je do popełnienia grzechów. Z pewnością ważnym źródłem pokus i grzechów jest także nasza własna pożądliwość, zaburzona przez grzech pierworodny, a także świat, czyli źli ludzie, którzy tu na dole wykonują dzieło zła i diabła.

 Diabeł, chociaż rzadziej, objawia się również w sposób niezwykły, poprzez fizyczne ataki na ludzi. Działania takie  mogą przybierać kilka form, w tym zewnętrzną poprzez przyczepianie się do otaczających nas przedmiotów. Są to tak zwane plagi.

Istnieją również przejawy wewnętrzne, które przybierają formę atakowania w pewnym stopniu naszej psychiki, zwane obsesją. Ostatnim typem są przejawy wewnętrzne, które są znacznie głębsze. Diabeł, nie mogąc  zająć naszej duszy, może działać bezpośrednio na nasze ciała, i te nazywamy opętaniem.

Nasz Pan Jezus Chrystus powierzył swojemu Kościołowi władzę walki z tymi trzema sposobami działania diabła. Ta władza jest udzielana poprzez posługę egzorcyzmu i posiada ją każdy kapłan. Jednak dyscyplina kościelna ograniczyła wykonywanie tej władzy do niektórych kapłanów, zwykle jednego na diecezję, któremu powierza się zadanie walki z tymi aktywnościami diabła.
Wynika to z ostrożności, a także z doświadczenia.

Biskup Bonnemain likwiduje urząd egzorcysty

Biskup Chur, Joseph Bonnemain, który ma wykształcenie medyczne, nie zamierza mianować w Chur nowego egzorcysty. Poprzedni egzorcysta diecezji zmarł w lutym 2020 roku w wieku 76 lat. Jego działalność sprawiła, że był znany poza granicami diecezji. W 2008 roku wziął udział w debacie na temat egzorcyzmów w programie Klub w niemieckojęzycznej telewizji szwajcarskiej.

Biskup Chur jest przekonany, „że nie trzeba szukać tajemniczych przyczyn” dla domniemanych przypadków opętań demonicznych. Dlatego nie zamierza mianować nowego egzorcysty dla swojej diecezji.

„Wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi, które noszą w sobie mocne i słabe strony” – zaznaczył w regionalnym kanale radiowym SRF Ostschweiz. „Każdy, kto stoi w obliczu trudnych sytuacji społecznych, zawodowych czy zdrowotnych, może szukać leczenia” – dodał. „Są do tego klasyczne rozwiązania: medyczne, psychologiczne, psychoterapeutyczne”.

Z pewnością nie należy „widzieć diabła wszędzie”, ale odrzucenie idei demonicznego opętania czy obsesji jest równoznaczne z zaprzeczeniem istnienia diabła.

 Wierni diecezji Chur mają teraz dobrego pasterza, który wyjaśnia im, że nie ma się czego bać, bo wróg ich dusz nie istnieje. Jest to triumf Szatana.

tłum. Sławomir Soja

Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę reformy:Eliminowaniu świętych ze względów „ekumenicznych” !

Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę reformy:Eliminowaniu świętych ze względów „ekumenicznych”

https://www.traditioninaction.org/HotTopics/f169_Dialogue_85.htm

Od czasów pierwszych ksiąg liturgicznych, przyjętą tradycją było przydzielanie dwóch lub więcej świąt w kalendarzu, niektórym z głównych świętych Kościoła. Postępowcy wystąpili, zupełnie arbitralnie, z  zupełnie nowym postulatem, aby ograniczyć „dublowanie” świąt poświęconych konkretnemu Świętemu. Postanowili, że dni poświęcone danemu świętemu, prawie bez wyjątków, powinny być zredukowane do nie więcej niż jednego.

Fakt, że arbitralnie wybrana grupa reformatorów mogła wymyślać zasady na bieżąco, oznaczał, że mogli oni,  pod rządami Jana XXIII (1) wyeliminować całą grupę świąt z Kalendarza Ogólnego (1) – i mogło to im ujść na sucho.

Celem ustanowienia kilku świąt dla jednego świętego było stworzenie wiernym okazji do kontemplowania życia danego  świętego pod różnym kątem, celem wzmocnienia różnych elementów wiary reprezentowanych przez niego. Widzieliśmy, jak wspaniale działało to w przypadku świąt Katedry i Okowów Św. Piotra.

Wyrzucono święta ku czci relikwii

W 1960 r. Jan XXIII wyeliminował z Ogólnego Kalendarza Rzymskiego dwa święta, które od czasów starożytnych były integralną częścią Rytu Rzymskiego – Znalezienie Ciała Św. Szczepana, Pierwszego Męczennika (3 sierpnia) i Znalezienie Krzyża Świętego (3 maja).


Ich zniknięcie jest tym bardziej karygodne, że były to jedyne święta, które w Kalendarzu Powszechnym dawały liturgiczny wyraz kultowi świętych relikwii, jako takich. (2) Zajmiemy się kolejno każdym z nich.

Uroczystość Znalezienia Ciała Św. Szczepana, Pierwszego Męczennika

Od V wieku aż do 1960 roku Kościół upamiętniał cudowne wydarzenie – odnalezienie ciała pierwszego męczennika,  Św. Szczepana 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. (3) Dokładne miejsce jego pochówku w pobliżu Jerozolimy zostało objawione w serii wizji, kapłanowi o imieniu Lucjan, a po odkopaniu, relikwie Świętego natychmiast spowodowały wiele uzdrowień.

Po rozprowadzeniu ich po całym świecie katolickim, stały się one przyczyną wielu dobrze udokumentowanych cudownych uzdrowień, nawróceń i wskrzeszeń z martwych, a niektóre z nich osobiście widział i zapisał Św. Augustyn z Hippony (4)  Rzeczywiście, liczne pisemne i ustne świadectwa tych cudów były tak przekonujące, że powszechnie uznawano je za pochodzące wprost od Boga. (5)

Wymiarem wiary i radości katolików, z powodu odnalezienia ciała Św.Szczepana, było wzniesienie w Rzymie, pod koniec V wieku,  bazyliki ku jego czci. (6) W ten sposób święto to, zapisane we wczesnych Martyrologiach na 3 sierpnia, nabrało wyraźnie „rzymskiego” charakteru i zajęło zaszczytne miejsce w Ogólnym Kalendarzu Rzymskim.

Jakież więc musiało być zdumienie tradycyjnie myślących katolików, gdy dowiedzieli się, że  święto, ustanowione dla uczczenia odnalezienia ciała Św. Szczepana w 415 roku, zostało wykreślone z Kalendarza Ogólnego przez Jana XXIII w 1960 roku? Było to przecież święto, które powstało spontanicznie z wiary i pobożności pierwszych chrześcijan i przez wieki cieszyło się opieką Kościoła.

Intencją Kościoła, który umieścił święto w Kalendarzu Ogólnym na 3 sierpnia, było uświadomienie wszystkim wiernym – kapłanom odprawiającym Mszę Św. 3 sierpnia i ludziom, którzy w niej uczestniczyli – cudownych wydarzeń związanych z odnalezieniem ciała Św. Szczepana. Miało to nasycić liturgię zwiększonym poczuciem nadprzyrodzoności i dać wszystkim okazję do refleksji nad cudowną interwencją Boga w Historię.

Dlaczego to święto musiało zniknąć?

Oficjalnym powodem było uniknięcie „duplikacji” świąt poświęconych Św. Szczepanowi – 3 sierpnia i 26 grudnia. Każdy, kto zna Mszał sprzed 1962 roku, wie, że te święta nie były zwykłymi duplikacjami, ale miały swój własny odrębny charakter i powód istnienia. Pierwsze z nich upamiętnia odkrycie relikwii Św. Szczepana, a drugie jego męczeństwo. Stąd też święta te mają dwa odrębne, choć powiązane ze sobą tematy, które należy celebrować, jak to określają kolekty Mszy Św. na dane święto.(7)

Jaki był zatem prawdziwy powód? A. Bugnini już w 1955 r. wytyczył drogę tej reformy, kiedy to zaproponował swoistą liturgiczną procedurę „segregacji”, polegającą na ustalaniu priorytetów lub eliminowaniu świętych z kalendarza, w oparciu o ich przystawalność do ducha współczesności:

„Kościół powinien wybierać typy świętości, które należy proponować do naśladowania i przykładu, stosownie do czasów i potrzeb duchowych wiernych. Stąd powstaje  konieczność rewizji Jego tekstów modlitewnych, w przypadku niektórych świętych, których rysy duchowe straciły kontakt ze współczesną duszą, i które można zastąpić innymi, bardziej typowymi, bardziej aktualnymi, bliższymi nam.” (8)


Jakie, dokładnie, były kryteria oceny, które święta należy wyeliminować z Kalendarza Ogólnego? „Uproszczenie” miało być istotą  reformy, ale okazuje się, że był to tylko pretekst dla ukrycia prawdziwej intencji reformatorów – stopniowego „odchwaszczania” pewnych świąt, które byłyby nie do przyjęcia dla współczesnego człowieka.

W tej kwestii oświeca nas ks. Carlo Braga, który był prawą ręką Bugniniego od czasów Piusa XII i był świadkiem wszystkich etapów reformy liturgicznej. (9)

Ks. Braga wyjaśnił, że zmiany liturgiczne z lat 60. prowadzące do liturgii Novus Ordo wynikały z „nowych pozycji”, jakie Kościół zajął w tej dekadzie. Istniały – jak twierdził – „ekumeniczne powody”, by w świetle „nowych wartości i nowych perspektyw” współczesnego człowieka, ograniczyć „aspekty dewocyjne lub szczególne sposoby oddawania czci lub przywoływania świętych”. Przyznał nawet, że zmiany te dotyczyły „nie tylko formy, ale i rzeczywistości doktrynalnej” (10) – innymi słowy lex orandi i lex credendi.

To, co Bugnini proponował w tej reformie, było cyniczną kalkulacją dotyczącą wyeliminowania z Kalendarza „niektórych świętych, których cechy duchowe straciły kontakt ze współczesną duszą”.


Zapomnijmy o „uproszczeniu”. Wyeliminowanie Znalezienia Ciała Św. Szczepana było, według Bugniniego, uzasadnione ze względu na zbytnie „naginanie” zdrowego rozsądku współczesnego człowieka. Tak więc, po Znalezieniu, Św. Szczepan został niejako natychmiast ponownie „zakopany” wraz ze swoimi cudami.

Zgubne skutki reformy

Eliminując to święto z kalendarza, tworzono wrażenie, że wiara w takie cuda nie jest już potrzebna. Pojawia się również ukryta sugestia, że wydarzenia upamiętnione w tym święcie nie miały w rzeczywistości miejsca, lecz były wytworem  wyobraźni niektórych ludzi.

Rzuca to również cień  na wiarygodność innych świętych, w tym Św. Augustyna, którzy byli świadkami i dokumentowali te wydarzenia, i sugeruje się, że byli oni łatwowiernymi bajkopisarzami lub mieli urojenia.

W wyniku tej reformy, to, co kiedyś było określane jako „jedno z najsłynniejszych wydarzeń V wieku” (11), obecnie popadło w zapomnienie wśród kapłanów i wiernych obrządku rzymskiego. Augustyn zanotował mnogość cudów w swoich czasach, aby zapobiec takiemu losowi:

„Gdy widziałem w naszych czasach częste znaki obecności boskich mocy, podobne do tych, które były udzielane dawniej, pragnąłem, aby spisano opowiadania, uważając, że rzesze nie powinny pozostać nieświadome tych spraw.” (12)

Jak na ironię, jako bezpośredni wynik tej reformy, panuje obecnie niewiedza – lub, co gorsza, sceptycyzm – na temat święta, które karmiło życie duchowe naszych przodków.

Reforma ta, oznacza zdecydowane zerwanie z tradycyjnym kalendarzem odnoszącym się do święta, które odzwierciedlało jedną z najgłębszych wartości katolicyzmu – ideę, że Bóg czyni cuda poprzez swoich świętych i ich relikwie. Święto Odnalezienia Ciała Św.Szczepana, podobnie jak inne „niewygodne” święta, zostało usunięte ze względów „ekumenicznych”, ponieważ wyrażały one wyraźnie katolicką doktrynę, której zaprzeczają protestanci – którzy zawsze potępiali cześć relikwii,  jako przesąd i bałwochwalstwo.

c.d.n.

Dr Carol Byrne

tłum. Sławomir Soja

1. Przykładami świąt usuniętych z Kalendarza Ogólnego w 1960 roku ze względu na to, że są „duplikacjami” są: Znalezienie Krzyża Świętego, Świętego Jana przed Bramą Łacińską, Objawienie się Świętego Michała, Świętego Piotra w Okowach, Odnalezienie Ciała Świętego Szczepana, Katedry Świętego Piotra w Rzymie, Świętego Anakleta, Papieża i Męczennika.

2. Dotyczyło to tylko Ogólnego Kalendarza Rzymskiego, który wcześniej nakazał te dwa święta dla Kościoła powszechnego. Zostały one przeniesione do Dodatku do Mszału z 1962 roku, gdzie wraz z innymi świętami usuniętymi z Kalendarza, zostały wyznaczone jako Msze fakultatywne pro aliquibus locis, które mają być odprawiane w niektórych kościołach lokalnych lub diecezjach, do których się odnoszą.

3. W tym samym grobie odkryto także inne ciała świętych; Gamaliela, Nikodema i Abibasa. Pełną relację o historii relikwii Św. Szczepana podaje O. Guéranger w The Liturgical Year, t. 13, s. 267-272.

4. W Mieście Bożym (księga 22, rozdział 8) Św. Augustyn wspomina o cudach, które wydarzyły się wkrótce po przywiezieniu relikwii do Afryki: „Nie minęły jeszcze dwa lata od chwili, gdy relikwie te zostały przywiezione do regionu Hippony”. Jeśli chodzi o publicznie poświadczone cuda, które przypisuje wstawiennictwu „najchwalebniejszego Szczepana”, „te, które zostały opublikowane, wynoszą prawie 70 w godzinie, w której piszę. Ale w Calama, gdzie te relikwie były przez dłuższy czas, i gdzie więcej cudów zostało przekazanych dla wiedzy publicznej, jest ich nieporównywalnie więcej.”

5. Nawet skrajnie sceptyczny siedemnastowieczny historyk Lenain de Tillemont, który odznaczał się skrupulatną troską w odrzucaniu nieautentycznych źródeł informacji, był przekonany o autentyczności  świadectw dotyczących cudów dokonanych przez relikwie Św. Szczepana. Zob. de Tillemont, Mémoires pour servir à l’histoire ecclésiastique, Paris, 1694, t. 2, s. 10-24.

6. Bazylika Św. Szczepana powstała na zlecenie papieża Leona I (440-461), a konsekrowana została przez papieża Simplicjusza pod koniec V wieku.

7. Kolekty z tych świąt wspominają o inventionem (znalezieniu) i natalitia (narodzeniu do życia wiecznego, czyli o męczeństwie) Św. Szczepana.

8. A. Bugnini, „Dlaczego reforma liturgii?”, Kult XXIX, n. 10 1954/5, s. 564.

9. Ks. Braga był zaangażowany we wszystkie prace przygotowawcze do Konstytucji o Liturgii SW II, począwszy od jego „praktyki” jako osobistego asystenta Bugniniego w czasach Komisji Liturgicznej Piusa XII, chociaż formalnie został mianowany członkiem tej Komisji dopiero w 1960 r.
Arcybiskup Piero Marini, osobisty sekretarz Bugniniego, powiedział, że ks. Braga był „przyjacielem Bugniniego i, podobnie jak on, był wincentyńczykiem”(Zgromadzenie Misjonarzy Św. Wincentego a Paulo) i „miał stać się jedną z najważniejszych osób w Consilium”.  Rzeczywiście, Bugnini wybrał go osobiście w 1964 roku na swojego asystenta sekretarza Consilium. (Apud P. Marini, A Challenging Reform: Realizing the Vision of the Liturgical Renewal, 1963-1975, Liturgical Press, 2007, s. 41). Ks. Braga współpracował również z czasopismem Ephemerides Liturgicae, którego redaktorem był Bugnini.

10. Carlo Braga, Ephemerides Liturgicae, 84, 1970, s. 419.

11. De Tillemont, Mémoires pour servir à l’histoire ecclésiastique, s. 12.

12. Św. Augustyn, Miasto Boże, księga 22, rozdział 8.

Siostra. – A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła? WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (13)

Andrzej Juliusz Sarwa

WIESZCZBA KRWAWEJ GŁOWY (13)

Siostra. A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła?

Po ucieczce pana Jakuba Białeckiego miasto i okolica dosyć długo żyły tym wydarzeniem. W końcu jednak pamięć o nim zblakła i zaczęła się rozwiewać. Tym bardziej że nikt nie umiał się nawet domyślić, gdzież to mógł młody zabójca czmychnąć. Teraz bowiem, tą ucieczką, niejako przyznał się do zbrodni. Gdy po osadzeniu w wieży znaczna część szlachty trzymała jego stronę, uważając, że to, co mu się przypisuje, a więc mord na tle rabunkowym, to jakieś koszmarne nieporozumienie, to teraz wszyscy odwrócili się od niego.

* * *

A potem życie znów potoczyło się starym torem. Słońce wstawało i zachodziło, jedni ludzie w pocie czoła zarabiali na codzienną kromkę chleba, inni zaś wysilali głowy, jakby dobrze żyć, w ogóle nie kalając się pracą. Ale tak to już było od początku świata i tak będzie aż do samego jego końca.

* * *

W dworze Białeckich panowała ciężka atmosfera. Stary dziedzic chodził jak struty, bo wstyd go palił. Żona i córka pochlipywały po kątach. Sąsiedzi zasię odsunęli się od nich niczym od zadżumionych. I z tego powodu jeszcze ciężej im było na sercach.

Po stracie syna, bo byli przekonani, iż już go nigdy nie zobaczą, całą miłość i troskę przelali na Ludkę, przed którą, mimo iż mogła liczyć na bardzo suty posag, perspektyw na dobre zamążpójście raczej nie było widać… ba! dobre!… na jakiekolwiek…

* * *

Nadeszły pierwsze dni października. Wstał wczesnojesienny ranek. Mgły ścieliły się nad łąkami, wypełzały z parowów, ale pod południe, nieco wyblakłe już o tej porze roku, słońce przegoniło je precz.

Pani Białecka wraz z córką, wziąwszy kosze, wybrały się do sadu, aby zebrać trochę jabłek, czerwieniejących w trawie u stóp okazałych drzew. Szły powoli, w milczeniu. Stara dziedziczka od czasu do czasu zerkała na córkę, a w głowie kłębiły się jej smutne myśli. Nie mogła się bowiem pogodzić z tym, iż to niewinne dziecko miało zmarnowanym życiem, bez jakichkolwiek perspektyw, pokutować za przewiny brata?

Naraz Ludka zatrzymała się, pobladła, wsparła ręką o chropawy pień starej jabłoni i targnęły nią wymioty. Raz, drugi. Po chwili wszystko się uspokoiło.

Matka przestraszona objęła dziewczynę ramieniem i zapytała:

– Cóż ci to dziecko? Musiałaś się czymś struć. Coś wczoraj jadła?

– Nie, to nie to, chyba jakaś choroba mnie męczy, bo od pewnego czasu mam mdłości, a czasem i womity1 każdego nieomal ranka. Nicem nie mówiła, bom myślała, że to samo z siebie przejdzie, ale, jak widzicie, nie przechodzi.

Dziedziczka stanęła jak wryta, bo słysząc takie słowa, tylko jedno przyszło jej na myśl… Nie wiedziała, jak sformułować pytanie. W końcu się jednak przemogła, ujęła córkę mocno za ramiona i zapytała chrapliwym z emocji szeptem:

– Powiedzże mi, dziecko, prawdę. Na Mękę Pańską cię zaklinam, straciłaś wianek?…

Dziewczyna spuściła oczy i milczała.

– A zatem tak… Mało było jednego nieszczęścia, musiało przytrafić się i drugie… Z kim, powiedz tylko, z kim.

– Kiedy wstydzę się, pani matko… bardzo…

– Na wstyd już za późno! Mówże, może się jeszcze da jakoś złu zaradzić. No, z kim?!

– Z Jakubem…

– Co to za Jakub?

– No, z naszym Jakubem…

– Z rodzonym bratem?! Jezus, Maryja, Józefie święty! Co ty mówisz? Jak, kiedy?

Nie bacząc, że pobrudzą suknie, przysiadły na zwalonym, nadpróchniałym pniu starej jabłoni i Ludka jęła snuć opowieść. O odwiedzinach w wieży, o dziwacznym osobniku zwanym przez Jakuba doktorem Cadaverem Illuminatusem, o eliksirze, którym ich uraczył, o utracie pamięci i… co się potem stało.

– Przysięgniesz na Mękę Pańską, że to, coś mi tu opowiedziała, to szczera prawda? Żeś ni słowem nie skłamała, iżby się obronić?

– Przysięgam, matko, na Krew i Mękę Chrystusa, przysięgam.

– Tedy grzechu tu nie ma… Bo grzech jest tylko wonczas, kiedy się prawo Boże łamie świadomie i dobrowolnie… Jezu, Jezu, co czynić?…

* * *

Stary dziedzic siedział milczący, choć głowa mu pałała, a zimny pot ściekał po plecach między łopatkami, bo tak się przeraził po wysłuchaniu tej, jakże nieprawdopodobnej, bajkowej nieomal, lecz zarazem straszliwej historii. Nie wiedział, co ma rzec. Czuł się niczym sparaliżowany.

W końcu jednak zebrał się w sobie i rzekł:

– Nie ma inszego wyjścia, jak oddać dziewczynę do klasztoru.

– Ba! A któż ją przyjmie, kiedy zaciążyła? – matka wzruszyła ramionami.

– Pomyślałem sobie, że może twoja kuzynka, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, która jest ksienią benedyktynek, gdy opowiemy jej o tych nieszczęściach, ulituje się nad nami. Da dziewczynie schron do czasu. Aż urodzi. Tymczasem ty pojedziesz do swojej siostry, pani Czerenowskiej, w Kaliskie, tam poczekasz aż do rozwiązania, a potem się powie, że to nasze dzieciątko. Honor Ludki i honor rodziny zostanie uratowany. Co o tym, aśćka, mniemasz?

– Mniemam, że to ma sens i że niczego lepszego się nie wymyśli.

– Tedy rozgłaszaj, choć dyskretnie, żeś jest przy nadziei i że dla lepszej opieki, zważywszy na twój wiek, wybierasz się do pani Czerenowskiej, gdzie będziesz mieć staranniejszą opiekę niż w domu. My zaś odczekamy jeszcze z jedną czy dwie niedziele, aż się ta pogłoska po okolicy rozejdzie i dopiero ruszymy w drogę.

– Niechże i tak będzie.

* * *

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, bardziej wyglądająca na mumię niż na żyjącą istotę, o twarzy i rękach obleczonych żółtawą, przypominającą pergamin skórą, wpatrywała się w Ludkę wyblakłymi, jasnoniebieskimi, wodnistymi oczami. Milczała. Czas skapywał powoli. Nikt nie śmiał przerwać ciszy panującej w klasztornej rozmównicy.

Wreszcie ksieni zwróciła się do dziewczyny:

– Zdajesz mi się, dziecko, dobrą istotą. Przysięgłaś, że nie skłamałaś, więc nie mam powodu, by ci nie dać wiary. Ciężko was Pan Bóg doświadczył, a Zły – jak widzę – nie odpuszcza. Zawziął się na was, nie wiedzieć czemu. Jest w tym jednak chyba jakiś większy plan. Ponieważ, jak mi się zdaje, mam taką możliwość, postaram się Złemu pokrzyżować szyki… tak… zostaniesz tutaj aż do rozwiązania, a potem sama zdecydujesz, czy zechcesz poświęcić życie Panu Bogu w tych klasztornych murach, czy też wrócisz do świata…

– Chcę tu zostać na zawsze, wielebna ciotko – odparła szeptem Ludka.

– Tego to ty jeszcze nie wiesz, ale przyjmijmy, że wytrwasz w owym postanowieniu. Na wszelki wypadek tedy niechaj rodzice przygotują twój posag i dostarczą go do klasztoru, będzie on tu zdeponowany do czasu, aż w duszy rozeznasz, czego naprawdę pragniesz, bo teraz wypowiadasz się pod wpływem strachu i emocji. Zostaniesz – posag przejdzie na własność klasztoru, odejdziesz, zabierzesz go ze sobą. Dlatego najlepiej będzie dostarczyć go tu w gotowiźnie – te ostatnie słowa wypowiedziała, przenosząc wzrok z Ludki na jej ojca.

– Tak się też stanie – stary dziedzic skinął głową na znak zgody.

Ksieni podniosła się z obciągniętego ciemną gładką skórą krzesła, ujęła Ludkę za rękę, jej rodzicom skinęła głową na pożegnanie i na odchodne dodała:

– Czekam zatem na waszmości i na posag, a ty, dziecko, pójdź ze mną.

Po chwili zniknęły za wzmocnionymi żelaznymi wstęgami, kutymi w ozdobne wzory, drzwiami wiodącymi w głąb klasztoru.

Białeccy zostali sami. Dojmujący smutek ścisnął ich serca. W oczach zaszkliły się łzy. W oczach obydwojga. Oto właśnie tracili drugie dziecko…

– Pójdźmy już duszko. Spójrz, zaczyna zmierzchać, więc jak najrychlej powinniśmy znaleźć jakąś kwaterę – powiedział pan Białecki do żony.

Wyszli na dwór. Jak na tę porę dnia i roku było wyjątkowo ciepło. Wsiedli do bryki, którą powoził sam dziedzic, woźnicy bowiem nie wzięli, aby zachować wszystko w tajemnicy, szarpnął lejcami, cmoknął na konie, koła okute żelaznymi obręczami z turkotem potoczyły się po wyboistej drodze.

– Wio! Wio!

Spokojny zmierzch szybko przemienił się w noc. W noc jasną niczym dzień, ponieważ ogromny księżyc, siejący srebrzyście lśniący blask, rozpraszał mrok. Cicho było i spokojnie. Pani Białecka, zmęczona i drogą i nerwowym napięciem, teraz gdy zdawało się, iż wszystko da się naprostować i na powrót wprowadzić ład do życia rodziny, zasnęła.

Konie szły swobodnym stępem, bryka delikatnie kolebała się na boki, uśmierzając duszne rozterki pana Białeckiego, aż i na niego spłynął kojący sen…

Nie wiedział, jak długo drzemał, gdy gwałtownie rozbudziło go lękliwe rżenie koni, które raptownie zatrzymały się jak wryte, stając jednocześnie dęba.

– A cóż to? – zaniepokoił się szlachcic, mocno ściągając lejce i natychmiast je luzując, żeby konie znów stanęły na czterech nogach.

I w tejże samej chwili wypatrzył na skraju drogi ludzką sylwetkę. Białecki uspokoił konie i natężył wzrok. Kiedy zrównał się z wędrowcem, ze zdumieniem stwierdził, że to jakby mnich. Jednakowoż dziwny jakiś.

Odziany był bowiem w rodzaj pątniczej opończy czy też habitu, z szerokimi rękawami, uszytego z czarnej tafty, która mieniła się w świetle księżyca i szeleściła, kiedy się poruszał. Habit ów ściągnięty był w pasie grubym, zgrzebnym sznurem, splecionym z surowych włókien konopnych, co dziwnie kontrastowało z tą bardzo kosztowną materią, z jakiej był uszyty. Niemniej dziwne było jeszcze i to, że mężczyzna nie miał na sobie, a i też przy sobie, żadnych przedmiotów religijnych – ni krzyża, ni różańca – nic, tylko puszyste karmazynowe pióro jakiegoś egzotycznego ptaka przytroczone do sznura. Zupełnie jak nie mnich. Jak czarownik raczej.

Stary szlachcic, chociaż zdziwiony nieco wyglądem napotkanego pątnika, wychylił się ku niemu i powiedział:

Nikolaus Białecki sum2, herbu Leszczyc. A jak godność ojca?

– Atanas, abba3 Atanas.

– Dziwne to imię, pierwszy raz je słyszę. Czy macie, panie, za patrona jakiegoś wschodniego świętego?

– Zaiste. Bardzo świętego.

– Zresztą, to nieważne. Zapraszam do bryki, podwiozę wielebnego ojca, póki nam będzie po drodze.

– O! Bardzom wam wdzięczny, panie. Chętnie skorzystam.

Podróżny zręcznie wspiął się po stopniach i usadowił obok pana Białeckiego. Ten ostatni zerkał na niego kątem oka.

Nieznajomy miał gładko wygoloną brodę i policzki, zatem żadną miarą nie mógł być mnichem ani zachodniego, ani tym bardziej wschodniego obrządku, głowę nakrył kapturem dość głęboko naciągniętym na oczy, więc nie można było dostrzec jego włosów. Twarz zaś miał dziwnie bladą, wręcz białą, jakby z niej odpłynęła cała krew, co widać było nawet w księżycowym blasku. Wysmukłe i delikatne palce z długimi, wypiłowanymi w szpic paznokciami, mocno kontrastowały z tym na poły zakonnym, na poły pielgrzymim strojem.

Pana Białeckiego znów jął morzyć sen. Powieki miał ciężkie niczym z ołowiu i same mu się zamykały. Przygarnięty do bryki wędrowiec zauważył to i zaproponował:

– Jeśli waszmość pan nie będziesz miał nic przeciw temu, to przedstawię pewną propozycję – waszmość się przesiądź do tyłu, do małżonki, bo mniemam, iż owa jejmość to wasza małżonka, i prześpij się nieco. Ja tymczasem przejmę lejce, bo choć może na takiego nie wyglądam, to niezły ze mnie woźnica.

– O! Dzięki serdeczne. Gospoda z noclegiem będzie za jakieś dwa kwadranse drogi stąd, więc skoro tylko do niej dotrzemy, obudźcie nas panie. Tam się zatrzymamy i przenocujemy. Do północy jeszcze znaczny kęs czasu, więc do rana wywczasujemy się w ciepłej pościeli.

Mężczyzna bez słowa skinął głową na znak zgody.

Pan Białecki z wdzięcznością przystał na to. Przelazł na tył bryki, przytulił się do żony, okrył ich oboje tureckim pledem z wielbłądziej wełny i rychło zachrapał.

Bryka jeszcze czas jakiś turlała się spokojnie, kiedy jednak wtoczyła się na wąską groblę przecinającą trzęsawisko, powożący szarpnął lejcami to w jedną, to w drugą stronę raz, drugi, trzeci. Potem popuścił je, ale wnet ponownie ściągnął tak mocno, że konie straciły rytm marszu, zaczęły stawać dęba, poplątały uprząż, a gdy nie pozwalał im na uspokojenie się i wyrównanie chodu, przerażone poczęły rzucać się na boki, aż wreszcie kopyta osunęły się im w błoto, w które jęły się powoli pogrążać. Walcząc o życie, pociągnęły za sobą brykę, która z głośnym plaskiem uderzyła o powierzchnię moczaru i wraz z końmi jęła zapadać się w bezdeń.

Atanas siedział na koźle bez ruchu. Spokojny i lekko uśmiechnięty. Białeccy przebudzili się i próbowali ratować życie, ale nie potrafili wydostać się z bryki, która coraz szybciej niknęła w bagnisku.

Chwile ciągnęły się niczym wieczność, lecz tak naprawdę po kilku minutach wszystko się skończyło. Powierzchnia moczaru zamknęła się nad końmi, nad bryką i wszystkimi jej pasażerami… i nie pozostał po nich najmniejszy nawet ślad…

* * *

Ksieni, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska niedomagała. Nie pomagały driakwie ni mikstury, nie pomagało lepsze jedzenie, nie pomógł nawet rosół z gołąbka. Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska gasła. Jej żywot dobiegał kresu. Była tego świadoma i nie buntowała się, błagając tylko Stwórcę o miłosierdzie, miała bowiem świadomość, że grzesząc – jak każda ludzka istota, na wieczne odpoczywanie może liczyć jedynie wówczas, gdy Pan Bóg ulituje się nad jej duszą i w łaskawości swojej wybaczy i przyjmie do swej chwały. Miała świadomość, że nie była świętą, choć starała się żyć przyzwoicie i nie obrażać Stworzyciela.

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, wchodząc w zmierzch swojego żywota, trapiła się o los Ludki, a trapiła tym mocniej, że upłynęło wiele tygodni, a jej rodzicie nie tylko, że nie dostarczyli przyobiecanego posagu, ale w ogóle nie dali znaku życia. A teraz ona odchodziła, a jej młoda kuzynka za bardzo krótki już czas miała wydać na świat nowe życie i chyba zostać na tym nieprzyjaznym świecie sama…

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska poprosiła współsiostry na rozmowę i błagała, by nie odrzuciły Ludki, by pomogły dziewczynie, kiedy ona już zamknie oczy.

* * *

– Przyj! Przyj! – mniszka w trudnym do określenia wieku, korpulentna, o jowialnej twarzy i krzepkich spracowanych dłoniach pochylała się nad Ludką. – No, jeszcze raz. Jeszcze trochę. Wytrzymasz. Nie ty pierwsza, nie ty ostatnia. Już widać główkę…

Rodząca przygryzała wargi i wpijała się palcami w brzegi łóżka, starając się stłumić w sobie krzyk bólu, ale nad cichym pojękiwaniem nie potrafiła zapanować.

– No jeszcze raz! Świetnie! Już po wszystkim!

Do uszu położnicy dobiegł płacz dziecka. Usiłowała się podnieść, by je zobaczyć.

– Leż spokojnie. Siostra Małgorzata cię oporządzi, a ja w tym czasie zajmę się dzieckiem, obmyję je z krwi.

I rzeczywiście, po parunastu minutach, gdy Ludka leżała już czysta w świeżej pościeli, zakonnica-akuszerka podała jej dziecko.

– To chłopczyk. Masz zdrowego syna. Jak mu dasz na imię?

– Nie myślałam o tym.

– A co byś powiedziała na to, żeby jego patronem został św. Jerzy? Dużo zła ci się przytrafiło, a św. Jerzy ze Złym walczył i Złego pokonał. Niechby ochraniał tego tu chłopczynę.

– Macie, matko, rację. Niechże będzie Jerzy. To dobre imię i ładne.

Dziewczyna uśmiechnęła się, ale jednocześnie w oczach zaszkliły się jej łzy.

* * *

Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska w lewej ręce ściskała różaniec, prawą trzymała się za serce. Ciężko i z niezmiernym trudem oddychała. Z czasem ów ciężki oddech przerodził się w rzężenie. Mniszki otaczające posłanie konającej zrobiły miejsce dla kapłana, który udzielił jej ostatniego namaszczenia i zaopatrzył Wiatykiem. Otworzyła oczy i wyszeptała jedno słowo:

– Jezus…

Z sąsiedniej celi uszu modlących się doleciał głośny płacz noworodka.

Umierająca bezgłośnie poruszyła wargami, przymknęła oczy i wydała ostatnie tchnienie. Jej zmęczona starością i chorobą twarz wygładziła się, wypogodziła, a na wargach zagościł jakby uśmiech…

* * *

Nowo obrana ksieni, Wielebna Panna Scholastyka Ossowska, spoglądając poważnym wzrokiem na pannę Ludmiłę Białecką, z troską kręciła głową.

– Dziecko drogie – odezwała się w końcu do dziewczyny. – Nieba bym ci chciała przychylić, ale cóż ja mogę? Ustawy zakonne takie są, jakie są, a nie inne… Panny z dzieckiem nie możemy tu trzymać i jeszcze mieć ją na utrzymaniu… będziesz, niestety, musiała odejść…

– A gdzież ja się, Wielebna Matko, podzieję? Rodzice, jak się domyślam, wyrzekli się mnie i pozbyli…

– Oj, chyba nie – zaprzeczyła ksieni. Twoja ciotka, a moja poprzedniczka na urzędzie, szukała ich. Pisała zarówno do waszego majątku, do rządcy, jak i do pani Czerenowskiej, ciotki twojej, dokąd matka twoja miała się udać, iżby tam symulować ciążę i poród, wszelako ani tu, ani tam żadne z twoich rodziców nie dotarło. Obawiam się tedy, iż mogło się im przydarzyć jakieś nieszczęście, że gdzieś w drodze albo spotkał ich nieszczęśliwy wypadek, albo-li też ich ktoś ubił. Może rabusie? Może złasili się na ichni dobytek, na brykę, na konie? Bóg to raczy wiedzieć. Tak czy inaczej, z tego, co udało się ustalić mojej poprzedniczce, nie porzucili cię oni, ani się też nie wyrzekli. Tak czy inaczej, ostałaś się sama na świecie i na dodatek z tym tu oto dziecięciem, które nie wiem, jak bez męża wychowasz, jak je wykarmisz… Dlatego tak sobie pomyślałam, że najlepiej uczynisz, jeśli powrócisz w rodzinne strony…

– I co tam powiem, Wielebna Matko? Że czyje to dzieciątko?

Ksieni się przeżegnała trzykrotnie, szepcząc za każdym przeżegnaniem „Boże wybacz” i w końcu tak rzekła:

– Ja wiem, wiem, iż to grzech, ale tuszę, że Pan Bóg przymknie nań swoje miłosierne oczy… Taaak… – zawiesiła głos na dłuższą chwilę, a potem ciągnęła myśl. – Dziecię trzeba ochrzcić… A ja poproszę kapelana, iżby wystawił mu metrykę, w której jako rodziców wpisze twojego ojca i matkę. Ty zaś będziesz się od tej chwili podawać za jego siostrę.

– A co powiem, że gdzie się podziali? Dziecko zostawili pod moją opieką, zgoda, lecz gdzież oni są?

– Tu już prawdę rzekniesz. Wyjechali bryką za jakimś interesem, lecz już nie wrócili. Słuch o nich zaginął. Przepadli bez wieści… Powiesz, że ciotka twoja, Wielebna Panna Katarzyna Poraj Burzeńska, prowadziła śledztwo w tej sprawie, wszelako nie dało ono żadnego rezultatu. Przepadli – niczym kamień w wodę… A teraz już idź, dziecko, do swojej celi i szykuj się do drogi. Wyekwipujemy i wyprowiantujemy cię, jak się tylko da najlepiej, co byś z niedostatku w drodze nie ucierpiała. Rozpytamy się też, czy ktoś z przejezdnych nie udaje się w kierunku Sandomierza, to może byś się z nim przy okazji zabrała.

Ludce wargi wygięły się w podkówkę, a broda jęła drżeć. Oczy zwilgotniały, a gardło się ścisnęło i poczuła w nim gorycz. Przemogła się jednak i pohamowała płacz. Podziękowała ksieni, pocałowała ją w rękę i ruszyła do swojej izdebki.

* * *

Majowy ranek perlił się kroplami rosy, które obsiadły świeżo rozwite kwiaty, trawy i zioła. Perlił się ptasim śpiewem i rozjaśniał słońcem, które dźwigało się nad widnokrąg. Ponieważ było już po świętej Zofii4, więc noce zaczynały być cieplejsze i skończyło się niebezpieczeństwo wiosennych przymrozków. Rozmaite ptaki śpiewały o poranku, a tuż przed świtaniem kląskały słowiki gnieżdżące się w gęstych zaroślach, porastających brzeg strumienia o krystalicznej wodzie, szemrzącego tuż za murem klasztornym perlistą strugą, zasilającego staw należący do mniszek, w którym od czasu do czasu rzuciła się ryba, marszcząc gładką, odbijającą błękit bezchmurnego nieba, połyskliwą powierzchnię.

Ludka tuliła w ramionach synka i czekała, aż przyniosą jej coś do zjedzenia, po porodzie bowiem nie była zapraszana do refektarza. Okienko jej celi zwrócone było w kierunku głównej bramy, wiodącej ku zabudowaniom klasztornym. Ludka, nosząc Jerzego na rękach, od czasu do czasu zerkała w nie, jednocześnie nasłuchując odgłosu mniszych sandałów na korytarzu. I oto naraz, nieomal w tej samej chwili, posłyszała nie tylko ów odgłos, ale też z zewnątrz stukot końskich kopyt i ostry turkot drewnianych kół okutych żelaznymi obręczami jakieś bryki, która wjechała na podjazd, wiodący do klasztornej bramy, a wybrukowany nierówno polnym szpatem.

– Prr! – jakiś silny męski głos powstrzymał konie i pojazd się zatrzymał.

Niestety, Ludka niczego nie mogła wypatrzyć, ponieważ podwoje furty były zawarte. Odeszła zatem od okna, bo posłyszawszy pukanie w futrynę, musiała otworzyć drzwi i wpuścić do celi zakonnicę, która przyniosła jej posiłek.

Była to starowinka, o twarzy rumianej, ale pomarszczonej jak uschnięte w duchówce jabłko. Babuleńka trzęsącymi się dłońmi niezgrabnie ustawiła naczynia z jadłem na niewielkim stoliczku, uśmiechnęła się życzliwie do dziewczyny i bez słowa wyszła.

Nie minął jednakże i kwadrans, kiedy Ludka ponownie usłyszała stukanie do drzwi. Odsunęła cynowy talerz z prawie zjedzoną kaszą ze skwarkami (musiała się lepiej odżywiać, bo karmiła dziecko), wstała i otworzyła. W progu zobaczyła tę samą starowinkę.

– Chodźże dziewczyno, Wielebna Ksieni cię prosi. Do rozmównicy.

– A co pocznę z dzieckiem?

– Nie martw się, ja z nim zostanę do twojego powrotu. Zresztą… takie polecenie mi wydano.

– Bóg zapłać, matko, Bóg zapłać.

Ludka skinęła głową i ruszyła długim sklepionym korytarzem…

* * *

– O, dobrze, że już jesteś.

Ksieni, na widok Ludki, z nieskrywanym zadowoleniem wypowiedziała to zdanie, nieomal podnosząc głos. Rychło się jednak zmitygowała, skromnie spuściła oczy i dokończyła nieco tylko głośniejszym szeptem:

– Oto państwo Dunin-Smoszewscy, Stanisław i Anna. Udają się do Sandomierza w jakowychś sprawach spadkowych. A że serca mają dobre, to posłyszawszy o twoich nieszczęściach, przynajmniej w tym utrapieniu chcą ci ulżyć i ofiarowali się zabrać cię w rodzinne strony.

– A nie będzie im wadzić dzieciątko?

– Mówisz o swoim braciszku? – zapytała ksieni.

– Wła… właśnie… tak… tak jest… o braciszku – dziewczyna jąkała się i zacinała.

– Nie denerwuj się, moja córko. Pani Anna dzieci zwyczajna, swoich ma dwanaścioro, a najmłodsze liczy sobie coś koło tego, co ten twój braciszek – dorzucił pan Stanisław.

– Swoich? – szlachcianka groźnie popatrzyła na męża.

– No… naszych, duszko, naszych.

Pani Anna, słysząc te słowa, rychło się udobruchała.

– Ponoć jesteś już spakowana na wyjazd?

– Tak, pani. Jestem – potwierdziła Ludmiła.

– A śniadałaś już?

– I owszem, śniadałam.

– Tedy zbieraj się i ruszajmy w drogę. Chcielibyśmy bowiem do wieczora ujechać znaczny kęs drogi.

Ludka bez słowa zawinęła się i prawie biegiem ruszyła w stronę swojej celi.

* * *

Bryka toczyła się dostojnie, nie za wolno, nie za szybko. Pan Stanisław na ogół milczał, a odzywał się wyłącznie wtedy, kiedy go o coś zapytano, za to pani Annie usta się nie zamykały.

– A powiedz no, panna, czy ów zbiegły z wieży Jakub Białecki to jakiś twój krewniak? Z którychże to on Białeckich?

– Anulka! – pan Stanisław starał się utemperować żonę, ta jednak nie zważała na niego i naciskała na Ludkę. – No więc jak? Krewniak?

– Brat rodzony – Ludmiła spłoniła się niczym piwonia, aż po samo czoło.

Na chwilę zapadło niezręczne milczenie. Przerwał je pan Stanisław.

– Cóż, aśćka, rodziny sobie nie wybieramy…

– Ale, ale! – przerwała mu pani Anna. – A mnie doszły słuchy, i to od osoby absolutnie wiarygodnej, bo od samego przewielebnego księdza archidiakona sandomierskiego, iż brat twój czmychnął na francuski dwór naszego zbiegłego króla Henryka, aby go o ułaskawienie prosić, bo przez cały czas z uporem twierdził, iż nie jest winny zarzucanych mu zbrodni. I nawet widziano go w Paryżu. Ba! W samym Luwrze go widziano. I nawet w otoczeniu króla!

– Prawda-li to być może? – zainteresowała się Ludka.

– Głowy sobie nie dam uciąć, wszelako ksiądz archidiakon to człek stateczny, prawdomówny i godzien zaufania. Czemuż by zatem miał zmyślać coś, co w rzeczy samej jest mu przecie obojętne?

– Hm… stateczny, prawdomówny i godzien zaufania. To ciekawe, skąd się wzięło powiedzenie: Nie powierzaj żony mnichowi, a pieniędzy jezuicie – mruknął pan Stanisław.

– Zamilcz, bluźnierco!

– No tak… Zatem Jakub jest w Paryżu… – powiedziała Ludka.

Może być w Paryżu, może… a to znaczna różnica. Ale, ale, a cóż ci to chodzi po głowie, moje dziecko? – zainteresowała się pani Anna. – Chyba nie zamiarujesz jechać go szukać?

– Kto wie? Samam teraz jak palec…

– A ten maleńki braciszek?

– Sama, bez pomocy, wychowaniu nie podołam… Może zechce go wziąć na wychowanie ciotka Czerenowska? Bezdzietna jest, majętna i jeszcze niestara… Wuj też człek poczciwy. Jerzy krzywdy by tam nie miał.

– Hm… może i masz rację. Może istotnie zapytaj krewną, panią Czerenowską?…

Pani Anna nie dokończyła zdania, ponieważ w tejże chwili dziecko zaniosło się płaczem.

– Zobacz, może ma mokro.

Ludka sprawdziła.

– Nie, sucho.

– Więc głodny.

Ludka odruchowo uniosła rękę w kierunku piersi, ale w porę się powstrzymała. Na szczęście Dunin-Smoszewscy niczego nie zauważyli.

– Ale czymże go nakarmię?

– A w klasztorze? Czymże tam karmiłaś? Krowim mlekiem?

– Nie, przychodziła mamka ze wsi – skłamała Ludka.

– To i pech – mruknął pan Stanisław. – Tu bowiem mamki nie ma, a dziecko nakarmić trzeba.

– Więc je nakarmimy.

Pani Anna rozpięła suknię i bez skrępowania wydobyła na wierzch obfitą i nabrzmiałą mlekiem pierś.

– Dajże mi to dzieciątko, ja je nakarmię. Na szczęście, chociaż nasza najmłodsza, Justysia, karmiona jest przez mamkę, mnie jeszcze pokarm nie zanikł. Widać w tym palec Boży! Palec Boży, jak nic!

Ludka podała pani Annie dziecko, które po chwili zaczęło łapczywie ssać podany mu sutek.

* * *

Pani Anastazja Czerenowska, żona Krzysztofa herbu Czewoja, który żadnych urzędów nie piastował, a jeno pole orał, siał pszenicę i hreczkę, z niekłamaną radością przyjęła swoją siostrzenicę Ludkę, która zjechała do niej wraz z maleńkim braciszkiem.

– To i cóż planujesz, moja droga? – pytała ciotka.

– No właśnie – wtórował jej wuj.

– Sama jeszcze nie wiem…

– Posłuchaj zatem. Jest wyjście. Zostaw braciszka u nas, na wychowanie, nie kłopocz się o niego więcej. My dzieci nie mamy, a bardzo byśmy chcieli. Cóż, Pan Bóg naszych modłów nie wysłuchał. Ale nie mamy żalu o to. Już On tam lepiej wie, co dla naszego zbawienia dobre, co ważne, a co nieistotne.

Słysząc te słowa, Ludka uradowała się, że sama nie musiała występować z taką krępującą prośbą, a ponadto zrozumiała, że rodzice nie zdążyli wujostwa w nic wtajemniczyć i ciotka była pewna, że Jerzy to nie jej dziecko, lecz młodszy braciszek. Odetchnęła z nieopisaną ulgą, bo już miała pewność, iż rzecz całą da się w tajemnicy utrzymać.

– Cóż tak wzdychasz? – zapytał wuj.

– Ano, bo kamień spadł mi z serca. Nie bardzo bowiem wyobrażałam sobie, jak sama podołam wychowaniu tej kruszyny.

– Słowem, zgadzasz się na naszą propozycję? – upewniła się ciotka.

– A jakże – odparła Ludmiła i ucałowała wujostwu ręce.

– No, nie trzeba, nie trzeba – sumitował się wuj. – Dobrze tu chłopczynie będzie. Ptasiego mleka mu nie zbraknie. A jak pomrzemy, to cały majątek po nas weźmie.

Ludce oczy zaszły łzami.

– Zaraz trzeba posłać kogoś ze służby na wieś, co by zgodził mamkę. A ty, dziewczyno, siedź u nas, ile zechcesz. A nie zechcesz, to wracaj pod Sandomierz, do siebie. Dobrze by ci było męża znaleźć… chociaż… łatwe to nie będzie, iżby cię zechciał ktoś poczciwy, po tym, co twój brat nabroił. Jakiś świszczypała, łakomy na majątek pewnikiem by się znalazł, ale takiego brać? To już lepiej w staropanieństwie żyć… Chociaż, może na zapas się trapimy? Może ci się wszystko jeszcze dobrze w życiu ułoży?

– A może ojciec i matuś się odnajdą? – z tęsknotą w głosie powiedziała Ludmiła.

– Oj, na to bym nie liczyła – ciotka ze zbolałą miną przecząco pokręciła głową. – Tyle czasu już minęło i ani widu, ani słychu. Zbóje, jak nic zbóje, ich dopadli.

– To by się żaden po nich ślad nie został? – do wuja jakoś to wytłumaczenie nie trafiało.

– Konie, bryka, łasa rzecz. Konie Cyganom sprzedać, brykę przemalować… Dobytek, jaki mieli, odzienie i to się może rozpłynąć, przecie nie było tego wiele. Ledwo tyle, co na sobie mieli. A trupy? Jak porzucili w lesie, to je wilcy zjedli, a mogli i do wody cisnąć. A choćby i ciała wypłynęły opuchłe, a nagie, to kto by je tam poznał…

– Duszko, dajże pokój z tymi opowieściami. Ludka już płacze, a i mnie się mroczno w duszy zrobiło. Dajże tedy pokój. O, popatrz, idzie Bartkowa, widać się na mamkę zgodziła. Młoda, zdrowa, silna, urodna to i pewnie dobry pokarm ma. To już przynajmniej ten problem się rozwikłał. Niech zamieszka ze swoim dzieciakiem we dworze, iżby Jerzego nie trza było do niej nosić. A kiedy ona porodziła? I co?

– Kasię, dziewczynkę, ze dwa miesiące młodszą od naszego Jureczka – odparła dziedziczka, podkreślając słowo naszego. Jak widać, już się poczuła matką.

– To i dobrze, będzie się miał chłopczyna z kim bawić, z mleczną siostrą.

* * *

Ludka nie chciała zostać we dworze wujostwa. Podziękowała za wszystko pięknie i postanowiła ruszyć niby to do Sandomierza, a tak naprawdę to o Sandomierz tylko zahaczyć, zajechać do rodzinnego dworu, zaopatrzyć się w gotowiznę, ubrania, prowiant i ruszyć na poszukiwanie brata do Paryża.

A przypadkiem tak się świetnie złożyło, iż akurat przejeżdżał tamtędy orszak wojewody sandomierskiego pana Jana Kostki, herbu Dąbrowa, który wraz ze świeżo poślubioną małżonką, Zofią Odrowążanką, córką ostatniej księżnej mazowieckiej Anny Piastówny i Stanisława Odrowąża, primo voto Tarnowską, wdową po hrabim Janie Krzysztofie, podróżującą wraz z fraucymerem, uprosiła, by mogła się do orszaku przyłączyć.

Do Sandomierza miała tedy zapewnioną bezpieczną podróż, a co będzie potem, jak sobie poradzi w drodze do Francji, na razie nie myślała. Bo też i młodzi ludzie nie zaprzątają sobie nadto głów przed czasem, powierzając wszystko szczęściu czy też losowi.

Konie ruszyły truchtem. Koła zaturkotały na wyboistej drodze, zostawiając za sobą obłoczki kurzu. Daleko, na horyzoncie, rysowała się ciemna wstęga lasu, niebo rozciągające się nad głowami czyściuchne było, bez jednej chmurki, ptaki po zaroślach rosnących wzdłuż traktu upojnie śpiewały, chłodnawy poranek powoli się rozgrzewał, słoneczko zaczynało przypiekać. Cudnie było na świecie i tak bardzo spokojnie…

Książkę w wersji papierowej można kupić tu:

Wydawnictwo Armoryka

wydawnictwo.armoryka@armoryka.pl

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierza

e-book tu:

https://virtualo.pl/ebook/wieszczba-krwawej-glowy-i235158/

audiobook tu:

https://virtualo.pl/audiobook/wieszczba-krwawej-glowy-i246215/

1Wymioty.

2Sum (łac.) – jestem.

3Ojciec.

4Po 15 maja.

Jeźdźcy Apokalipsy. „Z  Wartą nie warto”. 

Jeźdźcy Apokalipsy

 Izabela Brodacka 29 11.2022

17 października w Krakowie na ul. Mickiewicza doszło do wypadku drogowego, w którym brał udział kierujący samochodem marki lexus aktor Jerzy Stuhr oraz motocyklista. Jak się okazało Jerzy Stuhr miał około 0,7 promila alkoholu we krwi. 
Jerzy Stuhr, znany przede wszystkim z tego, że za granicą wstydzi się mówić po polsku dołączył do grona nietykalnych Świętych Krów. Są to miedzy innymi Piotr Najsztub, Włodzimierz Cimoszewicz oraz nie żyjący już Henryk Wujec. 
Sąd w Piasecznie uznał, że Piotr Najsztub jest niewinny spowodowania w październiku 2017 roku wypadku, w którym potrącił 77-letnią kobietę przechodzącą przez pasy. Sąd uznał, że to starsza pani jest winna, gdyż wtargnęła na przejście dla pieszych. 
Włodzimierz Cimoszewicz potrącił na przejściu dla pieszych w Hajnówce 70-letnią rowerzystkę. Auto, które prowadził, nie posiadało ważnych badań technicznych. Potrącona kobieta miała złamaną kość podudzia i rany twarzy. Parlament Europejski dopiero w marcu 2022 roku podjął decyzję o pozbawieniu immunitetu eurodeputowanego Włodzimierza Cimoszewicza z grupy parlamentarnej Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów, więc proces w tej sprawie jeszcze się nie rozpoczął. Włodzimierzowi Cimoszewiczowi postawiono zarzuty spowodowania wypadku i ucieczki z miejsca zdarzenia. Te przestępstwa są zagrożone obecnie karą do 4,5 roku pozbawienia wolności.
Kierujący toyotą zmarły w 2020 roku Henryk Wujec, wówczas doradca ówczesnego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, potrącił przechodzącego na pasach mężczyznę, który doznał urazu głowy i spędził w szpitalu kilka tygodni. Wujec usłyszał zarzut potrącenia pieszego, groziło mu za to do trzech lat więzienia. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa uniewinnił jednak Wujca w kwietniu 2017 r., zaś Sąd Najwyższy oddalił kasację Ministra Sprawiedliwości wniesioną na niekorzyść Wujca.
 Gospodarz „Faktów” TVN Piotr Kraśko został skazany na 7,5 tys. zł grzywny i rok zakazu prowadzenia pojazdów mechanicznych, po tym jak przyłapano go na kierowaniu autem bez prawa jazdy, a Kamil Durczok zgodnie z orzeczeniem sądu opublikowanym 30.03.2021 roku został uznany za winnego prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu, w związku z czym został skazany na  rok pozbawienia wolności, w zawieszeniu na 2 lata.
Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu i spowodowanie wypadku bez ofiar śmiertelnych, grozi kara więzienia do 4,5 lat, zakaz prowadzenia pojazdów od 3 do 15 lat oraz sankcja finansowa w wysokości od 10 000 do 60 000 złotych. 

 Jerzy Stuhr liczy zapewne, że jego sprawę– podobnie jak sprawy Najsztuba i Wujca rozpatrzy Kasta Niezwykłych Ludzi.
„.. ( jeżeli) musiałbym stanąć przed obliczem sądu, to chciałbym mieć jedną pewność – że ten sąd nie jest poddany żadnej presji, żadnej opcji, żadnemu naciskowi np. partyjnemu” – powiedział Stuhr, dodając: „wtedy takiemu sądowi poddam się z ufnością. Takich sądów chciałbym,  o takich sądach marzę  i w takie sądy wierzę, że mogą mnie sprawiedliwie z czarną opaską na oczach osądzić”. 
14 kwietnia tego roku doszło do śmiertelnego wypadku motocyklisty na drodze S8. W zdarzeniu brało udział auto, którym podróżowali była  prezes SN Małgorzata Gersdorf i jej mąż. Zdaniem dziennikarzy nie tylko nie zatrzymali się, by udzielić pomocy ofierze, ale nawet nie powiadomili odpowiednich  służb.

Dwadzieścia dwa lata temu Wiesław Pszczółkowski, późniejszy burmistrz Łomianek, staranował na ulicy Puławskiej samochód pani Pauli Powązka. Został za to skazany w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa w dniu 25.04.01 roku wyrokiem z artykułu 177 § 1 KK  na sześć miesięcy  w zawieszeniu na dwa lata. W procesie apelacyjnym Sąd Okręgowy w dniu 20.02.2003 roku podtrzymał ten wyrok nie zabezpieczając prawa poszkodowanej do nawiązki od sprawcy wypadku ani nie proponując postępowania adhezyjnego.  Warta, w której ubezpieczony był służbowy samochód sprawcy wypadku wypłaciła poszkodowanej 3000 złotych. Naprawa jej samochodu kosztowała wielokrotnie więcej i dokonano jej za pieniądze z AC poszkodowanej. Do dziś dnia poszkodowana nie doczekała się odszkodowania z Warty za szkody które poniosła. Przede wszystkim za spowodowane wypadkiem bardzo poważne problemy zdrowotne wymagające kosztownej rehabilitacji a potwierdzone pełną dokumentacją medyczną.

Dokładnie w dziesiątą rocznicę wypadku, w dniu  5.01.2010 roku  odbyła się pierwsza rozprawa przeciwko Warcie sprawy z powództwa cywilnego założonej przez Paulę w 2009 roku po odnalezieniu akt sprawy karnej Pszczółkowskiego, które dziwnym trafem zaginęły na cztery lata w III Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla Warszawy Mokotowa. Okręgowego. Sędzia Janina Dąbrowiecka nie zabezpieczyła poszkodowanej renty tymczasowej i zwrotu poniesionych udokumentowanych rachunkami kosztów leczenia rehabilitacyjnego od dnia wypadku do pierwszej rozprawy. Jedyne co potrafiła powiedzieć to: „jak wam brakuje pieniędzy to idźcie do Opieki Społecznej”. Chora faktycznie zwróciła się do Opieki Społecznej aby uzyskać ubezpieczenie zdrowotne. Do tej pory tego ubezpieczenia jednak nie otrzymała ani nie doczekała się odszkodowania od Warty. Natomiast na wniosek Opieki Społecznej od pięciu lat toczą się kolejne postępowania mające na celu jej ubezwłasnowolnienie, a więc odebranie jej prawa do decydowania o sobie. Zarówno sprawa przeciwko Warcie o odszkodowanie jak i o ubezwłasnowolnienie poszkodowanej toczą się (a właściwie ślimaczą) w tym samym wydziale XXIV Cywilnym Sądu Okręgowego. SOO Tomasz Wirzman prowadził sprawę karną w X Wydziale Karnym. Obecnie del. SSR Anna Zalewska prowadzi sprawę cywilną w XXIV Wydziale Cywilnym wraz ze sprawą o ubezwłasnowolnienie.  

Trudno oprzeć się wrażeniu że opieszałość sądów jest w interesie Warty, która uzależnia wypłatę odszkodowania od zakończenia sprawy o ubezwłasnowolnienie. Mataczenie Warty w kwestii wypłaty odszkodowania trwa już dwadzieścia dwa lata. Orzeczenie ubezwłasnowolnienia byłoby dla Warty korzystne, bo poszkodowana straciłaby prawa cywilne i praktyczną możliwość dochodzenia czegokolwiek.

Jak twierdzi Konrad Osajda profesor nauk prawnych, ubezwłasnowolnienie ma służyć wyłącznie interesom ubezwłasnowolnionego a w żadnym przypadku nie może służyć ochronie instytucji państwowych czy osób trzecich przed jego roszczeniami. Ale jak widać sądy nie muszą przejmować się poglądami profesorów uniwersytetu.

A co do Warty- powinna zmienić slogan reklamowy. Proponuję: „z  Wartą nie warto”. 

Kibice szaleją, rzut rożny, karny… – A 6500 osób zginęło w trakcie budowy stadionów. – Ale Jazda! Bawimy się! – Czy FIFA to mafia?

Kibice szaleją, homoseksualiści w „pierdlu”, a 6500 osób zginęło w trakcie budowy stadionów. Ale Jazda! Bawimy się! Czy FIFA to mafia?

Zygmunt Bronislaw Polatynski https://gloria.tv/post/Sgk4UBFdQJZc3oW2WRqvGxdkk

Jest pięknie, bawimy się. Padają bramki, kibice szaleją, kilku homoseksualistów zamknięto w więzieniu, ale cóż, zabawa trwa. Rzut rożny, karny, zwycięstwa, porażki, remisy, notowania, gwiazdy piłki nożnej dają „czadu”. Jest super bawimy się!

Szkoda tylko, że przy tej całej międzynarodowej imprezie zapomina się o ludziach. A dokładnie o około 6500 osób, które zginęły w trakcie budowy stadionów na mistrzostwa świata w Katarze.

Ponad 6,5 tys. robotników z Azji Południowej straciło życie przy budowie stadionów na piłkarskie mistrzostwa świata w Katarze, poinformował The Guardian. Robotnicy pracowali w złych warunkach i bez zabezpieczeń. The Guardian opiera się jednak tylko na oficjalnych danych, co oznacza, że w rzeczywistości liczba zgonów może być jeszcze wyższa. I tutaj na samym wstępie „walimy z grubej rury”, i stawiamy pytanie: czy FIFA to mafia? Osobiście uważam to pytanie za pytanie retoryczne, gdyż odpowiedź jest dość jasna i klarowna. W trakcie budowy stadionów na mistrzostwa świata w piłce nożnej w Katarze, zginęło oficjalnie ponad 6000 osób. To więcej niż na nie jednej wojnie. A mimo to, wszyscy bawią się i „nie ma tematu”. Zatem stadiony w Katarze to stadiony do gry, czy raczej cmentarze?

W Katarze kobiety nie mogą wyjść za mąż jeżeli nie otrzymają pozwolenia ze strony swojego „męskiego opiekuna”. W Katarze homoseksualiści trafiają do więzień, nawet na trzy lata. Kobiety są zmuszane do chodzenia w „szmatach”, zakrywających całe ciało, bez względu na temperatury. Panuje „kastowość ludzki”, wyzysk i dyskryminacja na każdym możliwym poziomie. Innymi słowy „pierdnij” gdzie nie trzeba, a trafisz do „pierdla”.

ALE gdy ginie ponad 6000 ludzi, to nikt tego nie dostrzega. Czy nie myślicie, że coś tu jest nie tak?Ja wam napiszę w wielkim skrócie, co jest tutaj nie tak. Otóż ktoś kiedyś powiedział: „świat jest jednym, wielkim psychiatrykiem, którego zarząd i administrację przejęli pacjenci”. I ja to zdanie pozwolę sobie parafrazować: „Katar jest jednym, wielkim psychiatrykiem, którego zarząd i administrację przejęli pacjenci”.

Innej opcji nie widzę, gdyż nie można przejść obojętnie nad śmiercią choćby jednego człowieka, a co dopiero około 6500 osób!A wiecie co jest jeszcze w tym wszystkim tragiczne?

Pozwólcie, że posłużę się cytatem który to wyjaśni: „Większość populacji nie rozumie, co się naprawdę dzieje. I nawet nie ma pojęcia, że nie rozumie”. Słowa te wypowiedział Noam Chomsky. Innymi słowy można by to ująć w taki o to sposób, że w XXI wieku świat stał się dosłownie „jednym wielkim wariatkowem”, w którym panuje „pomieszanie i poplątanie”.Reasumując, zatrzymajcie się na moment i zastanówcie. Otóż ludzie, którzy mają usta pełne frazesów, wzniosłych idei, dziś bawią się na trupach ponad 6000 osób, z uśmiechem na twarzy i nawet powieka im nie drgnie. Oto z kim mamy do czynienia. I zaznaczam, że nie mam tutaj na myśli, zwykłych kibiców, którzy zwyczajnie mogą nie rozumieć wielu kwestii, lub nie wiedzieć o tym,być może dowiedzą się o tym dopiero po powrocie z mistrzostw.
Jednakże włodarze FIFA, politycy, goście, tak zwane VIP’y i ich poplecznicy, doskonale zdają sobie sprawę z cmentarzyska na którym stoi dziś impreza mistrzostw świata w piłce nożnej. I niech ktoś mi teraz powie, że to nie są „zwyrodniali szaleńcy”.

A zaznaczam, to tylko „wierzchołek góry lodowej”. Deprawacja, demoralizacja, bestialstwo, czyli po prostu „po trupach do celu”, i to DOSŁOWNIE, to jest właśnie ich motto przewodnie.

Fenomen na skalę światową. Rząd chce opodatkować cukier… występujący w owocach.

MF planuje usunąć zapisy obejmujące zwolnieniem od tego obciążenia produktów, które naturalnie zawierają cukier, pochodzący z owoców.

https://obserwatorgospodarczy.pl/2022/11/29/fenomen-na-skale-swiatowa-rzad-chce-opodatkowac-cukier-wystepujacy-w-owocach

Jak podają analitycy Instytutu Staszica, tzw. opłata cukrowa, wprowadzona w 2020 r., budziła ogromne kontrowersje wśród przedsiębiorców i wśród ekspertów. Krytykowano między innymi fakt, że rząd – pod pretekstem „troski o zdrowie Polaków” – chce nałożyć na polskie firmy nowy podatek. Wskazywano, że rządowe prognozy przychodów z tego tytułu są znacznie zawyżone. Te przewidywania się spełniły i dzisiaj, mimo groźby kryzysu gospodarczego, szykowane są regulacje zaostrzające jeszcze ustawę i nakładające na przedsiębiorców kolejne obciążenia. Do czego może doprowadzić nowa opłata cukrowa w Polsce? 

Instytut Staszica ostrzega, że zmiany, proponowane pod pretekstem prac porządkujących pobór opłat, mogą mieć negatywne skutki dla branży rolno-spożywczej i wierzy, że w konstruktywnym dialogu na linii Ministerstwo Finansów – polskie firmy (również reprezentowane przez organizacje branżowe i organizacje pracodawców) uda się wypracować rozsądne rozwiązania.

Nowe obciążenia pod pretekstem porządkowania przepisów

Oficjalnie resort finansów projektowaną nowelizacją chce jedynie uporządkować obowiązujące już przepisy, argumentując, że powiązanie opłaty cukrowej ze sprzedażą detaliczną napojów powoduje szereg wątpliwości. Ministerstwo zwraca m.in. uwagę na niemożność objęcia opłatą produktów sprzedawanych przez Internet.

Instytut Staszica alarmuje, że zmiany te mogą mieć jednak inny rezultat:

Niestety, plany MF nie dotyczą tylko skuteczniejszego poboru opłaty, ale obejmują znaczące jej rozszerzenie. Opłata cukrowa objąć ma bowiem tak wartościowe produkty z owoców i warzyw, jak nektary i napoje z wysoką, co najmniej 20-procentową zawartością soku, w których nie ma dodatku cukru, a także naturalne soki, które nie mają dodatku cukru, ale do których dodawane są składniki zwiększające i ch wartości zdrowotne.

Nowa opłata cukrowa obejmie także napoje oddawane na cele charytatywne. Ministerstwo Finansów oficjalnie zapewnia, że „procedowany projekt nowelizacji ustawy o zdrowiu publicznym w zakresie opłaty od środków spożywczych (tzw. opłaty cukrowej) utrzymuje dotychczasowy zakres przedmiotowy ustawy i w żaden sposób go nie rozszerza”.

Z taką interpretacją nie sposób się zgodzić. Zakres produktów objętych opłatą cukrową istotnie się zmienia, jako że MF planuje usunąć zapisy obejmujące zwolnieniem od tego obciążenia produktów, które naturalnie zawierają cukier, pochodzący z owoców.

Jak podaje IS, wniosek jest oczywisty: pod pretekstem uściślenia przepisów ustawowych, rząd chce rozszerzyć opłatę cukrową na wartościowe napoje z owoców i warzyw, zawierające jedynie cukier naturalnie występujący w owocach.

Mamy do czynienia ze swoistą innowacją na skalę światową: opłatą od cukru naturalnie występującego w owocach. Nie ma więc wątpliwości, że cel regulacji nie ma nic wspólnego z polityką zdrowotną i jest czysto fiskalny. Ta proponowana zmiana przepisów zmusi producentów do zaniechania inwestycji w produkty wartościowe i zdrowe w przystępnej cenie. Należy się spodziewać, że skoro wartościowe produkty będą za drogie, nie będą kupowane albo też mogą zostać zamienione przez inne, pozbawione wartości zdrowotnych i tanie produkty bez zawartości soku owocowego. Zdaniem przedstawicieli branży spożywczej, wprowadzenie opłaty cukrowej na produkty bez dodatku cukru, typu sok z dodatkami lub wodą, spowoduje wzrost ceny tych produktów o ok. 10%. W dobie inflacji i rosnących cen żywności, takie dodatkowe obciążenie będzie bardzo odczuwalne dla polskich konsumentów – możemy wyczytać w stanowisku Instytutu Staszica.

Konsumpcja hamuje – podwyżki nie pomogą

Nieunikniona podwyżka cen na polskie nektary, wartościowe napoje, a nawet soki przyczynić się może do dalszego spadku konsumpcji. Wg danych GUS, konsumpcja żywności w Polsce w październiku br. spadła aż o 18,3% w stosunku rocznym. Przyrost odnotowały jedynie dwie branże: tekstylna i farmaceutyczna. Wyraźnie wyhamował m.in. wzrost sprzedaży żywności, który wyniósł jedynie 2,4% r/r – mimo tego, że w Polsce od lutego przybyły setki tysięcy uchodźców z Ukrainy, a więc dodatkowych konsumentów.

W ocenie ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego, w najbliższych kwartałach utrzyma się znaczne spowolnienie wzrostu sprzedaży detalicznej, z kolei analitycy Pekao SA mówią wręcz o ujemnej dynamice sprzedaży, co znajdzie odzwierciedlenie w stagnacji konsumpcji prywatnej. Polscy producenci żywności – i ich dostawcy – mają zatem przed sobą bardzo trudne miesiące.

IS dodaje również, że do tego dochodzą inne, negatywne czynniki – groźba recesji i przewidywanej długotrwałej wysokiej inflacji. Rosną ceny energii, surowców i koszty pracy. Polskie firmy stają w obliczu bardzo poważnych zagrożeń. Nowe obciążenia pogorszą ich sytuację, a skutkiem wdrożenia zapowiadanych rozwiązań będzie z pewnością spadek wykorzystania surowców na rynku owocowo-warzywnym.

W pierwszej kolejności skutki odczują dostawcy jabłek i owoców miękkich, takich jak czarna porzeczka, aronia, wiśnia i malina. Należy zauważyć, że bariera zapotrzebowania rynków światowych na owoce i ich przetwory, połączona ze spadkiem zużycia do produkowanych w kraju napojów, spowoduje dużą nadwyżkę owoców. Efektem będzie m.in. zmniejszenie wolumenu kontraktów przemysłu spożywczego z branżą rolniczą i sadowniczą. Spadek skupu owoców, głównie jabłek, wykorzystywanych do produkcji tego typu wyrobów, będzie odpowiadał produkcji ponad 500 średnich gospodarstw sadowniczych w Polsce, które tym samym stracą rynek zbytu – w dobie gospodarczego kryzysu.

Nowa opłata cukrowa w Polsce – regulacje wbrew rekomendacjom ekspertów

Nowe przepisy będą miały odwrotny od deklarowanego wpływ na zdrowie Polaków. Producenci w ostatnich latach poszerzyli swoją ofertę o liczne produkty na bazie przecierów i soków, otrzymywanych z krajowych owoców i warzyw, bez dodatku jakichkolwiek cukrów. Te starania zostaną przez ustawodawcę przekreślone przez wprowadzenie opłaty od nektarów i innych niesłodzonych napojów owocowych, zawierających jedynie cukry naturalnie występujące w owocach, a nawet od niektórych soków.

Konsumenci zaczną wybierać napoje tańsze, ze sztucznymi dodatkami. W dobie rosnących kosztów życia i rosnących cen taki wybór będzie nieunikniony. Przypomnijmy, że zgodnie z rekomendacją ekspertów żywieniowych, kategoria soków była i jest komunikowana jako jedna z pięciu porcji warzyw i owoców. Opodatkowanie soków z wartościowymi dodatkami jest działaniem dokładnie wbrew takiej rekomendacji.

[—] dalej w oryginale. Tu najważniejsze. MD

WHO zmieniła nazwę „małpiej ospy” na „mpox”, bo była rasistowska. Małpy zaprotestowały. Szczególnie feministki wśród samic.

WHO zmieniła nazwę „małpiej ospy” na „mpox”, bo była rasistowska. Małpy zaprotestowały.

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/who-zmienila-nazwe-malpiej-ospy-na-mpox-bo-byla-rasistowska

Światowa Organizacja Zdrowia zacznie używać nowego terminu „mpox” jako nazwy dla małpiej ospy i wezwała inne kraje do pójścia w jej ślady. Zmiana terminologii jest wynikiem skarg, iż obecna nazwa choroby jest rasistowska i stygmatyzująca.

Polityczna poprawność jest męcząca i głupia, ale gdy staje się rasistowska, jest szczególnie szkodliwa. Właśnie z pokazem takiej rasistowskiej politycznej poprawności mamy obecnie do czynienia w przypadku wezwania do zmiany nazwy „małpia ospa” na „mpox”. Jaką konkretnie rasę ta nazwa obrażała? A może sama ospa jest seksistowska, bo jest rodzaju żeńskiego co dyskryminuje kobiety? W tym szalonym świecie wszystko jest możliwe.

 A jeśli chodzi o ludzi, którzy mają ciemny kolor skóry to jakim trzeba być bydlakiem, żeby się komuś małpy kojarzyły z czarnoskórymi? Tylko rasiści mogli na to wpaść zatem ta operacja, obliczona na manifestowanie swojej tolerancji, okazała się największą rasistowską kampanią jaką można sobie wyobrazić. 

 Osoby o czarnym kolorze skóry powinny pozywać masowo WHO za te chamskie sugestie i udawaną troskę o brak stygmatyzacji i dyskryminacji.

=========================

mail:

Disney is paying the price! The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney. 40%, losses.

Disney is paying the price! The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney. 40%, losses.

https://citizengo.org/en-row/fm/209573-lgbtq-agenda-causes-shake-disney

The LGBTQ+ agenda causes a shake-up in Disney

CitizenGOstarted this petition toRobert A. Iger – 11/25/2022

We are winning the fight against Disney – it is now time they learn their lesson for good!

I bring good news on the Disney front. CEO Bob Chapek, one of the main crusaders for Disney’s turn to wokeism and its incorporation of LGBT ideology in its products, has been fired and replaced by his predecessor Robert Iger, in an embarrassing fashion. 

The radical woke obsession they so much betted on is taking a toll, and they know it!

Disney has seen its stock price plummet since Bob Chapek took charge of the company in 2021. Within the first two months of his taking over, Disney’s stock plunged a staggering 40%, losses further compounded by a more than $10 billion deficit incurred during the pandemic.

However, the fight is far from over.

Iger returns for two crucial years… It’s unclear if Iger will do anything to make the company less Woke, as he was who first advocated for fostering LGBTQ+ content. But now, after the financial collapse, we come across an opportunity to make Iger reconsider returning the company to family values or else pave the way for his successor to do it. 

Sign NOW and remind Robert Iger, newly appointed CEO of Disney, he must return to the family values instead of being the ruinous factory of LGBTQ+ indoctrination that it is now.

What happened? Over the last years, Disney has chosen to drift away completely from the family-friendly company it once started, becoming a perverse indoctrination machine that is a slave to the LGBTQ+ agenda.

The radical Left is seeking to groom children to adopt a radical LGBTQ+ lifestyle, and Disney is actively helping them do it. Disney’s corporate president Karey Burke stated in April she would like to see 50% of characters as LGBTQ+ or other politically chosen minorities.

Soon after, for the very first time in history, Disney included a lesbian kiss in a movie for children: Lightyear confirmed to dumbfounded parents across the world that Disney, today, is a hostage of the LGBTQ+ activists committed to corrupting our children through indoctrination. 

During Chapek’s tenure, the company became embroiled in a fight with Florida Governor Ron DeSantis after it chose to advocate against the state’s Parental Rights in Education bill, which prohibits teaching gender ideology and sexual orientation in kindergarten through third-grade classrooms.

What we can be sure of, is that Disney is in clear disarray, and it is our moment to capitalize. They know we are right, and they know they have to give in if they want to start mending their financial disaster. 

It’s time to once again, turn up the heat, and drive this message home, loud and clear – that a continuation of the woke leftist agenda in its products will be the catalyst to Disney’s downfall. 

Thanks to your unending support and the incessant pressure of thousands of citizens through our campaigns have coerced on the company, Disney is slowly realizing that their leftist woke agenda is failing them in every way possible.

Disney has always relied on families for the vast majority of its revenue, and their financial situation as of late reflects precisely this.

Over the last years, the company has alienated the interests of families, and completely ignored the voices of parents, and instead, has sided with the LGBT lobby. 

Bob Chapek stubbornly remained adamant that the company could better advocate for LGBTQ+ inclusivity through its increasingly woke content – my goodness how wrong was he – and the woeful performance of the company that caused his short tenure reflects just how deluded he was!

Now, Bob Chapek is gone. We have a historic opportunity to demonstrate to the new CEO of Disney, Robert Iger, that championing woke political causes damages the relationship with audiences and drives to the downfall eventually. Poor decisions generate poor results.

Our ongoing campaigns at CitizenGO have been one of the leading voices for families who were sick and tired of Disney forcing their political agenda of gender ideologues and radical LGBT activists on them.

Well, today parents and children have reason to be optimistic. But the fight is far from over.

There is still a lot of work to be done. The dismissal of Bob Chapek does not mean that the many other radical leftist crusaders who conspired to bring Disney to its brink, are not still operating fiercely in the company. 

Dangerous people like Vivian Ware (Diversity and Inclusion Manager), and Latoya Revenau (Executive Producer) still hold important positions in the company and would do whatever it takes to continue the radical left-wing indoctrination. The latter shockingly once said:

 “I was just, wherever I could, just basically adding queerness… No one would stop me and no one was trying to stop me.”

Well, we are going to stop her now!

So join me in hitting them where it hurts. Sign your petition to Disney CEO Bob Iger, telling him to bring Disney back to what it once was – an innocent, family-oriented production, loved by everyone, and not a machine of child indoctrination nor a political muscle for the LGBT agenda. 

We are winning the fight against Disney – it’s now the moment to double down!

Sign the petition and let’s keep the pressure on. We are close to accomplishing something vital for our children, and future generations.

Katolicy i komunizm. Tego się nie da połączyć.

Krystian Kratiuk: Katolicy i komunizm. Tego się nie da połączyć.

https://pch24.pl/krystian-kratiuk-katolicy-i-komunizm-tego-sie-nie-da-polaczyc/

#franciszek #komunizm #Kosciół #papież

W związku z szokującą wypowiedzią papieża Franciszka, który w wywiadzie dla jezuickiego magazynu „America” powiedział: „kiedy patrzę na Ewangelię tylko z socjologicznego punktu widzenia, tak, jestem komunistą i był nim też Jezus”, publikujemy fragment książki Krystiana Kratiuka „Jak Kościół Katolicki stworzył Polskę i Polaków”, przypominający, że katolików i komunistów różni… wszystko.

Polacy, budujący przez ostatnie dziesięciolecia swą bezpaństwową tożsamość na wierze katolickiej, nie mogli pogodzić się z tym, co oferowała im ideologia komunistyczna. A oferowała – już od 1917 roku – biedę i śmierć, niosąc przy tym grabież i rzeź. Na terenach nazywanych dziś Kresami Wschodnimi trwała już wtedy bowiem masakra polskich dworów, która nie omijała również katolickich kościołów. Po raz kolejny w dziejach zatem to, co najbardziej polskie – dwór i Kościół – musiało zjednoczyć się w walce przeciwko wspólnemu wrogowi.

Wiara katolicka i komunizm pozostają bowiem ze sobą krańcowo sprzeczne. Od samego początku, a więc już od narodzin zbójeckiej teorii komunistycznej, potępiali ją papieże i wielcy myśliciele katoliccy – jako sprzeczną ze Słowem Bożym i prawami natury. Błędy komunizmu ostro krytykował już Pius IX, pisząc o nim jako o „ohydnej i samemu prawu naturalnemu przeciwnej nauce, która, gdyby została przyjęta, stałaby się całkowitą ruiną wszystkich praw, instytucji i własności, a nawet samego społeczeństwa[1]”. Nie mniej wylewny w słowach był papież Leon XIII, określając komunizm mianem „śmiertelnej zarazy, przenikającej do najgłębszych komórek społeczeństwa i narażającej je na pewną zgubę”[2]. Papież Pius XI zaś całą swą encyklikę Divini Redemptoris poświęcił gruntownej, wielopłaszczyznowej krytyce „bezbożnego komunizmu”.

Również komuniści za swojego pierwszego i najważniejszego wroga uważają Kościół katolicki. Niewzruszona Prawda przechowywana w Chrystusowej Owczarni nie jest bowiem w stanie przyblednąć przy żadnej z nowych pseudoprawd produkowanych przez wrogów Pana Boga. Nic więc dziwnego, że komuniści w każdym kraju, w którym przejmowali władzę, za jeden z pierwszych celów stawiali sobie zniszczenie Kościoła lub przynajmniej jego skrajną marginalizację.

Komunistów i katolików dzieli absolutnie wszystko.

Komuniści są skrajnymi materialistami – uznają, że istnieje wyłącznie to, co mogą zobaczyć. Skoro więc nie widzieli Boga, oznacza to (w myśl ich nieszczęsnych poglądów), że On nie istnieje. A katolicy wierzą w Boga i Bogu.

Komuniści wyznają fałszywy ideał wolności, który ma się realizować w rozumianych po ziemsku „sprawiedliwości, równości i braterstwie w pracy”. A katolicy wierzą, że wolność to przede wszystkim możliwość odróżnienia dobra od zła i dokonania tego wyboru bez niczyjego przymusu.

Komuniści nienawidzą własności prywatnej, uznając ją za przyczynę najgorszych cierpień ludzkości i próbując zniszczyć – najczęściej poprzez rabunek. A katolika obowiązuje Dekalog, mówiący „nie kradnij” oraz „nie pożądaj żadnej rzeczy, która należy do bliźniego Twego”.

Komuniści twierdzą, że człowiek jest tylko trybikiem w wielkiej machinie społecznego postępu, przez co odbierają jednostce jakąkolwiek godność i przyrodzone prawa. A katolicy wiedzą, że każdy człowiek jest indywidualnością rozliczającą się ze swojego życia przed Bogiem, który ofiarował mu niezbywalną godność.

Komuniści – jako materialiści wyrzekający się duchowości – utrzymują, że małżeństwo to wyłącznie instytucja świecka, w którą społeczeństwo może się dowolnie wtrącać. A według katolików małżeństwo to sakrament, związek zespolony więzami prawno-moralnymi, niezależnymi od woli jakichkolwiek zewnętrznych jednostek lub społeczności.

Różnic tych jest oczywiście znacznie więcej – można by je wymieniać w nieskończoność. Czy jednak wydaje nam się, że ludzie o tak różnych zapatrywaniach jak komuniści i katolicy mogą pokojowo egzystować w jednym miejscu? Jeśli przypomnimy sobie w dodatku, że katolik może zabić wyłącznie w obronie niewinnego życia, a komunista może zabić każdego, kto tylko wyda mu się „wrogiem klasowym”, z pewnością stwierdzimy, że taka koegzystencja jest absolutnie niemożliwa. Jak pisał wspomniany już Pius XI: „komunizm jest zły w samej swej istocie i w żadnej dziedzinie nie może z nim współpracować ten, kto pragnie ocalić cywilizację chrześcijańską”[3].

Katolicy i komuniści posiadają swoje instytucje – skrajnie odmienne. Katolicy zostali obdarzeni przez Jezusa Chrystusa łaską członkostwa w Jego Mistycznym Ciele – a więc w świętym, powszechnym i apostolskim Kościele. Komuniści zaś wymyślili sobie własną świecką świątynię, jaką była partia komunistyczna, która miała prawo do pseudonieomylnego nauczania i której należało zawsze zachowywać wierność oraz oddawać hołd. Kościół nie mógł dawniej, nie może dziś oraz do skończenia świata, zaakceptować komunizmu. Partia komunistyczna, nigdy nie mogła zaś akceptować Kościoła. Nie ma tu bowiem pól do kompromisu – obie te organizacje skazane są na walkę.

Ale w XX wieku, ciemnej epoce triumfu marksizmu, Kościół zaczął wyraźnie tracić rząd dusz. A władzę – nie tylko nad niejedną duszą, ale co gorsza nad wieloma państwami – zaczęli przejmować komuniści. Rewolucja bolszewicka stała się jedną z najbardziej barbarzyńskich kart w nowożytnej historii świata. Ksiądz był więc dla komunisty wrogiem numer jeden. Reprezentował bowiem wszystko, z czym ten walczył – wiarę, tradycję, rodzinę, własność i wolność. Księży należało więc pozbawiać dostępu do ludzi, do ołtarza czy też po prostu pozbawić… życia. To kapłani i biskupi, szafarze umożliwiających zbawienie świętych sakramentów, byli w myśl komunistycznego kłamstwa „wrogami ludu”.

W 1920 roku, kiedy Armia Czerwona ruszyła na Zachód, ludzie Kościoła nie mogli nie nawoływać, działać i walczyć w obronie Polski, która wraz z odzyskaniem niepodległości po raz kolejny w dziejach stała się przedmurzem chrześcijaństwa. Tym razem stanowiła przedmurze wobec czerwonej zarazy.

Kościół mobilizował Polaków do wspólnej walki i zakończenia sporów politycznych, ostrzegając, że za nadchodzącym wrogiem stoi siła ogromnego zła, dosłownie, że „prawdziwie duch antychrysta jest jego natchnieniem, pobudką dla jego podbojów i jego zdobyczy[4]”. Zachęcali, by „dać ojczyźnie, co z woli Bożej dać jej przynależy” i prosili by okazać Polsce miłość „nie słowem samym, ale czynem”. Udało się – wspólnymi siłami państwa i Kościoła do broni stanęło ponad 25 tys. ochotników. Hierarchowie zdecydowali też, że – zgodnie z prośbą Piłsudskiego – do boju z bronią w ręku ruszy wtedy 5 procent spośród wszystkich ówczesnych polskich kapłanów.

Polscy biskupi nie pozostawali przy tym bierni na niwie dyplomatycznej. Już na początku lipca 1920 roku, pisząc do swych europejskich braci w biskupstwie, próbowali przestrzec ich przed nadchodzącym zagrożeniem i prosić o pomoc dla Polski i Polaków. Polski Episkopat wystosował także list do papieża Benedykta XV, w którym misję odrodzonej Polski określono jako „obrońcę świata chrześcijańskiego”. Papież odpisał, wskazując, że los wojny polsko-bolszewickiej przesądzi o losie Europy. „Nie tylko więc miłość dla Polski, ale miłość dla Europy całej każe nam pragnąć połączenia się z nami wszystkich wiernych w błaganiu Najwyższego, aby za orędownictwem Najświętszej Dziewicy Opiekunki Polski zechciał oszczędzić Narodowi Polskiemu tej ostatecznej klęski, oraz by raczył odwrócić tę nową plagę od wycieńczonej przez upływ krwi Europy”[5] – pisał i zlecił permanentne modlitwy za Polskę odbywające się przez cały okres wojny w jednym z rzymskich kościołów.

Polscy hierarchowie wspierali jednak polskich żołnierzy i przywódców nie tylko słowem i zabiegami dyplomatycznymi, lecz także konkretnymi akcjami modlitewnymi – i to bardzo spektakularnymi. 27 lipca w Częstochowie dokonali podwójnego aktu poświęcenia narodu i kraju Najświętszemu Sercu Jezusa oraz ponownie obrali Matkę Bożą Królową Polski. Od 7 sierpnia trwała Wielka Nowenna Pokutna, podczas której tysiące pielgrzymów leżało krzyżem pod Jasną Górą. Cała Polska trwała w modlitwie za swoich obrońców! A w samej Warszawie 8 sierpnia na ulice stolicy wyszło 100 tys. warszawiaków w procesji z relikwiami bł. Andrzeja Boboli oraz bł. Andrzeja z Gielniowa! Tamtejszy metropolita, arcybiskup Kakowski, zakazał ucieczki któremukolwiek spośród księży jego diecezji. Podkreślał, że „tylko najemnik, a nie pasterz, opuszcza owce swoje w chwili niebezpieczeństwa” i groził suspensą każdemu potencjalnemu uciekinierowi. Z Warszawy nie wyjechał też nuncjusz apostolski. Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI, modlił się wraz z Polakami.

Wspomniana Wielka Nowenna Pokutna, jak łatwo policzyć, zakończyła się… 15 sierpnia, w dniu, który okazał się jednym z największych triumfów armii polskiej w dziejach. Dzień wcześniej śmierć na polach pod Ossowem poniósł ksiądz Ignacy Skorupka, który z dnia na dzień stał się symbolem Bitwy Warszawskiej i symbolem polskości – oto ubrany w stułę kapelan ochotniczego pułku złożonego głównie z młodzieży, dzierżąc w dłoni krzyż prowadzi do boju przeciwko bolszewikom polskich gimnazjalistów i studentów i ginie bohaterską śmiercią w przeddzień zwycięstwa, a więc w wigilię święta Matki Bożej Zielnej. Polska w pigułce, chciałoby się powiedzieć.

Wkrótce po 15 sierpnia legenda księdza Skorupki dotarła do wszystkich zakątków kraju. A wzięci do niewoli Sowieci opowiadali, że widzieli księdza w komży z krzyżem w ręku, a nad nim Matkę Boską. I dlatego się wycofali – jakżeż mogli bowiem strzelać do idącej przeciwko nim Najświętszej Maryi Panny?

Jako Polacy doskonale wiemy, że moment śmierci księdza Skorupki został uwieczniony na licznych malowidłach i w innych dziełach sztuki polskiej. Warto jednak pamiętać także, że śmierć ta wywarła ogromne wrażenie również na nuncjuszu apostolskim urzędującym wówczas kilkadziesiąt kilometrów od miejsca śmierci kapelana. Achille Ratti już po wstąpieniu na tron Świętego Piotra nakazał na freskach w kaplicy polskiej maryjnego sanktuarium w Loreto umieścić wizerunek Ikony Częstochowskiej oraz postać księdza Skorupki, a także dzielnych biskupów polskich zagrzewających wówczas do walki swoich rodaków.

W takich właśnie okolicznościach dokonywało się polskie zwycięstwo, nie bez powodu z miejsca nazwane „Cudem nad Wisłą”. Na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczypospolitej przez kolejne kilkanaście lat trwała jednak bolszewicka zemsta za upokorzenie pod Warszawą – Polaków szykanowano i mordowano. Zawsze jednak mogli liczyć na wsparcie i pomoc katolickich kapłanów. Księża na tych terenach jednak podlegali karze za swoiste podwójne przestępstwo – bycie jednocześnie Polakiem i kapłanem. Setki z nich wywieziono na Sybir, dziesiątki więziono, wielu z zimną krwią zamordowano.

Powyższy tekst stanowi fragment książki Krystiana Kratiuka „Jak Kościół Katolicki stworzył Polskę i Polaków” opublikowanej w 2022 roku nakładem wydawnictwa Fronda.

[1] Pius XII, Encyklika Divini Redemptoris o bezbożnym komunizmie, https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xi/encykliki/divini_redemptoris_19031937.html, dostęp 20.04.2022 r.

[2] Ibidem

[3] Ibidem

[4] „Wiadomości Archidiecezjalne Warszawskie” 1920, nr 6–8, s. 138–143.

[5] A. Nowak, op. cit. S. 23.

Porażające słowa Franciszka: Jestem komunistą i był nim też Jezus

Porażające słowa Franciszka: Jestem komunistą i był nim też Jezus

28 listopada 2022 https://pch24.pl/papiez-franciszek-jestem-komunista-i-byl-nim-tez-jezus/

#Ewangelia #komunizm #marksizm #Papież Franciszek #socjalizm

(fot. EPA/MAURIZIO BRAMBATTI ITALY OUT Dostawca: PAP/EPA.)

„Kiedy patrzę na Ewangelię tylko z socjologicznego punktu widzenia, tak, jestem komunistą i był nim też Jezus” – powiedział papież Franciszek w wywiadzie dla America Magazine, czasopisma wydawanego przez jezuitów w Stanach Zjednoczonych.

Franciszek w nawiązaniu do tego, że niektórzy uważają go za socjalistę bądź nawet komunistę odparł: „Staram się podążać za Ewangelią. Osiem Błogosławieństw to fragment, który bardzo mnie oświeca, ale przede wszystkim wyznacza normę, według której będziemy sądzeni: Mt 25. Byłem spragniony, a daliście mi pić. Byłem chory, a odwiedziliście mnie, byłem w więzieniu a przyszliście do mnie. Czy zatem Jezus jest komunistą?”.

Zdaniem papieża, problem polega na redukowaniu przesłania Ewangelii wyłącznie do wymiaru społeczno-politycznego. – Kiedy patrzę na Ewangelię tylko z socjologicznego punktu widzenia, tak, jestem komunistą i był nim też Jezus – przyznał. [No, był… ale na szczęście umarł.. Tak, Franiu?? md]

„Komuniści ukradli nam trochę chrześcijańskich wartości. Inni uczynili z nich katastrofę” – stwierdził. 

Źródło: americamagazine.com / PAP

PR

https://pch24.pl/prof-marek-kornat-katolik-ktory-ma-sympatie-prokomunistyczne-z-definicji-jest-pseudo-katolikiem/

Guru transhumanizmu Harari wieszczy stworzenie „nieorganicznych istot”.

Guru transhumanizmu Yuval Noah Harari wieszczy stworzenie „nieorganicznych istot”.

Agnieszka Stelmach 14 września 2021 https://pch24.pl/harari-i-de-waal-na-igrzyskach-wolnosci-konwergencja-nbci-i-transhumanizm/

Fundacja Liberté!, która działa w Polsce od 2007 r., w ramach projektu „Igrzyska Wolności” zaprosiła do dyskusji nad tym, czym jest człowiek i dokąd zmierza „popnaukowca” prof. Yuvala Noaha Harariego oraz dr. Fransa B. M. de Waala. Obaj wyraźnie zafascynowani teorią konwergencji NBCI snuli wizję transhumanistycznej przyszłości, w której wszystko jest płynne, a ideologia gender to jedynie krok do „wspaniałego” Huxleyowskiego świata „nowego człowieka”.

Ambicją think tanku Liberté! jest propagowanie „racjonalnych poglądów gospodarczych i kultury liberalnej w Polsce”, a „głównym długofalowym celem organizacji jest tworzenie w naszym kraju różnorodnych narzędzi służących do dokonania realnej liberalnej zmiany i budowania dla niej poparcia społecznego.”

Będąc członkiem międzynarodowych sieci: 4liberty.eu, Atlas Network, European Liberal Forum (ELF), grupa propaguje “Igrzyska Wolności,” czyli „spotkania ludzi ciekawych świata i głodnych nowych idei,” gdzie dyskutuje się o  najważniejszych wyzwaniach, przed jakimi stoją społeczeństwa Zachodu w XXI wieku. Łączy osoby podzielające takie „wartości jak: demokracja liberalna, społeczeństwo otwarte czy państwo prawa.”

Fundacja chce stworzyć w regionie Europy Środkowo–Wschodniej  „łódzkie Davos”, wyznaczające trendy dla polityki, kultury, biznesu, zapraszając na wykłady m.in. przedstawicieli świata nauki. Jednocześnie propagując „nową  umowę społeczną” po „Wielkim Resecie.”

„Igrzyska” sponsorują m.in. Open Society Foundations George’a Sorosa, Friedrich Neumann Foundation czy Google.

Łódzkie Igrzyska Wolności

Tegorocznymi panelistami „Igrzysk” byli m. in.  Yuval Noah Harari oraz Frans de Waal.

W trakcie dyskusji podczas tegorocznych „Igrzysk Wolności,” dr de Waal jako ewolucjonista, zoolog wyraził przekonanie, że „ludzie są zwierzętami chociaż wyjątkowymi, bo wytworzyliśmy język, poruszamy się na dwóch nogach, jesteśmy zwierzętami wśród zwierząt.”

– Mamy długą tradycję, szczególnie na Zachodzie, wyróżniania się twierdzeniem, że bliżej nam do aniołów niż do bestii. I wielu z nas uwierzyło w to zdanie, tak często powtarzane przez religie i filozofie, ale uważam, że to niewłaściwy obraz gatunku ludzkiego – mówił uczony.

Harari włączył się, zaznaczając, że „w pewnym stopniu jesteśmy tylko zwierzętami, niezbyt odrębnymi od innych człekokształtnych oraz pozostałych zwierząt.” – Z drugiej strony oczywiście jesteśmy wyjątkowi. Posiadamy wyjątkowe zdolności kooperowania w dużych grupach. To sprawia, iż jesteśmy potężniejsi niż inne gatunki na Ziemi. Ta zdolność leży u podstaw posługiwania się językiem i tworzenia wyimaginowanych rzeczywistości. Znamy więcej prawd niż każde inne zwierzę, jednocześnie wierzymy w większą ilość nonsensów niż inne zwierzęta – wskazywał, sugerując, że religia, naturalne struktury to jedynie wytwór naszej fikcji, mitologii itp. Wszystko jest płynne, to kwestia ustalenia pewnej konwencji, dogadania się.

Harari przypomina, że „jesteśmy bardzo blisko zmiany, jakimi rządzi się życie.” – To sprawia, ze jesteśmy bardzo wyjątkowi. Przez 4 mld lat życiem rządziła ewolucja istnień organicznych. Jesteśmy produktem tej organizacji ewolucji, tak samo jak szympansy, meduzy i wirusy. Ale jesteśmy na skraju rozpoczęcia potencjalnie zupełnie nowego procesu wybicia się z organicznej sfery i tworzenia pierwszych w historii całego życia istnień nieorganicznych. Bliscy również przekroczenia w pewien sposób ewolucji działającej poprzez dobór naturalny i rozpoczęcia procesu tworzenia życia poprzez inteligentny projekt. Inteligentny projekt nie jakiegoś boga, ale nasz inteligentny projekt. To właśnie sprawia, że jesteśmy wyjątkowi na tle innych zwierząt – komentował.

De Waal uważa, że to może być dobra droga. Wskazał, że Harari jest optymistą, ale przestrzegał, że to oczywiście może się też źle skończyć.

Zoolog wielokrotnie w trakcie dyskusji przestrzegał przed próbą ingerencji w naturę, ostrzegając, że „to się może źle skończyć.” Natura zawsze się „odgryza” – wyraził się dobitnie, nie kryjąc jednak swojej fascynacji nowymi technologiami edycji genów i tworzenia hybryd. Wyraził nadzieję, że efekt będzie dobry. Harari dopowiedział, że powstanie „nowa istota ludzka.”

De Waal przyznał, że „można zmienić DNA, można stworzyć nowy rodzaj istot ludzkich (…) mamy taką zdolność (…) ten czas z pewnością nadejdzie.”

Harrari mówił: – Już dziś mamy taką możliwość z sensie technologicznym rozpoczęcia procesów przeprojektowania ludzkości. Całe szczęście, wciąż mamy polityczne i etyczne hamulce, aby spowolnić ten proces lub mu zapobiec. Ale mamy już tę technologię, genetykę oraz inżynierię genetyczną.  To tylko jedna z dróg, by to zrobić. Widzimy również niesamowity postęp w informatyce i sztucznej inteligencji, więc genetyka w pewnym sensie bierze dobór naturalny i naciska przycisk przyspieszający proces. Coś co zajęłoby ewolucji milion lat, my spróbujemy zrobić w 10 lat. Mamy również zupełnie nowe sposoby tworzenia i przeprojektowania istnień. Sposób nieorganiczny, przez łączenie ludzi z komputerami, mózgu z komputerem lub poprzez tworzenie zupełnie nieorganicznych stworzeń. Sztuczna inteligencja, być może sztuczna świadomość, co w pewnym sensie jest nawet bardziej radykalną zmianą. Inżyniera genetyczna to zabawa z tymi samymi elementami, którymi bawiła się ewolucja przez miliardy lat. To jest zupełnie coś nowego. Stworzenie zupełnie nieorganicznych istot – mówił wyraźnie zafascynowany teorią konwergencji NBIC izraelski historyk.

Da Waal nawiązał do książki „The Codebreakers”, o technologii CRISPR i zastosowaniu jej do stworzenia hybrydy ludzko-zwierzęcej. Biolog mówił, że chiński naukowiec zastosował nową technologię edycji genów do stworzenia „nowych ludzi, którzy mieli nowe DNA.” Wybuchł jednak z tego powodu wielki skandal i w tej chwili Chińczyk „siedzi w więzieniu.”

Zoolog zaznaczył, że „jednak ten moment nadejdzie.” – Próbujemy spowolnić ten proces i zaangażować w niego filozofów, wziąć pod uwagę implikacje moralne, ale ten moment nadejdzie – wieszczył. Dodał, że „to będzie bardzo trudna decyzja”, no bo czy na pewno chcemy „stworzyć” więcej „mądrzejszych ludzi” i „co z nimi zrobimy? Czy oni będą rządzić? To będzie bardzo trudna decyzja” – podkreślił.

Harari potwierdził po raz kolejny, że to nieuniknione. Przyjdzie czas na hybrydy, na „nowego człowieka”, ponieważ ludzie zawsze marzyli o „udoskonaleniu siebie.” Po raz kolejny w dyskusji izraelski „popnaukowiec” rozciągał swoje nieuprawnione tezy na religie.  Mówił, że „każda religia, każda ideologia w historii czy jest to chrześcijaństwo, czy komunizm, marzyły o udoskonaleniu ludzkości.  Jednak zawsze napotykały problem zrozumienia., jak ludzie działają i nie były w stanie obejść biologii. Więc zawsze przenosiły ten moment osiągnięcia perfekcji w inny czas i miejsce. Kiedy chrześcijanie zorientowali się, że nie będą w stanie udoskonalić człowieka na Ziemi powiedzieli OK, ten moment perfekcji nadejdzie w innym świecie. W zaświatach, po śmierci stajesz się idealny. Komuniści po przejęciu władzy i nieudanej próbie stworzenia nowego doskonałego społeczeństwa i nowego doskonałego człowieka powiedzieli: to zajmie więcej czasu. Nie teraz, ale w ciągu 50, 100 lat. Wtedy się to dokona. Więc marzenie pozostawało. Biologia zawsze była największą przeszkodą. Ludzie mieli te wielkie fantazje, ale biologia zawsze stawała na drodze. A teraz mamy nadzieję na zmiany lub pokonanie biologii” – sugerował Harari.

Przywołując kwestię seksualności wskazywał, że prawie każda religia i ideologia chciały bardzo zmienić ludzką seksualność i ją ograniczyć. Ale nie mogły. – W kościele mamy przysięgę czystości a ilu ludzi tak naprawdę wytrwało w kompletnej czystości? Teraz pomyślmy, jeśli naprawdę możemy zmienić ludzką biologię, co będzie z efektem tych seksualnych fantazji różnych religii i ideologii?  – pytał.

De Waal studził optymizm swojego przedmówcy i podkreślił, że „z biologią trzeba być ostrożnym.” Dał do zrozumienia, że daleko idące manipulacje przy genach i inne eksperymenty zemszczą się na ludziach. Ostrzegał przed próbą „pokonania biologii.” Zauważył także, że „ciało jest słabe” i „być może któregoś dnia będziemy się chcieli go pozbyć.” – Wielu ludzi chce zamrozić swoje mózgi po śmierci w nadziei, że w przyszłości będzie możliwe zaimplementowanie ich do jakiejś maszyny. Widzę te tendencje do uciekania od biologii. Robiliśmy to przez ostatnie kilka tysięcy lat jako coś potencjalnie niebezpiecznego. Bo według mnie biologia się zawsze odgryzie. Przykładem jest obecna pandemia. Biologia i natura się odgryzają – tłumaczył.

De Waal zaznaczył, że „momenty, kiedy próbujemy pokonać biologię, są potencjalnie bardzo niebezpieczne. Musimy być ostrożni. To nie jest prosty lecz złożony system. Zawiera wiele ruchomych części. Wiec jeśli usuniesz jedną część, można okropnie go zachwiać.”

Prelegenci rozmawiali o tym, co wyróżnia człowieka pośród innych gatunków. Zdaniem da Waala jest tym np. ludobójstwo. – To jest problem z ludźmi, że my robimy te same rzeczy co zwierzęta, ale robimy to lepiej i bardziej systematycznie. To również dotyczy złych rzeczy jak i dobrych rzeczy.

Harari uważa, że robimy wiele rzeczy, ale „żadne z nich nie są wbrew naturze, bo to jest zwyczajnie niemożliwe.” – Cały pomysł działań wbrew naturze bierze się z teologii – przekonywał, dodając, że „nie można uznać zachowań wbrew zamysłowi Boga za nienaturalne.”

De Waal przypomniał dyskusję jaką toczył z innymi biologami, w tym z Dawkinsem odnośnie altruizmu. Mówił, że istniały teorie, iż „powszechny altruizm nie istnieje”, ale badania pokazały co innego. W jego przekonaniu, tak jak empatia wyewoluowała i „może rozszerzyć się na inne sfery,” tak samo może być z seksualnością.

Harari wskazał, że taki proces dotyczy każdej rzeczy, ponieważ wszystko jest wymysłem ludzi, jakąś umową i dopóki ludzie zgadzają się respektować umowę, to dana rzecz trwa np. pieniądz. Wszystko jest „pewnym wymysłem, fikcją.” Ludzie tworzą fikcje i w nie wierzą. Odniósł to także do kwestii nacjonalizmu. Mówił jednak, że powinniśmy „kultywować bardziej pozytywną wizję nacjonalizmu,” nie jako nienawiść wobec obcych, innych, grup, ale płacąc podatki, wybierając właściwych polityków itp.

Według Izraelczyka, ludzie walczą ze sobą, ponieważ nie mogą znaleźć „wspólnej narracji kim są i jak powinni żyć”. Dodał, że „emocjonalnie nie jesteśmy przygotowani na potęgę jaką mamy. To jest podstawowy problem współczesnej polityki.”

Harari i de Waal nie chcą, by oddawać władzę polityczną naukowcom. Da Waal stwierdził, że nie są oni w stanie podejmować „moralnych i „politycznych” decyzji.

Chwalą jednak zmiany, jakie powoduje propaganda ideologii gender. Wskazują, że dokonuje się rewolucja, bez wystrzału broni. Dogłębna, transhumanistyczna. Harari spodziewa się spektakularnego przyspieszenia zmian w XXI wieku. Bardzo ubolewał z powodu zamykania „gender studies” na uczelniach w Rosji czy na Węgrzech, które chcą pozostawić wydziały historii i filozofii nietknięte tą ideologią.

Wyjaśnił, że „wydziały badań nad gender są miejscem, gdzie dzisiaj dokonują się ważne rzeczy (…) Wydaje mi się, że jeśli chcemy zrozumieć nie tylko stosunki między płciami, ale w szerokim ujęciu rewolucję, która nastąpi w społeczeństwie oraz co znaczy być człowiekiem w kolejnych dekadach, jedynym miejscem, gdzie można się tego dowiedzieć jest wydział zajmujący się problematyką gender” – komentował.

To, gdzie dziś jesteśmy i zmiany, jakie zaszły w społeczeństwie, zdaniem de Waala zaczęły się od wynalezienia pigułki aborcyjnej. – Obecnie tworzymy więcej technologicznych tworów, aby móc zmienić ludzkie ciało i mózg, Patrzę na dzisiejsze debaty o transpłciowości i próbuję zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi jest wzburzonych przez ten niewielki wycinek ludzkości. Wydaje mi się, że podświadomie wiemy, że to jest nadchodząca przyszłość. Jeśli chcemy znaleźć jakąś dziedzinę, gdzie nowe technologie mają wpływ na to, jaka jest podstawowa definicja człowieka lub czym jest tożsamość, to transpłciowość jest oczywistą odpowiedzią. To jest wzór dla przyszłego transhumanizmu. To zaczyna się od gender, ale będzie wpływało na coraz więcej części ludzkiej tożsamości – stwierdził zoolog.

Harari przyznał, że po raz kolejny w historii mamy wybór między dwoma skrajnościami. – Rozwój technologiczny i polityczny podnoszą poprzeczkę. Mamy potencjał bycia bardziej wolnymi nie kiedykolwiek wcześniej, szczególnie bycia wolnymi od głodu, chorób i opresji. Możemy uczynić świat bardziej wolnym niż kiedykolwiek. Jednocześnie ta sama technologia ma potencjał stworzenia najbardziej totalitarnego sytemu w historii ludzkości. Pomyślmy o nowych technologiach nadzoru – nawoływał, wskazując na nowe możliwości ciągłej kontroli naszych myśli i zachowań.

Mimo to, jest przekonany, że „mamy wybór” i jeśli w ciągu 10 lat podejmiemy „złą decyzję,” skończymy z totalitarnym reżimem gorszym niż ZSRR w czasach Stalina. – Jeśli podejmiemy mądrą decyzję, będziemy żyć w lepszym i bardziej wolnym społeczeństwie niż  kiedykolwiek – obiecywał. 

Szkoda, że Węglarczyk nie zapytał, co miał na myśli Harari, mówiąc o „mądrej decyzji.” De Waal również przestrzegał przed wszędobylską technologią nadzoru wdrażaną od kiedy mamy smartphony. Na koniec mówił, że wolność jest „przeceniana” i „można być szczęśliwym, nie mając wolności.”

Dywagacje obu uczonych – popularnych na świecie – przesiąknięte redukcjonizmem „teorii ewolucji,” fascynacją transhumanizmem, mówiące o tym, że świat dojrzał do fundamentalnej zmiany ( „zmiana paradygmatu”), nie są nowe i nawiązują do fascynacji ideologią New Age.

Prof. Yuval Noah Harari to historyk, autor bestsellerów, niezwykle promowany, który pretenduje także do bycia filozofem. Jest autorem takich publikacji jak: „Sapiens: od zwierząt do bogów,” „Homo Deus: krótka historia jutra” i „21 lekcji na XXI wiek.” Izraelczyk uzyskał tytuł doktora na Uniwersytecie w Oksfordzie. Nieraz występował z politykami takimi, jak Angela Merkel i Emmanuel Macron, a także z postaciami takimi jak Natalie Portman czy Mark Zuckerberg. Regularnie publikuje w “The New York Times,” “Financial imes” i “The Guardian.” Przemawia m.in. w Davos.

Yuval w 2019 r. z partnerem, którego tytułuje „mężem” (Itzik Yahav) założył Sapienship – multidyscyplinarną organizację o wpływie społecznym, realizującą projekty w dziedzinie rozrywki i edukacji. Wykłada historię na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, koncentrując się w pracy na związku między historią a biologią, różnicy między homo sapiens a – jak to określa – „innymi „zwierzętami,” zagadnieniach etycznych dotyczących nauki i technologii w XXI wieku.

Dr Frans B. M. de Waal to holendersko-amerykański etolog i biolog znany z pracy nad zachowaniem i inteligencją społeczną naczelnych. Jego prace naukowe publikowały magazyny: “Science,” „Nature,” „Scientific American.” Jest jednym z najbardziej popularnych prymatologów i intelektualistów na świecie.

W latach 1996–2000 był dyrektorem w Emory University kierunku studiów magisterskich: Program in Population Biology, Ecology, and Evolution. Od roku 2013 zajmuje również stanowisko Universiteitshoogleraar na Uniwersytecie w Utrechcie w Holandii. Jego najnowsze książki to: “Are We Smart Enough to Know How Smart Animals Are?” (Norton, 2016) i „Mama’s Last Hug” (Norton, 2019).

Dyskusję panelistów moderował Bartosz Węglarczyk, dziennikarz „Gazety Wyborczej”, TVN24 BIS, dyrektor programowy Onet.pl. i redaktor naczelny Onet.pl (Ringier Axel Springer Sp. z o.o.).

Frans de Waal jest ateistą i twierdzi, że moralność „nie przychodzi” odgórnie od Boga lub jakiegokolwiek innego zewnętrznego źródła, ale wyrasta niejako z emocji i codziennych interakcji społecznych, które same wyewoluowały od podstaw w społecznościach zwierzęcych.

Biolog, który od ponad 30 lat bada małpy człekokształtne, koncentrując się na ich zachowaniu od polityki po empatię, uogólnia sądy na kwestie teologiczne. Pisze, że „to nie Bóg wprowadził nas w moralność, raczej odwrotnie. Bóg został wprowadzony, aby pomóc nam żyć tak, jak czuliśmy, że powinniśmy.”

„Niechętnie nazywam szympansa »istotą moralną” – dodaje. „Istnieje niewiele dowodów na to, że inne zwierzęta oceniają stosowność działań, które nie wpływają bezpośrednio na nie”. Wierzy, że to, co odróżnia ludzką moralność, zależy od naszych większych zdolności abstrakcji i obejmuje „ruch w kierunku uniwersalnych standardów połączony z wyszukanym systemem usprawiedliwiania, monitorowania i karania. W tym momencie wkracza religia”.

Konwergencja NBIC

Yuval Noah Harari, młody historyk z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, rości sobie pretensje do wszechogarniającego opisu świata zgodnie z redukcjonistyczną teorią ewolucji i konwergencją NBIC.

Skrót NBIC odnosi się do syntezy nanotechnologii, biotechnologii, informatyki oraz kognitywistyki. Jest to termin określający powstające i konwergentne technologie. Został upowszechniony wraz z publikacją raportu „Converging Technologies for Improving Human Performance: nanotechnology, biotechnology, information technology and cognitive science” pod redakcją Mihaila C. Roco i Williama S. Bainbridge’a z National Science Foundation w 2002 r.

Według raportu, nanotechnologia łączy w sobie wszystkie techniki na poziomie atomowym, biotechnologia obejmuje inżynierię genetyczną, informatyka – elektronikę, telekomunikację, robotykę, sztuczną inteligencję, które mogą prowadzić do nowych trybów przetwarzania informacji, z kolei nauki kognitywne zmierzają do „całkowitego” zrozumienia funkcjonowania ludzkiego mózgu i jego modelowania.

Konwergencja tych nauk, czyli ich zespolenie ma zaowocować poprawą jakości życia ludzkiego i „złotym wiekiem” , a nawet „punktem zwrotnym w historii ludzkości” w stosunkowo krótkim czasie.

Propagatorzy konwergencji NBIC wierzą, że poprzez manipulacje genetyczne i połączenie człowieka z maszyną uda się zaprogramować istoty o większych zdolnościach poznawczych, które będą silniejsze fizycznie i emocjonalnie. Docelowo mają powstać „inteligentne istoty postludzkie,” będące niczym Bóg.

Nowy stan, który wyłoni się w wyniku syntezy tych nauk – osobliwość – radykalnie zmieni realia życia w nieprzewidywalny sposób i ma być „głęboko transcendentny.” „Nowa era będzie po prostu zbyt inna, aby pasowała do klasycznych ram dobra i zła”. Ray Kurzweil twierdzi, że w przyszłości będziemy mieć narzędzia medyczne, pozwalające wyeliminować choroby i śmierć. William S. Bainbridge obiecuje „cybernieśmiertelność” i doświadczenie duchowej wieczności, która będzie trwała długo po rozpadzie naszych ciał, przesyłając cyfrowe zapisy naszych myśli i uczuć do systemów wiecznego przechowywania.

Konwergencja NBIC w krótszej perspektywie dostarcza narzędzi do inżynierii społecznej i projektowania zachowań społecznych. Ma ona wybitnie antykatolicki charakter.

Transhumanizm

Praktycznie w całej dyskusji uczonych podczas tegorocznej edycji „Igrzysk Wolności” przewija się wątek rewolucji transhumanistycznej, którą niejako przyspieszyły lockdowny.

 „Pandemia” usunęła bariery, które wcześniej uważano za niemożliwe do pokonania i rozpoczęła „Wielki Reset.” Kryje się za nim idea transhumanizmu, eugeniki i budowania nowego Huxleyowskiego „lepszego świata” przez firmy biotechnologiczne i high tech.

Propagatorom transhumanizmu zależy na przekroczeniu ograniczeń natury. Słynny amerykański wynalazca i futurysta Raymond Kurzweil pisał w swojej książce zatytułowanej „The Singularity Is Near: When Humans Transcend Biology” o podróży do punktu, w którym ludzie połączą się z inteligencją maszyn i osiągną panteistyczną jedność.

Wyobrażał sobie nanoroboty, które pozwolą ludziom jeść, co chcą, pozostając zdrowymi i sprawnymi. Marzyła mu się przyszłość, w której ludzkie ciała będą miały tak wiele ulepszeń, iż będą mogły dowolnie zmieniać swoją fizyczną postać.

Agresywna promocja ideologii gender (uroszczeń lobby LGBTQI +) przez firmy z Doliny Krzemowej nie bierze się znikąd. To namiastka tego, co ma być w przyszłości: przygotowanie na różnorakie hybrydy zwierzęco-ludzkie, cyborgi, które będą wymagały naszej akceptacji.

„Różnorodność”, jaką chcą nam zafundować firmy biotechnologiczne i giganci internetowi zmierza do budowy świata z nową religią technologiczną (noosfera i New Age).

Transhumaniści nie tylko próbują przedłużyć ludzkie życie; chcą je także ożywić. Dlatego dążą do połączenia bioinżynierii, możliwości sztucznej inteligencji i druku 3D, by „wskrzesić” np. martwe ofiary katastrof.

Transhumanizm prowadzi do oderwania od fundamentów, na których zbudowana jest obecna cywilizacja. Mamy przejść od świata, w którym rzeczywistość poznajemy za pomocą zmysłów, w szczególności oka, do świata niestabilnego z płynnymi tożsamościami, w którym urzeczywistniłoby się marzenie uczonych i filozofów o globalnej wspólnej tożsamości dzięki transmisji danych za pośrednictwem sieci neuronowych. Wirtualność ku której jesteśmy pchani miałaby znieść różnice między pozorem a prawdą, na gruncie filozofii – kategorie takie, jak prawda czy esencja. Miałby powstać świat imersyjny, w którym wszystko jest płynne.

Alcibiades Malapi-Nelson pisze o transhumanizmie jak o nowym „oświeceniu” i sugeruje, że Kościół katolicki winien szybko włączyć się w rewolucję, która i tak wymusi na nim zmianę w zakresie udzielania sakramentów. 

Uczony z uniwersytetu w Ontario wskazuje, że przełomy w genetyce, interfejsach człowiek-maszyna, robotyce, biologii syntetycznej i sztucznej inteligencji. wspierane przez nanotechnologię, ustanowiły precedens dla „Nano-Bio-In- fo-Cogno Convergence ” – NBIC. Konwergencja NBIC ma przynieść jakościowy skok cywilizacyjny.

„Stoimy u progu nowego renesansu w nauce i technologii, opartego na wszechstronnym zrozumieniu struktury i zachowania materii od nanoskali do najbardziej złożonego dotychczas odkrytego układu, ludzkiego mózgu.… Rozwój podejść systemowych, matematyki i obliczeń w połączeniu z NBIC pozwala nam po raz pierwszy zrozumieć świat przyrody, społeczeństwo i badania naukowe jako ściśle powiązane, złożone, hierarchiczne systemy. W tym momencie ewolucji osiągnięć technicznych możliwa staje się poprawa wydajności człowieka poprzez integrację technologii” – pisze.

„Nowe oświecenie” ma sprawić, że „człowiek” nie będzie ontologicznie związany z obecną rzeczywistością fizyczną i biologiczną. Będzie jak Bóg.

Filozofowie transhumanizmu przekonują nawet, że lansowane przez nich idee to wynik dążenia do transcendencji, a technologie transhumanistyczne, symbolizowane przez cyborga, dają nadzieję na bardziej zjednoczony i pokojowy świat.

Dla katolików ucieczka od samej natury ludzkiej jest opcją moralnie niedopuszczalną – przypomina ks. dr Tadeusz Pacholczyk, dyrektor ds. edukacji Narodowego Centrum Bioetyki Katolickiej w Pensylwanii.

„Katolicy nie mogą zaakceptować wizji człowieka, która zakłada jawną niedopuszczalność jego podstawowej ludzkiej natury, ani wizji usiłującej zastąpić go alternatywną strukturą ciała, która została zaprojektowana jako post-ludzka” – pisał.

Harari w swoich opracowaniach wskazuje, że pojęcia takie jak „mężczyzna, kobieta, miłość i nienawiść staną się nieistotne”.

Określa się teraz zarówno jako historyk i filozof. Fascynat duchowością wschodnią – weganin, który każdego roku od ponad dziesięciu lat spędza kilka tygodni na odosobnieniu medytacyjnym w ciszy, zwykle w Indiach, a w domu zaczyna dzień od godziny medytacji – przyznał, że w swojej bestselerowej książce “Sapiens” chciał przekazać buddyjskie zasady, nawiązując do „podstawowych rzeczywistości” Buddy: ciągłej zmiany; braku trwałej esencji; nieuchronności cierpienia.

Agnieszka Stelmach

Bp Strickland: Każdy chrześcijanin musi energicznie potępiać bluźnierstwa Światowego Forum Ekonomicznego

Bp Strickland: Każdy chrześcijanin musi energicznie potępiać bluźnierstwa Światowego Forum Ekonomicznego

https://pch24.pl/bp-strickland-kazdy-chrzescijanin-musi-energicznie-potepiac-bluznierstwa-swiatowego-forum-ekonomicznego/ 28 listopada 2022

Bp Joseph Strickland z diecezji Tyler w Teksasie zareagował na film ukazujący skalę arogancji samozwańczych „bogów” ze Światowego Forum Ekonomicznego. Słynący z odważnych wypowiedzi hierarcha wezwał wszystkich chrześcijan do oporu przeciwko zorganizowanemu złu tzw. „Wielkiego Resetu”.

Brytyjski kanał The People’s Voice opublikował na YouTubie materiał na temat „boskich” aspiracji Światowego Forum Ekonomicznego (World Economic Forum – WEF). „Bóg umarł”, a WEF zyskuje „boskie moce” – tak prowadzący streścił aktualny przekaz Klausa Schwaba i jego satelitów, na czele z „prorokiem globalistów”, sodomitą Yuvalem Noahem Hararim.

Wśród kompilacji wypowiedzi widzimy przewodniczącego WEF, Klausa Schwaba, jak bez ogródek relacjonuje w jednym z wywiadów, jak udało mu się zinfiltrować połowę rządów na świecie, które wykonują agendę jego forum. – Ci tyrani stają się teraz aroganccy i przekonani o własnym sukcesie. Nie ukrywają się już więcej w cieniu, pociągając za sznurki zza kurtyny – komentuje narrator filmu.

Pojawiły się w nim również fragmenty wypowiedzi Harariego, m. in. jak komentował swoją książkę, w której stwierdził, że „Bóg umarł, tylko trudno mu się pozbyć ciała”. O cokolwiek temu szaleńcowi chodziło, to istotne słowa padły później, gdy stwierdził, że to Światowe Forum Ekonomiczne „zyskuje teraz boskie moce” i będzie ono „awansowało ludzi na bogów”.

Materiał brytyjskiego medium udostępnił na swoim Twitterze bp Joseph Strickland. Każdy wierzący chrześcijanin powinien energicznie to potępiać. Głosy Światowego Forum Ekonomicznego wypowiadają bluźnierstwa przeciwko Bogu Wszechmogącemu, Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu, i muszą być potępione. Musimy na każdym kroku stawiać opór im oraz złu „wielkiego resetu” – napisał hierarcha.

Źródło: Twitter / YouTube

FO

https://pch24.pl/kim-pan-jest-panie-schwab-odkrywamy-prawde-o-autorze-idei-poprawiania-swiata-przez-globalny-zarzad/
https://pch24.pl/harari-i-de-waal-na-igrzyskach-wolnosci-konwergencja-nbci-i-transhumanizm/