Kampania z Putinem w tle

Kampania z Putinem w tle

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)  •  30 kwietnia 2023 tekst

Afera z ukraińskim zbożem skończyła się tak samo nagle, jak wybuchła. Rząd „dobrej zmiany” ogłosił, że „do lipca” zboże z Polski wyjedzie. Co prawda nie wiadomo jeszcze – dokąd – bo, jak pamiętamy, miało wyjechać i wcześniej, jako że wjechało tylko tranzytem.

A w ogóle okazało się, że to wszystko przez Putina, bo nakradł się na Ukrainie zboża, no a potem swoim zwyczajem zasypywał zbożowe magazyny w Polsce – ale nie pierwszorządnym zbożem z Ukrainy, które przerabiał na białe, chrupiące bułeczki, tylko ruskim Scheissem, co to nie nadaje się nawet na paszę. Takie głuche wieści krążą wśród wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, który zarówno w tej sprawie, jak i we wszystkich innych, w których maczał palce, jest czysty, jak łza, jakby się wykąpał w hyzopie. Jak wiadomo z Pisma Świętego, wystarczy kogoś tylko pokropić hyzopem, a już staje się bielszy od śniegu, a cóż dopiero, gdy się wykąpie? Po takim zabiegu wykąpany staje się podobny do czystego typa nordyckiego, który – jak wiadomo – jest czysty i bez mydła.

Dzięki temu, że afera z ukraińskim zbożem zakończyła się wesołym oberkiem, możemy spokojnie czekać na zapowiadaną ofensywę niezwyciężonej ukraińskiej armii, która, jak wsiądzie żołdakom Putina na karki, to się nie zatrzyma, aż w Moskwie, a kto wie, czy nie dalej – na przykład – we Władywostoku? Takie rewelacje na temat ukraińskich planów wyciekły ostatnio z Ameryki. Wyobrażam sobie, w jaką panikę musiało to wpędzić zimnego ruskiego czekistę Putina. Jeszcze nie wiemy dokładnie, co w tej sytuacji postanowi, ale jestem pewien, że wkrótce ukraiński wywiad poda nam do wierzenia zbawienną prawdę, że wycofa się na z góry upatrzone pozycje na Nowej Ziemi, podczas gdy europejska część Rosji przekształci się w strefę zdemilitaryzowaną. Z jakiegoś zagadkowego powodu wiele sobie po tym obiecuje były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Aleksander Kwaśniewski, w swoim czasie kolegujący z Hunterem Bidenem, synem Pana Naszego z Waszyngtonu, na służbie u ukraińskiego oligarchy Mykoły Złoczowskiego. Teraz na Ukrainie trwa wojna, ale tylko patrzeć, jak zakończy się ostatecznym zwycięstwem, po którym Polska zleje się z Ukrainą i będzie ją odbudowywała, zgodnie z umową z 2 grudnia 2016 roku, na podstawie której polski rząd zobowiązał się do nieodpłatnego udostępniania Ukrainie zasobów całego państwa. Ileż tu będzie można się nakraść – tego oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie ogarnia, toteż nic dziwnego, że wszyscy miłujący pokój Europejczycy nie mogą się już ostatecznego zwycięstwa doczekać.

Tymczasem jednak w naszym bantustanie rozkręca się kampania wyborcza, w ramach której Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński próbuje usidlić złowrogiego Donalda Tuska. W tym celu Sejm przyjął ustawę o nadzwyczajnej komisji, która będzie badała ruskie wpływy w polskiej polityce i jak tylko zdemaskuje Tuska, bo zrobi mu szlaban na funkcje publiczne na całe 10 lat. W tej komisji, obok zasłużonych parlamentarzystów mają zasiadać też sprawdzeni, pierwszorzędni fachowcy spoza Sejmu – ale niestety nie wiadomo, czy pan prezydent Duda pójdzie na ten kozacki numer i ustawę podpisze. Może ją przed podpisaniem skierować do Trybunału Konstytucyjnego, który, jak wiadomo, jest sparaliżowany z powodu odmowy uznania przez część sędziów pani Julii Przyłębskiej na stanowisku prezesa, w związku z czym każda sprawa, która tam trafi, jakby zapadła się w czarną dziurę. Tedy na wszelki wypadek Naczelnik zaktywizował się na odcinku smoleńskim, z czego skorzystał Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz, po 13 latach od katastrofy kierując do prokuratury zawiadomienie o „możliwości popełnienia przestępstwa zamordowania prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pozostałych 95 osób”. Z ustaleń sławnej podkomisji wynika, że w Smoleńsku był zamach, polegający na wybuchu bomby, a może nawet dwóch bomb, które prawdopodobnie umieścił w samolocie Putin. W tej sytuacji prokuraturze pozostawałoby tylko ustalić rolę Donalda Tuska w tym zamachu – czy na przykład podsadzał Putina, kiedy ten wkładał bombę do lecącego samolotu, czy przyłożył rękę w jakiś inny sposób – ale te informacje prokuratura przy pomocy pierwszorzędnych fachowców potrafi wydobyć z Donalda Tuska w areszcie wydobywczym. Niestety prokuratura to jedna sprawa, a niezawisłe sądy, to sprawa druga. Jak wiadomo, znaczna część niezawisłych sędziów sympatyzuje z Volksdeutsche Partei, więc trudno powiedzieć, czy w tej sytuacji uda się wpakować złowrogiego Tuska do aresztu wydobywczego. W tej sytuacji narodził się projekt ustawy o zaostrzeniu odpowiedzialności nie tylko za bycie ruskim agentem lub onucą, ale również – za uleganie ruskiej dezinformacji. Jak wiadomo ruskiej dezinformacji ulegać nam nie wolno. Jeśli już – to jakiejś innej – chociaż i to wiąże się z ryzykiem. zecz w tym, że wspomniany projekt stoi na nieubłaganym stanowisku, że ruskim agentem można zostać również „bez swojej wiedzy i zgody” – a w tej sytuacji przez Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego otwierają się przepastne możliwości. Ponieważ taki agent sam nie wie, że jest ruskim agentem, to koronnym dowodem w sprawie siłą rzeczy musi być przyznanie się delikwenta w momencie, kiedy przesłuchujący śledczy uświadomi mu całą ohydę jego czynu; „Wiecie, rozumiecie, z wami jest brzydka sprawa!”. W ten sposób wracamy do starej, sprawdzonej teorii dowodów, według której confessio est regina probationum, co się wykłada, że przyznanie jest królową dowodów. Jeśli tedy projekt ten wszedłby w życie, to nie ulega wątpliwości, że pierwszorzędni fachowcy nie tylko złowrogiego Donalda Tuska, ale i każdego innego obywatela mogliby przekonać, żeby przyznał się do czego akurat tam będzie trzeba. W ten sposób przekonujemy się po raz kolejny, ile racji mają militaryści twierdzący, że trzeba korzystać z wojny, bo pokój będzie straszny. Nie ulega bowiem wątpliwości, że przy pomocy takich narzędzi uda się przywrócić upragnioną jedność moralno-polityczną narodu, a każdego kto usiłowałby sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów, postraszy się Putinem, który jest dobry na wszystko – nawet na ładną, niewinną panienkę.

Kiedy tak rząd „dobrej zmiany” próbuje przywrócić jedność moralno-polityczną narodu, przeżyliśmy dwie rocznice. Pierwsza – to 80 rocznica powstania w getcie warszawskim. Z tej okazji pani Barbara Engelking powtórzyła oskarżenia, jakie już na początku lat 90-tych pojawiły się w żydowskich organizacjach przemysłu holokaustu, że Polacy podczas okupacji nie pomogli Żydom. Wprawdzie to oskarżenie można by odwrócić, że Żydzi nie kiwnęli nawet palcem, by ocalić od śmierci 3,5 miliona Polaków, ale po stronie polskiej nikt tego nie robi, zdając sobie sprawę z jego absurdalności, podczas gdy strona żydowska się nie krępuje i realizuje w podskokach skoordynowane polityki historyczne: żydowską i niemiecką. Wielce Czcigodny poseł Dominik Tarczyński oskarżył nawet panią Engelking do prokuratury, ale nie wydaje mi się, by znalazł się w Polsce sąd, który odważyłby się zrobić krzywdę pani Barbarze Engelking, więc myślę, że może ona rozwijać swoją działalność całkowicie bezpiecznie. Niezależnie do tego Wielce Czcigodna Anna Maria Żukowska, z pierwszorzędnymi korzeniami, właśnie zaszmalcowała pana premiera Morawieckiego, że jako Żyd przypisał wszystkie zasługi tubylczym nacjonalistom, a nie – dajmy na to – Gwardii Ludowej. Druga rocznica, to rocznica uchwalenia ustawy o obronie Ojczyzny, na podstawie której nasza niezwyciężona armia ma zostać powiększona do 300 tysięcy. Z tej okazji Naczelnik Państwa powiedział, że musimy być przygotowani „na każdą ewentualność”. I słuszna jego racja, bo przecież nie wiemy, co każe nam zrobić Nasz Najważniejszy Sojusznik tym bardziej, że za „wzmacnianie wschodniej flanki NATO” rząd „dobrej zmiany” bez mrugnięcia okiem płaci i nawet się nie targuje. Bo i on wie i my wiemy, że w przeciwnym razie zaraz byśmy musieli wszyscy zakochać się w panu Szymonie Hołowni, jako jasnym idolu, a tak, to po staremu kochamy się w Naczelniku, premierze Morawieckim i wicepremierze Błaszczaku.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Jak nie budować relacji z Ukrainą. Interesy, różnice i kontrowersje nie znikną, nawet [gdyby była] dobra wola.

Jak nie budować relacji z Ukrainą. Dalsza część opowieści o zbożu. Interesy, różnice i kontrowersje nie znikną, nawet [gdyby była] dobra wola.

[To nie mój pogląd, lecz „Polityki”. O roli Firtaszów nie piszą. Jednak umieszczam. Mirosław Dakowski]

ak-nie-budowac-relacji-z-ukraina

Od co najmniej roku mówię i piszę, że słabnąca w wyniku wojny Ukraina, z jej mnóstwem nierozwiązanych problemów wewnętrznych, wśród których korupcja jest tylko najbardziej głośnym, i nowymi bolączkami, jest zagrożeniem dla Polski. Jej problemy będą się stawać naszymi, destabilizacja sytuacji wpływać będzie na nas, a nastroje opinii publicznej po obu stronach, mogą podlegać szybkiej ewolucji.

W miejsce dotychczasowej, nieco sielskiej sympatii, pojawią się zadrażnienia i w konsekwencji może ujawnić się tłumiona niechęć. Nasi wrogowie, nie tylko na wschodzie to wykorzystają, choćby z tego powodu, że polsko-ukraiński tandem zmienić może układ sił w Europie, lepiej zatem zrobić wszystko, aby on nie powstał. W efekcie możemy ponosić koszty sąsiadowania ze zdestabilizowanym państwem nie wykorzystując możliwości, które pojawiłyby się gdyby destabilizacji uniknąć, albo znacząco zmniejszyć jej skalę. Taka ocena sytuacji skłoniła mnie do mówienia o konieczności pogłębienia współpracy, po to aby Polska przeciwdziałając najgorszym scenariuszom rozwoju sytuacji na Ukrainie, wykorzystała korzystne położenie w jakim się znaleźliśmy w związku ze skalą naszego zaangażowania we wspieranie wysiłku wojennego Kijowa. Kryzys zbożowy potwierdził, że współpraca polsko-ukraińska nie musi być aksamitna, będą zadrażnienia, a nawet poważne spięcia, a to czego potrzebujemy to zarówno podejście strategiczne, jak odpowiednio wczesna reakcja na majaczące na horyzoncie problemy. Zobaczmy jak narastał problem.

Był czas na odpowiednio szybką i spokojną reakcje”

W lutym tego roku Julia Samajewa, kierująca działem ekonomicznym w Dzierkale Tyżnia, ukraińskim tygodniku opublikowała artykuł, w którym szukała odpowiedzi na pytanie – Jak to się stało, że ukraińska pszenica jest najtańsza na świecie? Prześledźmy jej tok rozumowania i wyniki dziennikarskiego śledztwa, bo pisze ona, że pierwsze niepokojące oznaki nowego trendu były już na rynku zauważalne w październiku 2022 roku. Był zatem czas na odpowiednio szybką i spokojną reakcje. Na czym polega analizowane przez nią zjawisko? Paradoks polegał na tym, że w roku 2022 światowe ceny zbóż osiągnęły maksimum, w maju dochodząc do poziomu ok. 440 dolarów za tonę. Wówczas to niektóre kraje (Węgry, Indie, Gruzja, Kazachstan, Azerbejdżan) w trosce o sytuację na własnym rynku żywności wprowadziły embargo na eksport własnej produkcji. I właśnie w tym czasie, bo Samajewa poddała analizie dane służb celnych za okres czerwiec – listopad 2022 r., ukraińska pszenica sprzedawana była z dyskontem cenowym na poziomie 40 proc.

Uprzedzając pytania skąd my mielibyśmy o tym wiedzieć wyjaśniam, że należało właśnie w związku z dobrą współpracą między Warszawą a Ukraina i po to, aby przyspieszyć odprawy, zacząć pracować wówczas nad wprowadzeniem jednego, wspólnego dokumentu na podstawie którego mogłyby być realizowane kontrakty eksportowe. Byłoby to tym łatwiejsze, że wszystkie kontrakty eksportu ziarna zbóż i roślin oleistych są na Ukrainie rejestrowane. Ale idźmy dalej. Samajewa pisze, że w analizowanym okresie (czerwiec – listopad 2022 r.) średnia cena tony pszenicy na światowych rynkach wynosiła 362 dolary za tonę, a Ukraina sprzedawała ją do Polski wówczas za 222 dolary, do Rumunii za 209, do Bułgarii za 200 dolarów. Zapewne już wówczas były faktyczne podstawy, aby zacząć reagować, tym bardziej, że z formalnego punktu widzenia, na co zwraca uwagę choćby europoseł PIS Jacek Saryusz-Wolski, a potwierdza Witold Waszczykowski, też eurodeputowany rządzącej formacji, są prawne narzędzia, które należało wykorzystać. Samajewa zauważyła też inną ciekawą prawidłowość. Otóż trzeba wiedzieć, że kontrakty eksportu towarów masowych, w tym wypadku ziarna pszenicy czy kukurydzy, realizuje się według dwóch systemów – DAP, kiedy wszystkie koszty logistyczne są po stronie dostawcy i FOB, kiedy koszty ponosi kupujący a sprzedawca musi jedynie dostarczyć towar do portu czy na bocznicę kolejową. Z oczywistych względów kontrakty DAP charakteryzują się wyższymi cenami umownymi, a FOB niższymi. Ale nie w przypadku ziarna eksportowanego w ubiegłym roku z Ukrainy. W tym wypadku nie było tego rodzaju korelacji. Zdarzało się, że ceny kontraktowe wywożonego z Ukrainy ziarna w systemie, który nakładał koszty logistyczne na sprzedawcę, były niższe od tych kiedy za dostawę płacił kupujący. Jedno było wspólne, zawsze średnia wartość kontraktów była znacząco niższa od ceny rynkowej. Jak to się zatem stało, że ukraińscy traderzy, firmy zajmujące się eksportem produkcji rolniczej, godzili się na sytuację w której handlowali znacznie poniżej cen światowych, przecież teoretycznie przynajmniej, mogliby zarobić więcej? Ukraińska dziennikarka pisze, że w rzeczywistości nikogo nie interesuje w Kijowie w jakich cenach sprzedawane jest zboże. Ministerstwo rolnictwa ma inne problemy na głowie, zwłaszcza w czasie wojny, służby celne bardziej zajmują się importem, bo ma on związek z opłatami, a służby podatkowe zajmują się przede wszystkim problemem cen transferowych dbając o to, aby nie odstawały one w kontraktach eksportowych in plus, a nie in minus od światowego poziomu. W ten sposób ujawnia się też słabość państwa ukraińskiego i podległych mu służb, które nie były w stanie adekwatnie reagować na powstałą sytuację. Ale nie jest to tylko kwestia zaniedbań czy niedorozwoju administracji. Stworzono też mechanizmy wręcz ułatwiające proceder sprzedaży po obniżonych cenach, ze znaczącym dyskontem, ukraińskiej produkcji rolnej. Pisze ona o tym, że władze Ukrainy chcąc przeciwdziałać ucieczce waluty za granicę, zarówno chcąc utrzymać makroekonomiczna stabilność, jak i walczyć z nielegalnymi transferami, wprowadziły w czasie wojny zasadę obowiązkowych depozytów walutowych od kontraktów eksportowych. Punktem odniesienia są ceny kontraktowe za ostatnie 6 miesięcy, a depozyt jest zwalniany w momencie wpłynięcia waluty na rachunek sprzedawcy. Tylko, że ten właśnie mechanizm stworzył dodatkowe zachęty, aby zejść z ceny sprzedaży, bo nie mrozi się w ten sposób kapitału pracującego.

W normalnych realiach rynkowych tego rodzaju podejście zderzyłoby się z niechęcią producenta rolnego, który nie wyzbyłby się swych zapasów za bezcen. Ale Ukraina nie jest w normalnej sytuacji i producenci rolni stoją przed dylematem sprzedać za bezcen ryzykując, że nowej produkcji nie będzie gdzie przechować, albo czekać na lepsze czasy. Jak pisała w lutym „Oczywiście producenci są przegranymi, jeśli handlowcy są zwycięzcami. A teraz, ze względu na problemy logistyczne, tak trudno sprzedać zboże, że są zmuszeni zgodzić się na wszelkie warunki, byle nie gniło”.

Rolą administracji publicznej jest przewidywanie sytuacji kryzysowych”

Na nasz użytek warto się zastanowić, czy wiedzieliśmy o tym co się na Ukrainie dzieje? Mamy przecież finansowane z pieniędzy podatnika ośrodki analizujące zarówno sytuację w rolnictwie, jak i to co się dzieje na Wschodzie. Nawet jeśli wcześniej nie śledziły one bardzo intensywnie procesów rynkowych u naszego sąsiada, to po wybuchu wojny można było zainicjować programy badawcze, nieco rozszerzyć obszar monitorowanych zjawisk. Dlaczego tego nie zrobiono? A może nikt nie słuchał głosów ekspertów pracujących na rzecz rządu?

Nie wiem, ale ten brak ekspertyzy lub jej lekceważenie i reagowanie dopiero wówczas kiedy problemy urosną, wydaje się jednym z naszych podstawowych problemów. Ale idźmy dalej. Samajewa pisze, że w ciągu 5 miesięcy ubiegłego roku ukraińscy eksporterzy sprzedali poniżej rynkowych cen 5 mln ton zboża, na czym Kijów stracił 550 mln dolarów wpływów (chodzi w tym wypadku o saldo transferów finansowych), co w wymiarze makroekonomicznym utrudniło stabilizowanie hrywny. Czy w Kijowie nie wiedziano o tym co się dzieje?

W innym artykule pisze ona, powołując się zresztą na nasza prasę, że ukraińska pszenica która „wlała się” na nasz rynek była kwalifikowana jako „techniczna”, czyli nie nadająca się do spożycia. O tej kwestii napiszę nieco później, ale jak zauważyła dziennikarka w ukraińskiej klasyfikacji produktów ekspertowych, w tym oczywiście również zboża, nie ma takiej kategorii. Nie ma pszenicy technicznej. A zatem z Ukrainy nie mogła wyjechać tak kwalifikowana, magiczna przemiana nastąpiła na granicy. Samajewa jest zdania, że może to świadczyć, iż eksporterzy, firmy handlowe, posługiwali się dwoma kompletami dokumentów – dla służb ukraińskich jednym i dla polskich drugim. Dlatego właśnie pisałem, że należało odpowiednio wcześniej, a rolą administracji publicznej jest przewidywanie sytuacji kryzysowych, pracować nad wspólnym polsko – ukraińskim dokumentem. Ale jest też inne wyjaśnienie tego fenomenu. Otóż rozmawiałem z prezesem jednej z firm handlującej „po polskiej stronie” ukraińskim zbożem.

Powiedział mi on, że kwalifikacja dostawy jako zboża technicznego była częstą praktyką sugerowaną przez nasze służby. Znacząco przyspieszało to odprawę graniczną, bo badania fitosanitarne nie były konieczne. Nasze służby pracujące na granicy nie dostały w odpowiednim czasie niezbędnych narzędzi (większe budżety, nowe laboratoria, więcej kadr) więc znalazły rozwiązanie, szkoda tylko, że tego rodzaju. Wreszcie Samajewa pisze, że jej zdaniem ukraińskie ministerstwo rolnictwa nie musiało być zainteresowane rozwiązaniem problemu eksportu poniżej cen rynkowych, bo kierujący resortem Nikołaj Solski jest „jednym ze współzałożycieli Ukraińskiego Holdingu Rolnego, który zajmuje się między innymi handlem zbożem. Oznacza to, że minister może równie dobrze lobbować w interesie handlowców, mimo problemów niektórych drobnych producentów”.

Wydaje się, że wiele w Polsce mówiąc o problemach państwa ukraińskiego nadal również w czasie wojny borykającego się z wieloma „przedwojennymi” problemami – korupcją, niewydolnością administracji, interesami wpływowych grup interesów, traktujemy naszego sąsiada w kategoriach normalnie funkcjonującego organizmu. Zakładamy milcząco, że „to oni” winni znaleźć rozwiązanie rysujących się problemów, nie jest naszym obowiązkiem wtrącanie się w ich wewnętrzne sprawy, nawet nie musimy się nimi interesować. Jest akurat, moim zdaniem zupełnie odwrotnie. Jeśli nie będziemy się tymi problemami interesować, nie poprawimy stanu naszej wiedzy na temat tego, co dzieje się na Ukrainie, nie będziemy aktywniejsi – proponując rozwiązania, zarówno legislacyjno-administracyjne, jak również rzeczowe, to będziemy „hodować” problemy, które tak jak to było w przypadku ziarna zbóż w pewnym momencie wybuchną, ale wówczas na reakcję będzie zbyt późno. Należało odpowiednio wcześniej myśleć o programie wsparcia dla ukraińskich producentów rolnych, skupu ich zboża, magazynowania, również w Polsce. Gdybyśmy rozbudowali odpowiednio szybko system logistyczny, zdolności portów, służby celne i fitosanitarne, to moglibyśmy na tranzycie zarobić. Ale trzeba było przygotować się do tematu w sposób strategiczny, z odpowiednim wyprzedzeniem, zasięgając opinii znających rynek rolny na świecie i w Europie. Specjalistów w Polsce w tym obszarze jest aż nadmiar. Tylko, że chyba nikt ich nie słuchał.

Ale jest jeszcze jeden w tym wszystkim ciekawy wątek. Otóż przywoływany przeze mnie Nikołaj Solski, ukraiński minister rolnictwa opublikował artykuł poświęcony obecnemu kryzysowi. Jest on napisany w bardzo pojednawczym tonie, ale warto zwrócić uwagę na zawarte w nim tezy. Pisze on m.in., iż wzrost eksportu ukraińskiej kukurydzy na rynek Unii Europejskiej (8 mln ton w 2021 roku i 11,2 mln ton w 2022) jest zarówno wynikiem blokad portów czarnomorskich przez Rosjan (o czym wiemy), jak i efektem większego popytu, bo w ubiegłym roku w wielu państwach Europy Zachodniej miała miejsce susza. Nas ona dotknęła w znacznie mniejszym stopniu niż Hiszpanię i Francję. Jeśli chodzi o eksport oleju słonecznikowy, to zdaniem ukraińskiego ministra rolnictwa był on niewiele tylko wyższy w roku ubiegłym niźli rok wcześniej (odpowiednio 1,96 mln ton i 2,05 mln ton), a w przypadku miodu, orzechów i wyrobów przemysłu spożywczego (makaron, słodycze etc.) spadł. Trudno zatem mówić o tym, że w przypadku niektórych grup towarowych objętych np. polskim embargo mamy do czynienia z narastającym zagrożeniem rynku wewnętrznego. Jeśli tak jest, a sprawa wymaga zbadania, to uprawnionym byłby pogląd, że przy okazji problemu z ukraińskim zbożem i ziarnem kukurydzy nasz rząd broni interesów branżowych.

Ale kwestia ziarna zbóż jest najważniejsza zwróćmy uwagę, co na ten temat pisze ukraiński minister. Przytoczmy słowa Nikołaja Solskiego. Jak zauważa „ukraiński import do Polski przyniósł wiele korzyści nie tylko Ukrainie, ale także samej Polsce. Oto, o czym mówię: 20 proc. polskiego eksportu to wszelkiego rodzaju mięsa. Polski eksport mięsa i produktów mlecznych wzrósł w ubiegłym roku o 37 proc. Taka produkcja wymagają paszy, a zboże z Ukrainy wzmocniło konkurencyjność polskich producentów. Eksport zboża i produktów jego przetwórstwa z Polski również wzrósł o 40 proc. Tak więc rozwijał się biznes sąsiedniego kraju, w tym wykorzystujący ukraińskie surowce. Dla przykładu, zgodnie z oświadczeniem polskiego ministra, w 2022 roku produkcja kurczaka w Polsce wzrosła o 8,2 proc. w stosunku do 2021 roku. Polska stała się jednym z liderów wśród krajów UE w eksporcie kurczaków do krajów trzecich. W I kwartale 2023 roku Polska sprzedała na Ukrainę 10,5 tys. ton kurczaków, a Ukraina do Polski – 4 tys. ton , czyli 2,5 razy mniej”.

Bardzo ciekawy to wątek, pójdźmy więc tropem podsuniętym przez ukraińskiego ministra. Jest to o tyle istotna kwestia, że Polska jest europejskim liderem w produkcji mięsa drobiowego, jest ono tanie i powszechnie dostępne a głównym czynnikiem kosztów producentów jest cena paszy. Jeśli zatem na rynku było dostępne tanie ukraińskie zboże, to rentowność produkcji mięsa drobiowego winna się znacznie poprawić, ceny winny spaść, co byłoby też korzystne jeśli chodzi o presje inflacyjną, w Polsce nadal bardzo wysoką. Na szczęście nasze Ministerstwo Rolnictwa prowadzi drobiazgowy monitoring rynków rolnych, w tym mięsa drobiowego, mamy zatem dobre źródło, którym możemy się posiłkować. Odwołajmy się do danych znajdujących się w ostatnim, kwietniowym, biuletynie analizującym sytuację na rynku drobiu. Okazuje się, że o ile średnie ceny mięsa kurcząt w Unii Europejskiej wzrosły w ciągu roku (od marca 2022 do marca 2023) o 11,2 proc., ale już w przypadku Czech o 26,5 proc., Niemiec o 17 proc., a Słowacji o 18,2 proc., to w Polsce te ceny, liczone w złotych, spadły o 0,9 proc., a jeśli liczyć w euro, to wzrosły o 0,3 proc.. Słowa ukraińskiego ministra znajdują zatem potwierdzenie i w naszej statystyce. Jeśli jednak spojrzymy na ministerialne dane dotyczące cen pasz, to okazuje się, że w przypadku drobiu ich ceny wzrosły w ciągu roku o 5,6 proc. A zatem ktoś przechwytuje marżę, jeśli kupuje taniej surowiec. Ale wróćmy do argumentacji ukraińskiego ministra. Pisze on i ma rację, że spadek cen zbóż na globalnych rynkach wywołany został nie napływem taniej produkcji z Ukrainy, ale dobrymi prognozami zbiorów w Brazylii. Zwraca też uwagę na to, że kraj ten, który według analiz amerykańskiej USDA eksportował jeszcze dwa lata temu 87 mln ton zbóż, to w tym roku będzie to 125 mln ton. Rynek nie zna próżni, jeśli zboże z Ukrainy nie dociera to znajdą się producenci, w tym wypadku Brazylia, którzy zajmą powstałą lukę. Solski zwraca uwagę i warto potraktować jego słowa niezwykle poważnie, na fakt, że eksport produkcji rolnej z Ukrainy może być wspólną szansą, stać się impulsem rozwojowym dla wszystkich krajów regionu. Można na tym sporo zarobić, ale zamiast spierać się i kłócić, a rynek nie będzie czekał, należy współpracować. Jego artykuł utrzymany jest w pojednawczym tonie, na co też warto zwrócić uwagę, bo zdaje się, że w ukraińskim rządzie nie dominuje wcale postawa obrażonej panienki, która odwraca się plecami od dotychczasowego partnera, kiedy pokazał on, iż ma własne zdanie. Oczywiście w ukraińskich mediach niemało jest „prymusów” eurointegracji, ekspertów w rodzaju Nazara Bobickiego, który na gruncie unijnego prawa dowodzi, że nasze embargo jest nielegalne. Wśród największych entuzjastów integracji z Unią Europejską na Ukrainie nie ma też wielu przyjaciół Polski. Musimy o tym wiedzieć, bo oni postrzegają sojusz z konserwatywnym rządem [??? md] w Warszawie, będącym w sporze z Brukselą, w kategoriach bariery na drodze do szybkiego wstąpienia do Wspólnoty. Rząd Szmychala prezentuje w tej materii znacznie bardziej zniuansowane i rozsądne stanowisko. Znajomość spraw, poglądów i tendencji w ukraińskim świecie politycznym również winno być jednym z naszych priorytetów.

Mam wrażenie, że cała naszą politykę wobec Ukrainy chcemy budować wyłącznie w oparciu o „imperatyw wdzięczności” za przyjęcie uchodźców i pomoc wojskową. Jest to złudzenie. Interesy, różnice i kontrowersje nie znikną, nawet jeśli jest dobra wola, aby łagodzić napięcia. Ale wolę trzeba uzupełnić o wiedzę, myślenie strategiczne, budowanie narzędzi, odwagę formułowania planów i koncepcji, zarówno na poziomie konkretnych sektorów gospodarczych, jak i relacji w wymiarze generalnym. Tego nadal nam brakuje.

Ostra nagana i żądanie posłuszeństwa – z Kijowa. Tryptyk. Tutejsi dzielnie robią w majtki.

Ostra nagana i żądanie posłuszeństwa – z Kijowa. Tryptyk.

MD

=============================

I. Na podst.: kijowski-rezim–note-protestacyjna [usuwam „brzydkie słowa”, bo zaciemniają sytuację. md]

Kijowski reżim w podziękowaniu za pomoc, jaką otrzymali bezpodstawnie od Polski, złożyły protest w ambasadzie RP oraz przedstawicielstwie UE w związku z wprowadzeniem ograniczenia importu zboża z ich kraju.

Przedstawiciel Kijowa Ołeh Nikołenko [rzecznik ukraińskiego MSZ , a jego wypowiedź cytuje „Ukraińska Prawda”] potwierdził, że noty protestacyjne zostały złożone w piątek w ambasadzie RP i przedstawicielstwie UE w Kijowie. Według Nikołenki, sytuacja jest „kategorycznie niedopuszczalna”. Przedstawiciel Kijowa oświadczył, że takie ograniczenia, bez względu na uzasadnienie, naruszają układ stowarzyszeniowy między Ukrainą a UE oraz normy i zasady jednolitego rynku UE. Słowa prostego i pospolitego chama, jakie są podziękowaniem za „pomoc” otrzymaną od Polski zacytowała portal Europejska Prawda.

“Istnieją pełne podstawy prawne do natychmiastowego wznowienia eksportu ukraińskich towarów rolnych do Polski, Rumunii, Węgier, Słowacji i Bułgarii, a także kontynuacja niezakłóconego eksportu do innych państw członkowskich UE” – dodał.

Nikołenko zaapelował do partnerów o poszukiwanie wyważonego rozwiązania, opartego na prawodawstwie unijnym, układzie stowarzyszeniowym i duchu solidarności. Jego zdaniem, taki krok jest jedynym sposobem na skuteczne przeciwstawienie się „agresywnemu” działaniu Rosji oraz wzmocnienie jednolitego rynku UE.

„Kluczowe elementy umowy, uzgodnione również z Ukrainą, to: cofnięcie jednostronnych środków przez Polskę, Słowację, Bułgarię i Węgry; wyjątkowe środki ochronne dla 4 produktów: pszenicy, kukurydzy, rzepaku i ziaren słonecznika; pakiet wsparcia w wysokości 100 mln euro dla poszkodowanych rolników w 5 państwach członkowskich; zapewnienie badań niektórych innych produktów, w tym oleju słonecznikowego; prace nad zapewnieniem eksportu do innych krajów za pośrednictwem korytarzy solidarnościowych” – poinformował.

Przedstawiciel Kijowa swoim zachowaniem bez wątpienia udowodnił, że to właśnie Ukraina jest agresorem a jej działania na terenie wschodniej Ukrainy, jakie zostały zapoczątkowane w 2015 roku, należy kwalifikować jako akt terroryzmu, za który osoby odpowiedzialne powinny ponieść surowe konsekwencje karne.

W piątek Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej ds. handlu, ogłosił, że KE osiągnęła zasadnicze porozumienie z Bułgarią, Węgrami, Polską, Rumunią i Słowacją w sprawie ukraińskich produktów rolno-spożywczych.

Przypominamy, że w piątek Morawiecki rozmawiał z komisarzem UE Valdisem Dombrovskisem na temat sytuacji na rynku rolnym. Pisowski polityk potwierdził, że osiągnięto porozumienie z UE w sprawie zakazu importu produktów rolnych, które wpłynęły na destabilizację rynku w Polsce, w tym głównie zboża i kukurydzy. Wprowadzenie regulacji celnych zostanie przedłużone od czerwca, a obecne przepisy pozostaną w mocy do tego czasu, co zostało wynegocjowane przez Polskę w intensywnym procesie negocjacji.

================================

II. „Ukraina zachowuje się nielojalnie wobec Polski”. Europoseł PiS obnaża hipokryzję Kijowa ukraina-zachowuje-sie-nielojalnie–hipokryzja

Strona ukraińska zachowuje się nielojalnie wobec Polski – powiedział w niedzielę na antenie Telewizji Republika europoseł PiS Jacek Saryusz-Wolski.

Polityk skomentował ostrą reakcję Kijowa na decyzję Polski o zakazie importu produktów rolnych z Ukrainy. W piątek MSZ Ukrainy przekazał ambasadzie RP i przedstawicielstwu UE w Kijowie noty resortu o „kategorycznej niedopuszczalności sytuacji związanej z ograniczeniami handlowymi dotyczącymi importu produktów rolnych Ukrainy”.

W ocenie europosła PiS Polska musi jak najszybciej zareagować na to, co robi strona ukraińska i przejść do ofensywy prawno-politycznej.

Pierwszy zarzut, że to narusza zasady jednolitego rynku. Otóż Ukraina nie jest członkiem jednolitego rynku. Drugi zarzut, że środki unijne naruszają układ stowarzyszeniowy. Otóż jako ktoś, kto przeprowadzał układ stowarzyszeniowy przez Parlament Europejski – swego czasu byłem jego sprawozdawcą – stwierdzam, że tam są klauzule ochronne w postaci tak zwanych środków taryfowo-kwotowych, które na takie rozwiązania, które stosuje dzisiaj przymuszona i ponaglona przez Polskę i innych Komisja Europejska, pozwalają. Także jest to w pełni zgodne z jednolitym rynkiem i w pełni zgodne z układem stowarzyszeniowym, wbrew krytyce ukraińskiej – wyjaśniał gość Telewizji Republika.

Mam dwie hipotezy. Po pierwsze, po stronie Komisji Europejskiej i Unii nie doceniono cenowej konkurencyjności produktów rolnych, które napłyną z Ukrainy i skali tego napływu. Druga hipoteza: założono, nie chcąc dać Ukrainie pieniędzy, a wiemy, że Unia skąpi pieniędzy Ukrainie, że zamiast tego dostaną dostęp do rynku rolnego, zakładając, wręcz wiedząc, być może cynicznie, że główną cenę zapłacą kraje graniczące z Ukrainą – alarmował Saryusz-Wolski.

Zdaniem eurodeputowanego swoją krytyką „strona ukraińska zachowuje się nielojalnie wobec Polski”. – Sama sobie szkodzi, występując przeciwko tym krajom, graniczącym z nią głównie, które są jej głównymi sojusznikami – podsumował.

  =======================================

III. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych skomentowało doniesienia medialne o nocie Ukrainy ws. przywrócenia eksportu zboża z Ukrainy do UE. Rzecznik MSZ dodał, że Warszawa nie otrzymała jeszcze żadnego oficjalnego pisma, które miało wpłynąć do polskiej ambasady w Kijowie.

Rzecznik MSZ Łukasz Jasina poinformował, że polska strona nie zna jeszcze dokładnej treści ukraińskiej noty dyplomatycznej dotyczącej eksportu produktów rolnych. Dokument miał zostać przekazany polskiej ambasadzie w Kijowie oraz przedstawicielstwu Unii Europejskiej na Ukrainie. Jednak nota nie trafiła jeszcze do polskiego MSZ w Warszawie. Łukasz Jasina podkreślił, że gdy tylko polska strona otrzyma notę, oceni ją.

 „Nasza ambasada jeszcze nie przekazywała nam żadnych informacji. Jak przekaże notę, to ocenimy” – powiedział rzecznik ministerstwa.

========================

mail:

[pewnie Chabad Lubawicz, a może sam Firtasz czy podobni, ukradli eter i druty między Kijowem a Warszawą. Stąd ten pożałowania godny brak informacji, nawet po paru dniach. ]

Braun: Polaków można oswoić z propagandą podżegania do wojny –

Braun: Polaków można oswoić z propagandą podżegania do wojny

Polaków można tym karmić i rzecz pewnie najstraszniejsza, że

braun-polakow-mozna-tym-karmic

Polakom można to oferować, Polaków można tym karmić i rzecz pewnie najstraszniejsza, że Polaków można oswoić z propagandą podżegania do wojny – mówił podczas XII Konferencji Prawicy Wolnościowej poseł Konfederacji Grzegorz Braun.

Przedstawiciel Konfederacji, poseł Grzegorz Braun, był jednym z prelegentów, który wystąpił pierwszego dnia XII Konferencji Prawicy Wolnościowej. Z innymi fragmentami wystąpienia polityka możecie zapoznać się w artykułach na naszej stronie:


Braun: To jest fascynujące

Naród Polski został oswojony z tym, że nie wszystkie zbrodnie się rozlicza i nie wszystkie zbrodnie się nazywa zbrodniami i to jest coś fascynującego, że można w ciągu roku, ba (…) to po prostu był efekt piorunujący, z tygodnia na tydzień okazało się, że kto się upomina o nazywanie ludobójstwa ludobójstwem, niewłaściwy czas sobie znalazł na to i zostaje ekspresowo „ruskim agentem” – mówił Braun.

Pomijając zaszłości historyczne można było Polakom z dnia na dzień wmówić, że państwo, które z wielką biedą, rok po roku, dźwigało się z zapaści ekonomicznej, socjalnej, że to państwo może być fundatorem wszystkiego dla tych, których nam wskazano jako tych, których potrzeby są pierwszoplanowe– kontynuował.

Poseł Konfederacji zauważył, że „potrzeby potrzebujących w Polsce, czy gdzie indziej w świecie muszą ustąpić, ponieważ inni są załatwiani bez kolejki, często dosłownie”.

To jest fascynujące, że można wydać, wedle załganych statystyk, załganych niewątpliwie danych podawanych przez ministrów aktualnego rządu, można wydać 50 miliardów na pomoc dla przybyszów i jednocześnie nie móc sprowadzić paru setek, paru tysięcy Polaków na przykład z Kazachstanu– dodawał.

Braun: Nie ma na to odpowiedzi

Polakom można to oferować, Polaków można tym karmić i rzecz pewnie najstraszniejsza, że Polaków można oswoić z propagandą podżegania do wojny i z Polaków można zrobić kibiców wojny, dopominających się eskalacji, bo to tak jest przedstawiane – mówił Braun.

Według posła „niestety nawet ze strony środowisk, od których oczekiwalibyśmy większego rozsądku, jest na to przyzwolenie. Na ten dogmat walki aż do cudzego zwycięstwa”.

Problem jest taki, ja szereg razy pytałem o to publicznie, gdzie jest ta granica. Pomijając już dyskusje na temat samych celów, które ja uważam za problematyczne, to zadajmy sobie pytanie o to, kiedy i jak te cele mają być osiągnięte – kontynuował Braun.

Następnie polityk wymienił szereg pytań: „jaka linia demarkacyjna na froncie?”, „jakie terytorium?”, „jakie warunki rozejmu?”.Chciałbym wiedzieć o co walczymy, jeśli już walczymy. I nie ma odpowiedzi na to. Odpowiedź jest zawsze jedna: „aż do zwycięstwa” – podkreślał poseł Konfederacji.

Oligarchia – finansjera wysysa ludzkość do kości. Bogactwo światowych miliarderów wzrosło o 50% w ciągu 9,5 miesiąca.

Oligarchia – finansjera wysysa ludzkość do kości.

Mówią ludziom, aby przyzwyczaili się do swojej “nowej normalności”.

Bogactwo światowych miliarderów wzrosło o 3,9 biliona dolarów między 18 marca a 31 grudnia 2020 roku. Ich łączny majątek wynosił wtedy 11,95 mld dolarów, co oznacza 50-procentowy wzrost w ciągu zaledwie 9,5 miesiąca.

Date: 1 Maggio 2023Author: Uczta Baltazara finansjera-wysysa-ludzkosc-do-kosci

Bank Światowy twierdzi, że prawie 80% (560 mln) z 700 mln ludzi, którzy zostali zepchnięci do skrajnego ubóstwa w roku 2020 z powodu polityki COVID, pochodziło z Indii. W skali globalnej poziom skrajnego ubóstwa wzrósł w roku 2020 o 9,3 procent. worldbank-content

Oszacowano, że jedynie w roku 2022 ćwierć miliarda ludzi na całym świecie zostało zepchniętych w strefę absolutnego ubóstwa. covid-economic-devastation-quarter-billion

W Wielkiej Brytanii ubóstwo wzrasta w dwóch trzecich społeczności, ponieważ miliony osób pozostają bez ogrzewania i nie są w stanie regularnie jeść posiłków christians-against-poverty. Z powodu “kryzysu kosztów życia” 10,5 miliona osób przeżywa trudności finansowe. Dodatkowe 13,7 mln osób jest zagrożonych trudnościami finansowymi w przypadku dalszego wzrostu kosztów. 

Poziom życia w Wielkiej Brytanii gwałtownie się obniża living-standards. Na przykład, 28 procent (wzrost z 9 procent przed COVID) dorosłych Brytyjczyków powiedziało, że nie może sobie pozwolić na jedzenie pełnowartościowych posiłków. Absolutne ubóstwo wzrośnie z 17,2 % w 2021-22 do 18,3 % w 2023-24, spychając dodatkowe 800.000 osób w ubóstwo.

W Anglii 100 000 dzieci zostało pozbawionych darmowych posiłków w szkołach. children-not-eligible-for-free-meals-going-hungry

W USA około 30 milionów osób o niskich dochodach znajduje się na krawędzi “urwiska głodowego”, ponieważ część przysługującej im federalnej pomocy żywnościowej jest odbierana 30_million_snap_slashed. W roku 2021 szacowano, że w USA jedno na osiem dzieci chodzi głodne. hunger-in-america/child-hunger.

Małe firmy składają wnioski o upadłość w USA w rekordowym tempie. Prywatne wnioski o upadłość w roku 2023 znacznie przekroczyły najwyższy pułap odnotowany podczas wczesnych etapów COVID. Czterotygodniowa średnia krocząca dotycząca wniosków prywatnych – pod koniec lutego 2023 roku była o 73 % wyższa niż w czerwcu 2020 roku. edge-markets

Tymczasem prawie 100 największych amerykańskich spółek giełdowych odnotowało w roku 2021 marże zysku wyższe o co najmniej 50 proc. od ich poziomów z roku 2019. corporations-are-reaping-record-profits

Główny ekonomista Banku AngliiHuw Pill .wikipedia twierdzi, że ludzie powinni “zaakceptować” stanie się biedniejszym urges-people-to-accept-they-are-poorer. Podobnie wypowiada się Rob Kapito, współzałożyciel największej na świecie firmy zarządzającej aktywami BlackRock.

Rob Kapito urodził się w robotniczej rodzinie żydowskiej[5]. (…) Stał się przedmiotem antysemickiej teorii spiskowej twierdzącej, że on i inni Żydzi są częścią kabały odpowiedzialnej za COVID i “agendę COVID”.[16]. Kapito

W roku 2022 Kapito stwierdził, że “bardzo uprzywilejowane” pokolenie ludzi, którzy nigdy nie musieli się poświęcać, wkrótce po raz pierwszy w życiu będzie musiało zmierzyć się z niedostatkiem /blackrock-president-warns.

Kryzys – jaki kryzys? 

Oczywiście Kapito bez wątpienia ma na myśli zwykłych obywateli USA, a nie siebie. W roku 2021 Kapito, jako prezes BlackRock, zarobił łącznie 26 750 780 dolarów. salary-Robert-S-Kapito

Nie odnosi się on również do osób o wysokich dochodach, które korzystają z głodu, inwestując w BlackRock, firmę, która nadal czerpie zyski ze zglobalizowanego systemu żywnościowego, który – z założenia – zostawia na pastwę losu około miliarda ludzi doświadczających niedożywienia. rock-waging-economic-warfare-humanity goodreads.com_Starved

BlackRock jest jednym z bogatych tzw. “barbarzyńców w stodole”, którzy nadal czerpią ogromne zyski finansowe z wyzysku systemu żywnościowego.

Barbarzyńcy w stodole: private equity wkracza do rolnictwa: barbarians-at-the-barn

Kapito i Pill mówią zwykłym ludziom, aby przyzwyczaili się do swojej “nowej normalności”, podczas gdy gdzie indziej jak zwykle dominują interesy – nie tylko w jednym z najbardziej lukratywnych finansowo sektorów świata, tj. produkcji broni. Wojna na Ukrainie stała się “gorączką złota” dla zachodnich producentów broni, którzy, podobnie jak bogaci amerykańscy neokoni, tacy jak Victoria Nuland, wciąż dążą do doprowadzenia do “zmiany reżimu” w Rosji, walcząc z Moskwą do ostatniego Ukraińca. ukraine-war-weapons-arms-russia

Kiedy Huw Pill mówi zwykłym ludziom, aby przyzwyczaili się do bycia biedniejszymi, nie ma na myśli osób i firm, które zarobiły setki milionów funtów (korzystając ze środków podatnika) na skorumpowanych kontraktach na sprzęt COVID, dzięki temu, że rząd brytyjski priorytetowo traktował dostawców powiązanych politycznie od początku wdrożenia COVID. guardian. cant-forget

I nie można tego zlekceważyć jako “jednorazowego przypadku”. Te doniesienia to zaledwie wierzchołek ogromnej korupcyjnej góry lodowej.

Na przykład Byline Times donosi, że ponadpartyjny parlamentarny nadzór zgłosił obawy, że decyzje dotyczące sposobu przyznawania pieniędzy z funduszu miejskiego o wartości 3,6 miliarda funtów, mającego na celu pobudzenie wzrostu gospodarczego w miastach borykających się z problemami, były motywowane politycznie. -corruption-league-of-shame committees.parliament.uk

Zauważa również, że w ciągu ostatnich pięciu lat 40 potencjalnych naruszeń kodeksu ministerialnego nie zostało zbadanych. transparency.org.uk

Nic dziwnego, że w styczniu 2023 roku Wielka Brytania spadła na najniższą w historii pozycję w rankingu Transparency International Corruption Perceptions Index. orruption-perceptions-index

Weźmy pod uwagę, że ONZ szacuje, iż zaledwie 51,5 miliarda dolarów wystarczyłoby na zapewnienie żywności, schronienia i wsparcia ratującego życie 230 milionom najbardziej potrzebujących ludzi na świecie. Dodajmy do tego fakt, że 20 korporacji z sektora zbożowego, nawozowego, mięsnego i mleczarskiego dostarczyło akcjonariuszom 53,5 miliarda dolarów w latach finansowych 2020 i 2021. international-state-less

Według Global Witness “nadmierne zyski” to nagłe i znaczne zwiększenie zysków finansowych przedsiębiorstwa, które nie wynikają z jego własnych działań, ale z wydarzeń zewnętrznych. UE twierdzi, że zyski uznaje się za “nadmierne”, gdy są o ponad 20% wyższe od średniego zwrotu z poprzednich czterech lat. fossil-gas/crisis

Global Witness stwierdza, że roczne zyski osiągnięte w roku 2022 przez pięć największych zintegrowanych firm naftowych i gazowych sektora prywatnego – Chevron, ExxonMobil, Shell, BP i TotalEnergies – wyniosły 195 miliardów dolarów. Wzrost o prawie 120% w stosunku do roku 2021 i najwyższy poziom w historii branży. 

Oznacza to, że firmy te zarobiły 134 mld dolarów nadmiernych zysków, co mogłoby pokryć prawie 20% pieniędzy, które wszystkie europejskie rządy łącznie przeznaczyły na osłonę wrażliwych gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw przed obecnym kryzysem energetycznym.

Centrica, spółka będąca właścicielem British Gas, informuje o rekordowych zyskach za rok 2022. Odnotowano zyski operacyjne w wysokości 3,3 mld funtów, wobec 948 mln funtów w roku 2021. Przewyższyło to jej poprzedni najwyższy w historii roczny zysk w wysokości 2,7 mld funtów z roku 2012. profits-triple-at-british-gas

W maju 2021 roku poinformowano, że szczepionki COVID stworzyły co najmniej dziewięciu nowych miliarderów. Według badań przeprowadzonych przez People’s Vaccine Alliance, wśród nowych miliarderów znaleźli się m.in. dyrektor generalny Moderny Stéphane Bancel oraz Ugur Sahin, dyrektor generalny firmy BioNTech, która wyprodukowała szczepionkę wspólnie z Pfizerem. Obaj CEO byli wówczas warci około 4 miliardów dolarów. Miliarderami zostali również starsi dyrektorzy z chińskiej firmy CanSino Biologics oraz początkowi inwestorzy w Modernie. app.box

Chociaż dziewięciu nowych miliarderów było w tamtym czasie wartych łącznie 19,3 mld dolarów, szczepionki były w dużej mierze finansowane z pieniędzy publicznych. Na przykład, według raportu CNN z maja 2021 roku, firma BioNTech otrzymała od rządu niemieckiego 325 milionów euro na opracowanie szczepionki. Firma osiągnęła zysk netto w wysokości 1,1 mld euro w pierwszych trzech miesiącach roku, dzięki udziałowi w sprzedaży ze szczepionki COVID, w porównaniu ze stratą w wysokości 53,4 mln euro w tym samym okresie poprzedniego roku.

Oczekiwano, że Moderna osiągnie 13,2 mld dolarów przychodów ze szczepionki COVID w roku 2021. Firma otrzymała miliardy dolarów dofinansowania od rządu USA na rozwój swojej szczepionki. 

W tym artykule omówiono pobieżnie tematykę czterech koni ekonomicznej apokalipsy – agrobiznesu, ropy, broni i big pharmy.

Ale na koniec wspomnijmy o piątym i najpotężniejszym – finansach. Sektorze, który wywołał spustoszenie, które obecnie obserwujemy

Pod koniec 2019 roku zapowiadał się kryzys finansowy. Miał być wielokrotnie gorszy od tego z roku 2008.

Dziennikarz śledczy Michael Byrant twierdzi, że do poradzenia sobie z kryzysem w samej Europie potrzebne było 1,5 biliona euro. Zapaść finansowa spoglądająca europejskim bankierom centralnym w twarz nabrała rumieńców w roku 2019: 

“Wszystkie debaty na temat wielkiej finansjery doprowadzającej naród do bankructwa poprzez grabież funduszy publicznych, polityków niszczących usługi publiczne na polecenie wielkich inwestorów i grabieży dokonywanych przez ekonomię w stylu kasyna zostały usunięte za sprawą COVIDa. Drapieżcy, którzy dostrzegli, że ich imperia finansowe rozpadają się, postanowili zamknąć społeczeństwo. Aby rozwiązać problemy, które stworzyli, potrzebowali motywu osłonowego. Pojawiła się ona w magiczny sposób w postaci “nowego wirusa”. inside-covids-ground-zero

Europejski Bank Centralny zgodził się na dofinansowanie banków kwotą 1,31 bln euro, po czym UE zgodziła się na fundusz naprawczy dla europejskich państw i przedsiębiorstw o wartości 750 mld euro. Ów pakiet długoterminowych, bardzo tanich kredytów dla setek banków był sprzedawany opinii publicznej jako „program niezbędny do złagodzenia wpływu pandemii” na przedsiębiorstwa i pracowników.

To, co wydarzyło się w Europie, było częścią strategii mającej na celu zapobieżenie szerszemu systemowemu załamaniu hegemonicznego systemu finansowego. A to, co widzimy teraz, to współzależny globalny kryzys zadłużenia, inflacji i “oszczędności” oraz największy w historii transfer bogactwa do bogatych pod przykrywką “kryzysu kosztów życia”. philosophical-salon https://www.globalresearch.ca/covid-capitalism-friedrich-boris/5785964

Podczas gdy miliony pracowników podejmują akcję strajkową w Wielkiej Brytanii, Huw Pill sugeruje, że powinni oni zaakceptować swoje trudne położenie jako nieuniknione.

Ale nie mają ku temu powodów. 

Bogactwo światowych miliarderów wzrosło o 3,9 biliona dolarów między 18 marca a 31 grudnia 2020 roku. Ich łączny majątek wynosił wtedy 11,95 mld dolarów, co oznacza 50-procentowy wzrost w ciągu zaledwie 9,5 miesiąca. Między kwietniem a lipcem 2020 roku, podczas początkowych blokad, majątek posiadany przez tych miliarderów wzrósł z 8 bilionów dolarów do ponad 10 bilionów dolarów. inequality-virus

Jedyną nieuniknioną rzeczą w obecnym kryzysie był upadek napędzanego długiem, niezrównoważonego neoliberalizmu, stworzonego w celu ułatwienia jawnej grabieży przez super-bogatych, którzy na ukrytych kontach ulokowali ponad 50 bilionów dolarów. offshore-initiative

INFO: poverty-crisis-sucking-humanity-dry

Te ręce poważnie pracują. A obcy gangsterzy rabują zyski. Chcą większych.

Witold Gadowski [Artykuł WG z „Niedzieli”, całość]

Jedyną warstwą społeczną, której kolejne zdarzenia naszej historii nie wyniszczyły tak jak intelektualnych elit, arystokracji i mieszczaństwa, są polscy chłopi – uparci, pracowici, twardzi, solidni i kierujący się zdrowym instynktem, aby nigdy nie popuścić niczego ze swojej ojcowizny. Dziś chłopi, którzy przetrwali przy produkcji rolnej, to przedsiębiorcy, którzy planują, działają i osiągają swoje ekonomiczne cele. Ich los jest niestabilny, uzależniony od pogody, a także od tego, co się dzieje na naszych granicach. Rolnictwo jest jedyną gałęzią naszej gospodarki, która nie została zdewastowana przez ideologiczne i kryminalne (łapówkarstwo polityków) wybryki. Nie rozwaliła rolnictwa reforma Balcerowicza. Rolnicy przetrwali Hilarego Minca i jego zbrodnicze metody, przetrwali komunistyczne kontyngenty i limity, ba – przetrwali kolejne „zarazy” i pomysły Unii Europejskiej.

Polskie rolnictwo pozostało chyba jedyną gałęzią naszej gospodarki, która się broni i w większości ciągle pozostaje w polskich rękach. Rolników nie pokonało złodziejskie sprzedanie przez polityków polskiego handlu zagranicznym korporacjom, gdy okazało się, że kupujemy np. niemieckie ziemniaki zamiast tych lepszych, pochodzących od polskich rolników. Wsi nie zniszczyły nawet pandemia, inflacja, drożejące kredyty ani lawinowo rosnące

ceny nawozów. Ale gdy nasza granica stanęła otworem dla wątpliwej jakości płodów rolnych i zbóż z Ukrainy, sytuacja stała się naprawdę groźna. Niech nikt mi przy tym nie wmawia, że się tak stało przypadkiem. Proszę także propagandowo nie kłamać, że w tej całej aferze przynajmniej ukraińscy rolnicy odnoszą jakieś korzyści. Tak nie jest. Większość zalewającego nasz rynek ukraińskiego zboża należy do ukraińsko-rosyjskich oligarchów, którzy od dawna okradają swój [?? md] naród, a cała ta sytuacja służy jedynie do pomnożenia ich miliardowych zysków.

Pojawiają się też dowody na to, że wielkie korzyści z tego zamieszania odnosi pieszczoszek kremlowskiego Gazpromu – oligarcha z Kijowa Dmytro Firtasz. Jest on intensywnie poszukiwany przez amerykańskie FBI za aferę korupcyjną związaną z koncernem Boeing. Firtasz właśnie wije sobie biznesowe gniazdko w Warszawie, na alei Szucha 9, w willi po Aleksandrze Gudzowatym, a główne polskie media i politycy konsekwentnie na jego temat milczą.

Ktoś może liczy nawet na to, że uda się jakoś przemilczeć sprawę współpracownika ober-gangstera Siemiona Mogilewicza. Wielu chciałoby przemilczeć również sprawę firmy Mogilewicza Eural Trans Gas, w której po raz pierwszy pojawił się były strażak z Czernichowców – Firtasz.

Firma ta, która w czasach rządów Leszka Millera, sprowadziła do Polski ogromne ilości gazu. Potem był gazpromowski RosUkrEnergo, w którym Firtasz zarabiał już krocie, a teraz ten człowiek stoi za nielegalnie sprowadzanym do Polski ukraińskim zbożem.

Rządzący, pod wpływem rolniczych protestów przeciwko finansowaniu ich kosztem rosyjskich oligarchów, zapowiedzieli wprowadzenie blokady na ukraińskie płody rolne. Od razu do Polski pofatygował się więc minister rolnictwa Ukrainy, który zażądał natychmiastowego zaprzestania tej blokady i… po kilku godzinach rząd ją zniósł.

Przyznam, że przestaję cokolwiek z tego rozumieć. Okazuje się, że siła oddziaływania ukraińskich, często rosyjsko-ukraińskich oligarchów jest

większa niż interes polskich producentów rolnych. Dzieje się zatem coś, przeciwko czemu należy protestować. Jeżeli dopuścimy do tego, że fala bezprawnych towarów z Ukrainy po dumpingowych cenach doprowadzi do bankructwa polskich przedsiębiorców rolnych, to przegramy najważniejszą bitwę – stracimy naszą niezależność żywnościową i polskie ziemie będą, tak jak dzieje się to właśnie na Ukrainie, przejmować obcy.

A od tego już tylko krok do dyktowania nam takich cen żywności, że będzie można na nas wymusić zjadanie tego, co życzą sobie globaliści. Dopóki większość ziemi jest w polskich rękach, dopóty skutecznie możemy się opierać obcym wpływom.

Rozbicie polskiego rolnictwa to droga do całkowitego uzależnienia Polaków od obcego kapitału i obcych wpływów. Na Ukrainie w czasie wojny dokonano największej w historii tego kraju (jeśli nie liczyć postkomunistycznego złodziejstwa) prywatyzacji. Za naszą wschodnią granicą czekają już wielkie koncerny i oligarchowie, którzy dzięki przestępstwom i morderstwom zgromadzili swój niebotyczny majątek, a teraz usiłują go gwałtownie legalizować w Europie. Kiedy więc napotykasz na drodze rolniczą blokadę, nie okazuj zniecierpliwienia, bo ci ludzie właśnie walczą w naszym wspólnym interesie. Jeśli upadnie rolnictwo, nic w naszej gospodarce nie będzie już niepodległe. Szanujmy spracowane ręce, które od wieków nas żywią. 

Te ręce poważnie pracują. A obcy gangsterzy czerpią zyski. Chcą większych.

Witold Gadowski [Artykuł WG z „Niedzieli”, całość]

Jedyną warstwą społeczną, której kolejne zdarzenia naszej historii nie wyniszczyły tak jak intelektualnych elit, arystokracji i mieszczaństwa, są polscy chłopi – uparci, pracowici, twardzi, solidni i kierujący się zdrowym instynktem, aby nigdy nie popuścić niczego ze swojej ojcowizny. Dziś chłopi, którzy przetrwali przy produkcji rolnej, to przedsiębiorcy, którzy planują, działają i osiągają swoje ekonomiczne cele. Ich los jest niestabilny, uzależniony od pogody, a także od tego, co się dzieje na naszych granicach. Rolnictwo jest jedyną gałęzią naszej gospodarki, która nie została zdewastowana przez ideologiczne i kryminalne (łapówkarstwo polityków) wybryki. Nie rozwaliła rolnictwa reforma Balcerowicza. Rolnicy przetrwali Hilarego Minca i jego zbrodnicze metody, przetrwali komunistyczne kontyngenty i limity, ba – przetrwali kolejne „zarazy” i pomysły Unii Europejskiej.

Polskie rolnictwo pozostało chyba jedyną gałęzią naszej gospodarki, która się broni i w większości ciągle pozostaje w polskich rękach. Rolników nie pokonało złodziejskie sprzedanie przez polityków polskiego handlu zagranicznym korporacjom, gdy okazało się, że kupujemy np. niemieckie ziemniaki zamiast tych lepszych, pochodzących od polskich rolników. Wsi nie zniszczyły nawet pandemia, inflacja, drożejące kredyty ani lawinowo rosnące

ceny nawozów. Ale gdy nasza granica stanęła otworem dla wątpliwej jakości płodów rolnych i zbóż z Ukrainy, sytuacja stała się naprawdę groźna. Niech nikt mi przy tym nie wmawia, że się tak stało przypadkiem. Proszę także propagandowo nie kłamać, że w tej całej aferze przynajmniej ukraińscy rolnicy odnoszą jakieś korzyści. Tak nie jest. Większość zalewającego nasz rynek ukraińskiego zboża należy do ukraińsko-rosyjskich oligarchów, którzy od dawna okradają swój [?? md] naród, a cała ta sytuacja służy jedynie do pomnożenia ich miliardowych zysków.

Pojawiają się też dowody na to, że wielkie korzyści z tego zamieszania odnosi pieszczoszek kremlowskiego Gazpromu – oligarcha z Kijowa Dmytro Firtasz. Jest on intensywnie poszukiwany przez amerykańskie FBI za aferę korupcyjną związaną z koncernem Boeing. Firtasz właśnie wije sobie biznesowe gniazdko w Warszawie, na alei Szucha 9, w willi po Aleksandrze Gudzowatym, a główne polskie media i politycy konsekwentnie na jego temat milczą.

Ktoś może liczy nawet na to, że uda się jakoś przemilczeć sprawę współpracownika ober-gangstera Siemiona Mogilewicza. Wielu chciałoby przemilczeć również sprawę firmy Mogilewicza Eural Trans Gas, w której po raz pierwszy pojawił się były strażak z Czernichowców – Firtasz.

Firma ta, która w czasach rządów Leszka Millera, sprowadziła do Polski ogromne ilości gazu. Potem był gazpromowski RosUkrEnergo, w którym Firtasz zarabiał już krocie, a teraz ten człowiek stoi za nielegalnie sprowadzanym do Polski ukraińskim zbożem.

Rządzący, pod wpływem rolniczych protestów przeciwko finansowaniu ich kosztem rosyjskich oligarchów, zapowiedzieli wprowadzenie blokady na ukraińskie płody rolne. Od razu do Polski pofatygował się więc minister rolnictwa Ukrainy, który zażądał natychmiastowego zaprzestania tej blokady i… po kilku godzinach rząd ją zniósł.

Przyznam, że przestaję cokolwiek z tego rozumieć. Okazuje się, że siła oddziaływania ukraińskich, często rosyjsko-ukraińskich oligarchów jest

większa niż interes polskich producentów rolnych. Dzieje się zatem coś, przeciwko czemu należy protestować. Jeżeli dopuścimy do tego, że fala bezprawnych towarów z Ukrainy po dumpingowych cenach doprowadzi do bankructwa polskich przedsiębiorców rolnych, to przegramy najważniejszą bitwę – stracimy naszą niezależność żywnościową i polskie ziemie będą, tak jak dzieje się to właśnie na Ukrainie, przejmować obcy.

A od tego już tylko krok do dyktowania nam takich cen żywności, że będzie można na nas wymusić zjadanie tego, co życzą sobie globaliści. Dopóki większość ziemi jest w polskich rękach, dopóty skutecznie możemy się opierać obcym wpływom.

Rozbicie polskiego rolnictwa to droga do całkowitego uzależnienia Polaków od obcego kapitału i obcych wpływów. Na Ukrainie w czasie wojny dokonano największej w historii tego kraju (jeśli nie liczyć postkomunistycznego złodziejstwa) prywatyzacji. Za naszą wschodnią granicą czekają już wielkie koncerny i oligarchowie, którzy dzięki przestępstwom i morderstwom zgromadzili swój niebotyczny majątek, a teraz usiłują go gwałtownie legalizować w Europie. Kiedy więc napotykasz na drodze rolniczą blokadę, nie okazuj zniecierpliwienia, bo ci ludzie właśnie walczą w naszym wspólnym interesie. Jeśli upadnie rolnictwo, nic w naszej gospodarce nie będzie już niepodległe. Szanujmy spracowane ręce, które od wieków nas żywią. 

Ukraina pokazała Polsce kły. UE: …Wycofane zostaną wprowadzone przez te państwa rozporządzenia o zakazie importu ukraińskich produktów…

Ukraina pokazała Polsce kły

UE: Wycofane zostaną wprowadzone przez te państwa rozporządzenia o zakazie importu ukraińskich produktów…

Katarzyna Treter-Sierpińska 29 kw., 2023 , ukraina-pokazala-polsce-

W piątek (28.04.2023) wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Valdis Dombrovskis poinformował, że KE podpisała z Bułgarią, Polską, Rumunią, Słowacją i Węgrami porozumienie dotyczące tranzytu i importu ukraińskich produktów rolno-spożywczych. W myśl tego porozumienia wycofane zostaną wprowadzone przez te państwa rozporządzenia o zakazie importu ukraińskich produktów, przy czym zastosowane zostaną „wyjątkowe środki ochronne dla czterech produktów: pszenicy, kukurydzy, rzepaku i ziaren słonecznika”. Jak wyjaśnił komisarz UE ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski, tych produktów nie będzie można docelowo wwozić do państw objętych porozumieniem, ale będzie możliwy tranzyt na cały rynek unijny. Co ciekawe, Wojciechowski mówił o pięciu produktach, wymieniając też olej słonecznikowy. Ale okazuje się, że olej został w ostatniej chwili skreślony z listy po telefonicznej rozmowie ukraińskiego premiera, Denysa Szmyhala, z przedstawicielami KE.

– Jest deklaracja KE, że te wszystkie pozostałe produkty, poza tymi pięcioma najbardziej wrażliwymi, będą analizowane i możliwe jest zastosowanie klauzuli bezpieczeństwa, która jest zawarta w tym rozporządzeniu liberalizującym handel z Ukrainą – powiedział Wojciechowski. Zastosowanie klauzuli bezpieczeństwa to po prostu zakaz importu lub przywrócenie taryf. – Popieram to, żeby w stosunku do drobiu taką procedurę przeprowadzić – oświadczył Wojciechowski i przypomniał, że ukraińskie mięso drobiowe miało kwotę taryfową 90 tys. ton na całą UE. – Jeśli okaże się, że na tym rynku rzeczywiście są poważne zakłócenia, jest możliwość przywrócenia takiej taryfy, ale to nie jest jeszcze w tej chwili decydowane – wyjaśnił.

W ramach zawartego porozumienia Bułgaria, Polska, Rumunia, Słowacja i Węgry otrzymają pakiet pomocowy w wysokości 100 milionów euro, przy czym muszą się tą kwotą podzielić. Jest to kwota śmieszna, zważywszy na fakt, że minister rolnictwa Robert Telus zapowiedział, iż pomoc dla polskich rolników, którzy ponieśli straty w wyniku napływu do Polski ukraińskich produktów, ma wynieść 10 miliardów złotych.

Jak na porozumienie w sprawie importu zareagował prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski? Oto jego wpis na Twitterze: Odbyłem telefoniczną rozmowę z szefem Rady Europejskiej Charlesem Michelem. (…) Omówiliśmy zakazu importu ukraińskich produktów rolnych, wprowadzony przez niektóre sąsiednie państwa. Wyraziłem głębokie zaniepokojenie takimi decyzjami i podkreśliłem, że te kroki są rażącym naruszeniem umowy stowarzyszeniowej i traktatów założycielskich UE. Zaapelowałem o znalezienie rozwiązania tej sytuacji, uwzględniającego prawodawstwo UE, umowę stowarzyszeniową i interesy wszystkich stron.

A teraz wpis Zełenskiego na Telegramie informujący o tej samej rozmowie z szefem RE: Szczegółowo omówiliśmy sytuację wokół zakazu wwożenia ukraińskiej produkcji rolnej, wprowadzonego przez niektóre sąsiednie państwa. Sztuczne i bezprawne ograniczenie handlu z Unią Europejską uderza w Ukrainę, która sprzeciwia się rosyjskiej agresji, zarówno gospodarczo jak i politycznie. Jestem przekonany, że w warunkach wojny z Rosją Ukraina, jako kandydat do członkostwa w UE oraz Unia Europejska powinny przestrzegać zapisów umowy stowarzyszeniowej i zasad wspólnego rynku UE.

Natomiast podczas swojego codziennego wystąpienia do narodu Zełenski powiedział: Przedyskutowaliśmy z przewodniczącym Rady Europejskiej sytuację wokół destrukcyjnego, moim zdaniem, wprowadzonego przez niektóre państwa zakazu wwożenia naszych produktów rolnych. Podkreślam, że to nie tylko narusza obowiązującą umowę stowarzyszeniową między Ukrainą a UE, ale też daje Kremlowi niebezpieczną nadzieję na to, że w naszym wspólnym europejskim domu czyjeś błędne decyzje mogą przeważyć nad wspólnymi interesami. Teraz, gdy Rosja narusza wolność handlu, próbując zablokować dostawy produktów rolnych na światowe rynki, to nie czas, by ktokolwiek szedł śladem państwa-zła, robił coś podobnego. Trzeba znaleźć normalne, konstruktywne wyjście w duchu europejskim z tej niełatwej sytuacji; takie decyzje, które uwzględniałyby interesy wszystkich naszych krajów i Europy ogółem.

Na oświadczeniach się nie skończyło i w sobotę (29.04.2023) rzecznik ukraińskiego MSZ Oleg Nikołenko poinformował, że Ukraina złożyła w ambasadzie RP i przedstawicielstwie UE w Kijowie oficjalne noty protestacyjne w sprawie ograniczeń w eksporcie ukraińskich produktów rolnych.

Takie ograniczenia, bez względu na to, jak bardzo są uzasadnione, są niezgodne z umową stowarzyszeniową między Ukrainą a UE oraz zasadami i normami jednolitego rynku UE. Istnieją wszelkie podstawy prawne do natychmiastowego wznowienia eksportu ukraińskich towarów rolnych do Polski, Rumunii, Węgier, Słowacji i Bułgarii, jak również do kontynuacji niezakłóconego eksportu do innych krajów członkowskich UE i ogólnie niezakłóconego tranzytu wszystkich ukraińskich produktów do innych krajów, zarówno w granicach UE, jak i poza nią – powiedział Nikołenko.

Reasumując: jeśli nie zgodzimy się na otwarcie granicy dla wwozu wszystkich ukraińskich produktów rolnych, to jesteśmy „ruskimi onucami”. Gdy Polska, Rumunia, Węgry, Słowacja i Bułgaria zaczęły bronić swojego rolnictwa, Ukraina natychmiast pokazała kły. Dajcie palec, dajcie całą rękę, dajcie wszystko!

Bardzo chciałabym zobaczyć teraz miny wszystkich tych, którzy opętani ukrainofilskim amokiem krzyczeli, że w polskim interesie leży bezwarunkowe wspieranie Ukrainy, a benzyna może być i po 10 złotych, byle nasi ukraińscy „bracia” pokonali Moskala. Każdy, kto miał odwagę powiedzieć, że interesy Polski i Ukrainy nie są tożsame, był stygmatyzowany jako „ruska onuca”. Każdy, kto ostrzegał, że pokonania Rosji nie będzie, a Polska zostanie z gołym tyłkiem, był wyzywany najgorszymi obelgami. Każdy, kto przestrzegał, że – prędzej czy później – Ukraina pokaże Polsce kły, był oskarżany o szerzenie mowy nienawiści. I co teraz?

Aby zrozumieć, co się dzieje, trzeba wiedzieć, że otwarcie granicy UE dla bezcłowego i bezkontyngentowego importu produktów rolnych z Ukrainy, było otwarciem drogi dla ekonomicznej ekspansji ukraińskich oligarchów i zagranicznych koncernów, które wykupiły ziemię na Ukrainie, a przy produkcji rolnej stosują środki zakazane w UE. Mamy zatem dwa zagrożenia: zagrożenie dla polskiego rolnictwa ze strony nieuczciwej konkurencji i zagrożenie dla polskiego konsumenta, który otrzymuje żywność szkodliwą dla zdrowia. Natomiast Zełenski jest tak bezczelny, że oskarża Polskę o pójście „śladem państwa-zła” i żąda wznowienia wwozu wszystkich ukraińskich produktów rolnych powołując się na unijne traktaty. Ukraina nie jest jeszcze członkiem UE, ale już zachowuje się tak, jakby nie tylko nim była, ale miała też prawo rozstawiać wszystkich po kątach. Nie trzeba było długo czekać, żeby ostrzeżenia „ruskich onuc” zaczęły się spełniać.

Dwa tygodnie temu minister finansów M. Rzeczkowska poinformowała, że całkowita kwota wydatków Polski na wsparcie Ukrainy wyniosła do 2% PKB, czyli ok. 50 miliardów złotych. Rzeczkowska przyznała też, że Polska nie otrzymała części pieniędzy, które Unia Europejska miała nam przekazać na ten cel.

Teraz mamy pozwolić na upadek polskiego rolnictwa, żeby ukraińscy oligarchowie i zagraniczne koncerny produkujące żywność na Ukrainie miały zbyt dla swoich towarów. Bo przecież w całej tej aferze nie chodzi o ratowanie świata od głodu, tylko o to, co zawsze, czyli o pieniądze.  Cwaniaki jak zwykle zarobią, a frajerzy jak zwykle stracą. A „ciemnemu ludowi” opowie się bajki o walce za “wolność naszą i waszą”.

Pora otrzeźwieć i zacząć posługiwać się rozumem, a nie emocjami. Wojna na Ukrainie trwa już ponad rok i nie wiadomo, jak długo jeszcze potrwa. Jedno jest pewne: Ukraina to nie tylko studnia bez dna, do której wrzucamy dziesiątki miliardów, ale też bezczelny gracz w walce o swoje interesy. A polskie władze zostały złapane w pułapkę własnych deklaracji o bezwarunkowej konieczności wspierania Ukrainy aż do ostatecznego zwycięstwa, którym ma być odbicie Donbasu i Krymu. Prezydent Andrzej Duda wielokrotnie deklarował, iż „głęboko wierzy” w takie zwycięstwo. W takie zwycięstwo ewidentnie nie wierzy już prezes PiS Jarosław Kaczyński, który cztery dni temu stwierdził: Nie wiemy, jak może się zakończyć wojna na Ukrainie. Są przesłanki, żeby sądzić, że ona może się zakończyć kompromisem, a nie rozstrzygnięciem ostatecznym.

Dobrze, że prezes PiS w końcu zauważył tę oczywistą oczywistość, za powiedzenie której było się oskarżanym o działalność na rzecz Kremla. Szkoda tylko, że zauważył to dopiero teraz, gdy polscy rolnicy dostali po głowie, a Ukraina żąda, żeby dostali jeszcze bardziej.

To jest analogiczna sytuacja do tej, gdy Kaczyński zachwycał się Izraelem i razem z bratem pozwalał Żydom wchodzić Polsce na głowę, a potem był zaskoczony, gdy Żydzi rozpętali aferę na cały świat po nowelizacji ustawy o IPN. Teraz przerabiamy ten sam scenariusz z Ukrainą, z którą niektórzy chcieli już budować unię, żeby reaktywować Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Mam nadzieję, że afera zbożowa i obecna postawa ukraińskich władz będzie kubłem zimnej wody wylanej na te ukrainofilskie głowy. Oby z tej afery był choć taki pożytek!

==========================

Jeśli podobają się Państwu moje felietony i chcielibyście wesprzeć moją działalność publicystyczną, możecie to zrobić dokonując przelewu na poniższe konto PayPal. Będzie to dla mnie nie tylko wsparcie w wymiarze finansowym, ale również sygnał, że to, co robię, jest dla Państwa ważne i godne uwagi. Z góry dziękuję. Katarzyna Treter-Sierpińska https://www.paypal.me/katarzynats

Nawet Balcerowicz, pandemia i inflacja nie zniszczyły polskich rolników. Czy „uda się” to PiS-owi? Firtasz w akcji.

Nawet Balcerowicz, pandemia i inflacja nie zniszczyły polskich rolników. Czy „uda się” to PiS-owi? Firtasz w akcji.

Odpowiada Witold Gadowski 29 kwietnia 2023 balcerowicz-pandemia-i-inflacja-nie-zniszczyly-rolnikow…

„Rozbicie polskiego rolnictwa to droga do całkowitego uzależnienia Polaków od obcego kapitału i obcych wpływów”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

Zdaniem publicysty polscy chłopi są jedyną warstwą społeczną, której kolejne zdarzenia naszej historii nie zniszczyły. „Rolnictwo jest jedyną gałęzią gospodarki, która nie została zdewastowana przez ideologiczne i kryminalne (łapówkarstwo polityków) wybryki. Nie rozwaliła rolnictwa reforma Balcerowicza. Rolnicy przetrwali Hilarego Minca i jego zbrodnicze metody, przetrwali komunistyczne kontyngenty i limity, ba – przetrwali kolejne zarazy i pomysły Unii Europejskiej”, wylicza.

Ekspert programu „Prawy Prosty PLUS” zwraca uwagę, że polskie rolnictwo to chyba jedyna gałąź naszej gospodarki, która się broni i w większości pozostaje w polskich rękach.

„Rolników nie pokonało złodziejskie sprzedanie przez polityków polskiego handlu zagranicznego korporacjom, gdy okazało się, że kupujemy np. niemieckie ziemniaki zamiast lepszych, pochodzących od polskich rolników. Wsi nie zniszczyły nawet pandemia, inflacja, drożejące kredyty ani lawinowo rosnące ceny nawozów. Ale gdy nasza granica stanęła otworem dla wątpliwej jakości płodów rolnych i zbóż z Ukrainy, sytuacja stała się naprawdę groźna”, zauważa.

Jest sporo dowodów na to, że głównym beneficjentem zamieszania z ukraińskim zbożem jest „pieszczoszek kremlowskiego Gazpromu” – oligarcha z Kijowa Dmytro Firtasz. „Firtasz właśnie wije sobie biznesowe gniazdko w Warszawie, na alei Szucha 9, w willi po Aleksandrze Gudzowatym, a główne polskie media i politycy konsekwentnie na jego temat milczą”, podkreśla.

„Jeżeli dopuścimy do tego, że fala bezprawnych towarów z Ukrainy po dumpingowych cenach doprowadzi do bankructwa polskich przedsiębiorców rolnych, to przegramy najważniejszą bitwę – stracimy naszą niezależność żywnościową i polskie ziemie będą, tak jak dzieje się to właśnie na Ukrainie, przejmować obcy. (…) Na Ukrainie bowiem w czasie wojny dokonano największej w historii tego kraju „prywatyzacji”. Za naszą wschodnią granicą czekają już wielkie koncerny i oligarchowie, którzy dzięki przestępstwom i morderstwom zgromadzili swój niebotyczny majątek, a teraz usiłują go gwałtownie legalizować w Europie”, podsumowuje Gadowski.

Źródło: tygodnik „Niedziela”

Prof. Jan Żaryn: Nie tylko komuniści i niemieccy naziści mordowali w XX wieku polskich kapłanów. Robili to także ukraińscy nacjonaliści

Prof. Jan Żaryn: Nie tylko komuniści i niemieccy naziści mordowali w XX wieku polskich kapłanów. Robili to także ukraińscy nacjonaliści

„Wiek XX stał się w dużej mierze czasem nadzwyczajnym. Męczenników polskich – kapłanów i sióstr zakonnych było wtedy więcej niż w całej dotychczasowej historii Polski”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” prof. Jan Żaryn.

Historyk przypomina, że w dużej mierze męczeństwo polskich ludzi Kościoła było pokłosiem dwóch totalitaryzmów – niemieckiego nazizmu i rosyjskiego komunizmu, ale nie tylko. Męczennikami stali się także kapłani i siostry zakonne, którzy zostali wymordowani przez ukraińskich nacjonalistów.

Kolejna grupa to ludzie Kościoła prześladowani przez Litwinów czy Słowaków, oraz komunistów w Polsce. „Pierwszą ofiarą Polski Ludowej stał się ks. Michał Pilipiec, kapelan Armii Krajowej zamordowany przez funkcjonariuszy UB na Rzeszowszczyźnie w grudniu 1944 roku; ostatnią ofiarą PRL był z kolei ks. Sylwester Zych zamordowany przez „nieznanych sprawców” już po wyborach czerwcowych, w lipcu 1989 roku”, podkreśla.

„W ciągu pierwszych lat komunizmu w Polsce przez więzienia stalinowskie przewinęło się około 10 proc. stanu kapłańskiego – ponad tysiąc duchownych. (…) W kolejnych dziesięcioleciach (1956-89) komuniści nie stosowali już tak powszechnych metod represji, zdecydowali jednak, by od 1962 roku inwigilować wszystkich kleryków i kapłanów, traktując tę grupę społeczną jako z definicji podlegającą nadzwyczajnym środkom oddziaływania”, relacjonuje autor tygodnika „Niedziela”.

„Nękanie kapłanów budujących świątynie, katechetów czy duszpasterzy akademickich stawało się męczeństwem w codzienności PRL. Bóg poprowadził zatem polski Kościół drogą nadzwyczajną w XX wieku”, podsumowuje prof. Jan Żaryn.

Źródło: tygodnik „Niedziela”

Czy zamordowani przez ukraińskich nacjonalistów kapłani zostaną ogłoszeni błogosławionymi?

Dr Leon Popek wygłosił podczas konferencji „Ludobójstwo na kresach południowo-wschodnich, 1943-1944: aspekt eklezjalny i teologiczny” wykład.

PCH24.pl

Pfizer przekazał miliony „niezależnym” grupom, aby przepchnąć pozwolenia na szczepionki COVID. Szczepionki przyniosły Pfizerowi w 2022 roku 37,8 mld dolarów.

Pfizer przekazał miliony „niezależnym” grupom, aby przepchnąć pozwolenia na szczepionki COVID. Szczepionki COVID-19 przyniosły Pfizerowi w 2022 roku 37,8 mld dolarów

Brenda Baletti, Ph.D. pfizer-funding-promote-covid-vaccine

Gigant farmaceutyczny Pfizer w 2021 roku przekazał liczne dotacje stowarzyszeniom medycznym, grupom konsumenckim i organizacjom praw obywatelskich w celu stworzenia pozorów szerokiego poparcia dla mandatów szczepionki COVID-19, donosi dziennikarz śledczy Lee Fang.

===========================

Gigant farmaceutyczny Pfizer w 2021 roku dokonał licznych dotacji do stowarzyszeń medycznych, grup konsumenckich i organizacji praw obywatelskich w celu stworzenia pozorów powszechnego wsparcia dla mandatów szczepionkowych COVID-19, – dziennikarz śledczy Lee Fang doniósł.

W miarę jak pozwolenia na szczepionki rozwijały się w 2021 roku, Pfizer milczał w kwestii mandatów – pozwoleń- ale grupy zdrowia publicznego, grupy wspierające pacjentów, stowarzyszenia lekarzy, grupy społeczne i inne, wraz z administracją Bidena, aktywnie opowiadały się za mandatami na szczepionki jako kluczowym środkiem ochrony zdrowia publicznego.

Nowe informacje ujawnione przez firmę Pfizer, zamieszczone przez Fanga na jego stronie internetowej, pokazują, że wiele z tych samych grup otrzymywało pieniądze od firmy Pfizer, podczas gdy promowały one ideę, że szczepionki COVID-19 mRNA są „bezpieczne i skuteczne”, pomimo braku danych naukowych na poparcie tych twierdzeń.

Na obszernej liście grup, które pobierały fundusze od Pfizera w trakcie forsowania mandatów, znalazły się Chicago Urban League, American Academy of Pediatrics (AAP), National Consumers League, The Immunization Partnership, American Pharmacists Association, American College of Preventive Medicine, Academy of Managed Care Pharmacy, American Society for Clinical Pathology oraz American College of Emergency Physicians.

Wiele grup nie ujawniło swoich powiązań z Pfizerem.

„[Te grupy] wyznaczają charakter debaty” – powiedział Fang komentatorowi politycznemu Russellowi Brandowi w niedawnym odcinku programu „Stay Free”. „Pojawiają się w mediach informacyjnych, tworzą wydarzenia i tworzą dyskurs, który wygląda na autentyczny, który wygląda na organiczny, ale przynosi korzyści linii ich dobroczyńców, firm takich jak Pfizer”.

Fang powiedział, że wiele z tych organizacji, szczególnie organizacje praw obywatelskich, takie jak Chicago Urban League lub National Consumers League – która faktycznie ma lobbystę Pfizera w swoim zarządzie – mają potężny wpływ właśnie ze względu na swój niezależny status.

Kiedy te grupy mówią głośno, Fang powiedział:

„To wpływa na to, jak regulatorzy postrzegają te kwestie i jak postrzega je społeczeństwo. Kiedy widzą te grupy osób trzecich, które mają pewną wiarygodność – są to znane organizacje, które są znane z tego, że „stają w obronie interesu publicznego”

„Kiedy mówią ’hej te pozwolenia są dobrym pomysłem dla amerykańskiego społeczeństwa’, wydaje się to autentyczne.

„Ale nie ujawniają pieniędzy Pfizera, co jest istotnym czynnikiem, gdy mówisz o polityce, która zmusza Amerykanów do przyjmowania tego produktu”.

Po tym, jak szczepionki COVID-19 stały się powszechnie dostępne na początku 2021 roku, w całym kraju pojawiły się mandaty [pozwolenia] szczepionkowe w różnych formach.

Na poziomie federalnym Departament Obrony USA nakazał szczepionki dla personelu wojskowego, a administracja Bidena nakazała szczepionki dla wykonawców federalnych i dla wszystkich pracodawców zatrudniających 100 lub więcej pracowników – ten ostatni został odrzucony w sądzie federalnym.

Uniwersytety wprowadziły obowiązek szczepień dla studentów i pracowników, a wielu publicznych i prywatnych pracodawców w całym kraju wprowadziło obowiązek szczepień dla swoich pracowników.

Kilka dystryktów szkolnych w całym kraju planowało wprowadzić obowiązek szczepień dla dzieci uczęszczających do szkoły, ale większość z tych planów została już wycofana.

Ci, którzy wprowadzili obowiązek szczepień, uzasadniali go twierdząc, że masowe szczepienia – i tylko masowe – „powstrzymają rozprzestrzenianie się” COVID-19.

Ale od tego czasu ujawniono, że w marcu 2021 roku, kiedy dyrektor Centers for Disease Control and Prevention (CDC) Rochelle Walensky publicznie i jednoznacznie oświadczyła w MSNBC, że „zaszczepieni ludzie nie zachorują”, nie było żadnych dowodów na poparcie jej oświadczenia.

W rzeczywistości CDC musiało wycofać to oświadczenie kilka dni później.

Biden również fałszywie twierdził, że zaszczepieni nie zachorują – w lipcu 2021 roku, tuż przed wejściem w życie mandatów na szczepionkę COVID-19.

Producenci szczepionek od tego czasu przyznali, że nigdy nie testowali, czy szczepionki powstrzymają transmisję, a amerykańska Agencja Żywności i Leków (FDA) poinformowała, że zaszczepione osoby zarówno w badaniach klinicznych Pfizera, jak i Moderny zakażały się wirusem.

Duży zasięg Big Pharma

Pfizer nie jest jedynym aktorem w Big Pharmie, który po cichu finansuje strony trzecie do wykonywania swojej pracy.

Fang powiedział The Defender, że „wiele firm farmaceutycznych potajemnie kształtuje opinię publiczną i przepisy poprzez wykorzystanie grup frontowych i relacji finansowych z organizacjami społecznymi.”

Na przykład Purdue Pharma potajemnie finansowała grupy adwokackie stron trzecich, aby zachęcić do luźniejszych kryteriów przepisywania jej wysoce uzależniających opioidowych środków przeciwbólowych, doniósł.

Jeśli chodzi o Pfizera, Fang powiedział, że finansowanie przez strony trzecie jest tylko jedną z wielu strategii, które producent leków zastosował, aby napędzić tworzenie polityki COVID-19.

„Pfizer naprężył swoje lobbystyczne mięśnie wokół wielu polityk COVID-19, w tym wysiłków mających na celu ograniczenie inicjatyw dotyczących cen leków oraz próby zapobieżenia tworzeniu generycznych leków COVID” – powiedział, dodając: „Debata na temat mandatu na szczepionki jest kolejnym przykładem zasięgu Pfizera w polityce publicznej”.

Big Pharma – wraz z administracją Bidena i jej pośrednikami – również lobbowała, aby stłumić tych, którzy kwestionowali program szczepionkowy.

Pfizer BioNTech i Moderna naciskały na Twittera i inne platformy mediów społecznościowych, aby ustanowić zasady moderacji, które oznaczałyby rzekome „dezinformacje związane z COVID-19”, w ramach wysiłków mających na celu napędzanie krajowej rozmowy o szczepionkach COVID-19, donosi Fang w ramach „plików Twittera”.

„Pharma jest wyjątkowa pod względem surmartczej ilości pieniędzy, które wydają, aby kontrolować cały sektor publiczny w zakresie regulacji, polityki, wszystkiego, jeśli chodzi o to, jak wpływa na medycynę, jak jest praktykowana w Stanach Zjednoczonych”.

Lobby farmaceutyczne i produktów zdrowotnych jest jednym z największych lobby branżowych. Według OpenSecrets.org, tylko w zeszłym roku przemysł wydał $372 miliony na lobbing w Kongresie i agencjach federalnych, przebijając każdą inną branżę – i każdego roku zwiększa swoje wydatki.

Dyrektor generalny Pfizera Albert Bourla jest członkiem zarządu Pharmaceutical Research and Manufacturers of America (PhRMA), największego indywidualnego lobbysty w branży, który w zeszłym roku wydał 29,2 miliona dolarów. Sam Pfizer wydał więcej niż jakakolwiek inna firma farmaceutyczna.

Przemysł wydaje również ogromne sumy pieniędzy na reklamę. Sam Pfizer wydał prawie 2,8 mld dolarów na reklamę wszystkich swoich produktów w 2022 roku.

Szczepionki COVID-19 przyniosły Pfizerowi w 2022 roku 37,8 mld dolarów, co oznacza wzrost z 36,7 mld dolarów w 2021 roku. Ogólne zyski firmy osiągnęły rekordowy poziom 100 miliardów dolarów.

Big Pharma i CDC wykonały podobną pracę, aby promować mandaty i szczepienia

Istnieje „drzwi obrotowe” między lobbystami przemysłu farmaceutycznego a rządem – prawie 65% lobbystów pracowało wcześniej dla rządu.

A strategie wykorzystywane do budowania poparcia dla produktów Big Pharma to niektóre z tych samych strategii stosowanych przez federalne agencje rządowe, takie jak CDC.

Od 2021 roku – w tym samym czasie, gdy Pfizer zaczął finansować grupy społeczne – CDC przyznało setki milionów dolarów dotacji na stworzenie „kulturowo dostosowanych” materiałów pro-szczepionkowych oraz na szkolenie „wpływowych posłańców” w celu promowania szczepionki COVID-19 i szczepionek przeciwko grypie wśród kolorowych społeczności w każdym stanie w kraju.

W przypadku tych grantów CDC szukało organizacji społecznych, które mogłyby przekazywać wiadomości CDC bez znaku firmowego CDC, tak aby wiadomości te sprawiały wrażenie, że pochodzą organicznie z lokalnych społeczności, a nie od rządu, szczególnie wśród społeczności kolorowych.

W innym przypadku CDC wynajęło firmę public relations, aby napisała coś, co wyglądało jak artykuły informacyjne, a w rzeczywistości było reklamami stworzonymi w celu przekonania rodziców małych dzieci i osób starszych – ze szczególnym uwzględnieniem osób posługujących się językiem hiszpańskim – do poddania się szczepieniom.

Zarówno Pfizer, jak i CDC wykorzystały swoje fundusze, aby dotrzeć do społeczności czarnych i latynoskich, które mają niższe wskaźniki szczepień. W jednym przypadku obie organizacje finansowały tę samą organizację – National Hispanic Medical Association (NHMA).Według Fanga, organizacja współpracowała z firmą public relations o nazwie Culture ONE World, aby rozprowadzać „informacje prasowe i miejsca w mediach”, które „wzywały pracodawców pracowników zasadniczych do wprowadzenia mandatu na szczepionki COVID-19”.

NHMA podpisała również wspólne oświadczenia lobbujące na rzecz mandatu szczepionkowego Bidena i że „otrzymała 30 000 dolarów od BIO [Biotechnology Innovation Organization], grupy lobbystycznej przemysłu szczepionkowego, która reprezentuje Pfizera i Modernę, jak wynika z akt IRS.”

The Defender stwierdził, że NHMA otrzymała $2,070,000 w dwóch rocznych grantach do tej pory na ich „Vacunas! Si Se Puede, Immunization Campaign for Hispanics”, który później stał się „We Can Do This”, w celu stworzenia kulturowo dostosowanych treści, które mają być rozpowszechniane w społecznościach latynoskich.

Amerykańska Akademia Pediatrii otrzymała wiele dotacji od firmy Pfizer w 2021 r.

AAP pojawiła się również na liście Fanga godnych uwagi organizacji, które otrzymały bezpośrednie finansowanie Pfizera.

Według Fanga:

„Amerykańska Akademia Pediatrii była jedną z najbardziej widocznych organizacji pracujących na rzecz budowania publicznego poparcia dla mandatów szczepionkowych. Organizacja otrzymała wiele, specjalistycznych grantów od Pfizera w 2021 roku.

„Pfizer przekazał również dotacje poszczególnym stanowym rozdziałom AAP przeznaczonym na lobbing w zakresie polityki szczepionkowej. Na przykład rozdział AAP w Ohio lobbował w legislaturze stanu Ohio przeciwko projektom ustaw ograniczających przymusową politykę szczepionek COVID-19, otrzymując jednocześnie od firmy Pfizer grant na rzecz „przepisów dotyczących szczepień”.”

Poza pracą związaną z mandatem na szczepionki COVID-19, organizacja była również publicznym rzecznikiem szczepionek COVID-19 dla dzieci. Jej ówczesna prezes, profesor UCLA Moira Szilagyi, M.D., Ph.D., publicznie opowiadała się, w takich mediach jak CNN, za szczepieniem dzieci.

Organizacja ta, „poświęcona zdrowiu wszystkich dzieci”, wydała wcześniej wytyczne polityki dla swoich członków, stwierdzając, że jest to „dopuszczalna opcja dla klinicystów opieki pediatrycznej, aby zwolnić rodziny, które odmawiają szczepionek.”

A w czerwcu 2022 roku AAP wydało komunikat prasowy, w którym pochwaliło zalecenie CDC dotyczące „bezpiecznych, skutecznych szczepionek COVID-19” dla niemowląt w wieku zaledwie 6 miesięcy, pomimo obaw zgłaszanych – między innymi przez komisję doradczą ds. szczepionek FDA – dotyczących braku danych klinicznych dotyczących tych szczepionek u dzieci.

Oprócz finansowania przez Pfizera, AAP otrzymuje wiele funduszy bezpośrednio od CDC, co rodzi pytania o zdolność organizacji do niezależnego działania, zwłaszcza w odniesieniu do zaleceń dotyczących szczepionek, napisał w 2017 roku redaktor BMJ Peter Doshi.

Żeby Polska była polska

Żeby Polska była polska

Krzysztof Baliński 24 kwietnia 2023

Wojna na Ukrainie nie odsunęła zagrożeń, które wiszą nad Polską. Wprost przeciwnie – zagrożenia zintensyfikowała i, jakby przy okazji, wprowadziła zamieszanie w gradacji zagrożeń. Poprzez trwałe osadnictwo Ukraińców na terytorium RP niszczy jednolitość etniczną Polski, wprowadza koszmar wielonarodowego tygla. Dyrektor Muzeum Żydowskiego w Waszyngtonie kiedyś powiedział: „Dzisiejsza Polska to kompletna anomalia. Polska nigdy nie była tak homogeniczna etnicznie”. Tymczasem to państwa z mniejszościami etnicznymi są anomalią, a brak mniejszości jest cechą silnego państwa. Mniejszości nie wzmacniają państwa, ale je osłabiają. Są przyczyną wojen. Gdy Angela Merkel wymuszała przyjęcie imigrantów z Afryki, „New York Times” lamentował: „Polska jest w 98 procentach biała”. Gdy wydała rozkaz „Uchodźców przyjmować!”, żydowska gazeta dla Polaków szantażowała: „Jeśli nie, to oznacza to, że Polakom podoba się homogeniczna Polska stworzona przez Józefa Stalina”.

Tymczasem jednolitość etniczna to jedno z nielicznych dobrodziejstw, jakie spłynęły na Polaków wraz ze zmianą granic. Przypomnijmy, jak zachowali się Ukraińcy na Wołyniu, a pięć milionów Ukraińców w Polsce to o milion więcej niż przed wojną.

Polska staje się krajem wielorasowym, ze wszystkimi konsekwencjami dla bezpieczeństwa wewnętrznego. W Polsce już jest wszystko to, co w Berlinie i Paryżu: zdrada, kolaboracja z nachodźcami, V kolumna i będąca na jej usługach totalna, nachalna i kłamliwa propaganda pro imigracyjna. Wg Antoniego Macierewicza za imigrantów przy płocie z Białorusią odpowiada gen. Gerasimow. A kto odpowiada za tych z Dzikich Pól? Czy aby nie PiS, czyli sam Macierewicz? Wmawiają nam, że największą zbrodnią Kiszczaka było internowanie Michnika i Macierewicza, a nie eksodus w stanie wojennym 2 mln Polaków, banicja tysięcy działaczy „S”, których straszono śmiercią, którym wręczano paszporty ze stemplem jednokrotnego przekroczenia granicy oraz likwidacja całej czołówki działaczy „S” według klucza rasowego.

Po kilku dekadach żydokomunistycznych rządów, Polacy ostatkiem sił utrzymują resztki wspólnoty narodowej. Obce cywilizacyjnie, agresywne i roszczeniowe mniejszości znakomicie przyspieszają proces dezintegracji społeczeństwa. Perturbacje wewnętrzne może wywołać agresywna grupa radykalnych „uchodźców” z Ukrainy. Tak, jak to się stało we Francji i Belgii z radykalnymi islamistami, którzy od lat toczą podjazdową wojnę z autochtonami, wypowiedzianą tylko przez jedną stronę. Najpierw pojawią się „antyukraińskie prowokacje” (równolegle do „antysemickich prowokacji”). Potem znajdzie się kilku snajperów. Bo do Polski z „uchodźcami” wjechały z przeszmuglowaną bronią setki funkcjonariuszy ukraińskiej bezpieki i ukraińskiej mafii, a wkrótce wjadą zdemobilizowani z frontu straumatyzowani sołdaci, w tym ci z pułku Azow, i… sytuacja wymknie się spod kontroli.

Komisja Europejska forsuje ujednolicenie świadczeń dla imigrantów. Machinacja, oprócz zwiększenia atrakcyjność Polski dla osadników (bo 2000 euro w Polsce to co innego niż 2000 euro w Niemczech), to recepta na konflikty społeczne w kraju, który i tak ma wielkie problemy ze spójnością społeczeństwa. Polacy, którzy tyrają za grosze, będą wściekli na widok uprzywilejowanych finansowo przybyszów, tak, jak dziś do furii doprowadza ich darmowe mieszkanie i 10 tysięcy kieszonkowego dla kilkuosobowej rodziny ukraińskiej. Problemem są także media działające w Polsce, które zatroszczą się o to, by każdy, nawet najdrobniejszy incydent z imigrantami został rozdmuchany do rozmiarów etnicznego i religijnego konfliktu. Nietrudno też przewidzieć, że TVN oskarży polski motłoch o nieuleczalny „rasizm” i „ksenofobię” i że dołączy do nich kardynał Nycz, z wezwaniami do goszczenia uchodźców i gotowością sprzedania na ich potrzeby wszystkich skarbów katedry wawelskiej.

W dzienniku „Rzeczpospolita” ukazała się sygnowana przez Michała Łachudrzyńskiego notka: „Pod koniec lutego w Polsce przebywało 3,2 mln Ukraińców. Ale to nie ta liczba robi największe wrażenie, choć pokazuje, że stanowią dziś oni ponad 8 proc. mieszkańców naszego kraju. (…) Zarówno w przypadku demografii, jak i rolnictwa potrzeba więc wyczucia. Jedna iskra, hejt, głupia czy niepotrzebna wypowiedź – a o to w kampanii wyborczej nie będzie trudno – może doprowadzić do wzrostu napięcia między Polakami i Ukraińcami. Na szczęście dotąd – wbrew oczekiwaniom Moskwy – ta współpraca układa się dobrze. Publicyści dywagują na temat różnych przyszłych form współpracy Polski z Ukrainą: czy ma to być bliski sojusz, federacja, unia czy szczególne partnerstwo. Tymczasem na poziomie społeczeństw ta unia już działa. A to, że Polska stała się krajem dwunarodowym, jest zwyczajnie faktem”.

Łachudrzyński głosi, że dzieci i wnuki emigrantów ukraińskich będą się czuły Polakami. Tymczasem Ukraińcy mają silną tożsamość narodową, nie asymilują się. Przykładem jest bardzo dobrze zorganizowana i skonsolidowana społeczność ukraińska w USA i Kanadzie (aż do pozazdroszczenia, bo nasza jest skłócona), gdzie ukraińskość jest bardzo mocno pielęgnowana, a kult OUN-UPA podtrzymywany i rozwijany. Także w Polsce bardzo wpływowa mniejszość ukraińska, głównie przesiedleńcy w ramach operacji „Wisła” wybitnie wyróżnia się solidarnością narodową i gloryfikacją Bandery.

W żaden sposób uchodźcy nie asymilują się. Poruszają się w zwartych grupach, często w wieczornych godzinach, są uzbrojeni, o czym się nie mówi, ale kto wie, ten wie. Mieszkańcy boją się jednak poruszać temat związany z tym ośrodkiem w obawie o swoje zdrowie i życie – mówi Marcin Sawicki ze Stowarzyszenia „Kocham Białystok”. Rządzący o tym wiedzą i podejmują środki zaradcze. Ale nie wobec uchodźców, lecz… tubylców. W połowie listopada 2015 r. w Bucierzu odbyły się ćwiczenia Brygady Zmechanizowanej ze Złocieńca zakładające pacyfikację hipotetycznych zamieszek pod ośrodkiem dla uchodźców. Ćwiczenia przewidywały odwet miejscowej ludności na imigrantach, którzy napadali na okoliczne sklepy. Kolejne ćwiczenia odbyły się 20 listopada w Centrum Szkolenia Wojsk Lądowych w Drawsku, gdzie w pacyfikację tubylczej ludności wprawiała się Brygada Zmechanizowana ze Szczecina. Co ciekawe, poza Polakami udział w ćwiczeniach wzięli sołdaci z… Ukrainy.. Decyzję o przeprowadzeniu ćwiczeń podjął minister obrony i członek władz Związku Ukraińców w Polsce T. Siemoniak, ale odbyły się już po przejęciu dowództwa nad armią przez A. Macierewicza. Obaj przewidywali bunt Polaków i konieczność ich pacyfikacji?

W Kutnie doszło do regularnej potyczki między uchodźcami z Gruzji i policją, przy użyciu płyt chodnikowych i broni palnej. Niejako przy okazji dowiedzieliśmy się, że prowincjonalne miasteczko, ni stąd ni zowąd, zasiedliło 1800 „uchodźców”. Legalna imigracja stymuluje nielegalną. Obcokrajowcy stanowią 90 procent osób zatrzymanych za przemyt imigrantów. Łącznie zatrzymano ich 355. W statystykach SG zdecydowanie dominują obywatele Ukrainy i Gruzji. Także wśród osób poszukiwanych przez policję na podstawie artykułu 264 kk, tj. za organizowanie nielegalnej imigracji, zdecydowanie dominują te nacje. À propos – czy na podstawie wzmiankowanego paragrafu do odpowiedzialności nie powinien być pociągnięty napędzający imigrację Mateusz Morawiecki?

Monoetniczność Polski po 1945 r. stała zawsze kością w gardle, nie tylko „uchodźcom” z marca ’68, ale także przesiedlonym w ramach Operacji Wisła. Dziś wzdychający do azjatyckich stepów fanatycy pomocy dla ukraińskich oligarchów doszli do wniosku, że Dzikich Pól nie odzyskają, ale odzyskają ukraińską mniejszość. Tak więc, po 80 latach wracamy do realiów II RP, ale nie pod względem terytorium, lecz do realiów hajdamackich rzezi w I RP i do irredenty mniejszości ukraińskiej w II RP, której kulminacją były zbrodnie po wkroczeniu wojsk sowieckich we wrześniu 1939 roku i na Wołyniu, nigdy zresztą nie ukarane.

Miliony przybyszów tworzą własne przestrzenie bez związku z autochtonami Hermetyczne dzielnice (tak, jak restauracje i lokale we Wrocławiu, do których nie wpuszcza się Polaków). To własne partie mające realny wpływ na sytuację wewnętrzną i politykę kraju osiedlenia. To własne szkolnictwo. To ukraiński, jako język oficjalny. To dwujęzyczne nazwy ulic. To decyzje, jakie pomniki stawiać, a jakie usuwać z placów naszych miast. To własne partie i związki zawodowe (jak ten OPZZ, zajmujący się wyłącznie ochroną praw Ukraińców).To także „piąta kolumna” w wysuwanych roszczeniach terytorialnych do Przemyśla. To tworzenie państwa w państwie. Problem staje się o wiele większy, gdy uświadomimy sobie, że wspólna historia z Ukraińcami to ciągłe konflikty, których wyróżniającą cechą jest niespotykane okrucieństwo, w których rzezie na Polakach nie są wyjątkiem, ale regułą, kiedy Taras Szewczenko, ukraiński wieszcz, opiewa i sławi w epopei „Hajdamacy” rzezie Polaków, a Taras Bulba, tytułowy bohater powieści Gogola, zabija własnego syna za związki z Polakami.

Bezpieczeństwu Polski zagraża pomysł utworzenia UkraPol, którego jawnym orędownikiem są politycy mający związki etniczne z ukraińskimi uchodźcami i z wyjątkowo silnym lobby ukraińskim. Za pomysłem stoi także „protektor” zza Wielkiej Wody, który zaszczytną funkcję osłabienia Rosji cudzymi rękami powierzył Ukraińcom i Polakom. Naiwni Polacy uwierzyli w hasło „Ukraińcy umierają za nas, my powinniśmy umierać za nich”, i w apel Dudy „kupując ukraińską pszenicę dajemy zarobić bohaterskim chłopom, którzy żywią i bronią Ukrainy”. Już dziś otwarcie granic z Ukrainą jest dla nas kompletną i nieodwracalną katastrofą ekonomiczną. A co będzie, gdy dojdzie do UkraPol? Nasze straty sięgną rocznie setek miliardów!

Afera zbożowa pokazuje, że państwo, którego instytucje dopuściły do afery, zagraża bezpieczeństwu Polaków. Obywatele, którym państwo nie chce albo nie potrafi gwarantować bezpieczeństwa, mają prawo zadbać o nie sami, poprzez odsunięcie od władzy. Co zrobiłaby normalna, wolna, świadoma i choć trochę zorganizowana społeczność, gdyby dowiedziała się, że politycy dopuścili do podtrucia chleba, a dodatkowo zarobili na tym miliony? Co zrobiliby rolnicy, którzy na samym zbożu stracili 10 miliardów? Dni takiej władzy byłyby policzone. Problem w tym, że od czasu pandemii Polacy nie są wolnym, świadomym i jako tako zorganizowanym społeczeństwem. To bezwolna masa, których w zależności od potrzeb zastrasza się albo przekupuje, a gdy raz po raz dostają po pysku, to tylko się oblizuje.

Bezpieczeństwu Polski zagraża utworzenie UkraPolin, której jawnym orędownikiem są politycy mający związki etniczne z żydowskimi uchodźcami i wyjątkowo silnym lobby żydowskim w Polsce. Skundlony i skłócony etnicznie kraj stanie się obiektem rozgrywek. Na związanym z tym chaosie skorzystają nie tylko sąsiedzi, ale także Izrael, z żądaniami odszkodowań za majątki pożydowskie. Przypomnijmy, gdy 10 września 1952 między Izraelem i Niemcami zawarta została umowa reparacyjna zwana Porozumieniami Luksemburskimi, Żydzi dostali miliardy dolarów na „zrekompensowanie kosztów integracji w Izraelu żydowskich imigrantów z terenów Niemiec i terenów przez Niemcy okupowanych”.

Jest źle. Rysuje się niepokojący scenariusz. Bez względu na to, kto wygra wybory, nadawanie obywatelstwa przyspieszy, a w kolejnych wyborach weźmie udział milion Ukraińców. Proces całkowicie wyjęto spod kontroli Polaków, jest przedmiotem zakulisowych rozmów i uzgodnień prowadzonych w konspiracji przed Polakami. To kwestia, w której władza i totalna opozycja działają tak, jakby się umówiły: są sprawy, o których nie będziemy prostego ludu informować, i są takie, w których będziemy go dezinformować. Świadczy o tym zgodne milczenie wszystkich „niezależnych” mediów i cisza w mediach „partyzantów wolnego słowa” oraz pogróżki Macierewicza, że mówienie o tym to działanie na rzecz Putina.

Cui bono? W czyim interesie? Czyja to robota? Komu potrzebni są imigranci? Wrogom naszej cywilizacji i państw narodowych. Wędrówka ludów, mieszanie ras to wyjątkowo perfidna metoda walki z Polakami. To także sposób na przekazanie władzy uchodźcom z poprzednich fal – rządu Tuskowi, Belwederu Trzaskowskiemu, MSZ Sznepfowi. Jest też inna opcja – powołanie rządu jedności narodowej PiS-PO. Rozpoczęła się ostra walka wyborcza. Na wiecach nie poruszają spraw, od których zależy los Państwa Polskiego, podlewają za to obietnice wyborcze patriotycznym sosem. Powtarza się sytuacja z lat ubiegłych, kiedy co innego mówił na akademiach „ku czci”, a co innego czynili, a o ich machinacjach dowiadywaliśmy się zawsze post factum. I tak z nimi będzie już zawsze. To nie ci ludzie. To nie na nich głosowaliśmy.

Czas na samoobronę. Czas na insurekcję przeciwko najeźdźcom i ich rodzimym kolaborantom. Czas na powiedzenie, że nie ujdzie im to na sucho. Jeśli istnieje jakiś powód do wychodzenia na ulice, to jest nim utajniony zamysł osiedlenia w Polsce milionów Ukraińców i setek tysięcy Azjatów. Czas na przegonienie premiera z ponurego gmachu w Alejach Ujazdowskich. Czas na puszczenie z dymem (ma się rozumieć z dymem „wirtualnym”) kwatery naczelnika PiS na Nowogrodzkiej.

Czas głośno wymówić słowo „ZDRADA” i przerobić słowa Jana Pietrzaka „Żeby Polska była Polską” na bardziej aktualne – „Żeby Polska była polska”.

Krzysztof Baliński

=================

TO JEST NASZA WOJNA!Bo prowadzona przeciw nam wszystkim.

TO JEST NASZA WOJNA!Bo prowadzona przeciw nam wszystkim.
 Sławomir M. Kozak

to-jest-nasza-wojna2023-04-28

Coraz częściej w mediach, nie tylko alternatywnych, pojawiają się wypowiedzi o nieuchronnym upadku świata, jaki dotąd znaliśmy, czyli jednobiegunowego, z dominacją dotychczasowego hegemona. Słyszymy o wielce prawdopodobnym podziale tego układu wpływów na przynajmniej dwa ośrodki, które miałyby się pojawić wraz z niechybnym  upadkiem dolara amerykańskiego, jako podstawowej waluty używanej w transakcjach międzynarodowych.

Na gruncie polskim z kolei, obserwujemy równocześnie coraz popularniejsze w okresie przedwyborczym sformułowania, a nawet bilbordy z hasłami „stop amerykanizacji Polski”, „stop ukrainizacji Polski”, „to nie jest nasza wojna”. I z taką definicją na sztandarach już 1 maja pójdą ulicami Warszawy przeciwnicy wciągania Polski do jakiejkolwiek wojny.

Semantycznie to traktując, czyli dokonując analizy znaczenia poszczególnych wyrazów, jest to zrozumiałe. Podzielam obawy moich rodaków przed możliwym niszczeniem polskich miast, wsi, dróg i mostów, bombardowaniem lotnisk, torów kolejowych i dworców, kolejnym zrównaniem z ziemią stolicy kraju, zabytków religijnych i kulturalnych, kalectwem i śmiercią żołnierzy, gwałtami, i rabunkami na ludności cywilnej, czyli ponownym w historii zrujnowaniem dorobku poprzednich pokoleń, a zapewne i rejteradą osób za to odpowiedzialnych, czego doznawaliśmy w nie tak odległej jeszcze przeszłości. Tylko zatem ignorant, bądź zdrajca może wyznawać pogląd przeciwny.

I, w takim rozumieniu naszej sytuacji, dopóki nikt nas nie zaatakuje bezpośrednio, nie widzę logiki w nawoływaniu do jakiejkolwiek wojny. Uznaję za usprawiedliwiony tylko jeden jej rodzaj, jaką jest wojna obronna.

Jednak innym terminem semantycznym jest prawda, czyli właściwość sądów polegająca na ich zgodności z faktycznym stanem rzeczy, których dotyczą. I tu już sprawa nabiera zupełnie innego wymiaru. Z tego powodu popełniłem całkiem niedawno felieton, w którym wyrażałem hasło „stop globalizacji Polski”, bo moim zdaniem, tylko ono ma dzisiaj sens. I dlatego pozostało niezauważone! Albowiem, to wszystko, co dzieje się obecnie wokół nas, uznaję za bezpośrednią realizację dążeńZjednoczonych Sił Rządzących Realnie (ZSRR– copyright smk) do wprowadzenia NWO, czyli Rządu Światowego. W przywoływanym tekście podkreślałem wówczas, że „nawoływanie do powstrzymywania zagrożeń płynących dla nas ze strony poszczególnych państw, czy tych bliskich, czy odległych geograficznie, jest bezproduktywne. Skoro nie potrafiliśmy się uchronić przed wciągnięciem w federalną strukturę unijną i nabraliśmy się na ‘Europę Ojczyzn’, której poszczególne rządy podpisały w naszym imieniu, czego musimy mieć świadomość, zgodę na udział w tym eksperymencie, jest to naiwność grożąca biologicznym wyniszczeniem narodu. Jeden z twórców obowiązującej dziś Agendy 21 – Maurice Strong, 

powiedział opisując jej powstanie, już w 2001 r.:

„(…)a potem były negocjacje tego, co nazywamy Agendą 21, Agendą dla XXI wieku, która była 

żmudnie negocjowana, każde jej słowo, negocjowane przez rządy. Oczywiście, nie czyni to z niej wielkiej literatury, ale daje jej pewien stopień politycznego autorytetu”.

I, niestety, miał rację. Tę Agendę podpisali za nas nasi reprezentanci. Dlatego stoimy oto nad przepaścią. I, z tego powodu, ta wojna jest jednak naszą wojną, ponieważ jest ona wynikiem realizacji zapisów tej właśnie Agendy. Jest też wypełnieniem kilku innych agend i ustaw, które, również w naszym imieniu, choć znowu bez naszej wiedzy, podpisali ci sami nasi przedstawiciele. I, z tego powodu znaleźliśmy się w tym właśnie miejscu historii.

W ciągu zaledwie trzech lat, wypełniając te umowy(pomijając wynikające przy tym możliwości gigantycznych zarobków dla kliki zaufanych),zlikwidowaliśmy dwa ostatnie bastiony naszej dotychczasowej niezależności, co jeszcze nie tak dawno byłoby nie do przyjęcia.

Kraj przez wieki leżący na węglu, którego pokłady gwarantowały nam co najmniej kilkaset lat energetycznej samowystarczalności, pozbył się swego czarnego złota i zaczął kupować go, za paskarskie ceny, za odległą, morską granicą. Wybrańcy narodu, słynącego z przywiązania do ziemi i rolnictwa, rujnują je właśnie do końca, zasypując polskie silosy obcą trucizną, której Słowacy nie zezwolili nawet na wjazd w granice swego państwa, a Węgrzy nakazali spalenie do ostatniego ziarna! Zabijamy rolnictwo, o którego dbałość tak nas, Polaków,  upominał Prymas Tysiąclecia.

Rezygnujemy zresztą z katolicyzmu. Dezerterujemy! W ramach jakiegoś „globalnego ocipienia”, bez naukowej debaty, walczymy z klimatem, likwidując tanie, bo własne, źródła energii, a tymczasem „eksperci” ze szwabskiej Szkoły Liderów w trakcie międzynarodowych konwencji ośmieszają się próbując nieudolnie, kilkukrotnie zgadując, podać właściwą odpowiedź na pytanie, ile w powietrzu mamy tego, tak w ich ocenie zabójczego dwutlenku węgla, któremu wypowiedzieli zdecydowaną wojnę. Zgromadzonych w Komisji Transportu Parlamentu pytał o to Doug LaMalfa. Już tylko oglądając to, można się było zapaść ze wstydu nad nimi pod ziemię.Strzelali, podając wartości od 5 do 8%!

Można to zobaczyć w sieci. Decydując bez wahania o odebraniu nam prawa do posiadania samochodu, nie są w stanie ogarnąć, co oznacza niezmienna w powietrzu wielkość CO2, utrzymująca się na poziomie 0,04%.

A już przekonywanie ich, że obniżenie zawartości CO2 zaledwie o połowę, doprowadzi do bezwarunkowego zlikwidowania życia na Ziemi, odbierają, niczym bajkę o żelaznym wilku. Elity! Argon kojarzą zapewne z Argonautami (wiadomo – złote runo), stąd nigdy by nie uwierzyli, że jest go w powietrzu znacznie więcej, bo aż 0,93%. To właśnie dzisiejszy poziom nieuków i wagarowiczów, którzy jeszcze trzy dekady temu nie mieliby prawa ukończyć szkoły podstawowej. Tyle, że w dzisiejszych czasach twierdziliby zapewne bezczelnie, zgodnie z zasadami ich nowomowy, że „przedłużono z nimi kontrakt na ósmą klasę”.

Pozbyliśmy się za darmo uzbrojenia, w tym najnowszego, jakie mieliśmy, wysyłając je z liniowych jednostek, mających bronić w razie potrzeby zagrożonej ojczyzny, za południowowschodnią granicę. W zamian za obietnice pozyskania nowego sprzętu w ciągu kilku lat. Tymczasem, jeśli nastąpi jakakolwiek wojenna zawierucha, to już wkrótce, bo później nie będzie się to wpisywało w plany forsowane przez WEF i Agendę 2030, o których pisałem obszernie w książce „Covidowe Jeże”. Tym bardziej, w realizację pakietu „Fit for 55”, lansowanego ostatnio zawzięcie przez „nasze” władze!

To zrozumiałe, tylko trzeba wreszcie zacząć te plany czytać i to ze zrozumieniem. Niestety, dla wielu jest to wyzwanie nadal zbyt trudne. Józef Łukaszewicz, wybitny polski historyk, publicysta i wydawca XIX-wieczny, o którego istnieniu niewielu współczesnych w ogóle wie, mówił, że„każdy naród ma takich obywateli, jakich sobie wychowuje, a następnie tak się w publicznych i prywatnych sprawach rządzi, jakich ma obywateli”.

Wojna, którą prowadzi Federacja Rosyjska, z militarnego punktu widzenia, jest jej kompromitacją. Podobnie zresztą należy ocenić nieudolne starania wojenne prowadzone na tym froncie przez cały rzekomo, zjednoczony Zachód. Dlaczego? Myślę, że wbrew pozorom, określenie jej na samym początku mianem „specjalnej operacji wojskowej”, nie było semantycznym wybrykiem Kremla, bo bliżej tym działaniom do operacji psychologicznej, prowadzonej za pomocą środków militarnych.

Jest to wojna dwupłaszczyznowa, całkiem realnie zbierając śmiertelne żniwo na Ukrainie, ale też obezwładniając resztę świata mentalnie i przygotowując go do zaakceptowania tego, czego bez tych działań nigdy ZSRR nie byłyby w stanie wdrożyć.

Całkiem niedawno, prezydent Francji udał się do Pekinu, a w mediach pojawiły się rozmaite dywagacje na temat zmyślności i przebiegłości francuskiego przywódcy, który trzeźwo podchodząc do sytuacji, myśli długofalowo o przyszłej, powojennej już współpracy ze Wschodem, a przynajmniej z Chinami. Prawicowi komentatorzy wskazują na próbę  wysforowania się tymi działaniami przez Paryż, przed zamerykanizowany konsekwencjami II Wojny Światowej, Berlin. Być może mają rację.

Ale, chcę przypomnieć, że w ramach ONZ, która to organizacja ma wszelkie szanse przekształcenia się w Nowy Światowy Rząd, funkcjonuje Rada Bezpieczeństwa, na której ciąży odpowiedzialność za utrzymanie pokoju i bezpieczeństwa na świecie.Jej stałymi członkami są, póki co: Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i właśnie Francja. Nie ma tam Niemiec! 

To, co dzieje się całkiem niedaleko naszych granic, to nic innego, jak sformułowany wiele lat temu przez architekta tych wydarzeń, Zbigniewa Brzezińskiego, „chaos kontrolowany”. To również on podpowiadał już ponad pół wieku temu, żeśrodkami do zdobycia hegemonii nad światem powinny być „wojny i epidemie”. Dlatego, nie sądzę, by teza postawiona na początku, o przekształceniu świata jednobiegunowego w wielobiegunowy, była słuszna. Zmieni się tylko pojęcie hegemona.

I właśnie dlatego – to jednak jest nasza wojna! Bo prowadzona przeciw nam wszystkim.

Wojenne pranie mózgów. Metodyczne (świadome, celowe  i zorganizowane) modyfikowanie przekonań ludzi.

Wojenne pranie mózgów. Metodyczne (świadome, celowe  i zorganizowane) modyfikowanie przekonań ludzi.

Prof. Stanisław Bieleń bibula

Fenomenem naszych czasów jest metodyczne (świadome, celowe  i zorganizowane) modyfikowanie przy użyciu różnych form perswazji i presji psychologicznej dotychczasowych przekonań ludzi na rzecz nowych sposobów myślenia, odpowiadających zapotrzebowaniu władzy politycznej.

Warto zauważyć, że instytucje takiej władzy występują w wielu strukturach społecznych (państwo, partie polityczne, kościoły i in.), wykraczając także poza granice państw. Ich celem jest radykalne przekształcenie umysłów, zmieniające ich właścicieli w marionetki, rodzaj ludzkich robotów, w więźniów jedynie słusznej sprawy, a nawet ubezwłasnowolnionych niewolników.

Zjawisko to zyskało miano „prania mózgu”. We wszystkich skojarzeniach wywołuje ono głęboki lęk, gdyż grozi utratą wolności, a nawet tożsamości. Ludzie zazwyczaj wyobrażają sobie siebie jako jednostki wolne, rozumne i zdolne do podejmowania samodzielnych decyzji. Tymczasem okazuje się, że wszyscy jesteśmy podatni na rozmaite przymusowe perswazje i perfidne manipulacje psychologiczne, wywołujące głębokie zniszczenia w osobowości, często o charakterze nieodwracalnym.

Termin „pranie mózgu” pojawił się w okresie wojny koreańskiej, kiedy ukryte pod tą nazwą techniki zastosowano wobec żołnierzy amerykańskich, wziętych do niewoli. Część zwolnionych z obozów jenieckich sprawiała wrażenie przesiąkniętych ideologią wroga. Przypominało to zjawisko więźniów zmuszanych do wielbienia swoich prześladowców. Opisał je współpracownik CIA i korespondent wojenny Edward Hunter (1902-1978), najpierw w artykule, a potem w książce Brainwashing (Pranie mózgu). Przypisał ten „wynalazek” chińskim komunistom, choć tradycje „prania i oczyszczania umysłu” sięgają czasów Meng K’o, znanego na Zachodzie jako Mencjusz, konfucjańskiego myśliciela z IV wieku p.n.e.

W potocznym rozumieniu „pranie mózgu” kojarzy się z magicznymi „psychotechnikami”, stosowanymi w sektach religijnych, przyjmujących całkowitą kontrolę nad umysłami wyznawców. Pokazowe procesy byłych działaczy komunistycznych w stalinowskim Związku Radzieckim, w których składano gorliwą samokrytykę i samooskarżenia, zaprzeczając całemu swojemu dorobkowi, także  przypisywano tajemniczym zabiegom, jakie reżim totalitarny stosował wobec własnych obywateli, rzadziej obcokrajowców.

W Stanach Zjednoczonych doby makkartyzmu zjawisko „prania mózgu” było  ewidentnym wyobrażeniem „czerwonej zarazy” i służyło podsycaniu powszechnej wrogości wobec komunizmu.

Odpowiadało ono dawnym wyobrażeniom czarów i opętania przez demony, a jednocześnie doskonale odwracało uwagę od rozmaitych „grzechów” samych Amerykanów, na przykład od tragicznych skutków zrzucenia bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki. Zarzut „prania mózgu” pozwalał Ameryce przerzucić odpowiedzialność na kogoś innego i oddalić potrzebę krytycznego spojrzenia na siebie.

Z czasem zjawisko „prania mózgu” zaczęto przypisywać skutkom rozmaitych form masowego zastraszania, łącznie ze stosowaniem terroru. Znalezienie się w sytuacji nadzwyczajnej, w okolicznościach skrajnego ryzyka, brutalnego znęcania się i dręczenia, zagrożenia dla życia i zdrowia, utraty samosterowności w zderzeniu z wyrafinowaną  technologią degradacji człowieczeństwa, może doprowadzać ludzi do rozpaczy, ale i destrukcji psychicznej.

Literatura wojenna od dawna dostarczała spostrzeżeń, dotyczących rozmaitych syndromów, popadania  weteranów i kombatantów  a to w rozstrój nerwowy, a to w stres wojenny, nie dając sobie rady z wyjaśnieniem istoty tych zjawisk. Całkiem współcześnie, w następstwie interwencyjnych wypraw Zachodu do Iraku i Afganistanu, także w odniesieniu do polskich żołnierzy powracających z egzotycznych ekspedycji i „wypraw po skarby”, zaczęto stosować nazwę „zespołu stresu pourazowego”. Traumatyczne doświadczenia wojenne zarówno u żołnierzy, jak i cywilów doprowadzają do licznych zaburzeń osobowości o charakterze nerwic i psychoz.

Problem nie sprowadza się jednak do kryzysu osobowości poszkodowanych. Oznacza raczej zatrważający wzrost podatności na sugestie propagandowe tych, którzy stosują te zabiegi. Mają one często charakter swoistego „gwałtu psychicznego” w imię nowych, jedynie „poprawnych” wartości i wzorów zachowań. Zorganizowane i sterowane przez państwo ogłupianie całych społeczeństw  zaczęło się w systemach totalitarnych, ale sięgnęło także  na masową skalę „demokratycznego” Zachodu.

Obecnie jesteśmy świadkami stosowania pojęcia „prania mózgu” w różnych sytuacjach, kiedy chcemy podkreślić dosadny charakter prób wpływania na umysły innych nie tylko poprzez nachalną propagandę, ale także przez natarczywą reklamę, manipulacje medialne, zideologizowane szkolnictwo, fanatyczną religię, a nawet system leczenia w psychiatrii czy ginekologii, oparty na przykład na tzw. klauzulach sumienia.

Brutalizacja walki ideologicznej…

rzuca ponury cień na współczesne stosunki międzynarodowe. To, co było wspomnieniem „zimnej wojny”, na naszych oczach odżyło w nowej postaci. W ramach „modernizacji” społeczeństw, które wyzwoliły się spod ucisku systemów totalitarnych, machiny polityczne i propagandowe świata zachodniego od trzech dekad inspirują i organizują systematyczną akcję „nawracania” obywateli państw Europy pokomunistycznej, w tym państw poradzieckich, na jedynie słuszne poglądy. Zachodowi udało się, mimo własnych rozmaitych ułomności, przekonać do swoich „mitycznych”  liberalnych wartości wielkie masy ludności, zauroczone magią „wolnego świata”  i poddane wyrafinowanym formom kontroli.

W związku z wojną na Ukrainie pojawiło się zjawisko intensyfikacji zbiorowego „prania mózgów”, polegające na narzucaniu na niespotykaną dotąd skalę fałszywych filtrów postrzegania sytuacji.

Wiedzę opartą na faktach zastąpiła wiara w prawdy objawione przez „przywództwo światowe”. Stany Zjednoczone uznały, że mogą nie tylko zmieniać afiliacje geopolityczne rządów, ale organizować w skali międzynarodowej opinię publiczną według swojej narracji i swojego scenariusza.

W odróżnieniu od wielu konfliktów na świecie, w przypadku tej wojny postawiono na rozbudzenie niebywałych odruchów altruistycznych. Na niespotykaną skalę wywołano u ludzi dzięki nowym technologiom przekazu, namowy i perswazji, a także indoktrynacji, potrzebę humanitarnej lojalności i emocjonalnej bezinteresownej solidarności wobec Ukrainy. Nie miało żadnego znaczenia to, że państwo ukraińskie nie ma wiele wspólnego z demokracją, praworządnością czy ochroną praw człowieka. Że w sensie cywilizacyjnym, jak wskazywał choćby Samuel Huntington, należy do całkiem innej bajki i że samo skazało się na konfrontację z potężnym sąsiadem. Wybuch entuzjazmu prowojennego przeszkodził we właściwym rozeznaniu sytuacji i podjęciu prób zażegnania eskalacji. Mało kogo obchodzi prawda o tej okrutnej wojnie, liczy się pokonanie za wszelką cenę agresora w imię „wyższych” interesów i wartości.

Wszystko albo nic

Co ciekawe, postawy ludzkie w Polsce i państwach solidarnych z Ukrainą determinuje charakterystyczna dla totalitarnych reżimów skłonność do myślenia i działania w kategoriach skrajności „wszystko albo nic”. Bezkompromisowość i nieustępliwość stały się synonimem „zbiorowej mądrości”, bez względu na straty wojenne i cierpienia ludzkie. Kto wie, czy następne generacje przyznają rację dzisiejszym politykom? Jeśli koszty zaangażowania w wojnę przekroczą wytrzymałość społeczeństw, cała ukraińska awantura przybierze miano zawinionej przez szaleńców katastrofy.

Świadomą manipulacją była internacjonalizacja wojny na Ukrainie. Traktowana przez Węgry w kategoriach porachunków między dwoma słowiańskimi narodami, w opinii manipulatorów zachodnich stała się niemal „powszechną wojną demokracji” z „kremlowską autokracją”. Z bezmyślnego zawołania „to jest nasza wojna” uczyniono probierz identyfikacji po jedynej właściwej stronie. Wojna stała się pretekstem do nadużyć politycznych i gospodarczych, wprowadzania zamętu poznawczego, obłudnego stosowania cenzury, a nawet ograniczania dostępu do niepokornych mediów.

Wmówiono ludziom, najpierw rządzącym, a potem masom, że Polacy muszą wspierać Ukrainę nawet kosztem własnego bezpieczeństwa, nie mówiąc o ogromnych wyrzeczeniach materialnych, dyskomforcie psychologicznym i narastającej niepewności. „Pranie mózgu” przybrało z jednej strony formę masowej akcji dezinformacyjnej na temat źródeł narastającego konfliktu na Ukrainie, począwszy od tzw. pomarańczowej rewolucji. Ograniczenie rosyjskich pretensji do odbudowy wpływów mocarstwowych stało się podstawą zachodniej krucjaty na rzecz „derusyfikacji” przestrzeni poradzieckiej.

W imię szerzenia wolności i demokracji dopuszczalne stały się wszelkie środki presji psychologicznej na rzecz pozbycia się trucizny imperialistycznych zapędów Rosji. Obecnie nawet studenci stosunków międzynarodowych nie przyjmują do wiadomości tego, co kilka lat temu ujawniła amerykańska dyplomatka Victoria Nuland na temat wielomiliardowego (w dolarach) zaangażowania USA na Ukrainie. Mało kto zna też treść porozumień mińskich i nie zastanawia się, dlaczego władze w Kijowie nie zostały rozliczone z ich zaniechania. Najlepiej wszystkie zarzuty skierować przeciwko Rosji i obwinić  jednoznacznie Putina, co w sposób oczywisty zwalnia pozostałych uczestników konfliktu z jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Z drugiej strony w przestrzeni politycznej i medialnej od 2008 r. funkcjonuje niedorzeczne ostrzeżenie, sformułowane przez ówczesnego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi, że Rosja uruchomi swoją „teorię domina”, atakując kolejne wschodnioeuropejskie, a potem i środkowoeuropejskie państwa. Przy czym ani słowa o tym, że w jej pobliżu Amerykanie zaczęli wtedy budować i umacniać swoją strefę wpływów.

Obecnie ukraińscy politycy szantażują całą zachodnią część Europy, że jeśli Ukraina upadnie, to rosyjskie czołgi będą wcześniej czy później jechały w kierunku Warszawy, Wilna, Tallina czy Rygi. Trzeba robić wszystko, by objąć strachem przed rosyjską inwazją wszystkie europejskie społeczeństwa i ich elity. Niezależnie od tego, jak rzeczywiście zachowuje się Rosja i jaką ma doktrynę strategiczną.

Dla udowodnienia absurdalności trwającego „prania mózgów” wystarczy zapytać, jak rozwijałaby się sytuacja w Europie Wschodniej, gdyby amerykańscy planiści wojenni nie wybrali za swój cel ekspansji w przestrzeni poradzieckiej. Państwa i ich społeczeństwa mają prawo do stanowienia o sobie, w tym o własnych afiliacjach sojuszniczych, ale nie jest to norma imperatywna i absolutna. Muszą bowiem liczyć się z własnymi możliwościami, a przede wszystkim zdolnością do pokojowego ułożenia się z sąsiadami. Mając na uwadze wrażliwość strategiczną Rosji trudno było się spodziewać, że nie zareaguje ona gniewnie na zbliżanie się do jej granic sił atlantyckiego hegemona i dowodzonego przez niego sojuszu.

Podsycanie nastrojów nacjonalistycznych i antyrosyjskich na Ukrainie, budowanie klimatu nieprzejednania, opartego na dozbrajaniu ukraińskiego wojska, ćwiczeniach i szkoleniach żołnierzy, a przede wszystkim „majaczenie” o możliwości zdegradowania zdolności militarnych Rosji, doprowadziło do całkowitej klęski  opcji pojednawczej. Nie byłoby wojny na Ukrainie, gdyby szeroko pojęty Zachód ze Stanami Zjednoczonymi na czele włączył się aktywnie i uczciwie w proces pokojowy po sukcesie wyborczym Wołodymira Zełenskiego w 2019 r. USA zamiast wspierać kręgi nacjonalistyczne i skrajne mogły udzielić skutecznego wsparcia samemu Zełenskiemu i przekonać go do porozumienia z Putinem. Zdaniem brytyjskiego rosjoznawcy Richarda Sakwy, wystarczyło dla zawarcia pokoju z Rosją wypowiedzenie pięciu słów: „Ukraina nie przystąpi do NATO”.

Ukraina ofiarą USA

Nie trzeba być wytrawnym analitykiem, aby nie dostrzec absurdu amerykańskiej strategii, która została narzucona wspólnocie euratlantyckiej. Ukraina nie jest przecież istotnym państwem dla bezpieczeństwa Europy Zachodniej, a tym bardziej dla USA. Można doceniać aspiracje Ukrainy i jej społeczeństwa co do integracji z Zachodem, ale trzeba też uświadamiać jej realne możliwości i długą drogę do sfinalizowania tego procesu. Postawienie na szybki i bezwarunkowy akces oraz związanie ze strukturami zachodnimi okazało się nie tylko niebezpieczną i ryzykowną  grą, ale skończyło się tragicznie dla samej Ukrainy. Jej elity i obywatele padli ofiarą  oczarowania mitologią szczęśliwego i zamożnego Zachodu, który bezinteresownie podzieli się z nimi swoim szczęściem i dobrobytem. Naiwność nie tłumaczy szkód, jakie przywódcy ukraińscy zgotowali swojemu narodowi. Ukrainę czeka więc nie tylko czas  powojennych rozczarowań, ale i przykrych rozliczeń.

Katastrofę wojenną wywołało zaślepienie części elit amerykańskich, a przede wszystkim  wielu urzędników i polityków  w departamentach stanu i obrony, w gremiach kierowniczych NATO, licznych komentatorów medialnych oraz doradców i asystentów urzędującego prezydenta Bidena. Amerykanie – jak nikt inny – mający swoje „żywotne interesy” w bezpośrednim sąsiedztwie na półkuli zachodniej i bogate doświadczenia z reagowaniem na zagrożenia stamtąd płynące, mogli przecież łatwo przewidzieć, jaka będzie odpowiedź Rosji, warunkowana jej egzystencjalnym zagrożeniem. Ostrzegał  przed nią w 2008 r. ówczesny ambasador USA w Rosji i obecny szef CIA William Burns, porównując przeciąganie Ukrainy na stronę zachodnią do przekroczenia „najbardziej czerwonej z czerwonych linii”, istotnych dla rosyjskiego istnienia.

Rezultatem głupoty i ślepoty rządzących może być potęgujące się otępienie i marazm. Nie widać z żadnej strony mądrego rozwiązania. Nie ma gwarancji, że militarne rozwiązanie konfliktu przyniesie upragniony pokój. Dlatego warto przytoczyć słowa Benjamina Abelowa, autora wydanej po polsku broszury pt. Jak Zachód wywołał wojnę na Ukrainie(Wrocław 2023), aby przestać się oszukiwać i wszcząć jak najszybciej pokojową inicjatywę dyplomatyczną w skali międzynarodowej. „Decydenci w Waszyngtonie i europejskich stolicach wraz ze zniewolonymi, tchórzliwymi mediami, które bezkrytycznie propagują ich nonsensy – stoją teraz w beczce lepkiego błota. Byli na tyle głupi, by tam wejść, teraz niech znajdą w sobie dość mądrości, by się wydostać, zanim przewrócą beczkę, by wylewające się z niej błoto zalało całą resztę. Trudno to sobie wyobrazić”.

Żadna diagnoza sytuacji międzynarodowej nie będzie prawdziwa ani obiektywna, jeśli nie uwzględni się w niej i nie nazwie po imieniu wszystkich tendencji ekspansjonistycznych i dominacyjnych we współczesnym świecie. Profesor Zbigniew Rau i jego ministerialni asystenci powinni to wiedzieć, gdy pisali tekst jego ostatniego sejmowego wystąpienia. Inaczej  każdy rozgarnięty obserwator dostrzeże ogromny dysonans w wartościowaniu „dobrych”  i „złych” imperializmów. Poza tym deklarując wolę osiągnięcia pokoju, warto pamiętać o starej przestrodze, że poprzez zawziętą walkę o pokój, doprowadzimy do wzajemnego wyniszczenia i zagłady. A w ślepej solidarności z reżimem kijowskim „będziemy walczyć do ostatniego Ukraińca”.

Ze względu na rosnące koszty zaangażowania wojennego Polski przynajmniej niektóre siły polityczne powinny jak najszybciej dokonać rewizji dotychczasowego stanowiska, zgodnie z rosnącymi oczekiwaniami społecznymi. Popełniono kardynalny błąd, stawiając wszystko na jedną szalę. Włączanie Polski w wojny Zachodu (czy to w Iraku, czy w Afganistanie) nie przyniosło żadnych korzyści. Podobnie skończy się z udziałem w wojnie na Ukrainie kosztem swoich obywateli, rozregulowania gospodarki i utraty samosterowności. „Afera zbożowa” pokazuje, jak łatwo było wpaść w pułapkę „ogłupienia zbiorowego”, bez kalkulacji ryzyka własnych strat i upokorzeń swoich obywateli.

Paradoksem polskiej polityki jest oddanie jej w służbę amerykańskiego hegemona, wbrew doświadczeniom, racjonalnemu rachunkowi i zdrowemu rozsądkowi. Nie jest poważnym państwo, którego elity rządzące i służebni komentatorzy podkreślają, że największym osiągnięciem polskiej dyplomacji jest gorliwa realizacja interesów amerykańskich. Rzekomo bezdyskusyjnie należy się ona sojusznikowi, który jako jedyny może zagwarantować bezpieczeństwo Polski. Może więc warto zamiast upiornych rojeń o nieprzewidywalnej unii polsko-ukraińskiej i powrocie do dawnego wielonarodowego  modelu państwowości, zastanowić się nad formalnym stowarzyszeniem „na dobre i złe” z uwielbianym przez warszawski establishment polityczny Imperium Americanum, mimo dzielącej nas „Wielkiej Kałuży”?

Prof. Stanisław BieleńMyśl Polska, nr 17-18 (23-30.04.2023)

Za: Myśl Polska (27-04-2023) | https://myslpolska.info/2023/04/27/bielen-wojenne-pranie-mozgow

Ukraińska firma zamierza hodować w Polsce owady i robaki. Uzyskali wsparcie finansowe w Polsce.

Ukraińska firma zamierza hodować w Polsce owady i robaki. Uzyskali wsparcie finansowe w Polsce.

Ignacy Michałowski ukrainska-firma-polsce-owady-i-robaki

Ukraińska firma EcoCulture, która produkuje owady na skalę przemysłową, zdecydowała się na inwestycję w Polsce po tym, jak musiała szukać nowych miejsc do lokowania swoich zakładów w związku z rosyjską agresją. Wybrała okolice Legnicy na Dolnym Śląsku.

Według informacji podanych przez firmę, ich działania obejmują wiedzę[?? jak to? Działanie – obejmuje wiedzę?? MD] w zakresie skutecznej hodowli kolonii owadów, a ich obecna linia produktów obejmuje gatunki owadów zapylających i roztoczy drapieżnych do zwalczania szkodników w ogrodnictwie i uprawach ozdobnych, a także dystrybucję biostymulatorów, biopestycydów, pułapek na szkodniki i feromonów.

EcoCulture ma siedzibę główną i zakłady produkcyjne na Ukrainie, ale posiada również magazyny w Kazachstanie, Kirgistanie i Azerbejdżanie.

Ukraińska firma zamierza hodować owady i robaki do jedzenia w Polsce

Ta spółka biotechnologiczna działa na poziomie międzynarodowym i zajmuje się „produkcją pożytecznych owadów” w skali przemysłowej oraz wdrażaniem proekologicznych metod ochrony roślin przed chorobami i szkodnikami.

– Decyzja o wsparciu dla ukraińskiej firmy wydana przez Legnicką Specjalną Strefę Ekonomiczną, ułatwi firmie przystosowanie się do nowej rzeczywistości biznesowej, – wskazał cytowany w komunikacie Przemysław Bożek, prezes Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Zwrócił uwagę, że w ostatnich latach „rośnie świadomość ekologiczna” – także wśród biznesu. 

– Mam nadzieję, że ta inwestycja przyniesie korzyści dla sektora rolniczego nie tylko w Legnicy, ale i na całym Dolnym Śląsku. Cieszę się, że oprócz wiodącej w LSSE branży automotive, coraz częściej współpracujemy m.in. z przedsiębiorstwami spożywczymi, czy jak dziś – biotechnologicznymi – dodał.

Ukraińska spółka będzie poszukiwać specjalistów

Według Sergii Antonenkova, prezesa zarządu EcoCulture, decyzja o uzyskaniu wsparcia finansowego od Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej przyczyni się do poprawy efektywności organizacji produkcji przez firmę.

– Wyremontujemy budynek, który stał pusty przez ponad dwa lata, odbudujemy infrastrukturę i uporządkujemy otoczenie. Inwestycja obejmuje zakup i instalację systemów klimatycznych na powierzchni ponad 1000 m2, organizację czystych stref do pracy laboratoryjnej oraz utworzenie ponad 20 nowych miejsc pracy dla wykwalifikowanych specjalistów – wyjaśnił dodając, że inwestycja szacowana na ponad 2,3 mln zł ma zostać zrealizowana do końca I kwartału 2024 r.

EcoCulture to firma biotechnologiczna, która zajmuje się „produkcją pożytecznych owadów” i wdrażaniem proekologicznych metod ochrony roślin przed chorobami i szkodnikami. Firma oferuje know-how w zakresie skutecznej hodowli kolonii owadów i ma w swojej linii produktowej gatunki owadów zapylających oraz roztoczy drapieżnych do zwalczania szkodników w ogrodnictwie i uprawach ozdobnych.

Ponadto oferuje dystrybucję biostymulatorów, biopestycydów, pułapek na szkodniki oraz feromonów. Siedziba główna oraz zakłady produkcyjne firmy znajdują się na Ukrainie, a firma posiada również magazyny w Kazachstanie, Kirgistanie i Azerbejdżanie.

Prezes zarządu EcoCulture, Sergii Antonenkov, podkreślił, że wsparcie od Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej pozwoli firmie na wydajniejszą organizację produkcji.

Rolnictwo się sypie. Afera zbożowa je niszczy.

Afera zbożowa niszczy rolnictwo. Pomorska Rada Rolnictwa apeluje do rządu o pilną pomoc dla rolników

21.04.2023 afera-zbozowa-niszczy-rolnictwo-pomorska-rada

Według Pomorskiej Rady Rolnictwa sytuacja rolników jest dramatyczna a rząd próbuję to za wszelką cenę ukrywać. W przyjętym stanowisku PRR domaga się kontroli ukraińskiego zboża i zniszczenia go, jeśli nie spełnia norm jakościowych. Trudna sytuacja dotyka również inne rolnicze branże.

O bieżącej sytuacji na Pomorzu związanej z importem zboża i innych produktów z Ukrainy Pomorska Rada Rolnictwa rozmawiała podczas spotkania w Pruszczu Gdańskim. Brał w nim udział marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk.

Rolnictwo się sypie

Polski rząd w ogóle nie panuje nad sytuacją związaną z nadmiernym importem zboża i innych produktów rolno-spożywczych z Ukrainy. Według rolników nic się nie zmieniło oprócz nazw produktów rolnych wjeżdżających z Ukrainy do naszego kraju (dziś już nie „zboże techniczne”, a „czyściwo młynarskie”).

Padają pytania o zboże, które rząd już wpuścił do Polski. Minister rolnictwa zapewnia, że z Polski wyeksportuje 4 miliony ton zboża do żniw. Zapomina tylko, że przy możliwościach przeładunkowych polskich portów jest to nierealne – mówili rolnicy podczas spotkania w Pruszczu Gdańskim. Podkreślali, że ukraińskiego zboża nie da się w takiej ilości wyeksportować do tego czasu.

Z kolei przedstawiciele drobiarstwa mówili, że podobny kryzys dotyka ich branży, podobnie jest też z miodem.

W przyjętym stanowisku ponownie zaapelowali do polskiego rządu o pilną pomoc.

„Wobec sytuacji związanej z nadmiernym importem surowców z Ukrainy, brakiem adekwatnej pomocy ze strony rządowej, narażaniem obywateli na niebezpieczeństwo związane ze spożywaniem surowców i produktów, które nie spełniają norm europejskich, wzbudzaniem społecznych napięć, wzywamy agendy rządowe do zaprzestania propagandy mającej na celu ukrycie tragicznej sytuacji w polskim rolnictwie” – czytamy w przyjętym przez PRR stanowisku.

Chcemy wiedzieć, co jemy

Rada zaapelowała też do instytucji kontrolnych o zbadanie, czy importowane i zmagazynowane zboże, określane jako „techniczne”, spełnia wszystkie wymogi jakościowe obowiązujące na terenie Unii Europejskiej.

Gdyby normy jakościowe nie zostały spełnione, takie zboże powinno być przekazane do utylizacji na koszt importera – mówił Andrzej Sobociński jeden z członków PRR.

Pomorska Rada Rolnictwa uznaje za konieczne podjęcie działań ukierunkowanych na ochronę polskiego rynku płodów rolnych, mięsa i drobiu, mleka, miodu i produktów pszczelich oraz innych artykułów rolno-spożywczych wobec nadzwyczajnych okoliczności związanych z importem z Ukrainy.

Dodatkowo zwraca uwagę, iż sytuacja powoduje tragiczne w konsekwencjach napięcia społeczne pomiędzy rolnikami, producentami a konsumentami, oraz pomiędzy społeczeństwem polskim a ukraińskim.[—-]

Poprawka dla pasażerów

Poprawka dla pasażerów

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  25 kwietnia 2023 michalkiewicz

Nie jest dobrze. To znaczy – nie jest dobrze dla rządu „dobrej zmiany”, bo wprawdzie notowania Zjednoczonej Prawicy utrzymują się na mniej więcej niezmienionym poziomie, ale poziom ten, chociaż gwarantuje tej formacji uzyskanie najlepszego wyniku wyborczego, to jednak nie zapewnia możliwości samodzielnego utworzenia rządu. Wprawdzie PiS mogłoby bez specjalnego trudu znaleźć kolaborantów, na przykład w postaci PSL, które ma stuprocentową, a w patriotycznych porywach – nawet wyższą zdolność koalicyjną, ale takie rozwiązanie ma wiele plusów ujemnych, przede wszystkim w postaci konieczności dzielenia się z kolaborantem konfiturami władzy. Tymczasem Zjednoczona Prawica już się od tego odzwyczaiła i uważa – a ściślej – tak uważa jej polityczne zaplecze – że pula nie jest do kradzieży! Pula się cała nam należy!” – toteż ewentualna konieczność podziału puli napawa działaczy „trwogą, że im zdobycze zabrać mogą”.

A tu jeszcze jak na złość ujawniły się nieprzewidziane konsekwencje wprzęgnięcia Polski w służbę narodowi ukraińskiemu. Nawiasem mówiąc, wiele wskazuje na to, że ten naród jest uparty. Oto na portalu „Bibuła” reprodukowana jest tytułowa strona „Naszego Słowa” – pisma wydawanego przez Związek Ukraińców w Polsce. Przedstawiona jest tam czarnobrewa z koszykiem do wielkanocnej święconki. Na pierwszym planie w koszyku widzimy – jak Pan Bóg przykazał – wielkanocne jajo w barwach niebiesko-złotych z Tryzubem, ale tuż za nim – jajo węża w barwach czerwono-czarnych, też z Tryzubem wpisanym w krąg. Ale to jeszcze nic w porównaniu w świąteczną kartką, wydaną przez Patriarchat Kijowski Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej. Obok wielkanocnych bazi mamy tak trzy wielkanocne jajka – każde z jakimś emblematem ukraińskich formacji SS z czasów II wojny światowej. Na pierwszym jajku – trupia główka, a drugim – Krzyż Żelazny, a na trzecim – emblemat dywizji „Das Reich”. Kartka kosztowała 50 hrywien, co w porównaniu do dotychczasowej wartości polskiej pomocy dla Ukrainy, czyli 50 miliardów złotych – to doprawdy niewiele. Ale dlaczego Ukraińcy mają sobie żałować tych kombatanckich wspomnień, skoro i oni wiedzą i my wiemy, że polski rząd – wszystko jedno, czy wywodzący się z „dobrej zmiany”, czy z obozu zdrady i zaprzaństwa – będzie im nadskakiwał na rozkaz Pana Naszego z Waszyngtonu?

Ale to oczywiście drobiazg, tym bardziej, że święta już minęły, tymczasem nieprzewidziane konsekwencje wprzęgnięcia Polski w służbę narodu ukraińskiego ujawniły się ostatnio w całej straszliwej postaci. Ukraińskie „zboże techniczne” [dla niewtajemniczonych: chodzi o ,„czyściwo przemysłowe” md ] wbrew solennym zapewnieniom rządu „dobrej zmiany”, zamiast przemknąć tranzytem przez Polskę do bałtyckich portów, a stamtąd – w siną dal, do głodujących Murzynów – utknęło dlaczegoś w polskich magazynach i nie wiadomo, jak się go stamtąd pozbyć. To znaczy – niby wiadomo, bo poprzedni minister rolnictwa pana Kowalczyk, podobnie jak obecny minister rolnictwa, pan Telus, bredzą unisono, że tylko patrzeć, jak podwiozą to „zboże techniczne” do portów, a stamtąd popłynie ono dalej.

Dokąd? Aaaa, tego jeszcze nie wiadomo, bo nie wiadomo, czy ktokolwiek ten Scheiss kupi, skoro nie nadaje się ono nawet na paszę? Toteż rolnicy, których, pozostający w służbie narodu ukraińskiego rząd „dobrej zmiany” zachęcał do powstrzymywania się ze sprzedażą zboża – niby w nadziei na zwyżkę cen – ale tak naprawdę, by zrobić w magazynach miejsce dla ukraińskiego Scheissu – zaczęli się buntować. Ponieważ w rządzie „dobrej zmiany” nic się nie robi bez gospodarza, a gospodarz, to znaczy – Naczelnik Państwa – akurat był dlaczegoś niedysponowany – zapanowało wrażenie bezradności – no bo jakże inaczej określić śmiałą inicjatywę pana ministra Telusa, żeby wszystkie bantustany graniczące z Ukrainą, albo przez ląd, albo przez morze – jak Bułgaria – które przez naszego Najważniejszego Sojusznika zostały uszczęśliwione ukraińskim Scheissem, wyprodukowanym przez tamtejszych latyfundystów – oligarchów – powiązanych również z Ameryką, wspólnie wystąpiły do Komisji Europejskiej z supliką, żeby wprowadziła cła?

Na domiar złego, przy okazji wydało się, jak ogromny kawał suwerenności przefrymarczył rząd „dobrej zmiany” i to wbrew solennym zaklęciom Naczelnika Państwa, że własną piersią zablokuje budowę IV Rzeszy! Toteż Naczelnik Państwa, zaniepokojony możliwością utraty głosów mieszkańców wsi, podjął energiczne działania pozorne. Przybrały one postać podjętego w tempie stachanowskim rozporządzenia Rady Ministrów, żeby z dnia na dzień wstrzymać wszelki import produktów rolnych z Ukrainy. Nie ma jednak pewności, czy ktoś się do tego surowego rozporządzenia zastosował i czy rzeczywiście produkty rolnicze z Ukrainy, a także – tamtejszy spirytus – przestały docierać do Polski – ponieważ wszyscy chyba wiedzą, że to taka demonstracja dla wyznawców Naczelnika Państwa, rodzaj „poprawki dla pasażerów”.

W okresie międzywojennym, kapitanem jednego z polskich transatlantyków był Eustazy Borkowski. Żeby zachwycić pasażerów, zapraszał ich w nocy na mostek i tam pytał oficera wachtowego, jakim kursem idzie statek. Usłyszawszy odpowiedź, wyciągał ramiona w kierunku nieba – że to niby namierza tam gwiazdy – po czym nakazywał poprawkę o pół stopnia. Pasażerowie byli zachwyceni; oto stary wilk morski czuwa. Skorygował młodych oficerów, którzy się pomylili. Któregoś razu nowy sternik, nie znający jeszcze okrętowych obyczajów, usiłował skorygować kurs o pół stopnia, aż oficer wachtowy musiał mu szeptem wyjaśnić: uspokój się! To poprawka dla pasażerów!

Rzecz w tym, że Komisja Europejska, słodszymi od malin ustami pani Urszuli von der Leyen wyjaśniła, że sprawy importu na teren Unii Europejskiej stanowią wyłączną kompetencję Komisji Europejskiej, a w tej sytuacji poszczególne bantustany, czyli landy IV Rzeszy, nie mają tu nic do gadania. Toteż ominięcie srogiego zakazu importu z Ukrainy będzie bardzo łatwe, bo Unia Europejska ma charakter rynku jednolitego, toteż jeśli takie transporty nadejdą z jakichś innych landów IV Rzeszy, a nie z Ukrainy, to nie bardzo będzie można je zatrzymać.

Prawo Murphy’ego stanowi, że jeśli tylko coś złego może się stać, to na pewno się stanie, w związku z tym nie tylko blokada będzie nieskuteczna, ale w dodatku Komisja Europejska prawdopodobnie nałoży na Polskę kary finansowe, co zresztą już zapowiedziała. Jak wiadomo, Polska już te kary płaci, to znaczy – nie płaci – ale Unia Europejska sobie je potrąca z kwot, które teoretycznie się Polsce należały. To najwyraźniej na obozie „dobrej zmiany” nie robi wrażenia, bo przecież nie płaci on tych kar z własnej kieszeni, tylko przerzuca je na podatników, którzy już na nikogo przerzucić ich nie mogą.

Ta „poprawka dla pasażerów” ma obowiązywać do czerwca, bo w czerwcu Komisja Europejska ma podjąć decyzję w sprawie ceł. Może odpowie pozytywnie na pokorną suplikę państw graniczących z Ukrainą, bo w niektórych państwach poważnych narasta zniecierpliwienie sytuacją, kiedy Stany Zjednoczone pod pretekstem wojny, jaką prowadzą na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca, chwyciły całą Europę za twarz. Polska oczywiście nie ma nic przeciwko temu, bo wprawdzie znana jest na całym świecie z umiłowania wolności, ale lubi, jak ktoś przynajmniej od czasu do czasu chwyci ją za twarz. Wtedy wydaje z siebie tromtadrackie kwiki, które oczywiście nie przekładają się na nic, bo nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki mają surowo zakazane, toteż wyżywają się albo w „poprawkach dla pasażerów”, albo właśnie – w tromtadrackich kwikach, które na wyznawcach Naczelnika Państwa, czy sympatykach Volksdeutsche Partei zawsze robią wrażenie.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Minister Ardanowski: Martwimy się ukraińskim zbożem, ale szybko upada hodowla trzody chlewnej, zaraz upadnie drobiarstwo.

Minister Ardanowski: Martwimy się ukraińskim zbożem, ale upada hodowla trzody chlewnej, zaraz upadnie drobiarstwo.

zaraz-upadnie-polskie-drobiarstwo

 „Należy powiedzieć, że zaczyna się także robić problem z drobiem, którego Polska jest obecnie największym producentem w Europie. To w ostatnich latach rozwijało się bardzo dobrze. W tej chwili natomiast jest zagrożenie importem mięsa drobiowego z Ukrainy. Tam są potężne kombinaty, które to mięso produkują. My się martwimy zbożem z Ukrainy, ale za chwilę będzie ogromny, już widoczny, problem upadku drobiarstwa w Polsce, ponieważ pomimo tego, że u nas drobiarstwo bardzo mocno się rozwinęło, to my tej konkurencji z Ukrainy nie będziemy w stanie sprostać” – mówi portalowi Fronda.pl były minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski.

Mariusz Paszko, portal Fronda.pl: Po 2002 roku obserwowany jest w Polsce dość nagły spadek pogłowia trzody chlewnej. Liczy są wręcz alarmujące – z 760 tys. gospodarstw zajmujących się świńmi w roku 2002 pozostało około 56 tys. w roku 2023, a więc ilość gospodarstw utrzymujących trzodę chlewną spadła 13.5 raza. Czy taka sytuacja stanowi już bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa żywnościowego Polski?

Jan Krzysztof Ardanowski, były minister rolnictwa, doradca Prezydenta RP, szef Rady do spraw Rolnictwa i Obszarów Wiejskich przy Kancelarii Prezydenta RP:  Bezpieczeństwu żywnościowemu to raczej nie zagrozi, natomiast rodzima wieprzowina, która jest podstawowym i najbardziej ulubionym mięsem Polaków, zaczyna stawać się rzadkością i w większości pochodzi obecnie z zagranicy. Ten spadek jest bardzo duży i jest on spowodowany kilkoma przyczynami.
Przede wszystkim Unia Europejska dąży do wyeliminowania małych hodowli, a więc tych, które w Polsce dotychczas były dominujące. Większość trzody chlewnej była hodowana w gospodarstwach po kilka czy kilkanaście, czasem kilkadziesiąt sztuk. Jest to obecnie różnymi decyzjami Komisji Europejskiej eliminowane.
Kolejna sprawa to Afrykański Pomór Świń (ASF), który bardzo zaszkodził hodowlom w Polsce, ponieważ wiele gospodarstw zostało zlikwidowanych, a jednocześnie normy bioasekuracji narzucane przez Unię Europejską w wielu gospodarstwach były niemożliwe do spełnienia ze względu na rodzaj budynków, w których świnie były hodowane. Wiązało się to z koniecznością poniesienia dużych wydatków i nowych inwestycji, żeby zabezpieczyć stada świń przed możliwością zakażenia z zewnątrz. W związku z tymi utrudnieniami  wielu rolników po prostu zrezygnowało z utrzymywania świń.
Dalej, to jest również wielka presja koncernów międzynarodowych – duńskich, niemieckich, holenderskich – żeby uzależnić polskich rolników od tak zwanego „tuczu kontraktowego”, zwanego też „tuczem nakładczym”. Polega on na tym, że rolnik nie korzysta już z własnych prosiąt od własnych matek, których jest właścicielem, ale z powierzonych mu warchlaków produkuje wieprzowinę, będąc praktycznie robotnikiem w międzynarodowej korporacji, gdyż ona dostarcza mu zarówno materiał hodowlany, jak również pasze i – co więcej – nie wolno takiemu rolnikowi używać innej paszy poza tą dostarczaną przez korporację. Ci, którzy się na to decydują stają się właściwie pracownikami korporacji, a nie podejmującymi samodzielne decyzje rolnikami.
Ponadto istnieje wielki problem opłacalności produkcji trzody chlewnej, ponieważ te wielkie fermy zaczynają dominować i mniejsze gospodarstwa nie wytrzymują z nimi konkurencji.
Kolejny problem, to rozwój hodowli świń przede wszystkim w Hiszpanii, gdzie jest cieplejszy klimat, gdzie nie potrzeba solidnych, masywnych, dobrze docieplonych budynków. Wprost przeciwnie, czasem należy starać się budować budynki bardzo lekkie, żeby chroniły tylko przed upałami, a nie przed mrozem. W warunkach polskich te budynki muszą być solidniejsze i w związku z tym również i koszty ich budowy są wyższe.
Dalej, zasady zagospodarowania obornika i gnojowicy są w Unii Europejskiej bardzo restrykcyjne i wymuszane również w Polsce, podczas gdy w klimacie cieplejszym nie stosuje się takich norm dotyczących ich składowania, stosując tzw. laguny, czyli jeziora odchodów na terenach pustynnych i wtedy koszty są również zdecydowanie niższe. Jest to poważny problem, ponieważ wieprzowina, którą jemy – jak już wspomniałem – w większości pochodzi z importu.

MP: Czy te działania w opinii Pana Ministra były celowe, żeby te polskie małe i średnie gospodarstwa doprowadzić do upadku?

JKA: Trudno powiedzieć, żeby one zostały zaplanowane w Polsce. W mojej opinii to raczej nieumiejętność przeciwstawienia się temu trendowi, która trwała przez lata. Na pewno były to jednak działania zamierzone ze strony Duńczyków, którzy chcieli przenieść dużą część hodowli świń do innych krajów i upatrzyli sobie Polskę. Powód tego jest taki, że Dania posiada już tak dużą ilość trzody chlewnej, że więcej nie jest w stanie u siebie pomieścić. U siebie ponadto zatruli środowisko, zatruli wodny gruntowe. Trzeba uczciwie powiedzieć, że są jednak mistrzami w hodowli świń i mają dobry materiał hodowlany. Wypychają to więc głównie do Polski.
Dotychczas nie umieliśmy temu przeciwdziałać. Nie umieliśmy też przeciwdziałać spadkowi ilości macior w Polsce, bo przecież hodowla powinna się odbywać głównie w oparciu o własny materiał hodowlany, czyli o to, co w Polsce się urodzi. To są niedopatrzenia ciągnące się przez lata, ale też niestety polityka Unii Europejskiej, która redukuje i likwiduje mniejsze hodowle, wprowadzając zasady, które właściwie tylko te wielkie fermy są w stanie spełnić.

MP: A jak wygląda sprawa innych hodowli w Polsce? Czy pogłowie bydła, owiec i drobiu też u nas spada?

JKA: Jeśli chodzi o bydło mleczne, pomimo że ubywa nam krów, to produkcja mleka utrzymuje się na podobnym, wysokim poziomie. Ma to związek z poprawą genetyczną jakości tego bydła, wydajności, mleczności. To wszystko sprawia, że mleka nie ubywa i Polska jest liczącym się jego producentem, chociaż pogłowie krów fizycznie się zmniejsza.
Warto podkreślić, że moglibyśmy być dużym producentem bydła mięsnego. To jest wręcz polska szansa. Mamy dużą ilość trwałych użytków zielonych (TUZ), których na nic innego przeznaczyć nie można. Jest też ok. 2 mln hektarów faktycznych nieużytków, udających łąki i pastwiska, do których jest pobierana dopłata unijna, a nic tam nie jest uprawiane, ani sprzątane. To są miejsca, gdzie przede wszystkim bydło powinno być hodowane. Dotyczy to między innymi terenów w górach. Bydła tam właściwie teraz nie ma. Tam powinny wrócić odpowiednie rasy bydła dostosowanego do warunków górskich. Tam poza bydłem powinny być także owce – już nie na futra i kożuchy, ponieważ klimat chyba się zmienia, ale jest na świecie moda na jagnięcinę. To jest znakomite mięso i Polska właśnie mogłaby być dużym producentem wysokojakościowej wołowiny i jagnięciny. Tutaj były jednak wielkie problemy. Między innymi chodzi o tzw. piątkę dla zwierząt, która, gdyby weszła w życie, zniszczyłaby hodowlę bydła mięsnego w Polsce, ponieważ podstawowym rynkiem zbytu na wołowinę na świecie jest rynek muzułmański, który wymaga odpowiedniego uboju tego zwierzęcia, zgodnie z tzw. „halal”, czyli sposobem uboju, którego wymagają właśnie muzułmanie.
Muzułmanów jest około 1 miliarda 650 milionów na świecie. To jest ogromny rynek. Co więcej, przybywa ich w Europie. Ta tzw. piątka dla zwierząt, której zdecydowanie się przeciwstawiłem, płacąc za to odwołaniem ze stanowiska ministra rolnictwa, była wielkim zagrożeniem dla hodowli bydła mięsnego w Polsce, ponieważ odcięłaby nas od tych rynków podstawowych, gdzie to mięso odpowiednio ubite można sprzedawać.
Należy powiedzieć, że zaczyna się także robić problem z drobiem, którego Polska jest obecnie największym producentem w Europie. To w ostatnich latach rozwijało się bardzo dobrze. W tej chwili natomiast jest zagrożenie importem mięsa drobiowego z Ukrainy. Tam są potężne kombinaty, które to mięso produkują.
My się martwimy zbożem z Ukrainy, ale za chwilę będzie ogromny, już właściwie widoczny, problem upadku drobiarstwa w Polsce, ponieważ pomimo tego, że u nas drobiarstwo bardzo mocno się rozwinęło, to my tej konkurencji z Ukrainy nie będziemy w stanie sprostać.

MP: Wyszła ostatnio sprawa budowy linii kolejowych do CPK z Ukrainy. Mówi się, że mają one przebiegać przez ziemie pierwszej i drugiej klasy. Dochodzą informacje, że może to spowodować utratę wielu miejsce pracy w tamtym regionie. Mieszkańcy i reprezentujące je organizacje mieli już protestować w tej sprawie i zaproponować trasę alternatywną przebiegającą przez nieużytki, a ministerstwo podobno ma nie być za bardzo zainteresowane słuchaniem tych głosów. Z kolei Pan Majszyk, rzecznik prasowy CPK przekazał, że konsultacjom społecznym zostały poddane cztery warianty trasy. Jakby to Pan Minister skomentował?

JKA: Panie Redaktorze, Centralny Port Komunikacyjny, to nie jest tylko lotnisko, ale ogromny projekt cywilizacyjny budowy zarówno wielkiego hubu lotniczego i jednocześnie skomunikowania kolejowego całej Polski z tym centralnym ośrodkiem komunikacyjnym. Problem wytyczania tras, zarówno kolejowych, jak też dróg i autostrad jest coraz bardziej dokuczliwy, ponieważ wielu ludzi chciałoby mieć autostradę i linię kolejową w pobliżu, ale broń Panie Boże nie za blisko i „nie na moim polu”.
Tam gdzie jest alternatywa nie zwiększająca istotnie kosztów i nie wkraczająca także w obszary przyrodniczo cenne, to oczywiście należy starać się dopasować te linie w taki sposób, żeby jak najmniej były uciążliwe, czy też zajmowały dobrej jakości grunty rolne.
Czasami nie ma jednak możliwości znalezienia alternatywnej trasy. To zawsze będzie budziło emocje i napięcia. W każdym województwie w Polsce są tego rodzaju spory i dyskusje. Ja nie jestem w stanie szczegółowo tego komentować, ale oczywiście należy się starać wykorzystywać takie tereny nieprzydatne rolniczo, których strata jest jak najmniej dokuczliwa. To oczywiste, że trzeba chronić najbardziej żyzne grunty rolne, ponieważ jest ich coraz mniej. Przede wszystkim więc powinniśmy chronić te najlepsze i szukać alternatywnych rozwiązań. Każdy przypadek musi być jednak rozpatrywany indywidualnie.

MP: Uprzejmie dziękuję Panie Ministrze za rozmowę.

Przetwórnie nie kupią polskich owoców !? Mają chłodnie pełne ukraińskich mrożonek.

Przetwórnie nie kupią polskich owoców !? Mają chłodnie pełne ukraińskich mrożonek.

przetwornie-nie-kupia-polskich-owocow

To dla nas dramat – mówi WP prezes Związku Sadowników RP Mirosław Maliszewski. Po zbożu kolejny problem.

Firmy przetwórstwa mają chłodnie pełne ukraińskich mrożonek i przekonują, że nie opłaca im się już kupować tegorocznych owoców z Polski.

Związek Sadowników RP na swojej stronie internetowej zamieścił apel „Nie dla importu z Ukrainy!” [czytaj wpis NIE dla importu owoców z Ukrainy ! >>>].

Prezes Związku Sadowników RP Mirosław Maliszewski w rozmowie z Wirtualną Polską mówi wprost: – Za kilka tygodni rozpoczynają się pierwsze zbiory. Najpierw to będą truskawki, później maliny, wiśnie, porzeczki i wśród tych gatunków sytuacja na początku będzie najtrudniejsza.

Pierwszy kryzys na pewno dotknie producentów owoców miękkich, jagodowych. Ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że na rynku jabłek sytuacja będzie niewiele lepsza. Jabłka zrywamy na jesieni, wtedy dopiero robi się sok. Już wiemy, że sok jabłkowy do Polski dociera i zapewne będzie go bardzo dużo. To ogromna konkurencja i zagrożenie dla polskiego sadownictwa – podkreśla szef Związku Sadowników RP.

Maliszewski mówi WP, że już w tej chwili do chłodni w Polsce wpłynęły przetwory z owoców wyprodukowanych w Ukrainie. – Zalegają w chłodniach, gdzie wjechały po bardzo niskich cenach. Będą zajmować miejsce, które – do tej pory – miały na rynku owoce pochodzące z Polski – alarmuje.

Marcin Tyc, plantator truskawek i malin z województwa świętokrzyskiego, w rozmowie z Wirtualną Polską mówi, że już od ubiegłego roku obawia się tego, jak będzie wyglądał tegoroczny sezon na owoce takie jak truskawki czy maliny. – Już w zeszłym roku problem był ogromny – podkreśla.

Na chłodniach nie byłem w stanie konkurować z owocami z Ukrainy. W zeszłym roku nie były objęte cłem i podatkiem. Właściciele chłodni pokazywali mi faktury za zamrożoną malinę z Ukrainy. Gotowy produkt, który mieli w takiej samej cenie, jaką mi tutaj musieliby zapłacić za świeży produkt, który musieliby jeszcze obrobić. A mrożonki z Ukrainy wjeżdżały do Polski jak turyści – dodaje.

Rozmówca WP dodaje: – Byliśmy pod kreską. Ceny były dyktowane przez to, co idzie z Ukrainy. Tam jest tania, masowa produkcja. Nie do końca dbają o jakość – stosowali pestycydy, herbicydy, owoce są strasznie pędzone.

Nie dziwię się decyzji chłodni – kupują tam, gdzie taniej. Dopóki w tej samej cenie mieli malinę moją i ukraińską, brali moją. Ale jak się okazało, że produkt ukraiński może być nawet o 1/4 tańszy to tylko nierozsądny właściciel chłodni brałby polską drogą malinę. W biznesie patriotyzm odchodzi na bok – dodaje Tyc.

Jak podkreśla nasz rozmówca, niektóre chłodnie już mówią, że nie ma opłacalności kupowania i produkowania mrożonki np. z malin w Polsce, bo dużo taniej kupi się mrożonkę z Ukrainy. – To oznacza, że polscy producenci nawet nie będą mieli gdzie sprzedać owoców. A ci, którzy zaryzykują kupno maliny, by zrobić z niej mrożonkę, będą chcieli to zrobić po bardzo niskich cenach. To jest dla nas dramat – podkreśla Maliszewski.

Na razie podejmujemy działania, by zatrzymać ten proceder. Zaproponujemy, żeby dać nam wsparcie do eksportu owoców poza Unię Europejską. Dać możliwość skupu interwencyjnego, zrobienia z tym czegokolwiek. Inaczej, nie z naszej winy, będziemy mieli problemy. Przestrzegamy, że działania trzeba podjąć już teraz – apeluje Maliszewski.

W nowym sezonie, za kilka tygodni, będzie tak, że nie będą kupować takich ilości jak w poprzednich latach. Mają kupione sporo zapasów z Ukrainy, kupią znów tanio z tego kraju, więc nie będą płacić Polakom dobrych cen. To zagrożenie – wyjaśnia Maliszewski. I ostrzega, że „ogromny napływ importowanych produktów z Ukrainy w tym roku, spowoduje zaniżenie ceny„.

Możemy przełamać tę dynamikę. A wszystko co wystarczy zrobić – to powiedzieć „Nie”. „Nie podporządkuję się”. Kult i jego czarci pomiot – Cz. III-dokończenie.

Możemy przełamać tę dynamikę. A wszystko co wystarczy zrobić to powiedzieć „Nie”. „Nie podporządkuję się”. Kult i jego czarci pomiot – (cz. III-dokończenie).

David Icke: Kult i jego czarci pomiot – jak oni działają (cz. III-dokończenie)

Jak wielu z 8 miliardów ludzi potrzeba, aby agenda tego „kultu” stała się niewykonalna?

A jednak ich agenda jest narzucana miliardom. Dlaczego? Bo te miliardy na to pozwalają. Przyzwolenie ludzi. Oto sedno tej władzy.

David Icke (przedstawiony w cz.I ) opowiada w rozmowie z Brianem Rose o tym, jak Kult opanowuje świat i dąży do zniewolenia ludzkości.

Możemy przełamać tę dynamikę. A wszystko co wystarczy zrobić to powiedzieć „Nie”. „Nie podporządkuję się”.

Część I tekstu : “Kult” i jego czarci pomiot – jak oni działają?
Część  II  tekstu: Kult i jego czarci pomiot – Odebrać ludziom energię i żywność!  Chiny w awangardzie. Zlikwidować państwa !! Cz.II.
Część II tekstu kończyła się słowami: „Bo ja wiem, że oni nie mają żadnej władzy.”

=====================KontynuacjaSpójrzmy co się dzieje w Chinach. 25 milionów ludzi zamknięto w domach w Szanghaju, 400 milionów w całym kraju. Chiny mają populację 1,5 miliarda ludzi.
Weź liczbę członków Komunistycznej Partii Chin, razem z tym psychopatą Xi Jinpingiem, dodaj do tego służby mundurowe, i odejmij tę liczbę od 1,5 miliarda.
Przecież to ledwo dotyka brzegów. Gdyby znaczna część tych 1,5 miliarda ludzi odmówiła współpracy z systemem, wyszliby na ulice i oznajmili: „Wracamy do normalnego życia. Nie będziemy już więźniami we własnych domach.” Rządowe nakazy byłyby nie do wyegzekwowania.
Nie obchodzi mnie, jak dużo masz kodów QR. To jest nie do wyegzekwowania. Jest za dużo ludzi.
Powiedzmy, że jedna trzecia Chińczyków – 500 milionów ludzi – oznajmia: „Dość tego. Koniec z tym. Kaput. Kończymy z tym”

Ilu…?
Jak wielu z tych 8 miliardów ludzi potrzeba, aby agenda tego kultu stała się niewykonalna?
Ten Kult w porównaniu z globalną populacją jest tak mały liczebnie, jeśli chodzi o ludzi którzy w pełni wiedzą i rozumieją jaki jest plan, że muszą rekrutować z populacji docelowej swych administratorów rządowych i pracowników organów ścigania.
Tak więc służby mundurowe oraz dziennikarze – pożal się Boże „dziennikarze” – wstają każdego ranka – słuchacie, policjanci i wojskowi na całym świecie? – codziennie rano wstają, odwożą dzieci do szkoły,idą do pracy, egzekwując na populacji docelowej, z której sami się wywodzą, to co ta mała grupa na samym wierzchołku kultu chce, aby robili i egzekwowali, a potem wracają do domu do swoich dzieci.
Tych samych dzieci i wnuków, którym poprzez swe codzienne działania – patrz: covidowe lockdowny, patrz: obecne wydarzenia w Chinach – narzucają totalny zamordyzm, w którym będą żyć do końca życia.
Własnym dzieciom i wnukom. A ci politycy zasiadający w rządach i samorządach, którzy rządzą ludźmi i zmuszają ich – a przynajmniej próbują – do robienia tego, co dyktuje im sekta działająca poprzez rządy, oni też mają dzieci i wnuki i też codziennie pracują nad tym, aby ich własne dzieci i wnuki przeżyły resztę życia w technologicznie wygenerowanym i zarządzanym poprzez sztuczną inteligencję faszyzmie, który przewyższa wszystko, co naziści mogliby nawet wymyślić.
I tak oto, jeśli się tak zastanowić: jeśli odliczymy dziennikarzy, którzy programują ludziom percepcję, bo sami też są percepcyjnie zaprogramowani, a którzy w przeważającej części należą do populacji docelowej, jeśli odliczymy służby mundurowe (które są z populacji docelowej), jeśli odliczymy administrację rządową, która w większości też jest z populacji docelowej, to ilu tych gnojków zostanie?!
A jednak ich agenda est narzucana miliardom. Dlaczego? Bo te miliardy na to pozwalają.
I wiesz, mówiłem to już wiele razy: Ten Kult mnie nie martwi, nie ma on żadnej władzy.
Władza, którą posiada ten Kult, to władza, którą otrzymuje od ludzi w postaci ich przyzwolenia.
W postaci wiary w tę władzę.


Populacja oddaje Kultowi swoją własną władzę i to jedyna władza, jaką ten kult kiedykolwiek posiadał. Przyzwolenie ludzi.

Oto sedno tej władzy.


To dlatego mniej martwi mnie sam kult, a bardziej populacja. Bo istnieją dwa typy ludzi, reprezentujący dwa typy mentalności,które pozwoliły się narodzić i rozwinąć każdej tyranii w historii.
Nieważne, czy był to chiński komunizm, czy niemiecki nazizm, czy cokolwiek innego.
Jedna grupa to ludzie ślepo posłuszni, którzy bezrefleksyjnie przyjmują wszystko co mówi im autorytet i ślepo w to wierzą, a następnie postępują zgodnie z tym,w co ślepo uwierzyli.
Ta grupa to dla systemu bułka z masłem. Cokolwiek im się powie, oni w to wierzą i to robią.
To ludzie z gatunku: „Tak mówili w telewizji, więc to musi być prawda.”

Druga grupa to ludzie, którzy nie chcą się pokornie podporządkowywać tak jak pierwsza grupa, ale boją się konsekwencji niepodporządkowania się. Boją się konsekwencji nierobienia tego, co mi się każe. Te dwie grupy były odpowiedzialne za narodziny każdej tyranii w historii.
totalitaryzm
Bo totalitaryzm nigdy nie jest wprowadzany przez „faszystów”. Nigdy nie ma tych „faszystów” wystarczająco dużo.

Totalitaryzm powstaje dzięki przyzwoleniu ludzi na totalitaryzm, czy to poprzez bezmyślne robienie tego co im się każe, czy poprzez robienie co im się każe ze strachu przed nierobieniem tego.

Pozostaje jeszcze trzecia grupa, która z kolei zakończyła każdą tyranię w historii, czyli ludzie, którzy widzą co się dzieje, widzą że są okłamywani, rozumieją dlaczego są okłamywani i jaki jest tego ostateczny celi odmawiają współpracy.

Ci ludzie wolą umrzeć, niż zaakceptować to co próbuje im się narzucić.

I to właśnie tacy ludzie, z taką mentalnością, zakończą i tę tyranię.

Jeśli ktokolwiek ma ją zakończyć, to tylko ludzie o takiej mentalności.


Jedną z rzeczy, które moim zdaniem musimy zrobić, teraz gdy już sprawy zaszły tak daleko, jest to, że musimy przestać myśleć o konsekwencjach.
Musimy robić to, co wiemy, że jest słuszne, a konsekwencje same się o siebie zatroszczą.
Niewspółpracowanie z tyranią, aby ta tyrania upadła.
Jeśli zaczniemy myśleć o konsekwencjach takiego postępowania, zawsze znajdziemy listę na tyle długą, że będziemy mogli powiedzieć: „Cóż, chciałbym robić to, co wiem, że jest słuszne, ale nie z takimi konsekwencjami.”

A oto co ja próbuję ludziom uświadomić, i to już od bardzo dawna: jeśli myślisz, iż konsekwencje postawienia się systemowi są złe TERAZ, poczekaj jeszcze trochę, a zobaczysz jakie będą konsekwencje – nie tylko dla ciebie, ale też dla twych dzieci i wnuków – NIEPOSTAWIENIA się tyranii i NIEZAPRZESTANIA współpracy z nią.

Bo to, dokąd to zmierza, nie ma precedensu w całej historii ludzkości.

A jeśli ludzie myślą, że to co mówię to szaleństwo, cóż, to samo mówili, gdy 30 lat temu opisywałem dokładanie to, co widzimy dziś.

Spójrz wstecz na całą historię rasy ludzkiej. Na dowolną kulturę, w dowolne miejsce.

Co widzisz?

Nieliczni zawsze kontrolują masy. Zawsze.

Dlaczego?  Bo te masy oddają swoją władzę nielicznym w postaci przyzwolenia.
Albo ze ślepej wiary, albo ze strachu przed konsekwencjami nieposłuszeństwa.

Cała historia ludzkości oparta jest na tym procesie, na tej dynamice.
Mamy teraz możliwość przerwania tego cyklu. Przerwania tej dynamiki, która doprowadziła nas tu, gdzie teraz jesteśmy. Dynamiki, poprzez którą nieliczni zawsze kontrolują masy.
Możemy przełamać tę dynamikę. A wszystko co wystarczy zrobić
to powiedzieć „Nie”. „Nie podporządkuję się”.
Jeśli to, co każecie mi robić, prowadzi do zniewolenia mnie i moich dzieci, to nie ma mowy, żebym to robił.”

A jeśli zrobi to wystarczająco dużo ludzi, to jeszcze dziś wieczorem będzie po wszystkim.
Koniec

=======================
Cała rozmowa (lektor PL).
bitchute.com/video
Tłumaczenia dokonała genialna Georgina Orwell. Polecam jej kanał, gdzie zgromadziła ponad 140 niezwykle ciekawych pozycji (wszystkie we własnym tłumaczeniu):
Georgina-Orwell
Opracowanie: Joanna M.Wiórkiewicz