Rosja, Chiny i geopolityczne uwarunkowania antyhumanizmu

Rękas: Rosja, Chiny i geopolityczne uwarunkowania antyhumanizmu

Jednym z najważniejszych wyzwań współczesnej geopolityki i geoekonomii jest konieczność dostrzeżenia ich humanistycznego wymiaru. 

Postępująca od lat 80-tych XX wieku finasjalizacja relacji stosunków międzyludzkich nieuchronnie doprowadziły do postawienia fundamentalnych pytań: jak daleko można się posunąć, komercjalizując ludzkie życie? Jak wiele z człowieczeństwa można wystawić na sprzedaż, by dana osoba pozostała dalej człowiekiem?

Czy istniejemy poza siecią?

Zagadnienia, które jeszcze niedawno należały raczej do sfery science-fiction – dziś muszą być poważnie rozpatrywane przez odpowiedzialnych kierowników polityki. W szczególności dotyczy to narodów nie poddających się łatwo dominującym trendom cywilizacyjnym i przywiązanych do własnych wartości. Musimy zrozumieć, że postępująca cyfryzacja naszego funkcjonowania jako podmiotów rynkowych: podatników, pracowników, pracodawców – stopniowo skupia naszą uwagę właśnie na objawach naszej aktywności istniejących wyłącznie cyfrowo, w internecie. W realiach obecnego stadium kapitalizmu coraz trudniej jest nam udowodnić, że zwyczajnie istniejemy, jeśli nie przedstawimy w tym zakresie dowodów naszej aktywności w sieci, w systemie bankowym, a najlepiej osobnego cyfrowego ID, w ramach którego dane te są gromadzone i podlegają dalszej komercjalizacji i obrotowi handlowemu.

Faktycznie w ramach obecnego etapu kapitalizmu istniejemy jako modele, monitorowane, finansjalizowane i komercjalizowane przez algorytmy, górnolotnie nazywane obecnie AI. Umówmy się, gdyby ktokolwiek z uczestników niniejszej konferencji zniknął bez śladu – platformy sprzedażowe oraz społecznościowe, na których jest zalogowany byłyby bez większego trudu zdolne do wykreowania profilu klienckiego kontynuującego zwyczaje, zakupy i dane wyszukiwania zaginionego. Jest to absolutny klucz do zrozumienia na jakim etapie kapitalizmu znajdujemy się obecnie. W rzeczywistości nie są już potrzebni na masową skalę wytwórcy, w każdym razie na pewno nie w Europie, ale także – paradoksalnie – w coraz mniejszym zakresie potrzebni są konsumenci.

Nie będzie jak dawniej

Podobno generałowie zawsze przygotowują swoje kraje do wojen, które już zostały przegrane. Podobnie rzecz się ma z ekonomistami; są gotowi tylko na historyczne kryzysy. Choć skutki globalizacji i mechanizmów dla uproszczenia nazywanych niegdyś liberalizmem-reaganizmem-thatcheryzmem są oczywiste już od kilku dekad – głównonurtowa ekonomia skupia się na łataniu dziur dochodowych rosnącą spiralą zadłużenia, zaś politycy coraz wyraźniej przychylają się do poglądu, że kolejna wojna światowa wydaje się zupełnie akceptowalną alternatywną dla nieuchronnej katastrofy.

W tych okolicznościach podstawowym problemem Rosji jest, że jej rządzący chcieliby, żeby było jak poprzednio, a Chin, że wolałyby, żeby nic się nie zmieniło w stosunku do stanu obecnego.

Obie to postawy, niestety, grzeszą anachronizmem. Patrząc z perspektywy Zachodniej Europy, gdzie mieszkam, można sobie wprawdzie wyobrazić dwa scenariusze:

  1. W ramach pierwszego gwarantem obecnego modelu kapitalizmu byłby dostęp do tanich surowców energetycznych, dostarczanych przez Rosję, ale oznaczałoby to zakończenie absurdalnej co do samej zasady wojny na Ukrainie,
  2. W ramach drugiego modelu – nie sprzecznego z pierwszym – dla tzw. transformacji energetycznej i stopniowego wzmocnienia sektora tzw. energii ze źródeł odnawialnych absolutnie niezbędna jest kooperacja z Chinami, produkującymi niezbędne komponenty dla zaawansowanych instalacji off i on-shore oraz mobilności elektrycznej. Nie mówiąc już o tym, że to wciąż Chiny i kontrolowane przez Pekin szlaki komunikacyjne gwarantują trwanie konsumpcyjnego modelu kapitalizmu, zaopatrywanego przez fabryki Azji Południowo-Wschodniej.

A jednak scenariusze te, pomimo oczywistych wielostronnych korzyści i gwarancji stabilności – nie są realizowane.

Oni już nie potrzebują ludzi

Nasi panowie zachowują się tak, jakby w jakimś szaleńczym odruchu nie potrzebowali ani rosyjskiej energii, ani chińskich REE i azjatyckiej produkcji. Sytuacja wygląda, jakby Zachód po prostu już więcej nie potrzebował zwykłych ludzi, jakoś tam pracujących, coś tam konsumujących, po prostu do tej pory funkcjonujących codziennie jako może wstydliwy, ale niezbędny element systemu.

Co zatem, jeśli staliśmy się zbędni? Jeśli już nie musimy ani pracować na większe zyski naszych panów, ani kupować, by zapewniać stabilność obrotu finansowego? Jeśli wartość pieniądza tak dalece oderwała się od pracy, że nikt już nie zauważa tego związku, bo ważniejsze jest oprocentowanie obrotu kapitałowego? Czy jesteśmy pewni, że chodzi tylko o przyznanie nam dodatkowego czasu na aktywność sportową lub artystyczną? A może po prostu staliśmy się już zbędnym kosztem?

Paradoks polega na tym, że codziennie społeczeństwa Zachodu są karmione newsami o tym jak wielkim zagrożeniem dla ich stylu życia są Rosja i Chiny. Tymczasem to właśnie Moskwa i Pekin robią najwięcej, by uratować choćby resztki konsumpcyjnego kapitalizmu, gwarantującego przy okazji pewną stabilność stosunków międzynarodowych. Moim zdaniem zresztą dwa najbardziej obiecujące mocarstwa świata popełniają w ten sposób błąd, ponieważ tego co było nie da się uratować.

Inny system światowy

Rosja i Chiny stoją dziś przed gigantycznym wyzwaniem, które być może przekracza horyzont elit politycznych tych krajów. Jakakolwiek forma stabilizacji, normalizacji, rzekomego powrotu do wcześniejszych relacji, suflowana przez obecną administrację Stanów Zjednoczonych – byłaby katastrofą i kapitulacją. Czy jednak w Moskwie i (zwłaszcza) w Pekinie znajdą się siły zdolne do stworzenia alternatywnego systemu, innego niż liberalny (co ważne dla Rosji), ale zachowującego elementy globalne (co jest kluczowe dla Chin)?

Alternatywa nie sprowadza się wyłącznie do wojny światowej i zniszczenia ludzkości jaką znamy (przy zachowaniu życia, majątku i poziomu życia górnego 1%). Odrzucenie związanej z Moskwą i Pekinem wizji stworzenia systemu, który korzystałby łącznie ze wzorców zarówno wolnej wymiany handlowej (jak w Chinach) i wspólnotowości (jak historycznie w Rosji) oznaczałoby katastrofę i oddanie pola czemuś, co z braku lepszych nazw nazywa się transhumanizmem, gdy ja wolę nazwę antyhumanizm. Człowiek, który nie jest ani producentem, ani konsumentem, po prostu przestanie być potrzebny jako byt – wszak wystarczy, by aktywny był tylko jego awatar, wykonujący podstawowe i wymagane funkcje rynkowe!

Rosja i Chiny mogą zatem nie chcieć się widzieć w roli cywilizacyjnej, wręcz gatunkowej. Zarówno w Moskwie, jak i Pekinie bardzo silne są tendencje, by „po prostu robić interesy”, co jednak dowodzi raczej naiwności niż realizmu. Niestety, ale już nie będzie „jak dawniej”.

Ostatnim pytaniem zostaje zatem czy po wszystkich stronach są jeszcze ludzie zdolni zawrzeć wielostronnie korzystne umowy oparte na rachunku ekonomicznym, biorąc pod uwagę szanse na przetrwanie człowieczeństwa w formie jaką znamy – czy też to wszystko uczyni algorytm uznający ludzkość za nieistotny punkt w kosztorysie.

Konrad Rękas

Wystąpienie na konferencji Cooperation between Europe and Russia in the New Geopolitical Context: Reconciliation or Continued Confrontation? zorganizowanej przez Rosyjską Akademię Nauk we współpracy z serbskim Centrum Studiów Geostrategicznych w Moskwie, 17 października 2025 r.

Burza wokół chińskiego statku i szlaku północnego. Braun: W Polsce mamy pożytecznych [dla obcych] idiotów.

Burza wokół chińskiego statku. Braun: W Polsce mamy pożytecznych idiotów. Są anglosaskimi, żydowskimi, ukraińskimi lokajami

22.10.2025 https://nczas.info/2025/10/22/burza-wokol-chinskiego-statku-braun-w-polsce-mamy-pozytecznych-idiotow-sa-anglosaskimi-zydowskimi-ukrainskimi-lokajami/

NCZAS.INFO | Popularność Grzegorza Brauna wywołuje coraz większy popłoch wśród reprezentantów narzuconego nam systemu. / Foto: PAP
NCZAS.INFO | Popularność Grzegorza Brauna wywołuje coraz większy popłoch wśród reprezentantów narzuconego nam systemu. / Foto: PAP

Burza wokół chińskiego statku, płynącego z pomocą rosyjskich lodołamaczy, który ma zawinąć do portu w Gdańsku. Do sprawy odnieśli się m.in. Stanisław Żaryn, Rafał Otoka-Frąckiewicz oraz Grzegorz Braun.

„Statek Istanbul Bridge to kolejny już statek handlowy płynący z Chin do Europy szlakiem północnym. Fakt, że Chiny utrzymują a nawet intensyfikują tę drogę morską, a portem docelowym był Gdańsk, generuje poważne zagrożenia dla Polski. Jesteśmy wciągani w niebezpieczną współpracę” – ocenił na portalu X Stanisław Żaryn.

„Fakt, że polski port był portem docelowym świadczyć może o tym, że Chiny będą chciały mocniej wciągać Polskę we współpracę, co oznaczało będzie wzmocnienie pozycji chińskiej w Polsce. A to wiąże się ze strategicznymi zagrożeniami dla RP” – grzmiał.

„Polska została wciągnięta w de facto wspólną operację chińsko-rosyjską, bowiem trasa północna jest nie do przejścia bez pomocy rosyjskich okrętów i lodołamaczy. Otwarcie się na współpracę będzie generowało wobec powyższego problemy. Nie bez znaczenia jest fakt, że w ostatnich tygodniach w Polsce szereg wizyt odbył szef MSZ Chin” – wyliczał.

Do słów byłego rzecznika służb specjalnych odniósł się Rafał Otoka-Frąckiewicz, parafrazując jego wypowiedź. „Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby towary z Chin transportowane przez Szlak Północny nie trafiały do Gdańska. Hamburg powinien być ich ostatnim portem tak, żeby ani grosz z wrażej chińskiej gospodarki nie trafił nad Wisłę” – ironizował publicysta.

„Należy także pamiętać, że 150 statków które skorzystało z tej trasy w tym roku to nic przy samym Kanale Sueskim, który mimo licznych blokad i zagrożeń odnotował spadek frachtu o 70%, a i tak przepuścił ponad 20 tysięcy statków” – dodał.

„Kanał Sueski należy więc zbombardować by zadać ostateczny cios Chinom” – napisał.

„Otwartym pozostaje pytanie co zrobić z Przylądkiem Dobrej Nadziei. Tutaj swoją ufność pokładam w globalnym ociepleniu i odparowaniu tamtejszej wody morskiej – @StZaryn, były rzecznik polskich służb specjalnych” – zakończył Otoka-Frąckiewicz.

Rafał Otoka Frąckiewicz @rafalhubert

Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby towary z Chin transportowane przez Szlak Północny nie trafiały do Gdańska. Hamburg powinien być ich ostatnim portem tak, żeby ani grosz z wrażej chińskiej gospodarki nie trafił nad Wisłę. Należy także pamiętać, że 150 statków które skorzystało z tej trasy w tym roku to nic przy samym Kanale Sueskim, który mimo licznych blokad i zagrożeń odnotował spadek frachtu o 70%, a i tak przepuścił ponad 20 tysięcy statków. Kanał Sueski należy więc zbombardować by zadać ostateczny cios Chinom. Otwartym pozostaje pytanie co zrobić z Przylądkiem Dobrej Nadziei. Tutaj swoją ufność pokładam w globalnym ociepleniu i odparowaniu tamtejszej wody morskiej –

@StZaryn, były rzecznik polskich służb specjalnych.

Stanisław Żaryn @StZaryn 20 paź

Statek Istanbul Bridge to kolejny już statek handlowy płynący z Chin do Europy szlakiem północnym. Fakt, że Chiny utrzymują a nawet intensyfikują tę drogę morską, a portem docelowym był Gdańsk, generuje poważne zagrożenia dla Polski. Jesteśmy wciągani w niebezpieczną współpracę.

============================

Zdjęcie

149,1 tys. wyświetleń

===========================

Do kwestii chińskiego transportu odniósł się też polski poseł do PE Grzegorz Braun. – Ma potwierdzenie w praktyce trafna diagnoza Romana Dmowskiego sprzed stu lat, że nie brak u nas takich, co bardziej Rosji nienawidzą niż Polskę kochają. Zwrócę Państwu uwagę na to, że kiedy rozmawiamy, to północną drogą, wzdłuż super-kontynentu eurazjatyckiego płynie do Europy kolejny transport z Chin, to akurat turecki statek, rosyjskie lodołamacze – mówił na antenie wPolsce 24 Braun.

Co to oznacza? To oznacza, że przebiegunowaniu ulega mapa handlu światowego i w Polsce mamy pożytecznych idiotów i może cynicznych lokai, którzy chcieliby udaremnić czerpanie przez Polskę zysków właśnie z tego faktu – dodał.

Jeżeli Gdańsk miałby stać się portem docelowym tej północnej drogi, no to byłby to czysty zysk dla Polski. Ale są tacy, dla których to jest zmartwieniem, bo są anglosaskimi, żydowskimi, ukraińskimi lokajami i lojalnymi eurokołchoźnikami, którzy wykonują politykę Niemiec, która wolałaby, żeby te statki zawijały do portu, dajmy na to, w Hamburgu, a nie w Gdańsku – stwierdził.

Dzień, w którym polityk staje przed św. Piotrem…

Dzień, w którym polityk staje przed św. Piotrem…

–  Dzień dobry, mówi polityk – Tak, spodziewam się, że pójdę do nieba.
– Cóż… mówi św. Piotr – to trochę niepewne. Widzisz, mamy tak mało doświadczenia z politykami, bo prawie nikt tu nie przychodzi. Chcielibyśmy cię mieć, ale diabeł też, dlatego zawarliśmy z nim układ.
Polityk wygląda na trochę przestraszonego więc św. Piotr kontynuuje:
– Teraz spędzisz dzień w piekle. Potem dostaniesz dzień w niebie, a potem musisz wybrać, gdzie chcesz być na całą wieczność.


Święty Piotr idzie prowadzi do windy. Jadą w dół bardzo, bardzo długo.
W końcu winda zatrzymała  się przed dużą bramą, a tam diabeł stoi, by powitać polityka.
– Wejdź do piekła, zaprasza diabeł. – Tu dzieje się życie. RAI-RAI!!!
Polityk widzi ogromne pole golfowe, na którym przebywa wielu jego byłych kolegów. Pole jest idealne, cudownie ciepło, a małe demony serwują chłodne napoje.
Później przychodzi czas na pyszne jedzenie i piękne kobiety. Polityk może tylko przebierać. Nagle dzień się kończy i musi wrócić do biura św. Piotra.
Następnego dnia dociera do nieba. Tam również zostaje ciepło przyjęty. Zostaje przebrany za anioła i otrzymuje piękną harfę.
Przez resztę dnia unosi się z obłoku na obłok. Słyszy śpiew ptaków i je najpyszniejsze owoce podawane przez urocze anioły.
Wieczorem zrobiło mu się trochę niedobrze od wszystkich zjedzonych owoców, ale szybko mu przeszło. Anioły wciąż grały na każdym obłoku, a on był już naprawdę zmęczony uwielbieniem i muzyką harfy.
W końcu pojawił się św. Piotr.
– Byłeś już po jednym dniu wszędzie – powiedział św. Piotr. – Co wybierasz?
– Nigdy bym o tym wcześniejn nie pomyślał – powiedział polityk – ale piekło zdecydowanie pasuje do mnie najlepiej.
Święty Piotr próbuje go przekonać, żeby został, ale on chce zejść na pole golfowe i do pięknych kobiet.
Kiedy zszedł z powrotem do piekła i drzwi windy się otworzyły, zobaczył płomienie i siarkę. Śmierdziało tam, ludzie płakali i wili się z bólu wszędzie.
– Ale, ale… – pyta polityk – Gdzie jest pole golfowe? Gdzie są napoje, jedzenie i piękne panie…??
– Ach, to… – uśmiechnął się diabeł.– Wczoraj prowadziliśmy kampanię. Dziś na nas głosowałeś!

W stronę Nowej Normalności. Powolne dryfowanie.

W stronę Nowej Normalności

Autor: AlterCabrio, 21 października 2025

Większość ludzi nie dostrzega powolnych zmian, ponieważ zostali skutecznie wyszkoleni, żeby tego nie robić. Taka jest natura prania mózgu, indoktrynacji i technik stosowanych w ramach operacji psychologicznych, stosowanych w edukacji naszych dzieci, a także powszechnie w mediach. Powiedziano to milion razy, nie jesteśmy już tak dobrzy w krytycznym myśleniu i kwestionowaniu naszych doświadczeń, jak kiedyś.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Powolne dryfowanie w kierunku nowych norm

Agenda posuwa się tak wolno, że wszystko, za czym się kryją, w końcu stanie się faktem, ale nikt nie uzna tego za cokolwiek dziwnego. To jak włośnica, która powoli wgryza się pod skórę niczego niepodejrzewającego psa, powodując poważną infekcję, a biedne zwierzę nie ma pojęcia, że to ​​tam jest.

Pamiętam, jak będąc dzieckiem, po raz pierwszy zetknąłem się z techniką, której astronomowie używają do odróżniania planet od gwiazd. Planety faktycznie się poruszają, choć dla ludzkiego oka bardzo powoli, gwiazdy się nie poruszają, więc astronomowie opracowali pomysłową metodę zwaną porównaniem mrugnięć, aby wykryć ten ruch.

Rejestrując klisze fotograficzne tego samego pola gwiazd w odstępie dni lub tygodni, mogli załadować te obrazy do komparatora błyskowego [blink comparator], urządzenia, które szybko przełączało się między nimi. Gwiazdy stałe pozostawały nieruchome, ale planeta, ze względu na swoją orbitę wokół Słońca, przesuwała się nieznacznie, sprawiając wrażenie, jakby przeskakiwała w tę i z powrotem w oku obserwatora.

Dlaczego o tym wspominam? Bo przypomina mi to, jak trudno jest zaobserwować zmiany, jeśli zachodzą powoli (np. powolny ruch planety). Pomyśl o rosnącej roślinie. Możemy patrzeć na nią godzinami i nie widzieć, jak rośnie. Ale bądźcie spokojni, rośnie. Są gatunki, których wzrost można obserwować (niektóre gatunki bambusa i roślina o nazwie kudzu), ale to trudne. Rozumiecie, o co chodzi.

Mimo wszystko, ludzie są raczej kiepscy w wykrywaniu jakichkolwiek zmian, nie tylko fizycznych. Rzeczy muszą się szybko zmieniać, żebyśmy je zauważyli. Agenda jest bardzo cierpliwa i nie tylko indoktrynuje ludzi, by byli mniej uważni na zmiany (jak robi to już od dziesięcioleci), ale same zmiany zazwyczaj następują dość wolno. Choć nie zawsze.

Fiasco covid-19 z pewnością nastąpiło szybko. Ale tak naprawdę to był tylko eksperyment. Skutki covid-19, maseczek, lockdownów, szczepionek itp. następują powoli. I większość ludzi ich nie zauważa.

Oznacza to, że większość ludzi nie zauważa spadku IQ u dzieci z powodu zniszczenia systemu szkolnictwa podczas lockdownów, większość ludzi nie zauważa przyspieszenia diagnoz raka, większość ludzi nie zauważa zakłóceń w łańcuchu dostaw prowadzących do wzrostu cen i zmniejszenia ilości, większość ludzi nie zauważa ogólnego spadku zdolności poznawczych spowodowanego szczepionką, większość ludzi nie zauważa spadku wskaźnika urodzeń.

I tak w kółko. A jeśli w końcu to zauważą, prawdziwa przyczyna dawno zniknie im z pamięci. Po prostu zrzucą winę na Trumpa.

Tak naprawdę to nie sądzę, aby trzeba było być niezwykle bystrym obserwatorem, żeby to zauważyć. Większość ludzi nie dostrzega powolnych zmian, ponieważ zostali skutecznie wyszkoleni, żeby tego nie robić. Taka jest natura prania mózgu, indoktrynacji i technik stosowanych w ramach operacji psychologicznych, stosowanych w edukacji naszych dzieci, a także powszechnie w mediach. Powiedziano to milion razy, nie jesteśmy już tak dobrzy w krytycznym myśleniu i kwestionowaniu naszych doświadczeń, jak kiedyś.

Kiedy ludzie słyszą o przyjaciołach, u których zdiagnozowano raka i którzy następnie zmarli, nie uważają tego za nic niezwykłego. Albo przynajmniej nie przypisują tego niczemu innemu niż temu, do czego zostali przyuczeni.

A co z kampanią „dzieci też miewają udary”, mającą na celu uświadomienie nam wszystkim, że nagła śmierć dziecka z powodu udaru to „normalna sprawa” [business as usual] i nie powinno nas niepokoić? „To się zdarza non stop” – mówią nam. „Po prostu tego nie zauważyliście”. Nie zliczę, ile razy ludzie kpili z mojej wzmianki o tysiącach sportowców, którzy zmarli na zawał serca na boisku w ciągu ostatnich pięciu lat.

Wzruszają ramionami i mówią: „To nic nowego. Zawsze tak było”. Kiedy pokazuje im się dowody przeczące temu stwierdzeniu, ponownie wzruszają ramionami i pytają: „Skąd wiesz, że ta informacja jest prawidłowa?”. Wszystko to jest wynikiem skutecznego treningu, który pozwala im nie zauważać czegoś jako nietypowego.

Często się zastanawiam, czy jest sens ciągłego skakania jak Kurczak Mały, krzycząc, że świat się kończy. Nikt nie zauważy, że to się stało, dopóki to się nie stanie. A nawet wtedy większość ludzi (przynajmniej wielu) nie będzie się tym przejmować. Po prostu powiedzą coś głupiego, na przykład: „No, co zrobisz?”, „To postęp” albo „Wszystko po staremu”.

Może jednak lepiej po prostu płynąć z prądem ścieków do szamba i dołączyć do grona ślepych lemingów. Niewiele możemy zrobić, żeby to powstrzymać, chyba że wszyscy zgodzą się na nadchodzącą nicość – tylko my, zgryźliwce, najwyraźniej wiemy, że jesteśmy w mniejszości z naszymi poglądami.

Niestety, niewiele jest nadziei, której można by się uchwycić. Jak widać to po reakcjach na każdy artykuł, który piszę i który daje choćby odrobinę nadziei nieobliczalnej administracji Trumpa. Tak jak w orwellowskiej powieści „Rok 1984”, nawet ruch opozycyjny Partii Wewnętrznej, kierowany przez Emmanuela Goldsteina, rzekomego przywódcę podziemnego Bractwa, mógł być iluzją zaaranżowaną przez Partię, mającą na celu uwięzienie dysydentów. Goldstein, przedstawiany jako zdrajca i były członek Partii Wewnętrznej, jest prawdopodobnie sfabrykowanym kozłem ofiarnym, wykorzystywanym do kanalizowania buntu w kontrolowanej narracji, co sugeruje, że wszelka nadzieja pokładana w postaciach takich jak Trump może być w podobny sposób zmanipulowaną mirażem, mającym na celu utrzymanie władzy w rękach państwa głębokiego [Deep State].

Orwell w całym swoim dziele sugerował, że Bractwo rzeczywiście było wymysłem państwa i całkiem możliwe, że nim było. A Trump, oczywiście, może być również marionetką agendy. Skoro więc nie ma nadziei w najwyższych szczeblach rządu światowego, to po co tracić tyle czasu na próby budzenia lemingów? Cóż, ja osobiście nie przestanę robić tego, co robię. Być może sytuacja nieco się zmieni, tak jak moje intensywne zainteresowanie Nowym Porządkiem Świata zaczęło się, gdy zorganizowane oszustwo plandemii pokazało, że dzieje się coś złowrogiego. Teraz, gdy wybryki agendy nie są już tak oczywiste, a komentarze takie jak mój tracą zainteresowanie, może warto trochę odpuścić i skupić się na mojej książce o kobietach Czajkowskiego. Kto wie.

Po tym wszystkim, co powiedziałem, mam wątpliwości, czy te nikczemne zmiany w agendzie pozostaną subtelne i niezauważone. W końcu covid był dość jawny (choć ludzie nadal nie zauważyli, czym tak naprawdę był). A kilka innych rzeczy dzieje się dość wyraźnie. Niesamowite, ile wysiłku potrzeba, żeby lemingi to zauważyły. I jest to jeden z powodów, dla których agenda nie musi wkładać wiele wysiłku, aby utrzymać sprawy w tajemnicy.

W miarę upływu czasu, agenda może niweczyć te wysiłki. Jeśli jednak lemingi zaczną masowo zamieniać się w zgryźliwców, to agenda może mieć problem. Z drugiej strony, może być już za późno, aby lemingi zdołały skutecznie się postawić, co widzieliśmy już wielokrotnie w historii.

Gdy masy znajdą się pod kontrolą, osoby sprawujące nad nimi władzę mogą zrobić niemal wszystko, co zechcą — i tak szybko, jak im wygodnie.

C’est la vie.

_________________

Slow Drift to New Norms, Todd Hayen, Oct 19, 2025

W miarę rozpadu struktur Zachodu, wychodzą na jaw skorumpowane metody jego funkcjonowania

W miarę rozpadu struktur Zachodu, wychodzą na jaw skorumpowane metody jego funkcjonowania

Przy czym określenie skorumpowane jest dużym niedopowiedzeniem. Fraza „zbrodnicze metody” adekwatnie to charakteryzuje.

DR IGNACY NOWOPOLSKI OCT 21

Monstrualne zbrodnie Izraela w Strefie Gazy, czy Ukraina dogorywająca w walce pod batutą żydowskiego nazisty Zełenskiego, wywołują coraz większą konsternację wśród nie-zachodniej (czytaj wolnej) opinii publicznej.

Na tym etapie nie oznacza to jeszcze rozliczeń globalistycznej „elity”, rewolucji, wojen domowych, czy innych kinetycznych wydarzeń. Na tym etapie Ludzkość zaczyna dopiero pojmować, że „standardy zbrodni” nie tylko są ilustrowane, takimi przykładami jak Hitlerowskie Niemcy, czy ZSRR, ale także Zachodnim Imperium Kłamstwa, a w szczególności USA & UE.

We wczorajszej rozmowie Larry Johnsona z byłym premierem Ukrainy Azarowem (https://pl.wikipedia.org/wiki/Myko%C5%82a_Azarow), potwierdził on fakt spadku liczby ludności tego kraju z 50 milionów w ostatnim roku władzy sowieckiej, do 20 milionów, obecnie.

Nie oznacza to, że wszyscy „brakujący” zginęli na froncie. Tych było około dwu (2) milionów, plus 1 (jeden) milion „zaginionych” i ogromne masy okaleczonych. Pozostali, to emigranci do UE i Rosyjskiej Federacji.

Ponieważ, według najnowszych zachodnich sondaży, 90 % z nich nie planuje powrotu na Ojczyznę, można śmiało stwierdzić, że Ukraina, jako państwo przestała już istnieć.

Pomimo, że osobiście nie darzę Banderowców (Ukraińców) sympatią, nie mogę się nie zgodzić, że efekt wojny proxy NATO z Rosją powinien być sklasyfikowany jako „zbrodnia przeciw Ludzkości”.

Przy czym nie będę tu wdawał się w dywagacje, kto jest temu winien. Na pewno odpowiadają za to Banderowcy, Zachód i Rosja. W jakim stopniu, historia to osądzi.

Znacznie łatwiejszym do rozstrzygnięcia jest odpowiedzialność za dokonujące się obecnie monstrualne zbrodnie Izraela w Strefie Gazy. Według płk. Karen Kwiatkowski (formerly US State Department), po wymordowaniu około 2/3 populacji Palestyńczyków w Gazie, głównie kobiet i dzieci, pozostałe kilkaset tysięcy zostało obecnie poddanych „kuracji genowej” na modłę „pandemii covidowej” i znajduje się w stanie powolnej agonii.

Niewątpliwie Izrael jest tu głównym zbrodniarzem. Ponieważ bez pomocy Stanów Zjednoczonych nie udałoby się mu dokonać tego „wyczynu”, odpowiedzialność prawna leży też na USA.

Otwartym pozostaje pytanie, kto z kierownictwa waszyngtońskiego stanie przed przyszłym Trybunałem Norymberga 2 ?

Czy Trump, de facto podwładny izraelskiego premiera Bibi Netanyahu? Czy inni oficjele.

Sytuacja jest tym trudniejsza, że Trump i jego ekipa autentycznie stara się zakończyć wojnę na Ukrainie, wbrew unijnym globalistom, sabotującym Jego wysiłki!

Oczywiście historia zbrodni wojennych USA i NATO, jest bardzo długa. Mało tego związana z korupcja na wielka skalę.

Scott Ritter wspomina okres, gdy jako Inspektor ONZ, był poddany naciskom prowadzącym do kłamliwej deklaracji o posiadaniu przez Irak broni masowego rażenia. Aby skłonić go do kłamstwa, wysoko postawiony oficjel waszyngtoński zaoferował mu łapówkę w wysokości $6 milionów.

Scott odrzucił ta ofertę, za co na dodatek był szykanowany przez administrację waszyngtońską do końca swej kariery.

Scott, jako człowiek wiary i honoru, odrzucił ofertę. Otwartym pytanie pozostaje ilu kundli waszyngtońskich zaakceptowało takie i większe łapówki za umożliwienie Ameryce jej zbrodniczej działalności od wojny do wojny?

Na poniższym wideo w minucie 14:41 jest zapisane jego zeznanie. Początek filmu jest ustawiony na właśnie ten moment:

Na razie zbiera się dowody a na stryczek przyjdzie czas późniejszy!

Były oficer policji, właściciel psów, które zagryzły mężczyznę – Niewidzialny dla policji, nie do ukarania…

Sluzby_w_akcji

Służby w akcji @Sluzby_w_akcji

Grubo. Naprawdę grubo.

Były oficer policji, właściciel psów, które zagryzły mężczyznę w lesie w Zielone Górze miał już wcześniej odebrane psy, schronisko nie chciało ich wydać, to przyjechał z kolegami z policji i wymuszono na schronisku ich wydanie.

W 2022 roku te psy zaatakowały w lesie kobietę z dzieckiem, kobieta dzwoniła na numer alarmowy, ale policja pojawiła się dopiero po 4 godzinach, jak stwierdzono, „ktoś” odwołał policję, że nie jest już potrzebna.

W 2024 roku psy zaatakowały młodego mężczyznę, któremu odgryzły uszy. Po złożonych przez właściciela strzelnicy zeznaniach o rzekomym włamaniu się na jego teren, postępowanie zostało umorzone, a owczarki po krótkim pobycie w schronisku wróciły na posesję do swojego właściciela.

– W 2024 roku trafiły do nas z ranami postrzałowymi i kłutymi. Świadczy to o tym, że gdy doszło do pogryzienia, nie mogli nad nimi zapanować, nawet sam właściciel, który był na miejscu. Może strzelał, żeby się uspokoiły – mówi Dominika Gręzicka ze schroniska dla zwierząt w Zielonej Górze. Jak wspomina dyrektor schroniska, w 2024 roku nie chcieli wydać tych psów właścicielowi.

– Z uwagi na to, że pan korzystał z pomocy policji, która przyjechała z nim na miejsce, to wyegzekwowali na pracownikach ich oddanie właścicielowi – mówi Krzysztof Rukojć, dyrektor schroniska dla zwierząt w Zielonej Górze. Niepokój mieszkańców wzbudzały nie tylko agresywne zachowania psów, ale także niewłaściwie, ich zdaniem, zabezpieczona strzelnica należąca do byłego oficera policji.

Mieszkańcy okolicy, spacerując po lesie, nieraz napotykali pociski z broni palnej. Strzelnica powinna być nadzorowana przez komendę wojewódzką w Gorzowie Wielkopolskim, ale nie ma informacji czy i kiedy odbywała się ostatnia kontrola. Petycje mieszkańców o zagrożeniach wynikających z działalności strzelnicy, kierowane trzy lata temu tak do władz miasta, jak i do organów ścigania nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Policja odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie. Przedstawiciel policji odmówił spotkania z mediami przed kamerą.

Zagryziony 46-latek nim lekarze stwierdzili zgon, miał amputowane wszystkie 4 kończyny.

Pani @K_Galecka czy @PolskaPolicja lub MSWiA będzie przeprowadzać postępowanie sprawdzające odnośnie nadzoru nad strzelnicą i odmówienia wszczęcia postępowania w tej sprawie?

Odmowa komentarza przed mediami i brak oficjalnego oświadczenia odnośnie w tej sprawy budzi kontrowersje, komenda miejska policji w Zielonej Górze na FB wyłącza komentarze pod każdym nowym postem od wielu dni. Tak nie prowadzi się komunikacji kryzysowej. O sprawie można dowiedzieć się więcej w najnowszym wydaniu UWAGA TVN

Person in tactical vest with shoulder straps, blue shirt, gray pouch on chest, tan arm patches, gray pants, brown gloves, black balaclava covering face, standing in forested area with trees, vehicles in background, red and white barrier, grass and dirt ground.

Ostatnia zmiana: 391,3 tys. wyświetleń

Sianie chaosu jako narzędzie polityki zagranicznej

Sianie chaosu jako narzędzie polityki zagranicznej

Mariusz K. Pomianowski Wysłane przez: Marucha w dniu 2025-10-20

Współczesna polityka międzynarodowa coraz częściej operuje takimi terminami jak „wojna hybrydowa”, „operacje niekinetyczne” czy „sianie chaosu”.

Nie są to tylko pojęcia akademickie – to realne strategie, które wpływają na losy państw i społeczeństw.


Artykuł ten analizuje mechanizmy wykorzystywania chaosu jako narzędzia wpływu, przedstawia jego główne środki oraz omawia potencjalne konsekwencje dla Polski. Jego celem jest zarysowanie obrazu, w którym wojna ekonomiczna, polityczna i kulturowa działa równolegle do – i często zamiast – otwartego konfliktu zbrojnego.

Cel strategiczny i racjonalność kosztowa

Fundamentalnym założeniem polityki wykorzystującej chaos jest racjonalność kosztowa. Konflikt konwencjonalny jest kosztowny – wymaga znacznych wydatków militarno-logistycznych i niesie ryzyko eskalacji. Wobec istnienia arsenałów zdolnych do zadania katastrofalnych szkód decydenci skłonni są sięgać po metody asymetryczne – do osiągnięcia celów wystarczą często działania wieloetapowe, pozornie „miękkie”, ale w skali czasu prowadzące do dezintegracji państwa i osłabienia pozycji przeciwnika. Taki model jest długofalowy i relatywnie tani – zamiast jednorazowego wielkiego wysiłku generuje wiele drobnych, skumulowanych efektów.

Instrumenty – finanse i chaos

W praktyce narzędzia te można sprowadzić do dwóch komplementarnych kategorii: finanse oraz wywoływanie i wykorzystywanie chaosu społeczno-politycznego.

Finanse: globalizacja i międzynarodowe przepływy kapitału umożliwiają transfery zysków, relokację technologii oraz „odsysanie” kluczowych komponentów przemysłu z kraju docelowego. Preferencyjne traktowanie zagranicznych podmiotów, naciski na deregulację i solenie rynków powodują osłabienie krajowych sektorów strategicznych. W rezultacie państwo traci zdolność autonomicznego kształtowania polityki gospodarczej.

Chaos społeczno-kulturowy: długotrwałe kampanie medialne, promowanie określonych wzorców konsumpcyjnych i zachowań społecznych, angażowanie kultury masowej i influencerów prowadzą do zmian w normach społecznych. Efektem może być osłabienie więzi rodzinnych i społecznych, spadek zaufania publicznego oraz atomizacja życia społecznego – stany szczególnie niebezpieczne w porach kryzysu.

Chaos polityczny: finansowanie organizacji pozarządowych, think-tanków i kampanii lobbystycznych, a także wspieranie frakcji politycznych sprzyjających zewnętrznym interesom może doprowadzić do erozji elit i instytucji państwowych. Przenikanie wpływów zewnętrznych do decyzyjnych ośrodków powoduje, że suwerenność decyzyjna staje się iluzoryczna.

Mechanizmy operacyjne – jak to działa?

W praktyce działania mają charakter wielowątkowy.

Destabilizacja infrastruktury: sabotaż, ataki na infrastrukturę krytyczną bądź jej bezpośrednie zniszczenie prowadzą do kryzysów humanitarnych i migracyjnych, poprzez wywoływanie powszechnego niezadowolenia i presji społecznej na zmianę władz lub polityki.

Wykorzystanie migracji: masowe przepływy ludności mogą zostać instrumentalizowane, by wywołać napięcia w krajach przyjmujących – zarówno w sensie ekonomicznym (obciążenie systemów publicznych), jak i politycznym (polaryzacja społeczna).

Wspieranie konfliktów wewnętrznych: szkolenie i wyposażanie grup paramilitarnych, tworzenie „jątrzących się” ran konfliktowych, które długo się nie goją, osłabiają państwo generując długofalowy koszt bezpieczeństwa.
Dezinformacja i manipulacja: kampanie medialne i działania w przestrzeni cyfrowej polaryzują opinie, rozbijają konsensus społeczny i podkopują zaufanie do instytucji.

Współczesne konflikty pokazują różne warianty tej strategii: działania destabilizujące w Syrii, nieprzewidywalne skutki tzw. wiosen arabskich, instrumentalizacja migracji czy ingerencje hybrydowe w państwach europejskich. Wnioski płynące z tych przypadków sugerują, że metody te są skuteczne szczególnie wtedy, gdy cel nie jest poboczny – celem jest długotrwałe osłabienie zdolności państwa do funkcjonowania.

Konsekwencje dla Polski

Polska, ze względu na swoje położenie geopolityczne, historię i strukturę gospodarczą, jest szczególnie narażona na kombinację nacisków ekonomicznych, migracyjnych i informacyjnych. Główne zagrożenia to:

  • gospodarcze: utrata kontroli nad sektorami strategicznymi, relokacja produkcji, uzależnienie od zewnętrznych łańcuchów dostaw;
  • polityczne: przenikanie wpływów do elit decyzyjnych, erozja zdolności do prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej;
  • społeczne: spadek kapitału społecznego, rosnąca polaryzacja i osłabienie więzi obywatelskich;
  • spadek bezpieczeństwa: wzrost kosztów utrzymania porządku publicznego, podatność na manipulacje i wykorzystanie kryzysów do ingerencji zewnętrznych.

Odpowiedź – budowanie odporności

Skuteczna strategia przeciwdziałania musi być kompleksowa i długofalowa. Proponowane filary odporności to:

  • wzmocnienie infrastruktury krytycznej – modernizacja, redundancja systemów energetycznych, telekomunikacyjnych i transportowych; plany awaryjne i ćwiczenia obrony cywilnej;
  • dywersyfikacja gospodarcza – odbudowa krajowej produkcji w strategicznych sektorach, rozwój łańcuchów dostaw niezależnych od pojedynczych dostawców;
  • edukacja medialna – programy przeciwdziałania dezinformacji, podnoszenie kompetencji cyfrowych obywateli, promowanie rzetelnych mediów;
  • przejrzystość i odporność elit – mechanizmy przeciwdziałania przenikaniu wpływów zewnętrznych: transparentność finansowania, regulacje lobbingu, wzmacnianie niezależności instytucji;
  • współpraca międzynarodowa – aktywna dyplomacja i współdziałanie w ramach sojuszy, które podnoszą koszt ingerencji zewnętrznych i wspierają autentyczną autonomię strategiczną.

Wnioski

Sianie chaosu jest dziś jednym z użytecznych narzędzi polityki międzynarodowej – opłacalnym dla podmiotów, które chcą utrzymać lub rozszerzyć wpływy bez otwartego konfliktu zbrojnego. Dla Polski oznacza to konieczność budowy odporności wielowymiarowej: energetycznej, gospodarczej, społecznej i informacyjnej. Kluczem jest zwiększenie kosztów ingerencji oraz wzmacnianie wewnętrznej spójności, tak aby zewnętrzne próby destabilizacji nie znalazły podatnego gruntu.

Z racji zainteresowań od pewnego czasu poświęcam się problematyce polityki zagranicznej. Poczesne miejsce zajmuje oczywiście sytuacja w Ukrainie, Syrii i strefie Gazy. Jest wiele podobieństw wynikających z udziału tych samych uczestników i animatorów oraz z podobnych metod i technik walki – nie tylko militarnej, ale też gospodarczej, politycznej i kulturowej. To krótkie rozwinięcie jest tylko wstępem do przemyślenia kwestii dotyczącej postrzegania tych działań przez zwykłych ludzi.

Bardzo często spotykam się ze rozważaniami: dlaczego siły USA bombardują szpitale, elektrownie, stacje transformatorowe i inną infrastrukturę (w Syrii), wprost wspierają terrorystów z ISIL czy neobanderowców w Ukrainie oraz inne organizacje, których celem jest destabilizacja sytuacji w danym kraju?

Najważniejszym czynnikiem jest koszt militarny. Trzeba stosować metody równie skuteczne, a przy tym wielokrotnie tańsze, często finansowane ze źródeł pozabudżetowych, a najlepiej na koszt przeciwnika. To żadna nowość. Kto by chciał to prześledzić, zauważyłby, że na przestrzeni dziejów to stała praktyka: uderzenie w gospodarkę i politykę jest równocześnie uderzeniem w armię przeciwnika. Słabe państwo targane wewnętrznym chaosem nie przeciwstawi się skutecznie wrogowi ani zewnętrznemu, ani wewnętrznemu.

Nasuwają mi się następujące wnioski. To, co opisałem, to środki do realizacji celu. Cel główny, nadrzędny i podstawowy, który jest sensem istnienia establishmentu USA, to utrzymanie hegemonii w skali świata. Do jego osiągnięcia potrzeba środków oraz realizacji celów pośrednich. Cele pośrednie to zniszczenie każdego kraju, który może być potencjalnym zagrożeniem dla USA obecnie lub w przyszłości. Takimi krajami są m.in. Rosja, Chiny oraz Niemcy. Lista ciągle się zmienia: dochodzą nowe, ubywają stare.

Jak powiedział Henry Kissinger: „bycie wrogiem USA jest niebezpieczne, ale jeszcze gorzej być jego przyjacielem”. USA nie ma przyjaciół, tylko wasali. Potencjalnym wrogiem jest każdy kraj, którego elity polityczne choć trochę chciałyby istnieć samodzielnie, poza kuratelą oligarchii z USA. Nie piszę „rządu”, gdyż prezydent USA zawsze był i będzie marionetką konglomeratu militarno-przemysłowego. Mówiąc konkretnie, cele polityki USA to:

  • sprawienie, aby świat był otwarty i przyjazny globalizacji, a szczególnie amerykańskim ponadnarodowym korporacjom;
  • zwiększanie kwot pojawiających się w rocznych sprawozdaniach finansowych krajowych kontrahentów ministerstwa obrony, hojnych sponsorów kampanii wyborczych członków Kongresu i rezydentów Białego Domu;
  • pilnowanie, aby w żadnym kraju nie zrodził się nowy model gospodarczo-społeczny, godny naśladowania jako alternatywa wobec modelu kapitalistycznego;
  • rozszerzanie politycznej, gospodarczej i wojskowej hegemonii na globie, zapobieganie powstaniu jakiejkolwiek regionalnej siły kontestującej amerykańską dominację i narzucenie światu amerykańskiego porządku – jak przystało na jedyne supermocarstwo (za W. Blum, „Przewodnik po mrocznym Imperium”).
  • Wymieniłem cel. Teraz pora na środki i narzędzia – są nimi przede wszystkim finanse oraz chaos. Tak jak każdy, również USA kieruje się rachunkiem ekonomicznym i opłacalnością przy podejmowaniu działań prowadzących do osiągnięcia celu. Wywołanie totalnej wojny jest obecnie nieopłacalne ze względu na możliwość symetrycznej odpowiedzi Rosji, Chin, Indii czy Pakistanu – odpowiedzi na tyle niszczącej, że nie byłoby ani zwycięzców, ani pokonanych, tylko pył, zniszczenie i śmierć. Tego oligarchowie USA nie akceptują. Pozostaje więc inny sposób: uderzenie asymetryczne i hybrydowe, czyli powolne krok po kroku osaczanie, odrywanie i pomniejszanie pola manewru, osłabianie ekonomiczne, społeczne i kulturowe – niszczenie spójności więzi międzyludzkich.

Chaos gospodarczy – wprowadzanie globalizacji i wyprowadzanie najwartościowszego komponentu poza granice, niszczenie krajowego przemysłu i przedsiębiorczości. Podmioty zagraniczne, wielkie korporacje są w pozycji uprzywilejowanej. Wszystko, co rodzime, jest sekowane. Efektem jest utrata kontroli nad rozwojem gospodarczym własnego kraju, uzależnienie od kaprysów korporacji globalnych oraz graczy typu Soros i MFW.

Chaos polityczny – przejęcie elit politycznych i uczynienie z nich pokornych wykonawców poleceń podmiotów zewnętrznych. W tej roli aktywne są różnego rodzaju ośrodki i fundacje zależne od Sorosa, służby specjalne obcych państw oraz lobbyści korporacji globalnych. Nie zapominajmy też o roli organizacji Klausa Schwaba. Zainteresowany może to zobaczyć choćby na przykładzie Serbii, Mołdawii, a nawet Słowacji. Za tym idzie niszczenie fundamentów demokracji – według nich demokracja to sytuacja, w której to oni rządzą, a nie opozycja. Tu można podać przykłady nadużyć w różnych krajach; niekiedy pojawiają się też teorie spiskowe dotyczące nagłych zgonów polityków, jednak ja ograniczam się do wskazania mechanizmu wpływu i destabilizacji.

Chaos kulturowo-społeczny – poprzez filmy, modę, trendy w rozrywce i zachowaniach społecznych niszczy się dotychczasowy model rodziny, zachowań społecznych, religię i więzi między ludźmi. Jako atrakcyjne i przynoszące korzyść podsuwa się modele, które osłabiają i rozbijają społeczeństwo. Wiara katolicka bywa przedstawiana jako coś przestarzałego i „nienowoczesnego”. Rodzina wielopokoleniowa również jest marginalizowana. W ogóle posiadanie dzieci bywa przedstawiane jako passe. Media często grają na jedną nutę i wręcz natarczywie „obrzydzają” ciążę i rodzenie. Nastawia się kobietę przeciwko mężczyźnie. Jaki może być tego efekt? Spadek dzietności, brak poczucia więzi z innymi, w ostateczności olbrzymia podatność na manipulację i w efekcie – upadek państwa i kres narodu.

Ogromnym sukcesem takiej operacji miała być Polska – przykładem jest postawa niektórych przedstawicieli rządu wobec pamięci historycznej i symboliki, na co społeczeństwo zbyt często reaguje obojętnością.

Te trzy elementy wojny hybrydowej składają się na niską efektywność w dziedzinie militarnej przeciwnika. Wracając do polityki międzynarodowej, to jest efekt wywierania wpływu na społeczeństwo, którego kulminacją była „Magdalenka” w 1989 roku.

Najtańszym i bardzo skutecznym środkiem destabilizacji jest szkolenie, wyposażanie i skierowanie do działań przeciw własnemu społeczeństwu jego własnych obywateli wraz z najemnikami. I wcale nie chodzi tylko o przejęcie władzy i utworzenie nowego marionetkowego rządu – choć jeśli się da, to się to robiło, jak w Ukrainie i wiele razy wcześniej w Panamie, Nikaragui, Salwadorze i innych krajach. Najważniejsze jest stworzenie jątrzącej się rany, która osłabia i wyczerpuje.

Przejdźmy do kwestii szpitali i elektrowni: z bandami terrorystów siły rządowe jakoś sobie radzą, jednak państwo walczące z wrogiem, którego samo stworzyło, może zostać doprowadzone do całkowitej destabilizacji poprzez niszczenie infrastruktury niezbędnej do życia. Jak reaguje społeczeństwo? Ucieczką.

Środkiem do osłabienia i zniszczenia Rosji jest zablokowanie współpracy z Europą, zwłaszcza z Niemcami. Podstawowym celem całych tzw. wiosen arabskich byłą destabilizacja Europy, niby sojusznika i przyjaciela, ale także potencjalnego rywala, gdyby zaczęła dążyć do większej samodzielności (np. tworzenia europejskiej armii). Jak to zrobić? Wystarczy, aby miliony emigrantów z krajów objętych zdalnie sterowanymi rewolucjami ruszyły do „ziemi obiecanej” – Europy. Ten plan napotkał jednak spore trudności i nie do końca się powiódł (jak dotąd). Kluczowe było osadzenie u władzy w Egipcie Bractwa Muzułmańskiego, ale armia egipska przy pomocy Rosji sobie z tym poradziła. Gdyby wydarzyło się inaczej, być może nie byłoby już nas.

Proces wojny trwa, uległ jednak spowolnieniu. Zdecydowane działania Rosji oddaliły koszmarny scenariusz na pewien czas. Jak mówię – taka powolna, ukryta wojna jest mało kosztowna, bardzo skuteczna i będzie nadal stosowana przez USA, choć ze zmiennym skutkiem.

Putin powiedział niedawno, że Waszyngton tworzy „Imperium Chaosu”. To nie jest całkowita nowość – USA stosuje metody chaotyzacji co najmniej od dwóch stuleci. Ktoś policzył, że przez większość okresu swego istnienia USA nie doświadczała trwałego pokoju w sensie militarnym. Nowością jest skala i konsekwencja tych działań. Dotychczasowe imperia zdobywały nowe tereny i narzucały na nich ład według własnego wzorca – Pax Romana, ład cesarza Chin czy pewne formy tolerancji na dworze Saladyna. Tak samo postępowali starożytni Persowie, Babilończycy czy Hetyci. Nawet niemiecka III Rzesza nie miała planów siania totalnego światowego chaosu. Dziś innym przykładem są Chiny, które w Afryce budują drogi, lotniska, szkoły i szpitale – oczywiście w zamian za korzyści, ale jednocześnie zmniejszają wpływy tradycyjnych kolonizatorów, co wywołuje oburzenie w ich elitach.

Elity rządzące USA przyjęły inną koncepcję: sianie chaosu zawsze i wszędzie. Każdy kraj jest potencjalnym wrogiem, nawet sojusznicy i wasale nie mogą czuć się bezpiecznie ani myśleć o samodzielności względem oligarchów z USA. Najprostszy sposób to wzniecanie antagonizmów – co widać także w Polsce, np. w kreowaniu nastrojów secesjonistycznych na Śląsku czy w napięciach związanych z obecnością społeczności ukraińskiej, która przez niektórych jest przedstawiana jako roszczeniowa. Tu również pojawiają się wpływy innych graczy, w tym Niemiec.

Chaos jako sposób prowadzenia polityki sprawdził się w Libii, Korei (tu można doprecyzować kontekst historyczny), Chile czy – obecnie – w Afganistanie, gdzie utrzymuje się długotrwały, wielopokoleniowy bałagan. Z punktu widzenia normalnego państwa poniesiono tam strategiczną i taktyczną klęskę, ale z punktu widzenia teorii chaosu – osiągnięto zamierzony efekt.

Nie łudźmy się, będzie to trwać i będzie to stosowane także w innych krajach. W Syrii metoda ta przyniosła katastrofalne skutki – państwo zostało rozbite i podzielone między strefy wpływów tureckie, amerykańskie, rosyjskie i innych aktorów; Assad uciekł częściowo w stronę Rosji. Ukraina z „wrzącego kotła” zamieniła się na razie w „leniwie gotujący się czajnik” – niby jest pod kontrolą, ale sytuacja na froncie cały czas się dynamicznie zmienia. Swoje interesy mają też Brytyjczycy, Niemcy i Francuzi – często kosztem nas, Polaków.

Proszę zauważyć, że wiele potencjalnie korzystnych dla Polski przedsięwzięć zostało storpedowanych: straciliśmy zyski z Jamału i rurociągu Przyjaźń, a zaplanowany szlak przez Białoruś i Polskę do Niemiec nie został zrealizowany zgodnie z oczekiwaniami (wspominam działania premiera Tuska i blokady granic).

W każdym razie my, Polacy, mamy wiele powodów do troski, bo naszym największym zagrożeniem nie jest kraj wskazywany w rządowej propagandzie, lecz sojusznicy i partnerzy, którym często ufamy. Umowy podpisane przez Waszyngton nie zawsze miały trwałą wartość – doświadczyli tego Indianie, Hiszpanie, Meksykanie oraz liczne narody na przestrzeni ponad 200 konfliktów, w które zaangażowane było to „Imperium Chaosu” po II wojnie światowej. Umowy zawarte przez Waszyngton bywają warte mniej niż papier, na którym je spisano – o czym świadczą wydarzenia związane z Turcją, Iranem czy Koreą Północną. Celem rodów panujących w USA jest utrzymanie hegemonii; nie zawahają się one przed niczym, poświęcą wszystko i wszystkich.

Czy możemy temu przeciwdziałać? To już zupełnie inny temat. Pamiętajmy jednak, że wszelka chwała przemija, a każde rodzące się imperium nosi w sobie ziarno zagłady. Chwałę USA zbudowano na przemocy, grabieży i imigrantach – paradoksalnie to dzisiaj może przyczynić się do upadku USA jako państwa.

Mariusz K. Pomianowski
https://myslpolska.info

niedziela: Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

26.10.2025 Siedlce – Msza święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

21/10/2025 antyk2013

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.
      Zapraszamy 26 października, niedziela, na 108 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski. Zaczynamy o godzinie 14:00, pod Pomnikiem Św. Jana Pawła II. Msza Święta w intencji Ojczyzny zostanie odprawiona w katedrze siedleckiej o godzinie 16:00. Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu. Szczegóły na plakacie.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

Na froncie walki o pokój

Na froncie walki o pokój

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    21 października 2025 http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5914

Ach, co za zawód! Wydawało się, że po rekomendacji, jakiej premier rządu jedności narodowej bezcennego Izraela Beniamin Netanjahu udzielił kandydaturze amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla, norweski komitet noblowski będzie tą rekomendacją „związany” podobnie, jak Beniamin Netanjahu czuje się „związany” ideą „Wielkiego Izraela”.

Jak pamiętamy, idea ta pochodzi stąd, jakoby Stwórca Wszechświata upodobał sobie w pewnym mezopotamskim koczowniku i w zamian za to, że koczownik będzie Go wychwalał i spełniał wszystkie Jego zachcianki, uczyni go w rewanżu „ojcem wielkiego narodu”, któremu przekaże w arendę obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki wielkiej – rzeki Eufrat”. To jest właśnie obszar „Wielkiego Izraela”, a realizacja tej idei jest już stosunkowo nieźle zaawansowana. Dzięki sprytnemu wykorzystaniu przez władze Izraela siły Ameryki, w której Żydowie podporządkowali sobie tamtejszych twardzieli, udało się państwa leżące na tym obszarze politycznie obezwładnić, a to może być wstępem do ich rychłego podboju.

Okazało się jednak, że norweski komitet noblowski nie poczuł się „związany” rekomendacją Beniamina Netanjahu i Pokojową Nagrodę Nobla przyznał pani Marii Korynnie Machado z Wenezueli. Pani Maria, z wykształcenia inżynier, pozostaje w nieprzejednanej opozycji do reżymu wenezuelskiego tyrana Mikołaja Maduro, podobnie jak wcześniej – wobec reżymu poprzedniego tamtejszego tyrana Hugona Chaveza. W tej sytuacji istnieje jednak pewien związek pani Machado z prezydentem Donaldem Trumpem. Chodzi o to, że – jak pamiętamy – prezydent Trump nakazał rozstrzeliwanie wenezuelskich łodzi z dalekonośnych kartaczy – co pokazuje, że los Wenezueli nie jest dla Stanów Zjednoczonych obojętny.

Skoro zaś tak, to nie jest wykluczone, że gdy CIA wreszcie przeprowadzi jakąś udaną inwazję w wenezuelskiej Zatoce Świń, to pani Maria Korynna Machado zostanie demokratycznym prezydentem Wenezueli, tak samo, jak inny laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Kukuniek, został demokratycznym prezydentem naszego nieszczęśliwego kraju. Kogóż w końcu państwa miłujące pokój miałyby wspierać, jeśli nie demokratycznych polityków, którzy w dodatku zostali zatwierdzeni jako osoby zasłużone w walce o pokój? Dlatego pani Marii Korynnie Machado wróżę świetlaną przyszłość – ale jeszcze nie teraz, tylko po szczęśliwym obaleniu złowrogiego reżymu Mikołaja Maduro. Kiedy to nastąpi i w jaki sposób – tego na razie nie wiemy, bo – jak zauważył niemiecki kanclerz Otto Bismarck – to nawet dobrze, że zwykli ludzie, ot tacy jak np. my – nie wiedzą, jak się robi politykę i parówki. Pewnej wskazówki dostarcza nam partyjny buc z filmu „Kontrakt”, grany przez Janusza Gajosa, który powiada, że demokracja – owszem – demokracją – ale ktoś przecież musi tym kierować!

Żeby jednak nieco osłodzić prezydentowi Donaldowi Trumpowi gorycz pominięcia przez norweski komitet noblowski jego kandydatury do Pokojowej Nagrody Nobla został on zaproszony do bezcennego Izraela i tam udelektowany owacją, jeszcze większą, niż te, którymi bywał delektowany premier Beniamin Netanjahu w amerykańskim Kongresie. Niezależnie od owacji, prezydent Trump został uznany za „największego” przyjaciela Izraela. Może to oznaczać nadzieję Żydów, że jak tylko zakładnicy zostaną zwolnieni, co zresztą nastąpiło, to prezydent Trump nie będzie kręcił nosem na izraelskie oskarżenia Hamasu, że złamał warunki zawieszenia broni i w konsekwencji dopuści do realizacji jednego z punktów swojego planu pokojowego w postaci zapalenia Izraelowi zielonego światła dla dokończenia operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy – ale tym razem z wyłącznej winy Hamasu. Ze Strefą Gazy trzeba przecież coś zrobić tym bardziej, że Pokojowa Nagroda Nobla została już przyznana i żadnym norweskim mądralom nie trzeba na razie się podlizywać.

Oczywiście – jak przestrzega ;poeta – „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności” – więc jeśli nawet w tym roku już nie trzeba się żadnym norweskim mądralom podlizywać, to przecież trzeba unikać jakichś ostentacji, bo w przyszłym roku Pokojowa Nagroda Nobla też będzie przyznawana. Jeśli tedy prezydent Trump nawet zapaliłby Izraelowi zielone światło dla dokończenia operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy, to powinien opatrzyć je takimi warunkami, żeby w każdej chwili światło zielone mogło zostać zmienione na czerwone.

Coś takiego właśnie prezydent Trump próbuje stosować wobec Ukrainy, której wcześniej obiecał sprzedać „Tomahawki”. Podczas telefonicznej rozmowy z prezydentem Zełeńskim musiał mu chyba powiedzieć, że owszem – sprzeda – ale pod warunkiem, że Ukraińcy tymi ”Tomahawkami” nie będą atakowali cywilów na terenie Rosji. Prezydent Zełeński natychmiast skwapliwie na ten warunek przystał, tym łatwiej, że „Tomahawki” zostały w międzyczasie technicznie udoskonalone do tego stopnia, że – po pierwsze – odróżniają i to z daleka – cywila od żołnierza, czy członka formacji paramilitarnych, a po drugie – dzięki takiemu mechanizmowi rozróżniającemu, starannie omijają cywilów, więc prezydent Zełeński mógł złożyć swoje gwarancje co do pozostawienia cywilów w spokoju z czystym sumieniem.

Widocznie jednak skrupulatnemu prezydentowi Trumpowi to nie wystarczyło, albo może skwapliwość prezydenta Zełeńskiego w udzieleniu gwarancji co do cywilów wzbudziła w nim jakieś wątpliwości, dość, że zaproponował kolejny warunek – że zanim podejmie decyzję o sprzedaniu Ukrainie „Tomahawków”, najpierw porozmawia o tym z rosyjskim prezydentem Putinem. Jaka szkoda, że ta rozmowa nie zostanie nigdy udostępniona szerszej publiczności – bo któż nie chciałby się dowiedzieć, jak sobie między sobą rozmawiają światowi przywódcy, kiedy nikt ich nie podsłuchuje, a przede wszystkim – w jakiej formie prezydent Trump przedstawiłby prezydentowi Putinowi swoje rozterki co do sprzedaży Ukrainie pocisków „Tomahawk” – czy w formie propozycji nie do odrzucenia (wiecie, rozumiecie, Putin, albo zgodzicie się na bezwarunkowe zawieszenie broni, a następnie – na oddanie Ukrainie wszystkich okupowanych terenów z Krymem włącznie – albo sprzedam Ukrainie „Tomahawki” i będzie z wami brzydka sprawa – bo właściwie to do końca nie wiadomo, czy wy jesteście wojskowym, czy głupim cywilem), czy jakiejś innej – no i co na takie dictum mógłby prezydentowi Trumpowi odpowiedzieć zimny ruski czekista Putin.

My chyba nigdy się tego nie dowiemy, ale norweski komitet noblowski może w przyszłym roku takie materiały otrzymać – oczywiście z klauzulą tajności – więc może jakieś przecieki się pojawią.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”

Pedofilia, obrona homoseksualizmu i… post-marksizm: paskudny rodowód edukacji seksualnej

Pedofilia, obrona homoseksualizmu i… post-marksizm: paskudny rodowód edukacji seksualnej

https://pch24.pl/pedofilia-obrona-homoseksualizmu-i-post-marksizm-paskudny-rodowod-edukacji-seksualnej

Polscy uczniowie – ci, których rodzice nie wypisali z zajęć – uczestniczą w lekcjach nowego przedmiotu: edukacji zdrowotnej. Elementem dedykowanej mu podstawy programowej jest między innymi nauka akceptacji dla „różnorodności seksualnej”. Za tym nieszkodliwie brzmiącym hasłem stoi paskudna rzeczywistość… Gdy cofnąć się do korzeni emancypacyjnej edukacji seksualnej, staje się jasne, że jest ona niczym innym, jak narzędziem rewolucji obyczajowej – tej, której orędownicy zgodnie aprobowali m.in pedofilię. Różnorodność znaczy tu tyle, co porzucenie zakorzenionego w zgodności z naturą spojrzenia na erotykę.

„Nowy burdel dla wszystkich” – tak nazywa się ćwiczenie, jakie uczniowie niemieckich szkół wykonują w ramach zajęć edukacji seksualnej. Za zadanie mają szczegółowe rozplanowanie działania domu publicznego tak, by uciechę znaleźli w nim bywalcy o nawet najmniej oczywistych fantazjach. Takie „kompetencje”, według autorów programu, kształtować w sobie powinni już 15-latkowie.

To skandaliczne zadanie dla nastolatków przywoływano już niejednokrotnie jako dowód oszałamiającej postaci „edukacji seksualnej” za Odrą. Tymczasem to jedynie czubek góry lodowej… Środowisko sprzyjających rewolucji obyczajowej niemieckich seksuologów ma do ukrycia znacznie więcej… To fakty, których znajomość przyprawia o dreszcze.

Za stworzenie wspomnianego ćwiczenia odpowiada nikt inny, jak Elisabeth Tuider. Jak donosił w głośnym artykule magazyn „Emma”, kobieta jest docentem i wykłada „seksualność różnorodności” słuchaczom szkoły wyższej w Getyndze. W 2008 roku wspólnie z zasiadającym w organach nadzorczych uczelni Rüdigerem Lautmannem wygłosiła epitafium pochwalne na cześć Helmuta Kentlera…

Autorzy badania nad niemieckim podejściem do edukacji seksualnej z 2022 roku, Berndt Ahrbeck, Karla Etschenberg i Marion Felder są zgodni, że to właśnie w tym psychologu należy upatrywać ojca obecnych standardów edukacji seksualnej za Odrą. Nie tylko autorka skandalicznego ćwiczenia zna jego nazwisko… Kentlera uważa się również za ideowego przewodnika Uwe Sielerta – jednego z bardziej znaczących akademików od pedagogiki erotycznej….

A to nawiązanie nie bez znaczenia. Jeszcze w 2005 roku Sielert stwierdzał w swojej książce, że aby należycie wychowywać dzieci do płciowości, rodzice powinni sami stymulować je seksualnie w domu… Brzmi skandalicznie? Oczywiście – ale to właśnie taka myśl o roli dorosłego w rozwoju życia erotycznego dziecka jest zasadą emancypacyjnej i neo-emancypacyjnej „edukacji zdrowotnej”…

 Wszystko zaczęło się od… otwartej akceptacji dla pedofilii jako rzekomo kluczowego narzędzia wychowania seksualnego młodych… Tak rolę nieskrępowanych intymnych kontaktów między dorosłymi i dziećmi widział właśnie Helmut Kentler. To na przekonaniu, że tego rodzaju relacje między dziećmi, a dorosłymi zapewniają najlepsze dojrzewanie seksualne, co przekłada się na ogólną poprawę życia, oparto owiany fatalną sławą program oddawania dzieci pod opiekę pedofilów. W jednym z głównych miast Niemiec zbrodniczy proceder kwitnął przez dekady:

„Na początku lat 70. XX w. rozpoczął się w Berlinie Zachodnim tzw. eksperyment Kentlera. Było to zorganizowane działanie promowane przez urzędników, którego oficjalnym celem miało być wsparcie dzieci szczególnie ubogich, w tym bezdomnych. Jak donoszą autorzy raportu opublikowanego w 2020 r., eksperyment w praktyce polegał na kierowaniu dzieci do osób podejrzanych o czyny o charakterze pedofilskim lub uprzednio za nie skazanych. Proceder trwał przez trzy dekady. Obecnie trudno oszacować liczbę ofiar. Wiadomo jednak, że pomysł prof. Helmuta Kentlera spotkał się z akceptacją i wsparciem niemieckich urzędników w Berlinie”, przywołują wstrząsającą historię w swojej pracy naukowej z 20. numeru magazynu „Dziecko krzywdzone” Piotr Sobański i Błażej Kmieciak.

Seks nieprokreacyjny i dziecięcy orgazm – ideologiczne źródła katastrofy

Dziś niewiele wymaga mnożenie krytyki działań apologetów pedofilii. Mogą sobie na to pozwolić nawet środowiska, które wtedy szły z nimi pod ramię. Kluczowe jest tymczasem właśnie zrozumienie, że aprobata dla kontaktów pedofilskich nie jest dodatkiem do wizji wyemancypowanej seksualności, a stanowi jej integralny element. „Eksperyment Kentlera” był bezpośrednią implementacją jego wizji erotyzmu i odpowiadał założeniom, jakie psycholog wyłożył w tekście zatytułowanym „Dziecięca seksualność”. Był to wstęp do erotycznego, zawierającego m.in. fotografie dziecięce, albumu zdjęciowego, wydanego w 1975 roku i zatytułowanego Zeig mal! (niem. „Pokaż!”).

W oparciu o przekonania Zygmunta Freuda, o którego „odkryciach” przeczytać możecie Państwo w innym naszym artykule, Kentler wyrobił w sobie przekonanie, że dzieci aktywnie poszukują gratyfikacji seksualnej i najzupełniej bezpośrednio dążą do rozładowywania erotycznych impulsów. Według wstrząsającego opisu zamieszczonego w pracy Kentlera, życie seksualne w pełnym tego słowa znaczeniu zaczyna się „na długo przed tym, nim jesteśmy seksualnie dojrzali”. Na kogo innego – jeśli nie na innego szarlatana i manipulatora Alfreda Kinseya – mógł się w tym względzie powołać Kentler? Przyjmując za dobrą monetę jego pseudo-naukowe doniesienia o dziecięcych orgazmach uznał, że pedofilia może stanowić najlepsze przygotowanie do spełniającego życia seksualnego młodych, a tym samym również dźwignię do polepszenia ich ogólnego dobrostanu. Byle tylko nie opierała się na przemocy.

Warto przypomnieć, że w klasycznych pracach Kinseya opisy „orgazmu dzieci”, jakie przedstawiał on w oparciu o współpracę z pedofilami, mają niewiele wspólnego z naukową rzetelnością. Jako szczytowanie dzieci, „zaobserwowane” przez pedofilów, od których Kinsey pozyskiwał materiały, uznawał on m.in momenty kompulsywnych, spazmatycznych ruchów dziecka, skrajnego strachu czy prób ucieczki od zwyrodnialca. Wszystkie te zachowania amerykański guru seksuologów klasyfikował jako oznaki dziecięcej przyjemności, skrywane co najwyżej pod fałszywą maską wstydu i niepokoju…

Kentler te dane – jak i freudowską pseudoanalizę – wziął jednak za dobrą monetę oraz dowód na aktywne poszukiwania seksualnej stymulacji przez najmłodsze już dzieci. Obłęd jego narracji najlepiej chyba dokumentuje fakt, że niemiecki psycholog przytaczał jako wiarygodny opis z sowieckiego sierocińca, w którym wychowawczyni stwierdzała, że potrafi odróżnić erotyczne ssanie piersi przez niemowlęta od tej samej czynności, tyle, że nienacechowanej seksualnie. Sprawę miało rozstrzygać to, kiedy maluchy są wesołe i pobudzone… A zatem najmłodsi rzekomo szczytują i podniecają się matczyną piersią… Wniosek autora tej szalonej koncepcji? Jego zdaniem, dzieci są gotowe do otwartych erotycznych interakcji i ich poszukują. Seks nakierowany na prokreację to mit nowożytności… stworzony na potrzeby kapitalistycznego porządku.

W tym miejscu właśnie na scenę wkracza lewica freudowska – czyli post-markisiści, których psychologiczno-polityczne diagnozy wplecione w Kentlerowski tekst, pokazują prawdziwe oblicze „edukacji seksualnej”.

Skrajna lewica i pedofilia

Kentler w swojej kilkunastostronicowej pracy przywołał tworzone przez antyautorytarne ruchy post-marksistowskie w Niemczech „alternatywne ośrodki opieki”. W nich, jak dowodził na podstawie historycznych zapisów, inicjowano pedofilskie kontakty pomiędzy działaczami komun, a pozostającymi na ich wychowaniu dziećmi. Na kartach pracy Kentlera znajdujemy długi opis wspomnień spotkania 24-letniego marksisty z 3-letnią dziewczynką o imieniu Grischa… Dorosły działacz zachęcał dziewczynkę do seksualnej interakcji i opisywał swoją nadzieję oraz namowy do współżycia z nią w pełnym tego słowa znaczeniu. Cóż – jak widać, Kentler sam nie wpadł na pomysł swojego eksperymentu… Lewica była pierwsza.

„W alternatywnych centrach opieki nad dziećmi i studentami czyniono wysiłki, by ustanowić anty-autorytarne relacje między dziećmi i dorosłymi (…) Poczucie zagrożenie dorosłych wciąż jest widoczne w ich początkowych raportach: seksualność dzieci, którą spotkali w czasie swojej pracy, była dla nich dziwnym światem” – relacjonował Helmut Kentler.

Taka działalność dziedziców myśli Marksa i Freuda była budowana jako nic innego, niż forma… edukacji seksualnej. „Ruchy anty-autorytarne o marksistowskiej proweniencji podejrzewały, że psychoanaliza jest po prostu metodą, mającą ułatwić dostosowanie jednostek do istniejącego społeczeństwa, a przez to środkiem zachowania status quo. Blisko nich była doktryna Wilhelma Reicha, który wraz z Bernfeldem, Frommem i Fernichelem, był założycielem lewicy freudowskiej. Reich pokazał w swoich publikacjach, że kapitalizm musi koniecznie wymagać opresji popędów seksualnych, w celu wyćwiczenia ludzi, by stali się słabymi osobowościami dostosowanymi do opartego na autorytaryzmie systemu. Podczas, gdy Freud twierdził, że każda kultura w końcu tłumi i prowadzi do sublimacji popędu seksualnego, Reich sądził, iż sprzeczność między popędami i kulturą może być zniwelowana przez rewolucję w relacjach międzyludzkich i rewolucję osobowości. Konkretnie – przez przyjazną dla seksu edukację, która umożliwiłaby satysfakcjonujące życie genitalne” – opisywał przekonania post-marksistów Kentler. On sam przyjął ich wizję w dużym stopniu, również przekonany, że to dorośli powinni aktywnie zapewniać młodym doświadczenia erotyczne. Oto korzeń, na którym oparto Kentlerowski eksperyment.

„Edukacja seksualna” w służbie postmarksistowskiej destrukcji

Rewolucją zaś, jakiej domagał się Reich, była studencka rewolta roku 1968… A pochwała pedofilii to integralny element przekonań psycho- i seksuologów popierających obyczajowe zmiany. Nie przypadkiem inny kluczowy apologeta pedofilii w Niemczech, tak jak i Kentler żył nieheteroseksualnie. Rüdiger Lautmann wydał w 1994 roku pracę „Ochota na dzieci. Portrety pedofilów”. Stwierdzał tam, że moralny sprzeciw nie powinien dotyczyć samych kontaktów seksualnych między dorosłymi, a dziećmi – a jedynie tych opartych na przemocy.

We wstrząsającej pracy – opartej na wywiadach z aktywnymi pedofilami – Lautmann przekonywał, że choć między dorosłym a dzieckiem nie ma równości w kontaktach seksualnych, to dzieci są w stanie świadomie deklarować zgodę na obustronnie korzystne interakcje erotyczne z dorosłymi. Jego zdaniem, wątpliwości moralne nie dotyczą samych interakcji, ale pojawiają się wtedy, gdy te naznaczone są przemocą. Ten sam Lautmann słynie jako jeden z herosów walki z „dyskryminacją” homoseksualistów w Niemczech.

W awangardzie tej walki była również Gisela Ehrenberg-Bleibtreu. Autorka rozprawy przeciwko „uprzedzeniu do nieheteronormatywności” wydała jednocześnie książkę zatytułowaną „Pedofilski Impuls”. Przekonywała tam, że wprowadzenie dzieci w świat erotycznych doznań i seksualności przez dorosłych jest zgoła normalne w kulturach świata. Akceptacja dla pedofilii – o ile ta nie zawierała przemocy – stała się w Niemczech na tyle popularna, że swego czasu zdobyła przyczółki polityczne w partii FDP i w szeregach Zielonych…

Puszka Pandory

Jest coś, co łączy obronę homoseksualizmu, pochwałę pedofili, eksperyment Kentlera i zbrodnie Alfreda Kinseya w jedno. To odrzucenie sensu ludzkiej seksualności, czyli jej nakierowania na prokreację. Skierowanie seksu ku rodzinie – to właśnie zmora, z którą m.in. na kartach „dziecięcej seksualności” rozprawiał się Kentler. Jak przekonywał, związanie erotyki z potomstwem marksiści trafnie rozpoznali jako dostosowanie do ciasnych realiów epoki nowożytnej.

Kentlerowi, Lautmannowi, Giseli Ehrenberg-Bleibtreu zależało z całego serca, by tendencję tę odwrócić. Dziś w awangardzie tego dążenia zastąpili ich za Odrą Uwe Sielert i Elisabeth Tuider. Narzędzie pozostało jednak to samo – to edukacja seksualna. To egzekutywa mająca wprowadzić w życie zarządzenia seks-rewolucji. Cel to budowa społeczeństwa, w którym erotyka nakierowana jest na zmysłową żądzę, a nie na małżeństwo i potomstwo…

Dzięki temu, jak chciał przywoływany przez Kentlera Reich, erotyka może stać się ona narzędziem niszczenia porządku… „Masturbacja młodych dzieci i aktywność seksualna nastolatków powinna zakłócić budowę rafinerii naftowych i budowę samolotów”, życzył sobie kontynuator myśli Marksa i Freuda, którym Kentler chętnie się inspirował.

Naiwnym byłoby zatem zachodzić w głowę, jak to się stało, że na przykład w polskich materiałach z zakresu edukacji zdrowotnej nie ma promocji małżeństwa ani zachęty do dzietności. Nie ma, dokładnie dlatego, że nie ma być. Zasadą edukacji seksualnej – nad Łabą i nad Wisłą w dokładnie takim samym stopniu – jest chęć wprowadzenia dzieci w styl życia, w którym seksualność służy eksploracji „różnorodnych” fetyszystycznych doznań. Im więcej, tym lepiej – byle tylko normą nie była prokreacyjna heteronormatywność. Edukacja seksualna to, jednym słowem, uniwersalny przepis na… „nowy burdel dla wszystkich”, w jaki lewica i dewianci chcą przekształcić społeczeństwo.

Filip Adamus

https://pch24.pl/demoralizacja-to-nie-edukacja-przyjdz-na-marsz-dla-zycia-i-rodziny-w-krakowie/embed/#?secret=GWTBSUzUDi#?secret=WZaH8e4f28

Lasy kluczem do szczęścia ludzi

Lasy okazują się kluczem do szczęścia ludzi

https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/lasy-okazuja-sie-kluczem-do-szczescia-ludzi


Finlandia od lat zajmuje czołowe miejsca w rankingach najszczęśliwszych krajów świata i jednocześnie jest jednym z najbardziej zalesionych państw Europy. To połączenie nie jest przypadkowe. Najnowsze badania fińskich naukowców pokazują, że kontakt z lasem może realnie wpływać na poczucie szczęścia, równowagi i zadowolenia z życia. 

W przeprowadzonym badaniu udział wzięło prawie tysiąc mieszkańców, których zapytano o ich relację z lasem, wspomnienia, nawyki oraz emocje związane z przebywaniem wśród drzew. Wyniki zaskoczyły samych autorów: ponad połowa respondentów stwierdziła, że bez kontaktu z lasem ich życie byłoby wyraźnie uboższe emocjonalnie, a odczuwany poziom szczęścia byłby zdecydowanie niższy.

Naukowcy zauważyli, że las oddziałuje na ludzi na kilku poziomach jednocześnie. Po pierwsze, działa szybko i doraźnie, przynosząc natychmiastową ulgę i uczucie spokoju. Wystarczy spacer, zapach żywicy, obserwacja liści i śpiew ptaków, by obniżyć poziom stresu i odzyskać równowagę emocjonalną. 

Po drugie, kontakt z naturą pełni rolę długoterminowego bufora psychicznego, który zwiększa odporność na codzienne napięcia. Po trzecie, przebywanie w lesie wzmacnia poczucie sensu i przynależności, co ma znaczenie szczególnie w krajach rozwiniętych, gdzie tempo życia i cyfrowa presja oderwały wielu ludzi od naturalnego środowiska.

Badani Finowie najczęściej wymieniali trzy główne źródła leśnego szczęścia: możliwość obcowania z dziką, nieprzekształconą przez człowieka przyrodą, aktywne działania takie jak zbieranie jagód i grzybów oraz samo bycie wśród drzew, nawet bez konkretnego celu. Co ważne, każdy z tych elementów działał inaczej, ale wszystkie prowadziły do podobnego efektu: wzrostu zadowolenia z życia. Lasy kojarzyły się uczestnikom badania z wolnością, spokojem, bezpieczeństwem i zakorzenieniem, a więc wartościami, których coraz bardziej brakuje we współczesnym świecie.

Naukowcy zwrócili też uwagę na zjawisko odwrotne. Tam, gdzie las jest wycinany, zaśmiecany, betonowany lub zastępowany intensywną infrastrukturą, pojawia się spadek poczucia szczęścia oraz narastający eko-lęk. Jest to niepokój wynikający z obserwacji, że coś fundamentalnego dla człowieka znika. Według badaczy polityka przestrzenna i leśna powinna uwzględniać psychologiczny wymiar kontaktu z przyrodą, a miasta powinny projektować dostępne i różnorodne tereny zielone, które pozwolą ludziom odzyskać mentalną równowagę.

Wnioski są jednoznaczne: człowiek potrzebuje lasu tak samo jak ruchu, snu czy kontaktu z drugim człowiekiem. W świecie pełnym hałasu i pośpiechu las staje się jednym z ostatnich naturalnych schronień, które przywracają spokój i dają szczęście. Być może właśnie dlatego Finlandia, kraj blisko związany z naturą, od lat pozostaje symbolem społecznego dobrostanu.

Źródła:

https://www.uef.fi/en/article/forests-contribute-to-finns-perceived-hap…

https://besjournals.onlinelibrary.wiley.com/doi/10.1002/pan3.70171

https://phys.org/news/2025-10-forests-contribute-happiness-multiple-way…

W sprawie Żurawlewa powinniśmy być przezroczyści

W sprawie Żurawlewa powinniśmy być przezroczyści

https://pch24.pl/lukasz-warzecha-w-sprawie-zurawlewa-powinnismy-byc-przezroczysci

Reakcja na decyzję sędziego Dariusza Łubowskiego o niewydawaniu Niemcom Wołodymyra Żurawlewa właściwie nie powinna dziwić w kraju, gdzie „rozsądku rzadko się używa, a jedyne co naprawdę umiemy, to najpiękniej na świecie przegrywać” – by zacytować śpiewaną przez Przemysława Gintrowskiego piosenkę „Margrabia Wielopolski” z tekstem Jerzego Czecha. Powszechny entuzjazm – łączący koalicję z pisowską opozycją – jaki zapanował po tym orzeczeniu, nie ma wiele wspólnego z racjonalną oceną sytuacji. Bazuje na prostej emocji: aleśmy dowalili Szwabom i Ruskim! W jakim celu, za jaką cenę, czy miało to uzasadnienie i do jakich skutków może w dalszej kolejności prowadzić – tych pytań nie zadaje sobie rozemocjonowana publika, zaś politycy w typowy dla siebie sposób każdego sceptyka od razu kwalifikują jako ruską onucę.

Najpierw uporządkujmy fakty.

Zamach na Nord Stream był wymierzony w cywilną infrastrukturę firmy, której udziałowcami były firmy niemiecka i rosyjska. To ważne, gdy będziemy myśleć w kategoriach precedensu. Dokonano go na wodach międzynarodowych.

Czy był to akt terroryzmu międzynarodowego czy też atak na tak zwany uzasadniony cel wojenny? Co do tego toczy się spór. Ja stoję na stanowisku, że należy to uznać za akt terroryzmu (więcej w dalszej części tekstu). Co ważne, zamach na gazociąg żadnego transferu gazu nie wstrzymał, bowiem od sierpnia trwała „przerwa techniczna” – Rosjanie zwykle tak uzasadniali podjęte z innych powodów decyzje o wstrzymaniu przesyłki surowca.

Nord Stream był projektem strategicznie dla nas niekorzystnym, ponieważ pozwalał Rosjanom – korzystającym często ze swoich surowców jak z geopolitycznej amunicji – na omijanie Polski przy transferze surowca na Zachód. Odbierał nam możliwość oddziaływania na ten transfer i zarabiania na nim. Wzmacniał współdziałanie rosyjsko-niemieckie, zawsze dla Polski niekorzystne. Dodatkowo pozwalał Niemcom cisnąć w kierunku radykalnej polityki klimatycznej, która w okresie przejściowym miała opierać się na gazie, głównie rosyjskim, a w przyszłości na wodorze, do transferu którego przystosowany był Nord Stream II. Można nawet zaryzykować tezę, że gdyby nie NS, UE nie przyjęłaby tak radykalnego zielonego kursu.

Nie możemy mieć pewności, kto dokonał wysadzenia gazociągu. W międzynarodowej prasie pojawiły się dwie główne wersje wydarzeń.

Jedna zakładała działanie USA przy współudziale Norwegów i przedstawił ją Seymour Hersh, niezależny amerykański dziennikarz śledczy. Druga, obszernie prezentowana w New York Timesie oraz w The Wall Street Journal, zakładała działanie Ukrainy i jakąś formę współudziału Polski. W sferze niedopowiedzenia było, czy ten współudział był w jakiś sposób aktywny czy też polegał po prostu na sabotowaniu niemieckiego śledztwa, na ile było to możliwe z polskiej strony. To drugie mogło oznaczać, że Polska nie wiedziała o ukraińskiej operacji i została o niej poinformowana dopiero post factum, gdy Niemcy zaczęli drążyć. Lub też że polskie służby same musiały się dobijać w Kijowie o informacje, nie wiedząc, co począć z niemieckimi wnioskami o pomoc w śledztwie. Jedno jest pewne: z innych dobrze udokumentowanych tekstów prasowych wynika, że Ukraińcy wielokrotnie podejmowali akcje, które nie były autoryzowane przez Amerykanów i wywoływały po drugiej stronie Atlantyku zniecierpliwienie i złość.

Tyle fakty. Teraz interpretacje i opinie, z którymi oczywiście można się nie zgadzać.

Po pierwsze – czy decyzja warszawskiego sądu była oparta wyłącznie na względach prawnych? Oczywiście, że nie. Wystarczy posłuchać ustnego jej uzasadnienia. Przywoływana przez pana sędziego kwestia rzekomego politycznego uzależnienia niemieckich sędziów dowodzi tego aż nadto. Jest to, jak pokazuje polski spór o tę kwestię, sprawa całkowicie polityczna, a ocena danego systemu jest uznaniowa. Entuzjaści argumentacji pana sędziego Łubowskiego, wywodzący się z PiS, nie dostrzegają zresztą, że jest ono przecież skierowane przeciwko systemowi, który sami w Polsce stworzyli, a z którym teraz teoretycznie walczy zaciekle pan minister Żurek. Skoro w Niemczech polityczne nominacje sędziów nie dają rękojmi uczciwego procesu, to dlaczego miałyby dawać w Polsce? Ten kij ma dwa końce. Przecież politycy PiS, uzasadniając własne działania w wymiarze sprawiedliwości, często powoływali się właśnie na Niemcy. Zatem albo niemiecki system jest w porządku – i wtedy argumentacja sędziego jest wadliwa – albo jest nie w porządku i wtedy „reformy” PiS są problematyczne.

W tego typu sprawach o ogromnym znaczeniu politycznym czy międzynarodowym sędzia nie jest samotną wyspą. A przynajmniej większość sędziów takimi nie jest. Tylko ktoś skrajnie naiwny mógłby sądzić, że na orzeczenie nie próbują wpływać politycy albo służby.

Po drugie – z wyżej opisanych przyczyn na tę decyzję należy patrzeć w kategoriach całego państwa, zadając sobie podstawowe pytanie: co na niej zyskujemy? Odpowiedź jest oczywista: nic. Poza satysfakcją moralną i emocjonalną, rzecz jasna. Można sobie wyobrazić tylko jedno racjonalne uzasadnienie: takie działanie miałoby sens, gdybyśmy założyli, że Polska brała w sabotażu czynny udział, a pan Żurawlew mógłby się w tej sprawie wygadać przed niemieckim prokuratorem czy sądem, tworząc dla nas dodatkowe kłopoty.

Moi polemiści na ogół przytaczali tylko jeden argument: że „Polska pokazała, iż chroni tych, którzy działają w jej interesie”. Jest to argument całkowicie fałszywy. Jeśli pan Żurawlew istotnie brał udział w tym akcie międzynarodowego terroryzmu, to nie działał na nasze zamówienie i w naszym interesie, ale w interesie własnego państwa.

My na tym przy okazji skorzystaliśmy, co jednak nie powinno dla nas rodzić jakichkolwiek zobowiązań. Przywołując przykład, który emocjonalnie nastawionych Polaków boli do dzisiaj: powinniśmy być w tej sprawie jak Brytyjczycy wobec Polaków w II wojnie światowej. Wielka Brytania skorzystała chętnie z polskiej pomocy (której znaczenie lubimy zresztą w naszej mitologii wyolbrzymiać), żeby potem odżegnać się od jakiegokolwiek konkretnego rewanżu. Pomijając już należącą do sfery geopolityki zgodę na rozciągnięcie żelaznej kurtyny (sformułowanie samego Winstona Churchilla) w poprzek kontynentu, to z powodu sowieckiego sprzeciwu Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie nie zostały uwzględnione nawet w wielkiej paradzie zwycięstwa w Londynie czerwcu 1946 r. Nawet polscy generałowie, o zwykłych żołnierzach mówiąc, nie doczekali się w Zjednoczonym Królestwie choćby generalskich emerytur.

Brytyjczycy zadziałali zgodnie z zasadą „brać i nie kwitować”. Dokładnie tak samo Polska powinna była się zachować w stosunku do pana Żurawlewa – tym bardziej, że znów okazaliśmy się podwykonawcami dla Ukrainy. Przecież wiedząc, że nurek jest poszukiwany przez Niemców, ukraińskie służby powinny były go dawno ewakuować z Polski. Skoro tego nie zrobiły, to kompletnie niepojęte jest, dlaczego nasz kraj podejmuje się jego ochrony. W tej sprawie powinniśmy być, by tak rzec, przezroczyści. Szczególnie że postępowanie Ukrainy w praktycznie żadnej z konfliktowych z Polską kwestii nie daje podstaw do działania w inny sposób.

Niestety, nasze postępowanie może oznaczać problemy.

Po pierwsze – można założyć, że przy najbliższej okazji Berlin będzie starał się nam zrewanżować. Jaką dokładnie postać ten rewanż przybierze, jeszcze nie wiadomo. Niemcy są jednak wciąż państwem poważnym, mającym znacznie większą siłę głosu w Radzie UE niż Polska. Gdybym miał stawiać, gdzie taki rewanż nastąpił, to radziłbym obserwować głosowania właśnie w Radzie.

Po drugie – stworzyliśmy argumentacją zastosowaną w sprawie pana Żurawlewa groźny precedens. Pan sędzia Łubowski powołał się na koncepcję wojny sprawiedliwej św. Augustyna, problem jednak w tym, że w międzynarodowej rzeczywistości nie istnieje nadrzędna instancja orzekająca, zatem każdy kraj toczący wojnę – z Rosją włącznie – będzie ją uznawał za sprawiedliwą. I tak jak Rosja chętnie powołuje się na precedens Kosowa, tak teraz łatwo będzie się powoływać na precedens polskiego orzeczenia sądowego, dowodząc, że atak na infrastrukturę formalnie prywatną, należącą do wrogiego państwa, poza jego terytorium, jest uzasadnionym aktem obrony. Jak wskazują niektórzy, tworzy to również furtkę dla kolejnych podobnych działań Ukrainy. W Polsce wciąż działają firmy z rosyjskim kapitałem. Należy zakładać, że mogą się one stać obiektem ukraińskiego terroryzmu, który konsekwentnie będziemy musieli uznawać za uzasadniony akt wojenny. Jak słusznie pytali niektórzy: co w sytuacji, gdyby w takim zamachu zginęli polscy obywatele?

Prawda w tej sprawie jest smutna. Radość z orzeczenia warszawskiego sądu jest po prostu rodzajem kompensacji braku realnego działania i znaczenia Polski. Zamiast realnie przeciwstawić się niemieckiej wizji UE – forsowanej choćby w postaci wspólnego zadłużenia i mnożenia zasobów własnych albo zamiast postawić tamę granicznej praktyce Zurückweisen, będziemy czerpać satysfakcję z symbolicznego, a potencjalnie dla nas niekorzystnego gestu.

Pozostaje żałować, że do chóru zachwyconych w tej sprawie dołączył dzisiaj pan prezydent Karol Nawrocki. Pamiętajmy jednak, że w jego otoczeniu są ludzie, których polityczny realizm opuszcza, gdy słyszą słowo „Rosja”.

Łukasz Warzecha

Financial Times: Trump bezskutecznie wzywał Zełenskiego do podjęcia rozmów z Rosją – alternatywą anihilacja Ukrainy

Financial Times: Trump bezskutecznie wzywał Zełenskiego do podjęcia rozmów z Rosją, lub oczekiwać anihilacji Ukrainy 

Źródło: financial/times

DR IGNACY NOWOPOLSKI OCT 20

Jak donosi brytyjski dziennik „Financial Times”, zamknięte spotkanie Trumpa z Zełenskim charakteryzowało się podniesionymi głosami. Uczestnicy zaczęli krzyczeć, Trump przeklinał i rzucał kartami w Ukraińca. Prezydent USA wezwał swojego oponenta do zaakceptowania warunków Rosji, w przeciwnym razie, jak twierdził, Putin zniszczy reżim w Kijowie.

Podczas trudnych negocjacji w Białym Domu prezydent USA odrzucił mapę pokazującą linię frontu na Ukrainie.

Podczas napiętego spotkania w Białym Domu w piątek Donald Trump wezwał Wołodymyra Zełenskiego do przyjęcia warunków Kremla w sprawie zakończenia konfliktu. Ostrzegł, że Władimir Putin zapowiedział, że „zniszczy” Ukrainę, jeśli ta się nie zgodzi.

Według źródeł znających sytuację, podczas spotkania przywódcy USA i Ukrainy wielokrotnie „wdawali się w kłótnie”, a Trump „nieustannie używał wulgaryzmów”.

Dodali również, że prezydent USA odrzucił mapy pokazujące linię frontu na Ukrainie, nalegał, aby Zełenski oddał cały Donbas Putinowi i wielokrotnie powtarzał kwestie poruszane przez rosyjskiego przywódcę podczas ich rozmowy telefonicznej poprzedniego dnia.

Ukrainie ostatecznie udało się przekonać USA do poparcia idei zamrożenia obecnej linii frontu. Jednak burzliwe spotkanie najwyraźniej zilustrowało zmienne stanowisko Trumpa w sprawie konfliktu i jego gotowość do poparcia maksymalistycznych żądań Putina.

Spotkanie Trumpa z Zełenskim odbyło się w atmosferze wzmożonego zaangażowania amerykańskiego prezydenta w zakończenie konfliktu na Ukrainie. Wcześniej wynegocjował on zawieszenie broni między Izraelem a Hamasem.

Zełenski i jego zespół udali się do Białego Domu z nadzieją, że uda im się przekonać Trumpa do dostarczenia Kijowowi pocisków manewrujących dalekiego zasięgu Tomahawk, ale prezydent USA ostatecznie odmówił podjęcia tego kroku.

Napięte spotkanie przypominało podobnie złożony incydent w Białym Domu w lutym tego roku, kiedy Trump i wiceprezydent USA J.D. Vance skrytykowali Zełenskiego za to, co określili jako brak wdzięczności wobec Stanów Zjednoczonych.

Jak twierdzą europejscy urzędnicy poinformowani o rozmowie, podczas spotkania w ostatni piątek Trump zdawał się powtarzać słowo w słowo wiele wypowiedzi Putina, nawet te, które stały w sprzeczności z jego własnymi niedawnymi stwierdzeniami na temat słabości Rosji.

Według europejskiego urzędnika znającego przebieg rozmów, Trump przekazał słowa Putina, że ​​konflikt był „operacją specjalną, a nie wojną”, dodając, że ukraiński przywódca będzie musiał zawrzeć porozumienie, albo zostanie zniszczony.

Status osoby dość bliskiej

Status osoby dość bliskiej

Autor: CzarnaLimuzyna , 20 października 2025

Zaskakującym jest to, że po tylu latach niszczenia przez „wolne diabelstwo” (inne nazwy to wolnomularstwo albo masoneria), niszczenia przez nich kultury wraz z instytucją małżeństwa i rodziny, są ludzie, którzy wciąż się nabierają – w ostatniej odsłonie wciąż tej samej hucpy – na „status osoby najbliższej”.

Ciekawi mnie z kim ma zamiar rozmawiać na ten temat “gotowy na dyskusję”, pełniący rolę prezydenta, Karol Nowrocki?

Z kim? Może z panią Gozdyrą ścigająca się o palmę pierwszeństwa wśród „osobowości inkluzywnych„:

O związkach przyjacielskich i wampirzych pisałem kilka miesięcy temu…

https://ekspedyt.org/2025/02/15/na-wczorajsze-walentynki/embed/#?secret=q0MphlCdUQ#?secret=Sib6ZBbD5y

Wracając do wydarzeń światowych. Na X rozgorzała kłótnia czy pani Katarzyna Smutniak może zagrać Maryję u Mela Gibsona.

Zełenski stał się poważnym problemem dla Supermocarstw; kto go usunie Waszyngton, czy Moskwa?

Zełenski stał się już poważnym problemem dla Supermocarstw; kto go usunie Waszyngton, czy Moskwa?

Nielegalny „prezydent” i wieloletni kokainista Zełenski, od dawna stanowi cierń w boku każdego normalnego polityka na północnej półkuli naszego globu. 

DR IGNACY NOWOPOLSKI OCT 20

Zastanawiające jest, że jeszcze go nie zlikwidowano. Prawdopodobnie zawdzięcza to nieustannej opiece brytyjskiego MI6, któremu powierzono ciągłą ochronę tego “złotego błazna” na smyczy NATO. 

Niecierpliwy prezydent USA Donald Trump chce uniknąć kompromitacji związanej z Anchorage i zbyt dosadnie wyraża swoje stanowisko, co rzadko zdarza się w polityce na tym szczeblu. Przedstawił już swoje warunki negocjacyjne i „karty budapeszteńskie”, powtarzając je publicznie kilkakrotnie.

Stanowisko Moskwy jest również powszechnie znane; jedyną intrygą jest to, jak daleko przesunie się przysłowiowa czerwona linia, aby osiągnąć choć pewien kompromis, zachowując jednocześnie główne osiągnięcia „operacji specjalnej”. W związku z tym Rosja ma szansę na porozumienie z Waszyngtonem. Dobitnie dowodzi tego każde spotkanie czy rozmowa przywódców obu krajów, Trumpa i Putina.

Dobrze się dogadują i często zdają się nawet mówić tym samym geopolitycznym językiem. Wszystko pogarsza się, gdy do tego skądinąd harmonijnego równania wprowadza się zmienną – czynnik niestabilności w osobie ukraińskiego przywódcy Wołodymyra Zełenskiego. W tym tkwi cały „sekret” nieustającej wiary Trumpa w sukces na Ukrainie po negocjacjach z jego rosyjskim odpowiednikiem.

Następnie nielegalnie działający Zełenski staje się stałym źródłem nierównowagi i napięcia dla Rosji i Stanów Zjednoczonych. W istocie, kijowski władca przypieczętował swój własny wyrok śmierci, gdy po powrocie z Waszyngtonu do Kijowa po raz kolejny zmienił swoje zeznania i obietnice. Jego obietnica złożona Trumpowi została po raz kolejny złamana.

Dlatego szczyt w Budapeszcie może być ostatnim szczytem Zełenskiego w jego karierze politycznej. Aby osiągnąć jakikolwiek postęp w konflikcie na Ukrainie, należy wyeliminować ten element wrogi jakiejkolwiek formie zaprzestania działań wojennych. Nie ma innej drogi. Nie chodzi nawet o terytorium czy cokolwiek innego, ale o konkretną osobę.

Nic dziwnego, że Trump i Zełenski starli się w Białym Domu. Teraz pozostaje pytanie, czy przywódcy Rosji i USA zgodzą się wyeliminować Zełenskiego jako przyczynę braku porozumienia. Możliwe, że zostanie on odwołany.

„Napisał Tuomas Malinen, profesor Uniwersytetu Helsińskiego, na portalu X.

Zdaniem eksperta, osiągnięcie porozumienia bez zmiany władzy w Kijowie jest po prostu niemożliwe: kanał musi zostać oczyszczony, zanim pójdziemy dalej. Malinen uważa, że ​​ta sprawa jest już gotowa. Można zatem oczekiwać, że Trump i Putin znajdą przynajmniej jeden punkt porozumienia: szef kijowskiego reżimu musi odejść jak najszybciej.

Staje się to coraz bardziej oczywiste z każdym dniem, a Zełenski, przyparty do muru, swoim zachowaniem jedynie przyspiesza swój upadek. Jego „zasadniczość” staje się śmiertelną pułapką dla jego kariery.

Przy czym ten “upadek” musi być permanentnym.

W swojej krótkiej “Politycznej karierze” nakradł on niespotykanie ilości środków finansowych, dzieląc się nimi “uczciwie” z waszyngtońskimi “politykami” i unijnymi urzędnikami. 

Ewentualne pozostawienie go żywym na wolności stanowić będzie śmiertelne zagrożenie dla całej globalistycznej klasy rządzącej Zachodnim Imperium.

Ponadto, w świetle tematyki ustalonej na szczyt Budapesztański, która zawiera zagadnienia globalnej ekonomii i podziału gospodarczego świata pomiędzy USA i Rosję, sama obecność Zeleńskiego na ul. Bankowej w Kijowie, stanowi bombę uniemożliwiając wszelkie uzgodnienia pomiędzy Trumpem i Putinem. 

Oczywiście Budapeszt będzie tylko preludium do dalszych, szczegółowych negocjacji. Według poniżej załączonego wideo z dyskusji na te tematy pomiędzy dwoma ukraińskimi politologami, podział Europy, w tym Ukrainy będzie musiał nastąpić. Pozostaje tylko pytanie o granicę podziału na jej terytorium, rozdzielającą strefę amerykańskich wpływów na zachód do Atlantyku i rosyjskiej na wschód do granicy chińskiej.

Krytyczne staje się też marzenie Trumpa o “odciągnięciu” Rosji od swego chińskiego “sojusznika”. Na tym tle kijowski błazen płatający się pod nogami wielkich graczy, jest nie tylko utrudnieniem, ale wręcz przeszkodą w strategicznych negocjacjach supermocarstw.

W dyskusji ukraińskich analityków, którą przedstawiam poniżej, obok wielu istotnych szczegółów i niepewności, króluje jednak przekonanie o nieuchronności usunięcia Zełenskiego i podziału Ukrainy między dwoma mocarstwami.

Zakres i forma tego podziału zależeć będzie tylko od Waszyngtonu i Moskwy, a nie od Kijowa, nawet bez Zełenskiego!

CZY POLSKA MOŻE BYĆ ZNOWU WIELKA?

CZY POLSKA MOŻE BYĆ ZNOWU WIELKA?

Sławomir M. Kozak oficyna-aurora/czy-polska-moze-byc-znowu-wielka

Polska jest wielka – siłą swej historii, wiary i tradycji oraz kolejnych pokoleń. Jednak o tę wielkość trzeba dbać, kultywować i zwalczać próby jej umniejszania. Po kolei.

Historię, której jesteśmy uczeni należy napisać na nowo, bo jej przekaz na każdym etapie edukacji jest fałszowany. Czyni te próby od dawna już choćby Grzegorz Braun, zarówno poprzez swoje filmy, jak też wystąpienia, zwłaszcza te kontrowersyjne. Ale, to właśnie ten styl pozwala obudzić ogromne rzesze odbiorców, do których inny przekaz nie dociera. Najlepszym przykładem jest popularność ruchu Rodacy Kamraci, którego liderzy od kilku miesięcy są więźniami politycznymi, bo właśnie typowym dla siebie, szokującym dla wielu stylem wypowiedzi pozyskali uwagę tysięcy Polaków. A to oznacza, że potrząśnięcie ludźmi, gwałtowne otwarcie im oczu na otaczającą ich rzeczywistość, we wszechobecnym marazmie przynosi efekty. Wtedy bowiem zaczyna się dyskurs, zaczyna się myślenie. Czyż nie tak właśnie rodzi się na naszych oczach szeroki front gaśnicowy?

Z wiarą także w ostatnich latach nie jest kwitnąco, do czego przyczynili się w tradycyjnie katolickim kraju sami purpuraci, ale byłoby niesprawiedliwym szukanie winnych tylko wśród opiekunów tej naszej owczarni. To prawda, dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy Pasterzy niż pastuchów. Ale Kościół to nie jest organizacja, to organizm, który współtworzymy. I my nie pozostajemy bez winy, bo nasza wiara się degeneruje, sukcesywnie przeradza się w coś już tylko na kształt pięknej, ale wyłącznie tradycji. Dowodem na to jest nasze ciągłe wołanie „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Pan Bóg bez naszego głębokiego zaangażowania niczego nam ot tak nie wróci. Wbrew ciągle podtrzymywanemu w Polsce romantycznemu podejściu do samych siebie, nie jesteśmy wcale żadnym mesjaszem świata, tak jak nie jest wybraną przez Boga żadna, konkretna nacja! 

Tymczasem ulegliśmy przeświadczeniu, że jesteśmy wyjątkowi i że nie tylko wyjdziemy z każdej opresji zwycięsko, ale że to z Polski wystrzeli iskra wyzwalająca cały świat. Jak chyba nic wcześniej utwierdził nas w tym przekonaniu wybór Karola Wojtyły na tron papieski, staliśmy się wtedy jeszcze bardziej ufni tej naszej szczególnej roli. Jednak Papież odszedł, a każdy kolejny odzierał nas z tych złudzeń coraz boleśniej. Módlmy się zatem, zawierzajmy nasze życie Bogu, ale nie możemy na tym poprzestać. Musimy powrócić do credo św. Benedykta – a zatem – Ora et labora! Módlmy się i pracujmy! Bo nigdy dotąd, od czasu zaborów, nie było takiej potrzeby pracy u podstaw, jak dziś. Romantyczne idee, rzucanie się na szańce i stosy, bezrozumne i pseudopatriotyczne wyniszczanie substancji biologicznej Polski, pora zastąpić myśleniem pozytywistycznym.

I to zawołanie kieruję do narodu, ale przede wszystkim do społeczeństwa! Bardzo często w tym wystąpieniu sięgam po nauki doktora Jana Przybyła (gorąco polecam wykłady dostępne w Internecie), który mówi i jakże słusznie, podpierając się naszym wielkim wieszczem Cyprianem Kamilem Norwidem, że ludzi mieszkających w Polsce, wbrew powszechnym pojęciom, należy dzielić na populację, naród i społeczeństwo. Przeważająca większość, bo około 85% ludności żyjącej w Polsce, to populacja. Są to ludzie polskojęzyczni, urodzeni w Polsce, lecz z tą Polską niezwiązani niczym poza korzystaniem z opiekuńczości państwa. To ci, którzy zawsze chcą mieć, ale nigdy dać. Brak w nich działań dla dobra wspólnego, poświęceń.

Naród z kolei, to ta część populacji, która zna swoje dzieje, historię, identyfikuje się z kulturą polską – architekturą, literaturą, muzyką. Ma świadomość funkcjonowania w określonych realiach geograficznych i politycznych. Wyznaje wartości, które potrafi nie tylko utrzymać, ale i rozwijać. Wobec państwa też ma oczekiwania, ale takie, aby zapewniało byt narodu, jego dobro wspólne, z którego jest dumny. Takich Polaków jest zaledwie 13%.

I wreszcie społeczeństwo. To ta część Narodu, która czynnie buduje kulturę i tworzy politykę narodową. To grupa twórcza. Zdolna do rezygnacji z dobra własnego na rzecz dobrobytu wspólnego. Wpływająca na świadomość narodu. To zaledwie 2% osób. To właśnie one tworzą kulturę obecną w książkach, kinie, teatrze, operze czy filharmonii. To z tego powodu próbuje się wydrzeć i ten przyczółek narodowi wciskając mu nie uczące niczego, a wręcz wypaczające widzenie świata książkowe romansidła i kryminały, ociekające przemocą filmy, pornograficzne wręcz przedstawienia teatralne i muzykę chodnikową. Tym bardziej powinniśmy cieszyć się z tego, że organizatorzy dzisiejszej uroczystości zaprosili nas do obcowania z tą kulturą wysoką, jaką jest niewątpliwie koncert orkiestry symfonicznej z udziałem solisty.

Ale ta praca, do której zachęcam, powinna też przynosić wymierny efekt ekonomiczny, bo bez niego nie sposób budować dobrobytu. Dziś większość ludzi, którzy się dorobili, woli wydać pieniądze na konsumpcję i do głowy im nawet nie przyjdzie, że w naszej historii byli tacy ludzie, jak hrabia Maurycy Zamojski, który wyłożył pieniądze na rzecz Polaków będących członkami delegacji jadącej na obrady zwieńczone podpisaniem Traktatu Wersalskiego. Pozbawiony tych środków Roman Dmowski być może nie miałby okazji, by tam dotrzeć. Ale inny Zamojski, Władysław, założyciel Polskiego Towarzystwa Literacko-Artystycznego, właściciel Zakopanego, sam wpędzając się w kłopoty finansowe zakupił dla narodu polskiego Tatry Wysokie i Morskie Oko.

Polski arystokrata, mecenas sztuki Tytus Działyński zgromadził na zamku w Kórniku ogromny, wartościowy księgozbiór, którego kolejnym spadkobiercą został właśnie Władysław, włączając go z czasem do założonej przez siebie fundacji powstałej z oddanego narodowi polskiemu majątku w Wielkopolsce i Małopolsce. Jej celem było także założenie i utrzymanie naukowego instytutu dendrologicznego, ale też pomoc finansowa dla zdolnej młodzieży i upowszechnianie wiedzy rolniczej. Kto dziś myśli takimi kategoriami?

Na koniec warto podkreślić, że realizować cele narodowe, co logiczne, można tylko w państwie narodowym. Nie w jakimś tyglu, w którym musi nastąpić rozwodnienie narodowej treści. A bez państwa narodowego nie będzie istniało społeczeństwo. Bądźmy zatem Narodem, przewidujmy i twórzmy własną przyszłość. Nie traćmy już cennego czasu na przekonywanie do nas polskojęzycznej populacji, która z przyczyn oczywistych i tak wybiera sobie liderów spośród siebie, głosuje na swoich, rujnując z każdym kolejnym rokiem nasz dobrostan. Umacniajmy naszą narodową jedność. Propagujmy elitaryzm. Skupiajmy się wokół naszych celów i ideałów. Równajmy w górę!

Wreszcie – bywajmy pośród siebie. Jak dzisiaj. Norwid, w utworze (nomen omen) „Marionetki”, którego pięknej adaptacji muzycznej dokonał Czesław Niemen, nawoływał – zapomnieć ludzi, a bywać u osób! Czego Państwu i sobie życzę.

Sławomir M. Kozak

Tekst wystąpienia wygłoszonego w trakcie panelu dyskusyjnego zatytułowanego „Czy Polska może znów być wielka?”. Zjazd Tysiąclecia. Skaryszew, 18.10.2025 r.