Blok coraz częściej postrzega Daleką Północ jako kolejną arenę powstrzymywania Moskwy i jej partnerów.
NATO próbuje przekształcić Arktykę w nowy „gorący punkt” poprzez aktywną rozbudowę sił militarnych w regionie , ostrzegł rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Działania sojuszu stworzyły atmosferę nieufności i grożą potencjalnie niebezpieczną konfrontacją zbrojną nie tylko z Moskwą, ale także z innymi państwami, ostrzegł w artykule opublikowanym w poniedziałek przez Arctic.ru.
Sojusz wojskowy pod przewodnictwem USA zintensyfikował swoje działania na Dalekiej Północy na początku tego roku, uruchamiając inicjatywę Arctic Sentry . Działanie to przedstawiono jako odpowiedź na starania prezydenta USA Donalda Trumpa o aneksję autonomicznego terytorium duńskiego Grenlandii, powołując się na domniemane groźby ze strony Rosji i Chin.
Zarówno Moskwa, jak i Pekin wielokrotnie odrzucały te oskarżenia, a Chiny argumentowały, że Stany Zjednoczone jedynie wykorzystują te roszczenia jako pretekst do rozbudowy własnej armii w Arktyce. Rosja oświadczyła również, że będzie bronić swoich interesów w Arktyce, mimo że nie jest zaangażowana w spór o Grenlandię.
W swoim poniedziałkowym artykule Ławrow stwierdził, że Rosji zależy przede wszystkim na „utrzymaniu Arktyki jako obszaru pokoju i współpracy ”, jednocześnie oskarżając NATO o „popychanie regionu w stronę militaryzacji ” .
„W bezpośrednim sąsiedztwie naszych północnych granic trwają intensywne przygotowania wojskowe. NATO prowadzi zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia wojskowe z udziałem państw spoza regionu i wprowadza nowe komponenty swojego systemu dowodzenia i kontroli” – powiedział minister.
W lutym państwa NATO przeprowadziły ćwiczenia skoncentrowane na Grenlandii i szerzej pojętej Arktyce, z udziałem głównie szwedzkich i duńskich myśliwców. W marcu sojusz przeprowadził zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia wojskowe w Norwegii i Finlandii – dwóch krajach nordyckich graniczących z Rosją – z udziałem łącznie 32 500 żołnierzy z 14 państw członkowskich .
Żołnierze ćwiczyli na terytorium obu krajów, a także „na morzu i w powietrzu” w „trudnych warunkach arktycznych” . Norweskie siły zbrojne określiły manewry jako „największe ćwiczenia wojskowe w kraju w 2026 roku” .
W zeszłym tygodniu siły zbrojne USA, Wielkiej Brytanii i Norwegii rozpoczęły kolejne ćwiczenia na norweskiej wyspie Jan Mayen. Według oświadczenia Korpusu Piechoty Morskiej USA, celem operacji jest integracja „wielonarodowych czujników, węzłów dowodzenia i kontroli oraz precyzyjnego ognia w ramach wspólnej sieci rażenia ” .
Jan Mayen – odległa wyspa wulkaniczna położona około 1000 kilometrów od stałego lądu Norwegii – została opisana przez think tank US Naval Institute jako strategicznie ważne miejsce na granicy Grenlandii, Islandii i Wielkiej Brytanii – „wąskie gardło uniemożliwiające wtargnięcie rosyjskich sił morskich na Ocean Atlantycki” , zwłaszcza Floty Północnej.
„Członkowie NATO i inne państwa zachodnie nie ukrywają swoich prawdziwych motywów i otwarcie deklarują zamiar przekształcenia Arktyki w nowy front przeciwko rozwojowi Rosji i jej podobnie myślących partnerów” – powiedział Ławrow o tym wydarzeniu. Ostrzegł, że takie podejście „zwiększa ryzyko incydentów, które mogą doprowadzić do konfrontacji zbrojnej o potencjalnie katastrofalnych skutkach ” .
Minister spraw zagranicznych stwierdził również, że NATO i UE nie tylko stanowią „bezpośrednie zagrożenie” dla bezpieczeństwa Rosji, ale także próbują „podważyć uzasadnione prawa Rosji do współpracy międzynarodowej” poprzez nakładanie sankcji na partnerów Moskwy, w szczególności dotyczących projektów w Arktyce. Wymienił Chiny i Indie jako najważniejszych partnerów Moskwy w regionie.
UE nałożyła na Rosję liczne sankcje, w tym ograniczenia wymierzone konkretnie w rosyjską produkcję ropy naftowej i gazu w Arktyce. Środki te wprowadzono w celu ograniczenia dostępu Moskwy do technologii niezbędnych do wierceń głębinowych i eksploatacji zasobów arktycznych, a także w celu ograniczenia finansowania takich projektów.
Jak wynika z kwietniowego raportu Instytutu Studiów Chińsko-Amerykańskich, sankcje utrudniają współpracę między Moskwą a Pekinem w Arktyce, gdyż chińskie firmy obawiają się wtórnych ograniczeń, jeśli zainwestują we wspólne projekty na dużą skalę.
Mimo wysiłków NATO zmierzających do przekształcenia Arktyki w nowy front, Ławrow oświadczył, że Moskwa jest gotowa „współpracować ze wszystkimi konstruktywnie nastawionymi państwami zagranicznymi, które ze swojej strony wykażą chęć” poszanowania interesów Rosji.
Pozwólcie, że wyjaśnię, dlaczego blokada Rosji jest dla Ukrainy śmiertelnym ciosem. Ukraina jest, pod względem gospodarczym, krajem, który żyje lub umiera w obliczu około dwustu mil morskich spornych wód u jej południowego wybrzeża. Odrzućcie mapy linii frontu i debaty o pomocy, a brutalna prawda o ukraińskiej gospodarce wojennej jest taka: jej zdolność do zarabiania dewiz, zasilania budżetu i utrzymywania wypłacalności gospodarstw rolnych i hut stali opiera się niemal wyłącznie na krótkim ciągu portów Morza Czarnego wokół Odessy. Rosja rozumie to lepiej niż większość zachodnich sponsorów Ukrainy, dlatego latem 2026 roku Moskwa próbowała ogniem zrobić to, czego odmówiła zrobić flotą w 2022 roku – zamknąć porty i zdławić stojącą za nimi gospodarkę.
Dlaczego porty są ważne
Czarnomorskie korytarze morskie Ukrainy transportują około 90 procent ukraińskiego eksportu rolnego oraz lwią część produkcji górniczej i metalurgicznej – rudę żelaza, stal i resztę ciężkich, niskomarżowych towarów masowych, których śródlądowa sieć kolejowa nie jest w stanie przewieźć po konkurencyjnych kosztach. Ponad 60 procent całkowitego ukraińskiego eksportu, pod względem wartości, oraz znaczna część kluczowych łańcuchów importowych przechodzi przez skupisko portów głębokowodnych znanych pod wspólną nazwą „Wielka Odessa”: Odessa, Czarnomorsk i Piwdennyj (dawniej Jużny). Samo rolnictwo generuje około 60 procent dochodów z eksportu kraju, a zdecydowana większość tego tonażu zbóż i nasion oleistych trafia drogą morską. Ukraina jest czwartym co do wielkości eksporterem zbóż na świecie i wiodącym dostawcą oleju słonecznikowego; te tytuły wynikają z położenia tych portów.
Warto jasno określić skalę. Przed inwazją w 2022 roku porty obwodu odeskiego obsługiwały rocznie od 50 do 60 milionów ton produktów rolnych. Po upadku Inicjatywy Zbożowej Morza Czarnego, wynegocjowanej przez ONZ, w lipcu 2023 roku Ukraina zrobiła coś, czego mało kto się spodziewał: jednostronnie przełamała rosyjską blokadę morską, obejmując zachodnie wybrzeże Morza Czarnego ogniem własnych lądowych pocisków przeciwokrętowych i dronów, i utworzyła narodowy korytarz morski. To zadziałało. Od otwarcia tego korytarza w sierpniu 2023 roku Ukraina przetransportowała przez porty odeskie około 101 milionów ton ładunków, w tym około 78 milionów ton zboża – czasami przekraczając wolumeny sprzed wojny. Dochody portów stanowiły około 60 procent całej gospodarki morskiej. Dla państwa wojennego, odciętego od znacznej części uprzemysłowionego wschodu, korytarz morski nie był wygodą; był najważniejszym osiągnięciem gospodarczym wojny.
Import przyciąga mniej uwagi, ale ma równie duże znaczenie. Te same porty i ich usługi kontenerowe – obsługiwane przez linie takie jak Maersk i CMA CGM – dostarczają paliwo, maszyny, nawozy i towary przemysłowe, których gospodarka wojenna nie jest w stanie sama wyprodukować. Magazyny paliw w Odessie są powracającym celem ataków Rosji właśnie dlatego, że port ten jest bramą w obu kierunkach. Odcięcie portów nie tylko zatrzymuje zboże w głębi lądu, ale także dławi łańcuchy dostaw, na których opiera się kraj.
Jak będzie wyglądało „wyłączanie” w 2026 roku
Obecna metoda Rosji nie jest modelem blokady nawodnej z 2022 roku, egzekwowanej przez okręty wojenne. Moskwa przeszła na blokadę ogniową: ciągłą kampanię pocisków balistycznych, pocisków manewrujących i jednokierunkowych dronów uderzeniowych przeciwko infrastrukturze portowej i cumującym przy niej statkom. Intensywność ataku jest nowa. Po około 14 zarejestrowanych atakach na statki w całym 2025 roku, władze Ukrainy odnotowały około 57 ataków na statki i 67 na infrastrukturę portową w ciągu kilku tygodni od lipca do początku sierpnia 2026 roku. Lista celów obejmuje całą linię brzegową ukraińskiego potencjału eksportowego: Odessę, Czarnomorsk, Piwdennyj, Mikołajów oraz porty naddunajskie: Izmaił, Reni i Kilia, które służyły jako główny szlak zapasowy w czasie wojny.
Punktem zwrotnym był masowiec Golden Leo , uderzony podczas opuszczania portu 19 lipca i później zatonięty, z dziewięcioma członkami załogi i ukraińskim pilotem w śmierci. Ten atak przepisał rachunek ryzyka dla armatorów i, co bardziej decydujące, dla ich ubezpieczycieli. 22 lipca, po raz pierwszy od rozpoczęcia funkcjonowania korytarza, ani jeden statek nie wpłynął do portów Wielkiej Odessy. Około 90 procent operatorów żeglugowych zawiesiło zawinięcia; Maersk i CMA CGM przekierowały ładunki do Konstancy w Rumunii. Liczba zawinięć statków spadła ze 169 w lipcu do garstki w pierwszych dniach sierpnia. Ukraiński eksport zboża był o około 75 procent niższy niż w roku poprzednim do sierpnia, a Kijów ostrzegł, że może zmniejszyć o połowę planowane dostawy produktów rolnych na ten sezon. Ocena intencji Rosji przez Atlantic Council jest bezceremonialna i, w oparciu o dowody, trafna: celem jest uczynienie Odessy funkcjonalnie śródlądową.
Taki jest praktyczny sens „zamknięcia eksportu i importu”. Nie musi być ono całkowite, by miało katastrofalne skutki. Blokada, która przepuszcza 10 procent normalnego ruchu, przy trzykrotnie wyższych kosztach ubezpieczenia i o połowę wolniejszym tempie załadunku, generuje większość strat ekonomicznych w porównaniu z całkowitym zamknięciem, jednocześnie oszczędzając Moskwie ryzyka bezpośredniego zatopienia kadłuba okrętu pod banderą NATO w sposób, który wymusiłby reakcję Zachodu.
Wpływ ekonomiczny odcięcia korytarza
Transmisja biegnie prosto z doków do skarbu państwa. Porty to sposób, w jaki Ukraina zarabia twardą walutę; twarda waluta chroni hrywnę i finansuje dwie trzecie budżetu nieobjętego pomocą Zachodu. Narodowy Bank Ukrainy oszacował, że kraj może stracić około 2,5 miliarda dolarów dochodów z eksportu w drugiej połowie 2026 roku tylko z powodu obecnych zakłóceń. Dla porównania, szacuje się, że blokada morska w 2022 roku kosztowała Ukrainę około 6 procent PKB. Pełne, trwałe zamknięcie teraz – z degradacją przemysłowego wschodu i zmniejszoną poduszką fiskalną – byłoby trudniejsze do osiągnięcia.
Szkody nie rozkładają się równomiernie. Koncentrują się najpierw na sektorze rolniczym, gdzie grożą falą niewypłacalności. Zboże to nietrwały, o ograniczonych możliwościach magazynowania i przepływach pieniężnych biznes: rolnicy muszą sprzedać nowe plony, aby sfinansować kolejne zasiewy. Z powodu zablokowania transportu morskiego, niesprzedany tonaż gromadzi się w krajowym nadmiarze, załamując ceny, które faktycznie otrzymują ukraińscy rolnicy, nawet gdy ceny światowe rosną. Kijów ostrzegł przed niedoborem magazynów sięgającym dwucyfrowych milionów ton, jeśli porty pozostaną zamknięte do czasu zbiorów kukurydzy, a krajowa rada rolna otwarcie ostrzegała przed bankructwami agrobiznesu. Sektor metalurgiczny stoi w obliczu tej samej logiki: ruda żelaza i stal są zbyt duże i mają zbyt niską marżę, aby opłacalnie przewozić je koleją na i tak już zatłoczoną granicę zachodnią.
Alternatywy istnieją, ale nie mogą ich zastąpić. Porty nad Dunajem i trasy lądowe przez Rumunię, Polskę i Mołdawię – ta ostatnia oferująca 50-procentowy rabat na tranzyt kolejowy – mogą złagodzić skutki kryzysu. Jednak udział Dunaju w eksporcie zboża spadł już do około 13 procent, ponieważ porty głębokowodne się odrodziły. Jego przepustowość stanowi ułamek przepustowości Wielkiej Odessy, a sam Izmaił jest pod ostrzałem. Kolej i droga są droższe, wolniejsze i mają ograniczone przepustowości; podnoszą koszty dostawy ukraińskiego zboża właśnie wtedy, gdy jego konkurencyjność w stosunku do dostaw z Rosji, Rumunii i Bułgarii jest tym, co trzyma nabywców w napięciu. Jak ujął to jeden z przedstawicieli ukraińskiego przemysłu, alternatywne korytarze mogą złagodzić kryzys, ale nie zastąpią portów głębokowodnych.
Wymiar globalny
Ponieważ Ukraina i Rosja wspólnie dostarczają znaczną część światowego rynku pszenicy, kukurydzy, oleju słonecznikowego i nawozów, zamknięcie Morza Czarnego nigdy nie jest wyłącznie problemem Ukrainy. Ceny pszenicy wzrosły o około 25 procent powyżej poziomów ze stycznia 2026 roku – najwyższych od dwóch lat, a według niektórych miar zbliżających się do trzyletniego maksimum – ponieważ zakłócenia te pogłębiają skrócone przez suszę zbiory na półkuli północnej. Ceny pszenicy w Chicago osiągnęły limity wzrostowe; ceny kukurydzy umocniły się w atmosferze sympatii. Oxford Economics oszacował, że zagrożonych może być nawet 86 milionów ton łącznego rosyjskiego i ukraińskiego eksportu zboża. Niektórzy analitycy twierdzą, że narażenie rynku pszenicy na zamknięcie Morza Czarnego jest poważniejsze niż narażenie ropy naftowej na zamknięcie Cieśniny Ormuz – uderzające stwierdzenie, biorąc pod uwagę miniony rok dla rynku ropy naftowej.
Najbardziej narażeni na ryzyko są nabywcy, którzy kupili zboże znad Morza Czarnego właśnie dlatego, że było tanie i blisko: Egipt, Turcja, Algieria, Tunezja, Maroko, Bangladesz, Indonezja i coraz dłuższa lista importerów z Afryki Subsaharyjskiej. Dla nich pytanie nie brzmi, czy zboże istnieje w światowych zapasach – istnieje – ale czy uda się znaleźć ładunek zastępczy po cenie, którą ich budżety i waluty będą w stanie udźwignąć. Według szacunków ONZ blokada z 2022 roku doprowadziła około 70 milionów ludzi do poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego. Powtórka z 2026 roku, nałożona na zakłócenia w dostawach nawozów z Ormuz i słabsze globalne zbiory, wiązałaby się z porównywalnym kosztem.
Czarnomorskie porty Ukrainy stanowią nośną ścianę jej gospodarki wojennej: odpowiadają za około 90% eksportu produktów rolnych, większość metali, ponad 60% całkowitego eksportu oraz za napływające łańcuchy paliw i kontenerów, które utrzymują kraj w ruchu. Letnia kampania Rosji pokazała, że nie potrzebuje już marynarki wojennej, aby zagrozić całemu systemowi – ciągłe, precyzyjne ataki na nabrzeża, dźwigi, farmy paliwowe i kadłuby statków już zmniejszyły przepływy o trzy czwarte i zmusiły ubezpieczycieli i przewoźników do wycofania się. Całkowite, trwałe odcięcie korytarza uderzyłoby w Ukrainę mocniej niż blokada z 2022 roku: wielomiliardowa dziura w zyskach walutowych, presja na hrywnę i budżet, kaskada bankructw agrobiznesu i nadwyżka krajowych towarów – a jednocześnie podniosłyby światowe ceny zboża i pogrążyły najbardziej wrażliwych importerów w kryzysie. Linia frontu trafia na pierwsze strony gazet. Porty to miejsca, w których po cichu wygrywa się lub przegrywa wojnę.
Oto mój najnowszy odcinek Transition Protocol :
Powrót do sędziego Napolitano:
David Oualaalou i ja omawiamy niedawną wizytę Ratcliffe’a w Moskwie:
Rozmawiałem z Kyle’em Anzalone o perspektywach militarnych USA w Iranie:
Nima i ja rozmawialiśmy o irańskich atakach na amerykańskie bazy lotnicze w Jordanii:
Trump zapowiedział odwet za niedzielne ataki Iranu w Jordanii, ale najwyraźniej TACO po raz kolejny zareagowało:
Sulaiman zapytał mnie o groźbę Trumpa dotyczącą odwetu przeciwko Iranowi:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
Od dawna widzimy, że znaczna część „poważnych” analiz Zachodu opiera się na wpisach z Twittera. Zaczęło się już od ściśle tajnych „przecieków z Pentagonu” od uwięzionego obecnie lotnika Gwardii Narodowej Massachusetts, który podawał dane o stratach poniesionych przez Rosję i Ukrainę, opierając się na kiepsko opracowanych informacjach OSINT i żałosnych oficjalnych danych ukraińskich.
Pamiętasz ten żart?
Dało nam to pierwszy wgląd w to, jak zachodni establishment błędnie ocenia wojnę, opierając się na całkowitym braku higieny informacji. Innym „amatorskim źródłem OSINT”, powszechnie używanym standardowo przez zachodnie think tanki, siły zbrojne i przywódców, był ORYX, którego legendarny, skażony zbiór danych przez lata dawał fałszywe i mylące nadzieje na nadchodzące zwycięstwo Ukrainy.
Teraz do tego zbioru żenujących zachodnich informacji dołączył kolejny interesujący dodatek.
Najbardziej głośna sytuacja miała miejsce podczas niedawnej wizyty dyrektora CIA w Moskwie, podczas której John Ratcliffe rzekomo przekazał Putinowi, że przeciętna długość życia rosyjskiego żołnierza na froncie wynosi 35 minut.
Mark Ames wyjaśnia, że po kliknięciu hiperłączy w artykule okazuje się, że twierdzenia CIA o 35-minutowej średniej długości życia w rzeczywistości pochodziły z mało znanego kanału w Telegramie, co dało początek całej kampanii informacyjnej opartej na nieszczerych informacjach:
Twierdzenie to najwyraźniej pochodzi z rosyjskiego kanału Telegram, mającego 5000 obserwujących. Kanał cytuje anonimowy artykuł, w którym stwierdza się, że średni czas życia żołnierza w ataku wynosi 20–35 minut – przeżycie oznacza, że znalazł osłonę lub zajął pozycję. 2/
Przeczytaj wyróżniony powyżej fragment oryginalnego posta TG. Przypadkowy bloger na Telegramie „przeczytał kiedyś (przypadkowy, bez źródeł) artykuł”, który donosił, że żołnierz wytrzymuje na froncie 35 minut. To twierdzenie jest podchwytywane i rozpowszechniane w całym zachodnim ekosystemie analitycznym jako „dowód” na to, że Rosja przegrywa – bez potrzeby uzasadnienia.
Całkowita farsa.
Takie twierdzenie nie powinno znaleźć się w poważnym tekście. Kilka krytycznych pytań ujawnia jego kruchość. Kto rzetelnie mierzy czas w poszczególnych sektorach? Jak można konsekwentnie gromadzić dane przy wystarczająco dużej próbie? Dlaczego tak wrażliwe dane miałyby zostać opublikowane? 4/
Tezę tę podtrzymał dyrektor CIA Ratcliffe, który stwierdził, że ich dane wywiadowcze są zgodne z „niektórymi” doniesieniami ze źródeł otwartych: „Szacuje się, że średnia długość życia rosyjskiego rekruta przybywającego na pole bitwy na Ukrainie wynosi obecnie od 20 do 30 minut”.5/
Jak to możliwe, że niegdyś potężna CIA przekształciła się w tak amatorski cyrk?
Could not load video.
Słuchając powyższego, zauważysz, że jego wypowiedź jest jeszcze bardziej rażąca, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie dość, że wygłasza absurdalną, 35-minutową bzdurę, to jeszcze twierdzi, że powodem tak szybkiej śmierci Rosjan są „drony napędzane sztuczną inteligencją”.
To skandalicznie nieprofesjonalne ze strony człowieka na stanowisku, które powinno wiedzieć „wszystko”. Nawet teoretyczni obserwatorzy wojny wiedzą, że „drony AI” nie niszczą obecnie całych oddziałów piechoty – a przynajmniej nie bezpośrednio – poza jednym czy dwoma rzekomymi incydentami, a co dopiero na taką skalę i masę, że zapewniają średnią długość życia na całym froncie po stronie rosyjskiej wynoszącą 35 minut. Drony napędzane AI na razie ograniczają się głównie do atakowania określonych statycznych celów i pojazdów, ale Ratcliffe sugeruje, że polują na same oddziały na polu bitwy i w fortyfikacjach, co jest dalekie od prawdy.
To tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Rosjanie musieli śmiać się z łatwowiernego i łatwowiernego Ratcliffe’a, co prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego jego wizytę uznano za dziwnie „krótką”, biorąc pod uwagę, że wyleciał z powrotem zaledwie kilka godzin po wylądowaniu w Moskwie.
Drugi przykład jest mniejszy, ale nie mniej pouczający.
W sekcji komentarzy inny popularny francuski twórca map OSINT ujawnił, że druga mapa na ekranie pułkownika Reisnera jest jego własną:
Nie chcę im niczego umniejszać, bo oboje wykonują znakomitą pracę, ale oto 19-letni nastoletni kartografowie-amatorzy:
Fakt, że ich praca OSINT stanowi obecnie w zasadzie standardowy szablon analityczny dla zachodnich armii, powinien nam o czymś powiedzieć.
Oczywiście, pani poniżej ma rację: świadczy to bardziej o wewnętrznych możliwościach Zachodu — lub ich braku — niż o wyraźnie lepszej pracy takich młodych kartografów.
Chodzi o szersze ukazanie, jak cała zachodnia koncepcja wojny została ujęta w ramy oparte na jakiejś wyrafinowanej „wiedzy z wewnątrz”, która ma nas zapewnić, że Rosja przegrywa, ponieważ jakaś tajemniczo „wyższa” zachodnia doktryna analityczna wywnioskowała to z surowych, niefiltrowanych, fundamentalnych faktów. W rzeczywistości cała zachodnia, krucha machina narracji i pozyskiwania informacji opiera się beznadziejnie na garści skąpych, podawanych z drugiej ręki, niedbale zebranych z jakiegoś wilgotnego zakątka Twittera czy Telegramu, a następnie po prostu „ubranych” w ozdobniki „oficjalnego” oświadczenia.
To całkowity brak higieny informacji, czego ostatnim dowodem jest niezdolność zachodniego establishmentu do przeanalizowania choćby oczywistego dowodu w postaci oświadczenia Budanowa, że AFU potrzebuje 30 000 ludzi miesięcznie, „tylko po to, by utrzymać to, co [oni] mają”.
Choć być może zaczynają pojawiać się pęknięcia, jak widać w najnowszym artykule w głównym nurcie prasy:
Potępia zachodnie lukrowanie faktów, które prowadzą Ukrainę na drogę zagłady, a w finale podnosi nawet kwestię „oficjalnej” różnicy zdań między Budanowem a Zełenskim, dotyczącej KIA.
Ukraina„stopniowo, powoli przegrywa” wojnę. To nie słowa kremlowskiego propagandysty, ale ukraińskiego ministra obrony Mychajła Fiodorowa, który niedawno został zdymisjonowany, w wywiadzie dla agencji Reuters w zeszłym tygodniu. W dniach po tym, jak wygłosił tę ponurą prognozę, Rosja nasiliła ataki na Ukrainę do niemal apokaliptycznego poziomu.
W diabelnie skutecznym posunięciu Kreml przeszedł od masowych ataków dronów i rakiet do ciągłych, 60-godzinnych fal bombardowań. W ciągu jednego dnia przeprowadzono dziewiętnaście nalotów na Kijów, co wyczerpało obrońców i zmniejszyło zapasy pocisków przeciwlotniczych.
Artykuł porównuje zniszczenie przez Ukrainę 20% rosyjskiej powierzchni magazynowej Wildberries do zniszczenia przez Rosję 90% – według ukraińskich urzędników – ukraińskiej powierzchni magazynowej w handlu detalicznym. Kończy się to gorzkim tonem, bez balsamu pełnej nadziei retoryki ani typowych dla głównego nurtu medialnych banałów i ogólników o ukraińskim „zwycięstwie”:
Zamiast tego Putin wyraźnie zamierza wykorzystać wszystkie swoje zasoby, aby zniszczyć ukraińską infrastrukturę energetyczną, transportową i logistyczną tej zimy, w ostatecznym ataku, który postawi kraj na kolana. Wyzwaniem dla Ukrainy – i jej sojuszników – jest zgromadzenie zasobów, pocisków przechwytujących i kontrataków, które pozwolą jej przetrwać narastającą burzę na Kremlu.
Wcześniej w artykule autorzy poruszyli inny nowy, powszechny wątek w reportażach głównych mediów: rosyjskie moce produkcyjne i ofensywne rosną w tempie przekraczającym wszelkie wcześniejsze szacunki:
Jednak według ostatnich raportów NATO potencjał ofensywny Rosji rośnie znacznie szybciej niż Ukrainy.
W podobnym strumieniu uczciwych doniesień nowy artykuł FT podejmuje tę kwestię:
Autor stwierdza, że Rosja powoli przekształca się w najgorszy koszmar Zachodu – moloch, który łączy w sobie wszystkie atuty przemysłu czasów sowieckich z pomysłowością XXI wieku:
Pomimo niedawnych sukcesów Ukrainy na polu bitwy, jest zdecydowanie za wcześnie, by skreślaćRosję, która odbudowuje swoje siły zbrojne w sposób, którego wielu na Zachodzie nie docenia. Zamiast po prostu uzupełniać straty poniesione na polu bitwy, Rosja tworzy przemysł zbrojeniowy, który łączy potencjał przemysłowy z czasów ZSRR z wymogami wojny XXI wieku.Celem jest nie tylko produkcja większej liczby czołgów, ale także przekształcenie armii wokół „asymetrycznych” korzyści ujawnionych przez wojnę na Ukrainie: dronów, kompaktowych systemów walki elektronicznej i innych tanich technologii, które można wdrożyć na dużą skalę.
Długoterminowe wyzwanie dla Europy może okazać się jeszcze większe niż dla Ukrainy, której armia od ponad dekady dostosowuje się do starych rosyjskich taktyk i możliwości.
Ale to nie tylko puste slogany, argumentuje autor. Rewitalizacja koncentruje się wokół poważnych reform strukturalnych rosyjskiej bazy przemysłowej, w tym budzącej grozę zdecentralizowanej innowacji, którą Zachód przez tak długi czas uważał za nieuchwytną dla „zacofanego” i zacofanego narodu rosyjskiego:
Dzisiejszy system selektywnie uwzględnia zachęty rynkowe, firmy prywatne i zdecentralizowaną innowację.Dobrym przykładem jest Ushkuynik, akcelerator technologii, który łączy krajowe start-upy i inicjatywy wolontariackie z większymi przedsiębiorstwami przemysłu obronnego i państwowym systemem zamówień.Taka struktura umożliwia małym przedsięwzięciom, które normalnie pozostałyby poza zasięgiem ministerstwa, reagowanie na potrzeby na pierwszej linii. Model ten ułatwia również unikanie sankcji. Zamiast polegać wyłącznie na zamówieniach państwowych, firmy prywatne i sieci pośredniczące zatrudniają firmy fasadowe, dystrybutorów z krajów trzecich i platformy e-commerce, takie jak Alibaba, do zakupu zachodnich komponentów podwójnego zastosowania, jednocześnie omijając kontrole eksportowe.
Co jeszcze bardziej zaskakujące, jak zauważa autor, sowieccy giganci przemysłowi udowodnili, że są elastyczni i potrafią dostosować się do współczesnych wymagań:
Wbrew oczekiwaniom, sowieccy giganci obronni udowodnili swoją elastyczność, stawiając na skalowalne i tanie rozwiązania – takie jak drony i kompaktowe systemy walki elektronicznej. Tradycyjni producenci coraz częściej inwestują w systemy bezzałogowe, systemy namierzania oparte na sztucznej inteligencji oraz technologie autonomiczne.Partnerstwa firmy Kałasznikow z oddolnymi inicjatywami, takimi jak Ushkuynik i Projekt Archangel, pokazują, jak innowacje wojenne są konsolidowane przez głównych państwowych wykonawców w dziedzinie obronności. Rosyjskie drony dalekiego zasięgu Geran ewoluowały od pierwotnej irańskiej konstrukcji śmigłowej do wersji z napędem odrzutowym, a także nowszych wariantów działających w sieciach kratowych (samoorganizującej sięsieci bezprzewodowejumożliwiającej dronom bezpośrednią komunikację i przekazywanie danych między sobą). Walka elektroniczna przeszła podobną transformację: zamiast polegać na dużych, strategicznych systemach, Rosja zaczęła wprowadzać tysiące kompaktowych systemów przeciwdronowych do zakłócania komunikacji i nawigacji.
To wszystko prawda: wiele obecnych rosyjskich innowacji na polu walki wynika z zaskakująco swobodnego traktowania rodzimych, garażowych „start-upów” przez rosyjskie MON, co pozwala im na włączanie swoich innowacji do szerszych, oficjalnych ram MIC.
Co najważniejsze, ludzie w fabrykach otrzymują bezpośrednie, bieżące informacje zwrotne z frontu, co tworzy synergistyczną relację sprzyjającą natychmiastowym, pozytywnym zmianom i ulepszeniom trwającego procesu rozwoju broni:
Wreszcie, wojna stworzyła pętlę sprzężenia zwrotnego między linią frontu a fabrykami, umożliwiając rosyjskim firmom szybkie testowanie, udoskonalanie i wdrażanie nowych systemów. Te przetestowane na polu walki systemy budzą międzynarodowe zainteresowanie. Rosyjskie firmy prezentowały sprawdzony w boju sprzęt na międzynarodowych wystawach broni, co doprowadziło do zawarcia umów eksportowych. W 2026 roku Kałasznikow podpisał umowę na dostawę cywilnych bezzałogowych statków powietrznych partnerowi z Indii. Popyt ten prawdopodobnie wzrośnie, szczególnie w krajach globalnego Południa.
Artykuł kończy się pesymizmem, w którym zauważono, że NATO nie podjęło jeszcze nawet próby nadrobienia zaległości:
Podczas gdy Rosja przez lata dostosowywała się do zachodnich broni i taktyk na polu bitwy, NATO miało znacznie mniej okazji do zdobycia porównywalnego doświadczenia. Czas zacząć nadrabiać tę lukę.
Jako bonus, podkreślający niektóre z powyższych punktów, nowy artykuł hiszpańskiego dziennika El Mundo wyjaśnia, że „euforia” otaczająca ukraińskie kampanie uderzeniowe dobiegła końca, biorąc pod uwagę, że nowy rosyjski zakłócacz sygnału Starlink zaczyna zwiastować koniec dominacji Starlink:
MOSKWA, 28 sierpnia. /TASS/. Rozpoczęto seryjną produkcję najnowszego rosyjskiego systemu walki elektronicznej, Wolna Kupol Garant, który jest zdolny do skutecznego zwalczania satelitów Starlink, poinformowało TASS źródło w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym.
System Wolna Kupol Garant okazał się skuteczny i zaczęliśmy go produkować i wdrażać na większą skalę. Teraz ilość przekształciła się w jakość i praktycznie zablokowaliśmy przestrzeń powietrzną dla Starlink, gdziekolwiek było to potrzebne.Wróg otrzymał miażdżący cios.
Jak działa system Volna Kupol Garant EW
Źródło z rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego podkreśliło, że system Wolna Kupol Garant nie zakłóca pracy terminali naziemnych. „Działa z góry i zakłóca pracę samych satelitów na orbicie. Używając wąskiego, silnego, kierunkowego sygnału radiowego, oślepia anteny odbiorcze satelitów, powodując awarię systemów pokładowych statku kosmicznego i zatrzymanie działania terminali naziemnych. Na naszych oczach system Wolna został pomyślany, opracowany, wyprodukowany jako prototyp i przeszedł szereg modyfikacji i ulepszeń. I dziś możemy śmiało powiedzieć, że wszedł do masowej produkcji” – stwierdziło źródło.
Według niego sygnał systemu jest tak silny, że pojedyncze urządzenie Volna Kupol Garant może wyłączyć Starlink na rozległym obszarze. „Kilka urządzeń może wyłączyć cały region. Dziesiątki urządzeń aktywowanych jednocześnie mogą spowodować tymczasowe zakłócenia w działaniu Starlink.Ale najciekawsze jest to, że Rosja zastrzega sobie prawo do dystrybucji tej technologii do wszystkich zainteresowanych krajów na całym świecie. Narzędzia o podobnych możliwościach i mocy pojawiły się już w Chinach. To dopiero początek. Elon Musk wpakował się w niewłaściwą grę. Jeśli Starlink nie przestanie wspierać i podżegać do terroryzmu, to od Rosji będzie zależeć, czy wyłączyć Starlink tylko na naszym terytorium, czy na całym świecie” – powiedziało źródło.
W artykule w El Mundo ukraiński dowódca jednostki powiedział dziennikarzom, że po zniszczeniu dronami jednego z nowych systemów Wolno Kupol Garant, ich łączność Starlink w tym rejonie natychmiast zaczęła działać normalnie. W połączeniu z uruchomieniem przez Rosję własnego nowego systemu Rassvet – będącego odpowiednikiem Starlink – przyszłość Ukrainy rysuje się w coraz gorszych barwach.
Artykuł w El Mundo kończy się w odpowiedni sposób:
Mykoła Kolesnyk twierdzi jednak, że nigdy nie podzielał tej „euforii”. „Lubię być realistą. Rosjanie to bardzo poważni wrogowie” – mówi.
Zarówno Kołoesnyk, jak i Anton Zemlianyj zgadzają się, że skoro Ukraina stała się wojskowym poligonem doświadczalnym, to jedynymi krajami, które nie potrafią wykorzystać tej rzeczywistości, są kraje Zachodu.
„Doktryna NATO jest przestarzała. Nie będą w stanie przeciwstawić się Rosjanom” – podsumowuje Zemlianyi.
Nie chodzi o to, że Rosja jest wyjątkowo potężnym narodem, ale raczej o to, że NATO i UE – pogrążone w historycznej korupcji i kulturowym rozpadzie – są skrajnie niefunkcjonalne jako cywilizacje.
Właśnie dlatego konieczne było wywołanie wojny na Ukrainie: aby upewnić się, że suwerenna Rosja nie stanie się nieproporcjonalnie silna w porównaniu z wykastrowanymi państwami niewolniczymi Europy i Zachodu, które muszą być stale podtrzymywane w stanie poniżenia i destabilizacji, aby podtrzymywany idol „globalizmu” mógł nadal być wiarygodnym „latarnią” zbawienia ludzkości.
Twoje wsparcie jest nieocenione. Jeśli lektura przypadła Ci do gustu, będę niezmiernie wdzięczny za miesięczną/roczną wpłatę na rzecz mojej pracy, dzięki której będę mógł nadal dostarczać Ci szczegółowe i wnikliwe raporty, takie jak ten.
„Jesteśmy właścicielami”: „Mur ze stali” znów przecieka w pobliżu Larak w Cieśninie Ormuz.
Larry C. Johnson
Larry C. Johnson
„Ktoś powinien powiedzieć Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, że Cieśnina Ormuz jest zamknięta dla biznesu – przynajmniej dla amerykańskiego biznesu – i całkowicie pod kontrolą”. Prezydent Trump powtarza to od tygodni. 11 sierpnia powiedział światu na Truth Social, że Stany Zjednoczone mają cieśninę „całkowicie pod kontrolą” i „MYŚLĘ, ŻE JĄ UTRZYMAMY”, a blokada morska to „stalowy mur”, z którym „Iran nic nie może zrobić”. 14 sierpnia poszedł jeszcze dalej: „Jesteśmy właścicielami Cieśniny Ormuz” – powiedział, wyjaśniając, że łodzie mogą przez nią przepływać tylko „jeśli chcemy, żeby przez nią przepłynęły”. Ze śmiechem obiecał również wkrótce ogłosić ten szlak wodny terytorium USA. Zaledwie trzy dni temu Biały Dom wydał oświadczenie zatytułowane „Prezydent Trump miał rację: Ameryka kontroluje Cieśninę Ormuz” – zwięzły zapis zapewnień prezydenta dla dziennikarzy, że cieśnina jest otwarta, działa i zalewana ropą.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej najwyraźniej nie zapisał się na newsletter. W niedzielę siły amerykańskie zaatakowały dwie irańskie wyrzutnie rakiet na wyspie Larak – pierwszy znany amerykański atak na terytorium Iranu od końca lipca – ponieważ, jak powiedział przedstawiciel USA w wywiadzie dla Al-Dżaziry i Reutersa, zaobserwowano jednostki Straży Rewolucyjnej przygotowujące rakiety z minami morskimi do rozmieszczenia w cieśninie, którą Stany Zjednoczone rzekomo kontrolują. To nieuchronnie rodzi pytanie, w jaki sposób Teheran zamierza zaminować szlak wodny, którego nie kontroluje i na który rzekomo nie ma nawet pozwolenia na wodowanie łodzi. Stalowy mur najwyraźniej musi być regularnie bombardowany, aby utrzymać go w miejscu.
Irańska agencja informacyjna Tasnim określiła atak jako atak dronów. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) potwierdził ofiary śmiertelne i obrażenia wśród żołnierzy i cywilów oraz ogłosił reakcję. „ Washington Post” i „US News” poinformowały o tym samym incydencie w ciągu kilku godzin. Jeśli przyjąć oficjalne wyjaśnienie za dobrą monetę, atak miał charakter ograniczony, niemal rutynowy: był to środek przeciwko górnictwu, mający na celu utrzymanie cieśniny otwartej. Jednak cel, moment i dyplomacja rozgrywająca się pod powierzchnią tej wojny sugerują inną interpretację wartą rozważenia – znacznie mniej pochlebną dla tezy „to my jesteśmy odpowiedzialni”.
Prawdziwą przeszkodą może być kawałek papieru, a nie rakieta.
Od trzech tygodni Iran i Oman prowadzą potajemne negocjacje w sprawie tego, kto faktycznie kontroluje ruch przez Cieśninę Ormuz – dość osobliwa sytuacja dla dwóch innych państw, jeśli chodzi o cieśninę, która według Stanów Zjednoczonych należy do Stanów Zjednoczonych. Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi oświadczył, że obie strony są bliskie porozumienia w sprawie współrzędnych bezpiecznego korytarza tranzytowego, mechanizmów technicznych jego funkcjonowania oraz – co kluczowe – wspólnego centrum koordynacyjnego do zarządzania ruchem morskim i gromadzenia danych o tranzycie statków . Opiera się to na Protokole z Maskatu, który obie strony podpisały w kwietniu i który ustanowił wspólnie zarządzany „Zielony Korytarz” monitorowany przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i Królewską Marynarkę Wojenną Omanu.
Dwa aspekty tego powstającego systemu zasługują na szczególną uwagę. Po pierwsze, według doniesień CNN z 5 sierpnia, nowe korytarze miałyby częściowo przebiegać przez irańskie wody terytorialne – co stanowiłoby odejście od obowiązującego od dziesięcioleci porozumienia, które kierowało żeglugę handlową przez wody Omanu. Po drugie – i to właśnie ten szczegół łączy je z niedzielnym atakiem – proponowane porozumienie zamknęłoby tymczasowe szlaki w pobliżu wyspy Larak i przez wody Omanu, zastępując je nowymi, wspólnie zarządzanymi korytarzami.
Oznacza to, że wyspa, którą Waszyngton zbombardował w niedzielę, leży w geograficznym i administracyjnym centrum irańsko-omańskiego kondominium dotyczącego żeglugi przez Cieśninę Ormuz: systemu, który sformalizowałby irańską kontrolę nad tym strategicznym wąskim gardełkiem, potencjalnie go spieniężył – Teheran zaproponował już opłaty za pośrednictwem swojego „ Urządu Cieśniny Zatoki Perskiej ” – i po cichu wykluczył Stany Zjednoczone z zarządzania szlakiem wodnym, który ich prezydent nazywa amerykańską własnością. CNN ujmuje to jednoznacznie: Porozumienie nabiera kształtów, ale nie takie, jakiego chce Trump.
Wniosek analityczny jest zatem następujący: uzasadnienie obrony przed minami morskimi jest realne, ale może nie wyczerpuje tematu. Atak na Larak osłabia konkretny potencjał Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i – co ważniejsze – sygnalizuje, że Waszyngton nie będzie biernie przyglądał się, jak Iran i Oman instytucjonalizują system kontroli, który sprawia, że twierdzenie o „całkowitej kontroli” jawi się jako prawdziwe. Oficjalnie podanym powodem jest zagrożenie minowe. Strategiczną kwestią jest jednak kontrola nad transportem morskim – i problem ten będzie się utrzymywał długo po tym, jak szczątki na Larak zostaną usunięte, a kolejny wpis na Truth Social ogłosi zamknięcie sprawy.
Odpowiedź Iranu: Powrót do sprawdzonego schematu ataków na bazy.
Iran zareagował błyskawicznie – i wcale nie tak, jak można by się spodziewać po zdziesiątkowanej armii uciekającej przed nieprzebytym murem. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił wspólną operację rakietowo-dronową przeciwko pozycjom USA, wskazując jako cele bazę lotniczą im. Króla Husajna i bazę lotniczą Al-Azraq w Jordanii . Poinformował również, że baza lotnicza Al Udeid w Katarze – wysunięta siedziba CENTCOM – została trafiona. Irańska telewizja państwowa poinformowała o wystrzeleniu pocisków z wielu miejsc w całym kraju; nad Jordanią aktywowano obronę przeciwlotniczą, a w Katarze, Kuwejcie i Dubaju ogłoszono alarmy. Amerykańskie źródło poinformowało Fox News, że niemal wszystkie nadlatujące pociski zostały przechwycone i że „na razie” nie odnotowano znaczących skutków – co jest standardową i całkiem realną metodą ograniczania strat. Ebrahim Azizi, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Narodowego irańskiego parlamentu, zapowiedział kolejne ataki, nie brzmiąc jak człowiek, który uważa, że jego kraj „nie ma już pieniędzy” i jest „skończony”.
Schemat jest znany – Al Udeid w czerwcu 2025 roku, bazy w Zatoce Perskiej wiosną 2026 roku – a wynik, z dużą liczbą przechwyconych pocisków, ponownie wskazuje na przemyślaną reakcję: wystarczającą, by zaspokoić potrzebę odwetu, ale nie na tyle masową, by zmusić Teheran do eskalacji, na którą nie może sobie pozwolić. Liczą się nie tyle szkody wyrządzone w ciągu jednej nocy, ile skumulowana rzeczywistość, jaką te fale ataków nakładają na pozycję militarną, którą prezydent wielokrotnie ogłaszał niezwyciężoną.
Koszty strategiczne: Iran wypycha USA na zachód.
I oto nadchodzi moment, którego nie powstrzyma żaden stalowy mur. Każda fala irańskich ataków na Al-Udeid, na bazy jordańskie i na kwaterę główną Piątej Floty w Bahrajnie dodatkowo utwierdza w przekonaniu, do którego Pentagon doszedł już całkowicie bez irańskiego wsparcia: wysunięta architektura militarna zbudowana po operacji Pustynna Burza jest zbyt bliska, zbyt nieruchoma i zbyt narażona na irański arsenał precyzyjnej broni, by można ją było utrzymywać w nieskończoność.
Ta ponowna ocena nie jest spekulacją, niezależnie od tego, co zostanie powiedziane na podium. Jak donosiły Washington Post i Times of Israel w połowie sierpnia, Pentagon aktywnie rozważa wycofanie się z Zatoki Perskiej i bada bardziej rozproszone rozmieszczenie, przesuwając siły dalej na zachód — do bazy lotniczej Prince Sultan w pobliżu Rijadu, w głąb Arabii Saudyjskiej, do Jordanii, Izraela, południowej Europy i do bardziej odległych obiektów na Oceanie Indyjskim — a zatem poza zasięg najkrótszego zasięgu irańskich systemów. Memorandum z czerwca 2026 r., które zakończyło główną fazę wojny, zawierało już zobowiązanie do redukcji obecności wojskowej USA w Zatoce Perskiej. Rada Stosunków Zagranicznych i całe mnóstwo analiz wojskowych dochodzą do tego samego wniosku: wojna obnażyła podatność baz w Zatoce Perskiej na ataki, a presja na ich relokację rośnie.
Niedzielna wymiana ognia natychmiast wzmacnia tę dynamikę. Za każdym razem, gdy Iran demonstruje swoją zdolność do wystrzeliwania pocisków i dronów z lotnisk Al-Udeid i Jordanii – nawet jeśli większość z nich podobno zostaje zestrzelona – rosną koszty utrzymania wysokiej jakości systemów wojskowych w tym rejonie, a wewnętrzny argument Pentagonu na rzecz bardziej rozproszonych sił zyskuje na popularności. Ataki nie muszą niszczyć baz, aby były skuteczne; muszą jedynie sprawić, że staną się one nie do utrzymania jako skoncentrowane, dalekosiężne platformy operacyjne.
Iran wypiera siły USA z regionu za pomocą pocisków balistycznych i dronów. To sprawia, że obecna taktyka militarna jest na tyle kosztowna, że Waszyngton jest zmuszony ją zmienić – po cichu wycofując własne siły z cieśniny , którą rzekomo kontroluje, podczas gdy prezydent jednocześnie deklaruje, że może ją zaanektować.
Oficjalnym powodem ataku na Larak jest obrona przed miną. Jednak znacznie ważniejszym kontekstem jest irańsko-omańska próba zinstytucjonalizowania kontroli nad Ormuzem – przedsięwzięcie, którego celem mógł być dezorganizacja i odstraszanie, co kłóci się z twierdzeniem, że cieśnina i tak jest już amerykańska.
Irański odwet na Al-Udeid i dwie jordańskie bazy jest zgodny z ustalonym, wyrachowanym schematem Teheranu. Prawdziwy zysk strategiczny tkwi jednak w dalszym zwiększaniu presji na Pentagon, aby przemieścił swoje siły na zachód – z dala od wąskiego gardła i poza zasięgiem.
Cieśnina, którą faktycznie kontrolujesz, nie musi być odzyskiwana co kilka tygodni. Jednak w tym przypadku wydaje się, że właśnie tego potrzeba.
Ponury bajarz polsko-żydowskiego pochodzenia Gross zmyślił hagadę, którą zatytułował „Złote żniwa”. Opowiada w niej, jak to polscy wieśniacy mieszkający w okolicach niemieckich obozów koncentracyjnych w Treblince, Sobiborze i Bełżcu bogacili się, wykopując na terenach dawnych obozów szczątki pomordowanych Żydów i odzyskując z tych szczątków kosztowności. Według Grossa kosztowności było tyle, że „zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę”.
Ten kłamca, manipulant i ignorant, z dyplomem socjologa rodem z głębokiej komuny, nie słyszał albo udaje, że nie słyszał o tzw. „Akcji Reinhardta”, opisanej szczegółowo przez zeznającego na Procesie Norymberskim zbrodniarza wojennego Rudolfa Hessa. Nazwa akcji pochodzi od imienia Heydricha. Czym była ta „Akcja Reinhardta”?
„Nazwą tą („Akcja Reinhardta”) określano zbieranie, sortowanie i spieniężanie wszystkich rzeczy odbieranych żywym i wymordowanym Żydom. Nazwa pochodzi od imienia Heydricha, który był pierwszym realizatorem akcji eksterminacji Żydów” [1].
Jakie wyniki dawała ta akcja, dowiadujemy się z rozmaitych źródeł. Przebieg jej opisuje również komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Hess:
„Przy wyładowywaniu transportów żydowskich cały bagaż zostawał na rampie, aż do chwili, gdy wszystkich Żydów zaprowadzono do obozu lub do miejsca zagłady. Potem specjalne drużyny transportowe przewoziły bagaż początkowo do sortowni Kanada I, gdzie go sortowano i dezynfekowano. […] Jednak w 1942 r. Kanada I nie mogła nadążyć z sortowaniem rzeczy. Mimo że wciąż wznoszono dodatkowe szopy i baraki, a więźniowie sortowali dniem i nocą, mimo że zwiększano nieustannie liczbę pracujących i załadowywano codziennie wysortowanym materiałem wiele wagonów – często do 20, wciąż piętrzyły się stosy bagażu. Przystąpiono więc w 1942 r. do wybudowania magazynu Kanada II na zachodnim krańcu odcinka budowlanego II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla przybywających więźniów. Trzydzieści nowo wybudowanych baraków było wypełnionych po brzegi zaraz po wykończeniu, a góry niesortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. […] Przedmioty wartościowe przejmował specjalny oddział komendy obozu, po czym fachowcy odpowiednio je sortowali. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi […]. Eichmann powiedział mi kiedyś, że kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii; zarzucono kosztownościami cały szwajcarski rynek. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski zatrudniający setki więźniów – założony pod bezpośrednim kierownictwem Maurera z D II. W warsztacie tym sortowano zegarki i naprawiano je. Najwięcej zegarków zostało oddanych do dyspozycji frontowych oddziałów SS i armii dla celów służbowych. Złote zęby przetapiali w sztaby lekarze dentyści w rewirze SS i odsyłali je co miesiąc do Głównego Urzędu Sanitarnego. W plombowanych zębach także znajdowano kamienie szlachetne olbrzymiej wartości. Obcięte włosy kobiece wysyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych. W związku z kosztownościami Żydów wytworzyła się w obozie ogromnie trudna sytuacja, której nigdy już nie udało się całkowicie opanować. Wpłynęło to demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle silni, aby potrafili zwalczyć w sobie pokusę łatwego wzbogacenia się kosztownościami Żydów. Najcięższe kary pozbawienia wolności, a nawet wyroki śmierci, nie działały dostatecznie odstraszająco. Akcja Reinhardta była prowadzona nadzwyczaj metodycznie według dokładnych instrukcji Himmlera” [1].
W dalszym ciągu książki cytowane są instrukcje Himmlera, wskazujące, w jaki sposób należy pozyskiwać „ruchomą i nieruchomą własność po przesiedlonych Żydach” i co z nią zrobić, a nawet nakaz, by w przyszłości pozyskane w ramach Akcji dobra określać „mieniem złodziei, paserów i spekulantów”. Niemcy, jak zawsze i w tej materii, byli skrupulatni, a instrukcje przewidywały, jak i co pozyskiwać i co następnie ze zgromadzonym mieniem zrobić:
„a) Wszelką gotówkę w banknotach niemieckich należy wpłacać do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg na konto Głównego Urzędu Gosp. i Admin. SS 158/1488.
b) Dewizy (w monetach lub nie), metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, perły, złote zęby i złom złoty należy dostarczyć Głównemu Urzędowi Gosp. i Admin. SS. On jest odpowiedzialny za bezzwłoczne przekazanie Bankowi Rzeszy Niemieckiej.
c) Zegarki wszelkiego rodzaju, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia ręczne i elektryczne, scyzoryki, nożyczki, latarki kieszonkowe, portfele i sakiewki przyprowadzi Główny Urząd Gosp. i Admin. SS do porządku w specjalnych warsztatach, gdzie też będą oczyszczone i wycenione, ażeby mogły być jak najszybciej wysłane do oddziałów frontowych. Wojsko otrzyma je odpłatnie przez kantyny. Należy ustalić 3–4 kategorie cen i dopilnować, ażeby każdy dowódca i żołnierz mógł nabyć najwyżej jeden zegarek. Od sprzedaży należy wyłączać złote zegarki, których zużytkowanie zastrzegam sobie.
Całkowity wpływ przypadnie Państwu (niemieckiemu).
d) Bieliznę męską łącznie z obuwiem należy posortować i oszacować. Po pokryciu własnego zapotrzebowania dla więźniów obozów koncentracyjnych, a wyjątkowo dla oddziałów SS, należy rzeczy wymienione przekazać Związkowi Volksdeutschów, za zapłatą.
e) Suknie kobiece, bieliznę wraz z obuwiem, ubrania dziecięce należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą.
Bieliznę czysto jedwabną należy oddać według instrukcji Gł. Urzędu Gosp. i Adm. SS Ministerstwu Gospodarki Rzeszy. To samo stosuje się do bielizny pod lit. d.
f) Pierzyny, koce wełniane itp., materiały na ubrania, szale, parasole, laski, termosy, ochraniacze na uszy, wózki dziecięce, grzebienie, torby ręczne, paski skórzane, torby na zakupy, fajki, okulary od słońca, lustra, noże, łyżki, widelce itp., plecaki, walizki skórzane i inne należy oddać organizacji Volksdeutschów. Kwestia opłaty będzie później uregulowana. […]
g) Pościel, jak: prześcieradła, podpinki, poduszki, ręczniki, prześcieradła kąpielowe, kapy stołowe, należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą. […]
h) Okulary i szkła wszelkiego rodzaju należy oddać urzędowi sanitarnemu do zużytkowania. (Okulary w złotej oprawie muszą być oddane wraz z metalami szlachetnymi bez szkieł). […]
i) Futra w dobrym gatunku wszelkiego rodzaju, przerobione lub nie, należy dostarczyć Gł. Urzędowi Gosp. i Admin. SS. Futra tanie (baranie, zajęcze, królicze itd.) należy za uwiadomieniem Gł. Urzędu Gosp. i Admin. SS B II dostarczyć do Zakładu Odzieżowego Broni SS w Ravensbrück koło Fürstenbergu. […]
Należy surowo przestrzegać, ażeby przy oddawanych ubraniach i okryciach odpruto gwiazdę żydowską” [1].
Akcja Reinhardta zakończyła się dnia 19 października 1943 roku i prowadzący ją na terenie Generalnej Guberni SS-Gruppenführer Odilo Globocnik złożył Himmlerowi sprawozdanie. Oto wyjątki z tego dokumentu:
„[…] Dnia 19.10.1943 roku zakończyłem przeprowadzoną przeze mnie w Generalnej Guberni »operację Reinhardta« i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy. W toku „operacji Reinhardta” w Lublinie w okresie od dnia 1 kwietnia 1942 roku do dnia 15 grudnia 1943 roku Rzesza Wielkoniemiecka otrzymała nabytki »operacji Reinhardta« wymienione w zestawieniu. W kruszcach szlachetnych zebrano: 236 sztab złota o wadze 2 909,68 kg, liczonych po 2 800 marek niemieckich, 2 143 sztab srebra o wadze 18 733,69 kg, liczonych po 40 marek niemieckich, 15,14 kg platyny liczonych po 5 000 marek niemieckich. Dewizy w złocie obejmują walutę 34 krajów. […] Wykaz kosztowności, biżuterii i innych przedmiotów obejmuje 44 pozycje. Na wstępie 15 883 pierścieni złotych z brylantami i diamentami, liczonych po 1 500 marek niemieckich. Dalej 130 dużych brylantów po 1 000 marek niemieckich; 2 511,87 karatów brylantów po 100 marek niemieckich; 13 458,62 karatów diamentów po 50 marek niemieckich; 114 kg pereł oszacowanych na 6 milionów marek niemieckich. Jest też 103 614 zegarków (Reparaturuhren) po 2 marki za sztukę, 60 125 zegarków po 10 marek, 2 343 budzików po 4 marki i 6 943 budzików wymagających naprawy po 1 marce; 29 391 par okularów po 3 marki niemieckie. Materiały włókiennicze stanowiły odzież, bieliznę, pierze i szmaty w ilości 1 901 wagonów, ocenionych w sumie na 26 000 000 marek niemieckich. Łączna wartość wszystkich nabytków do dnia 15 grudnia 1943 roku wyniosła 178 745 960,59 marek niemieckich” [1] [2].
Wykaz powyższy podpisali, prócz Globocnika, Sturmbannführer Wippern jako kierownik zarządu i Oberscharführer SS Rzepa jako kierownik kasy „Akcji Reinhardta”.
Wszystkie ujawnione wykazy i zestawienia zrabowanych rzeczy oraz przedmiotów osobistego użytku pomordowanych ofiar nie dają pełnego obrazu, ponieważ znaczna ich część została rozkradziona. Jeden z SS-manów, należący do zbrojnej załogi obozu oświęcimskiego, SS-Untersturmführer Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności o wartości około 1 miliarda (1 000 000 000) marek niemieckich, ale w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa.
Instrukcja dotycząca „Akcji Reinhardta” obowiązywała we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych, określała szczegółowo rodzaj postępowania ze zrabowanym uśmierconym Żydom mieniem. Kłamca, manipulant i ignorant Gross ośmielił się napisać, że mienia pozostawionego przez SS-manów Żydom była taka ilość, iż nawet w pozostałych po spaleniu tych nieszczęśników w krematoriach popiołach można było wygrzebać fortunę.
Jeżeli już ktoś mógł się wzbogacić na procederze okradania zwłok żydowskich (oprócz Rzeszy Niemieckiej i SS-manów pilnujących obozów zagłady i okradających Rzeszę z zadekretowanych dla niej pożydowskich dóbr), to „pinkertowcy”: grabarze żydowscy z zakładu pogrzebowego Towarzystwo Ostatniej Posługi, należącego do żydowskiej rodziny Pinkerta – odkopywali oni zwłoki Żydów zmarłych w getcie i okradli je ze złotych protez, plomb, biżuterii, grabili rytualną odzież – tałesy i tahirimy. Żydowskie źródła (wydane na Zachodzie) podkreślają bardzo zyskowny charakter tego procederu – pinkertowcy mieli się wzbogacić nawet na krwi swoich współziomków. Icchak Cukierman „Antek”, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, twierdzi, że w pierwszych dniach powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 r. pinkertowcy grabili opuszczone domy żydowskie (A. Cukierman, „Nadmiar pamięci”, Warszawa 2000). Po wydostaniu się z getta i dołączeniu do oddziału Gwardii Ludowej w lasach wyszkowskich przestępcza grupa, powszechnie znienawidzona wśród samych Żydów, została wymordowana – jak przypomina dr Wojciech Muszyński, historyk IPN – przez członków Żydowskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej. Pinkertowcy mieli do czynienia ze zwłokami Żydów, których nie dosięgła „Akcja Reinhardta”, więc niepozbawionych jeszcze dobytku. Gross, zaciekły w swojej antypolskiej propagandzie, udając naukowca – historyka, zapomina o faktach, rozwijając swoje ponure antypolskie hipotezy i domniemania.
Gross i Lewinkopf dali przykład, inni może dostali podobne polecenia albo zwietrzyli, że na opluwaniu Polaków można zbić „kasę”. No i wysypali się jak grzyby po deszczu: Martin Gray, Janka Hescheles, Miriam (Mary) Berg, Misha Defonseca z hagadą „Przeżyć z wilkami”. Ta ostatnia przesadziła, żądając w sądzie od swojego wydawcy 22 mln dolarów, których jej za książkę nie dopłacił. Jeśli nie dopłacono jej 22 mln dolarów, to ile już dostała? Można zarobić na pluciu na Polin? Można i to nieźle. Problem jednak pojawił się nowy: wydawca, broniąc się, wysypał, że autorka nie jest i nigdy nie była żydówką, za jaką w książce się podaje, tylko „katoliczką” z Amsterdamu, naprawdę nazywa się Monique De Wael i że nigdy noga jej nie stanęła w Polsce.
Ale książka poszła w świat, o fałszerstwie mało kto wie, a Polacy dostali nowy listek laurowy do wawrzynowego wieńca sławy światowych arcymistrzów antysemityzmu. Nawet w Polsce niektóre odmóżdżone osobniki traktują te koszmarne baśnie jako prawdę historyczną. Takich „baśniopisarzy” opluwających na Zachodzie naród polski było więcej. Przychodziło to im tym łatwiej, że „polscy” ambasadorowie ze szkoły Geremka, w imię plemiennej solidarności, zamiast bronić dobrego imienia Polaków, robili własne geszefty i współpracowali z opluwaczami. W psychologii znany jest fenomen nienawiści obdarowanego do dobroczyńcy. Niekiedy nienawidzący nie wytrzymuje wewnętrznej niespójności między tym, co ma w pamięci, a tym, co głosi. Być może właśnie ten konflikt był przyczyną samobójstwa Lewinkopfa-Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”? Oczywiście wredne bajania Kosińskiego zostały rozsławione przez stosowne media na całym świecie i rozeszły się w milionach egzemplarzy.
Badająca sprawę uratowania się rodziny Lewinkopfów świetna dokumentalistka i publicystka Joanna Siedlecka opisała ją w książce „Czarny ptasior” i została za to obwołana antysemitką, bo opisała, jak było naprawdę.
Żydzi i inni filosemici plwający na Polaków mają się dobrze, wspomagani przez pełniących obowiązki Polaków polskich polityków. Tu zatrzyma się ekshumację, bo wykopaliska wskazują na zbrodnię Niemców, a nie Polaków. Ówdzie „ministra” RP albo prezydent USA „pomyli się” i powie „polski obóz koncentracyjny”. I tak, z pomocą obieranych przez nas przedstawicieli narodu, utrwala się fałszywa legenda Polaków antysemitów, winnych zagłady Żydów. Kiedy ktoś, jak Grzegorz Braun, obdarzony odwagą cywilną, powie głośno, że pokazywane jako autentyki krematoria w Auschwitz budzą wątpliwości, czy kiedykolwiek mogły funkcjonować – robi się klangor na cały świat. Po dokładniejszej analizie wypowiedzi okazuje się, że Braun nie kwestionuje niczego z zagłady Żydów, tylko ma wątpliwości co do autentyzmu budowli; co do tego, czy nie są one po prostu nieudolnymi rekonstrukcjami. Historycy, zamiast moczyć spodnie na sam dźwięk tego hasła, powinni zdobyć się na odwagę i szukać prawdy tam, gdzie ona się znajduje. Zatopieni i przyzwalający na kłamstwo znajdą się wcześniej czy później w sytuacji, kiedy zmuszeni zostaną do taplania się w oszustwie.
Autorstwo: Barnaba d’Aix Źródło: WolneMedia.net
Przypisy
[1] Z książki „Nie oszczędzać Polski” Tadeusza Cypriana i Jerzego Sawickiego, profesorów prawa karnego. Cyprian i Sawicki byli reprezentantami Polski na Procesach Norymberskich i w przeciwieństwie do Grossa wiedzieli, o czym piszą.
[2] 1 Reichsmarka (RM) z 1943 roku miała siłę nabywczą odpowiadającą dzisiejszym około 3,50–4,50 euro, weźmy średnią 4,0 euro. 178 745 960 ówczesnych Reichsmarek miałoby dzisiaj wartość około 715 milionów euro.
Jak świat światem ludzie są skłonni święcie wierzyć, a nawet przekazywać dalej różne absurdalne informacje. Za czasów mego dzieciństwa opowiadano sobie o czarnej wołdze, której załoga porywała dzieci, wyciągała z nich krew i wyrzucała truchełko gdzieś przy szosie. Opowiadano również o ludziach zamurowanych w nowo powstających budynkach albo zalanych betonem na placu budowy, ludziach po których raz na zawsze ślad zaginął. Znalezienie zwłok Bogdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego zamurowanych gdzieś na Mokotowie uwiarygodniło te opowieści.
Takie opowieści zawsze służyły władzy do sterowania społeczeństwem. Przede wszystkim do odwracania uwagi od prawdziwej polityki oraz mechanizmów sprawowania rządów i kierowania tej uwagi na margines tanich sensacji. Taka fałszywa informacja nazywa się obecnie fake. Informacja wyjątkowo i bezczelnie kłamliwa deep fake ( niektórzy mówią – naprawdę bardzo przepraszam- dick fake).
Ich rola jednak trochę się zmieniła. Fałszywe informacje służą przede wszystkim obrzydzaniu społeczeństwu przeciwników politycznych. Co gorsza wieloletnie ogłupianie czyli -jak to nazywa Stanisław Michalkiewicz – duraczenie społeczeństwa dało wyraźne rezultaty. Ludzie są w stanie uwierzyć w każdą piramidalną bzdurę. I to ludzie wykształceni, na pozór inteligentni. Wierzą w ewidentne kłamstwa, które łatwo można by zweryfikować.
Kilka dni temu znajoma dziennikarka, która przez wiele lat była sekretarzem redakcji, czyli musiała zawodowo odsiewać ziarno od plew, sprzedała mi pewną jej zdaniem informację, że Grzegorz Braun ma na piersi wytatuowaną swastykę gdyż jest zwolennikiem Hitlera. Zrobiłam tajemniczą minę i oświadczyłam, że jak słyszałam ma swastykę nie na piersi lecz zdecydowanie niżej. Dosadnie określiłam to miejsce w przekonaniu, że dotrze do niej absurdalność tego co opowiada.
„ Co ty powiesz”- wykrzyknęła podekscytowana, muszę to przekazać wszystkim znajomym. Koleżanka była sekretarzem redakcji pisma kobiecego, co być może trochę tłumaczy stan jej umysłu przytoczę więc inne zdarzenie sprzed wielu lat.
Podczas spotkania towarzyskiego, mój kolega, niezwykle utalentowany naukowiec, któremu ja, zwykły belfer zawsze zazdrościłam ogromnej wiedzy i mądrości oświadczył, że Balcerowicz wyratował Polskę od losu Białorusi.
Na Białorusi wówczas często bywałam, kraj był po sowieckich rządach wspaniale odbudowany przez Łukaszenkę, (to fakt niezależnie od tego kim on jest i jaki mamy do niego stosunek), natomiast w Polsce każdy durny polityk i dziennikarz uważał za stosowne podawanie tego kraju jako przykładu nędzy, brudu, zacofania i najniższych standardów w każdej dziedzinie. Jakby nie było można przejechać kilkuset kilometrów i samemu sprawdzić jak naprawdę Białoruś wygląda. Do Grodna wówczas można było wybrać się nawet bez wizy, a wiele ośrodków wczasowych, niezwykle tanich, ofiarowywało wizę w pakiecie.
„ Czy byłeś kiedykolwiek na Białorusi?”- zapytałam zdumiona. „Nie muszę jeździć żeby wiedzieć jak tam jest”- odparł. On, naukowiec, przyzwyczajony do weryfikowania każdego stwierdzenia. Oznacza to, że rzekoma białoruska nędza była dla niego rodzajem sądu syntetycznego a priori. Konieczną formą oglądu umysłu ludzkiego.
Inna znajoma, wykładowca UW zapewniała mnie, że prezydent Nawrocki z młodości był alfonsem. Przypomniał mi się Gomułka który nazwał Szpotańskiego „ człowiekiem o moralności alfonsa”. Komunistyczny aparatczyk, zwykły debil Gomułka tak ośmielił się mówić o człowieku niezwykłej inteligencji, wyjątkowo utalentowanym, pochodzącym z dobrej rodziny. Oskarżanie zupełnie niewinnych ludzi o nie wiadomo jakie zbrodnie, utożsamianie patriotyzmu z faszyzmem też ma swoich prekursorów.
Mam przed sobą Gazetę Robotniczą Nr 25 ( 1441) . z artykułem na temat procesu Kurii Krakowskiej. Tytuł : „ Krakowska kuria metropolitalna była bastionem reakcji i wrogości wobec Polski Ludowej” . Podtytuł : „ Dalsze zeznania świadków w procesie bandy szpiegów i zdrajców”. I akapit z rzeczonego tekstu: „Poruszenie na Sali wywołują zeznania następnych doprowadzanych z więzienia świadków- Mieczysława Fidzińskiego i Witolda Milca- wychowanków księdza Lelito z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, członków bandy zorganizowanej przez zbrodniczego księdza”
Ksiądz Józef Lelito został skazany w procesie kurii krakowskiej na karę śmierci. Czy w jego winę naprawdę uwierzył dziennikarz szmatławca zwanego Gazetą Robotniczą? Czy tylko gorliwie wypełniał strony tego pisma dla chlebusia z masełkiem?
Ale jak miał nie wierzyć jeżeli uwierzyła noblistka Wisława Szymborska. Jedna z wielu osób z listy hańby, listy ludzi sztuki popierających prześladowania i torturowanie księży i skazanie ich na śmierć. Dlatego choćby Szymborska dostała trzy razy Nobla i wylądowała samodzielnie na księżycu nie dotknę żadnego z jej tomików, Chyba, że te z okresu stalinowskiego ujawniające głębię jej upadku.
Szkoda że ujęci mitem pojednania, mitem wolnej Polski nie publikowaliśmy co tydzień tej listy hańby. Dopuściliśmy do roli społecznych autorytetów ludzi popierających torturowanie i zabijanie zupełnie niewinnych księży. Dopuściliśmy aby przez kilkadziesiąt lat rozmiękczali mózg społeczeństwu.
Dlatego obecnie niektórzy są w stanie uwierzyć , że niewinnie prześladowany ksiądz Olszewski ukradł jakieś pieniądze, że Ziobro tylko udaje chorobę, że Braun ma na piersi swastykę. Takie rewelacje słyszałam z ust osób nie cierpiących bynajmniej na demencję wczesną. Co gorsza byli to ludzie ze środowisk uniwersyteckich.
I jeszcze jedna informacja z Gazety Robotniczej Wrocław środa 21 stycznia 1953 roku. Rada państwa nadała członkowi KC PZPR ministrowi Bezpieczeństwa Publicznego w 50 rocznicę urodzin order Sztandaru Pracy I Klasy. Gratulują mu przedstawiciele środowisk literackich i naukowych. Gratulują wielokrotnemu mordercy, katowi Polaków w tym w latach trzydziestych likwidatorowi polskich komunistów. W 1968 roku przeniesiono go w stan spoczynku co niektórzy traktują jako przejaw antysemityzmu.
Jak można zaplanować chaos? Przecież to sprzeczność! Cechą chaosu jest nieprzewidywalność, a co za tym idzie brak planowania. A jednak. Jak inaczej nazwać dyplomację Trumpa? Stworzony przez niego chaos przebiega zgodnie z planem. Łatwo można mu zarzucić niezrównoważenie psychiczne i martwić się, że ma dostęp do broni jądrowej. Jak każde zmartwienie niczego nie wyjaśnia i nie zmienia.
Planowanie chaosu nie zostało wymyślone przez Donalda Trumpa – on wykorzystuje ten pomysł Deep State dla własnych celów. Jakie są jego cele? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Jednak po kolei jak ja to widzę.
Chaos został zaplanowany i jest wprowadzany w życie przez siły globalistyczne na całym świecie. Także, a nawet głównie w państwach będących mocarstwami światowymi. Celem jest władza nad światem. Jest to utopia, ponieważ współpraca największych potęg na globie jest zapewniona tak długo, jak długo poszczególni władcy – Xi, Putin, Trump – widzą w tym korzyści wzmacniające ich własną władzę. Żaden z nich nie odda zwierzchnictwa szarym eminencjom stojącym za tymi wojnami, sztucznie wywołanymi katastrofami, czy masową migracją.
Dlatego widzimy ciche zrozumienie i pewien poziom współpracy między nimi. Dlaczego niedawną wizytę szefa CIA w Moskwie utrzymywano do końca w tajemnicy i dotychczas nie wyjaśniono powodów tej eskapady? Opinia publiczna była w tej sytuacji najmniejszym zmartwieniem dla Trumpa. Ważniejsze było zaskoczenie globalistów.
Tutaj dotykamy tematu, który jest przedmiotem sporu wielu politycznych analityków. Jedni uważają, że Trump to człowiek całkowicie podporządkowany głębokiemu państwu, inni z kolei, że walczy z nimi na śmierć i życie. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku. Globaliści (inne określenie dla głębokiego państwa) są na tyle silni, że nie można ich zwalczać, stawiając przyłbicę (bo przy łbie) otwarcie przeciwko nim. Tak postąpił 65 lat temu John F. Kennedy i wiemy, czym się to skończyło.
Penetracja sił zbrojnych, przekupione parlamenty i całkowite opanowanie władzy w państwach koalicji chętnych to bez wątpliwości największe sukcesy globalistów. Odwalili kawał dobrej roboty. Niestety nie wystarczy to na przechwycenie władzy nad całym światem.
Dokładnie o północy 31 grudnia 2019 r. zaczęło się od „wymyślonego” Covid-19, plandemii uderzającej w cały świat – 193 członków ONZ – tego samego dnia pod wpływem skrajnego strachu, otulonej głębokim i przytłaczającym stanem terroru. Ten stan terroru umożliwił wprowadzenie zabójczej szczepionki – zabójczej jak w „sekwencjonowaniu populacji”, zgodnie z wytycznymi „Granic Wzrostu”. Podsumowując, fałszywa plandemia, narzucona strachem (najlepszą bronią tyranów), uzasadniała wprowadzenie wielowymiarowej trucizny zwanej „szczepionką” – która miała – i nadal ma – różne skutki dla różnych ludzi, ras, krajów, regionów, różnych poligonów doświadczalnych, aby ukryć niszczycielskie skutki, wszystkie służące głównemu celowi i głównemu celowi – masowym szkodom dla ludzi, chorobom, prowadzącym do przyspieszonej śmierci, tj. redukcji populacji.
Ludzkość jest atakowana ze wszystkich stron i kątów. Większość nawet tego nie zauważa. Przepraszam, to po prostu natura, ale będzie lepiej. Nie, nie będzie. Nie sama z siebie. Wolność, choć jest prawem człowieka, może przetrwać tylko wtedy, gdy my, ludzie, będziemy o nią codziennie pracować i walczyć.
Jak z tym walczyć? Zacząć trzeba przede wszystkim od rozróżnienia prawdy od fałszu. Tego się trzeba nauczyć. Nie jest łatwo poświęcić swój cenny czas na sprawdzanie wiarygodności informacji. Jednak w dobie permanentnej manipulacji jest to jedyna droga, by znaleźć w tym chaosie jakiś porządek.
==========================================
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Jeśli podoba Wam się to, co piszę, bardzo pomogłoby dalszemu rozpowszechnianiu tych artykułów, gdybyście je udostępniali Waszym znajomym na mediach społecznościowych.
Aleksandra Voitolovskaya , doktor nauk politycznych, kierownik amerykańskiej grupy badawczej zajmującej się problematyką społeczno-polityczną w Instytucie Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych im. Primakowa Rosyjskiej Akademii Nauk
W ostatnich latach tempo wzrostu długu publicznego USA znacznie przyspieszyło. Chociaż osiągnięcie biliona dolarów zajęło krajowi ponad dwa stulecia, w styczniu 2022 roku przekroczono granicę 30 bilionów dolarów, a w sierpniu 2026 roku dług federalny osiągnął nowy rekordowy poziom 40 bilionów dolarów.
W tym kontekście media od dziesięcioleci krążą pogłoski, że niewypłacalność amerykańskich obligacji skarbowych może doprowadzić do kryzysu gospodarczego, nie tylko w kraju, ale i na świecie. Każda kolejna runda podwyżek limitu długu federalnego USA wywołuje panikę. A jednak nic się nie dzieje. Dlaczego?
Dlaczego potrzebujemy długu publicznego?
Główną przyczyną tego gwałtownego wzrostu długu publicznego (dług federalny nie obejmuje długu stanowego i lokalnego) jest utrzymujący się deficyt budżetowy, w którym wydatki rządowe przewyższają dochody. W ostatnich latach zjawisko to było napędzane przez duże zastrzyki finansowe dla gospodarki w czasie kryzysu finansowego w latach 2008–2011 i pandemii COVID-19, a także przez obniżki podatków i wzrost wydatków wojskowych.
Prawo Stanów Zjednoczonych zabrania rządowi federalnemu przekraczania pułapu zadłużenia ustanowionego przez Kongres. Pułap ten został ustanowiony specjalną ustawą federalną w 1982 roku, a wszelkie późniejsze zmiany poziomu zadłużenia są formalizowane jako poprawki do tej ustawy. Kongres nie tylko ustala pułap zadłużenia, ale także określa okres jego obowiązywania i może zawiesić go na określony czas.
Dług publiczny sam w sobie nie stanowi zagrożenia. Nie jest oznaką recesji, tak jak kredyt bankowy na zakup domu dla rodziny o średnich dochodach nie jest katastrofą. W każdym kraju jest narzędziem rozwoju gospodarczego. Koncentrując zasoby finansowe na priorytetowych obszarach polityki publicznej, zaciąganie pożyczek pozwala władzom szybko zaspokoić potrzeby produkcyjne w okresach spowolnienia gospodarczego i kryzysu, finansować kluczowe funkcje i programy rządowe oraz realizować ważne inwestycje i projekty społeczne.
Jednak gdy dług publiczny przekracza ustalone lub akceptowalne limity lub rośnie w nadmiernym tempie, staje się on dużym obciążeniem dla budżetu. To tak, jakby hipotetyczna rodzina zaciągnęła nie jedną, a dziesięć pożyczek. W takiej sytuacji obsługa długu (spłata odsetek) pochłania nadmierną część budżetu federalnego. Ogranicza to możliwości finansowania innych wydatków i ostatecznie spowalnia wzrost gospodarczy i społeczny kraju.
Struktura długu publicznego
Dług federalny nie jest jednorodny. Dzieli się na nierówne części – zbywalne i niezbywalne papiery dłużne, od których odsetki muszą być spłacane na różnych warunkach i w różnym czasie. Z 40,05 bln dolarów, około 7,78 bln dolarów to dług na rachunkach rządowych, tzw. dług wewnątrzrządowy, utrzymywany przez różne agencje federalne (ubezpieczenia społeczne, fundusze emerytalne, fundusze powiernicze i inne). Pozostałe 32,27 bln dolarów to dług publiczny wobec wierzycieli zewnętrznych wobec rządu: obywateli i podmiotów amerykańskich, w tym Rezerwy Federalnej, a także rządów zagranicznych i inwestorów prywatnych. W przeliczeniu na mieszkańca, zadłużenie Stanów Zjednoczonych wynosi obecnie około 116 480 dolarów na obywatela.
Ekonomiści szacują, że masa krytyczna zaciągniętego długu, powyżej której ożywienie gospodarcze staje się praktycznie niemożliwe bez poważnego kryzysu, waha się od 180% do 200% produktu krajowego brutto (PKB). Najbardziej uderzającym przykładem są współczesne gospodarki Japonii, Grecji i Włoch. Przy takim poziomie zadłużenia praktycznie wszystkie wpływy podatkowe przeznaczane są na obsługę odsetek, ryzyko niewypłacalności lub hiperinflacji gwałtownie rośnie, a co najważniejsze, traci się zaufanie inwestorów do zdolności rządu do wywiązywania się z zobowiązań pożyczkowych (obsługi długu).
Relacja długu federalnego USA do PKB wynosi obecnie około 123%. Dlatego paniczne scenariusze załamania globalnego systemu finansowego w wyniku możliwej niewypłacalności USA są bezpodstawne. Hipotetycznie, gdyby uczestnicy rynku, inwestorzy instytucjonalni i zagraniczni oraz agencje ratingowe wykryli rzeczywiste oznaki zbliżającego się bankructwa rządu USA, ich naturalną reakcją byłaby masowa i przyspieszona wyprzedaż amerykańskich obligacji skarbowych po obniżonych cenach. Jednak tak się nie dzieje i nie stanie się to w najbliższym czasie.
Co więcej, nawet zakładając, że taka sytuacja wystąpiłaby w dającej się przewidzieć przyszłości, nie doprowadziłaby ona do załamania amerykańskiej gospodarki, ponieważ nie wpłynęłaby bezpośrednio na produkcję dóbr i usług. Dług publiczny jest kategorią czysto finansową, związaną z obiegiem kapitału. Jego niewypłacalność wywołałaby kryzys przede wszystkim w globalnym systemie finansowym, a głównym negatywnym skutkiem byłaby utrata zaufania do wypłacalności rządu amerykańskiego. W takim przypadku jego wizerunek i „słowo honoru” prawdopodobnie przestałyby być wystarczającym niematerialnym zabezpieczeniem papierów wartościowych.
Spekulacje wokół długu rządu USA
Dlaczego więc wciąż czytamy o zbliżającym się upadku amerykańskiej gospodarki? To prawdopodobnie kwestia psychologii. Dług federalny to idealny temat do politycznych narracji, ponieważ po prostu nie ma konsensusu co do jego akceptowalnego poziomu, konsekwencji przekroczenia limitu ani sposobów walki z jego wzrostem.
Ta niepewność sprawia, że dług publiczny stał się wygodną kartą przetargową dla obu wiodących partii w USA.
Demokraci, będący obecnie w opozycji do obecnej administracji, wykorzystują kwestię długu do krytyki Białego Domu. W szczególności domagają się nieprzedłużania obniżek podatków dla bogatych i korporacji z 2017 roku, niewycofywania cięć w programach Medicaid (ubezpieczenia dla ubogich) i Medicare (dla seniorów), ochrony programu Social Security (emerytury), ograniczenia finansowania ICE (egzekwowania przepisów imigracyjnych) oraz wstrzymania wydatków wojskowych. Ich żądania obejmują również przywrócenie federalnego finansowania mieszkalnictwa i Amtrak (przewozy pasażerskie pociągami), ochronę instytucji demokratycznych, przywrócenie USAID (Agencji Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) oraz utrzymanie programów humanitarnych.
Tymczasem Republikanie wykorzystują groźbę zablokowania limitu zadłużenia jako dźwignię do cięcia wydatków rządowych, zwłaszcza programów socjalnych. To znaczy, z wyjątkiem konserwatystów MAGA – radykalnego prawicowego skrzydła Partii Republikańskiej lojalnego wobec Donalda Trumpa. Podnieśli oni tradycyjną zasadę leseferyzmu do rangi absolutnej: dla nich podatki są przymusem. Aby tego uniknąć, starają się zminimalizować rolę rządu, jakby chcieli „zagłodzić Lewiatana”. Ich strategia polega na cięciu podatków i celowym generowaniu znacznych deficytów budżetowych, a następnie wykorzystywaniu rosnącego długu jako pretekstu do cięć w programach socjalnych, pozbawiając rząd kontroli finansowej. W tym rozumieniu wysoki dług publiczny jest ubezpieczeniem przed „demokratycznym socjalizmem”, którego tak obawiają się prawicowi konserwatyści.
Jednocześnie, dla partyjnego establishmentu, odniesienie do „ogromnego długu publicznego” służy jako wygodne wytłumaczenie trudnych lub niepopularnych decyzji. Pozwala to przenieść dyskusję z obszaru obiektywnych wskaźników ekonomicznych na abstrakcyjny poziom hipotetycznej konieczności, która, niczym piękno, wymaga poświęceń. Wykorzystując głęboko zakorzenione lęki wyborców przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi, politycy kształtują opinię publiczną w każdej palącej kwestii – nierówności, demografii, bezrobocia, starzenia się społeczeństw, kosztów i dostępności opieki zdrowotnej, wydatków na obronę i tak dalej.
Co więcej, członkowie obu partii wykorzystują narrację o długu publicznym do krytykowania lub, przeciwnie, wspierania polityki pieniężnej Rezerwy Federalnej, przerzucając odpowiedzialność za niepopularne wśród wyborców realia gospodarcze na regulatora. Kiedy Fed podnosi stopy procentowe, zwiększając koszty obsługi długu, politycy oskarżają go o „duszenie gospodarki”. Kiedy stopy procentowe są obniżane i uruchamiana jest drukarka pieniędzy, regulator jest krytykowany za przyspieszanie inflacji i dewaluację oszczędności obywateli.
W cyklu wyborczym – a wybory do Kongresu w połowie kadencji spodziewane są w USA w listopadzie – temat ten jest również bardzo płodny. Pozwala on zestawiać kandydatów „odpowiedzialnych” z „nieodpowiedzialnymi” i sztucznie kreować poczucie pilności, odwołując się do klasycznego hasła: „Głosuj właściwie, albo nasze dzieci odziedziczą dług”.
Konsekwencje
Choć większość ekspertów rozumie, że mechanizmy długu publicznego USA są bardziej złożone, niż często przedstawiają to media, rzeczywistość gospodarcza cieszy się mniejszym zainteresowaniem niż proste, emocjonalne hasła. Tymczasem to właśnie zaufanie do tych haseł w dużej mierze leży u podstaw zabezpieczenia amerykańskich obligacji skarbowych. W najgorszym przypadku nowoczesny system finansowy, który narodził się w latach 70. XX wieku i opiera się na dominacji USA oraz wyłącznej roli dolara jako globalnej waluty rezerwowej, mógłby przestać istnieć. Jest wysoce nieprawdopodobne, czy oznaczałoby to globalną katastrofę.
Dopóki Stany Zjednoczone utrzymają przewagę gospodarczą i znaczącą globalną obecność militarną, w tym odstraszanie nuklearne i sieć sojuszy, dolar zachowa swoją dominującą pozycję. Jednak wyczerpanie tego hegemonicznego zasobu doprowadzi do transformacji całego systemu stosunków międzynarodowych. Parametry tego nowego porządku wielobiegunowego są tak niepewne, że ich ocena wykracza poza obecny okres prognozowania.
Targowice różnych orientacji i różnych prędkości czyli wyniki sondażu IBRiS.
grafika IBRiS wykorzystana w ikonie wpisu pochodzi z X.
Preferencje samobójcze Polaków zwane wyborczymi nie zaskakują. Jest stabilnie. Na samym czele targowica radykalna, a za nią o 10% mniej znajduje się targowica umiarkowana. Potem jest Konfederacja z konserwatywno-zachowawczym mottem “niepodległości odzyskiwać nie będziemy” oraz Konfederacja Korony Polskiej.
Za nimi horroru ciąg dalszy: targowica tradycyjna zwana lewicą oraz targowica plus. To właśnie targowica plus ma nadzieję zadecydować, którym ośrodkom zagranicznym będzie służyć nowa koalicja.
Mam też niespodziankę – ranking zaufania i nieufności
Na marginesie sondaży i przyszłości. ______________
W Rosji wiosną 1917 roku może rzeczywiście nie wiedzieli, kto i jakie buty im już na jesień szykuje…W Szwajcarii wiosną 1917 roku kończyły się negocjacje pomiędzy W. Leninem a wywiadem wojskowym Prus. Wywiad sztabu generalnego Prus oprócz eksterytorialności pociągu wiozącego rewolucjonistów ze Szwajcarii do Rosji przez terytorium Prus zaoferował W. Leninowi 400 tysięcy marek jako zwrot kosztów za wywołanie rewolucji w Rosji. 400 tysięcy marek za cesarza Wilhelma II wymienialne było na 400 000 x 0,36 grama złota, czyli w sumie jakieś 143 kg złota.
Pociąg ten wyruszył z Zurychu przez Sassnitz i dalej Trelleborg, a potem dookoła zatoki Botnickiej w kwietniu 1917 roku.Przenosząc historię na dzisiejsze realia: z faktu, że w Polsce nikt nie wie, jak będzie Ona wyglądała na wiosnę przyszłego roku nie wynika, że poza Polską też tego nie wiadomo. Nie wiemy (ani my, którzy to czytamy, ani ci, co im tam pies m*rdę lizał) kto z kim co knuje, tym bardziej nie wiemy, który wywiad którego emigranta opłaca.
[Przysłał mi przed chwilą przyjaciel z Kanady. Razem walczyliśmy przeciw agresji Sachsa, globalistów w latach 90-tych. Widać na starość nawet Sachs trzeźwieje?? MD]
Dziesięciu Amerykanów posiada […] majątek netto w wysokości 2,3 biliona* dolarów, a Elon chce dodać jeszcze jeden bilion. Już teraz dziesięciu najbogatszych Amerykanów posiada majątek o wartości 2,3 biliona. To ogromna kwota jak na 10 osób, 10 osób fizycznych – nie chodzi tu o 10 firm ani o 10 klanów, tylko o 10 osób.
Ale tak się składa, że posiadają oni dużo więcej. Należy do nich Biały Dom, to oni mianują wiceprezydenta, to oni wyznaczają kierunek polityki rządu USA, to oni będą właścicielami kryptowalut, które staną się naszymi głównymi walutami.
Należą do nich wszystkie duże platformy, za pośrednictwem których się komunikujemy; należy do nich oczywiście YouTube – kanał, na którym czasami mogę mówić rzeczy, które nie przypadają do gustu rządowi USA – ale nie wiem, jak długo jeszcze.
Sa właścicielami mojego adresu e-mail, mają pełną wiedzę o każdym naciśnięciu klawisza, jakie wykonałem w ciągu ostatnich 10 lat – bez wątpliwości, posiadają moją prywatność.
Są właścicielami gazet, takich jak „Washington Post”, należącej do Jeffreya Bezosa, a wkrótce staną się też właścicielami TikTok – a dokładniej TikTok USA – ponieważ Larry Ellison kupuje tę firmę w imieniu Benjamina Netanjahu, a następnie przekaże ją swojemu synowi jako miły prezent. Już wcześniej podarował mu Paramount Studios, Paramount Media i CBS News. To dopiero świat, a chodzi tu tylko o około dziesięciu Amerykanów.
Znajdujemy się więc w sytuacji niezwykle dziwnej koncentracji władzy, jakiej, jak sadze, jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Demokracja już uległa zniszczeniu – jesteśmy demokratyczni jedynie z nazwy. Nie mamy jednak sensownego systemu niedemokratycznego, mamy natomiast system sprywatyzowany, co jest czymś zupełnie innym.
W Chinach, które nie są demokracją, panuje technokracja, natomiast w Stanach Zjednoczonych sytuacja jest odwrotna – rząd podporządkowany jest obecnie określonej klasie korporacyjnej z sektora Big Tech. Znajdujemy się więc również w trakcie eksperymentu z formą rządów. […] Czy osiągniemy powszechny dobrobyt? To zależy od tego, jak wykorzystamy naszą nadwyżkę. Jeśli cała nadwyżka trafi do najbogatszych, czeka nas masowe zubożenie.
=======================
* Trillion, w Ameryce to milion milionów, 10 do potęgi dwunastej, czyli 1 z dwunastoma zerami! (więcej zer moglibyśmy znaleźć tylko w naszym rządzie, z pomocą AI, oczywiście)
=============================
mail.
Oczywiście Sachs kłamie. Świadomie. NIE MOŻE bowiem nie wiedzieć, że to ZESPÓŁ. Nie dopuścili go?
Zapewne dwunastu zresztą, jak w „Karierze Nikodema Dyzmy”. Podlegają Trzynastemu, czyli Szatanowi
Europa wchodzi w sezon jesienno-zimowy z bagażem obaw dotyczącymi bezpieczeństwa energetycznego. Aktualne dane wskazują, że magazyny gazu w Unii Europejskiej są zapełnione jedynie w około 63%. Jest to wynik najniższy od 13 lat, co budzi uzasadniony niepokój analityków rynku energii oraz decydentów politycznych. Sytuacja wygląda szczególnie słabo w Niemczech, gdzie poziom zapasów wynosi zaledwie 52,5%, co stawia największą gospodarkę kontynentu w trudnym położeniu.
Obecny stan magazynów jest wynikiem splotu kilku niekorzystnych czynników. Po pierwsze, ubiegłoroczna zima okazała się wyjątkowo surowa, co wymusiło większe zużycie zapasów niż zakładano w optymistycznych scenariuszach. Efekt tego był widoczny już na początku wiosny. W kwietniu poziom wypełnienia magazynów w UE wynosił niespełna 29%, podczas gdy w analogicznym okresie poprzedniego roku wskaźnik ten był o 6 punktów procentowych wyższy. Taki start sezonu uzupełniania zapasów sprawił, że Europa musiała gonić normy przez całe lato.
Dla porównania warto spojrzeć na dane z 2023 roku, kiedy to magazyny osiągały poziom 80% już w lipcu, a w sierpniu przekraczały barierę 90%. W 2024 roku próg 90% został osiągnięty w sierpniu, jednak obecna dynamika wskazuje na znacznie większe trudności. Eksperci z EnergyRiskIQ ostrzegają, że tak głęboki deficyt w stosunku do normy, wynoszący ponad 14 punktów procentowych, jest historycznie sygnałem ostrzegawczym. Jeśli w okresie od września do października, kiedy zamyka się okno intensywnego zatłaczania gazu, dojdzie do jakichkolwiek zakłóceń w dostawach, rynek może wejść w fazę silnego stresu.
Na rynku gazu cena kształtuje się obecnie na poziomie 68 euro za MWh. Choć nie są to kwoty z okresu największego kryzysu energetycznego, to w połączeniu z niskimi zapasami tworzą one presję na ceny dla odbiorców końcowych. Każde gwałtowne ochłodzenie w październiku lub listopadzie może spowodować szybki skok cenowy, ponieważ margines bezpieczeństwa jest w tym roku wyjątkowo wąski.
Mimo tych niepokojących danych, niektórzy analitycy próbują tonować nastroje. Zgodnie z aktualnymi projekcjami, przy zachowaniu obecnego tempa zatłaczania gazu, które wynosi około 0,29 punktu procentowego dziennie, magazyny mogą osiągnąć poziom 83% do 1 listopada. Byłoby to zgodne z tzw. zrelaksowanym celem zapełnienia. Inni eksperci, w tym przedstawiciele szwajcarskiej grupy Axpo, szacują, że realny poziom zapasów przed szczytem zimy wyniesie od 70% do 75%. Jest to wartość niska, ale wciąż nie krytyczna, o ile nie wystąpią nagłe awarie rurociągów lub konflikty geopolityczne odcinające kluczowe szlaki dostaw.
Aby sprostać normom wypełnienia przed sezonem 2026-2027, Europa będzie musiała zatłoczyć do magazynów co najmniej 68 mld metrów sześciennych gazu. To ogromne wyzwanie logistyczne i finansowe, szczególnie w obliczu konieczności dywersyfikacji źródeł dostaw i odejścia od surowców z Rosji. Unia Europejska dopuszcza 10% elastyczności w przypadku bardzo trudnych warunków zatłaczania, jednak w obecnej sytuacji każdy procent ma znaczenie.
Kluczowym pytaniem pozostaje to, jak zareagują rynki na ewentualne problemy z dostawami w najbliższych tygodniach. Jesień jest krytycznym momentem, ponieważ to właśnie teraz decyduje się, z jakim zapasem Europa wejdzie w najzimniejsze miesiące roku. Niskie stany magazynowe w Niemczech, które są hubem energetycznym dla wielu krajów regionu, mogą wpłynąć na stabilność dostaw w całej Europie Środkowej.
Podsumowując, Europa znajduje się w sytuacji ryzykownej, choć nie beznadziejnej. Najniższy od 13 lat poziom zapasów gazu w momencie wejścia w jesień pokazuje, jak bardzo kontynent jest wciąż wrażliwy na wstrząsy zewnętrzne. Choć prognozy wskazują na możliwość osiągnięcia poziomu 83% do listopada, margines błędu jest minimalny. Nadchodzące tygodnie pokażą, czy strategia uzupełniania zapasów w trybie przyspieszonym okaże się wystarczająca, by uniknąć kryzysu energetycznego przy pierwszej fali mrozów.
Szacuje się, że w Wiedniu znajduje się łącznie ponad 500 000 kamer monitorujących, z czego większość to urządzenia prywatne i zakładowe. Pomimo że to zdanie wyrzuciła z siebie sztuczna inteligencja, nie traktuję tego jako cytat, ponieważ SI ignoruje prawo cytatu.
Wiedeń, niegdyś najbardziej przyjazne do życia miasto na świecie, przechodzi obecnie przez zdumiewającą transformację pod rządami czerwono-różowego, a wcześniej czerwono-zielonego rządu miejskiego — niestety, nie w kierunku większej wolności i jakości życia, ale w kierunku systemu kontroli opartego na kamerach, który ostatecznie sprawia, że termin „socjaldemokratyczny” staje się farsą.
Siedem lat temu Londyn zajmował 7., Moskwa 19., Berlin 20., Warszawa 24., a Wiedeń 25. miejsce na świecie w rankingu kontroli przy użyciu kamer na tysiąc mieszkańców. Źródło.
Piętnastominutowe miasto nie jest odpowiedzią na problemy komunikacyjne. To zwiastun totalnego systemu inwigilacji, który płynie pod zieloną flagą i jest wdrażany w Wiedniu przez Socjaldemokratyczną Partię (SPÖ), która w swoim programie używa słowa „socjaldemokratyczny” jedynie jako historycznego reliktu. Bruno Kreisky przewracałby się w grobie.
Kiedy w latach 80. wybrałem się na nocny pieszy spacer po Wiedniu, przez kilka godzin napotkałem zaledwie parę osób na ulicy. Dotarłem także do Favoriten, uznanej dzisiaj za najbardziej niebezpieczną dzielnicę. Wiedeń był wtedy naprawdę bardzo spokojnym i bezpiecznym miastem.
Zainstalowanie miejskiego monitoringu wcale nie wpływa na wzrost bezpieczeństwa, ponieważ nie usuwa przyczyn wzrostu działalności kryminalnej. Jest to typowe działanie polityki tworzącej złudne wrażenie pełnej kontroli nad problemami, które sama tworzy.
Funkcja ta nosi nazwę „WiFi Motion” i jest częścią pakietu „Xfinity Shield” firmy Comcast. Wykrywa ona ruch w domu bez użycia kamery. Comcast drobnym drukiem zezwala na przekazywanie zebranych danych stronom trzecim pod pewnymi warunkami. Źródło.
Kontrola to nie tylko kamery śledzące. Twoja komórka to doskonała baza danych o tobie.
SI – początek:
Smartfon zbiera ogromną ilość danych o swoim właścicielu. Informacje te są gromadzone przez system operacyjny (Android/iOS), zainstalowane aplikacje, operatora sieci oraz wbudowane czujniki.
Oto szczegółowa lista informacji, jakie zbiera telefon:
📍 Lokalizacja i przemieszczanie się
Historia miejsc: Gdzie mieszkasz, pracujesz i bywasz.
Trasy podróży: Jakim środkiem transportu się przemieszczasz.
Dokładny punkt: Szerokość i długość geograficzna z GPS.
Otoczenie: Sieci Wi-Fi i urządzenia Bluetooth w pobliżu.
👤 Tożsamość i dane osobowe
Dane biometryczne: Odciski palców oraz skan twarzy (FaceID).
Dane konta: Imię, nazwisko, adres e-mail, wiek i płeć.
Kontakty: Numery telefonów, maile i zdjęcia znajomych.
Hasła: Dane logowania zapisane w przeglądarce i aplikacjach.
📱 Aktywność cyfrowa i nawyki
Historia przeglądania: Wyszukiwane hasła i odwiedzane strony WWW.
Użycie aplikacji: Jakich aplikacji używasz i jak długo.
Pomiary pisania: Twój styl pisania i najczęściej używane słowa.
Zakupy: Dane kart płatniczych i historia transakcji.
💬 Komunikacja i multimedia
Połączenia: Historia rozmów, numery, czas i długość trwających połączeń.
Wiadomości: Treści SMS-ów oraz powiadomienia z komunikatorów.
Pliki: Twoje prywatne zdjęcia, filmy i dokumenty.
Głos: Nagrania audio i komendy wydawane asystentom głosowym.
🔋 Stan fizyczny i techniczny
Zdrowie: Liczba kroków, puls, sen i spalone kalorie.
Dane urządzenia: Model telefonu, poziom baterii i wersja systemu.
SI – koniec.
To nie ja zgromadziłem powyższe zestawienie. Tak odpowiedziała mi sztuczna inteligencja – SI, na pytanie: Jakie informacje o właścicielu zbiera komórka?
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
O złej kondycji nauki polskiej i równie złej kondycji – głównie materialnej i społecznej – środowiska akademickiego napisano wiele tomów. Dominuje w nich uzasadniony ton krytyki wyjątkowo niskiego finansowania badań i fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje.
Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze – nade wszystko z systemu grantowego, zawłaszczonego przez oligarchiczne, niezatapialne lobby, które żeruje poprzez system utajnionych recenzji na miliardach złotych zawłaszczanych z naszych podatków.
Gdy do tego dołączymy jednoczesne zatrudnienie wielu – nade wszystko samodzielnych – pracowników naukowych w kilku uczelniach publicznych i niepublicznych oraz PAN czy IPN – otrzymamy obraz niewiele odbiegający od tego z jakim mamy do czynienia w służbie zdrowia, gdzie łączenie praktyki prywatnej lekarzy z jednoczesnym zatrudnieniem w wielu jednostkach podlegających NFZ jest procesem nagminnym. Jeśli w nauce pogoń za zyskiem – osiąganym w każdy możliwy sposób – stała się dewizą funkcjonowania jednostek naukowych oraz celów życiowych wielu ich pracowników, trudno mówić o jakimś ich etosie.
Nauka i nauczanie bez etosu
Obecnie w nauce polskiej nie funkcjonuje żaden etos – ani zawodowy, ani moralny, ani patriotyczny – przypisywany niegdyś humanistyce. Dlatego trudno mówić o takim kształceniu młodzieży w polskich uczelniach, które zapewniałoby jej nie tylko zdobycie wybranego zawodu, ale również mądrości jako podstawy osiągania szlachetnych celów w życiu. Ten drugi nurt kształcenia, wywodzący się z greckiej tradycji eudajmonii – poszukiwania mądrości jako najlepszego sposobu życia – został całkowicie wyparty z naszych szkół wyższych.
Została z nich również wyparta – niestety, skutecznie – tradycja średniowiecznych uniwersytetów chrześcijańskiej Europy, które wypracowały koncepcję akademii jako miejsca nie tylko rozwoju nauki, ale również budowania wspólnoty uczonych i studentów, opartej na modelu mistrz i uczeń.
Ukształtowany w ramach wolnego rynku i funkcjonujący na zasadach liberalizmu filozoficzno-ekonomicznego obecny typ polskiej uczelni zrywa nie tylko z antyczną i średniowieczną tradycją uniwersytetu, ale narzuca obce jej uzależnienie od jakichkolwiek ideologii. One bowiem dewastują cel badań naukowych i jednocześnie cel kształcenia młodzieży, co jest widoczne nade wszystko w naukach humanistycznych i społecznych. O tym, jakie są skutki ich ideologizacji, świadczy historia nauki i szkolnictwa wyższego PRL. Wymienić można w tym miejscu tysiące pozycji, odwołujących się do marksizmu-leninizmu. Czy po totalnej dyskredytacji tej ideologii ktoś z poważnych uczonych – wyłączywszy lewacką aberrację – powołuje się na zawarte w nich „odkrycia”?
Upolitycznienie jeźdźcem Apokalipsy
Temu retorycznemu pytaniu towarzyszy drugie: jaką wartość obiektywną mają już teraz prace zdeterminowane ideologią politycznej poprawności – wymuszającej podporządkowanie nie tylko anty-aksjologicznemu postmodernizmowi, ale również dehumanizującemu genderyzmowi? Dodatkowym, najnowszym elementem ideologizacji nauki jest jej upolitycznienie, przynoszące ogromne szkody głównie w humanistyce – która obecnie jest już tylko post-humanistyką – oraz w naukach społecznych. Jak pokazuje uzależnienie nauki w epoce totalitaryzmu komunistycznego od „materializmu dialektycznego” – znanego pod uproszczonym skrótem diamat – oznaczało skazanie jej na upadek, którego skutki odczuwają do dnia dzisiejszego społeczeństwa dawnego bloku socjalistycznego.
Bez przywołania antycznej Kasandry, która wieszczyłaby podobny los tych nauk, już teraz możemy głosić ich upadek. Zapowiadało go – niczym jeździec Apokalipsy – w drugim dziesięcioleciu obecnego wieku stopniowe uzależnianie prac naukowych i procesu dydaktycznego od rosnącej w przestrzeni politycznej rusofobii. Powiązanie rusofobii ze sztuczną ukrainofilią i występującą z nią nieodłącznie banderyzacją polskiej nauki przyspieszyło proces jej upadku.
Można w tym miejscu wymienić dziesiątki rusofobicznych prac o „Putinowskiej Rosji”, zakłamujących do cna jej autentyczny obraz. I paralelnie – można zacytować długą listę publikacji prezentujących „poświęcającą się dla ludzkości” Ukrainę w jej walce z „Kremlowskim reżimem” i „ruskim mirem” – w których nie znajdziemy żadnej wzmianki o tym, że oficjalną ideologią w tym „poświęceniu” jest odrodzony banderyzm. Ukrywanie w pracach naukowych faktu, iż ludobójcza ideologia jest od rozpadu ZSRR dźwignią ukraińskiej polityki jest najbardziej szkodliwą formą banderyzacji polskiej nauki. Rusofobia i banderyzacja to jedno wielkie piętno, które – podobnie jak niegdyś diamat – skazuje ją na upadek.
Upolitycznienie nauki jest dodatkowym, wyjątkowo silnym umocnieniem jej odwrotu od prawdy, realizowanego jednocześnie na gruncie postmodernizmu, politycznej poprawności i genderyzmu. Negacja prawdy w ramach upolitycznienia jest wyjątkowo skuteczna, gdyż panujący w Polsce system społeczno-polityczny przewiduje dla jej obrońców szereg restrykcji – od wykluczenia ze środowiska uniwersyteckiego i pozbawienia możliwości publikacji prac niezależnych od rusofobii i banderyzacji po odpowiedzialność sądową z różnych paragrafów kodeksu karnego. W programie unowocześniania polskich uczelni upolitycznienie nauki i nauczania stanowi również wyjątkowo skuteczną formę zrywania z tradycją uniwersytecką i destrukcji wspólnoty universitas.
Problematyka rosyjska jako obiektywny cel nauki polskiej obecnie nie istnieje. Nie istnieje w niej również obiektywne ujęcie wszelkiej problematyki ukraińskiej. Różnica w tym niezaistnieniu obiektywizmu jest jednak ogromna. W przypadku Rosji celem jest jej unicestwianie polityczne, militarne i cywilizacyjno-kulturowe. W przypadku Ukrainy – wszelkie formy jej poparcia w takim kształcie, jaki uzyskała po rozpadzie ZSRR – czyli neobanderowskim. Zgodnie z tymi dwoma przeciwstawnymi kierunkami upolitycznienia nauki dokonana została pacyfikacja rusycystyki i rosjoznawstwa na polskich uczelniach. Rozwijane na nich badania i kierunki studiów zostały podporządkowane rusofobicznej polityce polskich władz, narzuconej nam w ramach sojuszu z USA oraz członkostwa w NATO i UE. Nikt – oprócz działających poza uczelniami kilku emerytowanych profesorów nie protestował, nie przestrzegał przed przekształceniem idei wykluczania Rosji i Rosjan ze światowej rodziny narodów i odmawiania im prawa do istnienia – w nową formę nazizmu bądź rasizmu.
Zgaszony blask chwały
Rusofobia czyni spektakularne spustoszenie na gruncie nauk o Rosji – nade wszystko dlatego, że w samym swym założeniu degraduje cel ich badań i nauczania. Milczenie wobec odrzucenia prawdy o jej współczesnym obliczu, zgoda na demonizację nie tylko jej władz, ale również historii i kultury z „ruskim mirem” na czele, na – graniczące z rasizmem i agresywnym nacjonalizmem – odmawianie Rosji i Rosjanom prawa przynależności do wspólnoty międzynarodowej dyskwalifikuje na wielu poziomach przedstawicieli tych nauk jako kompetentnych badaczy. Świadczy o tym, że nie są w stanie dorównać swym poprzednikom – rusycystom i rosjoznawcom, którzy w warunkach zaborów, politycznego i ideowego skonfliktowania z Rosją radziecką w dwudziestoleciu międzywojenny, a następnie zniewolenia komunistycznego w ramach pojałtańskiego porządku światowego, pozostali wierni etosowi uczonego, służącego prawdzie i w jej imię odrzucającego uzależnienie od wszelkich ideologii.
To oni, mniej lub bardziej znani, przynieśli chwałę obiektywizmu i wolności polskiej nauce; wolności nie tylko od kłamstwa, ale także różnych subiektywizmów i partykularyzmów. Wyróżnia się pośród nich Marian Zdziechowski – wielki uczony końca XIX i pierwszego trzydziestolecia XX wieku, filozof, slawista, nade wszystko badacz kultury rosyjskiej XIX i XX wieku oraz stosunków polsko-rosyjskich, polski patriota zaangażowany w życie polityczne swej epoki. Zdziechowski stał się wzorem dla wielu pokoleń rusycystów – prezentujących opcję filologiczną – oraz rosjoznawców – ukierunkowanych na badania historyczno-kulturowe. Wzorem uczonego Polaka, który jako profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego – w latach 1899-1919 – w okresie rozbiorowym Polski stworzył podwaliny dla wolnej od zakłamania nauki o Rosji. W tym okresie powstała fundamentalna dla późniejszych polskich badaczy jego praca porównująca polski mesjanizm z konserwatyzmem rosyjskiego słowianofilstwa Mesjaniści i słowianofile. Szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Próżno szukać w nich jakiejkolwiek zapowiedzi współczesnej rusofobii, która pogrąża polską naukę.
Jeszcze większe znaczenie pod tym względem posiada do dziś druga jego fundamentalna praca z tego zakresu Mesjaniści i słowianofile. Nowe szkice z psychologii narodów słowiańskich (1888). Z tego tomu pochodzi określenie, jakim Zdziechowski podsumował Lwa Tołstoja jako anarchistę chrześcijańskiego, sprowadzającego wielkość chrześcijaństwa do samej tylko etyki, a ściślej do Kazania na Górze według św. Mateusza i uznania za jej istotę ideę niesprzeciwianie się złu siłą. Zdziechowski podjął polemikę z drugim najwybitniejszym obok Fiodora Dostojewskiego rosyjskim pisarzem jako równy mu polski uczony, który prezentuje swoje zdanie w poruszanych przez niego uniwersalnych kwestiach dobra i zła, życia i śmierci, ateizmu i wiary.
Do historii kultury – polskiej i rosyjskiej – weszła zarówno ta korespondencja, jak i ta, którą Zdziechowski podjął także z filozofami rosyjskiego renesansu religijnego: Nikołajem Bierdiajewem, Sergiejem Bułgakowem, Piotrem Struwe, Dmitrijem Mereżkowskim, Nikołajem Trubieckim. Kontakty z tymi wybitnymi myślicielami rosyjskimi utrzymywał także w czasie ich pobytu na Zachodzie – głównie we Francji – dokąd wyemigrowali po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej.
Również w dwudziestoleciu międzywojennym – już jako rektor Uniwersytetu Wileńskiego Zdziechowski był nie tylko natchnieniem, ale także sumieniem polskich badaczy zajmujących się Rosją – wówczas radziecką, zniewoloną przez utopię komunizmu i przez realizującą jej cele totalitarną władzę. Pisząc o radzieckiej Rosji polscy rusycyści i rosjoznawcy II Rzeczypospolitej – będącej na ideowych antypodach Związku Radzieckiego – nigdy nie posunęli się do utożsamienia z jego dehumanizacyjną machiną narodu rosyjskiego, nigdy nie odmówili mu prawa do istnienia w suwerenności i wolności. Nigdy nie przestrzegali Polski i świata przed Rosją i Rosjanami. Przestrzegali przed komunizmem w totalitarnej postaci bolszewizmu – jak to uczynił Zdziechowski w pracach z lat 30. ubiegłego wieku: Terror intelektualny w Rosji, W obliczu końca, Widmo przyszłości.
Przedwojennych, rzetelnych i obiektywnych badaczy Rosji było wielu. Wymienić należy w tym miejscu nade wszystko Wacława Lednickiego – syna Aleksandra Lednickiego – który kontynuował na Uniwersytecie Jagiellońskim dzieło Zdziechowskiego, kierując Katedrą Literatury Rosyjskiej. Inny typ tematyki rosyjskiej na gruncie polskim tego okresu –wolną od politycznej presji publicystykę i krytykę literacką – reprezentował Rafał Blüth, związany z katolickim nurtem wydawniczym, zaś w latach 30. z działalnością emigracyjną rosyjskiej grupy literackiej Domek w Kołomnie, skupionej wokół Dmitrija Fiłosofowa. Na uwagę zasługuje ponadto zainteresowanie twórców polskich literaturą rosyjską. Należał do nich Teodor Parnicki, który podjął się jej popularyzacji w ramach wykładów, jakie wygłaszał na Uniwersytecie Lwowskim, oraz w uprawianej na łamach lwowskich czasopism krytyce literackiej.
Gdy poznajemy bliżej ich dokonania, wnioskujemy jedno: nie mają dominującego obecnie tendencyjnego charakteru; są zbudowane na prawdzie i wierności faktom historycznym, co wyklucza zaistnienie w nich rusofobii. Jest ona dziełem zdehumanizowanej współczesności.
W niedzielę, 30 sierpnia 2026 roku, siły amerykańskie zaatakowały dwie irańskie pozycje na wyspie Larak w strategicznie ważnej Zatoce Omańskiej, bezpośrednio przylegającej do Cieśniny Ormuz.
Atak, pierwszy publicznie potwierdzony atak USA na cele irańskie od końca lipca, przerwał kruchy okres względnej powściągliwości i w ciągu kilku godzin wywołał irański atak rakietowy na bazy amerykańskie w Jordanii. W wywiadzie na żywo dla kanału Dialogue Works, były analityk CIA Larry Johnson określił te wydarzenia jako symptom braku amerykańskiej strategii i początek nowej rundy eskalacji.
Wyspa Larak leży zaledwie kilka kilometrów od irańskiego wybrzeża, w pobliżu Bandar-Abbas, bezpośrednio na jednym z najwęższych i najważniejszych szlaków żeglugowych świata. Znaczna część światowej ropy naftowej przepływa przez Cieśninę Ormuz. Stany Zjednoczone oświadczyły, że Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) przygotował tam wyrzutnie rakiet do wystrzeliwania min morskich w kierunku cieśniny. Oficer amerykański potwierdził użycie dronów. Irańskie źródła poinformowały o ofiarach śmiertelnych i rannych wśród żołnierzy i cywilów oraz zapowiedziały „odpowiedź i karę”.
Johnson wierzy w irańskie zapowiedzi. Teheran nie rzuca pustych gróźb. Drony podobno pochodziły z Jordanii; w związku z tym Iran zaatakuje właśnie tam. Jordania ma dwie istotne bazy: Muwaffaq Salti (znaną również jako Al-Azraq) i King Hussein. Te same cele zostały zaatakowane w godzinach po ataku USA kilkoma falami pocisków balistycznych z zachodnich prowincji Iranu, takich jak Teheran, Fars, Tebriz, Kermanszah, Lorestan i Chorramabad. Zgłoszono co najmniej jedno trafienie w Muwaffaq Salti. Systemy obrony powietrznej – najwyraźniej Patriot PAC-3 – wystrzeliły pociski przechwytujące. Niektóre pociski zostały przechwycone, inne nie.
Johnson uważa, że zapasy [USA] są w dużej mierze wyczerpane: „To butelka szampana, która została opróżniona”. Przeciwko systemom manewrującym lub hipersonicznym, takim jak pocisk Fatah, Patriot, THAAD i Żelazna Kopuła mają w każdym razie niewielką skuteczność. Iran często najpierw wykorzystuje starsze rakiety do wyczerpania obrony przeciwnika, a następnie wysyła nowocześniejszą broń.
Moment ten jest politycznie i gospodarczo napięta. Obie strony od tygodni mówiły o deeskalacji. Amerykańscy dyplomaci mieli wrócić. W tym samym czasie Amerykanie najwyraźniej wycofywali tankowce z Kataru – co wskazywało na spodziewane ataki na państwa Zatoki Perskiej. Johnson postrzega to nie jako przemyślany plan, ale jako zwykłą praktykę: „Co zrobimy dzisiaj? Zbombardujmy wyspę”. Waszyngton nadal nie docenia gotowości i zdolności Iranu do odwetu.
Jednocześnie prezydent Trump próbuje obniżyć ceny ropy naftowej, zawierając rzekomo historyczne porozumienie w sprawie wenezuelskich rezerw. Johnson nazwał to iluzją na stronie sonar21.com. Rezerwy znajdują się pod ziemią, ropa jest ciężka i lepka, a niezbędna infrastruktura jest niewystarczająca. ExxonMobil wcześniej podawał koszty rzędu 100 miliardów dolarów i odrzucił ten pomysł. Co więcej, wenezuelska ciężka ropa nie rozwiąże problemu dotkliwego niedoboru oleju napędowego i paliwa lotniczego spowodowanego zakłóceniami na trasie Ormuz. Atak w niedzielę jeszcze bardziej podniesie ceny na rynkach w poniedziałek.
Straty gospodarcze w regionie są już ogromne. Od początku wojny w lutym 2026 roku Katar odnotował spadek PKB o 8% do ponad 17% oraz ogromne straty w produkcji LNG; Kuwejt odnotował spadek wydobycia ropy o około 53%, Irak o 63%, Arabia Saudyjska o 29%, a Zjednoczone Emiraty Arabskie o 40%. Państwa Zatoki Perskiej chcą ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz; Iran w zamian domaga się zniesienia blokady nałożonej przez USA. W Stambule niebawem odbędzie się spotkanie w sprawie tzw. Paktu Mekkańskiego.
Jednocześnie Rosja zaostrza sytuację na Ukrainie: Trwające prawie 80 godzin nieprzerwane ataki dronów i rakiet na magazyny, sieci energetyczne i infrastrukturę cywilną. Supermarkety stoją puste. Johnson postrzega to jako przejaw determinacji Putina i braku woli zawarcia zawieszenia broni. Według niego Stany Zjednoczone nie mają jasnej strategii ani wobec Ukrainy, ani wobec Iranu. Trump podwaja skalę operacji wojskowych, a wstrząsy gospodarcze – związane z ropą, pszenicą i olejem napędowym – uderzają w rynki.
Johnson spodziewa się kolejnych dni lub tygodnia wzajemnych ataków, zanim w końcu nastąpi przerwa lub negocjacje. Iran będzie ostro reagował na każdy atak USA. W momencie rozmowy nie było jeszcze jasne, czy rakiety uderzą również w Izrael lub amerykańskie okręty w Zatoce Omańskiej i na Morzu Arabskim. Noc była jeszcze młoda. Cieśnina Ormuz pozostaje punktem krytycznym.
Odpowiedź Johnsona na pytanie, czy Waszyngton wyciągnął jakiekolwiek wnioski z sześciu miesięcy wojny, jest jednoznaczna: nie.
______________