Polityczne zwroty w Europie

Polityczne zwroty w Europie

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  22 września 2026 michalkiewicz

Co prawda jeszcze nie wiadomo, czy Alternatywa dla Niemiec, po swoim wyborczym sukcesie, jaki odniosła 6 września br w wyborach do landtagu w Saksonii-Anhalt przejmie rządy w tym landzie, bo do większości rządowej brakuje jej jeszcze 3 mandatów – ale widać wyraźnie, że jest na fali wznoszącej, czemu wyraz dała jej przewodnicząca, pani Alicja Weigel. Po wyborach w Saksonii-Anhalt oświadczyła bowiem, iż ma nadzieję, że w najbliższych wyborach federalnych Jej partia też powinna uzyskać co najmniej 40 procent głosów – a to by oznaczało, że może objąć władzę nie tylko w kilku poszczególnych landach, ale w całej Republice Federalnej Niemiec.

Jak donoszą stamtąd niezależne media głównego nurtu, swoje zaniepokojenie tym sukcesem wyrazili już niemieccy Żydowie, którzy krzyknęli „gewałt” – no a skoro Żydowie, to zaniepokojenie wyrazili też niemieccy biskupowie. Wprawdzie w specjalnym oświadczeniu melancholijnie stwierdzili, że „muszą uznać” te wyniki, ale widać wyraźnie, iż targa nimi jaskółczy niepokój, czy przypadkiem AfD nie powstrzyma ich w marszu na drodze dostosowania religii katolickiej do wymagań nieubłaganego postępu. Co prawda jest światełko w tunelu, bo pani Alicja, chociaż ogólnie stoi na nieubłaganym gruncie tradycyjnego porządku, to w sprawach osobistych też idzie z postępem, prowadząc udane współżycie ze swoją partnerką w ramach związku gomoryckiego.

Nieubłaganym palcem wytknęła jej to na antenie „Polsatu” pani red. Gozdyra Agnieszka, oskarżając ją o „hipokryzję”, ale już w XVII wieku Franciszek ks. de La Rochefoucauld zauważył, że „hipokryzja jest hołdem, jaki występek składa cnocie” – więc w tym kontekście wydaje się, że wszystko może być w jak najlepszym porządku. Pani Alicja sama hołduje nieubłaganemu postępowi, przynajmniej na tym odcinku, ale nie słychać, żeby zalecała to innym, jak to w naszym nieszczęśliwym kraju czyni Wielce Czcigodna Kotula Katarzyna, której udało się omotać nawet obywatela Tuska Donalda.

Ten cały obywatel Tusk Donald powiedział nawet, że z sukcesu AfD mogą się cieszyć „zdrajcy, albo idioci”. Nie bardzo wiadomo, kogo właściwie miał na myśli, bo u nas wszyscy akomodują się do „stołecznych życzeń od iks lat” – jak zalecał poeta w niezapomnianych „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa” – ale zabrzmiało to jak ostrzeżenie, zwłaszcza, że obywatel Żurek Waldemar z wielkim przytupem rozpoczął właśnie przedwyborczy sezon łowiecki, pracowicie wypychając na linię strzału samego pana prezydenta Karola Nawrockiego.

Czy uda mu się przed przyszłorocznymi wyborami wpakować do aresztu wydobywczego, a może nawet do turmy całą polityczną konkurencję – tego jeszcze nie wiemy, chociaż Wielce Czcigodny Giertych Roman uwija się wokół pana Przemysława Krala, jak w ukropie – no a ten, wabiony przez swego obrońcę, perspektywą uzyskania statusu świadka koronnego, co i rusz przypomina sobie, a to to, a to tamto, a to owamto – zaś obywatel Żurek Waldemar na tej podstawie „zatrzymuje”, „stawia zarzuty”, za pośrednictwem „naszych” sędziów umieszcza wybranych delikwentów w areszcie wydobywczym, porządkując w ten sposób polityczną scenę naszego bantustanu tak, aby przyszłoroczne wybory przyniosły wynik pożądany nie tylko przez stare kiejkuty, ale przede wszystkim – przez niemiecką BND, która wobec naszego bantustanu ma przecież swoje widoki.

Na wznoszącą falę AfD może mieć wpływ nie tylko – jak mawiano za pierwszej komuny – „utrata więzi z masami” przez zmurszałe partie niemieckiego establishmentu, które nie bardzo wiedzą, co przystoi im w tej sytuacji czynić – ale również wybory prezydenckie we Francji, które mają odbyć się w kwietniu przyszłego roku. Faworytą tych wyborów wydaje się pani Maryna Le Pen, która w dzisiejszych sondażach otrzymuje ponad 60 procent głosów w drugiej turze. Maryna Le Pen na stanowisku prezydenta Republiki francuskiej niewątpliwie zapoczątkowałaby erozję dotychczasowej francuskiej, a tym samym – i europejskiej polityki – na czym AfD mogłaby tylko skorzystać i w ten sposób w roku 2029 spełnić oczekiwania pani Alicji, która liczy na co najmniej 40 procent.

Gdyby tak się stało, to ta erozja dotychczasowej polityki jeszcze bardziej by przyspieszyła – a jak reagowaliby na nią Nasi Umiłowani Przywódcy, którzy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane? Tego jeszcze nie wiemy, bo obywatel Tusk, podobnie jak zadowolony ze swego rozumu Książę-Małżonek, na razie tylko, na wszelki wypadek, wymyśla nie wiedzieć komu od „zdrajców” oraz „idiotów”. Odpowiedzi nie będzie łatwo uzyskać, więc w takim razie spróbujmy przypomnieć dotychczasowe zwroty w europejskiej polityce, bo może to dostarczy nam jakichś wskazówek, co do naszego przeznaczenia.

Jak pamiętamy, po proklamowaniu w roku 1871 przez kanclerza Bismarcka Cesarstwa Niemieckiego nakreślona została przezeń linia polityczna, według której Niemcy, które natychmiast objawiły ambicję kierowania Europą, kierują nią w porozumieniu z Rosją. Od tej linii kanclerza Bismarcka odstąpił narwany cesarz Wilhelm II, wdając się w wojnę z Rosją, chociaż wcześniej, to znaczy – w 1905 roku – co wypada przypomnieć – podpisał z nią porozumienie w Bjorko, o ostrzu antybrytyjskim. Car Mikołaj II, nie radząc się nikogo, ten układ podpisał, ale że wymagał on kontrasygnaty, zwrócił się do obecnego na jachcie „Hohenzollern” – bo rozmowy tam właśnie się odbywały – poczciwego ministra marynarki admirała Biriliewa: „Aleksy Aleksiejewiczu, czy pan mi ufa?” – Oczywiście, Wasza Cesarska Mość! – odparł służbiście admirał. – To niech pan kontrasygnuje ten układ bez czytania. I tak się stało, podobnie, jak w 2007 roku, kiedy to 13 grudnia obywatel Tusk wraz z Księciem-Małżonkiem podpisali bez czytania traktat lizboński. Ale na skutek stanowczego żądania innych ministrów rosyjskich, układ z Bjorko został anulowany.

Jak wiadomo, na skutek Wielkiej Wojny, która potem wybuchła Niemcy poniosły klęskę – ale – w odróżnieniu od Austro-Węgier, które już tego eksperymentu nie wytrzymały i przestały istnieć – Niemcy utrzymały się, jako jednolite państwo, chociaż Cesarstwo upadło. Toteż 20 lat później wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler podjął ponowną próbę opanowania Europy wbrew nie tylko Wielkiej Brytanii, ale i Rosji. Tym razem państwo niemieckie zostało zlikwidowane i podzielone na strefy okupacyjne i chociaż w roku 1949 zostało odtworzone z trzech okupacyjnych stref, to formalnie okupacja trwała aż do 12 września 1990 roku, kiedy to w Moskwie podpisany został traktat „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem dwa plus cztery”. Okupacja Niemiec została zniesiona, a same Niemcy nawróciły się na linię polityczną kanclerza Bismarcka, czyli – kierowania Europą w porozumieniu z Rosją.

Zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było proklamowanie strategicznego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego, które przetrwało aż do 2022 roku, kiedy to Rosja rozpoczęła wojnę z Ukrainą, wspartą nie tylko przez Stany Zjednoczone, ale i całe NATO, którego Niemcy są członkiem. Zerwaniu strategicznego partnerstwa z Rosją sprzyjało wysadzenie w powietrze bałtyckich gazociągów Nord Stream, o które podejrzani są Ukraińcy, Amerykanie i … Polska. Zanim jeszcze to nastąpiło, wydawało się, że sytuacja w Europie ustabilizowała się na dobre. 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie, proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, którego najtwardszym jądrem było oczywiście strategiczne partnerstwo niemiecko- rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym – podział Europy na strefę niemiecką i rosyjską. Jak pamiętamy, Polska też musiała się odnaleźć w tym strategicznym partnerstwie z Rosją, no i pod rządami obywatela Tuska Donalda się odnajdywała.

W sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie Patriarcha Moskwy i Wszechrusi Cyryl, wraz z ówczesnym przewodniczącym Konferencji Episkopatu Polski, abp Józefem Michalikiem, podpisał deklarację o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. I nie wiadomo, jak daleko zaszlibyśmy na tej drodze, gdyby nie to, że w roku 2014 amerykański prezydent Obama zresetował swój poprzedni „reset” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich z 17 września 2009 roku, wykładając 5 mld dolarów na urządzenie na Ukrainie „majdanu”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy. W ten sposób prezydent O bama wysadził strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, a wraz z nim – cały „porządek lizboński”. Wspominam o tym m.in. żeby pokazać, iż ówcześni Nasi Umiłowani Przywódcy nie mieli najmniejszego wpływu na rozwój tych wypadków, a tylko się do nich akomodowali twierdząc, że i jedno postępowanie i drugie jest realizowaniem polskiej racji stanu.

Pod wpływem wojny na Ukrainie, Niemcy, poddani zresztą amerykańskiemu naciskowi, odstąpili od strategicznego partnerstwa z Rosją, za co w marcu 2023 roku zostali wynagrodzeni przez amerykańskiego prezydenta Józia Bidena przyzwoleniem, by urządzały sobie Europę po swojemu. Zaraz tedy Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje wystąpiła z inicjatywą nowelizacji traktatu lizbońskiego w myśl wskazówek sformułowanych jeszcze w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami zauważył, że „małe państwa” nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. Ta nowelizacji jest już rekomendowana przez Parlament Europejski, więc jak tylko nadejdzie odpowiedni moment, to zostanie przeforsowana.

Czy jednak odpowiedni moment nadejdzie? To zależy, w jakim kierunku pójdzie erozja dotychczasowej polityki europejskiej. W kwietniu br. Niemcy proklamowały strategiczne partnerstwo z Ukrainą, co oznacza w polityce niemieckiej kolejny zwrot – ku linii prezentowanej w polityce wschodniej w Europie przez Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, Niemcy pozwoliły na powstanie Ukraińskiej Republiki Ludowej, by przy jej pomocy szachować Rosję i trzymać w ryzach Polaków. Obydwa te cele okazały się aktualne również i teraz, ale…

Ale AfD, której nazwa – o czym Polacy powinni pamiętać – brzmi „Alternatywa DLA NIEMIEC” – a nie dla Polski. Zresztą pani Alicja Weigel nigdy nam nie obiecywała, że jej partia będzie się troszczyć o polskie interesy państwowe. Na czym zatem polega alternatywa dla Niemiec według AfD? W kwestii nas interesującej – na normalizacji stosunków niemiecko-rosyjskich, co może – chociaż oczywiście nie musi, przynajmniej w najbliższym czasie – doprowadzić do reaktywowania strategicznego partnerstwa z Rosją.

W podobnym kierunku, to znaczy – w kierunku normalizacji stosunków z Rosją, zamierza prowadzić Francję pani Maryna Le Pen, która – podobnie jak AfD w Niemczech, zamierza przywrócić realistyczne spojrzenie na Ukrainę. Jeśli dodać do tego pragnienie prezydenta Trumpa, by zakończyć jakoś ukraińską awanturę, rozpoczętą przez prezydenta Obamę i unormować stosunki z Rosją, to zapowiada to kolejny zwrot w polityce międzynarodowej. Tymczasem Nasi Umiłowani Przywódcy najwyraźniej przyzwyczaili się już do mechanicznego wymyślania Putinowi i wysługiwania się Ukrainie, możliwe nawet w przekonaniu – bo w rządzie obywatela Tuska idiotów przecież, podobnie jak „zdrajców” nie brakuje – że w ten sposób uczestniczą w wielkiej polityce. Tymczasem nie jest to nawet statystowanie w tym widowisku, a jeśli nawet – to jako szczyt naszych możliwości. I co z tym fantem zrobić?

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Mozaiki byłego jezuity Rupnika pozostaną widoczne w sanktuarium w Fatimie

Mozaiki byłego jezuity Rupnika pozostaną widoczne w sanktuarium w Fatimie

23 września 2026 pch24/mozaiki-bylego-jezuity-rupnika-pozostana-widoczne-w-sanktuarium-w-fatimie

obraz_2023-10-10_184643988.png
Mozaika Rupnika, fot. Flickr/renagrisa

Przewodniczący episkopatu Portugalii bp Virgílio Antunes potwierdził, że 500 metrów kwadratowych mozaik autorstwa ks. Marko Rupnika pozostanie widocznych w sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Fatimie.

Wcześniej ogłoszono, że mozaiki byłego słoweńskiego jezuity w sanktuarium w Lourdes pozostaną na stałe zakryte. Oznacza to, że dwa najważniejsze sanktuaria Maryjne Europy odmiennie podchodzą sprawy Rupnika wydalonego ze stanu duchownego po oskarżeniu o wykorzystanie seksualne, psychiczne i duchowe kilku kobiet.

Decyzja ogłoszona przez portugalskiego hierarchę, który przewodniczy radzie fatimskiego sanktuarium, nie jest nowa. W wypowiedzi dla amerykańskiego portalu The Pillar przyznał on, że „w tej chwili nie istnieją powody, aby zmienić postanowienie” podjęte wcześniej przez władze sanktuarium.

Sprawa dotyczy monumentalnego dzieła szerokiego na 50 metrów i wysokiego na 10 metrów, zajmującego ścianę za ołtarzem głównym Bazyliki Trójcy Przenajświętszej, poświęconej w 2007 r. przez kard. Tarcisio Bertone, ówczesnego sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Może ona pomieścić ponad 8,5 tys. wiernych.

Mozaika powstała według projektu i pod kierownictwem ks. Rupnika, lecz faktycznie nie jest dziełem rąk jednego człowieka. Praca powstała przy udziale innowierców. Przy jej wykonaniu pracowało 20 artystów z ośmiu krajów, należących do różnych wyznań chrześcijańskich. Ten „kolektywny” wymiar dzieła, wpisujący jest w trend szalonego dialogizmu, jest dziś podnoszony, aby uzasadnić niechęć do ukrycia dzieła.

Biskup Antunes zgadza się z tym, że nie można oddzielić dzieła sztuki od „kontekstu i okoliczności”, w jakich powstało. Jednocześnie przypomina, że władze sanktuarium „kategorycznie” potępiły czyny zarzucane Rupnikowi i wyraziły solidarność z ofiarami. Postanowiły też nie wykorzystywać zdjęć jego mozaik w promocji sanktuarium. Pozostały one jednak widoczne w bazylice.

Hierarcha przyznał, że Portugalska Konferencja Biskupia nie przeprowadziła konsultacji z ofiarami w sprawie przyszłości mozaik. The Pillar uważa, że dyskusja na ten temat może wkrótce powrócić za sprawą obchodzonej w 2027 r. 110. rocznicy objawień Matki Bożej w Fatimie, na którą mógłby przyjechać papież Leon XIV – ten sam, przed którego wizytą w Lourdes zasłonięto mozaiki ks. Rupnika w tamtejszym sanktuarium.

Źródło: pillarcatholic.com / tribunechretienne.com / KAI

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Moje aresztowanie nic nie zmieni

Autor: Redakcja, 23 września 2026

Każdy kto dziś, na miarę swoich możliwości, nie staje w obronie prześladowanych Polaków i nękanego Grzegorza Brauna, każdy już dziś, w obliczu historycznego wyzwania, ma szansę zostać zaliczony do ponadczasowej kategorii bezwolnych głupców lub antypolskiej swołoczy popierającej kolejny raz w dziejach – kolejną odsłonę totalitaryzmu.

<><><>

Pan redaktor zapytał, czy mnie posadzą, więc ja tego nie przesądzając, muszę tylko bardzo wyraźnie stwierdzić i ogłosić, że nie będzie to miało żadnego wpływu na zdolność Konfederacji Korony Polskiej do skutecznego ubiegania się o mandaty poselskie i senatorskie. (…) proszę zmartwić się tym, że scenariusz stanu wojennego, ni mniej, ni więcej, może mieć konsekwencje dla wszystkich formacji, dla wszystkich środowisk, niezależnie od tego kto na kogo głosuje. Niewątpliwie ten scenariusz jest na stole.

Nie wiem w jakim tam stole, w jakim pomieszczeniu sztabowym, w jakiej kancelarii tajnej, ale władza niewątpliwie nosi się z zamiarem skasowania kalendarza wyborczego pod pretekstem wojny.  I stąd podżegacze wojenni doznali teraz takiego wzmożenia.  Przypomnę, że wystarczy stan wyjątkowy pod jakimś pretekstem, takiej czy innej prowokacji, wystarczy limitowany stan wyjątkowy.

Stała Instrukcja Alta Vendita. Celem masonerii nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez infiltrację.

Alta Vendita Stała Instrukcja Alta Vendita

Celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez infiltrację.

Przypominam, warto sobie skopiować i wydrukować, bo w internecie „zanika”. md

=======================================
John Vennari
2014-4-11 www.bibula.com
Transkrypcja przemówienia wygłoszonego na Fatimskiej Konferencji Pokoju w Rzymie, październik 2001

To przemówienie będzie krótkim exposé na temat XIX-wiecznego dokumentu masońskiego “Stała Instrukcja Alta Vendita” [Permanent Instruction of Alta Vendita]. Autor który nakreślił plan pomocy w zrozumieniu tego czym jest “diaboliczna dezorientacja wyższej hierarchii”, o czym mówiła s. Łucja.
Uważam, że “Stała Instrukcja” tłumaczy pochodzenie tej diabolicznej dezorientacji.

Alta Vendita była najwyższą lożą Carbonari [Karbonariusze], włoskiego tajnego stowarzyszenia powiązanego z masonerią, i obie potępił Kościół Katolicki [1]. Jezuita E Cahill w książce “Masoneria i ruch antychrześcijański” [Freemasonry and the Anti-Christian Movement] twierdzi, że Alta Vendita “ogólnie miała być wtedy ośrodkiem zarządzającym europejską masonerią” [2]. Karbonariusze byli najbardziej aktywni we Włoszech i Francji.

W książce “Atanazy i współczesny Kościół” [Athanasius and the Church of Our Time], bp Rudolph Graber zacytował masona, który oświadczył, że “celem (masonerii) nie jest już zniszczenie Kościoła, ale wykorzystanie go poprzez inflitrację” [3].
Inaczej mówiąc, skoro masoneria nie mogła całkowicie zniszczyć Kościoła Chrystusowego, to planuje nie tylko wykorzenić wpływ katolicyzmu na społeczeństwo, ale wykorzystać organizację Kościoła jako narzędzie “odnowy”, “postępu” i “oświecenia” – jako środka do realizacji własnych zasad i celów.

Zarys ogólny
Nakreślona w “Stałej Instrukcji” strategia zdumiewa swoją bezczelnością i oszustwem. Od samego początku dokument mówi o procesie którego realizacja będzie wymagała dziesięcioleci. Autorzy dokumentu wiedzieli, że nie doczekają jego realizacji. Rozpoczynali dzieło, które będzie realizowane przez przyszłe pokolenia wtajemniczonych. “Instrukcja” mówi: “W naszych szeregach jest tak, że żołnierz ginie, a walka toczy się dalej”.
“Instrukcja” wzywała do rozpowszechniania liberalnych idei i aksjomatów w społeczeństwie i w instytucjach KK, tak żeby na przestrzeni lat świeccy, seminarzyści, klerycy i prałaci przyzwyczajali się do postępowych zasad.
Z czasem ten sposób myślenia będzie tak przekonujący, że tacy będą wyświęcani księża, konsekrowani biskupi i mianowani kardynałowie, których myślenie będzie zgodne z nowoczesną myślą przedstawioną w “Zasadach z 1789″ [Principles of 1789] (pluralizm, równość religii, oddzielenie Kościoła od państwa itp.).


W końcu spośród tych szeregów zostanie wybrany papież, który będzie prowadził Kościół ścieżką “oświecenia i odnowy”. Należy podkreślić, że ich celem nie było ulokowanie masona na Stolicy Piotrowej. Ich celem było stworzenie środowiska, które w końcu wyprodukuje papieża i hierarchię popierające liberalny katolicyzm, cały czas wierzący, że są wiernymi katolikami.
Ci katoliccy przywódcy już nie będą sprzeciwiać się nowoczesnym ideom rewolucji (co było stałą praktyką papieży w okresie 1789 do 1958 krytykujących te liberalne zasady), ale będą wprowadzać je do Kościoła. Ostatecznym tego rezultatem będą katoliccy duchowni i świeccy maszerujący pod sztandarem oświecenia, cały czas myśląc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej.


Czy to możliwe?
Ci którzy uważają ten plan za zbyt ambitny, a cel wroga za zbyt beznadziejny do realizacji, powinni zauważyć, że dwaj papieże – Pius IX i Leon XIII zażądali publikacji “Stałej Instrukcji”, bez wątpienia po to, by zapobiec wydarzeniu się takiej tragedii. Ci wielcy papieże wiedzieli, że takie nieszczęście nie było niemożliwe.

Ale gdyby zrealizował się tak ciemny scenariusz, będą trzy bezbłędne sposoby jego rozpoznania:
1) Powstanie tak wielkie zamieszanie, że cały świat zrozumie, iż KK przeszedł przez wielką rewolucję w kwestii nowoczesnych pomysłów. Wszyscy zrozumieją, że Kościół się “zaktualizował”.
2) Wprowadzi się nową teologię sprzeczną z wcześniejszymi naukami.
3) Sami masoni będą piać triumfalnie, uważając że KK w końcu “dojrzał światło” w kwestiach pluralizmu, świeckiego państwa, równości religii i wszystkich innych osiągniętych kompromisów.


Prawdziwość dokumentów Alta Vendita
Tajne dokumenty Alta Vendita, najwyższej loży Karbonariuszy, które wpadły w ręce papieża Grzegorza XVI, obejmują okres od roku 1820 do 1846. Na prośbę bł. Piusa IX opublikował je Cretinau-Joly w książce “Kościół Rzymski a rewolucja” [The Roman Church and Revolution] [4].

Krótką aprobatą z 25 lutego 1861 roku, zaadresowaną do autora, papież Pius IX potwierdził autentyczność tych dokumentów, ale nie pozwolił nikomu na ujawnienie prawdziwych członków Alta Vendita zamieszanych w tą korespondencję.
Pełny tekst “Stałej instrukcji” jest również w książce ks. George’a E. Dillona “Wielka masoneria wschodu zdemaskowana” [Grand Orient Freemasonry Unmasked]. Kiedy Leonowi XIII wręczono egzemplarz tej książki, zrobiła na nim tak wielkie wrażenie, że nakazał opracowanie i opublikowanie włoskiej wersji na własny koszt [5].
W encyklice Humanum Genus, Leon XIII wezwał przywódców katolickich do “zdarcia maski z masonerii i wyjaśnienia wszystkim jaka ona naprawdę jest” [6]. Publikacja tych dokumentów jest metodą “zdarcia tej maski”. A skoro papieże poprosili o opublikowanie tych listów, to dlatego, że chcieli by wszyscy katolicy poznali plany tajnych organizacji niszczących Kościół od środka, żeby byli czujni i mogli udaremnić wydarzenie się tej katastrofy.

Stała Instrukcja Alta Vendita

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale ten fragment, który najbardziej wiąże się z naszą dyskusją:


“Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem.
Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.
Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na stolicę piotrową. To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom. . .
Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem. Chcecie wiedzieć dlaczego? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni. Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie chrześcijaństwa.
Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków. Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, skoro nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Vente pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie nauki albo memorandum. . .

A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy go najpierw ukształtować. . . bo ten papież będzie zasługiwał na panowanie przez pokolenie, panowanie o jakim marzymy. Zostawmy na boku starców i ludzi dojrzałych; idźmy do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci. . . Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i prawdziwych patriotów.

Ta reputacja sprawi, że nasze doktryny dotrą zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów. Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi i humanitarnymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg. I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle na wiatr, aby go zrealizować. Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu, niech księża maszerują pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszerują pod sztandarem stolicy apostolskiej. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zastawcie swoje pułapki, jak Simon Barjone; wyłóżcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego. Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; wokół tronu apostolskiego zgromadzicie swych przyjaciół. Będziecie głosić rewolucję tiary i kapy, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata” [7].


Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan.

Oświecenie, przyjacielu, przyjdzie z wiatrem
W XIX wieku społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami rewolucji francuskiej, z wielką szkodą dla wiary katolickiej i katolickiego państwa. Rzekome “łagodniejsze i delikatniejsze” pojęcia o pluralizmie, obojetności religijnej, demokracji według której wszelka władza pochodzi od narodu, fałszywe pojęcia wolności, zgromadzenia międzywyznaniowe, oddzielenie Kościoła od państwa i inne nowinki, zdobywały umysły po-oświeceniowej Europy, infekując tak samo mężów stanu jak i duchownych.
Papieże w XIX wieku i na początku XX-go wypowiedzieli tym niebezpiecznym trendom wojnę w pełnej zbroi. Dzięki wyraźnej przytomności umysłu wpojonej bezkompromisowym przeświadczeniem wiary, ci papieże nie dali się nabrać. Oni wiedzieli, że te diabelskie zasady, niezależnie od tego jak szlachetne mogą wyglądać, nie przyniosą dobrych owoców, i były to złe zasady w najgorszym wydaniu, bo pochodziły nie tylko z herezji, ale i z apostazji.
Jak dowodzący generałowie, którzy wiedzą, że mają obowiązek utrzymania za wszelką cenę swoich pozycji, ci papieże skierowali swoje potężne armaty na błędy nowoczesnego świata, i nieustannie strzelali. Ich kulami były encykliki, i nigdy nie pudłowali.
Najcięższe uderzenie przyszło w roku 1864 w formie monumentalnej encykliki bł. papieża Piusa IX “Wykaz błędów” [Syllabus of Errors], a kiedy rozproszył się dym, nikt uczestniczący w bitwie nie miał wątpliwości kto stał po której stronie. Jasno określono linię demarkacyjną. W tym wielkim “Syllabusie”, Pius IX potępił zasadę błędów nowoczesnego świata, nie dlatego że były nowoczesne, ale dlatego że te nowe idee pochodziły z panteistycznego naturalizmu, a zatem były sprzeczne z katolicką doktryną, a także niszczące dla społeczeństwa.
Nauki zawarte w “Syllabusie” były sprzeczne z liberalizmem, a zasady liberalizmu były sprzeczne z “Syllabusem”. To bezdyskusyjnie zrozumiała każda ze stron.

Do tej ostatecznej rozgrywki nawiązał o. Denis Fahey w książce “Św. Pius IX a panteistyczna deifikacja człowieka” [Pius IX vs. the Pantheistic Deification of Man] [8]. Wypowiadając się za stronę przeciwną, francuski mason Ferdynand Buissont oświadczył podobnie: “Szkoła nie może pozostać neutralna między Syllabusem i Deklaracją Praw Człowieka” [9].

Ale XIX wiek był świadkiem pojawienia się katolika nowego rodzaju, który utopijnie szukał kompromisu pomiędzy nimi obu. Ci ludzie poszukiwali czegoś co uważali za “dobre” w zasadach z 1789 roku, i próbowali wprowadzać je do Kościoła. Wielu duchownych, zainfekowanych duchem epoki, złapało się w tę sieć, “zastawioną w zakrystiach i seminariach”. Ci ludzie stali się znani jako liberalni katolicy. Bł. papież Pius IX podchodził do nich z absolutnym horrorem. Powiedział, że ci “liberalni katolicy” byli “najgorszymi wrogami Kościoła”.
W liście z 18 czerwca 1871 do francuskiej delegacji pod przewodnictwem biskupa Nevers, papież Pius IX napisał:
“Tym czego się boję nie jest komuna paryska – nie – boję się liberalnego katolicyzmu. . . Mówiłem o tym ponad 40 razy, i powtarzam teraz, z uwagi na miłość jaką mam dla was. Prawdziwą plagą dla Francji jest liberalny katolicyzm, który chce zjednoczyć dwie zasady tak sprzeczne ze sobą jak ogień i woda” [10].
Ale pomimo to zwiększała się liczba liberalnych katolików.

Papież Pius X a modernizm
Ten kryzys osiągnął szczyt na przełomie wieku, kiedy “przyniesiony z wiatrem” liberalizm z roku 1789 skłębił się w tornado modernizmu. O. Vincent Miceli określił tę herezję jako “trójcę rodziców / przodków”. Napisał:
“1) Jej religijnym przodkiem jest protestancka reformacja
“2) Jej filozoficznym rodzicem jest oświecenie
“3) Jej politycznym źródłem jest rewolucja francuska” [11].


Papież św. Pius X, który zasiadł na tronie piotrowym w 1903 roku, modernizm uznał za najgroźniejszą plagę, którą należy powstrzymać. Napisał, że najważniejszym obowiązkiem papieża jest zachowanie czystości i integralności katolickiej doktryny, i dalej powiedział, że gdyby nic nie zrobił, to nie poniósłby fiaska w kwestii podstawowego obowiązku [12].

Św. Pius X wypowiedział wojnę modernizmowi, przeciwko niemu wydał encykliki (Pascendi) i Syllabus (Lamentabili), ustanowił “Przysięgę Antymodernistyczną” obowiązującą wszystkich księży i nauczycieli, wyczyścił seminaria i uniwersytety z modernistów, i ekskomunikował upartych i nieskruszonych.
Pius X skutecznie zatrzymał szerzenie się modernizmu w tym czasie. Ale mówi się, że kiedy pogratulowano mu wytępienia tego poważnego błędu, Pius X natychmiast odpowiedział, że pomimo jego wszelkich wysiłków, nie udało mu się zabić tej bestii, a tylko wpędził ją w podziemie. Ostrzegł, że jeśli przywódcy Kościoła nie zachowają czujności, to powróci ona bardziej jadowita niż kiedykolwiek [13].

Kuria w pogotowiu
Mało znany dramat jaki rozegrał się za panowania papieża Piusa XI pokazuje, że podziemny nurt modernizmu miał się dobrze w okresie tuż po Piusie X.

O. Raymond Dulac opowiada, że na tajnym konsystorzu 23 maja 1923 roku papież Pius XI zapytał 30 kardynałów kurii o termin zwołania soboru ekumenicznego. Obecni byli wybitni prałaci tacy jak Merry del Val, De Lai, Gasparri, Boggiani i Billot.
Kardynałowie wypowiedzieli się przeciwko.
Kard. Billot ostrzegł: “Nie da się ukryć istnienia głębokich różnic wśród członków samego episkopatu. . . [Oni] ryzykują dyskusjami, które będą się przedłużać w nieskończoność”.
Boggiani przypomniał modernistyczne teorie, które nie są obce części kleru i biskupom. “Ten sposób myślenia może skłaniać pewnych Ojców do przedstawiania pojęć i wprowadzania metod niezgodnych z tradycjami katolickimi”.
Billot był jeszcze bardziej precyzyjny. Wyraża obawę o “wmanewrowanie” soboru przez “najgorszych wrogów Kościoła, modernistów, którzy już się przygotowują, o czym mówią pewne oznaki, do wywołania rewolucji w Kościele, nowego roku 1789” [14].

Zniechęcając do pomysłu zwołania soboru z tych powodów, ci kardynałowie wykazali się wtedy bardziej skłonni do tego by rozpoznać “znaki czasu”, niż wszyscy posoborowi teolodzy razem. Ale ich ostrożność miała dużo głębsze źródło. Mogli także czuć się zastraszeni pracami notorycznego iluminata, ekskomunikowanego kanonika Roca (1830-1893), który głosił rewolucję i “reformę” Kościoła, i który prognozował subwersję Kościoła wynikłą z soboru.

Rewolucyjny bełkot Roca
W książce “Atanazy i Kościół naszych czasów”, bp Graber cytuje proroctwo Roca o “nowo-oświeconym Kościele”, który będzie pod wpływem socjalizmu Jezusa” [15].
W połowie XIX wieku Roca zaprorokował “Nowy Kościół, który może nie być w stanie zachować niczego ze scholastycznej doktryny i oryginalnej formy wcześniejszego Kościoła, to jednak otrzyma błogosławieństwo i kanoniczne uzasadnienie z Rzymu”.
Przewidział również reformę liturgiczną. W odniesieniu do przyszłej liturgii, uważał, że “boski kult w formie zalecanej przez liturgię, ceremoniał, rytuał i przepisy KK wkrótce przejdą transformację na soborze ekumenicznym, który przywróci w nim odwieczną prostotę złotego wieku apostołów, zgodną z nakazami sumienia i nowoczesną cywilizacją”.
Przewidział, że w wyniku tego soboru nastąpi “pełna zgoda między ideałami nowoczesnej cywilizacji i ideałem Chrystusa i Jego Ewangelii. Będzie to poświęcenie NWO i uroczysty chrzest nowoczesnej cywilizacji”.
Roca powiedział także o przyszłości papiestwa. Napisał: “Już organizuje się ofiarę, która ma reprezentować uroczysty akt ekspiacji. . . Papiestwo upadnie; zginie od uświęconego noża, jaki ukują ojcowie ostatniego soboru. Papieski cezar jest żywicielem [ofiarą] ukoronowaną na poświęcenie“.
Roca entuzjastycznie przewidział “nową religię, nowe dogmaty, nowy rytuał, nowe kapłaństwo”. Nowych księży nazwał “progresywistami” i powiedział o “zniesieniu” sutanny i “małżeństwie księży” [16].

Mrożące słowa Roca i Alta Vendita znajdują potwierdzenie u Różokrzyżowca, dr Rudolpha Steinera, który w roku 1910 oświadczył: “Potrzebny jest nam sobór i papież który to ogłosi” [17]. Bp Graber w komentarzu o tych przewidywaniach mówi: “Kilka lat temu byłoby to jeszcze nie do pomyślenia, ale teraz. . .” [18]

Wielki sobór który się nie odbył
Około roku 1948, papież Pius XII, na prośbę mocno ortodoksyjnego kard. Ruffiniego, rozważał zwołanie soboru ogólnego, a nawet spędził kilka lat na koniecznych przygotowaniach. Istnieją dowody na to, że postępowe elementy w Rzymie w końcu wyperswadowały to Piusowi XII, gdyż ten sobór pokazywał wyraźne oznaki synchronizacji z “Humani Generis”. Tak jak ta wielka encyklika z roku 1950, nowy sobór będzie zwalczał “fałszywe opinie zagrażające osłabieniu fundamentów katolickiej doktryny” [19].
Tragicznie, papież Pius XII nabrał przekonania, że był zbyt stary by podołać tak istotnemu zadaniu, i zrezygnował mówiąc, że “to zostawiam mojemu następcy” [20].

“Roncalli dokona kanonizacji ekumenizmu”
W czasie pontyfikatu Piusa XII, Święte Oficjum pod kierownictwem kard. Ottavianiego zachowało bezpieczny katolicki pejzaż twardo zatrzymując dzikie konie modernizmu w zagrodzie. Wielu z dzisiejszych modernistycznych teologów lekceważąco wspomina jak wtedy im i ich przyjaciołom nałożono “kagańce”.
Ale nawet Ottaviani nie mógł zapobiec temu co miało miejsce w roku 1958. Nowy typ papieża, “którego postępowcy uważali za sprzymierzeńca” [21] wstąpi na papieski tron i zmusi wahającego się Ottavianiego do usunięcia skobla, otwarcia zagrody i przygotowania się do masowego pędu tabunu.

Jednak takiej sytuacji nie przewidziano. Kiedy podano wiadomość o zgonie Piusa XII, stary ks. Lambert Beauduin, przyjaciel Roncallego (przyszły Jan XXIII) zwierzył się o. Bouerowi: “Jeśli wybiorą Roncallego, wszystko się uratuje; będzie mógł zwołać sobór i konsekrować ekumenizm” [22].
I stało się tak jak przepowiedział ks. Lambert. Wybrano Roncallego, ten zwołał sobór i konsekrował ekumenizm. Toczyła się “rewolucja tiary i kapy’.

Rewolucja papieża Jana
Powszechnie znany i wspaniale udokumentowany jest [23] fakt, że klika liberalnych teologów (periti) i biskupów porwała II SW z programem przerobienia Kościoła na ich własny obraz, poprzez wprowadzenie “nowej teologii”. W tym punkcie zgadzają się zarówno krytycy jak i obrońcy II Soboru.

W książce “Powrót do II SW” [Vatican II Revisited], bp Aloysius J. Wycisło (rapsodyczny obrońca soborowej rewolucji) deklaruje z trzpiotowatym entuzjazmem, że “teolodzy i badacze biblijni, którzy od lat byli ‘pod chmurą’, pojawili się jako periti (doradcy teologiczni biskupów na soborze), a ich książki o II SW i komentarze stały się popularną lekturą” [24].
Napisał, że encyklika “papieża Piusa XII” Humani Generis miała. . . dewastujący skutek na prace licznych przedsoborowych teologów” [22] i wyjaśnia, że “Podczas początkowych przygotowań do soboru, ci teolodzy (głównie francuscy, a także niemieccy), których działalność ograniczył Pius XII, byli nadal ‘pod chmurą’. Papież Jan spokojnie anulował zakaz nałożony na niektórych z najbardziej wpływowych. Ale wielu z nich nadal podejrzewali członkowie Świętego Oficjum” [26].
Wycislo wyśpiewuje pochwały dla triumfujących postępowców takich jak Hans Kung, Karl Rahner, John Courtney Murray, Yves Congar, Henri de Lubac, Edward Schillebeeckx i Gregory Baum, uważanych za podejrzanych przed soborem (nie bez powodu), że teraz są wiodącym światłem posoborowej teologii [27].

W rezultacie, ci których Pius XII uważał za nieodpowiednich do podążania drogą katolicyzmu, teraz kontrolowali miasto. I jakby ukoronowaniem ich osiągnięć było ciche wycofanie “Przysięgi Antymodernistycznej” tuż po zakończeniu soboru. Św. Pius X prawidłowo to przepowiedział. Brak czujności w kręgach władzy pozwolił na powrót modernizmu z zemsty.

“Marsz pod nowym sztandarem”
Na II SW toczyły się niezliczone bitwy między międzynarodową grupą ojców obrońców tradycji i grupą reńskich postępowców. Rezultat był tragiczny, w końcu zwyciężył element liberalny i modernistyczny.
Dla każdego kto miał oczy do widzenia było oczywiste, że II SW ogłosił wiele pomysłów wcześniej uznanych za anatemę wobec nauk Kościoła, ale one były zgodne z nowoczesnym sposobem myślenia. To nie nastąpiło przez przypadek, ale zgodnie z planem.
Postępowcy na II SW unikali potępienia błędów modernistów. Także umyślnie wprowadzili dwuznaczności do soborowych tekstów, którymi zamierzali się posługiwać po soborze. Liberalny peritus soboru, o. Edward Schillebeeckx, przyznał, że “na soborze używaliśmy dwuznacznych wyrażeń i wiedzieliśmy jak będziemy je interpretować później” [28].
Używając umyślnych dwuznaczności, dokumenty soborowe promowały ekumenizm potępiony przez papieża Piusa XI, swobodę religijną potępioną przez papieży XIX wieku (szczególnie bł. Piusa IX), nową liturgię bardziej podobną do protestanckiej, i ekumenizm, który Bugnini nazwał “głównym podbojem KK”, kolegialność która uderza w serce prymatu papieża, i “nową postawę wobec świata” – zwłaszcza w jednym z najbardziej radykalnych soborowych dokumentów, Gaudium et Spes. (Nawet kard. Ratzinger przyznał, że Gaudium et Spes jest przesiąknięty duchem Teilharda de Chardina) [29].

Tak jak oczekiwała “Stała Instrukcja Alta Vendita“, wymysł liberalnej kultury w końcu znalazł sprzymierzeńców wśród głównych graczy w katolickiej hierarchii, i poszerzył się na cały Kościół. Rezultatem tego był bezprecedensowy kryzys wiary, który się pogarsza, choć jednocześnie niezliczeni hierarchowie wysokiego szczebla, oczywiście upojeni “duchem II SW” nadal chwalą te reformy soboru, które sprowadziły to nieszczęście.

Okrzyki radości masonów
Ale obrót wydarzeń dokonanych przez sobór świętowali nie tylko liderzy Kościoła, lecz także masoni. Cieszą się z tego, że katolicy w końcu “dojrzeli światło”, i że Kościół usankcjonował wiele z masońskich zasad.
Yves Marsaudon ze szkockiego rytu masonerii, w książce “Ekumenizm postrzegany oczyma tradycyjnego masona” [Ecumenism Viewed by a Traditional Freemason] pochwalił ekumenizm soborowy.
Powiedział:
“Katolikom. . . nie wolno zapominać o tym, że wszystkie drogi prowadzą do Boga. I będą musieli zaakceptować to, że ta odważna idea wolnomyślicielska, którą naprawdę nazywamy rewolucją, wylewa się z naszych lóż masońskich, rozciągnęła się wspaniale nad kopułą św. Piotra” [30].
Yves Marsaudon powiedział dalej: “Można dostrzec, że ekumenizm jest prawowitym synem masonerii” [31].

Posoborowy duch zwątpienia i rewolucji oczywiście rozgrzał serce francuskiego masona Jacquesa Mitteranda, kóry napisał z aprobatą:
“Coś się zmieniło w Kościele, a odpowiedzi papieża na najpilniejsze sprawy takie jak celibat księży i kontrola urodzeń są przedmiotem gorących dyskusji w samym Kościele; słowo papieża kwestionują biskupi, księża i wierni. Według masona, człowiek który kwestionuje dogmat już jest masonem bez fartuszka” [32].
Marcel Prelot, senator z francuskiego regionu Doubs jest chyba najdokładniejszy w określeniu tego co się wydarzyło. Pisze:
“Przez 150 lat walczyliśmy o to, żeby nasze opinie zwyciężyły w Kościele i nam się nie udało. W końcu nadszedł II SW i odnieśliśmy triumf. Od tej pory propozycje i zasady liberalnego katolicyzmu zostały stanowczo i oficjalnie przyjęte przez Święty Kościół” [23].

Zerwanie z przeszłością
“Konserwatyści” którzy zaprzeczają temu, że II SW stanowił zerwanie z tradycją, i że to jest sprzeczne z wcześniejszym Magisterium, nie chcieli słuchać ludzi czynu soboru, którzy bezwstydnie to uznają.
Yves Congar, jeden z architektów reformy, zauważył ze spokojną satysfakcją, że “Kościół spokojnie przeszedł swoją rewolucję październikową” [34].
Przyznał również, jakby to było powodem dumy, że soborowa “Deklaracja o swobodzie religijnej” jest sprzeczna z “Syllabusem” papieża Piusa IX. Powiedział:
“Nie da się zaprzeczyć, że potwierdzenie przez II Sobór swobody religijnej faktycznie mówi coś innego niż “Sylllabus” z 1864, a nawet wręcz przeciwnego do propozycji 16, 17 i 19 tego dokumentu” [35].
I w końcu kilka lat temu, kard. Ratzinger, widocznie niewzruszony tym przyznaniem, napisał, że soborowy tekst “Gaudum et spes” postrzega jako “anty-Syllabus“.
Powiedział:
“Jeśli wymagane jest przedstawienie diagnozy tekstu (Gaudium et Spes) jako całości, można powiedzieć, że (w związku z tekstem o swobodzie religijnej i światowych religii) jest to rewizja “Syllabusa” Piusa IX, rodzaj anty-syllabusa. . . Powiedzmy że ten tekst służy jako anty-syllabus, i jako taki, według Kościoła stanowi próbę oficjalnego pogodzenia się z nową erą rozpoczętą w roku 1789” [36].
Inaczej mówiąc, z rewolucją francuską i oświeceniem.
Ten komentarz kard. Ratzingera jest niepokojący, szczególnie dlatego, że pochodzi od człowieka, który będąc szefem Kongregacji Doktryny Wiary, rzekomo stoi na straży czystości katolickiej doktryny.
Ale możemy także przywołać podobną opinię postępowego kard. Suensensa, jednego z najbardziej liberalnych prałatów w tym stuleciu, sam będąc ojcem soboru, płomiennie wypowiadał się o starych reżimach, które upadły. Słowa których użył chwwaląc sobór są najbardziej mówiące, najbardziej przerażające i najbardziej obciążające. Suenses oświadczył: “II SW to rewolucja francuska Kościoła” [37].

Status dokumentów soborowych
Oczywiście katolicy mają prawo, a nawet obowiązek, odrzucenia tych nauk pochodzących z soboru, króre są w konflikcie z wiecznym Magisterium.
Od lat katolicy tkwili w błędnym przekonaniu, że muszą akceptować sobór duszpasterski, II SW, z takim samym aktem wiary jaki należy się soborom dogmatycznym. Ale tu nie o to chodzi.
Ojcowie soboru wielokrotnie mówili o II SW jako o duszpasterskim, to znaczy, że jest to sobór który zajmuje się nie definiowaniem wiary, ale jej wdrożeniem.
Fakt, że II SW jest gorszy od dogmatycznego potwierdza świadectwo ojca soboru, bpa Thomasa Morrisa. Teraz na jego prośbę to świadectwo ujawniono po jego śmierci:
“Poczułem ulgę kiedy powiedziano nam, że ten sobór nie miał na celu definiowania czy wydawania ostatecznych opinii o doktrynie, ponieważ oświadczenie o doktrynie musi być ostrożnie sformułowane, i dokumenty soborowe uwazałbym za niepewne i mogące podlegać reformie” [38].
Jest też ważne świadectwo sekretarza soboru, abpa (później kardynała) Pericle Feliciego. Na zakończenie II SW biskupi poprosili abpa Feliciego o coś co teolodzy nazywają “teologiczną notą” soboru, czyli o doktrynalny “ciężar” nauk II SW. Felici odpowiedział:
“Musimy rozróżnić zgodnie ze schemas i rozdziałami, tymi które już były przedmiotem definicji dogmatycznych w przeszłości; zaś jeśli chodzi o deceleracje [zwolnienie tempa] które mają charakter nowości, musimy mieć zastrzeżenia” [39].
Sam papież Paweł VI również podobnie skomentował, że “biorąc pod uwagę pastoralny charakter soboru, uniknął ogłoszenia w niezwykły sposób dogmatów obdarzonych notą nieomylności” [40].
A zatem, w przeciwieństwie do soboru dogmatycznego, II SW nie wymaga aktów wiary bez zastrzeżeń. Rozwlekłe i dwuznaczne oświadczenia II SW nie są na równi z wypowiedziami dogmatycznymi. Nowości II SW nie są bezwarunkowo wiążące dla wiernych. Katolicy mogą “mieć zastrzeżenia”, a nawet sprzeciwiać się każdej nauce soboru, która byłaby sprzeczna z odwiecznym Magisterium.

“Rewolucja tiary i kapy”
Rewolucja posoborowa ma wszystkie znamiona realizacji planów “Stałej Instrukcji Alta Vendita”, jak również przepowiedni kanonika Roca:
1.Cały świat dostrzegł głęboką zmianę w KK na skalę międzynarodową zgodną z nowoczesnym światem.
2. Zarówno obrońcy jak i krytycy II SW pokazują, że pewne nauki soboru stanowią zerwanie z przeszłością. 3.Sami masoni radują się z soboru, że ich pomysły “rozciągnęły się wspaniale nad kopułą św. Piotra”.
Dlatego cierpienia jakie teraz dotknęły KK naprawdę nie są tajemnicą. Lekkomyślnie ignorując przeszłych papieży, nasi obecni liderzy Kościoła zbudowali zepsutą strukturę, która się rozpada. Choć papież Paweł VI ubolewał nad tym, że “Kościół jest w stanie samozniszczenia”, to on, tak jak obecny papież, nalegał by katastrofalne aggiornamento odpowiedzialne za to samozniszczenie szło pełną parą.
Chciałbym poruszyć jeden punkt końcowy. Nie twierdzę, że każdy duchowny promujący nowe praktyki, takie jak ekumenizm, umyślnie działa jako wróg Kościoła. Znany ksiądz z XIX wieku, o. Frederick Faber, okazał się być prawdziwym prorokiem kiedy w niezwykłej homilii wygłoszonej w Zielone Świątki w londyńskim Oratorium powiedział:
“Musimy pamiętać, że gdyby wszyscy wyraźnie dobrzy ludzie byli po jednej stronie, a wszyscy wyraźnie źli po drugiej, nie byłoby niebezpieczeństwa dla nikogo, a już najmniej dla wybranych, oszukiwanych przez kłamliwe cuda. To dobrzy ludzie, wcześniej dobrzy, musimy mieć nadzieję że nadal dobrzy, którzy mają wykonywać dzieło antychrysta i tak smutno ukrzyżować Pana na nowo. . . Pamiętajmy tę cechę ostatnich dni, że ten fałsz pojawia się wśród dobrych ludzi, będących po niewłaściwej stronie” [41].

Dlatego uważam, że wielu (nie wszyscy) duchownych, którzy ulegają duchowi epoki i promują nowy program soboru, są dobrymi ludźmi po złej stronie.

Obowiązek sprzeciwu
Jak powiedziałem na początku, uważam że “Stała Instrukcja Alta Vendita” i jej skutki pomagają wyjaśnić to o czym mówiła s. Łucja, kiedy ostrzegała o diabolicznej dezorientacji hierarchów wyższego szczebla, określenie użyte przez nią wiele razy.
W obliczu takiej diabolicznej dezorientacji, jedyną odpowiedzią dla wszystkich zaniepokojonych katolików jest:
1) dużo się modlić, zwłaszcza na Różańcu
2) uczyć się i żyć tradycyjną doktryną i moralnością KK, zawartymi w pracach przedsoborowych
3) trwać przy łacińskiej Mszy Trydenckiej, w której wiara katolicka i nabożeństwo są wolne od skażenia dzisiejszym novus ordo ekumenizmu
4) sprzeciwiać się całą duszą trendom II SW siejącym takie spustoszenie w Mistycznym Ciele Chrystusa
5) z miłością mówić innym o tradycjach wiary i ostrzegać ich przed błędami czasów
6) modlić się o to by zaraźliwy powrót do normalności objął wystarczającą liczbę hierarchów
7) nigdy nie zgadzać się na kompromis
8) i na koniec, powodem tego że tu jesteśmy: by praktykować i głosić najlepiej jak potrafimy, są prośby Matki Bożej Fatimskiej.


John Vennari, red. naczelny Catholic Family News Freemasonry and the Subversion of the Catholic Church
Tłumaczenie: Ola Gordon

==========================

telegimelka1022śr., 23 wrz, 19:56 (12 godzin temu)
do mnie

linki do książek

https://dn790003.ca.archive.org/0/items/freemasonry-and-the-vatican_202104/FREEMASONRY%20and%20the%20VATICAN.pdf

https://dn721806.ca.archive.org/0/items/why-johnny-cant-come/Vatican%20Ratline_%20The%20Vatican,%20the%20Nazis,%20and%20the%20New%20World%20Order%20-%20Mauri.pdf

„Stała Instrukcja” Alta Vendita

https://docer.pl/doc/esv0xv0

[W 1846 roku papież Pius IX zezwolił na publikację dokumentów Alta Vendita. Powstała w 1819 roku.MD]

Poniżej publikujemy ją nie w całości, ale te fragmenty, które są najbardziej istotne dla naszej dyskusji.

W dokumencie czytamy:

Naszym ostatecznym celem jest cel Woltera i Rewolucji Francuskiej – ostateczne zniszczenie Katolicyzmu, a nawet idei chrześcijańskiej. Papież, kimkolwiek by nie był, nigdy nie zostanie członkiem tajnych stowarzyszeń; bo to właśnie ich zadaniem jest zrobienie pierwszego kroku w kierunku Kościoła, aby zawładnąć nim i papieżem. Zadanie, którego się podejmujemy, to praca nie na dzień, miesiąc czy rok; może trwać kilka lat, może nawet całe stulecie; ale w naszych szeregach żołnierz ginie a bitwa toczy się dalej.

Naszym zamiarem nie jest pozyskanie papieży dla naszej sprawy, uczynienie z nich wyznawców naszych zasad, propagatorów naszych idei. To byłoby absurdalne marzenie; i gdyby nawet tak się stało w jakimś stopniu, gdyby np. kardynałowie lub prałaci, z własnej woli lub niespodziewanie, poznali część naszych sekretów, nie może to być zachętą do pragnienia wyniesienia ich na Stolicę Piotrową.

To by nas zrujnowało. Sama ambicja doprowadziłaby ich do apostazji; żądza władzy zmusiłaby ich do poświęcenia nas. Tym o co musimy zabiegać, czego powinniśmy szukać i oczekiwać, tak jak żydzi oczekują na Mesjasza, to papież odpowiadający naszym potrzebom… Wtedy będziemy mogli o wiele pewniej maszerować do ataku na Kościół, niż jedynie z broszurami naszych francuskich braci, czy nawet z angielskim złotem.

Chcecie poznać powód? Chodzi o to, że po to by roztrzaskać skałę, na której Bóg zbudował swój Kościół, nie potrzebujemy ani octu Hannibala, ani prochu, ani nawet broni.

Żeby tylko któryś z następców Piotra zamoczył w spisku choćby mały palec; i ten mały palec będzie dla naszej krucjaty tak dobry, jak wszyscy Urbanowie II i wszyscy święci Bernardowie Chrześcijaństwa. Nie mamy żadnych wątpliwości, że dojdziemy do tego wzniosłego końca naszych wysiłków.

Ale kiedy? I jak? To co nieznane nadal jest nieujawnione. Tym niemniej, nic nie powinno nas odwieść od nakreślonego planu, a wręcz przeciwnie, wszystko powinno do niego dążyć, tak jak gdyby już jutro sukces miał ukoronować dopiero co naszkicowane dzieło, to pragniemy, poprzez tę instrukcję, która pozostanie tajna dla większości nowicjuszy, udzielić osobom kierującym naszą najwyższą Ventą [Lożą] pewnych rad, które powinni wpajać wszystkim braciom, w formie instrukcji albo memorandum… A zatem, aby zapewnić sobie papieża o odpowiednich cechach, należy najpierw ukształtować temu papieżowi pokolenie warte rządów o jakich marzymy.

Zostawcie na boku starców i ludzi dojrzałych; idźcie do młodych, a jeśli możliwe, nawet do dzieci… Wypracujecie sobie, niskim kosztem, reputację dobrych katolików i nieskazitelnych patriotów. Ta reputacja włoży nasze doktryny zarówno do młodego duchowieństwa, jak i głęboko do klasztorów.

Po kilku latach, siłą rzeczy, ci młodzi księża przejmą wszystkie funkcje; będą rządzić, utworzą papieską radę, zostaną wezwani do wyboru papieża, który będzie rządził. A ten papież, jak większość mu współczesnych, będzie musiał być mniej lub bardziej przesiąknięty zasadami włoskimi [rewolucyjnymi] i humanistycznymi, które właśnie zamierzamy puścić w obieg.

I to jest to maleńkie ziarenko gorczycy powierzone ziemi; ale słońce sprawiedliwości rozwinie z niego najwyższą władzę, aż pewnego dnia zobaczycie, jak wielkie żniwo przyniesie to małe ziarenko.

Na drodze jaką przygotowujemy naszym braciom, piętrzą się wielkie przeszkody do pokonania, więcej niż jednego rodzaju trudności do opanowania. Ale oni je pokonają dzięki swojemu doświadczeniu i wnikliwości; bo nasz cel jest tak wspaniały, że trzeba podnieść wszystkie żagle, aby go zrealizować.

Macie zrewolucjonizować Włochy, poszukać papieża, którego portret właśnie naszkicowaliśmy. Macie ustanowić panowanie wybranych na tronie nierządnicy Babilonu; niech kler maszeruje pod waszym sztandarem, cały czas wierząc, że maszeruje pod sztandarem kluczy apostolskich. Chcecie by zniknęły ostatnie ślady tyranów i ciemiężycieli; zarzućcie swoje sieci, jak Szymon Syn Jony; zarzućcie je raczej w zakrystiach, seminariach i zakonach, a nie na dnie morza: a jeżeli nie będziecie się spieszyć, obiecujemy wam połów bardziej cudowny, niż jego.

Rybak łowiący ryby stanie się rybakiem ludzi; zgromadzicie swych przyjaciół wokół Tronu Apostolskiego.

Będziecie głosić rewolucję w tiarze i kapie, maszerującą z krzyżem i sztandarem, rewolucję, którą trzeba będzie tylko lekko wzniecić, by wywołała pożar we wszystkich czterech krańcach świata”.

——————

Teraz pozostaje nam zbadać jak udany był ten plan. Oświecenie, mój przyjacielu, „rozwiewa wiatr”. Przez cały XIX wiek społeczeństwo coraz bardziej przesiąkało liberalnymi zasadami Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, z wielką szkodą dla Wiary katolickiej i katolickiego państw…

====================

linki do książek

https://dn790003.ca.archive.org/0/items/freemasonry-and-the-vatican_202104/FREEMASONRY%20and%20the%20VATICAN.pdf

https://dn721806.ca.archive.org/0/items/why-johnny-cant-come/Vatican%20Ratline_%20The%20Vatican,%20the%20Nazis,%20and%20the%20New%20World%20Order%20-%20Mauri.pdf

Arcybiskup Viganò mówi, że Leon XIV zintensyfikował, a nie spowolnił, program Franciszka

Arcybiskup Viganò mówi, że Leon XIV zintensyfikował, a nie spowolnił, program Franciszka

W tym ekskluzywnym wywiadzie arcybiskup Viganò twierdzi, że zmiana sposobu, w jaki katolicy sprawują nabożeństwa, ostatecznie zmienia ich wiarę, co sprawia, że ​​reforma liturgiczna staje się kluczowym elementem kryzysu posoborowego.

Gaetano Masciullo

W pierwszej części wywiadu arcybiskup Carlo Maria Viganò stwierdził, że reformy związane z Soborem Watykańskim II osłabiły rolę Kościoła jako katéchon , czyli siły powstrzymującej rozprzestrzenianie się ducha Antychrysta na przestrzeni dziejów. Mówił o naturze autorytetu papieskiego, rozróżnieniu między papiestwem jako instytucją boską a poszczególnymi papieżami, krytykując jednocześnie rozwój posoborowy, wzrost synodalności oraz kobiety na stanowiskach kierowniczych w Watykanie.

Druga część wywiadu koncentruje się na krytyce Kościoła posoborowego, której dokonał Viganò, a zwłaszcza na reformach liturgicznych i Traditionis Custodes jako narzędziach szerszej transformacji teologicznej. Omawia również pontyfikat Leona XIV, a zwłaszcza zarzuty o istnienie sieci protekcji w obrębie elit kościelnych oraz wpływ sił ideologicznych i globalnych na obecną hierarchię.

LifeSiteNews: Przez cały ten kryzys konsekwentnie określał ekscelencja reformę liturgiczną nie jako konsekwencję, lecz przyczynę. Dlaczego, Pana zdaniem, kwestia Mszy Świętej ma pierwszeństwo przed kwestią doktrynalną i uważa ją za ważniejszą? I jakie znaczenie ma w tym kontekście nieustępliwość encykliki Traditionis Custodes , która została zachowana w niezmienionej formie przez Leona XIV?

Arcybiskup Carlo Maria Viganò: Ponieważ Kościół zawsze wiedział to, o czym moderniści celowo zapomnieli: ut legem credendi lex statuat supplicandi („aby prawo modlitwy określało prawo wiary”). Prawo modlitwy określa prawo wiary, a nie odwrotnie. Lud chrześcijański nie uczy się dogmatów z podręczników: przyswaja je sobie przy ołtarzu.

Człowiek, który latami klęczał przed Najświętszym Sakramentem, który widział kapłana zwróconego ku Bogu, a nie ku zgromadzeniu, który doświadczył konsekracji w świętej ciszy Kanonu Rzymskiego, wierzy w Rzeczywistą Obecność i w Ofiarę, nawet jeśli nie potrafił sformułować odpowiednich dogmatów; i żaden teolog nie zdoła mu odebrać tej wiary. Jeśli zmienisz sposób, w jaki ktoś się modli, zmienisz to, w co wierzy, bez jego wiedzy i bez konieczności wypowiadania przez kogokolwiek ani jednego heretyckiego zdania.

Dlatego twierdzę, że reforma liturgiczna nie była konsekwencją kryzysu: była jego narzędziem. Była najszybszą i najpewniejszą drogą do osiągnięcia tego, czego definicja nigdy nie byłaby w stanie osiągnąć. Zauważcie: jest to idealne zastosowanie bergogliańskiej zasady, że „czas jest ważniejszy od przestrzeni”. Nic nie jest zdefiniowane, proces zostaje wprawiony w ruch, a potem potrzeba tylko kilku pokoleń, aby reszta znalazła swoje miejsce.

Każdy, kto szuka potwierdzenia tej metody, powinien przeczytać „ Krótką analizę krytyczną nowego porządku mszy” kardynałów Ottavianiego i Bacciego, którzy już w 1969 roku ostrzegali, że nowy ryt „odbiega, jako całość i w szczegółach, w uderzający sposób od katolickiej teologii Mszy Świętej sformułowanej na XXII sesji Soboru Trydenckiego”. Nie byli to dwaj buntownicy: jeden był byłym sekretarzem Świętego Oficjum, drugi kardynałem kurii. Zignorowano ich, a dziś statystyki dotyczące wiary w Rzeczywistą Obecność potwierdzają, jak bardzo mieli rację. Cztery wieki wcześniej Cranmer zrozumiał, że wystarczy zmienić Mszę, aby zmienić religię ludzi, i że nie musi zaprzeczać ani jednemu dogmatowi, aby wygnać Świętą Ofiarę z Anglii.

Jeśli chodzi o Traditionis Custodes , jest to najbardziej wymowne wyznanie, jakiego mogli dokonać nasi przeciwnicy. Gdyby oba obrządki rzeczywiście wyrażały tę samą wiarę [ vetus ordo i novus ordo ], prześladowanie jednego z nich byłoby niewytłumaczalnym kaprysem: prześladują go, ponieważ doskonale wiedzą, że nie wyrażają tej samej wiary i że dopóki jeden ołtarz zachowuje dawną lex orandi , nowy nie może rościć sobie prawa do zwycięstwa.

Należy również zauważyć, że za Prevosta Traditionis Custodes nie została ani wycofana, ani osłabiona; wręcz przeciwnie, była stosowana jeszcze surowiej, z drobiazgowością, na którą Bergoglio nie miał czasu. To, że sam Leon – który tak wiele mówi o przyjmowaniu i słuchaniu – tak nieubłaganie występuje przeciwko Mszy Świętej wszystkich wieków, dowodzi tym, którzy wciąż pokładali w nim nadzieję, że w Kościele synodalnym jest miejsce na wszystko oprócz rytu, w którym Kościół modlił się przez wieki.

LSN: Prevost został wybrany dzięki tym, którzy liczyli na przywrócenie praworządności, ale w rzeczywistości wydaje się, że kontynuuje program swojego poprzednika, jedynie zwalniając tempo i delegując najbardziej kontrowersyjne decyzje do Kurii. Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że ten bardziej flegmatyczny i „nastawiony na dialog” styl jest jeszcze bardziej podstępny dla obrony dogmatów niż bezpośredni autorytaryzm Franciszka?

Viganò: Muszę sprostować przesłankę pytania, ponieważ Prevost buduje swoją argumentację właśnie na tym nieporozumieniu. Nie jest w żadnym wypadku prawdą stwierdzenie, że Leo postępuje „stopniowo”. Postępuje z zawrotną prędkością, nie zważając na reakcje – po części dlatego, że negatywne reakcje są rzadkie, a te nieliczne, które się zdarzają, są natychmiast tłumione. W porównaniu z Bergoglio zmieniła się nie prędkość: zmienił się sposób wyrażania się. Bergoglio krzyczał, a kto krzyczy, budzi ludzi; Prevost się uśmiecha, a kto się uśmiecha, usypia ludzi. Ale to lodowaty uśmiech, uśmiech kogoś, kto stara się, by nie napotkać żadnego oporu.

Spójrz na fakty, a nie na sposób. Tempo działań nie zostało spowolnione: zostało zintensyfikowane na wszystkich frontach – synodalizm, ochrona środowiska, polityka promigracyjna, synkretyczny ekumenizm, normalizacja ideologii LGBT. A przede wszystkim spójrz na nominacje, które są papierkiem lakmusowym pontyfikatu: nie ma ani jednego wyjątku; nie awansowano ani jednego człowieka o zdrowej doktrynie, nie usunięto ani jednego wroga wiary. Na każdym froncie Prevost posunął się dalej niż jego poprzednik.

13 sierpnia, na konferencji w Cuzco, przygotowującej podróż Prevosta do Peru, ks. prałat Jordi Bertomeu, papieski komisarz Dykasterii Nauki Wiary, wraz z biskupem Lizardo Estradą Herrerą, biskupem pomocniczym Cuzco i sekretarzem generalnym CELAM, oraz biskupem Miguelem Ángelem Cadenasem, biskupem Iquitos, złożyli liście koki jako ofiarę dla piekielnego bożka Pachamamy. Za Bergoglio, Pachamama została umieszczona w Ogrodach Watykańskich i Bazylice Świętego Piotra jako gest skandaliczny; za Prevosta, Pachamama została umieszczona w tej samej Dykasterii, której zadaniem powinno być jej potępienie – a to bożek wszedł do niej przez ręce człowieka, który wymierza sprawiedliwość w tej Dykasterii. To nie jest spowolnienie: to instytucjonalizacja.

Styl Leo jest jedynie pozornie umiarkowany. Sporadyczne łacińskie frazy, mucet noszony nawet w nieodpowiednich sytuacjach – nawet podczas wysiadania z samolotu – uprzejmy ton: to środki uspokajające podawane ciału, które stało się niezdolne do reakcji. A środek uspokajający nie zmniejsza przemocy: to środek uspokajający jest tym, co ją w ogóle umożliwia.

Konserwatyści byli oczarowani formą. Ale tak naprawdę, nawet tego nie ma. Ci, którzy zadowalali się mucetem, dostali mucet i nic więcej, a teraz płacą za ten kawałek materiału milczeniem o wszystkim innym.

Wreszcie, istnieje aspekt, który ujawnia prawdziwie tyrański charakter tego rządu: delegowanie. Prevost deleguje do kurii, dykasterii, konferencji biskupich, „procesów synodalnych”, tak aby żadna decyzja nie nosiła jego podpisu, a każda mogła być przedstawiana jako owoc wspólnotowego rozeznania. To nie jest pobłażliwość: to najdoskonalsza forma władzy absolutnej, władzy, która wydaje polecenia, nie ponosząc za nie odpowiedzialności. Starożytny tyran podpisywał swoje dekrety i przyjmował na siebie nienawiść, którą one wywołały; tyran synodalny pozwala innym decydować i pozostaje ponad nimi, jako arbiter, a nigdy jako oskarżony. To rozpuszczenie osobistej odpowiedzialności papieża – dokładnie to, do czego dąży synodalność – a temu, kto nigdy nie podejmuje decyzji, nigdy nie można się sprzeciwić. Papież, który nie decyduje, to papież, który postanowił pozwolić innym działać i który znalazł sposób, by uniknąć odpowiedzialności przed kimkolwiek.

LSN: Wypowiedział się Pan publicznie na temat sprawy Eleuterio Vásqueza Gonzáleza, znanego jako Lute, peruwiańskiego księdza oskarżonego o poważne wykorzystywanie seksualne dziewcząt w diecezji Chiclayo. Za czasów Leona XIV, biskupem tej diecezji, dochodzenie kanoniczne zostało określone przez delegata kościelnego jako „farsa”; jednak dziś papież ma Edgarda Rimaycunę jako swojego osobistego sekretarza, księdza, który dorastał w duszpasterskim i zawodowym środowisku Lute’a.

Inny wybitny duchowny, Wenezuelczyk Edgar Peña Parra – były substytut ds. ogólnych Sekretariatu Stanu, a obecnie nuncjusz apostolski we Włoszech i San Marino – został przez Księdza Kardynała zgłoszony w 2002 r. pod niezwykle poważnymi zarzutami, począwszy od wykorzystywania nieletnich seminarzystów, aż po domniemany związek z gwałtownymi zabójstwami – zarzuty, które następnie Bergoglio systematycznie ignorował.

W świetle tych i innych przypadków, czy uważa Pan, że za czasów Bergoglio w Kościele zakorzeniła się autentyczna „sieć” wzajemnej ochrony między wpływowymi ludźmi, w której ukrywa się wady i odpowiedzialność, aby zachować wewnętrzną równowagę? A jeśli tak, to w jakim stopniu zjawisko to sięga najwyższych szczebli Stolicy Apostolskiej?

Viganò: Sprawa Lute z zadziwiającą dokładnością odtwarza modus operandi innych wyjątkowo poważnych spraw, od McCarricka do Rupnika: ofiary wnoszą oskarżenie i nie zostają przesłuchane; śledztwo przeprowadzone w taki sposób, że niczego nie znajduje; Dykasteria zamykająca sprawę z powodu przedawnienia; oskarżeni nie tylko pozostają bezkarni, ale wręcz chronieni.

Ale jest też nieunikniona druga strona medalu: Ci, którzy ujawniają zbrodnie i bronią ofiar, zostają zniszczeni. Monsignor Ricardo Coronado, kanonista, który podjął się obrony trzech młodych kobiet, stracił kościelną licencję na wykonywanie zawodu prawnika w sierpniu 2024 roku na mocy decyzji Konferencji Episkopatu Peru, a cztery miesiące później został wydalony ze stanu duchownego dekretem, który – uwaga – nie zawierał odręcznego podpisu Bergoglio.

Ci, którzy wnoszą oskarżenia, tracą kapłaństwo; oskarżeni zachowują wszystko. Nie ma tu miejsca na interpretację: biskup Chiclayo, który prowadził śledztwo, które osoby znające szczegóły nazwały „farsą”, zasiada teraz na Stolicy Piotrowej i wybrał na swojego osobistego sekretarza księdza wyszkolonego w kręgu ojca Lute. Nie są to szczegóły biograficzne ani niefortunne zbiegi okoliczności: są dowodem na to, że w tym systemie bliskość pewnych kręgów nie jest przeszkodą w awansie zawodowym, a wręcz jego warunkiem koniecznym.

Rozważmy ponadto zbieg okoliczności, który wcale nie jest zbiegiem okoliczności. Ten sam prałat Jordi Bertomeu, który ofiarował liście koki Pachamamie w Cuzco, to człowiek, który w Dykasterii Nauki Wiary wprowadził – i zasadniczo uzasadnił – tę interpretację prawa kanonicznego, zgodnie z którą zwykłe procedury, wraz z gwarancjami, jakie oferują oskarżonemu, zostają zastąpione strukturami równoległymi i nadzwyczajnymi uprawnieniami komisarza. To właśnie ta doktryna prawna umożliwia los Coronado: tam, gdzie procedura ustępuje woli komisarza, ten, kto sprawia trudności, jest od początku stracony i nie ma nawet prawa do obrony. Zanim Coronado został pozbawiony stanu duchownego, oskarżano go o haniebne czyny bez najmniejszych dowodów.

To nie jest odosobniony przypadek. Kiedy peruwiański ksiądz, ojciec Omar Sánchez, publicznie skrytykował sposób, w jaki Bertomeu prowadził sprawę, 22 dni później w prasie pojawił się zarzut nadużycia wobec niego – zarzut, któremu domniemany skarżący później publicznie zaprzeczył, twierdząc, że nigdy nie złożył żadnej skargi.

Każdy, kto podnosi głos przeciwko systemowi, odkrywa, że ​​już wszczęto przeciwko niemu sprawę. A człowiek, który oferuje liście koki Pachamamie, to ten sam, który pozbawił kapłaństwa tego, który bronił trzech młodych ofiar ojca Lute w Chiclayo. To pokazuje nam, w co przekształciło się Święte Oficjum.

Jeśli chodzi o Peñę Parrę, pozwólcie mi na wyjaśnienie, które uważam za ważne. Zajmowałem się jego sprawą znacznie wcześniej, kiedy byłem delegatem ds. reprezentacji papieskich w Sekretariacie Stanu. Oskarżenia – uwiedzenie dwóch nieletnich seminarzystów w Maracaibo we wrześniu 1990 r. i jego związek z okolicznościami dwóch gwałtownych zgonów w sierpniu 1992 r. – zostały przekazane Sekretariatowi Stanu w 2002 r. przez nuncjusza apostolskiego w Wenezueli, arcybiskupa André Dupuya. Nie przeszkodziło to jednak w rozwoju kariery Peñy Parry. Chciałbym dodać szczegół, który wiele mówi o roli mediów: mówiłem o tej sprawie w długim wywiadzie dla Washington Post i to właśnie ta część dotycząca wenezuelskiego sprawcy została ocenzurowana. Bergoglio chciał go jako substytuta; a Prévost wysłał go teraz do Włoch jako nuncjusza.

Tak, sieć istnieje. Nie mówię tego jako spekulacji. Wiem z dziesięcioleci bezpośredniego doświadczenia w Kurii Rzymskiej i nuncjaturach, że to prawda. Opiera się na prostej zasadzie: każdy, kto jest podatny na szantaż, może być kontrolowany przez osobę posiadającą obciążające go materiały. Korupcja moralna nie jest przypadkiem systemu; to spoiwo, które spaja cały system. Dlatego winny lub wspólnik jest promowany, a ten, który go donosi, jest izolowany i niszczony.

Jak daleko sięga ta sieć korupcji? Wystarczy spojrzeć, ilu „potomków” McCarricka nadal piastuje stanowiska władzy w Stanach Zjednoczonych i Watykanie; ilu kardynałów mianowanych przez Bergoglio zostało wybranych właśnie ze względu na korupcję i podatność na szantaż; ilu w Sekretariacie Stanu i dykasteriach zawdzięcza swoje stanowiska nie doktrynie czy świętości, lecz przynależności do frakcji. Odpowiedź tkwi w faktach, a fakty mówią same za siebie.

LSN: Kto korzysta na tym mechanizmie? Czy Bergoglio był jego architektem, czy też został w niego wciągnięty wbrew swojej woli?

Viganò: Ani jedno, ani drugie, przynajmniej nie w takim sensie, w jakim sformułowano pytanie. Bergoglio nie był ofiarą systemu, ale też nie był jego twórcą: był jego beneficjentem, a następnie gwarantem. Został wybrany dzięki mafii z Sankt Gallen, czyli dzięki sieci, która od lat planowała przejęcie władzy i znalazła w nim odpowiedniego człowieka, ponieważ był pozbawiony skrupułów, wolny od doktrynalnych skrupułów i niezwykle biegły w sprawowaniu władzy – cechy te doskonalił przez długie jezuickie wykształcenie, którego metody pielęgnował przez całe życie: demonstracyjne posłuszeństwo połączone z tajnymi manewrami, jawnie deklarowane ubóstwo przy jednoczesnym sprawowaniu absolutnej władzy.

Po wyborze zrobił to, co robi każda nielegalna władza: otoczył się ludźmi, którzy nie mogli go zdradzić, ponieważ znał ich korupcję i przestępstwa, a tych, którzy nie byli podatni na szantaż i dlatego nie dawali się kontrolować, usunął. Nieprzypadkowo jego najbliżsi współpracownicy – ​​od Zanchetty po Peñę Parrę – to postacie obciążone niezwykle poważnymi oskarżeniami, które systematycznie chronił i promował.

Przypadek Marko Rupnika jest tego doskonałym przykładem. W 2019 roku Dykasteria Nauki Wiary ogłosiła go ekskomunikowanym za udzielenie rozgrzeszenia wspólnikowi – jedno z najpoważniejszych przestępstw zarezerwowanych dla Stolicy Apostolskiej. Na wniosek Bergoglio kara ta została uchylona.

Później, w 2023 roku, Towarzystwo Jezusowe ekskomunikowało go za nieposłuszeństwo, jednak Rupnik natychmiast znalazł słoweńskiego biskupa, który był skłonny go inkardynować. Jeśli chodzi o proces kanoniczny, ponad sześć lat po wydarzeniach nic nie wiadomo. Sprawę Rupnika czyni jeszcze bardziej skandaliczną, ponieważ krąg duchownych wokół niego, którzy zawdzięczają mu swoje stanowiska; chroniąc Rupnika, chronią siebie – począwszy od ówczesnego kardynała wikariusza Angelo De Donatisa, którego przeniesienie z wikariatu rzymskiego do Penitencjarii Apostolskiej nastąpiło mniej więcej w czasie tej afery. Jego przeniesienie nie było, jak twierdzili, awansem, lecz raczej sposobem na ochronę go i odsunięcie od pytań w Rzymie, których nie mógł już uniknąć.

Kto na tym wszystkim korzysta? Wewnętrznie, kasta duchownych czerpie zyski, przekształcając Kościół w swoją własność prywatną i potrzebując bezkarności, by przetrwać. Zewnętrznie, korzyści odnoszą te potęgi finansowe, polityczne i ponadnarodowe – innymi słowy globaliści – ci, którzy mają interes w utrzymywaniu Kościoła katolickiego pod szantażem, ponieważ szantażowany Kościół nie zabiera głosu, nie potępia i nie ewangelizuje: on współpracuje.

Związek między Kościołem Głębokim a Państwem Głębokim nie jest teorią: jest powodem, dla którego Stolica Apostolska chętnie popierała każdy program globalistyczny – od zmian klimatycznych po migracje, od pandemii po powszechne braterstwo, od promocji szczepień po panseksualizm – i dlaczego podpisała i uporczywie odnawiała tajne porozumienie z komunistycznymi Chinami, oddając w ten sposób wiernych biskupów i Kościół podziemny w ręce prześladowców, jednocześnie milcząc na temat wszystkiego, czego Ewangelia faktycznie wymaga, by głosić głośno.

Zepsucie moralne i zepsucie doktrynalne to dwie strony tego samego medalu. Kto zdradza wiarę, zdradza również moralność, a kto poddaje się moralnemu szantażowi, jest gotów zdradzić wiarę – nawet posuwając się do bałwochwalstwa, jak pokazują liście koki złożone w Cuzco przez urzędnika byłego Świętego Oficjum każdemu, kto ma oczy otwarte.

LSN: Podczas konklawe papieskiego w 2025 roku, wysoko postawiony autorytet masoński powiedział mi poufnie, podczas prowadzonego przeze mnie śledztwa: „Zobaczysz, że wybiorą pożytecznych idiotów Franciszka”. Kiedy poprosiłem o wyjaśnienie, ten masoński kontakt – który w rzeczywistości był bardzo blisko związany z kręgami Kurii Rzymskiej – powiedział mi, że Franciszek mianował kardynałów „z trupami w szafie” z marginesu świata, namawiając ich do wyboru „jego człowieka” i zachowania jego „dziedzictwa synodalnego”.

Kiedy wybrano Prevosta, ten sam mason powiedział mi sarkastycznie: „Habemus Papam! Wybrali go”. Początkowo byłem bardzo ostrożny, a nawet pełen nadziei co do Prevosta. Teraz, rok i kilka miesięcy później, zastanawiam się, jak bardzo interpretacja tego autorytetu masońskiego była oderwana od rzeczywistości… Co o tym myślisz?

Viganò: Nie mogę potwierdzić słów, których sam nie słyszałem, ani nie jestem zainteresowany uwiarygodnianiem przechwałek środowisk, które zawsze rościły sobie prawo do kontroli nad Kościołem. Mogę jednak powiedzieć, że ta interpretacja dokładnie odpowiada temu, co fakty ujawniają każdemu, kto chce się im przyjrzeć.

Bergoglio mianował zdecydowaną większość Kolegium Kardynalskiego, wybierając ludzi nieznanych nikomu, słabo wykształconych, z mało znaczących diecezji, których jedynymi kwalifikacjami była osobista lojalność wobec Bergoglia i, prawie zawsze, wrażliwość, która ułatwiała im kontrolowanie. Konklawe w ten sposób zorganizowane mogło wybrać jedynie człowieka takiego jak Prevost, czyli człowieka, który gwarantowałby ciągłość „synodalnego dziedzictwa” Bergoglia.

Masoneria jest zadowolona z tego wyboru i nie ma w tym nic zaskakującego: cieszyła się również z wyboru Jana XXIII. Od trzech wieków realizuje jeden plan: zniszczenie Kościoła katolickiego: najpierw pozbawiając go nadprzyrodzonego wymiaru i sprowadzając do roli organizacji filantropijnej; następnie podkopując go od wewnątrz; wreszcie przekształcając go w antykościół, czyli w powszechną religię ludzkości, co jest jej prawdziwym celem.

Synodalność, jako permanentna rewolucja i kwintesencja wszystkich wymogów modernizmu, jest tym, co kiedykolwiek było najbliższe realizacji tego projektu od wewnątrz. Nie ma potrzeby wymyślać spisków: wystarczy przeczytać Stałą Instrukcję Alta Vendita , która opisuje, z półtorawiecznym wyprzedzeniem, papieża ukształtowanego przez idee Rewolucji i wybranego przez kardynałów ukształtowanych przez te same idee.

Jeśli autorytet masoński cieszył się z wyboru Prevosta, to dlatego, że cel został osiągnięty. Pozostaje żal kardynałów i wiernych, którzy przez kilka miesięcy chcieli oszukiwać samych siebie. Określenie „pożyteczny idiota” jest obraźliwe i nie popieram go; obawiam się jednak, że ktokolwiek go użył, doskonale wie, jakiej użyteczności oczekiwał od człowieka, którego wybrał.

Źródło: WYŁĄCZNIE: Abp Viganò twierdzi, że Leon XIV zintensyfikował program Franciszka, a nie go spowolnił

Cuda nad urnami,… w Saksonii-Anhalt

Opolczyk: Cuda nad urnami,…

… a raczej z głosowaniem korespondencyjnym w Saksonii-Anhalt

Oto co znalazłem przy pomocy AI w sprawie wyborów do Landtagu w Saksonii Anhalt:

W Saksonii Anhalt wyniki uzyskane przy urnach były takie: AFD –  51,2 %, CDU – 14,5% . Głosy oddane korespondencyjnie, listownie, wypadły tak – uwaga: obie partie dostały po tyle samo głosów:  24,3 %. Procentowy udział głosów oddanych listownie wyniósł  27,4%.

Tak więc to głosy oddane listownie –  równo (co za przypadek!!!) po  24,3 % na AFD i CDU sprawiły, że AFD nie uzyskała absolutnej  większości  i zakończyła wybory wynikiem 43,8 %, a CDU  17,2 %.

Czy jest możliwy aż taki rozdźwięk między głosowaniem osobistym, przy urnach, a głosowaniem korespondencyjnym? A tym bardziej, że w tym drugim przypadku obie rywalizujące partie uzyskały dokładnie tyle samo głosów – po 24,3 %? Czy nie są to cuda nad urnami? – Na miejscu AFD domagałbym się śledztwa i komisji parlamentarnej w sprawie głosowania korespondencyjnego.

Sarah Wagenknecht

Natomiast w wyborach w Berlinie i Meklemburgii komisje wyborcze nie podały oddzielnie głosowania listownego i przy urnach. Pewnie dlatego, by ukryć manipulacje. Jestem pewien, że miały miejsce i że z tego powodu m.in. Sojusz Sahry Wagenknecht (BSW) tylko minimalnie nie osiągnął progów wyborczych, a wyniki partii agenturalnych (CDU, SPD i Zielonych) zawyżono.

Ileż to wrzasku było z powodu ostatnich wyborów w Rosji, rzekomo zmanipulowanych przez tego wstrętnego Putina-Hitlera. Wiadomo – tam każde wybory są manipulowane, a wyniki fałszowane. W Chinach też! Ale tu, na Zachodzie, ostoi wolności i demokracji, praw człowieka, praworządności i sprawiedliwości – tu wszystko jest cacy cacy, na najwyższym światowym, demokratycznym poziomie.  Podejrzenia, że były manipulacje wyborcze to robota ruskich onuc i wrogów wolności i demokracji.

Ale ja, jako ruska onuca twierdzę – elity finansowe, mające na usługach marionetki polityczne i łże-media oszukują nas, ile wlezie, na każdym kroku i we wszystkim, także z wyborczymi urnami i  głosami. Bo kto to widział, by rządzili nie ci, co mają rządzić…

opolczykpl/cuda-nad-urnami-a-raczej-z-glosowaniem-korespondencyjnym-w-saksonii-anhalt

Napisał: Andrzej Szubert (opolczyk)

W tym tygodniu w globalnej wojnie

W tym tygodniu w globalnej wojnie

Autorstwa Jamesa Corbetta uncutnews-ch/diese-woche-im-weltweiten-krieg

Są dekady, w których nic się nie dzieje, i są tygodnie, w których dziesiątki spraw się dzieją.

To był jeden z takich tygodni.

Tak, jeśli śledziłeś geopolityczny dramat, który rozegrał się w zeszłym tygodniu, wiesz już, o czym mówię. A jeśli nie, zapnij pasy i przygotuj się, bo zaraz zostaniesz zasypany informacjami o najnowszych doniesieniach ze świata wojny.

Od wojny piątej generacji przeciwko wszystkim, po serię eskalujących wojen regionalnych, które grożą przekształceniem się w pełnowymiarową, globalną Trzecią Wojnę Światową – najnowsze wiadomości mają coś dla każdego!

XI SZCZYT TRUMPA

Jeśli decydujący konflikt (zainscenizowanej i zmanipulowanej) Trzeciej Wojny Światowej, którą obecnie planują przedstawiciele „Państwa Głębokiego”, rozegra się między USA i Chinami, jak podejrzewam, to spotkanie Trumpa i Xi w przyszłym tygodniu rzeczywiście może mieć ogromne znaczenie.

Jednym z punktów tego programu jest sztuczna inteligencja i wojna poznawcza.

W zeszłym tygodniu chińskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego opublikowało swoje pierwsze oświadczenie na temat sztucznej inteligencji. I – co absolutnie nikogo nie zaskoczyło – prowadzona przez Chiny debata na temat „bezpieczeństwa sztucznej inteligencji” nie wydaje się koncentrować na zagrożeniu ze strony „nieuczciwych agentów sztucznej inteligencji”, niebezpieczeństwie wyginięcia ludzkości ani na potrzebie „zabezpieczenia granic”, jak ma to miejsce na Zachodzie. Chodzi raczej o bezpieczeństwo wspaniałego chińskiego rządu.

Różne wrogie siły i ukryte motywy wykorzystują generatywne technologie sztucznej inteligencji, takie jak deepfake audio i wideo, teksty i obrazy generowane przez sztuczną inteligencję oraz inteligentne armie botów, aby tanio i na masową skalę rozpowszechniać plotki polityczne. Rozpowszechniają szkodliwe informacje i podsycają wrogie emocje, prowadzą wojnę opinii publicznej i wojnę poznawczą przeciwko nam, a tym samym bezpośrednio zagrażają naszemu bezpieczeństwu politycznemu, systemowemu i ideologicznemu.

O Boże! Czy nikt nie myśli o bezpieczeństwie ideologicznym państwa chińskiego?!

Biorąc pod uwagę ten kontekst narracyjny i fakt, że wszyscy najwięksi zwolennicy szybkiej ekspansji centrów danych AI na Zachodzie wykorzystali widmo Chin jako pretekst, aby uzasadnić potrzebę jak najszybszej rozbudowy infrastruktury AI przez USA i ich sojuszników, ciekawe będzie, czy i jakie wspólne oświadczenie w tej sprawie wydadzą obaj szefowie państw.

Ale pomijając kontrowersyjny temat sztucznej inteligencji, który dominuje w nagłówkach gazet – co jeszcze jest w programie tego historycznego szczytu? No cóż, „prawie wszystko”, oczywiście! Chociaż typowo niejasne i przesadzone oświadczenie Trumpa dotyczące zakresu rozmów nie wyjaśnia absolutnie niczego, można by się spodziewać, że „prawie wszystko” obejmie wojnę handlową między USA a Chinami, kwestię Tajwanu i wojnę z Iranem.

Czy będziemy teraz w stanie dostrzec pierwsze prawdziwe linie podziału w (inscenizowanej i zmanipulowanej) walce XXI wieku, czyli w bitwie między amerykańskim orłem a chińskim smokiem? Już wkrótce się dowiemy!

Tymczasem na Bliskim Wschodzie szaleje chaos, który jest powodem do niepokoju!

ARABIA SAUDYJSKA W BITWIE

To był katastrofalny tydzień dla Saudyjczyków.

Najpierw pojawiła się wiadomość, że państwo naftowe musi zamknąć swój kluczowy rurociąg naftowy wschód-zachód po tym, jak został poważnie uszkodzony w wyniku ataku dronów.

Następnie ogłoszono, że to „tymczasowe” zamknięcie potrwa kilka tygodni, gdyż uszkodzenia rurociągu okazały się poważniejsze, niż pierwotnie informowano.

Teraz Arabia Saudyjska ubolewa nad „najgorszym scenariuszem”: atakiem ze strony Iranu i Hutich oraz brakiem pomocy ze strony USA.

Według doniesień, saudyjski następca tronu, książę Mohammed bin Salman, spotkał się w tym tygodniu z szefem CENTCOM Bradem Cooperem, ale najwyraźniej nie otrzymał zapewnień i gwarancji bezpieczeństwa, o które zabiegał. W rezultacie ten niegdyś arogancki potentat naftowy musi ponownie ocenić pozycję swojego kraju w regionie i jego ogólną sytuację bezpieczeństwa.

Co to zatem oznacza? Oznacza to:

1) Petrodolar – system, w ramach którego saudyjskie dolary z ropy naftowej wracały do ​​amerykańskich banków i amerykańskich obligacji skarbowych w zamian za wsparcie wojskowe USA – praktycznie dobiegł końca. (Ale co w tym nowego?)

I

2) Saudyjczycy będą musieli w przyszłości szukać bezpieczeństwa gdzie indziej.

Konsekwencji tych wydarzeń dla ogólnej sytuacji bezpieczeństwa na Bliskim Wschodzie nie sposób przecenić. W ostatnich latach byliśmy już świadkami powstania sojuszu między Arabią Saudyjską a Pakistanem, który został przypieczętowany w 2025 roku podpisaniem paktu o wzajemnej obronie, umieszczającego Saudyjczyków pod nuklearnym parasolem Pakistanu.

Teraz, gdy region został całkowicie zdestabilizowany przez wojnę Trumpanyahu z Iranem, ten parasol bezpieczeństwa się rozszerza. Zaledwie w zeszłym miesiącu Turcja (która z jakiegoś powodu w anglojęzycznych publikacjach jest teraz pisana jako „Turkiye”) dołączyła do Saudyjczyków i Pakistańczyków w trójstronnym porozumieniu obronnym znanym jako „Porozumienie o wspólnej obronie z Mekki”. Ponieważ porozumienie zawiera klauzulę o wspólnej obronie, w której trzy państwa członkowskie zgadzają się, że atak na jednego z nich jest uznawany za atak na wszystkich, pakt jest nazywany swego rodzaju „muzułmańskim NATO” i jest postrzegany jako potencjalny zalążek szerszych regionalnych ram bezpieczeństwa, które nie obejmują Wujka Sama.

Ale wzniosła retoryka i obietnice na papierze to jedno. Rzeczywiste rozmieszczenie sił zbrojnych w razie ataku to drugie. Czy więc to porozumienie będzie warte papieru, na którym zostało spisane? Wkrótce się przekonamy! Teraz, gdy Saudyjczycy ponownie aktywnie walczą w Jemenie, a Stany Zjednoczone odmawiają dalszej pomocy wojskowej, pojawia się pytanie: czy Porozumienie z Mekki wejdzie w życie? Arabia Saudyjska zwraca się o pomoc do Pakistanu na mocy postanowień porozumienia, ale Islamabad nie podjął jeszcze decyzji. Oznacza to, że wkrótce dowiemy się, czy „muzułmańskie NATO” jest skazane na porażkę od samego początku, czy też jest instytucją zdolną do redefinicji krajobrazu bezpieczeństwa w regionie.

Tak czy inaczej, w regionie toczą się obecnie liczne dyskusje na temat polityki bezpieczeństwa! A to dlatego, że…

WSTRZĄS NAFTOWY POWRÓCIŁ!

Właśnie wtedy, gdy wszyscy myśleli, że panika naftowa z początku „Operacji Epic Fury” już dawno minęła, nadeszły najnowsze wstrząsy dla infrastruktury naftowej Arabii Saudyjskiej. Dla tych, którzy nie znają zawiłości geopolityki naftowej: to oznacza, że ​​ceny benzyny wkrótce znów wzrosną.

Tak, okazuje się, że wspomniane ataki na saudyjski rurociąg Wschód-Zachód będą miały znaczący wpływ na globalne rynki ropy naftowej. Dzieje się tak, ponieważ rurociąg Wschód-Zachód jest główną „obwodnicą Ormuzu”, którą Saudyjczycy transportują do 4 milionów baryłek ropy naftowej dziennie do terminalu w Janbu nad Morzem Czerwonym. W rezultacie saudyjska produkcja ropy spadła w tym tygodniu do zera po raz pierwszy w historii.

To zła wiadomość.

Dla wszystkich, którzy uczą się wzrokowo, chciałbym wyjaśnić złe wieści za pomocą mapy:

Tymczasem szczyt irańsko-arabski w Cieśninie Ormuz, którego celem było osiągnięcie porozumienia w sprawie wznowienia żeglugi przez tę strategicznie ważną cieśninę naftową, zakończył się katastrofą. Według rzecznika irańskiego ministerstwa, spotkanie ministrów spraw zagranicznych regionu w Omanie, zaplanowane na podpisanie porozumienia, zostało odwołane przez Arabię ​​Saudyjską.

Oznacza to, że Cieśnina Ormuz pozostaje praktycznie zamknięta dla ruchu tankowców – fakt ten potwierdzają trzy tankowce zaatakowane w tym tygodniu przez marynarkę wojenną Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Ostatni atak wymierzony był w pływający pod banderą Togo tankowiec „Trend”, który według Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej został podpalony, aby uniemożliwić jego „nielegalny przepływ” przez cieśninę. Ataki te spowodowały już ogromne szkody w środowisku wodnym, a wycieki ropy pokrywają obecnie setki kilometrów kwadratowych cieśniny.

Ale, jak można się spodziewać, to nie wpływ tego chaosu na środowisko trafia na pierwsze strony gazet, lecz konsekwencje ekonomiczne. Oto dane sugerujące reperkusje ekonomiczne, jakie przyniesie przerwanie przepływu ropy:

  • Europejskie kontrakty terminowe na gaz ziemny osiągnęły właśnie najwyższy poziom od grudnia 2022 r.;
  • Ceny oleju napędowego w USA osiągnęły właśnie rekordowo wysoki poziom: galon oleju napędowego kosztuje teraz 6,42 dolara.
  • Ceny ropy naftowej w Chinach również osiągnęły nowe rekordy: w środę cena kontraktów terminowych na ropę na giełdzie w Szanghaju wzrosła do 129 dolarów za baryłkę, znacznie przekraczając poprzedni szczyt na poziomie 121,80 dolarów, który został osiągnięty na początku wojny z Iranem.

Ceny ropy naftowej zaczęły spadać pod koniec tygodnia, gdyż inwestorzy byli coraz bardziej przekonani, że zakłócenia w działaniu saudyjskiego rurociągu nie są tak poważne, jak donoszono. Obecnie jednak wydaje się oczywiste, że przywrócenie infrastruktury w regionie do stanu sprzed wojny z Iranem zajmie miesiące, jeśli nie lata.

Ale nawet gdyby sytuacja na Bliskim Wschodzie unormowała się z dnia na dzień, nie oznaczałoby to pokoju na całym świecie. Bo w Europie Wschodniej wciąż szaleje wojna.

Konflikty między Ukrainą a Rosją rozprzestrzeniają się na cały świat

Tak, na wypadek gdybyście się zastanawiali: Wojna pomiędzy Rosją a Ukrainą trwa.

Ostatnie wydarzenia na tym froncie obejmują spory między obiema stronami dotyczące ich infrastruktury energetycznej: Rosja twierdzi, że Ukraina próbowała zaatakować „jeden z obiektów energetycznych na terytorium Rosji” w zeszły poniedziałek, podczas gdy Ukraina twierdzi, że zaatakowała rafinerię ropy naftowej w Rosji w odpowiedzi na rosyjskie ataki na stacje benzynowe w Kijowie i inne ukraińskie obiekty energetyczne. Wszystko to nastąpiło po tym, jak Trump oświadczył na początku tego tygodnia, że ​​zarówno Rosja, jak i Ukraina zgodziły się zaprzestać ataków na infrastrukturę energetyczną drugiej strony.

Ale być może jeszcze bardziej niepokojące niż niekończące się spory między Ukrainą a Rosją są niedawne sygnały, że konflikt ten przeradza się w szerszą wojnę. Właśnie w tym tygodniu polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zaostrzył wojnę na słowa między Polską a Rosją, chwaląc się, że jego kraj może „dość szybko pokonać Rosję” w walce dzięki przewadze powietrznej NATO.

Przywołanie przez Sikorskiego straszaka NATO stanowi dorozumianą groźbę pełnoskalowego konfliktu supermocarstw, w którym dysponująca bronią jądrową Rosja zmierzyłaby się z blokiem NATO pod przewodnictwem USA, również dysponującym bronią jądrową.

Chwalebna, dziecięca postawa Sikorskiego („Mój międzystanowy sojusz wojskowy mógłby cię zniszczyć!”) nie jest jedynie pustą retoryką. W rzeczywistości, ZeroHedge donosi:

Rozszerzenie wojny na Ukrainie na przestrzeń powietrzną państw NATO na „wschodniej flance” staje się cotygodniową rzeczywistością, przynosząc dodatkową presję i zagrożenia, które potencjalnie mogą doprowadzić do większej konfrontacji militarnej między Rosją a Zachodem. Wiodące mocarstwa NATO, takie jak Niemcy, podejrzewają ostatnio również rosyjski wywiad o sabotażowe kampanie z udziałem dronów w pobliżu węzłów lotniczych w Europie Środkowej.

Jeden z ostatnich incydentów związanych ze „skutkami” wojny na Ukrainie miał miejsce na Litwie, gdzie myśliwiec sojusznika z NATO zestrzelił rosyjskiego drona, który wleciał w przestrzeń powietrzną kraju z Białorusi. Incydent ten skłonił litewskiego ministra spraw zagranicznych Kiestutisa Budrysa do oświadczenia, że ​​NATO jest „czujne, zdecydowane i gotowe” na takie zagrożenia.

Jak dotąd nie było żadnego oświadczenia Igora Czajki, szefa rosyjskiej Federalnej Agencji ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, Rodaków Mieszkających za Granicą i Międzynarodowej Współpracy Humanitarnej…

…ale tak, prowokacje między Rosją a NATO stają się coraz poważniejsze i wydaje się, że ani Putin, ani UE nie mają łatwego wyjścia, co jest popierane przez NATO. Zamiast tego, niesławny artykuł 5 NATO, „klauzula o zbiorowej samoobronie”, zdaje się zachęcać państwa peryferyjne, takie jak Polska, do angażowania się w coraz bardziej lekkomyślne prowokacje przeciwko rosyjskiemu niedźwiedziowi.

Innymi słowy, jest całkiem prawdopodobne, że przyszli historycy będą pisać o tym, jak jakiś aparatczyk w Krakowie spowodował śmierć dziesiątek milionów ludzi podczas Wielkiego Holokaustu Atomowego w 2027 roku.

SYDNEY SWEENEY POD OSTRZENIEM

Aktorka Sydney Sweeney znalazła się pod ostrzałem ze strony sportsmenek, które twierdzą, że najnowszy chwyt reklamowy Sweeney – kampania reklamowa amerykańskiego rynku zakładów sportowych Novig, w której części jej nagiego ciała są wygodnie zakryte różnymi sprzętami sportowymi – cofa kobiety w sporcie o dekady, sprowadzając ich rolę do roli hiper-seksualizowanych obiektów.

To absolutnie nie ma nic wspólnego z III wojną światową. Pomyślałem po prostu, że zakończenie tego wpisu będzie nieco mniej ponurą historią niż ta, w której giną dziesiątki milionów ludzi. W końcu jest to z pewnością lepsze niż historia o tym, jak system sztucznej inteligencji wyobraził sobie, że chiński statek przewozi komponenty do broni jądrowej do Iranu – „błąd”, który równie dobrze mógł wywołać III wojnę światową.

Tak czy inaczej, życzę Wam wszystkim cudownego tygodnia!

Źródło: This Week in World Warfare

Dlaczego doniesienia o oszustwach wyborczych w Rosji są sfabrykowane

Dlaczego doniesienia o oszustwach wyborczych w Rosji są sfabrykowane

Thomas Röper apolut/warum-die-berichte-uber-wahlfalschungen-in-russland-erfindungen-sind

https://tube4.apolut.net/videos/embed/x4UhtN8f1oT9cpP4J1jQtx

Podczas wyborów w Rosji niemieckie media zawsze donoszą o domniemanych manipulacjach i oszustwach wyborczych. Tak było również w przypadku wyborów parlamentarnych w miniony weekend. Jednak twierdzenia niemieckich mediów łatwo zidentyfikować jako sfabrykowane kłamstwa.

Komentarz Thomasa Röpera .

Od ponad 20 lat niemieckie media tradycyjnie donoszą o oszustwach wyborczych i manipulacjach podczas wyborów w Rosji. Tak było również w zeszły weekend, kiedy odbywały się wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu. Jako obserwator wyborów od 2022 roku, doskonale znam rosyjski system wyborczy, dlatego twierdzenia niemieckich mediów są dla mnie po prostu śmieszne. Wiele z tego, co donoszą o wyborach w Rosji, to czyste sfabrykowanie, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, a w niektórych przypadkach jest po prostu niemożliwe.

Przyjrzyjmy się bliżej temu, co podają niemieckie media na przykładzie Der Spiegel i sprawdźmy, dlaczego tak łatwo jest zdemaskować to jako całkowicie zmyśloną propagandę, jeśli ma się choć trochę wiedzy na ten temat.

Jak przebiegają wybory w Rosji

Aby ułatwić Państwu zrozumienie, chciałbym pokrótce wyjaśnić, jak przebiegają wybory w Rosji. W Rosji we wrześniu zawsze odbywa się dzień wyborów, w którym odbywają się wszystkie wybory zaplanowane na dany rok. Tego dnia wybierani są merostwa, rady miast, parlamenty regionalne, gubernatorzy itd.

W ten weekend odbyły się również wybory do Dumy, rosyjskiego parlamentu, choć istnieje istotna różnica w porównaniu z wyborami w Niemczech. W Rosji połowa deputowanych jest wybierana z list partyjnych, a druga połowa to kandydaci wybierani bezpośrednio w okręgach wyborczych. Ci kandydaci wybierani bezpośrednio nie muszą być członkami żadnej partii; mogą być również kandydatami niezależnymi. W Niemczech nie stosuje się tego rozróżnienia, dlatego po niemal każdych wyborach w Niemczech toczą się dyskusje o nadwyżkach mandatów, co nie występuje w Rosji ze względu na rozdzielenie list partyjnych od kandydatów wybieranych bezpośrednio.

Od pewnego czasu głosowanie w Rosji trwa trzy dni; tegoroczne wybory odbyły się od piątku do niedzieli. Powodem są ukraińskie ataki terrorystyczne, które mają na celu uniemożliwienie zgromadzenia się dużych tłumów w lokalach wyborczych.

W Rosji nie ma głosowania korespondencyjnego; wybory odbywają się wyłącznie w lokalach wyborczych, gdzie wyborcy oddają głosy za pomocą tradycyjnych, papierowych kart do głosowania. Jednak w tym roku nastąpiła zmiana: wprowadzono głosowanie online. Jestem sceptyczny, ponieważ nie rozumiem wystarczająco szczegółów technicznych i obawiam się, że głosy mogą zostać zmanipulowane. Jestem zwolennikiem „starych, dobrych kart do głosowania”, ponieważ głosy na papierowych kartach można sprawdzać i przeliczać tak często, jak to konieczne. Jednak eksperci w Rosji, a nawet przedstawiciele rosyjskich partii politycznych, jednogłośnie zapewniają nas, że rosyjski system głosowania online jest bezpieczny i przejrzysty.

Ponieważ jednak w tym roku i tak niewiele osób skorzystało z głosowania online, wrócimy do tradycyjnej metody głosowania w lokalu wyborczym. W Rosji każdy lokal wyborczy ma listy wyborców, a każdy, kto zarejestruje się do głosowania online, jest usuwany z list, aby zapobiec jego dwukrotnemu głosowaniu.

Proces głosowania w lokalu wyborczym jest podobny do tego, który znamy w Niemczech. Jednak w każdym rosyjskim lokalu wyborczym są obserwatorzy wyborów z partii politycznych i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, którzy są obecni od otwarcia do zamknięcia, a także podczas liczenia głosów.

To sprawia, że ​​manipulacja w lokalach wyborczych jest praktycznie niemożliwa, bo bez względu na to, co niemieckie media donoszą o polityce w Rosji, rosyjskie partie toczą ze sobą ostrą rywalizację, a ich obserwatorzy nie będą milczeć o naruszeniach i nieprawidłowościach, lecz będą je natychmiast zgłaszać.

Co więcej, urny wyborcze w Rosji są wykonane z pleksiglasu, co oznacza, że ​​nikt nie może wrzucić stosu kart do głosowania tak, aby wszyscy natychmiast go nie zobaczyli. Podobnie, nikt nie może wrzucić kart do głosowania przed otwarciem lokali wyborczych, ponieważ byłoby to od razu widoczne, gdyby w urnie znajdowały się setki kart do głosowania wczesnym rankiem.

Jest jeszcze jeden punkt, który często widuję jako obserwator wyborów podczas liczenia głosów: karty do głosowania otrzymywane przez lokal wyborczy są ściśle liczone, a liczenie zawsze rozpoczyna się od unieważnienia pozostałych kart poprzez odcięcie prawego górnego rogu. Następnie liczone są głosy oddane, uszkodzone karty i pozostałe (i już unieważnione) karty. Ta suma musi odpowiadać pierwotnej liczbie kart do głosowania dostarczonych do lokalu wyborczego, co oznacza, że ​​żaden głos nie może po prostu zniknąć, ani żaden dodatkowy głos nie może zostać wyrzucony niezauważony. Dopiero gdy te liczby są poprawne, rozpoczyna się faktyczne liczenie głosów.

W Rosji każdy lokal wyborczy jest wyposażony w kamery internetowe, dzięki czemu każdy może w każdej chwili obejrzeć przebieg głosowania. Dzięki temu wszelkie nieprawidłowości w lokalu wyborczym są natychmiast rejestrowane. Na przykład, podczas wyborów prezydenckich dwa lata temu, ktoś wlał zieloną farbę do urny wyborczej, a nagranie natychmiast stało się viralem dzięki wszechobecnym kamerom internetowym.

Manipulacja lokalami wyborczymi jest zatem praktycznie niemożliwa. A ponieważ wszystkie dane z lokali wyborczych są publikowane, każdy może sprawdzić, czy komisja wyborcza w Moskwie prawidłowo je zlicza. Obserwując rosyjskie wybory od wielu lat, nie widzę możliwości znaczącej manipulacji nimi. Po prostu nie wiem, gdzie w tym transparentnym systemie można by manipulować wynikami, niezauważalnie.

Ale czytelnicy niemieckich mediów o tym nie wiedzą, dlatego mogą dalej opowiadać swoje bajki, którym teraz się przyjrzymy.

Czy opozycja została wykluczona z wyborów?

Kluczowym argumentem, który zachodnie media podnoszą, jest twierdzenie, że w rosyjskich wyborach nie ma miejsca dla opozycji. To po prostu nieprawda, ponieważ w Rosji startowało dziesięć partii, których programy obejmowały zarówno skrajną prawicę, jak i skrajną lewicę. Istnieją zarówno partie wolnorynkowe, jak i socjalistyczne. Wachlarz programów partyjnych w Rosji jest znacznie szerszy niż w Niemczech, a w kwestiach takich jak edukacja, polityka społeczna i gospodarka, partie rosyjskie różnią się bardziej niż na przykład partie niemieckie.

Jednak wszystkie rosyjskie partie polityczne zgadzają się, że Rosja musi być i pozostać suwerennym państwem, któremu żadne inne państwo nie może niczego narzucać. Są również zjednoczone w kwestiach bezpieczeństwa narodowego, co oznacza, że ​​choć nie są entuzjastycznie nastawione do wojny na Ukrainie, popierają ją, dopóki nie zostanie zakończona na warunkach akceptowalnych dla Rosji. Warunki te są znane czytelnikom „Anti-Spiegla”, ale powtórzę je dla Państwa informacji:

  • Ukraina musi pozostać państwem niezaangażowanym, w którym nie stacjonują żadne wojska zagraniczne.
  • Ukraina nie może posiadać broni jądrowej.
  • Ukraina musi szanować prawa swoich mniejszości narodowych i
  • Musi uznać nowe granice.

Taka jedność w polityce zagranicznej istnieje również w Niemczech, gdzie do Bundestagu nie wchodzi żadna partia (a już na pewno nie rząd), która nie popiera UE, NATO, transatlantyckiej lojalności wobec USA i wsparcia dla Izraela. Dotyczy to również AfD, która, choć krytyczna wobec UE, pozostaje lojalna wobec NATO, USA i Izraela. Przynajmniej tak głosi oficjalny program partii.

Kiedy więc niemieckie media twierdzą, że w Rosji nie ma opozycji, ponieważ wszystkie rosyjskie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej, oznacza to, że również w Niemczech nie ma opozycji, ponieważ wszystkie niemieckie partie są w dużej mierze zgodne w kwestiach polityki zagranicznej.

Na początku sierpnia odłam partii Jabłoko został wykluczony z wyborów do Dumy w Rosji z powodu oskarżeń o naruszenie praw autorskich w materiałach wyborczych i finansowanie z zagranicy. Te ostatnie dotyczyły członków partii, którzy otrzymywali finansowanie z zagranicy, a następnie przekazywali je Jabłoko. Finansowanie partii z zagranicy jest w Rosji, podobnie jak w Niemczech, zakazane, więc było jasne, że nie mogło pozostać bezkarne.

Ponieważ Jabłoko jest jedyną partią prozachodnią w Rosji, niemieckie media naturalnie podchwyciły tę historię. Nie zauważyły ​​jednak, że Jabłoko nie zostało w żaden sposób zdelegalizowane jako partia, a jedynie wykluczone z wyborów do Dumy. I nawet to było tylko częściowe, ponieważ bezpośredni kandydaci Jabłoka mogli startować w wyborach do Dumy; wykluczona była jedynie lista partyjna. Co więcej, Jabłoko mogło bez ograniczeń uczestniczyć w wyborach parlamentarnych, które również odbyły się w ten weekend.

Choć Jabłoko przekroczyło próg 5% w niektórych regionach Rosji, nie udało mu się to we wszystkich, co wskazuje, że partia prawdopodobnie nie osiągnęłaby progu 5% w ogólnokrajowych wyborach do Dumy. Nie stanowiło zatem, jak sugerują niemieckie media, zagrożenia dla rządu.

Jak podają niemieckie media

Następnego ranka po wyborach Der Spiegel opublikował artykuł na temat wyborów w Rosji pod tytułem „ Nowa Duma Państwowa – prognozy przewidują zwycięstwo kremlowskiej partii Jedna Rosja ” i nie szczędził sugestii. Na przykład, odnosząc się do frekwencji wyborczej, Der Spiegel napisał:

„Według oficjalnych danych frekwencja wyborcza wyniosła ponad 56 procent, czyli więcej niż w 2021 roku. Danych pochodzących z kontrolowanej przez Kreml komisji wyborczej nie da się zweryfikować”.

Drugie zdanie to czysta propaganda, czy też oświadczenia Federalnej Komisji Wyborczej, kontrolowanej przez rząd niemiecki, można zweryfikować?

Obserwatorzy wyborów służą zapewnieniu przejrzystości. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych akredytowano ponad 336 000 rosyjskich obserwatorów wyborów , którzy zasiadali w lokalach wyborczych i monitorowali wybory z ramienia partii politycznych lub organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Ilu jest ich w Niemczech? W ostatnich wyborach uczestniczyło również 1126 zagranicznych obserwatorów wyborów , w tym ja.

Ponieważ w każdym lokalu wyborczym w Rosji było kilku obserwatorów wyborów, powiedziałbym, że informacje podane przez rosyjską komisję wyborczą są w pełni weryfikowalne. A co z Niemcami? Ilu obserwatorów wyborów przypada tam na każdy lokal wyborczy?

Wracając jednak do tego, co niemieckie media podają niemieckiej opinii publicznej. Der Spiegel pisze następnie o rzekomej presji ze strony władz rosyjskich:

„Zarówno opozycyjna partia Jabłoko, której początkowo pozwolono wziąć udział w wyborach, ale potem ją z nich usunięto, jak i tradycyjnie silni komuniści skarżyli się, że setkom ich obserwatorów uniemożliwiono monitorowanie lokali wyborczych”.

Rzeczywiście, pierwszego dnia wyborów komuniści skarżyli się, że ponad setce ich obserwatorów odmówiono wstępu do lokali wyborczych. Władze przypisały to błędnie złożonym wnioskom akredytacyjnym, ale ponieważ w kolejnych dniach nie było dalszych skarg, problem wydaje się być rozwiązany.

Ale ogólnie rzecz biorąc, warto spojrzeć na szerszy obraz: fakt, że kilkuset z ponad 336 000 akredytowanych obserwatorów wyborów zgłosiło problemy pierwszego dnia, oznacza, że ​​dotyczyło to zaledwie 0,1% obserwatorów. Chociaż takie incydenty nie powinny się zdarzać, ich liczba jest tak mała, że ​​nie ma wpływu na ogólny wynik wyborów.

Następnie Der Spiegel pisze także:

Podobnie jak w poprzednich wyborach, pojawiły się doniesienia o masowym wrzucaniu do urn wstępnie wypełnionych kart do głosowania. Ponadto wielu wyborców skarżyło się, że nie otrzymali karty do głosowania i zostali zarejestrowani do głosowania online bez ich wiedzy.

Dobrze byłoby, gdyby Der Spiegel podawał źródła swoich twierdzeń, ponieważ, jak wyjaśniłem powyżej, „masowe wrzucanie wstępnie wypełnionych kart do głosowania do urn” nie jest już dziś w Rosji możliwe, gdyż po pierwsze, zostałoby to nagrane na wideo i szybko rozprzestrzeniłoby się w sieci, a po drugie, zostałoby to zauważone najpóźniej podczas procesu liczenia głosów i, ze względu na rozbieżność w liczbie kart do głosowania, doprowadziłoby do unieważnienia wyników dla danego okręgu wyborczego (i prawdopodobnie do powtórzenia wyborów).

To, że wyborcy mogli nie otrzymać karty do głosowania, jest oczywiście możliwe w pojedynczych przypadkach, wśród ponad 100 milionów wyborców, ale nie ma to żadnego znaczenia, ponieważ w Rosji karta do głosowania nie jest potrzebna; wystarczy udać się do lokalu wyborczego z dowodem tożsamości, ponieważ listy wyborców są dostępne. Dlatego w Rosji dokument ten nie nazywa się „kartą do głosowania”, lecz „przypomnieniem wyborczym”.

Takim sformułowaniem Der Spiegel próbuje zasugerować, że Rosjanom uniemożliwia się głosowanie, podczas gdy w rzeczywistości jest odwrotnie: rosyjskie władze dokładają wszelkich starań, aby zachęcić ludzi do głosowania. Wysoka frekwencja wyborcza jest w Rosji priorytetem, więc utrudnianie wyborcom udziału w głosowaniu byłoby kontrproduktywne, jak sugeruje Der Spiegel.

Nie słyszałem też o żadnym przypadku, w którym wyborcy zostaliby „zarejestrowani do głosowania online bez swojej wiedzy”. To również jest mało prawdopodobne, ponieważ słyszałem o czymś wręcz przeciwnym: ze względu na rozbudowane środki bezpieczeństwa wprowadzone w ramach głosowania online, wyborcy narzekali, że rejestracja do głosowania online jest niezwykle trudna i skomplikowana.

Kiedy czyta się w niemieckich mediach artykuły na temat wyborów w Rosji, można odnieść wrażenie, że piszą je ludzie, którzy nigdy nie byli na rosyjskich wyborach i którym wolno w związku z tym wymyślać bzdury – w końcu nikt w niemieckich redakcjach nie wie, jak naprawdę wyglądają wybory w Rosji.

+++

Artykuł ten został opublikowany po raz pierwszy 22 września 2026 r. na stronie anti-spiegel.ru .

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie zgody na publikację tego artykułu.

+++

Megaloman

Megaloman

Przemysław Piasta

„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. Jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.

Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, że nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.

„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, że przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża i że nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.

Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a nawet wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a nawet zapewne zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.

Druga strona medalu jest jednak taka, że nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, że pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?

Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, że Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.

Jednak nawet jeśli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski nadal jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.

O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.

Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, że jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.

W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, że w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.

Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, że pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, że otrzymywał zwykły grant ILEA.

Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.

Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, że organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.

Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, że jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, że wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.

Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.

Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco.  Wydaje się jednak, że w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.

Nie jest żadnym sekretem, że Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał  (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, że MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, że dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.

W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. Jeśli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, że Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny.  Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.

Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, że wielcy tego świata zdecydują, że to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.

Przemysław Piasta

Alibi Trumpa w sprawie diesla: Kijów kozłem ofiarnym w kryzysie wywołanym w Zatoce Perskiej

Alibi Trumpa w sprawie diesla: Kijów kozłem ofiarnym w kryzysie wywołanym w Zatoce Perskiej

Larry C. Johnson

Oskarżenie jest proste, a Donald Trump zbudował na nim szeroko nagłośnione żądanie wobec Kijowa: ataki Ukrainy na rosyjskie rafinerie pozbawiają świat oleju napędowego. To oskarżenie pomija jednak fakt, że kwaśna rosyjska ropa naftowa nie znika, gdy płoną jej rafinerie. Jest ładowana na tankowce i sprzedawana jako ropa naftowa Indiom i Chinom, których rafinerie przetwarzają ją na olej napędowy – indyjskie zakupy rosyjskiej ropy naftowej wzrosły mniej więcej dwukrotnie, a chiński import WSTO stale rośnie. Molekuły wciąż się poruszają; proces rafinacji po prostu się zmienia. Ukraina niszczy rosyjską marżę rafineryjną, a nie globalne dostawy oleju napędowego.

Trump przedstawił oskarżenie 13 września na swoim polu golfowym w Doonbeg w Irlandii – dwa dni po tym, jak cena amerykańskiego oleju napędowego po raz pierwszy w historii przekroczyła sześć dolarów za galon. Znalazł winowajcę. Nie był nim Iran. Nie była nim Cieśnina Ormuz.

Był nim Wołodymyr Zełenski. Zełenski „musi przestać bombardować Rosję olejem napędowym” – powiedział Trump dziennikarzom; może „atakować inne cele, ale nie olej napędowy”. A potem, aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do tego, kogo obwinia: niedobór „nie był spowodowany przez Bliski Wschód”.

To ostatnie zdanie jest kluczową wskazówką – i jest błędne. Aby to zrozumieć, trzeba pojąć dwie rzeczy, których Trump albo nie rozumie, albo liczy na to, że nie zrozumiesz: jaką ropę naftową Rosja tak naprawdę produkuje i gdzie tak naprawdę produkowany jest olej napędowy na świecie.

Zacznijmy od ropy naftowej, ponieważ liczby jednoznacznie odpowiadają na to pytanie.

Co promuje Rosja: arytmetyka kwaśnej ropy

Kwaśna ropa naftowa to ropa naftowa o zawartości siarki powyżej 0,5% wag. Poniżej tej wartości jest uważana za słodką. Rosja produkuje osiem głównych gatunków ropy, a Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej (EIA) publikuje informacje o jakości każdego z nich. Oto one, wraz z przybliżonymi wartościami, opartymi na zdolnościach produkcyjnych i przepustowości krajowych rafinerii:

RóżnorodnośćGęstość APIsiarkaregionPrzybliżone finansowanie (miliony b/d)Klasa
Ural (w tym lekka syberyjska)30–321,3–1,5%Zachodnia Syberia / Wołga-Ural~7,0Kwaśny
ESPO34–370,4–0,6%Wschodnia Syberia~1,6Linia graniczna
Sokół35–370,2–0,3%Daleki Wschód~0,2Słodki
Sachalin37–450,1–0,3%Daleki Wschód~0,15Słodki
ARCO (Arktyka)23–242,2–2,4%północ~0,1Kwaśny
Nowy Port30–350,1–0,3%Zachodnia Syberia~0,15Słodki
Warandaj25–370,2–0,5%północ~0,1Słodki
Całkowita ropa naftowa~9,3

Dane jakościowe: Raport EIA Country Analysis Brief, Rosja (2025). Objętości są przybliżone i pochodzą z potencjału produkcyjnego WSTO/Sachalinu/Arktyki oraz około 5,4 miliona baryłek dziennie (b/d) krajowej rafinacji, głównie zasilanej z Uralu, plus eksport ropy naftowej rurociągiem przez Morze Bałtyckie, Morze Czarne i rurociąg „Przyjaźń”; nie są to dane publikowane przez EIA według gatunku. Całkowita ilość ropy płynnej wynosi około 10,5 miliona b/d, z uwzględnieniem lekkich, słodkich kondensatów i płynów gazu ziemnego.

Zróbmy obliczenia. Kwaśne baryłki – Ural z około 7 milionami dziennie, plus niewielki udział Arctic ARCO – stanowią około 7,1 miliona z 9,3 miliona baryłek ropy naftowej wydobywanej przez Rosję. To około 76 do 77 procent kwaśnej ropy, a odsetek ten wzrasta do ponad 90 procent, jeśli uwzględnimy ESPO, która z 0,4 do 0,6 procent siarki jest na granicy kwaśna, a nie słodka. Dokładny jest odsetek od trzech czwartych do czterech piątych, i to niewiele. Rosja jest w przeważającej mierze producentem kwaśnej ropy naftowej.

Dlaczego jest to istotne w dyskusji o oleju napędowym? Ponieważ olej napędowy jest destylatem średniej jakości, a przetworzenie ciężkiej, kwaśnej beczki na czysty olej napędowy wymaga bardzo wyspecjalizowanej i kosztownej rafinerii – takiej, która dysponuje urządzeniami do hydrorafinacji, odzysku wodoru i siarki, ulepszoną metalurgią i jednostkami głębokiej konwersji, których nie posiada prosta rafineria słodkiej ropy naftowej. Światowa zdolność produkcyjna oleju napędowego nie jest ograniczona liczbą istniejących baryłek, ale tym, ile z tych wyspecjalizowanych mocy produkcyjnych jest w użyciu i czym są zasilane.

Gdzie tak naprawdę wytwarzany jest — i tracony — olej napędowy

Porównajmy teraz obliczenia dotyczące kwaśnej ropy z twierdzeniem Trumpa, bo obnaża to oszustwo.

Kiedy ukraińskie drony atakują rosyjską rafinerię, wycofują rosyjskie produkty gotowe z rynku. To jest rzeczywistość i w słowach Trumpa jest ziarno prawdy: Rosja jest drugim co do wielkości eksporterem oleju napędowego na świecie po Stanach Zjednoczonych, a Ukraina bombarduje jej rafinerie od roku – Międzynarodowa Agencja Energii szacuje, że średnio co trzy dni w ciągu pierwszych ośmiu miesięcy 2026 roku rosyjska rafineria była atakowana. W lipcu Moskwa całkowicie zakazała eksportu oleju napędowego, aby zabezpieczyć własne dostawy. Ta energia elektryczna została drastycznie ograniczona.

Postawmy więc na szali tę liczbę – tę, o której Trump nigdy nie wspomina, bo na niej opiera się cały akt oskarżenia. Świat zużywa około 28 milionów baryłek oleju napędowego i gazowego dziennie. Na zdrowym poziomie sprzed kryzysu Rosja dostarczała na rynek eksportowy około 900 000 baryłek dziennie, osiągając szczyt blisko miliona: to około trzech procent światowego zużycia oleju napędowego. Dziś, po roku ataków dronów i własnym zakazie eksportu, Rosja eksportuje około 150 000 baryłek dziennie. To pół procenta światowego zużycia oleju napędowego. Pół procenta.

Przeczytaj to w kontekście żądań Trumpa, a logika rozpadnie się na jego oczach. Pół procenta to cała pozostała ilość w grze – absolutne maksimum, jakie mogłoby przynieść powstrzymanie ataków na Ukrainę. Kryzys, który obwinia za globalny niedobór, już nastąpił; rosyjska baryłka, o którą prosi Kijów, aby ją odłożył, to jedynie błąd zaokrąglenia w globalnym bilansie. Globalny deficyt oleju napędowego nie powstaje – i nie zostanie rozwiązany – poprzez manipulowanie tak małą ilością.

I nawet to pół procenta nie jest tak naprawdę stracone dla świata – ropa naftowa, z której pochodzi, jest po prostu rafinowana gdzie indziej. Prawdziwa dziura w globalnym zaopatrzeniu w olej napędowy powstaje w zupełnie innym miejscu.

Zatoka Perska to osobny problem – i to właśnie ten, który Trump zbagatelizował. Odkąd Stany Zjednoczone i Izrael rozpoczęły wojnę z Iranem w lutym, Cieśnina Ormuz – normalnie dostarczająca jedną piątą światowych zasobów ropy naftowej – została zablokowana.

W tym miesiącu Huti zajęli jemeński port Mokha, a następnie wyspę Perim, uzyskując kontrolę nad cieśniną Bab el-Mandab, przez którą w drugim kwartale 2026 roku przepływało dziennie około 8,1 miliona baryłek ropy naftowej i produktów naftowych. Cena ropy Brent po raz pierwszy od lipca przekroczyła 100 dolarów. Eksperci branżowi szacują, że walki uszczuplają światowe moce przerobowe o około siedem milionów baryłek dziennie, a EIA przewiduje, że zapasy destylatów pozostaną znacznie poniżej najniższego poziomu od pięciu lat aż do 2027 roku.

To nie jest historia o produktach gotowych. To historia o surowcach – ciężka, kwaśna ropa z Zatoki Perskiej, dla której budowano światowe rafinerie głębinowe, to te, które znikają i, w przeciwieństwie do ropy rosyjskiej, nie da się ich po prostu przekierować, ponieważ specjalistyczne moce przerobowe, których wymagają, są skoncentrowane i nie da się ich wyczarować gdzie indziej. Nawet prasa branżowa, komentując oświadczenie Trumpa, stwierdziła oczywistość: dane z rynku energii wskazują na konflikt na Bliskim Wschodzie jako o wiele poważniejszą przyczynę wąskiego gardła – nie na Ukrainę. Człowiek obwiniający Kijów opisuje mniejszą ranę, stojąc na większej.

Alibi i samobójczy gol

Po co więc oskarżać Zełenskiego? Emisja spalin silników Diesla osiągnęła rekordowy poziom dwa dni przed przemówieniem Trumpa, a Amerykanie głosują w listopadzie. Prezydent, który rozpoczął wojnę i zamknął Ormuz, ma jasny motyw, by umiejscowić kryzys związany z dieslem gdzie indziej niż w Zatoce Perskiej. Obwinianie Ukrainy przerzuca odpowiedzialność z własnej polityki na cudze drony.

Wydaje się, że umknęła mu jeszcze jedna ironia. Ataki na rosyjskie rafinerie są przeprowadzane przez kraj, który Stany Zjednoczone uzbrajają, finansują i wyposażają w te same środki namierzania i dalekiego zasięgu, które umożliwiają te ataki. Jeśli te ataki, jak to ujął Trump, „szkodzą światu”, to szkoda ta jest wyrządzona przez kampanię finansowaną przez jego własną administrację. Nie stawia czoła wrogiej zdradzie. Mówi klientowi, żeby przestał robić coś, na co Waszyngton pozwalał – jednocześnie zaprzeczając o wiele większym zakłóceniom, które sam wywołał.

Trump chce niższych cen oleju napędowego i kontrolowanej inflacji. Każde narzędzie, które faktycznie wpłynęłoby na te liczby, prowadzi przez Zatokę Perską: przez Ormuz, przez Bab al-Mandab, przez ciężkie, kwaśne baryłki, które jego wojna zablokowała. Ukraińskie drony to tylko jeden z punktów rachunku. Zatoka Perska to księga rachunkowa. Wskazywanie na coś, gdy księga rachunkowa krwawi, to nie analiza. To alibi.

Źródło: Dieslowe alibi Trumpa: obwinianie Kijowa za kryzys wywołany w Zatoce Perskiej

Cisza przed decydującym starciem

Spokój przed decydującym starciem

Spokój przed decydującym starciem

Autorstwa Pepe Escobara

Jedyną sztuką, którą książę musi w pełni opanować, jest sztuka wojny.

To miała być cisza przed burzą. „Syndykat Epsteina” schlebiałby przedstawicielom Globalnego Południa, którzy zebrali się w Nowym Jorku na – pogrążonym w letargu – Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, i uwodziłby ich wszelkiego rodzaju „prezentami”, aby odwrócić ich uwagę od zbliżającej się wielkiej katastrofy i odwrócić ich uwagę od zapierającej dech w piersiach szybkości upadku Pax Americana.

Przenieśmy się do środy, pierwszego dnia debaty w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, kiedy to Neo-Krassus/Neo-Kaligula/Goldfinger/Psycho-Toddler ma wygłosić przemówienie.

Tego samego dnia spotyka się z szejkami naftowymi z regionu Zatoki Perskiej. Spotkanie to może przerodzić się w swego rodzaju pakt samobójczy.

A w piątek Xi Jinping osobiście przybędzie do USA z oficjalną wizytą państwową. Iskry będą gwarantowane (i często niewidoczne).

Wszystko to gwarantowałoby, że niemal nieunikniona nowa, szalona ofensywa przeciwko Iranowi i państwom Osi Oporu mogłaby zostać opóźniona o kilka dni.

Jednak histeria wybuchła ponownie, gdy spanikowani aktorzy imperialni zostali skonfrontowani z przerażającymi faktami na miejscu – od zerowego eksportu saudyjskiej ropy naftowej po „Płoń, kochanie, płoń” na lotnisku w Rijadzie.

Kluczowe słowo: ogłuszający dźwięk pędzących karaluchów „błyskotki”. Wydaje się, że rozumieją, że kolejny atak na Iran byłby teraz bardziej niż niebezpieczny, ponieważ drabina eskalacji wymknęłaby się spod kontroli – w tym końcowa rozgrywka Teheranu z przerażonymi szejkami naftowymi.

Karaluchy musiały się więc przekonać na własnej skórze, że bez względu na wszystko Iran nieuchronnie stanie się hegemonem naftowym w Zatoce Perskiej.

Teraz czas na Pakistan i Turcję – dwaj pozostali członkowie podejrzanego Sojuszu Obrony Mekki – którzy wspólnie wpadli w panikę i obiecują bronić Arabii Saudyjskiej, nawet przy użyciu siły fizycznej.

Dla kontekstu przytaczamy wypowiedź rzecznika Ansarallah, Mohammada Al-Bukhaitiego:

„Na Boga, jeśli Turcja lub Pakistan się wtrącą, rozprawimy się z nimi żelazną ręką. I tak jak dziś sprowadzamy Arabię ​​Saudyjską do parteru, tak samo i ich do parteru”.

Taka była uprzejma rada starszego al-Buchaitiego. Młodszy al-Buchaiti, Hussain, dziennikarz, zaatakował znacznie ostrzej: Gdyby Pakistan zaatakował Jemen, Jemen nie zezwoliłby na przeprawę pakistańskich statków handlowych przez Morze Czerwone, przypuściłby bezpośredni atak na Pakistan i uznałby go za partnera syjonistycznego.

Jak upada Dom Saudów

Teraz drabina eskalacji przyspiesza z pełną prędkością. „Szok energetyczny i strach” jest nieunikniony. Wszystkie bufory zostały wyczerpane: amerykańskie strategiczne rezerwy ropy naftowej (SPR), saudyjski rurociąg Wschód-Zachód (na co najmniej miesiąc, a może dłużej) oraz systematyczna, drastyczna redukcja importu ropy przez Chiny.

Pozostaje Fudżajra w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – z przepustowością zaledwie 2 milionów baryłek dziennie. Ale jeśli USA zaatakują „oś oporu”, to i ona zniknie w mgnieniu oka.

Arabia Saudyjska nie może eksportować ropy naftowej ani gazu. Dlatego nieudolny decydent MbS ma tylko jedno wyjście: poddać się. Zaakceptować warunki Jemenu. I należy się spodziewać, że obejmie to również trzy południowe prowincje, które zostały zdobyte przez Brytyjczyków i przekazane Saudyjczykom w 1934 roku.

Brak kapitulacji oznacza, że ​​szansa na przetrwanie Domu Saudów jest niezwykle mała.

Alastair Crooke, w najlepszym wydaniu, podsumował to idealnie. Błyskawiczna ofensywa sił Ansarallah/Jemenu była planowana od siedmiu lat. Sana’a myśli bardzo długoterminowo. Oznacza to, że Jemen ma pełną kontrolę nad procesem; jednak wynik jest całkowicie zgodny z wolą Teheranu.

Istnieje uderzająca analogia do sytuacji w Afganistanie sprzed pięciu lat – historii, którą śledziłem z uwagą. Markizowy rząd Ghaniego upadł w ciągu zaledwie dziesięciu dni dzięki cierpliwie budowanym sojuszom między plemionami pasztuńskimi pod patronatem generała Solejmaniego.

Teraz ten sam proces ma miejsce, z udziałem arabskich przywódców plemiennych. Łatwo to sprzedać. Hybrydowe państwo „Arabia Saudyjska” zostało zbudowane wokół skrajnie sekciarskiego rdzenia wahhabickiego, grupy niepiśmiennych, pasterskich Beduinów, w którym jedna rodzina monopolizuje pieniądze, władzę polityczną i wszelkie decyzje.

Wiele z około 100 plemion bez trudu weźmie udział w procesie, który zintegruje królestwo z tym, co można by nazwać „kompleksem Iran-Ansarallah”. Odzyskają swoją ropę; Arabia nie będzie już sprowadzona do roli amerykańskiego substytutu perskiej potęgi; a to oznacza koniec „darmowego posiłku” dla amerykańskich firm naftowych. Chiny mogą tylko z zadowoleniem przyjąć tę wizję.

Szejkowie naftowi wybrali już swój stół.

Sana wysłała jasny sygnał do USA za pośrednictwem Omanu: Jemen zaatakuje tylko statki saudyjskie – a nie amerykańskie czy międzynarodowe. To obowiązuje, dopóki Waszyngton nie zaatakuje Jemenu. Jeśli jednak do tego dojdzie, Jemen zniszczy amerykańską bazę w Dżibuti, niezbędną do monitorowania całego Rogu Afryki.

Kluczowe pytanie brzmi teraz, czy Stany Zjednoczone – i Pakt Mekka – rzeczywiście porzuciły Arabię ​​Saudyjską. Czy też jest to jedynie zasłona dymna dla reorganizacji przed skoordynowanym atakiem – w tym na Radę Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) – na Ansarallah.

Gdyby do tego doszło, Teheran jasno dał do zrozumienia, że ​​zaatakuje amerykańskie cele wojskowe i gospodarcze w całym regionie Zatoki Perskiej, szczególnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej, sięgając aż po Irak.

Generał dywizji Mohsen Rezaee, sekretarz Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Iranu i osobisty przedstawiciel Najwyższego Przywódcy Mojtaby Chameneiego, podsumował kontekst jednym zdaniem:

„Zaprosiliśmy ich [państwa Rady Współpracy Zatoki Perskiej] na spotkanie w Salalah [w Omanie]… a oni odwzajemnili się tajnym spotkaniem w Niemczech z Centralnym Dowództwem USA i Izraelem”.

Wszystko jest tutaj. Iran zaprosił szejków naftowych Rady Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) do wspólnego regionalnego stołu negocjacyjnego. GCC zdecydowała się jednak na rozmowy przy stole negocjacyjnym w Waszyngtonie i Tel Awiwie.

Rezaee opisał również, w jaki sposób Iran zmodernizował swoje rakiety naddźwiękowe, zwiększając ich prędkość z 6 do 10 Machów, rozszerzył możliwości walki elektronicznej i obrony powietrznej i obecnie jest w stanie atakować amerykańskie okręty w dowolnym miejscu na odległym Oceanie Indyjskim.

Jest też pocisk kierowany na okręty, który dzieli się na 80 pocisków i został pomyślnie przetestowany na amerykańskim lotniskowcu. Pentagon milczy w tej sprawie.

Rezaee ostrożnie radził Marynarce Wojennej USA na wiele sposobów, aby wycofała się z drogi – jeśli tak można powiedzieć, z Oceanu Indyjskiego – zanim znów iskry polecą.

Młody al-Bukhaiti zabiera głos po raz kolejny: „W nadchodzących dniach należy spodziewać się znacznej eskalacji ze strony Arabii Saudyjskiej… Po tym nastąpi zaskakujący akt odwetu, który sprawi, że Arabia Saudyjska i jej sojusznicy zapomną, że stracili Mochę i Bab al-Mandab”.

Syndykat Epsteina mógł zatem zaplanować samodzielną operację w Jemenie, tylko po to, by odkryć, że Iran i Jemen zawarły umowę zbiorową.

Szanuj warunki Iranu. W przeciwnym razie…

Teheran przekazał nowe warunki Stanom Zjednoczonym za pośrednictwem Kataru, chociaż Rezaee nadal powołuje się na „szanowany rząd pakistański” jako na wiarygodnego partnera do konsultacji.

Warunki obejmują uwolnienie zamrożonych aktywów i zakończenie blokady morskiej nałożonej przez Trumpa. Rezaee powiedział, że warunków jest siedem, ale wymienił tylko sześć. Lista nie obejmowała „zniesienia sankcji gospodarczych”. Pierwszym publicznie wymienionym punktem jest „zakończenie wojny na wszystkich frontach”.

Dokładnie to zostało powiedziane na początku listu intencyjnego „Martwego Kota”.

Porozumienie z czerwca zawierało już wyjątki dla eksportu ropy naftowej i klauzulę o powstrzymaniu się od nowych sankcji.

Następnie pojawia się kwestia wzajemności w odniesieniu do Cieśniny Ormuz. Jest to element strategii negocjacyjnej Teheranu. Rezaee powiedział, że Iran jest „tylko o krok” od ogłoszenia porozumienia z Omanem w sprawie zarządzania Cieśniną Ormuz, co może wymagać zgody regionu.

Opis przedstawiony przez Tasnim określił porozumienie jako „krok w kierunku realizacji przez Iran suwerenności nad cieśniną”. Równocześnie minister spraw zagranicznych Araghchi poinformował w Pekinie swojego odpowiednika i przyjaciela Wang Yi, że Iran „uzgodnił z Omanem plan otwarcia cieśniny”. Następnie, w niedzielę, Ghalibaf powtórzył, że Cieśnina Ormuz pozostanie zamknięta do czasu spełnienia warunków Iranu.

Reakcja Waszyngtonu w niedzielę była – jak zwykle – szaloną retoryką. Neo-Krassus/Psycho-Maluch powiedział w Fox News, że jest w „trybie decyzyjnym”. A potem rzucił międzygalaktyczną ripostę: Decydował, „czy i kiedy wysadzę cały naród w powietrze”.

Dalszy komentarz nie jest potrzebny.

Ma w zasadzie trzy opcje: 1. Więcej nalotów. 2. Pozwolić Iranowi „zgnić” gospodarczo (taki jest na razie plan). 3. Porozumienie. W przypływie zdrowego rozsądku powiedział również, że „prawdopodobnie jest otwarty” na spotkanie z prezydentem Pezeshkianem w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ.

Irańskie siły zbrojne ze swej strony twierdziły, że posiadają informacje, iż Waszyngton zdecydował się wznowić działania „za zgodą niektórych krajów w regionie” i zagroziły „ciągłymi, skutecznymi i bolesnymi atakami”.

Patrząc na szerszy kontekst, Pakistan upierał się, że nie jest przedmiotem dyskusji na temat odpowiedzi militarnej na Jemen. Turcja „nie chce ingerować w konflikt”. Niemniej jednak rzecznik pakistańskiego wojska obiecał „doprowadzić sprawę do końca”, a ministerstwo spraw zagranicznych potwierdziło „pewne rozmieszczenie wojsk” w ramach Sojuszu Obronnego Mekki. Wtajemniczeni w Islamabadzie przysięgają, że to tylko pozory: Pakistan nie może pozwolić sobie na wciągnięcie w wojnę z Ansarallah.

Sedno sprawy polega na tym, że syndykat Epsteina po prostu nie może sobie pozwolić na bezczynność (podkreślenie moje). Rozważmy ich rozpaczliwą sytuację: stracili już kontrolę nad załamaniem waluty, załamaniem łańcucha dostaw żywności i powszechnym niedoborem ropy naftowej i oleju napędowego. Potrzebują ogromnej odskoczni.

Tymczasem rewolucyjny wzrost w Jemenie przyspiesza termin decydującej konfrontacji. Podczas gdy Iran koncentruje się na zapewnieniu ostatecznej katastrofy neo-Krassusa/Goldfingera/psycho-maluchów w perspektywie średnioterminowej, jednocześnie dopracowuje swoją nową ofensywną doktrynę: gotowość do wyprzedzającego ataku przy najmniejszym sygnale niepokojów ze strony USA.

Praktycznie niemożliwe jest znalezienie sensu w nielogicznym geopolitycznym wszechświecie, gdzie nic już się nie liczy, a hegemon całkowicie wymknął się spod kontroli. Mimo to nie poddajemy się.

Wszyscy jesteśmy pasażerami (nadchodzącej) burzy.

Źródło: Spokój przed decydującym starciem

Tradycyjna lewica a Grzegorz Braun

Tradycyjna lewica i Grzegorz Braun

Czy środowisko, które opiera swój światopogląd na monarchizmie i tradycjonalizmie katolickim jest w stanie iść ramie w ramie z marksistami i ludźmi, którzy władze w państwie chcieliby oddać w ręce zwykłych szarych obywateli? W teorii wydaje się to nieco egzotycznym połączeniem. Praktyka nie zawsze idzie jednak w parzę z teorią, czego najlepszym przykładem jest właśnie zawierany na naszych oczach dość niecodzienny sojusz.

Grzegorz Braun to na polskiej scenie politycznej postać, która od kilku lat wzbudza oburzenie wśród polityków i wyborców liberalno-establishmentowej części naszego społeczeństwa. Niechęć do lidera Konfederacji Korony Polskiej wynika zazwyczaj z jego „kontrowersyjnego” zachowania, które przez wyżej wymienionych odbierane jest między innymi jako zamach na demokrację. W ostatnich latach do całkiem pokaźniej listy zarzutów przeciw politykowi dołączono również rzekome wspieranie rosyjskiej agresji, które ma wynikać z faktu, że sprzeciwiając się wojnie na Ukrainie Braun działa tym samym na rzecz narracji prowadzonej przez Kreml.

Pomijając już pokrętną logikę – wedle której kto nie kibicuje warszawskiej Legii musi być automatycznie kibicem Lecha Poznań – ten medialny lincz, a następnie konsekwentne rugowanie z przestrzeni publicznej wszystkiego, co tylko związane z Grzegorzem Braunem i jego środowiskiem musiało w końcu doprowadzić do tego, że zacznie on przyciągać uwagę tych ciekawskich i niepokornych. I chociaż z początku nie dziwiło, że wokół polityka zaczęli pojawiać się niezadowoleni i zawiedzeni wyborcy Konfederacji, Prawa i Sprawiedliwości, czy zwyczajnie osoby poszukujące w polityce jakiegoś powiewu świeżości, nikt nie przypuszczał, że do Szerokiego Frontu Gaśnicowego dołączą ludzie, którzy swoje poglądy deklarują jako tradycyjnie lewicowe i marksistowskie.

Wspólny wróg, potrzeba suwerenizmu i charyzmatyczny lider

Żyjemy w czasach, w których gołym okiem widać wszystkie negatywne następstwa wynikające z ciągle postępującej globalizacji. Niszczenie modelu tradycyjnej rodziny, promocja hedonizmu, czy multikulturalizm to zjawiska, z którymi bez wątpienia mamy do czynienia, a przeciw którym swój sprzeciw wyrażają głównie tradycjonaliści, osoby wierzące i ludzie o bardziej konserwatywnych poglądach, których wciąż wrzuca się jeszcze do jednego worka, nad którym figuruje napis prawica. Niezależnie od nazewnictwa i aktualności dawno przebrzmiałych już definicji, globalizacja dała się przecież również we znaki ludziom z przeciwnej strony sceny politycznej.

Chociaż w ostatnich latach pojęcie lewicowości bezlitośnie utożsamiane jest w Polsce wyłącznie z obyczajowym ekstremizmem i wszelkimi skrajnościami dotyczącymi różnej maści mniejszości, nie możemy zapominać, że poza tzw. lewactwem istnieje również inna lewica, ta tradycyjna, stara, czy jak kto woli nieliberalna. Ze względu na jej „niemodne” poglądy od lat lawiruje gdzieś poza głównym nurtem, a ludzi którzy się z nią utożsamiają spotkać można raczej w różnych mało popularnych stowarzyszeniach i inicjatywach, aniżeli w wielkiej polityce i na listach wyborczych. Mniej jednak to właśnie, to środowisko zdołał sobą zainteresować Grzegorz Braun. Dlaczego właśnie on?

Patrząc na polskojęzyczną scenę polityczną równie dobrze moglibyśmy zadać pytanie, a kto inny? Można powiedzieć, że obecnie to wyłącznie Braun otwarcie i bezpardonowo podnosi hasła, które dla tradycyjnej lewicy wydają się być właśnie atrakcyjne, a których nie uświadczymy z ust polityków, którzy określają się mianem lewicowych. Przynajmniej w jego retoryce – ale momentami przecież i w praktyce – hasła te i działania wypełniają niezagospodarowaną od długiego czasu próżnię. Zaliczyć do nich możemy między innymi jawne wystąpienie przeciw międzynarodowym koncernom farmaceutycznym i łamaniu praw obywatelskich w czasach pandemii, czy bezpośredni sprzeciw wobec napastniczej polityki Unii Europejskiej.

Z pewnością można by przytoczyć całą listę sprzeczności, o które ci bardziej tradycjonalistyczni zwolennicy Grzegorza Brauna byliby w stanie pokłócić się z tymi postępowymi, to pewne. Jednak ze względu na jego „czystą kartę” w polityce, charyzmę, bezpardonową działalność – ale i może również fakt, że ludzie widzą w nim, w końcu człowieka, który jest w stanie dosłownie walczyć o suwerenność Polski na arenie międzynarodowej, a w Polsce reprezentować ich własne interesy – jest on czymś na skale ewenementu. Wcale więc nie dziwi, że zwyczajnie może wydawać się interesujący i zrzeszać wokół siebie różne równie interesujące osobistości.

Do tego sam polityk w ostatnich tygodniach oficjalnie oświadczył, że w jego szeregach jest również miejsce dla ludzi, których inni już dawno wyklęli i wprost wyciągnął rękę do tego środowiska.

– Szanowni państwo, jeśli o mnie chodzi, to pochowajcie moje serce i pod Monte Casino i pod Lenino. Tam pochowajcie moje serce. Ponieważ i teraz jest właśnie czas, teraz jest właśnie moment, żeby to opowiedzieć sobie, napisać tę historię na nowo i żeby to usłyszeli nasi rodacy Polacy. Jest wspólny mianownik – mówił Grzegorz Braun podczas Konferencji Suwereni stów w Warszawie.

Upamiętnienie zwycięskiej Bitwy pod Lenino? Wspólny mianownik z tymi, którzy nie wstydzą się mówić głośno, kto i z kim wyzwalał Polskę od niemieckiego najeźdźcy? A wszystko to wypowiedziane przez uznawanego przez media za „skrajnie prawicowego” posła do Parlamentu Europejskiego? Trzeba przyznać, że jak na polskie realia to coś naprawdę niebywałego.

Inna, ale bardzo ważna sprawa to pokazowy sprzeciw Brauna wobec wojny na Ukrainie, który przez nieliberalną lewicę odbierany jest jako antyatlantyzm. W przeciwieństwie do większości polskiego społeczeństwa traktują oni zarówno tę wojnę, jak i sam neobanderyzm podnoszący głowę za naszą wschodnią granicą, nie jako specyfikę dzisiejszych czasów i zjawisko samo w sobie, a następstwo imperialistycznej polityki USA i NATO. Jest to kolejne spoiwo łączące ludzi, którzy, podobnie jak niegdyś w Zmianie, tak dziś w Koronie szukają swojego miejsca.

Wydaje się, więc logiczne, że osoby, które przez długi czas nie mogły odnaleźć się w świecie, gdzie „walka” toczona pomiędzy ugrupowaniami politycznymi w żaden sposób nie podważała panującego statusu quo, zaczną w końcu szukać jakiegoś oparcia w kimś, kto, chociaż stopniowo będzie oficjalnie legitymizował ich poglądy. Bez wątpienia w zupełnie innych warunkach, okolicznościach i z całkiem innym zapleczem ideowym, ale kimś takim był niegdyś Andrzej Lepper, który, podobnie jak dzisiaj Grzegorz Braun poza niewymagającym zbyt wiele elektoratem, zdołał skraść serca także tych politycznych sceptyków i pariasów.

Oczywiście nie można też wykluczyć kwestii czystej polityki, w końcu dieta poselska piechotą nie chodzi, a wszędzie znajdą się ludzie, którzy za pieniądze i trochę władzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko. Chcąc czy nie chcąc, w momencie gdy ktoś chce grać w tę grę musi się również liczyć z podobnymi zarzutami. Historia wielokrotnie pokazała, że takie przypadki niestety nie bywają odosobnione.

W związku z zaistniałą sytuacją i tym swoistym sojuszem ekstremów pojawiają się zarówno pytania, jak i głosy krytyki z obu stron. Ktoś ma za złe to, inny z kolei domaga się wyjaśnień tamtego, ale jak to się mówi karawana jedzie dalej. Czy to początek końca starych podziałów na polskiej scenie politycznej, czy może chwilowy romans, który zakończy huczny rozwód? Jak to już w życiu bywa odpowiedzi na zadane pytania przyjdą wraz z upływem czasu. Wystarczy poczekać.

Patryk Chruślak

Cynicy czy szaleńcy?

Engelgard: Cynicy czy szaleńcy?

„Apeluje do wszelkiej maści polityków i generałów, i pożal się Boże ekspertów, aby otworzyli swoje betonowe łby i zapamiętali, że są oni sługami narodu, którzy mają zapewnić społeczeństwu pokojowy rozwój i przetrwanie narodu! Polska – społeczeństwo i naród nie szuka wojny, lecz polscy politykierzy i generały, którzy swym rozwoju są na poziomie dowódcy plutonu, jak opryszki na wiejskiej zabawie, wydzierając się na wszystkie strony świata, że polska armia, pokona Rosję, wojny z nią szukają!” – napisał gen. Leon Komornicki, jeden z niewielu myślących rozsądnie.

Jego koledzy po fachu codziennie plotą bzdury, wymachują szabelką, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tabunowi nieodpowiedzialnych polityków, na czele których stoi Donald Tusk.
Jeśli ktoś w 2023 roku miał nadzieję, że po szaleństwach rządów Mateusza Morawieckiego i PiS-u, zapanuje zdrowy rozsądek, a polityka zagraniczna, w tym polityka wobec wojny na Ukrainie – zracjonalizuje się, ten się srodze zawiódł.

Donald Tusk wszedł właśnie na wysokie obroty agresywnej retoryki wojennej, straszy codziennie swój naród wojną, rzuca gromy na „wrogów”, którzy nie są skłonni podzielać jego histerii. Najpierw zastraszył swoich koalicjantów zapowiadając już na początku istnienia tej koalicji, że wypali gorącym żelazem tych, którzy poddadzą w wątpliwość politykę bezkrytycznego stania po stronie Ukrainy do końca. No i zastraszył, czego przykładem jest degradacja PSL-u, kiedyś partii rozsądku i umiaru, a obecnie ustami swojego lidera wpisującej się w chór najbardziej skrajnych podżegaczy wojennych.
Ale tego było Tuskowi za mało – zabrał się za opozycję. Uznaje ją za zdrajców i zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski, grozi, żeby nie ważyła się „szczuć na Unię Europejską”. Posunął się nawet do tego, że powołał się na raport CIA, w którym ponoć ostrzegano Polskę przed zbliżającymi się rosyjskimi prowokacjami, a nawet atakiem. Okazało się szybko, że nikt tego raportu nie czytał i nie zna – łącznie z szefem MON.

Nawet propisowski i rusofobiczny portal wpolityce musiał zauważyć: „To już kolejne takie przypadki, kiedy Tusk straszy wojną. Przypomnijmy także, że szef rządu już w kwietniu udzielił wywiadu m.in. brytyjskiemu „Financial Times”, w którym podważał sojusz polsko-amerykański, współpracę w ramach NATO i straszył atakiem ze strony Rosji, przekonując, że może zaatakować członka NATO w perspektywie „raczej miesięcy niż lat”.
Czemu to wszystko ma służyć? Są dwie wersje odpowiedzi. Jedna – „racjonalna”. Donald Tusk, podobnie jak liderzy Unii Europejskiej, cynicznie wykorzystują wojnę na Ukrainie do ratowania projektu integracji europejskiej w kierunku budowy w trybie przyspieszonym superpaństwa. Paramafijne metody rządów Ursuli von der Leyen są aż nadto widoczne. To ona i skupiona wokół niej kamaryla podżegaczy wojennych – zarządzą strachem i przy okazji realizuje swoje utopijne projekty. Jest też drugie wytłumaczenie – Donald Tusk jest w stanie psychicznej zapaści, boi się utraty władzy, i jest gotów na wszystko, aby temu zapobiec. Histeria wojenna może być wstępem do wprowadzenia stanu wyjątkowego i odłożenia wyborów. Obojętnie która z tych wersji jest bliższa prawdy – jako naród znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji.


Jan Engelgard
fot. KPRM (profil fb)
Myśl Polska, nr 39-40 (26.09-4.10.2026)

O realizmie

O realizmie

Mariusz Matuszewski myslkonserwatywna.pl/gorecki-o-realizmie

Kilka dni temu wziąłem udział w rozmowie, w której raz po raz wracało słowo „realizm” — głównie, choć nie wyłącznie, w kontekście politycznym. Rozmówcy zgadzali się, że nazywanie kogoś realistą nie jest komplementem pod adresem jego zaradności życiowej. Wybrzmiewało w tej rozmowie ciche, ale wyraźne przeświadczenie, że to właśnie ludzie deklarujący się jako realiści najczęściej nie radzą sobie w codziennym życiu: w karierze, w sprawach praktycznych, w urządzaniu sobie świata.

Ta obserwacja skłoniła mnie do napisania kilku refleksji na temat tego, czym jest ów realizm. Wydaje się, że spora część problemu bierze się z tego, że samo słowo „realizm” bywa dziś różnie rozumiane.

Dwa znaczenia jednego słowa

Słowo „realizm” zrobiło w ostatnich dekadach karierę, przy okazji gubiąc chyba właściwy sens. W ustach wielu oznacza dziś gotowość do ugody z każdą siłą polityczną, która akurat rządzi. W potocznej rozmowie znaczy tyle co rezygnacja z zasad, gdy zaczynają one nas kosztować. Być realistą, w tym języku, to dostosować się, przeliczyć zyski i straty, zrobić to, co akurat skuteczne. Realizm stał się synonimem sprytu życiowego, a bywa, że wprost cynizmu, i przeciwstawia się „idealizmowi” pojmowanemu jako naiwność, nieporadność w grze o władzę i pieniądze.

Słowo to ma jednak znacznie starszą historię, w której znaczy coś innego niż przystosowanie się do okoliczności. Było nazwą stanowiska filozoficznego, zakładającego, że rzeczywistość istnieje niezależnie od naszych pragnień i interesów, ma własną, poznawalną strukturę, a rozum ma za zadanie tę strukturę odkryć. Gdy wraca się do tego pierwotnego znaczenia, widać, że to, co dziś nazywa się „realizmem” w polityce i w życiu codziennym, jest w istocie jego zaprzeczeniem.

Zamieszanie bierze się częściowo stąd, że słowo „realizm” bywa używane w różnych obszarach naszego życia. W malarstwie to wierność wyglądowi rzeczy, dokładność odwzorowania. W polityce międzynarodowej realizmem nazywa się szkołę myślenia każącą patrzeć na państwa przez pryzmat interesu i siły. W prawie amerykańskim „realizm prawniczy” był ruchem twierdzącym, że o kształcie prawa decydują w praktyce konkretni sędziowie, znacznie bardziej niż litera kodeksu. Żadne z tych znaczeń nie musi być błędne w danym aspekcie. Żadne z nich nie jest też tym samym, co realizm filozoficzny w sensie klasycznym, a kłopot zaczyna się, gdy te znaczenia się mieszają: ktoś, powołując się na „realizm” w sensie politycznym czy życiowym, sugeruje przy okazji, że stoi po stronie prawdy o rzeczywistości, podczas gdy w istocie mówi jedynie o tym, co skuteczne w danym rozdaniu sił.

Realizm poznawczy

W klasycznej, arystotelesowsko-tomistycznej tradycji filozoficznej realizm poznawczy oznacza przekonanie, że ludzki umysł jest zdolny poznać byt takim, jaki on jest. Prawda polega na zgodności intelektu z rzeczą (adaequatio intellectus et rei): to rozum dostosowuje się do rzeczywistości, nie odwrotnie. Świat nie czeka biernie, aż nadamy mu sens — ma swoją naturę, swoje przyczyny i cele, zanim jeszcze o nich pomyślimy, a ich poznanie jest właściwym zadaniem rozumu.

Spór o to, czy taka struktura w ogóle istnieje i czy jest poznawalna, jest tak stary jak sama filozofia. Platon umieścił prawdziwą rzeczywistość w świecie idei, a to, co dane zmysłom, uznał za cień. Arystoteles, jego uczeń, sprowadził formy z powrotem do samych rzeczy: to konkretny byt jest tym, co realne, a umysł poznaje go przez abstrakcję, wydobywając z materialnych rzeczy ich rozumną strukturę. Św. Tomasz z Akwinu przejął tę intuicję i osadził ją w metafizyce stworzenia; rzeczy są poznawalne, bo mają określoną naturę nadaną im przez akt istnienia, a rozum ludzki, choć skończony, jest naprawdę zdolny tę naturę uchwycić.

Historycznym punktem zwrotnym, po którym realizm zaczął tracić grunt w filozofii zachodniej, był spór o powszechniki u schyłku średniowiecza. Wilhelm Ockham i inni nominaliści zakwestionowali, jakoby pojęciom ogólnym, takim jak „człowieczeństwo” czy „sprawiedliwość”, odpowiadała jakakolwiek wspólna natura w samych rzeczach. Dla nominalisty istnieją tylko poszczególne, jednostkowe byty, a ogólne pojęcia są wygodnymi nazwami, które umysł nakłada na rzeczywistość. To pozornie techniczne rozstrzygnięcie logiczne miało dalekosiężne konsekwencje: skoro nie ma wspólnej natury rzeczy, do której rozum mógłby się dostosować, więź między umysłem a światem robi się luźniejsza, a prawda zaczyna się przesuwać z porządku bytu w stronę porządku konwencji, użyteczności czy władzy.

Nowożytność poszła tym śladem dalej. Kartezjusz szukał pewności w samej świadomości myślącego podmiotu, czyniąc z niej punkt wyjścia całej filozofii. Kant uznał rzecz samą w sobie za niepoznawalną i przesunął ciężar poznania na struktury samego umysłu, które organizują dane zmysłowe według własnych reguł. Od tego momentu pytanie „jak jest naprawdę” zaczęło ustępować pytaniu „jak to się nam jawi”, a w wersjach jeszcze bardziej radykalnych — pytaniu „co nam się opłaca uznać za prawdziwe”. Współczesny konstruktywizm, twierdzący, że prawda jest funkcją władzy, kultury albo indywidualnego wyboru, jest odległym, ale rozpoznawalnym potomkiem tej samej linii myślenia.

Sama tradycja realistyczna nie jest przy tym w pełni jednomyślna co do tego, jak istnieją powszechniki. Realizm skrajny, bliski Platonowi, umieszcza naturę ogólną w osobnym, niezależnym świecie idei, istniejącym obok rzeczy jednostkowych. Realizm umiarkowany, główny nurt tradycji arystotelesowsko-tomistycznej, twierdzi skromniej: natura ogólna istnieje realnie w samych rzeczach jednostkowych, jako to, co wspólne wielu bytom tego samego gatunku, a umysł wydobywa ją stamtąd przez abstrakcję. Wersja umiarkowana pozwala uniknąć zarzutu, że realizm każe wierzyć w istnienie jakiegoś tajemniczego królestwa idei, oderwanego od rzeczywistego świata. Rzeczy jednostkowe naprawdę mają wspólną naturę, a nie tylko wspólną nazwę.

Kto bierze rzeczywistość na serio, musi brać na serio także jej wymiar moralny, naturę człowieka, hierarchię dóbr, prawo naturalne — tak samo jak wymiar empiryczny czy polityczny. Realistą w ścisłym sensie jest ten, kto uznaje istnienie prawdy niezależnej od własnej woli.

Paradoks realizmu w sztuce

Pouczający paradoks kryje się też w realizmie artystycznym. Dziewiętnastowieczny ruch realistyczny w malarstwie i literaturze, kojarzony z nazwiskami takimi jak Gustave Courbet czy Émile Zola, określał się jako odejście od idealizacji na rzecz wiernego, nieupiększonego przedstawiania życia, zwłaszcza życia ludzi prostych, brzydoty, nędzy, codzienności pomijanej dotąd przez sztukę wysoką. W tym sensie „realizm” oznaczał tu odwagę patrzenia na to, co dane zmysłom, bez retuszu.

Filozoficznie jednak ten ruch był w znacznej mierze dzieckiem pozytywizmu i naturalizmu: zakładał, że rzeczywistość, która się liczy, to rzeczywistość materialna, obserwowalna, dająca się opisać metodą zbliżoną do naukowej, a wszystko, co wykracza poza to, co empiryczne, należy do sfery złudzeń albo ideologii. Zola sam pisał o powieści eksperymentalnej na wzór nauk przyrodniczych. Tak rozumiany realizm artystyczny, choć nosi tę samą nazwę co realizm poznawczy, stoi w istocie bliżej nominalizmu i empiryzmu: zawęża pole rzeczywistości do tego, co materialne i mierzalne, dokładnie tak samo jak nowożytny rozum instrumentalny. Ten sam wyraz służy więc do nazwania dwóch stanowisk niemal przeciwnych. Jednego, które poszerza pojęcie rzeczywistości o to, co niematerialne i konieczne, i drugiego, które je zawęża do tego, co fizyczne i przygodne. To zamieszanie terminologiczne jest kolejnym dowodem na to, że słowa „realizm” nie można używać bezrefleksyjnie, jakby miało ono jedno, oczywiste znaczenie wspólne dla wszystkich kontekstów.

Realizm w sądzie i gabinecie psychologa

Podobne przesunięcie znaczenia widać w dwóch innych dziedzinach, wartych krótkiego wspomnienia, zanim przejdzie się do sedna sprawy. „Realizm prawniczy”, ruch intelektualny silny zwłaszcza w amerykańskich wydziałach prawa na początku dwudziestego wieku, twierdził, że o kształcie prawa w praktyce decydują konkretni sędziowie w konkretnych sprawach, z całym bagażem swoich przekonań i uprzedzeń — znacznie bardziej niż litera kodeksu. Jako opis socjologiczny bywa trafny: rzeczywiście, wyroki nie wynikają automatycznie z litery prawa. Kłopot zaczyna się, gdy z tego opisu wyciąga się wniosek normatywny, że nie ma sensu pytać, czy dany wyrok jest sprawiedliwy, bo „i tak liczy się tylko to, co orzeknie sąd”. Opis mechanizmu władzy zostaje wtedy po cichu zamieniony w twierdzenie, że poza tym mechanizmem nic więcej nie ma — dokładnie ten sam schemat błędu, co w polityce.

Jeszcze bliżej codziennego doświadczenia jest potoczne, terapeutyczne użycie słowa „realizm”, znane z poradników i gabinetów: „bądź realistą”, co w tym kontekście najczęściej znaczy „obniż oczekiwania”, „nie wierz w zbyt wiele”, „dostosuj marzenia do swoich możliwości”. Rada ta bywa mądra, gdy chroni przed złudzeniami co do własnych sił czy okoliczności. Staje się jednak fałszywym realizmem, gdy niepostrzeżenie przenosi się ze środków na same cele moralne, gdy „bądź realistą” znaczy w istocie „przestań wierzyć, że warto być uczciwym, skoro nieuczciwość bardziej się opłaca”, albo „nie oczekuj od siebie wierności zasadom, bo to nierealistyczne w dzisiejszym świecie”. Terapeutyczny realizm w tej wersji robi dokładnie to, co polityczny i prawniczy: zawęża pole rzeczywistości do tego, co doraźnie wygodne, i tę zawężoną wersję przedstawia jako dojrzałość.

Skuteczność jako podróbka realizmu

Stąd już blisko do zrozumienia, dlaczego potoczne utożsamienie realizmu ze skutecznością w działaniu jest błędem, i to błędem o poważnych konsekwencjach. Skuteczność to kategoria czysto instrumentalna. Liczy się dla niej wyłącznie to, czy dane działanie prowadzi do celu. Pytanie o to, czy sam cel jest dobry, a droga do niego słuszna, w ogóle nie pada. Można być bardzo skutecznym w realizacji celu złego. Utożsamienie realizmu ze skutecznością oznacza więc w praktyce zawieszenie pytania o prawdę i dobro na rzecz pytania czysto technicznego: co działa? Współcześnie tym myśleniem jest skażone wiele środowisk, które mienią się konserwatywnymi.

Kardynał Joseph Ratzinger opisywał dokładnie ten mechanizm jako jeden z podstawowych błędów nowożytności i wracał do niego w wielu miejscach swoich prac. Już we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” pokazywał, jak nowożytny rozum, definiując prawdę przez to, co człowiek sam wytworzył i może sprawdzić (verum quia factum), stopniowo traci dostęp do prawdy o bycie, o Bogu, o naturze człowieka — o wszystkim, czego sam nie wytworzył. Rozum, który uznaje za realne tylko to, co sam skonstruował albo czym może manipulować, skurczył się do rozumu instrumentalnego, zdolnego liczyć środki wiodące do celów, ale niezdolnego już osądzić, czy same cele są słuszne.

W homilii wygłoszonej tuż przed konklawe w 2005 roku kard. Ratzinger nazwał dojrzały owoc tego procesu „dyktaturą relatywizmu” – stanem, w którym jedynym dostępnym kryterium zostaje to, co skuteczne, popularne albo zgodne z duchem chwili, bo zrezygnowano z pytania o to, co po prostu prawdziwe. W wykładzie ratyzbońskim z 2006 roku wiązał ten proces z zawężeniem samego pojęcia rozumu na Zachodzie. Rozum, który uznaje za naukowe wyłącznie to, co da się zmierzyć i sfalsyfikować metodą przyrodniczą, wypycha poza obszar racjonalności pytania o dobro, sens i cel, spychając je do sfery czysto subiektywnych przekonań. Taki rozum nie staje się przez to skromniejszy. Robi się węższy — zamyka się w polu tego, co da się obliczyć i skontrolować, i to skurczone pole bierze za całość rzeczywistości.

To jest fałszywy realizm: redukcja rzeczywistości do wycinka, którym łatwo manipulować, podszywająca się pod jej odkrycie. Polityk, który mówi, że trzeba być realistą, i rezygnuje z obrony prawdy o ludzkim życiu czy o naturze małżeństwa, bo akurat nie jest to w danym momencie popularne, lekceważy rzeczywistość (czasami daje mu to oczekiwane słupki sondażowe). Realizm zredukowany do skuteczności jest formą kapitulacji, która sama siebie nazywa dojrzałością.

Realpolitik i jej granice

Warto wspomnieć też o tradycji, która pożycza sobie słowo „realizm” na własny użytek, czyli realizmowi politycznemu w duchu Machiavellego, Bismarcka czy, w dwudziestym wieku, Hansa Morgenthaua. W swojej klasycznej postaci ta szkoła myślenia głosiła coś węższego, niż się jej dziś przypisuje: że polityka rządzi się własną logiką, logiką siły i interesu państwa, a polityk, który tę logikę ignoruje w imię czystych ideałów, naraża wspólnotę, za którą odpowiada, na klęskę. Machiavelli pisał w kategoriach virtù i fortuna, Bismarck mówił o polityce jako sztuce możliwego, Morgenthau budował z tego systematyczną teorię stosunków międzynarodowych opartą na pojęciu interesu narodowego. To stanowisko można krytykować z wielu stron, ale samo w sobie nie jest jeszcze cynizmem. Jest opisem tego, jak w praktyce działa władza. Nie jest to samo, co ogłoszenie władzy jedyną rzeczywistością wartą uwagi.

Problem zaczyna się wtedy, gdy ta ograniczona, metodologiczna teza zostaje przemycona jako teza ogólna o naturze rzeczywistości: skoro w polityce liczy się siła, to siła jest ostatecznie jedyną rzeczą realną, a prawda i dobro to tylko szata, w którą siła się ubiera dla wygody. To już nie jest realizm polityczny w sensie wyżej opisanym, lecz jego wyradzająca się wersja, która korzysta z autorytetu tamtej tradycji, żeby uzasadnić to, że nie ma sensu pytać o słuszność celów, skoro liczy się tylko skuteczność ich osiągania. Sam Morgenthau, co ciekawe, ostrzegał przed tą właśnie pokusą, przypominając, że realizm polityczny, dobrze rozumiany, każe łączyć odpowiedzialność moralną za konsekwencje działania z trzeźwą oceną warunków, w jakich się działa. To dwie różne rzeczy, a pomylenie ich jest dokładnie tym błędem, o którym mowa w tym eseju.

„Idee mają konsekwencje”

Myśl, że idee mają konsekwencje, sformułował Richard M. Weaver, amerykański historyk retoryki i konserwatywny krytyk kultury, w książce Ideas Have Consequences z 1948 roku. Weaver dowodził w niej, że odrzucenie realizmu na rzecz nominalizmu u schyłku średniowiecza, spór z pozoru czysto akademicki, po kilku stuleciach zmaterializowało się w konkretnym kształcie zachodniej kultury i obyczaju. Skoro znika przekonanie o obiektywnej, wspólnej naturze rzeczy, znika też grunt pod obiektywną hierarchią dobra: pojęcia ogólne stają się tylko nazwami, a dobro przestaje być czymś, co się odkrywa — zaczyna się je definiować zgodnie potrzebą chwili. Weaver łączył z tym procesem zjawisko, które nazywał „psychologią rozpieszczonego dziecka” – postawę domagania się natychmiastowego zaspokojenia pragnień, gdy trwały porządek dóbr przestał być traktowany jako coś realnego.

Ta sama intuicja wraca u autorów piszących z zupełnie innych pozycji i w innych kontekstach, co samo w sobie jest ciekawym świadectwem jej siły. Gdy Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio ostrzegał przed filozofią, która traci zaufanie do zdolności rozumu w poznawaniu prawdy, i wskazywał na praktyczne, kulturowe skutki tej utraty, mówił w gruncie rzeczy o tym samym mechanizmie, choć innym językiem: błąd popełniony na poziomie teorii poznania przenika z gabinetów filozofów do sposobu, w jaki ludzie myślą o sobie, o innych i o tym, co im wolno.

Jeśli idee rzeczywiście mają takie konsekwencje, jeśli to, w co ludzie wierzą na temat prawdy i natury człowieka, przekłada się z czasem na kształt instytucji, prawa i rodziny, to ten, kto patrzy wyłącznie na krótkoterminową grę interesów, a poziom idei lekceważy jako nierealny czy akademicki, pomija jeden z najsilniej działających czynników w historii. Jego obraz rzeczywistości jest okrojony do horyzontu jednej kadencji czy jednego cyklu wyborczego. Bez wątpienia idee należą do kategorii ważnych sił kształtujących rzeczywistość społeczną.

Od idei bardzo blisko do ideologii, i warto to pokrewieństwo doprecyzować. Ukuł je francuski filozof Antoine Destutt de Tracy, który w 1796 roku przedstawił paryskiemu Instytutowi Francji projekt nowej dyscypliny: „idéologie”, czyli naukę o ideach, mającą badać, w jaki sposób pojęcia powstają z wrażeń zmysłowych, i na tej podstawie dać innym naukom, etyce, pedagogice, polityce, solidne, empiryczne podstawy. W zamyśle Destutta de Tracy ideologia miała być więc czymś odwrotnym niż to, co się dziś pod tym słowem zwykle rozumie: nie gotową doktryną do wyznawania, lecz metodą badawczą.

Pejoratywny sens słowo to zawdzięcza Napoleonowi Bonapartemu. Poirytowany krytyką ze strony kręgu Destutta de Tracy, zaczął on nazywać ich „ideologami” w tonie kpiny: ludźmi oderwanymi od rzeczywistości, snującymi mrzonki w gabinetach, podczas gdy on sam, człowiek czynu, musiał rządzić prawdziwym, opornym światem. Praktyk władzy ogłasza się jedynym realistą, a tych, którzy upierają się przy idei, choćby dobrze uzasadnionej, odsyła do świata pozorów. Kilkadziesiąt lat później Marks i Engels nadali słowu jeszcze inny odcień, pisząc o ideologii jako o systemie idei służących maskowaniu interesu klasowego, fałszywej świadomości, przez którą partykularny interes przedstawia się jako prawda powszechna. Z tych dwóch źródeł, oświeceniowego projektu nauki o ideach i napoleońskiej kpiny spod znaku „ideologów”, wyrosło współczesne, mocno już wieloznaczne pojęcie ideologii jako mniej lub bardziej zamkniętego systemu przekonań o człowieku i społeczeństwie. Przekonań, które nie mają zakotwiczenia w wprawdzie o rzeczywistości.

Realizm a życiowa zaradność

Z tego samego fałszywego utożsamienia realizmu ze skutecznością bierze się przeświadczenie, że ludzie trzymający się prawdy i zasad bez wglądu na doraźne korzyści, gorzej radzą sobie w życiu niż ci, którzy szybko się dostosowują. Mechanizm tego przeświadczenia jest prosty. Najpierw milcząco przyjmuje się, że powodzenie życiowe to wyłącznie kategorie mierzalne i doczesne: kariera, dochód, status społeczny, akceptacja otoczenia. Potem porównuje się kogoś, kto tym kategoriom podporządkował się w mniejszym stopniu niż prawdzie, z kimś, kto postąpił odwrotnie — i ten pierwszy wypada gorzej. Wypada gorzej nie dlatego, że rzeczywiście gorzej radzi sobie z życiem jako takim. Wypada gorzej, bo życie zredukowano z góry do tego jednego wymiaru, na którym łatwiej wypaść dobrze, idąc na skróty.

Cały spór o realizm dotyczy właśnie tego, co jest naprawdę rzeczywiste i co naprawdę się liczy, a na to pytanie nie da się z góry odpowiedzieć, definiując powodzenie wyłącznie w kategoriach doczesnej skuteczności. Ktoś, kto rezygnuje z kariery czy poklasku, bo nie chce zdradzić prawdy, którą rozpoznał, niekoniecznie przegrywa z rzeczywistością. Możliwe, że bierze pod uwagę więcej jej wymiarów niż jego krytyk, w tym wymiar moralny i ten najdalej sięgający w czasie i ukierunkowany na wieczność. Osądzanie go według tego, jak radzi sobie w wąsko rozumianym „życiu”, ma sens tylko wtedy, gdy z góry przyjmiemy, że jedynym realnym polem gry jest doczesny sukces — a to jest dokładnie ta redukcja rzeczywistości, którą realizm klasyczny odrzuca.

Konkluzja

Właściwie rozumiany realizm to nie umiejętność dostosowania się do okoliczności ani sztuka skutecznego działania w oderwaniu od pytania o prawdę. To postawa poznawcza i moralna zarazem. Zakłada ona uznanie, że rzeczywistość, także w swoim wymiarze metafizycznym i moralnym, istnieje niezależnie od naszej wygody, a naszym zadaniem jest ją poznać.

Skuteczność oderwana od prawdy oznacza również redukcję ludzkiego rozumności. Ci, którzy trzymają się prawdy kosztem doczesnego sukcesu, niekoniecznie przegrywają z rzeczywistością. Możliwe, że to oni traktują ją najpoważniej.

Artur Górecki

Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego

Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego

Do Będzina przybył marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty by spotkać się z miejscową ludnością. Muszę przyznać, ze moje zdziwienie budziło to, że spotkanie odbywa się na ogromnej sali Będzin Areny, która mieści 2500 ludzi. Na profilu facebookowym marszałka Włodzimierza Czarzastego znalazłem dzisiaj post opatrzony zdjęciami pokazującymi pełną salę.

Oglądając zdjęcia wielu zapewne myśli, że ludność przybyła niczym na spotkanie z ojcem świętym Leonem XIV lub Taylor Swift zapełniając salę po brzegi. W rzeczywistości było ok. 300 osób ściśniętych pod sceną. Miejsca siedzące były zajęte. Przynajmniej na początku, potem systematycznie ludzi ubywało. I tym co dotrwali do końca należą się brawa.

Wybrałem się na to spotkanie wraz z szefem śląskich struktur Klubów Myśli Polskiej Dariuszem Kamińskim, bo chciałem zadać marszałkowi kilka pytań – jednak do głosu nie zostałem dopuszczony. A szkoda – bo chciałem zapytać o dwie sprawy.

Po pierwsze jaką kategorię wojskową ma jego syn. Po drugie jak zapatruje się lider Lewicy na fakt zburzenia pomnika radzieckich żołnierzy na cmentarzu w Bytomiu. Żołnierzy – również Ukraińców, którzy polegli walcząc z Niemcami w ówcześnie będącym w granicach Rzeszy Beuthen.

Nie chce tylko krytykować. Na początek muszę pochwalić za dwie sprawy marszałka Czarzastego.

1. Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest wielkim i szczerym patriotą. Co prawda ukraińskim, ale zawsze patriotą. I zawsze szczerym. 2) Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty perfekcyjnie opanował sztukę manipulacji. To naprawdę fachowiec.

A teraz o samym spotkaniu. Takiego zestawu banałów, półprawd i kłamstw dotyczących Ukrainy dawno nie słyszałem. Marszałek Włodzimierz Czarzasty jest odwrotnością premiera Leszka Millera mimo, że obaj wywodzą się z PZPR. Pan Czarzasty opowiada fantasmagorie o tym, że Ukraińcy walczą za sprawę polską. Że tylko postawa Ukrainy spowodowała, że nie mamy na granicy rosyjskich czołgów. Że to Ukraińcy ratują nasze finanse i rynek pracy. Że więcej wpłacają, niż biorą. Że na pewno czekają nas prowokacje ze strony Rosjan a nie Ukraińców.

Słuchając opowieści marszałka Włodzimierza Czarzastego ma się wrażenie, że na Ukrainie z Rosjanami walczą połączone siły Chórów Anielskich i Troskliwych Misiów a przewodzi im Matka Teresa z Kalkuty i Mahatma Gandhi.

Kilka razy pan Czarzasty podkreślał, że dajemy „tylko pieniądze i sprzęt wojskowy”. Zupełnie zupełnie przypadkiem zapomniał przy tym o pewnej drobnostce a mianowicie, że będzie to trzeba spłacać. I spłacać będziemy to my, nasze dzieci i zapewne nasze wnuki. Ale kto bogatemu zabroni?

A nie tylko Ukraina. Okazuje się, że drugim czynnikiem który ratuje Polskę jest Unia Europejska. Przy tej okazji pan marszałek Włodzimierz Czarzasty raczył nazwać mnie idiotą. Oświadczył, że przeciwko Unii mogę być tylko stronnicy Korony, Konfederacji, PiS, Nawrockiego lub idioci. Jako, że nie należę do stronników wymienionych według marszałka jestem idiotą. Nasuwało się tutaj kolejne pytanie – czy jest zupełnie przekonany, że hołubiona kiedyś przez jego środowisko kandydatka do Nagrody Nobla i była senator prof. Maria Szyszkowska jest w jego oczach idiotką?

By podnieść rangę swojej wypowiedzi marszałek uraczył zebranych opowieścią o tym, że przed wejściem do Unii wyjeżdżając z Polski „srał w polu” a na dodatek miał zimną herbatę w zepsutym termosie. Wychodzi z tego, że warto było pozbyć się własności w tym przemysłu i znacznej części suwerenności, by pan Czarzasty mógł defekować na schludnych ubikacjach i mieć sprawny termos z ciepłym napojem. Dodam nieskromnie, że ja przed wejście do UE byłem w lepszej sytuacji, niż marszałek, ponieważ korzystałem z muszli klozetowej a nawet miałem sprawny termos. Ba – moi pradziadkowie mieszkając w Siemianowicach Śląskich na Michałowickiej 35 już w dwudziestoleciu międzywojennym mieli wspomniane wygody.

Z przykrością stwierdzam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest zupełnie nieobeznany w geografii politycznej. Uważa, że nie ma w Europie cywilizowanych państw poza Unią Europejską. Zupełnie zapomniał, że istnieją takie państwa jak Norwegia, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Wielka Brytania, Andora, Monako, San Marino, Watykan, Bośnia i Hercegowina, Serbia itd. Zapomniał nawet, że jego ukochana Ukraina również nie jest członkiem Unii Europejskiej. Ja rozumiem, że może za niecywilizowanych dzikusów uważać Anglików, Norwegów czy Szwajcarów – ale żeby prastarą Ukrainę? To się jednak w głowie nie mieści.

Marszałek Włodzimierz Czarzasty ma również obsesję na punkcie polskiego węgla. To chyba jakiś rodzaj anty-węglowej religii, bo dogmatycznie podkreślił, że musimy odejść od węgla. Nie chcemy, nie możemy – tylko musimy. Kto zmusza do tego szaleńczego czynu marszałka Czarzastego? Stronnicy wiatraków, koneserzy mąki z świerszczy i łapci ze łyka? Pisząc całkiem serio dziwię się, że marszałek Włodzimierz Czarzasty nie korzysta z doświadczenia najlepszego fachowca w tym temacie wywodzącego się z jego formacji czyli ministra Jerzego Markowskiego. Pomogłoby mu to w unikaniu kompletnej kompromitacji podczas spotkania w województwie śląskim.

Nie będę pisał o kolejnych manipulacjach, bo tekst byłby nieznośnie długi. A jest o czym pisać – SAFE, „lex szarlatan”, „lex Kamilek”, samochody elektryczne, ceny energii, 4 i 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, stosunki polsko-amerykańskie itd.

Nie tylko poglądy są problemem – są jeszcze obsesje. Marszałek Czarzasty ma ewidentnie obsesję na punkcie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent Nawrocki dla marszałka Czarzastego stał się tym czym jest tzw. „zamach smoleński” dla Antoniego Macierewicza. Było to najczęściej wymieniane nazwisko podczas całego jego spotkania. Pan Czarzasty niestety nie wie o tym, że wypadałoby mówić o „prezydencie Karolu Nawrockim”, a nie „Nawrockim”. Zwłaszcza, jak bardzo w swoim monologu podkreśla się tytuły obcych prezydentów, premierów i urzędników. Nie wypada cały czas szydzić z polskiego prezydenta.

Nie tylko prezydent Karol Nawrocki stał się obiektem kpin, ale cała rzesza polityków „prawej strony”. Ma oczywiście rację Włodzimierz Czarzasty, gdy wyszydza idiotyczne wypowiedzi Mateckiego, Jakiego, Kowalskiego, Macierewicza i Chorasińskiej. Ale zupełnie przy tym zapomniał o swoim bagażu – Nowackiej, Żukowskiej, Kotuli, Dziemianowicz-Bąk czy Zielińskiej. Nie jest mi to łatwo napisać, ale przy tych tuzach intelektu współczesnej Lewicy Marek Suski wyrasta na giganta intelektu. Bo wśród ślepców jednooki jest królem.

Przypadek sprawił, że większość pytań z sali ociekała wazeliną. Najbardziej wzruszył mnie jegomość, który podkreślał, że miał o marszałku dobre zdanie a teraz ma bardzo dobre zdanie. Brakowało tylko „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!”. Jednak dwie osoby zadały pytania mniej wygodne. Emeryt i młody człowiek. Obaj podnieśli sprawę Ukrainy. Starszy pan logicznie mówił o tym, że na Ukrainie częścią ideologii państwowej jest jest skrajnie antypolski i zbrodniczy banderyzm. Młody człowiek zapytał o bezpieczeństwo Polaków w kontekście ogromnej ilości Ukraińców w Polsce.

Tutaj stalowe nerwy marszałka Włodzimierza Czarzastego szwankowały. Nie był już tak dowcipny i butny. Porównywał współczesną Ukrainę do współczesnych Niemiec. Zapomniał jednak, że w Berlinie nie spaceruje się po Hermann Göring Straße przy której stoi pomnik Heinricha Himmlera.

Zupełnie wyleciał panu Czarzastemu z głowy fakt, że jednostki Bundeswehry nie noszą imienia bohaterów NSDAP. Zaś co do bezpieczeństwa stwierdził, że nic pytającemu się nie stało dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj więc nie ma sprawy … Cieszę się z takiej reakcji marszałka Czarzastego, bo obrazuje ona jasno stosunek współczesnej „lewicy” do szarego człowieka.

Łukasz Jastrzębski

Minister obrony Izraela grozi depopulacją Gazy

Minister obrony Izraela grozi depopulacją Gazy

Israel Katz uważa, że ​​radykalny ruch palestyński Hamas ponownie planuje porwanie Izraelczyków.Redaktorzy strony internetowej TASS

22 września, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama

© Hasan Alzaanin/TASS

TEL AWIW, 22 września. /TASS/.

Minister obrony Izraela Israel Katz twierdzi, że radykalny ruch palestyński Hamas planuje kolejne porwania Izraelczyków.

W odpowiedzi minister ostrzegł, że jeśli choć jeden obywatel Izraela zostanie wzięty jako zakładnik, Izrael wypędzi milion mieszkańców Gazy i zniszczy samo miasto.

„Biorąc pod uwagę różne zamiary i doniesienia wywiadowcze, ostrzegam organizację terrorystyczną (Hamas – TASS) i jej zwolenników, od Iranu po [prezydenta Turcji Recepa Tayyipa] Erdogana: jeśli choć jeden izraelski żołnierz lub cywil zostanie porwany, całe miasto Gaza, milion jego mieszkańców, zostanie ewakuowane na południe” – powiedział Katz podczas uroczystości upamiętniającej żołnierzy poległych w wojnie Jom Kipur w 1973 roku, donosi The Times of Israel.

Minister zagroził ponadto zniszczeniem „domów i wież terrorystów” w Gazie, sugerując, że miasto podzieli los innych miast Strefy Gazy, niemal doszczętnie zniszczonych przez izraelską armię podczas walk trwających od 2023 roku. „Zostanie to zrobione tak samo, jak w przypadku Rafah, Beit Hanun i 70% Strefy Gazy, dopóki [potencjalni zakładnicy – ​​TASS] nie zostaną zwróceni” – dodał. „To jest język, którym posługują się terrorystyczne organizacje dżihadystyczne w Gazie i Libanie, i to jest język, którym my mówimy: ewakuacja ludności, zniszczenie infrastruktury i zajęcie terytorium” – zapewnił Katz.

Polska państwem z dykty

Polska państwem z dykty

Izabela BRODACKA

Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.

Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.

Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.

Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.

Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.

Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.

Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.

Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.

Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.

Ekumenizm a geopolityka

Ekumenizm a geopolityka

17/09/2026 Konrad Rękas aniemowilem


Współczesny ekumenizm znakomicie wpisuje się w agendę globalizmu, organizując dialog międzywyznaniowy na gruncie relatywizmu, indyferentyzmu, a także uznania hegemonicznie zorganizowanego ładu międzynarodowego. Właśnie o geopolitycznych implikacjach procesów ekumenicznych dyskutowali uczestnicy konferencji zorganizowanej przez Międzynarodową Radę Obrony Kanonicznego Ładu Prawosławnego przy Centrum Studiów Geopolitycznych w Belgradzie, przy współpracy z włoskim wydawnictwem Theosis Editrice oraz greckim tygodnikiem „Orthodoxos Typos”.

Pozorna romanizacja

Zaangażowani w dyskusję eksperci z zakresu teologii, prawa kanonicznego, geopolityki, ekonomii i prawa międzynarodowego zgodnie dostrzegli w praktykach ekumenicznych stałą tendencję do powtórzenia w Kościołach prawosławnych tej samej operacji przejęcia i odśrodkowego rozkładu, którą z powodzeniem zrealizowano w Kościele katolickim. Jak zwrócił uwagę grecki teolog Georgios Tramboulis akcja ta może przybierać postać pozornego wzmacniania Kościoła przez sprzeczne z tradycją kanoniczną eksponowanie konstantynopolitańskiego Patriarchy Ekumenicznego już nie jako „pierwszego wśród równych”, ale raczej „pierwszego i nie mającego równych sobie”. – Centralizacji Unii Europejskiej towarzyszą próby unifikacji i centralizacji prawosławia, Fanar [siedziba patriarchy] jest przerabiany na neo-Watykan, a patriarcha uzurpuje sobie pozycję papieża Wschodu – podkreślał Tramboulis wskazując, że działania takie mają na celu przyspieszenie i ułatwienie wprowadzenia do prawosławia progresywizmu i innych trendów zdecydowanie antychrześcijańskich, jak również służą bezpośredniej destrukcji Kościołów kanonicznych, jak ma to miejsce przede wszystkim na Ukrainie. – W tej sytuacji to wierni muszą strzec depozytu wiary, zagrożonego przez hierarchię – zaakcentował Tramboulis.  Z kolei John Romanides wskazał na nie tylko praktyczne, ale także teologiczne następstwa ekumenizmu, który nie ograniczył się jedynie do organizacji, konferencji i dialogu międzykościelnego, lecz – w jego ocenie – stopniowo doprowadził do powstania „nowej teologii, nowej eklezjologii oraz nowego rozumienia jedności, osoby, komunii i prymatu”. 

Starszeństwo judaizmu i równość-w-Prawdzie islamu?

W swoim wystąpieniu podkreślałem, że mimo stuleci rywalizacji i konkurencji między Kościołami Zachodu i Wschodu – dziś łączy je wspólnota doświadczeń i zwłaszcza lekcja, jaką powinna być destrukcja będąca udziałem rzymskiego katolicyzmu. – Z dawnego, pełnego błędów, ale i wiary zachodniego chrześcijaństwa zostały obecnie formalne resztki, stanowiące estetyczny dodatek do obecnie dominujących ideologii liberalizmu i progresywizmu, dla których używa się modnych etykietek woke, transgender etc. Kościół rzymski (dla którego przez wiele stuleci pokonanie prawosławia było jednym z głównych celów) dziś jest raczej narzędziem dla innych sił. Użycza im swoich sprawdzonych metod, jednak nie jest już niczym więcej niż kolejną globalną korporacją notowaną na Wall Street i w City of London – mówiłem. – Ekumenizm miał zarazić prawosławie chorobami, które od dekad toczą Kościół rzymski. Kościół ekumeniczny, odrzucający własną ekskluzywność jest tylko pustą skorupą, pozbawioną Wiary. Ekumenizm równa się odrzuceniu Prawdy przez samo upieranie się, że nie może być tylko tą jedyną i wyjątkową. Zachód tej wiary nie ma już dawno, zastępuje ją sobie mitami, New Age, scjentologią, zboczeniami, dekadencją. (…) Fałsz ekumenizmu jest tym głębszy, że nie ogranicza się przecież tylko do chrześcijan i nie zmierza do wskazania tym z nich, którzy popadli w schizmę i herezję drogi do jedności. Ekumenizm to pakiet, w którym kluczową rolę odgrywa przecież uznanie starszeństwa judaizmu i równości-w-Prawdzie islamu. Stąd właśnie słuszne było i jest odrzucenie tego kłamstwa przez wiernych. 

Skoro prawosławie nie dało się pokonać przemocą, nie udało się uprowadzić jego wiernych w szeregi unii, ani nie upodobniono Cerkwi do pustej skorupy Kościołów Zachodu – pozostało wrogie przejęcie. Zarówno to symboliczne, gdy już od lat 1960-tych anglosaskie agencje wywiadowcze przejęły bezpośrednią kontrolę nad Fanarem, jak i praktyczne, przez tworzenie fałszywych-Cerkwi, fake-owego prawosławia jak na Ukrainie i w państwach bałtyckich. Fałszywe Cerkwie łączy coś więcej niż niekanoniczność. Ta mogłaby wynikać z niecierpliwości, oportunizmu, nacjonalizmu, wszystkie te błędy można by naprawić odbudowując łączność ze wspólnotą wiernych. Tymczasem fake-Cerkwie to hybrydy uniatyzmu i ekumenizmu, ucharakteryzowane na ortodoksję. Ich zadaniem jest nie tylko rozepchanie się na terytorium prawosławnym, to także broń zaczepna, której przykładem użycia jest inwazja ukraińskich sekciarzy-dumenkowców na Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny. Wobec tylu podobnych doświadczeń i właśnie na przekór fałszywej jedności ekumenicznego kłamstwa naturalną i konieczną wydaje się współpraca zagrożonego dziś szczególnie prawosławia z wiernymi tradycji katolickiej, Tradycjonalistyczną Wspólnotą Anglikańską czy nawet konserwatywno ewangelikalnymi denominacjami prezbiterianizmu – konkludowałem.

Wyznanie anglosaskiej dominacji

Dragana Trifković, dyrektor Centrum Studiów Geopolitycznych podkreśliła, że dominacyjne uroszczenia Fanaru nie są bynajmniej skutkiem odmiennych tendencji teologicznych czy równoprawnych interpretacji przepisów kanonicznych i tradycji. – Mamy do czynienia z realizacją w obrębie religii celów stricte politycznych, w dodatku narzucanych przez ośrodki zewnętrzne, anglosaskie. Dmitrij Bieliakow z Białorusi trafnie zidentyfikował te ośrodki wpływy z polityką brytyjską. – UK prowadzi na Ukrainie i w całej Euopie Wschodniej działania z zakresu wpływu i dominacji na różnych płaszczyznach: instytucjonalnej, dyplomatycznej, parlamentarno-legislacyjnej, informacyjnej i wojskowej, a także religijnej, uważanej za istotny czynnik kulturowy i ideologiczny. Poparcie dla przewrotu eklezjalnego na Ukrainie było wyrażane m.in. w Izbie Gmin, jak i było przedmiotem teoretycznych opracowań tak istotnych dla geopolityki brytyjskiej ośrodków jak Chatham House. Brytyjczycy byli zaangażowani nawet  na poziomie kadrowym i organizacyjnym, szkoląc około 200 kapelanów wojskowych dla Sił Zbrojnych Ukrainy. Ich prawdziwą religią nie są już zatem formalnie wyznawany uniatyzm czy fake-prawosławie, ale ideologia angielskiej dominacji geopolitycznej.

Konrad Rękas