Ostatnie chwile fabryki Beko we Wrocławiu. W poniedziałek z taśmy zjechała jedna z ostatnich lodówek, natomiast sam zakład zostanie zamknięty 30 kwietnia. Pracuje tam 700 osób. Część z pracowników dostała pracę w fabryce piekarników Beko, która nadal działa.
— Ekonomat (@ekonomat_pl) April 12, 2025
Kto następny? pic.twitter.com/AVhgInTlzT
Archiwum autora: Mirosław Dakowski
„Szczepionka” Pfizera przeciwko COVID-19, wstrzyknięta miliardom osób, nie była tą samą szczepionką, którą stosowano w badaniach klinicznych
1. „Szczepionka” Pfizera przeciwko COVID-19, wstrzyknięta miliardom osób, nie była tą samą szczepionką, którą stosowano w badaniach klinicznych Pfizera. Była „przynęta i podmiana”.
Badania kliniczne testowały „Proces 1”, podczas gdy społeczeństwo otrzymywało „Proces 2”. I nigdy nie powiedziano ci, że „Proces 2” został przetestowany tylko na około 252 osobach, a nie na 40 000.
Nie poinformowano również o tym, że fiolki były skażone DNA plazmidowym.
Nowe badanie przeprowadzone przez Kevina McKernana i współpracowników wykazało „obecność miliardów do setek miliardów cząsteczek DNA na dawkę w tych szczepionkach.
Przy użyciu fluorometrii wszystkie szczepionki przekraczają wytyczne dotyczące resztkowego DNA ustalone przez FDA i WHO na poziomie 10 ng/dawkę od 188 do 509 razy”. Mówiąc prościej, nie jest to 500%, ale ogromna ilość resztkowego DNA, która jest „akceptowalna” i wynosi do 500 razy więcej.
Szef Apple o obecności swojej i koncernu w Chinach. Imperium Materii.
Szef Apple o obecności swojej i koncernu w Chinach.
To jedna z najsłynniejszych a moim zdaniem najsłynniejsza wypowiedz zachodniego szefa koncernu w ostatnich latach w temacie Chiny i dlaczego tam jesteśmy i dlaczego nasza obecność będzie się tam zwiększać a nie zmniejszać I nie jakiegoś byle kogo, tylko samego Tima Cooka, szefa Apple.
Dla tych, którzy nie kojarzą: Tim Cook to człowiek, który kieruje Apple od 2011 roku, a od kilku lat jest twarzą najstabilniejszej i najpotężniejszej firmy technologicznej na świecie. W 2023 roku Apple sprzedało ponad 225 milionów iPhone’ów, a jego przychody przekroczyły 400 miliardów dolarów, z czego ogromna część to produkty zaprojektowane w USA, ale wyprodukowane, rozwinięte i doszlifowane w Chinach.
I to właśnie tam siedzi Tim Cook. I nigdzie się nie wybiera. Ludzie pytali go od lat: „dlaczego Apple nie wraca z produkcją do USA?”, „dlaczego tak twardo trzymają się Chin?” I kilka lat temu — dokładnie nie pamiętam czy to był 2020 czy 2021 — Cook odpowiedział prosto, jasno i bez politycznej waty. Powiedział: „Te tanie Chiny, o których wciąż się mówi, skończyły się dawno temu.” I dodał coś, co do dziś wybrzmiewa jak gong w pustej sali briefingowej Białego Domu:
„Kiedy potrzebuję inżynierów w USA, mogę zapełnić nimi jedną salę. Kiedy potrzebuję inżynierów w Chinach — mogę nimi zapełnić całe stadiony.”
Chińskie uczelnie wypuszczają co roku około 10 milionów absolwentów, z czego prawie połowa to osoby z kierunków STEM — inżynierowie, matematycy, statystycy, informatycy, specjaliści od materiałoznawstwa, AI, nanotechnologii itd. Wśród nich jest zawsze jakaś grupa wybitnych, którzy popychają badania do przodu — co zresztą widać po tym, jak Huawei czy Xiaomi podnoszą się jak feniks z popiołów po każdej sankcji.
I Cook powiedział to otwarcie: „Powodem, dla którego Apple siedzi w Chinach, nie są tylko pieniądze. To jest dostęp do ludzi, ich umiejętności, infrastruktury i tego, co potrafią zrobić z naszymi pomysłami.” Apple w swojej siedzibie w USA zatrudnia 5000 osób wysoko opłacanych, kreatywnych, decyzyjnych. W Chinach nad doskonaleniem produktów Apple pracuje ponad 2 miliony ludzi. Nie tylko na halach montażowych ale w dziale badań, R&D, testów, prototypowania, optymalizacji.
To nie jest tylko produkcja To wspólna inżynieria na żywo Apple próbowało wyjść z Chin dla uspokojenia spokojnie administracji amerykańskiej bo Biden tak samo naciska, a może znacznie mocniej niż w tej chwili Trump.
Indie? Wciąż produkują mniej niż 10% wszystkich iPhone’ów, i to głównie z komponentów przywiezionych z Chin Hindusi pracownicy spalili fabrykę iPhonów w wielkim proteście gdyż stwierdzili że oni w rytmie chińskim pracować nie będą i nie będą pracować za te pieniądze więc Apple stracił zapał do przenoszenia produkcji
Wietnam? Okej, robi się tam akcesoria — zegarki, słuchawki, może część iPadów. Ale cała „chemia”, wszystkie istotne procesy, zaplecze inżynieryjne są nadal w Chinach. To jest logistycznie zszyty ekosystem, którego nie da się skopiować na szybko ani w USA, ani w Meksyku, ani tym bardziej w Indiach.
Więc jeśli ktoś się zastanawia, co Apple jeszcze robi w Chinach, to niech lepiej zapyta: „Jakim cudem ktoś inny jeszcze stamtąd wychodzi?” Bo Cook człowiek, który kieruje firmą wartą ponad 2 biliony dolarów, i który właśnie uratował Apple w czasach kryzysu łańcuchów dostaw nie zamierza stamtąd wychodzić Zawsze był pozytywnie nastawiony do Chin. Rozumiał ich sposób myślenia, doceniał kompetencje, ufał partnerom. Dlatego właśnie wbrew wszelkim naciskom z Waszyngtonu siedzi w Chinach jak skała. I sam to powiedział
Nie wszystko da się wyprodukować w Arizonie. Nie każdy chce iść na wojnę z Pekinem. Nie każdy da się wciągnąć w ten sam pomarańczowy show. Nie Apple. Nie Tim Cook.
Tekst tam zresztą dedykuję tym wszystkim którzy piszą czasami tu komentarze że nie będziemy robić jako Polacy interesu z tym zbrodniczym reżimem komunistycznym więc okej gratuluję gratuluję takiego podejścia.
=====================================
Mirosław Dakowski.
To chłodne, materialistyczne podejście. Ale poza tym stoi fakt, że Chiny to zimne królestwo Szatana, aktywnie nienawidzące Boga.
The First Lady of Bad Ethics
The First Lady of Bad Ethics
By Randall Bock
| ROBERT W MALONE MD, MS APR 12 |
Christine Grady underwrote Zika ethics rules. Her husband broke them. Together, they cashed the checks. Her silence wasn’t neutrality—it was complicity.
Christine Grady, HHS chief of bioethics (now retired, unless she chooses Alaska), and her husband, Dr. Anthony Fauci at NIAID, were central figures during the Zika virus controversy. Grady helped shape ethical guidelines, underlying those for a potential Zika vaccine, while Fauci disregarded them—most notably a 2017 ethics panel ruling against human challenge trials. Her silence during this breach raises questions about her role as the nation’s chief bioethicist.

Under their watch, NIAID willfully ignored a 2017 ethics panel ruling against Zika human challenge trials, pushing forward with experiments that Brazil rejected and that are now ongoing in Baltimore. An additional scandal lies in how the hastily-presumed Zika-microcephaly link became a global crisis in the first place: a fear-driven panic, fanned by Brazil’s media/left (using Zika’s microcephaly threat as a lever to Brazil’s overturning abortion-constraints)—and where Fauci, in particular, aggrandized the threat while dismissing counterevidence.

The Zika scare emerged in 2015–2016 when Northeast Brazil reported a sharp increase in microcephaly—babies born with abnormally small heads—with rates reaching up to 49.9 cases per 10,000 live births in some areas at the peak in November 2015, far exceeding the typical baseline of 0.5–2 cases per 10,000. The Aedes mosquito, a known carrier of Zika, was quickly blamed, and the virus was linked to the birth defect with alarming speed. The World Health Organization (WHO) declared a Public Health Emergency of International Concern in February 2016, and media coverage amplified the fear, painting Zika as a global threat.

A closer examination reveals a glaring issue: the microcephaly spike was almost entirely confined to Northeast Brazil’s word-of-mouth rather than the mosquito’s areas of activity.

Neighboring regions—southern Colombia, eastern Peru, Venezuela, and the broader Amazon basin—saw no comparable increase, despite sharing the same mosquito, the same virus, and genetically similar populations.

This regional discrepancy should have prompted a rigorous null hypothesis review: Is Zika really causing microcephaly? Instead, the narrative took hold: Zika was the villain, and a vaccine was the solution. At the height of the 2015–16 scare, Brazil had no reliable baseline of prior microcephaly rates using consistent medical criteria. Once the dust settled, appropriate standards were used, and microcephaly diagnoses decreased markedly.

When retrospective data were finally compiled (as in this overlooked WHO study), the supposed “Zika year” showed no real difference from previous years.

Fauci, as head of NIAID, played a pivotal role in fanning the flames. In late 2016, even as microcephaly rates in Northeast Brazil plummeted to baseline.

He failed to engage with counterevidence, prioritizing a narrative that aligned with NIAID’s goals over a more measured, evidence-based approach.

The financial incentives provide a clue: Bill Gates pledged $100 million to Moderna in 2017 if it would develop Zika vaccines specifically as mRNA; a harbinger of Covid-19’s misuse of emergency to skip Phase II & III trials.

The ethical reckoning came in early 2017, when NIAID and the Walter Reed Army Institute of Research (WRAIR) convened a panel to assess the feasibility of human challenge trials—deliberately infecting healthy volunteers with Zika to accelerate vaccine development. The panel’s result was clear: such trials were not justifiable, given the potential for severe fetal harm and the uncertainty of long-term effects.

But Fauci and NIAID ignored it. In 2018, they proposed human challenge trials in Northeast Brazil, offering $110 million in research funding—a tempting sum for an impoverished region.

Brazil’s health agency, ANVISA, saw through the charade and rejected the proposal, prioritizing ethics over financial gain.
Brazilian collaborator Dr. Esper Kallás of the University of São Paulo captured it: “It’s a good dilemma because we don’t have Zika anymore. But it’s a dilemma. Everybody is concerned about it. It’s a lot of investment.” The more invested, the harder it is to abandon a project, even when the rationale evaporates– the standard “sunk cost fallacy.”
Dr. Seema Shah, who chaired the 2017 ethics panel, reversed course in 2018, saying, “There’s a compelling reason to conduct a human challenge trial now. The details are complicated (sic) and it’s important to have a rigorous review.” Perhaps, this hypocrisy stemmed from collegiality: Shah’s Johns Hopkins colleague, Dr. Anna Durbin, had called the ethics panel “debilitating for the whole community”(of researchers?).
NIAID’s response? They redirected the funds to the US, specifically to Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health, where researcher Dr. Durbin—a vocal advocate for human challenge studies—began conducting the trials in Baltimore.

Women in Baltimore are now being injected with Zika, despite the 2017 ethics ruling and the absence of a public health crisis. This isn’t science—it’s hubris.
The ethical failure wasn’t just procedural—it was personal. Christine Grady, Fauci’s wife and the nation’s chief bioethicist, had built her career warning against exactly this: exploiting vulnerable populations for research. Her published work from the late 1990s and early 2000s—on coercion, payment, and the ethics of trials in developing countries—reads like a blueprint of what not to do. And yet, when her own husband pushed to inject poor Brazilian and Baltimore women with Zika for a vanishing virus, she said nothing.
In 2016 and beyond, when it mattered most, Dr. Fauci bulldozed past the very ethics Mrs. Fauci had helped define. Did he ever take her seriously? Or was the real value in keeping her propped up in a high-prestige federal post—chief bioethicist at HHS—while ignoring the substance of her work? If she was truly worthy of the title, why were her principles discarded so easily?
Companies like Moderna, Takeda, and Pfizer stand to profit if a Zika vaccine is greenlit by the WHO or CDC, creating a “forever product” that persists regardless of need. Once approved, they’ll claim victory over a threat that never fully materialized—or, as my father, a Bronx attorney, used to joke, “I’m the official tiger catcher for the Bronx. [No tigers?] … See what a good job I’m doing!”
Brazil saw the truth and said no. We should listen. Instead, we’re left with ongoing trials in Baltimore, a waste of federal funds, and a vaccine pipeline that serves corporate interests over public health.
It’s time to rebuke, reformulate, and regret the Zika narrative. The Zika panic was a fear-driven mirage; yet, the moment a Zika vaccine gets WHO approval, billions will take it and billions (of $$) will be made; year after year, “forever.” And when no cases arise, the comfy Big Pharma/Big Public Health regulatorily-captured mutual appreciation society will claim success.

“Zika-Microcephaly has disappeared,” they’ll say, “because of the vaccine.” Only this time, the cost will not have been a joke—it’ll be global, permanent, and paid in trust, not just dollars. And no one will admit Zika Microcephaly had been but a paper tiger.

Published under a Creative Commons Attribution 4.0 International License
This was first published by the Brownstone Institute.
Author
Małopolska za bezpieczeństwem Polaków? Zarząd województwa nie chce „Centrów Integracji Cudzoziemców”
Małopolska za bezpieczeństwem Polaków? Zarząd województwa nie chce „Centrów Integracji Cudzoziemców”
pch/wojewodztwa-nie-chce-centrow-integracji-cudzoziemcow

(fot. PAP/Radek Pietruszka)
Rządzone przez PiS województwo małopolskie zadecydowało, iż nie będzie realizowało planów stworzenia tzw. Centrów Integracji Cudzoziemców – do takich nieoficjalnych danych dotarł dziennikarz Radia ZET, Przemek Taranek. Decyzja ma zostać ogłoszona w przyszłym tygodniu.
Według pierwotnych planów w Małopolskie miały powstać co najmniej cztery takie centra. „Oficjalne powody poznamy prawdopodobnie we wtorek, ale wiadomo, że przeciwko Centrom Integracji Cudzoziemców protestują w całej Polsce politycy prawicy, a w Małopolsce rządzi PiS” – czytamy w portalu Radia Zet.
W sprawie wypowiedział się Szymon Huptyś z biura prasowego Urzędu Marszałkowskiego. – Przede wszystkim musimy patrzeć na zakres merytoryczny oraz dobro mieszkańców Małopolski – skomentował.
Jak dowiedział się Taranek, zarząd województwa przeprowadził „pogłębione analizy zasadności” otwierania tego typu miejsc w Małopolsce i uznał, że nie należy do tego doprowadzać.
– Plotka o powstaniu takiego ośrodka w Nowym Sączu wywołała protesty części mieszkańców i radnych, którzy byli przekonani, że to początek osiedlania w Polsce obcokrajowców w ramach unijnego Paktu Migracyjnego – powiedział dziennikarz Radia Zet.
Źródło: wiadomosci.radiozet.pl
Michalkiewicz na konwencji Brauna: Wiele wskazuje, że nasi przywódcy mają zakazane uprawianie polskiej polityki
Michalkiewicz na konwencji Brauna: Wiele wskazuje, że nasi przywódcy mają zakazane uprawianie polskiej polityki [VIDEO]
12.04.2025 nczas/wiele-wskazuje-ze-maja-zakazane-uprawianie-polskiej-polityki

Stanisław Michalkiewicz na konwencji wyborczej Grzegorza Brauna zwrócił uwagę na inną metodę działania rewolucji komunistycznej, która od dziesięcioleci skutecznie przenika społeczeństwa Zachodu. Dał też jako przykład Węgry, które mimo mniejszych sił, mogą – w przeciwieństwie do rządu warszawskiego – prowadzić własną, narodową politykę.
– Widmo krąży po Europie. Widmo komunizmu – zaczął Stanisław Michalkiewicz, cytując „Manifest komunistyczny” Karola Marksa i Fryderyka Engelsa.
– Teraz trochę wolniej krąży dlatego, że zwycięstwo wyborcze Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych doprowadziło do powstrzymania rewolucji komunistycznej, która się przewalała przez Amerykę Północną i przewala się przez Europę. Jednej kadencji Donalda Trumpa nie wystarczy, żeby nie tylko powstrzymać rewolucję komunistyczną, ale wykorzenić ją stamtąd. A w rezultacie również u wszystkich wasali Stanów Zjednoczonych, a my do tych wasali należymy – kontynuował Stanisław Michalkiewicz.
Następnie zwrócił uwagę, że „nam się wydaje, że rewolucja komunistyczna już się skończyła”.
– Dlatego nam się tak wydaje czasami, że my znamy tylko jedną strategię rewolucji komunistycznej, mianowicie strategię bolszewicką. Ale to nie jest jedyna strategia – bo strategia bolszewicka składała się z takich trzech elementów: Gwałtownej zmiany stosunków własnościowych, masowego terroru i masowego duraczenia – przyniosła rezultaty przerażające. I między innymi dlatego, że przyniosła rezultaty przerażające, pod koniec lat 60-tych promotorzy rewolucji komunistycznej odstąpili od tej strategii na rzecz strategii pozornie łagodniejszej, ale znacznie groźniejszej. W tej strategii nowej na pierwszy plan wysuwa się masowe duraczenie miliardów ludzi, które się dokonuje przy pomocy piekielnej triady: Państwowego monopolu edukacyjnego, mediów i przemysłu rozrywkowego – mówił Michalkiewicz.
– No i widzimy, jedno z pierwszych posunięć prezydenta Donalda Trumpa: Rozbija państwowy monopol edukacyjny. Bo proszę państwa, jak pisał Czesław Miłosz, „wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”, a cóż dopiero wariat, który ma władzę! – podkreślił publicysta „Najwyższego Czasu!”.
Następnie zapytał, czy „jest możliwość, żeby się temu nie poddać”?
– Jeden z polityków polskich, którego to nazwiska wymieniał nie będę, mówił, że „co istnieje, to znaczy, że jest możliwe”. I chciałbym zwrócić uwagę Państwa na kraj, który tradycyjnie był z Polską zaprzyjaźniony. On teraz jest trzy razy mniejszy od Polski. Ale mimo to, że jest trzy razy mniejszy od Polski i jest członkiem i Unii Europejskiej i Sojuszu Północnoatlantyckiego, prowadzi własną politykę, której Polska prowadzić nie może – podkreślił Michalkiewicz.
– Jeżeli Węgry prowadzą politykę zgodną ze swoimi interesami narodowymi, a Polska jej prowadzić nie może, no to musimy postawić sobie pytanie, dlaczego tak jest? – zapytał.
– Nie dlatego, że są jakieś obiektywne, niemożliwe do przełamania uwarunkowania, bo przykład Węgier pokazuje, że można. Że to jest możliwe, bo istnieje. Widocznie nasi umiłowani przywódcy albo nie chcą, albo nie umieją, albo mają zakazane uprawianie polskiej polityki – kontynuował Stanisław Michalkiewicz i podkreślił, że „wiele wskazuje na to, że mają zakazane”.
– Może nie jest odpowiednim momentem powoływanie się na klasyka demokracji, Józefa Stalina, ale klasyk demokracji Józef Stalin oczywiście mówił różne rzeczy, ale miał ciekawe spostrzeżenia. Między innymi, że kadry decydują o wszystkim. O wszystkim. No to skoro o wszystkim decydują, to być może o tym, czy można uprawiać politykę samodzielną, czy nie można. No i skąd takie kadry wziąć? – zapytał Michalkiewicz.
– Jak się przekonać, że to są kadry właściwe? Musimy korzystać z kadr, które się sprawdziły. A tak się szczęśliwie składa, że Grzegorz Braun się sprawdził – ocenił Stanisław Michalkiewicz.
W łapach humanistów
W łapach humanistów
Izabela BRODACKA
Kilka już razy cytowałam słowa Osipa Mandelsztama zapisane w jego pamiętnikach- „Я не знал, что мы попали в руки гуманистов” ( Nie wiedziałem, że wpadliśmy w łapy humanistów).
Sens tych słów zrozumiałam dogłębnie gdy kilka dni temu trafiłam na wypowiedź reklamowanego jako wielki humanista Bernarda Shaw . Podczas wykładu z 1910 r. przed Eugenics Education Society Shaw powiedział: „Powinniśmy być zaangażowani w zabijanie bardzo wielu ludzi, których teraz zostawiamy przy życiu (…) Część polityki eugenicznej ostatecznie doprowadziłaby nas do szerokiego wykorzystania komory śmiercionośnej. Bardzo wielu ludzi musiałoby zostać wyeliminowanych po prostu dlatego, że opieka nad nimi marnuje czas innych ludzi”.
Nie wszyscy wiedzą, że Shaw był znanym eugenikiem i oczywiście miłośnikiem zwierząt i wegetarianinem, że wynalezienie gazu do „humanitarnego” zabijania ludzi było jego obsesją, że angażował się również czynnie w tuszowanie na Zachodzie informacji na temat Wielkiego Głodu na Ukrainie i że pisał o Polsce –„mam nadzieję, że Stalin zamieni ten biedny kraj pełen zawszonych głupich ludzi w raj na ziemi a Polak przestanie być dzikusem”.
Pamiętam jak reklamowany w 1971 roku był spektakl „ Profesja Pani Warren” w Teatrze Telewizji w reżyserii Aleksandra Bardiniego oraz scenografii Ewy Starowieyskiej. Obsada aktorska też była znacząca- Antonina Gordon- Górecka, Anna Seniuk, Andrzej Seweryn, Władysław Hańcza. Edmund Fetting. To ci, którzy dobrze wiedzieli na której półce stoją konfitury. Nie oglądałam oczywiście tego spektaklu – nic mnie nie obchodziły poglądy Bernarda Shaw na prostytucję, a nie do końca byłam świadoma jaki to obrzydliwy i groźny człowiek. Zaliczałam go raczej, w nieświadomości swojej, do licznych na Zachodzie pokąsanych przez Hegla pożytecznych dla Stalina idiotów, którzy podobnie jak Sartre ze wszystkich sił bronili stworzonego przez Stalina Imperium Zła.
W 1925 roku Shaw dostał nagrodę Nobla za „twórczość naznaczoną idealizmem i humanizmem, za przenikliwą satyrę, która często łączy się z wyjątkowym pięknem poetyckim”
To uzasadnienie więcej nam mówi o komitecie noblowskim niż o samym Bernardzie Shaw.
Natomiast jego wypowiedzi na temat eugeniki oraz prace na temat możliwie humanitarnego zabijania zbędnych ludzi stawiają go w szeregu nazistowskich zbrodniarzy, których po wojnie słusznie spotkało potępienie.
Nie wszyscy pamiętają, że znany poeta Ezra Pound, który w czasie II Wojny Światowej wygłaszał antyżydowskie przemówienia w radiu Rzym i był zadeklarowanym zwolennikiem faszyzmu, po aresztowaniu przez Amerykanów spędził 25 dni w otwartej klatce w obozie jenieckim w Pizie. Ezra Pound wielbił Mussoliniego i Hitlera lecz nie pomyślał o tym, żeby wielbić również Stalina. Poza tym naraził się Żydom. Dlatego siedział jak groźne zwierzę w klatce.
Shaw pracował nad masowym uśmiercaniem ludzi, które w praktyce zastosował Hitler, lecz nie zapomniał wielbić drugiego obok Hitlera totalitarnego zbrodniarza, Stalina. Poza tym pogardzał Polakami. Czy dlatego dostał nagrodę Nobla i czy dlatego w jego sztukach występował Andrzej Seweryn trudno dziś ustalić.
Dobrze widać, że w świadomości współczesnej funkcjonuje typowe dla totalitarnych reżimów odwrócenie pojęć. Faszystowskim nazywa się na przykład marsz obrońców życia a humanistyczny ma być protokół terapii daremnej dający lekarzom prawo do bezkarnego zabijanie ludzi, a przede wszystkim do ich selekcjonowania, na przydatnych i nieprzydatnych, w których nie warto inwestować, dokładnie jak na rampie w Oświęcimiu. Zbędnych według poglądów Bernarda Shaw, których ten wielki humanista proponował masowo zabijać, żeby inni nie tracili czasu i środków na opiekę nad tymi zbędnymi.
Humanistyczne ma być propagowane przez Jandę i podobne jej „ myślicielki” dzielenie się narządami szczególnie gdy dawcą jest jakiś młody wiejski motocyklista a odbiorcą człowiek sztuki przez wielkie S ( S jak Stalin).
Humanistyczna jest definicja śmierci mózgowej dająca lekarzom prawo do rozbierania na części zamienne chorych, których dałoby się jeszcze uratować, a profesor Talar, który wyratował kilkaset osób zdiagnozowanych jako martwe według tej utworzonej na potrzeby biznesu transplantologicznego definicji jest prześladowany przez Izby Lekarskie.
Podobnie prześladowani przez prawo są obrońcy życia i prześladowani uczciwi lekarze którzy w czasie pandemii covid-19 usiłowali leczyć pacjentów chorych na inne niż covid choroby zamiast zmuszać ich do ryzykownych szczepień.
„Wszyscy artyści to prostytutki”- śpiewał Kazik. Duży kwantyfikator jest tu moim zdaniem nie na miejscu. Z całą pewnością prostytuowali się jednak polscy artyści czasów stalinowskich. To nie była z ich strony – jak twierdzili – zła ocena sytuacji, w dobrej wierze i właściwie bez znaczenia. Ich wiernopoddańcze ody do Stalina demoralizowały społeczeństwo, niszczyły społeczne więzi. Ktoś kto pisał takie wiersze o Stalinie jak to robiła choćby Szymborska musiał być podły albo głupi. Tertium non datur. Dlaczego miałby być kiedykolwiek dla kogokolwiek autorytetem? „ My z niego wszyscy”- napisał o Czesławie Miłoszu Wojciech Karpiński. Bynajmniej nie wszyscy. „ Dureń z Noblem” –powiedział o Miłoszu Rafał Ziemkiewicz. Zarówno Miłosz jak i Szymborska byli zręcznymi wierszokletami, ale to wszystko, co dobrego można o nich powiedzieć.
Obecnie my też wpadliśmy w łapy humanistów. Przede wszystkim dlatego, że nasi ministrowie są na ogół absolwentami historii, psychologii czy kulturoznawstwa i nie znają się zupełnie na problemach resortów którymi zarządzają.
Cóż może wiedzieć na temat klimatu minister Paulina Hennig-Kloska, która jest z wykształcenia politologiem. Bywa jeszcze gorzej. Wśród polityków nie brakuje absolwentów Collegium Humanum zwanego słusznie Collegium Tumanum. Niektórzy – jak marszałek Sejmu Hołownia – zapisali się na tą uczelnię i zapłacili za zajęcia, lecz w nich nie uczestniczyli. Chyba brali przykład z Clintona, który wprawdzie palił marihuanę ale się nią nie zaciągał. Też wybitny humanista.
Nie ma w nim lęku i kompromisu – ks. Marek Bąk
Nie ma w nim lęku i kompromisu – ks. Marek Bąk
Autor: AlterCabrio , 12 kwietnia 2025 ekspedyt/nie-ma-w-nim-leku-i-kompromisu
Nie ukrywa niczego dla siebie. Jest naprawdę człowiekiem szlachetnym. Wystarczy posłuchać jego przebogatej argumentacji, zorientowania. Jest to człowiek, który nam się po wojnie pierwszy taki trafił. Pierwszy nam się taki trafił. Będzie źle jeśli Polska z tego nie skorzysta. Jeśli Polacy będą zmanipulowani i rozproszą swoje głosy na ludzi wątpliwych, którym nie można zaufać.
−∗−
Nie ma w nim lęku i kompromisu – ks. Marek Bąk
−∗−
Grzegorz Braun na Konwencji: Laudetur Iesus Christus! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Grzegorz Braun: Precz z komuną! Precz z eurokomuną! Precz z żydokomuną!
https://pch24.pl/grzegorz-braun-precz-z-komuna-precz-z-eurokomuna-precz-z-zydokomuna

– Szczęść Boże! Laudetur Iesus Christus! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – od tych słów Grzegorz Braun rozpoczął swoje przemówienie podczas konwencji wyborczej w Krakowie.
– Jestem bardzo wzruszony i szczęśliwy. Będę sobie zapisywał te wystąpienia, waszą tutaj obecność na konto największych osiągnięć mojego przedłużającego się życia – zaczął kandydat na prezydenta, podkreślając, że na tym wiecu z konieczności wspierany jest jeden kandydat, natomiast ma nadzieję na równą mobilizację w kolejnych wyborach, kiedy na listach znajdzie się już więcej nazwisk.
Po skierowaniu podziękowań do uczestników ruchu, Braun wygłosił „swoją trójkę na te wybory prezydenckie”: Precz z komuną! Precz z eurokomuną! Precz z żydokomuną!
Po czym skomentował entuzjazm tłumu, mówiąc, że „oddychacie z ulgą, że można od czasu do czasu prostym słowem, krótkim zdaniem odnieść się do rzeczywistości, a nie owinąć w bawełnę”.
Podkreślił, że „to nasze precz” nikomu nie zagraża, ponieważ „nasza chata z kraja” i chodzi tylko o to, by „Polak w Polsce, będąc gospodarzem, mógł swoje dzieci po polsku na Polaków wychować, wykształcić i doczekać się jeszcze tych pięknych chwil, gdy młodzi ludzie dorośleją i sami przejmują polskie obowiązki”.
– Tego chcemy się doczekać i nie pozwolimy na to, by tę naszą przyszłość odbierano nam przez odbieranie nam naszych dzieci – fizycznie, dosłownie i w przenośni. Nie zgodzimy się, szanowni państwo, by na naszych dzieciach eksperymentować (…). Nie zgodzimy się na to, żeby nasze dzieci deprawować, dezinformować. Nie będziemy tolerowali – tak, owszem, głoszę program nietolerancji dla deprawacji i dezinformacji polskich dzieci w szkołach – kontynuował.
– I wzywam was, rodacy, Polacy, zwłaszcza – nie bójmy się użyć tego słowa – mężczyźni, mężczyźni polscy, nie gódźcie się na to, żeby do polskich szkół zapraszano zboczeńców, żeby uczyli waszych dzieci tolerancji. Nie gódźcie się na to, żeby wasze dzieci za całą naukę historii miały haggadę holokaust, w której polscy naziści budowali obozy zagłady. Nie gódźcie się, żeby za całą naukę o pięknie tego świata dzieciom wykładano brednie antropogenezy globalnego ocieplenia – dodał.
Po czym w skrócie kilka wybranych ze swoich założeń programowych. – Nie będzie żadnych Centrów Integracji Cudzoziemców za mojej kadencji. Na wojnę nie puszczę Wojska Polskiego, bo go tu w Polsce potrzebujemy. Wracamy do węgle (sporo na Śląsku o tym mówiłem). Wznawiamy ekshumacje w Jedwabnem – mówił.
Grzegorz Braun przypomniał przy tej okazji, że – niezależnie od stosunku do religii – to właśnie chrześcijaństwo przyniosło naszemu kręgowi cywilizacyjnemu koncept i praktykę równości wobec prawa. „Tylko pod krzyżem, tylko pod tym znakiem”, jak podkreślił, ten standard jest możliwy do osiągnięcia.
Natomiast nie oznacza to, że jego program jest skierowany tylko do katolików, ponieważ są w nim postulaty gospodarcze i ustrojowe, które będą służyły wszystkim.
– Jaka jest zatem moja rola, skoro te wszystkie rzeczy są tak oczywiste dla tak wielu ludzi? – zapytał i odpowiadając zaproponował następnie ciekawą metaforę: Ja jestem, proszę państwa, takim małym czołgiem przełamania. Czołgi, nawet te najcięższe, nie wygrywają wojen – mogą tylko i aż dokonać wyłomu. Ten wyłom musi być następnie rozszerzony, umocniony, wykorzystany przez wszystkie inne typy rodzaje broni i wojsk. I wy jesteście takim wyjątkowym, elitarnym gronem – zwrócił się do swoich zwolenników.
Źródło: banbye.com / wRealu24
Demokracja kierowana zwycięża
Demokracja kierowana zwycięża
Stanisław Michalkiewicz, michalkiewicz „Magna Polonia” 12 kwietnia 2025
Po wyroku niezawisłego francuskiego sądu, nakazującego Marynie Le Pen powstrzymanie się przez najbliższe 5 lat przed obejmowaniem jakichkolwiek funkcji publicznych, nie możemy już mieć żadnych wątpliwości, że jedyną dopuszczalną formą rządów w IV Rzeszy będzie demokracja kierowana. Bo Maryna Le Pen nie tylko kandydowałaby w wyborach prezydenckich w roku 2027, ale – kto wie? – może by je nawet wygrała? Do tego Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje dopuścić nie może, bo w IV Rzeszy wszystko musi być przewidywalne, aż do bólu. Ponieważ we Francji też nie brakuje niezawisłych sędziów, podobnie, jak i u nas, to z wymiksowaniem złowrogiej Maryny nie było problemów. Czy to oficer prowadzący, czy wielki mistrz wielkiej masońskiej loży, wziął takiego sędziego na stronę i powiedział mu mniej więcej tak: wiecie, rozumiecie sędzio, w waszych rękach spoczywają losy Republiki, więc znajdźcie jakiś sposób, żeby tę całą Marynę zablokować – bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa.
Tymczasem w naszym bantustnie też mają się odbyć wybory prezydenckie i chociaż kandyduje jedyny zatwierdzony przez wszystkie sanhedryny kandydat, nasza Umiłowana Duszeńka Rafał Trzaskowski, to przecież widać, jak na dłoni, że koło pióra robią mu dwaj ekstremiści, a zwłaszcza jeden taki w osobie Sławomira Mentzena. Toteż padł rozkaz, żeby za tego całego Mentzena zabrali się funkcjonariusze Propaganda Abteilung, poumieszczani na posadach w niezależnych mediach głównego nurtu. I zaraz notowania zaczęły mu spadać, no bo kto to widział, żeby sprzeciwiać się zatwierdzonym poglądom i na giewałt i na studia, czy mają być płatne, czy nie – co mi przypomniało akcję działaczy Solidarności w 1989 roku. Rząd chciał ustanowić ceny minimalne na produkty rolnicze, ale działacze zażądali, aby ustanowione zostały ceny maksymalne. Najwyraźniej wydawało się im, że jużci – maksymalne ceny będą lepsze od minimalnych – a czy od tamtej pory cokolwiek się zmieniło?
Nadal nie tylko lud prosty, ale i patentowani ekonomiści stoją na nieubłaganym stanowisku, że głównym twórcą bogactwa kraju jest rząd, któremu w przepastnych piwnicach kocą się pieniądze i chodzi tylko o to, żeby wymyślić pretekst, by trochę ich od rządu wydoić. Takie zbawienne prawdy wykładają w wyższych szkołach gotowania na gazie rozmaici obłąkani docenci, co to ostrogi zdobywali rozpamiętując ekonomię polityczną socjalizmu.
Więc w tej sytuacji rada w radę uradzono, jak zabezpieczyć ostateczne zwycięstwo zatwierdzonego kandydata Rafała Trzaskowskiego. Najwyraźniej obradującym musiała przyświecać rzymska sentencja, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe. Toteż – po pierwsze – zastępczyni Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje zapowiedziała zwołanie „okrągłego stołu” w sprawie wyborów prezydenckich w naszym bantustanie. Przy tym okrągłym stole na pewno coś tam zostanie uradzone i Rafał Trzaskowski „i tak” wygra wybory – bo wiadomo, że próżno jest wierzgać przeciwko ościeniowi. Jakże tedy inaczej rozumieć – po drugie – niedawny cyberatak na komputery sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego, w ramach którego zimny ruski czekista Putin razem ze swoim pomagierem Łukaszenką, próbowali „wpłynąć” na wyniki wyborów w naszym bantustanie. Tak w każdym razie wynika z tajnych raportów „służb”, które ze smakiem powtarzają, podając je do wierzenia, członkowie vaginetu obywatela Tuska Donalda. Wszystko to być może, zwłaszcza, gdyby z Berlina nadeszła do warszawskich „służb” iskrówka: wiecie, rozumiecie, sprokurujcie no cyberiadę w sztabie Rafała Trzaskowskiego – że to niby ją udaremniliście i w ogóle – a my się zastanowimy, jak was za to wynagrodzić. Tylko niczego nie spartolcie, bo inaczej będzie z wami brzydka sprawa. W tej sytuacji „służby” nawet nie musiały niczego markować – i bardzo dobrze, bo jeszcze przypadkowo mogłoby dojść do nieszczęścia – tylko ogłosiły, że „wschód” przypuścił na Rafała Trzaskowskiego cyberiadę, ale energiczne przeciwdziałanie służb tubylczych operację udaremniło.
Tak samo było w przypadku „Operacji Menora”, którą w swoim czasie ABW prowadziła przeciwko prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi, Waldemarowi Łysiakowi i mnie. Chodziło o to, że na rocznicę powstania w getcie warszawskim przygotowywaliśmy coś tak okropnego, że nawet między sobą utrzymywaliśmy to w tajemnicy – i dopiero energiczna akcja ABW udaremniła te bezeceństwa. Pieniądze, którymi bezpieczniacy się podzielili, były już oczywiście prawdziwe, tak samo, jak w przypadku wspomnianej cyberiady w sztabie Rafała Trzaskowskiego. Ale cyberiada to jedno, a Putin do rzecz osobna. Skoro mamy wierzyć ABW i dygnitarzom z vaginetu obywatela Tuska Donalda, że Putin wkręca się w prezydenckie wybory w naszym bantustanie, to warto zapytać – na czyją korzyść? Jakiego ma tu faworyta? Rafał Trzaskowski chyba odpada, bo został namaszczony na tubylczego prezydenta przez przewodniczącego Światowego Kongresu Żydów Ronalda Laudera i młodego Sorosa, któremu stary grandziarz przekazał klucze do kasy i który futrował organizowane przez Rafała Trzaskowskiego widowiska Neues Kukiełkes, czyli Campusy Polska Przyszłości. W ramach koordynacji polityki żydowskiej z polityką niemiecką, Rafał Trzaskowski jest raczej faworytem Reichsfuhrerin Urszuli Wodęleje, a nie Putina. A kto jest w takim razie faworytem Putina? Komu mają służyć te cyberiady na sztab wyborczy Rafała Trzaskowskiego? Mój Honorable Correspondant twierdzi, że marszałkowi Szymonowi Hołowni. Wprawdzie pan marszałek jest wynalazkiem amerykańskim, ale obecnie – kiedy nawet pani red. Krystyna Kurczab-Redlich, od 1978 roku współpracująca z SB, a od 1982 roku – z wojskowym Razwiedupr-em – demaskuje prezydenta Trumpa, jako ruskiego agenta, to wszystko – jak powiedzieliby gitowcy – „gra i koliduje”. Taka to ci, panie, kombinacja!
Nigdy jednak nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być jeszcze lepiej, toteż na wszelki wypadek (strzeżonego Pan Bóg strzeże) rozpoczęta została kombinacja operacyjna z panem Ryszardem Cybą. Jak wiadomo, za zamordowanie pana Rosiaka w Łodzi został on skazany na dożywocie. Ostatnio jednak, pod pretekstem demencji, został wypuszczony z turmy, a niezawisły sąd umieścić go kazał – no właśnie; nie bardzo wiadomo gdzie. Jedni powiadają, że w psychuszce, inni – że w DPS-ie, a jeszcze inni – że siedzi sobie w domu.
W tej sytuacji jesteśmy skazani na domysły, ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i domyślajmy się! Ja na przykład się domyślam, że prowadzący bezpieczniak przekazać mógł panu Cybie wiadomość następującą: wiecie, rozumiecie, Cyba. Załatwiliśmy wam żółte papiery i kazaliśmy wypuścić z turmy – ale coś za coś. Jak przyjdzie co do czego, to zastrzelicie kogo tam wam wskażemy. Nic wam nie będzie, bo przecież macie wariackie papiery. Tylko nie próbujcie nic kombinować, bo inaczej będzie z wami bardzo brzydka sprawa.
Stanisław Michalkiewicz
Europa narkotyzuje się. Luksemburg na haju. W ściekach odkryto bardzo wysokie stężenie kokainy i marihuany. Mapy.
Luksemburg na haju. W ściekach odkryto bardzo wysokie stężenie kokainy i marihuany
https://pch24.pl/luksemburg-na-haju-w-sciekach-odkryto-bardzo-wysokie-stezenie-kokainy-i-marihuany

(Kokaina)
Krajowe Laboratorium Zdrowia Luksemburga (LNS) poinformowało o wykryciu znaczących ilości nielegalnych narkotyków w ściekach ze stolicy. 100 proc. próbek pobranych do badania zawierało znacznie wyższe stężenia kokainy niż w Monachium czy Barcelonie.
Luksemburg brał udział w europejskich badaniach mających wykryć nielegalne narkotyki w 128 miastach. Z Polski w badaniu uczestniczył Kraków.
LNS we współpracy z Luksemburskim Instytutem Nauki i Technologii (LIST) rozszerzył program monitorowania ścieków stosowany podczas tak zwanej pandemii Covid-19, szukając osiem najczęściej używanych substancji w Europie: konopie indyjskie, kokaina, amfetamina, heroina, metamfetamina, ketamina, mefedron i ecstasy. Badanie miało pomóc w określeniu potencjalnych skutków legalizacji marihuany w Luksemburgu.
Dwunastoosobowy zespół LNS pod przewodnictwem Serge’a Schneidera stwierdził, że z danych wynika, iż legalizacja marihuany nie spowodowała żadnego mierzalnego wzrostu wskaźników konsumpcji tego narkotyku.
Jednak, przy okazji badania odkryto, że w każdej pobranej próbce znajdowała się marihuana i kokaina.
Luksemburg włączył się w projekt Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii (EMCDDA). Projekt polegał na monitorowaniu ścieków pod kątem zawartości ośmiu substancji w 128 miastach z 24 krajów UE, a także Turcji i Norwegii. Analiza jednoznacznie wykazała, że żadne duże miasto europejskie nie pozostało nietknięte przez narkotyki.
W całej Europie w ostatnich miesiącach wyraźnie wzrosło stężenie wykrywanej kokainy, amfetaminy i ekstazy. Ma się natomiast zmniejszać ilość śladów konopi. Powszechna obecność nielegalnych substancji ma miejsce od Växjö po Porto i Zagrzeb.
Ścieki miasta Luksemburg zawierały 0,5 grama kokainy na 1000 mieszkańców – wartość ta przewyższa poziomy stwierdzone w Monachium (0,40 g) i Barcelonie (0,35 g), choć pozostaje znacznie poniżej stężeń zmierzonych w Antwerpii (2 g), Amsterdamie (1,2 g) i Dublinie (0,87 g).
Schneider, szef działu chemii analitycznej LNS, zaapelował o ostrożność przy interpretacji tych danych. Zasugerował, że parametry takie jak wahania populacji i poziom opadów mają znaczący wpływ na wyniki. Jednak, jak dodał Luksemburg plasuje się nieco powyżej europejskiej średniej, jeśli chodzi o używanie marihuany i dorównuje średniej dla kokainy. Jest nieznacznie poniżej średniej, jeśli chodzi o stosowanie ecstasy i znacznie poniżej średniej dla wszystkich innych monitorowanych substancji.
Program zbierania codziennie próbek ścieków i ich analizowania trwał od wiosny 2024 r. i objął analizą zlewnie ścieków obsługujące 68,8 mln osób. Badanie rozszerzono w 2025 r., aby objąć osiem luksemburskich oczyszczalni ścieków.
Alexis Goosdeel, szef Europejskiej Agencji ds. Narkotyków (EUDA) wskazuje, na „jasny obraz szeroko rozpowszechnionego, złożonego problemu narkotykowego”. Wyjaśnił, że sześć docelowych substancji wykryto w niemal każdym mieście uczestniczącym w projekcie, który został przeprowadzony we współpracy z siecią SCORE, jednoczącą 34 organizacje badawcze na całym świecie.
W zachodniej i południowej części Europy wyraźnie rośnie zużycie kokainy. Belgia, Holandia i Hiszpania stają się kluczowymi punktami zapalnymi. Inne narkotyki szczególnie rozpowszechniają się szybko w Belgii, Czechach, Holandii i Portugalii. Ketamina występując najczęściej w ściekach z miast w Belgii, Holandii, na Węgrzech i w Norwegii.
Na wzrost zużycia narkotyków mają wpływ m.in. populacja uniwersytecka, gęstość klubów nocnych i innych lokali „życia nocnego”, rozkład wiekowy. Gwałtowne spożycie narkotyków obserwuje się w weekendy (od piątku do poniedziałku). Regularnie ma być spożywana amfetamina, marihuana i metamfetamina.
W badaniu brał udział także Kraków. Szczegółowe wyniki analizy z interaktywnymi mapami, pokazującymi średnie zużycie wybranych narkotyków dostępne są na stronie euda.europa.eu. W Krakowie obserwuje się wyraźny wzrost zużycia amfetaminy, kokainy i marihuany.
Nie ma żadnych wątpliwości, że zażywanie narkotyków poważnie szkodzi zdrowiu fizycznemu i psychicznemu, zagrażając ludzkiemu życiu i społeczeństwu. Przyczynia się do licznych patologii i zagraża bezpieczeństwu. Kościół naucza, że świadome spożywanie narkotyków to ciężki grzech.
Źródła: today.rtl.lu / euda.europa.eu AS
=================================
Szczegóły zobacz: https://www.euda.europa.eu/publications/html/pods/waste-water-analysis_en
Wściekli ludzie: Dyrektor szpitala wrzucony do kontenera na śmieci.[VIDEO].
Wściekli ludzie wyszli na ulice. Dyrektor szpitala wrzucony do kontenera na śmieci [VIDEO]

W Owruczu na północy Ukrainy podjęto decyzję o likwidacji szpitalnego oddziału neurologii i zwolnieniach personelu. Wściekli ludzie w ramach protestu wyszli na ulice. Gdy chciał z nimi porozmawiać dyrektor szpitala, protestujący wrzucili go do… śmietnika.
Na nagraniu, które szybko rozprzestrzeniło się w mediach społecznościowych, widać wzburzony tłum otaczający dyrektora szpitala ubranego w biały fartuch. Mężczyzna próbował tłumaczyć decyzję o zamknięciu szpitalnego oddziału, jednak napięcie wśród zgromadzonych systematycznie rosło.
Kulminacyjnym momentem protestu było wrzucenie dyrektora do kontenera na śmieci, specjalnie przyniesionego na miejsce demonstracji.
Dyrektor desperacko próbował się bronić, zapierając się nogami i wyrywając napierającemu tłumowi, jednak bezskutecznie. Po wrzuceniu do metalowego śmietnika, upokorzony mężczyzna pozostawał tam do czasu przybycia policji. Gdy w końcu wydostał się z kontenera, był cały brudny. Protestujący nie kryli swojej satysfakcji.
Zamykany oddział neurologii to dla mieszkańców Owrucza i okolic jedyne takie miejsce w regionie, zapewniające specjalistyczną opiekę. Decyzję o likwidacji podjęła Rada Miasta, tłumacząc to zbyt małą liczbą pacjentów w stosunku do ponoszonych kosztów. Podobno zdarzało się, że w szpitalu leżały tylko dwie osoby. Cytowana przez ukraińskie media Anastazja, odbywająca praktyki lekarskie w tym szpitalu, zdradziła, że personel medyczny, chcąc uniknąć zamknięcia oddziału (i własnych zwolnień), podczas urzędniczych kontroli „udawał” pacjentów, by sprawić wrażenie, że leczy się tam sporo osób.
https://twitter.com/i/status/1910638418284945444
Cyrk na Wiejskiej znów zainteresował się losem „uciśnionych Ślązaków”!
Cyrk na Wiejskiej znów zainteresował się losem „uciśnionych Ślązaków”!
W sytuacji kryzysowej, wysokie błazny szukają zapewne gorączkowo dodatkowych „nieformalnych” źródeł dochodu!
| DR IGNACY NOWOPOLSKI APR 12 |
Problem Ślązaków, czyli Polaków ze Śląska zapoczątkował się już w 1945 roku, kiedy to zderzyli się oni z masą wysiedlonych Rodaków z Małopolski Wschodniej, którym udało się ujść z życiem spod toporów „naszych ukraińskich braci” i wysiedleni przymusowo przez bolszewików znaleźli schronienie na Śląsku. Powierzchniowe różnice cywilizacyjne z Ślązakami, brali oni za różnice narodowościowe. W związku z czym autochtoni byli traktowani po macoszemu.
Spawa odżyła w momencie „normalizacji” stosunków PRLu z Republiką Federalną Niemiec. Ta ostatnia domagała się otwarcia granic polskich na emigrację do reichu. I tak wyjechała pierwsza fala emigrantów, podających się za „Niemców”, głównie z Górnego Śląska i Opolszczyzny, bo całkowicie zniemczona populacja dolnośląska została już deportowana do stref okupacyjnych rzeszy już w 1945r.
Drugi raz problem „śląski” dał o sobie znać w 1989 roku, kiedy to III RP „pojednała się” z rzeszą niemiecką. Demograficzną ceną za to „pojednanie” było uznanie przez Polaków „narodowości śląskiej” i stworzenie jej warunków do rozkwitania na terytorium III RP zgodnie z „standardami unijnymi”. Również ta próba skończyła się klęską, gdyż „Ślązacy” okazali większe przywiązanie do niemieckich srebrników, niż do jakiejkolwiek „narodowości” i emigrowali in gremium.
Ostatnie mętne doniesienia propagandowych mediów, wspominają o kolejnej „reformie” administracji terenowej, ze względu na społeczne i obyczajowe różnice pomiędzy Małopolanami i Ślązakami.
W dobie gigantycznych problemów globalnych, regionalnych i krajowych, w obliczu rzekomego zagrożenia Naszej Ojczyzny agresją kremla „wysokie błazny” z ul. Wiejskiej, zajęły się poprawianiem doli Ślązaków i Małopolan!
Szokujący ruch „wysokiego cyrku”, który od dekady po uchwaleniu przez siebie likwidacji zmian czasu letniego i zimowego, do dziś nie doczekał się łaskawego zezwolenia UE, na wprowadzenie swej uchwały w życie i który zajmuje się z nudów, przepychankami między wysokim błaznami różnych „frakcji partyjnych”.
Jedyne co przychodzi na myśl, to pierwsze próby takiej modyfikacji podziału terytorialnego kraju, by pokrywał się on z granicami II RP z 1939 roku.
Jak można przypuszczać, gauleiter Tusk, przygotowuje już scenę pod kolejny rozbiór, a w dalszej kolejności zabór Polski przez rzeszę niemiecką.
Ta polityczna uwertura nie budzi jednak większych emocji u zdeprawowanego do szpiku kości unijnego polskojęzycznego pospólstwa!
Wszyscy chcą być reprezentowani. MEMy sobotnie II.











===============================
BONUS – malus
Ostrzeżenie: tylko dla ludzi o nerwach jak postronki. Nie ponosimy odpowiedzialności za skutki obejrzenia.

Roman znów zemdlał. MEMy sobotnie I.













Herezja materializmu, czyli ile kosztuje dusza człowieka
Herezja materializmu, czyli ile kosztuje dusza człowieka
https://pch24.pl/herezja-materializmu-czyli-ile-kosztuje-dusza-czlowieka

(Oprac. PCh24.pl)
Na piąty odcinek cyklu PCh24.pl o „nowoczesnych herezjach” zapraszają ks. prof. Piotr Roszak i Tomasz D. Kolanek.
Kliknij TUTAJ i zobacz wszystkie opublikowane w tej serii rozmowy
„Przesąd materializmu twierdzi, że człowiek nie ma duszy, że nie ma przyszłego życia oraz że człowiek nie ma innego przeznaczenia niż zwierzęta. Odarty w ten sposób z ducha człowiek najlepiej opisany być może nie jako stworzenie uczynione na obraz i podobieństwo Boga, ale jako psychoanalityczna torba z fizjologicznym libido, czy jako mechanizm odpowiadania na bodźce”, pisał w książce „Wojna i rewolucja” abp Fulton Sheen definiując herezję „materializmu”. W jaki sposób materialiści doszli do wniosków opisanych przez amerykańskiego hierarchę?
Wydaje mi się, że takie przekonania jak materializm rodzą się zasadniczo z redukcjonizmu, który polega ogólnie rzecz biorąc na tym, że bardzo skomplikowaną rzeczywistość sprowadza się do jej najważniejszych czynników czy przejawów, a potem pracując na nich stara się dojść do prawideł i reguł, a więc ująć obserwowane działania w formę praw. Trzeba pamiętać, że takie uproszczenie choć przydatne metodologicznie, to ma swoje ograniczenia, pomija istotne wymiary rzeczywistości, których po prostu nie bierze pod uwagę. Z tego w konsekwencji wynika, że traktuje się wówczas np. człowieka na wzór maszyny, a przez to nie uwzględnia się jego duchowych wymiarów – np. duszy – uważając, że zasadniczo do opisania człowieka wystarczy materia. Ale na tej bazie wielu niestety wyprowadza nieuprawniony wniosek, że, że nie jesteśmy niczym więcej niż materią, może jedynie lepiej zorganizowaną od płazów czy gadów. A choć oczywiste jest istnienie wielu duchowych zachowań człowieka, to traktuje się je wówczas jako epifenomen materii, coś w gruncie rzeczy materialnego, choć my mamy jedynie ewentualnie złudzenie istnienia duchowości, gdyż myli nas percepcja. To w gruncie rzeczy pewna ślepota na wymiary rzeczywistości, które wymykają się materialistycznym narzędziom poznania.
Oczywiście materializm istniał w starożytności i nie spotkał się z wielkim przyjęciem wśród ówczesnych, gdyż niewiele tłumaczył i bardzo zawężał poznawczo. Myślenie w stylu: „naciśnij tu, wyskoczy coś tam”, choć efektowne, nie jest efektywne, gdyż wiele aspektów pomija. Człowiek posiada cielesność czy materialność, ale nie jest samą cielesnością. Takie myślenie to odprysk tzw. brzytwy Ockhama, która w wersji popularnej twierdziła, że nie należy mnożyć bytów, to znaczy chodziło o styl myślenia, w którym bierzemy pod uwagę nie wszystko, ale pewne wybrane, najważniejsze kwestie rzutujące na poznanie.
Sytuacja zmienia się w nowożytności, gdy zaczyna dominować paradygmat wszechświata już nie jako „organizmu” czy ciała żywego, ale przypominającego maszynę – to wówczas rodzi się mechanicyzm, a uwaga skupia się na zewnętrznym opisie świata. O ile dawniej badano świat w oparciu o klasyczne cztery przyczyny wypracowane przez Arystotelesa, a więc przyczynę sprawczą, materialną, formalną i celową, to po oświeceniu zostaną jedynie dwie przyczyny: sprawcza i materialna. Badanie ma się zawęzić do tego co widać… rzeczy duchowe pozostać mają w domenie filozofii i teologii. Może są, może nie – nie będzie się ich badało, gdyż wykluczone zostają z zakresu dociekania prawdy. W dusze można co jedynie „uwierzyć”. Paradoks, bo skoro źródłem godności człowieka jest dusza, to zapomnienie o duszy w prosty sposób prowadzi do gorszego traktowania człowieka, czego dowodem są totalitaryzmy XX wieku, komunizm i faszyzm.
Trzeba przyznać, że dziwna ta niekonsekwencja materialistów – wielu rzeczy nie widać wprost, ale przecież są, np. grawitacja, którą odkrywa się – nie mówię już o tym jak długo trwały dywagacje czym tak naprawdę jest – po skutkach jakie czasem boleśnie dają o sobie znać, gdy człowiek upada na ziemie…
Ja widzę w tym wszystkim starą pokusę jednowymiarowości, która odżywa także dziś – wielu przecież uważa, że człowiek to jedynie materia, wyrazem tego mogą być twierdzenia neuronauki w wersji radykalnej, iż człowiek to nic więcej niż garść neuronów, które o wszystkim z góry decydują. Taka jednowymiarowość jest istotnie głównym problemem – dobrze to oddał jeden z autorów w wizji tzw. ‘płaszczaków’, żyjących jedynie w dwóch wymiarach i nie mających wyobrażenia, ze istnieje trzeci wymiar…opowiadanie im o tym, co poza dwoma wymiarami, jak opowiadanie materialistom o duszy, budzi uśmiech i niezrozumienie…
Materialiści głoszą, że sensem życia jest poprawa za wszelką cenę sytuacji materialnej; że niedostatek jest główną przyczyną nieszczęść i niespełnienia w życiu, oraz że obfitość dóbr jest najpewniejszą gwarancją pokoju i szczęścia. Skoro to wszystko jest takie proste to dlaczego nigdy nie zadziałało?
Bo to nie jest dobra recepta, nie rozwiązuje zasadniczych problemów, gdyż sprowadza człowieka tylko do jednego wymiaru, materialnego i tam upatruje jego spełnienia. Jeśli się taki cel materialny postawi człowiekowi, to skupi się jego uwagę na zabieganiu i gonieniu za takimi sprawami, a nie innymi. Trzeba go czymś zająć… dziś takie zajmowanie człowieka wszystkim, byle nie jego duszą i wiarą, są przecież na porządku dziennym. To jest walka nie wprost z chrześcijaństwem… jak z niektórymi świątyniami, których może zniszczyć się nie da, usunąć się nie da, ale można zasłonić innymi budynkami, oszpecić, aby w krajobrazie nie było dostrzegalne.
Poza tym, jak to od starożytności wytykano materializmowi, on nie może być sam dla siebie kryterium. Nie wystarczy po prostu gromadzić rzeczy jak się składa w jedno miejsce jakieś klocki, nie ważne „co”, byle dużo… aby to miało sens muszą być uporządkowane według jakieś zasady, która oceni co jest ważniejsze od drugiego. A jeśli są porządkowane, to znaczy, że wedle czegoś więcej niż samej materii… Nie dziwi więc, że badania nad sensem życia – jakie życie uważamy za sensowne – jednoznacznie pokazują, że sens nie tkwi w rzeczach, ale w osobie, spójności jej życia, odkrywaniu znaczenia egzystencji, czyli jego celu, a nie jedynie biologicznego przetrwania.
Poza tym, zauważmy jeszcze jedno: w tym jednak podejściu herezji materializmu kryje się myślenie magiczne, które wyraża się w przekonaniu, że człowieka da się szybko zmienić przez okoliczności, że to one rozstrzygają o losie człowieka. Zmieni się człowiek, jak będzie miał np. więcej pieniędzy, większe mieszkanie… Wszyscy staną się aniołami jak będą mieli wszystkiego pod dostatkiem, a staną się złymi, gdy dotknie ich jakiś brak. Historia pokazuje, że święci jednak nie byli tymi, którzy opływali we wszystko, a źli nie są powiązani jedynie z najbiedniejszym. Przypominają się przestrogi Ojców Kościoła przed niebezpieczeństwem bogactw, czy współczesne, podobne ostrzeżenia przed syndromem tłustego kota, któremu nie chce się nic robić.
Ale nazywam to „magicznym” myślenie, gdyż w gruncie rzeczy ciągle chodzi o przekonanie, że zmiana okoliczności zewnętrznych przełoży się automatycznie na zmianę wewnętrzną, a jednak kierunek zmiany jest inny, od wewnątrz na zewnątrz. Chrystus na to wskazywał w dyskusji z faryzeuszami, gdy zwracał im uwagę, że dbanie o czystość kubka nie jest automatycznym poprawieniem czyjegoś statusu moralnego, choć może być wyrazem czegoś, co płynie z nawróconego serca. Takie skupianie na okolicznościach, a nie na działaniu samego człowieka, jest duchowo niebezpieczne, gdyż wprowadza w to, co św. Josemaria Escriva nazywaał „mistyką gdybania”: gdybym był kimś innym, to wtedy byłbym lepszym człowiekiem, albo: gdybym miał inną rodzinę, byłbym lepszym, gdyby miał inne wykształcenie, inny panował klimat… etc.
Czy Kościół jest przeciwny poprawianiu sytuacji materialnej, jak głoszą materialiści powołując się na wyrwane z kontekstu fragmenty Ewangelii?
Wręcz przeciwnie, staranie się o poprawę bytu jest wymogiem zdrowo rozumianej Ewangelii, ale nie może zastąpić innych, ważniejszych kwestii i „oślepić” człowieka, który gdy uczyni z tego program życia – poprawić jedynie swój byt! – może pominąć dużo ważniejsze rzeczy. Może to jedna z ulubionych strategii Złego: zamiast obrzydzać wprost dobro i człowieka zniechęcać do sięgania po nie, wystarczy zająć człowieka mniej istotnymi sprawami, a wtedy nie zauważy i nie wybierze tych najważniejszych.
Z perspektywy chrześcijańskiej, troska o poprawę sytuacji materialnej jest zawsze środkiem, a nie celem – żeby wzrastać w cnotach, w dobrych czynach potrzebne są odpowiednie okoliczności, w tym również te materialne. Trzeba o nie zadbać, tak jak przygotowujemy pokój na spotkanie albo miejsce pracy. Nie jest to cel sam w sobie, jak ktoś mający napisać cos ważnego, będzie skupiał się na otoczeniu biurka i nigdy nie napisze co trzeba. Ale dbanie o odpowiednie warunki materialne jest częścią Katolickiej Nauki Społecznej jako drogi realizowania dobra wspólnego.
Dlatego zajmowanie się podnoszeniem jakości życia musi szanować priorytety, hierarchie ważności, a ta jest możliwa do ustanowienia, gdy znamy ostateczny i główny cel życia człowieka. Wtedy dobierzemy właściwe narzędzia… pomijając już kwestię nakazu Bożego z Księgi Rodzaju, aby rozwijać stworzenie („czyńcie sobie ziemie poddaną”, por. Rdz 1,28) – na zasadzie: dokończ to co Ja Bóg zacząłem, warto pomyśleć o celu wszechświata stworzonego przez Boga. Mówimy o tym w kategoriach „nowego stworzenia”, nowej ziemi, która narodzić się ma ze „starej”, przez co wartość historii i każdego czynu jest ogromna. Tomasz z Akwinu gdy tłumaczył słynne porównanie Jezusa, ze u nas nawet włosy na głowie są policzone (por. Mt 10,30), to odnosił to do pytania co przetrwa sąd ostateczny, zauważając, że włos to symbol najmniejszej nawet dobrej rzeczy, która nie pozostanie bez nagrody, a wysiłek włożony w rozwój stworzenia Bożego będzie podstawą dla „nowego stworzenia”, które nie będzie ponownie stworzeniem z niczego (łac. ex nihilo), ale przemianą już istniejącego (łac ex vetere).
Abp Fulton Sheen zwracał uwagę, iż „nieszczęście człowieka wypływa z utraty celu i motywacji w życiu, co z kolei wynika z wyparcia istnienia duszy”. Dlaczego istnienie duszy jest nie do przyjęcia dla heretyków głoszących materializm?
Podejrzewam, że ta niechęć do wspominania o duszy i zastępowania tego terminu wszelkimi innymi, bierze się z wielu powodów. Z jednej strony ta dziwna awersja może mieć źródło w tym, że istnienie duszy rozbija świat materialistów, pokazuje im ogromny „wyłom” jaki wprowadza dusza jako forma ciała, ożywiająca to ciało. To rodzi lawinę kolejnych pytań o niematerialne cechy, działania jak np. intencjonalność… Z drugiej strony, sama wzmianka o duszy budzi pewne wspomnienia, nawiązania do długiej tradycji filozoficznej i religijnej, od której nowe herezje chcą się odciąć, bo choć tak naprawdę rozwój i „reforma” zawsze wiązała się z powrotem do „formy”, powrotem do źródeł, które inspirują na nowo – jak to było np. w renesansie – to dziś absolutnie nie o to chodzi, aby wracać i mierzyć się z odwiecznymi pytaniami ludzkości o cel życia na ziemi, nieśmiertelność, Boga, tylko chodzi o skarłowacenie człowieka, ma żyć wyimaginowanymi problemami jak się do kogoś zwracać, gdy jednego dnia „czuje się” kobietą, a innego mężczyzną lub „ono”… jeśliby zaś przyznaliby, ze istnieje dusza, która jest źródłem tożsamości, kształtuje ciało i nasze zachowania, że jako zasada duchowa jest niematerialna, to naprawdę otwiera szereg pytań, które zawsze nie tylko prowadziły do odkrycia wiary, ale niejako przy okazji rozwijały kulturę. Dlatego chyba obawa przed takim pytaniem jest tak wielka, że robi się wszystko, byle nie nawiązywać do zasadniczych pojęć. Po prostu, dusza kojarzy im się i kieruje rozważania w stronę religii, stąd próba wymazania tego słowa ze słownictwa codziennego.
To nie pierwszy raz, takie próby były już w historii. Próbowano w pewien sposób „obśmiać” temat duszy, a przecież to istotna kategoria filozoficzna, o której pisali wielcy filozofowie i mająca odpowiedniki w Biblii. Takie pytania jak „ile waży dusza”, choć zadawane z intencją ośmieszenia, pokazywały jednak, że niektórzy nie odrobili lekcji i pozostawali na stereotypach, a nie na pogłębionym rozumieniu.
Trzeba zaznaczyć przy tej okazji, ze przyjmowanie istnienia duszy nie oznacza bezkrytycznego przyjmowania wszystkich kulturowych skojarzeń. Potrzebne jest zawsze w tym kontekście oczyszczanie z uproszczeń w ujmowaniu duszy, a temu może pomóc rozczytanie się w tekstach św. Tomasza z Akwinu i coraz głębsze rozumienie duchowości człowieka, odzyskanie metafizycznego wymiaru w religii, wbrew próbom – podejmowanym od epoki oświecenia – sprawienia, aby religia zajmowała się jedynie moralnością, a i to jak wiemy dzisiaj jest poważnie kwestionowane. Religia, zwłaszcza katolicka, wnosi całościowe spojrzenie na świat, otwiera go na nadprzyrodzoność, wbrew materializmowi.
Największe frustracje w życiu nie mają charakteru ekonomicznego. Wielokrotnie słyszeliśmy, że ludzie, którzy mają bogactwo są bardziej nieszczęśliwi niż ludzie, którzy mają znacznie mniej pieniędzy, majątku od nich. Nie chcę przez to powiedzieć, że bogactwo czyni człowieka nieszczęśliwym. Raczej chodzi mi o to, że złoto nie rozwiąże wszystkich problemów, o czym Kościół przypomina od dwóch tysięcy lat, prawda?
Tak, to dobra diagnoza sytuacji, bo istnieją pewne relikty marksizmu, który wszystko sprowadzał do problemów ekonomicznych. Wyzwolenie klas z opresji bogatych rozwiąże wszystkie kwestie, nie będzie przestępstw, złodziejstwa czy morderstw, a jednak wraz z postępem gospodarczym okazuje się, że człowiek jest chory gdzieś indziej. Innymi słowy, nie sprawdza się leczenie objawowe, bo środki zewnętrzne – dostatek materialny – mają czasami efekt znieczulający, ale nie rozwiązują istoty problemów. A właśnie, by w pełni kogoś uzdrowić trzeba sięgać do przyczyny choroby, a nie tylko zbijać objawy, np. temperaturę.
Z tego właśnie powodu, gdy Kościół wypowiadał się na temat np. sensu i znaczenia państwa jako wspólnoty politycznej, zaznaczał, ze jej celem nie jest jedynie i wyłącznie pomnażanie zasobów i bogacenie obywateli, ale ich etyczny rozwój. Celem państwa jest wzrost w cnotach jako sprawnościach doskonalących naturę, a te prowadzą do szczęścia człowieka, możliwego do osiągnięcia, gdy obywateli łączyć będzie przyjaźń. Znów mam wrażenie, ze takie myślenie – po co jest państwo? –celowo schodzi na dalszy plan, czyni się wszystko, aby człowiek o tym nie myślał.
I jeszcze jedna uwaga. Gromadzenie dóbr materialnych dla nich samych budzi frustrację, to fakt możliwy do szybkiego zaobserwowania – bo nie tak się buduje coś sensownego, nie w oparciu o chęć posiadania po prostu jak najwięcej. Chodzi o to, aby to co jest gromadzone służyło ważnemu dla człowieka celowi. Ilość nie jest tu dobrą miarą. Zobaczmy: poezja nie polega na dużej ilości słów, podobnie jak obraz nie jest cenniejszym przez to, że ma dużo farby na płótnie. Trzeba odkryć ten ukryty skarb, to jedno, najważniejsze dobro – jak mówi Ewangelia – dla którego wszystko jest się gotowym sprzedać (por. Mt 13,44). Wtedy ma sens wokół tej najważniejszej sprawy budować wszystkie życiowe osiągnięcia. Ale musi być pewien „porządek”, wedle którego gromadzimy wszystko.
„Społeczeństwo może stać się nieludzkie, zachowując zarazem wszelkie przewagi charakterystyczne dla wielkiego dobrobytu materialnego”, pisze abp Sheen. Moim zdaniem słowa te idealnie opisują np. Holandię, gdzie społeczeństwo jest zamożne, ale czy moralne? Aborcja, eutanazja, gender, LGBT, legalne narkotyki – to tylko niektóre przykłady holenderskiej „moralności”…
Nie można patrzeć na posiadanie zasobów, na bogactwo, jako „nagrodę”, ale zauważmy, że dostatek rości sobie pretensje do wyznaczania standardów, nie tylko w ekonomii, ale także w moralności. Postrzegamy inaczej państwo, które jest w G7 czy innych prestiżowych organizacjach, darząc je bezzasadnie autorytetem i przyjmując jego model życia, wartościowania… skoro u bogatego sąsiada widzimy pewne wzorce i normy, to bogacące się społeczeństwo z pewnością powieli ten model, myśląc, ze sprawdził się dzięki takiemu a nie innemu podejściu do życia. Moralność „sukcesu” przekłada się na oddziaływanie na innych. Ale.. wszystko jest kwestią perspektywy oceny, bo lekceważenie moralności i rozcieńczanie jej prowadzi do zguby: co bystrzejsi widzą oznaki tego kryzysu czy upadku dziś zamożnych społeczeństw, które są takimi dzięki temu, że poprzednie pokolenia trwały przy wartościach chrześcijańskich (poświęceniu dla innych, pracowitości, uczciwości etc.), ale ten kryzys możliwe, że będzie dopiero dostrzegalny później, jak minie kilka pokoleń… Dlaczego? Bo nie da się utrwalić zamożności bez moralności. Im większe zasoby posiadamy, tym większej domagają się moralności.
Abp Fulton Sheen zwraca uwagę, że jeśli uczyni się standardy materialne jedynymi standardami cywilizacyjnymi, to efektem będzie powstanie społeczeństwa zachłanności i będzie to przede wszystkim zachłanność na władzę. Rządzący będą bowiem robić wszystko, aby wprowadzić mechanizmy, które pozwolą im ograbić bardziej i mniej zamożnych obywateli. Pozwolę sobie zapytać o dwie kwestie. Po pierwsze: zachłanność, tudzież chciwość – jeden z siedmiu grzechów głównych. To właśnie ten grzech jest praprzyczyną materializmu?
Chciwość to nieuporządkowana chęć posiadania, która zdolna jest szkodzić innym: ostatecznie prowadzi do duchowej tresury i karmienia człowieka jedynie dobrami materialnymi, a to przynosi prosty efekt w postaci „uzależnienia” od tych dóbr. A ponieważ władza daje sposobność do łatwego gromadzenia dóbr, nic dziwnego, że będzie się po nią sięgać nie dla wzniosłych celów, ale nakarmienia pragnienia posiadania.
Uczynienie z materializmu standardu to osłabienie kultury, bo przelicznikiem stanie się nie jakość sztuki, ale liczba widzów w teatrze, dochody jakie będzie generowały dzieła sztuki… a materializm w przestrzeni akademickiej oznaczać może odwrócenie się od prawdy. Znowu, materializm roszczący sobie wyłączność ma tendencje dyktatorskie, będzie przejmował i wyłączał kolejne obszary, rodziny, relacji, celu nadprzyrodzonego… tym samym objawiając swą naturę bożka.
Po drugie: Pan Jezus nakazuje nam, abyśmy oddawali Panu Bogu, co Boskie, a cesarzowi, co cesarskie. Jak powinniśmy rozumieć oddawanie cesarzowi, co cesarskie? A co jeśli zażąda on od nas wszystkiego? Czy mamy prawo się zbuntować?
Zauważmy jaki był kontekst tej wypowiedzi Jezusa – to stwierdzenie nie jest po to, aby nas zachęcić do oddawania cesarzowi wszystkiego, ale by ustalić limit, powiedzieć dokąd i co można, a w domyśle czego nie wolno mu oddać, a wiec gdzie rozpoczyna się non possumus.
Ciekawe, że toczy się walka o owe „wszystko” także dzisiaj – wiele ośrodków władzy o zapędach dyktatorskich chce przejmować, często przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii, kolejne obszary życia człowieka, sprawować np. kontrole nad ludzkim myśleniem, uczuciami… to żądanie wszystkiego nie jest wyrażane oczywiście wprost, ale ukryte za sensownością, byciem z zgodzie z głównym nurtem, byciem nowoczesny etc.
Gdy władza sięga za daleko, cesarz sięga po to, co boskie, to jak pokazywał to dawnie Tomasz z Akwinu, a niedawno Karol Wojtyła, istnieje odpowiedni sposób reakcji, a jest nim ‘sprzeciw’, o czym papież pisał w „Osoba i czyn” jak formie uczestnictwa w życiu wspólnoty. To nie odrzucenie dobra wspólnego, ale w duchu solidarności taki sprzeciw jest konstruktywny, odsłania nowe możliwości budowania dobra wspólnego.
Jak w świecie zawiści, zachłanności, chciwości i materializmu „odzyskać” duszę?
To trudne pytanie, bo w gruncie rzeczy dotyczy ono tego jak człowiek, który stracił np. smak może go odzyskać. Dla niektórych było to bolesne doświadczenie w przypadku ostatniej pandemii. Wydaje się, ze wówczas drogą właściwą jest ponowne przyzwyczajenie organizmu do spożywania tego, co wartościowe, choć nie czuje się tej szlachetności… i ważne, aby to, co budzi wstręt i odrzucenie takie było. Skąd wiedzieć co szlachetne, gdy ma się roztrojony zmysł smaku? Wydaje się, ze najlepiej karmić się tym, co poprzednie epoki uznawały za duchowo cenne, nie zrażać się małymi krokami jakie się dopiero stawia, a najważniejsze nie poddać się szaleństwu, bo jest pokusa, aby się przyłączyć do korowodu szaleńców bazujących swoje rozpoznanie moralne na fałszywych smakach…
Warto przy tym zauważyć, że postawa zachłanności czy zawiści – choć podkręcana kulturowo, np. w filmach gdzie stawia się ją jako ideał – ostatnie nie prowadzi do żadnego obiektywnego dobra, lecz generuje wyścigi szczurów, bezwzględne rywalizacje, które czynią świat nie do życia. A więc na pytanie Pana Redaktora, co robić, zacząć trzeba od tego, aby zobaczyć zło i szkodliwość tego zachowania… trzeba ćwiczyć „rezyliencję”, stawianie oporu, ale przede wszystkim pozytywnie czynić wysiłki, aby trwać przy dobru godziwym. Rachunek jest prosty, chciałoby się powiedzieć i wówczas przytoczyć słowa Jezusa Chrystusa: „cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? (por. Mt 16,26).
Andrzej Pilipiuk popełnił swego czasu opowiadanie pt. „Parszywe Czasy” opowiadające o ateiście-komuniście, który zobaczył na ulicy szyld z napisem: „Zabezpieczenia pośmiertne. Boisz się wiecznego potępienia? Wstąp do nas”. Zainteresowany wchodzi do sklepu, gdzie dowiaduje się, że „za jedyne 50 euro” oddaje swoją duszę pod zastaw. „Gwarantujemy ochronę przed piekłem niezależnie od wszystkiego. Nie musi pan zmieniać zainteresowań, przyzwyczajeń, nie musi pan rzucać nałogów, pościć, pokutować… Nadal może pan wierzyć w komunizm i Lenina. Ale gdyby się okazało, że to jednak księża mieli rację, to jest pan zabezpieczony”, mówi mu „sprzedawca”.
Na koniec dowiadujemy się, że całej sytuacji przyglądali się Belzebub i Boruta. – To chyba złamanie zasad – powiedział w zadumie Boruta. – Zawsze kantowaliśmy klientów, ale nigdy tak na chama. Do tej pory ludzie podpisywali cyrografy, a my im za to płaciliśmy… Choć, oczywiście, wszystko potem i tak wracało do nas. A teraz nie dość, że zdobywamy dusze, to jeszcze bierzemy za to niezły grosz. – Faktycznie, dziwne… – mruknął Belzebub. – A jednak Lucyfer zatwierdził. Może teraz tak trzeba: brać duszę i do tego jeszcze inkasować szmal?
No właśnie Księże profesorze… Może tak właśnie trzeba? Wielu ludzi bowiem wypiera, że ma duszę, ale wielu również w pewnym momencie życia chce się „zabezpieczyć” na wszelki wypadek przed piekłem. Wystarczy dać 50 euro i sprawa załatwiona?
Opisywana w powieści sytuacja to perfidne oszustwo, trochę jak sprzedawanie powietrza, bazujące na naiwności, że się da kupić rzeczy ważne bez wysiłku. Istnieje dziwne przekonanie, że w przypadku duszy i życia religijnego wszystko zrobi się samo, trochę na zasadzie „stoliczku nakryj się” z bajki i już będzie na trwałe – na wieki wieków Amen – zrobione.
Zwróćmy uwagę, istnieje cała akcja uwiarygodniania Zła i jego zamiarów, w tym również rzekomego zysku, który miałby przekonywać o sensowności transakcji i oddaniu siebie, swego centrum decyzyjnego – duszy – szatanowi. Te „50 euro” nie jest dla zysku, ale dla kampanii wiarygodności…to równe bezczelności w tym względzie, którą widzimy przy współczesnych oszustwach „na wnuczka”, gdzie skala procederu jest przerażająca, ale stoi za tym cała akcja „dezinformacyjna”, nie pojedyncze kłamstwo.
A przecież prawdziwą polisą jest życie według zasad, bycie wiernym w małej sprawie, jak mówi Ewangelia,
Zły zarabia na naiwności, bo przekręt polega na wmówieniu, że życie duchowe działa jak korupcja… wystarczy zapłacić komu trzeba i masz załatwione. Być może zmiana strategii Złego, wyciąganie pieniędzy, których przecież nie potrzebuje, bo to nie jego waluta, wynika z tego, że ludzkość się zmieniła, że herezja materializmu już się przyjęła tak głęboko, że jak gdzieś jest wymiana bez materii („pieniądza”) to już jest tak podejrzane, że trzeba symulować poważną transakcję. Ta transakcja musi być bogata w ozdobniki, dobrze zareklamowana, z influencerami popierającymi na blogach, a tak naprawdę nadal jest tym samym: sprzedażą własnej duszy, oddaniem de facto „za darmo”, gdyby porównać co się oddaje za co.
Jeszcze jeden cytat z abp. Sheena: „Nowoczesność jest tylko starym błędem na nowo za-etykietowanym. Nowoczesna wizja człowieka jest błędna – całkowicie i absolutnie błędna, a jeśli będziemy dalej się jej trzymać, skończymy w ślepych uliczkach, w zawiedzionych nadziejach, w biografiach wypełnionych nieszczęściem. A to już wcale nie jest śmieszne – jeśli w ogóle mogłoby kogoś śmieszyć przerabianie człowieka na małpę”. Minęło 80 lat – wizja człowieka zmieniła się i wydaje się być jeszcze bardziej błędna niż w latach 40. XX wieku. Dlaczego Kościół nie jest w stanie skutecznie na to odpowiedzieć i na nowo pokazać światu prawdę o człowieku – dziecku Bożym?
Nie do końca się zgodzę z tezą zawartą w ostatnim pytaniu. Błędy antropologiczne są wytykane przez Kościół, od dawna i to na różne sposoby. Dawniejsza formuła „anathema sit”, czyli poprzestawanie na indykatywnej liście wytropionych błędów już nie działa, bo zmieniła się kultura, ale Kościół nadal – wbrew potężnym mediom – nazywa jednak te błędy po imieniu. To przecież część misji prorockiej, w której nie chodzi o deklamowanie formułek antropologicznych ale pokazanie, że wiara katolicka przynosząca prawdziwą i pełną wizję człowieka stworzonego na obraz Boży po prostu działa i przynosi owoce. Tak to przecież robił św. Jan Paweł II, właśnie od tego zaczął swój pontyfikat. Pierwsze katechezy i przemówienia dotyczyły tematu „mężczyzną i niewiastą stworzył ich”, bo św. Jan Pawła II po prostu wiedział, ze to przynosi owoce, daje sens i pełne szczęście.
Racje ma przy tym abp Sheen, że weryfikacja kto ma słuszność w sporze o wizję człowieka tkwi w spojrzeniu na ofiary błędów antropologicznych, bo rozbieżne opinie na temat tego kim jest człowiek to nie są sądy estetyczne jak na temat dwóch obrazów w galerii sztuki. Trzeba stanąć po stronie ofiar – pokazać je. Niestety, te ofiary próbuje się maskować i ukrywać, albo selektywnie wybierać „pod tezę”. Ofiar liberalnej polityki zmiany płci jest przecież cała rzesza, wiadomo, że to nie uszczęśliwia… a mimo tego, nie dostarcza się danych, np. ile raz ktoś zmieniał płeć po pierwszej zmianie… ciężko się bowiem ludziom przyznać, że nie działa ich wspaniała wizja. Dlatego jest tendencja brnięcia dalej w kłamstwo, zmienia się jedynie opakowanie…
Myślę, że Kościół jest w stanie skutecznie odpowiadać na błędy i robi to, ale przywrócenie zdrowej wizji nie jest jednorazowe. To nie jest tak, ze ot jedna encyklika i już gotowe, jedno kazanie i w głowach jest porządek. Nie, tak nie zmienia się człowiek, to procesy długotrwałe, rewizja wielu wymiarów życia, podjętych do tej pory decyzji… a my w Kościele nie dajemy prostych recept na skomplikowane sprawy, nie chcemy czarować i mówić, że wszystko łatwo przyjdzie. Leczymy przyczynowo, nie objawowo, dlatego i tutaj trzeba zbudować przyjazne środowisko. Jak ktoś żyje w zanieczyszczonym środowisku, gdzie nie ma czystego powietrza, to co robi, aby odzyskać siły? Kierują go często do sanatorium… uzdrowiska, aby pooddychał świeżym, zdrowym powietrzem. Chrześcijaństwo w zadżumionym ideologiami świecie dziś tworzyć musi uzdrowiska duchowe, miejsca, gdzie działa Ewangelia, być może wokół parafii czy wspólnot albo rodzin, gdzie trzeba relacje budować w oparciu o prawdę o człowieku. Kolejność budowy musi być bowiem właśnie taka, nie inna, od fundamentu po dach… dlatego najpierw prawda kim jesteśmy, potem do czego wezwani jako stworzeni przez Boga, potem jak to zrobić…
Kościół to głosi, inna sprawa to istnienie „zagłuszaczy”, jak zagłuszano sygnał Radia Wolna Europa w czasach komunistycznych, aby nikt nie usłyszał o realnej sytuacji komunistycznych rajów… teraz to się dzieje subtelniej, z pięknymi hasłami na ustach, ale to jest to samo zagłuszanie, przekrzykiwanie, przewaga medialna…
Według abp. Sheena po materializmie jest już tylko pogaństwo i to ono czeka na człowieka, który w imię „posiadania” wyrzeknie się swojej duszy. Zgadzam się z tą diagnozą. Zastanawiam się tylko, czy będzie to pogaństwo znane nam z kart historii, czy jakieś neo-pogaństwo… Jakie jest zdanie Księdza profesora?
Nie wrócimy do starych wersji pogaństwa, ale będzie widać, ze to mutacja tej samej starej choroby… pojawią się pewne charakterystyczne znaki rozpoznawcze. Faktem jest przecież, że pogaństwo odradza się nie tylko w kulturze czy zachowaniach społecznych, ale nawet w kulcie pogańskim, wystarczy spojrzeć na popularność wznawiania kultów słowiańskich w krajach bałtyckich, a nawet w Polsce. To już się dzieje.
Podzielam też zdanie abpa Sheena, że pogaństwo złapie korzeń, by się tak wyrazić, na glebie materializmu czy konsumpcjonizmu – wtedy odzywa się w człowieku mechanizm traktowania bóstw jako zaspokajających potrzeby doczesne, a wszystko będzie ograniczone do jednego wszechświata, odrzucając to, co wykracza poza materię. Innymi słowy, jeśli chrześcijaństwo otworzyło perspektywy i pokazało, że Bóg nie mieszka na Olimpie jak myśleli starożytni Grecy, nie mieszkają w ramach tego naszego świata, ale Logos przychodzi „z zewnątrz”, z transcendencji, to wydaje się, że teraz nastąpi proces odwrotny, powracania na Olim, zamykania świata, odzierania go z tajemnicy. To jest skutek pogaństwa, wielkie zawężenie perspektywy.
Jak do herezji materializmu ma się ideologia trans-humanizmu? Czy mają one ze sobą jakiś związek?
Jak wiadomo, z jednej strony transhumanizm próbuje odrzucić gatunek i odbiologizować człowieka, a więc sprowadza go jedynie do „umysłu” i chce go kopiować, podłączać potem do chmury cyfrowej, osiągając pełny interfejs komputer – mózg. W ten sposób oferuje nieśmiertelność digitalną, gdyż zgodnie z proroctwami tego nurtu wtedy nasza kopia cyfrowa będzie nieśmiertelna, oczywiście nie my w postaci biologicznej będziemy cieszyć się nieśmiertelnością, ale tylko ta nasza kopia. Transhumanizm bardzo nie lubi ciała, uważa je za powód cierpienia i chce dlatego odcieleśnić człowieka.
Ale ma też coś wspólnego, z drugiej strony, z herezją materializmu, mianowicie absolutyzację jednego wymiaru, naturalizowanie wszystkiego co nadprzyrodzone. Materializm transhhumanistów nie jest cielesny, ale opiera się na myśleniu wykluczającym Boga, a materią podstawową mogą być neurony, materiały syntetyczne…
Na zakończenie tych rozważań pozwolę sobie przypomnieć wydarzenie z 1996 roku, kiedy to „przyszła na świat” pierwsza sklonowana owca Dolly. W mediach wywołała się wówczas dyskusja: „czy zwierzę to ma duszę?”. Czy to nie jest najlepszy dowód na parszywość czasów, w których przyszło nam żyć? Z jednej strony próbuje się odebrać duszę człowiekowi, a z drugiej podnieść do rangi jakiegoś „złotego Gralla” duszę zwierzęcia i to w dodatku „stworzonego sztucznie”…
Jak widać, z upodobaniem żongluje się pojęciem duszy na wiele sposobów, gdzie komu wygodniej, bo gdy zabiera się człowiekowi godność przez odrzucenie duszy, bo rzekomo zbyt nawiązuje do religii i ktoś mógłby się przez to nawrócić, to w przypadku zwierząt „humanizuje się” je i nadaje cechy ludzkie. A na bazie wspomnianego transhumanizmu mówi się o prawach decydowania przez naturę o przyszłości świata.
Zwróćmy jeszcze uwagę na jedno: kategoria duszy u zwierząt była przedstawiana w tradycji chrześcijańskiej, gdzie funkcjonowała jako dusza wegetatywna czy zmysłowa, bo pod pojęciem duszy kryje się forma żywa, zasada życia organizująca materię, ale zawsze podkreślano różnicę fundamentalną: dusza ludzka jest nieśmiertelna jako duchowa, stworzona bezpośrednio przez Boga. Inne ‘dusze’ są przejściowe, odpowiadają więc temu co dziś nazywamy funkcjami życiowymi, a nie operacjami intelektualnymi jak chcenie czy poznanie ludzkie, które są owocem i świadectwem istnienia duszy, która poznaje dzięki zmysłom.
Problem w tym, że zwolennicy duszy u zwierząt nie mówią tym językiem – choć pragną nawiązywać do wspomnianej przeze mnie tradycji – oni chcą przekonać, ze zwierzę ma duszę jak człowiek, nieśmiertelną… w takich sytuacjach wychodzi kto kim jest, jak arbitralnie, wybiórczo traktuje temat.
Nie wiem czy to parszywe czasy, jak wspomniał Pan Redaktor, ale na pewno takie, w których istnieje „zamęt”. Po modlitwie „Ojcze nasz” w liturgii Kościoła modlimy się o zachowanie „od wszelkiego zamętu…”. Warto wtedy pomyśleć o różnych zamętach, jakim celowo poddawany jest człowiek, trochę tak jak kręcące się w kółko dziecko, które jak to w zabawie, ma potem złapać równowagę… wiemy jakie to trudne i nieudolne. Tym bardziej nie wolno pozwolić bujać się na wszystkie strony i trzeba dać opór zamętom. Nie wolno stracić orientacji i pozwolić odebrać sobie duszy, a o to chodzi w gruncie rzeczy herezjom takim jak materializm.
Bóg zapłać za rozmowę.
Tomasz D. Kolanek
Korona to nie tylko złote nakrycie głowy. Korona to jedna z najpiękniejszych idei chrześcijańskich
Korona to nie tylko złote nakrycie głowy. Korona to jedna z najpiękniejszych idei chrześcijańskich
pch/korona-to-jedna-z-najpiekniejszych-idei-chrzescijanskich

(Oprac. PCh24.pl)

Korona zamknięta, zwieńczona krzyżem z jednej strony symbolizuje nam suwerenność władcy, bo nad władcą jest tylko Bóg, a z drugiej strony informuje nas o zupełnej zależności władcy od woli Boga. Król jest namiestnikiem Boga na ziemi. Obowiązkiem króla jest pilnować, aby prawa boskie – i ludzkie również – były przestrzegane. Król jest i władcą suwerennym, i sługą realizatorem woli Bożej – mówi w rozmowie z PCh24.pl prof. Tomasz Panfil (KUL, IPN).
Szanowny Panie profesorze, dlaczego korona jest symbolem władzy królewskiej? Skąd to się wzięło?
Zespół insygniów królewskich jest bogaty. To nie tylko korona. Funkcjonowało znacznie więcej insygniów władzy mających znaczenie symboliczne. Korona jest jednym z insygniów, zapewne najważniejszym, ale nie jedynym.
Proszę zobaczyć oczyma wyobraźni któryś z licznych polskich portretów królewskich. I co Pan widzi? Władcę, na którego widok od razu Pan wie, że jest on władcą suwerennym, bo ma na głowie koronę zwieńczoną krzyżem.
Ale przyglądajmy się dokładniej. Król często trzyma w dłoniach dwa inne insygnia będące w zestawieniu z koroną, swoistym kompendium przekazu idei władzy monarszej.
Trzyma w ręku coś, co ludzie nazywają najczęściej…
Jabłkiem…
No właśnie. Ja się zawsze śmieję jak mi studenci mówią, że jest to jabłko. Ja wówczas odpowiadam: no tak, warto mieć drugie śniadanie przy sobie, nie wiadomo jak długo potrwa audiencja.
Oczywiście nie jest to jabłko, tylko sfera: kula, również zwieńczona krzyżem, opasana dwoma pierścieniami, na które jak się patrzy z punktu widzenia kogoś, kto przed królem stoi (albo klęczy), tworzą literę „T”. I to jest odwzorowanie świata. Sfera, orbis terrarum, czyli świat wedle wiedzy starożytnej i średniowiecznej. Świat stworzony przez Boga, o czym mówi nam krzyż wieńczący tę sferę, a te dwa pasy, ta litera „T”, tworzą obraz świata.
W dawnych czasach, kiedy tworzono takie sfery jako znak królewskiej władzy, miały one ukazywać mapę świata. Tego typu mapy nazwane są mapami O-T, czyli „T” wpisane w „O”.
Litera „T”, ramiona litery „T” symbolizują wody oddzielające od siebie poszczególne kontynenty, a kontynenty mamy trzy: u góry jest największa Azja, czyli Orient (stąd orientować się, znaczyło kierować się na wschód), po lewej stronie – patrząc od strony stojącego przed królem poddanego – mamy Europę, a po prawej Afrykę. Wody oddzielające od siebie poszczególne kontynenty to oczywiście Morze Śródziemne, Morze Czerwone i rzeka Don oddzielająca Europę od Azji.
W drugiej ręce, najczęściej w prawej, król trzyma…
Berło…
Oczywiście, że berło. A czym jest berło? Berło jest formą laski, a laska to władza i to również władza pochodząca od Boga. Pierwszą laskę od Boga otrzymał Mojżesz. To za jej pomocą pokonywał egipskich czarnoksiężników. To za jej pomocą czynił cuda przed obliczem faraona. To za jej pomocą wreszcie prowadził lud wybrany do ziemi obiecanej. Przecież dzięki lasce, którą Mojżesz uderzył w skałę, wytrysnęła woda, ratując spragnionych Żydów
Laska jest do dzisiaj symbolem władzy w różnych postaciach. Symbolem władzy marszałka polskiego sejmu jest…
Laska marszałkowska…
Oczywiście, że tak! A biskupi noszą laski, które nazywają się…
Pastorałami…
Tak jest, czyli prostą laskę zakończoną krzywaśnią.
W związku z tym, dlaczego na kolumnie Zygmunta nie ma ani sfery, ani berła, tylko król trzyma krzyż i szablę?
Bo tam jest tak zwany Rex Armatus, czyli król w zbroi wypełniający najważniejszą powinność królewską, czyli walczący za wiarę, za Boga i za poddanych.
Kluczowym elementem polskiego ceremoniału koronacyjnego było przyjęcie przez króla miecza. Biskup wręczał klęczącemu królowi miecz. Król wtedy wstawał i wykonywał tym mieczem cięcia w cztery strony świata, oznajmiając wszystkim wokół, którzy chcieliby naruszyć spokój poddanych, bądź też uszczknąć sobie trochę terytorium, że oto już jest król. Że właśnie stał się władcą namaszczonym i jest gotów poddanych bronić.
To tak jak pisali staropolscy pisarze: poddanych bronić jest pierwszą powinnością królewską. Dlatego Zygmunt z wyżyn kolumny broni poddanych. Jego czasy są mocno niespokojne. Najeżdżają nas różni z różnych stron: Szwedzi, Niemcy, Moskale, Turcy, Tatarzy, „pułki cesarza, hufce Przemienienia Pańskiego… Kto ich policzy”, jak pisał Zbigniew Herbert w „Raporcie z oblężonego miasta”.
Władysław Waza fundujący pomnik swemu ojcu doskonale wiedział, co pokazać Polakom Zygmunt III nie był królem siedzącym spokojnie na tronie i z wyżyn kolumny spoglądającym dobrotliwie na lud. To jest król, który swoich poddanych broni. Dlatego jest w zbroi, a nie w stroju królewskim. Broni poddanych, i broni również wiary chrześcijańskiej. Polska już wtedy jest antemurale, czyli przedmurzem chrześcijaństwa!
Wśród tych wyliczonych przeze mnie nacji, które nas za czasów Zygmunta III najeżdżały (albo – choć rzadziej, – które my najeżdżaliśmy), proszę zauważyć, że Szwedzi to protestanci, Moskale to prawosławni, a Turcy i Tatarzy to islamiści. Idea obrony wiary katolickiej i – szerzej – idea przedmurza chrześcijaństwa są bardzo wyraźnie widoczne i bardzo uzasadnione.
Skąd w ogóle wzięła się korona jako korona? Kto to wymyślił? Kto miał pierwszy nałożoną koronę? Karol Wielki? Cesarze Rzymscy? Faraonowie egipscy?
Marek Grechuta w pięknym utworze „Korowód” zadaje podobne pytanie: „Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać Bogiem?”.
Wywołał Pan redaktor Rzym, gdzie istniała deifikacja władcy… Ale po kolei: Rzym królów nienawidzi. Rzym jest królestwem od swych początków, do czasów Tarkwiniusza. Kiedy Tarkwiniusz sprzeniewierza się najważniejszej powinności króla, to znaczy zamiast bronić poddanych krzywdzi ich, no to lud rzymski powstaje przeciwko królom, wygania ich i nigdy już nie godzi się na przywrócenie królestwa.
Państwo rzymskie ma różne formy ustrojowe: republikę, okazjonalnie dyktaturę, pryncypat, cesarstwo, ale nie – nigdy – królestwo. Cesarze rzymscy nie ośmielają się wrócić do korony królewskiej, tylko używają wieńców, czy opasek.
Pierwszym, który rzeczywiście przywracał koronę, ale to już w czasach daleko idącej orientalizacji Imperium Rzymskiego, – czyli tu są wzorce wschodnie – był najprawdopodobniej Heliogabal, a na pewno kilkanaście lat później Kwartynus, a po nim wielu cesarzy -uzurpatorów wschodniego pochodzenia, którzy obejmowali władzę w okresie kryzysu Imperium w drugiej połowie III wieku. Na monetach widzimy ich w koronach o stosunkowo długich, ostrych promieniach. Było to nawiązanie do corona solis, do ideologii solarnej, do Heliosa, do Apolla, do koncepcji słońca jako króla, boga uranicznego. Zresztą wieniec noszony wcześniej przez cesarzy też był nawiązaniem do Apollina, słonecznego bóstwa.
Więc kiedy się pojawiła korona, to tego tak precyzyjnie nie wiemy. Wiemy za to, kiedy w naszej kulturze rzymskiej ją przyjęto, oczywiście ze zmienionym znaczeniem. Przestała być koroną odwołującą się do Apollina, stała się koroną symbolizującą dwie ważne idee.
Korona zamknięta, zwieńczona krzyżem z jednej strony symbolizuje nam suwerenność władcy, bo nad władcą jest tylko Bóg, a z drugiej strony informuje nas o zupełnej zależności władcy od woli Boga. Król jest namiestnikiem Boga na ziemi. Obowiązkiem króla jest pilnować, aby prawa boskie – i ludzkie również – były przestrzegane. Król jest i władcą suwerennym, i sługą realizatorem woli Bożej.
Kiedy pojawiła się korona chrześcijańska?
W czasach Karola Wielkiego. Wówczas wytworzyła się koncepcja, że władcą świata jest Bóg. O tym informuje nas ta sfera zwieńczona krzyżem. A jego namiestnikami są papież i cesarz. Jeden ma władzę apostolską, sakralną, a drugi ma władzę świecką i mają oni ze sobą współdziałać.
Mamy taką przepiękną mozaikę w Bazylice Świętego Jana na Lateranie, na której Święty Piotr siedząc na Tronie Piotrowym nakłada na głowę dwie korony postaciom stojącym poniżej. Jedna z tych postaci to cesarz Karol, a druga z tych postaci to papież Leon. I to jest taka władza komplementarna. Tu mamy dwa komponenty rzeczywistej władzy. Władza świecka, czyli miecz, i władza sakralna, czyli życie sakramentalne, duchowe. I jeżeli chciałby mnie Pan zapytać o koronację Bolesława Chrobrego…
O tym będziemy musieli zrobić oddzielną rozmowę.
W związku z tym wróćmy do Karola Wielkiego. Proszę zwrócić uwagę, że imię Karol stało się synonimem słowa król. Po czesku „kral”, po polsku „król”. Te słowa wywodzą się od imienia Karola. Tu widać jak niesamowicie silna – i nie myślę tu tylko o sile materialnej, ale również sile symbolicznej – była władza Karola.
Karol przywracał coś, za czym ludzie tęsknią zawsze i wszędzie. Coś, co jest dla ludzi niesłychanie istotne, czyli jedność i uniwersalizm.
Zresztą nie tylko ludzie pragną jedności, bo jedność oznacza spokój. Jak coś jest jedno-uniwersalne, to właściwie nie powinno być konfliktów. Konflikty pojawiają się wtedy, kiedy jest zróżnicowanie.
Żeby zobaczyć mistyczny i sakralny aspekt jedności, to trzeba by sięgnąć do księgi Genesis. Każdy dzień tworzenia kończy się słowami „Et vidit Deus quod esset bonum – I widział Bóg, że było dobre”. Tylko gdy Bóg oddziela, nie pojawia się to stwierdzenie – gdy oddziela światło od ciemności i wody niebieskie od ziemskich. mówi, że to, co zrobił, było dobre, jest dzień, w którym Bóg dzieli – oddziela wody nieba i ziemi, oddziela światło i ciemność.
Podział jest nieuchronny. Musi zostać oddzielona światłość – i ona jest nazwana dobrą – od ciemności. Ale sam akt podziału jedności dobry nie jest. Nawet w oczach Boga tworzącego świat. Jedność jest stanem upragnionym i pożądanym.
Więc Karol robi właśnie to, za czym ludzie tęsknią. Przywraca dawną jedność. Kiedy istniało jedno Cesarstwo Rzymskie, był jeden cesarz, jedna wiara, zwłaszcza kiedy cesarstwo stało się cesarstwem chrześcijańskim. Było jedno prawo, był jeden pieniądz, był jeden język, była jedna siła zbrojna etc. Piękny stan.
Potem wszystko się zaczęło rozsypywać. Pojawiły się władztwa barbarzyńskie na gruzach Cesarstwa Rzymskiego i ludzie cały czas tęsknili za tym cesarstwem, które dawało im jedność., czyli pokój, Pax Romana.
Więc jak Karol objął władzę, to ludzie sobie pomyśleli, „O, wracają dawne dobre czasy”.
Inny przykład, żeby zobaczyć, jak silny wpływ wywarł Karol Wielki i jego państwo. Możemy przeskoczyć o 1150 lat. Tworzą się pierwsze Wspólnoty Europejskie. Początkowo mamy sześć państw: Belgia, Holandia, Luksemburg, Francja, Niemcy, Włochy. Granice tych państw są dawnymi granicami cesarstwa Karola Wielkiego z jednym małym wyjątkiem. Do Wspólnot nie wchodzi Szwajcaria. Szwajcaria należała do Imperium Karolińskiego, ale Wspólnot Europejskich nie tworzyła.
To nie jest przypadek, że te państwa dążą wówczas do jedności: w nich wciąż żywa była tradycja jedności karolińskiej. Nawet jeżeli oni sobie z tego sprawy nie zdają, jeżeli sądzą, że tworzą coś innego, nowoczesnego, oświeceniowego, to nie historia wie swoje.
Mówił Pan profesor o koronie zwieńczonej krzyżem – ponad królem, ponad władcą jest tylko Bóg. Ale przecież gdyby poprosić przeciętnego obywatela o narysowanie korony, to narysowałby on koronę z kreskówek Disney’a – bez krzyża z „trójkątami u góry.
Upomnę się o fachową terminologię. To są promienie.
Dobrze: nie z trójkątami, tylko z promieniami u góry…
Korona ma promienie, a te promienie mogą mieć różną formę. Korona Kastylii ma promienie w kształcie wież zamkowych, my mamy promienie w kształcie liści akantów. To drugorzędne szczegóły…
To znaczy, że koncepcja korony po prostu ewoluowała?
Ależ oczywiście, jak wszystko w ludzkim świecie!
Korona zamknięta, zwieńczona krzyżem, będąca symbolem władzy suwerennej, przysługiwała tylko cesarzowi i papieżowi. To tylko oni byli w pełni władcami suwerennymi.
Przywołałem już bazylikę na Lateranie. Teraz przywołam przepiękny Ewangeliarz Ottona III, w którym widzimy miniaturę, przedstawiającą Ottona III, siedzącego na tronie, otoczonego symbolami czterech Ewangelistów, mającego na głowie koronę zamkniętą. A poniżej, w drugim szeregu, stoi dwóch królów. Jest to najprawdopodobniej Stefan Węgierski i Bolesław Polski…
Czyli Chrobry?
Tak! I oni mają na głowach korony otwarte. To jest ówczesna symbolika. Władcą w pełni suwerennym jest cesarz. Królowie, którzy swoje korony otrzymują z rąk cesarza albo papieża, albo jednego i drugiego, muszą mieć inne korony, bo ich zakres władzy jest inny. No więc mają korony otwarte. I ten system funkcjonuje praktycznie do końca wieku XII.
W końcu wieku XII zaczyna się kwestionowanie prymatu cesarskiego. Królowie państw peryferyjnych, tych nad którymi zwierzchność cesarska jest czysto formalna, odrzucają prymat władzy cesarskiej, a konsekwencją tego odrzucenia jest zmiana korony otwartej (corona aperta) na koronę zamkniętą (corona clausa). Tak robią królowie francuscy, tak robią królowie szkoccy, tak robią następni królowie monarchii europejskich, tak w końcu robią również królowie Polski.
Formuła suwerenności władzy królewskiej brzmią Rex imperatorem in regno suo, co oznacza Król jest cesarzem w swoim królestwie, czyli że król jest władcą suwerennym w granicach swojej włości. A skoro jest władcą suwerennym, może nosić koronę zamkniętą.
Do Polski koncepcja pełnej suwerenności dociera stosunkowo późno, bo dopiero w wieku XV obserwujemy w polskiej symbolice królewskiej pojawienie się korony zamkniętej. Ona się najpierw pojawia za czasów Jana Olbrachta na jego monetach. Jan Olbracht nosi na głowie jeszcze koronę otwartą, ale na monetach już pojawia się korona zamknięta.
Trzeba pamiętać, że moneta to jest nie tylko instrument ekonomiczny, ale również jedno z regaliów królewskich. Jest to świetna, bo trafiająca praktycznie do wszystkich forma propagowania pewnych idei, nie tylko koncepcji ekonomicznych, ale również idei prawnych. Więc jeśli na monecie się pojawia korona zamknięta, to każdy mieszkaniec Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa widzi o, że nasz król jest władcą suwerennym.
Jako pierwszą koronę zamkniętą na głowę wkłada Zygmunt I i od tej pory Polska nie tylko formalnie i prawnie, ale również symbolicznie manifestuje swoją pełną suwerenność i niezależność od jakiejkolwiek innej władzy.
Słusznie, Panie profesorze?
Oczywiście, że tak.
Ale dlaczego? Przecież rozbito tutaj tę koncepcję, która była w średniowieczu…
Nie rozbito, bo nadal jest to korona zamknięta, zwieńczona krzyżem.
A co z cesarzem?
Sami cesarze sprzeniewierzyli się ideom, o których rozmawiamy, że przywołam tylko spór o inwestyturę. Ponadto dynastia ottońska de facto przekształca Święte Cesarstwo Rzymskie w Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego. Nikt nie może zostać cesarzem inaczej, jak tylko zostając królem niemieckim. Czyli jakby cesarze sami rezygnują z uniwersalizmu swojej władzy. Robią to częściowo pod naciskiem właśnie tych królów, którzy też chcą być suwerenni, a częściowo pod naciskiem rzeczywistości. Władza cesarska nad Francją jest iluzoryczna. Władza cesarska nad Polską również. Cesarz nie ma faktycznej władzy nad żadnym z królów panujących wówczas w Europie, bowiem w przeciwieństwie do czasów wcześniejszych, królowie raz uzyskawszy koronę z rąk przedstawiciela papieża albo samego papieża, raz uzyskawszy sankcję sakralną dla swojej władzy, już nie muszą, wręcz nie mogą podlegać cesarzowi, bo nad nimi jest tylko Bóg.
Jeżeli koronacja staje się sakramentem, to cesarz nie ma już nic do gadania. Jego zgoda lub też brak zgody nie pociąga za sobą żadnych skutków. Władza cesarska nad królami, jeżeli istnieje, to jest grzecznościowo-uprzejmościowa. Królowie uznają prymat cesarza, ale ogranicza się on do tego, że on zajmuje główne miejsce za stołem, albo jak idzie w pochodzie więcej monarchów, no to cesarz jest pierwszy, gdy cesarz siedzi, to inni stoją itp. I tyle. Prymat czysto ceremonialny.
Czy królowie elekcyjnie w Polsce mieli inne korony? Czy była to może ta sama korona, którą odzyskał dla Polski Przemysł II w 1295 roku?
Proszę nie rozumieć tego nazbyt dosłownie. Korona to nie tylko przedmiot. Korona to koncepcja., korona to idea.
Istnieje koncepcja panów przyrodzonych. Piastowie są panami przyrodzonymi. Oni zostali raz wybrani przez Boga. Możemy dyskutować, czy ten wybór dokonał się podczas wizyty dwóch aniołów u Piasta, czy też dokonał się w roku 1025 w Gnieźnie w czasie koronacji Chrobrego, czy może jeszcze w jakiś inny sposób.
Nie zmieni to jednak faktu, że ten wybór Boży został dokonany raz na zawsze, dlatego Piastowie są panami przyrodzonymi. Tak długo władają Polską, jak długo trwają.
I znowu nie dosłownie: szukając po genealogiach odkryjemy ze zdumieniem, że ostatni Piast męski zmarł w roku 1674, a ostatnia kobieta mająca w swoich żyłach krew Piastów, dopiero w roku 1814.
Krew przepływa w sposób czasami przedziwny, natomiast te linie Piastów mające prawa do korony, jak wiemy, wygasają wcześniej. Chociaż… też czasami możemy się zdziwić, jak długo trwają. Zaczęliśmy od Zygmunta III. Dlaczego szlachta wybrała Zygmunta III na króla? Bo był Jagiellonem. A skoro był Jagiellonem, no to właściwie przejął prawo piastowskie. Bo przyrodzone prawo piastowskie przeszło na pół-Piasta, czyli Ludwika Węgierskiego, potem na jego córkę, potem Jadwiga przekazała je Władysławowi, więc ta linia sukcesji i ten Boży wybór cały czas jakby trwa. W tych meandrach genealogicznych on wciąż jest.
Szlachta wybiera Zygmunta III, ponieważ Anna Jagiellonka mówi, że on jest nasz, że Zygmunt to syn jej siostry Izabeli.
Więc przywiązanie szlachty do właśnie dynastii, do boskiej predestynacji powoduje, że Zygmunt zostaje królem, mimo, że inni kandydaci być może byli lepsi. No ale gdyby byli lepsi, to by wygrali, prawda?
Wolna elekcja potwierdza wyłącznie wybór dokonany przez Ducha Świętego.
Wracając do Pana pytania: królowie elekcyjni także mieli korony zwieńczone krzyżem.
Oni również odbywali koronację będącą sakramentem. Namaszczano ich olejem świętym. Koronację dokonano w Krakowie przez biskupa, więc tu oczywiście jest Boży wybór.
Tak jak powiedziałem: szlachta głosuje, ale głosuje pod wpływem Ducha Świętego.
Czy współcześni monarchowie europejscy mają korony zwieńczone krzyżami?
Praktycznie wszyscy europejscy monarchowie wciąż używają tej samej formuły w tytulaturze, której używał Karol Wielki, czyli Dei Gratia. Słowo Rex, czy Regina poprzedzone jest literkami DG. Wszyscy królowie są więc królami Dei Gratia, czyli z Bożej łaski.
Czy korona musi być ze złota? Pytam w kontekście Żelaznej Korony, jaką mieliśmy w Królestwie Włoch, czy Stalowej Korony w Królestwie Rumunii…
Żelazna Korona Królestwa Italii, czyli korona Longobardów. A więc po kolei: najpierw kandydat musiał włożyć sobie na głowę srebrną koronę królów niemieckich i zostawał królem niemieckim. Potem organizował wyprawę, docierał do Mediolanu, gdzie wkładał sobie na głowę żelazną koronę Longobardów, która dawała mu władzę nad Italią. A następnie ruszał do Rzymu, gdzie papież wkładał mu na głowę złotą koronę cesarską.
Trzy korony! To funkcjonuje do dzisiaj. Te trzy korony to jest jakby najpełniejsza pełnia władzy! Papieże też nosili tiarę, jako symbol potrójnej władzy papieskiej. I to też nie było tak, że od początku papieże nosili tiarę. To był długi proces. Dopiero w XIV wieku wytworzyła się tiara w formie potrójnej korony.
Przeglądałem zdjęcia koron. Zaintrygowała mnie korona Pawła I – Zakon Maltański. Jest ona zwieńczona, moim zdaniem, dziwnym krzyżem, który wygląda jakby składał się z czterech strzałek wziętych z nawigacji Google…
To jest strzałokrzyż…
Strzałokrzyż? Pierwsze słyszę…
Heraldyka zna 324 rodzaje krzyża.
Aha… A dlaczego w Rosji zamiast korony jest czapka?
Bo to jest tzw. Czapka Monomacha wywodząca się z bizantyńskiego kamelaukionu, ale to już temat na inną, długą dyskusję.
Bóg zapłać za rozmowę.
Rozmawiał Tomasz Kolanek
===========================================
Zapraszamy do Warszawy na wyjątkową konferencję: 1000-lecie Królestwa Polskiego
26 kwietnia 2026 Szczegóły i REJESTRACJA – kliknij TUTAJ
Salwador bezpieczniejszy niż Europa Zachodnia?
Salwador bezpieczniejszy niż Europa Zachodnia?
12.04.2025 nczas/salwador-bezpieczniejszy-niz-europa-zachodnia

Według ostatniej aktualizacji strony internetowej poświęconej podróżom i przeznaczonej dla amerykańskich turystów, Salwador jest obecnie bezpieczniejszy niż kraje Europy Zachodniej, takie jak m.in. Francja.
Administracja Trumpa ogłosiła w środę 9 kwietnia, że podwyższa ocenę bezpieczeństwa podróży dla Salwadoru, plasując go wyżej niż kraje Europy Zachodniej. Zwyża rankingu Salwadoru może mieć związek z wizytą prezydenta tego kraju Nayiba Bukele w Białym Domu, która odbędzie się w przyszłym tygodniu.
„W Salwadorze należy zachować normalne środki ostrożności” – informuje w swoich zaleceniach Departament Stanu na stronie internetowej Travel.State.Org. Dodano, że „aktywność gangów zmalała w ciągu ostatnich trzech lat, co przełożyło się na spadek liczby przestępstw z użyciem przemocy i liczby morderstw”. Pozostawiono ostrzeżenie odradzające jedynie podróżowania po tym kraju nocą.
Z kolei strona internetowa poświęcona Francji na tym samym rządowym portalu, zaleca „zachowanie zwiększonej ostrożności we Francji ze względu na terroryzm”, a także „niepokoje społeczne”, takie jak demonstracje. Podobne uwagi dotyczą także kilku innych krajów UE.
Francuzi się oburzyli, ale tego zalecenia mają konkretny wpływ na wybór przez obywateli USA miejsc podróży, a co za tym idzie także dochodów krajów docelowych.
Źródło: Valeurs
Geopolityczne priorytety. Trump niemal wywrócił stolik
Geopolityczne priorytety. Trump niemal wywrócił stolik
12.04.2025 Wojciech Tomaszewski nczas/geopolityczne-priorytety-trump-niemal-wywrocil-stolik

Analiza polityki zagranicznej USA wskazuje, że prezydent Donald Trump wywrócił niemal geopolityczny stolik Ameryki. Od początku drugiej dekady tego wieku najważniejszym celem USA stała się rywalizacja z Chinami w strefie Pacyfiku oraz we Wschodniej Azji, czyli tzw. Pacific Pivot. [pivot to taki nagły zwrot w miejscu, z żargonu koszykówki zdaje się. md]
Następnymi były już standardowe kierunki: Bliski Wschód i interesy Izrael oraz utrzymanie tradycyjnych więzów z Unią Europejską. Do tego dochodziły specjalne relacje z Wielką Brytanią i Japonią nazywane niezatapialnymi lotniskowcami USA oraz budowanie, a właściwie próba budowy takowych z Indiami. Donald Trump wyraźnie zmienił hierarchię geopolitycznych celów Stanów Zjednoczonych.
Ameryka Północna
Hasło Trumpa America first jest jednoznacznie rozumiane jako kierowanie się w pierwszej kolejności tylko interesami USA w polityce zagranicznej.
Pod rządami nowej administracji należy je także rozumieć jako priorytet w polityce zagranicznej dla spraw Ameryki Północnej. Zamiarem Trumpa jest wchłonięcie Kanady i Grenlandii. Jeśli uda mu się zrealizować plany, to Stany Zjednoczone Ameryki zamienią się w Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i ta nazwa będzie odpowiadała rzeczywistości.
Należy koniecznie w tym szczególnym przypadku zadać pytanie, dlaczego prezydent Trump chce przejąć i włączyć oba wymienione kraje do swojego państwa?
Przede wszystkim jest to kwestia bezpieczeństwa. Do tej pory USA były teoretycznie dość bezpieczne. Z wyjątkiem ataku 11 września 2001 r., kiedy islamscy terroryści [?? spał Autor? To deep state byłplanistą, jednoznacznie wykazano. md] porwali cywilne samoloty i zamienili je w pociski, terytorium amerykańskiego państwa było poza wszelkimi konfliktami zbrojnymi. Używając geopolitycznej nomenklatury, nazywa się je sanktuarium, czymś niedostępnym. Jednakże gwałtowny rozwój broni powietrznych, w tym przede wszystkim dronów, zmienia sytuację. Najnowsze drony wojskowe mają zasięg do 2 tys. km. Dynamiczny rozwój tej broni z miesiąca na miesiąc zwiększa jej donośność i skuteczność. Obecnie należy się liczyć z tym, że praktyczną możliwością wysłania kilkuset dronów naraz może mieć nawet kraj nienależący nawet do najbogatszych.
Ten dynamiczny rozwój spowoduje, że w przyszłości i to wcale nie takiej odległej, takimi możliwościami będą dysponowały duże międzynarodowe podmioty niepaństwowe. Przy takiej ilości uderzeniowej żaden system obrony, żadna „żelazna kopuła” nie wychwyci wszystkich tych pocisków. Dlatego lepiej mieć przesunięte granice „do przodu”, żeby zwiększyć strategiczną głębię i odpowiednio wcześniej z pozycji wysuniętych, gdzieś daleko od obecnych granic USA, zareagować na niebezpieczeństwo.
Bezpieczeństwo nie jest jedynym powodem. Zmienia się klimat [?? skąd on to ma? od „klimatystów”?? md] , a topniejące lody zwiększają dostępność szlaków komunikacyjnych przy Grenlandii oraz Północnej Kanadzie, a także przy Arktyce. Rozciągnięcie swojej państwowości na te dwa pierwsze terytoria wzmocniłoby amerykański monitoring dotyczący używania tych szlaków, ale też północnej części Europy i Północnej Rosji. Grenlandia jest ponadto jednym z ważniejszych źródeł pozyskiwania metali ziem rzadkich. Złoża na tej wyspie nie są oceniane jako wielkie, ale i tak Grenlandia zajmuje ósmą pozycję na świecie z zasobami szacowanymi na 1,5 mln ton, podczas gdy wielkość złóż USA jest szacowana 1,8 mln zł. Główny konkurent, czyli Chiny, mają zasoby oceniane na 44 mln ton, co stanowi ponad 36 proc. globalnej ilości szacowanej na ok. 120 mln ton. Druga jest Brazylia z 21 mln ton, a trzecia Rosja mająca 10 mln ton. Czwarte miejsce na liście szacunków zajmują Indie – 6,9 mln ton. Jak widać, ta ogromna przewaga Chin w posiadaniu zasobów, a daleko większa w ich wydobyciu – ok. 90 proc. w skali globu – powoduje, że Grenlandia, największa wyspa świata z ludnością liczącą zaledwie 60 tys. osób stała się niesłychanie ważna, tym bardziej że topnienie lodów umożliwia w większym stopniu eksploatację złóż, nie tylko metali ziem rzadkich.
Warto dodać, że wspomniana lista jest szacunkowa i jest jedną z wielu. W innej podkreśla się, że obecnie np. afrykańskie zasoby stanowią 30 proc. wielkości globalnej. Duże złoża są w Birmie i w Wietnamie, a wielkie odkryto w Norwegii i Szwecji. Metale ziem rzadkich (ang. rare earth metals) są surowcami strategicznymi, niezbędnymi w wielu dziedzinach gospodarki, przede wszystkim w najnowocześniejszych gałęziach przemysłu. W sytuacji niemal monopolu Chin na wydobycie, dla USA każde złoża są na przysłowiową wagę złota.
Pacyfik i Azja Wschodnia
USA uważają Chiny za swojego największego i najbardziej groźnego przeciwnika w historii. Politykiem, który najgłośniej o tym mówił, był i jest Donald Trump. Jednakże jego polityka względem Chin jest pełna sprzeczności. Prezydent Barack Obama w 2015 r. doprowadził do podpisania Partnerstwa Trans-pacyficznego, czyli umowy gospodarczej 12 państw regionu Pacyfiku opartej na bezcłowej wymianie. Umowa ta faktycznie była skierowana przeciw Chinom i miała stanowić zaporę przeciw chińskiej dominacji gospodarczej w regionie.
Trump, kiedy w 2017 r. został prezydentem, od razu wycofał USA z porozumienia. Skutkiem tego na opuszczone przez Amerykę pozycję weszły Chiny i utworzyły organizację Regionalne Kompleksowe Partnerstwo Gospodarcze, czyli porozumienie o wolnym handlu grupujące sojuszników USA (Australię, Japonię, Koreę Płd. N. Zelandię) oraz 10 państw południowo-wschodniej Azji, czyli ASEAN. Dziś ASEAN jest największym handlowym partnerem Chin, większym niż UE i większym niż USA.
Obecnie Trump, prowadząc politykę nakładania ceł, zbliża do siebie Chiny, Japonię i Koreę Płd. Po spotkaniu ministrów handlu tych państw, pierwszym od 6 lat, zapowiedziano, że Japonia i Korea Południowa zamierzają importować surowce do produkcji półprzewodników z Chin, a Chiny będą importowały chipy z Japonii i Korei Południowej. To mocne uderzenie w USA, które prowadzą bezwzględną politykę odcięcia Chin od światowego rynku półprzewodników. Odwrotnością relacji gospodarczy są stosunki polityczne pomiędzy USA a Japonią. Podczas wizyty Shigeru Ishiby, premiera Japonii, Trump zadeklarował pełne potwierdzenie amerykańskich zobowiązań dotyczących bezpieczeństwa Japonii i dalszą współpracę wojskową. Jednocześnie odniesiono się negatywnie do polityki Chin w regionie, szczególnie w kwestii zmian na Morzu Wschodnio-chińskim i Południowo-chińskim. W tym czasie amerykański Departament Stanu usunął ze swojej internetowej strony passus „nie wspieramy niepodległości Tajwanu”, co oznacza kierunek wzmocnienia obrony wyspy.
Taka kakofonia między działaniami politycznymi a gospodarczymi świadczy o tym, że Trump nie zdecydował jeszcze, jaką politykę chce prowadzić w regionie, w tym w stosunku do Chin. Wydaje się, że najpierw chce doprowadzić do zakończenia wojny na Ukrainie, żeby mieć tylko jeden front.
Bliski Wschód
Przez wiele lat, szczególnie w drugiej połowie XX wieku, Bliski Wschód uważany był za drugi front geopolityczny, zaraz po zimnowojennej konfrontacji z Sowietami. Z biegiem lat znaczenie tego regionu dla USA wyraźnie zmalało. Przyczynił się do tego najpierw upadek Związku Sowieckiego, nieformalnego sojusznika krajów arabskich, upadek promoskiewskich dyktatorów: Kadafiego w Libii, Saddama Husajna w Iraku, al-Asada w Syrii, oraz zniszczenie Hamasu i znaczne osłabienie Hezbollahu. Drugim bardzo istotnym czynnikiem było odkrycie ogromnych złóż ropy naftowej i gazu w USA, co uczyniło ten kraj największym producentem tych surowców energetycznych na świecie.
USA z importera stały się eksporterem. Skutkiem tych zmian było malejące znaczenie Bliskiego Wschodu w polityce Waszyngtonu. Jeśli Stany Zjednoczone nadal wskazują jeszcze wysokie zainteresowanie tym regionem, to z powodu obaw o bezpieczeństwo Izraela w kontekście istnienia już osłabionej Islamskiej Republiki w Iranie, ale ciągle pracującej nad uzyskaniem broni jądrowej. Izrael chciałby zaatakować ośrodki, gdzie trwają prace nad tą bronią, ale skuteczność takiego ataku wydaje się wątpliwa, ponieważ one są ukryte pod ziemią. Z tego powodu nawet najbardziej proizraelski prezydent USA, za jakiego uważany jest Donald Trump, woli wywierać polityczny nacisk na Teheran zamiast akcji militarnej. Dla USA złamanie woli Iranu ma zasadniczą korzyść, ponieważ ten kraj należy do kręgu nieformalnych sojuszników Chin.
Unia Europejska
Trump z dużą swobodą rozgrywa Unię Europejską. O ile poprzedni prezydenci uważali UE za partnera-juniora, ale mającego mocną pozycję ze względu na wielki potencjał gospodarczy z dochodem per capita równym amerykańskiemu i z rozbudowanymi armiami w celu odparcia ewentualnej agresji sowieckiej – to obecna UE ma PKB per capita na poziomie połowy amerykańskiego i szczątkowe armie. Efekt jest widoczny: lekceważenie Unii i bezwzględne odsunięcie jej od negocjacji w sprawie zakończenia na Ukrainie. Upokorzenie, jakiego Unia nie zaznała w całej swojej historii. Do tego należy dodać żądanie, żeby Europa przeznaczała 5 proc. PKB na zbrojenia i wzięła wojskową odpowiedzialność za defensywę kontynentu.
Ukraina
Dla USA Ukraina nie jest ważnym problemem z punktu widzenia geopolitycznych celów. To natomiast karta, którą Trump chce zgrać. On nie ma zamiaru ani angażować się politycznie w tym regionie, ani zapewnić tam bezpieczeństwa. Uważa, że z Ukrainy należy wyciągnąć pieniądze, które USA zainwestowały w pomoc militarną i finansową dla tego kraju. Środkiem odzyskania pieniędzy ma być umowa o korzystaniu z ukraińskich aktywów.
Umowa w obecnej wersji obejmuje wydobycie metali ziem rzadkich, ropy naftowej i gazu, korzystanie z infrastruktury gospodarczej, rurociągów, gazociągów, systemów transportowych i portów. To oznacza, że niemal cała gospodarka byłaby zarządzana przez fundusz odbudowy kierowany przez zarząd składający się z 3 Amerykanów i 2 Ukraińców. Fundusz miałby być zarejestrowany w USA i podlegający prawu amerykańskiemu, a sądem właściwym do rozstrzygania spraw byłby stanowy sąd w Nowym Jorku. Zyski tego funduszu przekazywane byłyby na spłacenie subsydiów i kredytów przekazanych przez rząd Joe Bidena Ukrainie z dodaniem 4 proc. odsetek. Dopiero wtedy po spłaceniu „zobowiązań” można byłoby zyski przekazać na odbudowę Ukrainy. Ponieważ Fundusz miałby mieć prawo pierwszeństwa w wydobyciu surowców, to w ten sposób firmy unijne zostałyby odsunięte od tego biznesu.
Ta umowa to nawet nie jest neokolonializm, ale zwykły XIX-wieczny kolonializm oddający gospodarkę jednego państwa w zarząd drugiemu państwu. Umowa to element planu, jaki dyskutują Trump i Putin, ale jak na razie, obaj się jeszcze nie porozumieli. W geopolitycznej wizji obecnej administracji USA dogadanie się z Rosją jest kluczowe dla strategii konfrontacji z Chinami, dlatego zakończenie wojny na Ukrainie może być tylko uzgodnione między nimi na zasadzie pokój za ziemie, oczywiście ziemie ukraińskie, ale Ukraina mówi: nie. Ponieważ Kijów nie może liczyć na gwarancje bezpieczeństwa od nikogo, należy się spodziewać, że asekuracji poszuka w odbudowie militarnego potencjału jądrowego.
Polska
Bezpieczeństwo Polski jest zagrożone. Osłabianie Ukrainy przez USA jest niekorzystne dla nas. Ukraina jako jedyna w Europie ma armię umiejącą powstrzymywać rosyjską. Odsunięcie Europy od decyzji w jej sprawach jest również niekorzystne dla nas, niezależnie od tego, jak oceniamy UE. W dodatku militarna siła armii europejskich jest tak słaba, że Europejczycy nie są w stanie wysłać odpowiednich sił na ewentualną linię rozejmową na Ukrainę.
W sytuacji, kiedy Amerykanie prowadzą zakulisowe rozmowy z Rosjanami, o niczym nas nie informując, zmusza nas do szybkiej dywersyfikacji relacji ze światem zewnętrznym. Ostatnio kierunkiem dotyczącym wzmocnienia naszego bezpieczeństwa mają być specjalne relacje z Francją. Kraj nad Sekwaną nie zapewni nam takiego poziomu ochrony, jaki może to uczynić USA, ale w sytuacji niepewności, jaką nam prezentują Amerykanie, jest to dobry ruch.
W tej sytuacji nasze działania powinny iść w dwóch kierunkach: przeszkolenie jak największej liczby rezerwistów, rozwój własnego przemysłu obronnego w kooperacji ze Szwecją, z Turcją i państwami Międzymorza. Drugim kierunkiem powinna być budowa własnego programu jądrowego.
========================================
M. Dakowski:
Z końcówką, wiec wnioskami dla Polski, zdecydowanie się nie zgadzam. Są małe, małostkowe. Tu potrzebna debata mężów stanu.
Końska – ich debata. Mentzen dosadnie odpowiada
Debata w Końskich. Mentzen dosadnie odpowiada Trzaskowskiemu. „To są białoruskie standardy”
11.04.2025 nczas/debata-w-konskich

Kandydat Konfederacji na prezydenta Sławomir Mentzen ostro skrytykował Rafała Trzaskowskiego i jego tzw. debatę w TVP. Stwierdził, że niepoważne jest „zapraszanie” na debatę półtorej godziny przed planowanym wydarzeniem oraz ocenił, że są to „standardy białoruskie”.
Wieczorem Sławomir Mentzen ostro skomentował „zaproszenie” na tzw. debatę TVP ze strony Rafała Trzaskowskiego skierowane do innych kandydatów.
„Wy jesteście poważni? O 18:20 zaprasza Pan na debatę o 20? Mam się tam teleportować?” – zapytał kandydat Konfederacji na prezydenta Sławomir Mentzen.
W kolejnym wpisie ocenił, że „to są standardy białoruskie”.
„Trzaskowski zaprosił kandydatów na debatę organizowaną przez TVP na godzinę 20:00 o 18:20. I robią to ludzie, którzy najwięcej krzyczą o demokracji i praworządności. Pokazują w ten sposób, gdzie mają uczciwe wybory i wyborców” – napisał na X Sławomir Mentzen.
„To są białoruskie standardy!” – powtórzył potem na X Sławomir Mentzen, załączając krótkie nagranie wideo.
– Poważny kandydat musi poważnie traktować swoich wyborców. Dlatego jestem w Krośnie. Tam, gdzie się umówiłem z moimi wyborcami. Nie będę brał udziału w tym cyrku organizowanym teraz w Końskich – stwierdził Sławomir Mentzen.
– Rafał Trzaskowski o 18.20 zaprosił kandydatów na debatę do TVP, która miała się odbyć o godz. 20. To jest skandal, to są standardy białoruskie – ocenił kandydat Konfederacji na prezydenta.
– To jest robienie z wyborców idiotów i to jest wypaczanie demokracji. I nie zamierzam brać w tym udziału – przekonywał.
Podczas I tzw. debaty w wykonaniu mediów propisowskich Joanna Senyszyn wywołała spore emocje. Zacytowała m.in. papieża-Polaka Jana Pawła II w kontekście budowy elektrowni jądrowych.
Z kolei przed tzw. II debatą, w wykonaniu największych telewizji doszło do przepychanek z pracownikami Republiki, którzy próbowali wedrzeć się na wydarzenie. Sama tzw. debata miała solidne opóźnienie.