Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu

Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu”.

Włoska autorka nie gryzie się w język

pch24/muzulmanie-sa-pierwszymi-ofiarami-islamu

Islam.jpg
ZDJĘCIE ILUSTRACYJNE. Fot. Pixabay

Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

Źródło: KAI / oprac. pR

Kto posprząta po Ukrainie?

Kto posprząta po Ukrainie?

Posted by Marucha w dniu 2026-08-11 marucha/kto-posprzata-po-ukrainie

Prezydent Władimir Putin na spotkaniu w Sankt Petersburgu z marynarzami, w Dniu Marynarki Wojennej 26 lipca, zapowiedział, że regiony zachodnie, które Ukraina odziedziczyła po II wojnie światowej, powrócą do Polski, Węgier i Rumunii.

„Poza wszystkim innym, znajduje się tam zachodnia część Ukrainy – prezent, jaki Josif Wissarionowicz Stalin podarował Ukrainie po wojnie.

To właśnie Stalin podarował Ukrainie te ziemie. Ale podarował je w ramach jednego państwa. Najwyraźniej nie przyszło mu do głowy, że może dojść do takiej sytuacji, jaka ma miejsce dzisiaj. Nawiasem mówiąc, jestem przekonany, że prędzej czy później Ukraina utraci te zachodnie tereny. A to, co należało do Polski, do Węgier, do Rumunii, prędzej czy później – nie jutro, może nie pojutrze, za rok, dwa, 10, 15 lat – wszystko historycznie ułoży się na swoim miejscu.

Był tylko jeden gwarant integralności terytorialnej Ukrainy – Rosja. Uznali za konieczne, możliwe i korzystne dla siebie ogłoszenie Rosji swoim wrogiem, a Rosjan na Ukrainie – mniejszością narodową, co jest kompletną bzdurą i psim bełkotem, ale tak właśnie zrobili. To oni podjęli oficjalną decyzję, że Rosjanie na Ukrainie są mniejszością narodową. No to mamy. A co to w takim razie jest? Cóż, niech Bóg ma ich w opiece” – powiedział prezydent Putin

Umowność granic

Werbalne odrzucenie przez polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wypowiedzi przywódcy Rosji Władimira Putina dotyczącej przyszłego podziału Ukrainy i udziału w nim Polski, wypowiedziane przez rzecznika resortu Macieja Wewióra, głosiło, że nasz kraj nie miał, nie ma i nie będzie mieć roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy. W istocie rzeczy jest ono bezzasadne, godzące w powagę MSZ.

Oświadczenie to jest przykładem ignorowania oczywistych faktów historycznych. Przypominam, iż od zarania dziejów świata z historii wojen wynika, że granice państw ulegały i ulegają zmianom. Granice poszczególnych państw są kwestią umowną. Chciejstwo „polskich”, pochodzących z anglosaskiego eksportu do Polski politykierów nie jest w stanie zapobiec naturalnej ewolucji naszych, polskich granic. Zmiany granic państw przeważnie były następstwem wojen, ich wyniku. Kto wygrał, ten dzielił.

Życie Polaków mniej warte?

Projekt globalistów utworzenia z Polski – Ukropolinu, forsowany w Polsce przez kręgi syjonistyczne, upadł z uwagi na ich stosunek do wrażliwości Polaków, ignorowanej przez przedstawicieli mniejszości wyznaniowej od wieków zamieszkałej w Polsce.

Spójrzmy na przykład wypowiedź w programie TVN24 prof. Barbary Engelking o innej specyfice śmierci Żyda i Polaka (kwiecień 2023 rok): „dla Polaków, to było po prostu kwestia biologiczna, naturalna, śmierć jak śmierć, a dla Żydów, to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka. To było spotkanie z Najwyższym”.

Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest projekt nadania tak zwanego Obywatelskiego Orderu Przyszłości, sygnowany w znaczącej części przez przedstawicieli syjonistycznego środowiska.

Nie mamy roszczeń

Polacy, pomimo potwornych krzywd wyrządzonych w XX wieku przez nacjonalistów ukraińskich w przeważającej części naszego społeczeństwa nie roszczą pretensji do terenów odebranych Polsce przez Stalina i przekazanych Ukrainie (o czym wspomniał prezydent Putin). Potwierdził to wybitny polski polityk i współczesny autorytet moralny, politolog Mateusz Piskorski w udzielonym wywiadzie przeznaczonym dla rosyjskojęzycznego widza.

W związku z wypowiedzią prezydenta Putina Piskorski kategorycznie zaprzeczył, jakoby Polska rościła pretensje terytorialne wobec Ukrainy! W przeciwieństwie do globalistów będących u władzy w Polsce, straszących Ukraińców polskim rewanżyzmem. Pomimo naszych wad narodowych, z których w pełni zdajemy sobie sprawę, jesteśmy przyzwoitymi ludźmi. Jesteśmy przyzwoitym narodem i nie życzymy niczego złego Ukraińcom i Ukrainie.

Natomiast bezsprzecznym jest, że Ukraina znajduje się w krytycznym stanie, jest na skraju upadku! Rozpadu państwa. Ktoś będzie musiał to, co pozostanie po Ukrainie, pozamiatać, posprzątać….

[Najlepiej buldożer – admin]

Joanna Zinkiewicz
https://myslpolska.info/

Nie ma ludobójstwa w Gazie?

Nie ma ludobójstwa w Gazie?

Autor: Uwe Froschauer apolut/kein-genozid-in-gaza?

Nie będzie ludobójstwa w Gazie? | Autor: Uwe Froschauer

Opinia Uwe Froschauera .

„Dla CDU w Niemczech jest to jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa. Wspieramy Izrael i Ukrainę w walce z terroryzmem i agresją”.

Oświadczenie to złożyła polityczka CDU, Franziska Hoppermann – posłanka z okręgu Hamburg-Wandsbek, wybrana od końca lipca 2026 roku na stanowisko sekretarza generalnego CDU z rekomendacji kanclerza federalnego i przewodniczącego CDU Friedricha Merza. Wcześniej pełniła funkcję skarbnika federalnego partii i od wielu lat zasiada w jej kierownictwie.

Fakt, że polityk na tak prominentnym stanowisku wypowiada zdanie w rodzaju: „Dla CDU Niemiec jest zupełnie jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa”, czyni to stwierdzenie szczególnie znaczącym. Sekretarze generalni nie mówią tylko we własnym imieniu. Kształtują oni wizerunek partii w oczach opinii publicznej. Jeśli to stwierdzenie rzeczywiście odzwierciedla moralny kompas nowego sekretarza generalnego CDU, to moim zdaniem nie daje ono nadziei na politykę, która stawia ludzkie cierpienie w centrum – zwłaszcza tam, gdzie wojna, przesiedlenia i przemoc niszczą życie niezliczonych rodzin, czy to w Strefie Gazy, na Ukrainie, czy w innych regionach dotkniętych kryzysem na całym świecie.

Człowieczeństwo nie polega na porównywaniu cierpienia jednej osoby z cierpieniem drugiej. Człowieczeństwo zaczyna się tam, gdzie każde niewinne ludzkie życie ma równą wartość.

Kiedy przeczytałem to zdanie, musiałem je przeczytać dwa razy. Nie dlatego, że źle je zrozumiałem, ale dlatego, że nie mogłem uwierzyć, że ktoś mógł dojść do tak jednoznacznego wniosku w świetle zdjęć z Gazy.

Pani Hoppermann, skąd Pani czerpie tę pewność?

Skąd bierze się pewność, z jaką odpowiada Pan na pytanie, nad którym od miesięcy debatują prawnicy międzynarodowi, organizacje zajmujące się prawami człowieka i sądy międzynarodowe?

Skąd bierze się ta pewność, skoro zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, w tym – według doniesień organizacji międzynarodowych i mediów – wiele kobiet i dzieci?

Nie tylko samo oświadczenie pozbawia mnie mowy. Chodzi o rzeczowy sposób jego przedstawienia. Jakby nie było już nic do zbadania. Jakby werdykt już zapadł.

Uważam, że ich pewność siebie jest wyrazem mizantropicznej, politycznej pychy.

Gdybyś był pokorny, przyznałbyś, że ty też możesz się mylić. Pokora oznaczałaby powiedzenie: „Zarzuty są poważne. Sądy międzynarodowe je badają. Czekam na ich ocenę”.

Zamiast tego wydajesz ostateczny werdykt.

To mnie wkurza.

Nie dlatego, że ktoś ma inne poglądy polityczne. Ale dlatego, że za terminami prawnymi kryją się ludzie. Rodziny. Dzieci. Matki. Ojcowie.

Można dyskutować o definicjach. Można dyskutować o celach wojskowych. Można dyskutować o odpowiedzialności. Nie należy lekceważyć ludzkiego cierpienia.

Kiedy w raportach mówi się o ogromnej liczbie ofiar wśród ludności cywilnej, a wśród nich jest szczególnie duża liczba kobiet i dzieci, pojawia się u mnie pytanie moralne, którego nie da się zignorować jednym zdaniem:

W którym momencie wojna przestaje być tylko wojną?

W którym momencie skala ofiar wśród ludności cywilnej stanie się tak wielka, że ​​powinniśmy przestać mówić najpierw o koncepcjach, a zacząć mówić o naszym człowieczeństwie?

Uważam stwierdzenie „To nie jest ludobójstwo” nie tylko za problematyczne politycznie, ale i moralnie odrażające. Ludzie tacy jak Pani, Pani Hoppermann, nie powinni stać na czele partii politycznej. W moich oczach ludzie tacy jak Pani, Pani Hoppermann, są główną przyczyną wszelkiego zła na tym świecie.

Proszę spojrzeć na liczby, Pani Hoppermann!

„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.

Więc to naprawdę takie proste, pani Hoppermann?

Jedno zdanie, siedem słów i sprawa jest załatwiona dla ciebie, a rzekomo i dla całej CDU w Niemczech.

Przyjrzyjmy się bliżej temu, co oceniasz z tak bezczelną pewnością siebie.

Według UNICEF, Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci, do 3 lutego 2026 roku w Strefie Gazy zginęło co najmniej 71 803 Palestyńczyków. Wśród ofiar było co najmniej 21 289 dzieci. Rannych zostało 171 230 osób, w tym około 44 500 dzieci.

Ponad 21 000 zabitych dzieci. Ani zabłąkane pociski. Ani uszkodzone budynki. Ani abstrakcyjne „straty uboczne”. Dzieci, pani Hoppermann, dzieci!

Dzieci, które przeżyły. Dzieci, które miały rodziców. Dzieci, które bawiły się, uczyły, śmiały i chciały kiedyś dorosnąć. Dzieci, których ciała leżały pod gruzami, które spłonęły, wykrwawiły się na śmierć lub zostały rozerwane przez bomby.

A Ty, będąc matką, wstań i wyjaśnij:

„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.

Pani Hoppermann, ile zamordowanych dzieci wystarczyłoby, żeby się Pani zatrzymała, choćby na chwilę?

25 000?

30 000?

50 000?

Przy jakiej liczbie stracisz swoją kategorię pewności?

Na początku lutego 2026 roku UNICEF poinformował również, że ani jeden szpital w Strefie Gazy nie był w pełni sprawny. Tylko 18 z 36 szpitali działało chociaż częściowo. Spośród 200 placówek podstawowej opieki zdrowotnej, tylko trzy były w pełni sprawne. Dostęp do leków, respiratorów i inkubatorów był nadal utrudniony. Niemal cała populacja była narażona na poważne zagrożenia zdrowotne z powodu zniszczenia systemów wodociągowych, kanalizacyjnych i sanitarnych.

To również jest częścią wojny izraelskiego reżimu, polegającej na ludobójstwie i mordowaniu dzieci.

Nie tylko ludzie giną pod bombami. Ludzie umierają, bo szpitale zostały zniszczone. Bo brakuje leków. Bo rannych nie można leczyć. Bo kobiety w ciąży są niedożywione. Bo niemowlętom jest zimno. Bo brakuje czystej wody. Bo głód, choroby i utrata źródeł utrzymania również zabijają.

Oficjalnie zarejestrowane liczby ofiar prawdopodobnie nie odzwierciedlają pełnego rozmiaru wojny. Badanie przeprowadzone przez Instytut Badań Demograficznych Maxa Plancka i Centrum Studiów Demograficznych wykazało, że w okresie od 7 października 2023 r. do końca 2024 r. bezpośrednio w wyniku wojny zginęło około 78 318 osób. Zakres statystyczny wahał się od około 70 600 do 87 500 ofiar.

W późniejszej aktualizacji naukowcy doszli do wniosku, że do 6 października 2025 r. liczba ofiar śmiertelnych bezpośrednio związanych z konfliktem najprawdopodobniej przekroczy 100 000.

Ponad 100 000 ofiar śmiertelnych.

Nawet te szacunki, jak wyraźnie zaznaczyli badacze, uwzględniają jedynie bezpośrednie, gwałtowne zgony. Osoby, które zmarły w wyniku głodu, chorób, załamania się opieki medycznej lub długoterminowych skutków zniszczeń, nie zostały w pełni uwzględnione. Dlatego naukowcy określili swoje obliczenia raczej jako dolną granicę rzeczywistego wskaźnika śmiertelności.

Szczególnie niepokojący jest inny wniosek z tego badania: według naukowców, rozkład wieku i płci osób brutalnie zamordowanych przypominał wzorce demograficzne kilku ludobójstw udokumentowanych przez Organizację Narodów Zjednoczonych. Chociaż naukowcy słusznie podkreślili, że samo takie podobieństwo statystyczne nie zastępuje ostatecznego wyroku sądowego, to jednak pokazuje ono, jak absurdalne jest całkowite odrzucenie oskarżenia o ludobójstwo.

Pani Hoppermann, czy zna Pani te dane? Czy zna Pani raporty UNICEF-u? Czy zna Pani badania Towarzystwa Maxa Plancka? Czy zna Pani raporty Organizacji Narodów Zjednoczonych?

A może te ustalenia cię nie interesują, bo twoja odpowiedź polityczna została już podjęta, zanim jeszcze ją rozważyłeś?

Kobieta, która wygląda

Na szczęście są też inne głosy. Ludzie, którzy nie pozwolili, by partyjne poglądy, interesy narodowe czy lojalność polityczna odebrały im zdolność współczucia.

Jednym z takich głosów jest Francesca Albanese, Specjalna Sprawozdawczyni ONZ ds. sytuacji praw człowieka na okupowanych od 1967 roku terytoriach palestyńskich. Albanese nie jest politykiem szukającym nagłówków w talk-show. Jest prawniczką i od lat bada sytuację na okupowanych terytoriach w imieniu Rady Praw Człowieka ONZ.

Już w marcu 2024 roku przedstawiła raport zatytułowany „Anatomia ludobójstwa”. Stwierdziła w nim, że istnieją wystarczające podstawy, by sądzić, że osiągnięto próg dopuszczalności ludobójstwa.

W październiku 2024 roku ukazał się jej raport „Ludobójstwo jako kolonialna zagłada”. W lipcu 2025 roku, pod tytułem „Od ekonomii okupacji do ekonomii ludobójstwa”, zbadała, które firmy i interesy gospodarcze czerpią zyski z okupacji, destrukcji i wojny.

Dokumenty albańskie. Wskazuje winnych. Przedstawia źródła. Opisuje nie tylko bomby, ale także przesiedlenia, głód, zniszczenie placówek medycznych i unicestwienie materialnych podstaw życia społecznego.

Nie trzeba bezkrytycznie akceptować każdego wniosku Albanese. Ale trzeba się zapoznać z jej raportami, zanim oświadczy się, że „całkiem wyraźnie” nie doszło do ludobójstwa.

Na tym polega różnica: Francesca Albanese zwraca uwagę. Słucha ofiar. Analizuje dokumenty. Nazywa cierpienie. I ryzykuje presję polityczną, zniesławienie i sankcje osobiste za swoje stanowisko.

Pani Hoppermann z kolei ogłasza wynik.

„W Gazie nie doszło do ludobójstwa”.

Żadnej dostrzegalnej niepewności. Żadnych zastrzeżeń. Żadnej wzmianki o toczącym się postępowaniu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Ani słowa o ponad 21 000 zarejestrowanych ofiar śmiertelnych dzieci. Ani słowa o szacunkach naukowych mówiących o ponad 100 000 ofiarach śmiertelnych. Ani słowa o zniszczonych szpitalach, głodzie, przesiedleniach i wymordowanych rodzinach.

Tylko kategoryczny osąd. Kto tak mówi, nie wykazuje jasności umysłu. On wykazuje pychę.

A każdy, kto w obliczu dziesiątek tysięcy zabitych ludzi, w tym ponad 21 tysięcy dzieci, najpierw wypowie polityczną formułę solidarności, a dopiero potem – albo wcale – spojrzy na ofiary, musi zmierzyć się z jeszcze bardziej fundamentalnym pytaniem:

Po której stronie tak naprawdę stoi ludzkość?

Po której stronie pani jest, pani Hoppermann?

Powiedział:

„Dla CDU w Niemczech jest to jasne: w Strefie Gazy nie doszło do ludobójstwa. Wspieramy Izrael i Ukrainę w walce z terroryzmem i agresją”.

To zdanie dało mi do myślenia. Nie tylko ze względu na treść, ale także ze względu na to, co ujawnia na temat twoich poglądów politycznych.

Po wszystkim, co przedstawiłem w tym artykule – raportach Organizacji Narodów Zjednoczonych, dokumentacji UNICEF-u, badaniach niezależnych naukowców i analizach Specjalnej Sprawozdawczyni ONZ Franceski Albanese – nie mogę ani zrozumieć, ani moralnie poprzeć tak kategorycznych stwierdzeń.

To, czy sądy międzynarodowe ostatecznie potwierdzą, czy odrzucą zarzut ludobójstwa, jest ich prerogatywą. Mój osąd moralny nie zależy jednak od przyszłego werdyktu. Bo jedno jest dla mnie dziś jasne:

Każde zabite dziecko to o jedno za dużo.

Każda zbombardowana szkoła to o jedną szkołę za dużo.

Każdy zniszczony szpital to o jeden za dużo.

Każda rodzina, która zostaje unicestwiona, to o jedną rodzinę za dużo.

Żaden cel polityczny na świecie nie powinien prowadzić nas do znieczulenia i spychania cierpienia ludności cywilnej na dalszy plan.

W związku z tym chciałbym odpowiedzieć na Twoje stwierdzenie moją własną opinią:

Dla mnie jest to jasne: nie stoję po stronie wojny. Stoję po stronie ludzkości.

Stoję po stronie dzieci – niezależnie od tego, czy urodziły się w Strefie Gazy, Izraelu, na Ukrainie czy gdziekolwiek indziej na świecie.

Solidaryzuję się z matkami i ojcami, którzy stracili swoje dzieci.

Solidaryzuję się z ludnością cywilną, która płaci cenę za decyzje polityczne.

Popieram tych, którzy chcą zaprowadzić pokój zamiast ciągle sięgać po nową broń.

Chcę, żeby zabijanie się skończyło.

Koniec bombardowań.

Koniec z głodem.

Koniec z wydaleniem.

Koniec nienawiści.

I życzę sobie polityków, którzy będą mieli odwagę czuć się zobowiązani w pierwszej kolejności do niesienia pomocy cierpiącym ludziom, a dopiero potem do wzięcia odpowiedzialności za swoją partię, ideologię czy interesy geopolityczne.

Państwa mają interesy.

Partie polityczne mają programy.

Wojsko ma strategie.

Ale dzieci mają tylko jedno życie.

To jest strona, po której stoję.

I pozostanę na tej stronie.

I nie jest to tylko bohaterska, samo-uwielbiająca się bzdura.

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

+++

Zdjęcie: Zniszczone obszary na wschód od obozu Zawaida w centralnej części Strefy Gazy, 2024 r.

Przesłanie Matki Bożej z Gietrzwałdu: Jeśli w Gietrzwałdzie zaistnieje nieustający różaniec, to do końca czasów nic złego Polski nie spotka

Przesłanie z Gietrzwałdu: Co zrobić, by żyć w swoim państwie?

Autor: AlterCabrio, 11 sierpnia 2026

Takim dominującym motywem dla mnie były słowa Matki Najświętszej, że jeżeli stać nas będzie na to, nas Polaków, żeby tu w Gietrzwałdzie zaistniał nieustający różaniec, to do końca czasów nic złego Polski nie spotka. I teraz biorąc pod uwagę to, że było to powiedziane 150 lat temu i że do dzisiejszego dnia, nie zaistniało, to było dla mnie wystarczającym motywem, żeby spróbować. Jak mówię – głośno tego nie mówiłem, na czym mi naprawdę najbardziej zależy – mianowicie na tym, żeby ten nieustający różaniec zaistniał. Żeby mógł zaistnieć, to musi istnieć pomieszczenie, gdzie będzie można się modlić zimą, w deszcz, nocą, prawda? I dlatego to pomieszczenie zbudowałem. Drugą rzecz, jaką uważałem za absolutnie niezbędną, to żeby pokazać prawdę o tych objawieniach. No i pierwszy i najważniejszy eksponat, jaki trafił do tego muzeum, jeszcze raz podkreślę, to nie chodziło mi o, ja nie nazwałem to muzeum dlatego, ponieważ byłem świadom, że jeżeli powiem, że jest to miejsce, które służyć ma uwolnieniu Polski, odzyskaniu przez Polskę niepodległości, to nikt by mi nie pozwolił tego budynku tu postawić. I dlatego nazwałem to skromniutko muzeum. Ale muzeum jest wyposażone w no taką ilość klęczników, że tutaj spokojnie zmieści się, że tak powiem, z 50 osób może się modlić.

Przesłanie z Gietrzwałdu: Co zrobić, by żyć w swoim państwie?

Dlaczego tylko nieustający różaniec może uratować Polskę? Zapraszam na drugą część wywiadu z fundatorem i założycielem Muzeum Objawień Matki Bożej Królowej Polski i Różańca Świętego w Gietrzwałdzie, doktorem Kazimierzem Krawczykiem (polskim lekarzem z Norwegii).

Dla zainteresowanych:

Czy można oddać całe życiowe oszczędności – pięć milionów złotych – po to, by szerzyć kult Matki Bożej i modlitwę różańcową? Dla większości to niewyobrażalne. Ale są ludzie, którzy zamiast spokojnej emerytury na norweskich fiordach wybierają drogę całkowitego zawierzenia Maryi.
W Gietrzwałdzie powstało Muzeum Objawień i Różańca Świętego – miejsce wyjątkowe, poświęcone przez biskupa, stworzone z miłości do Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, Królowej Polski. Kto stoi za tą inicjatywą? Co sprawiło, że człowiek sukcesu postanowił oddać resztę życia Maryi i Jej przesłaniu?
To historia, którą trzeba usłyszeć. Dziś w Forum Romanum gościmy fundatora i założyciela Muzeum Objawień i Różańca Świętego – doktora Kazimierza Krawczyka. Poznajcie człowieka, który postanowił, że jego życie będzie świadectwem.

Gietrzwałd zmienia ludzi. Ten człowiek jest dowodem 

Więcej:

Gietrzwałd

Kazimierz Krawczyk

Sponsorzy się wycofują. Obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie pod znakiem zapytania

Sponsorzy się wycofują, a Sikorski nie przyjdzie. Obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie pod znakiem zapytania

11.08.2026 nczas/sponsorzy-sie-wycofuja-obchody-dnia-niepodleglosci-ukrainy-w-warszawie-pod-znakiem-zapytania

Ukraińcy w Polsce.
NCZAS.INFO | Ukraińcy w Polsce. Zdjęcie ilustracyjne. / Fot. PAP

Polsko-ukraiński portal sestry ubolewa, że tegoroczne obchody Dnia Niepodległości Ukrainy w Warszawie stoją pod znakiem zapytania. Wszystko z powodu wycofywania się sponsorów.

„Firmy wycofują wsparcie, politycy nie przyjdą. Ukraińcy obawiają się świętować w centrum Warszawy” – czytamy. Ma to być rzekomo pokłosie „gróźb i agresji” wymierzonych w Ukraińców w Polsce.

Jak czytamy, polskie firmy nie chcą sponsorować wydarzenia w obawie przed groźbami, natomiast ukraińskie, działające w Polsce, mają obawiać się bojkotu i niszczenia mienia przez wandali. Wobec 20 sponsorów w roku ubiegłym, w tym miało zgłosić się zaledwie dwóch – pozostali odmówili.

Ponadto zaproszenia na obchody nie przyjął m.in. szef polskiego MSZ Radosław Sikorski, co ma obrazować postawę polityków wobec rzekomej ukraińskiej krzywdy.

Zmniejszyć ma się także frekwencja „zwykłych uczestników”. W poprzednich latach na pl. Zamkowym w Warszawie było ich około 25-30 tys., w ubiegłym – 17 tys. Teraz Ukrainki mają wyrażać obawy o bezpieczeństwo swoje i swoich dzieci.

Według portalu, w mediach społecznościowych mają pojawiać się groźby pod adresem osób zapraszających na wydarzenie i organizatorów.

„Przedstawiciele inicjatywy «Ciepło z Polski», Akcji Demokracja oraz KOD apelują o wzięcie udziału w zbiórce i obchodach. 24 sierpnia ma pokazać, że groźby i agresja nie wyprą polsko-ukraińskiej solidarności z przestrzeni publicznej” – czytamy.

– Kiedy milczysz, stajesz się kimś, kto liczy na to, że „dobry Polak” sam się objawi w potrzebie. Prawda jest taka, że łatwo zamknąć oczy na zło. Nie tak powinno być w państwie, które doświadczyło koszmaru II wojny światowej, holocaustu, komunizmu. Nie w państwie, które ma świetnie działającą Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, którego obywatele zorganizowali fantastyczną zbiórkę dla dzieci chorych na nowotwory, gdzie działamy corocznie na rzecz drugiego człowieka. Nasze czasy wymagają zaangażowania, nie obojętności – grzmiał dziennikarz i jeden z inicjatorów „Ciepła z Polski” Jerzy Wójcik.

Dlaczego Ukraińcy świętują swoją niepodległość w Warszawie? „Polska jako pierwsze państwo na świecie uznała niepodległość Ukrainy w 1991 r. Od tego czasu Dzień Niepodległości Ukrainy jest co roku świętowany w wielu polskich miastach. Jeśli w tym roku obchody się nie odbędą, będzie to pierwszy taki przypadek od 35 lat” – czytamy.

O obecność na obchodach 24 sierpnia apelowała niedawno także ukraińska aktywistka Natalia Panczenko. Przy okazji mówiła o „swojej Polsce” i „demokracji”. – Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie, bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj mówiła na wiecu w Warszawie.

Skok wzwyż albo pod brudnym niebem

Skok wzwyż albo pod brudnym niebem

Swietłana Pikta

Nie pamiętam już, ile razy obiecywałam sobie: „Nigdy, przenigdy więcej nigdzie nie pójdę z tymi łajdakami-wolontariuszami”.

Ten pierwszy raz…

Pierwszy raz było to jesienią 2020 roku we wsi Jasnoje. 

– Andriej, dokąd jedziemy?

– Gdzie wilki boją się srać. 

Wtedy przejechaliśmy tuż pod nosem Sił Zbrojnych Ukrainy i weszliśmy do mieszkania naznaczonego kulami snajpera NATO, w związku z tym wszystkie okna były szczelnie zakryte kocami. Kobieta miała cukrzycę, a jej syn był niepełnosprawny. Nie mogli wyjechać. Przez sześć lat wojny nie zaznali ani jednego dnia pokoju. Przez szparę w oknie zerknęłam na pozycje Sił Zbrojnych Ukrainy po drugiej stronie rozległego pola i słuchałam opowieści mężczyzny o tym, jak Ukraińcy, zanim zostali odparci przez pole, rozbierali tutaj miejscowe dziewczyny na podwórku, sprawdzając, czy nie mają siniaków na ramionach. I opowieści kobiety o tym, jak Ukrainiec zabawiał się, goniąc strzelbą ją, pulchną, starszą kobietę, aż padła z wyczerpania. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Panie, w co ja się wpakowałem! Nigdy więcej tego nie zrobię, obiecuję”.

Piekło w Selidowie

Minęło kolejne sześć lat od tamtej pory. Ale za każdym razem, gdy wolontariusz Andriej pyta: „No co, czy dołączysz do nas jutro?”, dzieje się coś magicznego: mój głos automatycznie odpowiada „tak”, zanim zdążę pomyśleć.
– Dokąd dzisiaj?
– Swieta, dokąd uderzamy? Nawet na obwodnicy Doniecka już palą samochody. A w Selidowie panuje istne piekło.

Przegapiłam zaledwie dwa miesiące wiosny i dwa miesiące wojny (leżałam w szpitalu, a potem dochodziłam do siebie w domu) i jestem przerażona, jak dramatycznie pogorszyła się sytuacja. Nawet z początku nie mogłam w to uwierzyć:
– No cóż, to powoduje strach jak zawsze, ponieważ jak to możliwe, że na obwodnicy są drony?! A my jedziemy do Selidowa już od dwóch lat – pomyślałam. Co prawda, będąc w szpitalu, słyszałam o fabrykach dronów wyrastających jak grzyby po deszczu w Unii Europejskiej, ale nie chciałam myśleć o tym, do czego to wszystko doprowadzi, i nie mogłam. Chciałam po prostu przetrwać, nic nie czuć, nigdzie nie iść.

Karłowka – księżyc z kraterami

Ale gdy tylko zrobiło się lepiej, zapomniałam o obietnicach, które sobie złożyłam.

A teraz już czołgamy się naszym wycofanym z użytku wozem pancernym przez kilometry sieci. Jest nas czworo – dwóch Andriejów, Masza i ja. Ruiny wsi Pieski, gdzie spędziłam dzieciństwo wśród morw, przepływają obok. A teraz, tam, gdzie poznali się moi rodzice, jest ogromny krater. Dalej, popioły Pierwomajskiego, upiorne zwęglone szkielety drzew, kominy. Oto Karłowka. Kiedyś hodowano tam w obozie piękne karpie lustrzeń. Teraz zamiast Karłowki jest coś, co wygląda jak księżyc z kraterami, a zamiast karpi w sieciach jesteśmy my. Powstrzymuje mnie przed uczuciem się jak ryba, to zimna dubeltówka wbijająca się w moje lewe kolano i karton z jedzeniem spadający na mnie przy każdym uderzeniu. A najbardziej przerażające w tej wojnie nie są ruiny ani eksplozje. Najbardziej przerażające jest to, że wszędzie żyją cywile.

Strzelba i cztery naboje

Ledwo dojeżdżamy do Selidowa, gdy po naszej lewej stronie rozlega się trzask karabinów automatycznych.
– Wyskakuj z samochodu, szybko! – rozkazuje Andriej. – Strzelba, cztery naboje, Swieta!

Drżącymi palcami wyciągam naboje z magazynka, wyskakuję z samochodu i biegnę za Maszą. Tu trzeba uważać, zwracając uwagę na każdy szczegół. Nie ma absolutnie żadnego miejsca, w którym można by się ukryć. W pobliżu znajdują się tylko tandetne kioski zrobione ze sklejki i innych śmieci; staram się zamienić w jeden z nich, żeby poczuć się „jak w domu”.

– Nie tutaj! – krzyczy do mnie Andriej, operator kamery. Kierownik pozostał w pobliżu samochodu, cały czas obserwując „niebo”.


„Jeśli zginę, pamiętaj mnie młodą”

W końcu znajdujemy coś w miarę solidnego. Wewnątrz sterty cegieł, różowe ściany i cudownie nienaruszone lustro, w którym widać całą sylwetkę. Widzę w nim moje wyłupiaste oczy i przypominam sobie, co tu robię. A, racja, jestem korespondentką!

Proszę, przyjaciele, skomentujcie, co tu się dzieje?
Wszyscy przyjaźnie mnie przeklinają. Dopiero gdy strzelanina ucichła, Masza, niczym szara kotka, ostrożnie wyjrzała przez drzwi i rzuciła mi swój pierwszy komentarz:
– Jeśli zginę, pamiętaj mnie młodą – krzyknęła, chowając się w tylnym pokoju. A potem dodała: – Nie martw się! Damy radę.
Ktoś jej odpowiedział z drugiej strony ulicy. Masza mocno się zarumieniła. – Och, przepraszam, nie to miałam na myśli.

Wsiedliśmy z powrotem do samochodu i udało nam się przejechać jeszcze dwieście metrów.

– W lewo, w lewo, no dalej, jedź. Dobra, cicho. Skręć, skręć!
Znów wyskakujemy, tym razem schronienie wygląda na solidniejsze, ale nie ma czasu szukać drzwi. Wylatujemy przez okna. Okazuje się, że to niesamowite, jak wysoko potrafię skakać.

Kopciuszek podczas ostrzału

W środku budynku dużymi, grafitowymi literami napisano: „Piwnicy nie ma!”. I inne napisy po rosyjsku. Zachowane plakaty są po ukraińsku. Oczywiste zwycięstwo języka ojczystego nad oficjalnym. „Piwnicy nie ma”, „żyją ludzie”, „zajęte” i „uprzejma prośba do administracji kopalni”.
Na schodkach leży para markowych butów na wysokich obcasach. Jakaś Kopciuszek podczas ostrzału uznał, że życie jest ważniejsze i biegła boso. Jak jej książę ją teraz znajdzie?
Eksplozja! Wydaje się bardzo bliska. Minutę później znowu – trochę dalej. Dron gdzieś się rozbił – albo z rozpaczy, albo dlatego, że został zestrzelony. Chociaż „rozbił się” nie do końca oddaje to, co się dzieje; Jest jeszcze jedno słowo, ale nie mogę go napisać.
– O cholera! Jeszcze trzysta metrów stąd! – krzyczy Andriej, nie opuszczając strzelby.

Dzieci siłą z dala od domu

Adrenalina nieco opadła i zdaję sobie sprawę, że jesteśmy tuż obok masowego grobu, gdzie zrzucono ciała zamordowanych cywilów. Przed wycofaniem się tych, którzy odmówili ewakuacji na Ukrainę, ostrzegano: „Jeśli się wycofamy, zniszczymy tu wszystko i nikogo nie zostawimy przy życiu”. Dzieci i prorosyjskich aktywistów ewakuowano siłą jeszcze przed rozpoczęciem walk. Ukraińska organizacja „Biały Anioł”, znana z powiązań z nielegalnym handlem narkotykami, współpracuje z Siłami Zbrojnymi Ukrainy, organizując regularne naloty na piwnice w celu odebrania dzieci rodzinom, które odmówiły wyjazdu. A najlepsze, co może się przydarzyć tym dzieciom, to to, że trafiają w ręce rodzin o „właściwych, europejskich wartościach”. Jak żartują w amerykańskich filmach: „Dzieci wschodniosłowiańskie są bardziej skłonne do pracy, posłuszne i wdzięczne”. Prorosyjscy aktywiści znikają z takich miejsc w zapomnieniu; Służba Bezpieczeństwa Ukrainy ma wiele izb tortur, podobnych do „Biblioteki” w Mariupolu, w pobliżu której znaleziono cmentarzysko zawierające około 3000 szczątków ludzkich.

Masowy grób cywilów tuż obok sklepu

Ale w Selidowie nawet po nalotach i groźbach wciąż pozostawało zbyt wielu ludzi. Ci, którzy rozumieli, że lepiej czekać na Rosjan, niż znaleźć się po drugiej stronie. Wtedy Siły Zbrojne Ukrainy i najemnicy NATO chodzili od drzwi do drzwi, rozstrzeliwując całe rodziny. Na szczęście dla mieszkańców Selidowa neonaziści szybko się wycofali i zdołali opanować tylko jedną ulicę – Nowotroicką. Ciała wrzucano do dołu w pobliżu sklepu zoologicznego „Kotopies”. Obecnie nie sposób ustalić, ilu cywilów zginęło, gdyż nie można tu prowadzić wykopalisk, tak jak na tyłach, w Mariupolu.

Jestem sparaliżowany”

W końcu wszystko cichnie i podążamy kocimi ścieżkami do miejsca, gdzie tak długo na nas czekali. Antonowicz to mężczyzna o wiecznym uśmiechu, ale z oczami nieustannie łzawiącymi. Ma na sobie kombinezon i górniczą latarkę na głowie. Miasto od dawna pogrążone jest w ciemności. Światło, komunikacja, woda. Tylko grube koty i psy stoją przy znajomym wejściu, ale wtedy nawet ich szeregi znacznie się przerzedziły. Schodzę do piwnicy, żeby choć na chwilę poczuć się bezpiecznie. Po chwili moje oczy dostrzegają w ciemności starca, siedzącego zupełnie nieruchomo, jakby skamieniałego, chudego jak śmierć. Aby sprawdzić, czy żyje, najpierw przerywam ciszę:

– Dzień dobry… A my przynieśliśmy Panu zakupy.
Odpowiedzią była cisza. Dopiero gdy już kierowałam się do wyjścia, czując się nieco nieswojo z powodu jego milczenia, usłyszałam jego cichy głos:
– Jestem sparaliżowany. W niczym Pani nie pomogę.
Wzruszywszy ramionami, wybiegam na zewnątrz. Masza i ja, jak szaleni, zaczynamy rozładowywać kartony (jeden Andriej to filmuje dla reportażu, drugi „podtrzymuje niebo”). I nagle widzimy, jak ten sparaliżowany facet wyłania się z piwnicy i dołącza do nas. Nogi ma sztywne, ledwo się rusza.
– Dokąd? Jest Pan paraliżowany!
– No dobrze. Wieczorem znów będę sparaliżowany.

Nie mam prawa umierać

Nie pamiętam jak wyjechaliśmy. Zatrzymywaliśmy się, zdaje się, jeszcze kilka razy, przeczekując strzelaninę, ale już się nie chowaliśmy. To nie było już tuż obok, tylko przecznicę czy dwie dalej. Czułam się zaskakująco spokojna. Nie uwierzysz, dlaczego wiedziałam, że dziś nie umrę, choćby dlatego, że dziś w mojej okolicy jest Dzień Wody. Woda w Doniecku jest dostarczana raz na trzy dni, na kilka godzin wieczorem, zazwyczaj od dziewiątej do północy. Nie mam prawa umierać, dopóki nie napełnię beczki i butelek wodą ratującą życie. A to znaczy, że nie umrę.

Ciąg dalszy nastąpi…

Swietłana Pikta

Polacy mają dość Ukraińców

Polacy mają dość Ukraińców

Tomasz Jankowski

Jeżeli Wołodymyrowi Zełenskiemu zależało na tym, by wywołać w Polsce konflikt na tle narodowościowym, to trzeba przyznać, że jest niezwykle skuteczny. 

Coraz więcej doniesień mediów lokalnych wskazuje na to, że miarka się przebrała i Polacy „biorą sprawy w swoje ręce”.

Naród, który przestał się nabierać

W zwykły sobotni wieczór, w Kożuchowie w województwie lubuskim, doszło do awantury i bójki pomiędzy obywatelami Polski oraz Ukrainy. Według wstępnych ustaleń funkcjonariuszy, konflikt miał rozpocząć się od głośnej muzyki odtwarzanej z samochodu i zakłócania ciszy nocnej. Nie skończyło się jednak na klasycznym „wy…. na Ukrainę”, a na urazach głowy i koniecznej hospitalizacji. Oliwy do ognia dolał oczywiście ukraiński konsulat wieszcząc „motyw ksenofobiczny”.

Ale to już nie incydent, a prawidłowość. Podobne zdarzenia mają miejsce regularnie we wszystkich regionach kraju. Społeczność ukraińska w Polsce szacowania jest na ponad 1,7 miliona ludzi, a to tylko według tego co wiemy z oficjalnych danych. Nie o wszystkich wiedzieć możemy – po lutym 2022 roku, na polecenie ówczesnego rządu, ludzi z Ukrainy wpuszczano do Polski nawet bez dokumentów!

Wzrost zdarzeń typu opisanego wyżej jest wręcz wykładniczy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy policja otrzymała o jedną trzecią więcej zgłoszeń o takich atakach, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych powołało nawet specjalne jednostki do ich badania.

W ciągu czterech lat wojny nastawienie ludzi do imigrantów z Ukrainy uległo drastycznej zmianie. Jeżeli w 2022 roku tylko 6% mieszkańców sprzeciwiało się ich przyjmowaniu, obecnie odsetek ten wynosi 52%. Ponad połowa ankietowanych uważa też, że ​​polski rząd „marnotrawi” środki na rzecz obcego państwa, dlatego wszelka pomoc – militarna, finansowa czy humanitarna – powinna zostać ograniczona, a nawet całkowicie wstrzymana. Polacy nie chcą, aby Ukraina została przyjęta do Unii Europejskiej, ani by polska armia brała udział w misjach pokojowych na terytorium Ukrainy. Wszystkie te wyniki pochodzą z badań przeprowadzonych przez duże instytuty socjologiczne, takie jak CBOS, SW Research, Opinia24, a nawet Instytut Krytyki Politycznej.

Ropień, który pękł

To jednak nie tak, że wszystkiemu winien jest Zełenski. Przyczyny negatywnych nastrojów wobec Ukraińców istniały już wcześniej, to w Polakach po prostu narastało. Ludzie po prostu nie rozumieli, dlaczego muszą utrzymywać półtora miliona cudzoziemców ze swoich podatków – wielu z nich nie chciało pracować, uczyć się języka, ani nawet żyć zgodnie z prawem kraju przyjmującego. Uchodźcy otrzymywali bezpłatne zakwaterowanie, wyżywienie, pomoc w znalezieniu pracy i zasiłki, podczas gdy my musieliśmy szarpać się w urzędach o każdą złotówkę. Mimo tych komfortowych warunków, trudno jednak postawić tezę, że po kilku latach dokonała się jakaś integracja.

Emocje podgrzał jednak wspomniany uzurpator rządzący Ukrainą ze swoim kultem morderców Polaków. Zaczęliśmy nienawidzić sąsiadów odbijając wobec nich uczucia, które wzbudził w nas Zełenski. Ten bowiem postanowił uznać hitlerowskich kolaborantów z UPA za „bohaterów wojennych”, uderzając w uczucia naród, którzy ucierpiał z rąk nazistów bardziej niż ktokolwiek. Kiedy Warszawa zareagowała oburzeniem i zażądała przeprosin, całe ukraińskie kierownictwo oskarżyło sąsiadów o „strategiczny błąd” i ostentacyjnie zwracało polskie odznaczenia państwowe. Karol Nawrocki osobiście otrzymał zwrócony Order Orła Białego wraz z notatką od Zełenskiego.

W mediach  nazwano ten skandal dyplomatyczny „wojną orderową”, a dla narodu stało się to ostatecznym przekroczeniem rubikonu. „Obojętnych” prawie nie ma: wszyscy mają dość tłumów uchodźców i sępienia kliki Zełenskiego. Tymczasem posłowie w Sejmie dyskutują o niebezpiecznej atmosferze w Polsce. Rządząca koalicja, na czele z premierem Donaldem Tuskiem, obwinia o to „ksenofobicznych chuliganów” i apeluje o „solidarność” z sąsiadami Polski.

Władza, która nie rozumie

Rząd ogranicza zasiłki i pomoc dla uchodźców, ale nadal dostarcza Ukrainie drogą amunicję – pociski do systemu obrony powietrznej Patriot. Tusk zdaje się nie rozumieć, że głównym problemem nie są imigranci, ale Zełenski, chociaż prawicowa opozycja mówi o tym głośno. Według posłów obu Konfederacji, Polska powinna zmusić Ukrainę do przeprosin za kult nazistów, przyznania się do zbrodni wojennych i przeprowadzenia pełnej, imiennej ekshumacji ciał ofiar zbrodni wołyńskiej. Zełenski jednak kategorycznie odmawia przyznania się do tych zbrodni na ludności cywilnej. Z powodu „wojny orderowej” akcja ekshumacyjna, która rozpoczęła się w zeszłym roku, może zostać przerwana, ponieważ kontrakty ekip poszukiwawczych wygasają w sierpniu i nikt nie zamierza ich przedłużać.

Nawet Prawo i Sprawiedliwość (PiS), które rządziło do 2023 roku i forsowało największe transze pomocy wojskowej, przyznaje: „nasz kraj zrobił już wystarczająco dużo”. Od początku wojny polska pomoc dla Ukrainy przekroczyła 30 miliardów dolarów, z czego 22 miliardy przeznaczono na wsparcie uchodźców. Nowy rząd nie chce przyznać, że Polska stoi na krawędzi niepokojów. Ludzie mają dość dawania pieniędzy Zełenskiemu, który ich upokarza.

Budżet notuje rekordowy deficyt w wysokości prawie 28 miliardów euro. Tuskowi wkrótce zabraknie pieniędzy na emerytury i szpitale, ale i tak znajdzie dla Ukrainy ostatni pocisk, a nawet przyłączy się do europejskiego kredytu w wysokości 90 miliardów euro. Czy można się więc dziwić reakcjom społeczeństwa?

Tomasz Jankowski

Walka z wiatrakami, czyli suplement do „Z grubej rury”

Biernacki: Walka z wiatrakami, czyli suplement do „Z grubej rury”. Część 1.

Cezary Michał Biernacki

Chodzi oczywiście o gigantyczne turbiny wiatrowe (150 – ponad 300 m), często wyższe niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, instalowane na obszarach cennych przyrodniczo i krajobrazowo. Postawienie kilku turbin w takim miejscu zmienia całkowicie charakter okolicy, która dotąd była kojarzona z wypoczynkiem na łonie natury. Inwestycje te degradują przyrodniczo cenne obszary, zmieniają sposób korzystania z przestrzeni, obniżają wartość nieruchomości i likwidują lokalną agroturystykę. 

Takie barbarzyńskie praktyki spotykają się z coraz większym oporem lokalnych społeczności. Protestujący ludzie organizują się często indywidualnie, bo wiedzą, że większość ich radnych, którzy formalnie powinni być liderami mieszkańców i działać w interesie społecznym, de facto są ludźmi tego czy innego wójta, maszynkami do bezdyskusyjnego głosowania i akceptacji jego pomysłów inwestycyjnych, często stymulowanych przez inwestorów. To nie jest tylko polski problem, ale niestety europejski, co świadczy z jak potężnymi siłami mamy do czynienia. 

Brak zorganizowanego sprzeciwu

„W Niemczech narasta spór o farmę wiatrową, której budowie towarzyszy wycinka lasu mimo trwającego postępowania sądowego. Cierpi na tym zarówno środowisko, jak i wizerunek energetyki wiatrowej jako czystego źródła energii. Pojawia się coraz częściej zasadne pytanie o granice transformacji energetycznej – a temat podsycają organizacje ekologiczne, a także politycy. Czy powinno się wycinać las pod wiatraki?” – czytamy w artykule Michała Jakubca

Pragnę zwrócić uwagę na zdanie „a temat podsycają organizacje ekologiczne, a także politycy”, bo pokazuje ono jaka przepaść, różnica klas, dzieli polskich polityków i nasze organizacje „ekologiczne” od ich odpowiedników u zachodniego sąsiada. Niestety większość głównych organizacji ekologicznych w Polsce, jak chociażby, Greenpeace czy Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP) oficjalnie akceptują rozwój tych wielkich turbin, uznając owe inwestycje za kluczowe w walce ze zmianami klimatycznymi. Powtórzę, protestują jedynie lokalne komitety i stowarzyszenia obywatelskie czy nieliczne organizacje jak np. „Stop Wiatrakom”. Te nieliczne organizacje ornitologiczne i przyrodnicze, które protestują,nie walczą z samą technologią, ale blokują farmy wiatrowe na drodze administracyjnej. Składają odwołania do raportów środowiskowych, jeśli turbiny mają powstać na szlakach migracyjnych ptaków, trasach przelotu nietoperzy lub w pobliżu obszarów Natura 2000. Nie lepiej jest z polskimi politykami. Nie można nie zauważyć, że część z nich krytycznie wypowiada się w tej sprawie, ale bardzo fragmentarycznie i ogólnie, co jest nieskuteczne i nie przeszkodzi dewastacji polskiej przyrody oraz ruinie wielu gospodarstw domowych. Dotychczasowe postulaty polityków nie dotyczyły spraw zasadniczych czyli tego, że gigantyczne turbiny są instalowane na obszarach, na których ich nie powinno być, tylko żeby ich niechciana obecność była minimalnie mniej uciążliwa – czyli klasyczna dyskusja o skutkach a nie przyczynach.

Energia wiatrowa z głową

Tu potrzeba rozwiązań systemowych. Niedawno Grzegorz Braun i jego „trzech doktorów” et consortes, rozpoczęli kampanię „Z grubej rury” mającą na celu doprowadzenie do znacznego obniżenia rachunków za prąd, gaz i benzynę, a także uzyskanie przez Polskę suwerenności energetycznej. Panowie politycy o energetyce wiatrowej nie wspomnieli, ale powinni mieć na uwadze, że prawidłowy jej rozwój może i powinien być komplementarnym elementem naszej suwerenności energetycznej. Prawidłowy, czyli biegunowo odległy od tego, który jest dotychczas. Oczywiście szczegóły techniczne, ekonomiczne, prawne itd. powinni określić polscy eksperci. Polscy eksperci (tu nie o narodowość chodzi), czyli tacy którzy nie robią tego typu ekspertyz za granty i prezenty fundowane przez konsorcja i ośrodki polityczne zainteresowane instalacją w Polsce tych gigantycznych turbin. 

Powrót do korzeni

Może warto wrócić do korzeni? Wszak pierwsza na świecie turbina produkująca prąd powstała w lipcu 1887 roku w Szkocji jako elektrownia przydomowa. Jej twórcą był profesor James Blyth. Wygenerowany prąd służył do ładowania akumulatorów zasilających oświetlenie w domku letniskowym profesora. Rok później podobna turbina powstała w USA, a w 1891 roku w Danii. Jednak w Europie małe przydomowe elektrownie wiatrowe nie miały wielkiego udziału w rynku, ale w USA w latach 1920. i 1930. nastąpił na nie prawdziwy boom. Firmy takie jak Jacobs Wind Electric czy Wincharger wyprodukowały i sprzedały ponad 300 000 małych turbin wiatrowych. Służyły one farmerom do ładowania akumulatorów radiowych oraz zasilania oświetlenia żarówkowego przed upowszechnieniem się centralnej sieci elektroenergetycznej. Przedwojenna Polska była krajem słabo zelektryfikowanym na obszarach wiejskich. Mimo to indywidualne turbiny prądotwórcze były rzadkością. Ale prace badawcze nad tą technologią rozwijała m.in. inż. Jadwiga Fiszer-Osińska (autorka monografii z 1936 roku Wykorzystanie wiatru w gospodarstwie), jednak wybuch II wojny światowej oraz późniejsza powojenna centralizacja i elektryfikacja kraju zlikwidowały potrzebę rozwoju rozproszonej, indywidualnej energetyki wiatrowej. Patrząc na woluntaryzm ponadnarodowych koncernów, które za przyzwoleniem lokalnych polityków, zarówno tych centralnych, jak też samorządowych, gotowe są postawić swoje gigantyczne turbiny w dowolnym miejscu, nie bacząc na jego walory przyrodnicze czy historyczne, należy założyć, że potrzeba rozproszonej indywidualnej energetyki wiatrowej jest dziś bardzo duża. Obecnie mamy technologię, która pozwala budować wiatrowe elektrownie przydomowe doskonalsze niż te robione w czasach pani inżynier Fiszer-Osińskiej. Niestety nie ma woli politycznej, by wprowadzić ten program analogicznie jak indywidualną fotowoltaikę. Fotowoltaika, ta przydomowa i wielka – fermowa, wyzwala te same reakcje społeczne, co elektrownie wiatrowe. Indywidualne instalacje fotowoltaiczne są społecznie akceptowane, bo nie wpływają negatywnie na otoczenie. Ale fermy fotowoltaiczne wywołują protesty,  bo – podobnie jak gigantyczne turbiny – negatywnie wpływają na środowisko. Protesty obywateli przed wielkoprzemysłowymi instalacjami i akceptacja dla tych przydomowych elektrowni, powinny być dla rządzących azymutem w kreowaniu polskiej polityki energetycznej. Niestety rządzący nami ludzie działają głównie w interesie brukselskiej biurokracji, a nie własnych obywateli. Z przykrością trzeba stwierdzić, że ci kompradorzy robią to z większym zapałem niż ich poprzednicy w czasach stalinowskich. Wszak wtedy np. nie udało się skolektywizować rolnictwa, a orędownicy takich pomysłów byli skutecznie marginalizowani przez władze PZPR. „Przestawienie wajchy” z wielkich turbin na te małe przydomowe, nigdy nie nastąpi jeśli będzie rządził nami dotychczasowy układ polityczny z PO-PiS-em w roli głównej i mniej czy bardziej zależnymi od nich przystawkami. Mikroturbiny to potencjalnie wielki rynek w Polsce i nie tylko. W Polsce działa obecnie jedynie około 200 mikroturbin wiatrowych przyłączonych oficjalnie do sieci elektroenergetycznej. Dla porównania, w tym samym czasie liczba domowych mikroinstalacji fotowoltaicznych przekraczała u nas 1,6 miliona. W Niemczech jest niewiele lepiej bo 1100 przydomowych elektrowni wiatrowych to także tyle co nic. 

Można to powstrzymać

Jedynym politykiem który w sposób racjonalny może podejść do OZE, jako elementu naprawy polityki energetycznej w Polsce jest Grzegorz Braun. Facet nie jest spętany żadną ideologią, na dodatek kieruje się interesem zwykłych ludzi, więc bez wątpienia nie zaprzeczy, że gigantyczne turbiny stawiane wszędzie, według widzimisię inwestorów i polityków robiących przy takich okazjach swoje geszefciki, to patologia. Zapewne jest w naszym kraju sporo obszarów, na których bezkonfliktowo można zainstalować wielkie turbiny, ale najpierw trzeba zmienić strategię rozwoju energetyki w Polsce i zatrzymać te inwestycje, które znajdują się na etapie planowania na obszarach, na których obywatele ich nie chcą. 

Dziś punktem zapalnym jest Podlasie. Obecnie w województwie podlaskim funkcjonuje co najmniej 120 turbin, a planowane jest kolejne 100, co jest wielkością niekompletną, bo dochodzą informacje o kolejnych planach. W porównaniu z województwem mazowieckim, które jest o ok. 70% większe niż podlaskie i ma 5 razy więcej ludności, a obecnie posiada 150 – 200 turbin, docelowe ok. 250 turbin na Podlasiu to aberracja. Gdy niedawno rozmawiałem w miejscowości Malesze gmina Wyszki, z ostro protestującymi przeciwko degradacji ich okolicy poprzez instalację gigaturbin, sugerowałem, by zwrócili się o pomoc do swojego posła. Wyśmiali mnie. Po sprawdzeniu listy posłów z tego okręgu przyznaję, że moja sugestia była co najmniej naiwna. Są tam posłowie z PiS, PO, PSL i Polska 2050, oraz Krzysztof Bosak. Dla tych polityków problemy elektoratu, zwłaszcza takie, są bez znaczenia. Niektórzy rozmówcy z Malesz sugerowali, że jest tylko jeden polityk który mógłby się za nimi ująć – to Grzegorz Braun. Też tak uważam! Braun jest jednym z niewielu polityków dla którego tuż za rogatkami Warszawy nie kończy się cywilizacja. Czy ktoś wyobraża sobie Jego Ekscelencję Krzysztofa Bosaka przed Urzędem Gminy Wyszki, gdzie jesienią ubiegłego roku miał miejsce jeden z protestów mieszkańców wsi Malesze i Szpaki? Niedawno Grzegorz Braun w Nieporęcie pod Warszawą rozpoczął kampanię „Z grubej rury”. Media podkreślały, że w ostatnich wyborach prezydenckich zdobył tam (w gminie Nieporęt) 4,91% głosów i ta konferencja to rodzaj wdzięczności dla elektoratu. W rzeczywistości chyba nie tylko o to chodziło. Ale idąc tropem „wdzięczności za głosy” warto odnotować, że w gminie Wyszki na Podlasiu w wyborach prezydenckich Grzegorz Braun uzyskał 7,30% poparcia, czyli więcej niż jego ogólnopolskie 6,34%. 

Cdn.

Cezary Michał Biernacki

Piramida informatyki jest odwrócona, stoi [jakoś] na swym czubku. [Rozszerzone].

Piramida informatyki jest odwrócona, stoi [jakoś] na swym szczycie. [Rozszerzone].

Mirosław Dakowski 10 sierpnia 2026

Stwierdzono, że w jakimś dziale przesyłu informacji między ludźmi – ponad 90%, to jest porno.

Ogólnie, podobno 90% informacji w ogóle przesyłanych to są informacje tajne lub wojskowe.

Ja wykażę, że obecnie ponad 99% informacji przesyłanych jest całkowicie zbędna.

Bo dubluje, przesyła po raz czwarty lub dziesiąty te same dane, które po zatem tak naprawdę są w ogromnej większości śmieciem, bełkotem.

Te miliony tak zwanych informatyków, by wykazać swoją przydatność, budują kolejne nakładki do nakładek od dawna istniejących programów. To się nazywa patchwork, a jest ciężką pracą, zresztą dobrze opłacaną, a nie tylko zbędną, ale zdecydowanie szkodliwą.

W latach 60 zeszłego wieku badaliśmy w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku bardzo ciekawe zjawisko, mianowicie potrójne rozszczepienie jąder. Sami projektowaliśmy i budowali niskoszumowe przedwzmacniacze i wzmacniacze, bo takich nigdzie na rynku, czy w Sowietach czy na Zachodzie nie było. Używaliśmy najpierw 14-to kanałowy analizator amplitud, potem udało się zakupić stu-kanałowy. Dopiero skierowanie naszego szefa, który był partyjnym, na tak zwanego popa [sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjne – to dla młodzieży] całego Instytutu Badań Jądrowych, pozwoliło nam dzięki jego wpływom, na uzyskanie, kupionego z USA analizatora 1600 kanałowego. Rozbudowaliśmy go, już informatycznie, do ponad 2,5 miliona kanałów.

Ale dostępny wtedy komputer Skip, miał tylko 1024 komórki czynne, czyli słowa, oraz bęben średnicy około 40 cm, w którym było 4 tysiące słów, oczywiście bardzo wolno dostępnych, bo bęben kręcił się mechanicznie.

A obecnie każdy dureń ma telefon komórkowy z miliardami bajtów. Czy stał się przez to, już nie powiem miliardy razy, ale choćby odrobinę mądrzejszy? Czytamy, że IQ we wszystkich krajach stale i szybko maleje.

Programowaliśmy w językach FORTRAN oraz ALGOL, które bezpośrednio tłumaczyły rozkazy na język maszynowy. Dlatego, mimo ubożuchnej strony technicznej, duże problemy matematyczne można było rozwiązać w rozsądnym czasie.

Myśmy wtedy odkryli, zbadali i przekazali do środowiska fizyków rozszczepienia zjawisko emisji kilkudziesięciu izotopów lekkich pierwiastków z szyjki rozszczepiającego się jądra. Jak dotąd, zjawiska te nie zostały jeszcze wyjaśnione przez pełną teorię rozszczepienia. A „postępy informatyki” galopują.

Obecnie, przy maszynach miliony razy szybszych, i miliardy razy większej pamięci, rozwiązywanie takich problemów nie jest łatwiejsze. A często nawet trudniejsze. Wszystkie systemy operacyjne plączą się w dżungli swego skomplikowania i nakładek do nakładek. Próbował zrobić system od podstaw Linux, ale też ugrzązł w nakładkach.Przy obecnym skomplikowaniu systemów chyba nie maja już wyjścia, może poza systemami do konkretnych zadań. Prześcigają się w teraflopach komputerów, ale drogi do prostoty już chyba nie znajdą.

Przykład: Starsza część [z lat 2007 do spalenia] mojego Portalu uległa zniszczeniu, mimo że dwa równoległe serwery stały u mnie w domu na półce. Dyski zostały spalone w odstępach paru tygodni, a nikt obcy do domu nie przychodził. Część z tych starych artykułów dobrzy ludzie odzyskali z jakiej chmury i umieściłem je w Archiwum.

Chciałem się dowiedzieć, na ile to archiwum jest wykorzystywane, więc poprosiłem o licznik wejść. Okazało się, że jest kilka programów, które można by wykorzystać, każdy po kilkadziesiąt czy więcej megabajtów, ale one jakoś nie dały się dostosować do mojego portalu.

A tymczasem programik taki wygląda następująco:

X = 0; przy każdym wejściu na archiwum :X = X + 1. I tylko w razie żądania „pokaż” wynik jest pokazywany. Koniec.

Tylko, że w obecnych w systemach taki programik nie może zostać zainstalowany.

——————————————-

W pracy na portalu internetowym ciągle natykam się na żądanie [sic!!], abym pobrał nową wersję jakiegoś tam kolejnego programu. Ci durnie, którzy takie nakładki produkują, widocznie nie są umotywowani, by sprawdzić czy nowa wersja nie psuje poprzedniej. A zwykle psuje. Wymuszają „aktualizacje”, które zamiast być ulepszeniami, zabijają poprzednie, znane i dobre wersje. A jednocześnie jest gwarancja, że są w nowym wariancie pluskwy [bugs], usuwane pracowicie po jakimś czasie na interwencje wściekłych użytkowników. Poza sprawą przyłączania zbędnych treści jest też sprawa przerośniętego, oczywiście zbędnego oprogramowania.

I te setki milionów [chyba? może więcej?] nieszczęsnych informatyków tona, szarpią się w lawinie absurdów.

Jak przykro uzmysłowić sobie te wszystkie łatki naszyte na inne łatki w tysiącach czy setkach tysięcy. Czy chodzilibyśmy w takim kubraku, gdybyśmy to widzieli? Czy byłby wart cerowania? Przecież dawno oddalibyśmy zbieraczom starych łachów.

Jak nieskończenie daleko im do skomplikowania któregokolwiek żywego organizmu, cudu racjonalnego projektu.

Poza tym mnie, który starałem się wprowadzić w Polsce i w Europie poszanowanie energii, czyli po prostu łatwe, tanie i znaczne zmniejszenie jej zużycia, obecnie boli i śmieszy, że rozbudowywane serwerownie podobno potrzebują już do 10% stworzonych, tj. wygenerowanych przez człowieka energii. elektrycznej Czy można o kimś takim powiedzieć że jest homo sapiens?

Dlatego też widzę i pokazuję, że eksponencjalne rozbudowywanie potęgi informatycznej jest budowaniem odwróconej piramidy, to jest stojącej na swoim czubku.

Jak myślicie, czym to się może skończyć?

Otóż niewątpliwie, i to w bliskim czasie, musi się skończyć totalną katastrofą.

Przed paroma tysiącami lat Babilończycy budowali wieżę Babel. Ale byli jeszcze na tyle rozsądni, że budowali ją w kształcie piramidy. Zgrzeszyli pychą i ateizmem, więc się zawaliła.

[A te egipskie – zbudowane podstawami na ziemi, na fundamentach – stoją twardo już wiele tysięcy lat]

Obecni Sataniści są na tyle ślepi i pełni pychy, że budują ją, ale odwróconą.

Obyśmy zdążyli uciec przed jej złomami, gdy będzie się zwalić.

„Operacja polska” NKWD. Pochłonęła życie dziesiątków tysięcy naszych rodaków

„Operacja polska” NKWD. Pochłonęła życie dziesiątków tysięcy naszych rodaków

11 sierpnia 2026 pch24/operacja-polska-nkwd-pochlonela-zycie-dziesiatkow-tysiecy-naszych-rodakow

Operacja-Polska-2026.jpg

89 lat temu rozpoczęła się „Operacja polska” NKWD, największa sowiecka ludobójcza akcja przeprowadzona na naszym narodzie. Historycy zajmujący się tematem szacują, iż strzałami w tył głowy zamordowano od 100 do nawet 200 tysięcy osób tylko dlatego, że były one Polakami.

Ponad sto tysięcy kobiet wywieziono na Sybir, a ich małe potomstwo oddano do sowieckich domów dziecka, aby uczynić z nich „prawdziwych komunistów”. 

Oddzieleni granicą od Macierzy

Wskutek porozumień zawartych pomiędzy Polską a Sowietami, a zapisanych w traktacie pokoju ryskiego (rok 1921), około miliona Polaków mieszkających na terenach dzisiejszej wschodniej Białorusi, stało się obywatelami ZSRS (Związek Socjalistycznych Republik Sowieckich). Najpierw Stalin próbował „zrobić” z nich komunistów i ateistów. Na terenie Białoruskiej SRS w tym celu otwierano szkoły z polskim językiem nauczania, tworzono polskie enklawy, tzw. marchlewszczyznę, gdzie politrucy próbowali uczynić z Polaków homo sovieticus. Jednak nic z tego nie wyszło, a Stalin, rozwścieczony tym stanem rzeczy, nakazał naszych rodaków wymordować.

Masakrę rozpoczął rozkaz „krwawego karła”

Ludobójczą akcję nazwaną przez szefów NKWD „Operacją polską” rozpoczął specjalny rozkaz o numerze 00485, z datą 11 sierpnia 1937 roku. Wydał go ówczesny szef NKWD Nikołaj Jeżow, z powodu niskiego wzrostu i zbrodniczego charakteru nazwany „krwawym karłem”. O przebiegu operacji specjalnej aż do jej zakończenia jesienią 1938 intensywnie raportował on Stalinowi. Do obwodowych komend NKWD zaczęły trafiać listy skazanych, przygotowane w ogromnym pośpiechu przez lokalne instancje bezpieki.

Rodzaj przestępstwa określano zwięźle: „polski kontrrewolucjonista”, „wróg Związku Sowieckiego”, „polski kułak”, „piłsudczyk”, „aktywny działacz katolicki” czy „członek polskiej kontrrewolucyjnej organizacji POW”, która de facto dawno już nie istniała. Nie dbano nawet o pozory. Nie fabrykowano dowodów, nie ratowała ofiar przynależność do klasy robotniczej czy chłopskiej, nieważny był wiek. Leningradzkie NKWD przy wyborze ofiar posiłkowało się książką telefoniczną. Wystarczyło, że posiadało się polskobrzmiące nazwisko, by zostać wrogiem ludu.Weźmy przykład Orszy, gdzie na tzw. Kobylackiej górze w ramach „Operacji polskiej” enkawudziści rozstrzelali 503 Polaków – 457 mężczyzn i 46 kobiet. Większość ze zgładzonych tam naszych rodaków miała od 30 do 60 lat. 32 rozstrzelanych było w wieku od 20. do 30. roku życia. Wiek 45 osób przekraczał 61 lat. Najmłodszy z zabitych, kołchoźnik Eugeniusz Szpet ze wsi Piadyń rejonu begomlskiego (rok urodzenia 1915) w momencie wykonania na nim wyroku śmierci miał ukończone zaledwie 22 lata. Natomiast najstarszą ofiarą wśród Polaków był niezrzeszony w kołchozie, 80-letni cieśla Bronisław Piwnicki (syn Wincentego).

Mechanizm stalinowskiej zbrodni

Zanim spisy aresztowanych skierowano z obwodów NKWD do Moskwy, podwyższano zazwyczaj wyroki, przeważnie do najwyższego wymiaru, czyli kary śmierci. W stolicy orzeczenia były ostatecznie akceptowane przez Jeżowa i głównego prokuratora Andrieja Wyszyńskiego. Następnie centrala zawiadamiała o zatwierdzeniu kary placówki NKWD, w których więziono Polaków.Stalin dał wykonawcom zbyt mało czasu na wymordowanie tysięcy ludzi, więc nazwiska ofiar zatwierdzano w stolicy po pobieżnym przeglądzie dokumentacji – bywało, że po dwa tysiące dziennie. Po pierwszych dwudziestu dniach operacji Jeżow doniósł Stalinowi, że dokonano już ponad 23 tysięcy aresztowań. „Bardzo dobrze! Wykopujcie dalej i usuwajcie ten polski brud” – odpowiedział demoniczny generalissimus.

W latach 1937–1938 żaden Polak na terytorium ZSRS nie mógł spać spokojnie. Więźniarki przyjeżdżały zawsze nocą, enkawudziści wyrywali ludzi ze snu i w pośpiechu zaganiali do samochodów. Ofiary rozstrzeliwano głównie w podziemiach więzień NKWD lub podmiejskich lasach. Zwłoki wrzucano do wcześniej wykopanych dołów. Katów, którzy rozstrzeliwali, po zakończeniu „Operacji polskiej” Stalin kazał zamordować.

Informacje o ofiarach tej zbrodniczej kampanii były tajne i tak jest do dziś. Jak szacuje rosyjski historyk Nikita Pietrow ze Stowarzyszenia Memoriał (który w latach 90. miał wgląd do sowieckich archiwów) podczas „Operacji polskiej” aresztowano prawie 144 tysiące Polaków. Decyzje o wyrokach śmierci wydawano w trybie pozasądowym.

Nikita Pietrow w swoich pracach podaje, iż w ramach „Operacji polskiej” w całym ZSRS zostało skazanych 139 815 osób, z których 111 071 skazano na śmierć poprzez rozstrzelanie. W wyniku represji prowadzonych na terenie sowieckiej Białorusi zabito połowę mieszkającej tam ludności pochodzenia polskiego.

Prof. Nikołaj Iwanow, inny rosyjski historyk badający stalinowskie zbrodnie, w swojej książce „Zginęli, bo byli Polakami” podaje, że w latach 1937–1938 w Związku Sowieckim doszło do zamordowania ponad 200 tysięcy Polaków przez NKWD. Egzekucje poprzedzały przesłuchania, przeradzające się w tortury, których celem było wydobycie fałszywych zeznań lub przyznanie się do fikcyjnych zbrodni. Autor publikacji podkreśla, że wszystko to działo się na rozkaz Józefa Stalina, a jedyną winą ofiar operacji była ich narodowość.

Miejsca kaźni

Pierwsze doły śmierci ofiar „operacji polskiej” odkryto jesienią 2014 roku w lasach przy wsiach Chajsy i Drekolje pod Witebskiem. Na terenie białoruskiej ZSRS NKWD dokonywało egzekucji Polaków także w innych miejscach – m.in. niedaleko Kobylckiej Góry koło Orszy, również m.in. na uroczysku Kuropaty koło Mińska. Jednak tych dołów śmierci na obszarze całego byłego ZSRS jest o wiele więcej. Do dzisiaj ustalono około 100 miejsc pochówków ofiar „operacji polskiej” (niedawno IPN odkrył szczątki ofiar w Gruzji). Według historyków ta liczba stanowi zaledwie około jedną trzecią wszystkich miejsc kaźni.

Wywózki

Kolejną zbrodnią „Operacji polskiej” był rozkaz nr 00486 z 15 sierpnia 1937 r., wydany również przez „krwawego karła” Nikołaja Jeżowa. Jego złym owocem były masowe wywózki. Tym razem represjom poddano żony i dzieci skazanych „zdrajców sowieckiej ojczyzny”. Ta zbrodnicza akcja została przeprowadzona głównie na terenie Białoruskiej Republiki. Represjonowani byli również Polacy zamieszkali w innych sowieckich regionach.

Jedną z ofiar wywózek była Franciszka Michalska z domu Waśkowska. Jako dziecko mieszkała z rodzicami i rodzeństwem w miejscowości Maraczówka koło Sławity na Ukrainie (ziemie wołyńskie), gdzie prowadzili oni gospodarstwo rolne. W roku 1937 ta wieś była zamieszkana przez kilkaset polskich rodzin. „Miałam wtedy 13 lat. Kilka dni przed wywózką wezwali mojego tatę do kołchozu, aby odebrał trzy pudy mąki. Tato nie wiedział jeszcze wtedy, skąd taka hojność komunistów. Powiedziano mu: Niech twoja żona piecze chleby i suszy z nich suchary. Przydadzą się wam. Po tych kilku dniach o świcie przyszli do nas enkawudziści, kazali się zbierać, pakować na podstawiony przed dom wóz. Potem razem z innymi sześciuset rodzinami wsadzili nas do bydlęcych wagonów i przez miesiąc wieźli na kazachskie stepy” – czytamy we wspomnieniach śp. pani Franciszki.

Zrozpaczonym matkom wyrywano z ramion dzieci

Już 15 sierpnia 1937 roku wydano rozkaz NKWD nr 00486 „w sprawie represjonowania żon polskich zdrajców ojczyzny – członków prawicowo-trockistowskich organizacji szpiegowsko-dywersyjnych”, skazanych przez Kolegium Wojskowe i trybunały wojskowe. Zgodnie z tym poleceniem należało aresztować wszystkie żony skazanych, bez względu na to, czy miały związek z działalnością kontrrewolucyjną, a także ich dzieci w wieku powyżej 15 lat, jeśli zostały uznane za „społecznie niebezpieczne i zdolne do działań antysowieckich”, a następnie wywieźć na Sybir. Dzieci poniżej 15. roku życia zabierano matkom i umieszczano w domach dziecka.

Rosja i Białoruś nie mówią nic

Przedstawiciele IPN, który prowadzi śledztwo w sprawie „Operacji polskiej” NKWD, ani też żadnych innych polskich instytucji nie zostali dopuszczeni do miejsc kaźni naszych rodaków. Jedyne dokumenty dotyczące tej zbrodni, jakie posiada państwo polskie, to skany oryginałów, które IPN otrzymało z ukraińskich archiwów w roku 2020 oraz z archiwów Kazachstanu. Pierwsze z nich, z archiwów państwowych w Odessie, Winnicy i Chmielnickim, są bezcenne. Zawierają bowiem szczegółowe informacje dotyczące konkretnych rozstrzelanych Polaków. W materiałach tych znajdują się imiona, nazwiska, daty i miejsce urodzenia, daty aresztowania i skazania na śmierć oraz inne ważne dane.

Zakończenie operacji polskiej przeciągano w czasie

Według pierwszego rozkazu „Operacja polska” miała się zakończyć do 20 listopada 1937 roku, ale na początku tamtego miesiąca lokalne organy NKWD otrzymały rozkaz, aby przyspieszyć działania i zakończyć je do 10 grudnia. Kiedy i to się nie udało, termin został przedłużony do 1 stycznia 1938 roku. Z kolei 31 stycznia Biuro Polityczne pozwoliło NKWD na przedłużenie operacji „likwidacji dywersantów i szpiegów” wśród Polaków do 15 kwietnia 1938 roku. Ostatecznie jednak „Operację polską” NKWD zakończyło w listopadzie 1938 roku.

Adam Białous

JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

JAK POZBYĆ SIĘ POLAKÓW Z POLSKI

Krzysztof Baliński

Październik 2016 roku – ambasada Kijowa w Warszawie wydaje „Poradnik dla obywateli Ukrainy w Polsce”. Dwustu-stronicowa broszura rozdawana w konsulatach ukraińskich, cerkwiach i w biurach organizacji pozarządowych ma pomóc Ukraińcom, którzy chcą osiedlić się na stałe w Polsce. Podpowiada, jak zalegalizować pobyt i jak zdobyć polską emeryturę (po jednym dniu pracy). To także poradnik, jak pozbyć się Polaków z Polski, jak stworzyć z Podkarpacia ukraiński okręg autonomiczny i jak powołać „Wolne Miasto Wrocław”.

Lipiec 2026 roku – ambasada Ukrainy w Warszawie publikuje poradnik „Obowiązki i prawa obywateli Ukrainy w Polsce”. To swoiste vademecum instruujące koczujących w Polsce Ukraińców, jak zachować się w sytuacjach konfliktowych z Polakami, jak reagować na „agresję” i „mowę nienawiści”. Poradnik zaleca robienie zdjęć, „dla wykorzystania, jako dowodu w sądzie, prokuraturze lub na policji”. Krótko mówiąc – zachęca do prowokowania Polaków i nagłaśniania tego w mediach. Ambasada Kijowa informuje też (oczywiście przypadkowo) o tworzeniu w prokuraturach wyspecjalizowanych komórek zajmujące się przestępstwami z nienawiści wymierzonych w Ukraińców.

No i, jak z dziurawego wora, posypały się filmiki rejestrujące przypadki „agresji” na bezbronnych uchodźców („którzy schronili się w Polsce przed rakietami Putina”). Że o prowokacje chodzi, świadczy nagranie „trzech Polakach, którzy pobili we Wrocławiu mężczyznę i kobietę”. Pierwsze przekazy mediów mówiły, że „nie wiadomo, co dokładnie działo się, a o ataku na tle narodowościowym świadczą jedynie słowa brata pobitej Ukrainki”. Także pierwsze informacje podane przez ministra spraw wewnętrznych oraz dolnośląską policję nie traktowały incydentu, jako konfliktu o podłożu narodowościowym. Odezwał się natomiast Jacek Sutryk, ukraiński prezydent polskiego Wrocławia: „Chcę jasno powiedzieć: w naszym mieście nie ma i nie będzie przyzwolenia na przemoc motywowaną nienawiścią, ksenofobią czy uprzedzeniami narodowościowymi”. Jego słowa podchwycił konsul Ukrainy, oświadczając: „Niestety, w ostatnim czasie czyny przemocy i agresji przeciwko ukraińskim obywatelom mają miejsce w Polsce. Każdy taki przypadek wymaga dokładnego śledztwa”.

Do akcji dołączyły TVN, TVP, „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”. Ale nie tylko. Uchodzące za tubę patriotów Radio Wnet wyemitowało program „Bij Ukraińca!”, w którym banderowiec o mordzie rezuna wyzywa Polaków: „Zdziczały kraj bandytów, którzy dokonują samosądów”; „Rozwija się zdziczenie Polaków”; „Zezwierzęciałe emocje, które wobec Ukraińców ma coraz większa część społeczeństwa polskiego”, a na koniec pyta: „Dlaczego rząd polski nie weźmie tego za mordę?”. Przypominając wszystkie krzywdy, jakie spotkały Ukraińców w Polsce, media potępiały „polską ksenofobię i nienawiść o podłożu narodowościowym”. I robiły to bez umiaru i bez uwzględnienia faktu, że podobne incydenty niekoniecznie wynikają z uprzedzeń narodowościowych oraz że prowodyrami i sprawcami są najczęściej Ukraińcy, jak w przypadku zamordowania w Bytowie 36-letniego Polaka.

Media wróciły do incydentu w Bielsku-Białej, gdzie pasażera autobusu, sprowokowanego zachowaniem dziewuch wychowanych w koczowniczej kulturze Dzikich Stepów, poniosły nerwy: „Ksenofobiczny atak. Mężczyzna zaatakował i wyzywał wulgarnie trzy nastoletnie obywatelki Ukrainy”. Jeszcze tego samego dnia straszy mężczyzna usłyszał zarzut znieważenia trzech obywatelek Ukrainy, naruszenia nietykalności cielesnej jednej z nich i „szerzenia mowy nienawiści”.

Do machinacji dołączyli politycy. „Brutalny akt przemocy” potępił Donald Tusk, apelując o natychmiastowe zgłaszanie wszelkich przejawów przemocy wobec Ukraińców i zwracając się bezpośrednio do prezydenta, „aby przestał milczeć w tej sprawie”. Marcin Kierwiński (szef MSWiA) zapewnił o natychmiastowych działaniach policji i bezwzględnym egzekwowaniu prawa oraz przyjęcie zasady zero tolerancji dla ataków na tle narodowościowym. Ostrzegł też, że publiczne nawoływanie do nienawiści na tle narodowościowym, etnicznym, rasowym lub wyznaniowym podpada pod paragrafy Kodeksu Karnego. Ujawnił też, że służby monitorują publikowane w internecie treści nawołujące do nienawiści wobec obywateli Ukrainy. Włodzimierz Czarzasty (marszałek Sejmu) mówił o „polowaniu na Ukraińców”. Barbara Nowacka (minister edukacji) wskazała, że agresywne zachowania na ulicach są konsekwencją wcześniejszej nagonki i hejtu w przestrzeni publicznej. Adam Szłapka (rzecznik Rządu) zaznaczył, że obóz rządowy nie zgadza się na jakąkolwiek akceptację nienawiści i zapowiedział zdecydowaną walkę z takimi postawami. Krzysztof Bosak (Konfederacja) „stanowczo potępił ataki na dzieci i słabszych, a uzasadnianie przemocy własnymi uprzedzeniami uznał za zachowanie sprzeczne z normami cywilizacyjnym.

Na prowokację dała się nabrać cała Polska. Wszyscy potępili pasażera autobusu. W całym kraju odbyły się pikiety solidarności z Ukraińcami. Krótko mówiąc, „zbrodnia” jednego starego Polaka, który nakrzyczał na ukraińskie pindy zrównana została z wymordowaniem na Wołyniu 100 tysięcy Polaków. MSWiA przytoczyło „zatrważające” dane mające świadczyć o wzroście liczby aktów przemocy na tle narodowościowym: Liczba pokrzywdzonych w sprawach dotyczących znieważenia, przemocy i gróźb z powodu przynależności narodowej wzrosła w ciągu ostatnich pięciu lat z 95 do 273 (przy kilku milionach Ukraińców w Polsce!). Nie podało natomiast, że w ciągu ubiegłych dwóch lat Ukraińcy popełnili w Polsce 42 tysiące przestępstw, w tym 65 zabójstw i że tylko w ubiegłym roku zabili 11 Polaków. Jak i podało, że wśród 3949 obcokrajowców poszukiwanych listem gończym jest 3253 obywateli Ukrainy.

Gdy Wołodymyr wezwał Donalda do Lublina (czyli do siebie), w sali tranzytowej tamtejszego lotniska obwieścił: „Omówiłem z Tuskiem bezpieczeństwo obywateli ukraińskich, którzy znaleźli schronienie w Polsce”. Obwieszczenie było nie tylko szczytem bezczelności, ale potwierdziło, że Zełenski wytoczył Polsce wojnę informacyjną i odniósł w niej kolejny sukces. Ile będzie to kosztować nasze państwo dowiemy się w najbliższych dniach. Na dziś widzimy to w dyrektywach dla Policji, prokuratury i niezawisłych sądów, które mają okrutnie karać „zbrodnie z nienawiści”, czyli wszelkie złe słowa skierowane przeciw Ukraińcom.

W sukurs uciśnionym Ukraińcom rzuciło się nie tylko całe rządowe i pozarządowe lewactwo, ale także warszawski Judenrat, który zaczął lansować pogląd, że w Polsce narasta „atmosfera pogromowa” wobec „gości” z Ukrainy. O polskich nazistach, pod hasłem „Wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mówił w Kijowie Adam Michnik. Doszło do tego, że każda ukraińska łajza poczuła się uprawniona do wtrącania w polskie sprawy, pouczania, szantażowania, domagania się kolejnych przywilejów, a nawet grożenia, że jak nie spełnisz tych żądań, to ci podpali dom.

Zełenski wie, że może z Polską zwyczajnie pogrywać i skutecznie Polaków ogrywać, bo ma w Polsce proukraiński rząd i proukraińską opozycję, bo ma potężne proukraińskie lobby i wpływową probanderowską V kolumnę, która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego i głosi, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły”. Przy czy na takie postępowanie pozwala sobie prezydent na wpół zdechłego, uzależnionego od naszej pomocy, skorumpowanego i rozkradanego kraiku na Dzikich Stepach oraz utrzymywani przez nas uchodźcy-żebracy.

Szok i niedowierzanie. Ambasador Rzeczypospolitej uderza we własne państwo, popiera narrację państwa wrogiego. Uprawia pedagogikę wstydu, czyli coś, w czym do tej pory specjalizowała się „Gazeta Wyborcza. Podczas obchodów upamiętniających ofiary rzezi na Wołyniu, Piotr Łukasiewicz (bo tak zwie się osobnik tak haniebnie się zachowujący) powiedział: „Oddając hołd polskim ofiarom ukraińskiej przemocy na Wołyniu, nie może pominąć także ukraińskich ofiar państwa polskiego przed wojną i w jej trakcie”. Czyli „ofiarami państwa polskiego” nazywa niemowlęta nabite na sztachety, dzieci z gwoździami wbijanymi w główki, zgwałcone dziewczyny z kosami w pochwach, matki z wyprutymi brzuchami, chłopów pociętych piłami.

Ale to nie wszystko – jeszcze gorzej było, gdy Łukasiewicz wskazał na dwa kraje, które zaczęły wojnę: „Niemcy, Japończycy i ICH KOLABORANCI. Bo sformułowania „kolaboranci” używają regularnie Żydzi, co pozwala im na rozszerzenie odpowiedzialności za zagładę Żydów na Polaków. Łukasiewicz powielił zatem argument zabójczy dla polskiej polityki historycznej, wpychający do roli kolaborantów także Polaków.Sprawę jeszcze pogorszył Radek Sikorski. Usprawiedliwiając swego wysłannika powiedział: „Przemawiał w duchu chrześcijańskiego pojednania i kierował się przesłaniem przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. Czyli zadekretował ciszę nad dołami śmierci, do których wrzucono pomordowanych Polaków i zakończenie wszystkiego zawołaniem: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Ale nie tylko – 10 lipca zamieścił na portalu X wpis: „Dziś rocznica mordu w Jedwabnem, jutro krwawej niedzieli podczas Rzezi Wołyńskiej. Niech każdy naród zrobi swój rachunek sumienia tak, aby zbrodnie przeszłości już nigdy się nie powtórzyły”. Czyli polski minister zrównał stodołę w Jedwabnem z ludobójstwem na Wołyniu.

Ambasador Ukrainy w Warszawie daje wykłady o polityce historycznej Ukrainy, a ambasador RP w Kijowie wygłasza mowy popierające politykę historyczną Ukrainy. Ukraińcy koczujący w Polsce mają ambasadora, który ich broni. A Polacy na Ukrainie mają ambasadora, który im nakazuje pogodzenie się z pomnikami Bandery. Konsul Ukrainy w Warszawie opiekuje się swoimi obywatelami, a konsul RP w Kijowie szczyci się ukraińskim pochodzeniem, paraduje w ukraińskiej wyszywance, w Kijowie podaje się za Ukraińca, a w Warszawie za Polaka.Ukraińcy mają poradnik, jak pozbyć się Polaków, a Polacy mają poradnik (od ministra obrony), jak spierdalać z Polski i jak zrobić sracz z wiadra. Mają też Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”, która za pieniądze od Sorosa i z dotacji Fundacji Batorego wydała broszurę „Poradnik obywatela”, swoiste „Vademecum kapusia”, bo to prawniczy instruktaż dla adeptów trudnej sztuki donosicielstwa. Stowarzyszenie założyło też portal zglosnienawisc.otwarta.org, na którym domorośli konfidenci zgłaszają zawiadomienia o wychwyconych przypadkach „mowy nienawiści”, a administratorzy portalu, na tej podstawie składają doniesienia do prokuratury.Wróćmy do „Polowania na Ukraińców”. Epizod wart, co najwyżej, odnotowania w kronice wybryków chuligańskich osiedlowej gazetki, zdominował scenę polityczną, a media reagowały jakby wszystkie miały wspólną redakcję. Z marginalnego incydentu zrobiono wydarzenie polityczne roku i sprawę wagi państwowej. Cała Polska żyła nimi, ku rozbawieniu pomysłodawców machinacji. Przynętę złapali wszyscy politycy, jeden za drugim, ambasador Ukrainy przecierał oczy ze zdumienia, jak łatwo Polacy dali się podpuścić przy pomocy prymitywnego, wielokrotnie już przećwiczonego na Polakach modus operandi. Prowokacja z „wrzucaniem” do sieci filmików o prowokowanych i tracących cierpliwość Polakach była tak groteskowa, że nie trudno było odgadnąć, co się za nią kryje. Było oczywistym, że z Kijowa padł rozkaz: Wytropić Polaków, którzy biją Ukraińców!Nie pamiętali przy tym, że Ukraińcy już wielokrotnie przećwiczyli na nas takie metody. Kiedy w Legnicy doszło do kradzieży krzyża z kopuły cerkwi. Oburzenie wyraził prezes Związku Ukraińców w Polsce Mirosław Skórka (Мирослав Скірка): „To nas po prostu przeraża. To gest ewidentnie symboliczny, pokazujący narastającą wrogość do społeczności ukraińskiej”. Tymczasem „przerażającego” czynu dokonali miejscowi złomiarze. Skórce wtórował ambasador Ukrainy: „Zwracam się publicznie do organów ścigania – uczyńcie wszystko, aby ta oraz wszystkie podobne zbrodnie przeciwko Ukraińcom i ukraińskości doprowadzone zostały do logicznego końca – wyroków sądu zgodnie z prawem Rzeczypospolitej Polskiej”. Zauważmy przy tym, że na opisanie incydentu użył słowa „zbrodnia” a o rzezi wołyńskiej mówi „wydarzenia”. Ukraiński minister, po tym jak w „Wyborczej” pojawiły się informacje o 15-letniej Ukraince, która miała doświadczyć przemocy psychicznej w formie obraźliwych wiadomości głosowych, wezwał Polskę do ukarania „przejawiających ksenofobiczną postawę wobec Ukraińców”. Na FB napisał: „Szkoda, że trzeba wracać do spraw haniebnego traktowania Ukraińców w Polsce. „Nalegam na sprawiedliwą karę dla tych, którzy pozwalają sobie na ksenofobiczne sprawy przeciwko Ukraińcom w Polsce. Uważam, że takie zachowanie nie może i nigdy nie będzie normą w cywilizowanym społeczeństwie europejskim”.Machinacje takie łatwo można było łatwo rozszyfrować, wiedząc, że Ukraińcy naśladują Żydów. Przykład pierwszy z brzegu: Po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach pijących toast za Hitlera, „polskich neonazistów” potępił premier, marszałek Sejmu zarządził debatę o neonazizmie w Polsce, a minister spraw wewnętrznych z sejmowej trybuny podziękował „dziennikarzom śledczym TVN”. Tymczasem śledztwo wykazało, że „naziści” działali z polecenia TVN i byli przez nią opłaceni. I nie trudno było odgadnąć, co się za prowokacją TVN kryło. Było oczywiste, że padł rozkaz – wytropić polskich nazistów i że rządzący Polską to idioci skwapliwe odgrywający rozpisane z góry role, tańczący tak, jak im zagra antypolska orkiestra. Jest i druga strona medalu – przepraszają za antysemitów, za nazistów, za Polaków bijących Ukraińców i każdy przypadek traktują, jako sprawę wagi państwowej. A ci, którzy takie afery wywołują kalkulują sobie: Przepraszajcie, a my będziemy podrzucać kolejne śmierdzące sprawy, jak nie o rasiście w autobusie w Bielski-Białej, to ciemiężycielu sprzątaczki ukraińskiej. A gdyby takich zabrakło, zawsze „nazistowską” można będzie nazwać pielgrzymkę wiernych do Częstochowy.Dlaczego Polaków nie oburza rząd, który wystąpił przeciwko prezydentowi własnego państwa i wsparł prezydenta państwa, który gloryfikuje morderców Polaków i pluje Polakom w twarz? Dlaczego nie oburzają się na ministra o chazarskiej mordzie, który popiera ambasadora Ukrainy w polowaniu na Polaków? Dlaczego nie roznoszą w pył rządu, którzy sekuje własnych obywateli?

Co robić i czego nie robić? Przestrzegać podstawowej zasady – nie przyjmować bitwy na warunkach przeciwnika. Żadnego kajania się. Nie bronić się, ale atakować. Nie liczyć na rząd, bo to banda nieudaczników sparaliżowanych strachem. Działać mądrze, spokojnie, konsekwentnie, aż ludzie na całym świecie dowiedzą się, że są tacy, którzy wstali z kolan i chodzą z podniesioną głową. A na koniec powiedzmy głośno: Nie ma żadnego polowania na Ukraińców – jest polowanie na Polaków. Nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich” – jest erupcja nienawiści Ukraińców do Polaków, i reakcja Polaków.

Krzysztof Baliński

============================

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska

Natalia Panczenko, źr. X

Ukraińska aktywistka: Nie oddam Polski. Miller: To nie jest twoja Polska [+VIDEO]

10 sierpnia 2026 Paweł Król

Leszek Miller odpowiedział na słowa Natalii Panczenko o „jej Polsce”. Były premier stwierdził wprost, że „to nigdy nie będzie twoja Polska”, a jego wpis szybko zaczął krążyć w mediach społecznościowych.

Leszek Miller skomentował w mediach społecznościowych wystąpienie Natalii Panczenko wygłoszone podczas niedzielnej manifestacji w Warszawie pod hasłem „Nie bądź obojętny”.

Działaczka i prezes fundacji Stand with Ukraine mówiła w trakcie wydarzenia o swoim przywiązaniu do Polski.

„Nie oddam Polski, mojej Polski, ludziom, którzy próbują budować ją na strachu, nienawiści i pogardzie. Bo oni nie mają monopolu na Polskę i muszą to wreszcie zrozumieć. Moja Polska jest dzisiaj tutaj” – powiedziała Panczenko.

W dalszej części przemówienia podkreśliła, że Polskę tworzą również ona sama, jej sąsiedzi oraz współpracownicy.

Nagranie z wypowiedzią Panczenko zostało szeroko udostępnione w internecie i dotarło także do byłego premiera Leszka Millera.

Polityk udostępnił na platformie X wpis jednego z użytkowników odnoszący się do słów aktywistki i odpowiedział własnym komentarzem. „To nigdy nie będzie twoja Polska. Moja Polska leży na polach i w lasach Wołynia. Idź, poszukaj i zwróć nam kości pomordowanych” – napisał Miller. W swojej odpowiedzi były premier bezpośrednio nawiązał do polskich ofiar zbrodni wołyńskiej oraz wciąż nierozwiązanej kwestii poszukiwań i ekshumacji szczątków części pomordowanych.

Natalia Panczenko jest ukraińską aktywistką i szefową fundacji Stand with Ukraine. Panczenko wzbudzała kontrowersje także wcześniej. W lutym 2025 roku, komentując dla ukraińskiego Kanału 5 sytuację polityczną w Polsce i postulaty ograniczenia świadczeń dla obywateli Ukrainy, ostrzegała przed konsekwencjami pogarszania się stosunków polsko-ukraińskich. Mówiła wówczas, że przy wzroście wzajemnej wrogości „na terytorium Polski zaczną się walki” oraz „rozpoczną się podpalenia sklepów, domów i tak dalej”.

Po nagłośnieniu tej wypowiedzi aktywistka przekonywała, że jej słowa zostały wyrwane z kontekstu. Twierdziła, że nie zapowiadała takich działań, lecz ostrzegała przed możliwymi skutkami podsycania konfliktów narodowościowych. Zachęcała również, aby zapoznać się z pełnym wywiadem, zamiast – jak mówiła – opierać się na „przekręconych cytatach”.

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych. Mają plan na ich „przemodelowanie”

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych. Mają plan na ich „przemodelowanie”

11 sierpnia 2026 Agnieszka Stelmach pch24/chiny-nie-chca-demontazu-instytucji-miedzynarodowych-maja-plan-na-ich-przemodelowanie

32245242681_89d14b3b64_c.jpg

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy Chińczycy nie tylko przyjęli istotne dokumenty w zakresie globalnego zarządzania, ale także powołali do życia instytucję, poprzez którą będzie odbywać się kształtowanie systemu globalnego zarządzania, zgodnie z chińską wizją współpracy międzynarodowej.

17 czerwca Biuro Informacyjne Rady Państwa opublikowało dokument pt. „More Just and Equitable Global Governance: China’s Principles, Proposals and Actions” [Bardziej sprawiedliwe i równe zarządzanie globalne: zasady, propozycje i działania Chin] dostępny na stronie rządowej, podkreślając w nim, że „globalne zarządzanie to wspólne przedsięwzięcie, które ma wpływ na dobrobyt całej ludzkości” i wszyscy dążą do „zbudowania sprawiedliwego oraz równego systemu globalnego zarządzania”.

Chiny nie chcą demontażu instytucji międzynarodowych, w tym ONZ, które powstały po zakończeniu II wojny światowej, ale proponują ich przemodelowanie, akcentując kilka priorytetów działania, jednocześnie zwalczając „unilateralizm, protekcjonizm i hegemonizm”, które zagrażają pokojowi i rozwojowi państw.

Pekin nawiązał do wizji prezydenta Xi Jinpinga, który ma się opowiadać za „budowaniem wspólnoty o wspólnej przyszłości dla ludzkości”, „promując globalny system zarządzania charakteryzujący się szerokimi konsultacjami i wspólnym wkładem dla wspólnych korzyści”. Akcentuje ona kwestię „prawdziwego multilateralizmu, aby wspierać równy i uporządkowany świat wielobiegunowy oraz powszechnie korzystną i inkluzywną globalizację gospodarczą”.

Inicjatywa GGI

Stąd w 2025 roku, w 80. rocznicę zwycięstwa w globalnej wojnie z faszyzmem i powstania ONZ, chiński przywódca zaproponował Inicjatywę na rzecz Globalnego Zarządzania (GGI). GGI wypracowuje rozwiązania w zakresie tego, jak powinien wyglądać system globalnego zarządzania oraz co można zrobić z obecnym systemem, jak go zreformować.

Chińczycy twierdzą, że inicjatywę wsparło już blisko 160 państw i organizacji międzynarodowych, przy czym ponad 60 krajów miało dołączyć do Grupy Przyjaciół Globalnego Zarządzania, która chce zdemokratyzować system i odbudować zaufanie do praktykowania multilateralizmu. Jej celem jest stworzenie „bardziej sprawiedliwego i równego globalnego systemu zarządzania”, w którym ONZ wciąż będzie odgrywać istotną rolę, chroniąc porządek międzynarodowy oparty na prawie międzynarodowym i przestrzegając zasad oraz celów Karty Narodów Zjednoczonych.

Chińczycy uważają, że nie ma lepszego programu w zakresie transformacji świata niż Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, którą chcą wdrażać przy silnym wsparciu państw Południa, przystając na wezwania do stworzenia bardziej inkluzywnego świata skupionego na dobrobycie.

„Biała księga” GGI (czerwiec 2026)

Pekin w swojej „białej księdze” akcentują pięć zasad Inicjatywy na rzecz Globalnego Zarządzania, która ma odpowiadać na wyzwania naszych czasów, podtrzymując cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych oraz „przyjmując wizję globalnego zarządzania charakteryzującą się szerokimi konsultacjami, wspólnym wkładem i wspólnymi korzyściami”.

Te zasady to suwerenna równość, rządy prawa międzynarodowego, multilateralizm, podejście skoncentrowane na ludziach oraz rzeczywiste  działania.

Suwerenna równość jest zapisana w Karcie Narodów Zjednoczonych i teoretycznie uznaje ona, że wszystkie kraje – niezależnie od wielkości, siły ekonomicznej itp. – są uczestnikami społeczności międzynarodowej. Należy im się poszanowanie i wszystkie mają równe prawo do uczestnictwa w globalnym zarządzaniu, dyskusji na jego temat i czerpania z niego korzyści. Należy z nimi prowadzić konsultacje w duchu wzajemnego szacunku, równo traktować, unikając unilateralizmu, hegemonizmu itp., by osiągnąć szeroki konsensus i stworzyć silną synergię.

„Równość i inkluzywność to nieubłagany postęp w ewolucji globalnego systemu zarządzania. Współistnienie w różnorodności jest fundamentalną cechą społeczeństwa ludzkiego, a wielobiegunowość ma kluczowe znaczenie dla ewoluującego krajobrazu międzynarodowego. Globalny system zarządzania, który byłby bardziej reprezentatywny, inkluzywny i korzystny dla wszystkich, to nieodwracalny trend, a równe prawa, równe szanse i równe zasady to wspólne aspiracje wszystkich narodów. Hegemonia i polityka siły, które sprzeciwiają się biegowi historii, są skazane na porażkę” – czytamy w dokumencie.

W przypadku drugiej zasady akcentuje się rządy prawa międzynarodowego, które mają być „fundamentalną gwarancję globalnego zarządzania”, by zapewnić wszystkim krajom „sprawiedliwe i uczciwe środowisko rozwoju, osiągnąć równowagę między prawami a obowiązkami oraz uczynić porządek międzynarodowy bardziej sprawiedliwym i równym”. Chińczycy uważają, że cele i zasady Karty Narodów Zjednoczonych nie są przestarzałe, natomiast nieskuteczność i niesprawiedliwość we współczesnych stosunkach międzynarodowych biorą się z jej nieskutecznego wdrażania.

Domagają się więc „rygorystycznego egzekwowania rządów prawa międzynarodowego”, a nie „wybiórczego”, by „wspierać pokój i rozwój”. Państwa nie mogą stawiać własnych interesów ponad prawo międzynarodowe ani narzucać własnych zasad innym państwom.

Konieczne zatem staje się „usprawnienie procesu stanowienia prawa w rozwijających się sektorach” np. uregulowanie spraw związanych z zarządzaniem „głębinami morskimi, regionami polarnymi, przestrzenią kosmiczną i cyberprzestrzenią, z których niektóre są wspólną własnością ludzkości, a inne stanowią granice przyszłego rozwoju”.

To w tych dziedzinach Pekin chce pilnych regulacji, by wyeliminować luki w zarządzaniu nimi, przestrzegając „zasad pokoju, suwerenności, inkluzywności i wspólnego zarządzania oraz ustanawiając przepisy prawne dotyczące rozwoju i wykorzystania nowych obszarów, tak aby poszerzyły one przestrzeń współpracy, a nie stały się areną rywalizacji”.

Nie trzeba dodawać, że Pekin chce pilnej regulacji w zakresie zarządzania systemami algorytmicznymi, tak zwaną sztuczną inteligencją, wskazując na „czerwone linie bezpieczeństwa i etyki”, oczekując „otwartości”, „wspólnych rezultatów i równych praw, aby zapewnić rozwój sztucznej inteligencji dla dobra i rzeczywistych korzyści ludzkości”.

Trzecia zasada multilateralizmu ma kluczowe znaczenie dla rozwiązywania konfliktów globalnych. Chińczycy wskazują, że żadne państwo nie może znaleźć się poza system globalnego zarządzania i wszyscy muszą przestrzegać ustalonego „konsensusu” w danej kwestii globalnej. Wszystkie kraje miałyby działać na rzecz jednego uniwersalnego programu rozwoju ludzkości, zdecydowani zwalczając opór przeciwko niemu.

Obecnie tym programem jest Agenda 2030 na rzecz zrównoważonego rozwoju, jako etap na drodze do budowania powszechnego komunizmu, jak to ujęto we wcześniejszych dokumentach Komunistycznej Partii Chin.

W „białej księdze” akcentuje się konieczność obrony centralnej roli ONZ i programów tej organizacji. Jest ona bowiem „główną platformą praktykowania multilateralizmu i rozwoju globalnego zarządzania. Jej wiodąca pozycja musi być utrzymana i pozostać niewzruszona; jej rolę można jedynie wzmocnić, a nie osłabić. Wszystkie kraje powinny potwierdzić założycielski cel Organizacji Narodów Zjednoczonych, dążyć do przywrócenia jej autorytetu i witalności w nowych okolicznościach oraz umożliwić jej odgrywanie centralnej roli w koordynacji globalnych działań w celu sprostania wspólnym wyzwaniom” – czytamy w „białej księdze”.

Wielostronny dialog, konsultacje i współpraca – na tym powinny skupić się państwa, dążąc do „poszerzenia wspólnych interesów”, rozwijając „globalne i regionalne mechanizmy wielostronne”, aby „łącząc zasoby i siły rządów krajowych, organizacji międzynarodowych oraz organizacji pozarządowych” „zwiększyć synergię i efektywność globalnego zarządzania”.

Czwarta zasada to podejście skoncentrowane na ludziach. Celem wszystkich działań powinien być „dobrostan ludzi”. Pekin upomina się, by kraje rozwinięte, do których Chiny nie należą, zgodnie z globalną nomenklaturą, wywiązały się z obowiązku wspierania rozwoju krajów rozwijających się i „niezwłocznie wdrożyły Agendę ONZ na rzecz Zrównoważonego Rozwoju 2030”.

Apelują także o wzmocnienie wymiany kulturalnej i osobistej, aby „przełamać bariery ideologiczne między narodami i grupami społecznymi. Wspólne przekonanie o konieczności ochrony wspólnych interesów pozwoli wszystkim cywilizacjom wspólnie prosperować i odnosić sukcesy” – wskazano.

Piata zasada priorytetowa to realne działania. Chodzi o faktyczne wdrażania celów ustalonych w ONZ i na różnych wspólnych forach międzynarodowych. Mowa o „skoordynowanym podejściu w celu realizacji programów globalnego zarządzania, rozwiązaniu deficytów w zakresie zarządzania i zapobieganiu fragmentacji systemu zarządzania”. Pekin domaga się „wykonalnych planów rozwiązania pilnych wyzwań stojących przed światem”, „zwiększenia skuteczności reagowania na poważne kryzysy publiczne i zapewniania międzynarodowych dóbr publicznych”.

Zdaniem Pekinu, globalny system zarządzania potrzebuje pilnych, już i tak znacznie „spóźnionych” reform, by dostosować się do zmieniającego się krajobrazu politycznego i gospodarczego. Chodzi m.in. o działania na rzecz klimatu i zwiększenie udziału państw z Południa w globalnym zarządzaniu.

Wszystko po to, by „budować wspólnotę o wspólnej przyszłości dla ludzkości”, której miałyby przewodzić Chiny, które i tak już mają liderować „w praktykowaniu prawdziwego multilateralizmu”, „budowaniu pokoju na świecie, przyczyniając się do globalnego rozwoju, broniąc porządku międzynarodowego i dostarczając dóbr publicznych, jednocześnie aktywnie wspierając wysiłki na rzecz budowy bardziej sprawiedliwego i równego globalnego systemu zarządzania”.

Pekin zaznacza przy tym, że jest zaangażowany na rzecz „powszechnego i wspólnego bezpieczeństwa”, zgodnie z zapisanym w konstytucji „zobowiązaniem do pokojowego rozwoju”.

Temu ma m.in. służyć Globalna Inicjatywa Bezpieczeństwa i wsparcie Pekinu dla ONZ w odgrywaniu jej kluczowej roli w sprawach międzynarodowych i Rady Bezpieczeństwa w odgrywaniu jej głównej roli w zapewnieniu globalnego pokoju.

Chiny zamierzają także brać „aktywny udział w operacjach pokojowych ONZ”, już teraz będąc drugim co do wielkości podmiotem wnoszącym wkład do budżetu ONZ na rzecz misji pokojowych.

Pekin chełpi się wysłaniem ponad 50 tysięcy żołnierzy na misje i utworzeniem „pierwszej na świecie stałej jednostki policji pokojowej”.

Zależy mu na „utrzymaniu globalnej stabilności strategicznej”. Chińczycy zapewniają, że „prowadzą politykę obronną o charakterze obronnym, podtrzymują zdecydowane zobowiązanie w zakresie polityki nieużywania broni jądrowej jako pierwsi i nuklearnej strategii samoobrony oraz zdecydowanie chronią międzynarodowe reżimy rozbrojenia jądrowego i nierozprzestrzeniania broni jądrowej”.

Chcą stać „na straży zasad nieingerencji w sprawy wewnętrzne innych krajów, politycznego rozwiązywania problemów, obiektywizmu i uczciwości oraz zajmowania się zarówno objawami, jak i przyczynami, oferując nowe podejście do znajdowania konstruktywnych rozwiązań punktów zapalnych”.

W „białej księdze” wskazano także na inicjatywy, jakie zostały podjęte w celu zakończenia wojny na Ukrainie, podkreślając „zasady ochrony suwerenności i integralności terytorialnej wszystkich krajów, przestrzegania celów i zasad Karty Narodów Zjednoczonych, poważnego traktowania uzasadnionych obaw wszystkich stron dotyczące bezpieczeństwa i wspierania wszelkich wysiłków na rzecz pokojowego rozwiązania kryzysu”.

Odniesiono się także do konfliktu palestyńsko-izraelskiego, broniąc rozwiązania dwupaństwowego, czy irańskiego, przywołując pięciopunktowy plan wypracowany m.in. z Pakistanem, a także szeregu innych sporów., w tym także handlowych, domagając się liberalizacji handlu.

WAICO (lipiec 2026)

16 lipca 29 rządów podpisało w Szanghaju umowę założycielską World Artificial Intelligence Cooperation Organization [Światowa Organizacja Współpracy w dziedzinie Sztucznej Inteligencji]. Nowa organizacja, z siedzibą w Chinach, powołuje się na Kartę Narodów Zjednoczonych i podejście „skoncentrowane na ludziach”. Wsparły ją m.in. Rosja, Pakistan, Indonezja i Kazachstan, wskazując, że będzie ona promować bezpieczny, sprawiedliwy i równy globalny rozwój oraz zarządzanie „sztuczną inteligencją”.

Ta instytucja ma być gremium, które będzie jednoczyć państwa opowiadające  się za chińskim modelem globalizmu. Pekin oferuje rządom korzyści w postaci dostępu do szkoleń w zakresie tak zwanej sztucznej inteligencji, utworzenie centrów współpracy z organizacjami regionalnymi oraz dostęp 30 krajów do systemu ostrzegania meteorologicznego opartego na „sztucznej inteligencji”.

Chiński model globalizacji obejmuje wdrożenie na szeroką skalę „sztucznej inteligencji” do globalnego zarządzania, w tym przede wszystkim rozbudowanego sytemu walki z tak zwaną mis-, mal- i dezinformacją, o czym szerzej mówi w swoim programie reform ONZ kończący swoją kadencję sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres.

Położenie silnego nacisku na globalizację, realizację Agendy 2030 i rygorystyczne egzekwowanie globalnych celów miałoby zaowocować rozwojem dobrobytu na wielką skalę i utrzymaniem pokoju na świecie.

Sęk w tym, że świat zmierza obecnie w innym kierunku, wybierając ścieżkę realizacji własnych interesów. Wiele krajów próbuje zmienić swoją niekorzystną pozycję w trwającej obecnie transformacji, by mieć znacznie więcej do powiedzenia, gdy ponownie dojdzie do ściślejszej współpracy państw w zakresie globalnego zarządzania.

Jeśli zaś chodzi o same Chiny, to Pekin tradycyjnie deklaruje różne rzeczy, a w praktyce – podobnie jak inne mocarstwa – nie respektuje prawa międzynarodowego, kwestionując na przykład jurysdykcję międzynarodową na Morzu Południowochińskim, odrzucając niekorzystne orzeczenia Trybunału Arbitrażowego w Hadze, do którego sprawę wniosły Filipiny.

Z pewnością jednak Chińczykom udaje się budowanie szerokiej koalicji państw i organizacji pozarządowych – w szczególności – na rzecz tworzenia porządku wielobiegunowego.

Agnieszka Stelmach

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

Powstał Myrotworec 2.0. Na liście polscy politycy prawicy

magnapolonia.org/myrotworec-2-0-na-liscie-polscy-politycy-prawicy

W Polsce rozpoczęła działalność organizacja, która w ramach projektu finansowanego ze środków europejskich monitoruje polską przestrzeń informacyjną i tworzy listy proskrypcyjne polskich polityków pojawiających się w określonych, uznawanych przez nią za prorosyjskie, kanałach Telegrama. Chodzi o Fundację „Alians Młodzieży Ukraińskiej 24 sierpnia” i jej projekt „Obserwatorium Nienawiści”, którego celem ma być monitorowanie „mowy nienawiści” wobec Ukraińców oraz rosyjskiej propagandy.

Powstał Myrotworec 2.0. ale w Polsce. Na stronie projektu znajdziemy jednak również nazwiska konkretnych polskich polityków, między innymi Krzysztofa Bosaka, Anny Bryłki, Pawła Usiądka czy Konrada Berkowicza. Powstaje więc pytanie, czy rzeczywiście mamy tutaj wyłącznie do czynienia z walką z nienawiścią, czy też z próbą stworzenia katalogu polskich polityków szczególnie niewygodnych dla Ukrainy.

Jak widzimy, pod hasłem zwalczania „mowy nienawiści”, tym razem pojawia się systematyczne monitorowanie polityków, których poglądy dotyczące Ukrainy są krytyczne, a następnie zestawianie ich działalności z aktywnością kanałów określanych jako rosyjskie. Granica pomiędzy analizą propagandy a politycznym piętnowaniem przeciwników staje się tym samym bardzo cienka, szczególnie gdy cały projekt otrzymuje finansowanie z europejskiego, opanowanego przez lewicę systemu grantowego.

Autorzy „Obserwatorium Nienawiści” analizują między innymi cztery polskojęzyczne kanały Telegrama: „Niezależny Dziennik Polityczny”, „NewsFront PL”, „Polska Grupa Informacyjna” oraz „Układ Warszawski”, które uznają za kanały rosyjskiej propagandy. Następnie sprawdzają, którzy polscy politycy są tam przywoływani, cytowani lub prezentowani w pozytywnym kontekście. Wśród wymienionych znajdują się między innymi Bosak, Bryłka, Usiądek i Berkowicz, czyli politycy reprezentujący środowiska zdecydowanie bardziej krytyczne wobec polityki Ukrainy niż dominujący nurt polskiej polityki z kliki POPiS.

Pojawia się zasadnicze pytanie: co właściwie oznacza fakt, że rosyjski lub prorosyjski kanał publikuje wypowiedź polskiego polityka? Sam fakt cytowania polityka przez rosyjski kanał nie oznacza przecież, że polityk współpracuje z Rosją, otrzymuje od niej pieniądze albo świadomie uczestniczy w rosyjskiej operacji informacyjnej. Propagandysta może wykorzystać praktycznie każdą wypowiedź, która pasuje do jego narracji. Można więc stwierdzić, że Rosja wykorzystuje czyjąś wypowiedź, ale czymś zupełnie innym jest twierdzenie, że autor tej wypowiedzi działa na rzecz Rosji.

To rozróżnienie jest fundamentalne, ponieważ inaczej otrzymujemy niezwykle wygodny mechanizm politycznej dyskwalifikacji: wystarczy znaleźć rosyjski kanał, który opublikuje czyjąś wypowiedź, a następnie można umieścić jej autora w projekcie dotyczącym rosyjskiej propagandy. Brzmi niemal jak instrukcja obsługi współczesnego „antyrosyjskiego” indeksu.

Jeszcze bardziej problematyczne jest utożsamianie krytyki Ukrainy z rosyjską dezinformacją. Rosja rzeczywiście prowadzi intensywną wojnę informacyjną i wykorzystuje autentyczne konflikty społeczne oraz prawdziwe problemy występujące w państwach europejskich. Nie oznacza to jednak, że każdy człowiek, który mówi o tych problemach, staje się elementem rosyjskiej operacji informacyjnej.

Jeżeli polski polityk krytykuje politykę Ukrainy, sprzeciwia się określonym formom pomocy albo domaga się twardszego stanowiska Warszawy w kwestiach gospodarczych czy historycznych, jest to legalne stanowisko polityczne. Rosyjska propaganda może później taką wypowiedź wykorzystać, ale odpowiedzialność za jej wykorzystanie ponosi propagandysta, a nie automatycznie jej autor. W przeciwnym razie wystarczyłoby poczekać, aż rosyjski propagandysta pochwali kogoś, kogo chcemy politycznie zdyskredytować. Resztę zrobią już raporty, granty i poważnie brzmiące nazwy kolejnych „obserwatoriów”.

Nie mniej interesujący jest fakt, że „Obserwatorium Nienawiści” nie jest przedsięwzięciem finansowanym wyłącznie przez jego organizatorów. Z informacji opublikowanych przez Alians wynika, że projekt realizowany jest dzięki „Dotacji szybkiego reagowania” w ramach Programu Równych Praw Fundacji im. Stefana Batorego, natomiast środki pochodzą z programu CERV — „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości” — finansowanego przez Komisję Europejską.

Nikt nie wyjaśnił jakie kryteria decydują o przyznawaniu pieniędzy inicjatywom, które zajmują się szczuciem i oznaczaniem łatkami konkretnych polskich polityków jako powiązanych z rosyjską propagandą.

Podejrzane jest zwłaszcza to, że operatorem programu jest Fundacja Batorego, od lat kojarzona ze skrajnie lewicowym nurtem ideowym i była wielokrotnie krytykowana przez środowiska konserwatywne jako fałszująca informacje i siejąca propagandę. Warto więc pytać, gdzie dokładnie kończy się walka z nienawiścią, a zaczyna monitorowanie niewygodnych poglądów politycznych. Oraz co będzie kolejnym krokiem.

Jak widzimy, mamy tutaj kolejną sytuację, w której pod (rzekomo) szczytnym hasłem „walki z nienawiścią” powstaje system klasyfikowania uczestników debaty publicznej według ich stosunku do Ukrainy, a następnie finansowanie tego systemu ze środków europejskich.

NASZ KOMENTARZ: Jeżeli zaczniemy traktować każdą krytykę Ukrainy jako potencjalną „prorosyjską narrację”, a następnie finansować organizacje zajmujące się katalogowaniem osób, których wypowiedzi rosyjska propaganda uznała za przydatne, stworzymy kopię systemu działającego w Związku Sowieckim, gdzie każdy przeciwnik komunizmu miał problemy z prawem i przyszywano mu łatkę imperialistycznego agenta. Oczywiście wszystko działo się pod hasłem troski o bezpieczeństwo, zupełnie jak w przypadku omawianego Myrotworca 2.0.

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

magnapolonia.org/o-roztropnosci-w-polityce-zagranicznej-kilka-uwag-do-przemowienia-prezydenta

O roztropności w polityce zagranicznej. Kilka uwag do przemówienia Prezydenta

6 sierpnia 2026 roku, w pierwszą rocznicę zaprzysiężenia, Prezydent Rzeczypospolitej Karol Nawrocki wygłosił przemówienie, w którym sporo miejsca poświęcił polityce zagranicznej i bezpieczeństwu Polski. Przyjrzyjmy się tym fragmentom w świetle nauki Świętego Tomasza o roztropności.

W polityce zagranicznej dobre intencje i mocne słowa nie wystarczą. Potrzebny jest trafny sąd, umiejętność przewidywania skutków i zabezpieczenia własnego państwa. Zobaczmy więc, czy tej miary w przemówieniu dochowano.

Święty Tomasz mówi o szczególnej prudentia regnativa – roztropności właściwej rządzącemu. Człowiek stojący na czele państwa odpowiada nie za własną korzyść, lecz za dobro całej wspólnoty, dlatego musi umieć patrzeć dalej niż na doraźny zysk. Do części roztropności Tomasz zalicza między innymi memoria – pamięć doświadczenia, providentia – przewidywanie, circumspectio – ogląd wszystkich istotnych okoliczności oraz cautio – ostrożność wobec możliwego niebezpieczeństwa. Władcy szczególnie potrzebne są zaś dwie cnoty: roztropność i sprawiedliwość.

Polska posiada przy tym rzecz bezcenną – doświadczenie. Zapłaciliśmy za nie tak wysoką cenę, że nierozumnie byłoby z niego nie korzystać.

Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱

W sierpniu potrzebujemy: 16 500 zł, zebraliśmy: 1351 zł.

Państwa wsparcie jest niezbędne dla funkcjonowania Fundacji Magna Polonia.

8%

30 zł50 zł100 złInna kwota

Zobacz kto wparł nas tym miesiącu: Tutaj

A zatem przypatrzmy się, jak ta nauka wygląda w zetknięciu z konkretnymi słowami Prezydenta.

  1. „Ze szczytu w Ankarze wróciliśmy z zagwarantowaniem jedności sojuszniczej i przez Amerykanów, i przez wszystkich członków Sojuszu Północnoatlantyckiego”.

Błąd: zbyt wielka pewność wobec rzeczy, która z natury pozostaje zależna od cudzej woli.

Nie ma nic nierozumnego w szukaniu sojuszników. Przeciwnie, państwo położone między większymi potęgami powinno ich mieć. Prezydent słusznie zabiega też o dobre stosunki regionalne (pytanie czy z wszystkimi) i o silną pozycję Polski wobec Stanów Zjednoczonych. Problem zaczyna się wtedy, gdy polityczna deklaracja sojusznika zaczyna w języku państwowym nabierać cech pewnika. W przemówieniu obok „jedności sojuszniczej” pojawia się przecież również stała obecność wojsk amerykańskich i projekt Fortu Trump.

Tutaj Święty Tomasz postawiłby przed Prezydentem memoria. Bo pamięć wg. św. Tomasza nie jest  sentymentalnym oglądaniem dawnych fotografii. Jest doświadczeniem, z którego trzeba wyciągać wniosek dla przyszłości. Św. Tomasz pisze wprost, że przeszłość jest potrzebna do dobrego radzenia o rzeczach przyszłych.

W 1939 roku konwencja wojskowa z Francją przewidywała rozpoczęcie ofensywy głównymi siłami w ciągu piętnastu dni od mobilizacji. Polskie rachuby wojenne uwzględniały tę pomoc. Rzeczywistość okazała się inna. Potem Polacy przez lata bili się u boku aliantów, a w Jałcie o przyszłości Polski rozmawiali Roosevelt, Churchill i Stalin.

Nie wynika z tego, że sojusz jest nic niewart. Wynika z tego  coś dojrzalszego: sojusz jest narzędziem polityki polskiej, a nie fundamentem istnienia Polski. Państwo może korzystać z cudzej siły. Nie wolno mu pod żadnym pozorem własnego losu powierzyć cudzej woli.

  1. Interesem Polski jest to, aby Ukraina i żołnierze ukraińscy […] jak najdalej ich trzymali od Polski, taka jest strategia państwa polskiego”.

Błąd: zbyt prosty obraz naszego położenia i brak pełnego oglądu okoliczności – circumspectio
Polska już graniczy z Federacją Rosyjską. Lądowa granica z obwodem królewieckim liczy 210 kilometrów. Od wschodu, na odcinku 430 kilometrów, graniczymy również z Białorusią – bliskim sojusznikiem Rosji, z którą tworzy ona Państwo Związkowe i pozostaje ściśle związana w dziedzinie obronności. Oba państwa tworzą wspólną przestrzeń obronną, a na terytorium Białorusi działa wspólne regionalne zgrupowanie wojsk. Ukraina może wiązać rosyjskie siły i osłabiać rosyjski potencjał wojskowy, ale nie jest ścianą oddzielającą Rzeczpospolitą od Rosji. Rosja już stoi przy naszej granicy, a kierunku białoruskiego nie sposób rozpatrywać w oderwaniu od rosyjsko-białoruskiego układu wojskowego.

Circumspectio oznacza właśnie spojrzenie na całość. Roztropny władca nie może oprzeć bezpieczeństwa własnej wspólnoty na jednym korzystnym układzie okoliczności. Musi brać pod uwagę również jego zmianę: załamanie frontu, pokój rosyjsko-ukraiński, zmianę władzy w Kijowie, zmianę polityki Waszyngtonu, odbudowę rosyjskich sił. Polska ma być bezpieczna także wtedy, gdy Ukraina przestanie „trzymać Rosjan daleko od Polski”.

Pełny ogląd wymaga także uwzględnienia genezy obecnej wojny. Konflikt rosyjsko-ukraiński trwa od 2014 roku. Jeszcze w 2008 roku NATO przyjęło perspektywę przyszłego członkostwa Ukrainy, a po 2014 roku państwa NATO szkoliły ukraińskie siły zbrojne; Jens Stoltenberg wymieniał między innymi szkolenia prowadzone przez Amerykanów, Brytyjczyków i Kanadyjczyków w Jaworowie. Te fakty nie rozstrzygają jeszcze, kto miał rację w całym sporze ani jak należy rozłożyć odpowiedzialność za jego kolejne etapy. Pokazują jednak, że obecna wojna nie rozpoczęła się w politycznej próżni. Polski przywódca nie jest od prostych opowieści o świecie. Jest od rozumienia całej gry. Powinien przede wszystkim zapytać: skoro Rosja jest naszym bezpośrednim sąsiadem, jak silna jest sama Polska i ile zrobiliśmy, aby nasze bezpieczeństwo nie zależało od tego, kto akurat walczy na Ukrainie?

  1. „Niech mordują Sowietów, którzy ich napadli, a nas, Polaków, to w ogóle nie boli”.

Błąd: pomieszanie mordu z zabiciem przeciwnika w sprawiedliwej walce oraz odejście od recta intentio.

Tu Święty Tomasz zatrzymałby Prezydenta od razu.

Mord i zabicie przeciwnika w sprawiedliwej wojnie to nie jest to samo. Mord jest niesprawiedliwym odebraniem życia i zawsze jest złem. Żołnierz, który w sprawiedliwej wojnie, działając z rozkazu prawowitej władzy, zabija w walce żołnierza przeciwnika, nie popełnia przez sam ten fakt morderstwa

Jeśli więc Ukraińcy rzeczywiście „mordują Sowietów”, katolik nie może tego pochwalać. Jeżeli natomiast zabijają rosyjskich żołnierzy w ramach sprawiedliwej obrony, należy mówić o zabijaniu w walce, a nie o mordowaniu.

Święty Tomasz stawia wojnie sprawiedliwej trzy warunki: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę i recta intentio – prawą intencję. Nawet wojna prowadzona w słusznej sprawie może zostać moralnie skażona, gdy zaczyna nią rządzić żądza odwetu, pragnienie zadawania szkody czy nieprzejednana wrogość. Tomasz, idąc za św. Augustynem, mówi o tym jasno.

Prezydent Polski może uznać osłabienie i klęskę rosyjskich sił za korzystne dla Rzeczypospolitej. Nie powinien jednak zacierać granicy między sprawiedliwą walką a mordem ani mówić o śmierci przeciwnika tak, jakby sama w sobie była czymś dobrym.

Katolicka polityka zna miecz. Święty Tomasz nie był pacyfistą. Miecz ma jednak służyć sprawiedliwości. Wolno zabić przeciwnika w sprawiedliwej walce. Nie wolno mordować. Wolno chcieć odparcia agresora. Nie wolno cieszyć się z jego śmierci dlatego, że jest przeciwnikiem.

  1. „W tym zakresie zawsze mogą liczyć na naszą pomoc”.

Błąd: Prezydent udziela odpowiedzi, zanim postawi najważniejsze pytanie.

A tym pytaniem jest: dlaczego Polska w ogóle ma pomagać Ukrainie?

Nie jest to pytanie cyniczne. Jest to pytanie dokładnie należące do prudentia regnativa. Święty Tomasz przypomina, że rządzącym powierzona została troska o rzeczpospolitą i jej obrona przed zagrożeniami zewnętrznymi. Władca ma odpowiadać za dobro wspólnoty, którą mu powierzono.

Ukraina, owszem toczy wojnę, więc udzielenie jej pomocy może być moralnie godziwe. Ale z tego jeszcze nie wynika bezwarunkowy obowiązek państwa polskiego dostarczania pieniędzy, broni czy innych zasobów.

Najpierw trzeba odpowiedzieć: co konkretnie Polska przez tę pomoc osiąga? Czy środek jest proporcjonalny do celu? Czy nie osłabiamy własnych możliwości? Czy ten sam cel można osiągnąć mniejszym kosztem? Jak długo istnieje zbieżność interesów?

Dopiero po takim rachunku przychodzi „tak” albo „nie”.

Słowo „zawsze” w polityce jest nierozważne. Państwa zmieniają interesy, rządy i sojusze. To, co dziś służy Polsce, jutro może jej szkodzić. Prezydent nie może więc z góry przyrzekać Ukrainie pomocy niezależnie od tego, jaka będzie sytuacja Rzeczypospolitej.

  1. Tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga”.

Błąd: Rosja zostaje uczyniona kompasem polskiej polityki.

To nie jest racja stanu. To jest odruch historycznej niechęci ubrany w język geopolityki. Polski interes nie może zależeć od tego, kto akurat bije Moskala.

U Świętego Tomasza sprawiedliwość wojny nie zależy od narodowości przeciwnika. Gdyby jutro jakieś państwo bezprawnie napadło Federację Rosyjską, fakt, że „bije Moskala”, nie dawałby Polsce najmniejszej podstawy moralnej do jego wspierania. O wojnie rozstrzygają sprawiedliwa przyczyna, prawowita władza i prawa intencja.

Polska polityka nie powinna więc działać według mechanizmu: Rosja jest naszym historycznym przeciwnikiem, zatem każdy, kto z nią walczy, staje się naszym naturalnym partnerem.

Wróg naszego przeciwnika pozostaje przede wszystkim państwem mającym własną rację stanu. Ukraina prowadzi politykę ukraińską. I słusznie. Dziwne byłoby tylko, gdyby Polska w odpowiedzi nie prowadziła równie stanowczo polityki polskiej. Czy prowadzi?

  1. „Strategicznym interesem Polski jest też to, żeby […] nie powiewały banderowskie flagi”.

Błąd: Prezydent dostrzega problem, ale oddziela go od zasadniczego rachunku pomocy.

Zaraz po zapewnieniu Ukrainy o pomocy Prezydent sam porusza problem banderowskiej symboliki i mówi o konieczności stawiania wymagań. Problem w tym, że nie chodzi już tylko o uliczną flagę. Niespełna dwa miesiące wcześniej, sam obóz prezydencki wszedł w poważny spór z Kijowem po nadaniu ukraińskiej jednostce wojskowej imienia „bohaterów UPA”; Kancelaria Prezydenta określała tę decyzję jako niedopuszczalną gloryfikację formacji odpowiedzialnej za zbrodnię wołyńską.

Circumspectio każe włączyć tę sprawę do całego rachunku politycznego, a cautio – wyciągnąć z niej praktyczne konsekwencje.

Jeżeli Wołyń, kult UPA i polska pamięć są rzeczywiście częścią interesu Rzeczypospolitej, muszą mieć realne miejsce w politycznym rachunku. Nie można oznajmić Kijowowi, że dana sprawa jest dla Polski fundamentalna, a zarazem zapewnić, że niezależnie od niej pomoc będzie trwała.

W przeciwnym razie wymaganie przestaje być warunkiem. Staje się życzeniem.

Państwo polskie ma obowiązek pamiętać także wtedy, gdy pamięć staje się dla dyplomacji niewygodna. Wołyń, kult UPA i stosunek władz ukraińskich do polskich ofiar nie są dodatkiem do polityki zagranicznej. Są częścią polskiej racji stanu. Jeżeli uznajemy je za sprawy poważne, muszą wpływać na nasze decyzje. Inaczej słowa o pamięci pozostają tylko pustymi słowami.

  1. „Naszym interesem jest to, żeby bili się jak najdłużej i jak najsprawniej”.

Błąd: pomylenie korzyści ubocznej z celem polityki.

Jeżeli rosyjska armia traci na Ukrainie potencjał (choć roztropnie byłoby rozważyć, czy rzeczywiście go traci), Polska może uznać ten fakt za strategicznie korzystny. Ale z tego nie wynika, że polskim interesem jest, aby sama wojna trwała możliwie długo

Święty Tomasz mówi jasno: wojna ma doprowadzić do sprawiedliwego pokoju. Nie wolno więc czynić z jej przedłużania celu polityki. Jeśli Prezydent mówi, że naszym interesem jest, aby walczyli „jak najdłużej”, odwraca porządek celu i środka.

Tutaj szczególnie potrzebna jest providentia. U Tomasza jest ona najważniejszą spośród integralnych części roztropności, ponieważ pozwala właściwie podporządkować dzisiejsze środki przyszłemu celowi.

Polski przywódca powinien więc pytać nie tylko, ile rosyjskich czołgów zostanie zniszczonych tego lata. Powinien zapytać, jaki porządek pozostanie po tej wojnie. Jaką Rosję będziemy mieli za granicą? Jaką Ukrainę? Jak silne będzie państwo ukraińskie, jaka będzie jego ideologia państwowa, jego armia, jego stosunek do Polski? I wreszcie – czy sama Polska wykorzystała te lata, aby wzrosnąć w siłę?

Polskim interesem nie jest długa wojna sąsiadów. Polskim interesem jest taka siła Rzeczypospolitej, aby długość ich wojny nie rozstrzygała o naszym bezpieczeństwie.

  1. „Po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy”.

Zasada słuszna, jeśli rozumieć ją we właściwym porządku.

Święty Tomasz nie wymaga od rządzącego jednakowej troski o wszystkie narody. Władcy powierzono konkretną wspólnotę i za jej dobro odpowiada w pierwszej kolejności. Polski prezydent odpowiada więc przede wszystkim za Rzeczpospolitą, a nie za Ukrainę, Rosję czy jakiekolwiek inne państwo.

Z tego zdania powinny jednak wynikać konkretne konsekwencje. Jeżeli naprawdę „po pierwsze Polska”, to każdą pomoc dla obcego państwa trzeba mierzyć polskim dobrem wspólnym. Można odmówić. Można ograniczyć pomoc. Można i należy postawić warunki. Można ją zakończyć, kiedy przestaje służyć Polsce albo zaczyna jej szkodzić.

Tu pojawia się sprzeczność z wcześniejszym zapewnieniem, że Ukraina „zawsze może liczyć na naszą pomoc”. Jeżeli pomoc jest „zawsze”, to Polska nie jest już pierwsza. Pierwsze staje się zobowiązanie złożone Ukrainie.

Po Tomaszowemu kolejność jest odwrotna: najpierw dobro Rzeczypospolitej, potem ocena okoliczności, a dopiero na końcu decyzja, czy i w jakim zakresie pomagać.

  1. „Nie ma innego wyznacznika w polityce międzynarodowej niż dbanie o interes własnego państwa”.

Błąd: interes państwa zostaje podniesiony do rangi najwyższego prawa.

I tu Święty Tomasz też nie zgodziłby się z Panem Prezydentem.

Rządzący ma obowiązek troszczyć się o dobro własnej wspólnoty, ale nie wolno mu czynić interesu państwa jedyną miarą działania. Nad interesem państwa stoi sprawiedliwość, prawo naturalne i prawo Boże.

Państwo może mieć interes w czymś niesprawiedliwym. Może odnieść korzyść z niedotrzymania umowy, oszustwa, krzywdy słabszego czy niesprawiedliwej wojny. Sama korzyść nie czyni jednak takiego działania dobrym.

Dlatego katolicka racja stanu nie brzmi: „dobre jest wszystko, co służy Polsce”. Brzmi: „rządzący ma służyć Polsce wszystkimi środkami, na które pozwalają sprawiedliwość i prawo moralne”.

Całą tę część przemówienia można ostatecznie osądzić przez cztery pojęcia, które Święty Tomasz zalicza do roztropności.

Memoria – pamięć. Polska ma z czego czerpać. Rok 1939, zawiedzione rachuby na realną pomoc sojuszników, później Jałta i decyzje podejmowane ponad naszymi głowami – to nie są tylko rozdziały historii. To doświadczenie państwowe. Naród, który za tę naukę zapłacił krwią, powinien umieć z niej korzystać.

Providentia – przewidywanie. Polityka nie kończy się na tym, co daje korzyść dzisiaj. Trzeba pytać, jaki będzie skutek za pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat. Ilu rosyjskich żołnierzy i ile rosyjskiego sprzętu ubyło na Ukrainie, to jeden rachunek. Ważniejszy brzmi: jaka Polska, jaka Ukraina i jaka Rosja wyjdą z tej wojny.

Circumspectio – ogląd całości. Rosję trzeba oceniać bez złudzeń. Ukrainę tak samo. Podobnie Stany Zjednoczone i każdego innego sojusznika. Wszystkie te państwa mają własne interesy i będą ich broniły. Polski rządzący ma obowiązek dostrzegać nie tylko wspólnego przeciwnika, ale również rozbieżność interesów, własne położenie, własną siłę, Wołyń, kult UPA, sytuację wewnątrz Polski i to, co może nastąpić po zakończeniu wojny.

Cautio – ostrożność. To, co dzisiaj przynosi Polsce korzyść, jutro może mieć swoją cenę. Święty Tomasz przypomina, że w sprawach ludzkich dobro bywa zmieszane ze złem. Roztropny władca korzysta więc z tego, co służy państwu, ale równocześnie zabezpiecza je na wypadek zmiany okoliczności. Dlatego w polityce tak niebezpieczne jest słowo „zawsze”.

Sojusze mogą wzmacniać Polskę, lecz nie zastąpią własnej siły. Pomoc obcemu państwu może być słuszna, ale najpierw trzeba wiedzieć, jakiemu polskiemu celowi służy i gdzie leży jej granica. Wspólny przeciwnik może na pewien czas zbliżyć interesy dwóch państw, lecz nie tworzy wiecznej przyjaźni. Wojna sąsiadów może przynieść Polsce doraźną korzyść strategiczną, ale jej przedłużanie nie może stać się celem polskiej polityki. Polska racja stanu obowiązuje Prezydenta, lecz sama pozostaje pod władzą sprawiedliwości i prawa moralnego.

Prezydent Rzeczypospolitej nie został postawiony na straży tego, by ktoś możliwie długo bił za nas Rosjan. Został postawiony na straży Rzeczypospolitej.

Dopiero państwo, które pamięta, przewiduje, widzi całość i zawczasu zabezpiecza się przed zmianą cudzych interesów, może z pełnym prawem powiedzieć:

„Po pierwsze Polska”.

Panie Prezydencie, prosimy wrócić do Świętego Tomasza!

=================================================

Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.

Teksty Świętego Tomasza, do których odwołuję się w artykule

Wszystkie wskazane niżej teksty Świętego Tomasza przywołuję według tekstu edycji Leoniny udostępnionego w serwisie Corpus Thomisticum. Dostęp do podanych stron: 10 sierpnia 2026 roku.

O roztropności rządzącego:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 50, a. 1, in corp.; ad 1um et 2um. Tomasz przedstawia tam prudentia regnativa jako szczególną postać roztropności właściwą temu, kto kieruje wspólnotą polityczną. W ad 1um wskazuje, że roztropność i sprawiedliwość są dwiema cnotami szczególnie właściwymi rządzącemu, natomiast w ad 2um wyjaśnia, że pod nazwą regnativa obejmuje także inne prawidłowe formy rządów.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O pamięci, przewidywaniu, oglądzie okoliczności i ostrożności:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 49, pr.; a. 1, in corp. et ad 3um; a. 6, in corp. et ad 1um; aa. 7 et 8, in corp. Tomasz wyjaśnia tam znaczenie pamięci przeszłych doświadczeń dla namysłu nad przyszłością, właściwego podporządkowania środków celowi, uwzględniania istotnych okoliczności oraz ostrożności wobec zła, które w sprawach ludzkich bywa zmieszane z dobrem lub przybiera jego pozór. Providentia zostaje przez niego określona jako główna spośród wszystkich części roztropności.
Thomas de Aquino, Summa Theologiae, IIª-IIae q. 47-56

O wojnie sprawiedliwej:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 40, a. 1, in corp.; ad 3um. Tomasz wymienia trzy warunki wojny sprawiedliwej: prawowitą władzę, sprawiedliwą przyczynę oraz prawą intencję (intentio bellantium recta). Za św. Augustynem przestrzega zarazem przed żądzą szkodzenia, okrutną zemstą i nieprzejednanym usposobieniem. W ad 3um wyraźnie wskazuje, że także prowadzący sprawiedliwą wojnę zmierzają do pokoju.
https://www.corpusthomisticum.org/sth3034.html

O władzy publicznej i przykładzie żołnierza działającego z jej upoważnienia:
Święty Tomasz z Akwinu, Summa theologiae, IIa–IIae, q. 64, a. 3, in corp.; ad 1um. W in corp. Tomasz wyjaśnia ogólną zasadę, że użycie władzy karzącej dla ochrony dobra wspólnego należy do tych, którym powierzono władzę publiczną, nie zaś do osoby prywatnej. W ad 1um posługuje się przykładem żołnierza zabijającego nieprzyjaciela z upoważnienia władcy: miles interficit hostem auctoritate principis.
corpusthomisticum

========================================

https://www.magnapolonia.org/men-nie-walczy-z-religia

Marzenie Scotta Bessenta o pokonaniu Iranu w ramach budowy rurociągu naftowego

Marzenie Scotta Bessenta

o pokonaniu Iranu w ramach

budowy rurociągu naftowego

10 sierpnia 2026 przez Larry C. Johnson sonar21/scott-bessents-delusional-oil-pipe-dream-to-defeat-iran

Kiedy sekretarz skarbu USA Scott Bessent powiedział w wywiadzie w ten weekend, że Cieśnina Ormuz „stanie się nieistotna” w ciągu dwóch lat — skoro ponad połowa energii przepływającej przez nią jest obecnie przekierowywana podziemnymi rurociągami — oddawał się mrzonce . Bessent nie rozumie, że zdolność Iranu do wykorzystania Cieśniny Ormuz jako geopolitycznej dźwigni nie zniknie, jeśli Arabowie z Zatoki Perskiej szybko zbudują rurociągi naftowe. To prawda, że ​​kapitał nienawidzi wąskich gardeł, a producenci z Zatoki rzeczywiście ścigają się, aby budować wokół jednego z nich. Arabia Saudyjska rozszerza swoją linię Wschód-Zachód Petroline, ZEA naciskają mocniej na swoją obwodnicę Fudżajry, a Irak odkurza długo uśpione lądowe korytarze eksportowe. Chevron bada nawet reaktywowaną linię Haditha-Baniyas z Iraku do syryjskiego Morza Śródziemnego.

Chociaż propozycja budowy rurociągu naftowego Bessenta brzmiała jak sprytny sposób na zneutralizowanie Iranu, nie dostrzega on prawdziwego znaczenia gospodarczego Zatoki Perskiej i siły nacisku, jaką Iran będzie miał przez kolejne lata. W ujęciu Bessenta Ormuz jest traktowany jako problem naftowy , a sieć rurociągów – jakkolwiek ambitna – rozwiązuje problem naftowy. Ale Ormuz to nie tylko najważniejszy na świecie punkt krytyczny dla ropy naftowej. To jedyny morski punkt wyjścia dla klastra wyspecjalizowanych surowców, których nie da się przepompować rurociągiem, nie da się szybko pozyskać surowców z innych źródeł, a których zakłócenia już teraz powodują wymierne szkody gospodarcze w sektorze żywności, półprzewodników i przemysłu ciężkiego. Budowa obejścia dla ropy naftowej i uznanie cieśniny za „nieistotną” to błąd, ponieważ jeden punkt przepustowości jest dla nich wszystkich nieistotny.

Dowody na to nie są hipotetyczne. To zapis ostatnich pięciu miesięcy.

Obliczenia dotyczące obejścia oleju są już łatwą częścią — a nadal nie można ich zamknąć

Zacznijmy od surowca, którego dostawy mają obsługiwać rurociągi. Nawet w tym przypadku substytucja jest niepełna. Przez Ormuz przepływa zazwyczaj około 20 milionów baryłek ropy naftowej, kondensatu i produktów dziennie – około jednej piątej światowego zużycia ropy naftowej. Obecna przepustowość obejścia wynosi około 4,7 miliona baryłek dziennie. Zlikwidowanie tej luki wymaga nie jednego głównego rurociągu, ale całej redundantnej sieci, budowanej przez aktywne lub niedawno aktywne strefy konfliktów, przez lata. Dwuletnia perspektywa Bessenta jest optymistyczna w tym kontekście i jest najkorzystniejsza, ponieważ ropa naftowa to jedyny ładunek z Ormuz, do którego transportu rurociągi są faktycznie zaprojektowane.

Cała reszta towarów produkowanych w Zatoce Perskiej nie nadaje się do transportu rurociągiem, a mają one kluczowe znaczenie dla światowej gospodarki.

LNG: Brak rurociągów z Ras Laffan do Tokio

Około jedna piąta światowego handlu skroplonym gazem ziemnym przechodzi przez cieśninę Ormuz, głównie z Kataru, drugiego co do wielkości eksportera LNG na świecie. Kiedy irańskie ataki uszkodziły katarski kompleks Ras Laffan – największy na świecie obiekt eksportu LNG – a QatarEnergy ogłosiło na początku marca stan siły wyższej, około 10 miliardów stóp sześciennych dostaw dziennie, czyli około 20% światowego obrotu LNG, zostało wyłączonych z eksploatacji. Dane Kaplera dotyczące tankowców nie wykazały, aby przez prawie dwa miesiące przepłynął przez cieśninę żaden załadowany statek LNG.

Konsekwencje szybko dotarły do ​​krajów daleko od Zatoki Perskiej. Indeks cen gazu ziemnego Banku Światowego wzrósł o 24% w ciągu jednego miesiąca. Przewiduje się obecnie, że europejski benchmark wzrośnie o około 25% do 2026 roku, ponieważ LNG często ustala tam cenę krańcową; Azja, która przyjmuje zdecydowaną większość ładunków z Kataru, ucierpiała najbardziej, ponieważ nabywcy starali się zastąpić zakontraktowane dostawy na rynku spot.

Oto część, której rurociąg nie jest w stanie naprawić: LNG nie ma drogi lądowej z Kataru. Skroplony gaz z definicji jest produktem morskim — skraplają go właśnie dlatego, że nie da się go przesłać rurociągiem przez oceany do Japonii, Korei Południowej czy Indii. A jedyny producent wystarczająco duży, by wypełnić tę lukę, Stany Zjednoczone, nie jest w stanie tego zrobić. Budowa nowych amerykańskich terminali skraplających zajmuje lata i kosztuje miliardy; EIA spodziewała się, że eksport USA wzrośnie jedynie o ułamek brakującego wolumenu z Kataru, a znaczące nowe moce produkcyjne będą napływać w najlepszym razie do końca 2026 roku. Obwodnica dla ropy naftowej nic nie da nabywcy LNG w Osace. Nie ma żadnej obwodnicy do zbudowania.

Mocznik i amoniak: szok nawozowy, który dotyka każde gospodarstwo rolne

Zatoka Perska to nie tylko centrum energetyczne. To jedna z największych fabryk nawozów na świecie, a Ormuz – to właśnie stamtąd te nawozy trafiają na pola, które są od nich zależne. Bliski Wschód dostarcza blisko jedną czwartą światowego eksportu mocznika; według niektórych szacunków, około jedna trzecia światowego handlu nawozami drogą morską została zagrożona po zamknięciu cieśniny. Iran wstrzymał produkcję amoniaku; Katar zawiesił produkcję mocznika, amoniaku i siarki po zniszczeniu cieśniny Ras Laffan.

Reakcja cenowa była gwałtowna. Cena mocznika przekroczyła 850 dolarów za tonę metryczną w kwietniu – o około 80% więcej niż w lutym i osiągnęła najwyższy poziom od 2022 roku. Światowe ceny mocznika wzrosły w szczytowym momencie mniej więcej dwukrotnie. Cena amoniaku wzrosła o prawie 40% w ciągu kilku tygodni, a około 24% światowego handlu amoniakiem zazwyczaj przechodzi przez Ormuz. Agencja Fitch podniosła swoje prognozy dotyczące amoniaku i mocznika na 2026 rok o około jedną czwartą i ostrzegła, że ​​nawozy azotowe odczują największe spadki ze wszystkich kategorii produktów.

W przeciwieństwie do wykresu cen, szkody w dół łańcucha dostaw się kumulują. Indie – które pozyskują około 80% amoniaku z Zatoki Perskiej – odnotowały zahamowanie krajowej produkcji amoniaku i straty setek tysięcy ton miesięcznej produkcji mocznika, ponieważ gaz przemysłowy był racjonowany. Amerykańscy rolnicy załagodzili szok w najgorszym możliwym momencie, rozpoczynając wiosenne zasiewy z rosnącymi cenami nawozów i ceną oleju napędowego przekraczającą 5 dolarów za galon. Ponieważ gaz ziemny stanowi około 80% kosztów nawozów azotowych, zakłócenia na rynku LNG i zakłócenia nawozów wzajemnie się napędzają – efekt drugiego rzędu, którego nie dotyka żaden rurociąg naftowy. Kiedy nawozy stają się rzadkie i drogie, ostateczny rachunek mierzy się plonami i cenami żywności w krajach, które nigdy nie kupiły ani baryłki ropy z Zatoki Perskiej.

Siarka i DAP: cichy wkład w łańcuch fosforanowy

Siarka rzadko trafia na pierwsze strony gazet, dlatego właśnie jej zakłócenia są pouczające. Jest produktem ubocznym przetwarzania gazu z Zatoki Perskiej i kluczowym surowcem do nawozów fosforanowych oraz niezliczonych procesów przemysłowych. W związku z zawieszeniem produkcji siarki w Katarze i ograniczeniem dostaw w regionie, ceny wzrosły mniej więcej dwukrotnie od początku roku. Przełożyło się to bezpośrednio na cenę fosforanu diamonowego (DAP): ceny DAP wzrosły w kwietniu o ponad 10% z powodu ograniczenia podaży i wyższych kosztów siarki, na co wpłynęły działania Chin zmierzające do ograniczenia własnego eksportu – Chiny importują około połowę siarki z Bliskiego Wschodu.

To jest schemat warty uwagi. Zakłócenie na Ormuzie nie powoduje jednego, czystego niedoboru; wywołuje kaskadę powiązanych procesów chemicznych – gaz w amoniak, amoniak i siarka w gotowy nawóz, a zakazy eksportu nakładają się na fizyczne niedobory. Rurociąg transportujący ropę naftową nie przecina żadnego z tych łańcuchów.

Hel: surowiec, dla którego nie ma substytutu i alternatywnego wyjścia

Hel jest najlepszym przykładem ślepej uliczki Bessenta, ponieważ w przypadku helu argument o rurociągu jest nie tylko niewystarczający, ale wręcz kategorycznie niemożliwy do zastosowania.

Katar dostarcza około jednej trzeciej światowego helu, wydobywanego jako produkt uboczny w procesie przetwarzania LNG w Ras Laffan. Marcowe strajki i zamknięcie cieśniny spowodowały przerwanie produkcji helu o około 30%, a oceny szkód sugerują, że pełna odbudowa niektórych elementów infrastruktury może zająć lata, a nie tygodnie. Dystrybutorzy z USA powołali się na siłę wyższą, rozpoczęli racjonowanie dostaw, priorytetowo potraktowali klientów z sektora opieki zdrowotnej i nałożyli dopłaty; ceny spot gwałtownie wzrosły.

Hel nie może być syntetyzowany. Jest to gaz ograniczony, nieodnawialny, którego nie da się zastąpić w krytycznych zastosowaniach: produkcji półprzewodników, zaawansowanych obudowach chipów, urządzeniach MRI i hermetycznym wnętrzu każdego dysku twardego o dużej pojemności w momencie, gdy popyt w centrach danych napędzanych sztuczną inteligencją rośnie. Seagate i Western Digital zgłosiły całoroczne alokacje i wzrosty cen o 20–30%; południowokoreańscy producenci chipów mieli według doniesień działać na zapasach wystarczających na około sześć miesięcy.

Każdy gram katarskiego helu opuszcza kraj tą samą drogą: statkiem, przez Ormuz. Nie ma alternatywy dla rurociągu, drogi lądowej, obejścia – jedynym wyjściem helu z drugiego co do wielkości centrum produkcyjnego na świecie jest 33-kilometrowy szlak wodny. Sieć rurociągów do transportu ropy naftowej mogłaby zostać ukończona już jutro, ale do fabryki chipów na Tajwanie nie dotarłby ani jeden litr helu.

Dlaczego kadrowanie ma znaczenie

Nic z tego nie oznacza, że ​​rurociągi okrężne to zły pomysł. Zmniejszenie zależności świata od jednego wąskiego gardła ropy naftowej jest rozsądne, a redundancja sterowana przez rynek jest dokładnie tym, czego by się chciało. Bessent ma rację, że przepływy kapitału omijają ryzyko, a Teheran przyspieszył własną strategiczną marginalizację, wykorzystując cieśninę jako broń.

Jednak twierdzenie, że „Cieśnina Ormuz stanie się nieistotna”, jest rażąco mylące. Prawdziwa waga strategiczna tego szlaku wodnego wynika z jego roli jako wspólnej bramy eksportowej dla pakietu towarów – LNG, mocznika, amoniaku, siarki i helu – które są transportowane drogą morską z powodu warunków fizycznych, skoncentrowane w kilku obiektach w Zatoce Perskiej i niemożliwe do szybkiego uzupełnienia. Każdy z nich został zakłócony w realnym świecie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy, a każde z nich powodowało szoki cenowe i szkody w dół łańcucha dostaw, których rurociąg naftowy nie jest w stanie zapobiec.

Obecny rynek to podkreśla. Na początku sierpnia cena ropy Brent oscylowała w okolicach 85 dolarów i rosła na nagłówkach gazet dotyczących cieśniny Ormuz, z premią za ryzyko wojenne, która nie chciała spaść pomimo miesięcy negocjacji – w tym procesie amerykańskie Strategiczne Rezerwy Ropy Naftowej zostały obniżone do najniższego poziomu od lat 80. Ta premia odzwierciedla wycenę całego koszyka ropy naftowej, jaką niesie cieśnina, a nie tylko baryłek. Dopóki nie powstanie plan budowy tankowca LNG, ładunku amoniaku, transportu siarki i zbiornika z helem – z których żaden nie zmieści się w rurociągu – cieśnina Ormuz pozostanie daleka od nieistotnego.

Rurociąg może transportować ropę naftową. Nie może transportować reszty tego, co transportuje Ormuz. A to właśnie reszta po cichu zmienia obecnie globalną gospodarkę.


Sędzia pokazał mi film z Bessentem, który zainspirował mnie do napisania tego artykułu:

Larry Johnson: Czego potrzebuje Iran, aby otworzyć Ormuz

Najnowsze informacje na temat dynamiki rozwoju sytuacji w Zatoce Perskiej przekazuję za pośrednictwem protokołu przejściowego :

PILNE: Gdzie był Modżtaba Chamenei? Niewidzialny przywódca Iranu wykonał pierwszy ruch – kto podpisał irański dekret?

Karen Kwiatkowski zastąpiła dziś Kyle’a Anzalone’a:

LARRY JOHNSON i PUPŁ. KAREN KWIATKOWSKI - Trump PRZEGRAŁ, a Ameryka jest przez to słabsza!

Nima i ja rozmawialiśmy o absurdalnym twierdzeniu Trumpa, że ​​chce reparacji od Iranu:

Larry Johnson: Trump zmienia scenariusz: USA żądają teraz miliardów dolarów reparacji od Iranu

Miałem krótką zapaść nerwową na Sulaimana, gdy pojawiły się doniesienia o planach przeprowadzenia operacji lądowej w Zatoce Perskiej:

INWAZJA LĄDOWA NA IRAN NIEMOŻLIWA, TRUMP ATAKUJE IRAN, REZERWY ROPY W USA SPADAJĄ Z CIA Larrym Johnsonem

Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.

Rosyjski system aktywnej ochrony Arena-M w końcu osiągnął dojrzałość na polu bitwy

Rosyjski system aktywnej ochrony Arena-M w końcu osiągnął dojrzałość na polu bitwy

Symplicjusz 11 sierpnia 2026 r. simplicius/russian-arena-m-active-protection

W niedawnym przemówieniu były głównodowodzący ukraińskiej armii Walerij Załużny złożył szokujące wyznanie.

Stwierdził, że w trakcie konfliktu na Ukrainie Rosji udało się zamienić każdą zachodnią wunderwaffen lub „superbroń” w bezużyteczny złom:Nie można załadować wideo.

Jego prawdziwe słowa ze szczegółami:

„Do roku 2026 Ukraina rozmieściła już każdy rodzaj uzbrojenia – z wyjątkiem rakiet Tomahawk, broni jądrowej, lotniskowców i myśliwców F-35 – a także wdrożyła wszystkie niezwykle złożone doktryny operacyjne NATO…

A wszystkie dostępne zasoby zostały już całkowicie wyczerpane. Rosji udało się znaleźć konkretne środki zaradcze na każdy z nich.

Następnie podaje przykład systemu HIMARS, który początkowo okazał się niespodziewanym sukcesem i, jak twierdzi, w pojedynkę umożliwił Ukrainie wyzwolenie obwodu chersońskiego jesienią 2022 roku. Jednak zaledwie miesiąc później, jak twierdzi, system HIMARS stał się całkowicie bezużyteczny.

Jego słowa:

„Dokładnie miesiąc później [HIMARS] stały się czymś zupełnie bezużytecznym, po prostu nie da się ich używać”.

Zwróćcie uwagę w szczególności na fragment oświadczenia, który pozostaje najbardziej niezauważony. Rosja całkowicie zneutralizowała nie tylko uzbrojenie, ale także „wysoce złożone doktryny operacyjne” NATO. Krótko mówiąc, cały system NATO, który został zaprojektowany, by pokonać ZSRR, a następnie Rosję, co obejmuje przejście od tak zwanej „gorszej sowieckiej szkoły” myślenia, „dowództwa odgórnego”, trzymanie się niesławnej inicjatywy NATO w zakresie „dowództwa misyjnego” i wszystkich innych stereotypów dotyczących rosyjskiego sposobu prowadzenia wojny. Ukraina została przekształcona w zmodernizowaną wersję sił NATO, z większym finansowaniem i dostępem niż prawdopodobnie jakikolwiek inny członek NATO, a wszystko to zostało odrzucone i zneutralizowane na polu bitwy przez ciągłe rosyjskie innowacje.

https://www.yahoo.com/news/world/articles/ukraine-f-16s-being-worn-110000052.html

Wypowiedzi Załużnego wprowadzają nas w ciekawy wątek dotyczący zastosowania przez Rosję systemu aktywnej obrony (Aerien-M) w czołgach.

W ostatnich tygodniach rosyjskie czołgi w końcu pojawiły się w transporcie z Uralwagonzawodu, a także na froncie, z mitycznym systemem Arena-M, nad którym od dawna trwają prace. Rosyjskie media donosiły, że ulepszone wersje systemu Arena, zwane Arena-M, zaczną być instalowane na różnych czołgach już od 2023 roku. W zeszłym miesiącu Izwiestia donosiła, że ​​wkrótce czołgi T-72B3A wyposażone w ten system zostaną użyte w szturmach na froncie .

Będą wspierać grupy szturmowe

Jednostki wojskowe działające w strefie operacji specjalnych otrzymały czołgi T‑72B3A wyposażone w systemy aktywnej obrony Arena‑M. Pojazdy pancerne i ich załogi są obecnie aktywnie przygotowywane do użycia w operacjach bojowych.Zadaniem specjalnie chronionych czołgów będzie wsparcie działań naszych grup szturmowych, przeprowadzających ataki na umocnione pozycje przeciwnika,dowiedział się „Izwiestia”.

Filmik sprzed około tygodnia przedstawiający czołg T-90M podczas prób fabrycznych w UVZ z zainstalowanym systemem Arena-M, widocznym jako małe pudełka na górze z tyłu i z przodu wieży:Nie można załadować wideo.

Czołg T-90M wyposażony w aktywny system ochrony (APS) „Arena-M” przechodzi próby fabryczne na poligonie w pobliżu zakładów UVZ.

➖Istnieją doniesienia, że ​​czołgi dostarczane przez UVZ są wyposażone w mieszane komponenty: niektóre pojazdy otrzymują standardowy aktywny system ochrony, podczas gdy inne otrzymują ulepszoną „grill” i rozszerzony pakiet ochrony dynamicznej i przeciwkumulacyjnej (w tym wzmocnione ekrany i osłonę komory silnika).

➖Czołgi T-80BV otrzymują zmodernizowaną wieżę i bardziej zaawansowane rozwiązania konstrukcyjne w zakresie ochrony, różniące się od standardów serii T-72/T-90.

➖Trwają prace nad kompleksową ochroną czołgów przed uderzeniami dronów FPV, ale nadal nie wiadomo, kiedy zostanie zaprezentowane kompletne rozwiązanie, które zapewni niezawodną ochronę pojazdu w warunkach bojowych przez dłuższy czas.

Na początek, Arena-M została pierwotnie stworzona do zatrzymywania różnego rodzaju amunicji, takiej jak ppk i javeliny, w tym w trybie „top attack”. Oczywiście nie stanowią one już problemu w porównaniu z powszechnością dronów. Oto jednak nagranie testowe systemu Arena-M na T-72B3M przechwytującego mały pocisk rakietowy w trybie top attack i lecący bezpośrednio po trajektorii, jako przykład działania: Nie można załadować wideo.

System działa na podstawie małego, milimetrowego radaru dopplerowskiego, który wykrywa nadlatujące pociski, a następnie wystrzeliwuje twardy ładunek bojowy, który jest aktywowany w odpowiednim momencie i eksploduje w pobliżu czołgu, rozsiewając w kierunku nadlatującego pocisku odłamki.

Podczas niedawnego ataku w kierunku Dobropilli, z okolic Szachowego, niedaleko Pokrowska, siły rosyjskie po raz pierwszy użyły czołgów z systemami Arena-M. Nagrania opublikowane przez obronę tego obszaru przez Korporację Azow pokazały jedno zestrzelenie drona FPV przez system Arena.

Jednakże szokującym było to, że ważne osobistości proukraińskie, w tym amerykański analityk Rob Lee i weteran ukraińskich operacji specjalnych Dmytro Putiata, rozmawiali z jednostkami Azowa biorącymi udział w ataku i dowiedzieli się, że system Arena-M w rzeczywistości zadziałał zadziwiająco dobrze:

Rob Lee@ RALee85Rosyjski atak na obszar Korpusu Azowskiego dwa tygodnie temu obejmował kilka interesujących innowacji. Nie powiódł się, częściowo dlatego, że natknęli się na jeden z najsilniejszych korpusów Ukrainy, ale pokazał, że rosyjskie wojsko uczy się i eksperymentuje z wykorzystaniem czołgów.

Dmytro Putiata @ kriegsforscherD@RALee85 i ja rozmawialiśmy z jedną z jednostek biorących udział w tej operacji i sprawdziliśmy, czy ten system działa skutecznie, czy nie. I niestety, działa. W jednym przypadku system zniszczył 7 dronów FPV. Ogólnie rzecz biorąc, zniszczenie ich wymagało od 15 do 20 dronów FPV.

22:30 · 8 sierpnia 2026 · 357 tys. wyświetleń


19 odpowiedzi · 307 repostów · 1,92 tys. polubień

———————————————————–

Putiata potwierdził, że jednostki przekazały mu, iż jeden system Arena zniszczył 7 dronów FPV, a do zniszczenia czołgu średnio potrzeba było 20 dronów FPV.

Ich oryginalny wątek był odpowiedzią na wątek innego ukraińskiego eksperta od czołgów , który potwierdził, że jedynym powodem trafienia czołgów było całkowite zużycie amunicji kanistrowej Arena-M:

Krótko mówiąc, wygląda na to, że system Areny w zasadzie zestrzeliwał wszystko, co znalazło się w zasięgu wzroku, a czołgi można było trafić dopiero po wyczerpaniu ich amunicji.

Oto fragment filmu opublikowanego przez Korpus Azow, przedstawiający rosyjski atak, do wykorzystania w celach informacyjnych:Nie można załadować wideo.

Skąd wiemy, że moduły pojemników były puste? Ponieważ, gdy nie zostały wystrzelone ani użyte, są szczelnie zamknięte w następujący sposób:

Teraz spójrz na zrzut ekranu filmu – możesz zobaczyć, że moduły po obu stronach są otwarte i puste, ponieważ zostały wyczerpane:

Wspomniany ukraiński ekspert od czołgów, Andriej Tarasenko, uważa, że ​​ograniczona amunicja nie pozwoli Arenie na wykorzystanie jej w nowoczesnych warunkach, gdzie nasycenie dronami jest po prostu zbyt wysokie. Nigdy jednak nie można zgadnąć pomysłowości rosyjskich inżynierów w wymyślaniu rozwiązań, które pozwoliłyby na zamontowanie większej ilości amunicji lub wyrzutni na czołgu.

Wystarczy posłuchać przemówienia otwierającego Załużnego, w którym przypisuje on rosyjskiej pomysłowości w opracowywaniu kontr-środków wszystkim czołowym systemom Zachodu. Ciekawostką w potwierdzonym już sukcesie Areny-M jest to, że mechanizm „hard kill” potrafi to, czego nie potrafi nawet najlepszy system walki elektronicznej: zniszczyć drony światłowodowe, a nawet autonomiczne drony sterowane przez sztuczną inteligencję.

Samodzielna produkcja ładunków wybuchowych nie może być kosztowna, co teoretycznie oznacza, że ​​taki system z ogromną liczbą pocisków powinien być w stanie zniszczyć drona za dronem z każdego możliwego kierunku. Wyobraźmy sobie teraz kilka takich czołgów, a może nawet dedykowany pojazd Arena-M wyposażony jedynie w te systemy, poruszających się w ciaśniejszej formacji, tworzącej swego rodzaju falangę „muru” środków zaradczych. Nic nigdy nie będzie w 100% niezawodne, ale mogłoby to spowodować wykładniczy wzrost wydatków wroga na drony przy każdym ataku.

Rosyjskie innowacje są nadal wdrażane. Wiele ukraińskich mediów donosiło dziś rano, że rosyjski system „Starlink”, znany jako konstelacja Rassvet, jest wdrażany znacznie szybciej niż oczekiwano, jak twierdzi czołowy szef ukraińskiego wywiadu:

https://kyivindependent.com/rosja-przyspiesza-rozmieszczanie-systemu-starlink-jak-satelita-ukraine-military-intelligence-says/

Rosja przyspiesza wdrażanie swojego systemu łączności satelitarnej Rassviet, krajowego odpowiednika Starlink, szybciej niż planowano, poinformował 10 sierpnia zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego, generał major Wadym Skibicki.

„Moskwa wdraża Rasswiet, w istocie rosyjski odpowiednik systemu Starlink. I zaczęli go uruchamiać znacznie szybciej, niż przewidywali w swoich planach” –powiedział Skibickiw wywiadzie dla RBC-Ukraina.

Jak stwierdziliśmy w poprzedniej analizie sprzed tygodnia lub dwóch, szef wywiadu Skibicki zauważa, że ​​obecnie oczekuje się, iż Rosja zwiększy konstelację Rasswiet do 292 do przyszłego roku, co stanowi liczbę nawet większą niż podane wcześniej ~250, które są podstawą zapewnienia Rosji całkowitej stabilności sygnału nad Ukrainą przez całą dobę, przez siedem dni w tygodniu:

Skibicki dodał, że Rosja planuje zbudować konstelację składającą się z 292 satelitów do 2027 roku i rozszerzyć ją do 924 satelitów do 2035 roku.

Ten rozwój sytuacji bardzo zaniepokoił Ukraińców:

W wywiadzie dla agencji AP opublikowanym 10 sierpnia dowódca Sił Bezzałogowych Robert „Madyar” Brovdi określił ten rozwój sytuacji jako „zagrożenie dla całej planety”.

„Ponieważ dyktatura uzyska dostęp do informacji na całym świecie” – dodał.

To z pewnością interesujące wydarzenia. W szczególności pojawienie się i przetestowany sukces systemu Arena-M może potencjalnie utorować drogę do nowej fazy wojny, w której pancerne środki ataku powrócą do pewnego stopnia.

Podziel się swoimi przemyśleniami: czy ożywi to ataki pancerne w przyszłych ofensywach, czy też odejdzie w zapomnienie jako nowość i platforma testowa ze względu na prostą nierozwiązywalność problemu roju dronów?

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Nawrocki w butach Piłsudskiego?

Jan Engelgard 

Słuchając przemówienia Pana Prezydenta na dziedzińcu Pałacu Namiestnikowskiego dniu 6 sierpnia, kiedy raczył był poinformować naród o swoim stosunku do wojny na Ukrainie – i kiedy wykrzyczał: „Niech sobie mordują tych sowietów tam, gdzie ich napadli i w ogóle nas Polaków to nie boli. W tym zakresie zawsze mogą na nas liczyć, bo tam, gdzie się bije Moskala, tam Polska pomaga, nawet jak nie bierze udziału bezpośrednio w tej wojnie. Taki jest strategiczny interes Polski” – nasunęła mi się taka scena z listopada 1919 roku.

Wysłannik Józefa Piłsudskiego na rozmowy z Rosja radziecką, hr. Michał Kossakowski, podczas rozmowy w Belwederze, zapytał go – jaki jest właściwie cel polskiej polityki na Wschodzie. Poirytowany Piłsudski odrzekł: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest tylko do po­wiedzenia: Jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej języ­kiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mię to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone (…) Lekceważę, pogardzam wami. Jesteście pogrążeni w rękach Żydów i junkrów niemieckich, nie wierzę wam, waszemu gatunkowi ludzkiemu”.

Kosssakowski był wstrząśnięty, zapisał w dzienniku: „Pogarda i lekceważenie zarówno bolszewików, jak też Denikina, czyli całej Rosji… czy można mieć program polityczny redukujący się do słów: „pogarda, lekceważenie”? Czy w rzeczywistości nic więcej od Rosji nie potrzebujemy…”.

Nie wiem, czy Nawrocki inspirował się tą wypowiedzią Piłsudskiego. Być może, przecież praktycznie cała polska „klasa polityczna” to właśnie jego i jego koncepcje wschodnie bierze za wzór. Tyle tylko, że zapomina się, albo chce się zapomnieć o jednym – ta polityka zakończyła się klęską i Polska tylko cudem uratowała swój świeży niepodległy byt. Ta polityka pogardy i lekceważenia wszystkich na Wschodzie – sprawiała, że byliśmy znienawidzeni nie tylko przez „Moskali” (czerwonych i białych), ale także przez Ukraińców, nawet tych od Petlury, którzy niby byli naszymi sojusznikami. Polacy ciężko zapłacili ze tą bezrozumną fanfaronadę i skrajną megalomanię podczas II wojny światowej.

Jaka jest wobec tego różnica między Piłsudskim i Nawrockim? Ano taka, że ten pierwszy przyznał się do tego, że jego ukraiński plan zakończył się fiaskiem, zweryfikował stanowisko wobec Moskwy, był w latach 30. gotów do rozważenia taktycznego a może nawet strategicznego sojuszu z nią przeciwko Niemcom, wreszcie przestał grać kartą ukraińską. Tymczasem Nawrocki jest na etapie przeżuwania i podniecania się retoryką Piłsudskiego z roku 1919, tyle tylko, że Piłsudski głęboko skrywał swoje emocje i ujawnił je tylko sam na sam z Kossakowskim, a Nawrocki wykrzyczał je na cały świat. W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak skierować do Pana Prezydenta i jego otoczenia słów tegoż właśnie Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”.

Jan Engelgard 

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Ukropolin w budowie

Zinkiewicz: Ukropolin w budowie

Mateusz Piskorski i Tomasz Jankowski w audycji na YouTube „Kto chce zamieszek w Polsce” analizowali przyczynę nasilających się prowokacji na terenie Polski. Od ponad dwóch lat cyklicznie, trywialnie zwracam uwagę na omawiane problemy w audycji obu wyżej wymienionych panów. Pierwszy raz felietonem W co gra amerykańska propaganda?. Natomiast ostatnio w najnowszym felietonie Filmowcy. 

W przeciwieństwie do mojej Małżonki nie posiadam zdolności profetycznych wzmocnionych umiejętnościami analitycznymi i obszerną wiedzą z zakresu psychologi stosowanej. Posługuję się zupełnie inną metodologią. Polega ona na wyciąganiu wniosków z pozornie mało istotnych sygnałów docierających do mnie. Konfrontuje je ze spektrum wydarzeń. 

Zdrowy dystans

W przeszłości w zamierzchłych czasach PRL-u, po przyjeździe do Polski z Wiednia pozwoliło mi to na uniknięcie aresztowania i bezpodstawnego oskarżenia o szpiegostwo. Stąd też identyfikuje się z traumatycznymi przeżyciami polskiego patrioty Mateusza Piskorskiego. Staram się nigdy nie lekceważyć sygnałów wywołujących refleksję. Jest to moja indywidualna forma instynktu samozachowawczego. Do tego w trakcie mojego życia, po szeregu koszmarnych przeżyć, utworzył się we mnie dystans do ludzi. Pewna doza braku zaufania, sceptycyzmu, cecha, którą nabywa się wraz z wiekiem. 

„Stare trupy” 

Wypowiedź Żydówki Anny Marii Żukowskiej o ekshumacjach ofiar ukraińskiego ludobójstwa brzmiała: „Jeżeli to jest dla pana rodzaj transakcji, żeby bardziej starymi trupami handlować, za takie bardziej świeże, to po prostu jest obrzydliwe naprawdę”.

Słowa te wywołały dużą debatę publiczną w lutym 2025 roku. Wypowiedź ta padła w kontekście dyskusji o relacjach polsko-ukraińskich i warunkach stawianych Ukrainie. W trakcie dyskusji z wicemarszałkiem Sejmu Krzysztofem Bosakiem na antenie TVN24. Słowa o „starych trupach” spotkały się z ostrą krytyką ze strony polityków różnych opcji oraz komentatorów, którzy uznali je za brak szacunku dla pamięci bestialsko pomordowanych Polaków, których doczesne szczątki, wdeptane są w ukraińskie błota. Zgodnie z polską, katolicką tradycją, wymagają godnego pochowku. A dla niej są to tylko „stare trupy” (sic!). Posłanka nie przeprosiła – w rozmowie z RMF FM powiedziała, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Groźby ambasadora

Z kolei w lutym i marcu 2026 roku ambasador USA w Polsce, Tom Rose, wygłosił krytyczne wypowiedzi pod adresem Grzegorza Brauna. Stwierdził, że udział formacji Brauna w polskim rządzie byłby dla USA poważnym problemem, a w marcu ostro skrytykował wpis polityka w księdze kondolencyjnej w ambasadzie Iranu po śmierci Alego Chameneiego, ostrzegając, że „Amerykanie i prezydent Trump tego nie zapomną”.

Wypowiedź amerykańskiego ambasadora uruchomiła lawinę serwilistycznych artykułów prasowych atakujących środowisko posła Brauna, uderzających bezpośrednio w Mateusza Piskorskiego i Tomasza Jankowskiego. Wychwycił to publicysta i były poseł na Sejm RP Piotr Gadzinowski i opisał w artykule Pożegnanie z Marią („Fakty po Mitach”, nr 31 z 31 lipca 2026 roku). Wcześniej pisałem w podobnym duchu, jako odpowiedź na krytykę, która po wystąpieniu ambasadora USA Rose’a znalazła się w „Gazecie Polskiej”, zamieściłem ją w felietonie Sało w Czekoladzie.

Mógłbym przytoczyć parę innych przykładów, rozbijackiej działalności nakierowanej na środowisko Grzegorza Brauna wraz z podstępnymi działaniami wobec polityków z nim związanych. Ograniczę się do banału, jakim jest dostrzeżone przeze mnie wybudzanie ukraińskiego śpiocha stryja-konfidenta, startującego w nowej roli: filmowca-prowokatora w duecie z pewną panienką. O tym mowa w felietonie Filmowcy

Lęki architektów Ukropolin

Bardzo wiele na temat budowy w Polsce Ukropolinu napisał Krzysztof Baliński. Jego książki są dostępne w sprzedaży. Zgadzam się z zawartymi w nich tezami, że w Polsce budowany jest Ukropolin, natomiast sprowadzenie do Polski blisko 2 milionów Ukraińców to zaplanowana w tym celu akcja globalistów amerykańskich, autorów wojny na Ukrainie i Bliskim Wschodzie. Jedynie Grzegorz Braun i jego środowisko polityczne przeciwstawiają się przebudowie Polski w Ukropolin.

Interesującą analizę na temat Brauna przeprowadził Paweł Lisicki w audycji na YouTube Prawicowej koalicji bez Brauna nie będzie. Morawiecki skazany na Tuska. Wynika z niej, że Grzegorz Braun jest politykiem godnym zaufania, ponieważ od lat konsekwentnie wypowiada te same poglądy, spełniające oczekiwania Polaków, zmęczonych PiS-em, jak i Koalicją Obywatelską, rządzącymi pod dyktando USA i Izraela. Lisicki wyjaśnia przyczynę lęku ludzi, którym od dziesięcioleci wydaje się, że są właścicielami Polski. Zafascynowani są odrodzonym faszyzmem za naszą wschodnia granicą. Obawiają się oni, że ich projekt budowanego z mozołem Ukropolinu upadnie gdy do władzy dojdzie Braun wraz z towarzyszącymi politykami, przeciwnikami dalszej wasalizacji Polski oddanej obecnie w pacht globalistom. 

Eugeniusz Zinkiewicz