Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 1 września 2026 michalkiewicz
Nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka – głosi popularne przysłowie. Jak wszystkie popularne przysłowia, również i to ma to do siebie, że albo się sprawdzi, albo nie. W przypadku wilka pewnie się prędzej czy później sprawdzi, bo kto tak naprawdę będzie ujmował się za wilkami, zwłaszcza, że sławna w swoim czasie francuska aktorka Brigitte Bardot, już prawie od roku nie żyje? Bardzo starzy ludzie mogą przywołać jeszcze św. Franciszka z Asyżu, który skutecznie ujął się za wilkiem z Gubbio, co to pustoszył okolice. Jak czytamy w „Kwiatkach św. Franciszka”, święty wyszedł wilkowi na spotkanie, a ten nie tylko nie rzucił się na niego i go nie rozszarpał, ale spokojnie go wysłuchał, w następstwie czego Franciszek doprowadził do porozumienia między mieszkańcami Gubbio i okolic. Mieszkańcy zobowiązali się wilka żywić, za co on ze swej strony obiecał, że nie będzie czynił żadnych szkód ani tamtejszym ludziom, ani nawet domowym zwierzętom.
Zresztą nie tylko z wilkiem św. Franciszkowi się udało. Znacznie trudniejszym zadaniem była z pewnością próba nawrócenia „sułtana Babilonu”. Z tym sułtanem wszyscy bali się rozmawiać, prawie tak, jak teraz z Putinem, ale św. Franciszek się nie przestraszył ani sułtana, ani nawet – co o nim powie pani red. Agnieszka Gozdyra. Dotarł tedy na miejsce, odbył z sułtanem rozmowę, w której zachęcał go do porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i nawrócenia się na chrześcijaństwo. Sułtan nie tylko nie kazał obedrzeć go ze skóry, ale na jego zachęty udzielił mu odpowiedzi wymijającej, że najpierw musi załatwić wiele nie cierpiących zwłoki spraw, po czym dał mu eskortę go granicy, żeby nie spotkała go żadna zła przygoda.
Stanisław Cat-Mackiewicz przypuszcza w związku z tym, że św. Franciszek miał nadzwyczajne zdolności perswazyjne i nawet porównywał go pod tym względem do… Adolfa Hitlera. Teraz, na skutek uporczywej polityki historycznej, Adolfowi Hitlerowi nie przypisuje się żadnych nadzwyczajnych zdolności, wskutek czego trudno zrozumieć, w jaki właściwie sposób udało mu się oczarować Niemców do tego stopnia, że dochowali mu wierności aż do samego końca. Terrorem wszystkiego tłumaczyć chyba nie można, bo Stalin też stosował terror i to znacznie surowszy niż Hitler – a jednak, zwłaszcza na początku wojny, Niemcom poddawały się całe dywizje, a – jak mnie zapewniła znajoma, ale nie żyjąca już Rosjanka – również rosyjscy cywile na powitanie Niemców wznosili bramy triumfalne.
Dzisiaj takie opowieści musiałyby zostać pryncypialnie potępione przez wszystkich mądrych, roztropnych i przyzwoitych, co to rozpoznają się po zapachu – ale czy przypadkiem nie dlatego coraz więcej ludzi nie wierzy w żadne oficjalne wyjaśnienia i chętnie skłania się ku rozmaitym teoriom spiskowym? Skrajny przypadek takiego sceptycyzmu przypomina Antoni Słonimski – jak to pewien uczeń szkoły podstawowej przyniósł do domu wiadomość, że nauczycielka podczas lekcji twierdziła, iż Fenicjanie robili szkło z piasku. – To nie jej wina – wyjaśniał. – Ona tak musi, bo inaczej wywaliliby ją z roboty.
Ale dość już tych dygresji, bo zaczynając od wilka, który nosił razy kilka, myślałem o bezcennym Izraelu, który w końcu chyba się doigrał. Na pierwszy rzut oka państwo to nie tylko leży tam, gdzie chce, ale i robi, co chce, najwyraźniej dufne zarówno w swój arsenał nuklearny, którego oficjalnie „nie ma”, podobnie jak Wojskowych Służb Informacyjnych
– chociaż wiadomo, że i w jednym, jak i w drugim przypadku ta oficjalna nieobecność jest tylko wyższą forma obecności. Nie mówię już nawet o przekonaniu, że Żydowie są faworytami Stwórcy Wszechświata, co musi przecież mieć jakieś konsekwencje, na przykład – polityczne. Wspomniany Adolf Hitler myślał, że faworytami Stwórcy Wszechświata są Niemcy – ale nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak bardzo się pomylił. Toteż z uwagi na te wszystkie okoliczności, Żydowie doszli do wniosku, że nie tylko mogą, ale kto wie, czy nie powinni, traktować wszystkie inne narody instrumentalnie, jako tzw. „głupich gojów”, którzy tylko zewnętrznie są podobni do prawdziwego rodzaju ludzkiego.
Najbardziej instrumentalnie byli przez Żydów traktowani nawet nie Palestyńczycy, tylko – amerykańscy twardziele, którzy wskutek długotrwałej tresury nie tylko nauczyli się skakać przed Żydami z gałęzi na gałąź, ale chyba uznali to za stan naturalny. W tej sytuacji nikogo nie dziwi, że Izrael nie tylko olewał wszystkie rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, ale coraz częściej olewał, a nawet wręcz ośmieszał Swego Największego Sojusznika. Świat co prawda już się przyzwyczaił, że ogon wywija psem – ale ostatnio ogon tak zhardział, że zaczął się nawet z psa na oczach całego świata naigrawać. Żeby nie być gołosłownym, to podam przykład, jak to Rada Pokoju zaprezentowała 15-punktowy plan dla Strefy Gazy autorstwa prezydenta Donalda Trumpa – a Izrael co? A Izrael w całości go odrzucił, wystawiając w ten sposób amerykańskiego prezydenta na pośmiewisko.
W odróżnieniu od naszego bantustanu, który nawet nie ośmiela się myśleć w sposób niedozwolony, inne bantustany nie tylko myślą, ale nawet – wyciągają z tego wnioski. Kiedy zatem okazało się, że wiarygodność sojusznicza Ameryki w rejonie Bliskiego Wschodu zmalała, tamtejsze bantustany najwyraźniej postanowiły przestać orientować się na egzotyczne sojusze, tylko wzięły sprawy w swoje ręce. Następstwem tej decyzji było zawarcie traktatu obronnego między Turcją, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Turcja ma najsilniejszą w regionie armię, Arabia Saudyjska już sama nie wie, co robić z pieniędzmi, a z kolei Pakistan dorobił się arsenału jądrowego. Kiedy zaczynał, tamtejszy prezydent zapowiedział, że „będziemy jedli trawę” ale pozyskamy broń jądrową. Teraz, gdy w grę wchodzą saudyjskie pieniądze, to każdy rozumie, że pakistański arsenał będzie mógł rozwijać się w tempie stachanowskim.
I kiedy wydawało się, że to tylko taka jaskółka, która nie musi zwiastować wiosny, to wkrótce Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt. Jordania, Arabia Saudyjska, Turcja, Indonezja i Pakistan, potępiły odrzucenie przez Izrael pokojowego planu Donalda Trumpa dla Strefy Gazy. Być może Donald Trump w jakiś sposób zachęcił te państwa do zajęcia takiego stanowiska – ale może nie musiał ich specjalnie zachęcać – bo niby dlaczego one same nie miałyby wiedzieć, co przystoi im w tej sytuacji czynić? Inna rzecz, że wysłannicy prezydenta Trumpa, wśród nich – również jego zięć – namawiali się w Kairze z bisurmanami, co pokazuje, że również prezydent Trump – chociaż twardziel – najwyraźniej poczuł się tym zlekceważeniem dotknięty.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Już za kilka godzin kolejna rocznica napaści Niemiec na Polskę. Rocznicę będą celebrować, na ogół bezrefleksyjnie, słomiani patrioci, a agentura niemiecka tradycyjnie usunie się w cień. Zwolennicy ochlokracji będą mówić o wszystkim: o faszyzmie, nacjonalizmie i bardzo rzadko o nazizmie, bo ten akurat, tym razem, w bliźniaczym wydaniu, trzeba wspierać w walce z rosyjskim imperializmem. Taką mamy aktualnie potworność etapu.
Wiedzieli, a nie powiedzieli
Mówi prof. Eugeniusz Cezary Król…
Jest to Hans von Herwarth, dyplomata niemiecki, który w 1939 roku był sekretarzem osobistym ambasadora Niemiec w Moskwie, czyli hrabiego von der Schulenburga. Otóż Hans von Herwarth zapisał się w historii tym, że 24 sierpnia 1939 roku rano przekazał swojemu koledze amerykańskiej ambasady Charlesowi Bohlenowi w Moskwie tekst tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Molotow. Co oznacza, że 24 sierpnia albo 25 sierpnia ten tekst był już w centrali dyplomacji amerykańskiej, a w następnych dniach Waszyngton powiadomił o tym fakcie Paryż i Londyn.
Co z tego wynikało dla Polski? Powinno wynikać tyle, że nasi sojusznicy, a wtedy oba to byli sojuszniki, mianowicie Wielka Brytania i Francja, powinny nas powiadomić. To wynikało z traktatu sojuszniczego. Tego nie uczynili.
Dlaczego nam nie powiedzieli?
…oni się bali, że Polacy widząc co się dzieje, będą tym bardziej nastawać na obiecaną pomoc, na pozycję sojusznika. A to miało być tylko na papierze.
A druga rzecz, dlaczego nie powiedzieli? Uznali, że już jest sprawa załatwiona. Oni się dogadali, co nam do tego?
CBŚP oraz funkcjonariusze Straży Granicznej zatrzymali na Okęciu obywatela Gruzji posiadającego status „wora w zakonie”, czyli wysoką pozycję w postsowieckiej mafii. Podczas weryfikacji ustalono, że mógł posługiwać się on aż 39 tożsamościami.
Jak przekazało we wtorek CBŚP, funkcjonariusze uzyskali informację, że rejsem z Grecji do Warszawy może przylecieć obywatel Gruzji, posiadający status „wora w zakonie”. Po wylądowaniu na lotnisku Okęcie mężczyzna został zatrzymany przez funkcjonariuszy Straży Granicznej. Ustalono, że przebywa on na terytorium Polski nielegalnie.
„Szczegółowa weryfikacja w systemach teleinformatycznych Straży Granicznej wykazała, że Gruzin figuruje w bazach danych pod kątem możliwości posługiwania się innymi danymi osobowymi” – podało CBŚP.
Służby potwierdziły, że na wcześniej używane dane osobowe dokonano wpisów przez służby francuskie i niemieckie. CBŚP poinformowało, że strona francuska wskazała, że cudzoziemcowi należy odmówić wjazdu i pobytu na terytorium państw członkowskich z uwagi na wcześniejszy wyrok skazujący za przestępstwo zagrożone karą co najmniej roku pozbawienia wolności. Z kolei strona niemiecka wskazała jako podstawę wpisu udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego.
„Z ustaleń funkcjonariuszy wynika ponadto, że mężczyzna mógł posługiwać się 39 innymi danymi osobowymi” – przekazało CBŚP.
Wobec obywatela Gruzji zostało wszczęte postępowanie administracyjne. Wydano decyzję zobowiązującą cudzoziemca do powrotu, orzekając jednocześnie o 10-letnim zakazie ponownego wjazdu na terytorium RP oraz pozostałych państw obszaru Schengen.
Funkcjonariusze zajęli się też sprawą posługiwania się nieprawdziwymi danymi. Gruzinowi przedstawiono zarzut dotyczący składania fałszywego oświadczenia, a następnie przesłuchano go w charakterze podejrzanego. Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanego mu czynu i złożył wyjaśnienia.
Po zakończeniu czynności opuścił Polskę, odlatując najbliższym samolotem do Tbilisi.
We wrześniu 1939 roku Polska padła ofiarą agresji nie tylko ze strony Niemiec i Związku Radzieckiego, ale także – co dziś pamięta się znacznie rzadziej – ze strony sprzymierzonej z III Rzeszą Słowacji.
Państwo słowackie, powołane do życia 14 marca 1939 roku pod przywództwem księdza Jozefa Tisy, szybko znalazło się w silnej zależności od Niemiec. Polska, licząc jeszcze na utrzymanie dobrosąsiedzkich stosunków, uznała jego niepodległość już następnego dnia po jej ogłoszeniu. Wkrótce jednak okazało się, że rząd w Bratysławie związał swój los z Hitlerem.
Latem 1939 roku Słowacy intensywnie przygotowywali się do udziału w agresji na Polskę. Modernizowano drogi prowadzące ku granicy, gromadzono informacje wywiadowcze o polskich jednostkach, a Niemcom udostępniano linie kolejowe i lotniska. Z lotnisk na terytorium Słowacji startowały później samoloty Luftwaffe uczestniczące m.in. w bombardowaniach Krakowa i Warszawy.
Jednocześnie nasilała się antypolska propaganda. Szczególnie aktywni byli minister propagandy Aleksander Mach oraz paramilitarna Gwardia Hlinki.
1 września 1939 roku o godz. 5:00, bez wypowiedzenia wojny, wojska słowackie przekroczyły granicę Polski.
Do działań przeciwko Polsce skierowano Armię Polową „Bernolák”. W jej skład wchodziły trzy dywizje: „Jánošík”, „Škultéty” i „Rázus”, a także zgrupowanie manewrowe „Kalinčiak”. Nie wszystkie te siły uczestniczyły jednak w walkach w takim samym zakresie. Słowackie wojska liczyły łącznie około 50 tys. żołnierzy.
Walki toczyły się m.in. w rejonie Zakopanego, Nowego Targu, Krynicy, Muszyny, Przełęczy Dukielskiej i Łupkowa. Słowacy zajęli m.in. Czorsztyn i Tylicz, a na dalszym etapie działań operowali również w kierunku Krosna i Sanoka.
Choć udział Słowacji nie miał decydującego znaczenia dla wyniku kampanii, lokalnie stanowił realne wsparcie niemieckiej ofensywy na południu Polski.
Według danych wojskowych Słowacy stracili 18 zabitych, 46 rannych i 11 zaginionych. Do niewoli wzięli około 1350 polskich żołnierzy.
„Jesteśmy dumni, że przyjaźń słowacko-niemiecką mogliśmy przypieczętować walką i krwią Słowaków” – stwierdził słowacki minister propagandy Aleksander Mach w przemówieniu wygłoszonym 4 października 1939 roku.
Po zakończeniu działań wojennych Niemcy przekazali Słowacji łącznie około 770 km kwadratowych terytorium należącego przed wojną do Polski lub zajętego przez nią jesienią 1938 roku. Obszary te zamieszkiwało ponad 34 tys. osób.
Wśród terenów przejętych przez Słowację znalazło się 26 wsi Spiszu i Orawy, które znajdowały się w granicach Polski jeszcze przed 1938 rokiem. Rozpoczęła się tam intensywna słowakizacja. Usuwano polskich księży i nauczycieli, zamykano polskie szkoły oraz niszczono polskie książki i inne ślady polskiej kultury.
Represjom towarzyszyły demonstracyjne akcje wymierzone w polską tożsamość narodową. W Jurgowie urządzono nawet symboliczny „pogrzeb Polski”.
Okupacja słowacka nie miała skali niemieckiego terroru, jednak na anektowanych terenach władze konsekwentnie prowadziły politykę słowakizacji i usuwania śladów polskości.
Współpracując z gestapo i niemiecką strażą graniczną, słowackie służby zwalczały również polskie podziemie i kurierów przedostających się przez południową granicę. Na zajętych terenach miejscową ludność żydowską objęto ponadto słowackim ustawodawstwem antyżydowskim i deportacjami.
Po zakończeniu wojny Słowacja ponownie znalazła się w granicach Czechosłowacji, jednak kwestia Spiszu i Orawy nie została rozwiązana od razu. Wiosną i latem 1945 roku dochodziło tam do napięć, incydentów i starć.
Dopiero w lipcu 1945 roku Wojsko Polskie [LWP? md] ostatecznie obsadziło tereny należące do Polski przed wojną, przywracając w praktyce granicę sprzed 1939 roku. Napięcia i antypolskie wystąpienia utrzymywały się jednak jeszcze przez pewien czas.
Historia udziału Słowacji w agresji na Polskę przypomina, że we wrześniu 1939 roku nasz kraj stanął do walki nie tylko z Hitlerem i Stalinem, ale również z południowym sąsiadem, który w sojuszu z III Rzeszą wybrał rolę agresora.
1 września 1939 roku około godziny 4:45 – według dziennika pokładowego o 4:48 – niemiecki pancernik szkolny Kriegsmarine „Schleswig-Holstein” otworzył ogień w stronę Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte.
Ten symboliczny moment uznaje się za początek największego konfliktu zbrojnego w dziejach – II wojny światowej.
Wojskowa Składnica Tranzytowa na Westerplatte była polską placówką wojskową na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Teren półwyspu został przekazany Polsce do użytkowania na podstawie decyzji Ligi Narodów.
Około 200 polskich żołnierzy pod dowództwem komendanta składnicy mjr. Henryka Sucharskiego, którego zastępcą był kpt. Franciszek Dąbrowski, przez siedem dni bohatersko odpierało ataki znacznie liczniejszych sił niemieckich, zyskując miejsce w historii jako symbol niezłomnego oporu.
Równocześnie niemiecka Luftwaffe dokonała nalotów na szereg polskich miast. Jednym z pierwszych i najtragiczniejszych celów był Wieluń. W wyniku bombardowań zginęło co najmniej 127 osób, choć rzeczywista liczba ofiar mogła wynosić kilkaset. Dawniej często podawano około 1200 zabitych, jednak liczby tej nie potwierdziło śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej.
Były także miejsca, w których III Rzesza rozpoczęła działania zbrojne przed ostrzałem Westerplatte. Około godziny 4:00 niemieckie oddziały zaczęły przekraczać granicę m.in. na odcinku Janowo–Chorzele, a artyleria ostrzelała Chorzele. Około 4:30 rozpoczęło się natarcie na główną polską pozycję pod Mławą. W Tczewie niemieckie samoloty zaatakowały już o godzinie 4:34.
Tego samego dnia prezydent Ignacy Mościcki wprowadził stan wojenny na terenie całego kraju i w odezwie do narodu wezwał do walki w obronie wolności i honoru. Polacy odpowiadali heroizmem – broniła się Poczta Polska w Gdańsku, której obroną początkowo dowodził ppor. Konrad Guderski, a po jego śmierci Alfons Flisykowski. Wołyńska Brygada Kawalerii stoczyła zwycięską bitwę pod Mokrą, a ułani z 18. Pułku pod Krojantami przeprowadzili skuteczną szarżę na niemiecką piechotę, czasowo dezorganizując działania przeciwnika i ułatwiając odwrót polskich oddziałów.
Jednocześnie rozpoczęła się zbrodnicza operacja „Tannenberg”, wymierzona w polskie elity, oraz systematyczne represje wobec ludności cywilnej.
Polscy piloci, m.in. Stanisław Skalski i Władysław Gnyś, odnieśli pierwsze zwycięstwa powietrzne. Na Wybrzeżu rozpoczęły się walki z nacierającymi Niemcami. Lądową Obroną Wybrzeża dowodził płk Stanisław Dąbek, a całością polskich sił broniących Wybrzeża – kontradm. Józef Unrug.
W nalocie na port wojenny na Oksywiu zatonął artyleryjski okręt szkolny ORP „Mazur”. Jego marynarze prowadzili ogień przeciwlotniczy także po ciężkim trafieniu jednostki.
„Żadnych planów, bałagan śmierdzący”
Świadectwa z pierwszych godzin i dni wojny ukazują grozę i dramat cywilów. Niemal natychmiast ku wschodnim rubieżom Polski ruszyły tłumy uchodźców, próbujących ocalić życie przed niszczycielskim naporem armii niemieckiej.
Rozpoczęły się bombardowania: „O piątej rano zaczęła się wojna. Przy najcudowniejszym poranku spadły na Warszawę pierwsze bomby” – notowała Maria Dąbrowska.
Zofia Nałkowska zapisała z kolei: „Mój pokój zamieniony w schron przeciwgazowy. […] Małe zapasy zalepione w szafeczce ściennej przy drzwiach balkonu. […] Jeszcze nie ma wielkich klęsk, jeszcze wiele jest przed nami”.
Jan Karski, później słynny kurier i dyplomata, a wówczas żołnierz 5. Dywizjonu Artylerii Konnej w Oświęcimiu, zapamiętał to tak: „Jak ja czytam teraz te pamiętniki, tych różnych pułkowników, że «zadaliśmy im ciężkie straty», «walczyliśmy» i tak dalej – ja tego nie widziałem. Żadnych planów, bałagan śmierdzący. Wyobrażałem sobie, że idę do polskiej armii, która obali mit niemieckiej potęgi. I to wszystko się zmieniło w ciągu piętnastu minut 1 września 1939”.
Tak właśnie w Polsce rozpoczął się globalny konflikt, który pochłonął miliony istnień i na zawsze zmienił losy świata.
Barbara Nowacka kontynuuje realizację unijnego planu objęcia wszystkich polskich uczniów ideologiczną propagandą w obszarze seksualności. Jej wielkim sojusznikiem jest nowe „osiągnięcie” rządu Donalda Tuska, czyli transkrypcja pseudo-małżeństw jednopłciowych.
Od 1 września obowiązkowym przedmiotem w polskiej szkole stała się edukacja zdrowotna. Wynalazek Barbary Nowackiej został tym razem rozbity na dwie części. Przymusowa dla wszystkich jest partia większościowa, która obejmuje szeroko pojętą tematykę zdrowotną czy związaną z bezpieczeństwem.
Teoretycznie dobrowolna jest partia mniejsza, dotycząca seksualności. To efekt naprawdę znaczącego oporu społecznego, który wybuchł w 2025 roku. Początkowo Barbara Nowacka chciała wprowadzić do szkół jednolitą, obowiązkową edukację zdrowotną. Przeciwko temu zaprotestowało wiele środowisk – przede wszystkim rodzice, wsparci jednak również przez biskupów, licznych nauczycieli i część polityków. Powód tego oporu był bardzo prosty.
Propaganda antropologicznej rozpusty
Edukacja zdrowotna w tych miejscach, w których opowiada o związkach między ludźmi oraz o seksualności, odwołuje się do antropologii progresywnej. Nie ma tu miejsca dla Boga; małżeństwo nie jest uprzywilejowane; poczęcie nie jest naturalnym elementem aktu seksualnego. Związki i seksualność zostają sprowadzone do roli funkcjonalnego narzędzia, stają się sposobem maksymalizacji przyjemności i zadowolenia z życia. W tej perspektywie możliwa staje się aprobata rozwodów, wolnych związków, antykoncepcji, homoseksualizmu czy nawet aborcji.
Narracja, którą zamieszczono w edukacji zdrowotnej, nie ma nic wspólnego z neutralnością światopoglądową – stanowi raczej świadome odcięcie się od antropologii katolickiej na rzecz antropologii świeckiej i liberalnej.
Właśnie dlatego tylu ludzi protestowało przeciwko koncepcji narzucenia edukacji zdrowotnej wszystkim, bez możliwości rezygnacji z zajęć. Barbara Nowacka zrobiła krok wstecz. W ubiegłym roku szkolnym edukacja zdrowotna pojawiła się w szkołach i domyślnie zostali nią objęci wszyscy uczniowie. Można było jednak wypisać się z zajęć, składając specjalną deklarację.
Skuteczna taktyka Nowackiej
W ten sposób Nowacka zrealizowała swój pierwotny cel, wprowadzając do szkół edukację zdrowotną z komponentem liberalnej seksualności, uspokajając zarazem protesty. W tym roku następuje intensyfikacja ministerialnego nacisku na uczniów. Niestety, taktyka Nowackiej okazała się skuteczna, bo reakcje krytyczne ograniczyły się tym razem do dość nielicznych manifestacji czy dyskusji w mediach. Zabrakło większego poruszenia społecznego, które pozwoliło zatrzymać plany rządowe poprzednim razem.
Na czym polega sukces Nowackiej? Po pierwsze, edukacja zdrowotna nie jest przedmiotem groźnym wyłącznie w swoim komponencie stricte seksualnym, a więc tym, który jest dziś nieobowiązkowy. Elementy progresywnego światopoglądu w odniesieniu do związków i seksualności są rozsiane również w innych partiach tego przedmiotu. Sztandarowym przykładem jest zagadnienie depresji, które proponuje się ilustrować… depresję poporodową. Analogicznych zabiegów jest więcej. Uczeń, o ile tylko natrafi na liberalnego nauczyciela, może zostać skonfrontowany z ideologicznymi treściami nawet wtedy, jeżeli decyzją rodziców zostanie wypisany z części nieobowiązkowej.
Drugi problem polega na kształcie tej nieobowiązkowości. Tak jak w poprzednim roku szkolnym, z komponentu dotyczącego edukacji seksualnej trzeba się aktywnie wypisać – domyślnie każdy uczeń jest objęty tym komponentem, jako normalną częścią całości edukacji zdrowotnej. Można zakładać, że pewna część rodziców nie zachowa wystarczającej czujności i nie złoży formularza, co zwiększy zasięg oddziaływania propagandy progresywnej krzewionej przez rząd. Brak większych protestów sprawił, że ministerstwo nie czuło się zobowiązane by w jakiś sposób ułatwić wypisanie się z przedmiotu. Jest bardzo możliwe, że w ubiegłym roku wielu uczniów chciało rezygnować z edukacji zdrowotnej, bo zyskiwali wtedy godzinę wolną. Teraz wypisanie się już nic im nie da – nie otrzymają wolnego czasu.
Lewacki unijny taran idzie dalej
Prawdopodobny wzrost liczby uczniów uczestniczących w całości edukacji zdrowotnej i przyzwyczajenie społeczeństwa do obecności tego przedmiotu ma swój oczywisty skutek: jeżeli tylko obecna koalicja rządząca zachowa władzę, to będzie próbowała objąć wszystkich uczniów obowiązkiem uczestnictwa w całym przedmiocie – i może jej się to udać. Nawet jeżeli w kraju wybuchną spore protesty, to można zakładać, że z powodu przyzwyczajenia do nowego przedmiotu nie będą mieć już takiej siły, by faktycznie zmusić rządu do zmiany decyzji. Dlatego jedynym możliwym scenariuszem przeciwdziałania planom Nowackiej, obok protestów prowadzonych ze świadomością granic ich skuteczności, jest działanie na rzecz odsunięcia lewicowego rządu od władzy i naprawa systemu edukacji po osiągnięciu takiego rezultatu.
Barbara Nowacka dąży konsekwentnie do wprowadzenia obowiązkowej edukacji seksualnej, bo w ten sposób realizuje unijne wytyczne. Unia Europejska rozwija wspólny projekt edukacyjny, znany jako Europejski Obszar Gospodarczy. Jego celem jest częściowe ujednolicenie sposobu nauczania dzieci we wszystkich państwach członkowskich, co zakłada głęboką ideologizację szkoły – również w aspekcie seksualności. Oficjalny światopogląd unijny jest przecież skrajnie sekularystyczny – nie zna Boga ani prawa naturalnego. Z perspektywy wiodących socjotechników brukselskich, ludzkie związki można rozumieć wyłącznie hedonistycznie, a takie metody jak antykoncepcja czy nawet zabijanie dzieci poczętych są zupełnie zwykłą formą regulacji poczęć, ba, więcej – są „prawem” człowieka. Obecny lewicowy rząd Polski przyjmuje wyższość unijnego prawa, dlatego jest gotów pogwałcić konstytucyjne gwarancje dotyczące swobody rodziców w wychowywaniu dzieci. Polska ustawa zasadnicza uchodzi za drugorzędny dokument wobec woli przywódców Unii Europejskiej.
Homozwiązki jako prezent dla Nowackiej
Tak samo dzieje się w przypadku transkrypcji aktów „małżeńskich” zwieranych przez pary jednopłciowe poza granicami Polski. W listopadzie 2025 roku Trybunał „Sprawiedliwości” Unii Europejskiej orzekł, że wszystkie kraje członkowskie mają obowiązek wpisywać do swojego systemu prawnego takie akty. W marcu tego roku za wiążący uznał ten werdykt Naczelny Sąd Administracyjny. Już w maju w Warszawie dokonano pierwszej transkrypcji takiego aktu. Symbolicznie: chodziło o związek zawarty przez dwóch mężczyzn w Berlinie. Rafał Trzaskowski, autoryzując ich homoseksualne „małżeństwo”, w oczywisty sposób pogwałcił polską konstytucję, przyjmując nadrzędność de facto niemieckiego prawa.
Później analogicznych transkrypcji dokonano także w wielu innych urzędach stanu cywilnego w różnych miejscach kraju. Od niedzieli 23 sierpnia funkcjonuje jako legalne rozporządzenie ministra cyfryzacji Krzysztofa Gawkowskiego, które przewiduje nową formułę transkrypcji; rząd oczekuje, że wszystkie samorządy będą dokonywać takich aktów, jak Trzaskowski. Jeszcze w sierpniu zrobiono to między innymi w Gdańsku. W ten sposób w polskim systemie prawnym, wbrew konstytucji, pojawiły się homozwiązki.
To ma swoje znaczenie również dla systemu edukacji. Przecież w ramach edukacji zdrowotnej uczy się dzieci o tym, jak wyglądają związki intymne między ludźmi. Jeszcze do niedawna od strony formalnej takie związki były tylko jednego rodzaju: małżeństwo między mężczyzną a kobietą. W roku szkolnym 2026/2027 sytuacja jest już inna. Nauczyciel może poinformować dzieci, że nad Wisłą żyją i współżyją ze sobą również pary jednopłciowe, ciesząc się prawną ochroną rządu Donalda Tuska; a co za tym idzie, że homoseksualność jest rzeczą zupełnie normalną, a może nawet godną pochwały. Nie wiem, czy koordynacja działań Nowackiej i Gawkowskiego jest przypadkowa, czy celowa – ale w każdym przypadku skutki są dokładnie te same. Wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej w progresywnym ujęciu, wespół z pseudo-legalizacją zawartych za granicą homozwiązków, konstytuuje potężny wyłom w ciągłości cywilizacyjnej Polski. Po tysiącu lat już nie doktryna chrześcijańska, ale rewolucyjna ideologia dyktuje rozumienie małżeństwa i seksualności. Nawet jeżeli żyjemy dziś w wolnym kraju, to pod względem poszanowania dla prawa naturalnego w tym obszarze sytuacja jest gorsza niż w okresie okupacji sowieckiej. Nie jest to zaskakujące, jako że unijna ideologia, której hołduje Barbara Nowacka, wyrasta z rewolucyjnego ducha, który zrodził również marksizm; niemniej rozpoznanie tego stanu rzeczy powinno mobilizować Polaków do intensywnego przeciwdziałania.
Potrzeba słusznego gniewu
To, co można zrobić w rozpoczynającym się roku szkolnym, to przede wszystkim bardzo konsekwentne wypisywanie dzieci z komponentu seksualnego edukacji zdrowotnej. Kto tylko może, niech informuje o tym innych rodziców i zachęca ich do podjęcia odpowiednich kroków. Potrzebne są też nowe protesty, wyraziste i szeroko zakrojone, podobne do tych, które przeszły przez Polskę w 2025 roku. Nie chodzi nawet o to, by „pokazać Nowackiej”, co myślą o niej konserwatywni Polacy, bo przecież Nowacka dobrze to wie; chodzi o to, by uświadomić bliźnim skalę problemu i zmaksymalizować słuszny gniew, tak, by wyborcza odpowiedź na haniebne postępowanie obecnej władzy była w 2027 roku jeszcze silniejsza, torując drogę do władzy prawicowym formacjom. Czy te formacje będą skłonne do wypalenia gorącym żelazem ideologicznego zepsucia prawa, które wprowadził obecny rząd – to już problem osobny, zależny w dużej mierze od konkretnego składu takiego hipotetycznego rządu.
Artykuł Ministra Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej S.W. Ławrowa 19 sierpnia był ważnym wydarzeniem dla żeglugi arktycznej. Kontenerowiec z Chin po raz pierwszy przypłynął do portu w Murmańsku Północną Drogą Morską, kluczowym elementem Transarktycznego Korytarza Transportowego. Dzięki udziałowi partnerów zagranicznych rozpoczął się nowy etap w rozwoju rosyjskiego regionu arktycznego, gdzie wytwarzane jest co najmniej 10% PKB i gdzie mieszka ponad 2,5 miliona obywateli. W związku z tym chciałbym podzielić się kilkoma przemyśleniami na temat naszej oceny obecnej sytuacji w Arktyce i planów rozwoju współpracy międzynarodowej w tym regionie.
Rosja i partnerzy międzynarodowi w Arktyce
Zatwierdzone przez prezydenta Władimira Putina Podstawy polityki państwa rosyjskiego w Arktyce do 2035 roku, ukierunkowują działania wszystkich agencji rządowych na poprawę jakości życia ludności strefy arktycznej Federacji Rosyjskiej, rozwój gospodarczy jej terytoriów, ochronę środowiska oraz korzystną dla obu stron współpracę międzynarodową. Ta ostatnia kwestia ma szczególne znaczenie dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które odpowiada za koordynację relacji z państwami zagranicznymi i organizacjami międzyrządowymi. Ponadto pragnę podkreślić, że całokształt zagadnień związanych z rozwojem strefy arktycznej, logistyką morską i Północnym Szlakiem Morskim zajmuje istotne miejsce w pracach Kolegium Morskiego Federacji Rosyjskiej.
Priorytety polityki zagranicznej na wysokich szerokościach geograficznych zostały zapisane w aktualnej Koncepcji Polityki Zagranicznej z 31 marca 2023 r. W Arktyce Rosja dąży do utrzymania pokoju i stabilności, ograniczenia zagrożeń dla bezpieczeństwa narodowego oraz stworzenia sprzyjających warunków zewnętrznych dla rozwoju społeczno-gospodarczego kraju. Aby wdrożyć te zasady, jesteśmy otwarci na współpracę ze wszystkimi konstruktywnie nastawionymi państwami zagranicznymi, które wykazują wzajemne zaangażowanie. Takich państw jest wiele. Ogromny potencjał surowcowy i transportowo-logistyczny Dalekiej Północy, jej unikalne walory naturalne i klimatyczne, długoletnie tradycje współpracy regionalnej oraz bogate dziedzictwo kulturowe rdzennej ludności stwarzają szerokie możliwości dla obustronnie korzystnych partnerstw. Wśród krajów, z którymi nawiązaliśmy bliską współpracę w Arktyce, na szczególną uwagę zasługują Chiny i Indie. Z Pekinem kwestie arktyczne są merytorycznie omawiane podczas regularnych spotkań szefów rządów. Działa wyspecjalizowana dwustronna podkomisja ds. Północnej Drogi Morskiej, a także mechanizmy konsultacji międzyresortowych i wymiany naukowej. Rezultaty mówią same za siebie – obejmuje to uruchomienie regularnej żeglugi kontenerowej przez północne morza Rosji, z planami rozszerzenia tej usługi, oraz inne osiągnięcia, w tym w badaniach polarnych.
Z New Delhi prowadzony jest aktywny dialog na temat kwestii związanych z wysokimi szerokościami geograficznymi. Pod koniec sierpnia kwestia ta była omawiana na posiedzeniu Międzyrządowej Rosyjsko-Indyjskiej Komisji ds. Współpracy Handlowej, Gospodarczej, Naukowo-Technicznej i Kulturalnej. Indyjskie korporacje uczestniczą w rozwoju potencjału surowcowego naszego regionu arktycznego. Według niektórych ekspertów, Arktyka może stać się jednym z flagowych obszarów partnerstwa rosyjsko-indyjskiego w ciągu najbliższych 20 lat. Istnieją perspektywy współpracy na Dalekiej Północy z Brazylią, Indonezją, Iranem i innymi krajami BRICS. Jesteśmy gotowi rozwijać współpracę z Białorusią oraz innymi sojusznikami i partnerami w WNP. Warto również wspomnieć o Korei Południowej i Singapurze, które wyraziły zainteresowanie współpracą z Rosją w zakresie konkretnych projektów arktycznych, pomimo udziału w nieprzychylnej kampanii „kolektywnego Zachodu” przeciwko naszemu krajowi. Zainteresowanie państw spoza Arktyki nawiązaniem współpracy z Rosją na wysokich szerokościach geograficznych znajduje odzwierciedlenie w aktywnym udziale gości zagranicznych w sympozjach i konferencjach poświęconych problematyce Arktyki. Liczne delegacje zagraniczne wezmą udział w dyskusjach podczas sesji specjalnych XI Wschodniego Forum Ekonomicznego, które rozpocznie się we Władywostoku 1 września. W marcu przyszłego roku z przyjemnością powitamy znamienitych gości z zagranicy na kolejnym dużym międzynarodowym forum rosyjskiej Arktyki, „Arktyka: Terytorium Dialogu”, które odbędzie się w Murmańsku.
Wyzwania dla współpracy międzynarodowej w Arktyce
Utrzymanie Arktyki jako strefy pokoju i współpracy leży w interesie całej społeczności międzynarodowej, a Rosja z pewnością ma w tym interes. Są jednak tacy, którzy się z tym nie zgadzają. W przeciwnym razie, jak wytłumaczyć fakt, że państwa NATO, podobnie jak cały sojusz wojskowy, dążą do militaryzacji regionu i tworzą tam zarzewia napięć międzynarodowych? W lutym 2026 roku NATO rozpoczęło operację Arctic Sentinel, mającą na celu rozszerzenie obecności wojskowej na wysokich szerokościach geograficznych. W bezpośrednim sąsiedztwie naszych północnych granic trwają intensywne przygotowania wojskowe. Prowadzone są zakrojone na szeroką skalę, agresywne ćwiczenia z udziałem państw spoza regionu, a także tworzone są nowe elementy struktury dowodzenia i sztabu NATO. Taka aktywność militarna na Dalekiej Północy stanowi bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Rosji. Rośnie ryzyko incydentów, które mogłyby sprowokować konfrontację zbrojną o potencjalnie katastrofalnych skutkach. Celowe, celowe tworzenie atmosfery nieufności w sferze wojskowej odbywa się równolegle z próbami Zachodu zmierzającymi do podważenia uzasadnionych praw Rosji w sferze współpracy międzynarodowej poprzez bezprawne sankcje finansowe i ekonomiczne wobec osób prawnych i fizycznych z krajów stanowiących globalną większość, uczestniczących w realizacji wspólnych projektów w regionie Arktyki. NATO i inne państwa Zachodu nie ukrywają swoich prawdziwych motywów, deklarując, że ich celem jest przekształcenie Arktyki w nowy front konfrontacji, który miałby powstrzymać rozwój naszego kraju i jego podobnie myślących sojuszników. Jednym z przejawów antyrosyjskiej polityki Zachodu było blokowanie niegdyś skutecznych mechanizmów współpracy wielostronnej na Dalekiej Północy. Niektóre z nich przestały istnieć, inne zaś stały się praktycznie bez znaczenia bez udziału Rosji, która została zmuszona do zerwania z nimi stosunków w wyniku wrogich działań. Jedynym istniejącym formatem międzyrządowym jest Rada Arktyczna, utworzona prawie 30 lat temu, 19 września 1996 roku. Rada zbliża się do swojej rocznicy w dalekiej od ideału formie.
Od marca 2022 roku, w wyniku działań zachodnich państw członkowskich, znajduje się w stanie „zamrożenia”, doświadczając poważnego kryzysu. Spotkania ministerialne i posiedzenia kluczowego organu koordynującego, Komitetu Wysokich Urzędników, zostały zawieszone, a możliwości realizacji projektów zostały ograniczone. Funkcjonowanie organizacji ogranicza się w dużej mierze do kontaktów na szczeblu eksperckim i zdalnych posiedzeń jej organów roboczych. Rosja jest gotowa wznowić pełne funkcjonowanie Rady Arktycznej, jeśli inni będą uczciwie działać, uwzględniając uzasadnione interesy wszystkich uczestników. Jesteśmy jednak również przygotowani na scenariusz rozgrywany obecnie przez państwa NATO w ramach organizacji, próbujące dyskutować o Arktyce bez Rosji w swoim gronie, co w istocie dyskredytuje i marginalizuje Radę Arktyczną. W tym przypadku dysponujemy terytoriami, logistyką, technologią i wiarygodnymi partnerami do realizacji obopólnie korzystnych projektów, aby śmiało realizować plany Rosji w Arktyce.
Przyszłość współpracy międzynarodowej w Arktyce
Rzut oka na mapę świata pokazuje, że Rosja była, jest i pozostanie wiodącym państwem arktycznym. Wraz ze zmianami klimatu i topnieniem czap lodowych na biegunach, eksperci przewidują, że dostępność transportu i zasobów w Arktyce będzie się zwiększać. Region ten zaczyna już odgrywać niezastąpioną rolę w zapewnianiu zrównoważonych powiązań handlowych w obliczu coraz częstszych zakłóceń w łańcuchach dostaw, zwłaszcza w cieśninach oceanów świata, które mają systemowe znaczenie dla gospodarki międzynarodowej. Strategiczne znaczenie Arktyki dla interesów narodowych i bezpieczeństwa naszego kraju również wzrośnie. Będziemy kontynuować kompleksowy rozwój wysokich szerokości geograficznych i rozbudowę infrastruktury naszej strefy arktycznej zgodnie z prawem rosyjskim i celami rozwojowymi kraju. W naszej działalności gospodarczej będziemy nadal wychodzić z założenia, że arktyczne przestrzenie morskie stanowią integralną część Oceanu Światowego. Postanowienia Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 1982 roku, która ustanawia szczególne prawa i obowiązki państw nadbrzeżnych Arktyki, mają tam pełne zastosowanie. Zobowiązanie do przestrzegania tych praw i obowiązków zostało zapisane w Deklaracji z Ilulissat, przyjętej w 2008 roku przez arktyczną „piątkę” – Rosję, Danię, Kanadę, Norwegię i Stany Zjednoczone. Na obecnym etapie nie widzimy potrzeby opracowywania nowych międzynarodowych instrumentów prawnych regulujących działalność gospodarczą i inną na wysokich szerokościach geograficznych. Polityka zagraniczna Rosji w Arktyce pozostanie kompleksowa i pragmatyczna. Popieramy włączenie Arktyki do pan-kontynentalnej przestrzeni bezpieczeństwa i współpracy w Eurazji. Nasi obecni przeciwnicy powinni już dawno wyciągnąć wnioski z licznych lekcji historii i zdać sobie sprawę, że przemawianie do Rosji językiem sankcji i gróźb jest daremne. Nieprzyjazne, wrogie działania spotykały się i nadal będą spotykać się z adekwatnymi odpowiedziami, w tym asymetrycznymi. Rosja preferuje konstruktywny dialog we wszystkich regionach świata, ale w razie potrzeby nasze interesy narodowe będą bronione wszelkimi dostępnymi środkami. Jak wielokrotnie podkreślał prezydent Rosji Władimir Putin, w Arktyce trwają intensywne prace i jesteśmy otwarci na wszystkich partnerów chętnych do udziału na zasadzie równości i wzajemnych korzyści. Partnerzy ci, spoza kręgu rusofobów NATO, stanowią zdecydowaną większość. Obiecujące obszary obejmują rozwój zasobów naturalnych, eksploatację Transarktycznego Korytarza Transportowego i jego najważniejszego elementu – Północnej Drogi Morskiej. Priorytetowe zadania obejmują budowę infrastruktury przemysłowej, transportowej i turystycznej. Priorytetami pozostaną poprawa dobrobytu mieszkańców Dalekiej Północy, ochrona północnej przyrody oraz prowadzenie badań naukowych. We wszystkich tych obszarach przywiązujemy dużą wagę do współpracy międzynarodowej.
Blok coraz częściej postrzega Daleką Północ jako kolejną arenę powstrzymywania Moskwy i jej partnerów.
NATO próbuje przekształcić Arktykę w nowy „gorący punkt” poprzez aktywną rozbudowę sił militarnych w regionie , ostrzegł rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Działania sojuszu stworzyły atmosferę nieufności i grożą potencjalnie niebezpieczną konfrontacją zbrojną nie tylko z Moskwą, ale także z innymi państwami, ostrzegł w artykule opublikowanym w poniedziałek przez Arctic.ru.
Sojusz wojskowy pod przewodnictwem USA zintensyfikował swoje działania na Dalekiej Północy na początku tego roku, uruchamiając inicjatywę Arctic Sentry . Działanie to przedstawiono jako odpowiedź na starania prezydenta USA Donalda Trumpa o aneksję autonomicznego terytorium duńskiego Grenlandii, powołując się na domniemane groźby ze strony Rosji i Chin.
Zarówno Moskwa, jak i Pekin wielokrotnie odrzucały te oskarżenia, a Chiny argumentowały, że Stany Zjednoczone jedynie wykorzystują te roszczenia jako pretekst do rozbudowy własnej armii w Arktyce. Rosja oświadczyła również, że będzie bronić swoich interesów w Arktyce, mimo że nie jest zaangażowana w spór o Grenlandię.
W swoim poniedziałkowym artykule Ławrow stwierdził, że Rosji zależy przede wszystkim na „utrzymaniu Arktyki jako obszaru pokoju i współpracy ”, jednocześnie oskarżając NATO o „popychanie regionu w stronę militaryzacji ” .
„W bezpośrednim sąsiedztwie naszych północnych granic trwają intensywne przygotowania wojskowe. NATO prowadzi zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia wojskowe z udziałem państw spoza regionu i wprowadza nowe komponenty swojego systemu dowodzenia i kontroli” – powiedział minister.
W lutym państwa NATO przeprowadziły ćwiczenia skoncentrowane na Grenlandii i szerzej pojętej Arktyce, z udziałem głównie szwedzkich i duńskich myśliwców. W marcu sojusz przeprowadził zakrojone na szeroką skalę ćwiczenia wojskowe w Norwegii i Finlandii – dwóch krajach nordyckich graniczących z Rosją – z udziałem łącznie 32 500 żołnierzy z 14 państw członkowskich .
Żołnierze ćwiczyli na terytorium obu krajów, a także „na morzu i w powietrzu” w „trudnych warunkach arktycznych” . Norweskie siły zbrojne określiły manewry jako „największe ćwiczenia wojskowe w kraju w 2026 roku” .
W zeszłym tygodniu siły zbrojne USA, Wielkiej Brytanii i Norwegii rozpoczęły kolejne ćwiczenia na norweskiej wyspie Jan Mayen. Według oświadczenia Korpusu Piechoty Morskiej USA, celem operacji jest integracja „wielonarodowych czujników, węzłów dowodzenia i kontroli oraz precyzyjnego ognia w ramach wspólnej sieci rażenia ” .
Jan Mayen – odległa wyspa wulkaniczna położona około 1000 kilometrów od stałego lądu Norwegii – została opisana przez think tank US Naval Institute jako strategicznie ważne miejsce na granicy Grenlandii, Islandii i Wielkiej Brytanii – „wąskie gardło uniemożliwiające wtargnięcie rosyjskich sił morskich na Ocean Atlantycki” , zwłaszcza Floty Północnej.
„Członkowie NATO i inne państwa zachodnie nie ukrywają swoich prawdziwych motywów i otwarcie deklarują zamiar przekształcenia Arktyki w nowy front przeciwko rozwojowi Rosji i jej podobnie myślących partnerów” – powiedział Ławrow o tym wydarzeniu. Ostrzegł, że takie podejście „zwiększa ryzyko incydentów, które mogą doprowadzić do konfrontacji zbrojnej o potencjalnie katastrofalnych skutkach ” .
Minister spraw zagranicznych stwierdził również, że NATO i UE nie tylko stanowią „bezpośrednie zagrożenie” dla bezpieczeństwa Rosji, ale także próbują „podważyć uzasadnione prawa Rosji do współpracy międzynarodowej” poprzez nakładanie sankcji na partnerów Moskwy, w szczególności dotyczących projektów w Arktyce. Wymienił Chiny i Indie jako najważniejszych partnerów Moskwy w regionie.
UE nałożyła na Rosję liczne sankcje, w tym ograniczenia wymierzone konkretnie w rosyjską produkcję ropy naftowej i gazu w Arktyce. Środki te wprowadzono w celu ograniczenia dostępu Moskwy do technologii niezbędnych do wierceń głębinowych i eksploatacji zasobów arktycznych, a także w celu ograniczenia finansowania takich projektów.
Jak wynika z kwietniowego raportu Instytutu Studiów Chińsko-Amerykańskich, sankcje utrudniają współpracę między Moskwą a Pekinem w Arktyce, gdyż chińskie firmy obawiają się wtórnych ograniczeń, jeśli zainwestują we wspólne projekty na dużą skalę.
Mimo wysiłków NATO zmierzających do przekształcenia Arktyki w nowy front, Ławrow oświadczył, że Moskwa jest gotowa „współpracować ze wszystkimi konstruktywnie nastawionymi państwami zagranicznymi, które ze swojej strony wykażą chęć” poszanowania interesów Rosji.
Pozwólcie, że wyjaśnię, dlaczego blokada Rosji jest dla Ukrainy śmiertelnym ciosem. Ukraina jest, pod względem gospodarczym, krajem, który żyje lub umiera w obliczu około dwustu mil morskich spornych wód u jej południowego wybrzeża. Odrzućcie mapy linii frontu i debaty o pomocy, a brutalna prawda o ukraińskiej gospodarce wojennej jest taka: jej zdolność do zarabiania dewiz, zasilania budżetu i utrzymywania wypłacalności gospodarstw rolnych i hut stali opiera się niemal wyłącznie na krótkim ciągu portów Morza Czarnego wokół Odessy. Rosja rozumie to lepiej niż większość zachodnich sponsorów Ukrainy, dlatego latem 2026 roku Moskwa próbowała ogniem zrobić to, czego odmówiła zrobić flotą w 2022 roku – zamknąć porty i zdławić stojącą za nimi gospodarkę.
Dlaczego porty są ważne
Czarnomorskie korytarze morskie Ukrainy transportują około 90 procent ukraińskiego eksportu rolnego oraz lwią część produkcji górniczej i metalurgicznej – rudę żelaza, stal i resztę ciężkich, niskomarżowych towarów masowych, których śródlądowa sieć kolejowa nie jest w stanie przewieźć po konkurencyjnych kosztach. Ponad 60 procent całkowitego ukraińskiego eksportu, pod względem wartości, oraz znaczna część kluczowych łańcuchów importowych przechodzi przez skupisko portów głębokowodnych znanych pod wspólną nazwą „Wielka Odessa”: Odessa, Czarnomorsk i Piwdennyj (dawniej Jużny). Samo rolnictwo generuje około 60 procent dochodów z eksportu kraju, a zdecydowana większość tego tonażu zbóż i nasion oleistych trafia drogą morską. Ukraina jest czwartym co do wielkości eksporterem zbóż na świecie i wiodącym dostawcą oleju słonecznikowego; te tytuły wynikają z położenia tych portów.
Warto jasno określić skalę. Przed inwazją w 2022 roku porty obwodu odeskiego obsługiwały rocznie od 50 do 60 milionów ton produktów rolnych. Po upadku Inicjatywy Zbożowej Morza Czarnego, wynegocjowanej przez ONZ, w lipcu 2023 roku Ukraina zrobiła coś, czego mało kto się spodziewał: jednostronnie przełamała rosyjską blokadę morską, obejmując zachodnie wybrzeże Morza Czarnego ogniem własnych lądowych pocisków przeciwokrętowych i dronów, i utworzyła narodowy korytarz morski. To zadziałało. Od otwarcia tego korytarza w sierpniu 2023 roku Ukraina przetransportowała przez porty odeskie około 101 milionów ton ładunków, w tym około 78 milionów ton zboża – czasami przekraczając wolumeny sprzed wojny. Dochody portów stanowiły około 60 procent całej gospodarki morskiej. Dla państwa wojennego, odciętego od znacznej części uprzemysłowionego wschodu, korytarz morski nie był wygodą; był najważniejszym osiągnięciem gospodarczym wojny.
Import przyciąga mniej uwagi, ale ma równie duże znaczenie. Te same porty i ich usługi kontenerowe – obsługiwane przez linie takie jak Maersk i CMA CGM – dostarczają paliwo, maszyny, nawozy i towary przemysłowe, których gospodarka wojenna nie jest w stanie sama wyprodukować. Magazyny paliw w Odessie są powracającym celem ataków Rosji właśnie dlatego, że port ten jest bramą w obu kierunkach. Odcięcie portów nie tylko zatrzymuje zboże w głębi lądu, ale także dławi łańcuchy dostaw, na których opiera się kraj.
Jak będzie wyglądało „wyłączanie” w 2026 roku
Obecna metoda Rosji nie jest modelem blokady nawodnej z 2022 roku, egzekwowanej przez okręty wojenne. Moskwa przeszła na blokadę ogniową: ciągłą kampanię pocisków balistycznych, pocisków manewrujących i jednokierunkowych dronów uderzeniowych przeciwko infrastrukturze portowej i cumującym przy niej statkom. Intensywność ataku jest nowa. Po około 14 zarejestrowanych atakach na statki w całym 2025 roku, władze Ukrainy odnotowały około 57 ataków na statki i 67 na infrastrukturę portową w ciągu kilku tygodni od lipca do początku sierpnia 2026 roku. Lista celów obejmuje całą linię brzegową ukraińskiego potencjału eksportowego: Odessę, Czarnomorsk, Piwdennyj, Mikołajów oraz porty naddunajskie: Izmaił, Reni i Kilia, które służyły jako główny szlak zapasowy w czasie wojny.
Punktem zwrotnym był masowiec Golden Leo , uderzony podczas opuszczania portu 19 lipca i później zatonięty, z dziewięcioma członkami załogi i ukraińskim pilotem w śmierci. Ten atak przepisał rachunek ryzyka dla armatorów i, co bardziej decydujące, dla ich ubezpieczycieli. 22 lipca, po raz pierwszy od rozpoczęcia funkcjonowania korytarza, ani jeden statek nie wpłynął do portów Wielkiej Odessy. Około 90 procent operatorów żeglugowych zawiesiło zawinięcia; Maersk i CMA CGM przekierowały ładunki do Konstancy w Rumunii. Liczba zawinięć statków spadła ze 169 w lipcu do garstki w pierwszych dniach sierpnia. Ukraiński eksport zboża był o około 75 procent niższy niż w roku poprzednim do sierpnia, a Kijów ostrzegł, że może zmniejszyć o połowę planowane dostawy produktów rolnych na ten sezon. Ocena intencji Rosji przez Atlantic Council jest bezceremonialna i, w oparciu o dowody, trafna: celem jest uczynienie Odessy funkcjonalnie śródlądową.
Taki jest praktyczny sens „zamknięcia eksportu i importu”. Nie musi być ono całkowite, by miało katastrofalne skutki. Blokada, która przepuszcza 10 procent normalnego ruchu, przy trzykrotnie wyższych kosztach ubezpieczenia i o połowę wolniejszym tempie załadunku, generuje większość strat ekonomicznych w porównaniu z całkowitym zamknięciem, jednocześnie oszczędzając Moskwie ryzyka bezpośredniego zatopienia kadłuba okrętu pod banderą NATO w sposób, który wymusiłby reakcję Zachodu.
Wpływ ekonomiczny odcięcia korytarza
Transmisja biegnie prosto z doków do skarbu państwa. Porty to sposób, w jaki Ukraina zarabia twardą walutę; twarda waluta chroni hrywnę i finansuje dwie trzecie budżetu nieobjętego pomocą Zachodu. Narodowy Bank Ukrainy oszacował, że kraj może stracić około 2,5 miliarda dolarów dochodów z eksportu w drugiej połowie 2026 roku tylko z powodu obecnych zakłóceń. Dla porównania, szacuje się, że blokada morska w 2022 roku kosztowała Ukrainę około 6 procent PKB. Pełne, trwałe zamknięcie teraz – z degradacją przemysłowego wschodu i zmniejszoną poduszką fiskalną – byłoby trudniejsze do osiągnięcia.
Szkody nie rozkładają się równomiernie. Koncentrują się najpierw na sektorze rolniczym, gdzie grożą falą niewypłacalności. Zboże to nietrwały, o ograniczonych możliwościach magazynowania i przepływach pieniężnych biznes: rolnicy muszą sprzedać nowe plony, aby sfinansować kolejne zasiewy. Z powodu zablokowania transportu morskiego, niesprzedany tonaż gromadzi się w krajowym nadmiarze, załamując ceny, które faktycznie otrzymują ukraińscy rolnicy, nawet gdy ceny światowe rosną. Kijów ostrzegł przed niedoborem magazynów sięgającym dwucyfrowych milionów ton, jeśli porty pozostaną zamknięte do czasu zbiorów kukurydzy, a krajowa rada rolna otwarcie ostrzegała przed bankructwami agrobiznesu. Sektor metalurgiczny stoi w obliczu tej samej logiki: ruda żelaza i stal są zbyt duże i mają zbyt niską marżę, aby opłacalnie przewozić je koleją na i tak już zatłoczoną granicę zachodnią.
Alternatywy istnieją, ale nie mogą ich zastąpić. Porty nad Dunajem i trasy lądowe przez Rumunię, Polskę i Mołdawię – ta ostatnia oferująca 50-procentowy rabat na tranzyt kolejowy – mogą złagodzić skutki kryzysu. Jednak udział Dunaju w eksporcie zboża spadł już do około 13 procent, ponieważ porty głębokowodne się odrodziły. Jego przepustowość stanowi ułamek przepustowości Wielkiej Odessy, a sam Izmaił jest pod ostrzałem. Kolej i droga są droższe, wolniejsze i mają ograniczone przepustowości; podnoszą koszty dostawy ukraińskiego zboża właśnie wtedy, gdy jego konkurencyjność w stosunku do dostaw z Rosji, Rumunii i Bułgarii jest tym, co trzyma nabywców w napięciu. Jak ujął to jeden z przedstawicieli ukraińskiego przemysłu, alternatywne korytarze mogą złagodzić kryzys, ale nie zastąpią portów głębokowodnych.
Wymiar globalny
Ponieważ Ukraina i Rosja wspólnie dostarczają znaczną część światowego rynku pszenicy, kukurydzy, oleju słonecznikowego i nawozów, zamknięcie Morza Czarnego nigdy nie jest wyłącznie problemem Ukrainy. Ceny pszenicy wzrosły o około 25 procent powyżej poziomów ze stycznia 2026 roku – najwyższych od dwóch lat, a według niektórych miar zbliżających się do trzyletniego maksimum – ponieważ zakłócenia te pogłębiają skrócone przez suszę zbiory na półkuli północnej. Ceny pszenicy w Chicago osiągnęły limity wzrostowe; ceny kukurydzy umocniły się w atmosferze sympatii. Oxford Economics oszacował, że zagrożonych może być nawet 86 milionów ton łącznego rosyjskiego i ukraińskiego eksportu zboża. Niektórzy analitycy twierdzą, że narażenie rynku pszenicy na zamknięcie Morza Czarnego jest poważniejsze niż narażenie ropy naftowej na zamknięcie Cieśniny Ormuz – uderzające stwierdzenie, biorąc pod uwagę miniony rok dla rynku ropy naftowej.
Najbardziej narażeni na ryzyko są nabywcy, którzy kupili zboże znad Morza Czarnego właśnie dlatego, że było tanie i blisko: Egipt, Turcja, Algieria, Tunezja, Maroko, Bangladesz, Indonezja i coraz dłuższa lista importerów z Afryki Subsaharyjskiej. Dla nich pytanie nie brzmi, czy zboże istnieje w światowych zapasach – istnieje – ale czy uda się znaleźć ładunek zastępczy po cenie, którą ich budżety i waluty będą w stanie udźwignąć. Według szacunków ONZ blokada z 2022 roku doprowadziła około 70 milionów ludzi do poważnego braku bezpieczeństwa żywnościowego. Powtórka z 2026 roku, nałożona na zakłócenia w dostawach nawozów z Ormuz i słabsze globalne zbiory, wiązałaby się z porównywalnym kosztem.
Czarnomorskie porty Ukrainy stanowią nośną ścianę jej gospodarki wojennej: odpowiadają za około 90% eksportu produktów rolnych, większość metali, ponad 60% całkowitego eksportu oraz za napływające łańcuchy paliw i kontenerów, które utrzymują kraj w ruchu. Letnia kampania Rosji pokazała, że nie potrzebuje już marynarki wojennej, aby zagrozić całemu systemowi – ciągłe, precyzyjne ataki na nabrzeża, dźwigi, farmy paliwowe i kadłuby statków już zmniejszyły przepływy o trzy czwarte i zmusiły ubezpieczycieli i przewoźników do wycofania się. Całkowite, trwałe odcięcie korytarza uderzyłoby w Ukrainę mocniej niż blokada z 2022 roku: wielomiliardowa dziura w zyskach walutowych, presja na hrywnę i budżet, kaskada bankructw agrobiznesu i nadwyżka krajowych towarów – a jednocześnie podniosłyby światowe ceny zboża i pogrążyły najbardziej wrażliwych importerów w kryzysie. Linia frontu trafia na pierwsze strony gazet. Porty to miejsca, w których po cichu wygrywa się lub przegrywa wojnę.
Oto mój najnowszy odcinek Transition Protocol :
Powrót do sędziego Napolitano:
David Oualaalou i ja omawiamy niedawną wizytę Ratcliffe’a w Moskwie:
Rozmawiałem z Kyle’em Anzalone o perspektywach militarnych USA w Iranie:
Nima i ja rozmawialiśmy o irańskich atakach na amerykańskie bazy lotnicze w Jordanii:
Trump zapowiedział odwet za niedzielne ataki Iranu w Jordanii, ale najwyraźniej TACO po raz kolejny zareagowało:
Sulaiman zapytał mnie o groźbę Trumpa dotyczącą odwetu przeciwko Iranowi:
Dziękuję za nieocenione wsparcie w postaci czasu poświęconego na czytanie i komentowanie.
Od dawna widzimy, że znaczna część „poważnych” analiz Zachodu opiera się na wpisach z Twittera. Zaczęło się już od ściśle tajnych „przecieków z Pentagonu” od uwięzionego obecnie lotnika Gwardii Narodowej Massachusetts, który podawał dane o stratach poniesionych przez Rosję i Ukrainę, opierając się na kiepsko opracowanych informacjach OSINT i żałosnych oficjalnych danych ukraińskich.
Pamiętasz ten żart?
Dało nam to pierwszy wgląd w to, jak zachodni establishment błędnie ocenia wojnę, opierając się na całkowitym braku higieny informacji. Innym „amatorskim źródłem OSINT”, powszechnie używanym standardowo przez zachodnie think tanki, siły zbrojne i przywódców, był ORYX, którego legendarny, skażony zbiór danych przez lata dawał fałszywe i mylące nadzieje na nadchodzące zwycięstwo Ukrainy.
Teraz do tego zbioru żenujących zachodnich informacji dołączył kolejny interesujący dodatek.
Najbardziej głośna sytuacja miała miejsce podczas niedawnej wizyty dyrektora CIA w Moskwie, podczas której John Ratcliffe rzekomo przekazał Putinowi, że przeciętna długość życia rosyjskiego żołnierza na froncie wynosi 35 minut.
Mark Ames wyjaśnia, że po kliknięciu hiperłączy w artykule okazuje się, że twierdzenia CIA o 35-minutowej średniej długości życia w rzeczywistości pochodziły z mało znanego kanału w Telegramie, co dało początek całej kampanii informacyjnej opartej na nieszczerych informacjach:
Twierdzenie to najwyraźniej pochodzi z rosyjskiego kanału Telegram, mającego 5000 obserwujących. Kanał cytuje anonimowy artykuł, w którym stwierdza się, że średni czas życia żołnierza w ataku wynosi 20–35 minut – przeżycie oznacza, że znalazł osłonę lub zajął pozycję. 2/
Przeczytaj wyróżniony powyżej fragment oryginalnego posta TG. Przypadkowy bloger na Telegramie „przeczytał kiedyś (przypadkowy, bez źródeł) artykuł”, który donosił, że żołnierz wytrzymuje na froncie 35 minut. To twierdzenie jest podchwytywane i rozpowszechniane w całym zachodnim ekosystemie analitycznym jako „dowód” na to, że Rosja przegrywa – bez potrzeby uzasadnienia.
Całkowita farsa.
Takie twierdzenie nie powinno znaleźć się w poważnym tekście. Kilka krytycznych pytań ujawnia jego kruchość. Kto rzetelnie mierzy czas w poszczególnych sektorach? Jak można konsekwentnie gromadzić dane przy wystarczająco dużej próbie? Dlaczego tak wrażliwe dane miałyby zostać opublikowane? 4/
Tezę tę podtrzymał dyrektor CIA Ratcliffe, który stwierdził, że ich dane wywiadowcze są zgodne z „niektórymi” doniesieniami ze źródeł otwartych: „Szacuje się, że średnia długość życia rosyjskiego rekruta przybywającego na pole bitwy na Ukrainie wynosi obecnie od 20 do 30 minut”.5/
Jak to możliwe, że niegdyś potężna CIA przekształciła się w tak amatorski cyrk?
Could not load video.
Słuchając powyższego, zauważysz, że jego wypowiedź jest jeszcze bardziej rażąca, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie dość, że wygłasza absurdalną, 35-minutową bzdurę, to jeszcze twierdzi, że powodem tak szybkiej śmierci Rosjan są „drony napędzane sztuczną inteligencją”.
To skandalicznie nieprofesjonalne ze strony człowieka na stanowisku, które powinno wiedzieć „wszystko”. Nawet teoretyczni obserwatorzy wojny wiedzą, że „drony AI” nie niszczą obecnie całych oddziałów piechoty – a przynajmniej nie bezpośrednio – poza jednym czy dwoma rzekomymi incydentami, a co dopiero na taką skalę i masę, że zapewniają średnią długość życia na całym froncie po stronie rosyjskiej wynoszącą 35 minut. Drony napędzane AI na razie ograniczają się głównie do atakowania określonych statycznych celów i pojazdów, ale Ratcliffe sugeruje, że polują na same oddziały na polu bitwy i w fortyfikacjach, co jest dalekie od prawdy.
To tylko utwierdza nas w przekonaniu, że Rosjanie musieli śmiać się z łatwowiernego i łatwowiernego Ratcliffe’a, co prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego jego wizytę uznano za dziwnie „krótką”, biorąc pod uwagę, że wyleciał z powrotem zaledwie kilka godzin po wylądowaniu w Moskwie.
Drugi przykład jest mniejszy, ale nie mniej pouczający.
W sekcji komentarzy inny popularny francuski twórca map OSINT ujawnił, że druga mapa na ekranie pułkownika Reisnera jest jego własną:
Nie chcę im niczego umniejszać, bo oboje wykonują znakomitą pracę, ale oto 19-letni nastoletni kartografowie-amatorzy:
Fakt, że ich praca OSINT stanowi obecnie w zasadzie standardowy szablon analityczny dla zachodnich armii, powinien nam o czymś powiedzieć.
Oczywiście, pani poniżej ma rację: świadczy to bardziej o wewnętrznych możliwościach Zachodu — lub ich braku — niż o wyraźnie lepszej pracy takich młodych kartografów.
Chodzi o szersze ukazanie, jak cała zachodnia koncepcja wojny została ujęta w ramy oparte na jakiejś wyrafinowanej „wiedzy z wewnątrz”, która ma nas zapewnić, że Rosja przegrywa, ponieważ jakaś tajemniczo „wyższa” zachodnia doktryna analityczna wywnioskowała to z surowych, niefiltrowanych, fundamentalnych faktów. W rzeczywistości cała zachodnia, krucha machina narracji i pozyskiwania informacji opiera się beznadziejnie na garści skąpych, podawanych z drugiej ręki, niedbale zebranych z jakiegoś wilgotnego zakątka Twittera czy Telegramu, a następnie po prostu „ubranych” w ozdobniki „oficjalnego” oświadczenia.
To całkowity brak higieny informacji, czego ostatnim dowodem jest niezdolność zachodniego establishmentu do przeanalizowania choćby oczywistego dowodu w postaci oświadczenia Budanowa, że AFU potrzebuje 30 000 ludzi miesięcznie, „tylko po to, by utrzymać to, co [oni] mają”.
Choć być może zaczynają pojawiać się pęknięcia, jak widać w najnowszym artykule w głównym nurcie prasy:
Potępia zachodnie lukrowanie faktów, które prowadzą Ukrainę na drogę zagłady, a w finale podnosi nawet kwestię „oficjalnej” różnicy zdań między Budanowem a Zełenskim, dotyczącej KIA.
Ukraina„stopniowo, powoli przegrywa” wojnę. To nie słowa kremlowskiego propagandysty, ale ukraińskiego ministra obrony Mychajła Fiodorowa, który niedawno został zdymisjonowany, w wywiadzie dla agencji Reuters w zeszłym tygodniu. W dniach po tym, jak wygłosił tę ponurą prognozę, Rosja nasiliła ataki na Ukrainę do niemal apokaliptycznego poziomu.
W diabelnie skutecznym posunięciu Kreml przeszedł od masowych ataków dronów i rakiet do ciągłych, 60-godzinnych fal bombardowań. W ciągu jednego dnia przeprowadzono dziewiętnaście nalotów na Kijów, co wyczerpało obrońców i zmniejszyło zapasy pocisków przeciwlotniczych.
Artykuł porównuje zniszczenie przez Ukrainę 20% rosyjskiej powierzchni magazynowej Wildberries do zniszczenia przez Rosję 90% – według ukraińskich urzędników – ukraińskiej powierzchni magazynowej w handlu detalicznym. Kończy się to gorzkim tonem, bez balsamu pełnej nadziei retoryki ani typowych dla głównego nurtu medialnych banałów i ogólników o ukraińskim „zwycięstwie”:
Zamiast tego Putin wyraźnie zamierza wykorzystać wszystkie swoje zasoby, aby zniszczyć ukraińską infrastrukturę energetyczną, transportową i logistyczną tej zimy, w ostatecznym ataku, który postawi kraj na kolana. Wyzwaniem dla Ukrainy – i jej sojuszników – jest zgromadzenie zasobów, pocisków przechwytujących i kontrataków, które pozwolą jej przetrwać narastającą burzę na Kremlu.
Wcześniej w artykule autorzy poruszyli inny nowy, powszechny wątek w reportażach głównych mediów: rosyjskie moce produkcyjne i ofensywne rosną w tempie przekraczającym wszelkie wcześniejsze szacunki:
Jednak według ostatnich raportów NATO potencjał ofensywny Rosji rośnie znacznie szybciej niż Ukrainy.
W podobnym strumieniu uczciwych doniesień nowy artykuł FT podejmuje tę kwestię:
Autor stwierdza, że Rosja powoli przekształca się w najgorszy koszmar Zachodu – moloch, który łączy w sobie wszystkie atuty przemysłu czasów sowieckich z pomysłowością XXI wieku:
Pomimo niedawnych sukcesów Ukrainy na polu bitwy, jest zdecydowanie za wcześnie, by skreślaćRosję, która odbudowuje swoje siły zbrojne w sposób, którego wielu na Zachodzie nie docenia. Zamiast po prostu uzupełniać straty poniesione na polu bitwy, Rosja tworzy przemysł zbrojeniowy, który łączy potencjał przemysłowy z czasów ZSRR z wymogami wojny XXI wieku.Celem jest nie tylko produkcja większej liczby czołgów, ale także przekształcenie armii wokół „asymetrycznych” korzyści ujawnionych przez wojnę na Ukrainie: dronów, kompaktowych systemów walki elektronicznej i innych tanich technologii, które można wdrożyć na dużą skalę.
Długoterminowe wyzwanie dla Europy może okazać się jeszcze większe niż dla Ukrainy, której armia od ponad dekady dostosowuje się do starych rosyjskich taktyk i możliwości.
Ale to nie tylko puste slogany, argumentuje autor. Rewitalizacja koncentruje się wokół poważnych reform strukturalnych rosyjskiej bazy przemysłowej, w tym budzącej grozę zdecentralizowanej innowacji, którą Zachód przez tak długi czas uważał za nieuchwytną dla „zacofanego” i zacofanego narodu rosyjskiego:
Dzisiejszy system selektywnie uwzględnia zachęty rynkowe, firmy prywatne i zdecentralizowaną innowację.Dobrym przykładem jest Ushkuynik, akcelerator technologii, który łączy krajowe start-upy i inicjatywy wolontariackie z większymi przedsiębiorstwami przemysłu obronnego i państwowym systemem zamówień.Taka struktura umożliwia małym przedsięwzięciom, które normalnie pozostałyby poza zasięgiem ministerstwa, reagowanie na potrzeby na pierwszej linii. Model ten ułatwia również unikanie sankcji. Zamiast polegać wyłącznie na zamówieniach państwowych, firmy prywatne i sieci pośredniczące zatrudniają firmy fasadowe, dystrybutorów z krajów trzecich i platformy e-commerce, takie jak Alibaba, do zakupu zachodnich komponentów podwójnego zastosowania, jednocześnie omijając kontrole eksportowe.
Co jeszcze bardziej zaskakujące, jak zauważa autor, sowieccy giganci przemysłowi udowodnili, że są elastyczni i potrafią dostosować się do współczesnych wymagań:
Wbrew oczekiwaniom, sowieccy giganci obronni udowodnili swoją elastyczność, stawiając na skalowalne i tanie rozwiązania – takie jak drony i kompaktowe systemy walki elektronicznej. Tradycyjni producenci coraz częściej inwestują w systemy bezzałogowe, systemy namierzania oparte na sztucznej inteligencji oraz technologie autonomiczne.Partnerstwa firmy Kałasznikow z oddolnymi inicjatywami, takimi jak Ushkuynik i Projekt Archangel, pokazują, jak innowacje wojenne są konsolidowane przez głównych państwowych wykonawców w dziedzinie obronności. Rosyjskie drony dalekiego zasięgu Geran ewoluowały od pierwotnej irańskiej konstrukcji śmigłowej do wersji z napędem odrzutowym, a także nowszych wariantów działających w sieciach kratowych (samoorganizującej sięsieci bezprzewodowejumożliwiającej dronom bezpośrednią komunikację i przekazywanie danych między sobą). Walka elektroniczna przeszła podobną transformację: zamiast polegać na dużych, strategicznych systemach, Rosja zaczęła wprowadzać tysiące kompaktowych systemów przeciwdronowych do zakłócania komunikacji i nawigacji.
To wszystko prawda: wiele obecnych rosyjskich innowacji na polu walki wynika z zaskakująco swobodnego traktowania rodzimych, garażowych „start-upów” przez rosyjskie MON, co pozwala im na włączanie swoich innowacji do szerszych, oficjalnych ram MIC.
Co najważniejsze, ludzie w fabrykach otrzymują bezpośrednie, bieżące informacje zwrotne z frontu, co tworzy synergistyczną relację sprzyjającą natychmiastowym, pozytywnym zmianom i ulepszeniom trwającego procesu rozwoju broni:
Wreszcie, wojna stworzyła pętlę sprzężenia zwrotnego między linią frontu a fabrykami, umożliwiając rosyjskim firmom szybkie testowanie, udoskonalanie i wdrażanie nowych systemów. Te przetestowane na polu walki systemy budzą międzynarodowe zainteresowanie. Rosyjskie firmy prezentowały sprawdzony w boju sprzęt na międzynarodowych wystawach broni, co doprowadziło do zawarcia umów eksportowych. W 2026 roku Kałasznikow podpisał umowę na dostawę cywilnych bezzałogowych statków powietrznych partnerowi z Indii. Popyt ten prawdopodobnie wzrośnie, szczególnie w krajach globalnego Południa.
Artykuł kończy się pesymizmem, w którym zauważono, że NATO nie podjęło jeszcze nawet próby nadrobienia zaległości:
Podczas gdy Rosja przez lata dostosowywała się do zachodnich broni i taktyk na polu bitwy, NATO miało znacznie mniej okazji do zdobycia porównywalnego doświadczenia. Czas zacząć nadrabiać tę lukę.
Jako bonus, podkreślający niektóre z powyższych punktów, nowy artykuł hiszpańskiego dziennika El Mundo wyjaśnia, że „euforia” otaczająca ukraińskie kampanie uderzeniowe dobiegła końca, biorąc pod uwagę, że nowy rosyjski zakłócacz sygnału Starlink zaczyna zwiastować koniec dominacji Starlink:
MOSKWA, 28 sierpnia. /TASS/. Rozpoczęto seryjną produkcję najnowszego rosyjskiego systemu walki elektronicznej, Wolna Kupol Garant, który jest zdolny do skutecznego zwalczania satelitów Starlink, poinformowało TASS źródło w rosyjskim przemyśle zbrojeniowym.
System Wolna Kupol Garant okazał się skuteczny i zaczęliśmy go produkować i wdrażać na większą skalę. Teraz ilość przekształciła się w jakość i praktycznie zablokowaliśmy przestrzeń powietrzną dla Starlink, gdziekolwiek było to potrzebne.Wróg otrzymał miażdżący cios.
Jak działa system Volna Kupol Garant EW
Źródło z rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego podkreśliło, że system Wolna Kupol Garant nie zakłóca pracy terminali naziemnych. „Działa z góry i zakłóca pracę samych satelitów na orbicie. Używając wąskiego, silnego, kierunkowego sygnału radiowego, oślepia anteny odbiorcze satelitów, powodując awarię systemów pokładowych statku kosmicznego i zatrzymanie działania terminali naziemnych. Na naszych oczach system Wolna został pomyślany, opracowany, wyprodukowany jako prototyp i przeszedł szereg modyfikacji i ulepszeń. I dziś możemy śmiało powiedzieć, że wszedł do masowej produkcji” – stwierdziło źródło.
Według niego sygnał systemu jest tak silny, że pojedyncze urządzenie Volna Kupol Garant może wyłączyć Starlink na rozległym obszarze. „Kilka urządzeń może wyłączyć cały region. Dziesiątki urządzeń aktywowanych jednocześnie mogą spowodować tymczasowe zakłócenia w działaniu Starlink.Ale najciekawsze jest to, że Rosja zastrzega sobie prawo do dystrybucji tej technologii do wszystkich zainteresowanych krajów na całym świecie. Narzędzia o podobnych możliwościach i mocy pojawiły się już w Chinach. To dopiero początek. Elon Musk wpakował się w niewłaściwą grę. Jeśli Starlink nie przestanie wspierać i podżegać do terroryzmu, to od Rosji będzie zależeć, czy wyłączyć Starlink tylko na naszym terytorium, czy na całym świecie” – powiedziało źródło.
W artykule w El Mundo ukraiński dowódca jednostki powiedział dziennikarzom, że po zniszczeniu dronami jednego z nowych systemów Wolno Kupol Garant, ich łączność Starlink w tym rejonie natychmiast zaczęła działać normalnie. W połączeniu z uruchomieniem przez Rosję własnego nowego systemu Rassvet – będącego odpowiednikiem Starlink – przyszłość Ukrainy rysuje się w coraz gorszych barwach.
Artykuł w El Mundo kończy się w odpowiedni sposób:
Mykoła Kolesnyk twierdzi jednak, że nigdy nie podzielał tej „euforii”. „Lubię być realistą. Rosjanie to bardzo poważni wrogowie” – mówi.
Zarówno Kołoesnyk, jak i Anton Zemlianyj zgadzają się, że skoro Ukraina stała się wojskowym poligonem doświadczalnym, to jedynymi krajami, które nie potrafią wykorzystać tej rzeczywistości, są kraje Zachodu.
„Doktryna NATO jest przestarzała. Nie będą w stanie przeciwstawić się Rosjanom” – podsumowuje Zemlianyi.
Nie chodzi o to, że Rosja jest wyjątkowo potężnym narodem, ale raczej o to, że NATO i UE – pogrążone w historycznej korupcji i kulturowym rozpadzie – są skrajnie niefunkcjonalne jako cywilizacje.
Właśnie dlatego konieczne było wywołanie wojny na Ukrainie: aby upewnić się, że suwerenna Rosja nie stanie się nieproporcjonalnie silna w porównaniu z wykastrowanymi państwami niewolniczymi Europy i Zachodu, które muszą być stale podtrzymywane w stanie poniżenia i destabilizacji, aby podtrzymywany idol „globalizmu” mógł nadal być wiarygodnym „latarnią” zbawienia ludzkości.
Twoje wsparcie jest nieocenione. Jeśli lektura przypadła Ci do gustu, będę niezmiernie wdzięczny za miesięczną/roczną wpłatę na rzecz mojej pracy, dzięki której będę mógł nadal dostarczać Ci szczegółowe i wnikliwe raporty, takie jak ten.
„Jesteśmy właścicielami”: „Mur ze stali” znów przecieka w pobliżu Larak w Cieśninie Ormuz.
Larry C. Johnson
Larry C. Johnson
„Ktoś powinien powiedzieć Korpusowi Strażników Rewolucji Islamskiej, że Cieśnina Ormuz jest zamknięta dla biznesu – przynajmniej dla amerykańskiego biznesu – i całkowicie pod kontrolą”. Prezydent Trump powtarza to od tygodni. 11 sierpnia powiedział światu na Truth Social, że Stany Zjednoczone mają cieśninę „całkowicie pod kontrolą” i „MYŚLĘ, ŻE JĄ UTRZYMAMY”, a blokada morska to „stalowy mur”, z którym „Iran nic nie może zrobić”. 14 sierpnia poszedł jeszcze dalej: „Jesteśmy właścicielami Cieśniny Ormuz” – powiedział, wyjaśniając, że łodzie mogą przez nią przepływać tylko „jeśli chcemy, żeby przez nią przepłynęły”. Ze śmiechem obiecał również wkrótce ogłosić ten szlak wodny terytorium USA. Zaledwie trzy dni temu Biały Dom wydał oświadczenie zatytułowane „Prezydent Trump miał rację: Ameryka kontroluje Cieśninę Ormuz” – zwięzły zapis zapewnień prezydenta dla dziennikarzy, że cieśnina jest otwarta, działa i zalewana ropą.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej najwyraźniej nie zapisał się na newsletter. W niedzielę siły amerykańskie zaatakowały dwie irańskie wyrzutnie rakiet na wyspie Larak – pierwszy znany amerykański atak na terytorium Iranu od końca lipca – ponieważ, jak powiedział przedstawiciel USA w wywiadzie dla Al-Dżaziry i Reutersa, zaobserwowano jednostki Straży Rewolucyjnej przygotowujące rakiety z minami morskimi do rozmieszczenia w cieśninie, którą Stany Zjednoczone rzekomo kontrolują. To nieuchronnie rodzi pytanie, w jaki sposób Teheran zamierza zaminować szlak wodny, którego nie kontroluje i na który rzekomo nie ma nawet pozwolenia na wodowanie łodzi. Stalowy mur najwyraźniej musi być regularnie bombardowany, aby utrzymać go w miejscu.
Irańska agencja informacyjna Tasnim określiła atak jako atak dronów. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) potwierdził ofiary śmiertelne i obrażenia wśród żołnierzy i cywilów oraz ogłosił reakcję. „ Washington Post” i „US News” poinformowały o tym samym incydencie w ciągu kilku godzin. Jeśli przyjąć oficjalne wyjaśnienie za dobrą monetę, atak miał charakter ograniczony, niemal rutynowy: był to środek przeciwko górnictwu, mający na celu utrzymanie cieśniny otwartej. Jednak cel, moment i dyplomacja rozgrywająca się pod powierzchnią tej wojny sugerują inną interpretację wartą rozważenia – znacznie mniej pochlebną dla tezy „to my jesteśmy odpowiedzialni”.
Prawdziwą przeszkodą może być kawałek papieru, a nie rakieta.
Od trzech tygodni Iran i Oman prowadzą potajemne negocjacje w sprawie tego, kto faktycznie kontroluje ruch przez Cieśninę Ormuz – dość osobliwa sytuacja dla dwóch innych państw, jeśli chodzi o cieśninę, która według Stanów Zjednoczonych należy do Stanów Zjednoczonych. Wiceminister spraw zagranicznych Iranu Kazem Gharibabadi oświadczył, że obie strony są bliskie porozumienia w sprawie współrzędnych bezpiecznego korytarza tranzytowego, mechanizmów technicznych jego funkcjonowania oraz – co kluczowe – wspólnego centrum koordynacyjnego do zarządzania ruchem morskim i gromadzenia danych o tranzycie statków . Opiera się to na Protokole z Maskatu, który obie strony podpisały w kwietniu i który ustanowił wspólnie zarządzany „Zielony Korytarz” monitorowany przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) i Królewską Marynarkę Wojenną Omanu.
Dwa aspekty tego powstającego systemu zasługują na szczególną uwagę. Po pierwsze, według doniesień CNN z 5 sierpnia, nowe korytarze miałyby częściowo przebiegać przez irańskie wody terytorialne – co stanowiłoby odejście od obowiązującego od dziesięcioleci porozumienia, które kierowało żeglugę handlową przez wody Omanu. Po drugie – i to właśnie ten szczegół łączy je z niedzielnym atakiem – proponowane porozumienie zamknęłoby tymczasowe szlaki w pobliżu wyspy Larak i przez wody Omanu, zastępując je nowymi, wspólnie zarządzanymi korytarzami.
Oznacza to, że wyspa, którą Waszyngton zbombardował w niedzielę, leży w geograficznym i administracyjnym centrum irańsko-omańskiego kondominium dotyczącego żeglugi przez Cieśninę Ormuz: systemu, który sformalizowałby irańską kontrolę nad tym strategicznym wąskim gardełkiem, potencjalnie go spieniężył – Teheran zaproponował już opłaty za pośrednictwem swojego „ Urządu Cieśniny Zatoki Perskiej ” – i po cichu wykluczył Stany Zjednoczone z zarządzania szlakiem wodnym, który ich prezydent nazywa amerykańską własnością. CNN ujmuje to jednoznacznie: Porozumienie nabiera kształtów, ale nie takie, jakiego chce Trump.
Wniosek analityczny jest zatem następujący: uzasadnienie obrony przed minami morskimi jest realne, ale może nie wyczerpuje tematu. Atak na Larak osłabia konkretny potencjał Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i – co ważniejsze – sygnalizuje, że Waszyngton nie będzie biernie przyglądał się, jak Iran i Oman instytucjonalizują system kontroli, który sprawia, że twierdzenie o „całkowitej kontroli” jawi się jako prawdziwe. Oficjalnie podanym powodem jest zagrożenie minowe. Strategiczną kwestią jest jednak kontrola nad transportem morskim – i problem ten będzie się utrzymywał długo po tym, jak szczątki na Larak zostaną usunięte, a kolejny wpis na Truth Social ogłosi zamknięcie sprawy.
Odpowiedź Iranu: Powrót do sprawdzonego schematu ataków na bazy.
Iran zareagował błyskawicznie – i wcale nie tak, jak można by się spodziewać po zdziesiątkowanej armii uciekającej przed nieprzebytym murem. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) ogłosił wspólną operację rakietowo-dronową przeciwko pozycjom USA, wskazując jako cele bazę lotniczą im. Króla Husajna i bazę lotniczą Al-Azraq w Jordanii . Poinformował również, że baza lotnicza Al Udeid w Katarze – wysunięta siedziba CENTCOM – została trafiona. Irańska telewizja państwowa poinformowała o wystrzeleniu pocisków z wielu miejsc w całym kraju; nad Jordanią aktywowano obronę przeciwlotniczą, a w Katarze, Kuwejcie i Dubaju ogłoszono alarmy. Amerykańskie źródło poinformowało Fox News, że niemal wszystkie nadlatujące pociski zostały przechwycone i że „na razie” nie odnotowano znaczących skutków – co jest standardową i całkiem realną metodą ograniczania strat. Ebrahim Azizi, przewodniczący Komisji Bezpieczeństwa Narodowego irańskiego parlamentu, zapowiedział kolejne ataki, nie brzmiąc jak człowiek, który uważa, że jego kraj „nie ma już pieniędzy” i jest „skończony”.
Schemat jest znany – Al Udeid w czerwcu 2025 roku, bazy w Zatoce Perskiej wiosną 2026 roku – a wynik, z dużą liczbą przechwyconych pocisków, ponownie wskazuje na przemyślaną reakcję: wystarczającą, by zaspokoić potrzebę odwetu, ale nie na tyle masową, by zmusić Teheran do eskalacji, na którą nie może sobie pozwolić. Liczą się nie tyle szkody wyrządzone w ciągu jednej nocy, ile skumulowana rzeczywistość, jaką te fale ataków nakładają na pozycję militarną, którą prezydent wielokrotnie ogłaszał niezwyciężoną.
Koszty strategiczne: Iran wypycha USA na zachód.
I oto nadchodzi moment, którego nie powstrzyma żaden stalowy mur. Każda fala irańskich ataków na Al-Udeid, na bazy jordańskie i na kwaterę główną Piątej Floty w Bahrajnie dodatkowo utwierdza w przekonaniu, do którego Pentagon doszedł już całkowicie bez irańskiego wsparcia: wysunięta architektura militarna zbudowana po operacji Pustynna Burza jest zbyt bliska, zbyt nieruchoma i zbyt narażona na irański arsenał precyzyjnej broni, by można ją było utrzymywać w nieskończoność.
Ta ponowna ocena nie jest spekulacją, niezależnie od tego, co zostanie powiedziane na podium. Jak donosiły Washington Post i Times of Israel w połowie sierpnia, Pentagon aktywnie rozważa wycofanie się z Zatoki Perskiej i bada bardziej rozproszone rozmieszczenie, przesuwając siły dalej na zachód — do bazy lotniczej Prince Sultan w pobliżu Rijadu, w głąb Arabii Saudyjskiej, do Jordanii, Izraela, południowej Europy i do bardziej odległych obiektów na Oceanie Indyjskim — a zatem poza zasięg najkrótszego zasięgu irańskich systemów. Memorandum z czerwca 2026 r., które zakończyło główną fazę wojny, zawierało już zobowiązanie do redukcji obecności wojskowej USA w Zatoce Perskiej. Rada Stosunków Zagranicznych i całe mnóstwo analiz wojskowych dochodzą do tego samego wniosku: wojna obnażyła podatność baz w Zatoce Perskiej na ataki, a presja na ich relokację rośnie.
Niedzielna wymiana ognia natychmiast wzmacnia tę dynamikę. Za każdym razem, gdy Iran demonstruje swoją zdolność do wystrzeliwania pocisków i dronów z lotnisk Al-Udeid i Jordanii – nawet jeśli większość z nich podobno zostaje zestrzelona – rosną koszty utrzymania wysokiej jakości systemów wojskowych w tym rejonie, a wewnętrzny argument Pentagonu na rzecz bardziej rozproszonych sił zyskuje na popularności. Ataki nie muszą niszczyć baz, aby były skuteczne; muszą jedynie sprawić, że staną się one nie do utrzymania jako skoncentrowane, dalekosiężne platformy operacyjne.
Iran wypiera siły USA z regionu za pomocą pocisków balistycznych i dronów. To sprawia, że obecna taktyka militarna jest na tyle kosztowna, że Waszyngton jest zmuszony ją zmienić – po cichu wycofując własne siły z cieśniny , którą rzekomo kontroluje, podczas gdy prezydent jednocześnie deklaruje, że może ją zaanektować.
Oficjalnym powodem ataku na Larak jest obrona przed miną. Jednak znacznie ważniejszym kontekstem jest irańsko-omańska próba zinstytucjonalizowania kontroli nad Ormuzem – przedsięwzięcie, którego celem mógł być dezorganizacja i odstraszanie, co kłóci się z twierdzeniem, że cieśnina i tak jest już amerykańska.
Irański odwet na Al-Udeid i dwie jordańskie bazy jest zgodny z ustalonym, wyrachowanym schematem Teheranu. Prawdziwy zysk strategiczny tkwi jednak w dalszym zwiększaniu presji na Pentagon, aby przemieścił swoje siły na zachód – z dala od wąskiego gardła i poza zasięgiem.
Cieśnina, którą faktycznie kontrolujesz, nie musi być odzyskiwana co kilka tygodni. Jednak w tym przypadku wydaje się, że właśnie tego potrzeba.
Ponury bajarz polsko-żydowskiego pochodzenia Gross zmyślił hagadę, którą zatytułował „Złote żniwa”. Opowiada w niej, jak to polscy wieśniacy mieszkający w okolicach niemieckich obozów koncentracyjnych w Treblince, Sobiborze i Bełżcu bogacili się, wykopując na terenach dawnych obozów szczątki pomordowanych Żydów i odzyskując z tych szczątków kosztowności. Według Grossa kosztowności było tyle, że „zrewolucjonizowały miejscową gospodarkę”.
Ten kłamca, manipulant i ignorant, z dyplomem socjologa rodem z głębokiej komuny, nie słyszał albo udaje, że nie słyszał o tzw. „Akcji Reinhardta”, opisanej szczegółowo przez zeznającego na Procesie Norymberskim zbrodniarza wojennego Rudolfa Hessa. Nazwa akcji pochodzi od imienia Heydricha. Czym była ta „Akcja Reinhardta”?
„Nazwą tą („Akcja Reinhardta”) określano zbieranie, sortowanie i spieniężanie wszystkich rzeczy odbieranych żywym i wymordowanym Żydom. Nazwa pochodzi od imienia Heydricha, który był pierwszym realizatorem akcji eksterminacji Żydów” [1].
Jakie wyniki dawała ta akcja, dowiadujemy się z rozmaitych źródeł. Przebieg jej opisuje również komendant obozu w Auschwitz, Rudolf Hess:
„Przy wyładowywaniu transportów żydowskich cały bagaż zostawał na rampie, aż do chwili, gdy wszystkich Żydów zaprowadzono do obozu lub do miejsca zagłady. Potem specjalne drużyny transportowe przewoziły bagaż początkowo do sortowni Kanada I, gdzie go sortowano i dezynfekowano. […] Jednak w 1942 r. Kanada I nie mogła nadążyć z sortowaniem rzeczy. Mimo że wciąż wznoszono dodatkowe szopy i baraki, a więźniowie sortowali dniem i nocą, mimo że zwiększano nieustannie liczbę pracujących i załadowywano codziennie wysortowanym materiałem wiele wagonów – często do 20, wciąż piętrzyły się stosy bagażu. Przystąpiono więc w 1942 r. do wybudowania magazynu Kanada II na zachodnim krańcu odcinka budowlanego II w Brzezince, jak również odwszalni i łaźni dla przybywających więźniów. Trzydzieści nowo wybudowanych baraków było wypełnionych po brzegi zaraz po wykończeniu, a góry niesortowanego bagażu piętrzyły się między barakami. […] Przedmioty wartościowe przejmował specjalny oddział komendy obozu, po czym fachowcy odpowiednio je sortowali. Podobnie działo się ze znalezionymi pieniędzmi […]. Eichmann powiedział mi kiedyś, że kosztowności i dewizy sprzedawano w Szwajcarii; zarzucono kosztownościami cały szwajcarski rynek. Zwykłe zegarki wysyłano tysiącami do Sachsenhausen. Znajdował się tam wielki warsztat zegarmistrzowski zatrudniający setki więźniów – założony pod bezpośrednim kierownictwem Maurera z D II. W warsztacie tym sortowano zegarki i naprawiano je. Najwięcej zegarków zostało oddanych do dyspozycji frontowych oddziałów SS i armii dla celów służbowych. Złote zęby przetapiali w sztaby lekarze dentyści w rewirze SS i odsyłali je co miesiąc do Głównego Urzędu Sanitarnego. W plombowanych zębach także znajdowano kamienie szlachetne olbrzymiej wartości. Obcięte włosy kobiece wysyłano do pewnej fabryki w Bawarii dla celów zbrojeniowych. W związku z kosztownościami Żydów wytworzyła się w obozie ogromnie trudna sytuacja, której nigdy już nie udało się całkowicie opanować. Wpłynęło to demoralizująco na członków SS, którzy nie zawsze byli na tyle silni, aby potrafili zwalczyć w sobie pokusę łatwego wzbogacenia się kosztownościami Żydów. Najcięższe kary pozbawienia wolności, a nawet wyroki śmierci, nie działały dostatecznie odstraszająco. Akcja Reinhardta była prowadzona nadzwyczaj metodycznie według dokładnych instrukcji Himmlera” [1].
W dalszym ciągu książki cytowane są instrukcje Himmlera, wskazujące, w jaki sposób należy pozyskiwać „ruchomą i nieruchomą własność po przesiedlonych Żydach” i co z nią zrobić, a nawet nakaz, by w przyszłości pozyskane w ramach Akcji dobra określać „mieniem złodziei, paserów i spekulantów”. Niemcy, jak zawsze i w tej materii, byli skrupulatni, a instrukcje przewidywały, jak i co pozyskiwać i co następnie ze zgromadzonym mieniem zrobić:
„a) Wszelką gotówkę w banknotach niemieckich należy wpłacać do Banku Rzeszy w Berlinie-Schöneberg na konto Głównego Urzędu Gosp. i Admin. SS 158/1488.
b) Dewizy (w monetach lub nie), metale szlachetne, klejnoty, kamienie szlachetne i półszlachetne, perły, złote zęby i złom złoty należy dostarczyć Głównemu Urzędowi Gosp. i Admin. SS. On jest odpowiedzialny za bezzwłoczne przekazanie Bankowi Rzeszy Niemieckiej.
c) Zegarki wszelkiego rodzaju, budziki, pióra wieczne, ołówki, maszynki do golenia ręczne i elektryczne, scyzoryki, nożyczki, latarki kieszonkowe, portfele i sakiewki przyprowadzi Główny Urząd Gosp. i Admin. SS do porządku w specjalnych warsztatach, gdzie też będą oczyszczone i wycenione, ażeby mogły być jak najszybciej wysłane do oddziałów frontowych. Wojsko otrzyma je odpłatnie przez kantyny. Należy ustalić 3–4 kategorie cen i dopilnować, ażeby każdy dowódca i żołnierz mógł nabyć najwyżej jeden zegarek. Od sprzedaży należy wyłączać złote zegarki, których zużytkowanie zastrzegam sobie.
Całkowity wpływ przypadnie Państwu (niemieckiemu).
d) Bieliznę męską łącznie z obuwiem należy posortować i oszacować. Po pokryciu własnego zapotrzebowania dla więźniów obozów koncentracyjnych, a wyjątkowo dla oddziałów SS, należy rzeczy wymienione przekazać Związkowi Volksdeutschów, za zapłatą.
e) Suknie kobiece, bieliznę wraz z obuwiem, ubrania dziecięce należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą.
Bieliznę czysto jedwabną należy oddać według instrukcji Gł. Urzędu Gosp. i Adm. SS Ministerstwu Gospodarki Rzeszy. To samo stosuje się do bielizny pod lit. d.
f) Pierzyny, koce wełniane itp., materiały na ubrania, szale, parasole, laski, termosy, ochraniacze na uszy, wózki dziecięce, grzebienie, torby ręczne, paski skórzane, torby na zakupy, fajki, okulary od słońca, lustra, noże, łyżki, widelce itp., plecaki, walizki skórzane i inne należy oddać organizacji Volksdeutschów. Kwestia opłaty będzie później uregulowana. […]
g) Pościel, jak: prześcieradła, podpinki, poduszki, ręczniki, prześcieradła kąpielowe, kapy stołowe, należy oddać organizacji Volksdeutschów za zapłatą. […]
h) Okulary i szkła wszelkiego rodzaju należy oddać urzędowi sanitarnemu do zużytkowania. (Okulary w złotej oprawie muszą być oddane wraz z metalami szlachetnymi bez szkieł). […]
i) Futra w dobrym gatunku wszelkiego rodzaju, przerobione lub nie, należy dostarczyć Gł. Urzędowi Gosp. i Admin. SS. Futra tanie (baranie, zajęcze, królicze itd.) należy za uwiadomieniem Gł. Urzędu Gosp. i Admin. SS B II dostarczyć do Zakładu Odzieżowego Broni SS w Ravensbrück koło Fürstenbergu. […]
Należy surowo przestrzegać, ażeby przy oddawanych ubraniach i okryciach odpruto gwiazdę żydowską” [1].
Akcja Reinhardta zakończyła się dnia 19 października 1943 roku i prowadzący ją na terenie Generalnej Guberni SS-Gruppenführer Odilo Globocnik złożył Himmlerowi sprawozdanie. Oto wyjątki z tego dokumentu:
„[…] Dnia 19.10.1943 roku zakończyłem przeprowadzoną przeze mnie w Generalnej Guberni »operację Reinhardta« i rozwiązałem wszystkie żydowskie obozy. W toku „operacji Reinhardta” w Lublinie w okresie od dnia 1 kwietnia 1942 roku do dnia 15 grudnia 1943 roku Rzesza Wielkoniemiecka otrzymała nabytki »operacji Reinhardta« wymienione w zestawieniu. W kruszcach szlachetnych zebrano: 236 sztab złota o wadze 2 909,68 kg, liczonych po 2 800 marek niemieckich, 2 143 sztab srebra o wadze 18 733,69 kg, liczonych po 40 marek niemieckich, 15,14 kg platyny liczonych po 5 000 marek niemieckich. Dewizy w złocie obejmują walutę 34 krajów. […] Wykaz kosztowności, biżuterii i innych przedmiotów obejmuje 44 pozycje. Na wstępie 15 883 pierścieni złotych z brylantami i diamentami, liczonych po 1 500 marek niemieckich. Dalej 130 dużych brylantów po 1 000 marek niemieckich; 2 511,87 karatów brylantów po 100 marek niemieckich; 13 458,62 karatów diamentów po 50 marek niemieckich; 114 kg pereł oszacowanych na 6 milionów marek niemieckich. Jest też 103 614 zegarków (Reparaturuhren) po 2 marki za sztukę, 60 125 zegarków po 10 marek, 2 343 budzików po 4 marki i 6 943 budzików wymagających naprawy po 1 marce; 29 391 par okularów po 3 marki niemieckie. Materiały włókiennicze stanowiły odzież, bieliznę, pierze i szmaty w ilości 1 901 wagonów, ocenionych w sumie na 26 000 000 marek niemieckich. Łączna wartość wszystkich nabytków do dnia 15 grudnia 1943 roku wyniosła 178 745 960,59 marek niemieckich” [1] [2].
Wykaz powyższy podpisali, prócz Globocnika, Sturmbannführer Wippern jako kierownik zarządu i Oberscharführer SS Rzepa jako kierownik kasy „Akcji Reinhardta”.
Wszystkie ujawnione wykazy i zestawienia zrabowanych rzeczy oraz przedmiotów osobistego użytku pomordowanych ofiar nie dają pełnego obrazu, ponieważ znaczna ich część została rozkradziona. Jeden z SS-manów, należący do zbrojnej załogi obozu oświęcimskiego, SS-Untersturmführer Fritz Bergmann, opowiadał w obecności świadka Artura Mayera, że SS odebrało Żydom w Oświęcimiu kosztowności o wartości około 1 miliarda (1 000 000 000) marek niemieckich, ale w rzeczywistości wartość tych rzeczy była o wiele większa.
Instrukcja dotycząca „Akcji Reinhardta” obowiązywała we wszystkich niemieckich obozach koncentracyjnych, określała szczegółowo rodzaj postępowania ze zrabowanym uśmierconym Żydom mieniem. Kłamca, manipulant i ignorant Gross ośmielił się napisać, że mienia pozostawionego przez SS-manów Żydom była taka ilość, iż nawet w pozostałych po spaleniu tych nieszczęśników w krematoriach popiołach można było wygrzebać fortunę.
Jeżeli już ktoś mógł się wzbogacić na procederze okradania zwłok żydowskich (oprócz Rzeszy Niemieckiej i SS-manów pilnujących obozów zagłady i okradających Rzeszę z zadekretowanych dla niej pożydowskich dóbr), to „pinkertowcy”: grabarze żydowscy z zakładu pogrzebowego Towarzystwo Ostatniej Posługi, należącego do żydowskiej rodziny Pinkerta – odkopywali oni zwłoki Żydów zmarłych w getcie i okradli je ze złotych protez, plomb, biżuterii, grabili rytualną odzież – tałesy i tahirimy. Żydowskie źródła (wydane na Zachodzie) podkreślają bardzo zyskowny charakter tego procederu – pinkertowcy mieli się wzbogacić nawet na krwi swoich współziomków. Icchak Cukierman „Antek”, członek Żydowskiej Organizacji Bojowej, twierdzi, że w pierwszych dniach powstania w getcie warszawskim w kwietniu 1943 r. pinkertowcy grabili opuszczone domy żydowskie (A. Cukierman, „Nadmiar pamięci”, Warszawa 2000). Po wydostaniu się z getta i dołączeniu do oddziału Gwardii Ludowej w lasach wyszkowskich przestępcza grupa, powszechnie znienawidzona wśród samych Żydów, została wymordowana – jak przypomina dr Wojciech Muszyński, historyk IPN – przez członków Żydowskiej Organizacji Bojowej i Gwardii Ludowej. Pinkertowcy mieli do czynienia ze zwłokami Żydów, których nie dosięgła „Akcja Reinhardta”, więc niepozbawionych jeszcze dobytku. Gross, zaciekły w swojej antypolskiej propagandzie, udając naukowca – historyka, zapomina o faktach, rozwijając swoje ponure antypolskie hipotezy i domniemania.
Gross i Lewinkopf dali przykład, inni może dostali podobne polecenia albo zwietrzyli, że na opluwaniu Polaków można zbić „kasę”. No i wysypali się jak grzyby po deszczu: Martin Gray, Janka Hescheles, Miriam (Mary) Berg, Misha Defonseca z hagadą „Przeżyć z wilkami”. Ta ostatnia przesadziła, żądając w sądzie od swojego wydawcy 22 mln dolarów, których jej za książkę nie dopłacił. Jeśli nie dopłacono jej 22 mln dolarów, to ile już dostała? Można zarobić na pluciu na Polin? Można i to nieźle. Problem jednak pojawił się nowy: wydawca, broniąc się, wysypał, że autorka nie jest i nigdy nie była żydówką, za jaką w książce się podaje, tylko „katoliczką” z Amsterdamu, naprawdę nazywa się Monique De Wael i że nigdy noga jej nie stanęła w Polsce.
Ale książka poszła w świat, o fałszerstwie mało kto wie, a Polacy dostali nowy listek laurowy do wawrzynowego wieńca sławy światowych arcymistrzów antysemityzmu. Nawet w Polsce niektóre odmóżdżone osobniki traktują te koszmarne baśnie jako prawdę historyczną. Takich „baśniopisarzy” opluwających na Zachodzie naród polski było więcej. Przychodziło to im tym łatwiej, że „polscy” ambasadorowie ze szkoły Geremka, w imię plemiennej solidarności, zamiast bronić dobrego imienia Polaków, robili własne geszefty i współpracowali z opluwaczami. W psychologii znany jest fenomen nienawiści obdarowanego do dobroczyńcy. Niekiedy nienawidzący nie wytrzymuje wewnętrznej niespójności między tym, co ma w pamięci, a tym, co głosi. Być może właśnie ten konflikt był przyczyną samobójstwa Lewinkopfa-Kosińskiego, autora „Malowanego ptaka”? Oczywiście wredne bajania Kosińskiego zostały rozsławione przez stosowne media na całym świecie i rozeszły się w milionach egzemplarzy.
Badająca sprawę uratowania się rodziny Lewinkopfów świetna dokumentalistka i publicystka Joanna Siedlecka opisała ją w książce „Czarny ptasior” i została za to obwołana antysemitką, bo opisała, jak było naprawdę.
Żydzi i inni filosemici plwający na Polaków mają się dobrze, wspomagani przez pełniących obowiązki Polaków polskich polityków. Tu zatrzyma się ekshumację, bo wykopaliska wskazują na zbrodnię Niemców, a nie Polaków. Ówdzie „ministra” RP albo prezydent USA „pomyli się” i powie „polski obóz koncentracyjny”. I tak, z pomocą obieranych przez nas przedstawicieli narodu, utrwala się fałszywa legenda Polaków antysemitów, winnych zagłady Żydów. Kiedy ktoś, jak Grzegorz Braun, obdarzony odwagą cywilną, powie głośno, że pokazywane jako autentyki krematoria w Auschwitz budzą wątpliwości, czy kiedykolwiek mogły funkcjonować – robi się klangor na cały świat. Po dokładniejszej analizie wypowiedzi okazuje się, że Braun nie kwestionuje niczego z zagłady Żydów, tylko ma wątpliwości co do autentyzmu budowli; co do tego, czy nie są one po prostu nieudolnymi rekonstrukcjami. Historycy, zamiast moczyć spodnie na sam dźwięk tego hasła, powinni zdobyć się na odwagę i szukać prawdy tam, gdzie ona się znajduje. Zatopieni i przyzwalający na kłamstwo znajdą się wcześniej czy później w sytuacji, kiedy zmuszeni zostaną do taplania się w oszustwie.
Autorstwo: Barnaba d’Aix Źródło: WolneMedia.net
Przypisy
[1] Z książki „Nie oszczędzać Polski” Tadeusza Cypriana i Jerzego Sawickiego, profesorów prawa karnego. Cyprian i Sawicki byli reprezentantami Polski na Procesach Norymberskich i w przeciwieństwie do Grossa wiedzieli, o czym piszą.
[2] 1 Reichsmarka (RM) z 1943 roku miała siłę nabywczą odpowiadającą dzisiejszym około 3,50–4,50 euro, weźmy średnią 4,0 euro. 178 745 960 ówczesnych Reichsmarek miałoby dzisiaj wartość około 715 milionów euro.
Jak świat światem ludzie są skłonni święcie wierzyć, a nawet przekazywać dalej różne absurdalne informacje. Za czasów mego dzieciństwa opowiadano sobie o czarnej wołdze, której załoga porywała dzieci, wyciągała z nich krew i wyrzucała truchełko gdzieś przy szosie. Opowiadano również o ludziach zamurowanych w nowo powstających budynkach albo zalanych betonem na placu budowy, ludziach po których raz na zawsze ślad zaginął. Znalezienie zwłok Bogdana Piaseckiego, syna Bolesława Piaseckiego zamurowanych gdzieś na Mokotowie uwiarygodniło te opowieści.
Takie opowieści zawsze służyły władzy do sterowania społeczeństwem. Przede wszystkim do odwracania uwagi od prawdziwej polityki oraz mechanizmów sprawowania rządów i kierowania tej uwagi na margines tanich sensacji. Taka fałszywa informacja nazywa się obecnie fake. Informacja wyjątkowo i bezczelnie kłamliwa deep fake ( niektórzy mówią – naprawdę bardzo przepraszam- dick fake).
Ich rola jednak trochę się zmieniła. Fałszywe informacje służą przede wszystkim obrzydzaniu społeczeństwu przeciwników politycznych. Co gorsza wieloletnie ogłupianie czyli -jak to nazywa Stanisław Michalkiewicz – duraczenie społeczeństwa dało wyraźne rezultaty. Ludzie są w stanie uwierzyć w każdą piramidalną bzdurę. I to ludzie wykształceni, na pozór inteligentni. Wierzą w ewidentne kłamstwa, które łatwo można by zweryfikować.
Kilka dni temu znajoma dziennikarka, która przez wiele lat była sekretarzem redakcji, czyli musiała zawodowo odsiewać ziarno od plew, sprzedała mi pewną jej zdaniem informację, że Grzegorz Braun ma na piersi wytatuowaną swastykę gdyż jest zwolennikiem Hitlera. Zrobiłam tajemniczą minę i oświadczyłam, że jak słyszałam ma swastykę nie na piersi lecz zdecydowanie niżej. Dosadnie określiłam to miejsce w przekonaniu, że dotrze do niej absurdalność tego co opowiada.
„ Co ty powiesz”- wykrzyknęła podekscytowana, muszę to przekazać wszystkim znajomym. Koleżanka była sekretarzem redakcji pisma kobiecego, co być może trochę tłumaczy stan jej umysłu przytoczę więc inne zdarzenie sprzed wielu lat.
Podczas spotkania towarzyskiego, mój kolega, niezwykle utalentowany naukowiec, któremu ja, zwykły belfer zawsze zazdrościłam ogromnej wiedzy i mądrości oświadczył, że Balcerowicz wyratował Polskę od losu Białorusi.
Na Białorusi wówczas często bywałam, kraj był po sowieckich rządach wspaniale odbudowany przez Łukaszenkę, (to fakt niezależnie od tego kim on jest i jaki mamy do niego stosunek), natomiast w Polsce każdy durny polityk i dziennikarz uważał za stosowne podawanie tego kraju jako przykładu nędzy, brudu, zacofania i najniższych standardów w każdej dziedzinie. Jakby nie było można przejechać kilkuset kilometrów i samemu sprawdzić jak naprawdę Białoruś wygląda. Do Grodna wówczas można było wybrać się nawet bez wizy, a wiele ośrodków wczasowych, niezwykle tanich, ofiarowywało wizę w pakiecie.
„ Czy byłeś kiedykolwiek na Białorusi?”- zapytałam zdumiona. „Nie muszę jeździć żeby wiedzieć jak tam jest”- odparł. On, naukowiec, przyzwyczajony do weryfikowania każdego stwierdzenia. Oznacza to, że rzekoma białoruska nędza była dla niego rodzajem sądu syntetycznego a priori. Konieczną formą oglądu umysłu ludzkiego.
Inna znajoma, wykładowca UW zapewniała mnie, że prezydent Nawrocki z młodości był alfonsem. Przypomniał mi się Gomułka który nazwał Szpotańskiego „ człowiekiem o moralności alfonsa”. Komunistyczny aparatczyk, zwykły debil Gomułka tak ośmielił się mówić o człowieku niezwykłej inteligencji, wyjątkowo utalentowanym, pochodzącym z dobrej rodziny. Oskarżanie zupełnie niewinnych ludzi o nie wiadomo jakie zbrodnie, utożsamianie patriotyzmu z faszyzmem też ma swoich prekursorów.
Mam przed sobą Gazetę Robotniczą Nr 25 ( 1441) . z artykułem na temat procesu Kurii Krakowskiej. Tytuł : „ Krakowska kuria metropolitalna była bastionem reakcji i wrogości wobec Polski Ludowej” . Podtytuł : „ Dalsze zeznania świadków w procesie bandy szpiegów i zdrajców”. I akapit z rzeczonego tekstu: „Poruszenie na Sali wywołują zeznania następnych doprowadzanych z więzienia świadków- Mieczysława Fidzińskiego i Witolda Milca- wychowanków księdza Lelito z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, członków bandy zorganizowanej przez zbrodniczego księdza”
Ksiądz Józef Lelito został skazany w procesie kurii krakowskiej na karę śmierci. Czy w jego winę naprawdę uwierzył dziennikarz szmatławca zwanego Gazetą Robotniczą? Czy tylko gorliwie wypełniał strony tego pisma dla chlebusia z masełkiem?
Ale jak miał nie wierzyć jeżeli uwierzyła noblistka Wisława Szymborska. Jedna z wielu osób z listy hańby, listy ludzi sztuki popierających prześladowania i torturowanie księży i skazanie ich na śmierć. Dlatego choćby Szymborska dostała trzy razy Nobla i wylądowała samodzielnie na księżycu nie dotknę żadnego z jej tomików, Chyba, że te z okresu stalinowskiego ujawniające głębię jej upadku.
Szkoda że ujęci mitem pojednania, mitem wolnej Polski nie publikowaliśmy co tydzień tej listy hańby. Dopuściliśmy do roli społecznych autorytetów ludzi popierających torturowanie i zabijanie zupełnie niewinnych księży. Dopuściliśmy aby przez kilkadziesiąt lat rozmiękczali mózg społeczeństwu.
Dlatego obecnie niektórzy są w stanie uwierzyć , że niewinnie prześladowany ksiądz Olszewski ukradł jakieś pieniądze, że Ziobro tylko udaje chorobę, że Braun ma na piersi swastykę. Takie rewelacje słyszałam z ust osób nie cierpiących bynajmniej na demencję wczesną. Co gorsza byli to ludzie ze środowisk uniwersyteckich.
I jeszcze jedna informacja z Gazety Robotniczej Wrocław środa 21 stycznia 1953 roku. Rada państwa nadała członkowi KC PZPR ministrowi Bezpieczeństwa Publicznego w 50 rocznicę urodzin order Sztandaru Pracy I Klasy. Gratulują mu przedstawiciele środowisk literackich i naukowych. Gratulują wielokrotnemu mordercy, katowi Polaków w tym w latach trzydziestych likwidatorowi polskich komunistów. W 1968 roku przeniesiono go w stan spoczynku co niektórzy traktują jako przejaw antysemityzmu.
Jak można zaplanować chaos? Przecież to sprzeczność! Cechą chaosu jest nieprzewidywalność, a co za tym idzie brak planowania. A jednak. Jak inaczej nazwać dyplomację Trumpa? Stworzony przez niego chaos przebiega zgodnie z planem. Łatwo można mu zarzucić niezrównoważenie psychiczne i martwić się, że ma dostęp do broni jądrowej. Jak każde zmartwienie niczego nie wyjaśnia i nie zmienia.
Planowanie chaosu nie zostało wymyślone przez Donalda Trumpa – on wykorzystuje ten pomysł Deep State dla własnych celów. Jakie są jego cele? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Jednak po kolei jak ja to widzę.
Chaos został zaplanowany i jest wprowadzany w życie przez siły globalistyczne na całym świecie. Także, a nawet głównie w państwach będących mocarstwami światowymi. Celem jest władza nad światem. Jest to utopia, ponieważ współpraca największych potęg na globie jest zapewniona tak długo, jak długo poszczególni władcy – Xi, Putin, Trump – widzą w tym korzyści wzmacniające ich własną władzę. Żaden z nich nie odda zwierzchnictwa szarym eminencjom stojącym za tymi wojnami, sztucznie wywołanymi katastrofami, czy masową migracją.
Dlatego widzimy ciche zrozumienie i pewien poziom współpracy między nimi. Dlaczego niedawną wizytę szefa CIA w Moskwie utrzymywano do końca w tajemnicy i dotychczas nie wyjaśniono powodów tej eskapady? Opinia publiczna była w tej sytuacji najmniejszym zmartwieniem dla Trumpa. Ważniejsze było zaskoczenie globalistów.
Tutaj dotykamy tematu, który jest przedmiotem sporu wielu politycznych analityków. Jedni uważają, że Trump to człowiek całkowicie podporządkowany głębokiemu państwu, inni z kolei, że walczy z nimi na śmierć i życie. Jak zwykle prawda leży gdzieś pośrodku. Globaliści (inne określenie dla głębokiego państwa) są na tyle silni, że nie można ich zwalczać, stawiając przyłbicę (bo przy łbie) otwarcie przeciwko nim. Tak postąpił 65 lat temu John F. Kennedy i wiemy, czym się to skończyło.
Penetracja sił zbrojnych, przekupione parlamenty i całkowite opanowanie władzy w państwach koalicji chętnych to bez wątpliwości największe sukcesy globalistów. Odwalili kawał dobrej roboty. Niestety nie wystarczy to na przechwycenie władzy nad całym światem.
Dokładnie o północy 31 grudnia 2019 r. zaczęło się od „wymyślonego” Covid-19, plandemii uderzającej w cały świat – 193 członków ONZ – tego samego dnia pod wpływem skrajnego strachu, otulonej głębokim i przytłaczającym stanem terroru. Ten stan terroru umożliwił wprowadzenie zabójczej szczepionki – zabójczej jak w „sekwencjonowaniu populacji”, zgodnie z wytycznymi „Granic Wzrostu”. Podsumowując, fałszywa plandemia, narzucona strachem (najlepszą bronią tyranów), uzasadniała wprowadzenie wielowymiarowej trucizny zwanej „szczepionką” – która miała – i nadal ma – różne skutki dla różnych ludzi, ras, krajów, regionów, różnych poligonów doświadczalnych, aby ukryć niszczycielskie skutki, wszystkie służące głównemu celowi i głównemu celowi – masowym szkodom dla ludzi, chorobom, prowadzącym do przyspieszonej śmierci, tj. redukcji populacji.
Ludzkość jest atakowana ze wszystkich stron i kątów. Większość nawet tego nie zauważa. Przepraszam, to po prostu natura, ale będzie lepiej. Nie, nie będzie. Nie sama z siebie. Wolność, choć jest prawem człowieka, może przetrwać tylko wtedy, gdy my, ludzie, będziemy o nią codziennie pracować i walczyć.
Jak z tym walczyć? Zacząć trzeba przede wszystkim od rozróżnienia prawdy od fałszu. Tego się trzeba nauczyć. Nie jest łatwo poświęcić swój cenny czas na sprawdzanie wiarygodności informacji. Jednak w dobie permanentnej manipulacji jest to jedyna droga, by znaleźć w tym chaosie jakiś porządek.
==========================================
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Jeśli podoba Wam się to, co piszę, bardzo pomogłoby dalszemu rozpowszechnianiu tych artykułów, gdybyście je udostępniali Waszym znajomym na mediach społecznościowych.