Europa nie ukrywa już faktu, że prowadzi wojnę z Rosją
W Rosji coraz wyraźniej stwierdza się, że Europa de facto jest już w stanie wojny z Rosją i że Rosja będzie musiała w końcu zareagować.
Anti-Spiegel 18 lipiec 2026
Od dawna ostrzegałem, że otwarty udział Europejczyków w wojnie z Rosją nieuchronnie doprowadzi do odpowiedniej reakcji ze strony Rosji. Nie chodzi tylko o to, że Polska, państwa bałtyckie i Finlandia nie uniemożliwiają Ukrainie wykorzystania swojej przestrzeni powietrznej do atakowania celów w Rosji; jest również oczywiste, że z państw bałtyckich wystrzeliwane są drony do ataku na Rosję.
A jakby tego było mało, drony i pociski, które atakują Rosję, są oficjalnie produkowane i opłacane w Europie. A ponieważ Ukraina nie posiada własnych satelitarnych systemów rozpoznania, nie trzeba być jasnowidzem, aby zrozumieć, kto dostarcza Ukrainie danych dotyczących namierzania i rozpoznania, zwłaszcza że państwa zachodnie nawet nie próbują tego ukrywać.
Rosyjski ekspert Karaganow od dawna domagał się, aby Rosja od początku ostro zareagowała na drobne etapy eskalacji, które zaczęły się od dostarczenia kamizelek ochronnych w marcu 2022 r. do dostawy czołgów, rakiet dalekiego zasięgu i myśliwców. W razie konieczności – nawet użycie broni nuklearnej, aby pokazać Europejczykom, że Rosja nie żartuje.
Tymczasem coraz więcej rosyjskich ekspertów zgadza się z Karaganowem i przyznaje, że gdyby rosyjski rząd posłuchał go w 2022 roku, wojna prawdopodobnie szybko by się skończyła, bo Zachód nie odważyłby się tak otwarcie brać w niej udziału. Jednak Europejczycy interpretują rosyjską cierpliwość jako słabość i czują się zmuszeni do bardziej otwartego udziału w wojnie z Rosją.
Teraz Fiodor Łukjanow, przewodniczący słynnej Konferencji Wałdajskiej i jeden z czołowych rosyjskich geostrategów, dołączył do tego chóru w wywiadzie, co jest niezwykłe, ponieważ Łukjanow jest tak naprawdę znany ze swojego deeskalacyjnego stanowiska.
Fiodor Łukjanow: Połowiczne środki nie wystarczą, bo Europa nie ukrywa już, że prowadzi wojnę z Rosją
Podczas gdy Europejczycy odpoczywają, pijąc kawę, a ich głowy państw „bawią się w wojnę”, USA postanowiły utrwalić pamięć o swoim najważniejszym jastrzębie Lindsey Graham, przyjmując swoje najsurowsze prawo sankcyjne przeciwko Rosji. Zachód nie boi się już czerwonych linii, co oznacza, że nadszedł czas, aby Rosja zaatakowała cele poza Ukrainą.
Fiodor Łukjanow, przewodniczący Biura Rady Spraw Zagranicznych i Polityki Obronnej, skomentował to w wywiadzie dla Ukraine.ru.
UE nie będzie już przyjmować poborowych z Ukrainy jako uchodźców od marca 2027 r., podobnie jak służba prasowa Rady UE 15 marca. Ogłoszono lipiec.
Już na 14. Podczas oficjalnego spotkania z premierem Iraku Alim al-Zaidim w Białym Domu Donald Trump skomentował projekt ustawy o sankcjach wobec Rosji złożony przez zmarłą Lindsey Graham: „Istnieje duża szansa, że tak się stanie”.
Pytanie: Nowa wersja ustawy Grahama wydaje się być osłabiona pod względem sankcji wtórnych wobec Chin i Indii. Czy można powiedzieć, że próby izolacji Rosji nie powiodły się i USA są zmuszone do wycofania się?
Łukjanow: O tych sankcjach mówi się od dawna. Zmarły senator Graham wielokrotnie deklarował w zeszłym roku, że wszystko jest gotowe i że prezydent ma zamiar podpisać dokument, ale że wszystko poszło „w piaski”. Teraz jego niespodziewana śmierć może dziwnie służyć jako katalizator: Trump już stwierdził, że pamięć o tak wybitnej osobowości musi zostać zachowana. Zakładam zatem, że prawo zostanie uchwalone.
Osobliwością amerykańskiego planowania jest to, że Graham był mistrzem inscenizacji. Celem jest wykazanie się „niezachwianą determinacją”. Jednocześnie jednak Amerykanie zachowują się bardzo ostrożnie, aby nie narażać własnych interesów. W przeciwieństwie do Europejczyków, którzy są bardziej skłonni do kierowania się hasłami politycznymi, USA [w przepisach dotyczących sankcji] ostrożnie unikają kwestii, od których zależą od Rosji.
Pytanie: Dlaczego Trump nie wyegzekwował jeszcze tego pakietu, skoro jest tak ważny?
Łukjanow: Myślę, że sam nie chce wiązać rąk. Nakładanie sankcji to poważna sprawa: można je niemal nie stać na odwrócenie. Pamiętamy historię poprawki Jacksona-Vanika, która przez dziesięciolecia służyła jako poligon przetargowy między Kongresem a rządami różnych prezydentów USA i już dawno straciła swoje znaczenie.
W obecnym, raczej „odchudzonym” pakiecie sankcji, nawet wysokość taryf nie jest najważniejsza. Powtarzam to, Biały Dom jest najważniejszy, aby pozostać elastycznym i móc sam decydować, kiedy sankcje zostaną nałożone, a kiedy nie.
Pytanie: A co z Indiami i Chinami? W końcu to nasi najważniejsi partnerzy…
Łukjanow: Dla nas to jest najważniejsza kwestia. Trump próbował już naciskać na Indie pod pretekstem handlu z Rosją i wykorzystał to jako dźwignię w poważnym sporze handlowym. Nie można powiedzieć, że to w ogóle by nie zadziałało, ale Hindusi są pomysłowi, nie mogą po prostu ignorować ryzyka. Ale handel z Rosją trwa pomimo sankcji wobec naszych producentów ropy.
Z Chinami jest to jeszcze trudniejsze. Z USA i Chinami rozmawiają ze sobą dwa supermocarstwa gospodarcze, które są w różnych sferach. Jeśli Amerykanie wywrą presję na Pekin w sprawie Rosji, na przykład oskarżenie „zachowujesz się źle”, to bardzo zdenerwuje to Chińczyków. Moim zdaniem nic nie osiągają z bezczelnością. Dlatego prawo, o którym mówimy, najprawdopodobniej będzie zawierało elastyczne mechanizmy: „Jeśli chodzi o Indie i Chiny, patrzymy później”.
Pytanie: Włączyliście sankcje przeciwko Iranowi i Hezbollahowi w tym samym pakiecie. Dlaczego ten smorgasbord?
Łukjanow: To osobliwość amerykańskiego ustawodawstwa. Uchwalenie ustawy w Kongresie jest trudnym procesem negocjacyjnym między grupami lobbystycznymi. Aby uzyskać poparcie, do dokumentu należy uwzględnić zainteresowania różnych stron. Iran i Hezbollah są popularnymi tematami, są dodawane do tego pakietu, że tak powiem, aby uczynić go bardziej atrakcyjnym.
Ostatecznie nie jest to dla nas dobre: nowe obciążenia nie są śmiertelne, ale są ciężarem. Ci sami Indianie mówią teraz: „Już znajdujemy sposoby na obejście ryzyka, ale chcemy za to dodatkowej zniżki”.
Pytanie: Mam wrażenie, że USA robią to, co chcą, i zostawiam luki prawne otwarte, takie jak loty na ISS, i nie możemy reagować symetrycznie. Czy jesteśmy bezsilni wobec hegemona?
Łukjanow: Twoje wrażenie jako laika nie jest zbyt dalekie od rzeczywistości. USA przeszły szczyt swoich wpływów, a ich wpływy maleją, ale zgromadzona przewaga jest tak duża, że będzie trwać przez długie lata. Dlatego globalna hegemoniczna moc jest hegemonem, nawet jeśli traci wpływy, trzyma cały system w swoich rękach.
Jest jednak przykład Iranu. Tłumili go przez dziesięciolecia, potem postanowili użyć siły. I okazało się, że środki asymetryczne mogą być niezwykle skuteczne. Teraz jesteśmy świadkami nowej fali eskalacji, ale jestem pewien, że nie rozwiąże to niczego fundamentalnego. Nic nie zostało rozwiązane wiosną 2026 roku i teraz też nic się nie zmieni.
Pytanie: Dlaczego Trump kontynuuje presję, gdy kończy w impasie i szkodzi amerykańskiej gospodarce?
Lukjanow:Łukjanow: Bo skończył w ślepym zaułku z Iranem. Trump musiał szybko wyegzekwować irańskie memorandum, zakładając, że może później zdobyć przewagę. Ale Teheran jest niewłaściwym partnerem. Teraz Trump po raz kolejny grozi, że „odwdzięczy się Irańczykom z mapy”, ale każde powtórzenie osłabia efekt jego gróźb.
Trump jest niezwykłą osobowością, jest mistrzem w uwalnianiu się od każdej sytuacji. Każdy pochowałby jego reputację, ale nie chciał. Dziś niszczy elektrownie w Iranie, a jutro będzie twierdził, że Irańczycy są wspaniałymi ludźmi i jest gotów się z nimi zgodzić.
Pytanie: Czy cała ta działalność jest związana z sankcjami związanymi z kampanią wyborczą w USA?
Łukjanow: Myślę, że nie ma bezpośredniego związku z wyborami. Polityka zagraniczna USA nie jest tak ważna dla przeciętnego amerykańskiego wyborcy. Ale śmierć Grahama jest ważna dla polityków, ponieważ zwalnia on wolne miejsce w Senacie, gdzie republikanie mają bardzo wąską większość.
Trump ostatecznie obiecał wyborcom odłożenie polityki zagranicznej, ale w rzeczywistości stało się odwrotnie: zajmuje się tylko polityką zagraniczną. Będziemy świadkami tych ciągłych ataków i prób zawieszenia broni – aż jesienią do wyborów w USA i Izraelu.
Pytanie: Do Europy. Kanclerz Niemiec Friedrich Merz twierdzi, że Rosja nie będzie miała nic do powiedzenia w kwestii bezpieczeństwa ukraińskiego, podczas gdy Macron i Starmer po raz kolejny będą rozmawiać o rozmieszczeniu sił okupacyjnych na Ukrainie. Jednocześnie od czasu do czasu słychać głosy pokoju. Czy naprawdę coś się zmienia w europejskiej agendzie, czy to wszystko jest tylko hałasem?
Łukjanow: Jeśli coś się w ogóle zmienia, to na pewno nie jest w kierunku „głosów pokoju”. Słowa Merza są nadal retoryką bez bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości, ponieważ wszystko zależy od dynamiki działań bojowych na froncie. Ale jedna rzecz jest ważna do powiedzenia: jeśli słyszałeś ostrzeżenia w Europie rok lub pół roku temu, sytuacja jest dziś inna.
W przeszłości zwykli ciągle patrzeć na „czerwone linie”: przekazanie Kijowowi rakiet dalekiego zasięgu, wysłanie wojsk na Ukrainę, jaki status ma Ukraina po konflikcie. Myślę, że Europa pozostawiła tę fazę w tyle. Europejczycy czują się wolni i wierzą, że mogą zrobić to, co uważają za konieczne. Dzisiejsze ograniczenie wsparcia dla Ukrainy nie wynika z obawy przed działaniami Rosji, ale wyłącznie z braku środków w obozach.
Jest to oczywiście niekorzystny rozwój dla Rosji. Można to nazwać „głupotą i odwagą”, ale faktem pozostaje, że Ukraina stała się centralnym punktem szybko powstającego europejskiego konglomeratu wojskowo-przemysłowego. Europa również stara się działać niezależnie. Rozumie się, że USA pozostaną strategiczną zapleczem dla Europy, gotową do sprzedaży broni, ale nie bezpośrednio interweniować. Dlatego Europejczycy starają się zbudować własną strukturę wojskowo-techniczną.
Pytanie: Ale czy sami Europejczycy są gotowi na wielką wojnę?
Lukjanow:Łukjanow: Europejscy przywódcy doskonale wiedzą, że mieszkańcy Niemiec, Francji czy Polski nie myślą o pójściu na front, to zupełnie nie wchodzi w grę. Ale teraz odkryli lukę: oddali się iluzji, że przetrwają bez bezpośredniego udziału swoich obywateli w operacjach bojowych przeciwko Rosji. Jeśli maksymalnie podkręcą przemysł zbrojeniowy i wykorzystają Ukrainę jako żołnierzy, mogą wygrać nowoczesną wojnę technologiczną, po prostu produkując potrzebny materiał.
Ten psychologiczny element jest poważnym niebezpieczeństwem nie tylko dla nas, ponieważ podważa umysł i stwarza niebezpieczne złudzenia.
Pytanie: Mówiąc o żołnierzach: Plotkuje się, że UE odmówi tymczasowej ochrony Ukraińcom, którzy od 2027 roku podlegają służbie wojskowej. Dlaczego ten termin został wybrany? A co o tym myślisz?
Łukjanow: Właśnie o tym rozmawialiśmy: Europa potrzebuje Ukraińców na pierwszej linii frontu, by fizycznie walczyć z Rosjanami. Logika jest prosta: kto jest zobowiązany do obrony, powinien iść i bronić „demokracji i Europy”.
Jeśli chodzi o rok 2027, to chyba tylko kwestia biurokracji. Europejska maszyna jest ospała, nie może podejmować decyzji „z dnia na dzień”, potrzebuje porozumienia. Ale 2027 nie jest daleko.
Pytanie: Nawiasem mówiąc, pomoc dla ukraińskich uchodźców jest już obcinana…
Łukjanow: Tak, to jest naturalne. Zostali przygarnięci, pomogli ci się przyzwyczaić, a teraz powinni szukać pracy. Ale z poborowymi dodaje się aspekt polityczny: „Jeśli już włożyliśmy tyle pieniędzy w twoją ochronę, powinniście się również zaangażować, a nie tylko siedzieć w Europie”.
Pytanie: Czy może pozwoliliśmy Europie „prześlizgnąć się”, ponieważ nie odpowiedzieliśmy wystarczająco mocno w początkowej fazie?
Łukjanow: Masz rację. Zaangażowanie Zachodu w konflikt z Rosją na Ukrainie odbywało się powoli. Patrząc wstecz, rozumiemy, że przegapiliśmy moment, w którym mieliśmy Zachód „Stop!” Muszę powiedzieć. Przypomnijmy, jak to się wszystko zaczęło, dyskusje o dostawach z Javelins. Wtedy wydawało się, że jest to coś znaczącego, dziś stało się to rutyną, a Europejczycy i Amerykanie mówią o dostawach sprzętu, który może wystrzelić głęboko na terytorium Rosji.
Niestety, od dawna ostrzegamy i groziliśmy, ale nie reagujemy w taki sposób, że naprawdę przyniosłoby to efekt. W rezultacie znajdujemy się w sytuacji, w której sygnał ostrzegawczy musiał być bardzo silny, a zatem niezwykle ryzykowny. Myślę, że jeśli tak dalej pójdzie, ataki na cele poza Ukrainą, które dostarczają siły ukraińskie, nieuchronnie. W przeciwnym razie będą nadal postrzegać nasze słowa jako puste zagrożenia.
W obszernej rozmowie z komentatorem politycznym Dannym Haiphongiem, brazylijski dziennikarz i ekspert geopolityki Pepe Escobar analizuje niedawną eskalację wojny z Iranem. Koncentruje się na atakach na most króla Fahda między Bahrajnem a Arabią Saudyjską, irańskich atakach na infrastrukturę energetyczną i portową w Zatoce Perskiej, tajemniczym zdarzeniu awaryjnym z udziałem myśliwca F-35 oraz rosnącym zagrożeniu, że Jemen i cieśnina Bab al-Mandab zostaną w pełni wciągnięte w konflikt.
Escobar postrzega wojnę jako coś więcej niż konflikt regionalny: dla niego atak jest również skierowany przeciwko integracji gospodarczej Eurazji, Chinom, Rosji i krajom BRICS, a także przeciwko stopniowemu upadkowi systemu petrodolara.
„Most po moście”: Iran odpowiada na ataki na swoją infrastrukturę
Na początku wywiadu Haiphong opisuje nowy poziom irańskich działań odwetowych. Według niego, po tym, jak Stany Zjednoczone zbombardowały kilka mostów w Iranie, Teheran odpowiedział atakiem na strategicznie wrażliwy węzeł komunikacyjny: most im. Króla Fahda, łączący Bahrajn z Arabią Saudyjską.
W tym samym czasie zaatakowano amerykańskie bazy wojskowe w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Mniej więcej w tym samym czasie doszło do awarii myśliwca F-35. Chociaż bezpośredni związek z atakiem irańskim nie został potwierdzony, należy zauważyć, że Centralne Dowództwo USA (CENTCOM) konsekwentnie bardzo powściągliwie informuje o własnych stratach lub problemach technicznych.
Bahrajn również został mocno dotknięty w nocy. Według doniesień wspomnianych w wywiadzie, rafineria BAPCO i inne kluczowe obiekty infrastruktury energetycznej regionu Zatoki Perskiej zostały zaatakowane przez irańskie rakiety. Jednocześnie CENTCOM poinformował o zaatakowaniu dziesiątek celów wzdłuż południowego wybrzeża Iranu.
Escobar jasno daje do zrozumienia, że jego zdaniem irańskie ataki nie są bezładne. Stanowią część kontrolowanej i stopniowo eskalującej reakcji. Teheran próbuje wyrządzić szkody, nie wyczerpując natychmiast wszystkich możliwości eskalacji.
Przesłanie jest takie, że Iran jest w stanie dotrzeć do strategicznych szlaków transportowych, portów, rafinerii, baz lotniczych i centrów energetycznych sojuszników USA w Zatoce Perskiej. Jak dotąd jednak ograniczył się do wyważonych ostrzeżeń.
Most Króla Fahda jako strategiczny sygnał ostrzegawczy
Most Króla Fahda, o długości około 25 kilometrów, to coś więcej niż zwykłe połączenie drogowe. Łączy on bezpośrednio wyspę Bahrajn z kontynentalną Arabią Saudyjską, a zatem ma ogromne znaczenie gospodarcze, militarne i polityczne.
Escobar wyjaśnił, że sam przejechał przez ten most. Pod względem regionalnego znaczenia można go porównać – z pewnymi ograniczeniami – do Mostu Krymskiego. Nie dlatego, że obie konstrukcje są identyczne, ale dlatego, że pełnią funkcję technicznie zaawansowanych i wysoce symbolicznych łączników politycznych między dwoma strategicznie ważnymi regionami.
W momencie wywiadu prawdziwy rozmiar zniszczeń wciąż nie był jasny. Możliwe, że irański atak początkowo miał być jedynie ostrzeżeniem. Escobar ostrzegał jednak:
„Od tej chwili nie będzie już żadnych strzałów ostrzegawczych”.
Dla niego atak ma zatem mniejsze znaczenie ze względu na natychmiastowe szkody, a większe ze względu na przesłanie, jakie ze sobą niesie. Iran pokazał, że potrafi dotrzeć do kluczowego punktu dla Bahrajnu i Arabii Saudyjskiej. Jeśli eskalacja będzie się utrzymywać, przyszły atak może być o wiele bardziej destrukcyjny.
Iran mógłby podjąć próbę całkowitego zablokowania mostu, odcinając tym samym Bahrajn, przynajmniej tymczasowo, od bezpośredniego szlaku lądowego do Arabii Saudyjskiej. Byłoby to szczególnie drażliwe, ponieważ Bahrajn jest nie tylko bliskim sojusznikiem Waszyngtonu, ale także siedzibą dowództwa Piątej Floty USA.
Atak na Czabar: Waszyngton nie bombarduje tylko Iranu
Escobar zareagował ze szczególną wściekłością na bombardowanie infrastruktury portowej w Czabaharze w południowo-wschodnim Iranie. Podkreślił, że wieża kontroli lotów, w którą uderzono, nie była pierwotnie instalacją wojskową. Kontrolowała ona cywilny ruch towarowy i funkcjonowanie portu.
Escobar zna ten port z pierwszej ręki. Odwiedził Czabahar na potrzeby filmu dokumentalnego „Złoty Korytarz” i zbadał znaczenie tego miejsca dla przyszłego powiązania gospodarczego Eurazji.
Czabahar znajduje się w prowincji Sistan i Beludżystan nad Zatoką Omańską, niedaleko granicy z Pakistanem. Port jest kluczowym elementem Międzynarodowego Korytarza Transportowego Północ-Południe, który ma połączyć Indie, przez Iran, z Rosją, Azją Środkową i innymi krajami.
Korytarz ten umożliwia przekierowanie części handlu z pominięciem tradycyjnych, zdominowanych przez Zachód szlaków handlowych, w szczególności szlaku przez Kanał Sueski. Jednocześnie tworzy nowe możliwości transportu, które nie są całkowicie uzależnione od systemu handlowego opartego na dolarze.
Główna teza Escobara brzmi zatem następująco: Atakując Czabahar, Stany Zjednoczone nie tylko bombardują irański port. Atakują jeden z najważniejszych przyszłych korytarzy transportowych między Rosją, Iranem i Indiami.
Czabahar jest cywilnym centrum nowej euroazjatyckiej architektury handlowej. Atak jest zatem pośrednio skierowany przeciwko kilku państwom jednocześnie.
Escobar ujmuje to drastycznie: ktokolwiek bombarduje Czabar, bombarduje część nowego Jedwabnego Szlaku, a tym samym także Iran, Rosję, Indie i Chiny.
Czabar i Gwadar: dwa porty, jedna strategiczna sieć
Port Gwadar leży zaledwie około 80 kilometrów od Czabaharu po stronie pakistańskiej. Stanowi centralny element chińsko-pakistańskiego korytarza gospodarczego, jednego z najważniejszych projektów w ramach chińskiej Inicjatywy Pasa i Szlaku.
Według Escobara, Czabahar i Gwadar stają się coraz bardziej siostrzanymi portami. Gdyby Czabahar był tymczasowo niedostępny z powodu amerykańskich ataków, irańskie towary mogłyby być transportowane drogą lądową do Pakistanu i wysyłane z Gwadaru.
To pokazuje, jak trudno jest faktycznie odciąć Iran od gospodarki. Stany Zjednoczone mogłyby zbombardować poszczególne porty, drogi, mosty czy linie kolejowe. Jednak powstającej sieci alternatywnych szlaków handlowych nie da się łatwo zniszczyć.
Pakistan otworzył kilka korytarzy lądowych dla handlu z Iranem. Dzięki temu Iran może kontynuować eksport, nawet jeśli jego porty w Zatoce Perskiej zostaną zablokowane lub uszkodzone.
Chiny popierają ten rozwój, ponieważ Pekin utrzymuje strategiczne partnerstwa zarówno z Pakistanem, jak i Iranem. Oba kraje są ważnymi elementami Inicjatywy Pasa i Szlaku.
Escobar uważa, że to jest głębszy powód ataków: Waszyngton próbuje nie tylko uderzyć w dochody Iranu i szlaki transportowe, ale także zakłócić całą sieć euroazjatycką.
Bandar Abbas ma zostać odcięty od reszty Iranu
Oprócz Czabaharu, zaatakowano również mosty i połączenia transportowe w pobliżu Bandar-Abbas. Bandar-Abbas jest najważniejszym portem Iranu w Zatoce Perskiej i ma kluczowe znaczenie dla eksportu energii z tego kraju.
Escobar twierdzi, że osobiście odwiedził również ten port. Opisuje go jako ogromny kompleks i kluczowe centrum irańskiej gospodarki.
Według niego, wśród celów bombardowań znalazł się kluczowy most łączący południe kraju z portem. Ataki te mogą być częścią strategii odcięcia Bandar-Abbas i całego wybrzeża Zatoki Perskiej od wnętrza kraju.
W Iranie pojawiły się nawet głosy, że zniszczenie mostów i szlaków transportowych może być przygotowaniem do późniejszej operacji lądowej. Chociaż Escobar nie wyklucza takiej inwazji, wątpi, by wojska zagraniczne mogły na stałe utrzymać obszar wokół Bandar Abbas.
Region jest silnie zabezpieczony systemami rakietowymi i dronami. Każda próba lądowania lub okupacji na dużą skalę wiązałaby się zatem z niezwykle wysokim ryzykiem.
Według Escobara bardziej bezpośrednim celem amerykańskich ataków jest sparaliżowanie irańskiego handlu, wywołanie niepokojów wśród ludności oraz spowodowanie jak największych zniszczeń w infrastrukturze cywilnej.
Strategia przeciwko populacji
Waszyngton twierdzi, że ataki mają na celu osłabienie irańskich sił zbrojnych. Z wywiadu wynika jednak, że USA coraz częściej celują w cele cywilne i gospodarcze, ponieważ nie są w stanie zdecydowanie zneutralizować irańskiej armii.
Zamiast tego celem jest odizolowanie południa kraju, zakłócenie łańcuchów dostaw i zdławienie irańskiej gospodarki od zewnątrz. Ta strategia nie jest bynajmniej nowa. Od ponad czterech dekad Stany Zjednoczone próbują odciąć Iran od reszty świata poprzez sankcje, embarga, blokady finansowe i izolację polityczną.
Nowością jest to, że ta wojna ekonomiczna przekształca się teraz w otwarte ataki na porty, drogi, mosty i obiekty energetyczne.
Escobar uważa to za celową strategię mającą na celu wyrządzenie jak największych szkód w codziennym życiu cywilów. Celem jest zakłócenie szlaków transportowych, osłabienie łańcuchów dostaw, zniszczenie miejsc pracy i coraz większe utrudnienie życia ludności.
Iran „kontroluje zegar”
Pomimo amerykańskich nalotów, Escobar dostrzega strategiczną przewagę Teheranu. Iran kontroluje tempo konfliktu.
Jego odpowiedź jest codziennie dostosowywana, rozszerzana i udoskonalana. Teheran próbuje wyrządzić znaczne szkody Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom, nie angażując przedwcześnie wszystkich dostępnych środków.
Według Escobara irańskie władze wiedzą, że czas działa na ich korzyść. Stany Zjednoczone ponoszą ogromne koszty logistyczne, finansowe i polityczne związane z obecnością wojskową. Im dłużej trwa wojna, tym większe będą te obciążenia.
Iran z kolei mógłby reagować stopniowo, wybierać cele i w kontrolowany sposób wspinać się po szczeblach eskalacji.
Escobar uważa, że ta właśnie cierpliwość coraz bardziej doprowadza Donalda Trumpa do rozpaczy. Bombardowanie infrastruktury cywilnej jest wyrazem tej frustracji.
Ale takie ataki nie zastraszyłyby Iranu ani nie skłoniłyby go automatycznie do powrotu do negocjacji. Wręcz przeciwnie, mogłyby przynieść odwrotny skutek: znacznie ostrzejszą reakcję Iranu.
Escobar podkreśla, że Teheran jasno określił „czerwone linie”. Jedną z nich jest systematyczne niszczenie infrastruktury cywilnej. Skoro ten próg został już osiągnięty, należy spodziewać się znacznej eskalacji odwetu.
Ataki na amerykańskie siły specjalne i centra energetyczne
W wywiadzie poruszono również kwestię domniemanego irańskiego ataku na amerykańskie siły specjalne w Syrii, w wyniku którego mieli zginąć wysoko postawieni amerykańscy oficerowie i zniszczony został system radarowy.
CENTCOM szybko zdementował te doniesienia. Jednak Haiphong określił je jako nieprzekonujące.
Niezależnie od tego, jasne jest, że Iran coraz bardziej koncentruje swoje ataki na infrastrukturze wojskowej i gospodarczej sojuszników Ameryki w Zatoce Perskiej.
Atak na BAPCO w Bahrajnie jest szczególnie dotkliwy. Firma zarządza kluczową rafinerią i ważnymi obiektami dla regionalnego zaopatrzenia w energię.
Iran pokazuje, że może atakować nie tylko bazy wojskowe. Może również atakować centra gospodarcze, od których zależą monarchie Zatoki Perskiej i cały zachodni rynek energetyczny.
Awaryjny projekt F-35 jako symbol kruchego imperium
Awaria F-35, o której mowa w tytule wywiadu, pozostaje nierozwiązana. Podczas gdy donoszono o irańskich atakach na amerykańskie obiekty w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w tym samym czasie myśliwiec F-35 najwyraźniej napotkał awarię.
Zaangażowanie Iranu nie zostało potwierdzone. Escobar zwraca również uwagę, że flota F-35 od lat boryka się z problemami technicznymi, brakami w konserwacji i wysokimi kosztami operacyjnymi.
Zatem równie prawdopodobne jest, że przyczyną awarii była wada techniczna. Kryje się w tym jednak pewna symbolika: podczas gdy Waszyngton przedstawia swoją najnowocześniejszą broń jako dowód absolutnej przewagi militarnej, systemy te wielokrotnie wykazują istotne słabości w praktycznym użyciu.
F-35 jest zatem przykładem zachodniego przemysłu zbrojeniowego, produkującego niezwykle drogie systemy uzbrojenia, których rzeczywista wydajność często nie spełnia obietnic politycznych.
Zagadkowe zachowanie Arabii Saudyjskiej
Centralną częścią rozmowy jest pytanie o rolę, jaką Arabia Saudyjska odgrywa w tej nowej fazie eskalacji.
Escobar i jego rozmówca tłumaczą, że nawet pakistańscy mediatorzy najwyraźniej nie mają jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Rijad podejmuje kroki, które mogą jeszcze bardziej zaostrzyć konflikt.
Atak Arabii Saudyjskiej na pas startowy międzynarodowego lotniska w Sanie w Jemenie jest szczególnie poważny.
Wcześniej irański samolot przebił się przez blokadę lotniska, aby przetransportować jemeńską delegację. W trakcie lotu powrotnego pas startowy w Sanie został zbombardowany. Pilot musiał w ostatniej chwili zmienić kurs na Al-Hudajdę i wylądował tam w trudnych warunkach.
Escobar nazwał pilota bohaterem. Awaryjne lądowanie było możliwe tylko dlatego, że pas startowy w Hodeidzie został naprawiony kilka dni wcześniej.
Zastanawia się, dlaczego Arabia Saudyjska podejmuje działania przeciwko Jemenowi właśnie teraz, skoro między obiema stronami trwa proces porozumienia, a Rijad powinien być zainteresowany uniknięciem kolejnego frontu.
Jemen może wstrząsnąć światowym handlem.
Escobar uważa, że saudyjski atak na Sanę może skłonić Ansarallah i jemeńskie siły zbrojne do aktywnego wzięcia udziału w wojnie.
Jeśli Jemen zablokuje cieśninę Bab al-Mandab, konsekwencje tego będą trudne do przecenienia.
Bab al-Mandab to jeden z najważniejszych szlaków żeglugowych świata. Łączy Morze Czerwone z Zatoką Adeńską, a tym samym Kanał Sueski z Oceanem Indyjskim.
Blokada miałaby wpływ nie tylko na transport ropy naftowej i gazu, ale i na znaczną część światowego handlu kontenerowego.
Escobar opisuje trójkąt strategiczny:
Cieśnina Ormuz na wschodzie,
Bab al-Mandab na południu,
Sana, a raczej Jemen, znajduje się w centrum regionalnej eskalacji.
Gdyby cieśniny Ormuz i Bab al-Mandab zostały zamknięte lub stały się niemal nieprzejezdne jednocześnie, najważniejsze szlaki eksportowe energii w Azji Zachodniej mogłyby się załamać.
Arabia Saudyjska miałaby wówczas niewiele alternatyw. Eksport przez Zatokę Perską zostałby zablokowany. Jednocześnie port Janbu nad Morzem Czerwonym mógłby być zagrożony. Rurociąg Wschód-Zachód, którym transportowana jest saudyjska ropa naftowa na wybrzeże Morza Czerwonego, również mógłby stać się celem ataku.
Taki scenariusz byłby dla królestwa katastrofalny pod względem gospodarczym.
Escobar ostrzega, że Arabia Saudyjska działa wbrew własnym interesom, ponownie angażując się w konflikt z Jemenem.
Cena ropy naftowej na poziomie 200 dolarów – a nawet znacznie powyżej
Wywiad nawiązuje do wcześniejszych obliczeń Goldman Sachs. Według tych obliczeń, przedłużająca się blokada Cieśniny Ormuz mogłaby początkowo podnieść cenę ropy do 150 dolarów, później do 200 dolarów, a w skrajnym przypadku nawet znacznie wyżej.
Escobar zakłada, że jednoczesna blokada cieśnin Ormuz i Bab al-Mandab jeszcze bardziej przyspieszyłaby wzrost cen.
W takim przypadku cena ropy mogłaby potencjalnie wzrosnąć do 200 dolarów w ciągu tygodnia.
Decydującym czynnikiem nie jest sama cena ropy naftowej. Gdyby obie cieśniny zostały zablokowane, znaczna część eksportu energii z Azji Zachodniej uległaby zahamowaniu. Jednocześnie koszty transportu, składki ubezpieczeniowe i czas dostaw drastycznie wzrosłyby.
Gospodarka światowa nie jest przygotowana na taki szok.
Dżabal Ali i Fudżajra w centrum uwagi
Iran już dał jasno do zrozumienia, że inne porty w państwach Zatoki Perskiej mogą stać się potencjalnymi celami.
Dotyczy to w szczególności Dżabal Ali w Dubaju, jednego z największych portów kontenerowych na świecie.
Fudżajra również odgrywa kluczową rolę. Port leży poza Cieśniną Ormuz w Zatoce Omańskiej i jest uważany za najważniejszą alternatywną trasę dla Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdyby Ormuz został zablokowany.
Po atakach wspomnianych w wywiadzie, operacje w Fudżajrze najwyraźniej częściowo lub całkowicie ustały. Nawet ograniczony atak wystarczył, aby tymczasowo sparaliżować port.
Dla Escobara jest to kolejne ostrzeżenie: jeśli niewielki atak może dotknąć tak ważne miejsce, trudno przewidzieć konsekwencje masowego ataku na Dżabal Ali i inne duże porty.
Atak na most króla Fahda, uderzenie na Fudżajrę i ataki na BAPCO należy zatem rozumieć jako elementy tej samej strategii. Iran pokazuje, że może uderzyć w ekonomiczne filary swoich przeciwników, nie angażując przy tym pełnego potencjału militarnego.
Zaplanowane zniszczenie światowej gospodarki?
W prawdopodobnie najbardziej wybuchowej części wywiadu Escobar przedstawia dalekosiężną teorię. Zapytany, dlaczego Waszyngton jednocześnie eskaluje działania przeciwko Iranowi, atakuje Chiny, rozważa nowe operacje przeciwko Kubie i otwiera kolejne fronty globalne, odpowiada, że istnieje prawdopodobnie tylko jedno logiczne wytłumaczenie:
„Zaplanowana implozja światowej gospodarki”.
Escobar wyraźnie przedstawia to założenie jako własną ocenę, a nie jako udowodniony fakt. Twierdzi jednak, że słyszał podobne rozważania od dobrze poinformowanych osób.
Jego teza jest taka, że część amerykańskich elit władzy mogła dojść do wniosku, iż nie da się już powstrzymać gospodarczego i geopolitycznego upadku USA.
Z tej perspektywy kontrolowany lub celowo wywołany kryzys globalny mógłby zostać wykorzystany do dewaluacji niezrównoważonych długów, reorganizacji struktur finansowych, a następnie zbudowania nowego systemu.
W tym kontekście Escobar mówi o nowym znaczeniu „Wielkiego Resetu”: nie chodzi o uporządkowaną restrukturyzację systemu, lecz przede wszystkim o jego celowe zniszczenie.
Formułuje on możliwą logikę w następujący sposób: jeśli istniejącego porządku nie da się w żaden sposób uratować, można go całkowicie zburzyć, ograniczyć część zysków, wyeliminować długi, a następnie spróbować zacząć wszystko od nowa.
Ta teoria pozostaje spekulatywna. Pokazuje jednak, jak Escobar interpretuje pozornie sprzeczną amerykańską politykę zagraniczną.
Trump jako posłaniec, a nie decydent
Escobar nie uważa Donalda Trumpa za faktycznego twórcę tej strategii.
Twierdził, że Trump był jedynie posłańcem i narzędziem publicznym w rękach potężniejszych interesów. Jego zdaniem, faktyczne decyzje zapadały w sieci agencji wywiadowczych, elit finansowych, kompleksu wojskowo-przemysłowego i zakorzenionych struktur władzy państwowej.
Nadrzędnym celem jest neutralizacja trzech stanów, które w Waszyngtonie uważane są za zagrożenie egzystencjalne:
Rosja,
Chiny,
Iran.
Te trzy państwa łączą coraz silniejsze więzi poprzez strategiczne partnerstwa.
Rosja reprezentuje potęgę militarną i nuklearną. Chiny stanowią największe wyzwanie geoekonomiczne. Iran kontroluje kluczowe położenie geostrategiczne w Azji Zachodniej oraz wzdłuż kluczowych szlaków energetycznych i handlowych.
Bezpośrednia wojna z wszystkimi trzema państwami byłaby niekontrolowana. Dlatego Waszyngton stara się je osłabić poprzez wojny zastępcze, sankcje, destabilizację polityczną, kampanie informacyjne i ukierunkowane ataki militarne.
Wojna z Iranem jako wojna z BRICS
Escobar ostro krytykuje kraje BRICS. Chociaż Iran jest pełnoprawnym członkiem grupy, nie było zdecydowanej wspólnej odpowiedzi na ataki.
Bombardowanie Czabaharu uderza nie tylko w irańską infrastrukturę. Ponieważ port jest częścią Korytarza Północ-Południe, atak jest również skierowany przeciwko Rosji i Indiom. Ze względu na powiązania z Inicjatywą Pasa i Szlaku, dotknięte są również Chiny.
Oznaczałoby to w praktyce, że kilka państw BRICS zostałoby zaatakowanych jednocześnie.
Escobar określił dotychczasową reakcję grupy jako słabą i rozczarowującą. BRICS powinien stworzyć system, który chroniłby swoich członków ekonomicznie i politycznie przed presją Zachodu.
Obejmowało to alternatywne systemy płatności, handel w walutach krajowych i szlaki transportowe pozostające poza kontrolą Zachodu.
Prace nad tym trwają, ale zdecydowanie za wolno.
Koniec petrodolara
Escobar uważa, że wojna jest konfliktem o fundamentalnym znaczeniu dla globalnego porządku finansowego.
Coraz więcej krajów próbuje prowadzić handel poza dolarem. Chiny internacjonalizują juana. Rosja, Iran i inne kraje coraz częściej używają walut narodowych. W krajach BRICS trwają dyskusje na temat wielostronnych systemów płatności, cyfrowych jednostek rozliczeniowych i nowych mechanizmów handlowych.
Petrodolar był przez dekady centralnym filarem amerykańskiej potęgi. Dopóki ropa naftowa będzie handlowana głównie w dolarach na całym świecie, popyt na amerykańską walutę będzie ogromny.
Jeśli główni eksporterzy energii i kraje importujące zaczną rozliczać transakcje dotyczące ropy naftowej i gazu w innych walutach, Waszyngton straci istotną przewagę ekonomiczną.
Escobar uważa więc, że ataki na Iran stanowią próbę obrony systemu petrodolara.
Iran jest nie tylko znaczącym producentem energii. Kraj ten leży również na kluczowych szlakach handlowych między Azją, Europą, Rosją, Oceanem Indyjskim i Zatoką Perską.
Z tej perspektywy suwerenny Iran, który ściśle współpracuje z Rosją i Chinami, stanowi bezpośrednie zagrożenie dla zdominowanego przez Zachód porządku finansowego i handlowego.
Integracji euroazjatyckiej nie da się już zatrzymać.
Escobar opisuje integrację gospodarczą Eurazji jako pociąg, który już odjechał ze stacji.
Chiny, Rosja, Iran, Pakistan i wiele państw Azji Środkowej są ze sobą coraz bardziej połączone poprzez linie kolejowe, porty, rurociągi, drogi i systemy płatnicze.
Stany Zjednoczone mogły opóźniać realizację poszczególnych projektów, wywierać presję na stany i niszczyć infrastrukturę. Nie mogły jednak całkowicie zatrzymać całego procesu.
Obecność amerykańska w Eurazji maleje w dłuższej perspektywie. Podczas gdy Stany Zjednoczone utrzymują silną obecność wojskową w Japonii, Korei Południowej i kilku innych krajach, wpływy Rosji i Chin rosną w Azji Środkowej, Azji Zachodniej i dużej części Azji Południowej.
Wiele państw Globalnego Południa nie postrzega zatem wojny z Iranem jako konfliktu odosobnionego. Postrzegają ją jako wojnę przeciwko gospodarczej emancypacji Globalnego Południa i przeciwko BRICS.
Chiny jako niewidzialny mediator
Kolejnym tematem wywiadu jest rola Chin za kulisami.
Pekin jest żywotnie zainteresowany stabilnymi relacjami między Iranem, Arabią Saudyjską i Pakistanem. Chiny importują duże ilości ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej oraz gazu i innych produktów energetycznych z Iranu.
Jednocześnie Pakistan jest ściśle zintegrowany z Inicjatywą Pasa i Szlaku poprzez Chińsko-Pakistański Korytarz Gospodarczy.
Według Escobara, zbliżenie między Arabią Saudyjską a Iranem początkowo rozpoczęło się od mediacji rosyjskiej. Moskwa prowadziła oddzielne rozmowy z obiema stronami, a następnie przekazała piłkę dyplomatyczną Chinom.
Pekin ostatecznie zakończył proces publicznie i pośredniczył we wznowieniu stosunków dyplomatycznych między Rijadem i Teheranem.
Chiny przede wszystkim chcą stabilności, wolnego handlu i bezpiecznych szlaków transportowych w Azji Zachodniej.
Wojna z Iranem i niejasne stanowisko Arabii Saudyjskiej zagrażają wieloletniej pracy dyplomatycznej.
Pakistan między Iranem a Arabią Saudyjską
Pakistan znajduje się w szczególnie trudnej sytuacji.
Kraj utrzymuje bliskie stosunki z Iranem i korzysta z handlu transgranicznego. Jednocześnie ma sojusz wojskowy z Arabią Saudyjską.
Dowódca pakistańskiej armii Asim Munir odwiedził Rijad na krótko przed nową eskalacją konfliktu i rozmawiał z następcą tronu, księciem Mohammedem bin Salmanem, o zacieśnieniu współpracy wojskowej.
Z wywiadu wynika, że sojusz ten zawiera gwarancje bezpieczeństwa, które mogą uznać atak na Arabię Saudyjską za atak na Pakistan.
Iran z kolei, według oceny Escobara, nie zamierza obecnie atakować Arabii Saudyjskiej. Teheran domaga się jednak wyjaśnienia, czy Rijad działa jedynie przeciwko Jemenowi, czy też może prowadzi podwójną grę i ponownie uczestniczy w amerykańskich atakach na Iran.
Pakistan musi zatem zapewnić obie strony, że konflikt nie wymknie się spod kontroli.
Escobar podaje niepotwierdzone informacje, według których Islamabad już zaapelował do Saudyjczyków o ustąpienie, gdyż dalsza eskalacja może „wszystko wysadzić w powietrze”.
Walka o władzę w Arabii Saudyjskiej?
Escobar uważa, że działania Arabii Saudyjskiej nie były w pełni kontrolowane przez następcę tronu Mohammeda bin Salmana.
Według pakistańskich mediatorów, MbS wspierał wysiłki na rzecz osiągnięcia porozumienia z Iranem. Atak na Sanę mógł zatem być również wyrazem wewnętrznych walk o władzę w saudyjskim reżimie.
Zarówno w kręgu władzy królewskiej, jak i poza nim istnieją osoby wrogo nastawione do następcy tronu.
Działania militarne sabotujące zbliżenie dyplomatyczne z Iranem mogły zatem być również atakiem na politykę MbS.
Escobar podkreśla jednak, że ta możliwość nie została potwierdzona. Zachowanie Arabii Saudyjskiej pozostaje w momencie wywiadu w dużej mierze niewytłumaczalne.
Ansarallah decyduje sam
Escobar krytykuje zachodnie media za częste przedstawianie Ansarallah w Jemenie jedynie jako irańskiego sojusznika.
Doniesienia, że siły jemeńskie czekały jedynie na rozkaz z Teheranu nakazujący zamknięcie Bab al-Mandab, są fałszywe.
Dodał, że osobiście rozmawiał z członkami rady politycznej Ansarallah. Decyzje zapadły w jemeńskim kierownictwie, a nie były jedynie dyktowane przez Iran.
Iran i Ansarallah są sojusznikami, ale Jemeńczycy działają niezależnie.
Zamknięcie Bab al-Mandab jest w Sanie postrzegane jako ostateczny środek wywierania nacisku – porównywalny ze strategiczną „opcją nuklearną”.
Dlatego natychmiastowa i całkowita blokada nie jest absolutnie konieczna. Niemniej jednak należy spodziewać się reakcji po ataku na lotnisko w Sanie.
Wszystko wisi na włosku
Pod koniec wywiadu Escobar ostrzega przed niezwykle niebezpiecznym momentem.
Cała regionalna sieć mediacji między Iranem, Arabią Saudyjską, Pakistanem, Chinami, Omanem, Katarem i Turcją wisi na włosku.
Jedna zła decyzja może całkowicie zniweczyć wysiłki dyplomatyczne.
Atak na Sanę miał właśnie taki potencjał. Gdyby Arabia Saudyjska zaostrzyła sytuację, Ansarallah mogłaby zamknąć Bab al-Mandab. Iran mógłby znacząco rozszerzyć ataki na porty, centra energetyczne i strategiczne szlaki transportowe państw Zatoki Perskiej.
Stany Zjednoczone mogłyby w odpowiedzi odpowiedzieć wznowieniem bombardowań.
Wojna z Iranem stałaby się regionalnym konfliktem, który bezpośrednio zagroziłby globalnym dostawom energii i handlowi światowemu.
Wniosek: Waszyngton bombarduje stary porządek i przyspiesza nowy
Analiza Pepe Escobara przedstawia obraz wojny, której znaczenie wykracza daleko poza Iran, Izrael i Stany Zjednoczone.
Atak na Czabahar jest zatem skierowany przeciwko nowym euroazjatyckim szlakom handlowym. Bombardowanie irańskich mostów i portów ma na celu izolację gospodarczą kraju.
Jednak irańskie ataki na Bahrajn, Fudżajrę i most króla Fahda pokazują, że przeciwnicy Teheranu również posiadają wysoce wrażliwą infrastrukturę.
Reakcja Iranu była jak dotąd kontrolowana, ale coraz bardziej ostra. Iran dowodzi swojej zdolności dotarcia do kluczowych centrów energetycznych i handlowych Zatoki Perskiej.
Gdyby cieśniny Ormuz i Bab al-Mandab zostały zablokowane jednocześnie, konflikt mógłby wywołać globalny szok gospodarczy.
Główne przesłanie Escobara brzmi następująco: Stany Zjednoczone próbują militarnie powstrzymać rozwój nowego porządku euroazjatyckiego. Jednak z każdym atakiem na porty, linie kolejowe, mosty i szlaki handlowe mogą przyspieszać właśnie ten proces, któremu chcą zapobiec.
Chiny, Rosja, Iran i Pakistan zacieśniają swoje powiązania pod wpływem presji zewnętrznej. Alternatywne szlaki transportowe zyskują na znaczeniu. Handel walutami narodowymi rośnie. Petrodolar stopniowo traci na znaczeniu.
Waszyngton może zniszczyć infrastrukturę. Ale nie może trwale zbombardować geograficznej, gospodarczej i politycznej reorganizacji Eurazji.
Projekt materialistyczny, pomimo wszystkich swoich błyskotliwych osiągnięć, opiera się na nierzeczywistości – iluzji, że sens jest drugorzędny, że dusza to przesąd, a miłość i cel to jedynie produkty uboczne materii. Te nierzeczywiste fundamenty nie są w stanie podtrzymać rozkwitającej kultury. Są zagrożone przez własną pustkę, a to z kolei zagraża nam.
Ludzkość się rozpada. W ciągu zaledwie kilku pokoleń – zaledwie stulecia – byliśmy świadkami gwałtownego spadku jakości naszego wspólnego życia. To, co kiedyś było światem rzemiosła, więzi i cichej spójności moralnej, ustąpiło miejsca stworzonej przez maszyny uniformizacji, moralnemu dryfowi, nędzy środowiska, powszechnemu uzależnieniu i wszechobecnej duchowej pustce.
Symptomy są wszechobecne: narkotyki zalewają społeczności, śmieci zatykają krajobrazy, etyka traktowana jak osobliwy relikt, rodziny się rozpadają, a relacje sprowadzane są do transakcji. Wielu wyczuwa rozkład, ale trudno im zidentyfikować jego przyczynę. Przyczyna jest prosta, lecz głęboka: przestaliśmy cenić to, co realne. Zamieniliśmy świadomą relację z duszą na zwykłe rzeczy.
To nie tylko nostalgia za wyidealizowaną przeszłością. Przez większość historii ludzkości codzienne życie było przesiąknięte ludzką obecnością i intencjami. Dziecięcego konika na biegunach nie zamawiano w magazynie, lecz rzeźbiono ręcznie – być może przez rodzica lub wiejskiego rzemieślnika. Domy powstawały pod wprawnymi rękami murarzy, cieśli i kamieniarzy, którzy włożyli w swoją pracę lata wrodzonej wiedzy i osobistego zaangażowania.
Te dzieła niosły w sobie coś szczególnie potężnego: energię skupionej uwagi, zamiłowanie do rzemiosła i poczucie uczestnictwa w większej historii. Nawet prymitywne schronienia – kryte strzechą chaty wczesnych społeczności – budowano w kontekście pokrewieństwa, wzajemnego zaufania i odczuwalnej więzi ze światem żywych. Dusza w sposób widoczny przepływała przez proces tworzenia.
W rzeczywistości wszystkie obiekty materialne w boskim wszechświecie posiadają duszę – są częścią jednej, zjednoczonej, żywej macierzy. Jednak ludzie łatwiej docierają do tej duszy i rozpoznają ją poprzez bezpośredni kontakt z naturą – zwłaszcza z innymi istotami żywymi, ale także z szerszym światem przyrody, roślinami, zachodami słońca, rzekami, a nawet starożytnymi skałami. W naszym ludzkim świecie przedmioty wykonane ręcznie z tych naturalnych materiałów niosą ze sobą szczególnie silny rezonans duszy.
Te ręcznie wykonane przedmioty pełnią funkcję pomostów, niosąc ze sobą ślad zarówno boskiego stworzenia, jak i ludzkiej duszy.
Technologia przyspieszyła proces trwający od ponad stu lat. Maszyny zdominowały produkcję. Wydajność i skala zwyciężyły, zapewniając obfitość i jednorodność. Choć te przedmioty nie są pozbawione duszy, często brakuje im intymnego, ludzkiego dotyku, który sprawia, że boska obecność staje się dla nas bardziej dostępna. Większość ludzi nie dostrzega już różnicy, a jednak coś istotnego uległo osłabieniu.
Masowo produkowany fotel może działać identycznie jak ręcznie robiony fotel bujany, ale ma w sobie mniej skoncentrowanego ludzkiego serca i artyzmu, które pomagają nam odczuwać głębszą energię. Siedzimy w nim bez subtelnego, nieświadomego pożywienia, które płynie ze świadomości, że inna dusza świadomie włożyła w jego powstanie całą siebie. Nasze niematerialne serce – nasze głębsze „ja” – jest częściowo głodne.
Ta materialistyczna zmiana odzwierciedla głębszy błąd filozoficzny. Przyjęliśmy światopogląd, który postrzega wszechświat jako arbitralny produkt ślepej przyczyny i skutku. Bez wiary w celowe stworzenie – czy to ujęte w Boga, sensowny kosmos, czy też celową inteligencję – życie sprowadza się do czystej biologii: organizmy konsumują zasoby, konkurują i rozmnażają się, aż do wygaśnięcia. Sens, cel i transcendencja stają się iluzjami lub w najlepszym razie produktami ubocznymi ewolucji. W takim kosmosie to, co namacalne i mierzalne, naturalnie zyskuje pierwszeństwo. Pieniądze, dobra materialne, status i przyjemność stają się miarą udanego życia. Niewidzialne wymiary – miłość, wierność, współczucie, piękno, odwaga moralna – tracą nad nami kontrolę.
Konsekwencje rozchodzą się kaskadowo. Jeśli życie jest z natury materialne, rodzina i relacje tracą swój święty ciężar. Stają się one opcjonalnymi układami, cenionymi jedynie o tyle, o ile zapewniają wygodę lub przyjemność. A jednak to właśnie w tych więziach dusza najpełniej przebywa: w niewidzialnych realiach zaangażowania, szacunku, otwartości i wspólnego cierpienia.
Kiedy priorytetowo traktujemy to, co fizyczne, a nie to, co relacyjne, podważamy samo podłoże sensu. Życie nastawione na dobro, troskę o innych i łagodzenie cierpienia wydaje się bezcelowe, gdy najwyższym dobrem jest zdobywanie dóbr materialnych. Bez wiary w coś większego niż świat fizyczny (jak Bóg, sensowny wszechświat czy wyższy cel), ludzie przestają odczuwać głęboki powód, by postępować etycznie i moralnie. Po co poświęcać się dla bliźniego, obcego czy przyszłych pokoleń, skoro ostatecznie nic nie ma znaczenia poza ciałem i jego pragnieniami?
Im bardziej oddalamy się od świadomej relacji z przesiąkniętą duszą twórczością i więzią, tym bardziej się rozpadamy. Społeczność rozpływa się w materialistycznym narcyzmie. Praca traci swoją godność jako powołanie i staje się jedynie pracą. Sztuka, architektura i przedmioty codziennego użytku stają się coraz brzydsze i bardziej jednorazowe. Otaczamy się artefaktami, które utrudniają odczuwanie duszy i zastanawiamy się, dlaczego czujemy się puści.
Niedożywiona dusza zaczyna wyrażać swoje zaniedbanie poprzez cień: uzależnienie, rozpacz, okrucieństwo i nihilizm. Jak przypomina nam myśl Junga, to, co nieświadome, nie znika – ono wybucha.
W swej istocie diagnoza ta jest zgodna z głęboką zasadą duchową, często przedstawianą jako: Nic rzeczywistego nie może być zagrożone. Nic nierzeczywistego nie istnieje. Jest to fundamentalna nauka Kursu Cudów (A Course in Miracles, ACIM), duchowego tekstu opublikowanego w 1976 roku. Została ona podyktowana psycholog Helen Schucman, która twierdziła, że był to wewnętrzny głos pochodzący od Jezusa. Wers ten podsumowuje główną ideę Kursu: tylko to, co pochodzi od Boga/miłości/ducha, jest prawdziwie rzeczywiste i wieczne; wszystko inne (strach, ego, świat materialny) jest iluzją.
Projekt materialistyczny, pomimo wszystkich swoich błyskotliwych osiągnięć, opiera się na nierzeczywistości – iluzji, że sens jest drugorzędny, że dusza to przesąd, a miłość i cel to jedynie produkty uboczne materii. Te nierzeczywiste fundamenty nie są w stanie podtrzymać rozkwitającej kultury. Są zagrożone przez własną pustkę, a to z kolei zagraża nam.
Odwrócenie tego zaćmienia nie wymaga odrzucenia technologii ani powrotu do przednowoczesnych trudności. Wymaga ponownego oszacowania wartości. Musimy świadomie przywrócić świadomość duszy obecnej we wszystkim, zwracając szczególną uwagę na te drogi – naturę i ludzkie dzieło – poprzez które najłatwiej odczuwamy żywą obecność Boga.
Zaczyna się to od małych aktów: wyboru rękodzieła, kiedy to możliwe, spędzania czasu na łonie natury, głębokiego inwestowania w rodzinę i społeczność, ukierunkowania naszego celu na służbę i rozwój duszy oraz odzyskania poczucia sacrum w stworzonym świecie. Kontynuuje się to poprzez odnowę kulturową: wspieranie artystów, rzemieślników i budowniczych, którzy wypełniają swoją pracę obecnością; kształcenie w kierunku mądrości, a nie tylko użyteczności; oraz pielęgnowanie życia wewnętrznego poprzez refleksję, marzenia, relacje i etyczną praktykę.
Ludzkość nie rozpada się tylko pod wpływem sił zewnętrznych. Rozpada się, gdy zapominamy, kim jesteśmy – ucieleśnionymi duszami poruszającymi się po pełnym znaczenia kosmosie, a nie zwykłymi konsumentami w stworzonej przez maszyny próżni. Krzesło produkowane masowo może bujać się tak samo, ale ręcznie wykonane łatwiej przenosi żywy ślad innego serca, a przez to boskości.
Tylko jedno karmi to, co prawdziwie trwa. Przed nami pozostaje wybór: czy będziemy cenić to, co realne, czy nadal budować nasz świat z tego, co nierealne? Los duszy ludzkości wisi na włosku.
Każdy, kto polega wyłącznie na oświadczeniach zachodnich rządów i ich medialnym nagłośnieniu, może uwierzyć, że wojna z Iranem praktycznie się skończyła. Przesłanie z Waszyngtonu brzmi niezmiennie od tygodni: amerykańska siła ognia rośnie, irańska maleje, a kapitulacja Teheranu to tylko kwestia czasu. Admirał Cooper niedawno z dumą ogłosił ponad 5500 trafień i zatopienie ponad 60 statków. Wiceprezydent Vance, rozmawiając z Joe Roganem, przedstawił obraz podzielonego reżimu między „fanatykami” a „pragmatykami”, czekającymi tylko na odpowiedni sygnał, by się poddać. Zastępca szefa sztabu Stephen Miller wyraził to wprost: czy to poprzez bombardowania, blokady, czy też dławienie gospodarcze, ostatecznie „ten reżim” zmieni swoje postępowanie.
Zestawienie tej retoryki z faktami materialnymi wyłania inny obraz. I właśnie w tej rozbieżności – między narracją polityczną a możliwościami fizycznymi – tkwi fundamentalny błąd kategorialny zachodniej polityki wobec Iranu.
Rachunek, którego nikt nie upublicznia
Ograniczenia techniczne amerykańskiej wojny w Zatoce Perskiej można obiektywnie zweryfikować. Pociski ATACMS, podobnie jak te wystrzeliwane przez HIMARS, mają zasięg od 160 do 240 kilometrów – sama Cieśnina Ormuz ma około 300 kilometrów szerokości. Po prostu nie są w stanie przekroczyć cieśniny. Spośród precyzyjnie kierowanych pocisków PRSM, które faktycznie docierają do irańskich wód przybrzeżnych, wyprodukowano zaledwie 56. Przy zużyciu około siedmiu jednostek dziennie, zapas ten ledwo starczy na tydzień.
Arsenał Tomahawków, szacowany na około 2400 jednostek i malejący do 1800, musi być również podzielony między dowództwa europejskie i indo-pacyficzne – a produkcja jednego Tomahawka wymaga 18 metali ziem rzadkich, których Chiny nie dostarczają. Straty nie mogą być zatem szybko uzupełniane. W tym kontekście jakiekolwiek rozmowy o operacji lądowej – takie jak często powtarzane twierdzenia o zdobyciu wyspy Kisz – wydają się całkowicie nierealne. Sam transport lotniczy 2000 żołnierzy wymagałby około dwudziestu lotów samolotami C-17, nie wspominając o braku infrastruktury odbiorczej: baza logistyczna, która umożliwiła rozmieszczenie wojsk w regionie w latach 1991 i 2003, jest obecnie uważana za w dużej mierze zniszczoną. Porównywalna struktura umożliwiająca rozmieszczenie większych sił lądowych po prostu już nie istnieje w regionie.
Państwa Zatoki Perskiej jako prawdziwi przegrani
Podczas gdy Waszyngton mówi o zwycięstwie, mapa maluje inny obraz. Jordańska baza lotnicza w Al-Azraq została trafiona, a port Fudżajra w Emiratach Arabskich został sparaliżowany atakiem rakietowym po tym, jak dwa supertankowce zostały już uszkodzone. Dron Shahed-136 bez przeszkód zaatakował największy magazyn zaopatrzeniowy amerykańskiej obecności wojskowej w Kuwejcie. Cały pas wybrzeża na południe od Basry do Maskatu został w ten sposób skutecznie zneutralizowany jako baza operacyjna – a Kuwejt, który przekształcił się z partnera w wysunięty przyczółek, stał się głównym celem.
To nie jest dygresja, ale sedno sprawy: monarchie Zatoki Perskiej ponoszą koszty konfliktu, którego strategiczną logikę dyktują Waszyngton i Tel Awiw. Niedawny atak Arabii Saudyjskiej na pozycje Huti w Jemenie – posunięcie, które zagroziło jedynej alternatywnej trasie eksportu saudyjskiej ropy przez porty Morza Czerwonego, takie jak Janbu – pokazuje, jak bardzo zdezorientowane są mocarstwa regionalne. Huti natychmiast odpowiedzieli atakami na saudyjskie lotniska, po czym Rijad gwałtownie się wycofał.
Metafora współzależności trafnie opisuje sytuację: Katar jest najbliżej wycofania się z jednostronnego sojuszu z Waszyngtonem, Arabia Saudyjska wydaje się gotowa pójść w jego ślady, a Bahrajn i Kuwejt ryzykują wciągnięcie w orbitę wpływów odpowiednio Iranu i Iraku.
Jedno memorandum, dwie narracje
Kluczowym elementem dla zrozumienia eskalacji jest spór dotyczący podpisanego w czerwcu Porozumienia o Porozumieniu – a konkretnie Artykułu 5, który regulował bezpieczne przejście przez cieśninę. Oficjalna wersja, przedstawiona przez Vance’a w podcaście, głosi, że irańscy radykałowie wpadli w panikę, gdy cena ropy spadła po otwarciu cieśniny i otworzyli ogień do statków – Stany Zjednoczone jedynie zareagowały.
Fakty przedstawiają inną historię. Memorandum wyraźnie przekazało kontrolę nad protokołem tranzytowym Iranowi za pośrednictwem Gwardii Rewolucyjnej. Zobowiązywało Teheran jedynie do podpisania klauzuli o wzajemnej nieagresji. Jednak zaledwie kilka dni po jego podpisaniu Stany Zjednoczone utworzyły własny „korytarz południowy” – co stanowiło jawne naruszenie uzgodnionej struktury, bez żadnego uzasadnienia w samym dokumencie. Ostrzelano jedynie statki, które sprzeciwiły się irańskiemu protokołowi; dopiero wtedy Stany Zjednoczone odpowiedziały odwetem. To właśnie tam, a nie wcześniej, rozpoczął się obecny cykl wzajemnych ataków.
Znamienna jest również niespójność w ich własnej komunikacji: w ciągu kilku godzin Centralne Dowództwo USA poinformowało z jednej strony o ataku na statek handlowy pod banderą obcą na wodach międzynarodowych – poza jakąkolwiek strefą blokady – a z drugiej o ataku na cele irańskie, powołując się na Teheran jako zagrożenie dla żeglugi cywilnej. Oskarżają wroga o dokładnie to, co sami właśnie zrobili.
Wewnętrzna walka o władzę w Białym Domu
Fakt, że Vance przyznał się w tak głośnym gronie – że stoi w obliczu tajnej, dobrze finansowanej kampanii przeciwko jego wysiłkom negocjacyjnym, wspieranej częściowo przez struktury powiązane z byłym sztabem wyborczym Trumpa i izraelskimi kręgami finansowymi – sugeruje poważną walkę o władzę.
Po jednej stronie jest Vance, który dąży do rozwiązania w drodze negocjacji; po drugiej Stephen Miller, uważany za przedstawiciela bezkompromisowej linii pro-izraelskiej i, według dostępnych szacunków, mający znaczący wpływ na rzeczywisty program. Fakt, że kontrolowany przez Demokratów Senat w tym tygodniu zablokował ustawę o pomocy w obronie narodowej (NDAA) – pod przewodnictwem Berniego Sandersa i Chrisa Van Hollena – pokazuje, że jednomyślny konsensus w sprawie kontynuowania wojny już nie istnieje, nawet w Waszyngtonie.
Co słychać z Teheranu
Każdy, kto zada sobie trud spojrzenia poza medialną fasadę, napotka niezwykle jasne stanowisko. Na konferencji w Meszhedzie, której przewodniczył przewodniczący irańskiej Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Polityki Zagranicznej, stwierdzono jednoznacznie: Iran nie oczekuje od Stanów Zjednoczonych przestrzegania jakiegokolwiek porozumienia pod żadnym pozorem. Stanowisko to wynika nie z uporu, lecz z trzeźwej obserwacji 47 lat sankcji, zabójstw na zlecenie i aktów sabotażu – oraz z religijnego i politycznego przekonania, że poddanie się nie wchodzi w grę, nawet kosztem znacznych strat.
To kluczowy punkt, którego systematycznie brakuje w retoryce zwycięstwa Waszyngtonu: społeczeństwa, które postrzega siebie jako ofiarę niesprawiedliwego ataku, trudno zmusić do kapitulacji siłą. Presja z większym prawdopodobieństwem wzmocni determinację do oporu niż gotowość do ustępstw – schemat, który wielokrotnie potwierdzał się od czasów Pearl Harbor i często przywoływanego „śpiącego tygrysa”.
Kto skorzysta na sequelu?
Ostatecznie, kluczowe pytanie materialistyczne pozostaje: Kto tak naprawdę korzysta na tej wojnie? Nie gospodarka amerykańska, która jest już znacząco obciążona przez strategiczne rezerwy ropy naftowej na najniższym poziomie od 1983 roku i rosnącą różnicę między cenami oleju napędowego a benzyny. Nie państwa Zatoki Perskiej, których infrastruktura staje się polem bitwy konfliktu, którego nie sprecyzowały. I nie widać nawet spójnej doktryny wojskowej – uzasadnienia są zbyt arbitralne, oscylując między „dobrobytem dla naszych wnuków”, swobodnym przepływem ropy naftowej a zagrożeniem nuklearnym, a żadne z tych uzasadnień nie jest spójne z rzeczywistymi działaniami rządu USA.
Pozostaje znana sytuacja: gospodarka wojenna, która pozostaje opłacalna dla poszczególnych podmiotów – czy to poprzez opcje put i call na kontrakty terminowe na ropę naftową, czy poprzez przemysł zbrojeniowy – podczas gdy koszty są uspołeczniane.
Wojna karmi jedną klasę, podczas gdy rzeczywiste zmiany strategiczne dawno już obróciły się przeciwko ogłoszonemu zwycięzcy. Stany Zjednoczone nie działają już jako hegemon w Zatoce Perskiej, lecz jako chwiejne supermocarstwo, którego retoryka staje się coraz bardziej oderwana od jego fizycznych możliwości. Każda nowa obietnica eskalacji ze strony Waszyngtonu zasługuje zatem przede wszystkim na analizę: czy jest poparta realnymi możliwościami, czy też stanowi jedynie kolejną próbę retorycznego zamaskowania strategicznego impasu.
Informacje ujawnione przez niemiecki tygodnik „Die Zeit” wskazują, że byli czołowi politycy dwóch największych niemieckich ugrupowań – Matthias Platzeck z SPD oraz Ronald Pofalla z CDU – spotkali się w Baku z przedstawicielami Kremla. Wśród rosyjskich uczestników znalazł się m.in. Wiktor Zubkow, były premier Rosji i przewodniczący rady nadzorczej Gazpromu. Według doniesień rozmowy miały dotyczyć przyszłości relacji niemiecko-rosyjskich oraz możliwości zakończenia wojny na warunkach akceptowanych przez Moskwę. Przyłapany rząd w Berlinie odciął się od spotkania, podkreślając, że nie było ono jego inicjatywą.
Trwają tajne rozmowy Berlina z ludźmi Kremla. Samo oświadczenie niemieckiego rządu, który odcina się od konszachtów z putinowcami nie zamyka dyskusji. Fakt, że politycy wywodzący się zarówno z SPD, jak i CDU – partii od dekad współkształtujących niemiecką politykę – uczestniczyli w poufnych rozmowach z ludźmi Kremla w czasie trwającej wojny, jest znamienny.
Nie sposób analizować tych wydarzeń w oderwaniu od wieloletniej polityki Berlina wobec Rosji. Przez lata kolejne niemieckie rządy rozwijały strategiczną współpracę energetyczną z Moskwą, czego symbolem stały się gazociągi Nord Stream oraz polityka „Wandel durch Handel”, zakładająca zmianę Rosji poprzez handel. To właśnie niemieckie elity polityczne przez długi czas przekonywały, że pogłębianie współpracy gospodarczej z Kremlem zwiększy bezpieczeństwo Europy. Historia pokazała, że założenie to okazało się błędne.
Pierwsze tygodnie po rosyjskiej inwazji z lutego 2022 roku również pozostawiły trwały ślad w pamięci wielu państw Europy Środkowo-Wschodniej. Niemcy były wówczas krytykowane za ostrożność w dostawach ciężkiego uzbrojenia dla Ukrainy. W debacie publicznej szeroko komentowano zwłaszcza przekazanie Ukrainie 5 tysięcy starych hełmów, co stało się symbolem powściągliwości Berlina wobec rosyjskiej agresji. Z czasem polityka Niemiec uległa istotnej zmianie i Berlin stał się jednym z największych dostawców pomocy wojskowej dla Ukrainy, jednak początki tej reakcji mówią same za siebie.
Obecne doniesienia z Baku pokazują, że pytania o rzeczywisty stosunek części niemieckich elit do relacji z Rosją nie zniknęły. Nawet jeśli spotkanie nie było oficjalną inicjatywą rządu federalnego, trudno ignorować fakt, że uczestniczyły w nim osoby odgrywające przez lata kluczową rolę w niemieckiej polityce i utrzymujące rozbudowane kontakty w establishmencie. Równie znamienne było uczestnictwo w spotkaniu przedstawiciela Gazpromu. Bez wątpienia Berlin zabiega o wznowienie Rosją intratnych układów gospodarczych, które kwitły przed 2022 rokiem.
Warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst polityczny. W ostatnich latach władze Ukrainy konsekwentnie budują bardzo bliskie relacje z Berlinem, traktując Niemcy jako jednego z najważniejszych partnerów w Europie. Taka strategia oznacza, że Kijów często stawia na współpracę z Berlinem ponad głowami państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, która od pierwszych dni wojny należała do najaktywniejszych sojuszników Ukrainy. Bardzo możliwe, że Kijów zostanie w odpowiednim momencie zdradzony przez Berlin, w dodatku będąc skłóconym z Warszawą, którą klika Zełenskiego olała dla niemieckich miraży.
Co równie ważne, podobnie rozegrana zostanie Polska, która pod rządami ekipy Donalda Tuska zdegradowała się do roli niemieckiego wasala. Z tego powodu Ukraińcy mają poniekąd rację w lekceważeniu Warszawy. Po co rozmawiać z wasalem, skoro można od razu z jego suwerenem?
W relacjach Berlina z Moskwą wielokrotnie dominował pragmatyzm gospodarczy i polityczny. Z tego względu Ukraina, opierając swoją strategię na partnerstwie z Niemcami, powinna zachować świadomość, że interesy największych państw Europy nie zawsze pozostają niezmienne. Spotkanie w Baku stanowi przypomnienie, iż nawet w czasie trwającej wojny istnieją środowiska gotowe do podtrzymywania nieformalnych kanałów komunikacji z przedstawicielami Kremla.
Kurcze, nie opublikowałem wczoraj gotowego wpisu. Pierwszy raz od 2020 roku. Sorki, ale zaganianym. Szykuję się do emerytury… Ale jedziemy:
Wydaje mi się, że jesteśmy robieni w konia. Przez Ukrainę, i zaraz do tego dojdziemy, to jasne, ale czy przypadkiem nie jesteśmy robieni w konia przez naszych władców i to z każdego zdawałoby się śmiertelnie wrogiego plemienia?
Zacznijmy od Ukraińców. Polska wyraźnie została wybrana za kozła ofiarnego ewentualnych porażek Ukrainy. To na użytek wewnętrzny. W ukraińskiej propagandzie powoli doganiamy we wrogości Rosjan, zresztą sygnalizował nam to w 2023 toku na forum ONZ sam Zełenski, na co jedyna reakcją obecnego wtedy prezydenta Dudy było smutne zdziwienie.
Za to w trakcie przemówienia Dudy, Zełenski demonstracyjnie wyszedł z Sali obrad. Wysyłał więc wyraźne niewerbalne sygnały ku czemu podąża przyjaźni polsko-ukraińska. Polska już wtedy była w saku, lejku, w który weszła od początku tej wojny i służenia Ukrainie. No bo co miała biedaczka zrobić? Tyle, łącznie z akwizycyjnym kapitałem Dudy, się nagadało po świecie o kluczowej roli Ukrainy przed powstrzymanie agresji Putina na Polskę, Europę i świat cały… A tu wyszło, że co? Mamy się obrazić z tak ważna pomocą za jakieś gesty? Symbolikę? Byliśmy więc pod ścianą, pod którą sami siebie postawiliśmy i zamurowaliśmy swa pozycje na stałe deklaracjami o przyjaźni i rzeczywistą pomocą. Zakiwaliśmy się.
Doginani przez państwo upadłe
A Ukraińcom, wodzom państw w sumie upadłego, tylko w to graj. Takie ciamcia-ramcia, to dla nich najpiękniejsza piosenka. Kiedy Kijów zorientował się po Przewodowie, że nasza sprawczość to mit, a właściwie tylko odbicie interesów USA, to przestał się z nami liczyć. Polacy czekali aż się obudzi Biden, żeby wiedzieć jak zareagować. Dla Ukraińców to jasne – po co gadać z lokajem, jak można z panem? A więc pomijano nas na każdym kroku. Kiedy USA się wycofało i pośrednio zmienił się pan z amerykańskiego na niemieckiego – Ukraińcy zaczęli gadać z Niemcami. Po co mamy się gdzieś tam pchać do jakichś stołów negocjacji, skoro i tak nam Berlin powie co mamy o tym myśleć i jak zareagować? Wie o tym też i Ukraina, więc może sobie zrobić inny numer.
Jesteśmy przez Ukraińców hodowani na winowajcę zastępczego. Winowajcę za fiasko wojny, ale już na pewno winowajcę nie wejścia do Unii i NATO. Widać to w ukraińskiej propagandzie. I widać te, że tam iskra padł na gotowe prochy niechęci do „panów Lachów”. Jak dawali, to brali, jak już nie mają co dać, to mamy powrót do strategii turańskiej o której już wspominałem: „Masz frajera to go duś, jak się zesra – to go puść”. No to nas puścili, bośmy się… Dla nich to prościzna, bez skrupułów.
Dialogi na cztery nogi
Popatrzmy na przykłady. Mamy szczyt NATO w Atenach. Prezydent Nawrocki rozmawia z prezydentem Zełenskim. Rozmowa ma charakter kurtuazyjny, a więc niezobowiązujący, nieformalny. Jak ją relacjonuje Nawrocki? Ano tak, że nasz prezydent odśpiewał zwyczajowa mantrę o bezwzględnym popieraniu Ukrainy pieniądzem i sprzętem, ale zastrzegł, że z kwestii pamięci i ofiar UPA nie ustąpi.
Panowie, podobno, umówili się na następny dzień, że pogadają, ale ja wiem jak ta rozmowa pójdzie. Mówię to w jej przeddzień, ale profetycznie znam jej treść:
Karol Nawrocki (PKN): Wołodia, zrozum, mamy badania. Polacy nie odpuszczą tego tematu
Wołodymyr Zelenski (WZ): Karolu, zrozum. Ja mam tak samo z naszym ludem. Nie odpuszczą.
PKN: Ale musisz coś z tym zrobić, bo sprawy eskalują
WZ: Nic nie muszę, radź sobie z tym sam
PKN: Ale ja ci przytnę wtedy pomoc, na stole leży po 70 miliardów euro dla was rocznie od NATO.
WZ: I co zrobisz? Zabierzesz mi je? Jak? Mam zadzwonić do Mertza? Do Donka? Wyjdziecie na gamoni, że się prujecie o jakieś doły śmierci i truchła, a tu Putin u bram…
PKN: Ale narobimy wam bigosu wizerunkowego, żeście jednak faszyści
WZ: I co z tego wyjdzie? Że Putin miał rację, że chciał w Kijowie zdenazyfikowac władze? Ty uważaj, bo u nas już włączyli wątki, że to wy jesteście naziści. Zacytuje tu Kyryłę (Budanowa): radzimy sobie z Rosją, to i z wami sobie poradzimy. Sam to mu napisałem, dobre, nie?
PKN: To my zaostrzymy politykę migracyjna dla was i socjal
WZ: Naprawdę chcesz tego? Mało masz pożarów? My się dopiero rozkręcamy i nie daj ci Boże zaczynać z naszą diasporą. Czy ty Karol wiesz co to jest operacja pod fałszywa flagą? Zrobię ci dziesięć Przewodowów, powiem – jak wtedy Dudzie – że to Rosjanie i będziesz latał do NATO po piąty artykuł jak kot z pęcherzem. Jesteście dla nas jak na talerzu i nie fikajcie.
PKW: Nie strasz, nie strasz… ale Wołynia nie odpuścimy. Cześć, to znaczy „cześć wolnej Polsce”!
WZ: Sława Ukrainu.
Symbole zamiast konkretów
Tak to mniej więcej wyglądać może. To znaczy tak by wyglądało, gdyby nasz prezydent miał cohones, tyle, że pewnie wszystko byłoby obleczone dyplomatyczne frazesy. Taka jest mniej więcej sytuacja Polski względem Ukrainy. Ukraina tak naprawdę liczy się tylko z twardymi rzeczami i trzeba sobie policzyć które z nich mamy w sowich rękach. Możemy sporo, i właśnie dlatego Zełenski będzie nasz konflikt utrzymywał w bańce symboliczno-historycznej, byśmy się nie zabrali za konkretne rzeczy, które mogą Kijowowi zaszkodzić. Jeśli bowiem cała polska ekipa, A do Ankary pojechali i Nawrocki, i Kosiniak, i Kamysz, i Sikorski i robią tak, jak Nawrocki, że nie popuścimy w kwestia zasadniczych (czyli symbolicznych), zaś drugą ręką podpisujemy dziesiątki miliardów euro dla Ukrainy do lata do przodu, to w interesie Ukrainy będzie nie tylko trzymanie sporu s Polska w graniach symboli, ale i… eskalowanie bitki na historyczne śnieżki.
I tak właśnie robią. Nadchodzi druga fala, po-orderowa, ataku ukraińskich trolli. Zarzuty są kuriozalne, a więc będą wpływać na ochotę do kontrreakcji. Teraz, uwaga, uwaga!, jesteśmy mianowani przez propagandę ukraińską, na… faszystów. Tak, na faszystów. Przez naród, który otwarcie odwołuje się do swoich bohaterów narodowych, którzy byli zdeklarowanymi faszystami, ba – nazistami, dbającymi o czystość etniczną na „odwiecznie świętych ziemiach ukraińskich”, państwa istniejącego od ledwie ponad trzydziestu lat. To – uwaga! – ładnie i kompatybilnie zespaja się z narracją… żydowską. Może to tłumaczy dziwne żydowskie milczenie w sprawie UPA dla jednostki i innych harców? W końcu naród wybrany jest najmocniej na świecie przewrażliwiony na punkcie śledzenia swoich holokaustowych oprawców, a tu taka abolicja? Czyli znowu wszyscy na nas, biedaków?
Bezradność
Ostatnio okazało się, że polskie służby zadeklarowały głosem swoich szefów, że Polska zobowiązała się do nieszpiegowania swoich sojuszników, ba – zobowiązała się do niepodejmowania działań kontrwywiadowczych wobec nich. Nic nie słyszałem o podobnych deklaracjach ze strony sojuszników naszych. Czyli – jak zwykle była to deklaracja dobrych chęci ze strony Polski, jednostronna. Jedno jest pewne – rządzą nami albo pięknoduchy, albo idioci, albo agenci. W polskiej pożal się Boże strategii obronności jako nasi wrogowie, których pewnie i szpiegujemy, i kontrwywiadowczo ścigamy, znaleźli się Rosjanie, Białorusini i Chińczycy. Za to ostatnio w jednym z blogerskich wywiadów, ekspert od służb stwierdził, że mamy do czynienia z zagrożeniem wywiadowczym ze strony Ukrainy, na co nie reagujemy kontrwywiadowczo. Wiadomo – toz to nasz sojusznik. Leżymy na łopatkach, w geopolitycznym rozwarciu. Prosimy bardzo, zapraszamy.
Dla takiej Ukrainy – uwaga! państwa upadłego – toż to spacerek po bułeczki. Nawet się z tym za bardzo nie kryją, przyzwyczajając nawet prosty lud, że tak można i państwo nic z tym nie zrobi. Panią Panczenko, która straszy – jak widać słusznie – pożarami w zamian za fikanie do Ukrów nic nie możemy zrobić (bo nie chcemy?), za to walczymy deportacjami z gośćmi co złowili karpia albo wjechali lux bryka na Morskie Oko. Ot tak – wystawiamy się tym asymetryzmem działań na pośmiewisko, również ze strony Ukraińców.
Kto jeszcze popamięta?
Polakom pozostaje słaba satysfakcja ze świadomości, że Ukraińcy zostaną przez Zachód wyrolowani i tak. To przecież nasza gorzka lekcja z historii, której nie rozumieją w Kijowie, a którą my się napawamy, że oni jeszcze tam w Kojowi zobaczą. No zobaczą i co z tego? W czym ich ta gorzka lekcja ma nam pomóc? Po pierwsze w trakcie jej trwania wydarzyć się może (może? musi!) wiele złych rzeczy dla nas: znajdziemy się w imadle geopolitycznym, a jeśli Niemcy znowu (na co się zanosi) dogadają z Rosją, to znajdziemy się w geopolitycznym okrążeniu. Ukraina w zaprojektowanym przez Niemców przedpokoju do Unii, zbudowanym z przywilejów i braku obowiązków, przepatroszy resztki polskiej gospodarki. I zanim mleko się wyleje i Ukraina przyjmie rękoma oligarchów nowa normalność, to nie zapłacze. Ludowi ukraińskiemu zafunduje się wroga znanego, bliskiego, obstrzelanego argumentami – Polskę. Polskę, która uprawiała swój faszyzm jeszcze za czasów Chmielnickiego, ciemiężyła naród, który dopiero pod koniec osiemnastego wieku spisał swój język, zaś granice wytyczył 35 lat temu.
Początek języka literackiego dla Ukraińców to okres przypadający na czasy naszego Mickiewicza, byliśmy już dawno po Kochanowskim i Reju, kiedy tam po ukraińsku, czyli małorusku rozmawiało się w chutorach i lasach. Nasz Adam napisał swoją epopeję „Pan Tadeusz”, sentymentalną opowieść o polskich swarach i godzeniu się, o wojowaniu z Rosją. W tym samym czasie wieszcz ukraiński Szewczenko ……
NCZAS.INFO | Kijów w ogniu po największym do rozpoczęcia wojny ataku Rosji rakietami balistycznymi. Foto: X
Jedna osoba zginęła, a 15 zostało rannych w wyniku rosyjskiego ataku rakietami balistycznymi na Kijów, do którego doszło w nocy z soboty na niedzielę – poinformowały służby ratunkowe. W ocenie mediów był to najbardziej intensywny ostrzał stolicy Ukrainy od 2022 r., czyli początku inwazji Rosji na pełną skalę.
Pożary wybuchły w pięciu dzielnicach miasta. Trwa gaszenie ognia w miejscach, gdzie doszło do uderzeń. Pracują jednostki ratunkowe i wszystkie właściwe służby – przekazały w komunikatach w sieciach społecznościowych władze miasta i Państwowa Służba ds. Sytuacji Nadzwyczajnych (DSNS). Jak poinformowano, najciężej ranni zostali przewiezieni do szpitali.
W całym mieście wybuchły pożary wskutek serii potężnych eksplozji. Płonęły m.in. akademik, blok mieszkalny i supermarket – powiadomił w aplikacji Telegram mer Kijowa Witalij Kliczko. Uszkodzonych zostało też kilka budynków niemieszkalnych i magazynów, a także obiekty biurowe i samochody – przekazał szef władz stolicy.
Według danych z ukraińskich kanałów monitorujących przebieg konfliktu w czasie rzeczywistym, w ciągu około 40 minut rosyjskie wojska wystrzeliły na Kijów około 40 rakiet balistycznych typu Iskander-M i Cyrkon, a także pocisków wykorzystywanych w wyrzutniach S-400. Była to największa liczba rakiet balistycznych użytych przeciwko stolicy w czasie całej wojny na pełną skalę – zauważył portal zn.ua.
Pociski uderzyły w dzielnice dnieprowską, desniańską, sołomianską, szewczenkiwską i swiatoszynską. Władze przekazały, że w wyniku ostrzału uszkodzone zostały centrum handlowe oraz stacja metra Łukjaniwska, która pozostanie nieczynna do odwołania.
[Obrazki- w oryginale. Nie warto mi tego chłamu propagandowego kopiować. MD]
Skoro był to największy atak rakietami balistycznymi od początku wojny, a zginęła w nich jedna osoba, to znaczy, że atak był precyzyjny. Ukraińcy mówią o „biurowcach, magazynach cywilnych, budynkach niemieszkalnych”, ale to samo mówią Rosjanie, kiedy ukraińskie drony spadają na ich terytorium. Nikt się nie przyzna, że zostały zniszczone cele wojskowe.
W niedzielę przed godz. 7 rano czasu polskiego w Kijowie ogłoszono kolejny alarm przeciwlotniczy, ostrzegający o zagrożeniu rakietowym z kierunku północno-wschodniego.
635: Muzułmanie podbijają chrześcijańskie miasta Damaszek i Antiochię (636)
637: Muzułmanie podbijają Ziemię Świętą.
639: Muzułmanie podbijają pierwsze chrześcijańskie państwo – Armenię.
641: Muzułmanie podbijają Egipt, chrześcijańskie państwo koptyjskie.
650: Armie muzułmańskie docierają do południowych Włoch i na Cypr, czyniąc tysiące Włochów i Cypryjczyków niewolnikami, a kobiety – niewolnicami seksualnymi.
711: Muzułmanie najeżdżają Hiszpanię i do 715 r. zajmują jej znaczną część.
717: Muzułmanie oblegają Konstantynopol, ale zostają odparci.
730: Muzułmanie najeżdżają Francję, ale zostają powstrzymani przez Karola Młota w bitwie pod Tours.
792: Władca Al-Andalus wzywa do inwazji na Francję i zbierane są armie muzułmańskie, by ponownie zaatakować ten kraj, ale zostają odparte.
827: Muzułmanie najeżdżają Sycylię i południowe Włochy, prześladując zakonników. Sycylia pozostaje pod panowaniem islamskim aż do 1092 roku.
846: Muzułmanie najeżdżają Rzym i zmuszają papieża do płacenia daniny.
848: Ma miejsce trzecia inwazja na Francję, a najeźdźcy zostają po raz trzeci odparci.
909: Muzułmanie zajmują Sardynię.
937: Muzułmanie podpalają Bazylikę Grobu Świętego, niszcząc również inne kościoły w Jerozolimie.
1009: Zniszczenie Bazyliki Zmartwychwstania Pańskiego w Jerozolimie.
1012: Początek represyjnych dekretów al-Hakima skierowanych przeciwko chrześcijanom.
1071: Tureccy muzułmanie atakują Bizancjum i zajmują znaczną część Anatolii.
1094: Cesarz bizantyjski Aleksej I Komnen, zwraca się do zachodniego świata chrześcijańskiego o pomoc w obliczu najazdów muzułmańskich Turków.
Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto) • 19 lipca 2026
Afery, jakie wybuchły w ostatnich tygodniach, w każdym normalnym państwie doprowadziłyby do politycznego trzęsienia ziemi, które zmiotłoby nie tylko rząd, ale – być może – nawet całą tak zwaną „klasę polityczną”, czyli współczesny odpowiednik dawnej komunistycznej nomenklatury. Skąd jednak w dzisiejszych czasach wziąć normalne państwo? Takich państw jest coraz mniej, a być może nie ma już ich wcale. Mamy bowiem do czynienia albo z państwami będącymi własnością jakiejś rodziny – jak np. Korea Północna, czy Turkmenistan – albo z państwami stanowiącymi żerowiska dla występujących tam „klas politycznych”, które zazdrośnie strzegą swego monopolu. Właśnie otwartym tekstem potwierdziła nam to pani Helena Germain, która w administracji prezydenta Trumpa zajmuje się holokaustem. Potwierdziła ona stanowisko amerykańskiego ambasadora w Warszawie, pana Róży, który „nie wyobraża sobie” polskiego rządu z udziałem Grzegorza Brauna i jego Konfederacji Korony Polskiej.
Gdyby coś takiego powiedział w roku 1981 Leonid Breżniew, to w Waszyngtonie i w „Wolnej Europie” podniósłby się straszliwy klangor, że to „gewałt” na zasadzie samostanowienia narodów, demokracji i prawach człowieków”. Tymczasem teraz nikt przeciwko temu nie protestuje, zwłaszcza – Książę-Małżonek – który wie, przeciwko komu wolno mu wypisywać androny na Twitterze, a przeciwko komu – nie. Najwyraźniej mamy do czynienia z solidarnością międzynarodowej nomenklatury, która nie tylko zazdrośnie strzeże swojego monopolu w dostępie do żerowiska, ale do tej rewolucyjnej praktyki próbuje dorabiać rewolucyjną teorię, że to wszystko dla dobra Ludzkości – żeby nie została sprowadzona na manowce. Nad tym z kolei czuwają funkcjonariusze Propaganda Abteilung, no i oczywiście – „gestapo” – bo – jak jeszcze przed wojną zauważył Konstanty Ildefons Gałczyński w nieśmiertelnym poemacie „Tatuś” – „każdy kraj ma gestapo”. „Każdy” – a więc i te kraje, które uważają się za uprawnione do pouczania narodów mniej wartościowych, kogo mają dopuszczać do władzy, a kogo nie.
Dlatego nie tylko u nas nie ma żadnej normalności, ale również – w Unii Europejskiej. Otwartym tekstem mówi się tam o „kordonie sanitarnym”, który ma powstrzymać w Niemczech AfD, a we Francji – Marynę Le Pen – oczywiście w imię „demokracji”. U nas, za sprawą Judenratu, hunwejbini idą nawet krok dalej, mówiąc o powstrzymywaniu „faszyzmu” – chociaż trudno wyobrazić sobie lepszą postać faszyzmu, niż właśnie ów spisek nomenklaturowy. Najzabawniejsze jest to, że dzisiejsi faszyści nie zdają sobie sprawy, że są faszystami. Na początku lat 90-tych zostaliśmy z kol. Korwinem-Mikke zaproszeni do dyskusji z jegomościami z Unii Demokratycznej. Rozpoczęliśmy od próby uzgodnienia znaczenia pojęcia wolności – ale to nam się nie udało. Udało się natomiast uzyskać zgodę naszych partnerów na temat granic wolności – że wyznaczają je prawa i wolności innych. Wtedy kol. Mikke zapytał, czyje prawa i wolności narusza, gdy nie chce ubezpieczyć się pod przymusem? Odpowiedzieli, że niczyich praw ani wolności w ten sposób nie narusza, ale „tak nie można”. Na takie dictum wstaliśmy oświadczając, że z faszystami nie chcemy mieć nic wspólnego i na tym dyskusja się zakończyła.
Wspominam o tym między innymi dlatego, że w dniach ostatnich na politycznym firmamencie naszego bantustanu objawiła się nowa partia pod nazwą „Unia Centrum”. Na fasadzie nowej partii jest madame Paulina Hening-Kloska i pan Michał Kobosko, który w swoim czasie stręczył tubylcom ojczyka Szymona Hołownię. Ale wśród ojców założycieli „Unii Centrum” zauważyłem też pana Janusza Onyszkiewicza, co to brylował w latach 90-tych w resorcie obrony narodowej, no i jako autorytet moralny. W takim charakterze trafił do rządu charyzmatycznego premiera Buzka, co to rozbudował nomenklaturowe żerowisko do rozmiarów monstrualnych – ale z jakichś powodów stare kiejkuty położyły krzyżyk na Unii Demokratycznej i pozostających w jej orbicie zaśmierdziałymi autorytetami moralnymi i powołały Platformę Obywatelską w której brylował już obywatel Tusk Donald i pan dr Andrzej Olechowski, który z niejednego komina wygartywał m.in. jako „agent wywiadu gospodarczego” o pseudonimie operacyjnym „Must”. Kiedy Nasza Złota Pani z Berlina położyła swą Mocną Rękę na Platformie Obywatelskiej, stare kiejkuty postawiły na dyskrecję i w ten sposób jedynym wodzem Platformy został obywatel Tusk Donald. Teraz jednak najwyraźniej postanowiono wesprzeć go wyciągniętymi z naftaliny autorytetami moralnymi rodzaju pana Janusza Onyszkiewicza, który w tak zwanym międzyczasie kontakty podtrzymywał, działając w Komitecie Obrony Demokracji.
Widać, że mobilizowane są najgłębsze rezerwy – a w tej sytuacji trzeba postawić pytanie o przyszłość inicjatywy pana Ryszarda Petru, co to niedawno ogłosił zamiar utworzenia „Konfederacji-Light”. Już myślałem, że stare kiejkuty powtórzą eksperyment z roku 2015, kiedy to – dążąc, by Amerykanie wciągnęli ich na listę „naszych sukinsynów” uwinęli się szparko i nie tylko utworzyli partię „Nowoczesna” z panem Ryszardem na fasadzie – ale i zadbali, by wdzięczny naród obdarzył ją zaufaniem na poziomie 11 procent i to zanim jeszcze pan Ryszard otworzył usta, by oznajmić, jak będzie rodakom przychylał nieba – ale chyba nic z tego nie będzie. Skoro w partii Unia Centrum jest pan Michał Kobosko i pan Janusz Onyszkiewicz, to podejrzewam, że w międzyczasie padły nowe rozkazy. Nie eksperymentujmy z panem Ryszardem, tylko od razu montujmy fołksfront, który „faszystom” zrobi „no pasaran”. Skoro pan ambasador Róża zaporowo wszedł na polską scenę polityczną i wyjaśnił, czego nam nie wolno, to nie ma co podszywać się pod Konfederację, tylko trzeba od razu chwycić byka za rogi. Pan Michał Kobosko bowiem, zanim zaczął stręczyć nam ojczyka Szymona Hołownię, uczestniczył w amerykańskim think-tanku Radzie Atlantyckiej, gdzie są generały z Pentagonu, bezpieczniaki z CIA, Goldmany-Sachsy z Wall Street, pan Daniel Fried, co to wraz z Władimirem Kriuczkowem zaprojektował transformację ustrojową w naszym bantustanie – a między nimi – pan Kobosko.
Znaczy – że nowa inicjatywa nie tylko ma imprimatur Waszyngtonu – oczywiście pod warunkiem, że do spółdzielni zostaną podłączone, wyciągnięte z naftaliny, jak to było w przypadku Cyrusa Rezy Pahlaviego, rezerwy demokratyczne, które godnie reprezentuje pan Janusz Onyszkiewicz. Myślę, że nie będą mieć nic przeciwko temu również Niemcy, bo przecież od kwietnia pozostają w strategicznym partnerstwie z Ukrainą, które dla naszego tutaj bantustanu stwarza całkiem nową sytuację. Tedy z jednej strony będziemy mieli obywatela Tuska Donalda, a z drugiej – pana Janusza Onyszkiewicza, który będzie pilnował interesu od drugiej strony. I dlatego żadne afery vaginetowi zaszkodzić nie mogą, nawet gdyby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Ambasada Ukrainy w Polsce opublikowała poradnik skierowany do obywateli Ukrainy przebywających na terytorium Polski, zawierający wskazówki dotyczące postępowania w przypadku konfliktów i przejawów dyskryminacji. Dokument zaleca m.in. zachowanie spokoju, wezwanie policji w razie zagrożenia, zapisanie danych świadków oraz – jeśli jest to bezpieczne – nagrywanie przebiegu zdarzenia telefonem komórkowym w celu zabezpieczenia materiału dowodowego. W poradniku wskazano również numery alarmowe oraz kontakty do placówek dyplomatycznych Ukrainy i organizacji udzielających pomocy prawnej.
Decyzja Ambasady Ukrainy wywołała zrozumiałe kontrowersje. Choć oficjalnym celem dokumentu ma być ochrona praw tzw. „uchodźców wojennych” z Ukrainy oraz pomoc w dokumentowaniu przypadków agresji, trudno nie postawić pytania, czy taka forma komunikacji nie przyniesie skutków odwrotnych od deklarowanych.
Dyplomacja powinna przede wszystkim łagodzić napięcia między społeczeństwami. Tymczasem publikowanie instrukcji dotyczących rejestrowania konfrontacji z Polakami w teoretycznie naszym kraju została oczywiście odebrana jako sygnał, że należy przygotowywać się na konflikty i ukraińskie prowokacje. W obecnej sytuacji, gdy emocje wokół relacji polsko-ukraińskich są wysokie, każda inicjatywa wymagająca szczególnej ostrożności powinna być przedstawiana w sposób jednoznacznie nastawiony na deeskalację.
Można zrozumieć potrzebę zabezpieczania dowodów w przypadku przestępstw czy aktów przemocy. Takie rozwiązania funkcjonują w wielu państwach. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy przekaz koncentruje się na dokumentowaniu konfliktów, zamiast przede wszystkim zachęcać do ich unikania, uspokajania sytuacji oraz niezwłocznego wezwania odpowiednich służb.
Rolą ambasadora normalnego kraju jest budowanie dobrych relacji między narodami. Dlatego można krytycznie ocenić fakt, że ambasada nie położyła znacznie większego nacisku na apel o niewchodzenie w spory, unikanie prowokacji oraz poszanowanie polskich zwyczajów i prawa. Taki przekaz mógłby skuteczniej ograniczać napięcia niż instrukcje dotyczące rejestrowania przebiegu konfliktów, co oczywiście przełoży się na sporą liczbę zaplanowanych prowokacji.
Wyrwane z kontekstu nagrania mogą być wykorzystywane w mediach społecznościowych do wzajemnego podsycania niechęci. W dobie krótkich filmów publikowanych na platformach internetowych nawet kilkunastosekundowy materiał może wywołać lawinę emocjonalnych komentarzy, zanim ktokolwiek pozna pełny przebieg zdarzenia. To właśnie do tego zachęca ambasador Ukrainy w Polsce.
Polska od początku wojny udzieliła Ukrainie ogromnej pomocy humanitarnej, militarnej i społecznej. Zamiast podziękowań i załatwienia kilku kluczowych z polskiego punktu widzenia spraw przez Ukrainę, spotykamy się z nienawiścią, kultem morderców Polaków i zapowiedzią masowych prowokacji na terytorium Polski.
Moim zdaniem w najbliższym czasie czeka nas lawina informacji w mediach tradycyjnych i internetowych dotyczących różnorakich konfliktów z udziałem Ukraińców i Polaków. Będą to zapewne sprawy realne, jak i urojone. W znacznej części zdarzenia te będą przejaskrawione i pokazane w jednostronny sposób sugerujący powszechne prześladowanie Ukraińców w naszym kraju. Ambasada Ukrainy w Polsce już opublikowała ukraińskojęzyczną instrukcję dla swoich obywateli, dającą między innymi wskazówki dotyczące nagrywania konfrontacji w Polsce. Jednocześnie będziemy obserwować liczne próby umniejszania problemów związanych z przestępstwami popełnianymi przez Ukraińców w Polsce.
Warto zachować spokój i nie pozwolić się prowokować. Pamiętajmy, że głównonurtowe media w znacznym stopniu są w rękach ludzi sorosowskiego chowu. Ludzie ci mają interes w tym by wykreować Ukraińców jako prześladowaną w Polsce zbiorowość. Nie ma szans w mediach głównego nurtu na to, by uczciwe przedstawić sprawy i realne wyjaśnić zaistniałe sytuacje. W całym kraju działają liczne organizacje lobbujące na rzecz współczesnej Ukrainy.
Ambasador Wasyl Bodnar poinformował, że strona ukraińska współpracuje w tej sprawie z instytucjami wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Podkreślił, że tworzenie wyspecjalizowanych komórek w prokuraturach zajmujących się przestępstwami z nienawiści jest adekwatną odpowiedzią na obserwowane w Polsce zjawiska.
Należy zachować więc nie tylko szczególną ostrożność w kontaktach interpersonalnych, ale również dystans do podawanych w mediach informacji dotyczących stosunków polsko-ukraińskich i zdarzeń, które mają dotykać Ukraińców przebywających w naszym kraju.
Bezrozumna proukraińska narracja zupełnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Zmieniają się radykalnie nastroje a społeczeństwo staje się bardziej krytyczne. Powoli, ale idzie normalność, która pozwala odejść od szaleńczej polityki bycia „sługą narodu ukraińskiego”. Ukraińca należy traktować dokładnie tak samo jak każdego innego obcokrajowca. Ani lepiej, ani gorzej.
Grzegorz Braun, po wysłuchaniu mojego nagrania na kanale „Wbrew Cenzurze” zaproponował przyznanie Orderu Orła Białego nieodżałowanej pamięci księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu. To niesamowite gdzie zabrnęło państwo polskie, które uhonorowało miłośnika UPA, a zapomniało o niestrudzonym bojowniku o pamięć rzezi wołyńskiej.
Dodać tu muszę, że nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich w Polsce”, a raczej eskalacja lekceważącej polską pamięć i wrażliwość bezczelności na Ukrainie – i stosowna reakcja narodu, mającego dość aberracyjnej charytatywności rządów KO i PiS (pytanie: „a co ma z tego Polska?” wywołuje furię – najpewniej z uwagi na swoją celność). „Antyukraińskość”, jak wiele podobnych kategorii, zakłada aprioryczność, a ta ostatnia – irracjonalność. Bojkotuje związki przyczynowo-skutkowe i realne źródła ludzkich postaw. Kategoryzuje jako „fobię” postawy, które są reakcją na fakty, czasem niewątpliwie adekwatną.
„Lepiej wykształceni” i „bardziej racjonalni” dostali opętańczego szału na wieść o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Oczywistość tej decyzji nie stwarzała przestrzeni do merytorycznych argumentów. Jakakolwiek logika musiałaby opierać się o „opłacalność godności”. Z jednej strony mamy ostatnio książkę Zbigniewa Parafianowicza, gloryfikowanie UPA przez Ukraińców, wsparte bezczelnym komentarzem, że „nikt nam nie będzie wybierał bohaterów”, ostentacyjne bojkotowanie Polski w międzynarodowych rozmowach dyplomatycznych, korupcję na olbrzymią skalę na Ukrainie, ekspansję wschodnich grup przestępczych do Polski, olbrzymie kłopoty rolników konkurujących z ukraińskimi oligarchami dostarczającymi nie sprawdzaną żywność – i dużo, dużo innych problemów, wiążących się z określoną szkodą konkretnych ludzi. Z drugiej strony, mamy terror emocjonalny, oparty o wspominanie o „ginących ludziach” (zalecający w gruncie rzeczy o taką emocje oprzeć stosunki dyplomatyczne), histeryczne, a zarazem manipulanckie ostrzeżenia przed „rosyjskim atakiem”, dalsze tropienie „ruskich onuc” i slogany skuteczne, z uwagi na monopol medialny ich kolporterów, tak długo, że ci ostatni przestali się troszczyć o ich jakąkolwiek weryfikowalność. Liberalny mainstream porzucił fascynację koncepcją Jerzego Giedroyca, prowadzącą do imperatywu pomagania Ukrainie – on po prostu wyraża interes ukraiński.
Wyobraźmy sobie co spotkało by Żyda, który pochwaliłby w Izraelu niemieckiego polityka, chcącego nadać jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów SS”. Więzienie? Czy tylko anatema? W Polsce obrońcy decyzji Włodymyra Zełenskiego nie mają jakiegokolwiek problemu z sięganiem po coraz bardziej kuriozalne racjonalizacje swojej postawy.
Każdy powód jest dobry, by zapomnieć o rzezi wołyńskiej. Teraz tłumaczy się to wojną – tak, jakby trwała ona od ponad 80 lat. “Retoryczne ustępstwo na rzecz prawdy” sprawia, że przedstawiciele mainstreamu powiedzą: „Oczywiście, o ofiarach trzeba pamiętać” tudzież wyrzucą z siebie inny pusty slogan, jednocześnie konsekwentnie robiąc wszystko, by temat rzezi nie miał jakiejkolwiek rangi i znaczenia.
Mainstream nagle przypomniał sobie o istnieniu „interesu narodowego”, dowodząc sprzeczności odebrania odznaczenia Zełenskiemu z tym interesem. Interesujące jest to, że mainstream, tak krytyczny wobec Kościoła katolickiego i nacjonalizmów sięgnął po narrację odwołującą się do „przebaczenia” i „interesu narodowego”, gdy przestraszył się, że wszystko co mówili jego przedstawiciele na temat banderyzmu i relacji polsko-ukraińskich jest brutalnie weryfikowane przez rzeczywistość. Nie ma “interesu”, jeśli nie ma narodu. Nie ma narodu, jeśli nie ma godności. Nie ma godności, jeśli honoruje się tych, którzy gloryfikują naszych katów. Czasem abecadło jest zbyt trudne.
Brytyjski filozof Roger Scruton pisał, że rozmaici rewolucjoniści krytykują cywilizację zachodnią, jednak będąc niezdolnymi do zaproponowania jakiejkolwiek alternatywy, poprzestają na nihilizmie, objawiającym się destrukcją. Liberalny mainstream wykazał się takim właśnie nihilizmem po odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy: zwyzywał od „ruskich” i „nacjonalistów” (polskich, więc tych złych) prezydenta Karola Nawrockiego – jak codziennie, “na Kremlu otworzyły się butelki od szampana”. Jednocześnie przedstawiciele tego mainstreamu często domagają się, by “nie zawłaszczać patriotyzmu”, tak jakby chcieli zaproponować swój własny model tegoż. Ich „patriotyzm”, jak się wydaje, zatrzymał się w fazie dekonstrukcji wszystkiego co polskie. Podchodząc krytycznie do istnienia narodów jako wspólnot nieokreślonych i abstrakcyjnych, przedstawiciele mainstreamu występują w imieniu „ludzkości” – nieporównywalnie bardziej niedookreślonej i abstrakcyjnej. Co ciekawe, nawet z punktu widzenia „świata bez narodów” (bez pamięci historycznej, tożsamości, bohaterów, katów), czyli z perspektywy mainstreamu bezwarunkowe wspieranie Ukrainy jest szkodliwe dla „ludności, która żyje na tym obszarze”. Nie miałaby się ona jak bronić, skoro tak dużo oddała sprzętu „ludności, która żyje na tamtym obszarze” (ciekawe, że straszenie „wojną z Rosją” nie przeszkadza mainstreamowi w postulowaniu nieograniczonego rozbrajania Polski celem pomocy Ukrainie).
„UPA to są ich bohaterowie” – tłumaczą ukrainofile, jakby jakieś fatum zesłało niczego nieświadomemu narodowi bohaterów, których ten naród musi czcić, tak jakby bezosobowe siły sprzysięgły się przeciwko poczciwcom i kazały im gloryfikować zwyrodnialców, sadystów cierpiących dziką rozkosz z mordowania. Tak jakby to „ruska propaganda” wymyśliła ludzi rozrywanych przez konie, kobiety gwałcone na oczach mężów, dzieci nabijane na widły. Podkreślmy tu, że ci „ich bohaterowie” zamordowali dużo więcej polskich kobiet i dzieci niż sowietów. Tak jakby ci bohaterowie nie byli dla nich tak bardzo ważni, że ryzykując utratę wszelkich szans na akces do organizacji międzynarodowych wysławiają ich ulicami, pomnikami, nazwami jednostek wojskowych. Tak jakby inne narody nie miały problemu z kolaborantami nazistowskimi i nie rozliczyły się z przeszłością (Strzałokrzyżowcy na Węgrzech, Żelazna Gwardia w Rumunii). Tak jakby siepacze UPA nie robili dokładnie tego co aktualnie ukrainofile sugerują przeciwnikom – występowali przeciwko sąsiadom, gdy ci walczyli ze śmiertelnym zagrożeniem. Każdy fakt, każdy konkret, każda analiza są tak ciężkie do podważenia, że ukrainofile muszą zasłaniać się insynuowaniem „ruskiej narracji”. Wskutek wiary we własną nieomylność i zatrzymania w czasie nie widzą kuriozalności tego powtarzanego z gorliwością i bezmyślnością chat-bota sloganu. Albo myślą, że inni nie widzą. A gdyby Niemcy postawili pomnik Adolfowi Hitlerowi w centrum Berlina? Przecież oni też „mają swoją perspektywę” – może i z punktu widzenia Polaków czy Żydów był zbrodniarzem, ale z perspektywy niemieckiej spowodował wzrost gospodarczy. Wyobrażamy sobie przyjęcie takiej logiki?
Ukrainofile dokonali „makdonaldyzacji przebaczenia”, „makdonaldyzacji pojednania” – sięgnęli po doniosłe pojęcia, by uzasadnić nimi całkowicie nie doniosłe zamiary. To gorsze niż infantylizacja „faszyzmu” czy „stalinizmu” przez nagminne używanie tych pojęć do opisu spraw współczesnych. Siła duchowa, umiejętność wzniesienia się ponad odruch zemsty, zdolność udźwignięcia swoich krzywd – to wszystko sprawia, że przebaczenie to trudny, a zarazem piękny proces. Im szlachetniejsza jest jakaś inicjatywa, tym gorsze jest instrumentalizowanie stojących za nią wartości. „Zaiste nie w twojej mocy wybaczać w imię tych, których zdradzono o świcie” – pisał Zbigniew Herbert w „Przesłaniu Pana Cogito”. Ukrainofile, którzy przez wiele lat robili wszystko, by zamilczeć rzeź wołyńską, gdy okazało się, że narodu nie da się zmanipulować użyli „zastępczej formy zamilczenia”, czyli w tym przypadku wołania o przebaczenie i pojednanie. Nie bardzo tylko wiadomo kto i komu miałby przebaczać – ukrainofile Ukraińcom? Ci, którzy o rzezi nie chcieli słyszeć tym, którzy podobno nie mają nic wspólnego z banderowcami („to tylko historia”)? Proces pojednania miałby prawo zacząć choćby wspomniany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który krzywdy narodu polskiego poniesione ze strony Ukraińców przeżył najgłębiej jak się da (tak jak Ali Agcy mógł wybaczyć Jan Paweł II) – nie wydaje się jednak, by przy obecnym stosunku Ukraińców do rzeźników z UPA ksiądz wykazałby taką chęć.
„Polska straci na odebraniu Orderu Orła Białego” prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu” – mówią ukrainofile, z przedziwną troską o polski interes. Co to znaczy, że „Polska na tym straci”? Teza, że „Ukraińcy walczą za nas” jest jednym z najbardziej absolutyzowanych przekonań ukrainofili, uzasadnieniem wszelkich świadczeń na rzecz Ukraińców, usprawiedliwieniem skrajnie asymetrycznej polityki. A jak rozumieć opinię (wyrażoną choćby przez Normana Daviesa), że „Polska na tym straci”? Ukraińcy stwierdzą, że skoro my nie chcemy honorować osób gloryfikujących naszych katów to oni nie będą się stawiać tej Rosji i „walczyć za nas”? Jeśli przestaniemy Ukrainie pomagać to skapituluje przed Rosjanami, bo „nie będzie bronić Polaków”? Jakie ma mieć przełożenie teza ukrainofili na realne stosunki polsko-ukraińskie (jeśli nie ma mieć jakiegokolwiek, stanowi jedynie szantaż emocjonalny)? Alternatywnym wobec stanięcia w obronie naszych przodków wyborem byłoby działanie akceptujące zbrodniczy, antypolski banderyzm. Skoro godzimy się na takie „wszystko za nic”, może dorzucimy Ukrainie Przemyśl? W imię dobrych relacji chyba powinniśmy to zrobić… Godność nie musi się opłacać i dziwne, że pamięć pomordowanych Polaków znaczy dla ukrainofili tak niewiele, że gotowi są nią handlować. Dla ukrainofili nie tyle wartości nic nie znaczą, bo w imię swoich wartości gotowi są uprawiać ukrainofilski mesjanizm. Raczej obawiają się tego, że „rozpamiętywanie”, „grzebanie w historii” (takiej terminologii używają, nie uznając przeżyć i traum rodzin bestialsko zamordowanych Polaków) może spowodować „wzrost nastrojów nacjonalistycznych”, czytaj – większą świadomość narodową Polaków.
Jednym z najbardziej zamiennych przejawów stosunku strony ukraińskiej do „pojednania” jest fakt, że Ukraińcy zgodzili się na ekshumacje na wielką skalę żołnierzy Wehrmachtu (ponad 100 tysięcy ciał przeniesiono na specjalne cmentarze wojskowe), a ekshumacje Polaków są prowadzone w kilkunastu miejscach z kilkunastu tysięcy.
Narracja o pojednaniu niesie ze sobą fałszywe wyobrażenie o symetrii krzywd wyrządzonych sobie przez obydwa narody.
Nikt nie mówił, by „Żydzi i Niemcy wybaczyli sobie wzajemne krzywdy”. Porównuje się polskich nacjonalistów, których dość skrajny przedstawiciel Jan Mosdorf z ONR pomagał Żydom w Auschwitz i tam zginął z szaleńczymi ludobójcami z UPA, w „Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty” wyzywającymi do likwidacji wrogów, sprawcami rzezi i pogromów na masową skalę
Porównuje się kolaborantów nazistowskich, seryjnych morderców z UPA z Żołnierzami Niezłomnymi, którzy z kolaborantami walczyli i ginęli w imię niepodległej Polski.
Trump kontynuuje swoją neokonserwatywną „wieczną wojnę” z Iranem, nie mając żadnego planu ani widocznego końca. Najnowsze doniesienia wskazują na jego zamiar eskalacji ataków na irańską infrastrukturę cywilną, taką jak elektrownie i inne obiekty, w nadchodzących tygodniach.
Bardziej niepokojące doniesienia twierdzą, że Trump nadal planuje jakiś rodzaj ataku lądowego. Zastrzeżenie jest takie, że prawdopodobnie będzie on dotyczył wysp, a nie wojsk amerykańskich – a przynajmniej nie z amerykańskimi żołnierzami na czele ataku.
Sam Trump to zasugerował, sugerując, że inne kraje Zatoki Perskiej powinny dostarczyć wojska lądowe.
„Mamy innych ludzi, którzy przeprowadziliby dla nas kampanię naziemną”.
W rzeczywistości w zamieszczonym powyżej fragmencie wywiadu Trump ujawnia kilka bardzo wymownych rzeczy.
Po pierwsze, zwróćcie uwagę na to, co mówi o nieuderzaniu w terminale naftowe na wyspie Kharg. Twierdzi, że stanowią one znaczną część światowej gospodarki, co potwierdza to, o czym mówimy od miesięcy – że Trump jest w pewnym sensie w pułapce, ponieważ pomimo całego swojego rozgłosu, strzeliłby sobie w stopę, niszcząc irańską infrastrukturę naftową, ponieważ zrujnowałoby to jego własną gospodarkę, a także światową.
Ale bardziej znacząca strategicznie była jego wypowiedź: „Jeśli cofniemy ich wystarczająco daleko i głęboko, to [zajmę wyspę Kharg]”.
Tutaj wyraźnie przyznaje się do dwóch rzeczy:
Stany Zjednoczone nie mają obecnie możliwości zajęcia wyspy Kharg, ponieważ jest ona zbyt niebezpieczna . Irańskie siły zbrojne są nadal obecne, co spowodowałoby spustoszenie i ofiary wśród żołnierzy amerykańskich.
Wygląda na to, że plan Trumpa zakłada długotrwałe bombardowanie regionu przybrzeżnego w celu osłabienia irańskiej zdolności uderzeniowej i odrzucenia jej „na tyle głęboko”, by zapewnić wystarczająco bezpieczny korytarz, którym wojska mogłyby wylądować na wyspie Kharg.
„Idealnym” świętym Graalem Trumpa jest oczywiście przejęcie irańskich instalacji naftowych na wyspie Kharg i tym samym kradzież ropy – co byłoby dla niego prawdziwym ciosem łaski. Jednak prawdopodobieństwo, że się to powiedzie, jest bardzo małe.
WSJ potwierdza, że podobne plany wciąż pojawiają się w umysłach oszukanych przywódców USA:
Próba zajęcia wyspy Kharg, głównego irańskiego centrum eksportu ropy naftowej, zaszkodziłaby krajowemu przemysłowi naftowemu, ale jednocześnie naraziłaby siły amerykańskie na bezpośrednie niebezpieczeństwo. Amerykańscy urzędnicy i analitycy twierdzą, że wojska byłyby łatwym celem dla irańskich pocisków rakietowych i dronów.
Emerytowany generał piechoty morskiej Frank McKenzie powiedział, że Stany Zjednoczone nadal powinny rozważyć operację na wyspie Kharg. „Powinniśmy o tym pomyśleć, ponieważ posiadanie irańskich ziem będzie istotnym czynnikiem w przyszłych negocjacjach z Iranem” – powiedział w niedzielę w programie „Face the Nation” w CBS News.
W skrajnym przypadku Trump ma możliwość przeprowadzenia dużej i kosztownej operacji lądowej, mającej na celu przejęcie terytorium wokół szlaku wodnego, którego skaliste brzegi stwarzają wyjątkowe wyzwania. Wymagałoby to zaangażowania tysięcy żołnierzy w operację, która prawdopodobnie trwałaby miesiące.
Iran przygotowywał się na ewentualną inwazję już przed wojną. Paramilitarny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej liczy 190 000 żołnierzy, wraz z regularną armią kraju, i specjalizuje się w walkach z lepiej uzbrojonymi przeciwnikami.
Operacja lądowa na irańskim wybrzeżu naraziłaby wojska amerykańskie na ogromne ryzyko ataków z tyłu kraju, powiedział David Des Roches, były urzędnik ds. obronności USA zajmujący się Zatoką Perską.
Niektórzy zaś uważają, że Stany Zjednoczone przygotowują teraz grunt i „kształtują pole bitwy” na taką właśnie możliwość:
Jak wspomniano powyżej, wczoraj Stany Zjednoczone faktycznie uderzyły w kilka kluczowych mostów łączących nadmorski region Bandar-Abbas z sąsiednimi zachodnimi regionami Larestan i Szyraz:
Przypomnijmy, że izraelski plan zakładał wysłanie wojsk kurdyjskich przez granicę iracką do Iranu, a niedawno Stany Zjednoczone wszczęły w Iraku swoisty antyirański zamach stanu. Spekuluje się, że miały one na celu przygotowanie gruntu pod atak lądowy na Iran, poprzez osłabienie irańskich sojuszników w Iraku.
Trump może naiwnie liczyć, że inne kraje Zatoki Perskiej staną na wysokości zadania i zaoferują podobne wsparcie, co jest raczej mało prawdopodobne.
Trump jest karmiony dezinformacją na temat Iranu przez swoje skorumpowane przez Mossad rury. Na przykład, spójrzcie na poniższą wymianę zdań, w której Trump demonstruje całkowity brak wiedzy – a nawet troski – o to, ile siły bojowej pozostało Irańczykom:
Zatem: „Nikt nie wie”, ile rakiet ma Iran, nawet Trump czy Stany Zjednoczone. Ale bez obaw, Iran „wkrótce zostanie pokonany”, zauważa nonszalancko chełpliwy prezydent USA:
Could not load video.
Jeśli chodzi o Hormuz, CENTCOM nadal udaje, że jest w pełni „otwarty”, podczas gdy nawet neutralni przewoźnicy morscy śmieją się USA w twarz:
Przeczytaj poniższą wymianę zdań, o której donosi WSJ, a będziesz się śmiać do rozpuku:
Z drugiej strony Trump wydaje się uważać, że „ropa płynie jak nigdy dotąd”, co potwierdza kolejny szalony wywód:
Niektórzy eksperci sugerują obecnie, że Iran może „przesadzać” ze swoją pozycją w Hormuzie, ponieważ kraje Zatoki Perskiej powoli przekierowują ropę naftową rurociągami śródlądowymi, do tego stopnia, że teoretycznie Hormuz nie miałby już dla Iranu żadnych wpływów.
Problem z tą tezą polega na tym, że nie rozumie ona istoty całej wojny. Hormuz stał się dogodnym punktem odniesienia dla administracji USA, po części dlatego, że po przegranej wojnie z Iranem, Trump uważa, że wyzwolenie Hormuz może posłużyć jako szybki sposób na ucieczkę i kontrolę szkód, aby uratować twarz.
W rzeczywistości Ormuz nie ma nic wspólnego z niezdolnością USA do pokonania Iranu, obalenia jego przywódców i przekształcenia kraju w podzielone państwo klienckie i republikę bananową w jednym.
Ormuz nie miał nic wspólnego z niezdolnością USA do obrony swoich baz przed atakami irańskimi, które uszkodziły lub zniszczyły znaczną część najważniejszych amerykańskich aktywów regionalnych. Usunięcie Ormuz z równania nie zmieniłoby faktu, że bezcelowa kampania bombardowań USA nie jest w stanie sparaliżować państwa irańskiego do punktu, z którego nie ma już odwrotu.
Krótko mówiąc: Iran skutecznie obronił się przed zmasowanym atakiem ze strony Izraela i USA, wykorzystując własne środki militarne, które mają niewiele wspólnego z Ormuz i niewiele się od niego zależą.
Oczywiście, cieśnina nakłada na USA pewien rodzaj presji, ponieważ ożywienie gospodarcze powoli się wyczerpuje, a ceny ropy rosną. Ale nawet gdyby to odjąć, wciąż pozostają inne ważne „czynniki”, takie jak kurczące się zapasy broni w USA, słabnący krajowy kapitał polityczny itp.
Nie wspominając już o tym, że Iran mógłby zaatakować nowo proponowane rurociągi i infrastrukturę, co w zasadzie całkowicie przekreśliłoby cały projekt.
Najnowsze zdjęcia satelitarne pokazują, że najnowsze ataki Iranu ponownie zniszczyły większą część baz USA i ich sojuszników.
Nadal nie odnotowano żadnych ofiar, a po irańskich atakach ponownie zauważono dużą liczbę samolotów C-17 przystosowanych do ewakuacji medycznej opuszczających region.
Iran przeprowadza zmasowane ataki na kluczowe obiekty USA i sojuszników
▪️Zdjęcia satelitarne pokazują rezultaty ataków Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na amerykańską stację radarową nadzoru morskiego na skałach Salam, a także na radar obrony powietrznej w rejonie Ghanam w Omanie. ▪️Iran ogłosił również ataki na trzy budynki w kompleksie wojskowym Zaid w stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz na bazę króla Faisala w Jordanii.
Flota samolotów MQ-9 Reaper również była dalej masakrowana, kolejny samolot został zestrzelony przez siły irańskie:
Could not load video.
Kolejny amerykański bezzałogowy samolot rozpoznawczo-szturmowy MQ-9A Reaper zestrzelony przez irańską obronę przeciwlotniczą został odnaleziony w górach okręgu Dehloran, w południowej części prowincji Ilam, graniczącej z Irakiem.
Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) informował wcześniej, że jeden z jego systemów obrony przeciwlotniczej zestrzelił MQ-9A gdzieś w pobliżu Andimeshk, na północy prowincji Chuzestan. Musi to być ten sam dron, ponieważ okręgi Andimeshk i Dehloran graniczą bezpośrednio ze sobą.
Stany Zjednoczone ponownie rozpoczęły masowy transport lotniczy z Europy na Bliski Wschód, w tym wysyłanie większej liczby myśliwców, co może oznaczać kolejne rundy ataków:
Biorąc pod uwagę ostatnią aktywność amerykańskiej floty transportowej w regionie, wydaje się, że Amerykanie ponownie gromadzą zasoby na potrzeby ataków na Iran. Most powietrzny działa z niemal taką samą intensywnością, jak przed rozpoczęciem operacji „Epic Fury”.
Wybitny irański naukowiec Seyed Marandi twierdzi, że Trump z całą pewnością planuje pewnego rodzaju inwazję lądową, we współpracy z sojusznikami z Zatoki Perskiej:
Wszystko zależy od tego, czy Trump uważa, że irański odstraszacz został „dostatecznie cofnięty” w głąb lądu, jak zasugerował na samym początku. Gdyby jego doradcy poinformowali go, że obszar jest bezpieczny, mógłby podjąć jakąś próbę, ale wszystko wskazuje na to, że potrzeba by było dużo czasu na dalsze bombardowanie i degradację irańskich aktywów, aby w ogóle zbliżyć się do takiego punktu.
Iran z drugiej strony nadal grozi zamknięciem Bab Al-Mandab, traktując to jako ostateczną dźwignię eskalacji, gdyby USA przystąpiły do bombardowania irańskich elektrowni i innych kluczowych obiektów infrastruktury cywilnej.
Na pożegnanie, w materiale filmowym, ukazującym bezsilność USA w walce z Iranem w Ormuz, można usłyszeć łamiący się głos Rubia, który histerycznie zachowuje się jak „Karen”, grożąc jednocześnie kontaktem z departamentem „HR” ONZ w sprawie Iranu:
Could not load video.
Jaki jest cel ONZ? – pyta – skoro organizacja ta odmawia podjęcia działań w sprawie dominacji Iranu nad Ormuzem.
No cóż, zobaczmy, Marco: Hormuz był całkowicie otwarty, zanim rozpocząłeś niesprowokowaną wojnę agresywną z Iranem. Teraz twój urzędujący prezydent nie tylko wysadza statki w cieśninie – tak jak robi to Iran – ale, niczym w lustrzanym odbiciu, planuje nawet zacząć pobierać opłaty od krajów tranzytowych.
NCZAS.INFO | Krach państwowej służby zdrowia jest bliski. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: wygenerowane przez AI (GROK)
Taki scenariusz zapowiada Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Izby Lekarskiej. Na taki scenariusz wskazują też ujawniane obecnie liczby dotyczące różnych współczynników oraz zadłużenia szpitali, które rośnie w naprawdę szokującym tempie.
Tak zwane wymagalne zadłużenie szpitali (wymagające natychmiastowej spłaty, termin płatności już minął) już w tej chwili wynosi 5 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku wzrosło o 800 mln zł. Kolejki na różne zabiegi, do specjalistów i do szpitali pęcznieją, a rośnie właściwie tylko jedno: koszty funkcjonowania systemu.
Pensje lekarzy osiągają jakieś zupełnie niebotyczne rozmiary. Innymi słowy, mamy sytuację, w której przeciętny Polak jest zdojony z pieniędzy na służbę zdrowia, nie dostaje usługi, ale za to lekarze – i pielęgniarki zresztą też – są wyjątkowo wysoko opłacani. Można wręcz powiedzieć, że dla lekarzy i pielęgniarek pacjent jest dziś w tym systemie elementem zbędnym, jeśli chodzi o leczenie, natomiast niezbędnym, jeśli chodzi o płacenie.
Doszło do paradoksalnej sytuacji: wyjątkowo wysokie ceny dotyczą usług, których po prostu nie ma. Owszem, są one dostępne dla pewnej grupy szybko i sprawnie, ale ta grupa to pacjenci VIP-owscy, ludzie mający jakieś powiązania z lekarzami.
W Polsce jest w tej chwili 142 tys. lekarzy. Do tego dochodzą pielęgniarki. Można szacować, że mniej więcej milion osób jest w bezpośrednim, rodzinnym związku ze służbą zdrowia i rzeczywiście ma dostęp do usług. Problem polega na tym, że w Polsce mieszka nie jeden milion lekarzy i ich rodzin, ale 38 milionów ludzi. Cała reszta ma już z tą służbą zdrowia, z dostępem do niej i z zabiegami bardzo duży problem. Podkreślmy, że sumy wydawane na ten system są rekordowe. W tym roku będzie to w granicach 250 miliardów złotych plus 70–80 miliardów w systemie prywatnym.
Wydaje się, że czas na prawdziwą ocenę tej sytuacji i na prawdziwą rewolucję. Dlatego chciałbym Państwu krótko opowiedzieć, jaki jest obecny stan rzeczy, jak do niego doszło i co można zrobić, żeby z tym absurdem skończyć.
Akcje nacisku na zwiększenie płac
Pierwszy mechanizm tego kryzysu polega na tym, że pieniądze w systemie zaczęły coraz słabiej wiązać się z realnym leczeniem pacjentów, a coraz mocniej z pozycją zawodową i polityczną grup, które potrafiły wymusić dla siebie uprzywilejowane warunki.
Po pierwsze mamy do czynienia z oderwaniem zarobków od jakichkolwiek zabiegów i jakiejkolwiek realnej pracy lekarskiej. W jaki sposób lekarze tego dokonali? Dokonali tego zadziwiającego dzieła poprzez trwającą dekadę akcję nacisku na zwiększanie płac.
Te naciski były prowadzone naprawdę na każdy możliwy sposób. Czytelnicy pamiętają zapewne miasteczka namiotowe, pamiętają zbieranie podpisów – w swoim czasie lekarze zebrali ich około 250 tysięcy – po to żeby ich płace zostały podwyższone. Jest dosyć łatwo takie podpisy zebrać, ponieważ lekarzy jest bardzo dużo. Wystarczy, że podpisze się lekarz, podpisze się żona i 300 tysięcy podpisów jest.
To jest bardzo duża, wpływowa grupa. Oprócz tego swoją rolę odegrały poszczególne związki zawodowe i poszczególne frakcje lekarzy – pamiętają Państwo choćby rezydentów. W ogóle kwestia rezydentów jest dla mnie jednym z największych i najgrubszych skandali, ponieważ jeżeli ktoś rzeczywiście chce być lekarzem, to musi tę rezydenturę odbyć. Jeżeli jest na takiej rezydenturze, to jest tak naprawdę na praktyce. No trudno, taki sobie zawód wybrał. Ta praktyka nie powinna być tak naprawdę płatna.
Ta praktyka powinna być darmowa, bo to przecież lekarzowi rezydentowi zależy na tym, żeby jeszcze czegoś się nauczyć. To jest zawód jak każdy inny. Oczywiście tworzy on pewną sytuację psychologiczną i roztacza wokół siebie aurę jakiejś szczególności, bo przecież bardzo często chodzi tu o życie człowieka, o operacje na jego ciele. Można więc powiedzieć, że pacjent nabiera wobec lekarza niemal mistycznego podejścia. Ale jeżeli rozebrać relację pacjent–lekarz z tej całej psychologii, z tego całego sacrum – zwłaszcza że sami lekarze dawno już zdjęli ze swojego zawodu owo sacrum i traktują pacjenta raczej jak skórę czy mięso – to wtedy mamy do czynienia po prostu z pewnymi usługami. Te usługi wymagają kwalifikacji, ale też nie przesadzajmy, że wszyscy lekarze są geniuszami albo osobami o jakichś szczególnych możliwościach intelektualnych. Tak niestety nie jest.
Ten zawód trzeba odmitologizować. To są ludzie jak wszyscy inni, którzy wykonują pewne rzemiosło i za to rzemiosło powinni otrzymywać wynagrodzenie proporcjonalne do wykonywanej pracy. Ale tak jak powiedziałem, z uwagi na ich strategiczne usytuowanie oraz na trwające dekadami naciski – często brutalne, często przybierające formę szantażu wobec polityków – doszło do tego, że te płace wystrzeliły.
Powiązanie zarobków ze współczynnikami gospodarczymi
Zaczęło się oczywiście od postulatów, żeby wiązać płace lekarskie z określonymi współczynnikami gospodarczymi – oczywiście w taki sposób, by znajdowały się powyżej tych wskaźników. Chodziło na przykład o to, aby wynagrodzenie lekarza było dwukrotnością średniej krajowej. I tam trwały dyskusje, czy ma to być 1.3, 1.7, 1.6 itp. średniej.
Innymi słowy, siadali sobie przedstawiciele tych zawodów i mówili: lekarz musi – nie wiadomo dlaczego – zarabiać 1,7 średniej krajowej. A wtedy ktoś liczył, liczył, liczył i wychodziło mu: nie, nie, nie, to jednak trochę za dużo pieniędzy, dajmy 1,62.
A ci mówili: nie, nie, nie, dajmy 1,67. I tak te dyskusje trwały w nieskończoność. Oprócz tego wymyślono jeszcze współczynniki związujące wydatki na opiekę zdrowotną z PKB.
Wydatki na opiekę zdrowotną miały być więc powiązane z PKB. I oczywiście koniecznie musiały osiągnąć 7 proc. Dlaczego akurat 7? Dlatego że ktoś sobie zerknął, jak to wygląda w innych krajach i wyszło mu, że w niektórych państwach jest to nawet 9–10 proc., na przykład w Stanach Zjednoczonych. W innych oczywiście jest mniej, ale na to już nie zwracamy uwagi. Zwracamy uwagę tylko na to, gdzie jest więcej. W związku z tym żądano, aby zwiększać wszystkie te wydatki właśnie do takiego poziomu.
Więc z jednej strony mieliśmy multiplikację średniej krajowej, z drugiej – stosunek wydatków do PKB, a oprócz tego jeszcze współczynniki związane z inflacją, naciski i zmiany urzędników w państwie. W pewnym momencie nikt już tak naprawdę nad tym wszystkim nie panował. Nikt nie wiedział, ile ci lekarze rzeczywiście zarabiają.
Tajemnica wokół zarobków
Proszę sobie wyobrazić, że od trzech miesięcy polski rząd stara się ustalić, ile zarabiają lekarze i nie jest w stanie tego zrobić. Dlaczego? Otóż oprócz tych współczynników, to rząd wstawił w wykonywanie zawodu lekarza, też poprzez presję samych lekarzy, a konkretnie pewnej szlachty lekarskiej, szereg różnych barier, który to szereg różnych barier sprawiał, że pewne dosyć wąskie grupy miały monopol na wykonywanie określonych czynności, a te czynności musiały być wykonywane we wszystkich szpitalach.
Zasób ludzi dopuszczonych do tych czynności był ograniczony. Dotyczyło to choćby anestezjologów, a później także różnych chirurgów, kardiologów czy ortopedów.
Doprowadzono do tego poprzez stawianie różnych ograniczeń: zaczęło brakować ludzi, ponieważ do pewnych czynności dopuszczeni byli tylko ci, którzy sami wcześniej zadbali o to, by dostęp do tych czynności był zamknięty dla osób bez określonych uprawnień. Potem mówili: skoro znaleźliśmy się w takiej sytuacji, możemy oczywiście robić – albo fingować robienie tych rzeczy w dziesięciu szpitalach. Będziemy tam obecni, ktoś tak naprawdę wykona za nas zabiegi, ale my będziemy je żyrowali, bo mamy administracyjne możliwości, żeby je wykonywać. Dzięki temu że podpiszemy się pod udziałem w danej czynności, a ktoś inny wykona ją za nas, wszystko będzie formalnie legalne. I nagle okazało się, że pojawiła się kwestia kontraktów.
Innymi słowy, tych ludzi nie ma na etatach w poszczególnych jednostkach służby zdrowia, ale podpisują kontrakty. Potem w zasadzie ich tam nie ma: pojawiają się na chwilę, są pod telefonem albo przyjeżdżają wtedy, gdy trzeba. Mają w jednym szpitalu kontrakt na 50 tysięcy, w drugim na 50 tysięcy, w trzecim na 50 tysięcy, w czwartym etat, do tego przychodnię, funkcję w izbie lekarskiej – i nagle okazuje się, że zarabiają 4 miliony rocznie. Ja cały czas czekam na rekordzistę, bo skoro wiemy o kardiologu z Olsztyna, który w jednym miesiącu zarobił milion złotych – podobno w innych miesiącach mniej – to skłania mnie to do konstatacji, że jeśli dobrze poszukamy, okaże się, iż są lekarze zarabiający 10 milionów złotych rocznie.
Milionerzy jako radni
Co to tak naprawdę znaczy? Mamy oczywiście w Polsce około dwudziestu miliarderów. Mamy ludzi, którzy posiadają setki czy dziesiątki milionów złotych, ale to są z reguły osoby prowadzące jakiś biznes, działalność gospodarczą, która z jakiejś przyczyny okazała się zyskowna. Często pracują na te firmy przez całe lata, czasem przez pokolenia.
A tu nagle pojawiają się ludzie tacy jak domniemany dziesięciomilionowiec – przy czym cztero- i pięciomilionowców mamy już stwierdzonych – którzy przez dziesięć lat zarabiają 100 milionów złotych albo 50 milionów złotych, czyli tyle, ile właściciele wielopokoleniowych firm przez dekady.
Proszę sobie wyobrazić, że lekarz, który zarabia 5 milionów złotych rocznie, przez 30 lat zgromadzi 150 milionów złotych. Łatwo to przeliczyć. I wszystko to pochodzi wyłącznie z kieszeni podatnika.
Przecież dobrze wiadomo, że bodźcowanie pracowników pieniędzmi działa tylko do pewnego momentu. Mamy elastyczność popytu, mamy elastyczność podaży, ale mamy też elastyczność przychodów. Innymi słowy, każda następna złotówka jest dla danej osoby mniej warta. Dlatego dla biednych każdy grosz się liczy, a dla bogatych tysiące można wydawać i nie robi to żadnego wrażenia na tym bogatym. No bo jeżeli zarobi milion, to co to jest dla niego tysiąc? Jeżeli zarobi 10 milionów, to co to jest dla niego pół miliona?
W pewnym momencie takiego lekarza nie interesuje już leczenie. Jeśli chodzi o pieniądze, interesuje go co najwyżej utrzymanie status quo. Skupia się na tym, żeby mieć dostęp do tych pieniędzy – zwłaszcza jeśli dochodzi do tego jeszcze czynnik stabilizujący w postaci polityki. I stąd największymi milionerami w systemie leczniczym są radni – lekarze.
Dlaczego bycie radnym jest dla nich takim elementem stabilizującym karierę? Dlatego że szpitale – w tym idiotycznie skonstruowanym systemie – finansowane są ze wspólnego garnka jednej organizacji, czyli Narodowego Funduszu Zdrowia, ale formalnie ich własność jest z reguły samorządowa. Może to być samorząd na poziomie powiatowym, ale może być też inny poziom – w zależności od rodzaju placówki. Innymi słowy, jeżeli jesteś radnym w danym rejonie, to po pierwsze dobrze wiesz, dokąd płyną pieniądze, bo w ramach wykonywania obowiązków radnego takie informacje do ciebie docierają. Wiesz więc, gdzie się zahaczyć, żeby mieć odpowiedni dopływ pieniędzy. Co więcej, jeżeli jesteś radnym i jeszcze z układu, który w tym miejscu rządzi, to przecież nikt nie odmówi ci tych wszystkich posad, bo jesteś panem radnym. To ty decydujesz tak naprawdę o tych szpitalach, o ich losie i funkcjonowaniu.
Dlatego radni-lekarze, lekarze-radni natychmiast sytuują się we wszystkich możliwych placówkach. I mamy ludzi, którzy najwyraźniej posiadają zdolność bilokacji: jak teraz wiemy, zarabiają przeciętnie milion osiemset, milion siedemset, milion pięćset, dwa miliony, a rekordzista – cztery miliony. Ten rekordzista wzbogacił jeszcze szpitalny repertuar o własną przychodnię i załatwił dla niej kontrakciki. Bo proszę Państwa, w Polsce system działa tak, że przychodnie dostają pieniądze niezależnie od tego, czy ktoś się tam pojawi, czy nie – per capita. Wystarczy, że ktoś się do niej zapisze, a każdy człowiek: pan, pani, ja, jest do jakiejś przychodni zapisany. Gdy już jest zapisany, co miesiąc płyną tam pieniądze. Dlaczego te pieniądze nie płyną na moje konto – na moje konto pacjenta – żeby zbierał się tam kapitał pacjenta? Wtedy po pewnym czasie miałbym własny kapitał pacjenta i sam decydowałbym, gdzie te pieniądze wydam: w jakiej przychodni, w jakim szpitalu i tak dalej.
Może wtedy na SOR-ze, jeżeli przyjechałbym z tym moim kapitałem i powiedział: halo, halo, ja tu mam 100 tysięcy złotych, mogę u was wydać 20 tysięcy na SOR-ze, to wtedy nie usłyszałbym: „proszę czekać”, tylko: „ma pan 20 tysięcy, proszę natychmiast tutaj, szybka ścieżka, triaż pana nie obejmuje i pan wjeżdża”. System rynkowy, w którym pieniądze idą za pacjentem, został odwrócony. Pieniądze idą za radnym, za profesorem, za lekarzem, za pielęgniarką, za dopuszczonym do żłobu w określonej dziedzinie, a pacjent ma tylko płacić.
Szpitale na skraju przepaści
Nic więc dziwnego, że mamy dziś taką sytuację. Zacytuję Państwu jednego człowieka, który jest członkiem Rady Nadzorczej NFZ-u i od czasu do czasu pokazuje różne dane. Krótko mówiąc, jest świadkiem tego, co dzieje się w tym systemie, a te dane są naprawdę zupełnie szokujące. Pokazują, że król jest totalnie nagi. Weźmy przykład: od 1 stycznia 2026 roku rząd obniżył stawkę na wyżywienie pacjentów w szpitalach z 25 złotych 62 groszy do 20 złotych 90 groszy dziennie. I w szpitalu, w którym koordynator zarabia bimbaliony, podaje się takie śniadanko. To oczywiście symbol, ale przytoczę Państwu szokujące dane od Łukasza Kozłowskiego.
Łukasz Kozłowski to właśnie członek Rady NFZ-u, a oprócz tego członek Rady Nadzorczej ZUS-u i główny ekonomista Federacji Przedsiębiorstw Polskich. Obserwuję jego media społecznościowe od dłuższego czasu i widzę, że na liczbach się zna. Lekarze zarabiają bimbaliony, w lipcu dostali szokującą podwyżkę, a tymczasem początek tego roku przyniósł gwałtowny wzrost zaległości płatniczych publicznych szpitali.
W samym pierwszym kwartale 2026 roku, czyli w ciągu trzech miesięcy, zaległości płatnicze wzrosły o 830 mln zł. To 19,6 proc. kwartał do kwartału, a w ujęciu kwotowym najwyższy wzrost od 2003 roku, odkąd gromadzone są dane. Jeszcze całkiem niedawno te zaległości utrzymywały się na poziomie 2 mld zł, spadały nawet do 1,8–1,9 mld zł, ale od 2023 roku – nie bez powodu właśnie od tego momentu – zaczęły dynamicznie rosnąć. Teraz rosną już w sposób po prostu szokujący.
Dokładnie tak samo jak rosną pensje lekarzy. Całe to zadłużenie, cały wzrost pieniędzy wrzucanych do NFZ-u nie idzie na pacjentów, tylko na te nieszczęsne pensje lekarzy.
W momencie kiedy pikują zarobki lekarzy, podwyżki, kontrakty i nie wiadomo, co jeszcze, o 53 tysiące wzrosła liczba oczekujących w kolejce do ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. To wzrost o 6,8 proc. w jednym kwartale. O 15 800 pacjentów zwiększyła się też kolejka w leczeniu szpitalnym, czyli – mówiąc potocznie – kolejka do szpitala.
W jednym kwartale wzrosła ona o 13,9 proc. A jeśli chodzi o wybrane świadczenia specjalistyczne – czyli dostęp do okulisty, ortopedy i innych specjalistów – liczba pacjentów w kolejce zwiększyła się o 140 300 osób. To aż 18,1 proc. w jednym tylko kwartale.
Mamy szokujący wzrost uposażeń lekarzy i jednocześnie szokujący spadek dostępności świadczeń. Im więcej pieniędzy w systemie, tym gorsza dostępność świadczeń. Pamiętają może Państwo występy Nitrasa z Arłukowiczem, kiedy mówili, że nie będzie żadnych kolejek, żadnych limitów, że będzie tak, jak mówił z kolei Hołownia: to lekarz będzie do Państwa dzwonił i pytał, jak się czujecie, oraz zapraszał do specjalisty, na zabieg czy na cokolwiek innego.
Nic takiego się nie stało. Stało się coś dokładnie odwrotnego. Jedynymi, którzy zyskali przez ostatnie trzy lata w służbie zdrowia, są lekarze. Tusk nie zlikwidował ustawy, która indeksuje pensje lekarzy na poziomie przekraczającym inflację o jakieś zupełnie niestworzone liczby. A za pensjami idą kontrakty, bo pensje są częścią koszyka świadczeń.
Mamy wyceny poszczególnych zabiegów i kiedy rośnie pensja, to oczywiście musi wzrosnąć także wycena. Pani, która jest teraz ministrem zdrowia, sama jest wychowanicą tego systemu. Sama była dyrektorką szpitala. To ona jest jedną z tych partyjniaczek, które na tym systemie zarabiają.
Jakie jest wyjście?
Państwowej służby zdrowia nie da się oczywiście uleczyć. Dlaczego się nie da? Dlatego że świadczenie zdrowotne jest czymś, czego popytu nie da się w pełni zaspokoić. Każdy może przecież znaleźć u siebie jakiś problem medyczny. Jeśli nie poważny, typu onkologiczny czy sercowy, to przynajmniej kosmetyczny. Jeśli mamy w konstytucji zapisane, że służba zdrowia jest rzekomo za darmo, czyli że państwo ma to jakoś załatwić, to musiałoby to oznaczać, że nie 7 proc. PKB, nie 8 proc. PKB, nie 10 proc. PKB, tylko 100 proc. PKB powinno być przeznaczone na służbę zdrowia.
A tak naprawdę i tak by tych pieniędzy nie wystarczyło. To oczywiście absurd. Krótko mówiąc, trzeba zacząć ten system powoli prywatyzować.
Trzeba zacząć od drobnych kroków: pieniądze muszą iść za pacjentem, a nie za lekarzem. Pieniądze muszą iść za chorym, a nie za pielęgniarką. Pieniądze muszą iść za tym, kto idzie po świadczenie, a nie za kolejnym papierkiem, który stanowi barierę administracyjną i tworzy grupy uprzywilejowanych lekarzy z dostępem do systemu, bo ten papierek w jakiś sposób sobie załatwili.
Co więcej, pacjent musi dostawać te pieniądze w zależności od tego, ile płaci. Nie może być tak, że niektórzy mają łatwiejsze ścieżki za te same pieniądze, bo są krewnymi, radnymi albo znajomymi królika. Pełne świadczenia dotyczące najpoważniejszych schorzeń – takich jak choroby onkologiczne czy kardiologiczne – powinny być dostępne na zasadach pełnej transparentności i pełnej równości dostępu.
Innymi słowy, musi skończyć się faworyzowanie lekarzy, ich rodzin i polityków. Oczywiście te pierwsze kroki można wykonać szybko i stosunkowo łatwo, ale to jest tylko coś w rodzaju aspiryny na przeziębienie. Żeby naprawdę wyjść z tego przeziębienia, musi zmienić się wszystko – przede wszystkim ekspozycja na czynniki, które to przeziębienie powodują.
A głównym czynnikiem, który tę chorobę powoduje, jest oczywiście to, że służba zdrowia jest państwowa. Musi więc dojść do prywatyzacji systemu i prywatyzacji składek. Dopiero w takim systemie, w którym pacjent jest w centrum, ponieważ to są jego pieniądze i za te pieniądze ktoś go leczy, cokolwiek może się uzdrowić.
Ale tak jak mówię, z uwagi na różne okoliczności tego systemu nie da się go sprywatyzować jednym strzałem. Te resztki systemu trzeba jednak uzdrowić poprzez radykalne zmniejszenie pensji lekarzy, radykalne ograniczenie różnego rodzaju układów nepotystycznych – czyli wyrzucenie wszystkich partyjniaków z zarządów szpitali, stopniowe przechodzenie na wykonywanie usług przez podmioty zewnętrzne działające na rynku, a na końcu doprowadzenie do zasadniczej reformy polegającej na tym, że pacjenci płacą sami za siebie.
Szkoła Ameryk (Escuela de las Américas) jest niezwykłym przejawem zinstytucjonalizowanej manipulacji politycznej oraz terroru. Szkoła ta powstała z inicjatywy Waszyngtonu i miała (i ma nadal) za zadanie utrzymanie amerykańskiej kontroli nad latynoamerykańskimi państwami poprzez zapewnienie sobie wpływu na armie i policje tych krajów.
Szkoła ta, pomimo że jej motto brzmi: „Wolność, Pokój, Braterstwo”, jest w Ameryce Łacińskiej powszechnie znienawidzona z powodu aktywności, jaką prowadzi w krajach rozciągających się na południe od Rio Grande. Od 2001 roku występuje ona pod nazwą hiszpańską Instituto del Hemisferio Occidental para la Cooperación en Seguridad (Instytut Współpracy w dziedzinie Bezpieczeństwa Półkuli Zachodniej) lub angielską The Western Hemisphere Institute for Security Cooperation. Nazwa hiszpańska jest częściej stosowana, gdyż językiem wykładowym szkoły jest język hiszpański. Starsze określenie szkoły, Escuela de las Américas, jednak się utrwaliło i potocznie do dziś jest stosowane. Szkoła mieści się w Fort Benning (obecnie przemianowanym na Fort Moore) w stanie Georgia, USA. Obecnym szefem szkoły jest pułkownik Michael P. Rogowski.
Szkoła została założona w 1946 roku w zachodniej części strefy Kanału Panamskiego, znajdującej się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. Szkoła wówczas nazywała się Centro de Entrenamiento Latinoamericano. División de Tierra (Centrum Szkolenia Latynoamerykańskich Sił Lądowych), a jej siedzibą był Fort Amador. Już w 1949 roku szkołę przeniesiono do Fort Gulick w innej części strefy kanałowej, zmieniając jednocześnie jej nazwę na Escuela del Caribe de Ejército de EE. UU. (Szkoła Amerykańskiego Wojska w Rejonie Karaibów). W 1963 roku otrzymała nową nazwę – Escuela de las Américas (lub School of the Americas – SOA), ale wśród nacji latynoskich jest określana najczęściej mianem Academia de Asesinos (Akademia Morderców).
Przed jej gmachami w Panamie odbywały się nieustanne demonstracje domagające się zamknięcia szkoły. Jako że wszystkie te protesty odbywały się w atmosferze niechęci do Stanów Zjednoczonych, Ronald Reagan przeniósł szkołę do Fort Benning, gdzie funkcjonuje do dziś. W szkole kształcą się żołnierze i oficerowie latynoscy, często osiągający dzięki temu awanse na wysokie szarże. Zadaniem oficjalnym szkoły było poprawianie kwalifikacji żołnierzy z krajów latynoskich w dziedzinie ćwiczeń artyleryjskich, reperacji pojazdów wojskowych, zajęć z działań piechoty, poprawiania ogólnej sprawności fizycznej, a nawet kuchni wojskowej. W istocie rzeczy uczniowie szkoły od początku przechodzą intensywny kurs ideologiczny Bezpieczeństwa Narodowego, oparty na amerykańskiej doktrynie wojennej. Utrzymanie stabilizacji danego państwa jest podstawą tej narracji. Nie bierze się pod uwagę, że system wyzysku i ograbiania miejscowych gospodarek przez amerykańskie koncerny siłą rzeczy zaburza tę właśnie stabilność.
Wychowankowie
Szkoła Ameryk w czasie swego długiego istnienia wyedukowała ponad 60 000 żołnierzy latynoskich, w tej liczbie 10 prezydentów, 38 ministrów obrony i 70 różnego rodzaju komendantów wojskowych. Jej absolwenci stanowili dość homogeniczny zestaw ludzi, który tworzyli głównie żołnierze i policjanci. Dzięki poparciu szkoły, a tym samym rządu Stanów Zjednoczonych, wielu z nich awansowało na wysokie rangi oficerskie. Wśród nich wymienić można takich wojskowych jak: gen. Jorge Rafael Videla, gen. Roberto Eduardo Viola, gen. Leopoldo Galtieri określający się jako „pupilek Waszyngtonu” (przywódcy faszystowskiej junty rządzącej Argentyną w latach 1976–1983), gen. Hugo Banzer (dyktator Boliwii w latach 1971–1978 oraz 1997–2001, odpowiedzialny za 4000 zaginionych i zabitych), gen. Manuel Contreras (szef osławionej tajnej policji DINA, zwanej powszechnie „gestapo Pinocheta”), gen. Hernán José Guzmán Rodríguez (Kolumbia, współpracujący z faszyzującymi bojówkami narkotykowymi Muerte a Secuestradores), Raoul Cédras (dyktator Haiti w latach 1991–1994), Guillermo Rodríguez (dyktator Ekwadoru w latach 1972–1976), kapitan Juan Oreldo Urbine (Urugwaj), Vladimiro Montesinos (Peru, szef wywiadu wojskowego w rządzie dyktatora Alberto Fujimoriego), gen. Efraín Ríos Montt (dyktator Gwatemali w latach 1982–1983), gen. Gustavo Adolfo Álvarez Martínez (dowódca szwadronów śmierci w Hondurasie w latach 1981–1984) etc.
Przez Akademię Morderców przewinęło się mnóstwo ludzi różnego autoramentu. Jednym z ciekawszych przypadków był Luis Arce Gómez, boliwijski gangster narkotykowy. Poprzez matkę był blisko spokrewniony z „królem kokainy” Roberto Suárezem Gómezem. W 1980 roku „król kokainy” sfinansował prawicowy, wojskowy zamach stanu w Boliwii, który przeprowadził generał Luis García Meza. W zamian za wsparcie narkomafia została wynagrodzona teką ministra spraw wewnętrznych, którą otrzymał Luis Arce Gómez. Zamach stanu wspomógł także żyjący jeszcze wtedy „kat Lyonu”, Klaus Barbie, który zwerbował dla generała Mezy kilkuset faszystów z Europy Zachodniej. Generał Meza i Arce Gómez rządzili około półtora roku. Przez ten czas wysłali na tamten świat ponad 500 osób, a 4000 umieścili w więzieniach.
Nie wszystkim swoim wychowankom Szkoła Ameryk zdołała jednak zepsuć psychikę. Peruwiański generał Juan Velasco Alvarado, wychowanek Akademii Morderców, w 1968 roku przeprowadził w Peru zamach stanu w interesie Indian i rolników. Przeprowadził reformę rolną, wywłaszczył za odszkodowaniem niektóre amerykańskie koncerny. Uczynił język keczua (quechua) językiem równoprawnym obok hiszpańskiego. Jego pogrzeb w 1975 roku był wielką manifestacją poparcia społecznego i żalu z powodu śmierci generała. W pogrzebie wzięło udział około milion osób. Trochę podobnym przykładem był prezydent Panamy, Manuel Noriega, zwany „Ananasem”. Początkowo współpracował z CIA, ale później odrzucił żądania Reagana, by renegocjować warunki użytkowania Kanału Panamskiego. W odpowiedzi w 1989 roku doczekał się amerykańskiej inwazji. Został pojmany i w Miami skazany na 40 lat więzienia za handel narkotykami (media amerykańskie zarzucały mu także oglądanie pornografii, skłonności homoseksualne, noszenie czerwonych kalesonów etc.).
Zupełnie odmiennym przypadkiem jest sprawa sławetnego Augusto Pinocheta. Był on wychowankiem Akademii Morderców, o czym wzmiankuje wiele publikacji, ale ostatnio pojawił się trend negowania jego związków z tą szkołą. Sztuczna Inteligencja twierdzi, że Pinochet nie studiował w Escuela de las Américas, mimo że wszystkie jego posunięcia bezdyskusyjnie wskazują, że w tej szkole odebrał odpowiednie nauki. Wydaje się, że obecnie Szkoła Ameryk pragnie się odciąć od tego „gwiazdora”, którego wyczyny są doskonale znane międzynarodowej opinii publicznej.
Metody działania
Szkoła przeżyła wstrząs ideologiczny i mentalny po zwycięstwie rewolucji na Kubie. Waszyngton uznał, że jego strefa wpływów, doskonale wyrażona przez doktrynę Monroe, może zostać zagrożona. W efekcie kursy ideologiczne stały się prawdziwym praniem mózgów. Uczono tam nienawiści do lewicowości we wszystkich przejawach, do związków zawodowych i do autochtonów, którzy zostali uznani za element niepewny. Czynniki decyzyjne w Waszyngtonie uznały, że muszą zastosować bardziej bezwzględne i okrutne metody, by utrzymać wpływy i dominację w Ameryce Łacińskiej.
W 1963 roku pod patronatem Jamesa J. Angletona, członka mrocznej organizacji Skull & Bones i pracownika Uniwersytetu Yale, CIA stworzyła podręcznik tortur zwany „Kubark Counterintelligence Interrogation”. W 1983 roku CIA wydała następne tego typu dzieło pt. „Human Resource Exploitation Training Manual”. Nazwa Kubark była zaszyfrowanym skrótem odnoszącym się do samej CIA. Kubark był dokumentem ściśle tajnym i przez około 30 lat nikt nie wiedział o jego istnieniu. Był jednym z podstawowych podręczników, na bazie którego szkolono tysiące adeptów Szkoły Ameryk. Agenci CIA określali Kubark mianem „inteligentnego przesłuchania”.
Wstępne metody postępowania związanego z przesłuchaniem obejmowały psychiczne zastraszanie, wyznaczanie nagrody pieniężnej za głowę poszukiwanego, zmuszanie do przyjmowania narkotyków i różnych innych substancji psychoaktywnych, takich jak temazepam, etanol, hioscyna, tiopental etc. By szantażować przesłuchiwanego, zalecane było porywanie członków jego rodziny i ewentualne pastwienie się nad nimi. Fizyczne znęcanie się nad pochwyconym obejmowało m.in.: bicie, kopanie, wieszanie ze związanymi na plecach rękami, trzymanie głowy przesłuchiwanego przez pewien czas w mocno nasolonej wodzie, kłucie, przypalanie prądem elektrycznym szczególnie unerwionych miejsc, głodzenie, nieustanne wybudzanie ze snu.
Nauczycielami byli często członkowie amerykańskich, elitarnych jednostek specjalnych, np. Zielonych Beretów. Pewien żołnierz salwadorski wspominał, jak pewnego dnia Zielone Berety przyprowadziły do jego garnizonu 16-letniego chłopca, oskarżonego o przynależność do partyzantki, i kazały miejscowym żołnierzom wbijać mu bagnety w palce i wyrywać paznokcie. Chłopca poddano także innym torturom, w skutek których zmarł.
Wszyscy pochwyceni musieli zostać rozebrani do naga i byli często przetrzymywani z kapturem na głowie, z założonymi kajdanami na rękach i nogach. Schwytanych umieszczano w ukrytych, zaimprowizowanych obozach koncentracyjnych. Obozy te lokowano najczęściej w niepozornych miejscach, na peryferiach miast albo w buszu, z daleka od siedzib ludzkich. W Chile, w okresie dyktatury Pinocheta, jednym z większych i bardziej znanych obozów koncentracyjnych była Villa Grimaldi w Santiago, przy Avenida José Arrieta 8200. „Gościła” w swoich murach ponad 4500 osób. Zwano ją także Cuartel Terranova i wsławiła się wyjątkowo okrutnymi torturami. Szefem Villa Grimaldi był brygadier Miguel Krasnoff, Chilijczyk pochodzący z rodziny Kozaków dońskich, urodzony w Austrii. Był dowódcą Brygady Caupolicán, znanej z licznych potajemnych porwań ludzi, zabójstw i stosowania tortur. Miguel Krasnoff był wychowankiem Szkoły Ameryk i był odpowiedzialny za śmierć około 70 osób, w tym za zabójstwo generała Carlosa Pratsa, przeciwnika spisku Pinocheta w 1973 roku.
W Argentynie, w okresie rządów prawicowej junty (1976–1983) szefem policji w prowincji Buenos Aires był generał Ramón Camps, wychowanek Escuela de las Américas. Zarządzał on siecią 29 obozów koncentracyjnych rozsianych na terenie tej prowincji. Ramón Camps miał na sumieniu 32 zabójstwa, 120 przypadków torturowania schwytanych, 2 gwałty, 2 porody sprowokowane torturami, 18 przypadków okradania więźniów, 214 porwań etc. Proces, jaki prowadzono przeciwko niemu, nie przyniósł jednak sprawiedliwości, gdyż w 1990 roku neoliberalny prezydent Carlos Menem udzielił mu ułaskawienia.
W praktyce wobec osób uznawanych za zakłócające stabilizację oprawcy stosowali zarówno tortury zalecone w podręcznikach Kubark, jak i wykazywali się inwencją własną. Doskonałą ilustracją takiej inwencji jest sprawa amerykańskiej siostry zakonnej, urszulanki, Dianny Ortiz. W 1989 roku przebywała ona w Gwatemali z misją edukacyjną i dobroczynną wśród Majów z grupy Ixil. Pewnego dnia została porwana przez żołnierzy gwatemalskich i zaciągnięta do obozu ukrytego w posterunku policji. Tam poddano ją brutalnym przesłuchaniom trwającym 24 godziny. Przesłuchania były przerywane biciem, kopaniem i zbiorowymi gwałtami. Po powrocie na wolność lekarze naliczyli na jej ciele ponad 111 ran spowodowanych tym, że oprawcy gasili na jej plecach płonące papierosy. Gdy Dianna była już półżywa, przesłuchujący wrzucili ją do dołu, w którym leżały trupy razem z żywymi ludźmi, dogorywającymi po torturach. Przypuszczalnie zakończyłaby wtedy życie, ale wśród przesłuchujących był rodowity Amerykanin, którego rozpoznała po angielskim akcencie, z jakim mówił po hiszpańsku. Kumple zwracali się do niego Alejandro. Otóż tenże Alejandro zaproponował, by jej jeszcze nie dobijać. Dzięki temu przeżyła. W stolicy Gwatemali domagała się zadośćuczynienia u ministra obrony Gwatemali, generała Héctora Gramajo – człowieka bezpośrednio odpowiedzialnego za represje, jakich doznała. Gramajo był wychowankiem Escuela de las Américas i ściśle współpracował ze służbami amerykańskimi. Oczywiście nie podjął on tematu i dalej działał zgodnie z dotychczasowym kursem. Wobec tego siostra Dianna przedstawiła swój przypadek w USA, domagając się sprawiedliwości. Rząd Ronalda Reagana odpowiedział jej ustami Thomasa Stroocka, amerykańskiego ambasadora w Gwatemali. Oświadczył on, że Stany Zjednoczone nie mają nic wspólnego z podobnymi okrucieństwami i nie partycypują w nich…
Walka o prawdę i uchylenie rąbka tajemnicy
Prezydent Jimmy Carter, który poważnie traktował pojęcie praw człowieka, zawiesił działalność szkoły. Ronald Reagan po objęciu prezydentury ponownie ją jednak otworzył i udzielił jej szerokiego poparcia. Praktyki wychowanków Akademii Morderców przez długie dziesięciolecia pozostawały w ukryciu. Nikt też nie wiedział o istnieniu podręczników tortur. W 1990 roku amerykański ksiądz Roy Bourgeois stworzył organizację SOA-Watch, która miała uważnie śledzić działalność Escuela de las Américas. Inicjował też protesty przed siedzibą szkoły w Fort Benning. Za taką działalność ksiądz Bourgeois i inni aktywiści zostali aresztowani i skazani wyrokiem sądu na cztery lub więcej lat więzienia.
Działalność Escuela de las Américas była nawet dla niektórych kongresmenów podejrzana. W 1993 roku deputowani Partii Demokratycznej – Marty Meehan, Joseph Kennedy i Joseph Moakley – wystąpili z wnioskiem o zamknięcie szkoły albo przynajmniej o zmniejszenie jej finansowania. W 1996 roku, za prezydentury Billa Clintona, zdecydowano się odtajnić podręczniki stosowane przez nauczycieli z Akademii Morderców. Były to m.in.: „Terrorismo y guerrilla urbana”, „Estudio de Interrogación”, „Inteligencia de Combate”, „Manual de Estudios Contra-Inteligencia” etc. Mimo odsłonięcia rąbka tajemnicy, różni politycy amerykańscy nadal podważali wyczyny wychowanków szkoły. Dick Cheney utrzymywał, że były to tylko nieautoryzowane błędy.
Niektóre wyczyny
Pierwszy szef junty argentyńskiej, generał Jorge Rafael Videla (1976–1981), stanął w 2010 roku przed sądem za popełnione zbrodnie w 1256 przypadkach. Zarzucano mu m.in. bezpośrednią odpowiedzialność za zabicie 29 osób, poddanie torturom 32 osób, zagrabienie mienia 35 osobom etc. Został skazany na dożywocie. Zmarł w 2013 roku.
Do historii przeszły wyczyny faszystowskiego batalionu Atlacatl. Dowódcą był pułkownik Domingo Monterrosa, wychowanek Akademii Morderców. Duża część żołnierzy batalionu również przeszła szkolenie w tej akademii. W grudniu 1981 roku batalion Atlacatl napadł na miejscowość El Mozote. Jego ludzie zabili tam 978 osób – kobiet, mężczyzn i dzieci. Mężczyźni przed śmiercią zostali poddani torturom w miejscowym kościele. Najmłodsze dzieci miały po kilka miesięcy lub lat. Monterrosa zarzucał mieszkańcom El Mozote, że byli sympatykami lewicowej partyzantki. W 1982 roku żołnierze z Atlacatl zamordowali w miejscowości El Calabazo ponad 200 osób płci obojga. Jednym z głośniejszych mordów było zabójstwo arcybiskupa Óscara Arnulfo Romero, wielkiego obrońcy pokoju i praw człowieka. 23 marca 1980 roku wygłosił on pamiętną homilię, w której w imię chrześcijańskich wartości apelował do żołnierzy salwadorskich, by nie wykonywali rozkazów strzelania do ludzi. Dzień później został zabity przez członków szwadronów śmierci. Zleceniodawcą wymienionych zbrodni był czołowy polityk salwadorskiej prawicy, major Roberto d’Aubuisson – wychowanek Akademii Morderców.
W Kolumbii 18 000 żołnierzy przeszło trening w Escuela de las Américas. Jednym z bardziej „zasłużonych” wychowanków szkoły był generał Agustín Ardila Uribe, komendant 4. Dywizji armii kolumbijskiej. W 1984 roku przeszedł on trening w Escuela de las Américas. W 1992 roku napadł na miejscowość Mapiripán w departamencie Meta. Jego oddziały ściśle współpracowały z faszystowskimi i narkotykowymi bojówkami Autodefensas Unidas de Colombia. W Mapiripán żołnierze i bojówkarze zamordowali ponad 77 wieśniaków płci obojga, ścinając im głowy, podrzynając gardła i wypruwając wnętrzności. Armia i bojówkarze zarzucali mieszkańcom Mapiripán, że sympatyzowali z lewicową partyzantką.
Escuela de las Américas do dziś wykazuje się wielką aktywnością w obronie amerykańskiego i zachodnioeuropejskiego kapitału. W 2018 roku boliwijscy oligarchowie z prowincji Santa Cruz i amerykańskie służby postanowiły pozbyć się demokratycznie wybranego prezydenta Evo Moralesa, któremu prawica zarzucała, że chce być dożywotnim dyktatorem. Bunt w Santa Cruz mógł być łatwo stłumiony, gdyż nie miał szerokiego poparcia w społeczeństwie, ale naczelny dowódca armii boliwijskiej, generał Williams Kaliman, i szef policji, Vladimir Yuri Calderón, opowiedzieli się za oligarchami i zażądali dymisji prezydenta. Evo Morales musiał się ukrywać, a prawicowa bojówka przeszukiwała jego mieszkanie. Przypuszczalnie Morales zostałby wówczas zabity, ale prezydent Meksyku, Andrés Manuel López Obrador, wysłał do Boliwii meksykański samolot wojskowy, który zdołał odnaleźć Moralesa i zabrać go bezpiecznie do Meksyku. Zarówno Kaliman, jak i Calderón byli wychowankami Escuela de las Américas. Oprócz nich w armii boliwijskiej działali wówczas tacy wychowankowie szkoły jak: burmistrz miasta Cochabamba, kapitan Manfred Reyes Villa (mózg tego zamachu), pułkownik Remberto Siles Vázquez, pułkownik Teobaldo Cardozo Guevara, pułkownik Julio César Maldonado Leoni, pułkownik Oscar Aguirre etc.
W obecnej, po-chavezowskiej Wenezueli tymczasowa prezydent Delcy Rodríguez, w ramach wymiany kadr wojskowych, postawiła na czele armii generała Gustavo Gonzáleza Lópeza – znanego z brutalności adepta Akademii Morderców. Rząd Delcy Rodríguez ściśle współpracuje z Waszyngtonem, zajmując się powolną likwidacją reform Cháveza oraz Maduro i przygotowaniem gruntu pod powrót neoliberalizmu. W takich warunkach możliwe będą wybuchy społecznego niezadowolenia. Wychowanek Akademii Morderców jako wódz armii wenezuelskiej może być w tych warunkach bardzo przydatny.
Warto na koniec zastanowić się, ilu ludzi straciło życie na skutek długotrwałej aktywności Szkoły Ameryk. Autor tego tekstu wyznaje, że nie natrafił na żadną wiarygodną i wyczerpującą statystykę. Biorąc pod uwagę duży zasięg czasoprzestrzenny działania szkoły, wydaje się, że ofiar było bardzo dużo – może nawet setki tysięcy. Czas pokaże, czy liczba ludzi, którzy zostali zamordowani lub ponieśli ciężki uszczerbek na zdrowiu skutkiem działalności Szkoły Ameryk, kiedykolwiek zostanie w pełni ujawniona.
Na naszej „działce numer jeden na globusie”, jak Polskę określa Grzegorz Braun, lato trochę fiksuje. Termometr w cieniu podskoczy prawie pod czterdziestkę, pomęczy parę dni, a potem, jakby się przestraszył, spada do 15°C w dzień, a w nocy do 10°C.
Lipcowym żeglarzom z pierwszej połowy miesiąca na Mazurach „ocieplający się klimat” dał nieźle „w kość”: szalały zimne szkwały, chłostał zimny deszcz i rejsy nie były samą przyjemnością, ale raczej „niedźwiedzim mięsem”.
A jak to bywało niegdyś?
Amantine Lucille Aurore Dupin, urodzona 1 lipca 1804 roku w Paryżu, opisuje upalne lato 1870 roku we Francji. Zapewne nie byłaby zbyt dobrze znana polskiemu czytelnikowi, gdyby nie to, że była kochanką Fryderyka Chopina w latach 1838–1847. Znamy ją pod pseudonimem George Sand.
W 1870 roku miała 66 lat, mieszkała wówczas w Nohant, Chopin nie żył od ponad dwudziestu lat. Oto jak opisuje lato 1870 roku George Sand: „45°C w Nohant w lipcu 1870 roku. Ogromne zmęczenie, zaległości w pracy, rozpaczliwe próby powrotu do zajęć pośród lata, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam, lata, którego nie uważałam za możliwe w naszym umiarkowanym klimacie: dni, gdy termometr w cieniu wskazywał 45 stopni, gdy na dzień 1 lipca nie ostało się ani źdźbło trawy, ani kwiat, drzewa żółkły i gubiły liście, a spieczona ziemia pękała, jakby chciała nas pochłonąć żywcem; lęk, że z dnia na dzień zabraknie wody; strach przed chorobą i nędzą dotykającymi tych wszystkich biednych ludzi – zniechęconych daremnym błaganiem ziemi o plony, których ta uparcie odmawiała ich trudom – rozpacz z powodu zbiorów siana, które praktycznie nie istniały, rozpacz z powodu nędznych zbiorów zboża, fatalnych w tym afrykańskim skwarze, który sprawiał wrażenie końca świata! A do tego plagi, o których nauka sądziła, że je wyeliminowała, a wobec których teraz okazywała się bezsilna: zjadliwa, przerażająca ospa prawdziwa; pożary w okolicznych lasach wznoszące swe złowieszcze słupy ognia na horyzoncie; przerażone wilki szukające schronienia w naszych domach o zmierzchu! A potem gwałtowne burze niszczące wszystko, i zabójczy grad dopełniający dzieła suszy!” [1].
Czytając ten opis, łatwiej znieść tegoroczne upały, ale również budzi się inna refleksja: gdyby tak jakiś przewrotny i inteligentny geszefciarz już wtedy wpadł na to, by ludzie „działali na rzecz klimatu” – mielibyśmy już półtora wieku prac w celu ochłodzenia klimatu! Jak wspaniale mógłby ewoluować taki Zielony Ład, ileż to pieniędzy można by zgarnąć przez ten czas za wydzielany przez mieszkańców Europy dwutlenek węgla! Ile kopalń zamknąć, ilu ludziom zlikwidować miejsca pracy, piece i kominki… Łza się w oku kręci.
Europejczycy w tamtych czasach nie byli jeszcze całkiem „zbetryzowani” [2] i jak ktoś im wchodził w szkodę, potrafili intruza stosownie potraktować czym kto miał pod ręką: z fuzji, szpadą albo widłami. Może dlatego byłoby trudniej lub wręcz niemożliwe taki przekręt przeprowadzić. Dzisiaj namnożyło się różnych „działaczy”, „uzdrawiaczy klimatu”, „ochroniarzy korników w puszczy”, „kontrolerów dobrostanu trzody chlewnej i długości psiego łańcucha” i wszelkiego rodzaju innych pasożytów po jakichś „gas cooking high school” (chodzi o „wyższą szkołę gaztronomii”? – przypis admin WM), niepotrafiących robić niczego pożytecznego, tylko uprzykrzać życie ludziom. Ludzie zaś, obawiając się „służb osłonowych” opłacanych przez polskiego podatnika, zamiast pogonić intruza ze swojego terenu, kulą ogony pod siebie i poddają się jak niewolnicy.
Złodzieje ludzkich pieniędzy, wspomagani przez rządzących, wyciągają z nas rozliczne, coraz cięższe do uniesienia podatki i opłaty. Podpisanie Zielonego Ładu przez Morawieckiego (z akceptacją Kaczyńskiego) spowodowało okradanie Polaków w majestacie unijnych dyrektyw. Kto nie wierzy, niech sprawdzi swoje opłaty za prąd sprzed np. dwóch lat i dzisiaj. U mnie pięcioletnie zestawienie (dla dwóch osób w domu) wygląda tak: 2021 – 1405 PLN; 2022 – 1483 PLN; 2023 – 1421 PLN; 2024 – 1470 PLN; 2025 – 2180 PLN; 2026 – 3271 PLN. Zgadniecie, w którym roku spadł na nas Zielony Ład? Liczba zużytych kWh jest corocznie na rachunku w przybliżeniu ta sama, oprócz tego siedzimy cztery miesiące w roku na działce, gdzie za elektryczność płacimy oddzielnie.
Wiecie teraz, dlaczego (m.in.) nie życzę dobrze ani Naczelnikowi, ani Pinokiowi, mimo że głosowałem na nich przez kolejne lata? Dla mnie to są oszuści, którzy teraz odwrócili marynarki podszewką do góry i udają patriotów – bez Zełenskiego, którego przedwczoraj obcałowywali i obściskiwali. O reszcie p.o. Polaków polityków pod wodzą Oskara nie wspominam, szczególnie z grupy, dla której „polskość to nienormalność”. Żadnego z nich nie było w swoim czasie w Domostawie na odsłonięciu Pomnika Ludobójstwa Wołyńskiego, żaden nie pomógł wspaniałemu rzeźbiarzowi – patriocie Andrzejowi Pityńskiemu, by stworzony przez niego pomnik stanął na należnym mu miejscu w Warszawie lub którymś z większych miast. Teraz, kiedy ktoś przełożył „wajchę” i Zełenski wchodzi w ześlizg po równi pochyłej, pojawiają się w Domostawie ci i owi, by przykleić się do patriotów i uchronić przed utratą swojego miejsca przy żłobie z konfiturami.
Upały upałami, a tymczasem „dyrektywy unijne” przyjmowane przez polityków PO-PiS-u coraz głębiej niszczą polską gospodarkę. Szczególnie dotkliwym stało się przyjęcie przez Polskę w ramach Zielonego Ładu (Naczelnik i Morawiecki!) tak zwanego ETS. Angielskie Emissions Trading System to wprowadzony przez Unię system handlu uprawnieniami do emisji CO2 czyli podatek dla fabryk i elektrowni za to,, że wydzielają dwutlenek węgla. Wynosił on w latach 2017-2018 około 5 USD za tonę CO2 – niewiele, na zachętę. Potem uruchomiono geszeft: „niech cenę 1 tony CO2 określa giełda”.
No i poszło: geszefciarze handlują prawem do tego, ile podatku mają zapłacić kopalnie, fabryki, elektrownie za wydzielony dwutlenek węgla, bez którego nie byłoby na świecie życia. W 2020 roku cena poszła sześciokrotnie w górę, do około 30 USD za tonę. W latach 2021–2022 nastąpił skokowy wzrost z około 30 USD do ponad 80 USD za tonę. Obecnie, w 2026 roku, ceny wahają się w przedziale 60–90 USD za tonę, w zależności od aktualnych przetargów na giełdach. W ten sposób narzucono krajom eurokołchozu podatek od wszystkiego – bo energia potrzebna jest do każdej produkcji – od ziarna zboża i ziemniaka po długopis, samochód pancerny i działo bezodrzutowe. Ten złodziejski haracz to ponad 60% ceny energii, czyli ponad połowa, co powoduje drożyznę wszystkiego.
Równocześnie Unia zawarła umowę „Merkosur” z krajami Ameryki Łacińskiej, gdzie żadne unijne normy nie obowiązują i ETS nie działa. Energia nieopodatkowana tym haraczem pozwala na tańsze wyprodukowanie wszystkiego, szczególnie w rolnictwie, czego umowa dotyczy. Co prawda produkty Mercosuru nie są obciążone restrykcyjnymi normami sanitarno-higienicznymi: żadnymi tam zakazami nastrzykiwania antybiotyków do wołowiny czy innymi eurokołchozowymi wymysłami.
Czy konsumowanie merkosurowych produktów wyjdzie nam na zdrowie, okaże się za jakiś czas. Na pewno na początek zadławią nasze rolnictwo i Polska stanie się zależna od dostaw żywności z zagranicy. Hodowcy przestaną hodować bydło i trzodę chlewną, rolnicy obsiewać pola – bo ich produkty, jako za drogie, nie będą miały zbytu. Żeby zlikwidować hodowlę i rolnictwo, wystarczy rok czy dwa, i zostaniemy na własnej (jeszcze) ziemi bez własnej żywności. A potem, żeby nas zmusić do przejścia w stan kompletnego zniewolenia, wystarczy wstrzymać dostawy.
Słyszeliście o Wielkim Głodzie na Ukrainie? Hołodomor (ukr. „Голодомор”, czyli „głodobójstwo”) wywołały sztucznie komunistyczne władze w latach 1932–1933. Ukraińcy sprzeciwili się kolektywizacji rolnictwa, władze ich ukarały głodem. Różne źródła podają, że liczba ofiar na Ukrainie wynosiła od ponad 3 do 10 milionów ludzi. Przykład dla władz unijnych jest. Polacy to znani w świecie buntownicy, podskoczą – nie dostarczy im się produktów z Merkosuru, swoich nie mają – weźmiemy ich głodem. Trochę wyzdycha („dusza goja pochodzi od zwierzęcia”), część wyjedzie, opustoszeje wieś, grunty będą tak tanie, że tylko brać i wybierać. Tak może skończyć swoje istnienie kraj o ponad tysiącletniej historii zwany Polską, zasiedlą go inni.
Dlatego liczę na Koronę z Braunem, że otrzymawszy stosowną ilość głosów w wyborach, pogoni kłamców u władzy i odbierze Polskę eurokołchozowym komisarzom, którzy wbrew jakiejkolwiek demokracji dokooptowują się na euro-unijne stołki i prowadzą Europę do zagłady, a Polskę skazali na sługusa Ukrainy.
Liczę na Koronę z Braunem, że popierany przez Naród potrafi wyrzucić Unię z Polski i odzyskamy niepodległość. Dzieło i odpowiedzialność wielka, ale stawka to „być albo nie być”. Można spekulować, że ten Braun, ach ten Braun, taki bezczelny, taki kontrowersyjny, taki nie wiadomo co. Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Przyjmując, że jest prawdziwym prorokiem, a nie matrioszką jak różni chodzący dziś w sławie „nasi” politycy, nie ryzykujemy nic, a Polska może wiele zyskać, zawracając z drogi do przepaści. Urszula „Wodęleje” oznajmiła, że Europa oparta jest na wartościach „Talmudu”. Warto zajrzeć, co „Talmud” ma do zaproponowania gojom i co nas czeka [3].
Jasnowidzami posiłkowali się przywódcy większości krajów, królowie i dyktatorzy. Mieli swoich jasnowidzów: Hitler, Stalin, Churchill.
Uwierzmy i my Stefanowi Ossowieckiemu, że: „Najpierw będą władali Polską komuniści, a potem szubrawcy i świnie. Na koniec powstanie jeszcze większa niż teraz”. O tyle łatwiej uwierzyć, że pierwsze dwa człony przepowiedni z 1939 roku już sprawdziły się.
Uwierzmy ojcu Klimuszce, skromnemu franciszkaninowi, zwanemu jasnowidzem z Elbląga: „Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, zostanie tak uhonorowana wysoko, jak żaden kraj w Europie. Będzie jakaś wojna w Europie, ale to nie przejdzie przez teren Polski. Polsce będą się kłaniać narody Europy… Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym” [4].
Podziękowania dla Kevina Wamsleya z Inside China Business . Jego niedawny film o znaczeniu chińskiego systemu nawigacji satelitarnej Beidou dostarcza kluczowych informacji na temat obecnych sukcesów irańskich ataków rakietowych na cele w USA i Izraelu. To przełom.
Oto film:
Podsumujmy treść.
Podczas 12-dniowej wojny w czerwcu 2025 roku irańskie rakiety i drony napotkały znaczne trudności w starciu z zaawansowanymi systemami walki elektronicznej Izraela i Stanów Zjednoczonych. Wielokrotne zakłócanie i fałszowanie sygnałów GPS zakłócało ich systemy naprowadzania i poważnie ograniczało ich skuteczność podczas intensywnego konfliktu.
Jednak na początku 2026 roku sytuacja na polu bitwy uległa zasadniczej zmianie. Irańskie precyzyjne uderzenia nagle przebiły nowoczesne systemy obrony powietrznej i z zaskakującą celnością uderzyły w ważne cele w całym Zatoce Perskiej. Analitycy wywiadu przypisywali ten rozwój sytuacji jednemu kluczowemu czynnikowi: Iran porzucił system GPS i przeszedł na chiński system nawigacji satelitarnej Beidou .
Ironią losu jest to, że to Stany Zjednoczone, nieświadomie, dały Chinom impuls do rozwoju Beidou.
Historia zaczyna się w 1993 roku. W tym czasie chiński kontenerowiec Yinhe płynął do Iranu. CIA oskarżyła statek o transport chemikaliów do produkcji broni. Pod naciskiem USA porty na Bliskim Wschodzie odmówiły wjazdu statkowi, pozostawiając go na Oceanie Indyjskim. USA nie tylko wywierały presję na swoich sojuszników, ale rzekomo odcięły statkowi dostęp do systemu GPS, zmuszając go do pozostania na kotwicy przez tygodnie. Dopiero po inspekcji w Arabii Saudyjskiej statek został całkowicie oczyszczony z zarzutów. Chiny nie otrzymały jednak ani przeprosin, ani odszkodowania.
To upokorzenie – utrata nawigacji na środku oceanu z powodu uzależnienia od systemu kontrolowanego przez zagranicę – stało się dla Pekinu kluczową lekcją. Przyspieszyło to rozwój własnego systemu nawigacji satelitarnej: Beidou (BDS) .
BDS-1 (lata 2000) początkowo oferował zasięg regionalny.
BDS-2 znacząco rozszerzył możliwości.
Dzięki BDS-3 (zakończonemu około 2020 r.) Beidou stał się globalnym systemem obejmującym dziesiątki satelitów, znacznie więcej stacji naziemnych – zwłaszcza na globalnym Południu – oraz wyższą dokładność niż GPS w wielu regionach.
Obecnie Beidou przewyższa GPS pod względem zasięgu i precyzji w około 165 krajach . Oferuje solidną alternatywę, której państwa zachodnie nie mogą jednostronnie zakłócić ani zmanipulować.
Po tym, jak konflikt w 2025 roku ujawnił słabości systemów uzbrojenia opartych na GPS, Iran podjął zdecydowane działania. Pod koniec 2025 i na początku 2026 roku Teheran włączył Beidou do swojego arsenału rakietowego i dronów. Raporty z marca 2026 roku wskazywały już na znaczną poprawę: irańska broń precyzyjna była w stanie pokonać elektroniczne środki przeciwdziałania, które zaledwie kilka miesięcy wcześniej okazały się skuteczne.
Do najważniejszych zalet Beidou dla Iranu należą:
Wysoka odporność na zagłuszanie i spoofing GPS dzięki nowoczesnym technologiom przeskakiwania częstotliwości i przeciwdziałania zakłóceniom.
Zwiększona celność z prawdopodobieństwem błędu okręgu mniejszym niż pięć metrów w kluczowych obszarach operacyjnych, co umożliwia bardziej precyzyjne ataki przy użyciu mniejszej ilości amunicji.
Sterowanie w czasie rzeczywistym za pomocą bezpiecznego systemu wiadomości, który umożliwia korektę kursu podczas lotu, nawet na długich dystansach.
Ta modernizacja technologiczna znacząco przyczyniła się do zdolności Iranu do pokonywania amerykańskich systemów obronnych w państwach Zatoki Perskiej i znacznie skuteczniejszego atakowania kluczowych celów. Jednocześnie jednak znacznie osłabiła zaufanie do amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa w regionie Zatoki Perskiej.
Decyzja USA o wykorzystaniu GPS jako narzędzia geopolitycznego, podjęta już w 1993 roku, okazała się zatem spektakularnym ciosem. Próba upokorzenia Chin ostatecznie zapoczątkowała skok technologiczny, który obecnie daje Chinom i ich sojusznikom strategiczną przewagę nad Stanami Zjednoczonymi.
Wyobraź sobie, że idziesz do mechanika, bo twój samochód wydaje podejrzany, grzechoczący dźwięk. Mechanik mierzy grubość lakieru, stwierdza, że jest za cienka i sprzedaje ci drogą powłokę. Nie obchodzi go, że oś jest złamana – liczy się tylko to, że lakier jest wystarczająco gruby. Dokładnie tak działa konwencjonalne leczenie osteoporozy. Nie wzmacnia kości. Sprawia, że stają się bardziej kruche. Źródło.
… z danych medycznych wynika obecnie, że dwie trzecie złamań dotyczy osób, które nie cierpią na osteoporozę, co oznacza, że liczba, wokół której zbudowaliśmy całą tę branżę, nie jest liczbą osób, u których faktycznie dochodzi do złamań.
Ależ to przecież jest nieetyczne! Czyżby? Dla współczesnej medycyny etyczne jest wszystko, co przynosi zyski. Ta zasada została opisana i udokumentowana w dwóch artykułach sprzed czterech lat na midwesterndoctor.com:
Tych artykułów nie tłumaczę, ponieważ osoby tak dociekliwe, żeby to czytać wiedzą, jak sobie z tym problemem poradzić.
Leki hamujące resorpcję kości (w tym bisfosfoniany), stosowane w leczeniu osteoporozy, zniekształcają wyniki badania gęstości kości, zatrzymując martwą tkankę kostną w macierzy kostnej. W normalnych warunkach martwa tkanka kostna powinna zostać usunięta przez ogromny system kanalizacyjny organizmu, czyli układ limfatyczny, jednak leki te spowalniają naturalny proces degradacji kości w organizmie, zmuszając obumierające i martwe komórki kostne do pozostania na swoim miejscu. Osłabia to kości, które ostatecznie zamieniają się w pył, co najczęściej ma miejsce w obrębie biodra lub szczęki.
Ta strategia medyczna nie jest wynikiem pomyłki w wyborze koncepcji. Jest to celowe działanie stosowane od ponad 100 lat. Wystarczy wymienić antybiotyki, leki na zgagę, leki przeciwdepresyjne, beta-blokery (na wysokie ciśnienie krwi), statyny (na cholesterol), tabletki antykoncepcyjne czy leki przeciwbólowe.
Wszystkie te chemiczne trucizny mają wspólną cechę: wytwarzają nowe choroby, niejednokrotnie powodując pogorszenie stanu tych chorób, które ponoć mają leczyć.
To, że od przemysłu farmaceutycznego niekoniecznie możemy oczekiwać samych dobrych rzeczy, nie jest w zasadzie żadnym nowym odkryciem. Jednak skandaliczna i pogardliwa wobec ludzi rola producentów szczepionek w inscenizacji pandemii koronawirusa ogromnie wzmocniła u wielu ludzi krytyczną świadomość wobec „Big Pharma”: i słusznie, jeśli weźmie się pod uwagę na przykład skandal związany z opioidami w Stanach Zjednoczonych: Chciwość koncernów farmaceutycznych doprowadziła setki tysięcy ludzi do uzależnienia od narkotyków poprzez podawanie im opioidów. Wcześniej lek ten był agresywnie reklamowany jako rzekomo nieszkodliwy „panaceum”, mimo że było wiadomo, iż opioidy mają ogromny potencjał uzależniający.
Sokratesowi przypisuje się następujące słowa: „Istnieje medycyna dla wolnych ludzi; tam leczymy za pomocą ducha. Jesteśmy zmaterializowanym duchem. Każda część ciała reaguje na to, do czego służy w całym moim organizmie”. Najważniejsze jest to, że mogę zdiagnozować każdego człowieka wyłącznie indywidualnie, ponieważ każdy ma swoją własną duszę. Nie ma zdrowia fizycznego poza duszą, a wszystko, co przeżywa dusza, objawia się w ciele.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com
Zawieszenie broni w Zatoce Perskiej powróci, o ile Prezydent Izraela dogada się z prezydentem USA w tej właśnie sprawie. Jeśli się nie dogadają, to też będziemy mieli do czynienia z wielką mową Trumpa, w której ogłosi, że Iran błaga go o koniec działań wojennych, a on się zlituje ze względów humanitarnych.
Dlaczego? Ponieważ za trzy i pół miesiąca odbędą się w USA wybory do obu izb parlamentu zwane połówkowymi. Wcześniej, bo 27 października, odbędą się w Izraelu wybory prezydenckie.
Wiem, wielu z was uważa, że gdyby wybory cokolwiek zmieniały, byłyby zakazane. Zgodzę się z twierdzeniem, że wybory są teatrzykiem wykorzystującym niskie pobudki wyborców łasych na „kiełbasę”, ale nikt chyba nie zaprzeczy, że wybór Trumpa bardzo dużo zmienił na świecie.
Powiecie jasne – zaatakował Iran, dozbraja ciągle Ukrainę, rozpętał cyrk z cłami i kłamie, jakby sam w te brednie wierzył. Kłamie, bo jest politykiem – to chyba wyjaśnia jego zachowanie, chociaż mógłbym wymienić sporo polityków, którzy kłamią bardziej inteligentnie.
Ruch na drodze Bandar Abbas–Rudan w południowym Iranie został wznowiony po tym, jak wczesnym rankiem stała się ona celem amerykańskiego ataku wojskowego. Źródło: Telegram 18.07.2026 r. 11:02.
Irańska armia poinformowała, że w piętnastej fazie operacji jej celem były schrony dla samolotów, miejsca postojowe dla samolotów, składy paliwa w bazie lotniczej Sheikh Isa w Bahrajnie, a także kilka strategicznych mostów, a wszystko to przy użyciu dronów szturmowych. Bazę lotniczą Sheikh Isa opisano w dokumencie jako jeden z najważniejszych ośrodków operacyjnych i logistycznych wspierających amerykańskie siły powietrzne i morskie w regionie, zaznaczając, że pełni ona funkcję kluczowej bazy dla operacji wojskowych USA przeciwko celom regionalnym, szczególnie Iranowi.
Zdjęcia satelitarne przedstawiające zniszczenia amerykańskiego systemu Patriot w pobliżu Erbilu w Iraku. Źródło: Telegram 17.07.2026 r. 11:42.
Trump w wywiadzie wypowiedział szczere i całkowicie bezinteresowne słowa uznania pod adresem JFK: „John Kennedy był wspaniałym facetem, przystojnym. Mówią, że był drugim najprzystojniejszym prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Tylko nie pytajcie go, kto jest pierwszy. Nie pytajcie, kto zajmuje pierwsze miejsce w tym rankingu. Nie róbcie tego! Fragment wywiadu na YouTube.
Autor artykułu Marek Wójcik Mail: worldscam3@gmail.com