Nie zalecam nadmiernego skupienia na osobie Tuska. Przedtem był Morawiecki, a ambicję robienia tego, na większą skalę niż dotychczas, ma Trzaskowski. Kluczowe znaczenie ma zrozumienie pojęcia „współczesny komunizm”.
Współczesny komunizm
Każdy kolejny „nowy porządek” jest próbą stworzenia nowej Utopii. Dotychczas, każda próba realizacji kończyła się piekłem na ziemi.
Współczesny komunizm po fiasku poprzednich jest kolejną próbą. Ze względu na ideologiczne źródło jest neomarksizmem. Bazuje również na głównych tezach manifestu komunistycznego Spienellego, uznanego przez UE jako główny fundament dalszej „integracji”. Przepraszam za ten banał, ale wciąż są ludzie, którzy nie wiedzą nawet tego.
W głębszym sensie każda realizacja ideologii tego typu jest satanizmem. Tego akurat nie wie większość współczesnej ludzkości, a część osób publicznych, które to wiedzą – resztki stanu kapłańskiego i resztki narodowej elity – boi się o tym mówić ze względu na negatywny i często agresywny odbiór tej diagnozy.
Po raz kolejny globalna struktura chce budować świat bez Boga, łamiąc wszystkie przykazania. Po raz kolejny zapowiada coś co jest destrukcją wszystkich dotychczasowych osiągnięć ludzkiego ducha – systemów prawno – etycznych z fundamentem prawdy, dobra i piękna. I znów może się to wydawać komuś banalne, ale tak właśnie wygląda istota problemu.
Sojusznicy i sprzyjające patologie. Narzędzia
Postmodernizm
Gender
Woke
„Zielony ład”
Podstawowe cele nie są skomplikowane. Współczesny człowiek ma utracić wolność i własność, które w swoich szczątkowych formach będą przyznawane w formie koncesji lub krótkotrwałej nagrody poszczególnym jednostkom lub grupom.
Jedną z najważniejszych rzeczy dla neokomunistów jest demoralizacja i ogłupianie dzieci i młodzieży realizowane za pomocą tzw. „edukacji”
Ze względu na rozległość tematu zdecydowałem się ograniczyć do jednego przykładu – edukacji Nowackiej porównując ją z edukacją w bolszewickiej Rosji.
Cytat pochodzi z książki “Marksizm w edukacji. Szkolnictwo jako oręż w budowie nowego człowieka”
W pierwszej kolejności usuwano z programów nauczania religię
oraz wszystkie przedmioty kojarzące się z nauczaniem klasycznym (…)
Zlikwidowano zadawanie prac domowych.
Istotną rolę odgrywała również seksualizacja, której poddane zostało całe społeczeństwo rosyjskie, w tym również dzieci i młodzież.
W bolszewickiej Rosji na masową skalę promowana była również darmowa aborcja na życzenie (…)
“Edukacja” w czasach Eurokomunizmu. System totalnej kontroli wzorowany na sowieckim systemie oświaty przy wykorzystaniu współczesnych narzędzi cyfrowych
Jesteśmy w ciemnej dolinie. Za synodalnością stoją plany o głębokich reformach. Nieustanne powoływanie się na Ducha Świętego ociera się o przypisywanie Bożej inspiracji czysto ludzkich działań – mówił w PCh24 TV dr Paweł Milcarek.
27 października zakończył się Synod o Synodalności. Papież Franciszek jego dokument końcowy uznał za swój własny. Nakazał biskupom na całym świecie implementować synodalność w diecezjach i przygotowywać specjalne raporty, które będą prezentowane w Watykanie. O tym, czym jest synodalność, mówił w rozmowie z PCh24 TV dr Paweł Milcarek. Jak powiedział, widać, że za tym wszystkim stoją także plany i marzenia o głębokich reformach.
Jak dodał, są też intencje dania odpowiedzi na kryzys Kościoła, ale one giną w ogólnym parciu do zmian. Zanim pojawił się pomysł z Synodem o Synodalności, w katolickiej publicystyce mówiło się o konieczności nowego soboru. On sam, podkreślił, uważał przeciwnie, to znaczy że ważniejsze jest, aby Kościoły lokalne zmierzyły się z kryzysem na poziomie lokalnym, organizując swoje synody. Było to nawiązanie do wcześniejszych czasów.
Według dr. Milcarka otrzymaliśmy coś zupełnie innego. Synod równocześnie w całym Kościele, ale bez rzeczywistej inicjatywy lokalnych wspólnot. To nie żywe Kościoły lokalne proponują rozwiązania, które następnie są podejmowane przez Kościół powszechny. Decyzje zapadają odgórnie.
W jego ocenie sprawozdania, które napływają z niektórych wspólnot – szczególnie z Kościoła niemieckiego – pokazują coś jeszcze innego. Nie chodzi w nich o nawrócenie czy gorliwość. Raczej o dostosowanie Kościoła do standardów współczesnego społeczeństwa. To zupełnie inna perspektywa.
Według dr. Pawła Milcarka trudno jest zdefiniować synodalność w ujęciu Franciszka. Nie jest to nic, co Kościół już praktykował. Wprowadzając Synod o Synodalności Franciszek stworzył coś hybrydowego. Nie można powiedzieć, że to synod lokalny, ale przecież nie jest to także sobór. To coś pomiędzy; ale na końcu i tak wszystko zależy od papieża. Można nawet powiedzieć, że „papież” to teraz nie tylko osoba, ale i nazwa całej instytucji synodalnej, uznał dr Milcarek.
Jak podkreślił, oczywiście są tacy, którzy zachwycili się sprawnością działania tego mechanizmu. Jednak ci, którzy znają kulisy takich zgromadzeń, dobrze wiedzą, jak łatwo nimi manipulować. Chodzi choćby o to, komu daje się głos, a komu nie.
Dr Milcarek przypomniał, jak wyglądało to w trakcie synodów o rodzinie w latach 2014-2015, zakończonych po-synodalną adhortacją w dość istotnym zakresie abstrahującą od tego, co uradzili uczestnicy obu zgromadzeń.
Rozmówca PCh24 TV zwrócił też uwagę na włączenie do Synodu o Synodalności różnych aktywistów. Teoretycznie świeccy nie od dziś uczestniczą w synodach, ale jest ważna różnica. Synody starożytności, wskazał, dawały głos ludziom z różnych stanów kościelnych, ale zawsze z konkretnego miejsca. Oni „byli dani” Kościołowi, nie wybierano ich.
Natomiast dziś mamy do czynienia z jakimś odsączaniem, selekcją. Uczestnicy zgromadzeń synodalnych to często ludzie, którzy albo zostali wybrani przez biskupów, albo sami, jako aktywiści, zgłosili się do udziału. Trudno ich traktować jako prawdziwą reprezentację całego Kościoła.
Red. Paweł Chmielewski pytał też o rolę Ducha Świętego w procesie synodalnym; protagoniści synodalności nieustannie się na Ducha powołują, często mówią o Jego „niespodziankach”.
Dr Milcarek powiedział, że może jest zbyt powściągliwy czy wręcz ascetyczny w tej kwestii, ale wydaje mu się, że nierzadko wchodzi to na niebezpieczny teren drugiego przykazania: „Nie wzywaj imienia Pana Boga swego nadaremno”. Kiedyś uczono katolików ostrożności, żeby nie nadużywać Bożego imienia i spraw świętych w każdej sytuacji, a tymczasem podczas tego procesu synodalnego niemal wszystko uznawano za „działanie Ducha Świętego”.
Rozmówca PCh24 TV powiedział, że ludzie siedzieli razem przy stole, rozmawiając na wyznaczone tematy i unikając polemik, nazywano to rozmową w Duchu Świętym. Czy to jednak oznacza, że Duch Święty rzeczywiście uczestniczył w tych rozmowach? Jeśli tak, to na jakim poziomie? Jak to w ogóle rozumieć? Czy ci, którzy decydowali o kolejności wypowiedzi i pomijali niektórych mówców, również byli narzędziami Ducha Świętego? Według dr. Milcarka to brzmi jak przesadne i niebezpieczne przypisywanie Boga do działań czysto ludzkich. Jak stwierdził red. Chmielewski, to przypomina jakiś „pan-pneumatyzm”.
Według dr Milcarka, kiedy po latach emocje opadną, a uczestnicy tego procesu, już z dystansem, zaczną opisywać swoje doświadczenia, dowiemy się pewnie różnych ciekawych szczegółów. Być może pojawią się książki, w których będą mówić o manipulacji i oskarżać Kościół o to, że w ogóle jest, jako taki, instytucją opartą o manipulację… Takie sytuacje miały już miejsce w przeszłości, przypomniał.
Zdaniem redaktora naczelnego kwartalnika „Christianitas” Kościół katolicki w dobie synodalności jest w trudnej sytuacji. Konkretnie oznacza to, że jesteśmy w jakiejś naprawdę ciemnej dolinie. Nie w „ciemnej nocy Kościoła”, ale właśnie – w ciemnej dolinie. Istnieją nadal punkty odniesienia, podkreślił. Jest nauka Kościoła. Jednak wiele autorytetów zawodzi, przekonuje nas do rozwiązań, które są wprost sprzeczne z tym, co uważamy za katolickie pewniki. Dr Milcarek stwierdził, że wyobraża sobie jednak równocześnie pokolenia tych katolików, którzy znajdowali się w innych momentach niejasności, kiedy dookoła odrywały się całe fragmenty Kościoła.
To choćby czasy reformacji. Przecież nie było to tak, mówił, że ktoś ogłaszał oficjalnie, że tworzy nowy Kościół. Pojawiały się nowe nauki, rzekomo lepsze dyscypliny i tak dalej; czasem nie było reakcji z Rzymu albo była spóźniona. Nie zawsze było wiadomo, co czynić. Sobór Trydencki zaczął się wiele lat po początku reformacji. Trwał długo, nie było wiadomo, czy się w ogóle skończy. W jego ocenie możemy się tym w pewnym sensie pocieszać: trudne, złe sytuacje, bywały w historii rozmaite. Katolicy czuli się wtedy osamotnieni, zagrożeni… Trochę tak jest również dzisiaj.
Jak podsumował gość PCh24 TV, powinniśmy robić to, co do nas należy w tych miejscach, gdzie mamy faktyczną odpowiedzialność. Z czasem wytworzy się z tego ruch, który przygotuje odrodzenie Kościoła.
Tekst został oparty o nagranie opublikowane na kanale PCh24 TV.
[z książki Vladimir Volkoff, „Kroniki anielskie”, Wyd. KKK, Dębogóra]
W owym czasie… Nie mam tu na myśli czasu ludzkiego, ale nasz, anielski, o ile bowiem Ojciec trwa w doskonale pozaczasowej wieczności, o tyle cherubini i serafini potrzebują czegoś w rodzaju czasu, by śpiewać „Święty, święty, święty. . .”
A zatem, w owym czasie z ludzkiego padołu podniósł się cień. Była to odrażająca, brązowa maź z pękającymi bąblami na powierzchni. Rozciągała się daleko, jak okiem sięgnąć. Anielska straż, odpowiedzialna za czystość kosmosu, wszczęła alarm. Nadbiegliśmy natychmiast i pochyliliśmy się nad krawędzią świata.
Nic jednak nie było widać, poza tą czarną kulą, której czerń nie była czernią nocy —karej siostry dnia, ale czernią otchłani, nicości lub raczej mrowiącej się robactwem zgnilizny. Ku naszym nozdrzom unosił się straszliwy odór. Mały, wrażliwy aniołek wykrzyknął: „To nasi nieszczęśni ludzie są sprawcami tego czegoś!”. I zaczął płakać, wycieraj ąc łzy piąstkami.
Ogarnęła nas fala litości. Jak można pragnąć własnej zguby? Jak można z własnej woli tarzać się w brudzie i krwi? Nawet myśleć o tym straszno. Jego Wysokość Rafał, szef naszego wywiadu, zarządził śledztwo. I oto, co się okazało.
Ludzie są, rzecz jasna, nieprzeźroczyści, jako że mają odbijać miłość Ojca. My zaś, przeciwnie, jesteśmy transparentni niczym szkło, gdyż ma się ona w nas załamywać niczym światło. Dlatego też uzasadnione jest mówienie o „ludzkiej naturze”, podczas gdy sformułowanie „natura anielska” jest nieścisłe. Jesteśmy nazbyt przezroczyści, byśmy mogli mieć naturę. Ale nie każda „nieprzezroczystość” jest taka sama. Czym innym jest odbijanie światła, a czym innym jego pochłanianie. A właśnie taka odrażająca metamorfoza zaczęła zachodzić w mieszkańcach ziemi. Im więcej światła przelewał na nich Ojciec, tym więcej oni wytwarzali cienia. Odwrotnie niż drzewa, które wchłaniają światło, przetwarzając je na chlorofil, ludzie pożerają je, produkując czerń.
Skąd się w nich wzięła taka perwersja? Zdania ekspertów były, jak zwykle, podzielone. Według jednych, stało się to na skutek walki klas. Według innych, winne było rozpowszechnienie się lichwy. Jeszcze inni uważali, że problem tkwił w prawie wyborczym kobiet. Wszyscy jednak zgadzali się co do jednego: wielkie znaczenie miało osłabienie wiary i upadek państwa. Jego Wysokość Rafał wysłał Afa i Kecefa, by wybadali sprawę na miejscu.
Dobrze ich znacie.
Af, książę gniewu, wykuty z czarno-czerwonych łańcuchów ognia, ten sam, który pewnego dnia połknął Mojżesza aż po jego obrzezany członek.
I Kecef, jeden z pięciu aniołów zagłady, których Aaron musiał zamknąć w Przybytku, by nad nimi zapanować.
Obaj, bez cienia lęku, zapuścili się w cuchnący obłok. Wylądowali w samym środku miasta, zdziwieni (choć byli przecież na to przygotowani), jak bardzo gęsta jest owa ciemność. Nigdy jeszcze takiej nie widzieli! Wszystko zdawało się poczwórnie ciężkie – skrzydła ciążyły ptakom niczym ołów, a w gęstym powietrzu trudno było unieść nogę, by uczynić choć krok. Ludzie mają tę właściwość, że odciskają na swym otoczeniu piętno, przekazując mu własne zeszpecenie.
– To potworne! – rzekł Af.
– Cóż za obrzydlistwo! – rzekł Kecef.
Ruszyli w drogę.
Na ulicach czołgali się młodzi i na oko zdrowi ludzie, niezdolni do utrzymania własnego ciężaru. Palili hasz, trzymając między kolanami żebracze miseczki. Pod rozchełstanymi, sztywnymi od błota ubraniami Widać było prowokujące tatuaże, które zmieniały ich ciała w żywe afisze. Bezkształtne samice powolnie kołysały obleczonymi w pstrokate szmatki tyłkami. Kosmaci samcy podrygiwali, potrząsając obwisłymi cyckami i opiętymi w kalesony genitaliami. Jakiś otyły i nieogolony karzeł, ciężki jak sztaba ołowiu, wyciągał do przechodniów rękę z obrazkami, na których splątane pary kopulowały w dziwacznych pozycjach.
Cały ten orszak sunął ulicą, z trudem podnosząc nogi, niczym we śnie. Wycieńczeni ludzie, niektórzy pozbawieni nosa, wystawili na widok publiczny swoje wrzody i wrzaskliwie domagali się prawa do propagowania własnego stylu życia.
Rada miejska powitała ich z szacunkiem na schodach ratusza i pośpiesznie zajęła się ich postulatami.
W gimnazjonach całe grupki sklejały się z sobą na kształt winnych gron – od przodu, od tyłu, od dołu, od góry i z wszystkich stron równocześnie, licząc głośno i wyraźnie różne pozycje, w których można dokonać owego podstawowego aktu połączenia ciał. Pod portykami młodzi, nadzy chłopcy rywalizowali o palmę pierwszeństwa, dokonując wiadomych pomiarów.
Nad brzegiem kloacznych dołów jeszcze nie w pełni rozkwitłe, ale już ciężarne dziewczęta za pomocą żelaznych haków wyrywały ze swych wnętrzności płody i wrzucały je do ścieku.
Af i Kecef mieli już dość tego widoku. Odlecieli.
Po powrocie złożyli raport aniołom- rzeczoznawcom (w znakomitej większości wywodzą się oni spośród Tronów), którzy stwierdzili, że miasto zostało dotknięte rakiem ego. Ego to ludzki narząd, o którym my, anioły, nie mamy pojęcia. To on pozwala im odróżniać dobro od zła (najczęściej dość lekkomyślnie) i sprawia, że Ojciec kocha ich bardziej niż nas.
Jednak ego często ulega degeneracji i rozrasta się do potwornych rozmiarów. Na nieszczęście, ten rak nie był śmiertelny – rozdęcie ego nie może go unicestwić, a co za tym idzie, sprawia, że rak rozrasta się w nieskończoność. Ludzka wspólnota, pełzająca wśród tych wszystkich wydzielin i nurzająca się z rozkoszą we własnych wydalinach, w końcu powinna się w nich utopić.
Ale jednostki, z oczami zamglonymi rozpusta, z rozmiękczonymi mózgami i rozcieńczoną krwią, wciąż jeszcze nosiły w głębi jestestwa niezniszczalne ziarno Boskiego planu, niczym żarzący się węgiel. Zgodziwszy się z wnioskami raportu Afa i Kecefa, rzeczoznawcy zalecili natychmiastową interwencję.
Naturalnie, przeprowadzono śledztwo weryfikujące. Trzeba było sprawdzić, czy same ofiary naprawdę nie mogą podjąć działań uzdrawiających. Może zostało kilka osób mniej unurzanych w tym bagnie i z nostalgią wspominających świat, w którym nieopanowany rozrost ego nie był jedyną receptą na życie?
Może znajdzie się choć jeden człowiek na tyle czysty, by zapoczątkować proces zdrowienia? Skonsultowano się w tej kwestii z pewnym sprawiedliwym o imieniu Abraham, jednak on, mimo najlepszych chęci, nie znalazł w owym mieście nawet dziesięciu istot ludzkich zdolnych do zbawienia całej wspólnoty.
Sprawa potoczyła się więc innym torem. Wmieszali się aniołowie z chórów cnót i panowań. Przestudiowano wszystkie raporty – główne i poboczne. Wszak mówi się, że „młyny Boże mielą powoli, ale dokładnie”.
W końcu, pewnego pięknego dnia, Af i Kecef zostali wezwani przed oblicze Jego Wysokości Michała, który w naszych służbach kieruje Wydziałem Akcji i Interwencji.
– Zatankujcie do pełna współczucie – polecił – i wróćcie do miasta.
– Na czym polega nasze zadanie?
– Dowiecie się na miejscu.
Na miejscu sytuacja uległa zmianie. Na gorsze. Nawet stąd wszyscy widzieliśmy, że obłok zrobił się jeszcze bardziej czarny, ale dopiero tam, na dole, można było ocenić ogrom nieszczęścia Sodomy. Mieszkańcy miasta od dawna już wyczerpali repertuar przyjemności, które choć nie zawsze są dozwolone, to jednak pozostają w zgodzie z naturą. Postanowili więc naruszyć jej porządek, pogwałcić ją i nadużyć na wszelkie możliwe sposoby.
Potem znaleźli straszliwe upodobanie w obrzydliwości. W końcu, doszli do ostatniego stadium rozwiązłości, którym jest okrucieństwo.
Af i Kecef dotknęli stopą ziemi o zmierzchu. Uliczki tonęły już w ciemnościach, podczas gdy kominy wciąż jeszcze były różowe. Aniołowie maszerowali wyniośle, a ich skrzydła lśniły czystym srebrem. We wszystkich mijanych przez nich spelunkach rozgrywały się sceny miłosne.
Cóż za karykatura! Istoty te używały siebie wzajemnie bez opamiętania i odpychały się ze złością z powodu wzajemnego pożądania.
Prawdziwa miłość to relacja, to dystans. Tu była ona sklejeniem, zespoleniem i splątaniem ciał – trzydziestosześciogłową bestią. W nozdrza podróżników z innego świata uderzał odrażający smród.
Aniołowie doszli do głównego placu. Na ich widok szmer przebiegł miastem – oto do Sodomy przybyły bezbronne rajskie ptaki!
Mieszkańcy wszelakich płci stłoczyli się na progach domów i balkonach, a w ich wygłodniałych oczach i płynnych gestach, którymi odrzucali w tył długie włosy, można było wyczytać to samo pożądanie. Uskrzydlone istoty, kroczące przez zakurzone ulice, były obietnicą czegoś zupełnie nowego, a przecież rozpusta jest tak monotonna, że każda nowość jest zdolna ożywić nawet najbardziej otępiałe zmysły. Dopaść tego, co nieuchwytne, zapanować na tym, co wolne – oto wyzwanie, które rozbudza apetyt, nawet gdy jest się juz nasyconym.
Sodomici ruszyli ku przybyszom.
Tu na scenę wkracza pewien pijaczyna.
Ludzie mają skłonność do nadużywania wszelkich dobrych rzeczy, w tym także wina, które Pan im dał, by – jak mówi Psalmista – rozweselało ich serca. Diabły szybko się w tym połapały i nabrały zwyczaju ukrywania się w bukłakach i butelkach. Dzięki temu fortelowi często udaje im się napytać ludzkości biedy.
Jednak ludzie są tak dziwnie ukształtowani, że za ich przyczyną nakładają się niekiedy na siebie dwa zła, by w efekcie dać jedno dobro. Nie wiadomo dokładnie, co tego dnia stało się Lotowi, poza tym, że wypił sporo za dużo, dzięki czemu dostał napadu gościnności. I gdy w głębi ulicy ujrzał dwóch nieznajomych, naszła go chętka, żeby ich do siebie zaprosić. Wyszedł więc z szynku. Nie zataczał się – przeciwnie, dreptał ku nim drobnym kroczkiem, z głową przekrzywioną, półotwartymi, brudnymi ustami, rozchełstany i rozsiewający zapach porzeczek.
– Panowie, jaśni panowie… Uczyńcie mi honor… w moje skromne progi. .. lepsze niż gospoda. .. wasz dom jest moim domem. .. to jest, chciałem powiedzieć: mój dom jest waszym do- mem. ..
Popatrzyli na niego, powściągając nazbyt wielki blask swoich oczu.
– Ależ nie trzeba. Nazbyt pan uprzejmy.
On jednak nalegał.
– Chyba przyda się wam dobra kąpiel po długiej podróży? Jutro ruszycie dalej, gdy tylko zechcecie.
No cóż, wiecie, jak to z nami jest – nie możemy odmówić, kiedy szczerze proszą.
Af i Kecef zaszli więc pod dach owego człeka, który zapewne nie był sprawiedliwy (w przeciwnym wypadku, Abraham z pewnością by nam o tym powiedział), ale w którym dobro jeszcze nie całkiem wygasło.
Tłum, dyszący ochotą zabawienia się z aniołami, musiał na razie obejść się smakiem. Lot zamknął drzwi na klucz, zasunął sztaby i zabarykadował bramę -nigdy dość ostrożności, gdy bierze się za kogoś odpowiedzialność. Na stole, pokiereszowanym przez kilka pokoleń rodu Lota, płonęła lampka oliwna. Parowała stojąca na nim zupa grochowa, w której pływały obrzynki chleba. Rodzina stłoczona była wokół stołu. Lot perorował, jego małżonka rzucała gościom ciekawe spojrzenia, a dwie nieco gapowate córki – jedna z łuszczącym się lakierem na paznokciach, a druga z wargami pomazanymi tanią barwiczką – tęsknym wzrokiem patrzyły na swych kawalerów; dwóch otyłych młodzieńców, którzy od dzieciństwa słysząc w kółko o rozpuście, całkiem stracili na nią ochotę i przychodzili tu jedynie po to, żeby napchać sobie kałduny na koszt starego Lota.
Czuło się tu ciepło i wilgoć… Coś, co ludzie nazywają rodziną. Mają oni swoje sekrety, które dla nas na zawsze pozostaną niedostępne. Po kolacji adoratorzy, którzy zamiast adorować, głośno bekali, poszli do domu, gości położono na siennikach, małżonkowie udali się do swego pokoju, a córki do swego. Pogaszono światła.
Na zewnątrz zaś trwało święto – niebezpieczne święto, które lada moment miało przerodzić się w szaleństwo. Przez szpary okiennic wdzierało się światło kolorowych lampionów, barwiąc biel pościeli łamiącymi się plisami. Pomruk Sodomy wznosił się coraz głośniej.
Aniołowie nie spali. Af, oparty plecami o poduszkę, patrzył prosto przed siebie oczami płonącymi niczym błękitne, rozżarzone węgle. Kecef utkwił oczy w suficie. Rozmyślali nad losem swego gospodarza. Rak ego nie całkiem go jeszcze przeżarł. Liczne grzechy zostały odkupione gościnnością. Trzeba było zatem uchronić go od losu, jaki miał się stać udziałem jego krajan.
Zaskrzypiały drzwi. Do pokoju wchodzą dwie dziewczyny w koszulach nocnych. Trzymają się za ręce i chichoczą. Jedna wkłada palec do buzi, druga idzie tanecznym krokiem. Ich włosy zostały skropione tandetnym pachnidłem.
– Panowie nie śpią? My, małe dziewczynki, boimy się ciemności.
Obie parskają głupkowatym śmiechem.
Aniołowie spoglądają na nie bez wyrazu. — Możecie sobie wybrać – mówi odważniejsza z nich. – Nam jest wszystko jedno. Obaj jesteście śliczni.
Musimy z tym skończyć. To się już staje groteskowe.
Położyły się na dywanie.
Rzecz sama w sobie nie była niemożliwa. Dowodzi tego rasa olbrzymów, będąca potomkami aniołów i ludzkich córek. Jako hamulec mogła, rzecz jasna, zadziałać moralność i lojalność względem gospodarza. Prawdziwym powodem była jednak litość – nasza anielska litość, której towarzyszy szacunek, podczas gdy litość ludzka jest zaprawiona pogardą. Te wijące się na podłodze samice, żebrzące i ofiarujące same siebie, stanęły na granicy upodlenia.
Aniołowie kary pragnęliby wziąć je w ramiona niczym płaczące dzieci, poskładać je w całość jak zepsute lalki i nauczyć je miłości – tak, właśnie miłości.
– Musicie się nauczyć szanować same siebie – rzekł Af, sztywny jak płomień.
– I szanować innych – dorzucił Kecef, parząc niczym lód.
– Pudło – stwierdziła jedna z dziewcząt. – Zabierajmy się stąd.
– Chyba żartujesz – odparła druga z sióstr. – Kiedyś musimy z tym skończyć. To się już staje groteskowe.
– Masz rację – zgodziła się pierwsza siostra.
– Mam prawie piętnaście lat, a ty skończyłaś czternaście. Panowie, jesteście pewni? Nasi adoratorzy do niczego się nie nadają, nie odróżniliby dziewczyny od pnia drzewa. A ojciec nie pozwala nam wychodzić z domu. Przecież nie możemy tak dłużej żyć! – zakończyła płaczliwie.
Aniołowie potrząsnęli głowami, a nikt nie potrząsa głową w sposób bardziej ostateczny niż anioł.
W tym momencie hałas z ulicy przybrał na sile, a drzwiami wstrząsnął łomot. Wydawało się, że cała Sodoma zgromadziła się przed domem Lota. Tłuszcza dyszała żądzą rozdziewiczenia.
— Ciekawe, jak będą wyglądali bez piórek – ryknął jakiś głos z tłumu.
Na dole odbywał się festiwal już nawet nie rozwiązłości, ale gniewu. Drzwi nie chciały ustąpić, a to doprowadzało tłum do wściekłości, z której czerpał on prawdziwą rozkosz. Podstawę ludzkiej wrażliwości i cywilizacji stanowi wszystko, co zakazane. Trudno to zrozumieć nam, aniołom. My jesteśmy strumieniem. Oni są tamą.
Ci na dole krzyczeli, zdzierając sobie gardła, kaleczyli sobie pięści o zamki, łamali paznokcie na rynnach, obnażali się, rozdzierali szaty, ciskali się na wszystkie strony, a trzymane w rękach lampiony kołysały się frenetycznie, rzucając na tłum plamy różnobarwnego światła. Podczas kolacji Lot również sporo wypił i teraz na jego gościnność nałożyła się jeszcze pewna wojowniczość, z której czer- pał wielką satysfakcję. Z wysokości swego balkonu zawieszonego nad głowami tłuszczy wykrzykiwał do sąsiadów:
– Chcecie moich gości? Nie dostaniecie ich! Są pod moją opieką, opieką Lota, syna Lota! Żeby ich chronić, nie cofnę się przed niczym. Zobaczycie!
I pobiegł po łuk i strzały.
– Nie wystawiaj się, panie, z naszego powodu na niebezpieczeństwo – rzekł do niego Af. – Tak naprawdę, nic nam nie grozi.
– Gościnność rzecz święta — odparł Lot. — Taka słabość się po mnie nie pokaże.
Kecef zdumiał się bardzo: – A zapewniono nas, że nie ma w Sodomie ani jednego sprawiedliwego.
– No bo nie ma! — odrzekł Lot.
– Jesteś ty.
Lot roześmiał mu się prosto w nos.
– Ja? Sprawiedliwy? Od razu widać, że przybyliście z bardzo daleka.
Nagle, patrząc na swoje roznegliżowane córki, spochmurniał.
– Wiem, co to powinność. Jesteście moimi gośćmi. Ot, co.
Wrócił na balkon i wystrzelił świszczącą strzałę ponad głowami tłumu miotającego się u jego stóp. Tego tylko było trzeba rozwydrzonej tłuszczy – nieskuteczne ciosy doprowadziły histerię do apogeum. Nie zważając na ciężar swych ciał, ludzie zaczęli wznosić z nich cyrkowe piramidy, przesuwając się chwiejnie w stronę balkonu. Jakaś banda obojnaków zerwała balustradę z brązu i szykowała się do forsowania drzwi. Grupka lesbijek niosła naręcza chrustu i słomy.
— Mężu mój – zakrzyknęła żona Lota, stając za jego plecami. — Chcesz, żeby posiekano nas na kawałki z powodu tych dwóch cudzoziemców? Otwórz drzwi! Przecież oni mogą być nawet Żydami lub Gomorejczykami!
Córki Lota siedziały w kącie pokoju przerażone i zachwycone. Wreszcie w ich życiu zaczęło się coś dziać. Z podziwem patrzyły na ojca, którego pijaństwo wynosiło na szczyty heroizmu.
W istocie, Lot oczami duszy widział już swoją zgubę, ale było mu to zupełnie obojętne. Niech pękną drzwi! Niech spłonie dom! Sam gotów był zginąć, byle tylko uratować tych dwóch cudzoziemców. Kiedy najbliższa ludzka piramida zaczęła się kołysać na jego wysokości, a jarmarczny wojownik usadowiony na ramionach swych towarzyszy splunął mu w twarz, Lot krzyknął:
— Stójcie!
– Pochwycił za włosy swoje córki i wyciągnął je na balkon.
– Czego chcecie? Młodości, świeżości, dziewictwa? No to macie! Są wasze! Ale wara od moich gości!
To było doprawdy śmieszne. Ten stary pijak, którego za chwilę mieli usmażyć w jego własnym domu, ofiarował im okup w postaci owoców swoich lędźwi. Cała Sodoma ryknęła bezlitosnym śmiechem.
– Co ty sobie myślisz? Twoje córki też weźmiemy. I twoją żonkę – dla trędowatych.
Do tej pory aniołowie nie poruszyli się i nie przemówili ani razu. Bez trudu mogli unieść się ku niebu i odlecieć do gwiazd. Nie na tym jednak polegało ich zadanie. Rozochocony tłum ryknął:
– Do kotła z aniołami!
Och, jak pociągająca była ta szczególna zwierzęcość! Anioł szeleszczący skrzydłami, cały w nastroszonych piórach – o ileż wspanialej byłoby dosiąść jego zamiast kozy! Drzwi zaczęły pękać pod naporem ciosów. Płonęły wiązki chrustu. Wojownik z piramidy uczepił się już rękami poręczy balkonu.
– Moje oczy! Tysiąc głosów – jeden okrzyk.
Wystarczyło, by Kecef uniósł dłoń i uwolnił jedną trylionową cząstkę zamkniętego w niej światła. Piramida zawaliła się w jednej chwili i mieszkańcy Sodomy kręcili się teraz w miejscu, zatykając sobie rękami oczodoły, potykając się, obijając o siebie na- wzajem, upadając na ziemię, gryząc jedni drugich oraz samych siebie, rozpaczliwie otwierając usta i napełniając je walającymi się w rynsztoku odpadkami.
Gdy oczy są martwe, pozostaje w nich tylko nienawiść, jeśli w ciemności ludzkiego wnętrza nie otworzą . się inne oczy, niczym na ogonie pawia. Tacy są ludzie.
Af i Kecef nie mogli już tego znieść. Zapłakali. Każda z tych istot, godzinę wcześniej zespolonych w dzikich uściskach, dających sobie wzajemnie rozkosz, drapiących swe ciała w akcie pieszczoty i rozdających sobie ukąszenia w miejsce pocałunków, krzyczała teraz „Moje oczy!”. Żadna nie zakrzyknęła, choćby raz jeden: „Twoje oczy!”
Tak, bez wątpienia. Rak ego toczył tych ludzi stworzonych na obraz i podobieństwo Boga. Co za nieszczęście! Z anielskich oczu trysnął słony potok i spłynął na ziemię, roznosząc po niej nieskończenie słoną Bożą sól. W mgnieniu oka mieszkańcy Sodomy pobieleli i zamienili się w kamień — pochyleni lub wyprostowani, klęczący, zwinięci w kłębek lub pochwyceni w pełnym biegu, z ramionami uniesionymi, otwartymi ustami. . .
A gorące łzy obu aniołów tryskały na ziemię, niczym cztery niewyczerpane fontanny. Zasłaniając oczy łokciem, Lot krzyknął:
– Cóż nam niesiecie, przybysze?
Af odpowiedział mu przez łzy: — Gniew Boży.
Kecef dorzucił: — Boże współczucie.
Af zaś rzekł: — Kiedyż wreszcie ludzie pojmą, że to jedno i to samo?
Na niebie pojawił się księżyc. Sodoma lśniła bielą – delikatną, kosmatą i krystaliczną. Potem zerwał się wiatr i powietrze napełniło się drobnym pyłem. Lekkim, bardzo lekkim. W Sodomie niemal całkowicie wróciła przejrzystość. Zniknął cały ciężar.
Af ujął Lota za rękę, Lot wziął za rękę żonę, Kecef chwycił dłonie córek. Wszyscy wyszli z miasta.
Idąc, aniołowie powtarzali: „Nie otwierajcie oczu, nie odwracajcie się, nie patrzcie”, gdyż dobrze wiedzieli, co grozi tym, którzy przyglądają się Bożemu współczuciu. Lot, który zupełnie otrzeźwiał, był milczący i posłuszny.
Córki, urzeczone przez prowadzącego je anioła, także podporządkowały się bez słowa. Natomiast żona Lota rozmyślała o tym, jak trudno będzie zacząć wszystko od nowa na obczyźnie. Zawsze była przywiązana do Sodomy, która miała wprawdzie swoje wady, ale przecież była jej domem. Tak naprawdę, wcale nie pochwalała drastycznych środków, jakie przedsięwziął Bóg, by oczyścić miasto. Nagle przypomniała sobie o małym kociołku, który był jej szczególnie drogi, i bez którego nie mogła przecież gotować. Wyrwała dłoń z ręki męża:
– Poczekaj chwilę, muszę tylko wrócić po. ..
Obróciła się na pięcie i otworzyła oczy. Był ranek. Przed nią rozciągała się olśniewająca pustynia. Sponad niej unosiła się mgła – to parowała woda z anielskich łez. Trzeszczały pokryte warstwą soli palmy. Na ziemi leżała przyobleczona w sól lalka. W oddali słychać było poświstywanie północnego wiatru. Słońce, wyglądające niczym biały dysk, ledwie widoczny poprzez sklepienie z chmur, tworzyło tęcze w niezliczonych pryzmatach. W powietrzu unosił się słony pył. Oczy żony Lota pochwyciły go w locie niczym dwa wiry. Nie miała nawet czasu krzyknąć. Była już tylko słupem soli.
Platforma crowdfundingowa Patronite usunęła reportaż „Zgnilizna” autorstwa Izy Michalewicz, dotyczący śledztwa w sprawie gwałtu na 11-letnim chłopcu we wrocławskim aquaparku. – Moja rola reporterki na ten moment właśnie się skończyła. Skończyło się zadawanie niewygodnych pytań i pisanie o tym, o czym wszyscy milczą – komentuje autorka.
Oficjalny powód ocenzurowania materiału to możliwe naruszenia prawa prasowego oraz zasad dotyczących rozpowszechniania informacji z rozpraw prowadzonych z wyłączeniem jawności.
Michalewicz zainteresowała się sprawą po tym, jak sama padła ofiarą molestowania seksualnego w tym samym aquaparku. Po zgłoszeniu własnego incydentu na policję, dowiedziała się o sprawie z 2022 roku za pośrednictwem grupy facebookowej. Dziennikarka uzyskała zgodę Sądu Okręgowego na wgląd do akt sprawy, mimo że proces toczył się z wyłączeniem jawności.
„Zrobiłam wszystko zgodnie z prawem. Reportaż w żaden sposób nie naprowadził na zidentyfikowanie rodziny” – broni się dziennikarka, która opublikowała tekst na Patronite w celu pozyskania wsparcia finansowego od czytelników.
Michalewicz wyraziła rozczarowanie decyzją o usunięciu reportażu. Zasugerowała, że padła ofiarą zastraszania. „Zastraszanie mnie i zaszczuwanie jednak odnosi skutek” – pisze.
„Moja rola reporterki na ten moment właśnie się skończyła. Skończyło się zadawanie niewygodnych pytań i pisanie o tym, o czym wszyscy milczą” – napisała na swoim profilu na Facebooku. To najprawdopodobniej koniec jej zaangażowania w nagłaśnianie podobnych spraw w przyszłości.
Dzień przed Sylwestrem w saunarium wrocławskiego Aquaparku przy ulicy Borowskiej, padłam ofiarą mo**stowania sek**alnego. Mężczyzna siedzący obok mnie w zewnętrznym basenie dotykał mnie w miejscu intymnym. Zorientowałam się, gdy masaż wodny zaczął być zbyt agresywny i włożyłam rękę między nogi chwytając za męskie łapsko. Wołanie ochrony było bezskuteczne: przy basenie nie kręcił się żaden pracownik. Mężczyzna zaskoczony moim krzykiem spojrzał na mnie i spokojnie wyszedł z basenu.
Nikt nie zareagował.
Pokonując wstyd, upokorzona, roztrzęsiona i ociekająca wodą domagałam się interwencji przy kasach. Pracownik ochrony zrobił ze mną krótki spacer bez wychodzenia na teren zewnętrzy obiektu, po czym powiedział: „Jak pani zobaczy tego mężczyznę, to niech pani nie krzyczy, tylko przyjdzie i mi go pokaże”. I sobie poszedł.
Napisałam do rzeczniczki Aquaparku z żądaniem zabezpieczenia monitoringu.
„Bardzo nam przykro z powodu tego, co panią spotkało” – odpowiedziała Adrianna Pawlicka. „Zapewniamy, że nasz obiekt ma odpowiednie procedury bezpieczeństwa. W strefie saunarium w czasie zgłoszonego przez panią zdarzenia znajdował się ratownik oraz saunamistrzowie. Pracownik ochrony zareagował od razu po wezwaniu przez obsługę kas oraz udzielił pomocy”.
Odpisałam: „Pracownik ochrony nie udzielił mi pomocy tak, jak powinien to zrobić. Tylko najpierw zapytał GDZIE BYŁAM DOTYKANA. A następnie przeszedł się ze mną po saunie (a nie po całym terenie) i powiedział, że jak zauważę człowieka to mam przyjść i mu zgłosić. Rozumiem, że jako ofiara mo**stowania miałam sama wypatrywać zbocze*ca. A potem mokra i ubrana tylko w podomkę znów zawitać do hallu.
Nie macie od lat odpowiednich procedur bezpieczeństwa, a z pewnością reagowania na przemoc se**ualną. Dodam jeszcze tylko, że zadaniem ratownika, jak sama nazwa wskazuje, jest ratowanie, a saunamistrza – praca w saunie. O tym, gdzie jest miejsce waszej ochrony powinniście wiedzieć sami. Bo z pewnością nie za kasami w hallu.
Ale odpowiedzi już nie było.
Sprawę zgłosiłam na policję. Funkcjonariuszka, która mnie przyjmowała, powiedziała, że Aquapark od lat walczy z policją. – Jak to walczy? – zapytałam. – Mają swój wewnętrzny regulamin i my nie możemy im mówić, jak powinni pracować.
Zamieściłam ostrzeżenie na jednej z wrocławskich kobiecych grup na fb. Jak się okazało – nie jestem jedyną ofiarą złego dotyku. Mało tego: jedna z kobiet napisała, że na terenie Aquaparku w 2022 roku mężczyzna zgwa**ił jedenastoletniego chłopca.
Zaczęłam sprawdzać.
Media pisały o tym tylko na etapie informacji (aresztowania sprawcy na trzy miesiące). Nie doszukałam się, czy sprawca został ukarany i jaki był rozmiar tej kary. Za to Aquapark wydał oświadczenie, że pouczył pracowników, aby wnikliwie obserwować teren obiektu. Jest tam 300 kamer, nie ma ich tylko w toaletach i przebieralniach.
„Ponadto teren strzeżony jest przez wyspecjalizowaną firmę ochroniarską, a na terenie basenów rekreacyjnych jednym z zadań ratowników i personelu sprzątającego jest monitorowanie sytuacji na basenie — mówił mediom ówczesny rzecznik Patryk Załęczny. – Po całym zajściu, wobec którego toczy się nadal śledztwo, spotkaliśmy się z całym personelem, aby porozmawiać o bezpieczeństwie na terenie obiektu i jeszcze bardziej uczulić osoby na konkretnych stanowiskach, by zwracały szczególną uwagę na okolice, gdzie nasze kamery z racji prawa nie mogą być włączone”.
Postanowiłam sprawdzić, co wydarzyło się na terenie basenów w lipcu 2022 roku i jak wówczas sprawdziły się procedury Aquaparku. Zwróciłam się więc do Sądu Okręgowego we Wrocławiu najpierw z prośbą o ustalenie sygnatury akt i pytaniem, jaki finał miała sprawa. A następnie poprosiłam o wgląd, zobowiązując się do zachowania w poufności wszelkich danych wrażliwych w opisaniu sprawy.
„Mam doświadczenie w pracy nad takimi tematami, a zapoznanie się z tymi aktami jest mi niezbędne do rzetelnego zgłębienia tematu” – dodałam.
Proces toczył się z wyłączeniem jawności, ale sąd zezwolił mi na przeczytanie akt. Przejrzałam i wynotowałam osiem tomów w pięć godzin. Chłopiec w chwili zdarzenia miał 11 lat, a krzywda, którą wyrządził mu wykwalifikowany pracownik Banku Millenium zostanie z nim na długie lata. A może na całe życie.
Napisałam dla Was reportaż na Patronite, bo uważam temat za społecznie bardzo ważny.
Papież Franciszek w swojej autobiografii pt. „Miej nadzieję” uderzył w tradycjonalistów, zarzucając im m.in. niestabilność emocjonalną. Kuriozalne słowa papieża ostro skomentował publicysta katolicki, Paweł Lisicki.
Publicysta na łamach dorzeczy.pl przypomina fragment Księgi Rodzaju, w którym pijany Noe leży nieprzytomny w swoim namiocie, a synowie muszą okryć jego nagość. „Niezależnie od tego jak się interpretuje ten fragment Biblii można uznać, że Franciszek zachowuje się jakby był właśnie odurzonym Noem: wyrzuca z siebie brutalne i opryskliwe sądy, nie zważa na to jak muszą się czuć systematycznie przez niego obrażani wierni; gorzej, robi wrażenie, jakby wręcz nie rozumiał i nie znał prawdy katolickiej” – podkreśla Lisicki.
Franciszek za „kuriozalne” uznał zainteresowanie tradycyjną liturgią zwłaszcza młodszych pokoleń. Zdaniem papieża to nie jest wcale „radość z Tradycji”, ale „przejaw klerykalizmu”. Umiłowanie tradycyjnej liturgii określił jako „sekciarską nowoczesność”, rzekomo zamaskowaną pod powrotem do sacrum.
Papież posunął się jeszcze dalej. De facto oskarżył tradycjonalistów o niestabilność psychiczną. „Czasem za tymi kostiumami kryje się poważne niezrównoważenie, zaburzenia afektywne, problemy z zachowaniem, złe samopoczucie, co można instrumentalizować” – napisał.
„Podsumujmy nauki Franciszka: katolicy przywiązani do tradycyjnych form pobożności są sekciarzami, ludźmi poważnie niezrównoważonymi, cierpiącymi na „zaburzenie afektywne” itd., itp. Jest to nie tylko obraźliwe i pogardliwe, ale także najzwyczajniej w świecie, niedorzeczne” – przekonuje Lisicki.
W jego opinii nie dziwi, że coraz więcej ekspertów powątpiewa czy Franciszek w ogóle jest papieżem, skoro wygłasza jawnie niekatolickie poglądy. Do takich Lisicki zaliczył nie tylko przekłamania na temat tradycyjnej liturgii, ale zgodę na błogosławieństwa par LGBT i ataki wymierzone w tym kontekście w biskupów stojących na straży dotychczasowej nauki Kościoła.
– Nie za bardzo wiadomo w jaki sposób mielibyśmy wypełnić tę lukę zwłaszcza jeśli chcemy być w zgodzie z tym, czego naucza dzisiejsze filisterium naszego Kościoła mieszanego.
Słowa kardynała odbiły się szerokim echem. Najpierw od najbliższego otoczenia – ścian i sklepienia, rezonując cichym klaśnięciem w opróżnionych – na czas skupienia – głowach zgromadzonych dostojników, by w chwilę potem zostać wessane przez wytworzoną w ten sposób próżnię.
Ten baner jest antyludzki
Oryginalna wypowiedzi na temat banera „Chanuka czy Boże Narodzenie” jest autorstwa kardynała Rysia wymienionej przeze mnie obediencji.
– Ten baner jest antyludzki, antyeuropejski, nie wiem, czy jest antysemicki, ale na pewno jest antychrześcijański. Jeśli ktoś po raz kolejny stawia taką ‘alternatywę’ w Europie, to robi rzecz niedopuszczalną.
Katolicki baner jest rzeczą Niedopuszczalną?
Dlaczego zwolennik synodalności nie powiedział po prostu, że baner nie jest żydowski, lecz użył takich właśnie słów na jego określenie, pozostanie gorzką tajemnicą jego intelektualnego podniebienia. Nie jest za to tajemnicą, że kardynał Kościoła mieszanego z uporem heretyka organizując co roku w Kościele katolickim “dni bez Jezusa i Maryi “, wpisuje się antykatolicki nurt.
Aby nikt nie pozostał z uczuciem niedosytu wyjaśnię, że obediencja, do której przystał swego czasu kardynał, twierdzi, że dzieło zbawienia dokonuje się nie tylko w Kościele katolickim, ale również w Synagodze.
Co powstrzymuje w takim razie od przejścia na judaizm wyświęconego swego czasu na katolickiego kapłana Grzegorza Rysia? Są dwie odpowiedzi.
Pierwsza: kardynał Rys nie musi nigdzie przechodzić, bo już jest w nowym Kościele. Poprzedni Kościół, wedle jego własnych słów „mylił się”.
Drugiej odpowiedzi udzielił Stanisław Michalkiewicz:
“Minął kolejny Dzień Judaizmu. Na razie jeszcze na judaizm nie przechodzimy, bo Żydowie nie potrzebują konwersji katolickiego duchowieństwa na judaizm. Ono jest im potrzebne raczej do rozmydlania chrześcijaństwa, więc gdyby przeszło na judaizm, byłoby im potrzebne, jak psu piąta noga. Z żydowskiego punktu widzenia pożytek z katolickiego duchowieństwa jest wtedy, kiedy lansuje ono wśród katolickich mas pogląd o wyższości judaizmu nad chrześcijaństwem”.
Farmerzy z brytyjskiego hrabstwa Gloucestershire są oburzeni po tym, gdy lokalni politycy zorganizowali kampanię przeciwko… mleku. Wszystko oczywiście w imię „walki z globalnym ociepleniem”.
Kampania zorganizowana przez radę hrabstwa Gloucestershire „zachęcała” mieszkańców do rozważenia alternatyw dla mleka krowiego jako części planów walki ze zmianami klimatycznymi.
Decydenci twierdzili, że jak ludzie przestaną pić mleko, to klimat się poprawi, bo zmniejszy się produkcja śladu węglowego. Radny David Gray wprost stwierdził, że „mleko krowie jest znaczącym źródłem emisji metanu”, więc należy docelowo z tym skończyć.
Urzędnicy zachwalali napój owsiany jako zamiennik mleka i namawiali, by kawę i herbatę pić bez mleka. Ponadto sugerowano mieszkańcom, by zrobili sobie „bezmięsne poniedziałki” jako kolejną odsłonę „walki z globalnym ociepleniem”.
Kampania spotkała się z ostrą krytyką ze strony lokalnych rolników, którzy obawiają się negatywnego wpływu na przemysł mleczarski. Jeden z farmerów stwierdził, że kampania jest „niewiarygodnie frustrująca” i wskazywał wprost, że działania urzędników to nic innego jak dobijanie drobnych rolników.
Farmer Jacob James dodał, że zamiast krytykować lokalnych producentów mleka, lepiej skupić się na maksymalizacji korzyści zdrowotnych wynikających z ich produkcji.
Ostatecznie lokalni politycy częściowo się ugięli. Z kampanii usunięto odniesienia do alternatyw mlecznych. „Bezmięsne poniedziałki” wciąż obowiązują jako oficjalna narracja.
Obywatel Tusk Donald sprawia wrażenie wielkiego twardziela i w ogóle – ale okazało się, że to wszystko blaga, skoro na minę wsadził go pan prezydent Andrzej Duda, który z pozoru nie potrafi zliczyć do trzech. Inna sprawa, że prezydent Duda, czy to z własnej inicjatywy, czy to z czyjegoś podszeptu, wsadził obywatela Tuska Donalda na minę przy pomocy dźwigni Archimedesa. Archimedes, jak wiadomo, przechwalał się, że potrafi podnieść nawet Ziemię, byle tylko dostarczyć mu stosowny punkt oparcia do jego dźwigni. I pan prezydent znalazł taki punkt oparcia w postaci bezcennego Izraela, w konkretnie – w postaci premiera bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu. Na całym świecie wielkie wrażenie zrobił widok Kongresu Stanów Zjednoczonych, który właśnie Beniaminowi Netanjahu urządził owację na stojąco i to nawet zanim Dostojny Gość otworzył paszczę, by poinformować Ludzkość, w jaki sposób zamierza przychylać jej nieba. I amerykańscy twardziele wiedzą i my wiemy, że gdyby tak który nie wstał i nie oklaskiwał Beniamina Netanjahu, to już następnego dnia niezależne media zrobiłyby z niego marmoladę – a i tak mógłby taki jeden z drugim uważać się za szczęściarza, gdyby tylko na tym się skończyło. Toteż kiedy pan prezydent Duda z ostentacyjną wylewnością zwrócił się do znienawidzonego obywatela Tuska Donalda, by jego vaginet udzielił premierowi Netanjahu listu żelaznego, gdyby tylko zechciał on przyjechać do naszego nieszczęśliwego kraju na uroczystość 80 rocznicy wyzwolenia dziś chwilowo nieczynnego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, to obywatel Tusk Donald nie wahał się ani chwili i kazał swojemu vaginetowi powziąć stosowną uchwałę, którą vaginet w podskokach podjął.
Atoli problem w tym, że Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wystawił był za Beniaminem Netanjahu nakaz aresztowania z powodu zbrodni wojennych, popełnionych w ramach ostatecznego rozwiązywania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy. W odróżnieniu od USA, Rosji, Chin, no i oczywiście – bezcennego Izraela – które tego całego Trybunału „nie uznają”, Polska „uznaje” go jak najbardziej. Ale z drugiej strony jakże tu aresztować premiera Netanjahu? Prezydent Duda coś tam przecież musi wiedzieć, więc pewnie wiedział, że na samą myśl o podobnym zuchwalstwie obywatel Tusk Donald prędzej splamiłby mundur, więc wykorzystał tę okoliczność, żeby zdemaskować go przed światem jako zwyczajnego szabesgoja. Na domiar złego, obywatel Tusk Donald, przyzwyczajony do pobłażliwości ze strony Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen, załatwił sprawę w drodze uchwały swojego vaginetu, podczas gdy traktat międzynarodowy – a taki charakter ma „uznanie” MTK przez Polskę – ma rangę ustawy i to mającej priorytet przed regulacjami wewnętrznymi, więc ta uchwała była ostentacyjnym złamaniem prawa i to w dodatku – międzynarodowego. Natychmiast zareagował sam Trybunał, piętnując samowolkę vaginetu obywatela Tuska Donalda, a ku jego konfuzji – również rzecznik Komisji Europejskiej – bo tak się akurat stało, że Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen została złożona dyplomatyczną chorobą w postaci „ciężkiego zapalenia płuc”. Zapanowało powszechne oburzenie, na które przesłuchiwani przez niezależne media głównego nurtu członkowie Volksdeutsche Partei reagowali bezradnymi krętactwami. Na wyżyny krętactwa wzbił się Wielce Czcigodny Roman Giertych, który ofuknął „purystów prawnych”, że nie zauważają „stanu wyższej konieczności”. Ciekawe, czy po ogłoszeniu tej rewolucyjnej teorii Wielce Czcigodny Roman Giertych zostanie wreszcie włączony do stada autorytetów moralnych, czy jednak będzie musiał poddać się nieodwracalnej operacji chirurgicznej? Coś może być na rzeczy, bo obywatel Tusk Donald, który akurat doznał kolejnego ataku wścieklizny z powodu ślimaczących się „rozliczeń” ze znienawidzonym PiS-em, zagroził ministru Adamu Bodnaru z czarnym podniebieniem, że poszczuje na niego Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, mianując go wiceministrem sprawiedliwości.
Żeby zatrzeć niemiłe wrażenie, spowodowane wsadzeniem go przez pana prezydenta na minę, obywatel Tusk Donald ogłosił wielki sukces. Wielki sukces polega na tym, że obywatel Tusk Donald myśli, iż władze Ukrainy zgodziły się na ekshumację ofiar rzezi wołyńskiej. Tymczasem ukraiński wiceminister kultury Andrij Nadżos zapewnił tylko o „pozytywnych intencjach” ukraińskich władz na rzecz „rozwiązania sporów”, związanych „z tematem ekshumacji”. Istotą tych „sporów” jest – po pierwsze – odmowa zgody ukraińskich władz na uznanie tej rzezi za „ludobójstwo”, a po drugie – żądanie od Polski „symetrii”, to znaczy – przeprowadzenia ekshumacji i upamiętnienia z pietyzmem w Polsce poległych członków Ukraińskiej Powstańczej Armii. Władze ukraińskie stoją bowiem na nieubłaganym stanowisku, że Polacy zamordowani w 1943 roku na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, to ofiary polsko-ukraińskiej „wojny”. Jest to oczywiście nieprawda, bo żeby mówić o „wojnie”, wszystko jedno – domowej, czy jakiejkolwiek innej, to muszą być przynajmniej dwie strony wojujące. W przypadku rzezi wołyńskiej tak nie było. Była tylko strona mordująca i strona mordowana, więc o żadnej „wojnie” nie może być mowy. Toteż zarówno Konfederacja, jak i kandydat na prezydenta z ramienia PiS, pan Karol Nawrocki nie podzielają euforii obywatela Tuska Donalda i Volksdeutsche Partei w tej sprawie. Pan Nawrocki powiedział nawet, że dopóki Ukraina nie zadośćuczyni polskim oczekiwaniom w tej sprawie, to on „nie widzi” tego państwa ani w strukturach NATO, ani w strukturach UE. Natychmiast ofuknął go również kandydujący na prezydenta pan Rafał Trzaskowski z pierwszorzędnymi korzeniami, stwierdzając, że realizacja tych ukraińskich ambicji jest „polską racją stanu”.
Okazuje się, że nie tylko to. Oto policja złapała jakiegoś starowinę z Małopolski, który miał zadzwonić do biura Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z wiadomością, że „Jurka” Owsiaka trzeba „zastrzelić”. „Jurek” Owsiak, w obawie o życie swojej osoby, zaraz wystąpił o policyjną ochronę, której pan minister Siemoniak w podskokach mu udzielił. Ale na tym nie koniec, bo złapany starowina nie tylko przyznał się do wszystkiego, ale w dodatku zaczął prawidłowo zeznawać, że jego zbrodniczy zamiar został zainspirowany audycjami telewizji „Republika”, która zaapelowała, żeby pieniądze przekazywać nie „Jurkowi” Owsiakowi, tyko jej. To oczywiście zbrodnia niesłychana, więc wcale bym się nie zdziwił, gdyby stare kiejkuty tego starowinę zwyczajnie wynajęły, żeby nie tylko zadzwonił, nie tylko się przyznał, ale i prawidłowo zeznał, co konkretnie go do myślozbrodni zainspirowało. W związku z tym również przewodniczący KRRiTV zamierza podjąć w stosunku do „Republiki” stosowne kroki, pewnie w nadziei, że w ten sposób również i on wyleczy się politycznie. Okazuje się, że „Jurek” Owsiak, niczym Putin, jest dobry na wszystko.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
A to się dopiero narobiło! Polska, za sprawą naszych Umiłowanych Przywódców, po raz kolejny skompromitowała się na arenie międzynarodowej, pokazując nie tylko Europie, ale i światu, wizytówkę tubylczej praworządności, o którą, na polecenie Naszej Złotej Pani z 2017 roku, walczymy do upadłego – obecnie pod wodzą obywatela Tuska Donalda i jego ferajny z Volksdeutsche Partei oraz bodnarowców z czarnym podniebieniem. Mam oczywiście na myśli deklarację obywatela Tuska Donalda, jako prezesa tubylczego vaginetu, że Polska udzieli ochrony premierowi bezcennego Izraela, Beniaminowi Netanjahu, nie dopuszczając do jego aresztowania, jeśli tylko zapragnąłby przespacerować się po chwilowo nieczynnym obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu-Brzezince, w 80 rocznicę jego oswobodzenia przez Ukraińców z Pierwszego Frontu Ukraińskiego.
Jak wiadomo, Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze, wydał za izraelskim premierem nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne popełnione podczas operacji ostatecznego rozwiązania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy.
Nasz nieszczęśliwy kraj, w odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, Rosji i Chin, które trybunału haskiego na wszelki wypadek nie uznają, uznaje go jak najbardziej – co oznacza, że zobowiązał się do respektowania jego orzeczeń. Ale są sprawy ważne i sprawy ważniejsze, podobnie jak są zbrodniarze wojenni ważni i ważniejsi. Na przykład zimny ruski czekista Putin też został mianowany zbrodniarzem wojennym przez Senat Stanów Zjednoczonych, w związku z czym nie tylko obywatel Tusk Donald, ale i pan minister Siemoniak, oczywiście gdyby tylko mogli, to natychmiast by go aresztowali, a kto wie – może nawet własnoręcznie udusili krawatem wypożyczonym od Księcia-Małżonka.
Jednakże w przypadku premiera bezcennego Izraela, Beniamina Netanjahu, Kongres Stanów Zjednoczonych zgotował mu owację na stojąco i to jeszcze zanim Dostojny Gość otworzył paszczę, żeby poinformować Ludzkość, jak zamierza przychylić jej nieba. W takiej sytuacji żaden wasal Stanów Zjednoczonych nie ośmieli się zrobić najmniejszej przykrości Beniaminowi Netanjahu, nawet jeśli – jak to ma miejsce w przypadku naszego bantustanu – „uznaje” Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze. Okazuje się, że Polska nie po to podpisuje rozmaite zobowiązania międzynarodowe, żeby je wykonywać, tylko – żeby było ładniej.
Ale to zaledwie część pikanterii w tej sprawie.
Oto bowiem obywatel Tusk Donald złożył swoje oświadczenie w odpowiedzi na prośbę pana prezydenta Andrzeja Dudy. Ciekawe, jaka motywacja towarzyszyła panu prezydentowi kiedy tę prośbę pod adresem znienawidzonego obywatela Tuska Donalda kierował. Na pozór sprawia ona wrażenie autentycznej, bo wiadomo, że nie ma takiej rzeczy, której pan prezydent Duda nie zrobiłby dla bezcennego Izraela, podobnie, jak dla Ukrainy. Ale nie można też wykluczyć, że pod pozorem troski o dobrostan Beniamina Netanjahu podczas ewentualnego spaceru po chwilowo nieczynnym obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu-Brzezince, pan prezydent realizował perfidny zamiar wsadzenia obywatela Tuska Donalda na minę. Najwyraźniej pan prezydent wiedział, że obywatel Tusk Donald prędzej splami mundur, niż odważy się odmówić takiej prośbie, więc uznał, że nic łatwiejszego, by pod pozorem prośby, skompromitować jego vaginet, co to ma pełną paszczę frazesów o praworządności – że jak przychodzi co do czego, to po staremu wszystko załatwia po uważaniu.
Krótko mówiąc – pan prezydent pokazał Europie i światu, że obywatel Tusk Donald nie jest żadnym płomiennym szermierzem praworządności, tylko zwyczajnym szabesgojem, od których aż się w tak zwanych establishmentach roi. Dla Naczelnika Państwa, który dotychczas za takiego szabesgoja uchodził, taki obrót sprawy to prawdziwy dar Niebios, bo po raz kolejny okazało się, iż w sprawach naprawdę ważnych, z obywatelem Tuskiem Donaldem zawsze idą ręka w rękę. Co innego obywatele; czy ten incydent otworzy im oczy, czy też po staremu będą kibicowali jak nie jednemu, to drugiemu starszemu panu, którzy odgrywają role wyznaczone im jeszcze przez generała Kiszczaka?
Żebyśmy jednak nadmiernie się tą kompromitacją naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju nie dołowali, zwłaszcza, że wszyscy nawołują do myślenia pozytywnego, warto zwrócić uwagę, że pod względem praworządności nasz nieszczęśliwy kraj i buszujący w nim sędziowie nie są bynajmniej gorsi od sędziów amerykańskich. Oto prezydent-elekt Donald Trump został właśnie skazany za to, że – jak twierdziła jakaś wyeksploatowana dama – oferował jej pieniądze, żeby nie trzaskała dziobem. To dokładnie tak samo, jak u nas; jak tylko jakaś dama, a nawet jakiś jegomość, zaczyna trzaskać dziobem, że został „skrzywdzony”, to niezawisły sąd zaraz zalepia mu paszczę złotym plastrem. Ostatnio – czego nie może się nachwalić pan red. Tomasz Terlikowski – niezawisły sąd zalepił paszczę złotym plastrem wartości 400 tys. złotych jegomościowi, którego ksiądz proboszcz regularnie „krzywdził” dzień w dzień, nieprzerwanie przez trzy, czy nawet cztery lata, a ten regularnie tej krzywdzie dzień w dzień się poddawał. A mówiłem, że jak pani sędzia Anna Łasik ze znanego na całym świecie z niezawisłości sądowej Poznania, wprowadziła zasadę odpowiedzialności zbiorowej, to przemysł molestowania wejdzie w swój złoty wiek – i wszyscy, jeden przez drugiego, zaczną sobie przypominać, jak to zostali „skrzywdzeni”. – podobnie jak to się dzieje w Stanach Zjednoczonych.
Ale w USA, gdzie sądy wprawdzie są jeszcze niezawiślejsze, niż w naszym bantustanie – ale też – jak mówi Pismo Święte – „mają wzgląd na osoby”. Nowojorski niezawisły sędzia wprawdzie skazał prezydenta-elekta Donalda Trumpa, ale kary już nie odważył mu się wymierzyć. Tak samo było podczas procesu, jaki przez 7 lat toczył się w Lublinie przeciwko panu Grzegorzowi Wysokowi z donosu niejakiego pana Karola Adamaszka, podówczas kolaboranta tamtejszej „Gazety Wyborczej”. Niezawisły sędzia przez 7 lat wił się, jak piskorz, bo z jednej strony bał się zlekceważyć pana Adamaszka, żeby Judenrat nie zrobił z niego marmolady, ale z drugiej – resztki sumienia nie pozwalały mu skazać pana Wysoka, który nic złego nie zrobił. Oto jednym z „zarzutów” było zdanie, że „Adam Michnik – Żyd roku któregoś tam” – a reszta temu podobna. Toteż po 7 latach wydał wyrok salomonowy; uznał „winę” pana Wysoka, ale kary mu nie wymierzył.
Ja nie miałem takiego szczęścia, może dlatego, że w hierarchii donosicieli pan Jaś Kapela stoi wyżej od pana Adamaszka, a może niezawisłe sędzie z innych powodów, na przykład – na delikatną sugestię ze strony ABW, postanowiły mi dosolić, więc powoli kończę spłacać grzywnę i koszta, jakie poniósł drogi pan mecenas, stawający w charakterze oskarżyciela posiłkowego u boku mojej Prześladowczyni. W tej sytuacji jakże miło mi usłyszeć, że w waszyngtońskim Białym Domu zasiądzie taki sam szubienicznik, jak ja – tyle, że bez obowiązku płacenia grzywny i kosztów. Czegóż mogę chcieć więcej?
Obrona wiary to charyzmat, z którego słynie święty Józef Sebastian Pelczar. Na kartach swoich książek i w wystąpieniach biskup nie tylko przeciwstawiał się złym filozofiom i niebezpiecznym nurtom teologicznym – ale opowiadał się również za katolickim charakterem państwa, czy podkreślał znaczenie wiary dla życia rodzinnego i moralnego. Skoro religia objawiona daje poznanie Stwórcy i jego praw, to jest bezpiecznym fundamentem, na którym oprzeć można całość życia. To właśnie olbrzymi kontrast pomiędzy postawą tego obrońcy doktryny a modnymi dziś postulatami zmiany nauczania. Kontrast, który każe nam po jego dorobek sięgać jak najczęściej.
Oba rozdziały swoich szeroko znanych prac – „Obrony Religii Katolickiej” oraz obszernego katechizmu „Religia katolicka. Jej podstawy, jej źródła, jej prawdy wiary” święty Józef Sebastian Pelczar rozpoczynał rozdziałami poświęconymi objawionemu charakterowi wiary katolickiej. Jak podkreślał, w doktrynie Kościoła poznajemy prawdę o Bogu – „źródle i celu wszechrzeczy”.
Przekonanie (zresztą ogłoszone ponad wszelką wątpliwość w konstytucji Dei Filius Soboru Watykańskiego I) o charakterze prawd religii jako rzeczywistej wiedzy danej z bożej łaski, ma swój brzemienny skutek. Skoro wiara daje prawdziwe poznanie Boga i Jego Woli – to promienie tego nadprzyrodzonego źródła muszą oświecać i wiele spraw natury.
„W ziemskiej wędrówce swojej spotyka człowiek różne rzeczy, które zajmują jego ducha i przywiązują swoje serce, ale cóż powinno obchodzić go najbardziej i być mu najdroższym? Religia. Dlaczegóż to? Dlatego, że od niej zależy szczęście na ziemi i poza grobem. Religia wnika głęboko w stosunki życia prywatnego, rodzinnego, społecznego i politycznego, tak że człowiek na każdym kroku spotyka się z nią”, podkreślał święty biskup w apologetycznej „Obronie Religii Katolickiej”.
„Ona wpływa na wszystkie władze człowieka, wkłada obowiązki na całą jego istotę, zaspokaja wszystkie jego potrzeby duchowe – tak, że religia – a mówimy tu o religii katolickiej – jest światłem i przewodniczką dla rozumu, prawidłem i siłą dla woli, źródłem szczęścia i pokoju dla serca, najpotężniejszą dźwignią w życiu jednostek, rodzin, narodów i społeczeństwa ludzkiego. Religia ma inne zadanie, którego wiedza, ani kultura nie może wypełnić. Owszem, wiedza prawdziwa prowadzi do prawdy Prawdy Najwyższej, a prawdziwa kultura do Najwyższego Ideału i pierwowzoru wszystkich ideałów – do Boga”, dodawał.
Uwagi te zasługują dziś na szczególną uwagę. Stawiają bowiem religię w roli rezerwuaru inspiracji dla życia społecznego, politycznego, rodzinnego. Słowem, dzięki religii możemy tym skuteczniej działać dla poprawy świata, bo ta otwiera nas na poznanie płynące od samego Stwórcy. Tymczasem współcześnie górę biorą nurty teologiczne każące na doczesne przedsięwzięcia patrzeć nie przez soczewkę mądrości chrześcijańskiej – ale dopasowywać religię do świeckich wymagań.
Do atmosfery tej przyczyniła się w znacznym stopniu „teologia wyzwolenia”. Lektura dzieł zmarłego niedawno Gustavo Guttiereza – zyskujących pochwałę Franciszka – ukazuje próbę bezpośredniego uzależnienia teologii od okoliczności społeczno-ekonomicznych.
W inkrustowanej odwołaniami do marksistowskich ideologów książce „Teologia Wyzwolenia” ten peruwiański duchowny zaproponował przeniesienie na religię zasad dialektyki zapoczątkowanej przez Hegla i rozwiniętej przez komunizm.
Guttierez powołując się na przekonanie, że próby rozumienia Boga zakorzenione są zawsze w lokalnym kontekście i związane z doświadczeniami danego ludu przekonywał, że dopiero w połowie XX wieku Kościół mógł poznać jeden z elementów jego misji, którego tak długo nie był świadomy. Chodzi rzecz jasna o polityczną emancypację – projekt budowy świata wolności i dobrobytu, który autor uznał za integralną część… „historii zbawienia”. Byt determinuje świadomość, chciał widać powiedzieć.
Pełne zrozumienie posłania Kościoła umożliwić miało zatem spotkanie z doświadczeniem ludności Ameryki Południowej sprzed kilku dekad oraz z myślą marksistowską. Objawienie miało zrodzić się przez konfrontację dwóch sprzecznych czynników – wiary i bezbożnego marksizmu… i zaowocować syntezą w postaci teologii wyzwolenia. To opis tożsamy z tym, jak historię pojmował Hegel. Na możliwość rozumienia teologii z perspektywy heglowskiej filozofii, Guttierez wskazywał przy tym wprost.
Zostawmy na boku sam postulat sakralizacji emancypacji politycznej. To, na co szczególnie warto zwrócić uwagę, to wizja uzależnienia objawienia od spotkania z doczesnością. Nauka chrześcijańska przez tysiące lat mogła pozostawać poważnie wybrakowana, bo nie wystąpiły odpowiednie warunki bytowe i polityczne, aby Kościół pojął swoją emancypacyjną rolę. „Duch” miał przemówić nie w doktrynie Kościoła, ale w spotkaniu wiary i warunków ekonomiczno-społecznych.
Podobne mniemanie przenika wiele postulatów reformy Kościoła i zdaje się leżeć u podstaw procesu synodalnego. Dokument roboczy przygotowany dla drugiej sesji synodu o synodalności wprost proponuje nadanie takiej zasadzie stałego miejsca w kościelnym nauczaniu. Wszak jego głównym postulatem było wsłuchiwanie się w głos „ducha”, przemawiający nie w Kościele – a w doczesności – przede wszystkim w dążeniach marginalizowanych i uciśnionych społeczności. Traktując je jako pełne religijnej treści Kościół miałby wywodzić z nich wskazania dla siebie i swojej nauki…
Model, w którym dopiero napotkanie pewnych okoliczności bytowych umożliwia Kościołowi poznanie prawdy ma swoją drugą stronę. To przekonanie, że w nauczaniu i praktyce katolickiej są już elementy zaczerpnięte właśnie z uczestnictwa w konkretnych „strukturach dominacji”, które można wyłonić i w perspektywie nowych okoliczności rewidować…
Takie dążenie jest w naszych czasach regułą. Niewygodne dla modnych ideologii prawdy religijne tłumaczy się świeckimi niedomaganiami teologii – brakiem przyrodniczo pojętej naukowości, związkami z rzekomo opresyjną kulturą… Okazuje się, że nauka chrześcijańska i teologia nie tylko muszą ze światem dialogować – ale nawet wypracowywać z nim jakieś syntetyczne porozumienie i dopiero w taki sposób docierać do prawdy. Podobna wizja – rzecz jasna – nie ma nic wspólnego z prawdą wiary o kompletności Objawienia przekazanego Kościołowi.
Pejzaż ten przynagla do sięgnięcia po dziedzictwo zdrowego katolickiego nauczania, w którym to nie religia ma dopasowywać się i czerpać pouczenia z doczesności – ale uczyć i inspirować kulturę i społeczeństwo, zbliżając je ku boskiemu światłu. Gorliwa apologetyczna działalność św. bp. Józefa Sebastiana Pelczara tego właśnie uczy – z wiary Objawionej – pełnej i pewnej czerpać lekcję dla świata… Nigdy odwrotnie.
Bilbord Grzegorza Brauna oraz Grzegorz Braun. / Foto: screen YouTube/Grzegorz Braun (kolaż)
Metropolita łódzki kardynał Grzegorz Ryś potępił kampanię billboardową polskiego posła do Parlamentu Europejskiego Grzegorza Brauna podczas centralnych obchodów Dnia Judaizmu we Wrocławiu. Wcześniej ze skargą do kardynała zadzwonił rabin Michael Schudrich.
Braun wystartował z kampanią bilboardową przed ostatnimi Świętami Bożego Narodzenia. Na wielkich plakatach widzieliśmy m.in. grafiki – przedzielone symbolem gaśnicy – przedstawiające symbole żydowskiej chanuki i chrześcijańskiego Bożego Narodzenia. „Chanuka czy Boże Narodzenie? Europo! Wybór należy do ciebie!” – takie hasło widniało na billboardzie.
Do tej kampanii podczas XXVIII Dnia Judaizmu we Wrocławiu nawiązał kard. Ryś. Zdradził, że zadzwonił do niego rabin Schudrich, by się pożalić.
– Kiedy uczestniczyłem w Europejskim Spotkaniu Młodych w Tallinie na przełomie roku 2024/2025, zadzwonił do mnie rabin Schudrich, mówiąc o banerach, które pojawiły się w różnych miejscach Polski, podpisane przez jednego z naszych europarlamentarzystów. Sam widziałem te banery. Ten baner jest antyludzki, antyeuropejski, nie wiem, czy jest antysemicki, ale na pewno jest antychrześcijański. Jeśli ktoś po raz kolejny stawia taką 'alternatywę’ w Europie, to robi rzecz niedopuszczalną – powiedział metropolita łódzki.
– Dwa tygodnie się zastanawiam, czy powiedzieć to, co chcę powiedzieć, ale chyba jednak trzeba – opowiedział o swoich rozterkach.
Według hierarchy stawianie takiej alternatywy w przestrzeni publicznej jest działaniem niedopuszczalnym i stoi w sprzeczności z oficjalnym nauczaniem Kościoła Katolickiego. – Nie wiem, w jaki sposób mielibyśmy obchodzić Boże Narodzenie, wykreślając Chanukę – dodał.
Postawę kardynała i rabina krótko w mediach społecznościowych skomentował sam Braun. „Najuprzejmiej dziękuję Eminencji za energiczne włączenie się w moją kampanię” – napisał prezes Konfederacji Korony Polskiej.
W ubiegłym tygodniu pisałam Panu, jakie wartości promuje WOŚP i Jerzy Owsiak – po współpracy z aborterami, obecnie współpracuje ze środowiskiem wulgarnych drag queens. Jednak rząd roztacza nad tą współpracą parasol ochronny.
Tymczasem my kolejny raz doświadczamy prób zastraszaniaze strony organów ścigania.
Przesyłam Panu nagranie, na którym widać, że Policja prowadzi systematyczną obserwację Publicznych Różańców o zatrzymanie aborcji w Częstochowie. Znowu w tym samym mieście, znowu pokazowe nękanie.
Co oni wyprawiają? W jakim celu nagrywają księdza i modlących się z nim ludzi…? Czy będą ich „opiłowywać”?
Dla kontrastu – załączam poniżej mój poprzedni list, aby zobaczył Pan, jak bardzo różni się traktowanie obrońców życia od traktowania promotorów LGBT.
Serdecznie Pana pozdrawiam,
Kaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci,
To już oficjalne: lobby LGBT gra dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Organizacja Jerzego Owsiaka ma już na koncie współpracę ze środowiskami proaborcyjnych strajków. Teraz także ze środowiskiem queer.
W ten weekend w Krakowie odbył się show przygotowany przez 16 krakowskich drag queens. Drag queen to określenie na szczególny rodzaj transwestyty. To mężczyzna, który przebiera się w wyuzdany sposób za kobietę i manifestuje w ten sposób, że płeć to tylko konstrukt społeczny, zjawisko płynne i niedookreślone.
Drag queens na całym świecie mają szczególne upodobanie w występach przed dziećmi. Epatują wtedy swoim zboczeniem i robią striptiz przed młodziutką publicznością. Jak wyglądają takie występy, może Pan zobaczyć np. tutaj:
Subkultura drag to jeden z najbardziej radykalnych odłamów środowiska LGBT. Są obsceniczni, za nic mają normy, celowo gorszą najmłodszych. W Polsce spotykali się w bibliotekach z publicznością złożoną z kilkuletnich dzieci i zachęcali, by spróbować, jak to jest „być drag”.
Jak wielkie szkody czyni w psychice dzieci tak zdeformowany obraz ludzkiej płciowości – nie muszę chyba tłumaczyć…
Szanowny Panie,
Krok po kroku zamiast wielkiej apolitycznej akcji charytatywnej mamy w Polsce co roku festiwal wspierania lewicowych ideologii. Do wrogów życia płynie strumień pieniędzy, także publicznych, bo rząd i samorządy przekazują ogromne środki na WOŚP.
I właśnie w tym czasie chcę prosić Pana o wsparcie dla Fundacji Życie i Rodzina, bo jesteśmy w trudnym położeniu. Koniec ubiegłego roku był czasem wielkich trudności, które spiętrzyli przed nami wrogowie życia. Przeżyliśmy próby cenzury, zastraszanie naszej koordynatorki, nękanie naszych wolontariuszy przez organy ścigania. Jesteśmy w trakcie kilkudziesięciu procesów sądowych, a każdy z nich to stres dla naszych działaczy i dla mnie samej – bardzo martwię się o każdą osobę prześladowaną za obronę życia.
Nie będę owijać w bawełnę.
W tym miesiącu muszę kupić co najmniej:
– 2 megafony z mikrofonami i wejściem na Buetooth dla nowych grup, które zaangażowały się w Publiczny Różaniec o zatrzymanie aborcji, jeden zestaw kosztuje 800 złotych, w sumie 1600 złotych,
– 5 nowych banerów czołowych (każdy 350 złotych) i 6 banerów antyaborcyjnych (każdy 350 złotych), w sumie 3850 złotych,
– 6 banerów #stopLGBT (każdy 350 złotych, w sumie 2100 złotych), szczególnie do akcji związanych z edukacją pseudo-zdrowotną wprowadzaną przez Minister Edukacji Barbarę Nowacką.
Dojdą do tego koszty przesyłek kurierskich i inne koszty codziennej logistyki naszych oddziałów terenowych.
W sumie potrzebuję zebrać 7550 złotych plus koszty organizacyjno-logistyczne.
Czy może Pan pomóc?
Czy zamiast wpłacać na orkiestrę złożoną z miłośników zboczeń może Pan przekazać darowiznę na Fundację Życie i Rodzina, abym mogła wyposażyć oddziały terenowe Fundacji w niezbędne materiały?
Numer konta Fundacji Życie i Rodzina:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230.
Kod SWIFT: BIGBPLPW
Wszelkie dane do wpłat Blikiem i kartami znajdzie Pan w stopce niniejszego maila.
Gdy wiele lat temu zakładałam ŻiR, postanowiłam, że nie będziemy ograniczać się do samej Warszawy. Od początku miałam wielkie pragnienie, aby działalność prolife objęła siecią całą Polskę. To marzenie realizuje się, ale potrzeba zaopiekować się ludźmi i ich wyposażyć. Oni w swoim miejscu zamieszkania zmieniają świadomość o tym, czym jest aborcja. Budzą sumienia, edukują i przekonują nieprzekonanych. Często odwodzą od aborcji konkretne skołowane kobiety.
PS – Już teraz dziękuję za każdą kwotę, jaką zdecyduje się Pan przelać. Numer konta, dane do Blika i wpłat kartami znajdują się pod linkiem www.RatujZycie.pl/wesprzyj.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
W Polsce liczba zakażeń chorób przenoszonych drogą płciową wzrosła o kilkaset procent w ciągu ostatnich lat. W 2023 roku odnotowano niemal 3 tysiące przypadków kiły oraz ponad 1,3 tysiąca zachorowań na rzeżączkę. Eksperci alarmują, że wzrost zakażeń wiąże się między innymi z napływem imigrantów z krajów o wyższym odsetku zakażeń.
Dlaczego w Polsce rośnie liczba zakażeń?
– Na pewno związane jest to z napływem osób innego obywatelstwa niż polskie, co też podnosi te statystyki. To często nie są nowo zakażone osoby, tylko nowo zarejestrowane w Polsce – wyjaśnia dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego
Światowa Organizacja Zdrowia podaje, że codziennie odnotowuje się ponad milion nowych zakażeń chorób przenoszonych drogą płciową. W rzeczywistości może ich być wielokrotnie więcej. W Polsce tylko w 2023 roku wykryto ponad 5 tys. przypadków kiły, chlamydii i rzeżączki. Ze względu na tę samą drogę transmisji zakażenia choroby te często ze sobą współwystępują, a zakażenie jedną z nich zwiększa znacząco ryzyko zakażenia HIV.
Rekordowy wzrost przypadków kiły i rzeżączki
Przez kontakt seksualny przenoszonych jest ponad 30 różnych bakterii, wirusów i pasożytów. W 2020 roku wśród osób między 15. a 49. rokiem życia wykryto 374 mln nowych zakażeń jedną z czterech chorób przenoszonych drogą płciową: chlamydiozą (129 mln), rzeżączką (82 mln), kiłą (7 mln) i rzęsistkowicą (156 mln).
– Od roku 2020 nastąpił wzrost zarówno liczby zakażeń STI, czyli kiły, chlamydii, rzeżączki, jak i wzrost zakażeń HIV w populacji w Polsce. To zawsze było około 1 tys. nowych przypadków, jeżeli chodzi o HIV, a w ostatnich dwóch latach ta liczba znacznie wzrosła, mamy teraz nawet ponad 2,5 tys. zakażeń wirusem HIV – mówi agencji Newseria dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik.
W Polsce liczba nowo rozpoznanych STI w ostatnich latach szybko rośnie. O ile jeszcze w 2020 roku odnotowano 703 przypadki kiły, o to w 2023 roku liczba ta sięgnęła 2986, co oznacza ponad czterokrotny wzrost. W przypadku chlamydii liczba zakażeń w ciągu dwóch lat wzrosła ze 169 do 977, a rzeżączki – z 246 do 1322. Choroby przenoszone drogą płciową mogą zwiększać ryzyko zakażenia wirusem HIV, nawet do 10 razy w przypadku kiły i rzeżączki. W Polsce w 2020 roku potwierdzono 915 przypadków wirusa HIV, a w ubiegłym roku było ich 2876.
Eksperci alarmują: zakażenia dotyczą każdego [kłamstwo !! Uczciwego człowieka, nie kurwiarza, to nie dotyczy ! MD]
Raport PZH „Sytuacja zdrowotna ludności Polski i jej uwarunkowania w 2022 roku” wskazuje, że liczba zakażeń HIV wykrywanych wśród obcokrajowców zwiększyła się z 23 w 2015 roku do 210 w 2021 roku. Około 80 proc. z tych rozpoznań dotyczyło osób pochodzących z Ukrainy. To jednak analizy odnoszące się do okresu przed wybuchem wojny w 2022 roku, a zatem odzwierciedlają sytuację w grupie imigrantów, którzy już wcześniej przybyli do naszego kraju. Rozpowszechnienie zakażenia HIV w populacji ogólnej w Ukrainie według szacunków UNAIDS jest dziesięciokrotnie wyższe niż w populacji ogólnej w Polsce.
W 2023 roku wirusa HIV potwierdzono u 270 obcokrajowców. Zakażenia są częstsze wśród osób młodszych, ale wzrosty są też wśród osób starszych. Zakażenia dotyczą każdego. [gówno prawda!! MD ]. Obecnie najwięcej przypadków STI rozpoznaje się u osób w wieku 20–39 lat, przede wszystkim u mężczyzn, ale coraz częściej choroby przenoszone drogą płciową diagnozuje się u kobiet. W 2020 roku zaraportowano wśród nich 147 zachorowań na kiłę, w 2023 – już 357. Podobne wzrosty widać również u kobiet w przypadku rzeżączki (wzrost z 16 do 98) i chlamydii (wzrost ze 123 do 364 w 2023 roku).
Zbyt późna diagnostyka
– Wzrosty mogą być związane ze zwiększoną świadomością osób, które chcą sprawdzić, czy są zakażone, czyli ze zwiększonym testowaniem. Oczywiście może to być związane z nowymi zakażeniami, ale tego bez badań diagnostycznych, badań epidemiologicznych nie jesteśmy w stanie do końca powiedzieć – ocenia dr Marta Niedźwiedzka-Stadnik.
Chociaż infekcje przenoszone drogą płciową są uleczalne, mogą prowadzić do poważnych komplikacji zdrowotnych – nie tylko do większego ryzyka zakażenia HIV, ale także do niepłodności, problemów neurologicznych i sercowo-naczyniowych. Kluczowa jest szybka diagnostyka. W Polsce nawet połowa populacji osób zakażonych może być diagnozowana zbyt późno. Jak wskazuje Krajowe Centrum ds. AIDS, wiele osób pozostaje także niezdiagnozowanych, więc rzeczywista liczba zakażonych może być kilkukrotnie wyższa.
– To bardzo intymne i wrażliwe aspekty naszego życia i bardzo ważne jest, aby powstały miejsca, w których są specjaliści, którzy, po pierwsze, nie boją się mówić czy pytać o zdrowie seksualne, nasze rytuały seksualne, ale także specjaliści, którzy poza sferą psychoseksualną jeszcze zajmują się sferą medyczną, gdzie przechodzimy od badania, poprzez rozmowę, do leczenia – podsumowuje Izabela Pazdan ze Społecznego Komitetu ds. AIDS.
“Byłby to przypadek rzadki – a czy w ogóle są przypadki?” – pytał retorycznie poeta w nieśmiertelnym poemacie “Towarzysz Szmaciak”. Toteż i ja zachodzę w głowę (“Zachodzim w um z Podgornym Kolą…”), czy to przypadek zrządził, czy dobry los, że niezależna prokuratura bodnarowska umorzyła śledztwo w sprawie udziału Wielce Czcigodnego Romana Giertycha w powstaniu niedoborów w słynnej spółce “PolNord” akurat, gdy w Kościele w naszym bantustanie, obchodzony jest doroczny Dzień Judaizmu?
Jak czytamy na łamach organu Judenratu, siepacze Zbigniewa Ziobry, co to uwili sobie gniazdko w niezależnej prokuraturze, nękali Wielce Czcigodnego Romana Giertycha aż przez 8 lat, doprowadzając do tego, że z tej desperacji aż go zemdliło, w następstwie czego siepacz musiał przedstawić zarzuty zadowi Wielce Czcigodnego. Sprawa trafiła nawet do niezawisłego sądu, który salomonowo uznał, że przedstawienie zarzutów zadowi podejrzanego nie jest w myśl prawa skuteczne.
Tę sentencję trzeba by ryć spiżem na marmurze i to nie tylko na większą cześć i chwałę niezawisłych sądów w naszym bantustanie, ale również gwoli pouczenia wszystkich niewinnych, co przystoi im czynić, gdy znienacka jakiś siepacz zechce przedstawić im zarzuty. Wzorem Wielce Czcigodnego Romana Giertycha, każdy niewinny powinien się w tym momencie odwrócić twarzą do ściany i zemdleć – a siepacz niech się w swojej nieskuteczności buja.
Już z tego powodu Wielce Czcigodny Roman Giertych ma zapewnione miejsce w historii naszego i tak już wystarczająco nieszczęśliwego kraju – ale przecież nie zwalnia to nas z obowiązku rozebrania sobie z uwagą kolejnych okoliczności, dotyczących ostatniej decyzji niezależnej prokuratury o umorzeniu trwającego tyle lat śledztwa przeciwko Wielce Czcigodnemu.
Przede wszystkim zwraca uwagę okoliczność, że chociaż Roman Giertych został wciągnięty – ale nie na członka Volksdeutsche Partei, tylko na listę wyborczą w ostatnich wyborach parlamentarnych – a potem, dzięki oszałamiającemu sukcesowi, związanemu z koniecznością dokonania podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu – nie tylko został Wielce Czcigodnym, ale w dodatku obywatel Tusk Donald powierzył mu obowiązki “bicza Bożego” na PiS-iaków – to jednak śledztwo przeciwko niemu nadal trwało, jak-gdyby-nigdy-nic.
Najwyraźniej obywatel Tusk Donald, widząc rezerwę, z jaką stado autorytetów moralnych traktuje Wielce Czcigodnego, a także – na wszelki wypadek, gdyby Wielce Czcigodnemu coś niestosownego strzeliło do głowy – postanowił nie odcinać go od stryczka. I słuszna jego racja, bo jegomość, nawet niekoniecznie Wielce Czcigodny, kiedy zostanie odcięty od stryczka, to może popaść w sprośne błędy Niebu obrzydłe, a nawet próbować ukąsić rękę, która daje mu chleb i władzę.
Toteż Wielce Czcigodny na czele swego zespołu płomiennych szermierzy praworządności, demaskował i razobłaczał znienawidzonych osobników, których wskazał mu nieubłagany palec – ale z drugiej strony niezależna prokuratura cały czas trzymała go na stryczku, gdyby tylko coś poszło nie tak.
W ten sposób minęło aż 14 miesięcy od powołania vaginetu obywatela Tuska Donalda, ale sytuacja procesowa Wielce Czcigodnego nic się nie zmieniła w stosunku do okresu, gdy władzę nad niezależna prokuraturą sprawował znienawidzony Zbigniew Ziobro.
Mówiąc obrazowo, przez cały ten czas siedział on na jednym półdupku. Tymczasem niezależna prokuratura, na rozkaz ministra Adama Bodnara z czarnym podniebieniem, przeglądała sprawy wadliwie prowadzone przez prokuraturę Zbigniewa Ziobry, z punktu widzenia potrzeb politycznych nowego vaginetu.
Nowy vaginet bowiem naliczył aż 600 przypadków nieprawidłowości – a kiedy obywatel Tusk Donald niedawno doznał kolejnego ataku wścieklizny i w tym stanie zagroził ministru Adamu Bodnaru, że jak “rozliczenia” będą się ślimaczyły, jak do tej pory, to on poszczuje go Wielce Czcigodnym Romanem Giertychem, nastręczając mu go na wiceministra sprawiedliwości. Najwyraźniej w Ministerstwie Sprawiedliwości i Prokuraturze Krajowej musiała zapanować trwoga, bo zaraz ogłoszony został “raport” – ale cząstkowy, dotyczący tylko 200 przypadków. Czy ten raport objął również przypadek śledztwa w sprawie spółki “PolNord”?
Możliwe, że objął, ale możliwe, że nie – bo oto wystąpiły inne okoliczności, które mogły zmobilizować niezależną prokuraturę do pospiesznego umorzenia tego śledztwa i ogłoszenia tego postanowienia akurat w Dzień Judaizmu.
Jak bowiem pamiętamy, pan prezydent Duda zwrócił się do obywatela Tuska Donalda z prośbą, by jego vaginet udzielił listu żelaznego premierowi bezcennego Izraela Beniaminu Netanjahu, gdyby przypadkiem przyszedł mu do głowy pomysł odwiedzenia dziś chwilowo nieczynnego obozu w Oświęcimiu-Brzezince, by się tam przespacerować w 80 rocznicę jego wyzwolenia przez Ukraińców z Pierwszego Frontu Ukraińskiego.
Sprawa była kłopotliwa, bo wcześniej Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze wydał za Beniaminem Netanjahu nakaz aresztowania z powodu zbrodni wojennych, popełnionych podczas operacji ostatecznego rozwiązywania kwestii palestyńskiej w Strefie Gazy. Wprawdzie Polska “uznaje” ten trybunał i nawet ratyfikowała stosowny traktat, ale co tam traktaty, kiedy chodzi o premiera bezcennego Izraela? Toteż vaginet obywatela Tuska Donalda w podskokach podjął stosowną uchwałę, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że perfidny prezydent Duda wsadził go na minę.
Toteż zaraz Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze ofuknął obywatela Tuska Donalda, że nie respektuje podpisanych traktatów, a na domiar złego ofuknął go również rzecznik Komisji Europejskiej. Krótko mówiąc – prezydent Duda zdemaskował przed całym światem obywatela Tuska Donalda, jako zwyczajnego szabesgoja, a nie żadnego płomiennego szermierza praworządności i demokracji.
I tu w sukurs obywatelu Tusku Donaldu przyszedł Wielce Czcigodny Roman Giertych, w gorzkich słowach wyrzucając “purystom prawniczym”, że nie rozumieją “stanu wyższej konieczności”.
Jestem pewien, że te skrzydlate słowa zostały usłyszane gdzie trzeba i w nagrodę za uznanie premiera bezcennego Izraela Beniamina Netanjahu za “stan wyższej konieczności”,vaginet obywatela Tuska Donalda nie tylko dostał rozkaz natychmiastowego odcięcia Wielce Czcigodnego Romana Giertycha od stryczka, ale również – ogłoszenia stosownego postanowienia akurat w Dniu Judaizmu. Nie wierzę, by zbieg tych wszystkich okoliczności mógł być przypadkowy.
Istnieje popularna narracja na temat Lutra, odgrywana nieco podobnie do Gwiezdnych wojen. Skromny syn Kościoła powstaje, by obalić ciemną stronę mocy, imperium zła: Kościół rzymskokatolicki. Przez cały czas ma jednocześnie poznać swoją prawdziwą tożsamość. Uwielbiamy opowieści o słabszych, niektórym więc łatwo jest Lutrowi kibicować. Ale warto znać prawdę. A ta jest zupełnie inna, niż popularne legendy.
Złota legenda Lutra polega na dwóch zestawach fałszów: (1) wypaczeniu i wyolbrzymieniu zła popełnianego po stronie katolickiej oraz (2) wybielaniu prawdziwej historii Lutra i pierwszych protestantów. Punktem pierwszym zająłem się już wcześniej, a dzisiaj chciałbym bezpośrednio zająć się punktem drugim.
Rzeczywisty Luter był człowiekiem przesadnie przekonanym o swojej prawości – do tego stopnia, że uważał każdego, kto się z nim nie zgadza, albo za niedouczonego, albo głupiego, albo złego. To ta zbytnia pewność siebie jest źródłem pewnych szokująco złych rzeczy, za którymi się opowiadał. Moim zamiarem jest przedstawienie ich tutaj i pozwolenie, by mówiły same za siebie, nim rozpatrzymy ich konsekwencje.
I. Ciemniejsza strona Lutra: niemieccy chłopi
Kilka lat po zerwaniu przez Lutra z Kościołem katolickim rewolucyjny impet, do którego wyzwolenia się przyczynił, skończył się masowym (i krwawym) powstaniem ludowym, które nazywa się niemiecką wojną chłopską. James Stayer, historyk zajmujący się niemiecką reformacją, odmalował tę scenerię:
Kiedy dwór rzymski przypadkowo potępił Lutra w roku 1520, wielu niemieckojęzycznych teologów młodszego pokolenia i biblistów zwróciło się przeciwko niemu [Rzymowi/papiestwu]. Z pewnością występowały tutaj elementy niemieckiej rebelii kulturalnej przeciwko łacińskiej kaście duchownej, która dominowała północną Europę w czasach średniowiecza. […] Otóż rewolta Niemców przeciwko łacinie połączyła się z rewoltą plebejuszy przeciwko duchowieństwu i arystokracji. Taka rewolta osiągnęła swój punkt kulminacyjny na olbrzymich obszarach Południowych Niemiec w postaci niemieckiej wojny chłopskiej z lat 1525-26. Ta tak zwana wojna zjednoczyła nieuprzywilejowanych w miastach i wiejskich rejonach i jako spontaniczny ruch ludowy była apogeum reformacji.
Wywoławszy przypadkowo krwawą rewolucję Luter znalazł się w nieprzyjemnym położeniu. Szybko został skojarzony ze zrewolucjonizowanym chłopstwem zarówno przez samych wieśniaków (by zwiększyć swą popularność), jak i poprzez jego katolickich przeciwników (by pokazać niebezpieczeństwo jego idei). Spowodowało to, że zareagował na tę rewolucję w dwojaki sposób.
Początkowe stanowisko: wezwanie do pokoju
Pierwszą reakcją Lutra była krytyka obu stron sporu w jego „Napomnieniu do pokoju”. Do chrześcijańskich książąt i panów pisał:
Nikomu innemu nie zawdzięczamy tego katastrofalnego buntu, jak tylko książętom i panom, a w szczególności wam, ślepym biskupom i szalonym księżom oraz mnichom, których serca są nawet po dziś dzień zatwardziałe. Nie przestajecie grzmieć przeciwko świętej Ewangelii; choć wiecie, że jest ona prawdziwa i że nie możecie jej zaprzeczyć. Oprócz tego, podobnie do władców świeckich, nie robicie nic innego, jak tylko oszukujecie i okradacie lud, by wieść życie w luksusie i zbytku. Biedni zwykli ludzie nie mogą już tego znieść. Miecz już jest u waszych gardeł, ale myślicie, że siedzicie tak mocno w siodle, że nikt nie może pozbawić was konia. To fałszywe bezpieczeństwo i ta uparta przewrotność połamie wam karki, jak się o tym przekonacie.
(Tak na marginesie, proszę zauważyć, jak bardzo Luter jest przekonany o tym, że jego przeciwnicy wiedzą, iż to on ma rację i że po prostu odmawiają zaakceptowania tego faktu: nie bierze pod uwagę uczciwej różnicy zdań czy biblijnej interpretacji.)
Ale Luter zwrócił się także do zbuntowanych chłopów, uznając słuszność niektórych z ich argumentów, choć wzywając ich do umiarkowania:
Jednakże wy także musicie starać się o to, by podejmować swoją sprawę sprawiedliwie i w dobrej wierze. Jeśli działacie w dobrej wierze, macie tę podnoszącą na duchu przewagę, że Bóg będzie z wami i pomoże wam. Nawet jeśli nie powiodłoby się wam przez chwilę albo nawet jeśli ponieślibyście śmierć, w końcu wygralibyście i zachowalibyście swe dusze na wieczność wraz z wszystkimi świętymi. Ale jeśli będziecie postępować niesprawiedliwie i działać w złej wierze, zostaniecie pokonani. A jeśli nawet byście chwilowo zwyciężyli, a książąt pozabijali, będziecie ostatecznie cierpieć wieczne męki z powodu utraty swojego ciała i duszy.
Późniejsze stanowisko: wezwanie do masakry
„Napomnienie do pokoju” Lutra zostało opublikowane na początku 1525 roku. Wkrótce potem Luter odwiedził rozdarte wojną tereny, widząc zarówno srogość działań chłopskich, jak i nieskuteczność swoich własnych kazań. Po tym, jak jego napomnienie do pokoju zawiodło, nowe stanowisko Lutra można uczciwie scharakteryzować jako nawoływanie do masakry.
W maju 1525 roku opublikował dzieło zatytułowane „Przeciwko buntującym się chłopom”, którego tytuł szybko został zmieniony na „Przeciw morderczym i zbójeckim bandom chłopskim”, w którym wzywał on wszystkich do masowego zabijania chłopów:
Poza tym każdy człowiek, któremu można udowodnić, że podburza do buntu, znajduje się poza prawem Boga i cesarstwa, a więc pierwszy, który go zabije, czyni słusznie i dobrze. Gdyż, jeśli człowiek jest otwarcie buntownikiem, każdy inny jest jego sędzią i katem, tak jak wówczas, gdy wybucha pożar: pierwszy, który go ugasi, jest najlepszym z ludzi. Albowiem bunt nie jest prostym zabójstwem, ale jest jak wielki pożar, atakujący i pustoszący cały kraj. Stąd rebelia przynosi ze sobą kraj pełny morderstw i rozlewu krwi, zostawia po sobie wdowy i sieroty i wywraca wszystko do góry nogami, jak największa z katastrof. A zatem niech każdy, kto może, uderza, zabija, dźga w tajemnicy i otwarcie, pamiętając, że nie może być nic bardziej trującego, szkodliwego czy diabelskiego niż buntownik. Przypomina to po prostu sytuację, kiedy należy zabić wściekłego psa: jeśli go nie uderzysz, on uderzy ciebie, a wraz z tobą cały kraj.
Jego nowym przesłaniem było zaoferowanie perspektywy męczeństwa tym, którzy walczą za arystokrację, ale jedynie perspektywy ognia piekielnego wszystkim pomordowanym chłopom:
Tak oto może się stać, że ten, który zginął walcząc po stronie władcy, stanie się prawdziwym męczennikiem w oczach Boga, jeśli walczy z takim sumieniem, jakie właśnie opisałem, gdyż jest w Słowie Bożym i mu posłuszny. Z drugiej strony ten, który ginie po stronie chłopskiej, jest wieczną pochodnią piekła, gdyż podnosi miecz przeciwko Słowu Bożemu i jest mu nieposłuszny, i jest członkiem diabła. […] Dziwne to czasy, kiedy książę może zdobyć niebo rozlewem krwi, w większym stopniu niż każdy inny modlitwą!
Jak zauważa dr Mark U. Edwards junior: „Luter postawił na swoim” i „chłopstwo brutalnie stłumiono. Szacuje się liczbę ofiar tej rzezi na od 100 000 do 300 000 ludzi.
II. Ciemniejsza strona Lutra: Żydzi
Innym poważnym problemem w świecie Marcina Lutra była rozpowszechniona katolicka podejrzliwość i nienawiść wobec Żydów. Był to problem, którego Luter nie mógł być całkowicie nieświadom: jego własny kościół w Wittenberdze miał Judensau: na zewnątrz kościoła znajdowała się (i wciąż się znajduje) obsceniczna rzeźba grupy Żydów i prosiąt ssących sutek maciory, gdy rabin zagląda jej pod ogon.
Początkowe stanowisko: żarliwa obrona wierzących Żydów
W roku 1532 Luter opublikował dzieło O tym, że Jezus Chrystus urodził się Żydem – elokwentną krytykę antysemityzmu. Luter ostro potępił tych katolików, którzy nienawidzili Żydów, i oskarżał ich zarówno o traktowanie Żydów jako podludzi, jak i o odciąganie ich od Ewangelii:
Nasi głupcy, papieże, biskupi, sofiści oraz mnisi – prymitywne ośle głowy – tak do tej pory traktowali Żydów, że każdy, kto pragnął być dobrym chrześcijaninem, niemalże musiał stać się Żydem. Gdybym był Żydem i miał przed sobą takich głupców i tępaków, którzy rządzą i nauczają wiary chrześcijańskiej, prędzej zostałbym świnią niż chrześcijaninem.
Postępowali z Żydami tak, jakby były to psy, a nie istoty ludzkie; jedynie szydzili z nich i przejmowali ich własność. Kiedy ich chrzczą, nie pokazują im nic z chrześcijańskiej doktryny ani życia, ale poddają ich papiestwu i mnichom. Jak w ogóle mogliby Żydzi widząc, że judaizm ma tak silne wsparcie w Piśmie Świętym, a chrześcijaństwo stało się zwykłą paplaniną niepolegającą na Biblii, ułożyć się i stać od razu prawymi, dobrymi chrześcijanami? Sam słyszałem od pobożnych ochrzczonych Żydów, że gdyby nie usłyszeli Ewangelii w naszych czasach, pozostaliby na resztę swoich dni Żydami pod przykrywką chrześcijaństwa. Albowiem przyznają, że nigdy jeszcze nie dowiedzieli się niczego o Chrystusie od tych, którzy ochrzcili ich i udzielali im nauk.
Mam nadzieję, że jeśli będzie się postępować życzliwie z Żydami i uczyć ich starannie na podstawie Pisma Świętego, wielu z nich stanie się autentycznymi chrześcijanami i zwróci ponownie ku wierze swoich ojców, proroków i patriarchów. Jeszcze bardziej ich to tylko od niej odstręczy, jeśli tak całkowicie będzie się odrzucać ich judaizm, że nie pozwoli się na zachowanie z niego niczego, a ich będzie się traktować jedynie z arogancją i pogardą. Gdyby apostołowie, którzy także byli Żydami, postępowali z nami, gojami tak, jak my, goje, postępujemy z Żydami, nigdy nie byłoby chrześcijanina pośród gojów. Ponieważ tak po bratersku postępowali z gojami i my z kolei powinniśmy traktować Żydów po bratersku, abyśmy mogli niektórych z nich nawrócić. Albowiem nawet my sami nie posunęliśmy się jeszcze wcale tak bardzo naprzód, nie mówiąc już o dotarciu na miejsce.
Przypuszczam, że większość ludzi dzisiaj zgodziłaby się w tych kwestiach całkowicie z Lutrem: traktowanie Żydów w tak nikczemny sposób było zarówno niechrześcijańskie, jak i przynoszące efekt przeciwny do zamierzonego (przynajmniej jeśli ktoś rzeczywiście troszczy się o swoje wieczne zbawienie). Ponieważ w tym momencie reformacja była jeszcze wciąż młoda, także Luter był wyraźnie pełen nadziei, jeśli chodzi o perspektywę pozytywnej reakcji Żydów na Jego przeformułowanie Ewangelii.
Stanowisko późniejsze: wezwanie do unicestwienia Żydów
Podobnie jak w przypadku niemieckich chłopów, Luter szybko się rozczarował. Żydzi nie nawracali się masowo na luteranizm. Zatem Luter zwrócił się przeciwko nim, stając się w ciągu swojego życia coraz bardziej im nieprzyjazny. Jednym z ostatnich dzieł, które Luter napisał, była jego książka z roku 1543 O Żydach i ich kłamstwach, opublikowana zaledwie trzy lata przed jego śmiercią. Książka jest przepełniona typowymi antysemickimi teoriami spiskowymi i czarnymi legendami o wszystkich złach, jakie rzekomo Żydzi popełniają, kiedy w pobliżu nie ma chrześcijan. To prowadzi Lutra w rozdziale 11 książki do przedstawienia problemu żydowskiego:
Cóż my, chrześcijanie, powinniśmy zrobić z tym odrzuconym i potępionym ludem, Żydami? Ponieważ żyją pośród nas, ważymy się nie tolerować ich postępowania, gdyż jesteśmy teraz świadomi ich kłamstw, oszczerstw i bluźnierstw. Gdybyśmy je tolerowali, mielibyśmy udział w ich kłamstwach, przekleństwach i bluźnierstwach. Tak oto nie możemy ugasić wiecznego ognia Bożego gniewu, o którym mówią prorocy, ani nie możemy nawrócić Żydów.
„Po pierwsze spalić ich synagogi lub szkoły i zakopać, przykryć ziemią to, co się nie spali, aby człowiek nigdy już nie oglądał ponownie kamienia czy żużli, które po nich pozostały. Należy to zrobić na chwałę naszego Pana i świata chrześcijańskiego, aby Bóg ujrzał, że jesteśmy chrześcijanami i że nie godzimy się na takie kłamstwa, przekleństwa i bluźnierstwa wymierzone w Jego Syna i Jego chrześcijan ani ich nie tolerujemy”.
„Po drugie radzę, by również zetrzeć z powierzchni ziemi i zniszczyć ich domy. Gdyż dążą w nich do tych samych celów, jak w swych synagogach. Zamiast tego można ich zakwaterować pod dachem lub w stodole, jak Cyganów. To im uświadomi, że nie są panami w naszym kraju, jak się przechwalają, ale że żyją na wygnaniu i w niewoli, jak nieustannie zawodzą i lamentują o nas przed Bogiem”.
„Po trzecie doradzam pozbawienie ich wszystkich ich modlitewników i pism talmudycznych, w których naucza się takiego bałwochwalstwa, kłamstw, przekleństw i bluźnierstw”.
„Po czwarte doradzam, by zakazano ich rabinom od tej pory nauczania pod karą utraty życia i zdrowia”.
„Po piąte doradzam całkowite zniesienie gwarancji bezpieczeństwa dla Żydów na drogach. Albowiem nie mają interesów na wsi, gdyż nie są panami, urzędnikami, rzemieślnikami ani tym podobnymi. Niech zostaną w domu”.
„Po szóste doradzam, by zabronić im lichwy i aby całą gotówkę oraz skarb w postaci srebra i złota im zabrać i pod opieką odłożyć. Powodem takiego postępowania jest to, że – jak już powiedziano wyżej – nie posiadają żadnych innych źródeł zarabiania środków do życia niż lichwa, a przez nią okradli nas i ograbili z tego, co teraz posiadają. […] Jeśli Żyd się uczciwie nawróci, powinno mu się wręczyć sto, dwieście albo trzysta florenów w zależności od osobistych okoliczności. Dysponując tymi środkami mógłby urządzić się w jakimś zawodzie dla utrzymania swojej biednej żony i dzieci oraz dla opieki nad starymi i słabymi”.
„Po siódme zalecam włożyć cep, siekierę, motykę, łopatę, kądziel czy wrzeciono w ręce młodych, silnych Żydów i Żydówek, by zarabiali na swój chleb w pocie czoła, jak zostało to narzucone dzieciom Adama (Rdz 3,19). Albowiem niestosowne jest, aby oni pozwalali nam, przeklętym gojom, mozolić się w pocie czoła, gdy sami, jako święty lud, trwonią swój czas za piecem, ucztując i popierdując, a jeszcze na domiar wszystkiego chełpiąc się bluźnierczo swoim panowaniem nad chrześcijanami poprzez nasz pot. Nie! Należy wyrzucić tych leniwych drani, chwytając ich za portki na tyłku.
Innymi słowy: spalić wszystkie synagogi, spalić domy Żydów, pozbawić Żydów ich zatrudnienia (i zabrać wszystkie ich pieniądze, by powierzyć je „opiece”), zabić ich rabinów i każdego Żyda, który opuści dom. Ponieważ Żydzi tak po prostu nie zaprzestaliby praktykowania swej religii, propozycja Lutra wymagałaby wymordowania nieskończonych zastępów rabinów i ich następców.
III. Ciemniejsza strona Niemiec?
Warto prawdopodobnie wspomnieć o wpływie, jaki idee Lutra miały na szerzenie się niemieckiego antysemityzmu i powstanie nazizmu. Nie kto inny, jak William L. Shirer w swej słynnej książce Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy, opisuje powiązania pomiędzy Lutrem a Hitlerem:
Trudno zrozumieć zachowanie większości niemieckich protestantów w pierwszych latach nazizmu, jeśli nie jest się świadomym dwóch rzeczy: ich historii i wpływu Marcina Lutra. Wielki założyciel protestantyzmu był zarówno namiętnym antysemitą, jak i zaciętym wyznawcą posłuszeństwa wobec władzy politycznej. Chciał, aby Niemcy pozbyli się Żydów, a po ich odesłaniu doradzał, by pozbawiono ich „całej gotówki, klejnotów, srebra i złota”, a ponadto „by ich synagogi spalić, a ich domy zburzyć i zniszczyć (…) i żeby umieścić ich pod dachem albo w stajni, jak Cyganów (…), w niedoli i niewoli, jak nieustannie lamentują i narzekają przed Bogiem o nas” – tę radę zrealizowali dosłownie cztery wieki później Hitler, Goering i Himmler.
Podczas być może jedynego buntu ludowego w historii Niemiec, powstania chłopskiego z roku 1525, Luter doradzał książętom, by zastosowali najbardziej bezwzględne środki przeciwko „wściekłym psom”, jak nazywał zrozpaczonych, uciskanych chłopów. Tutaj, tak jak w swoich wypowiedziach na temat Żydów, Luter stosował ordynarność i brutalność językową, jakiej w dziejach Niemiec nie było równej, aż do czasów nazistowskich. Wpływ tej wybitnej postaci trwał w Niemczech przez pokolenia, w sposób szczególny pośród protestantów. Spośród różnych skutków należy wymienić łatwość, z jaką niemiecki protestantyzm stał się od XVI wieku narzędziem królewskiego i książęcego absolutyzmu, aż do chwili, gdy w roku 1918 królowie i książęta zostali obaleni. Dziedziczni monarchowie i drobni władcy stali się najwyższymi biskupami kościoła protestanckiego na swoich ziemiach. Tak zatem w Prusach król z rodziny Hohenzollernów był głową Kościoła. W żadnym innym kraju, z wyjątkiem carskiej Rosji, duchowieństwo nie stało się na mocy tradycji tak całkowicie służalcze wobec politycznej władzy państwa. Jego członkowie, z nielicznymi wyjątkami, opowiadali się zdecydowanie za królem, junkrami i armią, a w XIX wieku posłusznie sprzeciwiali się powstaniu ruchów liberalnych i demokratycznych. Nawet Republika Weimarska była rzeczą wyklętą dla większości protestanckich pastorów, nie tylko dlatego, że zdetronizowała królów i książąt, ale dlatego, że swe główne wsparcie czerpała ze strony katolików i socjalistów. W czasie wyborów do Reichstagu, nie można było nie zauważyć, że duchowieństwo protestanckie – typowym przykładem był Niemöller – całkiem otwarcie wspierało nacjonalistów, a nawet nazistowskich wrogów Republiki. Podobnie jak Niemöller, większość pastorów z zadowoleniem powitała objęcie urzędu kanclerza przez Adolfa Hitlera w roku 1933.
Myśl, że naziści odnieśli początkowe zwycięstwo dzięki fundamentom, jakie położył Luter, jest intrygującą hipotezą, a Shirer przedstawia na jej rzecz kilka mocnych argumentów. Jednak warto zauważyć na obronę Lutra, że sytuacja jest bardziej złożona. Po pierwsze Luter nienawidził Żydów z powodu ich religii, a nie rasy: był gotów pozwolić Żydom żyć, utrzymywać się z drobnego zasiłku, jeśli szczerze nawrócą się na chrześcijaństwo. Sprzeciw Hitlera wobec Żydów opierał się bardziej na podstawach rasowych, a zatem nawet wielka liczba chrześcijan pochodzenia hebrajskiego zginęła w holokauście. Po drugie, jak wspomniano wyżej, antysemityzm jest starszy od Lutra. Powiedziawszy to, nie można zaprzeczyć, że Luter dostrzegał niebezpieczeństwa tej nienawiści do Żydów, a jednak mimo to podsycał ów ogień.
IV. Dlaczego to ma znaczenie
Pytanie, w jakim stopniu Luter był winny holokaustu, jest intrygującą kwestią, ale zamiast tego chciałbym podążyć w kilku odmiennych kierunkach.
1. Grzech pychy
Wspomniałem przedtem, że Luter był tak przesadnie przekonany o swej prawości, że sądził, iż jego przeciwnicy muszą siłą rzeczy być niedouczeni, głupi lub źli. Jest to duch, który stale ożywia pisma Lutra. Kiedy pisze do kogoś, kto zgadza się z nim, albo – jak mu się wydaje – zgodzi się z nim, wówczas mamy doktora Jekylla. Kiedy uświadamia sobie, że ta druga osoba w rzeczywistości uważa, że Luter się myli, pojawia się pan Hyde. Widzimy to od samego początku w jego pismach adresowanych do papieża, słodko obiecujących posłuszeństwo wobec wszystkiego, co papież zdecyduje, a następnie potępiających go jako Antychrysta, kiedy papież nie podejmuje decyzji na jego korzyść.
Widzimy odgrywanie tego motywu wciąż na nowo w powyższych fragmentach: jest przekonany, że władcy chrześcijańscy, którzy nie zgadzają się z nim, potajemnie znają prawdę na temat „Ewangelii”, ale po prostu odmawiają jej przyjęcia. Jest łagodny wobec wieśniaków, aż uświadamia sobie, że nie są mu posłuszni; następnie wzywa do ich masowej rzezi. Podobnie – broni Żydów, kiedy myśli, że są otwarci na słuchanie jego wersji Ewangelii; kiedy jego wysiłki kończą się niepowodzeniem, nawołuje również do ich unicestwienia.
Ma to wszystko oznaki grzechu pychy, grzechu, o którym się mówi, że spowodował upadek Lucyfera. I nikt z nas, niezależnie od związków kościelnych, nie jest chroniony przed tymi pokusami. Tak łatwo popaść w nastawienie, że nasi polityczni albo religijni przeciwnicy to idioci lub potwory. Niech pod tym względem życie Lutra stanie się umoralniającą opowiastką.
2. Mniej katolicki, mniej chrześcijański
Kiedy katolicy wskazują, że kilka z wczesnych pism Lutra brzmi całkiem katolicko, typowa protestancka odpowiedź (i całkiem rozsądna, mogę dodać) jest taka, że Luter nie był jeszcze całkowicie zreformowany. Nawet po tym, jak doprowadził do schizmy, spędził kolejne ćwierć wieku powoli wyzbywając się swej katolickiej wiary. Ale niezwykłą rzeczą jest fakt, że gdy Luter stawał się coraz mniej katolikiem, stawał się jednocześnie coraz mniej chrześcijaninem.
Porównajcie przed i po, a zobaczycie, co mam na myśli. Istnieje niezliczona ilość innych przykładów, które także wskazują na to samo. Na przykład Luterański Kościół Hosanna zauważa, że język Lutra w dokumencie Przeciwko papiestwu w Rzymie, przez diabła założonemu, napisanym w roku 1545 (na rok przed jego śmiercią) był „najostrzejszy i najbardziej prostacki, jakim Luter się kiedykolwiek posługiwał. Luter zlecił serię politycznych rysunków autorstwa Lucasa Cranacha, które książce towarzyszyły, a szkalowały papieża i Rzym”.
Człowiek wychwalany za zajęcie śmiałego stanowiska w obronie wolności sumienia, był wręcz krwiożerczy wobec tych, których sumienia nie zgadzały się z jego własnym sumieniem. I stawał się coraz okrutniejszy i bardziej krwiożerczy, im dłużej pozostawał poza Kościołem.
3. Czy protestantyzm został założony przez świętego?
To jedno z najważniejszych pytań, jakie moim zdaniem możemy wyprowadzić z tego: czy mamy jakikolwiek powód, by wywnioskować na podstawie świadectw, że Marcin Luter był świętym?
W ciągu tego samego roku 1525 zarówno ostrożnie zachęcał do rewolty chłopskiej, jako być może pochodzącej od Boga, oraz wzywał, by wszystkich, którzy zaangażowali się w bunt, zabijać, stwierdzając, że wszyscy oni idą do piekła. Czy brzmi to tak, jakby Luter był kimś, kogo prowadził Duch Święty, czy raczej jednym z tych, „którymi – według ostrzeżenia świętego Pawła – miotają fale i porusza każdy powiew nauki, na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości w sprowadzaniu na manowce fałszu” (Ef 4,14)?
Rozumiem, że nawet święci popełniają błędy i że nawet święci grzeszą. Naprawdę zdaję sobie z tego sprawę. Nikt nie oczekuje od Lutra, że będzie doskonały. Ale wydaje mi się, że daleko od tego komunału do stwierdzenia, że człowiek, który idzie do grobu nawołując do masowego mordu, jest świętym.
Rozumiem także, że wielu współczesnych protestantów nie czuje potrzeby bronienia Lutra (szczególnie, jeśli sami nie są luteranami). Ale zakwestionuję to. Wydaje mi się, że kwestia ta powinna być niezmiernie ważna dla tych, którzy bronią reformacji. Jeśli reformacja została zainicjowana przez kogoś, kim kierowała intelektualna pycha, a nie Duch Święty, dlaczego jej ufać?
Eklezjologia protestancka zazwyczaj utrzymuje, że Kościół to jedynie zgromadzenie zbawionych (my, katolicy, nie zgadzamy się, ale to zagadnienie na inny dzień). Według tego rozumowania, jeśli Luter nie jest świętym, nie jest nawet członkiem Kościoła. Czym wobec tego czyni to denominację, którą zapoczątkował? Jak protestanci mogą liczyć na kogoś, kto jest poza Kościołem, że zreformuje i odtworzy Kościół?
A zatem taki jest powód, dla którego podnoszę kwestię tych niemiłych fragmentów historii. Robiąc to, mam nadzieję, że byłem fair wobec Lutra, wysuwając wątpliwości warte poważnej analizy.
Joe Heschmeyer Źródło: shamelesspopery.com Tłum. Jan J. Franczak
Rozpoczął się Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Już w 1896 roku papież Leon XIII zachęcał do tego, by prosić Boga o jedność między ochrzczonymi.
Chciał, żeby ta jedność polegała na przystąpieniu błądzących do Kościoła katolickiego.
Dziś o „nawracaniu” nie ma mowy. Świętuje się raczej „jedność w różnorodności”.
W ciągu najbliższego tygodnia – a w kilku diecezjach Polski jeszcze dłużej – katolicy będą wprost bombardowani wydarzeniami ekumenicznymi. Najrozmaitsze denominacje, różnorakie błędy i herezje – wszystko zyska nagle wstęp do katolickich kościołów. Wielu biskupów, księży i świeckich będzie wychwalać „przyjaźń” z niekatolikami i mówić o świetlanych perspektywach współpracy i zjednoczenia.
Czym naprawdę jest jednak protestantyzm? O tym przypominamy na portalu PCh24.pl. Chcemy przedstawić Państwu szereg tekstów, które idą w kontrze do obowiązującej oficjalnie narracji o wielkiej jedności i miłości z tymi, którzy trwają w oporze względem Stolicy Apostolskiej.
Po wielu latach przepychanek, oszustw i kłamstw, przemysł szczepionkarski musiał przyznać, że związek pomiędzy szczepionkami, a autyzmem, istnieje. Dane ujawnił PRWEB.com 19 lutego 2014 roku. Na nic się zdały zaprzeczenia, szkalowanie lekarzy i naukowców.
Ujawnione dokumenty udowadniają niezbicie, że już od 20 lat zainteresowani sprzedawcy wiedzieli o tym, że zawarty w szczepionkach preparat rtęciowy uszkadza mózg i jest jednoznaczną przyczyną zaburzeń, zwanych autyzmem.
Jak podała prasa medyczna, po prawie 10 latach niezwykle upartych starań dr Briana Hookera, profesora na Uniwersytecie Simson, przy pomocy senatorów Stanów Zjednoczonych, Centrum Kontroli Leków, słynne CDC w USA, MUSIAŁO UJAWNIĆ DOKUMENTY DOTYCZĄCE BADAŃ NAD WPŁYWEM SZCZEPIONEK NA DZIECI.
Dopiero oparcie się na ustawie o wolności informacji, słynnym Freedom Act – FOIA, pozwoliło na ujawnienie, że środek zwany tiomersalem, nadal używany np. w szczepionkach grypowych, ba, podawany nawet kobietom w ciąży i małym dzieciom, może spowodować autyzm i inne zaburzenia rozwojowe układu nerwowego.
Dr Hooker, dzięki pomocy dwóch senatorów, otrzymał po 10 latach starań dane dotyczące 400 000 dzieci urodzonych pomiędzy 1991 – 1997 rokiem. Dane te były przeanalizowane przez epidemiologów z CDC, z dr Thomasem Verstraetenem na czele.
Analiza tego materiału dowodzi jednoznacznie, że urzędnicy CDC wiedzieli o bardzo wysokim ryzyku zachorowań na autyzm, na zaburzenia snu, zaburzenia mowy i o innych poważnych uszkodzeniach Centralnego Układu Nerwowego, związanych z rtęcią, zawartą w preparacie zwanym tiomersal.
Wyniki analizy udowadniają niezbicie, że autyzm występował aż 7,6 razy częściej u dzieci narażonych na działanie tiomersalu w okresie niemowlęcym. Już w 1999 roku raport CDC uzasadniał twierdzenie, że istnieje związek pomiędzy zwiększonym ryzykiem rozwoju zaburzeń neurologicznych, a wysoką ekspozycją w pierwszym miesiącu życia na szczepionki zawierające tiomersal.
Dane te zostały utajnione przez najwyższych rangą urzędników CDC. Rtęć stanowi wagowo 50% tiomersalu, wykorzystywanym w szczepionkach dziecięcych do 2000 roku i obecnie np. w grypowych. Ostatnio pediatrzy ponownie wyrazili zgodę na dopuszczenie dodawania rtęci do szczepionek. Oparli się przy tym na raporcie defraudanta z CDC, niejakiego Paula Torsena.
W Polsce ten raport jest przedstawiany jako tzw. „Raport Duński”. Torsen jest ścigany listem gończym za malwersacje ponad miliona dolarów, rzekomo wydanych na badanie związku pomiędzy rtęcią i autyzmem. I co ciekawe, wszelkiej maści reklamówki przemysłu farmakologicznego w Polsce wciąż powołują się na ten raport. A pediatrzy, naśladując konsultantów, bezmyślnie to powtarzają.
Karygodne i oburzające są wypowiedzi dyrektorów CDC, twierdzących jeszcze w 2005 roku, że rtęć nie ma znaczenia. Jak wiemy, w Polsce grupa związana z Towarzystwem Wakcynologicznym i niektórzy pediatrzy, szczególnie tzw. konsultanci, twierdzili tak jeszcze w 2013 roku. Mało tego, robili specjalne szkolenia, typowe pranie mózgu, dla pielęgniarek i samorządowców, w celu zwiększenia sprzedaży szczepionek.
Twierdzenia te wypowiadali wbrew faktom naukowym, znanym CDC, a opartym na analizie bazy danych, posiadanych przez tę rządową instytucję.
Przypomnę, że w Polsce od 1964 roku nie jest realizowana ustawa zobowiązująca PZH, obecnie przekształcony w Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego [Jakiego narodu? Polska była zawsze wielonarodowa], do ewidencjonowania wszelkich powikłań poszczepiennych.
Na stronach internetowych, tej jeszcze państwowej instytucji, nadal nie można znaleźć danych, dotyczących zachorowań w kontekście szczepień i powikłań. Wręcz oszukuje się społeczeństwo, podając jako jedną jednostkę statystyczną, np. grypę i zapalenia płuc. Jest to kompromitacja medyczna. Rozróżniania zapalenia płuc od grypy uczy się na 3 roku medycyny. Zupełnie inne leczenie jest w tych dwóch jednostkach chorobowych.
A PZH powołuje Flu- forum p. profesor magister Lidii Brydak [a swoją drogą, kto finansuje takie forum, przejazdy, konferencje, spotkania?] w skład którego wchodzi dwóch lekarzy, a resztę stanowią dziennikarze i przedstawiciele zawodów z pogranicza medycyny, którzy chcą występować w roli ekspertów medycznych, wymuszających strachem na społeczeństwie chęć szczepienia.
Przykładem jest typowe żółte dziennikarstwo Gazety Wyborczej w tej dziedzinie. Dlaczego CDC nie przyznawała się do związku pomiędzy rtęcią w szczepionkach, a uszkodzeniem mózgu, wyjaśnia przewodnicząca CDC, dr Marie McCormick: „Nigdy nie przyznamy, że istnieje związek pomiędzy rtęcią, a szczepieniami”. Obecnie jest on prezesem działu firmy Merck, jednego z głównych producentów szczepionek, np. MMR wartości 4 000 000 000 [cztery miliardy dolarów wyciągane z worka zwanego ubezpieczeniami przymusowymi].
Trzeba przypomnieć, że znaczny wkład w ten zysk koncernu mają polscy urzędnicy, bezmyślnie wymuszając ustawowo szczepienie dzieci na nieistniejące choroby, już w pierwszej dobie życia.
Oczywiście, urzędnicy, jak wszyscy mądrzy inaczej, zabezpieczają się, powołując się na ekspertów, których sami stworzyli. Od 1990 roku wszystkie towarzystwa, nie tylko medyczne, służą trzymaniu ludzi w szachu. Chodzi o kontrolowanie ich w taki sposób, aby nie powodowali zamieszania w wyciąganiu pieniędzy z tego worka, zwanego przymusowymi ubezpieczeniami, pod pretekstem czynienia dobra. Cała działalność tzw. zdrowia publicznego jest jednym wielkim hochsztaplerstwem. Nigdy nie można wszystkich ludzi zaszufladkować według jednego schematu, a do tego sprowadzają się wszelkiego rodzaju dyrektywy NFZ.
I jeszcze pytania:
Kiedy ta informacja zostanie przekazana do PT Kolegów Pediatrów, że przez co najmniej 20 lat, zamiast leczyć, truli dzieci? Kiedy te reklamówki medyczne i Biuletyny Izb lekarskich zajmą się rzetelną informacją PT Lekarzy? Kiedy prokuratura zajmie się sprawą trucia polskich dzieci?
PS. Jak łatwo rozpoznać „funkcjonariusza” na blogach? Otóż podstawową zasadą dezinformacji jest wpisywanie treści oderwanych od meritum problemu. Zamiast dopisywać, czy krytykować materiał zamieszczony w artykule, mądrzy inaczej i opłacani osobnicy wpisują różne bzdety na temat braku przysłowiowych przecinków w tekstach, stylu artykułu itd. To są tzw. Trolle. Kolejnym sposobem dezinformacji jest odrywanie dyskusji od meritum, a nawiązywanie ad personam. Jest to stały i stary sposób działania. Musimy pamiętać, że przemysł farmaceutyczny zatrudnia całe stada użytecznych idiotów. Podważanie zaufania do autora jest najtańszym sposobem odwracania uwagi od tematu. No, a jak autor jest niewiarygodny, to per analogiam i tekst musi być fałszywy. Pisanie rozmaitych bzdur nie wymaga podania żadnego dowodu. Proszę zauważyć, że takie wpisy nigdy nie powołują się na wyniki badań, na analizy epidemiologiczne itd. Dla takiego osobnika są natomiast źródłem łatwych pieniędzy. Gdyby musiał np. leczyć ludzi, to zawsze musiałby się liczyć z niepowodzeniem. A w przypadku pracy dla przemysłu liczy się sprzedaż, a nie dobro chorego. Więc może pisać i mówić największe głupoty i jest bezkarny.
Od lat 60-tych szczepionka przeciw polio, rozprowadzana „za darmo” w Polsce, była skażona rakotwórczym wirusem SV-40. Podawano ją dzieciom co najmniej do połowy lat 80-tych. Salk zeznając przed Komisją Kongresu USA w 1960 roku przewidywał, że w krajach Europy Środkowej wybuchnie prawdziwa epidemia nowotworów.
A nasi wakcynolodzy zamiatają tą informację pod dywan. Liczy się biznes, Szanowni Czytelnicy, a „Wy jesteście tylko pionkami dla naszych zysków”.
Poniższa lista przedstawia czołowych propagandzistów szczepień w Polsce. Bez komentarza. GSK i MSD to czołowi producenci szczepionek na świecie. Na samej epidemii tzw. świńskiej grypy i ludzkiej głupocie zarobili w jednym roku ponad 4 miliardy dolarów