Książka ujawnia cały zakres homoseksualnego aktywizmu Franciszka
José Antonio Ureta i Julio Loredo, autorzy bestsellera z 2023 r. „Proces synodalny: Puszka Pandory”, opublikowali 27 maja nową książkę: „The Breached Dam: The 'Fiducia Supplicans’ Surrender to the Homosexual Movement”.
Książka zostanie wysłana do kardynałów i biskupów, którzy, poza tym, że nie są przyzwyczajeni do czytania książek, będą nią mało zainteresowani. Jest to dokumentacja postępów lobby homoseksualnego w Kościele, której kulminacją jest homoseksualny tekst propagandowy Franciszka „Fiducia Supplicans”, który daje zielone światło dla [pseudo] błogosławieństwa grzechów homoseksualnych.
„The Breached Dam” pokazuje przeciąganie liny między Watykanem a potężnym lobby homoseksualnym, które od lat 70. próbuje zmusić Kościół do „zmiany” niezmiennej prawdy o grzechu homoseksualnym („wewnętrznie nieuporządkowany” i „zdeprawowany”).
Loredo i Ureta pokazują nacisk i szantaż stosowany przez potężne lobby homoseksualne w celu wymuszenia na biskupach, na przykład poprzez grożenie ujawnieniem ich orientacji seksualnej.
Najbardziej emblematycznym przypadkiem w książce jest kardynał Basil Hume (+1999), ówczesny arcybiskup Westminsteru, który napisał w liście, że grzech homoseksualny może być „formą miłości” (sic) i że nie należy „generalizować”, przypisując subiektywną winę aktom homoseksualnym.
Kardynałowie wymienieni w książce za ich homoseksualny aktywizm to Jean-Claude Hollerich, 65 lat (Luksemburg), Christoph Schönborn, 79 lat (Wiedeń), Theodore McCarrick, 93 lata (Waszyngton), Godfried Daneels +2019 lat (Bruksela), Hans Hermann Groër +2003, (Wiedeń), kardynał Keith O’Brien +2018, (Edynburg), Vincent Nichols, 78, (Westminster), Robert McElroy, 70, (San Diego), Reinhard Marx, 70, (Monachium), Jozef De Kesel, 76, (Bruksela), Tucho Fernández, 61, (Watykan). Kilku z nich było lub jest osobiście zaangażowanych w grzech homoseksualny.
Ci homoseksualni aktywiści i wielu innych biskupów i teologów stworzyło „pęknięcia” w katolickiej tamie, piszą Loredo i Ureta, podczas gdy Franciszek był tym, który ją przełamał.
Książka zawiera listę hańb Franciszka, ale nie obejmuje jego nominacji działaczy homoseksualnych na biskupów i kardynałów, ani jego ochrony homoseksualnych duchownych:
– W 2013 roku Franciszek wypowiedział słynne „Kim jestem, by osądzać?” na temat księdza homoseksualisty.
– Francis’ enthusiastic encounters with unrepentant homosexuals and transvestites, such as Francis’ former student Yayo Grassi, whom he welcomed in 2015 with his male concubine Iwan Bagus.
– W styczniu 2015 roku Franciszek przyjął Nerię Lejárragę, Hiszpankę z Placencii, która przebiera się za mężczyznę; rok później wspominał to spotkanie, zawsze mówiąc o kobiecie w rodzaju męskim (sic).
– Przyjęcie w Pałacu Apostolskim dla Xaviera Bettela, premiera Luksemburga, w towarzystwie jego męskiej konkubiny, architekta Gauthiera Destenaya,
– Specjalne traktowanie homoseksualnych propagandystów, którzy otrzymali bilety VIP na środowe audiencje, podczas gdy zwykli pielgrzymi musieli pozostać z tyłu.
– Spotkanie z potępioną aktywistką homoseksualną Jeannine Gramick, która również otrzymała od Franciszka entuzjastyczne listy.
– Franciszek regularnie spotykał się z męskimi prostytutkami, które przebierały się za kobiety, a nawet dawał im pieniądze z przytułku Stolicy Apostolskiej. – W sierpniu 2015 r. burmistrz Wenecji we Włoszech zakazał Piccolo uovo (Little Egg), książki dla dzieci napisanej przez lesbijską propagandystkę Francescę Pardi o „homoseksualnych zwierzętach”. Pardi poskarżyła się Franciszkowi, który odpowiedział, że „oczekuje coraz bardziej owocnej działalności w służbie młodszym pokoleniom i szerzenia autentycznych ludzkich i chrześcijańskich wartości” przez Pardi.
– Pełne uznania hołdy i listy Franciszka do homoseksualnego aktywisty Jamesa Martina, w tym jego nominacja na konsultanta Sekretariatu Komunikacji (sic).
– Zaproszenie przez Franciszka osławionego działacza homoseksualnego Timothy’ego Radcliffe’a, byłego mistrza generalnego dominikanów, do wygłoszenia rekolekcji na zgromadzeniu plenarnym byłych uczestników synodu w 2023 roku.
– W Lizbonie 2023 Franciszek poprosił o włączenie „wszystkich, wszystkich, wszystkich” [z wyjątkiem katolików i przyzwoitych ludzi], niezależnie od ich statusu jako publicznych, nieskruszonych grzeszników.
– Franciszek zminimalizował ogromny sprzeciw wobec „Fiducia supplicans”, twierdząc, że „ci, którzy gwałtownie protestują, należą do małych grup ideologicznych” i że grzech homoseksualny jest rzekomo potępiany tylko „kulturowo”.
Grupa Stonewall, jedna z najbardziej wulgarnych organizacji „edukatorów seksualnych” w Polsce, otrzymała własny program w TVP. Już dzisiaj ma zostać wyemitowany pierwszy odcinek. Program poprowadzi aktywista LGBT, który „edukował seksualnie” dzieci i młodzież w szkołach na terenie Wielkopolski oraz prowadził „edukacyjną” telewizję internetową na Youtube. Tworzył tam m.in. nagrania pod tytułem: „Jak zrobić lewatywę przed seksem analnym” czy „Jak zadebiutować w seksie męsko-męskim?”. Teraz ten sam człowiek będzie „edukował” widzów TVP. Równolegle, rząd Tuska pracuje nad wdrożeniem we wszystkich polskich szkołach takiej „edukacji seksualnej”. Bierność oznacza zgodę na to, aby środowiska deprawatorów seksualnych miały dostęp do naszych dzieci. Trzeba zaalarmować społeczeństwo i zmobilizować Polaków do oporu.Już dzisiaj o 18:15 na antenie TVP Poznań ma zostać wyemitowany pierwszy odcinek specjalnego programu stworzonego przez „edukatorów seksualnych” z organizacji Grupa Stonewall. Program poprowadzi aktywista LGBT Mateusz Sulwiński, a jego gościem będzie mężczyzna przebierający się za kobiety, który posługuje się pseudonimem „Twoja Stara”.
Do tej pory Mateusz Sulwiński prowadził program „edukacyjny” na Youtube w ramach kanału Stonewall TV. Publikowano tam m.in. video-poradniki o takich tytułach jak:
– „Masturbacja jest OK!” – „Jak zrobić lewatywę przed seksem analnym?” – „Jak uniknąć bólu przy seksie analnym?” – „Jak zadebiutować w seksie męsko-męskim?” – „Seks oralny z osobą trans-poradnik”
Najpopularniejszy filmik, w którym wystąpił Sulwiński, czyli nagranie „Jak zrobić lewatywę przed seksem analnym?”, ma już blisko 200 000 wyświetleń. Teraz Sulwiński i całe środowisko „edukatorów seksualnych” z Grupy Stonewall może liczyć na znaczne powiększenie swoich zasięgów, gdyż będą występowali w Telewizji Polskiej.
Panie MirosĹ‚awie, powierzenie wulgarnym i radykalnym „edukatorom seksualnym” własnego programu w TVP zbiega się w czasie z rozpoczęciem przez rząd Donalda Tuska prac nad wdrożeniem we wszystkich polskich szkołach „edukacji seksualnej”.
Informowaliśmy już o tym i ostrzegaliśmy, że dla uśpienia czujności rodziców deprawacja będzie odbywać się pod nazwą nowego przedmiotu „edukacja zdrowotna”. Jak będzie wyglądać taka „edukacja seksualna”? Co będzie jej celem? Jakie mają być jej owoce? Wiele szkół i uczelni przedstawia efekty swojej edukacji w postaci opisu sylwetki absolwenta szkoły, który ma posiadać określone cechy, mieć konkretną wiedzę i reprezentować sobą postawę wynikającą z opanowania i przyjęcia zasad panujących w szkole.
Jaka będzie zatem sylwetka absolwenta „edukacji seksualnej” w polskich szkołach? Odpowiedzi na to pytanie udzielają nam sami „edukatorzy seksualni”.
W 2021 roku Grupa Stonewall opublikowała za pieniądze Urzędu Miasta Poznań broszurę „Poznań w kolorach tęczy”, która dotyczy życia poznańskich homoseksualistów. Jeden z rozdziałów otwarcie opisuje orgie aktywistów LGBT z udziałem młodych chłopców. Jak napisano:
„To jest naprawdę grupówka na poziomie, w pięknym apartamencie. Wielki salon z kanapą, gdzie w różnych konfiguracjach chłopcy uprawiają seks. Jest duży przeszklony prysznic, więc ci, którzy akurat chcą się umyć, są widoczni dla reszty uczestników. Te grupówki mają zresztą różną tematykę. Raz na przykład są same twinki.„
Twink w slangu LGBT oznacza młodych, kilkunastoletnich chłopców. W podobnym tonie publicznie wypowiadał się Arkadiusz Kluk, były prezes i założyciel Grupy Stonewall. Kluk powiedział otwarcie, że w środowisku aktywistów LGBT powszechnym standardem jest seks grupowy pod wpływem narkotyków i alkoholu. Kluk pochwalił się także, że sam posiada profil na pornograficznym portalu gejowskim, którego użytkownicy wymieniają się rozbieranymi zdjęciami za pieniądze.
Warto również przypomnieć w tym kontekście wypowiedź seksuologa Zbigniewa Izdebskiego, człowieka odpowiedzialnego za stworzenie podstawy programowej do nowego przedmiotu „edukacji seksualnej” w polskich szkołach. Jak powiedział dla portalu Interia:
„To ilu partnerów w ciągu życia mają średnio mężczyźni homoseksualni? Zdaje się, że około dwustu?
– Moje badania pokazują, ilu partnerów może mieć, ale nie musi mężczyzna homoseksualny. Mamy tu bowiem też do czynienia z dużymi różnicami indywidualnymi. Tak, około dwustu. W związku ze stylem życia mężczyzn homoseksualnych ta liczba partnerów seksualnych może szokować na tle mężczyzn heteroseksualnych. Ale to jest pewna forma obyczajowości przyjętej w tej grupie.”
Koordynator „edukacji seksualnej” w polskich szkołach nazywa posiadanie 200 partnerów seksualnych „stylem życia”. Właśnie taki „styl życia” ma być owocem „edukacji seksualnej”.
Człowiek „wyedukowany seksualnie” od najmłodszych lat życia to człowiek, który nie potrafi panować nad swoimi popędami i namiętnościami. Celem „edukacji seksualnej” jest przygotowanie człowieka do oddawania się niczym nieskrępowanej rozwiązłości seksualnej. W ten sposób robi się z ludzi niewolników własnych żądz. Właśnie po to polskie dzieci mają być „edukowane seksualnie” w szkołach i poprzez media – aby oswoić je z rozwiązłością seksualną i perwersjami.
Sytuacja w Polsce już teraz jest dramatyczna. Jak już informowaliśmy, wedle najnowszych badań regularną, codzienną praktykę oglądania pornografii deklaruje niemal co czwarty (23,9%) nastolatek w Polsce! Co piąty polski nastolatek chciałby, aby dostępność treści pornograficznych była większa. Co piąty respondent spośród nastolatków wskazał, że jego kolega lub koleżanka ogląda pornografię w internecie kilka razy dziennie bądź kilka razy w tygodniu. Zjawisko sekstingu, czyli wysyłania innym swoich rozbieranych zdjęć, jest akceptowalne wśród młodych użytkowników internetu. Co piąty z nich (18,6%) nie widzi nic złego w takim zachowaniu. Seksting jest zjawiskiem nieukrywanym, występującym zarówno wśród dzieci, jak i młodzieży. Co siódmy respondent (14,7%) uważa je za częste lub bardzo częste w swojej grupie rówieśników. Co czwarty (23,5%) starszy nastolatek przyznał, że zdarzyło mu się przesyłać własne materiały intymne do innych osób.
Tak jest już teraz w naszym kraju, a anty-moralna rewolucja wymierzona przede wszystkim w dzieci i młodzież nabiera tempa. Deprawatorzy seksualni rozszerzają swoją działalność o program w TVP, a rząd pracuje nad wprowadzeniem we wszystkich szkołach „edukacji seksualnej”. Co więcej, za kilka dni rozpoczyna się czerwiec – szczególny miesiąc dla aktywistów LGBT i deprawatorów, nazywany „miesiącem dumy gejowskiej”, w trakcie którego odbędą się m.in. kolejne „parady równości” podczas których podnoszony będzie postulat objęcia polskich dzieci „edukacją seksualną”.Co w tej sytuacji robić? Trzeba docierać do społeczeństwa z ostrzeżeniem i mobilizować Polaków do działania. Wielu rodziców po zetknięciu się z prawdą o „edukacji seksualnej” i nabyciu świadomości na temat procesów deprawacji dzieci w szkołach i w internecie decyduje się podjąć konkretne, osobiste kroki w celu ochrony swojej rodziny, dotyczące np. niedawania dzieciom smartfonów, zmiany szkoły lub przejścia na edukację domową (taką edukację prowadzą m.in. wolontariusze naszej Fundacji, którzy służą pomocą w tym temacie – prosimy o kontakt e-mailowy). Kolejni rodzice zaczynają wywierać naciski na nauczycieli, dyrekcje szkół i kuratoria oświaty, aby powstrzymać deprawację i plany rządu wobec dzieci. Wielu ludzi zgłasza się także do naszej Fundacji chcąc działać razem z nami i wspólnie organizować publiczne akcje informacyjne i modlitwy różańcowe, dzięki czemu udaje się dotrzeć z prawdą do nowych osób. Kolejni Polacy widzą na ulicach plakaty, billboardy i transparenty, słyszą nagrania z megafonów i głośników, otrzymują ulotki i broszury. W nadchodzącym czasie potrzebujemy na kontynuację tych działań ok. 11 000 zł. Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka jest dla Pana w obecnej sytuacji możliwa, aby umożliwić nam przeprowadzenie kolejnych, niezależnych akcji informacyjnych i wywieranie dalszego wpływu w celu ratowania polskich dzieci przed deprawacją i zgorszeniem.
Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Tzw. „edukacja seksualna” ma poprzez media i szkoły obejmować swoim zasięgiem wszystkich Polaków, w szczególności dzieci i młodzież. Celem tych działań jest zmuszenie społeczeństwa do zmiany „stylu życia” i oddawania się nieograniczonej rozwiązłości seksualnej.
Realizacja tego planu to pewna droga do duchowej, moralnej i demograficznej zagłady narodu. Konieczny jest opór oraz dalsze kształtowanie świadomości Polaków, przede wszystkim rodziców. Temu służą nasze akcje, o wsparcie których Pana proszę. Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
W zeszłym tygodniu europosłowie opowiedzieli się za uznaniem tak zwanej mowy nienawiści i „przestępstw z nienawiści” za jedne z najcięższych zbrodni transgranicznych – jak terroryzm, handel ludźmi, narkotykami. Mają być surowo karane w całej UE.
Od dawna Komisja Europejska – nie mogąc przepchać przepisów kryminalizujących „mowę nienawiści” odgórnie w całej unii – naciskała, by poszczególne kraje przyjęły swoje regulacje w tej sprawie. Ustawy zabraniające głoszenia określonych poglądów mają Austria, Francja, Belgia, Niemcy czy Hiszpania.
Skrajne przepisy drastycznie ograniczające wolność słowa przyjęto w zeszłym roku chociażby w Jordanii czy RPA. Batalię o kryminalizację wypowiedzi religijnych pod pretekstem zwalczania „mowy nienawiści” toczą prawodawcy irlandzcy. Jesteśmy świadkami postępującej totalizacji życia obywateli, którym odbiera się kolejne wolności. To już coś więcej niż pełzający „miękki totalitaryzm”.
Totalitarny świat fikcji
Profesorowie Marek Bankowicz i Wiesław Kozub-Ciembroniewicz zauważyli, że ideologia totalitarna „nie poprzestaje na formułowaniu wskazań o charakterze jedynie politycznym. Mistyczna ideologia totalitarna posiada wiele cech par excellence wiary religijnej. W miarę upływu czasu tego rodzaju ideologia coraz bardziej unika rzeczywistości, uciekając w świat kreowanej przez siebie fikcji. Totalitaryzm zawsze jest więc w większym lub mniejszym stopniu ideokracją, czyli ustrojem, w którym ideologiczna nadrzeczywistość wypiera realność. Istniejący świat i jego pojęcia są stłamszone przez swoistą fikcję, zaś słowa tracą swe tradycyjne znaczenie i nabierają nowego, przechodząc w nowomowę”. W tym systemie tylko nieliczni mają wiedzę o zasadach rządzących porządkiem świata i jako nowa „elita” są predestynowani do przewodzenia ludowi, narzucając biernym masom zasady postępowania. Organizacja totalitarna wymusza jedność w myśleniu i działaniu, a osiąga to poprzez centralizację, podporządkowanie mas oraz ujednolicenie.
Inny polski prawnik przedwojenny Marian Kutrzeba pisał w 1937 r., że w państwach totalnych wolność słowa jest niepożądana, co więcej, „jeśli mimo wszystko myślenia nie można zabronić, to można jednak zakazać przejawiania niepożądanych myśli na zewnątrz – można zapobiegać, by nie pojawiły się podniety do ich rozwijania, do krytyki. A więc – cenzura słowa mówionego i pisanego”. To jeden z kluczowych elementów państwa totalitarnego.
Ograniczanie debaty publicznej
Od co najmniej 2015 roku – pod pozorem zapewnienia bezpieczeństwa, równości i włączenia społecznego, czyli inkluzji – ograniczana jest debata publiczna. Uderza ona przede wszystkim w idee konserwatywne.
W latach 2011 – 2022 aż 78 państw przyjęło przepisy mające na celu ograniczenie rozpowszechniania fałszywych, wprowadzających w błąd lub prawdziwych, ale szkodliwych informacji w mediach społecznościowych (dis-, mis– i malinformation – MDM). Przepisy ich dotyczące są egzekwowane w coraz szybszym tempie. W latach 2011 – 2015 wdrożono 14 ustaw dotyczących tego rodzaju treści. W latach 2016 – 2022 było ich już 91. Pozwalają one rządom na definiowanie tego, jakie materiały są dozwolone w przestrzeni publicznej.
Za głoszenie „nieprawomyślnych poglądów” dziennikarze trafiają do więzienia albo muszą płacić wysokie grzywny i toczyć długoletnie spory prawne.
Z powodu usankcjonowania tak zwanej mowy nienawiści, problemy mają jednak nie tylko pracownicy mass mediów. Coraz częściej kłopoty dotykają konserwatywnych polityków, nauczycieli akademickich, trenerów i nauczycieli szkolnych, lekarzy, duchownych, przedsiębiorców i zwykłych obywateli sprzeciwiających się ogłupianiu, manipulacji, przyjmowaniu jednej jedynie słusznej ideologii. Ludzie tracą pracę, możliwość sprawowania urzędów czy wykonywania wyuczonego zawodu, a w najgorszym przypadku mogą nawet trafić do więzienia. Są spychani na margines społeczny, poddawani ostracyzmowi, szykanom i różnym niesprawiedliwym procedurom.
Czym jest „mowa nienawiści”?
Nie ma – i nie może być – prawnie wiążącej definicji „mowy nienawiści”. Andrew Sellars, dyrektor Kliniki Technologii i Cyberprawa na Wydziale Prawa Uniwersytetu Bostońskiego, poddał ocenie setki regulacji próbujących skodyfikować „mowę nienawiści”. Przeanalizował ustawodawstwo, ale także praktyczne definicje stosowane przez platformy internetowe. Zaznaczył, że znaczna część wiedzy akademickiej na ten temat opiera się na przykładach, a nie na definicjach. Co więcej, badacz uważa nawet, że nie można stworzyć „akceptowalnych ram” takiej definicji. Kompleksowa analiza prowadzi Sellarsa do wniosku, że ze względu na sprzeczne interesy stron – wolność słowa vs. „mowa nienawiści” – nie jest możliwe stworzenie obiektywnej definicji tej drugiej. W związku z tym nie można jej kodyfikować, a ci, którzy twierdzą, że mają proste rozwiązanie problemu, „po prostu nie myślą wystarczająco intensywnie” – zasugerował.
Krzysztof Śmiszek, obecnie sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, a równocześnie działacz homolobby uważa, że zdefiniowanie „mowy nienawiści” nie jest trudne.
Sellars sugeruje, że niemożność uzgodnienia nawet podstawowych ram podkreśla daremność tworzenia definicji, która musiałaby być wystarczająco wąska, aby chronić konstytucyjną wolność słowa, a jednocześnie wystarczająco szeroka, aby objąć każdą dostrzegalną kategorię ekspresji jako chronioną.
W wielu krajach już istnieją przepisy, które chronią przed naruszeniem dóbr osobistych, obrazą uczuć religijnych, wulgaryzacją w życiu publicznym. Nie ma zatem potrzeby kodyfikowania „mowy nienawiści” zakazującej wyrażania poglądów naukowych, które nie spodobają się jakiejś grupie albo wskutek których dane osoby odczują dyskomfort.
W USA Sąd Najwyższy wielokrotnie odrzucał rządowe próby zakazania lub karania „mowy nienawiści”, przywołując Pierwszą Poprawkę, która daje szerokie gwarancje wolności.
Jeszcze w orzeczeniu z 2011 r. prezes Sądu Najwyższego John Roberts zaznaczył, że gwarancja wolności słowa jest kluczowa dla zapewnienia swobodnej debaty publicznej, dla utrzymania demokracji. Bez wolności słowa i zgromadzeń nie ma debaty, dyskusji, nie ma ścierania się idei, krytyki itd. Nie ma dochodzenia do prawdy. Za to otwiera się pole do tyranii, bo największym zagrożeniem dla wolności jest bezwładny naród. Brak oporu rozzuchwala despotów.
Do czego może doprowadzić uznanie tak zwanej mowy nienawiści za przestępstwo transgraniczne w Europie, pokazują już konkretne przypadki nękania niektórych osób w krajach tak zwanej demokracji liberalnej, gdzie podobne regulacje krajowe już obowiązują albo gdzie próbuje się kneblować tę wolność poprzez różne działania administracyjne, wewnętrzne regulaminy, standardy itp.
Wykluczenie z debaty europosłów
W styczniu 2024 r. Parlament Europejski wszczął postępowanie przeciwko Tomowi Vandendriessche, który reprezentuje flamandzkich separatystów. Poseł ośmielił się podczas debaty na temat paktu migracyjnego stwierdzić, że celem KE jest „przyciągnięcie większej migracji”, o czym wcześniej mówiła komisarz do spraw wewnętrznych Ylvy Johansson na temat potrzeby przyjmowania dodatkowych migrantów z Globalnego Południa.
– UE chce sprowadzić do Europy dodatkowy milion migrantów, oprócz wielu milionów, które już mamy – komentował Vandendriessche, dodając, że taka jest definicja migracji zastępczej. Wspomniał, że UE chce „repopulacji”. Uznał także unijną politykę azylową za formę „zorganizowanej wymiany” ludzi.
Jego uwagi wywołały gniew postępowych europosłów wraz z federalistką Sophie in 't Veld na czele, która oskarżyła deputowanego o to, że termin „repopulacja” jest „określeniem nazistowskim” i zażądała reakcji szefowej Parlamentu Europejskiego, aby go ukarała. Roberta Metsola zapowiedziała wszczęcie śledztwa w sprawie słów Vandendriessche. Zbada, czy europoseł złamał regulamin Parlamentu.
Vandendriessche komentując sprawę zauważył, że jedynie powtarzał słowa komisarzy UE, dodając, że „UE w coraz większym stopniu staje się ZSRS, gdzie opozycja była prześladowana za mówienie prawdy”.
Jeśli władze parlamentarne uznają flamandzkiego deputowanego za winnego używania „mowy nienawiści”, zgodnie z Regulaminem Parlamentu może on zostać ukarany grzywną lub nawet pozbawiony prawa głosu.
Kilka miesięcy wcześniej, w maju przesłuchiwano trzech innych europosłów z powodu domniemanych „nienawistnych” uwag w związku z komentarzami na temat islamu i migracji. W 2017 r. zawieszono na 10 dni eurodeputowanego Janusza Korwin-Mikkego. Dodatkowo ukarano go grzywną w wysokości 9 210 euro za uwagi na temat zróżnicowania wynagrodzeń ze względu na płeć.
W 2023 roku trzy lewicowe posłanki zażądały pilnego dochodzenia w sprawie trzech prawicowych koleżanek. Oskarżycielki utrzymywały, że podczas debaty na temat „praw kobiet” w Izbie ich antagonistki dopuściły się „mowy nienawiści”, opisując „kobiety transpłciowe” jako „największe zagrożenie dla kobiet”. Ośmieliły się również wskazać na związek pomiędzy wzrostem przemocy wobec kobiet w całej Europie a – ich zdaniem – rosnącym wpływem islamu. Metsola zapowiedziała, że „zajmie się tą sprawą”.
W zeszłym roku czterech europosłów z Polski straciło immunitety za „lajkozbrodnie” (polubili tweety ukazujące skutki polityki migracyjnej).
Europejscy progresiści obawiają się utraty znacznej części mandatów do Parlamentu Europejskiego, a także w wyborach krajowych. W rezultacie naciskają na coraz większą cenzurę. Rok 2024 ma być nawet rokiem szczególnym dla „obrony odporności demokracji” i dlatego podjęto szereg działań mających zagwarantować utrzymanie dominacji lewicowej „poprawności politycznej” nie tylko w Europie, ale także w innych demoliberalnych krajach na świecie.
Stąd bezpardonowe działania cenzuralne i powszechne wezwanie do obrony tak zwanej integralności informacji, czyli narzucenia cenzury, stłumienia debaty publicznej pod pretekstem walki z „mową nienawiści”, dezinformacją, wiadomościami prawdziwymi, ale rzekomo szkodliwymi. Termin „mowa nienawiści” szybko staje się eufemizmem na określenie poglądów, których nie akceptują postępowcy.
Fiński „proces biblijny”
W styczniu tego roku fiński prokurator, po dwuinstancyjnej porażce powództwa przeciwko chrześcijańskiej poseł – byłej szefowej ministerstwa spraw wewnętrznych Päivi Räsänen – odwołał się do Sądu Najwyższego. Za wszelką cenę chce ukarać kobietę za „szerzenie nienawiści”. Ex-parlamentarzystka opublikowała w serwisie X wersety 1. od 24 do 27 z 1 Listu do Rzymian z pytaniem, dlaczego Kościół Ewangelicko-Luterański w Finlandii zgodził się sponsorować wydarzenie związane z promowaniem tak zwanej dumy gejowskiej.
W listopadzie ubiegłego roku sąd apelacyjny podtrzymał wyrok uniewinniający sądu rejonowego z 2022 r. Ten swoisty „proces biblijny” pokazuje jak bardzo zamordystyczne staje się współczesne państwo demoliberalne.
Była minister, prawnik z wykształcenia oznajmiła, że „jest gotowa nadal bronić wolności słowa i wolności wyznania przed [fińskim] Sądem Najwyższym, a jeśli zajdzie taka potrzeba, przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka”. Kobieta nie kryła „całkowitego zaskoczenia” tym, że prokurator zdecydował się ją dalej nękać. Räsänen ma jednak nadzieję, że zwycięstwo w SN „ustanowi precedens prawny w zakresie wolności słowa i religii”.
Cenzura rządowa
Mimo że w USA nie ma regulacji o „mowie nienawiści”, tamtejsi progresiści próbują na różne bezprawne sposoby ograniczyć debatę publiczną, wprowadzić autocenzurę i zaszkodzić osobom o niepostępowych poglądach. Terapeuta Brian Tingley z Waszyngtonu toczy batalię przed sądem w związku z wymierzonym przez władze stanowe zakazem udzielania pomocy w detranzycji osobom, które nie chcą być już „transami”. Prawo zezwala jedynie na świadczenie takiej „terapii”, która będzie prowadzić osoby z dysforią płciową do tak zwanej zmiany płci. Poszkodowanego reprezentuje konserwatywna organizacja prawnicza Alliance Defending Freedom. Walczy ona na różnych poziomach z cenzurą oraz narzucaną przez rząd ideologią.
Podobne pozwy wytoczyli terapeutka Maggie DeJong, kapelan ochotniczej straży pożarnej, dr Andrew Fox, nauczyciel muzyki John Kluge i wielu innych.
Trener Dave Bloch, który prowadził drużynę snowboardową w jednej ze szkół w stanie Vermont, walczy o przywrócenie do pracy po zwolnieniu go za to, że ośmielił się powiedzieć młodym ludziom, iż mężczyźni i kobiety różnią się między sobą, oraz że mężczyźni na ogół mają wrodzoną przewagę fizyczną nad kobietami w sporcie. Jeden z zawodników „transów” miał się poczuć urażony. Jak widać, „mowa nienawiści” to wygodny wytrych do pozbywania się „niewygodnych” ludzi i „niewygodnych” poglądów.
Urzędnicy walczący z tak zwaną mową nienawiści idą dalej, wymagając od ośrodków pro life w Kalifornii udostępniania informacji na temat możliwości dokonania aborcji w tak zwanych klinikach Planned Parenthood lub innych dostawców „usług aborcyjnych”.
Podobnie, były minister zdrowia Adam Niedzielski chciał wymusić na fundacji Kai Godek, aby informowała przybywające do naszego kraju Ukrainki o możliwości zabicia dziecka poczętego.
Cenzura prywatna
Oprócz cenzury stosowanej przez urzędników państwowych poprzez wprowadzanie wytycznych odnoszących się do zwalczania „mowy nienawiści” i tworzenia „bezpiecznych stref” dla różnych „osób wrażliwych”, które mają odmienną „orientację seksualną” albo wywodzą się spośród grup dotkniętych „systemowym rasizmem” lub inną „systemową niesprawiedliwością” (dominacja białych mężczyzn u władzy, patriarchat itp.) rośnie także cenzura stosowana przez podmioty prywatne. Zwykle odbywa się to pod pretekstem realizowania programów DEI (różnorodność, równość i inkluzja) powiązanego z raportowaniem ryzyka pozafinansowego (ESG).
Korporacje, banki, uniwersytety szeroko interpretują tak zwaną mowę nienawiści, zabraniając krytycznych wypowiedzi na temat „krytycznej teorii rasy”, transseksualizmu, tranzycji, małżeństw jednopłciowych, homoseksualizmu, aborcji itp.
W kwietniu 2023 r. Bank of America anulował rachunki chrześcijańskiej organizacji charytatywnej Indigenous Advance z siedzibą w Memphis i lokalnego kościoła, który ją wspiera finansowo. Bank wysłał pisma, informując, że oba podmioty działają w ryzykownej domenie, której bank postanowił nie obsługiwać. Grupa IA współpracuje z rządem ugandyjskim, ostro sprzeciwiającym się szerzeniu ideologii gender.
W 2022 roku bank JPMorgan Chase nagle zamknął rachunek bieżący Krajowego Komitetu na rzecz Wolności Religijnej (NCRF), założonego przez byłego senatora i ambasadora USA Sama Brownbacka. Po wielokrotnych prośbach o przywrócenie konta Chase „wykręcał się”, za każdym razem podając sprzeczne komunikaty.
W stanie Arkansas bank odmówił prowadzenia konta Radzie Rodzinnej Arkansas i chrześcijańskiej organizacji obrońców życia Ruth Institute.
Według indeksu biznesowego Viewpoint Diversity Score Business Index ADF 2023, który mierzy poszanowanie korporacyjne dla wolności słowa i wolności religijnej, 64 procent z 75 największych firm z branży technologicznej i finansowej cenzuruje wolność słowa pod pretekstem ochrony przed „mową nienawiści”. Siedem z dziesięciu największych banków komercyjnych w kraju – w tym trzy największe – utrzymuje politykę „ryzyka reputacji” lub „mowy nienawiści”.
ADF komentuje, że „te niejasno sformułowane zasady stanowią zagrożenie dla wszystkich i praktycznie gwarantują cenzurę (…) wszelkich poglądów politycznych i religijnych”.
Organizacja prawnicza niedawno złożyła opinię amicus w sprawie O’Connor-Ratcliff przeciwko Garnier. Chodzi o cenzurę kont w mediach społecznościowych dwóch rodziców, którzy skrytykowali członków rady szkoły.
W innej sprawie O’Handley przeciwko Weberowi urzędnicy z Kalifornii nakazali Twitterowi, aby ukarał pewnego Amerykanina za to, że podzielił się on na tej platformie opinią, która nie podobała się urzędnikom. Portal ocenzurował wspomnianą osobę, łamiąc prawo.
Cenzura w szkołach i na uniwersytetach
W gimnazjum z Massachusetts dyrektorzy powiedzieli uczniowi, że nie może nosić koszulki z napisem: „Istnieją tylko dwie płcie”. Podczas „pandemii COVID-19” w szkole podstawowej na terenie stanu Mississippi władze okręgowe zakazały trzecioklasistce noszenia maski z napisem „Jezus mnie kocha”.
Były profesor Uniwersytetu Północnego Teksasu, dr Nathaniel Hiers zażartował sobie z ulotki ostrzegającej przed tak zwanymi niebezpieczeństwami „mikroagresji”. Wskazano w niej, jakich określeń nie można używać. Na przykład „mikroagresja” wyraża się przez stwierdzenie: „Ameryka jest krajem możliwości” i „Uważam, że tę pracę powinna dostać najbardziej wykwalifikowana osoba”. Uczelnia rozwiązała umowę z profesorem. Sprawa trafiła do sądu i ostatecznie uniwersytet zapłacił 165 tysiące dolarów odszkodowania za naruszenie wolności słowa wykładowcy.
Obecnie wiele powództw na terenie USA, Kanady i Wielkiej Brytanii toczy się w związku z krytyką działań Izraela w Palestynie, a także z powodu użycia określeń, które mogły spowodować dyskomfort wśród przedstawicieli mniejszości seksualnych, kolorowych itp.
„Propagatorów mowy nienawiści” próbuje się ukarać „anulując” ich osiągnięcia naukowe, a nawet pozbawiając prawa do wykonywania zawodu. Oto najnowsza próba usiłowania pozbawienia jednego z najzdolniejszych studentów Autonomicznego Uniwersytetu Baja California możliwości wykonywania zawodu psychologa. Uczelnia wszczęła postępowanie przeciwko Christianowi Cortezowi Pérezowi po tym, jak część studentów i profesorów poczuło się dotkniętych jego przemową wygłoszoną na zakończenie studiów.
Jako jeden z najzdolniejszych absolwentów Wydziału Medycyny i Psychologii miał prawo do wystąpienia podczas ceremonii wręczenia dyplomów, która odbyła się 27 czerwca 2022 r. Wezwał wówczas do odrzucenia redefinicji rodziny i radykalnej ideologii gender, stwierdzając: – Dzisiaj jesteśmy głęboko zaangażowani w prawdziwą antropologiczną walkę o przedefiniowanie istoty ludzkiej, osoby ludzkiej, człowieka poprzez wdrażanie ideologii i sposobów myślenia, które zawsze kończą się podważeniem godności i wolności. Mężczyzna zacytował słowa G.K. Chestertona o niszczeniu rodziny i przestrzegał, że „atak na życie i rodzinę oznacza samozniszczenie, jest atakiem na samą cywilizację”. Wezwał do solidarności, wzajemnego szacunku i miłości polegającej na szukaniu dobra drugiej osoby.
Oburzeni wykładowcy wystosowali list, wzywając do anulowania dotychczasowych osiągnięć naukowych Péreza, pozbawienia go prawo do wykonywania zawodu i poinformowania wszystkich instytucji, w których mógłby szukać zatrudnienia, o pozbawieniu go możliwości wykonywania zawodu psychologa.
– To, co przydarzyło się Christianowi, stanowi rażące naruszenie jego podstawowych praw człowieka. Studenci wyrażający swoje poglądy w środowisku akademickim nie powinni obawiać się o swoją karierę. Sprawowanie przez profesorów władzy sankcyjnej nad swoimi studentami jest niewłaściwe i niebezpieczne. Mamy nadzieję, że Autonomiczny Uniwersytet Baja California naprawi to wielkie zło i zajmie jasne stanowisko na rzecz wolności słowa – komentował Carlos Ramirez, obrońca pokrzywdzonego.
Liczba przypadków cenzury akademickiej rośnie. W zeszłym roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał ważny wyrok w sprawie studenta Chike’a Uzuegbunama (stosunek głosów 8 do 1) na korzyść młodego człowieka, któremu uczelnia chciała uniemożliwić głoszenie Ewangelii. Proces przeciwko Georgia Gwinnett College zakończył się ugodą o łącznej wartości ponad 800 tysięcy dolarów.
Jednocześnie trwa postępowanie sądowe w sprawie doktora Alana Josephsona, wybitnego profesora na Uniwersytecie w Louisville. Został on zwolniony po tym, jak wypowiadał się na temat dysforii płciowej podczas wydarzenia zorganizowanego przez Heritage Foundation. Dr Josephson, który przez prawie 15 lat pełnił funkcję szefa Oddziału Psychiatrii i Psychologii Dzieci i Młodzieży na uniwersytecie, tuż po wydarzeniu w konserwatywnym think tanku, spotkał się z wrogą atmosferą w pracy, a w lutym 2019 roku uczelnia poinformowała go, że nie przedłuży z nim kontraktu.
Swoją batalię prowadzą nauczyciele w Wirginii w związku z polityką rady szkolnej hrabstwa Loudoun, która zmusza nauczycieli do zaprzeczania prawdzie o tym, co to znaczy być mężczyzną i kobietą, używając zaimków niezgodnych z płcią biologiczną itd.
Atak na działaczy NGO
Niedawno sąd w Gdańsku w skandalicznym orzeczeniu skazał Mariusza Dzierżawskiego, członka zarządu Fundacji Pro – Prawo do Życia, za organizację kampanii społecznej informującej o badaniach naukowych dotyczących powiązań między homoseksualizmem a pedofilią.
Również w zeszłym roku brytyjskie władze postanowiły ścigać Adama Smith-Connora, weterana z Afganistanu, który stał w „strefie buforowej” i modlił się po cichu i w samotności przed ośrodkiem aborcyjnym w Bournemouth. Mąż i ojciec, który w młodości wraz ze swoją byłą dziewczyną zdecydował o uśmierceniu syna Jakuba, żałuje tej decyzji do dziś. Modlił się za utracone dziecko, ale także za inne dzieci abortowane w „klinice”, ich matki i ojców. W sierpniu 2023 r. policja wszczęła postępowanie przeciwko Adamowi, a 16 listopada miał stanąć przed sądem. Sprawę odroczono na styczeń 2024 roku. Mężczyźnie grozi kara więzienia za „myślozbrodnię”. Ośmielił się swoją obecnością wprawić w zakłopotanie kobiety zmierzające do placówki, by zabić dzieci noszone pod sercem…
Nie ma prawnej definicji „mowy nienawiści” i nie może być. Na jakiej więc podstawie sędziowie skazują „winnych”?
ONZ przyznaje, że nie ma w międzynarodowym prawie formalnej definicji „mowy nienawiści”. Dlatego też większość instrumentów Organizacji Narodów Zjednoczonych odnosi się do „podżegania do dyskryminacji, wrogości lub przemocy”.
ONZ chce znaleźć doskonałą równowagę pomiędzy dwiema podstawowymi zasadami: równości i niedyskryminacji wszystkich ludzi, gwarantując równe korzystanie z praw człowieka, ochronę prawa i godności, bez jakiejkolwiek dyskryminacji oraz prawa do wolności opinii i wyrażania ich bez ingerencji, w tym prawa do poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania wszelkiego rodzaju informacji i idei, bez względu na granice i poprzez dowolne media.
Tyle że nie da się tego zrobić.
Międzynarodowe Stowarzyszenie Prawników (International Barr Association) przypomina, że obecna cenzura przypomina nowomowę narzucaną mieszkańcom Oceanii z powieści George’a Orwella „Rok 1984”. Jak wyjaśnił autor w dodatku do tej książki, intelektualnym celem nowomowy było uczynienie zatwierdzonych myśli jedynymi możliwymi do wyrażenia. Podobne zjawisko możemy obserwować obecnie.
Co ciekawe, wyrażenie „mowa nienawiści” powstało pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, gdy grupa prawników chciała poradzić sobie z „rasistowskimi” (i „seksistowskimi”) nadużyciami na uczelniach. Obecnie ten wytrych pozwala policjantom, sędziom i różnym oficerom czuwającym na straży prawomyślności na bezprecedensową ingerencję w życie ludzi, cenzurowanie, prześladowanie i nękanie.
Koncepcję tę stale się rozwija, ustalając kolejne cechy, na podstawie których mają być chronione kolejne grupy osób, jednocześnie pozbawiając ochrony coraz więcej osób, odmawiając im prawa nie tyko do wyrażania swoich opinii i możliwości zapoznania się z poglądami innych, ale nade wszystko pozbawiając ich podstawowych gwarancji prawnych do sprawiedliwego procesu sądowego.
Wszak nienawiść do kogoś a krytykowanie argumentów lub stanowisk strony przeciwnej, prezentowanie danych naukowych, to nie to samo. Chrześcijanin będzie sprzeciwiał się „małżeństwom homoseksualnym” ze względów religijnych, ale to nie znaczy, że nienawidzi jakąś konkretną osobę czy grupę. Również sodomita będzie sprzeciwiał się tradycyjnej definicji małżeństwa, czy w związku z tym jego także będzie się oskarżać o „mowę nienawiści”?
Zwolennicy ograniczeń, jak np. profesor Uniwersytetu Nowojorskiego Jeremy Waldron, uważają, że w różny sposób należy traktować takie zachowania, to znaczy uprzywilejowując sodomitów i prześladując chrześcijan. Jednocześnie sugerują, że aby wypowiedź mogła zostać uznana za „mowę nienawiści”, wystarczy, iż zostanie naruszona „godność” osoby lub grupy chronionej.
Obecnie „mowa nienawiści” obejmuje wypowiedzi uznane za rasistowskie, seksistowskie, homofobiczne, antyetniczne, transfobiczne, ksenofobiczne lub krytyczne wobec wybranych religii.
Selektywne stosowanie przepisów i upadek demokracji
Doświadczenie europejskie pokazuje, że regulacje o „mowie nienawiści” są egzekwowane selektywnie. Rzadko można spotkać się z aresztowaniami lub oskarżeniami skierowanymi przeciwko wykładowcom, politykom czy obywatelom, którzy swobodnie oczerniają chrześcijaństwo, heteroseksualizm czy dziedzictwo narodów Europy Zachodniej.
Raczej chronieni są sodomici, „transi”, wyznawcy islamu, judaizmu, zwolennicy aborcji itd.
Badanie przeprowadzone przez Uniwersytet w Tel Awiwie, pokazuje, że w Wielkiej Brytanii i Francji, gdzie zakazuje się „mowy nienawiści” wymierzonej chociażby w Żydów w 2018 roku, prawdopodobieństwo wystąpienia brutalnych przestępstw z nienawiści na tle antysemickim było 13 razy większe w Wielkiej Brytanii i czterokrotnie większe we Francji niż w USA, które nie kryminalizują takiej wypowiedzi.
Amerykański Sąd Najwyższy zaznacza, że Pierwsza Poprawka wymaga od rządu ścisłej ochrony solidnej debaty na tematy budzące zainteresowanie opinii publicznej, nawet jeśli debata ta przeradza się w niesmaczną, obraźliwą lub pełną nienawiści mowę, która powoduje, że inni odczuwają smutek, złość lub strach (Orzeczenie Sądu Najwyższego w sprawie Snyder przeciwko Phelps). Zgodnie z obowiązującym orzecznictwem dotyczącym Pierwszej Poprawki, mowa nienawiści może być uznana za przestępstwo jedynie wtedy, gdy bezpośrednio nawołuje do nieuchronnego działania przestępczego lub polega na konkretnych groźbach użycia przemocy skierowanych przeciwko danej osobie lub grupie.
Lewica nie ukrywa, że język ma dla nich ważne znaczenie. Jest formą sprawowania władzy.
Opublikowany w marcu zeszłego roku Raport Freedom House za 2022 rok uznaje, iż naruszenie wolności słowa jest kluczowym miernikiem upadku demokracji na świecie. W badanym okresie wolność słowa znalazła się pod presją w 157 państwach. Można rzec, że wskutek szerzenia się cenzury i autocenzury (sami obywatele w obawie o negatywne konsekwencje unikali mówienia prawdy) „ortodoksyjni progresiści”, radykałowie osiągnęli zamierzony cel, odwołując się do polityki zastraszania, anulowania, nękania itd. Okno Overtona przesunęło się, umożliwiając wprowadzenie wielu progresywnych zmian.
Radykalny działacz Saul Alinsky, autor Rules for radicals instruował w swojej książce, w jaki sposób dokonać trwałej zmiany społecznej. Wskazał, że potrzebna jest wąska grupa radykałów zdecydowanych wdrażać nawet najabsurdalniejsze pomysły i bierna, sfrustrowana, wręcz pobita i zagubiona większość, która nie będzie stawiała oporu.
Holandia chce pomóc w zabijaniu polskich dzieci. Nasza krajowa Minister Zdrowia także próbuje upowszechnić aborcję. Co czuje ojciec, który przed laty nie obronił własnego dziecka przed „zabiegiem” i jakie skutki dla całej rodziny ma zabicie najmłodszego jej członka? Dlaczego lekarz pediatra jest za życiem? Czy zdjęcia i filmy z aborcji mogą poruszyć serca i zmienić świadomość społeczną?
O tym i o innych ważnych sprawach przeczyta Pan poniżej w wybranych artykułach z portalu www.RatujZycie.pl.
Aborcja w każdym szpitalu – tego żąda Minister Zdrowia
Izabela Leszczyna od początku sprawowania urzędu ministra zdrowia stara się o to, by w Polsce łatwo i często zabijało się poczęte dzieci. I to w każdym szpitalu.Czytaj dalej >
Holendrzy chcą zabijać polskie dzieci
Zabójstwo przez teleporadę? Polska nie jest krajem przyjaznym mordowaniu nienarodzonych? Żaden problem, droga Polko, przyjdziemy Ci z pomocą w twoim bólu. U nas znajdziesz rozwiązanie swojego „problemu”, jakim jest nowo poczęte życie pod twoim sercem.Czytaj dalej >
Jestem ojcem martwego dziecka
Mimo tego, że minęło wiele czasu, ta myśl nieustannie do mnie powraca. Moje dziecko nie żyje. Nawet nieznana jest mi jego płeć…Czytaj dalej >
O możliwości zahamowania aborcji tabletkami i uratowania dziecka wspominała pediatra z wieloletnim stażem dr Grażyna Rybak w swoim przemówieniu przeciw aborcji w Sejmie. Pigułka aborcyjna działa poprzez blokowanie naturalnego hormonu progesteronu. Dziecko przed narodzinami potrzebuje go, by się rozwijać. Jednak działanie pigułki aborcyjnej można odwrócić już po tym, gdy została zażyta! Trzeba jak najszybciej podać duże dawki progesteronu, aby mechanizm działania śmiercionośnego preparatu został zatrzymany. Najlepiej zrobić to w ciągu pierwszych 24 godzin.Czytaj dalej >
Urodzenia żywe z aborcji. Co szpitale robią z żywymi dziećmi?
Wiele abortowanych dzieci przeżywa własną aborcję. Co jednak dzieje się z nimi później? Szpitale mają specjalne procedury.Czytaj dalej >
Ks. Matuszny skazany za prawdę o aborcji. Będzie apelacja
Sąd rejonowy w Lublinie skazał ks. Mirosława Matusznego za prezentowanie prawdy o aborcji. Sprawa toczy się z prywatnego aktu oskarżenia złożonego przez aborcjonistkę Katarzynę Kotulę, obecnie Minister ds. Równości. Lubelski sędzia Wojciech Wolski nakazał księdzu zapłatę w sumie 4300 złotych. Nie zostawiamy księdza bez pomocy, będzie apelacja.Czytaj dalej >
Zdjęcia i filmy z aborcji – dlaczego są skuteczne?
Zdjęcia i filmy z aborcji pokazują prawdę, przed którą chcą uciec aborcjoniści. Agresywni przeciwnicy życia drą foldery, rzucają się na pikiety, kradną nasze banery. Wszystko po to, aby ukryć, jak strasznie cierpi abortowane dziecko. Skąd wiemy, że pokazywanie prawdy o aborcji daje dobre efekty? Dlaczego to takie ważne, by zdjęcia z aborcji nie zniknęły z przestrzeni publicznej? O tym w nowym odcinku vloga „Pro-life bez cenzury”.Czytaj dalej >
Gorąco polecamy także kanał Fundacji ŻiR na YouTube, gdzie sukcesywnie dodajemy kolejne wystąpienia obrońców życia w Sejmie. Zamieniliśmy posiedzenie morderczej komisji w wielkie święto życia.
Jeśli popiera Pan to, co robimy, prosimy o wsparcie modlitewne i finansowe. Prowadzenie portalu www.RatujZycie.pl oraz wszelkie inne działania Fundacji powodują, że mamy wydatki. Jesteśmy organizacją non-profit, ale nie organizacją bezkosztową.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Komik „przewiduje” papieża-kobietę, a Franciszek go całuje gloria
[Jak często na gloria, autor nie podał odnośników, byśmy mogli to sprawdzić. Jednak oceniam prawdopodobieństwo całości na ponad 96%, więc umieszczam. Może nasz babylonianempire sprawdzi? – sprawdził i uzupełnił.. M. Dakowski]
Włoski komik Roberto Benigni przemówił do uczestników watykańskich obchodów „Światowego Dnia Dziecka” 26 maja na Placu Świętego Piotra, w obecności Franciszka.
Powiedział: „Wśród was może być nowy Michał Anioł lub nowy Galileusz (…) A wśród dziewczynek może być przyszła laureatka Nagrody Nobla (…) lub nawet papież”.
Dodał: „Tutaj wszystko jest możliwe, w Watykanie jesteśmy w Królestwie Bożym, a w Królestwie Bożym wszystko jest możliwe. Może Afrykańczyk lub Azjata […] lub dziewczyna, kobieta, pierwsza kobieta papież w historii, mówiono by o tym nawet na Księżycu”.
Franciszek objął i pocałował Benigniego na scenie, chociaż przed wydarzeniem zabroniono wszystkim zbliżać się do Bergoglio.
Kilka lat temu Benigni był gospodarzem sobotniego programu we włoskiej telewizji, który polegał na przeszukiwaniu męskich much [?? RAM: prawdopodobnie chodzi o łapanie za genitalia konferansjerów telewizyjnych, co mu się trafiało…RAM] – lub obmacywaniu spódnic gości. W niewłaściwy sposób odnosił się również do świętych, takich jak Ojciec Pio.
W 2007 roku kpił z Matki Bożej, zmieniając 33. kantyk Dantego o raju wulgarnymi terminami, które są używane w odniesieniu do żeńskich i męskich genitaliów.
Administracja Bidena, korzystając ze swoich zastępczych sił na Ukrainie, przeprowadziła w czwartek bezprecedensowy atak na „kluczowy element rosyjskiego parasola nuklearnego”, skutecznie oślepiając rosyjskie wojsko przed wykryciem nadlatujących rakiet balistycznych uzbrojonych w broń nuklearną.
„Zdjęcia satelitarne potwierdzają”, że wiele dronów poważnie uszkodziło „rosyjski strategiczny radar wczesnego ostrzegania na południowo-zachodnim krańcu kraju”, przez co Moskwa stała się bardziej podatna na atak wroga. Zachodnie media w dużej mierze zaciemniły wszelkie relacje na temat tego zdarzenia, które powinny znaleźć się na pierwszych stronach gazet w całym kraju.
Zgodnie z rosyjską doktryną nuklearną każdy atak na podstawowy system pierwszego alarmu nuklearnego w Rosji uzasadnia nuklearny odwet . Biorąc pod uwagę powagę sytuacji, musimy założyć, że frustracja Waszyngtonu wynikami Ukrainy na polu bitwy przyspieszyła dramatyczną zmianę polityki, która obejmuje prowokacje wysokiego ryzyka, mające na celu wywołanie nadmiernej reakcji prowadzącej do bezpośredniej interwencji NATO.
Najwyraźniej administracja Bidena zdecydowała, że bez zaangażowania NATO nie może zwyciężyć na Ukrainie.W tym celu Stany Zjednoczone – za pośrednictwem swoich pełnomocników na Ukrainie – będą w dalszym ciągu przeprowadzać coraz bardziej śmiercionośne ataki na terytorium Rosji, zmuszając Moskwę do reakcji w naturze.
Przed II Wojną Światową, genialni francuscy generałowie zaprojektowali linię fortyfikacji zwaną Linią Maginota. Zlokalizowana ona była na granicy z Niemcami i w zamyśle wspomnianych “strategów”, miała chronić Francję przed Niemiecką agresją. Francuscy tchórze byli tak pewni swego bezpieczeństwa, że pomimo gwarancji sojuszniczych dotyczących Polski, nie kiwnęli nawet palcem, kiedy III Rzesza zaatakowała Polskę wszystkimi posiadanymi siłami, pozostawiając na granicy francuskiej jedynie dwie dywizje naprzeciw ogromnej armii francuskiej ukrywającej się za wspomnianą Linią Maginota.
Dzięki temu francuskiemu tchórzostwu, zaprzaństwu i wiarołomstwu, II RP została pokonana, a w następnym roku niemiecki kapral Adolf Hitler wystawił do wiatru francuską generalicję, omijając Linię Maginota szybkim manewrem poprzez Belgię, wychodząc na tyły armii francuskiej. W niecały miesiąc kampania zakończyła się spektakularnym sukcesem Niemiec.
Dziś, błazny z “polskiego rządu” postanowiły wyrzucić 10 miliardów złotych na podobną “inwestycję” na granicy z Białorusią i Rosją, pozostawiając całkowicie otwartą “granicę przyjaźni” z banderowską Ukraina, na której terytorium prowadzi działania kilkuset-tysięczna armia rosyjska.
Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie podejmowałby takich “posunięć obronnych”.
Na nieszczęście, wśród administracji w Warszawie nie ma indywiduów z powyższymi walorami. Cała moc ich marnych intelektów skupia się na usatysfakcjonowaniu swych zagranicznych pryncypałów. A ci domagają się podkręcania histerii wojennej wśród społeczeństwa III RP, by łatwiej móc je przekonać do złożenia daniny krwi na ołtarzu globalizmu, w walce z Rosją całkowicie pochłoniętą problemami Donbasu, Zaporoża i Kaukazu!
Najważniejszymi obecnie kwestiami dla Polski i dla całej środkowej Europy, a być może również dla świata – pozostają zagadnienia bezpieczeństwa międzynarodowego, w tym problem zakończenia wojny na Ukrainie, w powiązaniu oczywiście z innymi konfliktami, które obserwujemy już w tej chwili niemal w każdym zakątku globu.
Globalizacja wojny
Choćby niedawna decyzja Kongresu amerykańskiego o dalszym finansowaniu kijowskiego reżimu wskazuje, jak związane są ze sobą kwestie pokonania nazizmu na Ukrainie i oporu wobec syjonizmu w Gazie. Być może już wkrótce będziemy świadkami kolejnego potencjalnie globalnego konfliktu między supermocarstwami, Chinami a Stanami Zjednoczonymi na Morzu Południowochińskim pod pretekstem kwestii tajwańskiej. Żyjemy bowiem w fazie globalizacji wojny.
Zastanawiając się jak zakończyć wojnę na Ukrainie, zmuszeni jesteśmy przyznać, że za wyjątkiem pierwszych kilkunastu tygodni, kiedy przynajmniej stronie rosyjskiej wydawało się, że zna odpowiedź, obecnie nikt nie mógłby z czystym sumieniem stwierdzić, że ma gotowe rozwiązanie.
Na początku tej gorącej fazy konfliktu (trwającego wszak od 2014 roku) w rosyjskim planie mieściło się zapewne zostawienie samym Ukraińcom prawa do decydowania o swoim rządzie, oczywiście więc i prawa do zawarcia pokoju, przeprowadzenia neutralizacji i denazyfikacji na własną rękę. Ta nadzieja umarła wraz z fiaskiem rozmów pokojowych w Turcji, wraz z inicjatywą premiera Borisa Johnsona, który storpedował wszelkie szanse na zawarcie jakiegokolwiek, możliwie równorzędnego pokoju między Kijowem a Moskwą. Od tamtej pory możemy się obawiać, że żadna ze stron nie wie, jak tę wojnę zakończyć.
Ukraina jako przedmiot, nie strona konfliktu
Przez strony należy rozumieć w tym przypadku oczywiście już tylko Rosję i mocarstwa zachodnie. Ukraina jest bowiem jedynie przedmiotem, polem bitwy tej wojny między Zachodem a Rosją, toczonej jedynie na terytorium ukraińskim.
Skądinąd można domniemywać, że po stronie rosyjskiej dominują teraz tendencje do rozstrzygnięcia militarnego, a więc zdobycia wyraźnej przewagi wojskowej, opanowania kolejnych terytoriów, przełamania kolejnych linii obrony (co zresztą dzieje się w tej chwili na naszych oczach po raz kolejny na odcinku charkowskim, jak i chersońskim), wreszcie do uzyskania takiej pozycji militarnej i strategicznej, która wymusi na Kijowie zawarcie pokoju, a na początek przynajmniej prośbę o zawieszenie broni, o przystąpienie do rozmów na warunkach znanych od samego początku tego konfliktu.
Pozostają nimi nieodmiennie denazyfikacja, neutralizacja, przywrócenie i gwarancje prawa ludności rosyjskojęzycznej i wszystkich mniejszości narodowych (podkreślmy: wszystkich mniejszości narodowych, w tym polskiej, rumuńskiej, węgierskiej, bułgarskiej i innych mieszkających na Ukrainie), zmienia się zaś tylko dodatkowa cena, jaką Kijów będzie musiał zapłacić w ubytkach terytorialnych (zresztą być może nie tylko na rzecz Rosji, ale także swoich aktualnych teoretycznych sojuszników).
Czy rosyjskie nadzieje na takie właśnie rozstrzygnięcie mają rację bytu? Jedno, co możemy powiedzieć, to że gdyby to Kijów decydował, być może taki pokój byłby już zawarty.
Wojna niczym COVID
Gdyby decydowali sami Ukraińcy, jakiś pokój byłby zawarty na pewno i już dawno Ukraina mogłaby zająć się odbudową tego terytorium, które przy niej zostanie. Jednak decyzje nie zapadają w Kijowie, lecz w stolicach Zachodu, w Waszyngtonie, w Londynie, w tym rozproszonym ośrodku władzy globalizmu, neoimperializmu i neoliberalizmu, który wciąż dominuje we współczesnym schyłkowo jednobiegunowym świecie, kruszącym się na naszych oczach.
Polityka tej strony konfliktu z Rosją zmierza zaś wyraźnie do kontynuowania wojny bez wyraźnego końca. Mamy więc sytuację żywcem z Roku 1984 George’a Orwella, w którym Oceania płynnie przechodziła od wojny z Wschódazją do starcia z Eurazją i odwrotnie, byle sama walka i jej skutki społeczne były wieczne. Czy tak będzie i w naszym przypadku? Cóż, COVID też się wydawał trwać bez końca, a jednak rosyjskie czołgi błyskawicznie fikcję pandemiczną zakończyły. Być może więc i ten konflikt w końcu dojrzeje do jakiejś formy przesilenia.
Pamiętam też, co pisałem w dniu, kiedy konflikt ten wszedł w fazę gorącą, a więc 24 lutego 2022 roku, gdy wzywałem (oczywiście na próżno) władze III Rzeczypospolitej do trzymania się jak najdalej od tej wojny, jak najdalej od związanych z nią kosztów, jak najdalej od związanych z nią zagrożeń dla bezpieczeństwa Polski, dodatkowo potęgowanych prowadzeniem samobójczej nieodpowiedzialnej polityki. Bezskutecznie apelowałem, aby skupiać się wyłącznie na bezpieczeństwie mniejszości polskiej na Ukrainie w okresie pacyfikacji oraz przede wszystkim na zapewnieniu bezpieczeństwa Polakom mieszkającym w Polsce.
Pacyfikacja karykatury Hetmanatu
Swoją drogą, gdy wspominam o pacyfikacji – samozwańczy tropiciele „wszechobecnych ruskich agentów” oczywiście snują wizję, jak to „rusofile w Polsce chcą ogniem i żelazem dusić ukraińskie wsie”. Zachodzi w tych kręgach klasyczne przeniesienie, bo przecież tak rozumianych aktów terroru dopuszczali się właśnie banderowcy na ludności polskiej Wołynia i całych Kresów Południowo-Wschodnich.
Tymczasem, jeśli sięgniemy do słowników XIX-wiecznych, piękne słowo pacificationem, pacyfikacja – oznaczało po prostu zaprowadzenie pokoju, takie samo znacznie podają też słowniki Orgelbranda z 1861 roku, Arcta z 1929 roku oraz Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwieckiego z lat 1900-1927. Sejm pacyfikacyjny był to w systemie Rzeczypospolitej szlacheckiej ten sejm, który zaprowadzał pokój pomiędzy zwaśnionymi stronami konfliktów wewnętrznych, wojen domowych, często bardzo gorących sporów w obrębie ówczesnego narodu politycznego, a zwłaszcza między stanami a królem.
I w tym sensie w takim razie podtrzymuję swoje zdanie z 2022 roku: życzmy naszym ukraińskim przyjaciołom (bo nadal za przyjaciela Ukraińców się uważam) pacyfikacji, zaprowadzenia pokoju, tak, aby mogli w swoim własnym interesie zająć się odbudową, no i oczywiście, aby mogli szczęśliwie udać się do swoich domów w tej wielomilionowej rzeszy, która znalazła się jako przesiedleńcy w Polsce i innych krajach europejskich.
Nauka dla Polaków?
A czy wyciągniemy z tego konfliktu jakieś wnioski dla polityki bezpieczeństwa państwa polskiego? Oczywiście doświadczenie tych dwóch lat wskazuje, że wniosków nie wyciągamy żadnych, co zresztą nie powinno dziwić w przypadku tzw. elit politycznych.
Klasa polityczna Rzeczypospolitej składa się po prostu ze zdrajców. Są to osoby sprzedajne, pozostające na służbie ośrodków zagranicznych. To obca agentura, wrogie Polsce kompradorskie ciało, narośl na państwie i narodzie polskim. Niestety jednak, dostrzegamy też problem z pewną niedojrzałością wielu środowisk, które chcą angażować się w politykę, zakładając przynajmniej, że robią to w celach patriotycznych czy z pobudek patriotycznych, ale niestety nadal bez zrozumienia otaczającej nas rzeczywistości i zachodzących w Polsce i wokół Polski procesów geopolitycznych.
Otóż oczywiście na dziś fundamentem bezpieczeństwa Polski (tak jak i każdego innego państwa środkowej Europy) jest trzymać się jak najdalej od konfliktu ukraińskiego, a zatem: zakończyć całą idiotyczną tak zwaną pomoc dla Kijowa, która jest nie tylko przeciwskuteczna, bo podtrzymuje niepotrzebny opór, ale jest też masowo rozkradana, będąc przedmiotem gigantycznej korupcji, ponieważ banderowsko-oligarchiczny twór w Kijowie jest skorumpowany systemowo i nie da się go naprawić od środka inaczej, niż po prostu pozbywając się wszystkich tamtejszych klanów, grup i sitw oraz oczywiście wpływów zachodniego kapitału i zachodnich wywiadów, które rządzą tą parodią Hetmanatu.
Poza tą palącą kwestią bieżącą, oszczędzająca miliardy polskich złotówek i tysiące ukraińskich żyć – pozostaje jednak niezmiennie kwestia strategiczna: co dalej? Przerwać fałszywą pomoc i co?
Przede wszystkim suwerenność
Rzecz jasna, łatwiej byłoby szukać teoretycznych odpowiedzi dla świeta idealnego, w którym rzeczywiście problem bezpieczeństwa Polski i Europy Środkowej byłby traktowany poważnie, mając szansę znaleźć swoje polityczne rozwiązanie.
Dla takiego właśnie świata idealnego pod koniec lat dziewięćdziesiątych, będąc młodym jeszcze autorem tygodnika Myśl Polska wraz z naszym narodowo-demokratycznym kręgiem politycznym – dawaliśmy odpowiedź: neutralność. Proponowaliśmy budowę systemu bezpieczeństwa zbiorowego choćby w oparciu o OBWE. Podnosiliśmy wówczas, że NATO, jeśli już musi istnieć, skoro nie rozwiązało się po zakończeniu zimnej wojny, to aby być prawdziwym paktem bezpieczeństwa – powinno rozszerzyć się także o Rosję, a być może i o Chiny.
Oczywiście tak się nie stało. NATO pozostaje tylko agresywnym ośrodkiem władzy i militarnego nacisku imperialistów zachodnich, a neutralność zeszła w ogóle z agendy polskiej, a nawet europejskiej. Okno przesunęło się daleko, daleko od niej. W dyskursie publicznym, nie tylko zresztą polskim, dominuje dziś krzyk, że „neutralność jest niemożliwa w naszej części Europy, że tu zawsze trzeba być po czyjejś stronie”.
Odpowiedź na te wrzaski jest zupełnie prosta: dlaczego niby samo odrzucenie neutralności miałoby równocześnie znaczyć, że mielibyśmy być po stronie wrogów Polski, nazistów, oligarchów, globalistów, którzy trzymają Polskę i resztę naszej części Europy w pułapce średniego rozwoju?
Kolejną odpowiedzią, którą chętnie udzielaliśmy i którą nadal uważamy, częściowo przynajmniej, za aktualną, pozostaje bowiem współpraca, współpraca regionalna. Niestety jednak kraje Europy Środkowej do niej skutecznie zniechęcane, paradoksalnie wraz ze wzmożeniem pustej propagandy, różnych Trójmórz i Międzymórz.
A przecież trudno było o lepszy przykład współpracy między narodami europejskimi niż Jugosławia, bandycko zniszczona: militarnie, przemocą, za pomocą czystek etnicznych, zbrodni, secesji i sterowanego przede wszystkim przez Waszyngton i Berlin rozpadu.
Trudno i dziś mówić o współpracy między narodami europejskimi w momencie, kiedy jest ona tak wyraźnie nie na rękę centrom globalizmu. Niemniej jednak kooperacja z pewnością jest koniecznością, na co wskazują dobre przykłady, które znamy z obszarów pozaeuropejskich, jak Organizacja Układu Bezpieczeństwa Zbiorowego, Szanghajska Organizacja Współpracy czy inicjatywa BRICS, efektywne nie tylko z punktu widzenia geopolityki i bezpieczeństwa, ale przede wszystkim gospodarki.
Wszystko to, co ciągle jeszcze było w zasięgu Polski i innych krajów środkowej Europy na początku czy w pierwszej dekadzie XXI wieku – znów zostało odsunięte, zepchnięte ze stołu na rzecz jednostronnego udziału w agresji Zachodu przeciwko Rosji, a także w spodziewanej agresji Zachodu przeciwko Chinom.
Dzisiaj więc pierwszą odpowiedzią co zrobić, jak zapewnić bezpieczeństwo Polsce – pozostaje odpowiedź najprostsza: metodą zapewnienia bezpieczeństwa Polsce jest suwerenność.
Państwo Polaków zamiast III RP
Nie może być mowy o bezpieczeństwie Polski bez odzyskania kontroli przede wszystkim nad polską gospodarką, efektywnie będącą tylko częścią gospodarczych Wielkich Niemiec, bez odzyskania kontroli nad prawodawstwem, które jest obecnie związane nadrzędnością prawa superpaństwa europejskiego. Nie dajmy się oszukiwać, że tak nie jest. Prawo III RP jest podrzędne wobec tego stanowionego przez elity brukselskie, transnarodowe, beznarodowe, całkowicie podporządkowane planom światowego neoliberalnego globalizmu.
Dopóki nie odzyskamy kontroli nad granicami, nie tylko tymi z płotami, szturmowanymi (jak to się pięknie pokazuje w telewizji) przez uchodźców z globalnego Południa, ale przede wszystkim nad granicami otwartymi na oścież przed przesiedleńcami z Ukrainy, przed ukraińską nieuczciwą konkurencją wobec polskiej gospodarki – dopóty nie staniemy się państwem suwerennym, nowym, prawdziwym państwem polskim. Nie kompradorską, skorumpowaną, neokolonialną III Rzeczpospolitą, ale państwem Polaków. A bez niego nie może być mowy o jakimkolwiek bezpieczeństwie naszego kraju, bezpieczeństwie naszego narodu, naszych rodzin i bliskich.
Siła równowagi
Odzyskawszy suwerenność, wówczas dopiero możemy myśleć o współpracy międzynarodowej z innymi suwerennymi podmiotami, zarówno w bezpośrednim naszym sąsiedztwie, jak i na całym świecie: z wielkim projektem Pasa i Drogi, z wielkim projektem BRICS, z organizacjami, które starają się zapewniać obustronne korzyści swoim członkom, a nie tylko ich eksploatować, tak jak to się dzieje w przypadku Unii Europejskiej, już nie mówiąc o NATO.
Słowem, wówczas dopiero na bazie równorzędnych porozumień suwerennych państw możemy uzyskać stan bezpieczeństwa, również związany z neutralnością. My nie potrzebujemy, opowiadać się w konflikcie Wschodu i Zachodu po którejkolwiek ze stron. Powinniśmy natomiast zawsze i ponad wszystko pilnować polskich interesów narodowych. A w naszym właśnie interesie w przyszłym świecie wielobiegunowym pożądana jest nie tyle równowaga sił, co siła równowagi.
I tym punktem równowagi może i powinna być niepodległa, suwerenna, neutralna Polska.
Konrad Rękas
Wystąpienie na konferencji „Problems of European security – how to avoid war?” zorganizowanej w Warszawie, 27 kwietnia 2024 r. przez Center for Geostrategic Studies oraz Fundację Swobód Obywatelskich im. Andrzeja Leppera.
Według doniesień podejrzenie ataku ukraińskiego drona na system radarowy rosyjskiego systemu wczesnego ostrzegania nuklearnego, który ma wykrywać nadlatujące międzykontynentalne rakiety nuklearne, spowodował poważne szkody. Według eksperta wojskowego, pułkownika Markusa Reisnera, zawiera on materiał wybuchowy, który może spowodować nową, niebezpieczną eskalację. Pułkownik Reisner odpowiada na trzy kluczowe pytania:
1. Dlaczego rzekomy atak ukraińskiego drona na rosyjską stację radarową Armawir w południowo-zachodniej części Terytorium Krasnodarskiego jest niezwykle niezwykły?
Zdjęcia, które pojawiły się przedwczoraj, pokazują, że co najmniej jeden z dwóch rosyjskich systemów radarowych wczesnego ostrzegania Woroneż-DM stacjonujących w Armawirze został poważnie uszkodzony w wyniku ukierunkowanego ataku. Rosja posiada obecnie aż dziesięć takich radarowych systemów wczesnego ostrzegania. Rozsiane są po całej Rosji, w lokalizacjach w Murmańsku, pod Petersburgiem, w Kaliningradzie, w Barnauł, w Omsku, koło Irkucka, koło Workuty, w Krasnogorsku i we wspomnianym Armawirze. Ten ostatni, składający się z dwóch radarów, został zbudowany w celu skompensowania podobnych sowieckich systemów pierwotnie zainstalowanych na zachodniej Ukrainie i Krymie.
Radary Woroneż-DM to radary „Over-the-Horizon” (OTH) – „Ultra High Frequency” (UHF), które wchodzą w skład rosyjskiego systemu radarowego wczesnego ostrzegania do wykrywania rakiet balistycznych. Radary mają zasięg 6000 kilometrów . Ich celem jest wczesne wykrycie nadlatujących amerykańskich rakiet nuklearnych, aby móc szybko podjąć własne działania, w tym w najgorszym przypadku rosyjski kontratak nuklearny. Możliwe jest również przekazywanie danych wczesnego ostrzegania sojusznikom, takim jak Iran, Korea Północna czy Chiny.
2. Jakie korzyści odniosłaby Ukraina z takiego ataku na rosyjskie systemy radarowe wczesnego ostrzegania?
Ukraina posiada obecnie jedynie broń rakietową o ograniczonym zasięgu. Nasze własne systemy, takie jak Toczka-U, zostały wyczerpane, a wśród systemów dostarczanych przez Zachód wyróżnia się amerykański system Army Taktycznego Systemu Rakietowego (ATACMS). Ma zasięg 300 kilometrów i wysokość toru lotu [?? nie możliwe md] . Można obecnie spekulować, że siły ukraińskie mogły obrać za cel Armawir, ponieważ obawiały się, że to miejsce może pomóc w ostrzeganiu z wyprzedzeniem o ich atakach za pomocą balistycznych systemów ATACMS dostarczonych przez USA. Jednak Armawir znajduje się prawie 700 kilometrów od ewentualnych miejsc startu ATACMS w pobliżu Chersoniu. tj. te względu na horyzont radarowy Woroneż-DM wykrycie na tej odległości rakiet ATACMS lecących na małej wysokości wierzchołkowej jest trudne. Aby pomiar był dokładny, docelowa nadlatująca rakieta powinna znajdować się co najmniej na wysokości ponad tysiąca kilometrów. Międzykontynentalne rakiety balistyczne latają zwykle na wysokościach do 2000 kilometrów [ ??? md] – czyli w optymalnym zasięgu wykrywania radaru Woroneż-DM. Inne systemy radarowe są przeznaczone do rakiet taktycznych krótkiego zasięgu, takich jak ATACMS.
3. Czy istnieje inny model wyjaśnienia ataku i dlaczego jest on ważny?
Dwa rosyjskie DM w Woroneżu w obiekcie Armawir stanowią integralną część rosyjskiego strategicznego systemu wczesnego ostrzegania, a ich awaria może mieć wpływ na zdolność kraju do wykrywania nadchodzących zagrożeń nuklearnych. W tej chwili inicjatywę mają rosyjskie siły zbrojne na Ukrainie. Potwierdzają to lub zabezpieczają także ciągłe rosyjskie groźby dotyczące wykorzystania środków własnego potencjału nuklearnego.
Jesienią 2022 roku, na krótko przed niespodziewanym wycofaniem wojsk rosyjskich w obliczu okrążenia z przyczółka pod Chersoniem, amerykański wywiad poinformował o możliwych przygotowaniach do taktycznego rozmieszczenia rosyjskiej broni nuklearnej. Wreszcie, wydarzenia takie wyjaśniają przemyślane, ale nie nadmierne podejście USA (strategia „Gotowania żaby”) do Rosji. Jest zatem całkowicie logiczne, że atakiem przeprowadzonym przez Ukrainę na DM w Woroneżu w Armawirze USA chcą pokazać Rosji, że nie chce już dłużej akceptować niedopuszczalnej sytuacji rosyjskiego zagrożenia bronią nuklearną.
Jeżeli faktycznie tak jest, można wyciągnąć dwa dalsze wnioski: po pierwsze, sytuacja na Ukrainie jest niezwykle poważna, a po drugie, wojna o Ukrainę ponownie się zaostrzyła. Czas pokaże, jak i czy Rosja zareaguje na ten atak na jej potencjał odstraszania nuklearnego. Rosyjski system wczesnego ostrzegania jest częścią krajowej strategii odstraszania nuklearnego. Atak na Armawir mógłby spełnić warunki, jakie Rosja publicznie postawiła w 2020 r. dla ataków wroga mogących wywołać odwet nuklearny. Do tego dochodzi fakt, że ewentualna współpraca Rosji z jej bliskimi sojusznikami w przestrzeni kosmicznej została ograniczona, na korzyść bliskich partnerów USA.
Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 28 maja 2024 michalkiewicz
„Obawiając się sądu zagniewanego ludu” Adolf Hitler popełnił samobójstwo – taką spiżową diagnozę postawił na koniec wojny w Europie Józef Stalin, który – w odróżnieniu od Adolfa Hitlera – żadnego „sądu zagniewanego ludu” się nie obawiał. A dlaczego się nie obwiał? A dlatego, że – po pierwsze – jeśli nawet wymordował więcej ludzi niż Hitler, którzy przy nim na dobrą sprawę powinien nabrać kompleksu niższości, to wymordował ich ze słusznych, a nawet – jedynie słusznych pozycji – bo przy pomocy licznych Żydów, którzy wtedy byli jeszcze pod wrażeniem charyzmy Ojca Narodów. Po drugie dlatego, że formułując wspomnianą spiżową diagnozę, Józef Stalin był jeszcze „sojusznikiem Naszych Sojuszników”, którzy w związku z tym nie pozwalali na „wujka Joe” powiedzieć złego słowa.
Ale potem, kiedy po przemówieniu Winstona Churchilla w Fulton, Józef Stalin sojusznikiem Naszych Sojuszników być przestał, zaraz się okazało, że wcale nie był naszą ukochaną duszeńką, chociaż Żydowie nadal jeszcze stali za nim murem, dopóki jego następca, Nikita Chruszczow, nie stanął na nieubłaganym gruncie wspierania krajów arabskich. Od tamtej pory między Żydami, a Rosją amikoszoneria została zerwana, chociaż nie do końca, bo z komunizmem – nie. Oto w artykule o Antonim Słonimskim, zamieszczonym w książce „Saga rodu Słonimskich” pan red. Adam Michnik pisze m.in. tak: „Hitleryzm był dlań (tzn. Słonimskiego – SM) zagrożeniem fundamentów świata. Natomiast w komunizmie widział Słonimski system dyktatorski, który jednak odwoływał się do wartości szlachetnych, sprawiedliwości, braterstwa.” I taki brak symetrii obowiązuje do dzisiaj, a jednym z funkcjonariuszy policji myśli, która tępi wszystkie myślozbrodnie, jest właśnie Judenrat „Gazety Wyborczej” pod kierownictwem pana redaktora.
Wróćmy jednak do tych, co to mogą obawiać się „sądu zagniewanego ludu”. Jak wiadomo, w przypadku Polski nie ma się czego obawiać, bo charakterystyczne dla naszego mniej wartościowego narodu tubylczego safandulstwo, nie stwarza dla nikogo żadnego zagrożenia, a już zwłaszcza – jakimiś „sądami”. Sądy u nas posłusznie wykonują polecenia swoich oficerów prowadzących, a już teraz, po wyjeździe na Białoruś sędziego Szmydta, kiedy oskarżana o bezczynność bezpieka stawia diagnozę, że stworzył on „bardzo szeroką sieć”, oficerowie będą zobowiązani do wzmożonej czujności, co surowo będzie egzekwował od nich pan minister Tomasz Siemoniak, którego właśnie Donald Tusk w ramach rekonstrukcji rządu, wystrugał z banana na ministra spraw wewnętrznych, a który w dodatku jest koordynatorem bezpieczniackich watah. Tę drugą funkcję pana Siemoniaka możemy spokojnie włożyć między bajki, bo – jak to miało miejsce w przypadku pana sędziego Szmydta – nie potrafił on postawić żadnej diagnozy sytuacji, aż dopiero trzeba było wołać pana generała Marka Dukaczewskiego, który jednym rzutem oka spenetrował prawdę: „powiedziałbym, że jest agentem”. Ciekaw jestem tedy, czy Reichsfuhrerin Urszula von der Layen upodobała sobie również w panu Siemoniaku, jak w Donaldu Tusku – bo czyż w przeciwnym razie pan Siemoniak dostąpiłby zaszczytu zastąpienia pana Marcina Kierwińskiego, który – „obawiając się są…” – to znaczy, pardon – nie obawiając się żadnego sądu, został właśnie spuszczony z wodą do luksusowego przytułku dla byłych ludzi, zwanego Parlamentem Europejskim”? Nie mogła mu przecież zaszkodzić żadna „pogłośność jasna”, która przytrafiła mu się w dzień św. Floriana, a skoro tak to znaczy, że zdecydować musiały inne względy. Tak samo, jak w przypadku ministra-pułkownika Bartłomieja Sienkiewicza. Tutaj, muszę powiedzieć, że byłem zaskoczony – nie odesłaniem pana pułkownika w stan wiecznego spoczynku, tylko – że na jego miejsce nie została mianowana moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, która – jak wiadomo – składa się z samych zalet – ale widocznie Donald Tusk aż tak bardzo w mojej faworycie nie gustuje, bo wciągnął na członka swojego rządu jakąś inną panią.
Tymczasem głęboka rekonstrukcja rządu został przyćmiona kolejnym protestem rolników, który w dodatku grożą strajkiem głodowym, jeśli nie spotka się z nimi Donald Tusk. Nie wiem, czego się ci wszyscy rolnicy po Donaldu Tusku spodziewają, skoro nawet dziecko wie, że ani w tej, ani w żadnej innej poważniejszej sprawie, nie ma on nic do gadania. Postulaty wysuwane przez rolników napotykają z jednej strony na opór ukraińskich oligarchów, którzy prawdopodobnie przekupili brukselskie niemieckie owczarki w sprawie ukraińskiego eksportu rolnego na obszar UE, a z drugiej strony – na opór wspomnianych owczarków, które łapówki prawdopodobnie już wydały, więc nie mogą zmienić zdania. A w sprawie „Zielonego Ładu”, to wiadomo; został on nakazany z góry przez promotorów rewolucji komunistycznej, którzy pod pretekstem ratowania planety chcą doprowadzić do likwidacji własności prywatnej, zgodnie z zaleceniami Klausa Schwaba, który zlecił to zadanie mężykom stanu w Davos.
Toteż teraz, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, w którym pragną schronić się wszyscy, co to niepotrzebnie obawiają się „sądu zagniewanego ludu”, obydwa antagonistyczne obozy zarzucają sobie, że zajmowały się forsowaniem „Zielonego Ładu”, podobnie jak zarzucają sobie nawzajem protekcję nad panem sędzią Szmydtem. Naturalnie coś muszą mówić, więc oczywiście zaprzeczają. Najciekawsze jest to, że zarówno wyznawcy Donalda Tuska, jak i Jarosława Kaczyńskiego, w te zaprzeczenia z pewnością uwierzą, bo głupota ludzka jest porównywalna tylko z cierpliwością boską – która w przypadku naszego mniej wartościowego narodu tubylczego jest chyba nadużywana. Żeby chociaż Jarosław Kaczyński powiedział, że ani on, ani Mateusz Morawiecki nie popierali żadnego „Zielonego Ładu”, a tylko Ład Czerwony, to przynajmniej byłaby jakaś alternatywa.
Na razie jednak – podobnie jak było kiedyś, za głębokiej komuny , kiedy to w Warszawie wybuchło „pięć pożarów dla uczczenia V Zjazdu PZPR” – nie ma dnia, żeby w Warszawie, a nawet poza Warszawą, na przykład – w Siemianowicach Śląskich – nie wybuchł jakiś pożar. Jak zwykle przy takich okazjach na mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby przy pomocy tych pożarów przygotowywane były tereny dla deweloperów, w dodatku – za cichą aprobatą władz municypalnych – ale czego to ludzie nie gadają? Miejmy tedy nadzieję, że kiedy już miną echa obchodów świętego Floriana, to pan Siemoniak wszystko dokumentnie wyjaśni i to bez potrzeby wołania pana gen. Marka Dukaczewskiego, by nam powiedział, jak jest.
Stanisław Michalkiewicz
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Male drag ‘artist’ dances for kids at Vatican’s World Children’s Day
Salerno native Carmine De Rosa performed as one of the official artists for the inaugural World Children’s Day. In his capacity as a quick-change artist or a living cartoon, De Rosa appeared as a woman, wearing multiple outfits in drag.
Carmine De Rosa at the Olympic Stadium, May 25, 2024.TikTok
ROME (LifeSiteNews) — Catholics have expressed horror after a male performance artist danced in drag for young children during Pope Francis’ first World Children’s Day this weekend.
On May 25, Salerno native Carmine De Rosa performed as one of the official artists for the inaugural World Children’s Day. In his capacity as a quick-change artist or a living cartoon, De Rosa appeared as a woman, wearing multiple outfits in drag. He also used suggestive cardboard costumes.
Children sat in a circle around De Rosa as he performed. His demonstration took place at Rome’s Olympic Stadium – where, later in the day, Pope Francis met with thousands of young children from across the world.
Wearing a pink dress with a plunging neck-line, De Rosa commented on the excitement he felt at being invited to take part in the World Children’s Day.
Highlighting De Rosa’s performance, former U.S. Papal Nuncio Archbishop Carlo Maria Viganó attested that De Rosa’s inclusion in the international event demonstrated Vatican support for LGBT ideology. “It is now clear that Bergoglio is one of the main activists of the hellish LGBTQ + agenda,” the prelate wrote.
Continuing, Viganó quoted the Gospel, noting Christ’s warning about causing scandal:
There are no more words to express the scandal and disgust, in the complicit and cowardly silence of the Episcopate.
“Whoever scandalizes even one of these little ones who believe in me, it would be better for him if a millstone turned into a donkey’s wheel were hung around his neck, and he were cast into the depths of the sea” (Mt 18:6).
De Rosa has since defended his show. Writing on social media platform TikTok he stated that “bringing smiles to children and beyond was my task and I succeeded.”
LifeSite contacted the press office of the World Children’s Day to inquire about De Rosa’s official status at the event, but has yet to receive an answer.
Dyskusja na temat jedzenia owadów cały czas rozgrzewa serca zwykłych ludzi i polityków. Jednych ona bawi, drugich przeraża, ale prawie nikogo nie pozostawia obojętnym.
Prawo i Sprawiedliwość złożyło w Sejmie projekt ustawy dotyczący wyrobów z białkiem owadów jadalnych. Projekt nowelizacji ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych przewiduje obowiązek zamieszczania specjalnego znaku graficznego na opakowaniach środków spożywczych, które zawierają nową żywność z owadów, w pobliżu wykazu składników. Miałby się on znajdować na białym polu „w sposób czytelny”.
Grafika na produktach z owadami. Oto projekt
Produkty spożywcze nie posiadające znaku miałyby być dopuszczone do obrotu jeszcze przez 6 miesięcy od dnia wejścia w życie nowych przepisów oraz mogłyby pozostawać w obrocie przez 12 miesięcy od momentu uchwalenia ustawy. W uzasadnieniu projektu napisano, że „celem nowelizacji ustawy o jakości handlowej artykułów rolno-spożywczych jest zapewnienie jednolitej, graficznej informacji krajowym konsumentom na temat obecności w środkach spożywczych nowej żywności (…) z owadów. Będzie to zrealizowane poprzez wprowadzany tym projektem obowiązek w oznakowaniu środka spożywczego znaku graficznego. Proponuje się, aby wzór znaku graficznego zawierał symboliczny rysunek przykładowego owada wraz z informacją słowną wskazującą na obecność w środku spożywczym owadów jadalnych będących nową żywnością”. Ustawa miałaby wejść w życie po 30 dniach od dnia jej ogłoszenia.
W unijnym wykazie nowej żywności dla ludzi już teraz znajdują się trzy rodzaje owadów: mącznik młynarek (w postaci suszonych larw), szarańcza wędrowna (mrożona, suszona i sproszkowana) oraz świerszcz domowy (mrożony, suszony i sproszkowany). Dodatkowo dopuszczone do obrotu na rynku unijnym zostały także larwy pleśniakowca lśniącego w postaci mrożonej, pasty, suszonej i sproszkowanej.
Koszenila. Większość z nas to je
Bez względu na to, czy projekt ustawy wejdzie w życie warto pamiętać, że i tak już większość z nas je owady. Powszechnie występujący w żywności ciemnoczerwony barwnik o symbolu E120 to kwas karminowy, inaczej koszenila, otrzymywany z wysuszonych i zmielonych czerwców kaktusowych, owadów żyjących w Meksyku. Kiedyś produkowano go również z czerwców polskich. Żeby otrzymać kilogram barwnika poświęcić życie musi ponad 150 tys. owadów.
Koszenila to jeden z niewielu rozpuszczalnych w wodzie naturalnych barwników, które nie rozkładają się z upływem czasu. Do tego jest odporna na działanie światła, wysokiej temperatury, utlenianie i często bardziej trwała niż niektóre barwniki syntetyczne. Barwi się nią napoje alkoholowe, sosy, nadzienia do ciast i same ciasta, mięso, jogurty, a także cienie do powiek, tusze do rzęs i szampony. Maksymalne dzienne spożycie koszenili to 5 mg na 1 kg masy ciała. Zanieczyszczenia występujące w ekstrakcie z niej mogą wywołać wstrząs anafilaktyczny i pokrzywkę. Barwnika powinny unikać osoby uczulone na salicylany i chorzy na astmę.
Przypomnijmy też, że w Polsce rusza wielka fabryka, która będzie produkować białko oraz olej z insektów, a także nawozy z owadów. Firma będzie miała gigantyczną własną fermę owadów. Zakład wytwarzania alternatywnego białka z owadów to największa tego typu inwestycja w Polsce. Należy do firmy HiProMine i powstaje w Karkoszowie pod Gorzowem Wlkp. Firma nie planuje produkcji białka z owadów jako dodatku do żywności dla ludzi. Jak do tej pory na świecie jest tylko kilka większych fabryk, które przerabiają owady na białko, wykorzystywane w paszach dla zwierząt. Takie duże zakłady znajdują się we Francji i w Holandii. Pozostałe wytwórnie działają w znacznie mniejszym zakresie. W Polsce tylko HiProMine działa w tej branży na większą skalę.
Wiele mądrości jest w powiedzeniu „Nie ma przypadków”. Czy przypadkiem jest bowiem atak Rafała Trzaskowskiego i jego popleczników na najświętszy znak chrześcijańskiej wiary, przeprowadzany właśnie w tym roku, w którym obchodzimy 40. rocznicę słynnej obrony krzyża w szkole w Miętnem, 40. rocznicę męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, wielkiego obrońcy krzyża. Czy to tylko zbieg okoliczności, że o nienawistnym rugowaniu krzyży z urzędów stolicy Polski zdecydowano w miesiącu Maryjnym oraz w przeddzień 80. rocznicy bitwy pod Monte Cassino, której hymn „Czerwone Maki” mówi „bo wolność krzyżami się mierzy”?Aby obronić krzyż potrzeba nam nowej krucjaty, tym razem jednak nie przy użyciu miecza, a broni o wiele bardziej skutecznej – solidarności polskich dusz, mocnych wiarą w Chrystusa.
Walka uczniów Zespołu Szkół Rolniczych w Miętnem (woj. mazowieckie) o powrót symboli chrześcijańskiej wiary zaczęła się wiosną roku 1984 i trwała pięć miesięcy. Przeciw sobie mieli oni ZOMO, SB, Urząd do Spraw Wyznań, dyrektora posłusznego partyjnym kacykom w Garwolinie. Za sobą modlitwę Kościoła, ówczesnego księdza biskupa siedleckiego Jana Mazura, który podjął post o chlebie i wodzie w ich intencji, rodziców i kilka osób z grona nauczycielskiego. Pięciuset młodych ludzi z Zespołu Szkół Rolniczych w Miętnem po apelu, na którym dyrektor mówił im o „bożku laickości ”, niby panującym w szkole, zgodnie zaśpiewali: „My chcemy Boga” i egzamin z wiary zdali celująco. Wtedy dzięki ogromnej solidarności i nieustępliwej postawie młodych Polaków, krzyż obroniono. Na dzisiejszą walkę mamy dobry wzór do naśladowania.
Co ciekawe w tym roku, kiedy siły laickiej lewicy rozpoczęły rugowanie krzyża z przestrzeni publicznej obchodzimy także 40. rocznicę męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki, wielkiego obrońcy krzyża. Zauważmy, że pierwszy (ustawiony w roku 1989) i najważniejszy pomnik tego męczennika, ma kształt krzyża i stoi obok tamy we Włocławku, w miejscu wyłowienia, zmasakrowanego przez funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki, ciała ks. Jerzego.
W roku 1982 roku ksiądz Jerzy w czasie jednego z kazań przekazał nam ważne przesłanie na temat najważniejszego symbolu naszej wiary:
„Dzięki śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa symbol hańby i poniżenia stał się symbolem odwagi, męstwa, pomocy i braterstwa. W znaku krzyża ujmujemy dziś to, co najbardziej piękne i wartościowe w człowieku. Przez krzyż idzie się do zmartwychwstania. Innej drogi nie ma. I dlatego krzyże naszej Ojczyzny, krzyże nasze osobiste, krzyże naszych rodzin muszą doprowadzić do zmartwychwstania, jeżeli łączymy je z Chrystusem, który krzyż pokonał”.
Te słowa powinny nas dziś zagrzewać do walki o krzyż.
Ważną rocznicą w tym roku, w którym lewactwo zaczęło otwartą walkę z Chrystusowym Krzyżem, jest też 80. rocznica wiktorii polskiego oręża w bitwie pod Monte Cassino. Bitwa ta jest symbolem walki o wiarę i krzyż. Przecież na wzgórzu Monte Cassino od pierwszej połowy VI wieku stał benedyktyński klasztor (odbudowany stoi do dziś), wzniesiony pod okiem samego św. Benedykta – patrona Europy.
„Ten święty swoim życiem i dziełem wywarł zasadniczy wpływ na rozwój cywilizacji i kultury europejskiej.” – powiedział papież Benedykt XVI. W roku 966 dotarła ona również do nas i biegiem lat wypełniła każdy zakątek polskiej ziemi krzyżami, które przypominają nam również jak wiele nasi przodkowie wylali krwi, aby Polska mogła być wolna. Kiedy z Monte Cassino spojrzy się na polski cmentarz – uderza widok lasu krzyży ustawionych na grobach prawie tysiąca polskich żołnierzy. Ich hymnem była pieśń „Czerwone maki…”. Słowa tej pieśni przypominają nam prawdę, że „wolność krzyżami się mierzy”. Czy więc panie Trzaskowski, i panu podobni, walcząc z krzyżem, naprawdę walczycie o wolność?
Najwyraźniej fala nienawiści do religii katolickiej i jej wyznawców w Polsce rośnie. Doskonale widać to w raporcie przygotowanym przez Stowarzyszenie Fidei Defensor, które szczegółowo zajmuje się m.in. monitorowaniem przestępstw przeciw religii katolickiej i jej wyznawcom. W dokumencie tym ukazane są te przestępstwa popełnione w okresie od 1 lutego 2020 roku do 30 czerwca 2023 roku. W ciągu tych 3 lat, według raportu, dopuszczono się prawie 300 takich ohydztw.
Przy czym w każdym kolejnym monitorowanym roku jest ich coraz więcej. Najwięcej przestępstw dotyczy dewastacji i znieważenie miejsc kultu (165 przypadków) oraz znieważanie przedmiotów czci religijnej takich jak symbole wiary – głównie znieważenie krzyża, wizerunków świętych czy figur świętych (90 przypadków). Po tych liczbach widać, że fala nienawiści do krzyża rośnie, a decyzja Trzaskowskiego o jego usunięciu z przestrzeni publicznej jest jej jaskrawym przykładem.
Pamiętamy też publiczne nawoływanie Nitrasa do „opiłowywania” katolików. Na efekty tej prawdziwej mowy nienawiści nie trzeba było długo czekać. Wkrótce po całej Polsce i nie tylko gruchnęła informacja o „wyczynie” Kacpra S., który piłą łańcuchową ściął duży przydrożny krzyż w Zielonej Górze. Sam Kacper S. na swoim profilu Facebook przyznał, że do popełnienia tego przestępstwa zainspirowały go słowa jego guru – Nitrasa.
Jawnym i publicznym prowokowaniem do ataków na najświętsze symbole i święte osoby religii katolickiej są również manifestacje członków i sympatyków organizacji jawnie walczących z wiarą katolicką. Są to „czarne marsze” zwolenników zabijania dzieci nienarodzonych oraz organizowane przez wyznawców ideologii LGBT tzw. marsze równości. Nie będę tu podawał przykładów tych, bardzo bolesnych dla katolików, profanacji, których tam się dopuszczono.
Podobnie, a nawet bardziej zachęcające motłoch (nie boje się tego słowa użyć, gdyż bardzo dobrze oddają mentalność takich zepsutych ludzi) do wyciągania bluźnierczych pięści w stronę krzyża, są wyroki sądów w Polsce uniewinniające bluźnierców. Najnowszy przykład takiego wyroku – kuriozum jest werdykt, który zaledwie 22 maja,
zapadł przed Sądem Rejonowym Gdańsk – Południe. Pani sędzia uniewinniła „Nergala”. Adam Darski został oskarżony o trzykrotną, okropną profanację krzyża. Na temat dwóch pierwszych, sprawiających głębokie cierpienie katolikom, profanacji sędzina, na której twarzy nie pojawił się nawet najmniejszy ślad jakiegokolwiek uczucia, usprawiedliwiając Nergala, powiedziała: „Należy odnotować, że formy zachowania oskarżonego nie wskazują na to, że jego celem było obrażenie kogokolwiek”.
Sąd to ułomna sprawiedliwość ludzka, jest jednak sprawiedliwość wyższa – Boża. Ona to pokazuje, że kto walczy z krzyżem, ten już przegrał. Wiele jest autentycznych historii, które tę prawdę potwierdzają. Oto jedna z nich, która opowiada dzieje przydrożnego, żelaznego krzyża stojącego przy drodze do wsi Kurówek, w województwie łódzkim.
Na początku II wojny światowej trzech młodych mężczyzn z rodzin tutejszych niemieckich osadników powołano do hitlerowskiej armii. Dwóch z nich zostało skażonych ideologią nazistowską, a więc i nienawiścią do chrześcijaństwa. Przed odejściem na front postanowili zniszczyć przydrożny, żelazny krzyż. Wyrwali go z ziemi i zanieśli do kowala z nakazem przerobienia go na podkowy dla koni.
Co się okazało? Dwaj profani, czynnie uczestniczący w dewastacji krzyża, nie powrócili żywi z frontu. Trzeci, który nie chciał podnieść ręki na święty krzyż, za co został dotkliwie pobity przez kolegów – przeżył wojnę i zdrowy powrócił do domu. Kowal nie przerobił krzyża na podkowy. Zakopał go w ziemi, a podkowy wykonał z własnego materiału. Po wojnie, wspólnie z sąsiadami ze wsi, odkopali, odnowili i postawili krzyż na dawnym miejscu. Cała wieś, na czele z księdzem proboszczem uroczyście go ponownie poświęcili, a każdy ze czcią ucałował. I taka właśnie winna być prawdziwa Polska.
Premier Donald Tusk wydał zarządzenie, które powołuje komisję ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich na bezpieczeństwo wewnętrzne i interesy Polski w latach 2004-2024. Decyzję w tej sprawie poprzedziła „ucieczka” byłego już sędziego Tomasza Szmydta na Białoruś. Jego nagły wyjazd z Polski idealnie podgrzał atmosferę i wpisał się w ten cały spektakl.
Reżyser przedstawienia (kimkolwiek on jest) skutecznie zadrwił sobie z naiwnych Polaków. Widzę to nawet po części moich znajomych z mediów społecznościowych, którzy dali się wkręcić. Jakże wielu uwierzyło w łzawą bajeczkę o prześladowanym człowieku, który musiał uciekać z Polski, ponieważ czyhało tu na niego wielkie niebezpieczeństwo. Szmydta bronią najczęściej Polacy, którzy sympatyzują z Białorusią i Rosją. Ślepcy nie dostrzegają tego, że celem akcji jest prawdopodobnie dokręcenie śruby i dobicie relacji między naszymi państwami.
„Uciekinier” na Białoruś, to żaden bohater. Facet robił w Polsce obrzydliwe rzeczy, m.in. babrał się w politycznym szambie czyli tzw. aferze hejterskiej. Zhańbił tym samym sędziowską togę. Co z tego, że potem przyznał się do udziału w akcji i kreował się na sygnalistę. Fakty są takie, że z pełną świadomością brał udział w destabilizacji państwa i nie wziął za to odpowiedzialności. A teraz opowiada za granicą jakie to państwo jest złe. Tymczasem on również przyczynił się do tego zła.
Na Wschodzie też nie jest żadnym bohaterem. Tam wyznają zasadę: «zdradził raz, będzie to robił zawsze». Ale niektórym naiwnym Polakom myślącym ciepło o Wschodzie wystarczyło, aby powiedział kilka miłych słów o sąsiedniej Białorusi, sprzeciwił się wojnie z Rosją i obsmarował rządzących Polską zdrajców. Naiwni Polacy nie dostrzegają, że Tomasz Szmydt też jest zdrajcą. Zdradził zawód sędziego, bo zdecydował się brać udział w brudnych rozgrywkach politycznych mających na celu niszczenie innych osób.
UDAWANA SKRUCHA?
To nie jest tak, jak sugerują niektórzy na Facebooku, że facet zrozumiał swój błąd, a teraz chce to naprawić, dlatego prysnął na Wschód. Były już sędzia na tym samym Facebooku publikuje teraz filmy, z których wynika zgoła co innego. Dla przykładu, siedzi w szlafroku na terenie białoruskiego SPA, szczerzy zęby i obwieszcza z uśmiechem: „Tutaj się mówi: kto dobrze pracuje, ten dobrze wypoczywa”. Po czym wyluzowany zaprasza ministra Sikorskiego do SPA w Mińsku, sugerując z kpiną w głosie, żeby ten też zaznał relaksu, zamiast pchać Polskę do wojny.
Czy tak zachowuje się poważny człowiek, który naprawdę chce walczyć z patologiami państwa?
Cała ta hucpa z „ucieczką” podkręciła atmosferę w Polsce do tego stopnia, że polowanie rozkręca się na całego. Media głównego nurtu grzeją teraz tezę w stylu, że to agent podstawiony/zwerbowany przez Mińsk/Moskwę. Żeby do reszty podzielić nasze narody, minister obrony narodowej zapowiedział uszczelnianie wschodniej granicy. „Przystąpiliśmy do realizacji największej operacji Tarcza Wschód. Od 1945 roku takich umocnień na żadnej z granic nigdy nie było” – powiedział Władysław Kosiniak-Kamysz.
Rządzący Polską namiestnicy dostali wiatru w żagle. Mają „zielone światło”, by jeszcze bardziej napiętnować każdego kto ośmiela się dążyć do dobrych relacji z Rosją i Białorusią. Bo przecież takich relacji mieć nie możemy, wszak zadaniem rządzących jest wepchnąć nasz kraj do wojny z tymi państwami.
Tymczasem polskie społeczeństwo zdecydowanie wojny nie chce. Świadomość Polaków na temat powagi sytuacji w znacznym stopniu wynika z tego, że w przestrzeni internetowej sporo osób ostrzega przed wpychaniem Polski do konfliktu militarnego z Rosją i Białorusią. Dlatego trzeba Polaków odpowiednio przesterować i przekonać, że wojna to konieczność następnego etapu. Sprawdzoną metodą jest zastraszanie, stąd potrzeba wykreowania wroga, który czai się na nasze bezpieczeństwo i interesy.
W związku z powyższym przedstawiciele partii politycznych wywodzących się z układu okrągłostołowego (a więc jedna banda), widowiskowo obrzucają się wzajemnymi oskarżeniami o powiązania z „ruską agenturą”.
ODWRACANIE UWAGI
Próbkę tego jak będzie wyglądać „merytoryczna” strona komisji ds. badania wpływów rosyjskich i białoruskich, zaprezentowała w Sejmie RP posłanka Anna Wojciechowska z Koalicji Obywatelskiej. Grzmiała z mównicy sejmowej oskarżając działaczy Prawa i Sprawiedliwości o wysługiwanie się rosyjskim interesom (dokładnie to samo robią od lat politycy PiS oskarżając przedstawicieli innych partii). By podkręcić atmosferę, wymieniła nawet moje nazwisko.
Wojciechowska gardłowała przed polskojęzycznymi parlamentarzystami, że politycy PiS mają powiązania z Agnieszką Piwar „aktywistką o jawnie prorosyjskich sympatiach”. Chwilę wcześniej wymieniła nazwisko ministra Tchórzewskiego.
Skąd ten wywód posłanki KO? Zapewne zainspirowała się paszkwilem „dziennikarza” tygodnika „Polityka”, który kilka lat temu napisał artykuł pt. „Polityczno-rodzinny tandem z rosyjskim węglem w tle”. Pod tezę powiązał mnie na siłę z Krzysztofem Tchórzewskim, ministrem energii w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego.
Na czym polegało nasze powiązanie, skoro ministra nigdy nie poznałam? Pismak „Polityki” dokonał następującej „analizy”: Agnieszka Piwar o prorosyjskich sympatiach jeździła kiedyś na Międzynarodowe Motocyklowe Rajdy Katyńskie. Na Rajdy Katyńskie jeździł też kiedyś brat ministra Tchórzewskiego. W związku z tym Agnieszka Piwar ma powiązania z politykami PiS.
Idąc tym tokiem rozumowania, na upartego równie dobrze można zrobić ze mnie amerykańską aktywistkę/agentkę. Kilkanaście lat temu piłam piwo w restauracji na Rynku Starego Miasta w Warszawie. Towarzysząca mi koleżanka Wiola zauważyła, że obok nas wcina obiad Radosław Sikorski. A zatem, siedziałam blisko ministra spraw zagranicznych, męża Anne Applebaum – Amerykanki żydowskiego pochodzenia. Co znamienne, ich syn ma amerykańskie obywatelstwo i służy w armii USA.
PRAWDZIWE ZAGROŻENIE
Kto by jednak przejmował się tym, że mamy w rządzie ludzi powiązanych rodzinnie z obywatelami innych państw, którzy w dodatku służą w obcym wojsku. Przecież niektórzy mogą, bo tak! Weźmy takiego Władysława Teofila Bartoszewskiego, sekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, który jest posiadaczem paszportu brytyjskiego. Jako obywatel Wielkiej Brytanii jest zobowiązany być wiernym brytyjskiej koronie. A to oznacza, że jest to sprzeczne z polskim interesem.
Co zatem z naszym bezpieczeństwem? Biorąc pod uwagę fakt, że syjoniści z Izraela szykują exodus do Europy Wschodniej i Środkowej, w tym do Polski, to czeka nas najgorsze. Należy więc odnotować, że minister Bartoszewski o zbrodniarzach dokonujących ludobójstwa na Palestyńczykach wyraził się następująco: „Izrael prowadzi wojnę w sposób bardzo cywilizowany i ma prawo do samoobrony”.
A kiedy wymordują do reszty Palestyńczyków i podpalą Bliski Wschód, wtedy uciekną z powrotem do Polin. Kierunek nieprzypadkowy. Przypominam, że przywódca Światowej Organizacji Syjonistów i pierwszy premier Izraela Dawid Ben Gurion (1886-1973) urodził się w Płońsku. Ojciec obecnego premiera Izraela Binjamina Netanjahu urodził się w Warszawie.
Tymczasem zawraca się głowę Polakom „ruskimi agentami” i urządza widowiskowe polowanie. A tak naprawdę powinniśmy bać się tego, że przedstawiciel polskojęzycznego MSZ jest nie tylko posiadaczem obcego paszportu, ale publicznie usprawiedliwia najbardziej zbrodniczą armię świata, określając ich sposób działania jako „cywilizowany”.
Faktycznym celem tych ludzi jest bowiem to, abyśmy poszli na rzeź z Rosjanami i Białorusinami, ponieważ chcą zagarnąć nasze państwo tylko dla siebie. Szopki z komisjami odstawiają więc po to, by odwrócić uwagę Polaków od ich kluczowych działań.
Why are there so many homosexual priests in the Church? You will find the complete answer in this new book, The Breached Dam: The Fiducia supplicans Surrender to the Homosexual Movement. Get a FREE COPY today.
How did the homoheresy infiltrate the Church?
It started in the 1970s, pioneered by Jesuit Fr. John McNeill, Fr. Charles Curran, and a theological „fifth column.” They worked gradually to undermine traditional teaching.
With a radical re-write of Scripture, these promoters of sin even tried to get the faithful to consider homosexuality as part of God’s plan!
This new book, The Breached Dam, unmasks homosexual pressure groups, such as Dignity and New Ways Ministry, that demand that the Church fully accept the LGBT lifestyle and homosexual partnerships.
Groups like the Rainbow Sash Movement even resort to disruptive actions during liturgical celebrations.
However, you and I must stand up for God and His holy teaching:
Unfortunately, during the pontificate of Pope Francis, the Holy See expressed support for figures like Sr. Jeannine Gramick, who had been condemned in previous pontificates.
The Vatican has also praised high-profile promoters of homosexuality, such as Fr. James Martin, – the Rainbow Jesuit.
More recently, the „pastoral blessings” authorized by Fiducia supplicans opened an immense breach in the Catholic Church’s once-impregnable wall of doctrinal containment. They prepare the ground for the acceptance of sacramental “marriage” ceremonies for homosexuals already being demanded by „advanced” theologians.
When you read The Breached Dam, you will see how the „pastoral blessing” for homosexual couples is the Holy See’s surrender to homosexual pressure groups outside and inside the Church.
This new book (at no cost to you) will help you understand the current crisis:
You and I must defend the true and perennial teaching of Holy Mother Church.
The clash between homoheresy and traditional Catholic teaching could lead to a schism that, in Plinio Corrêa de Oliveira’s prophetic words, would bring about “one of the greatest upheavals in history.”
Who is responsible for this great clash between truth and error?
It is those who spread the homoheresy inside the Church who sow confusion and sin, not those who resist it by remaining faithful to the Commandments of Revelation and the Natural Law.
Finally, in The Breached Dam, you will read how broad sectors of the world’s bishops are resisting Fiducia supplicans and homoheresy.
For example, Gerhard Cardinal Müller, former prefect of the Congregation for the Doctrine of the Faith, said: “Blessing a reality [a same-sex pseudo-couple] that is contrary to creation is not only impossible, it is blasphemy.”
This new book is a must-read for every faithful and informed Catholic!
About the Authors
The Breached Dam was authored by José Antonio Ureta and Julio Loredo, who are famous for their previous work The Synodal Process is a Pandora’s Box: 100 Questions and Answers.
José Antonio Ureta is senior researcher of the French Society for the Defense of Tradition, Family, and Property, senior member of the Plinio Corrêa de Oliveira Institute in São Paulo, Brazil, and author of Pope Francis’s “Paradigm Shift”: Continuity or Rupture in the Mission of the Church? An Assessment of His Pontificate’s First Five Years. He is also a member of the John Paul II Academy of Human Life and the Family.
Julio Loredo is a founding member of Tradicion y Acción por un Perú Mayor in Peru. Today, he is the president of Tradizione Famiglia Proprietà in Italy. He is also the author of Liberation Theology: How Marxism Infiltrated the Catholic Church.
As we witness such a serious crisis of Faith within the Church, we must stand with Mary at the foot of the Cross of Our Lord Jesus Christ, and with courage and confidence, proclaim His promise:
Śląscy policjanci zatrzymali szóstkę murzynów z Nigerii, podejrzanych o wyłudzenie z kieszeni Polaków dużych sum pieniędzy. Łupem egzotycznego gangu padło co najmniej 25 mln zł.
Katowice stają się powoli zagłębiem działalności przestępczej obcokrajowców. Śląska policja poinformowała o zatrzymaniu sześcioro mieszkających tam obywateli Nigerii. Grupa zajmowała się podszywaniem w Internecie np. pod amerykańskich żołnierzy oraz pośredników w sprawach spadkowych.
“Nawiązywali kontakt z ofiarami, a wykorzystując różne metody socjotechniki, zdobywali ich zaufanie i wyłudzali od nich duże sumy pieniędzy, które miały być przeznaczone na rzekomą pomoc im samym lub członkom ich rodzin. W ten sposób zatrzymani członkowie grupy oszukali swoje ofiary na kwotę przynajmniej 25 mln złotych” – wskazuje w swoim komunikacie policja.
Na ślad grupy zajmującej się wyłudzeniami w sieci policjanci z Wydziału do Walki z Przestępczością Gospodarczą Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach trafili pod koniec 2023 roku. Od tej pory sukcesywnie zbierali informacje i gromadzili materiał dowodowy obciążający jej członków. Pod koniec kwietnia bieżącego roku śledczy wkroczyli do kilku miejsc w Katowicach, gdzie zatrzymali 6 murzynów w wieku 25-31 lat. Wśród zatrzymanych są 3 kobiety i 3 mężczyzn.
Grupa działała w sposób bezwzględny. Murzyni, podszywając się między innymi pod amerykańskich żołnierzy, lekarzy czy pośredników w sprawach spadkowych, wyłudzali pieniądze lub dane osobowe swoich ofiar za pomocą portali społecznościowych i komunikatorów.
“Sposób manipulacji ofiarami był dokładnie zaplanowany. Podając się za osoby zamożne lub instytucje, obiecywali ofiarom duże sumy pieniędzy. Często oszuści twierdzili, że ofiara musi najpierw uiścić opłatę administracyjną, zapłacić podatek lub pokryć inne rzekome koszty, aby uzyskać dostęp do obiecanych pieniędzy. W rzeczywistości jednak żadnych pieniędzy ofiara nie otrzymywała, a oszuści bogacili się jej kosztem. Wśród sposobów działania oszustów nie brakowało także wątków matrymonialnych, wykorzystujących uczucia rozmówców.
Przestępcy prowadzili rozmowy w taki sposób, aby zyskać zaufanie ofiar do tego stopnia, że nieświadome podstępu osoby same przekazywały oszustom pieniądze, aby im pomóc czy uchronić przed kłopotami. W ten sposób ofiary przekazywały im znaczne sumy pieniędzy. W jednym przypadku było to blisko 800 tysięcy złotych” – czytamy.
Sprawcy usłyszeli już prokuratorskie zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, prania brudnych pieniędzy i licznych oszustw. Czterech z nich zostało tymczasowo aresztowanych. Łącznie za popełnione przestępstwa, członkowie murzyńskiego gangu mogą trafić do więzienia nawet na 20 lat.
Prezydent Andrzej Duda w Dniu Samorządu Terytorialnego przekonywał, że Polska jest w „absolutnej awangardzie”, jeśli chodzi o najlepsze wykorzystanie szans płynących z członkostwa w Unii, a miało się tak stać m.in. dzięki samorządowcom. – Dziękuję za każde dobrze wydane euro – mówił prezydent w wielkopolskim Turku.
Podczas spotkania z mieszkańcami Turka prezydent Andrzej Duda podkreślał „wielkie zasługi”, które w ciągu ostatnich 30 lat polski samorząd terytorialny miał dla rozwoju Polski. – Właśnie w działalności samorządu (…) widać znakomicie z jednej strony ciężką pracę i troskę, z drugiej – widać też ten efekt synergii, postawy patriotycznej – mówił.
W swoim przemówieniu prezydent nawiązał do 20-lecia Polski w Unii, wskazując, że wraz z Polską swoją „europejską podróż” rozpoczęły też inne kraje. – Ale kiedy przejedziemy się po tych krajach, to widać, że rozwój nie jest wszędzie taki sam, poziom życia nie jest wszędzie taki sam. Nie wszędzie jest jednakowo. Dlaczego? Bo to jest właśnie zasługa ludzi – wskazywał Andrzej Duda.
– Prawda jest taka – mniej więcej wszyscy dostali jednakowe szanse, mniej więcej wszyscy dostali jednakowe środki (….) Jednym udało się lepiej, drugim gorzej. My – w obiektywnej ocenie wszystkich tych, którzy oglądają nas z zewnątrz – jesteśmy w absolutnej awangardzie tych, którzy wykorzystali tę szansę najlepiej – powiedział, podkreślając, że ten sukces to m.in. zasługa samorządowców.
– Dziękuję z całego serca za każde dobrze wydane euro, za każdą wydaną złotówkę. Dziękuje za każdą drogę, która powstała, dziękuje za każdą szkołę, dziękuję za każdą przeprowadzoną modernizację, dziękuję za każdą położoną kostkę brukową – wymieniał Duda.
Prezydent podkreślał przy tym, że „wszyscy w samorządzie”, „niezależnie od barw politycznych”, mówią o tym, że jego jednostki nigdy wcześniej nie dostały tak dużych pieniędzy jak w ciągu ostatnich dziewięciu lat.
– Jesteśmy tak daleko, że myślę, że mogliśmy tylko marzyć te 30 lat temu, że będziemy mieli taki poziom życia w stosunku do Europy Zachodniej, jaki mamy dzisiaj. Ale jeszcze cały czas nie jest u nas tak dobrze jak tam. Czemu? M.in. dlatego, że brakuje nam wielkiej infrastruktury, tej, z którą samorządy sobie nie poradzą – wskazał prezydent.
Źródło: PAP / Sonia Otfinowska, Bartosz Skonieczny