Bóg pozwolił, aby heretycka działalność Bergoglio objawiła się niezwykle wyraźnie w doktrynalnej deklaracji „Fiducia Supplicans”, która kościelnie legalizuje tzw. błogosławieństwo par sodomickich.
Jakie jest stanowisko Pisma Świętego w sprawie sodomii? Zarówno Stary, jak i Nowy Testament ostrzegają wszystkie pokolenia przed tym grzechem wołającym o pomstę do nieba, ostrzegając przed karą. Za ten grzech Bóg zesłał na mieszkańców Sodomy nie Boże błogosławieństwo, lecz karę Bożą, czyli ogień z nieba. Potem nastąpił dla zatwardziałych sodomitów i ogień wieczny.
Tym dokumentem doktrynalnym Bergoglio oficjalnie głosi sodomicką antyewangelię, za którą zgodnie z Galatów 1:8-9 spada anatema, a na zatwardziałych grzeszników ogień wieczny (Judy 7).
Jakiej metody manipulacji używa Bergoglio w dokumencie? Przemyślnie dzieli błogosławieństwa na tzw. liturgiczne i inne. Następnie cytuje nauczanie Kościoła: „Dlatego Kościół nie ma władzy udzielania błogosławieństw liturgicznych związkom nieregularnym lub parom tej samej płci”. W ten sposób uspokaja prawowiernych katolików, jakoby dokument szanował naukę Kościoła. Ale od razu dodaje: „Musimy unikać ryzyka umniejszania znaczenia błogosławieństwa…(12).” Poprzez tę manipulację zatwierdził błogosławieństwo par sodomickich i legalizację grzechu sodomii.
Błogosławieństwo Kościoła dla sodomitów jest publicznym skandalem zarówno dla chrześcijan, jak i niechrześcijan. Stwierdzenie, że to tzw. „błogosławieństwo” nie może przypominać zawarcia małżeństwa, jest alibi. Jaki jest sens dawania błogosławieństw ludziom, którzy nie chcą zejść z drogi grzechu i nie chcą nawet nazwać grzech grzechem? Otrzymują błogosławieństwo na drogę do piekła. Co więcej, jest to także poważny grzech przeciwko drugiemu przykazaniu Bożemu.
Jeśli chodzi o deklarację doktrynalną Bergoglio, to ktokolwiek uznaje Jorge Bergoglio za prawowitego papieża, znajduje się w absurdalnej sytuacji. Musi zaakceptować ten dokument doktrynalny jako wiążący. Za nieposłuszeństwo papieżowi jest karą „anatema – niech będzie przeklęty” – tak stwierdza dokument „Pastor aeternus”, ogłaszający dogmat o nieomylności papieża z 18 lipca 1870 roku.
To powoduje ostre starcie. Albo to przekleństwo spada na Bergoglio za sodomiczną antyewangelię, albo na Słowo Boże, które zabrania sodomii, czyli de facto na Boga. Tutaj ujawnił się oficjalny bunt Bergoglio przeciwko Bogu. Ktokolwiek słucha Bergoglio i podporządkowuje się mu, uczestniczy w jego publicznym przeklinaniu Boga, chronionym przez władzę kościelną. Ta absurdalna sytuacja powstała w wyniku zajmowania urzędu papieskiego przez arcyheretyka. Wina spada na biskupów, którzy pozostają mu podporządkowani i nie chcą się od niego oddzielać.
Drodzy biskupi i księża, doktrynalna deklaracja pseudopapieża Jorge Bergoglio jest oficjalnym dokumentem zaprzeczającym istocie doktryny katolickiej. Dokument ten jest dowodem na to, że został wydany przez jawnego heretyka, czyli nieważnego papieża. Żaden biskup ani ksiądz nie może teraz pozostać bierny. Musi podjąć radykalny krok i oddzielić się od arcyheretyka i jego przestępczego systemu samozniszczenia Kościoła.
Dlatego wy, księża, w geście separacji przestańcie wspominać w Liturgii imię arcyheretyka. Wy, biskupi, dokonajcie tego radykalnego kroku zbawienia w te Święta Bożego Narodzenia. Oddzielcie się od odstępczego Watykanu i wyjaśnijcie powód waszego oddzielenia w swoim świątecznym liście pasterskim. W ten sposób wy i wasze wierzący wyjdziecie z duchowego przekleństwa i duchowej ciemności, w której trzyma was arcyheretyk Jorge Bergoglio. Wtedy te Święta Bożego Narodzenia będą naprawdę historyczne, zarówno w waszym życiu, jak i w życiu waszej diecezji. Nie czekajcie i podejmijcie ten decydujący krok ratowniczy!
Dyskusja, mój [md] dialog z dobrym, katolickim teologiem (T):
[md, czescy, T]
Ci czescy biskupi tak piszą..
Ktokolwiek uznaje Jorge Bergoglio za prawowitego papieża, znajduje się w absurdalnej sytuacji. Musi zaakceptować ten dokument doktrynalny jako wiążący. Za nieposłuszeństwo papieżowi jest karą „anatema – niech będzie przeklęty” – tak stwierdza dokument „Pastor aeternus”, ogłaszający dogmat o nieomylności papieża z 18 lipca 1870 roku.
md:
To chyba błąd, bo dotyczy tylko , gdy Papież wygłasza ex cathedra??
Prawda?
Ostatni dokument NIEOMYLNY papieży, to dogmat z 1950 roku o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny…
Odp.T:
Istotnie, po Vaticanum II żaden papież nie ogłaszał niczego jako dokumentu formalnie i faktycznie nieomylnego, chociaż lud wierny wierzył i wierzy, że wszystkie oficjalne dokumenty papieskie są nieomylne.
Jeśli dokument nosi jego podpis, to należy uznać za oficjalne nauczanie = ex cathedra i dokument rzeczywiście jest wiążący, ale… są wątpliwości i jest ich kilka: 1. Najpierw należałoby ustalić czy J. Bergoglio jest papieżem?
Uważam, że nie jest, bo jeśli nawet był wybrany legalnie i ważnie (a są co do tego poważne wątpliwości), to popadłszy w apostazję (Pachamama i inne „wybryki” – oddawanie czci w sensie latria demonom) nie jest już katolikiem, ani nawet nawet chrześcijaninem. A papieżem może być tylko katolik. Kto uważa inaczej i wyczynia jakieś ekwilibrystyczne sztuczki, żeby Jorge Bergoglio usprawiedliwić, czy wytłumaczyć to zwodziciel.
2. Ten dokument dotyczący moralności jest tak sformułowany, że można go uznać za niewiążący definitywnie, jest w nim na wstępie odniesienie do autorytetu Pana Jezusa, ale brakuje tam odniesienia do autorytetu św. Piotra, którego jakoby jest następcą.
3. Jorge Bergoglio nie podpisuje się pod dokumentem jako papież, a samym tylko imieniem – Francesco, nie ma ani PP, ani nawet Eppus. 4. Wiara jest 0-1, białe-czarne – nie ma w niej miejsca na szarości. „Wasza mowa niech będzie: Tak – tak, nie – nie. A co jest ponadto, pochodzi od złego” (Mt 5, 37).
A w dokumencie nie ma tego – tam są szarości, nie ma: tak-tak, nie-nie… więc – ewidentnie pochodzi od Złego…
Chociaż jakiś cwany prawnik kościelny będzie uważał inaczej.
MD:
Jeśli Franciszek podpisuje jakiś dokument, to wyraża swój pogląd [jeśli miewa swoje poglądy], tak, jak ja wyrażam swoje poglądy w liście który podpisuję.
Nie ma u Franciszka NIEOMYLNOŚCI, nie musimy tych pogańskich, ale oczywiście niejednoznacznych bredni uznawać za PRAWDĘ.
T:
Dokument udaje tylko orzeczenie ex cathedra, ale jest pokrętny i bałamutny, więc cech nieomylności nie posiada, niemniej kto uznaje tego mężczyznę za papieża, powinien go we wszystkim słuchać, a nie wybierać sobie z jego nauczania tego „co mi pasuje” i odrzucanie tego „co mi nie pasuje”. Nie można być trochę w ciąży.
Rząd Estonii jest gotowy podpisać z Ukrainą umowę, na mocy której do kraju odesłani zostaną mężczyźni w wieku poborowym – poinformowała w piątek telewizja ERR.
Ministerstwo obrony Ukrainy wezwało do powrotu mężczyzn w wieku poborowym, którzy uciekli z kraju po rozpoczęciu rosyjskiej agresji w 2022 roku. Estonia wielokrotnie już wyrażała zainteresowanie podpisaniem z Kijowem umowy o repatriacji mężczyzn podlegających mobilizacji.
– Jeśli Ukraina tego potrzebuje, Estonii uda się znaleźć i odesłać te osoby do kraju – zapewnił minister spraw wewnętrznych Estonii Lauri Laanemets. – W zasadzie wiemy, gdzie przebywają i czym się zajmują. Większość z nich pracuje; mają miejsca zamieszkania w Estonii – dodał.
Choć z Kijowa nie otrzymano żadnych oficjalnych pism, estońskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wielokrotnie kontaktowało się zarówno z ambasadorem Ukrainy, jak i ministrem spraw wewnętrznych, aby w razie potrzeby zgłaszać uchodźców przebywających w kraju – podała ERR.
W ciągu najbliższych dni minister Laanemets ma przedstawić pisemną propozycję zawarcia porozumienia między obydwoma krajami. Obecnie ekstradycja cudzoziemców do kraju ojczystego możliwa jest jedynie w przypadku, gdy wobec danej osoby toczyło się postępowanie karne.
Ponad 7 tys. mężczyzn z Ukrainy będących w wieku mobilizacyjnym złożyło wnioski o tymczasową ochronę w Estonii.
W dniach ostatnich (chyba już nadchodzą, albo i nadeszły zapowiadane „dni ostatnie”) cała Polska mogła przekonać się o kilku ważnych rzeczach. Po pierwsze – że sejmowa zgraja wcale nie chce przestrzegania konstytucyjnej zasady rozdziału Kościoła od państwa. Jak wiadomo, dotyczy ona nie tylko Kościoła katolickiego, ale wszystkich innych, prawnie uznanych wyznań, to znaczy – Cerkwi prawosławnej, wszystkich wyznań protestanckich, żydów, muzułmanów, buddystów, a być może i tzw. „rodzimowierców”, którzy czczą Światowida. O ile mi wiadomo Kościół latającego Potwora Spaghetti nie został zarejestrowany przez Ministerstwo Cyfryzacji, któremu biegli wytłumaczyli, że to nie na serio, tylko – dla tak zwanych „jaj” – ale teraz nowy minister wyznaczyć może nową komisję z tzw. „fachowców spoza Sejmu”, która stanie na nieubłaganym gruncie równouprawnienia wszystkich wyznań i nakaże zarejestrować. Zresztą może obejdzie się i bez fachowców; wystarczy jak jeden fachowiec wyda polecenie służbowe niezawisłemu Naczelnemu Sądowi Administracyjnemu, do którego Spaghetti się odwołało, no a ten już powinność swej służby zrozumie i wyda piękny wyrok.
Jak wiadomo, poseł Grzegorz Braun zgasił gaśnicą świeczki chanukowe na menorze, czy może „chanukii” – bo nie jestem pewien, jak się ten przedmiot „kultu religijnego” nazywa – za co sejmowa zgraja unisono go „potępiła”. Jak widzimy, przy pozorach wzajemnej wrogości, są u nas obszary całkowitej jednomyślności ponad podziałami. Jednym z tych obszarów jest strach przed Żydami. Na samą myśl, że Żydowie mogliby się obrazić, sejmowa zgraja dostaje nerwowej drżączki i na wyścigi, jeden przez drugiego „potępia” i się „oburza” w nadziei, że zostanie to zauważone, gdzie trzeba i stosownie nagrodzone. A Grzegorz Braun zgasił te świeczki dlatego, ze Żydowie je najpierw zapalili, a – o ile mi wiadomo – jest to czynność liturgiczna. Kto im na to pozwolił, kto dopuścił, by konstytucyjna zasada rozdziału Kościoła od państwa była tak ostentacyjnie łamana – tajemnica to wielka. „Gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?!” – wołał poeta – i słusznie, bo kilka dni wcześniej i Wylizuchy i Felczaki, nie mówiąc już o reszcie sejmowej zgrai, domagały się respektowania tej świętej zasady. Wszystko się wyjaśniło już następnego dnia, kiedy rabiny kazały zapalić świeczki ponownie. Cała Polska mogła oglądać scenę, jak sejmowa zgraja w asyście pana prezydenta Dudy przy tym nabożeństwie w sejmowych kuluarach asystuje. I tak cud, że rabiny zachowały się powściągliwie i nie kazały im wszystkim przyglądać się temu nabożeństwu na klęczkach – bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdyby kazały, to czy ktoś by nie klęknął?
Co tu ukrywać; czyn posła Grzegorza Brauna, za który będzie teraz przez wszystkich płomiennych szermierzy praworządności, co to w obronie konstytucji gotowi są nawet kicać – jak np. pan mecenas Giertych – oraz przez szermierzy tolerancji kamienowany przez faryzeuszów, którzy – jak to czytamy w opisie linczu na św. Szczepanie – przed przystąpieniem do kamienowania najpierw „podnoszą krzyk”. Klangor został już podniesiony, więc nie ma rady – teraz nadszedł czas na akt drugi. Ale to rodzaj „felix culpa”, czyli błogosławionej winy, bo czyż w przeciwnym razie moglibyśmy uzyskać taki dowód, że cała zgraja przedstawicieli narodu to banda szabesgojów, którzy w obawie przed zagniewaniem Żydów poplamiliby mundury i sejmowe fotele? Już wiemy, że liczyć na nich nie możemy, że przy pierwszej konfrontacji, na przykład w związku z ustawą numer 447, bez wahania nas zdradzą i nie tylko przejdą na stronę wroga, ale w dodatku, tych, co nie zechcą przejść, odsądzą od czci i wiary. Zresztą nie tylko na tych przedstawicieli nie możemy już liczyć. Inni też zaćwierkali w chórze – no ale takie są konsekwencje sławnego „dialogu z judaszyzmem”.
Druga zasada, która została na oczach całej Polski ostentacyjnie złamana, to zasada równouprawnienia wszystkich wyznań. Okazuje się, że – niczym równiejszym zwierzętom u Orwella – niektórym wyznaniom wolno więcej, niż innym – co naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu bez ceregieli pokazały. Teraz Prawo i Sprawiedliwość, usiłuje poniewczasie sporządzić sobie listek figowy, wychodząc z projektem ochrony wszystkich symboli religijnych. Nie ma jednak większego rozczarowania, jak wtedy, gdy po odchyleniu listka figowego zobaczy się figę – i tak prawdopodobnie będzie w tym przypadku, bo nawet gdyby „koalicja 13 grudnia” w zasadzie nie miała nic przeciwko temu, to przecież nie przepuści żadnej, a więc i tej okazji, by „j…ć PiS”. W tym zacietrzewieniu tylko patrzeć, jak będą protestować, gdy Były Naczelnik Państwa na krzesło powie: krzesło.
Ponieważ „j…nie PiS” jest programem bardzo ambitnym i nie wiadomo, czy nowemu vaginetowi Donalda Tuska w którym obok słynnych „jebaków” (nomina sunt odiosa, bo jeden proces mi wystarczy) znalazły się też feministry, starczy jeszcze czasu na zajmowanie się sprawami państwowymi. W końcu PiS to całkiem spora partia i jeśli „koalicja 13 grudnia” postanowiła całą ją „wyj…ć” to musi upłynąć trochę czasu, nie mówiąc już o wydatkowaniu „czystej energii” – o której tak pięknie opowiadała Wielce Czcigodna feministra Paulina Hening-Kloska.
Dlatego też w czynie społecznym podsuwam Episkopatowi pomysł racjonalizatorski, by nie liczył na dobrą wolę, czy choćby zrozumienie Wielce Czcigodnej Barbary Nowackiej, feministry od edukacji seksualnej dzieci i młodzieży, tylko chwycił byka za rogi – oczywiście o ile starczy mu odwagi. Akurat teraz, po odczynianiu chanukowych uroków w sejmowych kuluarach, jest moment, by chwycić byka za rogi i postawić Wielce Czcigodną feministrę w stanie wyższej konieczności, który przywróci i jej i reszcie vaginetu poczucie rzeczywistości. Chodzi oczywiście o lekcje religii, które wspomniana feministra właśnie stopniowo będzie likwidować.
Otóż zaporowe wejście smoka polegałoby na deklaracji, że na tych lekcjach religii, przynajmniej na początku, dzieci zapoznawane są z plemienną historią żydowską, która – podobnie jak inne plemienne historie – na przykład – „Tajna historia Mongołów” – tylko podane są w religijnym sosie, żeby było ładniej i robiło wrażenie. Jeśli tedy Wielce Czcigodna Barbara Nowacka zamierza to skasować, to byłby to antysemicki skandal, przy którym zgaszenie chanukowych świeczek w ogóle nie zasługiwałby na uwagę. Jeśli tedy sławny „dialog z judaszyzmem” ma przynosić jakiś pożytek, to rabiny powinny też podnieść klangor. Jestem pewien, że gdyby tak się stało, to premier Donald Tusk nie tylko by się „wściekł”, jak to ma w zwyczaju, ale na oczach całej Polski zerwał swojej feministrze – ale nie telefon, tylko frivolites – dzięki czemu wszyscy mogliby zobaczyć wstydliwe zakątki vaginetu.
1. ” […] jak ich tak kosmetycznie jakoś ubarwią, to przypominają człowieka Zachodu, ale oni w gruncie rzeczy nie są ludźmi Zachodu, bo na Zachód składa się asymilacja kultury greckiej klasycznej, rzymskiej, potem chrześcijańskiej”.
2. “Nie ma żadnej podzielonej Polski ani dwóch Polsk. Jest tylko – jak kiedyś to nazwałem – wojna polsko-obca. Jest dywersja najeźdźców, którym marzy się sprowadzanie do Polski kolejnych najeźdźców, po to, by wzmocnić swoją antypolską pozycję. Kto używa określenia “wojna polsko-polska” jest głupcem albo dywersantem…”
[Prof. P. Jaroszyński]
B. ważny wywiad z prof. dr. hab. Piotrem Jaroszyńskim kierownikiem Katedry Filozofii Kultury KUL, członkiem towarzystw filozoficznych w Polsce, w USA, we Włoszech i w Szwajcarii, autorem ponad 40 książek i artykułów naukowych, wchodzącym w skład komitetu naukowego Powszechnej Encyklopedii Filozofii, będącym redaktorem naczelnym pisma „Człowiek w kulturze”. Bez lektury i przemyślenia tego wywiadu trudno będzie zrozumieć to, co dzieje się w Polsce i Europie. Szkoda, że wielu publicystów prawej strony powodowanych kunktatorstwem oraz “życiem towarzyskim i uczuciowym” i strachem udaje, że nie widzi spraw i faktów o których mówi profesor. Sami wydają sobie świadectwo. Dla kogoś dogłębnie i logicznie myślącego wiele spraw jest jednoznacznych. I trzeba o tym mówić na głos… każdego dnia.
Wbrew bełkotowi Wałęsów, Schetynów, Ziemkiewiczów, Tusków, Kaczyńskich powtarzających swoje mantry o wojnie domowej w Polsce, wojnie dwóch plemion, Tutsi-Hutu, podzielonej Polsce etc. Nie ma żadnej podzielonej Polski ani dwóch Polsk. Jest tylko – jak kiedyś to nazwałem – wojna polsko-obca.
Jest dywersja najeźdźców (niedawno Morawiecki, dzisiaj Tusk), którym marzy się sprowadzanie do Polski kolejnych najeźdźców, po to, by wzmocnić swoją antypolską pozycję i promocja antychrześcijańskich sekt (Chabad Lubawicz, Tęczowi). Kto używa określenia “wojna polsko-polska” jest głupcem albo dywersantem…
Warto przy okazji zacytować fragment tekstu W.Żyszkiewicza: “Bierna, tzw. milcząca większość polskiego społeczeństwa zdaje się nie dostrzegać, że powoli, lecz systematycznie traci wpływ na świat, w którym żyje, że wkrótce – mimo liczebnej przewagi – może stać się we własnej ojczyźnie społecznością stygmatyzowaną, a nawet dyskryminowaną za przywiązanie do tradycji i wiary przodków. Dokonają tego nieliczne, ale bardzo ekspansywne w przestrzeni publicznej mniejszości kulturowe, etniczne czy wyznaniowe.
Pytanie, dlaczego milcząca większość tych niekorzystnych dla siebie zmian nie dostrzega. (…)
Mówiąc serio, wciąż zbyt mały, ale przecież istniejący sektor mediów sprzyjających obecnej władzy nie spełnia należycie przyjętej na siebie roli. Małostkowe spory, igrce w tzw. portalach społecznościowych pochłaniają więcej zapału i starań niż diagnozowanie dynamicznych zmian w otaczającym nas świecie. Publicyści prawej strony, zamiast inspirować debatę publiczną o istotnych problemach, których przecież nie brakuje, przerzucają się lapidarnymi wpisami z fejsbuka czy tłitera.”
Oddaję głos profesorowi. Głos mądrości w dzisiejszym zamęcie jest bezcenny. Jest to głos wolny, wolność ubezpieczający.
Wywiad przeprowadza (bardzo dobrze zresztą) Andrzej Kumor. Tekst pochodzi z autorskiej strony prof.Jaroszyńskiego.
Andrzej Kumor: Panie Profesorze, świat się zmienia. Zmiany zachodzą szybko w kulturze, w obyczajach… Nie odnosi Pan wrażenia, że utopia nowego wspaniałego świata, którą kiedyś Aldous Huxley opisał w jednej z bardzo popularnych książek, ma już z górki, że jesteśmy w przededniu takiego „szczęśliwego totalitaryzmu”, gdzie ludzie chodzą do szkół, ale praktycznie nic nie wiedzą, gdzie demokracja polega na manipulacji, a stare wartości cywilizacji łacińskiej przestają mieć znaczenie, są relatywizowane itd.?
Prof. dr hab. Piotr Jaroszyński: Czyli – o co chciałby Pan zapytać?
– O to, czy Pan nie postrzega w tym projektu ogólnoświatowego, którego jesteśmy uczestnikami?
– Uczestnikami albo ofiarami, bo jak mimowolny, no to ofiara, nie uczestnik, a uczestnictwo oznacza partnerstwo. Koń ciągnie pług, i co, jest uczestnikiem procesu orania.
– Ale racjonalizacja tego procesu polega na tym, że ludziom ma się wydawać, że są uczestnikami.
– Podstawowym punktem odniesienia jest, co dzieje się z człowiekiem. Czy mu to wychodzi na dobre, czy na złe, lepsze czy gorsze. A człowiek to przede wszystkim pewna świadomość, rozumienie tego, kim jest, co się wokół niego dzieje.
Jeżeli tego typu pytania zadamy, to okaże się, że ten człowiek ma coraz słabsze rozumienie rzeczywistości, jaką on jest sam i jaka jest wokół niego. To wskazywałoby, że dokonują się jakieś procesy, za którymi ktoś stoi, czyli że ma jakiś scenariusz i za pomocą najnowszej technologii zwanej inżynierią społeczną po prostu dokręca śrubę, aż ci ludzie stają się bezrozumni i bezwolni. To dosyć szybko następuje, bo jednak jeszcze dziesięć – dwadzieścia lat temu odnosiło się wrażenie, że ludzie są jacyś dojrzalsi, na wyższym poziomie intelektualnym. W tej chwili to jest chodząca paczka emocji, odprysków wrażeniowych i zero rozumienia.
Chodzi o to, że nastąpiło odwrócenie znaczenia pojęć i demokracja oznacza teraz jeszcze ściślejszą kontrolę społeczną.
Zresztą to widać po systemie edukacji. Jeżeli w wielu państwach Europy, zachodniej zwłaszcza, tak wcześnie sięga się po dzieci, żeby je urabiać już na swoją modłę, zgodnie choćby z ideologią gender, to znaczy, że rodzina pozbawiona jest podstawowych praw, a więc bycia ze sobą i tego, że rodzice są przede wszystkim odpowiedzialni za wychowanie własnych dzieci. Jeżeli te funkcje przejmuje państwo, to mamy do czynienia z odmianą socjalizmu, który jest zawsze groźny, bo dąży do tego, żeby człowieka odpodmiotowić, to znaczy żeby nie był w stanie podejmować słusznych i suwerennych decyzji.
– Powiedział Pan, że ktoś to robi. Domyśla się Pan kto?
– To nawet nie ma znaczenia, bo tego się tak do końca nie sprawdzi. Chodzi o to, że to działa. To są środowiska socjalistycznego internacjonalizmu, czy nawet globalizmu. Ja myślę, że tak koniec końców to za tym stoi globalizm, dlatego że już działa się w kategoriach ogólnoświatowych, już ta jednostka właściwie nic nie znaczy. Jak mówił Majakowski, jednostka zerem, jednostka niczym.
Nam, Polakom, jest to łatwiej rozpoznawać, ponieważ myśmy przeszli taki soft komunizm.
– Dostaliśmy szczepionkę?
– Tak. I powstały antyciała, w związku z tym nie poddajemy się tak łatwo tej propagandzie, jak człowiek z Zachodu, a z drugiej strony, potrafimy wymyślić jakieś sposoby na to, żeby to jakoś obchodzić. Chodzi o to, że można tak się zorganizować oddolnie, żeby tych wyborów nie przegrać, a nawet je wygrać. W Polakach jest pewna zaradność. To nie jest ten sam Polak, który tylko kombinował i machał na wszystko ręką. Widać, że Polacy próbują mieć inicjatywę, i to jest najlepszy znak, że mają inicjatywę.
– Ale mówi się też, że Polska jest podzielona, że są dwa narody itd., że ludzie są jakby uwarunkowani do odrzucania pewnych rzeczy albo do lansowania ich.
– Trzeba patrzeć na to historycznie.
Przecież już od zaborów mieliśmy do czynienia ze środowiskami, które współpracowały z lewicą międzynarodową. I one dążyły do tego, żeby Polska nie posiadała suwerenności. Kiedy były momenty kryzysowe, takie jak II wojna światowa czy okres po wojnie, to środowiska te współpracowały, choćby, w przypadku czasów powojennych i w czasie wojny, z Sowietami.
Stalin przysłał nam około 200 tysięcy ludzi w ogóle niezwiązanych z narodem polskim, obcych, którzy mieli zająć najwyższe administracyjne stanowiska w państwie.
A więc to nie tyle są dwa narody, co jest jeden naród, który jest z jakąś premedytacją niszczony w swojej tożsamości. Ci, którzy tu się znaleźli wskutek pewnych okoliczności politycznych, oni po prostu z tym narodem się nie identyfikują. Jak się mówiło o resortowych dzieciach, to chodzi właśnie o to.
Ktoś jest ambasadorem, a okazuje się, że jest wnukiem czy synem jakiegoś oprawcy, który brał udział na przykład w obławie augustowskiej. Więc czy on będzie dążył, żeby całą prawdę o obławie świat mógł usłyszeć? Przeciwnie, będzie starał się to wygłuszyć albo nie dopuścić do tego, żeby zostały odnalezione groby. Pamiętajmy, że to nie jest jeden naród, który się podzielił, tylko to są ciągle obcy, obce państwa…
– Rozrośnięty obcy element, który został w Polsce.
– Tak, który cały czas próbuje nas podzielić i odebrać suwerenność, czyli możliwość urządzania życia tak, jak my chcemy, a nie tak jak każą nam Niemcy czy Francuzi. My mamy swój sposób organizowania życia i swoje cele, my nie chcemy być jak Niemcy czy Francuzi.
– Czy to nie jest trochę tak, że ten element obcy jest bardziej ustosunkowany, ma wpływy za granicą, w środowiskach liberalnych.
– Tak, to widać.
– I w tym momencie to jest trochę nierówna walka, bo elity polskie zostały pobite przez okupację, przez komunizm itd. Jak Pan to ocenia?
– Jedną trzecią inteligencji, mówiąc z grubsza, nam wybito z premedytacją, zabito po prostu. Jedna trzecia nie wróciła do kraju, bo albo już nie miała do czego wracać, albo groziły jej więzienie i śmierć. No i została ta jedna trzecia, nad którą tak pracowano, że jej prawie nie było.
Naprawdę to cud, że w ogóle my się z tego wszystkiego możemy jakoś pozbierać.
To jest bardzo trudne, bo te ośrodki międzynarodowe, międzynarodowego socjalizmu, one dążą do tego, żeby korzystając z dawnych jeszcze układów – a oni przecież mieli dostęp do informacji, wiedzieli, kto jest kim – żeby na różne sposoby tych ludzi mieć po swojej stronie. Tutaj takim polem działania, kiedy urwała im się troszkę polityka, są media, bardzo agresywne, mocne media, które starają się właśnie wszczepiać zatrute idee w społeczeństwo.
Ale z drugiej strony, jest Internet. Ludzie już nie są tacy głupi jak kiedyś. Włączy się Internet i ma się całą skalę, można sobie porównywać, co kto pisze. Poprzez powtarzalność pewnych metod można zorientować się, że ktoś po prostu coś gra, a nie że to jest codzienny, rzeczowy serwis informacyjny.
– Na ile ta świadomość jest powszechna, na ile ci ludzie, którzy są świadomi, mają wpływ na sytuację? Jak wygląda w Polsce organizacja Polaków?
– W tej chwili jest taka sytuacja, że główne instytucje, takie jak prezydent czy większość sejmowa, czy rząd, to są formy zorganizowanego działania na najwyższym szczeblu. Środowiska, które deklarują zarówno swój patriotyzm, jak i związek z katolicyzmem, który jest dla nich jakąś i inspiracją, i punktem odniesienia. Tak że tutaj można mówić o tym, że są jakieś wartości, które stanowią główny motyw sprawowania władzy. Oczywiście, że w polityce mogą się różne rzeczy dziać, niemniej jednak jest to sytuacja radykalnie różna od tej, jaka była do tej pory, właściwie od roku 89. To trzeba jasno powiedzieć.
– Jak by Pan, Panie Profesorze, ocenił sytuację w polskim Kościele? Właśnie niedawno Episkopat wydał list krytykę nacjonalizmu.
– To jest zawsze kwestia pewnej granicy. Z jednej strony, religia nie może być środkiem do tego, żeby posiadać władzę polityczną, a z drugiej strony, Kościół nie może wysługiwać się politykami, bo to w konsekwencji też może być groźne, w momencie – tak jak przykład Hiszpanii to pokazuje – kiedy politycy z różnych powodów mogą skręcić na lewo i potem zostanie odium na Kościele.
Tak że granica między polityką a religią wymaga niezwykłej kultury i roztropności, żeby nie wykluczając się i nie zwalczając, tak współpracować, żeby nie pozamieniać ról.
A oczywiście, że to jest łatwe, bo jednak Kościół, zwłaszcza w Polsce, wypracował swoją pozycję, posiada swój najwyższy autorytet w społeczeństwie, no i chętnie można się podczepić pod to, co jest gotowe, na co złożyły się pokolenia księży, biskupów, prymasów Polski. Tak że czasami są takie momenty, gdzie nawet oficjalnie trzeba zwrócić uwagę politykom, żeby nie przesadzali z pewnymi zachowaniami.
W porównaniu z tym, jak milczące bywają episkopaty w innych krajach, to polski Episkopat jest wyjątkowo odważny i bardzo racjonalnie zajmuje stanowisko, gdy trzeba, w sprawach istotnych nie tylko dla Kościoła, ale również z uwagi na tradycje związku Kościoła z państwem w Polsce, również w sprawach politycznych. Nie partyjnych, ale właśnie politycznych. Jest to ciągle troska o dobro wspólne i to jest nawiązanie do klasycznego rozumienia polityki.
– Wspomniał Pan, że inne episkopaty są milczące, czy Kościół nie jest sam w sobie podzielony? Nawet cechy ideologii gender sięgają wewnątrzkościelnych debat.
– Na Kościół trzeba troszeczkę inaczej patrzeć, dlatego że w Kościele nie ma mowy o partiach politycznych, które by walczyły ze sobą w sposób bezwzględny, po to żeby zdobyć władzę. Można mówić o zmieniającej się sytuacji w różnych miejscach i obecności Kościoła i równocześnie ze stanowiskiem czy zachowaniem się poszczególnych duchownych, czy hierarchii nawet, będących jakoś odpowiednikiem sytuacji, w jakiej Kościół znajduje się w danym miejscu.
Inaczej sytuacja wygląda w Polsce, inaczej w Czechach, inaczej w Kanadzie. W grę wchodzą również elementy pewnej tradycji, że są miejsca, gdzie Kościół raczej nie zabierał zbyt mocno głosu i często w ważnych sprawach społecznych, i dalej nie będzie zabierał, bo taki się utarł zwyczaj.
Natomiast są państwa, gdzie Kościół częściej i mocniej zabiera głos w takich sprawach.
Trzeba pamiętać o tym, że w momencie, kiedy te środowiska lewicowe tracą kontrolę, tracą władzę na różnych polach życia społecznego, to wtedy natychmiast przystępują do ataku, wedle zasady Cezara divide et impera, czyli znaleźć cokolwiek, co będzie różniło jakieś środowiska czy jakichś ludzi, i to nagłaśniać i powiększać, tak żeby było wrażenie, że Kościół jest już podzielony, że nie taki jak kiedyś.
Widzę jak u nas, na siłę szukają czegoś, żeby poróżnić, wymyślają niestworzone rzeczy, aż do momentu, kiedy ludzie uwierzą i przyjmą to za dobrą monetę, że rzeczywiście jest podzielony. Tak że to są metody dość brutalne, ale one nie muszą być skuteczne i po prostu pewnych mediów nie należy słuchać, bo po co dać sobie wmawiać różne bzdury.
– Panie Profesorze, Europa jest objęta falą emigracji ludności z Azji, Afryki, z Bliskiego Wschodu. Jak Pan ocenia szanse przetrwania kultury europejskiej, dziedzictwa łacińskiej kultury?
– Cała ta sytuacja z imigracją jest wyraźnie wyreżyserowana i zachodzi pytanie, po co oni to robią? Bo że są jakieś środowiska, które z tego korzystają, to wiadomo. Można powiedzieć, że korzystają handlarze ludźmi, bo przecież i trzeba to nagłośnić, i do tych ludzi dotrzeć, i ubrać, trzeba im łódki przygotować. To są potężne operacje, które wymagają potężnych nakładów, ale też przynoszą komuś zyski.
To nie jest tak, że Syryjczyk nagle się obudził, wstał od ogniska i poleciał, żeby przypłynąć do nas. Ktoś tych ludzi nakręcił do tego stopnia, żeby oni z całą determinacją opuścili swoją ojczyznę. Pewnie, że są kraje, gdzie jest lepiej, ale czy to jest powód, żeby opuszczać ojczyznę? A jeśli jest źle, to trzeba szukać pomocy, walczyć o nią.
Jest jeszcze druga strona medalu, to są te metody socjalizmu – kreuje się walkę klas i w ramach tej walki klas dawniej konfrontowało się ze sobą przede wszystkim chłopów ze szlachtą i robotników z mieszczaństwem, tym bogatszym, burżuazją, po to żeby się nawzajem wyniszczyli, żeby społeczeństwo zachodnie się wyniszczyło. Natomiast w tej chwili widać, że oni chcą tak nasycić państwa europejskie emigrantami z kompletnie obcych kultur, żeby to społeczeństwo zachodnie po prostu zginęło, żeby go nie było.
No bo to można jeszcze przyjąć sto tysięcy, ale ich tam jest sto milionów, no i co? No to wiadomo, że zaleją wszystko kompletnie i nikt tego nie udźwignie. Więc to jest gra i na uczuciach, i na współczuciu, ale wyraźnie widać, że chodzi o to…
Ponieważ ta warstwa biedna w Europie, chłopów czy robotników, dorabiając się dzięki wysokiej kulturze pracy; u nas jest bardzo wysoka kultura pracy. Byłem w Afryce, to co tam robią mężczyźni, to siedzą, piją piwo i dyskutują, potem przejdą się kawałek i znowu siedzą i piją piwo. Pracuje, rodzi, wychowuje kobieta – jak daleko można zajść z taką kulturą pracy w porównaniu z kulturą pracy, jaka została wytworzona na Zachodzie? Wracając do tego wątku, że taki europejski chłop czy robotnik w momencie, kiedy stał się podmiotem pracy, a nie był niewolnikiem, czyli mógł na siebie i na swoją rodzinę pracować, to on wcześniej czy później był zadowolony z tego, że jest właśnie taki ustrój, a nie inny.
Natomiast w momencie, kiedy Europa zostanie najechana przez zupełnie inny rodzaj kultury pracy, niewspółmierny do kultury pracy na Zachodzie, to będą grabić, grabić, aż wszystko przejedzą, przegrabią i nic nie będzie, będzie jedna wielka bieda.
– Czemu Europa się nie broni?
– W Europie w tej chwili u władzy są socjaliści, a socjaliści nie są Europejczykami, bo to są Azjaci przecież, tylko poprzebierani w garnitury europejskie. Ich mentalność jest stadna, jest to mentalność ludzi pozbawionych podstawowych zasad moralnych, są to ateiści, którzy z pasją niszczą tradycyjną religię, demoralizują młodzież.
Przecież to wszystko to tylko jak ich tak kosmetycznie jakoś ubarwią, to przypominają człowieka Zachodu, ale oni w gruncie rzeczy nie są ludźmi Zachodu, bo na Zachód składa się asymilacja kultury greckiej klasycznej, rzymskiej, potem chrześcijańskiej. To jest człowiek Zachodu, a nie socjalista, który ma dziesiątą żonę i propaguje różne formy antykultury śmierci, czyli propaguje aborcję, eutanazję i tego typu rzeczy.
– Czy jest szansa na odrodzenie, a jeśli tak, to gdzie, skoro rządzą, jak Pan Profesor powiedział, socjaliści, skoro we Francji burzy się kościoły, kiedy sam Kościół jest atakowany od wewnątrz? Czy nie jesteśmy świadkami upadającego kontynentu?
– Upadek jest duży. To widać po tym, że teraz kryzys objął Unię Europejską, jej struktury, jej cele, właściwie nie ma przywódców, to samozwańcy tak naprawdę.
– Kto rządzi?
– O to chodzi. Na tyle, na ile możemy powiedzieć, to są jakieś formy ideologii socjalizmu. Więcej co można powiedzieć? Wiadomo, że pewna decyzyjność jest owiana tajemnicą, bo przecież nie jesteśmy zapraszani na ich spotkania, jak oni dyskutują i decydują.
– Mówi Pan o masonach, o…
– Nie wiem, różnie może być. Nawet jak coś się powie, to i tak to jest niesprawdzalne, więc co to da? Sprawdzalne są metody działania.
– To co widać?
– Tak. I teraz na pewno oni się boją tego, że się ujawnia pewne rzeczy. Tak jak w Polsce zmiana rządu i parlamentu nastąpiła dzięki temu, że pewne rzeczy zostały ujawnione. Gdyby nie ujawnienie tego, co myślą i mówili wówczas członkowie rządu czy osoby postawione wysoko w danym układzie…
– Mówi Pan o aferze podsłuchowej?
– Między innymi. To dopiero jakoś do ludzi dotarło, że są po prostu w rękach ludzi nieodpowiedzialnych za państwo, tylko wyłącznie za swoje interesy.
Można powiedzieć, że te społeczeństwa zachodnie się w jakiejś mierze budzą, tylko tam jest problem, że to są społeczeństwa postchrześcijańskie. Społeczeństwa te straciły to, co było podstawą tożsamości cywilizacyjnej, czyli straciły chrześcijaństwo, straciły wiarę.
Jak się nie odbuduje wiary, to się nic nie zbuduje. Najwyżej będą partykularne grupy tzw. nacjonalistyczne, które w zderzeniu z międzynarodówką socjalistyczną nie mają szans. Dlatego też strategia tej międzynarodówki polega na tym, żeby wciskać opozycję w narożnik nacjonalizmu.
– Etykietować jako faszyzm, nacjonalizm?
– Że jak to jest nacjonalizm, to jest to ideologia tylko tej grupy. – Co wspólnego ma nacjonalizm załóżmy francuski z nacjonalizmem niemieckim? No nic. Każdy na siebie będzie grał, a w skali większości potrzebnej do wygrania większej puli, już na początku skazują się na przegraną. Z kolei socjaliści zawłaszczyli nazwę chrześcijaństwo, bo przecież to są tak zwani chadecy. A co oni mają wspólnego z chadecją, jak oni naruszają wszystkie zasady Dekalogu? Nic! Ale zajęli scenę polityczną chrześcijańskich demokratów. Dzięki tej nazwie blokują powstanie autentycznej chadecji, która by dążyła do tego, żeby w ramach demokracji bronić właśnie wartości chrześcijańskich.
– Czy częścią tej nowej rewolucji jest operacja na języku, zmiana pojęć?
– Operacja na języku i zmiana pojęć to jest stały repertuar. On jest skuteczny wtedy, kiedy społeczeństwo jest coraz mniej wyedukowane, zwłaszcza gdy chodzi o kulturę klasyczną, w tym języki klasyczne, takie jak greka i łacina. Dlaczego oni wyrzucili grekę i łacinę albo redukują (u nas to już dawno nie ma)? Dlatego że wprowadza się słowa pochodzenia łacińskiego lub greckiego, które mają dla ludzi znaczenie wyłącznie emocjonalne lub negatywne, jak słowo faszyzm.
Faszyzm jest słowem, które jest emocjonalnie mocne, negatywnie nacechowane. Jak się powie „ty faszysto!”. Ale przecież ani jeden, ani drugi nie rozumie, co słowo znaczy. A w tym słowie nie ma nic złego od strony semantycznej. Tak że istotnym elementem tej inżynierii społecznej jest utrzymywanie społeczeństwa na poziomie bardzo płytkiej edukacji.
– Jak mówimy o globalizmie, globalnej rewolucji, jak Pan, Panie Profesorze, ocenia możliwość sanacji w Stanach Zjednoczonych pod rządami nowej administracji? Czy to jest szansa, czy to jest to samo środowisko rozpisane na inne głosy?
– To jest skomplikowana sprawa, ja nie znam tak dokładnie tej sytuacji. Na tyle, na ile znam, to wiem, że tu jest wielka różnorodność orientacji politycznych, i kulturowych, i cywilizacyjnych. Jest sporo grup bardzo zdrowych, moralnie również, jeśli chodzi o podejście do spraw społecznych. Może nawet zdrowszych niż w Europie Zachodniej. Ale trzeba być roztropnym, dlatego że tak jak Trump obiecywał, że nie będzie wiz dla Polaków, no i są te wizy. Więc jest kwestia, do jakiego stopnia co było prawdą, a co było tylko grą polityczną. A przy tym znowu jak to w polityce, trzeba patrzeć, mając uwagi do różnych kandydatów itd. Przynajmniej pewne sektory życia zostaną odblokowane. Stanowisko prezydenta to nie jest stanowisko świętego po kanonizacji, tylko to są ludzie, którzy działają w pewnych realiach jakiegoś układu sił i mogą tyle, ile mogą.
Pewnych rzeczy nie mogą, bo nie są wszechmocni, mogą mieć skrępowane ręce. W każdym razie na pewno jest to szansa i jeśli Ameryka by z tego nie skorzystała, to będzie jej trudno, bo proces rozwalania Ameryki już się zaczął. Ameryka popadła w taki kryzys, że pojawiało się pytanie, po co tam w ogóle być w tej Ameryce? Dolar słaby, pracy nie ma, to po co tam siedzieć? Jednak udało się odbić od tego dołka. A wiele zależy od ludzi, od ludzkiej aktywności, bo przecież są pola życia, zwłaszcza na poziomie samorządów czy stanów, które mają dużą autonomię, żeby pewne rzeczy uzdrowić, ale bez moralności nie ma uzdrowienia. Musi być jednak jakiś idealizm, jakaś idea musi być, po co my żyjemy w tym jednym państwie, skoro należymy do zupełnie innych tradycji, do innych kultur, po co razem jesteśmy.
– Dzisiaj jest Dzień Polonii. Jak Pan, Panie Profesorze, widzi rolę Polonii, Polaków mieszkających poza granicami Polski? To są miliony, ktoś powiedział kiedyś, że Polacy są najbardziej rozproszonym narodem. Jak budować wspólnotę narodową ponad granicami?
– Przede wszystkim chodzi o to, Polonia jest jakby odwrotnością narodu, który jest w ojczyźnie, w tym sensie, że naród w ojczyźnie jest skupiony, natomiast Polonia z istoty swej jest rozproszona. To, że nazwie się to Polonią, to jeszcze z tego nic nie musi wynikać, bo jest wiele wątków, które tych ludzi ze sobą w ogóle nie łączą.
Trzeba byłoby uświadomić sobie, że odpowiedzialności za ojczyznę i naród nikt z tych ludzi nie zdjął. Niezależnie od tego gdzie oni są, obowiązuje ich czwarte przykazanie. Sposób, w jaki będą to robić, zależy od indywidualnej sytuacji. Ale nie ma czegoś takiego, że ja uciekłem, wyjechałem, co mnie tam obchodzi Polska. Tak to można całe życie uciekać.
Polacy należący do Polonii, muszą uświadomić sobie, że ich ojczyzną jest Polska, a nie żaden inny kraj czy inne państwo. Na ojczyznę składa się ziemia – polska ziemia jest w Polsce – i ciąg pokoleń, na które składa się naród, i to wszystko jest w Polsce. I już nowych ojczyzn i nowych narodów nie będzie, już ten czas tworzenia się narodów minął, już nie będzie nowych narodów. Mogą tylko stare zginąć, a nowych nie będzie.
Jeśli Polacy mieliby takie przekonanie, to wówczas łatwiej im się porozumieć dla podjęcia wspólnych działań. Bo nie muszą sobie ciągle tłumaczyć i udowadniać, że są czy nie są Polakami. Tu jest właśnie problem. Polonia nie ma swojego przywódcy ideowego, który byłby dla niej odniesieniem, i nie ma swoich elit, które pomogłyby Polakom uświadomić sobie te relacje, jakie zachodzą między Polską a nowym państwem i narodem polskim, a innymi narodami. Nikt im tego nie wyjaśnił, nikt im tego nie uporządkował, nikt nie określił zakresu odpowiedzialności, więc każdy to bierze na swój rozum. Ale to jest za mało, więc trzeba by to tu w miarę krótko i jasno pokazać, taki dekalog Polaka imigranta.
To byłoby szalenie ważne, żeby to opracować, tak żeby wszystkie stowarzyszenia polskie, kluby, kongresy, żeby to się nie sprowadzało do tego, że jest prezes, dwóch wiceprezesów, trzy sekretarki i Bob w chevrolecie i wielki kongres.
Tutaj potrzebny jest dekalog Polaka imigranta, który pomógłby właśnie tej Polonii integrować się w warunkach, w jakich jest, bo te warunki to może być nawet odległość, trudno się spotykać co drugi dzień, jak się mieszka trzy godziny jazdy samochodem od siebie.
Wiadomo, że jednak pierwszym motywem pobytu na emigracji są warunki ekonomiczne, co będziemy się oszukiwać. I w większości wypadków to był powód główny, i teraz jest to powód, bo Polska jest niepodległa, są wybory itd., więc jeżeli ludzie siedzą za granicą, jest to powód ekonomiczny. Ale mogą być inne powody, mogą być takie, że mają dzieci, i te dzieci już nie chcą się polonizować.
– Wnuki.
– Tak, jeszcze wnuki. I to wszystko spada na człowieka, wnuki po polsku nie mówią. To człowiek sobie gotuje sam, nie wie co potem. Wzruszy się emocjonalnie, ale to wszystko się porozrywało, te więzy rodzinne, rodowe, narodowe, pomieszane, poplątane. I nie wiadomo, co robić.
– Kto taki dekalog miałby ułożyć?
– Kto o tym myśli, kto się tym przejmuje, niech pisze. I potem rzuca się w świat i to się wydziela wśród ludzi. Jeżeli zostanie trafione, to zostanie przyjęte. To nie jest decyzja administracyjna, tylko ktoś, kto żyje tym, widzi sytuację i widzi, jak ludzie się męczą nawet przeżywają. Pomóc im się odnaleźć, takie proste zasady. Zasady, które by dotarły i do dorosłych, i do dzieci zwłaszcza, w szkołach polonijnych, sobotnich, innych, jakie są. Ale żeby tym ludziom uświadomić, kim oni są, bo później to jest taka schizofrenia, on już nie wie, kim on jest, czy on jest Chińczykiem, czy Polakiem, czy Amerykaninem. To jest straszny stan, straszliwy zupełnie.
Bardzo ważne jest, żeby pomóc Polakom emigrantom określić się, kim są i jakie posiadają obowiązki. Ale to już jest myślenie w kategoriach ludzi wolnych, a nie tylko tych, którzy walczą o to, żeby nie być zatopionym, a niestety znam takie przypadki, że jest to walka o przetrwanie i wtedy trudno moralizować i rad mu udzielać, jak on po prostu już tchu nie może złapać.
Muzeum w Hong Kongu. Zdjęcie z protestów 4 czerwca Źródło: PAP / ALEX HOFFORD
Masakra na placu Tian’anmen, kiedy, jak przyznano później, „czołgi rozjeżdżały ludzi na ciasto”, to wydarzenia, do jakich doszło na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie 4 czerwca 1989 roku. W chińskiej historiografii tragedię tę określa się jako „incydent” lub „zawirowania polityczne”. To, co działo się na Placu Tian’anmen pozostaje w Chinach cały czas tematem tabu.
Po śmierci Mao Zedonga Chiny odrzuciły bezsensowną rewolucje kulturalną i zdecydowały się pójść w stronę reform. Jednak pomimo tego, że państwo rozwijało się gospodarczo, był to wciąż kraj komunistyczny, gdzie panowały niezwykle surowe prawa, a ludziom nie wolno było samodzielnie myśleć i wychylać się przed szereg. Każdy, kto okazywał zbyt dużo odwagi albo, co gorsza, domagał się wolności, był surowo karany.
Protesty
17 kwietnia 1989 roku na Placu Niebiańskiego Spokoju (Tian’anmen) w Pekinie odbyła się manifestacja ku pamięci Hu Yaobanga, sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin, który zmarł dwa dni wcześniej. Yaobang uznawany był za człowieka skłonnego do głębszych reform państwa. Jego śmierć przekreślała nadzieję na demokratyzację państwa.
Protesty zostały zorganizowane przez studentów, do których wkrótce dołączyli robotnicy. W ciągu kolejnych tygodni na Placu Tian’anmen gromadziły się mniejsze lub większe manifestacje. Ludzie domagali się reform oraz ukrócenia korupcji w szeregach KPCh.
Czołgi na ulicach Pekinu. Zdjęcie wykonane przez amerykańskiego dyplomatę w lipcu 1989 roku / Źródło: Wikimedia Commons
13 maja rozpoczął się strajk głodowy, w którym wzięło udział kilka tysięcy osób. Manifestacje coraz liczniej gromadziły się na Placu, okupowały go. Strajki rozlały się ponadto na wiele chińskich miast.
W tym czasie do Pekinu przybyć miał przywódca ZSRS Michaił Gorbaczow. Jego powitanie miało odbyć się na Placu Tian’anmen, jednak z powodu zablokowania go przez protestujących, pierwsza oficjalna część wizyty odbyła się na lotnisku. Choć podczas wizyty Gorbaczowa nie doszło do żadnych incydentów, dla władz chińskich był to dogodny pretekst, aby wprowadzić wówczas do stolicy 250 tysięcy wojska. To jeszcze bardziej zmobilizowało Chińczyków. Do końca maja na Placu Tian’anmen gromadziło się każdego dnia około milion osób.
Sekretarz generalny KPCh Zhao Ziyang, który przejął władzę po zmarłym Hu Yaobangu wydawał się skłonny do ustępstw i chciał porozumienia ze strajkującymi. Ziyang miał poparcie niektórych członków KPCh, lecz ostatecznie przeważyło stronnictwo, które jedyne rozwiązanie widziało w stłumieniu protestów. Obóz „jastrzębi” poparł ponadto sam przywódca ChRL Deng Xiaoping, który 19 maja spotkał się z protestującymi – odmówili oni jednak zakończenia protestu.
Masakra na placu Tian’anmen
20 maja w Pekinie wprowadzony został stan wyjątkowy. Do pierwszych starć pomiędzy wiecującymi cywilami a wojskiem doszło w nocy z 3 na 4 czerwca. Obyło się bez ofiar. Zgromadzeni na Placu Niebiańskiego Spokoju ludzie nie zamierzali się jednak poddawać i nie opuszczali miejsca zgromadzenia.
Władze Chin postanowiły rozwiązać problem w najbardziej brutalny z możliwych sposobów. 4 czerwca na Plac Tian’anmen wjechały czołgi i wkroczyło więcej wojska. Żołnierze otrzymali rozkaz otwarcia ognia do protestujących ludzi. Doszło do walk. Protestujący próbowali się bronić, lecz nie mieli szans z ostrą amunicją. Kiedy żołnierze zaczęli strzelać do ludzi z broni maszynowej, wiele osób próbowało uciec.
Wtedy na Plac Tian’anmen wjechały czołgi i zaczęły rozjeżdżać uciekających demonstrantów. Pacyfikacja zgromadzeń trwała wiele godzin i zakończyła się dopiero kolejnego dnia.
Hongkong – czuwanie w intencji ofiar masakry na placu Tiananmen
Dokładny przebieg wydarzeń oraz liczba ofiar nie są znane z powodu cenzury, jaką władze Chin wprowadziły. Jednak według dokumentu odtajnionego w 2017 roku przez National Archives w Londynie, w czasie masakry na Placu Tian’anmen zginęło aż 10 tysięcy ludzi. Jest to dużo większa liczba, niż wcześniej przypuszczano. Chińskie władze od początku twierdziły natomiast, że w czasie walk zginęło zaledwie 241 osób, w tym żołnierze.
Odtajniony dokument, w którym przytoczono podobno słowa jednego z członków chińskiej Rady Państwa, mówił, że czołgi zostały użyte przez władze Chin umyślnie. Ponadto żołnierze mieli rozkaz wielokrotnego przejeżdżania po ciałach, aby „zrobić z nich ciasto”. Po masakrze szczątki zabitych były zbierane z Placu przez buldożery, a następnie palone.
Jednym z najbardziej przejmujących obrazów masakry na Placu Tian’anmen jest fotografia wykonana przez Jeffa Widenera z Associated Press, na której widoczny jest mężczyzna (jego tożsamość do dziś pozostaje nieznana), który samotnie próbuje zagrodzić drogę kolumnie czołgów.
Wiele osób po protestach na Placu Tian’anmen zostało aresztowanych. Niektórzy siedzą w więzieniach do tej pory. W 2019 roku, w 30. rocznicę, pomimo zakazu władz, liczni mieszkańcy Pekinu zgromadzili się na Placu Tian’anmen dla upamiętnienie ofiar masakry z 1989 roku.
O raporcie „Rozwój systemu oceny wiarygodności społecznej w ChRL”, obozach reedukacyjnych i geopolityce opowiada Alicja Bachulska z Ośrodka Badań Azji Centrum Badań nad Bezpieczeństwem Akademii Sztuki Wojennej.
Alicja Bachulska
Pracuje jako analityczka ds. polityki Chin w Ośrodku Badań Azji Akademii Sztuki Wojennej w Warszawie. Jest również doktorantką w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz koordynatorką na Polskę międzynarodowego projektu ChinfluenCE (https://www.chinfluence.eu) badającego chińskie wpływy w Europie Środkowo-Wschodniej. Studiowała w Wielkiej Brytanii (School of Oriental and African Studies, Uniwersytet Londyński) i w Chinach (Beijing Normal University i Uniwersytet Fudan).
===========================================
Gdyby Alfred Hitchcock chciał nakręcić film na podstawie Pani raportu to od czego powinien zacząć?
Od sceny z panem Wangiem (takim chińskim Kowalskim), który jest przeciętnym obywatelem wykonującym przez całe życie zadania, których był nauczony zarówno przez rodziców, jak i w szkole.
I ten pan Wang pewnego dnia popełnia zwykły, ludzki błąd, który warunkuje jego przyszłość. Przykładowo wychodzi z domu w piżamie (takie chińskie przyzwyczajenie, ostatnio coraz częściej piętnowane przez władze) i przechodzi przez ulicę na czerwonym świetle, bo uświadamia sobie, że może warto jednak byłoby wrócić i się przebrać. Pod wpływem emocji podejmuje błędną decyzję, która jest natychmiastowo wyłapana przez system (kamery rozpoznające twarze połączone z bazami danych uaktualnianymi w czasie rzeczywistym), co skutkuje obniżoną oceną pana Wanga. Ocena ta warunkuje jego kolejne wybory życiowe, w tym wypadku ogranicza je w związku z wykrytym niepożądanym zachowaniem.
Warto tutaj podkreślić, że film Alfreda Hitchcocka o systemie oceny wiarygodności społecznej w Chinach nie byłby dokumentem – byłby filmem odwołującym się do skrajnych emocji, głównie strachu. A więc ta scena nie odzwierciedla obecnej sytuacji w Chinach, lecz jest jej wyolbrzymieniem. Taki wszechogarniający system oceniający każdego pana Wanga przechodzącego w piżamie przez ulicę na czerwonym świetle jeszcze nie istnieje, ale chińskie władze są na dobrej drodze, żeby tę wizję urzeczywistnić.
Czym więc jest system oceny wiarygodności społecznej w Chinach?
Ten system jest formą innowacji, która ma usprawnić zarządzanie społeczne w Chinach w duchu zgodnym z interesami głównej grupy rządzącej, czyli Komunistycznej Partii Chin (KPCh).
Samo pojęcie innowacji jest nacechowane normatywnie, a cele innowacji technologicznych i przyświecające im wartości są definiowane w zależności od kontekstu kulturowego, ustroju politycznego czy od dominującego systemu gospodarczego. Powstający w Chinach system jest częściowo pokłosiem reform zapoczątkowanych po śmierci Mao, kiedy rządy przejął Deng Xiaoping. Kraj otworzył się gospodarczo, doszło do decentralizacji administracyjnej i fiskalnej, jednak próby reform politycznych i liberalizacji pozostały ograniczone. W perspektywie czterech dekad doprowadziło to do powstania złożonego środowiska społeczno-gospodarczego. Zarządzanie tą złożonością stanowi coraz większe wyzwanie dla KPCh, dla której utrzymanie stabilności społecznej jest jednym z gwarantów zachowania władzy. Chińskie władze zdały sobie sprawę, że potrzebują nowych narzędzi do kontrolowania coraz bardziej zróżnicowanego społeczeństwa. Rozwój technologiczny dał KPCh te narzędzia, nad których użyciem obecnie eksperymentuje się w Chinach, m.in. pod postacią systemów oceny wiarygodności społecznej. Należy podkreślić, że obecnie nie istnieje jeden, scentralizowany system tego rodzaju, ale wiele lokalnych programów pilotażowych skupiających się na różnych obszarach: sferze gospodarczej, normatywnej i społecznej oraz politycznej.
Normatywna to jaka?
Normatywna, czyli związana z wartościami promowanymi przez KPCh wśród chińskiego społeczeństwa. Wartości te są arbitralnie definiowane przez władze. Odnoszą się do przymiotów „idealnych obywateli”, czyli takich, którzy działają zgodnie z interesem rządzących. Ten element powstających systemów ma związek z tzw. „edukacją moralną”, czyli promocją określonych ideałów i wartości w kampaniach politycznych na masową skalę. Kampanie tego rodzaju są stałym elementem chińskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, a ich korzenie sięgają końca dynastii Qing, czyli początku XX wieku.
W Chinach mamy do czynienia z trzema typami systemów.
Pierwszy to systemy oceniające zachowania rynkowe i konsumenckie ludzi. Tworzone są przez prywatne podmioty, które uzyskały na to zgodę rządu centralnego i działają w dużym uproszczeniu jak programy lojalnościowe. Drugi typ to systemy rozwijane przez organy partyjno-rządowe na poziomie lokalnym, czyli w poszczególnych prowincjach, miastach czy wsiach. Trzeci typ to systemy na poziomie centralnym oceniające przedsiębiorstwa.
Motywem przewodnim łączącym te wszystkie typy systemów jest pojęcie wiarygodności. W anglojęzycznej i polskojęzycznej publicystyce systemy te są często błędnie przedstawiane jako „systemy kredytu”. Ma to związek z podwójnym znaczeniem chińskiego pojęcia „xinyong”, używanego do ich opisu w języku mandaryńskim. Słowo to po angielsku można przetłumaczyć jako „credit”, czyli kredyt w sensie finansowym. Po chińsku jednak pojęcie to odnosi się w dużej mierze do zaufania, jak w polskim wyrażeniu „kredyt zaufania”. Nieprecyzyjne tłumaczenie doprowadziło np. do błędnej percepcji, że wszystkie rozwijane obecnie w Chinach systemy oceniają jednostki i podmioty na rynku w sposób numeryczny, jak w przypadku wielu zachodnich systemów oceny wiarygodności kredytowej, np. amerykańskiego FICO – najpopularniejszego systemu tego rodzaju w USA.
A więc jakie powinno być prawidłowe tłumaczenie?
System oceny wiarygodności społecznej, bo element zaufania do ludzi i instytucji jest tutaj kluczowy.
Czy ten system jest pomysłem władz na niski kapitał społeczny, niskie zaufanie obywateli do siebie nawzajem?
Ten problem to zdecydowanie jedna z bolączek chińskiego społeczeństwa i władz. Chodzi nie tylko o niskie zaufanie obywateli do siebie nawzajem, ale również do instytucji, przedsiębiorstw czy administracji publicznej. W tym kontekście systemy oceny są oczywiście próbą inżynierii społecznej, opartą na założeniu, że zaufanie społeczne można zbudować odgórnie, a zachowania i przekonania ludzi można kształtować w scentralizowany sposób. Pomysły tego rodzaju nie są nowością w Chinach, gdzie inżynieria społeczna była narzędziem władz nie tylko pod rządami KPCh.
Duża część historii modernizacji kraju to opowieść o rywalizacji sił politycznych, które chciały kształtować chiński naród w duchu darwinizmu społecznego. Przed powstaniem ChRL w 1949 r. zarówno chińscy nacjonaliści, jak i komuniści wdrażali na masową skalę kampanie służące powstaniu „nowego człowieka” i nowych Chin – oczywiście pod odmiennymi sztandarami, ale wiara części elit w moc inżynierii społecznej jako „nowoczesnego”, pozytywistycznego narzędzia była w Chinach obecna przynajmniej od stulecia. Warto tu zaznaczyć, że zbiorowy lęk przed chaosem jest jednym z motywów przewodnich obecnych w chińskiej debacie publicznej od okresu późnej dynastii Qing (XIX wiek) aż do współczesności. Niezależnie od tego, która siła polityczna w danym momencie dominowała w Chinach, jednym z motywów przewodnich w debacie publicznej było przeciwdziałanie chaosowi, przedstawianemu jako źródło chińskich niepowodzeń i słabości w przestrzeni międzynarodowej.
Również teraz motyw zagrożenia związanego z chaosem jest obecny w chińskiej debacie publicznej.
Propaganda KPCh zwykle utożsamia jego widmo z demokracją, której potencjalne wprowadzenie w Chinach rzekomo doprowadziłoby do rozkładu państwa. W ten sposób władze usprawiedliwiają również wprowadzanie rozwiązań, np. technologicznych, ograniczających wolność osobistą i jednocześnie konsolidujących jednowładztwo elit rządzących.
Badania wskazują, że zaufanie społeczne do rządu centralnego jest w Chinach wyższe niż zaufanie do rządu lokalnego. Stoi to w opozycji do spostrzeżeń badaczy państw demokratycznych, gdzie społeczeństwo deklaruje większą ufność wobec rządów lokalnych. Możemy oczywiście zadać sobie pytanie, skąd się to bierze i czy ma związek ze znieczulicą społeczną, o której w ChRL dużo się mówi. Przykładowo w ostatnich latach w chińskich miastach miała miejsce plaga pozorowanych wypadków drogowych z udziałem przypadkowych osób, od których oszuści starali się wyłudzić wysokie odszkodowania. Istnieją nawet specjalne ubezpieczenia od takich zdarzeń.
Odzwierciedla to w dużej mierze dysfunkcyjność instytucjonalną całego chińskiego systemu, w którym nie istnieje np. ogólnodostępna opieka zdrowotna, a ludzie bez pieniędzy są często pozostawieni sami sobie w sytuacjach kryzysowych. Brak przejrzystości procedur i słabe egzekwowanie prawa przez wiele lat doprowadziło również do powstania środowiska podatnego na skandale, np. związane z produkcją i dystrybucją skażonej żywności czy piramidami finansowymi. Wszystko to dzieje się w szarej strefie na styku biznesu, polityki i zwykłych relacji międzyludzkich. Nagłaśniane przez media skandale, w szczególności w dobie internetu i mediów społecznościowych, potęgują wśród ludzi poczucie zagrożenia i niepewności. W takim właśnie środowisku KPCh podjęła się karkołomnego zadania odgórnej budowy zaufania społecznego. Odpowiedź na pytanie, czy jest to w ogóle wykonalne, pozostaje otwarta.
A czego w tym systemie się oczekuje od obywateli?
W pewnym sensie sprowadza się to wszystko do posłuszeństwa. Jeśli założymy, że głównym celem systemów oceny jest lepsze egzekwowanie prawa, to cała idea nagle wydaje się mniej kontrowersyjna. Jednakże w Chinach mamy do czynienia z tzw. „rządami prawem”, a nie „rządami prawa”. Oznacza to, że interes partii rządzącej jest zawsze stawiany ponad literą prawa, które samo w sobie jest również pisane w celu konsolidacji całego systemu politycznego stworzonego przez KPCh. Tym samym ciężko uwierzyć, że systemy oceny wiarygodności społecznej będą obiektywnym narzędziem egzekwowania prawa.
Czy ten system może być użyty na potrzeby polityczne?
Obecnie w tym względzie pozostajemy w sferze domysłów. Chiny pod rządami Xi Jinpinga charakteryzuje recentralizacja władzy. Stopniowa eliminacja oponentów politycznych i likwidacja wcześniejszych mechanizmów kolektywnego zarządzania pozwoliła Xi na konsolidację władzy na niespotykaną w ciągu ostatnich czterech dekad skalę. Ruchy te były podejmowane pod hasłem walki z korupcją i frakcyjnością. Według oficjalnej retoryki powstające systemy oceny wiarygodności społecznej mają również pełnić funkcję antykorupcyjną. Można tutaj oczywiście dopatrywać się motywacji stricte politycznych, np. pod postacią chęci świadomego nadużywania systemów oceny w celu karania niepokornych jednostek czy rywali wewnątrzpartyjnych.
Jaki jest najgorszy z możliwych scenariuszy?
Przeniesienie pewnych rozwiązań rozwijanych lokalnie na poziom ogólnokrajowy, czy wręcz ich eksport poza granice ChRL. Chodzi tu m.in. o technologie używane do celów bezpośredniej inwigilacji czy dyskryminacji, które rozwijane są na masową skalę w pewnych regionach Chin, np. w Xinjiangu.
Wdrażanie takich technologii na masową skalę w Chinach stanowi symboliczny koniec zachodnich marzeń o liberalizacji kraju wraz z jego rozwojem gospodarczym. Ostatnie dekady pokazały, że otwarcie na świat niekoniecznie skutkuje demokratyzacją, a wzrost gospodarczy nie prowadzi automatycznie do zwiększenia swobód osobistych.
Obecnie mamy raczej do czynienia z rosnącą potęgą posiadającą narzędzia i wiedzę niezbędną do masowej kontroli ludności na niespotykaną dotychczas skalę. I chociaż systemy oceny wiarygodności społecznej obecnie nie są jeszcze „orwellowskim koszmarem”, mają ku temu potencjał.
Pozwoli to chyba też wygrać z drugim hegemonem. Czy ten drugi hegemon nie robi już tego dzisiaj, wykorzystując zbiory danych, które zbierają Google, Amazon, Facebook i Apple?
W pewny sensie tak, ale w systemach demokratycznych w dalszym ciągu mamy narzędzia pozwalające nagłaśniać nadużycia związane z nieuprawnionym korzystaniem z danych osobowych. Prawdopodobnie o wielu takich nadużyciach nie wiemy, ale możemy o wykrytych przypadkach otwarcie debatować i zastanawiać się, jak im przeciwdziałać. Natomiast w Chinach i innych państwach autorytarnych taka debata nie będzie w ogóle miała miejsca, a nowe technologie pozwolą na jeszcze sprawniejszą cenzurę, niedługo być może w czasie rzeczywistym. Tym samym wszelkie dyskusje na kontrowersyjne tematy będą tłumione w zarodku. Jednocześnie warto podkreślić, że zarówno w państwach demokratycznych, jak i autorytarnych ludzie w wielu obszarach dobrowolnie lub nieświadomie zrzekają się części prywatności na rzecz wygody. Technologie ułatwiają nam życie i rzadko myślimy o tym, że korzystanie z nich może stanowić dla nas potencjalne zagrożenie. Kiedy wszystko dostępne jest za jednym kliknięciem, kwestie nadużyć są wypierane i traktowane jako mało prawdopodobny scenariusz, który przydarza się innym, ale nie nam. Do protestowania też mamy mniej zapału, bo żyje nam się wygodnie.
Z jednej strony dziś możemy w Polsce protestować, ale z drugiej strony treści niepoprawne politycznie są cenzurowane. Przykładem może być chociażby Facebook, który obcina zasięgi, albo wręcz odmawia przyjęcia reklamy, która popularyzuje ważny społecznie temat. W ubiegłym roku Instytut Spraw Obywatelskich chciał zapłacić FB za reklamę petycji #STOPsmog5G, ale korporacja nie przyjęła tego zlecenia…
Definicja cenzury jest płynna, jednakże jak wcześniej wspomniałam, w Polsce możemy o tym otwarcie dyskutować. Ograniczania wolności wypowiedzi podlegają otwartej debacie publicznej, co sprawia, że ewentualna cenzura nie jest całkowicie arbitralna. Mamy świadomość kontrowersyjności pewnych tematów i możemy wysłuchać wielu głosów czy opinii. Natomiast w Chinach arbitralne decyzje na poziomie centralnym skutkują całkowitym usunięciem pewnych kwestii z debaty publicznej. Jednocześnie cenzurowane tematy podlegają nieustannej ewolucji wraz ze zmieniającą się sytuacją społeczno-polityczną w państwie. Przykładowo jednego dnia Kubuś Puchatek (czyli karykatura przewodniczącego Xi) jest na cenzurowanym, innego dnia już nie. Chińscy internauci są bardzo kreatywni, jeśli chodzi o obchodzenie mechanizmów cenzury, lecz wola Pekinu w kwestii kontrolowania dyskusji jest niezachwiana, a nowe technologie usprawniają odgórne mechanizmy prewencji i kontroli.
W Pani raporcie pojawia się wątek czarnych i czerwonych list. Co to za listy?
Czarne listy wyszczególniają osoby, które popełniły pewne wykroczenia i są w ten sposób publicznie piętnowane. Czerwone przedstawiają osoby o „nienagannej postawie moralnej”, czyli np. nowoczesnych „przodowników pracy”. Przymioty tych modelowych obywateli nagradzanych na czerwonych listach są definiowane przez KPCh.
Czarne listy mają bezpośredni związek z wyrokami sądowymi i osobami, które nie honorują tych wyroków. Umieszczenie nazwiska na czarnej liście nie jest efektem niskiej oceny w danym systemie, jak niekiedy przedstawiają to media, ale złamania prawa. Przykładem jest słynny nagłówek o 23 mln Chińczyków, którzy w 2018 roku nie mogli kupić biletów na samoloty i koleje szybkich prędkości. Osoby te dopuściły się np. bójek w środkach lokomocji i zostały ukarane ograniczeniem dostępu do transportu uznawanego w Chinach za luksusowy. Oczywiście rozwiązania takie są niesamowicie dyskryminujące i stygmatyzujące, podkreślają również różnice społeczne oraz postrzeganie konsumpcji towarów i usług uznawanych za luksusowe w kategorii przywileju, który państwo jednostce może w każdej chwili odebrać.
Ile osób jest na czarnej liście?
Nie ma jednej czarnej listy, są one sektorowe i liczba osób na nich ujętych nieustannie się zmienia. Jeśli dana jednostka ureguluje swoją sytuację prawną, może zostać z takiej listy usunięta. Obecnie na różnego rodzaju czarnych listach figurują dziesiątki milionów Chińczyków, a ich nazwiska są publicznie dostępne w internecie.
A na czerwonych?
Tego nie wiemy, czerwone listy nie są scentralizowane i upubliczniane. Są to raczej lokalne rozwiązania wpisujące się w tradycję nagradzania tzw. „modelowych obywateli”, zapoczątkowaną pod rządami Mao. Modelowi rewolucjoniści zmienili się w modelowych „kapitalistów z chińską charakterystyką”, czyli pracowite jednostki oddane „służbie ojczyźnie”. Wracamy tu znowu do motywu posłuszeństwa i egzekwowania „rządów prawem”. Czerwone listy są najbardziej symboliczne z tych wszystkich rozwiązań. Dużo większy nacisk kładzie się na kary niż na nagrody.
Zwraca Pani uwagę w tytule swojego raportu, że system wdrażany dziś w Chinach to rzeczywistość między „orwellowskim koszmarem” a „technokratyczną utopią”. Dlaczego?
Jak wskazują badania, część chińskiej klasy średniej, a w szczególności mężczyźni z dużych miast, postrzega ten system w kategorii „technokratycznej utopii”. Respondenci w sondażach deklarują wiarę, że system oceny usprawni ich codziennie funkcjonowanie, poprawi egzekwowanie prawa i ulepszy ogólną jakoś życia. Chińska klasa średnia to główny beneficjent rozwoju gospodarczego kraju. Przedsiębiorcy, komercyjna branża kreatywna czy twórcy start-upów z wielkich miast liczą na stworzenie przez państwo stabilniejszego środowiska prawnego, leży to w ich interesie. Z perspektywy rządu w Pekinie jednym z warunków sukcesu systemu oceny wiarygodności społecznej jest jego akceptacja wśród ogółu społeczeństwa. Dotychczas wydaje się ona relatywnie wysoka. Uprzywilejowane grupy wydają się postrzegać powstający system jako narzędzie rozszerzające ich swobody osobiste, głównie w obszarze konsumpcji. Najbardziej sceptyczną wobec systemu grupą społeczną są kobiety z obszarów wiejskich. Zwraca się uwagę, że to właśnie one mogą być pierwszymi ofiarami tego systemu: marginalizacja cyfrowa dotyka je najbardziej i sprawia, że tracą i tak niskie poczucie kontroli nad własnym życiem.
A „orwellowski koszmar”?
On dotyczy dziś głównie ludności mieszkającej w regionach, gdzie władze eksperymentują z wprowadzaniem masowych technik inwigilacyjnych i prewencyjnych. Chodzi tu np. o traktowanie muzułmańskiej mniejszości ujgurskiej w prowincji Xinjiang. W związku z systemową dyskryminacją Ujgurów, np. na stanowiskach publicznych i z masowym napływem dominującej w Chinach grupy etnicznej Han, napięcia w regionie zaczęły rosnąć. Poskutkowało to m.in. zamieszkami i atakami terrorystycznymi, które chińskie władze wykorzystały jako pretekst do wprowadzenia polityki represji wobec całej mniejszości ujgurskiej. Obecnie według różnych źródeł w tzw. „ośrodkach reedukacji” przebywa od jednego do trzech milionów Ujgurów, którzy poddawani są przymusowej indoktrynacji w zamkniętych ośrodkach.
Od kiedy działają te obozy? I co się w nich dzieje?
Około 2017 roku obserwatorzy zaczęli zauważać znikanie Ujgurów – zarówno przeciętnych mieszkańców Xinjiangu, jak i rozpoznawalnych ujgurskich naukowców czy artystów. W tym samym okresie na zdjęciach satelitarnych z regionu zauważono powstawanie nowego typu infrastruktury przypominającej obozy internowania. Początkowo rząd w Pekinie zaprzeczał istnieniu obozów. Wraz z coraz szerszą dokumentacją i świadectwami ze strony osób bliskich internowanym, dotyczącymi nadużyć w obozach, chiński rząd zmienił taktykę i zaczął przedstawiać cały proceder jako „program reedukacji” w celu wykorzeniania separatyzmu i ekstremizmu religijnego.
Obecnie wiemy, że w Xinjiangu chińskie władze eksperymentują m.in. z technologiami rozpoznawania twarzy wyspecjalizowanymi w profilowaniu członków określonych grup etnicznych, czy zbieraniem DNA i skanowaniem tęczówek oczu w celu stworzenia bazy danych o wszystkich mieszkańcach regionu. Potencjalne spektrum zastosowania tego typu danych przez władze pozostaje właściwie nieograniczone.
Kontrola ludności w Xinjiangu przyjęła dużo bardziej drastyczną formę w porównaniu z resztą kraju. Można domniemywać, że w sytuacji kryzysowej rząd w Pekinie byłby w stanie wdrażać podobne metody również w innych częściach Chin. Xinjiang jest więc swoistym laboratorium nowych, potencjalnie represyjnych technologii.
A czy Chińczycy nie robili tego wcześniej w Tybecie?
Można zauważyć wiele podobieństw między tym, co wcześniej działo się w Tybecie, a teraz w Xinjiangu. Co ciekawe, Chen Quanguo, czyli obecny sekretarz KPCh w Xinjiangu wcześniej przez pięć lat piastował to samo stanowisko w Tybecie. Pod jego rządami m.in. drastycznie zwiększono tam liczbę posterunków policji oraz zaczęto na masową skalę korzystać z monitoringu w miejscach publicznych w celach prewencyjnych. O sytuacji w Tybecie właściwie nikt już nie mówi. Z perspektywy Pekinu jest to sukces wizerunkowy, którego część prawdopodobnie przypisano rządom Chen Quango. Jego nazwisko notabene znajduje się w amerykańskim projekcie sankcji związanych z łamaniem praw człowieka w Xinjiangu.
W swoim raporcie podkreśla Pani, że głównym celem wdrażania systemów oceny wiarygodności społecznej jest zwielokrotnienie zysków. Dotyczy to zarówno firm na Zachodzie, jak i w Chinach.
Ta teza odnosi się do systemów oceny wiarygodności społecznej rozwijanych przez prywatne podmioty, jak np. grupa Alibaba czy Tencent. W 2015 r. osiem chińskich przedsiębiorstw otrzymało zgodę na prace nad pilotażowymi systemami oceny wiarygodności kredytowej Chińczyków. Warto podkreślić, że przez cały okres reform gospodarczych w ChRL nie udało się stworzyć scentralizowanego systemu oceny wiarygodności kredytowej obejmującego wszystkich obywateli. Żaden z programów pilotażowych zatwierdzonych w 2015 roku nie został zaakceptowany do wdrożenia na poziomie centralnym, ale poszczególne systemy stworzone na tym etapie funkcjonują w Chinach. Najczęściej opisywany jest Sesame Credit należący do Ant Financial, spółki wchodzącej w skład Grupy Alibaba. Sesame Credit analizuje zachowania rynkowe użytkowników AliPay, jednej z najpopularniejszych aplikacji obsługujących płatności mobilne na chińskim rynku. Nieupublicznione algorytmy oceniają użytkowników i przyznają im oceny. Wysoka ocena wiąże się z pewnymi udogodnieniami, jak np. bezdepozytowe wypożyczanie rowerów, czy szybsza rejestracja w hotelach współpracujących z grupą Alibaba, czy do niej należących. Niska ocena nie wiąże się z żadnymi karami, a uczestnictwo w całym systemie jest dobrowolne. Wydaje się, że główną motywacją producentów było zwielokrotnienie zysków grupy Alibaba przez stworzenie systemu zachęt do częstszego korzystania z usług firm z nią powiązanych. Systemy tego rodzaju są rozwijane na całym świecie, np. aplikacje do przewozów Uber czy Bolt prowadzą systemy oceny użytkowników, tak samo platformy takie jak Allegro, Amazon czy Ebay.
A co to znaczy, że cenzura w Chinach opiera się na partnerstwie publiczno-prywatnym?
Nie cenzura, tylko niektóre systemy oceny wiarygodności społecznej. Aparat partyjno-rządowy nie jest w stanie poradzić sobie sam ze wszystkimi wspomnianymi wcześniej problemami związanymi z zarządzaniem społecznym, dlatego też oddelegowuje część zadań prywatnym podmiotom. Przedsiębiorstwa te mają zwykle większą wiedzę, doświadczenie i moce przerobowe, aby te rozwiązania wdrożyć. Te najbardziej udane z punktu widzenia władz mają szanse na implementację również na poziomie ogólnokrajowym.
A jaką rolę mają chińskie organizacje pozarządowe?
Rządy lokalne również oddelegowują pewne zadania związane z zarządzaniem społecznym organizacjom pozarządowym. Oczywiście organizacje pozarządowe w Chinach nie są nigdy do końca pozarządowe w zachodnim rozumieniu, a przynajmniej nie te oficjalnie zarejestrowane, które oficjalnie znane są jako GONGOs – „government-organised NGOs”, czyli w wolnym tłumaczeniu organizacje pozarządowe kontrolowane przez rząd. Zalicza się do nich organizacje specjalizujące się w niekontrowersyjnych obszarach działań, jak np. opieka nad osobami starszymi czy niepełnosprawnymi. Zważywszy na ich ekspertyzę, rządy lokalnie nierzadko zlecają im zadania, których same nie są w stanie zrealizować, jak np. przeciwdziałanie epidemii HIV/AIDS czy zapewnianie edukacji dla dzieci migrantów wewnętrznych w dużych miastach. Jednocześnie istnieją również niezarejestrowane organizacje pozarządowe, które funkcjonują niejako w szarej strefie i zajmują się bardziej kontrowersyjnymi z punktu widzenia rządzących tematami, jak np. prawa osób LGBT czy prawa kobiet. W ostatnich lata władze utrudniają jednak coraz częściej działalność tego typu organizacji.
A czego może nas, Polaków, nauczyć w kontekście geopolitycznym to, o czym dziś rozmawiamy?
Zarówno w Europie Zachodniej, jak i w Stanach Zjednoczonych mamy obecnie do czynienia ze zwrotem w postrzeganiu roli ChRL w przestrzeni międzynarodowej. W ostatnich latach doszło do pewnego przewartościowania – polityka Pekinu pod rządami Xi Jinpinga jest coraz bardziej asertywna, a państwa zachodnie zrozumiały, że nadzieje na liberalizację polityczną w ChRL są bezpodstawne. Jest to widoczne również w Polsce, która powoli odchodzi od niczym niezachwianego entuzjazmu we współpracy z Chinami i wydaje się redefiniować swoje stanowisko wobec Pekinu. Przez wiele lat współpraca ze stroną chińską była niejako „przezroczysta” – korzyści płynące z kooperacji gospodarczej były przedstawiane jako neutralne obietnice bez szerszych implikacji natury politycznej. Kwestie takie jak uwarunkowania funkcjonowania polskich firm na chińskim rynku, m.in. związane z charakterem ustroju politycznego ChRL nie były przedmiotem społecznego zainteresowania. Narracja o współpracy polsko-chińskiej opierała się głównie na promocji obopólnych korzyści, a mało kto zastanawiał się nad ewentualnymi konsekwencjami podejmowanych decyzji. Chodzi tu m.in. o kwestie zależności od jednego producenta – temat ten jest obecny w Polsce m.in. w kontekście debaty o 5G i udziale chińskiego giganta Huawei w tym procesie.
Pozycja średniej wielkości państwa, jakim jest Polska, w negocjacjach ze stroną chińską jest siłą rzeczy słaba. Jednakże nasza przynależność w Unii Eueopejskiej daje Polsce narzędzia, które długofalowo mogłyby pomóc w niwelowaniu tych dysproporcji. Biorąc pod uwagę skalę problemów, przed którymi stoi obecne cała UE, ciężko uwierzyć, że w najbliższym czasie uda się wypracować wspólne stanowisko wobec chińskiej ekspansji. W tym kontekście zaproponowana niedawno przez Niemcy formuła 27+1, czyli 27 państw UE i Pekin, może być różnorako interpretowana: albo jako próba „wchłonięcia” formatu 16/17+1, postrzeganego przez Europę Zachodnią jako koń trojański UE, albo jako gest solidarności i zaproszenie do kolejnych kroków w celu stworzenia unijnej strategii wobec ChRL. Czas pokaże, która z tych opcji okaże się bardziej realistyczna.
O czym powinniśmy rozmawiać i pamiętać w polskiej debacie o 5G?
Rozumiem, że w domyśle chodzi o firmę Huawei i jej obecność na polskim rynku. Analiza potencjalnych implikacji natury bezpieczeństwa związanych z udziałem Huawei w budowie sieci 5G w Polsce bazuje na tzw. „znanych niewiadomych”, czyli braku zaufania wobec firmy wywodzącej się z autorytarnego państwa, w którym granica między podmiotami prywatnymi a państwowymi jest nierzadko płynna. Pomimo braku jednoznacznych dowodów, że dalsza ekspansja Huawei na polskim rynku może stanowić bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa, należy pamiętać o szerszym kontekście, również międzynarodowym. Mówiąc ogólnikowo, dywersyfikacja partnerów wydaje się rozsądnym rozwiązaniem w wielu obszarach, również w kwestii 5G. Polska, tak jak każde inne państwo, musi równoważyć własne interesy z interesami partnerów. Ja patrzę na te kwestie przez pryzmat implikacji politycznych, być może eksperci w dziedzinie nowych technologii oceniliby je odmiennie. Warto byłoby wyjść z baniek informacyjnych i skonfrontować perspektywę polityczną z perspektywą technologiczną bez zbędnych emocji.
A co Pani powie o „grze na wielu fortepianach”, w tym „fortepianie chińskim”? A nie przykuwaniu się do jednego fortepianu, amerykańskiego.
Tak jak powiedziałam wcześniej, Polska musi równoważyć własne interesy z interesami partnerów. Ważne jest stworzenie przejrzystych mechanizmów współpracy, które pozwoliłyby na budowanie partnerskich relacji zarówno z poszczególnymi państwami UE, jak i Stanami Zjednoczonymi czy Chinami. Osobiście wydaje mi się, że jest nam dużo bliżej do UE, i USA, niż do Chin. Nie oznacza to, że nie powinniśmy kontynuować współpracy z Pekinem. Tak jak wspomniałam, polska pozycja negocjacyjna jest na każdym polu o wiele słabsza w porównaniu do chińskiej. Dlatego nie powinniśmy działać wyłącznie na własną rękę i bez brania pod uwagę szerszego europejskiego kontekstu i naszych rzeczywistych możliwości.
Czy nasza żywność, jeszcze stosunkowo mało skażona chemią, to jest nasza mocna karta?
Zapewne tak, ale ciężko budować przewagę konkurencyjną w oparciu o produkty rolne.
Polska jest w Chinach mało rozpoznawalna. Chińczycy z klasy średniej kojarzą zapewne Chopina i Marię Skłodowską-Curie, ale polskie produkty nie są znane. Nasz kraj nie ma w Chinach żadnej rozpoznawalnej marki narodowej.
Być może eksport coraz bardziej popularnych na chińskim rynku produktów ekologicznych mógłby być dobrym pomysłem, w szczególności zważywszy na coraz bardziej samoświadomą klasę średnią, która zdaje sobie sprawę ze stopnia skażenia chińskiego środowiska i nie ufa rodzimym produktom. Jednakże promowanie marki narodowej opartej na ekologii musiałoby być wieloletnim wysiłkiem wspieranym przez państwo.
Chyba jest potrzebna po naszej stronie wola polityczna?
Wola polityczna po naszej stronie była widoczna mniej więcej w latach 2011-2017. Mieliśmy do czynienia z „miesiącem miodowym” relacji polsko-chińskich, które jednak nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Ciężko sobie obecnie wyobrazić powrót tego rodzaju nastrojów. Jeśli wtedy się nie udało, to teraz tym bardziej. W kontekście otwartej rywalizacji strategicznej między ChRL i USA – Polska jest pomniejszym państwem trzecim, co nie znaczy, że nie odczuwa efektów rosnących napięć.
Trochę jakbym słyszał profesora Góralczyka, który mówi, że drzwi już się zamknęły. A czy system wiarygodności społecznej, przy długim marszu z czego słyną Chińczycy, będzie kartą atutową w sytuacji, kiedy dojdzie do konfliktu między Chinami a USA?
Nie wiem czy system wiarygodności społecznej jest koniec końców kluczowym elementem tej większej układanki. Wydaje się, że w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnego konfliktu konwencjonalnego między ChRL a USA. Strona chińska ma inne narzędzia, które może wykorzystywać na własną korzyść w sytuacjach kryzysowych. Taką kartą jest np. nacjonalizm, od lat 90. odgórnie budowany w ramach tzw. „edukacji patriotycznej” mającej na celu ukształtowanie nowego pokolenia przekonanego o tym, że to KPCh jest gwarantem zachowania godności chińskiego narodu w przestrzeni międzynarodowej. Rząd w Pekinie umiejętnie podgrzewa nastroje nacjonalistyczne w kryzysowych sytuacjach, jak np. wojna handlowa z USA czy obecnie walka z epidemią koronawirusa. W tego typu sytuacjach odpowiedzialność za chińskie niepowodzenia i bolączki jest przenoszona na zewnętrznego wroga – zwalnia to rządzących z odpowiedzialności i kanalizuje społeczny gniew poza granice kraju. Dotychczas KPCh udawało się kontrolować nacjonalizm, ale należy pamiętać, że jest to miecz obosieczny.
Ścisłe grono naszych wypróbowanych nieprzyjaciół udzieliło w ostatnim czasie jednoznacznego poparcia nowej ekipie Tuska. Słowem, które nie przebija się do świadomości jest: kontynuacja. Słudzy Żydów i Ukrainy zrobili swoje i mogą odejść. W dziele zrównoważonego […] zastąpi ich nowoczesny Jurgielt z wypróbowaną ekipą od „robienia laski”, z Sikorskim w składzie. Nie ma już najmniejszych powodów, aby „kradnący inaczej”, a w głębszym sensie, wykonujący drugi najstarszy zawód na świecie, koledzy po fachu, zachowali swoją ulubioną zabawkę – TVP.
Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami.
Tytułowy „ład bezprawia” inaczej leworządność, zgodnie z opisaną przez Mackiewicza praktyką, jest od kilkudziesięciu lat (!) nazywany w Polsce, praworządnością. Najpierw robiła to komuna, i te właśnie czasy opisywał w swoich książkach i artykułach Józef Mackiewicz. Po roku 1989, po obaleniu Solidarności o leworządność dbał, w różnym stopniu, każdy kolejny nierząd.
Szybsza zmiana
Pewne procesy przyśpieszyły po uzyskaniu przez Mateusza Morawieckiego pozytywnej opinii sekty Chabad Lubawicz, co prawdopodobnie miało znaczący wpływ na jego nominację. Nie wypadł również przysłowiowej sroce spod ogona inny rozgrywający – Jarosław Kaczyński, którego leworządności uczył wybitny żydowski „teoretyk państwa i prawa”, Stanisław Ehrlich.
Przyspieszenie
Jednym z najbardziej wstrząsających widoków jest zdjęcie syna Ukraińca przesiedlonego w “akcji Wisła”, mianowanego na “polskiego ministra sprawiedliwości” rozmawiającego z Żydami o wzięciu „Polaków za mordę” pod pretekstem „walki z antysemityzmem”. Bystre oko zauważy po stronie żydowskiej Konstantego Geberta, syna Bolesława- agenta wywiadu KGB, współzałożyciela Komunistycznej Partii USA. Wzorujący się na Ukrainie, Bodnar to według Ziemkiewicza “wychowanek niejakiego Pankowskiego, jednej z najgorszych kreatur III RP”, siedzącego notabene obok Geberta.
Rozmawiano także na temat ewentualnego powołania międzyresortowej rady, która miałaby wypracować „całościowe rozwiązania dotyczące spraw walki z antysemityzmem”. Ponadto, jako kluczowy problem wskazano „konieczność przyjęcia w prawie definicji antysemityzmu opracowanej przez IHRA – Międzynarodowy Sojusz na rzecz Upamiętnienia Holokaustu (International Holocaust Remembrance Alliance)”
Polska pod rządami PiS, w październiku 2021 roku, uznała tę definicję. /źródło cytatu i fragmentu zdjęcia Najwyższy Czas/
I znów mamy to samo.”Słowa mają tu znaczenie odwrotne albo nie mają żadnego. Odbierz ludziom pierwotny sens słów, a otrzymasz właśnie ten stopień paraliżu psychicznego, którego dziś jesteśmy świadkami.” Walkę z przejawami komunistycznej, globalistycznej, syjonistycznej indoktrynacji, symboliczny sprzeciw wobec żydowskiego rasizmu, moralne potępienie zbrodni popełnianych notabene na palestyńskich semitach, nazywa się „antysemityzmem”.
Jakże żałośnie na tym tle wyglądają podrygi antynarodowych socjalistów, którzy niedawno wrzeszczeli wyborczych wiecach “tu jest Polska, a nie Unia”, a teraz płaszcząc się przed unijną urzędniczką od leworządności, Jourovą – skarżą się na prounijnego separatystę Tuska, który zapowiedział przywrócenie „ ładu prawnego” z „ determinacją i żelazną konsekwencją”.
A przecież wykładnia nie zmieniła się nawet o jotę, czego dobitnym wyrazem jest wspólny komunikat
Wartości są niezmienne: względność słowa prezentowana jako “wolność słowa”; leworządność oparta na neomarksizmie, tolerancji represywnej i qrwofilii w różnych odmianach prezentowana jako “praworządność” stojąca na straży politycznej poprawności; państwo wyznaniowe oparte na światopoglądzie żydokomuny prezentowanym jako “świeckie państwo” bez dekalogu, z niewolnikami, narodem obranym za przewodni z narzędziem politycznej represji czyli z jedynym i dozwolonym, wybranym rasizmem. Z klasą nadzorców – sędziami, kolaborantami- donosicielami pilnującymi prawidłowych relacji pomiędzy nowym proletariatem a wywłaszczonymi z własności, wolności i praw, “ekstremistami”- “antysemitami” i “qrwofobami” łamiącymi zasady politycznej uległości.
Błogosławieństwa dla par homoseksualnych w Kościele wywołały gigantyczną burzę. Decyzję Stolicy Apostolskiej odrzuciła duża grupa Episkopatów, zwłaszcza w Afryce. Krytyczni są również biskupi w Polsce. Konsekwencje tego ostrego sporu mogą być dla jedności Kościoła katastrofalne. Co ciekawe, dokładnie to samo dzieje się u anglikanów. Tzw. „Kościół Anglii” wprowadził błogosławienie par LGBT… dwa dni przed kardynałem Fernándezem. Wywołało to rozłam i oddzielenie się anglikanów z Afryki. Akcja wygląda na skoordynowaną próbę „wypchnięcia” chrześcijan szanujących prawo Boże i utworzenia jakiejś dekadenckiej „zachodniej” wersji chrześcijaństwa, opartej o akceptację grzechu sodomii.
Anglikanie i Watykan wspólnie promują błogosławienie homozwiązków
W lutym 2023 roku Synod Generalny tzw. „Kościoła Anglii” podjął decyzję o wprowadzeniu błogosławieństw homoseksualnych. 17 grudnia decyzja o błogosławieniu związków homoseksualnych weszła u nich w życie. W oświadczeniu, które towarzyszyło implementacji tych błogosławieństw, zaznaczono, że fakt ich wprowadzenia w niczym nie zmienia wyjątkowości małżeństwa i nie chodzi tutaj o pełną akceptację związków jednopłciowych, ale o uznanie wszystkiego, co w takich trwałych i stabilnych związkach „dobre”.
Dwa dni później, 19 grudnia, Dykasteria Nauki Wiary kard. Victora Manuela Fernándeza, za aprobatą papieża Franciszka, wydała deklarację doktrynalną Fiducia supplicans. Jej treść jest bardzo podobna do decyzji anglikanów: podkreśla się wagę małżeństwa i proponuje aprobowanie tego, co „dobre” w związkach jednopłciowych; ale zarazem wprowadza „duszpasterskie” błogosławienie par homoseksualnych. Są też oczywiście pewne różnice: anglikanie będą błogosławić pary jednopłciowe także w kościołach, w Kościele katolickim ma to być bardziej ograniczone. Zasadniczo jednak dokumenty są do siebie bardzo podobne; zostały zresztą ogłoszone niemal w tym samym czasie, co wskazuje na to, że cała operacja była wcześniej uzgodniona. Biorąc pod uwagę zbieżności treściowe i czasowe oraz mając na uwadze fakt bliskich kontaktów Kurii Rzymskiej Franciszka z anglikanami z tzw. „Kościoła Anglii” przypadek jest tutaj skrajnie nieprawdopodobny.
Rodzi się oczywiste pytanie: czy obie strony uzgodniły zarówno treść swoich decyzji, jak i konsekwencje, które mogą one przynieść? Stawką jest bowiem głęboki podział wśród chrześcijan, w tym podział w samym Kościele katolickim.
Gdy anglikanie z tzw. „Kościoła Anglii” podjęli w lutym decyzję o planie wprowadzenia błogosławieństw homoseksualnych, zaprotestowali przeciwko temu wierzący z Afryki oraz innych regionów globalnego Południa. Po kilku tygodniach wewnętrznych debat podjęto trudną decyzję. Reprezentująca „ortodoksyjnych” anglikanów grupa Global South Fellowship of Anglican Churches (GSFA) ogłosiła, że odcina się od tzw. „Kościoła Anglii”. Trudno mówić w tym przypadku o schizmie, bo struktura anglikańskiej wspólnoty jest luźna, jednak GSFA wyraźnie oceniła decyzję Anglików za sprzeczną z Pismem Świętym i wolą Bożą, stąd podjęła decyzję o „wyraźnym odróżnieniu się od tych członków Wspólnoty [anglikańskiej], którzy odeszli od wiary historycznej”. De facto doszło zatem do podziału.
Czy w Kościele katolickim sytuacja wywołana Fiducia supplicans będzie podobna? W pewnym sensie niewątpliwie tak, bo deklaracja zaledwie w ciągu kilku dni od ogłoszenia wywołała szereg bardzo ostrych, jednoznacznych reakcji. Część Kościoła katolickiego po prostu ją odrzuca, uznawszy, że zawiera treści pośrednio albo bezpośrednio sprzeczne z objawioną wiarą. Symbolem oporu jest reakcja biskupów Astany w Kazachstanie. Arcybiskup Tomasz Peta i biskup Atanazy Schneider ocenili, że na skutek Fiducia supplicans Kościół katolicki „staje się – jeśli nie w teorii, to w praktyce – propagandystą globalistycznej i bezbożnej agendy gender” i surowo zakazali udzielania takich błogosławieństw oraz ich przyjmowania. Wkrótce podobną co do konkluzji deklarację wydali biskupi Malawi – kraju w Afryce zamieszkanego przez kilka milionów katolików. Stwierdzili, że w ich kraju Fiducia supplicans nie będzie obowiązywać.
Później deklaracje, które odrzucają zgodę na błogosławienie par homoseksualnych, a więc de facto stanowią odrzucenie dokumentu z Watykanu, wydało jeszcze więcej episkopatów. Trudno je wszystkie zliczyć, bo opór cały czas narasta i pojawiają się nowe dokumenty. Oprócz Kazachstanu i Malawi negatywnie wypowiedzieli się jeszcze biskupi Zambii, Kenii, Nigerii, Kamerunu, Ghany, Rwandy, Ukrainy – oraz Polski.
Reakcja Konferencji Episkopatu Polski
21 grudnia rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Leszek Gęsiak SJ wydał „Oświadczenie” w sprawie deklaracji Fiducia supplicans. Jak wyjaśnił, sporządził je „po konsultacji z członkami Rady Stałej Konferencji Episkopatu Polski”.
[–– dalej o mętnym i chwiejnym stanowisku „góry” w Polsce. Nudne. Wstyd mi było to czytać. MD]
Sprzeciw Afryki?
Co będzie dalej? Wygląda na to, że Kościół katolicki wchodzi w najtrudniejszy okres od początku pontyfikatu papieża Franciszka. Wkrótce przeciwko Fiducia supplicans może opowiedzieć się duża część Kościoła – a jeżeli patrzeć na to liczbowo, być może nawet jego większość. Reakcję na błogosławienie związków homoseksualnych zapowiedziało Sympozjum Konferencji Episkopatów Afryki i Madagaskaru. Szef tej organizacji, kard. Fridolin Ambongo, ogłosił plan przygotowania ogólnoafrykańskiej deklaracji, która wyjaśni zamieszanie. Pytanie, czy nie jest to operacja obliczona na „skanalizowanie” oporu Afryki. Kardynał Ambongo jest nominatem Franciszka, zasiada w elitarnej Radzie Kardynałów, która doradza papieżowi. Jest nieprawdopodobne, by działał bez porozumienia z kard. Fernándezem. Jest możliwe, że ideę opracowania wspólnej afrykańskiej deklaracji przedstawił po konsultacji z Kurią Rzymską w obliczu decyzji poszczególnych episkopatów Afryki. Chodziłoby zatem o to, żeby wydać teraz nowy dokument dla całej Afryki, który wprawdzie nie wprowadzi błogosławieństwa par LGBT, ale przedstawi sprawę tak, by „rozładować” napięcie.
Oczywiście taka operacja nie musi się udać, bo sprzeciw w dużej części Afryki jest naprawdę ostry. Papież Franciszek i kard. Victor Manuel Fernández musieli wiedzieć, że Fiducia supplicans wywoła niesamowitą falę sprzeciwu i krytyki, zwłaszcza w Afryce. Papież Franciszek był na Czarnym Lądzie wcześniej w tym roku. Przed podróżą wypowiadał się na rzecz dekryminalizacji homoseksualizmu – afrykańscy biskupi oraz politycy z góry zapowiedzieli, że jeżeli papież przyjeżdża do Afryki z promocją LGBT, to może sobie darować. Franciszek zna zatem nastroje; widział ponadto, co stało się we wspólnocie anglikańskiej. Pomimo tego papież, który ex definitionie powinien być strażnikiem jedności, zdecydował się na wydanie tego dokumentu.
Póki co Dykasteria Nauki Wiary próbuje nakłonić katolików na świecie do przyjęcia Fiducia supplicans argumentem „autorytetu papieskiego”. Kard. Victor Manuel Fernández opublikował 22 grudnia zdjęcie odręcznego podpisu papieża Franciszka z poparciem dla treści dokumentu. Problem w tym, że ci, którzy odrzucają deklarację o błogosławieniu homoseksualistów, nie mają wątpliwości co do poparcia Franciszka dla tego tekstu: sprawa jest dla każdego oczywista, bo już na początku października papież poparł błogosławienie par jednopłciowych w odpowiedzi na dubia pięciu kardynałów. A zatem granie argumentem autorytetu niewiele zmieni.
Katolicyzm czy „zachodnie chrześcijaństwo”?
Jak skończy się ta gigantyczna burza? Wygląda na to, że skoordynowana akcja Kościoła katolickiego i tzw. „Kościoła Anglii” może doprowadzić do efektu w postaci faktycznego (bo niekoniecznie formalnego) „nowego podziału” chrześcijaństwa. Liberalni katolicy i anglikanie na Zachodzie będą błogosławić związki homoseksualne, a tradycyjni katolicy i anglikanie w krajach globalnego Południa nie, uważając tych z Zachodu za odstępców. Sytuacja jest jednak bezprecedensowa, bo jeszcze nigdy w historii Kościoła nie doszło do tak jednoznacznego odrzucania przez dużą liczbę biskupów decyzji Stolicy Apostolskiej. Pewną analogią jest Humanaevitae z 1968 roku; jednak w tamtym czasie zdecydowanie mniejsza liczba Episkopatów zareagowała na dokument papieski krytycznie, z czego część zresztą gorąco polecała stosowanie papieskich zaleceń, sugerując jedynie, że być może dopuszczalna jest też inna droga. W przypadku Fiduciasupplicans mamy do czynienia z jednoznacznym odrzuceniem dokumentu albo po prostu gruntownym zlekceważeniem jego treści.
Pytanie, gdzie w tym wszystkim znajdzie się Polska: kraj w strukturach Unii Europejskiej, z dużą grupą katolików sercem oddanych Rewolucji – ale zarazem z wieloma biskupami i przeważającymi masami wiernych, którzy odrzucają błogosławieństwo par homoseksualnych jako oczywistą niegodziwość. Wiele, sądzę, zależy od naszej zdecydowanej reakcji. Jeżeli będziemy bronić prawa Bożego i będziemy niezmiennie mówić promocji sodomii stanowcze „nie”, ocalimy katolicką wiarę. A o to przecież w ostateczności nam chodzi.
This is so on target. Is there now one set of rules of one class of people and a different set of rules for others.
This is not the American way. We profess to treat everyone equally.
If one class of people is allowed to plagarize on dissertations and peer reviewed publications, it implies that they are unable to do the work without cheating. That they are unequal for the position based on their own qualifications.
93-letni legendarny włoski szablista i były trener reprezentacji kraju w szermierce Attilio Fini rozbroił i obezwładnił napastnika, który na ulicy w Mediolanie, mierząc do niego z pistoletu, zażądał pieniędzy albo zegarka.
– Facet nie wiedział, że podczas walk dałem wielu popalić – zażartował były mistrz olimpijski w piątkowym wywiadzie dla dziennika „Corriere della Sera.
Attilio Fini ma na swoim koncie rekordową liczbę zwycięstw w szermierce, a teraz też pokonanie przestępcy. Jak opowiedział w rozmowie z gazetą, kiedy wieczorem wracał do domu w Mediolanie, zobaczył napastnika mierzącego do niego z broni. „Daj pieniądze albo zegarek” – zażądał sprawca ataku.
– Zadałem mu cios w twarz, potem uderzyłem w rękę, przez co wytrąciłem mu pistolet, a na koniec popchnąłem. Utknął między skuterami. Przybiegło dwóch chłopaków, którzy trzymali go do czasu przybycia policji – relacjonował były włoski szablista i trener.
Dodał, że napastnikiem okazał się Algierczyk, poszukiwany w swoim kraju za zabójstwo. Senior przyznał, że obezwładniając przestępcę wykorzystał technikę szermierki, w której trzeba błyskawicznie zaatakować rywala.
– Moja przeszłość mi pomogła. Kiedy stoi się na macie, potrzeba zdecydowania i refleksu – stwierdził Fini.
“Demokraci” spod ciemnej gwiazdy, czyli Volksdeutsche Partei, Trzecia Noga Szymona Hołowni i Lewizna w podskokach przywracają praworządność w naszym bantustanie metodą “na rympał” – jak mawiają gitowcy. Nawiązuję do kminy, bo nowy minister kultury, przesunięty na to stanowisko z bezpieki, czyli pan Bartłomiej Sienkiewicz, na podstawie pozorów legalności, których dostarczyła sejmowa uchwała, posłał do telewizji… No właśnie – tu zdania są podzielone.
Na mieście krążą fałszywe pogłoski, że to przyjaciele pana ministra ze sfer zorganizowanej przestępczości, którym jednak zaprzeczają inne fałszywe pogłoski, że to są płomienni szermierze praworządności, przypadkowo ozdobieni złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, w czarnych skórzanych marynarach – takich samych, w jakie ubrani byli bezpieczniacy, którzy w 2003 roku, podczas “rewolucji róż” w Gruzji jednymi drzwiami wyprowadzali prezydenta Edwarda Szewardnadze, podczas kiedy inni, w takich samych marynarach, drugimi drzwiami wprowadzali Michała Saakaszwiliego.
Skąd się tam wzięli – tajemnica to wielka, chociaż pewnego śladu dostarcza nam osoba Michała Saakaszwiliego. Ten awanturnik według wszelkiego prawdopodobieństwa, był amerykańskim agentem, zainstalowanym przez CIA w Gruzji, kiedy prezydent Bush przekonał się, że nie powinien przeciągać struny w konflikcie z grandziarzem Sorosem i obmyślił dla niego gruzińskie alimenty, w miejsce utraconych rosyjskich.
Tedy zaraz po rewolucji róż w Tbilisi wylądował czarterowy samolot z Londynu, którym pod fałszywym nazwiskiem przyleciał Borys Abramowicz Bieriezowski, żeby się zorientować, ile z tej całej Gruzji można wyciągnąć. Widocznie jednak lustracja nie wypadła zbyt dobrze, bo jeszcze tego samego roku na Ukrainie wybuchła rewolucja – tym razem “pomarańczowa”. Aaaa, Ukraina to co innego! Borys Abramowicz Bieriezowski chciał nawet przyjąć tamtejsze obywatelstwo, ale coś się stało, że nie przyjął, a potem wziął i umarł.
Przypominam tamte wydarzenia, bo mamy sytuację podobną. Po marcowym spotkaniu w Waszyngtonie, na którym prezydent Józio Biden pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Scholzowi, by Niemcy urządzały Europę po swojemu, okazało się, że nie ma rady, że Polska musi w związku z tym znowu przejść pod kuratelę niemiecką. A skoro tak, to na politycznej scenie naszego bantustanu musi dokonać się podmianka.
No i się dokonała tym łatwiej, że Amerykanie już wcześniej zdecydowali się spuścić PiS z wodą, instalując w charakterze jasnego idola pana Szymona Hołownię, któremu patronuje z dyskretnego cienia pan Michał Kobosko. No i doszło do podmianki, przy czym Niemcy byli ostrożniejsi, niż poprzednio i na wszelki wypadek zadbali, by mniej wartościowy naród tubylczy postawić przed prawidłową alternatywą. Po jednej stronie stanął pan Mateusz Morawiecki, odnotowany dwoma pseudonimami operacyjnymi w STASI, a po drugiej – Donald Tusk, też odnotowany, tyle, że tylko jednym pseudonimem. Czegóż chcieć więcej?
Więc kiedy podmianka się dokonała, a pan prezydent zaprzysiągł gabinet Donalda Tuska z licznymi „feministrami”, w Warszawie wyznaczyli sobie rendez-vous przedstawiciel CIA i szef Mosadu, pod pretekstem złapania Kataru. Dlaczego uznali, że Katar najlepiej złapać w Warszawie? Tajemnica to wielka, ale może nie aż tak wielka, bo to mógł być tylko pretekst, a tak naprawdę rendez-vous miało na celu odpowiednie przygotowanie podmianki, żeby nie było tak, jak podczas “ciamajdanu” 16 grudnia 2016 roku.
Wtedy Amerykanie jeszcze nie pozwolili Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, toteż w wigilię “ciamajdanu”, 15 grudnia, przyleciał do Warszawy prawa ręka Trumpa, Rudolf Giuliani, przeprowadził z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim rozmowę ostrzegawczą – bo w końcu CIA coś tam przecież musi wiedzieć – no i odleciał do Ameryki. W związku z tym “ciamajdan” spalił na panewce, co Naszą Złotą Panią z Berlina zniechęciło do walki o demokrację w Polsce i po gospodarskiej wizycie w Warszawie 7 lutego 2017 roku, kazała walczyć o praworządność – co obowiązuje do dnia dzisiejszego, a nawet się nasila.
Tym razem Niemcy lepiej przygotowali podmiankę, działając w porozuminiu i z CIA i z Mosadem, a w dodatku, w momencie, gdy walka o praworządność zaczęła wchodzić w decydującą fazę, to znaczy – gdy pan minister Sienkiewicz, przesunięty z bezpieki na kulturę, wysłał osiłków o byczych karkach, żeby do telewizyjnego vaginetu wprowadzili pana mecenasa Piotra Zemłę – wysłali do Warszawy Reichsleiterkę od praworządności, panią Verę Jurovą – żeby przypilnowała, by wszystko szlo zgodnie z planem.
To rewolucyjna praktyka, podczas gdy rewolucyjnej teorii dostarczył mój faworyt, kwiat światowej jurysprudencji, pan prof. Wojciech Sadurski. Pan profesor, z zagadkowych powodów jest bardziej szczery, niż inni krętacze, więc nie owijając w bawełnę oznajmił, że nie ma rady, tylko gwoli przywrócenia praworządności trzeba zacząć łamać konstytucję, to znaczy – trzeba łamanie konstytucji kontynuować, tyle, że ze słusznych pozycji, podczas gdy PiS łamał ją z pozycji głęboko niesłusznych. A jakie pozycje są słuszne?
To proste, jak budowa cepa; słuszne, a nawet jedynie słuszne są pozycje demokratyczne. Jak tylko ktoś zajmie demokratyczne pozycje, to nie tylko może łamać konstytucję, ale i lokować oponentów w dołach z wapnem – bo nie ma takich poświęceń, których nie można by dokonać w imię demokracji. Te doły z wapnem to na razie pieśń przyszłości, kiedy w ramach rewolucyjnej praktyki Generalnego Gubernatorstwa głos zabierze “towarzysz Mauzer”, a na razie, jeśli w ogóle poleje sie jakaś krew, to raczej tylko z nosa,
Pan prezydent Duda, którego uczestnicy bezpieczniackego rendez-vous w Warszawie chyba nawet nie poinformowali o swojej obecności w naszym bantustanie, skwapliwie korzysta z okazji, by siedzieć cicho i kiedy osiłkowie instalowali pana Zemłę w vaginecie, zwołał Radę Bezpieczeństwa Narodowego, żeby uradziła, jakby tu wygrać wojnę na Ukrainie.
Najwyraźniej pan prezydent nie ma większych zmartwień, bo wprawdzie jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych, nie jest do końca pewien, czy jakaś siła zbrojna posłuchałaby jego rozkazów, gdyby były one sprzeczne z uzgodnieniami poczynionymi między reprezentantem CIA i przedstawicielem Mosadu.
W tej sytuacji lepiej siedzieć cicho, kierując się wskazówką Adama Mickiewicza, który napisał, że “kto tam, gdzie trzeba, zamilczy roztropnie, a wytrwa, choć pod młotem – celu swego dopnie”. A jakiego celu pragnie dopiąć pan prezydent? Oczywiście prestiżowej posady w NATO lub ONZ – czego bez protekcji Naszego Najważniejszego Sojusznika uzyskać niepodobna.
Komentarze Eleison Jego Ekscelencji Księdza Biskupa Ryszarda Williamsona
Komentarz Eleison nr DCCCLVII (857)
16 grudnia 2023
UPADEK EUROPY – I
Upadek Francji i całej Europy jest katastrofalną rzeczywistością. Nie nastąpił on jednak z dnia na dzień. Proces podkopywania trwał od dłuższego czasu, co najlepiej dostrzegali francuscy nacjonaliści, przepowiadając poważne konsekwencje dla społeczeństwa i cywilizacji, które są teraz oczywiste. Kilku wybitnych pisarzy i dobrych czasopism, takich jak Rivarol, od dawna biło na alarm, gdy kolejne mroczne wydarzenia następowały po sobie.
Po upadku francuskiego imperium kolonialnego i zdradzie francuskiej Algierii, rewolta studencka w Paryżu w 1968 roku pokazała, że Francuzi są generalnie gotowi zaakceptować odrzucenie zdrowego rozsądku, tradycji, zdrowej moralności i wszystkiego, co stanowiło o wielkości naszej cywilizacji. Potem przyszła legalizacja aborcji, socjalistyczny rząd w 1981 roku, antyrasizm, sterowana imigracja, przebudowa modelu rodziny, LGBT, transpłciowość, pedofilia, adrenochrom (prawdziwy horror), sprzedaż organów, ” zmiana klimatu „, chemtrails, itd. Jednak reakcja opinii publicznej była znikoma. Ludzie mogli być trochę wstrząśnięci przez chwilę lub dwie, ale szybko się uspokoili. Mówimy o „wzroście standardu życia”, jak gdyby nastąpiła rzeczywista poprawa życia, podczas gdy w rzeczywistości było to niewiele więcej niż kwestia techniczna – lepsze maszyny zapewniające dostęp do większej ilości dóbr materialnych. Rezultat jest taki, że potrzeba dwóch pensji w gospodarstwie domowym zamiast jednej oddziela matkę od domu, szczególnie jeśli nie przepada ona za macierzyństwem.
Przez wieki Francja oddziaływała na cały świat, na ogół w dobry sposób, a dziś sama pogrąża się w moralnym i ekonomicznym upadku, w takim kryzysie społecznym i intelektualnym, że nie jest już w stanie na nikogo wpływać. Co najgorsze, odrzuca, gardzi i lekceważy wszystko, co niegdyś osiągnęła. Jednak, co zaskakujące, ten „Zachód”, który nie jest już niczym więcej niż marionetką szatańskich mistrzów, którzy są oligarchią materialistycznych i gnostyckich globalistów, nadal zachowuje się tak, jakby miał powołanie do przewodzenia światu, podobnie jak talmudyczni Żydzi podają się za kapłanów rodzaju ludzkiego.
Od czasów covidowych, tego potwornego oszustwa mającego na celu przetestowanie, jak daleko posunąć się może manipulacja współczesnego człowieka, narody Europy Karola Wielkiego szybko oddają się w niewolę bankierom z Londynu i Nowego Jorku. Plan depopulacji stojący za covidem sięga co najmniej lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to Jacques Attali, do dziś kluczowy doradca francuskiego rządu, powiedział w publicznym wywiadzie: „Bezużyteczni zjadacze nadają się do rzeźni”. Stąd też wzięły się te niebezpieczne i śmiercionośne „szczepienia”.
Jeśli chodzi o Francję, jest ona rozdzierana i wyprzedawana z korzyścią dla USA i prywatnych interesów. Jeśli chodzi o Europę, jest ona rozbita przez atak USA-NATO na Rosję, z nikczemnymi mass-mediami i ich komentatorami wypluwającymi kłamstwa przeciwko Rosji, podczas gdy przede wszystkim cała klasa polityczna milczy. Poprzez wojnę prowadzoną na Ukrainie, w której zginęło pół miliona ludzi, USA osiągnęły co najmniej jedno – potęga gospodarcza Europy i konkurencja Niemiec zostały złamane – niemieckie koncerny przenoszą się do Ameryki. Amerykanie wcale nie podejrzewają, że jak pokazuje historia, takie „podboje” są oznaką rychłego upadku imperium. Co więcej, Zachód związał swój los z państwem Izrael, które wielbi, ale reszta świata odrzuca taką arogancję i degenerację, i nie akceptuje tego, co Izrael robi Palestyńczykom.
Całkowity brak reakcji we wszystkich najwyższych instytucjach Francji na taką hańbę Francji Karola Wielkiego jest znakiem końca epoki. Stoją i patrzą, cisi i potulni, podczas gdy Francja stacza się na śmietnik historii. Niektórzy mają nadzieję, że ten proces jeszcze potrwa, inni nadal chodzą we śnie, upojeni własną propagandą. Ci u władzy starają się uciszyć wszelki sprzeciw, podczas gdy wojna światowa wisi nad ich głowami.
Naszym zadaniem na polu polityki jest czynienie wszystkiego, co może przynieść rezultaty, a przede wszystkim zachowanie dla przyszłości najlepszych owoców chwalebnej przeszłości Francji, tak jak w VI wieku, gdy imperium rzymskie zostało zniszczone przez barbarzyńców, a mnisi w klasztorach zachowali wspaniałe dziedzictwo starożytności. To dziedzictwo, które przetrwało, odegrało znaczną rolę w późniejszym tworzeniu przez 1500 lat europejskiej i chrześcijańskiej cywilizacji.
Konrad Berkowicz z mównicy sejmowej zwrócił uwagę, że podczas gdy w Polsce „słychać kwik świń odrywanych od rządowego koryta”, nawiązał tym samym do awantury o media reżimowe, to w tym czasie Donald Tusk „w Brukseli właśnie sprzedaje kolejne połacie Polski”. Te słowa nie spodobały się prowadzącej obrady marszałek Monice Wielichowskiej.
– Całkiem miło słychać kwik świń odrywanych od rządowego koryta, ale już w oddali słyszę też pomlaskiwania tych nowych, co się do niego pchają. Co więcej, w Polsce mamy sytuację, gdzie dwa obozy walczą o to, kto będzie dzierżył narzędzie do rządowej propagandy, a tymczasem Donald Tusk w Brukseli właśnie sprzedaje kolejne połacie Polski – rozpoczął wystąpienie Berkowicz.
– Sprzedaje, bo właśnie zgodził się na trzy nowe, unijne podatki, a mógł jednoosobowo to zablokować, miał prawo weta. I sprzedaje, bo przyklasnął pakietowi migracyjnemu, który został właśnie przyjęty i który zobowiązuje nas do przyjęcia nielegalnych imigrantów, którzy wdarli się do innych państw, albo zapłacenie ogromnych pieniędzy – kontynuował poseł Konfederacji.
– I to jest kontynuacja waszej polityki, bo premier Morawiecki kłamał w czasie kampanii, że 6 października to zawetował. Nie mógł tego zrobić, bo to był nieformalny szczyt. Kłamaliście i teraz macie kontynuację – zakończył wystąpienie Berkowicz, choć szybko na mównicę wrócił.
Wrócił, bo pewne „uwagi” co do jego wystąpienia miała prowadząca obrady wicemarszałek Monika Wielichowska. – Następnym razem chciałabym pana prosić, aby pan miarkował słowa na tej sali. Myślę, że pana wyborczynie i wyborcy nie są zadowolone z używania takiego języka w Wysokiej Izbie – powiedziała.
Berkowicz nie pozostał obojętny. – Bardzo bym prosił nie cenzurować i nie wypowiadać się za moich wyborców, którzy państwa nie podpierają – odpowiedział.
Wielichowska stwierdziła, że to nie była cenzura całej wypowiedzi. – Ja cenzuruję słowa, które nie powinny być wypowiadane w tej izbie – kontynuowała.
Berkowicz poprosił o listę zakazanych słów. Wielichowska ich nie podała i poleciła odsłuchać Berkowiczowi własne wystąpienie.
[W oryginale – dla mających czas, a ciekawskich – piękne filmiki md]
Ostatnia historyczna burza śnieżna, która uderzyła w Półwysep Shandong w Chinach, była wyjątkowa z kilku powodów. Region doświadczył siedmiu dni opadów śniegu na dziesięć, co spowodowało rekordową głębokość śniegu. Yantai i Wendeng były szczególnie dotknięte, z głębokościami śniegu osiągającymi odpowiednio 52 cm i 55 cm . Zostało to oznaczone jako najbardziej znacząca burza śnieżna w historii zarejestrowana wzdłuż wybrzeża Chin.
Dodatkowo, Narodowe Centrum Meteorologiczne w Chinach odnowiło niebieskie ostrzeżenia, najniższy z czteropoziomowej skali, dla fal zimna na terenie całego kraju. Regiony takie jak prowincje Shanxi, Shaanxi i Henan spodziewały się burz śnieżnych, przy czym niektóre obszary już odnotowały ponad 10 centymetrów nowego pokrywy śnieżnej.
Ten ekstremalny epizod pogodowy przyniósł znaczny spadek temperatur w wielu regionach, w tym w północno-zachodnich i południowo-zachodnich Chinach oraz w częściach południowych Chin, z obniżkami temperatury w niektórych obszarach przekraczającymi 14 stopni Celsjusza.
Północno-wschodnie Chiny również zostały poważnie dotknięte. Szerokie obszary regionu doświadczyły intensywnych opadów śniegu, prowadząc do zamknięcia głównych autostrad, odwołania lotów i zamknięcia szkół. Miasto Harbin, stolica prowincji Heilongjiang, było jednym z najbardziej dotkniętych obszarów. Częściowa zawaliła się sala gimnastyczna w Heilongjiang, uwięziono w niej trzy osoby.
Narodowe Centrum Meteorologiczne przewidywało, że opady śniegu mogą pobić historyczne rekordy dla tego okresu, z ciągłymi silnymi burzami śnieżnymi w częściach Mongolii Wewnętrznej, Heilongjiangu, Jilin i Liaoning, a głębokość śniegu osiągającą w niektórych miejscach 20 centymetrów. W odpowiedzi na te ekstremalne warunki, chińskie władze meteorologiczne wydały pomarańczowy alert, drugi najwyższy w czteropoziomowej skali.
Po Malawi, Zambii i Nigerii, Konferencja Biskupów Ghany odrzuciła homoseksualną propagandę Franciszka wyrażoną w „Fiducia supplicans”.
Deklaracja została podpisana 21 grudnia przez 66-letniego biskupa Matthew Kwasi Gyamfi z Sunyani, przewodniczącego konferencji biskupów.
Biskup Kwasi zwraca uwagę na truizm, że Kościół nie ma prawa udzielać „błogosławieństwa”, jeśli miałoby to w jakiś sposób nadać moralną legitymizację związkom homoseksualnym lub pozamałżeńskim praktykom seksualnym.
Kluczowy akapit: „Błogosławieństwo, o którym Deklaracja mówi, że może być udzielone każdemu, odnosi się do modlitw, o które ludzie mogą prosić. Dla tych, którzy są w stanie grzechu, modlitwy mają prowadzić ich do nawrócenia. Dlatego modlitwy za osoby w związkach jednopłciowych nie mają na celu legitymizacji ich sposobu życia, ale poprowadzenie ich na ścieżkę nawrócenia”.
Wniosek jest taki, że „kapłani nie mogą błogosławić związków osób tej samej płci”. Wraz z „Fiducia supplicans”, dzieląca kadencja Franciszka osiągnęła nowy szczyt.
Zakup książek u niezależnych (wciąż jeszcze istniejących) wydawców on line, w tym książek samego Brauna. https://3dom.pro/ksiazka-dla-brauna/ W mainstreamowym internecie jest już na nie ban.
Czy udzielałem właśnie wywiadu dla nowego TVP? Nie zaprzeczę. Czy TVP może być zainteresowane tematem osób LGBT+ i nie chodzi o szczucie? Nie zaprzeczę. Czy już idzie nowa jakość? Mam nadzieję. Taką informację w mediach społecznościowych dosłownie dzień po siłowym przejęciu Telewizji Polskiej przez nową koalicję rządzącą zamieścił Łukasz Kachnowicz – były ksiądz, znany jako pierwszy polski duchowny, który dokonał homoseksualnego coming outu, a dziś – gorliwy aktywista LGBT. Trudno o bardziej symboliczną ilustrację „czystej wody zamiast propagandowej zupy”, którą 20 grudnia obiecał widzom w najkrótszych „Wiadomościach” w historii polskiej telewizji dziennikarz Marek Czyż.
Funkcjonowanie Telewizji Polskiej za kadencji Prawa i Sprawiedliwości często spotykało się z krytyką, niekiedy nawet samych wyborców partii Jarosława Kaczyńskiego. Mimo to tryb i sposób „wymiany” pracujących w niej dziennikarzy wzbudził wątpliwości, nie tylko wśród autokrytycznych zwolenników PiS-u, ale również po stronie części obozu demokratyczno-liberalnego. Oto siły epatujące przez osiem ostatnich lat hasłem praworządności w zaledwie kilka godzin dokonały aktu widowiskowej autodemaskacji: „praworządność” okazała się zasłoną dla wyznawanego przez nią kultu prawa pięści, zaś deklaracja „dbałości o prawa mniejszości” pokazała, że chodzi wyłącznie o te mniejszości, z którymi akurat im politycznie po drodze. Najbardziej interesującym jest jednak fakt, że Donald Tusk uznawany za polityka przebiegłego i skutecznego, nie zadbał nawet o pozory respektowania wartości z jakich skrupulatnie wyszydełkował swój medialny wizerunek. Trudno znaleźć dla takiego postępowania inne wytłumaczenie aniżeli podporządkowanie sprawnej technologii władzy krótkowzrocznej logice zemsty. „Zrobimy to, bo już możemy” – zdaje się myśleć Tusk z Sienkiewiczem – „nie ma praworządności dla wrogów praworządności!”.
Irracjonalizm nowej władzy
Tusk, niepomny faktu, że funduje Prawu i Sprawiedliwości nowy opozycyjny mit założycielski, a sobie samemu odbiera wiarygodność postanowił zadziałać metodą, nie tyle już zapowiadanej „twardej ręki” co „żelaznej miotły”. Niewątpliwie jego atutem w tej sytuacji będzie propagandowe wsparcie Brukseli, które część wyborców może uznać za swego rodzaju glejt prawomyślności. Z drugiej jednak strony – osobom nawet pobieżnie obserwującym życie polityczne rzuci się w oczy, że wyobrażenie organów Unii Europejskiej jako arbitra wartości demokratycznych okazało się niezwykle złudne. Brutalną akcją przejęcia mediów publicznych zarówno one, jak i ich lokalna ekspozytura dobrowolnie pozbywają się iluzji moralnej wyższości nad „panoszącym się” w instytucjach publicznych PiS-em. Logika zemsty może jednak przemawiać tylko do najzacieklejszej części opinii publicznej; ta, która oczekiwała nowych standardów po raz kolejny zostanie w swym poczuciu partyjnie osierocona. Będą to oczywiste następstwa działań Tuska i Sienkiewicza – zignorowanie potrzeby zachowania nawet pozorów praworządności może świadczyć o tym, że nowa władza kieruje się głównie afektem, co nie rokuje podejmowania trafionych z punktu widzenia dobra państwa decyzji.
Skoro nową władzę cechuje irracjonalność (nawet z punktu widzenia jej własnego interesu) niebezpodstawnym staje się podejrzenie, że równie nieostrożnie będą realizować swoją wizję medialnej „misji publicznej”. Jak już pisaliśmy na łamach PCh24.pl, brak autorskiej wizji przyszłych rządów Tuska wypełniony został ideologią niemal jeden do jednego przekopiowaną z oficjalnej agendy unijnej – agendy, mającej na celu utrzymanie ludności państw członkowskich w stanie bezwzględnej subordynacji względem organów międzynarodowych. Czysta pragmatyka podpowiadałaby, że niekompatybilność tej agendy względem sposobu myślenia i wrażliwości moralnej dużej części społeczeństwa polskiego wymusza działanie powolne, zakamuflowane i cierpliwe. Jeżeli jednak, jak okazuje się – afekt wygrywa z pragmatyką, nie można wykluczyć, że czas antenowy państwowej telewizji będą wypełniać gadające głowy w rodzaju wspomnianego we wstępie tęczowego aktywisty. Nawet nie rezygnując z tezy o politycznej sprawności Tuska, warto pamiętać, że nie pokieruje on telewizją własnoręcznie – będzie musiał oddelegować do tego zadania wyspecjalizowanych wykonawców, a jeżeli znajdą się wśród nich upokorzeni ośmioletnią degradacją i żądni krwi dziennikarze, nie można wykluczyć, że czeka nas telewizja „pisowska” au rebours – propagująca wszelkie treści, będące prostym zaprzeczeniem poprzedniej linii programowej: genderyzm, homopolityka, aksamitny lub twardy antyklerykalizm etc.; na złość znienawidzonemu prof. Przemysławowi Czarnkowi telewizyjne Wiadomości będą zachęcać uczniów, pedagogów i rodziców do obchodzenia „tęczowych piątków”, na złość „trybunałowi Przyłębskiej” emitowane będą treści proaborcyjne. Po wydarzeniach dnia 20 grudnia scenariusz ten uległ znacznemu uprawdopodobnieniu.
Przygotowania do medialnego kulturkampfu
Z punktu widzenia wpływu telewizji na ludzkie postrzeganie świata, od nowego TVP spodziewać się możemy próby normalizacji patologicznych zjawisk (anty)kulturowych w świadomości społecznej. Wynikłe z psychologicznych kompleksów „elity” zachłyśnięcie się progresywnymi ideami dominującymi na współczesnym Zachodzie (oraz jej naiwności względem tzw. „obywatelskich” ruchów wywrotowych) może paradoksalnie skutkować przekazem dla dotychczasowego wiernego widza TVP odtrącającym; używając popularnej metafory: żaba wyskoczy z wrzątku zamiast dać się rozgotować w wodzie o zdradliwie rosnącej temperaturze. Dlatego też internetowe i papierowe media dysydenckie powinny na taki (stosunkowo prawdopodobny) rozwój wypadków się przygotować. Przekaz nowej tęczowej Telewizji „Polskiej” powinien zostać wprost nazwany przekazem siły politycznej, aspirującej do roli kulturowego okupanta. By tak mogło się stać, niezbędny stanie się monitoring treści emitowanych przez publiczne media – monitoring czyniony nie tylko z pozycji narracji poprzedniej władzy, ale szerszych – uniewersalnych, historycznych i cywilizacyjnych.
Skromniejsze zasoby finansowe skoncentrowanych mediów pro-niepodległościowych i pro-katolickich mogą zostać zastąpione jedynie poprzez wzmożoną determinację i oryginalność przekazu. W tym celu zasadnym wydaje się podniesienie postulatu syntezy opowieści tzw. „prawicy senioralnej” (górującej doświadczeniem) i „prawicy junioralnej” (dysponującej lepszym zrozumieniem nieustannie zmieniających się kodów kulturowych). Odniesienia do stanu wojennego, działalności antykomunistycznej etc. nie wystarczą, gdyż dla młodszej części społeczeństwa stanowią one raczej suche hasła podręcznikowe. Równorzędną walkę nawiązać można jedynie kompleksowym zrozumieniem procesu zmian społecznych, wolą, polotem, atrakcyjną i kreatywną formułą. Paradoksalnie – sytuacja zepchnięcia do narożnika może się takiej dysydenckiej kreatywności pozytywnie przysłużyć, co niejednokrotnie w historii nasz naród już udowadniał, budząc swoją fantazję w sytacjach najbardziej doskwierającej opresji.
Kolejną wartą podniesienia kwestią są środki finansowe. W sytuacji, w której ok. 90 proc. mediów przejętych jest już przez siły: bądź to otwarcie antyniepodległościowe bądź posiadające do niepodległości stosunek problematyczny, warto zastanowić się nad hasłem „abonamentu niepodległościowego” – formy regularnego wsparcia jako wyrazu spełnienia swego rodzaju patriotycznego i katolickiego podszeptu sumienia, nie zaś konsumenckiego kaprysu. Z drugiej strony – obowiązkiem dostarczycieli finansowanych treści powinno być poczucie rzeczywistej misji i odpowiedzialności za wysoką jakość informacyjną, transparentność w spożytkowaniu tych środków, a także zaspakajanie potrzeby pozostawania w pewnej bliższej relacji z widzem, wychodzącej poza stosunki: nadawca -> odbiorca.
Ostatnie palące i być może najtrudniejsze z zagadnień to niebezpieczeństwo wewnętrznego skłócenia obozu niepodległościowego, będącego efektem promieniowania różnic partyjnych i frakcyjnych oraz pamięci o przykrych zaszłościach. W tym kontekście wspólnota interesu mediów dysydenckich w postaci obrony polskiej niepodległości i kultury przed brutalnym podporządkowaniem zagranicy i rewolucją obyczajową powinna być argumentem przesądzającym i regularnie przypominanym. Tworzenie sieci sojuszniczych mediów o tych wspólnych mianownikach i niepogłębianie aktualnie istniejących podziałów (lub przynajmniej chwilowe zawieszenie broni) z pewnością pozwoliłoby na lepszą koordynację oporu społecznego wobec agendy centralistyczno-rewolucyjnej. Współpraca lub przynajmniej czasowy nieformalny „pakt o nieagresji” z pewnością pozwoliłby w razie potrzeby jednoczyć na ulicach większe grupy protestacyjne, by władza o zapędach rewolucyjnych mogła odczuć na własnych plecach gorący oddech społecznego niezadowolenia przed postawieniem każdego kolejnego kroku w stronę zniszczenia naszego dziedzictwa. Zważając na fakt, że już teraz zapowiadane są próby unieważnienia wyroku Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego zakazu aborcji eugenicznej solidarność, choćby w tak kluczowych sprawach jest oczywistym napomnieniem rozsądku. W obecnej sytuacji potrzebujemy zatem (parafrazując nomenklaturę Vaclava Bendy) „równoległego polis medialnego” mobilizującej i potęgującej społeczny opór.
Największa słabość hegemona
Wydarzenia 20 grudnia jednoznacznie pokazały nam, że nową władzę cechuje nieprzejednana pycha i pewność siebie. Warto zaznaczyć, że prócz brukania sumienia, grzech ten posiada jeszcze jeden, bardziej już psychologiczny aspekt – zakrzywia postrzeganie rzeczywistości i uniemożliwia racjonalne planowanie. Tutaj pojawia się jeszcze jedno „okienko szansy” – równoległe polis medialne obozu niepodległościowo-katolickiego (jeżeli tylko samo zgubnej pychy się ustrzeże!) zyska trzeźwiejszy obraz sytuacji społecznej, co pozwoli jej na sprawniejsze monitorowanie, sieciowanie, koordynację, mobilizację i tworzenie adekwatnego do wymogów chwili przekazu. Nowy i skrajnie lewicowo-liberalny hegemon informacyjny zaślepiony atawistyczną zemstą i pławiący się w nowych zdobyczach medialnych popełni zapewne mnóstwo błędów i głupstw. Jeżeli media niepodległościowo-kontrrewolucyjne zachowają trzeźwy osąd, zdolność do prawidłowej ewaluacji własnych sukcesów i porażek oraz otwartość na trafną autokorektę własnych działań, przewaga sił rewolucyjnych na polu informacyjnych wyraźnie stopnieje.
[Obserwujemy ogromną nagonkę na niego; A to – „tajny żyd”, a usługach Rockefellera, : Klaun Javier Milei itp. To ważne i charakterystyczne. Módlmy się o wolną Argentynę – warta tego. Mirosław Dakowski
Javier Milei Fot. EPA/Juan Ignacio Roncoroni Dostawca: PAP/EPA
Javier Milei to pierwszy prezydent-zadeklarowany libertarianin w historii. Głowa państwa Argentyny w szaleńczym tempie wprowadza w swojej ojczyźnie reformy, o których marzą wolnościowcy na całym świecie.
Państwa nie da się naprawić z dnia na dzień. Po pierwszych wolnościowych reformach Mileiego ceny w Argentynie najpierw wzrosły. Gdy jednak deregulacje na rynku zaczęły działać, to zjawisko to zaczęło się odwracać i teraz np. spadają ceny wołowiny (o 25 proc. w zaledwie tydzień).
Argentyńczycy zdają się rozumieć, że zmiany wprowadzane przez wolnościowego prezydenta są potrzebne. Milei ma w tym momencie poparcie na poziomie 71,3 proc.
Tymczasem argentyński libertarianin się nie zatrzymuje. Argentyna pod jego rządami zmienia się każdego dnia. Milei wprowadza zmiany małe i duże – w tym takie, o których przeciwnicy idei wolnościowych w Europie mówili, że są niemożliwe do wprowadzenia.
[Obrazki i tłity – w oryginale md]
Wolnościowa rewolucja w Argentynie
Milei uwolnił Bitcoina i wprowadził rynkową konkurencję walut
Jedną ze zmian, które wprowadził Javier Milei w Argentynie jest „uwolnienie” kryptowaluty bitcoin. Pod rządami wolnościowca kryptowaluty stają się pełnoprawnym środkiem płatniczym.
Przy pomocy bitcoina będzie można rozliczyć dowolną umowę. To jednak nie wszystko. Argentyńczycy będą mogli rozliczać umowy w dolnej walucie (np. w dolarach).
Wolnościowiec dekryminalizuje także handel walutami na ulicach Argentyny. Aż chce się napisać, że „tak będzie w akapie”!
Gigantyczny pakiet deregulacyjny
Milei podpisał olbrzymi pakiet deregulacyjny. W sumie mowa o nakreśleniu ponad 300 środków deregulacji krajowej gospodarki – od eksportu, przez państwowe spółki, po prawo wynajmu nieruchomości.
Koniec z niepotrzebnymi ministerstwami
Libertariański prezydent walczy z biurokracją na poziomie państwowym i zaczął od usunięcia niepotrzebnych ministerstw.
Milei wprowadza w życie hasło „wszyscy won”, które Polacy dobrze znają, bo powtarza je także kociewski podróżnik – Wojciech Cejrowski.
Jakże to inne działanie niż to, które znamy z naszego podwórka, gdzie kolejny już rząd bije rekord, jeśli chodzi o ilość ministrów.
Milei sprowadza wolność na ziemi… i niebie
Libertariański prezydent Argentyny otworzył argentyńskie niebo. Po jego reformach nie obowiązuje już cena minimalna na loty, a zagraniczne firmy będą mogły oferować w Argentynie loty krajowe i międzynarodowe.
Zniesiony został także limit lotów na trasie i obostrzenia dotyczące tego, kto może je wykonywać. Jednym słowem – wolne niebo.
Koniec z socjalem!
Ok, na początek koniec z socjalem dla osób, które demonstrują przeciwko reformom, ale to zawsze jakiś początek.
Milei zapowiedział, że odbierze świadczenia socjalne tym, którzy w ramach protestów będą blokować ulice.
Reformy w stylu Korwin-Mikkego
Poza poważnymi reformami systemowymi Milei wprowadza też takie, które po prostu zwracają ludziom wolność.
Polskie media ochrzciły Mileiego mianem „argentyńskiego Korwina” i niektóre jego działania rzeczywiście przywodzą na myśl postulaty polskiego wolnościowca – ot, chociażby zniesienie wymogu posiadania aktualnego przeglądu technicznego pojazdu.
Rządzi tylko chwilę
To tylko wybrane działania nowego prezydenta, a przypomnijmy, że Milei władzę sprawuje od bardzo niedawna.
Przed nim jeszcze cała kadencja [oby !! MD] , podczas której Argentyna będzie się najpewniej zmieniać w modelowe państwo libertariańskie (co brzmi oczywiście trochę jak oksymoron, biorąc pod uwagę, że libertarianie, z Mieleim na czele, są przeciwnikami państwa).
Miejmy nadzieję, że Argentyna jest pierwszym państwem libertariańskiej rewolucji, a za jej przykładem pójdą następne!
Jeden z moich czytelników przypomniał mi, że już dobrych kilka lat temu napisałem tekst, w którym przewidywałem, jak potoczą się wydarzenia po przejęciu w Polsce władzy przez opozycję wobec PiS. Odnalazłem ten tekst. Oto on.
Tekst ukazał się w jednym z numerów „Do Rzeczy” z sierpnia 2017 r. (były to pierwsze miesiące mojej pracy w tygodniku). W niektórych sprawach nieco się oczywiście myliłem – akcję umieściłem przede wszystkim dopiero w 2027, a nie 2023 r., nie doceniając zdolności PiS do zrażania do siebie ludzi. Wielu bohaterów tekstu w polityce już nie ma, ale zastąpili ich inni o podobnym nastawieniu i zdolnościach.
W wielu sprawach zarysowałem wizję zaiste bliską stanowi obecnemu.
Zresztą – proszę ocenić samemu. Poniżej tekst bez skrótów.
***
Rok 2027
Politycy rządzącego od trzech kadencji PiS (w ostatniej z koalicjantem w postaci PSL) do ostatniej chwili robili dobrą minę do złej gry. Ale wyniki wyborów, ogłoszone w niedzielny jesienny wieczór 2027 roku nie pozostawiały wątpliwości: partia niemal już 80-letniego Jarosława Kaczyńskiego, wciąż pełniącego funkcję jej prezesa, poniosła klęskę, zdobywając zaledwie 11 procent głosów przy wysokiej, 58-procentowej frekwencji. To znacznie mniej niż osiągała w poprzednich wyborach.
Niektórzy niezależni komentatorzy od dawna przewidywali taki rozwój wypadków, wieszcząc zwycięstwo koalicji, złożonej z Nowej Platformy, niedawno utworzonej partii Lewą Marsz z Adrianem Zandbergiem na czele oraz odświeżonych Zielonych. I tak się faktycznie stało. Ostrzegali, że poza zwykłym zmęczeniem rządzącymi – w PiS trwały wciąż te same twarze, tyle że nieco postarzałe – da o sobie znać irytacja kolejnymi przyjmowanymi na chybcika rozwiązaniami, przedstawianymi jako służące wspieraniu narodowej dumy i „zwykłych Polaków”, a w istocie nieprzemyślanymi i mnożącymi problemy.
Na przykład w 2021 roku powołano Narodową Korporację Taksówkową – coś w rodzaju obowiązkowego zjednoczenia wszystkich korporacji taksówkarskich. Wprowadzone wtedy przepisy oznaczały całkowity koniec Ubera w Polsce oraz niedawno wprowadzonej przez polską firmę SelfDrive usługi wypożyczania na minuty półautonomicznych pojazdów. Zmiany wymusili taksówkarze, domagający się podniesienia biurokratycznych barier dostępu do zawodu, ścisłych limitów liczby taksówek w każdej miejscowości oraz centralnie ustalonego jednolitego cennika. Pod naciskiem związków zawodowych taksówkarzy ich zawód zyskał status funkcjonariusza publicznego.
„Polska może na tym tylko skorzystać” – grzmiał wtedy w Sejmie premier Joachim Brudziński. – „Taksówkarze wreszcie będą mieć zapewniony godziwy byt, a pasażerowie będą korzystać na tym, że rynek zostanie poddany rzetelnemu i uczciwemu państwowemu nadzorowi, bez dotychczasowego bezhołowia. A zagraniczne firmy, które żalą się, że nie będą mogły żerować na Polakach, niech idą gdzie indziej. Pasożytów nam nie potrzeba!”. Pierwszym dyrektorem NKT został Marek Suski. Ceny szybko poszybowały w górę, liczba taksówek się zmniejszyła.
Wprowadzona w 2017 roku ustawa „apteka dla aptekarza” już dawno sprawiła, że lekarstwa były dużo droższe niż kiedyś, a do najbliższej apteki trzeba było iść kilka kilometrów.
Ludziom dawały się we znaki Narodowy Monopol Mleczarski oraz Krajowy Monopol Używkowy. Wskutek działań ministra Konstantego Radziwiłła (wróżono mu krótką karierę, on tymczasem pozostał szefem resortu zdrowia nawet po wyborach 2019 roku) ta ostatnia instytucja, powołana w 2022 roku, otrzymała wyłączność na sprzedaż alkoholu i wyrobów tytoniowych w specjalnych sklepach, otwartych tylko cztery dni w tygodniu między 11 a 15. Dodatkowo wszystkie używki obłożono specjalną akcyzą w wysokości 20 procent. Brygady celne dzielnie walczyły z rosnącym przemytem. „Socjalizm bohatersko zwalcza problemy nieznane w żadnym innym systemie” – przypominał słynne słowa Kisiela Rafał Ziemkiewicz, publicysta „Do Rzeczy”. Odpowiadał mu w „Sieciach Jedynej Prawdy” Jacek Karnowski: „Dość podtruwania narodu polskiego! Mądra decyzja rządu, dbającego o zdrowie i dobrobyt zwykłych Polaków, oznacza także ogromne oszczędności w ochronie zdrowia. Wypada trzymać kciuki za sygnalizowany przez ministra Radziwiłła zamiar wprowadzenia całkowitego zakazu palenia, także w prywatnych mieszkaniach”.
W kampanii 2027 roku lewicowa koalicja obiecywała znaczące poluzowanie barier i zakazów, choć nie wspominała o likwidacji różnego rodzaju monopoli, nadrzędnych instytucji, czap organizacyjnych. Te miały pozostać – w końcu utworzono w nich kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy dla urzędników.
Jako przyczynę zwrotu w lewo zamiast w prawo, ku konserwatywno-liberalnemu blokowi Wolność i Odpowiedzialność Pawła Kukiza i Stanisława Tyszki, analitycy wskazywali trudne do zniesienia natężenie hurrapatriotycznej narracji aparatu władzy. W 2020 roku powołano Ministerstwo Dumy Narodowej. Na jego czele stanął Antoni Macierewicz, łącząc tę funkcję z dalszym szefowaniem MON. W 2023 roku w „Do Rzeczy” ukazał się tekst prof. Stanisława Żerko, który porównywał natężenie hurrapatriotycznej poetyki z okresem rządów pułkowników w drugiej połowie lat 30. i konkludował: „Przebiliśmy już poziom stetryczenia patriotycznej narracji II RP, gdy eksponowanie portretów Marszałka w witrynach sklepowych było obowiązkowe, a dziatwa szkolna na ocenę uczyła się wesołych przyśpiewek o bohaterskim Rydzu-Śmigłym. Rozporządzenie ministra edukacji o obowiązkowych cotygodniowych apelach patriotycznych w szkołach sprawi, że młodzi ludzie się zbuntują. Nazwanie obficie sponsorowanego przez państwo pierwszego polskiego auta elektrycznego (kosztującego zresztą krocie, a przy tym wybitnie niepraktycznego) imieniem »Łupaszki« mogło przyjść na myśl tylko komuś kompletnie pozbawionemu instynktu samozachowawczego”. W wyborach roku 2027 na lewicę zagłosowała ogromna liczba Polaków w wieku 18-25 lat, od ponad 10 lat żyjąca w warunkach obowiązkowej, sankcjonowanej prawnie narracji patriotycznej.
„Ciekawe, ile ten tak zwany profesor wziął od Niemców za ten obrzydliwy tekst” – skomentował na łamach „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz. I dodawał: „Fakt, że tak wielka część młodych ludzi oddała głos na antypolskie, lewackie partie, pokazuje jedynie, że Ministerstwo Dumy Narodowej powinno zostać powołane jeszcze w pierwszej kadencji PiS”.
Zatem – przyszło nowe. Liderem zwycięskiej koalicji był Zandberg i to on miał zostać premierem. Natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów z gratulacjami pospieszył prezydent Donald Tusk, który łatwo wygrał wybory w 2025 roku, startując przeciwko Joachimowi Brudzińskiemu. W drugiej turze kandydat PiS dostał jedynie 25 procent głosów. Tusk zwyciężył odwołując się w dużej mierze do postulatów radykalnej społecznej lewicy i już wówczas niektórzy ostrzegali PiS, że zmierza ku klęsce.
„Na zmianę kursu jest już chyba jednak za późno. Wkrótce wszystkie instrumenty, które tak pracowicie tworzyła partia Kaczyńskiego, układając państwo pod siebie (a dokładnie: pod rządzące ugrupowanie) zostaną wykorzystane przez kogo innego – prawdopodobnie radykalną lewicę. A wówczas rozlegnie się płacz i zgrzytanie zębów” – przestrzegał, kolejny już zresztą raz, w roku 2026 Łukasz Warzecha, publicysta „Do Rzeczy”. „Ten zdradziecki defetyzm, siany przez niektórych od lat, powinien się wreszcie spotkać ze stanowczą odpowiedzią. Pora, aby zawód dziennikarza obwarować uzyskaniem licencji i pozwolenia. W przeciwnym wypadku każdy będzie mógł sobie pisać, co będzie chciał!” – grzmiała w odpowiedzi Marzena Nykiel na portalu wPolityce.pl.
Zandberg błyskawicznie zabrał się do roboty. Jedną z pierwszych dziedzin, w których nastąpiły zmiany, były media. Tu zadanie było banalnie łatwe – PiS stworzyło mechanizmy, które pozwoliły nowemu rządowi zyskać całkowitą kontrolę nad mediami publicznymi w ciągu miesiąca. Wymienieni zostali wszyscy prezesi, dyrektorzy, kierownicy redakcji. Nowym prezesem TVP został Jacek Żakowski, prezesem Polskiego Radia – Eliza Michalik. Programy z dnia na dzień stracili wszyscy konserwatywni publicyści. Nawet najbardziej neutralni prowadzący zostali zesłani do archiwów czy redakcji dziecięcych.
„Dziennikarze mediów niezależnych chcieli spytać o to min. kultury, ale nie mogli, bo nie wyszedł do sali prasowej” – napisał na Twitterze Marek Kuchciński. Ale szybko skasował tłita, bo przypomniano mu, że to on sam jako marszałek Sejmu w drugiej kadencji rządów PiS w końcu doprowadził do radykalnego ograniczenia swobody dziennikarzy w Sejmie, relegując ich do salki prasowej. Specjalne przepustki, uprawniające do poruszania się po innych miejscach, dostali tylko dziennikarze mediów publicznych. Teraz je utrzymano, dziennikarze mediów publicznych byli nadal bezkrytyczni wobec władzy, tyle że byli to już inni dziennikarze i inna władza.
„Władza w skandaliczny sposób zawłaszcza media publiczne, wyrzucając ludzi jedynie za poglądy! To początek dyktatury!” – grzmiał Jarosław Kaczyński podczas grudniowej miesięcznicy 2027 roku. Miesięcznica odbywała się na Polach Mokotowskich, ponieważ tymczasem zdążono już zmienić ustawę o zgromadzeniach. Według nowej, zgromadzenia o charakterze religijnym nie mogły się odbywać w obrębie centrów miast. „Fakt, że musimy gromadzić się tutaj, pokazuje, z jakim reżimem mamy do czynienia!” – przemawiał Kaczyński do 150 zebranych osób. Następnego dnia w Polskim Radiu minister spraw wewnętrznych Michał Szczerba mówił: „Pan prezes zawsze powtarzał, że realizuje wolę Polaków, którzy wybrali PiS w demokratycznych wyborach, dając mu mandat do wprowadzania nawet wątpliwych rozwiązań. Sądzę, że powinien sobie te słowa przypomnieć. Teraz to my mamy ten mandat”.
Ustawa została przez PiS zaskarżona do TK, ale ten w starym składzie nie zdążył jej rozpatrzyć. Nowy Sejm zmienił ustawę o trybunale, uznając, że w związku z tym wszyscy jego dotychczasowi członkowie zostają odwołani, a na ich miejsce trzeba powołać nowych. Orzeczenie zapadło więc dopiero w połowie 2028 roku i potwierdziło konstytucyjność ustawy. „Nie możemy tu mówić o ograniczeniu niczyich praw, gdyż zakaz dotyczy jedynie centrów miast, które powinny pozostać neutralne kulturowo i wyznaniowo, także dlatego, że tam pojawiają się turyści z krajów o różnych wierzeniach i wrażliwościach. Chrześcijańskie uroczystości religijne mogłyby ich urazić” – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku nowy przewodniczący TK prof. Wojciech Sadurski.
Nieco dłużej zajęło nowemu rządowi opanowanie mediów wciąż nazywanych prywatnymi, choć faktycznie od dawna takie nie były. Wskutek uchwalonej w 2018 roku ustawy dekoncentracyjnej, część dawnych zagranicznych imperiów medialnych została sprzedana specjalnie powołanym spółkom, zależnym od dużych spółek skarbu państwa. Te ostatnie, aby kupić i utrzymać między innymi TVN24, musiały mocno się zadłużyć. W przypadku spółek energetycznych spowodowało to brak pieniędzy na modernizację infrastruktury krytycznej i coraz częstsze blackouty. Jednak jak stwierdził Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem „Sieci Jedynej Prawdy” w 2020 roku: „Wolne i niezależne od zagranicznych wpływów media wymagają pewnych wyrzeczeń. Nie możemy zachowywać się jak liczykrupy. Inwestycje w energetykę są, owszem, ważne, ale ważniejsze jest, aby zwykli Polacy mieli dostęp do obiektywnej, niezakłamanej informacji”.
Nowy lewicowy rząd zaczął szybko proces zmian w SSP. Po trzech miesiącach łańcuszek zmian sięgnął mediów od nich zależnych, w tym Polskiego Info24 (dawniej TVN24), Narodowego Koncernu Gazet Lokalnych i Polskiego Onetu (dawniej po prostu „Onetu”). Politycy PiS nie posiadali się z oburzenia, wzburzony był także elektorat tej partii. „To niebywałe! Dziennikarze będą teraz wykonywać polecenia skrajnie lewackiego rządu!” – napisał na Twitterze Jarosław Sellin. „A dotąd wykonywali czyje?” – odpowiedział mu Piotr Kraśko, nowy redaktor naczelny Polskiego Onetu. „O co panu chodzi? Przecież wszystkie te media pozostają polskie, jak zawsze chcieliście” – dodawał nowy minister kultury Robert Biedroń.
Przez moment, na początku 2028 roku, wśród sympatyków prawicy oraz PiS pojawiła się nadzieja na przełamanie faktycznego rządowego monopolu medialnego. Inwestycjami medialnymi w Polsce zainteresowały się bowiem dwa wielkie koncerny o konserwatywnej linii: należący do byłego prezydenta USA Donalda Trumpa oraz powstały stosunkowo niedawno niemiecki Bayerische Media Verlag. Ten pierwszy chciał uruchomić telewizję informacyjną uzupełnioną o stację radiową i kanały tematyczne, Niemcy zaś myśleli o portalu uzupełnionym o interaktywną gazetę (interaktywne gazety zastąpiły niemal całkowicie te papierowe).
Niemiecka oferta nie tylko nie budziła sprzeciwu polityków PiS – przeciwnie, oczekiwano jej z nadzieją. Tak się bowiem złożyło, że po wyborach do Bundestagu w 2025 roku niemiecka polityka przesunęła się wyraźnie na prawo, wbrew tradycji kanclerzem został polityk CSU, a nie CDU, zaś do koalicji weszła Alternative Für Deutschland. Niemcy ostatecznie mieli dość polityki multikulturalizmu i otwartości, nastąpiło coś w rodzaju politycznej rewolucji. Nowy niemiecki rząd zaczął deportacje nielegalnych imigrantów. Rząd Zandberga jeszcze w 2027 roku zaoferował przyjęcie części z nich.
Tymczasem niemieckie media, zwykle podchwytujące rządową linię, grzmiały o łamaniu demokracji w Polsce przez lewicową władzę, o zawłaszczaniu mediów, o ograniczaniu wolności religijnej.
„Niemieckie media widzą, co się szykuje w Polsce i ostrzegają!” – deklarował w publicznym radiu były premier Joachim Brudziński.
„Przecież zawsze pan twierdził, że niemieckie media są Polsce niechętne, realizują tylko niemiecki interes i nie należy zwracać uwagi na to, co mówią” – zauważył prowadzący rozmowę Kamil Dąbrowa, od niedawna znów dyrektor Programu 1 Polskiego Radia.
„Nieprawda, przeinacza pan moje słowa!” – oburzył się Brudziński i dodał: „Poza tym to było w innych okolicznościach”.
„Pozwoli pan, że zacytuję panu pańskie wypowiedzi na ten temat” – powiedział Dąbrowa. Po dwóch minutach cytatów Brudziński nie wytrzymał i wykrzyknął: „To jest oburzające, jak media publiczne traktują opozycję! Nie będę brał w tym udziału!” – po czym wyszedł ze studia. „Myślę, że pan premier Brudziński nie obrazi się w takim razie, jeżeli nie będziemy go już więcej zapraszać do naszego programu” – stwierdził ze stoickim spokojem Dąbrowa.
Wracając do sprawy zagranicznych inwestycji medialnych – okazało się, że nie mogą one dojść do skutku. Dlaczego – wyjaśniał w tygodniku „Do Rzeczy” Łukasz Warzecha:
„Wszystkie przepisy, które stanęły na drodze imperium medialnego Trumpa oraz BMV, zostały uchwalone w atmosferze tryumfu przez PiS w roku 2018, a następnie jeszcze zaostrzone podczas drugiej kadencji rządów tej partii w roku 2021. Warto przypomnieć, że weto złożył wówczas prezydent Andrzej Duda, ale zostało ono obalone w Sejmie, a sam Duda ostatecznie został uznany przez Jarosława Kaczyńskiego za polityka obcego ideowo. Duda, który podpisał pierwszą ustawę dekoncentracyjną, uzasadniając swoją decyzję o wecie wobec jej nowelizacji, mówił: »Polska ma już wystarczająco mocne przepisy dekoncentracyjne. Ich dalsze zaostrzenie może nie tylko stać w sprzeczności z prawem UE, ale też w przyszłości może sprawić, że pożądane, dobre zagraniczne inwestycje na naszym rynku medialnym natrafią na blokadę. Patrząc dalej, patrząc strategicznie, nie mogę podpisać przedłożonej mi ustawy«”.
PiS próbował zainteresować sytuacją na polskim rynku mediów Unię Europejską. Europoseł PiS Arkadiusz Mularczyk wygłosił w Parlamencie Europejskim dramatyczne przemówienie o tym, jak w Polsce tłamszona jest wolność słowa. Domagał się wszczęcia procedury kontroli praworządności. „Nasze polskie problemy rozwiązujemy w kraju. Donoszenie na własną ojczyznę jest specjalnością Targowicy!” – w ostrych słowach skomentował rzecznik prezydenta Tuska Paweł Graś.
Swoje żniwo zaczęła też szybko zbierać Ustawa o przeciwdziałaniu rozpowszechnianiu fałszywych informacji, zwana powszechnie ustawą o fake newsach. Uchwalono ją w 2018 roku przy powszechnym entuzjazmie sympatyków PiS, a początkowo dotyczyła jedynie okresu kampanii wyborczej. Zaostrzono ją w roku 2020 – odtąd obowiązywała bez ograniczeń. Regulacja oparta o procedurę administracyjną, nie sądową, była powszechnie krytykowana przez środowiska dziennikarskie, również sprzyjające PiS, i, co oczywiste, przez wszelkie z zasady krytyczne ówczesnemu rządowi zagraniczne gremia, jako tworząca faktyczną cenzurę, napędzająca efekt mrożący i groźna dla wolności słowa.
„Kompletnie niezrozumiała jest krytyka ustawy przez organizacje dziennikarskie, którym powinno przecież zależeć na tym, żeby media – i nie tylko one – nie rozpowszechniały kłamstw” – stwierdził podczas wizyty w studiu TVP w roku 2020 minister kultury Jarosław Sellin. – „Kto mówi i pisze prawdę, nie ma się przecież czego obawiać” – dodawał.
Początkowo po procedurę sięgano oszczędnie. Kilka portali zostało ukaranych za ewidentne kłamstwa w okresie kampanii 2019 i 2020 roku karami po kilkaset tysięcy złotych. Potem urzędnicy się rozpędzili: powołana przy Ministerstwie Kultury Rada Rzetelności, na której czele stanął Krzysztof Wyszkowski, rozpatrywała po kilkadziesiąt spraw miesięcznie. Osoby prywatne karano zwykle grzywnami w wysokości paru tysięcy złotych, media dostawały kary kilkudziesięcio- lub nawet kilkusettysięczne. Z czasem mniejsze redakcje zaczęły unikać pisania o polityce w ogóle – bały się ryzyka. Okazało się bowiem, że powołana przez ministra kultury rada za fałszywą wiadomość może uznać nawet dwukolumnowy artykuł, w którym pojawił się zwykły czeski błąd. Co ciekawe, takie błędy szczególnie często wychwytywano i zgłaszano Radzie Rzetelności w tekstach krytycznych wobec rządu. Próbowali to robić również jego przeciwnicy, ale w tych wypadkach rada oceniała, że chodzi o opinię, a nie kłamstwo, lub że mamy do czynienia ze zwyczajnym błędem, a nie celowym wypaczaniem prawdy.
Głośna była sprawa lokalnej gazety z Kalisza, która w roku 2022 – pisząc krytycznie o poczynaniach posłanki PiS Joanny Lichockiej – pomyliła dwie cyfry, podając na początku tekstu datę jej urodzenia. Lichocka zgłosiła sprawę radzie jako „fake news”, a ta ukarała wydawcę grzywną w wysokości 100 tys. złotych. Gazeta została zamknięta, nie była w stanie zapłacić. Wydawcę ścigał komornik. Przeciwko tej decyzji protestowali nawet dziennikarze mediów związanych z prawicą. Wówczas w Radiu Maryja tak skomentował ją Jarosław Kaczyński: „Wiem, że niektóre decyzje Rady Rzetelności mogą budzić wątpliwości. Ale rada została ustanowiona jako niezawisły, kadencyjny organ, jej członków powołuje większość sejmowa, co jest najlepszym sposobem realizowania zasad demokracji w praktyce. Powołuje ich spomiędzy szanowanych przedstawicieli świata kultury, nauki i mediów. To dobre, przejrzyste rozwiązanie, które pozwala nam walczyć z rozplenionym wcześniej na niespotykaną skalę kłamstwem, szerzonym przez media, pozostające pod władzą zagranicznych ośrodków”. W chwili, gdy Kaczyński mówił te słowa, takich mediów już prawie w Polsce nie było, ale prowadzący rozmowę ksiądz nie zwrócił na to swojemu rozmówcy uwagi.
Nowa władza szybko zaadaptowała Radę Rzetelności do swoich celów. W ustawie o radzie dokonano kosmetycznej zmiany (członkowie rady powoływali teraz jej przewodniczącego spośród trzech, a nie czterech kandydatów, wyłonionych w drodze wewnętrznego głosowania) i na tej podstawie zakończył kadencję wszystkich dotychczasowych członków rady.
„Skrócenie ustawą kadencji członków Rady Rzetelności to zamach na wolność słowa!” – grzmiał w sali prasowej sejmu poseł PiS Piotr Gliński.
„Wygrajcie wybory, to se uchwalicie, co będziecie chcieli!” – szyderczo odpowiedział mu stojący pod ścianą poseł Zielonych Stefan Niesiołowski. Niesiołowskiego wkrótce większość sejmowa wybrała do składu nowej rady, a następnie powierzyła mu funkcję przewodniczącego. Mogli w niej bowiem zasiadać także posłowie.
Rada w zmienionym składzie wkrótce zabrała się do pracy. Na pierwszy ogień poszła posłanka PiS Jolanta Szczypińska, swego czasu wielka orędowniczka powołania rady, a także jej członkini. Szczypińska na Twitterze oceniła sejmowe wystąpienie posła Nowej Platformy Arkadiusza Myrchy. Napisała między innymi: „Trudno o lepszy przykład pychy i arogancji”. Poseł Myrcha zgłosił sprawę do rady, wskazując, że jest to, jego zdaniem, typowy przykład fałszywej wiadomości. „Wbrew stwierdzeniu pani poseł, bardzo łatwo znaleźć przykłady większej pychy i arogancji” – i dołączył listę stosownych jego zdaniem 567 przykładów wypowiedzi polityków PiS z okresu rządów tej partii. Rada rozpatrzyła sprawę i uznała, że stwierdzenie, iż „trudno znaleźć lepszy przykład” jest w istocie bezsprzecznie niezgodne z faktami. Na posłankę nałożono grzywnę w wysokości 50 tys. złotych.
Podczas zamkniętego posiedzenia Rady Politycznej PiS w maju 2028 roku w Jachrance Joachim Brudziński wygłosił referat o „błędach i wypaczeniach”, który jednak przeciekł do mediów. Brudziński mówił między innymi: „Musimy sobie powiedzieć szczerze: uśpiły nas wyniki kolejnych wyborów. Tworząc różne rozwiązania prawne, zapomnieliśmy, że kiedyś mogą one zostać wykorzystane przeciwko nam i naszym wyborcom. Ukręciliśmy bicz na własne plecy”. Z relacji obecnych na spotkaniu wynikało, że Jarosław Kaczyński w trakcie wystąpienia Brudzińskiego uciął sobie drzemkę.
W 2028 r. Łukasz Warzecha opublikował książkę zatytułowaną „A nie mówiłem?”. Składała się ona w większości z jego felietonów, dłuższych tekstów i wypowiedzi z lat 2015-2027, w których ostrzegał, że tworzone przez PiS, przy niezmiennym entuzjazmie jego twardego elektoratu, przepisy i regulacje zostaną kiedyś wykorzystane przeciwko stronie konserwatywnej i samej partii Kaczyńskiego.
Książka słabo się sprzedawała. Zwolennicy PiS jej nie kupowali, bo uważali Warzechę za zdrajcę, a poza tym nikt nie lubi, gdy wypomina mu się jego głupotę. Zwolennicy nowej władzy uważali autora za pisowca i zaprzysięgłego prawaka, którego tekstów się nie czyta.