This table displays the countermeasure, injury, and amount of compensation paid for each compensated CICP claim filed between Fiscal Years 2010 and 2024.
Please note that the number column within the tables are not assigned numbers for a particular claim, but reflect the number of listed items in a given table. Further details concerning the table contents are provided below.
Zapomniane ludobójstwo? Piotr Zychowicz przypomina jak Brytyjczycy uczyli Żydów „radzić sobie” z Palestyńczykami pch24.pl/zapomniane-ludobojstwo
„Pierwsze powstanie palestyńscy Arabowie wywołali w roku 1936. Zostało ono brutalnie stłumione przez Brytyjczyków”, pisze na łamach magazynu „Historia Do Rzeczy” Piotr Zychowicz.
Publicysta przytacza relację opisującą, jak Brytyjczycy „stłumili” powstanie palestyńskich Arabów w dużej arabskiej wiosce Al-Bassa w pobliżu Akry 7 października 1938 roku. Pod wieloma względami było ono podobne do tego, co obecnie wobec Palestyńczyków robi Żydzi.
„Opancerzone samochody marki Rolls-Royce z rykiem silników wyłoniły się zza wzgórz. Ciężkie karabiny maszynowe umieszczone na pojazdach pluły ogniem. Pociski posypały się na gęste zabudowania arabskiej wioski. Zaskoczeni mieszkańcy rozbiegli się z krzykiem w poszukiwaniu schronienia. Wioska była otoczona. Ucieczka była niemożliwa. Po 20 minutach morderczego ostrzału brytyjscy żołnierze wkroczyli między zabudowania. Zaczęli plądrować, podpalać i wysadzać w powietrze budynki. Napotkani cywile byli bici kijami i kolbami karabinów. Cztery osoby zostały zastrzelone. Następnie zaczęła się łapanka”, czytamy.
Nie był to odosobniony przypadek. Tego typu „praktyki” brytyjskiej armii były na porządku dziennym. Na potwierdzenie Zychowicz przywołuje również opis „akcji antypartyzanckiej” przeprowadzonej w maju 1939 r. we wsi Halhul położonej przy drodze między Hebronem a Betlejem.
„Wieś zaatakowana została przez szkocką jednostkę Regiment Czarnej Straży. Żołnierze utworzyli dwie klatki. W jednej z nich zamknęli schwytanych mężczyzn pod gołym niebem bez wody i jedzenia. Drugą umieścili w cieniu i wsadzili do niej dużą ilość wody i jedzenia. Aby przejść ze złej do dobrej klatki, wystarczyło wyjawić informację, gdzie jest ukryta broń. Problem w tym, że Bogu ducha winni arabscy wieśniacy nie mieli zielonego pojęcia, gdzie rebelianci ukryli broń. Efektem były wielogodzinne katusze w morderczych promieniach słońca. Zdesperowani ludzie pili własną urynę. Dziesięciu nieszczęśników zmarło, inni doznali straszliwych poparzeń”, czytamy na łamach magazynu „Historia Do Rzeczy”.
Zychowicz nie ma wątpliwości: „rozmaite żydowskie formacje paramilitarne walczące w latach 30. u boku Brytyjczyków (Policja Pomocnicza, Policja Osadnicza, samoobrona kibuców, Specjalne Oddziały Nocne) otrzymały od swoich protektorów lekcję, jak radzić sobie z oporem ze strony Arabów – dławić go przy pomocy najbrutalniejszych środków, stosując zasadę odpowiedzialności zbiorowej”.
Dowiedzieliśmy się z komunikatu krakowskiej Akademii Umiejętności, iż ta, ku wielkiemu swemu żalowi, nie mogła przyznać nagrody imienia Barczewskiego za rok bieżący prof. Aszkenazemu, a to dla jego brzydkiego wyznania, przeciw któremu zastrzegają się wyraźnie statuta fundacji. Nie wszystkim znane jest jednak wiekopomne a skrzydlate słowo prof. Aszkenazego, zrodzone w następstwie tego wyroku. Mianowicie, skrzywdzony autor «Łukasińskiego», w chwili pierwszego rozgoryczenia, miał się wyrazić do jednego z najpoważniejszych członków instytucji, prof Mor…skiego, że wobec tego Akademia powinna oglądać nie książki kandydatów, ale… zupełnie, ale to zupełnie co innego…
Jędrne to oświadczenie uczonego historyka natchnęło nas do zamknięcia niniejszego zdarzenia w ramy znanej fraszki naszego znakomitego protoplasty, Jana z Czarnolasu).
————————————————-
Sądziła Akademia dorocznym zwyczaiem,
Kto się w piórze nalepiey odznaczył przed kraiem.
O praemium się zabiegał, bez boskiey obrazy,
Tomkowic z Sodalicyi y pan Aszkenazy.
W długie się Akademia spory nie wdawała,
Ieno im obu z sobą do łaźniey kazała;
Iako że tam rozsądzać będzie komisyia,
Kto ma lepsze kondycye y nagroda czyia.
Męże co nayuczeńsze zasiadły u stoła,
A ci dway, z szat rozdziani (iako rzec?) do goła.
Pogląda Akademia kędy trza, a ono
Barzo nierowno obie skryby podzielono.
Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku;
Zasię tamten Żydowin skrył się w ciemnym kątku.
«Wżdy, — rzeknie prezes — sądząc pomyśleniem zdrowem,
Iakoż mu dawać praemium z defektem takowem?»
Zaczem wszystkie iurory dały głos iednaki,
Że on dzieyopis cale ma poważne braki.
Pokraśniał aż Tomkowic, chlubnie odznaczony,
Zmówił krótki paciorek y wdział kalesony.
Aszkenazy zmarkotniał: łza mu w oku błyska;
Trudno: co raz człek stracił, tego nie odzyska.
Nie mył się biedny długo y iechał tem chutniey:
Nie każdy w Polszcze weźmie po Bekwarku
lutniey.
Przypisy
[1]Bekwark, własc. Bálint Bakfark a. Valentinus Greff Bakfark (zm. 1576) — pochodzący z Siedmiogrodu kompozytor, nadworny muzyk Zygmunta Augusta. Lutnia Bekwarka została opisana przez Jana Kochanowskiego we fraszce O Bekwarku. [przypis edytorski]
Publikację zatytułowaną Eseje dla Kasandrynapisał w 1950 r., ale pierwsze wydanie ukazało się w 1961 r., nakładem Instytutu Literackiego w Paryżu. Pierwsze polskie wydanie to 1981 r. (z inicjatywy bezdebitowego krakowskiego wydawnictwa ABC). Po roku 1989 r. reprint Esejów, z zachowaniem okładki z wydania 1981 r. był dziełem gdańskiej oficyny wydawniczej o nazwie „słowo/obraz/terytoria”. Od czasu do czasu pisma literackie (oraz inne o niejedno- znacznie określonej proweniencji) zamieszczają pojedyncze eseje.
Tytułową publikację Jerzy Stempowski zadedykował: Cieniom L. R.* *) L.R. – Ludwika Rettingerowa; nazywana przez przyjaciół Wichuną – żona Mieczysława Rettingera (dziennikarza i krytyka). https://tei.nplp.pl/entities/5343 ). Zaprzyjaźniony z Rettingerami Jerzy Stempowski mieszkał z nimi przy ul. Flory 1 w Warszawie i przez 13 lat opiekował się bliską jego sercu, chorą na raka p. Ludwiką, kierując jej kuracją. Ludwika zmarła w 1940 r. w pensjonacie w Słobodzie Rungurskiej niedługo po opuszczeniu go przez J. Stempowskiego, który we wrześniu 1939 r. przekroczył granicę polsko-węgierską. Słoboda Rungurska – wówczas (II RP) wieś w Galicji Podolskiej w województwie stanisławowskim (w RON – woj. ruskie; ziemia halicka) na przedgórzu Gorganów (wschodnie przedłużenie Bieszczadów), ok. 22 km na płd. zach. od Kołomyi; Po 1945 r. woj. stanisławowskie zostało włączone do terenu sowieckiej Ukrainy – S.O.). Przytaczam kilka fragmentów z ww. zbioru esejów, które uzupełniłem linkami oraz przypisami (sygnatura: S.O.).
1. Zdolność przewidywania przyszłych wypadków politycznych nie musi być rzeczą rzadką, bo w okresie międzywojennym słyszałem wiele przewidywań, które spełniły się dokładnie. Przewidywania te nie wychodziły nigdy z ust osób zajmujących wielkie urzędy, posiadających wszystkie dane materialne do słusznej oceny sytuacji i powołanych niejako do patrzenia w przyszłość. Mniemanie, że orzeczenia ekspertów, wyczerpujące dokumentacje i tajne raporty mogą zaciemnić najbardziej nawet przejrzyste sprawy, nie jest zatem bezpodstawne.
Patrząc obecnie na te czasy z oddalenia mam wrażenie, że w okresie międzywojennym zdolność przewidywania była przeszkodą we wszelkiej karierze politycznej. Zjawisko to wydaje mi się dziś nawet zrozumiałe. Przyszłość Europy była ciemna i ktokolwiek ją słusznie oceniał był czarnowidzem, którego nikt chętnie nie słucha. Ludzie dobrze wychowani unikali wszelkich wynurzeń na te tematy. Tragiczne w tej sytuacji było to, że przez długie lata niewielki nawet wysiłek ludzi dobrej woli mógł odwrócić grożącą naszemu kontynentowi katastrofę.
Wspominając ówczesnych proroków zagłady, na pierwszym miejscu powinienem wymienić Szymona Askenazego. https://sztetl.org.pl/pl/biogramy/5036-askenazy-szymon Okres pracy twórczej i sławy Szymona Askenazego przypada na jego młodość, na lata poprzedzające pierwszą wojnę światową. Pochodzący, jak Julian Klaczko, z rabinicznej rodziny wileńskiej, ożeniony z zamożną warszawianką. (Felicja Tykocinerz rodziny bankierów – S.O.) [wikipedia/Julian_Klaczko md]
Askenazy był przez długie lata profesorem historii nowożytnej uniwersytetu lwowskiego. Miał tam setki słuchaczy; w seminarium jego pracowało do 80 studentów, przetrząsających według wskazówek mistrza archiwa całej Europy. Co roku prawie ukazywała się jakaś nowa, rewelacyjna książka Askenazego: “Książę Józef“, “Łukasiński“, wiele tomów rozpraw i szkiców historycznych. Już wówczas zaczął się w Europie zmierzch historycyzmu, cechującego poprzednie stulecie. Najznakomitsi historycy Zachodu, Aulard, Chuquet czy Ferrero nie znajdowali większego audytorium i kontentowali się co najwyżej małą grupką uczniów. https://fr.wikipedia.org/wiki/Alphonse_Aulard https://fr.wikipedia.org/wiki/Arthur_Chuquethttps://fr.wikipedia.org/wiki/Guglielmo_Ferrero W porównaniu z nimi Askenazy wyglądał na wielkiego szefa szkoły, sternika łodzi wiozącej młodzież zapalną i uczoną. Dopiero później miało się wyjaśnić, że ów późny historycyzm polski był w znacznej mierze zjawiskiem koniunkturalnym i przypadkowym. Młodzi ludzie, którzy w kraju niepodległym marzyliby o karierach dyplomatów, generałów lub bankierów, w Polsce porozbiorowej studiowali historię lub pisali sonety.
W 1914 Askenazy wyjechał zagranicę. Po powrocie do kraju, w odrodzonym uniwersytecie warszawskim słusznym tytułem pretendował do katedry historii. Obudzona do nowego życia Polska była jednak młoda, rozrzutna i kapryśna. W 1920 senat akademicki odrzucił kandydaturę Askenazego. [por. wcześniejszą jego, naszą przygodę, opisana przez Boya: O tem co w Polszcze dzieyopis mieć winien MD]
Powołany wkrótce potem na stanowisko delegata do Ligi Narodów, Askenazy porzucił na dwa lata kraj. Złożywszy dymisję jesienią1922 wrócił do Warszawy i pozostał tam aż do śmierci w 1935 r.
Zbliżyłem się doń w latach 1928 – 1932. W swym mieszkaniu przy ulicy Czackiego Askenazy żył wówczas samotnie i bezczynnie. Porzucił wszelką pracę naukową. Liczne rękopisy niektóre niemal gotowe do druku, drzemały na półce. Kiedy w 1932 uniwersytet warszawski ofiarował mu katedrę na wydziale prawnym, Askenazy odmówił. “Miałem 12 lat czasu do zastanawianiasię co im powiedzieć”, mówił o wizycie u niego delegatów senatu akademickiego. “Pocałujcie mnie w d… , powiedziałem im tylko trzy razy”.
Decyzja jego wydawała się słuszna. Od wielu lat już poziom uniwersytetu obniżył się do wymagań coraz liczniejszej młodzieży, oczekującej od studiów korzyści doraźnych, przede wszystkim dyplomów. Audytorium, jakie Askenazy posiadał niegdyś we Lwowie, nie było już ani w Polsce ani gdzie indziej. Askenazy był jak gdyby żywym świadectwem głębokich zmian, jakie zaszły w owych czasach, zmian, których nikt nie chciał widzieć. Był wysoki, koszmarnie chudy, z wielką głową, bardzo długim nosem i parą ciemnych, bystrych i nieżyczliwych oczu. Język i sąd jego były tnące jak nóż. W ostatnich latach życia był zupełnie samotny. Z biegiem czasu odwiedzano go coraz rzadziej. Być może dlatego, że moje myśli nie odbiegały wówczas zbytnio od jego własnych, Askenazy znosił mnie lepiej niż innych. Przychodziłem doń zwykle wczesnym popołudniem. Przez godzinę lub dwie opowiadał anegdoty z życia Adama Czartoryskiego, czytał czasami jakiś fragment porzuconego rękopisu. Potem około 5-tej ubierał melonik koloru brązowego zimą, perłowego latem i razem wychodziliśmy na miasto. Droga nasza prowadziła zazwyczaj przez Krakowskie Przedmieście, Miodową, plac Bankowy. Przed każdym starym domem Askenazy zatrzymywał się i opowiadał co się w tym domu działo w Noc Listopadową, jakie osoby były tam zebrane i o czym mówiono. Wersja słowna tej historii odbiegała nieraz znacznie od tej, jaką zostawił w “Łukasińskim“.
Z opowiadanych przezeń fragmentów wyłaniał się powoli obraz chaosu, rozbieżnych i bezwstydnych interesów, nieporadności. Bohaterstwo sąsiadowało z bezmyślnym egoizmem i prowokacją. Cień końcowej klęski zdawał się ciążyć na powstaniu od pierwszego dnia. “Historię” – mówił – „pisałem w znacznej mierze ad usum delphini, dlamłodzieży, którą starałem się wychować, przygotować moralniedo nowej walki o niepodległość. Dziś możnaby to oczywiścieopowiedzieć na nowo, inaczej, ale dla kogo? Kto się tym interesuje?Komu taka wiadomość może byćpotrzebna?”.
W pogodny letni dzień 1932, obszedłszy utartym szlakiem starszą część miasta, wyszliśmy w aleję 3-go Maja i usiedliśmy na ławce. Naprzeciw zakładano właśnie fundamenty pod jakiś wielki budynek. „Co też tu zamierzająbudować?” – zapytał Askenazy”. – „Słyszałem, że Muzeum Narodowe”. “Że też ludzie mają zdrowie i ochotę wznosić tak kosztowne budynki w mieście na zagładę przeznaczonym”. – „Dlaczego na zagładę?” – zapytałem.
“Kiedy tu z panem siedzę na ławce, widzę niemal jak Niemcy jadą w samolotach i rzucają bomby na miasto”. I na moją sceptyczną uwagę o proroctwach, zawołał żywo: “Jak pan tego nie widzi? Jak pan może tego nie widzieć? Niech się pan przez chwilę tylko zastanowi! Czy może być inaczej?”
Znałem wówczas nieźle sprawy niemieckie i jego dalsze wywody wydały mi się bardzo prawdopodobne. Tymczasem Askenazy rozwijał dalej swą wizję przyszłości: “Tylko zupełnie naiwni mogą sobie wyobrażać, że Polska może toczyć wojnę inaczej niż na dwa fronty. Niemcy nie mogąprzekroczyć granicy pod Zbąszyniem bez tego, aby Rosjanie przekroczyli ją ze swej strony pod Baranowiczami. Trzeba się liczyć z najprostszym mechanizmem takich wypadków. Przed uderzeniem na Polskę Niemcy zgromadzą przeważające siły izapewnią sobie neutralność czy bezczynność mocarstw zachodnich. Będzie więc bardzo prawdopodobne, że prędzej czy później zajmą kraj i dojdą aż do Baranowicz. Czy Rosjanie mogączekać aż Niemcy dojdą do ich granicy? Nie. Elementarna przezorność każe im już przedtem przekroczyć granicę i zająć cosię da, aby mieć coś w ręku przy pertraktacjach z Niemcamii w razie możliwego konfliktu trzymaćich jak najdalej od własnych granic. Czy tego dnia Unia Sowiecka będzie w aliansie z Niemcami czy też z Anglią i Francją, czy nawet z nami, będzie to zależne od gry aliansów na ten dzień, ale bynajmniej nie zmieni sprawy. Przejście granicy i zajęcie wschodniej części Polski będzie w owej chwili dla Rosji sprawą nierównie pilniejszą od gry aliansów”. I po chwili namysłu: “Ten sam mechanizm działa także w razie pokojowego przebiegu wypadków, jeżeli dla jakichś przyczyn Polska będziemusiała cedować Rosji Wilno i Lwów, następnego dnia będziemusiała oddać Niemcom Śląsk i Pomorze. Po oddaniu Lwowa i Wilna dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko w oparciuo Niemcy, i to oparcie kosztowałoby ją Śląsk i Pomorze. I na odwrót: w razie konieczności cedowania Niemcom Śląskai Pomorza dalsza egzystencja Polski byłaby możliwa tylko pod opieką Rosji, która w zamian zażądałaby Lwowa i Wilna. Zresztąpo takim okrojeniu nie byłoby już mowy o jakiejś egzystencji niepodległej. Dla mocarstw zachodnich Polska jest tylko pionkiem do szachowania bądź Niemiec, bądź Rosji i po okrojeniunie przedstawiałaby już żadnej wartości”. W trzy lata po tej rozmowie Szymon Askenazy zmarł rzekomo na skutek niedomagania nerek. W istocie zabiły go własne myśli, świadomość nadchodzących wypadków, których nikt oprócz niego nie widział. Żona jego zmarła w 1940 w szpitalu warszawskim, jedyna zaś córka została zamordowana przez Niemców.
Nikomu zapewne nie przyjdzie na myśl szukać słusznych przewidywań u dziennikarzy, fabrykantów efemeryd, ważnych tylko na dzień bieżący i obracających się w makulaturę z chwilą ukazania się następnego numeru gazety. Od dawna już prasa utraciła ambicję informowania, kontentując się dostarczaniem czytelnikowi rozrywki dla osłodzenia nieuniknionej w gazecie codziennej sieczki wiadomości oficjalnych. Mimo to widziałem i dziennikarzy robiących na prywatny użytek trafne przewidywania. Możność osobistego poznania środowisk politycznych i parlamentarnych w krajach, gdzie przygotowywały się przyszłe wypadki, dawało im często przesłanki do słusznej oceny najbliższej przyszłości. Z okresu międzywojennego zostało mi w pamięci kilka rozmów z Robertem Dell’em, jednym z ostatnich dziennikarzy niezależnych. https://digital.janeaddams.ramapo.edu/items/show/8366
W listopadzie 1922 spotkałem go w Düsseldorfie. Wojska francuskie zajęły były właśnie okręg Ruhry. Od kilku tygodni między Francją l Anglią istniał stan, który dziś określamy mianem zimnej wojny. Anglicy dokładali starań do zrujnowania franka i stworzenia Francji trudności finansowych. Nikt nie wiedział, jak zachowa się w Ruhrze ludność niemiecka. Dowódca niewielkiej armii okupacyjnej, generał Mangin, nawiązał rozmowy z przybyłym do Ruhry Karolem Radkiem, podówczas kierownikiem polityki niemieckiej Kominternu. Paul-Prudent Painlevé, którego odwiedziłem poprzedniego tygodnia w Paryżu, oderwał się był od lektury Einsteina aby powiedzieć, że uważa sytuację za wręcz groźną i okupacja Ruhry wydaje mu się – tak z punktu widzenia wojskowego jak politycznego – niezmiernie ryzykowna. https://pl.wikipedia.org/wiki/Charles_Manginhttps://pl.wikipedia.org/wiki/Paul_Painlev%C3%A9
Niepokój ogarnął także sprzymierzeńców Francji. Niemcy sudeccy, sądząc że będą mogli znaleźć oparcie w Anglii, dążącej do osłabienia Francji także od strony czeskiej, zaczęli poszukiwać kontaktów w Londynie. W hallu hotelu, zbudowanego przez Hugo Stinnesa, zrobiliśmy krótki przegląd tych wypadków. https://enwikipedia.org/wiki/Hugo_Stinnes. Dell był poważny i blady, jak gdyby czuł na sobie współodpowiedzialność za szaleństwa wielkich tego świata. “System polityczny ustalony przez zwycięzców w 1919″ – powiedział – „leży już w gruzach. Ameryka cofnęła swój podpis,Anglia i Francja są tak poróżnione, że wpływy ich wzajemniesię znoszą, Rosja nie jest jeszcze gotowa do objęcia po nichspadku. Nie ma komu bronićpokoju z 1919. Niemcy są na raziew stanie chaosu, ale droga dla nich stoi otworem. Anglia niechce, Francja sama nie potrafi bronić obecnego porządku. Otym czym będzie Europa decydowali będą Niemcy. Przyszłość Europy zależy od ewolucji wewnętrznej Niemiec”. To co widziałem w ciągu następnych dni w Niemczech utwierdziło mnie w słuszności tej prognozy i napełniło złymi przeczuciami. Patrząc w przyszłość widziałem tylko ruinę wszystkiego, na czym od pokoju westfalskiego usiłowano oprzeć zgodne współżycie Europejczyków. W końcu grudnia kupiłem w Paryżu garść złotych dolarów, które przechowałem do 1939 i dzięki którym mogłem uciec z okupowanej Polski.
Della spotkałem znów w Genewie późną jesienią 1936. Wojna hiszpańska była już w pełnym biegu i Anglia zdążyła była narzucić Francji, trawionej kryzysem wewnętrznym, politykę nieinterwencji. Role więc były już podzielone: dywizje pancerne włoskie i lotnictwo niemieckie atakowały republikę hiszpańską, system nieinterwencji trzymał za ręce mogących jej przyjść z pomocą. Moskwa nie powzięła była jeszcze decyzji, i jej prasa wylewała co dzień kubeł pomyjów na republikę hiszpańską. Dell był bardzo niewesoły. Jego niezależna publicystyka przyniosła mu same zawody: został wydalony z Niemiec i z Francji. Mieszkając w Genewie pisywał korespondencje z Ligi Narodów, o której nie było już wiele do powiedzenia. Kiedyśmy zostali sami, zaczął mówić: „Z Europy, w której wyrosłem i do której byłem głęboko przywiązany, nie zostało już nic. Jedynym logicznym dla mnie wyjściem z tej sytuacji byłoby samobójstwo. Jeżeli, mimo to wciąż żyję,ma to dwa powody: jako Anglik mam odrazę do skrajnych posunięć, po wtóre mam 67 lat i w tym wieku samobójstwo byłoby wyważaniem drzwi otwartych”. Starałem się go pocieszyć jak umiałem, ale na próżno. Chcąc więc zwrócić jego myśli na inne tory, zacząłem mówić o sytuacji politycznej. Dell przerwał mi: „Właściwie nie ma już o czym mówić. Sytuacja jest jasna. W ciągu ostatnich kilkunastu lat głównym celem polityki angielskiej było sprowadzenie Francji do rzędu Portugalii i ten cel został obecnie osiągnięty. Pozbywszy się jedynego możliwego alianta w Europie, Anglia w sprawach kontynentalnych nie będzie miała odtąd żadnego głosu. W ten sposób i los Polski zostałprzesądzony. Na francuskiej Portugalii Polska opierać się nie może, Anglia zaśjuż zrzekła się głosu“. Widząc go w coraz smutniejszym nastroju, zacząłem rozwijać fantazyjną teorię przeciwstawności pokoleń. Młodzież wychowana w dyscyplinie totalitarnych państw będzie musiała zrazu tajnie, potem jawnie tęsknić do jakiegoś nowego liberalizmu. Cytowałem przykłady takich zwrotów z różnych epok i zakończyłem takim mniej więcej obrazem przyszłości: “Za 10 lub 15 lat zostaniemy obaj zaproszeni do Berlina na odsłonięcie pomnika Dickensa na Nollendorfplalz. Z tej okazji polski minister oświaty zaleci dzieła Godwina jako szkolnąlekturę . Wieczorem w Kaiserhofie odbędzie się bankiet na cześć Garrisona-Villarda. Bzy będą kwitły na wszystkich skwerach Charlottenburgu. Będziemy pili jasne piwo z malinowym sokiem wradosnym i podniosłym nastroju, bo dokoła nas będą sami Niemcy życzliwi i liberalni”. Mrużąc oczy Dell słuchał mnie z uśmiechem, jak człowiek chwytający się wszelkiego pretekstu do oderwania się od własnych myśli. potem sposępniał znów: „Jak wszyscy Anglicy mego pokolenia byłem przez całe życie trochę germanofilem. Ostatnie lata uleczyły mnie z tej słabości.Pokoju w Europie nie będzie tak długo dopóki ogień nie spadnie z nieba i nie wypali miejsca, które nazywa się Germany“. Tego wieczora Dell musiał być – jak się mówi o prorokach – “inspirowany”, bo nawet “ogień spadający z nieba”, który wówczas wydawał mi się tylko biblijną metaforą, okazał się później rzeczywistością.
Nawet w chaosie wypadków wojennych, gdzie wszystko wydaje się możliwe i brak punktu wyjścia do jakichkolwiek wiarygodnych kalkulacji, słyszałem uderzająco dokładne przewidywania. Latem 1940 mówiono wiele o nieuniknionym i bliskim konflikcie między armią niemiecką i dyktatorem. W razie zwycięstwa, rozumowano, generałowie zostaną zgładzeni przez Hitlera jako już niepotrzebni, w razie klęski – przy niemieckim sposobie prowadzenia wojny – zostaną rozstrzelani przez zwycięzców. Dopóki stoją na czele zwycięskiej armii powinni korzystać z sytuacji, która później nie wróci.
W tym czasie spotkałem wyższego oficera niezwykłej inteligencji, który związkom rodzinnym i wyszkoleniu zawdzięczał głęboką znajomość generalicji niemieckiej. Na moje pytanie odpowiedział: “Niech pan nie pozwala sobie zawracać głowy tymi bzdurami. Wodzowie armii niemieckiej są najlepszymi w tej chwili technikami rzemiosła wojennego i mogą nawet dzięki temu wygraćwojnę. Obalenie dyktatury wymaga jednak zupełnie innych kwalifikacji, przede wszystkim zaś charakteru, którego nikt z nich nie posiada. Nic więc z tego nie będzie. To, że zginą powieszeni, wydaje mi się natomiast bardzo prawdopodobne”. Kiedy myślę dziś o tej rozmowie, uderza mnie w niej najwięcej słowo “powieszeni”. W 1940 nikt jeszcze nie używał tego słowa mówiąc o osobach wojskowych, które według starego obyczaju rozstrzeliwano. Nawet Tuchaczewski zginął rozstrzelany. Słowo “powieszeni” posiada w sobie konkretność wizji wychodzącą poza ramy teoretycznej kalkulacji.
2. W okresie międzywojennym nie brakło także proroctw pisanych. Przykłady ich znaleźć można np. w literaturze surrealistycznej. Właściwy sens jej, zaciemniony przez krytykę, uszedł uwagi czytelników. W latach 1939 – 1940, patrząc w różnych krajach na stłoczone na brzegach wód masy uciekających, poznawałem w nich klimat powieści Ribemont – Dessaignes’a “Les frontieres humaines“. Widok jadących sznurami automobili przykrytych modnymi wówczas materacami przypominał mi słowa czytanego przed wielu laty tzw. drugiego manifestu surrealistów: „Partez sur les routes. Semez les enfants au coin dubois“. https://pl.wikipedia.org/wiki/Georges_Ribemont-Dessaignes Partez sur les routes. Semez les enfants au coin dubois – jedno z surrealistycznych haseł André Bretona. (Idźcie przez ulice/ ewentualnie: idźcie drogami. Siejcie dzieci na rogu lasu);
W przewidywaniach posiadających taką dokładność i konkretność uderza często prostota, suchość i niemal ubóstwo przesłanek rozumowania, wyodrębnionych z chaosu rzeczywistości. Przychodzi mi tu myśl proroctwa spełnione dopiero w połowie, które słyszałem w 1923 z ust Mahmuda Tarzy. https://en.wikipedia.org/wiki/Mahmud_Tarzi Osoba jego wymaga krótkiego objaśnienia. Afganistan jest krajem górskim graniczącym z jednej strony z Indiami, z drugiej z rosyjskim Turkiestanem. Abdurrachman, ostatni emir z pierwszego okresu niepodległości mawiał o tej sytuacji: „Jestemjak łabędź pływający po strumieniu. Po jednym brzegustrumienia, chodzi tygrys bengalski, po drugim niedźwiedź syberyjski,ja zaś pływam pośrodku, i woda nie jest za bardzo głęboka”. Kiedy w 1882 rząd petersburski zaproponował mu ratyfikację granicy na Pamirze, emir przeląkł się tak, że zrezygnował z niepodległości i przyjął protektorat brytyjski. https://en.wikipedia.org/wiki/Abdur_Rahman_Khan
W 1917 dwaj Afgańczycy, Weli Chan i Mahmud Tarzy, pojechali do Moskwy i przez półtora roku śledzili na miejscu bieg rewolucji. (Mohammad Wali Khan Darwazi:https://www.ijrah.com/index.php/ijrah/article/view/192/352 Przyszedłszy do przekonania. że w ciągu najbliższych lat nic nie grozi Afganistanowi od północy, wrócili do kraju, obalili ówczesnego emira i osadzili na tronie głośnego później Ammanullacha, który niezwłocznie ogłosił niepodległość Afganistanu, wydał wojnę Wielkiej Brytanii i w wyniku jej osiągnął ponowne uznanie niepodległości kraju. Wkrótce potem emir poślubił córkę MahmudaTarzy. Odtąd z Weli Chanem dzierżyli na zmianę dowództwo armii i prezydencję rządu cywilnego. W 1923 Mahmud Tarzy wyjechał do Europy i po starannym zwiedzeniu Włoch, Francji i Anglii osiadł w Paryżu w charakterze posła swego kraju. Tam odwiedziłem go kilkakrotnie w towarzystwie muzuł- mańskich przyjaciół.
Weli Chan był niewielkiego wzrostu, z twarzą okrągłą jak księżyc, wyrażająca głębokie zadowolenie. Mahmud Tarzy był wyższy, szczuplejszy, skórę miał ciemną jak cholewa, nosił czarną brodę, patrzył najczęściej w ziemię i zdawał się nie przewidywać niczego dobrego. Pewnego razu objaśnił mi różnicę między wyglądem swoim i swego znakomitego kolegi. „Czy pan rozmawiał kiedy z Weli Chanem w cztery oczy. Czy też widywał go pan w otoczeniu innych Afgańczyków?” Odpowiedziałem, że nigdy nie widziałem go na osobności. „W cztery oczy wydałby się panu mniej wniebowzięty. Uśmiechi zadowolenie jest u nas grzecznością, którą wykonujący władzę winien jest swoim poddanym. Aby jeden mógł byćna wierzchu, wszyscy muszą się na to złożyć w pieniądzach, upokorzeniach i przykrościach! Byliby więc nieprzyjemnie zdziwieni, widząc że emir jest niezadowolonyi ofiary ich były próżne”. Tu wyjął z szuflady fotografię Weli Chena w otoczeniu kilkunastu Afgańczyków i ciągnął dalej: „Patrząc na tę grupę może pan poznać od razu rangę każdej osoby. Twarz stojących na najniższych szczeblach wyrażaskupioną uwagę i gotowość do usług. Twarz stojących wyżej wyraża gotowość do usług i przekonanie, że usługi ich będą należycie ocenione. Stojący na samym wierzchu patrzy trochę ponad głowy innych i ma taki wyraz twarzy, jak gdyby widziałjuż z bliska raj Mahometa“.
Mahmud Tarzy był więc człowiekiem nie tylko doświadczonym, ale przywykłym do rozważania spraw ludzkich w ich wielkich aspektach. Korzystając z jego pogodnego nastroju, zapytałem go jakie wrażenia wyniósł z objazdu Europy i co myśli o jej przyszłości. Odpowiedział: „Nic dobrego. Gdyby Europejczycy zajmowali się jak my wypasaniem kóz inie mieli innych kłopotów, mogliby być może patrzyćpogodnie w przyszłość. Administracjatak wielkich bogactw i złożonych przedsiębiorstw wymaga jednakpewnej inteligencji, której tu nigdzie nie mogę się dopatrzyć.Dlatego myślę, że Europa stoi na progu bezprzykładnejkatastrofy i że wy wszyscy zginiecie marnie, niesławnie jak zwierzęta idące pokornie pod nóż“. I po chwili dodał: „Najlepiej jeszcze podobali mi się Anglicy. Nie są mądrzejsi od innych, ale jeszcze na razie mają więcej pieniędzy”.
Od tego czasu minęło wiele lat. Słowa Mahmuda Tarzy przypominały mi się nieraz, ilekroć patrzyłem na zdumiewa- jącą dyscyplinę obecnych mrowisk ludzkich. Pod komendą szalonych dyktatorów czy nie mniej nieprzytomnych rządów demokratycznych całe narody szły “w karnych szeregach” do nieuniknionych i z dala widocznych katastrof. Nikt nie próbował myśleć samodzielnie, nikt nawet nie uciekał, chyba że porwany owczym pędem. Zmiany jakie zaszły w Europie, niegdyś centralnym laboratorium myśli krytycznej, są tak głębokie, że sami nie dostrzegamy już prawie groteskowości naszego zachowania się, które napełniało zdumieniem górala z Afganistanu.
3. Zaczynając od Jakóba Burckhardta, wszyscy, którzy w ostatnich dziesiątkach lat widzieli jasno rzeczy przyszłe, byli samotni. https://pl.wikipedia.org/wiki/Jacob_Burckhardt Ciążyła na nich samotność i bezużyteczność ich wiedzy. W czasach mojej młodości ze słusznych przewidywań można było wyciągnąć pewne skromne korzyści osobiste. Dziś i te możliwości są zamknięte. Z miejsca, w które ma uderzyć piorun, przezorność nakazuje uciekać. Ale dokąd? Wojna i chaos mogą się zacząć wszędzie. Wojna ostatnia zaczęła się w leżącej na uboczu Hiszpanii. Dyktatorzy rozważali także rozpoczęcie jej w Ameryce Południowej. Uciekać więc nie ma dokąd. Nieliczne kraje spokojniejsze strzegą swych przywilejów na użytek własnej ludności i zamykają granice dla obcych. Państwo nowożytne z jego drobiazgową reglamentacją życia nie daje zresztą obcym żadnego wartego zachodu azylu. Uciekać więc nie ma dokąd i nie ma po co.
Zdolność przewidywania nie jest potrzebna współobywatelom, którzy nie przypisują jej żadnego znaczenia. Nie jest potrzebna również samemu przewidującemu, który w obecnej organizacji społecznej nie może z niej wyciągnąć żadnej korzyści. Jest więc nieznośnym ciężarem, dziś trudniejszym do niesienia niż kiedykolwiek. Po co więc przewidywać? Jeden z przyjaciół zajmujący się polityką powiedział mi niedawno: „Po 40 latach doświadczenia przyszedłem do pewności, że największy handicap naszego życia stanowią rozsądek i zastanowienie”. Czy wobec jego całkowitej bezużyteczności uzdolnienie do widzenia rzeczy przyszłych będzie jeszcze nawiedzało wybranych? To pytanie przypomina mi bardzo już dawną rozmowę w laboratorium, do którego jako młody student przyniosłem kiedyś nową podówczas książkę Blaringhama o nagłych mutacjach roślin i zwierząt. https://en.wikipedia.org/wiki/Louis_Blaringhem Kierownik laboratorium, uczony fizjolog i członek wielu towarzystw naukowych, zainteresował się tą książką i czytał ją przez cały wieczór. Następnego dnia rankiem zapytał: ,,Studiował pan przedtem historię, czy pana zdaniem cywilizacje historyczne nie były, skutkiem mutacji podob- nych do tych,jakie opisuje Blaringham? Wszystko, co o tym wiemy, zdajesię na to wskazywać. Każda nowa cywilizacja była dziełem paru pokoleń, które – trafiając na pomyślne okoliczności – ujawniałanieznane przedtem uzdolnienia”. “To samo przychodzi mi na myśl, kiedy patrzę na rozwój nauk przyrodniczych. Uzdolnieniapotrzebne do tego, co robimy obecnie w naszych laboratoriach, rozwinęły się dopiero u paru ostatnich pokoleń, i nie ma żadnego dowodu, aby istniały poprzednio”. Tu westchnął i dodał: „Wyciągam z tego wnioski bardzo dla nas wszystkich niepomyślne. Odmiany oparte na mutacjach są niestale i ulegają równie nagłej regresji. Możemy więc któregoś dnia obudzić się pośród kretynów niezdolnych w ogóle do zrozumienia tego, w cowłożyliśmy tyle pracy i dowcipu”.
W pewnym węższym sensie słowa jego spełniły się, bo w dziesięć lat później, z okazji czystek politycznych w Niemczech, został usunięty z uniwersytetu i pozbawiony możności pracy naukowej.
*******
Z autorów przytoczonych wyżej przewidywań nikogo już prawie nie ma przy życiu. („prawie” odnosi się do czasu napisania eseju, czyli 75 lat temu– S.O.) Uzdolnienia takie na pewno nie sprzyjają długowieczności. Nawet mnie, który ich tylko słuchałem w milczeniu, nie wyszło to na dobre. Tymczasem jest jasne, że dyscyplina i cierpliwość dziś nie wystarczy. Jeżeli Europa, zrujnowana tylu szaleństwami, ma uniknąć zagłady, mieszkańcy jej muszą nauczyć się lepiej przewidywać skutki swych czynów i nie mogą więcej lekceważyć tych, kto to potrafi. Dla starszych jest to już prawie obojętne. Myślę tu o młodych, mających całe życie przed sobą.
Kto z nich zechce ubrać płaszcz, o którym Kassandra mówi do Apollona: „W tym płaszczu proroka wystawiłeś mnie na pośmiewisko swoich wrogów“.
O autorze: stan orda
lecturi te salutamus
========================================
18 komentarzy
Pokutujący łotr 27 marca 2024 godz. 22:04
Stary mason, ponury wolterianin Jerzy Stempowski, na którego grobie na Powązkach nie ma krzyża. Syn Stanisława, wielkiego mistrza Loży Narodowej Polski i ministra rolnictwa Ukraińskiej Republiki Ludowej u Szymona Petlury, wieloletniego prezesa Towarzystwa Polsko-Ukraińskiego
================================
W oryginale ważna, świetna DYSKUSJA o masonach i Prawdzie, a także prawdzie cząstkowej . Tym, którzy dotarli do tego miejsca, gorąco polecam. Mirosław Dakowski
Rusza #AkcjaEwakuacjaZeu organizowana przez Fundację Kampanii Społecznych im. św. Stanisława Papczyńskiego. Inicjatorzy chcą przekonać Polaków do konieczności PolEXITU.
Jak wskazali organizatorzy, pierwszym celem ich kampanii jest „poszerzenie świadomości Polaków dotyczącej neokolonializmu, którego jednym z najniebezpieczniejszych narzędzi jest Unia Europejska”.
„Chcemy przedstawić Polakom prawdziwą historię i cele tzw. «ojców założycieli»” – dodali.
Organizatorzy kampanii #AkcjaEwakuacjaZeu podkreślili, że w wizji „ojców założycieli” od samego początku „Zjednoczona Europa nie mała być związkiem wolnych narodów a europejskim państwem”.
„Aby mogło ono powstać przeprowadza się powolną operację odzierania narodów europejskich z ich kompetencji, co na końcu musi skutkować odebraniem narodom ich prawa do samostanowienia” – czytamy.
Powołano się także na prof. Jerzego Chodorowskiego, który „udowodnił, że nie ma możliwości zmiany tak ustawionego kierunku integracji”. „Dlatego będziemy przekonywać Polaków do opuszczenia Unii Europejskiej jako projektu, który ma zamknąć naszą drogę do niepodległości” – oświadczono.
Zdaniem przedstawicieli Fundacji, najtrudniejsze będzie rozpoczęcie konsultacji społecznych „dotyczących powstania Europy niepodległych narodów, która będzie konkurencją dla unijnej utopii”. Według nich, podstawą konsultacji powinna być cywilizacja łacińska w rozumieniu prof. Feliksa Konecznego.
Organizatorzy kampanii za cel stawiają sobie podniesienie odsetka Polaków widzących konieczność wyjścia z Unii Europejskiej z 11 do 20 proc. w najbliższym roku. W ciągu trzech lat ma on osiągnąć już 30 proc. Do 2028 roku przekonana ma być już ponad połowa Polaków.
„Cele te chcemy realizować poprzez tworzenie struktur do regularnej pracy społecznej na ulicach polskich miast. Będziemy wychodzić z banerami i megafonami. Merytorycznie przygotowani do dyskusji wolontariusze będą poruszać tematy trudne ale konieczne dla odzyskania naszej niepodległości” – czytamy.
motto: Tylko dla Boga człowiek posiada wartość samą w sobie (A. Sołżenicyn)
Najpierw treść rozmowy o Sołżenicynie, a w drugiej części notki małe arcydziełko literackie A. Sołżenicyna, w Polsce praktycznie nieznane [dałem osobno. MD] . Tekst rozmowy o Aleksandrze Sołżenicynie i jego twórczości został pierwotnie opublikowany w Nr 4/328 „Kultury”; Paryż 1971. Reedycja w zbiorze „Godzina cieni. Eseje” autorstwa G. Herlinga-Grudzińskiego (ZNAK, Kraków 1991).
********** Nicola Chiaromonte: – Losy pisarstwa Sołżenicyna poza granicami Rosji wydają mi się równie niezwykłe jak symptomatyczne dla obecnej sytuacji kulturalnej i moralnej w Europie. Z jednej strony mamy literatów, krytyków, publiczność tak zwaną kulturalną (co dziś oznacza po prostu oblataną w najświeższych modach). Ludzie tego pokroju uważają w przytłaczającej większości Sołżenicyna za pisarza “dokumentarnego”; za autora o silnej i szlachetnej naturze, lecz o skromnych możliwościach artystycznych; za herolda “socjalizmu ludzkiego”, czyli moralistycznego a nie politycznego, tym samym więc mało przekonywującego; za śmiałego obrońcę “destalinizacji”, i owszem, któż jednak na Zachodzie nie jest zwolennikiem “destalinizacji”, odkąd Chruszczow zainicjował tę niezbyt jasną i trudną do zdefiniowania operację? Krótko mówiąc, Sołżenicyn występuje tu jako piękna postać pisarza i człowiek z charakterem, ale jeśli chodzi o sztukę literacką plasuje go się daleko w tyle za naszymi zawrotnymi subtelnościami.
Z drugiej strony ktokolwiek ma okazję rozmawiać z osobami prostymi, wrażliwymi i uważnymi, które przeczytały Dzień Iwana Denisowicza, Pierwszy krąg, Oddział chorych na raka, nie może nie dostrzec głębokiego wrażenia jakie zrobiły na nich te książki. Czy to będą Włosi czy Francuzi, Anglicy czy Amerykanie, w Sołżenicynie znajdują oni typ pisarza od którego zdążyli już dawno odwyknąć we własnych krajach, pisarza przemawiającego równocześnie do serc i umysłów. Pisarza poważnego; dajmy spokój przymiotnikowi “wielki”, który w tych sprawach niewiele znaczy. Niezależnie od wieku, ci ludzie odkrywają na kartach powieści Sołżenicyna obraz świata społecznego i wszechświata moralnego. Światem społecznym jest dzisiejsze społeczeństwo sowieckie opisane od dołu do góry: od łagrów, więzień i szpitala dla chorych na raka, poprzez nędzną klasę średnią. biurokratów, aż po wysokich i najwyższych reprezentantów reżymu. Ale temu solidnemu i drobiazgowemu opisowi, i jakby przez niego pobudzana, towarzyszy. zrównoważona i surowa wizja egzystencji ludzkiej. W niej młodzi i starsi czytelnicy znajdują nie odpowiedź na pytania abstrakcyjne, lecz potwierdzenie elementarnego faktu, dziś straszliwie zaciemnionego: ,że godność człowieka – droga prawdziwego wyzwolenia – tkwi zgodnie z antyczną formułą w zdolności “cierpienia i rozumienia”, a nie delektowania się własnym rozdętym do skrajności Ja. Tym czytelnikom więzień Gerasimowicz z Pierwszego kręgu przypomina, że to co zwykliśmy nazywać “nieśmiertelną duszą” nie jest przez nas posiadane, ale zdobywane; i że tylko wydziedziczeni, ci którzy w drodze gwałtu lub z własnego wyboru przebywają poza światem “chciwych i głupkowatych użytkowników wyznaczonej racji wolności”, są zdolni ubiegać się o taką zdobycz. „Żaden los nie mógł być gorszy od ich losu. A przecież w ich duszach panował spokój. Była w nich nieustraszoność ludzi którzy stracili wszystko, nieustraszoność trudna do osiągnięcia, lecz trwała gdy się ją osiąga”.
Tak brzmi, pod koniec Pierwszego kręgu, komentarz autora do wysyłki grupy więźniów zamku mawrińskiego[1] znowu za druty łagrów. Dla czytelników o których mówię podobne słowa stanowią wstrząs nie same przez się, ale dlatego że rodzi je oszczędny i bezspornie wiarygodny opis rzeczywistości. W pewnym sensie wolno powiedzieć, że Sołżenicyn nie tyle “przedstawia”, nie tyle “puszcza wodze wyobraźni”, co zaszczepia w sumieniu czytelnika istnienie rzeczywistości, która jest przedmiotem jego opowiadania. W jego książkach widać więc odpowiedź, a raczej jasny zarys odpowiedzi, na piekielną udrękę która, nawet jeśli nie jest narzucona przez system autokratyczny, gnębi dziś każdą świadomą jednostkę ludzką; udrękę pędzenia z dnia na dzień życia pozbawionego sensu, życia w którym człowiek czuje, że gubi z dnia na dzień własną duszę. [1] https://trojza.blogspot.com/2012/09/blog-post_6.html#more
Gustaw Herling-Grudziński: – Duszę … Rzadko używa się obecnie w “środowisku kulturalnym” tego słowa, uchodzi ono za domenę albo staroświeckich księży, albo wariatów. Witkiewicz, w wydanym (…) we Włoszech Nienasyceniu, powiada że o duszy “wiedzą dziś naprawdę cokolwiek tylko wariaci”. Genialny Witkiewicz! Oto jak w roku 1927 prorokował likwidację duszy za pomocą Nowej Wiary i pigułek Murti Binga:
„Wiara i pigułki, dając wiele doraźnie, na każdą chwilę z osobna dostarczając środków do walki z osobowością (a cóż jest zło, jak nie trochę zanadto wybujała osobowość?), zabijały w wyznawcach i zjadaczach wszelką intuicję przyszłości, wszelką możność całkowania chwil w konstrukcję życia na dalszy dystans. Następowało zupełne rozproszkowanie jaźni na szeregi bezzwiązkowych momentów; na tle możności poddania się każdej, najgłupszej nawet mechanicznej dyscyplinie“. https://kartkazbrulionu.wordpress.com/2019/04/05/z-piatku-na-niedziele-pigulki-murti-binga/ Czytam teraz Wspomnienia wdowy po Mandelsztamie, Nadzieżdy. Wspomina ona o „psychicznej ślepocie sowieckich ludzi”, działającej „rozkładowo na ich strukturę duchową”. Dodaje, że „pokolenie dobrowolnych ślepców” schodzi już naturalną koleją rzeczy ze sceny w miarę starzenia się. Co – pyta siedemdziesięcioletnia towarzyszka życia zamęczonego poety – przekazało ono w spadku swoim następcom? Czy wśród tych co posiadają dziś wzrok dużo jest takich, którzy nie tylko patrzą ale i widzą? Widzącym, a nie tylko patrzącym, jest niewątpliwie Sołżenicyn. Jego widzenie sięga poza specyficzną problematykę rosyjską, można co najwyżej wskazać jak dalece jest sycone przez obraz Rosji.
Prostych, wrażliwych i uważnych czytelników książek Sołżenicyna na Zachodzie wzrusza i zastanawia najbardziej to, że przywracają one znaczenie i jakby czysty dźwięk zdewaluowanym zdawałoby się i bezpowrotnie zużytym pojęciom: dusza, osobowość człowieka, dobro i zło, sprawiedliwość, prawość, miłość, prawda, głód nieśmiertelności. Innymi słowy, podziw dla Sołżenicyna wyraża ukryty a często i ledwie uświadomiony bunt przeciw światu, który “zabija w ludziach wszelką intuicję przyszłości, wszelką możność całkowania chwil w konstrukcję życia na dalszy dystans”; który “jaźń ludzką rozproszkowuje na szereg nie powiązanych ze sobą momentów, by ją tym łatwiej poddać mechanicznej dyscyplinie”. Gdyby twórczość Sołżenicyna ograniczała się do Dnia Iwana Denisowicza, moglibyśmy mówić jedynie o carmen horrendum ustroju sowieckiego, jak Herzen mówił o carmen horrendum caratu w związku z Martwym domem Dostojewskiego. Ale w Zagrodzie Matriony, w Oddziale chorych na raka, a nawet w Pierwszym kręgu, Sołżenicyn wznosi się ponad rzeczywistość sowiecką i wkracza w rejony uniwersalne. Sprawiedliwy, bez którego nie ostoi się żadna wieś, ani żadne miasto; czym żyje i jak umiera człowiek; wolność wewnętrzna, rzucająca zwycięskie wyzwanie sile i przemocy. Aż dziw że znalazł się jeszcze na świecie pisarz, który ma odwagę tak myśleć i w taki sposób opowiadać. Literatów na Zachodzie, z nielicznymi wyjątkami, ni grzeją ni ziębią “poczciwe banały” w tym stylu. Tutejsze literackie “subtelności”, jak je nazywasz, są sztuką udawania przed sobą i innymi że się żyje i pisze, wyrafinowaną i jałową zarazem grą pozorów.
Nicola Chiaromonte: – Tak, literatom na Zachodzie opowieści Sołżenicyna wydają się szlachetnie dokumentarne i basta. No cóż, wiadomo że współcześni literaci nie żywią szczególnego szacunku ani dla moralności ani dla prawdy. Nie jest kwestią przypadku, że to literat włoski wymyślił formułę ,,literatury jako kłamstwa”. Formułę znacznie bardziej tradycyjną we Włoszech, niż to na pierwszy rzut oka wygląda; i dającą się zastosować do wszystkiego niemal, co się dziś na Zachodzie pisze. Nie czytaliśmy może ostatnio, że wybitny intelektualista francuski Michel Foucault, powołany do College de France, wygłosił w surowych murach tej instytucji mowę, w której “wola prawdy” została uznana za formę represyjną wolności słowa? Odnoszę wrażenie że w tym miejscu dochodzimy do prawdziwej “żelaznej kurtyny”, która oddziela obecnie inteligencję w Europie Zachodniej od inteligencji w Europie Wschodniej . Carlo Bo, jeden z bardzo niewielu krytyków włoskich którzy sprawiedliwie ocenili twórczość Sołżenicyna, pisze właśnie: „To pewne że o wolność artystyczną walczy się dziś znacznie bardziej serio w kraju Sołżenicyna, niż gdzie indziej; powiedzmy otwarcie: niż u nas; wyjaśnia to również dlaczego ich literatura jest autentyczniejsza, szlachetniejsza, prawdziwsza, niż wszystkie nasze dwuznaczne smaczki i chwyty”. https://pl.wikipedia.org/wiki/Carlo_Bo Dodałbym od siebie, że w tym kontraście chodzi o znacznie więcej, niż o zwykłą wolność sztuki czy nawet wolność polityczną. Chodzi o wartość egzystencji ludzkiej, którą tu usiłuje się dziwnie upodlić i unicestwić, podczas gdy tam odkrywa się na nowo za cenę cierpienia jej fundamenty. Otóż według mnie nie ma rzeczy ważniejszej, dla kogoś kto pracuje intelektualnie i rości sobie prawa do wolności intelektualnej, niż odnaleźć nieodzowną jedność między tym co prawdziwe, tym co sprawiedliwe i tym co rozbudza w człowieku dążenie do prawdy i sprawiedliwości. Musimy wiedzieć, czy tragedia którą na Zachodzie i na Wschodzie narody Europy przeżywały i przeżywają od przeszło pięćdziesięciu lat, z towarzyszącym jej trzęsieniem ziemi w sumieniach ludzkich, jest faktem który trzeba brać poważnie, czy też czymś w rodzaju toru ślizgawkowego dla biegłych w piruetach łyżwiarskich.
Gustaw Herling-Grudziński: – Zgadzam się z Bo, wiedząc że ma na myśli literaturę mniej lub więcej zakazaną. Zjawisko dotyczy zresztą nie samej tylko Rosji. Ilekroć „stamtąd” przychodzi książka rzeczywiście ważna, przewyższa swoim ciężarem gatunkowym “nowalijki” obcmokiwane na zachodnich giełdach literackich. Powstaje naturalnie pytanie: dlaczego? Słyszymy w odpowiedzi: „za cenę cierpienia”. Tak, ten nurt jest w literaturze rosyjskiej stary i głęboki. Znajduję w pamiętniku Nadieżdy Mandelsztam charakterystyczny epizod. Żona poety proponuje mu wspólne samobójstwo, żeby “położyć wreszcie kres cierpieniu”. Osip Emiliewicz wybucha: „Czemuś sobie wbiła w głowę, że musisz być koniecznie szczęśliwa?”. Nadieżda Jakowlewna przypomina sobie natychmiast słynny fragment z protopopa Awwakuma. ,,I oto moja żona, biedna dusza, zaczęła się skarżyć mówiąc: Jak długo, Awwakum Pietrowicz, będą trwać te cierpienia? Odrzekłem: Aż do naszej śmierci, Anastasja Markowna”. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBywot_protopopa_Awwakuma,_przez_niego_samego_nakre%C5%9Blony Brzmi to jak apologia cierpienia. I w pewien sposób jest nią. Nie należy jednak wpadać w skrajność. Cierpienie przede wszystkim poniża. O wyłącznie poniżającej roli cierpienia mowa w pierwszej książce Sołżenicyna. [2] Gdy Iwan Denisowicz Szuchow podsumowuje wieczorem w myślach na obozowej pryczy swój ,,niczym nie zmącony i prawie szczęśliwy dzień”, oglądamy przy pracy machinę państwa totalitarnego wyciskającą z niewolnika resztki jego instynktu wolności. Ale cierpienie i poniża i może także oczyszczać. W pozostałych książkach Sołżenicyna działa dalej – wprost czy na drugim planie – dokładnie ten sam poniżający człowieka sowiecki „wszechświat koncentracyjny”, a przecież spotykamy się w nich równocześnie z zupełnie nowym elementem. Ludzie, którym odebrano zdawałoby się wszystko, odkrywają w sobie rezerwy duchowe nieporównanie bogatsze niż ci, którzy zdawałoby się wszystko posiadają. W gruncie rzeczy jedynym tematem najlepszych utworów Sołżenicyna jest ostateczna, graniczna próba człowieczeństwa. Na chwilę przed zgonem Szułubin z Oddziału chorych na raka czuje, że “to co jest w nim, to nie jest tylko on”, że tkwi w nim “coś absolutnie niezniszczalnego i wzniosłego, jakiś odłamek Ducha Uniwersalnego”. Czym jest ten „odłamek”? Co jest w nas niezniszczalne i wzniosłe? Takie pytania, nadające walor i życiu i literaturze coraz rzadziej stawia sobie współczesny człowiek w warunkach normalnych. Są to pytania religijne, nawet jeśli się nie wierzy w Boga. Stąd zdarza się słyszeć o Sołżenicynie jako pisarzu prezentacyjnym dla ,,zastrzyku religijnego”, jakim w okresie 1956-57 był dla ZSSR masowy powrót, po latach cierpień, katorżników z więzień, obozów i miejsc zesłania. Nie lekceważyłbym tego twierdzenia. Mniejsza o to czy i w jakim stopniu Sołżenicyn jest pisarzem świadomie religijnym. Istotne wydaje mi się jego poczucie pietas bez której nie ostoi się ludzki świat. W małym arcydziełku Procesja Wielkanocna uderza, bardziej może od obrazu chuligaństwa młodzieży nasłanej do Pieriedełkina, widok jasnych i czystych twarzy w święto Męki i Zmartwychwstania. Oczywiście kilka takich stroniczek mógł napisać tylko artysta dużej miary. [2] „Jeden dzień Iwana Denisowicza” (1962)
Nicola Chiaromonte: – W sprawie która dotyczy treści nie mniej niż formy, czyli w sprawie jakości sztuki Sołżenicyna niech powie za mnie parę słów włoska znawczyni literatury rosyjskiej Lia Wainstein [3]: „Wychodząc z zasady Czechowa, że w utworze literackim nic nie powinno być przypadkowe czy zbędne, i stosując ją systematycznie, Sołżenicyn zdołał osiągnąć całkowity stop formy i treści, tematu i stylu. Iwan Denisowicz przemawia własnym językiem, podobnie jak Nerżin, Matńona, Kostogłotow czy Niemow. Każde słowo spełnia swoją określoną i niezastąpioną funkcję, którą rzadko jest w stanie oddać tłumaczenie. By ocenić Sołżenicyna, trzeba go czytać w oryginale”. Od moich znajomych czytających po rosyjsku słyszę to samo. Stworzenie nowego języka przez pisarza wymaga jednak, jak sądzę, czegoś więcej niż zwykłego mistrzostwa stylistycznego: wymaga ucha wrażliwego na żywy język, na głos własnego narodu i własnej epoki; albo, jeśli kto woli, na kształtującą się rzeczywistość moralną i społeczną. Trudno mi się tu wypowiadać, skoro nie czytałem Sołżenicyna w oryginale i nigdy nie byłem w Rosji. Ale może ty, który znasz ,,inny świat” obozów sowieckich i ,,zeków”, potrafisz wyjaśnić na czym polega i co oznacza nowość języka Sołżenicyna w życiu narodu rosyjskiego. Włoskie wersje Sołżenicyna – szczególnie dw6ch jego wielkich powieści, Pierwszego kręgu i Oddziału chorych na raka – są tak mierne w por6wnaniu na przykład z angielskimi, że częściowo przynajmniej usprawiedliwiają nieuwagę krytyków i literatów. [3] https://edizioniclichy.it/autore/lia-wainstein/
Gustaw Herling-Grudziński: – Przypomnijmy najpierw Pasternaka: „Sztuka nie wydawała mi się nigdy przedmiotem czy aspektem formy, ale raczej tajemniczym składnikiem ukrytym w treści. Dzieła sztuki przemawiają na wiele sposobów: tematem, tezami, sytuacjami, postaciami. Lecz przede wszystkim przemawiają obecnością sztuki. Obecność sztuki w Zbrodni i karze jest bardziej wstrząsająca od zbrodni Raskolnikowa”. Zasada Czechowa, naturalnie słuszna, niewiele wyjaśnia: każdy poważny pisarz stara się pisać tak, żeby w jego utworach nie było rzeczy przypadkowych i zbędnych, żeby słowo spełniało w nich swoją określoną i niezastąpioną funkcję· Czemuż by tej funkcji słowa miał nie oddać dobry tłumacz, dopóki znajdujemy się w sferze czysto komunikatywnych cech języka? Wymyka się przekładowi cała reszta, którą Pasternak nazwał sztuką jako tajemniczym składnikiem ukrytym w treści. Pół biedy, gdy chodzi tylko o temat, tezy, sytuacje i postacie: ostatecznie nie brak świetnych przekładów Dostojewskiego, i czytelnik nie rosyjski odczuwa obecność sztuki w Zbrodni i karze równie ostro jak czytelnik rosyjski.
Ale czasem, właśnie jak w wypadku Sołżenicyna, do sposobów sztuki wymienionych przez Pasternaka przyłącza się jeszcze język wyrosły na glebie i karmiony echami bardzo specyficznych i wyjątkowych przeżyć. Ten jest najtrudniejszy do przekazania. W ciągu mojego pobytu w Rosji nauczyłem się dwukrotnie rosyjskiego. Z początku, dla potrzeb śledztwa i porozumiewania się w codziennych sprawach z towarzyszami więziennymi i obozowymi. Potem, dla rozumienia w tym co o sobie opowiadali, wszystkich aluzji, pauz milczenia, specjalnych wyrażeń, zdań znacząco modulowanych lub urywanych. Otóż wspominając tamte czasy i czytając w oryginale Sołżenicyna miałem wciąż takie uczucie, jakby pełnym i donośnym głosem odezwał się nagle ktoś przez długie lata przywykły do szeptu. Szczególny, dramatyczny ton dwurejestrowej prozy Sołżenicyna odnalazłem, wśród znanych mi przekładów, jedynie w polskim tłumaczeniu Pierwszego kręgu pióra Michała Kaniowskiego.[4] Kto wie, może działa tu jakieś prawo wspólnego obszaru doświadczeń narodowych i politycznych? Bo w końcu Sołżenicyn jest także rosyjskim powieścio- pisarzem politycznym. [4] pseudonim literacki Jerzego Pomianowskiego; https://culture.pl/pl/tworca/jerzy-pomianowski
Nicola Chiaromonte: – Choć w prostej formie obrony i afirmacji “praw człowieka i obywatela”, Sołżenicyn i jego prześladowani towarzysze (Siniawskij, Daniel, Amalrik) poruszają ważny problem polityczny. Mówiąc o Sołżenicynie, nie można więc nie mówić o polityce. Ci Rosjanie piszą prawie wyłącznie o Rosji, z myślą o Rosji. Ale w rzeczywistości, właśnie dzięki temu upartemu naciskowi z jakim domagają się swoich praw jako pisarze i Rosjanie, zmuszają i nas do zastanowienia się nad sprawą wolności i sprawiedliwości wszędzie: w warunkach współczesnego społeczeństwa przemysłowego i technologicznego, pod ciężarem aparatów państwowych wyposażonych jak nigdy dotąd w instrumenty represji. Wolno chyba powiedzieć, ze Sołżenicyn nie jest tu ani pesymistą ani optymistą; postanowił po prostu nie milczeć. Pesymizm natomiast, jeśli chodzi o Rosję, wyczuwa się u Amalrika. Pamiętam jego słowa: „Ideologią masową tego kraju był zawsze kult własnej siły i rozległości, a tematem fundamentalnym jego kulturalnej mniejszości opis własnej słabości i izolacji; przykładem literatura rosyjska”.
Gdy rozważam sytuację w Europie Zachodniej, z wyjątkiem może Anglii, gdzie historia stosunków między intelektualistami a społeczeństwem jest zupełnie inna niż w krajach kontynentu, wydaje mi się trudna do uniknięcia konkluzja o analogicznym wydźwięku pesymistycznym. Z drugiej strony sądzę, że najgorszym dziś wrogiem ludzkości jest optymizm, w jakiejkolwiek formie występuje. Oznacza bowiem odmowę myślenia z obawy przed ewentualnymi wnioskami. Sądzę też że pierwszym pytaniem jakie należy sobie dziś stawiać nie jest “Co robić?”, lecz “Co myśleć?”. Stąd ogromna odpowiedzialność intelektualistów. Intelektualiści są mniejszością; w tej mniejszości ludzie gotowi wziąć na siebie taką odpowiedzialność, czyli nie myśleć wyłącznie jako specjaliści, są wszędzie nieliczni. Trzeba uznać się otwarcie za mniejszość, ale wcale nie bezsilną. Przeciwnie – tym silniejszą, im wyżej od obowiązku działania stawia obowiązek myślenia i wyrażania swych myśli za wszelką cenę. Co, dodam dla jasności, jest niemożliwe gdy się trwa w izolacji; musimy się czuć związani paktem, który nie uznaje żadnych granic politycznych i ideologicznych.
Gustaw Herling-Grudziński: – W Rosji takie rozróżnienie między myśleniem i działaniem są dość akademickie. Bezkompromisowe, odważne myślenie i wypowiadanie za wszelką cenę tego co się myśli jest tam równo- znaczne z działaniem. We wrześniu 1967 roku, podczas „osądu” Oddziału chorych na raka na posiedzeniu sekretariatu Związku Pisarzy Sowieckich, Surkow zwrócił się w pewnej chwili do Sołżenicyna: „Musicie powiedzieć czy odcinacie się od roli przywódcy opozycji politycznej, którą przypisują wam na Zachodzie”. Na co Sołżenicyn, nie bez odcienia ironii: „Aleksiej Aleksandrowicz, nie wierzę własnym uszom. Artysta słowa i przywódca opozycji politycznej? Jak pogodzić te dwie rzeczy?”.
Prawda polega na tym że w Rosji, i dzięki tradycji i zwłaszcza w obecnych okolicznościach, można a nawet trzeba je pogodzić. Należy tylko zwrot “przywódca polityczny” brać mniej dosłownie. Pamiętamy z Pierwszego kręgu zdanie o pisarzu (oczywiście wybitnym), który w swoim kraju (oczywiście zniewolonym) staje się „drugim rządem”.
Z zebranych i uporządkowanych przez Sołżenicyna, po ukazaniu się Dnia Iwana Denisowicza listów od czytelników warto przytoczyć jeden na zakończenie naszego dialogu: „W Rosji pisarze zajmowali zawsze szczególne miejsce. Jakkolwiek szły sprawy, życie wydawało nam się zawsze znośniejsze kiedyśmy mieli Turgieniewa, Tołstoja, Czechowa. Nie wystarczał nam pisarz dobry, albo nawet wielki. Potrzebny nam był pisarz, kt6rego można kochać … Była w Rosji Jasna Polana Tołstoja, było Mielichowo Czechowa, teraz jest Riazań Sołżenicyna”.
Procesja Wielkanocna (Пасхальный крестный ход)to miniatura literacka Aleksandra Sołżenicyna, przełożona z języka rosyjskiego przez Jerzego Pomianowskiego (pseud. M. Kaniowski). Tekst wg wersji opublikowanej w „Kulturze” Nr 4/283; Paryż 1971.
************
10 kwietnia 1966; Pierwszy dzień Paschy
Powiadają nam znawcy, że na olejnym malowidle nie wszystko powinno być dokładnie jak w życiu. Że na to jest kolorowa fotografia. Że za pomocą krętych linii oraz trójkąt6w i kwadratów należy oddać raczej sens danej rzeczy, niż jej wygląd. A ja zachodzę w głowę, jaka to kolorowa fotografia potrafi jak należy wyłuskać z tłumu odpowiednie osoby i jednym ujęciem ogarnąć całość wielkanocnej procesji w patriarszej cerkwi we wsi Pieriediełkino, pół wieku po rewolucji? Sama już tylko ta dzisiejsza procesja mogłaby nam niejedno wyjaśnić, choćby tam odmalowana była w sposób najbardziej staromodny, nawet bez trójkątów.
Pół godziny przed dzwonami na rezurekcję, cmentarz dookoła patriarszej cerkwi Przemienienia Pańskiego wygląda jak deptak przed tancbudą w zatraconej, hultajskiej osadzie fabrycznej. Dziewuchy w kolorowych chusteczkach i sportowych spodniach (owszem, są też w spódnicach) chodzą rozkrzyczane po trzy, po pięć; to wejdą do cerkwi – ale w nawie tłoczno, już zeszłego wieczoru staruchy miejsca pozajmowały, więc dziewuchy tylko połają się z nimi chwilę i znowu na dwór; to znów krążą po dziedzińcu cerkiewnym, krzyczą bez ceremonii, nawołują się wzajem z daleka i gapią się na zielone, różowe i białe płomyczki zapalone pod cerkiewnymi oknami oraz na grobach archijerejów i protoprezbiterów. A chłopaki – drągale, czy pokurcze, bez różnicy – wszyscy z minami zwycięzców (jakież te tryumfy odnieśli w ciągu tych swoich piętnastu-dwudziestu lat życia? – chyba waląc kamieniami w szyby), wszyscy prawie w czapkach (a jak który zdjął, to nie tu, tylko wcześniej), co czwarty wstawiony, co dziesiąty pijany, co drugi pali, a jak wstrętnie pali, z papierosem przyklejonym do dolnej wargi.
I jeszcze zanim zatli się kadzidło, zamiast kadzidlanego dymu – siwy kopeć tytoniowy już kłębi się kłębi się w elektrycznym świetle bijąc z cerkiewnego podworca aż w niebo wielkanocne, całe w burych, znieruchomiałych obłokach.
Plują na asfalt, rozpychają się dla zabawy, głośno gwiżdżą, niektórzy klną, paru ma odbiorniki tranzystor- rowe: już rżnie taneczna muzyka, już ten i ów obejmuje swoją facetkę na środku drogi, już sobie nawzajem dziewczyny wyrywają, już się puszą po koguciemu i tylko patrzeć, jak który sięgnie po nóż: nasamprzód z nożem na kolegę, a potem to i na wiernych. Bo na starszych patrzy ta młodzież nie jak młodsi na dorosłych, nie jak goście na gospodarzy, tylko jak gospodarze na uprzykrzone muchy. Mimo wszystko – nie dochodzi do noży: trzech-czterech milicjantów kręci się tu, jak na pokaz. Więc wyzwiska też nie dudnią nad dziedzińcem, tylko po prostu przewijają się mimochodem w serdecznej, głośnej, rosyjskiej rozmowie. Milicja zatem żadnego tu wykroczenia nie widzi i życzliwie się uśmiecha do przedstawicieli podrastającego pokolenia. Nie może przecież milicja wyrywać papierosów z zębów, ani czapek z głów zbijać: toż jesteśmy na ulicy, a konstytucja każdemu gwarantuje prawo do niewierzenia w Boga.
Zepchnięci pod mur cmentarny i pod cerkiewne ściany, wierni ani myślą tu sprzeciwiać się komukolwiek, tylko pilnują się, żeby nie dostać przy okazji nożem, albo żeby im kto nie kazał zdjąć z ręki zegarka, tego zegarka, na który zerkają raz po raz licząc minuty brakujące do Rezurekcji. Na zewnątrz świątyni tych wiernych też o wiele jest mniej niż hultajstwa, co tu się mrowi i drwi. Wierni są nastraszeni gorzej niż za Tatarów. Tatarzy chyba tak nie dybali na Jutrznię Wielkanocną.
Niby daleko tu do przestępstwa, a przecież to rozbój bezkrwawy; jest przecież obelga najdotkliwsza – w knajackim grymasie tych warg, w bezczelności tych rozmów, w tym chichocie, w umizgach, w podmacywaniu, w paleniu i pluciu o dwa kroki od Męki Pańskiej. W tej zwycięskiej, pogardliwej pozie z jaką smarkacze przyszli patrzeć, jak ich dziadkowie powtarzają pradziadowskie obrzędy.
Wśród parafian mignie czasem jedna czy druga miękka, żydowska twarz. Może to chrzczeni, może i postronni. Rozglądają się ostrożnie i też czekają na procesję. Wciąż na Żydów pomstujemy, wciąż nam tylko Żydzi przeszkadzają, a przecież na dobrą sprawę – popatrzmy tylko: jaki to gatunek Rosjan przez ten czas udało nam się wyhodować? Rozejrzy się człowiek – i struchleje.
A toć to już nie szturmowcy z lat trzydziestych, nie ci, co święcone wyrywali ludziom z rąk i gonili ich precz z wielkim pohukiwaniem i piekielnym gwizdem – nie!
Ci, to jakby tylko gapie: sezon hokejowy w telewizji już się skończył, piłkarski jeszcze się nie zaczął, nuda – więc też pchają się do okienka, gdzie można dostać świece, rozpychają wiernych jak worki ze słomą, psioczą na “cerkiewne geszefty” i kupują świece, nie wiadomo po co.
Jedno tylko dziwi: wszyscy są zamiejscowi – a znają się co do jednego i mówią sobie po imieniu. Czemu to tak – wszyscy na raz? Czy aby nie z jednej fabryki? A może na tę imprezę razem poszli, Jak szli razem do ormowskiej drużyny?
Rozległo się nad głowami bicie dzwonu, gromkie, ale jakby sztuczne: .. blaszane jakieś dźwięki, zamiast pełnych, głębokich. Dzwoni na początek procesji.
I nawet teraz! – nie parafianie, nie, znów ta rozwrzeszczana młodzież.
Zwaliło ich się teraz na dziedziniec dwa, trzy razy tyle, cisną się w pośpiechu, sami nie wiedząc czego tu szukają, dokąd iść mają, z której strony zacznie się procesja. Zapalają czerwone, wielkanocne świeczki i od tych świeczek, a tak, przypalają papierosy. Tłoczą się, jakby czekali, że za chwilę zagrają fokstrota: brakuje tylko kiosku z piwem, żeby te czubate, rozrośnięte chłopaki – ruskie plemię nie karleje, chwalić Boga! – zdmuchiwali tu białą pianę na mogiły.
A z kruchty ruszyło już czoło procesji i właśnie skręca w tę stronę przy drobnym biciu sygnaturki. Przodem kroczą dwaj zaaferowani i proszą młodych towarzyszy, żeby rozstąpili się chociaż trochę; trzy kroki za nimi posuwa się niemłody jegomość, jakby starosta cerkiewny l dźwiga na drągu ciężką, graniastą, oszkloną latarnię z płonącą wewnątrz gromnicą: Lękliwie zerka w górę, czy aby latarnia nie traci równowagi – i tak samo lękliwie spoziera na stojących z boku. Od tego właśnie rozpoczyna się obraz który tak bym chciał namalować, gdybym potrafił: czy cerkiewny służka nie tego czasem się boi, że budowniczowie nowego społeczeństwa za chwilę rzucą się na idących i zaczną Ich bić? … Ten lęk udziela się również obserwatorowi.
Dziewczyny w portkach, ze świecami i chłopcy z papierosami w zębach, w czapkach na głowie, w rozpiętych płaszczach (a twarze nierozgarnięte, miniaste, w każdej buty za rubla, a zrozumienia za piątaka; ale są tez twarze poczciwe łatwowierne: wiele takich twarzy powinno być na obrazie) skupili się ciasno i gapią się na bezpłatne widowisko. Za latarnikiem idzie dwóch z feretronami, ale nie oddzielnie, tylko jeden obok drugiego, jakby też z bojaźni.
A za nimi – pięcioma rzędami, po dwie, kroczy dziesięć starych kobiet z grubymi, zapalonymi gromnicami w ręku. One wszystkie powinny być na obrazie! Kobiety są stare, twarze mają twarde, zacięte, są gotowe choćby życie oddać, jeżeli kto tu na nie tygrysy wypuści.
Dwie z tej dziesiątki – to dziewczęta, dziewczęta w tym samym wieku, co ich rówieśnice cisnące się po bokach razem z chłopakami – ale te ile czystości mają w twarzach, ile w nich światła! Dziesięć kobiet śpiewa idąc zwartym szeregiem. Tyle w nich solenności, jakby dookoła wszyscy żegnali się, modlili, żałowali za grzechy i bili pokłony. Te kobiety nie zioną tytoniowym dymem, ich uszu nie imają się wyzwiska, ich stopy nie czują, że cerkiewny cmentarz zamienił się w klepisko do tańca.
Tak zaczyna się prawdziwa droga krzyżowa! Coś jednak tknęło nawet tych dzikusów po obu stronach, trochę przycichli.
Za kobietami idą w jasnych ornatach kapłani i diakoni, będzie ich jakichś ośmiu. Ale jak ciasno idą, jak się garną do siebie, przeszkadzając sobie nawzajem, kadzielnicą prawie że nie machną, końca stuły z krzyżem nie podniosą. A przecież tutaj mógł przyjść i odprawić nabożeństwo patriarcha wszechrosyjski – gdyby mu tego ktoś nie wyperswadował.
Przechodzą tedy śpiesznie, zbitą gromadką. A dalej – dalej nie ma już żadnej procesji. Nikt już więcej nie idzie! Nikt z wiernych do procesji nie dołączył, bo mógłby p6źniej nie dopchać się do cerkwi.
Nie ma więc w procesji wiernych, ale tu właśnie rusza, tu rusza nasza wiara! Jak przez wyważone drzwi sklepu, żeby porwać swój łup, żeby rozkraść cudze kęsy, żeby przecisnąć się ze zdobyczą przez kamienne wierzeje i zniknąć wśród wirów ludzkiego potoku – tłoczą się, przepychają, cisną się chłopaki i dziewuchy – a po co? Bo to wiedzą? Pogapić się, jak popy będą pajacować? Albo po prostu – żeby postać w ciżbie – po to właśnie przyszli? Procesja bez wiernych! Droga krzyżowa bez jednego znaku krzyża!
Procesja w czapkach, z papierosami, z tranzystorami na piersi: te pierwsze rzędy publiczności, to przepychanie się we wrotach – oto, co koniecznie trzeba jeszcze wpisać w obraz! I wtedy dopiero malowidło będzie zakończone! Starucha żegna się gdzieś z boczku i mówi do drugiej babiny: „W tym roku to jeszcze dobrze, żadnego chuligaństwa. Tyle milicji…”. Więc to tak! Więc to jeszcze dobry rok? …
Co wyrośnie z tych urodzonych i wyhodowanych u nas najważniejszych naszych milionów? Na co się zdały światłe wysiłki i różne proroctwa tylu głowaczy? Co dobrego nam przynieść może ta nasza przyszłość?
Zaprawdę: obrócą się któregoś dnia i stratują nas wszystkich! I tych, co ich tu naszczuli – tak samo stratują!
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) • 21 kwietnia 2024
„Tak się historii koło kręci…” – zaczyna poeta kolejny wątek w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak”- ale my tu pozostaniemy jak najdalej od filozofii, tylko będziemy trzymać się faktów – w dodatku tak zwanych „autentycznych” – w odróżnieniu od tych „prasowych”, które w swoim czasie lansował „Drogi Bronisław”, uznany przez panią Magdalenę Albright za jeden z naszych „skarbów narodowych”.
Trzymając się tedy faktów autentycznych przypomnijmy, że odkąd tylko Niemcy odzyskały w Europie względną swobodę ruchów po tak zwanym „zjednoczeniu”, czyli wchłonięciu byłej sowieckiej strefy okupacyjnej, czyli Niemieckiej Republiki Demokratycznej, zaraz zaczęły wypuszczać balony próbne, czy by tu nie utworzyć europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO. Jednak każdy taki niemiecki balon próbny spotykał się niezmiennie ze stanowczym amerykańskim „NIET!” A dlaczego? A z dwóch powodów. Po pierwsze Ameryka zarówno wtedy, jak i dzisiaj, trzymała i trzyma w Niemczech spory kontyngent swojego wojska, w związku z czym stoi, a właściwie stała na nieubłaganym gruncie jedności „bezpieczeństwa euroatlantyckiego” – bo tak nazywa się pseudonim amerykańskiej kurateli nad Europą, ustanowionej w 1945 roku w Jałcie. Po drugie, kiedy na skutek sowieckiej presji na Europę Zachodnią, Ameryka w 1954 roku zgodziła się na remilitaryzację Niemiec, to znaczy – na pozwolenie Niemcom na posiadanie armii – to na wszelki wypadek, gdyby Hitler niespodziewanie zmartwychwstał, w 1955 roku całą powstałą wówczas Bundeswehrę wmontowała właśnie w struktury NATO, za pośrednictwem których sprawuje nad nią surveillance. Toteż Amerykanie nie mają złudzeń, że te całe „europejskie siły zbrojne niezależne od NATO”, to taki pseudonim wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. Stąd to stanowcze „NIET!”
Z tej tradycji wyłamał się tylko prezydent Obama, który 17 września 2009 roku dokonał słynnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. Było ono następstwem uzgodnień izraelskiego prezydenta Szymona Peresa, który 18 sierpnia 2009 roku spotkał się w Soczi z rosyjskim prezydentem Miedwiediewem. Z tego spotkania nie ukazał się żaden komunikat, ale prezydent Peres w wypowiedzi dla izraelskiej gazety wyznał, że złożył tam prezydentowi Miedwiediewowi dwie obietnice. Pierwszą – że Izrael nie uderzy na Iran. Drugą – że on, czyli Szymon Peres – „namówi” prezydenta Obamę do usunięcia amerykańskiej tarczy antyrakietowej ze Środkowej Europy. No i chyba go „namówił”, bo prezydent Obama nie tylko dokonał wspomnianego „resetu”, nie tylko zlikwidował tarczę, ale też nie powiedział „NIET!”, kiedy Niemcy po raz kolejny wypuściły próbny balon w sprawie euroejskich sił zbrojnych.
Ale w 2014 roku prezydent Obama zresetował swój poprzedni reset, wysadził w powietrze lizboński porządek polityczny, którego najważniejszym punktem było strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, w związku z tym amerykańska polityka wróciła w poprzednie koleiny. I kiedy francuski prezydent Macron próbował wyjaśniać, że europejskie siły zbrojne są niezbędne do obrony Europy, miedzy innymi przed… Stanami Zjednoczonymi, zdumiony prezydent Trump zauważył, że Ameryka nigdy na Europę nie napadła, dodając złośliwie, że gdyby nie USA, to Francuzi w Paryżu uczyliby się po niemiecku. Na to francuski premier napisał prezydentowi Trumpowi, żeby nie wsadzał nosa w nie swoje sprawy. Na takie dictum we Francji znienacka zaraz pojawił się ruch „żółtych kamizelek”, z którym rząd ledwo mógł sobie poradzić. Na kamizelkach oczywiście nie było napisane, że dostarczyła je CIA, ale takie rzeczy są zrozumiałe same przez się.
Aliści następcą prezydenta Trumpa został prezydent Józio Biden, który postanowił pójść krok dalej, niż prezydent Obama. Ten tylko kupił sobie Ukrainę za 5 mld dolarów, a tymczasem prezydent Biden, w ramach przygotowań do ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, postanowił „osłabić” Rosję, używając w tym celu Ukraińców w charakterze mięsa armatniego. Ponieważ dalsze osłabianie Rosji sprawiło, że ukraińskiego mięsa armatniego zaczęło brakować, a poza tym w USA nastał rok wyborczy, prezydent Józio Biden postanowił wyplątać się z ukraińskiej awantury, przerzucając część obowiązków na Europę, to znaczy – na Niemcy. Niemcy – owszem, czemu nie – ale w odróżnieniu od polskich mężyków stanu, którzy za wielką łaskę uważają dopuszczenie do zrobienia Amerykanom laski za darmo – zażądali od Józia zgody na urządzanie Europy po swojemu – oczywiście w ramach pokojowego jej „jednoczenia”, to znaczy – przekupywania biurokratycznych gangów, okupujących poszczególne europejskie bantustany. W ten sposób Niemcy przybliżyły się do celu przedstawionego w 1943 roku przez Adolfa Hitlera, który w przemówieniu do gauleiterów nakreślił obraz zjednoczonej Europy. „Małe państwa” – powiedział – nie mają w niej racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo zorganizować Europę. I właśnie Józio Biden wyraził na to zgodę.
„Lecz tymczasem na mieście inne były już treście”. Józio uznał, że Rosja już jest passe, toteż przystąpił do osłabiania Chin. Oczywiście ostrożnie, bo z Chinolami nigdy nic nie wiadomo – toteż „namówił” premiera Netanjahu do potargania za wąsy Iranu. Nie musiał go zresztą specjalnie namawiać, bo premier bezcennego Izraela korzysta z wojny póki może, wiedząc, że dla niego pokój będzie straszny. Toteż izraelskie myśliwce zbombardowały irański konsulat w Damaszku, w którym zginęło kilku ważnych tamtejszych generałów. Żeby nie stracić prestiżu, Iran odpowiedział atakiem dronami i rakietami na Izrael, pilnując przy tym, żeby bezcennemu Izraelowi nie wyrządzić żadnej szkody – co się w pełni udało. Szkoda, że Biblia już została napisana, bo w przeciwnym razie dowiedzielibyśmy się, że Najwyższy zrobił kolejny cud – jak ten, z Morzem Czerwonym, co to się rozstąpiło.
W związku tym prezydent Józio Biden groźnie kiwnął palcem w bucie, przestrzegając Izrael, żeby już się na Iranie nie mścił. Ale nie z Beniaminem Netanjahu takie numery! Puszczając mimo uszu rady Józia Bidena, 16 kwietnia zwołał gabinet wojenny, znaczy się – „rząd jedności narodowej”, na którego czele stoi – żeby rada w radę uradzić, co by tu zrobić znienawidzonemu Iranowi. Najwyraźniej obietnica prezydenta Peresa złożona rosyjskiemu prezydentowi Miedwiediewowi, przestała być już aktualna.
Kiedy kują konie, żaby też nogę podstawiają. Może nie wszystkie, ale jeśli chodzi o te z Warszawy, to nie ma takiej siły która by je przed tym powstrzymała. Toteż tego samego dnia, kiedy w bezcennym Izraelu zebrał się tamtejszy gabinet wojenny, jego tubylczy odpowiednik zebrał się też w Warszawie. Najwyraźniej pan prezydent Duda wyobrażał sobie, że rada w radę uradzą, jakby tu włączyć się do wojny po jedynie słusznej stronie, to znaczy – po stronie bezcennego Izraela – i co zrobić ze złowrogim Iranem. Wyobrażam sobie, że narada przypominała trochę rozhowory Murzynów, co to na pustyni złapali grubasa. Nie wiedzieli, co mu zrobić, ucięli… – no, mniejsza z tym.
Toteż zniecierpliwiony Donald Tusk najwyraźniej musiał to przerwać informując, że Polska właśnie dostanie się pod „europejską żelazną kopułę” i że „wcale mu nie przeszkadza, że to będzie kopuła niemiecka”. Pewnie, że mu nie przeszkadza, bo przecież taki rozkaz musiała wydać Reichsfuhrerina Urszula von der Leyen, no a poza tym, właśnie dzięki tej kopule – „niezależnej od NATO” – IV Rzesza nie będzie już musiała obawiać się żadnych niespodzianek ze strony amerykańskich twardzieli, a nasz mniej wartościowy naród tubylczy też będzie zażywał bezpieczeństwa w Generalnym Gubernatorstwie.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Chorował na COVID-19 … 613 dni. Wirus mutował w nim 50 razy. Po dwóch latach pacjent zmarł
===========================
[A mogli i powinni na początku choroby dać Amantadynę – by od razu wyzdrowiał. Jeśli nie wiedzieli, jak – powinni zadzwonić do dr. Bodnara, by ich nauczył. Mirosław Dakowski]
Testy na koronawirusa – zdj. ilustracyjne. / Fot. Mufid Majnun/Unsplash
Niderlandzki pacjent chorował na COVID-19 przez niemalże dwa lata. Mężczyzna zmarł jesienią ubiegłego roku. Teraz lekarze tłumaczą jego przypadek.
Przez 613 dni choroby koronawirus mutował w jego ciele aż 50 razy. Pacjent z Niderlandów zachorował na COVID-19 w 2022 roku.
Naukowcy z Centrum Medycyny Eksperymentalnej i Molekularnej Uniwersytetu w Amsterdamie informują, że w zaledwie kilka tygodni wirus w ciele tego mężczyzny wytworzył odporność na lekarstwa stosowane przy lecczeniu koronawirua.
Mężczyzna przyjął kilka szczepionek, ale jego organizm nie był w stanie wytworzyć wystarczającej liczby białych krwinek i przeciwciał.
Lekarze zmieniali leki, ale wirus za każdym razem mutował i zdobywał na nie odporność. Jak to możliwe? Jeszcze przed zachorowaniem na COVID-19, pacjent cierpiał na chorobę hematologiczną i to prawdopodobnie ona jest winna całej sytuacji.
Ostatnią z 50. mutacji lekarze ochrzcili mianem „Frankenstein”. Teraz zapewniają, że nie ma żadnych dowodów na to, by „Frankenstein” „wydostał się” z ciała chorego Holendra i przeniósł na kogoś innego.
Jednocześnie podkreślają, że gdyby do tego doszło, to mogłoby to być niezwykle niebezpieczne dla zdrowia publicznego.
It is with great excitement and gratitude that I present to you the film that can turn the tide worldwide, and prevent the agenda of transhumanism. It is titled..
THE END OF HUMANITY As Planned By The Global Leaders
Transhumanism is beyond a doubt the worst threat to humanity since our initial creation, as it literally states that mankind must make way for a new era of a genetically modified neo-humanity, cyborgs, humanoid robots, AI. The remaining true humans will be considered a lower life form, such as chimpansees, who will serve the technologically upgraded elites. This agenda is being promoted with the support of the richest and most powerful people on Earth, as well as by the governments of every major nation.
Biden signed an executive order for the promotion of this development! It is far more serious than any of us understand…
The intent of our film 'THE END OF HUMANITY’ is to open the eyes of billions worldwide for the danger of this agenda, as it reveals the true motivation behind the Fourth Industrial Revolution, which is promoted as something that will ‘enhance our lives’.
Effective to wake up mankind
Few films are so effective in waking up the sleeping masses of our world, as robots are a theme that fascinates billions of people, who have been fooled to believe that entering the era of high tech alternatives to original humans, is ‘cool’ and ‘awesome’. This film will reveal how the true plan is to enslave the true humans, and establish a ruling elite of super-humanoid robots, into which the personalities of human elites have been transferred.
During a recent training session of the upcoming generation of Young Global Leaders of the World Economic Forum, Klaus Schwab told the students that their brains will be replicated by AI and transferred to their avatars (see videoclip in the online version). They mean business and are dead serious about this plan.
I invite you to watch 'THE END OF HUMANITY’, and help prevent the diabolical plans of the wicked, by sharing this film far and wide, so it can spread like wildfire.
I heard the warrior call
Like most people, I could choose to dig my head deep in the sand and pretend all this will go away by itself. But I heard the warrior call from on high, and felt the fire ignited in my soul to rise up and create this film, to expose the plans of hell, and call on the children of heaven, who live here on Earth, to help prevent this demonic plot.
All I now ask of you is to watch it, and share it. Please help, so we can stop these devils.
The film is manually translated (by humans, not AI) into twenty languages. Please send this to all your friends who speak other languages. You can also download the flyer below and post the flyer online, forward it by email or text it to friends.
Let us not stand by, while the wicked are literally plotting to eradicate humanity, but let’s stand together as one, with a strong sound of deliverance.
We were not born to be slaves of demonic robots, or to stand by and observe how hell destroys God’s creation. We are all born with a destiny to be those who put an end to the reign of terror, and who lay the foundations for a beautiful world, that will emerge thanks to our efforts.
Watch this groundbreaking film, and send it everywhere you can.
„Żadnej migracji, żadnej zmiany płci, żadnej wojny!” — Węgierski Premier Viktor Orbán rozpoczyna w Brukseli kampanię przeciwko obłąkanemu przywództwu w Parlamencie UE.
Globalistyczne przywództwo w Brukseli „musi odejść” i „nie zasługuje na kolejną szansę” – oświadczył premier Orbán podczas inauguracji kampanii Parlamentu Europejskiego w Budapeszcie w piątek.
„Potrzebne są zmiany w Brukseli!” Premier Victor Orbán oświadczył, w rozmowie z Magyar Nemzet : „Musimy okupować Brukselę, odepchnąć na bok jej biurokratów i wziąć sprawy w swoje ręce. Jeśli tego nie zrobimy, nie tylko Europa, ale my, Węgrzy, zapłacimy wysoką cenę za niekompetencję i bezradność przywódców w Brukseli”.
Mówiąc w piątek członkom swojej partii Fidesz, że ich hasło wyborcze w czerwcowych wyborach będzie brzmieć „Bez migracji, bez zboczeń płci, bez wojny!”, węgierski premier – obecnie najdłużej urzędujący przywódca narodowy w UE – postrzega wybory jako jeden z jaskrawych zadań, szczególnie w kwestiach masowej migracji, ideologii płci i, co być może najważniejsze, w kwestiach wojny i pokoju.
„W Brukseli mamy dziś prowojenną większość. Europa jest w nastroju prowojennym, a w polityce dominuje logika wojny. Wszędzie widzę przygotowania wojenne, po stronie wszystkich. Sekretarz Generalny NATO chce ustanowienia misji NATO na Ukrainie, a europejscy przywódcy już pogrążyli się w wojnie. Rozmawiam z nimi, słyszę ich; postrzegają to jako swoją własną wojnę i toczą ją jak własną” – powiedział Orbán.
Przywódca węgierski, który konsekwentnie nalegał na negocjacje pokojowe między Kijowem a Moskwą i sprzeciwiał się podejmowaniu przez Europę długoterminowych zobowiązań w zakresie finansowania wojny na Ukrainie, dodał, że jego zdaniem „sytuacja nie poprawia się” pomimo wszystkich pieniędzy i broni wysłanej na konflikt przez mocarstwa zachodnie.
Orbán ostrzegł, że Unia jest „o krok od wysłania wojsk na Ukrainę”, kontynuując: „To wir wojenny, który może wciągnąć Europę w otchłań. Bruksela igra z ogniem”.
„Nie chcemy wojny i nie chcemy, aby Węgry ponownie stały się zabawką wielkich mocarstw. Dlatego musimy stanowczo opowiadać się za pokojem… Węgry nie przystąpią do wojny rosyjsko-ukraińskiej po żadnej ze stron” – oświadczył.
Wybory do Parlamentu Europejskiego, w których wyborcy ze wszystkich 27 państw członkowskich UE pójdą do urn w dniach 6–9 czerwca, przyniosą duże zyski partiom populistycznym w odpowiedzi na rosnącą postawę anty migracyjną, gniew z powodu słabnącej gospodarki i nastroje prorolnicze w sprzeciwie wobec zielonej agendy preferowanej przez elity globalistyczne.
Według prognoz zespołu doradców Europejskiej Rady ds. Stosunków Zagranicznych (ECFR) oczekuje się, że partie populistyczne odniosą zwycięstwo w co najmniej dziewięciu krajach UE, w tym na Węgrzech Orbána, a także w Austrii, Belgii, Czechach, Francji, Włoszech, Holandii, Polsce i Słowacji.
Obecnie szacuje się, że partia Fidesz Orbána, utworzona w 1988 r. w opozycji do rządzącego wówczas rządu marksistowsko-leninowskiego, zdobędzie 12 z 21 węgierskich mandatów w Parlamencie Europejskim. Obecnie Fidesz jest największą partią w grupie niezrzeszonych partii Non-Inscrits w parlamencie w Strasburgu po oderwaniu się w 2021 r. od neoliberalnej Europejskiej Partii Ludowej przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen.
Były premier Polski Mateusz Morawiecki podejmował wysiłki lobbujące między innymi na rzecz przyłączenia partii Orbána do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR) składającej się z partii eurosceptycznych w parlamencie. Jeśli do ugrupowania dołączy partia Orbána, a ECR sprzymierzy się z populistyczno-nacjonalistyczną grupą Tożsamość i Demokracja (ID), możliwe, że po nadchodzących wyborach koalicja populistyczno-konserwatywna stanie się największą siłą w Parlamencie Europejskim.
Oprócz przytoczenia wyraźnych różnic z przywódcami Brukseli w sprawie wojny na Ukrainie, w swoim piątkowym przemówieniu Orbán wspomniał o innych obszarach, w których zawiódł program globalistyczny: „Bruksela ma kłopoty. Duży problem. Przywództwo poniosło porażkę. Gospodarka europejska znajduje się w fazie upadku. Zielona transformacja to katastrofa. Ukraińskie zboże rujnuje europejskich rolników. Migranci przelewają się przez granice. Rośnie przestępczość, wzrasta przemoc. Chcą reedukacji dzieci i oddania ich w ręce działaczy genderowych.”
Węgry pod przywództwem Orbána od dawna pozostają w konflikcie z Brukselą, gdyż UE wstrzymuje fundusze Budapesztu w związku z rzekomymi naruszeniami „rządów prawa”, takimi jak odmowa przyjmowania przez Węgry masowych nielegalnych migrantów i nakładanie ograniczeń na promowanie ideologii LGBT w telewizji dziecięcej i w szkołach.
Choć Orbán jest często oskarżany o antydemokratyczność, węgierski przywódca przytoczył niedawne próby skrajnie lewicowego burmistrza Brukseli mające na celu zamknięcie konferencji Narodowego Konserwatyzmu (NatCon) – w której Orbán uczestniczył w tym tygodniu – jako przykład rosnącego autorytaryzm w UE.
„Każdy widzi, że dziś Europa balansuje na granicy represji i wolności i myślę, że te wybory zadecydują, w którą stronę pójdzie” – powiedział.
Na zakończenie swojego przemówienia Orbán powiedział: „Musimy walczyć, musimy bronić pokoju i bezpieczeństwa narodu węgierskiego, musimy bronić naszych osiągnięć gospodarczych, musimy bronić naszych rodzin, a zwłaszcza naszych dzieci, aby nawet Bruksela zrozumiała: żadnej migracji, żadnej zmiany płci, żadnej wojny!
To jest nasz manifest wyborczy. Jedźcie Węgrzy, idźcie Węgrzy!”
Szanowni Państwo! Aborcja na żądanie jest złem, bo to przecież mordowanie nienarodzonych i ma prawo budzić uzasadnione emocje. Nie zapominajmy jednak, że jest to zło „na żądanie”. Pod przykrywką tych emocji niezauważalnie wciska nam się inne zło, już nie na żądanie, a pod przymusem, bez jakiejkolwiek możliwości wyboru. Kiedy chodzi o życie, to po prostu nie wypada troszczyć się o dobytek. I o to właśnie chodzi! Koalicji 13 grudnia jest głęboko obojętne, kto ma rację w sporze, ani nawet która ze stron zwycięży. Ważne jest sianie zamętu, bo on odwraca uwagę od CPK, nielegalnych imigrantów, „klimatyzmu”, a zwłaszcza od imperium zła, jakim staje się dla Polski Unia Europejska jako całość, ze swoim samozwańczym „zarządem”, przypominająca coraz bardziej, Związek Radziecki. Zastanówmy się zatem, czym próba zmiany prawa aborcyjnego jest faktycznie. 1) Powodem, czyli obłędną ideologią „postępu”, jak go głupki rozumieją? 2) Pretekstem, czyli napuszczaniem jednych na drugich, żeby zgiełk zagłuszył głosy o faktycznym, ponownym rozkradaniu Polski? 3) Prowokacją prowadzącą do starcia stron konfliktu. Kiedy już nie zostanie kamień na kamieniu, nawet najmarniejszy imigrant nie będzie tu miał czego szukać, a Tusk nie będzie musiał nikogo do serca przytulać, co najwyżej nasze miliony euro. Zastanówmy się, czy może udało się tak skutecznie poplątać powody z pretekstami i prowokacją, że nie wiemy z czym mamy do czynienia? Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
Ofiary Izraelskiego ataku na Rafah / PAP/EPA / HAITHAM IMAD
Jak podaje Reuters, co najmniej dziewięć osób, w tym sześcioro dzieci zginęło w nocy z piątku na sobotę w izraelskim ataku na miasto Rafah na południu Strefy Gazy.
Według sił obrony cywilnej w Strefie Gazy pociski trafiły w budynek mieszkalny w zachodniej części Rafah. Wszystkie ofiary należały do jednej rodziny. Oprócz dzieci w wieku od jednego roku do 16 lat śmierć poniosły także dwie kobiety i mężczyzna.
Ponad milionowa populacja Rafah
W Rafah, położonym przy granicy z Egiptem, przebywa obecnie ponad połowa populacji całej Strefy Gazy, liczącej 2,3 mln osób. Są to przeważnie osoby zmuszone do opuszczenia domów na skutek walk w innych częściach palestyńskiej półenklawy.
Atak Izraela na obóz uchodźców
W sobotę izraelskie lotnictwo zaatakowało też dom w obozie uchodźców w środkowej części Strefy Gazy. Zginął co najmniej jeden mężczyzna, a dwóch doznało obrażeń.
Ponad pół roku po ataku palestyńskiej organizacji terrorystycznej Hamas na Izrael, w wyniku którego śmierć poniosło około 1200 osób, w większości cywilów, w walkach w Strefie Gazy zginęło już ponad 34 tys. Palestyńczyków – utrzymuje ministerstwo zdrowia Strefy Gazy.
[Nie znam tego słowa – więc czytam: „Dashboard jest specyficznym rodzajem raportu, na którym najważniejsze informacje i wskaźniki powiązane z celami firmy lub organizacji przedstawione są w formie wizualnej’ md]
Globalny wpływ, którego zbudowanie zajęło „zaledwie kilka godzin”
W styczniu 2020 r. miało miejsce wiele wydarzeń, które są, delikatnie mówiąc, osobliwe. Jednym z nich jest to, że zaledwie 23 dni po tym, jak Chiny poinformowały, że znalazły kilka przypadków „nieznanego zapalenia płuc” w mieście Wuhan, trzy osoby w Baltimore Maryland uruchomiły pulpit nawigacyjny, który został zaprojektowany w celu śledzenia liczby przypadków i zgonów z powodu tej choroby w każdym kraju na świecie. Wszyscy trzej byli związani z Wydziałem Inżynierii Cywilnej i Systemowej na Uniwersytecie Johna Hopkinsa (JHU). Według ich własnych słów, dashboard „został opracowany w celu zapewnienia naukowcom, organom zdrowia publicznego i ogółowi społeczeństwa przyjaznego dla użytkownika narzędzia do śledzenia epidemii w miarę jej rozwoju”[1]. Wraz z pulpitem nawigacyjnym prowadzili również publiczne repozytorium danych o przypadkach i zgonach[2].
Uruchomienie 22 stycznia nastąpiło tak wcześnie na osi czasu Covid, że pierwszy raport sytuacyjny WHO został opublikowany zaledwie poprzedniego dnia, a termin „Covid” nie został jeszcze nawet ukuty. W pierwszym raporcie WHO ogłoszono, że „282 potwierdzone przypadki 2019-nCoV zostały zgłoszone z czterech krajów, w tym z Chin”[3]. Całkowita liczba przypadków poza Chinami wynosiła tylko cztery, a liczba zgonów wynosiła zero. W rzeczywistości tylko sześć zgonów zostało oficjalnie powiązanych z wirusem do tego dnia, a wszystkie z nich pochodziły z Wuhan.
Dla celów porównawczych i aby spojrzeć na to z innej perspektywy, szacuje się, że norowirus zaraża 685 milionów ludzi i powoduje 212 000 zgonów każdego roku[4]. Nie jest nam znany żaden pulpit informacyjny norowirusa gdziekolwiek na świecie.
Chociaż może to być dziwne, że zespół z JHU zdecydował się stworzyć i uruchomić pulpit nawigacyjny dla nienazwanej choroby pomimo tak niskiej liczby przypadków i zgonów w tak niewielu krajach, istnieją możliwe wyjaśnienia, dlaczego to zrobili. Zaledwie 3 miesiące wcześniej JHU był gospodarzem Event 201, „ćwiczeń szkoleniowych… opartych na fikcyjnym scenariuszu” nowego koronawirusa powodującego globalną i śmiertelną pandemię[5]. Co więcej, główny autor pulpitu nawigacyjnego (profesor Lauren Gardner) jest specjalistą w modelowaniu chorób zakaźnych. Niezależnie od tego, co mogą sugerować te fakty, dashboard był, przynajmniej według ich własnych zeznań, wynikiem decyzji podjętej „pod wpływem chwili”, a jego stworzenie zajęło „zaledwie kilka godzin”[6].
Pomimo tego pośpiesznego początku, nowa strona internetowa[7] z pewnością przyciągnęła wiele uwagi w krótkim czasie, szybko stając się główną witryną z danymi dla mediów, badaczy medycznych, władz zdrowotnych i ogółu społeczeństwa, nie tylko w USA, ale także na całym świecie[8, 9]. W ciągu dwóch miesięcy od uruchomienia strona była podobno „odwiedzana 1,2 miliarda razy dziennie”[10], co stanowi prawie połowę ruchu internetowego giganta Google. W ciągu dwóch lat była cytowana przez badaczy medycznych w ponad 8 500 artykułach[11].
„Tablica Hopkinsa stała się wszechobecnym i zaufanym punktem odniesienia, cytowanym przez amerykańskie agencje federalne i główne źródła wiadomości”[12].
Biorąc pod uwagę, jak duży wpływ wywarła tablica rozdzielcza JHU na świat podczas wydarzenia Covid, należy ją szczegółowo zbadać. W szczególności omawiamy tutaj niektóre trudności związane z pozyskiwaniem danych w czasie rzeczywistym, źródła, z których korzystali w celu uzyskania tych danych, sposób, w jaki wprowadzali dane do swojego systemu, bariery językowe związane z tym procesem i wreszcie rolę, jaką mogły odegrać symulacje komputerowe. Artykuł uzupełnia przykład z jednego konkretnego miasta, a mianowicie Nowego Jorku.
Uzyskiwanie danych w czasie rzeczywistym
Nawet z pomocą nowoczesnych komputerów, uzyskanie wiarygodnych danych dotyczących śmiertelności zajmuje zazwyczaj wiele miesięcy (a nawet lat). Na przykład ostatni rok, dla którego dostępne są oficjalne dane dotyczące śmiertelności z wszystkich przyczyn w Kanadzie, to dopiero rok 2020. Krajowy urząd statystyczny, StatsCan, szybko wskazuje, że „opóźnienia w raportowaniu” i „niekompletne dane” są odpowiedzialne za trzyletni wysiłek[13]. Jeśli obecnie organizacja finansowana ze środków federalnych, taka jak StatsCan, publikuje dane dotyczące śmiertelności w ciągu dwóch lub trzech lat, to w jaki sposób JHU mogła uzyskać dane dotyczące zgonów z powodu Covid w czasie rzeczywistym?
Równie trudne jest tworzenie statystyk dotyczących jednego konkretnego patogenu lub wirusa. Na przykład, siedem miesięcy po zakończeniu sezonu grypowego 2017/2018, CDC w USA nadal podawało jedynie szacunkowe dane dotyczące zachorowań i zgonów. Powodem było to, że „dane dotyczące praktyk testowania i zgonów z sezonu 2017-2018” nie były jeszcze dostępne[14]. Data tego oświadczenia to 22 listopada 2019 r. Dokładnie dwa miesiące później pulpit informacyjny JHU został uruchomiony, obiecując informacje o przypadkach i zgonach w czasie rzeczywistym z powodu nowo odkrytego wirusa układu oddechowego, który jest podobny do grypy. Jeśli uzyskanie danych dotyczących śmiertelności i przypadków grypy zajmuje miesiące lub lata, to w jaki sposób możliwe było uzyskanie danych dotyczących Covid w czasie rzeczywistym? Jeśli nie było to możliwe w 2019 r., to w jaki sposób nagle stało się to możliwe w 2020 r.?
Oczywiście na świecie jest wiele krajów, w których raportowanie danych jest niewiarygodne nawet w najlepszych czasach. Podobnie baza danych Human Mortality Database, która śledzi śmiertelność w poszczególnych krajach, jest regularnie opóźniona o dziesięć lat w przypadku wielu krajów[15]. Jak zatem JHU spodziewał się, że będzie w stanie wykreślić zgony z powodu Covid dla każdego kraju na świecie w czasie rzeczywistym? Co ważniejsze, w jaki sposób mogli aktualizować swój pulpit nawigacyjny „co 15 minut”? [1, 16]
Źródła danych dla JHU Dashboard
Dobre dane zależą od dobrych źródeł, a jedynym sposobem na zrozumienie, w jaki sposób pulpit nawigacyjny JHU uzyskał dane w czasie rzeczywistym, jest zbadanie ich źródeł. Istotne jest to, że ich źródła zmieniały się w czasie. Początkowo ich głównym źródłem danych była „DXY, platforma internetowa prowadzona przez członków chińskiej społeczności medycznej, która agreguje lokalne media i raporty rządowe, aby zapewnić skumulowane sumy przypadków COVID-19 w czasie zbliżonym do rzeczywistego na poziomie prowincji w Chinach i na poziomie kraju w innych przypadkach”[1]. Źródło to było zatem połączeniem wiadomości i raportów rządowych.
Ostatecznie zespół w JHU uznał, że DXY zajmuje zbyt dużo czasu, aby uzyskać i opublikować dane, więc rozszerzyli swoją działalność o inne źródła: „Aby zidentyfikować nowe przypadki, monitorujemy różne kanały Twittera, internetowe serwisy informacyjne i bezpośrednią komunikację wysyłaną za pośrednictwem pulpitu nawigacyjnego”. W miarę jak agencje zdrowia na całym świecie tworzyły własne pulpity nawigacyjne, JHU włączył je do swojej listy źródeł[2].
W związku z tym JHU uznała trzy podstawowe źródła informacji inne niż oficjalne strony rządowe:
kanały Twittera
internetowe serwisy informacyjne
bezpośrednia komunikacja wysyłana do dashboardu
Zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, nie podano żadnych szczegółów dotyczących którejkolwiek z tych trzech kategorii źródeł. Wszystkie trzy mogą potencjalnie zawierać nieprawidłowe, przesadzone lub całkowicie sfabrykowane informacje. Żadne z nich nie jest publicznie wiarygodne ani nie podlega niezależnej weryfikacji. Nie podano żadnych szczegółów dotyczących tego, kto mógł lub komunikował się bezpośrednio z JHU.
Przeszukiwanie Internetu w poszukiwaniu wiadomości o Covid z pewnością może przyspieszyć proces gromadzenia danych. Niestety, oprócz wyżej wymienionych problemów, wprowadza to również możliwość pętli sprzężenia zwrotnego wzmacniającej hałas. W końcu, jeśli „główne źródła wiadomości” ufały JHU w zakresie dokładnych danych, to w jaki sposób JHU mogło uzyskać swoje dane z (potencjalnie) tych samych źródeł wiadomości?
Duplikaty
Ponadto, nawet zakładając, że wszystkie źródła wykorzystane przez JHU były dokładne, zadanie „łączenia wielu źródeł danych jest złożonym procesem”[17]. Jednym z istotnych wyzwań jest sposób radzenia sobie z duplikatami. Za każdym razem, gdy informacje są uzyskiwane z więcej niż jednego źródła, możliwe jest, że to samo zdarzenie zostanie policzone dwukrotnie. W końcu serwisy informacyjne nie zawierają identyfikatorów zdrowotnych osób wspomnianych w swoich artykułach. W jaki sposób JHU eliminowała duplikaty danych? Czy oznacza to, że liczba przypadków Covid i zgonów zgłoszonych przez pulpit nawigacyjny mogła być dwa, trzy lub wiele razy wyższa niż w rzeczywistości w niektórych regionach? Rzeczywiście, zdarzały się sytuacje, w których użytkownicy danych byli przekonani, że tablica zawiera duplikaty[18]. Na przykład 11 marca 2020 r. jeden z użytkowników repozytorium danych JHU napisał: „Wstawianie zduplikowanych danych do strumienia, który nigdy wcześniej ich nie zawierał, stanowi wyzwanie. Raportowanie zarówno na poziomie stanu, jak i miasta w tej samej kolumnie z pewnością spowoduje problemy”[18a]. Na co inny użytkownik odpowiedział: „CSSE wydaje się podwójnie liczyć przypadki i zgony”[18b]. CSSE („Center for Systems Science and Engineering”) to akronim wydziału JHU, który zarządzał repozytorium danych.
Worldometer jako źródło danych
JHU wyraźnie wymienia Worldometer jako jedno ze swoich źródeł[2]. Sam Worldometer potwierdza ten fakt, mówiąc: „Nasze dane są również zaufane i wykorzystywane przez… Johns Hopkins CSSE”[19]. Ogólnie rzecz biorąc, Worldometer wykorzystuje symulacje komputerowe do raportowania informacji statystycznych w czasie rzeczywistym. Ich symulacje opierają się na rocznych sumach i szacunkach komputerowych. Na przykład, jeśli milion osób ginie co roku w wypadkach samochodowych, to średnio jedna osoba ginie co 31,6 sekundy. Pulpit nawigacyjny Worldometer dla wypadków po prostu dodawałby odpowiednio jedną nową śmierć, niezależnie od tego, czy ktoś faktycznie zginął w tym czasie. Oczywiście Worldometer nie miałby możliwości dowiedzenia się, czy ktoś zginął.
Czy Worldometer używał obliczeń komputerowych do określenia statystyk Covid w sposób podobny do tego, co robią w przypadku wypadków samochodowych? Jeśli tak (i ponieważ nie mogli znać rocznych sum z wyprzedzeniem), czy używali modeli epidemiologicznych, a nie rzeczywistych zgonów, aby oszacować, ile osób umrze w danym roku z powodu Covid? Na żadne z tych pytań nie można odpowiedzieć z całą pewnością. Ich lista źródeł obejmuje tylko instytucje rządowe[19]. Ponieważ jednak pełna lista źródeł nie jest dostępna i ponieważ nie zaprzeczają oni wyraźnie, że używali algorytmów komputerowych, jest całkiem prawdopodobne, że Worldometer używał modeli komputerowych do generowania statystyk Covid. Jest to tym bardziej pewne, że rządy nie byłyby w stanie generować informacji o Covid w czasie rzeczywistym.
W maju 2020 r. CNN opublikowała interesujący artykuł informacyjny, który podkreślił mylący charakter relacji między tablicą rozdzielczą JHU a Worldometer[20]. Odpowiedzi JHU na pytania zadane im w ramach przygotowań do tego artykułu były nieco wymijające i pozostawiły więcej pytań niż odpowiedzi[21].
Podstawowym pytaniem, które pozostaje oczywiście bez odpowiedzi, jest to, dlaczego JHU używał Worldometer jako źródła w pierwszej kolejności? Skoro JHU wykorzystał Worldometer jako źródło, czy oznacza to, że dane leżące u podstaw pulpitu nawigacyjnego JHU były również oparte na modelach komputerowych, a nie na rzeczywistych wydarzeniach? Częściowym powodem, dla którego tak trudno jest odpowiedzieć na którekolwiek z tych pytań, jest fakt, że kod używany przez dashboard nie był open source, co jest często zarzutem stawianym platformie przez użytkowników[22]. Innym powodem jest to, że dane były często wprowadzane do systemu bez wyjaśnienia lub możliwych do zweryfikowania odniesień.
Wprowadzanie danych do systemu
Zgodnie z artykułem Gardner i wsp. w czasopiśmie Lancet, przez pierwsze dziesięć dni po uruchomieniu pulpitu nawigacyjnego JHU „wszystkie dane były gromadzone i przetwarzane ręcznie, a aktualizacje były zazwyczaj wykonywane dwa razy dziennie”[1]. Z logistycznego punktu widzenia było to wykonalne, ponieważ w tym okresie było tak niewiele przypadków i zaangażowanych było tylko kilka krajów.
Jeśli chodzi o dokładność danych, twierdzili oni, że „[przed] ręczną aktualizacją pulpitu nawigacyjnego potwierdzamy liczbę przypadków w regionalnych i lokalnych departamentach zdrowia… a także w miejskich i stanowych organach ds. zdrowia”. Ustalono już jednak, że ani Kanada, ani Stany Zjednoczone nie były w stanie przedstawić danych dotyczących śmiertelności lub grypy w ciągu sześciu miesięcy. W jaki sposób zatem nie tylko Kanada i USA, ale ostatecznie każdy kraj na świecie, dostarczał dzienne liczby przypadków i zgonów, które JHU mógł wykorzystać do weryfikacji?
Próbując odpowiedzieć na to ostatnie pytanie, zbadano strony internetowe Statistics Canada, aby zobaczyć, w jaki sposób uzyskali dane dotyczące Covid. Stwierdzono, że StatsCan zrobił to samo, co zespół JHU, ponieważ wykorzystał również „techniki skanowania stron internetowych w celu zebrania odpowiednich danych z różnych stron internetowych na temat COVID-19″[23]. Ponieważ nie podano informacji o tym, które strony internetowe zostały przeskanowane, wysłałem e-mail do StatsCan, aby uzyskać listę. Ich uprzejma odpowiedź brzmiała: „Statistics Canada nie będzie mieć pełnej ostatecznej listy wszystkich potencjalnych stron internetowych wykorzystywanych w web-scrapingu podczas pandemii”. Podano dwa powody: po pierwsze, zaangażowanych było kilka działów, z których każdy miał inne procedury, a po drugie, kwestie poufności. StatsCan zasugerował skontaktowanie się z Kanadyjską Agencją Zdrowia Publicznego (PHAC). Jednak PHAC polegał na StatsCan w zakresie informacji, a StatsCan zajmował się skanowaniem stron internetowych, a nie PHAC[23]. Czy ta odpowiedź oznacza, że StatsCan nie wie, skąd wzięli dane dotyczące Covid? A może oznacza to, że wiedzą i nie chcą dzielić się swoimi źródłami z opinią publiczną?
Odpowiedź od StatsCan pozostawia pytanie, czy ich informacje pochodzą z pulpitu nawigacyjnego JHU. Biorąc pod uwagę, jak popularny stał się pulpit nawigacyjny JHU, że został wyraźnie zaprojektowany, aby umożliwić organom służby zdrowia śledzenie wybuchu epidemii, że był cytowany przez amerykańskie agencje federalne, że był szeroko stosowany przez badaczy medycznych i że StatsCan skrobał sieć, aby uzyskać ich dane, jest całkiem prawdopodobne, że StatsCan to zrobił. Nawet jeśli Kanada tego nie zrobiła, jest więcej niż prawdopodobne, że niektóre kraje przyjęły dane JHU jako własne. W jaki sposób JHU mógł potwierdzić swoje dane z organami służby zdrowia, jeśli te same organy służby zdrowia otrzymywały dane od JHU?
W związku z tym istnieje bardzo realna możliwość, że JHU przesłał dane do swojego pulpitu nawigacyjnego, niektóre kraje wykorzystały i opublikowały te informacje na swoich stronach internetowych, a następnie JHU potwierdził swoje wpisy, porównując ich liczby z tymi na oficjalnych stronach rządowych. Jeśli tak się stało, to jest to rozumowanie cyrkularne w najlepszym wydaniu. Niestety, nie ma sposobu, aby udowodnić, czy tak się stało, czy nie. Tak czy inaczej, wciąż zastanawiamy się, z jakich źródeł korzystał JHU.
Automatyczne aktualizacje
Niezależnie od źródeł, ręczne aktualizacje zostały wkrótce zakończone na rzecz automatyzacji:
„Ręczny proces raportowania stał się niezrównoważony; dlatego 1 lutego 2020 r. przyjęliśmy półautomatyczną strategię żywego strumienia danych”. [1]
Słowo „niezrównoważony” sprawia, że brzmi to tak, jakby byli zasypywani przypadkami Covid. Rzeczywiste fakty to obalają. Według raportów WHO w tym dniu tylko 19 krajów zgłosiło przypadki[24]. Mogło to obejmować od 80 do 100 zgłoszeń pierwszego lutego. Nie jest wcale jasne, w jaki sposób tak niewielka liczba zgłoszeń została uznana za niezrównoważoną.
Artykuł w Lancet twierdzi, że ręczne aktualizacje zostały najpierw potwierdzone przez odpowiednie organy służby zdrowia. Z drugiej strony nic nie mówi się o tym, czy zautomatyzowane dane wejściowe zostały kiedykolwiek potwierdzone.
Co więcej, czy w ogóle możliwe jest zautomatyzowanie gromadzenia danych w wielu witrynach internetowych z rosnącej listy krajów, skoro każda witryna używa różnych formatów do wyświetlania swoich danych? Pytanie to jest szczególnie ważne, biorąc pod uwagę, jak często formaty te były zmieniane podczas Covid. Rzeczywiście, jak stwierdziła jedna z grup badawczych, jeszcze w maju 2021 r. nadal nie było „standardów” raportowania danych Covid[17]. Jak zatem poradził sobie mały zespół JHU, skoro sam ostatecznie przyznał się do wszystkich tych problemów? [16]
Bariery językowe
Dwie z trzech osób zaangażowanych w projektowanie pulpitu nawigacyjnego JHU pochodziło z Chin, a trzecia była Amerykaninem. Umożliwiłoby im to czytanie chińskich raportów publikowanych na stronie DXY. Jednak nie każdy kraj na świecie publikuje dane w języku chińskim lub angielskim. Trudności w wyodrębnianiu danych ze stron internetowych w językach obcych są znaczne, nawet przy użyciu zautomatyzowanych narzędzi tłumaczeniowych. Zautomatyzowanie tego globalnie jest prawie niewyobrażalne. Skrobanie Internetu jest prawie niemożliwe, gdy przeszukiwane strony są w języku nieznanym badaczowi. Wyzwania tego rodzaju są powszechnie doświadczane przez każdego, kto prowadzi globalne badania, w wyniku czego badacze często ograniczają się do krajów, które używają znanego im języka. Jak zatem poradził sobie zespół JHU?
Pierwszy na starcie
Pulpit nawigacyjny JHU był prawie zawsze pierwszą stroną internetową, która zgłosiła pierwszy przypadek Covid w danej lokalizacji. Gardner twierdzi, że:
„dashboard jest szczególnie skuteczny w wychwytywaniu czasu pierwszego zgłoszonego przypadku COVID-19 w nowych krajach lub regionach… Z wyjątkiem Australii, Hongkongu i Włoch, CSSE na Johns Hopkins University zgłosił nowo zainfekowane kraje przed WHO, z Hongkongiem i Włochami zgłoszonymi w ciągu kilku godzin od odpowiedniego raportu sytuacyjnego WHO”[1].
W przeciwieństwie do tego, co sugeruje to stwierdzenie, pulpity nawigacyjne nie rejestrują tego typu informacji, robią to ludzie. Jak to możliwe, że mały zespół JHU zareagował tak szybko, aby znaleźć pierwszy nowy przypadek w prawie każdym kraju, zanim zrobił to ktokolwiek inny? Czy to tylko zbieg okoliczności, że Gardner niedawno opracowała model, który wykorzystywał wzorce podróży lotniczych, aby dokładnie to przewidzieć? Pisząc o tym modelu, powiedziała: „model zapewnia oczekiwaną liczbę (100) importowanych przypadków przybywających na każde lotnisko na całym świecie”[25].
Czy ten model był tak dokładny, że pomógł JHU w znalezieniu każdego pierwszego nowego przypadku? Biorąc pod uwagę, jak niedokładny był ten model, taki scenariusz jest wysoce nieprawdopodobny: ten sam model przewidywał liczbę przypadków w Chinach, która była pięciokrotnie wyższa niż zgłaszana. Pomimo tego rażącego problemu z jej modelem, Gardner nadal uważała, że jest on dokładniejszy niż raporty oparte na faktach:
„Uważamy, że rzeczywista liczba przypadków 2019-nCoV w Chinach kontynentalnych jest prawdopodobnie znacznie wyższa niż ta zgłoszona do tej pory. W szczególności szacujemy, że do końca stycznia w Chinach kontynentalnych wystąpi około 58 000 skumulowanych przypadków 2019-nCoV (na dzień 31 stycznia zgłoszonych przypadków jest blisko 12 000)”.
Czy nie jest zatem możliwe, że Gardner uważała również, że jej przewidywania dotyczące tego, kiedy i gdzie powinny wystąpić pierwsze przypadki, były również dokładniejsze niż to, co zgłaszał jakikolwiek kraj? Czy JHU zgłaszał nowe przypadki na swojej tablicy rozdzielczej w oparciu o swoje modele? Czy dlatego powiedziała, że ” dashboard był szczególnie skuteczny w wychwytywaniu…”? Jeśli tak, to czy inne kraje i WHO uwierzyły w to, co zgłosiła JHU, a następnie same to zgłosiły?
Modelowanie komputerowe jako główne źródło danych
Jedyną odpowiedzią, która zapewnia racjonalne wyjaśnienie wszystkich zadanych do tej pory pytań, jest to, że tablica rozdzielcza JHU była oparta na symulacjach komputerowych, a nie na danych obserwacyjnych. Wydaje się również, że od czasu do czasu zespół JHU uzyskiwał dane empiryczne, które były następnie wykorzystywane do dostosowywania i „korygowania” danych wyjściowych z ich modeli[26, 27]. Powody, dla których jest to najbardziej prawdopodobna odpowiedź, są następujące:
Rządy nie są w stanie dostarczać danych w czasie rzeczywistym
Wyodrębnienie danych z witryn mediów informacyjnych w językach obcych jest zbyt trudne.
Wpisy na tablicy rozdzielczej zostały zautomatyzowane
Nie istniał skuteczny sposób na usunięcie duplikatów danych uzyskanych ze źródeł wiadomości.
Pulpit nawigacyjny był aktualizowany w krótkich odstępach czasu (15 minut lub co godzinę).
Źródła obejmują Worldometer, stronę specjalizującą się w symulacjach komputerowych.
Źródła obejmują również „bezpośrednią komunikację z dashboardem”, która mogła obejmować dane z symulacji komputerowej.
Nie wiadomo, czy zautomatyzowane wpisy zostały w jakikolwiek sposób potwierdzone.
Pulpit nawigacyjny został zaprojektowany w celu dostarczania danych organom służby zdrowia.
Władze zdrowotne ufały, że dane JHU są dokładne.
Repozytorium zawiera wiele zrzutów danych w celu ich „poprawienia”.
Pulpit nawigacyjny informował o pierwszych nowych przypadkach w danym kraju, zanim zrobił to ktokolwiek inny.
Dowody na wykorzystanie modelowania komputerowego
W dniu 4 marca 2024 r. wysłałem wiadomość e-mail do Lauren Gardner (głównej autorki projektu tablicy rozdzielczej JHU) z pytaniem, czy w którymkolwiek momencie wykorzystano modele komputerowe na potrzeby dashboardu i czy były to modele dostępne. Niestety do dnia dzisiejszego nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.
Ze względu na brak ustnego potwierdzenia i znalezienie jak dotąd jedynie poszlak, konieczne było dalsze poszukiwanie być może lepszych dowodów na to, czy JHU korzystał z modeli komputerowych w celu uzyskania danych. Nic dziwnego, że dowody istnieją. Na przykład 13 marca 2020 r. profesor Lauren Gardner przemawiała na przesłuchaniu kongresowym na Kapitolu, aby wyjaśnić działanie tablicy informacyjnej. Podczas prezentacji wyraźnie wspomniała o „wysiłkach modelowania, które podejmujemy za kulisami”[10].
Ponadto na stronie internetowej JHU czytamy:
„Gardner jest specjalistą w modelowaniu ryzyka chorób zakaźnych, w tym COVID-19…. Gardner kieruje wysiłkami w zakresie modelowania COVID-19 we współpracy z amerykańskimi miastami w celu opracowania niestandardowych modeli szacowania ryzyka COVID-19 na poziomie lokalnym”. [28]
Kiedy te dwa cytaty zostaną połączone z faktem, że Gardner była tak zajęta zarządzaniem pulpitem nawigacyjnym na początku 2020 r., że nie miała czasu na nic innego, jest pewne, że prace modelarskie dotyczyły pulpitu nawigacyjnego. Rzeczywiście, jak wskazano w jednym z artykułów, „pracując przez całą dobę przez 10 tygodni z rzędu, byli tak pochłonięci konserwacją pulpitu nawigacyjnego, że mieli niewiele czasu na analizę danych, które faktycznie pokazuje”[6].
Warto również zauważyć, że w 2019 roku Gardner opracowała „nowatorskie ramy modelowania matematycznego” do szacowania epidemii wirusa, model, który miał zostać „skalibrowany przy użyciu historycznych danych dotyczących epidemii”[29].
Co więcej, strona internetowa Centrum Nauki i Inżynierii Systemów JHU stwierdza, że modelowanie jest jednym z podstawowych filarów ich wydziału. Wydział CSSE definiuje się następującymi słowami: „Nauka o systemach to podejście do modelowania, które obejmuje dynamiczną interakcję komponentów inżynieryjnych, ludzkich i naturalnych w czasie i przestrzeni”[30].
Laboratorium Fizyki Stosowanej(APL) JHU, Od lewej:
Evan Bolt, Ryan Lau, Beatrice Garcia, Aaron Katz i Tim Ng przeglądają dane z pulpitu nawigacyjnego w APL’s LIVE Lab
Dlatego też, opierając się na fakcie, że Gardner jest ekspertem w modelowaniu chorób, jest przyzwyczajona do kalibracji modeli za pomocą danych empirycznych, była aktywnie zaangażowana w opracowywanie modeli dla Covid, udokumentowała, że jej modele są dokładniejsze niż oficjalnie zgłoszone liczby, a jej wydział uważa modelowanie za fundamentalne dla podejścia do każdego problemu, należy przyjąć za pewnik, że modele komputerowe były wykorzystywane jako podstawowe źródło danych. Innymi słowy, o ile nie istnieją mocne dowody przeciwne, pewne jest, że zespół JHU używał modeli komputerowych do generowania liczby przypadków i zgonów. Nie znaleziono jednak żadnych bezpośrednich dowodów.
W zgodzie z tymi odczuciami, ankieta przeprowadzona przez Jesse Pietza i in. wśród 25 różnych pulpitów nawigacyjnych Covid wyraźnie stwierdza, że pulpit nawigacyjny JHU wykorzystywał model epidemiologiczny SIRD (Susceptible, Infected, Recovered, Deceased) w 2020 r. do symulacji rozprzestrzeniania się Covid[31].
Wreszcie, w listopadzie 2020 r. opublikowano interesujący wątek na Twitterze, który dostarcza dowodów na to, że Ensheng Dong (student, który zbudował dashboard) przesyłał dane do repozytorium JHU z danymi utworzonymi za pomocą modelowania komputerowego[32]. (Chociaż żałujemy, że znaczenie tego wątku umknęło naszej uwadze przez tak długi czas, przyznajemy, że jego odkrycie stanowiło istotną część impulsu do badań, które doprowadziły do powstania tego artykułu).
W sierpniu 2022 r. Ensheng Dong i in. opublikowali przegląd swojego pulpitu nawigacyjnego, w którym omówiono niektóre wyciągnięte wnioski i wyzwania napotkane po drodze. Autorzy stwierdzili: „Zgodnie z naszym zobowiązaniem do udostępniania otwartych danych, dane wyświetlane na pulpicie nawigacyjnym pochodzą wyłącznie z publicznie dostępnych źródeł”[16]. A nieco dalej dodają: „tablica opierała się w całości na publicznie dostępnych danych”. Czy oznacza to, że tablica wykorzystywała wyłącznie dane empiryczne oparte na faktach? Niekoniecznie. Worldometer to „publicznie dostępne źródło”, które prawie na pewno opierało się na modelach komputerowych. Co więcej, niektóre rządy wykorzystały modele komputerowe do oszacowania, ile osób zachoruje lub umrze z powodu Covid. Dane wyjściowe z tych modeli były również publicznie dostępne. I nie jest nierozsądne sądzić, że niektóre organy służby zdrowia otrzymywały swoje liczby bezpośrednio z modeli JHU. Na uwagę zasługuje fakt, że nie twierdzą oni, że korzystali wyłącznie z danych empirycznych lub obserwacyjnych.
Rządowa nagroda za wynalazekLaura Asher, Evan Bolt, Beatrice Garcia, Tamara Goyea, Aaron Katz, Ryan Lau, Tim Ng, Sarah Prata, Jeremy Ratcliff i Miles Stewart za gromadzenie danych, korektę błędów i platformy modelowania dla pandemii COVID-19. Naukowcy z APL zapewnili możliwości gromadzenia i zarządzania danymi w Centrum Zasobów Koronawirusa Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, które zostało wyróżnione na liście "Najlepszych wynalazków 2020 roku" magazynu Time. Przy wsparciu adiunkt Lauren Gardner z Johns Hopkins Whiting School of Engineering, która stworzyła pulpit nawigacyjny, oraz we współpracy z kolegami z JHU Sheridan Library, APL stworzono zautomatyzowany system danych, który umożliwia dokładną i terminową analizę danych zdrowotnych.
Modele komputerowe zostały wykorzystane w wielu krajach do oszacowania przypadków Covid i zgonów [33, 34]. Niezależnie od tego, jak wadliwe były te modele (a były strasznie wadliwe[35]), zawsze rozumiano, że były to tylko modele[36]. Z drugiej strony pulpit nawigacyjny JHU twierdził, że dostarcza dane w czasie rzeczywistym dotyczące rzeczywistych przypadków Covid i zgonów. Dowody zdecydowanie sugerują inaczej.
Mylenie danych
Istnieje wiele problemów, które naturalnie pojawią się, jeśli szanowany dashboard będzie miał rzekomo udostępniać dane empiryczne odpowiednie do wykorzystania przez organy służby zdrowia, ale dane bazowe są w rzeczywistości generowane przez modele komputerowe. Problemy te będą występować nawet wtedy, gdy dane zostaną „potwierdzone” i zaktualizowane o dane z oficjalnych stron rządowych.
Kilka godnych uwagi problemów, które się pojawią to:
Niektóre kraje, wiedząc, że nie są w stanie uzyskać danych w czasie rzeczywistym, będą skłonne zaufać tablicy rozdzielczej i wykorzystać jej liczby do własnych celów. JHU następnie „potwierdza” swoje własne szacunki w stosunku do „oficjalnych” liczb. Ponieważ oficjalne liczby opierały się przede wszystkim na własnych szacunkach, błąd zostaje potwierdzony i ani dane JHU, ani oficjalne dane kraju nie są poprawne. W rezultacie liczby Covid w niektórych krajach będą tak samo błędne, jak modele komputerowe.
Inne kraje będą całkowicie polegać na własnych danych. Kiedy JHU „potwierdzi” swoje szacunki, dane JHU zostaną skorygowane. W tym scenariuszu dane będą tak poprawne, jak pozwalają na to testy i diagnostyka laboratoryjna lub jak pozwalają na to dane z tych krajów.
W wyniku powyższego dwa sąsiadujące kraje mogą mieć znacznie różne wskaźniki przypadków Covid i zgonów, nie dlatego, że Covid zachowywał się inaczej w obu krajach, ale dlatego, że jeden kraj zaakceptował dane JHU jako wiarygodne, a drugi nie. Ostatecznym rezultatem będzie to, że niemożliwe będzie porównanie statystyk Covid między krajami.
Ponieważ dane JHU zostały podzielone na miasta w niektórych regionach świata, niektóre miasta mogły zaakceptować dane JHU, podczas gdy inne nie. W rezultacie statystyki Covid mogą być oparte na danych empirycznych w jednym mieście i modelach w innym. Uniemożliwi to porównanie jednego miasta z jego sąsiadem.
W krajach, w których JHU dostarczyło dane na poziomie miasta, ponieważ niektóre miasta wykorzystały dane JHU jako własne, a inne nie, zagregowane wartości dla każdej prowincji lub stanu mogą być bez znaczenia.
Efekt netto polegający na tym, że niektóre regiony akceptują dane JHU, a inne nie, zarówno na poziomie miasta, stanu, jak i kraju, będzie oznaczał, że wszelkie algorytmy komputerowe stosowane w modelach JHU będą widoczne dla niektórych lokalizacji geograficznych, ale nie dla innych. W rezultacie w niektórych miejscach dane będą pasować do modelu SIRD, podczas gdy w innych nie. To sprawi, że badania epidemiologiczne będą beznadziejnie zagmatwane.
Wszystkie wyżej wymienione problemy były głównymi aspektami wielu dyskusji wokół Covid – nie tylko tych, w które sami się angażowaliśmy i o których pisaliśmy, ale także tych, o których czytaliśmy lub których jesteśmy świadomi. Na przykład, badając Włochy, odkryliśmy, że zgony z powodu Covid są zgodne z granicami regionalnymi, a nie z tym, czego można by się spodziewać po epidemii nowego wirusa[37]. Podczas badania Nowego Jorku odkryliśmy, że to, co podobno wydarzyło się w tym mieście, nie wydarzyło się w innych dużych miastach w USA[38]. Badając wzorce śmiertelności na całym świecie, odkryliśmy, że Covid „szanował” granice regionalne w nieoczekiwany sposób[39, 40]. Dlatego rzeczywiste problemy, które pojawiły się podczas badania danych Covid, są zgodne z rodzajem problemów, których można by się spodziewać, gdyby tablica rozdzielcza JHU była oparta na symulacjach komputerowych uzupełnionych danymi obserwacyjnymi.
Przykładem tego, jak poważna może stać się sytuacja, w której informacje są uważane za oparte na prawdziwych faktach, chociaż opierają się na modelu komputerowym, jest zniknięcie lotu MH370 w 2014 roku. Oprogramowanie używane przez Malaysia Airlines do śledzenia samolotów doprowadziło ich do przekonania, że zaginiony samolot znajdował się nad Kambodżą. Jednak później odkryto, że „śledzenie lotu” opiera się na [symulowanej komputerowo] projekcji i nie można na nim polegać przy rzeczywistym pozycjonowaniu lub wyszukiwaniu”[41]. Samolot nie znajdował się nigdzie w pobliżu Kambodży, a opóźnienie spowodowane tym nieporozumieniem wystarczyło, aby samolot został utracony[42].
Przykład: Nowy Jork
Wreszcie, kończymy dyskusję na temat pulpitu nawigacyjnego JHU, analizując Nowy Jork (NYC) jako studium przypadku, aby wizualnie zademonstrować niektóre z tych kwestii. Na pierwszym wykresie poniżej, dzienne zgony z powodu Covid są wykreślane przy użyciu danych uzyskanych z dwóch różnych źródeł: NYC Health (niebieska linia) i JHU dashboard (czerwona linia). Trzecia linia (zielona) jest po prostu wynikiem pomnożenia dziennych wartości JHU przez 4/3. Powód tej zielonej linii wyjaśniono poniżej. Wykres obejmuje wszystkie zgłoszone zgony z powodu Covid w Nowym Jorku do 17 maja 2020 r.
Rysunek 1: Codzienne zgony z powodu Covid w Nowym Jorku z dwóch różnych źródeł:NYC Health (niebieska linia) i JHU dashboard (czerwona linia).Oba źródła podają „dzień zgłoszenia”, a nie „dzień zgonu”.Dane zostały pobrane w marcu 2024 roku.
Zielona linia to dzienna wartość JHU pomnożona przez 4/3.
Powodem, dla którego 17 maja 2020 r. został wybrany jako data graniczna dla tego wykresu, jest fakt, że NYC Health (NYCH) zmienił kilka kluczowych aspektów swoich metod raportowania w tym dniu, powodując znaczne zakłócenia w trendach JHU. Należy również zauważyć, że dane wykorzystane na powyższym wykresie nie zostały wprowadzone do odpowiednich repozytoriów Github w przedstawionym dniu. Dane NYCH zostały po raz pierwszy wprowadzone do repozytorium 22 grudnia 2020 r., po czym były wielokrotnie korygowane w ciągu następnych trzech lat. Dane JHU były wprowadzane codziennie do 17 maja, a następnie ponownie korygowane 1 lipca, 31 sierpnia i 1 września. Poza tym, że we wrześniu. Jeden wpis przez JHU został dokonany w celu dystrybucji zgonów w Nowym Jorku według dzielnic, nie jesteśmy świadomi żadnych wyjaśnień dotyczących innych korekt[43].
Ogólnie rzecz biorąc, zarówno NYCH, jak i JHU uwzględniały to, co nazywały „prawdopodobnymi zgonami” w swoich dziennych liczbach. Ponieważ śledzili te kwoty osobno i codziennie, zdecydowaliśmy się uwzględnić je w dziennych wartościach NYCH (niebieska linia), ale nie w przypadku JHU (czerwona linia). W ten sposób różnica między niebieską i czerwoną linią na powyższym wykresie wynika z „prawdopodobnych zgonów”. [43]
Podobieństwa między niebieską i zieloną linią stanowią niemal niepodważalny dowód na to, że liczby „prawdopodobnych zgonów” zostały sztucznie wygenerowane na komputerze. Przy odrobinie wysiłku udało mi się znaleźć stosunkowo proste równanie, które sprawia, że dopasowanie między tymi dwiema liniami jest prawie idealne. Pozostawiamy jednak NYCH lub JHU podzielenie się wzorem, którego użyli do wygenerowania swoich „prawdopodobnych zgonów”.
Następnie wykreślamy dane dotyczące zgonów Covid (w tym „prawdopodobnych zgonów”) tylko z NYCH (ryc. 2 poniżej). Gładkość krzywej jest niezwykła i prawie na pewno odzwierciedla wykorzystanie modelu epidemiologicznego SIRD jako podstawowego źródła danych. Oczywiście, ponieważ krzywa JHU ma identyczny kształt (tylko z mniejszymi liczbami), ona również odzwierciedla model SIRD. Ponieważ ustaliliśmy już, że istnieje proste równanie dla „prawdopodobnych zgonów”, jest to dość przekonujący dowód na to, że modele zostały użyte dla wszystkich danych: potwierdzonych, prawdopodobnych i całkowitych.
Aby podkreślić ten ostatni punkt i dla celów porównawczych, następnie wykreślamy wykres zgonów z powodu Covid w prowincji Hubei w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2020 r. (Rysunek 3 poniżej). Pomimo faktu, że populacja prowincji Hubei (58 milionów) jest siedmiokrotnie większa niż w Nowym Jorku (8,3 miliona), liczba zgonów w Hubei (szczyt: 147, suma: 3164) była znacznie mniejsza niż w Nowym Jorku (szczyt: 831, suma: 23 338). Aby te liczby były prawidłowe, oznaczałoby to, że to, co wydarzyło się w Nowym Jorku, było 51 razy gorsze niż to, co wydarzyło się w prowincji, z której rzekomo pochodzi Covid. Taki scenariusz jest tak nieprawdopodobny, że graniczy z niedorzecznością i potwierdza tezę, że dane z Nowego Jorku nie były oparte na zaobserwowanych faktach.
Rysunek 3: Zgony z powodu Covid w Wuhan w Chinach, według dnia zgłoszenia, od stycznia do marca 2020 r.Dwudniową średnią kroczącą zastosowano dla 12 i 13 lutego, 21 i 22 lutego oraz 23 i 24 lutego.Miało to na celu zachowanie obserwowalnego kształtu wykresu.Pierwotnie liczba zgłoszonych zgonów wynosiła zero w dniach 12, 21 i 23 lutego; a szczyt wynosił 242 w dniu 13 lutego.
Zauważono również, że wykres dla prowincji Hubei (rys. 3) jest bardziej zgodny z tym, jak zwykle wyglądają dane empiryczne (postrzępiony), podczas gdy wykres dla NYC (rys. 2) przypomina to, co wygenerowałby model komputerowy (gładki).
Wcześniej wykazaliśmy, że niemożliwe jest, aby 23 338 osób zmarło na Covid w Nowym Jorku wiosną 2020 roku[44]. Wykazaliśmy również, że dane dotyczące śmiertelności w Nowym Jorku są wątpliwe[38]. W oparciu o obecną dyskusję argumentujemy teraz, że najbardziej realnym wyjaśnieniem błędnych danych jest to, że algorytm komputerowy (oparty na modelu epidemiologicznym) został połączony z niewłaściwą pętlą sprzężenia zwrotnego między JHU i NYCH. Wszystko to sugeruje, i to raczej mocno, że liczby zgonów z powodu Covid dla Nowego Jorku zostały wymyślone na kalkulatorze, a nie policzone w kostnicy. Zachęcamy NYCH lub JHU do wyjaśnienia, dlaczego i w jaki sposób liczby te należy interpretować inaczej, oraz do przedstawienia aktów zgonu zmarłych jako dowodu.
Oczywiście, jeśli liczba zgonów z powodu Covid w Nowym Jorku była oparta na modelu komputerowym, wynika z tego, że mieszkańcy Nowego Jorku zostali poddani trzem miesiącom niepotrzebnego terroru na początku 2020 r., kiedy powiedziano im, że tysiące ich sąsiadów ginie z powodu Covid, podczas gdy nikt nie miał (lub jeszcze nie ma) pojęcia, ile osób faktycznie umiera. Jest zatem całkiem możliwe, że wiosną 2020 r. w Nowym Jorku nie wydarzyło się nic niezwykłego (podobnie jak nic niezwykłego nie wydarzyło się w Chinach[45]), a średni wzrost liczby połączeń 911 o 24%[46] w tym okresie, wraz z niewytłumaczalnym i niepokojącym wzrostem liczby zatrzymań akcji serca[47] nie był spowodowany Covid, ale strachem wywołanym przez media[48].
Wnioski
Pulpit nawigacyjny JHU został „opracowany w celu zapewnienia naukowcom, organom zdrowia publicznego i ogółowi społeczeństwa przyjaznego dla użytkownika narzędzia do śledzenia epidemii w miarę jej rozwoju”. Pomijając fakt, że śledzenie jakiejkolwiek choroby w czasie rzeczywistym jest funkcjonalnie niemożliwe i niezależnie od tego, że nic szczególnego się nie „rozwijało”, gdy ją opracowywano, wszystkie dowody wskazują na to, że udało im się stworzyć pulpit nawigacyjny Covid za pomocą modeli komputerowych, które od czasu do czasu były „korygowane” danymi uzyskanymi z oficjalnych rządowych stron internetowych. Mieszając dane z modeli komputerowych z danymi z obserwacji, jednocześnie twierdząc, że „w całości polegali na publicznie dostępnych danych”, pomylili dane tak bardzo, że stały się one bez znaczenia. W rezultacie baza danych JHU Covid jest i była tak niewiarygodna, że nigdy nie powinna być używana do określania przypadków Covid lub zgonów.
Jakkolwiek zaskakująco może brzmieć ten wniosek, jest to w zasadzie to, co Aaron Katz (przełożony w zespole programistów JHU) powiedział cztery lata temu:
„Za dziesięć lat zobaczymy wszystkie raporty i retrospektywy, które powiedzą nam dokładnie, co się stało i gdzie….[Ale na razie] staramy się rozwiązać ten problem świadomości sytuacyjnej w chwili obecnej”[11].
Przynajmniej jego słowa informują nas, że uzyskanie dokładnych danych na temat konkretnej choroby zajmuje zwykle dziesięć lat. W najgorszym przypadku cytat ten zapewnia nas, że tablica rozdzielcza JHU była niewiarygodna, że zaufanie pokładane w danych było całkowicie błędne, a tablica rozdzielcza JHU spowodowała wiele błędnych wniosków na temat Covid.
W świetle tych wszystkich faktów i obserwacji:
Wzywamy rządy i urzędy statystyczne na całym świecie do powrotu do dawnego powolnego, ale dokładnego procesu gromadzenia wiarygodnych danych za pośrednictwem normalnych kanałów,
Zachęcamy badaczy medycznych, aby oparli się pokusie korzystania z danych Covid z repozytorium JHU i zamiast tego poczekali, aż wiarygodne dane staną się dostępne,
Zwracamy się do Uniwersytetu Johna Hopkinsa o pełną otwartość i przejrzystość w zakresie kodu komputerowego, modeli, źródeł i procedur wykorzystywanych w ich pulpicie nawigacyjnym,
Wzywamy Nowy Jork do rozpoczęcia przejrzystego dochodzenia w sprawie tego, czy i w jaki sposób ich dane zostały zniekształcone przez modele komputerowe,
Wzywamy opinię publiczną do bardziej krytycznego podejścia do wszelkich twierdzeń dotyczących globalnych statystyk choroby „w czasie rzeczywistym”.
autor:
Thomas Verduyn
Autor jest wdzięczny za nieocenioną pomoc udzieloną przez współpracowników i autorów tego artykułu, którzy pragną pozostać bezimienni.
Thomas Verduyn, BASc – uzyskał tytuł licencjata z wyróżnieniem w dziedzinie inżynierii lotniczej i kosmicznej. Ma szeroki zakres doświadczeń zawodowych, w tym doradztwo komputerowe, budownictwo, transport, księgowość i przedsiębiorczość. Jest zapalonym czytelnikiem wielu różnych dziedzin. Opublikował wiele książek, jest żywo zainteresowany zdrowiem i pasjonuje się poznawaniem Boga.
Hej jestem Dariusz Galczak współtwórca AlterShot. Od marca 2020 wyszukuję i tłumaczę teksty o zachodzących wokół nas przemianach, także o „wiadomej sprawie”, by dać szerszą perspektywę tam gdzie jej brakuje. Od lipca 2020, tworzę też filmy i relację głównie z konferencji. Mimo, że jak wielu „nowa sytuacja” postawiła mnie w nowej roli, to staram się współpracować z profesjonalistami i stale rozwijać umiejętności i warsztat.
Ponieważ temat jest obszerny przygotowałem dwie wersję treści, krótszą opracowaną przez profesora Martina Neila, która jest poniżej, oraz dłuższa – czyli tłumaczenie materiału źródłowego opracowanego przez Thomasa Verduyna, do której można przeskoczyć za pomocą poniższego klawisza nawigacji.
„Fałszywe liczby”, które wywołały reakcję świata naCovid-19
Thomas Verduyn poinformował właśnie o serii zdumiewających rewelacji na temat pulpitu nawigacyjnego danych dotyczących przypadków i śmiertelności, „przyjaznego dla użytkownika narzędzia do śledzenia epidemii w miarę jej rozwoju”, wprowadzonego przez Johns Hopkins University (JHU) w Baltimore na początku pandemii Covid-19.
W artykule wspartym szczegółowymi badaniami dla PANDA, niezależnej grupy badawczej zajmującej się reagowaniem na Covid-19, donosi, że JHU stworzył i uruchomił swój internetowy „pulpit informacyjny” w czasie, gdy choroba nie została nawet nazwana, kiedy poza Chinami odnotowano tylko cztery przypadki – i żadnych zgonów. Chociaż został stworzony „pod wpływem chwili” i „zajęło to tylko kilka godzin”, szybko stał się najważniejszym globalnym źródłem danych dotyczących Covid-19, wykorzystywanym przez media, badaczy medycznych, władze zdrowotne i opinię publiczną. A wszystko to przy skromnym budżecie i z wykorzystaniem zasobów studenckich w niepełnym wymiarze godzin.
Warto zauważyć, że zaledwie trzy miesiące wcześniej, w październiku 2019 r., JHU był gospodarzem niesławnego już Event 201, ćwiczeń szkoleniowych opartych na fikcyjnym scenariuszu pandemii, zorganizowanych przez Światowe Forum Ekonomiczne oraz Fundację Billa i Melindy Gatesów, z udziałem epidemiologa JHU, profesora Thomasa Ingelsby’ego.
22 stycznia 2020 r. ta sama instytucja wdrażała jedno z najbardziej wpływowych repozytoriów danych na świecie w związku z pandemią, która nie została jeszcze wtedy ogłoszona.
Verduyn donosi, że pulpit nawigacyjny był w stanie szybko agregować statystyki zgonów i przypadków z praktycznie każdego organu zdrowia publicznego na świecie, a także z Twittera i internetowych serwisów informacyjnych, w tym dane z nieoficjalnych źródeł i niejasnych stron internetowych w Chinach.
Osiągnięcie to stoi w ostrym kontraście z niedawną niezdolnością urzędników do zgłaszania dokładnych statystyk dotyczących nadmiernej śmiertelności – mogli dokładnie śledzić śmiertelność w 2020 roku, ale najwyraźniej stracili tę zdolność od tego czasu.
W jaki sposób trzej twórcy JHU dokonali tego wyczynu? Verduyn podnosi możliwość, że dane, które przesłali do pulpitu nawigacyjnego, były częściowo oparte na modelach epidemiologicznych, a nie na rzeczywistych przypadkach lub zgonach. Innymi słowy, wykorzystali oni oczekiwane zgony i przypadki jako surogaty rzeczywistych zgonów (których nie mieli możliwości dokładnie poznać). Główna autorka pulpitu nawigacyjnego JHU, profesor Lauren Gardner, jest specjalistką w dziedzinie matematycznego modelowania chorób zakaźnych, a w 2019 r. opracowała nowatorskie ramy modelowania matematycznego do szacowania epidemii wirusa, model, który miał zostać skalibrowany przy użyciu historycznych danych dotyczących epidemii.
Czy zatem symulacja komputerowa mogła zostać wykorzystana do oszacowania skali pandemii, a dane obserwacyjne wykorzystane do dostosowania i „skorygowania” modelowanych wyników? Jeśli tak, to na ile wiarygodne byłyby dane na pulpicie nawigacyjnym JHU i w oficjalnych statystykach?
Verduyn twierdzi, że wiele krajów nie byłoby w stanie uzyskać własnych danych w czasie rzeczywistym i dlatego polegałoby na tablicy rozdzielczej JHU jako autorytatywnym źródle, zastępując w ten sposób własne dane empiryczne danymi modelowymi. Dane te następnie trafiłyby z powrotem do krajowych oficjalnych repozytoriów danych Covid-19, aby w przyszłości zostały wykorzystane przez JHU w ich bieżących wysiłkach modelowania, tworząc w ten sposób błędne koło sfabrykowanych danych wzmacniających narrację o pandemii.
Ilustruje to błędne koło, wykorzystując dane dotyczące śmiertelności z Nowego Jorku (NYC). Porównując gwałtowny wzrost śmiertelności w Nowym Jorku wiosną 2020 r. z danymi JHU, ustalił on, że z tygodnia na tydzień było znacznie więcej zgonów z powodu Covid-19 wymienionych w oficjalnych statystykach śmiertelności w Nowym Jorku niż w tych opublikowanych przez JHU, i że różnica ta utrzymywała się przez cały okres szczytu pandemii Covid-19 wiosną 2020 roku. Ta znacząca różnica nigdy nie została omówiona ani wyjaśniona ani przez JHU, ani przez władze Nowego Jorku. Fakt, że są one stale niezsynchronizowane, jest wystarczającym sygnałem. Verduyn twierdzi, że różnica ta stanowi niezbity dowód na to, że liczby „prawdopodobnych zgonów” zostały sztucznie wygenerowane na komputerze, przy użyciu modelu epidemiologicznego podobnego do tego zastosowanego przez Neila Fergusona w jego niesławnym i rażąco niedokładnym modelu przewidywania zgonów z powodu Covid-19 w Wielkiej Brytanii i innych krajach.
Śledzenie jakiejkolwiek choroby w czasie rzeczywistym było i pozostaje niemożliwe. Biorąc to pod uwagę oraz fakt, że w czasie jego tworzenia nie działo się nic szczególnie niepokojącego, analiza Verduyna sugeruje, że JHU udało się stworzyć pulpit informacyjny Covid-19 w celu przekazania wrażenia pandemii lub wyolbrzymienia tego, co w przeciwnym razie, biorąc pod uwagę obciążenie śmiertelnością, byłoby postrzegane jako rutynowy sezon grypowy. Warto zauważyć, że wdrożenie pulpitu informacyjnego spełniło również jeden z celów Event-u 201 – symulację pandemii tak realistycznej, że była całkowicie wiarygodna.
Kraje europejskie stoją w obliczu KATASTROFICZNYCH konsekwencji po #Covid#Vaccine zastrzykach – poseł do Parlamentu Europejskiego i były sędzia @mislavkolakusic
wyjaśnia przerażające statystyki :
„Wysoce zaszczepione kraje w Europie doświadczają drastycznego wzrostu NADMIERNEJ ŚMIERTELNOŚCI:
explains the horrifying statistics : “Highly vaccinated countries in Europe are experiencing drastic increases in EXCESS MORTALITY : Croatia 14.6% Italy 24.9% Portugal 28.8% Greece 31.2% Spain 36.9% Iceland 55.8% The least vaccinated countries in Europe have the LOWEST excess mortality : Romania 2.4% Bulgaria 1.4%” The DATA that’s presented is CLEAR, the higher the Covid Vaccination rate, the higher the deaths – It’s UNDENIABLE at this point
W najbliższy wtorek raciborski koordynator Fundacji Życie i Rodzina ma stawić się obowiązkowo na komendzie policji. Jest wezwany jako świadek, a sprawa dotyczy paragrafu 256 Kodeku karnego. Policja próbuje wrobić naszego kolegę w propagowanie systemu totalitarnego…
Mateusz był uczestnikiem pikiety, w trakcie której uświadamiał, że wolna aborcja dla Polek została po raz pierwszy wprowadzona przez Adolfa Hitlera 9 marca 1943 roku. Policja zabrała wówczas nasz baner, a teraz nie chce go oddać. Twierdzą, że analizują treść zamieszczoną na plakacie. Dlaczego po prostu nie zrobili zdjęć do analizy, tylko zabrali nasz baner razem ze stelażem???
Przecież nie ukrywamy, co na nim było:
Policja sprytnie odwraca kota ogonem. Nie ściga tych, którzy promują aborcję dla Polek i tym samym idą w ślady niemieckiego dyktatora. Za to nęka osoby, które pokazują związek między nazizmem a zabijaniem polskich dzieci.
Prześladuje tych, którzy przestrzegają przed aborcją.
To prawdziwy skandal.
Jestem z wykształcenia historykiem, przez wiele lat pracowałem mając do czynienia głównie z historią Polski XX wieku. Dla wszystkich jest absolutnie oczywiste, że plany niemieckich zbrodniarzy wobec Polski były klarowne: zniszczyć, wyludnić, pozbawić nasz naród przetrwania – zarówno biologicznego jak i kulturowego.
Czy wie Pan, że w trakcie procesów norymberskich niemieccy zbrodniarze byli sądzeni m.in. za umożliwienie aborcji dla Polek? Naziści zalecali, aby aborcji dokonywać na każde życzenie „robotnicy wschodniej”. Kobiety były poddawane presji, aby podpisywać oświadczenia, że życzą sobie przerwania ciąży, a odmowa złożenia podpisu mogła skutkować nawet skierowaniem do obozu koncentracyjnego.
Po wojnie jako zbrodnię przeciw ludzkości uznano nie tylko bezpośrednie nakłanianie do aborcji, ale także sam fakt, że wyłączono polskie sądy z orzekania w sprawach o aborcję na życzenie. W toku śledztwa związanego z procesami norymberskimi ujawniono, że urzędnicy niemieccy mieli świadomość, że wystarczy aborcję dopuścić, a stanie się powszechna. Trudne warunki bytowe, sytuacja okupacji, ogólna demoralizacja – miały być czynnikami, które sprawią, że na ziemiach podbitych będzie się zabijało bardzo wiele dzieci.
Dziś lobby aborcyjne panicznie boi się powyższych faktów.
Policja ściga za pokazywanie związku hitleryzmu z aborcjonizmem.
Bardzo Pana proszę chociaż o krótką modlitwę za naszego koordynatora, aby prawda wygrała. Proszę też o wspieranie nas w każdy możliwy sposób. Zdecydowałem, że nie będziemy czekać, aż policjanci oddadzą nasz sprzęt. Potrzebujemy go z powrotem, aby wznowić akcję edukacyjną w Raciborzu. Musimy wydrukować ponownie plakat i odkupić stelaż – w sumie o wartości ponad 600 złotych. I wrócić na raciborski rynek.
PS – Sytuacja w Raciborzu to jeden z wielu ataków, których doświadczamy za obronę życia. W tych chwilach cieszę się, że mogę do Pana szczerze napisać, co się dzieje. Możemy stawiać czoła złu dzięki Pańskiemu wsparciu.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/