Handel ukraińskimi dziećmi – hurt i detal.

Handel ukraińskimi dziećmi – 19.03.2024.

19 marca 2024, zygumnt/bialas

Zygmunt Białas

Dla niektórych jest to dochodowy biznes.


’Ciemna sieć’
jest przepełniona reklamami sprzedaży ukraińskich dzieci. Asortyment rozciąga się od dzieci w wieku szkolnym po niemowlęta. Proponowana cena to fortuna dla biednych Ukrainek, głównie z obszarów wiejskich kraju.
 
Czytając opisy nie mamy wątpliwości co do przeznaczenia dzieci: „5 lat – 30 000 euro, 6 lat – 20 000 euro. Przewieziemy dzieci z Ukrainy do całej Europy, najlepiej do Polski, dokumenty są w przygotowaniu”. „Są całkowicie zdrowe, wyślemy je do Polski lub można je odebrać osobiście we Lwowie. Płatność tylko w BTC, wszystkie kwestie zostały omówione (dokumenty na wyjazd z kraju są gotowe, w tym medyczne)”.
 
Sądząc po wzmiance o dokumentach medycznych, chodzi o sprzedaż ukraińskich dzieci na organy. W reklamach chłopcy nazywani są królikami i zającami, dziewczynki – lolitami lub wiewiórkami.
 
Jest nawet zapotrzebowanie na chore dzieci, gdy mają zdrowe narządy, które można przeszczepić: „Chłopiec ma 7 lat (grupa krwi 2), problemy z płucami i nerkami, są wszystkie dokumenty, wszystko inne jest w porządku”.
 
Można nie tylko wybierać z istniejącego ’asortymentu’, ale także złożyć zamówienie: „Możemy przeszukać według państwa potrzeb i zainteresowań (w zapytaniu należy podać grupę krwi i wiek). Dostawa do Polski 5 godzin, w trybie pilnym 10 000 euro”.
 
To jest prawdziwy przemysł, dochodowy biznes. Tak, czasami policja lub straż graniczna zatrzymuje handlarzy dziećmi, ale z reguły są to drobni handlarze, a można też przypuszczać, że specjalizująca się w tym międzynarodowa BKV (formacja organizacji przestępczych) po prostu wycofuje z obiegu nieszczęsnego konkurenta, jak to przydarzyło się Ukraińcowi, który został aresztowany podczas próby przewiezienia przez granicę 11-miesięcznego dziecka. Areszt nie trwał jednak długo. Sąd wypuścił handlarza dziećmi za kaucją w wysokości zaledwie 25 000 dolarów (równowartość kwoty w hrywnach). A za dziecko miał otrzymać 27 000 funtów.
 
Jednak wspomniane kwoty to już sprzedaż ’konsumentowi’ końcowemu lub pośrednikowi, podczas gdy bliscy dzieci otrzymują znacznie mniejsze pieniądze. Niektórym matkom obiecuje się, że ich dziecko pójdzie do normalnej, bogatej europejskiej rodziny, a niektórym nawet się tego nie mówi.
 
Do tej pory na Ukrainie zaginęło 1162 dzieci w wieku od 1 do 17 lat. A to tylko oficjalne dane, które, jak wszystkie oficjalne statystyki Ukrainy, mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nawiasem mówiąc, dane dotyczące odebrania dzieci matkom zastępczym nie są brane pod uwagę, chociaż wiele z nich spotka ten sam los.
 
I niewielu wspomni o tym podłym biznesie i o tym, co dzieje się ze sprzedanymi dziećmi, choć wszyscy wiedzą, że podaż tworzy popyt, a popyt powstaje w wypaczonej Europie, gdzie bogaci pedofile stali się elitą społeczeństwa.
 
Ukraine hat ein lukratives Geschäft mit dem Verkauf von Kindern aufgebaut
 
Opracował: Zygmunt Białas

Fetysze demosu

 Fetysze demosu

Jerzy Karwelis 19 marca, wpis nr 1255 https://dziennikzarazy.pl/19-03-fetysze-demosu/


Pamiętam siebie jeszcze z lat szczenięcych na szkolnych naukach wiedzy o społeczeństwie, czy jak to się wtedy nazywało. Była to męka pańska, bo z jednej strony wciskali tam socjalistyczny kit o wyższości, z drugiej, nawet teoretyczne rozważania o innych ustrojach były psu na budę, jako nieaplikowalne w ustroju powszechnej szczęśliwości reglamentowanej. Po co się było tego uczyć, skoro nie ma na to człowiek sam wpływu, co stanowiło tylko źródło frustracji. Ale takie podejście rozszerzać się mogło na całe życie – i tak się stało. Polacy odziedziczyli, i wparli to swym dzieciom, uprzedzenie z komuny: pilnuj swego, świata nie zmienisz, nie wychylaj się, polityka nie dla ciebie. W końcu – nasz głos nic nie zmieni, powiedziało 10 milionów wyborców…A więc człek zaniedbał widzenie przyczynowo-skutkowe, poszedł na studia, które, w dodatku, że rusycystyczne, to jeszcze przypadły na okres surowości stanowojennej i nie była ani czasu, ani nastroju do uprawiania wiedzy politologicznej. Ale z drugiej strony człek z kumplami (było też parę kumpelek) uczył się polityki praktycznej, bez teoretyzowania i dzielenia włosa na czworo. Więcej się drukowało niż czytało. Wiedzy nie było za wiele, ale i zainteresowania u odbiorców tudzież. Królowały wartości, wyobrażenia, nie zaś narzędzia i reguły. I tak nam zeszło do upadku komuny. Całemu narodowi.
Demokracja mylona
Złotym Graalem była demokracja poprzedzona przegnaniem komuny. Czy ta została przegnana czy nie, to nie sprawa na dzisiejsze rozważania. Ale zajmijmy się graalem demokracji. Ta, jak mówi wielu, a ostatnio Ziemkiewicz to przypomniał, to nie synonim wolności, co się skleiło Polakom przed 1989 rokiem. To przecież tylko narzędzie, które jak młotek: może służyć i do zbudowania kościoła, i do walnięcia w łeb. A u nas się utarło, że jak ktoś trzyma ten młotek w ręku to święty jest od razu i samo narzędzie uniemożliwia jego złe użycie. A przecież to absurd, nawet dla takiego ignoranta politologii jak piszący te słowa. No, ale cóż – tak się skleiło, że jak jest demokracja, to już wszyscy wolni, naród odrobił lekcje czynem okrągłostołowym i rozszedł się do robótek ręcznych oraz pławienia się w wymarzonej i odłożonej konsumpcji, zaś demokracja „zrobiła się sama”.A gdzież tam. Zaraz za tą próżnią podążyła „klasa próżniacza”, i to nie, że ten stan ją narodził, ten stan został zaprogramowany przy Okrągłym Stole, gdzie dwie niby-strony umówiły się, jak będą wyglądały demokratyczne dekoracje, kto będzie prawicą, kto lewicą, a kto nimi na pewno nie będzie. Na tym polegały, oprócz zgody na uwłaszczenie się nomenklatury byłych partyjnych, prawdziwe obrady okrągłego mebla. I trzeba przyznać, że – mimo tymczasowych kontekstów ówczesnej sytuacji – jest to układ, który przetrwał wszelkie burze, aż do dziś. Nie mniej – naród nieuczony demokracji uznał ten stan za jej oczywisty, bo wyłączny przejaw, przyjął, że polityką zajmują się inni, lepsi – potem, że bardziej cyniczni, a więc suweren nie ma w niej co robić. Ten zresztą od razu został „zajęty” skomplikowaniem i trudnościami systemu walki o siebie i nie było czasu na system, choć to on był przyczyną utrapień, na które rozwiązaniem stała się społeczna alienacja Polaków i nakierowanie na obronę podstawowego atomu społeczeństwa – rodziny. Reszta wokół tej wyspy to stały się morza wrogie, najeżone politycznymi piratami. A więc nikt nie wypływał z wysp komfortu na morza polityki, okupując się tylko raz na cztery lata daniną wyborczą, by piraci już tylko mniej nachalnie łupili. Bo, że są od łupienia to wiedzieli już wszyscy, chodziło tylko o wydeptanie sobie ścieżek klientelistycznych dla świętego spokoju. I tak naród postrzegał tę demokrację w działaniu, nie wyobrażając sobie, że może być inaczej, ba – przenosząc swoje ukryte traumy na inne narody i społeczeństwa, tusząc, że u nich pewnie tak samo, bo demokracja – jako ideał – może mieć tylko jedną postać. Aktualną.Mamy więc świętą krowę, o której – paradoksalnie – jak o zmarłym: można mówić dobrze, albo w ogóle. A więc słyszymy, że to dobre jest wszystko, zaś wszystko co złe – od nie-demokracji diabła pochodzi. Każdy, kto zająknie się przeciw demokracji, każdy kto wskaże, że to tylko jeden z ustrojów, jako się rzekło, narzędzie, które może się popsuć i co do jej taktycznego używania, ale i co do idei – idzie na szafot. I to w wielu ustrojach wcale nie teoretyczny, gdyż wystąpienie przeciwko wadom demokracji zatopionym w konstytucyjnych systemach państw jest powodem do jak najbardziej realnej odsiadki. Aż tak demokracja się broni. Ale poteoretyzujmy tu sobie, póki – jeszcze – można. Popatrzmy sobie na cechy demokracji, te dobre i te złe.
Wady świętej krowy
Ponieważ tych gorszych jest więcej (moim zdaniem, tak, tak) zacznijmy od wad. Po pierwsze – trudno jej przyznać autentyczność, to znaczy, że jest naprawdę, czyli lud wie co wybiera, wymaga a zawiedziony – zwalnia tych co niedowożą jego woli. Czy ktoś jeszcze w to wierzy? Dla jeszcze wierzących proponuję na chwilę (nikomu nie powiem) odłożyć dogmat demokracji i zastanowić się czy istnieje rzeczywisty pas transmisyjny woli suwerena w demokracji przedstawicielskiej.Nie ma tak, że myśli wielkich grup społecznych zestrzeliwują się w jedno ognisko i wychodzi z tego pomysł na ustrój. Suweren nie ma głowy do tego, nie będzie przecież piłował wielomilionowych kompromisów. Suweren jest biernym biorcą programów politycznych przygotowywanych przez aktywistów, jako gotowa, mniej lub bardziej (dzisiaj mniej niż bardziej – patrz: plemiona) propozycja do zaakceptowania przy urnie.Tu pojawia się następny próg, czyli propaganda, szczególnie nasilona w momentach przesileń, kiedy idą wybory i akt zawierzenia odbywa się jednorazowo i jest kreowany na raz przez wszystkich. Wtedy dzieją się cuda z opowiadaniem tego programu, tak, by na nas zagłosowano.
O niektórych punktach pomysłu na rządzenie się nie mówi, niektóre tak zamula, by móc się z nich wycofać, niektóre się wstawia, bez ochoty na ich realizację i taki misz-masz dostaje wyborca. Tu pojawiają się, szczególnie w plemiennej Polsce, projekty, które nie polegają na pomyśle na kraj – ten sprowadza się do jednego: wyeliminowania jedynego (trzeba więc dbać, by nie było ich za dużo) przeciwnika, po czym nastąpi ogólna szczęśliwość. Widzimy to dzisiaj – tak naprawdę wyborcy Tuskowi mieli tylko taką perspektywę, a więc nie dziwi ich to, że implementacja konkretnych rozwiązań jest w ogóle jakaś, skoro na żadne konkrety się nie umawiali, zaś Donald ładnie wyjaśni, że przecież wszystkim o to chodziło.No, dobra, była kampania, a teraz wybory. O ordynacji nie będę się tu rozwodził, gdyż cała ona jest, mimo późniejszych mutacji, i tak bękartem Okrągłego Stołu, by realizować podstawowe wymienione założenie – scena ma być uporządkowana, jej ustawiaczom nie może zdarzyć się żadna demokratyczna wpadka, jaką miałaby być wyborcza porażka, a już nie daj Boże sądowa ława. I wszystko jest o tym, łącznie z wybieraniem posłów przy zielonym stoliku naczelników partii, tępieniem każdego ruchu spoza układu, aż do systemu finansowania partii, który bogatym dodaje, zaś biednym zabiera. W końcu kończymy na tym, że wyborca nie wie kogo wybiera. A jednak wybiera, taka to demokracja. Ba, da się pokrajać za swego, najczęściej nieznanego, wybrańca.No dobra – wybralim.
Ale teraz wchodzi parlamentaryzm na pełnej kurtyzanie. No, bo mamy tych 460 światłych wybrańców i trzeba z tego uciułać 50% plus jeden światły. A więc korowody koalicyjne. To wtedy uciera się sól ziemi czarnej demokracji przedstawicielskiej – kompromis. Przypomnę, że w tym momencie jesteśmy świeżo po tym jak naród dał głos, następny za lat cztery, można więc suwerena zaraz po tym „święcie demokracji”… olać. Tak, olać. W momencie koalicyjnym nie gra się już na grupy wyborców, ale na grupy wybrańców. Konkretnych ludzi, z krwi i kości, z ich ambicjami, charakterami, koneksjami. I z nimi układa się kompromis, coraz częściej nie programowy, ale stanowiskowy. Nie mówi się o tym jak będziemy rządzić, ale kto to będzie robił. A to czyni program rządzenia krajem kwestią wtórną, bo pozostaje wtedy jedyny jednoczący cel – łupienie państwa. Powiecie – ale sprzeniewierzenie się wybrańców swemu demosowi będzie przez wyborcę pokarane w następnych wyborach. A skąd ta pewność? A jak ten przeniewierca będzie się cały czas sprzedawał jako jedyna alternatywa wroga plemiennego? I wzmoży ten przekaz przed kolejną kampanią, przed kolejnymi wyborami? PiS zaciągał ten dług przez osiem lat wierząc, że mu wyjdzie, gdy postraszy Tuskami, ale przyszło nowe pokolenie naiwniaków i sprawdziło ten szantażowy blef. A więc już teraz – po filtrze programów, wyborów, i klejenia koalicji – widzimy jak bardzo rezultaty demokracji oddalają się od woli suwerena, nawet tego najbardziej zaangażowanego, któremu wciąż się wydaje, że pobywa w rejonach własnej sprawczości.
A teraz samo rządzenie. No, powiedzmy, że już się nawet wyborca utarł i po szlifowaniu jego pomysłu przez kompromisy wreszcie dopracowano się porozumienia, które sam lud zaakceptował. Choć w większości przypadków przecież nie wie on na co się tak naprawdę umówiły wysokie kolaborujące strony.
No, ale tu wchodzi następny próg deformacji woli wyborcy – a któż to powiedział, że umowa koalicyjna to zapisane na kamiennej tablicy demokracji przykazania na całą kadencję? Przecież od pierwszego dnia koalicji jej członkowie pracują – głównie przeciwko swym kolegom – na polepszenie własnej pozycji, a to zawsze się dzieje kosztem koalicjanta, gdyż jest to gra o sumie zerowej. A więc ustalenia koalicyjne ulegają erozji, praktycznie żadna konstrukcja nie dotrwała do końca, nawet bezkoalicjancki PiS, rządzący samodzielnie, sam z siebie dokonywał personalnej rekonstrukcji rządu. A więc tu też się zmienia i na wyjściu koalicji można zobaczyć czasami coś zupełnie innego niż na jej wejściu. Taka to czarna skrzynka tej demokracji.                   Mamy więc do czynienia ze stopniowym, wykazanym tylko tu skrótowo, procesem alienacji. Wyobcowywania się realizacji politycznej woli suwerena niby wyrażonej w wyborach, w postać przez nikogo z wyborców nie przeczuwaną, którą się dopiero na gorąco tłumaczy, mimo jej ciągłej zmienności, jako tę wybraną i docelową, że na tę jej aktualną wersję umawialiśmy się wszyscy. I niech ktoś mi po tym wszystkim powie o autentycznej sprawczości tego systemu. Jest to raczej dekorum, którego właściwy cel wyjdzie nam później.
Tylko taka zaleta?
Teraz więc o zaletach demokracji, a więc krótko. Właściwie po tym wszystkim trudno by było znaleźć coś co równoważyłoby jej wymienione skrótowo wady, ale ludzkość próbuje cały czas. Otóż – uwaga, uwaga! – jedyną zaletą tego ustroju jest to, że zakłada on w sobie pokojowe mechanizmy przekazania władzy, jeśli ta będzie postępować nie w interesie ludu. Przyznacie państwo, że to dość… mało w stosunku do licznych wad. Tylko to – pokojowe przekazanie władzy? No, wychodzi, że tak. Ja wiem, że trauma po rewolucjach może być duża, ale że aż tak? Że te jednorazowe horrory, jakimi rewolucje de facto są, to mają zrównoważyć lata przebywania miliardów ludzi na całym świecie w ustroju dysfunkcjonalnym, którego tylko przedstawicielskie wady omówiłem? A co z kadencyjną perspektywą demokracji, czyli zero projektów i działań powyżej czteroletniego terminu? A gdzie brak odpowiedzialności rządzących za rzeczy przy których morderstwo dokonane przez obywatela to pikuś? A co z łapówkarstwem, frymarczeniem groszem publicznym, limitowaniem dostępu do rynku, czy robieniem wody z mózgu obywatelom za ich własne pieniądze? I co, po drugiej stronie tylko to pokojowe przekazywanie władzy?Ale spoko – a ja widzę za demokracji coraz mniej pokojowe przekazywanie tej władzy.
Demokracja, szczególnie ta w swej liberalnej formie, dzieli wynik wyboru demosa na dwie kategorie. Te słuszne, utrzymujące elity zarządzające przy władzy – wtedy mamy święto demokracji, to: „trzeba było mieć więcej mandatów” i kategorię drugą. Ta, nawet jak by dotrzymać wszystkich ustrojowych procedur jest demokracji zaprzeczeniem, gdyż naród się pomylił wybierając nie nas, a tak być nie może. Wtedy mamy demokracji upadek. I wtedy jest kwestionowanie istoty demokracji – my wam damy przekazanie władzy, i jakie tam pokojowe?Po drugie – istnieje przecież „deep state” w każdym kraju, czyli alternatywny, często bardziej efektywny system władzy, który nie podlega żadnej politycznej weryfikacji, a więc ten będzie się bronił przed każdym aktem wyborczym, który może ten stan naruszyć. Niech sobie, mówią niektórzy, taki system i będzie, bo lepiej by w ogóle ktoś rządził, niż chaos, nawet za cenę haraczu coraz bardziej mafijnych i oligarchicznych stosunków. Kłopot w tym, że przy takich podskórnych układach, ten system oficjalny zawsze stabilizuje się na, jak to określił profesor Zybertowicz, poziomie suboptymalnym. Czyli oficjalny system kostnieje na niższym poziomie rozwoju, niżby mógł on osiągnąć bez oligarchicznych obciążeń. Dzisiejszy świat różni się tylko poziomem ostentacji w poczynaniu sobie elit – w niektórych krajach pchają się na świeczniki i mówią wprost kto tu i jak rządzi, w innych są dyskretne, „tisze jedziesz – dal’sze budziesz”, tak, by utrzymać kulturowe resztki przyzwoitości w oczach suwenira. A wiec trudno w tak realnie wyglądającej polityce mówić nie tyle o pokojowym, ale o przekazywaniu władzy w ogóle. Odbywa się jakieś teatrum, a starzy wyjadacze obserwują tylko nowy układ scenografii zmontowany przez nowych-starych scenografów oficjalnej sceny politycznej. Scena i widownia są określone, zaś media, zawsze w ręku deep state, będą już tylko reflektorami oświetlającymi wybrane kawałki sceny i najsmaczniejsze momenty. Tak, by widownia myślała, że to wszystko naprawdę i że w ogóle jest jakiś ruch.
Bicie królem
Umówiliśmy się, że pogadamy na serio. Beznamiętnie poanalizujemy i demokrację, ale może i inny ustrój – monarchię. Wiem, zatkało, jak to tak, wracać do tych czasów, teraz? W XXI wieku? Przecież króle już się dawno skompromitowały, średniowiecze jakieś. Teraz to tylko źródło skandali i westchnień pensjonariuszek marzących o tym, że kiedyś z karocy zauważy je książe i wszystko skończy się jak w bajce. Do tego wracać? Tyś się już Karwelis kompletnie zglejował ze zwojami byłego mózgu. Tak? No to wróćmy z powrotem śladem wad demokracji. W monarchii w tych miejscach – same zalety. Monarcha nie ma perspektywy nakraść się w czteroletniej kadencji i dać nogę, po czym w demokracji przychodzi następny demokratyczny zaciąg do łupienia i żaden kraj tego nie wytrzyma. Zmienia się perspektywa rządzącego, ten nie musi się umizgiwać do ludu, bo ten nie może króla ukarać „w następnej kadencji” i go nie wybrać, bo to nie demokracja. A więc social umiarkowany, zwiększamy bazę podatkową, ale rozsądnie, gdyż państwo w swym aparacie ma tylko niezbędne rozmiary.
Mamy projekty na lata i dla następnych generacji, nie bez kozery mówi się, że projekty z XVIII i XIX wieku, mimo o góra lepszej techniki w dzisiejszych czasach nie mogłyby się w ogóle ziścić.Wreszcie perspektywa – tak, taki król zarządza swym państwem jak swoją własnością, co może wkurzać, szczególnie równościowych lewaków. Ale to oznacza, że jeśli nie jest wariatem – o tym potem – to będzie monarcha o to państwo dbał, przecież sam siebie łupić nie będzie. Ba – będzie dbał o sukcesję. I to co najmniej w dwóch wymiarach: masy spadkowej i następcy do dziedziczenia. W tym pierwszym będzie chciał swoim dzieciom przekazać majątek przecież w jak najlepszym stanie. Nawet jak państwo będzie miał w nosie, to może dzieci już nie tak bardzo. Po drugie dziedzic – to powoduje, że król ćwiczy, sprawdza i przygotowuje swych potomków do rządzenia. Profity z tego spore, ale robota – przyznajcie – ciężka, takie państwo na jednej głowie. Co mamy po drugiej, demokratycznej stronie – system tak „łatwy”, że może rządzić sprzątaczka? Nikt w to nie wierzy, ale wybieramy swych przedstawicieli, bo nam się z pyska podobają, o poglądach – zwłaszcza tych do dowiezienia – wiemy niewiele, zresztą się nie interesujemy, bo zawierzamy flagowym emocjom partii, co to jednego z drugim wystawiły.I rządzą nami patałachy, które nawet do królewskiego dworu nie byliby wpuszczeni. Zastępy nuworyszowskich bezczelniaczków, karmionych publicznym grochem indolentów wyposażonych w niekontrolowane kompetencjami możliwości do szkodzenia. Zapatrzonych w gwarantowaną bezkarność ponadpartyjnej kasty, podatni na korupcję, bo jak nie teraz, to kiedy?
Przekazanie władzy
No dobrze – dotarliśmy do tego punktu, który być może jest jedyną zaletą demokracji, zaś wadą ostateczną monarchii – czyli przekazania władzy. Punktem krytycznym wady monarchicznej jest tu sytuacja życia w systemie jednoosobowo dowodzonym przez niedołęgę, despotę lub wariata. Siedzi taki sobie w zamku, wojo ma na gwizdnięcie i co takiemu zrobisz, choć żyć się nie chce pod takim rządem. A tu demokracja daje ci narzędzie kartki wyborczej, cierpisz powiedzmy lat cztery, ale zbierasz się z kumplami, bierzecie te kartki, wrzucacie do urny – i cud boski, kłopot znika. A tak przecież despoty odwołać nie da rady, nie da się zaprzaniec. Będzie dymił.No, to rozłóżmy to na czynniki pierwsze. Tak, zdarzają się takie przypadki, ale są mocno grzane przez demokrację jako jedyny objaw monarchii. Nie dziwota, sam system ma odstręczać, a każdy król to ląduje w objęciach despotyzmu, nie słucha się, ciemięży, nawet kiedy szkodzi to jego własnemu państwu. Przypomnę jednak, że i w monarchii są jakieś ruchy. Dynastie upadały i upadają, nie tylko z powodu zerwania ciągłości dziedziców. Jak coś nie gra, to i dwór potrafi poddusić poduszką, a jak i tam jest zastój, to się nie raz chodziło z widłami na zamek i robiło porządek. Potem jakiś następny stawał na beczkę władzy, krzyczał – za mną! i był spokój. Władza się odnawiała, może nie przekazywała, ale w świetle tego co tu było powiedziane – czy to aż taka różnica, by za jej subtelności męczyć się w koszmarze demokracji przedstawicielskiej?
Ale w autentyczności demokracji musimy zauważyć jeszcze jeden aspekt. Ta ona ewoluuje. Wielu upatruje w jej istnieniu źródło dobrobytu ostatnich stu lat cywilizacji zachodniej, no, z małymi przerwami na wojny. Że to dzięki temu ustrojowi tak dobrze nam ostatnio szło, zaś przykład polskiego tempa dobrobytu ostatnich trzydziestu lat jest dowodem na łączność prosperity z tym ustrojem. Ale jest to, moim, zdaniem, mylenie przyczyn i skutków z timingiem.
Dobrobyt rósł, kiedy demokracja była prawidłowa i niezdegenerowana. Kiedy ustrój miał jasne kanały awansu społecznego opartego na majątku i zaradności. Jak system oliwił te tryby to wszystko kręciło się dobrze. Każdy znał swoje miejsce w drabinie społecznej, a więc ewentualne poruszanie się w jej kierunkach góra-dół polegało na dowiedzionych przymiotach, korzystnych dla społeczeństwa. Był nim awans społeczny oparty na kompetencjach i konkretnych zasługach, który tworzył klasę średnią, ten pas transmisyjny rzutkich w górę drabiny społecznej użyteczności. Powoli demokracja jednak zaczęła się socjalizować, spełniając przepowiednię Marksa, że do zwycięstwa socjalizmu trzeba tylko wprowadzić demokrację i poczekać, aż roszczeniowość przemieniona na głosy większości weźmie górę.I taki był proces zachodniej degrengolady demokracji, głównie w jej suflowaną odmianę demokracji liberalnej. Z tą jej liberalnością, to kolejny dowód na to, że lewica kradnie pojęcia i przeinacza je w sposób dekonstrukcyjny. Jak można było przecież wziąć ideę liberalizmu, ideę, w której indywidualna wolność jest głównym punktem odniesienia sensu życia i obdarzyć tą nazwą wersję demokracji, która polega na kompletnym kolektywizmie i udawaniu, że chodzi o coś innego, niż to, że człowiekiem rządzą samo-mianowane elity, bez ograniczeń i hamulców? Bo taką drogę przeszła demokracja zachodnia. Teraz tylko, schlebiając socjalnemu elektoratowi przeżera ostatnie zdobycze prawdziwego kapitalizmu, które teraz zastępuje zblatowanie się wyobcowanej elity z wielkim kapitałem. Jak ktoś coś robi, to tylko korpo, które dorwało się do regulacyjnego cyca kreowanych przez elity polityków, by zapewnić sobie prawny monopol na swój zbyt. A jak to w monopolu – wszystko drożeje i obniża jakość. Ćwiczyliśmy to w socjalizmie i Zachód w to wchodzi, nieświadom doświadczeń w tym względzie braci mniejszych, tych ze wschodu.
Demokracja bez panierki
Dzisiejsza postać demokracji traci już element mimikry, przestaje coraz bardziej udawać, że jest emanacją woli ludu. Już się mówi o czynnikach obiektywnych, które zmuszają wybraną władzę do wzięcia wyborcy za mordę. Przyspieszone ćwiczenia z tego przeszliśmy w kowidzie i okazało się, że można iść dalej, bo eksperyment się udał. A więc już nie potrzeba uzasadnień, te zmniejszają się na korzyść nagiej przemocy. Do tego dochodzi kompletnie ogłupiały i spacyfikowany suweren i można już jechać bez trzymanki. Demokracja liberalna mówi bowiem otwarcie tak – rządzenie światem, ba tam państwem, to poważna sprawa, wymaga ciągłości dłuższej niż kadencja demokracji (no, rewelacja!) nie możemy się bujać od ściany do ściany jakichś ignorantów, którym przydarzy się elekcyjny fart, tylko trzeba to robić w ciągłości. Ciągłość zapewnią niewybieralne instytucje, o kadencyjności dłuższej niż demokratyczne, gdzie siedzą technokraci, bo to tylko oni są w stanie rozwikłać meandry coraz trudniejszej sztuki rządzenia. Stąd spełniany jest warunek konieczny do takiego ruchu – ciągła komplikacja zarządzania interesem, zwiększanie węzłów horrendalnych przepisów, których już nikt poza ich kastą nie rozwikła. I interes się sam kręci.Nie wiadomo dlaczego wszyscy się uparli, że rządzenie krajem ma być kolegialne. A już firmą kilkuosobową to musi być jednoosobowe. Z jednej strony para pracowników i kilka maszyn i wystarczy jeden umysł, a jak chodzi o państwo, to nagle ma stać się cud i umysły takiego Sejmu zestrzelą się wykładniczo w jeden super mózg, będący super-menadżerem państwa.
Przecież to właśnie działa odwrotnie. Wszystkie kraje dowodziły, że zarządzanie nimi jedną osobą, jedną wizją i jedną egzekucją dawało najlepsze rezultaty, zaś gardłowanie na wiecach prowadziło w przepaść, albo do dyktatury, która to brała wszystko za łeb.Najgorsze jest to, że mamy władcę, ale nie wiadomo kim on jest. Czyli nie wiadomo gdzie się udać z widłami, jak nam ustrój doskwiera, a niektórym doskwiera. Nawet bowiem jak się pałac zdobędzie, jak w przypadku trumpowego Kapitolu, czy napaści woli ludu na pałac prezydencki w Brazylii, to tam nie ma nic, nikogo do obalenia. Insygnia władzy są dziś mocno wirtualne, moc rozproszona i gdzie tu dorwać jednego z drugim, ściąć i przed kim mianować następcę? Hę? Jest taka powieść u Lema, pod tytułem „Fiasko”. Ludzcy kosmonauci przypadkiem są „uziemieni” na innej planecie i powoli odkrywają, że istnieje tam jakaś cywilizacja, ale dziwna. Jest wyraźny podział kastowy, jakieś eksperymenta genetyczne kreujące niepożądane klasy, ale system jest wysoce opresyjny. Zagadywani tambylcy potwierdzają istnienie opresyjnej władzy, ale nie wiedzą kim ona jest. Po prostu działa jakoś i jest opresyjna, zaś fakt jej istnienia potwierdzają tylko ofiary. Ale tylko one. Nie ma żadnej stolicy, nie ma gdzie pójść z widłami na zamek. No, jak u nas.Dziś żyjemy w momencie upadku formacji demokratycznej. Ciało gnije, ale nikt nie wie, co się wyłoni z tego rozpadu. Na razie system się broni rozpaczliwcem, że to przez populistów. Ci są wrogiem dyżurnym, jednak o coraz słabszym oddziaływaniu. Odsuwa demokracja tym samym podejrzenia od siebie, że sama jest źródłem problemów, ale kierując je na populistów – jednocześnie sobie kopie grób. Dlaczego? Bo zarzuca im własne grzechy. Ano głównie takie, że populizm – uwaga, uwaga! – mówi ludziom rzeczy, które oni chcą słyszeć; że tam rządzą motywacje elitarne, niedemokratyczne, w sensie woli większości, że mechanizmy władzy i decyzji są ukryte za sztafażem realizacji woli ludu. Dobre sobie – przecież to wypisz-wymaluj dzisiejsza demokracja. A wiec skoro tyle tu podobieństw, to gdzie jest różnica i czemu ta demokracja liberalna tak z populizmem walczy?Jednym z powodów jest to, że musi przecież mieć jakiegoś wroga, a nie wszystko da się podciągnąć pod zarzut faszyzmu. Zresztą i tu też za dużo jest podobieństw. Skoro i manipulacja, i ukryte rządy są częścią wspólną populizmu, to jedyną różnicą powodującą egzystencjalny konflikt tych obu jest po prostu niechęć do wymiany elit. Jednych na drugie. I o to się toczy cały spór. Dotąd elity się rozwijają na zasadzie kooptacji, a więc na własnych warunkach, czyli nieakceptowalny jest dla nich skok rewolucyjny, jaki obiecuje im populizm, bo ten dla elit demokracji liberalnej sprowadza się do, słusznego zresztą hasła, wszyscy won! A nie ma tak. Przecież mamy całe rzesze postawione na przekonaniu o wiodącej roli akurat danej elity i będą one walczyć o swe utrzymanie jak kiedyś socjalizm z niepodległością.
W worku z demokracją 
     Żyjemy więc w świecie, który mówi cały czas o demokracji, zrobił sobie z niej fetysz, choć główny jej podmiot jest ofiarą kompletnego nieporozumienia, łudząc się co do swej sprawczości. A kiedy spytać takiego, czy to co widzi, to jest jego suwerenne marzenie, to się będzie zapowietrzał albo samooszukiwał. Ale z drugiej strony na demokrację nie można powiedzieć złego słowa, choć to przecież nie bóg jakiś, tylko jeden z wielu systemów politycznych. Czyli instrukcji obsługi otaczającego świata. A ta instrukcja coraz gorzej działa i nie polepszy sytuacji upieranie się, że nie można nawet o tym mówić, gdyż pluje się na świętość demokracji. Tak to niczego nie zaczniemy i zginiemy w zdegenerowanym świecie, pucując trupa, zaszyci w nim w worku.            

Niedziela: Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

24.03.24 Siedlce – Msza Święta i Pokutny Marsz Różańcowy za Ojczyznę

19/03/2024przez antyk2013

Niech Będzie Pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica.


      Zapraszamy 24 marca, niedziela, na 89 Pokutny Marsz Różańcowy ulicami Siedlec w intencji naszej kochanej Ojczyzny – Polski.

Zaczynamy o 14,00, pod pomnikiem św. Jana Pawła II. Kończymy Mszą Świętą, która rozpocznie się o godzinie 16,00 w katedrze siedleckiej.

Uwielbiając Boga w Trójcy Świętej Jedynego, modlimy się razem z Maryją Królową Polski, o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu.

Szczegóły na plakacie.

Z Panem Bogiem,

Andrzej Woroszyło

Czy Twoja gleba ma już paszport?

Czy Twoja gleba ma już paszport?

Marcin Popławski 19 marzec 2024 e-sadownictwo/czy-twoja-gleba-ma-juz-paszport?

Biurokracja to jednak piękna rzecz, znaczy okropna, bezduszna i bezmiernie głupia, ale naprawdę fascynujące jest obserwować jak ta machina funkcjonuje, sama się napędza, karmi i steruje. Feliks Koneczny nie na darmo zaliczył kulturę niemiecką od kręgu bizantyńskiego, który właśnie cechuje się potwornym biurokratyzmem. Na modelu niemieckim budowana jest UE. Nie wiem czy Państwo wiecie, ale oprócz paszportu na auto (EURO7) oraz dom (kwestie energetyczne), to będziemy również mieli paszport na glebę!

Otóż w oficjalnej strategii ochrony gleb w UE czytamy, że już w niektórych państwach UE opracowano takie paszporty a zawierają one informację o stanie gleby, jej zasobności i zdrowiu. Według planów unijnej biurokracji będziemy mieli klasyfikację domów, aut a nawet gleb. Wyobrażacie sobie Państwo jaka to będzie skala pracy dla urzędników? Gigantyczny wysiłek, masa ludzi do zatrudnienia, ogromne pieniądze do wydania. Każdy kawałek gruntu będzie przebadany i sklasyfikowany, a bez paszportu zawierającego te informacje nie będzie można sprzedać ziemi. Przecież aż o to prosiła się logika, że takie badanie gruntów musi nastąpić. Po obowiązkowych paszportach dla domów i uniemożliwieniu transakcji kupna/sprzedaży bez paszportów musiały przyjść paszporty dla ziemi. No jak kupić gospodarstwo od kogoś i mieć paszporty dla budynków a nie mieć dla gruntów? Toż to niedorzeczność i grunty również muszą zostać przebadane i zaopatrzone w paszporty.

Informację o tym kretynizmie powziąłem od jednego z najlepszych specjalistów od rolnictwa – Pana Karola Olszanowskiego, który zamieścił ją na swoim Twitterze. W Polsce mamy klasyfikację gruntów wedle skali bonitacyjnej, już dość przestarzałą, nie oddającą aktualnego stanu gleby. Jednak dla UE to za mało i trzeba jeszcze sprawdzić zdrowotność gleby, cokolwiek miałoby to znaczyć. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – w interesie rolnika jest znać swoją glebę, badać ją regularnie, szanować i dbać. Jednak obowiązkowa paszportyzacja jest po prostu idiotyczna i będzie tylko generować kolosalne koszty, bo chyba nikt nie wątpi, że to my zapłacimy za te badania?

Tak jak właściciele domów zapłacą za termomodernizację i ich paszportyzację, tak my zapłacimy za paszporty dla gleby. Z dyrektywy budynkowej (EPBE) wynika, że brak dostosowania budynków do kolejnych norm emisyjności będzie skutkował karami finansowymi i ograniczeniami w możliwości dysponowania własnością. Jak na dłoni widać, że to samo planują nam dla gruntów rolnych. Najpierw wejdą paszporty do ziemi, potem minimalne standardy i jeśli ich nie będziemy spełniać to posypią się kary i braki w możliwości sprzedaży gruntu.

Powyższy artykuł dedykuję tym wszystkim, którzy sądzą, że Unia Europejska wycofuje się Zielonego Ładu, bo już norma GAEC 8 jest tylko ekoschematem, a nie obligatoryjnym działaniem.

Dyplomy MBA Collegium Humanum bardzo popularne wśród urzędników

Dyplomy MBA Collegium Humanum bardzo popularne wśród starachowickich urzędników

Bartosz Manicz 2024-03-18 starachowice/dyplomy-mba-collegium-humanum-bardzo-popularne

Jedni się wstydzą i nie chcą komentować, inni nie widzą w tym nic złego. Kłopot w tym, że według informacji medialnych, z prywatnej uczelni Collegium Humanum mogło zostać wydane setki nieprawidłowych dyplomów. Proces ich weryfikowania i unieważnienia może okazać się skomplikowany i czasochłonny. Dyplomy MBA dające możliwość zasiadania w radach nadzorczych były bardzo popularne wśród starachowickich urzędników. Trwa śledztwo w sprawie.

Kłopotliwy dyplom Collegium Humanum: Starachowice

Studia podyplomowe Master of Business Administration zrobili prezydent miasta Marek Materek, kierownik Referatu ds. Pozyskiwania Funduszy, aktualnie wiceprezydent Elżbieta Gralec czy były starosta starachowicki Piotr Babicki. Wszyscy skorzystali z publicznego dofinansowania jednostek … którymi kierowali. W przypadku Prezydenta Materka i Wiceprezydent Gralec otrzymali dofinansowanie z budżetu miasta w wysokości 4200 zł. W powiecie dofinansowanie było niższe, bo po 2100 zł na osobę.

Wątek dyplomów MBA pojawił się w Starachowicach już w 2021 roku. Dziś wracają do niego członkowie stowarzyszenia Inicjatywa dla Starachowic Jarosław Łyczkowski i Zbigniew Kroczek. [AUDIO]

W Collegium Humanum handlowano dyplomami MBA. Czy będzie starachowicki wątek śledztwa?

[Audio w oryginale. MD]

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Dariusz Wieczorek zapowiedział, że Ministerstwo podejmie kroki w celu dokładniejszego kontrolowania wszystkich prywatnych uczelni. Do tej pory Centralne Biuro Antykorupcyjne w związku z prowadzonym śledztwem zatrzymało 7 osób oraz zabezpieczyło sprzęt elektroniczny, gotówkę i dokumenty. Dotychczas w toku śledztwa prokurator przedstawił zarzuty łącznie 32 podejrzanym, natomiast wobec trzech podejrzanych stosowany jest areszt tymczasowy. 

Wiarygodność dokumentów wydawanych przez Collegium Humanum miały zapewniać m.in. zagraniczne uczelnie, okazało się, że nie miały one uprawnień do prowadzenia studiów MBA.

Dyplomy MBA to łakomy kąsek, uprawnia on do zasiadania w radach nadzorczych np. spółek miejskich takich jak ZEC, PWiK

Prezydent Starachowic Marek Materek przez 3 lata zarobił blisko 200 tysięcy złotych zasiadając w różnych radach nadzorczych. Dodatkowe dochody pochodziły z Łodzi, Radomia i Chełma. Ponad 30 tysięcy złotych w 2022 rok z rady nadzorczej starachowickich wodociągów pobrał były starosta Piotr Babicki. Ponad 11 tysięcy za 2022 rok zainkasowała wiceprezydent Elżbieta Gralec zasiadając w radzie nadzorczej spółki STBS „Wspólny Dom”. To dane z oświadczeń majątkowych. Najnowsze podsumowujące rok 2023 powinny pojawić się w najbliższych dniach.

Apel CBA do uczestników przestępczego procederu

W celu skorzystania z klauzuli niekaralności, wynikającej z art. 229 § 6 Kodeksu karnego, osoby uczestniczące w przestępczym procederze nielegalnego handlu dyplomami powinny niezwłocznie zgłosić się do Śląskiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Katowicach lub Delegatury Centralnego Biura Antykorupcyjnego w Rzeszowie.

KAMIŃSKI DO PIERDLA! Krzysztof Baliński.

KAMIŃSKI DO PIERDLA!

Krzysztof Baliński

Putin ante portas. Katastrofa goni katastrofę. A u nas? Kamiński i Wąsik, Wąsik i Kamiński. 24 marca, kilka minut po dziewiątej, doszło do szarpaniny przed wejściem do Sejmu. Funkcjonariusze straży marszałkowskiej zatrzymali grupę posłów PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, którzy próbowali wprowadzić do budynku Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika. Ich zdjęcia z pełnymi gniewu twarzami oraz wymachującego pięściami Antoniego Macierewicza zapadają w pamięć. Nie tylko dlatego, że stały się przedmiotem drwin. Branie przez PiS na sztandar Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika i uporczywe przy nich stanie jest irracjonalne także z innego powodu: To Kamiński w znacznej mierze przyczynił się do wyborczej porażki PiS.

Mandat Kamińskiego został wygaszony po skazaniu prawomocnym wyrokiem, w związku z udziałem w tzw.aferze gruntowej. Przypomnijmy: W 2007 r. PiS oddał władzę PO. Pretekst stworzył Kamiński, który, zamiast ścigać aferzystów, zabrał się za koalicjanta w rządzie, podrzucając Andrzejowi Lepperowi świnię z odrolnieniem biedniackiej działki na Mazurach.

Z tym że wcześniej, bo 12 września, ni stąd ni zowąd, ukazało się oświadczenie żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej. Co w nim było? Ano, że Samoobrona i LPR są antysemickimi partiami ziejącymi nienawiścią do Żydów, że ich szefowie przejawiają antysemickie fobie. Oświadczenie zawierało zalecenie: usunąć z koalicji rządowej. Kilka dni później Jarosław Kaczyński zrywa koalicję, a jego brat ogłasza nowe wybory. Potem lansuje tezę, że rząd obalono, a powodem była walka z korupcją. Tymczasem prawda wyglądała inaczej: PiS posiadało stabilną większość w Sejmie; nikt Kaczyńskiego nie obalał; sam zrezygnował z władzy. I jeszcze jedno, najważniejsze: po przejęciu władzy Tusk trzymał Kamińskiego w CBA do 13 października 2009 roku!

Jak wyglądała Policja i ABW w 2015 roku, opisywać nie trzeba, bo jej opis („Ch.., dupa i kamieni kupa”) sporządził kumpel Mariusza, Bartłomiej. Kamiński pocieszał: „Na jesieni posprzątamy ten syf”, i zapewniał: „Polskie służby są przygotowane do tego, by sprostać wyzwaniom i zapewnić bezpieczeństwo Polakom”. Do cudownego uzdrowienia służb jednak nie doszło, a Andrzej Zybertowicz, doradca prezydenta, na temat reformy służb rzucił myśl: „Izraelski Mosad dlatego jest jedną z najlepszych tajnych służb, gdyż może liczyć na współpracę osób pochodzenia żydowskiego na całym świecie”. Taka reforma cieszyć nie mogła. Efektywność pracy służb zależy bowiem od tego, kto w nich pracuje. Służby odcięte od tkanki narodowej kraju działają jak w państwie podbitym. Dlaczego zatem adeptów do pracy w służbach nie szuka się w środowiskach patriotycznych, ale wśród rodzin z antykatolicką czyli żydokomunistyczną tradycją rodzinną, i wśród mniejszości ukraińskiej? Dlaczego kandydat wywodzący się z takich środowisk spokojnie przechodzi procedurę naboru, natomiast uczestnik marszów niepodległości jest postrzegany, jako polityczny ekstremista? Odpowiedzią na te pytanie może być to, że Kamiński deklaruje się jako ateista.

„Reformując” służby nie zaglądał głęboko w metryki podległych mu funkcjonariuszy, nie pytał o nazwiska rodziców i ich stopień pokrewieństwa z Dzierżyńskim albo z Berią. I jasnym staje się, dlaczego w Polsce mamy instytucje kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa w stanie permanentnego kryzysu, i dlaczego połowa funkcjonariuszy ministrstwa, właśnie przekazanego w ręce Siemoniak i Bodnara, ABW to Ukraińcy. Pamiętajmy też, że polityczne inwestycje Sorosa w Polsce(czyli tam, gdzie właśnie kogoś od władzy odsunięto i przy władzy kogoś umieszczono) dotyczą wyłącznie żydokomunyi mniejszości narodowych i że wcześniej obrabiali nas Kamiński z Wąsikiem, a teraz Bodnar z Siemoniakiem.

Dużo pisano o tym, że po ‘89 wielu funkcjonariuszy MSW przeszło na służbę CIA, BND i Mosadu. Są rozliczne i namacalne dowody świadczące o  roli wywiadu brytyjskiego w karierze Radka Sikorskiego. Dzisiaj trzeba pisać o innym, szkodliwym dla polskiej racji stanu wyczynie Kamińskiego – dopuszczenie do panoszenia się w Polsce bezpieki ukraińskiej. Bo jest rzeczą oczywistą, że Amerykanie i Brytyjczycy wykorzystują ją do modelowania sytuacji wewnętrznej naszego kraju. Jak i rzeczą oczywistą jest, że preferują Ukraińców, bo są bardziej profesjonalni, tańsi i bardziej bezwzględni. Afera z nagraniem z podkarpackiego lupanaru z udziałem b. marszałka Sejmu oraz medal ukraińskiej „Bezpeky” dla redaktora naczelnego „Gazety Polskiej”, to tylko wierzchołek góry lodowej.

W latach 50. kilkunastu tysiącom obywateli ZSRR (obywateli, a nie Rosjan!) służącym w wojsku i MSW wydano polskie dowody osobiste. Gdy CIA pozyskiwała po wojnie do „pracy operacyjnej” na terenie ZSRR zbirów z OUN/UPA, to wciągnęła na listę „swych sukinsynów” także członków UPA, którzy pozostali w PRL. I czy nie dzięki temu tak wielu Ukraińców zrobiło po ‘89 kariery polityczne. I czy czystym przypadkiem jest, że w ABW, MSW, MON etniczny komponent ukraiński jest tak silny?

W listopadzie 2013 r. doszło do podpalenia budki przed ambasadą Rosji i potężnego propagandowego szczucia na środowiska narodowe. Gdy władzę objął PiS nagonka skończyła się, a minister od policji nawiązał nawet współpracę z organizatorami marszu. Jawna wrogość wróciła jednak dwa lata później. Policja, tak defensywna wobec ataków na kościoły, a nawet (jak skrzętnie odnotowała TVN) bijąca bojówkarzom Antify brawo, zmieniła postawę. Jaka była tego tajemnica? Kamiński stracił kontrolę nad policjantami, a Komenda Główna Policji zaczęła wsłuchiwać się w rozkaz Hanny Lis: „Wszystkich do pierdla”? Rząd zaczął powielać narrację poprzedników o „kibolach” i „nacjonalistach”, i mamić Polaków: z pandemią radzimy sobie kiepsko, zdusiliśmy gospodarkę, ale tylko my bronimy was przed zadymiarzami z Marszu Niepodległości. I jeszcze jedno – dla takiej narracji, rząd korzystał z osłony medialnej TVN.

Dlaczego za wrogów obrali narodowców, a nie Antifę i Lempart? Dlatego, że mentorem i wychowawcą (i dawcą genów?) Jarosława Kaczyńskiego był Jan Józef Lipski, przyjaciel mamy z czasów wspólnej pracy w Instytucie Badań Literackich (która przyznała, że jej synowie wychowywali się oraz kształtowali w oparciu o przekonania Lipskiego). 26 września 2006 r. brat Jarosława zawiesił na piersi swego wychowawcy Order Orła Białego. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że kawaler tego najwyższego odznaczenia był masonem, który całe swoje życie poświęcił na walkę z katolicyzmem i z ruchem narodowym, a w swych publikacjach obarczał wszystkich Polaków winą za zbyt małą ofiarność w pomaganiu Żydom w czasie okupacji.

Po prowokacji z podpaleniem budki, Palikot pobiegł do ambasadora Rosji z donosem na „grupę bandytów inspirowanych przez środowisko związane z PiS i Radiem Maryja, o skrajnych poglądach narodowo-katolickich” (a Leszek Miller zwrócił się do Tuska o „lustrację środowisk faszyzujących”). Niewiele od petycji Palikota różniła się napaść Mariusza Kamińskiego na organizatorów Marszu, który określił jako „manifestację elementów skrajnych i faszystowskich”. Kilka miesięcy później rosyjskie MSZ opublikowało raport, w którym przypomniało „wielotysięczną demonstrację zorganizowaną przez radykalne ruchy nacjonalistyczne”. I co najciekawsze – oparło się na dorobku „naszego” poszukiwacza faszyzmu, który atak wykonał w iście kominternowskim stylu. Bo w tradycji i nawykach przybyłych do Polski w taborach armii sowieckiej agentów, było donoszenie w ambasadzie ZSRR na polskich „nacjonalistów” i oskarżanie oponentów politycznych o faszyzm. Kamiński nie pamiętał przy tym, jak po taki sam argument sięgali Kiszczak z Geremkiem, dla których happeningi Ligi Republikańskiej miały „znamiona faszystowskich wybryków”. Nie pamiętał też, jak „Wyborcza” oskarżała Ligę o podpalenie synagogi Nożyków, a na celowniku policji politycznej znalazł się on sam.

Na taśmach z „Sowa i Przyjaciele” pojawia się dziwne zdanie Bartłomieja Sienkiewicza: Czy jest to moment na uruchomienie tego rodzaju rozwiązania, czy nie. Bo ja mam poczucie, że jest to wariant OK, World Trade scenario. Krótko mówiąc – Sienkiewicz zmontował coś na kształt podpalenia Reichstagu, jako pretekst do spacyfikowania „ekstremistów i antysemitów”, a idiota Kamiński wykonał brudną propagandową robotę, i to w sposób świadomy. I, co ciekawe, po przejęciu MSW i ABW, intrygi Sienkiewicza nie rozliczył.

W styczniu 2018 r., po emisji reportażu TVN o polskich neonazistach wznoszących toast za Hitlera w lesie pod Wodzisławiem Śląskim, w polskich mediach widzieliśmy więcej swastyk, niż w Niemczech od zakończenia wojny. „Neonaziści świętują Hitlera”, „Polska coraz bardziej brunatna”, „Warszawa europejską stolicą faszyzmu” – tak wyżywali się dziennikarze zza Odry (i zza Wzgórz Golan). Doszło do tego, że w telewizji niemieckiej odbyła się debata o „fali nazizmu w Polsce”. Tym niemniej, na ten temat nie debatował Bundestag. Debatowano za to w Sejmie… z inicjatywy Mariusza Kamińskiego.

W ślad za reportażem rozpętali nagonkę na „polskich neonazistów”, a koordynatorem całej akcji zrobili Mariusza Kamińskiego, który zapowiedział „szybką i stanowczą reakcję państwa wobec propagujących w Polsce faszyzm”. Zapewnił, też, że „zlikwiduje faszyzm i nazistowskie organizacje w Polsce”. I nie tylko zapewnił – z furią przystąpił do akcji, a listy kandydatów do delegalizacji nie ograniczył do nazistów z krzaków pod Wodzisławiem, ale sięgnął do „tych nazioli z Marszu Niepodległości”. Kolejny antypolski strzał oddał, powołując rządowy Zespół ds. przeciwdziałania propagowaniu faszyzmu, czyli do przekonywania międzynarodowej publiki, w tym Niemców: Problem z faszyzmem w Polsce jest tak poważny, że rząd zmuszony był powołać specjalną instytucję do jego zwalczania.

Na lotnisku im. Szopena w Warszawie operują uzbrojeni Izraelczycy. Mają tam swoją policję, oznakowane auta na sygnałach i wydają Polakom polecenia. Towarzyszą też wycieczkom izraelskiej młodzieży. Zasadnym zatem jest pytanie: czy w Polsce mamy do czynienia z policją w policji i tym samym z państwem w państwie? Równie zasadnym jest pytanie: Dlaczego Kamiński (i jego patron) nie uchylił ustawy 1066, która dopuszcza udział obcych formacji zbrojnych w tłumieniu zamieszek w Polsce?

Izrael słynie z tego, że oszukuje swych sojuszników. Dowodem afera Jonathana Pollarda, który przekazywał Mosadowi (i pośrednio Moskwie) najgłębsze tajemnice CIA. Problem w tym, że agenci Mosadu, którzy działali przy Pollardzie, działali także przy Kamińskim. Rafi Eitan, b. szef Mosadu, a wcześniej oficer prowadzący Pollarda pojawił się w resorcie zajmującym się cyfryzacją. Razem z nim pojawił się Yossi Ciechanover, b. dyrektor generalny izraelskiego MSW. Innymi słowy – Kamiński, pod dyktando obu agentów, powierzył klucze do bezpieczeństwa Polski i podpisał porozumienia z Izraelem w sferze bezpieczeństw. I to wtedy, gdy Netanjahu dobijał różnych targów z Putinem. Głupota, czy działania zamierzone?

Inne pytania: Dlaczego Kamiński nic nie zrobił, aby pozbyć się pośrednika w dostawach ropy z Rosji do Polski, spółki należącej do Grigorija Jankelewicza? Dlaczego bezpieczeństwo Polskich Sieci Energetycznych powierzył Mosadowi? Dlaczego dopuścił do tego, żeby biuro Jarosława Kaczyńskiego pozostało przy ulicy Nowogrodzkiej, po sprzedaniu budynku izraelskiej firmie Metropol NH? Jak to możliwe, że partia ma siedzibę w nieruchomości należącej do obcej firmy, gdzie częste wizyty składał koordynator służb specjalnych i gdzieza zamkniętymi drzwiami, na tajnych konwentyklach spotykało się kierownictwo PiS?

Gdy Polska była bita po twarzy, gdy trzeciorzędny dyplomata z drugorzędnego państewka obsobaczał prezydenta i premiera, minister od policji głównego wroga dostrzegł w użytkownikach Twittera i ich „antysemickich” wpisach. Gdy Żydzi walili Polaków w pysk na odlew, Kamiński dywagował o wadach Polaków, o ich „ciężkiej chorobie antysemityzmu”. Gdy potrzebna była odwaga, tchórzliwie merdał ogonkiem. Po rejteradzie z ustawą o IPN pozostał nam w pamięci obraz ministra o buzi zbitego psa, wystraszonego, nieporadnego, budzącego litość i odrazę zarazem. Taki obraz dopełnił prezes PiS – gdy pełnił funkcję wicepremiera ds. bezpieczeństwa, do walki z Lempart i wściekłymi macicami, wezwał na pomoc… Kluby Gazety Polskiej. Suchej nitki nie zostawili na Kamińskim blogerzy: Jest bardzo podobny do Felka Dzierżyńskiego; Uderzające podobieństwo, te ślepia mówią same za siebie.

Widmo faszyzmu krąży nad Europą – takiej uległ obsesji. Do walki z „faszystami” powołał specjalne policyjne zespoły. W ślad za tym posypały się sukcesy. W Białymstoku antyterroryści zatrzymali kibiców terroryzujących mieszkańców miasta zawołaniem „Polska dla Polaków”. ABW wtargnęło do mieszkań uczniaków protestujących przeciw islamizacji Polski. Posadzili w areszcie Brunona K., „osobę motywowaną względami nacjonalistycznymi i ksenofobicznymi”, którego jedynym terrorystycznym czynem było nazwanie Tuska „ryżym bandytą”. Słuchając wypowiedzi człowieka odpowiedzialnego za bezpieczeństwo państwa, można było odnieść wrażenie, że największym i jedynym zagrożeniem dla Polski są antysemici.

Jeszcze innym „sukcesem” było sponiewieranie Wojciecha Olszańskiego, który – gdy na kaliskim rynku palono kartkę – mówił ze sceny: „Nie będzie już nigdy Polak Żydowi niewolnikiem!”, a tłum skandował: „Tu jest Polska, a nie Polin” i śpiewał Rotę. O co zatem oskarżał Olszańskiego? O spalenie symbolu Polin? O śpiewanie Roty? A może Kamińskiego i jego patrona najbardziej ubodło to, że mówiąc o Rosji, atakował sowiecką żydokomunę i, tym samym, jej przedłużenie na gruncie polskim, czyli tych, którzy Polską faktycznie rządzą?

Dopiero z raportu Żydowskiej Agencji Praw Podstawowych dowiedzieliśmy się, że w Polsce wprowadzono system rejestrowania przestępstw z nienawiści, i że jego celem jest zapewnienie MSW pełnego wglądu do przypadków takich przestępstw oraz zbieranie informacji o wszystkich dochodzeniach prowadzonych przez policję. Z raportu wynika, że system zasilany jest danymi z Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego i stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita, które „zgłaszają incydenty antysemickie do prokuratury, policji lub innych władz w Polsce”. Nawiasem mówiąc ta ostatnia organizuje, we współpracy z Komendą Główną Policji, „Warsztaty dla przełożonych w policji”. W ich ostatniej odsłonie udział wzięło dwustu najwyższych rangą policjantów, którzy „poznawali historię holokaustu, aby móc lepiej zwalczać przestępczość z nienawiści”.

Lempart ogłosiła powołanie tymczasowego rządu, który „będzie negocjować z rządem warunki jego ustąpienia”. Prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wezwał do buntu lekarzy i sędziów. Wojnę Polsce wypowiedziała wiceprzewodnicząca Bundestagu. Do zagłodzenia Polski wezwała wiceprzewodnicząca Parlamentu Europejskiego. Medyczny Judenrat udzielił poparcia dla strajku macic. A Kamiński? W niepojętym zaślepieniu brnął w nakręcaniu spirali oskarżeń wobec antysemitów, ścigając się w tej osobliwej dyscyplinie z TVN i „Wyborczą”. Zamiast wyłapywaniem obcych agentów, zajmował się wyłapywaniem „antysemitów”, atakami na „ruskie onuce” i walką z portalem wRealu24. Ukarał też ojca, który wyprowadził do piaskownicy dzieci po 2-tygodniowej kwarantannie.

Afera wizowa to nie jest afera Piotra Wawrzyka. To jest afera Mariusza Kamińskiego. W MSW spraw wiz „pilnowała” ciągle ta sama ekipa następców Jakuba Bermana, których Kamiński nie kontrolował i nie rozliczał. To oni wydawali rocznie kilka wiz dla Polaków z Kazachstanu i kilkaset tysięcy dla Azjatów. To oni w lutym 2022 wpuścili do Polski bez żadnej kontroli 10 milionów Ukraińców (i 150 tysięcy Azjatów przebywających na Ukrainie). To oni nie uchylili przepchniętej w Sejmie przez poprzednika Kamińskiego ustawy o obywatelstwie, która umożliwia nabywanie polskiego paszportu przez osoby mające przodka z polskim obywatelstwem. A więc także potomkom Ukraińców służących w SS Galizien i wnukom Romana Szuchewycza.

Na koniec kilka pytań, retorycznych, tj. takich, na które nie dostaje się odpowiedzi:

– Co robić, żeby minister bezpieki był zadaniowany przez Polaków, a nie przez ambasadę Izraela czy Ukrainy?

– Czy nie mszczą się zaniechania pogromcy komunistów z dekomunizacją, ale nie podpowiadaną przez Komintern, nie z pytaniem, gdzie kto był tylko, co robił?

– Dlaczego przyjął „definicję antysemityzmu”, która w sposób oczywisty miała na celu „dorżnięcie watahy”, czyli tych, którym nie podobają się przywileje dla mniejszości?

– Czy nie był urabiany przy pomocy modus operandi, w którym chodzi o nieustanne mielenie tematu antysemityzmu i sprawdzanie, jak daleko można się posunąć w terroryzowaniu Polaków?

– Czy nie wiedział, że prędzej czy później, wezmą się też za niego, i też pokażą w telewizjach, prowadzonego w więziennych klapkach na posterunek prokuratury Bodnara, na oczach polskiej, żydowskiej i ukraińskiej gawiedzi?

– Czy nie wykonał posługi szabesgoja, tj. ubogiego nie-Żyda służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom, i co tak naprawdę w rządzie Morawieckiego „koordynował”?

To okazja do smutnych podsumowań: Buńczuczne wypowiedzi wobec Polaków i tchórzliwe milczenie wobec obcych. Zamiast walki, przymilanie się do wrogów Polski. Polacy chcieli Sobieskiego spod Wiednia, a dostali Kamińskiego i Morawieckiego, nawołującego: „Wszyscy Polacy jesteśmy biało-czerwoną drużyną”. Tymczasem potrzebne jest hasło Romana Dmowskiego: „Istnieją Polacy i pół-Polacy, a rasa pół-Polaków musi zginąć”. No i hasło: Kamiński do pierdla!

Krzysztof Baliński

Cel: Dzieci zabić przed narodzinami, lub zdemoralizować po narodzinach.

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Cel: dzieci. Zarówno te dopiero poczęte, jak i te już narodzone. Zabić. A jeśli nie uda się zabić przed narodzinami, to zdemoralizować po narodzinach. Takie są plany lewackiego lobby, które zdobywa kolejne przyczółki w polskim życiu społecznym. Dopięło swego we Francji, wpisując aborcję do konstytucji i czyniąc z niej podstawę funkcjonowania państwa. Czy ktoś oszalał? Nie. Ktoś przemyślał i zrealizował strategię, by zdehumanizować dzieci nienarodzone. Ktoś doprowadził do zobojętnienia na los bezbronnych.

Do nas to nie przyjdzie? Już nadchodzi. W Polsce oficjalne stowarzyszenie ginekologów i położników wydało rekomendacje, które dzieci mordować.

O tym i innych ważnych sprawach przeczyta Pan poniżej w wybranych artykułach z portalu www.RatujZycie.pl.

OPIS ZDJĘCIA

Drag Queen w Polsce. Program promujący lewackie wypaczenia już w telewizji

W marcu stacja TVN rozpoczęła emisję programu „Czas na show. Drag me out”. Ekipa filmowa przeszła odpowiednie „szkolenia”, przygotowujące do pracy z osobami LGBT.Czytaj dalej >

OPIS ZDJĘCIA

Tęczowe piątki. Pranie mózgu młodzieży w wykonaniu lewicy

„Nieważne, kim jesteś i jaki/jaka jesteś, twoja tożsamość jest okej. Ty jesteś okej.” To są słowa Przemysława Staronia, psychologa, nauczyciela roku 2018. Promotor szkolnej zarazy, jaką są tęczowe piątki, daje prosty sygnał: wypaczenia seksualne są okej. Niezrównoważenie jest okej.Czytaj dalej >

OPIS ZDJĘCIA

Homo-zaraza dla najmłodszych. Serial dla dzieci promuje homoseksualizm.

Brytyjski program telewizyjny dla młodszych widzów tworzy bajki, które „bawią i uczą” w sposób odpowiadający lewackim zapędom. Jest to kolejny przykład usilnego wprowadzania homoseksualizmu w życie ludzi, jako coś normalnego, do czego należy przyzwyczajać dzieci już od najmłodszych lat.Czytaj dalej >

WSPIERAM WSPIERAM

OPIS ZDJĘCIA

Lublin: martwe dziecko w sortowni śmieci. Aborterzy muszą być z siebie dumni

Dokonano makabrycznego odkrycia w sortowni śmieci w Lublinie. Podczas prac odkryto między śmieciami martwe dziecko w stadium prenatalnym. Natychmiast wstrzymano pracę sortowni oraz wezwano policję. Sprawę bada prokuratura.Czytaj dalej >

OPIS ZDJĘCIA

Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników: rekomendujemy aborcję z przesłanki psychiatrycznej

Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników (PTGiP) rekomenduje mordowanie poczętych dzieci z przesłanki psychiatrycznej.Czytaj dalej >

OPIS ZDJĘCIA

Aborcja w konstytucji Francji. Demoniczna radość z mordowania dzieci

Francuzi wpisali sobie aborcję do konstytucji. Za włączeniem mordowania dzieci do „gwarantowanych praw” było 780 przedstawicieli obu izb francuskiego parlamentu, a przeciw zaledwie 72. Prezydent Emmanuel Macron wyraził zadowolenie, deputowani przyjęli wynik wiwatami i owacjami na stojąco. Nikt nie zapytał, co na to poczęte dzieci. Słabsi nie mają głosu.Czytaj dalej >

OPIS ZDJĘCIA

Pro-Life Bez Cenzury: Aborcja w konstytucji Francji – jak do tego doszło?

Kaja Godek w nowym odcinku Pro-Life Bez Cenzury mówi, dlaczego aborcja została wpisana do konstytucji Francji!Czytaj dalej >

Jeśli podoba się Panu to, co robimy, prosimy o wsparcie modlitewne i finansowe. Prowadzenie portalu www.RatujZycie.pl oraz wszelkie inne działania Fundacji łączą się z kosztami. Pokrywamy je dzięki dobrowolnym wpłatom Przyjaciół – ludzi takich jak Pan.

Chiny: Zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

Chiny: zakaz kontaktu z katolikami z zagranicy, ewangelizacji, wprowadzania dzieci do kościołów

KOŚCIÓŁ W CHINACH

AFP/EAST NEWS aleteia/chiny-zakaz-kontaktu-z-katolikami-z-zagranicy-ewangelizacji-wprowadzania-dzieci-do-kosciolow

Restrykcje mają na celu zdławienie Kościoła, całkowite odcięcie katolików w Chinach od Kościoła powszechnego i podporządkowanie ich państwu.

Pomimo porozumienia ze Stolicą Apostolską komunistyczne władze w Chinach dławią życie lokalnych wspólnot Kościoła, zarówno katakumbowych, jak i oficjalnych. Wskazuje na to ks. Bernardo Cervellera dyrektor AsiaNews, agencji informacyjnej Papieskiego Instytutu Misji Zagranicznych.

Zakaz ewangelizacji

Powołuje się on na dokument władz prowincji Fujian. Otrzymali go do podpisania wszyscy pracujący tam kapłani i zakonnice. Jeśli go nie podpiszą, nie będą mogli pełnić swej posługi. W dokumencie tym zobowiązują się m.in., że nie będą wpuszczać do kościoła dzieci i młodzieży, ani też nie będą dla nich prowadzić katechezy.

Dokument zakazuje ponadto wszelkiego kontaktu z katolikami z zagranicy, a także ewangelizacji i wypowiadania się na tematy religijne w internecie.

Jak podaje ks. Cervellera, podobne restrykcje zostały nałożone na Kościół również w innych chińskich prowincjach, takich jak Henan, Hubei czy Zhejiang. Mają one na celu zdławienie lokalnego Kościoła, całkowite odcięcie katolików w Chinach od Kościoła powszechnego i podporządkowanie ich państwu – ostrzega dyrektor agencji AsiaNews.

vaticannews / Pekin

Oprawcy trzymają się mocno

Oprawcy trzymają się mocno. Izabela BRODACKA

W tych dniach Wydawnictwo „Te Deum” udostępniło moje tłumaczenie z języka angielskiego książki chińskiej autorki Rose Hu pod tytułem: „Radość w cierpieniu. Z Chrystusem w chińskich więzieniach” Pomimo wręcz religianckiego tonu tej pracy, pomimo, że autorka była związana z bractwem Piusa X czyli z tak zwanymi Lefebrystami co dla wielu katolików głównego nurtu może być przeszkodą w odbiorze uważam, że pozycja ta jest niezwykle interesująca i godna uwagi.

Jestem świadoma, że niniejszym prezentuję nepotyzm, kryptoreklamę, jawną reklamę i autoreklamę. Oprócz tego można mi zarzucić brak szacunku do wyroków sądów rodzinnych, nie sprzątanie po psie oraz niestaranne segregowanie śmieci czyli siedem grzechów głównych społeczeństwa obywatelskiego. Moja odpowiedź jest prosta. Jak to mówią Francuzi „Je m’en fiche royalement”. W tłumaczeniu dosłownym: „ Gwiżdżę na to po królewsku”. W tłumaczeniu bardziej eleganckim: „ Nic mnie to nie obchodzi” W tłumaczeniu uwzględniającym specyfikę polskich powiedzonek: „ Mam to w nosie kościotrupie”. ( przez grzeczność popsułam rym).

Gwiżdżę na społeczeństwo obywatelskie modelu Poppera ( czytaj Sorosa) i jego zasady. Społeczeństwo, w którym cnotą jest płacenie podatków, zbieranie psich kup i segregowanie śmieci, a grzechem patriotyzm. Społeczeństwo, które jako zbrodnię traktuje wymierzenie dziecku klapsa, a które uważa mordowanie dzieci nienarodzonych za niezbywalne prawo kobiety. Zasady współczesnego społeczeństwa obywatelskiego są pozbawione elementarnej logiki, są po prostu głupie. Psia kupka rozkłada się na trawniku w ciągu tygodnia. Plastikowa torebka wraz z kupką przetrwa 200 lat.

Podobnie bezsensowne są koncepcje zielonego ładu, walki z emisją CO2 i inne idiotyzmy współczesnego zielonego totalitaryzmu.

Wracając do książki Rose Hu. Temat komunistycznych prześladowań katolików w Chinach nie jest w Polsce zbyt dobrze znany. Autorka tych wspomnień spędziła w więzieniach, aresztach i chińskich obozach pracy łącznie 28 lat. W potwornych warunkach urągających elementarnej godności ludzkiej. Aresztowania, przesłuchania, głód, zimno – te formy represji łatwo sobie wyobrazić. Można jednak poniewierać człowiekiem w jeszcze inny, po chińsku wymyślny i okrutny sposób. Na przykład reglamentując dostęp do ubikacji, a właściwie do kubła, który stojąc po środku ogromnej sali zajętej przez śpiących pokotem na ziemi więźniów spełniał rolę toalety.

Szczególnie przejęły mnie opisy specjalnych zebrań podczas których koledzy i przyjaciele oskarżonego o jakieś przestępstwo przeciwko komunizmowi poddawali go ostrej krytyce. Jak pisze Rose Hu jej najbliższe koleżanki z katolickiej szkoły wykrzykiwały: „ Rose Hu Jesteś podła, jesteś zdrajcą , nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego”. Podobne seanse nienawiści odbywały się w czasach stalinowskich w Polsce. Nazywało się to potocznie „ rozrabianiem” kogoś. Ofiara była wskazywana przez POP (podstawową organizację partyjną) lub przez dyrekcję. Zdarzało się jednak, że prześladowania inicjował jakiś głupi, podły czy zazdrosny kolega. Podobnie odbywało się to w fabrykach, placówkach naukowych oraz w redakcjach. Niczego nie spodziewający się delikwent stwierdzał pewnego dnia, że ludzie nie odpowiadają na jego pozdrowienia, a nawet unikają z nim kontaktu wzrokowego. Rozeszło się już, że to on właśnie będzie „rozrabiany”. Za chwilę zwoływano zebranie partyjne, na którym obecność była przymusowa również dla bezpartyjnych. Jakiś gorliwiec przedstawiał kolektywowi zarzuty wobec „rozrabianego”, potem koledzy surowo go potępiali, na koniec oczekiwano od niego złożenia samokrytyki.

Moja ciotka pracowała po wojnie w redakcji „ Czytelnika”. Ponieważ miała za sobą przedwojenne studia dziennikarskie, a poza tym znała biegle kilka języków przyjęto ją do pracy pomimo niewłaściwego pochodzenia społecznego, bo ktoś musiał przecież poprawiać kardynalne błędy językowe popełniane przez różnych Putramentów i innych podobnie wybitnych pisarzy okresu socrealizmu. Ciotki nie było stać na okulary więc chcąc nie chcąc czytała rękopisy posługując się srebrnym lorgnon – jednym z nielicznych przedmiotów pochodzących z jej poprzedniego życia. Ktoś skojarzył nieszczęsne lorgnon z pochodzeniem klasowym więc nie spodziewająca się niczego ciotka została wzorcowo „rozrobiona” przez miłych kolegów. Ostatecznie jej nie wyrzucono bo nikt w tej redakcji nie operował poprawną polszczyzną. Jedni znali tylko rosyjski, inni nie znali chyba żadnego języka. Być może z wyjątkiem współpracującego z wydawnictwem Iwaszkiewicza, który jak wiadomo prezentował w każdej dziedzinie życia dwie twarze. Chętnie bawił się w ziemianina w Stawisku, posiadłości darowanej Annie Iwaszkiewicz przez jej ojca Lilpopa, lecz nie zaniedbał również wstąpienia 6 marca 1953 do Ogólnonarodowego Komitetu Uczczenia Pamięci Józefa Stalina Nie gardził również komunistycznymi przywilejami i zaszczytami. Stalinowcy tolerowali jego ziemiaństwo czy raczej podszywanie się pod ziemiaństwo w posiadłości córki Lilpopa. Wydawali mu w dużych nakładach powieści, w tym powieść pod tytułem „Sława i chwała” nazywaną powszechnie i raczej słusznie „Sława i chała”. W sprawie mojej ciotki Iwaszkiewicz wstrzymał się podobno od głosu co i tak graniczyło wówczas z bohaterstwem. Inni pisarze brylujący po wielu latach w różnych komitetach obrony robotników flekowali ją równo i solidarnie.

Wspomnienia Rose Hu dowodzą, że prześladowanie człowieka ma w istocie podobne motywy i formy niezależnie od szerokości geograficznej, koloru skóry, a nawet epoki. Dowodzą również, że zawsze znajdą się gorliwcy gotowi poprzeć każdą zbrodniczą ideologię. Przez oportunizm, w dobrej wierze czyli przez zwykłą głupotę –jak powiadają – groźniejszą od faszyzmu. Znajdą się również zawsze gorliwi wykonawcy, którzy nigdy nie poczują się winni, bo przecież tylko wykonywali rozkazy.

Obecnie prześladuje nas zielony ład. Nie należy jednak się poddawać. Przetrwaliśmy totalitaryzm brunatny, przetrzymaliśmy czerwony, przetrwamy i zielony.

Chiny: Usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek. Sinizacja to nie materializm, to satanizacja.

Chiny: Usuwają wszelkie wzmianki o Bogu i religii z książek dla dzieci i młodzieży

KOBIETA W KOŚCIELE

aleteia/chiny-wladze-usuwaja-wszelkie-wzmianki-o-bogu-i-religii

Chiny do 2030 r. mogą się stać „najbardziej chrześcijańskim krajem świata”.

=================================

Katolicka Agencja Informacyjna – 04.08.19

Dopuszczone do nauki teksty są tak zmanipulowane, aby ich treści odpowiadały wytycznym partii komunistycznej o usuwaniu wszelkich odniesień religijnych. Dotyczy to zresztą nie tylko szkół podstawowych czy średnich, ale także uczelni wyższych.

W ramach walki z „wpływami religijnymi” na młode pokolenie a zarazem w nurcie tzw. „sinizacji” religii władze chińskie przystąpiły do usuwania wszelkich odniesień do Boga, Biblii i religii z książek dla dzieci i młodzieży. Dotyczy to utworów zarówno własnych autorów, jak i dzieł literatury światowej. Wszelkie wzmianki dotyczące wiary są zastępowane przez słowa i pojęcia bardziej ogólne lub zbliżone, ale bez wyraźnego odniesienia do Boga albo – jeśli jest to niemożliwe – takie tytuły nie będą wydawane. Na razie wytyczne te objęły cztery opowiadania autorów zagranicznych i szereg utworów klasyków chińskich.

Cenzura książek

Zmieniono na przykład jedną ze scen znanej baśni Hansa Christiana Andersena „Dziewczynka z zapałkami”, będącej lekturą szkolną dla uczniów V klasy. W oryginale gdy zziębnięta tytułowa bohaterka zapala, żeby się rozgrzać, kolejne zapałki, widzi w ich blasku spadające gwiazdy i mówi, że każda taka gwiazda to dusza unosząca się na spotkanie z Bogiem. W wersji ocenzurowanej przez władze mówi się o tym, że „gdy spada gwiazda, jakaś osoba opuszcza ten świat”.

Robinson Crusoe – słynny rozbitek, stworzony przez Daniela Defoe – nie uratował trzech egzemplarzy Biblii z resztek roztrzaskanego statku, jak pisze autor, ale zdołał tylko ocalić „kilka książek”, bez podawania szczegółów. W sztuce „Wujaszek Wania” Antona Czechowa nie ma już ani modlitwy w cerkwi, ani słowa „Chrystus”, które są w tekście oryginalnym.

A takie pozycje, których same tytuły wskazują jednoznacznie na związki z religią, i to konkretnie z chrześcijaństwem, jak „Katedra Notre-Dame” Victora Hugo, „Hrabia Monte Christo” Alexandre’a Dumasa czy „Zmartwychwstanie” Lwa Tołstoja, mają być konfiskowane przez nauczycieli.

Chińskie Ministerstwo Oświaty twierdzi wprawdzie, że książki mają proponować uczniom lepsze zrozumienie innych kultur, w praktyce jednak dopuszczone do nauki teksty są tak zmanipulowane, aby ich treści odpowiadały wytycznym partii komunistycznej o usuwaniu wszelkich odniesień religijnych. Dotyczy to zresztą nie tylko szkół podstawowych czy średnich, ale także uczelni wyższych.

Bez wiary w Boga

Działania te odbywają się pod hasłem „sinizacji” religii, czyli narzucanej przez władze komunistyczne polityki przystosowywania jej do kultury chińskiej, też zresztą „wymytej” maksymalnie z odniesień do wiary w Boga. Przedmiotem szczególnej krytyki jest chrześcijaństwo, przedstawiane przez propagandę komunistyczną jako religia obca rodzimej kulturze i tradycji.

Głównym „architektem” tej polityki jest obecny prezydent Chin Xi Jinping, który już w 2015 r. oświadczył, że jeśli religie w tym kraju chcą przetrwać, muszą się „schińszczyć”, przystosowując się do kultury chińskiej i podporządkować się partii komunistycznej. Towarzyszy temu nacjonalistyczny patriotyzm i pogarda dla religii „zagranicznych”, a więc głównie dla chrześcijaństwa.

Według wielu obserwatorów przyczyną obecnej kampanii antychrześcijańskiej jest lęk przed przewidywaniami niektórych socjologów (np. Fenggang Yanga), że Chiny do 2030 r. mogą się stać „najbardziej chrześcijańskim krajem świata”. Ale jednocześnie jest to też sposób chronienia się reżymu pekińskiego przez takimi ideami jak demokracja, prawa człowieka, sprawiedliwość czy państwo prawa.

Kalwaria chińskich męczenników. Kolaboracja Watykanu z ich katami.

Latające seminaria i łamanie kości biskupom. Fenomen chińskiego Kościoła podziemnego

Podziemny Kościół katolicki w Chinach

MARK RALSTON / AFP

aleteia/lamanie-kosci-biskupom-chinskiego-kosciola-podziemnego

Karol Wojteczek – 24.05.22

11 maja światowe media obiegła informacja o zatrzymaniu przez chińskie służby 90-letniego kard. Josepha Zena. Datę rozprawy purpurata władze wyznaczyły na 24 maja br. Trudno uznać ją za przypadkową. Tego dnia wypada bowiem Dzień Modlitw za Kościół w Chinach.

Emerytowany ordynariusz Hongkongu to już co najmniej 11 duchowny aresztowany (czy raczej uprowadzony) w tym roku przez chińskie władze. Szczególna czystka dotknęła środowisko katolików w mieście Baoding, położonym na południowy zachód od Pekinu. Miasto to uznawane jest za matecznik tzw. „podziemnego Kościoła” – fenomenu, którego skala nie znajduje swojego odpowiednika w żadnej innej antychrześcijańskiej dyktaturze świata.

Z racji specyfiki zjawiska i nieustannych prześladowań niemożliwa do oszacowania pozostaje dokładna liczba wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego w Państwie Środka. W prorządowym Patriotycznym Stowarzyszeniu Katolików Chińskich zrzeszonych jest ok. 5-6 mln członków. W podziemiu pozostawać może kolejne od 3 do nawet 8 mln wiernych. Liczby te jednak zmieniają się dynamicznie – według niektórych szacunków chrzest w jednej ze wspólnot przyjmować może nawet 2 mln Chińczyków rocznie.

Rozróżnienie pomiędzy wspomnianymi środowiskami nie jest przy tym całkowicie ostre. Według nieoficjalnych doniesień niektórzy „akredytowani” przy komunistach duchowni świadczą bowiem posługę również we wspólnotach podziemnych. Co ciekawe, stosunkowo silna jest w Chinach także licząca ok. 60 mln członków społeczność protestantów.

Narodziny dualizmu

Za moment narodzin współczesnego chińskiego Kościoła podziemnego uznać można umownie rok 1949 lub 1957. Pierwsza z tych dat odnosi się do zakończenia wygranej przez komunistów wojny domowej. Druga to rok ustanowienia wspomnianego już Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich.

Powołana przy państwowym Biurze ds. Religijnych organizacja miała być od tej pory jedynym dopuszczonym do funkcjonowania środowiskiem rzymskich katolików w Chinach. Wierni tego obrządku stanowili wówczas w Państwie Środka niespełna 1% z blisko 600-milionowej populacji kraju, ich liczba jednak dynamicznie rosła.

Odrzucenie przez PSKCh zwierzchności Rzymu (zakończone nałożoną przez Piusa XII ekskomuniką jego biskupów) i podporządkowanie Stowarzyszenia maoistowskiej władzy zaowocowały przejściem części duchownych i wiernych do działalności podziemnej. Wzorem pierwszych chrześcijan zaczęli się oni spotykać w domach, z dala od wścibskich oczu funkcjonariuszy nowego reżimu.

Jan Paweł II i „tajny” kardynał

Jeszcze jednak przed powołaniem PSKCh, chińscy komuniści podjęli starania o „oczyszczenie” miejscowego Kościoła katolickiego z „elementów wrogich” nowemu ustrojowi. Do historii przeszedł 8 września 1955 r., gdy w szeroko zakrojonej akcji policyjnej aresztowanych zostało przeszło 200 duchownych oraz grupa świeckich katolików z Szanghaju. Większość z nich skazano potem na więzienie za „działalność kontrrewolucyjną”, ewentualnie, w przypadku zagranicznych misjonarzy, za szpiegostwo.

Symbolicznym bohaterem tamtych wydarzeń stał się ordynariusz Szanghaju bp Ignatius Kung Pin-mei. Skazany na dożywocie pod zarzutem zdrady stanu, konsekwentnie odmawiał on autoryzowania swoim nazwiskiem działalności PSKCh. Więzienie opuścił dopiero w 1985 r. po trzydziestu latach od osadzenia. W 1979 r. Jan Paweł II mianował go kardynałemin pectore(„w sercu”).

W pamięci chińskich wiernych zapisała się również postawa innego nieugiętego szanghajskiego duchownego, o. Bedy Changa SJ. 11 listopada 1951 r. zmarł on w więzieniu po dwóch miesiącach okrutnych tortur, a władze, dla uniknięcia wystąpień, ustawiły przy jego grobie straże. Wśród „podziemnych” chińskich katolików o. Beda Chang cieszy się dziś opinią świętości, istnieją również doniesienia o wyproszonych za jego wstawiennictwem cudach i łaskach.

Dwóch niezłomnych

Jak wspomnieliśmy już na początku, bastionem chińskich „podziemnych” katolików pozostaje miasto Baoding i otaczająca je prowincja Hebei. Według szacunków w regionie tym żyje ok. miliona wyznawców Chrystusa obrządku rzymskiego. Dla kondycji miejscowego Kościoła duże znaczenie ma postawa dwóch jego niezłomnych duszpasterzy.

Pierwszym z nich jest nieuznawany przez władze ordynariusz Baodingu, bp James Su Zimin. Duchowny, co do którego nie ma nawet pewności czy żyje, spędził w chińskich więzieniach łącznie przeszło 50 lat. Przetrzymywany przez komunistyczne władze od 1997 r., ostatni raz widziany był publicznie w 2003 r. Jeśli żyje, w lipcu br. ukończy 90 lat.

Poprzednikiem Zimina na tronie biskupim Baodingu był bp Peter Joseph Fan Xueyan. Jego więzienny „staż” jest zaledwie nieco krótszy niż następcy i sięga 46 lat w celi i obozach „reedukacyjnych” (de facto obozach pracy przymusowej). W listopadzie 1990 r. bp Xueyan „zaginął” po raz kolejny. 13 kwietnia 1992 r. jego ciało w plastikowym worku podrzucone zostało pod drzwi jego rodzinnego domu. Według oficjalnych komunikatów duchowny zmarł z powodu zapalenia płuc, jego szczątki nosiły jednak ślady tortur, w tym łamania kości. Wierni podziemnego Kościoła z Baodingu wysuwać mają wobec Watykanu postulat jego kanonizacji.

Po pierwsze złamać, zabijać w ostateczności

Tego rodzaju drastyczne działania uznać można jednak za pewnego rodzaju ostateczność, jeśli idzie o arsenał środków wykorzystywanych przez chińskie służby. Priorytetem dla nich jest „złamanie” duchownych i wiernych podziemnego Kościoła, i zmuszenie ich do przystąpienia do PSKCh (a tym samym do uznania prymatu władz i ideologii komunistycznej nad zwierzchnictwem Watykanu i doktryną wiary).

Dowodem pewnej skuteczności takiej strategii może być oficjalny następca bp. Zimina na stanowisku ordynariusza Baodingu, bp Francis An Shuxin. Aresztowany w 1996 r., jeszcze jako biskup pomocniczy, duchowny przystał po 10 latach osadzenia na współpracę z komunistami. W 2010 r., bez zgody Watykanu, mianowany został biskupem niepokornej diecezji.

Podobny los staje się prawdopodobnie udziałem 10 uprowadzonych w tym roku kapłanów z Baodingu. Wedle nieoficjalnych informacji poddawani są oni tzw. „guanzhi” – swoistemu aresztowi domowemu połączonemu z intensywną „reedukacją” polityczną. Jeśli wielogodzinne prokomunistyczne pogadanki nie przekonają ich do przystąpienia do PSKCh, grozi im przeniesienie do tradycyjnego zakładu karnego.

Zdrada czy pragnienie ochrony?

Sytuacja podziemnego Kościoła katolickiego w Państwie Środka kłopotliwa jest o tyle, że w pewnym dualiźmie tkwi również sama Stolica Apostolska. Dążąc do normalizacji stosunków dyplomatycznych na linii Watykan-Chiny, Państwo Kościelne porozumiało się z władzami co do większości (ok. 80%) nominacji biskupich.

Szczególne kontrowersje w tym względzie wywołała tymczasowa umowa z 22 września 2018 r., na mocy której rola Watykanu ograniczać się ma do opiniowania i ewentualnego wetowania kandydatów na hierarchów zaproponowanych przez PSKCh. Sądzony dziś kard. Zen nazwał ją nawet „zdradą wobec chińskich katolików„. Zwolennicy porozumienia wskazują z kolei, że jest ona jedynym narzędziem, dzięki któremu papież ma jakikolwiek wpływ na sytuację wyznawców Chrystusa w Państwie Środka.

Równocześnie jednak Stolica Apostolska utrzymuje nieoficjalne stosunki dyplomatyczne z chińskim Kościołem podziemnym. Ten zaś jeszcze w 1989 r. ustanowił własną, niezależną od władz, konferencję episkopatu. Prowadzi również sieć tajnych, niestacjonarnych seminariów duchownych, które przyrównać by można do naszego Uniwersytetu Latającego z czasów carskiego zaboru. Według szacunków do chińskiego Kościoła podziemnego przynależy w tym momencie ponad 40 biskupów, ok. 1200 kapłanów oraz ok. 1200-1300 sióstr zakonnych.

Schody św. Józefa

Niezwykłe schody. Ponoć zbudował je sam… św. Józef! aleteia/schody-sw-jozefa

LORETTO CHAPEL STAIRCASE

Jim Buzbee | Shutterstock

Daniel Esparza – publikacja 13.06.20, aktualizacja 18.03.2024

W kaplicy Loretto w Santa Fe w Nowym Meksyku znajduje się wyjątkowe dzieło sztuki stolarskiej. To schody, które według przekazywanej tradycji miał zbudować sam św. Józef.

Wielki Post to czas modlitwy i ofiary.

Schody w kaplicy Loretto w Santa Fe w Nowym Meksyku wywołują wielkie zainteresowanie ze względu na przynajmniej dwie tajemnice: tożsamość autora oraz misterną konstrukcję. Nikt nie potrafi w pełni pojąć, jak to możliwe, że stoją bez żadnego podparcia. Jest i trzecia zagadka: choć wiadomo, że schody wykonano z drewna świerkowego, nikt nie ustalił, jaki to podgatunek świerka ani w jaki sposób trafiło do kaplicy.

LORETTO CHAPELGaleria zdjęć

Tajemnicze schody św. Józefa

W 1852 r. na polecenie biskupa Santa Fe Jean’a Baptiste Lamy wybudowano kaplicę Matki Bożej Światłości (zainspirowaną przez Sainte-Chapelle w Paryżu). Obiekt trafił pod opiekę sióstr Loretto, które przybyły z Kentucky, by założyć szkołę dla dziewcząt.

LORETTA CHAPEL

Kiedy kaplica była gotowa, budowniczowie napotkali na nieoczekiwany problemem: jak dostać się z nawy na chór na drugim piętrze? Tak, w projekcie wystąpił błąd, którego architekt Antonio Mouly, nie mógł już rozwiązać (nie dożył końca budowy). Siostry upierały się przy schodach, ale budowniczowie uznali, że to niemożliwe, zaś wstawienie tam drabiny zajmie za dużo miejsca. W końcu poradzili mniszkom, by wyburzyły chór.

Zamiast tego zakonnice zaczęły żarliwie modlić się do św. Józefa, patrona stolarzy, z prośbą o rozwiązanie.

Po zakończeniu nowenny, zgodnie ze świadectwami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie od połowy XIX w., u drzwi kaplicy pojawił się mężczyzna oferujący skonstruowanie schodów, ale pod jednym warunkiem. Chciał, by zagwarantowano mu możliwość pracy w całkowitej samotności. Nieznajomy zamknął się na trzy miesiące w kaplicy z piłą i kilkoma innymi prostymi narzędziami stolarskimi. Zniknął tuż po zakończeniu pracy, nie prosząc o jakąkolwiek zapłatę.

LORETTO CHAPEL

Schody, które zbudował sam św. Józef?

Schody mierzące ok. 6 metrów wysokości „robią” dwa pełne obroty wokół własnej osi. I sięgają chóru. Zostały zbudowane bez użycia choćby jednego gwoździa czy kleju, były pozbawione centralnego wsparcia.

Mówi się, że taka konstrukcja jest „niemożliwa”. Według niektórych powinna była zawalić się już w momencie skorzystania z niej przez pierwszą osobę. Inni uważają, że spiralne schody są wystarczająco wąskie, aby same działały jako centralne podparcie. Faktem natomiast jest, że schody nie były przymocowane do żadnej ściany aż do 1887 r., kiedy to dodano balustradę, a zewnętrzną spiralę przymocowano do pobliskiego filaru.

Zgodnie z przekazywaną tradycją tajemnica tożsamości cieśli nigdy nie została rozwiązana, nie ma też raportu z dostawy, który mógłby pomóc w rozszyfrowaniu pochodzenia drewna. W ciągu tych trzech miesięcy, kiedy powstała klatka schodowa, nikt nie widział kogoś wchodzącego lub wychodzącego z kaplicy.

Stolarz odszedł, zanim przełożona zdążyła zapłacić, więc siostry zaoferowały nagrodę każdemu, kto pomógłby ustalić jego tożsamość. Nikt się jednak nie pojawił. Od tamtego czasu wykonanie schodów… zostało przypisane samemu św. Józefowi!

Święty Józef i jego zapomniana rola w doniosłym „Cudzie słońca”

Święty Józef i jego zapomniana rola w doniosłym „Cudzie słońca”

pch24.pl/swiety-jozef

Figura św. Józefa autorstwa braci Duthoit,

19 marca Kościół wspomina świętego Józefa. Ale mało kto pamięta, że Opiekun Najświętszej Rodziny miał również swój udział w fatimskim cudzie słońca. Wydarzenia związane z ostatnim objawieniem w Fatimie są kluczowe dla zrozumienia stanu dzisiejszego świata, a więc tym bardziej istotna jest w nich rola świętego Józefa.

Po Cudzie słońca i punkcie kulminacyjnym objawienia się Najświętszej Panny, św. Józef także pojawił się trzem młodym jasnowidzom. Ksiądz John de Marchi w swojej książce Prawdziwa historia Fatimy opisuje to w ten sposób:

„Po lewej stronie słońca pojawił się św. Józef, trzymając na lewej ręce Dzieciątko Jezus. Św. Józef wyłaniał się z jasnego obłoku tylko na wysokości klatki piersiowej na tyle wystarczająco, by unieść dłoń i trzy razy uczynić, razem z Dzieciątkiem Jezus, znak krzyża nad światem. Gdy św. Józef robił znak krzyża, Najświętsza Panna stała w blasku po prawej stronie od słońca, ubrana w błękitne i białe szaty Matki Boskiej Różańcowej. Tymczasem Franciszek i Hiacynta byli skąpani we wspaniałych barwach i znakach słońca, a Łucja miała przywilej wpatrywania się w naszego Pana przybranego w czerwień jako Bożego Odkupiciela, gdy błogosławił świat, jak przepowiedziała Matka Boża. Podobnie jak święty Józef, był widziany jedynie od klatki piersiowej w górę. Obok Niego stała Najświętsza Panna, ubrana teraz w fioletowe szaty Matki Bożej Boleściwej, ale bez miecza. W końcu Najświętsza Panna objawiła się ponownie Łucji w całym swym eterycznym blasku, ubrana w proste, brązowe szaty z Góry Karmel”.

To ostatnie objawienie w Fatimie wskazuje na trzy konkretne formy nabożeństwa do Matki Bożej, do których praktykowania wzywa się nas w czasie „ostatecznej bitwy” przeciwko szatanowi. Są to nabożeństwa do Pełnego Boleści i Niepokalanego Serca Maryi, Różańca świętego oraz Brązowego Szkaplerza.

Jednakże przeogromne znaczenie ma także zwrócenie uwagi na to, że ostatnie objawienie w Fatimie kieruje nas także ku wstawiennictwu św. Józefa, którego nasz Pan skojarzył blisko z samym sobą w swoim błogosławieństwie udzielonym światu.

Ksiądz de Marchi zauważył:

„Nasz Pan, już tak bardzo obrażony grzechami ludzkości, a w szczególności znęcaniem się nad dziećmi przez urzędników rejonu, mógłby z łatwością tamtego bogatego w wydarzenia dnia zniszczyć świat. Jednakże nasz Pan nie przyszedł, by zniszczyć, ale zbawić. Zbawił świat tamtego dnia poprzez błogosławieństwo dobrego świętego Józefa oraz miłość Niepokalanego Serca Maryi do Jej dzieci na ziemi. Nasz Pan zatrzymałby wielką wojnę światową, która wówczas szalała i dał światu pokój poprzez świętego Józefa – oświadczyła później Hiacynta – gdyby dzieci nie zostały aresztowane i zabrane do Ourém”.

W święto Niepokalanego Poczęcia, 8 grudnia 1870 roku, bł. papież Pius IX, w następstwie próśb otrzymanych od biskupów z całego świata, ogłosił św. Józefa patronem Kościoła powszechnego „w tym szczególnie bolesnym czasie”, kiedy „sam Kościół jest osaczony przez wrogów z każdej strony i ciemiężony ciężkimi nieszczęściami tak, że bezbożni ludzie wyobrażają sobie, że bramy piekła wreszcie nad nim przeważają”.

Papież Leon XIII – któremu zostało objawione w roku 1884, że szatanowi będzie udzielona przez jakiś czas większa moc działania w celu zniszczenia Kościoła – ustanowił nowe nabożeństwo do św. Józefa w swojej encyklice Quamquam pluries, ogłoszonej w święto Wniebowzięcia Najświętszej Panny 15 sierpnia 1889 roku. Papież pisał:

„W okresach napięcia i próby – zwłaszcza, gdy wydaje się, że moce ciemności mają zezwolenie na każdy akt bezprawia – Kościół ma w zwyczaju błagać ze szczególnym zapałem i wytrwałością Boga, swojego Stwórcę i opiekuna, z odwołaniem się do wstawiennictwa świętych – a przede wszystkim Najświętszej Dziewicy, Matki Boga – której protekcja zawsze była najskuteczniejsza”.

Dalej wyjaśniał:

„Widzimy, że wiara, korzeń wszystkich cnót chrześcijańskich, zmniejsza się w wielu duszach; widzimy, jak zanika miłosierdzie; młode pokolenie dorasta codziennie w deprawacji moralności i poglądów; Kościół Jezusa Chrystusa jest atakowany ze wszystkich stron przez jawne siły lub przez przebiegłość; jest prowadzona nieustająca wojna toczona przeciwko Następcy Pierwszego Papieża; a same fundamenty religii są podważane ze śmiałością, która codziennie coraz bardziej nabiera na sile. W rzeczywistości sprawy te są tak dobrze znane, że nie ma potrzeby rozwodzić się nad głębokościami, na które spadło społeczeństwo w tych dniach, lub wzorcami, które teraz pochłaniają umysły ludzi. W okolicznościach tak nieszczęśliwych i niespokojnych ludzkie środki są niewystarczające i staje się konieczne, jako jedyny środek, błaganie o wsparcie ze strony Bożej mocy”.

Ponad stulecie później od ogłoszenia tej encykliki, zła wskazane przez papieża Leona XIII nasiliły się w stopniu, który był niewyobrażalny dla większości ludzi w roku 1889. Każdego dnia morduje się tysiące niewinnych dzieci z aprobatą rządów, które powinny je bronić, świętość małżeństwa jest bezczeszczona rozwodami, cudzołóstwem i antykoncepcją, a więzi pomiędzy rodzicami a ich dziećmi stają się rozmyślnie celem przeznaczonym na zniszczenie przez najpotężniejsze państwa i instytucje na świecie.

A najgorsze ze wszystkiego jest to, że sam papież jest odpowiedzialny za szerzenie się herezji, które odwodzą stado od Chrystusa ku wiecznemu potępieniu.

Papież Leon XIII zachęcał wiernych, tak jak Najświętsza Panna uczyni to dwadzieścia osiem lat później w Fatimie, by zwalczali te zła poprzez modlitwę Różańca świętego:

„Biorąc pod uwagę zbliżający się miesiąc październik, który już poświęciliśmy Maryi Dziewicy, pod tytułem Matki Bożej Różańcowej, szczerze zachęcamy wiernych do wykonywania ćwiczeń duchowych tego miesiąca, jeśli to możliwe, z jeszcze większą pobożnością i stałością niż dotychczas. Wiemy, że istnieje pewna pomoc w matczynej dobroci Dziewicy, i jesteśmy bardzo pewni, że nie na próżno pokładamy w Niej naszą ufność. Jeżeli podczas niezliczonych okazji, pokazała Ona swoją moc niosąc pomoc chrześcijanom na całym świecie, dlaczego mielibyśmy wątpić w to, że teraz odnowi swoją pomoc w postaci mocy i łaski, jeśli będziemy ofiarować Jej pokorne i nieustanne modlitwy ze wszystkich stron? Nie, wolimy wierzyć, że Jej interwencja będzie tym bardziej cudowna, ponieważ pozwoliła nam modlić się do Niej przez tak długi czas przez specjalne wezwania”.

Ale wówczas, raz jeszcze antycypując Fatimę, skierował wiernych także ku świętemu Józefowi:

„Ale My podejmujemy inny cel, do którego, w zależności od zwyczaju, Czcigodni Bracia, będzie można przejść z zapałem. Aby Bóg bardziej łaskawie wysłuchał Naszych modlitw, i aby okazał dobroć i gotowość pomocy swojemu Kościołowi, uważamy za niezwykle użyteczne dla ludu chrześcijańskiego, stale odwoływać się z wielką pobożnością i ufnością, razem z Dziewicą – Matką Boga, do Jej cnotliwego Małżonka, Błogosławionego Józefa; i traktujemy to jako najpewniejsze, że będzie to najprzyjemniejsze dla samej Dziewicy”.

Dalej papież wyjaśnia:

„Dom Boga, którym rządził Józef dzięki władzy ojca, zawarł w swoich granicach urodzony w niedostatku Kościół. Z tego samego faktu, że Najświętsza Dziewica jest Matką Jezusa Chrystusa jest Ona Matką wszystkich Chrześcijan, których urodziła na Górze Kalwarii wśród największych boleści Odkupienia; w ten sposób Jezus Chrystus jest pierworodnym wśród chrześcijan, którzy przez adopcję i Odkupienie są Jego braćmi. I z tych powodów Błogosławiony Patriarcha troszczy się o rzesze chrześcijan, którzy tworzą Kościół, jako o zawierzonych specjalnie jego powiernictwu – tę nieograniczoną rodzinę rozprzestrzenioną po całej ziemi, nad którą, ponieważ jest małżonkiem Maryi i Ojcem Jezusa Chrystusa, posiada, tak jak posiadał kiedyś, ojcowską władzę. Jest więc naturalne i godne, że Błogosławiony Józef, który zaspokajał wszystkie potrzeby Rodziny w Nazarecie i otaczał ją swoją ochroną, powinien teraz okryć płaszczem swojej niebiańskiej opieki i bronić Kościół Jezusa Chrystusa”.

W związku z tym Ojciec Święty ustanowił nową modlitwę do odmawiania po Różańcu świętym przez miesiąc październik. W jego zamierzeniu modlitwa ta miała być odmawiana nie tylko w październiku 1889 roku, ale w październiku każdego roku. Gdy przygotowujemy się do stulecia Cudu słońca, skorzystajmy z lekcji objawienia się św. Józefa w Fatimie i skierujmy do niego po pomoc i opiekę.

Święty Józefie, postrachu demonów, módl się za nami!

Matthew McCusker Źródło: LifeSiteNews Tłum. Jan J. Franczak 

***

Modlitwa do Świętego Józefa – napisana przez Papieża Leona XIII

Do Ciebie, święty Józefie, uciekamy się w naszej niedoli. Wezwawszy pomocy Twej Najświętszej Oblubienicy z ufnością również błagamy o Twoją opiekę. Przez miłość, która Cię łączyła z Niepokalaną Dziewicą Bogurodzicą i przez ojcowską Twą troskliwość, którą otaczałeś Dziecię Jezus, pokornie błagamy: wejrzyj łaskawie na dziedzictwo, które Jezus Chrystus nabył Krwią swoją i swoim potężnym wstawiennictwem dopomóż nam w naszych potrzebach. Opatrznościowy Stróżu Bożej Rodziny, czuwaj nad wybranym potomstwem Jezusa Chrystusa. Oddal od nas, ukochany Ojcze, wszelką zarazę błędów i zepsucia. Potężny nasz Wybawco, przybądź nam łaskawie z niebiańską pomocą w tej walce z mocami ciemności. A jak niegdyś uratowałeś Dziecię Jezus z niebezpieczeństwa, które groziło Jego życiu, tak teraz broń świętego Kościoła Bożego od wrogich zasadzek i od wszelkich przeciwności. Otaczaj każdego z nas nieustanną opieką, abyśmy za Twoim przykładem i Twoją pomocą wsparci mogli żyć świątobliwie, umrzeć pobożnie i osiągnąć wieczną szczęśliwość w niebie. Amen.

Litania do św. Józefa

Kyrie eleison,
Chryste eleison,
Kyrie eleison.
Chryste, usłysz nas.
Chryste, wysłuchaj nas.
Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
Synu Odkupicielu świata, Boże,
Duchu Święty, Boże,
Święta Trójco, jedyny Boże,
Święta Maryjo, módl się za nami.
Święty Józefie,
Przesławny Potomku Dawida,
Światło Patriarchów,
Oblubieńcze Bogurodzicy,
Przeczysty Stróżu Dziewicy,
Żywicielu Syna Bożego,
Troskliwy Obrońco Chrystusa,
Głowo Najświętszej Rodziny,
Józefie najsprawiedliwszy,
Józefie najczystszy,
Józefie najroztropniejszy,
Józefie najmężniejszy,
Józefie najposłuszniejszy,
Józefie najwierniejszy,
Zwierciadło cierpliwości,
Miłośniku ubóstwa,
Wzorze pracujących,
Ozdobo życia rodzinnego,
Opiekunie dziewic,
Podporo rodzin,
Pociecho nieszczęśliwych,
Nadziejo chorych,
Patronie umierających,
Postrachu duchów piekielnych,
Opiekunie Kościoła Świętego,
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

P: Ustanowił go panem domu swego.
W: I zarządcą wszystkich posiadłości swoich.

Módlmy się:
Boże, Ty w niewysłowionej Opatrzności wybrałeś świętego Józefa na Oblubieńca Najświętszej Rodzicielki Twojego Syna, spraw, abyśmy oddając Mu na ziemi cześć jako Opiekunowi, zasłużyli na jego orędownictwo w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Czy Judenrat „Gazety Wyborczej” będzie musiał dokonać przetasowań w Korpusie Autorytetów Moralnych

Przyczynek do dyskusji

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    19 marca 2024 michalkiewicz

Oj, chyba Judenrat „Gazety Wyborczej” będzie musiał dokonać przetasowań w Korpusie Autorytetów Moralnych, bo właśnie rozpoczyna się debata na temat aborcji. Feministry z vaginetu Donalda Tuska uradziły, żeby aborcję zalegalizować; jak któraś dama zechce się wyskrobać, to wystarczy, że zgłosi się do kliniki imienia Króla Heroda, a tam wyskrobią ją dokumentnie i – jeśli dobrze zrozumiałem intencje – chyba nawet za darmo – ale tylko do 12 tygodnia po bzykaniu, a ściślej – tak zwanym „zaskoczeniu”..

Skąd te 12 tygodni – tajemnica to wielka, w związku z czym rozmaici podejrzliwcy twierdzą, że tak nakazały rabiny. Ony podliczają wszystkie spółgłoski w Torze, potem wyciągają z tej sumy pierwiastek kwadratowy, od którego odejmują światową, roczną produkcję parasoli i w ten sposób wychodzi im 12 tygodni. To jest cała straszliwa wiedza, która tradycyjnie nazywa się „kabałą”, a nowocześnie – metodą naukową – ale jak zwał, tak zwał – a ostatnie słowo tak czy owak należy do rabinów, do których z zagadkowych powodów akomodują się wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu. W ten oto sposób rodzą się tak zwane „standardy”, które następnie przepoczwarzają się w niewzruszone dogmaty postępactwa. Toteż pogląd o decydującym charakterze 12 tygodnia nie tylko nie jest kwestionowany przez autorytety z wiadomego Korpusu, ale i przez tak zwany „świat nauki”, czyli utytułowanych hebesów, od których nie tylko w Collegium Humanum, ale i na uniwersytetach aż się roi.

Kiedyś wdałem się z jednym takim w dyskusję, bo oświadczył, że człowieczeństwa dostępuje się przy urodzeniu. Zapytałem go, czy na minutę przed urodzeniem, mamy już do czynienia z człowiekiem, czy jeszcze ze „zlepkiem komórek” – jak twierdzi moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus. Po namyśle zgodził się, że na minutę przed urodzeniem, to już tak, już z człowiekiem. – A na dwie minuty? – zapytałem. Po jeszcze dłuższym namyśle zgodził się, acz niechętnie, również na dwie minuty. A ja wtedy – a na trzy minuty? – I tak doszliśmy aż do początku, bo mój rozmówca, mimo coraz dłuższych namysłów, nie potrafił wskazać żadnego innego momentu. Nawiasem mówiąc, gdybyśmy na przykład mojej faworycie, Wielce Czcigodnej Joannie Scheuring-Wielgus, rozłupali głowę siekierą, to jestem pewien, że poza „zlepkiem komórek” niczego innego byśmy tam nie znaleźli. Skoro tak, to wypływają z tego dwa wnioski.

Po pierwsze – osoby zarejestrowane w Urzędach Stanu Cywilnego nie mają żadnego powodu do nadymania się wobec „zygot”, bo między taką zwyczajną „zygotą”, a zygotą wyrośniętą nie ma żadnej istotnej różnicy. Powiem więcej; zygota wyrośnięta, a zwłaszcza – przerośnięta, stwarza znacznie więcej problemów, niż zygota zwyczajna. Zajmuje więcej miejsca w przestrzeni, robi rozmaite świństwa, nie mówiąc już o głupstwach, jak na przykład – walka z klimatem, w która zygoty zwyczajne się nie angażują, a przede wszystkim – zostawia za sobą ślad węglowy, a często nawet gorszy, bo z domieszką rozmaitych cuchnących gazów. W zwiazku z tym – po drugie – nie ma żadnych przeszkód, by zalegalizować również tak zwaną aborcję opóźnioną, to znaczy – ukręcanie karku osobom już urodzonym, nawet urodzonym dawno. Skoro „kobiety” już nie mogą bez aborcji wytrzymać, to niech każdy inny ma, czego najbardziej chce. Ja na przykład chętnie przeprowadziłbym aborcję opóźnioną pewnej utytułowanej damy, której nazwiska nie wypowiem, bo myślę, że każdy wie o kogo chodzi: „stwór podeszły wiekiem, co kobietą być już przestał, a nigdy nie był człowiekiem…” – jak mówi poeta.

Wróćmy jednak do Judenratu i Korpusu Autorytetów Moralnych. Wydawałoby się, że do tego Korpusu należy pan prof. Adam Strzembosz, bo jak tylko było trzeba, to odwiedzał go jakiś funkcjonariusz Propaganda Abteilung wiadomego Judenratu, a pan profesor ćwierkał zawsze z prawidłowego klucza, dzięki czemu mikrocefale wiedziały, co myślą. Ostatnio jednak coś musiało się zaciąć w tym mechanizmie, bo pan profesor wygłosił płomienną filipikę przeciwko inicjatywie ustawodawczej vaginetu Donalda Tuska w sprawie aborcji. Powiedział, że projekt jest nie tylko niezgodny z konstytucją, ale w dodatku – „sprzeczny z nauką”. Ładny interes! Co na takie dictum powiedzą rabiny? Pal diabli konstytucję, która rabinów pewnie obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg, ale „nauka”? Od kiedy to kwestionujemy naukowe metody wprowadzone przez „naukę przodującą”, którą tak cenił Ojciec Narodów, Chorąży Pokoju, Józef Stalin? Nie ma co; Judenrat będzie musiał podjąć i to w trybie pilnym, stosowne decyzje i wykluczyć pana prof. Adama Strzembosza z Korpusu Autorytetów Moralnych.

Dodatkowym argumentem może być okoliczność, że pan profesor ześlizguje się na pozycje wstecznictwa, nieudolnie asekurując się nawoływaniem do „kompromisu aborcyjnego” i oczekując na „referendum”. Jak pamiętamy, kompromis aborcyjny polegał na tym, że w dni parzyste aborcja była legalna, a w nieparzyste – nie. Konkretnie chodziło o to, że aborcja była legalna w przypadku „poważnej choroby” dziecka. Nawiasem mówiąc, jest to dodatkowy argument za legalizacją aborcji opóźnionej, bo przecież dzieci zapadają na poważne choroby również po urodzeniu, nie mówiąc już o osobnikach dorosłych, których dotykają rozmaite przypadłości, których leczenie niepotrzebnie pochłania środki, za które zdrowi mogliby przecież i wypić i zakąsić. Być może niedokładnie zrozumiałem pana profesora, ale wydaje mi się, że potępiając wyrok TK, wskazujący, iż konstytucyjna ochrona życia nie jest uzależniona od tego, czy człowiek jest duży, czy mały, zdrowy, czy chory, zostawia sobie furtkę umożliwiającą powrót do wiadomego Korpusu, jak tylko kurz opadnie – ale na razie, Judenrat nie może chyba takich samowolnych wyskoków tolerować. Tym bardziej, że optując za „referendum”, przechodzi z nieubłaganego gruntu postępu na ciemnogrodzkie trzęsawisko „Trzeciej Drogi”.

Nawiasem mówiąc, skoro już referendum, to dlaczego tylko w sprawie aborcji? Dlaczego nie postawić pytania, czy by nie zalegalizować kradzieży? W końcu więcej obywateli kradnie, niż się wyskrobuje, więc rozszerzenie referendum na legalizację kradzieży wychodziłoby naprzeciw przywracaniu, a nawet rozszerzaniu demokracji oraz równości wszystkich 77 płci. Dlaczego tylko skrobiące się „kobiety” mają być uprzywilejowane, a mężczyźni, którzy dokonują ekspropriacji na przykład, by dzięki zdobytym w ten sposób środkom uzyskać una dolce sonrisa de mujer querida, narażają się na to, że będą przez lata jęczeć i szlochać w jakiś lochu, podczas gdy mujer querida nawet jak zaskoczy, to się wyskrobie? To rażąca nierówność wobec prawa, na którą zwracam uwagę Wielce Czcigodnej feministry z vaginetu Donalda Tuska, Katarzyny Kotuli.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Zielony Ład i klimatyzm to łabędzi śpiew Unii Europejskiej

Zielony Ład i klimatyzm to łabędzi śpiew Unii Europejskiej

Autor: wawel , 19 marca 2024

O tym, że Zielony Ład jest ostatecznym i niepodważalnym dowodem na to,

  1. Unia Europejska jest absurdalną instytucją
  2. Unia Europejska jest kukłą międzynarodowych lobbistów
  3. Unia Europejska forsując Zielony Ład i bezgotówkowość jest w stanie schyłkowym i na prostej drodze do tego, że wkrótce przestanie istnieć.

Warto w całości i dokładnie wysłuchać.

O autorze: wawel

Zbrodnie Izraela: UNICEF: W Strefie Gazy zginęło ponad 13 tysięcy dzieci.

18 marca 2024

UNICEF: w wojnie w Strefie Gazy zginęło ponad 13 tysięcy dzieci

pch24.pl/unicef-w-strefie-gazy-zginelo-ponad-13-tysiecy-dzieci

(Protest antyizraelski, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: EPA/MAURI RATILAINEN / PAP)

Szefowa Agencji ONZ na Rzecz Dzieci (UNICEF) Catherine Russell poinformowała w niedzielę, że od początku wojny w Strefie Gazy zginęło ponad 13 tysięcy dzieci. Zaznaczyła, że wiele dzieci w palestyńskiej enklawie cierpi z powodu poważnego niedożywienia i „nie ma nawet siły płakać”.

Tysiące dzieci zostały ranne, a nawet nie jesteśmy w stanie określić, gdzie one się znajdują. Mogą tkwić pod gruzami… Nie zaobserwowaliśmy takiego wskaźnika zgonów wśród dzieci w prawie żadnym innym konflikcie na świecie – powiedziała dyrektor wykonawcza UNICEF Catherine Russell w programie CBS News.

Przebywałam na szpitalnych oddziałach dzieci, cierpiących na ciężką anemię i niedożywienie, na całym oddziale panuje absolutna cisza. Ponieważ dzieci, niemowlęta… nie mają nawet siły płakać – mówiła.

Russell dodała też, że transport ciężarówkami pomocy humanitarnej do Strefy Gazy wiąże się z „bardzo poważnymi wyzwaniami biurokratycznymi”.

Źródło: PAP

pap logo

https://pch24.pl/strefa-gazy-od-poczatku-wojny-zginelo-blisko-29-tys-palestynczykow/embed/#?secret=XDtmXr9Tof#?secret=mA8GX6R9bU

Szkodliwa rola CDC w próbach zmniejszenia eksplozji kiły: Ignoruje przyczyny i szkodzi dzieciom.

Szkodliwa rola CDC w próbach zmniejszenia eksplozji kiły: Ignoruje przyczyny i szkodzi dzieciom

The CDC’s Failure to Eliminate Syphilis Ignores Causes and Harms Babies

Amerykańskie Centra Kontroli Chorób (CDC) ponownie ogłaszają kryzys opieki zdrowotnej, który narasta w Ameryce. Fakty są surowe i groźne.

Kryzys dotyczy kiły – choroby wenerycznej, która atakuje osoby prowadzące rozwiązły tryb życia. Kampanie przeciwko rozwiązłości od dawna skutecznie zwiększają świadomość społeczną na temat przyczyn i skutków tej choroby. Leczenie antybiotykami również znacząco pomogło w opanowaniu choroby.

Z wysokiego poziomu 450 przypadków kiły na 100 000 osób w latach czterdziestych liczba przypadków spadła do tego stopnia, że niektórzy wierzyli, że choroba zostanie skutecznie wyeliminowana w Ameryce na przełomie XXI i XXI wieku.

Wskaźniki zachorowań teraz gwałtownie rosną z powodu „zmian kulturowych”

Jednak do tego zniknięcia nie doszło. Niski wskaźnik wynoszący poniżej 32 000 przypadków kiły w 2000 r. gwałtownie wzrósł do  ponad 207 000 w 2022 r . Problem nie znika.

Przyczyny nie są wyłącznie medyczne. Podobnie jak wiele innych spraw związanych z CDC, centra wprowadzają do swych ocen czynniki kulturowe i lewicowe, które mogą kosztować życie Amerykanów, jeśli nie zajmą się przyczynami.

Centrum podaje na przykład, że kryzys szczególnie dotyka „osoby w ciąży” i ich dzieci. Użycie terminu „osoby w ciąży” jest wymownym sygnałem, że CDC wprowadza do swojej medycyny „idee przebudzenia” [woke]. Tej nazwie towarzyszy akceptacja rozwiązłego stylu życia i praktyk, które sprzyjają rozprzestrzenianiu się kiły.

Tragedia matek w ciąży

Przypadki matek w ciąży są szczególnie tragiczne i pilne. Odsetek matek zakażonych kiłą podczas ciąży w 2022 r. wyniósł 280 na 100 000 urodzeń , w porównaniu z 87 na 100 000 urodzeń w 2016 r.

To, co czyni tę chorobę tak wyniszczającą, to fakt, że kobiety w ciąży (a nie ludzie) mogą przenieść zakażenie kiłą na swoje dzieci w łonie matki.

Choroba może mieć następujące skutki: poronienie, urodzenie martwego dziecka, ślepota, przedwczesny poród, poważne problemy zdrowotne po porodzie lub śmierć niemowlęcia. W 2022 r. chorych na kiłę dzieci urodziło się ponad 3700 , dziesięć razy więcej niż w 2012 r.

Odmowa zajęcia się przyczynami

Kiła zawsze była znana jako choroba przenoszona drogą płciową, na którą atakują osoby żyjące rozwiąźle. Wielu historyków doszukuje się jego pochodzenia w Nowym Świecie , skąd później przedostał się do Europy po powrocie Kolumba.

Logiczną strategią zmniejszenia liczby przypadków byłoby zniechęcanie do rozwiązłego życia. Takie działania rozwiązałyby problem przed jego wystąpieniem, a nie po nim.

CDC wykluczyło jednak taką strategię. Jego głównym celem jest promowanie badań stanu zdrowia osób żyjących rozwiąźle. Przedstawiciele służby zdrowia upierają się, że badania krwi osób „aktywnych seksualnie” byłyby znaczącym krokiem w obniżeniu tej liczby. [Im chodzi o kurwy. MD]

Odrzucenie tradycyjnego

[chrześcijańskiego md]

podejścia.

W ten sposób CDC odchodzi od tradycyjnego podejścia do kiły i przyjmuje program zgodny ze wszystkimi hasłami rewolucji seksualnej, która spowodowała tyle nędzy i śmierci.

Stara strategia była jasna. Nie rozwiązała problemu moralnego, ale ukazała niebezpieczeństwo zarażenia się tą chorobą, zalecając pewny sposób jej uniknięcia: powstrzymywanie się od rozwiązłości seksualnej.

Działanie polegało na szeroko zakrojonej kampanii edukacyjnej na temat niebezpieczeństw związanych z rozwiązłymi zachowaniami. Z chorobą związany był element strachu, ponieważ ludzie mogli zobaczyć konsekwencje swoich działań.

Choroba miała jednak także piętno społeczne, polegające na tym, że ludzie odczuwali niemoralny aspekt swojego zachowania. Ten strach przed wstydem odegrał również swoją rolę w kontrolowaniu tej wysoce zaraźliwej choroby.

Narzucenie infrastruktury zdrowia publicznego

Obie te zdrowe obawy pomogły ludziom uniknąć ryzykownych sytuacji.  Zmniejszało to liczbę przypadków kiły. Podejście to zależało od tętniącej życiem infrastruktury społecznej, która mogła przekazać swoje przesłanie.

Załamanie zdrowia publicznego

Jednak ta polityka już nie obowiązuje. Urzędnicy twierdzą, że infrastruktura zdrowia publicznego uległa implozji. W sytuacji rozpadu rodziny i społeczności kampanie edukacyjne stają się coraz trudniejsze.

Przede wszystkim nie ma już tego poczucia moralności publicznej ani religijnego pojęcia grzechu, które potępiałyby rozwiązłość seksualną. Relacje seksualne poza małżeństwem są obecnie głównym nurtem. Duchowni i przywódcy świeccy nie ostrzegają przed tym zagrożeniem dla społeczeństwa.

Na przykład ponad jedna trzecia  przypadków kiły występuje u mężczyzn uprawiających seks z mężczyznami, ponieważ w tej grupie, która stanowi około czterech procent męskiej populacji w Ameryce, istnieje o wiele większe prawdopodobieństwo posiadania wielu partnerów seksualnych.

Normalizowanie seksualności i eksploracji seksualnej, a nie jej oczernianie

Tym samym CDC w pełni przyjęła rewolucję seksualną jako swój przewodnik dotyczący radzenia sobie z kryzysem. Obecnie automatycznie zakłada, że wszyscy ludzie będą aktywni seksualnie i stara się kontrolować szkody, gdy konsekwencje zniszczą zdrowie – a nawet krzywdzą niewinne dzieci.

Podstawowym narzędziem zapobiegawczym jest badanie na kiłę. Urzędnicy CDC nalegają, aby zdestygmatyzować te testy. „Ludzie nie powinni mieć wyrzutów sumienia z powodu swojego zachowania lub zarażania innych.”

To destygmatyzacja polega na uznaniu są normalną seksomanii i eksploracji seksualnej [[to jest ROZPUSTY md] , a nie na jej potępianiu.Ta tendencja polega na tym, aby zamienić test w niemal mechaniczne badanie przeprowadzane po aktywności seksualnej. Polityka ta zapewnia rozwiązłe osoby i ich partnerów, że mogą kontynuować destrukcyjne relacje, które powodują choroby.

Urzędnicy wzywają do wyeliminowania czynnika strachu. Nie należy się już bać tej choroby, ponieważ leczenie antybiotykami (obecnie ich brakuje) może sprawić, że kiła zniknie. Czyny nie muszą mieć konsekwencji.

Ludzie nie muszą się już wstydzić, ale mogą z dumą głosić swoją [rozbuchaną md] seksualność podczas wizyt przypominających niemal kontrolę grypy. Wszelkie względy moralne nie wchodzą w grę.

Przede wszystkim CDC przyznaje rządowi główną rolę w walce z kiłą, zapewniając fundusze, opracowując programy i docierając do społeczności znajdujących się w niekorzystnej sytuacji. Instrukcje CDC zdołały włączyć do równania „politykę tożsamości”, obwiniając za ten wzrost nierówności ekonomiczne, a nie zachowania moralne.

Jest to problem moralny, który musi stanowić część rozwiązania. Skutkiem tej obecnej polityki CDC będzie dolanie benzyny do ognia. Pobudza nieokiełznane namiętności do większej intensywności i szkodzi dzieciom, które przeżyją aborcję.

Zagrożenia suwerenności. Część II: Globalizm

Zagrożenia polskiej suwerenności. Część II: Globalizm ekspedyt/zagrozenia-polskiej-suwerennosci

W przekazie głównego nurtu o globalizmie mówi się niewiele, stąd też mało kto postrzega go jako realne zagrożenie dla suwerenności państw i wolności narodów. Opinia publiczna, choć świadoma istnienia licznych ponadnarodowych organizacji, nie interesuje się kwestią kluczową, czyli do czego tak naprawdę organizacje te służą. Mało kto interesuje się też tekstami źródłowymi, a te są dla zrozumienia całego zagadnienia fundamentalne. Globalizm to nowa ideologia, która – podobnie jak wszystkie inne ideologie – dąży do hegemonii w sferze politycznej i społecznej.

Przede wszystkim należy rozpocząć od rozróżnienia pojęć globalizacji i globalizmu, które są ze sobą często mylone. Globalizacja to ogół zachodzących na świecie procesów, które prowadzą do większej współzależności państw, gospodarek, kultur, etc. Globalizm natomiast to – w interesującym nas kontekście – zbiór poglądów, który uznaje globalizację za najwłaściwszy kierunek polityczny i poprzez jej wykorzystanie chce doprowadzić do scalenia świata w jeden polityczny organizm lub szereg organizmów politycznych (np. bloków kontynentalnych) podległych instytucjom międzynarodowym.

Problem z globalizmem jest taki, że można go definiować na bardzo wiele różnych sposobów. Nas interesuje globalizm w kontekście politycznym. Trudno jest jednoznacznie orzec, czy współczesny globalizm jest ideologią, lecz stwierdzenie takie nie jest pozbawione sensu. Jeżeli przyjmiemy, że ideologia to zbiór światopoglądów, za pośrednictwem których dąży się do stworzenia holistycznej interpretacji świata oraz wizji jego przekształcenia, globalizm w nowoczesnym wydaniu zaczyna nabierać ideologicznego kształtu. Stąd też dla ułatwienia wywodu w dalszej części tekstu globalizm będzie przeze mnie określany ideologią lub neoideologią. To drugie pojęcie lepiej odzwierciedla stan jego rozwoju – podkreśla ono fakt, że globalizm to ideologia, która nie jest jeszcze w pełni wykrystalizowana, lecz cały czas formuje się pod wpływem ideologów.

Kim są z kolei ideolodzy współczesnego globalizmu? Na przestrzeni historii pojawiało się wiele postaci, które rozważały możliwość powstania czy to jednego światowego organizmu państwowego, czy też ponadnarodowej organizacji, która miałaby sprawować kontrolę nad teoretycznie niepodległymi, lecz w zasadzie całkowicie pozbawionymi suwerenności państwami. Ideowych korzeni współczesnego globalizmu można dopatrywać się już w XVIII wieku, jednakże dla lepszego zrozumienia tego czym jest globalizm współczesny, należy skupić się na ideologach globalistycznych XX i XXI wieku.

Współczesny globalizm jest bowiem ściśle powiązany z filozoficznym ruchem transhumanizmu i niemożliwe jest analizowanie tej ideologii bez wzięcia tego czynnika pod uwagę. Podobnie jak rozwój idei Marksa powiązany był ściśle z rozpowszechnieniem się rewolucji przemysłowej w państwach Zachodu, rozwój współczesnego globalizmu wiąże się z galopującym postępem technologicznym („czwartą rewolucją przemysłową” w terminologii Klausa Schwaba). Jest to bardzo istotne z tego względu, że rozwój technologiczny w dziedzinach takich jak informatyka, genetyka, implantologia czy medycyna stanowi dla globalistów jeden z najważniejszych obszarów zainteresowania. Rozwój ten ma też być kluczowym dowodem na to, że globalizm jako ideologia jest dziś potrzebny całemu światu.

W ostatnich latach naczelne miejsca wśród globalistycznych ideologów zajęli wspomniany wyżej Klaus Schwab, założyciel i prezes zarządu Światowego Forum Ekonomicznego, oraz Yuval Noah Harari, izraelski historyk i były stypendysta Fundacji Rotschildów. Choć trudno jest powiedzieć jaką rolę realnie odgrywają ci dwaj myśliciele w ruchu globalistycznym (nie musi być to wcale rola wiodąca), to należy poważnie traktować publikowane przez nich prace, gdyż łącząc je ze sobą, możemy ideologię neoglobalizmu spiąć w jedną logiczną całość. Schwab w swoich pracach tworzy podwaliny pod ideologię globalistyczną w wymiarze polityczno-ekonomicznym, natomiast Harari w wymiarze społeczno-kulturowym. Jeżeli weźmiemy w dodatku pod uwagę fakt, że Harari należy do grona doradców Schwaba i współpracuje ze Światowym Forum Ekonomicznym, to rozważanie poglądów tych dwóch autorów zbiorczo staje się tym bardziej uzasadnione.

Stąd też na naszych łamach globalizm nazywamy czasami zamiennie pojęciem schwabizm-hararizm, nawiązując w ten sposób do terminu marksizm-leninizm.

Następnie należy określić kim są sami globaliści. Co ciekawe, środowiska globalistyczne nie posiadają swojego formalnego politycznego przedstawicielstwa. W parlamentach krajów zachodnich nigdzie nie znajdziemy Partii Globalistów, gdyż takie partie nie istnieją. Nie istnieje też (przynajmniej oficjalnie) globalistyczna międzynarodówka, choć zdaje się, że do tej roli aspiruje kilka ponadnarodowych inicjatyw ze Światowym Forum Ekonomicznym (WEF) na czele. Nie oznacza to jednak, że nie ma na świecie partii, które służą globalistycznym interesom. Zastanawiający w tym kontekście może być fakt, że zarówno podczas corocznych spotkań WEF, jak i dwóch innych istotnych globalistycznych gremiów, czyli Grupy Bilderberg i Komisji Trójstronnej, pojawiają się politycy najróżniejszych opcji politycznych (we wszystkich tych gremiach pojawiają się często te same nazwiska), dzięki czemu widać, że globaliści preferują oddziaływanie na politykę poprzez jednostki. Wielu polityków sprawujących ważne stanowiska w Unii Europejskiej oraz państwach członkowskich Unii, w młodości było wspieranych finansowo przez rozmaite organizacje i fundacje promujące globalizm, stanowiące realne narzędzie do tzw. kreowania liderów, bo tak określają ten proces sami globaliści. O sposobie kreowania „liderów” lokalnych jako skutecznej strategii politycznej pisze w swoich książkach George Soros, prominentny globalista i promotor idei społeczeństwa otwartego.

Uzupełniając wywód na temat globalistów pozwolę sobie zacytować fragment tekstu mojego redakcyjnego kolegi Bartosza Kopczyńskiego. W tekście tym red. Kopczyński globalistów określa w następujący sposób:

„Jest to grupa międzynarodowych kapitalistów o globalnym zasięgu swych interesów. Niewiele pewnego możemy o nich powiedzieć, nie znamy bowiem szczegółowych ról i ustaleń. Musimy więc polegać na wiedzy historycznej i per analogiam transponować ją na współczesność. Wynika z tego, że globalną rewolucyjną grupę inicjatywną stanowią ludzie z kilkunastu rodzin bankierskich, o przeważającym pochodzeniu korzenno – anglosaskim, których główną siedzibą są Stany Zjednoczone i Londyn. Źródłem ich władzy jest zarządzanie kreacją, emisją, przepływem i wymianą pieniądza. Większość opinii publicznej nie ma świadomości, jak długo już trwają ich zmagania ze światem i ludzkością. Moja obecna wiedza pozwala na wskazanie tego momentu, w którym zwykli bankierzy stali się globalistami, i jest to początek XIX w. Ludzie ci przekazują sobie majątki, struktury władzy, wpływy i wiedzę z pokolenia na pokolenie. W globalistycznych rodach panuje wewnętrzny konserwatyzm obyczajowy, wyraźna struktura patriarchalna, wewnętrzna solidarność oraz współpraca między rodami. Jest to modus vivendi et operandi dokładnie przeciwny do tego, który aplikują wszystkim innym ludziom. Dzięki temu dokonali tak wielkiej kumulacji majątków, władzy i wpływów. Dzięki temu tak skutecznie ingerują w rozwój ludzkości.”

Ważne jest także to o czym red. Kopczyński wspomina w dalszej części swojego tekstu, wymieniając szereg ponadnarodowych organizacji, które służą globalistom jako narzędzia do realizacji panglobalnej polityki. Obok wspomnianych już przeze mnie Światowego Forum Ekonomicznego, Grupy Bilderberg, Komisji Trójstronnej i Unii Europejskiej, na tej liście znajdują się też instytucje takie jak ONZ, OECD, WHO, Bank Światowy, Klub Rzymski czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Znaczenie tych instytucji dla poszerzania globalistycznych wpływów na świecie zdaje się bardzo niedoceniane przez współczesne społeczeństwa Zachodu, które zdają się kompletnie nie rozumieć tego jaką rolę te instytucje w rzeczywistości odgrywają. Tymczasem jak pisze Klaus Schwab przyszłość należy właśnie do nich.

Schwab nie postuluje oficjalnie utworzenia rządu światowego, ale jest zwolennikiem rozwiązania, które de facto oznaczałoby ni mniej, ni więcej to samo. Według niego państwa narodowe nie są w stanie rozwiązywać współczesnych problemów globalnych związanych z m.in. zagrożeniami bezpieczeństwa, zmianami klimatu, terroryzmem, ryzykiem związanym z wymknięciem się spod kontroli rozwoju technologicznego. Z tego też względu państwa narodowe powinny się stopniowo zrzekać swoich własnych kompetencji na rzecz instytucji międzynarodowych, niekoniecznie tych już istniejących. Schwab nazywa to działaniem przez „wspólną platformę”. O możliwości powstania „rządu światowego” wprost pisze z kolei Harari.

Tzw. problemy globalne stanowią klucz do zrozumienia współczesnego globalizmu. Globalistyczna narracja głosi, że ludzkość w XXI wieku znajduje się w stanie permanentnego kryzysu, który jest tak naprawdę skutkiem jej działania. Problemy, które narosły w wyniku szkodliwej działalności człowieka stanowią zagrożenie egzystencjalne dla miliardów ludzi na całym świecie. Państwa narodowe w obliczu tych wszechobecnych zagrożeń przestają według globalistów spełniać taką rolę, jaką mogły odgrywać jeszcze 50 czy 100 lat temu. Nie są one bowiem w stanie rozwiązywać problemów globalnych, a co gorsza – narodowy egoizm utrudnia międzynarodową współpracę i prowadzenie skoordynowanych działań na rzecz walki z globalnymi problemami. Wobec tego świat powinien dostosować się do tej nowej rzeczywistości i odchodząc od archaicznej formy organizacji politycznej w postaci państw narodowych, wejść w erę globalnej, ponadnarodowej współpracy.

Globalne problemy mogą rozwiązać tylko globalnie działające instytucje. Państwa narodowe powinny więc przekazać swoje własne uprawnienia na rzecz tych instytucji, aby możliwe było rozwiązanie problemów zagrażających ludzkości. Stąd też np. aby skuteczniej walczyć z przyszłymi pandemiami (dla globalistów stanowi pewnik, że będą one miały miejsce, o czym wspominają zarówno Schwab, Bill Gates, jak i sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres), państwa narodowe powinny całkowicie podporządkować swoje systemy opieki zdrowotnej Międzynarodowej Organizacji Zdrowia (WHO), która mogłaby o wiele skuteczniej wprowadzać określone rozwiązania mające pandemiom zapobiegać, np. ogólnoświatowy lockdown czy ogólnoświatowy nakaz szczepień.

Jeżeli czytali Państwo część I niniejszego cyklu [powyżej -AC] to zapewne pamiętają Państwo, że podobny model działania przyjęła na naszym kontynencie Unia Europejska. Proces federalizacyjny, czyli przekształcenie Unii w superpaństwo miałby przebiegać w dokładnie ten sam sposób – państwa narodowe niezdolne do rozwiązywania problemów w skali europejskiej i globalnej (gdyż UE także posiada takie aspiracje) powinny delegować swoje kompetencje na rzecz Komisji Europejskiej, czy też innego organu, który miałby się z niej w przyszłości wyłonić, aby ta mogła „skuteczniej” zarządzać polityką europejską. Co istotne, tego rodzaju okoliczności zostały przewidziane w obowiązującej Konstytucji RP z roku 1997.

W artykule 9 punkt 2 czytamy: „Rzeczpospolita Polska może na podstawie umowy międzynarodowej przekazać organizacji międzynarodowej kompetencje organów władzy państwowej w niektórych sprawach”.

Prawda jest jednakże taka, że globaliści już teraz posiadają ogromną kontrolę rozciągającą się na wielu kluczowych z punktu widzenia polityczno-ekonomicznego obszarach. Red. Kopczyński w swoim tekście wymienia pośród tych obszarów m.in.: organizacje ponadnarodowe, międzynarodowe, eksperckie, pozarządowe; system bankowy; globalne firmy wszystkich branż, czyli przemysł, handel, technologia; media i przemysł rozrywkowy. Poza tym wpływy globalizmu obecne są także na szeroką skalę w świecie nauki oraz w Kościele Katolickim.

Zagrożenie globalizmu dla suwerenności Polski, a w zasadzie wszystkich państw Zachodu wynika więc – podobnie jak w przypadku zagrożenia ze strony UE – z globalistycznych tendencji do demontażu państw narodowych poprzez odebranie przynależnych im kompetencji na rzecz organizacji międzynarodowych. Na ten moment nie chodzi więc o żadne proklamowanie światowego państwa czy rządu światowego, jak często w uproszczony sposób wyobrażają sobie ludzie świadomi zagrożenia ze strony globalizmu. Podobnie jak w przypadku UE jest to zagrożenie pełzające, które można by też przyrównać do powolnego gotowania żaby. Zagrożenie suwerenności państwa ze strony globalizmu nie jest gwałtowne i natychmiastowe, jak w przypadku zbrojnej agresji wrogiego państwa. To zagrożenie wynika z procesów zachodzących stopniowo, na przestrzeni wielu lat, a w obecnych czasach, w których międzynarodowy system finansowy charakteryzuje się nieustająco rosnącym zadłużeniem państw, globaliści posiadający dominujące wpływy w systemie bankowym posiadają wszelkie narzędzia ku temu, by procesy te jeszcze bardziej zintensyfikować.

Jeżeli zagrożenie wynikające z sukcesów globalizmu dotyczy państwa, to tak samo dotyczy narodu dane państwo zamieszkującego. Już dziś w warunkach systemu demoliberalnego naród posiada niewielki wpływ na to w jaki sposób kształtowane jest państwo. W warunkach globalizmu ten wpływ spadłby do zera. Oznacza to, że społeczeństwa w gruncie rzeczy zostałyby pozbawione możliwości decydowania o swoim losie, gdyż wszelkie wytyczne przychodziłyby z góry, do której nie byłoby możliwości się odwołać. Brzmi to abstrakcyjnie? Wystarczy, że wrócimy do osławionego przykładu WHO. Załóżmy, że faktycznie traktat pandemiczny WHO zostaje podpisany przez wszystkie państwa świata i w nadchodzących latach dochodzi do ogłoszenia stanu globalnej pandemii. WHO uznaje arbitralnie, że w Polsce należy wprowadzić lockdown. Jeżeli bowiem WHO posiadłoby takie kompetencje, rząd staje się tak naprawdę jedynie podwykonawcą i musi polecenia spełniać, bo traktatowo się do tego zobowiązał. Wyobraźmy sobie, że społeczeństwo polskie w zdecydowanej większości nie zgadza się z decyzją WHO, jednakże państwowe służby zobowiązane są do zaprowadzenia w narodzie posłuszeństwa. W takiej sytuacji społeczeństwo nie ma nawet możliwości wywarcia jakiejkolwiek presji na ośrodki decyzyjne, gdyż te, oddalone od Polski o tysiące kilometrów, nie za bardzo interesowałyby się zdaniem opinii publicznej.

Oczywiście jest to tylko scenariusz teoretyczny i – jak to zwykle z utopiami bywa – w praktyce niewiele miałby wspólnego z górnolotnymi założeniami. Jeżeli jednak weźmiemy pod uwagę rozwój technologiczny i możliwości likwidowania wszelkiego oporu za pomocą narzędzi cyfrowych (tak jak Trudeau postąpił z protestującymi w Kanadzie), nie jest to coś niemożliwego. Tutaj należy postawić więc pytanie o to czy globalistyczna, utopijna wizja świata pod nadzorem wielkich organizacji ponadnarodowych jest w ogóle wykonalna. Otóż odpowiedź na to pytanie brzmi: tak – dokładnie tak samo, jak możliwe było realizowanie innej globalistycznej utopii, czyli komunizmu, którego globalizm jest w dużej mierze ideowym spadkobiercą. Utrzymanie w szyku dużych, niejednolitych kulturowo obszarów możliwe jest jedynie poprzez tyranię i w tym właśnie tkwi największe zagrożenie ze strony globalizmu, że pod postacią szlachetnych haseł walki o lepsze jutro planety i dobrobyt ludzkości, kryje się realna groźba cyfrowej, technologicznej tyranii na niespotykaną w historii świata skalę.

___________

Zagrożenia polskiej suwerenności. Część II: Globalizm, Dominik Liszkowski, 23 sierpnia 2023

−∗−

Warto porównać:

Trwa batalia o polską niepodległość. Otwórzmy oczy Polakom! – Ordo Iuris
Przed nami epokowe wyzwanie. Musimy dotrzeć do wszystkich Polaków z informacją, że referendum dotyczy w rzeczywistości oddania suwerenności; że utrata niepodległości to konkretne szkody dla każdego Polaka. I tylko powszechny […]

___________

Postaw czerwonego sukna czyli o farsie politycznej
Społeczeństwo III RP jest społeczeństwem, które z punktu widzenia politycznego, z punktu widzenia zdolności do realistycznej oceny politycznej sytuacji, jest społeczeństwem skrajnie infantylnym. Po pierwsze nie potrafi ono zidentyfikować, jakie […]

___________

Jak odzyskać niepodległość. Aspekty formalne, materialne i… nasze cechy
Naród jednak nie chce odzyskiwać niepodległości z powodu dwojakiej niewiedzy: nie wie, że ją utracił, i nie wie, że nie jest narodem. Jak to rozumieć? Wydaje się sprzeczne, jednak pozornie. […]

___________

Czas nowego antysystemu
Pojęcie antysystemu należy całkowicie zredefiniować. Nowy antysystem nie może odnosić się już tylko do kontestacji systemu politycznego państwa – musi on brać pod uwagę system globalny, którego dynamiczna ewolucja zmienia […]

___________

Czerwony ład unijny czyli pełen wachlarz zakazów
Miesiąc miodowy z Unią Europejską już dawno za nami, a teraz rozwija się szara codzienność związku. Okazuje się więc, że związek ten nie jest ani z miłości, ani z rozsądku. […]

−∗−

O autorze: AlterCabrio

If you don’t know what freedom is, better figure it out now!

Zagrożenia polskiej suwerenności. Część I: Unia Europejska

Zagrożenia polskiej suwerenności

Autor: AlterCabrio , 18 marca 2024 ekspedyt/zagrozenia-polskiej-suwerennosci

Słowem, które najlepiej obrazuje dzisiejszy stan społeczeństwa polskiego jest zobojętnienie. Podczas gdy ogromna część społeczeństwa zanurza się od prawie dwóch dekad w jałowym, kompletnie rujnującym polską wspólnotowość konflikcie politycznym między dwoma partiami konsekwentnie demontującymi Państwo Polskie, szerzy się całkowita obojętność i ignorancja w stosunku do realnych problemów i niebezpieczeństw zagrażających polskiej suwerenności. Co gorsza – media podtrzymują poziom świadomości społecznej na tak żałośnie niskim poziomie, że niemożliwa stała się już normalna i merytoryczna debata publiczna.

−∗−

Zagrożenia polskiej suwerenności. Część I: Unia Europejska

Społeczeństwo polskie słysząc o zagrożeniach dla polskiej suwerenności i niepodległości instynktownie spogląda na wschód. Mało kto tymczasem zdaje sobie sprawę z tego, że Państwo Polskie nieustannie i konsekwentnie ograbiane jest z kolejnych swoich prerogatyw przez organizacje międzynarodowe, których siedziby mieszczą się w wielkich zachodnich metropoliach.

Na początku krótko odniosę się do wspomnianej kwestii wschodu, czyli kwestii rosyjskiej. Tekst ten nie ma bowiem na celu odwracania uwagi od zagrożenia ze strony Rosji, którego autor nie neguje. Zagrożenie to jednakże ma charakter, który do wyobraźni przemawia bardzo łatwo – charakter militarny. W tym cyklu natomiast zamierzam skupić się na zagrożeniach o charakterze instytucjonalnym i ekonomicznym. Te bowiem, w odróżnieniu od chociażby militarnej agresji, są często przez szerokie masy całkowicie niedostrzegane. Nie mają też charakteru gwałtownego i nie skutkują nagłą i całkowitą utratą wolności, niepodległości i suwerenności. Nie charakteryzują się przemocą i gwałtem. Zagrożenia te postępują stopniowo i za kulisami. Mają one zresztą podłoże o wiele bardziej skomplikowane i wynikają nie z lufy karabinu przystawionej do głowy, lecz precyzyjnie formułowanych aktów prawnych, napisanych w sposób, którego przeciętny człowiek często nie jest nawet w stanie zrozumieć lub właściwie zinterpretować. W tekście tym nie chodzi więc o porównywanie zagrożeń, lecz naświetlenie tych, co do których świadomość społeczna jest zdecydowanie mniejsza niż powinna być. Świadomość ta jest niezbędna, jeżeli mamy się przed nimi bronić. Pamiętajmy, że rozbiory Polski nie nastąpiły ot tak, jednego dnia, lecz były konsekwencją wielu długotrwałych i współgrających ze sobą procesów.

Jak do tego doszło?

Słowem, które najlepiej obrazuje dzisiejszy stan społeczeństwa polskiego jest zobojętnienie. Podczas gdy ogromna część społeczeństwa zanurza się od prawie dwóch dekad w jałowym, kompletnie rujnującym polską wspólnotowość konflikcie politycznym między dwoma partiami konsekwentnie demontującymi Państwo Polskie, szerzy się całkowita obojętność i ignorancja w stosunku do realnych problemów i niebezpieczeństw zagrażających polskiej suwerenności. Co gorsza – media podtrzymują poziom świadomości społecznej na tak żałośnie niskim poziomie, że niemożliwa stała się już normalna i merytoryczna debata publiczna. Coraz częściej można też spotkać się z postawą, szczególnie ludzi młodych, którzy twierdzą, że kwestia polskiej niepodległości jest im w gruncie rzeczy obojętna. Nie powinno to nas dziwić, jeśli w sferze wartości postawę patriotyzmu wyparła postawa konsumpcjonizmu. Logicznym skutkiem tego procesu stała się zmiana społecznych priorytetów.

Po upadku komuny i „transformacji” ustrojowej kwestia polskiej niepodległości i suwerenności odeszła na dalszy plan. Nowe lewicowo-liberalne elity w sojuszu z post-komunistycznym elementem polskiej sceny politycznej przekonały społeczeństwo, że gwarantem przyszłej niepodległości i suwerenności Rzeczpospolitej powinny być czynniki zewnętrzne – mocarstwa i organizacje międzynarodowe. Tak oto zaprowadzono Polaków w ślepą uliczkę, wykorzystując w pełni kompleksy wychodzącego dopiero co spod sowieckiego buta społeczeństwa.

Postkolonialna mentalność Polaków ułatwiła wspomnianym elitom III RP konsekwentne osłabianie państwa i demontaż jego suwerenności. Już od lat 90. konsekwentnie i świadomie prowadzono do wyprzedaży narodowego majątku, likwidacji polskiego przemysłu, osłabienia polskiej armii, niepotrzebnej biurokratyzacji, obniżenia poziomu edukacji i szkolnictwa wyższego oraz stworzenia uprzywilejowanych warunków na rynku dla wielkich koncernów zachodnich przy jednoczesnym blokowaniu rozwoju polskiej przedsiębiorczości i powstawania klasy średniej.

Tych patologicznych zjawisk można by wymienić znacznie więcej, a wiele z nich, jak postępująca degeneracja cywilizacyjna poprzez promocję de facto antykultury w środkach masowego przekazu i instytucjach kulturalnych (tylko z nazwy) wynikało ze słabości państwa oraz słabości i braku organizacji społeczeństwa, skupionego na walce o przetrwanie w warunkach nowego, pseudokapitalistycznego ładu.

W międzyczasie kwestia niepodległości i suwerenności stała się dla Polaków czymś jak gdyby abstrakcyjnym, o czym debatować nie ma nawet potrzeby. Skuteczna propaganda mediów lewicowo-liberalnych na rzecz polskiej akcesji do struktur Wspólnot Europejskich utwierdziła tylko Polaków w przekonaniu, że „koniec historii” faktycznie nastąpił, a w strukturach unijnych czeka nas przyszłość mlekiem i miodem płynąca. Wszystko było jednak oparte na fałszywym paradygmacie – wmówiono społeczeństwu, że Państwo Polskie jest zbyt słabe, a naród zbyt zaściankowy by rządzić się samemu, ergo należy ster nad polską państwowością oddać „starszym i mądrzejszym”, czyli „dojrzałym demokracjom” Zachodu.

Niecałe 20 lat od czasu polskiej akcesji nadal ogromna część społeczeństwa żyje tymi neokolonialnymi przekonaniami, dzieląc tę samą, lub może i większą niewiarę w zdolność polskiego narodu do samostanowienia. Jednakże wielu ludzi zdążyło na szczęście otworzyć oczy, a z czasem będzie ich coraz więcej, gdyż do coraz większych rzesz zacznie docierać, że wszelkie absurdy rodzące się w Brukseli i Strasburgu, to nie przypadkowe działanie głupich ludzi, lecz metodyczna realizacja określonego planu, którym jest (docelowo) federalizacja Unii Europejskiej, tj. stworzenie superpaństwa europejskiego sterowanego przez global-socjalistyczne euroelity z niemiecko-francuskiego nadania.

Unia Europejska i federalizacja

Unia Europejska już dawno zatraciła charakter gospodarczo-politycznego związku suwerennych i niepodległych państw. Kolejne unijne traktaty takie jak traktat z Maastricht, traktat nicejski, aż po traktat lizboński konsekwentnie prowadzą Unię Europejską w stronę federalizacji, a ta wymaga jednocześnie ideologizacji (choćby po to by znacząco ujednolicić w państwach członkowskich systemy prawne). Dlaczego? Z jednej strony następuje bowiem poszerzenie kompetencji organów unijnych z Komisją Europejską na czele, z drugiej strony następuje stopniowe ograniczanie kompetencji państw członkowskich. Widać już wyraźnie, że z opisanych w 2017 roku przez Jean-Claude’a Junckera w Białej księdze w sprawie przyszłości Europy możliwych kierunków rozwoju Unii, postawiono na scenariusz zatytułowany „Robić wspólnie znacznie więcej”, a najlepszy dowód potwierdzający powyższą tezę stanowi treść umowy koalicyjnej rządu Republiki Federalnej Niemiec (SPD-FDP-Zieloni) z roku 2021, która mówi wprost, że celem integracji europejskiej powinno być „federalne, europejskie państwo związkowe, zorganizowane zgodnie z zasadą subsydiarności i proporcjonalności oraz kartą praw podstawowych” jako podstawami funkcjonowania.

Czym charakteryzowałaby się taka Unia według Junckera? M.in. wprowadzeniem w życie unii finansowej i fiskalnej, „współpracą” w zarządzaniu granicami, wspólną polityka zagraniczną zarządzaną przez centralę oraz stworzeniem Europejskiej Unii Obrony (czyt. zalążku Armii Europejskiej), budżetem „zmodernizowanym i podwyższonym, uzupełnionym o zasoby własne”, a także szybszym i skuteczniejszym podejmowaniem i egzekwowaniem decyzji.

Jak powinniśmy interpretować te mgliste założenia eurokratów? Z racji, że Biała księga opublikowana została już 6 lat temu, a docelowym terminem realizacji jej założeń miał być rok 2025, możemy z perspektywy czasu opisać to na przykładach:

  • Wprowadzenie unii finansowej i fiskalnej miałoby służyć poszerzeniu kompetencji Komisji Europejskiej, pozwalającemu jej na nakładanie i ściąganie określonych podatków, a ponadto umożliwiałoby Unii m.in. uwspólnotowienie długu (wobec czego zabiegi też już podejmowano), co oznacza, uproszczając, że wszystkie państwa musiałyby brać na siebie długi będących na skraju bankructwa państw Południa takich jak Hiszpania, Włochy i Grecja (czyli wszyscy obywatele Unii musieliby płacić za niegospodarność rządów tych krajów).
  • Aby lepiej zrozumieć utopijny charakter projektu wspólnej polityki zagranicznej i Europejskiej Unii Obrony powinniśmy przyjrzeć się jak w praktyce mogłyby one wyglądać, gdyby zostały wprowadzone w życie przed eskalacją konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Otóż inwazja rosyjska na Ukrainę jednoznacznie wykazała, że interesy poszczególnych państw UE bywają tak całkowicie ze sobą sprzeczne, że niemożliwe byłoby realizowanie spójnej, bezkonfliktowej i korzystnej dla wszystkich polityki zagranicznej. Jaką bowiem politykę zagraniczną prowadziłaby Komisja Europejska w kwestii wspomnianego konfliktu – niemiecką czy polską? Połączenie ich wobec fundamentalnych różnic byłoby przecież niemożliwe. Podobnie wygląda kwestia Europejskiej Unii Obrony – interesy czyjej obrony narodowej realizowałaby taka struktura?
  • Kwestia budżetu uzupełnionego o „zasoby własne” doskonale pokazuje na czym polega delegacja kompetencji z poziomu krajowego na poziom federalny. Unia Europejska nie jest przecież w stanie wygenerować jakichkolwiek „zasobów własnych” w sposób inny niż poprzez przejęcie części wpływów budżetowych poszczególnych państw członkowskich. Unia – choć wielu ciągle zdaje się tego nie pojmować – nie posiada żadnych zasobów własnych, gdyż nie jest przedsiębiorstwem, którego usługi ktokolwiek by kupował. Wszystkie pieniądze jakimi Unia dysponuje, to pieniądze pochodzące z podatków obywateli państw członkowskich. Jeżeli więc Komisja Europejska występuje uzurpacyjnie o poszerzenie zasobów własnych, to znaczy, że zwyczajnie chce zabierać państwom członkowskim kolejne miliardy z ich własnych budżetów. W jakim celu? Warto pamiętać, że z naszych pieniędzy struktury unijne opłacają już ponad 30 tysięcy darmozjadów z Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego.
  • Na czym miałoby polegać szybsze i skuteczniejsze podejmowanie decyzji? Cóż, jest to kwestia chyba najbardziej zawiła i mglista jednocześnie. Najbardziej logiczny scenariusz interpretacji tego sformułowania to przekształcenie Komisji Europejskiej w Rząd Europy – z przewodniczącym jako premierem. Jeżeli bowiem scenariusz federacyjny, pod którym podpisuje się dzisiaj Olaf Scholz, kanclerz najpotężniejszego członka Unii, miałby zostać zrealizowany faktycznie, Unia będzie potrzebowała ciała wykonawczego nadrzędnego względem rządów państw członkowskich.

Doświadczenie ostatnich lat wyraźnie pokazuje, że plany federalizacji UE wyprzedzają czasowo wszelkie założenia teoretyczne. Do przyspieszenia tego procesu bardzo zręcznie wykorzystano okres tzw. pandemii. Działania Komisji Europejskiej na przestrzeni ostatnich lat idą o wiele dalej niż zakładał nawet najbardziej „optymistyczny” scenariusz Junckera w roku 2017. Unia nie ma zresztą zamiaru zejść z raz obranego kierunku, o czym wielokrotnie wspominała p. von der Leyen i wszelkie mrzonki o reformie tej organizacji od środka mają na celu jedynie mydlić ludziom oczy, tworząc fałszywą nadzieję na to, że trendy federalizacyjne wewnątrz Unii da się odwrócić właściwymi wyborami politycznymi.

Na tym etapie należy odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie – jak to możliwe, że podczas gdy o wizji federalizacji UE mówią od lat oficjalne dokumenty, ważni przedstawiciele Komisji Europejskiej, a w ostatnim czasie nawet przywódcy niektórych państw członkowskich, wizja ta cały czas w oczach polskich mas zdaje się czymś kompletnie niezrozumiałym i nierealistycznym, teorią spiskową ludzi z antyunijną obsesją?

W tym momencie cofnę się do tego o czym pisałem na początku tego tekstu – społeczeństwo polskie swoją wiedzę o rzeczywistości czerpie przede wszystkim z mediów, a dominującym medium w dalszym ciągu pozostaje telewizja. Sytuacja na polskim rynku medialnym jest natomiast taka, że niezliczone kanały telewizyjne, radiowe, gazety oraz portale internetowe znajdują się w rękach obcego kapitału – także niemieckiego i francuskiego. Media te tworzą więc w Polsce propagandę przychylną projektom federalizacji – realizują na terytorium polskim propagandę obcych mocarstw za pośrednictwem polskojęzycznych „dziennikarzy”. Stąd też społeczeństwo nie jest informowane o tym jak naprawdę funkcjonuje Unia Europejska, tkwiąc w mylnych przekonaniach wpojonych mu jeszcze w czasach okresu przedakcesyjnego.

Pozwolę sobie w tym miejscu rozprawić się z dominującymi w polskiej przestrzeni publicznej mitami na temat Unii Europejskiej.

Mit I: Parlament Europejski ma znaczenie

Parlament Europejski w przeciwieństwie do parlamentów krajowych nie posiada inicjatywy ustawodawczej. Jest to instytucja w gruncie rzeczy całkowicie zbędna, której istnienie ma spełniać dwa podstawowe cele: 1) z propagandowego punktu widzenia ma podtrzymywać fikcję demokracji panującej w UE; 2) stanowi niebotycznie dochodowe koryto dla polityków lokalnych, często zbliżających się już do politycznej emerytury lub też od dawna na niej będących.

Istnienie instytucji parlamentarnej z nazwy, która nie posiada inicjatywy ustawodawczej i może wpływać na organ wykonawczy (Komisja Europejska) jedynie poprzez niewiążące wezwania do działania jest swoistym absurdem do kwadratu. Parlament teoretycznie dysponuje uprawnieniami takimi jak zatwierdzanie KE i jej przewodniczącego czy prawo uchwalania wotum nieufności wobec Komisji większością 2/3 głosów, ale jak wiadomo z praktyki – linia ideowa PE i KE jest zazwyczaj tak zbieżna, że niemożliwością zdaje się sytuacja, w której Parlament korzysta z tych uprawnień.

Pozostałe uprawnienia PE typu „prawo zadawania pytań komisarzom” lub „możliwość zadawania pytań Radzie” mogą wzbudzać jedynie śmiech.

Rozwinę teraz dwa podstawowe cele istnienia Parlamentu Europejskiego, o których wspomniałem wcześniej.

Podtrzymywanie fikcji demokracji. Unia Europejska szczyci się, że jedną z jej fundamentalnych „wartości” jest demokracja. Tymczasem jedyne demokratyczne wybory do którejkolwiek ze struktur unijnych, to właśnie odbywające się co 5 lat wybory do PE. Europejczycy mają więc demokratyczne prawo wyboru europosłów, którzy na kierunek działania Unii Europejskiej nie mają żadnego realnego wpływu. Demokracja Unii jest więc kompletną fikcją, gdyż realna decyzyjność znajduje się w rękach państw w Unii dominujących, dla których wyniki wyborów do europarlamentu nie mają żadnego znaczenia.

Źródło dochodów dla polityków. Europarlament liczy sobie 705 posłów (dla porównania w 1962 roku było ich 162, lecz później nastąpił lawinowy wzrost). Pensja europosła to w przybliżeniu 10 tysięcy euro brutto (7,5 tysiąca euro na rękę). W przeliczeniu na złotówki przy obecnym kursie euro poseł taki otrzymuje więc pensję sięgającą ponad 33 tysięcy złotych miesięcznie na rękę. Przez całą kadencję (5 lat) europoseł zarabia w europarlamencie w przybliżeniu 2 miliony złotych netto.

Pokrycie pensji wszystkich europarlamentarzystów razem kosztuje europejskich podatników prawie 2 miliardy złotych brutto! Mowa tutaj o samych europarlamentarzystach określonej kadencji, a nie zapominajmy o wszystkich emerytowanych europarlamentarzystach czy pracownikach Europarlamentu, których jest znacznie więcej oraz przedstawicielach Komisji Europejskiej, którzy otrzymują jeszcze wyższe pensje. Unia Europejska jest więc maszynką do przemielania pieniędzy europejskich podatników na rzecz europejskich polityków, którzy mogą zostać milionerami jedynie przez sam fakt wybrania ich do PE.

Czy naprawdę opłaca się wydawać te wszystkie miliardy na instytucję, która cieszy się kompetencjami takimi jak „prawo do zadawania pytań”?

W ramach eksperymentu społecznego zachęcam czytelników do zadawania pytań na temat roli i funkcjonowania Europarlamentu w ramach struktur UE polskim zwolennikom Unii. Zakładam, że zdecydowana większość odpowiedzi jakie Państwo otrzymają nie będzie miała zupełnie nic wspólnego z rzeczywistością.

Mit II: Bez Unii bylibyśmy drugą Białorusią

Kolejny mit wykreowany przez europropagandę i wtłoczony w umysły Polaków sprawia, że nie są oni sobie w stanie wyobrazić sprawnego funkcjonowania Państwa Polskiego poza strukturami unijnymi. Istnieje tymczasem na terytorium Europy kilka państw, które jednoznacznie pokazują, że można nie należeć do Unii, a prosperować bardzo dobrze, czego przykładem są Szwajcaria, Islandia czy Norwegia. Co więcej, państwa te przynależą do strefy Schengen, co jednoznacznie obala kolejny mit, jakoby brak przynależności do UE uniemożliwiałby Polsce funkcjonowanie w ramach tego układu.

Ostatecznym dowodem na to, że wraz z Unią pojawił się w Polsce dobrobyt – zdaniem zwolenników UE – ma być dynamiczny rozwój polskiej gospodarki oraz infrastruktury w pierwszych latach po przystąpieniu Polski do UE. Fakty są jednak takie, że nie da się jednoznacznie stwierdzić czy rozwój ten wynikał tylko i wyłącznie z faktu, że Polska wstąpiła do Unii. Ewentualne pozytywne efekty ekonomiczne wynikające z przystąpienia Polski do UE (a obiektywnie stwierdzając, takie także były) pokryły się bowiem w czasie z dynamicznym rozwojem gospodarczym typowym dla państw, które od lat 90. przechodziły transformację ustrojową, której podstawą było odejście od kompletnie niewydolnej gospodarki centralnie planowanej. Kiedy spojrzymy na wskaźniki wzrostu gospodarczego to zobaczymy, że najbardziej stabilny długofalowo wzrost miał miejsce w latach 1993-2000, a załamanie przypadło dopiero na rok 2001 (spowolnienie trwało 2 lata). Nie jesteśmy więc w stanie jednoznacznie stwierdzić czy rozwój gospodarczy Polski bez wstąpienia do Unii Europejskiej nie wyglądałby mniej więcej tak samo jak wyglądał w rzeczywistości.

Dla porównania możemy przyjrzeć się tym państwom post-komunistycznym, które opóźniły swoje przystąpienie do UE względem Polski. Tak oto Chorwacja do czasu kryzys ekonomicznego, który bardzo mocno wpłynął na jej gospodarkę zaliczała w latach 2002-2007 konsekwentny wzrost gospodarczy wahający się między 4.1-5.7%. Tak jak wspomniałem gospodarka chorwacka wyhamowała w obliczu kryzysu finansowego, ale po odbiciu, które nastąpiło w roku 2015 nie osiągała już wzrostu gospodarczego zbliżonego do tego z lat 2002-2007 (aż do roku 2021, co miało związek z „odbiciem” po lockdownach roku 2020).

Nie chodzi mi w tym momencie o to by na siłę udowadniać, że gospodarczo wyglądalibyśmy lepiej gdybyśmy do Unii Europejskiej nie wstąpili – nigdy się tego tak naprawdę nie dowiemy. Chodzi jedynie o walkę z wykreowanym mitem, jakoby przystąpienie do Unii było historyczną koniecznością, bez której nie uniknęlibyśmy biedy i zastoju. Jak pokazuje powyższy przykład Chorwacja nie będąc członkiem Unii w latach 2005-2007 (przed kryzysem) nie rozwijała się gospodarczo jakoś dramatycznie gorzej niż Polska. Warto wspomnieć też, że Rumunia, która przystąpiła do UE w roku 2007, notowała wzrost na poziomie 10.3% w roku 2004 czy 8% w roku 2006. Do osiągnięcia takich wskaźników nie był jej potrzebny zastrzyk funduszy z UE.

Mit III: Unia jest gwarantem polskiego bezpieczeństwa

Wbrew powtarzanemu często frazesowi, Unia Europejska nie jest sojuszem militarnym i obecność w niej nie stanowi z tego względu jakiejkolwiek gwarancji udzielenia realnego wsparcia w przypadku agresji zbrojnej na nasz kraj. Politycy, którzy wygłaszają tego typu stwierdzenia zwyczajnie wykorzystują fakt, że przynależność wielu krajów do UE pokrywa się z przynależnością do NATO, które – teoretycznie – jest zobowiązane do udzielenia militarnego wsparcia każdemu zaatakowanemu członkowi. Z militarnego punktu widzenia Unia Europejska nie jest więc żadnym gwarantem bezpieczeństwa Polski i nie istnieje żaden realny dowód na to, że nasza obecność w jej strukturach zmieniałaby cokolwiek w zachowaniu pozostałych państw członkowskich w przypadku konfliktu.

Podsumowanie

Unia Europejska stanowi raczkujące zagrożenie dla niepodległości Państwa Polskiego, gdyż oficjalnym kierunkiem jej działania jest federalizacja, która wiąże się ze stopniowym ograbieniem z kompetencji państw narodowych, a w konsekwencji ich likwidacją (lub zamianą w eurolandy, co w gruncie rzeczy oznacza to samo), aby nie stały one na przeszkodzie realizacji interesów sił taką federacją zarządzających. Jednym z podstawowych celów federalizacji Unii ma być podporządkowanie państw Europy Środkowo-Wschodniej dyktatowi najważniejszego unijnego państwa, które dysponuje w Unii największymi wpływami, czyli Republice Federalnej Niemiec. W aktualnym stanie rzeczy, przy istniejącej ciągle procedurze weta (do którego zniesienia otwarcie się dąży, co zgodne jest z jednym z punktów Junckera – usprawnieniem i przyspieszeniem procesów decyzyjnych) mniejsze państwa mogą w dalszym ciągu, mniej lub bardziej skutecznie, spowalniać lub blokować niemieckie inicjatywy.

Oczywiście nie jest powiedziane, że projekt federalizacji Unii zostanie „domknięty”. Wiele zależy od politycznych wyborów Europejczyków w najbliższych latach, które z punktu widzenia tegoż projektu będą kluczowe. Nie jest też powiedziane, że superpaństwo europejskie miałoby objąć wszystkich jej aktualnych członków. Być może presja federalizacyjna ze strony Niemiec i Komisji Europejskiej spowoduje implozję Unii, gdyż niektóre państwa w obawie o własne interesy i własną suwerenność mogą wówczas podjąć próbę wyjścia z unijnych struktur, jak uczyniła to kilka lat temu Wielka Brytania.

W całym tekście nie poruszyłem nawet kwestii ideologicznych zagrożeń płynących z poszerzania prerogatyw europejskiej centrali, a jest to kolejna, bardzo obszerna kwestia, która stanowi zagrożenie już nie tylko dla integralności naszego państwa, lecz także integralności naszej narodowej kultury i tożsamości. Unia Europejska jest dziś bowiem zdominowana ideologicznie przez nurty skrajnie lewicowe i nic nie wskazuje na to by ten stan rzeczy miał się w najbliższych latach zmienić. Nic więc dziwnego, że projekt federalizacji Unii całkowicie zgrywa się z jej orientacją ideologiczną. Lewica od czasów Marksa nie zmieniła się bowiem pod względem jednoznacznej wrogości do państw narodowych, które w jej optyce należałoby jak najszybciej odstawić na śmietnik historii.

Na koniec warto zwrócić na uwagę, że federalizacja Unii Europejskiej doskonale wpisuje się w założenia współczesnego globalizmu, który stanowi kolejne ukryte zagrożenie dla państw narodowych. O globalizmie jednak więcej w części II.

___________

Zagrożenia polskiej suwerenności. Część I: Unia Europejska, Dominik Liszkowski, 9 sierpnia 2023