13.04.2024 jak-sowieci-mordowali [Umieszczam „po znajomości”, bo sam zostałem jako „kapitalisticzeskij szpion”, w wieku trzech lat i tygodnia, wywieziony 10 lutego 1940. M. Dakowski]
W nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. władze sowieckie przeprowadziły drugą masową deportację ludności polskiej w głąb ZSRS. Według danych NKWD w ramach przeprowadzonej akcji wywieziono łącznie około 61 tys. osób, głównie do Kazachstanu. Ofiarami deportacji były rodziny polskich jeńców wojennych rozstrzeliwanych w tym samym czasie w ramach zbrodni katyńskiej.
Deportacja Polaków z Kresów przez Armię Czerwoną / Wikipedia domena publiczna
=================================
A to – trochę wcześniej..
=====================================
Pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana „przesiedleniem”, rozpoczęta 10 lutego 1940 r., objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Trafili (wg danych NKWD) do 115 specposiołków, rozrzuconych po 21 krajach i obwodach ZSRS: m.in. do Archangielska, Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi. Czym Polacy „zawinili”? Sowieci uznali, iż pełnili rolę „dywersantów”, „szpiegów” i „terrorystów” (dziś Rosja nazywa tak Ukraińców).
„Polski już nie będzie”
Łagiernicy pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw „wrogowie ludu” i „burżuje”. NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: „Polski już nigdy nie będzie”.
Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) – przede wszystkim rodziny osób poprzednio „przesiedlonych”, w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, tylko na południe azjatyckiej części ZSRS, do Kazachstanu. Następnie – 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków – nie tylko mieszkańców Kresów II RP, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka – w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów „Zachodniej Ukrainy”. Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.
Miliony Polaków
Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 nawet do 2 milionów Polaków. To jedna z największych zbrodni dokonanych na Polakach w latach 1939-1945. Szkoda tylko, że do dziś niewiele się o tym mówi, podkreślając zbrodnie „nazistów”.
82 lata od tej tragedii Rosja – prawny i moralny spadkobierca ZSRS – udaje (przy cichej aprobacie Zachodu), że tematu nie ma, i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Przeciwnie – Putin i jego przestępcza ekipa, próbując dziś odbudować Związek Sowiecki, „przesiedla” kolejne narody.
Od polityki uciec niepodobna – mawiała moja starsza o rok koleżanka na podyplomowym Studium Dziennikarskim Uniwersytetu Warszawskiego, Anna Bojarska. Ta sama, której mąż jechał kiedyś autem przez Bawarię i wziął autostopowicza, Niemca. Jadą, jadą – aż tu nagle ukazał się drogowskaz z napisem: “Dachau”. – Aaa – powiedział mąż pani Bojarskiej. – To ten obóz koncentracyjny, chwilowo nieczynny? Niemiec popatrzył na niego przeciągle i uważnie i zapytał: dlaczego powiedział pan: “chwilowo”?
Jak pamiętamy, kiedy powtórzyłem to sformułowanie, przewidując, że wkrótce, gdy tylko na dobre z etapu umizgów przejdziemy w etap surowości, trzeba będzie te chwilowo nieczynne obozy koncentracyjne ponownie uruchomić, pan red. Terlikowski z tej zgrozy aż pobiegł się wypłakać przed Judenratem “Gazety Wyborczej” – pewnie z obawy, że w przeciwnym razie Judenrat zablokuje mu intratne kontakty medialne.
Teraz już nikt się tej perspektywie nie dziwuje, bo jakże tu się dziwować, gdy vaginet Donalda Tuska zaplanował penalizację “mowy nienawiści” – że na przykład każdym, kto nieopatrznie powie, że są tylko dwie płcie, zaraz zainteresuje się prokurator, a potem niezawisłe sądy, co to będą sypać piękne wyroki? Nikt nie będzie znał ani dnia, ani godziny, więc zwykłe kryminały z pewnością wszystkich nie pomieszczą, więc po niezbędnych remontach trzeba będzie ponownie uruchomić wspomniane, chwilowo nieczynne obozy.
Personel wartowniczy i porządkowy – oczywiście po stosownym przeszkoleniu w Trawnikach koło Lublina – zapewni 20 tys. kryminalistów, których pan minister Bodnar zamierza wypuścić na wolność. Słowem – wszystko powróci do stanu, jaki panował w Generalnym Gubernatorstwie, z tą różnicą, że obecnie z Niemcami będą kolaborowali Żydowie, a nie żadni szmalcownicy sposród głupich gojów.
Zarówno za Stalina, jak i teraz, Żydowie udowadniają wszak światu, że z rozmaitymi ostatecznymi rozwiązaniami różnych kwestii świetnie sobie radzą, więc wszystko – jak mówią gitowcy – gra i koliduje.
Wróćmy jednak do polityki, od której uciec niepodobna. Jak pisze w swojej znakomitej powieści o władzy pod tytułem “Gubernator”, amerykański autor Robert Penn Warren, jeśli człowiek politykuje, to jego sumienie także politykuje. Człowiek jest bowiem jednością duszy i ciała – może z wyjątkiem byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju, pana Aleksandra Kwaśniewskiego, który twierdzi, że nie ma duszy. I ja mu wierzę, bo któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od niego?
Ale skoro nie ma duszy, to chyba nie ma też sumienia, więc świetnie nadawałby się na lekarza w klinice imienia króla Heroda. Jak bowiem ogłosiła feministra w vaginecie Donalda Tuska, Wielce Czcigodna Izabela Leszczyna, lekarze będą musieli pozostawiać swoje sumienia przez bramami wspomnianych klinik, więc pan Aleksander Kwaśniewski, gdyby został tam lekarzem, w odróznieniu od wszystkich innych, nie musiałby się obawiać, że ktoś mu to sumienie ukradnie, czy zdeprawuje.
Trafność spostrzeżenia Roberta Penn Warrena możemy śmiało potwierdzić, obserwując rozwój sytuacji na granicy polsko-białoruskiej. Właśnie media doniosły, że w dniach ostatnich nasiliły się szturmy nieszczęśliwych migrantów na tę granicę. 9 kwietnia funkcjonariuszy polskiej Straży Granicznej zaatakowała wataha ponad 100 migrantów, którzy po obrzuceniu Polaków konarami i kamieniami zostali wyparci na terytorium Białorusi, skąd się wcześniej wyłonili.
Wszystko zatem przebiegło podobnie, jak przebiegało wcześniej, z tą różnicą, że tym razem na granicy nie było żadnych moralnych wrażliwców, którzy – jak wcześniej pan Kramek i pani Kozłowska z fundacji “Otwarty Dialog” – próbowaliby rozrywać koncertinę lub dostarczać migrantom pieczone i smażone, a na popitkę – rozmaite “napoje energetyzujące” – ani nawet moralnych wrażliwców w głębi kraju, którzy – jak wcześniej pani Maja Ostaszewska, czy pani “Basia” Kurdej-Szatan – wymyślałyby Straży Granicznej od “zbrodniarzy“ – i tak dalej.
Ogon pod siebie podkuliła nawet pani reżyserowa Agnieszka Holland, najwyraźniej nawet nie próbując kręcić nie tylko kolejnej wersji “Zielonej granicy”, ale nawet żadnych innych lodów. Milczy również Judenrat Gazety Wyborczej”, który za ancien regime`u złowrogiego Jarosława Kaczyńskiego niemal w każdym numerze rozdzierał szaty, niczym arcykapłan Kajfasz, kiedy udało mu się sprowokować Pana Jezusa do wyznania, że jest Synem Bożym. Co się stało, “gdzie tu Wylizuch, Felczak gdzie tu?” – pytał poeta w nieśmiertelnym poemacie “Towarzysz Szmaciak”.
Najwyraźniej te wszystkie zmiany są następstwem podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, dokonanej przez BND wespół ze starymi kiejkuty, przy aprobacie Naszego Najważniejszego Sojusznika. Ponieważ rządy objęła Volksdeutsche Partei z satelitami, to wszyscy moralni wrażliwcy zrozumieli, że etap się zmienił.
Polskie Babcie już nie okładają policjantów kijami od parasolek, bo pan minister Kierwiński pokazał, że zamiast Polskich Babć, woli fachowych prowokatorów z ABW, którzy swoje umiejętności zademonstrowali nie tylko podczas pojmania panów Kamińskiego i Wąsika w Pałacu Prezydenckim, ale i podczas ostatniej demonstracji rolników pod Sejmem. Żeby jednak Polskie Babcie, z Babcią Kasią na czele, nie miały żalu, Donald Tusk poskromił węża w kieszeni i sypnął złotem na “babciowe”.
Dopieroż Babcia Kasia zacznie teraz używać życia całą paszczą – bo wiadomo, że prawdziwe życie zaczyna się dopiero na “babciowym”. Na tym odcinku sprawa wydaje sie więc załatwiona – ale nie wyjaśnia to sytuacji na odcinkach humanitarnych, gdzie rej wodziła pani Maja Ostaszewska, czy pani “Basia” Kurdej-Szatan, które pochowały się w mysie dziury. Żadnych informacji co do przyczyn takiej zmiany zachowania i całkowitego wygaszenia wrażliwości na dolę nieszczęśliwych migrantów do wiadomości opinii publicznej nie podano, toteż jesteśmy skazani na domysły.
Skoro jednak już jesteśmy skazani, to domyślajmy się! Ja na przykład się domyślam, że do pani Mai Ostaszewskiej przyszedł ktoś starszy i mądrzejszy i powiedział jej tak: wiecie, rozumiecie Ostaszewska, teraz mamy nowy etap, więc przestańcie już dokazywać z tymi migrantami, bo inaczej ściągniemy wam majtadały na oczach całej Polski i będzie brzydka sprawa. Być może pani Maja po tej rozmowie kontrolnie zadzwoniła jeszcze do Judenratu, a tam zmianę mądrości etapu jej potwierdzono.
W tej sytuacji pozostawało tylko obdzwonić pozostałych wrażliwców-aktywistów i cały humanitaryzm jakby ręką odjął – nawet w sytuacji gdy Straż Graniczna nadal bez ceregieli wypycha migrantów z powrotem na Białoruś.
Sejm RP większością głosów poparł wczoraj dalsze prace nad upowszechnieniem aborcji w Polsce. Wszystkie mordercze projekty pro-aborcyjnych ustaw zostały skierowane do dalszej debaty w tzw. komisji nadzwyczajnej Sejmu. Aborcjoniści mówią, że celem forsowanych ustaw jest danie kobietom „prawa wyboru”. To kłamstwo. Aborcyjna ofensywa w Sejmie to początek dobrze zaplanowanego planu masowej rzezi milionów polskich dzieci. Jan Paweł II mówił, że: „naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”. Piątkowe głosowanie w Sejmie przybliża nas do moralnej, duchowej i demograficznej zagłady. Możemy jednak jeszcze pójść inną drogą. Wszystko zależy od postawy każdego z nas, od naszego działania i od naszych osobistych decyzji – włączam się w walkę o życie, albo stoję z boku i nie robię nic. Każdy z nas ma wpływ! Wpływ na innych i na swoje otoczenie – w pracy, w szkole, w parafii, wśród znajomych, w swoim miejscu zamieszkania. Nasza Fundacja pomoże każdemu wywierać ten wpływ. Co w obecnej sytuacji powinniśmy robić? Jak powinniśmy działać? Co się stanie z Polską, jeśli będziemy bierni? Proszę przeczytać.Niech nikogo nie zmylą powielane przez aborcjonistów i usłużnych im polityków kłamstwa o „prawie kobiet” do rzekomego „wyboru”. W legalizacji i upowszechnieniu aborcji nie chodzi o żaden „wybór”. Chodzi o urządzenie masowej rzezi polskich dzieci.
Tuż przed głosowaniem w Sejmie głos w mediach zabrała Gizela Jagielska, wicedyrektor szpitala w Oleśnicy, który jest obecnie największym ośrodkiem aborcyjnym w Polsce. Jagielska, zwolenniczka aborcji, którą osobiście wykonuje na dzieciach w szpitalu, wyraziła w związku z wejściem w życie projektów ustaw Tuska i lewicy… obawy! Czego się boi aborcjonistka? Jak powiedziała:
„- Nie jesteśmy w stanie przyjąć 70 000 pacjentek do oddziałów, żeby rozdać im tabletki aborcyjne. (…) Gdyby to weszło w życie, to rzeczywiście jest to dosyć niewesoła wizja.”
Na sam początek szykują nam 70 000 ofiar! Czołowa polska aborcjonistka obawia się wręcz, że będą mieli za dużo „pacjentek”! Skąd ta liczba? Skąd tyle „pacjentek” do aborcji? Skąd oni zamierzają je wziąć i jak zamierzają zgładzić tyle dzieci?
Po pierwsze, projekty ustaw forsowane przez Sejm zakładają prawną możliwość powstawania w Polsce tzw. „klinik” aborcyjnych, czyli ośrodków śmierci wyspecjalizowanych wyłącznie w mordowaniu dzieci. To właśnie w takich placówkach morduje się miliony dzieci na Zachodzie.
Po drugie, konieczna jest propaganda, reklama, oraz namowy i przymuszanie kobiet do aborcji. Szczególną rolę w tej propagandzie zajmuje deprawacja seksualna młodzieży.
Dokładny model działania aborterów opisała była szefowa dużego ośrodka aborcyjnego w Teksasie Carol Everett. Kobieta nawróciła się i dołączyła do ruchu pro-life. Jak powiedziała:
„Naszym celem biznesowym było sprzedanie 3–5 aborcji każdej dziewczynie w wieku 13–18 lat, ponieważ w przemyśle aborcyjnym wszyscy opierają się na prostym systemie prowizyjnym. Każda klientka zwiększała moją zamożność. Aby sprzedawać aborcję, najpierw trzeba stworzyć odpowiedni rynek. To znaczy, że trzeba przekonać dzieci i młodzież, na jak najwcześniejszym możliwym etapie, do patrzenia na seksualność w całkowicie odmienny sposób niż poprzednie pokolenia.”
Gdzie tu jest miejsce na „wybór” kobiety, skoro aborcyjne lobby przyznaje, że w związku z aborcją stawia sobie konkretne cele i planuje liczbę dzieci, które mają zostać zamordowane!? Poza nienawiścią do Boga i człowieka, aborcjoniści morderstwo dziecka traktują również w kategoriach rynkowych. To tak jak z jakimś nowym produktem wypuszczonym na rynek, np. nowym modelem telefonu. Jeśli nie będzie miał on reklamy i promocji, to może on być powszechnie dostępny w sprzedaży, ale nikt go nie kupi.
Tak samo jest z aborcją. Zwolennicy mordowania dzieci w łonach matek nie poprzestaną na tym, aby ich „usługa” była tylko legalna i powszechnie dostępna, a od Polek będzie zależało, czy z niej skorzystać. Nie! Oni będą masowo namawiać Polki do mordowania własnych dzieci! To już się dzieje w Polsce od lat.
W ubiegłym roku szpital w Oleśnicy, największe obecnie centrum aborcyjne w Polsce, podwoił liczbę wykonywanych aborcji. Podobnie jest w innych szpitalach, które notują wzrosty morderstw na dzieciach. Równolegle, na gigantyczną skalę sprzedawane są w Polsce nielegalne pigułki poronne, za pomocą których dokonuje się aborcji w domach. To efekt m.in. reklam śmiercionośnych tabletek, które w mediach społecznościowych kierowane są do nastolatek i młodych dziewcząt.
Teraz, zgodnie z planami Tuska i lewicy, wszystkie szpitale w Polsce mają zostać przekształcone w ośrodki aborcyjne, mają zacząć powstawać specjalne „kliniki” do mordowania dzieci, handlarze pigułkami poronnymi mają być całkowicie bezkarni, a każdy lekarz za odmowę aborcji ma z urzędu odpowiadać przed prokuratorem. Aborcyjna koalicja chce, aby polskie dzieci były mordowane na masową skalę, podobną do zagłady dzieci dokonującej w krajach Zachodu, gdzie każdego roku morduje się miliony niewinnych. Polska ma spłynąć krwią, a nasz naród w perspektywie kilku następnych pokoleń ma przestać istnieć w rezultacie katastrofy demograficznej.
Narody Europy Zachodniej, które nie chcą mieć dzieci i które mordują własne dzieci, są obecnie intensywnie podmieniane przez tzw. imigrantów, głównie z Afryki i Bliskiego Wschodu. Są to społeczeństwa obce (i często wrogie) nam kulturowo, religijnie i cywilizacyjnie. Mają jednak dużo dzieci, którymi zaludniają państwa zachodnioeuropejskie. Arabskie imię Mohammed jest obecnie najczęściej nadawanym nowo urodzonym chłopcom imieniem w Berlinie. Co więcej, w trzech niemieckich krajach związkowych imię Mohammed znajduje się w pierwszej trójce nadawanych imion dla noworodków. Podobna sytuacja jest w Wielkiej Brytanii – kolejny rok z rzędu najpopularniejszym imieniem dla noworodków w Londynie jest Mohammed. Z kolei w belgijskiej Brukseli, stolicy Unii Europejskiej, muzułmanie stanowią obecnie największą grupę wyznaniową.
Jeżeli Polacy nie będą otwarci na życie, nie będą chcieli zakładać rodzin i mieć dzieci, a za to będą mordować poczęte dzieci w łonach matek, czeka nas ten sam los – jako naród przestaniemy istnieć. A razem z nami przestanie istnieć polskość, nasza kultura, wiara i tradycja. Być może zachowa się kraj o nazwie „Polska” lub powstanie euroregion „nadwiślański”, ale nie będą go już zamieszkiwali Polacy. Właśnie po to dokonuje się w naszym kraju aborcyjna rewolucja.
Musimy walczyć! Musimy stawić opór! Musimy ratować Polskę, polskie dzieci i naszą przyszłość!Mordercze projekty ustaw trafiły teraz do tzw. komisji nadzwyczajnej w Sejmie, gdzie większość mają zwolennicy ludobójstwa. Co to dla nas oznacza? Dalszą walkę. Musimy wywierać presję i kolejne naciski, a przede wszystkim docierać do Polaków z prawdą o aborcji i kształtować świadomość naszego społeczeństwa, aby nie ulegało manipulacjom i nie zaakceptowało aborcji. Aborcjoniści będą teraz bardzo aktywni w mediach, gdzie zamierzają upowszechniać swoją propagandę. My również musimy intensyfikować nasze działania i niezależne kampanie informacyjne oraz publiczne modlitwy różańcowe o powstrzymanie aborcji. Musimy także wywierać wpływ na posłów oraz pomóc wszystkim ludziom z różnych rejonów Polski, którzy zgłaszają się do nas i przy naszym wsparciu chcą organizować akcje i różańce w swoim miejscu zamieszkania (możemy również pomóc w tym Panu, prosimy tylko o kontakt). W ostatnich tygodniach takie akcje z pomocą naszych koordynatorów po raz pierwszy udało się zorganizować m.in. w Krośnie. Lista miast, w których publicznie wybrzmiewa prawda o aborcji, wciąż musi się powiększać, stąd konieczność pomocy kolejnym osobom oraz zakupu nowych środków takich jak plakaty, megafony, głośniki, billboardy i bannery. Kilka dni temu w Elblągu rozdaliśmy kilkaset broszur „Jak rozmawiać o aborcji?” i ulotek ujawniających prawdę na temat mordowania dzieci. Zgłaszają się do nas kolejne osoby, które takie materiały chcą rozdawać w swoich miejscowościach i w ten sposób docierać z prawdą do innych (Pan też może – prosimy tylko o kontakt). Im też musimy pomóc. W nadchodzącym czasie potrzebujemy na te działania ok. 25 000 zł.
Dlatego proszę Pana o przekazanie 50 zł, 100 zł, 200 zł, lub dowolnej innej kwoty, jaka w aktualnej sytuacji jest dla Pana możliwa, aby umożliwić nam dalszą walkę i mobilizację kolejnych Polaków do działania w obronie życia i przyszłości naszego narodu. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPW Aborcja to nie „wybór” kobiet. Aborcja to dobrze zaplanowana, masowa rzeź polskich dzieci, którą musimy powstrzymać. Proszę Pana o włączenie się do walki. Z wyrazami szacunku Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków stronazycia.pl
Podobno Polska w błyskawicznym tempie odzyskuje należne jej miejsce w szeregu. Bardziej spostrzegawczy już zauważyli, że nie jest to szereg ani kolejka.
Miejsce w którym aktualnie się znajdujemy przypomina urwisko z którego po trochu osypuje się ziemia, a stopy powoli tracą grunt. Bardziej dociekliwi opisują konsystencję nowego politycznego fundamentu jako nazbyt bagnistą. Pesymiści! Obiecano nam równość, a więc zostaniemy wciągnięci wszyscy na równą głębokość. Najgorsi są katolicy, którym obiecana przepaść kojarzy się z piekielną czeluścią.
Jeden z moich ulubionych poetów pisał:
Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać
Kształt architektury rytm bębnów i piszczałek
Kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów
Dziś jesteśmy w bardziej zaawansowanym stadium- podniosły rytuał aborcji, chanukowe świece, marsze pedofilów, kolory wymieszane… jak do tego doszło? Straciliśmy po prostu czas. Bardzo dużo czasu bezpowrotnie utraconego w rytmie demokratycznego wahadła. Głupcy wierząc w demokrację zapominają o Bogu.
grafika w ikonie wpisu: Ana Kapor “poza czasem”
=============
Z tej nadarzającej się okazji zacytuję jeden felieton na ślad którego trafiłem u prof. Dakowskiego. Chodzi o historię naszej głupoty.
[A ja re-kopiuję, bo „pamięć mamy DOBRĄ” – ALE KRÓTKĄ. md]
Polska u bram piekielnych
Dr Ignacy Nowopolski
Kiedy to we wczesnych latach 90 tych przyuczano Polaków do zachodniej „wolności, demokracji i wolnego rynku”, niejednokrotnie treserzy „nagradzali” pospólstwo pochwałami ze słownika dla kretynów, przykładowo, „klepiąc werbalnie” ich po plecach, stwierdzeniem, że III RP jest „prymusem” w szkole „zachodnich wartości”. W miarę upływu czasu, obywatele III RP dorośli do tych „pochwał”.
Po kilku latach chaosu, spowodowanego koniecznością „umocnienia zachodniej demokracji i pluralizmu”, pozbyto się, ze sceny publicznej, w taki czy inny sposób, tych nielicznych, którzy ciągle nie chcieli, lub nie mogli pojąć, o co tak naprawdę w cyrku „zachodnich wartości” chodzi, a mianowicie o przekazanie za pomocą pseudodemokratycznych rytuałów, całej autentycznej władzy politycznej, gospodarczej i (o zgrozo!) duchowej, globalnej oligarchii finansowej, czyli wyrażając się kolokwialnie, apostołom szatana.
Scena polityczna została z grubsza uporządkowana według „najlepszych standardów amerykańskich” w dwubiegunowy system bloku „pro narodowego” i „pro-europejskiego”, czyli jak to się teraz w USA określa „dwupartji demokratyczno-republikańskiej”. Przy czym, tak jak w amerykańskim, także w polskim systemie nie można uniknąć waśni pomiędzy dwoma blokami, w końcu każda klika ma swoje partykularne interesy, ale zasadnicze sprawy w tzw. „porozumieniu ponad podziałami” idą utartym torem, ku zadowoleniu apostołów szatana.
W przypadku III RP, dla sprawności funkcjonowania takiego amerykańskiego systemu, potrzebny był jeszcze jeden element, a mianowicie kolaboracja Polskiego Kościoła Katolickiego, który podobno zawsze był z Narodem! Jednak dzięki „intelektualnej giętkości” polskiej hierarchii kościelnej, udało się pogodzić te dwa wzajemnie wykluczające się postawy i to nawet do ekstremum aktywnej współpracy w covidowej „plandemii” w III RP! Taka harmonia i zrozumienie graczy społeczno-politycznych musiało spowodować głębokie konsekwencje w odniesieniu do psyche społeczeństwa.
Po z górą 30 latach funkcjonowania w „wolności, demokracji, tolerancji, wolnym rynku i wartościach europejskich”, przeciętny „Polak” nie pojmuje nawet tak fundamentalnych wartości jak: prawda i kłamstwo, wolność i niewola, zło i dobro, honor i zaprzaństwo, uczciwość i złodziejstwo, patriotyzm i renegactwo. Itd.,itd.,itd.,.
Nawet w PRLu ludzie, włączając w to członków komunistycznej partii, rozumieli ich znaczenie, choć w większości nie stosowali się doń.
Dziś żadnych krępujących restrykcji nie ma, no może za wyjątkiem obowiązku akceptacji zboczeń seksualnych i prymatu miłości międzyrasowej przez polskie „panie euro wędrowniczki”.
W zakresie gospodarczym szerzy się zwyczaj pełnej kolaboracji administracji i publicznych/prywatnych korporacji w dalszym nieustannym rabowaniu polskiego mienia.
W polityce, normą stało się polsko-banderowskie „braterstwo broni” i masowe przekształcenie się „Polaków” w polskojęzycznych volkseuropejczyków, z kulminacją w postaci zainstalowania następcy gubernatora Hansa Franka, germańskiego gauleitera III RP, Donalda Tuska na stanowisko „premiera III RP”.
Reasumując, w każdej bez wyjątku dziedzinie, III PR dzierży dumnie tytuł „prymusa” wśród „wielkich nacji Zachodu”, ale niestety ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami. WITAJCIE U BRAM PIEKŁA!
Czy ludzie zaszczepieni technologią “szczepionki” mRNA są organizmami modyfikowanymi genetycznie? Dlaczego ta szczepionka może rozprzestrzeniać się w mleku matki? I dlaczego zanieczyszczone DNA w tych szczepionkach może prowadzić do nowych rodzajów nowotworów, a nawet turbonowotworów? Dowiedzcie się w tym programie, dlaczego technologia “szczepionek” opartych na mRNA jest niebezpieczna dla ludzi!
−∗−
Technologia genetyczna na ludziach za pomocą “szczepionek” opartych na technologii mRNA!
[Tekst transkrypcji zachowany w tłumaczeniu automatycznym zgodnie ze stroną źródłową -AC]
Czy ludzie zaszczepieni technologią “szczepionki” mRNA są organizmami modyfikowanymi genetycznie? Dlaczego ta szczepionka może rozprzestrzeniać się w mleku matki? I dlaczego zanieczyszczone DNA w tych szczepionkach może prowadzić do nowych rodzajów nowotworów, a nawet turbonowotworów? Bądźcie na bieżąco i dowiedzcie się w tym programie, dlaczego technologia “szczepionek” opartych na mRNA jest niebezpieczna dla ludzi w następnym programie!
[Moderacja] W 2019 r. podczas pandemii korony po raz pierwszy zastosowano u ludzi nowy rodzaj technologii szczepionkowej – technologię szczepionek mRNA. Już wtedy lekarze ostrzegali, że ta nowa technologia była wykorzystywana jako test polowy na całej ludzkości bez przeprowadzenia jakichkolwiek poważnych badań naukowych nad jej konsekwencjami!
Dziś, prawie cztery lata po wprowadzeniu tej technologii szczepionkowej, prawie wszystkie obawy dotyczące konsekwencji tej technologii opartej na mRNA zostały niestety potwierdzone. Biolog molekularny prof. dr Klaus Steger i prof. dr Alexandra Henrion-Caude, specjalistka w dziedzinie RNA i epigenetyki, [proszę pokazać w = dziedzinie biologii dotyczącej aktywacji genów za pomocą enzymów] podsumowali najnowsze wyniki badań nad technologią szczepionek opartych na mRNA w ulotce. Jest on zatytułowany: Technologia “szczepionkowa” oparta na mRNA: koniec gry!
Zanim podsumujemy to w skrócie, kilka wyjaśnień dotyczących terminów. Szczepionka korony mRNA nie jest już określana jako szczepionka, ale jako technologia szczepionkowa oparta na modyfikowanym RNA stosowana u ludzi. Modyfikowane RNA, jest to sztucznie wytworzone mRNA, którego nie wolno porównywać z ludzkim mRNA w organizmie. Według biologa prof. dr Ulriki Kämmerera, szczepionka przeciwko koronie nie może być określona jako szczepionka. Dr Kämmerer wypowiedział się na ten temat w jednym z wywiadów: [głos lektora] “To nie jest szczepionka w tym sensie, to technologia genetyczna. Nie jest to również terapia genowa, ponieważ nic nie jest leczone, ale jest to technologia genetyczna. Jest to genetycznie zmodyfikowana aplikacja, podczas gdy w przypadku prawdziwej szczepionki wstrzykuje się albo zabity patogen, albo strukturę, tj. białko patogenu, ja mam określoną ilość, która nie może już namnażać się w organizmie i jest w pewnym momencie rozkładana, a następnie pozostaje tylko odpowiedź immunologiczna, że tak powiem. Ale teraz zmuszam ludzkie komórki, aby działały jak te bakterie w fermentacji, tj. aby najpierw wyprodukowały rzeczywiste szczepionki, nie wiedząc, jak skuteczne będą, jak długo to potrwa, czy może potrwa całe życie, czy przedostaną się do jądra komórkowego. Oznacza to, że wszyscy, którzy otrzymują te zastrzyki, w tym przyszłe szczepionki, są początkowo mimowolnymi organizmami zmodyfikowanymi genetycznie.”
Wyniki badań podsumowano poniżej. Technologia mRNA w postaci szczepionek może prowadzić do następujących skutków u ludzi: Przewlekły stan zapalny w każdym narządzie w organizmie, np. zapalenie mięśnia sercowego i osierdzia. ModRNA może być zintegrowany z DNA ludzkich komórek. Jeśli ma to miejsce w męskich lub żeńskich komórkach rozrodczych, genom [= materiał genetyczny] przyszłych pokoleń zostaje zmieniony. Technologia szczepionki modRNA lub włączenie modRNA do własnych komórek organizmu może prowadzić do nowych rodzajów raka i do turbo raka u osób, które już chorują na raka!
Kla.TV podsumowała niektóre punkty z poniższej ulotki i przedstawia je w skróconej formie. Pełna ulotka w języku niemieckim i angielskim znajduje się w niebieskiej ramce pod programem.
1. Tak ci mówią: “To szczepionka”, ale to nieprawda.
Nie jest to “szczepionka”, ponieważ spełnia wszystkie kryteria produktu modyfikowanego genetycznie. Zawiera syntetycznie wytworzone zmodyfikowane mRNA, modRNA, które jest pakowane w nanocząsteczki lipidowe, które transportują modRNA do naszych komórek.
2. Tak ci mówią: “To mRNA”, ale to nieprawda.
Nie jest to mRNA, ale zmodyfikowane mRNA, modRNA. Chociaż ten syntetycznie wytworzony modRNA naśladuje naturalny mRNA, ma zupełnie inne właściwości: W przeciwieństwie do naturalnego mRNA, które ulega szybkiej degradacji, modRNA z Covida-19″szczepionek” było wykrywane we krwi przez okres do 28 dni, a w tkankach przez okres do ośmiu tygodni. Potwierdzono badaniami, że białko spike, które jest tworzone przez wstrzyknięty modRNA, krąży we krwi przez okres do sześciu miesięcy. DNA jest również obecne w szczepionkach i jest to całkowicie nieoczekiwane. W partiach szczepionek znaleziono duże ilości zanieczyszczeń DNA, których skutki są niepokojące zgodnie z naszą obecną wiedzą naukową. Mogą one reprezentować zmienioną regulację genów [= kontrola aktywności genów] i ryzyko integracji z naszym genomem [= materiał genetyczny].
3. Tak ci mówią: “Szczepionka pozostaje w mięśniach”, ale to nieprawda.
“Szczepionka” nigdy nie miała pozostawać w mięśniach, ale przedostawać się do krwiobiegu, węzłów chłonnych, a nawet mleka matki. W przeciwieństwie do cząsteczek konwencjonalnych szczepionek, nanocząsteczki lipidowe zawierające modRNA nie pozostają w krwiobiegu. Zamiast tego mogą one w zasadzie przenikać do każdej komórki naszego ciała, w tym do ważnych narządów, takich jak serce, mózg, wątroba, nerki, płuca, śledziona, żołądek, jajniki i jądra. Nanocząsteczki lipidowe są wysoce prozapalne i toksyczne. Powtarzające się iniekcje zwiększają zatem uszkodzenia naszych komórek, a nawet mogą prowadzić do ich przedwczesnej śmierci.
Podczas wojny Izraela z Hamasem zginęło już co najmniej 95 przedstawicieli mediów. Jest to najbardziej śmiercionośny konflikt dla reporterów.
Strefa Gazy, zniszczenia po izraelskim ataku na dzielnicę Jenin w Rafah. / Fot. PAP/ABAC
Kilku dziennikarzy, w tym przedstawiciele tureckiego publicznego nadawcy TRT, zostało rannych w ataku izraelskich czołgów na obóz dla uchodźców Nusajrat w centralnej części Strefy Gazy. Jeden z reporterów stracił nogę.
TRT oskarżyła siły zbrojne Izraela o dokonanie „ataku z premedytacją” na grupę dziennikarzy. Tureckie medium podkreśla, że ich pracownicy wyraźnie odróżniali się od pozostałych osób, ponieważ mieli na sobie dobrze widoczne kamizelki z napisem „Press”.
Podobne doniesienia przekazał w rozmowie z CNN Sami Szehada, arabski operator kamery stacji TRT, który stracił nogę w wyniku ostrzału, a następnie został przewieziony na operację do szpitala. – Nagrywaliśmy w bezpiecznym miejscu. (…) Było oczywiste, że jestem cywilem i dziennikarzem. Staliśmy się celem – relacjonował Szehada.
„Potępiamy izraelski atak w Strefie Gazy na grupę dziennikarzy noszących oznaczenia prasy. Na skutek (tego ostrzału) operator kamery Sami Szehada, (pracujący dla) tureckiego nadawcy TRT World, stracił nogę. Lekceważenie przez izraelską armię oznaczeń prasy – zarówno po 7 października (dniu ataku Hamasu na Izrael – red.), jak też przed tą datą – zagraża życiu dziennikarzy. Ten incydent musi stać się przedmiotem niezależnego śledztwa, a osoby odpowiedzialne za atak muszą zostać pociągnięte do odpowiedzialności” – oświadczyła amerykańska organizacja pozarządowa Komitet Ochrony Dziennikarzy (CPJ).
CPJ condemns the Israeli attack in Gaza on a group of journalists wearing press insignia that resulted in cameraman Sami Shehadeh, of Turkish broadcaster
, having his leg amputated. The IDF’s disregard for press insignia, both after and prior to October 7, endangers the lives of journalists. This incident must be independently investigated, and those responsible for the attack must be held accountable.
CPJ MENA
@CPJMENA
CPJ condemns the Israeli attack in Gaza on a group of journalists wearing press insignia that resulted in cameraman Sami Shehadeh, of Turkish broadcaster @trtworld, having his leg amputated.
W osobnym komunikacie CPJ przekazał, że podczas wojny Izraela z Hamasem zginęło już co najmniej 95 przedstawicieli mediów. Jest to najbardziej śmiercionośny konflikt dla reporterów, odkąd w 1992 roku zaczęto prowadzić statystyki.
Śmierć – na życzenie – z NFZ-u. Cywilizacja śmierci III
Izabela Brodacka
„Niemal połowa oddziałów położniczych w Polsce przyjmuje mniej niż dwa porody dziennie”,wynika z analizy opublikowanej przez „Dziennik Gazetę Prawną”.Biorąc pod uwagę, że według wytycznych Ministerstwa Zdrowia „optymalna liczba porodów”, to 600 rocznie, najprawdopodobniej część oddziałów położniczych zostanie zamknięta jako nierentowna.
„Gazeta Prawna” opisuje również nową strategię ministerstwa zdrowia w sprawie znieczulenia przy porodzie. Znieczulenie ma być dostępne wszędzie. W tych miejscach, w których co najmniej 10 procent kobiet skorzysta ze znieczulenia przy porodzie naturalnym wycena porodu będzie wyższa. Stawka ma wzrastać proporcjonalnie do liczby znieczuleń. To teoretycznie ma zachęcić większe szpitale do przyjmowania rodzących.
Może to doprowadzić jednak do zamknięcia mniejszych porodówek, których nie stać na opłacanie etatu anestezjologa i dla których znieczulenia są zbyt drogie. Przy jednym porodzie dziennie pieniądze z NFZ nie wystarczą na utrzymywanie w gotowości personelu.
Logika tego wszystkiego jest następująca. Obecne władze forsują ze wszystkich sił aborcję na żądanie. Logicznie spójna z tym jest likwidacja oddziałów położniczych. Oznacza to pogłębiającą się katastrofę demograficzną. Nie będzie komu pracować na wypracowane emerytury starzejącego się społeczeństwa.
„Zaradzi” temu wprowadzenie eutanazji. Już nie tylko na żądanie lecz na przykład zaleconej przez sąd lub nawet przez trzyosobową komisję, która uzna, że komfort życia starego czy chorego człowieka jest zbyt niski aby pozwolić mu nadal żyć, należy więc go dla jego własnego dobra uśpić, realizując w ten sposób plan depopulacji globu.
Ktoś jednak musi pracować na nieustannie rosnącą liczebnie klasę próżniaczą. Ma temu zaradzić sprowadzanie „najeźdźców” czyli przyjętych w ramach relokacji przybyszy z krajów afrykańskich oraz z ogarniętej wojną Ukrainy. Lecz oni na ogół nie mają zamiaru pracować natomiast chcą korzystać z przywilejów socjalnych wypracowanych przez społeczność danego kraju, w tym przypadku Polski. To na nich trzeba będzie pracować biorąc pod uwagę fakt, że masowo będą uzyskiwać prawa do emerytury nie wypracowanej w Polsce oraz korzystać z przywilejów wprowadzonych po to w Polsce aby zapobiec katastrofie demograficznej. W ten sposób koło się zamyka.
Czy klasa rządząca czyli klasa w Polsce wyjątkowo próżniacza zaoszczędzi na zamykaniu oddziałów położniczych? W ekonomii i w socjologii stosuje się tak zwany rachunek ciągniony ale to raczej zbyt skomplikowane dla naszych (p)osłów. Dobrym przykładem jest sprawa leczenia kilkanaście lat temu tak zwanej stopy cukrzycowej ( aktualnych danych nie znam). Otóż większość szpitali decydowała się wówczas „leczyć” chorego, a raczej zapobiegać gangrenie przez amputację części jego stopy gdyż amputacja kosztowała wówczas szpital czyli społeczeństwo 3000 złotych natomiast leczenie zachowawcze kosztowało powyżej 12000. Lekarze decydujący się na obcięcie pacjentowi stopy czy nawet całej nogi wydawali się nie rozmieć, że generują w ten sposób o wiele większe koszty społeczne. Inwalida staje się niezdolny do pracy, przysługuje mu dożywotnia renta i droga przecież proteza, rana po amputacji wymaga na ogół dalszego pielęgnowania i wizyt u specjalistów, protezę trzeba naprawiać i zmieniać. To wszystko obciąża ZUS oraz NFZ czyli nas podatników.
Pikanterii temu rachunkowi ciągnionemu dodaje fakt, że ubezpieczenie zdrowotne jest przecież przymusowe. Każdy z nas – szczególnie ludzie starsi – wydał na to ubezpieczenie ogromną sumę. I właśnie tych starszych ludzi najczęściej poddaje się eutanazji po polsku czyli eutanazji przez zaniechanie.
Epidemia covid19 – prawdziwa czy fałszywa- pozwoliła zrealizować w sporym zakresie światowy plan depopulacji powodując w Polsce jak wiadomo przeszło 200 000 (albo więcej) tak zwanych nadmiarowych zgonów. Byli to pacjenci, którym pod pretekstem pandemii odmówiono operacji ratującej życie, na przykład operacji usunięcia rozlanego wyrostka robaczkowego, czy operacji onkologicznej, albo opóźniano termin tej operacji tak długo, że pacjent jej nie doczekał. Byli to pacjenci wymagający na ogół długiej i kosztownej opieki i w dodatku już nie czynni zawodowo czyli generujący obciążające społeczeństwo koszty natomiast nie przynoszący zysków. Argument, że ci kłopotliwi pacjenci zapłacili z nawiązką za swoje leczenie zbierając składkę zdrowotną jako część przymusowego ubezpieczenia i że gdyby im choćby część tej składki zwrócić byłoby ich stać na opłacenie sobie kuracji w prywatnej placówce trafia wyłącznie do różnych liberałów pokroju Korwina-Mikke i pozwala im snuć przez długie lata utopijne wizje idealnego społeczeństwa liberalnego, w świecie zachodnim całkowicie passé.
Zaczyna się totalna wojna. Sejm skierował WSZYSTKIE CZTERY proaborcyjne projekty do dalszych prac.
Poniżej zobaczy Pan, jak głosowali posłowie.
UWAGA: głosowano wnioski o odrzucenie. A więc ZA oznacza „za przyjęciem wniosku o odrzucenie” (czyli za życiem), a PRZECIW oznacza „przeciw wnioskowi o odrzucenie” (czyli za aborcją).
Ciekawostka: były premier Mateusz Morawiecki zagłosował przeciw projektowi Trzeciej Drogi o mordowaniu dzieci z niepełnosprawnościami. Krótko potem przeprosił na Twitterze i stwierdził, że się pomylił, bo jednak chciał zagłosować za aborcją. Co za bezduszność…
Wszystkimi projektami zajmie się teraz specjalnie powołana komisja sejmowa. Jej skład nie napawa optymizmem. Zasiądą w niej posłowie, którzy albo są wprost za aborcją, albo mają w tej sprawie miękki kręgosłup, poza nimi jest dosłownie kilku konserwatystów.
Oto skład komisji: Sylwia Bielawska (KO), Paweł Bliźniuk (KO), Alicja Łepkowska-Gołaś (KO), Dorota Łoboda (KO), Katarzyna Maria Piekarska (KO), Maciej Wróbel (KO), Monika Rosa (KO), Anna Sobolak (KO), Jolanta Niezgodzka (KO), Urszula Nowogórska (PSL-TD), Urszula Pasławska (PSL-TD), Żaneta Cwalina-Śliwowska (Polska2050-TD), Karina Bosak (Konfederacja,) Olga Semeniuk-Patkowska (PiS), Katarzyna Sójka (PiS), Józefa Szczurek-Żelazko (PiS), Ewa Szymanowska (Polska2050-TD), Agata Wojtyszek (PiS), Marcelina Zawisza (Lewica) i Anna Maria Żukowska (Lewica).
Szanowny Panie,
Komisja będzie obradować przez wiele miesięcy. Zaczyna się wielka wojna o życie i nie będziemy stać z boku. Musimy wygrać świadomość ludzi, aby jak najwięcej osób otwarcie i bez wyjątków sprzeciwiało się aborcji.
Mamy dwa ważne projekty do zrealizowania.
Pierwszy to seria pokazów filmu „Miało nie żyć” w każdym zakątku Polski. Chcemy dotrzeć nie tylko do dużych metropolii, ale także do mniejszych miejscowości, do ludzi, którzy chcą zobaczyć, jak naprawdę wygląda aborcja i co dzieje się z dziećmi, które ośmielą się ją przeżyć. Zrobiliśmy założenie, że wejście na film ma zawsze być bezpłatne.
Już teraz mamy około 10 zgłoszeń od osób, które szykują projekcję filmu w swoim miejscu zamieszkania. W dwóch miejscach odbędą się pokazy dla zamkniętych grup formacyjnych, natomiast inne dwa miejsca z pokazem otwartym są już pewne i tutaj serdecznie Pana zapraszam:
– 20 kwietnia o godz. 20:00 w Domu Aktywności Mieszkańców w Marysinie koło Lublina,
– 27 kwietnia o godzinie 17:00 w kinie Beskid w Andrychowie.
Dogrywamy kolejne terminy. Chcemy też, aby na każdym pokazie była osoba z Fundacji, bo po filmie widzowie mają wiele pytań. Niektórzy nie mogą uwierzyć, jak to możliwe, że w Polsce zabija się dzieci. Cierpliwie odpowiadamy i uświadamiamy ludziom, co naprawdę dzieje się za murami polskich lecznic. Prawda o aborcji pomaga walczyć o życie dzieci.
Oprócz pokazów filmu planujemy kolejną akcję plakatowo-pikietową. Pokażemy hipokryzję polityków, którzy z jednej strony mówią o tolerancji i równości, z drugiej chcą dyskryminować dzieci ze względu na etap ich życia.
Chcą najmłodsze z nich rozrywać szczypcami chirurgicznymi i zabijać zastrzykiem z chlorku potasu wprost w serce. Ludzie muszą się o tym dowiedzieć. Do tej kampanii potrzebne będą nowe banery, na początek co najmniej 30 sztuk.
W tym gorącym czasie rosną koszty naszych działań. Tylko do końca kwietnia potrzebujemy co najmniej 24 tysiące złotych, aby zrealizować najbliższe zadania.
Czy może Pan pomóc?
Czy może Pan wpłacić 50, 100, 200 złotych lub inną wybraną kwotę, aby pomóc w walce z aborcją? Wpłat można dokonać na dane widoczne w stopce niniejszego maila.
Proszę Pana, bo wierzę, że nie zostawi Pan dzieci bez pomocy.
To szczególny moment i potrzeba ogromnej mobilizacji.
Jesteśmy na froncie i potrzebujemy wsparcia, by iść z prawdą w Polskę.
PS – W czasie, gdy aborterzy napierają, musimy mieć pewność, że zrobiliśmy wszystko, co było można, aby ratować życie niewinnych dzieci. Proszę Pana o pomoc, bo przed nami ogrom pracy.
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY: IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230 KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, Najpiękniejszy z synów ludzkich, którego wygląd został nieludzko oszpecony, aby narody„wybrane przed innemi o Jego piękność walczyły na ziemi”!
Jutro, jak zawsze 13. dnia miesiąca, będzie w Wałbrzychu czuwanie Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę, tym razem w dwóch turach: pierwsza rano w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej, Patronki Wałbrzycha – jak zawsze w sobotę – różaniec za Ojczyznę przed Mszą św. o godz. 8,
druga zaś tura w kolegiacie Św. Aniołów Stróżów od godz. 15 do comiesięcznej Mszy św. za Ojczyznę o godz. 18.
Nasze czuwanie kwietniowe, począwszy od roku 2010, tradycyjnie ma związek z katastrofą smoleńską, która ostatnio stała się na nowo otwartą raną. Ale przede wszystkim ma związek z okresem radości paschalnej. Zmartwychwstanie Pańskie to zadatek zwycięstwa, które Jezus ma odnieść nie sam, ale jako BÓG Z NAMI. Tym zadatkiem jest pieśń pochwalna płynąca z Krzyża odkupienia świata (por. Ps XXII, 26). W tym roku radość paschalna łączy się ze wspomnieniem XXV rocznicy wydania jednego z najdonioślejszych i najwznioślejszych dokumentów św. Jana Pawła II, Listu do artystów, w którym Papież Poeta, przywołując proroctwo: „piękno zbawi świat”, nawiązał do naszych narodowych wieszczów. Płynące z ich serc piękne słowo jest ową pieśnią nową, potężnym głosem Krzyża historii, wzywającym do wierności Barankowi, aby Polska mogła zwyciężyć przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, do czego jesteśmy powołani (por. Ap XIV, 1-4). A wydaje się, że ta profetyczna epistoła, wydana 4 kwietnia 1999 r. w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego (notabene jedyny Papieski dokument wydany w największe święto Chrześcijaństwa a niebędący orędziem wielkanocnym), w samym zamierzeniu miała antycypować ujawnienie III części tajemnicy fatimskiej, gdzie ukazuje się ów krzyż historii, który znamy z mistycznych wizji naszych wieszczów.Papież Poeta, sam będący ich wcielonym Słowem, zaproponował artystom nawiązanie bardziej owocnej współpracy z Kościołem, aby środkami artystycznego wyrazu sprawili, że krew Odkupienia przemówi do sumień i przekona świat o tym, co napisał Apostoł narodów: Szacuję bowiem, że nie się równowarte cierpienia tej teraz pory względem przyszłej chwały, która ma się objawić w nas. Bo stworzenie z upragnieniem objawienia [się] synów Boga wyczekuje, gdyż zostało poddane marności (…) w nadziei, że i to stworzenie wyzwolone zostanie z niewoli zepsucia ku wolności chwały dzieci Boga (Rz VIII, 18-21). – Tak to ujął Ojciec św.:
Kieruję do was wezwanie, byście na nowo odkryli głęboki wymiar duchowy i religijny sztuki, który w każdej epoce znamionował jej najwznioślejsze dzieła. (…) przymierze istniejące od zawsze między Ewangelią a sztuką, niezależnie od swoich aspektów funkcjonalnych, wiąże się z wezwaniem do wniknięcia twórczą intuicją w głąb tajemnicy Boga Wcielonego, a zarazem w tajemnicę człowieka.
Każdy człowiek w pewnym sensie pozostaje nieznany samemu sobie. Jezus Chrystus objawia nie tylko Boga, ale «objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi». W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą. Wszyscy wierzący są powołani, by dawać o tym świadectwo; ale to wy, którzy poświęciliście życie sztuce, macie ukazywać bogactwem swego geniuszu, że świat jest odkupiony przez Chrystusa: (…) odkupione jest całe stworzenie, o którym św. Paweł napisał, że «z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych» (Rz 8,19). To stworzenie oczekuje objawienia się synów Bożych także poprzez sztukę i w sztuce. Jest to właśnie wasze zadanie. Obcując z dziełami sztuki, ludzkość wszystkich epok – także współczesna – spodziewa się, że dzięki nim pozna lepiej swoją drogę i przeznaczenie (14. Apel do artystów).
To zwłaszcza my, Polacy, obcując z dziełami naszych wieszczów, mamy sobie uświadomić i zrozumieć, że Ojczyzna nasza za niebotyczną cenę wierności Barankowi nabyła u Boga obietnice. – Stąd wykrzesać mamy iskrę, która wyjdzie z Polski, aby przygotować świat na ostateczne przyjście Króla Miłosierdzia przez nasze wywyższenie w potędze i świętości. Albowiem na początku jest Opatrzność Boża, na końcu zaś Miłosierdzie.
Dlatego oprócz stałej intencji: „O Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, oraz o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu”, co będzie intencją części bolesnej Różańca św., modlić się będziemy także w wielu intencjach szczegółowych, od których zależy pomyślność tej ziemi.
Będziemy błagać Wszechmoc Bożą, by naukowo udowodniona prawda o katastrofie smoleńskiej, podobnie jak prawda o zbrodni katyńskiej, została oficjalnie uznana na forum międzynarodowym, wyzwalając nas z niewoli ojca kłamstwa, który mężobójcą był od początku, i burząc mury wrogości, które są jego królestwem i które spychają Ojczyznę naszą w otchłań nowej niewoli.
Aby obietnice dane Polsce zostały ustawione na świeczniku, tak, by mogło się spełnić błogosławieństwo Melchizedeka i obietnica dana Abrahamowi na wzgórzu w krainie Moria: nasienie twoje zdobędzie bramę nieprzyjaciół swoich (Rdz XXII, 17).
O tryumf Niepokalanego Serca Matki Bożej Fatimskiej i krwi Golgoty Wschodu (w tym oczywiście także ofiar zbrodni katyńskiej i Smoleńskiej) nad władzą zbudowaną na propagandzie kłamstwa, o zburzenie murów wrogości w Słowiańszczyźnie, nawrócenie Rosji na wiarę katolicką oraz zjednoczenie całej Słowiańszczyzny w Chrystusie, który jest pokojem naszym, przez miłość wszystkich Słowian do słowiańskiego Papieża, Męża naznaczonego w misterium 13 maja, oraz przez maryjne zjednoczenie narodów, na którego czele ma stanąć Polska.
Przede wszystkim zaś nie może zabraknąć modlitwy o wypełnienie apelu o nowe przymierze między Kościołem a światem sztuki, z jakim wystąpił największy z synów tej ziemi w Liście do artystów w Niedzielę Wielkanocną Zmartwychwstania Pańskiego AD 1999, nawiązując do proroczej wizji wskrzeszenia Narodu, jaką zawarł Norwid w Promethidionie. Bo Ojciec św. w swoim apelu nie stwierdza, jak jest, ale co i jak ma być. Dla nas, modlących się za Ojczyznę, jest to drogowskaz, o co należy się modlić.
O kolejnej szokującej decyzji Ministerstwa Edukacji Narodowej poinformowała wiceminister Joanna Mucha. Okazuje się, że uczęszczające do polskich szkół ukraińskie dzieci będą uczyły się historii na podstawie materiałów przygotowanych przez stronę ukraińską. Można więc spodziewać się, że w polskich szkołach jako bohater przedstawiany będzie np. Stepan Bandera.
O przygotowaniu przez stronę ukraińską podstawy programowej dla ukraińskich dzieci uczących się w polskich szkołach, wiceminister Joanna Mucha mówiła na antenie Radia ZET.
– „Strona ukraińska zaoferowała nam, że dla swoich dzieci przygotuje tzw. komponent ukraiński, który będzie obejmował historię, geografię, literaturę. I będą to realizowali we własnym zakresie. Wydaje mi się to bardzo fair ofertą, skorzystają na pewno obie strony „- powiedziała.
Podkreśliła, że Polska nie chce „polonizować” ukraińskich dzieci.
– „Chcemy, żeby dzieci ukraińskie zostawiły swoją tożsamość ukraińską, ale jednocześnie były dobrze wyedukowane, bo część z nich po prostu zostanie w Polsce”- zapewniła.
Człowiek ma prawo pozbawić życia drugiego człowieka tylko w nielicznych, wyjątkowych przypadkach: w samoobronie lub podczas obrony osób trzecich przed poważnym zagrożeniem, na wojnie sprawiedliwej, podczas walki narodu o wolność m.in. w czasie okupacji wykonując wyrok śmierci na zdrajcach, agentach, szmalcownikach po uprzednim osądzeniu ich przez sąd władzy podziemnego państwa i wreszcie wykonując karę śmierci na zbrodniarzu po wyroku sądowym legalnej i praworządnej władzy.
W tym przypadku jednak należy oddzielić sądownictwo państwa totalitarnego i jakiejkolwiek podobnej struktury od władzy osiadłej na fundamentach cywilizacji łacińskiej czyli stosującej przepisy prawa wolnego od lewicowej deformacji.
Prawo do legalnego zabijania niewinnych ludzi?
Wszystkie powyższe przypadki, które wymieniłem, dotyczą ludzi winnych, obarczonych zbrodniczymi czynami lub będących w trakcie usiłowania ich popełnienia. W przeciwieństwie do wymienionych przestępców dziecko w łonie matki jest niewinne i to stanowi jedną z kilku zasadniczych różnic. Zabicie ludzkiego płodu jest dozwolone tylko w przypadku, gdy kontynuacja ciąży zagraża życiu matki [czyli obojga].
Prawo do zabijania na życzenie… (niektórzy degeneraci chcą, aby matka miała to prawo do chwili urodzenia lub nawet po urodzeniu dziecka)…takie prawo jest prawem do popełniania zbrodni ludobójstwa i nie jest przypadkiem, że wprowadzali je najwięksi ludobójcy w historii: Lenin, Hitler i Stalin.
Bełkot i opętanie. „Bo mieszkanie było za małe”
Przedstawiciele lewicy próbując uzasadnić swój zbrodniczy postulat używają najczęściej nielogicznych, absurdalnych argumentów. Sam widziałem jak na postawione pytanie czym różni się prócz rozmiaru ludzki płód od dorosłego człowieka zwolenniczka zabijania odpowiedziała: „nie żyje”.
Swego czasu podczas akcji billboardowej przeciw przemocy męskiej i tylko męskiej, opuchnięta i posiniaczona twarz kobiety była połączona z napisem bo zupa była za słona. Tragicznym odpowiednikiem, jakże bardziej zbrodniczym, lecz cenzurowanym z całych sił przez lewicę, są zdjęcia zabitych dzieci z napisem: bo mieszkanie było za małe, a wyznała to swego czasu jedna z piosenkarek wspierająca „prawa kobiet”.
Czym różni się zabicie dziecka od zabicia dorosłego lewaka?
Zamordowanie dziecka przed lub po urodzeniu, zamordowanie osoby dorosłej, a także osoby o poglądach zbrodniczych nie różnią się od siebie kwalifikacją czynu poza wymienionymi przeze mnie przypadkami. Osoby o poglądach zbrodniczych czyli część środowisk lewicowych powinna być ścigana z paragrafu o zakazie propagowania ustrojów totalitarnych oraz o zakazie podżegania do przestępstwa. Uchroniłoby to wiele istnień ludzkich od śmierci.
Różnica pomiędzy zabijaniem dzieci „na życzenie” a karą śmierci dla zbrodniarzy jest różnicą cywilizacyjną.
Współcześni nam barbarzyńscy neopoganie zasiadający w ławach parlamentarnych publicznie twierdzą, iż mordowanie dzieci nienarodzonych to sprawa światopoglądu każdego z osobna. I z tego powodu wprowadzają np. dyscyplinę głosowania w sprawie przekonań, wedle owej nomenklatury, światopoglądowych. Ten elementarny brak logiki prowokuje pytanie, o co tu chodzi?
Z sensowną odpowiedzią jest jednak spory kłopot.
To może tak.
W starożytnej Ziemi Kanaan i w dużej połaci Bliskiego Wschodu oddawano cześć pogańskiemu bożkowi (bałwanowi) znanemu pod imieniem Moloch albo Ba’al. Poza rozmaitymi plemionami zamieszkującymi ten obszar świata, głównie zaś Fenicjanami i Babilończykami, kult taki był praktykowany również w kulturze minojskiej (mit o Minotaurze). Otóż Ba’al znaczy król-byk. Z kolei określenie „moloch” wywodzi się z aramejskiego i fenickiego rdzenia mlk, który czytany z hebrajska brzmi jak „molek” albo „molok”, a oznaczał ofiarę składaną z nowo narodzonych dzieci, w szczególności zaś z pierworodnych synów.
Ofiara ta była składana w ten sposób, że figura bałwana zwanego Ba’al wykonana była z brązu i trzymała wyciągnięte przed sobą ręce skierowane dłońmi ku dołowi. W te ręce wkładano noworodka, a pod nimi rozpalany był ogień, którego płomienie rozgrzewały metalowe dłonie. Gdy dziecko zaczynało się piec niczym na ruszcie, kapłani walili w wielkie bębny aby zagłuszyć krzyk dziecka. Gdy spalone ciało skurczyło się, wówczas spalone szczątki spadały w ognisko.
Oczywistym jest, że pogańscy mieszkańcy Kanaanu wyznawali stosowny światopogląd, w którym składanie właśnie takich ofiar stanowiło przejaw ich rozumienia świata i konieczności przebłagania bożka, aby zapewnić sobie jego przychylność w rozmaitych kwestiach ciężkiej egzystencji, w tym np. w kwestii nadumieralności noworodków, co wszak było skutkiem drastycznego nierozumienia zasad higieny tudzież braku rozeznania co do rodzaju zagrożeń okołoporodowych wśród społeczeństw tamtej epoki historycznej
Znalazł się jeden wyjątek pośród ludów Kanaanu, który zerwał z ww. praktyką, a mianowicie zakaz takiej praktyki powstał wśród klanów hebrajskich (pokoleń). Zakaz składania dzieci na ofiarę przebłagalną (a szerzej ludzi) otrzymał w mozaizmie (a także w późniejszym judaizmie) sankcję nakazu boskiego, co znalazło wyraz w piątym przykazaniu Dekalogu (nie zabijaj niewinnego i bezbronnego bliźniego swego, czyli nie morduj), a narrację fabularną w przypowieści biblijnej o Abrahamie i jego synu Izaaku. Niewątpliwie ta praktyka, tak odmienna od kultywowanej przez wszystkie okoliczne ludy, także była przejawem stosownego światopoglądu. Skąd zatem wziął się wspomniany wcześniej światopogląd u naszych swojskich dzisiejszych neopogan?
Śmierć lwowskich profesorów. Zabicie ich dzieci i wnuków. Symbol uniwersalny
Ks. prof. Franciszek LONGCHAMPS DE BÉRIER
Ksiądz katolicki, profesor nauk prawnych, kierownik Katedry Prawa Rzymskiego na Wydziale Prawa i Administracji UJ, członek prezydium Komitetu Nauk Prawnych PAN, wybrany do Wspólnego Komitetu Zarządzającego (kadencja 2016-2018) China-EU School of Law w China University of Political Science and Law w Pekinie.
O profesorach lwowskich zamordowanych w lipcu 1941 roku powiedziano i napisano już sporo. Dlaczego nigdy nie będzie za wiele? Zastrzeleni przez niemieckie komando, ponieważ byli Polakami i profesorami – polskimi profesorami we Lwowie
Egzekucja na Wzgórzach Wuleckich nie odbiegała zbytnio od innych okupacyjnych rozstrzelań. Wyobrażam sobie wykopane świeżo doły z przerzuconymi nad nimi deskami, na których stają po cztery osoby. Strzały na chwilę rozświetlają ciemność i ciała wpadają do zbiorowej mogiły. Nie pierwszy raz i nie ostatni podczas okupacji. Jednak morderstwo z 3 na 4 lipca, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach. W 212 roku przed Chrystusem pokonano miasto po dwuletnim oblężeniu, ale ponoć był rozkaz dowodzącego rzymską armią Marka Klaudiusza Marcellusa, aby odnaleźć i oszczędzić uczonego. Nie dotarł do świadomości żołdaka, który bezceremonialnie zarąbał Archimedesa nad morskim brzegiem, przeszkadzając w kreśleniu figur i rozmyślaniu o matematycznych diagramach. We Lwowie rozkaz musiał być inny. Podobno wydał go generalny gubernator Hans Frank pomny „zamieszania” po wysłaniu profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego „tylko” do obozów koncentracyjnych. Wygodniej zabić na miejscu.
Morderstwo z 3 na 4 lipca 1941 roku, a więc tuż po wejściu Niemców do Lwowa, urasta do rangi symbolu. Dla epoki antyintelektualnych totalitaryzmów odpowiada śmierci Archimedesa w Syrakuzach.
Dziś o prześladowaniu krakowskich profesorów jest komu opowiadać potomnym. Szczęście, że dzieje się to instytucjonalnie w jagiellońskiej Alma Mater, która wspomina uczonych nie tylko przy okazji rocznicy tzw. Sonderaktion Krakau. Ich los stanowi część pamięci uniwersytetu, która tworzy jego tożsamość.
Nie tak samo jest w przypadku profesorów Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Nikt też z nich nie wrócił (jeśli pominąć jednego z „zatrzymanych” lipcowej nocy). Ci jednak, którzy wspominają ofiarę ich życia: we Wrocławiu, w Lublinie, jak Polska długa i szeroka oraz w dzisiejszym Lwowie, widzą w tym symbol mówiący o wielkości nauki, o „zagrożeniach” wynikających z jej uprawiania, o sile i potędze myśli, o mocy sprawczej i odnowicielskiej, której obawiają się wrogowie. Ludzie przecież ginęli z ręki Niemców, bo byli uczonymi i tylko za to, że byli uczonymi. Zastrzeleni nocą byli Polakami, jak wielu innych naszych Rodaków, pozabijanych w XX wieku często właśnie tylko dlatego, że byli Polakami. Kaźń profesorów to jednak symbol uniwersalny, ważny dla każdego, kto ceni rozum. Ostrzeżenie. Umiłowanie prawdy i poszukiwania naukowe mogą sprowadzić wyrok śmierci. Ale i tak warto je prowadzić, jak Archimedes czy uczeni z Uniwersytetu Jana Kazimierza.
W zeszłym roku sugestywną okazję, aby o nich rocznicowo i nie rocznicowo wspomnieć dał Instytut Pamięci Narodowej. Rocznicowo, bo w 2016 roku minęło 75 lat jak siły bezpieczeństwa III Rzeszy pozbawiły życia polskich profesorów we Lwowie. Nie rocznicowo, gdyż IPN przygotował piękną wystawę do przedstawiania na ulicach i placach, którą 30 sierpnia pokazano na Esplanadzie Solidarności przed gmachem Parlamentu Europejskiego w Brukseli. Potem we wrześniu pojawiła się we Wrocławiu przed Bazyliką św. Elżbiety, aby następnie zawitać w Krakowie: w listopadzie przed Ignatianum, a w pierwszych tygodniach grudnia na pl. Szczepańskim.
Ekspozycję „Kaźń profesorów lwowskich. Wzgórza Wuleckie 1941” mogło ze zrozumieniem obejrzeć wielu, gdyż opisy przygotowano równolegle po polsku, niemiecku, ukraińsku i angielsku. Na zakończenie odbyła się 16 grudnia w Collegium Maius sesja o tytule „Sprawa mordu na profesorach lwowskich nadal jest otwarta”. Inspirowana była zakończeniem pamiętników Karoliny Lanckorońskiej. Brakuje słów wdzięczności dla Uniwersytetu Jagiellońskiego za uczczenie ich pamięci: jak od dawna tablicą na półpiętrze Collegium Novum, tak teraz spotkaniem, zorganizowanym przez prof. Andrzeja A. Ziębę, pana Macieja Wojciechowskiego i dyrektora Collegium Maius prof. Krzysztofa Stopkę. Z kilku powodów ucieszyło mnie zaproszenie do znakomitego kręgu strażników pamięci, którzy mieli podzielić się wtedy refleksjami. Wspomnienie kaźni na Wzgórzach Wuleckich zdaje się wyzwaniem dla każdego. Mnie przyszło się na nią zastanowić jako księdzu, jako osobie noszącej nazwisko aż czterech ofiar i jako profesorowi Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Cieszy, że spotkanie w Krakowie, gdzie serca otwarte i trwa pamięć nie tylko o własnych profesorach. W ich zresztą gronie został aresztowany w Sonderaktion członek naszej rodziny – historyk prawa i były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Stanisław Estreicher. Mogę napisać wuj, gdyż jego żona Helena z domu Longchamps de Bérier była najstarszą siostrą mego pradziadka Bogusława („ochrzczonego na szablach powstańczych”). Wuj nie wrócił – zmarł w Sachsenhausen 28 grudnia 1939 roku. Ona, piękna i kochająca szybko podążyła za nim, odchodząc 14 marca 1940 roku.
Czterech Longchamps de Bérier: Bronisław, Zygmunt, Kazimierz – synowie Romana. Ojciec profesor prawa cywilnego i rektor Uniwersytetu Jana Kazimierza w Lwowie. Tragedia rodzinna, dlatego bliska i bardziej dotkliwa, choć inni pewnie mieli straszniejsze: więcej ludzi lub okrutniej zginęło. Nie mnie o tym pisać. Trzeba spytać stryja Jana, którego jako trzynastolatka zostawiono z matką. Ja zastanawiam się głośno, co wyjątkowego było w kaźni profesorów lwowskich? Tak wiele za nami rozważań o zbrodni, zbrodniarzach, winie, braku odpowiedzialności, białych plamach.
Sporo, choć nie wszystko wiemy o lipcowej nocy 1941 roku. Morderstwo nie zakończyło dla nazistów sprawy polskich profesorów. Nie bez znaczenia symbolicznego było to, co zdarzyło się z nimi później. W 1943 roku zbliżał się front. O tym w książce „Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941” prof. Zygmunta Alberta, szczególnego strażnika pamięci: „Ekshumowane zwłoki rozstrzelanych na Wzgórzach Wuleckich profesorów i ich współtowarzyszy przewieziono bezzwłocznie na Lasu Krzywczyckiego i następnego dnia, tj. 9 października, dorzucono je do kilkuset innych trupów i spalono wspólnie na olbrzymim stosie. Zachowane resztki kości zmielono w żwirowym młynie i wraz z popiołami rozrzucono w okolicznym lesie”. Zabity, spalony, a prochy rozsypane – tylko dlatego, że był profesorem. Pozostał pył na wietrze.
Zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Co jednak uderza – zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. O każdym z rozstrzelanych profesorów daje się wiele powiedzieć, bo mieli piękny dorobek życiowy. Łatwiej się o nich pamięta przez dzieła, jakie zostawili. Wszelako nie wszyscy z zamordowanych byli profesorami, za to wszyscy byli równi w śmierci. Wśród ofiar znalazły się żony – panie Grekowa, Ostrowska, Ruffowa, synowie – Jerzy Nowicki, Andrzej Progulski, Adam Ruff, Józef Weigel, Eustachy i Emanuel Stożkowie, nasi Bronisław, Zygmunt i Kazimierz. I Adam Mięsowicz, wnuk prof. Sołowija. Oni także bez miejsca pochówku; rozsypani w Lesie koło Krzywczyc.
Profesorowie zastrzeleni „bez sądu” i bez wyjaśnień. Zamordowani z żonami, dziećmi, a nawet wnukami. Tylko dlatego, że ich zastano w domach polskich uczonych.
Kiedyś wnosiłem o otwarcie nowego wykładu na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zdziwienie wzbudził tytuł – „Reflektorem w mrok. Prawo rzymskie o współczesnym”. Sugerowano zmianę i należało w radzie wydziału z niego wytłumaczyć. Przy tej okazji – ale potem też wielokroć od studentów – padało pytanie: dlaczego „reflektorem w mrok”? Mało kto dał się zbyć odpowiedzią, że to po prostu dobrze brzmi. Przecież wiedzieli, że wyrażenie kojarzy się z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, krytykiem i tłumaczem francuskiej literatury. Powszechnie wiadomo o jego wyraziście nie-kościelnych poglądach, a tu ksiądz proponuje taki tytuł…? Proponowałem i proponuję między innymi po to, aby przypomnieć człowieka, który zginął razem z profesorami lwowskimi zabrany z domu prof. Jana Greka. Razem w śmierci, każdy zatem bliski nam, którzy pamiętamy. Patrzyłem na moją radę wydziału – polskich profesorów w Krakowie: „nie mam dzieci, ale wielu ze słuchających mnie ma córki, synów, a nawet wnuki. Proszę pomyśleć, że zostają zamordowane tylko dlatego, że są dziećmi, wnukami polskich profesorów”. Pamięć należy się nie tylko profesorom, lecz i tym, co zginęli z nimi. A zginęli dlatego, że ich zastano w w domach polskich uczonych.
W Księdze Życia zapisano każde imię i po zostaniemy wezwani na Sądzie. Tak tedy rozsypywanie prochów po lasach było głęboko niechrześcijańskie. A skoro o tym mowa: jako księdzu miło mi, że w gronie zabranych z lwowskimi profesorami znalazł się dwudziestodziewięcioletni wykładowca biblistyki ksiądz Władysław Komornicki. Zanim zginął, miał szansę zaopiekować się duchowo zwieziony na Wzgórza Wuleckie. Przecież pozostała jeszcze chwila, sporo czasu na pojednanie się z Bogiem. Zawsze pozostaje wybór, choćby droga wiodła na szafot: nie przebaczyć czy przebaczyć?
W trybie większego przypisu: skoro o profesorach zawsze daje się powiedzieć więcej, przedkładam mój wstęp do sławnego, klasycznego i do dziś ciągle powoływanego podręcznika prof. Romana Longchamps de Bérier pt. „Polskie prawo cywilne. Zobowiązania”. Do ponownego ogłoszenia drukiem na podstawie wydania drugiego z 1939 roku doszło w Poznaniu w 1999 roku. Zatem „Po sześćdziesięciu latach” – i taki był tytuł wstępu:
Wielkiego dzieła podjęli się Polacy, gdy po z górą wieku niewoli rozpoczęli odbudowę państwowości. Nie chodziło tylko o wskrzeszenie Polski, jako o akt sprawiedliwości dziejowej. Trzeba było od podstaw stworzyć nowoczesne państwo. Wymagało to większego wysiłku niż ten, przed jakim stanęliśmy po przełomie roku 1989. Podobnie jak dziś, prawo miało wtedy szczególną rolę do odegrania w budowie Rzeczypospolitej. Jednak ówczesna sytuacja wydawała się znacznie trudniejsza. W samej tylko sferze prawa prywatnego w różnych częściach kraju obowiązywały odmienne, obce regulacje: kodeks cywilny austriacki, kodeks cywilny niemiecki, kodeks Napoleona, zwód praw, a na Spiszu i Orawie prawo węgierskie. W pierwszym rzędzie należało więc zadbać o ujednolicenie prawa, aby mogło stać się skutecznym instrumentem nie tylko tworzenia państwa, ale i zaprowadzania w nim trwałego ładu. Choć stworzenie polskich unormowań stanowiło poważne wyzwanie, prawnicy tamatych czasów byli do tego chyba lepiej niż my przygotowani. Studiowali na najlepszych europejskich uniwersytetach. Znali doskonale zarówno w teorii, jak i w praktyce prawo kilku państw, przodujących w świecie pod względem nowoczesności unormowań. Mogli tedy z pełną świadomością skutków wybierać najlepsze rozwiązania normatywne. W powołanej w 1919 roku Komisji Kodyfikacyjnej zasiedli najwybitniejsi znawcy prawa. Łącząc swą wiedzę i umiejętności stworzyli zespół, któremu do dziś trudno znaleźć równy. Pracowali solidnie, systematycznie i bez pośpiechu. Stąd rozpoczęte w początku lat dwudziestych prace nad kodeksem zobowiązań, ukończyli dopiero w 1933 roku. Dzięki temu jednak stał się on najwybitniejszym osiągnięciem polskiej myśli prawniczej w XX wieku.
Kluczową rolę w tworzeniu kodeksu zobowiązań odegrał Roman Longchamps de Bérier. Do udziału w pracach kodyfikacyjnych zachęcił go prof. Ernest Till. Już od 1922 roku jako członek lwowskiego komitetu, brał Profesor Roman udział w obradach nad przygotowanym przez E. Tilla projektem części ogólnej prawa zobowiązań. Potem wspólnie już opracowali projekt części szczegółowej[1], zaś po śmierci E. Tilla w 1926 roku, Profesor Roman przejął cały ciężar prac, będąc głównym referentem tej dziedziny prawa cywilnego w Komisji Kodyfikacyjnej[2]. Uczestniczył oczywiście także w przygotowywaniu jednolitego polskiego prawa rodzinnego, autorskiego, handlowego i morskiego, jednak kodyfikacja i wykładnia prawa zobowiązań stanowiły główne pole jego działalności. Jak się miało później okazać, stały się one najważniejszym dziełem jego przedwcześnie przerwanego życia. Prawu zobowiązań poświęcił liczne prace, wśród których poczesne miejsce zajmuje Uzasadnienie projektu kodeksu zobowiązań z uwzględnieniem ostatecznego tekstu wydane w Warszawie: tom I w 1936, a tom II w 1937 roku[3].
Jednak najwybitniejszym osiągnięciem Profesora Romana są Zobowiązania[4]. Zaplanowano je jako drugi tom systematycznego podręcznika Polskie prawo cywilne, którego pozostałe części miały wychodzić w miarę postępów prac kodyfikacyjnych. Do wybuchu wojny ukazał się jeszcze tylko tom VI – Kazimierza Przybyłowskiego Prawo prywatne międzynarodowe[5]. Pierwsze wydanie Zobowiązań drukowano w pięciu zeszytach w latach 1934-1938. Po uzupełnieniu i drobnych poprawkach drugie wydanie ukazało się w roku następnym i jako najpełniejsze, a przy tym w pełni oryginalne, jest podstawą niniejszego wznowienia. Trzecie wydanie opracował w 1948 roku w Poznaniu prof. Józef Górski, który wprowadził szereg uzupełnienień, ale i pominął pewne ustępy, aby dostosować podręcznik do stanu prawnego w dniu 1 stycznia 1948. Mając przed oczyma ujednolicone już przepisy prawa cywilnego, zastąpił uchylone normy obowiązującymi, a w szeregu przypadków, np. w rozważaniach dotyczących najmu czy umowy o pracę, przedstawił też najważniejsze postanowienia nowych regulacji.
Podręcznik Romana Longchamps de Bérier pojawił się bezpośrednio po ogłoszeniu polskiego prawa obligacyjnego[6] i był oparty o wygłoszone wykłady uniwersyteckie. Obie okoliczności wydatnie wpłynęły na charakter dzieła. W Zobowiązaniach nie chodziło bowiem o szczegółowy komentarz do poszczególnych artykułów kodeksu zobowiązań, lecz o systematyczne przedstawienie zasad nowego prawa. Nie uwzględniono orzecznictwa ani literatury, które były wówczas bardzo skromne. Kontekst prawnoporównawczy ograniczano do praw obowiązujących w danej materii w Polsce przed 1 lipca 1934. Pojawiał się zresztą tylko dla wyjaśnienia stanowiska nowego prawa w kwestiach zasadniczych. Autor zastrzegł też sobie prawo do pominięcia rozważań teoretycznych nad zagadnieniami spornymi w literaturze prawa cywilnego[7].
Już w momencie wydania, Zobowiązania zostały zaliczone do klasyki przedmiotu[8]. Zawierały bowiem nie tylko autorytatywny wykład głównego referenta kodeksu. Przedstawiały całość doktryny, nie stroniąc od wszelkich odcieni i subtelności myśli prawniczej. Stanowiły nadto doskonały pod każdym względem podręcznik. Zmarły niedawno badacz prawa rzymskiego prof. Jan Kodrębski pisał: „Erudycja autora, równie kompetentnego w czterech prawach obowiązujących na ziemiach polskich, jak i we współczesnych mu prawach zachodnioeuropejskich i tamtejszej literaturze prawniczej, wiąże się tu z wielkim talentem konstrukcji prawnej, mistrzostwem dydaktycznym i precyzyjną, elegancką formą… Dzieło Romana Longchamps znakomicie uwydatnia romanistyczny podkład współczesnych zobowiązań i – będąc wykładem współczesnego prawa – może równocześnie służyć jako największy polski podręcznik rzymskiego prawa zobowiązaniowego. Traktat Romana Longchamps jest też wzorem znakomitej formy prawniczego pisania”[9]. Ta ze wszech miar wybitna książka, cytowana we wszystkich liczących się pracach cywilistycznych, trafia ponownie do rąk czytelników dzięki entuzjazmowi prof. Władysława Rozwadowskiego oraz zgodzie syna Autora Zobowiązań – Jana Longchamps de Bérier.
Być może pisanie do niej wstępu nie powinno przypaść komuś, kto w swych skromnych poszukiwaniach naukowych próbuje poprzez prawo rzymskie i historię prawa zgłębiać czym jest prawo, jakie rządzą nim prawidłowości. Po pierwsze jednak, Zobowiązania należałoby poddać analizie, która umożliwiłaby kompleksowe wprowadzenie w zagadnienia w nich przedstawiane. Pozwoliłaby też na osadzenie wielu z przewijających się tam wątków w całym kontekście, uwzględniającym również późniejszy rozwój doktryny. Po wtóre zaś, na uważne studia i pełniejsze opracowanie zasługuje cały dorobek Romana Longchamps de Bérier. Tymczasem Profesor doczekał się dotąd tylko kilku wspomnień[10], zaś reakcji na jego poglądy naukowe należałoby szukać w szczegółowych rozważaniach całej polskiej cywilistyki. Niestety, nikt nie podjął się jeszcze ani jednego, ani drugiego. Prawda, że to zadania trudne, lecz wybitnych prawników dzisiaj nie brakuje. Ponadto dzieło Profesora Romana nie pozostało poza granicami III Rzeczypospolitej, jak miejsce jego kaźni. Przeciwnie, wpisało się na trwałe w polski porządek prawny. Przetrwało nawet ciemną noc bezprawia. Skoro jednak zaszczyt skreślenia kilku słów wprowadzenia do wznawianych Zobowiązań przypadł prawnukowi stryjecznego brata Autora, trudno aby nie zarysował sylwetki wielkiego uczonego.
Pochodził Roman Longchamps de Bérier z osiadłej w Polsce hugenockiej rodziny francuskiej, która emigrowała po odwołaniu przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego w 1685 roku. Już pierwszy Longchamps przeszedł na katolicyzm, a jego syn Franciszek (zmarły w 1784 roku) był kapitanem gwardii królewskiej w czasach saskich i uzyskał zatwierdzenie szlachectwa[11]. W rodzinnym archiwum zachowały się dwa dokumenty podpisane w roku 1753 i 1760 przez Augusta III, przyznające mu serwitoriat, czyli przywilej kupiecki wyjmujący spod prawa i władzy miasta Lwowa, zwalniający z podatków i ograniczeń celnych oraz oddający pod jurysdykcję marszałka wielkiego koronnego. Zachowały się też druki urzędowe, na których Franciszek podpisał się jako prezydent Lwowa[12]. Jego syn Jan (1762-1834) służył w Legionach Dąbrowskiego[13], a w 1807 roku został kapitanem w I Regimencie Huzarów Polskich[14]. Synowie jego brata Aleksandra (1766-1810), bliźniacy Wincenty (1808-1881) i Bogusław (1808-1888), przerwali studia w Wiedniu na wieść o powstaniu listopadowym, w którym niezwłocznie wzięli udział. Wincenty był potem jeszcze powstańcem 1846 roku, zaś syn Bogusława – Franciszek (1840-1915), a stryj Romana, powstańcem 1863 roku[15].
W rodzinie nie brakowało nigdy prawników i lekarzy. Wincenty rozpoczął w Wiedniu studia prawnicze, które po upadku powstania ukończył w Pradze. Również jego bratanek Franciszek studiował prawo. Rodzony brat Romana Andrzej został sędzią Najwyższego Trybunału Administracyjnego w Warszawie, zaś stryjeczny brat, ochrzczony na szablach powstańczych Bogusław Karol (1884-1947) był znanym lwowskim adwokatem. Natomiast lwowskim lekarzem był już ojciec bliźniaków – Aleksander. Medycynę studiował również jego syn Bogusław, dziadek Romana, który praktykował w Lesku, by osiąść później we Lwowie, gdzie został nawet lekarzem miejskim. Jego syn Bronisław, ojciec Romana, był wojskowym lekarzem w randze generała austriackiej armii[16].
Roman Józef Longchamps de Bérier urodził się 9 sierpnia 1883 we Lwowie. Po ukończeniu szkoły średniej rozpoczął studia na Wydziale Prawa Lwowskiego Uniwersytetu. Stopień doktora praw uzyskał w 1906 roku, a od 2 lutego tego roku pracował w Prokuratorii Skarbu, potem w lwowskim oddziale Prokuratorii Generalnej RP. Trwało to do 30 kwietnia 1920, kiedy podjął obowiązki profesorskie w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie: najpierw jako profesor nadzwyczajny, a od 1 sierpnia 1922 już jako profesor zwyczajny[17].
Pracy naukowej poświęcał się odkąd ukończył studia, zawsze pod troskliwym okiem swego mistrza prof. E. Tilla. W roku akademickim 1907/1908 studiował w Berlinie u profesorów Thodora Kippa i Josepha Kohlera[18]. Wkrótce przedłożył monograficzne Studya nad istotą osoby prawniczej[19] oraz zestawił polską bibliografię prawniczą za lata 1911-1912[20]. Przygotował szereg prac poświęconych zagadnieniom związanym z rękojmią[21], a wkrótce światło dzienne ujrzała rozprawa habilitacyjna pt. Rękojmia z powodu wad i braków a obowiązek świadczenia – Studyum z austyackiego prawa cywilnego[22]. „Bronił w niej poglądu, że chodzi tu o odrębny rodzaj odpowiedzialności, który różni się od odpowiedzialności za niewykonanie zobowiązań zarówno podstawą, jak warunkami (niezależność od winy) i skutkami (odszkodowanie w granicach ujemnego interesu)”[23].
Prócz nauczania w katedrze prawa cywilnego, od 1920 roku aż do wybuchu wojny prowadził wykłady na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W związku z nimi przygotował podręcznik Wstęp do nauki prawa cywilnego ze szczególnym uwzględnieniem kodeksów obowiązujących w b. Królestwie Kongresowym, Małopolsce i W. Ks. Poznańskim[24]. „Jest to znakomite dzieło, które do dziś dnia zachowało swoją wartość jako najpełniejsze wprowadzenie do historii prawa cywilnego ziem polskich XIX i początków XX wieku, a równocześnie swą precyzją i zwięzłością korzystnie odbiegające od współczesnego odpowiednika”[25]. Choć przedstawiał w nim aktualny stan prawny, nie przestawał wskazywać na korzyści z unifikacji prawa, jakie przyniesie opracowanie polskiego kodeksu cywilnego. Podobnie, po opracowaniu kodeksu zobowiązań marzył, że posłuży on jako projekt dla wspólnej, europejskiej regulacji, którą proponował rozpocząć od przyjęcia jednakowych unormowań w Polsce, Czechosłowacji i Jugosławii. Wiedziony tą myślą współorganizował I zjazd prawników państw słowiańskich w Bratysławie w 1933 roku, gdzie wygłosił referat główny[26].
Do współpracy międzynarodowej przywiązywał zresztą ogromną wagę. Oprócz działań wśród prawników państw słowiańskich, brał udział w kongresach prawa porównawczego w Hadze w 1932 i w 1937 roku, publikował w niemieckich i francuskich czasopismach i dziełach zbiorowych. Przygotował prawnicze porozumienie polsko-francuskie i przewodniczył polskiej grupie działającej w jego ramach.
Profesor nie stronił od angażowania się w pracę na rzecz wspólnoty akademickiej. Wielokrotnie pełnił funkcję dziekana Wydziału Prawa UJK: w latach 1923/1924, 1929/1930, 1930/1931 i 1931/1932. Prorektorem był od 1934 aż do 1938 roku, a w roku następnym wybrano go rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Godność tę obejmował 1 września 1939[27].
Od 1920 roku brał udział w pracach Polskiego Towarzystwa Naukowego we Lwowie. Przez 32 lata działał w lwowskim Towarzystwie Prawniczym. W 1931 roku został członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności. Wiele wysiłków poświęcił pracy w Przeglądzie Prawa i Administracji. W 1939 roku wszedł do komitetu redakcyjnego Orzecznictwa Sądów Polskich. Od 1936 roku był członkiem Trybunału Kompetencyjnego. Za zasługi w pracy nad kodeksem zobowiązań wyróżniono go w 1934 roku krzyżem komandorskim orderu Odrodzenia Polski. Natomiast za rozwijanie prawniczej współpracy polsko-francuskiej otrzymał Legię Honorową[28].
Roman Longchamps de Bérier pozostał w pamięci potomnych nie tylko jako wybitny uczony. Uosabiał to, co w jego rodzinie ceniono najbardziej: był dobrym człowiekiem. Kazimierz Przybyłowski bardzo pięknie i prawdziwie ujął ten profil wielkości Autora Zobowiązań:
„Cechowała go wielostronność zainteresowań i upodobań. Uprawiał sport. Miłośnik muzyki – poświęcał jej niejedną chwilę. W życiu towarzyskim chętnie brał udział. W czasie letnich ferii lubił pobyt na wsi w Hatowicach. Najlepiej czuł się w umiłowanym gronie rodzinnym (żona Aniela ze Strzeleckich i czterej synowie). Był pełen dobroci i pogody ducha, łagodny i wyrozumiały. Łatwo wybaczał urazy i innych do tego skłaniał, łagodził nieporozumienia, czuwając jak dobry duch opiekuńczy nad koleżeńskimi stosunkami na Uniwersytecie. Cechował go pogodny humor bez cienia złośliwości. Obce mu były wszelkie przejawy zawiści. Nie powodował się ambicją. Z natury optymista, skłonny dopatrywać się wszędzie raczej dobrych stron, w taki właśnie sposób odnosił się do otoczenia. Toteż daleki był od nieufności i podejrzliwości, z drugiej strony jednak nie był łatwowierny, szybko i trafnie orientował się w ludziach. Obowiązki swe traktował poważnie i wypełniał gorliwie; niezwykle pracowity i sumienny, nie znosił powierzchownej roboty. Postępował zgodnie z tym, co mu dyktowało sumienie, nie oglądając się na opinię. W obejściu łatwy i zazwyczaj życzliwie uśmiechnięty – odznaczał się niezwykle ujmującą wytwornością, która przejawiała się w każdym słowie i ruchu, a świadczyła o wysokiej kulturze osobistej. W słowach raczej powściągliwy, w zachowaniu się zawsze idealnie opanowany – był uosobieniem rozumnego umiaru, który zawsze i we wszystkim wysoko cenił. Ten styl życiowy narzucał mimowoli każdemu, kto z nim przestawał[29]„.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich do Lwowa uważał za swój obowiązek pozostać na Uniwersytecie. Nie będąc oczywiście rektorem, na Wydziale Prawa Radzieckiego wykładał prawo zobowiązań i prawo obligacyjne państw zachodnioeuropejskich[30]. Późnym wieczorem 3 lipca 1941, parę dni po wejściu Niemców, został aresztowany wraz z trzema synami: Bronisławem, lat 25 i Zygmuntem, lat 23 – absolwentami Politechniki Lwowskiej oraz Kaziemierzem, osiemnastoletnim maturzystą. Moment ten relacjonował Zygmunt Albert: „Wtargnąwszy do domu prof. Longchamps de Bérier zachowywali się brutalnie, wytrącili profesorowi papierośnicę z ręki, nie pozwolili wziąć płaszczy, krzyczeli, że nie będą im potrzebne, nie pozwolili żonie i matce pożegnać ani odprowadzić do bramy swych najbliższych”[31]. Aresztowania udało się uniknąć tylko najmłodszemu Janowi. Tej nocy zabrano też innych profesorów Uniwersytetu i Politechniki, niejednokrotnie z członkami rodzin lub osobami zastanymi w ich domach. Rozstrzelano ich jeszcze tej samej nocy, 4 lipca około 4.00 nad ranem. Na Wzgórzach Wuleckich zginęło wtedy 40 osób. Pochowano je w miejscu stracenia. Jednak 9 października 1943, najwyraźniej dla zatarcia śladów zbrodni, ich doczesne szczątki ekshumowano i kremowano w Lesie Krzywczyckim, rozrzucając po nim popioły[32]. Ogromna widać bywa cena naukowej wielkości polskiego uczonego.
Śmierć lwowskich profesorów budzi nieutulony żal. Milczenie wokół złożonej przez nich ofiary zastanawia i przeraża. Cóż, na zapomnienie skazano po wojnie całą polską obecność we Lwowie. Na pomniku wzniesionym przez Międzyuczelniany Komitet Uczczenia Pamięci Lwowskich Pracowników Nauki w 1964 roku we Wrocławiu władze nakazały umieścić napis głoszący, że upamiętnia wszystkich polskich uczonych zabitych i zmarłych podczas okupacji. Tablicę z nazwiskami lwowskich profesorów wmurowano natomiast w 25. rocznicę śmierci w krakowskim kościele oo. Franciszkanów. Jednak dopiero sierpniowy zryw Solidarności dał szansę oddania im należytego hołdu i odsłonięcia we Wrocławiu trzech okolicznościowych tablic (w tym przy pomniku). Także we Lwowie próbowano uczcić pamięć pomordowanych profesorów. Na stoku Wzgórz Wuleckich rozpoczęto w 1956 roku budowę pomnika. Stanęły rusztowania i wyłoniły się jego kontury, ale wkrótce prac zaprzestano: ślady usunięto, a teren wyrównano[33]. Nic to jednak, bo najokazalszym, choć niedokończonym pomnikiem pozostało dzieło ich życia. To właśnie Zobowiązania stanowią najwspanialsze, trwałe epitafium Romana Longchamps de Bérier. O pięknie i doskonałości tego monumentu myśli prawniczej przekonuje się każdy, kto pochyla się nad jego stronicami. Im bardziej wgłębia się w lekturę, tym silniej rośnie w nim przekonanie, że Profesor mógłby powtórzyć za starożytnym wieszczem: Exegi monumentum aere perennius… non omnis moriar, multaque pars mei…[34]
Na zakończenie pozostaje zasadnicze pytanie. Co sprawia, że po sześćdziesięciu latach dochodzi do wznowienia książki poświęconej prawu? Nowoczesne, dobrze działające wydawnictwo z pewnością nie kieruje się chęcią uzupełnienie zniszczonych zbiorów archiwalnych. Prawda, że dzieło Romana Longchamps de Bérier może być wzorem dla wszystkich piszących podręczniki prawnicze. Jednak jak ostrzeżenie brzmią słowa pewnego pruskiego prokuratora z czasów Wiosny Ludów: „trzy słowa poprawki do ustawy, a całe biblioteki idą na makulaturę”[35]. A przecież w ciągu sześćdziesięciu lat przez nasze prawo więcej zmian się przetoczyło. Zastanawia przeto, że stan prawny przedstawiony w Zobowiązaniach jest stale dość aktualny. Na szczęście, inaczej niż w wielu innych krajach tzw. demokracji ludowej, przejęto z niewielkimi zmianami przedwojenną regulację prawa obligacyjnego. Czy sekret tkwi wszelako tylko w utrzymaniu jej pozytywną wolą ustawodawcy?
Wznowienie dzieła prawniczego nie jest zjawiskiem niespotykanym, także w rodzinie Longchamps de Bérier. W 1949 roku nakazano zniszczenie całego nakładu rozprawy habilitacyjnej Profesora Franciszka (1912-1969) pt. Założenia nauki administracji[36]. Wydaje się, że ograniczenie prawa do woli ustawodawcy oraz obawa przed podważeniem jej niepodzielnego panowania, stały u podstaw zakazu uprawiania nauki administracji, a wkrótce również filozofii prawa – w zasadzie aż do 1989 roku. Jednak Założenia wydano ponownie w 1991 roku, a potem znów w 1994 roku[37] – po przeszło dwudziestu latach od śmierci Autora. Najwyraźniej w prawie, w jego konkretnych unormowaniach jest coś więcej niż tylko pozytywna wola skłanienia do konkretnych zachowań. Można chyba wskazać na swoistą ponadczasowość prawa, warunkowaną pragmatyzmem i użytecznością rozwiązań oraz otwarciem na zmieniające się potrzeby obrotu. Niezmienne prawidłowości prawne ujawniają się przecież w naturze regulowanych stosunków. Ustawodawcy odkrywają je i przyjmują w wybranej przez siebie formie, choć podlegają im nawet wówczas, gdy nie są ich świadomi czy wręcz je odrzucają. Warto przeczytać dziś Zobowiązania również pod tym kątem.
Franciszek Longchamps de Bérier
[1]) Por. E. Till – R. Longchamps de Berier, Polskie prawo zobowiązań, Lwów 1928. [2]) Prace nad kodeksem zobowiązań opisuje sam R. Longchamps de Berier, Zobowiązania, wyd. 2, Lwów 1939, str. 1-3. [3]) K. Przybyłowski, ś. p. Roman Longchamps, Państwo i Prawo, 1947, Zesz. 5-6, str. 64-68, ; Tenże, Longchamps (Longchamps de Berier) Roman Józef (1883-1941), Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 543-544. [4]) „Inaczej niż jego koledzy z innych wydziałów, czasem nawet ku ich zgorszeniu, uważa prawnik pisanie podręcznika nie za rezygnację, ale za godne pochwały dopełnienie twórczości naukowej”. F. Longchamps de Berier, O prawniku w rzeczypospolitej nauk, Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Wrocławskiego, 1958, Seria A, Nr 15, str. 10. [5]) Lwów 1935. [6]) Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej kodeks zobowiązań z dnia 27 października 1933 poz. 598 Dz. U. [7]) Zobowiązania, Zesz. 1, Lwów 1934, Przedmowa. [8]) Por. Zobowiązania, wyd. 3, Poznań 1948, Przedmowa J. Górskiego. [9]) J. Kodrębski, Roman Longchamps de Berier, w: Lwowskie środowisko naukowe w latach 1939-1945. O Jakubie Karolu Parnasie, wyd. 4, red. I. Stasiewicz-Jasiukowa, Warszawa 1993, str. 120-126, 125. [10]) Oprócz cytowanych w przyp. 3: J. Fedynskyj, Prominent Polish Legal Scholars of the Last One Hundred Years, w: J. W. Wagner, Polish Law Throughout the Ages, Stanford, California 1970, str. 469-473; W. Wojtkiewicz-Rok, Sylwetki uczonych polskich pomordowanych we Lwowie w lipcu 1941 r., w: Kaźń profesorów lwowskich. Lipiec 1941, Studia oraz relacje i dokumenty zebr. i oprac. przez Z. Alberta, Wrocław 1989, str. 359; T. Giaro, .Longchamps de Berier, Roman (1883-1941), w: Juristen. Ein biographisches Lexicon. Von der Antike bis zum 20. Jahrhundert, red. M. Stolleis, München 1995, str. 390. Ponadto ukazały się krótkie noty: A. Szpunar, Prawo cywilne, w: A. Szpunar, K. Przybyłowski, W. Siedlecki, Nauka prawa prywatnego i procesowego w Polsce, Kraków 1948, str. 14; W. Bonusiak, Kto zabił profesorów lwowskich?, Rzeszów 1989, str. 90-91. [11]) B. Longchamps de Berier, Ochrzczony na szablach powstańczych… Wspomnienia (1884-1918), Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk-Łódź 1983, str. 26. [12]) Dokumenty w posiadaniu Jana Longchamps de Berier. [13]) B. Longchamps de Berier, Ochrzczony…, str. 26. [14]) Kopia dokumentu w posiadaniu autora przedmowy. [15]) Por. Polski Słownik Biograficzny, T. XVII, Wrocław-Warszawa-Kraków 1972, str. 540-545. [16]) Tamże. [17]) Por. K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64; Tenże, Longchamps…, str. 543. [18]) Tamże. [19]) Przegląd Prawa i Administracji, 1910, 1911, 1912 i odbitka Lwów 1911. [20]) Polska bibliografia prawnicza 1911, 1912. Rejstr alfabetyczny, Lwów 1916. [21]) Por. np. R. Longchamps de Berier, Czy nabywca rzeczy wadliwej w rozumieniu § 922 nast. u. c. może domagać się jej naprawy z tytułu rękojmi?, Księga Pam. ku czci Orzechowicza, T. II, Lwów 1916, str. 1-9. [22]) Lwów 1916. [23]) K. Przybyłowski, ś. p…, str. 64. [24]) Lublin 1922. [25]) J. Kodrębski, l. c., str. 123. [26]) Zjednoczenie prawa obligacyjnego w państwach słowiańskich, Przegląd Prawa i Administracji, 1933, str. 3-14, 9. [27]) K. Przybyłowski, ś. p…, str. 67. [28]) Tamże, str. 65-68. [29]) Tamże , str. 67. [30]) J. Fedynskyj, Prominent, str. 472; J. Kodrębski, l. c., str. 126. [31]) Z. Albert, Mord profesorów lwowskich w lipcu 1941 roku, w: Kaźń…, str. 40. [32]) Tamże, str. 37-62. [33]) Tamże, str. 65-66. [34]) Horacy, Pieśń III.30. [35]) Cytowane za F. Longchamps de Berier, O prawniku…, str. 10. [36]) Wrocław 1949. Por. K. Jonca, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego 1945-1995, Wrocław 1996, str. 31. [37]) Wyd. 1, Wrocław 1991; wyd. 2, Wrocław 1994.
EPA’s new emissions standards for heavy-duty trucks will effectively require that electric semi-trucks make up an increasing share of manufacturer sales from 2027 through 2032, similar to its recent rule for passenger cars. The difference is that the truck mandate is even more costly and fanciful.
EVs make up less than 1% of U.S. heavy-duty truck sales, and nearly all are in California, which heavily subsidizes and mandates their purchase. EPA’s rule will require electric models to account for 60% of new urban delivery trucks and 25% of long-haul tractor sales by 2032 (WSJ).
This EVtruck mandate on manufacturers is not feasible. EV big rigs and commercial vehicles will need to make more stops for charging, will not be able to carry heavy weights and there are no charging stations available for commercial vehicles. This will drive up the cost of goods throughout the USA, as well as making farm, manufacturing more expensive – which equals less demand for product.
At this time, there is not even a single long-haul tractor truck on the market, and yet 25% of them are now supposed to be EVS?
Biden officials who have pushed these new mandates are well aware of damage they are doing, but believe that in the name of “climate change” it is justified. This will reduce the American standard of living and limit economic growth. Weaponizing government agencies to push activist agendas is especially detrimental to the American political system and must stop.
The issue of bribing students just prior to the election is real.
The Administration is essentially turning college into an open-ended, taxpayer-financed entitlement by canceling loans on the installment plan. It even boasts that it has already “approved $146 billion in student debt relief for 4 million Americans through more than two dozen executive actions.” That’s $36,500 per borrower. It’s good to be the King.
The Supreme Court ruled last year that Mr. Biden’s cancelation of $10,000 to $20,000 per borrower exceeded his authority under the 2003 Heroes Act, which allows the executive to “modify” loan terms in an emergency. The Administration “modified” loans, Chief Justice John Roberts wrote, in the “same sense that ‘the French Revolution “modified” the status of the French nobility.’”
An Administration official said late Sunday its new plans “involve different considerations” and use “different legal authority.” It invokes the Higher Education Act, which lets the Education Secretary “compromise” or “waive” claims. The Administration says its new plan is targeted even as it boasts about its scale.
Mr. Biden’s new loan forgiveness is still illegal. The High Court stressed that student loan forgiveness is a major question that requires clear authorization from Congress. But Mr. Biden seems to believe he can jam the courts by automatically forgiving debt before a judge has time to stop him.
The White House says most borrowers won’t even have to apply for loan relief. Sometime before the November election, Mr. Biden will simply declare their debt forgiven. That means a future Congress and a President Trump might be unable to undo the lawless act. Where are the press scolds who warn about a President who threatens democracy?(From the WSJ).
Impreza w hotelu sejmowym. / foto: screen YouTube: Super Express
To Łukasz Mejza był gospodarzem słynnej imprezy, która postawiła na nogi Straż Marszałkowską i pół hotelu sejmowego – dodnosi se.pl – Pewnie do straży zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy – twierdzi poseł PiS-u.
Imprezę z udziałem młodych posłów PiS-u zakończyła w nocy ze środy na czwartek (z 10 kwietnia na 11 kwietnia) interwencja Straży Marszałkowskiej.
– Straż Marszałkowska niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia o zaistniałym na terenie Domu Poselskiego zdarzeniu podjęła interwencję, która okazała się skuteczna – czytamy w oficjalnym piśmie z Kancelarii Sejmu.
– To były dobre pozytywne emocje, z dobrymi pozytywnymi ludźmi. Staropolskim zwyczajem po prostu zaczęliśmy śpiewać, a ja grałem na gitarze. Cieszę się, że moje umiejętności artystyczne, instrumentalne, jak i wokalne zostały tak szeroko docenione – tłumaczy Mejza. – Pewnie zgłosiły nas jakieś sztywniaki z Lewicy. Ze Strażą Marszałkowską odbyliśmy bardzo kulturalną rozmowę. Powiedzieli, żeby pamiętać o innych gościach w hotelu.
W skład wesołej sejmowego chóru wchodzili jeszcze między innymi: Kamil Bortniczuk i Dariusz Matecki. Posłowie śpiewali przeróbkę hitu Myslovitz pt. „Peggy Brown”.
W nowej wersji zespołu „Letni Chamski Podryw” bohaterem utworu jest Grzegorz Braun i jego historia gaszenia świec hanukowych w Sejmie za pomocą gaśnicy.
W jednym z najnowszych programów Tomasz Sommer przypomniał przyjęcie paktu migracyjnego przez UE oraz szaloną politykę klimatyczną. Wskazał też na fałszywą narrację wokół obecności Polski w Unii Europejskiej.
– Nie ma możliwości zreformowania tych polityk, bo oznaczałoby to niemalże zmianę religii – ocenił.
– Dojrzała tutaj taka religia przez tę kilkadziesiąt lat, religia zielonego wariactwa, ta religia ma swoich kapłanów, biskupów, kardynałów, ma swoich pseudopapieży, ma milion diakonów, którzy działają we wszystkich krajach, ma parafie, ma zakony – wyliczał.
– Teraz jeżeli by nagle z dnia na dzień powiedzieć, że koniec, likwidujemy tę religię, to przecież bunt tych wszystkich działaczy byśmy mieli. Nie da się ich uciszyć, odciąć od koryta, odciąć od głoszenia tych swoich „prawd” jednorazowo – wskazał.
– Jedyną metodą na powstrzymanie tego z dnia na dzień, póki jeszcze u nas ta ideologia nie jest aż tak mocna, to jest oderwanie się od Unii Europejskiej natychmiast, odcięcie tych więzi, sprawienie, że te wszystkie kontakty ideologiczne zostaną uznane za to, czym są, czyli agenturalną robotę wrażych sił i dzięki temu będziemy mogli funkcjonować na normalnych zasadach z resztą świata – dodał.
Sommer podkreślił, że „to jest wszystko mało”. – Przez lata, jak mówiono w Polsce o Unii, to zawsze mówiono w takim ujęciu, że my jesteśmy żebrakami, a ktoś tam przychodzi i nam rzuca pieniądze. Mówiono: musimy być w Unii, bo nam rzucają pieniądze – zwrócił uwagę.
– Czy jakikolwiek żebrak, który stoi pod urzędem i zbiera jakieś pieniądze, czy on kiedykolwiek z tego żebractwa doszedł do pozycji milionera? Czy zdarzyła się taka sytuacja? Czy można, poprzez zbieranie rzuconych przez kogoś ochłapów, stać się potentatem? Ja się nie spotkałem z taką sytuacją – wskazał.
Jak dodał, „jeżeli chcielibyśmy wyjść na poziom potentatów europejskich, to nie poprzez zbieranie ochłapów”. Podkreślił, że obecnie Polska znajduje się w stałym dystansie do bogatszych państw Unii Europejskich, właśnie dlatego że „żyjemy z ochłapów”.
– Aby dojść do pozycji wielkości ekonomicznej trzeba zrezygnować z funkcjonowania na zasadzie żebraka – skwitował.
Sommer podkreślił, że od początku funkcjonowanie Polski w Unii Europejskiej było oparte na niemoralnym przekazie. Jak dodał, „w ogóle nie ma alternatywy” dla Polexitu, gdyż „nie da się Unii zreformować od środka”. – To są tylko próżne żale, próżny trud. Nie da się przekonać biurokratów unijnych, żeby zmienili swoje podejście do rzeczywistości. Trzeba by ich wszystkich wyrzucić, ale na to nie ma siły politycznej – skwitował.
Artykuł ten „przeczytało” dotąd 1480 osób. I żadna nie zasygnalizowała mi, że bez TABEL jest niezrozumiały !! Umieściłem go 5 miesięcy temu.
O tempora !! O mores!! Rozpacz.
Umieszczam więc jeszcze raz, by chętni jednak CZYTALI ze ZROZUMIENIEM. Dodaję BOLD, by łatwiej się czytało. md
[Alina: Rzucili okiem. Nie czytali więcej niż kilkanaście linijek. Tekst jest b. długi i wymaga skupienia i czasu.]
====================================
[z książki „Otwarta Księga”, Romuald Lazarowicz i Jerzy Przystawa. W ciągu dwóch dziesięcioleci pozycja ta ZNIKŁA z wszystkich portali, a była na co najmniej sześciu. Znikła też z google.. MD]
============================================
Krzysztof Ciesielski. Ordynacja paradoksalna?
Obowiązująca w Polsce ordynacja wyborcza nosi nazwę „proporcjonalnej”. Znaczenie tego słowa jest dobrze znane, o proporcjonalności uczone są na lekcjach matematyki dzieci w szkole podstawowej.
Tymczasem przydział mandatów w Sejmie otrzymany w wyniku takiej ordynacji może z proporcjonalnym rozdziałem nie mieć nic wspólnego.
Mogą się też zdarzyć rzeczy nad wyraz nieoczekiwane. Głos oddany na jednego kandydata może działać na korzyść kogoś zupełnie innego. Może się okazać, że dwa ugrupowania. zdobędą tyle samo głosów, ale przypadną im w udziale różne liczby miejsc w parlamencie. Partia może przekonać do swojego programu dodatkowych wyborców i w efekcie… stracić mandaty! A kandydat, na którego nikt nie głosował, może zostać posłem.
Jak to możliwe?
Aby odpowiedzieć na postawione pytania, należy dokładniej przeanalizować sposób, według którego oddane głosy przeliczane są na mandaty w Sejmie RP. I tu nie sposób nie zauważyć, że w tej, podstawowej przecież, sprawie społeczeństwo polskie jest informowane w sposób nad wyraz powierzchowny – o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek informacji.
Telewizja, prasa, radio z upodobaniem cytują wyniki rozmaitych sondaży, opinie wypowiedziane przez rozmaitych polityków (czesto wyrwane z kontekstu), mówi się o prawyborach…
Tymczasem o sposobie liczenia głosów wspomina się niesłychanie rzadko, a to przecież podstawowa sprawa! Wyborca powinien wiedzieć, co z jego głosem się dzieje. Tymczasem traktowany jest on według zasady: „ty zagłosuj, a my już dobrze wiemy, co z twoim głosem zrobić”.
Metoda liczenia głosów
Posłów wybiera się oddzielnie w każdym województwie, przy czym liczby mandatów do obsadzenia nie są w poszczególnych okręgach identyczne. Najwięcej jest ich w okręgu miasta Warszawy (l7), najmniej w województwach chełmskim i bielsko-podlaskim – po 3. Poszczególne partie zgłaszają w okręgu listy wyborcze. W zależności od otrzymanych głosów niektórym partiom przyznaje się określoną liczbę mandatów. Według jakiej zasady?
Zobaczmy na przykładzie.
Przypuśćmy, że mamy do dyspozycji 10 mandatów. Najwięcej głosów uzyskali przedstawiciele partii: Partii Piłkarzy, Partii Narciarzy, Partii Koszykarzy, Partii Rugbystów, Partii Tenisistów, Partii Lekkoatletów i Partii Siatkarzy (nazwy partii nieistniejących użyte zostają celowo, by uniknąć jakichkolwiek analogii z polską sytuacją polityczną; zobaczmy po prostu, co z takiej ordynacji może – teoretycznie – wyniknąć i do czego może doprowadzić stosowanie jej w praktyce).
Rozkład głosów przedstawia tabela 1.
Załóżmy ponadto, że Narciarze w skali kraju nie otrzymali 5% głosów, natomiast pozostałym partiom to się udało. Oznacza, to, że głosy, które padły na Narciarzy, nie są liczone przy rozdziale mandatów (o czym mowa będzie za chwilę). Liczby „dające” mandaty zaznaczone są tłustym drukiem (tabela 1).
Co oznaczają liczby w dalszych kolumnach tabelki? One właśnie wpływają na przyznanie danej partii odpowiedniej liczby mandatów. Otóż dzielimy liczby uzyskanych głosów kolejno przez 1, 2, 3, 4…, czyli przez kolejne liczby naturalne. Spośród uzyskanych wyników wybieramy największe – tyle, ile mamy mandatów do rozdzielenia (w naszym przypadku dziesięć; w tabeli wyniki dające mandat podane są tłustym drukiem). Każda z partii dostaje tyle mandatów, ile wyników z „pierwszej dziesiątki” udało się jej uzyskać. W pewnym momencie wypisywania wyników w tabeli widać wyraźnie, że nie dadzą one już danej partii mandatów; wówczas przestajemy je wypisywać. I jeszcze jedno: gdyby do ostatniego „wchodzącego” miejsca kandydowały dwie partie z takimi samymi liczbami, to mandat – otrzymuje to ugrupowanie, na które padło więcej głosów.
W Sejmie zasiadają jednak konkretni ludzie. Jak ich wybrać? Otóż każda partia zgłasza swoją listę, a wyborca, głosując na dane ugrupowanie, wybiera z tej listy jednego kandydata. Mandaty (tyle, ile ich przypadło tej partii) otrzymują ci, którzy zdobyli na okręgowej partyjnej liście najwięcej głosów. W przypadku remisu decyduje kolejność na liście. I jeszcze jedno. Otóż obowiązuje „próg wyborczy”. Oznacza to, że mandaty dzielone są jedynie między te partie, które w skali kraju (nie okręgu!) uzyskają wystarczająco dużo głosów.
Próg ten wynosi dla partii 5%, dla koalicji wielopartyjnych – 8%. W naszym przykładzie zakładamy, że w okręgu bardzo popularne są sporty zimowe, wiec Narciarze zdobyli tu drugie miejsce. Tymczasem w skali kraju Partia Narciarzy wypadła znacznie słabiej, nie zdobyła 5%, w związku z czym nie bierzemy jej pod uwagę przy rozdziale.
Tą metodą wybiera się 391 posłów; pozostałych 69 miejsc przyznawanych jest również według opisanego schematu, ale na podstawie wyników ogólnopolskich, dla osób z list krajowych, to znaczy zgłoszonych „centralnie” przez poszczególne partie (przy czym rozdziela się je wyłącznie między ugrupowania, które otrzymały ponad 7% głosów). Tu mandaty otrzymują osoby niezależnie od otrzymanych głosów – na podstawie kolejności na liście krajowej danej partii. Już pobieżna analiza przykładu pokazuje, że mogą tu zaistnieć dziwne dysproporcje i wyniki wyborów według tej ordynacji nie muszą współgrać z wolą wyborców. Piłkarze dostali dokładnie dwukrotnie więcej głosów niż Koszykarze, mandaty zaś rozłożyły się w stosunku 5:2. Koszykarze mają niemal trzykrotnie więcej głosów niż Lekkoatleci, ale mandaty podzielono w stosunku 2:1. Z kolei Rugbyści i Lekkoatleci mają po jednym mandacie, choć pierwsi dostali prawie dwa razy więcej głosów niż drudzy (16000:8400), co raczej przeczy proporcjonalności.
Może są to jednak drobne niedokładności, które można zbagatelizować, a w skali kraju nie będą one miały istotnego znaczenia. Nic z tych rzeczy! Gdy zbierzemy razem głosy w różnych okręgach, może się okazać (o przykłady bardzo łatwo), że Partia A zbierze znacznie więcej głosów niż Partia B, ale mandatów mniej… Na ten temat bardziej szczegółowo za chwilę.
Zyskać głosy, stracić mandat
Wyobraźmy sobie teraz, że Rugbyści stracili 1400 głosów i głosy te zostały oddane na Koszykarzy. Zgodnie z logiką, dopuszczalne powinny być jedynie dwie możliwości. Pierwsza, że zmiana preferencji wyborców była tak mała, że nic się w rozdziale mandatów nie zmieniło. Druga, że Rugbyści stracili mandat (mandaty) na korzyść Koszykarzy. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Te wyniki zaznaczone są kursywą (mandaty zaś wytłuszczoną kursywą.
I cóż się stało? Koszykarze istotnie zyskali dodatkowy mandat. Ale bynajmniej nie kosztem Rugbystów! Mandat stracili Lekkoatleci, choć liczba ich zwolenników w żaden sposób się nie zmieniła. Opisana sytuacja nie jest jeszcze najbardziej groteskowa; zmiana preferencji przez niewielką liczbę wyborców może doprowadzić do bardziej paradoksalnych konsekwencji.
Oto następny przykład: wyobraźmy sobie, że w okręgu startują tylko trzy partie: Partia Pingpongistów, Partia Brydżystów i Partia Szachistów. Mandatów do rozdziału jest 6. Przypuśćmy też, że tuż przed wyborami Pingpongiści zdecydowali poprowadzić ostrą kampanię negatywną przeciwko Brydżystom, którzy byli ich najpoważniejszymi rywalami. Kampania odniosła skutek – aż 800 osób zrezygnowało z głosowania na Brydżystów. Większość z nich przerzuciła swe głosy na Pingpongistów – i to spora większość, bo aż trzy czwarte, 600 osób. Pozostałe 200 zrezygnowało co prawda z popierania Pingpongistów, ale zagłosowało na inne ugrupowanie – na Szachistów. Popatrzmy teraz, jaki był efekt owej zmiany głosów.
Wyniki przedstawia Tabela 2; w górnych rzędach pokazane są rezultaty – bez przerzucenia 800 głosów, W dolnych zaś (kursywą) – rezultaty po zmianie opinii przez 800 głosujących. I co otrzymujemy w efekcie? Brydżyści stracili głosy, ale nie stracili mandatu. Większość ze straconych przez Brydżystów głosów zyskali Pingpongiści i… stracili jeden mandat!
Wcześniej mandat ten dawała im liczba 3000 (ich głosy podzielone przez 3) porównana z 2980 głosami oddanymi na Szachistów, teraz jednak wynik odpowiedniego dzielenia to 3150, Szachiści zaś mają głosów 3180.
Taki może być efekt ordynacji nazywanej „proporcjonalną”. Ugrupowanie zyskuje głosów więcej niż ktokolwiek inny kosztem drugiego, ale traci mandat, to drugie nie traci zaś nic.
Konsekwencje progu wyborczego
Teraz zajmijmy sie konsekwencjami wprowadzenia progu wyborczego w skali kraju. Wydawać by się mogło, że idea wyeliminowania partii z małym poparciem jest słuszna. Zobaczmy jednak, jak to wygląda w praktyce. Przede wszystkim zauważmy, że (w naszym pierwszym przykładzie) mimo autentycznie dużego poparcia w rejonie, żaden Narciarz do parlamentu nie wejdzie.
A co by było, gdyby Narciarzom udało się jednak przekroczyć w skali kraju pięcioprocentowy, próg wyborczy? W badanym okręgu nic się nie zmieniło, ale dostali trochę głosów więcej gdzieś na drugim końcu kraju. Być może była to kwestia jedynie kilku głosów. Jak taka zmiana wpłynie na rozdział mandatów w naszym okręgu? Narciarze dostaną trzy mandaty. Po jednym mandacie stracą: Piłkarze, Koszykarze i Lekkoatleci. W efekcie Lekkoatleci zostaną w ogóle bez mandatu – i to jest kolejny zaskakujący rezultat ordynacji. Od czego zależy mandat dla Lekkoatlety? Nie od głosów na jego partie, ale od głosów na partie Narciarzy; ponadto nie od głosów na Narciarzy w jego okręgu, ale od głosów oddanych zupełnie gdzie indziej – gdzieś, gdzie, być może, Lekkoatleci w ogóle nie startują…
Wyniki po zmianie zaznaczone są kursywą w tabeli 3.
========================================
Efekty wprowadzenia progów mogą być znacznie bardziej paradoksalne. Oto następny przykład. Przyjmijmy, że w pewnym okręgu głosuje 100 000 osób do rozdziału jest zaś 10 mandatów. Załóżmy, że w okręgu tym ogromna większość głosów padła na partie Kajakarzy i Żeglarzy (schemat podany jest w tabeli 4).
Omawiany okręg był jednak w skali kraju okręgiem nietypowym. Gdzie indziej pływanie na kajakach i żeglowanie nie cieszyło się zbyt wielkim poparciem, zatem te dwie partie wypadły znacznie gorzej i w skali kraju nie przekroczyły progu. Zgodnie z ordynacją, w omawianym okręgu nie mogą nie dostać! Ale mandaty trzeba rozdzielić, 10 mandatów otrzymają wobec tego partie, na które w sumie padło 4000 głosów (czyli 4% głosów w tym okręgu).
W innym okręgu 4000 głosów może (przy tej samej liczbie wyborców i mandatów) nie wystarczyć nawet na jeden mandat – jeśli na przykład 100 000 głosów podzieli się równo na 10 partii. A potem, w parlamencie, wszystkie mandaty warte są tyle samo.
Czy osoby wybrane w ten sposób można nazwać przedstawicielami wyborców? Czy reprezentacja omawianego okręgu w parlamencie jest jego autentyczną reprezentacją? Jak ważna w kampanii wyborczej może być dobra znajomość preferencji wyborców w poszczególnych okręgach! Załóżmy, iż ktoś wie, że w pewnym okręgu dużo głosów padnie na partie z niewielkim poparciem w kraju. Owocnym posunięciem może być wówczas dobra kampania wyborcza jego partii w tym właśnie okręgu. Poparcie wyborców w takim rejonie może zaprocentować mandatami uzyskanymi jako efekt znacznie mniejszej liczby głosów niż gdzie indziej.
Jaka jest prawdziwa rola pięcioprocentowego progu? Wbrew pozorom, nie jest nią eliminowanie partii z małym poparciem!
Oto przykład następny. Tym razem dane przedstawione w tabeli (tabela 5) są autentyczne – pochodzą z jednego z większych okręgów w Polsce. Dla rozważań matematycznych nie jest ważne jednak, które partie uzyskały które wyniki, ani też, z którego roku były to wybory. Glosy są tym razem podane w procentach. Przypuśćmy, że do rozdziału było 10 mandatów.
I cóż się dzieje? Nawet wynik 5,8% mandatu nie dal – ostatnia liczba, która przyniosła partii miejsce w parlamencie, to 6,75. Partia z poparciem dokładnie 5% otrzymałaby mandat dopiero wtedy, gdyby było ich do rozdziału 14 (bo poza „wchodzącymi” już dziesięcioma liczbami, większe są jeszcze 6,03, 5,8 oraz 5,25). Okręgów, w których można zdobyć ponad 10 miejsc w Sejmie, jest bardzo mało. Praktycznie wiec wynik poniżej 5% i tak mandatu nie da, ewentualnie w paru jednostkowych przypadkach i przy specyficznym, sprzyjającym tej partii układzie głosów.
Właśnie.
Chyba że przy rozdziale nie będą uwzględnione niektóre z partii, które otrzymały wyniki wyższe. „Wycięcie” paru z nich da fotele poselskie ugrupowaniom z mniejszym poparciem. Głównym efektem progów jest pozbawienie mandatów ugrupowań, które mają mocne poparcie lokalne, ale w skali kraju słabsze. Czy o to chodzi?
Zauważmy też, że jeśli ktoś zechce kandydować samodzielnie, bez wsparcia jakiejkolwiek partii, to nie wejdzie do Sejmu nawet wtedy, gdy zdobędzie WSZYSTKIE głosy w swoim okręgu. W skali kraju nie przekroczy progu! Posłami zostają ludzie, w Sejmie zasiądą jednak ludzie, nie partie. Poświęćmy teraz chwilę uwagi konkretnym osobom wybranym do parlamentu. Przypuśćmy, że (w przykładzie z tabeli 2) wśród brydżystów jest jeden niezwykle popularny i głównie na niego głosowali wyborcy – do tego stopnia, że na 8800 głosów na tę partie aż 8799 padło na niego. Spośród pozostałych Brydżystów jeden zagłosował na siebie, dostał jeden głos, pozostali zaś – zero głosów. Zgodnie z podziałem mandatów, Brydżystom przypadły dwa – do Sejmu wejdzie zatem obywatel, na którego padł jeden głos – jego własny.
Przykład powyższy jest oczywiście świadomie przerysowany; jednak i w praktyce większość głosów na daną listę pada na jedną osobę. W efekcie można otrzymać mandat poselski zdobywając (personalnie) głosów niewiele. Jeżeli partia dostała w okręgu 6 mandatów, przy czym wyborcy zaznaczali na liście głównie tego pierwszego, to nie tylko następni kandydaci mieli głosów niewiele, ale różnice między nimi miały charakter raczej przypadkowy.
Co z tego wynika? Przyjmijmy, że z listy Partii Piłkarzy do sejmu weszli Bramkarz, Lewoskrzydłowy, Prawoskrzydłowy i Stoper, przy czym lwia cześć głosów padła na Bramkarza. Jeśli jednak Stoper, Lewoskrzydłowy i Prawoskrzydłowy (wybrani, być może, wyłącznie głosami rodzin i znajomych) będą mieli w jakiejś sprawie inną opinie niż bramkarz, to niewiele on wskóra, choć właśnie Bramkarz ma prawdziwe poparcie wyborców. Ponadto po wyborach obaj skrzydłowi mogą przejść do Partii Hokeistów.
Głosowanie na konkretnego kandydata ma zatem znaczenie ewidentnie drugorzędne; popierając daną osobę, popieramy przede wszystkim listę partyjną. na której się ona znalazła, a praktycznie te osoby z listy, które od innych wyborców dostaną najwięcej głosów.
Z kolei przy rozdziale miejsc z list krajowych ważna jest jedynie kolejność na tych listach ustalona przez poszczególne partie. Może zostać posłem nawet osoba, na którą nie padł żaden głos! W parlamencie jednak wszyscy posłowie mają głosy tyle samo warte. Ów „niepersonalny” charakter wyborów widać w miarę upływu lat coraz bardziej, nikną nawet pozory. Dwa tygodnie przed wyborami w roku 1997 w wielu miastach Polski trudno było znaleźć dostępną publicznie informację o pełnych składach list okręgowych. Ile czasu wyborca miał na świadomą decyzję? A gdzie i kiedy są przed wyborami podawane pełne składy list krajowych? Przecież krzyżyk postawiony przez wyborcę w pewnym okręgu może zadecydować o wejściu do Sejmu piętnastej osoby z listy krajowej, osoby, o której wyborca absolutnie nic nie wie.
Wybory w okręgach a wynik krajowy
Jak już zostało wyżej wspomniane, po zebraniu wyników z okręgów dysproporcje mogą być – w skali kraju – olbrzymie.
Niezwykle istotny może też okazać się sposób podziału kraju na okręgi wyborcze. Oto przykład. Kraj zostaje podzielony na 50 idealnie równych okręgów: 25 na północy i 25 na południu. W każdym okręgu północnym wyniki są identyczne, analogicznie w każdym okręgu południowym. W południowej części kraju preferencje wyborców dzielą się idealnie równo między Partię Turystów Tatrzańskich i Partię Turystów Beskidzkich i nikt nie głosuje na inne ugrupowania. Jak natomiast wyglądają wyniki wyborów w północnej części? Tam połowa wyborców głosuje na Partię Turystów Nizinnych, a pozostałe glosy mieszkańców części północnej padają na przedstawicieli partii, które globalnie mają bardzo małe poparcie i w rezultacie do parlamentu nie wejdą.
Jaki będzie skład całego Sejmu? Mimo że partie Nizinna, Beskidzka i Tatrzańska mają idealnie takie same poparcie w kraju (każdą z nich popiera 25% wyborców), parlament będzie się składał dokładnie w połowie ze zwolenników Nizin, natomiast dwie pozostałe partie zajmą po jednej czwartej miejsc.
Więcej! Jeżeli ktoś z Partii Turystów Nizinnych mieć będzie istotny wpływ na ukształtowanie granic okręgów wyborczych, to może je nieznacznie zmienić tak, aby któryś z południowych okręgów objął sobą kawałek części północnej – wystarczy wybranie w takim okręgu jednego Turysty Nizinnego, by jego partia miała w parlamencie bezwzględna większość.
Ktoś mógłby zarzucić, że podane powyżej przykłady są wielce abstrakcyjne, a w praktyce ewentualne dysproporcje w poszczególnych okręgach ulegną – po skompletowaniu parlamentu – wyrównaniu. Wystarczy jednak zagłębić się w wyniki wyborów do Sejmu w roku 1993, by stwierdzić, że podział mandatów i liczby oddanych głosów bardzo często nie mają ze sobą wiele wspólnego. Można zaobserwować np. takie sytuacje, że partia A ma (w przybliżeniu) cztery razy więcej głosów niż partia B, mandatów zaś dziesięć razy więcej; partia C ma trzy razy więcej głosów niż partia D, ale partia C ma, kilkadziesiąt miejsc w parlamencie, partia D zaś ani jednego… A co z głosami oddanymi na konkretne osoby? Prawie 150 posłów otrzymało w tych wyborach mniej niż 3 tysiące głosów (niekiedy znacznie mniej); rekordowy wynik należy do parlamentarzysty, który dostał 131 głosów.
Wybory do rad miejskich
Według „ordynacji proporcjonalnej” odbywają się u nas także wybory do rad w większych miastach. Tu jeszcze trudniej znaleźć informacje o sposobie glosowania, a różni się on od tego wykorzystywanego w wyborach do Sejmu. Różnice są dwie. Po pierwsze, nie obowiązuje próg pięcioprocentowy. Po drugie, by ustalić liczbę mandatów, dzielimy liczby głosów nie przez kolejne liczby naturalne, ale najpierw przez 1.4 , a potem kolejno przez liczby nieparzyste, czyli 3, 5, 7...
Zobaczmy to na przykładzie.
Tabela 6
Tu efekty – mimo braku progów – mogą być nawet bardziej paradoksalne niż w przypadku ordynacji „sejmowej”. Na Partię Tenisistów padło 1400 głosów spośród 2770 oddanych, czyli ponad połowa; partia zdobyła bezwzględną większość głosów. Na sześć mandatów „do wzięcia” uzyskała jednak jedynie trzy, czyli równo połowę! Jej przedstawiciele nie mają większości, choć popiera ich ponad połowa, wyborców.
Może być jeszcze dziwniej. Wyobraźmy sobie, że startują trzy partie: Trójskoczków, Ornitologów i Entomologów, miejsc zaś do rozdzielenia jest siedem. Rozkład głosów i podział mandatów przedstawia tabela 7.
*) Analiza dotyczy wyborów według ordynacji obowiązującej do 1998 roku. Obecnie w wyborach do samorządów w dużych miastach (powiaty grodzkie) obowiązuje zarówno próg pięcioprocentowy, jak i dzielenie przez kolejne liczby naturalne (przyp. red).
Nie jest wykluczone, że wkrótce po wyborach Ornitolodzy 1 Entomologowie zawiążą koalicję. I oto widzimy rzecz ciekawą: choć w sumie mają mniejsze poparcie niż Trójskoczkowie (popiera ich łącznie 2016 osób, Trójskoczków zaś 2100), to mają w radzie czterech przedstawicieli, a Trójskoczkowie trzech. Absolutna wiekszość wśród wyborców mają Trójskoczkowie, ale to ich przeciwnicy mają większość w parlamencie… Gdyby o mandaty ubiegały się tylko dwie partie: Trójskoczków i Przyrodników, przy czym Przyrodnicy mieliby poparcie nieznacznie mniejsze (i dokładnie wiedzieli jakie), to mogliby się sztucznie podzielić na Ornitologów i Entomologów, by dzięki temu manewrowi zyskać większość w radzie miasta. Konsekwencje tej metody liczenia mogą być naprawdę oryginalne. Wyobraźmy sobie, że w pięciomandatowym okręgu zdecydowanie najwięcej głosów (900) otrzymali Żonglerzy, przy czym poszczególnych kandydatów poparło (odpowiednio) 181,180,180, 180 i 179 osób. Drugim z kolei ugrupowaniem byli Woltyżerzy; dostali zaledwie 142 głosy (w rozkładzie: 30 + 28 + 28 + 28 + 28). Dzieląc liczbę 900 przez 1.4. itd otrzymujemy kolejno: 642, 300 180,128, 100. Cóż to oznacza? Do Rady wejdzie czterech Żonglerów i jeden Woltyżer, gdyż 142:1,4 = 101,4 .
KAŻDY z żonglerów dostał więcej głosów niż wszyscy woltyżerzy razem wzięci, nie mówiąc już o tym, że Żongler z najmniejszym poparciem dostał sześć razy więcej głosów niż Woltyżer z poparciem największym. Tym niemniej jeden z Żonglerów odpada na rzecz Woltyżera.
Co powiedzieć o ordynacji, która dopuszcza takie możliwości?
Proporcjonalna czy paradoksalna?
Obowiązująca ordynacja, choć nosi nazwę „proporcjonalna”, wcale proporcjonalną nie jest. Słowo „proporcjonalny” ma swoje znaczenie, podawane w słownikach, a także na lekcjach matematyki w szkole podstawowej. Znaczenie to wielce odległe jest od tego, co obserwujemy w ordynacji. Można by ją raczej nazwać „paradoksalną”, ewentualnie „partyjną” (bo głosujemy na partie, człowiek się prawie wcale nie liczy). Może jednak, gdyby wprowadzono którąś z tych nazw, to – choć bardziej odpowiadają one rzeczywistości – więcej osób mogłoby przeciwko tej metodzie zaprotestować…
Udowodniono (matematycznie), że niezależnie od tego, w jaki konkretnie sposób będziemy dzielić głosy oddane „na listy” mię- dzy poszczególne partie, to zawsze zaistnieć mogą paradoksalne sytuacje w rodzaju opisanych powyżej. Czyli, na przykład, takie, że partia A zabiera głosy partii B, ale to właśnie ona straci mandat, a nie partia B. „Proporcjonalny” podział mandatów w uzależnieniu od głosów jest niemożliwy.
Ponadto — podkreślmy jeszcze raz — jedną z podstawowych zasad obowiązujących w wyborach powinna być jasność i powszechna dostępność metody, według której liczone są głosy. Nie może być tak, by podejrzewano, że posłowie wybierani są według zasady podobnej do tej ze starego wierszyka: „Urna to jest urządzenie, co ma dziwne kółka – choć głosujesz Mikołajczyk, wychodzi Gomułka. . . ”.
Kilka słów o sondażach przedwyborczych
Po podanych (nieraz jako główna informacja) wiadomości, wynikach słyszymy: „zbadano 1000 osób, dopuszczalny błąd wynosi 3%”. Takie sformułowanie oraz podawanie składu Sejmu opracowanego według wyników takiego sondażu to dezinformacja oraz nadużycie praw statystyki. Zdanie „dopuszczalny błąd to 3%” sugeruje, że błąd większy zdarzyć się nie może, a tak nie jest. Badania przeprowadzane są według specjalnych, naukowo opracowanych, precyzyjnych testów. I gdy się podaje oszacowanie błędu, należy bezwzględnie podać dwie liczby. na przykład: „Z prawdopodobieństwem 80% błąd nie będzie większy niż 3%” – a
w ogóle najuczciwsze byłoby sformułowanie tego inaczej. „Partia Filantropów osiągnie wynik między 5% a 15% z prawdopodobieństwem 80%.
Przecież fakt, że coś jest mało prawdopodobne, nie znaczy, że jest niemożliwe. Błąd może więc być większy! Często po uwzględnieniu dodatkowych czynników owo „mało prawdopodobne” staje się realne.
Zauważmy: bada się tysiąc osób, a wyborców jest prawie 30 milionów. Jeden ankietowany reprezentuje 30 tysięcy ludzi!
To nie wszystko. W badaniach statystycznych dotyczących opinii ludzi, w tym preferencji wyborczych, należy w interpretacji danych zachowywać daleko idącą ostrożność. Tu błąd może być znacznie większy niż w przypadku badań rzeczy „mierzalnych” (jak wzrost czy waga); opinie ludzkie są zbyt chwiejne, zmieniają się w zależności od okoliczności, nawet od nastroju ankietowanego w danej chwili czy sposobu stawiania pytań przez ankietera. Wiele osób nie jest zdecydowanych, co zmniejsza liczbę 1000 badanych. A poza tym, można kłamać.
Wyjątkowym nadużyciem jest zaś przewidywanie składu Sejmu na podstawie sondażu na próbce 1000 osób. Mandaty przydzielane są niezależnie w województwach. Wiemy, że wyniki wyborów w różnych województwach znacznie różnią się między sobą. Poza tym różnym okręgom przydzielane są różne liczby mandatów. W jednym okręgu 10% głosów może dać dwa mandaty, w innym – ani jednego. By być rzetelnym, symulacje podziału mandatów należałoby przeprowadzić oddzielnie w każdym województwie (a i to jest ryzykowne, zwłaszcza przy obowiązującej ordynacji wyborczej; o mandacie dla partii może zdecydować kilka głosów, i to oddanych na zupełnie inną partię).
Tymczasem skoro zbadano 1000 osób, to na jedno województwo przypada średnio osób 20 Zmiana opinii jednej osoby to zmiana 5% głosów w przeprowadzanej symulacji! Dysproporcje w poszczególnych województwach mogą mieć olbrzymi wpływ na rozdział mandatów. Czy takie modele mogą być reprezentatywne?
Podczas referendum konstytucyjnego ankieterzy w punktach wyborczych zebrali opinie kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Nie jednego tysiąca, ale znacznie, znacznie więcej. Nie jakiś czas przed referendum, ale tuż po głosowaniu! Możliwe odpowiedzi były tylko dwie, nie mieliśmy kilkunastu partii do wyboru. Podział na województwa nie mial wpływu na ostateczne wyniki. I wówczas błąd w stosunku do wyników faktycznych wyniósł więcej niż 3%! Przy- pomnijmy też, że kilka tygodni przed referendum konstytucyjnym sondaże mówiły o znacznej przewadze zwolenników konstytucji – a okazała sie ona minimalna.
Warto również przypomnieć, że w wyborach 1997 błąd w analogicznych badaniach (przeprowadzanych w dniu wyborów) co do frekwencji wyborczej (czyli w sprawie, w której kłamać sie raczej nie da, a możliwości są tylko dwie) wyniósł – bagatela! – 11 procent…
Czy można wybierać inaczej?
Czy w związku z przedstawionymi wadami ordynacji nazywanej „proporcjonalną” istnieje jakieś wyjście? Uważam, że zdecydowanie lepsza jest ordynacja nazywana Większościową, stosowana z powodzeniem w wielu krajach. Na czym ona polega? Cały kraj należy podzielić na okręgi i w każdym z nich wybierać dokładnie jednego posła. Zasada wyboru jest bardzo prosta: jeśli ktoś dostał ponad połowę głosów, wygrywa; jeśli nikogo takiego nie ma, dwóch najlepszych przechodzi do drugiej tury, gdzie wygrywa ten, który ma głosów więcej.
Wyborca głosuje na konkretnego człowieka – swojego reprezentanta. Jasne i zrozumiałe, a także bardziej praktyczne – pamiętamy ogromne „książeczki” do głosowania, w których należy zaznaczyć jeden krzyżyk. Znacznie bardziej obiektywny wynik (przy braku 50% poparcia) daje co prawda metoda odkreślania z listy kandydata z najsłabszym wynikiem i kolejnych głosowań – aż do skutku. Tak można jednak wybierać na zebraniach, gdy liczenie głosów trwa krótko i wkrótce po głosowaniu można przystąpić do następnej tury. Gdy wchodzimy do lokali wyborczych, nie należy przekraczać dwóch tur.
Oczywiście, i ta metoda ma wady – na przykład taką, że partie z całkiem sporym poparciem mogą mieć niewielu przedstawicieli w Sejmie. Jednak jej zalety w porównaniu z ordynacją u nas obowiązującą są niepodważalne. Po pierwsze, przy ordynacji „większościowej” do parlamentu nie uda się wejść nikomu ze znikomym poparciem; głosów oddanych na przyszłego posła musi być naprawdę sporo. To oznacza, że poseł – personalnie – został wybrany rzeczywiście przez wyborców, a nie na skutek odpowiedniego dzielenia głosów miedzy kandydatów na liście partyjnej. Nie można zostać wybranym jedynie głosami rodziny i znajomych, dzięki poparciu udzielonemu danej partii. W efekcie tak wybrany poseł naprawdę przed kimś odpowiada.
Po drugie, metoda ta nie wprowadza wyborców w błąd, niczego nie udaje. Zwolennicy ordynacji „proporcjonalnej” często głoszą, że przy jej zastosowaniu dzielenie mandatów odbywa się w sposób proporcjonalny i sprawiedliwy. Widzieliśmy na przykładach, jak z tym może być. Po trzecie, idea liczenia głosów jest prosta, jasna i klarowna – a to sprawa podstawowa; wyborcy muszą wiedzieć, w jaki sposób ich głosy zamieniają się na mandaty poselskie. Po czwarte, w ordynacji Większościowej nie może zdarzyć się absurdalna sytuacja polegająca na tym, że część wyborców zrezygnuje z głosowania na kandydata A, większość z nich poprze kandydata B, po czym kandydat B straci mandat, kandydat A zaś nie straci nic. Po piąte, przy tylu organizacjach kandydujących u nas w wyborach niemal pewne jest, że głosy rozdziela się na kilka ugrupowań. Teraz trzeba wyłonić „większość parlamentarną”, pogodzić parę partii… Przykłady znamy z lat ubiegłych. Zazwyczaj partia wchodząca w koalicje rezygnuje z niektórych punktów swego programu wyborczego. A mogły to być właśnie te punkty, które przeważyły szalę przy decyzji niejednego wyborcy. Przy ordynacji „proporcjonalnej” praktycznie nikt sam nie zdobędzie większości. Przykłady wielu kraj ów pokazują, że tam, gdzie wybory są przeprowadzane metodą „proporcjonalną” rządy są nie- stabilne, posłowie w parlamencie zajmują się często przede wszystkim sporami partyjnymi… Czy o to chodzi?
Przy ordynacji większościowej są duże szanse, że najmocniejsze ugrupowanie zdobędzie ponad 50% mandatów, będzie rządzić samo. Czy to źle? Zobaczmy, jak zrealizują swoje programy, obietnice – bez ustępstw na rzecz koalicjanta! Jeżeli ich działalność wyborcom się nie spodoba, to w następnych wyborach przepadną. W wielu, bardzo wielu sprawach wygrywa najlepszy. Czy to przy staraniu się o pracę, czy w sporcie, czy w rozmaitych konkursach…
Przy głosowaniu decydującym o Nagrodzie Nobla może się zdarzyć, że osoba uzyskująca przewagę jednego głosu nad drugą dostaje wszystko – ta druga nic. Dlaczego w tak ważnej sprawie, jak wybory naszych przedstawicieli, ulega się złudnej argumentacji: „podzielić sprawiedliwie”? Tym bardziej że nie jest to ani sprawiedliwe, ani skuteczne.
Kolejny argument związany jest ze wspomnianymi wcześniej tak popularnymi u nas sondażami przedwyborczymi. Ich wyniki są z lubością przytaczane przez telewizję, prasę… Jak już wiemy, informacje te są podawane z nadużyciem praw statystyki, wprowadzają wyborcę w błąd. Nieraz, gdy wyborca słyszy, że według sondaży jego partia nie wejdzie do parlamentu, zmienia swoją decyzję iw efekcie głosuje na kogoś innego. Główną rolę przy podejmowaniu decyzji może odegrać podana przez telewizję informacja o tym, co usłyszeli ankieterzy od 1000 ludzi w kraju!
Można się zastanowić, czy przypadkowo głównym celem podawania wyników sondaży nie jest odpowiednie „nastawienie” wyborców, „nakręcanie opinii”? Przy ordynacji większościowej taka manipulacja nie mogłaby mieć miejsca.
Kilka słów o Senacie
Wydawać by się mogło, że ordynacja Większościowa jest u nas stosowana przy wyborach do Senatu. Wyborca głosuje tu na dwie osoby (w województwach warszawskim i katowickim na trzy); najlepsi zostają senatorami.
Okazuje się jednak, że pozory mylą… Głosowanie jednocześnie na dwie osoby może w zasadniczy sposób zmienić wyniki wyborów; taka metoda jest wypaczeniem idei ordynacji większościowej. Ponadto obecnie nie ma drugiej tury wyborów, co przy licznym gronie kandydatów powoduje, że może zostać wybrany kandydat o niewielkim poparciu.
I tu można podać ciekawe przykłady. Oto jeden z nich. Przyjmijmy, że w pewnym województwie zdecydowanie największe poparcie (bo aż 60% wyborców) ma pan Żabacki, natomiast po 20% osób popiera panów Abackiego i Babackiego. Bezdyskusyjnie pan Żabacki powinien zostać senatorem – jest ewidentnie najlepszym kandydatem. Nie jest potrzebna nawet druga tura! Tymczasem może się zdarzyć, że przy głosowaniu na dwie osoby polowa zwolenników Żabackiego poprze również Abackiego, druga połowa zaś Babackiego. Jeżeli ponadto zwolennicy Abackiego jako tego drugiego wskażą Babackiego i Vice versa, to panowie Abacki i Babacki otrzymają po 70% głosów i to oni wejdą do Senatu, wyprzedzając Żabackiego z 60%.
Ponadto jedną z zasad ordynacji większościowej jest by w okręgach było mniej więcej tyle samo wyborców. Okręgami zatem nie mogą być województwa! Po wyborach w roku 1993 można było usłyszeć stwierdzenia, skierowane do zwolenników ordynacji większościowej „przecież w wyborach do Senatu ona obowiązywała, i tam wyniki były podobne… ” .
Jest to wielkie nieporozumienie. Po pierwsze, ordynacja senacka nie jest, jak zostało zaznaczone wyżej – „klasyczną” ordynacją większościową.
A po drugie – ale najważniejsze – nie o to przecież chodzi! (choć wydaje się, że część osób odpowiedzialnych za wprowadzenie u nas ordynacji „proporcjonalnej” ma inne poglądy). Jeżeli już „bawimy się w te klocki” i organizujemy wybory, to organizujmy je najlepiej, jak można, i „grajmy czysto”. Nie można patrzeć na ordynację wyborczą z punktu widzenia: „która metoda jest dla mnie najlepsza”. Należy przemyśleć, która metoda da nam Sejm autentycznie wybrany, Sejm zajmujący się przede wszystkim ćwiczeniem dobrego prawa, nie zaś sporami partyjnymi.