Szczepienia tzw. „obowiązkowe” – ważne informacje. Dr. Zbigniew Martyka.

Szczepienia tzw. „obowiązkowe” – ważne informacje

Zbigniew Martyka zbigniew.martyka.eu/szczepienia-tzw-obowiazkowe-wazne-informacje

Szanowni Państwo!

Poniższy tekst będzie o szczepionkach, głównie tzw. „obowiązkowych”. Ten tekst nie ma w żadnym stopniu zniechęcić kogokolwiek z Państwa do szczepień. Nie jest jego celem również zachęcanie. Chcę jedynie, abyście Państwo zapoznali się z informacjami, o których prawdopodobnie nie wiecie, gdyż oficjalna narracja czyni dużo zabiegów, aby do Państwa docierały tylko te wiadomości, które zostaną uznane za konieczne i które mają skłonić Państwa do podjęcia konkretnych działań. Zależy mi jednak, aby podejmowane przez Państwa decyzje opierały się na rzetelnych i konkretnych danych, a nie jedynie na wszechobecnej propagandzie.

Poniżej podaję fakty i liczby. Wnioski wyciągnijcie Państwo sami.

Gruźlica – najszybszy spadek zachorowalności odnotowano w krajach takich jak Belgia czy Holandia, które nie wprowadziły szczepień, a nie na przykład we Francji, w której szczepi się wszystkie dzieci w wieku szkolnym; w USA do tej pory nigdy nie szczepiono przeciwko gruźlicy, a mimo tego spadek zachorowań na tę chorobę jest dokładnie taki sam jak w Anglii czy innych krajach europejskich, w których masowo szczepionkę tę stosowano.

Krztusiec – szczepionkę przeciwko krztuścowi zaczęto podawać w USA dopiero w latach czterdziestych ubiegłego wieku; w Wielkiej Brytanii dopuszczono ją do użytku w 1953 roku, jednak liczba zgonów dzieci poniżej 15 roku życia spowodowanych krztuścem zmalała do tego czasu z 1500 do 25 na milion (w porównaniu z rokiem 1850). Zatem ZANIM wprowadzono szczepienia, liczba zgonów na krztusiec spadła o 98,5%.

Błonica – w Hiszpanii odnotowano 5000 zgonów spowodowanych błonicą w 1900 r., natomiast w roku 1964, czyli w roku wprowadzenia rutynowych szczepień, było ich tylko 81. W Niemczech w czasie I wojny światowej odnotowywano 100 000 przypadków błonicy rocznie – władze nazistowskie wprowadziły obowiązkowe szczepienia przeciw błonicy w 1939 r., – w roku 1940 odnotowano 100 000 przypadków, a w roku 1945 – 250 000. Po wojnie zaprzestano obowiązkowych szczepień, a mimo to liczba zachorowań na błonicę spadała systematycznie, aż do 800 przypadków w 1972 r. (czyli o 99,2%). Natomiast w Norwegii odnotowano 555 zgonów spowodowanych błonicą w 1908 r., ale tylko dwa w roku 1939. W tymże roku w Norwegii wprowadzono obowiązkowe szczepienia – trzy lata później odnotowano 22 787 przypadków zachorowań na błonicę oraz 700 zgonów.

Różyczka – we Francji na różyczkę w 1906 roku umarło 3756 osób, w roku 1983 już tylko 20. Spadek zachorowań wyniósł 99,5% – i wtedy podjęto kampanię związaną ze szczepieniem. W Hiszpanii w 1901 roku na różyczkę zmarły 18473 osoby, natomiast w roku 1981 już tylko 19. Ogólnokrajowa akcja szczepień w tym kraju zaczęła się w… 1982 roku.

Wścieklizna – tutaj nie macie Państwo alternatywy. Po pogryzieniu przez zwierzę zarażone wścieklizną jedynym wyjściem jest przyjęcie szczepionki. W przeciwnym wypadku skończy się to śmiercią.

Bardzo ważna informacja dotycząca bezpieczeństwa. Powszechne jest przekonanie, podsycane przez mainstream i tzw. „ekspertów”, iż szczepionki to najlepiej przebadane preparaty medyczne pod kątem bezpieczeństwa.

Tutaj kilka słów wyjaśnienia. W dużym uproszczeniu badanie bezpieczeństwa nowego leku wygląda następująco: grupę ochotników dzielimy na dwie części. Jedna otrzymuje eksperymentalny lek, natomiast druga placebo – czyli środek obojętny, np. sól fizjologiczną. Następnie obserwujemy obie grupy i określamy, czy przypadkiem w grupie testowej nie pojawia się większa liczba przypadków zdarzeń niepożądanych (np. alergie, zachorowania, udary, zawały itp.), niż w grupie placebo. Jeżeli w obu grupach mamy podobną ilość zdarzeń, możemy uznać lek za bezpieczny.

Wydawałoby się, że szczepionki były testowane w taki właśnie sposób.

Otóż NIE.

Grupa placebo nie otrzymywała środka obojętnego, ale adjuwanty (czyli część szczepionki, która poprzez wywołanie reakcji zapalnej w organizmie, ma wzmacniać działanie antygenu). Grupa testowa otrzymywała natomiast pełną szczepionkę. Jeżeli częścią niebezpieczną są adjuwanty, to porównanie obu grup wypada identycznie – zatem otrzymamy odpowiedź, że szczepionka jest bezpieczna.

Gdyby w badaniach była uwzględniana grupa placebo (prawdziwa, a nie w cudzysłowie), wyniki mogłyby być całkowicie odmienne. Tego jednak nie wiemy.

Dr n. med. Zbigniew Martyka. Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie. Szokujące absurdy.

dr n. med. Zbigniew Martyka zbigniew.martyka.eu/szczegoly-dotyczace-rozpraw-przed-sadem-lekarskim

Szczegóły dotyczące rozpraw przed Sądem Lekarskim

Szanowni Państwo,

11 kwietnia odbyła się rozprawa odwoławcza przed Naczelnym Sądem Lekarskim. Jak Państwo wiecie, w pierwszej instancji Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie nieprawomocnie zawiesił mi prawo wykonywania zawodu na rok. Ze względu na szokujące absurdy, jakie występowały w obu postępowaniach, zdecydowałem się zapoznać Państwa z kilkoma istotnymi szczegółami. Nie może być zgody na to, by ignorancja oraz łamania prawa pozostało anonimowe. Ale po kolei.

19 grudnia 2022 roku Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie skazał mnie nieprawomocnie na rok zawieszenia prawa wykonywania zawodu. Przewodniczącym składu sędziowskiego był prof. zw. dr hab. n. med. Waldemar Hładki (specjalizacje: chirurgia ogólna, ortopedia i traumatologia, medycyna ratunkowa). Członkowie sądu to lek. Anna Szeliga (internistka) oraz lek. Bohdan Szpak (chirurg). W roli oskarżyciela wystąpił lek. Jerzy Sławiński (medycyna ratunkowa). Żadna z w/w osób nie miała nic wspólnego ze specjalizacją z chorób zakaźnych.

Akt oskarżenia został napisany na podstawie opinii biegłego – dra Pawła Grzesiowskiego (pediatry). Grzesiowski został powołany na biegłego jako immunolog, tymczasem okazało się, ze zlecenie od Okręgowego Sądu Lekarskiego wprawdzie przyjął, ale specjalizacji z dziedziny immunologii nigdy nie miał. W związku z powyższym jego opinia została przez Sąd odrzucona. Tym samym w aktach sprawy, po pominięciu opinii dra Grzesiowskiego, nie było ŻADNEGO dowodu, który mnie obciążał.

Co więcej, z tzw. ostrożności procesowej, złożyłem szereg wniosków dowodowych. Obejmowały one m.in. randomizowane badania naukowe, jednoznacznie potwierdzające moje twierdzenia i będące podstawą mojej wiedzy. Randomizowane badania stoją bardzo wysoko w hierarchii, w przeciwieństwie do badań obserwacyjnych, obarczonych ogromnym ryzykiem błędu, na które tak bardzo lubili się powoływać mainstreamowi „eksperci”.

Złożyłem również wniosek dowodowy z raportu Pfizera dotyczącego niepożądanych odczynów poszczepiennych, raportów z USA, Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii w zakresie nadmiarowych zgonów. Złożyłem też wiele innych wniosków dowodowych.

Wszystkie przedstawione przeze mnie dowody jednoznacznie wskazywały, iż wszystkie moje wypowiedzi, będące przedmiotem postępowania sądowego, były prawdziwe i zgodne z najnowszą wiedzą medyczną.

Wyobraźcie sobie Państwo, że Sąd ODRZUCIŁ WSZYSTKIE WNIOSKI DOWODOWE twierdząc, że nie mają one znaczenia dla sprawy.

Sąd nie był w żadnym stopniu zainteresowany ustaleniem stanu faktycznego.


Gdyby byli Państwo zainteresowani szczegółami zarzutów oraz obszernym wyjaśnieniem wraz z przywołaniem konkretnych badań naukowych, pisałem o tym tutaj.


Cała ta sytuacja nasuwa uzasadnione przypuszczenie, iż wyrok był ustalony wcześniej, a cała rozprawa była fikcją. Nikt nie był zainteresowany wyjaśnieniami, badaniami naukowymi oraz innymi dowodami. Po odrzuceniu wszystkiego przewód sądowy został zamknięty, a Sąd wydał wyrok skazujący – bez jakiegokolwiek dowodu.

Teraz już Państwo wiecie, dlaczego poprzednie Ministerstwo Sprawiedliwości planowało wziąć się za Izby Lekarskie, a ówczesny wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł powiedział, że „naruszono wolność słowa, wolność lekarza i swobodę prowadzenia działalności medycznej„. Anna Białek z biura Rzecznika Praw Obywatelskich podkreśliła, że „prezentowanie poglądów, które nie pozostają w głównym nurcie podglądów naukowych, ale znajdują poparcie w rzetelnych badaniach nie mogą prowadzić do pociągania odpowiedzialności zawodowej”.

Pierwsza rozprawa odwoławcza miała miejsce 11 kwietnia 2024 roku przed Naczelnym Sądem Lekarskim. W roli oskarżyciela wystąpiła lek. Joanna Szeląg, specjalista medycyny rodzinnej. Jej wystąpienie było szokujące. Najpierw stwierdziła, że nie potrzeba żadnych dowodów, gdyż dowodem są moje wypowiedzi. Tym absurdalnym stwierdzeniem udowodniła, że nie odróżnia przedmiotu sprawy (czyli moich wypowiedzi) od dowodów procesowych. Już taka kompromitacja całkowicie ją dyskwalifikuje jako Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej.

Trudno w to uwierzyć, ale później było jeszcze lepiej. W dalszej części rozprawy Pani Rzecznik stwierdziła, że to, że maski działają, to powszechnie znany fakt, nawet dla studentów medycyny – a następnie szczerze przyznała, że nie zapoznała się z wynikami badań naukowych, które podawałem w kwestionowanych przez nią moich wypowiedziach.

Rzecznik – oskarżyciel, specjalista medycyny rodzinnej, zarzuca zakaźnikowi błędne wypowiedzi z jego własnej dziedziny naukowej, nie zapoznając się z podstawowymi badaniami naukowymi, załączonymi do ocenianych wypowiedzi.

Przez osiem lat pełniłem funkcję Przewodniczącego Okręgowego Sądu Lekarskiego w Tarnowie i nigdy w swojej pracy nie spotkałem się z tak daleko posuniętą niekompetencją. Mam nadzieję, że to tylko „wypadek przy pracy”, a Naczelny Sąd Lekarski wykaże zdecydowanie większy szacunek do prawa, niż Okręgowy Sąd Lekarski w Krakowie.

Rozprawa została odroczona na czas nieokreślony. Będę Państwa informował na bieżąco.

==============

Mail:

Jak szczepionki mRNA „przeciwko Covid-19” zamieniły ludzi w bezmózgie zombie.

Jak szczepionki mRNA „przeciwko Covid-19” zamieniły ludzi w bezmózgie zombie.

Dr.Michael Nehls i zindoktrynowany umysł – jak szczepionki mRNA przeciwko Covid-19 zamieniły ludzi w bezmózgie zombie.

Dlaczego tak wielu zaszczepionych mRNA na Covid-19 zachowuje się jak zombie i nie jest w stanie wyrwać się z 4-letniego prania mózgu i propagandy?

Doktor Nehls, który jest autorem artykułów wspólnie z laureatami Nagrody Nobla i napisał książkę zatytułowaną „The Indoktrynated Mind”, przedstawia jedną z najbardziej przekonujących analiz „zombifikacji” osób zaszczepionych na Covid-19.

Byłem obecny na jednej z prezentacji dr Nehlsa (na konferencji CPAC w 2024 r.) i naprawdę otworzyła mi ona oczy. W moim artykule omawiam prezentację doktora Nehlsa.

Krótko mówiąc, białko szczytowe szczepionki przeciwko COVID-19 atakuje hipokamp i blokuje produkcję nowych neuronów. Ta utrata neuronów hipokampu prowadzi do:

1. utrata energii psychicznej do myślenia (utknięcie w „trybie zombie”, brak krytycznego myślenia) – zaszczepieni po prostu robią to, co im każą politycy, media lub lekarz;

2. utrata naturalnej ciekawości – zaszczepieni wierzą w to, co im się mówi – żadnego kwestionowania „Nauki”, ignorowanie urazów poszczepiennych, nagłych zgonów, nadmiernej liczby zgonów, wzrostu zachorowalności na nowotwory (Turbo Cancer) ani żadnej propagandy COVID – bez względu na to jakie nowe informacje się pojawiają, nie chcą wiedzieć ani nawet zadawać pytań;

3. utrata odporności psychicznej (łatwo kontrolowana przez lęk – doskonałym przykładem są ci, którzy wciąż noszą maskę, gdziekolwiek się udają lub biegają po „ostatnią dawkę przypominającą”, badają się ponad 10 razy, noszą monitory CO2, dźgają szprycami swoje dzieci);

4. utrata indywidualności, niska samoocena – desperacka potrzeba bycia częścią „społecznie akceptowanej większości”, obserwatorów CNN i MSNBC, wyborców Bidena i Trudeau itp. To byli ludzie, którzy obrzucali inwektywami nieszczepionych, gdy powiedziano im, jak mają się zachowywać. Nazwano ich „samolubnymi”.

To są ludzie, którzy „zrobili, co do nich należało” dla społeczeństwa. Były to osoby, które opublikowały zdjęcia swoich kart szczepień lub stworzyły cyfrowe plakietki na Facebooku potwierdzające, że zostały zaszczepione – w ten sposób możemy je teraz zidentyfikować, gdy nagle umrą. Nie była to tylko oznaka cnoty. Istnieje neurologiczne wyjaśnienie ich desperackiej potrzeby „przynależności”.

Istnieją dwa inne czynniki:

1. izolacja społeczna i sianie strachu mogą RÓWNIEŻ prowadzić do utraty neuronów w hipokampie

2. Blokując produkcję neuronów w hipokampie, ostatecznie „nadpisujesz” istniejące neurony, co oznacza utratę wspomnień, utratę indywidualności, utratę świadomości, KIM BYŁEŚ. Ostatecznie ten atak na mózg zaszczepiony na Covid-19 prowadzi do: „Akceptacji obiektywnie szkodliwych środków”

Chociaż literatura jest pełna badań dotyczących pacjentów, którzy przeszli POWAŻNY COVID-19, a obecnie cierpią na „zmiany strukturalne w hipokampie” lub „utratę neurogenezy hipokampa”, badania te nigdy nie uwzględniają statusu szczepionki przeciwko Covid-19 ani go nie korygują.

Celowy atak na hipokamp jest fascynującym potencjalnym wyjaśnieniem, dlaczego zaszczepionym mRNA na Covid-19 tak trudno się obudzić, otrząsnąć, dlaczego niczego nie kwestionują i dlaczego nadal robią, co im każą, maskują się i wstrzykują sobie jak zombie.

Ci, którzy w dalszym ciągu upierają się i wstrzykują sobie szczepionki przypominające Covid-19, nie tylko przechodzą „pranie mózgu” lub „nie mogą uwolnić się od propagandy” – oni doznali rzeczywistego uszkodzenia mózgu, uszkodzenia mózgu, które – potencjalnie – można wyleczyć i odwrócić.

Bp Strickland: Joe Bidena trzeba ekskomunikować – m. inn. dla jego dobra

Bp Strickland: Joe Bidena trzeba ekskomunikować – dla jego dobra

/pch24.pl/bp-strickland-joe-bidena-trzeba-ekskomunikowac

(bp Joseph Strickland / fot. Rumble / CPAC)

Czy prezydenta USA Joe Bidena należy ekskomunikować? Były ordynariusz diecezji Tyler w Teksasie, Joseph Strickland, uważa, że tak. Zdaniem hierarchy wyłączenie urzędującego prezydenta kraju z Kościoła byłoby środkiem leczniczym, który może zachęcić go do pokuty i nawrócenia.

Biskup mówił na ten temat w swoim cotygodniowym programie w sieci. Stwierdził, że w pewnym sensie można porównać Kościół do sportu: są pewne reguły, których po prostu trzeba przestrzegać. Dziś pozwalamy na to, by wielu ludzi „grało” niezgodnie z regułami. Powoduje to oczywiste problemy w Kościele, a ponadto jest niedobre dla tych, którzy je łamią. Joe Biden umacnia się w swojej proaborcyjnej postawie i powoduje wielki skandal.

Z jego powodu duża część Amerykanów uważa, że można popierać aborcję i być katolikiem. W ten sposób nabiera się przekonania, jakoby odrzucenie aborcji było tylko jakąś opcją, a nie koniecznością.

Celem Kościoła jest zbawienie dusz, dlatego ekskomunikę można potraktować jak środek leczniczy, który ma doprowadzić ekskomunikowanego do nawrócenia i powrotu do Kościoła.

Źródło: lifesitenews.com Pach

Lewicowy odlot – na miotle. Czy nowoczesne wiedźmy powiodą nas do komunizmu? Sierp i… miotła?

Lewicowy odlot – na miotle. Czy nowoczesne wiedźmy powiodą nas do komunizmu?

pch24.pl/lewicowy-odlot-na-miotle

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Udział w sabatach czarownic, warsztaty prowadzone przez wiedźmę z Salem, a nawet loty na miotle… Tego typu publiczne wyznania prof. Magdaleny Środy jeszcze w 2010 roku wzbudzały powszechną wesołość. Po kilkunastu latach okazuje się jednak, że pewna część lewicy utwierdziła się w przekonaniu o potencjale wywrotowym figury wiedźmy. Postanawiła bowiem wywiesić ją na sztandarach w walce o emancypację oraz… obalenie kapitalizmu. Kolejne niegroźne samoośmieszenie radykalnych postępowców? Niekoniecznie.

W świetle powszechnej wiedzy dotyczącej czarownic nie powinien dziwić fakt, że właśnie ta postać stała się jedną z głównych bohaterek feministycznej propagandy. Historycznie to właśnie lokalne wiedźmy tworzyły swego rodzaju „podziemie aborcyjne”, dysponowały wiedzą na temat archaicznej antykoncepcji; co więcej – kojarzone były z kultem bogini Hekate, reprezentującej m.in. odwrócenie porządku naturalnego. Czyniło to z nich przodowniczki duchowego wymiaru rewolucji. Owe podstawowe skojarzenia okazują się jednak tylko czubkiem góry lodowej, ponieważ (jakkolwiek nieprawdopobnie by to zabrzmiało) lewica już od ponad dwóch dekad wypracowuje neomarksistowską teorię politycznego czarownictwa.

Przepis na magiczny wywar z Marksa

W kontekście agendy lewicowej już od samego początku wiązano czarownicę nie tylko z zabijaniem dzieci nienarodzonych czy specyficznie rozumianym ekologizmem, ale również z… postulatami socjalistycznymi. W przypadku tego egzotycznego mariażu praktyka wyprzedziła teorię. W 1968 roku, na fali rewolucji obyczajowej powstała organizacja, która za nazwę obrała sobie akronim W.I.T.C.H. (Women’s International Terrorist Conspiracy from Hell, czyli: Międzynarodowy Spisek Terrorystyczny Kobiet z Piekła Rodem). Łączyła ona hasła wyzwolenia kobiet z postulatem obalenia kapitalizmu. Uważała przy tym, że bez realizacji programu rewolucji gospodarczej nie uda się osiągnąć pełnej równości między mężczyznami i kobietami. Prekursorki „politycznego czarownictwa” popadły jednak w konflikt z bardziej rozpoznawalnym nurtem radykalnego feminizmu, który kwestie ustroju gospodarczego i praw kobiet traktował rozdzielnie. Szły więc własną drogą. Ich podstawową metodą działania stały się akcje performatywne wymierzone w symbole ówczesnego kapitalizmu. Do przykładowych eventów należały: przebieranie się w stereotypowe stroje wiedźm z maskami staruch i szpiczastymi kapeluszami oraz teatralne rzucanie klątw na stolicę światowej finansjery – ulicę Wall Street – czy budynek komisji HUAC, badającej komunistyczne powiązania działających w USA organizacji i osób publicznych. Akcje te są dobrze udokumentowane i obecne w każdym większym archiwum feministycznym, co już świadczy o pewnym rozgłosie jaki przynosiła „wiedźmiarska” taktyka ulicznych aktywistek.

Tego typu przedsięwzięcia były kontynuowane w kolejnych dekadach ze względu na nośność przekazu oraz szereg innych czynników, które z aktywistycznego punktu widzenia stanowiły wyraźne atuty (np. łatwe zdobycie widoczności przez nieznany dotąd feministyczny kolektyw).

Prawdziwym przełomem okazał się jednak dopiero rok 2004. Wtedy to włoska marksistowska feministka Silvia Federici napisała poczytną w kręgach postępowych intelektualistów pracę pt. Caliban and the Witch: Women, the Body and Primitive Accumulation. Stanowiła ona rozwinięcie starszej o osiem lat książki innej włoskiej feministki – Leopoldiny Fortunati pt. The Arcane of Reproduction: Housework, Prostitution, Labor and Capital, gdzie zastosowano marksistowską metodę analizy i takiż aparat pojęciowy. Celem było udowodnienie, że niezbędnym dla zaistnienia kapitalizmu czynnikiem było wyzyskanie nieodpłatnej pracy kobiet, a także całej sfery reprodukcyjnej. Zakaz aborcji miałby w tym kontekście stanowić coś w rodzaju spisku systemu kapitalistycznego, który potrzebował licznej siły roboczej, by móc się utrzymać. Z tego punktu widzenia liberalizację prawa aborcyjnego można więc uznać za „walkę z kapitalistycznym uciskiem”, co zresztą wspomniane autorki w wypowiedziach dla prasy niedwuznacznie sugerowały.

W swych „Arkanach reprodukcji…” autorka właściwie nie dotykała szerzej problematyki wiedźm i czarownictwa, choć to właśnie jej postrzeganie polityki antyaborcyjnej zainspirowało Federici do dosyć nietypowego odczytania ideologicznej spuścizny Marksa.

Tezy zawarte w tekście Federici (jak zaraz się przekonamy) tchną marksistowskim doktrynerstwem i trudno byłoby traktować je serio, gdyby nie fakt, że wywołały spore poruszenie w środowisku feministycznym. Zainteresowanie nimi wciąż rośnie, również w naszym kraju – żeby wspomnieć nieźle sprzedającą się książkę autorstwa Zofii Krawiec pt. „Szepczące w ciemnościach”, a opartą w dużej mierze na ideach Federici. Streścić je można następująco: wiedźmy zostały okradzione przez rodzący się system kapitalistyczny, który zbudował swoją potęgę na zawłaszczeniu zdobytej przez czarownice wiedzy dotyczącej środowiska naturalnego. Ponadto oskarżenie o uprawianie czarów stało się metodą ujarzmienia kobiet w celu eksploatacji ich ciał oraz pracy, co umożliwiło pozyskanie „niewolniczek”, bez których system ten nigdy by nie powstał i się nie utrzymał. Mamy więc do czynienia ze stylizacją wiedźm na nowy proletariat, który umożliwił pierwotną akumulację kapitału. Stwierdzenia to nie obroniłyby się rzecz jasna przed żadnym poważnym gremium historyków gospodarczych („odkrycia” czarownic prędzej by interesom kapitalistów zaszkodziły, aniżeli pomogły). Dla feministek okazują się jednak atrakcyjne, ponieważ dają pretekst do podważenia „patriarchalnej wersji historii” i rehabilitacji antychrześcijańskiego symbolu w tzw. opinii publicznej.

Sierp i… miotła?

Nie tylko preteksty pseudoekonomiczne sprawiły, że lewica zaczyna inwestować w polityczne czarownictwo. Niebagatelna okazała się też sprawa braku historycznego „kobietobójstwa założycielskiego”, które dawałoby feministkom asumpt do moralnego zadośćuczynienia czy (przede wszystkim) odwetu na tradycyjnych instytucjach kultury „winnych masakry niewinnych kobiet”. Płonące stosy posiadają pozory tego typu mordu, więc są nader często wykorzystywane w politycznej propagandzie. Krytyk literacki Igor Banaszczyk wylicza najczęstsze błędy feministycznej narracji w tej kwestii: nieprawidłowe posługiwanie się przez feministki pojęciem ludobójstwa (zabijanie czarownic w poprzednich epokach nie spełnia jego kryteriów); permanentne przeszacowywanie liczebności zabitych (w absurdalnych „wyliczeniach” najbardziej gorliwych aktywistek miałaby ona przekraczać liczbę zabitych w trakcie Holocaustu!); skazywanie kobiet przez sądy świeckie (niesłuszne przypisywanie większości procesów Kościołowi); pomijanie faktu mordowania czarowników (wbrew narracji, że skazywanie czarownic było ściśle wymierzone w kobiety, co równocześnie stawia pod poważnym znakiem zapytania stosowanie pojęcia „kobietobójstwo”).

Można tutaj jeszcze dodać fakt rzeczywistej szkodliwości społecznej instytucji czarownictwa (z trucicielstwem, skrytobójstwami i stosowaniem stwarzającej powszechne niebezpieczeństwo paramedycyny na czele), która w uzasadniony sposób budziła obawy ówczesnego wymiaru sprawiedliwości.

Wymienione wyżej wątpliwości obalają większą część narracji feministycznej. Rzekomy kapitalistyczny mord założycielski na „babciach feminizmu” politycznie jest jednak zbyt łakomym kąskiem, by tak łatwo z niego zrezygnować. Można go bowiem wykorzystywać, na przykład poprzez wskazywanie, że naturalną konsekwencją dominacji chrześcijaństwa są masowe mordy na kobietach etc. Tworzy on również swego rodzaju wydumane poczucie międzypokoleniowej wspólnoty między palonymi czarownicami, a współczesnymi feministkami (hasło „wszystkich nas nie spalicie” zyskuje wśród feministek coraz większą popularność). Wzmaga to również determinację i poczucie zagrożenia ignorantek, które w lęku przed „kobietobójczym patriarchatem” są w stanie działać niezwykle konsekwentnie, przesuwając moralne granice własnego aktywizmu. Przekonania te umacniają pojawiające się na rynku wydawniczym kolejne książki dotykające tematu zabijania czarownic, jak choćby niezwykle poczytne „Polowanie na wiedźmy. Kronika kobiet niepodporządkowanych” autorstwa feministki Kristen Sollee.

Niestety, na mozolnym tkaniu siermiężnej propagandy politycznej temat czarownictwa politycznego się nie kończy. W niektórych kręgach popularność zyskuje tzw. magiczny aktywizm, powstający na przecięciu zainteresowania ezoteryką i działalnością społeczną.
W jego paradygmacie typowe new-age’owa „energia” (czymkolwiek ona jest) zostaje zastąpiona władzą. By ją pozyskiwać, nagina się znane praktyki i rytuały ezoteryczne do działań politycznych, czego efekt bywa dosyć groteskowy. W przykładowym podręczniku do aktywizmu magicznego pt. Revolutionary Witchcraft: A Guide to Magical Activism („Rewolucyjne czary, przewodnik po magicznym aktywizmie”) autorka – Sarah Lyons, tytułująca się feministyczną wiedźmą, proponuje palenie banknotów jako antykapitalistyczny akt inicjacyjny włączający w poczet wiedźm-aktywistek, a także… „transpłciowy rytuał wyniesienia przodków queerowego ducha”. Zdaniem tego typu magicznych aktywistek kapitalizm spowodował odczarowanie świata. Przyroda zaś, traktowana jako zasób, utraciła ducha, więc potrzebny jest wspólny feministyczny wysiłek, by tę utraconą magię światu przywrócić (przy okazji zaprowadzając co najmniej socjalizm, a najlepiej komunizm).

Oczywiście moglibyśmy jeszcze poruszyć kwestię nawiązujących do czarownictwa odłamów neopoganizmu takich jak wicca, jednak temat wiccanek był już wielokrotnie z perspektywy katolickiej poruszany, choćby przez takich autorów jak Robert Tekieli, do którego książek i wykładów odsyłam zainteresowanych.

Renesans czarownic?

Spoglądając na rosnący stopień zainteresowania politycznym i duchowym wymiarem postaci wiedźmy możemy pokusić się o stwierdzenie, że tradycji stało się zadość. Powstałe w ideologicznym kompoście skrajnej lewicy pomysły, które miały pierwotnie posłużyć do zniszczenia kapitalizmu, zostały bowiem przez kapitalizm wchłonięte i przetworzone. Dostrzeżono w nich sposób na pomnożenie zysków, więc sprzedaje się je w wersji spreparowanej i wyjałowionej z realnego potencjału buntu. Już krótki internetowy rekonesans wystarcza, aby dowiedzieć się o możliwości organizacji specjalnych „wiedźmiarskich” warsztatów czy ceremonii (oferta zarówno dla klienta indywidualnego, jak i biznesu), sesji energetycznych, uroków, nie wspominając sprzedaży amuletów, talizmanów czy zwykłych gadżetów. Jak można się było spodziewać, szybko doszło też do mariażu biznesu coachingowego z biznesem wiedźmiarskim. Możemy dzięki temu zatrudnić odpowiednią mentorkę, która nauczy nas ścieżki życiowej prawdziwej czarownicy lub czarownika.

I po raz kolejny natykamy się na dylemat – czy bardziej szkodliwe społecznie są pomysły wściekle rewolucyjne i niszowe, czy może bezzębne, ale za to skomercjalizowane, masowe i trafiające pod strzechy. Spoglądając na sprawę z religijnego punktu widzenia, w obu przypadkach mamy do czynienia ze stopniowym i systematycznym budowaniem sympatii do zła. Nastawiony na zysk przemysł popkulturowy poddaje wizerunek czarownicy nieustannemu retuszowi – wiedźma staje się istotą mądrą, niezależną i intrygującą, w przeciwieństwie do duchowieństwa – bandy oprawców, pragnących ją zniszczyć jako tę, która nie wpasowuje się w tradycyjny szablon. W ten sposób wiedźma może stać się również orędowniczką już nie tylko rewolucyjnej lewicy, ale i liberalizmu, poprzez fakt bycia ucieleśnieniem różnorodności stylów życia i wyboru własnej unikatowej ścieżki na przekór konserwatystom, a także… ekologizmu poprzez łączność z przyrodą i znajomość jej tajników. Skoro triumwirat trzech najbardziej wpływowych ideologii może odnaleźć w czarownicy ucieleśnienie własnych wartości, nie możemy wykluczyć, że przed tą postacią otwiera się świetlana przyszłość.

Ludwik Pęzioł

W obronie duszy polskiej. Jak uratować przed światem Polaka Katolika?

Prof. Jan Żaryn: W obronie duszy polskiej. Jak uratować przed światem Polaka Katolika?

https://pch24.pl/prof-jan-zaryn-w-obronie-duszy-polskiej-jak-uratowac-przed-swiatem-polaka-katolika


Nasi prymasi doświadczali różnych czasów. Jedni musieli głosić Słowo Boże i bronić Kościoła w czasach zaborów broniąc wiernych przed antykatolickimi i antypolskimi działaniami Prus czy Rosji. Inni działali w wolnej Polsce, jaką była II Rzeczpospolita. Kolejni znowu byli skazani na straszne doświadczenia, jak wybuch II Wojny Światowej, jak przymusowa polityczna emigracja milionów Polaków, jak okres PRL etc. – mówi prof. Jan Żaryn w rozmowie z Tomaszem D. Kolankiem.

Abp Marcin Dunin, abp Leon Michał Przyłuski, kard. Mieczysław Ledóchowski, abp Juliusz Józef Dinder, abp Florian Stablewski, abp Edward Likowski, kard. Edmund Dalbor, kard. August Hlond – to tylko niektórzy z wielkich prymasów Polski XIX i XX wieku. Chyba można powiedzieć, że Boża Opatrzność przez lata nagradzała Polskę za wierność Ewangelii i świętej wierze katolickiej wybitnymi hierarchami, prawda?

Prawda! Bez wątpienia wywołani przez Pana pasterze stawali na wysokości zadania, a to zadanie niejednokrotnie okazywało się zadaniem niezwykłym i nieprzewidywalnym.

Nasi prymasi doświadczali różnych czasów. Jedni musieli głosić Słowo Boże i bronić Kościoła w czasach zaborów broniąc wiernych przed antykatolickimi i antypolskimi działaniami Prus czy Rosji. Inni działali w wolnej Polsce, jaką była II Rzeczpospolita. Kolejni znowu byli skazani na straszne doświadczenia, jak wybuch II Wojny Światowej, jak przymusowa polityczna emigracja milionów Polaków, jak okres PRL etc.

Kwestia przymusowej emigracji jest niezwykle ważna, ponieważ do dziś obserwujemy jej skutki, takie jak rozproszenie Polonii i Polaków po całym świecie. Warto przypomnieć, że obecnie – oczywiście według różnych wyliczeń – szacuje się, że w Polsce jest nas 38 milionów, a poza krajem 16-20 milionów. A zatem można powiedzieć, że jedna trzecia Polaków żyje poza granicami Polski. To jest jeden ze smutnych, a może wyjątkowych efektów naszej historii, o którym rzadko się wspomina.

Niewątpliwie Polacy na Wschodzie i Polonia z pokolenia na pokolenie od końca XVIII wieku nie pozostałaby Polonią, a Polacy nie pozostaliby Polakami, gdyby nie obecność i działalność instytucji Kościoła katolickiego, duszpasterze i opieka prymasowska.

Nakładem Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej im. Romana Dmowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego ukazała się fenomenalna publikacja pt. „W obronie duszy polskiej” poświęcona opiece kard. Augusta Hlonda polskiej emigracji we Francji. W pierwszej kolejności: czym jest tytułowa „dusza polska”?

W przywołanej przez Pana książce przypominamy niezwykłą rolę prymasa Augusta Hlonda. Prymasa, który występuje nieco w cieniu i gubi się nam wobec wielkości swojego następcy, czyli Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego.

Kard. August Hlond, o czym wielu niestety może nie wiedzieć, także miał wspaniały życiorys. Nie bez powodu jest on nazywany Prymasem Trzech Epok. To jest sprawa wręcz niezwykła, ponieważ kard. Hlond był prymasem w trzech dramatycznie i diametralnie różnych epokach. Pierwsza to czas wolnej Polski – II RP; druga to czas niewoli wynikającej z okupacji niemiecko-sowieckiej; trzecia to czas komunistycznej władzy w pierwszych latach powojennych, gdy trzeba było po zniszczeniach wojennych odbudowywać Polskę i organizację Kościoła w Polsce.

Patrząc z perspektywy emigracyjnej decyzje podejmowane przez prymasa Augusta Hlonda z przełomu lat 20. i 30. XX wieku były niezwykle celne. Okazało się bowiem, że owocowały one skutecznym podtrzymywaniem polskości na emigracji, szczególnie po drugiej wojnie światowej. O tym właśnie jest wydana przez IDMN książka – o obronie Polaków Katolików przebywających na emigracji, aby nie zapomnieli kim są, skąd pochodzą i dlaczego wierzą w Boga w Trójcy Jedynego. Broniąc Polaków Katolików prymas Hlond bronił „duszy polskiej” na emigracji.

Niezorientowany czytelnik, mówiąc najdelikatniej, zdziwiłoby się sięgając po książkę IDMN – tutaj trwa II wojna światowa, a Polska Misja Katolicka we Francji martwi się, że grupa polskich katolików przebywających w tym kraju na emigracji nie ma swojego duszpasterza…

Na ten problem trzeba spojrzeć w dłuższej perspektywie. Prymas August Hlond zdając sobie sprawę z wielkości i liczebności polskiej emigracji otrzymał od Stolicy Apostolskiej 26 maja 1931 roku tytuł Protektora Polskiej Emigracji, co pozwalało mu w Kościele Powszechnym, w którym jak wiadomo nie ma diecezji etnicznych, na mianowanie w porozumieniu z biskupami diecezji, rektorów Polskich Misji Katolickich. Mógł on również starać się nie tylko o polskie Msze Święte, ale także o polskie parafie, aby wielotysięczna rzesza emigrantów, przede wszystkim zarobkowych (gdy mówimy o II RP), mogła otrzymać właściwą opiekę duszpasterską i nie zgubiła „polskiej duszy”. Prymas podejmował działania, aby Polonia zmuszona z różnych powodów przed II Wojną Światową do wyjazdów, miała swoją opiekę duszpasterską i aby ta opieka była podtrzymywana.

W tym duchu myśląc prymas Hlond powołał specjalne zgromadzenie zakonne, czyli Księży Chrystusowców – Towarzystwo Chrystusowe do spraw Polonii. Był to specjalny zakon dedykowany pracy wśród Polonii, poza granicami kraju. Wcześniej byli oczywiście polscy księża misjonarze, ale w związku z niezwykłymi, wciąż wzrastającymi potrzebami polskich katolików pojawiła się konieczność założenia specjalnego zgromadzenia zakonnego. Centrala tego zgromadzenia znajdowała się i do dzisiaj znajduje się w Poznaniu, a więc w ówczesnej współstolicy prymasowskiej, bo unia prymasowska to unia poznańsko-gnieźnieńska.

Kolejna kwestia, która może wydać się co najmniej dziwna słabiej zorientowanym czytelnikom: Polska Misja Katolicka we Francji. Ktoś mógłby pomyśleć, że Polacy już wtedy nawracali i ewangelizowali Francuzów…

Nie. Polska Misja Katolicka we Francji powstała w 1836 roku za sprawą Wielkiej Emigracji, która znalazła się dzięki rządowi francuskiemu na terenie nie tylko Paryża, ale wielu innych miejsc. Tam właśnie Wielka Emigracja w łączności z Kościołem zaczęła powoływać różne ważne polskie placówki, jak chociażby placówki oświatowe, ale nie tylko. Między innymi dzięki zaangażowaniu rodziny Czartoryskich Polska Misja Katolicka miała bardzo dobre kontakty z francuską arystokracją, co miało bardzo ważne konsekwencje w okresie II RP. Jeśli dodamy do tego również bardzo dobre relacje państwowe między Francją a Polską to zdamy sobie sprawę, że mieliśmy do czynienia z wyjątkowym zjawiskiem.

Dzięki Komitetowi Narodowemu Polskiemu i misji Romana Dmowskiego i jego zaplecza politycznego; dzięki działalności polskiej ambasady we Francji, w szczególności Maurycego Zamoyskiego; dzięki podpisanym umowom państwowym Polacy mogli prowadzić wzmożoną akcję religijną i oświatową prowadzoną przez Kościół w 20-leciu międzywojennym.

W latach 30. następowały wprawdzie różne potknięcia wynikające m. in. z kryzysu ekonomicznego, jaki wpływał na zmniejszone dotacje ambasady polskiej i konsulów na rzecz prowadzenia różnych akcji duszpasterskich przez polskich księży we Francji, ale trzeba sobie powiedzieć jasno: mimo różnych problemów relacje na styku czterech podmiotów, czyli Francja – Episkopat Francji – Ambasada II RP we Francji – Duszpasterstwo Polonijne na czele z kard. Augustem Hlondem, układały się generalnie poprawnie i dobrze.

W jaki sposób kard. Hlond chciał ratować duszę polską we Francji? Z książki wiem, że była to naprawdę nieprawdopodobne historia. Trwa II Wojna Światowa, a polscy katolicy we Francji podkreślają na każdym kroku, że najważniejszą sprawą jest dla nich ZBAWIENIE. Kard. Hlond stara się im dopomóc w drodze do Królestwa Niebieskiego. Mało tego! Odniosłem wrażenie, czytając „W obronie duszy polskiej”, że każdy wierny, który zgłosił się do prymasa z prośbą, pytaniem, wątpliwościami zawsze otrzymywał od kard. Hlonda odpowiedź. Prymas znajdował czas dla każdego.

Tutaj trzeba na początku podkreślić jedną kwestię. Podobnie jak w okresie II RP, tak i w okresie II Wojny Światowej prymas Hlond miał do dyspozycji wybitnych duszpasterzy, niezwykle ważnych i wykształconych kapłanów. Przed wojną był to m. in. ksiądz Franciszek Cegiełka. W czasie II Wojny Światowej, oczywiście oprócz swojego najbliższego otoczenia np. księdza Antoniego Baraniaka, księdza Bolesława Filipiaka, prymas Hlond miał także bardzo odważnych kapłanów we Francji, przede wszystkim księdza Wojciecha Rogaczewskiego (aresztowanego w 1943 roku przez Gestapo za swoją aktywność duszpasterską i de facto zamordowanego w jednym z obozów koncentracyjnych).

Na czym polegała pomoc kard. Hlonda? Trzeba to widzieć, co ponownie chciałbym podkreślić, w pewnym ciągu. Dzięki inicjatywom prymasa Hlonda z lat 20. i 30. udało się stworzyć całą siatkę kapłanów, duszpasterzy na terenie Francji. Byli to w dużej mierze, że się tak wyrażę, lotni duszpasterze – jeżdżący po Francji do różnych ośrodków, przede wszystkim, gdzie znajdowali się robotnicy rolni mieszkający bardzo daleko od jakichkolwiek polskich parafii.

Dzięki prymasowi Hlondowi powstało seminarium, które kształciło polskich kleryków. Oczywiście w Episkopacie Francji były różne osoby. Część biskupów była nastawiona na szybką depolonizację przebywających we Francji Polaków, co wywoływało u prymasa Hlonda odruchy sprzeciwu. W odpowiedzi bardzo mocno i konkretnie dopominał się on u księży duszpasterzy działań obronnych w tej sprawie, a sam swoim autorytetem próbował wpływać na Episkopat Francji. Dużą rolę ogrywały tutaj również kolejne osoby reprezentujące Stolicę Apostolską, czyli nuncjusze apostolscy we Francji.

Tak więc wszystkie te napięcia, jakie były, na szczęście nie niszczyły pozytywnej atmosfery, i „dusza polska” przetrwała i polscy katolicy mogli mieć zapewnioną odpowiednią pomoc duszpasterską ze strony polskich kapłanów.

Gdy wybuchła wojna, gdy Niemcy zaatakowali Francję w 1940 roku, a prymas Hlond musiał opuścić Włochy i udać się do Lourdes, czyli na terenie nieokupowanej Francji, to tam mianował wspomnianego księdza Wojciecha Rogaczewskiego – stało się to po uwięzieniu ks. Franciszka Cegiełki przez Niemców – swoim pełnomocnikiem na terenie Francji nieokupowanej. Stolicą polskiego duszpasterstwa emigracyjnego był wówczas Lyon. Do 1943 roku udawało się pomóc praktycznie wszystkim – zarówno uciekinierom; uchodźcom; tym, którzy próbowali dostać się do rządu polskiego na uchodźctwie, czy do Wojska Polskiego etc. Cała ta wielka rzesza ludzi potrzebujących otrzymywała pomoc duszpasterską, ale i logistyczną, myślę że i finansową. Taką samą pomoc jednocześnie otrzymywali polscy katolicy mieszkający na terenie nieokupowanej Francji.

To niezwykle ważny wątek. Kard. August Hlond jest dzisiaj bowiem jednym z najmocniej atakowanych polskich prymasów. Środowiska wrogie Kościołowi krzyczą i rozdzierają szaty: „jak on mógł uciec z Polski we wrześniu 1939 roku”. W książce wydanej przez IDMN jest wyraźnie napisane, że prymas nie chował się gdzieś w kazamatach, tylko działał na rzecz pomagania polskiej emigracji. Mało tego: prymas działał również na rzecz walki z niemieckim okupantem!

Przypomnę, że prymas August Hlond wyjechał z kraju we wrześniu 1939 roku, ale zrobił to na wyraźną prośbę rządu polskiego, ponieważ rząd polski miał świadomość, że propaganda niemiecka fałszuje rzeczywisty przebieg wojny. Przede wszystkim od początku, od 1 września Niemcy dokonywali w Polsce aktów ludobójczych, które postawiły obraz wojny w zupełnie innym świetle, a to światło prawie w ogóle nie docierało do opinii publicznej na Zachodzie, w tym do Stolicy Apostolskiej. W związku z tym rząd polski podjął decyzję, aby poprosić prymasa Augusta Hlonda, na co on ostatecznie się zgodził, aby wyjechać i udać się do Rzymu, do papieża i podjąć akcję na rzecz informowania zachodniej i polonijnej opinii publicznej o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce.

Prymas Hlond występował wielokrotnie w radiu, w prasie etc. Został przyjęty przez papieża Piusa XII, który w związku z informacjami otrzymanymi od prymasa Hlonda wstrzymał wydanie już zredagowanej swojej pierwszej encykliki, aby dopisać przesłanie na temat praw Polaków do posiadania własnej, suwerennej ojczyzny, co było wynikiem bezpośredniego zaangażowania prymasa Hlonda. Tego żaden inny wysłannik z Polski by nie uczynił. Nie zrobiła tego także ambasada Polska, a konkretnie ambasador Kazimierz Papée pełniący ten urząd od lipca 1939 roku. Był on wielkim, zasłużonym dla Polski dyplomatą, ale to pokażą dopiero następne dziesięciolecia. W roku 1939 po wybuchu II Wojny Światowej Kazimierz Papée nie miał jeszcze takiego autorytetu w Stolicy Apostolskiej, żeby móc dotrzeć z tak wiarygodną informacją do papieża jak obdarzony olbrzymim autorytetem w Kościele Powszechnym August Hlond.

Misja prymasa była więc jak najbardziej udana. Później nastąpił okres próby uzyskania poprzez dyplomację Stolicy Apostolskiej prawa do powrotu do Poznania, czyli na ziemie bezpośrednio włączone do III Rzeszy przez Niemców. Takiej zgody papiestwo jednak nie otrzymało. Tak więc August Hlond nie wrócił do Polski, nie dlatego że nie chciał, tylko dlatego, że Stolica Apostolska nie uzyskała takiej zgody od ambasadora III Rzeszy w Watykanie. Mało tego: ów ambasador zastrzegł, że August Hlond zostanie aresztowany jak tylko przekroczy granicę państwa niemieckiego.

Tak więc prymas August Hlond został w gruncie rzeczy więźniem emigracji. Pozostał we Włoszech, jak już wspominałem, do 1940 roku, a następnie jako persona non grata musiał opuścić Rzym i dzięki Episkopatowi Francji znalazł się w Lourdes.

Warto również wspomnieć o rodach arystokracji francuskiej, które bardzo mocno pomagały przed II Wojną Światową Kościołowi polskiemu w obronie „duszy polskiej”. Rody arystokracji francuskiej były jednym z ważniejszych darczyńców na rzecz duszpasterstwa polskiego we Francji. To między innymi dzięki temu wsparciu prymas Hlond przynajmniej do 1943 roku, mógł skutecznie działać. Widać to w korespondencji, gdzie do niego właśnie duszpasterze piszą listy informujące o zasięgu ich oddziaływania; o możliwościach bądź trudnościach, jakie napotykają; o uwięzionych i aresztowanych przez Niemców etc. To wszystko stanowi wiedzę, która pozwala prymasowi na bieżąco widzieć zmienną sytuację okupacyjną na terenie Francji.

W końcu sam prymas w 1943 roku zostaje przeniesiony do Sabaudii, gdzie zaczyna się najbardziej duchowa część rozwoju samego prymasa. Ma on w zamknięciu czas na przeanalizowanie polskiej rzeczywistości, jaka nas – jego zdaniem – najprawdopodobniej czeka po zakończeniu II Wojny Światowej. To właśnie tam powstają najważniejsze przemyślenia prymasa Augusta Hlonda dotyczące analizy „polskiej duszy”, wyjątkowości „polskiej duszy”, polskiej historii. Tam wydobywa się cała wielka maryjność prymasa Hlonda etc. Ten roczny okres kończy się przewiezieniem prymasa po aresztowaniu przez Gestapo do Paryża, gdzie w 1944 roku August Hlond jest bezskutecznie namawiany do współpracy z reżimem niemieckim. Te rozmowy są prowadzone na kanwie nowego niebezpieczeństwa, jakim jest bolszewizm. III Rzesza ujawnia się wówczas prymasowi jako rzekomy obrońca cywilizacji zachodnioeuropejskiej przed złem ze Wschodu. Prymas oczywiście odrzuca tę ofertę i zostaje w związku z tym uwięziony aż do 1 kwietnia 1945 roku, kiedy wyzwoliły go wojska amerykańskie.

Bóg zapłać za rozmowę.

Tomasz D. Kolanek

Szkoła „po nowemu”: Cel numer jeden – „odpolszczyć” i zateizować młodych

Szkoła „po nowemu”: Cel numer jeden – „odpolszczyć” i zateizować młodych

Zofia Michałowicz https://pch24.pl/szkola-po-nowemu-cel-numer-jeden-odpolszczyc-i-zateizowac-mlodych


Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie” – tę sentencję przypisywaną Janowi Zamojskiemu zna niemal każdy. Dla wielu to wyświechtany banał, co nie zmienia faktu, że stwierdzenie to jest po prostu prawdziwe. Psychologia w ujęciu przyrodniczym, pozwalającym zmierzyć obserwowalne zachowania prowadzi do wniosków, że zachowania społeczne i poznawcze człowieka należą do grupy zachowań behawioralnych, czyli takich, które mogą być zewnętrznie sterowane za pomocą bodźców wzmacniających lub eliminujących określone zachowania. Ukształtowanie zachowań zależy więc od otoczenia, które te bodźce generuje, co tłumaczy olbrzymi wpływ środowiska, w którym spędza się czas, na postawy życiowe. Mądrość ludowa niesie podobne przesłanie: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”. W kontekście planowanych zmian w edukacji nie wróży to dobrze przyszłej Polsce. Można jeszcze mieć nadzieję na właściwe młodemu pokoleniu działanie na przekór narzucanemu status quo – wszak „świadomość rodzi się wraz z buntem”, jednak w tej koncepcji Alberta Camusa jest pewien haczyk: aby warto było się zbuntować, trzeba byłoby znaleźć coś, czego warto bronić. Tymczasem głębokie zmiany światopoglądowe już nastąpiły, młodzież ma lewicujący system wartości i prawdopodobnie nie dostrzega żadnego zagrożenia w zapowiadanych inicjatywach pani Nowackiej. W ostatnich latach młodzi ludzie wylegali na ulicę w obronie wolności słowa w internecie (sprawa ACTA) i prawa do mordu nienarodzonych (czarne protesty), co świadczy o przyjętym przez nich systemie wartości. Buntowali się w sytuacjach, gdy gwałtownie odczuwali zagrożenie pogorszenia warunków życia, jakie im odpowiadały. Dopóki więc młodzież nie odczuje takiego zagrożenia, nie będzie się buntować – żaba będzie się nadal gotować.

Nie mam zatem złudzeń – czeka nas postępująca laicyzacja, wywracanie do góry nogami znaczeń pojęć, lewicowe inklinacje niektórych nauczycieli i wykładowców, marksistowskie tło ideologiczne, demoralizacja. Jakie będą przyszłe pokolenia poddane lewackiemu „chowaniu”? Odpowiedź może być tylko jedna – lewackie.

Chyba, że rodzice i otoczenie dziecka, zanim jeszcze trafi ono w „szpony systemu edukacji” podejmą odpowiednie środki zaradcze – wzmocnią jego kręgosłup moralny, zdolność do samodzielnego osądu i wierność Bogu, zbudują odporność na niszczący wpływ współczesnej lewicowej ideologii.

Stanisław Staszic, XVIII-wieczny działacz edukacyjny i publicysta, pisał: „Edukacja narodowa składa się z dwóch części: z oświecenia i wychowania. Oświecenie przy dobrem ustopniowaniu szkół i uporządkowaniu nauk, może nadać sam jeden stan nauczycielski. Do dobrego wychowania trzech stanów potrzeba: stanu familijnego, czyli ojców, stanu duchowieństwa i stanu nauczycieli. Tych trzech wspólnego starania i wspólnej pracy wymaga koniecznie dobre wychowanie. Owszem dwa pierwsze stany mają więcej na wychowanie wpływu, więcej w tej części skutku czynią.” We współczesnym systemie edukacyjnym wpływu „stanu duchowieństwa” praktycznie nie ma, zaś rola „stanu familijnego” jest stopniowo ograniczana.

Po co nam szkoła?

Oświata jako narzędzie kształtujące przyszłe pokolenia jest niewątpliwie elementem polityki państwa, od zamierzeń władających zależały więc cele przed nią stawiane. W średniowieczu, okresie wszechstronnego rozwoju naukowego i kulturalnego, ważna była kondycja moralna, zatem w edukacji kładziono nacisk na formację duchową i etykę, a w kształceniu akademickim celem było przygotowanie kadr do dyplomacji, administracji i kancelarii królewskiej, ale także rozwijanie wszelkich cnót i wiedzy. Szkolnictwo opierało się wówczas na pochodzącym z antycznej tradycji naukowej systemie siedmiu sztuk wyzwolonych obejmujących wiedzę literacką – trivium (gramatyka, retoryka, dialektyka) i matematyczną – quadrivium (arytmetyka, geometria, astronomia i muzyka).

Niższy stopień – trivium zapewniał naukę pisania i czytania oraz posługiwania się łaciną, odpowiedniego wysławiania się i logicznego rozumowania. Wyższy stopień – quadrivium, był dyscypliną związaną z liczbami i stanowił wstęp do dalszej nauki, np. filozofii lub teologii.

W związku z proponowanym przez MEN wykreślaniem z podstaw programowych tematów związanych z rolą Kościoła w rozwoju państwa polskiego, trzeba zaznaczyć, że szkolnictwo stopnia niższego niż akademickie było rozwijane w średniowieczu dzięki działalności Kościoła Katolickiego, który prowadził szkoły parafialne, przyklasztorne, kolegiackie katedralne. Na mocy postanowień soborów laterańskich, ustanawiano także beneficjum dla utrzymania nauczyciela, który miał bezpłatnie uczyć ubogą młodzież.

Kamil Wons w artykule „Szkolnictwo narodziło się w klasztorze” (klubjagiellonski.pl) pisze: „To wtedy szkolnictwo przestaje być elitarne w rozumieniu dochodowym czy stanowym (choć nadal nie powszechne), nie było problemów w tym aby np. pochodzący z rodziny plebejskiej Stanisław ze Skarbimierza (1365–1431 r.) ukończył szkołę przy Kolegiacie w Skarbimierzu, studia w Pradze i został pierwszym rektorem odnowionej Akademii Krakowskiej. Od mniej więcej XII w. dopuszczeni do nauki w szkolnictwie katedralnym i kolegiackim zostali świeccy, wiek XIII natomiast to początek rozwoju szkół parafialnych. Pod koniec pełnego średniowiecza w Królestwie Polskim, w zależności od diecezji, 90–100% parafii miało swoje szkoły. W wieku XV w Polsce istniały 253 szkoły (30 kolegiackich, 16 katedralnych, 37 przyklasztornych oraz 170 parafialnych). Edukacja szkolna w średniowieczu dotyczyła mężczyzn, wyjątkiem były szkoły przy klasztorach żeńskich, kształcące przyszłe zakonnice.”

Wróćmy jednak do celów i zadań stawianych szkolnictwu. W renesansie i oświeceniu czerpano z wzorów starożytnych, klasycznych, zaś celem edukacji było wykształcenie dobrego obywatela oraz przygotowanie praktyczne (np. Akademia Zamojska finansowana przez wielkiego kanclerza, postawiła sobie za cel przygotowanie młodzieży do pracy na rzecz państwa, zaś ukierunkowanie na kształcenie kadr dla pracy publicznej było główną cechą tej uczelni i ambicją jej założyciela). Przełomem dla szkolnictwa były oświeceniowe reformy Stanisława Konarskiego, pijara, który założył w 1740 r. Collegium Nobilium – szkołę dla młodzieży szlacheckiej, z nowoczesnym programem nauczania. W niej również celem było wykształcenie dobrego obywatela i patrioty. Podobnie państwowa Szkoła Rycerska powstała w 1765 r. miała być ośrodkiem kształcenia oficerów i osób cywilnych do służby publicznej. W 1773 r., po rozwiązaniu przez papieża zakonu jezuitów, powstała Komisja Edukacji Narodowej, która miała przejąć prowadzone przez zakon szkolnictwo i opracować nowy system nauczania. Celem także było wykształcenie obywateli gotowych do podjęcia głębokich reform państwa, dlatego skupiono się na przedmiotach „użytecznych” – wprowadzono język polski jako wykładowy, matematykę, nauki przyrodniczo‐fizyczne, oraz elementy prawa, ale także opartą na prawie naturalnym naukę moralną. Określono obowiązki „stanu nauczycielskiego” i powołano Towarzystwo do Ksiąg Elementarnych, które zajęło się m.in. przygotowaniem podręczników.

Okres zaborów miał swoje edukacyjne sukcesy, np. w Królestwie Polskim rozwój szkolnictwa zawodowego za sprawą Stanisława Staszica, jednak z punktu widzenia Rosji i Prus celem kształcenia szkolnego było wynarodowienie Polaków –  rusyfikacja i germanizacja (w zaborze pruskim ze względów germanizacyjnych szczególnie dbano o powszechność kształcenia). W Królestwie Polskim ustawiczna rusyfikacja, pogłębiająca się wraz z kolejnymi powstaniami wywołała ostatecznie redukcję kształcenia elementarnego i całkowite zlikwidowanie autonomii w edukacji. Szkolnictwo polskie w zaborze rosyjskim działało więc w konspiracji, wzmogły się też akcje samokształcenia. Po rewolucji 1905 r. Polska Macierz Szkolna powróciła do rozwijania nauczania elementarnego. Celem edukacji, obok zwalczania analfabetyzmu, stało się siłą rzeczy także kultywowanie szeroko rozumianej polskości.

Edukacja w zaborze pruskim wiązała się z falami silnej presji germanizacyjnej, co wywoływało nawet strajki młodzieży szkolnej. Powstające wówczas pozaszkolne inicjatywy edukacyjne i postawa młodzieży wobec zniemczających praktyk w szkołach stały się przejawem oporu wobec polityki zaborcy.

Po odzyskaniu niepodległości Polacy starali się ujednolicić system szkolny. Szkoły powszechne miały być bezpłatne i obowiązkowe. Dostrzegano konieczność walki z analfabetyzmem i znaczenie edukacji dla budowania tożsamości narodowej. Szkoła, wg słów premiera Jędrzeja Moraczewskiego, znów miała wychowywać świadomych, odpowiedzialnych obywateli i wydobywać talenty. Religia, w ramach której nauczano także historii Kościoła, była przedmiotem obowiązkowym.

Po wybuchu II wojny światowej na terenach włączonych do Rzeszy polskie szkolnictwo zostało zlikwidowane. W Generalnej Guberni pozostawiono jedynie szkoły powszechne ze zredukowanym programem nauczania oraz szkoły zawodowe. Celem szkolnictwa prowadzonego przez Niemców była więc użyteczność.

Heinrich Himmler wyjaśnił to dokładnie: „Nieniemiecka ludność Wschodu nie może mieć żadnej wyższej szkoły ponad czteroklasową szkołę ludową. Celem takiej szkoły ma być wyłącznie: proste liczenie, najwyżej do pięciuset, napisanie nazwiska, nauka, iż boskim przykazaniem jest być posłusznym Niemcom, uczciwość, pilność i grzeczność. Czytania nie uważam za konieczne. Poza tą szkołą nie może być na Wschodzie żadnej innej szkoły.” Wszystkie szczeble szkolnictwa, łącznie z wyższym zostały przez Polaków odtworzone w formie konspiracyjnej, powstała też Tajna Organizacja Nauczycielska.

Prof. Wiesław Wysocki w artykule „Tajne nauczanie” opublikowanym w „Biuletynie IPN” wskazał cele jakie jej przyświecały:  „Określono główne kierunki pracy konspiracyjnej w sferze oświaty: odbudowa polskich struktur w ograniczonym zakresie, inspirowanie nauczycieli do umacniania polskości w szkolnictwie powszechnym (dopuszczonym i kontrolowanym przez okupanta) oraz organizowanie tajnego nauczania na poziomie szkół średnich i wyższych. (…) zorganizowanie tajnego nauczania przedmiotów zakazanych (historia i geografia Polski, literatura polska), udzielanie pomocy rodzinom nauczycielskim wysiedlonym przymusowo z zachodnich i północnych terenów wcielonych do III Rzeszy. Ustalono także podstawowe formy i metody tajnej pracy oświatowej.”

Prof. Wysocki opisuje też jakie „nowe” cele miało szkolnictwo pod okupacją radziecką: „Na obszarach wschodnich państwa polskiego, okupowanych przez stalinowski Związek Sowiecki i bezprawnie anektowanych do białoruskiej i ukraińskiej republiki sowieckiej, w latach 1939–1941 pozwalano na funkcjonowanie szkół elementarnych i średnich z językiem polskim. Podlegały one jednakże zasadniczej reorganizacji w duchu ideologii sowieckiej (wprowadzono nowe przedmioty ideologiczne, usunięto religię, dokonano radykalnych zmian w programach nauczania historii, geografii i innych), zlikwidowano szkoły prywatne. W szkolnictwie wyższym dokonano głębokiej ukrainizacji lub rusyfikacji.”

Po II wojnie światowej szkolnictwo w Polsce stało się narzędziem propagandy sowieckiego okupanta. Korzyścią była likwidacja analfabetyzmu, jednak cena tego sukcesu była wysoka: komunizm w oświacie, eliminacja religii, likwidacja szkół prywatnych i obowiązkowa nauka języka rosyjskiego. W ustawie z 1961 r. o rozwoju systemu oświaty i wychowania napisano: „Oświata i wychowanie stanowią jedną z podstawowych dźwigni socjalistycznego rozwoju Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. System kształcenia ma na celu przygotowanie kwalifikowanych pracowników gospodarki i kultury narodowej, świadomych budowniczych socjalizmu”. Cel edukacji był zatem jasny: indoktrynacja w duchu marksistowsko-leninowskiej propagandy w celu wychowania pokolenia o mentalności Homo sovieticusa.

W III RP obowiązek szkolny wydłużono do 18. roku życia, wprowadzono dobrowolność nauki religii, przeprowadzano różnorodne reformy (np. wprowadzenie gimnazjów, później ich likwidacja). Organizacja zajęć była podobna do obecnej. Powrócono do kształcenia obywateli w duchu poszanowania polskiego dziedzictwa kulturowego. 

Z perspektywy historycznej można dostrzec jakie były cele polskiego szkolnictwa w różnych okresach dziejowych. Dla Polaków edukacja oznaczała narzędzie umacniania więzi narodowych oraz kształtowania pokoleń patriotów i świadomych reformatorów. Gdy Polska chciała się rozwijać stawiano przed szkolnictwem światłe cele i dbano o harmonijny rozwój różnych szczebli i form edukacji.

Gdy do władzy dochodziły siły wrogie Polsce, wtedy pojawiały się redukcje programów, indoktrynacja ideologiczna, zakłamywanie prawdy, „przedmioty zakazane”. Gdy rządzącym nie był potrzebny obywatel, lecz tylko „pracownik”, ograniczano możliwość zdobywania wiedzy i poszerzania horyzontów. Na szczęście zaborcom i okupantom nie powiodły się ich zamierzenia – polskość przetrwała, ponieważ znaleźli się ludzie, którzy o to zadbali, czasem ryzykując życie. Duża w tym zasługa także Kościoła Katolickiego.

Współczesne cele

Jakie cele ma dzisiejsze szkolnictwo w Polsce? Czemu ma służyć finansowany z kieszeni obywateli system kształcenia? W teorii kosztowne nauczanie kolejnych pokoleń powinno być inwestycją, a więc działaniem korzystnym dla kraju i obywateli – młody człowiek powinien nabyć umiejętności pozwalające mu na godne życie, założenie i utrzymanie rodziny, wspieranie innych i wspomaganie własnego kraju. Ustawa z dnia 14 grudnia 2016 r „Prawo oświatowe” w preambule zawiera następujące stwierdzenie: „Oświata w Rzeczypospolitej Polskiej stanowi wspólne dobro całego społeczeństwa; (…) Nauczanie i wychowanie – respektując chrześcijański system wartości – za podstawę przyjmuje uniwersalne zasady etyki. Kształcenie i wychowanie służy rozwijaniu u młodzieży poczucia odpowiedzialności, miłości Ojczyzny oraz poszanowania dla polskiego dziedzictwa kulturowego, przy jednoczesnym otwarciu się na wartości kultur Europy i świata.

Szkoła winna zapewnić każdemu uczniowi warunki niezbędne do jego rozwoju, przygotować go do wypełniania obowiązków rodzinnych i obywatelskich w oparciu o zasady solidarności, demokracji, tolerancji, sprawiedliwości i wolności.” Koresponduje to z wizją Stanisława Staszica, który za cel edukacji narodowej stawiał „prawdziwą szczęśliwość człowieka” oraz „wyrobienie dobrych Polaków”.

W praktyce szkoła powinna więc nie tylko uczyć, ale także wspierać wychowawczą rolę rodziny. Z jednej strony to podejście szlachetne i ugruntowane historycznie, z drugiej jednak ten punkt stanowi furtkę do kształtowania sumień, wrażliwości i poglądów nowych pokoleń. Niektóre treści przekazywane w szkole są neutralne światopoglądowo i niewątpliwie przydatne wychowawczo (np. wyrabianie nawyku obowiązkowości, punktualności, wspieranie samodzielności, pomagania innym, motywowanie do pracy, nauka szlachetnej rywalizacji, wpajanie zasad kultury osobistej itp.). Inne jednak, zwłaszcza w przypadku przedmiotów decydujących o tożsamości religijnej i narodowej (historia, język polski, religia) są polem do ekspresji określonych przekonań osoby wykładającej dany przedmiot. Podobnie zajęcia pozaszkolne, dodatkowe wykłady, czy dobór akcji społecznych mogą wpływać na światopogląd młodzieży. Masowe wyjścia klas na film o Grecie Thunberg i „dyskusje po filmie” są tego przykładem.

Obecnie stery obu ministerstw odpowiedzialnych za kształcenie Polaków znajdują się rękach osób o wyraźnie lewicowych poglądach. Dla osób o takich korzeniach polskość, a przede wszystkim wiara w Boga mają znaczenie wyłącznie jako element do zwalczania lub obiekt drwin. Nie mam wątpliwości, że celem edukacji nie będzie już wychowanie Polaka patrioty – nowym celem będzie ukształtowanie przyszłego wyborcy.

Rozdzielenie ministerstw

Pierwszym krokiem postawionym przez nowy rząd Donalda Tuska na ścieżce ku „lepszej” edukacji było rozdzielenie ministerstw – Ministerstwo Edukacji i Nauki ponownie podzielono na Ministerstwo Edukacji Narodowej oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Trudno mi oceniać, czy jest to krok ku lepszemu i czy był konieczny. W jego wyniku na razie mamy zmultiplikowaną kadrę urzędniczą zarządzającą ministerstwami, co z pewnością jest sporym wydatkiem, a więc trudno nazwać to korzyścią dla obywateli. Z drugiej strony taką zmianę postulowali m.in. prezes Polskiej Akademii Nauk, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej oraz przewodniczący Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich.

Zdaniem środowisk naukowych i akademickich poprzednie połączenie resortów „doprowadziło do spadku znaczenia badań naukowych i obniżenia realnych nakładów przeznaczanych na ten cel. Pokazało również całkowitą odmienność mechanizmów finansowania i zarządzania edukacją szkolną względem edukacji akademickiej i nierozerwalnie z nią związanych badań naukowych” (…) Rozumiem zatem, że w podziale ministerstw chodziło o dostępność funduszy. Za taką strukturą resortów opowiadają się również nauczyciele – w ankiecie przeprowadzonej w listopadzie i grudniu 2023 r. przez Głos Nauczycielski aż 75 % głosujących poparło utworzenie odrębnego ministerstwa edukacji. Czy to względy merytoryczne, czy też wpływ trudnych relacji prof. Czarnek – ZNP? Nie wiadomo.

Na czele MNiSW stanął Dariusz Wieczorek – inżynier elektryk, działacz turystyczny i samorządowiec z Nowej Lewicy, bez stopnia naukowego. Środowisko akademickie przyjęło jego kandydaturę z zaskoczeniem, ale i … zrozumieniem. Co ciekawe, gdy to Wojciech Murdzek z ramienia PiS obejmował ten urząd w 2020 r., na portalu wyborcza.pl pisano: „Kim jest pierwszy w historii minister nauki bez stopnia naukowego”, zaś komentujący nie zostawiali na nim suchej nitki rozpisując się o „miernotach z PiSu” i rymując: „Nie tytuły lecz chęć szczera zrobi z ciebie ministera…”. Teraz, w sprawie pana Wieczorka wyborcza.pl stawia pytanie „Kim jest minister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie Tuska?” i opisuje go jako osobę „spoza środowiska”, na co forumowicze gazeta.pl reagują tak: „Jestem ze środowiska akademickiego. Wyrażam zdziwienie. Ale poczekajmy, żeby być dobrym ministrem nie trzeba wywodzić się z naszego środowiska. Ważni będą ludzie, którymi nowy minister się otoczy, oni mu będą tłumaczyć mechanizmy tego, co się dzieje, i to jak ich będzie umiał słuchać. Gość z klasą sobie poradzi.” „I co z tego, że spoza środowiska. Poprzedni minister był ze środowiska. I co z tego wyszło?” Ot, ciekawostka dla badaczy zjawiska lewicowej hipokryzji.

Nowa ekipa w MEN

Ster Ministerstwa Edukacji Narodowej przejęła Barbara Nowacka inżynier informatyk oraz magister zarządzania. Minister Nowacka wydaje się twierdzić, że szkoła ma być przede wszystkim miejscem przyjaznym, szczególnie przyjaznym dla różnorodności i równości. Pani minister jest działaczką feministyczną, była także wraz z Januszem Palikotem współprzewodniczącą lewicowej i antyklerykalnej partii „Twój Ruch”, znanej m.in. z prób usunięcia krzyża z Sejmu, a ostatnio jest przewodniczącą Inicjatywy Polskiej propagującej „wspólny gniew” w ramach akcji „ratujmy kobiety”.

Te informacje oczywiście rzucają światło na jej światopogląd i prawdopodobny kształt nadzorowanych przez nią zmian w edukacji. Pierwsze decyzje już podjęła  – są one na razie głównie chwytami propagandowymi, które właściwie nic nie kosztują, a można się wykazać, że „coś się już zrobiło” – zakaz oceniania prac domowych w niektórych klasach, głośne medialnie zwolnienie prawicowej kurator Barbary Nowak, wstrzymanie programu „Laptop dla ucznia”, objęcie patronatem MEN „Rankingu Szkół Przyjaznych LGBTQ+” i zapowiedzenie niewątpliwie szokujących zmian w podstawach programowych. Do tego coś miłego dla lewicowych wyborców: nazwanie książki wybitnego historyka prof. Wojciecha Roszkowskiego „gniotem”, nieustające krytykowanie prof. Przemysława Czarnka, propozycja niewliczania do średniej oceny z religii, pomysł zajęć sportowych „bez rywalizacji” oraz spotkanie z Anją Rubik założycielką promującej „edukację seksualną” fundacji Sexed.pl.

Wiceminister w randze sekretarza stanu Katarzyna Lubnauer, doktor nauk matematycznych, swoje polityczne szlify zdobywała w Unii Demokratycznej, a następnie w Unii Wolności. Do Sejmu dostała się z list Nowoczesnej. Jej kondycję moralną obrazuje obrona w styczniu 2017 r.  sylwestrowego wyjazdu Ryszarda Petru z partyjną koleżanką na Maderę. Pani Lubnauer nazwała tę eskapadę, zorganizowaną podczas protestu ówczesnej opozycji w Sejmie, „wyjazdem w sprawach partyjnych”. Przekonania pani wiceminister obrazuje też taka wypowiedź: „To jest nienormalne, że nauczyciel – często przymuszony – prowadzi dzieci, niekoniecznie chcące, na mszę na początek nowego roku szkolnego. To nienormalne, że msza jest częścią oficjalnych uroczystości.”

Z kolei wiceminister w randze sekretarza stanu Joanna Mucha, doktor nauk ekonomicznych, znana jest z popisów wokalnych w czasie „puczu” opozycji w Sejmie  w 2016 r. Podczas pełnienia funkcji Ministra Sportu i Turystyki wykazała się, jak twierdziła NIK, niegospodarnością, przeznaczając miliony złotych na koncert Madonny (zorganizowany w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego). Ostatnio, w wypowiedzi dla gazeta.pl stwierdziła, że lekcje religii „formują dzieci ideologicznie”: „bardzo nie chciałabym, żeby otrzymywały jakąś próbę formowania ich w sposób ideologiczny, a niestety cały czas na religii tego typu tematy, nie wiem, czy dominują, ale są bardzo wyraźnie obecne. (…) W moim przekonaniu ministerstwo powinno przynajmniej mieć taki wpływ, żeby rzeczy, które są niezgodne z wiedzą naukową, nie były przekazywane na lekcjach religii. (…) Tego typu treści sprawiają, że dzieci mają mętlik w głowie i później nie wiedzą, co mają myśleć” – powiedziała „wiceministerka” edukacji.

Czekają nas zatem głębokie zmiany w „filozofii kształcenia”, bowiem nowa władza zupełnie inaczej postrzega rolę szkoły niż jej poprzednicy. Zapowiedzi sugerują dwa główne cele zmian: skrajną ateizację i „odpolszczanie”. Obawiam się, że rząd powierzając władztwo nad edukacją (ale też szkolnictwem wyższym) osobom wywodzącym się z lewicowych kręgów światopoglądowych, ośmieli lewicujące zasoby nauczycielskie do aktywności w zakresie działań typu strajki klimatyczne, tęczowe piątki, promowanie za wszelką cenę współcześnie rozumianej różnorodności.  Jest to swego rodzaju akcja przygotowująca podglebie pod nowy typ obywatela i wyborcy.

Co ciekawe, żadna z wymienionych pań nie reprezentuje partyjnej „lewicy” wprost, ich ugrupowania określają się same jako centrowe lub centrolewicowe, jednak ich inklinacje lewicujące, wyłaniające się z zapowiedzi i podejmowanych działań są niezwykle silne. Gdy czytam wypowiedzi rządzących w MEN pań Nowackiej, Lubnauer czy Muchy (np. takie „będziemy potrzebowali coraz mniej ludzi, którzy będą mieli umiejętności akademickie, czyli wiedzę”) mam nieodparte wrażenie, że szkoła wkrótce będzie wyglądać jak w krótkometrażowym filmie australijskiego komika i filmowca Neela Kolhatkara „Modern Educayshun” (film jest dostępny na platformie YT, trwa ok. 7 minut – serdecznie polecam). Ten film sprzed niemal dekady wydaje się być proroczy…

Megalomania czy kompleksy?

W dwudziestoleciu międzywojennym bezpłatne szkolnictwo obejmowało tylko poziom podstawowy. Szkoły średnie (płatne) ukończyło 4% społeczeństwa, zaś wyższe wykształcenie (płatne) uzyskały osoby stanowiące nie więcej niż 1%  społeczeństwa. Mimo to mieliśmy sukcesy gospodarcze, konstruowaliśmy samoloty, a polska szkoła matematyczna wydała „tęgie głowy” zdolne do rozwikłania kodu Enigmy. Przede wszystkim jednak wówczas wychowało się pokolenie kochające Polskę, gotowe za nią walczyć. Teraz również radzimy sobie gospodarczo, jesteśmy Narodem niezwykle zaradnym, ale nie mamy nawet własnej marki samochodu.

Mieliśmy i mamy nadal genialnych wynalazców, badaczy i naukowców, nasi uczniowie zajmują medalowe miejsca w międzynarodowych olimpiadach naukowych, mimo to ogromny potencjał tkwiący w obywatelach wydaje się być marnotrawiony, zaprzepaszczany, nakierowywany na drobniejsze cele. W dodatku „elity” wstydzą się polskości i promują kosmopolityzm.

Warto się zastanowić, czy to właśnie na etapie lat szkolnych nie rodzą się kompleksy wobec „wspaniałego Zachodu”, które pozostały z lat PRL-u, gdy szczytem marzeń był zakup coca-coli w Pewexie? Może to właśnie w szkole zachodzi opisany przez Staszica proces „bałamucenia dusz” i „znudzenia sobie kraju własnego”?

Kompleksy, z psychologicznego punktu widzenia, wpływają na to jak postrzegamy świat i jakie wyznajemy wartości, decydują o uczuciach i zachowaniu. Sprawiają, że rezygnujemy z pewnych działań, bo odczuwamy w związku z nimi niepokój lub wstyd. W skali narodowej jest podobnie: ostatnio nareszcie pojawiły się wielkie idee takie jak przekop Mierzei Wiślanej, CPK, elektrownia atomowa – niektóre udało się zrealizować, ale inne być może przepadną, bo Naród lekkomyślnie powierzył stery rządu osobom o mentalności zakompleksionej, zapatrzonej w obce wzorce, nazywającej pomysły naturalnego rozwoju gospodarczego „megalomanią”.

Premier rządu nie jest jednak władcą feudalnym, nie jest naszym właścicielem – on ma w naszym imieniu zarządzać, administrować i usprawniać. To jest jego odpowiedzialność przed Bogiem, Narodem i historią. Zadaniem rządu nie jest wpędzanie własnego kraju w opresyjne zobowiązania ani wynaradawianie i ateizowanie obywateli. Wbrew pozorom uczniowie i rodzice maja jeszcze szansę na ograniczenie niekorzystnych zmian czekających edukację – szkoły podstawowe prowadzone są przez gminy, zaś średnie przez powiaty. Oznacza to, że od obsady personalnej władz samorządowych bardzo dużo zależy. Rodzice mogą wpływać na losy systemu edukacji monitorując życie szkolne przez Rady Rodziców, podpisując petycje, aktywnie protestując przeciwko demoralizującym lub antypolskim zmianom.

Myślę też, że decydujące znaczenie dla każdej dziedziny, także edukacji, ma wiara w Boga. Tu pojawia się zadanie dla Kościoła – wyrugowane z systemu edukacji i przeniesione na niezależny od państwa grunt lekcje religii mogą stać się kuźnią nowego pokolenia, wierzącego i patriotycznego, znającego naukę Kościoła i historię Polski. Jeśli dojdzie do usunięcia religii ze szkół, Kościół, jeśli podejmie wyzwanie, ma szansę wrócić na pozycję ostoi Prawdy i polskości. [To pogląd , lagodnie piząc, dziwaczny.

Zofia Michałowicz

=========================

[MD: To pogląd , łagodnie pisząc, dziwaczny. Może naiwny. Usunięcie religii ze szkół jest celem ateistów, wrogów Pana Boga. Pozatem – nie bierzy Autorka pod uwagę niskiego poziomu moralnego i intelektualnego obecnych władców Koścoła, raczej urzędników…]

Niemcy znowu nie wpuszczają polskich kombatantów na obchody wyzwolenia obozu KL Ravensbrück. W Ravensbrück i Sachsenhausen zamordowali 40 tys. Polek i Polaków.

Policja niemiecka znowu nie wpuszcza polskich kombatantów na obchody wyzwolenia obozu KL Ravensbrück

14.04.2024 policja-niemiecka-znowu-nie-wpuszcza-polskich-kombatantow

Więźniarki z Ravensbruck czekające na ewakuację z obozu przez szwedzki Czerwony Krzyż. Fot. Wikipedia domena publiczna
Więźniarki z Ravensbruck czekające na ewakuację z obozu przez szwedzki Czerwony Krzyż.

Niemiecka policja odmówiła wpuszczenia polskiej grupy reprezentującej kombatantów Związku Narodowych Sił Zbrojnych na obchody rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego KL Ravensbrück.

To już „stałą praktyka;” bo taka sama sytuacja miała miejsce w 2023 roku. Karol Wołek, prezes Zarządu Głównego Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, powiedział w wywiadzie dla TV Republika, że otrzymał „pismo od dyrekcji muzeum, w którym uznawani jesteśmy za… organizację antysemicką”.

Polacy, którzy chcą uczcić pamięć zamordowanych podczas II wojny światowej w niemieckim obozie koncentracyjnym Ravensbrück nie są wpuszczani przez tamtejszą policję z emblematami narodowymi. Tak zdecydowała dyrekcja muzeum.

„Dyrekcja muzeum stwierdziła, że nie można wejść na teren z krzyżami Narodowych Sił Zbrojnych, które mamy na naszych flagach i emblematach. Twierdzą, że nie wpuszczają nikogo z emblematami narodowymi, ale inne grupy narodowe są wpuszczane, także w umundurowaniu – chociaż na stronie muzeum widnieje informacja, że jest to zabronione” – mówił prezes Wołek.

Decyzja dyrekcji dotyczy tylko kombatantów NSZ. Organizacja przedstawiła dyrekcji muzeum pismo zawierające listę więźniarek obozu Ravensbrück, które należały do Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych i były aresztowane przez Niemców za służbę w tej formacji.

Wyjaśnienia nie pomogły i związek otrzymał od dyrekcji muzeum informację, że uznawany jest za „organizację antysemicką”. W tym roku delegacji zapewne też nie będzie. Wyzwolenie niemieckiego obozu koncentracyjnego Ravensbrueck w Brandenburgii nastąpiło 30 kwietnia 1945 roku.

Był to największy obóz kobiecy na terenie Niemiec. W latach 1939-45 więziono tam 132 tys. kobiet i dzieci, 20 tys. mężczyzn i 1 tys. dziewcząt z 40 państw. Polki stanowiły największą grupę. Na terenie obozów w Ravensbrück i Sachsenhausen zamordowanych zostało prawie 40 tys. Polek i Polaków.

Rośnie ukraińska przestępczość w Polsce

Rośnie ukraińska przestępczość w Polsce

rosnie-przestepczosc-wsrod-ukraincow-w-polsce

W czwartek Sejm warszawski debatował nad rządowym projektem ustawy o ratyfikacji protokołu rozszerzającego polsko-ukraińską umowę o pomocy prawnej i stosunkach prawnych w sprawach cywilnych i karnych. W trakcie omawiania projektu ujawniono ciekawe dane na temat postawy “uchodźców” w naszym kraju.

Rośnie przestępczość wśród Ukraińców w Polsce. W toku debaty wszystkie kluby poselskie poparły rozszerzenie umowy z Ukrainą o pomocy prawnej. W teorii ma to usprawnić pociąganie do odpowiedzialności osób z obywatelstwem ukraińskim, które popełniły przestępstwa lub wykroczenia na terenie III RP.

– W 2020 roku skazano w Polsce 7111 obywateli Ukrainy, którzy popełnili w Polsce przestępstwa. A dwa lata później, w 2022 roku, takich skazań było prawie 37 tysięcy. Okazało się, że kiedy przestępstwa popełniają obywatele Ukrainy na terenie Polski, a ich konsekwencją nie jest pozbawienie wolności, to bardzo trudno nam w Polsce wyegzekwować inne kary, jeśli obywatel Ukrainy z Polski wyjedzie i wróci na Ukrainę – ujawniła poseł Joanna Kluzik-Rostkowska.

– W związku z tym, że mamy tych przestępstw znacznie więcej, pojawiła się konieczność podpisania takiego protokołu, żebyśmy potrafili skutecznie egzekwować kary za te przestępstwa popełniane w Polsce – dodała.

Poseł Ewa Schädler z klubu Szymona Hołowni i Władysława Kosiniaka-Kamysza dodała, że obecna sytuacja pozwala na to, że Ukraińcy skazani w Polsce na kary inne niż pozbawienie wolności mogli swobodnie wrócić na Ukrainę, aby zupełnie uniknąć kary.

Zwiększyła się skala problemu unikania odpowiedzialności. Mając na uwadze problem unikania tej odpowiedzialności oraz fakt, że Ukraina rozpoczęła starania o dołączenie do Unii Europejskiej, postanowiono, że zasadnym jest rozszerzenie zakresu stosowania dotychczasowej umowy o inne typy kary – powiedziała.

Na pytanie posłów Konfederacji co do skali ukraińskiej przestępczości, odpowiedział wiceminister sprawiedliwości Krzysztof Śmiszek. Tenże podał, że w 2020 roku w Polsce skazano 7111 obywateli Ukrainy, przy czym było ich wtedy w Polsce ok. 300 tysięcy. Oznacza to, że przestępstw dopuszczał się wówczas  co 42 Ukrainiec.

– Obecnie obywateli Ukrainy przebywa ok. 1,5 miliona i z informacji dostępnych dla Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że osób skazanych, przekazywanych przez stronę polską stronie ukraińskiej, za 2021 rok to było prawie 38 tysięcy, a za rok 2022 prawie 37 tysięcy – powiedział Śmiszek. Oznacza to wzrost skali – obecnie przestępstw dopuszcza się w Polsce co 39 Ukrainiec. Jeśli weźmiemy po uwagę, że spora część z przybyszów to kobiety i dzieci, przestępczość wśród ukraińskich mężczyzn znacznie wzrosła.

============================

[]Magna Polonia] : Sejm III RP może sobie uchwalać dowolne prawa. Pytanie brzmi, czy strona ukraińska będzie miała dobrą wolę, by wydawać przestępców, którzy uciekli z Polski. Dotychczas z tamtej strony doczekaliśmy się tylko buty i obłudy. Swoją drogą to bardzo ciekawe, że “uchodźcy wojenni” bardziej obawiają się mandatu lub też prac społecznych, niż powrotu do kraju ogarniętego wojną, z którego uciekli. Może nie są żadnymi “uchodźcami”?

Republika bananowa Bergoglio: Rupnik wciąż na liście Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów

Republika bananowa Bergoglio: Rupnik wciąż na liście rupnik

Ojciec Marko Rupnik jest nadal wymieniony jako jezuita i jako doradca kontrowersyjnej Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów w Annuario Pontificio 2024, roczniku watykańskim. Został wydalony z jezuitów w czerwcu 2023 roku i jest oskarżony o molestowanie lub cudzołóstwo z około dwoma tuzinami sióstr. Franciszek broni go z całych sił.

Czyżby finał zabawy w mocarstwowość?

Czyżby finał zabawy w mocarstwowość?

Stanisław Michalkiewicz  13 kwietnia 2024 finał zabawy

Wygląda na to, że wskutek bęcwalstwa naszych Umiłowanych Przywódców w polityce zagranicznej naszego bantustanu nareszcie będziemy mogli osiągnąć upragniony sukces. Chodzi oczywiście o białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenkę, którego – od pamiętnej zabawy pana prezydenta Dudy i Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego z panią Swietłaną Cichanouską w mocarstwowość – funkcjonariusze tubylczego Propaganda Abteilung zaczęli nazywać „uzurpatorem”. Otóż po zagadkowej śmierci jego ochroniarza w Sankt Petersburgu, w mediach coraz częściej pojawiają się doniesienia, że jego dni są policzone, a na jego miejsce Putin wprowadzi jakiegoś swojego faworyta.

Stanisław Cat-Mackiewicz twierdził, że polityka zagraniczna, to stosunki z sąsiadami. Jednak Nasi Umiłowani Przywódcy są ponadto. Uważają, że polityka zagraniczna, to stosunki z Sojusznikami – im bardziej odległymi, tym lepiej – bo to znaczy, że prowadzą politykę zagraniczną w skali światowej. I Sojusznicy to rozumieją, bo z ich punktu widzenia tacy sojuszniczkowie są bardzo przydatni. Jak się ma kilku takich sojuszniczków, to w razie potrzeby któregoś z nich można korzystnie przehandlować. Tak właśnie było w 1945 roku w Jałcie, kiedy Nasi Sojusznicy sprzedali Polskę – czyli swego sojuszniczka – Sojusznikowi Naszych Sojuszników, tak jak się rzeźnikowi. sprzedaje krowę. Ale ta lekcja niczego Naszych Umiłowanych Przywódców nie nauczyła, co jeszcze w XVII wieku przewidział francuski aforysta Franciszek ks. De La Rochefocauld pisząc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.

I właśnie na przykładzie Białorusi bęcwalstwo naszych Umiłowanych Przywódców widoczne jest szczególnie jaskrawo. Oto w roku 1994 prezydentem Białorusi został Aleksander Łukaszenka, uchodzący za rodzaj bicza Bożego na skorumpowanych polityków i „przyjaciela ludu”. W 1997 roku wraz z rosyjskim prezydentem Borysem Jelcynem, podpisał umowę o utworzeniu Związku Białorusi i Rosji (ZbiR). Ponieważ w tym czasie Borys Jelcyn był zaawansowanym alkoholikiem, Łukaszenka wykombinował sobie, że w tych okolicznościach, to on będzie tym całym ZBiR-em kręcił. Ale w roku 1999 Borys Jelcym abdykował; w Sylwestra wystąpił przed kamerami telewizyjnymi z oświadczeniem: „Ja uchażu w adstawku”, a jego następcą został młody czekista Włodzimierz Putin, który Jelcynowi i jego rodzinie zagwarantował bezkarność.

W tej nowej sytuacji Aleksander Łukaszenka zaczął się migać przed realizowaniem postanowień ZbiR-a, a w 2002 roku zdecydowanie odrzucił propozycję Putina, by wcielić Białoruś, jako jedną z guberni, do Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie wykorzystywał status Białorusi, jako państwa zaprzyjaźnionego z Rosją, do uzyskiwania specjalnych warunków importu przez Białoruś rosyjskiej ropy i rosyjskiego gazu, po cenach sześciokrotnie tańszych, niż np. Polska.

Aliści w kwietniu 2005 roku, wkrótce po wybuchu „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie, Kondoliza Rice będąca sekretarzem stanu w administracji prezydenta Jerzego Busha, na szczycie NATO w Wilnie oświadczyła, że z tym całym Łukaszenką trzeba zrobić porządek, a jak już się zrobi z nim porządek, to starsi i mądrzejsi pomyślą, jakby tu Ukrainę i Białoruś przyjąć do NATO. Wprawdzie spotkała się w Wilnie z grupą białoruskich dysydentów, ale nie bardzo byli oni w stanie podjąć próbę obalenia Łukaszenki. W tej sytuacji ówczesny minister spraw zagranicznych w Warszawie, Adam Daniel Rotfeld, poderwał Związek Polaków na Białorusi w charakterze jeśli nie jedynego, to z pewnością czołowego oddziału antyłukaszenkowskiej opozycji.

Dla białoruskiego prezydenta to był prawdziwy dar Niebios, bo polskie wpływy na Białorusi zostały zredukowane do gołej ziemi, a w miejsce zdelegalizowanego dotychczasowego Związku, powołał on własny, skupiający działaczy przez niego mianowanych. Czy to był wypadek przy pracy pana ministra Rotfelda, czy też wykonywał on jakieś zadanie – trudno powiedzieć, bo wprawdzie wypadki przy pracy się zdarzają, ale z drugiej strony pan minister Rotfeld, w odróżnieniu od innych szefów naszej dyplomacji, był w swojej dziedzinie fachowcem, więc trudno przypuszczać, by nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji swoich poczynań. W 2007 roku Polska uruchomiła radiostację i telewizję „Biełsat”, w której pani Agnieszka Romaszewska dostała posadę dyrektora, a która to rozgłośnia i stacja miała podburzać Białorusinów przeciwko Łukaszence i stręczyć im demokrację. Kto jej tam słuchał i kto ją oglądał – Bóg jeden wie – ale mimo to działała, aż do momentu, kiedy znienawidzony Donald Tusk kazał zwolnić panią Agnieszkę z posady. Wszyscy zachodzili w głowę („zachodzim w um z Podgornym Kolą…”) co się stało, aż po kilku dniach okazało się, że zażądali tego… Ukraińcy, którzy ze znienawidzonym Łukaszenką knuli przeciwko jeszcze bardziej znienawidzonemu Putinowi.

A że Amerykanie niczego Ukraińcom nie potrafią odmówić – z wyjątkiem pieniędzy, to zwyczajnie kazali Donaldu Tusku sprawę załatwić – no i została załatwiona. Ten incydent pokazuje, że ukraińska dyplomacja jest znacznie bardziej elastyczna od nieruchawej i doktrynerskiej dyplomacji naszej, której nigdy nie przyszłoby do głowy jakieś knucie do spółki ze znienawidzonym Łukaszenką. O tym schematyzmie świadczy fakt, że nasze MSZ przekazało białoruskiemu urzędowi skarbowemu informację o wypłatach dla działaczy zdelegalizowanego Związku Polaków na Białorusi – żeby Białorusini wymierzyli im podatki bo praworządność – wiadomo – przede wszystkim.

Wcześniej jednak Nasz Najważniejszy Sojusznik wpadł na pomysł, żeby ponownie zrobić porządek z Łukaszenką, chociaż wywijał się on jak piskorz. Nic mu nie pomogło, że nie uznał aneksji Krymu, ani niepodległości republik Ługańskiej i Donieckiej. Nic mu nie pomogło, że nie uznał niepodległości Osetii i Abchazji, ani niepodległości Naddniestrza. Akurat odbywały się na Białorusi wybory prezydenckie, w których przeciwko Łukaszence kandydował Wiktor Babaryka, prezes Biełhazprambanku – rosyjskiego banku, kontrolowanego przez Gazprom. Okazało się, że jest on najukochańszą duszeńką tamtejszego ludu pracującego. Kiedy jednak złowrogi Łukaszenka zablokował mu konta a w końcu zrobił z niego więźnia politycznego, rolę najukochańszej duszeńki objęła pani Swietłana Cichanouska, z którą nasi Umiłowani Przywódcy rozpoczęli zabawę w mocarstwowość. Skończyła się ona tak, że pani Swietłana uciekła za granicę, odgrywając rolę prezydenta Białorusi in partibus infidelium, a ofiarą zabawy w mocarstwowość padł pan Andrzej Poczobut, który do dzisiaj siedzi w więzieniu.

Tymczasem Łukaszenka na żądanie Putina 9 września 2021 roku podpisał 28 porozumień – między innymi o scaleniu armii i bezpieki. Podpisał – ale wszystko wskazuje, że wcale nie zamierza ich realizować – co przyznaje nawet Ośrodek Studiów Wschodnich. A tymczasem u nas można odnieść wrażenie, że politykę wschodnią RP projektują na spółkę pani red. Danuta Holecka, ongiś z telewizji rządowej, a dzisiaj – z nierządnej – i pani red. Anita Werner – ongiś z telewizji nierządnej, a dzisiaj – z nadrządowej – bo prezentującej najtwardsze jądro punktu widzenia Naszego Najważniejszego Sojusznika.

Stanisław Michalkiewicz

Ewolucja ku oligarchii

Ewolucja ku oligarchii

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Goniec” (Toronto)    14 kwietnia 2024 Ewolucja ku oligarchii

Ledwo nasz nieszczęśliwy kraj wyszedł ze świątecznej nirwany, zaraz wpadł z deszczu pod rynnę, to znaczy – dostał się w wir święta demokracji. Co prawda nie tak wysokiej rangi, jak na przykład 15 października ubiegłego roku, kiedy to urządzono podmiankę na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, w następstwie czego obóz „dobrej zmiany” z Naczelnikiem Państwa Jarosławem Kaczyńskim na fasadzie, został zastąpiony przez obóz zdrady i zaprzaństwa, czyli Volksdeutsche Partei Donalda Tuska z satelitami.

Wtedy chodziło o położenie kresu dotychczasowej formie państwowości polskiej w postaci III Rzeczypospolitej i zastąpienie jej Generalnym Gubernatorstwem w ramach IV Rzeszy, podczas gdy 7 kwietnia rozpoczęły się wybory samorządowe, w których chodzi przede wszystkim o obsadzenie kilkudziesięciu tysięcy synekur w gminach, powiatach i miastach. Jest to sprawa, owszem, ważna, zwłaszcza, że czasy są ciężkie – ale przede wszystkim dla samych kandydatów na te synekury oraz ich bliższych i dalszych rodzin i przyjaciół. Natomiast dla pozostałych – już niekoniecznie. Toteż frekwencja wyniosła 51 procent, co oznacza, że połowa obywateli przestała się tym konkursem o synekury interesować, najwyraźniej przyjmując do wiadomości, że demokracja nasza ewoluuje w stronę ustroju oligarchicznego, może nie takiego, jak na Ukrainie, gdzie o przynależności do oligarchii decyduje stan majątkowy, tylko formy oryginalnej, gdzie decyduje przynależność do politycznego gangu – ale nie byle jakiego, tylko zatwierdzonego przez wywiad wojskowy u progu sławnej transformacji ustrojowej, kiedy to Ojcowie-Założyciele III RP pili sobie z dzióbków, a właściwie – z dzióbka pana generała Kiszczaka podczas zakrapianego dobrego wieczoru w Magdalence.

Oczywiście zdarzają się wypadki przy pracy, np. w postaci Konfederacji, która pojawiła się na politycznym firmamencie tylko dlatego, że stare kiejkuty zaspały, podobnie jak agenci BND odpowiedzialni za rozprowadzanie naszej politycznej sceny. To się zdarza – ale kiedy Konfederacja zaczęła wykazywać znamiona trwałości, musiała zapaść decyzja o jej neutralizacji, co objawiło się w postaci słynnego „marszu ku Centrum”. Toteż na wieczorze wyborczym Konfederacji nie pojawił się ani pan Sławomir Mentzen, ani pan Grzegorz Braun, a liderowi tej formacji, panu Przemysławowi Wiplerowi asystował jedynie pan wicemarszałek Krzysztof Bosak – wcześniej obsztorcowany przez izraelskiego ambasadora Jakuba Liwni za „antisemitismus”.

Najlepszy wynik uzyskało Prawo i Sprawiedliwość z satelitami (34,27 proc), podczas gdy Koalicja Obywatelska uplasowała się na miejscu drugim z wynikiem 30,59 proc. Trzecie miejsce zajęła Trzecia Droga (14,25 proc.), czwarte – Konfederacja i Bezpartyjni Samorządowcy (7,23 proc.), piąte – Lewica z wynikiem 6,32 proc, a na szóstym miejscu uplasowali się Bezpartyjni Samorządowcy (3.01 proc. co oznacza, że głosowało na nich prawie pół miliona obywateli). Toteż zarówno były Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński, jak i Donald Tusk otrąbili zwycięstwo – ale w przypadku PiS było to raczej tzw. „zwycięstwo moralne”, które nie przełożyło się na dominację w sejmikach wojewódzkich. Te zostały zdominowane przez KO, to znaczy – Volksdeutsche Partei z satelitami; gdy PiS wygrało w siedmiu województwach, to KO – w dziewięciu,

Ale i Donald Tusk nadrabia miną, bo we wszystkich tych sejmikach jest zdany na łaskę Trzeciej Drogi, która – podobnie jak w wyborach 15 października – jest również największym beneficjentem tych wyborów. Nie ze względu na najlepszy wynik, tylko dlatego, że jest języczkiem u wagi. Nawet w tych sejmikach, gdzie Volksdeutsche Partei wygrała, nie ma ona większości, więc będzie mogła zrobić tylko to, na co pozwoli jej Trzecia Droga, bo dopiero z Trzecią Drogą, a niekiedy również z Lewicą może liczyć na większość bezwzględną. Powtarza się zatem parlamentarny układ sił, w którym Donald Tusk robi tylko to, na co pozwoli mu Szymon Hołownia z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Znakomitą ilustracją jest sprawa aborcji. Lewica zrobiła z niej swój sztandarowy projekt, podobnie, jak Donald Tusk, który niemalże obiecywał, że każdą amatorkę osobiście wyskrobie – ale kiedy przyszło co do czego, to się okazało, że pan Kosiniak-Kamysz nie chce otwierać sobie przed wyborami do samorządów niepotrzebnego frontu walki z Kościołem. W rezultacie sprawa została odłożona ad calendas graecas, to znaczy – do „referendum”, które w bliżej nieokreślonym terminie obiecuje urządzić pan marszałek Hołownia. Wprawdzie Donald Tusk buńczucznie zapowiada rychłą „rekonstrukcję rządu”, ale jeśli w ogóle chce sam pozostać na czele rządu, to musi chuchać i dmuchać na Trzecią Drogę, bo bez niej prawie 50 mandatów brakowałoby mu do bezwzględnej większości. W najlepszym razie byłby skazany na bezsilne zarządzanie pogłębiającym się kryzysem, tym większym, że za takową psotę Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen z pewnością przypomniałaby mu boleśnie, skąd wyrastają mu nogi, zwłaszcza gdyby obrażona Trzecia Droga zwróciła się ku PiS-owi, by razem utworzyć rząd – a w najgorszym – na wydłubywanie kitu z okien, a nawet kryminał.

Skoro my to wiemy, to Donald Tusk wie to jeszcze lepiej, więc jeśli pogróżki o rekonstrukcji rządu w ogóle brać poważnie, to raczej w kierunku Lewicy. Rzecz w tym, że sposród ugrupowań parlamentarnych Lewica uzyskała gorszy wynik od Konfederacji. Durnicom, które najwyraźniej wodzą tam rej, musiało się wydawać, że wszyscy w Polsce o niczym innym nie marzą, jak tylko, żeby dzieci jak najmniej się uczyły, chyba, że chodzi o masturbację, żeby 15-letnie panienki odżywiały się pigułkami „dzień po”, a jak której mimo to przytrafi się casus pascudeus, to żeby mogły się na koszt państwa wyskrobać. Tymczasem ten proletariat zastępczy w postaci kobiet z – jak to nazywał marszałek Piłsudski – „rozdziwaczoną płcią” – owszem, jest – ale nie taki znowu liczny, podobnie, jak zastępy sodomczyków i gomorytek, a nawet „młodych wykształconych z wielkich miast”, którym intelektualną zupę warzy Judenrat „Gazety Wyborczej”. Okazało się, że na Lewicę głosowało około 6 procent kobiet i niewiele ponad 10 proc, wyborców najmłodszych. Toteż nawet Leszek Miller orzekł, że wszyscy wygrali, a „tylko Czarzasty przegrał”.

Coś jest na rzeczy, bo Lewica z wyborów na wybory dołuje. Jakże ma jednak być inaczej, skoro tradycyjny proletariat, czyli pracownicy najemni już dawno stracili smak do Lewicy, zwłaszcza takiej kawiorowej, jak pani Nowacka, czy pan Zandberg, a kobiety – jak to kobiety – przyjmują za własne poglądy mężczyzn, z którymi akurat sypiają? Mężczyznom zaś nie może się podobać ani penalizacja „mowy nienawiści”, kiedy to każdym, który powie, że są tylko dwie płcie, zajmie się prokurator, ani zmiana definicji gwałtu, w następstwie której nikt nie będzie pewny ani dnia, ani godziny. Dopóty zatem durnice, których nazwisk nie wymienię, ale każdy wie, o kogo chodzi, będą tam nadawały ton, to Lewica może nawet umrzeć śmiercią naturalną.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Każdą chorobę można wyleczyć jeżeli usuniemy jej przyczynę. Prof. dr hab. n. med. Andrzej Frydrychowski

Profesor poza systemem – prof. dr hab. n. med. Andrzej Frydrychowski

Autor: AlterCabrio , 13 kwietnia 2024

‘Zostałem zaatakowany przez system, właściwie przez Izby lekarskie, za to, że uważam, że każdą chorobę można wyleczyć jeżeli usuniemy jej przyczynę. Medycyna uważa, że choroby przewlekłe nie da się wyleczyć, co jest nieprawdą. Można to wyleczyć pod jednym warunkiem, że będziemy usuwali przyczynę tych chorób, a nie będziemy leczyli objawów, bo nigdy jej nie wyleczymy. (…) Zmuszano mnie do zapisywania leków, które są nieskuteczne, a wręcz odwrotnie. Bardzo często mają wiele działań ubocznych.’

‘Tytuł profesora nie jest rzeczą prostą, trzeba przejść szereg etapów, trzeba mieć wkład w światową naukę. (…) Ale to nie ma znaczenia. Izby mi zarzucają, że ja nie potrafię czytać, nie potrafię czytać ze zrozumieniem. Nie mam podstawowej wiedzy lekarskiej. Doszło nawet do tego, że na jednej z rozpraw pseudo-sąd lekarski skierował mnie na podstawowe szkolenie, który musi przejść każdy lekarz, który kończy studia. No, są pewne granice absurdu. Włącznie oczywiście ze zdawaniem kolokwium. Po pięćdziesięciu latach nie mam żadnej wiedzy, nikt mi nie zarzucił najmniejszej szkody, a słyszę jedną mantrę: moja wiedza jest niezgodna ze współczesnym stanem wiedzy.’

−∗−

Profesor poza systemem – prof. dr hab. n. med. Andrzej Frydrychowski

https://banbye.com/embed/v_bg8U7wB8gl_n

−∗−

Warto porównać:

Apel do lekarzy polskich – prof. Andrzej Frydrychowski
Będziemy tworzyć alternatywną medycynę. Naukową Medycynę Naturalną. Ta nazwa nie nawiązuje do ziół, czy babcinych przepisów. Odwołuje się do natury ludzkiej, którą medycyna winna badać i studiować, uwzględniając w leczeniu naturalne, a dokładnie mówiąc, molekularne właściwości anatomii, fizjologii oraz psychiki człowieka. Poprzez zastosowanie właściwego doboru środków medycznych oraz naukowych metod leczenia. Czyli takich, które nie szkodzą. Primum non nocere.[…]

____________

‘Podważam kanony medycyny’ czyli czym są izby lekarskie – prof. Andrzej Frydrychowski
Jeśli ja mam wyniki, to moi koledzy powinni się ode mnie uczyć dlaczego ja je mam.

Nie można mówić prawdy? Za próbę ochrony społeczeństwa być karanym? To po co taka izba, jeśli mnie nie chroni?

Podważam podstawy medycyny gdyż twierdzę, że trzeba znaleźć przyczynę choroby i ją wyleczyć. To jest coś trudnego do zrozumienia.[…]

Napad na bank

13 kwietnia 2024 r. | Nr 15/2024 (667) mtodd
Napad na bank

       Szanowni Państwo!
       Czy napad na bank jeszcze się opłaca? Zależy komu. Unii Europejskiej pod niemieckim butem, jako całości, na pewno tak. Wystarczy wprowadzić w Polsce euro, a wyprowadzenie polskiego złota z Warszawy do Frankfurtu to czysta formalność i przyjemność dla Niemieckiej Rzeszy, dla niepoznaki zwanej Unią.
       Obsadzony przez szwabów na fotelu premiera RP „Generalnej Guberni”, czy jak on się tam obecnie nazywa, zrobi wszystko, żeby napad stulecia powiódł się i to w świetle prawa, jak on je rozumie. Czy jesteśmy w sytuacji bez wyjścia? Niezupełnie.
       Za poprzedniej komuny, tej radzieckiej tęskniliśmy za normalnością, będącą na Zachodzie. Sytuacja, w pewnym sensie, odwróciła się.
Przy obecnej komunie, tej wprowadzanej przez Unię Europejską, to my jesteśmy jeszcze małą wysepką normalności. Dobrze by było, żeby udało się jakoś pokazać naszą normalność innym Europejczykom. Powinni wiedzieć, że można przeciwstawić się świrom klimatycznym, jak i tym z LGBTiQukuryku, oraz pozostałym zboczeńcom intelektualnym.
       Nawet jeśli wielu z naszych obywateli wierzy notorycznemu kłamcy, to i tak jest to mniejszy odsetek zmanipulowanych przez świrów, kanalie i złoczyńców, niż na Zachodzie. Nie zmarnujmy szansy!
Z pozdrowieniami Małgorzata Todd
=================

Mail:

Chyży:

Kobiety z rozdziwaczoną płcią od piątku znajdują się w stanie euforii. A my – proponujemy aborcję opóźnioną.

Znowu włączam się do dyskusji

12 kwietnia 2024 Stanisław Michalkiewicz Michalkiewicz-Znowu-wlaczam-sie

Kobiety z rozdziwaczoną płcią od piątku znajdują się w stanie euforii. Oto sejmowa większość, to znaczy – Volksdeutsche Partei z satelitami – zdecydowała, by przywrócić stan prawny wprowadzony w Generalnym Gubernatorstwie z inicjatywy przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera. Bowiem od podmianki na pozycji lidera tubylczej sceny politycznej, jaka za pozwoleniem Naszego Najważniejszego Sojusznika Józia Bidena dokonała się 15 października ubiegłego roku, budujemy, a właściwie odtwarzamy Generalne Gubernatorstwo, albo z Donaldem Tuskiem w charakterze Generalnego Gubernatora na fasadzie, albo kogoś innego, kogo Reichsfuhrer, albo Reichsfuhrerin na to stanowisko wyznaczy.

IV Rzesza nie może przecież w sposób istotny różnić się od Rzeszy III; musi być jakaś ciągłość, chociaż oczywiście muszą też występować różnice. Na przykład o ile w III Rzeszy, a co za tym idzie – również w Generalnym Gubernatorstwie, Żydowie byli prześladowani, to teraz nie tylko są głównymi orędownikami IV Rzeszy, ale nawet znajdują się w awangardzie rozmaitych inżynierii społecznych, na przykład – zmniejszenia populacji głupich gojów między innymi przez propagowanie ćwiartowania żywcem nienarodzonych gojowskich dzieci w spoecjalnych klinikach im. Króla Heroda.

Wprawdzie Judenrat “Gazety Wyborczej” nazywa to realizacją “praw reprodukcyjnych”, ale to są eufemizmy podobne do używanych przez Reinhardta Heydricha, który podczas konferencji w Wannsee w ramach “ostatecznego rozwiązania” mówił o “ewakuacjach”. Zatem – jak mówią gitowcy – “wszystko gra i koliduje”.

Jak bowiem wiadomo, Żydowie są od zawsze w awangardzie rewolucji komunistycznej i stąd ich upodobanie do rozmaitych społecznych inżynierii. Ponieważ jednak tradycyjni proletariusze, czyli pracownicy najemni, odwrócili się od rewolucjonistów, nazwijmy to – plecami – to argusowe oko promotorów rewolucji spoczęło na kobietach, jako proletariacie zastępczym, który trzeba by “wyzwolić”. Toteż wyzwalają, zaczynając naturalnie od majtek – o czym jeszcze w XIX wieku wspominała autorska spółka Marks & Engels, zastąpiona dzisiaj spółką Marks & Spencer.

Drugą grupą zaliczoną do proletariatu zastępczego są sodomczykowie, gomorytki, a także rozmaici wariaci, co to albo nie wiedzą, do jakiej płci należą, albo nawet nie są pewni, czy są kozami, czy psami. 

Uczynili oni z legalizacji ćwiartowania bez znieczulenia nieurodzonych dzieci swój polityczny program, zarażając nim znanego ongiś liberała Donalda Tuska, który ideologiczne przesądy młodości porzucił na rzecz pragmatyzmu władzy. Parafrazując znany wiersz Boya-Żeleńskiego, pragmatyzm ten sprowadza się do tego, że “każdy program dobry, byle dojść do rządów” – nawet jeśli to ma być tylko stanowisko Generalnego Gubernatora, podlegającego Reichsfuhrerowi. Toteż Donald Tusk w kampanii wyborczej składał śluby panieńskie, że każdą chętną damę osobiście wyskrobie – byle tylko na niego głosowała. I kiedy tylko odbyły się wybory do samorządu terytorialnego, podczas których Władysław Kosiniak-Kamysz nie chciał otwierać sobie niepotrzebnego frontu walki z Kościołem, sprawa legalizacji aborcji trafiła na posiedzenie Sejmu. Inna sprawa, że z Kościołem to w dużej mierze strachy na lachy, bo np. J.Em Grzegorz kardynał Ryś kazał modlić się za parlamentarzystów, “żeby byli ludźmi sumienia”. Najwyraźniej zapomniał, że jak już człowiek politykuje, to jego sumienie też politykuje, więc gdyby nawet Wielce Czcigodni posłowie mieli sumienie – co w przypadku Klubu Parlamentarnego Lewicy wcale nie jest takie oczywiste – to sumienia te zostały oddane w arendę starszym i mądrzejszym, w związku z czym Pan Bóg takich modlitw wysłuchać chyba nie może. Uzasadnienie tego wniosku wymagałoby wywodu przekraczajacego ramy felietonu, więc sobie go daruję.

No ale teraz wybory do samorządów w zasadzie się odbyły, więc PSL już nie musi obawiać się Kościoła. Toteż Sejm przyjął wszystkie cztery projekty stosownej ustawy, spośród których aż dwa złożyła Lewica, jeden – Volksdeutsche Partei, czyli KO z satelitami i jeden – Trzecia Droga. I wszystkie one cztery zostały skierowane do “Komisji Nadzwyczajnej”. Co komisja z nimi zrobi – tego nie wiemy, chociaż nie od rzeczy będzie przypomnieć definicję wielbłąda – że jest to koń zaprojektowany przez komisję. Jesteśmy skazani na domysły, a w tej sytuacji dobrym tropem mogą być losy ustawy lustracyjnej.

Po 4 czerwca 1992 roku, kiedy obalony został rząd premiera Olszewskiego i “dzika lustracja” została z trudem zablokowana, żeby poza Adamem Michnikiem nikt nie mógł korzystać z zasobów archiwalnych MSW – gwoli zamydlenia oczu obywatelom, zgłoszonych zostało aż siedem projektów ustawy lustracyjnej. Oczywiście ugrzęzły one w komisji, aż szczęśliwie zakończyła się kadedncja Sejmu i znowu było bezpiecznie. Aż do października 2006 roku, kiedy to Sejm z przewagą PiS przeforsował ustawę o ujawnieniu dokumentów UB i SB z czasów I komuny. Miała ona długie vacatio legis, w trakcie którego w Sejmie i Senacie pojawiła się dziwna grupa, której udało się przekonać prezydenta Kaczyńskiego, że może to doprowadzić do ujawnienia tzw. “danych wrażliwych”. Grupa dowodziła, że chodzi o to, iż ktoś mógł się upijać, czy figlować z panienkami. Nie brzmiało to wiarygodnie, bo np. cała Polska wiedziała, że taki Jacek Kuroń miał do wódki już nie to, że skłonność, tylko prawdziwą zapamietałość – ale wcale nie szkodziło to jego reputacji. Podobnie figle z panienkami; po 30 latach można by je rozpamiętywać z łezką w oku, budząc co najwyżej zawiść tych, którzy w młodości panienki zaniedbywali.. W rezultacie prezydent Kaczyński tak znowelizował tę ustawę, że nowela weszła w życie wcześniej, niż ona sama, przywracając ponadto skomplikowane procedury, które lustrację de facto zahamowały. Przypomnę, że rzecznik interesu publicznego, pan sędzia Nizieński w ciągu swojej 6-letniej kadencji nabrał wątpliwości co do tysiąca deklaracji lustracyjnych. Jednak do fazy postępowania sądowego udało mu się doprowadzić tylko 60 przypadków, spośród których tylko 12 zakończyło się wyrokami, zresztą – nieprawomocnymi. Cała para poszła w gwizdek.

Trzeba wiele zmienić, by wszystko pozostało po staremu – mawiał książę Salina, bohater powieści “Lampart” Józefa Tomasi di Lampedusa. Myśląc naiwnie, że w dyskusji nad aborcją, jaka rozpoczęła się w roku 1991, to wszystko było naprawdę, przedstawiłem projekt stosownej ustawy, który składał się z jednego zdania – dodatkowego paragrafu do art 148 kodeksu karnego, który mówi o zabójstwie człowieka. Paragraf ten miał brzmienie następujące: “W razie zabójstwa dziecka jeszcze nie urodzonego, sąd może podżegacza uwolnić od kary”. Była to ustawa zarazem i surowa i humanitarna. Surowa – bo aborcja została uznana za zabicie człowieka – zatem sprawcy takiego czynu odpowiadaliby, jak za zabójstwo, często nawet z niskich pobudek, to znaczy – z chęci zarobku – ale zarazem humanitarna, bo matka dziecka w tym przestępstwie występuje zawsze jako podżegacz, to znaczy osoba, która innych zachęca do przestępstwa. A ponieważ często zdarza się, że ta kobieta bywa przez swoje otocznie zaszczuwana, to projekt dawał sędziemu, orzekającemu w konkretnych przypadkach, możliwość uwolnienia jej od kary, która w tych okolicznościach byłaby niepotrzebnym okrucieństwem.

Oczywiście głuche milczenie było mi odpowiedzią, podobnie jak i teraz, kiedy, idąc za ciosem, lansuję pomysł tzw. “aborcji opóźnionej” . Dlaczego bezkarne miałoby być ćwiartowanie żywcem tylko ludzi bardzo małych, jeszcze przed urodzeniem? Jest to sprzeczne z zasadą równości wobec prawa, a poza tym – społecznie szkodliwe. Zygota wyrośnięta, taka która nie tylko sie urodziła, ale w dodatku przeżyła kilkadziesiąt lat, jest znacznie bardziej społecznie szkodliwa, niż zygota zwyczajna. Po pierwsze – zajmuje znacznie więcej miejsca w przestrzeni, zwłaszcza, gdy jest przerośnięta – po drugie – pozostawia za sobą ślad węglowy, którego zygota zwyczajna nie pozostawia w ogóle, po trzecie – nie tylko ślad węglowy, ale również inne szkodzące “planecie” gazy. Po czwarte – zygota wyrośnięta robi różne głupstwa, a także świństwa, których nie robi zygota zwyczajna. Wszystko zatem przemawia za wprowadzeniem aborcji opóźnionej, a ponieważ kobiety domagają się, by o zgładzeniu zygoty zwyczajnej decydowały tyklko one, to w przypadku aborcji opóźnionej, w imię konstytucyjnej zasady równości wobec prawa, decyzja powinna należeć do trójki mężczyzn (tres faciunt collegium), którzy mogliby nakazać funkcjonariuszom z kliniki im. Króla Heroda poćwiartowanie, niechby ze znieczuleniem, jakiegoś “stworu podeszłego wiekiem, co kobietą być już przestał, a nigdy nie był człowiekiem”.

Stanisław Michalkiewicz

Matematyka: O pomiarach średniej globalnej temperatury.

O pomiarach średniej globalnej temperatury

13.04.2024 Miroslaw Gajer o-pomiarach-sredniej-globalnej-temper.

Termometr Temperatura
Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

We wszelkich dyskusjach dotyczących ocieplenia klimatu na Ziemi przewija się nieustanie pojęcie „średniej globalnej temperatury”, rozumianej zapewne jako średnia temperatura panująca na naszym globie. Celowo użyłem tutaj wyrazu „zapewne”, ponieważ nigdzie nie można znaleźć żadnej „oficjalnej” definicji rozważanego pojęcia, a zatem pozostają nam w tym wypadku jedynie bliżej nieokreślone domysły. Możemy tylko przypuszczać, że zapewne chodzi tutaj o średnią arytmetyczną temperatur wyznaczonych na obszarze całej kuli ziemskiej.

Oczywiście wartości średniej dowolnej wielkości fizycznej nie można ot tak, po prostu sobie zmierzyć, ponieważ trzeba ją dopiero wyliczyć na podstawie całej serii uprzednio wykonanych pomiarów. Oprócz zwykłej średniej arytmetycznej, w przypadku której sumujemy wyniki przeprowadzonych pomiarów, a następnie dzielimy uzyskany wynik przez ich liczbę, mogą być wyznaczane także różnego typu średnie ważone. Wówczas wyniki kolejnych pomiarów mnożymy przez tzw. współczynniki wagowe, a zatem wkład poszczególnych pomiarów do uzyskanej wartości średniej nie jest już bynajmniej taki sam, tylko zależy od wartości przypisanych im współczynników wagowych.

W związku z powyższym manipulując wartościami współczynników wagowych, możemy w dużym zakresie wpływać na wartość wyliczanej w ten sposób średniej. Pojawia się zatem niezmiernie ważne pytanie dotyczące tego, w jaki sposób wyliczana jest średnia temperatura na Ziemi, kryjąca się pod powszechnie używanym pojęciem „średniej globalnej temperatury”, ponieważ w tym wypadku przyjęta metodologia jej wyznaczania wydaje się mieć kluczowe znaczenie.

Krytyka pomiarów

W zasobach internetowych można między innymi natknąć się na zamieszony na rys. 1 wykres ukazujący, jak na przestrzeni ostatnich 140 lat zmieniała się średnia globalna temperatura. W związku z powyższym wykresem pojawia się jednak sporo wątpliwości, które dodatkowo nasuwają różnorakie pytania.

Przede wszystkim można zastanawiać się, za pomocą jakiej to niewątpliwie „wysoce zaawansowanej technologicznie” aparatury metrologicznej dokonywano pomiarów temperatury w 1880 roku – wszak półtora wieku temu o elektronice nikomu nawet się jeszcze nie śniło. Spoglądając na wykres zamieszczony na rys. 1, widać, że dokładność zamieszczonych tutaj wartości pomiarów średniej globalnej temperatury jest zapewne większa niż jedna dziesiąta stopnia Celsjusza (wystarczy porównać wysokość najmniejszych „schodków” na rozważanym wykresie).

Czy zatem w czasach, gdy na świecie nie było chyba jeszcze naszych pradziadków, istniała w ogóle możliwość wiarygodnego zmierzenia wartości temperatury powietrza z dokładnością do kilku setnych części stopnia Celsjusza? Jest to oczywiście pytanie do historyków nauki, a zwłaszcza historyków techniki. Szanowni Państwo – pomóżcie! Bo jeżeli półtora wieku temu nie było w ogóle możliwości dokonania wiarygodnych pomiarów temperatury powietrza z dokładnością na poziomie kilku setnych części stopnia Celsjusza, to jest to niezaprzeczalny dowód na to, że przestawiony na rys. 1 wykres został sfingowany, a przynajmniej jego początkowy obszar to czyste fantasmagorie!

Rys. 1. Wykres ukazujący zmiany średniej temperatury na ziemi przez ostatnie 140 lat. / Źródło: https://www.climateleadership.pl/pl/baza-wiedzy/neutralnosc-klimatyczna/srednia-globalna-temperatura-na-ziemi

Innym niezmiernie ważnym pytaniem jest, czy w roku 1880 temperatury powietrza były mierzone w jakiś regularny i systematyczny sposób? Zapewne nie – wręcz przeciwnie, można przyjąć, że z całą pewnością były one mierzone w przypadkowo wybranych miejscach i do tego w losowych momentach czasu. Zatem o żadnych danych pomiarowych, które byłyby miarodajne dla całego globu, w tym wypadku mowy być nie może.

Na marginesie warto przypomnieć, że pierwszym człowiekiem, który dotarł do bieguna północnego, był Robert Edwin Peary, a wyczynu tego dokonał w dniu 6 kwietnia 1909 roku. Z kolei na biegunie południowym po raz pierwszy w historii ludzkości stopę postawił Roald Amundsen, a miało to miejsce 14 grudnia 1911 roku. Warto także przypomnieć, że gdy 30 czerwca 1908 roku na obszarze środkowej Syberii doszło do upadku tzw. meteorytu tunguskiego, pierwsza ekspedycja zorganizowana przez radzieckiego uczonego – Leonida Kulika dotarła w ten rejon dopiero prawie 20 lat po tym wydarzeniu.

Jest zatem rzeczą oczywistą, że w 1880 roku na licznych obszarach kuli ziemskiej temperatura atmosfery nie mogła być w ogóle mierzona, a co dopiero w jakiś zorganizowany i systematyczny sposób. W związku z tym temperatury panujące na tych obszarach nie mogły być w żaden sposób wliczane do wyznaczonej wartości średniej. Zatem o jakiej średniej „globalnej” jest tutaj mowa – to są po prostu czyjeś urojenia!

A swoją drogą musielibyśmy mieć w tym wypadku do czynienia z jakimś wyjątkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, polegającym na tym, że zapiski ze skrupulatnymi pomiarami temperatury powietrza dokonanymi w 1880 roku dotrwały w komplecie do naszych czasów i w związku z tym musiały przecież przetrwać liczne zawieruchy dziejowe, jak chociażby obie wojny światowe w dwudziestym wieku.

Jak zmierzyć średnią temperaturę

Gdybyśmy chcieli zmierzyć średnią temperaturę w danym miejscu na Ziemi, to sprawa wydaje się raczej stosunkowo prosta. Stawiamy tam po prostu budkę meteorologiczną, a w niej dwa metry nad powierzchnią gruntu umieszczamy czujnik temperatury. Pomiary wykonujemy regularnie, przykładowo co pięć minut, przez cały rok, więc w sumie wykonamy ich 105.120. Następnie wszystkie wyniki pomiarów sumujemy i dzielimy przez 105.120, a uzyskaną średnią arytmetyczną traktujemy jako średnią temperaturę panującą w danym miejscu na ziemi.

Natomiast aby można było wyznaczyć średnią globalną temperaturę dla naszego globu, należałoby dokonać uśrednienia nie tylko po czasie, ale także i po całej powierzchni Ziemi. W tym celu całą kulę ziemską należałoby pokryć regularną siatką czujników umieszczonych dwa metry nad jej powierzchnią. Gdyby na każdy kilometr kwadratowy powierzchni Ziemi przypadał tylko jeden taki czujnik, wówczas trzeba byłoby zainstalować ich aż 510.100.000. Po roku uzyskalibyśmy 53.621.712.000.000 wyników pomiarów (byłoby to ponad 200 TB danych zapisanych w zmiennoprzecinkowym formacie float), a po ich zsumowaniu i podzieleniu przez ich liczbę, otrzymalibyśmy wielkość, którą można byłoby uznać za średnią temperaturę dla całej Ziemi. Jednak tego rodzaju procedura z pewnością nie została nigdy przeprowadzona, ponieważ w praktyce jest ona po prostu niewykonalna.

Po pierwsze pokrycie całej powierzchni kuli ziemskiej siatką regularnie rozmieszczonych czujników temperatury jest niemożliwe, choćby z tego powodu, że ponad 70 proc. powierzchni Ziemi stanowią morza i oceany. Ponadto czujniki te należałoby umieścić również w tak niedostępnych obszarach kuli ziemskiej, jak Grenlandia, Alaska, Arktyka, Antarktyda, Himalaje, Andy itp. Taką regularną siatką czujników należałoby pokryć także cały obszar Sahary oraz innych wielkich pustyń występujących na Ziemi.

Nawet gdyby założyć, że jakimś cudem całą powierzchnię naszego globu udałoby się taką regularną siatką czujników pokryć, to i tak pojawiłby się kolejny problem. Można bowiem zastanawiać się, czy pomiary temperatury wykonane na niewielkich wysokościach nad poziomem morza są aby porównywalne z tymi wykonanymi w wysokich górach, kilka kilometrów powyżej tego poziomu, ponieważ temperatura wraz z wysokością spada zazwyczaj o około 0,6 stopnia Celsjusza na każde 100 metrów wysokości. Żeby temperatury mierzone na różnych wysokościach nad poziomem morza były wzajemnie porównywalne, należałoby je zapewne odpowiednio przeskalować do wartości, które występowałyby na poziomie morza, gdyby cała powierzchnia Ziemi była płaska i rozpościerała się właśnie na tym poziomie.

W tym celu wartości zmierzone przez poszczególne czujniki powinny zostać przemnożone przez odpowiednie współczynniki wagowe. Zatem w tym wypadku nie mamy już do czynienia ze zwykłą średnią arytmetyczną, tylko ze średnią ważoną, której wartość zależy od odpowiedniego doboru wartości rozważanych współczynników wagowych. Zatem wartość średniej globalnej temperatury zależałaby od metodologii doboru wartości rozważanych współczynników wagowych, co automatycznie otwierałoby drzwi do wszelkich możliwych na tym polu manipulacji.

Można wykazać wszystko!

Jak już wspomniano, to, co podawane jest jako średnia globalna temperatura, jest zapewne średnią arytmetyczną temperatur mierzonych w jakichś arbitralnie wybranych miejscach na Ziemi i w dodatku w przypadkowych momentach czasu. Jest oczywiste, że nie mamy tutaj do czynienia ze średnią temperaturą na Ziemi, a jedynie ze średnią arytmetyczną jakichś przypadkowych wyników pomiarowych. Dobierając arbitralnie wyniki pomiarów wchodzących w skład takiej średniej, jesteśmy w stanie wykazać dosłownie wszystko – przykładowo, że wartość tej średniej rośnie o około 0,2 stopnia Celsjusza na dekadę, co obecnie jest powszechnie głoszone.

Dodatkowo w zdecydowanej większości pomiary temperatur powietrza dokonywane są na obszarach stosunkowo łatwo dostępnych i w związku z tym gęsto zamieszkanych przez ludzi. Takie zurbanizowane obszary z licznymi ośrodkami przemysłowymi są swego rodzaju „wyspami ciepła”, gdzie istotnie w ciągu ostatnich dekad mógł nastąpić wzrost średniej wartości temperatury powietrza rzędu kilku dziesiątych stopnia Celsjusza, ale tego rodzaju obszary to przysłowiowa kropla wody w morzu w porównaniu z powierzchnią całej Ziemi.

„Co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie”. Tak bolszewicy wieźli Polaków na Syberię

„Co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie”. Tak bolszewicy wieźli Polaków na Syberię

Data publikacji:

Autor: Maciej Zborek Przy tekście pracowali także: Anna Winkler (redaktor) Anna Winkler (fotoedytor)

Bolszewicy odziedziczyli po upadłym caracie niechęć do Polaków. Za ich rządów kolejne transporty „wrogów Moskwy” trafiały na Syberię. Już sama podróż była wstępem do czekającego zesłańców piekła Gułagu. Jak więźniowie ją wspominają?

Bolszewicy – tak, jak wcześniej carscy urzędnicy – doskonale wiedzieli, w jaki sposób walczyć z Polakami. Wzajemna niechęć narastała przecież od wielu wieków, choć to dopiero upadek I Rzeczpospolitej i kolejne powstania nakręciły spiralę przymusowych przesiedleń. Dopełnieniem dzieła był okres lat trzydziestych i czterdziestych w XX wieku, który ostatecznie pozwolił ZSRR uwolnić od ludności polskiej tereny uznawane za „obszar dominacji kultury rosyjskiej”.

Niewiele miejsc zesłania zapisało się w historii Polski równie źle, co Kołyma, gdzie wywożono Polaków z terenów dzisiejszych Kresów i centralnej Polski. Tak grozę położenia przesiedleńców spróbował oddać Sebastian Warlikowski, jeden z autorów książki „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”:

Kołyma – synonim śmierci, powolnego umierania i innego świata, gdzie nie obowiązują żadne reguły, a człowiek to tylko nieistotny element większej machiny. Grupa obozów pracy przymusowej, znajdujących się w krainie niemal wiecznego mrozu, gdzie przez prawie 10 miesięcy trwała wycieńczająca zima […].

„Przywieziono prawie samych trupów”

Jednak zanim wypędzeni z domów ludzie trafili do tej koszmarnej krainy, musieli odbyć wielotygodniową podróż. Już na tym etapie pojawiały się pierwsze ofiary wywózek – wiele słabszych fizycznie osób nie było w stanie przetrwać nieludzkich warunków transportu.

Droga na Kołymę była wieloetapowa. Podróżowano różnymi środkami transportu, między innymi pociągiem.

[A nas z Nowosybiska dalej najpierw trzy dni na cieżarówkach niemieckich na Holzgaz, a potem trzy dni saniami do łagru „Krasnyj Oktiabr’ „. MD]

Droga na Kołymę była wieloetapowa. Więźniowie musieli kilkukrotnie zmieniać środki lokomocji. Na miejsce katorgi docierali statkiem. Leonarda Obuchowska, której wspomnienia znalazły się w zbiorze „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”, tak opisała swoją drogę na zesłanie:

[…]  załadowano nas na statek towarowy niczym bydlęta i wieziono w kierunku Magadan. Podróż trwała ponad 1 miesiąc. Tu znów były tysiące ludzi różnych narodowości, razem mężczyźni i kobiety. Przez cały okres tej podróży statkiem wszyscy byli chorzy na tzw. chorobę morską. Ludzie nic nie mogli jeść tylko leżeli, a ci co byli słabi kolejno umierali. Do miejsca docelowego przywieziono prawie samych trupów, a nie żywych ludzi.

Co ciekawe, napotykana po drodze ludność rosyjska nie miała złego nastawienia względem więźniów. Można to tłumaczyć faktem, że od pokoleń w głębi kraju osadzano osoby niewinne. Polacy jadący na wschód mogli więc liczyć na gesty litości ze strony cywilów, a nawet żołnierzy przemieszczających się w odwrotnym kierunku!

Janusz Siemiński pisał o nich:

Mijani żołnierze rzucali nam chleb i tytoń w okratowane okienka wagonów […]. Chleb najczęściej dostawał się uprzywilejowanym więźniom, kórzy odpychali nas do okienka, natomiast machorka rozsypywała się w wagonie i mogliśmy czasem zebrać okruchy […].

Na stacji Kirow, naprzeciw naszego wagonu, zatrzymał się wagon z młodzieżą jadącą na zachód odbudować zniszczenia […]. Przez kratę okienka dostrzegła mnie młoda dziewczyna. na długą chwilę nasze oczy spotkały się, jej – wyrażały współczucie, moje – zachwyt jej urodą. W końcu dziewczyna zaczęła śpiewać, jakby z żalem. Utkwiły mi w pamięci pierwsze słowa zwrotki: Młody chłopcze, dlaczegoś dostał się za kratki, moje serce za tobą płacze.

„Jedynym prawem był mocny kułak”

Trzeba też pamiętać, że zesłani musieli obawiać się nie tylko strażników, ale często także współwięźniów. W końcu „polityczni” byli wymieszani z pospolitymi kryminalistami i recydywistami. Ci ostatni wielokrotnie pełnili ważne funkcję w trakcie transportu (a niekiedy później byli odpowiedzialni za dyscyplinę w obozie). Prawo silniejszego było jedyną regułą, a brak poszanowania dla innych – oczywistością. Maciej Żołnierczyk, którego wspomnienia znalazły się w zbiorze „Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach”, tak zapamiętał śmierć innego Polaka w drodze na zesłanie:

Urbański konał powoli, rzęził i coś bełkotał.  […] Wtem podpełzł młody żulik i widząc umierającego, szybko spuścił gacie i zaczął załatwiać się Urbańskiemu na nogi. […] Ja zawarczałem na ruskiego, który szybko, tak jak przyszedł, uciekł, ale swoją „pieczęć” zostawił. Później z daleka widziałem jak inni podpełzali do konającego Urbańskiego i załatwiali się, po prostu dlatego, że on nie mógł się ani bronić, ani protestować.

To było normalne w tym transporcie, gdzie jedynym prawem był mocny kułak. Trzeba pamiętać, że okręt płynął prawie dwa tygodnie. Ludzi musiało być około 3 tysięcy. Jak mogę ocenić, cztery symboliczne latryny na pomoście nie miały żadnego znaczenia.

Żołnierczyk dodał, że zwłaszcza pod koniec piekielnej podróży statkiem „żuliki jakby oszaleli”. Zaczęli bez opamiętania znęcać się nad towarzyszami niedoli – jak pisał były więzień, „co nocy było słychać nieludzkie wrzaski, jęki, wycie którejś z ich ofiar”.

Więźniowie nieraz odkrywali po drodze ślady swoich rodaków – choćby krzyże na grobach polskich zesłańców… Zdjęcie poglądowe.

Innym przerażającym doświadczeniem zesłanych Polaków było odkrywanie śladów rodaków, którzy na zsyłce zakończyli życie. Na dalekim wschodzie, w głębi Rosji, kolejne pokolenia zaznaczały swoją obecność. Zbigniew Lewicki tak zapamiętał jeden z etapów swojej drogi na Kołymę w roku 1939:

Za Bajkałem, w architekturze napotkanych osiedli zauważyłem jakiś swojski pierwiastek. Domy z ciosanych belek, nie okrągłych, ganki na słupkach, węgły i dachy, żurawie studzienne, serca wycięte w okiennicach, malwy pod oknami, wreszcie cmentarze pełne krzyżów polskich zesłańców.

Koniec wojny!

W trakcie drugiej wojny światowej wywózki polskiej ludności nie ustały, choć władza sowiecka miała „przejściowe” kłopoty z powodu ataku armii niemieckiej. Skończyły się one jednak, gdy tylko alianci zaczęli zyskiwać przewagę na froncie.

Paradoksalnie koniec wojny nie dla wszystkich był powodem do radości. Nawet 9 maja 1945 roku ruszył bowiem kolejny transport na wschód. W gronie zesłańców znalazł się Janusz Siemiński:

9 maja wywołano nas do transportu. […] Wchodziliśmy pojedynczo, odliczani, do bydlęcych wagonów. Byłem już w środku, gdy w pewnym momencie usłyszałem strzały, krzyki, wrzaski.[…] Na peronie żołnierze ściskali się i całowali. To koniec wojny! Koniec wojny! Czekaliśmy na ten dzień pięć długich, krwawych lat, a przeżywamy go w transporcie na wschód z wyrokiem piętnastu lat katorgi…

Na miejscu czekały zesłańców zabójcze mrozy. (Workuta).

Równie gorzko o wywózce piszą Polacy, którzy doświadczyli jej rok po zakończeniu działań wojennych, gdy propaganda sowiecka z dumą prezentowała ZSRR jako „wyzwoliciela” Polski. Małgorzata Giżejewska w książce „Kołyma 1944-1956 w wspomnieniach polskich więźniów” przywołała relację Stanisława Jachniewicza, jednego z aresztowanych i wywiezionych w 1946 roku. Wyraźnie widać, że „bracia” ze wschodu nie zrezygnowali z oczyszczania terenów, które uznali za „swoje”:

Najpierw cieszyliśmy się, że wiozą nas na wschód, a nie na północ. Aby nie do Workuty. W Irkucku nastąpiła zmiana eskorty, zrozumieliśmy, że to dopiero pół drogi. Zaprowadzono nas do łaźni. 40 st. mrozu, grudzień. Łaźnia zamarznięta, nie bardzo nam się chciało tam wchodzić, ale poszczuto nas psami i poszliśmy.

Były prysznice i dali po małym kawałku mydła. Byliśmy strasznie brudni, bo w wagonach panowały okropne warunki i nie myliśmy się, nie było czym. Jeśli nawet dostaliśmy nawet trochę wody, to nawet do picia nie starczyło. Zeskrobywaliśmy szron ze ścian i tak gasiliśmy pragnienie.

W „wolnej i demokratycznej” Polsce Ludowej jeszcze niejeden „wróg ludu” zakosztował smaku piekielnej podróży. Na koniec koszmarnych transportów trzeba było czekać o wiele za długo…

Bibliografia:

  1. Małgorzata Giżejewska, Kołyma 1944-1956 ws wspomnieniach polskich więźniów, Instytut Studiów Politycznych PAN 2000.
  2. Zbigniew Lewicki, Dziennik, Instytut Teologiczny Księży Misjonarzy 2000.
  3. Janusz Siemiński, Moja Kołyma, Wydawnictwo KARTA 1995.
  4. Autor zbiorowy, Kołyma. Polacy w sowieckich łagrach, Wydawnictwo Fronda 2019.

84 rocznica drugiej deportacji Polaków na Sybir. Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia.

Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia

13.04.2024 jak-sowieci-mordowali
[Umieszczam „po znajomości”, bo sam zostałem jako „kapitalisticzeskij szpion”, w wieku trzech lat i tygodnia, wywieziony 10 lutego 1940. M. Dakowski]

W nocy z 12 na 13 kwietnia 1940 r. władze sowieckie przeprowadziły drugą masową deportację ludności polskiej w głąb ZSRS. Według danych NKWD w ramach przeprowadzonej akcji wywieziono łącznie około 61 tys. osób, głównie do Kazachstanu. Ofiarami deportacji były rodziny polskich jeńców wojennych rozstrzeliwanych w tym samym czasie w ramach zbrodni katyńskiej.

Deportacja Polaków z Kresów przez Armię Czerwoną Tadeusz Płużański: Jak Sowieci mordowali rodziny ofiar Katynia

Deportacja Polaków z Kresów przez Armię Czerwoną / Wikipedia domena publiczna

=================================

A to – trochę wcześniej..

=====================================

Pierwsza masowa wywózka Polaków do syberyjskich łagrów, oficjalnie nazywana „przesiedleniem”, rozpoczęta 10 lutego 1940 r., objęła ponad 220 tys. ludzi – urzędników państwowych (m.in. sędziów, prokuratorów, policjantów), działaczy samorządowych, leśników, a także właścicieli ziemskich i osadników wojskowych z rodzinami. Trafili (wg danych NKWD) do 115 specposiołków, rozrzuconych po 21 krajach i obwodach ZSRS: m.in. do Archangielska, Irkucka, Kraju Krasnojarskiego i Komi. Czym Polacy „zawinili”? Sowieci uznali, iż pełnili rolę „dywersantów”, „szpiegów” i „terrorystów” (dziś Rosja nazywa tak Ukraińców).

„Polski już nie będzie”

Łagiernicy pracowali często po pas w śniegu lub w zatęchłych szybach kopalnianych, w potwornych warunkach sanitarnych, higienicznych i klimatycznych (zimą wielkie mrozy, latem upały z wszechobecnymi meszkami i komarami), bez choćby minimalnych zabezpieczeń i opieki zdrowotnej. Umierali albo tracili zdrowie z wycieńczenia, zimna i głodu. Polacy byli przy tym traktowani jak ludzie niższej kategorii – pozbawieni wszelkich praw „wrogowie ludu” i „burżuje”. NKWD-ziści na każdym kroku powtarzali: „Polski już nigdy nie będzie”.

Zaledwie dwa miesiące później, 13 kwietnia 1940 r., deportowano kolejnych Polaków (ok. 61 tys. osób) – przede wszystkim rodziny osób poprzednio „przesiedlonych”, w większości kobiety i dzieci. Transporty kierowano tym razem nie na północ, tylko na południe azjatyckiej części ZSRS, do Kazachstanu.
Następnie – 29 czerwca 1940 r. Sowieci wywieźli ok. 78 tys. Polaków – nie tylko mieszkańców Kresów II RP, ale także tych, którzy dotarli tam, uciekając przed Niemcami. Czwarta wywózka – w nocy z 21 na 22 maja 1941 r. objęła ponad 12 tys. osób z terenów „Zachodniej Ukrainy”. Kolejne deportacje powstrzymali Niemcy, uderzając na Związek Sowiecki.

Miliony Polaków

Ocenia się, że podczas czterech wielkich deportacji, które trwały do czerwca 1941 r., na nieludzką ziemię Sowieci zesłali łącznie od 1,5 nawet do 2 milionów Polaków. To jedna z największych zbrodni dokonanych na Polakach w latach 1939-1945. Szkoda tylko, że do dziś niewiele się o tym mówi, podkreślając zbrodnie „nazistów”.

82 lata od tej tragedii Rosja – prawny i moralny spadkobierca ZSRS – udaje (przy cichej aprobacie Zachodu), że tematu nie ma, i ani myśli o wypłacie tysiącom represjonowanych należnych im odszkodowań. Przeciwnie – Putin i jego przestępcza ekipa, próbując dziś odbudować Związek Sowiecki, „przesiedla” kolejne narody.
 

  • Autor: Tadeusz Płużański
  • Źródło: tysol.pl