Również w Australii „decydenci” znali wcześniej ogromne wady „szczepionki” Kowid. Dopiero teraz ujawniono.

Również w Australii „decydenci” znali wcześniej ogromne wady „szczepionki” Kowid. Dopiero teraz ujawniono…

Marek Sas-Kulczycki Raport z pozaklinicznej ewaluacji szczepionki Comirnaty

Linki na dole: bulwersujący dokument australijskiej agencji TGA (Therapeutic Goods Administration – odpowiednik naszego URPL) , który został wydobyty na światło dzienne dzięki determinacji jednej, dzielnej damy i komentarz do niego: dyskusja dr Johna Campbella z australijskim senatorem – Gerardem Rennickiem.

Jeśli ktoś myślał, że za przepychaniem na siłę programu szczepień stała niewiedza i strach przed skutkami pandemii – ten dokument temu wyraźnie przeczy. Niebezpieczne mechanizmy eksperymentalnej procedury (zwanej szczepionką mRNA) były dość dobrze znane. Istotne badania i testy, które należało przeprowadzić dla zapewnienia minimum bezpieczeństwa – jawnie pominięte.

O tym, że urzędnicy TGA mają za uszami, świadczą próby utajnienia tego raportu. Pierwsze jego wersje, wydobyte na podstawie Freedom of Information Act były ocenzurowane lub zmodyfikowane, aby ukryć niewygodne fakty. Uzyskanie aktualnej, wciąż częściowo zredagowanej wersji, zajęło dodatkowe 18 miesięcy starań.

Zastanawia, jak politycy, dziennikarze, społeczeństwo – dopuścili do tego, by agenda rządowa odpowiedzialna za bezpieczeństwo dopuszczanych do użytku leków była sponsorowana przez big pharmę (o tym konflikcie interesów jest mowa w wywiadzie)?

Kilka ważnych punktów dotyczących biochemicznych aspektów preparatu Pfizera:

Na stronie 4 raportu:

  • W badaniach na zakażonych małpach nie zauważono istotnych różnic w przebiegu stanu zapalnego w infekcji COVID19 pomiędzy grupą kontrolną i “szczepionymi”.
  • Poniższy fragment zacytuję w pełni, nie wymaga on moim zdaniem komentarza:
    “Nie przeprowadzono badań dotyczących ochrony starszych zwierząt przed zakażeniem SARS-CoV-2 ani czasu trwania ochrony po szczepieniu. Badania na zwierzętach były krótkotrwałe; nie oceniano odporności długoterminowej. Sponsor wskazał, że długoterminowa odporność zostanie zbadana na podstawie danych pochodzących od ludzi.”
  • Nie było danych na temat dystrybucji i degradacji mRNA kodującego antygen S. Na podstawie badań obrazowych z zastępczym białkiem założono, że preparat dostarczy mRNA głównie w miejsce wstrzyknięcia, do wątroby i węzłów chłonnych i ulegnie degradacji w ciągu 9 dni.

Na str. 5:

  • Poziom przeciwciał spadał gwałtownie w ciągu 5 tygodni od “szczepienia” (przed dopuszczeniem preparatów w Australii wiadomo było, że ew. ochrona będzie bardzo krótkotrwała).

Na str. 45:

  • Badanie dystrybucji lipidowych kapsuł preparatu zawierających mRNA za pomocą znacznika radioaktywnego wykazało ich obecność w m.in. szpiku kostnym, mózgu, oczach, nadnerczach, sercu, nerkach, płucach, węzłach chłonnych, jajnikach, jądrach, śledzionie itd. Sen. Rennick: “Badanie prowadzono tylko przez 48h, mimo, że poziom koncentracji cząstek preparatu w organach ciągle się podnosił po upływie tego czasu.”

Podsumowanie str 12-14:

  • Toksyczność preparatu LNP lub samych nowych substancji pomocniczych nie była oddzielnie badana
  • Nie oceniano bezpieczeństwa nowych substancji pomocniczych u drugiego gatunku.
  • Nie przeprowadzono badań genotoksyczności szczepionki. Jest to zgodne z odpowiednimi wytycznymi dotyczącymi szczepionek. Nie przeprowadzono również badań genotoksyczności nowych substancji pomocniczych. Sponsor stwierdził, że na podstawie analizy in silico nie oczekuje się, że nowe zaróbki lipidowe będą genotoksyczne.
  • Nie przeprowadzono badań rakotwórczości.
  • Nie przeprowadzono specjalnego badania immunotoksyczności.
  • BNT162b2 (preparat Comirnaty) nie jest proponowany do stosowania w pediatrii i nie przedstawiono żadnych szczegółowych badań na młodych zwierzętach.

Zamieszczony niżej film, 18:33: Kodon mRNA został zoptymalizowany aby produkować więcej białek S i wydłużony o dodatkowe 70 nukleotydów aby zwiększyć jego trwałość. Syntetyczna osłona lipidowa pozwala wniknąć preparatowi do typów komórek, które były naturalnie odporne na wirusa SARS-Cov-2. Dalej – kolejny problem: system dystrybucji preparatu powodował, że kolejne osoby mogły dostawać bardzo różne dawki aktywnego komponentu, nieskorelowane z ich wagą.

Podsumowując, wiele przemawia za tym, że rzekoma szczepionka jest w istocie bardziej niebezpieczna od infekcji.

https://www.tga.gov.au/sites/default/files/foi-2389-06.pdf

Xi Jinping: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”. Chiny, Rosja, świat.

Xi Jinping powiedział: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”.

Chiny, Rosja, świat. Rok Zero?

Konrad Rękas 2023-03-27 chiny-rosja-swiat-rok-zero

Sojusz rosyjsko-chińsko jest porozumieniem z gruntu pro-europejskim.

==============================

Żegnając się z Władimirem Putinem, Xi Jinping powiedział: „Zachodzą dziś zmiany, jakich nie widziano od stu lat”. Wiele już napisano (niestety, przeważnie nie w Polsce) o globalnych konsekwencjach sojuszu Moskwy i Pekinu, ale najważniejszym pozostaje pytanie co układ ten może oznaczać dla Europy, w tym zwłaszcza dla Polski i Ukrainy.

W istocie rozstrzygnięcie owego dylematu zależy od tego czy Polska, Ukraina, a przede wszystkim Europa Zachodnia odnajdą swoje naturalne miejsca wśród sił reorganizujących porządek światowy, czy też wbrew własnym interesie będą próbowały spowalniać i utrudniać nieuniknioną transformację.
Inicjatywa Pasa i Drogi, która Anglosasi starają się zablokować wywołując kolejne wojny, jest przecież klasycznym przykładem strategii win-win, korzystnej obustronnie dla wszystkich partnerów: Chin, jako zaplecza przemysłowego i kapitałowego, Rosji z jej potencjałem energetycznym, Europy, której model konsumpcyjny zbliża się obecnie do kresu, ale która jednak nadal pozostaje atrakcyjnym wielkim rynkiem, o znaczących możliwościach również kapitałowych.

Sojusz rosyjsko-chińsko jest zatem porozumieniem z gruntu pro-europejskim, szczególnie jednak korzystnym dla podmiotów najbardziej pokrzywdzonych w ramach obecnego globalnego układu sił, czyli także Europy Środkowo-Wschodniej.

Kto straci na kapitalistycznym Transformismo

Na naszych oczach realizowana jest wizja zamrożenia kapitalizmu, jego przejścia w formę stazy, z zerowym wzrostem gospodarczym, przy ponownym ograniczeniem konsumpcji dla ogółu i przy wręcz jej wzroście dla klas wyższych. Realizacja tego scenariusza jest wymuszana ograniczeniem możliwości dalszego rozwijania akumulacji kapitalistycznej.

Dzięki strategii Transformismo (wg terminologii Gramsciego), czyli formalnej adaptacji treści i metod zmiany, utrwalającej zastany porządek rzeczy – interesy dotychczasowych beneficjentów świata jednobiegunowego, globalizmu, neoliberalnego ładu światowego będą zabezpieczone. Oczywiście ma to być cios w gospodarki i społeczeństwa skutecznie odbudowujące się i aspirujące dzięki własnym kluczowym niszom Systemu-Świata, chodzi bowiem o odprawienie Rosji z jej surowcami i Chin z ich produkcją.

Oba te organizmy półperyferyjne są jednak w stanie przetrwać nawet wbrew całemu Zachodowi, tak stopniowo odtwarzając własne rynki wewnętrzne, jak i operując poza 13 procentami ludzkości, do których ogranicza się rdzeń anglosaskiej hegemonii.

Znacznie gorsze perspektywy mają jednak średnie i małe narody wyspecjalizowane dotąd jako dostarczyciele taniej siły roboczej i wykonawcy półproduktów dla gospodarki kapitalistycznej. Pomijając już, że wizja „doścignięcia Zachodu” jest od początku do końca propagandową fikcją, kółkiem, w którym biegają chomiki i marchewką wieszaną przed oczami osłów – mamy do czynienia ze zdjęciem dekoracji.

Nie, będąc peryferiami anglosaskiego systemu ani Polska, ani Ukraina, ani żadne inne społeczeństwo aspirujące nigdy nikogo nie dogoni, pozostaniemy na zawsze w pułapce średniego wzrostu, a z czasem nasza sytuacja będzie się pogarszać, bo przestaniemy być potrzebni już nawet jako rolnicy, sprzątaczki czy robotnicy.

Wybór więc wydaje się oczywisty. Nieodmiennie, Europa może być albo zaatlantycką kolonią USA, albo organiczną częścią Eurazji, ze wszystkimi jej składowymi, tj. Rosją. Chinami, Indiami, Pakistanem, Iranem. Niestety, równie oczywiste jest to dla ludzi postawionych u władzy w naszych państwach właśnie po to, byśmy korzystnych dla Polaków czy Ukraińców wyborów nie dokonywali.

Nowy Jedwabny Szlak szansą dla Polski

Z polskiego punktu widzenia warto zauważyć, że nasz kraj pozostaje jednym z ważnych elementów Nowego Jedwabnego Szlaku, to właśnie przez granicę polsko-białoruską przechodzi większość tranzytu kolejowego z Chin do Europy. Pytanie o zagrożenia dla tego ruchu jest więc dla nas kwestią naszego umiejscowienia w nowym ładzie transkontynentalnym.

Niestety też oczywistym jest, że prędzej czy później tranzyt ten MUSI zostać zablokowany. Czy to w drodze jednostronnych decyzji politycznych, czy też poprzez wyłączenie Białorusi, w drodze kolorowej rewolucji, zamachu stanu albo wojny. Tak jak do wojny z Rosją Zachód musiał się przygotować wychładzając gospodarkę w czasie COVIDa, szykując infrastrukturę do przyjmowania częściowej substytucji energetycznej ze strefy amerykańskiej, ograniczając potrzeby konsumpcyjne, w tym zwłaszcza paliwowe – tak potrzebny jest pewien okres przejściowy dla odcięcia się od Azji. Nie można jednak mieć wątpliwości, że taka próba zostanie podjęta, rzecz jasna ze szkodą przede wszystkim dla Polski i całej Europy.

Warto przy okazji zastanowić się jednak kto na tym może skorzystać. Samonarzucająca wydaje się kandydatura Turcji, która już przecież zadeklarowała gotowość przejęcia roli pełnowymiarowego hubu gazowego dla południowej Europy. Ponieważ ze względu na dotychczasowe próby destabilizowania Ankary i Stambułu, w tym właśnie kontekście należy rozumieć powtarzające się próby eskalacji na Zakaukaziu, w Gruzji i na pograniczu ormiańsko-azerskim, a także uparte dążenie już to do kolorowej rewolucji w Iranie, już do izraelsko-amerykańskiej bezpośredniej agresji na to państwo.

Analizując złożoność globalnej szachownicy musimy też jednak być świadomi fundamentalnego spostrzeżenia, które niegdyś za Antonio Gramscim rozwinął prof. Robert W. Cox: jeśli dla obrony hegemonicznego ładu światowego hegemonia coraz częściej odwołuje się do siły militarnej, wówczas słabnie globalne posłuszeństwo wobec hegemonii, a świat staje się tym samym coraz mniej hegemoniczny. I to, mimo wszystko, pozostaje naszą szansą.

Konrad Rękas https://chart.neon24.org

Jak rosyjska ropa umknęła nagonce

Jak rosyjska ropa umknęła nagonce

Andrzej Szczęśniak 2023-03-27 jak-rosyjska-ropa-umknela-nagonce

Zachód przystąpił do polowania na grubego zwierza. Na największego światowego eksportera ropy i paliw. Chciał uczynić Rosję naftowym pariasem, którego nie przyjmuje na salonach. I któremu przede wszystkim odbiera się pieniądze.

Po wybuchu ukraińskiej wojny, Ameryka przystąpiła do wojny handlowej z Rosją. Wprowadziła błyskawicznie embargo na import rosyjskiej ropy, to samo zaleciła Europie. Ta wykonała polecenie, choć szło to boleśnie i długo. Później nastąpił kolejny etap odbierania Moskwie dochodów z eksportu. Zachód wprowadził „pułap cenowy” – zakaz kupowania i transportu ropy rosyjskiej powyżej pewnej ceny (na początek ustalono ją na 60 USD). Głównym wykonawcą tego zlecenia były europejskie floty tankowców, banki, ubezpieczyciele. Tak rozpoczęło się polowanie na rosyjską ropę po całym świecie. Miało ono zagłodzić niedźwiedzia, a jakie przyniosło efekty?

Warto wspomnieć, że to polowanie na grubego zwierza: w 2021 r. Rosja wydobyła 13% światowej ropy (536 mln ton), więcej wydobyły tylko Stany (711 mln). Wyeksportowała z tego 264 mln ton ropy (13% globalnego eksportu), a produktów 150 mln ton (12%).

Rosja na samym początku została uderzona finansowo, po pierwsze zabraniem jej pieniędzy złożonych w zachodnich bankach, po drugie rosyjska ropa była wyceniana o 25-35 USD na baryłce taniej niż Brent. To dla budżetu rosyjskiego miesięczne straty rzędu 2 miliardów dolarów. Wszyscy chcieli zarobić na zagonionym do narożnika eksporterze. Rosyjska strategia utrzymania rynku i dochodów miała swoją cenę i kazali ją sobie płacić tak nabywcy – obniżając cenę zakupu, jak i wszyscy po drodze – transport, podwyższający piekielnie opłaty za przewóz, i ubezpieczyciele, którzy windowali w górę stawki, o ile w ogóle chcieli ubezpieczyć cargo. A bez tego – nie wejdziesz do żadnego portu. A wcześniej, latami różnica między rosyjską ropą a globalną ceną Brent wynosiła zaledwie 1,5 dolara.

Jedną ścieżką ucieczki niedźwiedzia przed nagonką były układy państwowe z państwami Azji, gdzie Rosja przekierowała dostawy, głównie do Indii i Chin. Zachód naciskał, by nie kupowali, ale te nie podporządkowały się. Jak zadeklarował Hardeep Singh Puri, minister ds. ropy, „Indie są suwerennym państwem i egzekwują swoje prawo zaopatrywania się w ropę tam, gdzie ceny są najkorzystniejsze”.

Ten model się rozwija – właśnie ruszają rosyjskie dostawy do Pakistanu, gdzie można dostarczyć kilka milionów ton ropy rocznie, a rozliczane będą w walutach „krajów zaprzyjaźnionych”. W ten sposób powstanie jeszcze jedna drobna kreska na diamentowej kolumnie dominacji dolara w światowym handlu, dającej bogactwo i władzę Ameryce.

Ale nie tylko państwa, także biznes. Ktoś mający wystarczająco dużo odwagi i sprytu, no i zasobów oczywiście, może w takiej sytuacji niezwykle się wzbogacić. I właśnie w szarej strefie globalnego ładu, mieści się pewna część odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że ten potężny Zachód, skupiający ponad 60% światowego bogactwa przeciwko Rosji, nie mógł zagonić niedźwiedzia do narożnika tam, gdzie to najważniejsze – w światowym handlu ropą?

Jak tylko zaczęto mówić o sankcjach, rozpoczął się ruch w interesie w handlu tankowcami. Kupowali je Rosjanie (nie zawsze rejestrowani w Rosji), ale także Emiraty, Indie, Bliski Wschód i Azja, nie kryjąc nawet, że to dla przewozu rosyjskiej ropy. Run na tankowce był potężny, szybko sprzedawano Suezmaxy, Aframaxy, tankowce klasy MR.

Przed wojną 70% morskiego eksportu rosyjskiej ropy było obsługiwanych przez kraje zachodnie (dzisiaj: недружественные), a niecałe 20% obsługiwały rosyjskie statki i instytucje. Teraz krajobraz wygląda zupełnie inaczej: kraje nieprzyjazne dalej obsługują 40% przewozów, Emiraty 15% i Chiny 13%.

Reszta (jedna trzecia) to firmy rosyjskie albo nieznanej własności. To oczywiście zwiększa koszty transportu i eksportu, ale przy coraz większej własnej flocie, coraz więcej też zarabiają na tym Rosjanie, a coraz mniej – Zachód. Floty europejskie, które przewoziły wcześniej 2/3 rosyjskiej ropy, biorąc udział w tej nagonce, utraciły już prawie połowę przewozów.

Malowniczą, taką prawie piracką, ścieżką wyślizgiwania się niedźwiedzia z obławy jest szmuglowanie rosyjskiej ropy i produktów. Zaczynało to się zwykle od wyłączenia transpondera systemu AIS, umożliwiającego lokalizację tankowca. Potem odbywała się operacja STS (ship-to-ship), czyli przeładunek towaru na morzu. Przy rosyjskich portach eksportowych po wejściu w życie sankcji utworzyły się huby przeładunków morskich.

Ekspansja zjawiska jest zaskakująca, jeśli na Morzu Śródziemnym jesienią nie przeładowywano jeszcze nic, a w lutym ’23 przeładunki przekroczyły 22 miliony baryłek. To 20 dużych Aframaxów, to 15% całego rosyjskiego eksportu. Takie centra przeładowcze utworzyły się błyskawicznie przy wybrzeżach Grecji, Malty, Gibraltaru, tak jak kilka lat wcześniej dla obsługi szarego eksportu wenezuelskiej i irańskiej ropy powstały przy emiratach, Omanie czy Malezji.

Sprawność rosyjskich nafciarzy zadziwiła, o jej efektach już w najbliższym numerze Myśli Polskiej.

Andrzej Szczęśniak https://myslpolska.info

Wesele w Atomicach

Wesele w Atomicach
Stanisław Mrożek, przed 1959 r.
Hej, wysoko ci u nas technika stanęła, wysoko…
Pan młody miał pod lasem niezły kawał laboratorium i coś ze dwa reaktory wedle cesarskiego gościńca, zaś w samym obejściu nieduży, ale schludny zakład chemicznej syntezy. Pannie młodej ojciec dawał w posagu całą siłownię, w dobrym punkcie, w samym środku wsi, przy kościele. A do tego miała w malowanym kufrze chyba ze sześć patentów z dziedziny biochemii. Nic dziwnego, że młodzi byli dobrani i rodzice obojga wnet się na małżeństwo zgodzili. I ogłoszono w Atomicach wesele.
Akurat żem walcował blachę na zimno, jak brat panny młodej przyszedł na wesele mnie zapraszać. Był ci to postawny uczony, kolega mój jeszcze z katedry. Boga pochwalił, bose nogi na słomiance wytarł i na zydlu przysiadł.
Trochę trudno nam było rozmawiać, bo tego roku odrzutowce szczególnie jakoś licznie się zleciały i pola startowe za stodołą sobie uwiły, coraz też któryś w powietrze wzlatywał i głośnym świegotem swoim słowa nasze tłumił.
— Ano, wydajemy ją za mąż — westchnął gość. — Ino żeby awantury jakiej na weselu nie było — dodał strapiony.
— Bo co by miała być — odpowiedziałem. — Przecie to jest wesele pokoju, no nie?
Posiedzieliśmy jeszcze z kwadrans, popatrzyli, jak dzieci wracają drogą z uniwersytetu, jak stary Józwa zwozi do stodoły paliwo, a potem pożegnał się i poszedł.
Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmeliorowano, zaś pustynię zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością można było wyjść z domu.

Kiedym na miejsce przyszedł, akurat zaczynały się oczepiny. Druhny śpiewały:
Jak cię będą czepić,
spojrzyj do powały,
żeby twoje dzieci
czarne oczka miały.

Potem zrobiły jej elektrolizę i wyprowadziły do komory ciśnień.
Tymczasem gości przybywało. Wszyscy byli w ludowych termostatach nałożonych na granatowe garnitury kort-tenis. Niektórym już się kurzyło ze skafandrów. Na podwórku podchmieleni piloci trzaskali z rur wydechowych. Psy szczekały.
Ale dopiero po kościele zaczęła się prawdziwa zabawa.
Stałem na przyzbie, żeby przedwieczornym powietrzem odetchnąć. Z izby dochodziły różne dźwięki muzyki dodekafonicznej, to znów syntetycznej. Coraz to buchały przyśpiewki a przytupywania. Kłębiły się, wrzały jurne siły wytwórcze. Na niebie pojawiła się gwiazda. Dzieci rzucały w nią kamieniami.
Wesele trwało w pełni, gdy jakoś przed jedenastą wyskoczył na środek młody Smyga zza rzeki, tancerz zawołany, pieśniarz i filut. Okręcił się parę razy, stanął przed orkiestrą i zaśpiewał na poczekaniu:

Już się przed wsią naszą

jasna przyszłość mości,

przez szczęście społeczeństwado

szczęścia ludzkości!

Oj, dana, oj, dana!


Bardzo się to wszystkim spodobało. Powstał śmiech i głośne brawa. Ale już młody Pieg odbił się, wyciął hołubca, czapkę na bok skręcił i zaśpiewał w odpowiedzi:
Najpierw trzeba zacząć

od spraw moralności:

do szczęścia społeczeństw

przez ducha czystości!

Hop, dziś!
Na to znowu śmiech i brawa. Poniektórzy zaczęli krzyczeć na Smygę, żeby Piegowi się odciął.
Ale ten nic nie rzekł, jeno cichaczem Piega zaszedł i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową, co ją miał schowaną za pazuchą. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować, ale zdążył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni, co ją miał ukrytą w prawej nogawce, rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył, gdyby nie to, że mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu.

Cofnął się Smyga, zakołysał i oparł o barierę cieplną, ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury, przy stale wzrastającym jej współczynniku.
— Ludzie, co robita?! — zawołał ojciec panny młodej, wskazując na staroświecki, ścienny licznik Geigera.
Ale już gwałt się podniósł i rwetes, i na środku izby zaczęły szybko wyrastać ogromne niebieskie paprocie – zwyczajna rzecz przy wzmożonej radioaktywności w zamkniętym pomieszczeniu.

Już i inne rakiety latać zaczęły, jeden tylko Bańbuła zachował przyzwoitość i konwencjonalnie rżnął nożem.

Wtem gwizd ostry się rozległ. To gospodarz, widząc, że inaczej gości nie uspokoi, skoczył do domowego rezerwuaru, odkręcił kurek i gazy bojowe na izbę puszczając, rozpoczął zakażanie.
Rzucili się wszyscy do kombinezonów, ale mój okazał się nieszczelny, ponadto śpiący już trochę byłem, więc postanowiłem zaniechać zabawy i pomału do domu się zbierać.
Noc była jasna, bo od zagrody, gdzie odbywało się wesele – takie promieniowanie biło, że bez trudu drogę znajdywałem. Szło się rześko, bo deszczyk radioaktywny też skropił raz i drugi.
Trochę mi tylko to przeszkadzało, że czułem ssanie w organizmie, no, ale po zabawie – to rzecz zwyczajna – no i to, że zaczęły mi wyrastać dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy, przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą, z dala od pająków – zasnąłem spokojnie, rozpamiętując, jak to było na tym hucznym weselisku

Pozostał po nim tylko, rozsmużając się w powietrzu, odór trupi, zapach asafetydy, ziela bagna, gnijącego zielska i siarki, mułu, pleśniejących wodorostów, końskiego potu i starego moczu.

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (18)

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (18)

Nicolás Bialecki conde d’Urgel y d’Osona

Było upalne lipcowe przedpołudnie. Na szczycie potężnego kopca mającego kształt ostrosłupa o trójkątnej podstawie, odwiecznego miejsca kultu najrozmaitszych ludów, które od pradawnych czasów, od samego bodaj Potopu Noego, zamieszkiwały tę ziemię, nazywanego teraz przez miejscowych Salve Regina1, ku czci Błogosławionej Maryi, matki Pana naszego Jezusa Chrystusa tkwił nieruchomo, niczym posąg wyrobiony z bryły czarnego marmuru, jakiś mężczyzna.

Odziany był w dość długi, bo sięgający do kolan czarny jedwabny surdut, czy może rodzaj fraka à la española, zwany casaca, a po naszemu szustokor, przypominający habit à la française, niezwykle bogato ozdobiony srebrnymi i złotymi galonami i kunsztownym haftem. Spod spodu wyzierała chupakamizela ciepłej bladomorelowej barwy, również przepięknie zdobiona srebrem i biała koszula. Krótkie spodnie – calzón ledwo zakrywające kolana były dość obcisłe, ale tak skrojone, aby nie krępować ruchów. Zgrabne łydki uwypuklały białe pończochy, a całości stroju dopełniały skórzane półbuty z klamrami oraz tricornio – trójgraniasty kapelusz, który mężczyzna trzymał w prawej ręce, lewą dłoń opierając o pysznie zdobioną rękojeść szpady znakomitej francuskiej roboty.

Dzień był, jak już się rzekło upalny. Wokół świętego kopca, hen aż po horyzont, rozciągały się łany dojrzewających zbóż. Zdawało się, iż całą naturę ogarnęła jakaś przedziwna martwota. Pola, zioła, trawy, kwiaty trwały w bezruchu. Ptaki zamilkły, a do ludzkich uszu nie dolatywał najlżejszy nawet szmer czy szelest. W tym bezwładnym odrętwieniu lał się tylko żar z nieba…

Zdawało się, że owa drętwota objęła również tajemniczego osobnika w stroju hiszpańskiego szlachcica. Ale ów bezruch był tylko pozorny. Oto bowiem jakiś bezdomny kundel, podkradłszy się na tyle blisko, że znalazł się w zasięgu wzroku mężczyzny, jednym susem dopadł poruszającego się kopczyka luźnej żółtej lessowej ziemi i schwycił w zęby czarne stworzonko o aksamitnym futerku. I wnet się dało słyszeć przejmujące skrzeczenie, przechodzące w chropawy pisk kreta miażdżonego psimi zębami.

Mężczyzna drgnął i wstrząsnął się, jakby mimo tego upału po plecach spłynęła mu stróżka lodowatej wody, a potem ruszył w kierunku miasta.

* * *

Sandomierz powitał go taką samą martwotą i ciszą jak owe pola rozciągające się wokół Salve Reginy.

Dotarłszy do Rynku, przystanął, a łzy zaszkliły mu się w kącikach oczu. Znał bowiem zasobność i piękno miasta z opowieści przekazywanych przez miejscowych z pokolenia na pokolenie i znał jego nędzę z własnych obserwacji, ale i jedne i drugie zblakły podczas zagranicznych wojaży przybysza. Dopiero teraz, stanąwszy u wylotu ulicy Panny Maryi, prowadzącej od Rynku ku Farze, przypomniał sobie wszystko i zarazem uświadomił, jak straszna jest rzeczywistość. Nie było niczego, co z nostalgią wspominano, przekazując przychodzącym na świat nowym pokoleniom i było jeszcze tragiczniej, niż sam zapamiętał z lat, które tu ongi spędził. Przecudne renesansowe kamienice gdzieś poznikały, te zaś, które jakowymś cudem się ostały były odrapane, obite i niejednokrotnie mocno zrujnowane, innych w ogóle nie ujrzał, bo ich miejsce pozajmowały byle jakie chatki, nico może tylko lepsze niż wiejskie chałupy. A i sporo było parceli niezabudowanych w samym nawet Rynku, parceli porosłych łopuchem, bylicą i pokrzywą. Było jeszcze nędzniej niż po jego pierwszym powrocie z Francji.

Pamiętał z opowieści matki nieboszczki – Panie świeć nad jej duszą iż po szwedzkim potopie miasto niezmiernie wolno, niemniej jednak zaczynało podnosić się z ruin. Ale drugi najazd germańskich barbarzyńców, tym razem Niemców, pod wodzą ich herszta, który podstępem przybrał zaszczytny tytuł króla Polski, sprawił, iż Sandomierz popadł już w tak skrajną ruinę, iż nie leżało to w mocy jego mieszkańców, ani w ogóle w ludzkiej mocy, iżby się z niej wydźwignął.

Ogromne kontrybucje wojenne nakładane na miasto w latach 1702-1704, gdy pomieszkiwał tu August II, zrujnowały finansowo nie tylko mieszczan, ale i przedmieszczan. Jakby tego było mało, wojska stacjonujące w Sandomierzu dla zabawy podczas licznych hulanek porozwalały sporą liczbę kamienic.

Tę ich jedną z ulubieńszych rozrywek na chwilę przerwała zaraza, która nawiedziła miasto w roku 1706, dziesiątkując ludność i kosiła wszystkich, nie wybierając – Szwed, Polak, Niemiec, Moskal… i chociaż w tym się pokazała jakaś sprawiedliwość… Kiedy się już zdawało, że nastanie kres klęsk, w roku 1711 to, co zostało z miasta, strawił okrutny pożar.

Mikołaj najwyraźniej nosił w sercu ów wyidealizowany obraz Sandomierza, który wymalowała tęsknota, podczas jego zagranicznych wojaży, a który teraz zestawił z rzeczywistością, zadrżał i poczuł gorzki ucisk w gardle. Hic transit gloria mundi2 – przemknęło mu przez myśl.

Hic transit gloria mundi – powiedział półgłosem sam do siebie.

– Istotnie – posłyszał za plecami jakiś męski głos.

Obejrzał się zaskoczony. Duchowny w stroju jezuity mijając przybysza, potwierdził po łacinie, to jego spostrzeżenie.

To przykre – odpowiedział po polsku.

– Rzeczywiście – przytaknął jezuita i przyjrzał się bacznie rozmówcy. – Pan… pan…

– Pozwólcie, ojcze, że się przedstawię. Jestem don Nicolás conde3 d’Urgel y d’Osona.

– A tak naprawdę? – zapytał kapłan, słysząc czystą polszczyznę rozmówcy.

– A tak naprawdę, to Mikołaj Białecki. Nie poznaje mnie ojciec?

Jezuita przyjrzał się twarzy Mikołaja z bardzo bliska.

– Och! Rzeczywiście! Głos zdał mi się znajomy, ale wzrok już nie ten… zaćma mi oczy zarasta… Mów, mów chłopcze, co tam u ciebie. Nie lękałeś się tu przybyć?

– Lękałem się, stąd to przebranie i stąd to nazwisko.

– Jakże to? Czyżbyś teraz zechciał naśladować jakże licznych w obecnych czasach oszustów i awanturników, z których każdy hrabią być musi?

Może po części, lecz nie do końca. Nazwisko i tytuł przyjąłem po swojej odległej babce, hrabiance d’Urgel y d’Osona, która wyszła za mąż za mojego naddziada, a że jego teść był ostatnim z rodu, przyjąłem ten tytuł i nazwisko może nie całkiem legalnie, ale i też nie do końca nielegalnie. W końcu coś mnie z ostatnim hrabią łączy…

A jeśli ktoś zacznie dociekać?

A któż by się odważył? Wszak jestem zamożny.

– Istotnie, bogactwo zwykle chroni przed nieprzyjemnościami. To, co bogatemu uchodzi bezkarnie, biedaka zawiodłoby na szubienicę.

Nie sposób się z wami, ojcze rektorze nie zgodzić.

– Poznałeś mnie! – księdza Franciszka Kowalickiego najwyraźniej to ucieszyło.

No jakże by nie? Wszak całkiem niedawno widziałem ojca po raz ostatni, a ileż to lat spędziliśmy pod jednym dachem… i ile ojcu zawdzięczam. No i wzrok mam dobry i dobrą też pamięć.

No tak… tyle że rektorem już nie jestem. Byłem nim do 1723 roku. To trudne stanowisko, odpowiedzialne, a mnie zdrowie przestaje już służyć. Lecz dosyć pogwarek. Co zamiarujesz? Udajesz się dokądś?

Owszem. Obszedłem miasto dokoła polnymi drogami i ścieżynami, chcąc się nasycić urodą i zapachami tego, co memu sercu tak bliskie, co mi przypomina dzieciństwo, matkę. Nawet na szczyt Salve Reginy się wspiąłem. A teraz chcę odwiedzić rodzinne przedmieście, potem zajdę na cmentarz, a pod wieczór do mojej Alma mater.

– Dobrze. Uprzedzę ojców. Tymczasem bywaj! – Kowalicki się uśmiechnął i poszedł w swoją stronę.

* * *

Mikołaj zajrzał po kolei do tych kilku chatek, które niczym jaskółcze gniazda przylepione były do ścian parowu zbiegającego chyżo aż ku płaszczyźnie, z której rozchodziły się drogi prowadzące ku Krakowowi, Zawichostowi i Lublinowi, a także i do Lwowa.

Nie ominął żadnej z chałup. Zajrzał do każdej i w każdej zostawił po jednej złotej monecie. Z trudem tamował łzy…

I żaden z mieszkańców go nie rozpoznał… za to uznali, iż to jakiś anioł ich nawiedził, wydobywając z niewyobrażalnej wprost nędzy, z której niejednemu najczarniejsze myśli przychodziły do głowy, nieraz nawet myśli o stryku i mocnym konarze… bo tak jak dotąd żyć się nie dawało… a przecie żyli i żyć musieli.

* * *

Stał milczący, z suchymi oczami, zaciśniętymi ustami, pobladły na twarzy nad grobami swoich najbliższych. Słońce skłaniało się już ku zachodowi, jaskółki śmigały po bezchmurnym niebie tak wysoko, że ledwie wyjątkowo bystre oko mogło je wypatrzeć. Mikołaj mimo woli pomyślał: „Jutro będzie pogodny dzień”.

Raz jeszcze pochylił się nad grobami, nabrał pełną garść ziemi z mogiły żony i córeczek i zawinąwszy ją w batystową chustkę, skrył na sercu.

Na koniec westchnął ciężko i ruszył w stronę cmentarnej bramy… Oczy nadal miał suche…

* * *

Źle, źle się dzieje panie Mikołaju – jeden z jezuitów, którzy byli wtajemniczeni w spisek, mający na celu uratowanie mu gardła, smutno kiwał głową. – Idą jeszcze gorsze czasy niż były dotychczas.

– Jeszcze gorsze? To mogą być jeszcze gorsze? – ze smutkiem ozwał się Białecki.

– A i owszem, mogą, hrabio.

– Może jednak ojcze darujcie sobie ów przybrany dla bezpieczeństwa tytuł.

– I po cóż? W jakimś sensie ci się należy, a dla szlachetności serca wart go jesteś.

– Szlachetności serca? O czym ojciec opowiada?

– Ja? Całe miasto o niczym innym nie mówi. Ta twoja, hrabio, ofiara na rzecz ubogich, dawnych twoich sąsiadów. Chociaż co prawda cię nie poznali, ale wzięli za anioła. Co może i lepiej.

– Gdym jako dziecko znalazł się w potrzebie, nikt mi nie odmówił wsparcia. Później, kiedy tu powróciłem jako zamożny człowiek z piękną żoną, różnie już bywało, ale też się i nie dziwię. Mnie się – nie wiedzieć czemu udało – im nie. Zawiść to może i zła cecha, niemniej tak bardzo ludzka. Niezbyt wiele im dałem, ale chociaż przez jakiś czas brzuchy mieć będą pełne, może jakiś najpilniejszy przyodziewek dzieciom sprawią… przecie Niemcy ich ze wszystkiego ograbili…

– Szlachetne to bardzo, hrabio, ale zbyt głośno się o tobie zrobiło, o tajemniczym cudzoziemcu, zatem bezpieczniej będzie, jeśli się stąd czym prędzej oddalisz. I nie tylko z Sandomierza, ale i z Polski.

– Sameś przyjechał? – zapytał rektor.

– Nie, z panną do towarzystwa, z lokajem i stangretem.

– Panną?! Do towarzystwa?! A cóż to za obyczaje?! Nie chcesz chyba rzec, iż kochankę trzymasz?! Takeśmy cię wychowywali?!

– Na pozór tak to wygląda, ale jest inaczej – i tu opowiedział o wszystkim, co się wydarzyło w Paryżu. I o konsjerżce i o pannie Florine i o świątobliwym diakonie… a nawet i o jego dziwacznej radzie…

– Mój synu, ozwał się na to ksiądz Kowalicki. Nawet jeśli z tym dziewczęciem nie żyjesz w grzechu, to sam osądź, jakże to z boku wygląda? No jak? I kto w to uwierzy?

Mikołaj milczał, bo nie wiedział, co mógłby na to odpowiedzieć. Kowalicki miał absolutną rację.

Zapadła cisza, która ciągnęła się przez znaczny kęs czasu, aż wreszcie Białecki, a właściwie teraz już hrabia d’Urgel y d’Osona, unikając wzroku duchownych, zapytał:

To, co mi wypada czynić? Odprawić dziewczynę? Jeśli odprawię, to zginie.

Wszak stać cię na wiano. Wydaj ją za mąż.

– Ba! Tak z dnia na dzień? To raz, a dwa, pieniądze mi się nie lęgną, choć żyję oszczędnie, to przecie ich ubywa, a nie przybywa.

– Sprzedaj dom, któryś zbudował w Sandomierzu i co za niego weźmiesz, przeznacz na jej wiano. Zechce, to się za kogoś wyda, nie zechce, to może pójść do klasztoru.

– Może to i myśl dobra. Chciałem się tego domu pozbyć jak najrychlej, bo ja tu nie wrócę, a pieniądze za niego i tak zamiarowałem na jakiś zbożny cel przeznaczyć. To mogą być i na wiano… Tyle że on opuszczony stoi i niszczeje.

– Nie do końca, Bartuszowie mają go w pieczy.

– Skoro tak, to na wartości nie stracił. Ale cud to jakiś, iż Sasi nie puścili go z dymem po tym… po tym… nieszczęściu…

Właśnie – podchwycił rektor – tym bardziej że nigdy się z nikim i niczym nie liczyli. W samym mieście, intra muros4, ze trzydzieści posesji – Tyszyńskiej, Złowodzkiego, Zielińskiego, Chrzanowskiego, Kaczkowskiego, Zaboklickiej, Pełczyńskiego i inszych złupili i do ruiny przywiedli. A i ani żydom, ani duchowieństwu nie odpuścili. Samiśmy my, jezuici, znaczne straty ponieśli, a i duchaków obdarli i dominikanów i mansjonarzy i benedyktynki… A co extra muros5 wyczyniali?! Ileż to rodzin do skrajnej, głodowej nędzy doprowadzili?! W samym Nadbrzeziu trzydzieści domów ci sascy bandyci ze szczętem, aż do fundamentów rozebrali6, jakby im to jakąś szczególną przyjemność sprawić miało. A co po inszych przedmieściach? A co po folwarkach miejskich wyczyniali? O wsiach okolicznych już nie wspomnę. Boże zachowaj!

Macie ojcze racje, tylko kto zechce legalnie odkupić ode mnie dom? Musiałbym się ujawnić…

– A to jest wykluczone!

– Właśnie. Więc choć jest to pomysł dobry, to – delikatnie rzekłszy – niełatwy do realizacji.

– Chyba żebyś go sprzedał pośrednikowi.

– Czyli komu?

– A choćby nam, zakonowi.

– I cóż owo zmieni?

– Wiele. Dokument kupna-sprzedaży możemy antydatować, a pieniądze dostaniesz do ręki.

– Potrzebny wam, ojcowie ten dom?

– Prawdę rzekłszy, panie hrabio, by się przydał, ale i na pośrednictwie coś tam by można zyskać. Grosz jakiś. A teraz każdy się przyda.

– Więc niech tak będzie. Wybawiacie mnie z kłopotu. No i… jeszcze jedno…

– Nie trap się, depozyt już przygotowany, w każdej chwili możesz go odebrać. Gdy cię tylko ojciec Kowalicki spotkał i doniósł, iżeś Sandomierz nawiedził, zaraz żeśmy co twoje narychtowali. Problem jest tylko taki: złoto mało nie waży, więc któż go poniesie, na dodatek niepostrzeżenie, do stancji, kędyś stanął.

– To może zróbmy tak. Ja napiszę bilecik do panny Florine, a ona wyprawi tu do nas stangreta. W karocy mam sprytnie urządzone i znakomicie zamaskowane skrytki, to się tam złoto ukryje, a skoro świt zabierzemy demoiselle i lokaja i wyjedziemy z Sandomierza.

– Niechże tak będzie. Dobra to myśl – przytaknęli jezuici. – Chociaż… chociaż może jednak nie do końca dobra. Może lepiej by było, gdyby i panna i sługi się tu zjawili? Takie jeżdżenie karocą w te i we wte, i to jeszcze nad ranem, będzie dość mocno podejrzane.

– A to czemu?

Kogoś wścibskiego może to zainteresować, to raz, a dwa, czy stangret to twój zaufany?

– Raczej nie. Ot, najęty sługa i to wszystko.

– A tajemnice skrytek na złoto mu powierzyłeś?

– Uchowaj Boże! Nie!

– No to jak chcesz to złoto w nich umieścić, aby tego stangret nie widział?

Mikołaj się zasępił i milczał, bo nie wiedział co na to rzec. Żaden mądry pomysł nie przychodził mu do głowy.

W końcu Kowalicki zabrał głos:

– Jeśli panna Florine i służący tu przybędą, to gdy już się ułożą na spoczynek, wonczas sami, nocą, ukryjemy złoto. Nikt prócz ciebie i nas nie będzie o tym wiedział, to i pokusy nie będzie. Co ty na to?

– Może i racja.

Mikołaj podarł bilecik, który już miał wręczyć jednemu z ojców, iżby go zaniósł pannie Florine i przygotował inny.

A dopisz, hrabio, niech się pospieszy, bo wkrótce będziemy wieczerzać i miło by nam było przy naszym stole ją ugościć.

Więc Mikołaj dopisał, co mu zasugerowano.

Demoiselle Florine de Louvigny

Gdy Mikołaj wyruszył śladami lat minionych, Florine zostawszy sama, oddała się marzeniom. A imaginowała sobie, że Mikołaj ją w końcu zauważy, że zwróci ku niej serce, a ona z radością odda mu rękę i będą żyli długo i szczęśliwie…

Bo młoda Francuska zapłonęła swoją pierwszą dziewczęcą romantyczną miłością do tego poważnego i zawsze smutnego polskiego pana już w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzała go na oczy. I ta jej miłość miast stygnąć, by z czasem wygasnąć, trwała… choć łzy wyciskała jej z oczu, łzy niespełnionych marzeń, to przecie wciąż trwała

Tak było i owego dnia. Rojenia o nieziszczalnym i smutek i bolesny skurcz gardła i słona łza, co zaszkliła się w kąciku oka…

Serce Florine tęsknie wyrywało się ku Mikołajowi, chociaż nadziei nie miało żadnej… nadziei na ziszczenie się na poły słodkich, na poły bolesnych rojeń…

Słońce powoluśku zsuwało się z wysokości zenitu ku zachodowi i widno było jeszcze, chociaż już przedwieczorne zorze pokrwawiły obłoki. Za oknem łagodny wietrzyk delikatnie poruszał pokryte szorstkimi liśćmi sztywne gałązki starego wiązu rosnącego tuż przed domem zajezdnym.

I oto naraz posłyszała delikatne pukanie do drzwi.

Wstała zza stołu, ujęła za klamkę i wyjrzała przez szparę. W ciasnej sionce wypatrzyła duchownego. Elementy jego stroju – płaszcz zarzucony na barki i pas, którym obwiązywał sutannę, którego końce zwieszały się na prawą stronę, mówiły, że to jezuita. Zdziwiło ją to, ale nie przestraszyło, a gdy jeszcze zagadał do niej po francusku, zaprosiła go do środka.

Ksiądz podał jej liścik skreślony przez Mikołaja:

– To od pana hrabiego.

Dziękuje monsieur abbé – wskazała krzesło, a sama zagłębiła się w lekturze.

Kiedy skończyła czytać, powiedziała:

– Dobrze, zaraz się spakujemy i pojedziemy do Akademii.

Znakomicie, demoiselle. To ja poczekam na was, żeby wskazać drogę.

Zrządzenie Boskie?

Wieczerza nie była wystawna, ale bardzo smaczna. Służba została nakarmiona w oddzielnym pomieszczeniu, Mikołaj zaś i Florine w refektarzu, ale przy oddzielnym stole, w towarzystwie rektora i ojców wtajemniczonych w delikatne sprawy pana Białeckiego.

Do kolacji podano niezgorsze wino pochodzące z resztek niegdyś nader przyzwoitej i niemałej winnicy ojców, teraz umierającej przez wojny i brak doświadczonych winogrodników, których albo wybiła zaraza, albo pouciekali przed niemieckimi zbójami.

Nie był to trunek nazbyt szlachetny, niemogący się równać z dostałym węgrzynem, ale swój, sandomierski, który ojcowie otaczali sentymentem, bo przywodził im na myśl czasy dawnej świetności, teraz chyba już bezpowrotnie utraconej…

Mikołaj wypił zaledwie jeden kieliszek, Florine poszła w jego ślady, inni ojcowie takoż, z wyjątkiem ojca Murczyńskiego, który sobie owego winka nie pożałował.

Siedział teraz dość swobodnie, podpierając brodę pięścią i przypatrywał się gościom.

– Oj, jakaż z was piękna para! Niczym z obrazka.

Mikołaj się żachnął:

Co też ojciec wygaduje?!

Florine natomiast się spłoniła, oblewając rumieńcem aż po samo czoło.

Rektor syknął i dyskretnie trącił ojca Murczyńskiego nogą pod stołem, ale ten, podchmieliwszy sobie z lekka, absolutnie na to nie zwrócił uwagi i perorował dalej:

– Kęs czasu już pod jednym dachem mieszkacie, panna nie odchodzi, pan o ożenku ani pomyśli.

– No właśnie – Mikołaj burknął niezbyt grzecznie. – I cóż ojcu do tego?

– Ja się tam nie chcę wtrącać, ale nic dobrego z tego nie będzie. Panna, gdyby była zwykłą służką, to nikt by na owo uwagi nie zwracał, ale jest – tak Bogiem a prawdą – nie wiadomo kim. Zerknij waszmość na to z boku, tak bez emocji, bez uprzedzenia.

Mikołaj się nie odzywał, Florine nie rozumiała, o czym mowa, bo jezuita z francuskiego przeszedł na polski, więc siedziała cichuśko, mocno spłoszona. Jedno tylko umiała ocenić, iż Mikołaj jest coraz bardziej poirytowany.

Tymczasem Murczyński, mimo że rektor kopał go po goleni już prawie z całej siły, ciągnął dalej:

– Otóż patrząc na to z boku, każdy średnio rozgarnięty człowiek uzna, że to dziewczątko jest twoją utrzymanką. No i poniekąd jest, tyle że to – jak zapewniasz – związek non consumatum7, ale kto o tym wie? I przede wszystkim kto w to uwierzy? Gdybyś, waszmość, był królem, to z czasem komuś byś ją wmusił na małżonkę, ale królem nie jesteś. Towar używany, tak sobie ewentualny amator wdzięków panny Florine pomyśli, to co najwyżej na kochankę. I to raczej z tych tańszych i niewymagających zbytnio. A czas płynie… kiedyś pojawią się u niej zmarszczki… to i co jej zostanie? Żebracza miseczka?

– Przecie nie myślę jej odprawiać – burknął Mikołaj.

– Na razie, waszmość panie, na razie. Jednakowoż rozmaicie się może w życiu przydarzyć. A w ogóle co masz przeciwko niej? Szpetna? Nie! Wręcz przeciwnie – śliczna. Głupia? – nie zdaje mi się, bo byś ją już dawno przegnał. Wierna? To po oczach widać, nieomal taką psią wiernością. No i przede wszystkim zakochana w panu, panie Mikołaju. Bez pamięci!

– Tego to już ojciec wiedzieć nie może.

– I ba! A czemuż to niby nie mogę? Starczy poobserwować chwilę, iżby dostrzec te miłosne powłóczyste spojrzenia, te rumieńce, wykwitające na jej policzkach, gdy waszmość do niej zagadujesz.

– Niechże mi ojciec da pokój.

Ale Murczyński najwyraźniej dopiero unosił się zapałem w przekonywaniu Mikołaja do ożenku z Florine. Aż wreszcie pan Białecki, na odczepne, powiedział.

Zatem dobrze, ożenię się z nią, ale pod dwoma warunkami.

– Jakimiż to, panie Mikołaju? Jakimi?

Primo, że mnie panna zechce, bo przymuszać jej nie mam zamiaru, secundo, iż ojciec udzieli nam ślubu dziś jeszcze, nim ratuszowy zegar północ wybije.

– Hm… byłoby to do zrobienia, gdyby waszmość odstąpił od tego drugiego warunku.

– A czemuż to? Albowiem zegar północy nie wybije, ponieważ Niemcy ukradli jego mechanizm. Nie wystarczy waszmości nasz zegar?

Mikołaj nie mógł powstrzymać się od śmiechu.

– A to filut z ojca! Zgoda, niechże będzie wasz zegar! No a co dalej?

– A dalej zapowiedzi.

Jakimż cudem? Czyżby wszystkie hurtem, tu w refektarzu? – zażartował pan Białecki.

To znaczy, że dyspensujemy od zapowiedzi.

– Kto? Ojciec?

– Ależ! – żachnął się jezuita. – Traf chciał albo-li też zrządzenie Boskie, iż właśnie przez ulicę, w jednym domków kanonickich, mamy tu dzisiaj przewielebnego archidiakona i oficjała sandomierskiego, księdza Mikołaja Złotnickiego. A to mój druh serdeczny.

– To przez sympatię do ojca prawo kościelne nagnie? – prychnął Mikołaj, a cała sytuacja coraz bardziej zaczynała go bawić.

Natomiast pozostali jezuici zachowywali powagę i milczenie, bo cóż innego im w tej sytuacji pozostawało.

– Niech więc ojciec działa!

– Najpierw waszmość pan, panie Mikołaju!

– Niech będzie.

Przez chwilę zbierał się w sobie, aż w końcu nabrawszy odwagi, zwrócił się do Florine po francusku:

Demoiselle…

– Tak?

Demoiselle… czy… zechciałabyś mnie za męża?

– Nie rozumiem… – z trudem wykrztusiła z siebie te słowa. – Pan raczy żartować?

– Ależ nie, bynajmniej. Pytam z pełną powagą, z pełną odpowiedzialnością za słowo.

Słysząc to, dziewczątko omal nie zemdlało z przejęcia.

– Jeśli pan nie żartuje, monsieur, to tak. Tak! Chcę zostać pańską żoną!

No! Toś się bratku złapał we własne sidła! W zasadzie moglibyśmy na tym poprzestać, boś się publicznie oświadczył, więc, jako szlachcic, winieneś teraz pannę poślubić. Przecie verbum nobile8 zobowiązuje.

Ojcze?! – krzyknął poirytowany Białecki.

– Nie trap się, waszmość. I jam też szlachcic, więc słowa dotrzymam. Poczekajcież tu na mnie, za niedługo wrócę.

Dość gwałtownie podniósł się zza stołu, głośno odsuwając krzesło i ruszył ku drzwiom.

* * *

Nie minęły i dwa pacierze, a do refektarza, którego żaden z ojców, ciekaw co też dalej będzie, nie opuścił, a przełożony na to im zezwolił, wkroczyli – przodem ksiądz Murczyński a tuż za nim ksiądz archidiakon i oficjał sandomierski doktor obojga prawa Mikołaj Złotnicki9.

Gdy to ujrzał rektor, rzekł:

Darujcie ojcowie, ale dalej rzecz cała musi się już odbyć w dyskrecji i skinąwszy na przybyłych kapłanów oraz na Mikołaja i Florine poprowadził ich do swojej izby klasztornej.

– A zatem, macie oboje wolną i nieprzymuszoną wolę wejść w związek małżeński? – zapytał archidiakon po polsku, bo nie znał francuskiego.

Rektor przetłumaczył.

Panna potwierdziła, nie zawahawszy się ni przez sekundę, bo oto w jakiś czarodziejski sposób, z nagła i całkiem niespodzianie, ziszczało się jej najskrytsze marzenie. Mikołaj jednak, zanim przytaknął, przez pewien czas milczał.

Jakiż to powód, że prosicie o dyspensę od zapowiedzi?

Nie bardzo wiedzieli co na to odrzec. Z kłopotu wybawił ich ksiądz Murczyński:

– Pozwól wielebny archidiakonie, że może ja rzecz całą wyłuszczę. Bo i sprawę znam i prawo też znam.

– Niech ojciec mówi.

Więc tak. Pan Mikołaj i panna Florine zamieszkują wspólnie, pod jednym dachem już od trzech lat. Panna nie jest jego służącą, a utrzymanką, z tym że jak oświadczył, a ja mu wierzę, nie żyją w grzechu, lecz cnotliwie. Niemniej jednak pozory wskazują na coś przeciwnego i wskutek tego panna ucierpiała na swej czci niewieściej. Niezasłużenie, ale jednak. Zatem chodzi o dobro duchowe narzeczonych i o to by nie było zgorszenia.

Nie jest to powód, dla którego dyspensuje się od zapowiedzi. Gdyby w oczach świata uchodzi za poślubionych sobie małżonków, to i owszem, lecz tu ów przypadek nie zachodzi. Mogą się pobrać w normalnym trybie.

– Otóż, księże archidiakonie, nie mogą.

– A czemuż to?

– Ponieważ – tak po ludzku sądząc – jakby na to nie patrzeć, istnieje przecie niebezpieczeństwo, iż zaczną żyć w konkubinacie… ja… z trudem ich przekonałem, by się pożeniliOstatecznie narzeczony się zgodził, lecz uparł się, iż muszą pobrać się tutaj, w Sandomierzu w rodzinnej parafii narzeczonego i to już, jak najrychlej, bo inaczej się wycofa z całego przedsięwzięcia.

– To też nie powód. Na dodatek szantaż. Ślub można odłożyć w czasie.

Pozwolę sobie nie zgodzić się z księdzem archidiakonem, bo już niebezpieczeństwo życia w konkubinacie może być wystarczającym powodem. A jest jeszcze i powód drugi… ujawnienie nazwiska narzeczonego byłoby dla niego tak niebezpieczne, iż mógłby przez to nawet i życie postradać. Dlatego ta prośba o dyspensę od zapowiedzi. I cały ów pośpiech.

Rzeczywiście, to są już dostateczne powody. Ale jaką mam gwarancje, iż oboje są bezżenni?

Pana Mikołaja Białeckiego znam osobiście i wiem, że jest wdowcem, i słowem za niego ręczę, co zaś do panny… – tu się Murczyński zaciął i nie wiedział co dalej rzec.

Ale Florine wybawiła go z kłopotu.

Monsieur le Archidiacre, posiadam metrykę chrztu, którą na wszelki wypadek wzięłam od swojego proboszcza, bo udając się w tak daleką drogę, chciałam mieć niepodważalny i wiarygodny dokument, gdybym przed kimś, z jakiegoś powodu, musiała dowodzić, kim jestem…

Mikołaj przetłumaczył.

Bardzo rozsądnie postąpiłaś. Pokaż dziecko tę metrykę.

* * *

O dziesiątej wieczorem niewielka gromadka ludzi weszła do mrocznego kościoła św. Piotra stojącego na placu przed gmachem Akademii. Przodem szedł brat laiczek, przyświecając ogarkiem, który trzymał wysoko uniesiony w górę.

Laiczek wszedł do kaplicy świętych Mikołaja i Stanisława i od owego ogarka zapalił dwie świece na ołtarzu.

Ojciec Murczyński założył komżę i stułę, które wziął z jednego z konfesjonałów i stanąwszy przed ołtarzem, skinął na młodych, by się zbliżyli.

– Może ja was, księże, zastąpię? – półgłosem ozwał się archidiakon. – Podchmieliliście sobie… nie godzi się…

– Racja, niechże będzie, co by potem nikt nie wyciągnął tego faktu, zamiarując legalność i ważność onego świętego związku małżeńskiego podważyć.

Zdjął więc stułę i komżę, przekazując je Złotnickiemu.

* * *

Drogie dziecko, w klasztorze nawet małżonkowie nie mogą spać w jednym łożu i w jednej izbie.

– Jakże to? – zapytała zawiedziona Florine.

– Ano tak to – zbył ją rektor, jednocześnie otwierając przed panią Białecką drzwi do komnatki. Do Mikołaja zaś porozumiewawczo mrugnął.

Odeszli na stronę.

– Posłuchaj. Jeśli cię Murczyński wpędził w kłopot, to zawsze będę mógł zaświadczyć, iż małżeństwo nie zostało skonsumowane. Przynajmniej tej nocy, a co zrobisz potem, to już twoja sprawa. To jedno, a po drugie, musiałbyś się dziewczynie tłumaczyć, czemu nie udajesz się z nią do łoża.

– No właśnie. Czemuż to?

– Już zapomniałeś? Przecie teraz najlepszy czas upchać złoto do schowków w karocy.

– Rzeczywiście!

Zrujnowane gniazdo hrabiów

d’Urgel y d’Osona

Ponury listopadowy poranek mżył drobnym deszczem. A właściwie to trudno byłoby ten wodny pył, miotany podmuchami zimnego wiatru, deszczem nazwać. Stromą, oślizgłą od wilgoci ścieżką ku szczytowi wzniesienia, zwieńczonego rozwalinami zamku, spomiędzy których wznosiły się ku niebu potrzaskane i skruszone przez czas resztki wieży, która wyraźnie najdłużej zachowała się nienaruszona, mozolnie wspinała się czwórka wędrowców.

Przodem szło potężnie zbudowane chłopisko w liberii stangreta, za nim trzydziestoparoletni mężczyzna odziany w bogaty strój hiszpańskiego szlachcica wysokiego rodu oraz piękna młodziutka brunetka o harmonijnych rysach twarzy i nadzwyczaj proporcjonalnej budowie ciała, wskazujących na przynależność do rodu o krwi błękitnej, podtrzymywana przez pannę służebną, iżby nie straciła równowagi i broń Boże się nie przewróciła.

Musieli iść na piechotę, bo w te rejony nie dało się dotrzeć powozem. Była tu kiedyś co prawda bardzo przyzwoita brukowana droga, która poprzednim właścicielom zamczyska umożliwiała wszelką komunikację – i pieszą, i konną i na wozach, ale poszła w ruinę i rozsypkę. Może latem, przy suszy i ładnej pogodzie, jakiś doświadczony woźnica zaryzykowałby dotarcie do zamku solidną i stabilną bryką, ale nie w taki dzień i nie przy takiej aurze.

Wlekli się tedy noga za nogą, bacząc, aby sobie tych nóg na nierównościach nie poskręcać.

Kiedy wreszcie dotarli na szczyt, z nieskrywanym rozczarowaniem stwierdzili, że owa pielgrzymka ku gniazdu przodków szlachcica, a był nim nie kto inny tylko don Nicolás Bialecki conde d’Urgel y d’Osona, daremną była i całkiem zbyteczną.

Hrabia złościł się sam na siebie, iż nie posłuchał alkada10 pobliskiego miasteczka i uparł się, by obejrzeć swój zamek. Zamek… wielkie słowo… Jedyne co z owego zamku się ostało jako tako nieruszone, to były piwnice.

Teraz jednak było zbyt późno, aby wracać na dół, bo listopadowy zmierzch rozsnuwał się już nad ziemią. Należało zatem rozpatrzeć się w owych lochach, w których może jakaś z podziemnych komnat byłaby zdatna do przenocowania.

I tak też uczynili.

Służba wymościła legowiska z płaszczy, a następnie z rozsianych u wchodu do podziemi ułomków zbutwiałego drewna, pochodzących z pozawalanych pował zamkowych, roznieciła ognień, który dawał więcej swądu niż ognia. Niemniej i tak zaraz się zrobiło i weselej i cieplej.

A gdy się jeszcze przybysze posilili wiktuałami, które ze sobą przynieśli, to się wszystkim humor poprawił.

Mimo iż od ślubu aż do dzisiejszego dnia pan Mikołaj ani razu nie spał z żoną, która w związku z tym była nią raczej z nazwy tylko, tym razem, ze względu na chłód i szczupłość miejsca sam zległ obok niej, w ubraniu. Ale ponieważ służba spała o dwa kroki dalej, nie obawiał się żadnych miłosnych prowokacji ze strony pięknej Florine, ani też, że może ulec ich pokusie.

Miał świadomość, że sprawia dziewczynie ogromną przykrość, lecz nie mógł się przełamać, by spełnić wreszcie powinność małżeńską. Po pierwsze, wciąż pamiętał najdroższą Pauline i córeczki, a po drugie jakoś tego ślubu zawartego w Sandomierzu u Świętego Piotra wieczorową porą, nie traktował do końca poważnie, jakby nawet nie uważając go za ważnie zawarty. Wszak wszystko wzięło się z niezbyt stosownych żarcików, które na koniec przemieniły się w tragikomiczną farsę. I on tak to widział, lecz Florine na pewno całkiem inaczej.

Prawdę powiedziawszy, miałby powód do podważenia legalności zawarcia tego związku, lecz nie miałby serca, żeby dziewczynę przepędzić. I tak to trwało.

„No nic, pomyślał Mikołaj, w końcu będę musiał coś postanowić. Nie może taka nienormalna sytuacja trwać w nieskończoność”. Po czym zamknął oczy i zapadł w ciężki sen.

* * *

Ranek, w przeciwieństwie do minionego wieczora, był pogodny, słoneczny, bezwietrzny, zatem w miarę ciepły.

Państwo Białeccy w asyście służby rozpatrzyli się po okolicy, stwierdzając, iż może tu i pięknie, ale nic ponadto, a dobrze się tu wiedzie co najwyżej dzikim kozom.

– Wracamy – powiedział Mikołaj.

– Do Paryża? – zapytała Florine z nadzieja w głosie, obawiała się bowiem, że będą mieszkać w podziemiach aż do wiosny.

– Można by i do Paryża, a można by i nie śpieszyć się do powrotu… Nie zechciałabyś, pani, zobaczyć Hiszpanii? Spędzilibyśmy tam zimę, a wiosną wrócilibyśmy do Francji.

– Jak pan sobie życzy, drogi mężu – odparła na to Florine, ale i ucieszyła się, bo była z natury ciekawa świata.

Zatem ruszajmy!

Mikołaj wydobył mapę.

– Proponuję więc, byśmy ruszyli na Saragossę, z Saragossy do Madrytu, z Madrytu przez Avilę do Salamanki, następnie przez Meridę do Kordoby i wreszcie z Kordoby do Malagi. Napić się wina, które smakuje mi najbardziej z wszystkich win, jakich dotychczas próbowałem.

Hiszpania niesamowita

Im dłużej pan Mikołaj i Florine przebywali blisko siebie – jednakowoż w miarę, nie za blisko – tym on się coraz bardziej uspokajał, a bolesne wspomnienia, chociaż już nigdy nie miały opuścić jego serca, to jednak blakły nieco i nie powodowały tak nieznośnego bólu. Ona natomiast cierpliwie czekała, aż w ich związku nastąpi odmiana, nastanie normalność, bo teraz jej nie było. I nie traciła na owo nadziei.

Chociaż przyszła już późna jesień, to pogoda dopisywała. Nie było co prawda przesadnie ciepło, ale lepsze było to niż nieznośne upały, jakie zdarzały się tu latem.

Saragossa zrobiła na Białeckich miłe wrażenie. Szarobłękitny nurt rzeki Ebro, w którym odbijały się promienie jesiennego słońca, budząc w wodzie złociste refleksy, wspaniała bazylika Nuestra Señora del Pilar, niemniej wspaniała katedra La Seon, czyli Świętego Salwatora, Aljaferia, czy wreszcie tajemniczy most Puente de Piedra, a właściwie bezdenna przepaść w jego pobliżu – zwana Studnią San Lázaro11 to wszystko robiło wrażenie i pobudzało wyobraźnię.

Małżonków jedno tylko, jak dotąd, wyjątkowo mocno łączyło – ciekawość rzeczy nadzwyczajnych, toteż, gdy trafili na ubogiego studenta, który zaczepiony przez pana Mikołaja pytaniem, który teraz się cieszył, że kiedyś markiz przymusił go do nauki hiszpańskiego, czy mógłby pokazać im miasto i uraczyć jakimiś niezwykłymi opowieściami o nim, nie omieszkał skorzystać z okazji zarobienia kilku monet i skwapliwie się zgodził.

Och! Panie hrabio, pani hrabino – przybrał dramatyczną pozę, gdy stali na moście – spójrzcie w dół, na tę rzekę spokojnie toczącą swój nurt ku morzu, o tam – wskazał dłonią miejsce pomiędzy pierwszym a drugim filarem. O, tam, w dnie Ebro, znajduje się niezgłębiona przepaść nazywana Studnią San Lázaro. Och! Ileż jest o niej niebywałych i mrożących krew w żyłach opowieści! Na przykład ta, mówiąca o nieszczęśliwej miłości dwojga młodych kochanków, którzy nie mając nadziei na to, by się pobrać, a żyć bez siebie nie umieli, zespoleni gorącym uczuciem, przepełnieni goryczą zawodu, doprawioną rozpaczą, trzymając się za ręce, skoczyli w przepaść, z której już nigdy nie wypłynęli na wierzch… Czy Bóg im wybaczył?… Kto wie?… Powiadają, iż przepaść ową zamieszkują monstra niebywałe, które pochłaniają trupy samobójców… ale nie tylko… gdy oto przed wiekami ojcowie lazaryści w tamtym klasztorze – tu wskazał dłonią starożytny budynek – urządzili leprozorium i kiedy kolejny nieszczęśnik umierał na trąd, to jego zwłoki również wrzucano w tę otchłań. I tylko jeden, jedyny raz, jak pamięć ludzka sięga, czeluść oddała zwłoki, ale bynajmniej nie trędowatego.

– Czemuż to? I czyje? – zapytał pan Białecki.

– Czemu? Iżby zbrodnia popełniona w mroku ujrzała światło dnia. Było to srodze pokaleczone ciałko męczennika, siedmioletniego chłopczyny, ministranta z La Seo, imieniem Dominguito de Val12, którego żydzi w makabrycznym rytualnym mordzie, mającym miejsce 31 sierpnia 1250 roku ukrzyżowali, przybijając go do gwoździami do ściany, przekłuli bok, a na koniec odcięli głowę, dłonie, stopy, korpus poćwiartowali i szczątki wrzucili w Otchłań San Lázaro. Tym razem wszelako, Studnia owe szczątki wyrzuciła z siebie na brzeg Ebro i rzecz cała się wydała…

Panią Białecką wstrząsnął dreszcz.

– A nie znasz, chłopcze, jakichś zdumiewających, ale mniej makabrycznych opowieści związanych z tym miastem?

– I owszem. Choćby i ta, którą państwu chce opowiedzieć... ale może udajmy się do bazyliki Nuestra Senora del Pilar? To zaledwie parę kroków. Nim jednak dojdziemy do tej świątyni, to aby czasu nie mitrężyć, pozwolicie dostojni państwo, że uraczę ich jeszcze jedną historią, zanim opowiem tę wcześniej przyobiecaną?

– Niech będzie, posłuchamy – zgodziła się pani Białecka.

– A zatem… W katedrze La Seo w roku 1458 miejscowi marrani13 bestialsko zamordowali ojca Pedro Arbués de Épila, inkwizytora. I nie myślcie dostojni państwo, iż był on łasy na owo stanowisko, broń Boże! A z tego, co wiadomo, gdy król Ferdynand II, ze wskazania Wielkiego Inkwizytora Hiszpanii Tomása de Torquemady, nakazał mu, wespół z ojcem Pedro Gasparem Juglarem14 tropienie żydów fałszywie i nieszczerze nawróconych na katolicyzm, dla zysków tylko i zaszczytów, mocno się przed tym wzdragał. Ci zaś marrani, rekrutujący się spośród znamienitych i bogatych rodów, obawiając się utraty przywilejów, majątków, a nawet i życia, zawiązali na inkwizytorów spisek. Pierwszy z nich, Juglar, zmarł – jak się domyślano – otruty, ale niczego nikomu nie udowodniono, ojciec Pedro zaś będąc ostrożniejszy i roztropniejszy, nie jadał byle gdzie i z byle kim, pod habit natomiast przywdziewał kolczugę, a na głowie nosił stalową misiurkę. Zabójcy, wiedząc o tym, nie mieli odwagi zaatakować go na ulicy, dopadli go więc w ośmiu, gdy na klęczkach modlił się w katedrze i po wielokroć ugodzili w jedyne odsłonięte wrażliwie miejsce, to jest w szyję. Skonał po dwóch dniach.

Wcale ta nowa opowieść nie jest przyjemniejsza od poprzednich, ale skoroś ją, chłopcze zaczął, to i dokończ. Musiał być ów inkwizytor jakimś wyjątkowo krwiożerczym człekiem, jeśli dopuszczono się na nim tak niebywałego mordu i w takim miejscu na domiar! Wieleż to miał wyroków na sumieniu?

– Trzy. Dwa skazujące żyjących i jeden osobę zmarłą.

– Słucham? Ile? Trzy? A tak po prawdzie to zaledwie dwa? Przedziwne, zdumiewające!

– Tak, tym bardziej przecie – przytaknął student – że u nas w Aragonii, żydom wolno było legalnie wyznawać swoją religię aż do roku 1492, a więc od tego mordu licząc ponad trzydzieści lat jeszcze! A ścigano wyłącznie fałszywie nawróconych dla jakowegoś profitu, dla jakowychś korzyści.

– I to już koniec tej historii?

– W zasadzie koniec. Oczywiście, jak nietrudno się domyślić, zbrodnia owa pociągnęła za sobą nieprzyjemne konsekwencje... Ale oto i bazylika.

Spojrzeli na okazałą świątynię umurowaną na poły z kamienia, a na poły z dość cienkiej, ale za to wyjątkowo długiej cegły aragońskiej o bladej czerwonawobrązowej barwie z lekko szarym odcieniem. Dach bazyliki po części pokryty był zielonymi, żółtymi, niebieskimi i białymi dachówkami azulejo15, a po części zwykłą dachówką i blachą bodaj ołowianą. Z zewnątrz był to gmach na wpół gotycki, na wpół mudéjar16.

Weszli. Wnętrze, którego ściany zdobiły stiuki i sztukaterie, sprawiało zarazem dostojne, jak i radosne wrażenie, albowiem jego wystrój był w przeważającej mierze barokowy, chociaż nie brakowało w nim także i elementów innych stylów.

Podróżnicy obeszli trójnawową świątynię nader dokładnie, zaglądając do kaplic, podziwiając detale, aż nareszcie student delikatnie pociągnął Mikołaja za rękaw i szepnął:

– Pójdźmyż teraz zobaczyć najcenniejszy skarb kościoła.

Posłusznie udali się za nim.

– Oto Matka Najświętsza na Kolumnie.

Pokrótce opowiedział im dzieje łaskami słynącej figury, a na koniec rzekł:

– A teraz posłuchajcie dostojni państwo o największym cudzie, jaki za sprawą Matki Bożej z Pilar kiedykolwiek się wydarzył. To cud większy od wszelkich innych cudów, jakie gdziekolwiek i kiedykolwiek wydarzyły się na całym świecie.

Dobrze, dobrze. Mów – ponaglił go Mikołaj.

– Było to tak. Niejaki Miguel Pellicer, urodzony w roku 1617, rolnik, mieszkaniec Calandy, w poszukiwaniu zarobku, licząc sobie wieku lat dziewiętnaście, udał się do Castellón do domu wuja swego imieniem Jaime Blasco, brata matki swojej. Tam zasię doznał niezwykle groźnego wypadku, w którego wyniku tak nieszczęśliwie poranił prawą nogę i połamał w niej kości, iż nieodzownym się stało – wedle wiedzy chirurgów – nogi tej odjęcie.

Początkowo, nader krótko, przebywał w szpitalu w Walencji. Potem poprosił o przewiezienie go do Saragossy, a gdy tylko tutaj przybył, wyraził życzenie, iżby mógł się pomodlić przed cudowną figurą Matki naszego Pana, zapewne mając nadzieję na cudowne wyleczenie. Ale cud się nie dokonał.

Ze świątyni przewieziono go tedy do szpitala Matki Bożej Łaskawej. I tutaj w strzaskaną kończynę, wdała się zgorzel, a więc nie było już dla niej żadnego ratunku, a dla samego Miguela życie zawisło na włosku. Dlatego to więc w październiku 1637 roku amputowali znakomici mistrzowie w swoim fachu, chirurdzy Juan de Estanga i Diego Millaruela, w asystencji dwóch jeszcze innych mistrzów tego fachu.

Odjętą nogę pogrzebano na miejscowym cmentarzu szpitalnym, a asystował przy tym jeden z chirurgów obecnych przy amputacji, niejaki Juan Lorenzo Garcia. Po zaleczeniu się rany młody człowiek nie wrócił do domu, lecz pozostał w Saragossie, gdzie imał się różnych zajęć, ale głównie utrzymywał się z żebractwa. Ostatecznie jednak w marcu 1640 roku zdecydował się powrócić do Calandy.

I tu stało się coś niebywałego. Wieczorową porą 29 marca tegoż 1640 roku w obecności rodziny i sąsiadów biedny kaleka odpiął drewnianą kulę i położywszy ją obok posłania, sam zległ na nim. Obecni z zaciekawieniem oglądali sinoczerwony poodgniatany kikut, a nawet go dotykali.

Gdy sąsiedzi się rozeszli, Miguel zapadł w sen, w którym nawiedził go majak. Oto zdało mu się, iż Madonna z Pilar namaszcza mu kikut olejem z lampy płonącej przed jej wizerunkiem. A potem? Potem najpierw rodzice, a i on sam zauważali, iż przed ponad dwoma laty amputowana noga znów przynależy do ciała! Nie ma już kikuta, lecz kompletna kończyna, na dodatek ta sama, którą mu odto, bo są na niej nawet blizny, które zostały po wypadku!

Jak nietrudno się domyślić Kościół nie od razu bynajmniej uznał to wydarzenie za cudowne, lecz zarządził śledztwo i proces przed sądem duchownym. Ciągnął się on aż do 27 kwietnia 1641, kiedy po uznaniu za wiarygodne zeznań aż dwudziestu czterech świadków, w tym wszystkich chirurgów biorących udział w zabiegu ostatecznie ogłoszono werdykt, uznający zdarzenie owo za rzeczywisty cud.

I to już wszystko, co miałem do opowiedzenia – rzekł student-przewodnik i zamilkł.

Mikołaj milczał i stojąc w absolutnym bezruchu niby ogarnięty martwotą, wpatrywał się w postać Matki Najświętszej. Przez głowę przelatywały mu setki myśli, ale jedna z nich była najbardziej natrętna. „Trzeba odprawić Florine… trzeba odprawić Florine… jak najprędzej trzeba odprawić Florine…”. Wpatrzył się w twarz posągu i zdało mu się, iż usta Maryi skrzywiły się leciuchno, z wyraźną dezaprobatą, lecz Mikołaj uznał, iż to tylko gra świateł i cieni. Westchnął ciężko, przeżegnał nabożnie i oparłszy o jedną z kolumn, nadal trwał w bezruchu.

Florine natomiast upadła na kolana, wsparła się o balustradę oddzielającą ołtarz od nawy, skryła twarz w dłoniach i w bezgłośnej modlitwie poruszała wargami…

* * *

Smolista czerń nocy nierozświetlonej ni księżycową bladą poświatą, ni jedną gwiazdką nawet zalegała sypialnię Florine.

Nie wiedziała, dlaczego się przebudziła. W pomieszczeniu panowała głucha cisza. Lecz oto naraz skądś ode drzwi jakaś sylwetka odrobinę jaśniejsza od lepkiego mroku jęła rosnąć, przybierając męskie kształty.

Florine – nie mając pojęcia w jaki sposób, bo czerń nocy ni odrobinę się nie rozproszyła, doskonale wyraźnie, jakby w pełnym świetle, ujrzała jakoweś obce indywiduum. Z ubioru sądząc, był to arystokrata odziany w czarny i skromny, lecz wytworny szustokor, z wywiniętymi białymi mankietami, takimiż obramieniami jego brzegów i białym muślinowym fularem wystającym sponad stójki pod szyją i luźno opadającym na piersi. Jedyny, ale za to niebagatelny, luksus stanowiły wysadzane wyjątkowej czystości i piękności brylantami spinki z białego złota, a i jeszcze i z tego samego metalu wyrobione sprzączki u pantofli uszytych z delikatnej giemzy, w odcieniu lśniącego i polerowanego smoliścieczarnego hebanu. Bladobursztynowej barwy nicią, również z białego złota usnutą, miał przyozdobiony kunsztownym haftem przód szustokoru, jak również kamizelę, którą nosił pod nim.

Obcisłe jedwabne spodnie sięgały ledwie do kolan, a zgrabne i wspaniale umięśnione łydki okrywały również jedwabne białe pończochy.

Florine chciała go zapytać, kim jest, lecz głos ugrzązł jej w gardle. Wpół siedziała, a wpół leżała w bezruchu wsparta na łokciu. Lękała się… nie źle powiedziane… była straszliwie, nieludzko wręcz przerażona, będąc pewną, iż nieznajomy uczyni jej krzywdę… może nawet zabije?

Lecz on, podszedłszy do łoża, najpierw przyłożył palec do warg, nakazując milczenie, a następnie ściągnąwszy z leżącej przykrycie, położył na jej brzuchu dłoń ciężką i zimną niczym granit obrośnięty igiełkami lodu.

Trwało to zaledwie chwilę, a potem… potem zniknął… rozpłynął się w ciemności… pozostał po nim tylko, rozsmużając się w powietrzu, odór trupi, zapach asafetydy, ziela bagna, gnijącego zielska i siarki, mułu, pleśniejących wodorostów, końskiego potu i starego moczu.

I dopiero teraz Florine odzyskawszy głos, zaczęła krzyczeć tak strasznie, tak przeraźliwie, iż Mikołaj, porwawszy się na nogi, nie bacząc na konwenanse, w samej nocnej koszuli, ale ze szpadą w dłoni, wbiegł do sypialni żony.

Tuż za nim pojawiła się służebna i drżącymi rękami skrzesawszy ognia, zapaliła świece.

Pomieszczenie było puste. Pan Białecki odetchnął z ulgą.

– No już dobrze… cichutko… uspokój się… to tylko zły sen, majak jakiś straszliwy – i zapominając się do końca, nie bacząc na to, co sobie postanowił w Saragossie, że tę małżonkę-nie-małżonkę odprawi, przysiadłszy na łożu, przygarnął ją do siebie i, głaszcząc po włosach, uspokajał.

Florine przywarła do niego z całej mocy i energicznie potrząsając głową, przeczyła tej jego diagnozie.

– Nie… nie… to nie był senny koszmar… to nie majak… on tu był!

– Kto? – chrapliwym, nieswoim głosem zapytał hrabia, jakby przeczuwając, o kim zaraz usłyszy.

– Mężczyzna. Arystokrata.

– Potrafisz go opisać?

– Tak…

Mikołaj, wysłuchawszy opisu, skrył twarz w dłoniach i począł dygotać, jakby wstrząsany febrą.

Florine objęła go ramionami i przytuliła do siebie. Tym razem to ona jego gładziła po włosach…

Przyciągnęła go jeszcze bardziej, jednocześnie odsuwając się na przeciwległy skraj łoża, robiąc miejsce dla Mikołaja, który jakby do reszty się zapomniawszy, legł obok żony.

Służebna, patrząc na tę scenę z nieopisanym zdumieniem, zdmuchnęła świece i wyszedłszy na palcach na korytarz, delikatnie zamknęła za sobą drzwi…

* * *

Nie, nie najdroższy, proszę… – Florine błagalnym wzrokiem wpatrywała się w twarz Mikołaja, który zawstydzony tym, co stało się w nocy, a może bardziej dlatego, że sam sobie nie potrafił, nie wiedział jak, poradzić, umykał jej wzroku.

– Dlaczego?

– Lękam się. Straszliwie się lękam…

– Sądzisz, że jeśli natychmiast stąd wyjedziemy, to uciekniemy przed kimś, czy może przed czymś, co może przenikać do naszych sypialń? Czy to powód, by czmychać z Madrytu, nie zerknąwszy nawet na miasto?

– Wiem, że masz racje, ale każda następna chwila tu spędzona przyprawia mnie o drżenie. Proszę… – złożyła ręce w błagalnym, nieomal modlitewnym geście.

Pan Białecki po tym, jak już naprawdę stała się jego żoną, nie potrafił odmówić.

– Niechże i tak będzie.

Rzuciła mu się na szyję, a on siedział sztywny, zakłopotany, speszony…

* * *

Dalsza podróż przez Hiszpanię nie cieszyła już małżonków. Mikołaj nawet rozważał, czy nie zawrócić do Francji, lecz przeprawa przez Pireneje zimową porą była zbyt niebezpieczna, by taką podróż ryzykować.

Dlatego pojechali dalej.

Ávilę zwiedzili pobieżnie, chociaż było to miasto bogate tak historią, jak i zabytkami. Odwiedzili Klasztor de la Encarnación17, świętej Teresy od Jezusa, posłuchali o jej niezwykłym życiu, lecz bez zainteresowania. Zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na nich Bazylika San Vicente, ale tak naprawdę, to co utkwiło małżonkom w pamięci to była opowieść o niezwykłej miłości, która jednocześnie wyciskała łzy i budziła dreszcz grozy, którą posłyszeli z ust jednego z mnichów, w klasztorze, którego to klasztoru rzecz owa się tyczyła.

A było to tak:

W Ávili, w pałacu Núñez Vela mieszkała urocza Lucinda, córka możnego pana, która wyróżniała się niezwykłym pięknem i ciała i duszy.

Jak nietrudno się domyślić, miała licznych adoratorów, bo przecie wszystko ku niej pociągało – i uroda i charakter i zamożność ojca też… Jednak na żadnego z owych adoratorów nie raczyła zwrócić swej uwagi. Do czasu wszelako.

Oto bowiem spostrzegła, iż podczas spacerów po mieście ustawicznie jej towarzyszy, w pewnym oddaleniu oczywiście, pewien zachwycający młodzieniec. A był on tak przystojny, iż serce na jego widok za każdym razem, a to tajało, a to biło mocniej i aż podchodziło do gardła. Z czasem, gdy kawaler owo zauważył, odważył się podkradać w pobliże balkonu sypialni dziewczęcia, z którego rozciągał się wspaniały widok na Valle de Amblés18.

Po jakimś czasie panna zauważyła tajemniczego młodzieńca, stającego, gdy tylko słońce zachodziło, najbliżej jak się tylko dało naprzeciwko owego balkonu. Powodowana ciekawością zaczęła z nim prowadzić nocami długie rozmowy i chociaż nigdy nie zbliżyli się do siebie nawet na wyciągnięcie reki, zakochali się w sobie bez pamięci.

Tajemniczy młody człowiek okazał się wysoko urodzonym szlachcicem nazwiskiem Enrique Blazquez Dávila, lecz dla ojca dziewczęcia nie był dobrą partią. Oskarżył go tedy o spisek przeciwko zwierzchniej władzy i chłopak, aby ratować głowę, musiał salwować się ucieczką.

Zdążył jednak przed wyjazdem z miasta pożegnać się z ukochaną, przysięgając jej miłość już nie tylko dozgonną, ale i poza grób nawet.

Czas płynął. Lucinda każdego dnia wypatrywała kochanka, lecz Enrique nie wracał… Aż któregoś poranka, gdy ptaki po ogrodach kląskały upojnie, znaleziono ją, opierającą się o balustradę balkonu, ale już martwą, bo żyć bez swojej miłości ani nie umiała, ni też nie chciała… I pochowano ją w krypcie klasztornego kościoła…

Nadszedł jednak dzień, kiedy Enrique mogąc już bezpiecznie powrócić do miasta, pierwsze kroki skierował pod balkon kochanki. Na próżno jednak jej wypatrywał… aż wreszcie jakiś przechodzień powiedział mu, co się stało.

Młodzieniec z rozpaczy oszalał i zapragnąwszy zobaczyć kochankę po raz ostatni, nocą zakradł się do klasztornego kościoła, gdzie spoczywały jej szczątki i próbował otworzyć jej grób. Lecz jakaś przedziwna siła sprawiła, iż jego dłonie przyrosły do wieka sarkofagu… Przez długi czas się mocował z zimnym niczym ciało trupa granitowym wiekiem, aby uwolnić ręce, a gdy mu się to na koniec udało, przerażony wybiegł ze świątyni. Znalazłszy się na zewnątrz, uświadomił sobie, iż owa nieziemska moc uniemożliwiła mu zbezczeszczenie grobu, a i także przerażający obraz zwłok w rozkładzie, który zapewne towarzyszyłby mu już do końca życia.

Rankiem jednak powrócił do klasztoru i poprosił o przyjęcie go do grona mnichów. I spędził tam resztę swych dni, żyjąc w bliskości swej umiłowanej zmarłej…

Florine wzdrygnęła się i chwyciła męża za ramię.

– Dość, dość już tego. Nicolás, proszę, ruszajmy zaraz w drogę. I nie zatrzymujmy się już nigdzie, nigdzie. Ta Hiszpania mnie przeraża. Choć z drugiej strony to dzięki temu, żeśmy tu przybyli jesteśmy nareszcie razem… ale już dość, dość…

– Niechże będzie.

I nie zwlekając, ruszyli zaraz przez Toledo do Malagi, nie zwiedzając już niczego po drodze, by jak najśpieszniej dotrzeć do portu, wsiąść na statek i ruszyć do Marsylii…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Salve Regina, czyli Witaj Królowo to pierwsze słowa pieśni poświęconej Najświętszej Maryi Pannie.

2Tak przemija chwała świata. (łac.).

3Conde – hrabia (hiszp.).

4Wewnątrz murów [miasta]. (łac).

5Poza murami [miasta]. (łac.).

6Za: Malchior Buliński, Monografija miasta Sandomierza, Warszawa 1879, s. 137.

7Nie skonsumowany. (łac.).

8Słowo szlachcica. (łac.).

9Piastował te funkcje w latach 1715-1725.

10Alkad, z hiszp. alcade – odpowiednik burmistrza.

11Bazylika Najświętszej Maryi Panny na Słupie, katedra La Seon, czyli Świętego Salwatora, Aljaferia, most Puente de Piedra, czyli Most Kamienny i Studnia San Lázaro, czyli św. Łazarza – znakomite i najbardziej znane zabytki Saragossy.

121243-1250 – święty Kościoła katolickiego do Soboru Watykańskiego II. Kult został trwale wygaszony w roku 1965 po zastąpieniu Mszy trydenckiej przez Novus Ordo Missae.

13Żydzi nawróceni na katolicyzm.

14Król Ferdynand II Katolicki (1452-1516), Tomasz Torquemada, O.P. (1420-1498), Pedro Gaspar Juglar, O.P. (1441-1485).

15Cienkie płytki ceramiczne, glazurowane, w różnych barwach, czasem gładkie albo przyozdabiane rozmaitymi elementami dekoracyjnymi.

16Styl architektoniczny charakterystyczny dla Półwyspu Iberyjskiego, będący połączeniem stylów muzułmańskiego, romańskiego i gotyckiego, a w schyłkowym okresie także i renesansowego.

17Klasztor Wcielenia Syna Bożego.

18Dolina Amblés – około 12,5 km na południowy zachód od pałacu.

Chłop był spełnioną „trans-kobietą”. Popełnił samobójstwo. 40 % tej odmiany zboków podejmuje te próby…

W propagującej LGBT reklamie grał spełnioną „trans-kobietę”. Popełnił samobójstwo .

40 % tej odmiany zboków podejmuje próby odebrania sobie życia.

spelniona-trans-kobieta

Plaga samobójstw wśród osób deklarujących „tożsamość płciową” sprzeczną z ich organizmem, to jedna z wielu wstydliwych kart ruchu LGBT. Aktywiście przekonują, że autoagresja i rozpacz tzw. transseksualistów jest wynikiem prześladowań – ignorując uderzający związek między odrzuceniem własnego życia i własnej tożsamości. Ze Stanów Zjednoczonych napływają właśnie doniesienia o kolejnej tragicznej śmierci mężczyzny, który poddawszy się okaleczeniu zwanym tranzycją, agitował na rzecz ideologii gender. W słynnej reklamie linii lotniczych United, Kyle Scott przedstawiał się jako spełniona „kobieta” – tydzień temu odebrał sobie życie.

– Do dziś żyję pewnie, jako moje prawdziwe ja. Mogłem rozbłysnąć i pożegnać się z przeszłością. Kyle musiał przejść przez cały ten ból, by Kayleigh mogła dziś żyć. Jestem transem i jestem dumny – mówił w demagogicznym spocie promującym ideologię LGBT wyemitowanym w 2020 roku młody mężczyzna. Jak zapewniał, po poddaniu się okaleczeniu narządów płciowych i chirurgicznej zmianie aparycji jego życie zmieniło się na lepsze…

Od czasu emisji agitacyjnego materiału nie minęło wiele czasu – a do mediów dotarły wieści o samobójczej śmierci twarzy kampanii lotniczego przedsiębiorstwa. Transseksualista został znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. W ostatnich godzinach życia Scott wstawił na swoje profile w mediach społecznościowych wpisy, wyjaśniające powody jego samobójstwa.

„Do wszystkich, których kocham, przepraszam, że nie potrafiłem być silniejszy. Do tych, którzy dali mi wszystko, co mogli, przepraszam, że moje starania tego nie odwzajemniły. Proszę zrozumcie, że moje odejście nie jest oceną was, ale skutkiem mojej niezdolności by stać się lepszym”, brzmiały „ostatnie słowa” transseksualisty.

Ta zmiana nastawienia, jak czytamy na łamach portalu lifesitenews.com, odzwierciedla widoczny w badaniach naukowych trend krótkotrwałej poprawy samopoczucia osób odrzucających swoją tożsamość płciową po poddaniu się chirurgicznej operacji. Z czasem jednak problemy wracają, a z przedstawianej przez ruchy LGBT jako rozwiązanie „tranzycji” zostają jedynie tragiczne skutki uboczne.

Jak podkreśla anglojęzyczny portal, tendencje samobójcze są wyjątkowo częste wśród osób odrzucających swoją płeć biologiczną. Według wyników badania opublikowanego w marcu 2022 roku 82 proc. „transseksualistów” boryka się z myślami samobójczymi a 40 proc. podejmuje faktyczne próby odebrania sobie życia. Mimo tego, popkulturowy mainstream i agitatorzy ruchów LGBT robią co mogą, by wmówić opinii publicznej, że transseksualizm nie jest groźnym zjawiskiem. Jak podkreśla medium, przytaczając wnioski z szeregu przeprowadzonych badań, wiedza naukowa nie potwierdza, by przejście operacji „dostosowania płci” łagodziło skłonności samobójcze. Twierdzenie to jest raczej ideologicznym narzędziem aktywistów, niż tezą potwierdzoną przez specjalistów.

Źródło: lifesitenews.com

Cejrowski o Franciszku: „Moim zdaniem, jest satanistą”.

Cejrowski OSTRO o papieżu Franciszku. „Ta konkretna osoba na tym stołku, moim zdaniem, jest satanistą”

ta-konkretna-osoba-jest-satanista

Komunizm został ekskomunikowany nie dlatego, że ktoś go nie lubi, tylko dlatego że był systemem jak najbardziej szatańskim i zbrodniczym. I zawsze prowadzi do zbrodni, każda zabawa z komunizmem. Tak, jak każda zabawa z demonem zawsze prowadzi do nieszczęścia –

======================

W programie „Antysystem” Paweł Lisicki i Wojciech Cejrowski rozmawiali m.in. o wypowiedziach papieża Franciszka i komunizmie.

Lisicki stwierdził, że „złe duchy (…) najwyraźniej obsiadły nasz Kościół”. Dalej redaktor naczelny tygodnika „DoRzeczy” wskazał, że chodzi o „kolejne wypowiedzi papieża Franciszka”.

– Ja już pomijam tę jego wypowiedź sprzed paru tygodni, mówiącą o tym, że on się w ogóle czuje komunistą i że Pan Jezus był komunistą i że pierwsi apostołowie byli komunistami, chrześcijaństwo to była taka wczesna wersja komunizmu, jakieś bardzo dziwne gesty, jakieś bardzo dziwne zachowania, ale to co robi ostatnio, niemal już wspierając ruchy LGBT, błogosławiąc sodomię itd., to są rzeczy absolutnie koszmarne i po prostu nie do wytrzymania – podsumował.

– Ja się z kolei nie wsłuchuję w papieża Franciszka, szanuję instytucję, natomiast ta konkretna osoba na tym stołku, moim zdaniem, jest satanistą – odparł Cejrowski.

– Wcześniej mogliśmy mieć wątpliwości, kim on tam jest, że robi takie rzeczy kontrowersyjne, zwyczajne, niektórzy mówili rewolucyjne. Co jakiś czas był jakiś papież albo ważna postać w Kościele, tak jak św. Franciszek z Asyżu – nie zachowywał się standardowo, gdy na golasa latał po okolicy. No więc to były takie usprawiedliwienia wobec przeróżnych lapsusów, które wcześniej popełniał Franciszek – dodał.

– Natomiast konkretne działania i dokumenty, które podpisuje, oświadczenia, które zgłasza oficjalnie i z urzędu, a nie gdzieś tam przy okazji, jak na lody pójdzie, są groźne, zwyczajnie groźne. Przynoszenie bożka pogańskiego i stawianie na ołtarzu na Watykanie (Paczamama ), potem jakiś biskup czy kardynał to wynosi, wrzuca do rzeki [to byli dwaj chłopcy… MD] , a Franciszek dba o to, żeby wróciło na swoje miejsce – wyliczał.

– Pochwała komunizmu? Komunizm jest obłożony ekskomuniką w Kościele katolickim .

Jak przypomniał Lisicki, „była przecież oficjalna encyklika, oficjalna ekskomunika, lata 30. XX w.”.

– Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek, ktokolwiek cofnął tę ekskomunikę, bo system (komunistyczny – przyp. red.) jest zbrodniczy jak najbardziej. (…) W Laosie czy w Kambodży gdzieś tam pola śmierci były, to taki przykład, który każdego poruszy, nawet największego lewaka. Koreę sobie proszę obejrzeć, Rosję za czasów stalinowskich, zsyłki do Gułagów itd. – wskazał Cejrowski.

Komunizm został ekskomunikowany nie dlatego, że ktoś go nie lubi, tylko dlatego że był systemem jak najbardziej szatańskim i zbrodniczym. I zawsze prowadzi do zbrodni, każda zabawa z komunizmem. Tak, jak każda zabawa z demonem zawsze prowadzi do nieszczęścia – wyjaśnił.

A Franciszek się bawi z demonami, więc ja się nie wsłuchuję, wracając do początku, w jego wypowiedzi od pewnego czasu, gdyż egzorcyści uczą, by się nie wsłuchiwać np. w obrzędy satanistyczne, żeby nawet z ciekawości nie pójść na to, co oni nazywają mszą diabelską, gdzie są poodwracane do góry nogami krucyfiksy itd.

[VIDEO] w oryginale MD

=================================

teczowy-ryt-liturgiczny-mozliwy-dla-kilku

Witamina D zmniejsza ryzyko demencji o 40%. Cukrzycy też…

Witamina D zmniejsza ryzyko demencji o 40%

Dr. Jerzy Jaśkowski jjaskow@deportacje.eu

Badanie przeprowadzone na kohorcie 12 388 osób wykazało, że witamina D przyjmowana przez 10 lat może zmniejszyć ryzyko demencji o 40%; kobiety biorące udział w badaniu odniosły większe korzyści niż mężczyźni

  • Na świecie żyje 50 milionów osób z demencją, a eksperci szacują, że do 2050 roku liczba ta prawie się potroi. Niedobór witaminy D jest również szeroko rozpowszechnionym problemem, który występuje u około 1 miliarda ludzi na całym świecie
  • Witamina D ma działanie ochraniające układ nerwowy, może zmniejszyć odsetek osób, które przechodzą od stanu przedcukrzycowego do cukrzycy i może pomóc w zapobieganiu i/lub leczeniu niektórych nowotworów, chorób przewodu pokarmowego, mięśniaków macicy, tocznia, otyłości i chorób neurodegeneracyjnych, takich jak stwardnienie rozsiane
  • Jej działanie jest wzmocnione, gdy przyjmowana z magnezem, witaminą K2 i wapniem, a brak równowagi może zwiększać ryzyko zawału serca i udaru mózgu.
  • Jedynym sposobem określenia, ile ekspozycji na słońce lub jakiej suplementacji potrzebujesz, jest zbadanie poziomu witaminy D

zrodlo

Norma dla starszych ludzi to 100 ng +- 10 [4 000 IU]

Po 50 roku życia nie powinno się przyjmować witaminy D-3   zmieszanej z wapnem

Obowiązkowo natomiast trzeba przyjmować K-2  w ilości ok 100 mg na 5000 UI

Polska krowa. MEMy

[przesadził, ale… md]

=============================

[walczcie o JOW, chłopaki! md]

======================

[A o Łukaszu – idiocie – „profesorze” – zapomnieli?? MD]

============================

====================================

============================

==============================

Dziesięć błędów teologicznych zawartych w tzw. „teologii ciała” Karola Wojtyły

[przypominam… md]

Opracował: Ferdynand Dembowski – za wywiadem z Don Pietro Leone, autorem książki Atak na rodzinę (2015) oraz eseju Kościół i Asmodeusz (2017).


Karol Wojtyła nigdy nie odwołał tych błędów, co gorsza, powielał je jako papież w encyklikach i innych oficjalnych tekstach Kościoła.

Poniżej zestawienie nauczania Jana Pawła II (JPII) z tradycyjną doktryną Kościoła katolickiego (TDKK) w ujęciu Don Pietro Leone.

Całość wywiadu na portalu Rorate Caeli.


JPII. Miłość jest zasadą formalną i decyduje o kształcie etyki.

TDKK: Etyka decyduje o miłości. Rozum poprzedza miłość, znajomość obiektywnej rzeczywistości uczy nas, co kochać i jak kochać.

JPII. Traktuje miłość małżonków w oderwaniu od miłości rodzicielskiej.

TDKK: Traktuje nierozdzielnie te dwie formy miłości.

JPII. Małżeńska i seksualna etyka jest etyką miłości, dlatego miłość małżeńska jest szczególnym celem małżeństwa i seksualności. Akt małżeński to akt miłości z „możliwością prokreacji”.

TDKK: Celem małżeństwa jest prokreacja oraz wychowywanie dzieci na chwałę Bożą. Miłość małżonków, rozumiana jako wzajemne wsparcie, jest celem drugorzędnym.

JPII. Małżonkowie są umieszczeni w małżeństwie na tym samym poziomie.

TDKK: Mężczyzna jest głową rodziny.

JPII: Miłość jest całkowitym oddaniem samego siebie drugiej osobie.

TDKK: Miłość małżeńska to „miłość woli” polegająca na przyjaźni i wzajemnym wsparciu, aż do poniesienia ofiary za współmałżonka. Towarzyszy jej akcydentalnie miłość seksualna, ale nie ona jest podstawowym wyznacznikiem miłości małżeńskiej. Miłość seksualna (zmysłowa) z powodu grzechu pierworodnego musi być poskramiana, dlatego miłość małżeńska potrzebuje łaski, ażeby zostać wyniesiona do poziomu miłości nadprzyrodzonej (caritas). Tradycja katolicka nie może przyjąć definicji JPII z dwóch powodów: metafizycznego i moralnego. Pierwszy powód tłumaczy, że człowiek nie może się oddać w pełni drugiemu człowiekowi, drugi tłumaczy, że miłość do Boga bierze pierwszeństwo przed miłością ludzką: „Będziesz miłował Pana Boga swego z całego serca swego, z całej duszy swojej i ze wszystkich sił swych, a bliźniego swego, jak siebie samego”. Mamy co prawda nakaz Chrystusa: „kochajcie się nawzajem, jak ja was umiłowałem”, ale nie może to przecież dotyczyć miłości zmysłowej między małżonkami – jest to raczej zachęta do miłości ofiarnej, do miłości męczeńskiej. Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego TDKK nie może uznać miłości seksualnej jako „całkowitej ofiary dla drugiego człowieka”. Otóż istotą tej miłości jest wzajemność oparta o przyjemność.

JPII: Miłość jest formalną zasadą etyki małżeńskiej i etyki seksualnej.

TDKK: Doktryna zakorzeniona w rozumie, wyjaśniająca cel małżeństwa oraz uświęcona sakramentalnie przez KK jest formalną zasadą etyki małżeńskiej i seksualnej.

JPII. Miłość małżeńska jest równa miłości człowieka do Boga. Miłość zmysłowa jest tożsama z miłością człowieka do Boga.

TDKK: Miłość zmysłowa i miłość człowieka do Boga to dwie różne miłości.

JPII. Miłość małżeńska i seksualna jest miłością idealną, doskonałą samą w sobie.

TDKK: Miłość małżeńska i seksualna jest skażona grzechem pierworodnym.

JPII. Miłość małżeńska i seksualna jest równa miłości dziewic konsekrowanych i kapłanów żyjących w czystości.

TDKK: Miłość dziewicza (kapłańska i zakonna) przewyższa miłość małżeńską, gdyż tylko ona umożliwia całkowite poświęcenie się Bogu.

JPII. Miłość seksualna małżonków jest obrazem miłości Boga do człowieka (Chrystusa do Kościoła) i jest odbiciem miłości Boga w Trójcy Świętej.

TDKK: Miłość czysto naturalna nie może być obrazem miłości Boga do człowieka, a tym bardziej miłości w obrębie Trójcy Świętej. Ubóstwienie miłości małżeńskiej i seksualnej jest obce doktrynie katolickiej. Fizyczne płodzenie i rodzenie przez małżonków jest promowaniem dobra w świecie, ale na poziomie nadprzyrodzonym przekazuje też śmierć fizyczną i duchową, z czego wynika potrzeba chrztu dziecka i łaski uświęcającej w godzinie śmierci. Św. Grzegorz z Nysy definiuje konsekrowane dziewictwo jako triumf życia nad śmiercią.

Ubóstwienie ludzkiej seksualności jest częścią myśli gnostycznej, która jest wroga tradycji katolickiej. Została ona przejęte przez masonerię, która uważa człowieka za istotę boską, z czego wywodzi, że akt przekazania życia ludzkiego musi być aktem boskim.

Nie tylko Wyklęci walczyli o Polskę…

kresywekrwi.Jacek BOKI

1 marca 2010 roku Prezydent Lech Kaczyński, złożył na ręce Marszałka Sejmu projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, jako święta państwowego, które miało być odtąd obchodzone w dniu 1 marca każdego roku.

 

Jak napisano w ówczesnym projekcie ustawy dotyczącej tego święta:


,,Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” ma być wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji za świadectwo męstwa, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji niepodległościowych, za krew przelaną w obronie Ojczyzny. Święto to ma zarazem służyć upowszechnianiu, w szczególności wśród młodzieży, wiedzy o bohaterach, którzy nie pogodzili się z komunistycznym zniewoleniem Polski i z bronią w ręku walczyli o suwerenną i niepodległą Rzeczpospolitą. Ten Dzień, to także wyraz czci dla licznych społeczności lokalnych, których patriotyzm i stała gotowość ofiar na rzecz idei niepodległościowej pozwoliły na kontynuację oporu przez długie lata.”

 

Taką właśnie treść miał projekt ustawy wniesiony do Sejmu 1 marca 2010 roku przez Lecha Kaczyńskiego, który to szkic w/w wyższego aktu prawnego, po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, prezydent Bronisław Komorowski podtrzymał bez żadnych zmian i 3 lutego 2011 roku Sejm uchwalił ustawę o ustanowieniu dnia 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, w nie zmienionym brzmieniu. 

I dzięki tej ustawie przyjętej w takiej właśnie formie, osiągnięto cel bezcenny, na którym najbardziej skorzystały państwa odwiecznie wobec nas wrogie, takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Izrael, Niemcy, Francja, włącznie z obecną banderowską Ukrainą, jak również wiele innych. A straciliśmy wszystko, jako naród tylko my Polacy. Bo wszystko to co się stało od tego momentu na przestrzeni tych wszystkich lat  i czego obecnie ponosimy bolesne konsekwencje, było możliwe dzięki naszemu wrodzonemu, genetycznemu, narodowemu defektowi, któremu na imię… frajerstwo, dzięki czemu nasi wrogowie zyskali bezcenny dla siebie efekt, nie tylko trwałego podziału i skłócenia polskiego społeczeństwa, ale nade wszystko to, że skoczyliśmy sobie z tego powodu nawzajem do gardeł i w tym stanie upadku trwamy do dnia dzisiejszego. Jak zwykle zresztą w takich przypadkach, gdy zamiast kierować się zdrowym rozsądkiem i realizmem, daliśmy się wpuścić w kanał emocjonalnych manipulacji nami do woli tym, którzy dzięki temu prostemu zabiegowi, mogą sprawować nad nami całkowitą kontrolę, bez obawy, że kiedykolwiek zerwiemy im się z łańcucha i tym samym mogliby stracić nad nami władzę. A my nawet tego nie widzimy, zaślepieni jak w 1939 fałszywą propagandą mocarstwowości, której nie mamy za przysłowiowy psi grosz, tak jak wtedy. Dlatego mogą w wyznaczonym, dogodnym dla siebie czasie, skierować nas, jako naród w dowolnym kierunku i celu, który będzie zgodny z ich interesami, poświęcając nas bez wahania, bez reszty i jakichkolwiek wyrzutów sumienia, że jako naród zostaniemy raz na zawsze wytraceni do ostatka. I jak zwykle dostrzegli to co z nami się obecnie robi już wszyscy dookoła, oczywiście z wyjątkiem nas samych. Tak jak to było 24 sierpnia 1939 roku, gdy o postanowieniach Paktu Ribbentrop – Mołotow wiedzieli wszyscy tzw, nasi sojusznicy i nawet najbliżsi, graniczący z nami sąsiedzi, a jedynymi, którzy byli w tej kwestii zupełnymi ignorantami, byliśmy my Polacy. Historia znowu się powtarza, co widzą już wszyscy wokół, tylko jak zwykle nie My sami. Ale cóż, to widać taka nasza narodowa przypadłość, wyciągać zawsze z ogniska cudze kasztany, naszymi własnymi rękami. 

 

I tak to już od ponad dwunastu lat na podstawie w taki, a nie inny sposób pokrętnie skonstruowanej ustawy, o takiej, a nie innej treści, by pasowała ona do ideologicznych założeń i celów jej autorów, no i rzecz jasna nowej mądrości etapu, wdrukowuje się kolejnym rocznikom młodego pokolenia historię żywcem wziętą z bajek z mchu i paproci, będącą wyłącznie zbiorem półprawd, czyli odpowiednio dobranych przez obecnych inżynierów dusz treści, które pasowały do ich propagandowych koncepcji i założeń, ale z rzeczywistością tamtych czasów, nie miały i nie mają z nią zgoła nic wspólnego. Jak napisał o tych goebbelsowskich propagandystach i fałszerzach historii, z obecnych agend stojących na straży jedynie słusznych prawd obecnego układu władzy, i o tych wytworach ich bujnej wyobraźni na ten właśnie temat, śp. profesor Jacek Edward Wilczur, doskonale podsumowując w swojej książce pt. ,,Raport Wilczura”, te wszystkie brednie, jakie od ponad dekady sprzedaje się bez cienia najmniejszego nawet zażenowania całemu pokoleniu współczesnych Polaków, jako prawdy objawione, które z jakimkolwiek objawieniem nie mają nic wspólnego, a tym bardziej z rzetelnym przedstawieniem tej kwestii, który byłby również uczciwym ukazaniem tego tematu, a nie cyniczną realizacją propagandowego zamówienia.

 

,,Kłamliwe są głoszone dziś twierdzenia przedstawicieli prawicy i skrajnej prawicy, fałszerzy historii – tych nawiedzonych, wierzących w swoje kłamstwa – oraz fałszerzy cyników, znających prawdę i ukrywających prawdę o tym, kogo rozstrzeliwano i wieszano dniami i nocami. Według ich wersji ofiarami stalinowskich oprawców byli wyłącznie ludzie prawicy, chrześcijanie wierni Bogu i Ojczyźnie. W rzeczywistości tracono – inaczej mówiąc: mordowano na podstawie bandyckich wyroków sądowych ogłaszanych przez sądy wojskowe i powszechne – ludzi z prawa i z lewa: żołnierzy Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Batalionów Chłopskich, oficerów i podoficerów Ludowego Wojska Polskiego, komunistów oddanych polskiej sprawie narodowej, mordowano oficerów, podoficerów i szeregowych żołnierzy Brygad Międzynarodowych w Hiszpanii i z francuskiego, czerwonego ruchu oporu, członków byłej Komunistycznej Partii Polski i Polskiej Partii Socjalistycznej, syndykalistów i byłych żołnierzy Gwardii i Armii Ludowej. Funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej, prokuratorzy i sędziowie, często ludzie słabo znający język polski, emigranci z Francji i Belgii, ( a także Żydzi przywiezieni z ZSRR na sowieckich tankach – dopisek mój J.B.) realizowali bowiem cele nie polskich komunistów, nie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski zgładzonej przez NKWD na polecenie Stalina, a cele strategiczne mongolsko – rosyjskiego ( czytaj chazarskiego ) modelu komunizmu i imperializmu, modelu zagłady europejskiej cywilizacji.


Rugowano z życia publicznego, przenoszono w stan niebytu i mordowano na mocy wyroków stalinowskich sądów wszystkich bez wyjątku, tych z prawa i tych z lewa, którzy zachowali tożsamość narodową, wierność tradycjom i lojalność wobec swego narodu.”

 

Jednym z najgłośniejszych przykładów tych faktów, o których wspomina w powyższym tekście śp. profesor Jacek Wilczur, który obecna IPN-owska propaganda skrzętnie pomija i nie nagłaśnia, z oczywistych dla niej przyczyny, którą jest strach przed faktem, iż cała zbudowana przez tą agendę legenda o tzw. ,,Żołnierzach Wyklętych”, jako tych jedynych walczących z wrażą komuną o wolność Polski, mogłaby się tym samym rozlecieć jak domek z kart i cała ta budowla wzniesiona na fundamencie kłamstwa runęłaby z hukiem, obracając się w kupę gruzu i co stałoby się wtedy z nimi samymi i instytucją, której są funkcyjnymi kapo?

Przejdźmy więc do przedstawienia krótkiego szkicu zadającemu kłam baśniom z mchu i paproci stręczonym od ponad 12 lat przez obecnych propagandystów Czeciej Erpe, o wyjątkowości tzw. ,,Żołnierzy Wyklętych”, oraz, że byli oni jedynymi i niepowtarzalnymi, którzy walczyli rzekomo z komunistycznym zniewoleniem. A oto niewygodne dla tych kłamców fakty na ten temat, że i wśród żołnierzy LWP i tzw. komunistów, było bardzo wielu takich, którzy myśleli po polsku, tak samo, jak ci, których dziś sprzedaje się nam jako tych jedynych i słusznych ideowo.

 

Sygnałem do rozpoczęcia kolejnego etapu umacniania władzy komunistów. Jednym z jej przejawów miały być sfingowane procesy pokazowe oficerów Ludowego Wojska Polskiego o międzywojennym rodowodzie. Pierwszym krokiem było usunięcie z Biura Politycznego KC PZPR gen. Mariana Spychalskiego i oskarżenie go o „ślepotę” wobec rozwoju zachodniej agentury.

 

 „Warto w tym kontekście zauważyć, obok koniecznych stwierdzeń o absurdalności oskarżeń i sfingowanych dowodach, dostrzec niedostrzegalne jak widać dla obecnego pokolenia propagandystów z IPN, ziarenko prawdy kryjące się gdzieś na dnie, a mianowicie że, oskarżeni generałowie i oficerowie, wywodzący się z przedwojennej armii II RP, w naturalny sposób, bez żadnych spisków i w dobrej wierze, liczyli na nadanie »ludowej« armii możliwie polskiego charakteru. (..) Byli też zainteresowani ściąganiem do niej fachowców: lojalnych wobec ustroju, ale niekoniecznie godzących się na dominację sowieckich dowódców w polskim (choć komunistycznym) wojsku”, jak pisał o tym fakcie prof. Patryk Pleskot w książce „Sądy bezprawia. Wokół pokazowych procesów politycznych organizowanych w Warszawie (1944-1989)”.

Stalinowska czystka jaka rozpoczęła w Wojsku Polskim legendarnym procesem czterech generałów –  Tatara, Hermana, Kirchmayera i  dowódcy ,,Operacji Wisła”, która zakończyła ukraińskie ludobójstwo narodu polskiego, czyli Stanisława Mossora, którzy w procesie trwającym od 31 lipca do 13 sierpnia 1951roku, któremu towarzyszyła brutalna kampania propagandowa wymierzona przede wszystkim w środowiska, z którymi mieli być związani ci oficerowie. Przebieg tej farsy procesu transmitowało radio, pisano o nim agresywne artykuły w prasie, a kronika filmowa pokazywała twarze rzekomych „spiskowców”, z równie odpowiednią nawałnicą zawoalowanej nienawiści, skierowanej wobec oskarżonych oficerów.

 

W przypadku procesu czterech generałów należy podkreślić, że z największą brutalnością ze strony stalinowskich oprawców spotkał się były dowódca ,,Operacji Wisła”, chyba nieprzypadkowo, generał Stefan Mossor: 

 

 

 

Generał dywizji Stefan Mossor – dowódca Grupy Operacyjnej Wisła

 

 

,,13 maja 1950 aresztowany pod zarzutem antypaństwowego „spisku w wojsku” (m.in. wraz ze gen. Stanisławem Tatarem i Jerzym Kirchmayerem). Oskarżano go o to, że w czasie II wojny światowej działał na szkodę państwa i narodu polskiego, sporządzając memoriały, w których „nakreślił projekt faszystowskiej Polski pod protektoratem hitlerowskich Niemiec”, a po 1945 prowadził – wraz z gen. Tatarem, gen. Kirchmayerem, gen. Hermanem, płk. Utnikiem, płk. Jureckim, płk. Nowickim oraz kmdr ppor. Wackiem – działalność szpiegowską skierowaną przeciwko państwu ludowemu. 13 sierpnia 1951 w tzw. „procesie generałów” Najwyższy Sąd Wojskowy, w składzie ppłk Roman Waląg, ppłk Roman Bojko i mjr Teofil Karczmarz, uznał go winnym zarzucanych czynów i skazał na dożywotnie więzienie i degradację. W 1951 wszystkie jego prace zostały wycofane z polskich bibliotek oraz objęte cenzurą. W więzieniu poddawany brutalnym torturom, jednak śledczym nie udało się go złamać i zmusić do obciążenia zarzutami innych, przede wszystkim gen. Wacława Komara i marsz. Żymierskiego. ( Głównym oprawcą generała Stefana Mossora, który torturował go nawet osobiście, był jego zastępca z czasów ,,Operacji Wisła”, d/s wojsk KBW generał Juliusz Hibner, w późniejszych latach sześćdziesiątych wykładowca fizyki na jednym z uniwersytetów w Paryżu i Warszawie, a także o ironio autor kilku traktatów filozoficznych. Takiej to ,,duchowej przemiany”doznał ten przyjemniaczek, gdy chazaria po 1956 roku utraciła władzę w Polsce) Karę Mossor odbywał w Zakładzie Karnym we Wronkach. 10 grudnia 1955 Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę dożywocia na 15 lat więzienia. Najwyższy Sąd Wojskowy udzielił Mossorowi rocznej przerwy w odbywaniu kary i 13 grudnia 1955 opuścił więzienie. 24 kwietnia 1956 jego sprawa została wznowiona, w efekcie czego postępowanie zostało umorzone, a generała prawnie zrehabilitowano.”

Generałowie Tatar, Herman, Kirchmayer i Mossor zostali skazani na dożywocie, Jurecki, Utnik i Nowicki dostali po 15 lat więzienia, a Roman oraz Wacek usłyszeli wyrok 12 lat więzienia. Wyroki uchylono na fali odwilży w 1956 roku. Nie doczekał tego gen. Herman, który zmarł w mokotowskim więzieniu w 1952 roku na zawał serca.  

Dlaczego oficerowie skazani w procesie generałów uniknęli najwyższego wymiaru kary?

– Można postawić tezę, że jeśli zasądzono by najwyższy wymiar kary, to ubyłyby osoby, które można było wykorzystać w przygotowywanym procesie Gomułki i Spychalskiego – oceniał prof. Rafał Habielski.

W latach 1950-1953 Informacja Wojskowa zatrzymała pod zarzutem szeroko rozumianej wrogiej działalności 2115 żołnierzy różnych stopni oraz pracowników cywilnych wojska. Od 1949 do 1954 roku zwolniono z wojska około 10 tysięcy oficerów uznanych za „wrogich” komunistycznej Polsce. W procesach politycznych w Wojsku Polskim pod sfałszowanymi zarzutami komuniści skazali łącznie 94 oficerów. Wydano 40 wyroków śmierci, z których 20 wykonano.

  Zdrajcy ojczyzny przed sądem

 http://www.repozytorium.fn.org.pl/?q=pl/node/6783

Ale o tych ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH wywodzących się z Ludowego Wojska Polskiego, nigdy nie usłyszycie w oficjalnym przekazie reżimowych mediów, jak również w tych mieniących się patriotycznymi, które ponoć strasznie prześladuje obecna władza. Sami domyślcie się Państwo, dlaczego ci ostatni milczą o tych faktach jak zaklęci? Ich nazwiska nigdy też nie zostaną wymienione w żadnym z Apeli Pamięci w tzw. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych 1 marca, choć byli takimi samymi wyklętymi, jak ci z leśnych ostępów.

No bo jak widać z powyższych dowodów, nie tylko wyklęci byli poddani zbrodniczym prześladowaniom w czasach bierutowsko – stalinowskiego terroru.     I nie tylko oni walczyli o wolną, niepodległą i suwerenną, od obcego dyktatu Polskę.

 Jacek Boki – 25 Marzec 2023 r.

Źródła:  

Inicjatywa Prezydenta: Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”

https://www.prezydent.pl/kancelaria/archiwum/archiwum-lecha-kaczynskiego/aktualnosci/rok-2010/inicjatywa-prezydenta-narodowy-dzien-pamieci-zolnierzy-wykletych,13696,archive 

Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” 

https://www.prezydent.pl/aktualnosci/polityka-historyczna/zolnierze-wykleci/narodowy-dzien-pamieci-zolnierzy-wykletych

Prof. Jacek Edward Wilczur – Raport Wilczura – Wydawnictwo Technol – Kraków 2010 r. str 42 – 43

70 lat temu zakończył się tzw. proces generałów

https://dzieje.pl/wiadomosci/70-lat-temu-zakonczyl-sie-tzw-proces-generalow 

Proces generałów. Tak zaczęła się stalinowska czystka w Wojsku Polskim

https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/2787644,Proces-generalow-Tak-zaczela-sie-stalinowska-czystka-w-Wojsku-Polskim 

Stefan Mossor

https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Mossor#cite_note-phw-42 

Prowadzenie tego bloga to moja pasja ale także wielogodzinna praca. Jeśli uważasz, że to co robię ma sens to możesz wesprzeć mnie w tym co robię, za co serca już teraz dziękuję.

PKO BP SA Numer konta: 44 1020 1752 0000 0402 0095 7431

================================

Tym tekstem kończę swoja działalność. Pozdrawiam Wszystkich.

Jacek BOKI

Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022.

Fauci kłamał a dzieci umierały: Tajne dokumenty CDC potwierdzają, że 120 tys. dzieci, nastolatków i młodych dorosłych „zmarło nagle” w USA do października 2022 roku po „awaryjnym” dopuszczeniu do użytku szczepionek Covid

fauci-lied-120k-children-died 25 marzec 2023.

Raz po raz w ciągu 2021 roku, dr Anthony Fauci, stał na podium, jasne światła reflektorów dodawały mu prawdomówności,, gdy stawał przed narodem. Pewną ręką trzymał fiolkę ze szczepionką Covid-19 firmy Pfizer, obiecując, że będzie ona kluczem do ochrony Ameryki i jej dzieci przed „śmiertelną” chorobą Covid-19, która rzekomo miała spustoszyć kraj.

Jednak mało kto wiedział, że prawda o bezpieczeństwie szczepionki Covid została zakopana głęboko w kłamstwach i oszustwach Fauci’ego oraz w poufnych dokumentach rządu USA i firmy Pfizer.

Fauci używał propagandy, kłamstw i manipulacji, aby zmusić rodziców do zaszczepienia swoich dzieci.

Jednak ciężar utraconych istnień szybko spadł na niego i na naród, ponieważ tajny raport Centrum Kontroli Chorób (CDC) ujawnił, że prawie pół miliona dzieci i młodych dorosłych zmarło w ciągu roku od jego fatalnego ogłoszenia, a ponad 118 000 z tych zgonów podejrzewa się jako niebezpieczne skutki uboczne szczepionki Covid.

Raport CDC powinien wywołać powszechne oburzenie i znaleźć się na pierwszej stronie każdej większej gazety. Zamiast tego jednak, spotkał się i nadal będzie spotykał z głuchym milczeniem. Pomimo oszałamiającej liczby zgonów, raport zostanie pogrzebany i zamieciony pod dywan.

Media głównego nurtu, pochłonięte pracą w nadgodzinach, aby odwrócić uwagę opinii publicznej propagandą na temat wojny na Ukrainie, rzekomych zmian klimatycznych i kryzysu kosztów życia, nie zwróciły i nie zwrócą uwagi na niszczące konsekwencje oszustwa dr Anthony’ego Fauci.

Opinia publiczna będzie nadal utrzymywana w niewiedzy, a rząd Stanów Zjednoczonych będzie się zwijał, aby ukryć swój własny udział w tragedii. Dr Fauci po cichu ogłosił przejście na „emeryturę” w sierpniu 2022 roku.

To wszystko jest biznes jak zwykle i po prostu kolejny dzień w biurze. Ale jest to również szokująca porażka przejrzystości i odpowiedzialności, a mieszkańcy Stanów Zjednoczonych powinni być na zawsze prześladowani przez życie utracone w wyniku skandalu ze szczepionką Covid.

W porównaniu z innymi krajami rząd Stanów Zjednoczonych był fatalny w publikowaniu odpowiednich i aktualnych danych, które pozwoliły nam przeanalizować konsekwencje wprowadzenia zastrzyków Covid-.

W końcu jednak udało nam się na nie natknąć dzięki instytucji znanej jako Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OEC).

OEC to organizacja międzyrządowa zrzeszająca 38 krajów członkowskich, założona w 1961 roku w celu stymulowania postępu gospodarczego i światowego handlu. I z jakiegoś powodu przechowują one bogate dane na temat nadmiernej liczby zgonów. Dane te można znaleźć dla siebie tutaj.

Poniższy wykres został stworzony na podstawie danych znalezionych w bazie OEC. Dane te zostały dostarczone do OEC przez amerykańskie Centra Kontroli Chorób (CDC). I pokazuje nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w wieku 0-44 lat w całych Stanach Zjednoczonych według tygodnia w 2020 i 2021 roku.

Oficjalne dane ujawniają, że nastąpił niewielki wzrost nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, gdy domniemana pandemia Covid-19 uderzyła w USA na początku 2020 roku.

Jednak wraz z wprowadzeniem zastrzyku Covid, można było oczekiwać, że zgony znacznie spadły wśród tej grupy wiekowej w 2021 roku. Zamiast tego jednak stało się coś zupełnie odwrotnego.

Nadmiar zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych był znacznie wyższy w każdym tygodniu w 2021 roku niż w 2020 roku, z wyjątkiem tygodni 29 i 30. Ale potem, w tygodniu 31, stało się coś drastycznego, co spowodowało, że nadmiar zgonów znacznie wzrósł wśród dzieci i młodych dorosłych.

A oficjalne dane przedstawione przez CDC, niestety pokazują, że trend ten utrzymał się w 2022 roku.

Najnowsze dane udostępnione przez CDC obejmują do 40 tygodnia, czyli tygodnia kończącego się 9 października, przy czym należy zaznaczyć, że ostatnie tygodnie danych mogą ulec zmianie. Ale jak widać z powyższego, 2022 był również znaczącym rokiem dla nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych.

Dla porównania, oto jak dotychczasowe dane za rok 2022 mają się do danych do 40 tygodnia w roku 2020 i 2021.

Dane źródłowe.

CDC potwierdziło, że w 2022 roku było do tej pory o 7 680 więcej nadwyżkowych zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych, niż w tym samym przedziale czasowym w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid-19.

Rok 2021 był jednak zdecydowanie najgorszy, z 27,227 większą liczbą nadmiernych zgonów do 40 tygodnia po wprowadzeniu zastrzyku Covid, niż to, co miało miejsce w 2020 roku w szczycie rzekomej pandemii Covid.

Poniższy wykres przedstawia oficjalne dane CDC dotyczące wszystkich zgonów i nadmiaru zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych w całych Stanach Zjednoczonych przed wprowadzeniem szczepionki Covid-19 oraz po wprowadzeniu szczepionek Covid-19 14 grudnia 2020 roku.

Powyższe dane ujawniają, że w roku 2022 do tej pory odnotowano jedynie 1 352 mniej nadwyżkowych zgonów wśród osób w wieku 0-44 lat w 40. tygodniu niż to, co miało miejsce w 51. tygodniu 2022 r., mimo że rok 2020 był rzekomym szczytem pandemii COVID i obejmował również dodatkowe 11 tygodni zgonów.

Jednak najbardziej niepokojące liczby ujawnione na powyższym wykresie to ogólna liczba zgonów i nadwyżki zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych od czasu wprowadzenia zastrzyków Covid-19.

Prawie pół miliona osób w wieku od 0 do 44 lat niestety zmarło od 51 tygodnia 2020 roku, a to spowodowało zdumiewającą liczbę 117 719 nadmiarowych zgonów w stosunku do średniej pięcioletniej 2015-2019.

Średnia długość życia w USA od 2020 roku wynosiła 77,28 lat. Jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że Covid jest śmiertelną chorobą to być może moglibyśmy się zgodzić, że 231 987 dzieci i młodych dorosłych w wieku do 44 lat umierających w 2020 roku skutkujących 40 365 nadwyżkami zgonów było straszną konsekwencją tej choroby.

Ale jeśli mamy wierzyć oficjalnej narracji, że zastrzyki Covid są bezpieczne i skuteczne, to jak można wyjaśnić dalszy wzrost liczby zgonów wśród dzieci i młodych dorosłych zarówno w 2021 jak i 2022 roku?

Wiemy, że miliony Amerykanów zostało zmuszonych do otrzymania zastrzyków i wiemy, że miliony rodziców zostało zmuszonych do zmuszenia swoich dzieci do otrzymania tych samych zastrzyków.

Odpowiedź leży w fakcie, że oficjalna narracja jest jawnym kłamstwem. Szczepionki Covid nie są ani jednym, ani drugim.

Dane dostarczone przez CDC, które niewiarygodnie trudno było znaleźć, dają nam jedynie wskazówki, że tak wiele zgonów wśród młodych Amerykanów miało miejsce. Ale dalsze dane opublikowane przez rząd Wielkiej Brytanii potwierdzają to.

Jednym z dowodów potwierdzających to jest raport opublikowany 6 lipca 2022 roku przez brytyjski Office for National Statistics, który jest agencją rządową Wielkiej Brytanii.

===============

mail:

Kiedy podobny raport zostanie ogłoszony w Polsce.
Tak przecież naśladują Amerykę.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalne napaści.

Żydzi w Izraelu, z poparciem policji, rządu, pełni nienawiści prześladują chrześcijan. Brutalna napaść na arcybiskupa w Jerozolimie

https://www.fronda.pl/a/Zydzi-przesladuja-chrzescijan-Brutalna-napasc-na-arcybiskupa-w-Jerozolimie,213192.html

Prawosławny patriarchat Jerozolimy, którego głową jest Teofil III, potępił napaść, do jakiej doszło w niedzielę w czasie porannej Mszy w Kościele Gestemani. „Dwóch izraelskich radykałów” [to nie „radykałowie”, lecz bezkarni bandyci, nienawistnicy md] usiłowało zniszczyć ikony i zaatakować arcybiskupa Joachima oraz drugiego duchownego. Napastników kilku mężczyzn obezwładniło i zatrzymało do przyjazdu policji.

Potępiając „ohydny atak terrorystyczny”, patriarchat stwierdza w wydanym oświadczeniu, że takie napaści „<radykalnych> ugrupowań izraelskich, których celem są kościoły, cmentarze i mienie chrześcijańskie, oprócz ataków fizycznych i wyzwisk wymierzonych w chrześcijańskie duchowieństwo, stały się niemal codziennym zjawiskiem, które ewidentnie się nasila w czasie świąt chrześcijańskich”.

W zeszłym miesiącu z takim oświadczeniem wystąpili franciszkanie z Kustodii Ziemi Świętej, podkreślając „narastającą serię poważnych aktów nienawiści i przemocy przeciwko chrześcijańskiej społeczności w Izraelu”. Powodem komunikatu franciszkanów była m.in. napaść „radykalnego Żyda” [znów we Frondzie wazeliniarskie sformułowanie; to bluźnierczy, pełni nienawiści bandyci. md]na Kościół Biczowania, w którym napastnik strącił figurę Jezusa usiłując ją zniszczyć, nim został unieruchomiony. Innym razem grupa Żydów zaatakowała turystów i zamieniła „siedzibę chrześcijan w pole bitwy” rzucając stołami krzesłami i szklankami. Poszkodowani musieli czekać godzinę na przyjazd policji.

Inne przykłady wrogości wobec chrześcijan to: profanacja cmentarza w Jerozolimie w styczniu tego roku, wandalski atak na centrum maronitów, strzały w kierunku katolickiej szkoły prowadzonej przez franciszkanki, graffiti „Śmierć chrześcijanom” na murach klasztoru. Jak przypomina Patrick Delaney z „Life Site News”, tego typu ataki, choć w ostatnim czasie się nasiliły, nie są niczym nowym w Ziemi Świętej.

Zdaniem publicysty władze Izraela w rzeczywistości „przyjęły celową politykę niszczenia, rabowania i profanowania kościołów w Palestynie w czasie wojny z 1948 i po niej”. A także dzisiaj zdarzają się przypadki, kiedy „radykalni Żydzi” plują na chrześcijan i zakłócają modlitwy. Delaney, przypominając m.in. słynne podpalenie Kościoła Rozmnożenia Chleba i Ryb w Tabdze w Galilei w 2015 r., podkreśla, że takie przestępstwa „praktycznie nigdy nie zostają wyjaśnione”.

W grudniu liderzy Kościoła katolickiego, prawosławnego oraz protestanci zwracali uwagę na „systematyczną próbę usunięcia” chrześcijan z Jerozolimy. W oświadczeniu zauważyli oni, że mimo deklaracji rządu Izraela, lokalni politycy nie dążą do tego, by położyć kres działaniom radykałów.

Na podobny problem w najnowszym oświadczeniu zwraca uwagę prawosławny patriarchat Jerozolimy, pisząc o braku „stosownej reakcji w skali lokalnej, jak i międzynarodowej, mimo apeli, próśb i protestów”. Wzywając społeczność międzynarodową do interwencji, a także domagając się „koniecznych środków prawnych” przeciw sprawcom, patriarchat jednocześnie zaznacza, że „jest boleśnie jasne teraz, iż autentyczna obecność chrześcijan w Ziemi Świętej jest w wielkim niebezpieczeństwie”.

LifeSiteNews.com

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa groźnie wojnę na Ukrainie

Amunicja ze zubożonym uranem podgrzewa wojnę na Ukrainie

Na podst.: asiatimes/depleted-uranium

Decyzja Wielkiej Brytanii o dostarczeniu Kijowowi kontrowersyjnej amunicji przeciwpancernej może spotkać się z rosyjskimi taktycznymi atakami nuklearnymi

Stephen Bryen

Pociski przeciwpancerne przeznaczone dla Ukrainy zawierają zubożony uran.

Brytyjskie ogłoszenie, że dostarczy Ukrainie amunicję ze zubożonym uranem (DU) do swoich czołgów Challenger 2 nie jest jednorazowe. Zostało ono uzgodnione ze Stanami Zjednoczonymi. USA znalazły sposób na przyspieszenie dostaw czołgów Abrams M-1 do Rosji poprzez wykorzystanie starszych modeli.

Działo gładkolufowe Abrams 120 mm, podobnie jak Challenger, używa amunicji ze zubożonym uranem, gdy strzela pociskami przeciwpancernymi. Czołgi Abrams wysłane na Ukrainę będą uzbrojone w amunicję ze zubożonym uranem „rozwalającą czołgi”.

Amunicja, o której mowa, jest amunicją penetrującą typu long dart: wykorzystuje specjalny pręt penetrujący wykonany z DU z dodatkiem tytanu i molibdenu.

Jest on bardzo ceniony przez wojsko, ponieważ penetrator DU jest samo-ostrzący (co oznacza, że nie ulega deformacji) i powodujący pożar. Jest bardzo skuteczny przeciwko czołgom uderzonym z boku, z tyłu lub z góry, ale mniej z przodu, gdzie może być odbity przez pochylony pancerz.

Penetratory APFSDS mogą być wykonane z materiałów innych niż DU, takich jak tytan. Rosjanie nazywają amunicję DU „brudną” bronią.

Zubożony uran jest bardzo ciężkim metalem, pozostającym z wirówek wzbogacających rozszczepialny U-235 dla broni jądrowej.

Broń DU zawiera mniej materiału rozszczepialnego niż naturalny uran. JDU jest używany w bardzo zwartej formie, zazwyczaj w celu ułatwienia penetracji pancerza i innych utwardzonych struktur.

Przeciwnicy amunicji twierdzą, że fragmenty metalu DU w glebie i pył DU w powietrzu mogą powodować liczne problemy zdrowotne, w tym raka.

Aerozol wytwarzany podczas uderzenia i spalania amunicji ze zubożonym uranem może skazić szerokie obszary wokół miejsc uderzenia i może być wdychany przez cywilów i personel wojskowy.[Groźne jest promieniowanie alfa, wysoko-energetyczne [ok 5 MeV].

Amunicja DU odegrała rolę w tzw. syndromie wojny w Zatoce Perskiej, a także wpływa na gęstość szpiku kostnego u żołnierzy trafionych fragmentami DU.

USA jest światowym mistrzem wagi ciężkiej w używaniu amunicji DU w Iraku, Syrii, Afganistanie, Bośni i Kosowie. 782 tys. naboi DU zostało wystrzelonych podczas wojny w Iraku w 1991 roku. Ponad 300 000 pocisków DU zostało wystrzelonych w Iraku w 2003 roku.

Zarówno USA jak i Wielka Brytania odrzuciły wezwania do zakazania broni ze zubożonym uranem.

Oprócz pocisków do czołgów penetrujących pancerz, USA używa amunicji DU do 30-milimetrowego działa GAU-8 Avenger Gatling w myśliwcu A-10 Warthog. A-10 odgrywały znaczącą rolę w wojnach w Iraku i Afganistanie.

Ostatniej zimy Ukraina „zażądała” od Stanów Zjednoczonych 100 odrzutowców A-10 i potajemnie szkoliła się w używaniu tych samolotów w walce. Jeśli dojdzie do ofensywy na Krymie, A-10 mogą zostać przeniesione na Ukrainę i pilotowane przez kombinację ukraińskich pilotów i być może ochotników, byłych pilotów US Air Force.

USAF od jakiegoś czasu próbuje pozbyć się A-10, które uważa za relikt zimnej wojny i mało prawdopodobne, by przetrwały w gęstym środowisku obrony powietrznej. W najnowszym opracowaniu USAF powiedziało, że chce jak najszybciej pozbyć się wszystkich swoich A-10. Z perspektywy USAF przesunięcie ich na Ukrainę uwalnia je od niechcianego ciężaru.

USA stara się również zrównoważyć przewagę Rosji w artylerii, wysyłając nowe haubice 155 mm, które mają zastąpić artylerię utraconą w wyniku rosyjskich ataków lotniczych i artyleryjskich.

Ukraińska armia toczy obecnie walki w Bachmucie, Awdijiwce, Vuhledarze i w okolicach Zaporoża. Bachmut jest dla wojny istotny, ponieważ jest tam zabunkrowana duża liczba ukraińskich żołnierzy, niektóre elitarne jednostki.

Szacunki mówią o zaangażowaniu aż pięciu ukraińskich brygad, reprezentujących być może nawet 15 tysięcy żołnierzy, choć brygady te poniosły wysokie straty i część żołnierzy, ale nie sprzętu, została wywieziona z miasta. Rosyjskie siły paramilitarne Grupy Wagnera twierdzą obecnie, że kontrolują około 70% miasta i wznowiły walki po krótkiej przerwie.

USA straciły 14 marca drona MQ-9 Reaper, działającego zaledwie 37 mil od Krymu w rosyjskiej strefie zamkniętej. Reaper jest nie tylko dronem myśliwskim, ale posiada zaawansowane czujniki, które bez wątpienia były wykorzystywane do zbierania informacji o celach, ale także do zbierania ELINT (elektroniczne przechwytywanie) rosyjskich jednostek wojskowych.

Złapany na gorącym uczynku przez dwa rosyjskie Su-27, dron rozbił się w morzu. [—]

Wprowadzając DU na Ukrainie, NATO zwiększa ryzyko, że odpowiedzią Rosji może być taktyczna broń jądrowa. NATO, jak widzą to Rosjanie, otwiera atomową puszkę Pandory.

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo. CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Diakon François de Pâris. Okrągły Stół i Czerwone Bractwo.

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (17)

Z nowym nurtem

Florine de Louvigny

Początkowo wynajmowany, później jednakowoż zakupiony przez Mikołaja Białeckiego, podczas jego pierwszego paryskiego pobytu, dom przy rue de la Tannerie, stał opuszczony i powoli popadał w ruinę, a przynajmniej tak się z zewnątrz prezentował, tkwiąc pośród zarośniętego, uschłymi teraz, bujnymi chwastami, które nieplewione zarosły gładkie niegdyś trawniki, a teraz powciskały się nawet w szczeliny bruku podworca.

Gdy wyjeżdżał z Pauline do Polski, obiecał jej, że co jakiś czas będą odwiedzać Paryż. Dlatego więc nabył ten dom. Póki im się dobrze w życiu układało, raz w roku słał pieniądze konsjerżce, która trzymała nad nim pieczę, sprzątała, doglądała, dbała o otoczenie. Po nieszczęściu jednak, które go dotknęło, zaniechał tego, bo być może nawet o tym nie pamiętał.

Teraz jednak, mimo iż dom był opustoszały, dziękował Bogu, że się go nie pozbył, miał bowiem gdzie głowę zachylić, a nie kłopotać się o znalezienie naprędce jakiegoś lokum. O tym zaś, czy pozostanie dłużej w owym miejscu, czy też nie, miał zdecydować później, gdy już odszuka świątobliwego ascetę, poleconego mu przez Wielebną Pannę Krystynę Brzezińską, benedyktynkę sandomierską.

Wydobywszy klucze, pootwierał nimi zamki i skierował się wprost do sypialni. Musiał odpocząć po podróży. Był tak zmęczony, że nawet nie miał siły myśleć o tym, by się wpierw umyć.

Mocno go zdziwiło, że dom nie jest wewnątrz w tak złym stanie, jak się był spodziewał. Wyglądało na to, że rzadko, bo rzadko, ale czyjaś ręka sprzątała tu jednak i wycierała kurze oraz pajęczyny. A i pościel wyglądała na w miarę świeżą.

Leżąc, jął rozmyślać, jak ma się zabrać za poszukiwanie owego świętego męża, bo to, co mu rzekła Brzezińska, zdjąwszy wpierw swymi modlitwami najcięższy kamień z jego duszy i splątanie z umysłu było bardziej niż enigmatyczne.

„– Jedź do Paryża… odszukaj…” – ba! łatwo powiedzieć odszukaj! Ale kogo?

* * *

Mikołaja obudził chrobot klucza przekręcanego w drzwiach wchodowych. B pewnym, że to złodzieje, mimo że takie przypuszczenie absolutnie racjonalne być nie mogło, albowiem była pełnia pięknego, pogodnego rozjarzonego blaskiem słońca, które już dość wysoko wpełzło na nieboskłon, styczniowego dnia 1721 roku.

Złodziej, nie złodziej, ktoś tu jednak wchodził. Mikołaj wstał z posłania, a że spał w ubraniu, zaledwie tylko bez butów, to i odziewać się nie musiał, przetarł jedynie zaspane oczy knykciami kciuków i przeczesał włosy palcami.

Na wszelki wypadek wziął jednak szpadę i lekko się na niej wsparłszy, czekał, kogo też ujrzy we drzwiach. Gdy te się uchyliły, krzepcej zacisnął dłoń na rękojeści, ale i też ją zaraz poluzował, w progu stanęła bowiem… konsjerżka.

Oh, mon Dieu! Bonjour, monsieur le chevalier! Bonjour!1 Co za niespodzianka! Jakże się cieszę! A gdzie pani?

Mikołaj pobladł straszliwie i zachwiał się na nogach. I pewnikiem byłby runął na podłogę omdlały, gdyby nie młode, lecz silne już dziewczęce ręce nie podtrzymały go i nie posadziły na najbliższym fotelu okrytym białym płóciennym pokrowcem.

– Proszę wybaczyć, panie kawalerze… – powiedziała nieomal szeptem konsjerżka. – Z pańskiego zachowania domyślam się, że nie ma jej już na tym świecie… Proszę wybaczyć…

– Cóż… nie mogę was, dobra kobieto, winić… Tak, nie ma już mojej ukochanej Pauline… i moich córeczek także nie ma pomiędzy żywymi, lecz wybaczcie, opowiadanie o tym przechodzi moje siły… może później… może później…

– Rozumiem.

Mikołaj spojrzał teraz na młodziuchną, z wyglądu mogącą liczyć jakieś czternaście, najwyżej piętnaście lat dziewczynę.

– Dziękuję ci, demoiselle, za pomoc.

Dziewczątko się spłoniło i cofnęło, by skryć się za korpulentną dozorczynią.

– To wasza córka?

– Nie, panie kawalerze. To sierotka, z dobrego domu, krwi szlachetnej, ale sama niczym palec. Przybyła tu z Marsylii szczęścia szukać w stolicy. Wszyscy jej bliscy krewni wymarli, kiedy znów nawiedziła nasz kraj jako kara boska, plague2, dalsza familia znać jej nie chce, a majątek rozdrapali wierzyciele, bo ojciec dziewczęcia nie umiał się gospodarzyć, więc się zapożyczał. Dzieła zaś dopełnili i zwykli złodzieje także. Została się tedy sama i bez jednego sou, w tym ledwie co miała na sobie. Gdyby nie ja, skończyłaby na ulicy. A z jej urodą, łasych na ten smakowity kąsek, starych wyuzdanych capów pewnie by nie brakowało. Przygarnęłam ją więc. Chronię, karmię, odziewam, w co tam mogę, na co mnie tam stać, bo przecież i własne dzieci utrzymać trzeba… Ale pozwolić tej ptaszynie pójść na zatracenie, na zmarnowanie? Sumienie by mnie zagryzło, gdybym do tego dopuściła. Ponieważ już się zdeklasowała przez zły los, który ją dotknął, to wielkiej kariery dla niej nie przewiduję. Ot, zostanie pewnikiem najpewniej pokojową, bo śliczna niczym anioł i tyle. A do niedawna przecie sama pokojową miała… Tak to się dziwacznie kręci ów kołowrót życia…

– Dobra z was niewiasta, zacna

Konsjerżka wzruszyła ramionami.

– A tobie, demoiselle, jak na imię?

– Florine, Florine de Louvigny, monsieur le chevalier.

Powiadasz, demoiselle, de Louvigny? Stara to szlachta?

Stara, panie kawalerze, nawet bardzo, normandzka. Ze czterysta lat by można udowodnić…

Cóż, tym bardziej przykro… Ale usiądźcie obie, proszę, chciałbym się dowiedzieć co tam w Paryżu. Szmat czasu tu nie byłem.

– A teraz przyjechał pan?…

– W pewnej konkretnej sprawie, którą samemu trudno będzie doprowadzić do skutku.

Może nam się uda choćby po trosze być pomocnymi? – zaofiarowała się konsjerżka.

– Może…

I pan Mikołaj, przełamując się, przełykając łzy, które dławiły mu gardło, opowiedział o wszystkim, co mu się przydarzyło od wyjazdu z Paryża w roku 1712.

– I nie wiem, jak mam odnaleźć tego ascetę, którego rzekomo w wizji ujrzała sandomierska mniszka – zakończył.

– W wizji? Może i w wizji, a może i nie… – dozorczyni z powątpiewaniem pokręciła głową. – A byłby pan łaskaw coś więcej o owej mniszce opowiedzieć?

Więc Białecki powtórzył dokumentnie wszystko to, czego od ojca rektora się dowiedział.

– I nie zdziwiło owo pana, panie kawalerze?

– Co niby?

– Ano te srogie pokuty…

– Wszak mniszki i mnisi umartwiają się, często ponad miarę i zwyczajną ludzką wytrzymałość.

– Tak, i owszem, ale to unikanie przyjmowania Komunii Świętej.

– Rzeczywiście! Na to nie zwróciłem uwagi! A przecie to tak bardzo charakterystyczne!

– Dla kogo? – wtrąciła się do rozmowy panna Florine.

Dla jansenistów, dla kogóż by innego.

– A skoro tak, to zagadkę mogę rozwikłać w jedną chwilę.

– Więc?…

– Więc owa mniszka bez wątpienia miała na myśli niejakiego François de Pâris, diakona, zagorzałego wyznawcę jansenistycznej doktryny, który porzuciwszy kościelną karierę, zamieszkał przy Rue des Bourguignons, w najnędzniejszej, najsmutniejszej i najbrzydszej dzielnicy, na przedmieściu Saint-Marceau czy też Saint-Marcel, które jest nazywane Faubourg SouffrantCierpiącym Przedmieściem.

Tak – potwierdziła konsjerżka – ów diakon to znana postać. Wielu ma go za świętego, który chyba przerósł w zasługach przed Stwórcą samego nawet Franciszka Serafickiego3.

Pan Białecki się zamyślił. Już raz miał do czynienia z jansenistami, więc obudziły się w nim poważne wątpliwości, a nawet niepokój, czy może bardziej nawet strach. Na samą myśl o okrucieństwie jansenistów popełnianym pod pozorem oddawania czci Bogu się wzdragał. Ale… co w swojej obecnej sytuacji miał do stracenia? A może ten jest inny? Kto wie?

– Gdyby pan chciał, monsieur, to ja… za parę sou… mogę zaprowadzić… wiem, gdzie to jest, znam dom, w którym mieszka – nieśmiało zaproponowała Florine.

Mikołaj przez dłuższy czas milczał, ale w końcu się odezwał.

– No dobrze, zobaczyć owego człowieka nie zwadzi. W końcu taki szmat drogi i to jeszcze zimą zjechałem. Może nie wszyscy janseniści są tacy, z jakimi wcześniej miałem do czynienia. Ale zanim coś więcej postanowię, najpierw wypłacę waszą należność i wyrównam dług, jaki wobec was mam, dobra kobieto, chyba że wpierw napalicie w kominku, bo ziąb tu okrutny, a panna Florine będzie tak uprzejma i przyniesie z najbliższej oberży coś do zjedzenia. Dla wszystkich, bo śniadać możemy razem, ujmy mi to nie przyniesie ni plamy na honorze. Pamiętam bowiem, że i ja kiedyś byłem nędzarzem. Syty człowiek jaśniej myśli. Co prawda powiadają, że kto nie doje, nie dopije, ten mądrze i długo żyje! Ale ja tam o pustym brzuchu nie mogę jasno myśleć, a w głowie mam groch z kapustą.

– Tego ostatniego zdania nie zrozumiałyśmy, panie kawalerze. Jaki groch? Jaka kapusta? Na śniadanie?

Mikołaj się uśmiechnął.

– Et, nic ważnego, to takie polskie powiedzenie, takie określenie na zamęt w głowie.

– Aha – powiedziała konsjerżka, ale po minie widać była, że nadal nie wie, o co młodemu szlachcicowi chodziło.

* * *

Kiedy już podjedli, kiedy Mikołaj zapłacił dozorczyni i zapytał ją:

Bardzom ciekaw czemuż to opiekowaliście się domem przez tak długi czas bez zapłaty? A jakbym nigdy się już tu nie pojawił, dom zaś sprzedał?

– Prawdę rzekłszy, to nie wiem. Jak widać, nadto się nie wysilałam, tyle com tam od czasu do czasu z grubsza ogarnęła w środku, na zewnątrz zostawiając wszystko naturze – stąd tyle chwastów. Miałam jednak przeczucie, że pan tu wróci…

– I tylko przeczucie?

– No, tak.

– Tedy za owo przeczucie dam wam o jedną czwartą więcej, niż jestem winien. A co do propozycji tej młodej osóbki, to powiem tak: zgoda, panno Florine przyjmuję . Wiem, że każde sou jest dla ciebie ważne, bo co zarobisz, to umniejszy ciężar, jaki stanowisz dla swej opiekunki.

Panna zarumieniła się. Po części ze wstydu, po części z radości, że będzie mogła uczciwie cokolwiek zarobić.

– Więc jakże, demoiselle? Jutro wyruszymy na owo przedmieście? Dziś, gdy się tylko ogarnę po podróży, wynajmę karetę, nie będziemy przecie po Paryżu biegać pieszo, a na moim wierzchowcu nie będziemy we dwoje jeździć, ani to wygodnie, ani też wypada.

– Oczywiście, panie kawalerze. O której mam się tutaj stawić?

Jak najwcześniej, ale nie za wcześnie najlepiej, gdy już będzie całkiem jasno. Nie będę ukrywał, że byłbym ci też wdzięczny, jeślibyś jutrzejszego ranka również przygotowała mi jakieś śniadanie. Proszę – oto pieniądze na wiktuały.

Florine słysząc to wszystko, ze wszystkich sił pohamowała się przed tym, iżby nie podskoczyć z radości. „Och, gdyby ten smutny pan zechciał mnie przyjąć u siebie na służbę” – pomyślała. Ale to marzenie zdało się jej nadto zuchwałe i zgoła nierealne, więc go czym prędzej przegoniła precz ze swojej ślicznej główki.

Rue des Bourguignons

Gdy Florine i pan Mikołaj Białecki dotarli na Cierpiące Przedmieście, miało się już prawie pod południe. Rue des Bourguignons była to uliczka wąska, byle jak wybrukowana, nie płaska, ale uformowana z dwu stron łagodnie pochyło, dzięki czemu na styku owych pochyłości tworzył się wąski odpływ, czy może rodzaj płytkiego rynsztoka, który odprowadzał z ulicy i deszczówkę i nieczystości, które były wylewane wprost przed drzwi bynajmniej niepięknych i nieokazałych domostw.

Jak łatwo się domyślić w powietrzu unosił się odór nieczystości i gęsty opar wilgoci, mimo iż był to przecie styczeń, a dzień raczej dość chłodny. Brak jednak najmniejszego choćby podmuchu wietrzyku i to, że nie było mrozu, lecz odwilż, sprawiało, iż fetor był trudny do zniesienia dla kogoś, kto do niego nie przywykł.

– To tu. To ten dom – powiedziała przewodniczka, wskazując dłonią jedną z kamieniczek przylegających do tak wąskiego chodnika, że dało się nim iść co najwyżej gęsiego.

Budynek był piętrowy, z poddaszem, z trzema przylegającymi do siebie w jednym rzędzie lukarnami. Tynk był brudny, tu i ówdzie skruszały i mocno wypłowiały, barwy, którą nie do końca można było określić, ale chyba najbardziej zbliżonej do bladej ochry, czy może jednak raczej do mocno brudnej sieny palonej.

Po jego lewej stronie, gdy się stanęło twarzą do frontu, znajdował się mur z drzwiami prowadzący zapewne do skromnego ogródka, na co by mogły wskazywać wystające zza niego i lekko opuszczające się na ulicę gałęzie bezlistnych teraz drzew owocowych. Lecz nie tędy szło się do świątobliwego diakona. Ów mur należało minąć i wejść w następne drzwi, w drzwi domu, bo diakon na razie jeszcze nie mieszkał w ogródku. Drzwi te wiodły do ciemnej sieni, z której prowadziły na poddasze strome niewygodne i zniszczone przez czas i korniki sosnowe schody.

Florine i Mikołaj rozejrzeli się bezradnie, nie bardzo wiedząc, gdzie teraz mają się skierować. Zatrzymali się więc zdezorientowani, bo na parterze znajdowało się kilka pomieszczeń.

Ich wahanie nie trwało jednak długo, jakiś pędrak bowiem, liczący może osiem, może dziewięć lat, pędem zbiegający ze schodów na ich widok zawołał:

Jeśli do wielebnego diakona, to tędy!

I wyskoczył na ulicę, gdzie dołączył do gromadki oczekujących go już rówieśników.

* * *

Diakon François de Pâris był niezwykłym człowiekiem, który raz obrawszy drogę, która wedle jego pojęć powinna go doprowadzić do Boga, przez wszystkie lata swego żywota, od momentu podjęcia najważniejszej w swym życiu decyzji, obrania drogi w kapłaństwie, był najpokorniejszym i najskromniejszym sługą Najwyższego, dla Którego poświęcił wszystko… odrzucił świecką karierę, odrzucił dobrobyt, jaki mógłby mieć w domu ojca, a gdy po jego śmierci przypadł mu w udziale spadek, natychmiast rozdał go biedakom.

Jego życie można streścić w czterech słowach: modlitwa, pokuta, miłość i pokora. Mimo iż miał szanse na karierę duchowną, także i z niej również zrezygnował. Po otrzymaniu świeceń diakonatu4 odmówił przyjęcia święceń o stopień wyższych – prezbiteriatu. Oddalił się od świata i żył w samotności i nędzy. I to w nędzy wprost nieopisanej…

Modlitwa, medytacje, niebywale srogie umartwianie ciała, kilkakrotna zmiana miejsca zamieszkania, aby zapewnić sobie całkowitą anonimowość… Ale podejmowanie znalezienia jeszcze głębszego odosobnienia, jeszcze bardziej skrytego miejsca, gdzie by mógł pozostać człowiekiem zupełnie nieznanym, kłóciło się z innym jego pragnieniem – utworzenia duchowej wspólnoty… I znalazł kilku pobożnych naśladowców, z którymi wiódł cichy i uświęcony żywot.

Zasady obowiązujące wspólnotę skreślone jego ręką były nadzwyczaj proste: modlitwa, odosobnienie i umartwienia ciała. I to wystarczało, bo – spoglądając na nie od końca, musi się zauważyć, iż umartwianie ciała uniemożliwia bunt przeciwko duchowi, odosobnienie odsuwa od człowieka wszelkie myśli, które by go mogły rozpraszać, a jeśli umysł jest wolny, serce szybuje ku Bogu przez modlitwę.

Owa mała gromadka zamieszkała w oddzieleniu od ludzi, w miejscu spokojnym, w maleńkim domku z niewielkim ogrodem, do którego można było się dostać, przechodząc przez nędzną kamienicę przylegającą do rue de Bourgogne.
Pokornemu diakonowi jednakowoż nie było dane, iżby całkiem skryć się przed ludzkim wzrokiem, a i przed wzrokiem swoim konfratrów także. Gdy zauważono, że owi pokorni biedacy z ubożuchnego domku bywają w kościele Saint-Médard, po naszemu Świętego Medarda, zaczęto się im baczniej przyglądać, a gdy kapłani odkryli, że jeden z nich to diakon François de Paris, przymusili go zajmowania miejsca w stallach, pośród duchowieństwa, a do nawet włączenia się w życie parafii, gdzie poruczono mu obowiązki nauczyciela.
A jakby tego było jeszcze za mało, przymuszono go również i do tego, iżby na nowo począł przystępować do Komunii św., do której przez nieomal dwa lata nie przystępował. Powstrzymywał się zaś od komunikowania z obawy, iż nie jest tego godzien, a jeśli nie jest godzien, to może dopuścić się zniewagi i zbezczeszczania Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, a już sama myśl o tym wprawiała go w bojaźń i drżenie serca.
Lecz nie udało się diakonowi to, czego pragnął – uciec przed światem, bo sława jego świętości rozeszła się szeroko. Więc nie mógł dalej kryć się przed ludźmi, a przykład jego pokutniczego życia począł się rozprzestrzeniać. I przychodzili już odtąd potrzebujący po radę, po modlitwę, po ukojenie, po wsparcie. A on już przed nikim się nie zamykał, przyjąwszy to jako misję otrzymaną od Boga5.

* * *

Florine i Mikołaj odnalazłszy izbę, w której mieszkał ów skromny sługa Najwyższego, z ciekawością mu się przyglądali.

François de Pâris ubrany w mocno zniszczoną, wyszarzałą i pocerowaną, ale czystą sutannę, z niegdyś pewnie śnieżnobiałą, ale teraz już w zdecydowanie kredowym odcieniu befką6 pod szyją, twarz miał pociągłą, usianą odrażającymi bliznami po przebytej ospie, rysy wyostrzone, nos dość okazały, i raczej niezbyt kształtny, usta wygięte w podkówkę, włosy ciemne, przycięte w kacapkę i znacznych rozmiarów tonsura na wierzchu głowy dopełniały wizerunku. Diakon odmawiał modlitwy, bezgłośnie poruszając wargami, jednocześnie z niewyobrażalną chyżością robiąc na drutach pończochę.

A cóż to takiego? – zdumiony pan Białecki szepnął do ucha dziewczynie.

– On te pończochy rozdaje ubogim, bo na inną jałmużnę już go nie stać – odpowiedziała, a potem ozwała się głośno:

Laudetur Iesus Christus!

Duchowny przestał poruszać wargami, uniósł głowę i wyblakłymi, załzawionymi oczami o mocno popuchniętych powiekach, spojrzał na dziewczynę.

Nunc et in aeternum7.

Amendopowiedział Mikołaj.

Diakon milczał, przyglądając się przybyłym.

Białecki tymczasem nadal rozglądał się dyskretnie, niemniej dokładnie, lustrując zarówno samego de Pârisa, jak i też izbę, w której tenże mieszkał.

Zdumiało go nieopisane ubóstwo, bo skoro – jak go poinformowała Florine – brat (o czym wszyscy wiedzieli) wypłaca mu skromną, lecz przecie stałą roczną rentę, a ponadto przychodzą tu ludzie, czy to po pomoc duchową, czy też, by najzwyczajniej w świecie zaspokoić ciekawość i na własne oczy zobaczyć żyjącego świętego, to bez wątpienia zostawiają mu jakieś datki, albo w naturze, albo w monecie. Tymczasem tu nie było nic, nic zgoła, poza najprymitywniejszymi i to absolutnie niezbędnymi sprzętami.

Rozwikłanie tej zagadki akurat nie było trudne – otóż wielebny diakon François de Pâris wszystko, co skądkolwiek dostawał, natychmiast rozdawał ubogim, sobie zostawiając zaledwie tyle, by podtrzymać w swym umęczonym ciele iskierkę życia, jadając wyłącznie jeden nader skąpy i postny posiłek dziennie, a często były to tylko surowe warzywa. Ten niedoszły – bo jego ojciec się na to absolutnie nie zgodził – benedyktyński mnich, po ukończeniu u oratorianów Seminarium św. Magloire’a8 i przyjęciu święceń diakonatu, odsunął się na ubocze i żył samotnie w niewyobrażalnej wprost nędzy.

Nawet w najbardziej dokuczliwe zimno nigdy nie rozniecił ognia, iżby się ogrzać, lecz heroicznie znosił chłód. Chadzał też boso przez rok okrągły, nie zważając czy jest upał, czy mróz. Posłanie urządził sobie na odwróconej plecami do wierzchu i położonej na płasko starej szafie, poza tym był jeszcze posiadaczem niewielkiego stołu, zydla, pulpitu do czytania i półki zawieszonej na ścianie, mieszczącej – na oko szacując – około czterdziestu woluminów. Oczywiście był też krucyfiks i brewiarz…

Chociaż bynajmniej tym się nie chwalił, to jednak powszechnie wiedziano (no bo przecież – jak głosi stare porzekadło: „wiedzą sąsiedzi, na czym kto siedzi”), iż na gołe ciało zakłada włosiennicę, na ramię metalowy ostry łańcuch, biodra zaś opasuje równie ostrym paskiem uplecionym z żelaznych ogniw, a nocami, kiedy inni ułożyli się już do snu, on w ciemności modląc się żarliwie i wylewając obfite ślozy, przepraszając Boga za własne grzechy i grzechy świata, smaga plecy żelaznym biczem, aż z poprzecinanej skóry tryska krew. A kiedy już kończy wieczorne praktyki pokutne, układa się do snu na owej szafie, wprost na surowych deskach, okrywając się tylko prostokątnym kawałem zgrzebnej materii najeżonym metalowymi kolcami, które gdy przysypia i traci czujność, mocno go kaleczą przy zmianie pozycji. I owo prześcieradło służy mu za całą pościel.

Widząc to wszystko, trudno było sobie wyobrazić, jakim cudem w tej ludzkiej istocie życie się jeszcze tliło i duch w niej kołatał. Ba! Jakim cudem odznaczał się jasnym i przenikliwym umysłem, a ludzi potrafił oceniać tak celnie, iż rady czy zalecenia, jakich udzielał proszącym, zawsze wychodziły im na dobre. Miał bowiem niezaprzeczalny dar czytania w ludzkich sercach i umysłach.

Monsieur le Diacre Panie Diakonie9odezwała się Florine.

Tak, moje dziecko?

– Ten oto polski szlachcic, chciałby przed tobą serce otworzyć i o modlitwę poprosić.

Diakon skinął głową, wyrażając zgodę.

– Dobrze. Zostaw nas samych.

Florine wyszła więc na korytarz cuchnący starym moczem, zatęchłą wilgocią i grzybem wgryzającym się w tynki.

Mężczyźni zostali sami.

Diakon nic nie mówił. Przyglądał się tylko panu Białeckiemu.

Ten ostatni też milczał, bo nie wiedział jak zacząć. Ale gdy w końcu się przełamał i wypowiedział pierwsze słowa, de Pâris położył palec na ustach i szepnął.

– Nie trzeba, panie kawalerze. Zajrzałem do twego poranionego i przeżartego bólem serca. Ból oddaj Panu Bogu, rany przyschną, a ty żyj… wszak wiesz, że nie dla siebie samego jesteś stworzony… taaak… ty to wiesz… ty wiesz…

Mikołaj pokręcił głową.

– Nie, Monsieur l’Abbe, te rany nigdy się nie zabliźnią.

– Nie słuchałeś uważnie. Nie powiedziałem, że się zabliźnią, lecz że przyschną… Modlitwa… tak… będę się modlił w twojej intencji… ofiara… ofiaruję swój dzisiejszy obiad jakiemuś bardziej potrzebującemu niż ja…

– Panie! Wszak powiadają, że jadasz tylko raz dziennie!

– Cóż z tego?

– A ja? Co ja mam czynić? Oczywiście wiem… modlić się… umartwiać… to wiem… i to wszystko? To potom przejechał taki szmat drogi, by wysłuchać tego, com sam wiedział, zanim rozpocząłem podróż?

– A czegoś oczekiwał? Że dokonam cudu? To nie ja, to Pan Bóg cudów dokonuje. Gdyby uznał, że jest dla ciebie niezbędny, to by się wydarzył… a może cud się właśnie rozpoczyna i będzie trwał w czasie?

– Nie rozumiem…

– Przyjdzie chwila, kiedy zrozumiesz.

Diakon przymknął oczy. Nie wiadomo, czy dlatego, iż był mocno zmęczony, czy też chciał w ten sposób dać Mikołajowi do zrozumienia, żeby już sobie poszedł.

I to już wszystko?

– Nie, jeszcze jedno – odpowiedział mu de Pâris – ożeń się, monsieur le chevalier.

– Co? Co mam zrobić? – Mikołajowi aż zakręciło się w głowie, bo te słowa poczuł jakby uderzenie obuchem i zarazem jak rozdzierające serce szpony krogulca, odnawiające ledwie zasklepiającą się ranę.

Ożeń się.

– Ojcze!

– Ożeń się.

– Dlaczego? Z kim?

Masz tę osobę na wyciągnięcie ręki. Dlaczego? Abyś uratował swoją duszę nieśmiertelną, na którą diabeł zasadzkę zgotował.

Żeniąc się? – wykrztusił zdumiony Mikołaj.

Miej syna… gdy odchodzimy bezpotomnie, nie ma komu modlić się za nas…

– Wszak pan, panie diakonie, nie masz dzieci!

Ale François de Pâris już mu na to nie odpowiedział.

Pan Białecki postał jeszcze przez parę chwil, a w końcu sięgnął do sakiewki, wydobył z niej sztukę złota i kręcąc głową po części ze zdziwieniem, po części z dezaprobatą, a po części z niedowierzaniem, położył monetę przed diakonem. Ów zaś w żaden sposób nie zareagował i tym razem pokazując, że z jego strony rozmowa jest definitywnie zakończona, znów zaczął poruszać ustami w cichej modlitwie i powrócił do przerwanego dziergania pończochy…

* * *

Panie kawalerze – konsjerżka, krzepka jeszcze wdowa, która na dobre wprowadziła się do oficyny domu przy rue de la Tannerie, bo bez jej pomocy trudno byłoby Mikołajowi utrzymać dom w jakim takim porządku, z natury będąca osobą dość bezczelną, mówiła: – Radzę naszej sroczce, żeby znalazła sobie jakiegoś starego kochanka między szlachetnie urodzonymi, wszak sama ma błękitną krew, to nijak się jej nie godzi być gdzieś za służącą. Ale ona się wzdraga. A taki staruch, z pękatą sakiewką mógłby jej zapewnić znośną przyszłość. No niechże pan powie, czy nie mam racji?

Ale Mikołaj ją ofuknął:

– Też coś! Raczej o zamęściu powinna myśleć.

– A pewnie, pewnie, tylko kto ją zechce? Goła jest, więc choćby i najpiękniejsza nie ma widoków ni na zamążpójście, ni na klasztor nawet, bo i tu, i tu potrzebny przecie posag! Zostaje jej więc tylko kochanek. Najlepszy oczywiście byłby król – zachichotała – niestety to całkiem nierealne.

– Będę się starał jakoś jej pomóc. Przecie mając świadomość, że tylko droga grzechu dla niej się otwiera, bo inne się pozamykały na głucho, wziąłbym ów grzech po części i na własne sumienie.

– To co? Wywianuje ją pan, panie kawalerze?

– A wiecie co, dobra kobieto? A może to jest i pewna myśl! Muszę owo rozważyć. Biedny nie jestem, rodziny nie mam żadnej… a tak i dziewczynie bym pomógł i Pana Boga pewnie takim postępkiem uradował… rozważę to, na pewno rozważę…

Okrągły Stół i Czerwone Bractwo

Król August II, któremu Niemcy nadali przydomek der Starke, a Polacy Mocny, może był i mocny, bo i podkowę w rękach złamał i niejedną tęgą – zda się – pijacką głowę przetrzymał i nie padł nieprzytomny pierwej, nim już wszyscy inni nie popadali. I w rozpuście prym wiódł. I to nie lada jaki, bo przypisywano mu spłodzenie coś koło trzystu dzieci (chociaż się do tylu nigdy nie chciał przyznać), ale ilu mu się nie dało przypisać? Może drugich trzystu? Tego nikt nie wiedział.

Zatem ów mocny król schodził wygodnymi schodami, z komnat zamkowych drezdeńskiego zamku ku wykwintnie urządzonym pomieszczeniom piwnicznym. Gdzie od 1708 roku regularnie zbierało się przy Confidenztafel, przy „zaufanym” Okrągłym Stole, nader doborowe towarzystwo noszące nazwę Bractwa Wrogów Wstrzemięźliwości, będące po części lożą różokrzyżowomasońską i stowarzyszeniem „przyrodników” oraz „filozofów”, po części zaś zgrają niegodziwców, hultai, pijaków, plugawych łajdaków oraz wysoko urodzonych ladacznic i wywłok, ale nigdy podczas zaufanych i tajnych zebrań nieprzekraczających liczby dwunastu, w proporcjach ośmiu mężczyzn na cztery niewiasty.

To zapewne tu, wiosną roku 1709, poważnie radzono nad unicestwieniem Rzeczypospolitej, nad rozbiorami Polski, bo pomysł ów, który po raz pierwszy przyszedł Augustowi II do głowy już w roku 1703, kiedy to proponował go w Berlinie Fryderykowi I pruskiemu i Karolowi XII szwedzkiemu, już go nigdy nie opuszczał. To tu zajmowano się czarami i alchemią i to tu odbywano orgie pijackie i seksualne, na ogół zresztą ze sobą połączone. A nie było żadnej, najbardziej nawet wyuzdanej rozpusty, której by tu się nie oddawano, której by tu nie uprawiano, której by tu się nie dopuszczano

Contubernium, czyli stowarzyszenie owo złożone w swym wyższym, bo „oświeconym” stopniu wtajemniczenia, a nie w swej najniższej pijacko-łajdackiej warstwie, zajmowało się zagadnieniami filozoficznymi, przyrodniczymi i duchowymi, czyli magią (a jakże), geomancją, kabalistyką, alchemią i astrologią. I to wszystko sub rosa...10

Dzięki temu, iż przy Auguście kręciły się nieliche umysły ówczesnej doby, takie jak „przyrodnicy i filozofowie”, a w rzeczywistości przede wszystkim alchemicy i okultyści – Pauli, Tschrinhaus czy Leibniz, Mocny, dzięki opiniom, jakie na jego temat ów ostatni rozgłaszał, uchodził w Europie za tęgą i wyjątkowo oświeconą głowę. A to, co się w podziemiach zamkowych drezdeńskiego zamku działo po uczonych dysputach i magicznych obrzędach, nie było w ogóle brane pod uwagę. Wszak tak spracowanemu politycznie, umysłowo i twórczo monarsze należało się też i trochę rozrywki i odprężenia

Ale sprawiedliwie nadmienić należy, iż mieszkając w roku 1702 w Sandomierzu i mając u swego boku Tschrinhausa, snuł wespół z nim chwalebne plany utworzenia Akademii Umiejętności, ale saskiej, nie zaś polskiej bynajmniej. Jednakowoż, na planach się tylko skończyło.

I tak się jedno z drugim, a drugie z trzecim przeplatało…

Król, wszedłszy do tajemnej komnaty, tej z okrągłym stołem na dwanaście osób, a nie tej gdzie się upijano i oddawano wszelkim możliwym do wyobrażenia cielesnym rozkoszom, ani nie tej, w do której wynoszono pijanych do nieprzytomności mężczyzn i kobiety, ze zdumieniem zauważył, iż nie jest sam, chociaż wybrał się tu, będąc pewnym, że pomieszczenia są puste, bo chciał nieco odpocząć i przemyśleć kilka ważnych kwestii w cichości, oto bowiem ujrzał siedzącego tam markiza Balletti, hrabiego de Montferrat, hrabiego Bellamarre, hrabiego de Saint-Germain i diabli wiedzą, jak on się tam jeszcze nazywał…

August skrzywił się na jego widok, jakby octu się napił.

– Czy nie ma przed tobą, hrabio, żadnych zamknięć, zamków żadnych?

– Jak widzisz… Auguście.

– Jakeś mnie nazwał? Warto by cię wybatożyć! – monarcha był wyraźnie wściekły.

– Spróbuj…

Król się zamachnął na przybyłego, ale ów siedział, nie drgnąwszy nawet, nie mrugnąwszy powieką, pięść zaś Sasa jakby powstrzymana jakąś niewidzialną mocą zawisła unieruchomiona, jakby ściśnięta w potężnym imadle, tuż nad głową Ballettiego, na którą, gdyby spadła, roztrzaskałaby ją bez wątpienia jak pustą skorupę orzecha.

Ten ostatni zmienił się na twarzy, która upodobniła się w pewnej mierze do wężowej maski, z prostopadłymi źrenicami i zasyczał:

– Ty śmieciu, ty grudko psiego łajna, wyniosłem cię na tron, to i strącić z niego mogę…

– Ty?… ty?… – August odzyskał mowę, lecz wciąż nie mógł się poruszyć. – Kimże więc jesteś – pytał teraz już wyraźnie wylękniony, ale jednocześnie wciąż jeszcze bezczelny czyż nie zaledwie jednym z braci? Bracia mnie na tron wynieśli, a nie ty… szlachetko!

Markiz nie zareagował na obelgę.

– Jednym z braci? A cóż oni dzisiaj mogą? Może za jakiś czas… jeszcze lata muszą upłynąć… całe dekady… Ale kimże są ci bracia beze mnie? Takim samym psim łajnem, jako i ty.

Król bacznie wpatrywał się w zmienioną twarz i przerażające oczy markiza.

– Ty… jesteś… diabłem…

Ale Balletti nic na to nie odrzekł, uniósł tylko prawą dłoń i wykonał gest mano cornuta11, a król natychmiast zwiotczał.

– Siadaj pan! – polecił Augustowi markiz.

August posłusznie usiadł.

Widzę, iżeś zapomniał, skąd ci nogi wyrastają. Czyżbyś naprawdę zapomniał naszej nocnej rozmowy w tym po trzykroć przeklętym Sandomierzu, w tym najbardziej polskim z polskich miast? A może ją zlekceważyłeś? Więc ci – i to już po raz ostatni – przypominam: po to żeś podstępem przywdział polską koronę, iżby państwo to zniszczyć, a nie roić swoje idiotyczne plany. Za mało przesz ku temu, co ci wyznaczono, co dla cię zaplanowano. Zrozumiałeś?

Sas bezwolnie skinął głową.

Markiz ciągnął więc dalej.

– Niby jesteś adeptem… niby… ale nie patrzysz szerzej, zajmujesz się błahostkami…

– Jeśli ja się zajmuję błahostkami, to co, panie markizie jest tak naprawdę ważne? Wszak przed chwilą twierdziłeś, że unicestwienie Polski… bo jej, choć naiwna, to przecie szczera wiara stoi nam na przeszkodzie… tyle że ja nie bardzo wiem do czego…

Taaak… unicestwienie… ale to tylko jeden ze środków do celu… a co naprawdę jest ważne i jaki to cel? Przemiana człowieka.

– Cóż to znaczy? Na czym ma polegać? Na oświeceniu go chyba?… Czyż nie? I czyż nie o to zabiegam… zabiegamy? – poprawił się czym prędzej.

Na oświeceniu?… żałosne… Musimy stworzyć człowieka nowego i doskonałego… taaak… a właściwie to człowieka-nieczłowieka… istotę, która by w sobie łączyła cechy różnych bytów… by łączyła w sobie przeciwieństwa…

– Czyli?

– Ma to być i człowiek i zwierzę i byt anielski zespolone w jednej istocie. Ma to być kobieta, mężczyzna i jednocześnie istota zdolna do amagogenezy12, mieszcząca w sobie wszystkie możliwe i niemożliwe do wyobrażenia płcie, ma w niej tkwić jednocześnie ciemność i światłość, ale ma też tryskać i błękitnym płomieniem – symbolizującym nieskończoność i wieczność, rozpacz i cierpienie, i bezmiar światłości zarazem wykwitającym z ciemienia wybrańców, z którego trzeba wreszcie zdjąć kipę13, by od owego płomyka zgorzał cały świat, a z jego popiołów zrodził się świat nowy. Ma to być istota łącząca to, co niskie, z tym, co wysokie, ma to być istota, która ma moc solve et coagularozwiązywania i związywania, rozpuszczania i ścinania… Wreszcie osoba ma się przemienić w osobnika, w bezwolnego, bo stanowiącego tylko część roju. Właśnie tak… nie społeczności, a roju

August pokręcił przecząco głową.

To jest niewykonalne.

– I owszem, jest. Najpierw uderzyliśmy w rozum, przyjdzie czas, że uderzymy w wolę, a na samym końcu w uczucia.

– Toż to nadludzkie przedsięwzięcie. Jak tego dokonać?

A skąd ten pomysł, że ma być ono ludzkie? Ty zniszcz Rzeczpospolitą, a my zdziałamy resztę… Bo teraz, jak już wcześniej rzekłem, tylko ten kraj stoi nam na przeszkodzie… Gdyby nie twój przygłupi, nierozumny poprzednik… Sobieski… tam… pod Wiedniem… już by Znienawidzony otrzymał srogi cios w samym sercu oddającej Mu cześć papistowskiej części Europy… Ale stało się… chociaż… chociaż… tamten plan tylko odwlecze się w czasie… tylko odwlecze… on nie umarł ani nie został poniechany, lecz jedynie odłożony na przyszłość… a my, choć czasu mamy niewiele14, to względem was, dwunożnych bydląt i tak aż nadto… To tyle. Przypomniałem ci się.

Markiz, rzekłszy to, podniósł się zza stołu i niespiesznie skierował do innego z podziemnych pomieszczeń, gdzie nie było żadnych drzwi, ani żadnych okien. Król zaciekawiony po cóż gość tam zmierza, podążył za nim, ale kiedy wszedł do owego ślepego zakamarka, nikogo w nim nie było.

Sas stanął jak wryty. Zdumienie, ale i lęk straszny jakiś go sparaliżowały. „Nie mógł inaczej stąd się wydostać, jak tylko przeniknąwszy przez ścianę” – przeleciało mu przez głowę… zadrżał i cofnął się do pierwszej z komnat.

* * *

August II Mocny, po zniknięciu markiza usiadł przy stole, oparł głowę na pięści i się zamyślił…

Czuł się po trosze skonfundowany, a po trosze upokorzony… słowa markiza nie do końca były dlań zrozumiałe. A może nawet całkiem niezrozumiałe?… Miał zamęt w głowie…

Rzeczpospolita… on jej król, ale i nie-król zarazem. Podstępny oszust, który nie tylko zdradził (no, może nie tak do końca) swoją dotychczasową luterską wiarę, ale przy pomocy intryg, spisków i tajnych układów nałożył na swoje skronie polską koronę, pierwej ją zrabowawszy, wdzierając się do skarbca koronnego przez dziurę wybitą w ścianie, początkowo nie chciał bynajmniej zniszczenia tego ogromnego państwa. Ostatecznie jednak jego niemiecki ciasny pragmatyzm skłonił go do tego, by bardziej zadbać o własne prywatne interesy w takim zakresie, w jakim jest to możliwe i osiągalne, niż o jakiekolwiek interesy kraju, który teoretycznie mógł doprowadzić do niewyobrażalnej wprost potęgi i być królem nad cesarzami…

I co mu teraz zostało? Tajemniczy markiz uprzytomnił mu, że nie ma wyjścia, że musi płynąć z prądem rzeki, w którą go wrzucono… Co prawda obeznany we wszelkiego rodzaju wieszczbach, przepowiedniach, prognostykach, wróżbach, czy jak to tam zwać wiedział, że słowa proroctwa zapisane niegdyś przez saksońskiego profetę Grebnerusa15 w Sericum Mundi filum, czyli Jedwabnej nici świata, nie muszą się odnosić bynajmniej do władców Brytanii, ani tym bardziej Szwecji, lecz do Augusta z rodu Wettinów… a on i do rodu tego przynależał i August mu było na imię

Niestety teraz markiz ostatecznie już rozwiał jego nadzieje… Lata przemijały, niesnaski, niepokoje, wojny, spiski i konfederacje, szarpanie się z Leszczyńskim o koronę na podobieństwo psa, który drugiemu chce wyrwać z pyska smaczną kość szpikową. I to ustawiczne uzależnienie od innych… od Rosjan, Szwedów, Turków, Żydów… od fochów polskich królewiątek-karmazynów.

I na diabła mu to wszystko było? Nie tylko, że zdradził Lutra, formalnie przechodząc na katolicyzm, chociaż tak naprawdę nigdy się katolikiem nie stał, ani tym bardziej nie czuł, ale jeszcze i Maryi, tej częstochowskiej Maryi w 1717 roku ufundował koronę… wchodząc tu w alians z papieżem… czy dla protestanta mogła być większa zbrodnia? Większy grzech?

No i czy nie dlatego, że przeszedł na stronę papistów, wszystkie jego ambitne plany brały w łeb? Jeden po drugim? A jedyne co mu naprawdę perfekcyjnie wychodziło to opilstwo i rozpusta…

Jak to pisał Grebnerus? Król przywołał w pamięci jego złowieszczo brzmiące słowa:

„O podziwu godne przemiany narodu polskiego, które nastąpią, o ile Polska nie obierze sobie polskiego lub niemieckiego księcia, jakiego jej narzucą sąsiednie Prusy i Niemcy ewangelickie… Polacy, wskutek niewczesnych rozruchów, utracą granice swoje od strony Inflant, Prus, aż po Kaszuby i Pomorze, po kresy Marchii brandenburskiej i po pola śląskie…”16

Mroczne proroctwo już w roku 1582 wieszczyło upadek i rozbiór Polski, która to przecie była wówczas u szczytu swej potęgi i chwały

I August przypomniał sobie jeszcze jedną przepowiednię, przepowiednię króla Jana Kazimierza, który, zgorzkniały i opuszczony, takie wyrzekł słowa: „Bo to złe – to jest rozbiór Polski – coraz bardziej zagraża. Obym był fałszywym prorokiem, ale to wam powiadam, że… pójdzie Polska na rozszarpanie narodów. Kozak i Moskal zagarną ludy językiem bliższe do siebie i nawet Wielkie Księstwo Litewskie sobie wezmą, Wielkopolskę i Prusy Brandenburczyk zajmie, a dom austriacki o Krakowie i Rusi pomyśli”17.

I August jeszcze bardziej posmutniał… Wiedział, że losu tego kraju skazanego na zagładę nie zmieni… więc przynajmniej go dobije, niczym dogorywającego tytana w akcie miłosierdzia, wbijając mu mizerykordię w gardłochoć marzyło mu się zostać królem papieży i cesarzy w królestwie mesjańskim, jakie miało nastać, gdy imperium tureckie runie, a żydzi do Ziemi Świętej powrócą i tam państwo swoje ustanowią… lecz to nie za jego czasów i nie za jego przyczyną miało nastać owo tysiącletnie królestwo, w którym będą wszelkie rozkosze dostępne… ale skoro nie tam, to tu i teraz będzie ich zażywał…

Tym bardziej że markiz swą wizytą i swoimi słowy tym razem już ostatecznie rzecz całą przypieczętował i sprawił, iż August wszelkie swoje wielkomonarsze ambicje porzucił, bo w końcu wreszcie pojął, iż nie takie zadanie mu wyznaczono i nie taką ani władzę, ani chwałę dlań przewidziano. A wręcz przeciwnie, żadnej władzy i żadnej chwały, a wyłącznie może i ważnego, może niezbędnego, niemniej tylko trybiku w machinie świat ten doczesny tworzącej i jego dzieje…

Choć jeszcze kilka miesięcy temu zdawało mu się, że tajny układ (o którym mu szpiedzy donieśli) zawarty, w minionym 1720 roku, w Poczdamie między Prusami a Rosją, iżby Polskę w stanie bezsilności utrzymać, pilnując, żeby nic się w jej ustroju nie zmieniło, ni obieralność monarchów, ni wszechwładza sejmów (o ile nie byłyby zrywane) i owo nieszczęsne liberum veto, to tylko jeden ze spisków, przeciw któremu można zawiązać kontrspisek, to teraz zobaczył wszystko w zupełnie nowym świetle…

Rzeczpospolita gniła…

– I niechże zgnije… trzeba tylko dla nas co nieco z niej wyszarpać – powiedział sam do siebie król. Po czym podniósł się zza stołu i przeszedł do drugiej z komnat piwnicznych. Zbliżył się do kredensu z mahoniowego drewna inkrustowanego macicą perłową, otworzył drzwiczki, wyjął największy z pucharów, jakie tam stały, wydobył flaszę armaniaku i napełnił nim ów kielich. Wypił duszkiem. Napełnił kielich po raz drugi i znów wypił duszkiem. Armaniak palił go w gardło. Osunął się na zydel, ujął głowę w dłonie i czekał, aż lęk zmieszany z irytacją go opuszczą. Zdało mu się, że zbyt długo to trwa, więc po raz trzeci nalał po wręby trunku do kielicha i wlał go sobie do gardła. Minął niespełna kwadrans, gdy wreszcie poczuł miłe drętwienie mięśni twarzy, szmer w głowie i napływ pewności siebie i animuszu…

Wstał gwałtownie, przez co zachwiał się lekko na nogach, ale złapawszy równowagę, ruszył w stronę swoich apartamentów.

To na teraz tyle, a wieczorem będziemy ucztować… tak… wieczorem będziemy ucztowaći to jak!

* * *

Widzieliśmy już, jak ważne rzeczy działy się w Dreźnie i jakby momentami równolegle w Sandomierzu. Dziwnym by było, gdyby nie mniej ważne nie działy się w Warszawie. I oto nim rok 1721 dobiegł końca, w mieście tym zapalono światła pierwszej polskiej masońskiej ly, która, choć powiązana z lożami angielskimi przybrała nazwę francuską – La Confrérie Rouge, co się wykłada jako Czerwone Bractwo, a która działała wedle siedmiostopniowego Rytu Różokrzyża. Poza karmazynami, takimi jak Czartoryski czy Ossoliński, zasiadali w niej i pomniejsi magnaci, w tym również i niewiasty, co było osobliwe, albowiem do lóż angielskich ich nie dopuszczano, no, ale tu na razie jeszcze była Polska

I tak oto nastawał ostatni już etap w dziejach wolnej Rzeczypospolitej – etap jej unicestwiania, strącania najpotężniejszego europejskiego mocarstwa, najobszerniejszego i najzasobniejszego kraju przynależącego do cywilizacji Zachodu, w ognistą przepaść, w której miała zgorzeć, a jej popioły kędyś, het, w nieznane miał ponieść czarny rwący nurt podziemnej rzeki piekielnej, spadającej w bezdenną otchłań z hukiem potężnego, spienionego ludzką posoką wodospadu

I krew i łzy, rozpacz i ból i knut i kazamaty, i kibitki i niezmierzona głusza zmrożonej tajgi, i śmierć szczerząca się drwiąco wypróchniałymi zębami i robak-niszczyciel, który wgryzał się w serca, dopadły Polaków

Czerwone Bractwo przy Okrągłym Stole dopadło Polaków

Rozterki

Pan Mikołaj Białecki nie poprzestał na jednej wizycie u świątobliwego diakona, ale żadna z nich w znaczący sposób nie odbiegała od tej pierwszej. W końcu zatem zrezygnowany przestał tam bywać.

Pobyt w Paryżu był dlań niełatwy. Zbyt wiele miejsc przypominało mu ów okres platonicznego zakochania i zarazem ową nadzieję na spotkanie tej, która zamieniła z nim kilka zdań na balu karnawałowym w Wenecji i przez posłańca podesłała liścik-intrygę markiza. Cierpiał na wspomnienie tej nadziei, jaka ongiś tu właśnie żyła w jego sercu, a teraz bezpowrotnie umarła… i nie tylko w przenośni.

Teraz więc pozostało mu tylko pielęgnować wspomnienia, choć były gorzkie, ale była to jakaś gorycz zaprawiona pewną nutką słodyczy bolesnej…

Każdego ranka, ledwo tylko szarość nieco rozjaśniła czerń nocnego nieba, bez względu na pogodę udawał się wciąż w tę samą stronę. Najpierw wędrował brzegiem Sekwany ku Pont Notre-Dame, przechodził przez ów most, a znalazłszy się na Île de la Cité, powoli, spokojnym krokiem podążał najpierw ulicą de la Lanterne i następnymi, by na końcu dotrzeć do ulicy Cloître-Notre-Dame. Tu, dotarłszy do kamienicy opatrzonej numerem ósmym, stawał na wprost niej i z bólem malującym się na twarzy wpatrywał w okna mieszkania, w którym kiedyś bywała jego ukochana, chociaż nigdy się tam z nią nie spotkał, ani nigdy w nim nie gościł. Niemniej był to jakiś jej ślad, który urastał do rangi nieomal jej symbolu.

Mijały miesiące, minął rok, a może i więcej? Chociaż czuł ból w sercu, to jednak powolutku już on blakł. I jeszcze tylko pamięć tego, co się wydarzyło ciągle była w pełni żywa…

* * *

Mikołaj przejęty cierpieniem i wspomnieniami nawet nie zauważył, iż konsjerżka pojawia się w jego domu coraz rzadziej, aż w końcu całkiem przestała tam bywać. Ponieważ jednak jakaś ręka dbała o ład i śniadanie zawsze było na stole o ustalonej porze, nie zauważył tego nawet.

Do czasu jednak.

Przyszedł taki moment, iż wreszcie to dostrzegł.

Konsjerżkę zastąpiła bowiem Florine, jej podopieczna.

Panu Białeckiemu zrobiło się głupio. Zdawał sobie bowiem sprawę, czym jest bieda dla osoby krwi błękitnej, zdawał sobie sprawę, że zdeklasować można się tylko raz, a wrócić do swojego stanu… cóż to się zdarzyło chyba tylko jemu… no i może zdarza się owo jeszcze w baśniach…

Florine, Florine de Louvigny, powiedział półgłosem bardziej do siebie niż do dziewczyny, która przygotowywała stół, aby podać śniadanie.

– Słucham, panie kawalarze.

– Wybacz, że cię nie zauważałem…

– Nic nie szkodzi. Może to i lepiej. Zawsze się starałam, nie wchodzi panu w oczy.

– A to czemu?

– Obawiałam się bowiem, żeby mnie pan nie odprawił… przecie ze mną się pan nie umawiał, tylko z moją opiekunką…

– Rzeczywiście. Nie z tobą.

Tedy?…

– Tedy nie mogę pozwolić, iżby moją służącą miała być panna ze szlachetnego rodu!

Dobrze, monsieur le chevalier… podam tylko śniadanie i pójdę się spakować…

– A dokąd to? Gdzie, demoiselle, mieszkasz?

– W oficynie, w podwórzu. Jest tam jedna przyzwoita izdebka i ją zajęłam.

Florine, skłoniła głowę przed Mikołajem i ruszyła w kierunku drzwi.

Demoiselle! Zaczekaj!

Zatrzymała się, ale nie odwróciła. Stała, oczekując być może jakichś ostatnich słów przy tym rozstaniu, albo kilku monet jako wynagrodzenia za posługiwanie Białeckiemu.

– Florine… zbliż się do mnie.

Podeszła do stołu. Twarz miała białą jak papier, czego Mikołaj nie omieszkał zauważyć.

– Florine, idź, spakuj swoje rzeczy i wracaj tu co rychlej. Będziesz mieszkała ze mną.

Dziewczątko zadrżało.

– Nie musisz się lękać. Nie chcę cię upokorzyć jeszcze bardziej, niż los cię upokorzył. Nawet przez myśl mi nie przeszło, by zrobić z ciebie swoją kochankę.

– Zatem nie rozumiem, panie kawalerze.

– I ja też, szczerze powiedziawszy, nie za bardzo rozumiem tej decyzji, którą w tej chwili podjąłem. No nic… to nieważne… Posłuchaj, dziewczyno. Mam pieniądze, na niczym mi nie zbywa, mogę cię potraktować jak kogoś z rodziny, jak rezydentkę. Tak wiem – uniósł palec – powstrzymując Florine przed próbą powiedzenia czegokolwiek. – To niezbyt zręczna dla ciebie sytuacja, ale służącą nie będziesz! Zatrudnię bowiem wreszcie służbę – kucharkę, pokojową, lokaja, stangreta, ogrodnika i kogo tam jeszcze będzie trzeba.

– A jaka będzie moja rola?

– Będziesz mi towarzyszyć, przy stole, w teatrze, na spacerach… nic nadto… chyba że taki układ ci nie odpowiada, to nie będę cię zatrzymywał.

Nic nie odpowiedziała, tylko bladość zniknęła z jej twarzy zastąpiona silnym rumieńcem.

* * *

I tak upływały kolejne dnie… Aż wreszcie nadszedł taki, którego pan Mikołaj uznał, że Paryż go męczy i dłużej w tym mieście żyć już nie chce.

W pierwszej chwili pomyślał, iż może powinien wrócić do Sandomierza, ale miasto owo obmierzło mu ponad wszelką miarę. I miejsce i ludzie głupi i zawistni. Owszem, musiał tam zajechać z dwóch powodów – by pomodlić się na grobach matki, żony i córeczek, oraz iżby odebrać resztę pieniędzy złożonych w depozycie u jezuitów. Ale po załatwieniu tych spraw chciał od tego miejsca znaleźć się jak najdalej.

I wtedy przyszło mu na myśl, iż przecie jego naddziad, Jur Białecki, który poślubił Walerię-Katarzynę-Małgorzatę hrabiankę d’Urgel y d’Osona, na pograniczu francusko-hiszpańskim, w górskiej okolicy, po teściu odziedziczył był kęs kamienistego gruntu i starożytny zamek. A jeśli ktoś do tej pory nie zajął go prawem kaduka, to teraz on jest zamku owego właścicielem. Może by więc tam się udać? Gdzie inny świat, inni ludzie, obyczaje, widoki… więc może?…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1O mój Boże! Dzień dobry, panie kawalerze! Dzień dobry! (fr.).

2Zaraza, czarna śmierć, dżuma. Grande peste de Marseille, która nawiedziła Marsylię w roku 1720, była już ostatnią, jaka pojawiła się we Francji.

3Franciszek Seraficki, inaczej Franciszek z Asyżu (1181-1226), święty Kościoła Katolickiego.

4W Kościele katolickim najniższy z trzech stopni kapłaństwa.

5Adrien Borel, Les convulsionnaires et le diacre Pâris. Extrait de L’Evolution psychiatrique, Paris 1935, pp. 5-7.

6Befka – rodzaj wypustki pod szyją zakładanej na sutannę lub togę składającej się z dwóch rozdzielonych, lub nierozdzielonych prostokątnych białych płatów materiału długich na około 15-20 cm. Dziś poza Braćmi Szkolnymi nieużywana przez duchowieństwo katolickie. Dawniej w powszechnym użyciu. Nie jest poprzedniczką koloratki, a dawniej mogła być nawet używana razem z tą ostatnią.

7Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus… Teraz i na wieki. (łac.).

8Św. Magloire (?-575) walijski święty misjonarz i biskup Dol-de-Bretagne. Paryskie seminarium imienia tego świętego utworzono 1618. Była to nadzwyczaj prestiżowa uczelnia duchowna, a w wieku XVIII matecznik jansenizmu w stolicy Francji i kolebka duchowieństwa konstytucyjnego po rewolucji 1789 r.

9Monsieur le DiacrePanie Diakonie, we Francji do duchownych zwracano się nie tak jak w Polsce „proszę księdza”, lecz albo ogólnie: Monsieur l’Abbe – Panie Ojcze, albo zgodnie z wykonywaną funkcją – do proboszcza Monsieur le Curé, do wikarego Monsieur le Vicaire.

10Sub rosa (łac.) – pod różą, w znaczeniu w tajemnicy.

11Dłoń rogata (wł.), diabelskie rogi, gest wykonywany na cześć szatana przez jego wyznawców, dziś bezmyślnie (albo i nie) demonstrowany szczególnie przez młode osoby i osoby życia publicznego – prezydentów, papieży, co tłumaczy się, że znak ten w angielskim języku migowym oznacza również „kocham cię”.

12Rozmnażanie bezpłciowe organizmów żywych.

13Kipa – jarmułka, to mała okrągła czapeczka, którą ortodoksyjni żydzi zakładają na głowę, zakrywając ciemię.

14Odniesienie do Objawienia św. Jana, rozdziału 12, wersetu 12.

15Grebnerus – Paul Grebner (1560-1590) autor słynnego proroctwa dotyczącego dziejów Europy.

16Kazimierz Marian Morawski, Bractwo wrogów wstrzemięźliwości. Studium historyczne z czasów Augusta II, s. 12-13, Sandomierz 2018.

17Józef Chociszewski, Księga sybillińska o przyszłości, Inowrocław 1895, s. 244.

POSTĘPOWA RODZINA

POSTĘPOWA RODZINA rodzina


– Jak to się stało, że delegowano właśnie ciebie tu na sam szczyt? – zapytał Borys
– Tata załatwił – odparła dziewczyna.
– Nie dosłyszałem twojego nazwiska.
– Nazwisko nie ma tu nic do rzeczy. Tatą nazywam drugiego męża trzeciej żony pierwszego męża mojej mamy.
– Nie chwytam. Ty się możesz w tym połapać?
– Czasami – przyznała Jasiunia. – Najtrudniej jest spamiętać kto jest moim bratem, albo siostrą, a z kim nie łączą mnie żadne więzy rodzinne.
– No proszę! – powiedział Borys. – A konserwatystom się zdaje, że to oni popierają duże rodziny.
– Są w mylnym błędzie,
– Cytujesz naszego nobli­stę?
– Kogo?
– Mniejsza z tym. Masz bardzo postępową rodzinę.
– Starzy tacy postępowi nie są. Moja mama czte­ry razy wychodziła za mąż i cztery razy się rozwodziła, za­nim zrozumiała, że związku nie należy pieczętować nawet w Urzędzie Stanu Cywilnego.
– Zapewne.
– Są jednak wyjątki. Moi dwaj bracia chcieliby zostać małżeństwem i założyć rodzinę.
– Jak przystało na prawdziwych Europejczyków.
– Kiedy dojdziemy znowu do władzy, to będą mogli sobie dzieci adoptować.
– Pragną mieć samych synów, jak się domyślam.
– Skąd wiesz? – zdziwiła się Jasiunia.

 

Grabienie grantów

Grabienie grantów

Małgorzata Todd grabienie  
           Szanowni Państwo!
           Czy 2+2 to tyle samo, co 2×2, czyli 4? Matematyk odpowie twierdząco i doda, że jest to jedyne zestawienie cyfr, których suma jest tożsama z ich iloczynem.  Humanista będzie zastanawiał się nad punktem widzenia problemu, albo czymś podobnym. Prawnik wyłączy komórkę i zapyta, patrząc ci w oczy „a ile chcesz, żeby było”? Która z tych postaw jest dla społeczeństwa najkorzystniejsza?
           Kiedyś informacja prowadziła do wiedzy, a ta z kolei do mądrości. Dlaczego używam czasu przeszłego? Bo taka zasada przestała obowiązywać w natłoku internetowych sensacji, z których trudno wyłowić ziarno prawdy. Takiego zagracenia przestrzeni medialnej zbędnym balastem nikt przy zdrowych zmysłach nie wytrzymuje, a co dopiero wydobywanie z tego ścieku rzetelnej wiedzy! Teraz wiedza, kojarzy się raczej z wiedźmą, jak przed wiekami, kiedy to stare wiedźmy wiedziały najlepiej, udzielały porad wszelakich, bo w ciągu długiego życia mogły zebrać więcej informacji, niż młodzież. Współczesnej młodzieży mądrość, kojarzy się zapewne z wymądrzaniem się różnych dupków na dowolne tematy.
           Naukowcy poszukiwali jednak od zawsze prawdy o otaczającym ich świecie, a przynajmniej czynili to przez dwadzieścia ostatnich wieków. W wieku XXI zaniechali zbędnego wysiłku. Obecni „naukowcy” poszukują już wyłącznie grantów, a tych za dociekanie prawdy sponsorzy przecież nie dają.
           Przeróżne wynalazki leżą sobie opatentowane w sejfach, żeby nie psuć interesów tym przy żłobach. Tu należałoby przytoczyć jakichś spektakularny przykład, ale pojawia się sprzeczność wewnętrzna, bo gdybym taki przykład mogła przytoczyć, to by znaczyło, że ktoś żłobu nie dopilnował i tajemnica wyciekła, przestałby być tajemnicą. Przed wojną opowiadano sobie taką anegdotkę, że ktoś wynalazł zapałkę wielokrotnego użytku, ale monopol zapałczany zniszczył projekt, który by go zrujnował.
           Do sprawy warto by podejść od innej strony. Zamiast demaskować „zamrażaczy” patentów, należałoby patenty objąć bezwzględnym prawem polegającym na tym, że ten, kto patent kupi, musi go wdrożyć do produkcji i to w konkretnie przewidzianym terminie. Jeśli nie, to patent wraca do pierwotnego właściciela, który może go ponownie sprzedać. Proste? Zbyt proste, żeby mogło doczekać się realizacji. Już prawnicy, odpowiednio wynagradzani, przez kogo trzeba, do tego nie dopuszczą.

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

E-lektyki dla E-ludków.

E-lektyki dla E-ludków

mgr inż. Zbigniew Dworakowski 2023.03.24

Są tzw „egzemplarze ludzkie”, dla których przekonującym argumentem do zasadności stosowania samochodów z silnikami elektrycznymi jest to, że „jednak wielu ludzi te E-lektyki kupuje i są z ich użytkowania zadowoleni”.

Kupują te śmieszne E-lektyki (rozkraczające się masowo na autostradach z powodu rozładowania akumulatorów) ludzie nowocześni, mający pieniądze na wyrzucenie, ale za to potrafiący pokazać się innym jacy to są … no właśnie nowocześni i postępowi. A wychodzą na pospolitych postępaków. Akumulatory po 5, 6 latach eksploatacji w tych śmiesznych pojazdach tracą połowę swojej pojemności (na jednym ładowaniu można przejechać już nie np. 150 km, a tylko 75 km). Wymiana tychże akumulatorów kosztami dorównuje połowie nowej E-lektyki. Do gaszenia tych E-lektyk potrzebny jest specjalny kontener z tysiącami litrów wody, a po ugaszeniu neutralizacja tej mocno skażonej wody jest bardzo problematyczna i słono kosztuje. Samo gaszenie tego mocno toksycznego pożaru trwa od kilku do kilkunastu godzin. Są w sieci www stosowne relacje kompetentnych strażaków. W zasadzie nikt nie chce podejmować się serwisu tych E-lektyk, bo to jest dość skomplikowane i mocno ryzykowne. Po prostu jak coś się popsuje to trzeba wozić do serwisu setki… jeśli nie tysiące km.

E-lektyki dla E-ludków – śmieszny pojazd dla jeszcze śmieszniejszych ludzi. Nie jest mi żal tych ludzi w rozkraczonych swoich E-lektykach na autostradach i stacjach benzynowych czekających godzinami na doładowanie. Szkoda, że nie szarych komórek. Nie żal mi ich, ponieważ są w awangardzie tego oszukańczego światowego geszeftu dla … E-ludków.

Bardzo obrazowo cały bezsens stosowania E-lektyk przedstawia żart [to nie żart, sprawdziłem.. MD] pokazujący ten egzemplarz samochodu ze spalinowym agregatem prądotwórczym na bagażniku rowerowym z tyłu samochodu.

Oczywiste wnioski nasuwają się same. Zastępowanie samochodów z silnikiem spalinowym samochodami z silnikiem elektrycznym to zabieg czysto marketingowy, podrzucany przez cwaniaków od tzw. geszeftu mało wykształconym ludziom, lub ludziom (jak mawia Stanisław Michalkiewicz) wykształconym w „akademiach gotowania na gazie”.

Emisja z samochodów osobowych to jaka część ogólnej emisji z transportu ? Niewielka. Wybuch jednego wulkanu równa się emisji całej EU przez wiele lat ? Człowiek ze swoją emisją jest jeszcze za „mały”, by móc wpływać globalnie na klimat na Ziemi => ponad 2/3 powierzchni naszej przepięknej planety to woda, czasami głębsza od najwyższej góry. Ale oświeceni oszuści wmawiają nam, że ta 1/3 i to kiepsko – jednak zaludniona ma globalny wpływ na resztę – O trochę logiki … jest taka prośba…..

Ten oszukańczy ekologizm nie jest oparty na żadnej logice i nauce. To czysty[ no, bardzo brudny, panie Optymisto.. MD] geszeft w wielu wymiarach. A o odwiertach Duńczyków w wiecznej zmarzlinie na Grenlandii i oczywistych wnioskach z tego płynących … cisza. Te ekologiczne indywidua rozkazały nawet dwukrotnie zrobić te odwierty, bo z tych pierwszych były niezadowolone. Te drugie zrobione w innych miejscach potwierdziły pierwotne wnioski, że na przestrzeni mln lat na Ziemi jeśli idzie o temperaturę i zawartość gazów cieplarnianych było wielokrotnie „gorzej”, lub podobnie jak dzisiaj, a człowieka przecież wtedy na Ziemi nie było.

Przyczepili się tylko jak „pijany do płota” do wyników z ostatnich kilkudziesięciu tyś. lat historii i nazwali to nawet „efektem kija hokejowego”. To wszystko nie ma nic wspólnego z nauką. Tacy krętacze zawsze na pytanie ile jest 2 x 2 odpowiedzą bezczelnym pytaniem „a ile ma być ?”. A absolwenci tzw. „akademii gotowania na gazie”, których jak widać trochę jest, łykają te „mądrości” bez jakichkolwiek intelektualnych oporów.

================

MD:

Sądzę jednak, że są to problemy wzrostu.

Słyszałem z grona wiarygodnych wynalazców, że opatentowano ogniwo paliwowe na wodór i tlen z powietrza. Sprawność jego wynosiła około 80%. Jednak musieli sprzedać patent firmie, która produkuje obecne baterie elektryczne. A ona oczywiście ten patent schowała. Jednak mam nadzieję, że rozwiązania racjonalne oraz prawda zwyciężą.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi.

Coraz większy problem z samochodami elektrycznymi. Ale politycy wciąż ulegają eko-lobby

coraz-wiekszy-problem

Eko-wariaci usilnie wciskają nam drogie samochody elektryczne jako remedium na „walkę z globalnym ociepleniem”.

Tymczasem produkcja samochodu elektrycznego wiąże się z większą emisją CO2 niż produkcja samochodu spalinowego. I to dwukrotnie!

==================

Według badań, emisja dwutlenku węgla powstającego podczas wytworzenia pojazdu elektrycznego jest nawet dwukrotnie wyższa niż w przypadku pojazdu na paliwo kopalniane. Głównym czynnikiem wpływającym na tę różnicę jest produkcja akumulatorów litowo-jonowych, która jest bardzo energochłonna i szkodliwa dla środowiska, o które tak rzekomo walczą eko-lewacy.

Eko-aktywiście przekonują wprawdzie, że w dłuższej perspektywie elektryk jest bardziej eko, bo nie emituje spalin w trakcie jazdy. Ale trzeba do tego spełnić szereg warunków. Chociażby ładować auto energią ze 100% OZE (którego produkcja też wcale nie jest taka eko), ale infrastruktura energetyczna nie jest do tego kompletnie przystosowana. To, przynajmniej obecnie, po prostu nierealne.

Lobbyści często zgrabnie pomijają jeszcze jeden bardzo ważny argument świadczący na ich niekorzyść – elektryki, a ściślej mówiąc baterie do nich, są znacznie mniej żywotne, po kilku latach trzeba kupić nową (bardzo drogą, kosztującą kilkadziesiąt tysięcy złotych, lub wymienić całe auto), czyli proces produkcji i emisji dwutlenku węgla zaczyna się od nowa.

A jeśli samochód byłby stosunkowo rzadko użytkowany, to już w ogóle jego wpływ na środowisko – biorąc pod uwagę moment od rozpoczęcia produkcji – jest znacznie gorszy niż spalinowy.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem związany z elektrykami. Jak czytamy w serwisie interia.pl: „Problem polega na tym, że nawet niewielka stłuczka najczęściej kończy się decyzją o zezłomowaniu samochodu. Wystarczy niewielkie nawet uszkodzenie podwozia, zarysowanie obudowy baterii, by ubezpieczyciel podejmował decyzję o wymianie całego akumulatora. A ponieważ jest on drogi (często na rynku wtórnym kosztuje więcej niż płacą producenci) naprawa samochodu staje się nieopłacalna. W efekcie ubezpieczyciel pokrywa kosztu zakupu nowego samochodu, który oczywiście trzeba wyprodukować, emitując przy tym CO2. Z kolei uszkodzony samochód, często młody i z niewielkim przebiegiem, trafia na złomowisko”.

Podejmujący decyzję i wpływający na nasze życie politycy, ulegający eko-lobby, są najwyraźniej głusi na powyższe argumenty. Tworzą nierówne przepisy, nakładają horrendalne podatki na spalinowe samochody, w ten sposób próbując nas pośrednio zmusić do przejścia na elektryki. A w przyszłości, od 2035 roku, chcą w ogóle zakazać sprzedaży spalinówek. Kogo nie będzie stać na elektryka, a takich osób będzie bardzo dużo, pozostanie mu komunikacja zbiorowa. Pozostawiająca także wiele do życzenia.

A jak w praktyce wygląda jazda autem elektrycznym i ile dłużej zajmuje pokonanie dłuższej trasy? Sprawdził to niedawno Łukasz Kotkowski z portalu chip.pl. Wnioski są zatrważające.

Zjeżdżanie z trasy, liczne postoje, niepewność do samego końca. Prawda o jeździe samochodem elektrycznym w Polsce