Operacja “Menora”, czy jakaś inna?

Stanisław Michalkiewicz operacja-menora 20. III.

W dniach ostatnich (najwyraźniej zapowiadane w proroctwach “dni ostatnie” właśnie nadeszły), rząd “dobrej zmiany” podał informację o schwytaniu przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego grupy dywersantów – jak się okazało – nie Rosjan, tylko innych: Białorusów i Ukraińców – którzy mieli “monitorować” transporty broni przez Polskę na Ukrainę a poza tym “przygotowywali” akcje dywersyjne. Żadnych szczegółów oczywiście nie podano, bo ABW, podobnie jak kiedyś SB, tradycyjnie chroni się za murami tajności.

Czemu ta “tajność” służy, tego do końca nie wiemy, więc równie dobrze może służyć realizowaniu polskich interesów państwowych, jak też – ukrywaniu łajdactw bezpieczniackich. Zaangażowanie naszych mężyków stanu w prowadzoną przez USA z Rosją na Ukrainie wojnę do ostatniego Ukraińca sprawia, że Rosja rzeczywiście mogła zwerbować tu jakichś agentów, żeby w razie potrzeby monitorowali linie kolejowe na Podkarpaciu. To oczywiście możliwe – ale właściwie po co ruskim szachistom takie wiadomości? Przecież przy pomocy choćby satelitów szpiegowskich mogą te transporty śledzić w czasie rzeczywistym i pewnie to robią, chociaż też nie bardzo wiadomo  po co, bo jak wiemy, chociaż wojna na Ukrainie trwa już od ponad roku, to jak dotąd żadna linia kolejowa nie została przez Rosjan zniszczona, a nawet – zaatakowana. W związku z tym – jak niedawno przechwalał się jakiś ukraiński dygnitarz – 98 % tamtejszych pociągów – pewnie i tych, wiozących transporty ciężkiej broni i amunicji – nie ma żadnych opóźnień. Jeśli to prawda – a chyba to prawda – to pod tym względem gorsza sytuacja panuje na kolejach polskich, chociaż Polska – przynajmniej na razie, bo jak będzie wkrótce, tego nie wiemy – nie jest objęta bezpośrednimi działaniami wojennymi. Ale być może z zagadkowych powodów ruscy szachiści rzeczywiście zwerbowali w Polsce jakichś agentów i wyznaczyli im takie groteskowe zadania, a ABW ich chwalebnie wyłapała.  Zatem to, że wiadomość podana przez rząd jest prawdziwa, jest całkiem możliwe – ale to tylko jedna z wielu możliwości.

Druga możliwość jest taka, że żadnych ruskich dywersantów nie złapano, a tylko ABW ogłosiła o przeprowadzeniu takiej operacji, żeby pod tym pretekstem porozdawać agentom ordery i premie pieniężne. Dopuszczam taką możliwość na podstawie osobistych doświadczeń z bezpieczniakami ABW. Pan red. Leszek Szymowski wykrył bowiem i podał do wiadomości, że w roku 2012 ABW przeprowadziła operację “Menora”, w której tak zwanymi “figurantami” byli: prof. Jerzy Robert Nowak, Waldemar Łysiak i ja. Ta nasza trójka miała przygotowywać na kolejną rocznicę powstania w getcie warszawskim coś tak okropnego, że nawet między sobą nawzajem utrzymywała to w tajemnicy.

Ale energiczna akcja ABW zapobiegła katastrofie, a z zagadkowych powodów żaden z “figurantów” nie został o tym nawet powiadomiony. Inna sprawa, że nie ma obowiązku informowania “figurantów” o prowadzeniu przeciwko nim sprawy operacyjnego rozpracowania, więc prawo nie zostało złamane. Ale dzięki doświadczeniom zdobytym jeszcze za pierwszej komuny, kiedy to sprawy operacyjnego rozpracowywania przeciwko mnie prowadziła SB, zanim jeszcze red. Szymowski całą rzecz ujawnił, zorientowałem się, że coś się dzieje. Oto w sieci ukazała się fałszywka z moim rzekomym zobowiązaniem do współpracy z SB. Przy pomocy szefa lubelskiego oddziału IPN – bo fałszerz używał pieczęci tego właśnie oddziału – udało się potwierdzić, że to fałszywka, a ponieważ holenderski administrator serwera w rozmowie telefonicznej powiedział mi, że może ujawnić tożsamość komputera tylko prokuraturze lub policji, złożyłem w Policji zawiadomienie o przestępstwie z pełną dokumentacją, obejmującą również opinię lubelskiego oddziału IPN, który zapowiadał również ze swojej strony, zawiadomienie prokuratury. Minęło 6 miesięcy, po czym  pani z Policji przesłuchała mnie na okoliczność faktów, które na piśmie im podałem. Kiedy zapytałem ją, czy skontaktowali się z Holendrem, odparła, żebym nie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Na takie dictum byłem już prawie pewien, że policja chroni konfidenta ABW, który wykonywał zlecone przez nią zadanie obsrania mnie, a po upływie dalszych 6 miesięcy uzyskałem pewność, gdy prokuratura poinformowała mnie o umorzeniu śledztwa z powodu niemożności skontaktowania się z holenderskim administratorem serwera, z którym ja skontaktowałem się w minutę. Zatem również dobrze żadnych ruskich dywersantów mogło nie być, tylko bezpieczniacy z ABW wykombinowali sobie, żeby przed Świętami Wielkanocnymi podzielić trochę forsy i listków do wieńca sławy.

No dobrze – ale dlaczego do tej bezpieczniackiej spółdzielni przyłączył się również rząd “dobrej zmiany”? Myślę, że mógł to zrobić przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze – mamy rok wyborczy, a w tej sytuacji co to komu szkodzi pokazać, jak rząd, za pośrednictwem ABW, własną piersią zasłania nasz nieszczęśliwy kraj przed Putinem? To mogłoby być trochę kłopotliwe, bo gwoli większej wiarygodności trzeba by tych dywersantów opinii publicznej pokazać, ale od czego mury tajności?Łukaszenka nawet już pokazał, ale nasza strona wszystko otacza mgłą tajemnicy. Śledztwo w tej sprawie prokuratura może bowiem prowadzić tak samo długo, jak śledztwo przeciwko panu Mateuszowi Piskorskiemu, który – jak pamiętamy – trzymany był w tzw. “areszcie wydobywczym” przez 3 lata, po czym wszystko zakończyło się, może nie tyle wesołym oberkiem, co po prostu zakończyło bez żadnych konsekwencji dla nikogo, jeśli nie liczyć 200 tys. złotych poręczenia majątkowego. Jeśli tedy śledztwo będzie ciągnęło się bez jakichś spektakularnych rezultatów do wyborów, to może to być wskazówka, że żadnych dywersantów nigdy nie było, tylko fachowcy od “pijaru” wymyślili taką atrakcję dla wyznawców Zjednoczonej Prawicy.

Ale to jest powód, można powiedzieć – zwyczajny – w którym nie ma żadnych elementów demonicznych.

Drugim bowiem powodem, a którym elementy demoniczności już by się pojawiły, jest próba wytworzenia w Polsce nastroju szpiegomanii po to, by pod tym pretekstem rozprawić się  ze wszystkimi, którzy nie poddają się propagandzie wymyślanej przez pierwszorzędnych fachowców z ukraińskiego Sztabu Generalnego i powtarzanej potem przez warszawskie niezależne media głównego nurtu. Jak bowiem widzimy, blokowanie przez ABW portali internetowych, jak np. portalu nczas.com, może nie wystarczyć, podobnie jak może nie wystarczyć  wyrzucenie z pracy pana doktora Leszka Sykulskiego. Gdyby tak udało się im udowodnić kolaborację z ruskimi szachistami, a zwłaszcza – patronat medialny nad dywersantami, to można by pozbyć się ich za jednym zamachem i zagwarantować w ten sposób jedność moralno -polityczną narodu – jak za Edwarda Gierka. Niezawisłe sądy zrobią, co tam będzie trzeba  i to zarówno te rządowe, jak i te nierządne, bo w tej sprawie, podobnie jak w wielu innych, między “dobrą zmianą”, a obozem zdrady i zaprzaństwa panuje całkowita jedność ponad podziałami. Toteż wszyscy przeznaczeni do odstrzału spotkają się z zarzutem: „wiecie, rozumiecie, z wami jest brzydka sprawa” – po czym zostaną umieszczeni aż do odwołania w areszcie wydobywczym, gdzie będą mogli się pocieszać, że jak zamykają, to będą wypuszczać.

„Wszystko jest Bogiem, a więc również Ziemia jest Bogiem”. Zyskuje ona status osoby zasługującej na szacunek (Mother Earth – Matka Ziemia).

Epiphanius, Ukryta strona dziejów. Nowy Porządek Świata.…

Ukryta-strona-dziejow, str.503 inn.

Al Gore, członek CFR i Komisji Trójstronnej oraz (o czym była już mowa) ważna postać New Age wskoczył na zielonego konia ekologii i w czerwcu 1992 r. stanął na czele delegacji USA na Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro. Zresztą będzie on systematycznie grał kartą ekologiczną zdobywając kolejne szczeble władzy i ubiegając się o prezydenturę. W ten sposób wpisze się on w cel, któremu służy na co dzień gęsta sieć działających w skali międzynarodowej stowarzyszeń: jest nim rozpowszechnianie tezy, jakoby szanse ludzkości na przeżycie były uzależnione od prowadzenia polityk regionalnych koordynowanych przez ogólnie uznany organ światowy. Jak wiemy, ruch New Age konsekwentnie działa na rzecz „inicjacji” jednostek, która jest pojmowana jako sposób na doprowadzenie wszystkich do ostatecznej, uniwersalnej Jedni. Co się z tym wiąże, jakiekolwiek różnice powinny stopniowo zaniknąć – nawet, jeśli w tym celu trzeba będzie ludziom wmówić, że są one chorym wytworem ich umysłu.

Owo założenie oznacza też, że konieczne będzie skrócenie dystansu dzielącego Boga i człowieka, zatarcie różnic między mężczyzną a kobietą, między sędziwym mędrcem a młodym sztubakiem, między geniuszem lub prężnym działaczem społecznym a ostatnim utracjuszem.

Mówimy tu jedynie o konsekwencjach logicznych konkretnych przesłanek filozoficznych. Jednocześnie odpowiada to temu, co stwierdzamy na podstawie obserwacji dzisiejszej rzeczywistości. Ta monistyczna doktryna prowadzi w prostej linii do panteizmu, gdzie wszystko jest Bogiem, a więc również Ziemia jest Bogiem. Przy okazji zyskuje ona status osoby zasługującej na szacunek (Mother Earth Matka Ziemia). Jeśli więc Ziemia jest Bogiem, każdy, kto poczuje się z nią ściśle zjednoczony, w har- monii z naturą, będzie w stanie łaski, a do niej (GAIA, co po grecku jest poetyckim odpowiednikiem słowa GHE „Ziemia”), powinien zwracać się jak do istoty boskiej, z należnym jej kultem.

Pod koniec 1992 r. Bill Clinton („Szczwany Bill”, jak nazywali go znajomi) został wybrany prezydentem Stanów Zjednoczonych przy ogromnym aplauzie mediów, które będą mu nieustannie kadzić. We Włoszech „Corriere della Sera” okrzyknął jego zwycięstwo mianem epokowego wydarzenia. Dnia 5 listopada pisał: „Jesteśmy na progu nowego Renesansu nacechowanego altruizmem, umiłowaniem sztuki, duchem współpracy i radości. Bill Clinton jest katalizatorem i nadzorcą tej niewiarygodnej, nowej ery. ”

Czyli dokładnie tak, jak zapowiedziała założycielka Lucis Trustu Alice Bailey: „Nadchodzą dobro, prawda i piękno. Ludzkość to sprawi (pod przewodem takich zuchów, jak Bill Clinton), a nie zewnętrzna, boska interwencja”.

Dnia 25 stycznia 1993 r. amerykański magazyn „Newsweek” nadał Williamowi Jeffersonowi Clintonowi tytuł „prezydenta New Age”. Później zresztą prasa co jakiś czas donosiła o tym, że Clinton i jego żona Hillary bardzo wsłuchują się w zdanie różnych guru New Age”. Pomimo jego „gaf”, które niekiedy wytykały mu media i mimo dość negatywnej oceny starego Davida Rockefellera, następca George’a Busha (masona 33 st) na stanowisku prezydenta USA nie jest aż takim naiwniakiem i luzakiem, na jakiego wygląda. Ukończył studia na Oxfordzie, po czym został przyjęty do ultra- elitamej „Rhodes Groupe”, jednego z wewnętrznych kręgów strefy WŁADZY powiązanego ze „Skull and Bones” – jak podał angielski „ The Economist” z 25 grudnia 1992 r., gdzie zamieszczono listę kilkunastu „najbardziej wpływowych stowarzyszeń świata zachodniego”.

Ujawniono przy tym, że wszystkie one wywodzą sie z Zakonu Iluminatów założonego w 1776 r. przez Weisshaupta.

Clinton, który otarł się też o uczelnie będące kuźnią kadr amerykańskiego Establishmentu (Uniwersytety w Yale, Georgetown i Waszyngtonie) jest ponadto członkiem CFR, Komisji Trójstronnej i Klubów Bilderberg.

Należy również przypomnieć za Pierrem F. de Villemarestem, że 9 września 1992 r., czyli w trakcie kampanii prezydenckiej, Clinton przemawiając jako gość B’nai B’rith (elitarnej masonerii żydowskiej) zarzucił Bushowi, że „na wyższych szczeblach jego administracji nie ma Żydów”. Jak wiadomo, ten fatalny błąd zostanie przez niego naprawiony, skoro tylko wprowadzi się do Białego Domu.

To w jakimś stopniu uwiarygodnia tezę katolickiego badacza globalizmu, Niemca Johannesa Rothkranza, wedle której ruch New Age jest zakulisowo sterowany przez B’nai B’rith. Zdaniem Rothkranza B’nai B’rith kontroluje szczyty spirytualistycznej masonerii „Rytu Palladystycznego” utworzonej w XIX w. przez Alberta Pikea. Pike, były generał wojsk Południa, był wysoko wtajemniczonym masonem. Jego nazwisko nadal kojarzone jest przede wszystkim z jego monumentalnym dziełem pt. „Morals and Dogma”, uważanym również dziś przez masonerię nieomal za Biblię. Podkreślmy, że jego myśl – której dzieło to jest odzwierciedleniem – w kapitalny sposób współbrzmi z doktryną teozoficzną.

==================

[odnośniki – w oryginale książki. MD]

Negatywna ocena perspektyw Ukrainy na pokonanie Rosji. Asia Times.

Negatywna ocena perspektyw Ukrainy na pokonanie Rosji. Asia Times.

asia-times-negativnaja-ocenka-perspektiv

Niedawna zamknięta konferencja czołowych amerykańskich ekspertów od polityki zagranicznej ujawniła, że Ukraina ryzykuje przegraną wojnę na wyniszczenie pomimo najlepszych wysiłków Zachodu, poinformował Asia Times.

Negatywna dla Kijowa ocena perspektyw Ukrainy na pokonanie Rosji pojawiła się na niedawnym zamkniętym spotkaniu byłych wysokich rangą amerykańskich wojskowych, urzędników wywiadu i naukowców, których aktywność sięgała od Reagana do administracji Trumpa.

Jeden z prelegentów powiedział, że bez wyszkolonego kontyngentu wojskowego i odpowiedniej ilości amunicji ukraiński prezydent Wołodymyr Żeleński może pójść na rękę chińskiemu planowi pokojowemu.

Jak podaje Asia Times, przeważające poglądy skłaniały się ku eskalacji konfliktu w postaci dostarczenia Ukrainie dodatkowej broni. Jeden z prominentnych analityków zasugerował utworzenie „legionu zagranicznego” złożonego z bojowników z innych krajów, aby uzupełnić kurczące się zasoby wyszkolonych sił Ukrainy.

Na spotkaniu ubolewano, że mimo całej pomocy Zachodu, Ukraina może nie osiągnąć pożądanego rezultatu i dlatego nie należy się dziwić, że Kijów zaakceptuje plan pokojowy Chin. Nikt na Zachodzie nie przewidział, że Chiny będą również pośredniczyć w rozmowach między Arabią Saudyjską a Iranem.

Podczas gdy Waszyngton odrzucił plan pokojowy Chin dla Ukrainy, Zelensky nie, pisze Asia Times, co w obliczu kurczących się sił i amunicji Ukrainy może mieć swoje przedłużenie.

Praktycznie cała armia ukraińska, którą blok NATO szkolił w latach 2014-2022 do wojny z Rosją, jest martwa, a rekruci są rzucani na pozycje bojowe po trzech tygodniach szkolenia, zauważyła gazeta, wskazując na fakt, że na Ukrainie trwają niekończące się fale mobilizacji.

W takiej sytuacji chiński plan może stać się akceptowany dla Kijowa, mówią azjatyccy eksperci. Jednak wszyscy doskonale rozumieją, że Kijów nie przyjmie teraz planu Pekinu, ale będzie musiał polegać na własnej kontrofensywie. I na podstawie jej wyników kijowski reżim wyciągnie wnioski, całkiem możliwe, że zwracając się także do Chin.

Robert Malone. MEMy. Danger! Collapsing bank…

Get ready… this one is from “The Life of Brian” and is over 40 years old (circa 1979). It has it only improved with time.

==============================

From the comments on Youtube:

  • “Back in the day we all laughed at this sketch. Little did we know.”
  • “Monty Python is in danger of losing it’s role as a comedy and becoming a documentary.”
  • “More accurate than Nostradamus”
  • “Bloody hell, they were ahead of us by decades.”

Jednym z największych absurdów jest polityka zmierzająca do wyeliminowania w UE gazu, węgla i oleju opałowego.

Jednym z największych absurdów jest polityka zmierzająca do wyeliminowania w UE gazu, węgla i oleju opałowego.

Czy Unia Europejska odbierze milionom Polaków dach nad głową?

Czy nastąpią nominacje na wampirów energetycznych? Niemcy zarobią ogromne pieniądze na transformacji, a będą to pieniądze z naszych kieszeni

Prof. Wojciech Polak na-wampirow-energetycznych

Szaleństwo, które ogarnia unijnych urzędników zaczyna już uderzać w bezpośrednie podstawy naszego bytowania. Jednym z największych absurdów jest polityka zmierzająca do wyeliminowania w Unii Europejskiej paliw kopalnych: gazu, węgla i oleju opałowego. Od 2030 r. każdy nowo wybudowany budynek będzie musiał być ogrzewany „ekologicznie”, w praktyce chodzi tutaj o  urządzenia z zakresu geotermii niskotemperaturowej. Równocześnie jednak każdy kraj w najbliższym czasie będzie musiał wytypować 15-30 procent starych budynków o największym zużyciu energii (określanych pieszczotliwie jako „wampiry energetyczne”) i dokonać ich modernizacji (także do 2030 r.).

Zatrzymajmy się na tym ostatnim rozporządzeniu. Oznacza ono, że miliony Polaków mieszkających w swoich domach będzie musiało za grube pieniądze je remontować i wyrabiać dla nich jakieś ogromnie kosztowne certyfikaty (tzw. paszporty energetyczne). Ma na to tylko siedem lat. Dotyczyć to będzie także drewnianych domów np. na Podlasiu i Lubelszczyźnie i murowanych przedwojennych domostw w różnych częściach Polski, często zamieszkałych przez ludzi starszych, o nie najwyższej stopie życiowej. Można obawiać się, że część tych osób, nie dysponując pieniędzmi na termomodernizację, zostanie po prostu skazana na wysokie grzywny za brak owego „emisyjnego remontu”, a następnie wywłaszczona przez komorników (egzekwujących owe grzywny). A ich domy zmodernizują ochoczo rozmaite urzędy od emisyjności budynków, za pieniądze uzyskane od komorników sprzedających dorobek życia emerytów na cele przymusowej termomodernizacji. Propozycje unijne zakładają wprawdzie dopłaty państwa do remontów termomodernizacyjnych, ale sądzę, że wielu Polaków nie będzie nawet stać na wysupłanie sum podstawowych (do których państwo dopłacało by jakieś pieniądze). Można rozważać też inne warianty – np. zaproponowanie takim starszym ludziom „odwróconej hipoteki”. Dom zostanie zmodernizowany energetycznie, ale po ich śmierci stanie się własnością banku (najpewniej niemieckiego). W ten sposób tysiące nieruchomości polskich wpadną w obce ręce.

Podwyżki czynszów

W przypadku domów wielorodzinnych koszty ich termomodernizacji poniesie wspólnota mieszkaniowa, administracja lub spółdzielnia. Odbije się to na ogromnych podwyżkach czynszów za mieszkania.

Od razu powiem, że jestem przekonany, iż polski rząd nie dopuści do owego faktycznego wywłaszczenia milionów starszych osób, podobnie jak w ogóle do realizacji tego zgubnego planu.[hi, hi… optymista… MD] Trzeba to jednak jasno powiedzieć, zwłaszcza teraz w okresie przedwyborczym. Tak jak kiedyś PiS jasno oświadczył, że nigdy nie wprowadzi w Polsce podatku katastralnego.

Plany unii zakładają także renowację wszystkich budynków do 2040 r. Do tego roku mają być zlikwidowane wszystkie piece ogrzewane gazem, olejem napędowym i węglem. W praktyce oznacza to, że jedynym źródłem ogrzewania będzie geotermia. Koszty tego spadną głównie na obywateli. Wprawdzie publicyści-entuzjaści takich projektów twierdzą, że Polska ma być największym beneficjentem m.in. wartego 65 mld euro (nie licząc środków krajowych) Społecznego Funduszu Klimatycznego, ale nie przywiązywał bym do tego zbyt wielkiego znaczenia. Po pierwsze możemy tych pieniędzy nie dostać, pod byle pretekstem, tak jak nie dostaliśmy ani grosza na Krajowy Plan Odbudowy. Po drugie znaczącym beneficjentem tych sum (jeżeli jednak zostaną wypłacone) będą rozmaite urzędy zajmujące się emisyjnością budynków. A o tym jak kosztowna jest geotermia nikogo nie muszę przekonywać. Warto dodać, że po kilkunastu latach instalacje te wymagają wymiany.

Pomijam już szereg innych idiotycznych przepisów – jak np. nakaz montowania od 2030 r. ogniw fotowoltaicznych na wszystkich nowych domach. Trzeba je będzie zakładać nawet, gdy dach budynku permanentnie tkwi w cieniu. Dodajmy, że przerażające są biurokratyczne problemy związane z montowaniem i eksploatowaniem paneli, wielu Polaków żałuje, że wdało się w ich zakładanie.

Najbardziej skorzystają Niemcy

Podobnie jak w przypadku wielu innych absurdalnych przepisów unijnych, ich beneficjentem będą przede wszystkim Niemcy. Po agresji rosyjskiej na Ukrainie upadł niemiecki projekt korzystania z taniego (dla nich) gazu przesyłanego rurociągami po dnie Bałtyku i sprzedawania go z zyskiem całej Europie. Putin powysadzał i zniszczył rurociągi Nord Stream. [co za ślepy pan.. Ruscy by mieli sami sobie tak bardzo szkodzić?? A o roli USA i CIA, Norwegii – nie czytał?? MD] Niemcy, a za nimi posłuszne gremia unijne uznały wtedy, że gaz ziemny, podobnie jak węgiel i olej opałowy jest wybitnie nieekologiczny i wprowadziły do Europy obowiązkową geotermię. Nasz sąsiad zza Odry jest liderem w produkcji systemów ogrzewania geotermalnego i już obecnie w Polsce montuje się głównie niemieckie urządzenia w zakresie geotermii niskotemperaturowej. Niemcy zarobią więc ogromne pieniądze na owej transformacji, a będą to pieniądze z naszych kieszeni.

Polacy boją się tego wszystkiego i mają rację. Należy zrobić jak najwięcej, żeby ich uspokoić i zapewnić, że rząd polski nie dopuści do tego, żeby Unia Europejska odebrała milionom Polaków dach nad głową!

Alexander Dugin: Niebezpieczeństwo dla kogo? “Samson-Option”Izraela.

Alexander Dugin: Niebezpieczeństwo dla kogo? | Jochen Mitschka

Samson-Option”Izraela oznacza, że ​​rządy Izraela zastrzegają sobie prawo, w przypadku egzystencjalnego zagrożenia dla kraju, do rozerwania całego świata przez atomową zagładę.

dugin-gefahr

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o Aleksandrze Duginie w 2012 roku, było to ostrzeżenie, aby go nie czytać, ponieważ był rosyjskim nazistą, szeptem Putina. Ponieważ jednak Dugin nie był zbyt wpływowy, w ogóle nie miał bezpośredniego kontaktu z Putinem i często był dostępny tylko w całości po rosyjsku, do 2021 roku pozostawał mi w dużej mierze obcy. Kiedy jednak córka Dugina padła ofiarą zamachu bombowego 23 sierpnia 2022 r., rzekomo dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów, zacząłem bliżej przyglądać się temu „ultranacjonalistycznemu” lub „neofaszystowskiemu politykowi i politologowi Rosji” (Wikipedia). Chociaż był raczej mało znanym intelektualistą aż do zabójstwa swojej córki, której trudne do zrozumienia, często filozoficzne wypowiedzi były czczone tylko w małej bańce, to radykalne wydarzenie mogło teraz uczynić z niego zagrożenie. Dla kogo ? postaram się znaleźć odpowiedź w tym artykule.

Rozwój Dugina.

Aby nie zepsuć tego formatu, proszę o przeczytanie rozdziału o rozwoju Dugina w Dodatku 1).

Klasyfikacja

Jeśli szukasz odpowiednika Dugina na Zachodzie, szybko go znajdziesz go w osobie Zbigniewa Brzezińskiego i jego książki The Single World Power: America’s Strategy for Dominance4). Z tą różnicą, że tutaj ukazana jest droga do dominacji nad światem, podczas gdy Dugin skupia się na przywództwie w Eurazji. Brzeziński był także doradcą kilku rządów, co nigdy nie miało miejsca w przypadku Dugina.

O ile można odnieść wrażenie, że książka Brzezińskiego służyła i nadal służy jako swego rodzaju scenariusz geopolityki wszystkich kolejnych administracji amerykańskich, wpływ Dugina był wyraźnie niewielki aż do kryzysu na Ukrainie. [Nie, to tylko p. Jochen Mitschka go nie czytywał, nie doceniał. Poniżej rozważa tylko marginalne prace Dugina. Tamten jest ideologiem, nie strategiem wojennym. MD]

W szczególności Putin od dawna próbował zintegrować Rosję z Zachodem, zamiast ustanowić euroazjatycką pozycję wielkiego mocarstwa z kulturowym dystansem od Zachodu.

W międzyczasie jednak idee Dugina przeniknęły do ​​rosyjskiego głównego nurtu politycznego z peryferii. Jest to ewidentnie konsekwencja widocznej pogardy Zachodu dla Rosji, rozszerzenia NATO, zerwania porozumień zbrojeniowych, gróźb militarnych i fantazji o pierwszym uderzeniu nuklearnym części elit USA, a także kryzysu na Ukrainie.

W efekcie zyskuje na popularności nurt nacjonalistyczny, który po komunistach jest już najsilniejszą opozycją wobec partii rządzącej Putina. Co nie mniej ważne, zmusiło to Putina do przeformułowania swojej polityki czekania do 2014 roku i nadziei na poprawę relacji z Zachodem.

Dzisiejsza analiza Dugina

Analiza kryzysu ukraińskiego, którą opublikował w Geopolitika.ru 1 marca, może pomóc w rozpoznaniu dzisiejszej roli Dugina 5). Dugin opisuje w niej sześć faz „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie.

Pierwsza faza była naznaczona rosyjskimi sukcesami: podczas tej fazy wojska rosyjskie zajęły Sumy i Czernihów oraz wkroczyły do ​​Kijowa od północy, wzbudzając gniew Zachodu. Moskwa wykazałaby się jednak powagą w wyzwoleniu Donbasu i szybkim natarciem ze strony Krymu przejęłaby kontrolę nad dwoma kolejnymi obwodami – chersońskim i zaporoskim, a także częścią obwodu charkowskiego.

Jednak Mariupol, strategicznie ważne miasto w „Donieckiej Republice Ludowej”, zostało zdobyte z trudem. Mimo to Rosja odniosła znaczący sukces swoją szybką i zaskakującą akcją na początku operacji. Ale według Dugina nie wiadomo jeszcze dokładnie, jakie błędy popełniono w tej fazie, co doprowadziłoby później do niepowodzenia.

Ta pierwsza faza trwała 6 miesięcy i zaowocowała bezprecedensowymi sankcjami i presją ze strony państw NATO i ich sojuszników. Wobec widocznych i namacalnych sukcesów Moskwa była gotowa do negocjacji w celu konsolidacji zdobyczy militarnych z sukcesami politycznymi. Kijów jednak wahał się przed podjęciem negocjacji.

Druga faza rosyjskiej interwencji wojskowej charakteryzowała się logiczną porażką negocjacji.

Ale potem zaczęła się druga faza. Chodziło o błąd strategiczno-wojskowy w planowaniu operacji, niedokładność prognoz i niespełnienie oczekiwań zarówno ze strony miejscowej ludności, jak i gotowość części ukraińskich oligarchów do poparcia Moskwy pod pewnymi warunkami ”5)

Ofensywa osłabła, a w niektórych kierunkach Rosja została zmuszona do wycofania się ze swoich pozycji. Przywództwo wojskowe próbowało osiągnąć pewne wyniki poprzez negocjacje w Stambule, ale to się nie powiodło. Negocjacje spełzły na niczym, ponieważ Kijów wierzył, że może rozwiązać konflikt militarnie na swoją korzyść.

Odtąd Zachód, po przygotowaniu opinii publicznej szalejącej rusofobii pierwszej fazy, zaczął zaopatrywać Ukrainę we wszelkiego rodzaju śmiercionośną broń na niespotykaną dotąd skalę. Sytuacja stopniowo obracała się na niekorzyść Rosji.

Trzecia faza, zdaniem Dugina, upłynęła pod znakiem impasu. Latem 2022 roku sytuacja zaczęła się uspokajać, choć w niektórych obszarach Rosja odnosiła sukcesy. Pod koniec maja zajęto Mariupol. Ta trzecia faza trwała do sierpnia.

W tym okresie sprzeczność między koncepcją operacji specjalnej jako szybkiej i sprawnej operacji mającej na celu wejście w fazę polityczną a potrzebą walki z dobrze uzbrojonym wrogiem dysponującym zapleczem logistycznym, wywiadowczym, technologicznym, komunikacyjnym i politycznym z całego Zachodu i stanął na froncie o ogromnej długości, stanęła z całą jasnością.”5)

Moskwa nadal starała się przeprowadzić pierwotny scenariusz bez zakłócania porządku w społeczeństwie i bez bezpośredniego zwracania się do ludności. Doprowadziło to do sprzeczności między uczuciami na linii frontu a uczuciami na froncie wewnętrznym oraz wad w wojskowym łańcuchu dowodzenia. Przywódcy rosyjscy chcieli zapobiec wojnie na pełną skalę i dlatego wszelkimi możliwymi sposobami odkładali teraz pilną częściową mobilizację.

To zachęciło Kijów i Zachód do uciekania się do taktyk terrorystycznych. Zabili cywilów w samej Rosji, wysadzili w powietrze most krymski, a następnie gazociągi Nord Stream 1 i Nord Stream 2, pisze Dugin w swojej analizie.

Nastąpiła czwarta faza konfliktu, naznaczona kontratakami Kijowa.

Wkroczyliśmy więc w czwartą fazę, charakteryzującą się kontrofensywą armii ukraińskiej w obwodzie charkowskim, który już na samym początku operacji był częściowo kontrolowany przez Rosję. Masowe dostawy jednostek HIMARS i rozmieszczenie zamkniętego systemu łączności satelitarnej Starlink, a także wielu innych środków militarno-technicznych, stworzyły dla armii rosyjskiej poważne problemy, na które nie była ona przygotowana w pierwszej fazie.”5)

Wycofanie się w rejon Charkowa, utrata Kupiańska, a nawet Krasnego Limana, miasta w DRL (Doniecka Republika Ludowa- przyp. tłumacza), było wynikiem pół wojny. Nasiliły się również ataki na stare obszary: regularnie bombardowano regiony Biełgorodu i Kurska. Niektóre cele zostały również trafione przez drony głęboko na terytorium Rosji. Nie można było już jednocześnie walczyć i nie walczyć, tj. trzymać społeczeństwo z dala od tego, co dzieje się na nowych terenach.

W tym momencie wybuchła wojna na pełną skalę. „Ściślej rzecz ujmując, ten fakt dokonany został wreszcie wprowadzony w życie na wyższych szczeblach władzy w Rosji”5).

Ta piąta faza była punktem zwrotnym, kiedy Putin podjął pewne kroki. Obejmują one częściową mobilizację, reorganizację dowództwa wojskowego i radę koordynacyjną ds. Operacji specjalnych. Ponadto Putin postawił przemysł zbrojeniowy w stan najwyższej gotowości.

Zwieńczeniem tej fazy było referendum w sprawie przystąpienia do Rosji czterech podmiotów – DRL, ŁRL (Doniecka Republika Ludowa-i Ługańska Republika Ludowa przyp. Tłum.), obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Do tego dochodzi decyzja Putina o przyjęciu ich do Rosji i jego przemówienie programowe z tej okazji 30 września, w którym po raz pierwszy szczerze stwierdził, że Rosja sprzeciwia się liberalnej hegemonii Zachodu. Wyraził, że Rosja jest w pełni i nieodwracalnie zdeterminowana do budowy świata wielobiegunowego i że rozpoczyna się ostra faza wojny cywilizacji, w której współczesna cywilizacja Zachodu jest określana mianem satanistycznej. W kolejnym przemówieniu na kongresie w Wałdaju Putin rozwinął najważniejsze tezy.

Chociaż Rosja została zmuszona do opuszczenia Chersoniu, ataki armii ukraińskiej zostały wstrzymane, linie obrony wzmocnione, a wojna weszła w nową fazę.

W kolejnym etapie eskalacji Rosja zaczęła regularnie niszczyć ogniem rakietowym infrastrukturę wojskowo-techniczną, a czasem energetyczną Ukrainy. A w Rosji rozpoczęło się oczyszczanie społeczeństwa.

Zdrajcy i kolaboranci wroga opuścili Rosję, patrioci przestali być grupą marginalną, a ich postawy bezinteresownego oddania ojczyźnie stały się – przynajmniej pozornie – głównym nurtem etycznym. Podczas gdy liberałowie systematycznie denuncjowali każdego, kto wykazywał choćby najmniejszy ślad lewicowości lub konserwatyzmu i był krytyczny wobec liberałów, Zachodu itp. agentem, a nawet zdrajcą, sabotażystą i sympatykiem terroryzmu. Zaczęto zabraniać koncertów i publicznych wystąpień zdeklarowanych przeciwników. Rosja wkroczyła na drogę transformacji ideologicznej”5).

Następnie Dugin opisuje etap przebudowy społeczeństwa.

Stopniowo front ustabilizował się i pojawił się nowy impas. Żadnemu z przeciwników nie udało się odwrócić sytuacji. Rosja wzmocniła się zmobilizowaną rezerwą. Moskwa wsparła ochotników. Ochotnikom i prywatnej organizacji najemników Wagner udało się znacznie poprawić sytuację na lokalnych teatrach działań wojennych. Podjęto wiele niezbędnych kroków w celu zaopatrzenia armii i niezbędnego sprzętu, podczas gdy ruch ochotniczy był w pełnym rozkwicie.

Teraz wojna wkroczyła w rosyjskie społeczeństwo, zauważa Dugin. Fazę tę można obserwować do dziś. Charakteryzuje się również względnym rozłożeniem sił na froncie. W tym stanie obie strony nie mogły odnieść decydujących sukcesów, ale zarówno Moskwa, Kijów, jak i Waszyngton są gotowe do kontynuowania konfrontacji tak długo, jak będzie to konieczne.

Innymi słowy, pytanie o to, jak szybko zakończy się konflikt na Ukrainie, straciło na znaczeniu i aktualności.

Dopiero teraz naprawdę weszliśmy w wojnę, zdaliśmy sobie z tego sprawę. To trochę jak bycie na wojnie. Jest to trudna, tragiczna i bolesna egzystencja, do której rosyjskie społeczeństwo już dawno się przyzwyczaiło, a większość ludzi nawet tak naprawdę nie wiedziała.”5)

Dugin kontra zachodni wokizm

(inna nazwa tego ruchu to wokeizm, jako wprowadzenie przeczytaj np to > https://opoka.org.pl/News/Swiat/2022/wokizm-to-nowa-religia-w-ktorej-jest-wina-ale-brak-przebaczenia

Nietrafne wydaje się opisywanie Aleksandra Dugina, który reprezentuje nacjonalistyczny, konserwatywny i religijny system wartości jako alternatywę dla zachodniego, liberalnego systemu internacjonalistycznego, jako faszystę, podczas gdy amerykańscy autorzy i przywódcy myśli marzą o dominacji nad światem jako całkiem normalni i liberalni. Chociaż opisują oni dokładnie to, czego oczekuje się od faszystowskich systemów autorytarnych. Mianowicie dążenie do dominacji nad światem pod przywództwem samozwańczej elity. Oprócz wspomnianej już książki Brzezińskiego, warto wspomnieć artykuł „Rebuilding America’s Defences – Strategy, Forces and Resources For a New Century”6) dla tych, którzy chcieliby bardziej szczegółowo zająć się tym tematem.

Podczas gdy praca Dugina prawie zawsze dotyczy tożsamości narodowej, rosyjskiej suwerenności oraz tożsamości kulturowej i religijnej, zachodnie think tanki zajmują się niszczeniem innych kultur, społeczeństw i sposobów życia na rzecz jedynego prawdziwego, zachodniego. Moim zdaniem tym, co łączy ideologię Dugina z faszyzmem, jest próba rozbudzenia w ludziach entuzjazmu dla wspólnej idei na rzecz silnego państwa.

Dugin: Niebezpieczeństwo dla kogo?

Andreas Umland, jeden z bardzo szanowanych „ekspertów faszyzmu”, częściowo wyśmiewał się z poglądów Dugina, częściowo nimi gardził, częściowo opisywał je jako niebezpieczne w ramach zachodniej organizacji propagandowej „Zentrum Liberale Moderne”. Ale nawet we wstępie Umland popełnia zasadniczy błąd:

Czasy świetności Dugina jako twórcy idei autorytarnego reżimu Putina wydają się mieć już za sobą, ale nadal odgrywa on rolę radykalnego ideologa i łącznika z antyzachodnimi ugrupowaniami nacjonalistycznymi za granicą”.7)

Wpływ Dugina pojawił się dopiero w 2014 roku. Potwierdzają to także w dalszym tekście rzekomo nieadekwatne wyróżnienia naukowe. Jednak jego wpływy znacząco wzrosły od 2022 roku, kiedy to duża część jego wypowiedzi dotyczących polityki zachodniej się sprawdziła.

Wykroczyłoby to poza zakres tego artykułu, aby przejść do wszystkich sprzeczności i uproszczeń, które częściowo mają na celu ośmieszenie Dugina, a częściowo przedstawienie go jako niebezpiecznego. W rzeczywistości praca ma prawdopodobnie na celu demonizację Rosji rządzonej przez Putina i rzekomo pod wpływem demagogów, takich jak Dugin. Radzenie sobie z „takimi” należy przedstawić jako niemożliwe. Bo są wrogami światopoglądu liberalnego, np. Marieluise Beck, jednej z myślicielek w fabryce.

Umland przytacza lepsze przykłady niż Wikipedia, że ​​Dugin sympatyzował z nazizmem ponad 30 lat temu. Ale jak zaskakująca liczba polityków na Ukrainie, którzy są dziś popularni i rozchwytywani, ma niestety takie przekonania w swoim obecnym CV. Wydaje się, że nie tylko na Ukrainie iw Rosji widać różnicę między ideą narodowego socjalizmu a prawdziwą historią jego okrucieństw. I oczywiście jest to wielkie niebezpieczeństwo. Ponieważ, jak widać w tej chwili na Ukrainie, ideologiczny nurt szybko rozwija zestaw narzędzi, które ostatecznie zdemaskują idee faszyzmu. Tak jak na Ukrainie burzenie pomników, zakaz języka rosyjskiego, zakaz stacji telewizyjnych i stron internetowych, zakaz działalności partii opozycyjnych i seria morderstw dokonywanych przez nonkonformistycznych dysydentów i wreszcie wojna do ostatniej kropli krwi.

Teraz jest to przede wszystkim zagrożenie skierowane do wewnątrz. Podczas gdy agresywny liberalizm Zachodu, na przykład poprzez swoją potęgę gospodarczą, uniemożliwia odbiór rosyjskich mediów zwykłymi kanałami w Afryce. Lub bardziej rażąco, kraje są bombardowane, aby ukarać je za rzekome łamanie praw człowieka. Dlatego ten liberalizm, w duchu starych krzyżowców, działa na zewnątrz.

Teraz będzie się sprzeciwiać, że Rosja, a w przypadku wojny ze wschodnią Ukrainą także Kijów, stanowią zagrożenie zewnętrzne. Jeśli spojrzeć na prowincje na Ukrainie, które dążyły do ​​autonomii, ale po latach bombardowań ogłosiły secesję, są one również postrzegane jako zewnętrzne, już nie jako część Ukrainy.

Jednak Kijów nie doprowadziłby do drugiej próby przymusowej reintegracji wschodnich prowincji, gdyby nie wsparcie USA i Wielkiej Brytanii dla ukraińskich sił ultra-nacjonalistycznych. Albo w zachodnim rozumieniu, gdyby Rosja nie anektowała Krymu. Gdyby Kijów został zmuszony przez mocarstwa zachodnie do wypełnienia zobowiązań mińskich 2, nie byłoby wojny, a setki tysięcy ludzi wciąż by żyło.

W przypadku Rosji przykłady historycznej agresji zewnętrznej załamują się, jeśli przyjrzeć się bliżej często przytaczanym przykładom. Tak jak wojna w Gruzji została rozpętana przez gruzińskiego prezydenta Saakaszwilego, co również wykazało dochodzenie UE.10) Lub biorąc pod uwagę, że Rosja bombarduje terrorystów na zaproszenie rządu syryjskiego i nie jest nielegalnym okupantem i agresorem jak USA i Niemcy był częściowo.

Jednak w przypadku potęgi nuklearnej, takiej jak Rosja, zagrożenie skierowane do wewnątrz może szybko przerodzić się w zagrożenie skierowane na zewnątrz. I to wyjaśnia niebezpieczeństwo dla świata: jeśli Rosja będzie nadal nękana, jeśli będą kontynuowane próby rozbicia jej na poszczególne państwa, Dugin dostarczy ideologicznej legitymacji do użycia broni nuklearnej, a dokładniej broni jądrowej. Jak oświadczył były i urzędujący Prezydent Federacji Rosyjskiej: „Nikt nie potrzebuje świata bez Rosji”. Oznacza to, że Rosja ma teraz również swoją „Opcję Samsona” 9).

Wnioski

Aleksander Dugin nie miał w przeszłości istotnego wpływu na rosyjską politykę. Jednak ma się to zmienić. Ze względu na agresywną politykę Zachodu, mającą na celu albo rzucenie Rosji na kolana (swobodna adaptacja Baerbocka), albo jej dekolonizację, czyli rozbicie na poszczególne państwa (swobodna adaptacja czołowych polityków amerykańskich i „Komisji Helsińskiej” )) polityka patriotyzmu i nacjonalizmu to tylko duży impuls w Rosji. Do tej pory służyło to wspieraniu zmiany kierunku państwa na wschód. Jednak w przypadku poważnego zagrożenia jedności Rosji, na przykład klęski w wojnie z NATO na Ukrainie, ideologia ta sprawi, że użycie broni nuklearnej będzie akceptowane przez społeczeństwo rosyjskie.

Zachód dąży do tego samego celu, coraz bardziej demonizując wrogą Rosję, a teraz także Chiny. Propaganda od dawna próbuje wytłumaczyć, że wojna nuklearna nie jest taka zła. I że coś takiego może zostać zaakceptowane przez ludność jako zło konieczne.

Tylko jak najszybsze zawieszenie broni i zamrożenie konfliktu, np. przewidziane w planie pokojowym Chin, może uchronić Europę i Rosję przed dalszą eskalacją. Niestety, trzeba powiedzieć, że politycy w europejskich krajach NATO są obecnie poważnie ograniczeni w podejmowaniu decyzji przez media, polityków transatlantyckich i think tanki, a także międzynarodowe korporacje i tzw. organizacje pozarządowe. Ich działania nie są zdeterminowane interesami ich własnych krajów, ale interesami, wolą hegemona, USA.

Działają więc jak anoda ofiarna. Poświęcają Niemcy i kraje Europy Zachodniej, aby jak najdłużej powstrzymać upadek USA jako światowego hegemona. np. wlewając setki, a nawet tysiące miliardów euro z pieniędzy podatników konsumenckich do USA na drogie dostawy broni i gazu oraz dalsze podatki wspierające wojny prowadzone przez imperium.

Dopóki są to tylko skutki ekonomiczne, może przejść to do historii jako kara za ignorancję społeczeństwa i dowód na nieadekwatność demokracji przedstawicielskiej, która w oczywisty sposób nie służy interesom rzekomo reprezentowanych. Miejmy nadzieję, że nic gorszego się nie wydarzy.

Jochen Mitschka tweetuje o aktualnych tematach na @Jochen_Mitschka

Tłumaczył Paweł Jakubas, proszę o jedno Zdrowaś Maryjo za moją pracę.

Ten artykuł pojawił się po raz pierwszy 09 marca 2023 na stronie https://apolut.net/alexander-dugin-gefahr-fuer-wen-von-jochen-mitschka/

Dodatek i źródła:

1) Dugin, syn rosyjskiej rodziny oficerskiej, urodzony w 1962 roku, pojawił się jako pisarz w nacjonalistycznej gazecie na początku lat 90., podczas rozpadu Związku Radzieckiego. W 1991 i 1992 opublikował esej zatytułowany „Wielka wojna o kontynent” 2 w serii artykułów. W tej pracy opisał Rosję jako wiodące imperium Eurazji, które musiało uzbroić się przeciwko dekadenckiemu Zachodowi. Dzieło, które jest dziś często postrzegane w Rosji jako szczególnie przyszłościowe.

W 1997 roku ukazało się jego podobno najważniejsze dzieło „Podstawy geopolityki” 3). Zachodnie media podały, że jest to lektura obowiązkowa w Akademii Dowodzenia Sił Zbrojnych FR. Wezwał w nim Rosję do przywrócenia jej wpływów poprzez współpracę i sojusze, ale bez reaktywowania komunistycznej ideologii Związku Radzieckiego. W odniesieniu do konfliktu ukraińskiego należy wspomnieć, że odmówił Ukrainie wyłączności etnicznej.

Doprowadziło to między innymi do twierdzeń na Zachodzie, że Dugin udoskonala faszystowskie idee w taki sposób, aby miały one zastosowanie do rosyjskiej rzeczywistości i wpływały na politykę rządu. W rzeczywistości Dugin najwyraźniej miał niewielki wpływ na rosyjskie przywództwo, co ostatnio widać było w bezczynności Kremla podczas wydarzeń na Majdanie w 2014 roku.

Chociaż Dugin nigdy nie przeniknął do ścisłego kręgu organów decyzyjnych Putina, jego niewątpliwa bystrość filozoficzna i intelekt zaowocowały wieloma ważnymi stanowiskami. I tak np. od 2009 do Majdanu 2014 kierował Katedrą Socjologii Stosunków Międzynarodowych na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym.

2) https://4threvolutionarywar.wordpress.com/2015/07/23/alexander-dugin-the-great-war-of-the-continents/

3) https://www.goodreads.com/book/show/35887243-foundations-of-geopolitics

4) (englischer Titel: The Grand Chessboard: American Primacy and Its Geostrategic Imperatives, 1997) https://de.wikipedia.org/wiki/Die_einzige_Weltmacht:_Amerikas_Strategie_der_Vorherrschaft

5) https://www.geopolitika.ru/en/article/russia-coming-out-anaesthesia-six-phases-special-military-operation

6) https://resistir.info/livros/rebuilding_americas_defenses.pdf

7) https://gegneranalyse.de/personen/alexandr-dugin/#einfuehrung

8) https://www.csce.gov/international-impact/events/decolonizing-russia

9) “Samson-Option”Izraela oznacza, że ​​rządy Izraela zastrzegają sobie prawo, w przypadku egzystencjalnego zagrożenia dla kraju, do rozerwania całego świata przez atomową zagładę. Broń nuklearna została już załadowana do bombowców, gdy groziła klęska w wojnie z Egiptem. Jej użycie zostało następnie w ostatniej chwili uniemożliwione przez dostawy broni z USA . https://www.diepresse.com/1458625/als-israel-schon-zur-atombombe-griff

10) https://www.faz.net/aktuell/politik/ausland/untersuchungskommission-georgien-hat-den-krieg-begonnen-1854145.html

Jak los może tak zmieniać ludzkie życie. Los? Przypadek? A może Bóg? – A może Szatan?… Cmentarz św. Medarda [15]

Jak los może tak zmieniać ludzkie życie. Los? Przypadek? A może Bóg? – A może Szatan?…

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (15)

Pauline

Dziewczyna mocno zarumieniona od wstydu wpatrywała się w blat stołu, przy którym siedziała ona, Mikołaj i pan Bartusz.

– Tak – przytaknęła na pytanie wcześniej zadane jej przez starszego szlachcica, który był bardziej bezpośredni i nie bawił się jakieś podchody, żeby się czegoś dowiedzieć, lecz pytał wprost. – Tak, panowie. Jestem biedniejsza niż mysz kościelna, która się choćby ogarkiem woskowej świecy pożywi… A ja?… Nie posiadam żadnego majątku. Rodzice zostawili mnie samą na świecie bez środków do życia, gdyby nie przyłatana ciotka, czy może raczej cioteczna babka madame Éléonore Claire d’Estrées, to bym, choć z zacnego rodu, jako dziecko mogła skończyć bardzo marnie.

– Jak to? Pani d’Estrées nie zostawiła ci żadnego zabezpieczenia, moje dziecko?

– Ano nie…

– Miała więc jakichś bliższych spadkobierców niż ty?

– Ano niestety…

– Nie zostawiła ci nic a nic? Nawet jakiejś skromnej pensyjki, jakiegoś niewielkiego posagu? Wszak była przecie bardzo zamożna!

– Ano nic nie zostawiła.

– Więc co żeś planowała, panienko? Miałaś jakiś pomysł na dalsze życie?

Szukałam pomocy u krewnych, najpierw w Thoury, a potem tu. Lecz tak w Thoury jako i tutaj zatrzaśnięto mi drzwi przed nosem. Wtedy pomyślałam sobie, że może zwrócę się o wsparcie do któregoś z kapłanów, że może zechce zarekomendować mnie do jakiegoś zakonuby mnie przyjęto bez posagu… No i poszłam po tę pomoc… do konfesjonału… Niczego jednak nie zdołałam wyłuszczyć, bo kapłan miał zgoła coś innego na myśli i plany także inne względem mojej osoby…

– Taaak – powiedział przeciągle pan Bartusz. – Taaak. A jak się owo skończyło, to już wiemy. I co, panienko, zamiarujesz dalej czynić?

– Nie wiem, szlachetny panie. Nie wiem. W głowie pustka, w sercu ból…

Mikołaj, który do tej pory siedział milczący, odchrząknąwszy kilka razy, z pewnym zakłopotaniem się odezwał.

– Ja bym chyba umiał znaleźć wyjście z tej, zda się, zgoła beznadziejnej, sytuacji.

– A jakież to, paniczu?

– A takie!

Pan Białecki runął na kolana przed Pauline i zapytał:

– Zechciałabyś mnie za męża, demoiselle?

Panna z wrażenia zaniemówiła. Wszystkiego bowiem by się spodziewała, ale nie oświadczyn! Na dodatek w takich okolicznościach i ze strony nieznajomego, który ją widział raptem trzeci czy czwarty raz na oczy. Więc milczała, rozszerzonymi ze zdumienia oczyma wpatrując się w pana Bartusza.

A ponieważ i jego z wrażenia mocno przytkało, to i on milczał.

Tymczasem Mikołaj wciąż klęczał przed dziewczyną w oczekiwaniu na odpowiedź. Czas mijał, powoli i w cichości i nic się nie działo.

– Ach! – Mikołaj palnął się dłonią w czoło. – Ach! Przecie najważniejsze! A jam całkiem zapomniał!

Ściągnął swój sygnet herbowy z palca i podał go Pauline.

A ona jeszcze bardziej zdrętwiała na skutek silnej emocji.

– Paniczu! Panienko! – Bartusz pstryknął palcami przed ich twarzami. – Ejże, co z wami?

Pauline pomyślała: „Cóż, a może to jakiś dobry los mi zsyła tego gładkiego i tak miłego chłopca? Niech się dzieje wola Boża” i podała mu swój maleńki pierścionek z maleńkim szafirem i nadal nic nie mówiąc, skinęła głową na znak zgody.

Pan Białecki nieomal oszalał z radości.

– Byliśmy sobie pisani! Pisani jak nic! Byliśmy sobie pisani, moje ty kochanie!

– Być może… – dziewczyna była bardziej powściągliwa w okazywaniu uczuć, chociaż od pierwszego spotkania w Wenecji zawsze miała tego młodego ślicznego młodzieńca i w sercu i w umyśle. I nawet się jej przez jakiś czas zdawało, że go pokochała, taką miłością od pierwszego wejrzenia. A jak było widać, jego uczucie względem niej było identyczne… I teraz jakiś los – przekorny? – chciał ich połączyć na zawsze…

– Ja tego komentować nie będę – odezwał się pan Bartusz – ale na zdrowy rozum może to mieć sens. Ty się, paniczu, platonicznie zdawało mi się zakochany, uganiasz za dziewczyną po całej Francji, a na końcu ratujesz ją z takiej opresji! A przecie już z dala widać, że masz dla niej coś więcej niż tylko przychylność… Jedno mnie tylko martwi, czy i ona żywi podobne uczucia względem ciebie…

Dopowiedziawszy tych słów, zerknął na Pauline.

– Panie Bartuszu, powiem szczerze. Nie z wyrachowania, ale z serca – pan Nicola nigdy nie był mi obojętny, od owego wieczoru w Wenecji. Co prawda czas sprawił, że mi się jego obraz w sercu nieco zamglił, lecz teraz odżył i barwy odzyskał. Ja się trapię czym innym…

– Czymże? – zapytał Białecki.

– Czy biorąc za żonę obcą ci osobę, nędzarkę, po jakimś czasie mnie nie odtrącisz i mną nie wzgardzisz?…

– Pauline! Ty pojęcia nie masz, z jakiej ja nędzy się wyrwałem! Ty przy mnie, nawet w tej chwili, byłabyś bogaczką!

Ujął jej dłonie w swoje, ucałował z żarliwością i z całej mocy przycisnął do serca.

A potem jął snuć opowieść o swoim życiu…

A Pauline coraz bardziej się zdumiewała, nie mogąc pojąć, jak los może zmieniać tak ludzkie życie. Los? Przypadek? A może Bóg?

– A może Szatan?… – wychrypiał pan Bartusz i przeżegnał się, bo w miarę jak słuchał opowieści Mikołaja, a w szczególności o tej jego relacji z tajemniczym markizem czy też hrabią, bo trudno się było połapać, kim tak naprawdę jest, nabierał coraz głębszego przekonania, że bynajmniej nie jest on bogatym niczym indyjski nabab filantropem i że za tym, co uczynił dla Mikołaja, musi stać jakaś nieczysta kombinacja, jakiś diabelski plan.

Tymczasem jednak co innego było pilniejsze.

– Panie gospodarzu – Bartusz skinął na oberżystę. – Czy znajdzie się jakaś przytulna izdebka dla tego oto dziewczęcia?

– Ależ naturalnie, dostojny panie, ależ naturalnie.

– Podajże nam tedy, co masz najlepszego na kolację, a potem udamy się na spoczynek.

– Mam znakomicie przyrządzonego pieczonego kapłona.

– A czy skórkę ma chrupką?

– Och! Délice!

– Więc podaj gospodarzu. I wina zacnego też. Najwyborniejszego, jakie masz w piwniczce! Stęskniłem się za węgrzynem, ale tutaj go nie macie.

– Nie wszystko zrozumiałem, więc gdybyś, szlachetny panie, zechciał…

– Prosiłem o wino, najlepsze. A reszty nie musisz wiedzieć. Ot co!

Szynkarz się zatem skłonił z szacunkiem i oddalił, by spełnić zamówienie. Tacy goście, jak ci dwaj cudzoziemcy nieczęsto się mu trafiali. Widać było, że są nadzwyczaj zamożni i na dodatek niczego sobie nie skąpią.

Krzyżowe drogi

Mikołaj prawie nie spał tej nocy, rozmyślał gdzie się udać. Czy wrócić do Polski, czy pozostać we Francji, a może skierować z powrotem do Italii, która go zauroczyła? Na myśl przychodziła mu również Hiszpania, a dokładniej Salamanka, którą mu markiz ongiś podpowiadał i gdzie, na tamecznym uniwersytecie, kształcił się przed wiekami jego przodek Jur Białecki, który również nader dziwne małżeństwo zawarł… Ostatecznie jednak niczego nie wymyślił. Gdziekolwiek chciałby się udać z panną i towarzyszem-opiekunem, wpierw i tak należało pozałatwiać formalności, dlatego opuściwszy Pontarlier, ruszyli do Pikardii, do Laon, bo tam Pauline była chrzczona.

* * *

Gdy Młody pan Białecki wygrzebał się bladym świtem ze skotłowanej pościeli, bolała go głowa i całkiem nie miał humoru. Spał podle i czuł się niewypoczęty. Pomyślał, że może, gdy przed śniadaniem zażyje powietrza, to umysł mu się przejaśni, a nastrój poprawi.

Wędrował niespiesznie, bez celu, a chłodne i rześkie powietrze studziło mu głowę. Nogi zaniosły go ku niezbyt okazałej, ale pięknej starożytnej budowli, ku Chapelle des Templiers1.

Obejrzał budynek z zaciekawieniem. Składał się on z czterech jakby segmentów, patrząc od wschodu – z niewielkiej i niskiej absydy, dalej, idąc ku zachodowi, była jakby obszerniejsza prostokątna część prezbiterium, dalej – najwyższa i najokazalsza w całym budynku nawa i wreszcie przedsionek czy też inaczej mówiąc kruchta. Całość umurowana była z poszarzałego kamiennego ciosu, tu i ówdzie pokrytego szarozielonkawymi plamami glonów, a nawet i zrudziałym o tej porze roku mchem.

Mikołaj, przyglądając się kaplicy, kątem oka zauważył, że jakaś ludzka postać przemknęła się spiesznie ku wielkim drzwiom, a ponieważ on stał od strony południowej i to nieco z boku, to nie widział owej sylwetki nazbyt wyraźnie. Dałby sobie jednak głowę uciąć, że dostrzegł Ballettiego.

– Panie markizie! – zawołał i ruszył w stronę wejścia.

Na jego okrzyk nie było żadnej reakcji. Ujął masywną klamkę i nacisnął ją, ale drzwi były zawarte i nie można było wejść do wnętrza.

– Omam jakiś czy co? – zamruczał sam do siebie. – Ale nie, to był Balletti! Na pewno był to on. Wejść do wnętrza świątyńki i zamknąć za sobą drzwi mógł, nim ja do owych drzwi dotarłem. Tylko skąd on tu? I po co?

Ostatecznie jednak, szarpnąwszy jeszcze klamką dla spokoju sumienia, że tak łatwo się nie poddał, dał spokój i zawrócił do oberży.

* * *

Śniadanie było wyborne i bardzo smakowało Pauline, podobnie zresztą, jak i Bartuszowi, tylko Białecki jadł jakby z musu, bynajmniej nie rozkoszując się smakami.

Co to wam, paniczu?

I Mikołaj opowiedział o porannej przygodzie.

Cóż… moim zdaniem trza czym prędzej zdobyć metrykę chrztu panny Pauline, z adnotacją proboszcza, że nigdy w związek małżeński nie weszła i czym prędzej się stąd wynosić.

– Panie Bartuszu! Ale dokąd? Bo jeśli na hrabiego można się natknąć praktycznie wszędzie, to jakaż to różnica gdzie się znajdziemy? Tylko że od chwili gdyście nazwali go Szatanem, mimo dobrodziejstw, jakie mi wyświadczył, łącząc owo z ostatnimi zdarzeniami, jakoś mi tak zrobiło się nieswojo i lęk mnie ogarnął. A patrząc racjonalnie, to przecież żadnych podstaw nie mam, iżby się hrabiego obawiać, bo wszystko czegom od niego doświadczył, to przecie samo dobro. A na dodatek niczego w zamian nie chciał. Nigdy.

– Niby racja – przytaknął stary szlachcic. – Ale co ze ślubem? Gdzie go pan zamiarujesz zawrzeć?

Prawdę powiedziawszy, to gdziekolwiek.

– Ale bardzo dostojnie byłoby w Paryżu, w katedrze Notre-Dame… – rozmarzył się Bartusz.

– Może niech zdecyduje moja narzeczona?

– Och tak! – plasnęła w ręce zadowolona. – W Paryżu! Tam przynajmniej będę mogła zaprosić wszystkich tych, którzy mnie od śmierci ciotki nie chcą znać, albo udają, że nie poznają!

Zaśmiał się Bartusz, zaśmiał i Białecki.

– Niechże będzie, jak chcesz – powiedział ten ostatni. – Wzbudzać u ludzi zazdrość to niezbyt przyzwoite, lecz doskonale cię rozumiem. A ponieważ i ja chciałbym zachować się podobnie, równie nieprzyzwoicie, to gdy tylko się pobierzemy, natychmiast ruszymy do Polski, do mojego rodzinnego miasta, do Sandomierza!

– Gdzie ty Kaju, tam ja Kaja…2 – z wielką powagą na twarzy rzekła Pauline.

– No tośmy uradzili. Zabaczywszy jednak o najważniejszym – odezwał się pan Bartusz.

– O czym to? Co waćpan masz na myśli? – zaniepokoił się Mikołaj.

– Ano to, że z dnia na dzień ślubu się nie bierze. Najpierw zapowiedzi…

– Istotnie… to przeszkoda… ślub się odwlecze o ładne parę tygodni, bo to i droga stąd do Paryża niekrótka i zapowiedzi

– Mniemam – znów się odezwał pan Zbylut – że i na to można znaleźć radę.

– Jaką! – pospołu zawołali Pauline i Nicola.

– Taką, że biskup może udzielić dyspensy od zapowiedzi. Warunek – żeby go tylko przekonać. Więc tyle czasu zmitrężymy co na dojazd do stołecznego miasta. Tylko jak przekonać biskupa do naszych racji?

– No, z tym akurat nie powinno być większego problemu, roześmiał się pan Białecki.

– Nie rozumiem? – powiedziała Pauline.

Lecz Mikołaj w odpowiedzi tylko brzęknął mieszkiem, który wydobył z zanadrza.

– Rzeczywiście, to powinno usunąć wszelkie przeszkody – parsknął śmiechem stary szlachciura.

* * *

Kauzyperda w wyszarzałej rewerendzie o chytrym wyrazie twarzy, który przyjął panów Białeckiego i Bartusza, usłyszawszy, po co przyszli, zrobił bardzo ważną minę i jął piętrzyć trudności.

Trwało to czas jakiś, aż się pan Zbylut zirytował i prosto z mostu palnął, po łacinie, bo chciał zrobić na księżyku wra-żenie.

Reverendissime! Myśmy tu przyszyli po to byś rzecz całą – czystą i klarowną – po naszej myśli w Kurii załatwił, a nie piętrzył trudności! Prawo w tej materii znamy, a ciebie przyszliśmy wynająć, byś młodych reprezentując, wystarał się o dyspensę. Dokumenty obojga narzeczonych masz przed sobą, niczego nie zakwestionowałeś, wymień więc kwotę, powiedz, jak bardzo cenisz swój czas i dojścia do kurialnych urzędników, a sumę całą zaraz dostaniesz. O wycenę twojej mądrości i wiedzy nie pytam i chyba wiesz, reverendissime, czemu – tu się Bartusz uśmiechnął szyderczo.

– Dobrze, już dobrze, panie Bartuszu – Mikołaj wyciągnął sakiewkę i wyłożył na stół kilka złotych monet. – Śpieszno nam bardzo wielebny. Czy tyle wystarczy? To przecie nie za żadne oszustwo, ale za zwykłe przyśpieszenie procedury.

* * *

Paryska katedra Najświętszej Maryi Panny, chociaż nie była wypełniona po brzegi, ale gości, czy może raczej gapiów była dostateczna liczba, żeby wieść o tym niezwyczajnym ślubie, rozeszła się po mieście i arystokratycznych salonach.

Mikołaj prezentował się wspaniale! Na tę najważniejszą w swoim dotychczasowym życiu uroczystość przywdział strój polski. Ubrany był w karmazynowy kontusz, ściągnięty w talii pasem słuckim jedwabnym tkanym złotem w przebogate wzory, do którego przytroczona była karabela w srebrnej pochwie. Tak pochwa, jak i głowica szabli wysadzane były turkusami, agatami, czerwonymi onyksami i malachitami. Pod kontuszem miał słomkowoblady żupan, na nogach safianowe, tej samej barwy co żupan, buty, głowę zaś okrywała mu czapka z czaplim piórem.

Przed wejściem do świątyni zdjął czapkę z głowy i wydobył szablę z pochwy, oddając je na przechowanie wynajętemu na tę okoliczność służce kościelnemu, po naszemu świątnikowi, który miał na młodą parę czekać w kruchcie, nie wchodząc nawet za próg świątyni. Mógł był co prawda wejść do kościoła z bronią, ale tego nie chciał. Z szacunku dla Pana Boga…

Zagrały organy, młoda para ruszyła wolnym krokiem ku wielkiemu ołtarzowi… Pauline w przecudownej i niezwykle kosztownej sukni, której tren niosły małe dziewczynki z rodzin z nią spokrewnionych, bo krewniacy teraz jakoś przypomnieli sobie o jej istnieniu, być może licząc, iż uda im się cokolwiek uskubać z majątku Mikołaja, o którym plotka niosła, iż jest bogaty niczym indyjski maharadża, zarumieniona z nadmiaru wrażeń i chyba jednak… wreszcie… szczęśliwa. Rozkochanym wzrokiem wpatrywała się w tego pięknego chłopca, który szedł obok niej. Albowiem marsz ku ołtarzowi odbywał się na sposób polski, gdzie oboje narzeczeni idą pospołu już od samego podchórza… a zresztą ani jedno, ani drugie z nich nie miało rodziców, a obcych nie chcieli prosić o występowanie w zastępstwie pomarłych…

* * *

No to już ostatni moment – powiedział Bartusz, nakazując zatrzymać karetę u stóp kamiennej figury starożytnej roboty wyobrażającej Pietę trzymającą na kolanach martwe ciało Syna zdjęte z Drzewa Odkupienia.

– Na co? – zapytał Mikołaj.

– Oto krzyżowe drogi, możemy jeszcze zawrócić, a jeśli nie, to skręciwszy w prawo, ruszymy ku niemieckiej granicy.

– Istotnie, krzyżowe drogi… Skręcaj w prawo! – gromkim głosem Mikołaj wydał polecenie stangretowi.

Koła zaturkotały na wybojach, po niedługim czasie pomnik na rozstajach dróg zniknął im z oczu. Przed podróżującymi ścielił się zakurzony gościniec wiodący ich w rodzinne strony.

Tylko jedna Pauline serce miała ściśnięte obawą, co to będzie i jak to będzie w dalekim obcym kraju, przez który na domiar złego ustawicznie przetaczały się wojny…

Pora chyba zacząć uczyć się polskiego? – zagadał do dziewczyny pan Bartusz.

– Istotnie, pora, chociaż nie jest to łatwy język, sykliwy i szeleszczący, ale może jakoś sobie poradzę.

– Poradzisz sobie aśćka, poradzisz.

Je ne comprends pas3

– Poradzisz sobie, madame, poradzisz – powtórzył po francusku pan Zbylut. To co? Zaczynamy?

– Już? – zdziwiła się pani Białecka.

– A na cóż czekać?

– Niechże panu będzie, monsieur – westchnęła młoda pani.

W Sandomierzu

Od wjechania w granice Rzeczypospolitej, kraj wyglądał bardzo nędznie. Najpierw, w roku 1655, najazd szwedzki, bratobójcze wojny ukrainne, Moskwa, Turcy, Rakoczy, a teraz walka o sukcesję polską między Augustem a Stanisławem. I Sasi i Moskwicini i znów Szwedzi… Ograbiane sukcesywnie wsie, miasta popadające w ruinę, bieda snująca się wraz z mgłami i nędza niczym srogi mróz paraliżująca wszelką nadzieję.

Wszystko wskazywało na to, że kraj zasobny przez wieki całe, mlekiem i miodem płynący, dziś ze szczętem zmarniały, chyba już nigdy nie podźwignie się z ruiny. Już nigdy…

Może jeszcze co poniektórym się zdawało, gdy spoglądali na te nędzne resztki, na potrzaskane rumowiska dawnej świetności, że kiedyś przecie musi nadejść taki dzień, gdy wszystko się odrodzi i radość wróci do serc i szczęście zalśni w oczach i sytość zagości w brzuchach nędzarzy… a krwi obcej łakomcy, zachłanni bogacze i krwi obcej chciwcy żarłoczni zadławią się tym sadłem, które to z Rzeczpospolitej i polskich biedaków wyssali… ale to były niestety mrzonki jeno… takie rojenia, które się nigdy nie ziszczają…

Podróżni zatrzymali się blisko Sandomierza, tak blisko, że można było to miasto cudne, zatopione w sadach i winnicach, podziwiać w całej krasie. Słońce chyliło się już ku zachodowi, rozpalając płomieniste, krwią nasiąkłe, ale i złotem i fioletami, rozsnute na nieboskłonie zorze.

Ziemia stygła, na źdźbłach traw i łodyżkach ziół i kwiatów poczynały srebrzyć się pierwsze krople rosy drżące od lekkich muśnięć oddechu parującej ziemi.

Pachniało wokół wręcz odurzająco – ckliwie rumiankami, balsamicznie lebiodką, słodkawo różowopurpurowym kwiatem dzikiego groszku i gorzko złotymi koszykami wrotyczu.

Jakiś zapóźniony trzmiel zmierzał, ciężko bucząc, ku wlotowi do swojej norki, w której, pod ziemią miał swoje gniazdo i skromniuśki plasterek pełen nakropu4 – świeżego nektaru

Jaskółki śmigały hen, wysoko, po niebie, wieszcząc piękną pogodę na nadchodzący dzień. Na pobliskich rosochatych wierzbach stado wróbli odprawiało swoje ćwierkliwe nieszpory.

Tu i ówdzie dało się jeszcze słyszeć pojedyncze podzwaniania koników polnych, ale i te wkrótce całkiem ucichły.

Gdzieś, spoza obłego zbocza trawiastego wzgórka niosło się przeciągłe muczenie krów, które najedzone do sytości, niosły teraz do obór wymiona obrzmiałe od przepełniającego je tłustego mleka.

Mikołaj długo stał i wpatrywał się w ukochane miasto. Twarz miał poważną, smutną i zwilgotniałe oczy. Przez głowę przelatywały mu obrazy dni, pór roku, lat, które tutaj spędził… i chwile pełne tęsknoty za tym, co mu było najbliższe, najbliższe jego sercu, tęsknoty za wyboistymi uliczkami, aromatami kadzideł, którymi nasiąkły mury prastarych świątyń, za brzęczeniem pszczół buszujących śród kwitnących lip, za kłakami babiego lata płynącymi w spokojnym jesiennym powietrzu, za pierwszym śniegiem – puszystym i miękkim i za strumykami wody, która cienkimi strużkami podczas roztopów pędem spływała z wysoczyzn sandomierskich wzgórz prosto ku wiślanym rozlewiskom…

– Ruszajmy – odezwał się po chwili.

– Ba! Lecz dokąd? – z niepokojem w głosie zapytał pan Bartusz. – Na noc się ma. Dziś już raczej nic nie zdziałamy.

– Co zatem?

– Czy jest tu jakaś karczma, gospoda, zajazd – jak zwał tak zwał, no, jakieś miejsce, gdzie byśmy mogli spokojnie noc przespać?

– I owszem. Jest. A co? Nie widział waszmość, wszak bywałeś nie jeden raz w Sandomierzu.

– I owszem, alem nigdy z zajazdów nie korzystał, bo mnie na ów luksus nie było stać, dlategom się za nimi nie rozglądał.

– To gdzieś acan sypiał?

– A gdzie się dało, zwykle u znajomków, czasem i pod gołym niebem. No, ale gdzie ta karczma? Daleko?

– Nie, o kwadrans stąd… może parę minut dalej. „Rzym” się nazywa.

– O! Też pięknie! – w głosie pana Bartusza dało się słyszeć jakby lekkie zaniepokojenie. – A czy to ten sam „Rzym”?

– Niestety.

– Mój Boże!

– Nie turbuj się waćpan, nic nam nie będzie! – Mikołaj w głos się roześmiał.

– O czymże, to panowie rozmawiacie.

– At! Nic takiego – Mikołaj chciał zbyć żonę.

– Ale ja chcę wiedzieć!

– Tylko się nie wystrasz. Karczma, w której przyjdzie nam nocować, słynna jest z tego, że jak głosi pradawna legenda, z niej to właśnie diabeł porwał doktora nauk tajemnych szlachetnie urodzonego pana Twardowskiego, z łacińska Tvardoviusem zwanego.

– A czemuż go porwał?

– Twardowski bowiem miał nadzieję go oszukać i paktu, jaki zawarł ze Złym, nie zamiarował dotrzymywać.

– Lecz myśmy żadnych paktów nie zawierali, więc lękać się nie ma czego.

No właśnie!

Woźnica szarpnął lejcami i konie ruszyły stępa.

– W którą stronę mam jechać? – zapytał pana Białeckiego.

– Tędy, prosto, wąwozem, a gdy wyjedziesz na szczyt wzniesienia, dokąd cię ten parów zaprowadzi, to znajdziemy się nieomal na podworcu karczmy.

Koła turkotały na wybojach, a pan Bartusz przeżegnawszy się zamaszyście, zaczął chwalić Pana Boga śpiewem, a pienia te musiały być Stwórcy miłe, albowiem szlachciura miał wyjątkowo piękny, czysty baryton.

Chwała Bogu w wysokości

A na tej ziemskiej niskości

Niechaj miły pokój będzie

Ludziom dobrej woli wszędzie.

Wielbimy Cię, pokłon dając

Błogosławim, wychwalając

Dzięki czynim z uprzejmości

Dla Twojej chwały wielkości.

Królu w niebie panujący

Boże Ojcze wszechmogący

Boże Synu Chryste Panie

Niech wam chwała nie ustanie.

Baranku Boży, co winy

Gładzisz świata; Tyś jedyny

Syn jest Ojca przedwiecznego

Bez matki, z istoty Jego.

Racz się zmiłować nad nami

Nie gardź naszymi prośbami

Daj się nam ubłagać, Panie

Odpuść za grzechy karanie.

Który siedzisz na prawicy

Boga Ojca, my grzesznicy

Pokornie k’tobie wołamy

Jezu zmiłuj się nad nami.

Boś Ty sam Pan jest największy,

Sam najwyższy, sam najświętszy

z Duchem Świętym w Chwale Twego

Ojca Boga wszechmocnego.

* * *

Woźnica z karetą i podróżnymi kuframi pozostał w „Rzymie”, natomiast Mikołaj, Pauline i pan Zbylut wyruszyli na miasto.

Niegdyś ludne, rojące się od miejscowych i przyjezdnych kupców, gwarne i wesołe, teraz wyglądało na opustoszałe i ponure, a nawet wręcz nasiąkłe rozpaczą.

Na miejscu wspaniałych renesansowych, czy też gotyckich, a przebudowanych później w renesansowej manierze kamienic, przycupnęło teraz wiele byle jakich chałup, niewyglądających lepiej niż kmiece zagrody. Niektóre ze znakomitych budowli zgorzały, inne z nudów doprowadzili do ruiny sascy żołdacy, którzy stacjonowali w Sandomierzu, a właścicieli nie było już stać na odbudowanie ich takimi, jakimi były, czy choćby na gruntowny remont tych, które się jako tako ostały, zdewastowane tylko ale całe.

Bruk na rynku powybijany i dziurawy, uliczki zapuszczone, miejskie mury baszty i bramy nadwątlone, połatane bodaj jak i byle czym. Zapuszczone sady i opustoszałe winnice, kędy wiły się na wpół już zdziczałe, niecięte i niepielęgnowane latorośle winogradu, sprawiały wrażenie przygnębiające, chociaż nie brakowało im swoistego tajemniczego uroku.

To, co minionego wieczora z daleka wyglądało tak wspaniale oraz imponująco, z bliska już takim nie było.

Sporo też było pustych placów tak intra, jak i extra muros5. Widząc je, pan Zbylut Bartusz powiedział:

– Zastanawiał się panicz, gdzie mógłby zamieszkać. Patrząc na te pustacie porosłe pokrzywą, pomyślałem sobie, że można by ze dwie-trzy sąsiadujące ze sobą parcele kupić i to raczej za psi grosz i jakiś zacny dom postawić z ogrodem, nie gorszy niż tamten, co na skraju górnej pierzei Rynku stoi, a ongiś należał nie do byle kogo, bo do samych Oleśnickich, do królewiąt, karmazynów, kardynałów.

– Może i macie rację? Muszę owo rozważyć. Ale nim dom stanie, to gdzie niby mamy zamieszkać?

– A na przykład w Warszawie, niech pani Pauline zobaczy, jak wygląda stolica, a może i dwór królewski.

– Do Krakowa byłoby bliżej.

– Może, ale teraz to prowincja, a od czasu, gdy Szwedzi Wawel z dymem puścili, to aż żal serce ściska, przecie żeśmy sami widzieli, udając się z hrabią do Italii.

– A co? Sandomierz to niby nie prowincja? I jak wygląda? Jedna ruina.

– Niby, ale to nasza ruina, miasto stołeczne naszej ziemi i w sercu go winniśmy zawsze nosić.

– Nie wiedziałem waszmość panie, żeście taki patriota.

– A to wada?

– Skądże! To w dzisiejszych czasach rzadka zaleta… a może nie?… może istotnie wada?… Lecz gdyby więcej panów braci tak myślało, a kraj w sercu mieli, to może wszystko by się jakoś w tej naszej Rzeczypospolitej uładziło i do prządku przyszło, a tak?…

– Więc co robimy?

– Chyba wasszmości posłucham. Ziemię tutaj kupię, architekta najmę, mularzy, cieślów i kto tam będzie jeszcze potrzebny i niechże dworzyszcze zacne nam budują. Tylko…

– Tylko co?

– Nadzorca nad całością, rzetelny i uczciwy by mi się tu jeszcze zdał.

– Prawda – przytwierdził Bartusz.

Mikołaj zaczął go świdrować oczami.

– A czemuż to panicz tak się we mnie wpatruje? Jakbym był młodą i gładką białogłową.

– Et, głupoty opowiadacie! Przyglądam się waszeci, bom sobie pomyślał, iż nikogo lepszego od waszeci na tego nadzorcę chyba by mi się nie udało znaleźć.

Bartusz nic się nie odezwał, głowę tylko spuścił i pilnie przypatrywał się swoim odrobinę już podniszczonym butom.

– No? Panie Zbylucie złoty? Co wy na to?

– Przecie mam swój domek, parę prętów gruntu, no i tę karczmę, co mi ją pan markiz, czy też hrabia, licho wie, kto on, zafundował.

– Domek wynajmiecie, karczmarza i tak nie upilnujecie – zechce wasz oszukiwać, to i będąc na miejscu nie zapobieżecie temu, a tu mogę wam stancję jakąś wynająć, albo nawet i kupić. Pensyjkę zacną też wam wyznaczę i zamieszkamy w bliskości. Waszmość mi tu budowy dopilnujesz, a jak już wszystko będzie ukończone, zjedziemy z moją panią małżonką i urządzimy wszystko, tak by dziadki, jeśli nas nimi Pan Bóg zechce obdarować w Swojej łaskawości, mogły godnie, godziwie i przyzwoicie mieszkać.

– Hm… propozycja kusząca… tylko…

– Tylko co?

– Ano nie dobiegł jeszcze końca ów czas, przez który zobowiązał mnie hrabia do czuwania nad paniczem.

– Rzeczywiście.

– Więc… muszę z państwem… do Warszawy…

Mikołaj nic na to nie odrzekł, ale widać było, iż intensywnie głowę natęża, jakie wynaleźć wyjście z tej sytuacji, aż w końcu powiedział, co wykoncypował:

– Z jednej strony tak, macie rację, czas waszmości kontraktu się jeszcze nie skończył, lecz okoliczności uległy zmianie. Ożeniłem się i tego nie zmienicie. Więc pomyślałem sobie, że może rzecz całą urządzimy tak: waszmość zostaniesz w Sandomierzu dopilnować budowy, natomiast wasza małżonka pojedzie, jako dama do towarzystwa, pani Pauline.

– Jako kto?! – zdumiał się Bartusz.

– Jako dama do towarzystwa – powtórzył pan Białecki.

Pan Zbylut parsknął śmiechem, ale się zaraz zmitygował.

– Niechże mi panicz wybaczy, lecz jaka z niej może być dama do towarzystwa, kiedy ona ledwo na książce do nabożeństwa umie czytać. Ani obyczajów dworskich nie zna, ani porządnie wysłowić się nie potrafi. Ba! Ani nawet nie ma się w co przyodziać. Toż to biedna i ciemna parafianka! Chociaż serce złote.

– A może to i lepiej? Pani Pauline ją ubierze, we francuskim obyczaju podkształci. Jedna drugą będzie uczyć – po polsku i po francusku. Pańska małżonka, kochany panie Bartuszu, będzie jej niczym matka, bo na przyjaciółkę nazbyt wiekowa. Tak czy siak, to pewno lżej się będzie dogadać dwóm niewiastom niż niewieście z mężami. No i dzięki temu moja Pauline nie będzie się czuć samotna.

* * *

Robota majstrom paliła się w rękach. Na obszernym placu, którego większą część nie stanowiła jednak płaszczyzna, lecz łagodny skłon staromiejskiego stoku przechodzący – patrząc w kierunku nadwiślańskich błoni – w ostry obryw stromej lessowej ściany, położony za murami, po drugiej stronie przepaścistego parowu oddzielającego Wzgórze Gostomianum, od Miejskiego, powyżej Bramy Lubelskiej, przez miejscowych potocznie nazywanej Furtą Rybacką, bo rybitwy6 tędy swój połów do miasta wnosili, wytyczono obszerny prostokąt i jęto kopać głęboki dół, żeby dom miał solidne podpiwniczenie i bardzo krzepki fundament. A śpieszono się bardzo, bo choć pogoda sprzyjała, to jesień już snuła się mgłami po wąwozach i zaczynała złocić i czerwienić liście…

W promieniach Bożego błogosławieństwa

Państwo Białeccy byli szczęśliwi. Mieszkali w pięknym, wygodnym, dostatnim domu z cudownym widokiem na Wisłę, na Góry Pieprzowe i het, dalej jeszcze – na Sandomierską Kotlinę ciągnącą się aż po horyzont, a porosłą odwieczną puszczą, w którą wgryzały się wsie i uprawne pola.

Jednego co im brakowało, to pana Zbyluta Bartusza, herbu Barszcz alias Wiewiórka i jego zacnej małżonki, którzy na dobre powrócili w swoje strony, chociaż obiecali, że będą państwa Białeckich odwiedzać tak często, jak się tylko da.

Mikołaj, nie obnosił się ze swoją zamożnością, mimo iż nie stronił od życia towarzyskiego, to pieniądze wydawał z rozwagą. Jego małżonka rozkochała się w nim bez pamięci, chociaż na samym początku tylko bardzo go lubiła, a poślubiła, prawdę powiedziawszy, głównie dlatego, że zdało się jej to najlepszym i najrozsądniejszym wyjściem w jej nader trudnej, jeśli nie rozpaczliwej wręcz życiowej sytuacji.

I dziękowała teraz Bogu, że nigdy tego kroku, tej decyzji nie musiała żałować.

Po blisko rocznym pobycie w Warszawie, gdzie – zda się, iż dzięki pieniądzom młodego pana Białeckiego, udało im się bywać na dworze królewskim – zauważywszy, że August II Mocny coraz bardziej łakomym wzrokiem zerka na piękną panią Pauline, uznali, iż nie ma co licha kusić i powrócili do Sandomierza.

A tu na świat przyszło ich pierwsze dzieciątko, córeczka Małgorzata-Hortensja, która pojawiła się na świecie na sam koniec cudnego, słonecznego, przesyconego słońcem i woniami ziół i kwiatów maja 1713 roku.

W lipcu zaś roku następnego Pauline powiła drugą córkę Dianę-Teresę, a pod koniec października roku 1716 trzecią – Marię-Krystynę.

Co prawda Mikołaj, zostawszy po raz trzeci ojcem dziewczynki, poczuł się odrobinę zawiedziony, bo – jak większość mężczyzn – pragnął męskiego potomka, który by poniósł nazwisko i tradycje rodu w nadchodzące lata.

Nie tracił jednakowoż nadziei, że prędzej czy później doczeka się dziedzica. A można rzec, iż spodziewał się tego raczej prędzej, niż później, bo już w lutym roku 1717 Pauline mu oświadczyła, że jest przy nadziei. Wystarczyło zatem zaczekać do października, żeby przekonać się, czy rachuby pana Mikołaja tym razem się ziszczą, czy też po raz kolejny spotka go zawód.

Tak było, czy inaczej, tak czy inaczej miałoby być w przyszłości, to zawsze solennie Stwórcy za wszystko dziękował, a córeczki kochał ponad miarę, aż to nieco dziwiło tych, którzy z boku na tę sielankę zerkali. No bo jakże to? Dziewczęta nie dziedziczą nazwiska ani też nie przedłużają rodu. To za co je aż tak kochać?

Tak więc od ślubu Białeckich dni, miesiące i lata przemijały spokojnie. Słoneczko wschodziło i zachodziło, świat się na przemian zielenił, złocił bądź okrywał niepokalaną białością, a żar uczuć w sercach małżonków nie tylko, że nie stygł, ale jakby ciągle rozpalał się większy i większy

Chociaż i w kraju i w mieście wciąż nie było spokojnie, a po Sandomierzu nadal hasali sascy żołdacy, to Białeckich jakoś szczęśliwie nikt nie zaczepiał, być może widząc zasobność, maniery, powagę i odwagę pana Mikołaja, obawiano się ich napastować, albowiem nie wiadomo było, jakie mieli koneksje i jak daleko sięgały ręce ich przyjaciół. O ich znajomości z królem też powszechnie wiedziano.

Co zaś do miejscowych mieszczańskich elit to te akurat spoglądały z nieskrywaną zawiścią na państwa Białeckich, pamiętając dobrze, z jakiej nędzy wydźwignął się Mikołaj, więc teraz jego powodzenie, przyjemne i zasobne życie, kochająca rodzina i ogólnie Boże błogosławieństwo wzbudzały całkiem bezinteresowną zawiść, zazdrość, a u co poniektórych może i nienawiść nawet. Bo na dodatek jeszcze był szlachcicem.

Mikołaja to najpierw bolało i czuł owo, jakby kolec w sercu, w którym to miasto i jego mieszkańców zawsze nosił, ale z czasem, widząc, że nie jest w stanie zmienić do siebie nastawienia, ani zyskać akceptacji tych, którzy nie wiedzieć czemu uważali się za lepszych od Mikołaja, chociaż na drabinie społecznej zajmowali niższe szczeble, machnął na wszystko ręką i usunął się w cień. Jednakowoż przykrość całkiem nie opuściła jego duszy, bo tak Bogiem a prawdą, choć wysoko urodzony i nieubogi bynajmniej, gdzieś we środku czuł się ciągle tym bosym, obdartym i przeważnie głodnym chłopakiem z przedmieścia, z tej izby zimnej i ciemnej, w której nawet podłogi nie było, a gliniana polepa. Do szlachty, chociaż od życia towarzyskiego, jako się już wcześniej napomknęło, nie stronił, to jednak nie miał zbytniej śmiałości. A zresztą i miejscowa szlachta, mimo iż pochodził ze starożytnego rodu i zdawało się, że dzięki pieniądzom tajemniczego hrabiego, pozycje odzyskał, nie do końca miała go za jednego ze swoich i zachowywano względem niego dość widoczny dystans, po trosze traktując jak nuworysza.

Pomyślał więc sobie, że gdy dzieci podrosną tylko nieco, gdy najstarsza z dziewczynek osiągnie pięć-sześć lat, to chyba jednak, mimo że swój rodzinny Sandomierz kochał bardzo, wyjedzie z tego niewdzięcznego miasta, zasiedlonego przez zazdrosnych, głupich, prymitywnych nienawistników. Źle im nie życzył, lecz oglądać te zarozumiałe gęby bufonów i pyszałków aż do końca swoich dni nie miał zamiaru.

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Kaplica Templariuszy. (fr.).

2Starorzymska formula wypowiadana przy zawieraniu związku małżeńskiego.

3Nie rozumiem. (franc.).

4Nakrop – tu: nazwa bardzo rzadkiego miodu produkowanego przez trzmiele (Bombus), owady z rodziny pszczołowatych.

5W murach i za murami. (łac.).

6Rybitwy – tu: rybacy zawodowo łowiący na Wiśle i z tego zajęcia utrzymujący rodziny.

Adding wokeness: Oregon promotes teacher program to subtract ‘racism in mathematics’ [źródło+foto]

Adding wokeness: Oregon promotes teacher program to subtract ‘racism in mathematics’

[Umieszczam oryginał, każdy nieuk może sobie przetłumaczyć maszynowo. Moja reakcja – nagłosy oburzenia, że „to niemożliwe, to ponury żart !!”.

======================

Sam Dorman, Fox News wokeness-oregon-promotes-program-to-subtract-racism-in-mathematics/

The Oregon Department of Education (ODE) recently encouraged teachers to register for training that encourages “ethnomathematics” and argues, among other things, that White supremacy manifests itself in the focus on finding the right answer.

An ODE newsletter sent last week advertises a Feb. 21 “Pathway to Math Equity Micro-Course,” which is designed for middle school teachers to make use of a toolkit for “dismantling racism in mathematics.” The event website identifies the event as a partnership between California’s San Mateo County Office of Education, The Education Trust-West and others. 

Part of the toolkit includes a list of ways “white supremacy culture” allegedly “infiltrates math classrooms.” Those include “the focus is on getting the ‘right’ answer,” students being “required to ‘show their work,’” and other alleged manifestations.

“The concept of mathematics being purely objective is unequivocally false, and teaching it is even much less so,” the document for the “Equitable Math” toolkit reads. “Upholding the idea that there are always right and wrong answers perpetuate objectivity as well as fear of open conflict.”

The ODE, led by Colt Gill, confirmed the letter to Fox News. ODE Communications Director Marc Siegel also defended the “Equitable Math” educational program, saying it “helps educators learn key tools for engagement, develop strategies to improve equitable outcomes for Black, Latinx, and multilingual students, and join communities of practice.”

An associated “Dismantling Racism” workbook, linked within the toolkit, similarly identifies “objectivity” — described as “the belief that there is such a thing as being objective or ‘neutral’” — as a characteristic of White supremacy.

Instead of focusing on one right answer, the toolkit encourages teachers to “come up with at least two answers that might solve this problem.” 

It adds: “Challenge standardized test questions by getting the ‘right’ answer, but justify other answers by unpacking the assumptions that are made in the problem.”

It also encourages teachers to “center ethnomathematics,” which includes a variety of guidelines. One of them instructs educators to “identify and challenge the ways that math is used to uphold capitalist, imperialist, and racist views.”

The newsletter surfaced amid a broader uproar over critical race theory and diversity training sessions in government entities. For example, a media frenzy erupted last year after a controversial graphic on “whiteness” surfaced from National Museum for African American History and Culture.

The museum’s graphic broke the “aspects and assumptions of whiteness” into categories such as “rugged individualism” and “history.” For example, under “future orientation,” the graphic listed “delayed gratification” and planning for the future as ideas spread by White culture.

The training promoted by Oregon references a 2016 workbook titled “Dismantling Racism.” 

“We do not claim to have ‘discovered’ or to ‘own’ the ideas in this workbook any more than Columbus can claim to have discovered or own America,” the workbook reads in one section. 

It’s unclear to what extent, if at all, teachers would be involved with this particular workbook, created by the group DismantlingRacism.org, but it appeared to form part of the foundation for the course’s material.

“The framework for deconstructing racism in mathematics offers essential characteristics of antiracist math educators and critical approaches to dismantling white supremacy in math classrooms by visualizing the toxic characteristics of white supremacy culture,” the toolkit reads before linking to both the workbook and a paper on “white supremacy culture.”

The toolkit adds that “building on the framework, teachers engage with critical praxis in order to shift their instructional beliefs and practices toward antiracist math education. By centering antiracism, we model how to be antiracist math educators with accountability.”

In one section of the “Dismantling Racism” workbook, the argument is made that “only white people can be racist in our society, because only white people as a group have that power.” Another section seems to justify anti-cop sentiments. 

“In some cases, the prejudices of oppressed people (‘you can’t trust the police’) are necessary for survival,” it reads.

That particular workbook seems to take a decidedly anti-capitalist tone as well. 

“We cannot dismantle racism in a system that exploits people for private profit,” it reads. “If we want to dismantle racism, then we must build a movement for economic justice.” One of the graphics includes protesters calling for taxes on corporations. Quotes are also featured from Howard Zinn, a self-described socialist, and Marxist revolutionary Che Guevara, although the quotes are more generally about activism rather than economics.

Anti-racism curricula have received an array of criticism and support.

For example, political scientist Carol M. Swain told Fox News’ Laura Ingraham last week that certain curricula “put forth by Black Lives Matter and being embraced in too many places is really destructive of the Black community and the Black family and racial justice.”

Angela Onwuachi-Willig, an expert on critical race theory at Boston University School of Law, told the Boston Globe that critical race theory helped people understand the complexity of race – beyond “simple” narratives that they may have been taught.

“Racism is not extraordinary,” she continued. “Race and racism are basically baked into everything we do in our society. It’s embedded in our institutions. It’s embedded in our minds and hearts.”

Attorney M.E. Hart, who has conducted these types of training sessions, told The Washington Post that the training helped people live up to “this nation’s promise – ‘We hold these truths to be self-evident, that all men are created equal.’”

Matematyka w USA; to nie jest surrealistyczny żart. To komunistyczna REALNOŚĆ.

Matematyka w USA; to nie jest surrealistyczny żart. To komunistyczna REALNOŚĆ.

To-subtract-racism-in-mathematics

W kilku amerykańskich stanach wdrażane są nowe zasady nauczania matematyki, by „nie utrwalała imperialistycznego i kapitalistycznego świata”, jak napisano w wytycznych „Droga do równej edukacji matematycznej: Demontaż rasizmu w nauczaniu matematyki”. Opracowano je przy wsparciu fundacji Gatesów.

„Skupianie się na uzyskiwaniu rozwiązań i prawidłowych odpowiedzi należy do toksycznych cech białej supremacji”.

Wymaganie przez nauczycieli pokazywania prac domowych i zeszytów to przejaw „białego paternalizmu”. W ogóle stawianie wymagań jest rasistowskie, bo dla różnych kultur różne są właściwe poziomy znajomości matematyki. Nauczyciel zaś powinien uwzględniać różnice kulturowe i językowe, bo ma uczniów różnych ras czy odmiennego pochodzenia etnicznego i społecznego. Jednym nauka tego przedmiotu idzie lepiej, innym gorzej i to jest niesprawiedliwe.

Dlatego też w szkołach zostaną zlikwidowane kursy i dodatkowe zajęcia dla lepszych i bardziej zainteresowanych, bo tylko pogłębiają nierówności.

——————————————————————————–

Z tego, co wynika z mojego oglądu tej sprawy, to nie jest surrealistyczny żart. To jest aktualna lewicowa rzeczywistość. Objaw lewicowego obłędu zwiastującego czasy, których porównanie z czasami Stalina będzie niestosowne, bo czasy stalinowskiego terroru i ideologicznej ekspansji stalinizmu wyglądają jak czasy swobody i głębokiej intelektualnej refleksji.

Ale może jednak to jest żart, a ja jestem nierozgarnięty młot?

Pozdrawiam Cię, Jerzy 

================

Ktoś:  Dziękuje, ciekawe.

Jerzy : Ciekawe? A co cię tak „zaciekawiło”? Dla mnie, jeśli to nie jest jakiś surrealistyczny żart ze sporym przegięciem, to jest objaw lewicowego obłędu zwiastującego czasy, których porównanie z czasami Stalina będzie niestosowne, bo czasy stalinowskiego terroru i ideologicznej ekspansji stalinizmu wyglądają jak czasy swobody i głębokiej intelektualnej refleksji. A dla Ciebie to jest, q&wa, „ciekawe”! A może również dla ciebie nauczanie matematyki to objaw „socjalnej opresji”?

Szczepionki na COVID-19 mogą powodować „trwałe kalectwo”, mówi TERAZ niemiecki minister zdrowia. Pozwy sądowe.

Szczepionki na COVID-19 mogą powodować „trwałe kalectwo”, mówi TERAZ niemiecki minister zdrowia. Pozwy sądowe.

covid-19-vaccines-permanent-disabilities

Niemiecki minister zdrowia Karl Lauterbach, który kiedyś twierdził, że szczepionka na COVID-19 jest wolna od skutków ubocznych, przyznał w zeszłym tygodniu, że się mylił, przyznając, że reakcje niepożądane występują w ilości 1 na 10 000 dawek i mogą powodować „poważne kalectwo”.

14 sierpnia 2021 roku Lauterbach powiedział na Twitterze, że szczepionki nie mają „żadnych skutków ubocznych”, w dalszej części pytając, dlaczego niektórzy Niemcy odmówili zaszczepienia się przeciwko COVID-19.

Podczas wywiadu w programie ZDF „Heute Journal” 12 marca 2023 roku, Lauterbach został zapytany o twierdzenie z lata 2021 roku. Gospodarz programu skonfrontował ministra z jego poprzednim tweetem, w którym twierdził, że zastrzyki są praktycznie wolne od skutków ubocznych.

Lauterbach odpowiedział, że tweet był „nietrafiony” i był „przesadą”, której dokonał w tamtym czasie, zauważając, że „nie prezentował on jego prawdziwego stanowiska”.

„Zawsze byłem świadomy liczb i pozostały one stosunkowo stabilne … 1 na 10000 [poszkodowanych]”, powiedział Lauterbach. „Niektórzy mówią, że to dużo, a niektórzy, że nie”.

Komentarze Lauterbacha na temat niepożądanych zdarzeń związanych ze szczepionkami pojawiły się po tym, jak niemiecka sieć pokazała historie kilku Niemców, którzy zostali poważnie poszkodowani po otrzymaniu zastrzyku, w tym 17-letniej gimnastyczki, która wcześniej rywalizowała w Mistrzostwach Niemiec w gimnastyce artystycznej, zanim została hospitalizowana przez ponad rok, wkrótce po otrzymaniu drugiej dawki szczepionki BioNTech na COVID-19.

„Co Pan powie tym, którzy zostali dotknięci [przez urazy po szczepionkach]?” Sievers zapytał Lauterbacha.

„To co spotkało tych ludzi jest absolutnie przerażające, a każdy przypadek to o jeden za dużo” – odpowiedział Lauterbach. „Szczerze mówiąc bardzo współczuję tym ludziom. Są poważne niepełnosprawności, a niektóre z nich będą trwałe”.

Steve Kirsch, dyrektor wykonawczy Vaccine Safety Research Foundation, nie zgodził się z Lauterbachem, ale pochwalił ministra zdrowia za „postęp”, porównując jego ostatnią uwagę do poprzednich komentarzy dotyczących bezpieczeństwa i skuteczności szczepionek COVID-19.

„Prawdziwy wskaźnik poważnych zdarzeń niepożądanych jest około 100 razy większy niż liczby, które przytoczył Lauterbach – 'bliżej 1 na 100 dawek’, a 'dla zgonów jest to ok. 1 na 1000 dawek'” – napisał Kirsch na Twitterze.

Do 31 października 2022 roku Paul-Ehrlich-Institut otrzymał łącznie 333 492 indywidualnych zgłoszeń przypadków dotyczących podejrzewanych działań niepożądanych szczepionki na COVID lub skutków ubocznych szczepionki w Niemczech, zgodnie z oficjalnymi danymi (pdf) wydanymi w grudniu 2022 roku przez medyczny organ regulacyjny, który bada szczepionki i lekarstwa.

„Liczba zgłoszeń pojedynczych przypadków miesięcznie osiągnęła szczyt w grudniu 2021 r. i utrzymywała się aż do lata”, według agencji federalnej, która podlega niemieckiemu Ministerstwu Zdrowia.

Mimo tych ustaleń, na stronie internetowej ministerstwa zdrowia Niemiec od 16 marca br. widnieje informacja, że „nowoczesne szczepionki są bezpieczne, a działania niepożądane występują tylko w sporadycznych przypadkach.”

Pozwy sądowe w toku

Ponieważ temat urazów poszczepiennych zaczął być szerzej poruszany przez niektóre niemieckie media, zaczęły się pojawiać pozwy przeciwko firmie BioNTech, a także przeciwko innym producentom szczepionki na COVID-19.

BioNTech zaprzeczył wszelkiej odpowiedzialności, podała ZDF.

Producenci szczepionek tacy jak Pfizer i Moderna są zwolnieni z odpowiedzialności tzn. nawet że jeśli coś pójdzie nie tak z ich szczepionkami, to mają bardzo silną pozycję prawną.

„To prawda, że w ramach tych umów unijnych firmy były w dużej mierze zwolnione z odpowiedzialności i że odpowiedzialność, w związku z tym, leży po stronie państwa niemieckiego” – powiedział Lauterbach.

Źródła Zerohedge , oryg. Epoch Times

Schody Świętego Józefa

Schody Świętego Józefa

[z internetu, ale sprawdzone. MD]


Tajemnicze schody, które zgodnie z [widocznymi.. md] prawami fizyki powinny były runąć.

Zakonnice z Santa Fe były przekonane, że to sam Święty Józef wysłuchał ich modlitw i przybył im z pomocą lub przynajmniej przysłał im genialnego wykonawcę.
W Santa Fe (hiszp. Święta Wiara) stolicy stanu Nowy Meksyk (USA) znajduje się kaplica loretańska (Loretto Chapel Santa Fe), a w niej drewniane schody wiodące na chór.


Mówi się o nich, że wykonał je sam Święty Józef.
Budowę kaplicy sióstr loretanek rozpoczęto w 1872 r. Miała być ona miniaturą słynnej paryskiej Świętej Kaplicy. Po ukończeniu budowy okazało się, że architekt nie zaprojektował schodów prowadzących na chór. Teoretycznie schody można było dobudować, ale w praktyce ze względu na bardzo małe rozmiary kaplicy nikt nie chciał się tego podjąć. Wszyscy zapraszani specjaliści sugerowali, że w takich warunkach wejście na chór może odbywać się jedynie po drabinie.


Siostry rozpoczęły nowennę do Świętego Józefa, który sam był cieślą, o pomoc.
Święty Józef nie dał się długo prosić. Ostatniego dnia nowenny do furty klasztornej zapukał niepozorny staruszek. Niewiele mówiąc, oświadczył że jest cieślą, że słyszał o kłopocie sióstr i chętnie im pomoże.
W ciągu kilku miesięcy tajemniczy cieśla zbudował schody, które uważane są za prawdziwe arcydzieło.
Schody są w kształcie spirali, pięknie wykonane i według praw fizyki … powinny były runąć chociażby pod ciężarem jednej osoby. ponieważ nie zawierają żadnej centralnej podpory, słupa wokół którego by się wiły czy ściany na której by się wspierały. Do ich budowy nie użyto ani jednego gwoździa lub kleju (do spojeń staruszek użył jedynie drewnianych czopów).
Kolejny ciekawy fakt to liczba stopni – 33 – kojarząca się z wiekiem Chrystusowym oraz sam budulec. Nie wiadomo skąd cieśla wziął drewno do wykonania swojego dzieła, na pewno takowe nie występuje w stanie Nowy Meksyk. Nie kupił go też u dostawcy w Santa Fe.
Dzisiejsi fachowcy są zgodni, nawet teraz, przy obecnym stanie wiedzy, przy zastosowaniu nowoczesnych narzędzi czy specjalistycznych programów można by pokusić się o wybudowanie podobnej konstrukcji z innych materiałów (stal, żelbet) ale z drewna, bez użycia gwoździ, kleju czy odpowiednich wzmocnień stalowych wykonanie podobnych schodów jest chyba niemal niemożliwe
Ostatecznie po wykonaniu pracy rzemieślnik nagle zniknął, nie czekając na wynagrodzenie.
Oryginalne schody nie miały poręczy (widocznych na załączonym zdjęciu) dopiero dziesięć lat później dobudował ją inny cieśla.
Zakonnice z Santa Fe były przekonane, że to sam Święty Józef wysłuchał ich modlitw i przybył im z pomocą lub przynajmniej przysłał im genialnego wykonawcę. A schody, które przez wiele lat służyły zakonnicom, stoją do dziś. W latach siedemdziesiątych minionego wieku odgrodzono je i przeznaczono do zwiedzania jako przykład wybitnej sztuki ciesielskiej.

Atmosfera jurydyczna

Stanisław Michalkiewicz atmosfera-jurydyczna

Atmosfera jurydyczna pojawiła się u nas jeszcze za głębokiej pierwszej komuny. Świadczy o tym zapis we wspomnieniach Adama Grzymały-Siedleckiego, który pisze, że jak nauczycielka na lekcji rachunków mówi uczniom, że dwa dodać dwa, to jest cztery, to oni pytają, czy ma na to świadków.

Być może, że początki atmosfery jurydycznej sięgają jeszcze głębiej, bo, czyż Fredro w “Zemście” nie cytuje Rejenta Milczka, który powiada: “nie brak świadków na tym świecie”? No a po co są na tym świecie świadkowie? Po to, żeby pomagali ustalić, jak było. A komu mają w tym ustaleniu pomagać? To jasne, że niezwisłemu sądowi, który dzięki świadkom zeznającym, jak trzeba, może wydać wyrok zgodny z życzeniami oficerów prowadzących. Toteż świadomi swojej roli świadkowie na pytanie: “Józiu, Zosiu, Franiu, powiedzcie, jak było? Czy było tak, jak on mówi? – odpowiadają: “nie tak było, inaczej było!” – no i uzasadnienie pięknego wyroku gotowe.

Na przykład niezawisła pani sędzia Joanna Knobel, ze znanego na całym świecie z niezawisłości okręgu sądowego w Poznaniu, uniewinniła 32 osoby z zarzutu złośliwego zakłócania obrzędu religijnego. Chodziło o to, że podczas Mszy św. do tamtejszej katedry wtargnęła 32-osobowa grupa “aktywistów”, którzy wznosili okrzyki, rozwijali transparenty i tak dalej, wskutek czego dalsze odprawianie nabożeństwa stało się niemożliwe. Ponieważ chodziło o reakcję na orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, uznającego tzw. “aborcję genetyczną”, czyli mordowanie dzieci bardzo chorych, za sprzeczną z konstytucją, pani sędzia Joanna Knobel wiedziała, na czym polega powinność jej służby i wszystkich uniewinniła. Jestem pewien, że uniewinniłaby tych “aktywistów” nawet wtedy, gdyby nasrali na ołtarz tym bardziej, że słychać, iż 550 niezawisłych sędziów wyraziło jej poparcie.

Ciekawe, ilu wśród nich jest konfidentów Wojskowych Służb Informacyjnych, a ilu konfidentów ABW, która werbowała sędziów w ramach operacji “Temida”? Tak czy owak, pani sędzia Joanna Knobel, tylko patrzeć, jak zostanie autorytetem moralnym, obok “Babci Kasi”, pana Mateusza Kijowskiego, Kukuńka i innych szermierzy wolności. W takiej sytuacji moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, może składać deklaracje, że będzie “łamać prawo” bez najmniejszego ryzyka. Już tam niezawiśli sędziowie z góry wiedzą, kogo powinni skazywać, a kogo nie wolno im tknąć palcem.

Atmosfera jurydyczna przekroczyła już granice naszego nieszczęśliwego kraju i poraziła również niezawisłych sędziów z Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. Гага – самый скучный город в мире; прошу Ваше Величество прислать икру, водку и тройку лошадей– pisał jeszcze w XIX wieku do centrali w Sankt-Petersburgu zdesperowany rosyjski dyplomata. (Haga, najnudniejsze miasto na świecie. Proszę Waszą Wielmożność o przysłanie kawioru, wódki i trójki koni)

Nic tedy dziwnego, że w tej atmosferze nudy, niezawisłym sędziom przychodzą do głowy rozmaite pomysły. Ostatnio wpadli na pomysł, by wydać nakaz aresztowania zimnego ruskiego czekisty, zbrodniarza wojennego Putina. O mianowaniu Prezydenta Putina na zbrodniarza wojennego zdecydowali amerykańscy twardziele z Senatu USA, więc niezawisły Trybunał w lot zrozumiał powinność swojej służby, przechodząc do porządku nad drobiazgiem, że Rosja go nie uznaje, podobnie zresztą jak m.in. Stany Zjednoczone, Izrael, Chiny, Indie, Iran i… Ukraina, która najwyraźniej uważa, że lepiej nie przeciągać struny, bo wprawdzie świat już się przyzwyczaił do traktowania jej jako państwa specjalnej troski, od czego tamtejsi politycy wprawnie obcinają kupony, ale niech no któregoś dnia padnie inny rozkaz? Bo niezawiśli sędziowie, podobnie jak pani sędzia Joanna Knobel, wiedzą, co im wolno, a czego nie. Nie są wprawdzie tak wszechmogący, jak sędziowie amerykańscy, który uważają, że obszar ich jurysdykcji rozciąga się nie tylko na cały świat, ale również – na wszystkie możliwe ludzkie zachowania – ale co to szkodzi puścić wodze fantazji, zwłaszcza w Hadze, która i teraz też jest nudna, jak flaki z olejem?

To jeszcze można by jakoś znieść, natomiast niepokojąca jest ekspansja atmosfery jurydycznej na obszar nauki. Jeszcze do niedawna uważano, że prawdy naukowe ustala się na drodze poddawanych nieustannej weryfikacji eksperymentów i że polegają one na tym, iż WIEMY – jak jest. Ale na początku lat 90-tych, za sprawą biurokratycznego gangu, zwanego Światową Organizacją Zdrowia, nastąpiła zmiana. WHO mianowicie przez głosowanie ustaliła, że zboczenia seksualne nie są zboczeniami, tylko szlachetnymi “orientacjami”. Problem w tym, że w drodze głosowania możemy ustalić tylko to, jak myśleli jego uczestnicy, ale nie to, jak jest naprawdę. Niestety postępująca demokracja totalna wkracza ze swoimi metodami nie tylko na teren polityki, nie tylko do dziedziny rozstrzygania sporów, chociaż nawet i tu zasada, iż większość ma rację niekoniecznie musi się sprawdzać – ale również na teren nauki, która z natury rzeczy żadnej demokratycznej większości się nie poddaje i nie powinna. Akurat mamy rok Kopernika, który stanął sam jeden przeciwko całemu ówczesnemu światu i okazało się, że to on miał rację.

Tymczasem w tym samym Poznaniu, w którym “orzeka” pani sędzia Joanna Knobel, miał rozpocząć się proces 19 lekarzy, którym Naczelny Sąd Lekarski zarzuca głoszenie opinii, iż szczepionki przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi wywołują różne działania niepożądane. Wydawało się, że skoro biurokratyczny gang zwany WHO i większość biurokratycznych gangów okupujących poszczególne państwa, zadekretowały, iż szczepionki są dobre na wszystko, nawet na ładną, niewinną panienkę, to Naczelny Sąd Lekarski z automatu przysoli podsądnym piękne wyroki, ale czy to sprawiły resztki poczucia przyzwoitości, czy też protesty antyszczepionkowców – dość że Sąd postanowił najpierw wysłuchać specjalistów, którzy podpowiedzą mu – jak jest. Ale zdaje się, że wśród specjalistów zdania też są podzielone, toteż jeśli będzie musiało dojść do wyrokowania, ostatnie słowo będzie należało do Sądu, który oczywiście zdecyduje o wyroku w drodze głosowania. Krótko mówiąc, kwestia, czy te szczepionki wywołują niepożądane skutki uboczne, czy nie, będzie rozstrzygnięta w drodze głosowania.

Otóż jest to praktyka barbarzyńska, która nigdy nie powinna mieć zastosowania na terenie nauki, więc jeżeli Naczelny Sąd Lekarski się takich działań dopuści, ściągnie zarówno na siebie, jak i na gang, który go powołał, wieczną hańbę i pogardę, jako ognisko i rozsadnik ciemnoty, maskowanej tytułami i dyplomami. Niestety prawo Murphy`ego głosi, że jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie, co jest i w tym przypadku prawdopodobne tym bardziej, iż za opinią, jakoby szczepionki nie wywoływały żadnych niepożądanych skutków ubocznych, stoją wielkie pieniądze farmaceutycznych koncernów i wpływowe gangi polityczne, a wiadomo, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem.,,.

„okno dla przeprowadzenia klimatycznej rewolucji szybko się zamyka”.

okno dla przeprowadzenia klimatycznej rewolucji (…) szybko się zamyka”.

Getto albo lockdown. Co wybierasz?

Piotr Relich getto-albo-lockdown

Wybałuszający oczy na totalitarne zapędy C40 Cities niech lepiej nie narzekają, lecz całują rękę pozwalającą dojeść resztki schabowego i pojeździć samochodem jeszcze kilka lat. Mogło być bowiem znacznie gorzej; do naszych drzwi już pukały klimatyczne lockdowny.

To co dla przeciętnego zjadacza chleba oznaczało groźbę utraty pracy, utrudniony dostęp do lekarza, dalsze programowe ogłupianie czy skazanie na samotność i izolację, dla kochających planetę bardziej niż bliźniego było pięknym, metafizycznym doznaniem; oknem z widokiem na naturę pozbawioną swojego największego szkodnika.

Krótką nieobecność pochowanych ze strachu przed wirusem ludzi momentalnie wykorzystały zwierzęta; spacerując ulicami czy wpływając do portów cieszyły oczy i napawały serca nadzieją. Pozamykanym w mieszkaniach wreszcie ukazało się niebieskie, wolne od smogu i zanieczyszczeń niebo, a ze szlaków poznikali hałaśliwi turyści, ku radości mieszkańców leśnych kniei i górskich ostępów. Co jednak najważniejsze, wyraźnie spadły emisje znienawidzonego dwutlenku węgla.

Widząc tę sielankę, niektórzy oświeceni wizjonerzy zaczęli otwarcie snuć marzenia o możliwości jej przedłużenia. Skoro – jak przekonywał sam Bill Gates – straty spowodowane przez COVID-19 to „pikuś” w porównaniu z kosztami, jakie przyjdzie nam zapłacić za bierność w walce z klimatem, to dlaczego nie chronić ludzkości przed sobą samą, zamykając ją od czasu do czasu na cztery spusty? Czyż może istnieć dzisiaj bardziej szlachetny cel?

Całkiem poważnie o takiej możliwości pisała „światowej sławy” ekonomistka prof. Mariana Mazzucato, absolwentka prestiżowej London School of Economics i nowy członek… Papieskiej Akademii Życia. Jak przekonywała na łamach Project Syndicate, podczas „klimatycznego lockdownu” poszczególne rządy mogłyby ograniczyć mobilność prywatnymi samochodami, zakazać konsumpcji czerwonego mięsa, a koncernom paliwowym zatrzymać wydobycie.

Choć sama Mazzucato uznaje takie rozwiązanie za drastyczne i nieprzyjemne, będziemy zmuszeni po nie sięgnąć, ale wyłącznie w ostateczności. Czyli – bagatela! – o ile nie uda nam się przeprowadzić klimatyczno-komunistycznej rewolucji na poziomie globalnym; przekazania władzy nad rynkiem w ręce państwa opiekuńczego, obarczenia korporacji społeczno-ekologicznymi kosztami własnej działalności, zastąpienia kopalni farmami wiatrowymi czy wprowadzenia w miejsce wskaźnika PKB miernika „poziomu szczęścia”.

Trzeba przyznać, dość karkołomne zadanie, zważywszy, że – jak uzmysławia sama Mazzucato – „okno dla przeprowadzenia klimatycznej rewolucji (…) szybko się zamyka”. Na dodatek wszystko popsuła rosyjska napaść na Ukrainę, zmuszając do ponownego przeproszenia się z paliwami kopalnymi.

Czyżbyśmy zatem byli skazani na rozwiązania rodem z komunistycznych Chin, tym razem jednak wprowadzanymi w trosce o zdrowie ekosystemu?

Jak się jednak okazuje, wcale nie trzeba tak drastycznych rozwiązań, by osiągnąć wyśrubowane cele klimatycznej agendy. Kowidowe perypetie zainspirowały planistów zrównoważonego rozwoju do odkurzenia dawno pogrzebanej idei „miasta 15-minutowego”, gdzie wszystkie niezbędne usługi dostępne są w zasięgu krótkiego spaceru, a stłoczenie na niewielkiej przestrzeni sprzyja współpracy, pobudza tolerancję i otwiera na różnorodność.

A patrząc chociażby na raporty organizacji C40 Cities, cele promotorów 15-minutowych gett zasadniczo nie odbiegają od tego, co zakładały klimatyczne lockdowny. Limity w zużyciu energii elektrycznej, konsumpcji mięsa, kupnie odzieży czy podróżach osiągnie się natomiast w dłuższej perspektywie, bez niepotrzebnych dramatów i niepokojów społecznych.

Tym samym klimatyści grają z nami w dobrego i złego policjanta. W tej chwili przesłuchuje nas ten pierwszy. Jeżeli jednak nie pójdziemy na współpracę po dobroci, zawsze mogą się zamienić. O ile wcześniej nie wykończy nas inflacja i kryzys zwiastowany przez upadek kolejnych banków.  

Przez MEMy wiedza wchodzi nie przerywając śmiechu…

======================================

=========================================

Powyższe jest autentyczne, sprawdzone przez IPN: historyczne/zbrodniczy-dekalog-oun-upa

==========================

==================================

===================================================

Poniżej AUTENTYCZNE, SPRZEDAJĄ, KUPUJĄ, DYSKUTUJĄ…

„Wywodząc się z pierwotnej materii, wszystko jest Bogiem”… CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (14)

Wywodząc się z pierwotnej materii, wszystko jest Bogiem…

CZĘŚĆ DRUGA CYKLU POWIEŚCIOWEGO

Andrzej Juliusz Sarwa

CMENTARZ ŚWIĘTEGO MEDARDA (14)

Château de Diziers

Tedy panno Pauline przychodzi nam się rozstać – powiedział Mikołaj, ze smutkiem wpatrując się w śliczną twarzyczkę dziewczyny. – Najchętniej towarzyszyłbym pani w jej dalszej drodze, lecz chyba nie tym razem…

Dziewczę się odrobinę zarumieniło i zasłoniło twarz śnieżnobiałą chusteczką z jedwabnego batystu zdobną monogramem wyhaftowanym nicią barwy wrzosu.

– Może kiedy indziej, Nicola… – szepnęła i opuszczając karetę, niby to niechcący upuściła chusteczkę.

Białecki się czym prędzej schylił i podniósłszy ją, wyciągnął rękę ku pannie, ale ta udała, że tego nie widzi i pośpiesznie oddaliła się w stronę zajazdu, gdzie z towarzyszką miały się zatrzymać do czasu, aż ich pojazd zostanie naprawiony.

Mikołaj zatem ukrył ową chustkę w zanadrzu na sercu, w którym na nowo zatliła się nadzieja na wzajemność uczucia, i ze smutkiem spoglądał na znikająca w drzwiach gospody śliczną Pauline.

– Oj, paniczu, paniczu – westchnął Bartuszżal mi was… pierwsze zakochanie i takie pechowe…

Zawiesił głos, widząc, że chłopakowi oczy wilgotnieją, bo nie chciał go wpędzać w zakłopotanie, ani tym bardziej zawstydzać. Lecz Białecki, poskromiwszy ucisk w gardle i łzy cisnące się do oczu rzekł:

– Tak waszmość myśli?… Może jeszcze kiedyś nasze drogi się skrzyżują. Nie może być przypadkiem, że już dwakroć – nie spodziewając się tego zupełnie – przyszło nam się spotkać…

– Więc panicz nie zaprzeczając temu, com powiedział o zakochaniu, tym samym jakby owemu przytaknął?

– Nie mam się czego wstydzić…

– A pewnie! Obojeście młodzi, oboje piękni, niczym aniołowie niebiescy. Pan na dodatek jesteś zamożny, ona chyba raczej nie… Ergo – raczej nic poważniejszego z tej miłości wyjść nie może. No… chyba…

– Co chyba?

– Chyba że weźmie ją panicz za kochankę. To teraz i tutaj bardzo w modzie.

Mikołaj zgrzytnął zębami:

– A nie zapominasz się wasze czasem?

– Wybaczcie paniczu, ale jak już kiedyś rzekłem, mam was prawie za syna, to i troszcząc się o waszą przyszłość, nieraz niebacznie niestosownie się odezwę. Proszę raz jeszcze, wybaczcie. To nie ze złej woli ani dla żartu, ale z troski.

– No niech tam… dobrze… jedźmyż dalej.

* * *

Château de Diziers, miejsce zamieszkania, a dokładniej mówiąc wygnania, Madame Guyon nie prezentowało się zbyt wspaniale. Była to stara warownia wzniesiona w XV stuleciu, a potem rozbudowywana. Zamek składał się z dwóch skrzydeł przylegających do siebie pod kątem prostym, jednej, najstarszej, potężnej krągłej baszty, czy może raczej wieży oraz dwóch mniejszych, ośmiokątnych. Dwie z tych trzech wież nakryte były spiczastymi hełmami, środkowa zaś latarnią.

Fosa, ogród, oranżeria, stajnie i inne zabudowania gospodarcze dopełniały obrazu całości.

Gdy pan Białecki zajechał przed główne wejście, wysiadł, rozejrzał się wokół i bynajmniej nie poczuł się tu dobrze, a wręcz przeciwnie – ogarnął go niepokój, a nawet dziwne drżenie nóg połączone z uczuciem, jakby ktoś przez te trzęsące się nogi wysysał z niego energię, moc.

Pomyślał jednak – „to zapewne po podróży, rozprostuję się, to wrócę do formy”.

– To ja, paniczu, może opowiem się służbie, kim jesteśmy i że panicz byłby wdzięczny, gdyby madame uprzejmie zechciała panicza przyjąć.

Mikołaj przyzwalająco skinął głową. Sam by chyba sobie z tym nie poradził, taki czuł się zlękniony, spięty i – jak już było wyżej – rozdygotany cały, zesłabły. Czemu? Sam tego nie mógł pojąć, ale może fakt, że zobaczy i usłyszy żywą świętą męczennicę, tak okrutnie go deprymował.

* * *

Dystyngowana dama, a zarazem zwyczajna kobieta o twarzy oszpeconej ospą, lecz jednocześnie pięknej niezwykłym spokojem i uduchowieniem malującym się na niej… dama o twarzy staruszki, na której przecież zachowała się młodzieńcza pewność, że nigdy osobiście nie doświadczy żadnych przeciwności losu, wbrew temu, co ją od wielu, wielu lat ustawicznie spotykało… przedziwne połączenie arystokratyzmu z pokorą, mądrości ze skromnością, spokoju i powagi z ogniem gorejącym i trawiącym te uczucia…

Pan Białecki, widząc kogoś tak niezwykłego, poczuł się jeszcze bardziej onieśmielony i zakłopotany.

Zanim się tutaj wybrał, zapoznał się w miarę szczegółowo z życiorysem madame, dobrze znanej podówczas we Francji. Wiedział, ile cierpień doznała w swym życiu, od najmłodszych nieomal lat. Przez niefortunne małżeństwo, utratę bliskich, chorobę, którą oszpeciła jej twarz i omal nie pozbawiła życia, aż po oskarżenie o herezję, prześladowania ze strony hierarchii kościelnej, tułaczki z więzienia do więzienia, do samej Bastylii wreszcie, gdzie w najciemniejszym, plugawym, pełnym robactwa i szczurów lochu trzymano ją aż cztery lata, w lochu, do którego weszła o własnych siłach, lecz z którego, gdy postanowiono w końcu okazać jej odrobinę litości, trzeba ją było wynosić, bo o własnych siłach nie mogła nawet ustać na nogach

I oto ta kobieta, przyglądając się Mikołajowi, spod wpół przymkniętych powiek, wypowiedziała takie dziwne słowa:

– Pan Bóg bynajmniej nie domaga się takiego twego serca, które zaledwie mogłoby żywić przekonanie, iż aktem łaski uzyskało darowanie win, a co sprawiło, że wyślizgnąłeś się piekielnym czeluściom i nie wpadniesz w przepaść gorejącą. Nie, młodzieńcze, po stokroć nie…

– Więc czego żąda? Nie rozumiem, pani, twoich słów…

– Ach! Pan żąda, byś swoje serce nie tylko oczyścił, lecz oddał je całe i całkowicie Najwyższemu, by twoje ja uschło, obumarło dla świata i zostało ujarzmione, tak iżby mogła go obsiedlić pełnia duchowej czystości, tak doskonałej, że godnej takiego zjednoczenia się z naturą Pana Boga, aby już nic nie miało ni kondycji, ni siły, ni możliwości działania w takim natężeniu, iżby tę czystość zbrukać… A wtedy zdobędziesz pewność zbawienia wiecznego wyłącznie z łaski przez wiarę w najdroższego naszego Zbawiciela… i opuściwszy mroczną pieczarę dotychczasowej egzystencji, zespolony z Jezusem nareszcie posiędziesz pokój Boży i światło

Czyli, jak mam to rozumieć, madame? Wystarczy mi do tego sama wiara i łaska? Toż tego samego lutry nauczają! Czyż nie?

– Tak, panie kawalerze, lecz w zgoła innym znaczeniu.

Zamilkła na chwilę, a potem podjęła przerwany wątek:

– Chociaż trudna to droga i potrzeba czasu, iżby wywikłać się z tego wszystkiego, co cię pęta…

– Jak?

– Nie łudząc się, iż osiągniesz zbawienie poprzez własne starania, a zdając się wyłącznie na łaskę Bożą.

– Wszak wiara bez uczynków jest martwa, jak powiada Apostoł Paweła jak martwa, to i owoców nie przynosi… – szepnął Mikołaj i z nieskrywaną dezaprobatą pokręcił głową. – Poza tym, jak mogę się, jak to ujęłaś, wywikłać, bez uczynków, bez aktów woli?

Panie kawalerze, powtarzam – rzekła z naciskiem winieneś zdać się wyłącznie na łaskę Bożą i o nic się nie trapić, a osiągniesz pełnię wewnętrznego spokoju, co będzie niejako dowodem, że dotarłeś do wyznaczonego każdemu z nas celu.

A życie? Powszednie, zwyczajne? Codzienność niejednaka przecie, bo zmienna niczym pogoda na przedwiośniu?

Madame Guyon już na to pytanie nie udzieliła odpowiedzi. Zamilkła i przymknęła oczy, co pan Białecki odebrał jako delikatną sugestię, że winien odejść, co też i bez większego ociągania się uczynił, bo to, co usłyszał, srodze go zawiodło.

* * *

– Panie Bartuszu, widzę z całą jasnością, żeśmy tu całkiem po próżnicy jechali – rzekł mocno skwaszony Mikołaj.

– I czemuż to, paniczu? Ojciec jezuita w Paryżu zapewniał, że tu odzyskacie spokój ducha. Nie miał racji?

– Ba! Tum go dopiero na dobre stracił!

Niby z jakiego powodu?

– Z powodu dziwacznych słów, zdań, sugestii, nie wiem jak to nazwać, lepiej, celniej dookreślić, których się nasłuchałem z ust starej pani. Oni w tej Francji zwyczajnie, prosto, po dziecięcemu wierzyć w Pana Boga i święty Jego Kościół nie potrafią. Oni wciąż kombinują i jakieś wydumane nauki głoszą. Jedni każą tak się chłostać i z głodu mrzeć, iżby w ten sposób grzechy swoje odkupić, inni na odwyrtkę – nic nie robić i ufać. Ale jak ufać?! Jam z tego dorozumiał się, że zgoła bezmyślnie. Niczym wieprze, czekające przy korycie, aż im gospodarz strawy nałoży, a one przez to tuczyć się będę i słoniną obrastać. Tyle że wieprze nie mają wolności, bo ich jej pozbawiono, więc tyle tylko mogą, ufać, że zostaną nakarmione, tymczasem nam Pan Bóg wolność dał, bo szczodrobliwy i kochający. I nie stworzył nas na podobieństwo wieprzy, ale na Swoje własne. Nie, panie Bartuszu, to dla mnie albo nadto mądre, albo za głupie. Sam już nie wiem.

Bartusz się uśmiechnął, słysząc te słowa i dodał:

– A i pewnie nie brak takich, którzy by kazali paniczowi jak najsromotniej grzeszyć, aby się dzięki temu mógł panicz dostać do nieba.

W to już się raczej nie da uwierzyć.

– A dlaczego? Zależy jak się rzecz całą interesariuszowi naświetli.

– Może i tak, może waszmość masz rację?

– Więc może ruszmy poszukać tych ostatnich – zażartował stary – a wtedy się panicz już ostatecznie z tej dziwacznej, niezdrowej religijności wyzwoli. A ja nadto radzę: do pacierza wrócić, rano i wieczorem, Anioł Pański w południe odmówić, w niedzielę mszy nabożnie wysłuchać i tak będzie najzdrowiej, a nie mędrkować, nie filozofować, nie włazić w każdą szparę, skąd zda się, że jakiś nieziemski blask się wydobywa, a po bliższym się jej przyjrzeniu, wygląda na to, że owo to tylko próchno, co w starych wygniłych we środku wierzbach u nas po nocach świeci mamiącym błękitnawozielonkawym poblaskiem. I nic nadto.

Masz waszmość rację, masz rację.

– Tedy co dalej?

– A co niby ma być. Trza się udać do Blois, noclegu jakiegoś poszukać, a jutrzejszego ranka czym prędzej stąd uciec.

– Mądre słowa i decyzja zacna!

– Tedy siadajmyż do karety i ruszajmy! Decyzja zacna za nami, a zacna kolacja przed nami!

Roześmieli się obaj w głos, tylko stangret zachował powagę na twarzy, bo nie rozumiał, o czym panowie rozmawiali, albowiem rozmawiali po polsku.

Pontarlier

To co paniczu? Dokąd teraz? – zapytał pan Bartusz, obcierając sobie wąsy po sutym śniadaniu, złożonym z chrupkiego pszennego chleba, pasztetu z gęsich wątróbek garnirowanego gotowanymi na twardo jajami przepiórczymi i lekkiego półsłodkiego białego miejscowego, ale bardzo zacnego, wina.

Południe, zachód i kawałeczek północy już zjeździliśmy, więc może dla odmiany ruszmy gdzieś na wschód?

– Niechże będzie na wschód. Tylko czy ta karetka wytrzyma? Prosiłem panicza, by się w nową jakąś, mniej wytłuczoną po wyboistych drogach zaopatrzyć…

– Wiem, wiem, alem nie posłuchał. Mea culpa1. Mieliście, waszmość, rację, a jam jej nie miał. Mea culpa! Chociaż, patrząc z innej strony… taki dziadowski pojazd bezpieczniejszy, bo raczej nikt się nie domyśli, że może mieć skrytkę, w której schowano wielki skarb, czyli te moje luidory.

– Więc zdecydowanie na wschód? Do Paryża nie wracamy? – upewniał się pan Zbylut.

– Nie wracamy.

– A dziewka?

Primo nie żadna tam dziewka, tylko demoiselle Pauline, a po drugie dopiero cośmy ją spotkali w tej okolicy i o powrocie do Paryża nie wspominała, ale mówiła za to, że po krótkiej wizycie, jaką ma złożyć dalszym krewnym w Thoury, uda się jeszcze gdzieś dalej, ale nie pomnę już gdzie, nazwa mi uleciała… o już wiem, do Pontarlier! Czy jakoś tak. Tyle że nie mam pojęcia gdzie to.

Zaraz się dowiemy.

Stary szlachcic skinął na oberżystę, a gdy ten się zbliżył, gnąc się w ukłonach, zapytał:

– Dobry człowieku, a wiecie wy, gdzie się znajduje miejscowość Pontarlier? Czy jakoś tak?…

Pontarlier, tak, Pontarlier. Wiem, na wschód od nas, w pobliżu granicy ze Szwajcarią. Sławne to miasto!

– A czym?

Swoją historią, pięknością, wyjątkowością, bo należy do wolnych ludzi, którzy żadnych panów nad sobą nigdy nie mieli, no i znakomitym absyntem2! Można by śmiało rzec, iż to stolica owego trunku!

Pierwsze słyszę. A jakże ów trunek smakuje?

– Dziwnie – gorzki jest i słodkawy zarazem, barwę ma zielonkawą i tylko zapach, mmm! Cudny!

– Skoro tak, to ruszajmy, paniczu. Chociaż wolałbym zamiast dziwacznej wódki krzepkiego piwa się napić, lecz takiego u tych pożeraczy ślimaków i surowego chwastu nie uświadczysz. Niech więc będzie ono Pontarlier. Wpierw jednakowoż niechby miejscowy kowal, czy inny kołodziej obejrzał tę naszą brykę, czy zdatna jest jeszcze na starych kołach przebyć taki szmat drogi. Pamiętajmyż bowiem, że z Bari italskiego, aż tu żeśmy się nią przyturlali. I to w większości przemieszczając się marnymi drogami!

Miejscowi rzemieślnicy orzekli, że kareta całkiem sprawna i można jej będzie jeszcze długo używać, więc nic nie stało na przeszkodzie, by ruszać tam, dokąd zaplanowali.

Spowiedź

Wielebny Jean-Baptiste Girard, jezuita, siedząc w konfesjonale, udawał, że odmawia brewiarz, a tak naprawdę spoglądał rozmarzonym wzrokiem na piękną młodziutką dziewczynę, której w tejże w świątyni jeszcze nigdy nie widział.

Dziewczę tego nie dostrzegło, bo po pierwsze konfesjonał skrywał mrok bocznej nawy, a po wtóre zatopiona była w żarliwej modlitwie.

Po jakimś czasie zamknęła oprawną w zielony safian z wytłoczonym na okładce ozdobnym krzyżem okrytym pozłotą i złoconymi brzegami kart książkę do nabożeństwa. Przeżegnała się i dyskretnie rozejrzała po wnętrzu kościoła. Wypatrzywszy spowiednika, wyszła z ławki i skierowała się w jego stronę.

Wielebny Jean-Baptiste Girard, jezuita, aż się oblizał na jej widok. Pochylił głowę ku kratce oddzielającej go od penitentki i nadstawił ucha.

Laudetur Jesus Christus… – dziewczyna wymówiła słowa katolickiego pozdrowienia.

In saecula… – odpowiedział kapłan i jeszcze baczniej ucha nadstawił.

Dziewczę, a był to nie kto inny, lecz znana już nam Pauline, z niejakim zakłopotaniem poczęła wyznawać swoje grzeszki, bo jakimiś poważnymi wykroczeniami przeciw prawu Bożemu raczej trudno byłoby je nazwać.

Ale wielebny sługa Kościoła bynajmniej tego nie słuchał, ogarnęła go bowiem taka żądza, iż z nieopisanym trudem się tylko hamował, by nie wciągnąć panny do konfesjonału i tę śliczną delikatną twarzyczkę obsypać pocałunkami… na początek oczywiście…

Dziwne? Być może, ale trzeba nam wiedzieć, iż wielebny ojciec Girard, choć przyodziany w zakonne szatki, potajemnie wyznawał idee Amalryka z Beny3, Braci i Sióstr Wolnego Ducha i inszych także kacerzy, którzy dowodzili, iż jedyne co jest odwieczne, to materia, że jest ona nawet Bogiem samym, z której wszystko wzięło początek i do której powróci, więc tak Stwórca, jak i stworzenie są tym samym, co już było grubym panteizmem. Dalej, że dzieje świata dzielą się na trzy okresy – Ojca, Syna i Świętego Ducha, a nam przyszło żyć w tym ostatnim periodzie. A kiedy nastał ów czas, Duch Święty wcielając się w każdą z istot ludzkich, każdą z nich też uczynił Bogiem, więc jeśli każdy z ludzi jest Bogiem, to grzech nie istnieje! I bez względu na to, co kto czyni, byleby miał wiarę, ma jednocześnie zagwarantowane zbawienie.

Nie należy się więc dziwić, że kiedy dziewczyna zakończyła wyznawać przewiny, wielebny mąż ozwał się w te słowa:

– Córko! Niepotrzebnie się trapisz! Wszystko coś tu wyznała, niczym jest.

– Jakże to, ojcze? – zdumiała się Pauline.

– Ano tak, że – a tego zapewne nie wiesz – owo, czego cię uczono, nie zawiera prawdy.

– O czym, ojcze, mówisz?

O tym, że wywodząc się z pierwotnej materii, wszystko jest Bogiem… że czas dzieli się na periody, z których ostatni, to period Ducha Świętego, który wcielając się w każdą istotę – rozumną i bezrozumną przeistoczył ją w Boga… ciebie, dziecko też… dlatego, żaden z twych uczynków nie może być osądzany w kategoriach moralnych, bo coś takiego jak grzech po prostu nie istnieje!

Nie pojmuję. Jeśli nie ma grzechu, występku to również i cnoty? Czy tak mam rozumieć twoje słowa, ojcze?

– Zaiste. Roztropność, sprawiedliwość, umiarkowanie, męstwo – co ludzie nieoświeceni zowią cnotami kardynalnymi, to pęta, które dzierżą duszę w ciemnościach niewiedzy. A niewiedza uosabia Piekło… Ci natomiast, którzy pilnie poszukiwali światła wiedzy pozytywnej, w końcu dotarłszy do niej, uzyskują łaskę wcielenia się w nich Ducha Świętego i przez to oświecenia, iluminacji, osiągając Raj… Bo, zaakcentuję: wiedza to niebo, a ignorancja to piekło. I trzeba ci zrozumieć, dziecko, że oświeceni mają bezpośredni kontakt z Bogiem poprzez Ducha Świętego poprzez wizje i przeżycia mistyczne, aż do chwili, gdy sami stają się bogami… a może i dłużej też… na razie jeszcze tego nie wiem…

– Czemu?

– Zbyt mało światła… zbyt mało… ale to tylko na razie… intensywnie pracuję nad pozyskaniem pełni iluminacji…

– Więc co trzeba czynić?

– Co czynić? Mieć w pogardzie rzekomo boskie nakazy i wszelkie kościelne świętości. To fałszywe sacrum trzeba w miarę możliwości postponować. Najlepiej, bo może to przyspieszyć nadejście Oczekiwanego, po odejściu od konfesjonału grzeszyć cieleśnie ze spowiednikiem, najlepiej w świątyni. Bo tak jak nauczają bracia i siostry alumbrados4, Oczekiwany ma się ponownie narodzić ze współżycia dziewicy z jej kapłanem-spowiednikiem. A ponieważ nie wiadomo, z której dziewicy z którym spowiednikiem, każda winna oddawać się cieleśnie po każdej spowiedzi, z nadzieją, iż to ona dostąpi takiego zaszczytu i błogosławieństwa. I pamiętaj córko, że ci, którzy doznali przebóstwienia, mogą do woli folgować swym cielesnym pragnieniom i zaspokajać pożądliwość bez szkody dla swych dusz. Czy jesteś dziewicą? Powiedz!

Pauline bezwiednie potwierdziła, skinąwszy głową, ale zszokowana milczała, jedno tylko co jej przebiegło przez umysł to to, że nic z tego, co powiedział jezuita, nie ma najmniejszego sensu. Chciałaby uciec, lecz czuła się niczym sparaliżowana. Tymczasem kapłan zamilkł i gwałtownie otworzywszy skrzypiące nieprzyjemnie drzwiczki konfesjonału, wyszedł na zewnątrz, schwycił pannę za rękę i powlókł za sobą do małej zakrystii znajdującej się na zaplecku jednej z bocznych kaplic.

Nie protestowała. Nieopisane przerażenie tak ścisnęło jej gardło, iż nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

Tymczasem Girard zatrzasnął żelazem okute drzwi i przekręcił tkwiący w zamku masywny klucz. Zdjął stułę i komżę i cisnął z rozmachem w kąt, a następnie w jednej chwili rozdział się do naga, co przyszło mu bez trudu, albowiem pod sutanną nie miał nic na sobie i ruszył ku dziewczynie.

Pauline stała w bezruchu jakby tknięta stuporem. Tylko oczy miała rozszerzone tak bardzo, że chyba już bardziej się nie dało. Wyzierał z nich lęk, ale także… pewne niezdrowe zaciekawienie, powolutku przeistaczające się w chorobliwe jakieś podniecenie.

Girard zbliżył się do niej i najpierw zaczął całować oczy, usta, szyję, potem zaś posunął się dalej i zadarłszy spódnicę dziewczęcia, próbował obnażyć jej miejsce intymne.

I w tym momencie zdarzyło się coś, czego ani jezuita, ani Pauline się nie spodziewali. Oto spoza owych żelaznych drzwi dało się słyszeć rozmowę dwóch mężczyzn.

– Powiadam wam, paniczu, że i tu nikogo nie ma. Że też w tym momencie zachciało się paniczowi szukać oczyszczenia sumienia i duchowego pocieszenia! Akurat dziś, akurat teraz i akurat w tym kościele – żołądkował się pan Zbylut Bartusz.

A waszmość nigdy nie miewałeś jakichś nagłych olśnień? Jakichś pragnień? Jakiegoś przymusu, że tu i teraz, że od tego dalszy pański los, a może i życie zależy?

Może miałem, paniczu, a może i nie. Ja sobie czymś podobnym głowy nie zawracam. A panicz taki… rzewliwy i sentymentalny. No! Skoro już wszystko dokoła żeśmy obeszli, to wynośmy się stąd. Kiszki marsza mi grają, a paniczowi nie?

– Niechże wam będzie. Dla waszmości brzuch – jak zwykle – najważniejszy.

– Ba! I owszem. A zaraz po nim zbawienie duszy.

– A nie odwrotnie? – Mikołaj spojrzał karcącym wzrokiem na towarzysza.

– Przecież panicz wie, iż żartowałem!

Jezuita, słysząc rozmowę w nieznanym języku, zakrył dłonią usta Pauline. I to był jego błąd. Dziewczynę w tej samej bowiem chwili puścił paraliż i ukąsiwszy boleśnie księdza w palec, aż się zeń krew polała, poczęła krzyczeć, ile tylko miała sił w piersiach, tym bardziej że zdało się jej, iż w tej nie całkiem dla niej obco brzmiącej mowie rozpoznaje głos Nicoli i jego starszego towarzysza:

Plutôt que de parler, aidez-moi!5

– A to co? – zdumiał się Bartusz.

– Ktoś najwyraźniej prosi o pomoc! Jakaś niewiasta!

– Tedy?

– Tedy trzeba te drzwi sforsować i uwięzioną uwolnić, bo pewnie się zatrzasnęła.

– Zatrzasnęła? Ciekawe, po co tam lazła.

– Może to mniszka jakaś.

– Mniszka? Może. Wszelako ja ponowię pytanie – po co tam lazła? Za czym?

– Może miała posprzątać? – odpowiedział Mikołaj, badając zamek i próbując go podważyć końcem szpady.

Tymczasem jezuita nie czekał co będzie dalej. W mgnieniu oka narzucił na siebie sutannę, wlazł na komodę stojącą tuż pod oknem, złapał się za kamienny parapet, podciągnął na rękach, prześlizgnął przez dość wąskie okno i po chwili wyskoczył na zewnątrz, na trawnik, ryzykując, iż sobie nogi połamie, bo do ziemi było dość daleko, tak ze dwa sążnie6 najmniej.

– Kim, pani jesteś i co ci się przydarzyło? – zapytał pan Białecki.

I w tymże samym momencie Pauline upewniała się co do słuszności swojego wcześniejszego przypuszczenia, że to znajomy jej polski szlachcic.

– Nicola! Panie kawalerze, ratuj!

Demoiselle Pauline? – zdumiał się młodzian.

– W rzeczy samej! – usłyszał odpowiedź, wespół z jednoczesnym metalicznym szczęknięciem otwieranego kluczem zamka.

Masywne drzwi się rozwarły ze skrzypieniem i z zakrystii wybiegła młoda kobieta w potarganym ubraniu i włosami w nieładzie.

– Nicola! – jeszcze tylko tyle zdołała wyszeptać i zemdlona osunęła się na posadzkę.

– Co u licha? Co tu się wydarzyło? – zapytał nad wyraz zdumiony i mocno pobladły z wrażenia panBartusz.

* * *

Gdy Pauline skończyła opowiadać o tym, co się jej przytrafiło w kościele, Mikołaj poza kręceniem głową z niedowierzaniem, bo jako wychowanek sandomierskich jezuitów, nijak nie mógł uwierzyć w przygodę dziewczyny, chociaż przecie miał pewność, iż nie kłamie.

To, co usłyszał, wręcz go zmroziło, a już wcześniej dość mocno nadwątlone fundamenty wiary – dotychczas krzepkiej, prostej i dziecięcej nieomal, jeszcze mocniej spękały. Jeszcze im co prawda nie groziło rozpadnięcie się, jeszcze podtrzymywały gmach jego religijności, ale na ścianach pojawiały się głębokie rysy… i to coraz więcej tych rys było…

Pan Bartusz natomiast, chociaż nie raptus, lecz raczej człowiek spokojny i wyważony, tym razem nie zdzierżył. Odpasawszy szpadę, którą nosił u boku, na jej miejsce zawiesił swoją starą szablę.

– I po cóż wam to? Czemu waszmość tę szablę do boku przytroczyłeś? – zapytał młody pan Białecki.

– Po cóż? Ano po to, iżby tego łotra porządnie wypłazować, a szabla do tego zdatniejsza – wycedził przez zęby.

– Panie Zbylucie! Nie ryzykujcież! Toż to osoba duchowna! Gardłem możecie zapłacić!

– To, że duchowna, to tym bardziej się jej należy, a żebym miał gardłem płacić, to najsampierw musiałby mnie ktoś przy tej robocie zdybać! A taki znów głupi, co by do tego dopuścić, tom akurat nie jest. Panicz wybaczy. Postaram rychło się sprawić. I pomyśleć – dodał – że w Paryżu tę tu oto niewinną dziewczynę pomawiano o zadawanie się z owym łajdakiem, którego nawet nie znała! I dlatego tym bardziej mu się należy!

– Zmierzcha – zauważył Mikołaj.

– To i lepiej, trudniej będzie o świadka.

Obrócił się na pięcie i wyszedł, głośno trzasnąwszy drzwiami.

* * *

Wielebny Jean-Baptiste Girard po przygodzie w zakrystii długo nie mógł dojść do siebie. Nie obawiał się bynajmniej, że dziewczyna rozgada o tym, co ją spotkało i co jeszcze by mogło spotkać, bo choćby nawet nie trzymała języka za zębami, to jej słowo przeciw jego słowu… któż by uwierzył niewieście, a na dodatek młódce i do tego jeszcze obcej?!

Bał się, iż ktoś mógł widzieć, że wyskoczył z kościoła przez okno, a to już mogło pociągnąć za sobą, jeśli nawet nie śledztwo, to przynajmniej szczegółową indagację ze strony władzy zwierzchniej, bo to, co zrobił, było co najmniej niezwyczajne. Dumał więc teraz, obgryzając paznokcie, jak mógłby to wytłumaczyć, żeby było i logicznie i bezpiecznie.

Ten dzień jednak był dlań jakiś pechowy, bo rozmyślania przerwało mu kołatanie do drzwi jego izdebki.

Wstał, podszedł do nich i otworzył. Tuż za progiem, na korytarzu stał brat-laiczek w towarzystwie jakiegoś nieznajomego mężczyzny.

– Ojcze Girard, ten tu szlachcic przyszedł prosić cię, byś mu udzielił ostatniej posługi.

– Jemu? – zdumiał się Girard. – Przecie wygląda jak okaz zdrowia!

– Nie posługi, a przysługi – poprawił przybyły.

– A jakiejże to? – spytał zaintrygowany jezuita.

– A to ci już tylko, ojcze – to ostatnie słowo mocno zaakcentował – mogę wyjawić wyłącznie w cztery oczy.

– Chcesz mi coś wyznać? Wyspowiadać się? To może idźmy do kościoła. Chociaż już zmrok zapadł…

– Nie ma takiej potrzeby. To, co ci mam powiedzieć, mogę powiedzieć i tutaj, byle bez świadków.

Laiczek skłonił się i tyłem wycofawszy z celki, dokładnie i starannie zamknął za sobą drzwi.

– Żebyś wiedział od kogo ta wiadomość, jaką chcę ci ojczaszku przekazać i komu teraz usłużysz, przedstawię ci się. Jestem Zbylut Bartusz, herbu Barszcz alias Wiewiórka, szlachcic polski. A oto owa wiadomość – i wyciągnął szablę.

Ksiądz zadrżał.

– Nie zabijaj mnie, błagam, com ci winien? Litości!… Nawet jednym sou nie śmierdzę… nie pożywisz się na mnie!

A co? Wszystkoś przeżarł i przepił? Lepiej zamknij gębę, łajdaku!

Jezuita posłusznie zamilkł i padłszy na kolana, wyciągnął złożone w błagalnym geście ręce w stronę pana Bartusza.

Nie będę cię zabijał, ale wypłazuję!

– Za co, panie kawalerze, za co?

– Nie wiesz za co? Za tę pannę coś ją chciał w domu Bożym chędożyć!

– Nie znasz sprawy… litości…

– Zamknij gębę, bo naprawdę cię ubiję! Jeśli choć raz piśniesz, ubiję! Ma tu być cisza, jak makiem zasiał! Zrozumiałeś bezwstydny zwyrodnialcu?

Girard przytaknął, kilkakroć kiwając głową.

– No to zadzieraj kiecę.

Duchowny posłusznie w mig spełnił polecenie.

– Klękaj przy pryczy i się nadstaw.

Girard zrobił to, co mu pan Zbylut kazał.

– Wypnij półdupki, ale wpierw zzuj gacie, łotrze.

W jednej chwili w półmroku izby dało się widzieć białawe i chude pośladki świętego męża, a wtenczas Bartusz jął go płazować po owej gołej dupinie bez litości.

Musiało setnie boleć, bo jezuita aż wbił zęby w siennik, co by nie wydać z siebie głosu, lecz wrzeszczeć nie miał odwagi, bo widząc determinację i wściekłość w twarzy i oczach nieproszonego i nieoczekiwanego gościa okrutnie się wystraszył, iż ów nie żartuje i może pociągnąć go nie płazem po zadzie, lecz ostrzem po szyi...

– No, teraz nie usiądziesz w konfesjonale co najmniej ze dwie niedziele. Powinienem ci jeszcze przyrodzenie oberżnąć, ale nie będę rąk brudził takim bazyliszkiem, tę przyjemność pozostawiając komuś innemu, bo że cię ktoś kiedyś w końcu dopadnie, w owo nie wątpię.

Girard cichuśko łkał z bólu, a po policzkach spływały mu strużki łez, bo jego zad doznał nie lada uszczerbku. Przez poodbijaną i pokaleczoną skórą sączyła się krew, a nawet i przezierało żywe mięso.

– No. To ja tylem miał ci do powiedzenia, a ty możesz konfratrom skłamać, żeś się tak dyscypliną umartwiał. Zapamiętaj! Dyscypliną! I jeszcze na tym zyskasz, bo cię wezmą za świętego. Widzisz? Nie ma tego złego, co by na dobre wyjść nie mogło. Ale jakbyś chciał coś z tej naszej rozmowy zdradzić, to wrócę tu i – jak Bóg na niebie – łeb ci odrąbie i bezpańskim psom rzucę na żer.

Bartusz splunął w stronę Girarda i trzasnąwszy drzwiami, wyszedł. Za zakrętem długiego bardzo korytarza oświetlonego ledwie dwoma kagankami czekał nań ów laiczek, który go do celi owego rozpustnika w habicie był przyprowadził.

– I cóż, panie kawalerze? Lżej panu na duszy po spotkaniu z ojcem Girardem? To nasz najlepszy i najbardziej ceniony spowiednik! – powiedział, nie kryjąc dumy, że w jego klasztorze mieszka taka znakomitość.

– A i owszem, braciszku, ulżyło. Oj! Żebyś ty wiedział jeszcze jak! Oj! Jak mi to na duszy pofolgowało, jak ją ukoiło! Tego się opowiedzieć nie da. Ach! Gdybyś wiedział, jak i co teraz czuję, to byś mi bez wątpienia pozazdrościł!

– Starałbym się nie, albowiem zazdrość to grzech, a ja chciałbym dojść do doskonałości. I o to codziennie Pana Jezusa proszę.

Laiczek dopowiedziawszy tych słów, przeżegnał się nabożnie, a następnie uchyliwszy drzwi wchodowych, wypuścił szlachcica na zewnątrz.

Mrok już całkiem otulił miasto, cicho było, a chłodne powietrze przyjemnie studziło rozgrzaną wprzódy głowę pana Bartusza…

=-=================-===============-=

Książkę w wersji papierowej można, klikając w poniższy link, kupić tu:

https://ksiegarnia-armoryka.pl/Cmentarz_Swietego_Medarda_Andrzej_Juliusz_Sarwa.html

1Moja wina (łac.).

2Absynt gorzkawa wódka ziołowa ze znacznym dodatkiem piołunu (Artemisia absinthium), z tym że nie wiadomo czy w roku 1711 już go znano, bo pierwsza potwierdzona zapiska, dotycząca produkcji tego trunku (początkowo lekarstwa – uważanego nieomal za panaceum) pochodzi dopiero z 1792 roku.

3Amaury de Chartres, zwany Amalrykiem z Beny (?-1204), profesor uniwersytetu paryskiego, heretyk głoszący panteizm.

4Ruch alumbrados miał korzenie żydowskie, muzułmańskie i kwietystyczne, obiecywał iluminację przez osobisty bezpośredni kontakt z Bogiem Ojcem przez Ducha Świętego przez wizje i doświadczenia mistyczne, które prowadziły do zbawienia, bez pośrednictwa Kościoła hierarchicznego. Kolebką sekty była Salamanka, a pierwszą nauczycielką prawdopodobnie niejaka María de Santo Domingo tamże urodzona, bardziej znana jako Beata de Piedrahita. Alumbrados ostatecznie zanikli w latach dziewięćdziesiątych XVIII stulecia we Francji, pośrednio przygotowując jednak klimat dla rewolucji z 1789r.

5Zamiast rozmawiać, pomóżcie mi! (fr.).

6Sążeń – dawna miara długości licząca niecałe 2 metry.

Obliczamy szanse p.rezydentów

Obliczamy szanse prezydentów

Stanisław Michalkiewicz szanse 18 marca 2023

Nie zmienia się koni podczas przeprawy – głosi słynne ludowe przysłowie – toteż nic dziwnego, że i kadencja I Sekretarza NATO, pana Jensa Stoltenberga, ma zostać przedłużona może nawet do kwietnia 2024 roku – ale nie jest wykluczone, że zostanie przedłużona jeszcze raz – do listopada 2024 roku, kiedy to w Ameryce odbędą się wybory prezydenckie. Myślę, że nawet wojna na Ukrainie może się do tego czasu przeciągnąć, bo prezydent Biden powiedział w Warszawie, że Ukraina „musi zwyciężyć”. Dlaczego „musi” – tego już nie powiedział, ale sami możemy się domyślić, że gdyby nie zwyciężyła, to i prezydent Biden też mógłby nie wygrać wyborów na drugą kadencję tym bardziej, że złowrogi Trump już teraz go oskarża o przyczynienie się do tego konfliktu. Choćby z tego względu wojna musi przeciągnąć się aż do listopada 2024 roku, bo gdyby prezydent Biden te wybory przegrał, to mogłaby się zakończyć „zwycięstwem”, choćby w postaci „zamrożenia konfliktu”, o którym wspominała amerykańska ambasardoressa przy NATO jeszcze w ubiegłym roku. Skoro tak, to czemuż kadencja pana Stoltenberga nie mogłaby przeciągnąć się aż do roku 2025?

Nic nie stoi na przeszkodzie, a przeciwnie – świetnie by się składało, bo w 2025 roku zakończy się druga kadencja pana Andrzeja Dudy na stanowisku prezydenta naszego bantustanu. Dla „byłych ludzi”, zwłaszcza młodych – a pan prezydent, jak na swój wiek, jest przecież młody – problem znalezienia jakiegoś godnego zajęcia po zakończeniu prezydentury, jest szalenie ważny. Losy Aleksandra Kwaśniewskiego, który musiał korzystać ze wsparcia ukraińskiego oligarchy z pierwszorzędnymi korzeniami, zięcia byłego prezydenta Kuczmy, a potem kręcić lody do spółki z synem prezydenta Bidena, Hunterem, o których kremlowska propaganda opowiada dziś cuda-cudeńka, stanowią dostateczną przestrogę. Toteż trudno się dziwić panu prezydentowi Dudzie, że nie chciałby puszczać się na żadne hazardy i chciałby zawczasu zyskać jakąś pewność co do swego dalszego losu.

Tymczasem na mieście („a tymczasem na mieście inne były już treście” – wspomina poeta) pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby trzech ambasadorów państw NATO poparło kandydaturę na I Sekretarza Sojuszu byłego prezydenta naszego bantustanu Aleksandra Kwaśniewskiego. Aleksander Kwaśniewski zawsze chciał być I Sekretarzem, jak nie KC PZPR, to Organizacji Narodów Zjednoczonych, a w ostateczności – niechby i NATO. Spełniłby w ten sposób, co prawda po latach, ale lepiej późno, niż wcale, swoje marzenie. No dobrze – ale marzenia to jedna sprawa, a szanse – to sprawa druga. Postawmy zatem pytanie, czy pan Aleksander Kwaśniewski ma szanse na objęcie stanowiska I Sekretarza NATO?

Myślę, że nie jest ich pozbawiony. Za jego kandydaturą przemawiają dokonania, które przedstawię chronologicznie. 10 lipca 2001 roku, prezydent Kwaśniewski, przemawiając podczas hucpy zorganizowanej w Jedwabnem w ramach „upokarzania Polski”, przyłączył się do oskarżeń narodu polskiego, że jest współodpowiedzialny za dokonaną przez Niemców masakrę europejskich Żydów w czasie II wojny światowej w ten sposób, że „w mieniu narodu polskiego” za ten współudział „przeprosił”. Z całą pewnością ta zdrada prezydenckiej przysięgi musiała zostać zauważona przez żydowskie organizacje przemysłu holokaustu, przede wszystkim amerykańskie. a ponieważ AIPAC, czyli rodzaj żydowskiego Sanhedrynu, ma w USA spore wpływy polityczne do tego stopnia, że mówią, iż „ogon wywija psem”, to – zakładając oczywiście, że Żydzi są solidarni i nie pozbawieni uczucia wdzięczności – to kandydatura Aleksandra Kwaśniewskiego może liczyć na ich poparcie, a co za tym idzie – również na poparcie amerykańskich twardzieli. Ponadto Aleksander Kwaśniewski, jako prezydent i zwierzchnik Sił Zbrojnych, a więc również – starych kiejkutów – nie sprzeciwił się zainstalowaniu w Starych Kiejkutach tajnego więzienia CIA. Amerykańskie samoloty dowoziły z koncentraka w Guantanamo na Kubie delikwentów na lotnisko w Szymanach, skąd byli oni dowożeni do Starych Kiejkutów, gdzie amerykańscy pierwszorzędni fachowcy ich oprawiali, a stare kiejkuty stały na świecy, za co potem dostały od CIA 15 mln dolarów w gotówce. Toteż amerykańscy twardziele mogą na kandydaturę Aleksandra Kwaśniewskiego na I sekretarza NATO spoglądać życzliwie, bo co to komu szkodzi, jeśli na czele Sojuszu stanąłby człowiek zdolny do wszystkiego? Wreszcie – jak już wspomniałem – na Ukrainie Aleksander Kwaśniewski kręcił lody do spółki z Hunterem Bidenem, dzięki czemu mógł zaskarbić sobie życzliwość aktualnego amerykańskiego prezydenta.

Jak widzimy, nie jest on pozbawiony szans, chociaż za panem prezydentem Dudą też przemawiają podobne dokonania. Pan prezydent Duda w lipcu 2017 roku, po 45-minutowej rozmowie telefonicznej z Naszą Złotą Panią z Berlina, zapowiedział zawetowanie przyjętych w maju tego roku ustaw sądowych, a potem tę zapowiedź spełnił.

Ponieważ rząd uznał, że skoro pan prezydent lepiej wie, jak powinny być zorganizowane sądy, to niech przedstawi swój projekt. I tak się stało. Projekt pana prezydenta Dudy został uchwalony przez Sejm, no a teraz mamy z tego powodu nieustanne zgryzoty, a Komisja Europejska podyktowała panu ministrowi Szynkowskiemu (vel Sękowi) formułę bezwarunkowej kapitulacji Polski. To również przez amerykańskich twardzieli może być uznane za dobrą kwalifikację na stanowisko I Sekretarza NATO, nie mówiąc już o Niemcach, dla których też postępek pana prezydenta stanowił prawdziwy dar Niebios. Podobnie zarówno przez Niemców, jak i przez Żydów, a co za tym idzie – również amerykańskich twardzieli – może być życzliwie potraktowane milczenie pana prezydenta Dudy, a nawet przeciwdziałanie przez polskiego wiceministra spraw zagranicznych, pana Magierowskiego, podjętej przez Polonię Amerykańską próbie zablokowania w amerykańskim Kongresie ustawy nr 447, dzięki czemu została ona przez przeszkód przeforsowana, a następnie, w 2018 roku podpisana przez prezydenta Trumpa. Ponadto w listopadzie tego samego roku prezydent Duda odbył w Białym Domu 20-minutową rozmowę w cztery oczy z prezydentem Trumpem. Tego samego dnia wieczorem, na przyjęciu w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie, odbywało się z udziałem pana prezydenta Dudy przyjęcie z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Pan prezydent został zapytany, czy podczas tej rozmowy z prezydentem Trumpem została poruszona sprawa ustawy nr 447. Pan prezydent odparł, że nie, „bo strona amerykańska tego nie zaproponowała”.

Taki nieśmiały wobec amerykańskich twardzieli kandydat może chyba liczyć na ich poparcie przy obsadzaniu stanowiska I Sekretarza NATO, nie mówiąc już o tym, iż pan prezydent Duda nie potrafi postawić granic poświęceniom, jakie Polska powinna ponieść dla Ukrainy, łącznie ze swoim samodzielnym istnieniem, bo przecież pomysł „unii” polsko-ukraińskiej wyszedł 3 maja ub. roku z jego ust.

Należy zwalczyć programy Agendy 2030 i Wielki Reset. Potrzebujemy sojuszu antyglobalistycznego. Carlo Maria Viganó, Arcybiskup

Należy zwalczyć programy Agendy 2030 i Wielki Reset. Potrzebujemy sojuszu antyglobalistycznego

+ Carlo Maria Viganó, Arcybiskup

vigano-message Moskwa 14 marca 2023


 Drodzy Przyjaciele, wielką radość sprawia mi możliwość skierowania do Was krótkiego przesłania z okazji powstania Międzynarodowego Ruchu Poparcia Rosji. Manifest tego stowarzyszenia zaczyna się od słowa, które, jak się wydaje, zniknęło z zachodniego słownika: słowem tym jest przyjaźń. W tym przypadku jest to przyjaźń z narodem rosyjskim, podzielana przez wielu ludzi na całym świecie, oraz przyjaźń narodu rosyjskiego z innymi narodami. Jest to przyjaźń w duchu braterstwa, które ma swój fundament w uznaniu, że jesteśmy dziećmi jednego Ojca Przedwiecznego oraz braćmi i siostrami w Panu Naszym Jezusie Chrystusie.

Kiedy Cesarstwo Zachodnio-rzymskie straciło swoje znaczenie polityczne pod naporem barbarzyńców, rolę tę przejął Konstantynopol. A kiedy w wyniku podboju Mahometa II, upadło Cesarstwo Wschodnio-rzymskie, to właśnie Moskwa ocaliła jego polityczne i religijne dziedzictwo oraz jego świętych. Obecny kryzys pokazuje nam upadek skorumpowanego Zachodu, na którym nie ma już papieża Leona Wielkiego, który mógłby go uratować.  Zachód ma szansę przetrwania, jeśli potrafi odzyskać swoją opatrznościową misję i rozpoznać to, co łączy go z misją Rosji.

Ostatnie wydarzenia pokazują nam, że materialistyczny ateizm, który niszczył Imperium Rosyjskie i świat od 1917 roku – jak zapowiedziała Najświętsza Maryja Panna w Fatimie – dołączył dziś do liberalnej ideologii globalistycznej, która leży u podstaw delirycznego projektu Nowego Porządku Świata. Jak słusznie zauważył w niedawnym przemówieniu prezydent Władimir Władimirowicz Putin, jest to piekielny projekt, w którym nienawiść do cywilizacji chrześcijańskiej chce stworzyć społeczeństwo niewolników podporządkowanych elitom z Davos. Chce stworzyć upiorne społeczeństwo bez przeszłości i bez przyszłości, bez wiary i bez ideałów, bez kultury i bez sztuki, bez ojców i matek, bez rodziny i duchowości, bez nauczycieli i przewodników duchowych, bez szacunku dla starszych i bez nadziei dla naszych dzieci.
Trudno się dziwić, że po dechrystianizacji świata zachodniego, elita ta uważa Rosję za wroga, którego należy obalić. Niezaprzeczalnie, Federacja Rosyjska jest ostatnim bastionem cywilizacji opierającej się barbarzyństwu i gromadzi wokół siebie te narody, które nie zamierzają ulec kolonizacji NATO, ONZ, Światowej Organizacji Zdrowia, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i niezliczonych fundacji, których celem jest indoktrynacja mas, manipulacja informacją, tworzenie „kolorowych wiosen” w celu destabilizacji legalnie wybranych rządów i sianie chaosu, wojen i nieszczęść jako narzędzia sprawowania władzy.

Po niedawnej farsie pandemii – przeprowadzonej przy użyciu zbrodniczych metod, których nie wahałem się potępiać od początku 2020 roku – nastąpiły nowe kryzysy – w tym kryzys ukraiński. Były one celowo sprowokowane w celu zniszczenia tkanki społecznej i gospodarczej państw, zdziesiątkowania ludności świata, skupienia kontroli w rękach oligarchii, której nikt nie wybierał i która dokonała prawdziwego globalnego zamachu stanu, za który prędzej czy później odpowie przed światem.
Teoretycy tego przewrotu mają nazwiska i twarze, począwszy od George’a Sorosa, Klausa Schwaba i Billa Gatesa. Ci, którzy dziś deklarują, że Rosja jest wrogiem, uważają Europejczyków, Amerykanów, Australijczyków i Kanadyjczyków za wrogów i tak ich traktują; prześladując ich i zubażając. Jednak gdy emisariusze Światowego Forum Ekonomicznego w zachodnich rządach mogą stanowić prawo wbrew dobru własnych obywateli i trzymać w garści światowych przywódców, zmiany reżimu, które odniosły  sukces w innych państwach, zatrzymały się na granicach Rosji. Niezbędne do tego było oszustwo wyborcze w 2020 roku w Stanach Zjednoczonych Ameryki, aby powstrzymać politykę prezydenta Donalda Trumpa. Podobnie stało się w 2013 roku, gdy „głębokie państwo” i „głęboki kościół” zdołały skłonić papieża Benedykta XVI do rezygnacji i wybrać osobę miłą Nowemu Porządkowi Świata, czyli jezuitę Jorge Mario Bergoglio.
Wasze zaangażowanie musi zdecydowanie promować przyjazne stosunki Rosji ze wszystkimi państwami, zgodnie z zasadą wielo-biegunowości, która w mądrej, długoterminowej wizji politycznej jest najlepszym sposobem na zwalczenie monopolu globalizmu. Ale ta przyjaźń, te zgodne relacje i współpraca, nie mogą pomijać potępienia zamachu stanu dokonanego przeciwko ludzkości przez tych niebezpiecznych wywrotowców, których deklarowanym celem jest ustanowienie piekielnej tyranii, w której panuje nienawiść do Boga, nienawiść do człowieka stworzonego na Jego obraz, gdzie panują choroby, śmierć, ignorancja, ubóstwo, przemoc, egoizm i korupcja.  Tak właśnie wygląda królestwo Antychrysta.
Ten Lewiatan musi zostać nazwany i zwalczony poprzez wspólne działanie wszystkich wolnych narodów. Przede wszystkim, należy zwalczyć punkty  programowe Agendy 2030 i Wielki Reset. Potrzebujemy sojuszu antyglobalistycznego, który zwróci obywatelom odebraną im władzę, a państwom suwerenność, która została oddana w ręce lobby z Davos. Federacja Rosyjska oraz wasza inicjatywa odegrają w tym wysiłku decydującą rolę. Celem jest przywrócenie narodom Zachodu poczucia dumy ze swojej wiary i cywilizacji, do której powstania przyczynili się również święci Cyryl i Metody.
Toczymy dziejową bitwę: chroni nas Najświętsza Dziewica, chwalebna Nikopeia [Zwycięska. md] wraz z Archaniołem Michałem. Zwycięstwo należy do Chrystusa i do tych, którzy zdecydują się stanąć pod świętym sztandarem Krzyża.
+ Carlo Maria Viganó, Arcybiskup
tłum. Sławomir Soja

—————-

=======================

To jest przesłanie do Rosjan, do Rosji, nie do Putina. Mirosław Dakowski