Och, jak wielu przyjaciół i doradców miał Michał Falzmann!! Dezinformacja w TVP. …A rabunek Polski trwa…. Aneks I i Aneks II.

Mirosław Dakowski. 4 kwietnia 2023

Od paru tygodni w TVP oglądać można kolejną produkcję pani redaktor Kani, z cyklu „Resortowe dzieci”, o tak zwanej „aferze” FOZZ.

Na tle dramatycznej muzyczki typu bum bum bum przechadza się pani redaktor wśród półek z jakimiś klaserami czy teczkami, i niektóre z nich zwycięsko wyciąga. Przez chwilę jest oświetlona dramatyczną czerwienią, która szybko zmienia się na równie dramatyczny błękit. Potem wyświetlane są różne schematy, takie kwadraciki połączone kreskami, z których ma wynikać cała głębia skomplikowania tak zwanej „afery” FOZZ. Warstwa sterownia emocjami zdecydowanie przeważa tam nad intelektualną.

Pan doktor Sławomir Cenckiewicz mówi dramatycznym tonem, że jest to najtrudniejsza ze spraw którymi się zajmował. Przy okazji stwierdza – po 30 latach od samych tych zdarzeń, też dramatycznie, że „dochodzę do wniosku iż Michał Falzmann został zamordowany”. Powtarza znane od trzydziestu paru lat nazwiska z Rady Nadzorczej FOZZ, nie wspomina jednak że wiedzę tę czerpie z książki „Via Bank i FOZZ, o rabunku finansów Polski”. Powołani przez redaktor Kanię eksperci piszą na przykład „znałem szczegóły narady” w której brał udział premier Jan Krzysztof Bielecki i wicepremier Balcerowicz. W rzeczywistości nie była to „narada”, lecz formalna kontrola przedsiębiorstwa zwanego Rzeczpospolitą Polską, przez uprawnione do tego organa Najwyższej Izby Kontroli. [por. „O rabunku”, str. 86-93]

W rzeczywistości to tam po raz pierwszy zarzucił kontroler NIKu ministrowi Finansów Balcerowiczowi, w obecności premiera, świadome doprowadzenie do hiperinflacji finansów Polski. Gdy przesłuchiwany buchalter [księgowy] Balcerowicz podniósł głos, Falzmann nie poddał się, lecz jeszcze bardziej podniesionym głosem zażądał odpowiedzi na przedstawione Balcerowiczowi zarzuty.

Piszę ten tekst po – raczej obejrzeniu, niż przesłuchaniu – pierwszych trzech części dzieła pani redaktor Kani, bo z ich przebiegu można przewidzieć co będzie w części czwartej i ostatniej, dla uwiarygodnienia swoich tez, że winni całego całej afery to są bliżej nieokreślone „dzieci resortowe”.

Pani redaktor zadbała o ukazanie kilku osób wiarygodnych, ale takich, które zapewne na skutek wielopokoleniowego dobrego wychowania znane są z tego, że uprzejmie odpowiadają na zadane pytania. To oczywiście uwiarygadnia całość opowieści w dramatycznej narracji Kani. Większość opowieści kręci się wokół tak zwanej „tajemnicy śmierci” Michała Falzmanna.

Trochę zabawne jest, że pani redaktor Kania dostała w trakcie realizacji tego programu telefon od pana Mateusza Morawieckiego sugerujący, by nie wspominała, że ostatnie szklanki herbaty wypił Michał Falzmann z Kornelem Morawieckim w konspiracyjnym mieszkaniu Bożeny, opierunki Kornela Morawieckiego w Warszawie. O tym to przecież sam Kornel mówił w różnych telewizjach, że to on wiózł Michała Falzmanna, który nagle zasłabł, na pogotowie. Oświadczam tutaj, że nigdy nikt z bliskich Michała Falzmanna, ani jego rodzina, ani doradca, nie tylko nie mówił, ale i nie myślał o powiązaniach przyczynowo-skutkowych między tą rozmową ojca obecnego premiera a Michałem, a stanem Michała. Takie sugestie skądś się wtedy, może po roku, pojawiały. Ale ich źródła nie znamy.

Pani redaktor dramatycznym tonem opowiada, że już godzinę po śmierci Michała zjawił się spanikowany Anatol Lawina w mieszkaniu Falzmannów wskazując na jakieś wtyczki. Jest to zupełna nieprawda; przerażony Anatol pojawił się tam kiedyś w nocy, ale dopiero po wielu chyba dniach czy tygodniach. Łączenie zamordowania Michała Falzmanna z odległym o piętnaście lat czy więcej śmiertelnym pobiciem Lawiny jest niczym nieuzasadnione. Lawina według Michała Falzmanna był przy nim raczej przedstawicielem tej drugiej strony, której działania Michał ujawniał.

Należy również sprostować pogląd Sławka Centkiewicza [mówię per „Sławek”, bo kiedyś byliśmy w miarę blisko], że to NIK przekazał zatajniane dokumenty ministrowi sprawiedliwości Wiesławowi Chrzanowskiemu. Każdy może przeczytać w książce „Via Bank i FOZZ – o rabunku finansów Polski” [str. 11 inn.], i na pewno pan Cenckiewicz stamtąd czerpał swoje informacje. A to Jerzy Przystawa i Dakowski udali się na audiencję do ministra sprawiedliwości Wiesława Chrzanowskiego i myśmy mu wręczyli, oficjalnie złożyli gruby plik co najmniej 500 stron autentycznych dokumentów z prośbą, by sygnalizowany rabunek poprzez FOZZ był dalej poznany i zatrzymany przez odpowiednie organa państwa polskiego.

Dowiaduję się obecnie z filmików pani Kani, że pan minister Chrzanowski przekazał to do osoby obwinionej to znaczy do wicepremiera Balcerowicza, który to z kolei przekazał do oficera „GRUPY Y” Informacji Wojskowej, a wiceministra finansów – Janusza Sawickiego. Wskazuje to, że sieć osób winnych RABUNKU już wtedy była w rządzie, a nie tylko w jakiś nieformalnych, raczej tajnych „GRUPACH Y”. Sytuacja, w której Michał Falzmann poprzez Prezesa Najwyższej Izby Kontroli żądał powstania specjalnej grupy analityków, którzy by przeanalizowali drogi, którymi wyciekają pieniądze z Polski na rzecz nie żadnych „resortowych dzieci”, tylko na rzecz Międzynarodowego Finansisty, wskazuje że bierność kolejnych ekip rządowych była spowodowana w wyniku nacisków tych, którzy realnie Polskę rabowali.

Po obaleniu przez prezydenta Bolka rządu Jana Olszewskiego, ten ostatni zaczął tworzyć Ruch dla Rzeczpospolitej, a jego minister, chyba obrony, taki pan w twarzowym bereciku, tworzył Ruch III Rzeczpospolitej. W tym czasie pytałem Jana Olszewskiego, czemu nie reagował będąc premierem na alarmy w sprawie rabunku Polski. Popatrzył na mnie łagodnie, jak bezbronna ofiara, i bezradnie rozłożył ręce.

Gdy Lech Kaczyński był już na wylocie ze stanowiska prezesa w Najwyższej Izbie Kontroli, zostaliśmy przez niego zaproszeni: Izabela Brodacka Falzmann, Jerzy Przystawa i ja, Mirosław Dakowski. Oczywiście omawiana była sprawa zahamowania czy zablokowania śledztwa w sprawie FOZZu.

Przy okazji poprosiliśmy go o zobaczenie notatek służbowych Michała Falzmanna w tajnym archiwum NIKu. Okazało się, że… tam tych dokumentów nie ma. „Widzą państwo, w jakich warunkach musimy pracować” – powiedział z zażenowaniem Lech Kaczyński. Na szczęścicie te dokumenty są dostępne – główne w książce „Via Bank…”, a też, na wszelki wypadek, u nieznanej mi „cioci Kloci”.

Zabawne jest, że przez ubiegłe 10-lecia ilość osób i przyjaciół Michała Falzmanna, którzy mu wiernie pomagali i doradzali, rośnie lawinowo. Przed dziesięciu chyba laty dowiedziałem się dość przypadkiem, że jeden z takich doradców Falzmanna w sprawie FOZZ będzie miał publiczne wystąpienie. Na sali było około 100 osób. Po pięknym wystąpieniu pana referenta wywiązała się tak zwana dyskusja. Ja zabrałem jako trzeci czy czwarty dyskutant głos wyrażając moje uznanie referentowi, że już będąc w wieku lat 12 czy 13 [bo wcześniej sprawdziłem jego życiorys], tak dzielnie doradzał Michałowi Falzmannowi w sprawie ukrócenia rabunku Polski.

W tych filmikach pani Kani ilość przyjaciół i ekspertów, którzy dzielnie doradzali Falzmannowi wzrosła niepomiernie. O roli Józefa Orła i Tygodnika Solidarność pisaliśmy [w 1992r., na str. 67 i 69]. Tak łatwo zapomnieć???

Przed paru laty z profesorem Przystawą mówiliśmy gdzieś i pisali, że ilość tych zaufanych doradców znacznie rośnie z kolejnymi dziesięcioleciami. Teraz widzę, że będą mogli założyć specjalny klub i na wielkich placach demonstrować swoją przyjaźń i pomoc w sprawie rozwiązania tak zwanej „afery” FOZZ [ciągle podaję to w cudzysłowie, bo to słowo umniejsza o rzędy wielkości całą prawdę FOZZ].

Tymczasem nie była to żadna „afera”, lecz zaplanowany przez tak zwanego Międzynarodowego Finansistę RABUNEK kraju, w którym osadzono ekipy od tego finansisty zależne. Przecież Soros, i wyznaczony przez niego wykonawca Jeffrey Sachs długo szukali osoby, która by była wykonawcą ich poleceń. Znaleziono wreszcie na jednej z uczelni warszawskich sekretarza Podstawowej Organizacji Partyjnej, Leszka Balcerowicza, który tej roli się podjął.

Natomiast prawdziwy mechanizm rabunku polega na tym, że ten Międzynarodowy Finansista, korzystając oczywiście z pomocy tajnych służb postkomunistycznych, które przekwalifikowały się w międzyczasie na usługi dla mocodawcy silniejszego, wymusił na rządzących Polską poprzez Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, stałą relację między dolarem a złotówką. Oni również nakazali ministrowi i potem premierowi Balcerowiczowi wprowadzić w Polsce hiperinflację. Sam by się przecież nie ośmielił uruchomić coś tak karygodnego.

Połączenie hiperinflacji w jakimś kraju ze stałym kursem waluty tego kraju wobec dolara powoduje, że tylko znający tą tajemnicę mogą uruchomić potężną pompę ssąco-tłoczącą, która może wyeksportować, wypchnąć z tego kraju dowolną ilość pieniędzy, dopóki afera – nie – przepraszam – dopóki ten plan rabunku nie zostanie ujawniony i powstrzymany. W uczonej pracy profesorów Wolfa i Przystawy zostały takie mechanizmy precyzyjnie, jak to czynią fizycy i ekonomiści, ujawnione. Pisałem o tym oddzielnie.

Nie ośmielam się powiedzieć że celowo, ale te cztery filmiki pani Kani starannie ukryły powyższy mechanizm rabunku. Przez lat kilkanaście likwidatorzy FOZZu nie mogli tej firmy zlikwidować. Dariusz Tytus Przywieczerski, o którym wiedzieliśmy, że był agentem TW Grabiański, co jest zarejestrowane, zapisane w tak zwanym „Zbiorze Z”, czyli zastrzeżonym IPNu, działał tak jak Grzegorz Żemek, czy wiceminister finansów Janusz Sawicki, na rzecz zaplanowanego rabunku.

O udziale oficjalnych służb w Polsce w tuszowaniu świadczy m.inn. to, że TW Grabiański najpierw przez UOP czyli Urząd Ochrony Państwa został wypuszczony na Zachód z ogromną teczką dokumentów, które tam odpowiednio zainwestował. Po powrocie do Polski w pierwszej połowie lat 90 na oficjalnym bankiecie chwalił się, gdzie mu teraz mogą naskoczyć. Po raz drugi został przez – już nie UOP, lecz Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego – ABW – znów wypuszczony na Zachód, już po humorystycznym skazaniu go na dwa lata[zdaje się] więzienia . Dalej działał w USA na Florydzie, jego adres tak zamieszkania jak i nowego biznesu był znany wielu dziennikarzom, którzy do niego jeździli [publikowaliśmy] , ale zupełnie nie był znany w ABW. Przywieczerski, podobnie jak domniemany sprawca zamordowania generała komendanta policji Papały, Mazur byli i pewnie są pod opieką CIA. Dopiero gdy skończył się okres groźny dla Dariusza Tytusa Przywieczerskiego w Polsce, został on „znaleziony ” przez ABW. I nawet zafundowano mu darmowy przelot do Polski. Obaj ci tak zwani „prezie do odsiadki” [Зыс-председатель, wg Ilfa i Pietrowa] czyli Żemek i Przywieczerski nie byli ani głównymi planistami ani głównymi wykonawcami rabunku Polski.

Fakt że przez 30 lat główni beneficjenci nie zostali przez organa rządów, kolejnych rządów Polski ani aresztowani, ani te ogromne miliardy dolarów nie zostały im odebrane, logicznie rzecz biorąc musi świadczyć co najmniej o współudziale kolejnych rządów umieszczonych w Warszawie w tuszowaniu tego rabunku.

Wnioski, powtarzam :

Ogromne pieniądze zrabowane Polsce nie zostały odzyskane.

Nawet ich wielkość nie została określona, winni nie zostali podani do publicznej wiadomości, ani nie powiedziano, czy zrabowane miliardy im odebrano.

Sejm uchwalił kolejne przepisy wygodne dla rabusiów, przedawnienia spraw i ich umorzenia.

A przecież rządziły już wszystkie frakcje zmowy Okrągłego Stołu.

=======================================

Och, jak prosto się rabuje, gdy się jest w grupie „wiedzących” i pewnych bezkarności.. „Brazilian Swap”.

Mirosław Dakowski, 5 kwiecień 2023

Aneks I.

W czasie trudnego ujawniania rabunku poprzez foz pracowałem w centralnym urzędzie planowania. Był to naturalne następca PKPG, czyli państwowej komisji planowania gospodarczego. Wezwał mnie minister Ejsymont . Poszedłem z dużym plikiem dokumentów FOZZ, o które – i o wyjaśnienia niektórych punktów – prosił.

Potem minister Ejsymont zapytał „czy znam pana Majmana”. Powiedziałem że pierwsze słyszę.

Powiedział mi wtedy, że jest to człowiek, który z ramienia Mossadu podjął się tajnej wymiany zobowiązań PRL-u na podobne zobowiązania Brazylii. Był to tak zwany „Brazilian Swap”. Chodzi o to, że formalnie Państwo nie może handlować na rynkach wtórnych, nielegalnych – własnymi długami.

Majman zaproponował więc, by nielegalnie wymienić się długami PRL-u i Brazylii – i wtedy można będzie łatwiej nimi handlować, spekulować. Po stronie polskiej sprawą dyrygował wiceminister finansów Janusz Sawicki. [Przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów, major [wtedy] GrupaY, kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”].

Dogadali się [„GrupaY” i „Finansista”] , że Majman za załatwienie tej sprawy dostanie prowizję, chyba 2.4, procenta.

Kwota tej nielegalnej wymiany to było ok. 4 miliardy dolarów.

Nic dziwnego więc że gdy jakiś nadgorliwy pułkownik z UOP aresztował wiceministra Sawickiego w świetle jupiterów i kamer TV, Majman był niepocieszony i jak mówił minister, dosłownie płakał w jego marynarkę.

Nic dziwnego, bo gdy się pomnoży 4 miliardy przez te procenty prowizji to wychodzi niezła suma.

A tak mocodawcy pana Majmana musieli się zająć innym sposobem zwiększania swoich dochodów.

To jeden z ciekawszych przykładów „pomysłów”.

========================

Aneks II.

Mówi ostatnio w TVP któryś z ekspertów, celebrytów powołanych przez redaktor Kanię, że sprawa FOZZ jest „najtrudniejszą przez niego badaną”. A „bada” ją podobno już kilka dziesięcioleci.

Tymczasem w istocie swojej jest to sprawa niezwykle prosta. Nie znajduję lepszego porównania, niż trywialne, że jest tak prosta jak budowa cepa.

Podam obrazek to wyjaśniający:

Jeśli ktoś nie zorientowany widzi tysiące mróweczek, które wyszarpują i wynoszą kawałki mięsa z powalonego bawołu w różnych kierunkach, i różnymi ścieżkami, to czuje się, jako naiwny obserwator, zdezorientowany. Tymczasem te mróweczki wiedzą, gdzie leży łup, i wszystkie niosą je wreszcie do swojego mrowiska.

W przypadku omawianego rabunku Polski miejscem, do którego różne, nie znające się mróweczki muszą swój łup zanieść, jest siedziba Międzynarodowego Finansisty. A On już wie i decyduje, jaką część tego łupu chce dać swoim wykonawcom.

To On, wiedząc, ściślej nakazując, by w Polsce była hiperinflacja, uruchomił potężnej mocy pompę ssąco-tłoczącą, która przy każdym swoim kolejnym ruchu zamieniała 5% na 80%, przy następnym ruchu [na przykład] te stałe 5% [to jest oprocentowanie dolara] zamieniała na 65%, [to była inflacja w Polsce, ściślej oficjalna stopa procentowa w danym miesiącu].

—————————-

Oto naukowe wyjaśnienie tego mechanizmu: [To skrót, adres całości już obecnie tylko za jakieś dewizy. Mamy jednak kopie tego artykułu. MD]

—————————————

Violation of interest-rate parity: a Polish example

Physica A 285 (2000) 220-226 www.elsevier.com/locate/physa

Jerzy Przystawa a Marek Wolf,b

a) Institute of Theoretical Physics, University of Wrocław, Pl. Maksa Borna 9, 50-204 Wrocław, Poland

b) School of Management and Finance. ul. Pabianicka 2, 53-339 Wrocław, Poland

Abstract

The mechanism of the so-called „Bagsik Oscillator” is presented and discussed. In essence, it is a repeated exploitation of arbitrage opportunities that resulted from a marked departure from the interest-rate parity relationship between the local Polish currency and the western currencies.

[Podaję tylko wynik rachunków, zakładając nieznajomość sum i całek u Czytelnika. Chętnych odsyłam do literatury cytowanej.

Istotna jest liczba “93” na dole Tabeli jako “przebicie” łatwo uzyskiwalne przez „wtajemniczonych”. I tylko przez nich.

Nawet w roku 2000, roku uspokojenia się oszustw finansowych, można było „wyciągnąć” zysk 91% (sic!!) MD]

Table l

Efficiency of the oscillator (4.4) for T = 1 year

NYear 1990; rf = 0.8,Year 2000; rf= 0.14
r = 0.1r = 0.04
11.01380.1052
21.85770.1618
33.05520.2214
44.75460.2840
57.16620.3499
611.8070.4191
715.4450.4918
822.3360.5683
932.1150.6487
1045.9930.7333
1165.6860.8221
1293.0200.9155

========================

Jeśli takich kolejnych ruchów machiny ssąco-tłoczącej było pięć, piętnaście, a może więcej, to można było osiągnąć dowolne, astronomiczne, tak zwane „przebicie”.

Ile miliardów dolarów tym sposobem wytransferowano z Polski, my amatorzy nie wiemy. A przeznaczone do tego służby państwa mają założone nie końskie okulary [które uniemożliwiają widzenie tego co się dzieje z boku], ale po prostu – czarne okulary ślepca.

I to jest, proszę państwa, proszę rządzących, aktualna sytuacja Polski.

Jak prosto się rabuje, gdy się jest w grupie „wiedzących” i pewnych bezkarności.. „Brazilian Swap”.

Och, jak prosto się rabuje, gdy się jest w grupie „wiedzących” i pewnych bezkarności.. „Brazilian Swap”.

Mirosław Dakowski, 5 kwiecień 2023

Aneks I.

W czasie trudnego ujawniania rabunku poprzez foz pracowałem w centralnym urzędzie planowania. Był to naturalne następca PKPG, czyli państwowej komisji planowania gospodarczego. Wezwał mnie minister Ejsymont . Poszedłem z dużym plikiem dokumentów FOZZ, o które – i o wyjaśnienia niektórych punktów – prosił.

Potem minister Ejsymont zapytał „czy znam pana Majmana”. Powiedziałem że pierwsze słyszę.

Powiedział mi wtedy, że jest to człowiek, który z ramienia Mossadu podjął się tajnej wymiany zobowiązań PRL-u na podobne zobowiązania Brazylii. Był to tak zwany „Brazilian Swap”. Chodzi o to, że formalnie Państwo nie może handlować na rynkach wtórnych, nielegalnych – własnymi długami.

Majman zaproponował więc, by nielegalnie wymienić się długami PRL-u i Brazylii – i wtedy można będzie łatwiej nimi handlować, spekulować. Po stronie polskiej sprawą dyrygował wiceminister finansów Janusz Sawicki. [Przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów, major [wtedy] GrupaY, kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”].

Dogadali się [„GrupaY” i „Finansista”] , że Majman za załatwienie tej sprawy dostanie prowizję, chyba 2.4, procenta.

Kwota tej nielegalnej wymiany to było ok. 4 miliardy dolarów.

Nic dziwnego więc że gdy jakiś nadgorliwy pułkownik z UOP aresztował wiceministra Sawickiego w świetle jupiterów i kamer TV, Majman był niepocieszony i jak mówił minister, dosłownie płakał w jego marynarkę.

Nic dziwnego, bo gdy się pomnoży 4 miliardy przez te procenty prowizji to wychodzi niezła suma.

A tak mocodawcy pana Majmana musieli się zająć innym sposobem zwiększania swoich dochodów.

To jeden z ciekawszych przykładów „pomysłów”.

========================

Aneks II.

Mówi ostatnio w TVP któryś z ekspertów, celebrytów powołanych przez redaktor Kanię, że sprawa FOZZ jest „najtrudniejszą przez niego badaną”. A „bada” ją podobno już kilka dziesięcioleci.

Tymczasem w istocie swojej jest to sprawa niezwykle prosta. Nie znajduję lepszego porównania, niż trywialne, że jest tak prosta jak budowa cepa.

Podam obrazek to wyjaśniający:

Jeśli ktoś nie zorientowany widzi tysiące mróweczek, które wyszarpują i wynoszą kawałki mięsa z powalonego bawołu w różnych kierunkach, i różnymi ścieżkami, to czuje się, jako naiwny obserwator, zdezorientowany. Tymczasem te mróweczki wiedzą, gdzie leży łup, i wszystkie niosą je wreszcie do swojego mrowiska.

W przypadku omawianego rabunku Polski miejscem, do którego różne, nie znające się mróweczki muszą swój łup zanieść, jest siedziba Międzynarodowego Finansisty. A On już wie i decyduje, jaką część tego łupu chce dać swoim wykonawcom.

To On, wiedząc, ściślej nakazując, by w Polsce była hiperinflacja, uruchomił potężnej mocy pompę ssąco-tłoczącą, która przy każdym swoim kolejnym ruchu zamieniała 5% na 80%, przy następnym ruchu [na przykład] te stałe 5% [to jest oprocentowanie dolara] zamieniała na 65%, [to była inflacja w Polsce, ściślej oficjalna stopa procentowa w danym miesiącu].

—————————-

Oto naukowe wyjaśnienie tego mechanizmu: [To skrót, adres całości już obecnie tylko za jakieś dewizy. Mamy jednak kopie tego artykułu. MD]

—————————————

Violation of interest-rate parity: a Polish example

Physica A 285 (2000) 220-226 www.elsevier.com/locate/physa

Jerzy Przystawa a Marek Wolf,b

a) Institute of Theoretical Physics, University of Wrocław, Pl. Maksa Borna 9, 50-204 Wrocław, Poland

b) School of Management and Finance. ul. Pabianicka 2, 53-339 Wrocław, Poland

Abstract

The mechanism of the so-called „Bagsik Oscillator” is presented and discussed. In essence, it is a repeated exploitation of arbitrage opportunities that resulted from a marked departure from the interest-rate parity relationship between the local Polish currency and the western currencies.

[Podaję tylko wynik rachunków, zakładając nieznajomość sum i całek u Czytelnika. Chętnych odsyłam do literatury cytowanej.

Istotna jest liczba “93” na dole Tabeli jako “przebicie” łatwo uzyskiwalne przez „wtajemniczonych”. I tylko przez nich.

Nawet w roku 2000, roku uspokojenia się oszustw finansowych, można było „wyciągnąć” zysk 91% (sic!!) MD]

Table l

Efficiency of the oscillator (4.4) for T = 1 year

NYear 1990; rf = 0.8,Year 2000; rf= 0.14
r = 0.1r = 0.04
11.01380.1052
21.85770.1618
33.05520.2214
44.75460.2840
57.16620.3499
611.8070.4191
715.4450.4918
822.3360.5683
932.1150.6487
1045.9930.7333
1165.6860.8221
1293.0200.9155

========================

Jeśli takich kolejnych ruchów machiny ssąco-tłoczącej było pięć, piętnaście, a może więcej, to można było osiągnąć dowolne, astronomiczne, tak zwane „przebicie”.

Ile miliardów dolarów tym sposobem wytransferowano z Polski, my amatorzy nie wiemy. A przeznaczone do tego służby państwa mają założone nie końskie okulary [które uniemożliwiają widzenie tego co się dzieje z boku], ale po prostu – czarne okulary ślepca.

I to jest, proszę państwa, proszę rządzących, aktualna sytuacja Polski.

Czas na podsumowanie. FOZZ a stan Polski. Duża akcja „Zasłona Dymna”.

Czas na podsumowanie. FOZZ a stan Polski. Duża akcja „Zasłona Dymna”.

Mirosław Dakowski

[w 2018 roku.. z Archiwum]

Bank Handlowy był bankrutem od 1968 toku. To jedno z najważniejszych odkryć Michała Falzmanna – również z naciskiem powtarzał to umierając. A bankiem państwa [PRL] był Narodowy Bank Polski. Wynika z tego, że panujący w PRL komuniści zaciągali pożyczki od pazernych banków na Zachodzie – niejako prywatnie. Więc jest to jeden z powodów, by ci bankierzy prywatnie dochodzili swych należności od … masy upadłościowej BH! Tak się nie stało . To my zostaliśmy obciążeni spłatą ICH długów.

Ci premierzy, ministrowie po 1989 -tym, którzy dopuścili do przejęcia tych długów przez Polskę, wiedzieli o powyższym.. Oczywiście działali zgodnie z umowami między „Firmą” Kiszczaka a jego agentami w Magdalence, zgodnie z deklaracją Geremka „Pacta sunt servanda”. Ale to były „pakty” między rabusiami a agentami, nie Polską. Działali w złej wierze, na szkodę Polski. Takie przestępstwa się nie przedawniają.

Narzucona „Umowa” między Bankiem Światowym [BŚ] a ministerstwem Finansów o stałym kursie złotego do dolara [10 00 starych złotych = 1 dolar] , chyba na trzy lata – była TAJNA. Znało ja parę osób w MinFin. [więc i przedstawiciel tam „Grupy Y” wojskówki – przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów, kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”.]

Jednocześnie min. finansów Balcerowicz spowodował w Polsce hiper-inflację, na początku której oprocentowanie złotego wynosiło nawet 80% miesięcznie [sic!!]. Tę hiper-inflację, jako źródło katastrofy finansów Państwa, zarzucił Falzmann w czasie formalnej kontroli „księgowemu” Balcerowiczowi [w obecności „szefa przedsiębiorstwa” Państwo Polskie, premiera Bieleckiego, tj. zgodnie z wymogami formalnymi] .

Hiperinflacja wraz z wiedzą o tej umowie z BŚ uruchomiła potężną „pompę ssąco – tłoczącą” wypompowującą na miarę tajfunu pieniądz, więc majątek Polski. To wykorzystali m.inn. pracownicy Mossadu w aferze ArtB, a na większą skalę – wszyscy dopuszczeni do tajemnicy z Banku Światowego. Kto personalnie? Jakie banki? Pewnie był wśród nich osławiony BCCI -przyjeżdżali do Polski w tej sprawie prokuratorzy z USA]– oraz oczywiście oficerowie Grupy Y w Polsce.

Załoga Ministerstwa Finansów była dowodzona przez v-ministrów Janusza Sawickiego [majora struktur tajnych wojskowych] , Wojciecha Misiąga. Był to „oddział wydzielony, czołówka Grupy Y. O związku umowy z Bankiem Światowym z hiperinflacją wiedział [co najmniej wiedział!] min. Balcerowicz i premier Bielecki – uświadomili im to choćby inspektorzy NIK-u w czasie wspomnianej narady – przesłuchania, a szeroko opisanej w książce sprzed przeszło ćwierć wieku „ViaBank i FOZZ”. Wiedział, musiał wiedzieć Rosati, wtedy członek Rady nadzorczej FOZZ.

Wice-ministrowi „z solidarnościowej strony” Stefanowi Kawalcowi mówiłem o tym osobiście przy przekazywaniu danych banku w Londynie, gdzie „schowano” ok 200 milionów dolarów z FOZZ. Jedyne jego działanie w tej sprawie o jakim wiem – to ostrzeżenie „warszawki” przede mną.

Ta potężna „pompa ssąco – tłocząca ” została później przez poważnych ekonomistów i publicystów nazwana „Oscylatorem Balcerowicza”.

======================

Ci wszyscy najwyżsi urzędnicy NIC NIE ZROBILI dla ukrócenia tego rabunku. Takie przestępstwa się nie przedawniają. Powinny być dalej ścigane.

Te i podobne sprawy w języku prawniczym nazywa się zbrodnią stanu, prawda?

Zablokowano śledztwo prokuratorskie. W szczycie śledztwa zajmowało się tą sprawą .. pół prokuratora – opisałem szczegóły gdzie indziej. W wyniku czego – nastąpiło kilkanaście lat pozorowanego krzątania się, czyli bezczynności „likwidatorów FOZZ”. 

W min. sprawiedliwości: Dokumenty przekazane przez nas z Jerzym Przystawą ministrowi Chrzanowskiemu 2 czerwca 1991 – zanikły.

Opóźnienia procesu karnego o kilkanaście lat [sic!!] , a „kopnięcie w górę” na ministra sędzi – sprawozdawcy Barbary Piwnik opóźniło proces o kolejne trzy lata.. Później kolejny sędzia Andrzej Kryże ocenił wszystkie straty na ok. 300 milionów dolarów [skąd kilkudziesięciokrotne zmniejszenie ? Inspektorzy NIK i ekonomiści oceniali na co najmniej 50 miliardów] .
Nawet min. Ziobro mówił przed paru dniami po raz pierwszy o 2 – 8 czy 10 miliardów.

Parasol ochronny sprawowany przez ok. 12 lat nad DTPrzywieczerskim [TW „Grabiański”, Zbiór Zastrzeżony IPN] dowodzi kryminalnego udziału w rabunku poprzez FOZZ gangów zagnieżdżonych wewnątrz CIA.

Brak ujawnienia tych wątków przez obecną władzę w POlsce, brak kroków do usiłowań odebrania ogromnego majątku uzyskanego na drodze przestępstw – zadziwia czy raczej przeraża.

Za komuny przestępców o tysiąckrotnie mniejszej szkodliwości karano śmiercią. Chodzimy często na pocztę w Aninie, która mieści się w willi skonfiskowanej szefowi „afery mięsnej” z lat chyba 70-tych., któremu wyrok śmierci wykonano, a zrabowane – odebrano.

Przechodzimy w Aninie koło wielkiego „sadyby”, czy dworu na Górce Delmacha, posiadłości naszego napoleonka DT Przywieczerskiego.

Nikogo nie osądzono za zbrodniczy współudział, ani za tuszowanie jawnego rabunku.

Jeśli już nie można [czemu?] skazać takich ludzi, to przecież wszystkim, którym udowodniono udział, czy którzy mieli władzę, wiedzieli a nie przeciwdziałali, należy izolować od „biznesów”, nałożyć elektroniczną obrączkę na nogę, która by sygnalizowała każde zbliżenie czy to fizyczne, czy internetowe do banku czy dużego przedsiębiorstwa finansowego.

By uświadomić czytelnikowi obrzydliwość tamtego rabunku, którego skutki ciężko odczuwamy, posłużę się następującą propozycją:

Przy ew. recydywie koniecznie należy ich umieścić jako Bestie koło Trynkiewicza w spec-więzieniu w Gostyninie, zamiast nagradzać kolejną radą nadzorczą czy fotelem Parlamentu Europejskiego..

Tak się nie dzieje.

A ciągłe lansowanie rzewnych opowieści o FOZZ typu mamyMadzi czy Niewolnicy Izaury wskazuje, że prowadzona jest w mediach celowa, duża akcja „Zasłona Dymna”.

Co chcą ukryć??

Wojskowe tajemnice FOZZ

Wojskowe tajemnice FOZZ

[Umieszczam 5 kwietnia 2023, jako skromne przeciwstawienie fali dezinformacji w TVP. Mirosław Dakowski]

https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.4550_55.php

Adam Chmielecki  politolog, 16.10.2011.

Opisując III Rzeczpospolitą, historyk Robert Kuraszkiewicz na marginesie swojej książki „Polityka nowoczesnego patriotyzmu” o aferze FOZZ wspomniał krótko, ale jednocześnie niezwykle celnie: „Majstersztykiem propagandowym postkomunistów było określenie FOZZ mianem „największej afery III Rzeczypospolitej”, co sugerowało, że zrodziła się ona już w nowej, „solidarnościowej” Polsce. (…) Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego był instytucją wymyśloną i zorganizowaną przez środowisko byłych i aktualnych agentów i oficerów PRL-owskich służb specjalnych. Interes państwa był klasyczną „przykrywką” dla licznych oszustw”.

I rzeczywiście, działalność Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, a następnie nieudolne polityczne i prawne próby wyjaśnienia związanych z tą działalnością nieprawidłowości nazywano mocnymi określeniami: „FOZZ-gate”, „matka wszystkich afer”, „matka transformacyjnych afer”, „afera pięćdziesięciolecia”, czy właśnie nawiązującym już do nowej rzeczywistości hasłem „afera założycielska III RP”.

Jednakże, pomimo że Kuraszkiewicz ma rację, iż źródła FOZZ tkwią głęboko w zdegenerowanych ostatnich latach PRL, to FOZZ ukazał również patologie III RP, a zwłaszcza to, co Jadwiga Staniszkis (a po niej wielu innych) nazwała postkomunizmem. W aferze FOZZ znajdziemy wszystkie elementy tego zjawiska, a więc uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury na państwowym majątku, wpływy funkcjonariuszy i tajnych współpracowników służb specjalnych PRL, niemoc instytucji państwowych, sprzeciw części dawnej opozycji solidarnościowej do rozliczenia poprzedniego systemu, wreszcie walkę z nielicznymi, którzy dążyli do prawdy.

Dług publiczny, zyski sprywatyzowane
Działalność FOZZ, wbrew obiegowej opinii, została całkiem dobrze udokumentowana i opisana, jednak jedynie na podstawowym poziomie, zarówno jeśli chodzi o formę (raczej dziennikarsko-publicystyczną niż naukową), jak i treść (kwestie finansowe i prawne – proces i wyrok – nie zaś agenturalne i związane z działalnością służb specjalnych tło całej sprawy). Ostatnio w szerszej i źródłowej formie problematykę tę podjął dr Sławomir Cenckiewicz w swojej książce „Długie ramię Moskwy”.
Dla porządku zbierzmy jednak pewne fakty. Ustawę o Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego Sejm PRL uchwalił 15 lutego 1989 roku. 24 lutego 1989 r. zarządzeniem ministra finansów FOZZ otrzymał statut i osobowość prawną. FOZZ nie powstał jednak ad hoc, już od 1986 r. funkcjonował jako fundusz celowy w ramach Ministerstwa Finansów. Trzy lata później otrzymał po prostu pełną i odrębną osobowość prawną. Pytanie, czy taka zmiana instytucjonalna miała na celu jedynie poprawę efektywności zarządzania i spłaty polskiego długu, czy też już w założeniach jej inicjatorów miała ułatwić proces wyprowadzania i prywatyzowania pieniędzy publicznych. „Nowy” FOZZ miał gromadzić środki finansowe na „obsługę” polskiego zadłużenia i dysponować nimi. To enigmatyczne sformułowanie oznaczało de facto wykupywanie własnego długu przez PRL, z wykorzystaniem podstawionych spółek i instytucji, a więc praktykę nielegalną wg prawa międzynarodowego, ale stosowaną już wcześniej przez kraje rozwijające się lub państwa Trzeciego Świata. I tu zaczął się problem. Jeszcze większy pojawia się, gdy zobaczymy, skąd miały pochodzić środki na działalność FOZZ – z budżetu państwa (w różnej formie: dotacji, obligacji, dochodów z zagranicznych pożyczek), ale także z działalności Banku Handlowego, Narodowego Banku Polskiego oraz tzw. czarnych pieniędzy central handlu zagranicznego, czyli nielegalnych środków dewizowych, które państwowe przedsiębiorstwa posiadały m.in. z łapówek, ustawionych przetargów, operacji służb etc.
Pomimo dysponowania znacznym budżetem (nawet kilka miliardów USD) FOZZ wykupił, wg szacunków, jedynie ok. 2,8 bln starych złotych polskiego długu. Kompetencje Funduszu były nieprecyzyjne, mógł on prowadzić właściwie wszystkie, nawet najbardziej ryzykowne operacje finansowe, a kontrola ze strony Ministerstwa Finansów i rządu, choć do przedstawicieli tych instytucji bardzo szybko zaczęły docierać sygnały o nieprawidłowościach, praktycznie nie istniała. Obficie korzystali z tego szef Funduszu Grzegorz Żemek oraz jego zastępcy – Janina Chim i Marek Gadomski. Przykładowo: kierownictwo FOZZ niemal do perfekcji opanowało działanie w ramach tzw. łańcuszka.
Większość operacji FOZZ prowadził przez spółki pośredniczące, z których gros było zarejestrowanych w tzw. rajach podatkowych. Bardzo często we władzach tych spółek zasiadali właśnie Żemek i Chim oraz współpracujący z nimi biznesmeni i bankierzy. Tworzono „łańcuszek” pośredników, którzy obracali otrzymanymi z Funduszu środkami. W przypadku powodzenia operacji większość zysku trafiała do owych pośredników oraz władz FOZZ, w przypadku strat pośrednicy pozostawali bez konsekwencji. Większość operacji nie była księgowana lub robiono to nieprawidłowo, a wiele „zleceń” realizowano na ustne i telefoniczne (a przecież mówimy tu o milionowych kwotach) polecenia dyrektora Funduszu i jego zastępczyni. Prowadziło to w skrajnych przypadkach do absurdalnych sytuacji, w których dłużnicy FOZZ określali się jego wierzycielami i żądali zwrotu pieniędzy! Według oficjalnych danych działalność FOZZ przyniosła straty w wysokości ok. 350 mln dolarów, ale to z pewnością zaniżone dane. Prosta różnica pomiędzy kwotą, jaką dysponował FOZZ, a kwotą wykupionego długu przynosi znacznie większą „dziurę”.
Pierwszy akt oskarżenia w tej sprawie skierowano już w 1993 r., kolejny 5 lat później. Wyrok w najgłośniejszej aferze III RP zapadł w 2005 roku. Na kary grzywny oraz pozbawienia wolności skazano 6 osób, w tym Grzegorza Żemka (9 lat i 720 tys. zł), Janinę Chim (6 lat i 500 tys. zł) i Dariusza Przywieczerskiego (3,5 roku oraz 380 tys. zł). Ten ostatni wciąż nie odbył kary. Uniknęły jej, jak się wydaje, również inne osoby, które znalazłyby się na ławie oskarżonych, gdyby wyjaśnieniem afery państwo zajęło się na poważnie na początku lat 90. Wówczas z pewnością udałoby się zebrać więcej dowodów oraz uniknąć przedawnienia części zarzutów.

Żemek – „widoczny znak wojskówki”
Jak wspomniano, tło afery FOZZ stanowią takie instytucje, jak: Ministerstwo Finansów, spółki polonijne (Przedsiębiorstwa Polonijno-Zagraniczne), Bank Handlowy, bank PKO i centrale handlu zagranicznego. Były to podmioty, które w ramach PRL posiadały przywilej koncesjonowanego dostępu do Zachodu, wolnego rynku, kapitału, wiedzy na temat funkcjonowania gospodarki kapitalistycznej, a jako takie były w sposób szczególny zinfiltrowane przez służby specjalne, zarówno cywilne (Departamenty III i V, ale przede wszystkim Departament I), jak i wojskowe. I właśnie to te ostatnie odegrały decydującą rolę. Nieprzypadkowo tak wielu ekonomistów i dyplomatów ma w swoich dossier tak nietypowe dla przedstawicieli takich zawodów odznaki „Za zasługi dla obronności kraju”.
Zainteresowanie na większą skalę sprawami gospodarczymi ze strony „wojskówki” (mowa o Zarządzie II Sztabu Generalnego, a przede wszystkim Oddziale „Y”, z którego wywodziła się późniejsza czołówka Wojskowych Służb Informacyjnych) datuje się na połowę lat 80. XX wieku. Wówczas służby wojskowe zaczęły plasować w podmiotach sektora gospodarczego zarówno agentów (np. wykorzystując ich jako łączników lub kurierów), jak i funkcjonariuszy, często przejmując w ten sposób np. poszczególne spółki polonijne. Z samej swej natury mogły one doskonale służyć jako „przykrycie” nielegalnej działalności lub po prostu stanowić źródło zysków na działalność operacyjną (w nomenklaturze służb wojskowych nazywało się to „środkami pozabudżetowymi”).
Jednocześnie służby wojskowe interesowały się sprawami gospodarczymi w skali makro, będąc najprawdopodobniej środowiskiem najlepiej zorientowanym w realnej sytuacji państwa w latach 80. I to właśnie one jako pierwsze zdały sobie sprawę, że lawinowo rosnące zadłużenie PRL (w skrócie, w czasie dekady rządów gen. Wojciecha Jaruzelskiego wzrosło ono z ok. 20 do ponad 40 mld złotych!) stanowi nie tylko problem gospodarczy, ale może zagrozić samemu istnieniu komunistycznego reżimu w Polsce. Już w sporządzonym w maju 1984 r. tzw. raporcie Kiszczaka możemy przeczytać: „Znacznie bardziej niż wysokość długu, w coraz większym stopniu doprowadza nas do zależności od państw zachodnich brak możliwości terminowego wypełniania zobowiązań płatniczych, skutkując zagrożeniem bezpieczeństwa państwa”.
Służby monitorowały również sytuację gospodarczą i modele walczenia z zadłużeniem innych państw bloku komunistycznego. Przykładem może być tu działalność kontaktu operacyjnego o ps. „Darg”. Pod tym pseudonimem zarejestrowany był – wg dostępnych dokumentów – Sławomir Nieckarz, były zastępca prezesa NBP i minister finansów. Pełniąc od 1987 r. funkcję radcy ds. handlowych Ambasady PRL w Budapeszcie, jednocześnie informował on swoich oficerów prowadzących o zadłużeniu zagranicznym Węgier i uzgodnieniach kredytowych tego kraju z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym. „Obsługa zadłużenia w 1988 r. jest zadaniem ponad możliwości gospodarki węgierskiej” – pisał w grudniu 1987 r. KO ps. „Darg”, uzupełniając tę informację szczegółowymi danymi. W ten sposób polskie służby zdobywały swoiste „know-how”, mogące posłużyć im później do wypracowania modelu obsługi podobnego zadłużenia Polski.

Dodajmy, nie tylko obsługi. Skoro jakaś grupa zdawała sobie sprawę z nieuchronności pewnych przemian społeczno-gospodarczych, mogła wykorzystać swoją uprzywilejowaną pozycję do zapewnienia sobie „miękkiego lądowania”. Tak było w przypadku służb wojskowych.
Nie dziwi zatem, że dyrektorem generalnym FOZZ został Grzegorz Żemek, absolwent „kuźni” agentów bezpieki – Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, były pracownik ambasady PRL w Belgii i wieloletni dyrektor Banku Handlowego oraz jego spółki zależnej w Luksemburgu – Banku Handlowego Internationale, od 1972 r. jeden z najbardziej zaufanych współpracowników Zarządu II Sztabu Generalnego o ps. „Dik”.

Po latach, podczas procesu w sprawie Funduszu, Żemek przyznał wprost: „FOZZ powstał m.in. po to, abym mógł kontynuować zadania zlecone mi przez wojskowe służby specjalne”. Co ciekawe i paradoksalne, Grzegorz Żemek był prawdopodobnie również jednym z przypadkowych, ale jednak, inicjatorów końca działalności FOZZ i ujawnienia nieprawidłowości w jego działalności.

Wszystko wskazuje na to, że ujawnienie afery FOZZ stało się możliwe dzięki konfliktowi pomiędzy cywilnymi a wojskowymi służbami PRL. W przypadku FOZZ długo współdziałały one, przynajmniej pozornie, w przyjaznej kooperacji. O ile Żemek był agentem służb wojskowych, o tyle większość osób zaangażowanych w FOZZ w dokumentacji SB występuje jako związane ze służbami cywilnymi.

Na przykład jako osobowe źródła informacji wymieniani są niemal wszyscy członkowie Rady Nadzorczej Funduszu: Grzegorz Wójtowicz (jednocześnie wiceprezes NBP) jako kontakt operacyjny (najwyższa forma agenta w wywiadzie cywilnym) Departamentu I MSW o ps. „Camelo” i „Camel”; Dariusz Rosati (ówczesny doradca premiera PRL) również jako KO Departamentu I o ps. „Buyer”; Wojciech Misiąg (wiceminister finansów) jako TW Departamentu II (kontrwywiad) o ps. „Jacek”; Jan Boniuk (dyrektor w Ministerstwie Finansów) jako kontakt służbowy Departamentu V (wywiad gospodarczy) o ps. „Bon” oraz jako KO Departamentu I ps. „Donek”; Zdzisław Sadowski (były wicepremier PRL) jako TW Departamentu III (zajmującego się walką z opozycją) o ps. „Robert”; Jan Wołoszyn (doradca prezesa Wójtowicza) jako KO Departamentu I ps. „Okal”; wreszcie przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów jako kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”.
Jednak Grzegorz Żemek już w pierwszej połowie lat 80., podczas pobytu w Luksemburgu, częściowo się zdekonspirował i popadł w konflikt z innym pracownikiem Banku Handlowego w Beneluksie Stanisławem Zdzitowieckim. Zdzitowiecki był rejestrowany jako kontakt operacyjny Departamentu I MSW o kryptonimie „Ursus”. Podczas pobytu w Luksemburgu miał wykryć nieprawidłowości Żemka przy udzielaniu kredytów, czy raczej tzw. akredytyw, firmom bez sprawdzania ich realnej zdolności kredytowej. Stało się to później obiektem dochodzenia resortu spraw wewnętrznych w sprawie operacyjnego sprawdzenia „Fluxy”. Według dokumentów z tej sprawy Żemek już jako dyrektor FOZZ miał z pieniędzy Funduszu „łatać dziury” w budżecie luksemburskiej filii Banku Handlowego powstałe w okresie, gdy był jej dyrektorem. Ta pozornie odległa od działalności FOZZ sprawa miała swoje reperkusje m.in. w postaci podobnej sprawy z niejakim Josephem Tkaczickiem, niemieckim bankierem robiącym interesy z FOZZ, powiązanym z przedstawicielami wywiadu cywilnego. Skończyło się to zakończeniem współpracy Zarządu II SG z TW ps. „Dik” w czerwcu 1990 roku.
Oczywiście Żemek był tylko jednym z wielu. Odpowiednie przykłady znajdą się w przygotowywanej przeze mnie (wspólnie ze Sławomirem Cenckiewiczem) książce „Tajne pieniądze. Wywiad wojskowy PRL w labiryncie biznesowych gier”, tu podajmy jeszcze jeden, łączący w sobie wszystkie ww. podmioty z pogranicza działalności państwa, gospodarki i służb specjalnych. Jako tajny współpracownik Zarządu II Sztabu Generalnego o pseudonimie „Witeź” zarejestrowany był Waldemar Głodek (ur. 1941 r.), pracownik m.in. centrali handlu zagranicznego Agromet-Motoimport, a w latach 1973-1978 pracownik Biura Radcy Handlowego PRL w Nowym Jorku. W dokumentach na temat Głodka znajdujemy m.in. informację o podpisaniu przez niego zobowiązania do współpracy z wywiadem wojskowym PRL, które przyjął kmdr ppor. Stanisław Terlecki. Z TW ps. „Witeź” spotykali się także m.in. płk Marian Moraczewski i jeden z późniejszych szefów Wojskowych Służb Informacyjnych kpt. marynarki Kazimierz Głowacki. Głodek, którego prowadził rezydent Zarządu II o pseudonimie „Sztygar”, za współpracę był m.in. wynagradzany finansowo. TW ps. „Witeź” współpracował ze służbami wojskowymi także w latach 80., podczas pracy w PHZ „Unitra” oraz w Biurze Radcy Handlowego PRL w Kanadzie. Źródeł podobnych do TW „Witeź” było więcej, a wiele z nierozszyfrowanych pseudonimów do dziś stanowi kolejną tajemnicę tła, na którym wyrósł FOZZ.

Tajemnice pracowników NIK
O maczaniu palców w aferze FOZZ przez przedstawicieli służb wojskowych, nie tylko PRL-owskich, przekonany był także inspektor Najwyższej Izby Kontroli Michał Falzmann, który w październiku 1989 r., jeszcze jako komisarz Izby Skarbowej w Warszawie, badając dokumenty księgowe wspomnianej już spółki Universal, wykrył nielegalną działalność państwowego funduszu i powiadomił o niej najwyższe władze. W swoim dzienniku napisał później po prostu, że „FOZZ to KGB/GRU”. Ponieważ Falzmann bezskutecznie pukał do drzwi gabinetów najważniejszych osób w państwie, swoje ustalenia przedstawiał na łamach niskonakładowej prasy. W jednym z kilku artykułów pisał: „Decydent moskiewski każe łączyć pieniądze z Polski ze swoimi i płacić na odpowiednie konta. Każe dokonywać operacji polegających na ukryciu transakcji Funduszu poprzez innych kontrahentów. I tak prezes Funduszu, pan Żemek, podpisuje umowę z panem Przywieczerskim, dyrektorem przedsiębiorstwa Universal, o tym, że nie będą dokonywali wymaganej prawem dokumentacji umów na piśmie. Następnie Fundusz udziela pożyczek, udziela gwarancji, udziela poręczeń, a Universal zaciąga długi, płaci zobowiązania i ekspediuje pieniądze (…) na prywatne konta poza granicą Polski. Proceder ten jest ukryty za parawanem tajemnicy państwowej, a faktycznie jest co najmniej pomaganiem złodziejowi w kradzieży państwowego mienia. (…) Galimatias pogłębia działanie ówczesnego monopolisty, jakim był Bank Handlowy SA: gubienie części (…) dokumentów, zwroty, pomyłki, korekty przelewów”. W oficjalnych notatkach służbowych, już jako inspektor NIK, dodawał: „Osoby odpowiedzialne z Banku Handlowego, NBP, Ministerstwa Finansów stale przemieszczają się pomiędzy tymi instytucjami”, „Co najmniej od dwóch dziesięcioleci polskimi finansami zarządza ta sama grupa ludzi. Panowie ci (…) zmieniają tylko biurka i gabinety”.
Falzmann zmarł nagle „na zawał” 18 lipca 1991 roku. Nigdy wcześniej nie miał problemów z sercem. Jego sylwetkę i okoliczności śmierci opisał szczegółowo reżyser i dokumentalista Jerzy Zalewski w jednym z lipcowych numerów „Naszego Dziennika” (wcześniej przedstawił historię Falzmanna w filmie dokumentalnym pt. „Oszołom”). W tym miejscu przypominam krótko Michała Falzmanna, ponieważ jego śmierć, nigdy niewyjaśniona, wygląda jeszcze bardziej tajemniczo w zestawieniu z podobną tragedią, która stała się udziałem innej związanej z ujawnieniem afery FOZZ.
Oto całkiem niedawno, 7 października, minęła dwudziesta rocznica śmierci prof. Waleriana Pańki, prezesa NIK, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym pod Piotrkowem Trybunalskim na dwa dni przed terminem wystąpienia w Sejmie z informacją na temat działalności FOZZ… W ciągu kilku lat od wypadku zmarł zarówno kierowca urzędowego samochodu [doświadczony ochroniarz z BOR-u] , którym jechał Pańko, jak i dwaj policjanci, którzy jako pierwsi pojawili się na miejscu wypadku. Wydarzenia te mogły oczywiście być dziełem przypadku, zbiegiem nieprzyjemnych okoliczności.

Pole do ewentualnych hipotez i sugestii daje jednak proste porównanie efektów, jakie przyniosła w sprawie FOZZ kilkumiesięczna praca jednego inspektora NIK, a jakie kilkuletnia praca całego aparatu państwowego – Falzmann, Pańko oraz Anatol Lawina, dyrektor Zespołu Analiz Systemowych NIK, 14 czerwca 1991 r. spotkali się z ówczesnym premierem Janem Krzysztofem Bieleckim oraz wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem. Pracownicy NIK mieli wg relacji przedstawić szefom rządu sytuację związaną zarówno z działalnością FOZZ, jak i całym systemem spłaty polskiego zadłużenia zagranicznego. Władze już nie PRL, ale III RP, miały więc informację, na podstawie której mogły szybko i skutecznie działać w sprawie FOZZ. Dlaczego tak się nie stało? To jest dopiero tajemnica…

Autor jest politologiem i niezależnym publicystą, byłym pracownikiem IPN oraz Komisji ds. Likwidacji WSI. Ostatnio wydał książkę pt. „Wokół Solidarności”.

Mateusz Morawiecki: Falzmann, Pańko i Przystawa niestrudzenie walczyli o prawdę o FOZZ

Mateusz Morawiecki: Falzmann, Pańko i Przystawa niestrudzenie walczyli o prawdę o FOZZ
md, koal 20.07.2021 https://www.tvp.info/54922820/morawiecki-falzmann-panko-i-przystawa-niestrudzenie-walczyli-o-prawde-o-fozz
Wspominam dziś Michała Falzmanna, Waleriana Pańkę i Jerzego Przystawę, niestrudzenie walczących o prawdę o FOZZ i oddaję im hołd, jako niezłomnym urzędnikom i państwowcom, stanowiących wzór godny naśladowania – napisał na facebooku premier Mateusz Morawiecki. [Mateuszku słodki, Przystawa był przeciwnością „ urzędnika”. Czy dlatego tę sprawę – i zbrodnię – teraz wspominasz, że już się wszystko „przedawniło”? MD]
Premier Mateusz Morawiecki poświęcił wpis na facebooku byłemu urzędnikowi NIK Michałowi Falzmannowi i prezesowi NIK Walerianowi Pańce (obaj zmarli w 1991 roku), a także zmarłemu w 2012 roku wrocławskiemu fizykowi i dziennikarzowi Jerzemu Przystawie, który zajmował się badaniem afery FOZZ.
„Kontrowersyjne okoliczności śmierci młodego urzędnika NIK Michała Falzmanna 30 lat temu legły cieniem na rodzącą się III RP. To Michał Falzmann odkrył olbrzymie nieprawidłowości w działalności Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, obsadzonego przez funkcjonariuszy służb PRL. Skala tych nieprawidłowości była tak duża, że nazwano ją »matką afer III RP«. Raport NIK wskazywał odpowiedzialnych za dopuszczenie tych nieprawidłowości wśród polityków pełniących odpowiedzialne stanowiska na początku lat 90. Kluczową rolę w ujawnieniu nieprawidłowości odegrał prezes NIK Walerian Pańko, który trzy miesiące później zginął w wypadku samochodowym. Także i te okoliczności śmierci stanowią wielką niewiadomą. Dawni działacze PRL w III RP odnaleźli dla siebie sprzyjający klimat i funkcjonowali nie gorzej niż w poprzednim systemie” – napisał Morawiecki.

„Dzisiaj wspominam Michała Falzmanna i Waleriana Pańkę, a także mojego starszego kolegę, jeśli mogę tak napisać, śp. Jerzego Przystawę, [„Oraliśmy” – powiedział giez siedzący na grzbiecie konia. M. Dakowski] niestrudzenie walczącego o prawdę o FOZZ i oddaję im hołd, jako niezłomnym urzędnikom i państwowcom, stanowiących wzór godny naśladowania” – dodał premier.
Michał Falzmann, który jako pierwszy trafił na ślad afery FOZZ [łobuzy ! Badał i ujawnił md] , zmarł na serce [sic !! MD] 18 lipca 1991 roku. Prezes NIK Walerian Pańko zginął w wypadku samochodowym w okolicach Mszczonowa 7 października 1991 roku. [winnych nie tylko nie skazano, ale nawet nie szukano. MD]
Zmieniony ( 20.07.2021. )

Ukraina – problemy z logiką. Dwie tezy całkowicie ze sobą sprzeczne.

Ukraina – problemy z logiką. Dwie tezy całkowicie ze sobą sprzeczne.

ukraina-problemy-z-logika

Profesor Witold Modzelewski, Członek rady programowej partii Prawo i Sprawiedliwość
Członek Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk.

Powiem o dwóch wątkach w tej sprawie, takich wewnętrznych zaprzeczeń:

– Z jednej strony, słyszymy że podtrzymanie tej wojny jest w naszym interesie, że ta wojna to jest obrona Polski, że ci ludzie, którzy tam giną, jeżeli przestaną tam ginąć w obronie Ukrainy, to ta wojna przeleje się na nasze terytorium, czyli w istocie jest to jedyny front chroniący nas przed rosyjską agresją. To jest nieuchronne; dopóki oni walczą, agresji nie ma, nie ma tych przysłowiowych rosyjskich „tanków pod Warszawą”.

– Z drugiej strony, ci sami ludzie mówią, że jesteśmy całkowicie bezpieczni, ponieważ chroni nasz sojusz północnoatlantycki artykuł 5; „jeden za wszystkich wszyscy za jednego”, że możemy być spokojni, bo właśnie chroni nas NATO.

Te dwie tezy są całkowicie ze sobą sprzeczne.
Bo jeżeli prawdziwa jest druga, to pierwsza jest nieprawdziwa, ponieważ niezależnie od wyniku tej wojny chroni nas sojusz.
Jeżeli pierwsza jest prawdziwa, to znaczy że ci, którzy to mówią kompletnie nie wierzą w tenże sojusz i uważają go za całkowitą fikcję.

========================

No i teraz jeszcze druga niekonsekwencja, która tutaj się pojawia w naszej obowiązującej narracji to jest właśnie to, że „Rosja jest dla nas zagrożeniem, że my powinniśmy się cały czas bać”.

Z tezą miałem wielokrotnie polemizowałem:

Że „teraz ta Rosja jest taka groźna, że ona czyha na naszą niepodległość, a z drugiej strony ci sami ludzie mówią, że to jest w ogóle fałszywe mocarstwo, kolos na glinianych nogach, który przegrywa wojnę z Ukraińcami, z państwem dużo słabszym, kolos który się rozpadnie, który się skompromitował, który w ogóle jest przecenionym byłym mocarstwem, które schodzi ze sceny i ten schodzący ze sceny jest jednocześnie takim śmiertelnym zagrożeniem”.
No albo jedno albo drugie.

„Dzień osób transpłciowych”. Biden promuje dewiacje powołując się… na Pana Boga.

„Dzień osób transpłciowych”. Biden promuje dewiacje powołując się… na Pana Boga.

23-04-04 biden-dewiant

#joe biden #lewica #LGBT #płeć #propaganda #rewolucja kulturowa #rewolucja obyczajowa #Stany Zjednoczone #transseksualizm #USA #ustawa równościowa #zaburzenia tożsamości płciowej

(Ambasada USA w Warszawie, czerwiec 2019 r. Amerykańska administracja wspiera w ostatnich latach roszczenia lobby LGBT niezależnie od tego, kto aktualnie zasiada w Białym Domu. Fot. Adam Chełstowski / Forum)

Chcąc uczcić specjalnym przesłaniem lansowany przez homolobby „Dzień Widoczności Osób Transpłciowych”, prezydent Stanów Zjednoczonych opublikował oficjalne pisemne wystąpienie, pełne niedopowiedzeń i otwartych zafałszowań.

Dla afirmacji wynaturzonego stylu życia Joe Biden powołał się nawet bluźnierczo na samego Pana Boga.

„Prezydent USA poświęcił Dniu Widoczności Osób Transpłciowych instytucjonalne przesłanie, normalizując ideę dzieci transpłciowych i atakując konserwatywne stany. A to właśnie kuracje hormonalne i operacje zmiany płci niszczą dzieci i młodzież” – zwraca uwagę Tommaso Scandroglio na łamach włoskiego portalu katolickiego La Nuova Bussola Quotidiana.

Ów dzień promocji zaburzeń tożsamości seksualnej obchodzony jest – w mediach oraz niszowych środowiskach – 31 marca. Jednak według obecnego przywódcy czołowego mocarstwa światowego, powinien być obchodzony w całym kraju. Joe Biden poświęcił mu specjalne oświadczenie, w którym daje wyraz swemu przekonaniu, iż ​​tak zwane osoby transpłciowe „kształtują duszę narodu” amerykańskiego.

Samozwańczy katolik Biden – jak określa lewicowego prezydenta włoski autor – „opowiada się za zmianami płci u dzieci. Rzeczywiście, pisze, że osoby transpłciowe jako dzieci zasługują na to, na co zasługuje każde dziecko: szansę uczenia się w bezpiecznych i wspierających szkołach, rozwijania znaczących przyjaźni oraz otwartego i uczciwego życia. Następnie wyżywa się na tych stanach, które uchwaliły prawa zabraniające tak zwanej zmiany płci nieletnim, wśród nich, jak pamiętamy, są: Tennessee, Dakota Południowa, Kentucky i Mississippi” – relacjonuje włoski autor.

Prezydent, jak na lewicowego „obrońcę uciśnionych” przystało, odwołuje się do „naturalnego ludzkiego współczucia”, chcąc ukazać barbarzyństwo okaleczania młodych ludzi w kategoriach dobrodziejstwa.

„Fala dyskryminujących praw stanowych wymierzona jest w młodzież transpłciową, terroryzuje rodziny i krzywdzi dzieci, które nikogo nie krzywdzą. […] Razem musimy również nadal przeciwstawiać się setkom nienawistnych praw stanowych, które zostały wprowadzone w całym kraju” – to jedynie próbka patetycznego, a przy tym kryjącego fałsz stylu obecnego w wystąpieniu Bidena.

„Nadal wzywam Kongres do ostatecznego uchwalenia Ustawy o Równości i rozszerzenia długo oczekiwanej ochrony praw obywatelskich na wszystkich Amerykanów LGBTQI+, dla zapewnienia im bezpieczeństwa i godnego życia. Razem musimy także nieustannie kwestionować setki nienawistnych praw stanowych, które zostały wprowadzone w całym kraju, upewniając się, że każde dziecko wie, iż zostało stworzone na obraz Boga, że jest kochane i że stoimy w jego obronie” – tu już prezydent posunął się do bluźnierstwa, przewrotnie wciągając samego Stwórcę do agendy dekonstruowania ludzkiej natury.

Tommaso Scandroglio w swym komentarzu sprowadza odbiorców prezydenckiego kłamstwa prosto na ziemię.

„Tak naprawdę to kuracje hormonalne oraz operacje [okaleczania genitaliów i kobiecych piersi – red.] sieją spustoszenie wśród dzieci i młodzieży . Amerykańskie Kolegium Pediatrów pisząc o blokerach dojrzewania informuje nas, że ich stosowanie zwiększa skalę samookaleczeń oraz może faktycznie powodować depresję i inne zaburzenia emocjonalne prowadzące do samobójstw. Biden twierdzi, że ponad połowa nieletnich transów w Stanach Zjednoczonych rozważała samobójstwo: tyle tylko, że prezydent przypisuje owe myśli samobójcze przypadkom znęcania się, podczas gdy zamiast tego należy upatrywać ich przyczyn w zabiegach medycznych lub zaburzeniach psychicznych, prowadzących do odrzucenia własnego ciała, własnego ja” – wskazuje autor komentarza.

Scandroglio dalej odwołuje się do opinii amerykańskich pediatrów ostrzegających, iż czasowe stosowanie Lupronu [najczęściej używanego w Stanach Zjednoczonych środka blokującego dojrzewanie płciowe] może być przyczyną wielu poważnych, trwałych skutków ubocznych, w tym osteoporozy, zaburzeń nastroju, drgawek, upośledzenia funkcji poznawczych, a w połączeniu ze stosowaniem hormonów płciowych, także bezpłodności […] zawałów serca, udarów, cukrzycy, zakrzepów i nowotworów”.

Osobny rozdział zdrowotnych szkód spowodowanych uleganiem fałszywej trans-ideologii piszą amputacje: mastektomia w wieku 13 lat i histerektomia w wieku 16 lat dla kobiet oraz chirurgiczna kastracja i penektomia w wieku 16 i 17 lat dla mężczyzn. Są to operacje przeprowadzane na wrażliwych emocjonalnie i wrażliwych, wręcz niestabilnych psychicznie nastolatkach. „W obliczu tego wszystkiego Biden ma odwagę powiedzieć, iż prawa zabraniające takich interwencji byłyby dyskryminujące i szkodziłyby interesom dzieci” – podkreśla autor LNBQ.

To jednak nie koniec ideologicznej dezinformacji w wykonaniu głowy amerykańskiego państwa. Prezydent wymienił jako przykład przemocy wobec osób transpłciowych głośną strzelaninę sprzed roku w Kolorado. Chodzi o klub „Q” dla homoseksualistów. Biden, nie dodał, niestety, że sprawcą zbrodni był również mężczyzna cierpiący na zaburzenia w sferze tożsamości seksualnej.

Prezydent pisze dalej: „Powołaliśmy rekordową liczbę dowódców jawnie należących do grupy LGBTQI+, i byłem dumny, że zniosłem zakaz odbywania służby wojskowej przez osoby otwarcie transpłciowe”.

„Biden szczyci się tym, że wybiera ludzi na służbę w jego administracji nie na podstawie kryteriów zasług i kompetencji, ale na podstawie upodobań seksualnych i przebytej zmiany płci. Nie mówiąc już o tym, że jeśli chodzi o transseksualistów w armii, problem spotykania przez kobiety mężczyzn w damskiej szatni dotyczy nie tylko cywilów, ale także wojska” – zwraca uwagę Scandroglio.

Puentą wystąpienia pierwszej osoby w USA jest apel skierowany bezpośrednio do deputowanych: „Nadal wzywam Kongres, aby w końcu uchwalił ustawę o równości i rozszerzył długo oczekiwaną ochronę praw obywatelskich na wszystkich Amerykanów LGBTQI+; dla ich bezpieczeństwa oraz godnego życia”.

„W rzeczywistości Ustawa o równości jest atakiem na wolność myśli i religii. Na przykład, jeśli ustawa zostanie przyjęta, lekarze i pielęgniarki będą zmuszone do zapewnienia kuracji hormonalnych oraz chirurgicznych operacji osobom, które chcą zmienić swoją płeć; mężczyźni mogliby rywalizować w konkurencjach kobiecych oraz wchodzić do damskich toalet i szatni; inspirowane religią placówki adopcyjne byłyby zobowiązane do powierzania nieletnich parom homoseksualnym” – przestrzega Tommaso Scandroglio. Przytacza również w tym miejscu krótką recenzję autorstwa Ryana T. Andersona, prezesa Centrum Etyki i Polityki Publicznej. Powiedział on o ustawie pseudo-równościowej: „nie została zaprojektowana jako tarcza chroniąca wrażliwe mniejszości przed niesprawiedliwą dyskryminacją, ale jako miecz, który ma dosięgnąć tych, którzy nie przyjmują nowinek oraz ideologii gender”.

Źródło: LaNuovaBQ.it RoM

„Polityka covidowa była racjonalna’ – słowa ministra „zdrowia”. Oburzające! Braun: „Panie Niedzielski… Pan już wie co…”

„Polityka covidowa była racjonalna’ – słowa ministra zdrowia. Oburzające! Braun: „Panie Niedzielski… Pan już wie co…”

braun-panie-niedzielski-pan-juz-wie-co

Szokujące słowa „ministra pandemii” Adama Niedzielskiego w Radiu Plus na temat polityki covidowej rządu warszawskiego. Wymowne komentarze Grzegorza Brauna i Janusza Korwin-Mikkego.

– Nasza polityka covidowa była racjonalna, podejmowaliśmy optymalne decyzje – twierdził Niedzielski w rozmowie z Radiem Plus.

Słowa te wywołały oburzenie m.in. wśród polityków Konfederacji.

„Panie Niedzielski… Pan już wie co…” – skomentował Grzegorz Braun.

„Będziesz Pan siedział!” – napisał Janusz Korwin-Mikke.

„Nie, wbrew zapowiedziom WCzc.Grzegorza Brauna nie da się JE Adama Niedzielskiego powiesić.
1. Powoła się na to, że (tfu!) Większość tego chciała, Sejm (poza Konfą) za tym głosował, większość państw d***kratycznych robiła podobnie.

Nie wolno głośno mówić ! Nie należy nawet cicho!

FOZZ, CIA a Bank Światowy, MFW .

Władcy Polski.

[przypominam z okazji obecnej farsy w TVP ; 4 kwiecień 2023]

Mirosław Dakowski, luty 2017

Na wiosnę 1992 roku struktury tajne obaliły rząd Jana Olszewskiego. Na proscenium kapciowy wykonywał polecenia Góry w kierowaniu ich marionetką – Bolkiem.

Rolę Bolka dawną, kapusia ubeckiego[tj. przed przejęciem go przez WSI] ujawnił wtedy w dramatycznym oświadczeniu w sejmie poseł Kazimierz Świtoń.

W tym czasie uczestniczyłem najpierw w odkrywaniu, potem ujawnianiu sposobów, mechanizmów rabunku finansów Polski przez skoordynowanie działania różnych mafii, głównie o pochodzeniu zagranicznym.

Wykonując testament właśnie zamordowanego 38-letniego inspektora NIK Michała Falzmanna [18 lipca 1992 r.],odkrywcy tych rabunków, napisaliśmy z Jerzym Przystawą książkę „O rabunku finansów Polski, via bank i FOZZ”

Już sam tytuł budził wtedy zauważalne przerażenie i szok:

– mafiozów,

– rządzących,

– czytelników.

Dwie pierwsze grupy były wtedy splątane w namiętnym, nierozróżnialnym z zewnątrz [co do powiązań] uścisku.

Zaś czytelnicza publika w dużej części myślała; „Boże, co oni wypisują, ależ nie może być aż tak źle.. Pewnie się wszystko jakoś uładzi, wyjaśni”…

W parę miesięcy po obaleniu rządu Olszewskiego zostałem zaproszony na patriotyczną konferencję, jakich wtedy było sporo, do Krakowa.

Tu główne role odgrywali były już premier Jan Olszewski i ministrowie z jego rządu. Wygłosiłem tam referat o świeżo poznanych [więc jedynie niektórych] i ledwo zbadanych mechanizmach rabunku tak finansów, jak energetyki [to  moja specjalność ], górnictwa i przedsiębiorstw przemysłowych w Polsce.

Na tyle to się spodobało słuchaczom, że redaktor ARKI [to poprzednik ARKANÓW] zaproponował mi opublikowanie u nich. Jakież było moje zdziwienie, gdy pojawił się tekst obcięty do połowy objętości. Gdy wtedy złożyłem fragmenty wycięte, wyrzucone, uświadomiłem sobie, że właśnie to chciałem przekazać. Reszta zaś – to ozdobniki patriotyczne, dekoracja, piana. Cóż, my chcemy przetrwać – powiedziała mi potem redaktorka.

W styczniu 2017 dostałem propozycję udziału w audycji „Labirynt historii” w PR1. Niestety, nie na żywo, o co zawsze się pytam i te redagowane później – odrzucam. Ale znajomy, któremu ufam, zapewnił, że red. jest uczciwy. Więc się zgodziłem. To wydanie „Labiryntu historii” wyemitowano 5 lutego. Jest tu: Czy afera FOZZ została rozliczona? [hi, hi… Zachowało się, sprawdziłem 4 kwietnia 2023 md]

Było o FOZZ i jego implikacjach. Dla obecnej polityki i gospodarki. Tak cel audycji widziałem i tak mówiłem.

W eterze pojawiły się przypomnienia sprawy, gorzkie wspomnienia wdów i uczestników zdarzeń. Jednemu spalono twarz, jeszcze pamiętam grubą warstwę gnijących farfocli i ropy. Ruscy mówią  „душещипательно”. O tych policjantach z Piotrkowa, co spisali raport o „wypadku” szefa NIK Waleriana Pańki i dyrektora Kancelarii Sejmu Zaporowskiego. Jak to potem jakaś drapieżna płotka wciągnęła ich obu [Jan B. i kolega] do płytkiego stawu, gdzie wędkowali no i utonęli, a raport się jakoś zawieruszył.

Kierowcy PRadia, który mnie odwoził, powiedziałem, że sporo mówiłem, może za ostro, ale na pewno wytną. Pocieszał, bo człek doświadczony, że jednak pozostanie w archiwach PR. Ja na to, że gdy Lech Kaczyński już żegnał się z NIK, byliśmy w parę osób związanych z FOZZ u niego. Poprosiliśmy o znalezienie w Tajnym Archiwum dokumentów inspektora NIK Michała Falzmanna, z których część tylko opublikowaliśmy w książce „Via bank i FOZZ”. Okazało się, że ich tam, w Archiwum nie ma. Ani śladu. Pamiętam bezradny uśmiech Lecha Kaczyńskiego.

Tu dodam więc parę punktów na temat spraw, które usiłowałem przekazać Polakom tak w 1992 roku, jak i w 2017 roku. Z podobnym skutkiem.

– Widzieliśmy w 1992 roku tajną umowę między Bankiem Światowym a paru reprezentantami „rządu polskiego”.

O zamrożeniu stopy wymiany między dolarem a złotym na parę lat na poziomie 1$ = 10 000 zł. Pokazał nam dobry człowiek z Ministerstwa Finansów. Było to w czasie, gdy Balcerowicz wywołał w Polsce hiper-inflację. Jest oczywiste, że osoby znające tę tajemnicę mogły uzyskiwać t.zw. „przebicie” rzędu astronomicznego, sto czy tysiąc razy w ciągu roku.

Parę lat później wykazali to precyzyjnie fizycy i ekonomiści [prof. J. Przystawa i Wolf  Violation of interest-rate parity: a Polish example ] . Po stronie rządzących Polską znali to na pewno v-min. Stefan Kawalec, min. Balcerowicz, v-min Janusz Sawicki [major grupy Y, KO „Kmityn”.]

Kto jeszcze?

To oni , poza również Mossadem [wykonawcy: Gąsiorowski i Bagsik] muszą odpowiedzieć przed sądami za potworny upływ krwi finansowej z Polski.

Najważniejsze jednak, to stwierdzić, ile wyciekło.

Cytuję za:  Wojskowe tajemnice FOZZ

„Jako osobowe źródła informacji wymieniani są niemal wszyscy członkowie Rady Nadzorczej Funduszu: Grzegorz Wójtowicz (jednocześnie wiceprezes NBP) jako kontakt operacyjny (najwyższa forma agenta w wywiadzie cywilnym) Departamentu I MSW o ps. „Camelo” i „Camel”; Dariusz Rosati (ówczesny doradca premiera PRL) również jako KO Departamentu I o ps. „Buyer”; Wojciech Misiąg (wiceminister finansów) jako TW Departamentu II (kontrwywiad) o ps. „Jacek”; Jan Boniuk (dyrektor w Ministerstwie Finansów) jako kontakt służbowy Departamentu V (wywiad gospodarczy) o ps. „Bon” oraz jako KO Departamentu I ps. „Donek”; Zdzisław Sadowski (były wicepremier PRL) jako TW Departamentu III (zajmującego się walką z opozycją) o ps. „Robert”; Jan Wołoszyn (doradca prezesa Wójtowicza) jako KO Departamentu I ps. „Okal”; wreszcie przewodniczący Rady Nadzorczej FOZZ Janusz Sawicki i jednocześnie wiceminister finansów jako kontakt operacyjny „jedynki” o ps. „Jasa” i „Kmityn”.

Konieczne było – i jest – śledztwo w sprawach:

– Do ilu osób, Grup Finansowych itp. wyciekło to ze strony Banku Światowego, od osób znających tam te tajemnice?

– Kiedy ten rabunek przerwano?

 – Brasilian Swap: to była próba wymienienia się papierami dłużnymi z „towarzyszami z Brazylii”. Na cztery miliardy dolarów. Bo – formalnie – cudzymi długami wolno było kupczyć. Sprawa była zapięta na ostatni guzik. Ale ktoś z UOP nieostrożnie a naiwnie i spektakularnie aresztował wtedy v-min. Janusza Sawickiego [ps. „Jasa” i „Kmityn”]. Oczywiście na krótko, oczywiście Sawickiego wypuszczono, a sprawca z UOP miał kłopoty, ale.. . Brasilian Swap został skompromitowany.

Sł. Majman [według relacji ministra Eysymonta z CUP] płakał mu prawdziwymi łzami w marynarkę, bo wynegocjował sobie prowizję 2.3% od tych miliardów swapu. A tu jakaś fajtłapa z UOP robi mu taką krzywdę !

– Gdy formalnie zamknięto FOZZ, Janina Chim i Grzegorz Żemek [ps. Dik] dalej spekulowali „polskim długiem” [ściślej jednak – był to dług towarzyszy z PRL] . Na pytanie inspektora NIK Michała Falzmanna , gdzie jest Księga Należności i Zobowiązań Polski, JCh. odpowiedziała oburzona, że ona nie jest buchalterem, lecz finansistką.

 – W czasie kontroli NIK w przedsiębiorstwie pt. „Polska” pytania o hiper-inflację i o Księgę Należności i Zobowiązań Polski zadał „księgowemu”, tj. Balcerowiczowi [ w obecności szefa „firmy”, czyli Jana Krzysztofa Bieleckiego] , tenże Falzmann. Balcerowicz był podobnie oburzony, jak Chimowa.

– Ciągle nie wiemy, ile miliardów dolarów zrabowała Grupa Y, kto to był personalnie, dlaczego pieniędzy tych – i zrabowanych przez urzędników Banku Światowego i ich gangi – nie odzyskano.

– Mówiłem o tym na żywo parę lat temu w POLSACIE, gdzie mnie zaproszono z okazji wyjścia na wolność Żemka po krótkiej odsiadce [zasądzonej przez sędziego Kryże, ze starej, ubecko sądowej dynastii por,: Kainowe znamię. Roman Kryże – ppłk sędzia Najwyższego Sądu Wojskowego ].

Żemka w TV określiłem słowem „зицпредседатель”, tj. odsiadujący za głównych macherów [to ze „Złotego Cielca” Ilfa i Pietrowa]. Wspomniałem, że mózg rabunku, Dariusz Tytus Przywieczerski, kilkakrotnie był wypuszczany za granicę przez UOP i ABW, w trakcie karnych procesów, a teraz spędza czas na Florydzie, gdzie nijak nie mogą go znaleźć „służby” niby-polskie.

[ze zbioru zastrzeżonego IPN: Dariusz Tytus Przywieczerski, nr. rej. 92442, data rej.: 11.07.1985 Nazwa jednostki rejestr.: Wydz. I, Dept. II MSW Kategoria: zabezpieczenie operacyjne, później TW, pseudonim: „Grabiański”, data rezygnacji 21.12. 89 IPN nie ma danych o rezydentach /agentach KGB. ]

… to dane ze Zbioru Zastrzeżonego, bo pewnie „jest w gestii” CIA, czyli musiał ułatwiać rabunek jakimś typom z USA]

– Mówiłem że pewnie teraz DT gra sobie w golfa na Florydzie w towarzystwie Drzewieckiego. Było to tuż po ujawnieniu, że żona Drzewieckiego została tam złapana na kradzieży futra.

Po kilku takich i podobnych zdaniach, zamiast ustalonych dwudziestu minut, zażenowana prowadząca uprzejmie mi podziękowała – po ośmiu minutach. „Był telefon z Florydy” – usprawiedliwił się za chwilę przede mną redaktor Polsatu.

Do Archiwum PR1 nagrałem więc w styczniu 2017 informację, że nie znalazłem poniższych danych w świeżo „ujawnionych” zasobach Zbioru Zastrzeżonego IPN.

Ani o Mazurze, domniemanym inspiratorze morderstwa Komandyta Policji Papały. Sąd w USA jawnie [!!!]  wziął Mazura pod parasol należny agentom CIA.

Obu – Przywieczerskiemu i Mazurowi – wypłacają chyba za przeszłe usługi, bo teraz to całkowicie skompromitowani starsi panowie.

Więc to „ujawnienie Zbioru Zastrzeżonego IPN” jest jednak pozorne. Ujawniają duperele. Krauze, Gromosław, Mazur, Rosati, TW Grabiański, Komorowski, TW Oskar, Bolek pracujący już dla WSI [lata 90-te].To spod jednego palca.

– Gdyby w latach 90-tych odważni dziennikarze „wybuchli” w wielu mediach [a zdarzały się jeszcze niezależne] skandal tego Tajnego Dyktatu Banku Światowego? Zapewne musiałoby to zostać wcześniej przyhamowane, tak, jak odwaga i ofiara Michała Falzmanna zahamowały rabunek via FOZZ.

Jednak młodzi rzutcy dziennikarze byli [czy są...] skutecznie utrącani. Dam przykłady jedynie z tej strony sceny, z którą usiłowaliśmy współpracować bez strachu o natychmiastowe przekłamanie.

Myślę o dwóch dziennikarzach z Tygodnika Gdańskiego z początków lat 90-tych. Za nagłośnianie FOZZ-u wyrzuceni z zawodu, po roku sprzedawali meble. Podobnie dzielny i rzutki chłopak z Naszego Dziennika – po roku przerzucony do działu ogłoszeń – naprzykrzał się wśród znajomych, by przez niego dali jakieś ogłoszenie do gazety. Miał już przecież żonę i dzieci. Dwóch zdolnych zaczepiło się w GaPolu. Tych wzięto na duży kredyt mieszkaniowy. Robią, co im nakażą.

O tych, jakże prostych a podstawowych sprawach mówiliśmy z Jerzym Przystawą [on we Wrocławiu, ja w Aninie] już przed paru laty do kamery Bronisława Wildsteina. Bronek nagrywał, szarlotkę po obiadku ze smakiem zjadał, ale z tych godzin nagrań – puścił w swym programie o FOZZ – zero z ważnych spraw. ON wie lepiej co ważne, a może – co bardziej opłacalne.

Szukałem na mej stronie szczegółów do TW, pseudonim: „Grabiański”. Znalazłem w ważnym, sygnalizującym i alarmującym liście do ministra Ziobro z 2005 roku [por.: O FOZZ do Ministra Sprawiedliwości ]

Dostałem taką „odpowiedź Nacz. Wydz. Skarg i Wniosków z Min. Spraw.:

„Min. Spraw. nie prowadzi korespondencji z poszczegółnymi obywatelami na tematy ogólnospołeczne i ogólnoprawne.
W tej sytuacji nie jest więc możliwe zajęcie stanowiska odnośnie wskazanych przez Pana kwestii” podpisał mgr. Paweł Adamkiewicz.

Więc chyba tego artykułu też nie poślę? Pewnie mgr. Adamkiewicz wrócił na placówkę, dalej decyduje? „poszczególny obywatel” nie ma szans na wysłuchanie..

==================

Te , widoczne wtedy, prawie jawne rabunki nie były chyba robione oficjalnie, przez Bank Światowy i CIA? Raczej przez gangi w nich zainstalowane? Po ćwierć wieku są one jednak ciągle chronione, bezkarne.

A ten i podobne – krwotok finansowy jest przyczyną naszej obecnej anemii gospodarczej. Gdy wampiry zauważają uwiąd gospodarki którą wysysają, dają ulgi i rabaty. Przypominam, że gdy zorientowali się, że Polska nie wydoli ze spłatami pożyczek po PRL-u i jednoczesnemu rabunkowi w 1990-tym, to „Klub londyński” i/czy „Klub paryski” obniżyły zobowiązania [sic!!] do połowy, byle Polacy dalej płacili odsetki. Po paru latach te zobowiązania i tak wzrosły kilkakrotnie.

To ten sam mechanizm, jak z podobnymi ulgami i kłamstwami obecnie wysysają resztki krwi z Greków. Referendum zakazujące – przecież „demokratyczne” – mają w d…

Widać, wbrew przekonaniom większości otumanionych, że to nie geniusze, np. finansowi czy intelektu, lecz tylko władcy brutalnej siły i szantażu.

Czy ktoś z rządzących Polską np. min. sprawiedliwości, Prezes, Prezydent, Premier, zauważą wreszcie te problemy? 

Czy to oni władają Polską?

„Mózg FOZZ” nie wróci do Polski. Jest też agentem CIA. Nowina z roku 2009.

Mózg FOZZ nie wróci do Polski. Jest też agentem CIA. Nowina z roku 2009.

2009-05-27 http://www.wprost.pl/ar/162439/Mozg-FOZZ-nie-wroci-do-Polski/?K=1&KI=111450

z Archiwum: https://dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1174_55.php

Dariusz Tytus Przywieczerski, główny bohater afery FOZZ, nie zostanie wydany Polsce, ponieważ zgodził się na współpracę z CIA – dowiedział się „Wprost” w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Zdaniem naszych informatorów Przywieczerski w zamian za wolność zgodził się na współpracę z CIA i podzielenie się informacjami na temat agentury KGB w Polsce i krajach Europy Wschodniej.

Wynika to również z notatki Agencji Wywiadu, sporządzonej dla pracowników resortu zajmujących się ekstradycją. To właśnie AW ustaliła, że Przywieczerski współpracuje z CIA.
Nasze informacje potwierdził znający sprawę oficer polskiego wywiadu. – Już od dłuższego czasu mieliśmy sygnały, że Przywieczerski pertraktuje z CIA na temat pozostania w USA w zamian za lojalną współpracę – mówi. Nasz rozmówca dodaje, że wywiad pomagał resortowi w staraniach o ekstradycję Przywieczerskiego. – Ten człowiek jest dlatego bardzo cenny, że posiada bardzo istotną wiedzę na temat interesów rosyjskich służb specjalnych w Polsce.
Również wysoki rangą urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości przyznaje, że strona amerykańska skutecznie wstrzymuje procedurę ekstradycyjną. – Amerykanie proszą nas ciągle o nowe dokumenty, o bardziej szczegółowe wyjaśnienia – mówi nasz rozmówca. – Trwa to już wiele miesięcy. Widać, że Amerykanie nie chcą doprowadzić do tej ekstradycji i blokują ją na wszelkie sposoby.
Dariusz Tytus Przywieczerski był prezesem spółki Universal, do której trafiło wiele milionów złotych z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (instytucja powołana w 1989 roku do nielegalnego skupu polskich długów zagranicznych). Jest uważany za głównego organizatora FOZZ.

Przywieczerski został prawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, jednak przed ogłoszeniem wyroku wyjechał z Polski. W 2006 roku został za nim wydany list gończy.

Czy ekstradycja Przywieczerskiego to serio – czy ponura farsa?

Czy ekstradycja Przywieczerskiego to serio – czy ponura farsa?

Mirosław Dakowski, 7 września 2018 archiwum

Rabunek Polski przez służby tajne był ukoronowaniem zakończenia zwijania się firmy „PRL” . Został on przyspieszony już w 1985 roku, przez powołanie t.zw. Pierwszy FOZZ, zupełnie przemilczanego. Rabunek przyspieszył kolejny raz w 1988/89, przez II FOZZ, z Grzegorzem Żemkiem, Dariuszem Tytusem Przywieczerskim jako „zic-priedsiedatieli” [„зицпредседатель”, tj. odsiadującyza głównych macherów [to ze „Złotego Cielca” Ilfa i Pietrowa] , czyli łebkowie przeznaczeni do ewentualnej [niewielkiej] odsiadki w razie, gdyby „sprawa się rypła” – mówiąc ich żargonem.

Po ujawnieniu mechanizmów rabunku inspektor NIK Michał Falzmann, jak wiadomo, został zamordowany w 1991 r. Po nim straciło życie jeszcze co najmniej sześć osób, w tym prezes NIK Walerian Pańko oraz jeden z gangu [ obawiali się, że wysypie, nie chce mi się szukać nazwiska,].

A Dariusz Tytus Przywieczerski [dalej DTP] i Żemek mieli proces karny dopiero po kilkunastu latach, pewnie gdy kolejni likwidatorzy FOZZ-u dali już sygnał, że końce w wodzie – i rozpłynęły się….

Sam DTP był wypuszczany z Polski [z walizami gorących dokumentów] raz za czasów UOP [Urząd Ochrony Państwa] w latach 90-tych, a potem przez ABW, w czasie trwającego procesu karnego, na początku XXI wieku.

Po pierwszym powrocie z Londynu DTP krzyknął publicznie, gdzie go „teraz mogą pocałować”.

Kolejny raz, po ułatwieniu mu ucieczki do USA, przez kilkanaście lat był pod parasolem ochronnym CIA [a może ich części tej bardziej gangsterskiej??] , podobnie jak Mazur, umoczony podobno w morderstwo komendanta policji, gen. Papały. Ileż zabawnych, szyderczych wręcz wariantów tego morderstwa wymyśliła już niezależna prokuratura??

Czy ci ludzie byli od dawna podwójnymi agentami, czy też dali się w trakcie Akcji przewerbować? Czy się tego dowiemy teraz – lub kiedykolwiek –?

A DTP , nie do znalezienia przez tajne służby bawił się na Florydzie, w towarzystwie Solorza, Drzewieckiego i podobnych. Odwiedzali go dziennikarze z Polski.

Zabawne przygody, m. inn. z Polsatem opisałem tu:

Nie wolno głośno mówić ! Nie należy nawet cicho! FOZZ, CIA a Bank Światowy. https://dakowski.pl/archiwum/pliki/index.23771_55.php

Pozwalaliśmy sobie też na takie dowcipy:

========================================

Dariusz Tytus Przywieczerski.

5709 Sea Turtle Place Apollo Beach,

Fl 33572 USA

[z Sheriff Office, Pinellas County]

===============================

Podaję, bo ani UOP, ani siedem „służb” teraz węszących, przez dziesięciolecia już, nie potrafili go znaleźć.

=======================

Ciekawe, że po tak bardzo wyczekiwanym otwarcie archiwów Zbioru Zastrzeżonego IPN – sławni z przenikliwości dziennikarze śledczy Nic tam nie znaleźli, a pan Sławomir Cenckiewicz wyciągnął parę płotek.

Pisywałem np. tu: Prezydencie DUDA ! Zbiór zastrzeżony IPN: Hańba III RP, trup w szafie PiS. :

Ten Zbiór Zastrzeżony nie był jednak taki nieprzemakalny, tajny:

W czasie, gdy z prof. Przystawą walczyliśmy czternaście lat w procesie, wytoczonym nam przez Dariusza Tytusa Przywieczerskiego, prezesa, zaraz potem właściciela UNIVERSALU ,

– udało mi się „dotrzeć” do tego zupełnie tajnego „zbioru”:

Był tam wtedy [przed kilkunastu laty] taki zapis:

Dariusz Tytus Przywieczerski, nr. rej. 92442, data rej.: 11.07.1985

Nazwa jednostki rejestr.: Wydz. I, Dept. II MSW

Kategoria: zabezpieczenie operacyjne, później TW, pseudonim: „Grabiański”, data rezygnacji 21.12. 89

IPN nie ma danych o rezydentach/agentach KGB.

=====================

Mimo mych próśb i podania mu powyższych danych, pan Cenckiewicz w parę lat później, już po otwarciu Zbioru Z, do nich „nie dotarł”. Czyli BOMBA ciągle

nie jest rozbrojona, jest dlań groźna.

=============================

Teraz [początek września 2018] wreszcie „zwolniono” dla mediów w Polsce dość starą  [sprzed miesięcy]  „sensację”, że DTP zostanie przesłany do kraju.

Dobrano też w TV kupy ekspertów i „dziennikarzy śledczych”, którzy brylują swą odwagą i znajomością sprawy i jej kulis . Ich ilość z latami rośnie lawinowo, jak [przymierzając] ilość tych, co się uratowali z holokaustu, lub kijanki w ciepłym stawie.

Głos zabrał też premier z tamtych czasów – Jan Olszewski, słusznie domagając się przesłuchania Balcerowicza. Zapomniał jednak, że prof. Jerzy Przystawa i ja zadedykowaliśmy książkę „Via bank i FOZZ, o rabunku finansów Polski” następująco:

Książkę tę dedykujemy: Lechowi Wałęsie, Tadeuszowi Mazowieckiemu, Janowi K. Bieleckiemu, Janowi F. Olszewskiemu.

Ponadto dedykujemy ją wszystkim tym, którzy wiedzieli ale milczeli oraz tym, którzy nie wiedzieli, chociaż ich obowiązkiem było wiedzieć.

A wstęp do niej kończyliśmy tak:

Tę książkę traktujemy jako nasze zobowiązanie wobec Michała Falzmanna, tego pogodnego uśmiechniętego człowieka o wielkim umyśle i wielkiej wyobraźni, którego serce nie wytrzymało widoku Polski bezczelnie i bezkarnie grabionej pod bokiem wszystkich naszych arystokratów ducha, na oczach milczącej i bezsilnej inteligencji polskiej.

I wręczyliśmy ją na wielkim spotkaniu w auli Politechniki Warszawskiej panu J. Olszewskiemu.

Książka jest [już znowu] dostępna w Wyd. ANTYK.

=======================

Symboliczne jest też, że w TVP teraz mówi o tym korespondent zza Oceanu, Zuzanna, córka Michała Falzmanna. Ma to świadczyć o tym, że „wreszcie sprawiedliwość zatriumfowała”.

Reżyseria tego iwentu [ event??] wskazuje, że to jedynie spektakl dla publiki, by pokazać, iż w Polsce już naprawdę panuje sprawiedliwość i prawo, a nasi przyjaciele amerykańscy nam w tym pomagają. Pewnie ma służyć to do uwiarygadniania rządzących wśród „owieczek” – wyborców.

=================

Testem na to, czy powyższe to ponura brednia [osobnika ziejącego nienawiścią], czy prawda, będzie bliska przecież odpowiedź na następujące pytania:

1) Czy przybędzie do Polski Mazur [w kajdanach], i sprawa morderstwa gen. Papały będzie uczciwie wyjaśniona, a winni zbrodni usiądą na długo w więzieniu,

2) Czy zeznania DTP pomogą w odebraniu zrabowanych majątków – uwłaszczonym na naszych dobrach oficerom WSI, bonzom partyjnym i ich kolesiom , którzy założyli nowe „stare rodziny”?

A są tego co najmniej setki miliardów . Oj, co najmniej…

Może DPT chce, po np. przedawnieniu, osobiście doglądać swych interesów w Polsce? Bo tam skarżył się na plenipotentów…

Bo jeśli w ew. procesie DTP usłyszy wyrok przedawnienia, czy umorzenia, wybaczenia – to wszyscy ujrzą tytułową ponurą farsę.

JOW a rozwój gospodarczy.

Janusz Sanocki, Prezes Stowarzyszenia na rzecz Zmiany Systemu Wyborczego, ok.2010

1 . Co to są Jednomandatowe Okręgi Wyborcze [JOW]?

JOW to system wyborczy stosowany przez ok. 60 państw świata i polega na wyborze posłów według metody: „1 okręg, 1 tura, 1 poseł”. JOW to system wyboru bezpośredniego, wg zasady zwykłej większości głosów. W Wielkiej Brytanii — skąd ten system pochodzi – zasadę tę określa się ”First Past the Post” — „Pierwszy na mecie”, a w USA „winner takes all”.

Oznacza to, że kraj dzieli się na tyle okręgów, ilu ma być posłów w parlamencie i z każdego, wybiera się TYLKO JEDNEGO POSŁA. Zasady takiego systemu wyborczego są proste: – Każdy obywatel, który ma bierne prawo wyborcze — czyli nawet Jan Kowalski – może zgłosić swoją kandydaturę, po spełnieniu niewygórowanych warunków. W Wielkiej Brytanii jest to 10 podpisów mieszkańców okręgu i kaucja w wysokości 500 funtów. Kaucja zostaje zwrócona jeśli kandydat uzyska 3% głosów (jest to utrudnienie dla kandydatów niepoważnych). Partie nie mają żadnych przywilejów wyborczych w stosunku do niezrzeszonych obywateli — kandydat niepartyjny ma dokładnie takie same prawa, jak kandydat wystawiony przez jakąś partię;

Lista wyborcza jest alfabetyczna, nie ma na niej zaznaczonej przynależności partyjnej, ale kampanię można prowadzić – do końca wyborów. Nie ma żadnej „ciszy wyborczej” – Jan Kowalski do samych wyborów ma szanse na wyrobienie swojej opinii i oddanie świadomego głosu na osobę;

Nie powołuje się żadnej „Państwowej Komisji Wyborczej” – głosy liczy się w okręgu. Zwozi się je z lokali wyborczych do ratusza, gdzie liczone są w obecności obywateli, rodzin kandydatów, ich sztabów itd. – czyli każdy wyborca może być akuszerem nowych władz. Co więcej – w kieszeni wyborcy zostają pieniądze, które teraz musi płacić na kolejną administrację używaną de facto raz na kilka lat; Zwycięzcą zostaje ten kandydat, który uzyskał co najmniej jeden głos więcej, niż kolejny jego konkurent. Jeśli dwóch kandydatów ma taką samą ilość głosów, przeprowadza się losowanie, posłem zostaje ten, którego wskaże rzut monetą.

2. Kto stosuje JOW i z jakimi efektami?

JOW stosują głównie kraje anglosaskie — Anglia, Stany Zjednoczone, Kanada, byłe kolonie brytyjskie, w tym Indie. Francja, w której JOW wprowadził gen. de Gaulle w 1958 roku stosuje zmodyfikowany JOW, w którym jeśli żaden z kandydatów nie uzyskał bezwzględnej większości 50% głosów, przeprowadza się drugą turę z dwoma kandydatami, którzy dostali największą ilość głosów w pierwszej turze. Ta – z pozoru drobna – zmiana okazuje się bardzo istotną zarówno z punktu widzenia składu parlamentu, jak i uprawnień obywatela. Efekty JOW możemy bowiem rozpatrywać na tych dwu płaszczyznach: zachowania przez dany system wyborczy praw obywatelskich, w procesie wyłaniania narodowego przedstawicielstwa, oraz jakości parlamentaryzmu. Zacznijmy od tego drugiego kryterium.

3. JOW = dwupartyjny parlament

W roku 1946 francuski politolog Maurice Duverger zauważył, iż wybór posłów w JOW, w jednej turze prowadzi nieuchronnie do wytworzenia w parlamencie dwupartyjnej sceny politycznej. Prawidłowość ta znana jest w politologii jako „prawo Duvergera”, występuje ona we wszystkich krajach stosujących JOW. To właśnie na skutek wyboru posłów w JOW, w jednej turze w amerykańskim kongresie mamy Partię Demokratyczna i Republikańską, a w Wielkiej Brytanii dominują Konserwatyści i Partia Pracy. Już wprowadzenie drugiej tury (czyli wymóg uzyskania bezwzględnej większości w pierwszej) rozdrabnia parlament na 3-4 ugrupowania, umożliwia bowiem targi partyjne między turami.

DWUpartyjność nie oznacza, że z parlamentu wykluczeni są posłowie niezależni i nie zamyka przed lokalnymi ugrupowaniami drogi do parlamentu. Jednak ponieważ w okręgu jest do zdobycia tylko jeden mandat, jeszcze przed wyborami następuje łączenie się prawicy oraz na drugim biegunie — lewicy i wystawianie po jednym dobrym kandydacie z tych BLOKÓW.

System JOW zmusza do zawarcia koalicji przedwyborcze], znacznie trwalszej i czytelniejszej dla wyborców. Nie jest to bowiem tylko koalicja personalna (wyłaniająca jednego wspólnego kandydata bloku), ale również programowa. W ten sposób wyborca ma do wyboru ”utarte” wcześniej, dwa czytelne programy polityczne. Po wyborach formowanie rządu następuje natychmiast, albowiem na skutek mechanizmu wyboru w JOW, jeden z dwu wielkich bloków uzyskuje w parlamencie bezwzględną większość i jest zdolny do samodzielnego utworzenia rządu, do którego ma zresztą zawczasu przygotowanych kandydatów. Podobnie opozycja — jest jednopartyjna i ma swój ”gabinet cieni”. Dlatego wyborca idąc do urn i głosując na kandydata danej partii, wie na jakiego premiera oddaje głos. . Słowem JOW jest przejrzystym, czytelnym i sprawnym mechanizmem wyborczym, wyłaniającym nie tylko parlament, ale przede wszystkim RZĄD.

W Wielkiej Brytanii po wojnie, tylko raz zdarzyło się, że żadna z partii nie uzyskała większości, wówczas powtórzono wybory. Istotą aktu wyborczego w JOW jest bowiem wyłonienie odpowiedzialnego rządu, który zdolny byłby sprawnie kierować krajem.

Kwestia odpowiedzialności jest w JOW czytelna. Ponieważ rządy sprawuje tylko jedna partia, to ona ponosi w całości odpowiedzialność i za sukcesy, i za porażki. Nie ma na kogo zrzucić odpowiedzialności i wyborcy mają możliwość czytelnej oceny poczynań rządzącego ugrupowania.

4. Prawa obywatelskie w JOW

Nie ma wątpliwości, że wybory w JOW zachowują kardynalną zasadę suwerenności narodu rozumianą bezpośrednio. Lud wybiera swojego przedstawiciela z okręgu i to on, poseł ludzi mieszkających w tym okręgu reprezentuje ich w parlamencie. W Wielkiej Brytanii okręg wyborczy liczy ok. 90 -100 tys. mieszkańców, co daje normę przedstawicielska nieco tylko większą od Polski. Gdyby u nas posłów wybierano w JOW, okręg Iiczyłby ok. 84 tys. mieszkańców i tylko nieznacznie różniłby się od wielkości okręgu brytyjskiego. Taka norma przedstawicielska pozwala brytyjskiemu posłowi dobrze obsłużyć swój okręg. Brytyjski parlamentarzysta CO TYDZIEŃ jest dostępny w swoim biurze wyborczym, gdzie przyjmuje kolejkę interesantów. Lord Norman Lamont, wieloletni poseł opowiadał podczas konferencji w Warszawie, że posłowie nazywają te sobotnie przyjęcia ”political surgery”, bo jak u lekarza czekają w kolejce, na przyjęcie ludzie. ”Czasem oni są tak nudni i męczący— opowiadał Lamont – ale nikogo nie mogę zlekceważyć, bo OD JEDNEGO GŁOSU ZALEŻEĆ MOŻE MOJA POLITYCZNA PRZYSZŁOŚĆ. ”

Z punktu widzenia wyborców system JOW nie daje żadnych przywilejów partiom, obywatele mogą swobodnie ubiegać się o mandat posła, a partie muszą mieć na uwadze, że o swoją pozycję muszą stale dbać. Zmusza to partie do dbałości o jakość swoich szeregów i eliminuje, czy też bardzo ogranicza korupcję. To dobra wiadomość dla wyborców.

5. JOW a partie polityczne

Opis systemu brytyjskiego pozwala zauważyć, że w JOW nie jest możliwe oderwanie się partii od wyborców, a jeśli to następuje, to konsekwencją jest wyborcza porażka i zmiana kierownictwa. Partia polityczna działająca w JOW musi być otwarta na nowych wartościowych ludzi, jej posłowie mają duży zakres samodzielności w stosunku do kierownictwa, uzyskują swoje mandaty bowiem, nie na skutek decyzji partyjnego szefa, lecz przede wszystkim na skutek realnego poparcia wyborców. Brytyjski poseł, to w pierwszej kolejności POSEŁ OKRĘGU, a dopiero potem poseł partii.

Na skutek tego mechanizmu moderującego, nie do pomyślenia jest wytworzenie się w JOW, tzw. partii leninowskiego typu czyli partii wodzowskiej, scentralizowanej.

6. JOW a rozwój gospodarczy

Wpływ tego systemu wyborczego na ekonomię jest wielce interesujący dla Jana Kowalskiego. Okazuje się bowiem, że JOW sprzyja decentralizacji kraju – interesy reprezentowane w parlamencie są rozproszone. Rządy jednopartyjne, wyłonione w pełni demokratycznie, przy silnej jednopartyjnej opozycji, umożliwiają prowadzenie zdecydowanej polityki. Margaret Thatcher nigdy nie mogłaby wprowadzić swoich reform i przywrócić Wielkiej Brytanii silnej pozycji, gdyby musiała lawirować w gabinecie rozdzieranym koalicyjnymi waśniami. Przede wszystkim w JOW rząd zostaje wyłoniony szybko.

W ten sposób JOW sprzyja gospodarczemu rozwojowi. Nie jest zapewne przypadkiem, że spośród najbardziej rozwiniętych państw świata: USA, Wielka Brytania, Kanada i Francja mają u siebie JOW, Włochy wprowadziły 3/4 JOW w 1994 , a Japonia 2/3 JOW w 1996. Tylko Niemcy mają u siebie system mieszany „fifty-fifty”, ale jego osłabiający gospodarkę wpływ został zauważony przez tamtejszych polityków. W 2000 r. Michael Rogovsky, poseł do Bundestagu i przedstawiciel Związku Przedsiębiorców, domagał się wprowadzenia JOW, bez którego — jego zdaniem – Niemcom nie uda się odzyskać przodujące] roli gospodarczej w świecie.

Wydaje się, że kraje z proporcjonalnym systemem wyborczym, na skutek permanentnego konfliktu w systemie politycznym skazane są na drugorzędną rolę w świecie. Zapewne nie bez powodu zwycięzcy Alianci po II wojnie światowej wszystkim podbitym państwom osi narzucili system proporcjonalny.

7. Dlaczego Polsce potrzebny jest system JOW?

Stosowana w Polsce tzw. ordynacja proporcjonalna jest diametralnie różnym od JOW sposobem wybierania posłów. Wybór posłów w wielomandatowych okręgach wyborczych, z list partyjnych, prowadzi -zgodnie z „prawem Duverger’a” – do rozbicia parlamentu na wiele ugrupowań, z których żadne nie ma większości. Oznacza to konieczność rządów koalicyjnych, wielomiesięcznych targów, stałego konfliktu, zamazuje czytelność i zniechęca do polityków. System list partyjnych odbiera w praktyce obywatelom bierne prawo wyborcze. Kandydować można tylko po uzyskaniu akceptacji partii, a realne szanse na uzyskanie poselskiego mandatu mają tylko kandydaci umieszczeni przez partyjnych liderów na pierwszych miejscach list. Dodatkowo wzmacnia tę nadzwyczajną i niekonstytucyjną władzę liderów partii wymóg uzyskania przez listę 5% głosów w skali całego kraju (próg wyborczy). W ten sposób żadne lokalne ugrupowanie nie ma najmniejszych szans na uzyskanie mandatu. Żeby umożliwić mniejszościom narodowym posia- danie swoich posłów, zwolniono je z konieczności przekraczania progu wyborczego, co jawnie łamie zasadę równości obywateli wobec prawa i ukazuje absurd stosowanego w Polsce systemu wyborczego. System ”proporcjonalny” przekreśla więc praktycznie bierne prawo wyborcze obywateli. Szanse kandydatów na uzyskanie mandatu poselskiego zależą, jak się rzekło, od miejsca, na którym umieści ich lider partii. W ten sposób poseł zostaje oderwany od wyborców i staje się przede wszystkim posłem partii. Zjawisko to opisał angielski filozof Karl Popper: ”System reprezentacji proporcjonalnej odrywa posła od wyborców i tworzy zeń maszynkę do głosowania, a nie myślącego i czującego człowieka” (”O demokracji” – The Economist).

A zatem na pytanie dlaczego Polsce potrzebny jest JOW mogę odpowiedzieć, że z dwóch powodów. Po pierwsze, dla wyprowadzenia kraju z permanentnego kryzysu politycznego i rozpoczęcia naprawy gospodarki, a po drugie dla przywrócenia biernego prawa wyborczego obywatelom, a co za tym idzie ustanowienia obywatelskiej kontroli nad partiami. Tylko bowiem bezpośredni wybór posłów w JOW zasługuje na określenie: „demokracja”.

Wybór z list partyjnych, tzw. wybór proporcjonalny jest raczej rozszalałą partiokracją. Z demokracją niewiele ma wspólnego.” Janusz Sanocki

„Chcemy masoneczek 2023!” Nowy Ruch Obywatelski. „SIERP”.

“Chcemy masoneczek 2023!” Nowy Ruch Obywatelski

Wawel “Chcemy masoneczek 2023!” Nowy Ruch Obywatelski

Nieoceniony minister Niedzielski 2 dni temu wyszedł naprzeciw wielu głosom społecznym domagającym się powrotu maseczek. Wprawdzie przedłużył przywilej maseczkowania tylko o miesiąc i tylko w szpitalach, przychodniach i aptekach – ale krok w dobrym kierunku został zrobiony. Nie traćmy nadziei.

Kiedyś słowo “twarz” znaczyło “osoba”. “Osoba” kojarzy się z osobnością. Osobność nie brzmi najlepiej. Kojarzy się z “sobkowatością” i egoizmem. Zasłanianie twarzy to więc skuteczny sposób walki z egocentryzmem.

Wszystkie możliwości jakie daje maseczka nie zostały jeszcze w pełni wykorzystane.  Ze źródeł zbliżonych do rządowych wiemy, że trwają prace nad maseczkami produkowanymi w technologii Bio-Hi-Tech-RNA. Stoimy u progu wielkiego przełomu w życiu społecznym, które wreszcie zyska klarowność i jednoznacznie odzwierciedli stopień lojalności każdego obywatela. W terenie zaczynają się samoczynnie formować pierwsze grupy inicjatywne FEM (For Ever Masking). Nadchodzący czas wyborów pobudza obywatelskie inicjatywy i inwencję. Niektóre okręgi wyborcze już planują połączenie wyborów z konkursem projektów graficznych na maseczki. Bądź twórczy! Nie prześpij swojej szansy!

Na decyzję najwyższych czynników zakładamy maseczki dobrowolnie, gdyż jesteśmy przekonani, że ci, co są najwyżej, istnieją po to, by być naszą siłą przewodnią (awangardą).

Masoneczka medyczna Psyop, dzięki technologii Bio-Hi-Tech-RNA nadaje się do nakładania na myśli, na logikę, na ośrodki wolitywne.

Główny obszar zastosowania takich maseczek to życie obywatelskie (kiedyś zwane polityką). Kiedy np. któryś z ministrów. wyprowadza potężne ilości gotówki z budżetu stworzonego z naszych dziesięcin, a mamy już na rozumie masoneczkę, to dziękujemy mu, że podejmuje ten trud w dobrze pojętej, solidarnej trosce o nasze zdrowie i byt (tzw. bazę) i że dzięki niemu przeżyjemy a kraj uniknie zapaści. Masoneczka podpowiada nam odpowiednie wyrazy uznania i kultu. Nano-Słownik-Obywatelski zawiera do 2 mln słów i konstrukcji zdaniowych.

Masoneczka filtruje nano-neuro-elektrycznie wiadomości do nas przychodzące dowolnym kanałem zmysłowym oraz intuicyjnym. Wszystkie zewnętrzne informacje mogące odsłonić faktyczne cele projektantów naszej rzeczywistości i władców masoneczek – maseczkowy nanoprocesor prewencyjny oznakowuje nazwą „teoria spiskowa” i umieszcza je w ośrodku mózgowym wzbudzającym agresję (tzw. kosz systemowy).

Masoneczka w pełni zastępuje nam czujność, dociekliwość, sumienie i myślenie. Myślenie w świecie nowej normalności będzie stopniowo wygaszane, podobnie jak górnictwo węglowe, z powodu zbyt brudnej (nie wolnej od zwątpień i wymagającej falsyfikacji) energii jaką produkuje. Zamiast myślenia nastąpi restrukturyzacja psychiki na inne, bezwysiłkowo odnawialne źródła energii do działania, niż myślenie, refleksja, rozważanie i dociekanie. Energia pochodząca z myślenia zostanie zastąpiona energią czystą, przyjazną większościowemu, a-racjonalnemu środowisku ludzkiemu oraz przyjazną ludziom władzy, niekonfrontacyjną i szybkoprzesyłową.

Zamiast niewygodnych funkcji, takich jak czujność, dociekliwość, sumienie i myślenie, zamiast przestarzałego mechanizmu działania ludzkiej jednostki i mobilizowania behawioru człowieczego do wykonywania zaprojektowanych przez Geo-inżynierów zadań – masoneczka udostępnia nam o wiele prostsze opcje ekspresji i nieinwazyjnego funkcjonowania pan-pro-humano-ekologicznego niskopoborowego. Myślenie, jako fundament tzw. starej normalności dyskryminuje asapiencjalne humanoidy i jako takie jest kwintesencją i zwieńczeniem nietolerancji i postaw nierównościowych na które nie ma miejsca w pokojowej, szczęśliwej aplauzytywnej nowej normalności.

Masoneczka nowej generacji zaczepiona za uszy uruchamia projektor 3W (3W znaczy: „trzecia wartość”, jest to mentalny odpowiednik fizycznej projekcji 3D). Projektor 3W jest nakładką na płaty czołowe. Oznacza trzecią wartość: ani Prawda, ani Fałsz, czyli Nie Wiadomo Co (NWC, nie mylić z NWO, gdyż NWC to tylko materiał, element z którego powstaje całość NWO). Wciśnięcie przycisku 3W na maseczce likwiduje wszelkie dualistyczne i logiczne rozpoznania i ekspresje jednostki. Przykładowo: jeśli ktoś kłamie w żywe oczy, lub nadaje sprzeczne komunikaty albo nas okrada – nakładka 3W wzbudza w nas do niego wyrozumiałość na zmianę z podziwem za jego odwagę w wyborze najwyższego stopnia bezczelności a na płaszczyźnie intelektualnej pomaga nam sformułować sądy akceptujące te nie akceptowalne zachowania a nawet ułożyć je w złożony, wyglądający na spójny system ideologiczny okraszając całość zespołem wdzięcznościowych reakcji fizjologicznych (pot, łzy, drżenie i zachwyt w oczach) .

W zależności od tego, której generacji nabyliśmy masoneczkę medyczną, nasze wypowiedzi wypaczające rzeczywistość są mniej, lub bardziej inteligentnie sformułowane. Masoneczki najtańsze pobudzają nas do wzruszenia ramionami lub do wypowiedzi typu: „A co mnie tam…!” albo „Koń ma większy łeb, niech się martwi!”

Masoneczki droższe, hybrydowe używają procesorów sofistycznych (algorytm Trazymacha i inne retropodzespoły) i podsuwają nam takie np. symulujące prawdziwościowe rozumowanie wypowiedzi: „Niech tam robią co chcą, ja im wierzę. Muszą być kimś, bo by tak wysoko nie zaszli, a tam gdzie są zobowiązani są przecież nam służyć.”

Masoneczki produkowane w masowej skali (masuweczki, iliczki, maojki, josipki, adolfki) nie emitują zdań intelektualnych, lecz wysyłają do ośrodka zarządzającego naszym aparatem ruchowym (ramiona, dłonie) impulsy uruchamiające ekspresję aplauzu (klaskanie, unoszenie ramion, podskakiwanie w miejscu) i zachwytu. (gruczoły łzowe, dreszcze ogólnoustrojowe, wszechpobudzenie).

Masoneczki niesłychanie upraszczają życie (na naszych oczach rodzi się dystansowa, zdalna, wirtualna i pan-akceptująca, pan-represywna kultura typu SIMPLIFE). W tej tzw. kulturze dzbanów dmuchanych (KDD) tak zwana nadbudowa (świadomość) zostaje zautomatyzowana i odłączona od bazy. Możemy np. – nie widząc w tym niczego dziwnego – będąc głodnymi krzyczeć: pomożemy wszystkim głodnym na świecie! Będąc biednymi i wywłaszczonymi możemy machać transparentem z napisem: dziękujemy wam wszystkim, wspaniałym zmianom za dobrobyt i wasze hojne dary! Przewracając się krzyczymy: Popieramy was!

Zerwanie więzi bazy z nadbudową daje nieograniczone perspektywy.

Laboratoryjne i terenowe prace nad masoneczkami trwają w najlepsze. Gdy wolnomularki zauszne plecione staną się tak powszechne jak bielizna, obuwie, bułeczki i iPhone – wkroczymy w nową normalność i nic już nie będzie takie samo.

Tak nam dopomóż Musk!

PS

Masoneczki typu „Psyop” (wymawiaj „Sajop”nie mylić z chińską podróbką „Zajob”) nie da się wykonać samemu. Na razie wersja “demo”, testowa dostępna jest tylko w ramach „otrzymania” podczas skromnej uroczystości wręczenia pierwszych dedykowanych Numerów Identyfikacyjnych New Normal (IDNN) i inicjalnej aplikacji śledzącej stan zdrowia, konta i nastroju oraz monitorującej poruszanie się obdarowanego po dedykowanym sektorze miejskim i wskazującej mu nieinwazyjnie, lub elektro-inwazyjnie – ścieżki bezpieczne. Inwazyjność (impulsy elektryczne o średnim natężeniu) lub nieinwazyjność sygnalizacji nakierowującej obywatela (SNO), czyli „sygnalizacji organizmowej” zależy od sumy punktów zgromadzonych na skali lojalności obywatelskiej, SLO). Masoneczki dostępne są w najbliższych biurach poselskich, biurach partyjnych, gabinetach ministerialnych, studiach telewizyjnych i parafiach. Program objęty jest patronatem Kancelarii Premiera i Stowarzyszenia Inicjowanych Emerytowanych Rycerzy Polskich (SIERP).

Ilustracja. Foto o2.pl, Youtube.

PRZYPISY

Psyop – Psychological operations (PSYOP) are operations to convey selected information and indicators to audiences to influence their emotions, motives, and objective reasoning, and ultimately the behavior of governments, organizations, groups, and individuals.

Analogicznie do trójpodziału PSYOP na White PSYOP, Gray PSYOP i Black PSYOP (por. https://en.wikipedia.org/wiki/Psychological_operations_(United_States)#White_PSYOP

https://en.wikipedia.org/wiki/Psychological_operations_(United_States)#Gray_PSYOP https://en.wikipedia.org/wiki/Psychological_operations_(United_States)#Black_PSYOP )

linia dizajnowa masoneczek będzie także w trzech kolorach.

===========================

2 komentarze

Kosztowny klimatyzm. Na to wszystko zgodził się rząd PiS… Elementy tego systemu nie zdążyły się przebić do świadomości Polaków.

Kosztowny klimatyzm. Na to wszystko zgodził się rząd PiS…

Elementy tego systemu nie zdążyły się jeszcze przebić do zbiorowej świadomości.

Łukasz Warzecha kosztowny-klimatyzm

Dwa elementy strategii klimatycznej Unii Europejskiej mogą oznaczać swego rodzaju przełom w polskiej polityce: zakaz rejestracji nowych pojazdów spalinowych – z wywalczonym przez Niemcy w gruncie rzeczy niewiele znaczącym wyjątkiem dla paliw syntetycznych – oraz dyrektywa o charakterystyce energetycznej budynków, czyli EPBD (Energy Performance of Buildings Directive). Po raz pierwszy decyzje podejmowane na poziomie całej Unii Europejskiej tak głęboko i tak boleśnie dotkną tak ogromnej liczby zwykłych ludzi w ich codziennym życiu. Przy czym najszybciej w Polaków mogą uderzyć rozwiązania systemu ETS 2, który obejmie budynki oraz transport, a wejść w życie ma już w 2027 r.

Tyle że elementy tego systemu nie zdążyły się jeszcze przebić do zbiorowej świadomości.

Konsekwencje społeczne tych rozwiązań będą – piszę to w formie twierdzącej, a nie przypuszczającej, bo tu nie ma co przypuszczać, to jest pewnik – druzgocące. Konsekwencje polityczne mogą wywrócić trwający od dwóch dekad na polskiej scenie politycznej dogmat o miłości Polaków do UE, której nic nie zachwieje. Sondaże CBOS prowadzone w poprzedniej dekadzie wskazywały niezmiennie na poparcie dla członkostwa oscylujące wokół 80%. Jednak w ostatnich latach sondaże innych ośrodków wskazują na niższy odsetek, a rezultaty nieco się wahają. Badanie IBRIS w ubiegłym roku zwolennikom członkostwa dało w sumie około 80%, ale zdecydowanie za członkostwem opowiedziało się trochę ponad 56%. Reszta to zwolennicy „umiarkowani”. Przy czym mówimy o badaniach przeprowadzanych zanim do Polaków zaczęło docierać, jakie skutki dla ich codziennego życia mogą mieć wprowadzane przez Unię regulacje.

Nie znaczy to, że Polacy całkowicie i radykalnie odwrócą się od UE, ale z całą pewnością może wzrosnąć odsetek postaw umiarkowanie sceptycznych, a coraz większa część elektoratu będzie oczekiwała zdecydowanej postawy władz naszego kraju. Nie da się jej już symulować stosowaniem wojennej retoryki na pokaz na rynek wewnętrzny przy całkowitym kapitulanctwie w Brukseli. Trzeba będzie pokazywać rezultaty. A z tym będzie ciężko, bo sami zapędziliśmy się w pułapkę.

Przyjrzyjmy się, co działo się wokół przepchniętego w końcu zgodnie z niemieckim interesem zakazu rejestracji aut spalinowych od 2035 r. Ze strony rządu mieliśmy mnóstwo wojowniczych pokrzykiwań, a w wymiarze praktycznym – uczestnictwo w stworzonej przez Niemcy koalicji sprzeciwu wobec rozporządzenia w jego pierwotnej wersji, aczkolwiek bez chwalenia się tym przymierzem opinii publicznej (bo jakże to – Polska idąca ręka w rękę z Berlinem?). Jak nietrudno było przewidzieć, Niemcy osiągnęli swój cel i wtedy odpuścili, a my pozostaliśmy na placu boju sami i osiągnęliśmy moralne zwycięstwo, jako jedyni głosując przeciwko, co miało znaczenie wyłącznie symboliczne i propagandowe.

Gdy klamka zapadła, zaczęło się szukanie winnych i w tej grze dwie formacje znalazły się w trudnej sytuacji. Koalicja Obywatelska nie mogła otwarcie uderzać w PiS, bo popiera przecież klimatystyczne unijne szaleństwa, a gdyby chciała rządzące ugrupowanie skrytykować za nieprzeciwstawienie się zakazowi, musiałaby jednocześnie uznać sam zakaz, przynajmniej domyślnie, za niesłuszny. Prawo i Sprawiedliwość natomiast zostało przyparte do muru oskarżeniami o to, że głośno protestując przeciwko zakazowi, w istocie protestowało przeciwko konsekwencjom własnej decyzji z grudnia 2020 r. W najbardziej komfortowej sytuacji znalazła się Konfederacja, w retoryce której istnieje całkowita spójność pomiędzy krytyką PiS, krytyką klimatycznej polityki UE i tego konkretnego rozporządzenia.

Wśród wypowiedzi polityków PiS dwie były szczególnie znamienne. Pierwsza to słowa samego premiera Mateusza Morawieckiego, wypowiedziane w połowie marca w rozmowie z Jakubem Wiechem, zwanym złośliwie, acz niezwykle celnie „jehowym klimatyzmu”. Szef rządu powiedział tam: „Ponieważ polityka klimatyczna UE jest rdzeniem polityki gospodarczej całej UE i wszyscy, którzy znają się na UE, wiedzą, że gdybyśmy sobie chcieli wyjść z polityki klimatycznej, tak po prostu zrezygnować z polityki klimatycznej UE, byłoby to jednoznaczne z wyjściem z Unii Europejskiej de facto. […] Ja nie dam się wepchnąć w narrację Polexitu i wolę manewrować między tymi skałami, czasami ostrymi wystającymi skałami ponad wody”. Co ciekawe, ten bardzo przecież ważny fragment nie znalazł się w spisanym i umieszczonym w serwisie Energetyka24 fragmencie rozmowy. Zakładałbym, że nie przypadkiem.

To podejście zaczęło być kopiowane przez innych polityków związanych z obozem władzy. Drugą znamienną wypowiedź wygłosił Zbigniew Kuźmiuk, oznajmiając, że Polska nie może sama „dmuchać pod wiatr” polityki klimatycznej UE, która jest w Unii traktowana jak religia.

Widzimy zatem coś w rodzaju rozdwojenia jaźni. Z jednej strony obóz rządzący posługuje się bardzo mocną retoryką, opisując politykę klimatyczną UE, nie tylko w postaci rozporządzenia dotyczącego pojazdów spalinowych. Warto przypomnieć choćby, że obecne bardzo wysokie na tle UE polskie ceny energii „zawdzięczamy” w dużej mierze systemowi ETS. Obecnie uprawnienia do emisji CO2 są na absolutnie rekordowych poziomach, najwyższych od początku działania systemu, i sięgają 100 euro za tonę. Trzy lata temu było to około 18 euro.

Z drugiej przedstawiciele władzy prezentują proces tworzenia polityki klimatycznej jako nieunikniony i zbyt potężny, aby dało mu się przeciwstawić, a na dodatek próbują łączyć kontestowanie go z wystąpieniem z UE, zakładając zapewne, że Unia jest wśród polskich wyborców tak popularna, że postawieni wobec takiej alternatywy zacisną zęby i zaakceptują uległą postawę władzy jako jedyne możliwe wyjście.

Zasadniczym problemem dla samego pana premiera są decyzje, które podejmował, a które stały się podstawą dla obecnych decyzji. Przede wszystkim mowa o szczycie Rady Europejskiej w grudniu 2020 r. Żeby jednak być uczciwym, trzeba przypomnieć, że nieszczęście zaczęło się znacznie wcześniej. Nawet na kilka lat przed tym, zanim zaczęto projektować unijną politykę klimatyczną, co nastąpiło w 2008 r. wraz z uchwaleniem pierwszego pakietu klimatycznego. Fatalnym krokiem, którego skutki widać dzisiaj w całej ostrości, była zgoda Polski na traktat lizboński, poważnie ograniczający możliwość blokowania przez Warszawę niekorzystnych dla nas decyzji. Przypomnijmy, że na podpisanie traktatu zdecydował się jeszcze rząd Jarosława Kaczyńskiego w 2007 r. (natomiast w Brukseli negocjował Lech Kaczyński), zaś ratyfikował go ówczesny prezydent w roku 2009.

Poraża dzisiaj krótkowzroczność, jaka stała za tymi decyzjami. Zmarły tragicznie w 2010 r. prezydent argumentował bardzo podobnie jak dzisiaj argumentuje Mateusz Morawiecki w sprawie polityki klimatycznej UE: że nie dało się sprzeciwiać reszcie krajów Unii, a w grę wchodziły przyszłe unijne fundusze. Twierdził także, że sytuacja może się w przyszłości zmienić na korzyść, a tymczasem mamy w rezerwie awaryjny tak zwany mechanizm z Janiny. Okazało się, że mylił się całkowicie. Sytuacja nie tylko nie zmieniła się na korzyść, ale przeciwnie: zmieniła się zasadniczo na niekorzyść Polski. Gdybyśmy zachowali taką siłę głosów, jaką nasz kraj posiadał na mocy traktatu nicejskiego, byłoby nam o wiele łatwiej tworzyć koalicje blokujące kolejne niekorzystne zmiany. Dodatkowym fatalnym czynnikiem – faktycznie trudnym do przewidzenia w roku 2007, było wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, co pozbawiło nas cennego sojusznika.

Kiedy PiS przejmowało władzę, machina klimatystycznych regulacji w UE już się rozpędziła. Działał na dobre system handlu emisjami, obłudnie przedstawiany jako mechanizm rynkowy, choć ówczesne ceny i jego wpływ były jedynie ułamkiem tego, co widzimy obecnie. Jeszcze w październiku 2014 r., czyli rok przed wyborami, które dały zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego, a już za premierostwa Ewy Kopacz (była na stanowisku od września), uzgodniono kolejny „ambitniejszy” (ulubione słowo używane w kontekście polityki klimatycznej) cel redukcji emisji CO2. Do 2030 r. miało to być 40 proc. w stosunku do roku 1990.

Dalsze ważne zmiany to już jednak czasy rządu PiS i przede wszystkim trzeba tu wymienić plany dotyczące osiągnięcia neutralności klimatycznej UE do 2050 r., publikowane w latach 2017 i 2018. W 2019 r. powstała strategia neutralności klimatycznej, odwołująca się do wszystkich tak groźnych, a pięknie brzmiących haseł – w tym „zrównoważonego rozwoju”. Konkretnym krokiem było podjęcie w grudniu 2020 r. przez Radę Europejską decyzji w sprawie pakietu Fit For 55, który zakłada redukcję emisji o 55 proc. do 2030 r. w stosunku do roku 1990. Jest to więc drastyczne podwyższenie celu w stosunku do decyzji podjętej zaledwie sześć lat wcześniej.

To charakterystyczne dla wielu działań UE i warto mieć świadomość, że tak właśnie Unia funkcjonuje: zostaje podjęta decyzja i tak bardzo daleko idąca, ale za jakiś czas okazuje się, że wyznaczony przez nią cel był „za mało ambitny” i trzeba pójść jeszcze dalej. Znamienne, że taki brak ostatecznego celu, umiaru i niemożność uznania, że pewne polityki zostały ustalone trwale i w takim stanie powinny pozostać, było uznawane za problem jeszcze około półtorej dekady temu. Dziś jednak nie budzi już w głównym nurcie sprzeciwu ani pytań, mimo że jest to fatalna cecha unijnej polityki.

Na grudniowym szczycie w 2020 r. Mateusz Morawiecki zrezygnował z weta, do którego wówczas miał prawo. To pozwoliło zatwierdzić „ambitny”, a tak naprawdę morderczy cel redukcji CO2. Wokół tamtej decyzji jest dzisiaj mnóstwo manipulacji. Tymczasem przede wszystkim trzeba rozumieć, na co właściwie premier się zgodził.

Fit For 55 nie jest jednym gotowym projektem regulacji, ale ogólnym programem i zobowiązaniem do redukcji emisji, z którego wynikają kolejne jego konkretne elementy, takie właśnie jak rozporządzenie zakazujące rejestracji nowych aut spalinowych. W ich przypadku Polska nie ma już możliwości zastosowania weta – zostajemy zatem po prostu przegłosowani. Szansa na weto bezpowrotnie nam przepadła.

Nie jest też prawdą – jak twierdzą dzisiaj przedstawiciele obozu władzy – że w grudniu 2020 r. weta nie dało się zastosować. Weto jest tym właśnie środkiem – coraz bardziej ograniczanym – po który kraje mają prawo sięgać w ostateczności, a nie tylko traktować je jako sposób wymuszania ustępstw na innych, żeby go jednak w końcu nie użyć (a tak zwykle bywa). Wziąwszy pod uwagę doniosłość konsekwencji, jakie niosła za sobą decyzja sprzed ponad dwóch lat, użycie weta byłoby jak najbardziej zasadne. Szczególnie że konsekwencji tamtego postanowienia za pomocą jednostronnego sprzeciwu zablokować już nie możemy.

Warto zauważyć, jak paradoksalne jest stanowisko zajmowane w tej sprawie przez Mateusza Morawieckiego i jego obrońców. Z jednej strony weto jest przecież środkiem na sytuacje ostateczne – z drugiej w zasadzie przyjmuje się z góry, że nigdy nie zostanie użyte. Staje się ono zatem środkiem całkowicie nieefektywnym, bo nasi partnerzy mogą bez wątpliwości zakładać, że i tak po nie nie sięgniemy.

Przed Polską gigantyczne problemy, związane z wprowadzaniem kolejnych elementów polityki klimatycznej. To między innymi ETS 2, czyli obłożenie podatkiem klimatycznym transportu oraz budynków, bariera celna CBAM, dyrektywa EPBD albo wspomniany już radykalny wzrost cen uprawnień do emisji CO2 w ramach pierwszego ETS.

Na żaden z tych problemów rządzący nie mają odpowiedzi, a pieniądze, które Unia zamierza przeznaczyć na tak zwaną sprawiedliwą transformację, są po prostu kpiną w relacji do oczekiwanych kosztów. W przypadku FF 55 te mogą sięgnąć dwóch bilionów złotych, podczas gdy fundusze przeznaczone dla Polski to raptem kilkadziesiąt miliardów. Jeśli nie nastąpi radykalne odejście od obecnej strategii, czeka nas dramat społeczny i gospodarczy. Obawiam się jednak, że ludzie, którzy się na to w imieniu Polski zgodzili, nie odczują konsekwencji swoich decyzji w najmniejszym stopniu.

Czy sedewakantyzm jest odpowiedzią na kryzys Kościoła?

Czy sedewakantyzm jest odpowiedzią na kryzys Kościoła?

Robert Nelke, Sławomir Wełniński Zawsze Wierni nr 2/2023 (225)

Jaka jest zatem odpowiedź na kryzys w Kościele?

piusx

W przestrzeni medialnej ścierają się różne wizje dotyczące źródła kryzysu w Kościele, jakie rozmiary on obecnie przybiera, a także tego, jak ów kryzys zażegnać. Jedną z bardziej aktywnych stron tej dyskusji, przynajmniej w Internecie, są tzw. sedewakantyści.

Sedewakantyści, wyraźnie obecni w Internecie, wzbudzają wśród wielu wiernych związanych z szeroko rozumianą Tradycją zainteresowanie, co rodzi szereg pytań o ich proweniencję. Jakie są główne filary tego ruchu? Czy poza samą negacją legalności wyboru papieża i podległych mu biskupów sedewakantyzm zawiera jakiś pozytywny przekaz? Czy w związku z powyższym nie pociąga to za sobą konsekwencji natury praktycznej? Co z nieomylnością papieską i widzialnością Kościoła? Czy istnieją podobieństwa między sedewakantystami a wschodnimi schizmatykami? Co z kwestią jurysdykcji w sprawowaniu kultu Bożego, sakramentów oraz nauczania?

Sede vacante w historii Kościoła a współczesny sedewakantyzm

Termin „sedewakantyzm”, pochodzący od łacińskiego sedes vacans („nieobsadzona stolica”), określa czas, w którym cały Kościół katolicki lub pojedyncza diecezja pozostaje odpowiednio bez papieża lub biskupa. Okres ten zamyka moment wyboru nowego papieża przez konklawe lub nominacja ordynariusza. Trwa on zazwyczaj kilka tygodni, a niekiedy miesięcy. Po śmierci Klemensa V konklawe trwało ponad 2 lata i 3 miesiące, kończąc się wyborem Jana XXII. Inne znaczące okresy sede vacante miały miejsce w latach 1241–1243 oraz 1268–1271. Nie należy jednak zapominać, że na ten czas (aż do pomyślnego wyniku konklawe), wyznacza się wcześniej osoby, które sprawują pieczę nad Kościołem, aż do wyboru nowego papieża. Jest to rzecz jasna stan bardzo niepożądany, stanowiący realne zagrożenie dla ciągłości Kościoła i jego władzy, jak również rodzący wiele problemów, na przykład ze strony ewentualnych uzurpatorów (antypapieży). Z tego też względu obsadzenie tronu papieskiego jest zadaniem absolutnie priorytetowym, przy którym niejednokrotnie ryzykowano wręcz życiem, jak choćby w latach 1799–1800 podczas ostatniego znanego konklawe odbywającego się z konieczności poza Rzymem, kiedy po wyjątkowo trudnych i długich obradach wybrano Piusa VII, następcę więzionego przez Napoleona Piusa VI. Warto więc zadać sobie pytanie: czy sede vacante mogłoby trwać przez dowolnie długi czas, na przykład przez okres dwóch lub trzech pokoleń? W swych rozważaniach sedewakantyści pomijają ten problem, zazwyczaj datując początek okresu sede vacante od momentu śmierci Piusa XII1, ostatniego katolickiego papieża, którego następcy popadli w herezję modernizmu. Czyli, jak łatwo można policzyć, okres nieobsadzenia Stolicy Piotrowej trwa według nich już niemal 65 lat. Argumentują to tezami niektórych znamienitych teologów Kościoła (przede wszystkim św. Roberta Bellarmina), jednak są to przede wszystkim teorie, które siłą rzeczy nie mogły przewidzieć, że zostaną wykorzystane przy apologetyce tak długiego rzekomego okresu sede vacante.

W 1970 r. abp Lefebvre, na prośbę grupy francuskich alumnów, których spotykały prześladowania za kultywowanie swojego powołania w duchu tradycyjnym, zakłada seminarium duchowne w Écône. W tym też czasie część kapłanów i wiernych świeckich doszła na podstawie swoich własnych teologicznych studiów do przekonania, że papieże, którzy ostatnio zasiadali na Stolicy Piotrowej są heretykami. Dlatego też nie mogli ważnie sprawować urzędu, czyli de facto nie byli prawdziwymi papieżami2. Wtedy to zaczęto mówić o istnieniu sedewakantyzmu, co spowodowało kolejny podział m.in. wśród duchownych i wiernych świeckich, którzy współpracowali z abp. Lefebvre’em, gdyż Arcybiskup nie zaaprobował tej teorii. Doprowadziło to w 1983 r. do odejścia kilkunastu amerykańskich kapłanów i wiernych oraz powołania Bractwa Kapłańskiego św. Piusa V (FSSPV), które w krótkim czasie uległo dalszym podziałom.

Jednymi z pierwszych głosicieli sedewakantystycznych poglądów byli świeccy autorzy: Patrick Henry Omlor, Japończyk Yukio Nemoto, a także założyciel sedewakantystycznej grupy CRMI, Francis Konrad Schuckardt, konsekrowany później na biskupa przez starokatolickiego biskupa Daniela Q. Browna. Spośród kapłanów należy wspomnieć o ks. Sáenz y Arriadze, który na początku lat 70. opublikował swój manifest zatytułowany Sede vacante, uzasadniający tezę o pustym tronie Stolicy Apostolskiej3.

W tym miejscu napotykamy kolejny dysonans – początki ruchu sedewakantystycznego to druga połowa lat 60. oraz lata 70., a najczęstszą opinią wśród sedewakantystów jest taka, że Rzym rzekomo nie jest obsadzony od 1958 r., tak więc jest to teoria wymagająca wstecznego datowania. Zwykła obserwacja prowadzi do wniosku, że przez kilka lat Kościół musiał nie istnieć, gdyż każdy katolik świecki i duchowny na świecie, w tym członkowie Kolegium Kardynałów, mianowani przez wcześniejszych papieży, zostali niejako zwiedzeni przez antypapieża. Zaistniała swego rodzaju próżnia, aż do czasów pierwszych ruchów sedewakantystycznych. Datowanie początku sede vacante jest u nich wszystkich bardzo podobne, lecz przed II Soborem Watykańskim termin „sedewakantyzm” pojawia się rzadko. Teorię sedewakantystów, iż okres wakatu na tronie Piotrowym może trwać przez długi, niemal nieograniczony czas, można także odnaleźć w pismach niektórych „reformatorów” XVI wieku. Wynika z nich, że część z nich wierzyła w prawowitość władzy papieskiej, ale jedynie do pewnego okresu, najczęściej granicznym był pontyfikat św. Grzegorza Wielkiego. Widzimy tu uderzające podobieństwo obu przypadków tj. Kościół funkcjonuje normalnie, aż w pewnym momencie następuje rzekome zerwanie ciągłości papiestwa. Ten argument zbija ulubiony teolog środowiska sedewakantystycznego, św. Robert Bellarmin, w komentarzu do dzieła o ustroju Kościoła i urzędu papieskiego, w którym polemizuje z Kalwinem i Lutrem.

Czy sedewakantyzm zawiera jakiś pozytywny przekaz?

Przy odpowiedzi na to pytanie należy unikać osądu subiektywnego (dotyczącego konkretnych osób oraz ich wewnętrznych intencji), co mogłoby być krzywdzące, a zamiast tego skupić się na osądzie obiektywnym, wyrażonym na podstawie faktów oraz zewnętrznych działań najaktywniejszych członków tego środowiska. Należy tu zwrócić uwagę, że większość sedewakantystów nastawiona jest na zwycięstwo w dyskusjach, prowadzonych najczęściej w świecie wirtualnym, przy pomocy wklejania gotowych materiałów przygotowanych przez te środowiska. Jednocześnie wyrażają swoistą obsesję na punkcie novus ordo i jego nadużyć, nieustannie i drobiazgowo śledzą wszelkie wypowiedzi kolejnych „antypapieży”, zdecydowanie nieadekwatnie do deklarowanego przez nich stosunku wobec Stolicy Piotrowej po 1958 r., jak i również bardzo silne interesują się działalnością pogardzanego przez nich Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X.

Cała ta zewnętrzna aktywność bardzo utrudnia jakąkolwiek pracę pozytywną, zwłaszcza zadbanie o własne życie duchowe. Należy podkreślić, że nie chodzi tu jedynie o zaniedbania na poziomie osobistej pobożności, ale również o to, że od kilkunastu już lat wiodąca polska grupa sedewakanstytyczna nie organizuje rekolekcji adwentowych czy wielkopostnych. Warto tu przypomnieć, również co bardziej krewkim wiernym FSSPX, że dusza, co szczegółowo wyjaśnia choćby św. Ignacy, aby się rozwijać, musi porzucić wiele absorbujących ją zewnętrznych bodźców i strapień.

Wielu mniej aktywnych w dyskusjach sedewakantystów stara się gromadzić wartościową literaturę katolicką sprzed czasów II Soboru Watykańskiego, przede wszystkim modlitewniki i lektury duchowe, nierzadko udostępniając je również w formie cyfrowej w Internecie. Jest to sama w sobie postawa godna uznania, trzeba jednak zauważyć, że w żadnej z tych pozycji nie znajdziemy potwierdzenia zasadności tez sedewakantystycznych, dlatego zbiory te są zazwyczaj „wzbogacane” o współczesne publikacje tych środowisk; nie można więc, wbrew pozorom, traktować ich jako swoistych „kapsuł czasu”, czy wręcz Arki Noego.

Wracając do zadanego pytania, warto podkreślić, że sedewakantyzm z samego swojego założenia jest postawą negacji, stąd tak trudno znaleźć w nim samym wspomniany powyżej przekaz pozytywny.

Kto może sądzić papieża?

Naturalną konsekwencją teorii sedewakantystycznej jest pogląd, że działalność obecnie istniejących struktur kościelnych i ich decyzje nie mają mocy prawnej, a co za tym idzie, wierni nie są zobowiązani do posłuszeństwa obecnym hierarchom, którzy są uzurpatorami. Hierarchowie są heretykami, którzy utracili swe urzędy, nie należą już w żaden sposób do Kościoła i można bez obaw ignorować ich urząd. Warto wyjaśnić, że w historii Kościoła nie było przypadku poważnego podejrzenia popadnięcia papieża w herezję; nie ma zatem skodyfikowanych procedur kanonicznych, na których mogliby wzorować się sedewakantyści. W zamian trzymają się jednej z teorii, którą różne grupy modyfikują według własnego upodobania. Wydaje się, że w przypadku podejrzenia papieża o herezję wystarczyłyby procedury zwykłe, przewidziane dla innych osób i stale praktykowane w Kościele, mianowicie postawienie zarzutów, możliwość ewentualnej obrony oraz wezwanie do odwołania heretyckich poglądów4. Sedewakantyści nie są w stanie przesłuchać papieży czy prałatów w kwestii ich jawnej herezji, aby jednoznacznie potwierdzić zaistnienie koniecznej co do tego złej woli, jednak nie przeszkadza im to w wydawaniu opartego na domniemaniu przestępstwa herezji wyroku ekskomuniki, do czego nie mają ani prawa, ani władzy.

Kolejną rzeczą, która spędza sen z powiek myślicielom sedewakantystycznym jest kwestia, kto może sądzić urzędującego papieża. Kościół naucza, że żaden człowiek nie ma takiego prawa, nie posiada go zgromadzenie biskupów czy kardynałów, wszyscy oni nie wyręczą Ducha Świętego. Co do przypadku przywoływanej tezy św. Roberta Bellarmina: czy zwykła intelektualna uczciwość pozwoliłaby twierdzić, że jej autor dopuszczał możliwość sądzenia papieży przez świeckich, nawet gdyby byli autorami najpoczytniejszych internetowych blogów?

Dotykamy tutaj jednego z korzeni sedewakantyzmu, który do złudzenia przypomina propozycje gallikańskie potępione przez I Sobór Watykański. Otóż gallikanizm dążył, między innymi, do osłabienia autorytetu papieża i wzmocnienia autorytetu biskupów lub władcy świeckiego, również w sprawach duchowych. Sobór powszechny miał rzekomo autorytet wyższy niż papież. Pomimo potępienia, idee gallikańskie podtrzymywali starokatolicy, spośród których wywodzą się niektórzy dzisiejsi sedewakantystyczni biskupi5. To właśnie z tego poglądu wyprowadza się wniosek, jakoby papież mógł być sądzony przez sobór, co jest naturalną konsekwencją zajęcia stanowiska sedewakantystycznego; już samo stwierdzenie stanu sede vacante oznacza sąd nad papieżem (lub chociażby potencjalnym papieżem). W modelowym sedewakantystycznym świecie papieże, począwszy od Jana XXIII, stali się heretykami, są antypapieżami, stracili autorytet, nie mają mocy nauczania i rządzenia Kościołem. Wszystko jest w porządku, nie mamy już problemów, ponieważ nie ma pomiędzy nami a papieżem jedności, rozwiązaliśmy kryzys w Kościele… Czy aby na pewno? Pozostaje jeszcze kwestia pozostałej części hierarchii – biskupów i kardynałów. W momencie ogłoszenia rzekomego sede vacante w 1958 r., w Kolegium Kardynałów zasiadali wyłącznie hierarchowie mianowani przez prawowitych papieży, podobnie jak w przypadku biskupów. Oczywiście część z nich mogła być (a nawet była) ukrytymi modernistami, jednak należy pamiętać, że wspomniany osąd dotyczy również hierarchów.

Problematyka jurysdykcji

Kiedy papież umiera, najwyższa władza odchodzi razem z nim, ale skutki jego urzędu, w tym jurysdykcja pochodząca od Boga, nadal są obecne w Kościele. Biskupi urzędują w swoich diecezjach w ramach kościelnej władzy rządzenia delegowanej im przez papieża, dzięki czemu można dokonać wyboru nowego papieża. Największy problem sedewakantyzmu tkwi w fakcie, że Kościół nie jest bytem tworzonym niejako „oddolnie”, lecz wprost przeciwnie, nadana bezpośrednio przez Boga władza rządzenia Kościołem należy do papieża (i tylko do niego). Przez jego osobę, władza ta jest następnie delegowana na biskupów, a w końcu na samych podległych mu kapłanów, wykonujących niektóre elementy władzy w Kościele (zwłaszcza w zakresie udzielania sakramentów), jednak zawsze w imieniu biskupa. Jedynie w ten sposób Kościół może funkcjonować i tworzyć tzw. społeczność doskonałą, a więc taką, która jest w posiadaniu wszystkich narzędzi pozwalających na realizację celów będących jej zadaniem. Nie ma zatem jurysdykcji delegowanej bez jurysdykcji zwyczajnej i uniwersalnej. Nawet kwestia otrzymywania tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej, koniecznej dla zbawienia dusz, a więc samej istoty działalności Kościoła, jest uzależniona od urzędu papieża, który jako jedyny otrzymuje jurysdykcję bezpośrednio od Chrystusa Pana. Dzięki temu Kościół uznaje choćby chrzty heretyków, a nawet warunkowo dopuszcza możliwość słuchania przez nich spowiedzi. Gdyby przyjąć twierdzenia sedewakantystyczne, nadanie im jurysdykcji byłoby możliwe. A co na przykład, w sytuacji, gdy w stanie wyższej konieczności niekatolicki duchowny słucha spowiedzi? Przecież nie posiada owej jurysdykcji „bezpośrednio od Boga”, jak to próbują tłumaczyć sobie sedewakantyści (jak również heretycy i schizmatycy na przestrzeni wieków), nie jest w łączności z prawdziwym Kościołem Chrystusowym, jest innowiercą, nie sprawuje katolickiego kultu ani nie podlega jedynej prawowitej władzy Kościoła, a jednak otrzymuje w konkretnej sytuacji wspomnianą władzę kluczy poprzez jurysdykcję nadzwyczajną. A w jaki sposób? Jedynie poprzez urząd papiestwa.

Kolejnym zagadnieniem, z którego czerpie teoria sedewakantystyczna, jest kwestia źródła mocy jurysdykcji do sprawowania władzy nauczania i rządzenia przez biskupa, który jest następcą apostołów w rządzeniu diecezją. Problem ten szerzej znany jest pod terminem „kolegializmu”, który jest błędem w wierze samym w sobie, obecnym przez wieki w grupach odłączonych od Kościoła, wprowadzonym na łono samej matki-Kościoła zgodnie z dokumentami II Soboru Watykańskiego. Tak jak biskupia władza uświęcania pochodzi ze święceń, tak moc jurysdykcyjna dawana jest przez papieża6, którego, jak twierdzą sedewakantyści, nie ma. Skąd więc mają jurysdykcję do nauczania? W czyim imieniu zatem nauczają?

Bardzo często sedewakantyści ripostują, iż mają jurysdykcję od Boga, tj. wyświęceni biskupi otrzymują jurysdykcję ze święceń, a nie od papieża. To twierdzenie rodzi niebezpieczną tezę, że papiestwo jest już bezużyteczne, bo rzekomo otrzymują oni jurysdykcję do spowiadania bezpośrednio od Boga, a nie od papieża. Z podobnym stwierdzeniem spotykamy się w tzw. konstytucji „dogmatycznej”7 ostatniego soboru, Lumen gentium. Naturalną konsekwencją takiego rozumowania jest zniszczenie monarchii, jaką jest papiestwo. Z błędu źródła jurysdykcji wynika możliwość posiadania „Kościoła poza Kościołem”. Zasadą jedności Kościoła jest papież, jednakże, w chwili gdy dopuści się możliwość posiadania mocy jurysdykcji z mocy święceń, wielu biskupów wyświęconych poza Kościołem katolickim, w oderwaniu również od jedności wiary, może stworzyć prawdziwe Kościoły partykularne – przez co, według Lumen gentium, mogą być one także środkami zbawienia. Znajdujemy tu więc zaskakującą zgodność pomiędzy teoriami sedewakantystycznymi a… modernizmem.

Jak wykazano powyżej, nie da się wywieść jurysdykcji sedewakantystów od tzw. jurysdykcji nadzwyczajnej, w oparciu o którą, przynajmniej do czasu nadania jurysdykcji zwyczajnej przez papieża, posługuje Bractwo Kapłańskie św. Piusa X. Taka argumentacja musi oznaczać co najmniej reprezentowanie urzędu, z którego płynie wszelka jurysdykcja Kościoła, a więc papiestwa (co wynika wprost z Ewangelii i przekazanej Piotrowi władzy kluczy).

Nadużycia ruchów sedewakantystycznych

Każda z grup sedewakantystycznych charakteryzuje się nieproporcjonalną liczbą biskupów w stosunku do liczby członków zgromadzenia. Ma tu miejsce mnożenie się biskupów wraz z każdym kolejnym podziałem wewnątrz grupy8. Nie tak dawno jeden z obcojęzycznych portali podjął się niezwykle trudnego zadania – określenia liczby biskupów sedewakantystycznych na całym świecie. Na podstawie analizy „drzew genealogicznych” przedstawiających sukcesję sedewakantystów, możemy wyliczyć 27 żyjących obecnie biskupów. Zdecydowana większość z nich stanowią tzw. biskupi niezależni, a więc całkowicie oderwani od jakichkolwiek struktur kościelnych, z reguły również nieprowadzący żadnego apostolatu. W opinii niektórych obserwatorów ruchów sedewakantystycznych, w tym biskupa sedewakantystycznego Agostino Taumaturgo, nb. jawnie interesującego się okultyzmem, to tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ należy zakładać, że wielu biskupów zostało konsekrowanych bez podania tego faktu do publicznej wiadomości, czerpiąc sukcesję od grup nieposiadających łączności z Kościołem katolickim9. Do tej liczby należałoby dodać ponad 70 biskupów wyświęconych w ramach konklawistycznego „Kościoła palmariańskiego”, posiadającego wspólną z większością sedewakantystów linię sukcesji apostolskiej (od abp. Thụca). Są to bardzo ostrożne szacunki, ponieważ według badacza historii Kościoła i profesora Uniwersytetu w Uppsali, Magnusa Lundberga, palmarianie konsekrowali w latach 1976–2015 nawet 192 biskupów (sic!). Jak na tym tle przedstawia się sytuacja w szeregach FSSPX? Trzech niemłodych już biskupów przypada na ponad 700 księży posługujących w niemal 100 krajach, ponad 100 braci, pięć seminariów na różnych kontynentach z niemal 300 klerykami, ponad 200 sióstr zakonnych oraz kilkuset członków współpracujących z Bractwem wspólnot zakonnych. Możemy to zestawić z sedewakantystycznym Instytutem Rzymskokatolickim (IRC), w którym na trzech biskupów przypada pozostałych czternastu członków, a wszyscy, poza Polakiem (ks. Rafałem Trytkiem), posługują w USA. Podobnie wygląda sytuacja w Bractwie św. Piusa V (FSSPV), do którego również należy trzech biskupów. Taka postawa jest nie tylko nieuzasadniona, ale wprost sprzeczna z odwieczną praktyką Kościoła i przez to godząca w powagę urzędu episkopatu. Jedynym zgromadzeniem, któremu nie można zarzucić nadużywania konsekracji biskupich, jest grupa CRMI, której przełożonym jest bp Mark Pivarunas.

Kolejnym poważnym nadużyciem i wyraźną sprzecznością z praktyką Kościoła jest bardzo często towarzysząca sedewakantystom aura tajemniczości. Niełatwo znaleźć miejsce odprawiania Mszy Świętych bez odpowiednich znajomości, głównie ze względu na brak adresów kaplic i oratoriów, jak również godzin nabożeństw. Nie wynika to jedynie z jakichś problemów komunikacyjnych czy nieaktualnych danych na stronach internetowych, ale również z celowego ograniczania informacji. Jakie są tego powody? Trudno powiedzieć, jednak należy stwierdzić, że jako „jedyni prawdziwi katolicy” postępują niezrozumiale, godząc w widzialność oraz powszechność (a więc wprost w katolickość).

Podobieństwa z grupami schizmatyckimi

Sedewakantyści, podobnie jak tzw. Kościoły prawosławne w praktyce odrzucają prymat papieża. Może to brzmieć niemal absurdalnie, ponieważ to stanowisko wywodzi się z przeciwnego bieguna – ultramontanizmu, ale prowadzi do tych samych wniosków, co zostało już udowodnione chociażby w części poświęconej problematyce jurysdykcji. Bardzo podobne perypetie przeżywają wyznania „prawosławne” z powodu braku cesarza, co w myśl ich doktryny na temat pochodzenia władzy w Kościele prowadzi do stanu, w którym owa społeczność doskonała miałaby znajdować się w stanie permanentnego defektu, takiego jak brak papieża w przypadku sedewakantystów. Zauważmy, że u sedewakantystów sytuacja jest bardziej niepokojąca, ponieważ cesarz zawsze się może znaleźć (niektórzy przedstawiciele tego nurtu mają już nawet kandydata), ale kwestia wyboru papieża to znacznie poważniejszy problem, który poruszymy w dalszej części tekstu.

Kolejnym podobieństwem stawiającym sedewakantystów obok schizmatyków jest fakt istnienia wśród nich różnych grup, między którymi występują różnice doktrynalne (np. kwestia tezy Cassiciacum10, chrztu pragnienia11 itd.). Ten szeroki zbiór zawiera m.in. jawnych heretyków, jak potępieni przez Piusa XII feeneyiści, czy grupy, które twierdzą, że są w stanie same wybrać następcę św. Piotra, czylikonklawistów. Przedmiotem gorących sporów jest akademickie wyjaśnienie mechanizmu, według którego miałoby dojść do wakatu na tronie Piotrowym, wobec czego nurt ten dzieli się między innymi na tzw. sedeprywacjonistów oraz „twardych” sedewakantystów. Nierzadko grupy te wzajemnie się zwalczają lub przynajmniej pozostają w konflikcie, przy jednoczesnym podkreślaniu, że łączy ich wspólnota – tj. twierdzenie o nieobsadzeniu Stolicy Piotrowej. Jak widać, stanowi to jedyny kerygmat i superdogmat konieczny do zbawienia.

W tym kontekście równie interesujące są podziały w łonie samego środowiska sedewakantystycznego na tle liturgii, przede wszystkim reform papieża Piusa XII. Z jednej strony prądy ultramontanistyczne nakazują absolutyzowanie wszelkich decyzji papieskich (w innym przypadku, postawa FSSPX wobec nowej Mszy wydałaby się uzasadniona), z drugiej jednak strony zdecydowana większość grup sede vacante dostrzega odejście od niektórych, wręcz starożytnych praktyk liturgicznych, co skutkuje silną potrzebą sprawowania liturgii według wcześniejszych edycji Mszału Rzymskiego, w praktyce prowadząc do ignorowania decyzji wydanych przez papieża Piusa XII. To powoduje, że niektórzy przedstawiciele nurtu sede vacante robią swoisty taktyczny unik, twierdząc, jakoby w reformach Piusa XII nie było nic szkodliwego dla wiary, przez co sprawowanie liturgii według obu wersji mszałów jest godziwe, ale sami preferują wersję sprzed reform. Powstaje jednak pytanie, na jakiej podstawie osoby te uzasadniły ową dowolność. Z pewnością nie wolą samego Piusa XII.

Na gruncie „prawosławnym” możemy zaobserwować podobne antagonistyczne relacje pomiędzy poszczególnymi wspólnotami, przy jednoczesnym podkreślaniu jedności wspólnoty (tzw. oikoumene). Prowadzi to nie tylko do indyferentyzmu względem zdefiniowanych dogmatów, ale również zjawiska dużej kreatywności względem rozstrzygania wielu kwestii doktrynalnych bądź kanonicznych. Zajmują się tym w dużej mierze osoby świeckie, prześcigające się w formowaniu własnych teorii związanych ze stanem sede vacante, włączając w to rzekomy bezwzględny brak obowiązku słuchania Mszy Świętej w niedzielę i święta nakazane z racji braku ustanowienia formalnych parafii, a także rzekomą możliwość wyboru własnego obrządku katolickiego w momencie przyjmowania święceń kapłańskich (z wszystkimi tego konsekwencjami, czyli chociażby kwestią celibatu). Obie tezy zostały opublikowane w komentarzach na pewnym poczytnym blogu sedewakantystycznym, spotkały się generalnie z ciepłym przyjęciem i uznano je jako „warte rozważenia”.

Wnioski praktyczne i konsekwencje teorii sedewakantystycznych

Hipoteza teologiczna to twór sam w sobie abstrakcyjny. Już sama znajomość teologii i filozofii scholastycznej pokazuje, jak na pozór łatwo przekonująco udowadniać tezy sprzeczne z rzeczywistością czy nauczaniem Kościoła. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy należy wyciągnąć praktyczne wnioski wynikające z owych hipotez, gdyż tutaj, bardziej niż karkołomne i samozwańcze teorie kolejnych domorosłych teologów, liczy się pewien zdrowy rozsądek.

Sedewakantyzm to w praktyce twierdzenie, że papieża być nie musi, Kościół trwa i bez niego. Według sedewakantystów Kościół obecnie istnieje i działa bez papiestwa, więc w konsekwencji papiestwo nigdy nie było mu potrzebne. Skoro wakat jest nieobsadzony już prawie 65 lat, umarli wszyscy mianowani przez papieży, do Piusa XII włącznie, kardynałowie i biskupi, to dlaczego taki stan nie mógłby trwać jeszcze dłużej, w nieskończoność?

Czy istnieje jakieś wyjście z tej sytuacji? Najbardziej szalonym pomysłem wydaje się samodzielny wybór nowego papieża. Środowiska podzielające takie przekonanie określa się mianem konklawistów. Skutkuje to wyborem antypapieży, takich jak Michał czy Pius XIII. Pierwszy z nich został wybrany przez osoby świeckie (własnych rodziców i znajomych!), drugi w wyniku konklawe zwołanego przez tzw. Prawdziwy Kościół Katolicki. Obaj nie posiadali udokumentowanych święceń kapłańskich. Innym przedstawicielem nurtu konklawistycznego, działającym z większym rozmachem niż dwaj wymienieni uzurpatorzy, jest antypapież Piotr III, stojący na czele wspomnianego już „Kościoła palmariańskiego”.

Należy jednak przyznać, że większość sedewakantystów nie przyznaje się do wprost do skłonności ku konklawizmowi. Istnieją zatem, ich zdaniem, trzy możliwości, aby obsadzić wakat na tronie Piotrowym. Pierwszym rozwiązaniem, wbrew pozorom mającym spore grono zwolenników, jest bezpośrednia interwencja Boża, która wskaże kolejnego papieża. Ta teoria cieszy się szczególną popularnością wśród osób zainteresowanych różnego rodzaju objawieniami prywatnymi, odbiega jednak od rzekomo „twardej” i „logicznej” teologii, którą jakoby posługują się sedewakantyści, ale takie wyjście jest w pewien sposób naiwne. Drugim rozwiązaniem kończącym stan sede vacante, miała być tzw. teza z Cassiciacum, w myśl której, w dużym uproszczeniu, posoborowi papieże znajdują się w stanie swoistego zawieszenia pomiędzy ważnym wyborem a niemożnością sprawowania urzędu ze względu na przestępstwo herezji. Jeszcze do niedawna teoria ta wydawała się z pozoru całkiem logiczna, dość łatwo rozwiązująca problem wyboru papieża – wystarczyłoby wyrzeczenie się przez niego błędów modernizmu. W sposób naturalny nasuwa się w tym miejscu pytanie, kto miałby to stwierdzić i osądzić papieża. Zapewne ci, którzy wcześniej „pozbawili” go urzędu, a więc sami sedewakantyści. Niestety, wbrew oczekiwaniom jej zwolenników, teza ta nie przetrwała próby czasu, ponieważ w myśl postulowanej przez sedewakantystów nieważności sakramentów oraz sukcesji apostolskiej w „Kościele posoborowym”, kolejni następcy Jana Pawła II nie posiadają ważnych konsekracji biskupich, a wraz ze śmiercią kard. Ratzingera, byłego papieża Benedykta XVI, jedynym kandydatem jest papież Franciszek, który w myśl sakramentologii sedewakantystów jest osobą świecką, nieposiadającą święceń kapłańskich. Tak więc nawet ta teoria nie pozwala na logiczne uzasadnienie przejęcia przez niego władzy nad Kościołem katolickim. Trzecim rozwiązaniem jest próba zwołania tzw. niepełnego soboru, w którym uczestniczyłaby rzecz jasna pokaźna reprezentacja sedewakantystycznego oikoumene. Teoria ta mogłaby w pewnym stopniu tłumaczyć wspomnianą wcześniej tendencję do mnożenia konsekracji biskupich, szanse bowiem wyboru „swojego” papieża zwiększają się wraz z liczbą elektorów z danego zgromadzenia. Również to rozwiązanie jest sprzeczne z praktyką katolicką, ponieważ takie kolegium elektorskie nie posiada żadnego mandatu do uczestniczenia w wyborze papieża, a sama idea soboru, pomimo pewnych formalnych uników, jako żywo przypomina herezję koncyliaryzmu.

Jaka jest zatem odpowiedź na kryzys w Kościele?

Arcybiskup Marcel Lefebvre w jednym ze swoich kazań powiedział, że wszystkie herezje i kryzysy w Kościele miały zawsze jedną przyczynę – niezrozumienie Chrystusa i Jego męki. Wielu herezjarchów patrzyło na ogrom męki Chrystusowej i stwierdzało, że ktoś, kto tyle wycierpiał, nie mógł być Bogiem. Z kolei inni uważali, że skoro Chrystus faktycznie był Bogiem, to był niezdolny do cierpienia, a więc nie mógł być człowiekiem. Podobnie w obliczu cierpienia Mistycznego Ciała, a więc Kościoła, wielu podważa jego Boskie ustanowienie, ewentualnie stwierdza, że być może Kościół wcale nie znajduje się w staniu kryzysu. Istnieje również pokusa opuszczenia takiego cierpiącego Kościoła i chęć stworzenia własnego, nowego i pięknego. Warto więc rozważać tajemnicę Kościoła w kontekście Wcielenia Chrystusa Pana, aby uniknąć zgorszeń, które miały miejsce przez niemal wszystkie wieki historii Kościoła. Wbrew opinii sedewakantystów, nie dotyczyły one tylko kwestii moralnych, jak to miało miejsce w przypadku papieży z okresu pornokracji czy pontyfikatu Aleksandra VI. I tak też, papież Jan XXII nie wierzył, jakoby dusza ludzka mogła posiadać wizję uszczęśliwiającą bezpośrednio po śmierci. Nie wyrażał jednak tego poglądu publicznie jako głowa Kościoła. Sedewakantyści twierdzą, że jeśli papież błądzi i zajmuje stanowisko sprzeczne z nauką Kościoła, to przestaje być katolikiem, a tym samym papieżem, dlatego też tron Piotrowy jest pusty. Przypadki papieży Jana XXII, Liberiusza, Honoriusza i Wigiliusza12 przeczą tej teorii. Papież jest członkiem Kościoła przez swą osobistą wiarę, którą może utracić, ale głową widzialnego Kościoła czyni go posiadana jurysdykcja i władza, które otrzymał, a które mogą współistnieć z jego osobistą herezją.

W przypadku papieży XX i XXI w. kwestia udowodnienia formalnej herezji wydaje się jeszcze trudniejsza z uwagi na „dorobek” filozoficzny heglizmu i modernizmu, którym są skażeni papieże począwszy od Jana XXIII, a w myśl którego nie istnieje coś takiego jak niezmienna prawda. Do stwierdzenia przestępstwa herezji wymagane byłoby pewne poczucie niezmienności nauki katolickiej i bezpośredni zamiar jej zaprzeczenia. Tak głęboka negacja rzeczywistości niezbędnej do zrozumienia istoty urzędu papiestwa powoduje zarazem dobrowolne poddanie się i rezygnację z narzędzi, które Chrystus dał papieżom, aby mogli sprawować władzę nad Kościołem. Od tego zresztą rozpoczęła się cała katastrofa II Soboru Watykańskiego, kiedy to ówczesny papież, Jan XXIII, pozwolił zgromadzeniu soborowemu na głosowanie nad zaakceptowanymi i uprzednio przyjętymi przez niego schematami przygotowawczymi, które miały następnie stać się dokumentami soboru. Teksty te były dogmatyczne, angażujące narzędzie nieomylności, podpisane przez samego papieża. Niestety, w wyniku tego głosowania, wszystkie schematy przygotowawcze, poza już wówczas budzącym wątpliwości schematem o liturgii, zostały odrzucone i napisane od nowa, tym razem piórem teologów wykazujących wcześniej silne tendencje neomodernistyczne. To przełomowe wydarzenie stało się punktem zwrotnym w historii Kościoła i ma swoje konsekwencje aż do dziś.

Pytanie o obecny kryzys Kościoła, siłą rzeczy zawsze łączy się z kwestiami eschatologicznymi, a więc zagadnieniem czasów ostatecznych. Wielu współczesnych katolików uważa, że Kościół znajduje się już w tym właśnie okresie dziejów, jednak odwieczna nauka katolicka poucza, że jeszcze nie wszystkie zapowiedziane przez Pana Jezusa znaki i proroctwa zostały spełnione. Żyjemy więc w pewnej figurze tychże czasów, swoistej „próbie generalnej”. Warto jednak sumiennie wypełnić polecenie Chrystusa Pana, który bardzo jednoznacznie i konkretnie wskazuje na to, aby odpowiedzi szukać w księdze proroctwa Daniela. Opisane są w niej wszakże wydarzenia tyczące się ściśle dni panowania Antychrysta, jednak pierwsze jej rozdziały mogą pomóc nam w zrozumieniu obecnej sytuacji Kościoła.

W czwartym rozdziale Proroctwa Daniela opisany jest sen króla babilońskiego Nabuchodonozora. Na początku widzenia ukazało mu się drzewo sięgające nieba i widoczne z granic ziemi, z obfitymi owocami, będącymi pokarmem dla zwierząt, z gałęziami, na których gromadziły się ptaki (por. Dn 4, 7–9). Niemal identyczny obraz odnajdziemy w Ewangelii, w przypowieści Pana Jezusa o królestwie Bożym i ziarnie gorczycy. Można więc przyjąć, że opis ten dotyczy samego Kościoła Świętego. Następnie król usłyszał głos Boży nakazujący, aby wyciąć to drzewo i obciąć jego gałęzie (por. Dn 4, 9–11), pozostawić jego korzeń w ziemi, spętać go łańcuchami i porzucić, aby rosa niebieska skrapiała go przez okres „siedmiu czasów”. W wyroku tym „postanowiono, aby żyjący poznali, że Najwyższy panuje w królestwie ludzi, a komukolwiek zechce, da je, a najpodlejszego człowieka ustanowi nad nim” (por. Dn 4, 14). Prorok Daniel tłumaczy królowi znaczenie tego snu, zapowiadając upadek królestwa babilońskiego oraz obłęd jego władcy – „Królestwo twe odejdzie od ciebie, i od ludzi wyrzucą cię, a z bydłem i ze zwierzętami będzie mieszkanie twoje; trawę jak wół jeść będziesz” (Dn 4, 28–29).

Przywołując na myśl wizję wyciętego drzewa – jak zapewne można się domyślać z innej przypowieści ewangelicznej – z powodu niedobrych owoców, jakie rodziło dla Kościoła Świętego, i postać Nabuchodonozora jako głowy Kościoła, widzimy, że nawet pozornie enigmatyczne słowa o jedzeniu trawy niczym wół, mają swój głęboki sens i mogą oznaczać swoiste pomieszanie ról w Kościele, kiedy to pasterz próbuje zachowywać się jak owca i nie korzystając z darów i narzędzi, jakie Chrystus ofiarował mu do pełnienia urzędu. Pocieszające jest zakończenie tej historii. Gdy przepowiadany przez Daniela obłęd ustąpił, król Nabuchodonozor odzyskał zdrowe zmysły i zaczął chwalić Boga. Nie traćmy więc nadziei, albowiem Bóg, również z ułomności ludzi Kościoła, potrafi wyprowadzić dobro, pisząc prosto po krzywych liniach. Nie zapominajmy o korzeniu królestwa Bożego na ziemi, jakim jest urząd papieski. Nawet spętany łańcuchami heglizmu i modernizmu nadal skrapiany jest zdrojami łask Bożych i posiada wszystkie środki pozwalające na wyjście z poważnego kryzysu, jaki od niemal 65 lat go trawi. Rozwiązanie jest zasadniczo proste i tak naprawdę oznacza powrót do właściwego rozumienia papiestwa i narzędzi, które zostały dane przez Pana naszego Jezusa Chrystusa każdemu następcy św. Piotra. Aby tak się stało, konieczne jest zrozumienie prawdziwej roli każdego z członków Mistycznego Ciała, co w przypadku świeckich i kapłanów oznacza przede wszystkim nieustanną i żarliwą modlitwę za namiestnika Chrystusowego, a nie sądzenie czy wybieranie kolejnego papieża.

Przypisy

  1. ↑Różne grupy sedewakantystyczne określają inaczej datę początku wakatu Stolicy Piotrowej. Większość z nich za ostatniego papieża uważa Piusa XII, niektórzy, w ramach pewnej akademickiej ostrożności, podają Jana XXIII, rzadziej Pawła VI, w praktyce równie chętnie nazywając ich jednak antypapieżami. Istnieją także grupy, które za ostatniego następcę św. Piotra uważają Piusa XI, a nawet Piusa IX. Do pewnej rodzimej egzotyki należy grupa twierdząca, że ostatnim znanym papieżem był zmarły w 1655 roku (!) Innocenty X, a następne konklawe były już tajne, przez co jego następcy nie są znani żadnemu katolikowi, aczkolwiek tron Piotrowy pozostaje obsadzony do dzisiaj.
  2. ↑Ks. R. Trytek, Sedewakantyzm: wstęp do problemu, https://pelagiusastu- riensis.wordpress. com/2014/02/02/ trtek-sedewakantyzm-wstep-do-problemu/ [dostęp: 23.12.2022].
  3. ↑Ks. R. Trytek, Początki oporu przeciw reformom II Sobo-ru Watykańskiego. W Stanach Zjednoczonych sedewakantyzm istniał od 1967 r., w Niemczech od 1969 r., w Argentynie prof. Disandro wraz z redakcją pisma ,,La Hosteria Volante” postawił pytanie o wakat Stolicy Apostolskiej w 1969 r., http:// www.sedevacante.pl//index. php?option=com_co ntent&task=view& id=52&Itemid=43 [dostęp: 25.12.2022].
  4. ↑Taka sytuacja miała miejsce w przypadku wezwania urzędującego papieża Innocentego XI (użyto jego świeckiego nazwiska) przez Francesco kard. Albizziego, inkwizytora, do stawienia się przed trybunałem Świętego Oficjum.
  5. ↑Np. bp Francis Schuckardt. Nieznana bliżej liczba sedewakantystów posiada również suk- cesję od lewicowo-liberalnego bp. Carlosa Duarte Costy, założyciela starokatolickiego Brazylijskiego Katolickiego Kościoła Apostolskiego. W 2020 r. feeneyista posiadający święcenia od „kościoła palmariańskiego”, bp Neal Webster, konsekrował bp. Josepha Pfeiffera, jednego z kapłanów, którzy odłączyli się w 2012 r. od FSSPX i stworzyli tzw. Ruch Oporu (FSSPX-Resistance). Sam przebieg ceremonii oraz błąd w formule konsekracji wskazują na duże prawdopodobieństwo jej nieważności. Bp Pfeiffer odłączył się od apostolatu bp. Williamsona.
  6. ↑Zagadnienie to zostało wyjaśnione przy okazji ekskomuniki biskupów tzw. Kościoła patriotycznego w Chinach. Papież Pius XII w encyklice Ad sinarum gentrem z 1954 r. i Ad apostolorum principis z 1958 r. potwierdził, iż z woli Bożej ustano- wiona jest podwójna święta hierarchia – mianowicie święceń i jurysdykcji. Władza święceń pochodzi z przyjęcia sakra- mentu święceń, ale władza jurysdykcyjna przechodzi z papieża na biskupów bezpośrednio na mocy prawa Bożego. Próbę przedefiniowania tych pojęć znajdujemy w Lumen gentium, gdzie jest mowa o tym, że biskup ma moc nauczania, nie tylko uświęcania.
  7. ↑Określanie jakichkolwiek dokumentów II Soboru Watykańskiego mianem „dogmatycznych” to bardzo wyrafinowana manipulacja. W rzeczywistości jedyną przesłanką do nazwania Lumen gentium mianem konstytucji dogmatycznej nie był fakt obecności jakichkolwiek definicji dogmatycznych i wiązania sumień katolików, ale jedynie podejmowanie w niej problematyki doktryny.
  8. ↑W 1983 r. szeregi Bractwa św. Piusa X musiała opuścić grupa sedewakantystycznie nastawionych księży i seminarzystów na czele z o. C. Kellym. Grupa ta dała początek nowej wspólnocie pod nazwą Bractwo Kapłańskie św. Piusa V. Z czasem Bractwo św. Piusa V podzieliło się na frakcje umiarkowaną oraz radykalną. Grupę umiarkowaną stanowią księża skupieni wokół bp. Kelly’ego (nielegalnie konsekrowanego przez bp. Méndez-Gonzaleza w 1993 r.). Radykałom przewodził bp D. Dolan.
  9. ↑A. Taumaturgo, Occult Lineages within the Traditional Roman.
  10. ↑Jest to obecnie bodajże najważniejsza linia podziału wśród sedewakantystów. Koncepcja o. Gerarda des Lauriersa, w myśl której papieże posoborowi są wybrani w sposób ważny, lecz głoszenie herezji zabiera im pełnię władzy jurysdykcyjnej właściwej papieżowi. Taki swoisty stan zawieszenia będzie trwał, aż do czasu porzucenia przez nich błędów modernizmu. Czyli, uściślając, okupant zostaje wybrany właściwie, ale brakuje mu odpowiedniego autorytetu, a więc w praktyce nie ma papieża, nie ma biskupów. Wyznawcy tej tezy nazywani są sedeprywacjonistami. Popiera ją bp Donald J. Sanborn i wspomniany włoski Instytut Matki Bożej Dobrej Rady, natomiast do zwolenników czystego sedewakantyzmu należą m.in. CMRI oraz Bractwo Kapłańskie św. Piusa V.
  11. ↑Z tego względu brat M. Diamond OSB z opactwa Świętej Rodziny uważa FSSPX, FSSPV oraz CMRI za heretyków.
  12. ↑Papież Liberiusz akceptował herezję arianizmu, papież Honoriusz podpisał dokument skażony herezją monoteletyzmu.

„Last Energy” !!! Amerykańska firma podpisała umowy w W. Brytanii i Polsce na 34 małe reaktory jądrowe… Brak licencji, ale oj-tam, oj-tam. Propaganda – i do przodu…

Last Energy !!! Amerykańska firma podpisała umowy w Wielkiej Brytanii i Polsce na 34 małe reaktory jądrowe… Brak licencji, ale oj-tam, oj-tam.

Tyler Durden deals-europe-small-nuclear-reactors 3 kwietnia 2023

W zeszłym tygodniu waszyngtońska firma Last Energy ogłosiła, że podpisała umowy w Wielkiej Brytanii i Polsce na trzydzieści cztery małe reaktory modułowe.

Szczerze mówiąc, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy ten nagłówek, założyliśmy, że brytyjska prasa popełniła błąd redakcyjny i poszliśmy dalej. Ale nasze początkowe wrażenie było błędne.

Są to jedne z najmniejszych konstrukcji reaktorów modułowych, o jakich do tej pory czytaliśmy, produkujące zaledwie 20 MW energii elektrycznej. Wszystkie z przytoczonych 34 zamówień odpowiadają łącznie około połowie elektrowni o skali gigawata, niezależnie od typu. Dla porównania proponowane reaktory NuScale produkują 77 MW, a rozważany przez TVA reaktor GE Hitachi BWRX 300 na terenie Clinch River ma, jak sama nazwa wskazuje, 300 MW. Wielkość nie jest jednak jedyną cechą odróżniającą Last Energy od jej bardziej konwencjonalnych konkurentów. Last Energy jest niezwykła, ponieważ jej wsparcie finansowe pochodzi od libertariańskich fundatorów z Doliny Krzemowej, którzy zazwyczaj są przedstawiani w prasie jako „burzyciele”. Prezes Last, założył w Waszyngtonie think tank Energy Impact Center, „który starał się odpowiedzieć na najważniejsze pytanie naszego życia: jak odwrócić zmiany klimatyczne. Odpowiedzią jest energia jądrowa”.

Sponsorowali również podcast „Titans of Nuclear”, w którym występuje wielu ekspertów i zagadnień z tej dziedziny. Zwracamy uwagę na to, że firma ta nie przypomina konwencjonalnej grupy wspieranych przez rząd kontrahentów z branży obronnej, reprezentujących większość pozostałych technologii SMR. Biorąc pod uwagę jej pochodzenie, nie dziwi, że Last Energy brzmi dla nas trochę jak Uber lub WeWork, ale dla nowych atomówek. Ich wzniosłym i wartościowym celem jest odwrócenie skutków zmian klimatycznych przy użyciu gotowej technologii jądrowej z innowacyjnym sposobem jej dostarczania. Ich celem jest „podążanie za najlepszymi praktykami przemysłu energii odnawialnej: skalowanie ilości, a nie wielkości”.

Ich propozycja to kompaktowy, o jednym obiegu reaktor wodny ciśnieniowy o mocy 20 MW, który mógłby stanąć na działce o powierzchni ½ akra. Wykorzystywałby on konwencjonalne paliwo jądrowe, uran wzbogacony do 4,95% oraz standardowe pręty paliwowe w układzie 17 na 17. Czas budowy szacowany jest na zaledwie 30 miesięcy. Jednak biorąc pod uwagę pełną modułowość wszystkich struktur elektrowni, szacowany rzeczywisty czas budowy na miejscu szacuje się na zaledwie trzy miesiące. Cykl paliwowy trwa 72 miesiące z trzymiesięczną przerwą na wymianę paliwa. Elektrownie te byłyby również chłodzone powietrzem, a firma chwali się niewielkim zużyciem wody, wynoszącym zaledwie 8 galonów na minutę. Kontrastuje to z dużym zapotrzebowaniem na wodę innych, nawet stosunkowo małych reaktorów. Podobnie jak inne mniejsze reaktory, projekt Last Energy będzie charakteryzował się „podziemną strukturą jądrową” i „wygodnym układem elektrowni”. Nie ma już dużych, wzmocnionych kopuł lub prostokątów z poprzednich projektów, które mogłyby wytrzymać każde hipotetyczne uderzenie, może poza asteroidą… Opisują swoje podejście jako „zorientowane na klienta” i że „nasza innowacyjność jest prosta: wykorzystać tylko sprawdzoną technologię jądrową, stworzyć powtarzalną, możliwą do wyprodukowania elektrownię i zdobyć kapitał prywatny”. Pierwsze rzeczywiste instalacje elektrowni mogą pojawić się już w 2025 lub 2026 roku. Żaden inny konstruktor SMR nie oferuje nowej elektrowni znacznie przed 2029 rokiem.

Jeśli chodzi o koszty, brytyjska prasa podała kwotę 100 milionów funtów lub mniej za jednostkę 20 MW, czyli około 6 135 dolarów za kW.

Dotyczyło to 34 europejskich reaktorów, 24 w Wielkiej Brytanii i 10 w Polsce. Rumunia również rozważa tę konstrukcję. Firma zabezpieczyła PPA, umowy o zakup energii, z 4 partnerami przemysłowymi. W Polsce partneruje im Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna . W Wielkiej Brytanii mają trzy partnerstwa przemysłowe zidentyfikowane jedynie jako „kampus nauk przyrodniczych, producent paliw zrównoważonych i deweloper hiperskalowych centrów danych”. Last Energy jest wyjątkowe, ponieważ oferuje „one stop shopping” dla nabywców energii jądrowej. Stwierdzają, że „Obejmujemy wszystkie aspekty procesu inwestycyjnego, w tym projektowanie, budowę, finansowanie, serwis i eksploatację.”

Europejska Agencja Energii Atomowej, która monitoruje kwestie związane z energetyką jądrową, wymienia obecnie dwadzieścia jeden obiecujących technologii jądrowych. (W każdej z pięciu kategorii nowych, małych technologii jądrowych: chłodzonych wodą, gazem, szybkim spektrum, mikro (do których zalicza się Last Energy) oraz stopioną solą, znajduje się wiele pozycji. Szeregują te różne technologie według pięciu kryteriów: licencjonowania, lokalizacji, łańcucha dostaw, zaangażowania i paliwa. Żadna z tych technologii nie została jeszcze komercyjnie licencjonowana. NEA stwierdziła, że mniej niż połowa wyróżnionych technologii mogłaby uzyskać finansowanie dla pierwszej w swoim rodzaju jednostki, a jeszcze mniejszy podzbiór byłby w stanie uzyskać umowy na zakup energii, co udało się Last Energy.

Jedną z głównych różnic między BWRX 300 czy NuScale a PWR 20 firmy Last jest kwestia licencji. Dwie pierwsze firmy bardzo starają się opisać i zareklamować swoją bliskość do zezwoleń. Na stronie internetowej Lasta czytamy, że „Największą niepewność stwarza proces licencjonowania”. Dalej wyrażają nadzieję, że w zakresie rozwoju projektu „jesteśmy w stanie produkować równolegle z naszym procesem licencjonowania”. Niezależnie od sposobu opisywania procesu regulacyjnego /licencyjnego, NEA podsumowuje podstawowy proces w USA i Europie jako składający się z czterech zasadniczych etapów: 1) interakcji przedlicencyjnej z organami regulacyjnymi, 2) zatwierdzenia projektu, 3) budowy, i wreszcie 4) wydania licencji operacyjnej i komercyjnej eksploatacji. Mówiąc inaczej, nie będzie miało znaczenia, jak szybko inżynierowie Last Energy potrafią wyprodukować i zmontować reaktor PWR 20, dopóki różne organy regulacyjne nie zatwierdzą ich projektu.

Z punktu widzenia akceptacji komercyjnej trudno nawet zaryzykować przypuszczenie dotyczące przyszłej technologii SMR, ponieważ tak naprawdę mówimy o cyklu zastępczym, głównie dla starzejących się elektrowni na gaz ziemny w latach 2040. Zakładając, że nowa generacja reaktorów SMR zacznie działać zgodnie z planem pod koniec tej dekady, nie ma powodów, aby sądzić, że rynek skupi się wokół jednej wielkości lub technologii SMR znacznie wcześniej niż w połowie lub pod koniec lat 2030. W tej chwili możemy jedynie stwierdzić, że istnieją dwa rynki SMR – reaktory o skali niemal użytkowej, produkujące 300 MW, takie jak model BWRX, oraz mikroreaktory o mocy 5-50 MW, w tym Last Energy. I że są one adresowane do bardzo różnych typów klientów. Przedsiębiorstwa energetyczne skłaniają się ku większym reaktorom ze względu na koszty – większe wciąż uważane są za tańsze. Z drugiej strony mniejsze reaktory są atrakcyjne dla działalności komercyjnej i przemysłowej, dostarczania pary technologicznej i kompatybilności z systemami ciepłowniczymi. I właśnie w tym obszarze Last Energy zdaje się robić postępy.

W końcu jednak ani techniczne, ani biznesowe umiejętności firmy Last nie odniosą skutku, jeśli opinia publiczna nie będzie czuła się komfortowo na myśl o mini elektrowniach atomowych rozsianych w najbliższej okolicy. Będą one musiały być chronione przed terrorystami, być może przez słabe rządy, a ich odpady będą musiały być transportowane przez miasta i okolice zamiszkałe do obiektów jeszcze nie zbudowanych. Mini atomówki wyglądają ciekawie na papierze. Ale jak to się mówi „zobaczymy w praniu”. Coś lepszego może się pojawić, gdy będziemy czekać.

==================================

mail:

…co ciekawe, wskazano tam na lokalizację – katowicką specjalną strefę ekonomiczną (gdzie mieszkam). Część naszych kopalń zrównano z ziemią i tak „zaorano”, żeby już węgla nie wydobywać – więc to jest kolejny krok. Oczywiście trzeba zadać pytanie skąd będziemy mieli energię za 10-15 lat, gdy zapewne większość kopalń zostanie zamknięta.

Sandro Magister: Franciszek krytykuje „prozelityzm”. A to jest NAWRACANIE. O nawracaniu Chinek w XVII wieku.

Sandro Magister: Franciszek krytykuje prozelityzm. A to jest NAWRACANIE.

Co powiedziałby jednak o nawracaniu Chinek w XVII wieku?

to-nie-prozelityzm

Papież Franciszek często krytykuje prozelityzm. Zrobił to także ostatnio w kilku wywiadach. Pytanie jednak, co powiedziałby wobec świadectwa nawracania Chińczyków w XVII stuleciu; praktyka pokazuje bowiem, że zwłaszcza dzięki licznym nawróceniom kobiet zaczęła rozwijać się w Chinach pomoc ubogim. Pisze o tym na swoim blogu watykanista Sandro Magister.

W wywiadach udzielanych przy okazji 10. rocznicy pontyfikatu, Franciszek wrócił do swojej standardowej krytyki „prozelityzmu”. Franciszek powołuje się zawsze na Benedykta XVI i Pawła VI, by uzasadnić swoją koncepcję ewangelizacjo jako cichego dawania świadectwa.

Sandro Magister: Jednak także poprzedni papieże wskazywali, że samo świadectwo nie wystarcza. Przykładowo Paweł VI zwracał uwagę na konieczność jego wyjaśniania.

Powstaje zatem pytanie, co myślał sobie Franciszek czytając niedawno artykuł autorstwa o. Federico Lombardiego SJ opublikowany na łamach „La Civiltà Cattolica”, w którym opisano wysiłki jezuickich misjonarzy na rzecz rozprzestrzeniania chrześcijaństwa w Chinach w XVII wieku. W 1627 było w Chinach 13 000 katolików, w 1636 roku już 40 000, w 1640 – 60 000, a w roku 1651 – 150 000.

[Wg wiarygodnych informacji [ Michel O’Brian] na początku III tysiąclecia w Chnach chrześcijanami było 10% ludzi – . MD]

O. Lombardi skupił swój opis na ewangelizacji chińskich kobiet, które w tamtejszej kulturze starano się szczególnie zamykać przed światem zewnętrznym. W 1589 roku kilka szanownych chińskich matron został ochrzczonych przez o. Matteo Ricciego w Zhaoqing na południu kraju. Rokiem przełomowym był 1601, kiedy do Shaozhou przyjechał o. Nicolò Longobardo; miał chińskiego ucznia, który chrzcił kobiety z wyższych sfer; one z kolei niosły chrześcijaństwo innym kobietom, nawet o niższym statusie społecznym, co było wówczas nieledwie cudem.

Szczególnie egzotyczna była dla Chinek praktyka spowiedzi, zwłaszcza w związku z faktem wyznawania po cichu grzechów mężczyźnie, w dodatku cudzoziemcowi. Ze względu na wymogi kulturowe, jezuici siadali w pokoju przedzielonym na pół zasłoną, poprzez którą rozmawiali z Chinką, nie widząc jej; w tym samym pomieszczeniu była zawsze obecna jeszcze inna osoba, na tyle jednak daleko, by nie słyszeć samej spowiedzi.

Jezuici starali się trafić również do pałacu cesarskiego – i do samego cesarza. Protagonistą tych wysiłków był o. Adam Schall von Bell z Niemiec, który przyjechał do Pekinu w 1623 roku. Chińscy urzędnicy poprosili go o pomoc w opracowaniu reformy kalendarza. W 1635 o. Schall nawrócił wpływowego eunucha, który rozprzestrzenił następnie Ewangelię pomiędzy kobietami w pałacu. Ojciec Schall ochrzcił wiele z nich. W 1644 upadła dynasta Ming; część gałęzi rodziny musiała uciekać z Pekinu na południe. Pretendent do tronu cesarskiego, Yunli, dał swojemu nowonarodzonemu synowi imię Konstantyna, by w ten sposób wskazać na jego przyszłą rolę jako chrześcijańskiego cesarza Chin.

O. Lombardi opisał następnie historię Kandydy, prawnuczki Xu Guanggi, członka dynastii Ming, konwertyty, jednego z przyjaciół o. Matteo Ricciego. Kandyda miała ósemkę dzieci, owdowiała w wieku 30 lat, co dało jej relatywnie dużą swobodę działania. Zarządzała przedsiębiorstwem związanym z wyrobem jedwabiu, dzięki czemu dysponowała dużymi środkami finansowymi – i wykorzystywała je dla wsparcia misjonarzy oraz biednych, do budowy kościołów i kaplic etc.

Kandyda oddała się szczególnie ewangelizacji kobiet, dbając o to, by otrzymywały pobożne lektury w języku chińskim. Udało jej się też stworzyć kościoły tylko dla kobiet, tak, że Chinki mogły uczestniczyć w Mszy świętej bez obecności jakichkolwiek mężczyzn, poza kapłanem i ministrantem. Kandyda zajmowała się też sierotami, niewidomymi, organizując dla nich specjalne przybytki z pomocą. Gdy do Europy powracał jej mistrz duchowy o. Philippe Couplet, Kandyda powierzyła mu 300 chrześcijańskich książek napisanych po chińsku przez misjonarzy. Znajdują się dziś w Bibliotece Watykańskiej. Książki miały przekonać Rzym, że Kościół w Chinach jest żywotny i gotów na to, by posiadać własne duchowieństwo i celebrować liturgię w języku chińskim.

Kandyda była postrzegana jako święta; podobnie należy na nią patrzeć również i dzisiaj, podkreślił w swoim artykule o. Federico Lombardi.
„Święta, która była w stanie przysporzyć wierze chrześcijańskiej wielu prozelitów – tak, jak nakazuje to Ewangelia” – podkreślił Sandro Magister.

Źródło: magister.blogautore.espresso.repubblica.it pach

Czas na jasny podział. „Daj kreskę Dowejce”.

Ułański błąd Marszałka Piłsudskiego

Czas na jasny podział. „Daj kreskę Dowejce”.

JOW to nie panaceum na wszystkie bolączki, lecz na pewno Maczuga

Mirosław Dakowski https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.96_45.php

18.03.2007.

Przed dwoma laty przeprowadziliśmy w gronie matematyków i polityków ilościową analizę wieloparametryczną (t.j. uwzględniającą osiem różnych aspektów ideowych, politycznych i gospodarczych) sytuacji Polski.. Część opisową wyników (niestety bez wykresów) umieściła mi uprzejmie Myśl Polska (25. I. 98). Tam odsyłam po szczegóły.[pewnie już niedostępne… 2023]

Analiza ta wykazuje, że podziały przebiegają wewnątrz wszystkich liczących się partyj politycznych, też wewnątrz hierarchii Kościoła, wewnątrz różnych ruchów społecznych. Część ludzi pretendujących do miana „dożywotnich mężów stanu” stoi w tak szerokim rozkroku, że … uprzejmie można to nazwać „szpagatem”. Niestety nie udało mi się wtedy umieścić drugiej części artykułu, ukazującej, jak zasada wyboru najlepszego (w.g. wyborców) kandydata (osoby!) w małym okręgu rozbiła w gruzy (Włochy) dotychczasowe partie, partyjki i koalicje, a wymusiła powstanie nowych, realnie konkurujących bloków.

Tym samym poważnie osłabiła tam mafie i masonerię. Nie mówię jedynie o jawnie kryminalnej loży Propaganda Due (P2), lecz także i o Wielkim Wschodzie. M. inn. Wielki Mistrz Wielkiej Loży Włoch Giuliano di Bernardo – ten sam, co parę lat wcześniej chciał swe „światła” wprowadzić w Europie Wschodniej – wycofał się z działalności.

Politycznie we Włoszech powstały dwa bloki: Ulivo i Polo.

W Polsce obecnie takimi naturalnymi blokami byłyby z pewnością:
A. Blok katolicko-narodowo-niepodległościowy, dla którego najwyższą wartością polityczną jest interes Polski i Polaków, m.inn. mający w programie ukrócenie przyzwolenia na „rozmywanie” prawdziwych wartości i na rabunek przez klikę najsprytniejszych, oraz
B. Unia między dwiema przenikającymi się grupami: 1) „internacjonalistami” i t.zw. „socjal-demokratami” spod znaku Marksa (ateistami) oraz 2) grupą zwolenników rozmycia się narodów w „postępowej Europie”, „humanistów” spod znaku UE, kielni i synarchii, czyli – „nieznanych mędrców” rządu światowego, jak się w swej pysze nazywają. Czcicieli „księcia tego świata”.
Dla obu grup z nurtu B największym wrogiem i przeszkodą jest: w porządku duchowym Kościół Chrystusowy, a w porządku ziemskim – rodzina i państwa narodowe.
Powinniśmy dążyć do takiej polaryzacji pod jasnych hasłem: „policzmy się!” Policzmy, ilu jest ICH, a ilu NAS. Zobaczymy, co te bloki mogą realnie zapewnić wyborcom, narodowi.

]Zadziwia mnie, że część publicystów i działaczy zgadzających się z powyższą diagnozą jakby nie zauważało możliwości użycia przez nas w tej walce potężnej broni: sposobu (mechanizmu) doboru elit politycznych. Skończy się plaga „trzecich sił” o szczytnych hasłach – lecz bezsilnych. „Ruchy” i „nurty” będą w sposób naturalny zmuszone do łączenia się.

„Nie tędy droga”. A którędy?

W odróżnieniu od A.Horodeckiego (MP z 23. I), nie boję się braku „kandydatów na polityków reprezentujących dobro narodu i Rzeczypospolitej”. Takich ludzi mamy, takich ludzi znamy, ale brak nam sposobu ich wypromowania. Taki sposób – to wybieranie przez tych, którzy kandydatów znają (często od pokoleń) t.j. przez mieszkańców tej samej ziemi czy powiatu. Zadziwia dwukrotne przyznawanie przez A. Horodeckiego, że „JOW jest wyrazem cywilizacji łacińskiej”, a z drugiej strony nawoływanie, że „Nie tędy droga” lub, jak pisze p. Ułański (MP 30. I) że istnieje (groźna?) „Pułapka ordynacji większościowej”.

Używając terminologii Feliksa Konecznego, ordynacja pseudo-proporcjonalna jest przecież owocem mieszanki cywilizacji turańskiej (kult wodza obozu) oraz cywilizacji żydowskiej (poprzez socjalizm). Jest więc skutkiem stanu acywilizacyjnego. Taka predylekcja mogła nie dziwić w otoczeniu J. Piłsudskiego, ale wśród narodowców??
P. Horodecki proponuje, by „uświadomić polityków, niech nastąpi jeden podział: za czy przeciw Polsce”. Czemu Pan, Panie Andrzeju, nie chce zobaczyć, że JOW daje właśnie takie narzędzie?

Musimy jednak w tym celu uświadomić Naród (przeszło 28 mln ludzi), a nie dogadaną między sobą klikę ok. 10 tys. beneficjentów Władzy. Oczywiście JOW to nie panaceum na wszystkie bolączki, lecz na pewno Maczuga na polityków zakłamanych i żerujących na wbudowanej w system nieodpowiedzialności przed wyborcą. Mówiąc realnie: „politycy”, t.j. ci, co są blisko władzy wolą listę krajową i okręgową, pseudo-proporcjonalność zapewniającą im dożywocie – i łatwe „wkręcenie” do władzy swych potomków czy znajomków (por. określenie prof. J. Staniszkis „renta władzy”). My – ludzie, wyborcy, wolimy przeegzaminować konkretnego polityka przy każdych wyborach! Wprowadzenie systemu JOW rozrywa dotychczasowe powiązania niejawne. Oczywiście – mogą być one odbudowane, ale to zajmie dużo czasu i sporo wysiłku. Od dojrzałości wyborców i uczciwych polityków zależy, by te słowa „dużo” i „sporo” były znaczące.

Największy błąd Marszałka

Warto zastanowić się, czy nasi ojcowie mogli w dwudziestoleciu II-giej Rzeczypospolitej osiągnąć więcej korzyści dla Polski i dla nas.
Tak wielbiciele, jak i przeciwnicy Marszałka Piłsudskiego (w każdym razie ogromna ich większość) zgadzają się z tym, że był on polskim patriotą i że kochał Polskę. Nie miał jednak wysokiego mniemania o zdolnościach Polaków do samo-rządzenia się. Powtarzał (za Wielopolskim), że dla Polski można wiele zrobić, lecz we współpracy z Polakami – raczej niewiele.
Z lekceważenia umiejętności Polaków, z ułańskiej niefrasobliwości (no i z pychy) wynikła brzemienna dla nas w skutki decyzja o sposobie wybrnięcia z „sejmokracji” panującej w pierwszych latach II Rzeczypospolitej. Skutkiem decyzji Piłsudskiego był krwawy przewrót z maja 1926 roku. Z jednej strony kosztował on życie prawie czterystu młodych Polaków, a z drugiej był przyczyną powstania rządów jednej grupy – „bezpartyjnej partii” – BBWR. Tę nielogiczną groteskę próbowano małpować jeszcze przed paru laty. Po roku 1926-tym zamiast bałaganu sejmokracji powstały rządy co prawda stabilne, ale ułatwiające wzrost klik i „układów nieformalnych”. Dla nas, Polaków na przełomie tysiącleci, jest najważniejsze, iż życie polityczne współczesnej Polski jest zarażone obiema powyższymi chorobami. Tak sejmokracją i nieodpowiedzialnością „koalicji”, jak i mafijnością. Czyżby Nabyty Brak Odporności ? NIE:
Gdyby Marszałek bardziej wierzył w rozum swoich uczciwych doradców, czy w rozsądek Polaków, to zrozumiałby na czas, że sposób doboru elit politycznych narzucony przez socjalistyczną, „postępową” konstytucję marcową był receptą na rozdrobnienie nurtów politycznych. Narzucono tam przecież naszym ojcom i dziadom „ordynację proporcjonalną”, sztuczny twór socjalistów belgijskich sprzed (wtedy) pół wieku.
Czy człowiek światły i uczciwy mógł nie widzieć, że prowadzi to w sposób nieunikniony do rozdrabniania nurtów politycznych na partie, partyjki, ruchy i odłamy? Ano, jak widać, mógł!
Gdyby Józef Piłsudski w maju 1926 r. wymusił zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu na znaną już wtedy od 150-ciu lat ordynację z jednomandatowymi okręgami wyborczymi [por. IV Księga Pana Tadeusza, „Daj kreskę Dowejce”] – JOW, to spowodowałby tym samym powstanie dwóch stabilnych obozów (raczej partii) politycznych. A chyba o stabilne rządy rzetelnych patriotów mu w rzeczywistości chodziło. Najpewniej byłby to obóz socjalizująco-równościowy oraz partia narodowa. Partie te musiałyby mieć wewnętrznie spójne programy – i musiałyby je realizować (po ewentualnym wygraniu wyborów). Zostaliby do tego zmuszeni wszyscy politycy, włączając w to tak mężów stanu, jak i t.zw. „intrygantów” i „warchołów”. Nie wchodzę w to, czy były to epitety słuszne. Stwierdzam tylko, że przy ordynacji jednomandatowej nie opłaca się posłom, ani partii będącej u władzy nie spełniać swych obietnic przedwyborczych. Po drugie: partia rządząca na skutek wyboru poprzez JOW nie ma kuli u nogi w postaci „koalicjanta”, z którym musi zawsze zawierać „kompromisy”. Taka choroba (bardzo groźna dla społeczeństwa) trafia się zaś zwykle w państwach niby-demokratycznych na skutek wyborów pseudo-proporcjonalnych. Jest też wygodną wymówką dla nieuczciwych, małych polityków: Powoduje możność lekceważenia swych programów przedwyborczych przez partię u władzy, czyli jest przyczyną nie-rządu.
Światowe doświadczenie krajów zdrowej demokracji pokazuje, że wyborcy po jednej czy dwóch kadencjach zniechęcają się do partii u władzy, co przy następnych wyborach większościowych powoduje odmianę. Wystarczy do tego jednak jedynie zmiana poparcie z np. 53 % na 47%, a „nowa” partia u władzy już uzyskuje większość zdolną do wyłonienia stabilnego rządu. I stoi przed koniecznością spełnienia klarownego, jednoznacznego programu. Nic więc dziwnego, że kliki partyjne mające na celu wyciągniecie największych korzyści osobistych tak lubią mętną wodę „umów koalicyjnych” i zwalania przyczyn swych klęsk gospodarczych czy społecznych na „koalicjanta”, A nieczysty „kompromis” z koalicjantem musi się pojawić przy ordynacji pseodo-proporcjonalnej.
Gdyby w latach 20-tych wprowadzono w Polsce ordynację JOW, to w partiach powstałych na podstawie takich mechanizmów doboru, ogromna rolę graliby działacze terenowi, powiatowi, a nie „oficerowie legionowi” (zresztą cudownie wtedy, na początku lat trzydziestych, rozmnożeni). Istniała szansa: gdyby Marszałek w dziesięcioleciu po 1925r. znał te cechy ordynacji Jednomandatowej i ją wprowadził, to każda „ziemia” czy powiat mogłyby wystawić najlepszego ze swych reprezentantów. Polska pod koniec Drugiej Rzeczypospolitej byłaby na pewno zdrowsza, silniejsza i … łatwiej przeżyłaby następne kataklizmy narzucone nam z zewnątrz.
Obecna sytuacja Polski i Polaków jest na pewno o wiele bardziej krytyczna, niż w latach 30-tych. Konieczne jest więc, byśmy dołożyli wszystkich sił, by tego największego błędu Marszałka nie powtórzyć. Jesteśmy dojrzalsi o trzy pokolenia, uczmy się na cudzych błędach oraz w bibliotekach i w dyskusjach. Pozatem – bądźmy pokorniejsi.
Ciężkie milczenie mediów na temat Jednomandatowych Okręgów Wyborczych świadczy o tym, że ośrodki decydujące o czym mówić wolno i należy, boją się poruszenia sprawy JOW. Zażenowana bierność polityków znajdujących się już w sejmie czy senacie w czasie targów, przepychanek i intryg związanych z wymuszoną przez „reformę administracji” zmianą ordynacji źle Polsce wróżą. Świadczą o tym, iż kto już doszedł do władzy, to stara się przy niej pozostać, nawet kosztem niespełnienia swych programów i obietnic przedwyborczych. Nadzieja w działaczach młodych, rzutkich i z doświadczeniem samorządności terenowej. Inaczej „warszawka”, czy jak te samozwańcze i samo-podtrzymujące się „elity polityczne” nazwać, nas dobije. Ruch oddolny może sytuację zmienić.

Szarża ułańska – ale czy z głową?

Po napisaniu tego tekstu przeczytałem (MP, 30.I) artykuł „Pułapka ordynacji większościowej”. Sprostuję jedynie parę nieporozumień
1) Ruch na rzecz JOW działa od ośmiu lat, a nie dwa lata. Był w większości mediów przemilczany. Zebraliśmy ok. 200 tys. podpisów pod żądaniem referendum w sprawie Ordynacji. Zbieraliśmy je jednak głównie nie po to, by wymusić referendum, lecz by przy zbieraniu dyskutować i przekonywać ludzi, wyborców. Oraz by nawet sprzedajni żurnaliści (a jest ich niemało) byli zmuszeni uznać tę dyskusję za „News” godzien przedstawienia. Zaś „band wagon effect” (czyli nacisk opinii) spowoduje wtedy, że zagrożeni „emeryturą” politycy przypomną sobie, iż w programach przedwyborczych obiecywali wprowadzenie JOW.
Odniosę się do kolejnych punktów w artykule p.Ułańskiego.
Ad pkt.1 u Ułańskiego. Tak w mych audycjach w Radio Maryja, jak i w dziesiątkach wystąpień publicznych w Polsce (w 1997r) przeciw projektowi obecnej konstytucji wskazywałem (a obecnie wskazuję skutki!) tej strasznej zasady nieodpowiedzialności posła przed wyborcą. Bo… właśnie JOW taką odpowiedzialność wymusza.
Ad 2. Nie powinno nam tak zależeć na istnieniu „posłów niezależnych”. Za to zasada JOW rozbije obecne, sztuczne partie karierowiczów, a powstaną nowe partie, zgrupowane w naturalne dwa bloki . Jakie – opisałem powyżej.
Ad 3. Kandydat do sejmu J. Buzek otrzymał 1488 głosów na prawie milion uprawnionych. Czyli jeden wyborca na ok. 760-ciu dał się do Jego osoby przekonać. Rzeczywiście, J.B. wszedł z listy krajowej. Ale z list okręgowych (partyjnych ) też wchodziły miernoty. W poprzednim sejmie (akurat te dane mam pod ręką) „naszym reprezentantem” został jakiś człek („socjolog z Mosiny”), który otrzymał 640 głosów na prawie milion uprawnionych, inny „przedsiębiorca” – 711 głosów na prawie milion. Zasada JOW obala obie anomalie – obie listy partyjne.
Ad 4. Nie jestem zwolennikiem „sprawiedliwego” rozdrobnienia partyjnego – to pułapka myślenia socjalistycznego. Najlepsi (a nie najbardziej krzykliwi!) z każdego bloku (t.j. narodowego i kosmopolitycznego, jak sądzę) będą walczyli o wyborcę. Przykład Kanady i rządzącej kiedyś partii premiera Mulroney’a (o przydomku „Lying Brian”) opisany jest w „Otwartej Księdze” Lazarowicza i Przystawy. Po szczegóły odsyłam do tej książki. Partia Konserwatywna (Briana), która miała 157 mandatów w 290-osobowyn parlamencie, po ujawnieniu oszustw, w nowych wyborach otrzymała tylko jeden mandat. Czy to „niesprawiedliwe”? Może, ale jakże skuteczne. Pozatem: JOW zapewnia stabilny rząd bez koalicji ani „kompromisów”. Zapewnia odpowiedzialność tak posła, jak i rządzącej partii. A tego nam bardzo potrzeba. JOW zdyscyplinuje „działającą w rozproszeniu opozycję”. Jestem doświadczalnikiem, nie marzycielem. Znów odsyłam do „Otwartej Księgi” – do analizy sytuacji we Włoszech. I do artykułu J.Przystawy na Konferencji w Nysie. Warto to przedrukować. Tam są dane, a nie gdybania ani insynuacje.
Ad 5. Luudzie! Co ma wspólnego mechanizm wyborów na prezydenta (w okręgu o 28.4 milionach uprawnionych) z wyborami w okręgu o 58 tys. uprawnionych? Toć w pierwszym wypadku można (trzeba!) wydać miliony dolarów na propagandę, na odchudzenie delikwenta, na pomalowanie mu buzi na brązowo i na nauczenie zgrabnego recytowania sloganów. Co za praca, szczególnie, jeśli kandydat jest głąbem. W okręgu do sejmu (58tys.) ludzie widzą kandydata i naprawdę go znają. Co do szans komunistów: W parlamencie włoskim weszło (z JOW) tylko 8-miu komunistów na 630 miejsc w Camera! Reszta (z Massimo d’Alemą) weszła z 25% „proporcjonalnych” miejsc… Jeśliby zaś np. Balcerowicz wyeliminował Krzaklewskiego, to byłaby przecież ulga dla Polski, prawda? Lepszy jeden taki, niż dwóch.
Ad 6 i 7. Tak, musimy zmienić konstytucję! Jeśli Naród zobaczy, w czym jej największa wada, i da temu wyraz, to i „pseudo-proporcjonalni” posłowie ją zmienią, by się starać u władzy utrzymać. Ale władza nie będzie już organicznie zrośnięta z bezkarnym rabunkiem i kłamstwem… Będzie władza i odpowiedzialność.
Na zakończenie propozycja: Może insynuacje, n.p. że „promowanie JOW ma (…) za zadanie odwrócić uwagę od niebezpieczeństwa likwidacji w najbliższym czasie Rzeczypospolitej jako suwerennego państwa” (A.H.) pomińmy? Pozatem: Ułan to nie rycerz średniowieczny, powinien więc walczyć z otwarta przyłbicą, szczególnie, że nie ma do czynienia z podstępnym, cynicznym wrogiem, lecz z lojalnym sojusznikiem. Zorganizuj, o Naczelny MP, dyskusję redakcyjną, o najlepszym sposobie doboru Elit Politycznych ! Niech to się stanie podstawą szerokiej dyskusji narodowej.
Nie powtarzajmy – cudzego – grzechu pychy ani tchórzostwa.
Uczciwe i odważne elity w Polsce istnieją. Oby pojawiły się w parlamencie.

Cherchez la femme!

Cherchez la femme!

[Od tych jeremiad, czyli RACJONALNYCH ARGUMENTÓW, upłynęło już 14 lat – a absurd „proporcjonalności” ciągle nam szkodzi. MDakowski]

Jerzy Przystawa 31.08.2009. https://www.dakowski.pl/archiwum/pliki/index.1361_45.php

Bardzo dobrze się stało, że polskie sufrażystki tak dzielnie wystąpiły o specjalne prawa wyborcze dla pań, albowiem dzięki temu polscy inteligenci zaczynają powoli odkrywać rolę i znaczenie ordynacji wyborczej, a w szczególności, jak się ma do zasad demokracji, sformułowanych w Konstytucji RP, obowiązujący w Polsce od 20 lat system list partyjnych, nazywany, w ramach obowiązującej dialektyki, systemem „proporcjonalnym”.

Po upływie niecałych dwu dekad nasze bystre i aktywne politycznie panie zauważyły, że w Sejmie i Senacie RP nie sposób się doliczyć proporcjonalnej reprezentacji dam, które, według obowiązujących spisów wyborców, stanowią nieco ponad połowę populacji Polaków i Polek. Tymczasem Konstytucja, w art. 96 ust. 2 wymaga, żeby wybory do Sejmu były „proporcjonalne”. Twórcy Konstytucji, z jakiegoś powodu, takiego wymogu nie postawili wyborom do Senatu, więc sprawę tę możemy chwilowo odłożyć na później, bo w tym przypadku zagwarantowanie odpowiedniej reprezentacji Pań wymagałoby zmiany ustawy zasadniczej.

Ordynacja wyborcza do Sejmu, jak powszechnie wiadomo, szczególnie leży na sercu naszemu Premierowi, który już wielokrotnie publicznie deklarował zdecydowaną wolę jej reformy, a nawet posunął się w tym roku do zapewnienia, że „nie spocznie dopóki nie wprowadzi w wyborach do Sejmu jednomandatowych okręgów wyborczych” (JOW). Jest to jak najbardziej spójne z jego wcześniejszymi deklaracjami, że przypomnę tylko wypowiedź podczas Sesji w dniu 9 stycznia 2003, kiedy występując z pozycji wicemarszałka powiedział: „Jeśli Polacy dzisiaj tak nisko cenią własne przedstawicielstwo, także naszą Izbę, to nie tylko ze względu na jakość pracy, ale także z tego pierwotnego powodu, jakim jest poczucie niepełnego uczestnictwa, często fałszywego, zafałszowanego uczestnictwa obywateli w akcie wyborczym. Polacy od lat mają przekonanie – i to przekonanie narasta – że dzień, w którym wybierają swoich parlamentarzystów, jest tak naprawdę dniem wielkiego oszustwa polskiego wyborcy przez aparaty partyjne”.

Platforma Obywatelska – która kilka lat temu zebrała ponad 750 tysięcy podpisów obywatelskich pod wnioskiem o referendum, w którym jednym z pytań byłoby pytanie o JOW w wyborach do Sejmu – przygotowuje obecnie projekt ordynacji wyborczej, w którym sformułowany jest wymóg:  „Liczba kobiet na liście okręgowej nie może być mniejsza niż liczba mężczyzn”. Sam Premier, nie czekając na procedury legislacyjne, od razu oświadczył, iż korzystając ze swoich uprawnień lidera partii, zapewni kobietom połowę pierwszych miejsc na okręgowych listach wyborczych! Domyślać się więc wolno, że te „kobiece jedynki” (zgodnie z logiką: jeden = jeden) stanowić mają jakiś dialektyczny zamiennik jednomandatowych okręgów wyborczych.

Wszystkie te pomysły i propozycje wywołują dyskusje, którym wypada tylko przyklasnąć, gdyż taka dyskusja może polskiemu inteligentowi pomóc w zrozumieniu znaczenia zapisu konstytucyjnego głoszącego, że „wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne”, a także dlaczego np. wybory do Senatu już ani równe, ani proporcjonalne być nie potrzebują.

Dziennik „Rzeczpospolita” z 28 sierpnia 2009 zamieścił duży tekst, autorstwa dwu Panów Raciborskich, Filipa i Jacka, zatytułowany „Kobiety w roli paprotek”.Obaj uczeni panowie usiłują wierzgać przeciwko ościeniowi i postawić tamę nieubłaganemu rozwojowi postępu i sprawiedliwości społecznej co, na obecnym etapie, przejawia się w propozycji ustalenia obowiązujących kwot partycypacji kobiet w życiu politycznym i parlamentarnym. Barwnie wyjaśniają, dlaczego ich zdaniem wdrożenie zaprojektowanej ustawy nie przyczyni się wcale do politycznej aktywizacji kobiet w życiu politycznym lecz, przeciwnie, będzie „realizacją scenariusza ujmującego kobiety w roli paprotek” i zamiast poprawy jakości naszej klasy politycznej spowoduje inflację osób drugorzędnej jakości i jeszcze bardziej wzmocni rolę partyjnych liderów.

„Kwoty” sprzeczne z zasadą równości

Za najważniejsze w całej argumentacji Raciborskich uważam wykazanie, że wprowadzenie obowiązkowych kwot występowania kobiet na listach wyborczych jest ciosem w konstytucyjną zasadę równości wyborów do Sejmu, albowiem każde uprzywilejowanie jakiejś części społeczeństwa jest de facto dyskryminacją innych.

Równość obywateli wobec prawa jest fundamentalnym wymogiem demokracji i nie ma wymogu bardziej zasadniczego. Obywatele mogą wprowadzić różne ograniczenia tej równości i ustanowić przywileje różnym swoim przedstawicielom czy nawet całym grupom. Te odstępstwa od zasady równości muszą jednak być zawarte w konstytucji, którą ogół obywateli akceptuje na drodze referendum. W ten sposób, przykładowo, Konstytucja RP znosi zasadę równości w wyborach do Senatu. Inaczej jednak jest rozwiązana sprawa wyborów do Sejmu i Konstytucja nie przewiduje żadnych odstępstw od zasady ich równości. Ustalenie kwotowego udziału kobiet będzie oczywistym złamaniem tej zasady.

Jest rzeczą ciekawą, że tego naruszenia zasady równości wyborów do Sejmu nie dostrzegają uczeni konstytucjonaliści, jak tego dowodzi fakt, że propozycję „damskich kwot” poparł znany warszawski profesor prawa konstytucyjnego Piotr Winczorek, a jak znam życie, znajdą się i inni. Odnieść można wrażenie, że większość polskich konstytucjonalistów zawęża zasadę równości w wyborach do Sejmu do tego, że każdy obywatel ma jeden głos. Być może jest to wynikiem faktu, że „polski konstytucjonalizm” jest stosunkowo młody i odziedziczony w spadku po niedawnej epoce, której konstytucja też zapewniała równość w wyborach do Sejmu (art. 80 Konstytucji PRL). W gruncie rzeczy komuniści bardzo dbali, żeby na listach wyborczych do Sejmu była odpowiednia liczba kobiet, robotników, chłopów itd., itp. Dlatego z wielkim uznaniem powitać należy, że wybitni przedstawiciele nauk społecznych (Jacek Raciborski jest profesorem w Instytucie Socjologii UW) zauważają, że zasada równości obywatelskiej powinna być rozumiana wprost, tak jak i inne zasady konstytucyjne, a nie podlegać jakiejś talmudycznej egzegezie, a więc, że nie należy „odstępować od prostego rozumienia równości obywatelstwa na rzecz daleko bardziej abstrakcyjnych i arbitralnych koncepcji”.

Ordynacje wyborcze do Sejmu od 1989 roku naruszają konstytucyjną zasadę równości

Witając z uznaniem głos warszawskich socjologów wypada żałować, że nie chcieli oni zauważyć, iż zasada równości wyborów do Sejmu jest gwałcona przez obowiązującą ordynację wyborczą do Sejmu, a de facto i przez wszystkie poprzednie ordynacje od 1989 roku.

Wg Bronisława Banaszaka („Prawo Konstytucyjne”, wyd. C.H. Beck, Warszawa 1999): „Konstytucja ustanawiając zasadę równości w wyborach sejmowych, prezydenckich i samorządowych nie precyzuje jej bliżej. Oznacza to jej szerokie rozumienie, nie ograniczone tylko do równości praw wyborców w akcie głosowania, ale równości w całym procesie wyborczym”.

Ruch Obywatelski na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych od wielu lat w swoich publikacjach podnosi fakt naruszania tej zasady w kolejnych wyborach, wykazując, w szczególności: (1) przywileje ustawowe dla mniejszości narodowych; (2) różne wymogi rejestracji list okręgowych dla komitetów partii politycznych i dla komitetów społecznych; (3) przywileje finansowe dla partii politycznych; a nade wszystko (4) nieformalne, ale faktyczne uprzywilejowanie liderów partii politycznych, wynikające z charakteru ordynacji wyborczej, które powoduje, że wybory odbywają się de facto w dwu turach: pierwsza tura, ważniejsza, do której zwykli wyborcy nie mają dostępu, to układanie list wyborczych; druga to głosowanie.

Jak dotąd klasa polityczna pozostawała głucha na wszystkie te argumenty, artykuły, książki, konferencje, protesty i skargi. Ignorują je posłowie, senatorowie, prezydenci, kolejni rzecznicy praw obywatelskich. Może działanie naszych dzielnych sufrażystek, głośno domagających się przywilejów wyborczych dla kobiet, zwróci wreszcie większą uwagę na konstytucyjne wady naszego systemu wyborczego i pozwoli nam wyrwać się z pęt partiokracji i całego jej inwentarza.

Wrocław, 30 sierpnia 2009

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina !

Widmo krąży po III RP. Widmo Lenina!

Ordynacja „proporcjonalna” degeneruje partie

…od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne

 [Posła Sanockiego zabili, na początku afery Cowid, zabraniając leczenia Amantadyną, o którą błagał. Rozwalili mu płuca respiratorem w Kędzierzynie Koźlu. Mirosław Dakowski]

Janusz Sanocki, 15/04/2013  https://dakowski.pl/archiwum/pliki/index.9491_45.php

Partia nowego typu

Włodzimierzowi Leninowi partia nie była potrzebna do wysłuchania opinii ludu. Partia nowego typu miała być narzędziem przeprowadzenia rewolucji, przekształcenia społeczeństwa wg idei, które najlepiej znał on sam, w nieco mniejszym stopniu znali jego współpracownicy, a do których dopiero miała dorosnąć reszta.

Z tego przeświadczenia, że partia ma być przewodniczką społeczeństwa, a nie efektem oddolnego zapotrzebowania na idee i rozwiązania, wynikała struktura partii leninowskiej. Na samej górze – najbardziej świadoma grupka zawodowych rewolucjonistów, którzy jak prorocy prowadzą (szerszą) grupę wyznawców – masy partyjne. Masy nie są od dyskutowania,  są wojskiem, a ich zadanie to karne wykonywanie rozkazów góry.

Niżej w hierarchii znajdowała się  klasa robotnicza (klasa w sobie i klasa dla siebie) i wreszcie reszta pogan – burżuazja, mnisi, inteligencja – wszyscy których potem rewolucja i bolszewizm zmieli zostawiając stosy trupów.

Dla leninowskiej koncepcji konieczne było najpierw zbudowanie hierarchicznej, zdyscyplinowanej struktury, a następnie zapewnienie partii nowego typu monopolu i pełnego panowania. Nieuchronnie musiały się zatem pojawić środki dyscyplinujące – zarówno wobec własnych towarzyszy,  którzy nie rozumieli na czym w danej chwili polega generalna linia partii, jak i wobec tych innych, którzy mogli partii leninowskiej stworzyć konkurencję i zagrozić. Partia leninowska musiała wobec wrogów, jak swoich stosować więc terror, by niszczyć obcych i stale oczyszczać swoje szeregi. W końcu naturalna ewolucja doprowadza partię nowego typu do kultu jednostki – jedynowładztwa wodza.

Niekomunistyczny leninizm PO-PiS

Wszystkie polskie partie polityczne mają charakter partii leninowskich. Nie tylko SLD. Również Platforma Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość są partiami leninowskiego typu. Bez leninowskiej ideologii, jednak struktura partii, reguły jej funkcjonowania, cele jakie sobie stawia i sposób w jaki są formułowane – stanowią przykład czegoś co można określić jako niekomunistyczny leninizm.

Platforma, w której czystki wewnętrzne doprowadziły do jedynowładztwa Donalda Tuska prowadzi ciemny polski lud do nowoczesnej Europy. PiS z Jarosławem Kaczyńskim natomiast musi nawrócić lemingi otumanione propagandą salonu, a zwłaszcza wyjaśnić przyczyny katastrofy smoleńskiej – bo to właśnie jest najważniejsze. 

I nie idzie tu o merytoryczną wagę takich zagadnień jak modernizacja czy Smoleńsk, ale o sposób formułowania ich w relacji: „partia – społeczeństwo.” W leninowskim modelu wiedza i narracja płyną do mas z góry. Masy czyli my, ogół obywateli, możemy jedynie przyjąć wytyczne, trzasnąć obcasami i wiernie je realizować.  

W podobny sposób narracja płynie z gór partyjnych SLD czy Ruchu Palikota.

W odwrotną stronę: od NAS do NICH dotrze tylko to co ONI uznają za korzystne i słuszne.  Stąd, w tak patologicznej strukturze systemu politycznego głuchego na potrzeby obywateli, pozbawionego w istocie społecznej kontroli nad swoim działaniem,  nie sposób rozwiązać żadnego z istotnych problemów. Ani służba zdrowia, ani sądownictwo, ani gospodarka nie mogą w istocie liczyć na poważne potraktowanie.

 Cała pseudo-dyskusja to gra pozorów. Demagogia, w której kiedy partia jest w opozycji – może obiecać wszystko, a kiedy rządzi zawsze znajdzie usprawiedliwienie dla braku skuteczności. I tak jest z obu stron gorącego sporu: PiS – PO.

 Lekarstwo na leninizm: Jednomandatowe Okręgi Wyborcze.

 Leninowskie struktury polskich partii wytwarzają się na skutek stosowania w wyborach do Sejmu – najważniejszego organu polskiego systemu politycznego – tzw. proporcjonalnej ordynacji wyborczej. Proporcjonalna ordynacja dając partyjnemu przywództwu (wodzowi) prawo do ustalania list wyborczych, a zwłaszcza kolejności kandydatów, daje bowiem w istocie w ręce partyjnych bonzów władzę decydowania o tym kto będzie posłem.

 Czyni to w jawnej sprzeczności  z Konstytucją, która takiej delegacji dla partii nie przewiduje. Na wiele sposobów proporcjonalna (partyjna) ordynacja wyborcza łamie prawa obywatelskie w tym bierne prawo wyborcze. Ale coś za coś. Jeśli partyjni liderzy mają dostać przywilej wyznaczania posłów, to ktoś musiał tych praw być pozbawiony.

 Oczywistym lekarstwem na patologiczne zjawisko, jakim jest partia nowego typu jest odebranie liderom i partiom przywilejów wyborczych i oddanie pełni praw obywatelom. Takie rozwiązanie jest tylko jedno – jest to wybór posłów w Jednomandatowych Okręgach Wyborczych i to w jednej turze (by nie zostawiać furtki leninowskiemu partyjniactwu).

Wprowadzenie systemu jednomandatowego od lat proponuje Ruch Obywatelski na rzecz JOW, a nieodmiennie zwalczają go wszystkie polskie partie. Nie ma w tym nic dziwnego leninowskie struktury muszą walczyć z obywatelską demokracją. Zawsze to przecież czyniły.

 * Artykuł ukazał się w „Uważam Rze” 8.04.2013