A słyszeliście, że w ramach przyjętej przez Sejm nowelizacji ustawy górniczej, górnicy z likwidowanych kopalń będą objęci świadczeniami osłonowymi i będą mogli liczyć na nawet 5 letni płatny urlop i jednorazowe odprawy w kwocie 170 tys. zł? I wszystko to po to, żeby zgodnie z… pic.twitter.com/f8zTL8Rvbi
— Ekonomat (@ekonomat_pl) December 6, 2025
Archiwum autora: Mirosław Dakowski
BESTIA w finansach tego „rządu”
Post Weronika Tomczyk
Weronika Tomczyk Konfederacja Korony Polskiej – Forum Sympatyków
Moderator · 29 listopada o 18:51 ·
Czy KSEF ma związek ze znamieniem Bestii![]()
Przypadkiem natrafiłam na stronę rządową, na której widzimy, że pewien system informatyczny do przekazywania sprawozdań nazywa się BeSTi@.
Przypomnijmy, że KSEF, to platforma, która od 1.02.2026 stanie się obowiązkowa dla wszystkich przedsiębiorców i służy ona centralizacji faktur, co wiąże się oczywiście ze zwiększeniem wglądu w nasze życie i wydatki.

Poniżej cytat z Biblii:
„I że nikt nie może kupić no sprzedać kto nie ma znamienia – imienia bestii lub liczby jej imienia” Ap 13:17
Dlaczego przytaczam ten cytat?
Bo uważam, że pasuje on do obecnej sytuacji. Ale czekam na oburzenie, że to teoria spiskowa, że przypadek, no przecież. Szkoda jednak, że teorię spiskową od prawdy dzieli zazwyczaj ok. pół roku.
Bo nikt nie myśli o ludziach starszych, ludziach nieobeznanych aż tak w obsłudze komputera, przy wprowadzaniu takich postępowych przecież rozwiązań.
Bo jest to dyskryminacja i wykluczenie, dla ludzi, którzy od lat są przywiązani do swoich mniejszych lub większych działalności i powstaje dla nich kompletnie niepotrzebny problem.
Bo umiem łączyć kropki.
___________
link do wcześniej wspomnianej strony rządowej
https://www.gov.pl/web/finanse/system-informatyczny-bestia
Wszystkie reakcje:
1
Och, Karol…
Och, Karol…

6 grudnia, wpis nr 1384 https://dziennikzarazy.pl/6-12-och-karol…
Mamy do czynienia z pierwszą rysą na wizerunku prezydenta Nawrockiego. Mówię to oczywiście o grupie popierającej prezydenta w wyborach oraz tych, co to zrobili jako zwyczajowy w III RP „elektorat zaciśniętych zębów”. Jest to potrzebne rozróżnienie, gdyż dla grupy, mówiąc delikatnie, jego nie-zwolenników wizerunek Nawrockiego jest porysowany na amen już przez sam fakt startu przeciwko wymuskanemu kandydatowi, który miał system domknąć do końca. O dziwo, wydawać się mogło, że więcej rys nie da się już zmieścić na portreciku rysowanym przez mainstream, ale okazało się, że można. Obecnie eskalowany konflikt premier-prezydent, czy kwestionowanie korzystania z konstytucyjnych prerogatyw tego ostatniego jako działań niekonstytucyjnych, dowodzi jednego – można zawsze jeszcze dopalić, choć ukazuje się dno, zawsze można zapukać od dołu, co dowodzi, że piekło zapiekłego szaleństwa dna właściwie nie posiada. Ale Nawrocki zaczyna zawodzić swój elektorat.
Patrz na swój elektorat
Pal licho, że zawodzi głosujących na niego z przymusu „wyboru mniejszego zła”. Wszak to jemu zawdzięcza swoje zwycięstwo, to te ponad 3 miliona głosów usypało mu ścieżkę do Pałacu, ale wiadomo – wdzięczność polityków, zwłaszcza tuż po wyborach na pstrym koniu jeździ. Ale takie kalkulacje oznaczają jedno – wejście w buty PiS-u, który po wygranej broi przeciwko głównym grupom swego elektoratu, zaś w dniu wyborczym pokazuje, że nie ma na kogo porządny człowiek zagłosować. Tyle „wyborcy zaciśniętych zębów”. Ale oni pamiętliwi są, jak każdy kto poparł z musu brak alternatywy – bacznie przygląda się co z jego wypożyczonym głosem zrobił składany zwycięzca. I tu dla tego elektoratu potwierdzają się powoli obawy, że to pisowczyk, żadne tam nowe otwarcie.
Ale, jako się rzekło – pal licho warunkowych popieraczy. Od PiS-u odchodzi jego twardy elektorat, gdyż Kaczyński nie był w stanie zdyskontować zwycięstwa swego faworyta. Zaraz po prezydenckich wyborach mówiło się o szybkim odwojowaniu władzy, przyspieszonych wyborach, nowej Polsce i takich tam. I wszystko poszło w piach, ale nie pora tu o tym, nie o PiS-ie wszak mówimy tu dziś.
Mówimy o Nawrockim. Otóż jak Nawrocki będzie szedł w buty Kaczyńskiego, a właściwie Dudy, to ten proces przeniesie się na Pałac. A więc jak rozgrzani zobaczą, że nie ma szans na żadne nowe polityki, reformę i otwarcie PiS-u przez Pałac, żadnego tam ośrodka władzy u Nawrockiego, to zrobią to samo co robią teraz z PiS-em. Pójdą sobie gdzie indziej, tam gdzie już uciekają od PiS – do Konfederacji, a zwłaszcza do Brauna. To stamtąd Braunowi rośnie, bo wzrosty (niewielkie) Konfederacji mają swe źródła raczej w sierotach po Polsce 2050.
Przypadki czy znaki?
Podejrzenia, że nadzieje elektoratu na zmianę są naiwne pojawiały się już wcześniej. Wprawne ucho łowiło sygnały, ale te zakłócało bardzo dobre PR-owsko wejście Nawrockiego w pierwszym pół roku jego rządów. Szczególnie zasmucił skład kancelarii – żadnych nowych twarzy, paru pilnowaczy z Nowogrodzkiej, zbiórka ludzi z kancelarii Dudy i zaufane grono lojalnych z IPN-u. Słabo. Teraz zaczynają spływać dowody, nie poszlaki.
Gruchnęło z tą decyzją o odwołaniu spotkania w cztery oczy z Orbanem. Potworny błąd, bo zobaczmy jak rozkłada się bilans korzyści i strat. Właściwie bilans jest łatwy, bo to same straty. Jeżeli jest tak, jak przecieka Kancelaria, że Nawrocki zrobił to, by nie mieć kompromitujących zdjęć z Orbanem, który chwilę wcześniej rozmawiał z piekłoszczykiem Putinem, to jest fatalnie. Bo to chyba jedyna korzyść (?) z tego grubiańskiego gestu. Przy tej skali korzyści lądujemy znowu w pałacu… Dudy. Czyli polityce chwiejnej, nijakiej, skierowanej na dogadzanie wszystkim, z Unią i polskim salonem włącznie. To udeckie takie, to znaczy że i w nowym pałacu będą się oglądać na Michników i wargi wzdęte wyższościową kpiną sączoną przez mainstreamowe media. Wielu myślało, że Nawrocki ma większe cohones, a tu takie drobiazgi stanęły mu na drodze do spotkania z Orbanem, szerzej – uprawiania polityki różnicującej od priorytetów Unii.
Popatrzmy na to jak kancelaria tłumaczy odwołanie spotkania z Orbanem – tam jest wszystko. Oczywiście nie jest tam napisane, że Nawrockiemu było niewygodnie medialnie spotykać się z Orbanem. Jest jeszcze gorzej – jakieś typki z kancelarii zaczęły coś bełkotać o tym, że Nawrocki wysłał Orbanowi coś w rodzaju upomnienia, prawie, że ostrzeżenia. Tak? Ale najlepszy był lapsus dotyczący oficjalnego kontekstu tego afrontu. Z tweeta kancelaryjnego gościa od polityki międzynarodowej pana Marcina Przydacza (który – co znamienne – przeszedł do Nawrockiego z kancelarii Dudy, gdzie prowadził miękiszonowską politykę podobania się wszystkim – znać tu tę samą rękę), otóż z tweeta …. czytamy:

Toż to bełkot: skoro PKN „konsekwentnie opowiada się za szukaniem realnych sposobów zakończenia wojny na Ukrainie wywołanej przez Federację Rosyjską” to jak to zrealizować nie spotykając się z Putinem? To znaczy, że PKN już się nigdy nie spotka z Trumpem? Ten gada przecież co chwila z piekłoszczykiem z Kremla, a więc mamy tu podwójne standardy? Putin już dawno wyszedł z fragmentarycznej izolacji i gada ze wszystkimi. Zaraz będzie gadał z europejskimi przywódcami, którzy wychodzą ze skóry, by się z nim spotkać, a już na pewno będą pielgrzymować do Moskwy po zawarciu rozejmu, co może nastąpić dość niedługo. Czyli kto się zbliży na odległość głosu do Putina, to nasz prezydent go zbojkotuje? W ten sposób, przy takiej nowej polityce, zostaniemy jeszcze bardziej sami na arenie międzynarodowej. Będziemy wysadzać pociągi w zakończonej wojnie, co grozi tym, że ugadane strony wspólnie założą nam kaftan bezpieczeństwa i dadzą pod międzynarodowy nadzór.
Dziecięce dylematy
To przypomina bajanie nagrzanych dziennikarzy, tyle, że w wymiarze polityki Pałacu. Z jednej strony mówi się o konieczności natychmiastowego zawarcia pokoju – z drugiej, że broń Boże nie rozmawiać o tym z władcą Kremla. To jak? Putin tej wojny co najmniej nie przegrywa, a więc nie jest to, pamiętane chyba tylko z filmów, bezwarunkowe poddanie się przegranych hitlerowców aliantom, tylko jakieś jednak warunki trzeba będzie uzgodnić, a jak tu uzgodnić takie warunki jak trzeba by zniżyć się i usiąść do stołu z ludobójcą. Nie siada się więc (znaczy się my nie siadamy, bo gdyby Putin gwizdnął tylko na zachodnich przywódców, to ci by się zlecieli na wyprzódki), czyli de facto przedłuża się ukraińską rzeźnię. Piękna faryzeuszowska postawa – wreszcie możemy poczuć się jak we wrześniu 1939 zachodni sojusznicy nasi, kiedy to myśmy się wykrwawiali, oni zaś słali nam dobre rady i wyrazy poparcia.
Nawrocki głosem swego urzędnika wspomina coś o tym, że odwołał spotkanie z Orbanem z powodu jakiegoś „kontekstu” wizyty Orbana u Putina. Zobaczmy jakiż to kontekst, czyli po co pojechał Orban do Putina? Otóż Orban pojechał do Putina zagwarantować Węgrom dostawy gazu i ropy na zimę. Czyn jakże szczytny, zwłaszcza, że Węgrzy, tak jak i Słowacy wiszą w tym względzie na Putinie, głównie ze względów logistycznych, ale i cenowych. Unia handluje ile wlezie z Putinem, zaś dlatego, że Orban chce to robić oficjalnie, nie przez Kazachstany i innych dealerów jak pouczająca go Europa, wydaje się go pod pręgierz obłudy szczekaczy. Węgry i Słowacja w kwestiach surowcowych załatwiły sobie zwolnienie z przyłączenia się do zabójczych dla nich sankcji na Putina.
Tak się gra panowie – dla własnego interesu zagrozili Unii wetem, pogadali z Trumpem i ugrali co chcieli. My – gdzież tam: w pierwszym szeregu walki o droższe i mniej bezpieczne dostawy gazu LNG. Wiadomo – rurociągami płynie nie ropa/gaz tylko ukraińska krew. Ale nasze gesty do niczego nie prowadzą, oprócz prymusowania w wątpliwym towarzystwie. Unia handluje z Putinem na boku, a wszyscy płacą drożej (my idziemy na rekord, ale my dbamy o prawidłowy „kontekst”, nawet za cenę koszmarnych podwyżek, którymi futrujemy naszych odwiecznych przyjaciół znad Potomaku). Nie jest to też (na dłuższą metę, ale to dla nas się ona będzie dłużyć bardziej) zbyt zjadliwe dla Putina, bo ten się obrócił na rynki południowe i może poczekać aż Europejczycy zamarzną i z takimi cenami energii w przemyśle osuną się do regionu niszowego, który jeszcze sobie dokłada do tego zielono-ładowe szaleństwo.
Skoro taka postawa Orbana nie podoba się Nawrockiemu z powodu „kontekstu” to znaczy, że Nawrocki by tak nigdy nie zrobił. A to niespodzianka dla niektórych jego wyborców. Ci bowiem mogli mieć do tej pory nadzieję, że nasz prezydent pojedzie choćby i do piekła, byle by Polacy nie marzli, by się przemysł kręcił, zaś w kieszeniach rodaków zostało więcej kasy. Okazuje się jednak, że priorytety są gdzie indziej – w wizerunkowych pierdołach robionych pod media, salon czy Brukselę. Żeby co? Żeby tak nie szczekali? I to ma być ten nasz silny człowiek? Słabo panie prezydencie. Jeśli Pana porwali i tak robić kazali, to niech Pan na najbliższej konferencji mrugnie dwa razy, to jakoś Pana uwolnimy…
Skórka za wyprawkę
Wyszliśmy od iluzorycznych korzyści tego gestu, a widać, że trzeba było się mocno namęczyć by coś tam znaleźć. Teraz pójdziemy do strat, a tu już łatwiutko, bo to nie słoń stojący w kącie salonu, którego udają, że nie widzą inni. To cała armia żołnierzy z terrakoty, która stoi na dziedzińcu i patrzy w okna Pałacu. Zacznijmy od najprostszych:
Salon, Sikorski czy Tusk otworzyli butelki szampana: nasz ci on jest. To się po więziennemu nazywa – przecwelony. Raz wystarczy, dostałeś pieczątkę, teraz już nie obronisz się pod żadnym politycznym prysznicem. I jeszcze satysfakcja jest skierowana do zawiedzionych zwolenników Nawrockiego – widzicie? Znikąd nadziej – będzie i tak po naszemu. Dziś odpuścił Orbana, jutro puści któreś z wet. I nawet nie o to chodzi, że tak się stanie, nie. Chodzi o to, że nikt już po stronie prawej nigdy już nie będzie pewien, że się tak kiedyś stać nie może.
Media poczuły „siłę i czas”. Wychodzi, że wystarczy Nawrockiego tylko postraszyć wstydem, podkampanić nienawiścią i najwięksi twardziele się złamią. I teraz można się zabawić w sadystyczne zapraszanie do mainstreamu geniuszy z kancelarii PKN, by się tłumaczyli przed ludem w pokrętnych hołubcach, że tak trzeba było, że Orban fe, że tak się nie godzi, przyłączając się do narracji obozu, przeciwko któremu głosowali wszyscy zwolennicy nowego prezydenta.
I jak tu się nie dziwić, że Braunowi rośnie – jeszcze parę takich numerów i niedługo Nawrockiemu przyjdzie zaprzysięgać jednookiego Grzegorza na premiera. Może to i dobrze, byłoby nawet fajnie, gdyby to był dwupiętrowy, chytry plan… Nawrockiego. Ale nie jest.
Co ciekawe – po ruchu prezydenta nie tylko strzeliły tuskowe korki od szampana, ale i w Brukseli, mało tego… na Kremlu. W Brukseli, wiadomo – rozsprzęga się tandem Polska-Węgry, naruszony rusofobiczną i proukraińska polityką Kaczyńskiego jeszcze z roku 2022, kiedy PiS jeszcze rządził na całego.
A dla Brukseli taka parka to było jak dwaj komandosi w środku walki, oparci plecami o siebie, mogący się nawzajem ubezpieczać: kiedy Bruksela dobierała się do Budapesztu – wetować mogła Warszawa, i na odwrót. Teraz Polska poszła do starszych i mądrzejszych, na szczęście dla Orbana w tę rolę weszła Słowacja, a mogła (po zmianach w Pradze) wejść i cała Grupa Wyszehradzka. I tu pojawia się Putin: ten się też musi cieszyć, bo ruch polskiego prezydenta rozsadza od razu potencjał nowego w Grupie Wyszehradzkiej, a ta mogła być platformą do trzymania się Europy Środkowej razem, poza orbitą szaleństw europejskich.
Putin chce takiej słabej Europy jaką ma dziś – pogrążonej w szaleństwie połączenia ideologii z butą niewybieralnych elit, z Ukrainą w jej środku, co już kompletnie rozwali resztki potencjału Starego Kontynentu. Dlatego dla Kremla Ukraina w UE – tak, zaś w NATO – broń Boże. A więc popatrzmy – cóż za cudo upichcił prezydent, że zadowoleni są i polscy uśmiechnięci, i europejscy p…nięci i Putin. No, cudo, panie prezydencie…
Andrzej 2.0?
Cały ten ruch osłabia do reszty Polskę na arenie międzynarodowej. Ratunkowe zeznania kancelarii prezydenta, będące wyrazem rozpaczliwego tłumaczenia na siłę ruchu Nawrockiego, który – uwaga – twierdzi (znowu ustami swych urzędników), że owszem, z Putinem można rozmawiać, ale może to czynić jako jedyny „przedstawiciel wolnego świata”, czyli Donald Trump, pokazują stan naszej racji stanu. Czyli należy rozumieć, że również o polskich sprawach będzie rozmawiał z Putinem Trump, a my o tym, co w naszej sprawie ustalono dowiemy się z mediów. I to ma być ta nowa jakość, panie Prezydencie? Jak słusznie wspomniał redaktor Lisicki, myśmy już kiedyś złożyli w ręce przedstawicieli „wolnego świata” nasze losy. W Jałcie.
Same szkody, samiutkie. Po drugiej stronie co? Przychylność mediów? Wyście się tam szaleju najedli? Przychylność mediów waszych zaciekłych wrogów? Przecież oni pójdą dalej, teraz jak przyjdzie okazja do zmiany postawy Nawrockiego, to oni będą wyli, że Nawrocki już tylko za blisko stał Orbana, kiedy się fotografowali na Grupie Wyszehradzkiej. Za blisko Orbana, który jeszcze ma na rękach ślady po uścisku dłoni Putina, który ma ręce zbrudzone zbrodniami ukraińskimi i pewnie zaraża na odległość putinizmem i onucyzmem. Takie to „korzyści” mamy po drugiej stronie. Nie dość, że kompletnie nierównoważne, to kompletnie naiwne.
Mamy więc wielki zawód i zgrzyt na rosnącej ścieżce popularki Nawrockiego. Wyraźny skłon w kierunku miękkiego Dudy, co to chciał podobać się wszystkim, w związku z czym nie podobał się nikomu. Ja rozumiem – nawet tak źle obliczone, takie ruchy Nawrockiego przed wyborami za pięć lat, ot tak, żeby (uwaga, uwaga!) nie podpaść liberalnym mediom, choć to naiwność. Ale chodzić na takie kompromisy z samym sobą i własnym, składanym elektoratem, zaraz na początku kadencji, kiedy ma się plusy dodatnie za wyraziste pierwsze pół roku, a na karku warunkowe poparcie od Mentzenów i Braunów i bagaż nadziei na zmianę? I z tym potencjałem wchodzić w buty… Dudy?
Mało tego, że Dudy – wykazywać się powrotem do zgranej przegranej polityczki PiS-u z 2022 roku? Ukraińskich gestów i poczynań w nadziei, że nas (choćby i medialnie) poklepią kiedyś po plecach? No to nas klepią, tyle, że po twarzy. Te wszystkie nadzieje, że Nawrocki odnowi oblicze PiS-u, tego PiS-u, ze stworzy jakiś obóz aktywizujący dla gnuśniejących kolejnych wersji bezwzględnych popleczników Kaczyńskiego, który wyraźnie się zakiwał – to wszystko legło w gruzach. Nie dość bowiem, że Duda 2.0, to jedziemy z pisowska agendą i to na poziomie populistycznym.
Otóż prezydent Nawrocki podpisał ustawę o zakazie hodowli zwierząt futerkowych. To jakieś szaleństwo potwierdzające, że nie tylko PiS, ale i prezydent odcinają sobie kolejną grupę, której zawdzięczają władzę. W nagrodę przedsiębiorcy, którzy zwrócili się do PiS-u w latach wyborczych 2015 i 2023 dostali Nowy Ład, to rolnicy – następna grupa popierająca PiS – dostali od niego piątkę dla zwierząt, którą teraz klepnął i Donald, i okazuje się, że Nawrocki. Tak jak z tym Orbanem – jak się cieszą z czegoś dotychczasowi wrogowie, to znaczy, że mamy tu albo porozumienie ponad podziałami, albo wykorzystywanie ewidentnych błędów adwersarza wojny polsko-polskiej i pchania go w zgubną taktykę.
Futrowanie Polski
Te futerka to ewidentne szaleństwo – argumentacja para-humanitarna tego ruchu może bowiem dotyczyć (i będzie dotyczyć jak się patrzy na sekwencje zachodnie w tej sprawie) każdego rodzaju zwierzaka. Zaczynamy od milusińskich futerkowych, bo to na zasadzie bambizmu, szkoda takiego milaka, mięciutki w dotyku, oczka szkliste, ogonek fikuśny, w kreskówkach występuje. Ale co ze świnką z klasą, Bebe? Co z cielaczkiem Burbusiem, kaczką-dziwaczką, kurką dziobodziurką? A czym się różnią ich prawa od uratowanych (bo już nigdy nienarodzonych, w Polsce dodajmy, bo w zacofanej Danii to już tak) szynszyli? Niczym. A więc wykonaliśmy przełomowy pierwszy krok, który prowadzi nas do konsumpcji robali, które (uwaga – na razie!) praw swoich gwarantowanych nie mają.
Ale nie to u Nawrockiego poraża, że to klepnął. Poraża jego tłumaczenie tej decyzji: mamy tu dwa argumenty. Pierwszy to taki, że będą rekompensaty dla tych co stracą. Czyli za te kompletne fanaberie zapłaci podatnik i… wszystko ok. Nawet dla Nawrockiego – zniszczy się jedną z ostatnich dziedzin gospodarki i rolnictwa, w której przewodzimy (-śmy), inni to wezmą (ale nie my będziemy mordować futrzaki, tylko inni, coś jak z Zielonym Ładem w Chinach), rozwali się firmy ludziom co to robili całe życie, wysadzi w powietrze cały ekosystem żywieniowy, paszowy, przetwórczy, produkcyjny zaś koszty takich szaleństw pokryje obywatel. Pewnie nawet i ten – bo tak chodzą podatki – którego właśnie wysadziliśmy w powietrze, czyli właściciel farmy, producent pasz, czy producent futer. Coś jak z reparacjami, które według Tuska – mamy sobie sami wypłacić.
Drugi argument jest argumentem ostatecznym. Otóż chodzi o to, że Nawrocki swą decyzję uzasadnił tym, że dwie trzecie Polaków chce tej zmiany. Już nawet nie będę mówił jak takie badania opinii publicznej wyglądają, nawet nie będę się wyżywał nad stopniem świadomości ludzi, dla których mięso bierze się z zaplecza Biedronki, coś jak przekonanie dzieci, że prąd bierze się ze ściany.
Ale pokazuje to na ewidentny populizm argumentu Nawrockiego – lud tak chciał. A więc wychodzi na to, że politycy nie są od tego, by prowadzić politykę przydatną dla wykorzystanie potencjału kraju, którym rządzą, ale są od robienia badań i wcielania ich wyników w życie. A wtedy nie rządzi wbrew pozorom lud, tylko… ten co ustala pytania. Ich ważność, istnienie – bo niektórych pytań można nigdy nie zadać, omawiać wyniki jak się chce i wcielać te rezultaty jak się chce.
Skoro mamy mieć takie ciągłe „referenda opinii publicznej” w formie badań i wcielania tego w życie, to po co nam politycy? Wystarczy skromny ChatGPT, nawet ten w formie dostępnej za darmo. I to ma być, panie prezydencie, ta nowa jakość w polityce? Przecież to nawet krok do tyłu, populizm w czystej postaci, bo będziemy mówili ludowi tylko to co chce usłyszeć. A on chce raz tak, raz śwak. By wszyscy byli szczęśliwi, oprócz tego drugiego plemienia, zdrowi i bogaci. Z moich doświadczeń z marketingu pamiętam grupy fokusowe, gdzie ja siedziałem za lustrem weneckim i obserwowałem jak moi potencjalni klienci oceniają badaną wersję produktu. Po pierwsze głównym problemem było to, że ich oceny nie były wyrazem ich indywidualnej opinii, ale dynamiki grupy. Patrzyli się na siebie, pojawiali się samorzutni liderzy grupy, wypada-nie wypada i człowiek niczego się nie dowiadywał zza tego lustra.
Druga rzecz jest już tylko konsekwencją tej pierwszej. Z takich badań nie wynika jaki zrobić dla nich produkt. Wynikają tylko – jak wdać zakłócone i zniekształcone – opinie klientów (w polityce – rządzonych). I taka jest rola polityka, że musi on zaproponować w końcu jakiś produkt, oparty na takich wątpliwych danych. A więc i jest to kwestia intuicji, nie kalkulacji, i jest to kompletnie oddzielone od – w dodatku rozstrzelonych – gustów badanych. A więc co się robi? Wali się produkt z góry upatrzony, co nam zalega na magazynach, innego nie umiemy/możemy zrobić i wmawia się ludowi, że sam tak chciał, o niczym innym nie marzył, i że mamy na to badania. I, że jak ci się wydaje, że może być inaczej, to znaczy, że chcesz by mordowano futrzanych milusińskich. Gnoju.
Wreszcie pomysł na Polskę
Skoro rządzą opinie suwerena, to mam taki pomysł, panie prezydencie – idźmy dalej. Zróbmy takie oto badanie: zapytajmy się Polaków czy należy karać karą śmierci za urzędnicze malwersacje publicznego grosza i wcielmy ustawą w życie rezultat takiej opinii publicznej. Bo nie dopuszczam takiej myśli, że w jednej sprawie pan prezydent słucha się ludu, a akurat w tej – nie słucha. Gdyby tak zrobić, zbadać i wcielić w życie rezultaty tego badania, to – uwaga, w świetle prawa! – wiele spraw w Polsce rozwiązałoby się szybko, c’nie?
Ale mam jeszcze szybszy sposób na rozwiązanie polskich spraw. Ostatnio na pewnym seminarium rozważaliśmy przypadek AI, która wspierała wojskową operację roju dronów na froncie. Pomagała ludzkiemu jak najbardziej centrum dowodzenia. Otóż w trakcie misji sztuczna inteligencja zaatakowała… centrum dowodzenia, jako element spowalniający całą akcję, w dodatku najeżony błędnymi decyzjami. To typowe dla myślenia maszynowego, które eliminuje bezwzględnie wszystkie przeszkody na drodze do wykonania zadania, nawet swego szefa i stwórcę.
Otóż mam propozycję. Zróbmy tak – wyszykujmy rój uzbrojonych dronów z misją naprawy Polski. Zarządzających tą misją najwyższych rangą polityków z całej sceny politycznej – wszak to dziejowa misja racji stanu i muszą w niej konsensusowo uczestniczyć wszyscy – posadźmy wszystkich powiedzmy w Sejmie, dajmy joysticki do ręki, podłączmy sztuczną inteligencję i niech się wszyscy zajmą tą misją. Niech drony wystartują, znajdą i wyeliminują wszelkie przeszkody w realizacji misji naprawy Polski. Jestem pewien, że drony (w przeciwieństwie do głosujących Polaków) zrobią co trzeba. I to może być dziejowy wkład Polski w wykorzystanie sztucznej inteligencji. Aplikowalny w dodatku pod każdą szerokością geograficzną. Ale pewnie prezydent by to zawetował…
Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
Obdarowywał ubogich i… bił po mordzie herezjarchów
Obdarowywał ubogich i… bił się o wiarę. Czyli historia Świętego Mikołaja bez cenzury
Adrian Fyda https://pch24.pl/obdarowywal-ubogich-i-bil-sie-o-wiare-czyli-historia-swietego-mikolaja-bez-cenzury/

(Giovanni Gasparro, „Święty Mikołaj z Bari policzkuje heresiarchę Ariusza” (2016 r.))
Nie trzeba chyba wyjaśniać, że św. Mikołaj nie przynosi prezentów latając w saniach zaprzężonych w renifery.
W rzeczywistości święty ten był biskupem Miry w Azji Mniejszej, znanym z troski o ubogich. To jednak nie wszystko. Przypuszcza się, że biskup Mikołaj gorliwie bronił wiary w Bóstwo Chrystusa na Soborze w Nicei, a heretyka Ariusza… uderzył „z liścia”.
Mikołaj, biskup Miry
Mikołaj urodził się około roku 270 w Licji w Azji Mniejszej, a jego imię w języku greckim oznacza „zwycięski lud”. Już w dzieciństwie znany był ze swojej pobożności oraz niezwykłej wrażliwości na ludzką biedę. Po śmierci rodziców chętnie dzielił się majątkiem z ubogimi. Został wybrany na biskupa Miry, a podczas swojej posługi zdobył niezwykły szacunek u wiernych, którym pasterzował, ze względu na gorliwość apostolską oraz troskę o ich potrzeby materialne. Stąd właśnie wzięła się tradycja obdarowywania się prezentami w dzień jego święta.
Św. Mikołaj jest również patronem marynarzy i rybaków, a to dlatego, iż podczas gwałtownej burzy jego modlitwa miała uratować łódź od utonięcia. Przypisywane mu są również inne cuda – m.in. wskrzeszenia trzech osób. Troszczył się o bezbronnych, a w trakcie zarazy posługiwał chorym z narażeniem własnego życia. Jak podaje św. Grzegorz Wielki, biskup Mikołaj miał zostać uwięziony w czasie prześladowań za cesarza Dioklecjana i uwolniony dopiero po edykcie mediolańskim z roku 313. Przypuszcza się także, iż uczestniczył w obradach Soboru w Nicei w 325 r. – będącym pierwszym soborem powszechnym – gdzie odważnie bronił wiary w Bóstwo Chrystusa przeciwko heretykowi Ariuszowi.
Herezja ariańska
Arianizm był jedną z największych herezji chrześcijaństwa pierwszych wieków, której wyznawcy głosili, że Chrystus był „jakby” Bogiem. Zamiast wierzyć, że był On współistotny Ojcu (gr. homoousios), arianie twierdzili, że był On jedynie podobny Ojcu (homoiousios); czyli był Synem Bożym, ale stworzonym, a nie Bogiem. Sam Ariusz uznawał, że „był czas, kiedy nie było Syna”, co jest jawną herezją. Jezus był dla niego wyłącznie „pierwszym stworzeniem”, albo stworzonym odbiciem Bóstwa Ojca. Arianizm szerzył się bardzo mocno w Kościele pod koniec III wieku; był nawet taki czas, gdy większość Kościoła uległa temu błędowi.
Dzięki łasce Bożej przetrwała jednak grupa ortodoksyjnych chrześcijan, która doprowadziła do „oczyszczenia” Kościoła z tej straszliwej herezji. To właśnie przeciwko arianizmowi ułożono Credo (czyli wyznanie wiary) na Soborze w Nicei w 325 r., kiedy to również potępiono poglądy Ariusza jako heretyckie.
Szerzone przez arian błędy były niezwykle poważne, ponieważ odbierały Bóstwo Chrystusowi, który dokonał naszego odkupienia. Pogląd ariański przeczył prawdzie zawartej w Ewangelii według św. Jana, na początku której czytamy, że „Bogiem było Słowo” (J 1,1). Nic więc dziwnego, że Sobór nicejski dobitnie podkreślił, że Chrystus był w pełni Bogiem. Wyrażono to przede wszystkim poprzez ułożenie wyznania wiary, czyli Credo, którego fragmenty dotyczące Syna Bożego wyznawane są podczas Mszy św. aż do czasów obecnych:
…który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało… – brzmi fragment wyznania wiary ułożonego na Soborze w Nicei.
Sobór nie pozostawił więc wątpliwości, że druga Osoba Trójcy św. to Bóg prawdziwy zrodzony z Boga prawdziwego. Zgromadzeni tam biskupi pokazali również, że możliwa jest dogmatyczna definicja prawdy wiary katolickiej nawet po dekadach trwania w herezji.
Burzliwe obrady na Soborze w Nicei
Legenda głosi, że w trakcie samych obrad Soboru nicejskiego doszło do starcia fizycznego między Ariuszem a biskupem Mikołajem z Miry. Ariusz miał wygłosić długi wywód, w którym próbował obronić swój heretycki pogląd. I choć zgromadzeni tam biskupi – których miało być około trzystu – dali mu szansę przedstawienia swojego zdania, to biskup Mikołaj miał jednak nie wytrzymać. Przekaz głosi, iż w pewnym momencie wstał ze swojego miejsca, podszedł do Ariusza i… uderzył go „z liścia”.
Dalej historia staje się jeszcze ciekawsza, bowiem biskupi, zgorszeni zachowaniem Mikołaja, mieli obedrzeć go z szat, zakuć w kajdany i wtrącić do więzienia. Według legendy, w nocy ukazali się mu Chrystus i Jego Matka, pytając: „Dlaczego jesteś w więzieniu?”. Mikołaj miał na to odpowiedzieć: „Z powodu mojej miłości do was”. Przekaz głosi dalej, iż Chrystus podarował Mikołajowi księgę Ewangelii. Z biskupa opadły kajdany i otrzymał on z powrotem swoje szaty. Kiedy rano znaleziono go i doniesiono o tym Konstantynowi, cesarz miał wypuścić go z więzienia i przywrócić na urząd biskupa Miry.
Nie wiadomo czy historia ta jest wiarygodna. Najstarsze wzmianki o takiej sytuacji pochodzą dopiero z wieku XIV, czyli aż tysiąc lat po wydarzeniu z Nicei. Również obecność samego św. Mikołaja na Soborze Nicejskim nie jest pewna, ponieważ żadne soborowe dokumenty nie wymieniają go na liście uczestników. Z drugiej zaś strony, lata jego życia ewidentnie przypadły na czas soboru, który był przecież soborem powszechnym, a zatem można przypuszczać [być pewnym md] , że Mikołaj, jako biskup Miry, również był tam obecny.
Jeśli historia ta faktycznie się wydarzyła, nie należy zachowania biskupa Mikołaja rozumieć jako działania pod wpływem emocji, lecz raczej, jako obronę całego Kościoła, któremu heretyk Ariusz wyrządzał krzywdę. Można powiedzieć, że św. Mikołaj naśladował w swoim zachowaniu samego Chrystusa, którzy uplótłszy bicz, powyrzucał sprzedających ze świątyni. Herezja ariańska uderzała bowiem w całą wspólnotę wierzących odkupionych przez Syna Bożego, który dla nich przyjął ludzką naturę i stał się człowiekiem. Natomiast arianie twierdzili, że Ten, który umarł za ludzkość na krzyżu, wcale nie był Bogiem, a stworzeniem rzekomo podobnym Ojcu. Gdyby faktycznie tak było, Jego śmierć nie przyniosłaby odkupienia, co wyjaśnił św. Atanazy w swoich „Mowach przeciw arianom” (II. 69):
Gdyby Syn był stworzeniem, człowiek pozostałby śmiertelny jak wcześniej, nie będąc złączony z Bogiem; bo stworzenie nie złączyłoby stworzeń z Bogiem, skoro samo potrzebuje kogoś, kto by je złączył. Ani żadna część stworzenia nie mogłaby być zbawieniem dla stworzenia, jako że sama potrzebuje zbawienia. Aby zapobiec również temu, Bóg posyła swego własnego Syna, a On staje się Synem Człowieczym, przyjmując stworzone ciało; aby — ponieważ wszyscy byli pod wyrokiem śmierci — On, będąc innym niż wszyscy, mógł za wszystkich ofiarować śmierci swoje własne ciało. I aby odtąd — jakby wszyscy umarli w Nim — słowo owego wyroku mogło się dopełnić (albowiem „wszyscy pomarli” w Chrystusie – 2 Kor 5,14) i wszyscy przez Niego mogli następnie stać się wolni od grzechu i od przekleństwa, które na nim ciążyło, i aby naprawdę trwali na wieki, powstawszy z martwych i przyobleczeni w nieśmiertelność i nieskażenie.
Adrian Fyda
Źródła: aleteia.org, stnicholascenter.org, mateusz.pl, catholicus.eu
Orban: To ostatnie wybory przed wojną
Orban: To ostatnie wybory przed wojną
6.12.2025 https://nczas.info/2025/12/06/orabn-to-ostatnie-wybory-przed-wojna

Przemawiając w sobotę na antywojennym wiecu w Kecskemet w centralnych Węgrzech premier tego kraju Viktor Orban ostrzegł, że „przyszłoroczne wybory będą ostatnimi przed wojną”. To, jaki rząd w nich wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny – stwierdził Orban.
Kecskemet jest trzecim miastem, w którym rządzący Fidesz premiera Orbana i najważniejsza partia opozycyjna kraju – TISZA – organizują tego samego dnia swoje kampanijne spotkania.
Wybory parlamentarne na Węgrzech mają się planowo odbyć w kwietniu 2026 roku. Większość przedwyborczych sondaży daje przewagę opozycyjnej TISZY, chociaż w ostatnich badaniach różnica pomiędzy dwiema głównymi partiami kraju zmalała.
– Dobrze jest, że Stany Zjednoczone mają prezydenta, który działa przeciwko wojnie. W obliczu walk toczących się w naszym sąsiedztwie i przygotowań Europy do wojny, jedynym pytaniem jest, czy uda nam się uniknąć wojny – stwierdził premier Orban.
Zauważył, że „stosunki dyplomatyczne (Europy z Rosją) zostały zerwane, nałożono sankcje, (w Europie) wraca pobór do wojska oraz trwa transformacja w gospodarkę wojenną”. – Dopiero potem nastąpi faza konfrontacji – zauważył Orban.
Podkreślił, że „aby uniknąć wciągnięcia w wojnę, musimy sprawić, by Węgry były silne”. – Musimy uczyć się z historii! Wybory w przyszłym roku będą ostatnimi wyborami przed wojną. To, jaki rząd wybierzemy, będzie naszym losem w czasie wojny. Z rządem narodowym mamy szansę uniknąć najgorszego – ocenił węgierski premier.
Orban określa swój gabinet mianem „rządu narodowego”, a swojego głównego rywala, Petera Magyara, i jego ugrupowanie oskarża o zależność od urzędników Unii Europejskiej i kierowanie się ich priorytetami.
W wystąpieniu węgierski premier zapewnił też, że prowadzi rozmowy z USA i Rosją, by przygotować kraj na przyszłość.
Sodomia i gomoria
Sodomia i gomoria
Stanisław Michalkiewicz, „Prawy.pl” 6 grudnia 2025 michalkiewicz
A to ci dopiero siupryza, a to zaskoczenie! Chociaż z drugiej strony żadnego zaskoczenia być tu nie powinno – ale o tym później. Chodzi oczywiście o wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który orzekł, że tak zwane „małżeństwo jednopłciowe”, które zostało zawarte w dowolnym kraju Unii Europejskiej, który takie dziwolągi dopuszcza, musi być „uznane” we wszystkich państwach UE – również tych, które takich dziwolągów nie dopuszczają. Dziwolągów – bo między „małżeństwem”, a związkiem osób tej samej płci zachodzi istotna różnica.
O ile małżeństwo – abstrahując od jego wymiaru metafizycznego – jest umową między mężczyzną i kobietą, obejmującą nie tylko wzajemne świadczenie usług seksualnych – ale również obowiązek opieki nad dziećmi, które w następstwie tych „usług” pojawią się na świecie – o tyle związki jednopłciowe dotyczą TYLKO wzajemnego świadczenia usług seksualnych, z których żadne dzieci – wbrew opinii pani prof. Moniki Płatek z parku jurajskiego, pretensjonalnie nazwanego „Uniwersytetem Warszawskim” – pojawić się nie mogą. Z tego powodu, o ile „państwo” ustanawia dla małżeństwa specjalny status prawny – właśnie ze względu na jego prawdopodobne następstwa, w postaci pojawienia się innych ludzi, wobec których małżonkowie zaciągają bardzo wiele różnych i egzekwowanych przez prawo zobowiązań, o tyle umowy o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych specjalnie „państwa” do tej pory nie obchodziły, bo z nich żadne zobowiązania nie wynikają.
Niestety, obecnie Europa i Ameryka Północna znalazły się w mocy wariatów, których jest tak wielu, że w procesach demokratycznych zaczęli wpływać na systemy prawne, co spowodowało stopniowe zacieranie różnicy między małżeństwem a wspomnianymi umowami o wzajemne świadczenie sobie usług seksualnych, że w końcu doszło nie tylko do uznania takich związków za „małżeństwa” przez niektóre państwa UE, ale do wspomnianego wyroku TSUE. Wyrok ten dotyczy również naszego nieszczęśliwego kraju, który lekkomyślnie ratyfikował traktat akcesyjny do Unii Europejskiej, a następnie – traktat lizboński – bo jacyś polscy obywatele zawarli taki związek gdzieś za granicą – no i teraz Polska powinna również u siebie go uznać i zarejestrować, właśnie jako „małżeństwo”.
Najzabawniejsza jest reakcja naszych dygnitarzy na ten wyrok. O ile obywatel Tusk Donald buńczucznie oświadczył, że żaden TSUE nie będzie nam, to znaczy – Polsce – dyktował, co ma robić – o tyle inni członkowie vaginetu obywatela Tuska Donalda, np. obywatel Żurek Waldemar , który w vaginecie obywatela Tuska ma fuchę „ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego” twierdzi – podobnie jak Rzecznik Praw Obywatelskich – że „jakoś” musimy to „załatwić”. Skąd biorą się aż tak daleko idące rozbieżności?
Początków należy oczywiście szukać w roku 2003, kiedy to w naszym bantustanie odbywało się referendum w sprawie Anschlussu. Wówczas zwolennicy Anschlussu, to znaczy – zarówno obywatel Tusk Donald, jak i obywatel Kaczyński Jarosław, stręczyli Polakom Anschluss nie tylko dlatego, że Unia miała obsypać Polskę złotem i znowu miało być, jak za Gierka, ale również dlatego – o czym przekonywał wszystkich – być może wskutek skłonności do koloryzowania – JE abp Józef Życiński – że kwestie „światopoglądowe” będą wyłączone z prawa wspólnotowego, tylko regulowane wyłącznie przez prawa krajowe. Był to pogląd ryzykowny, bo 10 lat wcześniej wszedł w życie traktat z Maastricht, który zasadniczo zmienił sposób funkcjonowania wspólnot europejskich. Odszedł od formuły konfederacji, czyli związku suwerennych państw, ku formule federacji, czyli państwa związkowego. Nikt zatem nie powinien się tłumaczyć, że nie wiedział co Polakom stręczy – bo za taką ignorancję każdy z tych dygnitarzy powinien zapłacić głową.
No ale stało się i Polska traktat akcesyjny ratyfikowała wskutek czego wszedł on z życie 1 maja 2004 roku. Może nie miałoby to jeszcze tak poważnych następstw, gdyby nie to, że 13 grudnia 2007 roku obywatel Tusk Donald i Książę-Małżonek, który w ówczesnym vaginecie obywatela Tuska również miał fuchę ministra spraw zagranicznych, podpisali w Lizbonie kolejny traktat, tzw. traktat lizboński. Obywatel Tusk przyznał już wtedy, że podpisał go bez czytania.
Skoro tak, to jestem prawie pewien, że Książę-Małżonek też go nie czytał. Podejrzewam również, że posłowie, którzy 1 kwietnia 2008 roku głosowali za ustawą upoważniającą prezydenta Lecha Kaczyńskiego do ratyfikacji tego traktatu, też go nie czytali. Czy w tej sytuacji prezydent Kaczyński, który 10 października 2009 roku ten traktat ratyfikował, przedtem go przeczytał? A jakże! W tej sytuacji trudno się dziwić, że nawet dzisiaj nasi dygnitarze nie wiedzą, do czego właściwie Polska się zobowiązała i w związku z tym – czy na przykład Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu może nam nakazać respektowanie „małżeństw” jednopłciowych. Takie niestety są konsekwencje wysuwania durniów i bęcwałów do kierowania państwem.
Ale nawet gdyby któryś z nich ten traktat przeczytał, to i tak nie wiedzielibyśmy na pewno, jak jest naprawdę. Chodzi o to, że traktat lizboński ustanawia zasadę przekazania, według której Unia Europejska ma tylko takie kompetencje, które przekażą jej państwa członkowskie. Niestety obok tej zasady traktat lizboński ustanawia również zasadę lojalnej współpracy, która stanowi, że państwo członkowskie musi powstrzymać się przed KAŻDYM działaniem (a więc niezależnie od zakresu kompetencji przekazanych), które m o g ł o b y zagrozić urzeczywistnieniu celów UE. Skutkiem tej zasady jest podważenie zasady przekazania i wypłukiwanie suwerenności z członkowskich bantustanów, bo wystarczy wpisać w kapowniku Komisji Europejskiej, że np. zrównanie umów o wzajemne świadczenie usług seksualnych przez pary jednopłciowe z małżeństwami jest pryncypialnym celem UE – i wszelkie zaklęcia tracą moc. Taki bowiem był w istocie cel traktatu z Maastricht, który w traktacie lizbońskim został tylko skonkretyzowany. Zatem – na pytanie do czego właściwie Polska się w tych traktatach zobowiązała, a do czego nie – jasna odpowiedź udzielona być nie może. Ale takie są właśnie konsekwencje powierzania sterów „dyplomacji” osobom w rodzaju Księcia-Małżonka.
Na tym zresztą nie koniec, bo TSUE w 1964 roku rozpatrywał sprawę Flaminio Costa przeciwko ENEL i wydając wyrok sformułował obowiązującą do dziś zasadę, według której prawo wspólnotowe ma charakter nadrzędny nad prawami krajowymi i to bez względu na rangę ustawy. Oznacza to, że również konstytucja, w której zapisano, że małżeństwo jest związkiem mężczyzny i kobiety, a nie sodomczyków, czy gomorytek, może dla TSUE nie mieć żadnego znaczenia. Ale o tym trzeba było myśleć najpóźniej w roku 2003, kiedy to zarówno obywatel Tusk Donald, jak i obywatel Kaczyński Jarosław jednomyślnie stręczyli Polakom Anschluss.
Stanisław Michalkiewicz
W których rzekach jest prąd stały, a w których zmienny. MEM-y VII.

—————————————

————————————–

————————————–

————————————-

————————————-

—————————–

——————————-

———————————

———————————–

——————————–

Podstępy postępu
Podstępy postępu
Izabela BRODACKA
Istnieje całkowicie mylne przekonanie, że o postęp trzeba walczyć. Czasami co gorsza walczyć zbrojnie. Komuniści w celu wywalczenia sprawiedliwości społecznej, dopuścili się ludobójstwa na wielką skalę – wymordowali miliony ludzi, torturowali ich, zamykali w łagrach. A sprawiedliwości społecznej jak dotąd nie było tak nie ma.
Współcześni ekologiści w trosce o rzekomo płonącą planetę gotowi są zmykać ludzi w gettach, zakazać im korzystania ze zdobyczy cywilizacyjnych, wepchnąć ich z powrotem do jaskiń. „Nie ma powrotu do jaskiń, jest nas za dużo” napisał proroczo S.J. Lec w jednej ze swoich fraszek. Dlatego obecni globaliści planują depopulację Ziemi.
Postępu nie wdrażało się wyłącznie siłą. Pozytywiści walczyli o postęp i sprawiedliwość społeczną metodą pracy u podstaw. Różne natchnione Siłaczki uczyły wiejskie dzieci czytania i zasad higieny, a ich rodziców racjonalnego gospodarowania. Praca u podstaw, choć bardzo szlachetna w intencjach miała jednak faktycznie niewielki wpływ na poziom życia tych najbiedniejszych, a przede wszystkim nie miała najmniejszego wpływu na stosunki społeczne.
Sytuację biedoty wiejskiej mogło poprawić tylko uwłaszczenie chłopów planowane przecież przez bardziej światłych ziemian. Uczenie ludu o witaminach, tych witamin nikomu nie dostarczało. Ludzie z zapadłych wsi mieli zresztą głęboką wiedzę na temat własnych sposobów zdrowego, naturalnego odżywiania oraz ziołolecznictwa. Potrafili zbudować dom, uprawiać rolę i hodować zwierzęta. Podobnie w skrajnie biednej wsi małopolskiej jaką była przed II Wojną Światową Ochotnica, gdzie większość starszych ludzi miała ukończone co najwyżej 4 klasy przedwojennej wiejskiej szkoły każdy gospodarz sam budował dom. Za czasów komuny kiedy mogłam to rejestrować doprowadzał również elektryczność i wodę. Co ciekawsze wielu rolników samodzielnie konstruowało ciągniki nadające się do pracy na stromych górskich polach. Fergusony i Zetory nie dojechałyby nawet do pola kamienistą stromą drogą, a zresztą ludzi nie było na ich kupno stać. Ktoś zbudował pierwszy taki ciągnik, a przekonani do tej nowinki sąsiedzi budowali podobne. Nie trzeba było tych ciągników reklamować, przebiły się same a teraz są perłą w Muzeum Ziemi Warmińskiej będącym własnością pana Janusza Dramińskiego.
Powiem więcej – to co naprawdę dobre przebija się zawsze samo. Nie trzeba tego reklamować ani pouczać ludzi uważanych za ciemnych czy gorzej poinformowanych o zaletach postępu czy rzekomego postępu. Poleska wieś była kiedyś uważana i raczej słusznie za obszar ciemnoty i przesądów. Większość tak zwanych „tutejszych” była niegramotna. Wieś gospodarowała niezwykle prymitywnymi metodami, mąkę mielono w żarnach, młócono cepami a w najlepszym przypadku konie zaprzężone do kieratu obracały młocarnię pożyczaną z chaty do chaty. A jednak gdy pierwsze dwory wykosztowały się na tak zwaną lokomobilę podobne lokomobile pojawiły się wszędzie na wsiach. Lokomobila był to przewoźny zespół napędowy, zawierający: kocioł parowy, maszynę parową i urządzenie transmisyjne. Na kupno lokomobili składała się często cała wieś bo jak się przekonali była tańsza w eksploatacji niż napęd koński. Nikogo nie trzeba było do tego przekonywać nikogo nie trzeba było pouczać.
Obecnie sukces ekonomiczny opiera się przede wszystkim na nachalnej, kłamliwej reklamie, a rządzący uważają, że mają prawo a nawet obowiązek pouczać ciemny lud o zaletach wybranej przez nich produkcji czy ideologii. Paradoksalnie- to rządzący są na ogół ciemni jak tabaka w rogu w sprawach o których się wypowiadają a pouczani przez nich bywają wybitnymi fachowcami w swoich dziedzinach. Cóż może na przykład prawnik czy socjolog wiedzieć na temat sprawności silników samochodowych czy niebezpieczeństw związanych z ich eksploatacją. A jednak premier Morawiecki, zapewne w najlepszej wierze i w nieświadomości, reklamował samochody elektryczne jako przyszłość motoryzacji.
Samochody elektryczne są drogie, niewygodne w eksploatacji, a przede wszystkim niebezpieczne. Gdy elektryk się zapali można go ugasić tylko wkładając go w całości do specjalnego kontenera. Z tej przyczyny zabroniony jest wjazd elektryków na promy morskie oraz do wielu podziemnych garaży w wielkomiejskich kamienicach. Elektryki nie są bynajmniej ekologiczne, gdyż utylizacja ich zużytych akumulatorów jest bardzo trudna a właściwie praktycznie niemożliwa.
Nic dziwnego, że jak donosi niemiecka prasa – w kryzysie znalazł się niemiecki rynek samochodów elektrycznych. Drastyczny spadek popytu na auta na prąd spowodował, że fabryczne parkingi, porty i salony dealerskie są pełne niesprzedanych pojazdów. Szacuje się, że nawet 100 tysięcy samochodów elektrycznych czeka na swoich nabywców. Paradoksalnie, w tym samym czasie eksport tych aut, między innymi do Polski rośnie.
Nie trzeba długo myśleć żeby ustalić co to znaczy. W Polsce salony samochodowe też przecież kipią od niesprzedażnych niemieckich samochodów elektrycznych. Dobrym przykładem sukcesu nachalnej reklamy połączonej z właściwymi znajomościami jest historia niejakiej Holmes. 19-letnia Elizabeth Holmes założyła firmę Theronos i zebrała milion dolarów na swój rewolucyjny projekt Edison czyli przenośną maszynę, która rzekomo miała analizować stan zdrowia człowieka na podstawie jednej kropli krwi. Holmes nazywano „nową Marią Skłodowską-Curie” nie zastanawiając się, jak to możliwe, że osoba, która rzuciła studia na inżynierii chemicznej po pierwszym roku, zdołała opracować przełomową technologię. Jeszcze na etapie projektu inwestorzy obsypali Holmes dolarami. Dzięki temu jej urządzenie czyli Edison było powszechnie wykorzystywane przez lekarzy oczywiście ze szkodą dla pacjentów. Długo skrywana prawda wyszła na jaw dzięki reporterowi „Wall Street Journal”.
Podsumowując. Nie przesądzając kwestii dobrych czy złych intencji. Wysoką technologią, zmianami klimatu, pandemiami i szczepionkami powinni zajmować się uczciwi fachowcy. Nie sprzedajni i nie wrażliwi na opinie celebrytów.
A politykom od tego wara.
Stanisław Krajski – Masoneria polska 2026. Klęska masonerii. Czy na pewno?
multibook/Stanislaw-Krajski-Masoneria-polska-2026.-Kleska-masonerii.-Czy-na-pewno

Opis
Zasadniczym celem tej książki jest przedstawienie przegranej masonerii. Dokonanie tego jest możliwe, gdy przedstawimy jej zwycięstwa, które doprowadziły ją do zdecydowanej dominacji w świecie, a w szczególności w Europie i USA – do pewnego punktu, od którego w pewnym momencie zaczął się jej przyspieszający wciąż upadek.
Poza tym jedną z ważnych przyczyn jej dzisiejszego osłabienia jest ten fakt, że jej poprzednie wielkie zwycięstw nie były z reguły pełnymi zwycięstwami, że jej cele były realizowane tylko w jakimś, raz większym raz mniejszym, procencie. (…)
Wiele wskazuje na to, że rok 2026 można uznać za początek końca masonerii, za rok kończący „Epokę masonerii”.
Część I W mackach masonerii – charakter, środki i cele masonerii – w tym omówienie ponad 20 organizacji Pomocników Szatana na Ziemi
Cześć II Zwycięstwa masonerii – ponad 50 sukcesów
Część III Porażki masonerii – ponad 10 przegranych
Część IV Co nam jeszcze grozi ze strony masonerii?
Czy ratując skórę masoneria będzie organizować w Europie krwawe rewolucje?
A może czeka nas kolejna, tym razem naprawdę zabójcza, pandemia?
Czy najlepszym rozwiązaniem, z punktu widzenia masonerii, jest wielka wojna?
O Kościele, Imperium Lewiatana, neokatechumenacie i sektach “katolickich”
O Kościele, Imperium Lewiatana, neokatechumenacie i sektach “katolickich”
Autor: AlterCabrio , 6 grudnia 2025
−∗−
O Kościele, Imperium Lewiatana, neokatechumenacie, i sektach “katolickich”. Rozmowa z B. Kopczyńskim
−∗−
Więcej: Bartosz Kopczyński
Nowa Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA oznacza znaczącą zmianę w priorytetach.
Niedawno opublikowana Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA oznacza znaczącą zmianę w amerykańskich priorytetach.
whitehouse.gov/National-Security-Strategy
1️⃣ Ameryka na pierwszym miejscu.
USA formalnie wracają do myślenia w duchu doktryny Monroe’a — skupiając się przede wszystkim na zabezpieczeniu własnej półkuli. Obejmuje to przesunięcie zasobów wojskowych z Europy, Bliskiego Wschodu i części Azji na zagrożenia takie jak masowa migracja, kartele i niestabilność w Ameryce Łacińskiej.
2️⃣ Chiny nie są zagrożeniem
Chiny nie są już określane jako największe zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Zamiast tego, USA postrzegają Pekin głównie jako:
• konkurenta ekonomicznego
• ryzyko dla łańcuchów dostaw
• potęgę regionalną, której USA chcą zapobiec w dominacji nad Azją
3️⃣ Tajwan nie jest już „kluczowym interesem”.
USA twierdzą, że powstrzymanie konfliktu o Tajwan jest ważne — ale nie jest już najwyższym priorytetem.
Dokument otwarcie przyznaje:
• Chiny wkrótce mogą przewyższyć USA militarnie w regionie
• obrona Tajwanu może stać się niemożliwa, jeśli sojusznicy nie zwiększą własnych zobowiązań wojskowych
4️⃣ Koniec ideologicznych krucjat.
Po raz pierwszy od dekad polityka zagraniczna USA wyraźnie odrzuca próbę szerzenia demokracji lub przebudowy społeczeństw za granicą.
Zamiast tego USA deklarują chęć pragmatycznych relacji nawet z krajami o odmiennych systemach politycznych.
5️⃣ Walka z Chinami staje się ekonomiczna.
Chiny nie są już przedstawiane jako wróg definiujący zagrożenie cywilizacji, lecz jako silny konkurent gospodarczy, z którym trzeba sobie radzić poprzez odbudowę amerykańskiej potęgi w kraju, a nie prowadzenie niekończących się walk za granicą.
Celem jest „wygranie przyszłości gospodarczej”, a nie pokonanie Chin militarnie.
Strategia przyznaje:
• cła od 2017 roku nie zadziałały — Chiny się dostosowały
• USA nie są wystarczająco silne i potrzebują koalicji ekonomicznej do rywalizacji.
To rodzi oczywiste napięcie:
Jak stworzyć koalicję antychińską: narzucając sojusznikom cła i żądając od nich większych wydatków na obronę?
Strategia Ameryki uległa fundamentalnej zmianie. Nowa hierarchia priorytetów:
1️⃣ Ochrona ojczyzny i granic
2️⃣ Dominacja na półkuli zachodniej
3️⃣ Odbudowa siły gospodarczej
4️⃣ Zarządzanie — a nie konfrontacja z Chinami
Era globalnego policjanta i promowania demokracji oficjalnie się zakończyła.
Co najbardziej zdumiewające, strategia odrzuca starą misję narzucania demokracji na świecie. Koniec z przygodami zmiany reżimów, koniec z globalistycznymi fantazjami o przekształcaniu całych narodów. Stany Zjednoczone teraz dążą do praktycznych, pokojowych relacji z innymi państwami, niezależnie od ich wewnętrznych systemów.
Żurnaliści-q…y. Kobieta zginęła w płonącym aucie elektrycznym. Co się zapaliło? Spryskiwacze czy zderzak?
Tragiczny wypadek w gm. Gołuchów (powiat pleszewski). Kobieta zginęła w płonącym aucie. Samochód był elektryczny
JAW 4.12.2025 pleszew/wypadek/kobieta-zginela-w-plonacym-aucie-samochod-byl-elektryczny
Fot. Komenda Powiatowa PSP w Pleszewie
W czwartkowy poranek, 4 grudnia, kilka minut po godzinie dziewiątej pleszewscy strażacy otrzymali wezwanie do zdarzenia drogowego. Jak się okazało po kilku minutach: samochód spłonął, kierująca nie przeżyła.

Płonący samochód oraz straż pożarna. Zdjęcie ilustracyjne.
—————————–
Na miejsce zadysponowano dwa zastępy straży z Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Pleszewie, dwa zastępy z OSP w Gołuchowie oraz jeden zastęp z OSP w Bielawach. Na miejsce skierowano również Zespół Ratownictwa Medycznego oraz policję.
– Po przyjeździe na miejsce zdarzenia strażacy okazało się, że doszło do pożaru pojazdu po jego uderzeniu w drzewo w miejscowości Bielawy. – informuje Dyżurny Stanowiska Kierowania KP PSP w Pleszewie.
Zdarzenie miało miejsce w Bielawach, na trasie z drogi krajowej w kierunku Turska. Jak potwierdził Dyżurny Stanowiska Kierowania KP PSP w Pleszewie, osoba uczestnicząca w wypadku nie żyje.
Jak udało nam się ustalić samochód, którym podróżowała kierująca to pojazd elektryczny. Jednak raczej nie jego technologia była przyczyną zdarzenia.
===================================

==========================
mail:
Kurwa no tak – sie zjarała to już tak. Co za kurwy dziennikarskie. To co się zapaliło? Spryskiwacze czy zderzak?
…ale na Ukrainie wszystko kwitnie. MEM-y VI.

————————-

———————–

——————————-

———————————

———————————

———————————

———————————————-

——————————-

————————–

————————————–

————————————-

—————————

———————————–

——————————–

W bambuko. MEM-y V.

————————-

——————————

————————————

—————————————

Psychopaci. MEM-y IV.

———————————

—————————–

——————————————–

——————————————

—————————————

————————–

————————

——————

———————————–

——————————–

——————————————-
kojce a kawalerki. MEM-y III.

————————-

——————————

—————

———————————-

——————————
Oj, ekolo, ekolo, ekolo… Narusza standardy. MEM-y II.

———————————

——————————

—————

—————

————————————————

———————————

————————

————————————-

————————

——————————-

——————————–
Postęp i chanuka. MEM-y I

——————–

popr.: „bogatsi”
——————————–


—————————–

———————————

————————————————-

————————-

———————

———————

———————————-

Seria ataków na proliferów pod Abotakiem. Policja chroni bandytów.

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
Pobili dziewczyny, wylali na ludzi lepka substancję, demolowali nasz sprzęt.
Aborcyjny Dream Team od miesięcy wylewa hejt na obrońców życia. I właśnie mamy efekty tego hejtu. Nasza pokojowa manifestacja w obronie życia dzieci mordowanych w Abotaku została brutalnie zaatakowana. I to aż trzy razy jednego dnia.

Aborcjoniści przekroczyli pod Abotakiem wszelkie granice. Zresztą dla nich chyba nie ma granic – skoro mogą mordować maleńkie dzieci, dlaczego mieliby nie rzucać się na ulicy na dorosłych?
Od dawna obserwujemy, jak Aborcyjny Dream Team (ADT) szczuje na naszą działalność, ale teraz słowa zamieniły się w odrażającą, fizyczną przemoc. To była eskalacja nienawiści, której ofiarami padły… kobiety, których obrońcami obwołują się aborterzy. To właśnie nasze wolontariuszki zostały najbardziej poturbowane fizycznie – tylko dlatego, że zdecydowały się przyjść pod rzeźnię na Wiejskiej i bronić dzieci przed ADT.
Najpierw nastąpił atak niezidentyfikowaną cieczą. Wszystko zaczęło się od kobiety, która podeszła do proliferów z wiadrem i gwałtownie wylała na nich nieznany, lepki roztwór. To działo się na powietrzu, gdy temperatura oscylowała wokół 0 stopni Celsjusza. Kurtki naszych ludzi były mokre, oni sami zmarznięci, a sprzęt elektroniczny – megafony, mikroporty i kamerki – zostały zniszczone. Agresorka została ujęta przez kilku naszych wolontariuszy, a następnie przekazana Policji. Jednak już chwilę później policjanci puścili ją wolno…
Następnie miała miejsce kolejna próba zniszczenia naszego wyposażenia. W pikietę wszedł mężczyzna, który wpadł w szał – kopał w rozstawiony stolik i celowo rzucił megafonem o bruk.
Jednak najgorsze wydarzyło się na końcu.
Chłopak tamtej pierwszej kobiety pobił nasze wolontariuszki. Co najbardziej szokuje, ten tchórz wybrał moment, kiedy dziewczyny zostały same, bez męskiej obstawy w pobliżu. Jedną z nich brutalnie popchnął wprost na drzwi stojącej tam karetki, drugą – która podbiegła pomóc koleżance – uderzył w twarz i rozbił jej wargę.
Tak wygląda szacunek do kobiet w wykonaniu proaborcyjnych bojówkarzy.
Szanowny Panie,
Abotak należy natychmiast zamknąć. To miejsce generuje agresję, a jego twórcy i powiązani z nimi napastnicy muszą stanąć przed sądem i odpowiedzieć za swoje czyny. Bezprawie, które dzieje się wewnątrz i na zewnątrz, musi zostać rozliczone.
Wiem jednak, że nad rzeźnią przy Wiejskiej roztoczony został parasol ochronny. Zapewnienie o bezkarności aborterki usłyszały już półtora roku temu – jeszcze od Adama Bodnara, który był wówczas Prokuratorem Generalnym. Krótko po wypuszczeniu przez Bodnara wytycznych o nieściganiu aborcji Aborcyjny Dream Team rozpoczął przygotowania do otwarcia swojej pseudo-przychodni. I niebawem ją otworzył – pod samym Sejmem.
Dlatego wiem, że musimy jeszcze wytrzymać, aż ten skrajnie proaborcyjny rząd odejdzie na śmietnik historii, a do tego czasu jedyne, co pozostaje w sprawie Abotaku – to opór oddolny, społeczny – ten, który od 9 miesięcy realizujemy.
Chcemy wytrwać. Choć ataki przybierają na sile i zmieniają swój charakter na coraz gorszy – od hejtu w Internecie przeszli do agresji fizycznej i rękoczynów.
Mają przychylność stołecznej Policji, która ochrania ich całą dobę, nazywa kliniką i przychodnią. Kiedy ktoś atakuje fizycznie proliferów, Policja dyskretnie odwraca wzrok, dopóki sami nie ujmiemy sprawców na gorącym uczynku.
Mają pieniądze z zagranicy, bo są częścią lobby międzynarodowego, które chce w Polsce zalegalizować aborcję. I zainwestowało w nich znaczne środki finansowe.
Ale nie wiedzieli, że mają także obrońców życia, którzy nie pozwolą im zabijać w ciszy.
Szanowny Panie,
W obliczu ataków w mediach, Internecie, a także fizycznie na ulicy – trwamy wiernie przy Życiu, Dobru i Prawdzie.
Jednak nasza dalsza obecność pod Abotakiem jest zagrożona z przyczyn finansowych.
Ostatnie ataki wpędziły nas w trudności finansowe – każdy akt agresji to eskalacja naszych kosztów:
– musimy na nowo drukować plakaty, foldery, a teraz jeszcze naprawiać megafony i kamerki zalane lepkim płynem,
– dochodzą koszty prawne związane z obroną naszych działaczy – pisanie zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, wniosków o ściganie i innych pism,
– w tym miesiącu muszę kupić także dodatkowy namiot polowy dla wolontariuszy, a sam jego koszt to 2450 złotych.
To nie są fanaberie, to podstawa, jaką muszę dać ludziom, aby mieli warunki do robienia akcji ulicznych, czuli się choć trochę pewniej i pod opieką.
Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o pomoc finansową. W tym momencie potrzeba 17 tysięcy złotych, abyśmy nie musieli zwijać pikiet i kończyć oblężenia Abotaku.
Czy może Pan przekazać 50, 100, 150 złotych lub inną kwotę, którą uzna Pan za słuszną, na dalsze prowadzenie społecznej akcji przeciwko aborcji w lokalu na Wiejskiej?
Bardzo proszę o wpłatę na dane poniżej.
Fundacja Życie i Rodzina
Numer konta:
47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
Kos SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW
Blik/karty kredytowe i debetowe/przelewy online:
Proszę o dopisek ABOTAK.
Wszyscy w Fundacji czujemy się przybici tym, co wydarzyło się ostatnio na pikiecie.
Jesteśmy poszkodowani, a państwo nie ma zamiaru nas bronić – tak jakbyśmy byli obywatelami drugiej kategorii. A wszystko dlatego, że bronimy dzieci przed aborcją. Gdybyśmy bronili aborcji, rząd by nas osłaniał…
Z wyrazami szacunku i – wbrew wszystkiemu – z nadzieją,
Kaja Godek![]() Fundacja Życie i Rodzina www.RatujZycie.pl |
PS – Aborcyjny Dream Team chce mordować dzieci w spokoju. Kolejnymi atakami na nas chcą doprowadzić do tego, że osłabią działania prolife. Proszę, nie pozwólmy im – bardzo liczę w tej sprawie na Pańską pomoc…
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA
LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/
Instrukcja zabicia dziecka społecznie nieszkodliwa? Postępowanie przeciwko proaborcyjnej Gizeli Jakubowicz „lekarce” umorzone.
Instrukcja zabicia dziecka społecznie nieszkodliwa? Postępowanie przeciwko proaborcyjnej lekarce umorzone
05.12.2025 Adw. Magdalena Leszczyńska – prawnik Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris
Czyn zabroniony polegać miał na udzieleniu ciężarnej kobiecie rad w nielegalnej aborcji poprzez instrukcje, w jaki sposób i z użyciem jakiego „leku” ma wykonać aborcję farmakologiczną oraz poprzez oferowanie pomocy w szpitalu, w którym pracuje, w razie gdyby doszło do komplikacji medycznych.
Prokuratura umorzyła postępowanie przeciwko proaborcyjnej lekarce z Oleśnicy
Internetowa porada aborcyjna
Prokuratura Rejonowa Wrocław Stare Miasto umorzyła postępowanie w sprawie proaborcyjnej lekarki z Dolnego Śląska. W sierpniu Instytut Ordo Iuris złożył do prokuratury pisemne zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez osobę podającą się za „Gizelę Jakubowicz”, której komentarz pod wpisem na Facebooku sugerował, że jest ona ginekologiem. Czyn zabroniony polegać miał na udzieleniu ciężarnej kobiecie pomocy w nielegalnej aborcji poprzez instrukcje, w jaki sposób i z użyciem jakiego środka ma wykonać aborcję farmakologiczną oraz poprzez oferowanie pomocy w szpitalu, w którym pracuje, w razie gdyby doszło do komplikacji medycznych.
Komentarz zamieszczono pod wpisem na zamkniętej grupie pod nazwą „ML Wrocław/ Dolny Śląsk”. Jeden z członków grupy dodał anonimowy post o treści „Jestem w ciąży, w której absolutnie nie mogę teraz być. Proszę o pomoc. Czy któraś z was mogłaby mnie zbadać? Test dodatni”.
W odpowiedzi pojawił się komentarz członka grupy przedstawiającego się jako Gizela Jakubowicz o treści: „Receptę na [tu padła nazwa „leku”] może wypisać sobie każda z nas, Schemat figo 2023 jest dostępny w necie. Pamiętaj, że wykonanie sobie samej aborcji jest w Polsce LEGALNE i kobieta nie jest karana. A gdyby coś cię niepokoiło w trakcie lub po- przyjedź do nas na izbę – Oleśnica. I powiedz jak jest. U nas nikt afery z tego robić nie będzie i nie zdziwi to też nikogo. Jeśli to większa ciąża i jesteś ujemna to pamiętaj że po poronieniu/aborcji trzeba podać immuno – Rhophylac 300-również sama na receptę sobie napiszesz Powodzenia”.
Zawartość profilu osoby komentującej wzbudziła u prawników Ordo Iuris przekonanie, że właścicielką konta jest lekarka ginekolog pracująca w Powiatowym Zespole Szpitali w Oleśnicy, znana ze swoich proaborcyjnych poglądów. Świadczą o tym zdjęcia i wpisy znajdujące się na tym profilu oraz w innych miejscach na Facebooku. Ponadto, aby zostać dodanym do grupy, w której opublikowano wspomniany komentarz należy podać numer Prawa Wykonywania Zawodu Lekarza, co dodatkowo uzasadnia stwierdzenie, że wyżej wskazany profil należy do tej ginekolog.
Prokuratura nie widzi problemu
Zgodnie z art. 152 § 2 Kodeksu karnego, „kto udziela kobiecie ciężarnej pomocy w przerwaniu ciąży z naruszeniem przepisów ustawy lub ją do tego nakłania podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Ugruntowane już orzecznictwo sądów podkreśla, że pomoc polega na każdym zachowaniu ułatwiającym aborcję, a zatem także na udzieleniu rady lub informacji. W tej sprawie autor wpisu udzielił informacji, jak uzyskać środki poronne, prowadząc instruktaż, co do ich stosowania i oferując pomoc w razie komplikacji w trakcie aborcji. W taki sposób prowadzona działalność całkowicie pomija regulacje ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, w szczególności jej art. 4a.
4 listopada prokurator umorzył śledztwo wskazując na znikomą społeczną szkodliwość czynu. Wydając taką decyzję prokurator musiał uznać zatem, iż czyn formalnie wypełnia znamiona przestępstwa, ale w konkretnych okolicznościach jego waga jest tak mała, że nie ma potrzeby prowadzenia postępowania karnego. Ocena w tym zakresie obejmuje przede wszystkim motywację i cel działania, okoliczności popełnienia czynu, rozmiar szkody, stopień naruszenia dobra prawnego i postawę sprawcy po czynie.
Normalizacja zabijania
W ocenie Instytutu, takie działanie organów wymiaru sprawiedliwości nie może być zaakceptowane. Decyzja prokuratora o umorzeniu postępowania dotyczącego nielegalnej aborcji z powodu znikomej społecznej szkodliwości czynu to przyznanie się państwa do porażki, ale nie tylko. To także dramatyczny sygnał, że państwo zaczyna uchylać się od pełnienia roli gwaranta konstytucyjnego prawa do życia — zwłaszcza tego najbardziej bezbronnego. Jak można bowiem określić zakończenie życia nienarodzonego dziecka — czynem o marginalnym znaczeniu dla społeczeństwa? Trudno sobie chyba wyobrazić bardziej brutalny przykład przesunięcia granic.
Gdy prokurator umarza postępowanie w oparciu o tę szczególną przesłankę procesową, przekaz jaki trafia do opinii publicznej jest jeden – „sprawa nie jest aż tak istotna”, a czy państwo naprawdę może sobie pozwolić na taką nonszalancję w kwestii najbardziej elementarnego prawa człowieka — prawa do życia? To nie w taki sposób buduje się państwo prawa, a prawo, które istnieje tylko na papierze nie ma żadnej wartości. Prawo jest jedno, a jego fundament — ochrona ludzkiego życia od poczęcia — nie może zależeć od indywidualnych interpretacji, nastrojów czy presji społecznej.
Co gorsze jednak, takie decyzje prowadzą do upowszechnienia aborcji po cichu, bez debaty publicznej, pokazując, że odchodzimy od ochrony życia i zamiast rzetelnej dyskusji mamy serię niezaskarżalnych postanowień. Dyskutujemy publicznie o prawach kobiet, rodzin, edukacji, podatkach, a pomijamy prawa najmniejszych osób, które nie mogą krzyczeć i protestować. A przecież to właśnie dla nich stworzono przepisy o ochronie płodu ludzkiego i dopuszczalności przerywania ciąży, wzmacniając przekonanie, że każde życie ludzkie ma wartość nienaruszalną.
Decyzja o umorzeniu postępowania ponownie rozszerza granice i stanowi kolejny krok w kierunku normalizacji zakazanych praktyk, otwierając drzwi do dowolności w decyzjach orzeczniczych. To nie tak powinien wyglądać wymiar sprawiedliwości, a prawo do życia nie może być zależne od tego, kto prowadzi postępowanie i jego interpretacji.
I chociaż w debacie publicznej coraz częściej pojawiają się sformułowania określające aborcję jako „wybór” czy „zabieg”, to fakt jest taki, że w wyniku aborcji ginie człowiek. Życie ludzkie jest wartością nadrzędną, a kiedy państwo rezygnuje z jasnych zasad, nie ma miejsca na ochronę słabych — jest tylko dowolność i chaos. Jeżeli państwo faktycznie chce chronić życie, musi to robić konsekwentnie. Dlatego Ordo Iuris konsekwentnie podejmuje działania zmierzające do ochrony ludzkiego życia i powstrzymania aborcyjnego procederu.
Adw. Magdalena Leszczyńska – prawnik Centrum Interwencji Procesowej Ordo Iuris
Kaja Godek