AstraZeneca wycofuje szprycę na koronawirusa. Przyznali, że może powodować skutki uboczne

Wycofują szprycę na koronawirusa. Może powodować skutki uboczne

8.05.2024 nczas!!!

Szczepionka COVID-19, skutki uboczne, pozwy.
Covidowa szczepionka. / Fot. PAP/EPA

Firma AstraZeneca poinformowała o rozpoczęciu wycofywania ze światowych rynków swojej szczepionki przeciwko Covid-19 w związku z „nadwyżką dostępnych zmodernizowanych” preparatów.

Przedsiębiorstwo przekazało, że z uwagi na nadwyżkę zmodernizowanych szczepionek spadł popyt na jej preparat Vaxzevria, który już nie jest produkowany ani dostarczany.

Brytyjsko-szwedzki koncern farmaceutyczny wcześniej przyznał, że szczepionka może powodować skutki uboczne, takie jak zakrzepy krwi i niska liczba płytek krwi – napisała agencja Reutera.

Wniosek o wycofanie szczepionki został złożony 5 marca, a wszedł w życie 7 maja – podał brytyjski dziennik „Daily Telegraph”.

Przypominam: Demoniczny rytuał w tunelu św. Gotarda

Rytuał w tunelu św. Gotarda nowaatlantyda/rytual-w-tunelu-sw-gotarda

Psychologia i umysł Published on By chrismiekina

42 Comments 41154 views

leadgottard2

2 czerwca (2016) oficjalnie otwarto Gotthard Base Tunnel – najdłuższy, bo liczący sobie 57 km tunel na świecie. Tunel powstal kosztem 11 milardów euro i wydrążenie go w alpejskich zboczach zajęło aż 17 lat. Dzięki temu podróż z Zurychu do Mediolanu skrócona została o godzinę (!!!).

Można próbować zrozumieć intencje oszczędnych Szwajcarów, ale nawet dla laika staje się jasne, że taka potężna inwestycja będzie się zwracać przez stulecia, co stawia pod znakiem zapytania jej ekonomiuczny sens. Chyba, że sens powstania tego tunelu leży zupełnie gdzie indziej…

Na uroczyste otwarcie zaproszono najpotężniejszych ludzi dzisiejszej Europy z kanclerz Merkel i prezydentem Hollandem na czele. To prawda, że tunel jest przedsięwzięciem unikalnym, ale ilość i ranga dygnitarzy zadziwia i znów każe podejrzewać, że nie chodzi tu tylko o sam tunel , ale coś jeszcze. Przypomina to kontrowersje wokól lotniska w Denver, które również powstało olbrzymim, niczym nieuzasadnionym wysiłkiem finansowym. Sama ilość materiału jaki wywieziono z terenu budowy lotniska sugeruje podziemną instalację a kto wie może nawet cale podziemne miasto. Czy coś podobnego stworzono w szwajcarskich Alpach i zbudowano tam podobnie jak w przypadku amerykańskiego Denver “zapasową” stolicę – tym razem dla Europy?
Na dodatek ceremonii otwarcia towarzyszył dziwaczny, niepokojący i przyprawiający o gęsią skórkę mroczny rytuał…

gothard1

Ceremonia rozpoczęła się wewnątrz tunelu od wejścia ubranej na pomarańczowo grupy, symbolizującej robotników pracujących przy tunelu. Weszli oni w wojskowej formacji w rytm miarowego dźwięku bębnów. Jak armia beznamiętnych zombie…

ghottard2

Zaraz po nich, na dużej platformie kolejowej pojawiła się następna grupa – żeby było dziwniej ubrana jedynie w białą bieliznę. Obraz ten miał podobno symbolizować ludzi, którzy będą podróżować tunelem.

ghottard3

Z niewiadomych przyczyn ludzie ci zaczęli się nagle obejmować w sposób daleki od powszechnie przyjętego. Seksualna natura tego aktu wydaje się być oczywista i niezwykle sugestywna zwlaszcza, gdy popatrzeć na to z homoseksualnego punktu widzenia.

ghottard4

W pewnym momencie pod sufitem tunelu pojawiła się latająca postać o brzydkiej, abnormalnie dużej głowie wykrzywionego w grymasie dziecka. Nie sposób odgadnąć płci stworzenia ze względu na kobiece piersi co nie powinno dziwić bo żyjemy w czasach, w których tradycyjny podział na dwie płcie rozpada się na naszych oczach. Jest coś diabelskiego w tej paskudnej postaci – jakby sam Lucyfer albo inny upadły anioł wydostał się z piekielnej czeluści do jakiej dokopali się robotnicy budujący tunel. A może był to sam Baphomet? Postać o kożlej, rogatej głowie, kobiecych piersiach, siedząca na ujarzmionym świecie?
Nie ma koźlej głowy? Popatrzcie na następne zdjęcie…

ghottard8

Ceremonia a właściwie satanistyczny rytuał przeniósł się na zewnątrz tunelu i pojawił się kozioł… Podobno miał symbolizować alpejskie kozice. Jeśli tak, to dlaczego wszyscy dookoła oddają mu wiernopoddańczą cześć? Zebrani wokół niego ludzie kłaniają mu się, widząc w nim kogoś, kto ma nad nimi władzę… Kozica ma władzę???? Chyba nie…

ghottard5

Następnie wyruszyła procesja, niosąc ze sobą rogatą czaszkę…..

ghottard6

Po niej kolejna, tym razem złożona z kobiet, które przystawiły sobie do głowy kozie rogi.

ghottard7

Dookoła procesji biegał główny kozioł w szaleńczym, ekspresyjnym tańcu.

ghotthard8

Procesja wyszła na zewnątrz. Na szatana (?) i jego wyznawców czekał szpaler robotników zombie

ghotthard10

A za nim podążała grupa młodych kobiet i mężczyzn w białych majtkach.

ghotthard11

Kilku zombie robotników powieszono w niezwykle sugestywny sposób. Nie chcieli być zombie???

ghotthard13-1

Na zewnątrz stał ogromny ekran z którego patrzyło wielkie wszystkwidzące oko (!) Wokól niego unosiły się duchy a może dusze tych , ktorych złożono w ofierze krwiożerczemu bogu….

ghotthard14

Tymczasem procesja, która towarzyszyła Baphometowi okryła się welonem – jakby idąc z nim do ślubu.

ghotthard15

On sam miotał się i wrzeszczał dziko na scenie. Na ekranie pojawiła się jego upiorna wykrzywiona w grymasie twarz i … egipskie skarabeusze…

ghotthard16

Ludzie z procesji padli na twarz przed kozłem w wyrazie uległości i oddania a na ekranie pojawiły się kręgi złożone z uważnie wpatrzonych oczu

ghottard9

Jedna z kobiet zarzuciła na kozła biały welon mówiąc: „Teraz jesteś panem świata!”

gotthard

Na ekranie pojawił się jeszcze zegar który podążał raz do przodu a raz wstecz symbolizując ponadczasowość. Za każdym razem kiedy wskazówki zegara zmieniały kierunek na ułamek sekundy zatrzymywały się na godzinie 9:11….

Tagged with: 911, Illuminaci, okultyzm, satanizm

Written by chrismiekina

Wojna o UkroPolin?

Wojna o UkroPolin?

Konrad Rękas „chart”

Posted by Marucha w dniu 2024-05-07 marucha/wojna-o-ukropolin

Świat stoi dziś w obliczu dwóch wielkich zagrożeń: wybuchu WW3 i wielkiego kryzysu 2.0, znacznie poważniejszego niż ten z lat 2008-11 i podobnego do załamania rynków z lat 30-tych XX wieku.

Oba te zjawiska są zresztą ze sobą powiązane, bowiem trwająca seria wojen lokalnych i duże prawdopodobieństwo pojawienia się kolejnych ognisk zapalanych, na Bliskim Wschodzie i na Morzu Południowo-chińskim wydają się być metodami zakamuflowania nadchodzącego kryzysu neoliberalnego globalnego kapitalizmu.

W tej sytuacji uniknięcie wojny staje się zagadnieniem życia i śmierci, w szczególności dla narodów środkowoeuropejskich, znajdujących się w naturalnej strefie zgniotu między Zachodem i Wschodem.

Jakiekolwiek straty i zniszczenia, które dotknęłyby Polskę, Rumunię, Węgry czy Słowację i Czechy w związku z wojną z Rosją – przez Anglosasów uznawane są za koszty akceptowalne. Możemy być kolejnymi ofiarami tej wojny i ani w Waszyngtonie, ani w Londynie nikt się zawaha, by wysłać polskich czy rumuńskich żołnierzy, by ginęli najpierw na Ukrainie, a potem może i na terytorium naszych własnych państw.

NATO już jest na Ukrainie

Wojska NATO nie muszą zresztą nawet na Ukrainę wkraczać, bowiem od dawna już tam są. Z tygodnia na tydzień zwiększa się po stronie Kijowa obecność francuska i brytyjska, oficjalnie głównie szkoleniowa i logistyczna, no i wywiadowcza, ale wiadomo też o aktywności NATO-wskich sił specjalnych, saperów, żandarmerii, a nawet policji, m.in. polskiej. Po prostu informacje na ten temat są dawkowane opinii publicznej Zachodu tak, by stopniowo oswajać ją z coraz większym zaangażowanie militarnym NATO.

W ten sposób pełnowymiarowe włączenie się do wojny takich państw jak Polska będzie wydawać się po prostu logiczną konsekwencją już wcześniej trwających działań. Niestety, w obecnej sytuacji politycznej, jeśli taka decyzja zapadnie – nie można sobie wyobrazić uniknięcia udziału Polski w wojnie z Rosją, choć wysłaniu polskich wojsk na Ukrainę sprzeciwia się ponad 90 proc społeczeństwa. To nie Polacy jednak decydują, ale amerykański hegemon.

Miraż Kresów

Zwłaszcza w Rosji polskie wejście do wojny bywa niekiedy przedstawiane jako próba aneksji terytoriów stanowiących obecnie Zachodnią Ukrainę. Tymczasem trzeba rozdzielić sentymenty i nadzieje polskiego społeczeństwa od polityki rządu Polski.

Władze w Warszawie nie chcą anektować części Ukrainy, to zupełna oczywistość, której w Polsce nikomu tłumaczyć nie trzeba, a rosyjskie media niepotrzebnie łudzą się, że jest inaczej. Oczywiście, gdy blisko 1/3 Polaków ma jakieś historyczne, rodzinne związki z Kresami Wschodnimi, w tym z ziemiami zajmowanymi obecnie przez Ukrainę – trudno, byśmy zapomnieli, że miasta takie jak Lwów, Łuck, Stanisławów, Równe, Tarnopol przez stulecia stanowiły one żywe ośrodki polskiego życia kulturalnego i społecznego. Powrót tych terenów do polskiej macierzy byłby wydarzeniem epokowym i wielkim świętem narodowym, jednak obecni rządzący nie będą Polakom robić takich prezentów.

Przeciwnie, jeśli polskie wojska znajdą się na Ukrainie, to by ratować reżim kijowski i uratować dawne polskie ziemie… dla Ukrainy. Sami Polacy zresztą nie byliby obecnie wstanie zmierzyć się z jakimikolwiek zmianami granicznymi, nieważne, na korzyść czy niekorzyść Polski.

Oczywiście też jednak, jeśli polskie wojska wejdą do Lwowa, nawet jako sojusznicy prezydenta Zełeńskiego i mera Sadowego nie oznacza to wcale, że szybko stamtąd wyjdą. Stworzona zostanie nowa sytuacja geopolityczna, a ta zawsze może zostać nasycona nową treścią. Może nią być unia polsko-ukraińska, ale czy będzie ona bardziej polska, czy bardziej ukraińska – dopiero się okaże i wiele zależy od determinacji i zaangażowania samych Polaków, jeśli granica przedzielające odwiecznie polskie ziemie naprawdę zniknie.

W końcu milionom Ukraińców bardziej niż na ziemi zależy na wyjeździe dalej na Zachód. A próżnię na ich miejsce będzie można wypełnić. Na pewno Polacy nie zarządzaliby gorzej swoją dawną własnością na Wschodzie niż robią to dzisiaj oligarchowie i kapitał zachodni.

Z pewnością też jednak brać należy pod uwagę słabość polskiego potencjału, tak demograficznego, jak i gospodarczego. Wypluwszy na zachodni rynek pracy 3 miliony aktywnych zawodowo Polaków – III RP pozostaje tylko podwykonawcą gospodarczych Wielkich Niemiec. W takiej sytuacji to aktywny na Ukrainie kapitał międzynarodowy miałby z miejsca przewagę w ramach nierównej unii, co poniekąd może tłumaczyć samo pojawienie się i zadziwiającą trwałość całego konceptu.

Widmo UkroPolin

Pomysł unii polsko-ukraińskiej, czymkolwiek miałaby ona być co jakiś czas pojawia się zwłaszcza w kręgach bliższych brytyjskiej polityce wobec Kijowa. Można więc domniemywać, że jest to jeden kilku możliwych scenariuszy, przewidywanych w Londynie i Waszyngtonie dla Ukrainy, w zależności od przebiegu wypadków na froncie i zapewne od stabilności reżimu Zełeńskiego. Gdy zacznie się on chwiać, zaś Polska będzie musiała stać się kolejnym państwem frontowym, wówczas jakiś nowy polsko-ukraiński twór państwowy pozwoliłby tylnymi drzwiami wciągnąć Ukrainę do NATO, a ponadto inne państwa należące do sojuszu miałyby rozwiązane ręce, by nie udzielać UkroPolinowi bezpośredniej pomocy zbrojnej, nie zachodziłaby bowiem przesłanka art. 5 Traktatu.

Własność, a nie unia

Scenariusz taki ma więc wiele plusów dla Zachodu, byłby natomiast bardzo niebezpieczny dla Polski, która za jednym zamachem znalazłaby się w stanie faktycznej wojny z Rosją, a w dodatku wyrzekłaby się własnej suwerenności (i tak wprawdzie ograniczonej przez NATO i UE) na rzecz jakiegoś niedookreślonego tworu państwowego ze znaczącym wpływem nazistów i oligarchów.

Zamiast więc odnieść jakieś narodowe korzyści z upadku reżimu w Kijowie – zapewnilibyśmy mu bezpośredni wpływ na wewnętrzną politykę polską, w dodatku ostatecznie dewastując własną gospodarkę, zwłaszcza rolnictwo i transport. Tymczasem Polacy mogą i powinny dążyć do odzyskania polskiej WŁASNOŚCI na Kresach Wschodnich, ale bez zbędnego i szkodliwego obciążenia tamtejszą skorumpowaną ukraińską administracją oraz przede wszystkim bez uwikłania się w samobójczą z naszego punktu widzenia wojnę z Rosją.

Rosjanie nie są wrogami Polaków ani żadnego innego narodu Europy Środkowej, prawdziwym zagrożeniem są natomiast dla nas wszystkich podżegacze wojenni, zachodni kompleks wojenno-przemysłowy, a także kijowscy naziści i oligarchowie. To przed nimi musimy się bronić za wszelką cenę unikając wojny.

Konrad Rękas „chart”
https://chart.neon24.net

Trzecia wojna – europejska?

III wojna europejska?

Stanisław Michalkiewicz  tygodnik „Najwyższy Czas!”    7 maja 2024 europejska

Ja oczywiście wiem, że zarówno Wielka Wojna, czyli I wojna światowa, jak i II wojna światowa były wojnami światowymi – ale zarazem można je uznać za dwie europejskie wojny domowe, bo przecież – jeśli nie brać pod uwagę Japonii, która walczyła ze Stanami Zjednoczonymi, ale też – z Wielką Brytanią i Francją – to przedmiotem tych dwóch konfliktów była walka o hegemonię w Europie. Ponieważ w tym okresie Europa panowała jeszcze nad sporą częścią ówczesnego świata, to siłą rzeczy zmagania o hegemonię w Europie musiały przekładać się na sytuację na innych kontynentach – ale nie zmienia to postaci rzeczy. W rezultacie, wskutek tych dwóch wojen domowych w XX wieku, Europa utraciła swoje polityczne znaczenie na rzecz Stanów Zjednoczonych i Rosji, a wreszcie – Chin.

Kiedy w drugiej połowie lat 80-tych zimna wojna zbliżała się do końca, wydawało się, że walkę o hegemonię w skali światowej wygrały Stany Zjednoczone i z tej pozycji układały się z Rosją, która właśnie pogrążała się w kolejnej „smucie”. Rezultatem była sławna transformacja ustrojowa w Europie Środkowej, aż wreszcie doszło do ustanowienia tu nowego porządku politycznego, który ostatecznie zastąpił porządek jałtański. Mam oczywiście na myśli ustalenia dwudniowego szczytu NATO w Lizbonie 19 i 20 listopada 2010 roku, na którym zostało proklamowane strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, które było najważniejszym ustaleniem „porządku lizbońskiego”.

Rdzeniem strategicznego partnerstwa NATO-Rosja było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, którego kamieniem węgielnym był podział Europy Środkowej na strefę niemiecką i strefę rosyjską. Było to rezultatem nawrócenia się w 1990 roku Niemiec na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją. Wydawało się, że porządek lizboński został zaaprobowany przez USA, które w dodatku rok wcześniej dokonały „resetu” w stosunkach z Rosją, nie tylko wycofując tarczę antyrakietową ze Środkowej Europy, ale w ogóle wycofując się z aktywnej polityki w tym regionie. I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to strategiczne partnerstwo NATO-Rosja w powietrze, obstalowując sobie za 5 mld dolarów „majdan” na Ukrainie, którego nieukrywanym celem było wyłuskanie tego państwa z rosyjskiej strefy. Najwyraźniej musiało stać się coś ważnego i to w samych Stanach Zjednoczonych, skoro w 2014 roku, niemal z dnia na dzień, zmieniły one swoją dotychczasową politykę europejską o 180 stopni, odrzucając strategiczne partnerstwo NATO-Rosja na rzecz konfrontacji z tym państwem. Jak wiemy ten zwrot w polityce amerykańskiej doprowadził do wojny, jaką obecnie Stany Zjednoczone prowadzą z Rosją na Ukrainie do ostatniego Ukraińca.

Ale nie tylko w USA dokonał się taki zwrot o 180 stopni. Podobny zwrot dokonał się w Niemczech, które wkrótce ponownie odeszły od linii politycznej kanclerza Bismarcka na rzecz konfrontacji z Rosją. O co Niemcy chcą z Rosją wojować? Nietrudno się domyślić, że o hegemonię w Europie. Skoro wysadzone zostały w powietrze niemiecko-rosyjskie gazociągi, skoro Ameryka zaczęła wyraźnie popychać Niemcy do konfrontacji z Rosją, a Niemcy zaczęły na to popychanie odpowiadać pozytywnie, to nieomylny to znak, że USA musiały Niemcom coś zaoferować. 10 sierpnia 1941 roku, podczas tzw. „rozmów przy stole” w swojej kwaterze głównej Adolf Hitler powiedział m.in.: „Czym Indie dla Anglii, tym dla nas będą tereny wschodnie. Gdybym potrafił wytłumaczyć narodowi niemieckiemu, co dla nas w przyszłości oznacza ten teren! Kolonie to wątpliwa zdobycz, ta ziemia, to coś pewnego. Europa to nie geograficzna, lecz mierzona krwią, zastrzeżona nazwa.

Czy przypadkiem ktoś w Ameryce nie podsunął Niemcom tej przynęty? Coś może być na rzeczy, bo po roku wahań i migania się, Niemcy nie tylko zdecydowały się na objęcie europejskiego patronatu nad Ukrainą, która natychmiast pozytywnie na to zareagowała, tradycyjnie wiążąc swój los z Niemcami, które przecież były wynalazcą ukraińskiej państwowości. Toteż kiedy w dodatku Niemcy porzucając strategiczne partnerstwo z Rosją, nawiązali coś w rodzaju strategicznego partnerstwa z Izraelem, uradowany prezydent Józio Biden w marcu ub. roku w nagrodę za takie dobre sprawowanie, pozwolił im na urządzanie Europy po swojemu, z czego natychmiast korzystają w tempie zaiste stachanowskim. Czy jednak Józio był szczery?

To tempo i charakter przedsięwzięć budzą niepokój w naszym nieszczęśliwym kraju, że finał może polegać na przekształceniu naszego bantustanu w Generalne Gubernatorstwo, kto wie, czy nie obciążone jakimiś serwitutami na rzecz niemieckich „Indii”, czyli Ukrainy. Taka możliwość rysuje się już teraz, a cóż dopiero w sytuacji, gdy Niemcy, za pośrednictwem Volksdeutsche Partei i dzięki nowelizacji unijnych traktatów, domkną do końca system swojej nad nami kurateli? Tych niepokojów bynajmniej nie uśmierzyło expose Księcia-Małżonka, który usiłował stworzyć wrażenie nie tylko ministra, któremu wolno uprawiać jakąś politykę, ale robił miny jeszcze groźniejsze, niż pan prezydent Andrzej Duda, który w takich chwilach upodabnia się nawet do Mussoliniego.

Ale wszystkie te wątpliwości mogą zostać rozstrzygnięte w całkiem innych kategoriach, na które w programie pani red. Gawryluk w „Polsacie” zwrócił uwagę pan Lejb Fogelman. Już samo zaproszenie do programu tego „pana mecenasa”, który przecież nie jest żadnym dygnitarzem, obok ministrów, którym się wydaje, że czymś kierują, było zastanawiające – ale jeszcze bardziej zastanawiające było, to, co pan Fogelman powiedział. A mówił nie jak komentator, ale „jak ktoś, kto ma władzę”. Pan Fogelman w krótkich, żołnierskich słowach wyjaśnił, że skoro Putin przestawił ruską gospodarkę na tory wojenne, to Europa powinna zrobić to samo, by za trzy lata „być gotowa”. Czyżby „w londyńskiej Wielkiej Loży już postanowiono” żeby nie tylko nasz bantustan, ale całą Europę pchnąć do wojny z Rosją? Z amerykańskiego punktu widzenia to wcale nie takie głupie, bo oto za jednym zamachem można będzie dzięki temu upiec dwie pieczenie. Rosja skonfrontowana frontalnie z europejskimi państwami NATO wyjdzie co najmniej tak osłabiona, jak Francja po II wojnie, a i z Niemiec, nie mówiąc już o nas, znowu zostaną ruiny i zgliszcza. Dzieki temu ani Rosja, ani Europa przez następne 100 lat nie będą już stanowiły problemu dla Ameryki, która w tej sytuacji będzie mogła spokojnie ułożyć sobie jakiś modus vivendi z Chinami. Co tu gadać, prawdziwy majstersztyk !

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Owsiak zaprosił zespół „Gnijący Chrystus”.

Mateusz Magdziarz @matt_magdziarz

Juras postanowił w tym roku zaprosić na swój festiwal zespół „Gnijący Chrystus”. W oficjalnym komunikacie przedstawiony został jako „kontrowersyjny” W 2018 roku w Gruzji członkowie tej kapeli zostali aresztowani i uznani za propagujących satanizm i terroryzm.

Jureczek kolejny raz skacze Katolikom po głowie. A potem, w okolicy stycznia, będzie jak co roku gadka o negatywnym stosunku Kościoła do Jurasa i WOŚP Skąd ten stosunek może się brać? Macie jakieś pomysły?

Zdjęcie

Zdjęcie

Zdjęcie

Zdjęcie

Zielono-tęczowe pranie mózgów. Oto „edukacja” (niedalekiej) przyszłości

Zielono-tęczowe pranie mózgów. Oto „edukacja” (niedalekiej) przyszłości

(Oprac. GS/PCh24.pl)

Kolejne poczynania w Ministerstwie Edukacji Narodowej nie dają nam odpocząć od adrenaliny. Jak dotąd urzędowanie pani „ministry” dało nam wachlarz mocnych wrażeń. Zostaliśmy pozbawieni części lektur, stanowiących polski kanon kulturowo – poznawczy. Podstawy programowe  zredukowano we wszystkich obszarach, o takie elementy, które budują logiczne myślenie, związki przyczynowo – skutkowe i tożsamość narodową. Wprowadzono administracyjny zakaz zadawania prac domowych. Dokonano kolejnych postępów na drodze cyfryzacji edukacji. Kontynuowane są programy Edukacji Włączającej. Zapowiedziano nowy obowiązkowy przedmiot od 2026 r. – „wiedza o zdrowiu”, zawierający moduł seksualizacyjno – genderowy. Zapowiedziano włączenie Polski do Europejskiego Obszaru Edukacyjnego od 2025 roku. Teraz najnowsze wieści, to wprowadzenie do preambuły podstawy programowej dwóch wielce istotnych wątków. Pierwszy: cele kształcenia ogólnego w podstawie programowej będą zawierać wymóg dbania o środowisko przyrodnicze, w tym klimat, w skali lokalnej i globalnej; drugi nowy wątek: nauczyciele w pracy z uczniami będą stosować założenia uniwersalnego projektowania.

Wiele było już mowy o tym, również na tych łamach, ponieważ jednak wciąż pojawiają się nowe fakty, należy co jakiś czas dokonywać resume. Nie jest bowiem tak, że te fakty są oderwane od siebie, przeciwnie, układają się w logiczną całość, która ma swoje początki, przebieg i zamierzone skutki. Oto więc dostarczymy teraz Państwu skondensowanej wiedzy.

Główną informacją, która determinuje pozostałe, jest planowane przez obecny rząd wejścia Polski do Europejskiego Obszaru Edukacyjnego. Zapowiedziano to w związku z wizytacją w Polsce, w MEN unijnej komisarz ds. innowacji, badań naukowych, kultury, edukacji i młodzieży (ach, te długie, unijne nazwy, zupełnie jak u sowietów). Ma to nastąpić w 2025 r. Decyzja o tym tworze zapadła na nieformalnym spotkaniu unijnych szefów państw i rządów w Goteborgu w dniu 17 listopada 2017 r. Spotkanie prowadził ówczesny przewodniczący Rady Europy Donald Tusk. Był to szczyt społeczny, kreślono więc tam plany dotyczące zarządzania społeczeństwem unijnym.

Jednym z głównych ustaleń było powołanie do życia idei Europejskiego Obszaru Edukacyjnego (dalej: EOE), który ma stać się ciałem w roku 2025. Potem były kolejne dokumenty formalne i robocze, stąd wiemy o tym założeniu całkiem dużo.

Należy pamiętać, że matrycą, w której powstają i działają wszelkie przedsięwzięcia unijne jest realizacja założeń teoretycznych UE. Nie są nimi żadne plany Schumanna, Adenauera czy de Gasperiego, lecz zupełnie inne. Licząc od najnowszego, znajdziemy tam Manifest z Ventotene Spinelliego, Paneuropę Richarda Coudenhove – Calergi, projekt iluminaty Anacharsisa Cloots’a, pomysły różokrzyżowca Jana Amosa Komenskiego.

Zmierzają one wprost do budowy republiki świata, bez narodów, państw, rządów, religii chrześcijańskiej, moralności, małżeństw, rodzin, własności prywatnej. Ma być jedna światowa społeczność, złączona w braterskim uścisku przez jeden światowy zarząd, którym rządzi kasta mędrców, posługujących się wiedzą, tajemną dla reszty ludzkości. Aby to uskutecznić, potrzeba oczywiście ludzkość wiedzy pozbawić.

Do tego ambitnego założenia zmierzają siły, sterujące ONZ, i do tego samego zmierza nasza dzielna Unia Europejska, pod przewodnictwem nieugiętych przywódców. W stosunku do ONZ UE jest wiernym wykonawcą, w stosunku do planowanego państwa światowego Unia jest prototypem, a zarazem jedną z docelowych prowincji przyszłej  republiki świata.  Tak więc niepowodzenie Unii będzie niepowodzeniem projektu globalnego.

W projekcie globalnym są dwie główne polityki, mające wpływ na edukację szkolną. Jeden to Edukacja Zrównoważonego Rozwoju (dalej: EZR), będąca istotną częścią Zrównoważonego Rozwoju (należałoby raczej mówić: zrównoważonego rozboju). Jest to polityka, narzucona narodom przez właścicieli globalnych kapitałów, decydujących o organizacjach ponadnarodowych i wielkich korporacjach. Jej celem jest pozbawienie narodów i jednostek dostępu do zasobów, własności i jakiejkolwiek sprawczości, co oznacza niewolnictwo.

Druga polityka to Edukacja dla Wszystkich dalej: EdW, która jest zorientowana na system edukacji, ale rozszerzony na całe społeczeństwo. Oznacza to, że pod pozorem praw niepełnosprawnych dzieci likwiduje się szkoły specjalne, a dzieci upośledzone trafiają do szkół rejonowych. Dzięki polityce równości następuje dostosowanie poziomu całej szkoły do najsłabszych, czyli niedorozwiniętych i upośledzonych, i temu służy tzw. „projektowanie uniwersalne”. W szkole włączającej są wszyscy, więc wszystko musi być dostosowane do wszystkich. Nauczanie musi być więc takie, aby nauczyli się tego uczniowie upośledzeni. Wszystkie teksty się przerabia na EtR (easy to read – teksty łatwe do czytania i rozumienia).

Szkoła dająca wcześniej wiedzę zamienia się w rozbudowane przedszkole. Wyrzuca się ze szkoły podstawy programowe, wymogi, oceny, a wprowadza psychoedukację, psychoterapię i integrację społeczną. Dzięki temu można do takiego systemu edukacji wprowadzić wielokulturowych imigrantów z innych kontynentów. W to wszystko na siłę wrzuca się seksualizację i ideologię gender.

 Ideologizowani od dziecka młodzi ludzie nie zajmują się wiedzą, tylko seksem. Nie nabywają kwalifikacji do samodzielnego życia i nie mają ochoty ani zdolności do zakładania i utrzymania własnych rodzin. W szkołach nie ma wymogów, ale jest nauka o antykoncepcji, aborcji, bezpiecznym seksie i psychologiczne pranie mózgu. Chłopaki po tym są bierni, słabi i niezdolni do niczego, dziewczyny skłonne do nierządu. Nikt nie myśli o rodzinie, narodzie, państwie, religii i moralności, nie ma też kwalifikacji, aby utrzymać swój byt swoją samodzielną pracą.

Wtedy tworzy się mieszanka różnorodności, pozbawiona tożsamości. Narody roztapiają się w wielokulturowości, marazmie i narastających problemach psychicznych, z zaburzeniami tożsamości płciowej łącznie. Odpowiedzią na galopujące kryzysy dzieci i młodzieży jest wprowadzenie systemu Oceny Funkcjonalnej, który oficjalnie służy wsparciu psychicznemu.

W rzeczywistości kryzysy psychiczne są tylko pretekstem dla wprowadzenia systemu, obejmującego wszystkich. Pod pozorem wsparcia dzieci, dbałości o ich dobrostan, przeciwdziałania przemocy w rodzinie i szkole wprowadza się do szkół armię specjalistów, którzy mają do wykonania zadania w szkole i w rodzinie. W szkole mają uniemożliwić nauczanie przedmiotowe, wymogi i oceny tam, gdzie to jeszcze istnieje. Następnie mają przejąć wiodący wpływ na psychikę młodych ludzi i dostosować ich do wymagań państwa globalnego. Tam, gdzie już występują zaburzenia, mają wspierać, czyli afirmować ten stan. Mają też wykrywać rodziny, w których zachowano normalność i dobre wychowanie. Pod pretekstem przemocy, patriarchatu i faszyzmu mają buntować dzieci przeciw rodzicom i nauczycielom, skłaniać ich do zaprzestania wychowania i nauczania, a jeśli będą oporni – nasyłać służby. W ten sposób ma zostać przejęty istniejący wcześniej system edukacji, i niepostrzeżenie wprowadzony nowy. Stary uczył narody, nowy tresuje zasoby ludzkie państwa globalnego.

EdW jest u nas znana jako Edukacja Włączająca, ale to dokładnie ten sam projekt. Tworzy ona strukturę materialną i jest odpowiedzialna za organizację systemu, natomiast wypełnieniem treścią zajmuje się EZR, która odpowiada za treści nauczania. Są one ściśle dostosowane do globalistycznej Agendy 2030. W jej ramach mieści się zielony ład, transformacja cyfrowo – ekologiczna, klimatyzm, prawa kobiet do aborcji, sterylizacji i prostytucji, ideologia gender. To wszystko ma się znaleźć w głowach ludzi po rządami edukacji globalnej. W ten sposób budownicy państwa globalnego chcą zrealizować swoje zamysły likwidacji narodów, państw, religii chrześcijańskiej, moralności, rodziny, małżeństw, własności prywatnej.

EOE jest tym właśnie, tyle, że na skalę europejską. Jednocześnie ma być bardzo ważnym elementem integracji państw po unijnemu, czyli na siłę. Systemy edukacji mają zostać wchłonięte przez centralny zarząd europejski. Mają zniknąć narodowe podstawy programowe, lektury, wiedza o własnej historii i kulturze, a docelowo wszelkie tożsamości narodowe, zastąpione przez jedną jedyną tożsamość unijną, zwaną też europejską. EOE ma umożliwić realizację celów barcelońskich.

Mało kto o tym wie, wielu ludziom wydaje się, że Unia kiedyś była dobra, ale zepsuli ją jacyś źli eurokraci. Otóż nie, Unia nigdy nie była inna, zawsze chciała zniszczyć narody i zniewolić ludzi. Cele barcelońskie pochodzą z 2002 r. Zakładają dwojaki cel. Po pierwsze, kobiety,  mające małe dzieci mają po urlopie macierzyńskim trafiać na rynek pracy, a dzieci do opieki państwowej (docelowo – unijnej), czyli do żłobka, przedszkola i szkoły, realizujących w/w cele. Po drugie, starcy też mają powrócić do pracy. Należy podnieść wiek emerytalny o 5 lat i zbudować rynek pracy dla ludzi 50 – 70. To wszystko dlatego, że w Europie rodzi się za mało dzieci, co jest zagrożeniem dla unijnej gospodarki. Będzie za mało konkurencyjności i umiejętności. Dla ludzi rządzących Unią nieważne są problemy ludzi. Ich interesują problemy korporacji, którym służą, czy będą dość konkurencyjne, czyli na ile uda im się obniżyć koszty działalności i zwiększyć przychody. Ludzie to dla nich „siła robocza” oraz „umiejętności”. Człowiek jest tylko tyle wart, ile są przydatne jego umiejętności dla globalno-unijnych  korporacji.

Skoro Unia nie chce mieć tożsamości narodowych, nie potrzebuje podstaw programowych. W EOE będzie jedna, unijna rama, wypełniona EZR, seksualizacją, antykoncepcją, sterylizacją, aborcją, ideologią gender, zmianą płci. Dlatego Polacy mają mieć „edukację o zdrowiu”. Oficjalnym, nieskrywanym już celem EZR jest zmiana postaw i zachowań, mówiąc kolokwialnie – pranie mózgu. Dlatego już teraz w Polsce redukuje się podstawy programowe i lektury. Zakres realnej wiedzy, dawanej przez szkołę ma być tylko taki, aby absolwent mógł wykonywać czynności w miejscu pracy, które wyznaczy mu system w wieku 12-14 lat. Dlatego polskie dzieci nie mają odrabiać zadań domowych, jeszcze by się za dużo Polacy nauczyli.

Dorośli ludzie mają być do 64. roku życia stale w unijnym systemie edukacji i szkoleń. Minimum raz w roku każdy ma odbywać jakieś szkolenie. Nazywa się to „nauką przez całe życie” i ściśle wpisuje się w unijną politykę mobilności ludzi. Mobilność edukacyjna polega na czasowym zmianie miejsca pobytu, związanym ze zmianą szkoły. Przyjęto normy dla EOE – jaki odsetek uczniów ma się uczyć poza krajem pochodzenia. Studenci – 25%, uczniowie szkół zawodowych – 15%, pozostali uczniowie – 20% . W tej ostatniej kategorii mieszczą się szkoły podstawowe i średnie.

Mobilność edukacyjna zakłada, że do UE i jej systemu edukacji będą masowo prowadzani imigranci spoza UE, głównie z Afryki. Wygląda więc na to, że co piąte polskie dziecko ma zostać wywiezione do innego kraju, a w to miejsce przywiezieni jacyś obcy ludzie. Mobilność edukacyjna ma objąć także nauczycieli i szkoleniowców, co ma rozwiązać problem braków nauczycieli, dotyczący całej UE, nie tylko Polski. Dzięki nowym rozwiązaniom będą mogli przemieszczać się z jednego kraju do innego. Dzięki polityce UE, promującej Edukację Włączającą nauczyciele uciekają ze szkół, a nowi nie przychodzą. Rozwiązaniem będzie mobilność edukacyjna, czyli podkupywanie nauczycieli  z krajów uboższych przez bogatsze. 

Mobilność edukacyjna płynnie przechodzi w mobilność pracowniczą. Siła robocza, czyli ludzie mają być przenoszeni z miejsca na miejsce i z kraju do kraju zgodnie z potrzebami gospodarki unijnej. Programy unijne zakładają, że przemieszczanie się ludzi za pracą jest „przenoszeniem umiejętności”. Każde takie przemieszczenie ma charakter całożyciowy. Oznacza to, że gospodarka UE będzie decydować o całym życiu ludzi, którzy są tylko „siłą roboczą”. Dla sprawności systemu promowana będzie nauka przez całe życie. Każda zmiana miejsca pracy czy wykonywanej czynności pociągnie za sobą konieczność szkolenia. Absolwenci szkół unijnych będą bowiem tak wąsko nauczeni i wyszkoleni, aby umieć wykonywać tylko jedna czynność na raz.

Każde szkolenie będzie ściśle związane z unijno – globalnym praniem mózgu. Eurokraci są bowiem świadomi, że im dłużej ludzie przebywają w unijnej szkole, tym ważniejsze są dla nich takie kwestie, jak prawa kobiet, katastrofa klimatyczna, nierówności społeczne, zdrowie publiczne i dobrostan.

Są to dane Eurobarometru, widać więc, jak unijna edukacja zmienia ludziom postrzeganie rzeczywistości i świadomość. Szkoleniami w ramach nauki przez całe życie będą zajmowały się różni dostawcy usług edukacyjnych. Ważną rolę w systemie zajmą europejskie uczelnie wyższe. Zostaną one włączone w sieci współpracy, zrzeszone w jeden, europejski system, docelowo będące częścią systemu globalnego. Studia magisterskie będą odsuwane na dalszy plan na rzecz krótkich kursów, zakończonych mikropoświadczeniami, i to ma stać się główną działalnością europejskich, w tym polskich uczelni wyższych. Dodatkowo w ramach Edukacji Włączającej zostaną one w pełni otwarte na wszystkich, czyli również upośledzonych i wielokulturowych imigrantów. Dostaną oni z góry uprawnienie formalne do studiowania, a uczelnie będą musiały dostosować swój program nauczania do ich poziomu.

W ramach szkolnictwa zawodowego i krótkich szkoleń w całej UE mają być nauczane specjalności zawodowe, związane z bliźniaczą transformacją – ekologiczną i cyfrową. Gospodarka unijna ma być cyfrowo – zielona, więc siła robocza również. Oznacza to, że jeśli wejdziemy do EOE, to po pewnym czasie polscy uczniowie nie tylko zostaną pozbawieni tożsamości, większości wiedzy, umiejętności samodzielnego myślenia i radzenia sobie w życiu. Nie tylko zostaną wyposażeni w nachalną seksualizację i wiedzę aborcyjno – genderową. Młode Polski i młodzi Polacy nie tylko zostaną wyposażeni w kompetencje do prostytucji i zmiany płci. W ramach kształcenia i szkolenia zawodowego zostaną wyposażeni tylko w takie umiejętności, które przydatne są tylko unijnym firmom do podwójnej transformacji – ekologiczno – cyfrowej. Polacy mają umieć tylko to i nic więcej, aby móc znaleźć zatrudnienie tylko tam i nigdzie indziej, a szczególnie w polskiej gospodarce narodowej.  

Wszystkie te operacje będą w pełni cyfrowe. Każdy dostanie Indywidualne Konto Edukacyjne, na którym będą zapisywane uprawnienia do szkoleń, mikropoświadczenia, a także zapis jego mobilności. System chce bowiem śledzić losy absolwentów, i generalnie wiedzieć wszystko o wszystkich. Właściciele chcą na bieżąco znać aktualny status swojego zasobu siły roboczej. Jeśli więc w Polsce wprowadza się edukacyjna platformę cyfrową, to po to, aby szkoły i ludzi włączyć w system.

Wszystkie obecne zmiany w edukacji są korzystne tylko dla UE oraz rodzącego się państwa globalnemu, natomiast jednoznacznie niekorzystne dla Polaków, narodu i państwa. Jednak rząd, działający w Polsce robi to namiętnie i energicznie. Wszystko, co obecnie dotyczy podstaw programowych, lektur, ocen, zadań domowych, nowych przedmiotów nauczania, projektowania uniwersalnego, Edukacji Włączającej – jest częścią działań, zmierzających do likwidacji najpierw państwa, a potem narodu.

Polacy mają się nie rodzić, ci, którzy będą, mają zostać częściowo rozproszeni, a opróżniony obszar Polski zasiedlony nową ludnością sprowadzoną z Afryki. Świadczy to o tym, że władza polityczna realizuje interesy obcych potęg, których celem jest likwidacja narodu i państwa polskiego.

Teraz dylemat – co z tym zrobić. Są tu możliwe działania na dwóch planach. Plan bliski, operacyjny ma dwa możliwe działania. Po pierwsze, należy użyć wszelkich możliwych środków, aby spowalniać wejście Polski do EOE, Edukację Włączającą, psychologizacje szkół i cyfryzację. Wejście do EOE będzie bowiem miało tak doniosłe i katastrofalne konsekwencje, że możemy ten moment uznać za formalny początek okupacji. Należy wywierać wszelkie możliwe naciski na obecną ekipę rządzącą. Nie należy spodziewać się po nich świadomych działań. Oni są tylko narzędziami. Jedyne, co ich może powstrzymać to opór oraz świadomość odpowiedzialności. Ludzie, winni działań, zmierzających do likwidacji narodu i państwa powinni być pociągnięci do surowej odpowiedzialności, i powinno się to im uświadomić, że my to wiemy. Po drugie, należy już teraz ukierunkować obecną opozycję, na okoliczność, gdy powróci do władzy. Należy od nich wymagać, niezwłocznie po objęciu przez nich władzy, aby cofnęli wszystko, co wprowadził, wprowadza i jeszcze wprowadzi obecny rząd, i obecna ministra. Należy dać im krótki czas – dajmy na to, trzy miesiące – na odkręcenie obecnego zniszczenia. Jeśli tego nie zrobią, należy ich traktować tak samo, jak obecną ekipę.

Jest też plan dalszy – strategiczny. Obecne zniszczenie i chaos w szkołach, seksualizacja, genderyzacja, upadek moralny i intelektualny są ściśle związane z członkostwem Polski w UE. Widać coraz lepiej, jaki jest dla nas unijny bilans. Należy robić wszystko, aby z tego wyjść. Unii nie da się zreformować ani naprawić. Im dłużej pozostaniemy w jej strukturach, tym dłużej będziemy podnosić się z upadku. W tym celu rodzice muszą przejąć odpowiedzialność za naukę swoich dzieci. Nauczać samemu tego, czego po zmianach podstaw programowych nie będzie uczyła szkoła. Wymagać wiedzy, pracować z dziećmi w domu. A wszyscy ludzie dobrej woli powinni uświadamiać innych, że Polska może przetrwać tylko poza UE, i jednocześnie już uczyć się, jak rządzić się samemu w swoim, niepodległym państwie.    

Bartosz Kopczyński, Towarzystwo Wiedzy Społecznej w Toruniu

Szpryca na mutacje koronawirusa, których jeszcze nie ma. „Wakcynologia proaktywna”

Szpryca na mutacje koronawirusa, których jeszcze nie ma. „Wakcynologia proaktywna”

7.05.2024 szpryca-na-mutacje-koronawirusa-ktorych-jeszcze-nie-ma

Szczepienie. Szczepionka
Szczepienie. Zdjęcie ilustracyjne. / Foto: Pixabay

Nowe szczepionki zapewniają ochronę przed szeroką gamą koronawirusów, które mogłyby potencjalnie powodować przyszłe epidemie; także przed tymi, o których istnieniu jeszcze nie wiemy – wykazały badania na myszach.

Artykuł na ten temat ukazał się w czasopiśmie „Nature Nanotechnology„.

Brytyjsko-amerykański zespół naukowców zaproponował zupełnie nowe podejście do projektowania i opracowywania szczepionek. Nazwano je „wakcynologią proaktywną”, a jej cechą charakterystyczną jest to, że preparat uodparniający tworzony jest jeszcze przed pojawieniem się patogenu…

Szczepionka działa poprzez szkolenie układu odpornościowego organizmu w zakresie rozpoznawania określonych regionów ośmiu różnych koronawirusów, w tym SARS-CoV-1, SARS-CoV-2 i kilku innych, które obecnie krążą w populacjach nietoperzy i potencjalnie mogą przenosić się na ludzi, co mogłoby poskutkować pojawieniem się nowej pandemii.

Jak wyjaśniają autorzy badania, kluczem do jej skuteczności jest to, że określone regiony wirusa, przeciwko któremu jest skierowana, pojawiają się również w wielu pokrewnych koronawirusach. Ucząc układ odpornościowy, aby atakował właśnie te regiony, zapewnia się więc ochronę nawet przed nieobecnymi w szczepionce koronawirusami; także tymi, które nie zostały jeszcze zidentyfikowane.

Przykładowo: choć nowa szczepionka nie zawiera wirusa SARS-CoV-1, który spowodował epidemię w 2003 r., wywołuje skuteczną odpowiedź immunologiczną przeciwko niemu.

– Naszym celem jest stworzenie preparatu, który uchroni nas przed kolejną pandemią i przygotuje do niej jeszcze zanim nadejdzie – mówi jeden z autorów publikacji dr Rory Hills z Wydziału Farmakologii Uniwersytetu w Cambridge.

– Wcale nie musimy czekać, aż pojawią się nowe koronawirusy. Wiemy już bowiem o nich wystarczająco dużo, a także o różnych reakcjach immunologicznych na nie, aby od razu przystąpić do tworzenia szczepionek ochronnych przeciwko nawet nieznanym wirusom należącym do tej rodziny – dodaje prof. Mark Howarth z tej samej uczelni.

– Naukowcy wykonali świetną robotę tak szybko tworząc wysoce skuteczną szczepionkę przeciwko Covid-19 podczas ostatniej pandemii, jednak i tak nie uniknęliśmy poważnego kryzysu, którym spowodował ogromną liczbę zgonów. Dlatego trzeba się zastanowić, jak możemy osiągnąć jeszcze lepsze wyniki w przyszłości. Potężnym elementem tego jest rozpoczęcie opracowywania szczepionek z wyprzedzeniem – twierdzi.

Nowa szczepionka o nazwie „Quartet Nanocage” opiera się na nanocząstce, będącej kompleksem różnych białek utrzymywanych razem przez niezwykle silne interakcje. Do nanocząstki za pomocą opracowanego przez autorów „superkleju białkowego” przyczepione są łańcuchy antygenów wirusowych. Obejmują one całą pulę antygenów, dzięki czemu układ odpornościowy może się nauczyć, by atakować określone regiony, które są wspólne dla szerokiego zakresu koronawirusów.

Eksperymenty potwierdziły, że szczepionka wywołuje żądaną wymaganą odpowiedź immunologiczną u myszy.

Dodatkową jej zaletą jest prosta struktura i stosunkowo łatwe przygotowanie, co – zdaniem naukowców – powinno przyspieszyć wprowadzenie jej do badań klinicznych.

Technologia ta ma również potencjał do wykorzystania przy opracowywaniu szczepionek w celu ochrony przed wieloma innymi „wyzwaniami zdrowotnymi”.

Droga, Przyjemniaczek [„Biskup”], Chyży i Tata Tasiemka. Życie na linie 16

Życie na linie 16

Droga, Chyży i Tata Tasiemka.

PG

Losy chłopców z „ Okienka” bywały fascynujące. Na przykład Droga, niezwykle urodziwy facet, nazywany przez niektórych Mister Nice czyli Przyjemniaczek miał u innych ksywkę Biskup. A to dlatego, że jak donosiła wieść okienkowa założył kiedyś w Niemczech sektę czy farmę, na rzecz której ochoczo pracowały za darmo bogate podstarzałe Niemki. Werbował je zapewne na swoje piękne błękitne oczy. Droga zasłynął po wielokroć przytaczaną historią – podobno prawdziwą. Razem z kolegą, obaj bez kasy, odwiedzili jakiś klasztor. Zamiast poprosić o darmowy obiad Droga butnie oświadczył: „ bracia spędzimy razem czas posiłku” i braciszkowie pokornie spełnili jego życzenie. Odtąd nieznośni koledzy Drogi traktowali to powiedzonko jako rytualne zaproszenie do pijatyki w knajpie.

O Drodze krążyły różne opowieści. Podobno był winien bankom przeszło 6 milionów złotych, których nikt nie egzekwował. Dlaczego? Tego nie wiedział nikt, albo wiedzieli ale nie chcieli powiedzieć. Jeżeli to prawda – to faktycznie jest w tym coś niezwykłego. Spróbujcie nie płacić rat kredytu, albo nawet tylko nie zapłacić mandatu za złe parkowanie. Banki puszczą was z torbami samymi karnymi odsetkami. Sprzedadzą wam z licytacji mieszkanie i samochód. Komornik zajmie stary telewizor i sztućce odziedziczone po babci.

Tymczasem Drodze nikt nie sprzedawał mieszkania a w dodatku zaciągał pod różnymi pretekstami kolejne kredyty. Zakładał stowarzyszenia i fundacje, przyklejał się do różnych inicjatyw. Można? Jak się okazuje można tylko trzeba wiedzieć jak. Jaki jest klucz a raczej wytrych do tak rozumianego sukcesu? Droga musiał mieć taki wytrych. Chyży miał z całą pewnością cały komplet takich wytrychów. Jak łączyć politykę z działaniami – nazwijmy to – pozaprawnymi? Odpowiedź mógłby dać słynny przedwojenny polityk i gangster Tata Tasiemka.

C D N

Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”

Dwadzieścia lat, a może mniej, wirował w oczach słońca pył…

Dwadzieścia lat, a może mniej, wirował w oczach słońca pył…

Napisał Jerzy Karwelis

6 maja, wpis nr 1263

Kiedy dwadzieścia lat temu wstępowaliśmy do Unii fakt ten potwierdził pewien obrazek, ale od razu w nieoczekiwanym kontekście – otóż po ogłoszeniu wyników zwycięskiego, acz koniecznego referendum akcesyjnego ujrzałem w telewizji jak w szale radości w ramiona sobie padli ówczesny premier RP Leszek Miller i ówczesny wódz sumień kiedyś opozycyjnych III RP – Adam Michnik.

Był to dla mnie pewien szok, bo pewnie – jak większość Polaków – myślałem, że akcesyjny ruch narodu jest formą może ostatecznej ucieczki na Zachód z komunizmu przedłużanego wtedy władzami postkomunistów. Zacząłem się zastanawiać czemu to postkomuch się cieszy, powinien się martwić, że się właśnie im urwaliśmy? To, że się obściskiwał z guru Michnikiem też pokazywało dowód na słuszność poszlakowych podejrzeń pookrągłostołowych, że ta walka starego z nowym, to tylko pic na Grójec dla naiwnych, bo – jak widać – cele mają podobne. A i poziom sfraternizowania zadziwił, choć był tylko kolejnym przyczynkiem do odkrycia pełnej sztamy, których dokonała wcześniej komisja rywinowska.

Krótkie więc były moje unijne radości, zwłaszcza, że dochodziły nowe poszlaki niepewności. Jak się przyjrzałem, to samo referendum było wygrane dzięki… Giertychowi. Tak, to jego antyunijny ruch doprowadził de facto Polskę do Unii. Głosy oddane na „NIE”, głównie za pomocą jego inicjatywy, dawały najważniejszą rzecz dla akcesji – dawały reprezentatywną frekwencję, przekraczającą 50%. Bez niej, którą napędził ruch „antyunijny”, referendum byłoby przegrane, nawet jak wszyscy zagłosowaliby na „TAK”. Skutecznym antyunijnym posunięciem byłby logiczny bojkot anty-frekwencyjny, ale życie potoczyło się inaczej. Ta konstatacja kazała mi inaczej spojrzeć na autentyczność podziału polskiej sceny politycznej – że to tylko teatrum dla maluczkich, bo podstawowe cele są realizowanie bez względu na kolor scenicznych dekoracji. Ten modus operandi widziałem później wiele razy, kiedy to szczerzy i pryncypialni robili dobrze głównie tym, przeciwko którym się deklarowali.

Sam twór

Po tych didaskaliach pora więc na małą analizkę dorobku Unii. I to w kilku aspektach. Głównym tłem jest nie tylko dorobek tych dwudziestu lat, ale może bardziej prześledzenie co się w tym czasie z tą Unią stało. Bo nie ma wątpliwości, że rację mają ci, którzy mówią, że nie do takiej, jak ta dzisiejsza, Unii się wtedy zapisywaliśmy. Jest to pewien argument, ale Unia przecież w dużej mierze zmieniała się za zgodą podsądnych narodów i ich reprezentantów. Traktaty wtedy to gwarantowały, odstępstwa były delikatne, w porównaniu z dzisiejszym rympałem. Chodziło wtedy o to, żeby zrobić to osmatycznie, bo moim zdaniem plan był taki jaką widzimy teraz realizację, tyle, że rozłożony cierpliwiej w czasie. Wciągnąć, uzależnić, role przydzielić. Nie miała to być Europa równych, a raczej pokojowo wywalczona IV Rzesza, tym razem bez żadnych rzezi. Mają rządzić Niemcy, ale bez widowiskowych awantur. Plan nie do końca się udał, bo wyraźnie dziś towarzystwo przyspiesza, nawet gorset gumowych i gwałconych traktatów mu przeszkadza. Ma być jedno państwo pod światłym przewodnictwem Niemiec, które od dawna deklarują, że są gotowe wziąć odpowiedzialność za Stary Kontynent.

Ale popatrzmy na ten główny argument, że „nie do take Unie” się zapisywaliśmy, że się zmieniła, nad czym nie mieliśmy do końca kontroli. Ale czy tak było naprawdę.

? Jak się weźmie pod światło taki traktat z Maastricht (przypomnę – z 1993 roku, a więc 11 lat przed naszą akcesją do Unii) to tam jest wszystko napisane – że założona tym dokumentem Unia będzie dążyć do stworzenia federalnego państwa ze wszystkimi tego konsekwencjami. Było to co prawda kompletne zaprzeczenie idei Ojców Założycieli, którzy właśnie w różnorodności Europy widzieli jej walor, ale wtedy w 1992 roku stery przejęły już lewicowe uroszczenia. Dążenie do niemieckiego przywództwa nad Europą spotkało się z formułą lewicowego braku estymy do państwowości i widzenia w różnorodności Europy powodów jej krwawych konfliktów, nie zaś walorów. A więc przystępowaliśmy 20 lat temu do tworu, który mówił jak będzie i dziś to realizuje.

Było więc wszystko w papierach i nie ma się co teraz cukać, że to nie fair. Lud tego nie wiedział, bo kto by tam czytał sążniste traktaty. Politycy o tym nie mówili, w większości – jak lud – nie mając pojęcia jak i na ile rozpisany jest ten harmonogram. Ci, co wiedzieli – taktycznie milczeli, dbając, by prawda nie przestraszyła referendalnego suwerena. Tak, Unia jest inna niż wtedy, ale przystępowaliśmy do jasno zdefiniowanego jajka, nie ma się co dziwić, że wyrosła z niego taka kura. Teraz co prawda mamy do czynienia z gwałtownym przyspieszeniem, ale moim zdaniem wynika ono tylko z tego, że po kowidzie władza na wszystkich szczeblach dowiedziała się w końcu, że z obywatelem może zrobić wszystko. Dlatego przyspiesza. Drugi powód to to, że dłuższe cackanie się z tą pulardą może doczekać bankructwa całego układu, bo jak wiadomo takie imperialne twory nie upadają, tylko bankrutują.

Tyle ogólnych wprowadzeń. Zobaczmy teraz jak to poszło nam w te dwadzieścia lat od wejścia do Unii do dziś i to w różnych aspektach.   

Polityka

Politycznie Unia to czysty przykład przejmowania instytucji przez lewicę. Jej obiecany marsz przez instytucje znalazł idealną ofiarę, w postaci idei, mającej u podstaw chrześcijańskie wartości, jako konstytuujące dla wspólnoty wartości, co potwierdzili Ojcowie Założyciele. Gwiaździste koło europejskiej symboliki to nawiązanie do korony Maryi, teraz te gwiazdki są już rozczytywane jako nawiązanie do lewicowych kontekstów.

Jak to się stało, że Unię przejęła lewica? Ano było to emanacją lokalnych poglądów krajowych suwerenów oraz globalnego planu lewicy. Zachód nam zlewaczał po drugiej wojnie światowej. Narody, które prawdziwy komunizm znały tylko z teoretycznych zachwytów kawiarnianych rewolucjonistów, opływając w powojenny dobrobyt skupiły się bardziej na redystrybucji dochodu narodowego, niż na pielęgnowaniu jego źródeł. Bogatym było wstyd, że tak zarabiają, demokracje przekraczały swe granice serwując fiskalny populizm, który miał zadawalać coraz szersze masy. Masy nabierały rewolucyjnej pewności, objawiającej się w eskalacji redystrybucyjnych roszczeń, które sfera polityczna zaspokajała rosnącym socjalem. A więc na lewej stronie zrobiło się tłoczno.

I to się przeniosło do Europarlamentu. Jak to z lewicą, która niepowstrzymanie dąży do zbiurokratyzowania świata dostaliśmy w Brukseli jej skumulowane królestwo. Biurokratyczne umysły europejskie zestrzeliły się w jedno ognisko produkując jedyny (oprócz terroru) produkt eksportowy lewicy – regulacje. Te w Unii nabierały prędkości jak w akceleratorze cząstek elementarnych, wracały w postaci dyrektyw do krajów lokalnych, w dodatku będąc jeszcze, jak to w przypadku np. Polski (i to – uwaga! – bez względu na rządzącą ekipę) podkręcane w ramach racjonalizatorskiego dociskania śruby przepisów.

Dla ludów wstępujących do Unii po 1989 roku ta rosnąca przewaga lewicy była niezłym zaskoczeniem. Zadziałało tu prawo, które nazwałem „zasadą a rebour”. Kraje, które doświadczyły szczęścia pobywania w ustroju jakiego świat nie widział nie wyobrażały sobie, że Europa jest na Zachodzie cała na czerwono, bo to przecież ku niej, jako na bank niekomunistycznej, wyciągały się ręce narodów uciemiężonych pod sowieckim butem. A tu nagle taka niespodzianka. Wspomniana przeze mnie zasada na tym właśnie polegała – ci co się zetknęli z praktycznym wcieleniem lewicy chętniej zwracali się a rebour ku prawicy. Zachodnie społeczeństwa, jeśli już miały jakieś autorytarne traumy, to pochodziły one raczej ze strony dyktatur, o proweniencji na pewno nie lewicowej, choć to wcale nie znaczy, że koniecznie zaraz prawicowej. I te społeczności zachodnie chętniej zwracały się ku lewicy, którą znały tylko z opowiadań, głównie zresztą inspirowanych w wersji soft z jak najbardziej „hard” Kremla.

W międzyczasie okazało się, że i antykomunistyczne resentymenty da się załagodzić, ba – nawet zapomnieć, wśród postkomunistycznych narodów. Doszło do zmiany pokoleniowej, nowe generacje nie były przedmiotem atrakcyjnego przekazu prawicowego. Zaczęła dominować ideologia „róbta co chceta”, ma być po równo, choćby i w dół, ale dopiero wtedy będzie sprawiedliwie. I to też się odbiło na zlewaczeniu, teraz już i postkomunistycznych reprezentantów do europejskiego parlamentu. W dodatku, kiedy socjalizm przebrał się w szaty liberalnej demokracji, to już doszło do kompletnego pomieszania pojęć, bo ludzie będący za liberalną personalizacją relacji państwo-obywatel zaczęli głosować na ustrojowe ucieleśnienie zamordystycznego kolektywizmu. Jak do tego dołożyć umiejętne wpływanie zachodnich szafarzy dóbr na lokalne formacje partyjne, to już było jasne, że w Unii zakróluje lewica, zdobędzie swą największą światową wylęgarnię – karier urzędniczych i regulacyjnego szaleństwa.

Wartości

Często w narracji, głównie uzasadnienia jakichś kar czy sankcji, pojawia się termin „europejskie wartości”. Został on zawłaszczony i zdekonstruowany. Przypomnę, że przy zakładaniu projektu unijnego miał być to układ chrześcijańsko-demokratyczny, nawet nie socjal-demokratyczny. Europa miała się odwołać do swego udziału w światowej triadzie wartości zachodniej cywilizacji: po filozofii greckiej, prawie rzymskim miała przynieść światu dobrą nadzieję chrześcijańskiej, rzekłbym po nowoczesnemu, inkluzywnej etyki. To miał być, i był, nasz różnicujący wkład w cywilizację. To był zasób „europejskich wartości” praw podstawowych.

Te osmatycznie zostały zamienione, kiedy za nie podstawiono politycznie definiowane „prawa człowieka”. I zamiast startych prawd mamy teraz wysyp taktycznych politycznych pomysłów lewicy, jak choćby dbanie o jak najbardziej egzotyczne mniejszości. Tysiące zmiennych praw w tym względzie tworzą z podmienionych wartości ich karykaturę, cep do walenia w każdego przeciwnika. Rosnące postępowe aspiracje lewicy muszą mieć egzekucyjne uzasadnienie w prawie międzynarodowym, tak by oponentny zwolennik normalności nawet już nie tyle znalazł się w obozie ostracyzmu, ale w realnym obozie, za kratkami.

To była zamiana, nie dostawka. Nowe wartości nie stoją dziś bowiem „obok” etycznych filarów praw podstawowych. Prawo do życia spływa do kanalizacji w milionowych aborcjach, w końcu przecież – chyba najbardziej bezbronnych – ludzi. Prawo własności jest już tylko własną karykaturą w świecie, gdzie szczęście ma polegać na nicniemaniu. Samo prawo do DĄŻENIA do szczęścia zostało zamienione na prawo DO szczęścia. Ta mała słowna podmianka wytworzyła w prawie naturalnym furtkę do rozhulanej roszczeniowości. Każdy ma prawo do szczęścia, czyli mieszkania, pracy, kochania (również inaczej), nawet do wymuszania szacunku do jego najdziwaczniejszych dewiacji. I państwo, a zwłaszcza sfederalizowana Unia musi mu to zapewnić. Musi mieć do tego prawo, przymus i środki. A więc musi być omnipotentna. I nie ma tu żadnego znaczenia, że tego i tak nie dowiezie. Zatrzyma się tylko na fazie własnej omnipotencji.

I taki jest obecnie zestaw „unijnych wartości”, których chimerycznym strażnikiem stała się Unia. Najpierw je sobie ustaliła i na bieżąco ustala, potem ich broni zacięcie, posuwać regulacyjny przymus i kulturowy, wzmacniany medialnie ostracyzm do destrukcyjnych granic postępactwa. Kiedy to rozebrać na drobne, to z tej czarnej skrzynki wypadają różne śmieci i gwoździe do wbijania w puste głowy. Tolerancja do granic afirmacji, inkluzywność, aż do rozpuszczenia się własnej integralności tożsamościowej. Ja sobie takich „europejskich” pojęć nie przypominam w tysiącletniej historii naszego kontynentu. Europa była tyglem narodów, nie dlatego, że to ktoś wymusił, czy nawet skonstatował, tylko tak wyszło na tym w sumie półwyspie Eurazji. Ale była też źródłem wielu zapomnianych dziś prawd, chociażby takich, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”, które promowały nie roszczeniowość, ale budowanie wartości, materialnych, kulturowych czy etycznych, z których korzystała cała społeczność. Ale nie jako glajszachtowana płaska powierzchnia roszczeń do równości – Europa wytwarzała fale, bujające cywilizacją, gdzie wody społeczne, narodowe i kompetencyjne mieszały się w nowy żywioł. Był ruch. Teraz deklarowanie tych równościowych roszczeń jest tworzeniem płaskiej powierzchni zjawisk, pod którą nic się nie dzieje, no może, jak w piosence Kaczmarka, trwa walka o to kto będzie rządził tym spłaszczonym stadkiem. Na górze piękny łabędź wartości, pod wodą zaś czarne łapy miętolą mętną wodę prawdziwych zjawisk.

W końcu zachodnia cywilizacja była atrakcyjna dla innych nie z powodów równościowych. Na Zachód dążyli najbardziej dynamiczni, ambitni, zaradni. Wnosili pozytywny wkład w budowę tej cywilizacji. Miarą różnicy między prawdziwymi wartościami europejskimi a ich dzisiejszym wydaniem jest właśnie ta dystynkcja: kiedyś przyjeżdżali do nas ambitni za robotą, teraz – w wyniku równościowych urojeń – przyjeżdżają socjalni łazikowie, nie przynosząc żadnych dodatkowych walorów, a produkujący nowe problemy.                

Gospodarka

Przypomnieć należy, że ideą Ojców Założycieli projektu europejskiego była przede wszystkim unia gospodarcza oparta na jednolitym rynku. Przede wszystkim zniesienie ceł, wprowadzeniu jednolitych zasad współpracy i konkurencji. Celem było rozwinięcie konkurencyjności, bo Europa już wtedy zaczęła odstawać od reszty świata. Obudziły się azjatyckie tygrysy, dominowały Stany, wsparte swym dealem posiadania nieograniczonych zasobów międzynarodowej waluty. Europa traciła dystans, także poprzez swoje powojenne zapóźnienie, rozproszenie i wyniszczające cła oraz różne reguły importowe. Europejska gospodarka miała dawać pracę, innowacyjność, być interesującym obszarem do światowych inwestycji.

Wymiar gospodarczy miał także znaczenie etyczne, nawet pacyfistyczne. Etyczne polega na tym, że w wyniku nieskrępowanej działalności gospodarczej tworzy się system odstręczający od konfliktów, zaś sam mechanizm konkurencji eliminuje zachowania nieetyczne. To samo z wojnami, do których często doprowadzały konflikty na tle strategicznych różnic gospodarczych. To wszystko miała uleczyć współpraca, kooperacja. Konkurowanie miało się odbywać na rynku, celem zaś miało być zaspokojenie potrzeb obywateli. Odwrotnie do czasów dzisiejszych, gdzie protekcjonistyczne działania państw, deale polityki z międzynarodowym kapitałem, dokonywane na gruncie skali globalizmu, prowadzą od razu do globalnych właśnie rozmiarów kryzysów i nieprzekraczalnych sprzeczności.

Ideą gospodarczą Unii było głównie stworzenie jednolitego rynku. Kraje europejskie miały nie konkurować ze sobą inaczej niż na jakość, cenę i dostępność. W kąt miały odejść wszelkie wojny celne, protekcjonizm gospodarczy, ruchy walutowe, czy ofensywy gospodarcze. Ale skończyło się inaczej. Bruksela zaczęła mnożyć reguły dotyczące wewnętrznego rynku, tak by można go było uznać za jednolity. Tu lewica poruszała się jak ryba w wodzie, dolewając wciąż do tego akwarium. Coraz więcej przepisów, kosztownych regulacji, produkcja dyrektyw w najdurniejszych sprawach doprowadziły do tego, że wewnętrznie rynek jednolity został zaczopowany, wyciął mniejszy biznes, co w sumie zlikwidowało klasę średnią, a w rezultacie oddało bezbronnego obywatela-konsumenta w łapy korporacyjnych monopoli. Te było stać na takie cuda, ba – były nawet inicjatorami wielu represyjnych regulacji, które kładły trupem ich rozproszoną konkurencję, filar walorów kapitalizmu.

Dla świata zewnętrznego taki unijny rynek był więc marzeniem. Słabnąca konkurencja w obszarze eksportu, zawyżone wymogi produkcyjne, wysokie podatki, w europejskim kontynencie do podbijania eksportem pozwoliły pozaunijnym krajom na kompletne rozrabiactwo. Wystarczyło tylko spełnić kryteria w produkcie, choćby stworzonym w całkowicie bardziej przyjaznym otoczeniu regulacyjnym, by znaleźć się – po lekkiej lobbystycznej robótce w Brukseli – na europejskich półkach z towarem o co najmniej równej jakości z lepszą ceną. I co? I Unia teraz będzie walczyła cłami, podwyższającymi sztucznie ceny w Europie? Przecież jednolity rynek nie powstał w celach protekcjonistycznych, tylko właśnie po to, by wytworzyła się na naszym obszarze wolna konkurencja, nie obciążona antykapitalistycznymi naleciałościami.

W ten sposób Unia zabiła swoją gospodarkę, zaś podwyższa ceny importowanych towarów, na które na Starym Kontynencie nie ma produkcyjnej alternatywy. Cła zaporowe nie uratują rodzimego biznesu, ten nie zdąży się odbudować, coś trzeba przecież konsumować, a więc pozostaje tylko import, z cenami podwyższonymi podatkami. Będzie więc drożej, a więc biedniej. Tak się skończy – jak zawsze w historii – lewacka ingerencja w gospodarkę.

Bezpieczeństwo

No, tu nie ma żartów, a właściwie to są, bo mówimy przecież o nie byle jakim ciele. Unia przecież dostała pokojową nagrodę Nobla w 2012 roku. No – w sumie wojny długo w Europie nie było, ale czy to była akurat zasługa Unii, to mam wielkie wątpliwości. Dwa lata po tej rewelacji Rosjanie atakują Ukrainę, odbierają Krym, wasalizują dwie republiki, Unia reaguje jedynie wokalnie. W tej drugiej wojnie, po strąconych samolotach i ubitych czołgach rosyjskich widać, że nasz pokojowy laureat zaraz po Noblowskim wyniesieniu dostarczał Rosji komponentów do militariów, ale ten typ tak ma.

Ja już nie mogę, jak słucham, że obok NATO to bezpieczeństwo zapewnia nam Unia. A przepraszam – jakież to? Kogo odstraszą odezwy parlamentu, strzeliste akty wzywające, kreowane w łonie Komisji Europejskiej? Przecież to kompletny imposybilizm. I to nawet nie chodzi o wojnę, tylko o całość bezpieczeństwa publicznego. Widać to było chociażby w kowidzie.  Jak przyszedł czas próby to i Komisję, i parlament w Brukseli stać było jedynie na oklaski dla medyków. Kraje pozostawiono samym sobie. Ale nie na długo. Jak opadł tylko pierwszy kurz maseczkowy to unijna machina ruszyła do przodu. Odwrotnie niż w NFZ gdzie pieniądz idzie za pacjentem, tu pacjent poszedł za pieniądzem i reakcje pandemiczne ograniczyły się tylko do miejsc bajoński deali, gdzie w oparach wmuszanej paniki dokonywało się ratunkowych zakupów, ze szczepionkami włącznie.

Ale wracając do obecnie popularnego zrównywania kwestii bezpieczeństwa z militariami. Bez NATO Unia jest niczym. Pokazała to druga wojna ukraińska. Żałość brała i bierze. I takie popychadła bredzą coś o europejskiej armii? Wolne (coraz mniej co prawda) żarty. Proszę mi pokazać Portugalczyka, który (bez NATO) będzie chciał umierać za taką chociażby Rygę? Co my tam poślemy – niemieckie hełmy?

Ostatnio Niemcy się zadeklarowały w tej atmosferze, że wezmą z chęcią odpowiedzialność za wschodnią flankę NATO. Z jakimż to wojskiem? Berlin nie może skompletować od dwóch lat obiecanego batalionu na Litwie i się wybiera do takich zadań? No, chyba, że chodzi o odpowiedzialność zdefiniowaną w ten sposób, że będzie z Berlina dowodził polskim mięsem armatnim. Jeśli tak, to wypadałoby podziękować za taką odpowiedzialność.

Laureat pokojowej nagrody Nobla doprowadził niepośrednio do drugiej wojny ukraińskiej, a to chyba nie jest wyznacznikiem sprawczej roli w obszarze bezpieczeństwa. Deale z Rosją, które Unia pieściła nawet po pierwszej wojnie ukraińskiej, to była emanacja niemieckich ambicji przywództwa na kontynencie. Wszyscy wchodzili Putinowi w koniec układu pokarmowego, był business as usual, Kreml cwanie ich uzależniał, udawał głupszego niż jest i „kulig nie udał się”. Rosja pogardliwie traktowana jako stacja benzynowa, która tylko dostarcza surowce dla marżotwórczego Zachodu, uzależniła go od siebie, inne stacje się pozamykało, pieniążki z handlu inwestowało w militaria, które w końcu wyjechały zza węgła stacji i rozjechały te ich tęczowe kabrioleciki.

Tak wygląda unijny wkład w bezpieczeństwo kontynentu. Unia nie ustrzegła Europy przed groźbą wojny, nawet swym niezgulstwem popchnęła Kreml do powiedzenia „sprawdzam”. Dziś pragnie tę wpadkę przykryć tromtadracką narracją, jaki to ten ich niedawny kochanek straszny, jak to zawsze chrapał w łóżku, co się tłumaczy teraz Polakom, którzy od dawna przecież ostrzegali przed spaniem z niedźwiedziem.

Teraz, kiedy Zachód przegrywa tę wojnę, bezpieczeństwo będzie może polegało na oddaniu Putinowi za pokój nie swoich przecież walorów. Unia nami pohandluje. Kremla żądania będą rosły, bo postępując w wojnie Putin przygotowuje sobie szersze przedpole negocjacji warunków końca wojny. Nie jest więc zainteresowany w jej szybkim zakończeniu. Każdy dzień, każdy kilometr zdobytego terenu, byle wioska i jar, to kolejne punkty jego listy przyszłych żądań. Zachód, z Unią na czele, więcej gada niż robi. Niemcy chcą wziąć przywództwo i odpowiedzialność, a dopiero po dwóch latach wojny za rok otworzą fabrykę amunicji, produkującej jedną czwartą zapotrzebowania ukraińskiego. Do tej pory Ukrainy może już nie być.

Przyjęcie nierealnych założeń końca tej wojny tylko ją przedłuża. Nie będzie żadnego powrotu do ukraińskich granic sprzed 2014 roku. A więc mamy do czynienia z blefowaniem, z tym, że tylko jedna strona trzyma karty w ręku, co daje dość dużą pewność co do wyniku takiego blefu. Głównie trzymającemu karty. Unia nas w to wpędziła i teraz – jak w kowidzie – to państwa, w tym głównie nasze, być może będą musiały wyciągać gorące kasztany z ognia, które wrzuciła doń Bruksela robiąca dobrze IV Rzeszy. Ja bym im tę pokojową nagrodę Nobla odebrał. Oby nie pośmiertnie. Chociaż…

Pieniądze

Podarowane pieniądze uzależniają. Zwłaszcza te drukowane bez umiaru. Stały się narzędziem nie tylko uzależniania państw i rządów, ale także, poprzez ukierunkowaniem obszarów ich wydawania, narzędziem kształtującym kierunki rozwoju uznane w Brukseli za strategicznie ważne. W naszym kraju – na szczęście – poszło to najpierw w infrastrukturę. I dobrze. Ale też i nie dobrze. My, jako montownia Unii, musieliśmy być przecież dobrze skomunikowani, z odbiorcami. Poza tym – wymiana Unii z Rosją musi (musiała?) się przecież którędyś odbywać. I to dobrze nam się – pośrednio – przysłużyło.

Ale polski sukces gospodarczy został w Unii zauważony i oceniony jako konkurencyjny. Za dobrze nam poszło. A więc trzeba było poprzycinać. Z jednej strony politycznie wpływając na antyrozwojowe w sumie polskie siły polityczne, by te spowolniły ten proces i zawróciły nas do roli gospodarki pomocniczej i peryferyjnej, montowni do krajów – głównie Niemiec – gdzie dopiero realizuje się marża. Drugim narzędziem stała się właśnie kasa – nie można przecież było tak na chama nie dać przynależnej wedle traktatów, bo nam się polski rozwój nie podobał, to się poszukało innych sposobów. Zaczęliśmy być nagle niepraworządni, sama zaś praworządność (o jej europejskiej definicji nawet nie wspomnę) stała się nagle oczkiem w główce Brukseli i dołączyła do opisanych wyżej „europejskich wartości”.

Trzeba przypomnieć, że mówimy tu o euro, czyli tak naprawdę zeuropeizowanej niemieckiej marce. Jako, że narzędzie ma działać perfekcyjnie, to proniemiecki Tusk wyskoczy ze skóry, abyśmy i nową walutę przyjęli. Wtedy wszystko się domknie. Bo my już będziemy na granicy płatnika brutto, a więc nie będzie tak jak dotychczas, że więcej dostajemy niż bierzemy. Oddamy co trzeba, zaś dostaniemy (pożyczymy) znaczone pieniądze, które będziemy musieli wydać, czyli tak naprawdę zwrócić. Na wyznaczone przez Unię tematy, które jakoś tak dziwnie kończą się zadekretowanymi w dyrektywach zakupami technologii z Niemiec. Albo dostaniem kasę na szerzenie równościowych mrzonek i tropienie prawdy przezywanej mową nienawiści.

Bez zysku netto na tej wymianie będziemy skręcali w wyznaczone przez Unię kierunki, ciesząc się – jak ostatnio -, że w sumie pożyczono nam pieniądze jednocześnie wskazując jakimi kanałami nie znajdą się ani w kieszeniach Polaków, ani niczego im nie przysporzą. Unia uznała, że inwestycje w infrastrukturę już się wysyciły, nic dobrego Unii nie przyniosły, bo niektórzy aspirujący wyszli z roli gospodarek peryferyjnych. Teraz pora na wydatki „miękkie”. Te mogą się ładnie rozejść, trafić do obiecujących grup społecznych postępaków, ominąć klasy niepotrzebne i wsteczne. I sfinansować idee przemiany w kierunku postępu, wyznaczonym przez takich tuzów wolności, jak uwiecznieni na ścianach brukselskiego parlamentu – Gramsci czy Spinelli.

Unia a sprawa polska

Chciałem tu na końcu pokazać zestawienie na co się umawialiśmy, a co dostaliśmy. Że miał być zagwarantowany poziom suwerenności państwowej, niewtranżalanie się w nasze sprawy, korzyść z kooperacji i bezpieczeństwo. A wyszło na odwrót. Ale tak, jak wspomniałem, to „na odwrót” było nam obiecane, tylko nie doczytaliśmy. Wszystko poszło w oparach emocjonalnych poruszeń, ciągu do wymarzonego i przecenianego Zachodu. Przecenianego, bo branego (z punktu widzenia aspirującej ofiary) za jedność postaw i wartości. A tu się okazało, że na wytęsknionym Zachodzie są wzajemne sprzeczności i konflikty, zaś jednoczy go najczęściej imperialne podejście do historycznych ról europejskich.   

Po tych wszystkich zastrzeżeniach pora wrócić do początkowego pytania – czy do takiej Unii wstępowaliśmy 20 lat temu? Chyba nie. Ale czemu tak się stało? Czy obściskujący się we wspólnym świętowaniu Miller z Michnikiem wiedzieli więcej wtedy niż my? Niż my teraz? Czy to tak miało być, tylko my – oślepieni wizją powrotu na utęsknione łono Zachodu – nie widzieliśmy oczywistych następstw tego kroku? Czy Unia przez te dwadzieścia lat sama odjechała bezwiednie dla suwerena w rejony najdalsze od tych przedakcesyjnych? Nie wiem. Myślę, że było i tak, i tak.

Teraz pozostają dwa zagadnienia. Czy coś można z tym zrobić? Czy można to zawrócić? Odwrócić? Jak? Z jaką klasą polityczną? Z takim suwerenem, który nie tylko nie rozumie, ale nie rozumie, że nie rozumie? Sama Unia ma wiele wewnętrznych (oficjalnych i nieoficjalnych) mechanizmów ochronnych, by się niewiele zmieniło. Cały czas trzyma przecież w rękach urzędników ster do własnej reformy. Chyba właśnie po to, by zmienić wiele aby wszystko zostało po staremu. Moim zdaniem prędzej się Unia rozwali niż my z niej wyjdziemy. Nie dlatego, że miałaby nie wytrzymać naszego odejścia, ale dlatego, że po prostu wcześniej zbankrutuje. Myślę, że żadnego poleskejpu nie będzie. Nie mamy takich sił u siebie, nie ma na to scenariusza, będziemy straszeni Wielką Brytanią, że sobie po Brexicie nie radzi, choć tam polityka (podobno) bardziej dojrzała niż u nas.  

Drugie zagadnienie (choćby i teoretyczne, ale przecież nie tylko instytucje, ale i państwa upadają) to możliwy upadek Unii. Jak by wyglądał? Coś mi się zdaje, że Unia będzie trwała dopóki się ten projekt opłaca Niemcom. No dobrze, powiedzmy, że tak się stanie. Ale elity mogą nie chcieć oddać tego projektu bez walki. Mają to tak ładnie poustawiane. Gdzie się podzieją urzędnicy, lobbyści, całe instytucje przyssane do europejskiego cyca, mistrzowie utrudniania, piewcy postępowej równości? Jak by miał wyglądać taki dzień? Spokojnie, czy będą ganiać po ulicach, szczególnie kiedyś wzmożonych? Wiadomo, że jak się walą imperia, to odłamki lecą w najbardziej nieoczekiwane strony.

A może się wszystko dobrze ułoży? Unia się będzie rozwijać w dotychczasowym tempie i kierunku? Żaba będzie już praktycznie rozgotowana, i to akwarium będzie jedynym akceptowalnym emisyjnym ustrojstwem, bo resztę zaczopujemy w swych ekologicznych jaskiniach piętnastominutowych miast. Po prostu przyjdą nowe pokolenia, które nie mają tego ukąszenia pamięci, jak kiedyś wyglądała normalna normalność. Nowe pokolenia, które nawet nie będą miały serwowanej ułudy sprawczości, wolności czy samorealizacji, bo nie będą wiedziały, że taka się im należy. Będą płaską taflą społecznie jednolitej, bezklasowej, a wiec wymarzonej przez lewicę, społeczności. Będą oprowadzać po swym upadłym kontynencie nowobogackich Azjatów, nie wiedząc nawet po co i dlaczego ich przodkowie budowali prezentowane katedry i zamki.

Czego Wam i sobie NIE ŻYCZĘ.

Napisał Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

„WYSPY ŚMIERCI” – SUCHARIT BHAKDI – PATOLODZY NA CAŁYM ŚWIECIE OBSERWUJĄ ZMIANY W MÓZGU U ,,ZASZPRYCOWANYCH”

WYSPY ŚMIERCI” – SUCHARIT BHAKDI – PATOLODZY NA CAŁYM ŚWIECIE OBSERWUJĄ ZMIANY W MÓZGU U ,,ZASZPRYCOWANYCH”

(TŁUMACZENIE RÓWNIEŻ W OPISIE POD FILMEM)
ABY POJAWIŁY SIĘ NAPISY PL – kliknij napis ,,angielski” na filmie, a następnie kliknij ,,przetłumacz” pod filmem

https://gloria.tv/post/TU4wCWLYNsL21LJveqKsLZA2K     , prof. Sucharit Bhakti



,,To tak, jakby były rozproszone po całym mózgu jak wyspy śmierci, więc kiedy małe naczynie pęka, komórki wokół niego umierają… i… encefalopatia to nowy rodzaj choroby” –
mówi Bhakdi. „Obserwowano to bardzo, bardzo, bardzo rzadko u osób chorych na ciężką grypę w przeszłości.

Ale teraz zaczynają to widzieć w mózgach zmarłych osób po szczepieniu. Dopiero po szczepieniu…”

========================================

Sucharit Bhakdi, emerytowany profesor mikrobiologii medycznej i immunologii oraz były dyrektor Instytutu Mikrobiologii i Higieny Medycznej na Uniwersytecie Jana Gutenberga w Moguncji, opisuje dla Laury-Lynn Tyler Thompson, w jaki sposób patolodzy na całym świecie wykrywają oznaki encefalopatii (termin odnoszący się do choroby mózgu) u osób „zaszczepionych” przeciwko Covid-19.

„Faktem jest, że natychmiast po wprowadzeniu zastrzyków z Covid-19 u ludzi zaczęły pojawiać się bardzo, bardzo poważne powikłania neurologiczne… zakrzepica dużych żył w mózgu, która prowadziła do śmierci” – mówi Bhakdi Thompson. Zauważa, że patolodzy w Niemczech zauważyli obecność „drobnych zmian w mózgu”, szczególnie podczas sekcji zwłok „u osób, które zmarły po szczepieniu”.

„To tak, jakby były rozproszone po całym mózgu jak wyspy śmierci, więc kiedy małe naczynie pęka, komórki wokół niego umierają… i… encefalopatia to nowy rodzaj choroby” – mówi Bhakdi. „Obserwowano to bardzo, bardzo, bardzo rzadko u osób chorych na ciężką grypę w przeszłości. Ale teraz zaczynają to widzieć w mózgach zmarłych osób po szczepieniu. Dopiero po szczepieniu…”

Bhakdi zwraca uwagę na artykuł napisany przez Michaela Mörza w Szpitalu Miejskim w Dreźnie-Friedrichstadt, w którym patolog „wykazał, że w sercu tej samej osoby, która zmarła z powodu tych uszkodzeń mózgu, w sercu występowały analogiczne zmiany – jest to zapalenie mięśnia sercowego, które objawia się jako Wyspy Śmierci prezentowane w sercu.”

Aby odeprzeć sceptyków, Bhakdi mówi: „Kiedy… władze przychodzą i mówią: «Och, to pech… częstość występowania nie jest większa niż normalna częstość występowania encefalopatii i zapalenia mięśnia sercowego… [to by oznaczało być absurdalne]”. Mikrobiolog zauważa: „Encefalopatia zdarza się raz na 100 000 ludzkich lat… zapalenie mięśnia sercowego zdarza się raz na 10 000. Ale to, co wyróżnia zespół poszczepienny, to fakt, że [ten facet] miał kombinację dwóch rzeczy.
A choroby współistniejące… Dla przykładu: częstość występowania nie wynosi jednego na 100 000 ani jednego na 10 000 – to jeden na 100 000 razy jeden na 10 000, [co stanowi] jeden na miliard. więc jest prawdopodobieństwo, że ten człowiek tego nie zrobił zgonów z powodu szczepionki, jest praktycznie zerowa… To dowód”.

„Patolodzy na całym świecie widzą teraz to samo” – dodaje Bhakdi. „Z wieloma, wieloma, wieloma ludźmi. Zatem połączenie dwóch stosunkowo rzadkich zdarzeń dowodzi, że musi to pochodzić ze szczepionki…”

Przy liturgii Paczamamy w Watykanie czczony był bałwan męski, też goły, ze sporym kutasem. W Polsce przemilczano.

Przy liturgii Paczamamy w Watykanie był bałwan męski, też goły, ze sporym kutasem.

[Polsce „watykaniści” umknęli pięć lat temu od tego tematu. Zbyt bluźnierczy?… Pozostawiam nazwę „priapus”, bo Franciszek nawet nie podał nazwy tego gołego samca – bałwana.

W wojsku carskim podobny syndrom był nazywany cухостой. Opisał go w którejś ze swoich powieści Witkacy. Zdaje mi się że w „622 upadki Bunga”, ale nie chce mi się sprawdzać. MD]

————————————

PO SKANDALU Priapa w Watykanie, jak powinien zareagować wierny

https://lanuovabq.it/it/priapo-in-vaticano-come-dovrebbe-reagire-un-fedele

KOŚCIÓŁ 19_10_2019

Priapus amazoński i dwie statuetki kobiet w Ogrodach Watykańskich były wizerunkami pogańskimi. Niesamowity skandal. Ludzie padający na twarz przed bożkami w obecności Papieża porównajmy ze wspomnieniem trójki pastuszków z Fatimy, padających na twarz, aby adorować Boga. Kontrast przywołujący na myśl proroctwa biblijne.

Co mogą zrobić wierni? Módlcie się za papieża i z nim, nawet w tej sytuacji ogromnego cierpienia. I proście Boga w jedności z Maryją i świętymi, aby uciszył swój gniew i nawrócił serca.

W piśmie opublikowanym 10 października [kliknij (clicca qui)], po pierwsze pośpiech, a po drugie samoograniczenie objętości tekstu, aby nie zanudzić czytelnika, nie pozwoliły mi wymienić Priapusa amazońskiego wśród obiektów na dywanie, które widziałem w czasie „modlitwy” w Ogrodach Watykańskich czwartego października.

Priapus” to termin zaczerpnięty z mitologii grecko-rzymskiej: był synem Afrodyty i jakiegoś innego boga, a wśród prawdopodobnych ojców był także Jowisz. W tym momencie ciągle zdradzana Junona, żona Jowisza, w zemście sprawiła, że Priapus został wyposażony w genitalia o nieproporcjonalnej wielkości. Jego posąg rozprzestrzenił się po wsiach i ogrodach jako znak płodności.

Ten na dywanie modlitewnym 4 października był „priapusem amazońskim” z wyraźnie wyprostowanym penisem. Odtąd termin „priapus” odnosi się do tego przedmiotu. [To znaczy – do całego bałwana. MD]

Również podążając za informacjami otrzymanymi z zażenowanych oficjalnych źródeł i podsumowanymi przez Riccardo Cascioli (kliknij tutaj (clicca qui), ), chciałbym wrócić do amazońskiego priapusa, a następnie przejść do pewnych rozważań duchowych, które pozwalają prostemu wierzącemu, takiemu jak ja i wielu innym, przeżyć to wydarzenie w wymiarze wewnętrznym, który jest tragiczny, a jednocześnie spokojny, a także pewny i głęboki.

Czy priapus porównuje się jedynie do nagiej i ciężarnej kobiety, czy też istnieje głębszy związek? W każdym razie obecność priapusa jest decydująca, aby nie zagłębiać się w lubieżne rozważania, ale lepiej zdefiniować rzeczywistość. Obecność priapusa odrzuca przede wszystkim hipotezę, jakoby statuetką kobiety ciężarnej była Madonna: w istocie priapus nie mógł być z nią powiązany, gdyż nie mógł przedstawiać ani Ducha Świętego, ani św. Józefa, a nawet gdyby był tylko w porównaniu do Madonny nie widzimy powodu dla tego niesmacznego połączenia. Zatem obie figurki po prostu przedstawiały obrazy płodności. Jest to interpretacja najbardziej bezpośrednia i oczywista, a ponieważ chodzi o płodność ludzką, należy od razu podkreślić, że jest ona sama w sobie dobra i błogosławiona jako dar Boży dla przodków (por. Rdz 1,28).

Jednakże korzystanie z tego daru jest znacznie utrudnione przez pożądliwość, zły owoc późniejszego grzechu pierworodnego. Według Rdz 3.16 instynkt i zadania kobiety wobec męża skazuje ją na bycie przez niego zdominowanym. I moglibyśmy pójść znacznie dalej w dyskusji na temat nieskończonych historycznych i aktualnych wydarzeń, grzechów, niesprawiedliwości, nadużyć, wyzysku, utraty godności itp., związanych z korzystaniem z seksu.

To proste rozważanie oznacza, że z katolickiego punktu widzenia nie jest wygodne przedstawianie płodności za pomocą bardzo prymitywnych i bezpośrednich obrazów genitaliów, takich jak te z Ogrodów Watykańskich, ponieważ jest to zraniona seksualność i szczególnie narażona na urok grzechu, at nie zorientowana na modlitwę i dobre życie chrześcijańskie i przykryta skromnością. W tym sensie priapus pozwala postawić hipotezę – osobiście jestem tego pewien, ale dla ostrożności mówię o hipotezach – że te obrazy i rzeczywistości, do których się odnoszą, nie były „katolickie”.

Właśnie z tego powodu tradycja Kościoła nauczała i uczy, aby w przedstawieniach mających ozdobić kościoły i inspirować modlitwę nie pokazywać części płciowych i nagości, z wyjątkiem (na Zachodzie) Dzieciątka Jezus, mając jednak na celu gwarantującą prawdziwość Wcielenia. Symboliczną ikoną tego stylu jest bizantyjskie przedstawienie poczęcia Matki Bożej, na którym Joachim i Anna [Gioacchino e Anna] obejmują się w czystości i całkowicie ubrani. Jak daleko jest ta ikona od nagiej kobiety w ciąży i priapusa Ogrodów Watykańskich!

Minimalna dygresja:

Muszę przyznać, że zastrzeżenia dotyczą nagich cherubinów na obrazach barokowych i aktów seksualnych w Kaplicy Sykstyńskiej Michała Anioła. Cóż, zgodnie z tym, co wykazano powyżej, twierdzę, że nie są one najlepsze w chrześcijańskim stylu sztuki, pomimo wysiłków Jana Pawła II, aby nadać sens nagości w Kaplicy Sykstyńskiej, której (męskie) wyjaśnienie nie wymaga teologia.. Jednak putta barokowych malowideł i sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej nie można nawet porównać z prymitywnością statuetek na dywanie w Ogrodach Watykańskich.

Pozostaje tylko wyciągnąć wniosek, że priapus, naga kobieta w ciąży i wiele więcej, jeśli o to chodzi, były wizerunkami bluźnierczymi pochodzenia pogańskiego w obrębie modlitwy, w której obecny był Biskup Rzymu i podczas której pewna liczba obecnych klęczała lub leżała na twarzach, zgodnie z postawą islamu, w kręgu wokół dywanu, na którym umieszczono te przedmioty. W poprzedniej wypowiedzi obszernie przedstawiłem hipotezę o wpływie demonicznym lub przynajmniej o demonicznej postaci lub wrażeniu, niezależnie od świadomości, jaką mieli o tym obecni.

Tutaj chcę dodać dwie uwagi.

Pierwsza: kłanianie się zgodnie z postawą islamu i modlących się w kręgu w Ogrodach Watykańskich, to postawa, którą anioł wiosną 1916 roku poprosił trójkę pastuszków o praktykowanie na rok przed objawieniami Maryi w Fatimie, tyle że wskazał na to także ten, który musiał powiedzieć w modlitwie, aby nadać sens pokłonowi: «Mój Boże! Wierzę, uwielbiam, mam nadzieję i kocham. Proszę Cię o przebaczenie za tych, którzy nie wierzą, nie adorują, nie mają nadziei i nie kochają Cię”.

Czy komukolwiek, widząc zdjęcie „modlitw” w Ogrodach Watykańskich, udało się wyobrazić sobie w swoim sercu taką modlitwę? Cóż za przepaść między nimi a trójką pastuszków, nawet [o zgrozo !! md] jeśli Biskup Rzymu przebywał w Ogrodach Watykańskich!

Druga uwaga dotyczy właśnie obecności Biskupa Rzymu.

Nie jest tak, że jego prosta obecność usprawiedliwia, doktrynalnie naprawia, uświęca wszystko. Zniekształcenie pozostaje i generuje hipotezę błędnego rozeznania. Rozważaniu temu jednak musi towarzyszyć wiara, że Duch Święty posłany do Kościoła czuwa w sposób szczególny nad Stolicą Rzymską Piotra i pozwalając na chwilowe „rozproszenia ludzkie” – tak je nazwijmy – przez długi czas czasu i w sposób ciągły dokona niezbędnych poprawek, aby Stolica Piotrowa zawsze zachowała sens Chrystusa. Dlatego każdy chrześcijanin, wyrażając z szacunkiem niezbędne zastrzeżenia, ma obowiązek modlić się z Biskupem Rzymu i za niego oraz trwać z nim w komunii, być może z dozą cierpienia, ale w komunii.

Jednak to, co się wydarzyło, miało miejsce – nie tylko w Ogrodach Watykańskich, ale także następnego dnia w Bazylice Watykańskiej, a potem w Santa Maria in Traspontina z tą zrozpaczoną dziewczyną w niesionym na ramionach kajaku itp. – i pojawia się problem, jak to przyswoić i przeżyć w sposób nienegatywny i duchowy.

W związku z tym przychodzą mi na myśl dwa cytaty biblijne: «Jeśli przekroczysz przymierze, które Pan, Bóg twój, na ciebie nałożył, i będziesz służył innym bogom, i odpadniesz przed nimi na twarz, zapali się gniew Pana na ciebie i zostaniecie porwani z dobrej ziemi, którą wam dał” (Jz 23:16); «Kiedy ujrzycie obrzydliwość spustoszenia, o której mówił prorok Daniel, obecną w miejscu świętym…» (Mt 24,15). Naturalnie obowiązkiem jest – jak tłumaczą egzegeci i teolodzy – zredukowanie cytatów poprzez umieszczenie ich w kontekście historycznym i tyle, bez odnoszenia ich do naszej obecnej sytuacji. Ale czy to prawda, że nie odnoszą się one do naszej obecnej sytuacji? Zakładam, że nie, ale wyglądają niemal jak fotografia tego, co się wydarzyło…

Dlatego duchowo uważam, że powinniśmy reagować, odmawiając własne i częste modlitwy dwoma wielkimi modlitwami, takimi jak Mojżesz i Eliasz, w krytycznych sytuacjach odstępstwa ludu: «Ponieważ Egipcjanie będą musieli powiedzieć: Ze złością ich wyprowadził, aby zginęli wśród gór i aby zniknęli z ziemi? Powstrzymaj się od żaru swego gniewu i porzuć zamiar wyrządzania krzywdy swemu ludowi” (Wj 32,12); «Odpowiedz mi, Panie, odpowiedz mi, a ten lud pozna, że Ty, Panie, jesteś Bogiem i że nawracasz ich serca!» (1 Król. 18,37).

Zatem modlitwa dobrego chrześcijanina w obliczu tego, co widział, mogłaby brzmieć: „Panie, powstrzymaj się od zapału swego gniewu, a lud ten pozna, że Ty, Panie, jesteś Bogiem i że nawracasz ich serca”. Dzieje się to w imię Jezusa i jednocząc się w modlitwie Maryi i wszystkich świętych (w rzeczywistości Pan nie przyjdzie i nie przyjdzie sam, ale „ze wszystkimi swoimi świętymi”; por. 1 Tes 3, 13).

Wierzę, że ta modlitwa, bardziej niż niekończące się analizy i protesty, przyniesie spokój i pozwoli wejść do „serca” Kościoła, skąd Duch Święty prowadzi rządzących, którzy decydują i głosują.

Ale podczas modlitwy miałem też sen:

Jak pięknie byłoby, gdyby jakiś biskup powiedział te rzeczy, zamiast pozwolić, żeby mówił to taki biedny diabełek jak ja !

Aspirant Ewa Brunett, Policja. Uśmiechnięta Polska. MEMY. [jeszcze dowieźli !!]

======================

Jacek Protasiewicz stwierdził, że minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński „był napruty jak Messers(c)hmitt” podczas przemówienia w Dniu Strażaka. Były wieloletni polityk Platformy Obywatelskiej przyznał, że dokładnie wie, ile alkoholu spożywa się w tej partii. Były wicewojewoda dolnośląski i były polityk PO Jacek Protasiewicz w ostatnim czasie nie gryzie się w język. „Wiem co jest pite”:

Polska jak Messerschmitt. Co jak co, ale minister Kierwiński problemów z nagłośnieniem nie ma. Chyba zostanie prezydentem, jeszcze tylko do luku bagażowego Boeinga musi wleźć. Jumbo Jet z niego…

JKM: „Zapamiętajcie – to nie alkohol plącze politykom języki i zniekształca przemówienia. Robi to sprzęt dźwiękowy. ;)”

=======================================

Ciężkie czasy dla „oszwiate”:

=============================================

Śniadanie na trawie – w Watykanie: Paczamama i Partner.

Najwyższy Czas na Polexit!

Najwyższy Czas na Polexit!

5.05.2024 Tomasz Sommer najwyzszy-czas-na-polexit

Polexit Polska Unia Europejska
Polexit. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: domena publiczna

Ponad dwadzieścia lat temu, gdy wraz z Włodzimierzem Bukowskim i Januszem Korwin-Mikkem prowadziłem kampanię przeciwko wejściu Polski do UE, moje argumenty, które zgromadziłem w książce „Poza Unią jest życie”, były jasne i proste: Europa powinna być kontynentem wolności gospodarczej, bez granic i bez barier celnych, ale przede wszystkim bez Związku Sowieckiego.

Dlatego Polska nie powinna wchodzić do UE, tylko powinna wejść do strefy bezwizowej Schengen, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i robić wszystko, by unieważnić obowiązujący wtedy Traktat z Nicei, by z obiegu znikło określenie „Unia Europejska”, i by wróciły stare i dobre Wspólnoty Europejskie.

Tymczasem nasi przeciwnicy, sprzedajni uniofile, krzyczeli: „Unia da”, „manna z nieba spadnie”, „a ty, Polaku głośno wołaj: dej, dej, dej”. Referendum przegraliśmy, choć nasze argumenty były racjonalne. Cóż – dysproporcja sił była ogromna. Zostaliśmy dosłownie zalani propagandą uniofanatyczną niczym biblijnym potopem.

Jednak nawet wtedy, rysując apokaliptyczne w moim przekonaniu wizje rozwoju UE, nie spodziewałem się, że wariactwo w tej organizacji zajdzie aż tak daleko. Oczywiście już rozwijało się ekoszaleństwo, ale prognozowanie podówczas, że stanie się ono oficjalną ideologią UE, którą wtedy, jak przekonywali polscy biskupi, da się znów ochrzcić, zakrawałoby na umysłową aberrację.

Tymczasem przejście z poziomu z pozoru niewinnego „myślenia ekologicznego” na poziom nowej komunistycznej utopii, w myśl której zbawienie człowieka zostanie osiągnięte… z chwilą zaprzestania emisji dwutlenku węgla, zajęło zaledwie dwie dekady. Teraz wchodzimy właśnie w etap „gospodarki komunistycznej”, w ramach której klimatyści nie zatrzymają się już przed żadnym krokiem, by osiągnąć swoją wyśnioną „zerową emisję”, podobnie jak komuniści w Związku Sowieckim nie cofnęli się przed żadną zbrodnią, by osiągnąć nieosiągalny komunistyczny raj.

Trzeba więc jak najszybciej opuścić ten tonący statek, by nie pociągnął nas wraz z sobą w odmęty. Bo nie wolno mieć złudzeń, że jakimś cudem zatrzymamy proces tonięcia Titanica przy pomocy wylewajki.

I trzeba od nowa budować Europę opartą o zasady wolności i poszanowania wspólnej tradycji i historii. Kto prędzej ucieknie z tonącego statku, ten szybciej będzie mógł się skupić na budowaniu nowej, lepszej jednostki, którą popłyniemy w europejską, ale już nie unijną przyszłość. Przyszłość wolności. Najwyższy czas na Polexit! Dwadzieścia lat i starczy.

PS. Już niebawem w przedsprzedaży pojawi się gorący wywiad-rzeka z Grzegorzem Braunem. Będzie i o choince, i o głośniku, i o gaśnicy. Proszę się szykować na książkowy wstrząs!

Zablokujmy ostatnią próbę przepchnięcia Traktatu Pandemicznego przez ONZ!

Zablokujmy ostatnią próbę przepchnięcia Traktatu Pandemicznego przez ONZ!

Zablokujmy ostatnią próbę przepchnięcia Traktatu Pandemicznego przez ONZ!

petition author image

CitizenGO rozpoczął tę petycję do Stałego Przedstawiciela RP przy Biurze Narodów Zjednoczonych w Genewie –

Walka przeciwko Traktatowi Pandemicznemu WHO wkroczyła w ostatnią, decydującą fazę.

Właśnie teraz odbywa się spotkanie Międzyrządowego Ciała Negocjacyjnego (INB) w ramach nadzwyczajnej sesji w Genewie, zwołanej w celu przeforsowania Traktatu Pandemicznego ONZ przed tegorocznym Światowym Zgromadzeniem Zdrowia.

Decyzje podjęte na tym spotkaniu mogą wpłynąć na światową równowagę sił, dając globalnym elitom bezprecedensową kontrolę nad Państwa osobistymi wyborami zdrowotnymi.

Od niemal dwóch lat wspólnie walczymy przeciwko temu wielkiemu zagrożeniu. Ten traktat jest popierany przez globalistów z WHO i dąży do ograniczenia Państwa podstawowych praw pod pretekstem zachowania bezpieczeństwa zdrowotnego.

Pandemia już dawno się skończyła, jednak nacisk na Traktat Pandemiczny nie ustaje.

Dlaczego? Ponieważ nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Chodzi o globalną kontrolę.

Celem tego traktatu jest pełne uzależnienie Państwa od globalnej władzy, która wpływa na Państwa codzienne życie poprzez lockdowny, paraliż gospodarczy i odebranie podstawowych praw i wolności.

Język traktatu zmienił się drastycznie, przechodząc od sugestywnych wytycznych do obowiązkowych nakazów.

Następuje znacząca eskalacja w kierunku prawnie wiążących przepisów, na mocy których zniknęłaby suwerenność narodowa i prawa indywidualne. Władza znalazłaby się w rękach nielicznych osób, dysponujących niewyobrażalnymi sumami pieniędzy podatników.

Podpiszcie Państwo teraz petycję, w której żądamy, aby Stały Przedstawiciel RP przy Biurze Narodów Zjednoczonych w Genewie odrzucił Traktat Pandemiczny WHO. Dołączcie Państwo do nas i razem wyślijmy jasny komunikat, że nie zgadzamy się na przyjęcie tego porozumienia.

Przyłączcie się Państwo do milionów osób domagających się przerwania tego zamachu na władzę. Państwa udział w tej kampanii jest niezbędny, aby pokazać, że nie zgadzamy się na negocjowanie naszych praw za zamkniętymi drzwiami.

Stańce Państwo w tej walce razem z nami. Pomóżcie nam podjąć zdecydowane działania przeciwko Traktatowi Pandemicznemu i chronić indywidualne wolności obywateli na całym świecie.

To może być nasza ostatnia szansa, aby zmienić wynik trwających negocjacji. Nie zmarnujmy tej okazji, państwa dzisiejszy podpis może zmienić bieg historii.

12,241 osób podpisało.

Podpisz petycje

Osiągnijmy 20,000

===========================================================

Stały Przedstawiciel RP przy Biurze Narodów Zjednoczonych w Genewie Zbigniew Czech i delegaci reprezentujący Polskę na 10 sesji Międzyrządowego Ciała Negocjacyjnego

Szanowni Państwo,

Z wielkim niepokojem obserwuję wydarzenia związane z Traktatem Pandemicznym WHO, który jest obecnie negocjowany podczas nadzwyczajnej sesji Międzyrządowego Ciała Negocjacyjnego (INB) w Genewie.

Jeśli ten dokument zostanie ratyfikowany, będzie miał ogromny wpływ na suwerenność naszego kraju oraz prawa obywateli, takich jak ja. Może skutkować kolejnymi lockdownami, zakazami podróżowania, przymusowymi szczepieniami oraz ograniczeniem podstawowych wolności.

WHO intensyfikuje swoje działania, aby sfinalizować traktat przed nadchodzącym Światowym Zgromadzeniem Zdrowia, które odbędzie się 27 maja.

Stało się jasne, że postanowienia traktatu nie są już jedynie zaleceniami, lecz mają charakter nakazów. Proponowane poprawki do Międzynarodowych Przepisów Zdrowotnych wskazują na istotne przekroczenie kompetencji w kwestiach osobistych decyzji zdrowotnych, które słusznie powinny pozostawać w jurysdykcji poszczególnych krajów i ich obywateli.

W tym krytycznym momencie zwracam się do Państwa z apelem o obronę wolności i praw naszych obywateli poprzez odrzucenie Traktatu Pandemicznego w jego obecnej lub jakiejkolwiek zmienionej formie podczas nadchodzących negocjacji

Proszę o zapewnienie, że nasz kraj nie zrzeknie się swoich praw i nie podporządkuje się organizacji realizującej globalne interesy, które nie są zgodne z interesami naszych obywateli.

Dziękuję za rozpatrzenie mojej pilnej prośby.

Z poważaniem,

Czy Ostatnia Ofiara Katynia?

Ostatnia Ofiara Katynia

Posted by Marucha w dniu 2024-05-05 (Niedziela) marucha

Autorem jest, zdaje się, Andrzej Matłowski, który prowadzi blog historyczny. Mam trochę obiekcji odnośnie stylistyki, ale nie chciałem ingerować w „koloryt autorskiej wersji”.

Był zimny grudzień 1989 roku, gdy brudnymi, zabłoconymi ulicami Smoleńska szedł oficer KGB. Omijał kałuże w dziurawym chodniku, starając się nie zmoczyć płaszcza. Gdy wreszcie stanął u celu swojej marszruty, zadarł głowę, oglądając stary drewniany dom.

Otworzył odrapane, brudne drzwi wejściowe. Zaczął wspinać się po lichych, drewnianych schodach na pierwsze piętro, skrzypiąc każdym krokiem i płosząc bezpańskie koty. Zastukał do równie marnych drzwi. Te otworzył mu zarośnięty starzec, o wodnistych i zimnych oczach i zniszczonej chorobami twarzy. Z dolnej części brzucha wystawała mu gumowa rurka, przez którą mocz spływał do trzymanego poniżej pasa słoika po majonezie. Z wnętrza jego mieszkania buchnął taki odór, że oficer KGB aż się cofnął. Po chwili dopiero wyciągnął legitymację służbową i przedstawił się:

– Major Oleg Zakirowicz Zakirow. Smoleńskie KGB. Wpuścicie mnie?

*                    *                    *

Bohater dzisiejszego wpisu miałby dzisiaj 71 lat. Byłby tylko odrobinę starszy od mojego Taty. W tym momencie powinien korzystać z życia i wdzięczności narodu polskiego za to, co zrobił. Niestety, nie może, bowiem zmarł w zapomnieniu dokładnie siedem lat temu.

*                    *                    *

Trudno połączyć sowiecką bezpiekę z jakimiś pozytywnymi cechami. Jednak w Związku Radzieckim o oficerach KGB mówiło się, że mają gorące serca, umysły chłodne, a ręce czyste. Mieli być sowieckimi odpowiednikami kapitalistycznych superbohaterów: zwalczać korupcję, bezprawie, pijaństwo, kradzieże, przemyt. Stać na straży socjalistycznego porządku i bezpieczeństwa. Być mieczem z emblematu, jaki nosili na mundurach.

Jak było w rzeczywistości? Każdy zdaje sobie sprawę, że nie działało to tak, jak w sloganach propagandowych. Sieć korupcji, rozpasania i chciwości głęboko wnikała nawet w struktury bezpieki. Jednak znalazł się tam człowiek-ilustracja partyjnych sloganów – Oleg Zakirowicz Zakirow.

Urodził się 29 października 1952 r. w Andiżanie we wschodniej części egzotycznego Uzbekistanu. Studiował prawo w Taszkiencie, a od 1975 r. był funkcjonariuszem KGB. Jego ojciec Zakir Chałchodżajew leżąc na łożu śmierci w 1981 r., zdążył wyjawić synowi wreszcie prawdę o swoim pochodzeniu. Ten ostatni bowiem, przez całe życie utrzymywał, że dorastał w domu dziecka i nie wiedział, kim byli jego rodzice. Dziadka Olega, potomka starego uzbeckiego klanu, zamordowano w 1931 r. za kilka kąśliwych słów pod adresem sowieckiej władzy.
Wreszcie uciążliwego oficera KGB przeniesiono do Smoleńska – tysiące kilometrów od Uzbekistanu. Stamtąd wysłano na dwa lata do Afganistanu. Głównie po to, by się go pozbyć i uniemożliwić mu zwalczanie przestępczości.

Czysty przypadek, a może kaprys przełożonych, sprawił, że major Zakirow dostał największą szansę swojego życia. Szansę, a jednocześnie przekleństwo.

*                    *                    *

W Smoleńsku nie był lubiany. Uważano go za ”wiecznie niezadowolonego”.

Po powrocie z Afganistanu kupił niewielką działkę w Kozich Górach. Gdy ją odbierał, powiedziano mu, że na tych terenach panuje zakaz kopania w ziemi głębiej, jak 30 centymetrów, a kwiaty w ogródkach uprawiać można tylko w wyznaczonych miejscach.

Przypomniał sobie wówczas historie o wypłukiwanych przez wiosenne roztopy dziwnych guzikach z orłem w koronie. O przegniłych, kwadratowych czapkach, wyciąganych z ziemi. O kolejnych ciężarówkach pełnych piasku, który wysypywano na osiadającym gruncie każdego roku. O kościach, które nierzadko wydobywano całymi łopatami. I rozmowę z wiekowym weteranem KGB Tabaczkowem, który w 1983 r. ”wygadał się”, że w Katyniu radziecka bezpieka zamordowała polskich oficerów.

Wiosną 1989 roku, gdy następowała już gorbaczowowska pieriestrojka, oddelegowano go do niewielkiej grupy funkcjonariuszy smoleńskiego KGB, zajmującego badaniem zbrodni okresu stalinowskiego: okresu ”błędów i wypaczeń”. Zakurzone kartonowe teczki, pożółkłe dokumenty i wyblakłe zdjęcia z archiwów smoleńskiego KGB skrywały w sobie ocean cierpienia i krzywd.

Mógł udać, że tego nie widzi. Zająć się swoją pracą, zrobić ją byle jak i zamknąć. Zamiast tego – na swoje nieszczęście – zaczął szperać. Nie dawały mu spokoju te kwadratowe czapki i guziki z orzełkami. Nie był Polakiem. W Polsce nigdy nie był. Ale tajemnica, pragnienie jej poznania i poczucie sprawiedliwości wzięły górę nad konformizmem. Przekraczał zakres wyznaczanej pracy. Otwierał kolejne teczki i skoroszyty. Robił obszerne notatki. Zrobił notatki ze 130 teczek.

W końcu jego przełożeni zauważyli jego nadgorliwość i odsunęli go od śledztwa. Szef smoleńskiego KGB, gen. Anatolij Szywierskich, osobiście mu groził wyrzuceniem z pracy i utrudniał mu pracę. Jednak dzielny oficer nie dawał za wygraną. Na własną rękę odnalazł kilku żywych świadków – starych kierowców i konwojentów z NKWD. Iwana Titkowa, Fiodora Gurkowa, Kiryła Borodenkowa, Piotra Klimowa. Ci, starzy, chorzy i zapomniani, opowiadali mu straszne historie o setkach zamordowanych ”wrogów ludu”. Polskich oficerów. Wywożonych do katyńskiego lasu, z obwiązanymi płaszczami głowami, ze skrępowanymi za plecami rękoma. O zindywidualizowanym w swej seryjności ludobójstwie.

Ogromna część z tego, co wiemy o Katyniu, pochodzi z pracy majora Zakirowa. Dzięki niemu wiadomo m.in. o historii polskiego oficera, który zabarykadował się w zbrojowni NKWD w Katyniu i stawiał tam opór przez trzy dni, nim otruto go nabojem gazowym. Polski oficer zranił nawet komendanta więzienia NKWD w Smoleńsku, Iwana Stelmacha, kierującego egzekucjami w Katyniu.

Wiemy o tych, którzy próbowali w Katyniu uciekać. Znamy modus operandi katów z NKWD i wiemy, jaki był ich upiorny ”rozkład dnia”. Ci, ufni w legitymację KGB, stopniowo zwierzali się Zakirowowi: opisywali rozstrzeliwania z pistoletów w kark, dobijanie bagnetami, wypłacanie pieniędzy z tajnego konta, hojne rozdawanie wódki i zakąsek po ”pracy”, obwiązywanie głów polskich oficerów płaszczami i szmatami, by nie krwawiły. Mówili o pociągach na stacji Gniezdowo i cziornych woronach, wywożących oficerów w las.

Jeden z katów żył nawet w upiornej piwnicy, w której dokonywano rozstrzeliwań. Wierzył, że jeśli poinformuje Moskwę, sprawiedliwość zatryumfuje. Pierwsze materiały opublikował za pośrednictwem smoleńskiego radio i tygodnika ”Moskowskije Nowosti”. Jednak stolica nie chciała nawet słyszeć o przyznaniu się do katyńskiej zbrodni. Sprawa rozbiła się o najwyższe władze ZSRR. Michaił Gorbaczow wpadł w furię, słysząc o tym, że jakiś oficer KGB prowadzi śledztwo na własną rękę. Sam szef KGB, generał Władimir Kriuczkow, osobiście rozkazał mediom wyciszenie sprawy. Szywierskich nasyłał swoich ludzi, by ci zastraszali świadków. Materiały zostały zablokowane, przełożeni zakazali mu dalszego śledztwa, gdy ogłosił, że dacze KGB stoją na grobach pomordowanych Polaków. ”Bolało mnie to, że Polacy nawet po śmierci są w gorszej sytuacji”, mówił on sam.

Wtedy Zakirow przekazał zebrane materiały stronie polskiej. Dzięki jego determinacji i odwadze Polacy otrzymali materiały ze 130 teczek, zawierające m.in. zeznania żyjących jeszcze katyńskich morderców. Dostali do rąk potężny argument, przed którym umierający Związek Radziecki uciekać już nie mógł. Sprawa nabrała rozgłosu międzynarodowego. Zainteresowali się nią dziennikarze zagraniczni. W kwietniu 1990 r. władze sowieckie przyznały się wreszcie, że mord katyński był dziełem nie Niemców, a Związku Radzieckiego. Machina ruszyła.

*                    *                    *

W 1993 r. prezydent Rosji, Borys Jelcyn, przybył do Polski i przeprosił Polaków za nikczemną zbrodnię dokonaną pół wieku wcześniej. W 1999 roku w Katyniu rozpoczęto budowę mauzoleum, upamiętniającego polskich oficerów.

Wydawało się, że historia ta zakończy się iście filmowym happy endem. Że bohaterski oficer KGB będzie opływać w zaszczyty. Obejmie renomowane stanowisko, jego nazwisko stanie się znanym na całym świecie synonimem walki o prawdę, a sprawiedliwość zatryumfuje.

Jednak życzenia spełniają się tylko w baśniach. Zakirowa odsunięto od pracy, założono mu podsłuch, na spotkaniach partyjnych spotykał go potok obelg. Nikt go nie bronił. W 1991 r. został usunięty z KGB pod pretekstem ”schizofrenii o opóźnionym działaniu”. Dla wyrzutka z bezpieki nie było miejsca w ZSRR, a potem post-sowieckiej Rosji. Nie mógł znaleźć pracy, nawet fizycznej. Żonie Galinie obniżono rentę, a córce Larisie uniemożliwiono dostanie się na studia. Dostawał telefoniczne i listowne pogróżki.

Był ”wrogiem ludu”, niczym jego dziadek.

Polski ambasador, Stanisław Ciosek, i konsul generalny RP, Michał Żórawski umożliwili wyjazd z Rosji żonie Olega i córce. Sam Oleg wyjechał – z pomocą polskiego Urzędu Ochrony Państwa – dopiero w 1998 r. , gdy dwukrotnie ”nieznani sprawcy” potrącili go motocyklem. Od zemsty niegdysiejszych kolegów z KGB i zatrzymaniem na granicy uratował go dokument podpisany przez wysokiego urzędnika Rzeczypospolitej. Oleg i jego rodzina osiedli w Łodzi.

*                    *                    *

Tu dochodzimy do największej hańby w całej tej historii, czyli jak Polska potraktowała majora Olega Zakirowa.
Na podpisanym dokumencie się skończyło. Urzędnik, który złożył na nim podpis, nie odbierał później telefonów, udawał, że go nie ma w pracy, a gdy Zakirow się do niego pofatygował, ten nie wpuścił go za próg gabinetu. Na jego apele nie odpowiedział ani prezydent Aleksander Kwaśniewski, ani polskie MSZ, ani wojewoda łódzki, ani profesor Bartoszewski, czy jakakolwiek inna znana postać w III RP. Dziennikarze, reżyserzy, publicyści, którzy jeszcze kilka lat wcześniej żerowali na jego historii – milczeli. Rodziny katyńskie patrzyły nieufnie. Łódzki oddział Rodzin Katyńskich w skandalicznej formie odmówił mu jakiejkolwiek pomocy. Żaden włodarz Łodzi – ani Tadeusz Matusiak, ani Jerzy Kropiwnicki – go nigdy nie przyjął i nie porozmawiał, nie mówiąc o przeprosinach.

Przez cztery lata nie mógł dostać obywatelstwa polskiego. Nie mógł oficjalnie pracować, więc rodzina żyła z niewielkich oszczędności ze sprzedaży mieszkania w Rosji. Przeprowadzali się do coraz mniejszych klitek w Łodzi. Oleg pracował na czarno jako dekarz i murarz. Pracował u jakiegoś ”janusza biznesu”, który wypłacał mu niepełne pensje i ze spóźnieniem. Żona była sprzątaczką, córka nosiła skrzynki w markecie. Ciągle słyszeli obelgi o ”ruskich co tu najechali”. Zdarzyło się pewnego razu, że jakiś pijany tynkarz na budowie, gdzie pracował Oleg, rzucił się na niego z pięściami, rycząc: ”Za mało was Piłsudski bił!”. Gdy w 2005 roku zmarła w Rosji mama Zakirowa, nie miał za co jej pochować.

By nakarmić rodzinę często wieczorami chodził na bazary i zbierał zepsute warzywa oraz owoce wyrzucane przez handlarzy. Wreszcie, gdy nie starczyło nawet na żyletki, to zarośnięty Zakirow usiadł i żebrał na znanej ulicy Piotrkowskiej w Łodzi.

Oficer KGB, który naraził karierę, zdrowie i życie swoje i swoich bliskich, który powinien żyć w pałacu i opływać w niesłychane luksusy od wdzięcznych władz i narodu polskiego – żebrał na ulicy. W tym samym czasie jego były przełożony, generał Szywierskich w rosyjskich mediach opowiadał dyrdymały jak to ”zdrajca Zakirow” zaprzedał się Polakom i opływa u nich w dostatki. Nie wiem, czy jest coś bardziej budzącego mój wstręt w historii ostatnich lat.

Dopiero w 2002 r., dzięki staraniom dziennikarki Krystyny Kurczab-Redlich – niezmordowanej wojowniczki o prawdę – otrzymał polskie obywatelstwo i rentę. Otrzymał ordery: Krzyż Kawalerski i Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Ale to tyle. Żadna polska instytucja nie chciała go zatrudnić. Ani na niwie wywiadowczej, ani historycznej, ani publicystycznej. Nikt go nie chciał. Traktowano go jak zbędny, kłopotliwy bagaż. Jak ubogiego krewnego, którego najchętniej by się pozbyto.

Gdy w 2010 r. publikował swoją książkę ”Obcy element” (wydaną przez Dom Wydawniczy REBIS) był już zgorzkniały i schorowany, choć książka – obecnie niesłychanie trudna do zakupu – Polaków przedstawiała pozytywnie. Nawet po tylu latach krzywd podnosił, że to Polacy byli najbardziej prześladowani w ZSRR od 1917 r..

I chociaż w 2015 r. na wniosek premier Beaty Szydło wreszcie go odrobinę doceniono (jego rodzina otrzymała większe mieszkanie i wyższą rentę), to kilkanaście trudnych lat życia w goryczy i depresji wreszcie zebrały żniwo.
Zmarł 18 kwietnia 2017 r. w wieku 64 lat.

Dziś mija siódma rocznica jego śmierci. Spoczął na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Łodzi. Pieniądze na jego nagrobek zebrano z publicznych zbiórek. Pomnik przedstawia oficera KGB, zapatrzonego w las, z inskrypcją po polsku i rosyjsku: ”Wybaczcie mi wszyscy kogo zraniłem niesłusznie i nawet, ci kogo słusznie”.

”Oleg Zakirow bardzo ciężko odpokutował swoją wiarę w Polaków i pomoc polską”, napisała o nim Krystyna Kurczab-Redlich.

Tak zakończyła się tragiczna historia Olega Zakirowa. Uzbeka po ojcu, Rosjanina po matce, prawnika z wykształcenia, oficera KGB z zawodu. I Polaka z wyboru.

https://general-ivanoff.livejournal.com/849223.html
https://sniper.neon24.net

Niemcy całkowicie niezdolne do produkcji paneli słonecznych – wykorzystującej energię słoneczną. Niemiecki przemysł solarny upada.

Niemcy całkowicie niezdolne do produkcji paneli słonecznych – wykorzystującej energię słoneczną

Data: 5 Maggio 2024 Author: Uczta Baltazara babylonianempire

Niemiecki przemysł solarny upada

Około 90% paneli słonecznych zainstalowanych w Niemczech pochodzi z Chin, a na początku tego roku jeden z ostatnich niemieckich producentów paneli słonecznych został zamknięty. W zeszłym tygodniu, to, co pozostało z branży, błagało o litość (i dotacje), których nie otrzymało. Teraz kolejny niemiecki producent paneli słonecznych został zamknięty.

Z jakiegoś okrutnego powodu niemieckie fabryki, które są blisko swoich klientów, nie są w stanie konkurować z odległymi zagranicznymi fabrykami, które mają dostęp do niewolniczej pracy, transportu napędzanego paliwami kopalnymi i taniej energii elektrycznej wytwarzanej z węgla.

Wydaje się, że ważniejszym pytaniem jest to, w jaki sposób, kraj, który wynalazł prasę drukarską, silniki wysokoprężne i teorię względności, dał się nabrać na tak głupią sztuczkę? – Ktoś powiedział im, że mogą uratować świat za pomocą niepewnej energii, więc zmienili swoje prądnice na niepewne, tylko po to, by odkryć, że nie stać ich na używanie niepewnych prądnic do produkcji niepewnych prądnic, których potrzebują, by ratować świat?

Jedynym rządem głupszym od Niemiec jest ten, który już widział, jak źle to zadziałało i ogłasza, że zamierza zrobić to samo. Australia nie tylko spóźniła się o dziesięć lat, ale Chiny zalały rynek do tego stopnia, że ludzie używają paneli słonecznych jako płotów ogrodowych, a my mamy nadwyżkę energii słonecznej w południe. https://joannenova.com.au/2024/04/global-glut-in-solar-panels-so-bad-people-are-using-them-for-garden-fences/ https://joannenova.com.au/2024/04/alinta-chief-admits-the-transition-has-soaring-costs-and-has-stalled-because-of-the-rooftop-solar-glut/

Ostatnią nadzieją niemieckiego przemysłu słonecznego był rządowy “bonus” dla osób, które kupiły niemieckie panele fotowoltaiczne.

23 kwietnia:

Niemiecki przemysł solarny ostrzega, że “ostatnia szansa” na renesans sektora może zostać zaprzepaszczona https://www.cleanenergywire.org/news/german-solar-industry-warns-last-chance-sectors-renaissance-could-be-missed

Benjamin Wehrmann CleanEnergyWire

Carsten Körnig, szef grupy lobbującej na rzecz energii słonecznej BSW, …dodał, że branża solarna jest rozczarowana decyzją o pominięciu “premii za odporność” dla instalacji wykonanych w Europie. Biorąc pod uwagę ostrą konkurencję między producentami w USA i Azji o udział w rynku produkcji paneli słonecznych, Körnig powiedział, że włączenie premii do pakietu pozwoliłoby Niemcom osiągnąć większe bezpieczeństwo dostaw dla ważnej przyszłej technologii, dodając, że jest to “być może ostatnia szansa na renesans niemieckiego przemysłu fotowoltaicznego”.

30 kwietnia:

Solarwatt staje się drugim producentem fotowoltaiki, który wstrzymuje produkcję w Niemczech w 2024 roku https://www.cleanenergywire.org/news/solarwatt-becomes-second-solar-pv-producer-halt-production-germany-2024

Carolina Kyllmann CleanEnergyWire

Producent paneli słonecznych Solarwatt zamierza wstrzymać produkcję modułów fotowoltaicznych (PV) w swojej fabryce w Dreźnie, podał dziennik gospodarczy Handelsblatt. “W obecnych okolicznościach prowadzenie zakładu produkcyjnego w Niemczech jest niezwykle trudne ekonomicznie i nie przesłanek na to.” – powiedział gazecie szef Solarwatt Detlef Neuhaus. Zakład o rocznej mocy produkcyjnej 300 megawatów (MW) zostanie zamknięty “na razie” pod koniec sierpnia, a zamknięcie bezpośrednio wpłynie na 190 miejsc pracy.

Chiny wytwarzają 60% energii elektrycznej z węgla, podczas gdy Niemcy wykorzystują 32% węgla i 30% energii słonecznej i wiatrowej. Co powinny zrobić Niemcy, przywrócić węgiel czy zatrudnić niewolników? https://ourworldindata.org/grapher/electricity-prod-source-stacked

Panele słoneczne znajdują się obecnie w “pierwszej piątce” najgorszych branż wykorzystujących niewolników na świecie, a mimo to prawie nikt z policji moralnej się tym nie przejmuje. https://joannenova.com.au/2023/05/solar-panels-now-in-top-five-worst-slave-industries/ Najwyraźniej są zbyt zajęci pokutowaniem za niewolnictwo, którego nie spowodowali – a które już nie istnieje – aby martwić się o niewolników, którzy żyją dzisiaj.

INFO: https://joannenova.com.au/2024/05/german-solar-industry-collapsing-unable-to-make-solar-panels-from-solar-power/ (automat.)

AstraZeneca musi zapłacić 320 milionów dolarów w ramach masowego pozwu zbiorowego za „wadliwą” szczepionkę na Covid

m.rekinek

AstraZeneca musi zapłacić 320 milionów dolarów w ramach masowego pozwu zbiorowego za „wadliwą” szczepionkę na Covid

Gigant Big Pharma, AstraZeneca, stoi przed rachunkiem w wysokości 320 milionów dolarów po tym, jak 51 rodzin wszczęło pozew zbiorowy przeciwko producentowi szczepionki po tym, jak członkowie rodziny odnieśli obrażenia lub zabili w wyniku „wadliwego” szczepionki Covid.

Prawnicy rodzin biorących udział w pozwu zbiorowym uważają, że niektóre ofiary mogą kwalifikować się do wypłaty odszkodowania o wartości do 8 milionów dolarów po tym, jak ich życie zostało zniszczone przez szczepionkę.

Wiadomość o masowym pozwu zbiorowym pojawia się po tym, jak AstraZeneca przyznała – po raz pierwszy – że jej szczepionka na Covid powoduje zespół krzepnięcia krwi, który zranił lub zabił wiele osób powiązanych z pozwem.

Raport Daily Mail : AstraZeneca z siedzibą w Cambridge, która kwestionuje tę batalię prawną, przyznała w dokumencie prawnym przedłożonym Wysokiemu Trybunałowi w lutym, że jej szczepionka „może w bardzo rzadkich przypadkach powodować TTS”.

TTS to skrót od zakrzepicy z zespołem małopłytkowości – stanu chorobowego, w którym u pacjenta występują zakrzepy krwi i niska liczba płytek krwi. Płytki krwi zazwyczaj pomagają w krzepnięciu krwi.

Przyjęcie AstraZeneca może skutkować wypłatami w indywidualnych przypadkach.

Jedną z osób ubiegających się o odszkodowanie za obrażenia spowodowane szczepionką AstraZeneca jest ojciec dwójki dzieci i inżynier informatyk Jamie Scott.

Po zaszczepieniu w kwietniu 2021 r. doznał trwałego uszkodzenia mózgu w wyniku zakrzepu krwi i krwawienia do mózgu. Od tego czasu nie jest w stanie pracować.

Jedną z osób ubiegających się o odszkodowanie za obrażenia związane ze szczepionką AstraZeneca Covid jest ojciec dwójki dzieci i inżynier informatyk Jamie Scott (po prawej). Jego żona Kate (po lewej) wyraziła nadzieję, że nowe zgłoszenie AstraZeneca jest oznaką, że sprawa prawna może zostać wkrótce rozstrzygnięta

Jego żona Kate powiedziała The Telegraph : „Świat medyczny od dawna przyznaje, że VITT jest spowodowane szczepionką.

„Tylko AstraZeneca ma wątpliwości, czy stan Jamiego był spowodowany szczepionką.
Mam nadzieję, że ich przyznanie się oznacza, że będziemy w stanie rozwiązać tę sytuację raczej wcześniej niż później.
„Potrzebujemy przeprosin i godziwego odszkodowania dla naszej rodziny i innych rodzin, które ucierpiały.
„Mamy prawdę po naszej stronie i nie zamierzamy się poddawać”.

Uważa się, że TTS, czyli immunologiczna małopłytkowość zakrzepowa (VITT), wywołana szczepionką, jest przyczyną co najmniej 81 zgonów w Wielkiej Brytanii.

Nie wszystkie jednak zostały udowodnione. I nie każda rodzina dochodzi do kroków prawnych.

Powikłanie to jest niezwykle rzadkie, biorąc pod uwagę miliony dawek podanych podczas wdrażania.

Podatnicy zapłacą rachunki za wszelkie potencjalne ugody w związku z umową odszkodowawczą, którą AstraZeneca zawarła z rządem w najmroczniejszych dniach Covida, aby jak najszybciej wyprodukować szczepionki, podczas gdy kraj był sparaliżowany blokadami.

1 maj

Już wiecie dlaczego firmom farmaceutycznym opłaca się ludzi kłuć tak zwanymi szczepionkami od poczęcia dziecka przez kobietę właśnie w Polsce. W Polsce odszkodowania nie są prawie wypłacane nawet jak nastąpiły z powodu tak zwanych szczepień a jak już wypłacają to kwotą są typu 100 tysięcy złotych. Kwoty odszkodowań nawet się nie zbliżą do połowy zysków jakie te tak zwane szczepionki są w stanie zapewnić firmie farmaceutycznej.

Wolność wyzwolona i zniewolenie

Wolność wyzwolona i zniewolenie Autor: AlterCabrio , 5 maja 2024

Toteż młodzieńcy płci obojga chętnie odrzucają to, co było pewnikiem jeszcze niedawno i rzucają się w wir nowego życia. A tam – niewyczerpane źródło, wręcz gejzer przyjemności i wrażeń, uwolniony od jakiegoś tam Boga, księdza, ojca, nauczyciela, autorytetu, Ojczyzny, obowiązków stanu, norm i zasad. Tam każdy może być, kim chce i robić to, czego pragnie.

−∗−

Wolność wyzwolona i zniewolenie

Nie zamierzam wdawać się w dywagacje nad rodzajami wolności, bo trudno tu będzie o zgodną definicję, a i format publicystyczny do tego niezbyt się nadaje. Przyjmuję upraszczając rozumienie zwykłego człowieka, który nie namyślając się wiele odpowie: „abym mógł robić to, co chcę”. W czym ten młody dziś człowiek zagrożenie upatrzy, z łatwością możemy zgadnąć. Państwo, system (nienazwany i nierozumiany, utożsamiany z państwem), Kościół Katolicki, religia katolicka, społeczeństwo patriarchalne, nacjonalizm, szkoła, rodzina, konwenanse, zasady. Innymi słowy, to, co nakłada na naszą młodą osobę jakieś ograniczenia moralne, obyczajowe i prawne.

Pytanie, skąd młode osoby o tym wiedzą, ma łatwą odpowiedź. Wymienione instytucje społeczne są widzialne, łatwe do wskazania i dotyczą każdego, w mniejszym lub większym zakresie. Młodzi ludzie od wieków trochę się buntowali, ale jak podrośli wchodzili w określone przez te porządki role, kontynuując pracę pokoleń. Jednak od pewnego czasu jest inaczej. Naturalna ciągłość zostaje osłabiona lub przerwana, a pomiędzy młodymi a instytucjami społecznymi pojawiło się jakieś pęknięcie, poszerzające się do rozmiarów przepaści. Jeśli chcemy cokolwiek przepowiadać o przyszłych losach naszych społeczności, musimy wiedzieć, skąd się to wzięło i dlaczego.

Pęknięcie pojawiło się wraz z rozwojem kultury masowej. Wcześniejsze dynamiczne zmiany, towarzyszące rewolucji przemysłowej i produkcji masowej, powstanie nowych klas społecznych, rozwój zdolności wytwórczych, rozwój komunikacji, postęp jakości życia, nowe możliwości techniczne – to wszystko dało się jeszcze uporządkować według tradycyjnego systemu wartości, zreformowanego w duchu katolickiej nauki społecznej. Teraz natomiast kolejny stopień postępu naukowo-technologicznego ludzkości wydaje się usuwać wszystkie wcześniejsze normy, zwyczaje i zasady. Młodzi ludzie są bombardowani informacją, że wszystko zmienia się tak głęboko i szybko, że już nic nie będzie takie, jak było, dlatego nie należy się przywiązywać do dawnych sposobów myślenia, tylko kreatywnie tworzyć nowe, a dawne normy, zwyczaje i zasady są tylko przeszkodą na drodze postępu, stereotypami dawnych czasów, konstruktami starców z przeszłości, którzy wciąż chcą drżącą, zimną ręką trzymać młodych w kościstym uścisku, byle tylko zachować resztkę dawnej władzy. Cóż ma więc czynić młody człowiek? Rozerwać niewolne okowy, zrzucić panowanie dawnych autorytetów, które nic nie wiedzą o współczesności i nie są w stanie pojąć przyszłości, która już puka do naszych drzwi.

Według globalnych ustawiaczy przyszłości tzw. „globalna społeczność” zmaga się z problemami, których nie umieli rozwiązać ludzie, dysponujący wcześniejszą wiedzą i poprzednimi sposobami myślenia.

Dlatego aby rozwiązać problemy nierówności społecznych, praw kobiet, praw mniejszości, praw wszelkich grup dyskryminowanych i defaworyzowanych, praw zwierząt, usunąć wszelkie cierpienie na świecie, usunąć populizm, faszyzm i dezinformację i odeprzeć nadciągającą katastrofę klimatyczną, trzeba pozbyć się dawnych sposobów myślenia, dawnych instytucji i systemów wartości, które one wyrażają. Należy więc odrzucić państwo narodowe, Kościół Katolicki, etykę chrześcijańską, normalne społeczeństwo, normalną rodzinę, wiedzę w głowie i logiczne myślenie. To są bowiem stereotypy, sztuczne konstrukty, które trzymają dziś młodego człowieka w niewoli, przez które taki nie może być tym, kim chce, i kreatywnie w kooperacji ze wszystkimi rozwiązywać problemów przyszłości.

Toteż młodzieńcy płci obojga chętnie odrzucają to, co było pewnikiem jeszcze niedawno i rzucają się w wir nowego życia. A tam – niewyczerpane źródło, wręcz gejzer przyjemności i wrażeń, uwolniony od jakiegoś tam Boga, księdza, ojca, nauczyciela, autorytetu, Ojczyzny, obowiązków stanu, norm i zasad. Tam każdy może być, kim chce i robić to, czego pragnie. Młody człowiek dowiaduje się o ograniczeniach starego świata i możliwościach nowego poprzez kulturę masową, która dociera doń przez wszelkie możliwe media, z których najważniejszym jest osobisty smartfon, mały, płaski przedmiocik z ekranikiem. Taka niepozorna rzecz, która zmieniła świat bardziej niż bomba atomowa.

Kultura masowa od swych początków była wykorzystywana do szerzenia idei, przekonań, informacji i wiedzy, pożądanych przez tego, kto miał na nią wpływ. Początkowo wpływ ten miała głównie władza państwowa, jako jedyna potęga tak wielka. Jednak myśl ludzka pracowała. Marksiści ze Szkoły Frankfurckiej opracowali metody rozbicia społeczeństwa od wewnątrz i przejęcia nad nim władzy. Szkoła z Birmingham rozpracowała sposoby, jak do tego używać kultury masowej. Postmodernizm stworzył zaawansowane narzędzia rozbioru sposobów opisu rzeczywistości i komunikacji międzyludzkiej, a następnie sformułował nowe cele ideologiczne w postaci tzw. sprawiedliwości społecznej, nakazującej normalnemu społeczeństwu poddać się każdej nienormalności. Zabiegi te wytworzyły narzędzia do podboju narodów, pojmowanych jako społeczności. Skoro są narzędzia, pojawi się też ręka dzierżąca. I taka ręka jest, i działa.

Jeszcze zanim powstał dorobek myśli, tworzący narzędzia podboju, ręce były już gotowe. Od XIX w. rosły zyski, majątki i wpływy korporacji. Uzyskały one wpływ na państwa, naukę, system edukacji, kulturę masową, organizacje ponadnarodowe. Potencjał Wall Street wsparty został przez możliwości Doliny Krzemowej, co dało synergię kapitału i technologii, prowadzącą do niespotykanej dotąd kapitalizacji rynkowej. Oligopole finansowo-technologiczne zyskały tak wielkie wpływy światowe, że ich potęga przerosła już większość państw. Można dziś powiedzieć, że to państwa stały się sługami korporacji, a ich wpływ na rzeczywistość jest tak ogromny, że trudny do wyobrażenia przez ludzi, którzy nie podejmą specjalnych trudów, aby go prześledzić. Korporacje te mają pod swą władzą rządy, organizacje ponadpaństwowe, banki, fundusze inwestycyjne, wielkie firmy, naukę, kulturę masową, środki komunikacji, media, Internet. Mają więc władzę ogromną, ale nie absolutną. Brakuje jeszcze, aby nowi władcy świata uzyskali władzę nad ludzkimi umysłami, przekonaniami, zamierzeniami, pragnieniami, potrzebami, zachowaniami. Na przeszkodzie stają wyznawane wciąż wartości, posiadane przekonania, istniejąca wiedza, umiejętność logicznego myślenia, wiedza ogólna i szczegółowa, rozeznanie dobra i zła, odporność psychiczna, umiejętność samodzielnej pracy. Dlatego właśnie młodych ludzi nakłania się, a wręcz zmusza do całkowitego zerwania z przeszłością, co jest mu przedstawiane jako wyzwolenie z więzów, uwolnienie potencjału, pełną wolność wyboru różnorodnych możliwości, słowem, wolność wyzwoloną.

Praca nad wmówieniem młodym ludziom określonej wizji wolności trwa od lat 50-tych XX w. i miała kilka faz i obszarów, które uruchamiano w zależności od dostępnej technologii, stanu przerobienia umysłów i postępu zawłaszczania kolejnych dziedzin życia. Wpierw oddziaływano przez kino, potem przez radio, następnie telewizję, kolorową prasę, komputery, a obecnie najsilniejszym narzędziem, formatującym umysły i zmieniającym zachowania miliardów ludzi na świecie jest mały, niepozorny przedmiocik z ekranikiem, zwany smartfonem. W nim młodzi użytkownicy i użytkowniczki, pożądający natychmiastowej, niewymagającej myślenia rozrywki, pragnący kontaktów międzyludzkich bez ludzi, zdeterminowani przez neurony, domagające się ruchomych obrazków, dostarczających strzałów dopaminy poznają świat, a raczej taką jego wizję, jakiej chcą właściciele ogromnych kapitałów, do których należą też media i ich aplikacje. Stąd właśnie płyną wskazania dla młodych, jak mają zbawiać świat i dbać o swój dobrostan. Wydaje się powszechnie, że tam wszystko dzieje się samo, a dobór treści na ekranikach jest przypadkowy. Taką narrację utrzymują globalni kapitaliści, nie chcąc, by niewolnicy ekraników zrozumieli, jak bardzo są manipulowani migającymi, kolorowymi treściami. O ich doborze decydują bowiem algorytmy, a te są dokładnie programowane przez konkretnych ludzi, zatrudnianych przez globalnych kapitalistów.

Problemem młodych ludzi i w ogóle całej ludzkości jest to, że cała wizja świata na ekranikach wraz z problemami, wskazanymi tam jako rzeczywiste jest kreacją, narracją, ułudą, fikcją. To, co jest w głowach większości młodych ludzi to albo jazgotliwa sieczka, albo system globalnych oszustw. Rzucani na front walki o przyszłość planety i sprawiedliwość globalną, mają zniszczyć państwo narodowe, religię chrześcijańską i właściwy jej system wartości wraz z całym Kościołem, normalne społeczeństwo, normalną rodzinę, normalne nauczanie, własność prywatną, przyrodzoną tożsamość. W zamian jest im obiecywana wolność wyboru wszystkiego. Nieszczęśni nie widzą, że niszczą właśnie to, co może im zapewnić i obronić wolność realną.

Im więcej wolno w sferze obyczajowej, tym na więcej ludzie sobie pozwalają. Gdy usunięte zostają hamulce moralne i obyczajowe, wolno wszystko. Następuje wyzwolenie, i odtąd już nikt niczego nie musi, ale każdy wszystko może. Dawniej różnym ludziom różnych rzeczy robić nie wypadało, na przykład nie wypadało kobietom upijać się w sztok i ruszać w miasto, nie wypadało zmieniać partnerów seksualnych jak prezerwatyw, nie wypadało dojrzałej kobiecie zachowywać się jak podfruwajka. Nie wypadało mężczyźnie zachowywać się jak sztubak, nie wypadało postępować po chamsku i agresywnie, szczególnie wobec kobiet. Nie wypadało łajdaczyć się i tracić honor. Nie wypadało robić z gęby cholewy, roztkliwiać się nad sobą i być mamisynkiem. Nie wypadało też kraść i gwałcić.

Dziś wypada wszystko każdemu i każdej. Obyczaj ani norma religijna nie strzegą już ludzi przed ludźmi. Nastała wolność wyzwolona, więc ludzie, którzy się uwolnili uważają, że wolno im wszystko, chyba że jest jakaś bariera fizyczna. Taką barierą jest chociażby nieuchronność kary za czyn zabroniony. Wymaga to jednak sprawnego aparatu służb, które tych zakazów będą strzec i egzekwować konsekwencje. Takie podejście wymaga więc aparatu inwigilacji i represji, który będzie sprawny, czyli nie tylko, że ukarze po fakcie, ale zabezpieczy przed faktem. Dawniej nie było to możliwe, więc na straży ludzi musiały stać normy religijne i obyczajowe. Po ich zniesieniu na straży bezpieczeństwa muszą więc stanąć służby państwowe, wyposażone w aparat przymusu, śledzące, inwigilujące, podsłuchujące, obserwujące, tak, aby w każdej chwili móc wkroczyć w czasie rzeczywistym i uniemożliwić czyn zabroniony przez prawo. Wymaga to więc również ciągłego poszerzania katalogu czynów niedozwolonych, podlegających ściganiu.

Stąd właśnie bierze się lewicowa koncepcja gwałtu, według której każde zachowanie mężczyzny wobec kobiety jest molestowaniem i może zostać odczytane jako przemoc seksualna. Dlatego też głosicielki tego konceptu chcą całą sferę kontaktów damsko-męskich objąć skrupulatną kontrolą państwa, szczególnie w sferze seksualnej. Nawet pożycie małżeńskie ma zostać objęte ścisłym monitoringiem, ponieważ może tam dochodzić do przypadków gwałtu małżeńskiego. Służby muszą mieć taką wiedzę i taką sprawczość, aby móc w każdej chwili wkroczyć między mężczyznę i kobietę, by uniemożliwić gwałt lub nawet zwykłe molestowanie. I wyzwoleni od religii i obyczaju swobodni ludzie akceptują coraz większą ingerencję lewicowych mechanizmów w swoje życie prywatne, sięgającą stref najbardziej intymnych, jednocześnie oburzając się na Kościół, że mówi im, co mają robić.

Inny ciekawy przykład wyzwolonej wolności obraca się wokół dobrostanu. Jest to temat na osobny artykuł, nadmienię tylko, że dla wyzwolonych ludzi celem życia nie są żadne dobra wyższe, żadne zbawienie duszy, nic z tych rzeczy. Dla nich najważniejszy jest ich własny dobrostan, czyli poczucie psychofizyczne stanu, który uważają za optymalny, do czego jest niezbędna wyzwolona wolność. Ale żeby korzystać z wolności do dobrostanu, trzeba dobrze czuć się fizycznie, trzeba mieć zdrówko, więc trzeba być bezpiecznym od morowego powietrza. I właśnie w imię swojego bezpieczeństwa i dobrostanu ci najbardziej wyzwoleni ludzie dobrowolnie zamknęli się do więzień domowych na rok cały lub dłużej. Bo mieli do tego wolność, której też domagali się dla innych, a to w imię bezpieczeństwa, aby nie mogli chodzić ci, co powietrze morem zatruwają. Ci najbardziej wyzwoleni, którzy odrzucili naród i wiarę, bo im wolność uskuteczniać przeszkadzały, w imię swej wolności sami zamknęli się do więzień, płacąc jeszcze za to. I dotąd jeszcze wolności swej głośno bronią, pod celą siedząc.

Każde takie wkroczenie w obszar wolności realnej wymaga licznych służb inwigilacji, kontroli i przymusu, a także specjalistycznej aparatury. Im więcej pilnowania, tym więcej ludzi potrzeba. Im więcej ludzi zatrudniają, tym więcej pilnować można, kolejne wyspy wolności są więc pochłaniane przez wiecznie głodnych kolejnej porcji władzy urzędników i innych pilnowaczy. Już C. Northcote Parkinson o tym pisał w słynnym „Prawie Parkinsona”. Ci wszyscy pilnowacze są skuteczni, bo mają kogo, co i czym pilnować, bo narzędzia nowe wciąż dostają, od tych, co potrafią je tworzyć i z nich korzystać, czyli od właścicieli ogromnych kapitałów. Od tych samych, którzy smartfoniki z aplikacjami wcisnęli w rękę każdemu młodemu i młodej. „Teraz się wyzwalajcie, a my wam tak śrubę przykręcimy, że ani piśniecie, ale w końcu sami chcieliście, a jeszcze nam płacicie za to” – mówią już coraz bardziej bez ogródek ustami Hararich i Schwabów.

Mamy więc wyzwalanych, którzy są pewni swej samodzielności i sprawczości w samowyzwalaniu. Nie dostrzegają jednak tego, że w istocie ich wyzwolenie nie jest spontaniczne, lecz dyktowane, kierowane, bodźcowane, wpisane w globalną strategię przejmowania władzy absolutnej. Uwadze wyzwalanych umyka też zakres wyzwolenia. Wydaje im się bowiem, iż jest ono pełne, do wszystkich różnorodnych możliwości. Tymczasem wolno robić wszystko, pod warunkiem, że jest to wpisane w globalne strategie zrównoważonego rozwoju. Jak w fabryce Forda – każdy, pod warunkiem, że czarny (w sensie dosłownym – według krytycznej teorii rasy dobry może być tylko ten, kto jest mentalnie czarny). W szczególności wyzwolonym do wolności globalnej nie wolno wybrać ani drogi katolickiej, ani narodowej, ani broń Boże patriarchalnych wzorców postępowania. Wyzwolony człowiek nie może robić tego, co chce, ale to, czego chcą zamaskowani wyzwalacze.

Ta ich wyzwolona wolność w miejsce usuniętych: tradycji, obyczaju, religii, tego, co wypada, co nie wypada wprowadza nowe życie, które oficjalnie w pełni wolne jest, ale w istocie podlega stopniowo coraz bardziej drobiazgowym regulacjom, ogarniającym kolejne obszary życia, w stopniu tak głębokim, jak w najbardziej totalitarnych ustrojach, a nawet bardziej, bo tamci takiej technologii nie mieli. Bo też ten ustrój, który ma powstać w rozwinięciu wyzwolonej wolności jest totalitaryzmem, jakiego świat nie widział – totalitaryzmem pełnej kontroli całego życia we wszystkich przejawach – totalitaryzmem pełnego przepływu danych, pełnej wiedzy systemu o ludziach, pełnej kontroli systemu nad ludźmi. Przyszłością świata wyzwolonej wolności będzie wolność robienia tylko tego, tylko wtedy, tylko w taki sposób, tylko w takim zakresie, który zostanie zaakceptowany przez system. Jest to w istocie chiński model kontroli społecznej, tyle, że na Zachodzie jest wprowadzany w inny sposób. W Chinach ludzie akceptują jawną kontrolę ruchu ciał, bo przywykli przez wieki. Na Zachodzie to samo globalny kapitał chce osiągnąć przez kontrolę umysłów.

Jakże skromnie przy tym wyglądają ograniczenia normalnego społeczeństwa, narodu i państwa, rodziny i Kościoła, odrzucone przez wyzwolonych ludzi. Tu daje się tylko ogólne instrukcje, nie chcąc wcale wtrącać się w szczegóły ani ludziom życia kontrolować. Tu ludzie pilnują się sami, ponieważ Boga się boją, a innych szanują, bo bliźniego swego jak siebie samego. Pracę także cudzą cenią, wartość swojej własnej znając, przykazane mając, że z pracy rąk swoich żyć mają, kraść więc im nie wolno.

Także samo ani zabierać, ani pożądać cudzego, ani gwałcić, ani molestować, ani żony ni męża zdradzać. Przemocy unikają, lecz gdy groza, wtedy do obrony dzielnie stanąć mają. Człowiek ma wolność robienia tego, co chce, ale powstrzymuje go opinia innych ludzi i lęk przed karą po śmierci. Porównajcie sobie teraz obydwa zakresy wolności i mechanizmy kontroli społecznej.

Trzeba, aby wreszcie tym ludziom zachłyśniętym nowościami ktoś powiedział, co tu jest nowe, co stare, co dobre, co złe, i co prawdziwą wolnością jest, a co zniewoleniem.

_____________

Wolność wyzwolona i zniewolenie, Bartosz Kopczyński, 21 czerwca 2023