Zatrzymajmy Bezprawne Wytyczne Aborcyjne! Możemy !
CitizenGO – rozpoczął tę petycję do Prezydent RP Andrzej Duda – 2024/09/01
Skandal! Rząd premiera Donalda Tuska po raz kolejny łamie prawo i depcze Konstytucję! Tym razem celem ich brutalnych działań stały się nienarodzone dzieci – bezbronne, niewinne istoty, które nie mają głosu w tej okrutnej walce.
Po tym, jak w lipcu Sejm odrzucił projekt nowelizacji kodeksu karnego autorstwa Lewicy, dotyczący depenalizacji przerywania ciąży do 12. tygodnia oraz pomocy przy jej dokonaniu, premier Donald Tusk – zdając sobie sprawę z braku większości w Sejmie, która pozwoliłaby na zmianę ustawy aborcyjnej – wraz z Minister Zdrowia Izabelą Leszczyną i Ministrem Sprawiedliwości Adamem Bodnarem, ogłosili skandaliczne wytyczne, które mają na celu obejście prawa i stworzenie możliwości do przeprowadzania aborcji pod pretekstem przesłanki zdrowia psychicznego.
Mają one być furtką do “legalnej” aborcji.
Swoimi wytycznymi zmuszają lekarzy i szpitale do zabijania niewinnych nienarodzonych dzieci, wszystko wbrew obowiązującej ustawie! Wystarczyć ma jedna opinia lekarza specjalisty – nawet psychiatry, by w jednej chwili wydać wyrok śmierci na nienarodzone dziecko. To otwiera drzwi do bezkarnego zabijania nienarodzonych dzieci pod pozorem dbałości o zdrowie psychiczne matki!
To jest nie tylko niemoralne, to jest nielegalne!
Jednak obecny rząd nie przejmuje się tym – próbując wymusić posłuszeństwo groźbami ścigania i karania lekarzy oraz szpitali.
Ponieważ przesłanka zdrowotna nie ma ustalonego górnego limitu w ustawie, to jest to nic innego, jak próba legalizacji aborcji na życzenie – nawet w późnych etapach ciąży, kiedy dziecko jest już w pełni rozwinięte i zdolne do życia poza łonem matki. W zeszłym roku ponad 400 dzieci zostało zabitych w Polsce na podstawie rzekomego zagrożenia zdrowia psychicznego matki.
Teraz Tusk i jego ministrowie chcą, aby to stało się normą, umożliwiając aborcję aż do dziewiątego miesiąca ciąży!
Najbardziej skandalizujące jest jednak to, że Ministerstwo Sprawiedliwości posunęło się jeszcze dalej, dając prokuratorom narzędzia do ścigania lekarzy, którzy odmówią wykonania aborcji na podstawie tych nowych wytycznych.
To jawna próba zastraszenia lekarzy, zmuszając ich do działania wbrew własnemu sumieniu. Lekarze, którzy nie będą chcieli brać udziału w aborcjach, będą ryzykować nie tylko konsekwencje prawne, ale także utratę kontraktów z Narodowym Funduszem Zdrowia (NFZ) oraz kary finansowe!
To atak na wolność sumienia i etyczną niezależność lekarzy, którzy będą zmuszani do splamienia swoich rąk krwią niewinnych dzieci!
Ale wytyczne ministerialne nie są prawem!
Nie mają one żadnej mocy prawnej – jedynym źródłem prawa w Polsce są Konstytucja i ustawy, które zapewniają ochronę życia dla każdego. Trybunał Konstytucyjny wielokrotnie orzekał, że wszelkie wyjątki od tej ochrony muszą być ściśle interpretowane.
Nie możemy pozwolić na to, by rząd premiera Donalda Tuska zepchnął nasz kraj w moralną przepaść, gdzie życie ludzkie i wolność sumienia nie mają żadnej wartości.
Jedyną nadzieją na powstrzymanie tego skandalicznego bezprawia, jest wspólna mobilizacja i zaangażowanie.
Jeśli teraz się nie zjednoczymy i nie podejmiemy zdecydowanych działań, oni po prostu przejadą po nas, łamiąc prawo i depcząc wartości, które są dla nas Polaków najcenniejsze.
=================
Podpisz petycję, w której wzywamy Prezydenta do natychmiastowego zaskarżenia tych wytycznych do Rzecznika Praw Obywatelskich i podjęcia wszelkich kroków, aby zatrzymać ten zamach na życie niewinnych dzieci oraz na wolność sumienia lekarzy.
Jest już pewne, że brytyjski rząd podpisze ustawę, która wprowadza karę grzywny za jakikolwiek gest sprzeciwu wobec działalności ośrodka aborcyjnego. Karane ma być nie tylko rozdawanie ulotek czy próba rozmowy, ale nawet modlitwa w ciszy nieopodal budynku.
W Wielkiej Brytanii ponad 200 tys. nienarodzonych dzieci co roku traci życie na skutek aborcji. Tymczasem nowa ustawa zabrania nawet cichej modlitwy w odległości 150 metrów od ośrodka świadczącego usługi aborcyjne. Partia Pracy odrzuciła projekt poprzedniego rządu, który sugerował, by cicha modlitwa była dozwolona w nowych „bezpiecznych strefach dostępu”. Obecny rząd zlikwidował wyjątki, umożliwiające „dobrowolną” komunikację w obrębie strefy buforowej, ponieważ zinterpretowano tę propozycję jako zezwolenie na angażowanie ludzi w rozmowy czy rozdawanie ulotek przez przeciwników aborcji.
Jak stanowi nowe prawo, nielegalne jest każde działanie, które może wpływać na czyjąś decyzję o skorzystaniu z usług aborcyjnych. Każda osoba skazana podlega karze grzywny w nieograniczonej wysokości. Równocześnie w ostatnich tygodniach znana brytyjska działaczka pro-life, Isabel Vaughan Spruce z March for Life UK, otrzymała odszkodowanie w wysokości 13 tysięcy funtów i przeprosiny od policji po tym, jak udowodniła przed sądem, że jej aresztowanie za cichą modlitwę przed ośrodkiem aborcyjnym było niesprawiedliwe i naruszyło jej prawa człowieka. Jak powiedziała podczas tegorocznego Marszu dla Życia w Londynie: „W naszym kraju nigdy nie będzie pokoju, jeśli najpierw nie wprowadzimy go w łonie matki, pokoju strzeżonego prawem. Wszyscy stajemy się współwinni aborcji przez naszą apatię lub milczenie. Nasza obojętność wobec aborcji rodzi konsekwencje, które mogą nas i naszych bliskich drogo kosztować”.
Stanisława Michalkiewicz „Najwyższy Czas!” • 1 października 2024 michalkiewicz
„Nie ma przypadków, są tylko znaki” – powtarzał niezapomnianej pamięci ksiądz Bronisław Bozowski, kaznodzieja kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Najwyraźniej proroctwa go wspierały, bo właśnie wkrótce taki znak się ukaże w postaci 85 rocznicy wydania 12 października 1939 roku przez niemieckiego kanclerza Adolfa Hitlera dekretu o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa, obejmującego obszar części okupowanych ziem polskich, które ani nie zostały wcielone do Rzeszy, ani też nie stały się częścią obszaru okupacji sowieckiej.
Jak wiemy, od marca ubiegłego roku, amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za dobre sprawowanie, pozwolił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu. No to jak Niemcy będą urządzali tę Europę? Jako państwo poważne z pewnością spróbują nawiązać do dwóch niemieckich projektów; pierwszego projektu Mitteleuropa z roku 1915 i drugiego – nakreślonego w ogólnych zarysach przez wspomnianego kanclerza Adolfa Hitlera, który na spotkaniu z gauleiterami w roku 1943 te ogólne zarysy przedstawił. Projekt Mitteleuropa, jak pamiętamy, polegał na tym, by na obszarze Europy Środkowej i Wschodniej zainstalować państewka pozornie niepodległe, ale de facto – niemieckie protektoraty o gospodarkach trwale niezdolnych do konkurowania z gospodarką niemiecką, tylko uzupełniających ją i peryferyjnych. Kanclerz Hitler był bardziej konsekwentny, bo uważał – i właśnie to powiedział gauleiterom – że „małe państwa nie mają w Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią Europę prawidłowo zorganizować.” Wprawdzie projekt Mitteleuropa się zawalił w roku 1918, ale to nic nie szkodzi, bo – niczym Feniks z popiołów – odrodził się 1 maja 2004 roku, kiedy to Niemcy pomyślnie przeprowadziły Anschluss do Unii Europejskiej Czech, Węgier, Słowacji, Słowenii, Estonii, Litwy i Łotwy oraz Cypru i Malty. Warto przypomnieć, że ten Anschluss w 2003 roku stręczyli Polakom nie tylko przedstawiciele obozu zdrady i zaprzaństwa z Donaldem Tuskiem na czele, ale również płomienny dzierżawca monopolu na patriotyzm Jarosław Kaczyński, nie mówiąc już o stręczycielach drobniejszego płazu, wśród których wielu okazało się dawnymi konfidentami SB. Warto dodać, że to stręczenie odbywało się w dziesięć lat po wejściu w życie traktatu z Maastricht, który zmienił formułę funkcjonowania wspólnot europejskich; odszedł od formuły konfederacji, to znaczy – związku państw – ku formule federacji, czyli państwa związkowego. To właśnie stręczyli nam w roku 2003 stręczyciele, co przypominam na wieczną rzeczy pamiątkę.
W tak zwanym „międzyczasie” to znaczy – 1 grudnia 2009 roku, wszedł w życie traktat lizboński, którego najważniejszym postanowieniem było proklamowanie nowego podmiotu prawa międzynarodowego pod nazwą „Unia Europejska”, jako europejskiego państwa federalnego. W ramach tej nowej struktury, członkowskie bantustany miały stanowić części składowe tej federacji – ale na tamtym etapie lepiej było tego głośno nie mówić, więc tylko traktat lizboński był nakierowany na systematyczne wypłukiwanie suwerenności politycznej z członkowskich bantustanów, między innymi przy pomocy „zasady lojalnej współpracy”, która zobowiązuje członkowskie bantustany do powstrzymania się od wszelkich działań, które „mogłyby zagrozić urzeczywistnieniu celów Unii Europejskiej.” Wystarczy tedy np. wpisać, że celem Unii Europejskiej jest zaprowadzenie w Europie praworządności – cokolwiek by to miało znaczyć – by niemieckie owczarki, co to obsiadły unijne instytucje, mogły swobodnie sztorcować i dyscyplinować poszczególne bantustany. Po ubiegłorocznym, marcowym pozwoleniu Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen wystąpiła z projektem nowelizacji traktatu lizbońskiego. Obejmuje ona 270 punktów, ale najważniejsze wydają się trzy: po pierwsze – likwidacja prawa weta – która oznacza, że członkowski bantustan będzie zmuszony do robienia czegoś, co sam wcześniej uznał za sprzeczne ze swoim interesem.
Po drugie – zmniejszenie prawie o połowę, to znaczy – z 27 do 15 członków Rady Europejskiej, będącej unijnym organem władzy prawodawczej. Oznacza to, że bantustany wykluczone z Rady będą się odtąd dowiadywały z gazet, co tam starsi i mądrzejsi w ich sprawach postanowili – i wreszcie – po trzecie – zarezerwowanie 65 obszarów decyzyjnych do wyłącznej kompetencji Unii Europejskiej. Jak widzimy, przygotowania do ustanowienia IV Rzeszy pod nazwą „Unia Europejska”, są już właściwie na ukończeniu i tylko pozostaje to wszystko przeforsować.
No dobrze – ale co to oznacza dla naszego nieszczęśliwego kraju? 9 miesięcy rządów vaginetu Donalda Tuska pokazuje, że otrzymał on od Naszego Złotego Pana z Berlina zadanie zniwelowania terenu pod zainstalowanie tutaj Generalnego Gubernatorstwa, jako rodzaju niemieckiej kolonii. Przy pomocy pana Adama Bodnara, któremu z pewnością nie zadrży ręka, kiedy będzie „Lachom” demolował państwo, a który właśnie z powodu tej zalety otrzymał od Donalda Tuska fuchę ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, już od roku prowadzi tę demolkę, przeciwko której skołowany naród nawet specjalnie nie protestuje, z uwagi na ogarniający nasz nieszczęśliwy kraj kryzys przywództwa, obejmujący nie tylko środowiska polityczne, ale również – naszą niezwyciężoną armię – no i środowiska pretendujące do sprawowania przywództwa moralnego i duchowego.
W tym właśnie kierunku zmierza reforma sądownictwa, która dla zmylenia opinii publicznej nazywa się „przywracaniem praworządności”. Tak naprawdę chodzi o skompletowanie aparatu sądowniczego, który wykona każde polecenie władz Generalnego Gubernatorstwa. Proklamowanie metody „czynnego żalu”, czyli znanej z czasów stalinowskich samokrytyki, jako środka doboru odpowiednich kadr nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. Ale na tym nie koniec, bo vaginet Donalda Tuska wkłada w ręce tego korpusu sędziów Sądu Ostatecznego narzędzie represji w postaci penalizacji „mowy nienawiści” – zaaprobowane przez pana prezydenta Dudę. Penalizacja „mowy nienawiści” może okazać się w skutkach bardzo podobna do następstw umieszczenia w kodeksie karnym Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Sowieckiej słynnego art. 58, dotyczącego rozmaitych postaci „antysowieckiej agitacji”. Jak wiemy, miliony ludzi przypłaciły ten eksperyment jak nie śmiercią, to latami łagrów, utratą zdrowia i zmarnowaniem życia.
Ale na tym nie koniec podobieństw do Generalnego Gubernatorstwa. Jak wiadomo, jednym z narzędzi utrzymywania ludności GG w ryzach, było donosicielstwo. Uważa się, że co najmniej jedna trzecia aresztowań przez Gestapo, była skutkiem donosu. No a co my dziś mamy? Ustawę z dnia 14 czerwca br. o ochronie sygnalistów, czyli po staremu – donosicieli. Jak widzimy, system represji w GG jest właśnie domykany nie tylko od strony kadrowej, ale od wszystkich innych stron jednocześnie.
Wisienką na torcie jest powrót cenzury, która ma sprawować szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, wyposażony w prawo eliminacji „treści terrorystycznych”. A co to są „treści terrorystyczne”? Aaaa, to będzie każdorazowo zależało od społecznego zapotrzebowania i mądrości etapu. Nie potrzebuję dodawać, że od tej decyzji nie będzie odwołania, to znaczy – może nawet i będzie, ale przygotowany kadrowo i wytresowany w „czynnym żalu” sędzia już tam powinność swej służby będzie rozumiał.
W tej sytuacji pozostaje nam tylko zastanowić się nad granicami obszaru Generalnego Gubernatorstwa. Pod tym względem najważniejsze decyzje chyba jeszcze nie zapadły, więc nie wiemy, czy dokończenie procesu zjednoczenia Niemiec – jeśli przyzwolenie prezydenta Józia Bidena obejmuję również tę kwestię – będzie oznaczało powrót do granicy z 1914, czy z 1937 roku. Zresztą może być jeszcze inaczej, a to w następstwie spodziewanego przyjazdu do Warszawy Sekretarza Stanu USA, Antoniego Bliknena, który ma naszym Umiłowanym Przywódcom podać do wiadomości uzgodnienia poczynione wcześniej z prezydentem Zełeńskim w Kijowie. Podobno pan Blinken ma jakiś zbawienny plan, który przedstawić ma prezydentowi Zełeńskiemu, co to ze swej strony pewnie zaprezentuje mu kolejną wersję planu, mającego doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa.
Biorąc pod uwagę prawo Murphy’ego, zgodnie z którym, jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie – to może oznaczać, że oprócz amerykańskiej zgody na dokończenie procesu zjednoczenia Niemiec, możemy spodziewać się również obmyślenia dla wkręconych w maszynkę do mięsa Ukraińców jakiejś terytorialnej rekompensaty za terytoria prawdopodobnie bezpowrotnie utracone wskutek „zamrożenia konfliktu” – o którym, ku irytacji prezydenta Zełeńskiego, wspominała amerykańska ambasadoressa przy NATO już w pierwszym roku wojny z Rosją. Czyż nie o tym właśnie mówił na Campusie „Polska Przyszłości” były minister spraw zagranicznych Ukrainy Dmytro Kułeba? Jak pamiętamy, wspomniał on o „terytoriach ukraińskich”, mając na myśli województwo podkarpackie, część województwa małopolskiego do Nowego Sącza, no i część województwa lubelskiego. Oczywiście taką rekompensatę trzeba będzie jakoś nazwać – ale od czego jest pan prezydent Duda, który już przed laty w przemówieniu z okazji 3 maja roztoczył przed nami wizję „unii polsko-ukraińskiej” w ramach „projektu jagiellońskiego”? Jednak czy taki „jagielloński” projekt mógłby być przeprowadzony bez udziału Litwy? Takie pominięcie byłoby nietaktowne, więc kulturalny pan sekretarz stanu Antoni Blinken z pewnością takiej gafy nie strzeli.
Cóż w związku z tym? Ano, zakładając, że granica zjednoczonych Niemiec będzie przebiegała wzdłuż linii z roku 1914, do „unii polsko-ukraińsko-litewskiej” mogą być włączone tereny należące do Wielkiego Księstwa Litewskiego, czyli Suwalszczyzna i Podlasie, z Białą Podlaską włącznie. To nie będzie żaden rozbiór, tylko jagiellońska „unia”, więc kto będzie przeciwko temu wierzgał, to zostanie uznany za ruskiego agenta i zamknięty w którymś z chwilowo nieczynnych obozów – o ile w ogóle ten eksperyment przeżyje.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.
Gdy spojrzymy na tę rewolucję, która w tej chwili się rozgrywa, jest to czwarta rewolucja antykulturowa, która rozgrywa się w naszej cywilizacji. W ogóle takich rewolucji w naszej kulturze, cywilizacji chrześcijańskiej było sześć. Z tym, że dwie pierwsze, czyli rewolucja protestancka i druga rewolucja angielska, cromwellowska, która doprowadziła do powstania nowego ustroju, monarchii parlamentarnej, po ścięciu króla Karola I, to nie były rewolucje aksjologiczne, ponieważ one nie przewracały systemu wartości. Ten system wartości cały czas opierał się jednak na Ewangelii i na Dekalogu. Natomiast cztery kolejne rewolucje, czyli rewolucja francuska, rewolucja bolszewicka, rewolucja kontrkulturowa z ’68 roku i ta, którą w tej chwili obserwujemy, są już rewolucjami aksjologicznymi, dlatego, że przewracają cały system wartości, są antyewangeliczne i ateistyczne.
(…)
I jeśli na te trzy poprzednie rewolucje aksjologiczne popatrzymy, to w nich występowały pewne wspólne składowe, wspólne elementy główne. Tu może okazać się, że ta rewolucja, którą w tej chwili mamy, ona wykazuje jakąś zupełną osobliwość, inaczej się zachowuje. W ogóle ta rewolucja jest pod każdym względem inna. Po pierwsze dlatego, że jest realizowana przez władzę, a nie wbrew władzy i po drugie, dlatego że jest rewolucją bezodporową, jest rewolucją pełzającą. W przypadku tej rewolucji tak została skonstruowana i tak została pomyślana, że nie działa w ogóle dialektyczna, marksistowska zasada, zgodnie z którą każda akcja budzi reakcję. Tu nie ma reakcji. Tu jest akcja, akcja, akcja za sobą postępująca, przyjmowana bez odporu.
(…)
Co ta rewolucja robi z kodem zastanej kultury? Co to jest kod zastanej kultury? To są wszystkie obowiązujące w tej kulturze, która ma, sięgając do Homera, 2700 lat. To są wszystkie aksjomaty, wszystkie normy ocenne. I te aksjomaty i te normy ocenne, układają się w osiem porządków. Porządek naturalny, wspólnotowy, obyczajowy, aksjologiczny, prawny, twórczy, etyczny i duchowy. I teraz antykultura, ta rewolucja działa w ten sposób, że przebiegunowuje aksjomaty, przewektorowuje normy ocenne w taki sposób, powiedzmy sobie z gruntu perfidny, żeby to, co było wcześniej normą i wzorem stało się potępione, a to, co było potępione i naganne, stało się wzorem, normą wyższą, albo czasami wręcz przedmiotem czczenia. I w efekcie przebiegunowaniu ulega tych osiem porządków podstawowych kultury.
(…)
W porządku etyki nastąpiło wyeliminowanie etyki chrześcijańskiej, jak ś.p. pan Karoń powiedział takie bardzo istotne zdefiniowanie etyki chrześcijańskiej, które tutaj przytoczę, mianowicie etyki chrześcijańskiej ustanawiającej jedyne skuteczne, bo niezależne od człowieka źródło moralności. Ta etyka, o tym zewnętrznym, niezależnym od człowieka źródle moralności jest zakwestionowana na rzecz etyki umowy społecznej, a więc etyki kontekstowo zmiennej, a właściwie etyki opartej na poprawności politycznej. Tu następuje zniszczenie, zniesienie kulturowych barier immunologicznych. Cóż to są te kulturowe bariery immunologiczne? Otóż w społeczeństwie istnieją takie mechanizmy, które działają, a my nie zdajemy sobie sprawy, że one są, że działają, gdyż są oczywiste. Jednym z takich mechanizmów jest to, że kłamstwo oczywiste i zło oczywiste zostaje odrzucone. Zostaje odrzucone bez-uzasadnieniowo, bo odrzucenie tego kłamstwa oczywistego i zbrodni oczywistej nie wymaga żadnego uzasadnienia. Działa prawo oczywistości.
W antykulturze zdano sobie sprawę, że jeśli wpoi się społeczeństwu zbiorową akceptację jakiegoś kłamstwa najbardziej niedorzecznego jakie sobie w ogóle można wyobrazić, jeżeli wpoi się zbiorową akceptację jakiejś najbardziej odrażającej zbrodni jaką da się pomyśleć, to wówczas w tych barierach immunologicznych pojawia się wyrwa. Wyrwa, przez którą każde kłamstwo i każda zbrodnia może być potem temu społeczeństwu zainfekowana wręcz jako działanie godne. Co jest tym kłamstwem fundamentalnym?
−∗−
Czy to już koniec chrześcijańskiej Europy? – Jerzy Szczepkowski
„Warto było się ubezpieczyć” — pomyślała pani Maria, kiedy jej dom niedaleko Lądka-Zdroju został kompletnie zalany przez powódź. Jej polisa opiewa na 1 mln zł. Potem przyszedł mail z PZU. „Szok i niedowierzanie” — mówi właścicielka. Kwota odszkodowania opiewała na 85 tys. zł. W obszernym wyjaśnieniu PZU tłumaczy, że to nie jest ostateczna wycena, a jedynie zaliczki i wstępne kwoty odszkodowania.
Lądek Zdrój, 15 września 2024 r. | Foto: Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Historię Marii Łukaszewskiej i jej rodziny opisuje „Gazeta Wyborcza”. Kiedy wylała Biała Lądecka, dom pani Marii, położony we wsi Stójków, niedaleko Lądka-Zdroju, został zalany do wysokości pierwszego piętra, co spowodowało znaczne uszkodzenia konstrukcji oraz wnętrza budynku.
Odszkodowanie po powodzi. „Szok i niedowierzanie”
Zdjęcia pokazujące katastrofalne skutki powodzi w okolicy robił m.in. fotoreporter „Wyborczej” Tomasz Pietrzyk. Widać na nich zalany do pierwszego piętra dom pani Marii. Woda zabrała wiatę, bramę z murowanymi słupkami, kostkę brukową. Oderwana od podłoża szopa została całkowicie zniszczona i zniknęła w nurcie.
Polisa opiewa na 1 mln zł. Ubezpieczyciel wysłał najpierw informację o kwocie 40 tys. zł. Następnie przyjechał rzeczoznawca. Na początku pani Maria myślała: „Warto było się ubezpieczyć”. Ale później przyszedł mail z decyzją PZU, że odszkodowanie wyniesie niespełna 85 tys. zł.
„To był szok i niedowierzanie, próba doczytania, czy gdzieś drobnym druczkiem nie jest dopisane, że to tylko jakaś druga transza” — wspomina właścicielka domu, cytowana przez „Wyborczą”.
Poszkodowani w powodzi chcą dochodzić swoich praw od ubezpieczycieli
Pani Maria jest zdeterminowana, by dochodzić sprawiedliwości, planuje zaangażować niezależnego eksperta do przeprowadzenia kosztorysu oraz współpracuje z kancelarią prawną, która zaoferowała pomoc pro bono.
Jej komunikacja z ubezpieczycielem odbywają się obecnie za pośrednictwem pełnomocnika prawego. Rodzina nie traci nadziei, że ich sytuacja zostanie potraktowana z należytą powagą i otrzymają adekwatne do strat odszkodowanie.
Odszkodowanie po powodzi. PZU odpowiada na zarzuty
Jak pisze PZU: „Nie wchodząc w szczegóły opisanej sprawy (objętej tajemnicą ubezpieczeniową), chcielibyśmy wyjaśnić, że:
— kwoty, które są wymienione w artykule to zaliczki i wstępne kwoty odszkodowania;
— nasza decyzja w sprawie wypłaty zaliczki nastąpiła już dwa dni po zgłoszeniu szkody – 14 września szkoda powstała, 17 września została zgłoszona, a już 19 września wypłacono zaliczkę. Tego samego dnia rzeczoznawca przeprowadził oględziny na miejscu zdarzenia w celu oszacowania wstępnej kwoty odszkodowania, co jest absolutnie niestandardowym i proklienckim działaniem;
— PZU skontaktował się z poszkodowaną, która nie uczestniczyła osobiście w oględzinach, by jeszcze raz wytłumaczyć status postępowania;
— w poniedziałek 30 września będzie na miejscu kolejna wizyta rzeczoznawcy, aby ostatecznie ocenić wartość odszkodowania”.
Niedawno wydawnictwo Te Deum opublikowało tłumaczoną przeze mnie książkę pod tytułem „Radość w cierpieniu, z Chrystusem w chińskich więzieniach”. Jej autorka, Chinka Rose Hu prześladowana przez komunistyczny reżim za wiarę katolicką opisuje swoje perypetie i swoją drogę duchową. Niezwykle ciekawy jest fakt, że reżimy tak odległe od siebie czasowo, kulturowo i topograficznie stosują dokładnie te same metody prześladowania niewinnych ludzi. Rose Hu pochodząca z zamożnej chińskiej rodziny uczęszczała do katolickiej szkoły. Gdy w Chinach władzę przejęli komuniści nie tylko zabraniali praktykowania katolickiej wiary lecz stworzyli alternatywne stowarzyszenia katolickie przypominające PAX i działalność księży patriotów w PRL. Podczas specjalnych seansów nienawiści zmuszali prześladowaną młodzież do składania publicznie samokrytyki. Co gorsza nakłaniali kolegów i przyjaciół oskarżonych o działalność antypaństwową do publicznego potępiania swoich kolegów, do formy samosądu. Rose Hu bardzo bolało, że na specjalnie zwołanym zebraniu jej przyjaciele wykrzykiwali: „Rose Hu jesteś podła, jesteś oszustką, nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego”. Ta metoda prześladowania przeciwników politycznych czy klasowych nazywała się potocznie w czasach stalinowskich w Polsce „rozrabianiem kogoś”.
Moja ciotka po wojnie pracowała w „Czytelniku”. Przyjęto ją tylko dlatego, że przed wojną ukończyła dziennikarstwo, znała biegle kilka języków a przede wszystkim wspaniale operowała językiem polskim. Ktoś musiał przecież poprawiać potworne błędy językowe popełniane przez socrealistycznych pisarzy wynagradzanych wysokimi nakładami, nagrodami leninowskimi oraz przydziałem zrabowanych prawowitym właścicielom mieszkań i domów. Ciotka posługiwała się przy czytaniu rękopisów srebrnym lornion uratowanym cudem podczas ucieczki z Kresów. Nie robiła tego żeby się wywyższać lecz z biedy – nie było jej po prostu stać na okulary. Lornion ujawniało pochodzenie klasowe cioteczki, więc pewnego dnia mili koledzy, literaci i redaktorzy, zabrali się do jej „rozrabiania”. Zwołano zebranie, usiłowano- bezskutecznie zresztą – wymusić na niej samokrytykę, zamierzano wyrzucić ją z pracy. W jej obronie stanął, ku jej najwyższemu zdumieniu, Putrament. Nie z dobrego serca, bez złudzeń. Ktoś musiał przecież poprawiać jego koszmarne powieścidła – gnioty, pełne wulgaryzmów i rusycyzmów.
Samokrytyka czyli publiczna spowiedź przywędrowała do Polski wraz z instalatorami sowieckiej władzy. Spowiadał się Gomułka z prawicowego odchylenia i zaniedbań w kolektywizacji rolnictwa, spowiadali się literaci z zaniedbań w komunistycznej indoktrynacji społeczeństwa. Natomiast po 1956 roku spowiadali się ze swej fascynacji komunizmem. Ich niedościgłe wzory, sowieccy komuniści, potrafili składać samokrytykę nawet idąc na śmierć, a w trakcie procesów domagali się dla siebie surowego wyroku.
Publiczna spowiedź jako metoda terroryzowania społeczeństwa przetrwała jak widać do dziś bez zmian. Donald Tusk żąda aby samokrytykę składali sędziowie.
Podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez polityków Zjednoczonej Prawicy przed siedzibą Ministerstwa Sprawiedliwości Patryk Jaki przypomniał rolę jaką odgrywała samokrytyka w czasach stalinizmu. Do składania samokrytyki zmuszano na przykład torturowanych żołnierzy Armii Krajowej.
Paradoksem jest – jak stwierdził Patryk Jaki – że sędziowie powołani przez Jaruzelskiego, czyli przez system sowiecki, odmawiają obecnie praw sędziowskich sędziom powołanym przez prezydenta wybranego w demokratycznych wyborach, czyli Andrzeja Dudę.
Relikty komunistycznych metod przetrwały w mentalności wielu ludzi nie mających pozornie nic wspólnego z komunistyczną ideologią. W wielu szkołach na przykład stosuje się metodę samooceny uczniów, a co gorsza nakłania klasę do oceniania swoich kolegów. Zwolennicy tych metod nie są zapewne świadomi, że nad ich szkołami unosi się duch Makarenki. Ten system oceniania prowokuje donosicielstwo i podlizywanie się nauczycielom oraz powoduje u uczniów konflikt lojalności.
Do samokrytyki zmuszają obywateli również urzędnicy urzędów skarbowych wymagający aby w przypadku pomyłek w zeznaniach albo nie dotrzymania terminu złożenia zeznań podatkowych wyrazić „ czynny żal”. Należy jednak rozumieć, że zupełnie czym innym jest zdawkowe wyrażenie „ czynnego żalu” przez oszusta podatkowego, a czym innym przez sędziego powołanego do decydowania o losach innych ludzi i do oceny ich postępowania.
W przypadku socrealistycznych artystów, którzy dobrze wiedzieli skąd wieje wiatr historii, a raczej na której półce stoją konfitury, ich usprawiedliwianie współpracy z komunistycznym zbrodniczym reżimem jakimiś metaforycznymi pigułkami Murti Binga nie jest przekonujące.
Albo byli durniami nie rozumiejącymi w czym uczestniczą więc nie nadają się na duchowych przywódców narodu, albo byli zwykłymi świniami. Tertium non datur. [Ależ – zwykle byli tym i tamtym… md]
Pragnienie aby czytelnicy śledzili ich dylematy i ich bolesne rozstawanie się z marksizmem można porównać do żądania syfilityka abyśmy śledzili z nabożeństwem kolejne stadia jego brzydkiej choroby – szankier miękki [to osobna choroba. md] , szankier twardy, paraliż postępowy. Otóż mogę współczuć syfilitykowi i wskazać mu lekarza ale nie chcę śledzić objawów jego choroby.
Twierdzenie, że wszyscy byli umoczeni, że wszyscy współpracowali z komunistycznym reżimem jest kłamstwem i bzdurą. Chirurg, który ratował życie ofiar wypadku współpracował z reżimem tylko o tyle, że był zatrudniony w państwowym szpitalu. Czy sabotując komunistyczne władze powinien uśmiercać pacjentów? Nauczyciel matematyki podobno kolaborował bo pensję płacił mu socjalistyczny pracodawca. Czy powinien w ramach sabotażu podawać uczniom fałszywe twierdzenia? Poza tym to nie prawda, że wszyscy donosili. Ci którzy tak twierdzą mają zapewne w pamięci własne doświadczenia rodzinne i środowiskowe.
I jeszcze jedno. Nie przeceniajmy czynnego żalu wyrażonego przez seryjnego mordercę na sali sądowej. Nie każda spowiedź kończy się rozgrzeszeniem.
Stanisław Michalkiewicz tygodnik „Goniec” (Toronto) • 29 września 2024 michalkiewicz
Wygląda na to, że Donald Tusk jest zadowolony z powodzi, to znaczy – nie tyle może z powodzi jako takiej, bo ujawniła ona rozmaite wstydliwe zakątki jego vaginetu, które teraz trzeba będzie zręcznie, a może nawet i ręcznie odkręcać – co z powodzi, jako tła, na którym Donald Tusk zaprezentował się jako energiczny przywódca narodu, który samym swoim pojawieniem się na miejscu katastrofy przywraca naruszony porządek i właściwą hierarchię. Z tego właśnie powodu naraził się nawet na krytykę i to ze strony pana red. Jacka Żakowskiego, który przez Judenrat „Gazety Wyborczej” uważany jest za tzw. „proroka mniejszego”. Pan red. Żakowski mianowicie porównał pana premiera Tuska do… Putina – bo Putin podobno tak samo, publicznie, przed kamerami, beszta ministrów, generałów i innych dygnitarzy, a ci – zwłaszcza generały – cicho siedzą i liczą, ile dni zostało im jeszcze do emerytury. W demokracji tak nie ma – dowodził pan red. Żakowski. W demokracji nikt nikogo publicznie nie ruga, tylko wszyscy, rada w radę, radzą, jakby tu wybrnąć z sytuacji i nikogo nie urazić.
Warto dodać, że te słowa padły w rządowej telewizji, budząc zrozumiały popłoch wśród tamtejszych funkcjonariuszy Propaganda Abteilung. Zrozumiały – bo po panu red. Żakowskim nikt się czegoś takiego nie spodziewał. W tej sytuacji pani redaktor wyraziła przypuszczenie, że może naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, taki właśnie energiczny przywódca się spodoba? Narodowi – jak narodowi – ale że takie emploi spodobało się Donaldu Tusku, to rzecz pewna. Neron też nie widział niczego złego w tym, że zorganizował sobie swój występ wokalny na tle płonącego Rzymu. Ale w obronie Donalda Tuska odezwał się czujny pan mecenas Roman Giertych, któremu nie mogło pomieścić się w głowie, jak można porównywać Donalda Tuska do „zbrodniarza wojennego”. Wprawdzie pan mecenas ma dużą głowę, ale gdyby miał jeszcze trochę większą, na przykład – taką jak prawdziwy koń – to może by mu się zmieściło, że porównywać można, a nawet trzeba wszystko ze wszystkim. W przeciwnym razie skąd byśmy wiedzieli, że pan premier Donald Tusk jest lepszy od zimnego ruskiego czekisty, zbrodniarza wojennnego, Putina? A jak porównamy, to od razu możemy spenertować prawdę.
Ale mniejsza z tym, bo muszę ze smutkiem donieść, że żadna z moich ulubionych teorii spiskowych, przedstawionych w poprzednim felietonie, się nie potwierdziła. Chodziło oczywiście o to, komu zostanie przypisana odpowiedzialność za powódź. Wydawało mi się, że najpoważniejszym kandydatem na winowajcę jest właśnie Putin, bo jest on przecież winien wszystkiemu, a skoro tak, to dlaczego nie powodzi? Widocznie jednak premier Tusk i jego doradcy uznali to za pójście na łatwiznę tym bardziej, że nawet gdyby Putin został uznany za winnego powodzi, to cóż by z tego wynikało? Nie wynikałoby z tego nic, a przecież chodzi o to, żeby z winowajcy wycisnąć korzyści polityczne. Z tego samego powodu upadła również kolejna teoria spiskowa, że powódź stanowiła pierwsze poważne ostrzeżenie ze strony Nieba, z powodu rozporządzenia wydanego przez panią Barbarę Nowacką w sprawie ograniczenia nauki religii w rządowych szkołach. Ale chyba powódź byłaby dla niej zastawką zbyt poważną, a poza tym – to nie ona zostałaby uderzona w czułe miejsce, tylko mnóstwo niewinnych obywateli – więc sam zacząłem nabierać wątpliwości do tej teorii. W dodatku tak zwane „życie” przyniosło potwierdzenie, że chyba moje przypuszczenia są trafne. Oto Krajowa Rada Sądownictwa, której pani Nowacka wprawdzie „nie uznaje” – niemniej jednak – zauważyła, że pani Nowacka, podobnie, jak pani Kotula wcale nie są ministrami rządu premiera Tuska. Chodzi o to, że składając ślubowanie, zniekształciły jego rotę mówiącą o „obejmowaniu urzędu ministra”, a nie jakiejś „ministry”, czy jeszcze gorzej – „feministry”. Zdaniem KRS powoduje to, iż ślubowanie jest nieważne, a zatem – obydwie panie nie są żadnymi „ministrami”. Jeśli zatem miało miejsce jakieś pierwsze poważne ostrzeżenie ze strony Nieba, to możliwe, że właśnie takie. Jeśli chodzi o trzecią teorię, to ona jakby się potwierdziła, ale oczywiście częściowo. Wskazywałem tam, że współczesne powodzie, a zwłaszcza ich rozmiary i niszczycielski charakter, są następstwem przeprowadzonych w latach 50-tych i 60-tych melioracji, która doprowadziła do zniszczenia naturalnej i sztucznej retencji. Potwierdziła się ona, ale tylko jakby i tylko częściowo, bo premier Tusk właśnie zapowiedział bezlitosną walkę z… bobrami. Okazało się bowiem, że podstępne bobry – jak to bobry – bobrują również, a może nawet zwłaszcza – w wałach przeciwpowodziowych. Co rząd usypie jakiś wał przeciwpowodziowy, to bobry zaraz go rozkopują, no a potem powódź taki wał bez trudu przerywa, zupełnie nie zwracając uwagi na zaklęcia, którymi sztaby kryzysowe próbują ją powstrzymać. Więc już wiemy, kto się przyczynił do powodzi i w którą stronę ma się kierować gniew zagniewanego ludu.
Ale to dopiero początek, bo właśnie odezwał się niezawodny pan Marian Banaś, prezes Najwyższej Izby Kontroli. Okazało się, że bobry oczywiście swoją drogą, ale że w dodatku inwestycje przeciwpowodziowe, które miały zostać ukończone jeszcze w roku 2023, a więc za rządów „dobrej zmiany”, z zagadkowych przyczyn ukończone nie zostały, a w tej sytuacji powódź miała ułatwione zadanie. Warto dodać, że ustalenia NIK mają charakter rozwojowy i dzięki kolejnym kontrolom, po nitce do kłębka dojdziemy do prawdziwego winowajcy, a nieubłagany palec zagniewanego ludu wskaże wtedy wprost na samego Jarosława Kaczyńskiego. „On źle poradził, powódź sprowadził, on czas rozziębił, on zasiew zgnębił” – pisał proroczo jeszcze w XVIII wieku pozbawiony wszelkich złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki. Co prawda chodziło mu o koguta, który został wytypowany na winowajcę klęski żywiołowej, ponieważ piał w niewłaściwych momentach – ale nie trzymajmy się niewolniczo literatury, tylko próbujmy na zadany temat kreatywnie improwizować. Skoro po nitce do kłębka pan prezes Banaś doprowadzi do Jarosława Kaczyńskiego, to czegóż chcieć więcej? Z taką oceną będzie musiała zgodzić się również Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która złożyła gospodarską wizytę na terenach objętych powodzią, samą obecnością swoją zatwierdzając działania premiera Donalda Tuska, a nawet obiecując rozmaite rekompensaty. To znaczy – nie tyle może będzie „musiała”, bo nie ma w Polsce nikogo takiego, kto by ją do czegokolwiek zmusił – co ulegając nieodpartemu impulsowi, po prostu zgodzi się z ustaleniami dokonanymi przez pana prezesa Mariana Banasia.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Wolność, równość, braterstwo – albo śmierć. Znany slogan francuskich rewolucjonistów może wkrótce zostać na trwałe zaimplementowany w Kościele katolickim – nie w sensie czysto deklaratywnego przyjęcia rewolucyjnych ideałów, ale w postaci konkretnych zmian strukturalnych.
2 października rozpocznie się w Rzymie finalna sesja Synodu o Synodalności. 26 października uczestnicy przyjmą końcowy dokument, a dzień później papież Franciszek zamknie całe przedsięwzięcie uroczystą Mszą świętą. W ten sposób dobiegnie końca pierwszy wielki etap „synodalnej odnowy” Kościoła, który rozpoczął się trzy lata temu. Pomimo upływu wielu miesięcy absolutna większość katolików nie ma pojęcia, co się w ogóle dzieje; więcej nawet, z przebiegu spraw i celowości synodu nie zdają sobie sprawy nawet księża i biskupi. Przyczyna jest prosta: Stolica Apostolska używa tak niejasnego języka, że człowiek, który nie śledzi na bieżąco zapisów kolejnych synodalnych dokumentów, a jeszcze bardziej, wypowiedzi różnych jawnych i zakulisowych protagonistów synodu, po prostu nie ma możliwości zorientować się w całej sprawie.
Postawię na początku agresywną tezę, którą postaram się w dalszej części udowodnić. Na podstawie mojej znajomości tematyki synodalnej sądzę, że w całej tej operacji chodzi o zakopanie przepaści dzielącej Kościół katolicki od współczesnego świata uformowanego przez Rewolucję i Oświecenie; w tym sensie celem organizatorów synodu jest przyjęcie przez Kościół za własny sloganu rewolucji francuskiej „Liberté, égalité, fraternité, ou la mort” i stosowna do niego, bardzo gruntowna re-konstrukcja katolicyzmu, to znaczy stworzenie go na nowo.
Czytelnik, być może, będzie w tym miejscu oburzony i zarzuci mi absurdalną, prawicową teorię spiskową. Proszę jednak, by nie był tak pochopny; spieszę z wyjaśnieniem, dlaczego tę, przyznaję, brutalną tezę uważam za trafną. Zacznę od dwóch interesujących cytatów z samego Ojca Świętego, głównego inicjatora Synodu o Synodalności.
Otwierając ten Synod w październiku 2021 roku papież Franciszek odwołał się do znanych słów kardynała Yvesa Congara, jednego z najważniejszych ekspertów teologicznych II Soboru Watykańskiego, zdecydowanego reformisty, zwolennika interpretacji wydarzenia Vaticanum II jako cezury w historii katolicyzmu. „Nie ma potrzeby tworzyć nowego Kościoła. Wystarczy stworzyć odmienny Kościół” – brzmiał dosłownie cytat przytoczony przez Ojca Świętego.
Jaki miałby być ten „odmienny Kościół”, Franciszek powiedział już kilka lat wcześniej, cytując głośną wypowiedź innego wielkiego europejskiego kardynała, Carlo Marii Martiniego, również reformisty, nieformalnego przywódcy grupy z Sankt Gallen, która zrzeszała wielu progresywnie nastawionych purpuratów ze Starego Kontynentu. „Kościół jest opóźniony o 200 lat. Dlaczego się nie otrząśniemy. Czy się boimy?” – powiedział na krótko przed śmiercią w 2012 Martini, cytowany przez Franciszka w roku 2019.
„Odmienny” Kościół ma być zatem Kościołem, który nadrobi dwuwiekową „zaległość”; mowa zatem o zmianach, jakie zaszły w świecie na przełomie XVIII i XIX wieku. Niewątpliwie chodzi tu właśnie o ideały społeczne, filozoficzne i eklezjalne, jakie przyniosły francuska rewolucja i Oświecenie.[No i – praktyki MD]
Sądzę, że drogą do osiągnięcia celu „odmiany” Kościoła prowadzącej do gruntownego „aggiornamento” ma być właśnie proces synodalny. W przemówieniu z 2015 roku papież Franciszek ogłosił, że „synodalność jest konstytutywnym wymiarem Kościoła”, co powtórzył w konstytucji apostolskiej „Episcopalis communio” z 2019 roku. Przy żadnej z tych okazji nie została zaprezentowana jakakolwiek definicja pojęcia „synodalność”. Co ciekawe, nie zmieniło się to aż do teraz; nawet opublikowany latem 2024 roku dokument „Instrumentum laboris”, czyli tekst mający być przedmiotem dyskusji na finalnej sesji synodalnej, nie prezentuje takiej definicji. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której rzekomy „konstytutywny wymiar” Kościoła pozostaje nie tyle „zadaniem”, co raczej swobodną kreacją – pojęciem wciąż pustym, które dopiero trzeba wypełnić treścią. Biorąc pod uwagę papieskie deklaracje, zgodnie z którymi Kościół ma być „odmienny” i „zaktualizowany o 200 lat”, można sądzić, że „synodalność” – wielokrotnie określana jako droga, która nie będzie mieć końca – jest właśnie sposobem na uzyskanie tej „odmienności” i „aktualizacji”.
Wracam do sloganu rewolucji francuskiej. W czym w ramach procesu synodalnego przejawia się zamiar implementacji „wolności”, „równości” i „braterstwa” oraz wykluczenia tych, którzy nie chcą się z tym zgadzać („albo śmierć”)?
1. Wolność
Zgodnie z duchem naszej epoki, człowiek współczesny potrzebuje „wyzwolenia”. Papież Franciszek wielokrotnie sygnalizował, że w jego ocenie katolicy bywają „zniewoleni” doktryną Kościoła, a raczej – w jego ujęciu – „rygorystycznym” implementowaniem tej doktryny. Tuż przed otwarciem finalnej sesji Synodu o Synodalności odbędzie się w Bazylice św. Piotra specjalna ceremonia pokutna pod przewodnictwem papieża. W jej ramach uczestnicy sesji synodalnej będą przepraszać w imieniu całego Kościoła za różnego rodzaju grzechy osobiste i strukturalne. Jednym z nich – jak poucza oficjalna strona Synodu Biskupów – jest grzech „stosowania doktryny jak kamieni, którymi można obrzucać innych”. Nawiązuje to do wielu wypowiedzi papieskich o praktycznie tej samej treści, wygłaszanych przez niego zwłaszcza w kontekście tradycyjnej katolickiej etyki małżeńskiej i seksualnej. O „rygorystycznej” doktrynie papież mówił między innymi podczas dyskusji wokół kwestii dopuszczenia do Komunii św. rozwodników w powtórnych związkach.
Dlatego w adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia” z 2016 roku wyraźnie zasugerował nowatorskie podejście, w myśl którego doktrynę należałoby stosować bardzo elastycznie, aż do uznania, że w pewnych sytuacjach obiektywnie grzeszny sposób życia może podobać się Bogu. „Sumienie może jednak uznać nie tylko to, że dana sytuacja nie odpowiada obiektywnie ogólnym postanowieniom Ewangelii. Może także szczerze i uczciwie uznać to, co w danej chwili jest odpowiedzią wielkoduszną, jaką można dać Bogu i odkryć z jakąś pewnością moralną, że jest to dar, jakiego wymaga sam Bóg pośród konkretnej złożoności ograniczeń, chociaż nie jest to jeszcze w pełni obiektywny ideał” – pisał w punkcie 303 tej adhortacji. Słowa te odnoszono zwykle do sytuacji rozwodników, którzy pomimo życia w powtórnym związku i utrzymywania relacji seksualnych mogliby w pewnej sytuacji (na gruncie własnej decyzji sumienia) przystępować do Komunii świętej. Można je jednak odnieść również do innych sytuacji, na przykład osób homoseksualnych.
W tym kierunku zmierza deklaracja „Fiducia supplicans” z grudnia 2023 roku, która pozwala na błogosławienie par jednopłciowych. Idea błogosławienia takich par zasadza się na przekonaniu, że osoby w związku homoseksualnym nie realizują wprawdzie ideału, ale „pośród konkretnej złożoności ograniczeń”, żyjąc w swoim związku, udzielają jedynej dla nich możliwej „wielkodusznej odpowiedzi”, która jest „darem, jakiego wymaga sam Bóg”. W ten sposób właśnie realizuje się rewolucyjna zasada „wolności” – w tym wypadku „wolności od” doktryny, którą w przeszłości miano by stosować rygorystycznie, a która teraz zostałaby sprowadzona do roli narratywnej sygnalizacji obiektywnego ideału, do którego trzeba dążyć, ale we własnym tempie, nie odrzucając od razu nawet obiektywnie grzesznego sposobu życia. Nie trudno zauważyć, że pozwala to na bliskie pojednanie z jednym z najważniejszym współcześnie prezentowanych celów „wyzwolenia”, jakim jest wyzwolenie seksualne od ograniczeń monogamii, heteroseksualności i tak dalej. Innymi słowy, poprzez „Amoris laetitia” i nowe rozumienie doktryny i sumienia, powstałby „odmienny” Kościół, który zasypał w kwestii etyki seksualnej dwuwiekową przepaść dzielącą go od świata. Proces synodalny jest pełen odniesień do tej problematyki; w wielu dokumentach synodalnych pojawiają się wzmianki o konieczności wypracowania „nowych dróg podejścia” do takich grup osób jak rozwodnicy, homoseksualiści czy nawet – w przypadku Afryki – osoby żyjące w związkach poligamicznych.
2. Równość
Problematyka egalitarna jest na Synodzie o Synodalności obecna w jeszcze większej mierze, niż libertyńska. Głównym obszarem synodalnego zmagania o równość jest kwestia kobiet, popychana naprzód zwłaszcza przez środowiska niemieckie (niem. Frauenfrage), ale obecna w dyskusjach niemal na całym świecie. Dokumenty synodalne z „kwestii kobiet” uczyniły jeden z najważniejszych tematów, a sam papież Franciszek podjął nawet decyzję, by poświęcić jej szereg spotkań elitarnej Rady Kardynałów. Dyskusja na ten temat ma trzy zasadnicze linie: dostęp kobiet do stanowisk kierowniczych w Kościele; dostęp do diakonatu; dostęp do sakramentu kapłaństwa. Nie ma wątpliwości, że rewolucyjnego celu pełnej równości płciowej nie osiągnie się inaczej, jak tylko obsadzając kobietę na urzędzie papieża; jakkolwiek wydaje się to skrajne, jest przecież naturalną konsekwencją postulatów dopuszczenia kobiet do sakramentu kapłaństwa. Z racji na zdecydowany sprzeciw konserwatywnej części Kościoła problem dostępu do kapłaństwa, choć wzmiankowany jako dalekosiężny cel, nie jest bezpośrednio dyskutowany. Inaczej diakonat oraz pozycje władzy. W drugim przypadku – piszę to na podstawie lektury niezliczonych wypowiedzi uczestników procesu synodalnego – istnieje już pełen konsensus; nie spotkałem żadnej wypowiedzi ważnego hierarchy Kościoła, który byłby przeciwny dopuszczaniu kobiet do pełnienia najwyższych nawet urzędów kościelnych niewymagających sakramentu święceń. Wszystko wskazuje na to, że Synod o Synodalności będzie silnym bodźcem do nakłaniania Kościołów lokalnych do zwiększania partycypacji kobiet w strukturach władzy. Problem diakonatu jest nierozstrzygnięty ze względu na bliskość sakramentowi kapłaństwa.
Drugim obszarem synodalnej walki o egalitarne oblicze Kościoła jest kapłaństwo. Dokumenty synodalne czynią z „klerykalizmu” jedną z największych przywar współczesnego katolicyzmu. Walka z klerykalizmem miałaby przebiegać poprzez dopuszczanie ludzi świeckich do kościelnych struktur władzy. Realizuje się to już dzisiaj, na przykład poprzez dopuszczanie świeckich do kierowania urzędami Kurii Rzymskiej. Dokumenty synodalne mówią również o przyszłej „synodalnej formacji” do kapłaństwa, która miałaby zasadzać się na rozwinięciu idei „powszechnego kapłaństwa ochrzczonych”. W praktyce mogłoby to oznaczać przekazywanie świeckim szerszych kompetencji w tria munera kapłana – docendi, sanctificandi, regendi, nauczania, uświęcania, rządzenia, na przykład poprzez dopuszczanie do głoszenia kazań (koncept z poparciem niemieckim), udzielania sakramentów (koncept z poparciem niemieckim i latynoamerykańskim) i zarządzania strukturą parafialną, diecezjalną czy nawet kontynentalną Kościoła (koncept z poparciem globalnym).
Trzecim obszarem osiągania „równości” jest rola i władza biskupa, w tym – biskupa Rzymu. Dokumenty synodalne wskazują, że biskupi w Kościele synodalnym powinni sprawować władzę bardziej synodalnie, to znaczy – biorąc pod uwagę opinię całej społeczności katolickiej, którą zarządzają. W „Instrumentum laboris” z lata tego roku wskazuje się, że biskup powinien mieć władzę samodzielnego decydowania, gdyby jednak podjął decyzję autorytarną, nie uwzględniając konsensusu, postąpiłby „niesynodalnie” i odciąłby się od wspólnoty. Jak łatwo się domyślić, biada temu biskupowi, który w Kościele konstytutywnie synodalnym byłby niesynodalny; do niego, sądzę, można zastosować rewolucyjne „albo śmierć”. Dotyczy to również biskupa Rzymu. W czerwcu Papieska Rada Jedności opublikowała dokument na temat posługi papieskiej, którą omawia w kluczu synodalnym, sugerując, że papież mógłby w wielu obszarach ograniczyć swoje sprawowanie władzy, celem docenienia kompetencji biskupów – zwłaszcza prawosławnych.
3. Braterstwo
Kościół synodalny ma być Kościołem inkluzywnym – dla wszystkich. Dokumenty synodalne od samego początku nie pozostawiają wątpliwości, że jednym z zasadniczych celów procesu synodalnego jest redefinicja tradycyjnej eklezjologii na rzecz nowej, która będzie wychodzić od koncepcji „Ludu Bożego” rozwijanej na II Soborze Watykańskim, ale w interpretacji rozszerzającej. Do synodalnego „Ludu Bożego” przyporządkowani zostają nie tylko praktykujący katolicy, ale także ci, którzy nie praktykują, a nawet nie wierzą (pionierem był Carlo Maria Martini organizujący w Mediolanie stałe forum dyskusji z ateistami); w czasie trwania procesu synodalnego we Włoszech ruszył też programowy dialog Kościoła katolickiego z wolnomularstwem, odbyło się już wiele spotkań z udziałem wpływowych biskupów, zwłaszcza szefa Papieskiej Akademii Teologicznego bp. Antonio Stagliano, a także byłego prefekta Rady ds. Tekstów Prawnych kard. Francesco Coccopalmerio.
Braterstwo oznacza również dialog z członkami innych wspólnot religijnych, przy czym dialog nie jest prowadzony w paradygmacie rozmowy o realizacji ewentualnych wspólnych celów przy zachowaniu własnej tożsamości i roszczenia do prawdy przez własną wspólnotę; chodzi o przyjęcie czysto modernistycznej tezy o religijności jako efekcie pierwotnej ludzkiej emocji, co prowadzi w konsekwencji do uznania wszystkich religii za równe sobie odrębne ścieżki prowadzące do immanentnie ograniczonego kontaktu z boskością. Franciszek dawał wielokrotnie wyraz tym tendencjom, od deklaracji z Abu Zabi, przez encyklikę „Fratelli tutti”, aż po deklarację indyferentyzmu religijnego z Singapuru, by ograniczyć się tylko do trzech najważniejszych przypadków.
Dodatkowym i ważnym elementem implementacji hasła o braterstwie jest „opcja preferencyjna na rzecz imigrantów”, która została na Synodzie o Synodalności wyrażona na przykład poprzez włączenie do katalogu nowych grzechów „grzechu przeciwko imigrantom”, za który przepraszać będą pokutnicy uczestniczący we wspomnianej wyżej ceremonii w Bazylice św. Piotra w przededniu otwarcia finalnej sesji synodalnej.
4. Albo śmierć
Jest oczywiste, że Kościół „odmieniony”, który dokona „aktualizacji” do Rewolucji i Oświecenia i który będzie „konstytutywnie synodalny” nie może tolerować w swoich szeregach ludzi, którzy nie są synodalni. Byłoby to wewnętrzną sprzecznością i groziłoby rozpadem tej nowej-starej wspólnoty eklezjalnej. Stąd zrozumiałe wymaganie, by wszyscy przyjmowali pryncypia synodalności. Na obecnym etapie szybkie tego wymuszenie jest niemożliwe, co pokazał na przykład opór względem „Fiducia supplicans” ze strony biskupów afrykańskich. Papież Franciszek i kard. Victor Manuel Fernández odpowiadając afrykańskim biskupom wyjaśnili jednak, że zostają oni zwolnieni z konieczności implementowania w swoich diecezjach błogosławienia par LGBT, ale wyłącznie ze względów kulturowych; innymi słowy, kiedy kultura afrykańska zostanie przekształcona i osiągnie ten sam stan moralny, który osiągnęła kultura zachodnia, zwolnienie zostanie cofnięte. Dotyczy to, jak można domniemywać na zasadzie analogii, także wszystkich innych synodalnych przemian. Jako że proces globalizacji w ostatnich dziesięcioleciach skutecznie przemienia kolejne społeczeństwa, narzucając wszystkim ten sam paradygmat rewolucyjno-oświeceniowy, można się spodziewać, że Kościół konstytutywnie synodalny przyjmie zasadę wspólnoty „wielu prędkości” – głosząc powszechną inkluzję jako obiektywny cel, który wszyscy muszą osiągnąć, jakkolwiek we własnym tempie.
Tak wygląda w mojej ocenie – w największym możliwym skrócie – rzeczywistość Synodu o Synodalności; można byłoby pisać jeszcze bardzo wiele na temat rozmaitych rozwiązań szczegółowych, takich na przykład, jak plan zacieśniania europejskiej integracji kościelnej poprzez powołania Europejskiego Zgromadzenia Kościelnego; albo jak promowanie nowatorskiej metody dyskusji w postaci „rozmowy w Duchu”, która zasadza się na wysłuchiwaniu bez żadnych komentarzy wielu sprzecznych opinii, by później, pod kierunkiem synodalnego eksperta, wypracować „konsensus” w duchu „jedności w różnorodności”; albo jak powołanie przez Franciszka 10 specjalnych Komisji Synodalnych, które już po zakończeniu synodu w Rzymie będą pracować nad implementacją różnych konkretnych kwestii w życie Kościoła; spodziewam się jednak, że wdając się w te rozważania nadwyrężyłbym cierpliwość Czytelnika. Zainteresowani znajdą zresztą wszystkie te kwestie w poprzednich tekstach publikowanych na łamach PCh24.pl.
Jedno jest pewne: 2 października rozpocznie się finalna faza budowy „odmiennego” Kościoła, a jego kształt w kwestiach zasadniczych opisali już zaczarowani filozofią oświeceniową myśliciele modernistyczni z przełomu XIX i XX wieku, ci sami, których refleksja teologiczna kształtuje dziś teorię i praktykę najważniejszych aktorów procesu nowego kościelnego „udzisiejszania”.
Paweł Chmielewski
=====================
mail;
Nihil novi sub sole:
L’homélie prononcée par Jean-Paul II au Bourget (le 3 juin 1980)
Après avoir retracé l’histoire chrétienne de la France, Jean-Paul Il affirme : ” Que n’ont pas fait les fils et les filles de votre nation pour la connaissance de l’homme, pour exprimer l’homme par la formulation de ses droits inaliénables ! On sait la place que l’idée de liberté, d’égalité et de fraternité tient dans votre culture, dans votre histoire. Au fond, ce sont là des idées chrétiennes. „
Grzegorz Płaczek. / foto: Biuro Prasowe Konfederacji
Czy to możliwe, że Ministerstwo Edukacji Narodowej pod obecnym kierownictwem niszczy polski system oświaty? O tym redaktor Jakub Zgierski rozmawia z Grzegorzem Płaczkiem, posłem Konfederacji ze Śląska.
Jakub Zgierski: – Ostatnio pojawia się coraz więcej informacji, iż polski system oświaty skręca w niebezpieczną stronę. Czy rzeczywiście pod rządami lewicowo-liberalnej koalicji doszło do aż tak ogromnej zapaści?
Grzegorz Płaczek: – Sprawa jest niezwykle ważna, dotyka bowiem dzieci i młodzieży. Ostatnie decyzje, takie jak: zmiana podstawy programowej, wprowadzenie „zakazu” prac domowych czy rozpoczęcie przygotowań do uruchomienia nowego przedmiotu „Edukacja zdrowotna”, który ma pojawić się w polskich szkołach od września 2025 r., budzą wiele wątpliwości. Wymienione zmiany niewątpliwie są kolejnym etapem kolejnych głębokich „reform edukacyjnych”, których początek sięga 1995 r. Celem obecnego rządu, a przede wszystkim Brukseli, jest wdrożenie Europejskiego Obszaru Edukacyjnego (EOE) na terenie naszego kraju.
–Wdrożenie Europejskiego Obszaru Edukacyjnego? A czym to dokładnie jest?
– To bardzo dobre pytanie, a niewielu dziennikarzy o to pyta. Zagadnienie jest skutecznie chowane w ministerialnych szufladach. EOE to nic innego jak unijna inicjatywa określona w 2020 r., a realizowana obecnie przez Komisję Europejską. Ważne jest, aby zrozumieć, że Bruksela obiecuje powstanie EOE już w 2025 r., a polski rząd zdążył ogłosić, że Polska do niego przystąpi.
Media powinny o tym krzyczeć i wskazywać na liczne zagrożenia, ponieważ wejście polskiego systemu oświaty do Europejskiego Obszaru Edukacyjnego będzie oznaczać niemal całkowitą utratę kontroli narodu nad tym, czego i w jaki sposób uczą się młodzi Polacy w przedszkolach i szkołach. Co gorsza – rodzice utracą kontrolę nad tym, jak i na jakich zasadach ich dzieci będą wychowywane. EOE ma być niemal komunistycznym „systemem dobrobytu”, gdzie Komisja Europejska będzie „opiekować się” wszystkimi ludźmi od momentu ich urodzenia aż do śmierci. To orwellowska rzeczywistość. Unia Europejska chce kontrolować całe nasze życie, ale żeby to się udało, młode pokolenie musi być odpowiednio wychowane i ukształtowane. Ogłupiałym i odpowiednio „kształtowanym” od najmłodszych lat społeczeństwem łatwiej się zarządza.
–Wymienił Pan ogólne zagrożenia wynikające z wdrożenia Europejskiego Obszaru Edukacyjnego. Mogę poprosić o więcej szczegółowych przykładów?
– Oczywiście! Widzę je na co dzień, pracując w sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży. Na wstępie zaznaczę, że Bruksela będzie pokazywać Europejski Obszar Edukacyjny jako system oferujący niemal same korzyści, takie jak: większa mobilność, poprawa jakości kształcenia czy zwiększenie współpracy międzynarodowej. Jednak Polska, podobnie jak inne kraje, musi zrozumieć, że wdrożenie EOE wiąże się z ogromnymi (niemal nieodwracalnymi) zmianami kulturowymi oraz potencjalnym zagrożeniem dla lokalnych tradycji edukacyjnych i suwerenności Polski. Ujednolicenie systemów edukacyjnych to przykładowo zagrożenie dla lokalnych tradycji. Unifikacja standardów edukacyjnych w całej Unii Europejskiej może prowadzić do zaniku specyficznych, narodowych elementów systemów edukacyjnych, które są związane z lokalną kulturą i historią. Wprowadzanie nowych programów nauczania to nic innego jak próba narzucenia systemu opartego na „bardziej zachodnich” modelach edukacyjnych, co powinno spotkać się z oporem w Polsce, szczególnie jeśli chodzi o kwestie tożsamości narodowej i kulturowej.
Wyzwania finansowe i koszty dostosowania to także przemilczany wątek, a wprowadzenie nowych standardów, programów i narzędzi edukacyjnych będzie wymagać znacznych nakładów finansowych, co może być wyzwaniem dla systemu edukacyjnego w Polsce. Modernizacja infrastruktury edukacyjnej i szkolenia nauczycieli mogą generować dodatkowe koszty. Ale to nie koniec przykładów. Kolejne zagrożenie dotyczy mobilność uczniów i nauczycieli. Bo czym innym jest tzw. brain drain (drenaż mózgów), czyli swobodna mobilność uczniów i nauczycieli, która może prowadzić do emigracji wykształconych pracowników z Polski do innych państw UE. Mając na uwadze różnice dot. wynagrodzeń za pracę, wdrożenie EOE może tylko pogłębić problem braku wysoko wykwalifikowanych pracowników w naszym kraju. Mogą pojawić się trudności w adaptacji, gdy uczniowie i nauczyciele napotkają problemy w dostosowaniu się do odmiennych systemów edukacyjnych w innych krajach UE, a to może wpływać na jakość nauki i pracy. Chociaż EOE dąży do wyrównania jakości edukacji w całej Europie, to różnice ekonomiczne i społeczne między krajami mogą utrudnić pełną realizację tego celu. Polska może napotkać trudności w nadążaniu za bardziej rozwiniętymi państwami pod względem jakości edukacji i infrastruktury.
I jeszcze dwie kwestie, o których w Polsce nie możemy zapomnieć.
Pierwsza z nich dotyczy potencjalnego wpływu ideologicznego i wprowadzenia liberalnych wartości przez Brukselę. Istnieje realna obawa, że promowanie przez UE mniej konserwatywnych wartości, takich jak otwartość na różnorodność kulturową i seksualną, może być postrzegane w Polsce jako sprzeczne z tradycjami czy wartościami naszego kraju. Może to prowadzić do napięć społecznych i politycznych. [Do ostrych protestów, mam nadzieję M.Dakowski]
Drugą i ostatnią już kwestią jest zależność od unijnych regulacji. W momencie wejścia Polski do Europejskiego Systemu Edukacyjnego możemy być pewni, że utracimy suwerenność w edukacji. To jasne, że Polska może obawiać się utraty kontroli nad własnym systemem edukacyjnym, jeśli decyzje dotyczące oświaty będą w coraz większym stopniu zależne od regulacji unijnych. To może być postrzegane (i powinno być) jako ograniczenie suwerenności kraju. Do tego dochodzą standardy edukacyjne, związane także z delikatnym obszarem seksualności młodych Polaków, opracowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO)…
–A, właśnie. Porozmawiajmy co nieco o Światowej Organizacji Zdrowia, która wbrew pozorom wcale nie jest jakimś bezstronnym gremium specjalistów od medycyny…
– Ci, którzy tylko pobieżnie znają historię WHO, żyją w przeświadczeniu, że jest to jakaś super międzynarodowa organizacja skupiająca samych ekspertów. Prawda jednak jest inna. To jedna z najbardziej skorumpowanych międzynarodowych organizacji zdrowotnych na świecie – zarządzana przez osobę, która jeszcze parę lat temu była częścią afrykańskiego reżimu. Aż nie chce mi się wierzyć, że Polacy pozwalają na to, aby to właśnie WHO (będąca całkowicie zależna od pieniędzy płynących od firm farmaceutycznych) tworzyła standardy edukacji seksualnej. Uważam, że rodzice nie powinni godzić się na takie rozwiązanie – jest groźne.
–Co dokładnie znajdziemy w tych standardach? Które elementy są szczególnie groźne dla polskich przedszkoli i szkół?
– Standardy edukacji seksualnej opracowane przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) i Europejskie Biuro WHO są zebrane w dokumencie „Standardy edukacji seksualnej w Europie” („Standards for Sexuality Education in Europe”). Wystarczy przeczytać. Formalnie celem tych wytycznych jest wspieranie zdrowia seksualnego, świadomego podejmowania decyzji oraz kształtowanie zdrowych postaw i wartości. Dokument skierowany jest głównie do państw członkowskich i edukatorów, którzy mogą dostosować te zalecenia do lokalnych warunków. WHO lobbuje za holistycznym podejściem, a edukacja seksualna według WHO nie powinna ograniczać się do biologii, tylko obejmować szeroki zakres tematów związanych z emocjonalnym, społecznym, fizycznym i psychologicznym aspektem seksualności. Ale przyjrzyjmy się szczegółom.
W standardach WHO zaleca się, aby wprowadzać temat masturbacji jako naturalnej części rozwoju seksualnego. WHO proponuje, aby w kontekście edukacji seksualnej dla dzieci w wieku 0-4 lat omawiać kwestie związane z odkrywaniem ciała, w tym masturbację, w sposób odpowiedni do wieku, akcentując przy tym znaczenie prywatności. WHO postuluje, aby edukacja seksualna obejmowała temat aborcji w kontekście zdrowia reprodukcyjnego i praw człowieka. Zagadnienie to jest omawiane jako jeden z aspektów zdrowia seksualnego, a celem jest dostarczenie informacji na temat praw i dostępnych usług. Oczywiście oficjalnie WHO zaprzecza, jakoby było to „promowanie aborcji” jako rozwiązania dla młodych dziewczyn. WHO w swoich wytycznych „promuje” równość i tolerancję wobec różnorodności seksualnej i tożsamości płciowej, w tym afirmację osób LGBT+. Ale to nie koniec – WHO uznaje, że tożsamość płciowa i seksualna mogą być płynne, a przez to zachęca do otwartości oraz akceptacji w tym zakresie. Wszystko brzmi baśniowo, ale jako poseł odczuwam, że z Brukseli do Polski właśnie nadchodzi pewna „nowa jakość nauczania”. Pytanie, jakiej Polski chcemy dla naszych dzieci i wnuków…
Wyznanie wiary w Jezusa Chrystusa i Jego Kościół jako jedyną drogę do Boga i do wiecznego zbawienia
Niezachwianie wierzymy i wyznajemy to, czego zwyczajne i powszechne Magisterium Kościoła nieprzerwanie i nieomylnie naucza od czasów Apostołów, a mianowicie,
Że wiara w Jezusa Chrystusa, Wcielonego Syna Bożego i jedynego Zbawiciela ludzkości, jest jedyną religią chcianą przez Boga.
Po ustanowieniu nowego i wiecznego Przymierza w Jezusie Chrystusie nikt nie może być zbawiony przez przestrzeganie nauk i praktyk religii niechrześcijańskich. Ponieważ „modlitwa, która jest skierowana do Boga, musi być związana z Chrystusem, Panem wszystkich ludzi, jedynym Pośrednikiem (1 Tm 2, 5; Hbr 8, 6; 9, 15; 12, 24), przez którego jedynie mamy dostęp do Boga” (Rz 5, 2; Ef 2, 18; 3, 12). (Ogólne Wprowadzenie do Liturgii Godzin, 6).
Głęboko wierzymy, że „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4, 12), oprócz imienia naszego Pana Jezusa Chrystusa, który został ukrzyżowany, a którego Bóg wskrzesił z martwych (por. Dz 4, 10).
Wierzymy, że jest „sprzeczne z wiarą katolicką postrzeganie Kościoła jako jednej z dróg zbawienia, istniejącej obok innych, to znaczy równolegle do innych religii, które miałyby uzupełniać Kościół, a nawet mieć zasadniczo taką samą jak on wartość, zmierzając co prawda tak jak on ku eschatologicznemu Królestwu Bożemu.” (Kongregacja Nauki Wiary, Deklaracja Dominus Iesus, 21).
Ponadto potwierdzamy, że Boskie Objawienie, wiernie przekazywane przez odwieczne Magisterium Kościoła, zabrania twierdzenia,
Że wszystkie religie są ścieżkami do Boga,
Że różnorodność tożsamości religijnych jest darem Bożym i
Że różnorodność religii jest wyrazem mądrej woli Boga Stwórcy.
Dlatego też podtrzymujemy, że chrześcijanie nie są po prostu „towarzyszami podróży” wraz z wyznawcami fałszywych religii – których Bóg zakazuje.
Żarliwie błagamy o pomoc łaski Bożej dla wszystkich dzisiejszych duchownych, którzy swoimi słowami i czynami zaprzeczają objawionej przez Boga prawdzie o Jezusie Chrystusie i Jego Kościele jako jedynej drodze, dzięki której ludzie mogą oglądać Boga i osiągnąć wieczne zbawienie. Oby z pomocą łaski Bożej owi duchowni mogli publicznie wycofać się ze swoich poglądów, czego wymaga zarówno dobro ich własnych dusz, jak i dusz innych. Wszak „nieprzyjęcie Chrystusa jest największym niebezpieczeństwem dla świata!” (Św. Hilary z Poitiers, Komentarz do Ewangelii św. Mateusza, 18).
Niech przez modlitwy, łzy i ofiary wszystkich prawdziwych synów i córek Kościoła, a zwłaszcza „maluczkich” w Kościele, Pasterze Kościoła, a przede wszystkim Papież Franciszek, otrzymają łaskę naśladowania Apostołów, niezliczonych Męczenników, licznych Świętych Papieży Rzymskich i rzeszy Świętych, zwłaszcza św. Franciszka z Asyżu, który jako „człowiek, który był prawdziwie katolicki i apostolski osobiście podjął zadanie które nakazał również swoim uczniom – aby przed wszystkim innym zajmowali się nawracaniem pogan na wiarę i prawo Chrystusa”. (Papież Pius XI, Encyklika Rite Expiatis, 37)
Wierzymy, i z Bożą łaską jesteśmy gotowi oddać za to życie, w Boską prawdę ogłoszoną przez Jezusa Chrystusa, zawartą w słowach: „Ja jestem drogą i prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14, 6).
+ Athanasius Schneider, biskup pomocniczy archidiecezji Świętej Maryi w Astanie
wraz z uczestnikami Catholic Identity Conference 2024
Stanisław Michalkiewicz 28 września 2024 michalkiewicz
Jeszcze nasz mniej wartościowy naród tubylczy nie zdążył się przyzwyczaić do nowej odmiany demokracji, jaką z łaski Reichsfuhrerin Urszuli von der Leyen wprowadza u nas premier Donald Tusk wraz z bodnarowcami, a już „demokracja walcząca” – bo tak pan premier Tusk nazwał swój wynalazek – pokazała pazury. O tych pazurach za chwilę, bo warto sobie rozebrać z uwagą tę całą „demokrację walczącą” – co to mianowicie takiego.
„Znamy wszystkie parlamentarne grupy, ale – tej „Grupy Laokoona” – nie” – pisał Gałczyński w nieśmiertelnym cyklu „Pięć donosów”. Przeżyliśmy tedy demokrację sanacyjną, demokrację socjalistyczną, zarówno w odmianie stalinowskiej, jak i łagodniejszych, no a teraz mamy „demokrację walczącą”. Czym się ona charakteryzuje? Ano – zasadą, że cel uświęca środki. Pan premier Tusk dobrze chce, to znaczy – chce nam przychylić nieba, a konkretnie – „przywrócić praworządność”, w związku z tym przyznał sobie prawo prowadzenia działań bezprawnych, m.in. w postaci „uchylania” swoich kontrasygnat, gwoli przypodobania się „towarzychu”. Przypomnę, że za złożenie podpisu pod nominacją sędziego Wesołowskiego, pryncypialnie ofuknęła Donalda Tuska sama pani prof. Ewa Łętowska, uchodząca w „towarzychu” za „babunię polskiej demokracji”. My tu wychodzimy ze skóry, mimo artretyzmów kicamy z jakimiś giertychami, a ten kontrasygnuje Dudzie taki dokument! Na takie dictum „babuni”, Donald Tusk zrozumiał, że znalazł się na granicy utraty więzi z masami, a już Lenin przestrzegał, że dla partii, nawet jeśli nazywa się Volksdeutsche Partei, nie ma nic gorszego. Natychmiast tedy rewokował, podsuwając opinii publicznej przesiąknięty fałszem i krętactwami pozór uzasadnienia. Wszystko pierwotnie wskazywało na to, że ten pozór uzasadnienia został wykoncypowany przez bodnarowców otaczających pana „doktora habilitowanego” Adama Bodnara – ale nie. Wprawdzie pan Bodnar pierwszy dostarczył ten pozór uzasadnienia, ale widocznie sam rozumie, że te jego naukowe tytuły nie robią specjalnego wrażenia, więc w końcu głos zabrała „babunia”. „Babunia” locuta – causa finita – zwłaszcza, że „babunia” powtórzyła krętactwa pana Bodnara, co skłania do podejrzeń, że „koncepcja”: jest jej autorstwa, podobnie jak „czynny żal”, co to mają go okazywać sędziowie, zwłaszcza ci, co w oczach „towarzycha” się strefili.
Więc pozór uzasadnienia już mamy, a w tej sytuacji przystąpmy do rozbierania z uwagą – jak zalecał Wojski w „panu Tadeuszu” – samej „demokracji walczącej”. Co ci przypomina widok znajomy ten? Ależ naturalnie, jakże by inaczej; co ma przypominać, jak nie stary, poczciwy faszysmus? Jak wielokrotnie zwracałem mikrocefalom, co to używają faszysmusa jako epitetu uwagę, że faszyzm to nie epitet, tylko pojęcie pełne treści. Najtwardszym jądrem tych wszystkich treści jest przekonanie, że państwu wszystko wolno. Wyraził to najlepiej twórca faszyzmu, Benito Mussolini w formule: „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu!” Wynika z niej, że poza państwem nie ma życia. Poza ”państwem” – a więc poza ramami wyznaczonymi przez biurokratyczno-polityczny gang, który właśnie „państwem” zawładnął.
Toteż bez zaskoczenia przeczytałem o obywatelu, którego właśnie pojmała policja, bo obywatel ten nie tylko krytykował pana premiera Donalda Tuska, ale nie podobali mu sie też „szabrownicy”, co to okradali mieszkania obywateli ewakuowanych, a w dodatku okazało się, że nie podobały mu się doniesienia rządowej telewizji na temat walki z powodzią i w ogóle – ze zbrodniczym klimatem. Co tu ukrywać; nazbierało się tego sporo, a jak policja przetrzyma tego obywatela Lądka Zdroju w areszcie wydobywczym, to może jeszcze coś dołoży? Ale jak nawet nic nie dołoży, to i to, co się nazbierało, wystarczy, by obywatel odtąd jęczał i szlochał. Jakże bowiem można krytykować premiera Tuska Donalda, skoro ten ubrał się w kurteczkę, przestał się golić, niczym prezydent Żełeński, a na posiedzeniach sztabów kryzysowych rozdaje pochwały i nagany? Skoro mianował Wielce Czcigodnego posła Kierwińskiego pełnomocnikiem rządu do odbudowy Dolnego Śląska? Posła Kierwińskiego jakby kto na sto koni wsadził; natychmiast zrezygnował z miejsca w luksusowym, brukselskim przytułku dla „byłych ludzi”, bo co to za luksusy, przy otwierających się perspektywach?
Wszystko to, to całe poświęcenie, te nieprzespane noce – ma się rozumieć – dla Polski – więc tylko patrzeć, jak jakiś zaangażowany poeta znowu napisze, jak to Donaldu Tusku, albo jeszcze lepiej – ministru Siemoniaku – objawił się Feliks Dzierżyński, któremu pan minister Siemoniak przez sen zawierzał swoje troski i zgryzoty? Jakże można krytykować szabrowników, skoro trzeba chwalić policję, że chroni opuszczony dobytek, a już zupełnym skandalem jest krytykowanie rządowej telewizji. Tam mobilizacja przecież trwa na całego; gdyby nie ona, to powódź rozwijałaby się byle jak, a tak, to owszem – rozwija się – ale w sposób uporządkowany, „według stołecznych życzeń”, nie pozostawiając ani szparki na dezinformacyjną dywersję ze strony znienawidzonego Putina i w ogóle – a tu jakiś jegomość z Lądka Zdroju szuka dziury w całym i pyskuje. Co niby miała z nim zrobić policja, skoro już wpłynęły stosowne informacje od „sygnalistów” o szerzącej się gangrenie? Pojmać, zakuć w kajdany, a potem postawić przed obliczem niezawisłego sądu, który już tam powinność swej służby zrozumie i sypnie piękny wyrok!
Tak właśnie funkcjonuje „demokracja walcząca” w działaniu, korzystając nie tylko ze stworzonych w ostatnich miesiącach narzędzi, ale w swej kreatywności wychodzi nawet poza te ramy. I słusznie – bo kiedy Donald Tusk własną piersią zasłania kraj przed bałwanami, kiedy policja stoi na nieubłaganym gruncie wzmożonej czujności, zaplute karły próbują sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów. Oto Krajowa Rada Sądownictwa, której Donald Tusk, ma się rozumieć – „nie uznaje” – wykryła, jakoby Wielce Czcigodna Katarzyna Kotula, podobnie jak Wielce Czcigodna Barbara Nowacka, wcale nie były ministrami!
Chodzi o to, że – ulegając prądom feminazistycznym – zniekształciły rotę ministerialnego ślubowania – że to niby nie obejmują funkcji „ministra” w rządzie Donalda Tuska – tylko „ministry”. Ponieważ ustawa o żadnych „ministrach”, a tym bardziej – feministrach – nic nie mówi, to znaczy, że ślubowanie nie zostało złożone prawidłowo, a tym samym – nie zostało złożone w ogóle! Ładny interes! Tedy nie ma rady; w ramach rozwoju „demokracji walczącej” trzeba będzie chyba zmienić wspomnianą rotę, wprowadzając nie tylko dymorfizm płciowy, ale również deklarację, że „kładę lachę na tę całą konstytucję, nie uznaję instytucji nie zatwierdzonych przez Reichsfuhrerin Urszulę von der Leyen, a w ogóle to będę we wszystkim słuchać Donalda Tuska oraz Adama Bodnara i jego bodnarowców, zgodnie ze wskazówkami Babuni Walczącej Demokracji.”
28 września 2024 r. | Nr 39/2024 (691) Rozmowy niekontrolowane Małgorzata Todd mtodd Szanowni Państwo! . Czym różniła się stara komuna od tej dzisiejszej? W stanie wojennym, komunikat nagrany w telefonie traktował każdego rozmówcę, jako potencjalnego przestępcę, któremu mogą zostać postawione zarzuty braku miłości, do jedynej słusznej władzy. Trzaskowski obiecał, że po ponownym dojściu do władzy, jego tęczowa „sekta” zadba, żeby nikt nie zadawał niewygodnych pytań i jak widać słowa dotrzymał. Na konferencje prasowe wpuszczani są tylko dziennikarze zadający wygodne pytania. Komuniści od początku próbowali wyhodować „nowego człowieka” i udało im się to, niestety. Są wśród nas. Kasta sędziowska kpi ze sprawiedliwości. Brak kompetencji stał się najważniejszym atutem przy obsadzie strategicznych stanowisk. Każda bzdura jest do przyjęcia dla „kochających inaczej”, czyli przy pomocy pięści. A jak to jest teraz z kontrolą rozmów? Gdzie by człowiek nie zadzwonił, słyszy komunikat, że rozmowa jest nagrywana. Dlaczego więc w tytule znalazły się jakieś „rozmowy niekontrolowane”? Dlatego, że każdy plecie, co mu ślina na język przyniesie. Niekontrolowany i bezsensowny potok bzdur jest warunkiem koniecznym, żeby zostać uznanym „ekspertem”, zapraszanym na fora przeróżne.
Święty Michał, Książę Niebiańskiego Zastępu walczył ze zbuntowanymi aniołami w niebiańskiej bitwie. Nadal prowadzi bitwę, aby uwolnić nas od szatana. Nasi aniołowie stróże polegają na nim.
Zwracam waszą uwagę na fakt, że święty Michał jest wodzem, który walczył z szatanem i strącił go do piekła. Jest przywódcą naszych osobistych aniołów stróżów. On sam jest aniołem stróżem Kościoła Świętego.
Można zapytać, jak godzi on w sobie tę dwoistość natury: misję do piekła tych, którzy powstali przeciwko naszemu Panu, z jednej strony, a z drugiej – ochrony, jaką daje Kościołowi i ludziom na tym padole łez. Widzimy, że te dwie misje są ze sobą powiązane. Bóg wyznaczył go jako swoją tarczę przeciwko diabłu. Bóg chce, aby był tarczą ludzi przeciwko diabłu, aby był tarczą Świętego Kościoła katolickiego przeciwko szatanowi. Ale On nie jest tylko tarczą: jest także mieczem. On nie tylko broni, ale także pokonuje i strąca do piekła.
Jest to zatem podwójna misja świętego Michała Archanioła. Dlatego w średniowieczu rycerze uważali go za pierwszego ze wszystkich rycerzy; niebiańskiego rycerza, doskonale lojalnego, idealnie silnego, czystego i zwycięskiego jak rycerz; rycerza, który pokładał całą swoją ufność w Bogu, a następnie, po Jej narodzinach, także w Matce Bożej.
Powinniśmy więc uważać godnego podziwu świętego Michała za naszego naturalnego sprzymierzeńca w walce; ponieważ ruch kontrrewolucyjny chce być niczym innym, jak grupą ludzi, którzy wykonują, na poziomie ludzkim, zadanie świętego Michała Archanioła; innymi słowy – bronić honoru Boga, chwały Matki Bożej, Kościoła katolickiego i cywilizacji chrześcijańskiej.
Ojciec Guéranger OSB pisał na temat kontemplacyjnej pobożności aniołów:
Kościół uważa świętego Michała za pośrednika swojej modlitwy liturgicznej. Stoi on pomiędzy człowieczeństwem a boskością. Dla własnej chwały Bóg, który w godny podziwu sposób ustanowił widzialne i niewidzialne hierarchie, obficie zatrudnia w swojej służbie te niebiańskie duchy, nieustannie kontemplujące cudowne oblicze Ojca, które lepiej niż ludzie wiedzą, jak kontemplować piękno Jego nieskończonych doskonałości.
W tym miejscu zwraca się uwagę, że święty Michał również składa ofiarę eucharystyczną Ojcu Przedwiecznemu. W ten sam sposób ukazał się trójce pastuszków w Fatimie – z kielichem w ręku.
Mi – cha – El: któż jak Bóg? Samo w sobie imię to wyraża w swej zwięzłości najdoskonalszą adorację, najpełniejsze uznanie boskiej transcendencji i najpokorniejsze wyznanie przez stworzenie własnej nicości; jest zatem wzorem pokory.
Ten, kto wykrzykuje, że nikt nie jest jak Bóg, wykrzykuje, że on sam jest niczym. To jest doskonała pokora. Forma pokory rycerza nie jest lepkim, słodkim i nielogicznym sentymentalizmem.
Tak też Kościół zaprasza duchy niebieskie do błogosławienia Pana i wyśpiewywania Jego chwały; do wychwalania i błogosławienia Go nieustannie. To kontemplacyjne powołanie aniołów jest wzorem naszego własnego, jak przypomina nam piękna prefacja do Sakramentarza Świętego Leona.
Jest rzeczą naprawdę stosowną oddawać łaski Tobie, który uczysz nas przez Apostoła, że nasze życie jest przeznaczone dla nieba; który dobroczynnie pragnie, abyśmy przenieśli się w duchu do miejsca, w którym służą Tobie ci, których czcimy, a zwłaszcza wznieśli się na te wyżyny w święto świętego Michała Archanioła.
Prefacja do Sakramentarza Świętego Leona
Jest to niezwykła cecha nabożeństwa do aniołów. Aniołowie są mieszkańcami Dworu Niebieskiego. I na niebiańskim dworze żyją w wiecznej, bo mogą widzieć Boga twarzą w twarz. Wszyscy wielcy mistycy opowiadają nam o swoich wizjach uczt, które odbywają się w niebie i są prawdziwym świętowaniem. Nie są to zwykłe obrazy czy chimery; to prawdziwe świętowanie, podczas którego Bóg kolejno objawia swoje wspaniałości, gdzie wychwala się Go nowymi triumfami, które absolutnie nigdy się nie kończą.
Istnieje niebiańskie szczęście, poczucie, że niebo jest ojczyzną naszej duszy i dokładnie tym porządkiem rzeczy, dla którego zostaliśmy stworzeni; tym, który w pełni odpowiada wszystkim naszym aspiracjom. Istnieje takie poczucie niebiańskiego szczęścia poprzez kontemplację Boga, który jest absolutną doskonałością wszystkich rzeczy, że niektóre z tych wizji mogą i muszą przenieść się na ziemię. I w epokach prawdziwej wiary część tego szczęścia przenika do naszego świata. Coś z tej pobożności jest odczuwane przez pobożne dusze i przekazywane dalej, aby stać się wspólnym skarbem całego Kościoła.
I to jest to, czego tak bardzo brakuje nam w dzisiejszych czasach: brak pojęcia o szczęściu niebieskim. Bez pojęcia o szczęściu niebieskim nie ma się apetytu na niebo; a ludzie tarzają się w czystym pragnieniu dóbr ziemskich. Ale gdyby byli w stanie zrozumieć choć przez chwilę, czym jest pocieszenie Ducha Świętego, czym jest łaska Ducha Świętego, jaki rodzaj szczęścia przynosi rozważanie niebiańskich dóbr; gdyby byli w stanie pojąć to choćby przez minutę, zaczęliby odrywać się od dóbr ziemi i rozumieć, że wszystko jest ulotne, że wszystko to jest niczym, że istnieją wartości, które są ponad tym wszystkim i sprawiają, że ziemia jest tylko garstką pyłu.
To jest dokładnie to, czego nam brakuje i co aniołowie mogą dla nas uzyskać. Oni, którzy są zalani tym szczęściem i od czasu do czasu przekazują je świętym. Istnieje pewien rodzaj mistycznego fenomenu, którego doświadczyła św. Teresa od Dzieciątka Jezus i opowiada o tym w „Dziejach duszy” – to jak cudowny, odległy koncert z nieziemskimi harmoniami. Jest to odrobina wiecznej pieśni aniołów, która w ten sposób dociera do uszu błogosławionych, właśnie po to, by dać im apetyt na rzeczy niebieskie.
Dlatego prośmy aniołów, by przekazali nam to pragnienie rzeczy niebiańskich, którym są przepełnieni. Prośmy Michała Archanioła, aby uczynił nas swoimi naśladowcami i doskonałymi rycerzami Matki Bożej na tej ziemi.
Podczas pobytu w Brukseli Franciszek zjadł w sobotę śniadanie z 10 wybranymi migrantami i bezdomnymi w kościele St Gilles. Wypili kawę i zjedli rogaliki.
Posiłek zorganizował franciszkanin o. Benjamin Kabongo. Parafia zazwyczaj oferuje darmowe śniadania dla ludzi ulicy i migrantów.
Po posiłku w kościele Franciszek udał się do innego kościoła, Bazyliki Najświętszego Serca w Koekelberg w Brukseli, na spotkanie z biskupami, księżmi i zakonnikami. Wzięło w nim udział około 2 600 osób.
Niedawno w Warszawie grupa obywateli protestowała przeciwko tak zwanemu “dekretowi Bieruta”, to znaczy – “dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy”, wydanego przez Krajową Radę Narodową 26 października 1945 roku, w szóstą rocznicę utworzenia przez Adolfa Hitlera Generalnego Gubernatorstwa. Nie bez kozery wspominam o tej rocznicy, bo o ile deczyzja Adolfa Hitlera o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa miała charakter rewolucyjny, to podobnie rewolucyjny charakter miał wspomniany dekret.
Na jego podstawie, wszystkie grunty na obszarze miasta stołecznego Warszawy, przechodziły na własność gminy. Warto dodać, że dekret nie dotyczył budynków. Te nadal mogły być własnością dotychczasowych właścicieli – ale grunty pod budynkami – już nie. Był to jeden z komunistycznych wynalazków w postaci “użytkowania wieczystego” – bo trzeba było stworzyć jakieś pozory legalności dla właściciela budynku, który od tej pory stał na cudzym gruncie. Właściciel budynku stawał się zatem “wieczystym użytkownikiem” miejskiego gruntu – a to “wieczyste użytkowanie” musiało być odnawiane co 99 lat.
Tak zostało do tej pory, bo kiedy drugi komunistyczny wynalazek w postaci “spółdzielni mieszkaniowych” w latach 50-tych a zwłaszcza 60-tych i późniejszych rozwinął się, wznosiły one budynki na gruntach miejskich, będąc “wieczystymi użytkownikami”. Ponieważ według komunistycznego zabobonu, “własność spółdzielcza” była uważana za “wyższą” formę własności niż własność prywatna, to spółdzielnie – chociaż korzystały m.in. z “wkładów własnych” wnoszonych przez “spółdzielców” – były właścicielami budynków i mieszkań.
Lokatorom zaś – i to tylko w przypadku tzw. mieszkań “własnościowych”, przypadało tzw. “spółdzielcze prawo do lokalu”. Był to kolejny komunistyczny wynalazek, mający stanowić namiastkę prawa własności. “Spółdzielcze prawo do lokalu” było bowiem – podobnie jak niektóre inne prawa na rzeczy cudzej – prawem zbywalnym, to znaczy – można było je sprzedać. I taki stan, z tymi wszystkimi komunistycznymi wynalazkami, przetrwał do dnia dzisiejszego i przetrwa jeszcze Bóg wie ile.
Bo nie tylko “dekret Bieruta” przetrwał sławną transformację ustrojową, ale 30 lat później, już w “wolnej Polsce” Sejm wydał ustawę, zgodnie z którą dekret Bieruta został zatwierdzony. Jeśli bowiem od decyzji administracyjnej o przejęciu mienia minęło 30 lat, to niemożliwe będzie już wszczęcie postępowania o jej podważenie i odzyskanie utraconej własności. Dotyczy to również przypadków, gdy decyzja ta została wydana “z rażącym naruszeniem prawa”, lub nawet w ogóle bez podstawy prawnej.
Jak wszystkie akty rewolucyjne, “dekret Bieruta” jest lakoniczny; liczy sobie wszystkiego 12 artykułów. Warto zwrócić uwagę, że jest on o 10 artykułów krótszy od dekretu o reformie rolnej z 1944 roku, no ale dekret o reformie rolnej dotyczył całego kraju, podczas gdy “dekret Bieruta” – tylko gruntów warszawskich. Ale już ustawa z 3 stycznia 1946 roku o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej liczy tylko 11 artykułów.
Ustawa ta wprowadzała wyjątki, np. w art. 3 ust 4, dopuszczała możliwość, że na własność państwa nie przechodzą przedsiębiorstwa skonfiskowane przez b. władze okupacyjne – to znaczy – władze Generalnego Gubernatorstwa, chyba, że przedtem były państwowe, albo gdy właściciel po 1 września 1939 roku wyzbył się tego przedsiębiorstwa pod wpływem groźby. Ciekaw jestem czy ta ustawa, podobnie jak poprzednio wymienione regulacje, będzie jakoś modyfikowana w przypadku przemianowania III Rzeczypospolitej na Generalne Gubernatorstwo, czy też pozostaną fundamentem systemu prawnego również w warunkach IV Rzeszy.
Warto bowiem podkreślić, że III Rzesza była państwem socjalistycznym i – jak to wynika z pamiętników Alberta Speera, który o tamtejszej gospodarce coś tam przecież musiał wiedzieć – socjalistyczne przemiany zachodziły tam mimo toczącej się wojny, a nawet – z wykorzystaniem jej, jako pretekstu. Na przykład prawo własności formalnie zostało zachowane, ale pod pretekstem wojny zostało wypłukane z wszelkiej treści, więc Sowieci nie mieli specjalnych problemów, by swoją strefę okupacyjną przekształcić we wzorowe państwo socjalistyczne – Niemiecką Republikę Demokratyczną.
To zresztą jest swoisty paradoks, że fundamentami systemu prawnego III Rzeczypospolitej są komunistyczne dekrety lub ustawy. To trochę tak, jakby podstawą systemu prawnego Republiki Federalnej Niemiec były np. ustawy norymberskie, albo jakieś inne, podobne. Dlatego też rację miał prof. Bogusław Wolniewicz mówiąc, że komunizm w Polsce wcale nie „upadł” tylko „mutuje”.
Jakże zresztą miałby upaść, skoro za sprawą Kukuńka i znanego z „postawy służebnej” Tadeusza Mazowieckiego, pierwszym prezydentem „wolnej Polski” został przywódca tych „upadłych” komunistów, generał Wojciech Jaruzelski, a po krótkim epizodzie z Kukuńkiem, którego prezydentura była kpiną z narodu polskiego ze strony generała Kiszczaka (nie chcecie Jaruzelskiego, to będziecie mieli Kukuńka), na całe dziesięć lat prezydenturę obsiadł urodzony w czepku pieszczoch komuny, Aleksander Kwaśniewski.
Więc nie tylko nie „upadł”, ale pozostawił tyle przetrwalników, że jego reaktywacja nie będzie stanowiła żadnego problemu – oczywiście już nie według strategii bolszewickiej, tylko według tej współczesnej, którą – tylko patrzeć – USA eksportują na cały świat.
W jakim kierunku ten nowy komunizm będzie mutował? Tego nie wiemy, ale w jakim by nie mutował, to cele rewolucji komunistycznej pozostają niezmienne. Pierwszym celem jest wyhodowanie człowieka sowieckiego. Takich człowieków sowieckich jest już u nas wyhodowanych aż nadto. A po czym rozpoznać człowieka sowieckiego; czym różni się on od normalnego człowieka? Po tym, że człowiek sowiecki wyrzekł się wolnej woli, czyli tego, w czym religia chrześcijańska upatruje podobieństwa Boskiego w człowieku.
Kiedy widzimy, jak w naszym życiu społecznym coraz bardziej dominują zachowania stadne, obecność człowieków sowieckich nie budzi najmniejszych wątpliwości. Ale z człowiekami sowieckimi jest pewien problem. Nie mogą oni żyć w normalnym świecie, gdzie trzeba dokonywać samodzielnych wyborów. Dlatego drugim celem rewolucji komunistycznej jest stworzenie człowiekom sowieckim sztucznego środowiska, w którym mogliby żyć. Tym środowiskiem jest państwo totalitarne – a czy będzie się ono nazywało PRL-em, czy Generalnym Gubernatorstwem – czy to takie istotne?
„Ostatnim politykiem, który osiągnął spore osobiste korzyści z kolaborowania z ukraińskimi oligarchami, jest Aleksander Kwaśniewski. Dostawał pieniądze od Wiktora Pinczuka, zięcia prezydenta Leonida Kuczmy, a także z koncernu Burisma. Inni wydaje się, że byli pożytecznymi idiotami lub kierowanymi agenturalnymi pieniędzmi pacynkami”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.
Publicysta zwraca uwagę, że od wielu lat polski establishment polityczny, ale nie tylko, próbuje „zaprzyjaźnić się” z ukraińskim establishmentem i to pomimo faktu, że staje się on coraz bardziej banderowski, a co za tym idzie – wrogi Polsce i Polakom.
„Banderówką była Julia Tymoszenko, zaangażowana zresztą w rozliczne ciemne interesy gazowe. Banderowcami byli prezydenci Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko. Tu, nad Wisłą, usiłowano nas na nich znieczulić, mówiąc: no przecież oni nie mają żadnej innej tradycji narodowej, musimy się z tym pogodzić”.
W ocenie autora „Wieży komunistów” Polacy przez lata byli tresowani w ustępowaniu Ukrainie i Ukraińcom we wszystkim.
„Ukraińcy przesiedlali Polaków mieszkających na terenie ich kraju – no to propagandyści zakazywali mówić o tym w mediach. Wszelkie sprawy ukraińskie traktowano w Warszawie jak polską rację stanu. Każdy głos upominający się o polskie interesy atakowano jako przejaw wrogiego usposobienia wobec dziejowej misji Polski. Istna histeria rozpętała się po napaści Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku. Wtedy każdy głos realizmu zabezpieczający rację stanu naszego państwa traktowany był jako zdrada i prorosyjska agentura. Swoisty szantaż emocjonalny zamknął wtedy publiczną dyskusję nad tym, jaką politykę powinniśmy prowadzić wobec Ukrainy”, relacjonuje.
Gadowski podkreśla, że Ukraińcy skrupulatnie wykorzystali polską bezmyślność i garściami czerpali z niej, ile się da niczego nie kwitując i do niczego się nie zobowiązując.
„Nie było zatem żadnej strategii działania, żadnego zabezpieczenia się przed trawiącymi ukraińskie państwo patologiami i przed dziesiątkami tysięcy Ukraińców wyłudzających zasiłki z polskiego systemu ubezpieczeniowego. Pojawiły się nowe zagrożenia w postaci powstania w Polsce ukraińskiego podziemia politycznego, gospodarczego i bandyckiego. Teraz czeka nas kolejna fala obcych przybyszów, którzy tym razem trafią do nas prosto z frontu, gdy zakończą się wojenne działania. Czy się na to przygotujemy, czy mamy pomysły, jak sobie poradzić z nową falą ukraińskiego zagrożenia? Oczywiście, że nie”, podsumowuje Witold Gadowski.