Wraz z nadejściem tegorocznej powodzi do wielu Polaków zaczęło docierać, że od czasu tragedii z 1997 roku, rządzący III RP nawalili na całego. Przez 27 lat nie zabezpieczono należycie terenów zalewowych. Frustracja narasta, kiedy uświadamiamy sobie, że zaniechanie nie wynikło z braku środków czy technologicznych możliwości lecz ignorancji, a nawet celowego działania. Wskazują na to dobitnie dwa szokujące przykłady.
Po pierwsze, w 2019 roku był już gotowy konkretny plan budowy w Kotlinie Kłodzkiej zbiorników retencyjnych, niezbędnych do ratowania dobytku ludzkiego i wielu miejscowości przed zalaniem. Pierwszy wariant zakładał 16 takich obiektów, co wiązałoby się z koniecznością przesiedlenia 2,5 tysiąca mieszkańców. Przyjęto wariant drugi czyli 9 nowych zbiorników przy wysiedleniu 1200 osób.
Budowa została jednak wstrzymana, gdyż ekoterroryści wsparci przez niektórych polityków (w tym z PO) zorganizowali protesty. Ówczesny rząd (PiS) kierujący się bardziej pijarem niż dobrem Polaków, uległ tym naciskom podkręcanym przez media. Pod dyktando „zielonych” i innych popaprańców (np. lokalnych egoistów, którzy nie chcieli dać się przesiedlić), nie postawiono zbiorników mających ratować Polaków przed kataklizmem – zarówno w czasie powodzi jak i suszy.
Po drugie, niektórzy odpowiedzialni za funkcjonowanie istniejących już zbiorników retencyjnych dopuścili się sabotażu. Bo jak inaczej nazwać działanie – a raczej jego brak – polegające na tym, iż nie wypuszczono zawczasu wody ze zbiorników, kiedy było już wiadomym, że nadciąga z Czech wielka fala powodziowa?
Zwrócił na to uwagę Radek Pogoda na swoim kanale na YouTube w audycji pt. „Kto utopił Polskę? Szokujące dokumenty służb powodziowych”. Moim zdaniem to najważniejsza publikacja nt. tegorocznej powodzi, gdyż jak w soczewce ukazuje w jakim bagnie znajduje się państwo polskie oraz jak beznadziejnie jest zarządzane.
Analityk pokazał tabelkę z zestawieniem, z której jasno wynika, że do powodziowej katastrofy przyczyniła się także ludzka ręka, a nie tylko warunki atmosferyczne. Otóż w większości zbiorników zarządzanych przez Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie nie wyposzczono zawczasu wody, przez co nie były one gotowe na przyjęcie nadchodzącej fali.
Jednocześnie zbiorniki zarządzane przez Tauron Polska Energia SA wypuściły odpowiednią ilość wody, aby przygotować w nich miejsce. Działanie tych drugich potwierdza, że było już wiadomym jakie są prognozy.
Dokument przedstawiony przez Radka Pogodę pochodzi z 13 września 2024 roku. Tego samego dnia premier Donald Tusk ogłosił podczas konferencji prasowej: „Prognozy nie są przesadnie alarmujące”. To zdanie stało się wręcz symbolem ignorancji rządzących.
FALA GORYCZY
Fora internetowe zalały żale i pretensje. Polacy pomstują, że rządzący nie zadbali o nasze bezpieczeństwo. Wielu wskazuje na to, że pieniądze z budżetu roztrwaniano często na ideologiczne bzdety. Dla przykładu, polskie miasta nakupowały elektrycznych rowerów i hulajnóg, bo globaliści od zrównoważonego rozwoju uznali, że mamy zrezygnować z samochodów na benzynę.
Inni wytykają, że w przestrzeni publicznej postawiono skandalicznie drogie ławki miejskie np. z egzotycznego drewna albo ociekające kiczem w kształcie konturów Polski. Powód tych milionowych „inwestycji”? Ktoś miał taką zachciankę, aby wzbogacić się na przetargach przy tego typu instalacjach.
Najwięcej kontrowersji budzi fakt, że rządzący III RP wydali z naszych podatków miliardy na dozbrojenie Ukrainy. Ponadto wysłali im nasze uzbrojenie, przez co sami zostaliśmy rozbrojeni. A wszystko dlatego, że zamiast apelować do sąsiadów o podjęcie rozmów pokojowych, polskojęzyczni politycy wybrali rolę wojennych podżegaczy.
Jednocześnie zmuszono Polaków do przyjęcia przesiedleńców i imigrantów z obcych państw. Niektórzy przybysze dostali w Polsce tak wiele przywilejów, że zwykli Polacy czują się rozgoryczeni, bo sami takich korzyści nigdy nie doświadczyli. W mediach głównego ścieku tego nie pokazują, ale w internecie pojawiły się już przecieki, że niektórzy z tych przesiedleńców szabrują teraz na zalanych terenach.
Z kolei na innym forum przypomniano, że z państwowej kasy dołożono miliony na budowę żydowskiego muzeum „Polin” i jego utrzymanie. Od siebie jeszcze dodam, że Polski Instytut Sztuki Filmowej wydał sporo hajsu na wyprodukowanie filmu „Ida”, w celu promowania na świecie zakłamanej wersji historii, jakoby Polacy zabijali żydów by zagarnąć ich dobytek. Wymienione przykłady wskazują, że nie jesteśmy u siebie gospodarzami.
Trzeba także odnotować, że coś jednak pożytecznego zrobiono. Zbudowano suchy zbiornik retencyjny Racibórz Dolny w województwie śląskim. Teraz wyznawcy Kaczyńskiego (PiS) przekrzykują się ze zwolennikami Tuska (PO) komu Polacy mają zawdzięczać ten obiekt. Sęk w tym, że budowano go przez prawie dwie dekady, co przy technologii XXI wieku jest wręcz skandaliczne. Ta niebywała opieszałość wynikała z waśni partyjniaków i utrudniającej wszystko biurokracji.
OSTATNI DZWONEK?
Czy ktoś beknął za to, że w Kotlinie Kłodzkiej nie postawiono nowych zbiorników mających ratować ludzkie życie i miasta? Ależ skąd. Winowajców nikt nie powstrzymał, ani nie pociągnął do odpowiedzialności. Funkcjonariusze ABW nie ochronili Polaków przed zagrożeniem czyli ekoterrorystami (finansowanymi przez międzynarodowe organizacje) i polskojęzycznymi politykami (trzymanymi na smyczy przez zagranicznych właścicieli).
Bezpieka woli zajmować się neutralizowaniem wyimaginowanego zagrożenia. Dla przykładu, w 2022 roku nakazali operatorom internetu, aby zablokowali przed czytelnikami dostęp do bloga niżej podpisanej. Stwierdzili, że moje artykuły (o skromnym zasięgu) stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa polskiego.
Takiego zagrożenia bezpieczniacy nie dostrzegli w „aktywistach” blokujących powstanie obiektów mających ratować miasta, wsie, dobytek i ludzkie życie. Polskie życie.
Skala absurdów do jakich dochodzi w Polsce jest nie do opisania. Ile jeszcze kataklizmów musi na nas spaść, abyśmy zebrali się w sobie i przepędzili rządzące Polską szajki? Co musi się jeszcze wydarzyć, aby Polacy powiedzieli dość!? Trzeba natychmiast zacząć działać – np. wytaczając zbiorowe procesy – bo więcej rządów III RP już nie udźwigniemy.
Najwyższy czas, aby Polacy uwierzyli w swoją moc sprawczą. Jesteśmy wspaniałym i silnym narodem, co paradoksalnie odsłoniła wielka woda. Wystarczy spojrzeć na solidarność i pomocniczość w wykonaniu zwykłych ludzi. W całym kraju nastała potężna mobilizacja na zbiórki darów dla poszkodowanych przez kataklizm.
Najwięcej podziwu mam dla osób, które postanowiły własnymi rękami umacniać wały przeciwpowodziowe, aby uratować miejscowości przed zalaniem. Przykładem są akcje w takich miastach jak Nysa, Oława, Lewin Brzeski, Brzeg Dolny oraz w okolicznych wioskach. Solidarność ludzi jest poruszająca. Jedni zebrali się do pracy przy napełnianiu worków piaskiem, inni przygotowali dla nich posiłki.
Pod jedną z relacji z Brzegu Dolnego przeczytałam taki komentarz internauty: „Myślę, że gdyby Polacy mieli się sami zorganizować jako Państwo to bez władzy okupacyjnej lepiej by ta Nasza Polska funkcjonowała…”
Zanim opiszę nasz najnowszy sejmowy sukces, wspomnę zakończone Igrzyska Olimpijskie w Paryżu – w tym roku pełne ideologicznych prowokacji. Już ceremonia otwarcia przesiąknięta była bluźnierczymi odniesieniami. W kolejnych dniach wielkie emocje wywołali zawodnicy z Tajwanu i Algierii, którzy całkowicie zdominowali olimpijskie zmagania w boksie kobiet pomimo tego, że na krótko przed rozpoczęciem Igrzysk… obaj zostali zdyskwalifikowani przez Międzynarodową Federację Boksu, która uznała, że nie są kobietami. Nie miało to znaczenia dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Trzeba uczciwie przyznać, że w tych przypadkach nie mieliśmy co prawda do czynienia – jak to bywało już w innych dyscyplinach sportowych – z zawodnikami, którzy ponosząc porażki w męskim boksie, z dnia na dzień stwierdzili, że identyfikują się jako kobiety. Wedle dostępnej wiedzy obaj bokserzy mają męskie geny (XY) i męski poziom testosteronu, cierpiąc jednocześnie na zaburzenia w rozwoju płci, które nie pozwoliły na pełne rozwinięcie się męskich cech. Wciąż jednak dysponują ogromną przewagą fizyczną nad kobietami. Cała sprawa słusznie wywołała dyskusję i zwróciła uwagę na destrukcyjne dla kobiecego sportu dopuszczanie mężczyzn do rywalizacji z paniami.Widać w tej sprawie pewne tendencje zmian. Niedawno amerykański Sąd Najwyższy unieważnił forsowaną przez prezydenta USA Joe Bidena i Kamalę Harris ustawę, która miała zezwolić na starty mężczyzn w kobiecych zawodach sportowych. Pod koniec lipca jeden z najważniejszych sądów w Wielkiej Brytanii uznał, że przepisy wprowadzające zakaz tranzycji nieletnich są zgodne z prawem. W efekcie, nowy (lewicowy!) brytyjski rząd przedłużył właśnie na kolejne trzy miesiące zakaz sprzedawania „blokerów dojrzewania” osobom małoletnim w Anglii, Walii i Szkocji. Akurat w tej sprawie warto, by polskie władze wzięły przykład z Brytyjczyków czy Amerykanów.Tragedię dzieci i rodziców poddawanych tranzycji rozumiemy doskonale. Do prawników Ordo Iuris regularnie zgłaszają się zrozpaczeni rodzice nastolatków, którzy chcąc „zmienić płeć” przyjmują szkodliwe hormony, niszcząc swój organizm. Wprowadzenie zakazu „tranzycji” w Polsce to sprawa pilna, a jakakolwiek zwłoka będzie oznaczać dramat tysięcy młodych ludzi, zmanipulowanych przez genderystów.
Dziś mogę z wielką satysfakcją ogłosić Panu nasz sukces na drodze do wprowadzenia takiego zakazu w Polsce. Pod koniec lipca Sejmowa Komisja Petycji jednogłośnie (!) poparła złożony przez Ordo Iuris projekt ustawy zakazującej tranzycyjnego okaleczania dzieci i młodzieży. Ustawa została skierowana do dalszych prac we właściwych komisjach sejmowych. Nasz sukces wzbudził prawdziwą wściekłość lewicowych mediów. Radykałowie organizują się teraz, aby zablokować nasz projekt w Komisji Zdrowia i Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Dlatego potrzebujemy niezwykłej mobilizacji wszystkich Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris. Bez wsparcia ludzi takich jak Pan nie będziemy mogli doprowadzić do przyjęcia zakazu tranzycji nieletnich w Polsce. Szerokich echem w mediach odbił się też nasz poradnik dla nauczycieli „Gdy Kasia twierdzi, że jest Tomkiem”, w którym wspieramy nauczycieli przymuszanych do stosowania wobec uczniów z zaburzeniami tożsamości płciowej wymyślonych przez nich imion i zaimków, nie odpowiadających ich płci. Podajemy konkretne argumenty, na jakie może się powołać nauczyciel oraz wskazujemy, za pomocą jakich środków prawnych może się bronić przed naciskami i karami ze strony dyrekcji szkoły. Poradnik jest skierowany nie tylko do nauczycieli, ale również rodziców i uczniów – w szczególności starszych dzieci w szkołach średnich, których prawa też są naruszane poprzez zmuszanie ich do używania fałszywych imion lub zaprzeczania oczywistej prawdzie o płci innych uczniów. Treści poradnika są też przedmiotem spotkań i szkoleń. W tym tygodniu eksperci Instytutu Ordo Iuris – mec. Marek Puzio wraz z dyrektorem Centrum Życia i Rodziny Marcinem Perłowskim i Agnieszką Marianowicz-Szczygieł – odbywali takie spotkanie w Gnieźnie, a kolejne spotkania są planowane. Z kolei w moim niedawnym, zamieszczonym na naszej stronie artykule „Genderowy domek z kart. 5 mitów na temat zmiany płci” pisałem o tym, że zaburzenia tożsamości płciowej mają w większości przypadków charakter przejściowy i bez tranzycji same ustępują.
Podanie dziecku blokerów hormonów go nie leczy, ale zaburza jego rozwój. Natomiast tranzycja chirurgiczna trwale okalecza dzieci. Brak jest przekonujących danych świadczących o tym, że poddanie się tranzycji zmniejsza ryzyko samobójstwa. Co więcej, istnieją badania, stwierdzające znacznie wyższy odsetek samobójstw wśród osób po tranzycji niż u reszty społeczeństwa.Choć wielu Polaków nie zdaje sobie z tego sprawy, problem narzucania naszym dzieciom toksycznej ideologii jest już dawno obecny w Polsce. Proszę sobie wyobrazić, że niedawno otrzymaliśmy zgłoszenie z jednej ze szkół w województwie zachodniopomorskim, której władze – ze strachu przed utratą środków z UE – wpisały do szkolnego statutu, że obok uczniów i uczennic do szkoły uczęszczają także „osoby uczniowskie”. Podjęliśmy już interwencję w tej sprawie. Jeśli skutecznie nie zatrzymamy radykalnych ideologów, aktywistów i polityków, to niedługo w Polsce nauczyciele mogą być wsadzani do więzień za to, że nazywają swoich uczniów zgodnie z ich płcią. Taki los spotkał już przecież irlandzkiego nauczyciela Enocha Burke’a. Spędził on w więzieniu łącznie ponad 400 dni za to, że nie chciał ulec genderowej nowomowie.Polska jest w trakcie genderowej rewolucji. Tylko od nas zależy, na ile pozwolimy radykałom. Musimy twardo i zdecydowanie sprzeciwiać się krzywdzeniu dzieci – podawaniu im hormonów i okaleczaniu skalpelem. Czas powstrzymać strumień pieniędzy płynący do tranzycyjnego biznesu. Nasze publikacje, analizy, poradniki i projekt ustawy zmierzają wprost do tego celu.Ale nie damy rady bez wsparcia naszych Przyjaciół i Darczyńców, bo skuteczne podjęcie tego dzieła to ogromne koszty i wiele czasu pracy ekspertów. Wiem, że w sprawie bezpieczeństwa dzieci i rodzin mogę liczyć także na Pana.Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w poniższy przyciskCzy tranzycja rozwiązuje problem zaburzeń tożsamości płciowej?Przygotowany przez ekspertów Ordo Iuris i przyjęty właśnie przez sejmową Komisję petycji projekt ustawy o zakazie tranzycji nieletnich zakłada, że za podawanie małoletnim oraz dorosłym z zaburzeniami psychicznymi hormonów płci przeciwnej w celu upodobnienia ich do tej płci lub poddawanie ich okaleczającym operacjom usunięcia zdrowych organów płciowych groziłaby kara 3 lat pozbawienia wolności. Budzi to sprzeciw radykałów, którzy wbrew faktom usiłują przekonać Polaków, że jedyną skuteczną formą pomocy dzieciom z zaburzeniami tożsamości płciowej ma być afirmacja tych zaburzeń i przeprowadzanie tranzycji.Dlatego do naszego projektu załączyliśmy liczące 37 stron uzasadnienie, w którym obalamy genderowe kłamstwa i mity na temat tranzycji. Ujawniamy w nim prawdę na temat badań naukowych, uznawanych przez zwolenników tranzycji za dowód na skuteczność „terapii” afirmujących zaburzenia płci. Ich podstawą jest zasadniczo jedno, nierzetelne badanie, które przeprowadzono na zaledwie 55 osobach. Podmiotem finansującym te badania był… koncern farmaceutyczny produkujący środek stosowany w ramach tranzycji.Prezentujemy rzetelne badania, które dowodzą, że w 93% przypadków nieletnich doświadczających dysforii płciowej zaburzenia ustępują samoistnie, jeśli dzieci nie są poddawane terapii afirmatywnej i okaleczającym zabiegom. Przywołujemy między innymi prowadzone przez 30 lat badania szwedzkiego Karolinska Institute potwierdzające, że przeprowadzenie tranzycji zwiększa ryzyko podjęcia próby samobójczej o 19 razy w stosunku do całej populacji.Podkreślamy istnienie korelacji pomiędzy wzrostem liczby publikacji prasowych i medialnych propagujących genderową definicję płci jako płynnego konstruktu społecznego i wzrostem liczby nieletnich dotkniętych zaburzeniami tożsamości płciowej. W niektórych krajach Zachodu wzrost liczby zgłoszeń do specjalistycznych klinik zaburzeń tożsamości płci, gdzie wśród pacjentów dominują dzieci i młodzież, przekracza w skali kilku lat ponad 1 000% (liczba takich przypadków na przestrzeni mniej więcej 10 lat wzrosła w Szwecji o 19 600%, w Australii o 12 550%, a we Włoszech o 7 100%).
Pierwszy krok w stronę zakazu tranzycji w Polsce wykonany
Gdy w ubiegłym roku składaliśmy do sejmowej Komisji Petycji nasz projekt, wielu nie wierzyło w realną możliwość jego przyjęcia przez obecny parlament. Okazało się jednak, że przedstawienie merytorycznych argumentów w uzasadnieniu naszego projektu skłoniło wszystkich posłów należących do Komisji Petycji do skierowania go do dalszych prac we właściwych sejmowych komisjach – Komisji Zdrowia i Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka.Podczas debaty nad projektem wiceprzewodnicząca Komisji Petycji – Urszula Augustyn z Koalicji Obywatelskiej – wprost przyznała, że projekt „jest dopracowany, argumentacja jest bardzo rozbudowana, świetnie przygotowana, tutaj chapeau bas, naprawdę tych argumentów jest bardzo, bardzo wiele”. Stosunkowo pozytywna dla projektu ustawy o zakazie tranzycji nieletnich była także opinia Biura Ekspertyz i Oceny Skutków Regulacji Kancelarii Sejmu. Choć nie wyraża ona pełnej akceptacji projektu, to jednak uznaje, że „problem przedstawiony w petycji jest istotny społecznie” i że „brakuje regulacji, które w sposób kompleksowy regulowałaby omawiane zjawisko”.Nasz sukces wywołał wściekłość radykalnych mediów i aktywistów, którzy teraz szykują się, aby podczas posiedzeń sejmowych komisji zmusić ich członków do odrzucenia projektu ratującego zdrowie i życie dzieci. Nie możemy do tego dopuścić. Wierzę, że ze wsparciem ludzi takich jak Pan przekonamy parlamentarzystów do poparcia tej ważnej ustawy. Nie pozwolimy wejść do szkół tranzycyjnemu szaleństwu! Fałszywa narracja lobby tranzycyjnego dotarła do polskich szkół. Są już miasta, gdzie nauczyciele są zmuszani do zwracania się do uczniów zgodnie z ich zaburzoną, deklarowaną tożsamością płciową. Odpowiadając na prośby nauczycieli, opublikowaliśmy poświęcony temu problemowi poradnik prawny. Wskazujemy w nim, że nauczyciel, który dla dobra dziecka odmawia zwracania się do niego za pomocą imienia i zaimków niezgodnych z jego płcią, może powołać się między innymi na przepisy ustawy – Prawo o aktach stanu cywilnego , zgodnie z którymi to z aktu urodzenia wynika, jaką płeć, imię i nazwisko ma dana osoba. Przypominamy, że wbrew bezpodstawnym zarzutom aktywistów LGBT, odmowy afirmacji zaburzeń płci ucznia nie można uznać ani za naruszenie prawa do prywatności, ani za przejaw dyskryminacji.Zwracanie się do wszystkich uczniów zgodnie z danymi poświadczonymi urzędowo jest wyrazem ich równego traktowania oraz troski o ich zdrowie. Afirmacja zaburzeń tożsamości płciowej dziecka może bowiem nie tylko przyczynić się do utrwalenia problemów tego dziecka, ale także wpłynąć na negatywnie na rozwój psychofizyczny jego kolegów i koleżanek z klasy. Inni uczniowie mogą bowiem zacząć zadawać sobie pytania o to, czy jeśli Jaś nie jest chłopcem tylko dziewczynką, to czy, aby na pewno ja jestem chłopcem/dziewczynką?W poradniku wykazujemy, że w myśl polskiego prawa dyrektor szkoły może wydawać nauczycielom tylko polecenia, które dotyczą pracy oraz jedynie takie, które nie są sprzeczne z prawem. Musi także szanować godność i inne dobra osobiste zatrudnionych w szkole nauczycieli.Dlatego nauczyciele nie mogą być negatywnie oceniani za swoją pracę, karani dyscyplinarnie i zwalniani z pracy za zwracanie się do ucznia za pomocą zaimków zgodnych z jego płcią. W przypadku wystąpienia podobnych szykan prawnicy Ordo Iuris, są zawsze gotowi do zapewnienia nauczycielom bezpłatnej pomocy prawnej. Zapewniamy pomoc prawną ofiarom tranzycyjnego biznesu Dramatyczne skutki ulegania fałszywej narracji lobby tranzycyjnego widać najlepiej na przykładzie konkretnych osób, które dokonały tranzycji. Prawnicy Ordo Iuris reprezentują dziś w sądzie między innymi 40-letnią Panią Magdalenę, której historia pokazuje prawdziwe oblicze lobby tranzycyjnego. Kobieta padła ofiarą gwałtu, który był dla niej tak olbrzymią traumą, że zaczęła kwestionować swoją tożsamość płciową. Wpisując w wyszukiwarkę internetową hasła typu: „nie chcę być traktowana jak dziewczyna”, trafiła na internetowe forum dla transseksualistów, na którym namówiono ją do poddania się tranzycji. Pani Magdalena była pozbawiona jakiegokolwiek realnego wsparcia i rzetelnej pomocy medycznej i psychologicznej, a na internetowym forum spotkała ludzi, którzy okazali jej, jak jej się wówczas wydawało, zrozumienie i wsparcie. W efekcie – pod ich wpływem – zaczęła przyjmować męskie hormony, poddała się okaleczającym operacjom (usunięto jej piersi i macicę) oraz przeszła prawną tranzycję. Jednak jej życie nie zmieniło się na lepsze. Kobieta popadła w depresję, cierpiała na straszliwe wahania nastrojów i przez kilka miesięcy po operacji nie mogła się normalnie poruszać wskutek silnego bólu. Dopiero po wielu latach odważyła się przyznać, że popełniła koszmarny błąd. Dziś kobieta chce wrócić do swojej prawdziwej płci w dokumentach, w czym pomagają jej nasi prawnicy. Choć postępowanie o „ustalenie płci” trwa już prawie 1,5 roku, we wrześniu miała się odbyć dopiero pierwsza rozprawa, która…. została przełożona na 3 października.Opieką prawną otaczamy także rodziców młodych ludzi, którzy ulegają propagandzie LGBT i chcą się poddać tranzycji. Wspieramy między innymi ojca młodej dziewczyny, która do tego stopnia została zmanipulowana przez aktywistów LGBT, że chce poddać się tranzycji wbrew przeciwskazaniom medycznym wynikającym z choroby nowotworowej. Dwukrotnie w imieniu jej ojca składaliśmy do placówek medycznych, w których miała się poddać amputacji piersi, pisma informujące o grożących im konsekwencjach prawnych, doprowadzając do odwołania operacji. Zrozpaczony ojciec złożył zawiadomienie do prokuratury, domagając się ukarania lekarzy, którzy narażają zdrowie i życie jego córki, podając jej testosteron oraz kierując na okaleczające operacje. Niedawno zgłosiła się do nas matka 22-letniego mężczyzny, który zaczął uważać się za kobietę. Jej syn jest od wielu lat uzależniony od gier komputerowych. W innej sprawie reprezentujemy rodziców trzydziestoletniego mężczyzny, który złożył przeciwko swoim rodzicom pozew o ustalenie płci, choć do 26. roku życia nie przejawiał żadnych zaburzeń tożsamości płciowej. Opieką prawną otaczamy także matkę dwudziestokilkuletniej córki. W jej imieniu złożyliśmy apelację od wyroku sądu pierwszej instancji, który stwierdził, że jej córka jest synem. Sąd całkowicie zlekceważył przy tym fakt, że dziewczyna ma depresję, z której się nie leczy, a receptę na hormony otrzymała na pierwszej wizycie – bez rzetelnej diagnozy. Wspólnie obronimy młodych Polaków przed ideologią gender Zachód zaczyna rozumieć jak wielkim błędem było uleganie ideologii, w imię której przez lata bezpowrotnie okaleczano setki dzieci. Polska wciąż ma szansę uniknąć tego koszmarnego błędu. Od ocalenia dzieci dzieli nas jednak wielki wysiłek i setki godzin pracy naszych ekspertów. Podjęcie tego wyzwania jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki wsparciu Darczyńców i Przyjaciół Ordo Iuris. Sukces jest w zasięgu ręki. Nasza ustawa jest w Sejmie. Musimy dopilnować prac nad nią w Komisji Zdrowia oraz w Komisji Sprawiedliwości i Praw człowieka. Z pewnością lewicowi aktywiści zrobią wszystko, aby projekt został odrzucony. A posłowie mogą im ulec, wybierając polityczny spokój kosztem cierpienia tysięcy dzieci. Dlatego kontynuujemy monitorowanie prac parlamentu, żeby docierać do członków komisji z argumentami i analizami. Koszt tej działalności to teraz 6 000 zł miesięcznie. Dodatkowo przygotowanie pojedynczej analizy, która może przeważyć szale na rzecz cywilizacji życia, to w zależności od tematu oraz zakresu omawianych zmian koszt od kilku do nawet kilkunastu tysięcy złotych. Jak pokazuje nasze wieloletnie doświadczenie – za pomocą naszych analiz jesteśmy w stanie, ku niezadowoleniu lewicy, wpływać na otaczającą nas rzeczywistość. Z kolei prowadzenie każdej sprawy, w której reprezentujemy rodziców młodych ludzi, którzy identyfikują się z płcią przeciwną albo dorosłych, którzy poddali się w przeszłości okaleczającym zabiegom, zrozumieli swój błąd i chcą obecnie powrócić do swojej płci biologicznej w dokumentach to wydatek nie mniejszy niż 12 000 zł. Każda z takich spraw to osobna opowieść o tragedii osoby zwiedzionej przez lobby LGBT. Nie możemy ich pozostawić z cierpieniem bez profesjonalnej pomocy prawnej. Dlatego bardzo proszę Pana o wsparcie Instytutu kwotą 80 zł, 130 zł, 200 zł lub dowolną inną, dzięki czemu będziemy mogli skutecznie stawiać tamę genderowej rewolucji w Polsce. Aby wesprzeć działania Instytutu Ordo Iuris, proszę kliknąć w powyższy przycisk Z wyrazami szacunku P.S. Aktywiści LGBT wbrew nauce usiłują przekonać nasze dzieci, że płeć nie jest faktem biologicznym, ale płynnym konstruktem, który można w dowolnej chwili zmieniać. Każde zmanipulowane w ten sposób dziecko może wejść na drogę do bezpowrotnego okaleczenia, które uniemożliwi mu założenie rodziny. Nie możemy do tego dopuścić. Wierzę, że z pomocą ludzi takich jak Pan doprowadzimy do przyjęcia w Polsce ustawy zakazującej tranzycyjnego okaleczania dzieci. Działalność Instytutu Ordo Iuris możliwa jest szczególnie dzięki hojności Darczyńców, którzy rozumieją, że nasze zaangażowanie wymaga regularnego wsparcia.Ustaw stałe zlecenie i dołącz do naszej misji. Dołączam do Kręgu Przyjaciół Ordo Iuris
Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris ul. Zielna 39, 00-108 Warszawa+48 793 569 815 www.ordoiuris.pl
Podstawowym zajęciem pracowników spółdzielni robót wysokościowych „ Okienko” było knucie. Przede wszystkim knucie przeciwko systemowi komunistycznemu, który w naszym kraju był raczej systemem realnego socjalizmu niż komunizmem sensu stricte.
Knucie sprowadzało się najczęściej do akcji małego sabotażu – jeżeli można to tak nazwać nie uwłaczając harcerzom opisywanym w powieści „Kamienie na szaniec”. Przede wszystkim do dobrego tonu należało nie płacenie za bilety. W pociągach, w tramwajach, a nawet w kinach. Chłopcy prześcigali się w opowieściach jak to nabierali znienawidzonych kontrolerów potocznie nazywanych kanarami. Przy ich gigantycznych zarobkach kupienie biletu na pewno nie było problemem. Ganianie się z kontrolerem po wagonach było jednak świetną zabawą i powodowało skok adrenaliny..
Jakby mało im było emocji związanych z pracą na linie. Ich stosunek do wykonywanych prac też można było czasem nazwać sabotażem. Słynna w ich środowisku była opowieść o tym jak kolega zamiast umieścić metalową obejmę na walącym się kominie fabrycznym tę obejmę precyzyjnie namalował. Wiedział, że naczelny inżynier, który miał odebrać jego pracę, cierpi na lęk przestrzeni i za chińskiego boga nie wejdzie na komin. Byłoby to bardzo zabawne gdyby nie pewien drobny szczegół. Nie wiadomo – do dziś dnia zresztą – kiedy komin się zawali i kogo zabije.
Mały sabotaż czyli czerpanie drobnych korzyści i wielkiej satysfakcji z sabotowania obowiązujących przepisów był w tych czasach podstawowym przejawem tak zwanej „mentalności porozbiorowej” zakorzenionej w polskim społeczeństwie i podstawowym modus operandi buntowników przeciwko systemowi. Małym sabotażem było w ich oczach również kradzenie papieru toaletowego w publicznych szaletach, dopisywanie kilometrówek do sprawozdań z delegacji czy załatwianie za pomocą łapówki szpitala.
Czy możliwe jest wyleczenie się z tego? I czy należy się z tego leczyć kiedy państwo ponownie stało się opresyjne?
C D N
Zbieżność nazwisk i sytuacji jest przypadkowa. W kolejnych odcinkach mojej opowieści poznają państwo losy innych osób pracujących w spółdzielni „Okienko”
O najnowszym filmie Gietrzwałd 1877. Wojna światów rozmawiamy z jego reżyserem, Grzegorzem Braunem, posłem do Parlamentu Europejskiego i prezesem Konfederacji Korony Polskiej.
Rozmawiamy w wyjątkowym okresie, w okresie pokazów odbywających się w całym kraju Pańskiego najnowszego filmu „Gietrzwałd 1877. Wojna światów”. To film, który zapoczątkowały pańskie refleksje historyczne zamieszczone w książce Gietrzwałd 1877.
– Książeczce.
Skromnie mówi Pan – książeczce.
– To jest sprzed sześciu już lat, plon wstępnej kwerendy. Status tego tekstu to gawęda historyczno-literacka, chociaż z bibliografią, bo tutaj już jest. Chciałem wyliczyć czytelnikowi jakąś literaturę przedmiotu, żeby nikt nie myślał, że ja to z palca sobie wysysam. Sześć lat temu podjęliśmy decyzję wspólnie z Włodzimierzem Skalikiem, dziś posłem. Wtedy obydwaj byliśmy cywilami, a tymczasem nabawiliśmy się różnych innych zobowiązań, ale podjęliśmy decyzję o realizacji filmu. Ten film udało się wreszcie skończyć i polecam go Państwa uwadze.
Skoro Pan redaktor o tym wspomina, to spieszę tutaj z reklamą. Strona internetowa gietrzwald1877.pl, zakładka pokazy. Te pokazy nie są biletowane, są nieodpłatne, organizowane już w kilkudziesięciu miastach w kraju. Także jakieś zagraniczne są wstępnie poumawiane, ale Państwo zajrzyjcie na tę stronę, żeby zarezerwować miejsce, na którymś z tych pokazów, jeśli miejsca są jeszcze dostępne, bo wprawdzie nie biletujemy, ale chcemy panować nad sytuacją tak, żeby właśnie tych miejsc starczyło.
Umawialiśmy się, że będzie mnie Pan redaktor powstrzymywał, żebym za dużo tutaj nie zdradzał, nie uchylał rąbka tajemnicy, ale to nie będzie spoiler jakiś poważny, że to jest film o wojnie niedoszłej, o niedoszłym powstaniu w Polsce, które miało być zapalnikiem detonującym eksplozję. Miało to kolejne powstanie w Polsce uruchamiać sekwencję zdarzeń, reakcję domina, która prowadziłaby do eskalacji wojennej. Polecam wszystkim Polakom ciekawym własnej historii, no a któryż polski patriota, a któryż polski państwowiec nie jest ciekawy historii. Większości z nas zdaje się, że jesteśmy w tej historii dobrze oblatani. Tak i mnie się zdawało, zanim sześć lat temu nie zabrałem się za ten rok 1877.
Skąd to zainteresowanie?
– Konkretna rozmowa. Owszem, wcześniej już jakieś były przymiarki, intuicje, ale rozmowa z księdzem profesorem Krzysztofem Bielawnym, który jest specjalistą, można powiedzieć głównym gietrzwałdologiem w polskiej historiografii. Z wykształcenia jako duchowny jest biegłym teologiem, ale jest też historykiem, autorem książek i opracowań historycznych, które – uwaga – dotyczą fenomenu Gietrzwałdu i jego reperkusji socjologicznych, demograficznych. Rozmowa z księdzem profesorem naprowadziła mnie na wątki, o których wcześniej wiedziałem, jak właśnie o tej sprawie rządu narodowego w Wiedniu, angielskich pieniędzy, które już zostały zapłacone. Ja o tym wiedziałem, ale nie kojarzyłem tego i nie synchronizowałem w mojej głowie wszystkiego pod tą jedną datą.
To wojna, a właściwie eskalacja wojenna, bo w roku 1877 wojna się już toczy, ale toczy się za górami, za lasami, w Bułgarii. Moskale wojują z Turkami i w polskiej świadomości historycznej tej wojny nie ma. Wraca z tej wojny Stach Wokulski w pierwszym rozdziale Lalki i tyle o tym wiemy. A to postać fikcyjna, zaś wojna jest daleko. Zaryzykuję tezę, że mało kto, jeśli w ogóle ktokolwiek, wiązał losy tej wojny ze sprawą polską. Mało kto, jeśli ktokolwiek, dopatrywał się w tej wojnie zdarzeń potencjalnie przełomowych dla sprawy polskiej w drugiej połowie XIX wieku. Ten rok 1877 to generalnie taka biała plama, czarna dziura. Tam się nic nie dzieje. Dla historyków to jest nudne. Jakiś tam rozwój przemysłu, zagłębie łódzkie. O tym się opowiada, ale nic innego się nie dzieje, bo dla Polaków dzieje się tylko wtedy, kiedy jest powstanie, kiedy jest wojna.
Więc moja teza jest taka, że ta wojna bardzo szybko mogła sięgnąć także i ziem Królestwa Polskiego, ziem wszystkich trzech zaborów. W moim filmie opowiadam także o różnych rzeczach, których się dowiedziałem w trakcie pracy. Kontynuowałem kwerendę, dorywczo, rzecz jasna, w miarę możliwości ograniczonych przez obowiązki poselskie. Włodzimierz Skalik przeprowadził tymczasem imponującą operację. Doprowadził do skonstruowania budżetu tego filmu. Budżet filmu był niebagatelny, bo jeździliśmy na zdjęcia do różnych obcych krajów, także i na drugą stronę globusa, gdzie są pewne wątki tej historii. Była Gwatemala, Ameryka Środkowa. Jeździliśmy do Rosji, Bułgarii, Turcji i na zachód – do Berlina, Paryża.
Niektóre zdjęcia skomplikował nam reżim pandemiczny, lockdowny, blokady, utrudnienia w komunikacji, więc się przeciągnęły. Ale dzięki temu, że się przeciągnęły, ja zdążyłem się więcej dowiedzieć i więcej znaleźć pewnych klocków, puzzli tej układanki, a Włodzimierz Skalik, producent tego filmu, dokonał rzeczy, którą się chlubimy. Jesteśmy dumni z tego bardzo, że ten film powstał z funduszy zgromadzonych w trybie zbiórki publicznej, czyli z wdowiego grosza. Nie ufundowało go żadne ministerstwo, żaden komitet kinematografii i z tego jesteśmy bardzo dumni, że zapłacił ten, kto chciał. Żaden sponsor strategiczny. Bardzo żałujemy. Owszem, nasi rodacy przyczynili się do tego i my niektórym z nich jesteśmy w stanie podziękować imiennie, a tutaj tak w ogólności pięknie się kłaniam i dziękuję za umożliwienie tej pracy tysiącom rodaków, którzy zechcieli do tego budżetu się dołożyć. To jest dla mnie taki punkt honoru i mój wspólnie z Włodzimierzem Skalikiem. Nie skasowaliśmy Was pod przymusem, prawda? Nikt, kto nie chciał, nie musiał, a teraz zobaczyć każdy może i zapraszam na stronę gietrzwald1877.pl zakładka pokazy.
Ja już miałem wyjątkową okazję uczestniczyć w pokazie dla mediów i nie będę dzielił się swoimi wrażeniami w jakiś drobiazgowy sposób. Zapraszam na portal myślpolska.info. Tam jest skrótowa, ale jednak recenzja.
– Tak, nie przekraczając tej granicy, ale ja jestem bardzo dumny, że Szanowna Redakcja dostrzega w moim filmie zainteresowanie geopolityką, geostrategią, która myślę, że jest niedoceniana przez historyków polskich, historyków polskiej wojskowości, polskiej irredenty i działań powstańczych. My tego nie widzimy powszechnie, a myślę, że przez spojrzenie na rok 1877, czyli właśnie ten geopolityczny kontekst objawień gietrzwałdzkich zaczynamy widzieć Polskę w kontekście losu narodu polskiego, w kontekście wielkiej gry mocarstw. Mam nadzieję, że i Panu się udzieliło wrażenie aktualności tych spraw.
Nawet aż za mocno momentami. Przyznam szczerze, że przerażająca jest ta aktualność. Czy moglibyśmy przybliżyć nieco tajemniczą dla wielu postać Munro-Butlera-Johnstone’a, brytyjskiego emisariusza?
– No właśnie, to taki jest diabeł z pudełka, który wyskakuje, kiedy bierzemy pod lupę rok 1877. To jest postać, która wychodzi z cienia historii. To jest człowiek, który na pewno jest lojalnym poddanym brytyjskim i właśnie dlatego prowadzi po prostu działania operacyjne. Prowadzi działania operacyjne, które zmierzają do zorganizowania dywersji na tyłach, która jest Brytyjczykom, Londynowi, także innym stolicom, nie tylko na rękę, ale jest pilnie potrzebna właśnie w roku 1877, ponieważ marsz Moskali, forsowanie Dunaju i przejście przez przełęcze bałkańskie zapala przede wszystkim w Londynie, a także i w innych stolicach wszystkie lampki, ponieważ z ich punktu widzenia to jest marsz na cieśniny tureckie, na Konstantynopol, co jak wykazuje kwerenda historyczna, było myślą bynajmniej nie obcą sztabowcom i przywódcom rosyjskim tamtej doby.
Przypominam, że to jest epoka Aleksandra II, ostatnie lata jego życia. To też jest bardzo ciekawe, że wielu bohaterów tej historii dożywa końca swoich dni. Aleksander II straci życie notabene w zamachu. Wilhelm I, cesarz Niemiec – to już jego ostatnie lata i ostatnia wojna, którą być może chciałby stoczyć. Jedynie królowa Wiktoria dożyje XX. Stulecia.
Wielka gra to na pewno czytelnikom „Myśli Polskiej” termin nieobcy, ale przypomnijmy, że to jest termin nie publicystyczny, lecz fachowy z historiografii rosyjskiej i brytyjskiej, czy szerzej anglosaskiej. Moskale, Amerykanie, Brytyjczycy mają świadomość tego, że to jest główna siatka napięć i to jest główny kontekst wydarzeń, które zachodzą na scenie globalnej od XVIII wieku.
Wielka gra dotyczy Indii, Dalekiego Wschodu. Toczy się też o Chiny w pewnym momencie.
Dzisiaj Chiny się wyemancypowały, ale wielka gra trwa. To jest gra o drogę do Oceanu Indyjskiego. Czy to pierwsi Kozacy jako pierwsi napoją konie w wodach oceanu? Czy też pierwsi Brytyjczycy przez Afganistan wejdą do Azji Środkowej i tam się umocują na tyle, żeby przeciąć Jedwabny Szlak?
Wyjście amii rosyjskiej na Bałkany to jest kolejne ich podejście do cieśnin tureckich. Pamiętajmy, że poprzednia taka próba, która mogła się zakończyć wejściem do Konstantynopola już miała miejsce, ale uwarunkowania polityczne zatrzymały tę wojnę w przededniu naszej rewolucji, naszej prowokacji listopadowej.
Było to w roku 1829 i dlatego dowódca znany Polakom, którzy się tamtą epoką interesują, generał Dybicz miał tytuł Zabałkańskiego. To w związku z tym, że odznaczył się na tamtej wojnie. Rosjanie podchodzą, od czasów Katarzyny pod cieśniny tureckie. To im się nie udaje, ale jest to właśnie mapa wielkiej gry.
Szanowni Państwo, proszę, żebyście sprawdzili, sięgając po książeczkę i oglądając film, że nie jest to jakaś moja słabość na umyśle, że ja patrzę na te sprawy i widzę w ich centrum Gietrzwałd. Widzę w centrum to małe nawet nie miasteczko, lecz wieś, wtedy wioseczkę, nikomu nie znaną. Na Warmii, ostatnim, jedynym kawałku Prus Wschodnich, którego rewolucja protestancka nie ogarnęła w XVI wieku i tam w Dietrichswalde, dziś w Gietrzwałdzie, latem 1877 roku zachodzą tajemnicze, niemożliwe do wytłumaczenia w kategoriach fizykalnych zdarzenia, co też jest ściśle, szeroko i głęboko udokumentowane.
To jest fenomen objawień Najświętszej Marii Panny w Gietrzwałdzie, że one są udokumentowane. Komisje – biskupia, teologiczna, lekarska z zaangażowaniem medyka- protestanta, o co zadbał sam biskup, po to, by właśnie mucha nie siadała, żeby nikt zbyt łatwo nie sądził, że to są jakieś katolickie, jak mówili, katolickie szwindle. Pomijając ten tajemniczy fenomen, o którym ja w moim filmie i w książeczce stosunkowo najmniej opowiadam, bo to ma swoją literaturę przedmiotu i można po nią sięgnąć, no wywiązuje się z tego pewien fenomen socjologiczny. Analogia, która mi się nasuwa: to jest taka pierwsza polska solidarność, czyli pospolite-niepospolite ruszenie Polaków z ziem wszystkich zaborów. Polacy się wtedy, w Gietrzwałdzie w roku 1877 po raz pierwszy zobaczyli w takiej liczbie, w takiej masie.
Przybywali ze wszystkich zaborów.
– Z wszystkich, a nawet i z drugiej strony – z emigracji. Zobaczyli się, policzyli się i jest doprawdy fenomenalne, że te zdarzenia, ten kaliber w liczbach, jest tak powszechnie ignorowany przez polską historiografię. Polska historiografia nie dostrzega Gietrzwałdu jako punktu zwrotnego w polskich dziejach. Ja się w pełni zgadzam z diagnozą, którą postawił właśnie ksiądz profesor Krzysztof Bielawny, nadając tytuł w swojej książce, która tych spraw dotyczy. Jej tytuł brzmi Niepodległość wyszła z Gietrzwałdu. Nie ma naprawdę mowy o odzyskaniu niepodległości bez tego wydarzenia. Ale niech to Państwa nie zniechęci, nie zirytuje, niech to Państwa raczej zaciekawi. Ja się założę z każdym z Czytelników, że nawet ci w historii oblatani, oczytani znajdą w moim filmie informacje, fakty, na które wcześniej nie natrafili. I to już samo powinno być zachętą.
Możemy sobie pomyśleć, że objawienia i geopolityka to dwie różne sfery. Był taki podział wprowadzony przez Bolesława Piaseckiego, który mówił on o myśleniu spiritualistycznym i materialistycznym. Mamy tutaj do czynienia z czymś jeszcze innym: z sakralnym, ale jednocześnie realistycznym spojrzeniem na procesy, które wówczas się działy w Europie. Z tego filmu wynika też pewne przesłanie oparte według mnie na realizmie politycznym. Wracam znów do powstań. Ten film jest ostrzeżeniem przed powstańczą mentalnością polską.
– Tak. Ten film po prostu dokumentuje sprawę kolejnego niedoszłego powstania jako obcej prowokacji. A skoro w roku 1877 widzimy to tak wyraźnie, bo wiemy nawet, kto komu i jakie pieniądze już zapłacił, zlecając podpalenie ziem polskich na użytek dywersji na tyłach w wielkiej grze imperiów, to nie lekceważmy tego i przyjrzyjmy się bliżej także tym insurekcjom, które skutecznie zostały rozpętane. Zobaczmy poprzedników Munro-Butlera- Johnstone’a. Wprawdzie mijają pokolenia, zmieniają się realia, także pola bitwy, ale nie zmieniają się mechanizmy, nie kierunki geostrategiczne i sieć napięć, w której się sytuujemy.
Film Gietrzwałd 1877. Wojna światów jest prawdziwym filmem wojennym. Jest tam mowa o mistyce, ale także i o technice i taktyce nowoczesnego pola walki. I jest wątek dość rewelacyjny: amerykańskie dostawy broni na teatr bałkański w roku 1870.
Analogia tego, co się dzieje współcześnie. Co dostarczali już wtedy Amerykanie?
– W moim pokoleniu było takie kultowe, bo rzadko otwierane okienko na jakiś inny świat – westerny. Wszyscy pamiętamy na przykład film z Jamesem Stewartem „Winchester’73”. To właśnie takie karabiny w liczbie, jeśli dobrze pamiętam, 50 tysięcy obstalowali Turcy i z tego obstalunku producent amerykański wywiązał się w większości. Wydaje się, że ponad 30 tysięcy tych Winchesterów trafiło na ten teatr wojenny i to zaważyło na losach wojny. Sprzedaż takich jeszcze nie automatycznych, ale szybko powtarzalnych, czy gwarantujących szybkie przeładowanie karabinów, istotnie zwiększyła możliwości Turków zablokowania Rosjan na Bałkanach. Może ktoś to uzna za przeszacowane, ale ja uważam, że tych ponad 30 tys. karabinów Winchester to tak jakby dzisiaj tuzin F-16 sprzedać walczącej stronie. Pojawiły się tam też takie prototypowe karabiny, w uproszczeniu – maszynowe, ale fachowcy poprawią, że to się tak naprawdę nazywa kartaczownica systemu Gatling. Pamiętany też z westernów karabin na korbkę.
Świat roku 1877 fascynujący jest w swojej nowoczesności. Mamy tam już i telegraf, jeszcze nie bez drutu, ale gwarantujący szybki przepływ informacji, notabene także już i po kablu transatlantyckim. Mamy, o czym w filmie akurat nie wspominam, ale to jest istotne dla pejzażu tamtych czasów, zwiad z wykorzystaniem broni powietrznej, balony. Na Morzu Czarnym testowane są w tamtym roku torpedy. Co jeszcze? Masowy druk, a więc wojna propagandowa, już wtedy rozkręcana na całego. Świat bardzo nowoczesny. W roku 1877, chyba już pod jesień, a więc po tym, jak cała ta sytuacja została rozładowana, została położona linia telefoniczna z Berlina do Warcina, do majątku Bismarcka, w którym on kawał roku zawsze spędzał. To jest świat bardzo współczesny.
Zmieniają się pewne realia, ale im bliżej Państwo temu się przyjrzycie, tym bardziej, mam nadzieję, udzieli się wam właśnie to wrażenie aktualności, współczesności tych spraw. Ja, kiedy już po pięćdziesiątce zacząłem się zapoznawać z tą intrygą i kiedy ta biała plama zaczęła się w mojej świadomości historycznej wypełniać jakimiś faktami doszedłem do wniosku, że ta układanka, choć do końca nieułożona, zaczyna już jakoś wyglądać. Zebrało się tego tyle, że właśnie nadszedł moment, że trzeba się tym było podzielić. Dzisiaj nie mogę się nadziwić temu, że wcześniej nie widziałem tego słonia w menażerii. Zachęcam do kontynuowania kwerendy historycznej, prasowej, chociażby na poziomie białego wywiadu.
To, co jest dostępne w literaturze, to czasem rozsiane przyczynki, takie jak te Winchestery. Nie ma ich w książkach o historii pisanych przez utytułowanych dziejopisów, ale są gdzieś w literaturze specjalistycznej, dotyczącej typu broni i uzbrojenia. Jest wiele innych szczegółów. Nie ma ich w głównym nurcie, w kanonie, nie ma ich w syntezach dotyczących dziejów politycznych tamtej doby, ale znajdują się rozsiane gdzieś głównie w literaturze anglosaskiej i rosyjskiej. Realność konfliktu światowego na miarę tamtych czasów, konfliktu globalnego, I wojny światowej 40 lat wcześniej, dla Anglosasów i Moskali była oczywista.
Zastanawiam się, czy to nie jest na tyle aktualne, że możemy chyba mówić o pierwszym zobrazowaniu tego, co później prekursorzy geopolityki określali mianem starcia Imperium Lądu z Imperium Morza. A co mogłoby być takim Gietrzwałdem roku 2024?
– Nie wymyślajmy prochu, odróbmy tę lekcję, która jest i w trakcie odrabiania może coś nam się nasunie, może nam się otworzy jeszcze jakaś ścieżka myślenia, postępowania.
Szanowni Państwo, zobaczmy się w Gietrzwałdzie najdalej w roku 2027. Dlaczego? To będzie 150. rocznica, jedyna taka za naszego życia. W rocznicę okrągłą na stulecie objawień, w roku 1977., biskup warmiński Drzazga ogłosił specjalny dekret dotyczący tych objawień. Jako jedyne mają one taki status kanonicznie potwierdzony. Jedyne na ziemiach polskich. Dlaczego te, a nie inne? Właśnie dlatego, że dokumentacja jest zachowana. Mieliśmy do niej dostęp dzięki uprzejmości gospodarzy kurii warmińskiej w archiwum tamtejszym. To też jest notabene nieopublikowane do tej pory in extenso. Są pewne omówienia, są pewne cytaty, ale dokumentacja – to wszystko czeka na historyków, czeka na badaczy.
Spotkajmy się najdalej w 2027 roku w Gietrzwałdzie, ponieważ – jeżeli możemy uniknąć pułapki geostrategicznej, w którą jesteśmy po raz kolejny wpychani – to nie ma innej drogi, jak tylko przemyśleć to, na co mamy wpływ. Nie mamy wpływu na wielką grę imperiów. Nie mamy egzekutywy, możliwości zarządzania, nie mamy gorącej linii ani na Kreml, ani do Białego Domu, ani do Pekinu.
Ale możemy samych siebie przemyśleć, ogarnąć Możemy przyjrzeć się temu, czy przypadkiem nie za łatwo występujemy, czasem nawet z entuzjazmem, w charakterze pionka w tej wielkiej grze, jak jakieś karty, blotki do łatwego zrzucenia w rozgrywce prawdziwych imperialistów. Troszkę za łatwo to szło w poprzednich stuleciach, więc przeróbmy lekcję Gietrzwałdu.
Zobaczmy to na własne oczy, jak byliśmy widziani z tamtej perspektywy. Jak patrzy na Polskę Londyn, dziś Waszyngton; jak patrzy na Polskę Berlin, Moskwa, wtedy Petersburg, jak nas widzą? Widzą nas jak teatr wojny. W naszym żywotnym interesie jest to, żeby ta wojna tutaj, na tym teatrze nie rozgorzała. W związku z tym, jeśli udało się uniknąć odegrania roli podpałki wojny i rewolucji, wtedy – w roku 1877, może uda się dzisiaj. Mówię o rewolucji, bo to są przecież też te czasy, w których już parę lat wcześniej taką diagnozę postawili Marx z Engelsem. Mówili mianowicie: „na Polaków zawsze możemy liczyć”. Jako na rozsadników owej rewolucji. Jako podpałkę. Oni świetnie wiedzieli, że żeby rewolucja zwyciężyła, najpierw potrzebna jest wojna światowa. Polacy są wymarzeni, pierwsi do popełnienia harakiri, pierwsi do skakania do pustego basenu na główkę za płonną obietnicę, że zanim dolecimy na dół, to ktoś doleje wody.
To się niestety chyba nie zmienia, chociaż na pierwszy ogień poszli Ukraińcy, którzy pełnią dziś rolę ówczesnych Polaków.
– Mówiłem o tym publicznie, więc mam to w papierach, a może w akcie oskarżenia. Mówiłem dziesięć lat temu: Polacy będą daniem głównym. Ukraina jest na pierwsze danie. W najczarniejszych snach nie wyśniłem tego i nie przyszłoby mi to do głowy, że w tak szybkim tempie zaczną Ukraińcy. Odgrywają oni rolę mięsa armatniego. Setki tysięcy ludzi poszło do ziemi. Ich elita została zaproszona do grona konsumentów – już nie konsumowanych, lecz konsumentów. Elita, reżim aktualny kijowski, została niewątpliwie właśnie przez swoich promotorów, swoich kuratorów prowadzących wielką grę imperiów zaproszona co najmniej do podstolika. Kogo będą przy tym podstoliku jedli? To chyba wynika jasno z tonu i tenoru wypowiedzi liderów upadłego państwa ukraińskiego, że jak nisko by nie upadli, jak wielkiej katastrofy by nie sprowadzili na swoich obywateli, to im nie przeszkadza patrzeć z góry i traktować per noga Warszawę i warszawskich mężyków stanu, którzy z kolei ciągle jeszcze chyba nie są w stanie zrozumieć, że polityka zagraniczna ograniczona do klientelizmu i polityka, której głównym i jedynym momentami celem jest aspirowanie do roli najbardziej lojalnego agenta amerykańskiego na kontynencie europejskim – nawet ta polityka nie zostanie nagrodzona okruchami z pańskiego stołu, ponieważ jakiekolwiek okruchy tu by nie spadły, to i tak skrzętnie zostaną zamiecione na ukraińską stronę.
I tu lekcja Gietrzwałdu naprawdę jest na czasie. Kiedy sześć lat temu ruszaliśmy z tematem, Włodzimierz Skalik i ja nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak, jak bardzo nam się ten temat zaktualizuje. Gdybyśmy ten film skończyli jak Pan Bóg przykazał – szybko, w ciągu roku-dwóch, to być może nie potrącałby on tak mocno nerwu współczesności właśnie, tych napięć geostrategicznych, które dzisiaj nam się dają we znaki.
Rozmawiał Mateusz Piskorski
Całość rozmowy dostępna na kanale YT Wbrew Cenzurze.
Według wybitnego lekarza Marka Bishofsky’ego miliony pacjentów hospitalizowanych z powodu COVID-19 zostało celowo zamordowanych na polecenie rządu poprzez podłączenie ich do respiratorów, przy jednoczesnym odmówieniu podawania ratujących życie leków, takich jak iwermektyna, hydroksychlorochina i witamina D.
Bishofsky to światowej sławy terapeuta oddechowy , który zajmuje się leczeniem i kontrolowaniem schorzeń płuc.
Jak podaje Defender : W niedawnym odcinku programu „ Good Morning CHD ” Bishofsky powiedział, że był świadkiem decyzji personelu szpitalnego o przedwczesnej intubacji wielu pacjentów z COVID-19.
Powiedział:
„Wiele, wiele tysięcy pacjentów zmarło z powodu pośpiechu w kwestii wczesnej intubacji i braku możliwości wczesnego leczenia lekami takimi jak iwermektyna i hydroksychlorochina , a nawet witaminą D — nie podawano tym pacjentom nawet witaminy D. Chcieli ich po prostu zaintubować i podawać im remdesivir ”.
Według Bishofsky’ego, pacjentów intubowano „nawet wtedy, gdy potrzebowali zaledwie trzech litrów tlenu”. Dodał, że w swojej 25-letniej praktyce nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.
„To tak mało tlenu, że gdyby pacjentowi odłączono go od respiratora, wszystko byłoby w porządku” – powiedział. „Ale był pośpiech, żeby intubować tych pacjentów”.
„Intubacja powinna być ostatecznością”
Bishofsky próbował przekonać lekarzy, że „to nie jest właściwa rzecz do zrobienia”. Wyjaśnił:
„Kiedy zaczynałem karierę w 1999 r., pojechałem na… ogromne sympozjum, na którym mówiono o ryzyku intubacji – ryzyku związanym z korzystaniem z respiratora – i już wtedy wiadomo było, że intubacja powinna być ostatecznością.
„W tym czasie zgłaszali 25% wzrost śmiertelności pacjentów, którzy byli intubowani i podłączani do respiratora. A teraz wiemy, że podczas COVID-19 zmarło ponad 80–85% osób podłączonych do respiratorów”.
Respiratory to „jedne z najważniejszych narzędzi ratujących życie, jakie mamy” – powiedział Bishofsky, ale są też „niezwykle niebezpieczne”, ponieważ zazwyczaj wywołują bakteryjne zapalenie płuc .
Lekarze powiedzieli Bishofsky’emu, że to po prostu protokół szpitala . „Tak naprawdę nie mieli wyjaśnienia. … Powtarzali główne punkty rozmów w mediach”.
Bishofsky, który ostatecznie zrezygnował ze stanowiska, gdy ogłoszono obowiązek szczepień przeciwko COVID-19, powiedział, że na początku próbował przekonać lekarzy, aby podawali mu hydroksychlorochinę.
W pierwszym tygodniu pandemii lekarze w szpitalu Bishofsky’ego stosowali hydroksychlorochinę. „Mieliśmy niezwykle dobre wyniki” – powiedział. Ale potem w The Lancet ukazało się „absolutnie fałszywe” badanie na temat hydroksychlorochiny. „Lekarze by to zacytowali”.
Pod koniec swojej kadencji w szpitalu Bishofsky powiedział dyrektorowi medycznemu: „Wiesz, cała ta wczesna intubacja była kompletnie okropna”. Dyrektor medyczny przyznał, że była okropna, ale powiedział: „Robiliśmy, co mogliśmy”.
Zdaniem Bishofsky’ego wielu członków personelu medycznego znajdowało się pod zewnętrzną „kontrolą umysłu” i nie było w pełni świadomych szkód, jakie wyrządzało.
„Myślę, że wielu pracowników służby zdrowia ma złą sławę” – powiedział. „Większość, jeśli nie wszystkie, pielęgniarki, z którymi pracowałem, chciały pomóc i myślę, że robiły, co mogły”.
„Ale znowu, pod kontrolą umysłu — większość z nich poddała się zastrzykowi — nie posłuchali”.
„Trzymałem za ręce zbyt wielu pacjentów, gdy brali ostatni oddech”
„Ci pacjenci chcieli zobaczyć rodzinę bardziej niż cokolwiek innego” – powiedział. „Być może byli tam dwa lub trzy tygodnie. Boją się. Są chorzy. Chcą po prostu zobaczyć kogoś, kogo kochają”.
Przez pewien czas szpital pozwalał pacjentom z COVID-19 na odwiedziny członka rodziny tylko wtedy, gdy pacjent wyraził zgodę na objęcie go „opieką domową”.
„Kiedy już zostaniesz objęty opieką paliatywną” – powiedział – „środki ratujące życie są powoli wycofywane, a pacjent umiera w ciągu kilku minut lub godzin – a ci pacjenci poddawali się temu… wielu z tych pacjentów, których znam, przeżyłoby, ale tak bardzo chcieli zobaczyć członka rodziny, że byli gotowi poddać się eutanazji”.
W innych przypadkach pacjenci z COVID-19 umierali w samotności, bez obecności rodziny przy łóżku. „Trzymałem za ręce zbyt wielu pacjentów, gdy oddawali ostatni oddech, ponieważ rodzinie nie pozwolono być przy nich” – powiedział Bishofsky
mail:
Ordynator:
To prawda, najpierw „ na maskę” dawali przepływ 18-20 litrów tlenu na minute, po 3 dniach pacjent miał spalone gardło, oskrzela i płuca i darł się wniebogłosy, wyrywał kroplówki, klął, bił się z personel i wtedy „rozpoznawano„ covidowe zapalenie płuc” i zakładano respirator gdzie szło jeszcze więcej tlenu na minute i zgon była po 2-3 dobach
Po „Zielonym Ładzie” Bruksela chce „Niebieskiego Ładu”. Grzegorz Braun alarmuje: kolejny kij, bicz, kaganiec, który chcą nam założyć
(fot. PAP/Radek Pietruszka)
– Błękitny Ład to jest polityka kontroli zużycia wody, służąca kontroli naszego życia. Chodzi o kolejny kij, bicz, smycz, kaganiec, który można nam założyć. No bo jeżeli urzędnik ma wiedzieć, kto tam i jak długo się pluska w wodzie, to znaczy, że w perspektywie urzędnik będzie się zgadzał lub nie zgadzał na to, żebyśmy brali, dajmy na to, trzecią kąpiel w miesiącu– mówił w piątek podczas specjalnej konferencji prasowej w Sejmie europoseł Grzegorz Braun.
Podczas Konferencji Marta Czech z Konfederacji Korony Polskiej wyjaśniła szczegóły nowego zamordystycznego pomysłu Unii Europejskiej. Chodzi o Europejski Niebieski Ład, tzw. Blue Deal. – Najogólniej rzecz ujmując jest to swego rodzaju odpowiednik tak zwanego Europejskiego Zielonego Ładu. Niebieski został zatwierdzony, a w zasadzie jego założenia zostały zatwierdzone przez Komisję Europejską 26 października ubiegłego roku. Dla przypomnienia dodam, że zatwierdzenie założeń Europejskiego Zielonego Ładu to jest 2019 rok. I czym one się od siebie różnią? Otóż w Zielonym Ładzie chodzi o kontrolę emisji dwutlenku węgla poprzez ustalanie odgórnych jego limitów wydzielania, a także mierzenie tak zwanego śladu węglowego. W Europejskim Niebieskim Ładzie chodzi o kontrolę zużycia wody i mierzenie tak zwanego, uwaga, śladu wodnego– tłumaczyła.
Czech przytoczyła hasła jakie towarzyszą nowej inicjatywie UE. Są to m. in.: „walka z ubóstwem wodnym”, „zrównoważony rozwój infrastruktury wodnej”, „oszczędzanie wody w kontekście kryzysu klimatycznego, suszy, globalnego ocieplenia” itd.
–A jakie wytyczne zawiera Europejski Niebieski Ład? To są m.in. „monitorowanie dostępu do wody”, „wprowadzanie etykiety zużycia wody na rynki”, „audyty wodne” i „powierzenie odpowiedzialności za kwestię wody specjalnemu komisarzowi unijnemu” – dodała.
Według przedstawicielki stronnictwa Grzegorza Brauna Europejski Niebieski Ład będzie dotyczył nas wszystkich, „bo każdy z nas korzysta z wody, ale przede wszystkim dotknie to przedsiębiorców, przemysł i rolnictwo”. – Jakie będą konsekwencje wprowadzenia w życie tych nieszczęsnych założeń? To oczywiście wyższe ceny wody; reglamentacja wody; większa, bardziej rozbudowana biurokracja, która będzie się wiązała m.in. z raportowaniem na razie dla przedsiębiorców o tzw. śladzie wodnym, o którym już wspomniałam. I tutaj rozróżniamy według tego, co nam podaje Unia Europejska w swoich założeniach, trzy rodzaje śladu wodnego, zielony, niebieski i szary– zaznaczyła, po czym podkreśliła, że „zielony ślad wodny” jest to informacja wysyłana do urzędu, ile wody pochodzącej z opadów zużywamy.
„Niebieski ślad wodny” to informacja wysłana urzędnikom o tym, ile wody podziemnej i wody powierzchniowej zużywamy. Z kolei „szary ślad wodny” to informacja wysyłana do urzędu, ile wody odprowadzamy do ścieków w wyniku naszej działalności, produkcji etc.
Następnie głos zabrał europoseł Grzegorz Braun. – Kiedy euro-kołchoz sięga po władzę nad naszym życiem w kolejnych obszarach, ci wszyscy, którzy łudzili się, że ten handel emisjami wprawdzie niszczący nasz przemysł, nie dotknie naszego domowego życia, nie wkroczy w nasze domowe pielesze. I oto, Szanowni Państwo, już nie tylko wielcy fabrykanci, ale także prywatni posiadacze domowego kominka mają legitymować się i rozliczać wielkiemu bratu z tego, ile tam drewek do ognia dołożyli – rozpoczął polityk.
– Przez analogię ten błękitny ład, to jest rzeczywiście polityka kontroli zużycia wody, służąca kontroli naszego życia. Chodzi o kolejny kij, bicz, smycz, kaganiec, który można nam założyć. No bo jeżeli urzędnik ma wiedzieć, kto tam i jak długo się pluska w wodzie, to znaczy, że w perspektywie urzędnik będzie się zgadzał lub nie zgadzał na to, żebyśmy brali, dajmy na to, trzecią kąpiel w miesiącu – mówił dalej Braun.
Europoseł zażartował, że cały program Blue Deal najlepiej proroczo streścił Jan Brzechwa w wierszyku o żabie, która przyszła do doktora i usłyszała zalecenie, że ma być sucha i unikać jakiejkolwiek wody. – No i wiadomo, że puenta tego wierszyka jest taka, że po troszku została z niej kubka proszku. My nie chcemy się w proch obracać inaczej niż w trybie przewidzianym przez Boga Stwórcę. Nie chcemy, żeby w proch, w pył starte zostały nasze dokonania, nasze tradycje, nasze osiągnięcia także w wymiarze materialnym. I dlatego do diabła, tam skąd przyszli, odsyłamy wszystkich autorów zielonego, niebieskiego dealu – podsumował europoseł Konfederacji.
Funkcjonariusze Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej we współpracy z funkcjonariuszami Izby Administracji Skarbowej z Zielonej Góry, zatrzymalipięciu murzyńskich, nielegalnych imigrantów i wiozących ich w kierunku Niemiec dwóch Ukraińców.
Ukraińcy przemycali czarnych nachodźców. 14 września funkcjonariusze Izby Administracji Skarbowej w powiecie sulęcińskim dokonali rutynowej kontroli jadącego w kierunku granicy z Niemcami minivana na polskich tablicach rejestracyjnych. Kierowcą samochodu okazał się 61-letni tzw. “uchodźca wojenny” z Ukrainy. W szoferce podróżował z nim jego 69-letni rodak. O dziwo, prawo jazdy Ukraińca było niepodrobione, a on sam trzeźwy. Niemniej i tak doszło do przestępstwa, gdyż w części ładownej pojazdu, funkcjonariusze znaleźli pięciu nielegalnych imigrantów, pochodzących z Kamerunu, Gwinei i Konga.
Zatrzymano wszystkie siedem osób. Powodem zatrzymania nachodźców, tj. trzech obywateli Kamerunu, jednego z Gwinei i jednego z Konga był nielegalny pobyt na terytorium RP oraz usiłowanie bezprawnego przekroczenia granicy państwowej z Polski do Niemiec we współdziałaniu z innymi osobami. Wobec wszystkich tych osób zostaną wydane decyzje nakazujące im powrót do swoich krajów pochodzenia.
Z kolei dwaj “uchodźcy wojenni” z Ukrainy zostali zatrzymanych za udzielenie pomocy w próbie nielegalnego przekroczenia granicy polsko – niemieckiej. Trafili do ośrodka zamkniętego, gdzie oczekują na wyrok oraz decyzje zobowiązujące ich do opuszczenia Polski. Dodatkowo, grożą im [hi,hi. md] wieloletnie zakazy ponownego wjazdu do strefy Schengen.
Gdy stosowne decyzje zapadną. “uchodźcy wojenni” wrócą do swojej stepowej ojczyzny.
Minister finansów Andrzej Domański ogłosił za pośrednictwem mediów społecznościowych nowy program pomocowy dla przedsiębiorców, którzy ucierpieli z powodu powodzi.
Jak państwo może pomóc przedsiębiorcom, których dotknęła powódź? Tworząc dla nich ulgi podatkowe? Zwalniając ich, przynajmniej czasowo, z opłacania różnej maści składek?
Otóż nie. Polskie państwo chce pomóc polskim biznesmenom, pilnując, by pomimo tragedii, która ich dotknęła, dalej byli w stanie odprowadzać podatki.
„Ruszyliśmy z projektem wsparcia zakupu kas fiskalnych przez przedsiębiorców, którzy przez powódź stracili możliwość prowadzenia biznesu. Wsparcie wyniesie do 2000 zł” – poinformował za pośrednictwem mediów społecznościowych minister finansów Andrzej Domański.
Internauci nie pozostawiają na nim suchej nitki. Pod wpisem można przeczytać:
„Super robota! Wsparcie przedsiębiorców, aby móc ich dalej okradać z owoców ich pracy. Kapitan państwo w formie!”; „To konto satyryczne, prawda?”; „Sklep splądrowany, maszyny zalane, samochody szlag trafił, ale przedsiębiorcy na pewno mają teraz w głowie jak by tu na szybkości zorganizować kasę fiskalną.
Brawo za refleks; „Jak Pan widzi tragedię powodzian, to pierwsza rzeczą o jakiej Pan myśli, to żeby ich móc jak najszybciej opodatkować?”.
Tylko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2024 roku do Unii Europejskiej napłynęło ponad 0,5 mln azylantów. Większość z nich to muzułmanie.
Dane dotyczące liczby migrantów napływających do Unii Europejskiej podała Agencja Azylancka Unii Europejskiej (EUAA) z siedzibą na Malcie. Większość z migrantów kieruje się do Niemiec – w badanym okresie zrobiły to 124 tysiące osób. Reszta przybyszów próbuje dostać się do różnych państw; oprócz krajów unijnych dane dotyczą również Norwegii i Szwajcarii.
Po Niemcach najpopularniejszymi kierunkami dla azylantów są Hiszpania (88 tys. wniosków), Włochy (85 tys. wniosków) i Francja (77 tys.).
Większość imigrantów to muzułmanie – przede wszystkim Syryjczycy i Afgańczycy. Tych pierwszych przyjechało do Unii 71 tysięcy, a drugich 45 tysięcy. W tysiącach można też liczyć migrację z takich krajów afrykańskich jak Mali, Nigeria, Maroko, Wybrzeże Kości Słoniowej czy Senegal.
Dziesiątki tysięcy migrantów przyjeżdżają też z Bangladeszu czy Pakistanu.
Wrażenie robi ponadto duża imigracja z krajów Ameryki Łacińskiej: wnioski o azyl złożyło w Unii Europejskiej prawie 40 tys. Wenezuelczyków, blisko 30 tys. Kolumbijczyków i 14 tys. Peruwiańczyków; większość z nich chce osiedlić się w Hiszpanii, część we Włoszech.
Wojciech Świetlik, felietonista „Interii” krytykuje obrane przez brukselską centralę strategie walki ze zmianami klimatu, obliczone głównie na ograniczanie emisji, a nie przeciwdziałanie ich skutkom. Jak przekonuje, tegoroczna powódź to najlepszy dowód na szkodliwość działań fanatyków klimatycznych.
Świetlik pyta „czy kierunek walki z autentycznymi zmianami klimatycznymi i ogólna polityka, w którą wpisuje się Polska, nie naraża nas na coraz poważniejsze kataklizmy”. Publicysta przekonuje, że tragedia tegorocznej powodzi powinna zmusić nas do refleksji nad wnioskami. Jednak żeby do tego doszło „musielibyśmy przełamać schematy, które narzuca nam ogólny kierunek obrany w ostatnich latach przez cywilizację zachodnią”.
W tym kontekście felietonista wymienia tezę duńskiego naukowca Bjørna Lomborga, który zauważa, że „w sytuacji kiedy asygnuje się większość środków i nastawia całą gospodarkę na ambitną choć dyskusyjną walkę ze zmianami klimatycznymi, brakuje działań i środków, które by obecnym skutkom tych zmian zapobiegały”.
Jak przekonuje, niemały udział w tym procesie odgrywają zideologizowani fanatycy klimatyczni, jak choćby (niewymieniona z imienia i nazwiska) wiceminister klimatu Urszula Zielińska, sprzeciwiająca się uregulowaniu Odry, czy lewicowo-liberalne media, które z zadowoleniem nagłośniły decyzję mieszkańców Kłodzka torpedujących plany budowy zbiorników retencyjnych w 2019 r.
Zważywszy na fakt, że w Brukseli kluczowe stanowiska dla transformacji energetycznej niezmiennie piastują zieloni fanatycy, publicysta „Interii” dzieli się chłodną refleksją.
„Kiedy wschodnia flanka walczy z kataklizmem, w centrali trwają konsekwentne działania mogące spowodować go w innym obszarze, ale będącym efektem tego samego procesu. Zastępowania racjonalnego zarządzania ideologią. Jeśli to się nie skończy, choćby po części, choćby na naszym krajowym podwórku, to możemy szykować się na powtórki” – pisze.
Źródło: Interia.pl PR
==========================
mail:
<<Świetlik pyta „czy kierunek walki z autentycznymi zmianami klimatycznymi i ogólna polityka, w którą wpisuje się Polska, nie naraża nas na coraz poważniejsze kataklizmy”.>>
To znaczy, że jest przekonany o „autentycznym” zachodzeniu zmian klimatu, tylko sposób walki z nimi mu się nie podoba.
Tymczasem, taki właśnie jest klimat Polski, że raz na mniej więcej ćwierć wieku przychodzi wielka powódź.
Chyba, że autor nawet zmiany pór roku nazywa zmianami klimatu.
Jak już pisałam język ewoluuje. Zmiana znaczenia słów bywa zadekretowana politycznie. Przykładem tego jest wymuszanie, wbrew tradycji językowej, używania zwrotu „w Ukrainie” zamiast „ na Ukrainie”
Nowe słowa powstają często przez przejęcie słów z innego języka. Na przykład słowo wihajster oznaczające ( w języku potocznym, a nie literackim) bliżej nieokreślony przedmiot to spolszczenie niemieckiego pytania „Wie heißt er?” czyli: „co to jest?”. Ostatnio weszło w modę używanie zapożyczonego z języka angielskiego słowa „ epicki” w sensie „ wspaniały”. Jest to całkowicie sprzeczne z polską tradycją językową zgodnie z którą słowo epicki oznacza: „związany z epiką, właściwy epice, ujmujący temat w sposób opisowy” .
Zupełnie idiotyczne jest używanie zwrotu „ o co kaman? „ w sensie: „ o co chodzi?”. W angielskim „come on” ma wiele znaczeń. Najbliższe nadużywanemu w Polsce przez młodzież i (niestety) dziennikarzy jest używanie tego zwrotu gdy chcemy wyrazić wątpliwości co do czyjejś prawdomówności. Na przykład mówimy „Oh, come on it’s impossible” co się tłumaczy: „daj spokój, to niemożliwe”.
Czym innym zupełnie jest natomiast świadome przekręcanie słów w ramach żartu językowego. Znajoma mawia: „ugotuję ryżego” zamiast „ ugotuję ryż” oraz „ zeps” na swego psa co jest zabawną przeróbką polecenia „ wyjdź ze psem”. Ma to swój urok jak każdy persyflaż środowiskowy.
Przeróbki językowe charakteryzują również grypserę. Grypsera jest niewątpliwie językiem środowiskowym jednak żartobliwie używana jest wyłącznie w środowiskach całkowicie rozłącznych ze środowiskiem, w którym powstaje. Choć żartobliwie używają grypsery więziennej najczęściej ludzie młodzi, wiele zwrotów z grypsery przeszło do języka potocznego. Dla więźniów jednak grypsera jest sprawą śmiertelnie poważną, bo służy odróżnianiu swoich od obcych. Grypsera ewoluuje, a użycie przestarzałej grypsery grozi więźniowi śmiercią lub kalectwem, bo jest znakiem że się podszywa pod zamknięty klan grypsujących. Grypsera więzienna odgrywa więc taką rolę jaką kiedyś odgrywał język – służył odróżnianiu swoich od obcych. Od obcych w sensie narodowym, plemiennym, klasowym czy tylko środowiskowym.
Zauważmy że niektórzy używają języka polskiego całkowicie bezrefleksyjnie, często sprzecznie z prawdziwym znaczeniem używanych słów. Na przykład słowa: „ Kończ waść, wstydu oszczędź” to cytat z „Potopu” Sienkiewicza. Kieruje je Kmicic do Wołodyjowskiego prosząc go o zakończenie przegrywanego przez siebie pojedynku. Frazeologizm ten nie oznacza zatem: „przestań się kompromitować”, lecz wręcz przeciwnie – oznacza: „oszczędź mi dalszych upokorzeń i pozwól wyjść z honorem z ośmieszającej mnie sytuacji”. Tymczasem powszechnie używany jest w dokładnie przeciwnym sensie.
Słowa: „kończ waść, wstydu oszczędź” kierowali do Mateusza Morawieckiego Marek Sawicki z PSL, Rafał Trzaskowski z KO oraz marszałek Sejmu Szymon Hołownia. Każdemu z nich chodziło o to, by premier Morawiecki zakończył misję tworzenia rządu, który nie ma szans na większość i oszczędził sobie wstydu.
Problem w tym, że w rzeczywistości, całkowicie nieświadomie, mówili coś zupełnie przeciwnego.
Podobnie w całkowicie przeciwnym do prawdziwego sensie używa się cytatu „mierz siły na zamiary” .
Sformułowany w „Pieśni filaretów” Mickiewicza zwrot oznacza „stawiaj sobie ambitne cele, a potem znajdziesz w sobie siły żeby je osiągnąć”. Jest to znaczenie wręcz przeciwne do „mierz zamiar według sił”, co oznaczałoby dopasowywanie zamiarów do posiadanych sił i środków czyli „nie porywanie się z motyką na słońce”. Hasło : „Mierz siły na zamiary” wielokrotnie kierowała koalicja KO do rządów PiS zarzucając im „porywanie się z motyką na słońce” w kwestii wielkich inwestycji takich jak przekop Mierzei Wiślanej czy budowę CPK. Całkowicie nieświadomie członkowie tej koalicji mówili jednak coś zupełnie przeciwnego.
Zdumiewające jest jak można zupełnie nie rozumieć tego co się mówi. Jak można nie odróżniać zdania twierdzącego od jego zaprzeczenia?
Moim zdaniem jest jednak jeszcze gorzej. Ludzie którzy nie rozumieją tego co mówią, nie rozumieją również tego co robią, nie rozumieją zła w którym uczestniczą. Ktoś kto jak Szymborska pisał o Stalinie: „Oto Partia – ludzkości wzrok. Oto Partia: siła ludów i sumienie” nie rozumiał albo nie chciał rozumieć, że w ten sposób akceptuje i firmuje wszelkie zbrodnie Stalina, gułagi, Katyń a co gorsza instaluje stalinizm w Polsce. Ci którzy nazywali Żydów podludźmi akceptowali ich mordowanie. Ci którzy nazywają nienarodzone dziecko zlepkiem komórek akceptują zwykłe morderstwo i są odpowiedzialni za usankcjonowanie tego morderstwa dla niepoznaki nazywanego terminacją ciąży. Gwałt na człowieku – jak pisałam – zawsze jest poprzedzany przez gwałt na języku.
Ktoś kto nazywa mężczyznę kobietą, kto używa wobec uczniów imion odpowiadających płci do której oni danego dnia akurat się poczuwają, akceptuje całe zło i idiotyzm współczesnych ideologicznych poglądów na płeć. Akceptuje okaleczające operacje zmiany płci, rujnowanie życia tak okaleczonych i częste ich samobójstwa. Nie tylko akceptuje lecz odpowiada za nie moralnie. Dlatego nie wolno pozwalać na gwałcenie języka, na zmianę znaczenia słów, na nazywanie czarnego białym.
Jest jednak światełko w tunelu, społeczeństwa zaczynają się budzić.
Kiedy dyrekcja szkoły w Ohio rozkazała nauczycielce angielskiego Vivian Geraghty zwracać się do uczniów zgodnie z preferowanymi przez nich zaimkami genderowymi, kobieta zrezygnowała z pracy. Sprawa znalazła pomyślny finał, ponieważ Sąd federalny w Ohio uznał, że doszło do naruszenia pierwszej poprawki do konstytucji, chroniącej wolność słowa i wolność religijną.
Jako małe dziecko byłam świadkiem następującej sceny. Górnik poprosił w kasie o bilet do Katowic. „Nie ma takiej stacji – odpowiedziała kasjerka”. Chciała wymusić nazwanie Katowic Stalinogrodem. „To w takim razie jadę do Siemianowic”- zdecydował górnik. Byłam zachwycona choć górnik w końcu walczył tylko o jedno słowo. Zapamiętałam to wydarzenie na całe życie.
Źródła w służbach bezpieczeństwa i urzędnicy twierdzą, że co najmniej 14 osób zginęło, a 450 zostało rannych, gdy w stolicy kraju Bejrucie oraz w południowym Libanie, przy granicy z Izraelem, nagle zaczęły eksplodować przenośne radia.
Pierwszy taki atak miał na celu pagery, zabijając co najmniej 12 osób i raniąc kolejne 2800. W drugim ataku to osobiste radia używane przez bojowników Hezbollahu eksplodowały bez ostrzeżenia.
Według doniesień, radia przenośne zamówiono około pięć miesięcy temu, mniej więcej w tym samym czasie, co pagery.
Kilka systemów fotowoltaiki eksplodowało również w Bejrucie i południowym Libanie mniej więcej w tym samym czasie. Hezbollah obwinia Izrael za wszystkie te śmiertelne incydenty.
Więcej martwych cywilów
Chociaż głównym celem ataków byli prawdopodobnie żołnierze Hezbollahu, w wybuchach ucierpieli także cywile, w tym dwójka dzieci, które zginęły na skutek eksplozji.
Jak podają źródła, izraelscy agenci zdetonowali wszystkie pozostałe ładunki-pułapki po pierwszej serii eksplozji pagerów, ponieważ Izrael uważa, że Hezbollah je znalazł i unieszkodliwił.
Pagery, znane jako AR-924, zostały rzekomo wyprodukowane w Budapeszcie przez firmę o nazwie BAC, która uzyskała licencję na nazwę Gold Apollo, tajwańskiego producenta elektroniki. Nadal nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za produkcję śmiercionośnych pagerów.
Węgierscy urzędnicy twierdzą, że w kraju nie ma żadnego zakładu produkującego pagery, zrzucając winę na firmę Gold Apollo, która również zaprzecza, że wyprodukowała pagery.
„Władze potwierdziły, że wspomniana firma jest pośrednikiem handlowym i nie posiada żadnej działalności produkcyjnej ani operacyjnej na Węgrzech” – powiedział w oświadczeniu rzecznik węgierskiego rządu Zoltan Kovacs.
„Urządzenia, o których mowa, nigdy nie znajdowały się na Węgrzech”.
Ogólne przekonanie jest takie, że Izrael przechwycił urządzenia po ich wyprodukowaniu i umieścił w nich materiał wybuchowy, zanim zostały wysłane do miejsca przeznaczenia w Libanie.
Materiał wybuchowy, o którym mowa, został wszczepiony obok baterii urządzeń. Następnie zdalny spust został użyty do spowodowania eksplozji urządzeń na żądanie.
Po ataku Siły Obronne Izraela (IDF) podały, że Hezbollah wystrzelił 10 rakiet przez granicę w kierunku północnego Izraela, prawdopodobnie w ramach obiecanego odwetu za ataki.
„Ruch oporu będzie dziś, jak każdego innego dnia, kontynuował swoje działania mające na celu wsparcie Gazy, jej mieszkańców i ruchu oporu, co stanowi odrębną ścieżkę od surowej kary, jaka czeka zbrodniczego wroga (Izrael) w odpowiedzi na wtorkową masakrę” – głosi oświadczenie Hezbollahu.
„To będzie kolejne rozliczenie, które nastąpi, jeśli Bóg pozwoli”.
Jeszcze bardziej złowieszcze ostrzeżenie wystosował Hashim Safi Al Din, wysoki rangą funkcjonariusz Hezbollahu i krewny Hassana Hasrallaha:
„Te ataki z pewnością zostaną ukarane w wyjątkowy sposób; będzie to krwawa, wyjątkowa zemsta”.
„Mam nadzieję, że nasi przywódcy wojskowi biorą pod uwagę konsekwencje posiadania przez nasze siły zbrojne elektroniki wyprodukowanej w Chinach po tym, jak to się stało” – powiedziała ta osoba. „To tylko wierzchołek góry lodowej”.
Inny napisał, że jest to podobne do tego, co CIA zrobiła w Iraku tuż przed wojną, kiedy to zleciła pewnej firmie sprzedaż systemów komputerowych do systemów obrony powietrznej, które automatycznie dodają kilka stopni do trajektorii pocisków i rakiet, „pozostawiając iracką armię z pytaniem, dlaczego ciągle nie trafiają w amerykańskie samoloty”.
It has no affiliation to the Nobel Prizes and the IG Nobel group “celebrate the unusual, honor the imaginative – and spur people’s interest in science, medicine, and technology” by making “people laugh, then think.”
This year, a Japanese research team won for discovering that mammals can breathe through their anuses. The study authors believe this may offer an alternative way of getting oxygen into critically ill patients if ventilator and artificial lung supplies run low (they all seem a little far-fetched to me, but then what do I know?).
Here is an image of their peer-reviewed paper…
This is from the abstract page:
Over-ventilation killed more people than ventilators saved during the COVIDcrisis. But forget about that inconvenient factoid for a moment.
Because these scientists have a solution to the ventilation issue for those patients requiring respiratory support.
Basically, the “context and significance” section of this paper suggests that if ventilators happen to be in short supply again during a pandemic, then this technology will enable physicians to inject a liquid form of oxygen up people’s arseholes… in the middle of a pandemic.
“[…] zaraza ta rozprzestrzenia się wszędzie i błyskawicznie. Całe życie polityczne kręci się wokół ekonomii (“gospodarka, głupku!”) i nawet oś podziału “prawica – lewica” dzieli jedynie wyznawców mistyki “wolnego rynku” i utopii “państwo dobrobytu”, a zatem tak czy inaczej uprawiających kult Mamony – u pierwszych własnej, u drugich cudzej (do przejęcia).”
Judeochrześcijański koń trojański u bram zachodniej cywilizacji
“W związku z niedawnym poruszeniem, jakie wywołali swoimi “judeochrześcijańskimi” i proizraelskimi deklaracjami publicyści Frondy, warto rozważyć również wątek pojawiający się nierzadko w innych także wypowiedziach, a mianowicie twierdzenie, iż strategiczny sojusz (Polski, katolików, konserwatystów – w zależności od stawianego akcentu) ze Stanami Zjednoczonymi oraz Izraelem ma istotne – pozytywne – znaczenie dla sprawy cywilizacji chrześcijańskiej, albowiem, w myśl tego założenia, USA mają być dziś cywilizacji tej opoką i bastionem, Izrael zaś – jej bliskowschodnim przyczółkiem.
To rzecz pewna, że oba te kraje reprezentują jakąś cywilizację, bo – parafrazując dzielnego wojaka Szwejka – jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakiejś cywilizacji nie było. Problem jednak w tym, jaka to cywilizacja i jakie są podstawy, aby wspomniane kraje wiązać akurat z cywilizacją chrześcijańską, tym bardziej zaś przypisywać im tak szczególne z tego punktu widzenia znaczenie.
Przede wszystkim, na początek, pragnę odsunąć na bok terminologiczno-semantyczne spory o to, jak “prawidłowo” nazywać tę cywilizację: chrześcijańską, zachodnią, europejską czy zwłaszcza łacińską – jak chcą “ortodoksi” Konecznianizmu, twierdzący, że cywilizacja nie może być chrześcijańska, bo nie jest – w rozumieniu tego autora – “sakralna”. Spory te, choć na swój sposób interesujące, wydają mi się dosyć jałowe, a na pewno niekonkluzywne. Ja, na określenie “tego, co [tu] domniemane”, tj. owej cywilizacji, przyjmę określenie najprostsze, a zarazem o jasnej i jednoznacznie określonej treści: Christianitas. Nie sądzę, aby jakiekolwiek kontrowersje wzbudziła taka oczywistość, jak to, że Christianitas zbudował Kościół Rzymski na “materiale ludzkim” ochrzczonych i ucywilizowanych przez Niego ludów “barbarzyńskich”: celtyckich, gockich, germańskich, słowiańskich, a nawet (Węgrzy!) turańskich, przekazując im – prócz światła Wiary, oczywiście – harmonijnie splecione ze sobą potrójne dziedzictwo kulturowe: biblijne, greckie i rzymskie.
Duchowym szczytem tej Christianitas było Papiestwo – najwyższy urząd Zastępcy Chrystusa na ziemi i Następcy Księcia Apostołów; jej sercem – benedyktyńskie, cysterskie i inne opactwa, od Monte Cassino po Cluny, oraz pielgrzymkowe sanktuaria na czele z Santiago de Compostella, gdzie spotykała się i prawdziwie jednoczyła cała Europa; jej mózgiem – Uniwersytet, z Paryskim jako primus inter pares. Bezpośrednią transmisję skarbów zniszczonego najazdami świata starożytnego (w tym antycznego chrześcijaństwa) zapewnili iro-szkoccy mnisi z Zielonej Wyspy św. Patryka; najstarszą, najbogatszą w dobra materialnej i duchowej kultury i przez wieki najpobożniejszą, najbardziej obfitującą w świętych, córą Kościoła było francuskie Królestwo Lilii, Królestwo św. Ludwika; swoje apogeum osiągnęła Christianitas w wieku XIII, wydając najwyższe arcydzieła ludzkiego ducha: gotyckie katedry, Sumy Teologiczne na czele z tą Tomaszową, Boską komedię Dantego i Siete Partidas Alfonsa X Mądrego. Jej największa “duchowa przygoda” – Krucjaty – wydała także wzniosły fenomen zakonów rycerskich. Na jej wschodnich rubieżach jej heroicznym przedmurzem, stawiającym czoła otomańskiej nawałnicy, były Węgry i Polska (która także schrystianizowała pokojowo ostatni pogański lud w Europie – Litwę); na zachodnich – narody Hiszpanii i Portugalii, które też, po dokończeniu rekonkwisty, podjęły wspaniałe, niemające sobie równych w historii, dzieło konkwisty Nowego świata, ocalając z niewoli pogaństwa i jednocześnie okrutnej, barbarzyńskiej tyranii, miliony ludzkich dusz, wszczepiając je na wieki w Mistyczne Ciało Chrystusa.
Polityczną formą Christianitas było Ekumeniczne święte Cesarstwo, wskrzeszone (jako pars occidentalis) przez “nowego Dawida” i “nowego Konstantyna” – króla Franków Karola Wielkiego: imperium karolińskie ustaliło raz na zawsze znaczenie pojęcia “cywilizacji chrześcijańskiej” jako przesycania wspólnoty doczesnej pierwiastkami duchowości (civitas terrena spiritualisata), tak, aby – na ile to możliwe na tym padole łez – mogła się ona przybliżyć do Civitas Dei, które, jak uczył św. Augustyn, zaistnieje w pełni dopiero w Niebie; można ten sens ująć jako równanie: “Europa = Zachód = Rzym = Katolicyzm”. Sacrum Imperium, jako polityczny analogon Santa Ecclesia, w oparciu o trynitarną ideę jedności Ojca (papieża) i Syna (cesarza) w Duchu świętym, przenikającym Res Publica Christiana, trwało następnie pod berłami niemieckich dynastii Ludolfingów, Hohenstaufów i wreszcie Habsburgów, dopóki nie doznało śmiertelnego pchnięcia w Traktacie Westfalskim (1648) – tym triumfie narodowych egoizmów i wyznaniowego partykularyzmu, i nie padło ostatecznie pod ciosami cezara rewolucyjnego w 1806 roku. Zanim to jednak nastąpiło, i Cesarstwo, i wszystkie inne królestwa i księstwa należące do Res Publica Christiana, zdołały przekazać nam święty depozyt Monarchii Katolickiej, taki o jakim mówi na przykład napis na mozaice w weneckiej Bazylice św. Marka: “Biskup jako głowa władzy duchowej; Król w Radach jako głowa władzy doczesnej oraz Naród [zgromadzony] wokół ołtarza, jako źródło prawdziwego pokoju i pełni człowieczeństwa”.
Monarchii katolickiej, to znaczy także misyjnej, której misja – jak pisał Ramiro de Maeztu – “polega na pouczeniu wszystkich ludzi na ziemi, że jeśli pragną, mogą być zbawieni, i że osiągnięcie tego zależy tylko od ich wiary i woli”. Oto zatem “cywilizacja chrześcijańska” – “pokój Chrystusa pod panowaniem Chrystusa (…); cywilizacja (…), surowa i hierarchiczna, sakralna od podstaw, antyegalitarna i antyliberalna” (Plinio Correa de Oliveira). Innej nie było, nie ma i być nie może.
Nieszczęściem jest to, że w rzeczywistości politycznej tej cywilizacji już nie ma; Christianitas jest już od dawna, by tak rzec, bezdomna, bez dachu nad głową. Żyje i będzie żyć dopóki żyją i karmią się nią ludzie, rodziny, środowiska oddychające jej dziedzictwem i przekazujące je swoim dzieciom lub uczniom, ale – odkąd upadły Portugalia Salazara i Hiszpania Franco, Irlandia się zlaicyzowała, a Włochy i kraje Ameryki Romańskiej na żądanie watykańskich modernistów zsekularyzowały swoje konstytucje – nie ma już żadnego państwa, które by chroniło i wspierało Christianitas.
Może jedynie współczesna Kolumbia, w zachodniej hemisferze, i Węgry blisko nas, są płomykami nadziei na jej odrodzenie, ale nawet jeśli ten optymizm nie jest przedwczesny, to i tak przecież są to jedynie małe wysepki w morzu laicyzmu. Christianitas broniła się dzielnie, czasami nawet (Kontrreformacja, Wandea, Hiszpania, meksykańscy cristeros) kontratakowała, ale ostatecznie została zdruzgotana przez wszystkie rewolucje religijne, polityczne, społeczne i kulturalne, począwszy od rewolucji protestanckiej, a w sensie intelektualnym podkopała ją rewolucja nominalistyczna u schyłku średniowiecza. Na jej miejscu rozparła się inna cywilizacja, geograficznie też europejska, której zasady są kontr-zasadami ładu Christianitas, a całe tragiczno-groteskowe nieporozumienie (którego już to sprawcami, już to ofiarami jego iluzji są właśnie “judeochrześcijanie”) polega na tym, że czasami próbuje się ona podszywać pod cywilizację chrześcijańską, albo tak jest przez nieświadomych rzeczy postrzegana (do tych ostatnich należą na przykład ci wyznawcy Allacha, którzy w “przynoszących im demokrację” amerykańskich marines widzą “krzyżowców”).
Kontradyktoryjny charakter Christianitas (hiszp. Cristiandad) i cywilizacji nowoczesnej, określanej tu jako Europa”, gdzie pierwsza jest tradycją, druga zaś rewolucją, wypunktował dokładnie karlistowski myśliciel Francisco Elías de Tejada: Europa jest mechanizmem; to neutralizacja władz; formalna koegzystencja wyznań; moralność pogańska; absolutyzmy; demokracje; liberalizmy; domowe wojny nacjonalistyczne; abstrakcyjna koncepcja człowieka; państwa narodowe i organizacje międzynarodowe; parlamentaryzm; konstytucjonalizm; zburżuazyjnienie; socjalizm; protestantyzm, republikanizm; suwerenność; królowie, którzy nie rządzą; indyferentyzm, ateizm i antyteizm: w sumie rewolucja.
Cristiandad, przeciwnie, jest organizmem społecznym; to chrześcijańska wizja władzy; jedność wiary katolickiej; władza ograniczona; krucjaty misyjne; koncepcja człowieka jako bytu konkretnego; Kortezy autentycznie reprezentujące rzeczywistość społeczną, rozumianą jako ciało mistyczne; systemy wolności konkretnych; kontynuacja historyczna przez wierność przodkom: w sumie tradycja.
Jeżeli to wszystko stało się w Europie i z Europą, to cóż dopiero powiedzieć o anglosaskiej Ameryce Septentrionalnej, zbudowanej przez religijnych wyrzutków, którzy nawet dla twórców i szerokich rzesz wyznawców głównych nurtów reformacji: luteranizmu, kalwinizmu i anglikanizmu byli zbyt skrajni? Rzecz jasna, nie wszyscy koloniści północnoamerykańscy byli religijno-politycznymi wywrotowcami (“dysydentami”): Wirginię czy obie Karoliny zasiedlili przecież anglikańscy (a po części nawet “anglokatoliccy”) rojaliści; jednak najmocniejsze piętno na ustroju i charakterze kolonii amerykańskich, w konsekwencji zatem i niepodległych Stanów Zjednoczonych, wywarli nowoangielscy purytanie – nurt ekstremistyczny pod każdym względem, czego dowiodło także śmiercionośne spustoszenie, jakie poczynili podczas wojny domowej i rewolucji z lat 1640-1660 ich pobratymcy w metropolii; jak dowiódł Eric Voegelin, purytańska rewolucja była pod wieloma względami prefiguracją rewolucji bolszewickiej, a na pewno “czasem osiowym” przejścia od religijnej do świeckiej wersji gnostycyzmu.
Ten sam ewolucyjny proces sekularyzacji przeszła i Ameryka: już twór “Ojców Założycieli” był (mimo szlachetnych wysiłków niektórych amerykańskich konserwatystów, aby dowieść ich szczerze chrześcijańskiej inspiracji)
jego ostatecznym rezultatem jest to, co w samej jurysprudencji amerykańskiej nazywa się “ceremonialnym deizmem” albo “uogólnionym” (na bazie różnych odłamów protestantyzmu i bez żadnej treści dogmatycznej) i akonfesyjnym chrześcijaństwem. Jak słusznie zauważa Nina Gładziuk, “Gdy widzimy zaprzysiężenie amerykańskiego prezydenta, to trudno je sobie wyobrazić bez Księgi Biblii. Ale nie jest to zbiór pism religii objawionej, ale nade wszystko Księga Prawa: paktu, przymierza, umowy i testamentu. Jeżeli odsyła do jakiejś teologii, to jest teologia federalistyczna”.
Nadto, gdy przywołamy symbol piramidy na amerykańskim banknocie dolarowym, to napis na zwoju u stóp zdobiącej go piramidy, obwieszczający Novus Ordo Seclorum, “standardowo tłumaczy się jako “nowy porządek wieków”, ale możemy też uwolnić masoński sens tej formuły, a wówczas otrzymamy: “nowy świecki zakon”” (Druga Babel. Antynomie siedemnastowiecznej angielskiej myśli politycznej, Warszawa 2005, s. 30-31)
Zsekularyzowane później, ale źródłowo purytańskie dziedzictwo republiki amerykańskiej zawierało już in nuce dwie najbardziej zgubne idee: egalitaryzmu i kontraktualizmu – można by rzec “idee – matki” wszystkich błędów politycznych, zawleczonych z Nowego do Starego świata, niszczących właśnie cywilizację chrześcijańską, a dzisiaj także inne cywilizacje tradycyjne. To dlatego deistyczny “Stwórca” kanonicznych tekstów demokracji amerykańskiej, od Deklaracji Niepodległości poprzez Mowę Gettysburską po Rooseveltowskie Cztery Wolności, “Stwórca”, który jakoby stworzył ludzi równymi sobie, dał im “prawo” do “poszukiwania szczęścia” i obalania wedle swego widzimisię rządu oraz zalecił “rządy ludu, dla ludu i przez lud”, nie ma nic wspólnego z Bogiem chrześcijańskim, z Chrystusem – Pantokratorem, od którego pochodzi wszelka władza, płynąca zawsze “z góry” i przelewana od wyższego ku niższemu (“nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci nie była dana z góry”). Pojmowanie każdej sfery życia: politycznego, prawnego, społecznego, a nawet religijnego, jako serii niekończących się kontraktów, zawieranych przez pierwotnie “wolne i równe” jednostki, niszczy każdą instytucję i każdy autorytet. Nadaje im też nieuchronnie charakter “biznesowy”: purytanie nawet swoje osobiste kontakty z Bogiem nawiązywali i artykułowali w języku kupców i lichwiarzy z City (“weksel”, “list zastawny” etc.) – co skądinąd stało w jaskrawej sprzeczności z ich oficjalnie wyznawaną teologią kalwińską, według której “Bóg nam nic nie jest dłużny”.
Amerykańscy politycy zawierają tedy “kontrakty” z Ameryką, a zaraza ta rozprzestrzenia się wszędzie i błyskawicznie. Całe życie polityczne kręci się wokół ekonomii (“gospodarka, głupku!”) i nawet oś podziału “prawica – lewica” dzieli jedynie wyznawców mistyki “wolnego rynku” i utopii “państwo dobrobytu”, a zatem tak czy inaczej uprawiających kult Mamony – u pierwszych własnej, u drugich cudzej (do przejęcia). Jak destrukcyjny jest wpływ kontraktualizmu na przykład na system prawa, niechcąco pokazują – intencjonalnie przecież propagandowe – niezliczone filmy hollywoodzkie o tematyce sądowniczej (w mojej “prywatnej” genologii nazywam je filmami z gatunku objection), gdzie orzecznictwo oparte jest nie na dociekliwym poszukiwaniu prawdy materialnej, aby móc wydać wyrok adekwatny do winy i możliwie najbliższy moralnemu poczuciu naturalnej sprawiedliwości, lecz na skomplikowanej sieci ugód, wedle zasady “coś za coś”, zawieranych przez szczwanych i znających wszystkie formalne kruczki prawników.
Powszechnie zwraca się uwagę na “prekursorski” wobec świeckich demokracji charakter umów zawieranych przez purytańskich dysydentów, takich jak Mayflower compact czy Fundamental Orders kolonii Connecticut. Mniej zauważany jest fakt politycznego “archeologizmu” purytanów, których nienawiść do “papizmu” i monarchizmu prowadziła do wskrzeszania najbardziej archaicznej formy politycznej starożytnego Izraela, stosownej do luźnego związku półkoczowniczych jeszcze plemion, jaką był “ustrój sędziowski” – dziś kulminujący w tyranii Sądu Najwyższego. Trudno o bardziej wymowny dowód odrzucenia idei rozwoju i kumulacji tradycji, a więc tego, dzięki czemu wzrastała i bogaciła się przez wieki Christianitas.
Dla purytanów papiestwo i monarchia były zresztą słabo zakamuflowanym “pogaństwem” – wystarczy przeczytać dzieła Miltona, zarówno polityczne (Obrona narodu angielskiego), religijne (Racja istnienia rządu kościelnego), jak poetyckie (Samson walczący). Nawiasem mówiąc, ten polityczny “archeologizm” purytanów uderzająco przypomina równie barbarzyński “archeologizm” liturgiczny współczesnych modernistycznych destruktorów mszy katolickiej.
W świetle powyższego wzajemna sympatia i przyciąganie się – wedle tajemnej zasady duchowych powinowactw – pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Izraelem jest czymś naturalnym i zrozumiałym. Wszakże protestantyzm w ogóle jest rejudaizacją chrześcijaństwa, a purytanizm jest nią w takim stopniu, że można wątpić czy jest jeszcze chrześcijański; w każdym razie cywilizacyjnie należy do cywilizacji żydowskiej. Już w epoce Szekspira trzymających się całkowicie sformalizowanej i bezdusznej etyki, “skrupulatnych” (precise) purytanów nazywano “Żydami Nowego Testamentu”.
Meksykański myśliciel katolicki i przywódca synarchizmu – Salvador Abascal nazywał Stany Zjednoczone krajem “żydowsko-jankeskim” (judíoyankee). Żyd – ateista, poeta Heine, wyrażał to dosadniej, a nawet cynicznie, lecz nie bez racji, mówiąc, że anglosaski protestantyzm to “żydostwo, które żre wieprzowinę”. Oś “Waszyngton – Tel-Aviv” ma zatem – niezależnie od niepokoju, jaki wzbudza to u prawdziwych amerykańskich patriotów, a zarazem katolików, takich jak Patrick J. Buchanan, przerażonych ideologiczno-politycznym szaleństwem “amerykańskich likudników” – głębokie podstawy cywilizacyjne. Tylko co to ma wspólnego z “cywilizacją chrześcijańską”? I z powołaniem Polski, jako antemurale christianitatis – nie mówiąc już, bardziej “przyziemnie”, o jej interesach?
Wyznaję więc, jak na spowiedzi świętej, że przez lata całe lekceważyłem zagrożenie płynące ze strony tegoż “neokonserwatyzmu”. Wiedziałem oczywiście, jakie spustoszenie poczynili neocons w Stanach Zjednoczonych, eliminując praktycznie zupełnie z polityki i głównego nurtu życia intelektualnego wszystko, co miało jakikolwiek związek z autentycznym konserwatyzmem, ale wydawało mi się, że ideologia tak całkowicie obca naszemu rodzimego doświadczeniu, zrodzona w środowisku tak dla nas egzotycznym, roznamiętniona kwestiami mającymi się nijak do naszych problemów, nie ma najmniejszych szans, aby zapuścić i u nas korzenie. Przemawiał za tym zwykły zdrowy rozsądek. Gdyby ćwierć wieku temu ktoś w Polsce rozprawiał o “judeochrześcijaństwie” (wyjąwszy oczywiście przypadek elitarnego seminarium czy konferencji naukowej, na której spotykają się i dyskutują specjaliści badający najstarsze dzieje Kościoła), to słuchacze najzwyczajniej pukaliby się w czoła. Usłyszawszy zaś o “wspólnej matrycy antropologicznej” judaizmu i chrześcijaństwa, słowo “matryca” kojarzyliby z podziemną drukarnią, nie wiedząc jednak jak dopasować do niego resztę, bo termin ów jeszcze nie przeszedł był wówczas do żargonu niby-naukowego. Sądziłem przeto, że po krótkotrwałym zachłyśnięciu się kolejną nowinką z Zachodu, moda ta szybko się znudzi, i że jedynym wiernym sympatykiem neokonserwatyzmu pozostanie u nas p. Jacek Kwieciński – człowiek zacny skądinąd, tylko “zapeklowany” w realiach tamtego czasu; wydaje mu się, że neokoni wciąż dopingują Reagana do walki z sowieckim imperium zła, a tymczasem oni już dawno znaleźli sobie innego potwora, którego ścigają po całym świecie i ani im w głowie drażnić postsowieckiej Rosji.
Wiele powinien też dać do myślenia fakt podjęcia przez środowisko “Frondy” polskiej edycji amerykańskiego czasopisma First Things, a więc flagowego organu “neokonserwatystów religijnych”.
First Things to środowisko religijnie synkretyczne: są tam katolicy, luteranie, prezbiterianie i rabini. Uchodzą za religijnych konserwatystów dokładnie z tego samego powodu, dla którego jako polityczni konserwatyści traktowani są “neokoni” laiccy: bo w mainstreamie nie ma dla nich alternatywy, a wszystko, co poza nimi, jest jeszcze bardziej progresistowskie, modernistyczne i zrewoltowane. Skoro zaś religijni neokonserwatyści przeciwstawiają się aborcji, eutanazji, homoseksualizmowi i innym wynaturzeniom współczesnej “cywilizacji śmierci”, to wystarczy, aby mogli cieszyć się reputacją “ultrareakcjonistów”.
Nas szczególnie interesuje oczywiście rola tych z nich, którzy są katolikami (najbardziej znany, także w Polsce, jest oczywiście prof. Michael Novak). Krąży takie powiedzenie, że każdy antysemita ma swojego “alibi-Jude”, czyli zaprzyjaźnionego Żyda, którego może pokazać na dowód, że nie jest antysemitą. Nie wiem czy to prawda, ale pasuje jak ulał do relacji pomiędzy neocons głównego nurtu a neokonserwatywnymi katolikami, tylko na odwrót. Pomimo zdarzających się pomiędzy nimi nieporozumień, istnienie katolickich neokonserwatystów to prawdziwa gratka: pełnią oni właśnie rolę “alibi-katoli”, mogących zaświadczyć, że nie wszystkich neocons łączy (by przywołać sardoniczną uwagę Davida Brooksa) “oś obrzezania”.
Nadto są oni bardzo pożyteczni z innych powodów. Oprócz pełnej aprobaty “posoborowia” (w duchu umiarkowanego modernizmu), katolickich neocons znamionuje zapał do wstrzykiwania w krwiobieg katolickiej myśli teologicznej, filozoficznej i społecznej potężnych zastrzyków z zawartością ideologii wywodzących się z anglosasko-protestanckiego oświecenia, na czele z liberalizmem. Można rzec, że do Dziesięciu Przykazań neocons katoliccy dodają jedenaste: “Będziesz czcił demokratyczny kapitalizm i wznosił akty strzeliste do demokracji liberalnej i wolnego rynku (poza którymi nie ma zbawienia)”.
Nadto, zawsze można na nich liczyć w priorytetowej dla “neokonów” kwestii bezwarunkowego poparcia dla wszystkich działań Izraela i “wojny z terroryzmem”: ileż to razy prof. Novak jeździł do Watykanu, aby przekonywać papieży, że podjęte właśnie inwazje czy bombardowania to ” wojna sprawiedliwa”?
Przypadek ten przywodzi na myśl inną historię: destrukcyjnej roli odegranej we frankistowskiej Hiszpanii, i nie tylko w niej, przez Opus Dei. Oczywiście, należy uwzględnić proporcje zjawisk: neokonserwatyści katoliccy to niewielka grupa autorów dysponujących kwartalnikiem oraz posadami i grantami od wpływowych think tanków; Opus Dei to potężna kongregacja dysponująca tysiącami zdyscyplinowanych członków i dziesiątkami uniwersytetów, mająca ogromne wpływy w Kościele (i status prałatury personalnej) oraz w świecie polityki, biznesu i kultury. Niemniej, podobieństwa są liczne i uderzające. Skupiam się tu jednak tylko na zewnętrznych aspektach działalności Dzieła – tak w polityce, jak w Kościele – nie zamierzając bynajmniej kwestionować tego, że wielu jego członków prowadzi autentycznie uświęcone życie duchowe.
Założyciel Opus Dei, ks. Josemaría Escrivá de Balaguer zręcznie omotał pobożnego Caudillo oraz szybko zdobył duże poparcie tak w Kościele hiszpańskim, jak w samym Watykanie. Mało kto wówczas dostrzegał, że duchowość i etos promowane w Dziele mają nalot protestancki (kalwinistyczny). Gdy idzie o sprawy wewnątrzhiszpańskie, opusdeistas szybko postawili na “właściwą kartę”: widząc (uzasadnioną) niechęć Franco do hrabiego Barcelony, jako niepoprawnego liberała i demokraty, a ignorując karlistowski legitymizm, stali się gorącymi juancarlistas, podsycając nadzieję Franco, że odpowiednie wychowanie księcia Juana Carlosa zapewni sukcesję w osobie władcy prawdziwie katolickiego. Jaki był tego skutek – gdy znamy już “dorobek” 35 lat panowania Jana Karola I Dzieciobójcy – nie trzeba wyjaśniać. Ich pozycję wzmocnił “cud gospodarczy”, którego autorami byli ministrowie “technokraci” z Opus Dei po 1957 roku: Mariano Navarro Rubio (finanse) i Alberto Ullatres Calvo (handel); Franco cieszył się jak dziecko, że Hiszpanie się bogacą.
Trzeba przyznać, że opusdeistas zwiedli także na pewien czas tradycjonalistów (karlistów). Ich sympatię zyskał zwłaszcza czołowy intelektualista Opus Dei tego okresu – Rafael Calvo Serer (1916-1988), który w 1949 roku opublikował głośną książkę pt. Hiszpania bez problemu. Była ona znakomitą repliką na wydaną rok wcześniej książkę Hiszpania jako problem, której autorem był intelektualista falangistowski – jeszcze niedawno sympatyk hitleryzmu, który miał za złe Franco, że nie przeprowadzi ł rewolucji faszystowskiej – Pedro Laín Entralgo. W książce tej Laín podniósł jedną z ulubionych idei falangistów, tj. przekroczenia podziału na “dwie Hiszpanie”: katolicką, tradycjonalistyczną i monarchistyczną oraz laicką, liberalną i republikańską, proponując – w ramach “polityki wyciągniętej ręki” – aby równouprawnić obie Hiszpanie, jako wspólne dziedzictwo narodowe. Calvo zdecydowanie odrzucił ten fałszywy irenizm, dowodząc, że niepodobna pogodzić “hiszpańskiej ortodoksji” z “hiszpańską heterodoksją” (przeciwstawienie zaczerpnięte od XIX-wiecznego polihistora Marcelina Menendeza Pelayo) i konieczna jest “restauracja” katolickiej Hiszpanii. Tę opcję, nazwaną przez niego “neotradycjonalizmem”, rozwija ł jeszcze w kolejnych pracach, jak Teoria Restauracji (1952), Podchody liberałów i postawa tradycjonalistyczna (1956) i Monarchia ludowa (1957). Calvo Serer założył też miesięcznik Arbor [“Altana”] i wydawnictwo Rialp, w którym ukazały się najważniejsze dzieła karlistów: La Monarquía social y representativa (1953) Rafaela Gambry i La monarquía tradicional (1954) F. Eliasa de Tejady.
Liberalne szydło wyszło z neotradycjonalistycznego worka w latach 60., podczas Soboru Watykańskiego II i po jego zakończeniu. Opus Dei dokonało zwrotu o 180 st., przyjmując doktrynalne nowinkarstwo, na czele z nauką o wolności religijnej, oraz nowy ryt mszy, a ponieważ jego kapłani odprawiali ją “według rubryk” i bez dodatkowych ekstrawagancji, to zyskali reputację “konserwatystów” – choć słuszniej należałoby ich określić mianem “posoborowego High Church”. Wykorzystując wielką zdradę jezuitów, którzy stali się jawną ekspozyturą czerwonej rewolucji, Dzieło zajęło ich dotychczasowe miejsce, jako “wojsko papieża”.
Tę samą linię, co w Kościele, Opus Dei przyjęło w Hiszpanii, rozpoczynając demontaż autorytarnego państwa katolickiego – dokończony przez ich konkurentów, aparatczyków postfalangistowskiego Movimiento, na czele z Adolfo Suarezem Gonzalezem. Przyjęta z inicjatywy opusdeistas Ustawa o wolności religijnej (1967) była pierwszym wyłomem w ortodoksyjnym murze “jedności katolickiej” Hiszpanii. Intelektualiści i politycy związani z Dziełem poszli jeszcze dalej, przechodząc nawet do antyfrankistowskiej “opozycji demokratycznej”. Niedawny neotradycjonalista Calvo Serer i jego przyjaciel Antonio Fontán Pérez (1923-2010) założyli w 1966 roku domagający się demokracji dziennik Madrid, w którym popierali nawet goszystowską rewoltę studencką 1968 roku. Fontán organizował później Partię Demokratyczną, a Calvo Serer wszedł do antyfrankistowskiej koalicji pn. Junta Demokratyczna w towarzystwie i we współpracy z komunistycznym mordercą – głównym sprawcą “hiszpańskiego Katynia” (masakr w Paracuellos de Jarama) – Santiago Carrillo.
Nie ma przeto żadnej wątpliwości, że opusdeistas są jednymi z głównych aktorów “przejścia” (transición) do demokracji liberalnej, parlamentarnej, partiokratycznej i ostatecznie… ateistycznej – z monarchistyczną dekoracją. Już w tejże demokracji politycy związani z Opus Dei za pełną aprobatą swoich duchowych kierowników zasilają wszystkie partie establishmentu: chadeckie, liberalne, socjaldemokratyczne. Działają zatem dokładnie tak samo jak masoneria, “obstawiając” wszystkie opcje, aby umożliwić w razie tarć upragniony “konsens”. “Konserwatystami” są więc jedynie w takim sensie, że konserwują i stabilizują system demoliberalny. Zauważmy, że po śmierci Fontana nie mogła się go dość nachwalić Gazeta Wyborcza: bardzo wymowny (i trafny) artykułu Macieja Stasińskiego: Antonio Fontán, czyli jak być monarchistą i katolikiem, liberałem i demokratą (“GW”, 29 I 2010). Faktycznie, all inclusive!
Podsumujmy: “neokonserwatyści” – ci religijni, bo pozostałymi w ogóle nie ma sobie co zawracać głowy – są kolejnym awatarem tej samej tendencji, którą w XIX wieku reprezentowali “katolicy liberalni”, w XX zaś chadecy, personaliści”, wreszcie Opus Dei, czyli dążenia do pogodzenia Kościoła z Rewolucją, niemożliwej z gruntu syntezy Tradycji katolickiej z protestantyzmem, oświeceniem, liberalizmem i demokracją. Chcą oni zatem dokładnie tego wszystkiego, co zostało uroczyście potępione w 80. tezie Syllabusa papieża Piusa IX. To modernizm w Kościele i demoliberalizm w polityce, panowanie “wolności religijnej” i “praw człowieka” zamiast Społecznego Królestwa Chrystusa. Wkładem własnym neokonów jest jeszcze, co najmniej ocierająca się o herezję, mętna koncepcja “tradycji judeochrześcijańskiej”. W obozie konserwatywno-katolickim są oni więc, czy z tego zdają sobie sprawę, czy nie, “koniem trojańskim”. Trzeba im powiedzieć jasno – ale spokojnie i bez niegodnych wyzwisk, którymi tak bardzo zaśmiecona jest przestrzeń wirtualna – nie mamy ze sobą wspólnej sprawy.”
Autor: prof. Jacek Bartyzel Źródło: Głos Polski – Tygodnik Polonii kanadyjskiej, nr 29-30/2012
Tytuł oryginalny: “Judeochrześcijański neokonserwatyzm” – koń trojański demoliberalizmu.
Zamilczana u nas prawie całkowicie sprawa przekazania poparcia Trumpowi przez RFK Jr. Gdy zapoznamy się z treścią tego przemówienia zrozumiemy dlaczego polskie TV-CIA (TVP, TVN i POLSAT) nie powiedziało ani zdania na jego temat. Bo jest to powiedzenie całej prawdy o Ameryce przechwyconej przez neokonów oraz kompleks militarno-przemysłowy i odgrywającej cyrkową rolę”wzorca demokracji” wobec naiwnego świata. Wbrew pozorom bardzo ciekawy jest obszerny wątek tego, jak własny rząd niszczy własny naród za pomocą ŻYWNOŚCI i LEKÓW. W niewiele mniejszej skali mamy to samo już w Polsce. Zachęcam do spokojnej lektury transkrypcji całości przemówienia RFK Juniora. Jako aneks zamieszczam ważny artykuł prof. J. Bartyzela ” Judeochrześcijański koń trojański u bram zachodniej cywilizacji”. Obydwa teksty są obszerne proponuję więc podzielić sobie lekturę mojej notki na dwa etapy.
[tekst Bartyzela daję oddzielnie. MD]
==========================
Przepraszam, że kazałem wszystkim czekać. 16 miesięcy temu, w kwietniu 2023 r., rozpocząłem kampanię na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Rozpocząłem tę podróż jako demokrata, z partii mojego ojca, mojego stryja, partii, której przysiągłem wierność na długo przed osiągnięciem wieku, w którym mogłem głosować.
Uczestniczyłem w swojej pierwszej konwencji Demokratów w wieku sześciu lat w 1960 roku. Wtedy Demokraci byli obrońcami Konstytucji i praw obywatelskich. Demokraci sprzeciwiali się autorytaryzmowi, cenzurze, kolonializmowi, imperializmowi i niesprawiedliwym wojnom. Byliśmy partią pracy, klasy robotniczej. Demokraci byli partią przejrzystości rządu i obrońcą środowiska. Nasza partia była bastionem przeciwko interesom wielkich pieniędzy i władzy korporacji. Wierna swojej nazwie, była partią demokracji.
Dlatego opuściłem tę partię w październiku, ponieważ tak dramatycznie odeszła od podstawowych wartości, z którymi dorastałem. Stała się partią wojny, cenzury, korupcji, Big Pharmy, Big Tech, Big Ag i Big Money.
Kiedy porzucono demokrację, odwołując prawybory, aby ukryć upadek funkcji poznawczych urzędującego prezydenta, opuściłem partię, aby kandydować jako kandydat niezależny. Główny nurt amerykańskiej polityki i dziennikarstwa wyśmiał moją decyzję. Konwencjonalna mądrość głosiła, że nawet wejście na listę kandydatów niezależnych będzie niemożliwe, ponieważ każdy stan stwarza nieprzezwyciężalny gąszcz arbitralnych zasad zbierania podpisów. Potrzebowałbym ponad miliona podpisów, czego żaden kandydat na prezydenta w historii nigdy nie osiągnął. A potem potrzebowałbym zespołu prawników i milionów dolarów, aby poradzić sobie ze wszystkimi wyzwaniami prawnymi ze strony DNC. Malkontenci mówili nam, że wspinamy się na szklaną wersję Góry Niemożliwej!
Więc pierwszą rzeczą, którą chcę wam powiedzieć, jest to, że udowodniliśmy im, że się mylą! Zrobiliśmy to, ponieważ pod radarem głównych organów medialnych zainspirowaliśmy ogromny niezależny ruch polityczny. Ponad 100 000 wolontariuszy rzuciło się do akcji, mając nadzieję, że uda im się odwrócić upadek naszego narodu. Wielu pracowało po dziesięć godzin dziennie, czasami w zamieciach i palącym upale. Poświęcali czas dla rodziny, zobowiązania osobiste i sen. Miesiące po miesiącach, naładowani wspólną wizją narodu uzdrowionego z podziałów.
Rozstawiali stoły w kościołach i na targach rolniczych. Chodzili od drzwi do drzwi. W Utah i New Hampshire wolontariusze zbierali podpisy podczas śnieżyc, przekonując każdego zwolennika, by zatrzymał się w mroźnym zimnie, zdjął rękawiczki i podpisał się czytelnie. Podczas fali upałów w Nevadzie spotkałem wysokiego, wysportowanego wolontariusza, który radośnie powiedział mi, że schudł 25 funtów, zbierając podpisy w nienośnym upale.
Aby sfinansować ten wysiłek, młodzi Amerykanie przekazali pieniądze na lunch, a seniorzy zrezygnowali ze swojej pomocy społecznej, swoich czeków Social Security. Nasza organizacja 50 stanów zebrała te miliony podpisów i więcej. Żadna kampania prezydencka w historii amerykańskiej polityki nigdy tego nie zrobiła.
Chcę więc podziękować wszystkim tym oddanym wolontariuszom i pogratulować personelowi kampanii, który koordynował to ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Wasze osiągnięcia uznano za niemożliwe! Wnieśliście mnie na tę szklaną górę. Dokonaliście cudu. Dokonaliście tego, co wszyscy eksperci twierdzili, że nigdy nie będzie możliwe. Jestes wam najgłębiej wdzięczny! I nigdy tego nie zapomnę. Nie tylko za to, co zrobiliście dla mojej kampanii, ale za poświęcenia, których dokonaliście, ponieważ kochacie nasz kraj.
Pokazaliście wszystkim, że demokracja jest tu nadal możliwa. Nadal przetrwała w prasie i w idealistycznych działaniach ludzkich, które wciąż kwitną pod płótnem zaniedbania i oficjalnej i instytucjonalnej korupcji.
Dzisiaj jestem tutaj, aby powiedzieć wam, że nie pozwolę, aby wasze wysiłki poszły na marne. Jestem tutaj, aby powiedzieć wam, że wykorzystam wasze ogromne osiągnięcia, aby służyć ideałom, które dzielimy, ideałom pokoju, dobrobytu, wolności, zdrowia. Wszystkim ideałom, które motywowały moją kampanię.
Jestem tu dzisiaj, aby opisać drogę, którą otwarliście dzięki swojemu zaangażowaniu i ciężkiej pracy.
Teraz, w uczciwym systemie, wierzę, że wygrałbym wybory. W systemie, w którym mój ojciec i mój stryj dobrze się czuli, jest to system z otwartymi debatami, uczciwymi prawyborami, regularnie zaplanowanymi debatami, uczciwymi prawyborami i prawdziwie niezależnymi mediami, nieskażonymi rządową propagandą i cenzurą, w systemie bezpartyjnych sądów i komisji wyborczych wszystko byłoby inaczej.
W końcu sondaże stale pokazywały, że pokonuję wszystkich pozostałych kandydatów, zarówno w rankingu popularności, jak i w bezpośrednich pojedynkach.
Niestety, muszę powiedzieć, że choć demokracja wciąż żyje u podstaw, stała się już niewiele więcej niż sloganem naszych instytucji politycznych, naszych mediów, naszego rządu i, co najsmutniejsze, dla mnie, Partii Demokratycznej.
W imię ratowania demokracji Partia Demokratyczna przystąpiła do jej demontażu. Nie mając pewności co do swojego kandydata, że mógłby wygrać w uczciwych wyborach w lokalu wyborczym, DNC prowadziła nieustanną wojnę prawną zarówno z prezydentem Trumpem, jak i ze mną.
Za każdym razem, gdy nasi wolontariusze oddawali te ogromne pudła podpisów potrzebnych do umieszczenia na karcie do głosowania, DNC wciągało nas do sądu, stan po stanie, próbując wymazać ich pracę i podważyć wolę wyborców, którzy złożyli podpisy. Wysyłało sędziów popierających DNC, aby wyrzucić mnie i innych kandydatów z karty do głosowania i wsadzić prezydenta Trumpa do więzienia.
Przeprowadzili pozorowane prawybory, które zostały ustawione, aby zapobiec poważnemu wyzwaniu dla prezydenta Bidena. Następnie, gdy przewidywalnie nieudolny występ w debacie przyspieszył zamach stanu przeciwko prezydentowi Bidenowi, ci sami tajemniczy agenci DNC wyznaczyli jego następcę, również bez wyborów. Zainstalowali kandydatkę, która była tak niepopularna wśród wyborców, że wycofała się w 2020 r., nie zdobywając ani jednego delegata.
Mój stryj i mój ojciec obaj uwielbiali debaty. Byli dumni ze swojej zdolności do stawienia czoła każdemu przeciwnikowi w walce o idee. Byliby zdumieni, gdyby dowiedzieli się o kandydacie Partii Demokratycznej na prezydenta, który, podobnie jak wiceprezydent Harris, nie pojawił się w ani jednym wywiadzie ani nie wziął udziału w spotkaniu z wyborcami przez 35 dni. To jest głęboko niedemokratyczne! Jak ludzie mają wybierać, skoro nie wiedzą, kogo wybierają? I jak to może wyglądać w oczach reszty świata?
Mój ojciec i mój stryj zawsze byli świadomi wizerunku Ameryki za granicą ze względu na rolę naszego narodu jako szablonu demokracji, wzoru do naśladowania dla procesów demokratycznych i przywódcy wolnego świata. Zamiast pokazać nam jej istotę i charakter, DNC i jego medialne organy wykreowały wzrost popularności wiceprezydent Harris na podstawie niczego! Żadnego programu, żadnych wywiadów, żadnych debat. Tylko dym, lustra i balony w chicagowskim cyrku. Tam, w Chicago, szereg demokratycznych mówców wspomniało Donalda Trumpa 147 razy tylko pierwszego dnia. Kto potrzebuje polityki, kiedy masz Trumpa do znienawidzenia?
Natomiast na konwencji RNC prezydent Biden został wymieniony tylko dwa razy w ciągu czterech dni. Przeprowadzam wywiady każdego dnia. Wielu z was przeprowadziło ze mną wywiad. Każdy, kto poprosi, może przeprowadzić ze mną wywiad. Są dni, kiedy udzielam nawet dziesięciu wywiadów.
Prezydent Trump, który faktycznie został nominowany i wygrał wybory, również udziela wywiadów codziennie. Jak Partia Demokratyczna wybrała kandydata, który nigdy nie udzielił wywiadu ani nie debatował przez cały cykl wyborczy? Znamy odpowiedzi. Zrobili to, wykorzystując agencje rządowe jako broń. Zrobili to, porzucając demokrację. Zrobili to, pozywając opozycję i pozbawiając praw wyborczych amerykańskich wyborców.
Najbardziej niepokoi mnie nie to, jak Partia Demokratyczna prowadzi swoje sprawy wewnętrzne lub jak prowadzi swoich kandydatów. Niepokoi mnie uciekanie się do cenzury i kontroli mediów oraz uzbrajanie agencji federalnych. Kiedy prezydent USA współpracuje lub wręcz zmusza firmy medialne do cenzurowania wypowiedzi politycznych, jest to atak na nasze najświętsze prawo do wolności słowa. I to jest właśnie prawo, na którym opierają się wszystkie nasze prawa konstytucyjne.
Prezydent Biden wyśmiał 88-procentowe zwycięstwo Władimira Putina w wyborach w Rosji, zauważając, że Putin i jego partia kontrolują rosyjską prasę i że Putin uniemożliwia poważnym przeciwnikom pojawienie się na kartach do głosowania.
Ale tutaj w Ameryce, DNC również uniemożliwiło przeciwnikom pojawienie się na karcie do głosowania. A nasze sieci telewizyjne ujawniły się jako organy Partii Demokratycznej w ciągu ponad roku kampanii, w której moje wyniki w sondażach sięgały czasami wysokich dwudziestek, a główne sieci medialne sprzymierzone z DNC utrzymują niemal idealne embargo na wywiady ze mną.
Podczas swojej dziesięciomiesięcznej kampanii prezydenckiej w 1992 r. Ross Perot udzielił 34 wywiadów w głównych sieciach. Natomiast w ciągu 16 miesięcy od czasu, gdy oświadczyłem, że ABC, NBC, CBS, MSNBC i CNN razem wzięte przeprowadziły tylko dwa wywiadów na żywo ze mną, te sieci zamiast tego wyemitowały nieprzerwany potop materiałów z niedokładnymi, często obrzydliwymi, pejoratywnymi i zniesławiającymi oszczerstwami. Niektóre z tych samych sieci zmówiły się z DNC, aby trzymać mnie z dala od sceny debaty.
Przedstawiciele tych sieci są teraz w tym pokoju, więc chciałbym poświęcić chwilę, by poprosić was o zastanowienie się nad licznymi sposobami, w jakie wasze instytucje zrzekły się tej naprawdę świętej odpowiedzialności, obowiązku wolnej prasy, jakim jest ochrona demokracji i nieustanne kwestionowanie partii sprawującej władzę.
Zamiast utrzymywać postawę zaciekłego sceptycyzmu wobec władzy, wasze instytucje stały się tubami rządowymi i stenografami organów władzy. Nie tylko wy spowodowaliście decentralizację amerykańskiej demokracji, ale mogliście jej zapobiec. Cenzura mediów społecznościowych przez Partię Demokratyczną była jeszcze bardziej nagim wykonywaniem władzy wykonawczej.
W tym tygodniu sędzia federalny Terry Doughty podtrzymał mój nakaz sądowy przeciwko prezydentowi Bidenowi, nazywając projekt cenzury Białego Domu cytatem:
„Najbardziej rażące naruszenie Pierwszej Poprawki w historii Stanów Zjednoczonych Ameryki!”
Poprzednia 155-stronicowa decyzja Doughty’ego szczegółowo opisuje, jak zaledwie 37 godzin po złożeniu przysięgi urzędowej, w której przysięgał przestrzegać Konstytucji, prezydent Biden i Biały Dom otworzyli portal i zaprosili CIA, FBI, FISA, która jest agencją cenzury – jest w centrum przemysłowego kompleksu cenzury – DHS, IRS i inne agencje do cenzurowania mnie i innych dysydentów politycznych w mediach społecznościowych.
Nawet dziś użytkownicy, którzy próbują publikować moje filmy kampanijne na Facebooku lub YouTube, otrzymują wiadomości, że ta treść narusza standardy społeczności. Dwa dni po tym, jak sędzia Doughty wydał decyzję w tym tygodniu, Facebook nadal dołączał etykiety ostrzegawcze do petycji online wzywającej ABC do uwzględnienia mnie w nadchodzącej debacie. Powiedzieli, że narusza to standardy społeczności.
Media głównego nurtu były kiedyś strażnikiem Pierwszej Poprawki i zasad demokratycznych i dołączyły do tego systemowego ataku na demokrację. Media również uzasadniają swoją cenzurę walką z dezinformacją. Ale rządy i ciemiężyciele nie cenzurują kłamstw. Oni się nie boją kłamstw. Oni boją się prawdy! I to właśnie cenzurują.
I nie chcę, żeby cokolwiek z tego zabrzmiało jak osobista skarga, ponieważ dla mnie nią nie jest, to wszystko jest częścią podróży, a to podróż, na którą się zapisałem. Ale muszę poczynić te obserwacje, ponieważ myślę, że są one kluczowe dla nas, aby robić to, co musimy zrobić jako obywatele demokracji, aby ocenić, gdzie jesteśmy w tym kraju i jak nadal wygląda nasza demokracja, a także założenia dotyczące naszego przywództwa na całym świecie. I czy żyjemy, czy naprawdę nadal jesteśmy w kraju będącym wzorem demokracji? Czy też uczyniliśmy z demokracji rodzaj żartu?
[15:58]
Oto dobra wiadomość. Podczas gdy główne media odmówiły mi krytycznej platformy, nie zamknęły moich pomysłów, które szczególnie rozkwitły wśród młodych wyborców i wyborców niezależnych, dzięki alternatywnym mediom. Wiele miesięcy temu obiecałem Amerykanom, że wycofam się z wyścigu, jeśli stanę się „spoilerem ”. Spoiler to ktoś, kto zmieni wynik wyborów, ale nie ma szans na wygraną. W głębi serca nie wierzę już, że mam realne szanse na zwycięstwo wyborcze w obliczu tej nieustępliwej, systematycznej cenzury i kontroli mediów.
Dlatego nie mogę w dobrej wierze prosić moich pracowników i wolontariuszy, aby nadal pracowali po godzinach, ani prosić moich darczyńców, aby nadal przekazywali darowizny, skoro nie mogę im szczerze powiedzieć, że mam realną drogę do Białego Domu.
Co więcej, nasze sondaże konsekwentnie wykazywały, że gdybym pozostał na liście kandydatów w stanach kluczowych, prawdopodobnie oddałbym wybory Demokratom, z którymi nie zgadzam się w najbardziej egzystencjalnych kwestiach: cenzurze, wojnie i przewlekłych chorobach.
Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że nie kończę swojej kampanii. Po prostu ją zawieszam. A nie kończę. Moje nazwisko pozostanie na karcie do głosowania w większości stanów. Jeśli mieszkasz w stanie niebieskim, możesz na mnie głosować, nie szkodząc ani nie pomagając prezydentowi Trumpowi lub wiceprezydent Harris. W stanach czerwonych będzie to samo. Zachęcam was do głosowania na mnie. A jeśli wystarczająco dużo z was na mnie zagłosuje, to żaden z głównych kandydatów partii nie zdobędzie 270 głosów, co jest całkiem możliwe. W rzeczywistości nasze dzisiejsze sondaże pokazują remis 269 do 269. I prawdopodobnie nadal mógłbym trafić do Białego Domu w wyborach warunkowych.
Ale w około dziesięciu stanach, w których moja obecność byłaby spoilerem, zamierzam usunąć swoje nazwisko i już rozpocząłem ten proces i namawiałem wyborców, aby na mnie nie głosowali. Z poczuciem zwycięstwa, a nie porażki, zawieszam swoją działalność kampanijną. Nie tylko dokonaliśmy niemożliwego, zbierając milion podpisów, ale zmieniliśmy na zawsze krajową dyskusję polityczną.
Przewlekła choroba, zniszczenie wolnośi słowa, korupcja rządowa, zerwanie z naszym uzależnieniem od wojny znalazły się w centrum polityki, w centrum uwagi. Mogę powiedzieć wszystkim, którzy tak ciężko pracowali przez ostatnie półtora roku, dziękuję za dobrze wykonaną pracę! Trzy wielkie sprawy skłoniły mnie do wzięcia udziału w tym wyścigu przede wszystkim, i to są główne przyczyny, które przekonały mnie do opuszczenia Partii Demokratycznej i kandydowania jako kandydat niezależny. A teraz, do wyrazżenia swego poparcia prezydentowi Trumpowi.
Przyczynami były wolność słowa, wojna na Ukrainie i wojna z naszymi dziećmi.
Opisałem już niektóre moje osobiste doświadczenia i zmagania z kompleksem przemysłowym i cenzurą rządową.
Chcę powiedzieć słowo o wojnie na Ukrainie.
Kompleks militarno-przemysłowy dostarczył nam znanego komiksowego uzasadnienia, jak to robią w przypadku każdej wojny, że ta jest szlachetnym wysiłkiem, aby powstrzymać superzłoczyńcę,
Władimira Putina, przed inwazją na Ukrainę, a następnie udaremnić jego marsz w stylu Hitlera przez Europę.
W rzeczywistości maleńka Ukraina jest pełnomocnikiem w geopolitycznej walce zainicjowanej przez ambicje USA (((neocons))), lub amerykańskiej globalnej hegemonii. Nie usprawiedliwiam Putina za inwazję na Ukrainę. Miał inne opcje. Wojna jest przewidywalną odpowiedzią Rosji na lekkomyślny (((neocon))) projekt rozszerzenia NATO w celu otoczenia Rosji. Wrogi akt!
Łatwowierne media rzadko tłumaczyły Amerykanom, że jednostronnie odstąpiliśmy od dwóch traktatów o broni jądrowej z Rosją, a następnie umieściliśmy systemy rakietowe Aegis w Rumunii i Polsce. To wrogi akt! I że Biały Dom Bidena wielokrotnie odrzucał ofertę Rosji, aby pokojowo zakończyć tę wojnę. Wojna na Ukrainie rozpoczęła się w 2014 r., kiedy amerykańskie agencje obaliły demokratycznie wybrany rząd Ukrainy i zainstalowały starannie wybrany prozachodni rząd, który rozpoczął śmiertelną wojnę domową przeciwko etnicznym Rosjanom na Ukrainie.
W 2019 roku Ameryka wycofała się z traktatu pokojowego, Porozumienia Mińskiego, wynegocjowanego między Rosją a Ukrainą przez państwa europejskie.
A potem w kwietniu 2022 roku chcieliśmy wojny. W kwietniu 2022 roku prezydent Biden wysłał Borisa Johnsona na Ukrainę, aby zmusić prezydenta Zełenskiego do zerwania porozumienia pokojowego, które on i Rosjanie już podpisali, a Rosjanie wycofywali wojska z Donbasu i Ługańska. A to porozumienie pokojowe przyniosłoby pokój w regionie i pozwoliłoby Donbasowi i Ługańskowi pozostać częścią Ukrainy. Prezydent Biden oświadczył w tym miesiącu, że:
„Jego celem w wojnie była zmiana reżimu w Rosji”.
Jego sekretarz obrony, Lloyd Austin, jednocześnie wyjaśnił:
„Celem Ameryki w wojnie było wyczerpanie armii rosyjskiej i osłabienie jej zdolności do walki w każdym innym miejscu na świecie”.
Te cele, oczywiście, nie mają nic wspólnego z tym, co mówili Amerykanom o ochronie suwerenności Ukrainy. Ukraina jest ofiarą w tej wojnie i jest ofiarą Zachodu.
Od tego czasu rozrywamy tę umowę, zmuszając Zełenskiego do zerwania umowy. Zmarnowaliśmy kwiat ukraińskiej młodzieży. Aż 600 000 ukraińskich dzieci i ponad 100 000 rosyjskich zginęło. A infrastruktura Ukrainy jest zniszczona.
Wojna była katastrofą również dla naszego kraju. Roztrwoniliśmy już prawie 200 miliardów dolarów, a są to bardzo potrzebne dolary w naszych społecznościach, cierpiących społecznościach w całym kraju.
Sabotaż gazociągu Nord Stream i sankcje zniszczyły europejską bazę przemysłową, która stanowiła bastion bezpieczeństwa narodowego USA. Silne Niemcy z silnym przemysłem są o wiele, wiele silniejszym środkiem odstraszającym Rosję niż Niemcy zdeindustrializowane i przekształcone w przedłużenie amerykańskiej bazy wojskowej.
[23:41]
Wpychamy Rosję w katastrofalny sojusz z Chinami i Iranem. Jesteśmy bliżej krawędzi wymiany nuklearnej niż kiedykolwiek od 1962 r. A (((neocons))) i Biały Dom wcale się tym nie przejmuje!
Nasz autorytet moralny i gospodarka są w rozsypce. A wojna dała początek BRICS, które teraz zagrażają zastąpieniem dolara jako globalnej waluty rezerwowej. To katastrofa pierwszej klasy dla naszego kraju!
Sądząc po jej wojowniczym, agresywnym przemówieniu wygłoszonym wczoraj wieczorem w Chicago, możemy założyć, że prezydent Harris będzie entuzjastyczną zwolenniczką tej i innych (((neokonserwatywnych))) awantur militarnych.
A prezydent Trump mówi, że wznowi negocjacje z prezydentem Putinem i zakończy wojnę z dnia na dzień, jak tylko zostanie prezydentem. Już samo to uzasadniałoby moje poparcie dla jego kampanii.
Latem ubiegłego roku wyglądało na to, że żaden z kandydatów nie będzie skłonny do negocjacji mających na celu szybkie zakończenie wojny na Ukrainie, opanowanie epidemii chorób przewlekłych, ochronę wolności słowa i naszych swobód konstytucyjnych, oczyszczenie naszego rządu z wpływów korporacji ani do przeciwstawienia się (((neokonserwatystom))) i ich planom niekończących się awantur militarnych.
Ale teraz jeden z dwóch kandydatów przyjął te kwestie jako swoje własne, do tego stopnia, że poprosił o włączenie mnie do swojej administracji. Mówię oczywiście o Donaldzie Trumpie. Mniej niż 2 godziny po tym, jak prezydent Trump cudem uniknął zamachu, Calley Means zadzwonił do mnie na komórkę. Byłem wtedy w Las Vegas. Calley jest prawdopodobnie głównym orędownikiem bezpieczeństwa żywności, regeneracji gleby i zakończenia epidemii chorób przewlekłych, która niszczy zdrowie Ameryki i rujnuje naszą gospodarkę.
Calley ujawnił podstępną korupcję w FDA, NIH, HHS i USDA, która spowodowała epidemię korupcji. Calley pracował w mojej kampanii, doradzając mi w tych kwestiach od samego początku, a te kwestie były moim głównym celem przez ostatnie 20 lat. Byłem zachwycony, gdy Calley powiedział mi tego dnia, że doradzał również prezydentowi Trumpowi.
Powiedział mi, że prezydent Trump chętnie porozmawia ze mną o przewlekłych chorobach i innych tematach, a także zbada możliwości współpracy. Zapytał, czy odbiorę telefon od prezydenta. Prezydent Trump zadzwonił do mnie kilka minut później i spotkałem się z nim następnego dnia.
Kilka tygodni później spotkałem się ponownie z prezydentem Trumpem, członkami jego rodziny i bliskimi doradcami na Florydzie. Podczas serii długich, intensywnych dyskusji byłem zaskoczony, odkrywając, że jesteśmy zgodni w wielu kluczowych kwestiach. Podczas tych spotkań zasugerował, abyśmy połączyli siły jako partia jedności. Rozmawialiśmy o zespole rywali Abrahama Lincolna. Taki układ pozwoliłby nam nie zgadzać się publicznie i prywatnie, a jeśli zajdzie taka potrzeba, zaciekle w kwestiach, w których się różnimy, jednocześnie pracując razem nad kwestiami egzystencjalnymi, co do których jesteśmy zgodni.
Byłem zaciekłym krytykiem wielu polityk jego pierwszej administracji i nadal istnieją kwestie i podejścia, co do których nadal mamy bardzo poważne różnice zdań.
Ale jesteśmy zgodni w innych kluczowych kwestiach, takich jak zakończenie niekończących się wojen, położenie kresu epidemii chorób dziecięcych, zabezpieczenie granic, ochrona wolności słowa, ujawnienie korporacyjnego przejęcia naszych agencji regulacyjnych, odsunięcie amerykańskich agencji wywiadowczych od propagandy, cenzurowania i inwigilowania Amerykanów, a także ingerowania w nasze wybory.
Po mojej pierwszej rozmowie z prezydentem Trumpem bezskutecznie próbowałem rozpocząć podobne dyskusje z wiceprezydent Harris. Wiceprezydent Harris odmówiła spotkania się ze mną, a nawet rozmowy ze mną.
Zawieszenie mojej kandydatury jest dla mnie decyzją rozdzierającą serce i jestem przekonany, że jest to najlepsza nadzieja na zakończenie wojny na Ukrainie i zakończenie epidemii chorób przewlekłych, które niszczą witalność naszego narodu od środka. I wreszcie na ochronę wolności słowa.
Czuję moralny obowiązek wykorzystania tej okazji, aby uratować miliony amerykańskich dzieci ponad wszystko. W przypadku, gdyby niektórzy z was nie zdawali sobie sprawy, jak poważny jest stan zdrowia naszych dzieci i przewlekłych chorób w ogóle, chciałbym was zachęcić do obejrzenia niedawnego wywiadu doktora Carlsona z Calley Means i jego siostrą, doktor Casey Means, która jest najlepszą absolwentką swojej klasy w Stanford Medical School. Jest to problem, który dotyczy nas wszystkich o wiele bardziej bezpośrednio i pilnie niż jakikolwiek problem wojny kulturowej i wszystkie inne problemy, którymi się przejmujemy i które rozdzierają nasz kraj. To jest najważniejszy problem!
Dlatego ma potencjał, żeby nas zjednoczyć.
Więc pozwólcie, że podzielę się z wami kilkoma informacjami, dlaczego uważam, że jest to tak pilne. Dzisiaj wydajemy na opiekę zdrowotną więcej niż jakikolwiek inny kraj na świecie, dwa razy więcej niż w Europie.
A jednak mamy najgorsze wyniki zdrowotne ze wszystkich narodów na świecie. Jesteśmy na 79. miejscu pod względem wyników zdrowotnych za Kostaryką, Nikaraguą, Mongolią i innymi krajami. Nikt nie ma takiego obciążenia chorobami przewlekłymi jak my.
A podczas epidemii Covid mieliśmy najwyższą liczbę zgonów ze wszystkich krajów na świecie. Mieliśmy 16% zgonów z powodu Covid. I mamy tylko 4,2% światowej populacji. A CDC mówi, że to dlatego, że jesteśmy najbardziej chorymi ludźmi na Ziemi. Mamy najwyższy wskaźnik chorób przewlekłych na Ziemi. A przeciętny Amerykanin, który zmarł z powodu Covid, miał 3,8 chorób przewlekłych.
Więc to byli ludzie, którzy mieli załamanie układu odpornościowego, którzy mieli dysfunkcję mitochondriów. I żaden inny kraj nie ma czegoś takiego.W Ameryce 74% Amerykanów ma
Dwie trzecie dorosłych i dzieci w Ameryce cierpi na przewlekłe problemy zdrowotne. 50 lat temu liczba ta wynosiła mniej niż 1%. Przeszliśmy z 1% do 66%. W Ameryce 74% Amerykanów ma teraz nadwagę lub jest otyłych i 50% naszych dzieci. 120 lat temu, gdy ktoś był otyły, wysyłano go do cyrku. Dosłownie, sporządzano raporty przypadków na jego temat. Otyłość była prawie nieznana.
[31:06]
W Japonii wskaźnik otyłości wśród dzieci wynosi 3% w porównaniu do 50% rocznie. Połowa Amerykanów ma stan przedcukrzycowy lub cukrzycę typu 2. Kiedy mój stryj był prezydentem, byłem chłopcem. Cukrzyca młodzieńcza praktycznie nie istniała. Typowy pediatra widziałby jeden przypadek cukrzycy w ciągu całej swojej kariery, 40- lub 50-letniej kariery. Obecnie jedno na troje dzieci, które przekracza próg jego gabinetu, jest cukrzykiem lub ma stan przedcukrzycowy. A zaburzenia mitochondrialne spowodowały cukrzycę, powodując również chorobę Alzheimera, która jest obecnie klasyfikowana jako cukrzyca. I kosztuje to ten kraj więcej niż nasz budżet wojskowy każdego roku.
Nastąpiła eksplozja chorób neurologicznych, których nigdy nie widziałem jako dziecko. ADD, ADHD, opóźnienie mowy, opóźnienie języka, zespół Tourette’a, narkolepsja, ASD, zespół Aspergera, autyzm.
W roku 2000 wskaźnik autyzmu wynosił jeden na 1500. Obecnie wskaźniki autyzmu u dzieci wynoszą jeden na 36, według CDC, w skali kraju. Nikt o tym nie mówi. Jedno na 22 dzieci w Kalifornii ma autyzm. I to jest kryzys, że 77% naszych dzieci jest zbyt niepełnosprawnych, aby służyć w armii Stanów Zjednoczonych.
Co dzieje się z naszym krajem? I dlaczego nie jest to na pierwszych stronach gazet każdego dnia? Nikt inny na świecie tego nie doświadcza. To dzieje się tylko w Ameryce!Co dzieje się z naszym krajem? I dlaczego nie jest to na
Około 18%, a swoją drogą, wiesz, nie było żadnej zmiany w diagnozie, co branża czasami lubi mówić. Nie było żadnej zmiany w badaniach przesiewowych. To jest zmiana w zapadalności. W moim pokoleniu, 70-letnich mężczyznach, szanse i wskaźniki wynoszą około jeden na 10 000. A w pokoleniu moich dzieci, jeden na 34. Powtórzę w Kalifornii, jeden na 22!
Dlaczego pozwalamy, aby to się działo? Dlaczego pozwalamy, aby to przytrafiało się naszym dzieciom? To są najcenniejsze aktywa, jakie mamy w tym kraju. Jak możemy pozwolić, aby to się im przytrafiło?
Około 18% amerykańskich nastolatków ma teraz stłuszczenie wątroby. To około jeden na pięciu. Ta choroba, gdy byłem dzieckiem, dotykała tylko alkoholików w późnym stadium, którzy byli starsi.
Zachorowalność na raka gwałtownie rośnie wśród młodych i starych. Zachorowalność na raka wśród młodych dorosłych wzrosła o 79%. Jedna na cztery Amerykanki przyjmuje leki przeciwdepresyjne. 40% nastolatków ma zdiagnozowane problemy ze zdrowiem psychicznym. A 15% uczniów szkół średnich przyjmuje Adderall. A pół miliona dzieci przyjmuje SSRI.
Co więc powoduje to cierpienie? Wymienię dwóch winowajców.
Pierwszym i najgorszym jest żywność ultra-przetworzona. Około 70% diety amerykańskich dzieci jest ultra-przetworzona. Oznacza to, że jest produkowana przemysłowo, w fabryce. Ta żywność składa się głównie z przetworzonego cukru, ultra-przetworzonych ziaren i olejów z nasion.
Naukowcy laboratoryjni, z których wielu pracowało wcześniej dla przemysłu tytoniowego, który w latach 70. i 80. wykupił wszystkie duże firmy spożywcze, wysłali tysiące naukowców, aby odkryli substancje chemiczne, nowe substancje chemiczne, które uczynią żywność bardziej uzależniającą. A te składniki nie istniały 100 lat temu.
Hej, ludzie nie są biologicznie przystosowani do tego, co jedzą. Setki tych chemikaliów są teraz zakazane w Europie, ale wszechobecne w amerykańskiej przetworzonej żywności.
Drugim winowajcą są toksyczne substancje chemiczne w naszym jedzeniu, lekach i środowisku.Pestycydy, dodatki do żywności, leki farmaceutyczne i toksyczne odpady przenikają każdą komórkę naszego ciała. Ten atak na komórki i hormony naszych dzieci jest nieustępliwy! Aby wymienić tylko jeden problem. Wiele z tych substancji chemicznych zwiększa poziom estrogenu. Ponieważ małe dzieci przyjmują tak wiele z tych substancji zaburzających gospodarkę hormonalną, wskaźnik dojrzewania w Ameryce występuje obecnie w wieku od dziesięciu do trzynastu lat, co jest sześć lat wcześniej niż dziewczęta osiągały dojrzałość w 1900 roku. Nasz kraj ma najwcześniejsze wskaźniki dojrzewania na każdym kontynencie na Ziemi. I nie, nie jest to spowodowane lepszym odżywianiem. To nie jest normalne!
Rak piersi jest również napędzany estrogenem i obecnie dotyka jedną na osiem kobiet. Masowo zatruwamy wszystkie nasze dzieci i dorosłych!
Biorąc pod uwagę tragiczną ludzką przyczynę tej tragicznej epidemii chorób przewlekłych, wydaje się niemal niegrzeczne wspominać o szkodach, jakie wyrządza naszej gospodarce. Ale powiem, że paraliżuje finanse kraju. Kiedy mój stryj był prezydentem naszego kraju, nie wydał ani jednego dolara na choroby przewlekłe. Obecnie rządowe wydatki na opiekę zdrowotną są niemal w całości przeznaczane na choroby przewlekłe. I jest to dwukrotność budżetu wojskowego, a także najszybciej rosnąca pozycja budżetowa w budżecie federalnym.
Przewlekłe choroby kosztują więcej dla gospodarki jako całości, kosztują co najmniej 4 biliony dolarów. Pięć razy więcej niż nasz budżet wojskowy. I to stanowi 20% obciążenia dla wszystkiego, co robimy i do czego dążymy. Więcej cierpią społeczności mniejszościowe. Ludzie, którzy martwią się o DEI [Różnorodność, Równość i Włączenie] lub o jakąkolwiek nietolerancję, przyćmiewają wszystko! Zatruwamy biednych! Systematycznie zatruwamy mniejszości w całym kraju!
Lobbyści branżowi zadbali o to, aby większość programu obiadów w ramach bonów żywnościowych, około 70% bonów żywnościowych i 70 lub 77% szkolnych obiadów to przetworzona żywność. Nie ma żadnych warzyw, nie ma niczego, co chciałbyś zjeść. Po prostu zatruwamy biednych obywateli. I dlatego mają najwyższy ciężar przewlekłych chorób ze wszystkich, jakiejkolwiek grupy demograficznej w naszym kraju i najwyższy na świecie.
Ten sam przemysł spożywczy lobbował, aby upewnić się, że niemal wszystkie dotacje rolnicze trafiają do upraw towarowych, które są surowcem dla przemysłu przetwórstwa spożywczego. Te polityki niszczą małe gospodarstwa i niszczą nasze gleby.
Wydajemy, jak sądzę, około osiem razy więcej dotacji na tytoń niż na owoce i warzywa. To nie ma sensu, jeśli chcemy zdrowego kraju.
Dobra wiadomość jest taka, że możemy to wszystko zmienić! Możemy to zmienić bardzo, bardzo szybko. Ameryka może znów stać się zdrowa. Aby to zrobić, musimy zrobić trzy rzeczy.
Po pierwsze, musimy wykorzenić korupcję w naszych instytucjach ochrony zdrowia.
Po drugie, musimy zmienić bodźce w naszym systemie opieki zdrowotnej.
Po trzecie, musimy zainspirować Amerykanów, by znów zaczęli dbać o swoje zdrowie.
80% dotacji NIH trafia do osób, które mają konflikt interesów. To są ludzie, praktycznie każdy, kto siedzi, … Joe Biden właśnie mianował nowy panel NIH, który będzie decydował o zaleceniach żywieniowych. I wszyscy oni są ludźmi z branży! Wszyscy oni są ludźmi z firm przetwórstwa żywności. Decydują, co Amerykanie tutaj są zdrowi. A zalecenia dotyczące piramidy żywieniowej i tego, co trafia do naszych programów szkolnych obiadów, które trafiają do programu [niejasne słowo] , programów kuponów żywnościowych, to wszystko skorumpowane i skonfliktowane osoby.
Te agencje, FDA, USDA i CDC, wszystkie są kontrolowane przez gigantyczne korporacje nastawione na zysk! 75% funduszy FDA nie pochodzi od podatników, pochodzi od Pharma. A dyrektorzy, konsultanci i lobbyści Pharma cyklicznie wchodzą i wychodzą z tych agencji.
Dzięki wsparciu prezydenta Trumpa zamierzam to zmienić. Zatrudnimy w tych agencjach uczciwych naukowców i lekarzy, którzy nie będą finansowani przez przemysł. Zadbamy o to, aby decyzje konsumentów, lekarzy i pacjentów były podejmowane na podstawie bezstronnej nauki.
Chore dziecko to najlepsza rzecz dla przemysłu farmaceutycznego. Kiedy amerykańskie dzieci lub dorośli zachorują na przewlekłą chorobę, przepisuje się im leki na całe życie. Wyobraź sobie, co się stanie, gdy Medicare zacznie płacić za Ozempic, który kosztuje 1500 dolarów miesięcznie i jest zalecany dla dzieci w wieku od sześciu lat, a wszystko to na otyłość, która jest całkowicie możliwa do uniknięcia i ledwo istniała 100 lat temu!
Ponieważ 74% Amerykanów cierpi na otyłość, koszt, gdyby wszyscy przyjmowali receptę na Ozempic, wynosiłby 3 biliony dolarów rocznie! To lek produkowany przez Novo Nordisk, największą firmę w Europie. To duńska firma, a duński rząd jej nie zaleca. Zaleca zmianę diety w celu leczenia otyłości i ćwiczenia.
A w naszym kraju zaleca się teraz Ozempic dzieciom w wieku sześciu lat. Novo Nordisk jest największą firmą w Europie, a praktycznie cała jej wartość opiera się na prognozach dotyczących tego, co zamierza sprzedać z Ozempic, zamierza sprzedać w Ameryce.
I mamy lobbystów żywności. Mamy dziś przed Kongresem projekt ustawy, który jest wspierany przez Biały Dom, wspierany przez wiceprezydent Harris i prezydenta Bidena, aby to umożliwić. Ten koszt 3 bilionów dolarów doprowadzi nasz kraj do bankructwa. Za ułamek tej kwoty moglibyśmy kupić żywność organiczną dla każdej amerprzeykańskiej rodziny, trzy posiłki dziennie i całkowicie wyeliminować cukrzycę.
Przywrócimy zdrową żywność do szkolnych lunchów. Przestaniemy dotować najgorsze produkty spożywcze naszymi dotacjami rolniczymi. Wyeliminujemy toksyczne chemikalia z naszego jedzenia.
Zamierzamy zreformować cały system żywnościowy. A do tego potrzebujemy nowego przywództwa w Waszyngtonie, ponieważ niestety zarówno Demokraci, jak i Partia Republikańska są w zmowie z dużymi producentami żywności, Big Pharma i Big Ag, które są jednymi z głównych darczyńców DNC. Wiceprezydent Harris nie wyraziła zainteresowania zajęciem się tą kwestią.
Kolejne cztery lata rządów Demokratów dopełnią konsolidacji władzy korporacji i ((neokonserwatystów)), a najbardziej ucierpią na tym nasze dzieci.
Zaangażowałem się w walkę z przewlekłymi chorobami 20 lat temu, nie dlatego, że wybrałem lub chciałem. Zostało mi to w zasadzie narzucone. To był problem, który powinien być centralnym punktem ruchu ekologicznego. Byłem wówczas głównym liderem, ale został on powszechnie zignorowany przez wszystkie instytucje, w tym organizacje pozarządowe, które powinny chronić nasze dzieci przed toksynami. To był osierocony problem, a ja miałem słabość do sierot. Widziałem, jak pokolenia dzieci chorowały coraz bardziej. Miałem jedenaścioro rodzeństwa i sam miałem siedmioro dzieci. Byłem świadomy tego, co działo się w ich klasach i z ich przyjaciółmi. I patrzyłem na te chore dzieci, te skrzywdzone dzieci z tego pokolenia, prawie wszystkie z nich są skrzywdzone. I nikt u władzy nie wydawał się tym przejmować ani nawet tego zauważać.
Przez 19 lat modliłem się każdego ranka, aby Bóg postawił mnie w sytuacji, w której mógłbym zakończyć tę katastrofę. Kryzys chorób przewlekłych był jednym z głównych powodów, dla których kandydowałem na prezydenta, obok zakończenia cenzury i wojny na Ukrainie. To powód, dla którego podjąłem rozdzierającą serce decyzję o zawieszeniu kampanii i poparciu prezydenta Trumpa.
Ta decyzja jest dla mnie bolesna z powodu trudności, jakie sprawia mojej żonie, moim dzieciom i moim przyjaciołom. Ale mam pewność, że to jest to, co mam robić. I ta pewność daje mi wewnętrzny spokój, nawet w czasie burz.
Jeśli dostanę szansę na naprawienie kryzysu chorób przewlekłych i zreformowanie naszej produkcji żywności, obiecuję, że w ciągu dwóch lat zobaczymy, jak ciężar chorób przewlekłych dramatycznie zmaleje. Sprawimy, że Amerykanie znów będą zdrowi. W ciągu czterech lat Ameryka będzie zdrowym krajem. Będziemy silniejsi, bardziej odporni, bardziej optymistyczni i szczęśliwsi. Nie zawiodę w tym.
Ostatecznie przyszłość, jakkolwiek się potoczy, jest w rękach Boga, w rękach amerykańskich wyborców i prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Trump zostanie wybrany i dotrzyma słowa, ogromny ciężar chorób przewlekłych, który obecnie demoralizuje i doprowadza kraj do bankructwa, zniknie.
To dla mnie duchowa podróż. Podjąłem decyzję poprzez głęboką modlitwę, poprzez twardą logikę i zadałem sobie pytanie:
„Jakie decyzje muszę podjąć, aby zmaksymalizować swoje szanse na uratowanie amerykańskich dzieci i przywrócenie zdrowia narodu?”
Poczułem, że jeśli odrzucę tę szansę, nie będę mógł spojrzeć sobie w lustro, wiedząc, że mogłem uratować życie niezliczonej liczbie dzieci i powstrzymać epidemię przewlekłych chorób w tym kraju.
Mam 70 lat. Mogę mieć dekadę, aby być skutecznym. Nie wyobrażam sobie, aby prezydent Harris, prezydent Harris, pozwoliła mi lub komukolwiek rozwiązać te poważne problemy. Po ośmiu latach prezydentury Harris, każda okazja, abym naprawił problem, będzie poza moim zasięgiem na zawsze.
Prezydent Trump powiedział mi, że chce, aby to było jego spuścizną. Wolę wierzyć, że tym razem to zrobi. Jego syn, jego najwięksi darczyńcy, jego najbliżsi przyjaciele, wszyscy popierają ten cel.
Moje przyłączenie się do kampanii Trumpa będzie trudną ofiarą dla mojej żony i dzieci, ale wartą zachodu, jeśli istnieje choćby mała szansa na uratowanie tych dzieci. Ostatecznie jedyną rzeczą, która uratuje nasz kraj i nasze dzieci, jest to, że zdecydujemy się kochać nasze dzieci bardziej niż nienawidzić siebie nawzajem. Dlatego rozpocząłem moją kampanię, aby zjednoczyć Amerykę.
Mój tata i stryj odcisnęli tak trwały ślad na charakterze naszego narodu, nie tyle z powodu jakiejś konkretnej polityki, którą promowali, ale dlatego, że potrafili zainspirować głęboką miłość do naszego kraju i wzmocnić nasze poczucie siebie jako wspólnoty narodowej. Trzymani razem przez ideały, potrafili włożyć swoją miłość w intencje i serca zwykłych Amerykanów i zjednoczyć narodowy ruch Amerykanów, czarnych i białych, Latynosów, Amerykanów z miast i wsi, zainspirowali uczucie i miłość, wielkie nadzieje i kulturę życzliwości, która nadal promieniowała wśród Amerykanów z ich pamięci.
To jest duch, w którym prowadziłem swoją kampanię i który zamierzam wnieść do kampanii prezydenta Trumpa. Zamiast jadu i polaryzacji, odwołam się do wartości, które nas jednoczą, do celów, które moglibyśmy osiągnąć, gdybyśmy tylko nie skakali sobie do gardeł.
Najbardziej jednoczącym tematem dla wszystkich Amerykanów jest to, że wszyscy kochamy nasze dzieci. Jeśli zjednoczymy się teraz wokół tej kwestii, możemy w końcu dać im ochronę, zdrowie i przyszłość, na jaką zasługują.
Warszawski radny Jan Mencwel podzielił się w swoich mediach społecznościowych wizją przymusowych prac społecznych dla osób o odmiennych poglądach. Współzałożyciel skrajnie lewicowego stowarzyszenia Miasto Jest Nasze rozmarzył się, jakby to było wspaniale, gdyby ludzi, „którzy publicznie kwestionowali zmiany klimatu i ich skutki dla Polski” zaciągnąć do usuwania skutków powodzi. W świecie Mencwela przebrzydły poseł Sławomir Mentzen oraz złowrogi publicysta Łukasz Warzecha wywoziliby właśnie gruz z miejsc, przez które przeszła wielka woda, bo przecież kara za odstępstwo od jedynej słusznej linii politycznej w klimatycznym komunizmie być musi.
To zdaje się oczywiste również dla Jana Oleszczuka-Zygmuntowskiego, choć trzeba przyznać, iż współprzewodniczący Polskiej Sieci Ekonomii był aż nadto łaskawy dla „oszołomów”. Na swoim profilu w serwisie X zadał jedynie pytanie i to zaledwie o zasilenie funduszu pomocowego dla powodzian „specjalną opłatą karną nakładaną na publiczne wypowiedzi negujące antropogeniczne zmiany klimatu”. Oleszczuk-Zygmuntowski wykazał się zatem wielkim sercem dla politycznych oponentów, wszak czymże jest symboliczna kara finansowa za wygłaszanie nieprawomyślnych tez, kiedy w odwodzie pozostał jeszcze cały arsenał sankcji za rozpowszechnianie „fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego”, niczym w dekrecie czerwcowym z 1946 r. Narracja klimatystów sprowadza się bowiem do tego, że swoją postawą paskudni „negacjoniści klimatyczni” doprowadzili do zaniechań i większej skali tragedii.
Okazało się na przykład, ku zaskoczeniu wszystkich racjonalnie myślących, że gdyby nie niezwykle wpływowy redaktor Warzecha, to powódź wcale nie miałaby tak katastrofalnych skutków. Tą światłą myślą podzielił się z publicznością obwoźny „ekspert” od zmian klimatu Jakub Wiech. Dziennikarz ogłosił, że publicyści pokroju dziennikarza „Do Rzeczy”, „którzy latami wprowadzali ludzi w błąd na temat zmiany klimatu i polityki klimatycznej ponoszą część odpowiedzialności za to, że jako kraj nie jesteśmy przygotowani ani na zmianę klimatu, ani na politykę klimatyczną”. Co prawda Wiech tak daleko się nie posunął, ale równie dobrze można by było spekulować, czy powtarzanie przez Warzechę histerycznych bajek z mchu i paproci nie sprawiłoby, że woda przemyślałaby swe zachowanie i nie atakowała bezbronnych mieszkańców naszego dość umęczonego kraju. Niezależnie od tego, „ekspert”, niczym wytrawny detektyw z filmów o różowej panterze, rozgryzł dlaczego „ci ludzie to robią”.
W narracji Wiecha Warzecha i spółka przez niemożebnie długi czas głosili, że „zamiana klimatu to jest jakiś spisek, że to jest wymyślone, że to jest propaganda”, a do tego jeszcze opowiadali, że klimat zmieniał się zawsze, choć przecież każdy wyznawca słynnego „konsensusu naukowego” wie, że to nieprawda. W konsekwencji publicysta, a także inni jego pokroju, doprowadzili do uśpienia „czujności społeczeństwa, które powinno domagać się działań, jeżeli chodzi o dostosowanie naszego kraju do polityki klimatycznej i samej zmiany klimatu”, a więc – jak można domniemywać – powtarzać fatalistyczne wizje snute przez komunizujących intelektualistów oraz lewicowych aktywistów. Taka odpowiedź nie jest zbyt wyrafinowana, ale wrzucenie każdego, kto nie zgadza się z obłąkańczą polityką klimatyczną do jednego worka obrzydliwych „denialistów klimatycznych” zdecydowanie ułatwia narrację i pozwala kolportować prostą propagandę.
Ta nie mogłaby być skuteczna, gdyby nie chwytała za serce i nie używała najniższych argumentów, wzruszających naiwne sumienia. W Radio Zet wiceminister Andrzej Szejna grzmiał w charakterystyczny dla siebie bojaźliwy sposób, iż „to jest zupełnie nowa sytuacja, ponieważ (…) pokazuje, że będziemy się w przyszłości również mierzyć ze zmianami klimatycznymi, które będą doprowadzać do nasilenia się tego typu sytuacji”. Wobec tego wydaje się już oczywiste, że skoro powódź spowodowana jest zmianami klimatycznymi i niesie ze sobą zagrożenie dla życia i majątku, to trzeba dać się pozbawić własności i swobody działania, aby dopiero posmakować prawdziwej wolności.
Cechą wspólną klimatystów, zarówno aktywistów w odblaskowych kamizelkach, jak i poważnych panów w garniturach, jest brak poszanowania dla prywatnej własności, będącej ostoją wolnościowego państwa. Jedni pozwalają sobie na łamanie prawa i fizyczne ataki na cudzą własność, drudzy chcą zmieniać przepisy i prowadzić politykę tak, by radykalnie zmniejszyć możliwości posiadania dóbr i rozporządzania nimi, a także ograniczyć wolność. Działania te nie dość, że zostały oparte na fałszywej podstawie, to jeszcze są niemoralne oraz skrajnie nieskuteczne. Jak wskazał w książce „Fałszywy Alarm” Bojrn Lomborg, „w rzeczywistości wynik polityki proponowanej przez Unię Europejską byłby równoważny z odroczeniem pojawienia się globalnego ocieplenia o sześć tygodni w 2100 roku. Temperatura, której świat doświadczyłby 1 stycznia 2100 roku, zostałaby osiągnięta 11 lutego”.
Fatalne wieści płyną z NFZ: nie ma pieniędzy na leczenie.
Portal Rynek Zdrowia opisuje fatalną sytuację w Narodowym Funduszu Zdrowia i zależnych od niego finansowo podmiotach leczniczych.
Brakuje pieniędzy na leczenie. Skutkuje to m.in. wstrzymaniem przyjęć do szpitali, brakiem kontynuacji leczenia, niepełnosprawnością pacjentów. W NFZ brakuje pieniędzy nad nad-wykonania, czyli dodatkowe zabiegi wynikające z potrzeb medycznych. Oznacza to, że szpitale wstrzymują przyjęcia na zabiegi oraz włączanie chorych do programów lekowych. Takie wieści dochodzą już z dużych szpitali m.in. w Poznaniu i Wrocławiu. Jeden z nich nie otrzymał z NFZ należnych 1,2 miliona złotych za nad-wykonania. Wstrzymał zabiegi, co skutkuje, że w kolejce oczekują już 54 osoby.
NFZ nie ogłosił także konkursów na finansowanie nowych terapii lekowych. Dotyczy to m.in. leczenia ciężkiej osteoporozy po-menopauzalnej, ropnego zapalenia gruczołów potowych, kardiomiopatii, czerniaka błony naczyniowej oka. Mają także miejsce opóźnienia w kontraktowaniu nowoczesnej immunoterapii dla pacjentek chorych na raka szyjki macicy. W pięciu województwach w ogóle nie rozpoczęto kontraktowania takiej terapii.
Placówki podstawowej opieki zdrowotnej nie przyjmują nowych pacjentów na terapie koordynowane i do programów lekowych. Oznacza to dla wielu osób pogorszenie stanu zdrowia, w tym nieodwracalne kalectwo. Z powodu niedoborów finansowych nie są opłacane także świadczenia nielimitowane. To z kolei prowadzi do ograniczania liczby dostępnych wizyt i też wydłuża kolejki do lekarzy-specjalistów.
NFZ jest winny placówkom ochrony zdrowia duże kwoty za I półrocze 2024. Brakuje także około 5 miliardów złotych za nad-wykonania planowane w III kwartale tego roku. „Najbliższe miesiące i kolejny rok będą okresem, w którym należy się spodziewać ograniczenia w dostępności do świadczeń z racji braku gwarancji pokrycia kosztów ich realizacji w pełnej wartości” – głosi komunikat NFZ.
Z kolei raport pt. „Luka finansowa systemu ochrony zdrowia w Polsce, perspektywa 2025-2027”, przygotowany przez Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny PZH, Instytutu Finansów Publicznych i Federację Przedsiębiorców Polskich, twierdzi, że w 2025 roku potrzeba będzie o 27,4 mld zł więcej niż zaplanowano jako budżet NFZ.