==============================





[To oczywiście wpis na kacu, 26 grudnia]
========================================


[to reminiscencje, czy przepowiednia? MD]


[powtórka, ale warto… md]
—————————-


==============================





[To oczywiście wpis na kacu, 26 grudnia]
========================================


[to reminiscencje, czy przepowiednia? MD]


[powtórka, ale warto… md]
—————————-












30 grudnia 2024
https://pch24.pl/ogloszono-liste-krajow-w-ktorych-zgineli-kaplani-niestety-jest-na-niej-polska

(fot. Pixabay)
Watykan opublikował doroczną listę katolickich misjonarzy i pracowników duszpasterskich, którzy zostali zabici w kończącym się 2024 roku. Jest ich w sumie 13. Znalazł się wśród nich zamordowany w Szczytnie Polak ks. Lech Lachowicz.
Szczegółowy raport opublikowała należąca do watykańskiej Dykasterii ds. Ewangelizacji agencja Fides. Na wstępie zaznaczono, że na liście znajdują się jedynie dobrze zweryfikowane przypadki kapłanów, a także świeckich, zaangażowanych w pracę duszpasterską, którzy ponieśli śmierć w tym roku. Wciągnięcie ich na listę nie przesądza o ich męczeństwie, bo to podlega osądowi Kościoła.
Wśród 13 zabitych w tym roku duszpasterzy i pracowników duszpasterskich jest 8 kapłanów i 5 osób świeckich. 6 zginęło w Afryce (2 w Burkina Faso, 1 w Kamerunie, 1 w Demokratycznej Republice Konga i 2 w RPA), 5 w Ameryce Łacińskiej (po jednym w Kolumbii, Ekwadorze, Hondurasie, Meksyku i Brazylii) a 2 w Europie, w Polsce i w Hiszpanii.
W sumie od 2000 roku zabito na świecie 608 kapłanów i pracowników duszpasterskich. Watykański raport załącza szczegółową biografię ks. Lachowicza. Podaje, że 2 listopada został napadnięty na plebanii w Szczytnie przez mężczyznę uzbrojonego w siekierę. Zmarł w szpitalu po siedmiu dniach agonii.
Innym europejskim kapłanem zamordowanym w tym roku jest o. Juan Antonio Llorente, ze zgromadzenia franciszkanów Niepokalanej. 7 listopada do jego klasztoru wtargnął mężczyzna uzbrojony w kij i butelkę. Bił wszystkich napotkanych franciszkanów. O. Juan zmarł dwa dni później w szpitalu w Walencji.
Źródło: KAI / Krzysztof Bronk, Vatican News PL
Paweł Chmielewski https://pch24.pl/to-bedzie-trudny-rok-czy-stac-nas-polakow-na-obrone-wiary/

(Oprac. GS/PCh24.pl)
Rok 2025 przyniesie Kościołowi katolickiemu kolejne zmiany. Wszystko za sprawą nakazu implementowania synodalności, jaki wydał papież Franciszek. Najważniejsze są jednak prace watykańskich komisji, które przygotowują gruntowną reformę Kościoła. Polska musi wziąć się do walki o prawdę wiary.
W Kościele katolickim od 2013 roku trwa nieustanny ferment. Wszystko zaczęło się wraz z deklaracją rezygnacyjną Benedykta XVI, a po konklawe w marcu tamtego roku było już tylko „ciekawiej”. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy również nie będziemy się nudzić – i to bynajmniej nie za sprawą Roku Świętego. Owszem, znaczna część wiernych zajmie organizowaniem pielgrzymek do Rzymu i odwiedzaniem czterech rzymskich bazylik papieskich; na omawianiu związanych z tym inicjatyw skupi się też najpewniej większa część uwagi katolickich mediów. Jeżeli interesuje nas przyszłość katolicyzmu powinniśmy skoncentrować się – niestety – na czymś zupełnie innym, a mianowicie na postępach procesu synodalnego.
Rewolucja komitetów
Opublikowany 26 października „Dokument Finalny” Synodu o Synodalności zawiera szereg wskazań co do tego, jak budować synodalność na różnych płaszczyznach życia kościelnego. Wskazania te nie są wprawdzie zbyt konkretne, ale wyznaczają dość jasno ogólny kierunek: większa partycypacja świeckich i decentralizacja sposobu rozumienia doktryny i moralności. W związku z tym można spodziewać się najrozmaitszych inicjatyw lokalnych nakierowanych na „usynodalnianie” Kościoła.
W Niemczech, na przykład, po ogłoszeniu dokumentu pełną parą ruszyły prace Komitetu Synodalnego, który stawia sobie za cel szczegółowe opracowanie norm decydujących o sposobie rządzenia Kościołem w tym kraju. W Polsce biskupi są zainteresowani rozbudową sieci szkół świeckich katechistów oraz ożywianiem funkcjonowania rad diecezjalnych i parafialnych. W Austrii ruszyła specjalna jednostka akademicka do opracowania synodalności, która stawia sobie za zadanie wypracowania „europejskiego modelu” Kościoła synodalnego. W jednej z diecezji Belgii w modlitwie eucharystycznej zaczęto wymieniać imię kobiety, która jako „delegat” zastępuje biskupa pomocniczego. W innych regionach świata synodaliści również nie próżnują: wypowiedzi kardynałów z obu Ameryk czy Afryki Północnej wskazują, że zamierzają wykorzystywać impet synodalny do tego, by przeprowadzać różne progresywne zmiany, na przykład w kwestii udzielania Komunii świętej rozwodnikom (o tym mówił Jean-Paul Vesco z Algierii), symulowania udzielania święceń diakonatu kobietom (Ulrich Steiner z Brazylii) czy zwalczania tradycyjnej pobożności eucharystycznej (Blase Cupich z USA). Te wszystkie rzeczy, choć same w sobie bardzo ważne, to zarazem tylko drobiazgi w obliczu tego, co Rzym dopiero szykuje.
Rewolucja jest przygotowywana przez specjalne watykańskie komitety.
W październiku 2023 papież powołał do życia dwie pierwsze komisje synodalne, które trudzą się nad opracowaniem reformy. W lutym dołączył do nich dziesięć kolejnych. Sesja synodalna z października 2024 wezwała do utworzenia jeszcze kilku. Komitety pracują poza wszelkim radarem kardynałów, biskupów i zwykłych wiernych. Mają papieski mandat – i to musi Kościołowi wystarczyć. Prawdopodobnie usłyszymy w przyszłości, że zmiany proponowane przez te komitety wynikają z „uważnego wsłuchiwania się w głos Ludu Bożego”. Trzeba będzie wtedy pamiętać, że to nieprawda – bo jedyny głos, jakiego słuchają stworzone przez papieża komisje, to głosy: Jorge Mario Bergoglia, kilku wpływowych kurialistów oraz oczywiście ich własny.
Czy stać nas na walkę o prawdę?
Zgodnie z zapowiedziami papieża wyrażonymi w jego „Nocie” dołączonej do „Dokumentu Finalnego” Synodu o Synodalności naczelnym zadaniem komitetów ma być opracowanie szczegółowych ram dla Kościoła zdecentralizowanego, w tym w prawie kanonicznym. W związku z tym, zdawałoby się, istnieje pilna potrzeba opracowania polskiej odpowiedzi na te plany. Piszę: zdawałoby się, bo trudno mówić o rzeczywistej potrzebie w sytuacji, w której prawie nikogo to nie interesuje. O tym, że Kościół katolicki zmierza drogą decentralizacji piszemy w PCh24.pl od lat. Nasz portal jest czytany przez teologów, księży, ba, nawet przez biskupów.
Panuje jednak powszechne przekonanie, że – mimo wszystko – nie ma sensu się tym zajmować, tak, jakby synodalna rewolucja w ogóle nas nie dotyczyła, bo ostatecznie i tak będzie trzeba przyjąć to, co przyjdzie z Rzymu. Problem w tym, że zmiany, choć są dekretowane przez Rzym, zostają wcześniej opracowane w innych miejscach – przede wszystkim w takich krajach jak Niemcy, Belgia, Austria, Szwajcaria i Brazylia; dzieje się tak ze względu na osobiste otoczenie papieża i charakter środowiska, które go popiera.
Nie oznacza to jednak, że Polska jest odgórnie skazana na rolę podporządkowaną. Przydałoby się trochę więcej wiary w naszą sprawczość w Kościele. Nie trzeba sięgać aż do Pawła Włodkowica na Soborze w Konstancji; również w bliższej historii wielokrotnie udawało się Polakom odgrywać istotną rolę w Kościele powszechnym. Potrzebna jest jednak wola i starania. Kompletne désintéressement panujące w naszym kraju wokół procesu synodalnego jest nie tylko niezrozumiałe, ale również niegodne wielkiej historii polskiego katolicyzmu. Nie dziwię się, że sprawami synodalnymi niewiele interesuje się Kościół na Litwie, Słowacji albo w Rumunii. Polska ma jednak zupełnie inną wagę. Ma – albo miała, bo dziś, przez milczenie, dobrowolnie ją wytraca.
Naszego głosu w ogóle nie słychać. Starał się to zmieniać były przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki, włączając się w kluczową dla przyszłości Kościoła dyskusję w Niemczech, kontaktując się z biskupami z innych krajów, między innymi z kardynałem Dominikiem Duką z Czech. Starania jednego człowieka, nawet jeżeli znaczące, to jednak za mało w konfrontacji ze skalą problemów. Kiedy zresztą abp Gądecki odszedł z funkcji w Episkopacie, nikt nie zastąpił go w roli polskiego głosu w przestrzeni międzynarodowej. Na najważniejsze tematy dyskutowane dziś w Kościele po prostu nie zwracamy uwagi. Nie zajmują się nimi biskupi, chyba, że w rozmowie z jakimś dziennikarzem padnie pytanie o procesy synodalne – wtedy, nie ma rady, trzeba coś powiedzieć; zwykle jednak odpowiedź ogranicza się do urzędowego optymizmu i powtarzania watykańskich sloganów.
Nie ma tymczasem żadnej konieczności ich powtarzania. Watykan nie jest właścicielem Kościoła w Polsce, a tym mniej jest nim Sekretariat Synodu kierowany przez kardynałów z Malty i Luksemburga. Stać nas, Polaków, na to, by mieć własną ocenę takich skrajnie niekatolickich absurdów jak błogosławienie związków jednopłciowych czy dopuszczanie do Komunii świętej protestantów; stać nas na wypracowanie rzetelnej teologicznej odpowiedzi na pytania o kapłaństwo kobiet albo wyświęcanie żonatych. Niestety, dyskusje na te tematy nie toczą się nawet w tych mediach katolickich, które są niezależne od pieniędzy kurialnych – trochę tak, jakby nawet progresiści w ogóle nie byli zainteresowani przyszłością Kościoła w Polsce! Z ich perspektywy taktyka jest może słuszna: inercja spowoduje konieczność przyjęcia obcych wzorców…
Przyobleczmy zbroję wiary
Polska polityka w 2025 roku będzie bardzo wroga Kościołowi. Minister edukacji Barbara Nowacka wypowiedziała katolicyzmowi wojnę: usuwa ze szkół lekcje religii, nie chce na poważnie negocjować z biskupami. Wiarę w Chrystusa próbuje zastąpić wiarą w rewolucję seksualną i dekretuje wprowadzenie tzw. edukacji zdrowotnej. Rząd planuje też wprowadzić związki partnerskie, ułatwić swobodę zabijania dzieci nienarodzonych, być może postara się jeszcze o inne zmiany w tym duchu – jeżeli kandydat KO wygra wybory prezydenckie, rewolucja zostanie z łatwością przeprowadzona. W tej sytuacji katolicy będą mieli pełne ręce roboty, stając przed koniecznością głębokiego zaangażowania się w życie polityczne. Dotyczy to zarówno biskupów oraz księży jak i świeckich. Mam pewną nadzieję, że brutalna konfrontacja z liberalną polityką doprowadzi do ożywienia polskiego katolicyzmu. Dotąd względnie łatwo było spać: państwo stworzyło Kościołowi cieplarniane warunki i nawet jeżeli niekiedy się pogarszały, w sumie nie było specjalnie o co się bić. W takim klimacie gnuśności łatwo o utratę mięśni – dotyczy to, podkreślam, wszystkich.
Nadszedł teraz czas przywdziania zbroi. Pierwszy rok rządów KO pokazał, że idzie to dość opornie; bo zbroja ciasna, a i na konia wsiąść trudno. Mam jednak nadzieję, że z biegiem czasu – i to raczej szybciej niż później – ciężka konieczność wymusi na nas wszystkich utwardzenie postawy. Walcząc o własną tożsamość z wrogim rządem możemy na tyle przywyknąć do rozdawania ciosów, że nabierzemy odwagi również do zmagań wewnątrzkościelnych.
Te zmagania są przecież najważniejsze. Jeżeli udałoby się nawet odsunąć wszystkie złe ustawy Tuska na bok, to jaki będzie z tego pożytek, jeżeli katolicyzm w Polsce zwietrzeje i utraci swój ewangeliczny zapach pod wpływem liberalnego, lewicowego ducha niby synodalnego?
Tymczasem, odwrotnie, niechby nawet rząd przeforsował antykatolicką politykę; wiedząc, w co wierzymy i mając siły do obrony tej wiary – nie będziemy przegrani. Tego dynamizmu życzę sobie i wszystkim Czytelnikom.
Daj nam, Boże, przepasać biodra prawdą i przyoblec pancerz, którym jest sprawiedliwość.
Paweł Chmielewski
Autor: wawel , 1 stycznia 2025 https://ekspedyt.org/2025/01/01/halas-huki-blyski-swiatelka-i-lejacy-sie-kicz-czyli-raz-do-roku-swieto-niewolnikow/


Święto, życzenia, radość… Gorące paski we wszystkich stacjach TV: “Jak świat wita Nowy Rok”…
Święto Narodzin Pana Wszechświata, Syna Bożego podmienione na “święto” magicznego, wielkiego worka Mikołaja oraz światło okultystycznej chanuki. Co podmienia kretyńskie święto “Zmiany Kalendarza” i święto tego, “Jak świat wita Nowy Rok”? Sądzę, że – wg wytycznych prof. Diabelskiego – podmienia Święto Trzech Króli. Czyli – jak wyjątkowo sensownie pisze Wiki – “Objawienie Pańskie, Epifania (gr. επιφάνεια epifaneia; objawienie, ukazanie się) – chrześcijańska uroczystość mająca uczcić objawienie się Boga człowiekowi (teofania), obecność Boga w historii człowieka, a także uzdolnienie człowieka do rozumowego poznania Boga.”
Ktoś czegoś jeszcze nie rozumie? Po prostu zamiast Chrystusa witamy na świecie… nowy rok. Nowy na wodzie krąg. Na wodzie potopu…
Święto, życzenia, radość? Jedna wielka brednia. Nie ma dzisiaj ani jutro żadnego “święta”. Za życzeniami słanymi od jednych do drugich nie kryje się żaden pneumatyczny wehikuł, żadna duchowa siła pośrednicząca. W te dni panuje czyste Nic. Ale – na szczęście – ono… nie istnieje. Nie prośmy więc go o nic. Prośmy, co najwyżej swojego Anioła Stróża lub swoją Jaźń. I to nie w te dni bez znaczenia, wyznaczone przez braci fartuszkowych, lecz każdego dnia prośmy faktyczne siły duchowe, w myślach, W CISZY, nie w huku Pustki rozpadającej się na gwiazdki, kolorowe paciorki piszczące jak szczury na profanowanym nieboskłonie.
A radość? To echo starorzymskiego święta niewolników. Człowiek zniewolony, uwięziony, zaobrączkowany dostaje od nadludzi jeden dzień, gdy może na parę godzin wyjść na ulice i powalić metalowym prętem w blachę (lub użyć do tego nowocześniejszych petard), potarabanić trochę byle czym w byle co, by zapomnieć, że… nie istnieje, że go nie ma, że jest niczym i ma służyć Panom.
Jaka więc radość? Prawdziwie zrozumiany ten dzień powinien wzbudzić raczej bezgraniczny smutek samozapadającej się otchłani. A jakie życzenia może składać w “Święto” Bezgranicznego Smutku jeden niewolnik drugiemu? Chyba tylko takie, by kajdany mniej wbijały się w skórę “na ten Nowy Rok” i wydzielały “odświeżający” aromat (chemia z Niemiec). Nonsens.
Po tym krótkim wstępie zapraszam do lektury pięknego, głębokiego tekstu o tym, dlaczego wrzawa, hałas, zgiełk, rumor, jazgot, rejwach, harmider, tumult, kakofonia, raban, rwetes, ryk rodzące się z nieładu stoją bardzo blisko grzechów śmiertelnych a może i nimi są…
“Hałas jedną z najstraszliwszych plag naszego życia. Hałas to akustyczne śmieci, szczególnie dotkliwa forma stresu. Niszczy nie tylko nasz słuch, lecz szkodzi krążeniu krwi, oddychaniu i systemowi nerwowemu. Terroryzuje nasze zmysły i naszą duszę, zakłóca trawienie, wprowadza nieład w pulsowanie krwi i bicie serca. Do hałasu nie można się przyzwyczaić, chyba że przez otępienie, skrajną utratę witalności, a w końcu poprzez głuchotę. Wielki lekarz i odkrywca zarazków gruźlicy Robert Koch już w XIX stuleciu stwierdził, że pewnego dnia hałas zwalczać się będzie tak, jak cholerę i dżumę. Tego samego zdania był filozof Theodor Lessing, który w 1908 roku opublikował pracę Przeciw hałasom naszego życia. Co powiedzieliby Koch i Lessing, gdyby żyli dzisiaj? Maszyny budowlane, młoty pneumatyczne, piły mechaniczne, turbiny, samochody, motocykle, samoloty, pociągi, kosiarki do trawników – wszystko to i jeszcze wiele innych rzeczy wytwarza hałas. Wielkie miasta są obozami koncentracyjnymi, w których miliony ludzi poddawanych jest torturom z powodu hałasu, hałasu w pracy i w czasie wolnym. Gdzie w miastach istnieją strefy rzeczywiście wolne od hałasu? Prawie wszyscy lokatorzy nowo budowanych mieszkań skarżą się na ściany, przez które wszystko słychać. Studiowanie praw akustyki i zwalczania hałasu nie należy do obowiązkowych przedmiotów studentów architektury. Kto z tych, którzy planują i budują domy, zważa na to, żeby jedna z dwóch naprzeciw siebie położonych ścian pochłaniała dźwięk?
Hałas szkodzi nie tylko naszemu zdrowiu fizycznemu. Niszczy on również naszą równowagę duchową. Nie tylko przeszkadza nam myśleć i dziwić się, lecz także patrzeć i marzyć. Rujnuje naszą kulturę i sprawia, że obumierają najbardziej elementarne warunki każdej wyższej kultury – religii, sztuki i filozofii. Albowiem każda kultura spoczywa na przezwyciężonym hałasie, na owym „niesłyszalnym centrum”, w którym, jak mówi Rilke, milkną wszystkie dźwięki i z którego rodzi się śpiew Orfeusza.
Hałas kaleczy nasze zdrowie i naszą wewnętrzną integralność, powoduje, że wysychają nasze twórcze talenty, wyobcowuje nas z natury. Jak okrutnie może działać na człowieka hałas, wiedzieli już dawni Chińczycy, którzy niekiedy dokonywali egzekucji przestępców za pomocą bezustannych, ogłuszających dźwięków. Każdy wie, że nawet jeden głośny huk może nas na jakiś czas ogłuszyć, że długotrwały hałas powoduje nie tylko uszkodzenia słuchu, ale wywołuje również inne schorzenia. A przecież na naszej planecie z każdym rokiem ogromnieje lawina szkodliwych i nieprzyjemnych dźwięków. We wszystkich zakątkach i na wszystkich krańcach ziemi bez przerwy coś wrzeszczy, wydziera się, warczy, zgrzyta, brzęczy, trzeszczy, huczy. Dokądkolwiek przybywają ludzie, tam krzyczy się na cały głos i czyni zgiełk. Dziki, prymitywny, nieopanowany człowiek, taki, jakim jest z natury, okazuje się zawsze bezlitosnym „zakłócaczem” spokoju.
Dlaczego określenie „spokój cmentarza” wywołuje u większości współczesnych ludzi nieprzyjemne skojarzenia? Czy rzeczywiście spokój i cisza cmentarzy są czymś tak odpychającym? Czy ta cisza nie może być przynoszącą ukojenie okazją do skupienia i namysłu? Ale to właśnie przeraża stuprocentowo demokratycznego i wyemancypowanego obywatela. Jego rolą jest być głośnikiem. Rzeczą dlań niezrozumiałą jest fakt, że prawdziwy autorytet nie polega na przekrzykiwaniu innych, lecz na ciszy, która włada bez dyskusji. Na zdolności milczenia i zyskiwania milczącego posłuchu. Wszyscy ludzie, którzy coś znaczą, w wysokim stopniu mają udział w tej ciszy. Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałyby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Język nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów oraz milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. Ta odrobina autorytetu, odrobina mądrości; ośmielę się powiedzieć: także ta odrobina chrześcijaństwa, którą dziś jeszcze posiadamy, zasadza się na tej ciszy.
Wypełniona cisza jest czymś więcej niż tylko brakiem hałasu. Jednak nieobecność hałasu jest nieodzownym warunkiem tej ciszy. Jesteśmy dumni z postępów w prawie karnym i ze złagodzenia warunków odbywania kary. Tortury zostały zniesione. Nadużycia władzy przez policję są piętnowane w najostrzejszych słowach. Jednak tylko niewielu buntuje się przeciw biczowi hałasu, którym każdego dnia bezlitośnie smagane są miliony ludzi, przeciw brutalnej torturze, którą dla niezliczonych mieszkańców wielkich miast jest huk, łoskot i warkot. Na tysiąc inicjatyw obywatelskich przeciw elektrowniom atomowym przypada jedna walcząca o stłumienie hałasu! A przecież techniczne możliwości zwalczania hałasu jak najbardziej istnieją i wykorzystywane są w dalece niewystarczającym stopniu. Budowa dźwiękochłonnych ścian i okien, produkcja ciszej jeżdżących samochodów i ciszej latających samolotów – wszystko to jest technicznie możliwe. Ten, kto wysuwa przeciw temu argument, że pełne wykorzystanie możliwości technicznych jest zbyt kosztowne, ten przyznaje, że współczesny człowiek zawiódł, gdy chodzi o sensowne wykorzystanie techniki.
Cisza jest nie tylko problemem technicznym, lecz także – i przede wszystkim – celem etycznym. „Etyka”, „etyczny” pochodzą od greckiego słowa „ethos”. W filozoficznych leksykonach tłumaczy się je jako „moralność”, „moralna postawa”, „moralny charakter”. Te tłumaczenia nie oddają pierwotnego znaczenia tego słowa, które ma kosmiczną aurę. „Ethos” znaczy mianowicie: „pobyt”, „miejsce zamieszkiwania”. To jest obszar, na którym człowiek żyje, przebywa, zamieszkuje. Etyka byłaby więc rozważnym namysłem nad przynależnym człowiekowi miejscem pobytu i wskazówką dla takiego postępowania, które odpowiada zamieszkiwaniu człowieka dojrzałego. Do dobrego życia, do właściwego zamieszkiwania należy cisza. Hałas, pośpiech i zgiełk niwelują, kolektywizują i wywłaszczają człowieka. Cisza natomiast oznacza wolność, dojrzałość, indywidualność.
Nie tylko maszyny i aparaty plują hałasem. W każdym człowieku tkwi szalejąca, wrzaskliwa istota, która łaknie wrzawy. Wystarczy tylko bez sentymentalnego uprzedzenia spojrzeć na hordę szalejących dzieci. Lub na młodocianych chuliganów, którzy pędzą przez noc na swoich warkotliwych motocyklach. Albo na wyjących i gwiżdżących kibiców piłkarskich. Jakże wielu z tych, którzy latem uciekają z miast, aby znaleźć odpoczynek i spokój, jest całkowicie niezdolnych do tego, aby na krótko znieść samotnie prawdziwą ciszę. Poirytowani biciem dzwonów kościelnych (bo przeszkadzają im w spaniu), nie są nawet w stanie wędrować przez las bez tranzystorowego radia. Spędzamy nasze lata jak gadanie, mówi Psalm 90. Spędzamy je w piekielnej maszynie hałasu nabierającej coraz bardziej demonicznych rozmiarów. Tęsknimy za ciszą i wpadamy w panikę, kiedy muśnie nas ona pośród wielkiej, nieskalanej natury, która nie zna hałasu, lecz podniosłą ciszę lub raz gwałtowne, raz łagodne tony. Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”.
Źródło: G-K. Kaltenbrunner, Grzech śmiertelny hałas, „Magazyn Obywatel”, 2001, nr 4 (przeł. Tomasz Gabiś).


Tagi:błysk, hałas, niewola, otchłań, podmiana, święto

W 2025 roku mamy dwie możliwości – uważa publicysta „Najwyższego Czas-u!” Stanisław Michalkiewicz. Zdaniem redaktora, „rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu”.
Stanisław Michalkiewicz:
W 2025 roku mamy dwie możliwości. Donald Trump wycofa pozwolenie, którego Józio Biden udzielił Niemcom na urządzanie Europy po swojemu, a wtedy powinniśmy zrealizować nasz program maksimum w polityce amerykańskiej, czyli namówić prezydenta USA, aby spowodował przeprowadzenie przesilania rządowego w Polsce, najlepiej już w lutym, ale w taki sposób, aby nawet nie angażować do tego kelnerów – wystarczy, aby Trzecia Droga odwróciła sojusze.
To wariant, który albo się uda, albo nie, w zależności od tego, czy Andrzej Duda w czasie inauguracji Donalda Trumpa zatroszczy się o polskie interesy, a nie tylko swoje, aby zdobyć posadę w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim.
A jak taki scenariusz się nie uda, to bardzo możliwe, że Generalna Gubernia zostanie proklamowana 12 października 2025 roku, a więc w rocznicę proklamowania pierwszej GG przez Adolfa Hitlera.
Wówczas prawdopodobnie będzie trzeba się spodziewać tego, że na skutek masowego przypływu azylantów na Węgry będzie można tam powołać rząd na uchodźstwie, tylko trzeba zadbać o to, aby tacy azylanci respektowali parytet płciowy i mogli się rozmnażać.
Formując taki rząd, uda nam się zrealizować chociaż nasz program minimum w polityce amerykańskiej, tj. utworzyć Armię Krajową i wysyłać cichociemnych, aby lądowali w kraju z pasami wypełnionymi złotymi dwudziestodolarówkami – to by pobudziło ducha patriotycznego w narodzie. Ważne, aby Amerykanie zorganizowali w tym celu most powietrzny albo przynajmniej pomogli w jego utworzeniu.
Tak czy inaczej rozstrzygnięcie nadejdzie w lutym albo w kwietniu, gdy Donald Trump przybędzie na kolejny Kongres Trójmorza do Warszawy.
1.01.2025 Jan Bodakowski https://nczas.info/2025/01/01/weganie-umieraja-mlodziej-a-ich-stan-zdrowia-jest-gorszy/

Ta wiadomość na pewno nie spodobałaby się najbardziej znanemu weganinowi, czyli Adolfowi Hitlerowi. Brytyjski dziennik „Daily Mail” twierdzi, że dieta wegańska prowadzi u mężczyzn do wcześniejszych zgonów i gorszego zdrowia.
Takie szokujące dla wegan wyniki, a oczywiste dla wszystkich zdrowo odżywiających się mięsem, uzyskali holenderscy naukowcy po przeanalizowaniu danych medycznych 70.000 Brytyjczyków.
Szczególnie szkodliwe dla zdrowia jest jedzenie wysoko przetworzonych pokarmów roślinnych – wegańskich deserów, tego czegoś, co w Wielkiej Brytanii nazywają chlebem, i frytek. Czyli tego, co jedzą ubożsi weganie, których jest zdecydowanie więcej niż tych bogatych. Lepsze dla zdrowia jest jedzenie świeżych owoców i warzyw.
Z analiz naukowców wynika, że weganie „mają trudności z powrotem do zdrowia po typowych problemach zdrowotnych, takich jak przeziębienie lub uraz będący skutkiem wypadku, na przykład upadku”. Wynikający z weganizmu stan pozbawienia organizmu niezbędnych substancji może powodować nawet 80% wzrost ryzyka zgonu po przyjęciu do szpitala. Weganie mają też o 18% bardziej kruche kości.
Niezdrowa wegańska dieta prowadzi też do spadku sił, jakimi się dysponuje w normalnym życiu, częstego poczucia zmęczenia i braku sił, unikania aktywności fizycznej.
Według naukowców szkodliwe skutki weganizmu widoczne są szczególnie u mężczyzn.
Według Daily Mail „dieta bogata w świeże owoce i warzywa zawiera więcej witamin i minerałów niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu niż dieta składająca się głównie z rafinowanych zbóż, takich jak biały chleb i napoje gazowane, mimo że obie są wegetariańskie”.
Daily Mail w swoim artykule zwraca uwagę, że „eksperci wielokrotnie podnosili alarm w sprawie niezdrowej żywności wegańskiej, szczególnie zamienników mięsa”, które są pełne cukru, soli i tłuszczu. Takim właśnie szkodliwym wegańskim jedzeniem są truci klienci fast foodów. Weganie są błędnie przekonani, że wegańskie dania w fast foodach są „zdrowsze od tradycyjnych produktów mięsnych”.
Z artykułu Daily Mail można się dowiedzieć, że „brytyjscy eksperci odkryli, że osoby jedzące sztuczne [wyprodukowane przez korporacje w fabrykach] kiełbaski, hamburgery i mięso mielone miały gorsze ciśnienie krwi niż osoby jedzące mięso” prawdziwe z zabitych zwierząt.
Kolejne badania opisane przez Daily Mail wykazały, „że wybieranie wysoko przetworzonej żywności roślinnej, takiej jak wegańskie kiełbaski i burgery, a także ciasta i chipsy, wiąże się z 15% wzrostem ryzyka wystąpienia zawału serca i udaru mózgu”.
Zawsze Wierni nr 6/2024 (235) czyli: https://piusx.org.pl/zawsze_wierni/artykul/3285
Robert Morrison
„Wiecie bowiem, czcigodni Bracia, że ci najbardziej zapamiętali wrogowie imienia chrześcijańskiego, w pożałowania godny sposób porwani przez ślepy jakiś pęd obłąkanej bezbożności, w bezładzie ciągłego wygłaszania swych mniemań aż do tego się posuwają, że w niesłychanym wręcz zuchwalstwie «otworzywszy usta swe, by bluźnić przeciw Bogu» (Obj 13, 6), nie wstydzą się otwarcie i jawnie głosić, że święte tajemnice naszej religii są wymysłami i wynalazkami ludzkimi, że nauka Kościoła katolickiego sprzeciwia się dobru i pożytkowi społeczeństwa ludzkiego; nie boją się też odrzucać samego nawet Chrystusa i Boga.”1
Pius IX, Qui pluribus
W wygłoszonej 10 maja 2024 r. mowie do członków Międzynarodowej Sieci Stowarzyszeń Teologii Katolickiej (INSeCT) papież Franciszek przedstawił trzy kierunki rozwoju teologii: „wydaje mi się, że mogę wskazać te trzy kierunki rozwoju teologii – twórczą wierność Tradycji, transdyscyplinarność i kolegialność. To są podstawowe «elementy» powołania teologa katolickiego w sercu Kościoła”2.
Co rozumie Franciszek przez „twórczą wierność Tradycji”? W swym opisie każdego z trzech wspomnianych wyżej kierunków zastąpił sformułowanie „twórcza wierność Tradycji” słowami „Tradycja jest żywa”: „Dobrze wiemy, że Tradycja jest żywa. Musi się zatem rozwijać, wcielając Ewangelię w każdym zakątku ziemi i we wszystkich kulturach”3.
Wielu tradycyjnych katolików słyszało już o tej koncepcji – występującej zazwyczaj pod nazwą „żywej Tradycji” – i może nawet znać jej przedsoborowe korzenie teologiczne4. Jednakże stawiając znak równości pomiędzy „żywą Tradycją” a „twórczą wiernością Tradycji”, Franciszek przyznał de facto to, czemu zwolennicy rewolucji Vaticanum II dotąd zaprzeczali: uczynił oczywistym, że kiedy nowinkarze używają terminu „żywa Tradycja”, mają na myśli, iż odchodzą w istocie od Tradycji, usiłując równocześnie „twórczo” zachować pozory przylgnięcia do niej.
W tym świetle możemy lepiej zrozumieć użycie przez Jana Pawła II sformułowania „żywa Tradycja” w swym motu proprio Ecclesia Dei z 1988 r., dotyczącym rzekomego zaciągnięcia ekskomuniki przez abp. Marcela Lefebvre’a w konsekwencji konsekrowania czterech biskupów bez zgody Rzymu:
Korzenie tego schizmatyckiego aktu można dostrzec w niepełnym i wewnętrznie sprzecznym rozumieniu Tradycji. Niepełnym, bowiem niedostatecznie uwzględniającym żywy charakter Tradycji, „która – jak z całą jasnością uczy Sobór Watykański II – wywodząc się od Apostołów, czyni w Kościele postępy pod opieką Ducha Świętego. Zrozumienie przekazanych rzeczy i słów wzrasta bowiem dzięki kontemplacji oraz dociekaniu wiernych, którzy je rozważają w swoim sercu, dzięki głębokiemu, doświadczalnemu pojmowaniu spraw duchowych oraz dzięki nauczaniu tych, którzy wraz z sukcesją biskupią otrzymali pewny charyzmat prawdy”5.
Z perspektywy abp. Lefebvre’a Jan Paweł II posługiwał się sformułowaniem „żywy charakter Tradycji” w takim samym sensie, co mówiący o „twórczej wierności Tradycji” Franciszek. Gdyby jednak Jan Paweł II użył drugiego z tych sformułowań, utraciłby wszelką wiarygodność w oczach wielu ludzi, którzy ostatecznie się z nim zgodzili.
Paradoksalnie motu proprio Ecclesia Dei dostarczyło konkretnego przykładu tego, jak nowinkarze realizują swą „twórczą wierność Tradycji”:
Chciałbym także powiedzieć teologom i innym ludziom biegłym w naukach kościelnych, że obecne wydarzenia także dla nich są wyzwaniem. W istocie bowiem zakres i głębia nauczania Soboru Watykańskiego II domagają się dalszych, nowych dociekań, które jasno ukażą nieprzerwaną ciągłość istniejącą pomiędzy Soborem i Tradycją, zwłaszcza w odniesieniu do tych punktów, które, być może ze względu na swą nowość, nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła6.
Paragraf ten streścić możemy następująco:
II Sobór Watykański nauczał rzeczy, których nie da się pogodzić łatwo z Tradycją katolicką.
W związku z powyższym Jan Paweł II wezwał teologów i ekspertów do „dalszych, nowych dociekań”, w celu wykazania, że nauczanie Soboru pozostaje w ciągłości z Tradycją.
Jan Paweł II uznał, że jest to konieczne, ponieważ niektóre doktryny Soboru są „nowe” i dlatego „nie zostały jeszcze dobrze zrozumiane w niektórych częściach Kościoła”.
Jan Paweł II – który podczas Vaticanum II sam był wpływowym ekspertem – skierował ten apel o „dalsze, nowe dociekania” ponad 20 lat po zakończeniu Soboru.
Innymi słowy, Jan Paweł II apelował do teologów oraz ekspertów o zaangażowanie się w „twórczą wierność Tradycji”, aby pomóc zrozumieć zwolennikom abp. Lefebvre’a, dlaczego nie powinni sprzeciwiać się „nowemu” nauczaniu Soboru. Czy jednak nie jest to coś, co teologowie i eksperci powinni uczynić podczas Soboru, przed narzuceniem Kościołowi nowych doktryn?
Aby zrozumieć, jak skandaliczna jest owa koncepcja „twórczej wierności Tradycji”, wystarczy przypomnieć sobie słowa konstytucji I Soboru Watykańskiego Pastor aeternus:
Duch Święty został bowiem obiecany następcom św. Piotra nie dlatego, aby z pomocą Jego objawienia ogłaszali nową naukę, ale by z Jego pomocą święcie strzegli i wiernie wyjaśniali Objawienie przekazane przez apostołów, czyli depozyt wiary7.
Jan Paweł II przyznał, że Sobór nauczał „nowości”, które nie miały żadnej ewidentnej ciągłości z katolicką Tradycją (w przeciwnym razie teologowie nie musieliby poszukiwać dowodów tej ciągłości 20 lat po Soborze). Według I Soboru Watykańskiego oraz całej Tradycji katolickiej Duch Święty nie może kierować Kościołem w tego rodzaju inicjatywach – tak więc bluźnierstwem jest twierdzenie, iż kierował On Soborem przy wypracowywaniu i ogłaszaniu nowych doktryn.
Biorąc pod uwagę, że Duch Święty nie kieruje Kościołem przy ogłaszaniu nowych nauk, niemających ewidentnej ciągłości z Tradycją katolicką, nie powinno dziwić, że nowa orientacja będąca konsekwencją Vaticanum II nie przyniosła skutków obiecywanych przez nowinkarzy. Chodzi jednak o coś więcej niż tylko brak pożądanych skutków: proces wypracowywania nowego nauczania uczynił rezultat tego zabiegu religią stworzoną raczej przez człowieka niż przez Boga. I – w konsekwencji – nowa religia Vaticanum II utraciła całą skuteczność autentycznej religii katolickiej.
Choć istnieją oczywiście nadprzyrodzone powody utraty przez stworzoną przez ludzi religię Vaticanum II mocy uświęcającej właściwej religii katolickiej, możemy też łatwo wskazać powody czysto naturalne, dlaczego stała się ona niemal całkowicie pozbawiona skuteczności w tym względzie. Jak wiemy z końcowych słów Aktu wiary, wierzymy w prawdy religii katolickiej, ponieważ objawione zostały nam one przez Boga: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.
Katolicy wierzą w prawdy wiary, ponieważ zostały one objawione przez Boga. Wiemy jednak, że nie można tego powiedzieć o religii Vaticanum II, ponieważ jej „prawdy” sprzeczne są pod wieloma względami z tym, czego Kościół zawsze nauczał, a to czyniłoby Boga zwodzicielem. Tak więc w religii soborowej nieobecny jest główny motyw dla wiary, ponieważ pochodzi ona od człowieka, a nie od Boga.
Co więcej, Paweł VI i jego następcy pozwalali większości katolików wyznających religię Vaticanum II odrzucać bezkarnie jej nauczanie, a przynajmniej te elementy, które religia II Soboru Watykańskiego zachowała z religii katolickiej. Przykładowo: chwalimy często Pawła VI za podtrzymanie nauczania Kościoła o antykoncepcji, w rzeczywistości jednak uczynił on niewiele, aby zachęcić katolików do wierności temu nauczaniu. Tak więc ostatecznym skutkiem ogłoszenia przez niego encykliki Humanae vitae było wykazanie ponad wszelką wątpliwość, że Rzymu nie obchodzi w istocie, czy ktokolwiek przestrzega nakazów religii.
Synod o synodalności doprowadza to wszystko do absurdalnej i destrukcyjnej konkluzji, tak iż moglibyśmy sformułować motywy wiary Kościoła katolickiego oraz „Kościoła synodalnego” w sposób następujący:
Kościół katolicki: „Wierzę w te oraz wszystkie inne prawdy nauczane przez święty Kościół katolicki, ponieważ objawiłeś je Ty, który nie możesz ani zwodzić, ani być zwodzonym”.
„Kościół synodalny”: „Wybieram między ideami nauczanymi przez «Kościół synodalny», ponieważ są one tworzone przez heterodoksyjnych katolików, odrzucających to, czego Kościół katolicki zawsze nauczał”.
Różnica nie jest bynajmniej trudna do uchwycenia. A rezultaty są bardziej jeszcze widoczne: żaden rozumny człowiek nie wierzy w religię synodalną, stanowiącą jedynie zaawansowaną formę religii Vaticanum II. Religia synodalna pochodzi z piekła i do piekła prowadzi, powinniśmy być jej jednak wdzięczni za uświadomienie nam całego szaleństwa „twórczej wierności Tradycji”, które to sformułowanie jest po prostu szczerym i uczciwym przyznaniem, co mieli w istocie na myśli nowinkarze mówiący o „żywej Tradycji”.
Wydaje się, że Bóg pozwala na to wszystko, aby coraz więcej dusz uświadamiało sobie, iż pragnie On od nas pokornej wierności Tradycji. Niedawno Michael Matt podał przykład owej pokornej wierności, pisząc o swym ojcu [Walterze Matcie]:
Mój ojciec zwykł określać siebie mianem redaktora „pracującego w pocie czoła” (ang. pick-and-shovel – dosł. ‘pracującego kilofem i łopatą’ – przyp. tłum.). Nie wymyślał koła na nowo. Po prostu przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował. Był dziennikarzem, którego każdy tekst dowodził, iż był on katolikiem żyjącym w świecie, ale niebędącym ze świata. Nie obchodziło go, co świat o nim myśli, ale jedynie, co myśli o nim Bóg. Był człowiekiem nazywającym rzeczy po imieniu (ang. who called a spade a spade – dosł. ‘nazywającym łopatę łopatą’ – przyp. tłum.), niezależnie od tego, kto używał jej do grzebania Boga.
Walter Matt założył „The Remnant”, jednak nie uważał się za założyciela żadnego nowego ruchu religijnego – nie „wymyślał koła na nowo”. Zamiast tego, podczas gdy niemal cały świat katolicki albo porzucił wiarę, albo dał się zainfekować jej wypaczoną wersją, „przykuł się do tradycyjnej wiary katolickiej i nigdy od niej nie odstępował”. Postąpił tak, ponieważ prawdziwa Tradycja katolicka przekazywana była wiernie na przestrzeni wieków od Chrystusa i Jego apostołów. (…)
Prości katolicy, trzymający się pokornie tego, czego Kościół zawsze nauczał, byli od Vaticanum II prześladowani przez Rzym, a jednak w tym samym czasie ich wspólnoty doświadczały nieustannego wzrostu: rosła w nich liczba wiernych uczestniczących regularnie we Mszy, powołań do kapłaństwa i życia zakonnego, małżeństw oraz chrztów. Dla tych, którzy posłuszni są nakazowi Zbawiciela, aby osądzać drzewo po owocach (Mt 7, 16–20) – wnioski są oczywiste. Wiara katolicka nie jest dziś bynajmniej bezsilna; bezsilna jest niedorzeczna i bluźniercza religia II Soboru Watykańskiego, która nadaje się jedynie do wycięcia oraz wrzucenia jej w ogień (Mt 7, 19).
Niepokalane Serce Maryi, módl się za nami!
Za „The Remnant” tłumaczył Tomasz Maszczyk8.
Autor: AlterCabrio , 30 grudnia 2024
Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego.
−∗−
Grafika LINK
Jak wyjaśniliśmy w poprzednim artykule, demokracja walcząca walczy z własnym społeczeństwem, w interesie tyrańskiej władzy, kryjącej się za parawanem demokracji. W rzeczywistości władza ta realizuje interesy państwa globalnego – struktury, próbującej powstać i zapanować nad narodami i ludźmi.
Czytaj o demokracji:
Z kim walczy demokracja walcząca
Na świecie kiepsko to idzie, głównie ze względu na niechęć Chin i Rosji, natomiast na Zachodzie próba ta prowadzona jest z narastającą determinacją i talmudycznym stosunkiem do białych chrześcijan, głównie w Kanadzie i Unii Europejskiej. Jednak i tu próby te napotykają na rosnący opór ludzi i materii. Zastanówmy się, co mogłoby zabezpieczyć narody skutecznie przed tyranią oraz uzurpacją władzy wobec sfery prywatnej. Najpierw należy pokrótce przybliżyć, na czym polega tyrania i uzurpacja, aby uświadomić Czytelnikom, jak blisko nich się znajdują. Proces ten dotyczy dwóch sfer – publicznej i prywatnej, a jego symptomy zwykle są następujące:
Oficjalnym sposobem na usunięcie tych wad, pozostającym w gestii społeczeństwa są wybory. Jest to jednak możliwość czysto teoretyczna. Większość mediów pozostaje w ręku cudzoziemców, a system polityczny nastawiony jest na utrwalanie istniejącego układu sił. Zwolennicy demokracji absolutnej podsuwają rozwiązania, jak mniemają, uniwersalne i trwale skuteczne. Rysują więc piękne plany demokracji bezpośredniej i pryncypialnej, proponują czwórwładzę, nowoczesne narzędzia kontroli cyfrowej polityków i posłów przez wyborców, myśląc, że weto, inicjatywa i referendum skutecznie zabezpieczą demokrację i wolności obywatelskie przed uzurpacją tyrańskiej władzy. Demokrację może i zabezpieczą, ale wolności obywatelskich raczej na pewno nie.
Po pierwsze, zdradziecka władza może nauczyć się korzystać z narzędzi demokracji oddolnej i zacząć nimi sterować, wówczas cały misterny plan demokratyczny weźmie w łeb. Po drugie, władza może być tak bezczelna, że po prostu nie uzna wyników takich wyborów, i co jej wtedy obywatele zrobią? Po trzecie, te wszystkie projekty bazują na sentymentalnym obrazie przeciętnego wyborcy, postrzegając go jako mędrca, oczytanego, zorientowanego, świadomego znaczenia dobra publicznego. Nie docenia się tu jednak stanu psychiki współczesnych ludzi Zachodu, w tym Polski, będącego skutkiem celowej debilizacji. Zabawmy się w intelektualną zagadkę: jak wyglądałaby scena polityczna w Polsce, gdyby dziś wprowadzić narzędzia demokracji oddolnej? Już spieszę z odpowiedzią: tak samo, zasadniczo nic by się nie zmieniło. Polityka zależy od dwóch czynników: suwerenności państwa i suwerenności umysłów obywateli. Obecnie w Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego. Nawet jednak, gdybyśmy cieszyli się takimi suwerennościami, demokracja bezpośrednia szybko zamieniłaby się w ochlokrację, a ta doprowadziłaby do nieuchronnej utraty suwerenności. Demokracja oddolna jest więc dobra, ale w zakresie ograniczonym do spraw lokalnych. Co do spraw państwowych i globalnych, większość nie ma kompetencji intelektualnych, aby wypowiadać się w tych kwestiach. Gdyby masa ludzka musiałaby się wypowiedzieć, poszłaby za głównym przekazem, na to wskazuje praktyka społeczeństwa masowego. Aby było inaczej, musiałyby zostać spełnione dwa warunki: główny przekaz musiałby oddalić się od rzeczywistości, a rzeczywistość musiałaby sprawiać ludności większą przykrość, niż sprawia jej suwerenne myślenie. Poza tym weźmy na logikę: pomysły na demokracje oddolną służą zabezpieczeniu społeczeństwa przed samowolą władzy. Jednakże ich wprowadzenie wymagałoby zgody tej władzy, która ma zostać ograniczona. W sytuacji, gdy władza nie chce się na takie ograniczenie zgodzić (a tak jest zawsze) musiałaby zostać zmuszona przez wynik wyborczy. Ten z kolei wymaga większości społeczeństwa. Te z kolei nawet nie wie, że może w ten sposób ograniczyć władzę. A nawet, gdyby wiedziało, jego większość nie zdecyduje się na takie ograniczenie, dopóki nie będzie jej naprawdę źle. A nawet, jeśli to wszystko uda się zrealizować i przeforsować wybór polityczny większości społeczeństwa, władza może ten wybór uchylić, jak to zrobiła ostatnio w Rumunii. Wszystko wskazuje również na to, że takie mechanizmy są przygotowywane w innych państwach demokratycznych.
Mamy więc dylemat podwójny: po pierwsze, narzędzia demokracji bezpośredniej wymagają odpowiednio myślącego i zintegrowanego społeczeństwa, oraz władzy, która pozwoli takowe wprowadzić. Jedno i drugie obecnie jest nieosiągalne. Jeśli więc chcemy zabezpieczyć naród przed władzą, a jednocześnie nie utracić efektywności rządów, nie tędy droga. Najlepszą drogą jest przywrócenie właściwej hierarchii społecznej, aby wyeliminować z wpływu na sprawy publiczne ludzi, którzy nie chcą wziąć za nie odpowiedzialności. Zauważmy, jak tani jest dziś głos wyborczy, jak niewiele trzeba, aby go oddać, i jak brakuje mechanizmów wzięcia odpowiedzialności za własny wybór. Zmiana tego stanu wymaga solidnej i stałej edukacji społeczeństwa do odpowiedzialności. Tą właśnie na naszych oczach nam zabierają, zastępując Edukacją Włączającą, czyli debilizacyjną hodowlą niewolników unijno – globalnych. Solidna edukacja ma jednak to do siebie, że ludzie unikają jej z lenistwa, tak samo, jak brania odpowiedzialności za własne wybory. Potrzeba czegoś silniejszego i trwalszego.
Rozwiązanie jest prostsze, niż się wydaje. Wymaga co prawda pewnej ewolucji poglądów i zwyczajów, która jednak jest zgodna z normotypem cywilizacji łacińskiej, i da się wykonać w ciągu jednego pokolenia. Należy udrożnić dostęp społeczeństwa do broni, zarówno białej, jak i palnej. Należy dać ludziom możliwość dowolnego uzbrajania się w zakresie tych dwu podstawowych rodzajów. Należy pozwolić ludziom na posiadanie i używanie dowolnej broni białej, strzeleckiej i artyleryjskiej, z wyłączeniem miotaczy płomieni, broni rakietowej i masowego rażenia. Poza tym pozwolić na wszystko – broń automatyczną lekką i ciężką, artylerię (można zastanowić się nad ograniczeniem kalibru i zasięgu), broń pancerną, lotnictwo, jednostki pływające.
Rozumiem szok, jaki z pewnością odczuło wielu Czytelników. Rodzą się obawy – ludzie będą się strzelać na ulicach i w domach, będą rozjeżdżać czołgami, powstaną prywatne armie, rozpowszechni się przestępczość. Te obawy łatwo można rozwiać. Używanie broni przeciw ludziom byłoby ściśle określone i ograniczone do obrony koniecznej. Ta zostałaby uwolniona z ograniczeń, tak, że w sytuacji napaści czy bezpośredniego zagrożenia każdy mógłby użyć tej broni, jaką posiada i jaka jest adekwatna do ataku. Przestępcą byłby napastnik, a nie obrońca. Przestępcy i gangi i tak mają dostęp do takiej broni, jakiej potrzebują, i jaką da się ukryć. Powszechny dostęp społeczeństwa do broni pozbawiłby ich przewagi i odciążyłby organy ścigania. Świat przestępczy raczej mocno by się skurczył. Ci obywatele, którzy zechcieliby używać broni niezgodnie z jej przeznaczeniem, zostaliby szybko zneutralizowani przez organy ścigania i innych, porządnych, uzbrojonych obywateli. Prywatne armie nie stanowiłyby zagrożenia. Ich utrzymywanie byłoby bardzo drogie i natychmiast zostałoby zauważone przez władzę państwową. Władza dysponuje regularną armią i takimi środkami walki, na które nie stać byłoby żadnej prywatnej inicjatywy. Powszechnego uzbrojenia obywateli obawiają się dwie siły – tyrańska władza i agresor zewnętrzny. Obecnie obydwie siły pokrywają się.
Jeśli władza reprezentuje interesy narodu, nie musi niczego się obawiać. Społeczeństwo nie buntuje się bez powodu, a nawet, gdy ma powód, to i tak w łacińskim kręgu cywilizacyjnym od niezadowolenia do otwartego buntu droga jest długa i musi przejść przez kilka szczebli drabiny eskalacyjnej. Rozsądna władza, działająca dla dobra narodu może bez trudu rozładować napięcie i uniknąć buntu. Może natomiast nastąpić inna sytuacja – bunt wewnętrzny, wzniecony przez agenturę siły zewnętrznej. W takiej sytuacji piąta kolumna jest przygotowywana długo wcześniej do siłowego przejęcia władzy. Zwykle taka operacja powiązana jest z umieszczeniem agentów w strukturach decyzyjnych państwa i służb mundurowych. Przewrót przygotowywany starannie, charakteryzowany na bunt oddolny, a w momencie kluczowym decyzje władzy paraliżowane są przez agenturę. Wówczas czynnikiem przesądzającym może okazać się wsparcie własnego społeczeństwa. Mając przed sobą perspektywę walki z uzbrojonym narodem, tajny agresor nie zaryzykuje operacji. Podobnie z jawnym najazdem. Państwo, w którym mieszka uzbrojony naród dysponuje dwiema armiami – regularną i społeczną. Pokonanie sił regularnych może okazać się prostsze, niż nieregularna walka z uzbrojonym, chcącym się bronić narodem. Każdy agresor planujący napaść dokonuje precyzyjnych obliczeń, jakie może odnieść korzyści, straty i koszty. Walka nieregularna byłaby długotrwała i kosztowna pod każdym względem.
Największy problem z koncepcją uzbrojonego narodu ma tyrańska władza. Zwykle udaje ona przyjazną i uśmiechniętą, rozdaje benefity wybranym grupom i używa mediów do zakrywania swojej zdrady. Nie da się jednak przekupić całego narodu, nie da się oszukiwać wszystkich zbyt długo, w końcu się zorientują. Włada, przeradzająca się w tyranię zaczyna używać wymiaru sprawiedliwości jako aparatu terroru. Łatwo można ją zidentyfikować. W wymiarze indywidualnym wyrzuca z pracy, odbiera pieniądze, stawia fałszywe oskarżenia, używa dyspozycyjnych prokuratorów i sędziów. W wymiarze ogólnym używa kłamliwych mediów, demoralizuje i ogłupia społeczeństwo, dzieli na skonfliktowane grupy, wchodzi do rodzin, ogranicza prawa obywatelskie pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa. W tradycyjnej nauce katolickiej dozwolona jest wojna sprawiedliwa, a także sprzeciw wobec władzy niegodnej, w sposób rażący i uporczywy łamiącej prawo Boże. Sprzeciw wobec takich naruszeń nie jest grzechem, a wręcz obowiązkiem.
Przeczytaj ważne artykuły:
Wschód, i czego o nim nie wiecie
Każda władza państwowa, reprezentująca naród i realizująca jego interesy powinna dążyć do tego i stanowić takie prawa i politykę, aby naród ten był świadom swojej tożsamości i interesów, aby miał wiedzę sytuacyjną, aby chciał bronić swojego państwa. W interesie godnej władzy leży uzbrojenie narodu, nauczenie, jak bronią się posługiwać, oraz jego wewnętrzna organizacja samoobronna, podobnie, jak to jest w Szwajcarii. Wówczas nie będą to hultaje i rozwydrzone warchoły, którym wydaje się, że wszystko im wolno, a za nic nie odpowiadają. Nie będą to również zdrajcy i sprzedawczyki, węszące tylko, skąd zysk większy i komu sprzedać Ojczyznę i własną duszę. Będą to poważni ludzie i godni obrońcy, solidne wsparcie każdej uczciwej władzy narodu.
_______________
Jak bronić wolności, Bartosz Kopczyński, 30 grudnia 2024
−∗−
Warto porównać:
Brońmy Królestwa!
Magnificat: On pokazał moc ramienia swego, pysznych rozproszył, strącił władców z tronu, a wywyższył pokornych. Czas najwyższy na kolejny Cud nad Wisłą, na odrodzenie narodu i wiary jego, bo zbliża […]
_______________
Naród zaczyna walczyć
Mało kto chyba nie zauważył, że wydarzenia przyspieszają, a to, co jest zmieni się już niedługo. Zwykle jednak przestraszona ludność wskazuje na działania potęg zła – globalistów, rządów, korporacji, deepstate […]
_______________
Ateistom nie daje się władzy – ks. Marek Bąk
Jeżeli nasi władcy obecnie rzekomo większością głosów ustanawiają prawa mordercze i nieludzkie, to to nie ma żadnej przyszłości prócz łez i krwi. Dlatego ci, którzy chcą rządzić niech służą będąc […]
https://pch24.pl/pontyfikat-franciszka-teutonski-triumf-nad-rzymskim-porzadkiem

(Arminiusz (fot. Wikipedia), Franciszek (fot. Flickr/ Mazur/catholicnews.org.uk))
Pontyfikat Franciszka to spełnienie marzeń niemieckich reformistów. Przez wiele dekad marzyli o autonomii Kościoła germańskiego, kierowani rządzącym ich wyobraźnią mitem o wyższości teutońskiego barbarzyństwa nad łacińskim Zachodem. Bergoglio, ten prawdziwie niemiecki papież, dał im to, czego tak bardzo pragnęli.
Jeżeli będą kiedyś Państwo w zachodnich Niemczech, na przykład w drodze gdzieś między Hanowerem a Düsseldorfem, warto zboczyć nieco na południe, do niewielkiego miasta Detmold. Na południowym zachodzie od Detmold rozciąga się las teutoburski, ten sam, w którym dziewięć lat po narodzeniu Chrystusa germańscy barbarzyńcy odnieśli słynne zwycięstwo nad legionami rzymskimi pod dowództwem Publiusza Warusa.
Na wzgórzu u progu lasu stoi monumentalny pomnik wodza Germanów, Arminiusza. Blisko 27-metrowy cokół wieńczy równie wysoka figura dowódcy. Barbarzyńca w skrzydlatym hełmie nie tylko triumfuje, ale wyraźnie się odgraża: wznosząc ku niebu długi miecz zdaje się milcząco mówić, że każdego najeźdźcę z zachodu spotka ten sam krwawy los, co nieszczęsne oddziały Warusa.
Monument zaczęto budować w 1838 roku, za panowania Fryderyka Wilhelma III. Był elementem całej serii podobnych postumentów – klasycystycznych, romantycznych, buńczucznych i groźnych. Pałając nienawiścią do Francuzów od upokorzenia w 1807 pokojem w Tylży przez Napoleona, Niemcy – a przede wszystkim Prusacy – próbowali zdobyć się na nową wielkość, której podstawę miały stanowić wojska gotowe na każdy wysiłek dla ojczyzny. Ogólne nacjonalistyczne wzmożenie napędzała często lektura klasyków starożytności, zwłaszcza niewielkiego dziełka Tacyta, „Germanii”. Tacyt napisał ten utwór jako sui generis speculum principis – Rzymianie jego czasów mieli przejrzeć się w germańskim lustrze, żeby zaczerpnąć zapału do wewnętrznych reform.
Historyk przedstawił germańskie obyczaje w samych superlatywach; XIX-wieczni niemieccy nacjonaliści chętnie wykorzystywali ten obraz, by przedstawiać swój etnos jako od genetycznie lepszy – twardy, surowy, silny, całkowicie odmienny niż zepsuta i przegniła nacja francuska.
Antyfrancuskie nastroje były tylko kolejną aplikacją wpisanego w niemiecką kulturę antyzachodniego resentymentu, który znakomicie opisał Herfried Münkler w głośnej książce „Mity Niemócw” (niem. „Die Deutschen und ihre Mythen”). Gigantyczny Arminiusz wygrażający ludziom z zachodu mieczem, miał do przekazania tylko jedno: my, Germanie, tworzymy swój własny świat; nasza cywilizacja jest swoista, lepsza i doskonalsza, stąd zasługujemy na pełną suwerenność i tę suwerenność sobie wywalczymy. Suwerenność, dodajmy, nie tylko polityczną, ale także – a może nade wszystko – duchową. Długi niemiecki XIX wiek to przecież także czas ponownego odkrycia Marcina Lutra jako ojca-założyciela chrześcijaństwa germańskiego.
W 1945 roku polityczny i kulturowy pruski program autonomizacji nowożytnej niemczyzny poniósł druzgocącą klęskę. Od końca wojny, pod amerykańską okupacją, Niemcy nie mogą rozwijać się tak, jakby tego chcieli. Z wychwalania liberalnych wartości najeźdźcy uczynili nawet swoje nowe polityczne credo. Nie oznacza to jednak, by parcie do autonomii zostało z ich narodu całkowicie wykorzenione. Przejawia się tam, gdzie może. Widać to choćby w teologii.
W 2015 roku kardynał Reinhard Marx, ówczesny szef Konferencji Episkopatu Niemiec, wygłosił szeroko komentowane na świecie słowa: „Nie jesteśmy filią Rzymu”. W sensie formalnym miał oczywiście rację – każda diecezja ma swoją własną odpowiedzialność, a rolą biskupa nie jest tylko wykonywanie poleceń przychodzących z centrali. Arcybiskup Monachium i Fryzyngi mówiąc o braku filialnej relacji między Niemcami a Rzymem nie chciał, oczywiście, tylko powtarzać tej oczywistości. Jego celem było podkreślenie tak dużej autonomii Kościoła katolickiego w Niemczech, że uprawnia to do podejmowania decyzji wprost sprzecznych z tymi, które zapadają w Watykanie. W 2015 roku chodziło bezpośrednio o Komunię świętą dla rozwodników. Niemieckie środowiska kościelne naciskały na papieża na to, by wprowadził w tym zakresie dowolność. Tak się rzeczywiście stało – w adhortacji „Amoris laetitia” papież ogłosił, że każdy może robić jak sam uważa.
Głównymi doradcami teologicznymi pontyfikatu Jorge Mario Bergoglia byli w tamtym czasie dwaj niemieckojęzyczni kardynałowie – Walter Kasper i Christoph Schönborn. Kluczowy jest wpływ zwłaszcza pierwszego z nich; wpływ, który wykracza daleko poza kwestię dopuszczania rozwodników do Komunii świętej. Kasperowi chodziło przede wszystkim o przewartościowanie zakresu kompetencji Kościołów lokalnych. Pisał o tym w tekstach polemicznych wobec kardynała Józefa Ratzingera, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary w 1992 roku ogłosił list „Communionis notio”. Stolica Apostolska odrzuciła wtedy wizję autonomizującą, zgodnie z którą Kościół powszechny jest złożeniem Kościołów lokalnych, ale to te drugie tworzą jego faktyczny rdzeń. Według „Communionis notio” Kościół powszechny jest ontologicznie pierwszy – przejawia się w Kościołach lokalnych, ale nie jest przez nie tworzony. Kasper uważał, że to nieprawda: nie ma Kościoła powszechnego bez Kościołów lokalnych. Niezależnie od filozoficznych i ściśle teologicznych podstaw oraz implikacji tych obu postaw, stawka w grze była w pewnym sensie po prostu kościelno-polityczna: na ile może pozwolić sobie Kościół lokalny definiując doktrynę, moralność, liturgię i duszpasterstwo? Z ujęcia Ratzingeriańskiego łatwo można wyprowadzić sąd, że na relatywnie niewiele; z ujęcia Kasperiańskiego – że właśnie na całkiem dużo. Kasperiańska eklezjologia była w tym sensie tylko funkcją niemieckiego autonomizmu politycznego.
Franciszek przyjął pogląd Niemca w całej rozciągłości – i to już w adhortacji „Evangelii gaudium” z 2013 roku, gdzie ogłosił decentralizację Kościoła, również w obszarze doktryny i moralności. Nie był to przypadek. Dobrze znane kulisy wyboru Jorge Mario Bergoglia pokazują, że wpływowa sieć kardynałów o reformistycznym nastawieniu świadomie wybrała właśnie Argentyńczyka, wiedząc z góry, że będzie realizować jej agendę. Kasper odgrywał w tej grupie wiodącą rolę – działał od samego początku w sławnej Grupie z Sankt Gallen, w 1996 roku był gospodarzem jej pierwszego spotkania (wtedy jeszcze w klasztorze w Heiligenkreuz w Niemczech).
Bergogliańskie upodobanie do autonomizmu zawarte w „Evangelii gaudium” znalazło swoje liczne powtórzenia i rozwinięcia, kulminując w tekstach Synodu o Synodalności, a zwłaszcza w ogłoszonym 26 października „Dokumencie finalnym”. Czytamy w nim o „różnym tempie” Kościołów lokalnych, nadawaniu nowych kompetencji narodowym episkopatom, możliwości implementacji doktryny i zasad moralnych zależnie od lokalnego kontekstu i tak dalej.
Franciszek, idąc za niemieckojęzyczną teologią XX-wieczną, wprowadził w Kościele katolickim zupełnie nieznaną wcześniej zasadę różnorodności. Łączność wiernych naszej religii ma w nowym stuleciu wyrażać się przede wszystkim w przyjęciu administracyjnej zwierzchności biskupa Rzymu; w wielu „szczegółach” dotyczących samej wiary i jej praktykowania ma z kolei panować duża swoboda. Większość katolików nie będzie z tego najpewniej w ogóle korzystać, szukając wciąż tego, co powszechne i żyjąc tradycyjnym ujęciem katolicyzmu. Członkowie Kościoła w krajach germańskich zamierzają postąpić inaczej, chcąc wykorzystać w całej pełni możliwości, jakie – dzięki ich podpowiedziom – dał Kościołowi papież Franciszek.
W ten sposób miecz Arminiusza, groźnie wzniesiony ku niebu przeciwko najeźdźcom z Zachodu i stabilizujący suwerenność duchową świata germańskiego, jeszcze raz uderzył, raniąc jedność Kościoła katolickiego. Gdyby Jorge Mario Bergoglio miał to „szczęście” i urodził się z germańskich rodziców, w przyszłej niemieckiej historiografii mógłby może obok Filipa Melanchtona zasłużyć na tytuł „praeceptor Germaniae”; albo chociaż na jakiś pomnik, może na dziedzińcu zamkowym Wartburga.
Będąc jednak etnicznym Włochem nie może na to liczyć. Niemcy traktują go jako użyteczne narzędzie: wciągnął rzymskie wojska w germańskie bagna, pozwalając barbarzyńcom na łatwe zwycięstwo.
Paweł Chmielewski
Etienne de la Boetie2 Dec 30, 2024

Climate realist Tony Heller took to X to highlight the climate misinformation and disinformation campaigns waged by far-left corporate media on the global public.
Heller referenced a 2007 BBC News article titled „Arctic summers ice-free 'by 2013′,” which warned readers of the supposed threat that „latest modeling studies indicate northern polar waters could be ice-free in summers within just 5-6 years.”
The BBC article’s baseless claim was designed to instill climate fears across the public to ram through a radical de-growth climate agenda across the Western world.
The Daily News from the Art of Liberty Foundation is a reader-supported publication. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Heller then cited NOAA Sea Ice Extent data of the Arctic from Sept. 16, 2012, and Sept. 7, 2024, and found:
„This year’s minimum Arctic sea ice extent was 26% larger than 2012. @BBCNews said the Arctic would be ice-free by 2013.”

„They keep this info out of the news because it doesn’t serve the narrative…,” one X user commented.
31.12.2024 Stanisław Michalkiewicz https://nczas.info/2024/12/31/przed-noworocznym-toastem-rozstrzygna-sie-losy/
Nachodzi rok 2025, kiedy to 20 stycznia nastąpi zaprzysiężenie Donalda Trumpa na kolejnego, bodajże 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych – Naszego Najważniejszego Sojusznika. Jak już wielokrotnie wspominałem, w części polskiej opinii publicznej zapanowała z tego powodu euforia, jakby Donald Trump był jednocześnie prezydentem Polski i z tego tytułu miał zadbać o realizowanie żywotnych interesów naszego państwa.
Tymczasem nic podobnego nie będzie miało miejsca. Donald Trump będzie prezydentem Stanów Zjednoczonych i z tego tytułu będzie realizował amerykańskie interesy państwowe, tak jak je rozumie. Nasze interesy państwowe powinien realizować polski rząd i polski prezydent. Z tym, jak dotąd, jest znacznie gorzej.
Vaginet obywatela Tuska Donalda wykonuje całkiem inne zadania. Przede wszystkim ma zniwelować teren pod zainstalowanie tutaj Generalnego Gubernatorstwa w ramach IV Rzeszy, na czele której ponownie stanęła Reichsfuhrerin Urszula von der Leyen, która – jak pamiętamy – obywatelu Tusku Donaldu i jego vaginetowi postawiła całkiem inne zadania; oprócz zniwelowania terenu pod Generalne Gubernatorstwo, nakazała mu też kontynuowanie „walki o praworządność”, którą w naszym bantustanie nakazała prowadzić jeszcze Nasza Złota Pani w marcu 2017 roku, a na początek zmobilizowała wszystkie organizacje broniące na świecie praw człowieków, żeby wystąpiły do Komisji Europejskiej z wnioskiem, by z Polską zrobić porządek, jako że poziom ochrony praw człowieków w naszym bantustanie urąga wszelkim standardom.
Toteż – chociaż w tak zwanym międzyczasie w Niemczech zmienił się rząd – ta linia polityczna nadal jest aktualna, jako że wpisuje się obecnie w proces niwelacji terenu pod Generalną Gubernię, do którego przyłączyło się skwapliwie tak zwane towarzycho demokratyczne, a która zostanie tu zainstalowana niezwłocznie po nowelizacji traktatu lizbońskiego, co – jak pamiętamy – rekomendował Komisji Europejskiej europejski parlament. Czy to nastąpi – tego, ma się rozumieć, jeszcze nie wiemy – bo nie wiemy, czy Donald Trump jako prezydent USA podtrzyma pozwolenie, jakiego Niemcom w marcu ub. roku udzielił prezydent Józio Biden, by urządzały sobie Europę po swojemu – m.in. zgodnie z wytycznymi sformułowanymi jeszcze w roku 1943 przez Adolfa Hitlera na spotkaniu z gauleiterami.
Hitler powiedział wtedy m.in, że „małe państwa” nie mają w nowej Europie racji bytu, bo tylko Niemcy potrafią prawidłowo Europę zorganizować. W tym też kierunku zmierza projektowana nowelizacja traktatu lizbońskiego. Toteż nie wiemy nawet, czy po 20 stycznia Polska ponownie przejdzie pod kuratelę amerykańską, a jeśli nawet – to czy w związku z tym Ameryka doprowadzi do podmianki na pozycji lidera sceny politycznej naszego bantustanu – co wymagałoby spowodowania u nas przesilenia rządowego, nawet bez udziału kelnerów – jak to miało miejsce w roku 2014 i w 2015. Niestety po naszej stronie nie widać żadnych inicjatyw w tym kierunku, chociaż w koalicji 13 grudnia ostatnio potężnie zatrzeszczało.
A dlaczego nie widać? A dlatego, że chociaż mamy wysyp tych wszystkich prezydentów (ostatnio PSL oświadczył się za panem marszałkiem Hołownią, a Lewica wystawiła panią Magdalenę Biejat), to żaden z nich nawet się w tej sprawie nie zająknie, a pan prezydent Duda sprawia wrażenie osiadającego na laurach, odkąd załatwił sobie fuchę w MKOl po zakończeniu dobrego fartu na stanowisku tubylczego prezydenta, kiedy to sprawiał wrażenie, jakby był jakimś przydupasem ukraińskiego prezydenta Zełenskiego, a nie prezydentem Polski.
O czym tedy mówią ci wszyscy kandydaci na prezydentów? Pan Trzaskowski, który z jakichś zagadkowych przyczyn starannie ukrywa swoje pierwszorzędne korzenie, a żadna Schwein czy to opozycyjna, czy to bezpieczniacka nie ośmiela się mu ich wyciągać, ostatnio na spotkaniu z rolnikami na Lubelszczyźnie, z miedzianym czołem, bredził, że zapewni Polsce „samowystarczalność żywnościową”. Bredził nie tylko dlatego, że prezydent w sprawach gospodarczych ma niewiele, a w gruncie rzeczy – nic do powiedzenia – ale również dlatego, bo w sytuacji, kiedy Reichsführerin właśnie podpisała w imieniu Unii Europejskiej umowę z krajami Mercosur, zgodnie z postanowieniami której, do Unii trafią produkty rolnicze z Ameryki Łacińskiej, co do których nie są wymagane wyśrubowane standardy, jak w przypadku unijnych produktów rolniczych, o żadnej „samowystarczalności” nie może być mowy. Podejrzliwcy twierdzą nawet, że ta skwapliwość Reichsführerin w podpisaniu tej umowy bierze się stąd, że po II wojnie światowej wielu hitlerowców czmychnęło do Ameryki Południowej, w której zaczęli odgrywać – to znaczy teraz już nie oni, tylko ich potomstwo – ważną, a może nawet tak zwaną „przewodnią rolę” – niczym PZPR w budowie socjalizmu – wzięła się właśnie stąd, a nie np. z pragnienia większej niezależności od Chin – bo każde dziecko przecież wie, że Chiny usadowiły się właśnie w Ameryce Południowej. Tak czy owak, umowa z krajami Mercosur może już wkrótce – chyba, że nie zostanie ratyfikowana przez członkowskie bantustany UE – doprowadzić do całkowitego upadku branży tytoniowej w Polsce, a być może innych też – bo jeśli coś złego może się stać, to na pewno się stanie.
Z kolei faworyt Naczelnika Państwa, któremu bezpieka już nawet nie w widoczny, ale wręcz ostentacyjny sposób robi koło pióra, zachęca nas do korzystania z ruchu na świeżym powietrzu. Ano, jak tylko powstanie i okrzepnie Generalna Gubernia, to ruchu na świeżym powietrzu będziemy mieli aż za dużo, choćby przy pracach podejmowanych przez komendantury obecnie chwilowo nieczynnych obozów koncentracyjnych, które przecież trzeba będzie otworzyć choćby po to, by ulokować tam sprawców zdradzieckich zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w GG, nie mówiąc już o nienawistnikach, co to zieją „mową nienawiści” i bluźnią sodomczykom i gomorytkom, przyprawiając jednych i drugich o niewysłowione katiusze.
O pani Biejat szkoda nawet wspominać, bo wiadomo tylko, że „będzie walczyć” – ale z kim i o co – tego już nie powiedziała. Ale nie musi tego mówić po pierwsze dlatego, że jeszcze sama tego nie wie, a po drugie – że z kim i o co, to zostanie jej objawione w odpowiednim czasie przez stosowny sanhedryn – na przykład – przez Judenrat „Gazety Wyborczej”. Zresztą ona uczestniczy tylko w konkursie piękności, podobnie jak inni kandydaci, nie wyłączając sezonowego pana marszałka Szymona Hołowni, który stręczy nam się w charakterze „kandydata niezależnego”. Od kogo niezależnego – tego już nie mówi – bo chyba nie od Donalda Tuska, który traktuje go dość bezceremonialnie. Inna sprawa, że bezpieka wystosowała mu pierwsze poważne, ostrzegawcze ostrzeżenie w postaci niebezpiecznych związków z Collegium Tumanum, więc w tej sytuacji chwalebna powściągliwość pana marszałka jest całkowicie zrozumiała, bo nikt nie jest bez grzechu wobec Boga, ani bez winy wobec cara. Któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej niż bezpieka?
Podczas kiedy nasz bantustan, „w zaklętym kółku, jak w krzywym zwierciadle, sam się zadręcza własną niemożnością”, w związku z czym nawet Leszek Miller zauważył, że takie Węgry grają już w całkiem innej lidze dyplomatycznej niż Polska pod kierownictwem Księcia-Małżonka – w najbliższych miesiącach rozstrzygną się losy wojny na Ukrainie. Amerykański generał bez ceregieli zapowiada, jak przy pomocy groźby „zakręcenia kurka” finansowego sprowadzi prezydenta Zełenskiego do stołu rokowań z Rosją, a z kolei Putina – przy pomocy groźby dostarczenia Ukrainie broni, która z Rosji zrobi marmoladę. Wygląda na to, że amerykańscy generałowie, jeśli chodzi o poczucie rzeczywistości, są podobni do naszych, przynajmniej niektórzy do niektórych. Jak jest z politykami – o tym się przekonamy – chociaż nie od rzeczy będzie przypomnienie rozmów prezydenta Donalda Trumpa z Kim Dzong Unem w Singapurze, w następstwie których północnokoreański tyran nabrał tylko wigoru i jak gdyby nigdy nic, z powodzeniem kontynuował rozbudowę swego arsenału nuklearnego. No a teraz w dodatku trzeba będzie uspokoić Koreę Południową, która jeszcze nie może przyjść do siebie po sześciogodzinnym stanie wojennym, nie mówiąc już o Syrii, gdzie może otworzyć się – jak powiadają – „puszka z Pandorą”. Rzecz w tym, że i bezcenny Izrael i Turcja mają tam swoje interesy i swoje widoki – niekoniecznie takie same, jak USA.
O ile jednak amerykańska polityka na Środkowym i Bliskim Wschodzie sprawia chwilami wrażenie, jakby zataczała się od ściany do ściany, to Izrael na tym tle wydaje się państwem znacznie poważniejszym, bo wykorzystał amerykańską potęgę do obrócenia wszystkich swoich sąsiadów – z wyjątkiem Jordanii, która przezornie zawczasu się obrzezała – w chaotyczne morze ruin i zgliszcz. Wyjątek stanowi złowrogi Iran, który chyba nie ma innego wyjścia, jak pójść w ślady Kim Dzong Una i zbudować odstraszający arsenał jądrowy, zanim bezcenny, miłujący pokój Izrael, zdecyduje się napuścić amerykańskiego kolosa również na „ajatollahów”, by w ten sposób zaprowadzić trwały pokój na całym Środkowym Wschodzie niczym na kirkucie.
Tymczasem w związku z prawdopodobnym zakończeniem wojny na Ukrainie, do Warszawy przyjechał francuski prezydent Macron, żeby przekazać Donaldu Tusku nowe zadanie. Chodzi o wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę, by pilnowali tam strefy zdemilitaryzowanej, o której utworzeniu przebąkiwała amerykańska prasa zaraz po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Chodzi o to, że wojska rosyjskie, których nikt nie będzie już próbował rugować z zajętych dotychczas terenów, od Ukraińców miałaby oddzielać licząca kilkaset kilometrów i odpowiednio głęboka „strefa zdemilitaryzowana”. Takiej strefy ktoś jednak musiałby pilnować, bo nietrudno przewidzieć, że tak zwane „incydenty” będą się tam mnożyły jak króliki. Czy jednak Rosja zgodzi się, by tej „strefy” pilnowały wojska europejskich członków NATO? Przecież w ten sposób NATO przybliżyłoby się do granic Rosji, tak jakby Ukraina została przyjęta, a przynajmniej zaproszona do Paktu Północnoatlantyckiego!
Wprawdzie obywatel Tusk Donald energicznie zaprzeczył, by nasza niezwyciężona armia została wysłana na Ukrainę, ale co warte są jego deklaracje, to już po roku rządów vaginetu, na którego czele stoi – wiemy. Jeśli zatem ktoś uchroni nas przed ewidentnym wkręceniem Polski w maszynkę do mięsa, to najprędzej zimny ruski czekista Putin, który chyba na takie przybliżenie NATO do rosyjskich granic się nie zgodzi. Kto by pomyślał!
30.12.2024 na-protescie-przeciwko-chanuce-w-sejmie

Podczas protestu przeciwko Chanuce w Sejmie głos zabrał lider KKP i unijny poseł Grzegorz Braun.
– Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad tymi, którzy obarczeni dwojakimi deficytami albo intelektualnymi nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne i polityczne, albo wiedzą, ale cierpią na deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – rozpoczął Grzegorz Braun.
– Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm RP w jaskinię zbójców. To słowa, które padły tutaj z ust moich najbliższych przyjaciół, współpracowników, członków komitetu politycznego Konfederacji Korony Polskiej. To były – sam się koledzy dziwię – bardzo grzeczne, wyważone, oględne stwierdzenia. No, ale mówili politycy, więc Szanowni Państwo, postawmy tę kropkę nad „i” – dodał.
– Wybór jest dla nas, nie-żydów, wedle tej fałszywej doktryny, jedyny: Służyć […]. Ale wiecie państwo, słowo „sługa”, ono też może nawet i w polszczyźnie, a zwłaszcza w staropolszczyźnie, może mieć pewien majestat. Dobra służba to coś pięknego – zauważył Braun.
– Ta perspektywa jest przed nami, nie-żydami zamknięta. Ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest, wbrew pozorom, specjalne odkrycie rabina Schnersona i jego wspólników. To jest ortodoksja Talmudu. To jest nauka szerzona przez 2000 lat, od kiedy odrzucony został żłóbek i krzyż Chrystusowy – stwierdził.
– Ci, którzy go odrzucili i nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci z pokolenia na pokolenie, przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach-bydlętach – kontynuował.
– Każdy, kto bierze udział w tym rytuale istotnie dokonuje takiego wybory. Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. I warto odnotować, kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył. I warto przy okazji najbliższej zapytać, po której stronie sam siebie sytuuje. Jak siebie samego postrzega – mówił.
– Czy zalicza się do nadludzi? Czy też aspiruje do tego, by być pożytecznym bydlęciem? Pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą? – pytał Braun.
– Tak, przyłączam się do tego stwierdzenia, że to jest alternatywa wyłączająca. Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – ocenił lider KKP.
– Nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim. Na przykład, taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego, wszyscy mogą cieszyć. A to jest równość wobec prawa. Nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – powiedział.
– I my właśnie występujemy jako politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego .
– My nie występujemy wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. My nie zarażamy dewocją, choć nie byłoby w tym niczego złego. My upominamy się tu dzisiaj w tym miejscu, przed gmachem Sejmu RP, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywe doktryny. My się upominamy właśnie o standard prawnoustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynouwał.
– Upominamy się nie tylko ze względu na jakieś zaszłości historyczne, tysiąc lat obecności talmudystów na ziemiach polskich. Przybyli tutaj jako handlarze słowiańskich niewolników na rynki śródziemnomorskie, a nawet dalsze, azjatyckie. Dwa tysiące lat buntu talmudystów przeciwko Prawdzie Chrystusowej. My nie chcemy tylko wspominać historii, tylko na gruncie naszych przekonań […] religijnych i politycznych doświadczeń, chcemy przedstawić alternatywę, której ścisły kontur dopiero w przyszłości się ujawni – zapowiedział Grzegorz Braun.
– Czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu? Losu niewolników, podludzi, wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich ubermenschów? – pytał.


(Grzegorz Braun / fot. wRealu24 / banbye.com)
W poniedziałek pod siedzibą Sejmu odbywa się protest przeciwko skandalicznemu procederowi palenia chanuki przez żydów pod auspicjami przedstawicieli władz państwowych w Warszawie. Uczestnicy podkreślają, że nie może być zgody pomiędzy chanuką – świętem religii, która uznaje nas za podludzi – a Bożym Narodzeniem, które Polacy obchodzą w tym okresie.
Wśród innych przedstawicieli Konfederacji Korony Polskiej głos zabrał Grzegorz Braun. – Szczęść Boże wszystkim i niech się Pan Bóg zlituje nad wszystkimi, którzy – obarczeni dwojakimi deficytami, moralnymi albo intelektualnymi, nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, odrzucają fakty historyczne, polityczne, albo wiedzą, ale cierpią deficyt moralny i ich agenda jawnie deklarowana jest odmienna od agendy istotnie realizowanej – niech się na nimi wszystkimi Pan Bóg zlituje – zaczął. – Niech się zlituje nad tymi, którzy przemieniają Sejm Rzeczypospolitej w jaskinię zbójców – dodał.
– Wybór jest dla nas, nie żydów, wedle tej fałszywej doktryny: służyć. Ale wiedzą Państwo, słowo sługa, może w polszczyźnie – zwłaszcza w staropolszczyźnie – mieć pewien majestat: dobra służba to coś pięknego – powiedział Braun. – Otóż, ta perspektywa jest przed nami nie żydami zamknięta, ponieważ my mamy służyć jak zwierzęta, jak bydło. I to nie jest wbrew pozorom specjalne odkrycie rabina Schneersona i jego wspólników – to jest ortodoksja Talmudu, to jest nauka szerzona przez dwa tysiące lat od kiedy odrzucony został Żłóbek i Krzyż Chrystusowy.
Jak wyjaśnił, „ci, którzy Go odrzucili, którzy Go nie uznali, uznali za stosowne kłamać, rozprzestrzeniać swoje kłamstwa na temat chrześcijaństwa i szerzyć wśród swoich pobratymców, wśród swoich dzieci, z pokolenia w pokolenie przekazywać tę straszną naukę o ludziach, nadludziach i podludziach – bydlętach”.
Poseł do europarlamentu wyraził przekonanie, że każdy, kto „bierze udział w tym rytuale, istotnie dokonuje takiego wyboru”. – Dobrze, żeby rozumiał, że dokonuje takiego wyboru. No i, szanowni państwo, warto odnotować kto tam dzisiaj i kto w minionych latach w tym rytualne uczestniczył i warto przy okazji najbliższej zapytać: po której stronie sam siebie sytuuje, jak siebie samego postrzega – czy zalicza się do nadludzi czy też aspiruje do tego, żeby być pożytecznym bydlęciem – pożytecznym w procederze wdeptywania w ziemię tych wszystkich, którzy ten dyktat i tę fałszywą alternatywę odrzucą – dodał.
Stwierdził, że wybór pomiędzy chanuką a Bożym Narodzeniem to „alternatywa wyłączająca”. – Nie można uzgodnić, pogodzić jednego z drugim. Nie można pogodzić naszego wzorca cywilizacyjnego – nie tylko w wymiarze religijnym, ale także w wymiarze politycznym, świeckim, ot na przykład taki luksus, którym się właśnie wedle naszego wzorca prawno-ustrojowego wszyscy mogą cieszyć, a to jest równość wobec prawa – nie można tego uzgodnić z doktryną o nadludziach i podludziach – mówił.
Mówca podkreślił, że jako politycy politycy w obronie standardu prawno-ustrojowego. My nie występujemy tutaj, szanowni państwo, wyłącznie w duchu religijnego uniesienia, choć nie byłoby w tym niczego złego. (…) My upominamy się tutaj dzisiaj, przed gmachem Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, który stał się siedliskiem propagatorów, wyznawców fałszywej doktryny, o standard prawno-ustrojowy, który jest nie do pogodzenia z tą teorią, której praktykę oglądamy w Gazie – kontynuował.
– To jest pytanie do państwa, do tu zebranych i do naszych rodaków: czy chcecie dla swoich dzieci przyszłości, która jest dziś udziałem dzieci w Gazie? Czy chcecie dla polskich dzieci takiego losu – losu niewolników, podludzi wydanych na łaskę i niełaskę żydowskich Übermenschów? I warto, żeby zadał sobie takie pytanie każdy poczciwy Polak, który jeszcze chce być Polakiem, a nie eurokołchoźnikiem, który jeszcze chce wolności, a nie niewoli – przekonywał Braun.
Wskazał, że wiele formacji politycznych mówi o niepodległości, ale „najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z tego, że ani wolności, ani niepodległości, ani bezpieczeństwa być nie może tam, gdzie na piedestał jest wynoszony świecznik chanukowy.
– Czas najwyższy, żeby Polacy otrzeźwieli i zrozumieli, że nie da się koegzystować w duchu frazesu tolerancji ze zbójcami, z rozbójnikami, którzy przyszli po wszystko, przyszli po duszę i ciało, przyszli po majętność, ale żeby po nią sięgnąć, muszą najpierw dokonać pełnej demolki, pełnej dekonstrukcji polskiego ducha, polskiej świadomości, także polityczno-historycznej – powiedział Grzegorz Braun, wzywając do sprzeciwu wobec skandalicznego procederu palenia świec chanukowych w Sejmie.
Źródło: wRealu24 / banbye.com

Nie ma naszej zgody na odprawianie rasistowskich, plemiennych rytuałów Chanuki w polskim Parlamencie! Polak w Polsce gospodarzem!
https://www.malone.news/p/sunday-strip-the-end-of-an-error?utm_campaign=post&utm_medium=web



Was the “1984” crisis of the past five years – averted with the election of President Trump?
In my opinion, we aren’t out of the woods yet.
Until we can “Make Europe Great Again”, and stop the EU-led censorship-industrial complex in their quest for worldwide dominance, we aren’t.
President Trump has a big job ahead of him, a job that he failed at in his last presidency. That is specifically, finding a way to muzzle the deep state, the Blob, and the administrative state turning against “we the people.”
The cartoon below is fascinating – dated Oct 2020 – just prior to the election. This was published in the “The Week” – a leftist publication.

The truth is that the deep state, the Blob, and the administrative state – which includes the alphabet agencies and the Senior Executive Service, won the last Trump Administration go around from 2016-2020.
Can a future President Trump accomplish what past President Trump failed at?
The cartoon below was produced and published by Ben Garrison in 2017…

The swamp didn’t get drained, and then, during the Biden administration – it morphed into something much more sinister, complex, and dangerous. It expanded the censorship-industrial complex. The joining of the EU and the US into a globalized censorship cabal became a fait accompli. The swamp learned to use PsyWar against its people—the people it is meant to serve. Now, it is Trump’s job to learn to untie that Gordian knot.
Will Trump have the smarts and the stamina to finish the job this time around?






Now for something completely different.

It seems like someone might want to gift-box a case of this stuff to Joe Biden’s new residence.








I had to test the above – so I did a search on Google News for “drones.”
Yep- MSM has decided no more “drones over the night skies” news stories for us!
https://pch24.pl/w-poniedzialek-palenie-chanuki-w-sejmie-i-protest-przed-siedziba-parlamentu

(Warszawa 12. 12. 2023. Zapalenie świec chanukowych. Fot. Adam Chełstowski / Forum)
Zapowiedź ponownej organizacji zapalenia świec chanukowych w polskim Sejmie sprowokowała organizację pikiety, która odbędzie się w poniedziałek przed siedzibą parlamentu przy ulicy Wiejskiej. „Tu jest Polska i tylko Polska” – podkreśla w mediach społecznościowych poseł Grzegorz Braun. „Pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu” – mówi z kolei marszałek Szymon Hołownia.
Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia posłowie Konfederacji zwrócili się do marszałka Sejmu z pytaniami dotyczącymi kolejnego, planowanego na poniedziałek zapalenia świec chanukowych w gmachu naszego parlamentu. Jak pamiętamy, przed rokiem świece zostały w spektakularny sposób zgaszone z użyciem sprzętu przeciwpożarowego przez posła Grzegorza Brauna. Podkreślał on, że zapraszająca na wydarzenie sekta Chabad Lubawicz nie wyznaje tradycyjnego, biblijnego judaizmu, ale Talmud i kabałę. W ujęciu tych wierzeń nie-żydzi, czyli goje, są godni pogardy i przyrównywani do zwierząt.
Podpisani pod listem do Szymona Hołowni posłowie Roman Fritz i Włodzimierz Skalik pytają m.in., „kto jest faktycznym organizatorem wydarzenia” oraz kto z Kancelarii Sejmu wydał zgodę na jego organizację. Na zaproszeniach rozesłanych m.in. do parlamentarzystów widnieje bowiem nazwisko Szaloma Stamblera, przewodniczącego Chabad Lubawicz w Polsce.
Marszałek Sejmu Szymon Hołownia, którego cytowała „Gazeta Wyborcza”, stwierdził: – Tak jak obchodzimy tu chrześcijańską Wigilię, tak pozwolimy również innym mniejszościom narodowym i wyznaniowym czuć się tutaj, w Sejmie, jak u siebie w domu.
– Szczęść Boże! Chanuka czy Boże Narodzenie? Wybór należy do Ciebie, Polaku, Rodaku, Polski Patrioto – mówi z kolei w nagraniu zamieszczonym na profilu Tou Tube europoseł Grzegorz Braun. – Ten wybór nie jest tylko wyborem li tylko abstrakcyjnym, intelektualnym, jest wyborem praktycznym, konkretnym. W tym roku zbiegają się daty, terminy tych dwóch jakże krańcowo odmiennych w duchu, w programie celebracji świątecznych. Celebracja kluczowa, centralna dla narodzin naszej cywilizacji, cywilizacji łacińskiej, święta Bożego Narodzenia. Jezus Chrystus, Król świata, Wszechświata, Król Polski, narodził się realnie.
I to, szanowni Państwo, jest fakt historyczny, którego wspomnienie, celebrowanie jest kluczowe dla rozumienia, na jakim świecie żyjemy, a może chcielibyśmy żyć, bo cywilizacja łacińska jest w odwrocie. Zwija się, a nie rozwija; kurczy, a nie rozprzestrzenia. Jej zasady, podstawy są negowane w samym jej sercu na kontynencie europejskim – zauważył były poseł na Sejm RP.
– No i alternatywna celebracja, antycywilizacja Talmudu. Chanuka, proszę nie dać się zwieść pozorom, to święto, waham się, czy używać tego słowa, ta celebracja opakowana w celofan, szeleszcząca frazesem o tolerancji, wspólnocie, miłości, przyjaźni, to właśnie tylko frazes. W rzeczywistości za tą fasadą mamy bardzo mroczne relikty przeszłości, które jakoś nie chcą odejść w przeszłość. No i oczywiście całego świata, całej galaktyki ratować nie możemy, ale pytanie, czy możemy uratować Polskę przed tym dramatycznym i nie daj Boże tragicznym w skutkach zaburzenia hierarchii wartości, pomieszaniem porządków – mówił Braun.
– Chanuka, święta, w które celebransi recytują słowa dzielące świat, dzielące ludzkość na „naszych” i „nie naszych”. Pytanie, po jakiej stronie chcecie się Państwo usytuować. Naród Polski wybrał, tysiąc lat temu, w przyszłym roku będziemy obchodzić tysiąclecie podniesienia korony Królestwa Polskiego. To nie w kij dmuchał, tego się na Allegro nie kupi. Takiej tradycji nie można sobie zapożyczyć i sztucznie przysposobić. My tę tradycję mamy, nie zamieniajmy tej tradycji na żadną inną – wzywał europarlamentarzysta.
Braun zamieścił również w mediach społecznościowych zaproszenie na poniedziałkową pikietę przed Sejmem.
„30 grudnia o 15:15 zbierzmy się w Warszawie pod Sejmem, aby powiedzieć jasno i głośno:
Tu jest Polska i tylko Polska
Nie ma naszej zgody na odprawianie rasistowskich, plemiennych rytuałów Chanuki w polskim Parlamencie!
Polak w Polsce gospodarzem!”.
Źródła: Facebook, You Tube, Wprost, Gazeta Wyborcza, PCh24.pl
RoM
– Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną – powiedział prof. Witold Modzelewski w programie „Rozmowy niedokończone” w TV Trwam. Dokonał on również analizy i podsumowania ekonomicznego oraz gospodarczego 2024 r. z perspektywy Polski.
W rozmowie w TV Trwam, prof. Witold Modzelewski zauważył, że „drożeją artykuły konsumpcyjne” a jako najważniejszą przyczynę wskazał na ceny energii elektrycznej.
Drożeją artykuły konsumpcyjne, a najważniejszym czynnikiem, który powoduje ową drożyznę, są nośniki energii. Mamy chyba najdroższą w historii nowożytnej (…) energię elektryczną, za chwilę będzie kolejna podwyżka cen gazu, ponad 20-procentowa, z początkiem przyszłego roku. Ponadto mamy do czynienia ze zubożeniem, które jest częściowym wynikiem tej drożyzny
To jest jeden z paradoksów, bo mamy do czynienia z nominalnym wzrostem płac, wysoką dynamiką wzrostu wynagrodzeń (…). Wzrost gospodarczy jeszcze ciągle jest w naszym kraju, ale on hamuje, struktura tego wzrostu jest dość niekorzystna
W dalszej części prof. Modzelewski zwrócił uwagę na problem wyludnienia państwa, które wpływa na obniżenie stopy życiowej Polaków.
Mamy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywa się wyludnieniem. Wyludnienie jest problemem znacznie głębszym niż sprowadzanym tylko do spadku dzietności, bo to jest oczywiste – jesteśmy w okresie głębokiego, postępującego załamania demograficznego. Ale mamy też wyludnienie (…), które oznacza spadek popytu. Jeśli brakuje tych, którzy kupują towary i usługi, to ten, kto im sprzedawał, już nie sprzedaje i on biednieje. Wyludnienie powoduje zubożenie tych, którzy oferowali i sprzedawali towary i usługi dla tych, którzy już ich nie kupują. Wielkie migracje, które już się zaczęły, powodują, że ta sytuacja przyrosła
Zauważył również, że wpływ na sferę ekonomiczną i gospodarczą w Polsce miały restrykcje covidowe a następnie trwająca blisko trzy lata wojna na Ukrainie.
Na to, co działo się w sferze ekonomicznej i gospodarczej w Polsce i na świecie, wpływ miały najpierw wprowadzane przez władze restrykcje covidowe, takie jak tzw. lockdowny, a także trwająca już niemal trzy lata agresja Rosji na Ukrainę. W tak niespokojnym okresie trudno oczekiwać, że nastąpi gwałtowny rozwój inwestycji w naszym kraju
Dalej podkreślił, że sytuacja w naszym regionie wpływa na ilość inwestycji, w tym w Polsce.
To już są cztery lata tych stanów nadzwyczajnych w tym regionie świata. W takim czasie się nie inwestuje – w czasie gdy ludzi straszy się wojną. Nie będzie inwestycji w kraju, który ponoć jest ciągle zagrożony agresją, gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo i przygotowywanie się do ewentualnej wojny
Zwrócił również uwagę na poziom deficytu budżetowego.
W tym roku bijemy rekordy deficytu budżetowego. Miał on wynosić 182 mld złotych (…). Sprawdziły się prognozy, że nie osiągniemy takich dochodów budżetowych na ten rok, jakie planowano. W związku z tym jest już nowelizacja budżetu i nowy deficyt wynosi już ćwierć biliona złotych, a w przyszłym roku prawdopodobnie sięgnie 300 miliardów złotych. Kryzys fiskalny powoduje, że ta przestrzeń ekonomiczna, margines środków, które można przeznaczyć na inwestycje, kurczy się albo czasami po prostu zanika – podkreślił ekonomista.
Warto przypomnieć, że prof. Witold Modzelewski jest współautorem raportu Solidarności pt. Drapieżny Zielony (Nie) Ład. Autorzy raportu podzielili się kluczowymi ustaleniami m.in. w sprawie polityki klimatycznej. [koniecznie por. “Drapieżny Zielony (nie)Ład” i jego koszty.md]
Polski system podatkowy nie jest gotowy na implementację Zielonego Ładu i Paktu Klimatycznego w wyznaczonych przez UE ramach czasowych. Wprowadzenie pisanych ograniczeń i nakazów będzie skutkować drastycznym wzrostem wydatków budżetowych przy jednoczesnym zubożeniu społeczeństwa i podatników prowadzących działalność gospodarczą (rolniczą i pozarolniczą), a przede wszystkim spadkiem wpływów z najważniejszych podatków
Implementowanie tych rozwiązań bezpośrednio wpłynie na wzrost cen dóbr konsumpcyjnych, jak również może się przyczynić do spadku konkurencyjności polskich przedsiębiorstw na rynkach międzynarodowych. Znaczące ograniczenie konsumpcji towarów i usług wysokoemisyjnych (a zwłaszcza paliw silnikowych) spowoduje zaś trwały spadek dochodów budżetowych. Wprowadzenie tak doniosłych zmian wymaga czasu i niewyobrażalnych wręcz nakładów finansowych, których obecnie Polska – jako państwo i jej obywatele – nie jest w stanie ponieść
Należy również podkreślić, że bez porozumienia na ogólnoświatowym poziomie zmniejszenie emisji CO2 do atmosfery przez UE niewiele zmieni, bo inne kraje w tym czasie prawdopodobnie jeszcze zwiększą swoje emisje i globalna suma emisji CO2 może nawet wzrosnąć (UE jest odpowiedzialna wyłącznie za 7,0% światowych emisji gazów cieplarnianych)
Z raportu możemy również się dowiedzieć m.in., że Polacy nie popierają Zielonego Ładu w obecnym kształcie.
Polacy nie popierają Europejskiego Zielonego Ładu w kształcie znanym w kwietniu 2024 r. Odrzucają większość z 21 rozwiązań tej polityki. Jest to dowód na autokratyczność, a nie demokratyczność działań władz europejskich
Ponadto jak czytamy w raporcie 42,9 proc. Polaków postuluje wprowadzenie istotnych zmian w Europejskim Zielonym Ładzie. Natomiast jego całkowitego odrzucenia chce 34,9 proc. Z kolei 19 proc. uważa, że powinny być w nim wprowadzone niewielkie zmiany. Natomiast bezkrytyczne poparcie dla Zielonego Ładu deklaruje 3,3 proc. Polaków.
Zdecydowana większość Polaków postuluje wprowadzenie w Europejskim Zielonym Ładzie istotnych zmian (42,9%) lub całkowite jego odrzucenie (34,9%). Niewielka część (19,0%) uważa, że powinny zostać wprowadzone w nim niewielkie zmiany. Bezkrytyczne poparcie znajduje on jedynie wśród 3,3% polskiego społeczeństwa. Oznacza to, że wprowadzenie tej polityki to rozwiązanie autokratyczne, a nie demokratyczne – czytamy.

Thomas Cole – Rozpad z cyklu Dzieje imperium (1836)
————————-
Agnieszka Piwar 2019-08-08 https://piwar.info/za-dwie-dekady-nie-bedzie-globalnej-wladzy-swiatowych-korporacji/
«Przed upadkiem idzie pycha; a przed ruiną – wyniosłość ducha»
[Przypowieści Salomona 16:18].
Skąd ta pewność zawarta w tytule? – może zapytać czytelnik. Przecież wszystko wskazuje na to, że potęga wielkich korporacji się umacnia. Tzw. zarządzanie globalne – ONZ, UNIE, NGO’s, rządy, business – stanowią jedną wielką orkiestrę tzw. ‘demokracji uczestniczącej’. Istnieje konkretny, precyzyjnie przygotowany program działania. Z powierzchni ziemi ‘zmiatana’ jest etyka chrześcijańska, etyka prawa naturalnego «czyń dobro, unikaj zła», niszczone są tradycyjne kultury.
Świat podporządkowywany jest nowej etyce globalnej wzniesionej na absurdalnej koncepcji człowieka – jako popędu (gender), zwyrodniałej koncepcji prawa ‘do zabicia’ (aborcja, eutanazja). W celu umocnienia władzy „wyprodukowano” kolejny totalitaryzm – syntezę dwóch poprzednich (komunizm i narodowy socjalizm). Jednak – jak każdy z totalitaryzmów – i ten będzie miał swój kres.
Moje przekonanie, że tak się stanie, wynika z wiary w Opatrzność Bożą i z pewnych prawideł historii. Dzieje ludzkości ukazują bowiem, że upadek największych potęg wynikał z tych samych przyczyn, które dziś wyraźnie wskazują na początek końca zarządzania globalnego, czyli Imperium Międzynarodowej Finansjery.
W artykule „The Fate of Empires” (Los Imperiów) opublikowanym w 1976 roku na łamach brytyjskiego pisma „Blackwood’s Magazine” sir John Bagot Glubb (1897-1986) przedstawił mechanizm powstania i upadków wielkich narodów i mocarstw, których historie zostały spisane ludzką ręką na przestrzeni minionych trzech tysięcy lat. Ten zasłużony dla brytyjskiej armii oficer bardzo dokładnie zbadał historię znanych imperiów – począwszy od Asyrii, przez Persję, Imperium Rzymskie, Imperium Osmańskie, itp… na Imperium Brytyjskim kończąc.
Zagłębiając się w historię upadku tych potęg, Brytyjczyk odkrył zdumiewającą prawidłowość. Otóż wynika z niej, że dekadencja jest rezultatem nazbyt długiego okresu bogactwa i sprawowania władzy, a także egoizmu, pociągu do pieniędzy i utraty poczucia obowiązku. Fazie schyłku towarzyszą takie zjawiska jak: obniżenie moralnych standardów, materializm, konsumpcjonizm, rozwiązłość, napływ cudzoziemców, pasywność, pesymizm, opiekuńczość państwa, rozrost biurokracji, rozkład rodziny, osłabienie religii, upadek obyczajów, itp.
Co znamienne, w okresie dekadencji mężczyźni stają się słabi i borykają się z problemem własnej tożsamości [patrz: wybiegi mody, muzyczne festiwale typu Eurowizja, itp.]. Jednocześnie następuje zwiększenie roli kobiet w życiu publicznym, które w znacznym stopniu przejmują obowiązki mężczyzn. Zjawiska te nie są przyczyną rozkładu, lecz jego konsekwencją. Co ciekawe, jak zauważył John Glubb „bohaterowie czasów upadku są zawsze podobni – sportowcy, śpiewacy lub aktorzy. Współczesne słowo ‘celebryta’ jest używane wobec komika lub piłkarza, ale nie polityka, wojskowego lub wspaniałego pisarza”.
Władców imperium w okresie dekadencji cechuje wysoki stopień ignorancji i przekonanie, że władza jest im dana na zawsze. Poddani (społeczeństwo) nie mogą liczyć na wsparcie polityków, ponieważ tych całkowicie pochłaniają wewnętrzne kłótnie i bezsensowne spory. Po tym wszystkim następuje utrata nadziei, gdyż „dekadencja charakteryzuje się tym, że obywatele nie wykazują już chęci obrony czegokolwiek, ponieważ żyją w przekonaniu, iż nic nie jest tej obrony warte”. Nie ma wątpliwości, że znaki czasów upadku – które w dziejach minionych imperiów zauważył Glubb – z przerażającą dokładnością powtarzają się tu i teraz. Autor spisał swoje spostrzeżenia w latach 70. XX wieku, więc nie mógł wiedzieć, że opisane przez niego zjawiska jak ulał pasują do drugiej dekady XXI wieku.
Tym razem rzecz się dzieje na szeroko pojętym Zachodzie (Unia Europejska, Stany Zjednoczone, itp.), którego wielkie metropolie pełnią funkcję stolic współczesnego Imperium. Autor „The Fate of Empires” słowem nie wspomniał o globalnej władzy światowych korporacji, gdyż opisał jedynie losy znanych mu potęg, które już zdążyły się rozpaść. Skąd zatem wiem, że zbliża się właśnie kres Imperium Międzynarodowej Finansjery? John Glubb wykazał, że pełny cykl – od narodzin potęgi do samobójstwa imperium – to około 10 pokoleń, a zatem średnio 250 lat.
Podejmując się opisania tematu – ‘jak będzie wyglądał świat za dwadzieścia lat’ – porównałam obecne zjawiska z tymi, które znamy z historii (a te wyraźnie wskazują na okres schyłku) oraz sięgnęłam po… kalkulator, aby dotrzeć do źródeł, czyli początku tego, co właśnie się kończy. Jeśli w 2039 roku odejmiemy 250 lat, to przeniesiemy się prosto do 1789 roku, a więc początku rewolucji francuskiej, która pogrzebała stary porządek. Kto zatem zbudował nowy?
W okresie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783) i po dokonaniu się rewolucji francuskiej (1789–1799) na zgliszczach zniszczonego świata nowe imperium z rozmachem zaczął budować Mayer Amschel Rothschild. Oba wydarzenia historyczne przyczyniły się do gwałtownego powiększenia jego biznesów. U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).
Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 189 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani, itp. Współczesnymi władcami są banksterzy, a ich namiestnikami – politycy. Narzędziem utrzymującym wszystko w ryzach jest system liberalnej demokracji. A kto się nie podporządkowuje pod ‘władzę dolara’, podzieli los takich państw jak Libia czy Syria, którym „demokrację” zaprowadza się pod ‘fałszywą flagą’ (false flag) przy użyciu siły.
Żeby utrzymać władzę, rządzące światem Imperium posuwa się do największych niegodziwości i podstępów. Ale wykonawcy tego projektu już niedługo przestaną być bezkarni.
A co będzie z nami? Kto nas uratuje i poprowadzi? Jak przetrwać zbliżającą się III wojnę światową? Dobra wiadomość jest taka, że jak zauważył Glubb, wielu z największych świętych żyło w czasach dekadencji. To właśnie oni wzniośli sztandar obowiązku i służby przeciw zdeprawowaniu i rezygnacji. Nie możemy tracić nadziei. Bóg wzbudza Świętych i przysyła nam swoich Proroków. Rozglądajmy się i pytajmy: Gdzie oni są? Jakimi cechami się charakteryzują? Przed czym nas ostrzegają? I wreszcie – którędy wskazują nam drogę…
Bądźmy przygotowani. Już wkrótce dotychczasowy świat runie i narodzi się Nowe Imperium. A my zostaniemy tego świadkami i uczestnikami.
Agnieszka Piwar
Esej pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Россия в глобальной политике”: https://globalaffairs.ru/articles/cherez-20-let-globalnoj-vlasti-mirovyh-korporaczij-ne-budet/
Uśmiechnięta Polska |
















