Tomasz Sommer oraz Donald Tusk. / foto: PAP (kolaż)
Chciałem opisać powodziowy dramat polityczny sam, ale skorzystam z lekko zmodyfikowanego tekstu w 12 punktach, napisanego przez posła Konfederacji Bronisława Foltyna. Bo (czary?) napisał on niemal dokładnie to, co ja chciałem napisać. Z powodzią było tak:
W latach 2015–23 PiS ignoruje budowę zbiorników retencyjnych na ścianie zachodniej.
Każda inicjatywa w tej sprawie jest torpedowana przez „ekologów” i „mieszkańców”.
Tych finansują służby niemieckie, a ABW miało i ma to tam, gdzie PiS miało zbiorniki.
Sprowadzane za niemieckie pieniądze „paprotki”, a obecnie już „ministry”, w licznych wypowiedziach mówią, że ryby są ważniejsze niż inwestycje w zbiorniki retencyjne.
Po zwycięstwie „uśmiechniętych” nic się nie zmienia poza tym, że „paprotki” i „ekolodzy” dostają ministerstwo klimatu.
Od 10 września rządzący dostają z systemu Copernicus ponad 100 alertów o nadchodzącym kataklizmie, a prof. Piotr Kowalczak sześć dni przed powodzią ostrzega, że wystąpi ona w Kotlinie Kłodzkiej.
Tusk 13 września kłamie, że „prognozy nie są przesadnie alarmujące”.
Wody Polskie (Ministerstwo Infrastruktury) nie widzą potrzeby opróżniania zbiorników.
14 września dochodzi do kataklizmu.
16 września Tusk ogłasza klęskę żywiołową, a „ministry-paprotki” proponują powodzianom kredyt 2,5 proc.
Ursula von der Leyen pozwala „uśmiechniętym” wydać na odbudowę, 5 mld euro z przelanej już na KPO kasy, którą media reklamują jako „załatwioną przez Tuska”.
Propagandyści rządowi wraz ze służbami blokują przepływ informacji. Szykanują internautów. Nieoficjalnie mówi się o 50 ofiarach powodzi i ponad 100 osobach zaginionych.
To jest niepełny jeszcze obraz klęski rządu Tuska. Do dymisji! Wszyscy! Bo ten kataklizm mógł być opanowany. Na budowę zbiorników retencyjnych było 14 lat. Gdyby one zaistniały i zadziałały, to powódź byłaby pod kontrolą, woda zostałaby spiętrzona, a później wypuszczona, nikt by nie zginął i żadne budowle nie zostałyby zalane.
Wystarczyło tylko przeanalizować fakty i z faktów wyciągnąć wnioski. Ale jak można coś takiego zrobić, skoro polscy decyzyjni politycy są opanowani przez przekaz niemieckiej propagandy, którą przyjmują bezkrytycznie, bo za pieniądze. Za te pieniądze są w stanie uwierzyć we wszystko: w globalne ocieplenie, w katastrofę klimatyczną, w suszę, powódź, a nawet holokaust niedźwiedzi polarnych i koralowców.
A przecież powódź to nie jedyna katastrofa, jaką w efekcie wywołują. Przecież w tym samym tygodniu, w którym uderzyła w Polskę powódź, okazało się, że cena energii dla przemysłu jest u nas dwa razy wyższa niż w Niemczech i Francji. To musi doprowadzić do deindustrializacji naszego kraju. Czy incele [zboczeńcy, idioci? nie znam słowa i nie chcę poznać. md] u władzy, którzy do tego doprowadzili, naprawdę tego nie rozumieją?
Oczywiście, że rozumieją. Ale łatwiej przyjąć niemieckie/unijne pieniądze, niż zrobić coś w interesie Polski. W efekcie w kraju stojącym na węglu brunatnym, z którego można wyprodukować najtańszą energię na świecie – energia jest najdroższa na świecie. Tylko dlatego, że klasa rządząca połasiła się na niemieckie łapówki. W takiej rzeczywistości, brutalnie znegliżowanej przez powódź, żyjemy.
Po długiej i męczącej kompromitacji rządów PiS przyszła błyskawiczna, choć nie mniej męcząca kompromitacja rządów PO. I powstaje pytanie, kiedy w końcu uwolnimy się od tych okropnych ludzi, którzy za niemieckie pieniądze są gotowi zniszczyć własny kraj?
Obiecałem sobie, że się dzisiejszym tematem zajmę i tak zrobię, mimo wzmożenia powodziowego. Ja wiem, że powódź to jest temat, który przykrywa wszystko, ale – moim zdaniem – oprócz poszkodowanych to jednak kwestia trochę zastępcza. Dla reszty. Albo staje się on pożywką do wojen plemiennych, albo do wojowania ekologicznego. Jest też aspekt prostej ludzkiej solidarności z ofiarami i to przykrywa wszystko. W sumie – merytoryki jak najmniej, bo w końcu, jak do czegoś ma a tą powodzią dojść, to wstają Katoni i mówią, że nie czas. Przypomina to czasy kowidowe, gdy jak ktoś wychodził i pytał co się dzieje i dlaczego tak, gdzie odpowiedzialność za miotanie się od ściany do ściany, to wyłaził wtedy na medialną beczkę jeden z drugim i gadał, że to nie czas, bo trzeba szyć maseczki i zaganiać histeryzowane stadko do szczepionkowej zagrody.
I z tym będzie tak samo, z tą powodzią. Teraz to albo plemiennie, albo, jak się już znajdzie winnych prawdziwych – to nie czas. I będzie jak z kowidem, że odkładany rachunek krzywd nigdy się nie ziści. Pójdzie w zapomnienie, winni ukryją się w cieniu kolejnych przykrywek medialnych, tak by zejść ze zwichrowanych celowników najęto-przejętych mediów. A więc, trzymając kciuki za mój ukochany Dolny Śląsk, dziś wrócę do obiecanego tematu.
Aha – jeszcze jedna dygresja. Pamiętajmy, że takie kataklizmy to powód nie tylko do ukrycia ich winnych, ale i do załatwienia wielu spraw. Kiedy szum wody na ulicach polskich miast zagłusza cierpliwą pracę nad rzeczami niewidocznymi lub potajemne wprowadzanie z przytupem rzeczy dotąd nieakceptowalnych. To jest jak z kowidem, jak z wojną – lud znajduje się w boju codziennym, tylko gdzieś tam w zaciszach gabinetów spotykają się nieformalni, acz rzeczywiści decydenci i deliberują: fronty walczą, ale pomyślmy do przodu – co będzie za kilka miesięcy i jak się ustawić? A gdy to się wszystko skończy i gdy zluzowani żołnierze (wypuszczeni z oddziałów kowidowych – niepotrzebne skreślić) wychodzą, by na ulicach całować się z dziewczynami, spoglądając w nową przyszłość, która tylko naiwnym wydaje się, że dopiero zacznie się kształtować w ramach jakiejś „nowej normalności” ta już jest dawno ustalona, łącznie z fazami jej implementacji. Tak i teraz będzie z jedną rzeczą, o której tu napiszę, a którą powódź tak ładnie przykryje, że nawet nie zobaczymy, jak nasza żaba praworządności nie tyle się ugotuje w tym akwarium, co się utopi w powodziowym bagnie.
Chodzi o to, że Unia sobie załatwi, iż proces odbudowy po powodzi będzie już prowadzony wedle zasady, że jak mamy, my z Unii, dać kasę (dać! – pożyczyć!) na odbudowę po klęsce, to tylko jeśli to będzie remont „na zielono”. Tak samo było z kowidem – czy ktoś pamięta, że tu się zadłużyliśmy za poduszczeniem Unii, by się „odbudować” po pandemii, a wszystko poszło na zielone łady i tęczową rozpustę? Tak i będzie z powodzią i praworządnością. Fala zmyje wszelkie wątpliwości, zaś błoto przykryje niecne intencje. A więc po tych inwokacjach – do dzieła.
Od demokracji do praworządności
Przypomnieć należy, że wojującym hasłem obecnej władzy, kiedy tam skrobała misę w ławach opozycji była praworządność. Co prawda najpierw spróbowano z hasłem demokratyzacji. PiS-owski rząd z 2015 roku jeszcze nie zdążył się sformować, a już do Brukseli popłynęła wieść skrzydlata, że on jest niedemokratyczny. Zasmucono się tam nad tym wszystkim, z troską wysłano kilku emisariuszy, pióra zachodnie zaskrzypiały na kartach niezależnych mediów, zaś u nas powstała kolejna emanacja „infrastruktury” protestu, głównie skupiona wokół KOD-u, czyli Komitetu Obrony Demokracji.
Tak, stare to czasy, ale wielu walczyło na ulicach w ramach tej ideologii. W jej pokraczności zawierały się ziarna przyszłego jej upadku. No, bo cóż to jest, tam ta demokracja, że ją bronić trzeba? Który rząd, dodajmy – wybrany demokratycznie, czyli przez większość – jest demokratyczny, a który nie? Ideolo niedemokratyczności świeżo wybranego rządu było bardzo płynne. Zasadzało się głównie na hipokryzji, gdyż nieświęci puryści demokracji sami wiele mieli za uszami. Ja osobiście uważam demokrację za ustrój fatalny, za którego jedyną zaletę mogę przyjąć bezproblemowe przekazywanie władzy. Ale niewiele więcej. A tu – w przypadku takich KOD-ów – mieliśmy do czynienia z dekonstrukcją tej zasady. Wynik wyborczy zakwestionowano bowiem w dzień po karnawale demokracji, jakim są wybory. A więc, jeżeli lud mający się za demokratyczny zakwestionował swoją zasadę, to należy uznać, że traktowana jest ona taktycznie, czyli jak wygrają nie nasi, to jest zagrożenie demokracji, zaś jak my, to suweren się prawnie odezwał i rządzi większość, c’nie?
Wątek ten jest lekko podgrzewany i dzisiaj, odłożony na boczną półkę jest używany wtedy, kiedy trzeba PiS-owi wypomnieć, że wynik wynikiem, ale został on uzyskany nieuczciwie. Należy przypomnieć, że zwycięski rok 2015 był dla PiS-u pierwszym rokiem powstania ruchu kontroli wyborów. Do tej pory prawicowaci skarżyli się na cuda nad urną, teraz – chyba po raz pierwszy i… ostatni – odrobili lekcje. Podzieliło się Polską na najdrobniejsze fragmenty wyborcze, czyli na komisje, zebrało się do nich i dopasowało tysiące ochotników, poduczyło ordynacji i wstawiło jako mężów zaufania oraz członków komisji. A więc PiS zadbał tak o ich uczciwość, że strona przegrana, która odpuściła sobie masową kontrolę wyborów oskarżała Kaczorów, że ci tą masowością byli tak wszechobecni, że sami mogli… skręcić wybory w każdą ze stron. Odgrzewanie tematu niedemokratyczności wyborów polega na tym, że obecna władza zarzuca, że PiS wpływał na wybory posiadając stronnicze media publiczne i transferował kasę publiczną na mniej lub bardziej maskowaną kampanię wyborczą.
Wielkie mi mecyje! Przecież tak robi każda władza. Robi, robiła i będzie robić. Cały system połączenia ordynacji wyborczej i finansowania partii politycznych istnieje w III RP ponad podziałami. To dorobek dealu przy Okrągłym Stole, który z jednej strony emuluje aktywność polityczną sztuczną, acz gwałtowną wojną plemienną, z drugiej strony jest zabetonowany po to, by się nie pojawił żaden trzeci. I zarzucanie jednej strony, że ta druga akurat wygrała w tym biegu dwóch zawodników jest hipokryzją. Najśmieszniej potwierdził to ostatnio opozycyjny PiS, który – przy wyliczeniach ile to publicznych poszło na kampanię PiS-u, kiedy PKW zakwestionowała jego sprawozdanie i obcięła dotację – nie bronił się, że nie nakradł, tylko przedstawił wyliczenia, że na to samo PO ukradła parę miliardów więcej. Proceder się potwierdził ponad podziałami, a naród tego nie zauważył, od dawna przekonany, że inaczej być nie może, uważając to za normalny stan polskiej… demokracji.
Dlaczego po 2015 roku z demokracją padło i przeniesiono się na praworządność? No, bo to było zbyt złożone. Lud kojarzył demokrację z rządami większości, ale skoro suweren się pomylił, to akcenty trzeba było przenieść gdzie indziej. Po początkowych bełkotliwych argumentach, że: „Hitlera też wybrała większość” (co jest bzdurą manipulacji), zaczęto slalomować z subtelnościami demokracji. Że to wcale nie chodzi o większość (w latach 2007-2015 kiedy rządziła PO wystarczył argument – „trzeba było wygrać wybory”), tylko chodzi o trzy rzeczy: że demokracja to przestrzeganie demokratycznych procedur (tu kłania się późniejsza walka o obecnie porzuconą Konstytucję), że demokracja to utrzymywanie demokratycznych instytucji (tu boje o Trybunał Konstytucyjny i inne instytucje), oraz bardziej oralne niż uliczne walki o trójpodział władzy, czyli rozdzielenie co do niezależności trzech emanacji państwa: władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, przy jednoczesnym kontrolowaniu rozrostu jednej przez pozostałe dwie, systemem checks and balances.
Podmianka
A więc z takim tłumaczeniem demokracji było pod górkę, bo to zawiłe, niemierzalne, skomplikowane, inteligenckie. Walka o demokratyzację, instytucje i praworządność miały swoje personifikacje instytucjonalne. Jako się rzekło były to Konstytucja, Trybunał Konstytucyjny i cały system sądowniczy. Z tego wszystkiego została tylko praworządność i protesty przesiadły się na nią, pozostawiając z niezapłaconymi fakturami za demokrację szefa KOD-u. Na pełnej petardzie wjechała ona, praworządność, demokracja jako temat mętny została odłożona na później. W Polsce doszło do unio-europejskiego testu pały praworządności. To, że temat był sztucznie wywołany, by dogiąć PiS jest już jasne dla każdego, kto dziś widzi „praworządność” Tuska i milczenie Unii. To już banał. Ale Unia zrobiła pokazuchę. Dla innych krajów. Widzicie – mamy na was pozatraktatowego bata i popatrzcie się na Polskę, jeśli chcielibyście szumieć. Bo w traktatach nic nie ma o wtrącaniu się w krajowy system sprawiedliwości, ale jest napisane na pierwszych stronach traktatowych mętne stwierdzenie, że Unia to związek państw praworządnych. A więc, ergo, znaczy się, kto nie jest praworządny to nie to, że kasy nie dostanie z funduszy, ale nie wiadomo czy on tam w ogóle do tej Unii należeć może.
A cóż to jest ta praworządność? A któż to wie? Nawet – okazało się – jak się zgodzimy co do którejś z jej definicji, to wcale nie oznacza, że będzie się ją – w Unii – stosować równo do wszystkich członków. Na końcu bowiem jesteśmy poddani nie tyle zapisom, co… kulturowemu traktowaniu naszego zapóźnienia przez światły Zachód. Dlatego właśnie, i tak to się tłumaczy expresis verbis, taki sam system, np. powoływania sędziów w Polsce i Hiszpanii czy Niemczech to nie ten sam system. W krajach Zachodu politycy mogą mieć nawet znacznie większy wpływ na powoływanie sędziów niż w Polsce, ale to Polska będzie za to karana. Czemu? Ano dlatego, że u nas jest inna, znaczy się niższa kultura prawna. Tak, i mówi nam to państwo, które tak naprawdę powstało dopiero za Bismarcka, mówi się to do państwa, które pierwsze w Europie miało konstytucję, uprawiało demokrację na poziomie, który na tyle osłabił jego konstrukcję, że autorytaryzm sąsiadów pozbawił je niepodległości. I teraz ci potomkowie autorytarnych systemów dynastycznych uczą nas „większej kultury prawnej”, ci potomkowie totalitaryzmów i krwawych rewolucji.
A więc padło na praworządność. To miał być sztandar, pod którym skupi się i naród, i uwaga międzynarodowej, równie kołysanej, społeczności. No, bo któż przeciw praworządności, no któż? Zwłaszcza społeczność zachodnia się zaniepokoiła. Pamiętam w 2016 roku, kiedy odwiedził mnie Hugo i Ulrike z Niemiec, byli oni Polską szczerze zaniepokojeni. Wiedzieli o rządach i reformach systemu sprawiedliwości PiS-u tyle co z niemieckiej prasy, czyli nic. I nie pytali mnie jak to u was jest, tylko się niepokoili. Oni wiedzieli jak u nas jest, napominali, gadali bzdury, byli postraszeni jak dzieci Żelaznym Wilkiem. Tłumaczyli mi na czym polega praworządność nawet nie wiedząc jak działa u nich ich tam system, nie wiedząc jak u nas działał i jak miałby działać, gdyby się tu PiS-owi udało. I tak było z całą resztą Zachodu: gdzieś tam jakieś postkomunistyczne prymitywy poszły do podstawówki demokracji, rozrabiają na przerwach, chcemy ich przytulić, nie znają subtelności uprawianej przez nas latami (?) materii. Możemy im też posłużyć doświadczeniem, ostrzegając, a właściwie hamując ich demokratyczne zapędy, bo to przecież my wiemy jak łatwo uwieść większościowego suwerena populizmem, a już tym bardziej – dyktaturą.
A więc w skrócie – mordy w kubeł: słuchać się tam starszych i mądrzejszych.
Hipokryzja trzech filarów
I tak jechalim, jechalim, aż zajechalim. Władza pod tymi hasłami przeszła w ręce nowej władzy i okazało, że ten akt był o wiele ważniejszy niż sytuacyjnie okazało się traktowana praworządność. Bo nowa władza wysadziła podstawy swej legitymacji wyborczej w powietrze. I okazało się, że ku uciesze swego elektoratu. Co daje nam poważne podejrzenia, że taktyczne potraktowanie byłych świętości to nie tylko strategiczny wymysł aspirujących do nowej władzy, ale cały ich tam lud wyborczy od początku puszczał do siebie oko: praworządność… tiaaaa, oczywiście ale chodzi o to w sumie by ***** ***. A czy to się go jebnie praworządnością, demokracją, gospodarką, kulturą, aborcją czy tęczowością, to już wszystko jedno. Wszystkie wartości i syfy na pokład. Kto będzie tam patrzył jakimi pakułami zatyka się dziury w tonącym po PiS-ie okręcie? Może to być wszystko. Ale to nie wszystko jedno – dla państwa.
No, bo popatrzmy. Jak by brać na poważnie deklaracje o innej niż większościowa podstawie demokracji, to wychodzą nam złamane trzy filary. Pierwszy – że chodzi o procedury, by się ich jednak trzymać. Wymyślone one są – teoretycznie – po to, by obowiązywały bez względu na kolor panującej władzy. Są gwarancją nieprzekraczalnych przez władzę podstawowych wolności obywatelskich. Ich źródło znajduje się w konstytucji. Pal już nawet licho, że – w Polsce – ułomnej. Ale nawet ta polska słaba konstytucja, pełna dziur i niedopowiedzeń przeszkadza władzy. Zwłaszcza tej. Tusk stosuje ją, tak jak ją rozumie, wstawia ustawy, a właściwie rządzi uchwałami Sejmu, bo ustawy uchyliłby mu Trybunał Konstytucyjny, albo zawetował prezydent. A więc dzisiejsza władza porusza się nie łamiąc konstytucję, ale działając poza nią. Trybunał nie ma czego odrzucić, Duda – zawetować. Jedziemy gdzieś obok, a… Europa milczy. To, co się u nas odwala, z cichą akceptacją Brukseli, a właściwie Berlina, pokazuje nie tylko gdzie elity mają praworządność, ale gdzie mają Polskę. Niech się Polaczkowie pławią w bezprawiu, byleby tam na tronach demokracji siedzieli namiestnicy dbający o niedorozwój potencjalnego europejskiego konkurenta.
Drugi element to instytucje. Co my tu mamy? Cuda, panie, cuda. „Trybunał Przyłębskiej” (a co to za twór konstytucyjny?), „tzw. Sąd Najwyższy”, który jest niewystarczająco legalny by orzekał, ale by zatwierdził zwycięskie dla uśmiechniętych wybory, to już jest legalny w pełni. Pełniący obowiązki Prokuratora Krajowego, nie występujący nigdzie jako instytucja, mianujący innych, ale już wtedy, w świetle „prawa jakie je rozumiemy”, jak najbardziej legalnych. I ci prokuratorzy (i ich sprawy, dodajmy) są uważani za bardziej legalnych, niż jak najbardziej legalnie wybrani sędziowie, nazywani neosędziami, wybrani przez neoKRS, instytucję zakwestionowaną medialnie.
Trójpodział problemu
I po instytucjach wylądowaliśmy na trzecim filarze demokracji. Na praworządności, rozumianej tu jako państwo prawa, z trójpodziałem władzy jako zasadą konstytucyjną. Ja tam, jak już rzekłem, za demokracją nie jestem, a określenie „państwo prawa” przyprawia mnie o dreszcze. Stoi to w konstytucji jak byk, okraszone jeszcze ideą „sprawiedliwości społecznej”. Wszyscy nad tym „państwem prawa” cmokają, a ja nie. No, bo większość myśli, że „państwo prawa” polega na tym, że jest ono, prawo, jakie jest i obowiązuje wszystkich. To tam zawiera się idea równości wobec prawa, kontroli władz, działania dla dobra wspólnego. Ale ja jestem za znanym stwierdzeniem, że „gdy zbiera się parlament to zagrożona jest ludzka własność, wolność i życie”. No bo co zrobić, jeśli taki Sejm jest źródłem prawa, które mamy bezwzględnie w świetle definicji „państwa prawa” przestrzegać, zaś parlament prokuruje prawo niesprawiedliwe? Gnębiące jakieś grupy społeczne, ograbiające obywateli lub narażające ich na utratę zdrowia i życia (vide covid)? Co wtedy – apologeci „państwa prawa”? Jak to się mówi „jak nie boli to powoli”. Że to kogoś tam z was ominie, nie będzie dotyczyło? A co to ma za znaczenie? To przecież demokracja ma być, a nie jakiś darwinizm – kto kogo…
Ale zostawmy już te definicje. Nowa władza zabrała się za trójpodział władzy. Naród, co to ich wybrał albo milczy, albo jacyś niezrównoważeni się cieszą, bo po nas choćby POtop i ***** *** do końca Owsiaka, albo o jeden dzień dłużej. Ostatnio premier ogłosił, że będzie ustawa, która wprowadzi nowy ład w sądownictwie, a właściwie przywróci ład stary, okrągłostołowy. Przypomnę – przy Okrągłym Stole strony uzgodniły, że stan sędziowski jest poza reformami ustrojowymi. Komuniści, którzy nie tyle oddawali władzę, co dopuszczali na jej bardziej niewdzięczne odcinki mianowaną przez siebie podpisami Kiszczaka opozycję nie byli tacy głupi, by dopuszczać systemową możliwość postawienia ich kiedyś przed sądem za grzechy z czasów swego rządzenia. Postanowiono zakonserwować cały stan osobowy na istniejącym poziomie i wprowadzić mechanizmy kooptacyjne przy poszerzaniu składu osobowego sądów. Stary, umoczony stan sędziowski miał sam zadbać o własne interesy, klucze do bezkarności dali im postkomuniści, za co trzeba było im się wywdzięczać w togach ślepotą na lewe oko. Sędziowie starzy wybierali nowych, ale takich co byli wdzięczni bardziej korporacji niż podlegli prawu. I system się kręcił. Do czasu aż przyszedł PiS.
Ten niestety podszedł to tego pod hasłem „kadry są najważniejsze” i raczej – jak każda władza, co to myśli, że będzie rządzić wiecznie – postawił na wymianę ludzi w zepsutym mechanizmie, niż by go trwale naprawić. I tak odbyło się to w atmosferze wewnętrznego kryzysu, bo reformę Ziobry uchylił prezydent Duda (z tego samego obozu, za PO – nie do pomyślenia) i wszystko się rozeszło po kościach. Odbyły się malownicze boje o Trybunał Konstytucyjny, ale najważniejszy dla reformy sądownictwa okazał się sposób powoływania sędziów. Przypomnijmy – sędziów powołuje prezydent na wniosek KRS, co prawda, ale to jego decyzja stwarza sędziego, nie rekomendacja KRS. A więc sposób, w jakim powstaje ciało rekomendujące nie ma tu żadnego związku na ważność decyzji i jej następstwa.
Do tej, przedpisowskiej, pory było jak nakazał Okrągły Stół. Sędziowie mianowali samych siebie, byli w tym poza ozdrowieńczą kontrolą trójpodziału władzy. A trójpodział władzy gwarantuje niezależność każdej z nich, ale – jako się rzekło – kontrolę jej przez pozostałe dwie. A samowybieralność sędziów tej kontroli przeczy. Stan sędziowski daleki był także od samokontroli, nie wytworzył mechanizmów rugowania z zawodu. Można było od wielkiego dzwonu wylecieć za jazdę na fleku, ale nigdy, powtarzam NIGDY, za rażąco stronniczy wyrok. Wyroki tak skonstruowanego systemu osądzania były bowiem poza podejrzeniami, co raz to słyszeliśmy jak ktoś mówi „wyrok jest skandaliczny, ale nie będę go kwestionował”. Stan sędziowski to słyszał i mu się to spodobało, taką bezkarność. PiS chciał to zmienić i wprowadzić kontrolę trójpodziału władzy, odrobił lekcję, ściągną z przepisów Hiszpanii czy Niemiec i upolitycznił sposób powoływania sędziów.
Tu pewna uwaga. Nowa ustawa o KRS wprowadza większy niż dotąd element kontroli parlamentarnej na REKOMENDACJE sędziowskie do prezydenckich nominacji. A więc pomyśli ktoś – no, to jest wpływ na ich niezależność. Niekoniecznie. Sposób powoływania sędziego, to jedna sprawa, zaś jego niezawisłość to całkiem coś innego. Chodzi o to, że – i są tu gwarancje systemowe -, że jak się takiego sędziego powoła (bez względu na sposób) to już się urwał. Nie musi się nikogo słuchać, nawet tego, kto go nominował, bo ten go odwołać nie może. Ale to też był problem, bo taki nieodwoływalny mógłby sobie wtedy dowolnie hasać. I tu wchodzi kwestia Izby Dyscyplinarnej. Ta, pomysłem PiS-u, w ściśle określonych okolicznościach, mogła pozbawić sędziego prawa do wykonywana zawodu. Był to ruch wewnętrzny, środowiska sędziowskiego, miał by być dokonywany w celu obrony wizerunku stanu sędziowskiego i wyjścia z pułapki nierozliczalności. Tu też nie bardzo się udało, gdyż PiS zmieniał sprawę wewnętrznej kontroli sędziów po wielokroć, co okazało się w głównym odbiorze tej zasady, czyli społecznym, niezauważalne.
To jak to zrobić z tym sędziami? Jak się sami rządzą, to źle, jak ich politycy pilnują, to jeszcze gorzej? Co robić? No, wygląda to na nierozwiązywalny dylemat, ale rozwiązanie jest proste i praktykowane. Odpowiedzią jest… suweren. Wystarczy tylko rozdzielić kwestię odwoływania od niezawisłości sędziego. Sędziego powołuje wybrany system, niech będzie, że upolityczniony, ale sędzia, będąc przez całą kadencję niezawisły, podlega po jej upływie kontroli za strony suwerena. Ten może ocenić jak dany sędzia u nich tam w terenie orzekał, czy miał jakieś grzeszki i czy za to ukarać go nieprzedłużeniem mu kadencji, czy odwrotnie – nagrodzić go utrzymując mu kolejną. I tyle. Lud w sumie w masie osądza systemowo obiektywnie, czy dany emanator lokalnej sprawiedliwości działa na rzecz dobra wspólnego czy nie. Nie kolega sędziego, nie lokalny polityk, który z chęcią chciałby mieć u siebie „swojego” sędziego na wymianę świadczeń, ale suweren. Ale my jesteśmy w innej Polsce, jesteśmy w okowach demokracji walczącej.
Kolorowi sędziowie
Właśnie dowiedzieliśmy się z konferencji premiera, ale i ze spotkania ze środowiskiem sędziowskim ale głównie z twittera, że idzie rewolucyjne przyspieszenie. A propos – właśnie: nowy rząd rządzi głównie tiwttami. W Sejmie wieje nudą, może to i dobrze, biorąc pod uwagę jego merytoryczny poziom, nie ma żadnych inicjatyw, a więc rządzi się za pomocą nowych wrzutek, tymczasowych mininarracji, nie ustawami i rozporządzeniami, tylko twittami. Media się na to rzucają chętniej niż na nudne ustawy, jest co cytować, zwłaszcza jak premier wszystko okrasi jak zwykle jakimś kokieteryjnym bon mocikiem. A, że to nie ma żadnej wartości sprawczej, bo to tak nie działa, poza konstytucją, ustawami, Sejmem? A kto powiedział, że nie działa? P.o. Prokuratora Krajowego jest bezprawny, a działa. Media publiczne w likwidacji, z powodów przecież finansowych, a właśnie dostają ze 4 miliardy tym razem wcale nie zabrane z onkologii. Można? Można! A więc dalejże.
Ogłoszono, że wzięto się za pisowskich sędziów. Tak, łatwo ich wydzielić. Przypomnę, że pookrągłostołowej korporacji sędziowskiej ostało się z 2/3 stanu, zaś za PiS-u doszła do sędziowania pozostała 1/3. W końcu przez lat osiem jakoś się tam stan musiał powiększać, studenci studiowali, PiS, z wymienionych wyżej przyczyn, chciał proces wymiany kadr przyspieszyć. Ale, jako się rzekło, Tusk rządzący zabrał się za praworządność na całego, ingerując jako władza wykonawcza w trójpodział władzy. Wykonawcza, bo dzieje się to na poziomie rządowym, wrogie PiS-owi ustawy nie przejdą albo przez „Trybunał Przyłębskiej”, albo przez sito weta prezydenta Dudy. A więc jedziemy na poziomie rządowym, skoro ustawodawczy jest zablokowany tą pieprzoną konstytucją.
A sędziów da się podzielić na naszych i nie naszych. Wystarczy tylko wrócić do wbijanego od lat ludowi wzmożonemu pojęcia neoKRS. Sposób jej obsadzania zmienił, wedle konstytucji, zmieniając ustawę PiS, po to, by jak pisałem wcześniej wyrwać nominacje, a właściwie samonominacje z wyłącznych rąk sędziowskich. Zrobiono to zgodnie z prawem, ale powstał medialny podział na (stary, dobry) KRS i neoKRS, upolityczniony przez tych pisiorów. I powstało pojęcie neosędzia, czyli sędziów powołanych przez straszny neoKRS. Media na nich pluły, sędziowie ze starych nieneokrsowskich nominacji kwestionowali wyroki „neosędziów”, uśmiechnięta Polska na nich wieszała psy, środowiskowy ostracyzm sprowadził ich do roli zdrajców (pytanie tylko czego, sprawiedliwości czy interesów kasty?)
I do tego odwołał się teraz Tusk. Stwierdził on, a stan sędziowski to przyjął na milczącą klatę, że dokona się weryfikacji sędziów, podzieli się ich na kolory. Pytanie – kto dokona takiej selekcji wisi w powietrzu. A odpowiedzi dobrej nie ma. Może to być jak najbardziej upolitycznione ciało, może to być też sam stan sędziowski, który oceni, który z ich „kolegów” popadł w błędy i wypaczenia. Uwaga – nie będzie się oceniać jakości ich wyroków, tylko źródło nominacji, a właściwie – rekomendacji. I wedle tego zakwalifikuje się gości do odpowiedniej barwy.
Będzie jak na skrzyżowaniu, a raczej – ukrzyżowaniu sprawiedliwości. Kolor czerwony – wont z zawodu. Z automatu, nawet chyba bez procedury weryfikacji. Każdy z neosędziów, który aktywnie uczestniczył w tym procederze, był w ciałach awansujących, nominujących – wont, na zawsze i z dyscyplinarką. Żółty kolor jest najgorszy. To tu sędzia, jeśli chce ocalić swą togę sam musi na siebie donieść, pokajać się i obiecać poprawę. Ma to czynić w formule „czynnego żalu”, choć to durnota, gdyż czynny żal jest związany z postępowanie skarbowym, no chyba, że nawrócony sędzia będzie miał zapłacić Polakom jakieś odszkodowanie za lata błędów i wypaczeń. Będzie więc łamanie charakterów, bolszewickie zsucziwanije, wszystko, tylko nie godność sędziowska. Jak zwykle – rewolucyjna mniejszość domaga się doprowadzenia procesu gwałtownych przemian do końca. W realu oznacza to, że rządzącym nie idzie i w miarę osiągania (medialnych jedynie dodajmy) sukcesów będą zaostrzać walkę klasową, wskazując na ultrasów, że ci ich popędzają.
Na końcu są zieloni, co to nie mieli innego wyjścia, tylko przejść przez pisowskie ucho igielne, by w ogóle wystartować na sędziego – tym będzie przebaczone z automatu, tak samo jak z automatu nie będzie wybaczone czerwonym. Będziemy więc mieli kolorowych sędziów i paradoks III RP, który pokazuje, że cały postkomunistyczny aparat sędziowski, który broił nie tylko za komuny, ale i za stanu wojennego wszedł do systemu III RP nietknięty, bez żadnych weryfikacji, w zwartym szeregu i z ustrojowymi papierami na nieodwoływalność i teraz ci sami sędziowie będą sądzić już nie obywateli, ale adeptów uczelni w wolnej Polsce, tylko z tego powodu, że rekomendowały ich na sędziów ciała powołane w czasach rządów partii, która próbowała wyzbyć się wreszcie tej zeszłowiecznej schedy.
Chichot historii
To chichot historii, że takie cuda z praworządnością wyczyniają ci, którzy za jej „obronę” dostali od suwerena władzę. Jak widać praworządność przez wszystkie siły traktowana jest jako systemowa zawalidroga na drodze sprawczości władzy wykonawczej. Jak próbowałem tego dowieść tutaj jest to systemowy trend władzy, bez względu na jej kolor i pochodzenie. Ale dziś, kiedy mistrzowie praworządności, w biały dzień, na głos zaprzeczają wartościom, które w rękach naiwnych głosujących doprowadziły ich do rządzenia, kiedy ci wychędożeni sami temu biją brawo widać, że całe te opary demokracji, instytucji stojących na straży, gwarancji obywatelskich to bajeczki dla naiwnych. Jak widać coraz mniej naiwnych.
A jak już zabraknie nawet złudzeń, to pozostanie już tylko nieme przyzwolenie na nagą siłę władzy. W nadziei, że siła ta może ominie, a może wyciągnie rękę. Nie na zgodę, ale by chętnych przyłączyć do ciemiężących, bo tylko to będzie gwarancją, że się samemu nie będzie ciemiężonym. Czekają nas kolorowe sądy, choć, znając leniwą sprawczość Tuska do budowania i instynktowny talent do burzenia wiem, że skończy się to na niczym. Nawet gdyby taka ustawa-kolorowanka przeszła przez parlament, to i tak albo to wywali Trybunał Konstytucyjny, albo zawetuje prezydent. A więc to raczej pokaz tego, co będzie jak przyszły prezydent będzie z tych uśmiechniętych i układ się domknie. Będą kolorowe sądy. Teraz to tylko deklaracja, straszenie obecnych sędziów, że będą poddani trybunałom i żeby, już teraz, się pilnowali. I co, apologeci trójpodziału władzy? Podoba się takie zastraszanie władzy sądowniczej przez władzę wykonawczą? PiS to przy tym pikuś, pan Pikuś. Tusk gra va banque, tak wysoko, że moczy przede wszystkim swoje otoczenie. I to otoczenie będzie bronić nie tyle jego, nie tyle ideolo, które doprowadziło do tej sytuacji, nawet nie będzie ***** ***. Będzie już bronić własnej władzy, by samemu, w razie przegranej nie pójść śladami prawa nowej władzy, która podostrzy to co powyczyniał obecnie Tusk, z kolei po swojemu stosując prawo „jak je rozumie”. Będzie więc to nie walka o władzę, ale o wolność. Polski już przy tym nie będzie, będzie tylko polityka jako strach o własne de.
A nad tym wszystkim polatywać będzie wyniosłe milczenie hipokryzji sędziów. Reprezentantów ostoi Rzeczpospolitej, jak można przeczytać na budynku warszawskiego sądu.
Co by było, gdyby prezydentem Polski był pan “Jurek” Owsiak, a nie pan Andrzej Duda? Czy byłoby lepiej, czy może byłoby tylko inaczej? Lepiej by pewnie już nie było, bo – zgodnie ze słynnym komunikatem Radia Erewań, które na pytanie słuchacza – czy będzie lepiej – odpowiedziało, że “lepiej już było” – ale za to byłoby pewnie inaczej. Na przykład pan prezydent Andrzej Duda nigdy nie oświadcza się obywatelom słowami: “jesteście wspaniali, kocham was!” – podczas gdy pan Owsiak robi to stale.
Co obywatele z tego mają, to całkiem inna sprawa, ale mnie nie chodziło przecież o to, czy byłoby lepiej, bo wiadomo, że nie – tylko – że byłoby inaczej. A w ogóle taki pomysł przyszedł mi do głowy, kiedy w szpitalu przeczytałem, jak to pan “Jurek” Owsiak ofuknął pana prezydenta Dudę, za “bierność” w sprawie powodzi.
Co wynika z tego ofuknięcia? Po pierwsze – że pan “Jurek” Owsiak jest wyznawcą aktywizmu. Innocenty Maria Bocheński napisał w swoim czasie książkę pod tytułem “100 zabobonów”, w której – o ile sobie przypominam – aktywizm figurował na pierwszym miejscu. Wymaga on, by człowiek wszystko, każdą chwilę życia, poświęcał dla zbiorowości, “kolektywu”, czyli – dla społeczeństwa. Każdy człowiek – a już prezydent, to specjalnie. Z pozoru pan “Jurek” ma rację, ale tylko z pozoru, bez względu nawet na to, czy aktywizm jest zabobonem, czy nie.
Wprawdzie w ocenie postępowania pana prezydenta Dudy “100 zabobonów” również ma swój ciężar gatunkowy, ale cóż on znaczy w porównaniu z ciężarem gatunkowym konstytucji? Wprawdzie w świetle ostatniej deklaracji premiera Tuska o “demokracji walczącej” ciężar gatunkowy konstytucji chyba trochę, a może nawet znacznie się zmniejszył, ale jeśli nawet, to i tak jest nadal spory. Więc cóż ta konstytucja?
Za sprawą zapomnianej już dzisiaj “bandy czworga”, to znaczy – czwórki osobników uchodzących za jej pomysłodawców: Tadeusza Mazowieckiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Ryszarda Bugaja i Waldemara Pawlaka – zawiera ona osobliwe, żeby nie powiedzieć – dziwaczne rozwiązanie. Nawiasem mówiąc, warto przypomnieć, że słowo: “osobliwy” po grecku brzmi: “idiotropos” – co nawet lepiej charakteryzuje przyjęte w konstytucji rozwiązanie. Chodzi o to, że prezydent jest wybierany w głosowaniu powszechnym, więc ma najsilniejszą legitymację demokratyczną w państwie.
Ja wprawdzie nie jestem ultrasem demokracji, ale skoro w imię demokracji Nasz Najważniejszy Sojusznik gotów jest wywołać nawet III wojnę światową, a poza tym – skoro jest taki rozkaz, że wszędzie ma być demokracja, to nie będę wierzgał przeciwko ościeniowi. Skoro tedy prezydent ma najsilniejszą legitymację demokratyczną, to – logicznie biorąc – powinien mieć najwięcej władzy. Ale – jak w popularnej w roku 1968 anegdocie mówił Aaronek do dyrektora, kiedy ten spotkał go podczas lekcji na boisku – “logiki tu nie ma”.
Ponieważ logiki nie ma, to największym zakresem władzy cieszy się premier, który w ogóle żadnej demokratycznej legitymacji mieć nie musi, chociaż – jako poseł – na ogół jakąś miewa. Co prawda zdarzył się nam razu pewnego rząd pana premiera Marka Belki, do którego nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a który rządził “mądrze i wesoło” jak gdyby nigdy nic. No tak, ale premier Marek Belka miał aż dwa pseudonimy operacyjne, jako tajny współpracownik SB – więc to był wyjątek, bo normalnie stare kiejkuty w takich sprawach raczej dbają o zachowanie pozorów.
Więc – jak wspomniałem – władzę ma raczej premier, podczas gdy prezydent – jej pozory. Najlepiej widać to w sprawach wojskowych. Nominalnie prezydent jest Zwierzchnikiem Sił Zbrojnych – ale w Siłach Zbrojnych samodzielnie nie może nawet kiwnąć palcem. Jeśli w ogóle kiwa palcem, to tylko “na wniosek” premiera, a przynajmniej – ministra obrony. W rezultacie udzielenie odpowiedzi na – zdawałoby się – proste pytanie: kto dowodzi wojskiem? – na gruncie konstytucji jest niemożliwe – o czym pisałem już ponad 20 lat temu, ale oczywiście – groch o ścianę.
Jeśli kogoś to interesuje, to niech zajrzy do książki “Choroba czerwonych oczu” – bo od tamtej pory pod tym względem nic się nie zmieniło – oczywiście poza mnożeniem rozmaitych “dowództw”, w których utytułowani urzędnicy poprzebierani w mundury, oddają się aktywizmowi.
No i właśnie “Jurek” Owsiak nieubłaganym palcem wytknął panu prezydentowi Dudzie niedociągnięcia na odcinku aktywizmu, bo przez kilka dni nie pojechał na tereny ogarnięte powodzią. Z tego wynika, że gdyby tak prezydentem był “Jurek” Owsiak, to pojechałby oglądać powódź i czynione przez nią spustoszenia, kiwałby ze zrozumieniem głową nad nieszczęściem, jakie spotkało tamtejszych obywateli, a kto wie – może w odruchu serca gorejącego oświadczyłby się im słowami: “jesteście wspaniali, kocham was!”
Czy jednak aby na pewno? Czy taka uzurpacja aktywizmu przez prezydenta “Jurka” Owsiaka” nie byłaby naruszeniem konstytucji? Przecież kiedy powódź już się zaczynała, pan premier Donald Tusk dopiero zastanawiał się nad strojem, jaki przystoi mu wdziać na okoliczność klęski żywiołowej, żeby zakasować samego prezydenta Zełeńskiego, który niewątpliwie na odcinku modowym utrzymuje się na pierwszym miejscu wśród wszystkich wasali Stanów Zjednoczonych.
Nie tylko zresztą na tym odcinku, bo i na innych też, co skłania Departament Stanu do przechwałek, że “nasz Władimir jest lepszy”. Od kogo? Jasne, że od drugiego Władimira, tego “nie naszego”, czyli zimnego ruskiego czekisty Putina. Jak widzimy – gra szła o wielką stawkę, z czego poczciwy “Jurek” Owsiak najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy. Poza tym – czy prezydentowi udałoby się powołać na stosowne posiedzenie choćby jeden sztab kryzysowy?
Na pewno nie – bo każdy wojewoda natychmiast skonsultowałby się z Kancelarią Premiera, przez którą zostałby ofuknięty, że nie wie, iż sztaby kryzysowe powołuje na posiedzenia premier? Kto wie, czy taki wojewoda nie zostałby natychmiast odwołany pod zarzutem, że do spółki z prezydentem podstępnie zamierzał skraść premieru Tusku taki piękny show? Skoro my wiemy takie rzeczy, to cóż tu mówić o wojewodach, którzy przepowiadają sobie te zbawienne prawdy rano i wieczorem?
Jeśli tedy pan prezydent Andrzej Duda udał się na tereny powodziowe kilka dni później, kiedy już premier Donald Tusk zaprezentował się opinii publicznej w ramach przedstawienia o “dobrym carze i złych bojarach”, to dowodzi tylko jego politycznego wyczucia i znajomości swego miejsca w systemie władz naszego bantustanu.
Cóż w takim razie sądzić o wyskoku pana “Jurka” Owsiaka? Cóż; intencje chłop miał poczciwe, a że wyszło, jak zawsze, to już nie jego wina. W każdym razie premier Tusk może tak na to spojrzeć.
Światowi przywódcy przyjęli w niedzielę Pakt na rzecz przyszłości – przełomową deklarację zobowiązującą do konkretnych działań na rzecz „bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, zrównoważonego i inkluzywnego świata dla przyszłych pokoleń”.
Pakt wraz z załącznikami, Globalnym Paktem Cyfrowym i Deklaracją na rzecz przyszłych pokoleń przyjęto jednomyślnie.
Państwa członkowskie ONZ zobowiązały się m.in. do przyspieszenia realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju i Porozumienia paryskiego w sprawie zmian klimatu; włączania młodych w proces podejmowania decyzji; budowania silniejszych partnerstw ze społeczeństwem obywatelskim, sektorem prywatnym i władzami lokalnymi; podwojenia wysiłków na rzecz budowania i utrzymywania pokojowych, inkluzywnych i sprawiedliwych społeczeństw; zajęcia się podstawowymi przyczynami konfliktów oraz szybszego wdrażania zobowiązań dotyczących kobiet, pokoju i bezpieczeństwa.
Wchodzący w skład paktu Global Digital Compact jest pierwszym światowym porozumienie w sprawie międzynarodowych regulacji sztucznej inteligencji (AI). Deklaracja w sprawie przyszłych pokoleń koncentruje się m.in. na zapewnieniu im dobrobytu. Dokument, podkreślają źródła ONZ, stał się punktem zwrotnym, ponieważ instytucje finansowe, a nawet same Narody Zjednoczone nie znalazły rozwiązań problemów XXI wieku.
Sekretarz Generalny ONZ António Guterres podkreślił, że Pakt „otwiera ścieżki do nowych możliwości i szans”. „Ludzie na świecie mają nadzieję na przyszłość w pokoju, godności i dobrobycie. Wołają o globalne działania w celu rozwiązania kryzysu klimatycznego, zwalczania nierówności i zajęcia się zagrożeniami wobec wszystkich. Uważają, że ONZ jest niezbędna do rozwiązania tych wyzwań” – podkreślił Guterres.
Przyjęcie Paktu skomentował w mediach społecznościowych prezes Ordo Iuris, Jerzy Kwaśniewski. Jak zaznaczył, ONZ mami świat wizją globalnego zarządzania, który charakteryzuje ograniczanie podmiotowości i suwerenności narodowej. ” Więcej ONZetowskiej biurokracji, więcej międzynarodowych funduszy do utrzymania, więcej globalnych szczytów, więcej polityki klimatycznej i więcej genderyzmu. Mniej suwerenności, mniej efektywności” – zauważył mec. Kwaśniewski.
Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan. Foto: PAP/EPA
Ataki na Liban świadczą o tym, że Izrael chce rozprzestrzenić wojnę w regionie – oświadczył prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan, cytowany przez agencję Anatolia.
„Ostatnie ataki na Liban i wypowiedzi ze strony Izraela to wyraźna manifestacja próby rozprzestrzenienia wojny w regionie” – oznajmił Erdogan w Nowym Jorku. Prezydent przybył do USA w sobotę, by wystąpić we wtorek na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ.
Erdogan powiedział, że „ludobójstwo prowadzone przez Izrael na ziemiach palestyńskich, przede wszystkim w Strefie Gazy, również zagraża pokojowi w regionie”.
„Globalne instytucje i organizacje nie podjęły skutecznych kroków, by zakończyć opresję w Strefie Gazy czy zapobiec izraelskiej masakrze” – dodał prezydent Turcji.
W poniedziałek rano izraelskie siły zbrojne ogłosiły, że rozpoczęto ostrzał należących do Hezbollahu celów w Libanie.
Od miesięcy trwa wymiana ognia pomiędzy siłami Izraela a wspieranym przez Iran Hezbollahem, ale w ostatnim czasie stała się bardziej intensywna. W minionym tygodniu co najmniej 39 osób zginęło, a ponad 3 tys. zostało rannych w przypisywanych Izraelowi, skoordynowanych eksplozjach urządzeń elektronicznych w Libanie. W weekend izraelska armia dokonywała nalotów na cele w Libanie, a Hezbollah odpowiadał atakami rakietowymi.
Za portalem Rorate Caeli tłumaczył Tomasz Maszczyk1.
Jak powinni zareagować wierni katolicy na skandaliczne słowa rzekomo wypowiedziane w Wielki Czwartek [2018 r.] przez papieża Franciszka w rozmowie z włoskim dziennikarzem Eugeniem Scalfarim: „Dusze osób, które nie żałują [za swe grzechy], a więc nie mogą otrzymać przebaczenia, po prostu znikną. Nie ma piekła, jest unicestwienie grzesznych dusz”? (Jak podkreślało wielu komentatorów, Scalfari donosił już wcześniej, że papież wysuwał tego rodzaju twierdzenia, a do tej pory Ojciec święty ani razu nie zdementował tych informacji.)
Pierwszą reakcją wiernych na owe przygnębiające doniesienia powinno być potwierdzenie swej wiary w katolicką doktrynę o piekle, do którego trafiają dusze potępionych.
Jak wyjaśnia tomista Edward Feser, doktryna o wiecznej karze piekła wynika logicznie i w sposób konieczny z doktryny o wiecznej nagrodzie w niebie. Pisze on:
Gdyby wola potępionych mogła zmieniać się po śmierci, wówczas mogłaby się zmieniać również wola zbawionych. Z tego wynika, że nie byliby oni zbawieni prawdziwie, podobnie jak ci pierwsi nie byliby prawdziwie potępieni. Zawsze groziłoby im niebezpieczeństwo ponownego upadku w grzech i poniesienia za to kary. Trudy i niepewność tego życia nie miałyby nigdy końca. Tak więc jeśli nie ma piekła, nie ma również nieba.
W innym eseju Feser wykazuje również, dlaczego teza o „unicestwieniu” [dusz grzeszników], którą Scalfari przypisuje papieżowi, jest pod względem logicznym nie do obrony.
Jednak wiara Kościoła w piekło opiera się przede wszystkim na wyraźnym i jednoznacznym świadectwie Pisma św. oraz na dwutysiącletnim świadectwie Magisterium, oraz jednomyślnej zgodzie ojców Kościoła. Poniżej przedstawiamy streszczenie objawionej i autorytatywnej doktryny Kościoła o piekle potępionych. […]
Świadectwo nieomylnych ksiąg Pisma św.:
I wyjdą, a ujrzą trupy mężów, którzy wystąpili przeciwko mnie; robak ich nie umrze, a ogień ich nie zagaśnie, i będą aż do sytości widzenia wszelkiemu ciału. (Iz 66, 24)
Biada narodowi, powstającemu na naród mój! Bo Pan wszechmogący będzie się mścił na nich, w dzień sądu nawiedzi ich. Bo da ogień i robaki na ciała ich, aby byli paleni i czuli aż na wieki! (Jud 16, 20–21)
Jeśli zaś ręka twoja albo noga twoja gorszy cię, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej ci jest ułomnym albo chromym wejść do życia, aniżeli mając dwie ręce albo dwie nogi, być wrzuconym w ogień wieczny. A jeśli oko twoje gorszy cię, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej ci jest z jednym okiem wejść do życia, aniżeli mając dwoje oczu, być wrzuconym do piekła ognistego. (Mt 18, 8–9)
Wtedy rzecze i tym, którzy po lewicy będą: Idźcie ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, który zgotowany jest diabłu i aniołom jego. Albowiem łaknąłem, a nie daliście mi jeść; pragnąłem, a nie daliście mi pić; byłem gościem, a nie przyjęliście mnie; nagim, a nie przyodzialiście mnie; niemocnym i w więzieniu, a nie nawiedziliście mnie. Wtedy mu odpowiedzą i oni, mówiąc: Panie! Kiedyż widzieliśmy cię łaknącym albo pragnącym, albo gościem, albo nagim, albo niemocnym, albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy tobie? Wtedy im odpowie, mówiąc: Zaprawdę powiadam wam, czegokolwiek nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, a sprawiedliwi do życia wiecznego. (Mt 25, 41–46)
A jeśliby ręka twoja gorszyła cię, odetnij ją; lepiej ci jest wejść do życia ułomnym, niż mając obie ręce, iść do piekła w ogień nieugaszony, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie. I jeśli noga twoja gorszy cię, utnij ją; lepiej ci jest wejść chromym do życia wiecznego, niż mając obie nogi, być wrzuconym do piekła ognia nieugaszonego, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie. A jeśli oko twoje gorszy cię, wyłup je; lepiej ci jest wejść jednookim do królestwa Bożego, niż mając dwoje oczu, być wrzuconym do piekła ognistego, gdzie robak ich nie umiera, a ogień nie gaśnie. (Mr 9, 42–47)
Umarł też i bogacz, i pogrzebany jest w piekle. A podniósłszy oczy swoje, gdy był w mękach, ujrzał Abrahama z daleka i Łazarza na łonie jego. A wołając, rzekł: Ojcze Abrahamie! Zmiłuj się nade mną, a poślij Łazarza, aby umoczył koniec palca swego we wodzie, i ochłodził język mój, bo cierpię męki w tym płomieniu. I rzekł mu Abraham: Synu, wspomnij, że za życia swego otrzymałeś dobra, a Łazarz przeciwnie – złe: a teraz on ma pociechę, a ty męki cierpisz. A nad to wszystko, między nami a wami wielka przepaść jest utwierdzona; aby ci, którzy chcą przejść stąd do was, nie mogli, ani stamtąd tutaj się przeprawić. I rzekł: Proszę cię więc, ojcze, abyś go posłał do domu ojca mego, bo mam pięciu braci, aby ich przestrzegł, żeby też i oni nie przyszli na to miejsce mąk. (Łk 16, 22–28)
Jeśli jednak sprawiedliwą jest rzeczą u Boga, żeby odpłacił uciskiem tym, co was uciskają, a wam, którzy uciśnieni jesteście, odpoczynkiem z nami, gdy się Pan Jezus objawi z nieba z aniołami swej potęgi, w płomieniu ognistym, wymierzając pomstę tym, co Boga nie znają i co nie są posłuszni ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa. Oni ponosić będą kary wieczne w zatraceniu – od oblicza Pana i od chwały mocy jego, gdy przyjdzie, aby być uwielbionym w świętych swoich i okazać się podziwienia godnym w ów dzień we wszystkich, co uwierzyli – ponieważ wierzyliście świadectwu naszemu do was. (2 Tes 1, 6–10)
I zstąpił ogień z nieba od Boga i pożarł ich, a diabeł, który ich zwodził, wrzucony został w jezioro ognia i siarki, gdzie i bestia, i fałszywy prorok będą męczeni we dnie i w nocy na wieki wieków. (Obj 20, 9–10)
Świadectwo nieomylnego Kościoła
Boże, od Ciebie Judasz otrzymał karę za swą zbrodnię, a łotr nagrodę za wyznanie winy; daj nam doznać skutków miłosierdzia Twego, a jak w czasie swojej męki Pan nasz Jezus Chrystus obydwom oddał różną zapłatę według ich uczynków, tak niech zgładzi w nas zastarzały błąd i udzieli nam łaski zmartwychwstania. (Kolekta na Wielki Czwartek)
A którzy dobrze czynili, pójdą na żywot wieczny, którzy zaś źle – na ogień wieczny. Ta jest wiara katolicka, której jeżeli kto wiernie i mocno nie wyznaje, zbawiony być nie może. (Zakończenie Wyznania wiary św. Atanazego, ok. 500 r.)
Jeśli ktoś twierdzi lub sądzi, że kara szatanów i złych ludzi jest tymczasowa i że kiedyś nastąpi jej koniec, czyli że nastąpi „apokatastaza” dla diabłów i bezbożnych ludzi – niech będzie wyklęty. (I Synod Konstantynopolitański, 543 r.; formalnie ponownie potwierdzone przez papieża Wigiliusza i II Sobór Konstantynopolitański, 553 r.)2
Karą grzechu pierworodnego jest pozbawienie oglądania Boga, karą zaś grzechu uczynkowego jest męka wiecznego ognia. (Św. Innocenty III, list do Imberta, abp. Arles, 1201 r.)3
Na końcu wieków [Jezus Chrystus] przyjdzie sądzić żywych i umarłych, każdemu odda według jego uczynków, zarówno odrzuconemu, jak i wybranemu. Wszyscy oni powstaną w swoich własnych ciałach, które teraz mają, aby otrzymać stosownie do swoich czynów, dobrych czy złych, jedni karę wieczną z diabłem, inni zaś wiekuistą chwałę z Chrystusem. (IV Sobór Laterański, 1215 r.)4
Jeśli zaś ktoś bez pokuty umiera w grzechu śmiertelnym, to bez wątpienia cierpi na zawsze męki ognia wieczystego piekła. (Innocenty IV, list do biskupa Tusculum, 1254 r.)5
Dusze zaś tych, którzy umierają w uczynkowym grzechu śmiertelnym lub w samym grzechu pierworodnym, natychmiast zstępują do piekła, gdzie jednak nierównym podlegają karom. (Sobór Florencki, Dekret dla Greków, 1439 r.)6
Tym zaś, którzy na lewicy staną, sprawiedliwości znaki okaże tymi słowy: „Idźcie ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, który zgotowany jest diabłu i aniołom jego”. W tych słowach „Idźcie ode mnie” znaczy się wielka męka, którą bezbożni ludzie karani będą, gdy od oblicza Boskiego daleko bardzo odrzuceni będą, ani żadną nadzieją cieszyć się nie mogą, żeby kiedy takowego dobra użyć mieli. Tę mękę doktorowie Pisma św. zowią męką szkody albo winy, dlatego że ludziom złośliwym światłość widzenia Boskiego w piekle wiekuiście odjęta będzie. Że zaś przydano: „przeklęci”, więc to dziwnie ich nędzę i uciśnienie pomnaża; bo gdy od Boskiego oblicza oddaleni być mają, jeżeliby kiedy jakim błogosławieństwem uraczeni byli, wielką by to im pociechę przynieść mogło, ale że się im nic takowego spodziewać nie trzeba, co by nędzę ich ulżyć mogło, więc słusznie sprawiedliwość Boska odłączając ich, wszystko przekleństwo na nich włoży. „W ogień wieczny”. I ten jest drugi sposób męki, który Nauczyciele święci męką czujną zowią dlatego, iż cielesnym czuciem poznawana bywa: jako w biciu, biczowaniu albo w którym innym ciężkim sposobie karania bywa, między którymi bez wątpienia męka ognia boleść największą czyni, do której gdy jeszcze to przystąpi, że trwać ma na wieki, więc się stąd okazuje, iż męka potępionych zamyka w sobie wszystkie utrapienia. Co też jaśniej pokazują one słowa, które na końcu wyroku są położone: „który zgotowany jest diabłu i aniołom jego”. Bo gdy to tak ludziom jest przyzwoita, iż wszystkie ciężkości łatwiej cierpimy, jeżeli w nich towarzysza i uczestnika mamy, za którego mądrością albo ludzkością moglibyśmy jakożkolwiek ratowani być: jakaż tedy będzie nędza potępionych ludzi, którzy w tak wielkim utrapieniu od przeklętych szatanów towarzystwa nigdy nie będą mogli być oddzieleni? Ten wyrok przeciwko bezbożnym od Pana naszego Zbawiciela sprawiedliwie wydany będzie; ponieważ wszystkich prawego miłosierdzia uczynków zaniedbali, a łaknącemu i pragnącemu ani pokarmu, ani napoju nie dawali, gościa nie przyjmowali, nagiego nie przyodziewali, ani więźnia, ani chorego nie nawiedzili. (Katechizm Rzymski według uchwały Soboru Trydenckiego, czcionkami drukarni L.D. Stoegera, Jasło 1866, s. 82–83.)
A po tym doczesnym życiu nie ma już miejsca na pokutę dla osiągnięcia usprawiedliwienia. Tak więc wszyscy, którzy umierają w uczynkowym grzechu śmiertelnym, wykluczeni są z Królestwa Bożego i będą cierpieli wieczne męki piekła, gdzie nie ma odkupienia. Również ci, którzy umierają z samym tylko grzechem pierworodnym, nie dostąpią nigdy oglądania Boga. (Schemat konstytucji dogmatycznej I Soboru Watykańskiego O głównych tajemnicach wiary [1870 r.])
Przed przyjęciem tego schematu Sobór zmuszony został zawiesić swe obrady, dokument ów wyraża jednak poprawnie wiarę i nauczanie Kościoła w tych kwestiach).
Doktryna ta nie została zmieniona nawet po II Soborze Watykańskim, co pokazują poniższe artykuły Katechizmu Kościoła Katolickiego z 1992 r.7:
1033. Nie możemy być zjednoczeni z Bogiem, jeśli nie wybieramy w sposób dobrowolny Jego miłości. Nie możemy jednak kochać Boga, jeśli grzeszymy ciężko przeciw Niemu, przeciw naszemu bliźniemu lub przeciw nam samym: „Kto nie miłuje, trwa w śmierci. Każdy, kto nienawidzi swego brata, jest zabójcą, a wiecie, że żaden zabójca nie nosi w sobie życia wiecznego” (1 J 3, 14–15). Nasz Pan ostrzega nas, że zostaniemy od Niego oddzieleni, jeśli nie wyjdziemy naprzeciw ważnym potrzebom ubogich i maluczkich, którzy są Jego braćmi. Umrzeć w grzechu śmiertelnym, nie żałując za niego i nie przyjmując miłosiernej miłości Boga, oznacza pozostać z wolnego wyboru na zawsze oddzielonym od Niego. Ten stan ostatecznego samo-wykluczenia z jedności z Bogiem i świętymi określa się słowem „piekło”.
1034. Jezus często mówi o „gehennie ognia nieugaszonego”, przeznaczonej dla tych, którzy do końca swego życia odrzucają wiarę i nawrócenie; mogą oni zatracić w niej zarazem ciało i duszę. Jezus zapowiada z surowością, że „pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego Królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony” (Mt 13, 41–42). On sam wypowie słowa potępienia: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny!” (Mt 25, 41).
1035. Nauczanie Kościoła stwierdza istnienie piekła i jego wieczność. Dusze tych, którzy umierają w stanie grzechu śmiertelnego, bezpośrednio po śmierci idą do piekła, gdzie cierpią męki, „ogień wieczny”. Zasadnicza kara piekła polega na wiecznym oddzieleniu od Boga; wyłącznie w Bogu człowiek może mieć życie i szczęście, dla których został stworzony i których pragnie.
1036. Stwierdzenia Pisma Świętego i nauczanie Kościoła na temat piekła są wezwaniem do odpowiedzialności, z jaką człowiek powinien wykorzystywać swoją wolność ze względu na swoje wieczne przeznaczenie. Stanowią one równocześnie naglące wezwanie do nawrócenia: „Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!” (Mt 7, 13–14):
Ponieważ nie znamy dnia ani godziny, musimy w myśl upomnienia Pańskiego czuwać ustawicznie, abyśmy zakończywszy jeden jedyny bieg naszego ziemskiego żywota, zasłużyli wejść razem z Panem na gody weselne i być zaliczeni do błogosławionych i aby nie kazano nam, jak sługom złym i leniwym, pójść w ogień wieczny, w ciemności zewnętrzne, gdzie „będzie płacz i zgrzytanie zębów”.
1037. Bóg nie przeznacza nikogo do piekła; dokonuje się to przez dobrowolne odwrócenie się od Boga (grzech śmiertelny) i trwanie w nim aż do końca życia. W liturgii eucharystycznej i w codziennych modlitwach swoich wiernych Kościół błaga o miłosierdzie Boga, który nie chce „niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3, 9):
„Prosimy Cię przeto, Panie, abyś tę ofiarę sług swoich i całej rodziny swojej miłościwie przyjął, dni życia naszego w pokoju swym ustalił i zechciał od wiecznego potępienia nas wybawić, i zaliczyć w poczet wybranych swoich. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”. (Kanon rzymski)
↑Tekst polski za: Breviarium fidei. Wybór doktrynalnych wypowiedzi Kościoła, oprac. S. Głowa SI, I. Bieda SI, Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1988, s. 592.
↑Tekst polski za: Dokumenty Soborów Powszechnych, t. 3, tłum. ks. A. Baron et al., WAM, Kraków 2003, s. 475. ↑tinyurl.com/KKK1992 [dostęp: 17.07.2024].
Francesco Forgione, znany później jako Ojciec Pio, urodził się 25 maja 1887 roku w małej włoskiej wiosce Pietrelcina. Jego rodzice, Grazio Forgione i Maria Giuseppa Di Nunzio, byli prostymi rolnikami, ale od najmłodszych lat dostrzegali w swoim synu niezwykłą duchową bliskość z Bogiem. Francesco już jako pięcioletnie dziecko uroczyście oddał swoje życie Jezusowi. Opowieści z tego okresu mówią, że często rozmawiał z Panem Jezusem, Matką Bożą oraz swoim Aniołem Stróżem, który chronił go przed atakami złych duchów.
W wieku piętnastu lat Francesco wstąpił do zakonu franciszkanów kapucynów i przyjął imię zakonne Pio. Po siedmiu latach intensywnych studiów teologicznych, w 1910 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Już w pierwszym miesiącu po święceniach miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Podczas modlitwy w kaplicy Ojcu Pio ukazał się Jezus oraz Matka Boża, a on sam po raz pierwszy otrzymał stygmaty – rany przypominające te, które miał Jezus na krzyżu. Wkrótce potem rany zniknęły, co wzbudziło ogromne zdziwienie i zainteresowanie, zarówno wśród duchowieństwa, jak i wiernych. Mimo wszystko Ojciec Pio prosił Maryję, by mógł cierpieć w tajemnicy:
„Chcę cierpieć, nawet umrzeć z cierpienia, ale wszystko w tajemnicy” – powiedział wtedy.
Jego życie nie było jednak wolne od trudności. W czasie I wojny światowej Ojciec Pio został powołany do wojska, ale z powodu słabego zdrowia szybko zwolniono go ze służby. Po powrocie do klasztoru w San Giovanni Rotondo, gdzie spędził większość swojego życia, został kierownikiem duchowym wielu wiernych. Ojciec Pio stworzył pięć zasad, które miały prowadzić do duchowego wzrostu: cotygodniowa spowiedź, codzienna komunia, lektura duchowa, medytacja i rachunek sumienia. Jego najbardziej znane przesłanie, często powtarzane wiernym, brzmiało:
„Módl się, żyj nadzieją i nie martw się”.
W lipcu 1918 roku Ojciec Pio ponownie otrzymał stygmaty, tym razem widoczne i bolesne. Wierzył, że jego cierpienie jest ofiarą za zakończenie wojny oraz zadośćuczynieniem za grzechy świata. Te pięć ran Chrystusa na jego dłoniach, stopach i boku wywołało ogromne zainteresowanie zarówno wśród wiernych, jak i sceptyków. Jego fenomen przyciągał tysiące pielgrzymów, którzy przyjeżdżali, by uczestniczyć w jego mszach i skorzystać z sakramentu spowiedzi.
W miarę upływu czasu Ojciec Pio stał się znaną i szanowaną postacią w Kościele katolickim. Jego duchowa działalność oraz nadprzyrodzone dary, takie jak bilokacja, czytanie w sercach i uzdrawianie, przyciągały tłumy wiernych. W 1934 roku liczba pielgrzymów odwiedzających go wzrosła do tysięcy, a jego konfesjonał stał się jednym z najważniejszych punktów spotkań z wiernymi.
Ojciec Pio zmarł 23 września 1968 roku w swojej celi, tuż po odprawieniu ostatniej Mszy Świętej. Przed śmiercią, mimo słabego zdrowia, poświęcił się organizacji i nadzorowi budowy „Domu Ulgi w Cierpieniu” – szpitala i ośrodka medycznego, który do dziś służy chorym i potrzebującym. W 2002 roku, 16 czerwca Ojciec Pio został kanonizowany przez papieża Jana Pawła II. W uroczystości kanonizacyjnej uczestniczyło około 300 000 osób, co świadczy o ogromnym szacunku i miłości, jaką wierni darzyli tego świętego kapłana.
Jego życie i duchowe dziedzictwo wciąż inspirują ludzi na całym świecie do głębokiej wiary i zawierzenia Bogu. Ojciec Pio pozostaje dla wielu wzorem wytrwałości, pokory i pełnego zaufania Bożej woli.
Przetłumaczony artykuł pochodzi ze strony www.americaneedsfatima.org
Wróciłem z Forum Ekonomicznego w Karpaczu, czyli z „polskiego Davos”, w którym brało podobno udział aż 5.000 uczestników. Byłem na tej imprezie pierwszy raz i korzystając z okazji chciałbym się z moimi Czytelnikami podzielić pewnymi obserwacjami i odczuciami, które wyniosłem z udziału w panelach dyskusyjnych i rozmów kuluarowych. Będzie to moje wrażenie osobiste i subiektywne. Paneli dyskusyjnych było pewnie ze 150 czy 200 i siłą rzeczy wziąłem udział tylko w kilkunastu. Będzie to relacja subiektywna i musi taką być, gdyż jedna osoba nie może przysłuchiwać się wielu dyskusjom dziejącym się w kilku czy kilkunastu salach równocześnie.
Jeden element przewijał się na obradach bezustannie, a mianowicie problem miejsca Polski w świecie. Generalnie polscy dyskutanci prezentowali stanowisko skrajnie kosmopolityczne. Permanentnie opowiadali o interesach „świata”, o interesie Unii Europejskiej, o interesie Niemiec, o interesie Ukrainy, o zmianach klimatycznych, o demokracji i prawach człowieka, o „wartościach”, etc. Pojęcia takie jak Polska czy interes polski były w wystąpieniach polskich dyskutantów praktycznie nieobecne. Tak się przypadkowo złożyło, że w dwóch panelach, którym się przysłuchiwałem, uczestniczył wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Szejna. W jego wypowiedziach nie doszukałem się śladu zainteresowania Polską. Mieliśmy za to całą tę dobrze znaną nam narrację o „świecie”, Europie, Ukrainie, etc. W pewnym momencie Pan Minister złożył quasi-religijną deklarację wiary w zwycięstwo Kamali Harris w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, wprost posługując się słowami Martina Luthera Kinga: „I have a dream!”. Na poparcie swoich tez raz za razem przytaczał cytaty z – jako to mawiano za komuny – „klasyków”. Tym razem klasyk (klasyczka?) była jedna, a mianowicie Frau Ursula von der Leyen. Niestety, nie była to w Karpaczu postać wyjątkowa. Jeden z polskich ekonomistów wprost ogłosił, że najważniejszym problemem Polski jest wzrost PKB w… Niemczech.
Czy ten ostentacyjny kosmopolityzm wielu polskich dyskutantów wzbudzał sprzeciwy? Tak. Przeciwko temu poglądowi protestował jeden z biorących udział w debatach Węgrów, protestował były Prezydent Czech Vaclav Klaus. Ba! Zaprotestował nawet jeden z Niemców, gdy usłyszał, że trzeba skasować w poszczególnych państwach członkowskich UE własne instytuty badawcze i stworzyć jeden euro-instytut badawczy. Niemcy oczywiście są za integracją europejską, ale tylko wtedy, gdy odpowiada to ich interesom. Tymczasem niemieckie fundacje i media wyhodowały w Polsce tak skrajnych Europejczyków, że nawet Niemcy uznali ten stan ducha za ekstremizm!
Niestety, wszelkie głosy na temat istnienia narodowych interesów polskich, wypowiadane przez zagranicznych gości, spotykały się z gorącymi protestami posiadaczy polskich paszportów. Trudno powiedzieć czy było to bardziej przykre, czy bardziej żenujące. Ci ludzie Wielkiej Polski nie zbudują!
Drugą kwestią istotną były relacje Polski z Chinami i Indiami. W kuluarach szybko zauważono nadreprezentację gości z Indii w stosunku do gości z Chin. Zresztą na jednym z paneli wprost zapytała o to chińska dziennikarka. Dało się wyraźnie odczuć brak zainteresowania polskich elit do współpracy z Chinami, także ekonomicznej, przy jednoczesnej niezwykle dużej chęci do współpracy z Indiami. Uzasadniano to koniecznością dezintegracji grupy BRICS poprzez jednoczesny konflikt z Pekinem (i Moskwą) i intensyfikację współpracy z Delhi. Jeden z dyskutantów z Węgier zauważył, że Chiny inwestują na Węgrzech, gdy Indie mają współpracować z Polską.
Jest to oczywista wskazówka, że polskie elity dostały takie wytyczne z Waszyngtonu i Londynu, aby rozbijać BRICS i pacyfikować chińską inicjatywę Nowego Jedwabnego Szlaku. I Polska, jako państwo neokolonialne, realizuje w tej mierze polecenia Anglosasów. Wbrew swoim oczywistym interesom własnym.
Samosterowne Węgry Orbana wybrały Chiny i najprawdopodobniej będą ciągnęły wielkie zyski stając się hubem na linii Pekin-Europa. W zamian my będziemy mieli tysiące hinduskich imigrantów, których masowo zaczął do Polski wpuszczać już Mateusz Morawiecki, służących za tanią siłę roboczą głównie dla międzynarodowych korporacji działających w Polsce. Widać było, że biorące w dyskusjach osoby z polskimi paszportami bardzo obawiały się skuteczności rzucenia wyzwania do walki o hegemonię „wolnemu światu” ze strony tandemu Chin i Rosji. Jeden z uczestników wprost powiedział w jednym z paneli, że wojnę ukraińsko-rosyjską należy traktować jako konflikt pomiędzy „wartościami Putina” a „wartościami Kamali Harris i Ursuli von der Leyen”. Po czym, w stanie mistycznego uniesienia, zakrzyknął, że „Ukraina musi wygrać!”.
I na koniec ciekawostka. Patrzę, w panelu na temat Zielonego Ładu ma uczestniczyć Jakub Wiech, wraz z dwoma znanymi „denialistami klimatycznymi”, a przy okazji doktorami ekonomii. Biegnę na panel. W sali gęstwi się tłum czekający na ciężki nokaut, zachwycony, że ideolog klimatyzmu wreszcie będzie musiał zmierzyć się w walce z zawodnikami wagi ciężkiej. Niestety, Wiech nie pojawił się, a prowadzący panel ogłosił, że dyskutant nie dotarł. Sala zaprotestowała, że przecież dyskutant jest w Karpaczu! Także zaprotestowałem, gdyż poprzedniego dnia osobiście go spotkałem i zamieniliśmy kilka słów, a w dniu samej debaty rano jadł śniadanie stolik ode mnie! Co więcej, na swoim profilu na „X” zamieścił dwie sweetfocie z Forum! Sala uznała tę absencję za rejteradę, a ja postanowiłem udokumentować całe zdarzenie fotką z pustym krzesłem i tabliczką „Jakub Wiech”. To historyczne zdjęcie zamieszczam jako ilustrację tego tekstu.
Tematy, jakimi na co dzień zajmują się dziennikarze, w zaistniałej sytuacji musiały odejść na plan dalszy. Ważne jest co dzieje się tam, na południowym zachodzie.
Niczym w meczu o wszystko, uwaga rodaków kieruje się na miasta i wsie, na które napiera wielka woda. Uda się i wały nie pękną? Czy się nie uda? Będziemy mieć szczęście i klęska nas ominie?
A jeśli nie, to co? Tam, gdzie tego szczęścia brakło, ogłuszeni tragedią ludzie mogą liczyć tylko straty. Wyliczanka skrajnie dramatyczna. Temu woda zniosła dom, innemu tak zrujnowała, że nie ma co ratować. Kilka rodzin utraciło bliskich.
Co dalej? Tego nikt na razie nie wie. Na razie nie skończyła się walka z najgroźniejszym żywiołem jaki istnieje. Z nim nie da się ot, tak wygrać. Nie da się go zaaresztować, zagadać, pogonić zarządzeniem.
Jednak niekoniecznie musieliśmy być aż tak bezradni. Warunkiem ocalenia była wcześniejsza troska o rzetelne przygotowanie do ewentualnego kataklizmu. Czy Polska przygotowana była? Pytanie to wymaga wielowątkowych odpowiedzi specjalistów.
Nie jestem hydrologiem, posługuję się jak większość prostym rozumowaniem. Wskazuje ono na konieczność szczegółowości. Rozwijając: chodzi o każdy element, jaki może zdecydować o naszym być albo nie być w przypadku wielkiej wody. Nawet o drobiazgi, wydawałoby się bzdety, duperelki. Ot, chociażby to, o czym, od kiedy pamiętam trudniąc się dziennikarstwem, napomykali znawcy tematu, czasem robiąc to głośno i ostrzegawczo niczym Kasandra bolejąca nad zbliżającym się upadkiem Troi.
Polska jest idiotycznie, paskudnie zabetonowana. Byle chałupka ma przy wjeździe betonową wylewkę, nie mówiąc o zabetonowanych miastach, osiedlach, placach. Ulewny deszcz przez beton nie przecieknie. Wylewa się więc wszystkimi dostępnymi poboczami, zapełniając nawet najmarniejsze potoczki albo rowy, skąd obficie spływa do rzek.
Rozum nakazuje ten „betonowy raj” ostatecznie unicestwić. Jest to możliwe i nieskomplikowane. W miejsce przydomowego chodnika i podjazdu z betonu można dać np. płytki ażurowe z otworami. Takie leżą przed naszym domem, więc nigdy nie mamy tu kałuż i błota. Że nie jedzie się po tym, np. rowerem, gładko jak po betonie? Dolegliwość niewielka. Za to ochrona przed zalaniem oczywista. Pora już, by usuwanie betonu stało się OBOWIĄZKOWE. Ktoś warknie, że naruszy to „święte prawo własności”. A co ze świętym prawem do bezpieczeństwa?
Sumując relacje z zalanych terenów widać jak na dłoni, że najważniejszą i najczęściej poruszaną kwestią jest niedostateczna ilość zbiorników retencyjnych oraz różnej wielkości tam i zapór. Dosadnie mówiono o tym już w czasie poprzedniej powodzi, która zrujnowała dziesiątki ludzkich siedlisk, zalewając dramatycznie szczególnie te duże: Opole i Wrocław. Wówczas coraz głośniej zaczęła wykuwać się idea zabezpieczania przed wielką wodą właśnie takimi budowlami, co powinny ułatwiać odpowiednie przepisy oraz państwowe dotacje.
Kolejne rządy różnie na to reagowały. Najmocniej potrzeby te podkreślał (można to sobie sprawdzić w Internecie) rząd Morawieckiego. Niestety, natknął się na mur. Różni „mądrale” powiedzieli NIE! W tej, wcale nie małej grupie, byli oczywiście tzw. ekolodzy, którzy już zwyczajowo pokrzykiwali, żonglując frazesami, jak straszliwie takie konstrukcje wodne wpłyną na naturę.
Do tej zawsze rozwrzeszczanej grupy dołączyli, zachęceni propagandą, mieszkańcy kilku miejscowości Dolnego Śląska. Pamiętam te ich protesty i hasła sprzeciwu. Ostatnie odbyły się ledwie 4 lata temu. Powód poza ekologiczny rzucał się w oczy. Jako że proponowali to wówczas rządzący, trzeba było „bohatersko” wrzasnąć „NIE!”
W tym porywie obrony (kogo? czego?) dzielnie uczestniczyli nie tylko ekolodzy i mieszkańcy, ale też agitatorzy totalnej opozycji i powiązani z nią samorządowcy: Typowe działania w stylu „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Miast, gdzie odbywały się protesty, litościwie nie wymienię.
To co się dzieje, to WIELKA NAUCZKA. Czy ludzie wyciągną z niej wnioski? Skorzystają z udzielonej lekcji? Czy życiem naszego kraju ciągle ma sterować bój o władzę w wykonaniu różnych nad-ambitnych dżentelmenów? Czy ich okrągłe gadanie jak to walczą o Polskę i usilnie pracują na jej rzecz, odbuduje zrujnowane domy? Zapełni stajnie i obory zwierzętami w miejsce tych potopionych? Przywróci poczucie bezpieczeństwa ludziom, którzy nadaremnie lub długimi godzinami oczekiwali pomocy, dla rozrywki oglądając jak pan premier, znany tytan pracy, wcina szczawiową?
Każdy z nas ma obowiązek udziału w tym, co dotyka jego Ojczyzny. Moim obowiązkiem, jako dziennikarza jest obserwacja zdarzeń. Nawet jeśli te moje słowa niewiele zmienią.
Świadectwo Tomasza Adamka: Ojciec Pio, różaniec i bokserska rękawica
Modlę się codziennie – także przez wstawiennictwo Ojca Pio – nie tylko przed walką w myśl zasady, że „jak trwoga to do Boga”. Nie wypowiadam jednak intencji, bo wiadomo, że wystarczy, jak o czymś pomyślę, a Pan Bóg już wie, czego mi potrzeba – mówi Tomasz Adamek, jeden z największych pięściarzy w historii polskiego boksu.
2024-09-21 Rozmawia Joanna Świątkiewicz /”Głos Ojca Pio”
W 2005 roku wystąpił Pan w programie Kuby Wojewódzkiego. Przyniósł Pan wtedy do studia obrazek Ojca Pio, który właśnie Pan wyszywał. Co Pana skłoniło do tego, żeby u znanego telewizyjnego obrazoburcy pochwalić się przywiązaniem do wiary?
Chciałem pokazać Kubie, że jestem prawdziwym katolikiem. Sam nigdy nie chwaliłem się swoją wiarą, zawsze pytanie o nią wychodziło od dziennikarzy, bo wiedzieli, że Tomasz Adamek jest wierzący. Tak ja i moja żona zostaliśmy wychowani. Ponieważ nie wszyscy w to wierzyli, więc przyniosłem do studia wyszywany przeze mnie obrazek religijny, który do dzisiaj się zachował.
Postępując tak, nie miałem żadnych obaw, bo wiara zawsze się obroni. Nie mówię: tak, tak, modlę się, a robię swoje. Gdyby tak było, Kuba na pewno wyciągnąłby brudy z mojej przeszłości. Wtedy bym się ośmieszył. Idę przez życie zawsze z Bogiem, więc nikt na mnie nic nie ma.
Skąd u boksera, znanego z potężnych ciosów, wzięło się zamiłowanie do wyszywania? Przecież to typowo babskie hobby?
Mój tata zginął, gdy byłem dwulatkiem. Nie miałem męskiego wzorca. Podpatrywałem więc mamę, która haftowała kapcie. Wyszywanie wyniosłem z domu. Jestem nauczony porządku. Potrafię gotować. Byłem wychowywany z kobietami (mam cztery siostry), stąd też żadne kobiece zajęcie nie jest mi obce.
O haftowaniu pomyślałem na obozie sportowym, podczas którego przygotowywałem się do walki. W dzień chodziłem na treningi, ale wieczorami nie było co robić. Poszedłem więc do pasmanterii i kupiłem płócienną kanwę z wizerunkiem Ojca Pio. Ekspedientka dobrała nici i zacząłem wyszywać. Krzyżykami. To nic trudnego. Jest to jednak zajęcie czasochłonne, po jednym dniu efektów właściwie nie było widać. Wyszycie całości zabrało mi ponad dwa miesiące.
Potem, ponieważ mieliśmy świeżo wybudowany dom, wyszyłem jeszcze kilka innych obrazków, między innymi motyw czterech pór roku. Teraz zarzuciłem to hobby, ponieważ urodziła się wnuczka i nią się zajmuję.
Nie uważa Pan tego za obciach? Niejeden mężczyzna nie przyznałby się nikomu do tego, a już na pewno nie w mediach.
Naśmiewali się z tego, ale nie przy mnie. Jestem bokserem, więc czuli respekt.
Najbardziej jednak drwili z mojej wiary. Atakowały mnie głównie media. Przyznawałem się do Pana Boga, różańca. Mówiłem, że chodzę na pielgrzymki. Gdy w 2005 roku zdobyłem pierwszy pas mistrzowski, ukryci w krzakach paparazzi z TVN-u nagrywali mnie, jak szedłem na pielgrzymkę ze Ślemienia do Częstochowy. Nagrali i odjechali. Uwierzyli, że Tomasz Adamek naprawdę modli się nie na pokaz.
Dlaczego wybrał Pan do wyszywania właśnie obrazek z Ojcem Pio? Był ku temu szczególny powód?
Czytałem książki o nim i jego cudach. Zaciekawiło mnie jego ziemskie życie, cierpienie ran Jezusa, które nosił na swoim ciele. Był to wielki człowiek i wielki święty. Modlę się też przez jego wstawiennictwo.
Nie myślał Pan, żeby pojechać do Włoch, aby tam, w miejscu, gdzie żył i umarł, spotkać się z nim?
Nie byłem jeszcze u Ojca Pio, ale mam takie pragnienie. Obiecałem sobie, że na pielgrzymkę do Włoch zabiorę ze sobą żonę i razem zwiedzimy Watykan i San Giovanni Rotondo.
To może gdzie indziej spotkał Pan Ojca Pio?
Spotkałem się z nim w śnie. Byłem w kościele w Gilowicach. Podszedłem do ołtarza, uklęknąłem przed Najświętszym Sakramentem, spojrzałem w prawo, a on podniósł głowę, potem skłonił ją w dół. Dostrzegłem, że jest smutny.
Niedługo później stoczyłem przegraną walkę. Przypomniałem sobie wtedy ten sen. Ojciec Pio wiedział, że jej nie wygram.
Szkoda, że ludzie małej wiary nie wierzą w obcowanie świętych. Przecież oni są obok nas. Jest niebo, jest piekło. Dziękuję Bogu, że mam wiarę i przekazałem ją dzieciom.
Ojciec Pio modlił się na różańcu wszędzie: w celi, na korytarzach, w zakrystii, wchodząc i schodząc po schodach, w dzień i w nocy. Pytany, ile różańców odmawia w ciągu dnia i nocy, odpowiadał: „Czasem czterdzieści, a czasem pięćdziesiąt”…
…jak zmówił pięćdziesiąt, był zadowolony, jeśli mniej – bardzo zły.[tu „różaniec -to jedna tajemnica, 50 „Zdrowaś Maryjo”. md]
A ile różańców odmawia bokser?
Od lat odmawiam przeważnie dwa różańce. Czasami uda mi się zmówić trzy, a czasami cztery części.
Kiedy po raz pierwszy sięgnął Pan po różaniec?
Jako mały chłopak widziałem mamę trzymającą różaniec w ręku… Tak naprawdę sięgnąłem po niego, gdy się ożeniłem. Moja teściowa jest bardzo rozmodloną kobietą. Ma figurkę Matki Boskiej Fatimskiej, którą przed śmiercią przekazała jej teściowa. Wtedy ona złożyła obietnicę, że będzie odprawiać pierwsze soboty miesiąca, co robi do dzisiaj. Jej przykład podziałał na mnie.
Najpierw odmawiałem codziennie jeden różaniec. Spotkałem jednak o. Józefa, który odmawiał cztery części. Od niego dowiedziałem się, że jeśli będę chciał, Matka Boża da mi też taką łaskę.
Gdzie najczęściej odmawia Pan tę modlitwę?
W domu, samochodzie, kościele. Dzisiaj jest wystawienie Najświętszego Sakramentu, więc pójdę i przed nim odmówię różaniec.
Co daje Panu odmawianie różańca?
Czerpię z niego siłę. Ludzie myślą, że jako sportowiec jestem silny, nie do pokonania. Takie zwykłe gadanie. Tymczasem ja wiem, że człowiek sam z siebie jest słaby i bez wstawiennictwa Matki Bożej nie idzie poradzić sobie w życiu, zwłaszcza dzisiaj, kiedy widzimy, w jaką stronę zmierza świat. Zawsze proszę, żeby Matka Najświętsza okryła płaszczem swojej opieki mnie i moją rodzinę.
Czy Bóg jest Panu potrzebny na ringu? Modli się Pan o wygraną walkę?
Modlę się codziennie, nie tylko przed walką w myśl zasady, że „jak trwoga to do Boga”. Nie wypowiadam intencji, bo wiadomo, że zanim ją powiem, Pan Bóg już wie, czego mi potrzeba.
Co Pan czuje, kiedy przegrywa mimo prośby o wsparcie od Boga?
Trzeba się poddać woli Bożej. Nie modlę się po to, żeby dostać od Boga wszystko, czego chcę. Gdyby modlitwa tak działała, nasze życie byłoby za łatwe. On wie, co dla człowieka lepsze. Przecież daje też krzyże, krzyżyki… I one jeszcze bardziej przybliżają człowieka do Niego. Trzeba to zrozumieć. Większość ludzi odrzuca cierpienie i widzimy, co się dzieje na świecie…
Czasami modlę się o coś, a Bóg to widzi inaczej. Nie ustaję jednak w modlitwie, mimo że niekiedy są niepowodzenia.
Skoro tak dużo modli się Pan na różańcu, Maryja musi zajmować szczególne miejsce w Pana sercu?
Jeśli idzie się z Maryją przez życie, nigdy nie zostanie się samemu. Ona zawsze jest z nami.
Czy Matka Boża dostrzega Pana oddanie? Jak Pan tego doświadcza?
Był 2005 rok. Miałem złamany nos i chciałem zrezygnować z walki. Poznałem jednak wspomnianego wcześniej o. Józefa – to nie był przypadek – z którym po kilku dniach znajomości odmówiłem akt oddania się Matce Bożej. Po tej modlitwie powiedział: „Z Maryją zawsze będziesz zwyciężał”.
Po trzech tygodniach poszedłem do ringu ze złamanym nosem i zdobyłem mistrzostwo świata. Zrozumiałem wtedy, że otrzymałem tę łaskę przez Maryję. I jednocześnie pomyślałem sobie: „Możecie się śmiać, że Adamek to katol”.
Matka Boża, a szczególnie dedykowana jej modlitwa różańcowa chroni od Złego. Czy są demony, które Pana prześladują?
Ojciec Pio mówił, że gdybyśmy zobaczyli wszystkie popełnione przez siebie grzechy, płakalibyśmy do końca życia. Nie musimy grzeszyć czynem czy słowem, często robimy to w myślach, a one bywają różne. Ich przezwyciężenie wiąże się z ogromnym zmaganiem. Dam przykład ewangeliczny: ludzie myślą, że Pan Jezus najbardziej cierpiał podczas biczowania, kiedy ranione było jego ciało, tymczasem On najwięcej cierpiał w Ogrójcu, podczas duchowej walki z całym piekłem.
Jeśli jesteśmy złączeni z Jezusem w łasce uświęcającej, Zły nie ma do nas dostępu. Dlatego raz w miesiącu jestem u spowiedzi. Kiedy pokusa była silna, bywałem dwa razy. Gdy dołączymy do tego uczestnictwo w mszy świętej, wtedy wszystko odchodzi i człowiek jest wolny.
Często zamiast udać się na wymarzone wakacje, chodzi Pan na pielgrzymki do miejsc kultu maryjnego. I to jeszcze z rodziną. Skąd takie preferencje? Dokąd najczęściej Pan pielgrzymuje?
W Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkam, pielgrzymuję do amerykańskiej Częstochowy. Wychodzimy z New Jersey i przez trzy i pół dnia w sierpniu maszerujemy sto dwadzieścia kilometrów. Niejeden raz niosłem figurę Matki Bożej.
Byłem na tej pielgrzymce z żoną także w tamtym roku. Wcześniej towarzyszyły nam córki, ale urodziła się wnuczka i zostały w domu, aby się nią opiekować. Tak zostałem wychowany i tak wychowałem swoje dzieci, bo kiedyś będziemy z tego rozliczani. One są dzisiaj dorosłe i odpowiadają za siebie, nie muszę pilnować, żeby poszły do kościoła.
Dlatego boli mnie, kiedy niektórzy mówią, że Adamek to się na pokaz modli.
W jednym z wywiadów powiedział Pan, że walczy o niebo. Jak Pan sądzi, jakie będzie niebo Tomasza Adamka?
Każdy dąży do świętości. W życiu ważne są trzy rzeczy: różaniec, spowiedź i Eucharystia. Jeśli będziemy spełniać je w życiu i bliźniemu nie robić krzywdy, zostaniemy zbawieni. Swoim dzieciom od zawsze powtarzam: „Postępujcie tak, żebyśmy mogli razem być w niebie. Jeśli pójdziecie inną drogą, będziemy się szukali, ale się nie spotkamy”.
Tomasz Adamek – polski pięściarz, były zawodowy mistrz świata w wadze junior ciężkiej oraz w wadze półciężkiej, medalista mistrzostw Europy amatorów, międzynarodowy mistrz Polski. Pokonał trzech zawodników o tytuł mistrza świata wagi junior ciężkiej i dwóch o tytuł mistrza świata wagi półciężkiej. Jest pierwszym Polakiem, który zdobył Muhammad Ali Giant Athlete Award, nagrodę imienia Muhammada Alego za wybitne osiągnięcia sportowe i postawę poza ringiem, a także The Ring championship belt – pas mistrzowski magazynu „The Ring”.
[zbiornik retencyjny = zaporowy, idiotko zakłamana... W dawnych czasach mówiło się o takich ideolo-kretynkach, że im w głowie króliki … urządzają erotyczne tańce. Teraz są to złote algi.. md]
[kolego, bez nerwów.. na Białorusi tak bezczelnie jednak nie jest. MD]
[to taki dwuznaczny tekścik, ale z braku lepszego… MD]
W ostatnich dniach Wody Polskie znalazły się w ogniu krytyki w związku z nieprzygotowaniem zbiorników retencyjnych na Nysie Kłodzkiej na nadchodzącą falę powodziową. Mimo ostrzeżeń o dużych opadach, zbiorniki nie zostały opróżnione, co w efekcie doprowadziło do trudnej sytuacji na terenach zalewowych. W odpowiedzi na zarzuty, Wody Polskie wydały kilka komunikatów, w których wyjaśniają swoje decyzje, tłumacząc się m.in. zmianami prognoz oraz koniecznością przeciwdziałania zakwitowi tzw. złotej algi.
Jednym z głównych argumentów Wód Polskich było powołanie się na prognozy meteorologiczne, które na początku września nie wskazywały na tak ekstremalne warunki pogodowe. Według komunikatu instytucji, prognozy na dzień 13 września pokazywały jedynie niski stan wód, co miało mieścić się w granicach koryt rzecznych. Dopiero w dniach 12-16 września sytuacja zmieniła się drastycznie – opady przekroczyły 300 mm w Kotlinie Kłodzkiej, co znacznie przewyższało wcześniejsze szacunki, w których mowa była o wodach powodziowych o prawdopodobieństwie wystąpienia raz na 200 lat . Wody Polskie tłumaczyły, że decyzje były podejmowane na podstawie dostępnych danych, które ulegały dynamicznym zmianom.
Drugim istotnym aspektem, na który zwrócono uwagę, była konieczność zapobiegania rozwojowi złotej algi. Prymnesium parvum, czyli złota alga, to gatunek glonów, który w warunkach sprzyjających – takich jak zasolenie wody i wysokie temperatury – może powodować toksyczne zakwity. Glon ten wytwarza substancje trujące dla organizmów wodnych, co prowadzi do masowego śnięcia ryb, jak to miało miejsce w Odrze w 2022 roku . Wody Polskie powołują się na zalecenia Międzyresortowego Zespołu ds. Odry, który zalecał odpowiednie zarządzanie zbiornikami wodnymi w celu zapobiegania zakwitowi algi, co wymagało ograniczenia przepływów i retencji wody.
Decyzja o utrzymaniu odpowiednich poziomów wody w zbiornikach była więc związana z dbałością o środowisko wodne i zapobieżeniem kolejnym ekologicznym katastrofom. Jak tłumaczy instytucja, wypuszczenie większych ilości wody mogłoby przyczynić się do wzrostu poziomu zasolenia, co byłoby idealnymi warunkami dla złotej algi. To jednak stawia pytanie: czy środki zapobiegawcze wobec zagrożeń ekologicznych mogą usprawiedliwiać potencjalne ryzyko powodziowe?
Jakby tego było mało, Wody Polskie poinformowały również o dwóch poważnych awariach zbiorników w trakcie trwania ekstremalnych opadów deszczu. Problemy te miały miejsce na zbiornikach Stronie Śląskie oraz Topola, co dodatkowo komplikowało zarządzanie kaskadą Nysy Kłodzkiej. Awaria zbiornika Topola na szczęście nie spowodowała zagrożenia dla miejscowości poniżej, gdyż całą falę powodziową przejęły zbiorniki Otmuchów i Nysa.
Cała sytuacja z pewnością wywołuje debatę nad skutecznością zarządzania wodami retencyjnymi w Polsce. Na przykładzie Nysy Kłodzkiej widać, jak złożony jest proces podejmowania decyzji, które dotyczą zarówno bezpieczeństwa mieszkańców, jak i ochrony środowiska. Z jednej strony, nieprzewidywalność warunków pogodowych zaskoczyła nawet specjalistów, z drugiej – rozwój złotej algi w wodach zbiorników również stanowi realne zagrożenie. W przyszłości być może potrzebne będą bardziej zaawansowane technologie prognozowania i zarządzania zasobami wodnymi, które uwzględnią zarówno aspekty ekologiczne, jak i zagrożenia dla ludności.
Szanowni Państwo! Co wspólnego ma koalicja 13 grudnia ze starą piosenką: „Wio koni ku, a jak się postarasz, na kolację…”? Po pierwsze, żądza rządzenia, to jej konik. Po drugie, o kolację martwić się nie musi, bo zawsze znajdą się tacy, którzy ją postawią. Nie konik jest tu najważniejszy, a bat w postaci skrótu WiO, który należy tłumaczyć następująco: WŁADZA i ODPOWIEDZIALNOŚĆ, przy czym władza odnosi się oczywiście do koalicji zawartej symbolicznie 13 grudnia, a odpowiedzialność do przeciwników politycznych szeroko rozumianych.
Tuskomatoły do PiS-u zaliczają wszystkich przeciwników i ich obarczają za skutki własnej nieudolności. „Dzielny” Szymuś przestał już szlochać nad konstytucją i zajął się ściganiem dziennikarzy, którzy nie wykazali się pracą na rzecz zbiorników retencyjnych i to przez nich mamy teraz powódź. Wio koniku, ale żebyś nie wiem jak się starał, to i tak nie dogonisz w krętactwach Słońca Peru, bezkarnego chwilowo łgarza niedoścignionego.
Now Rep. Nancy Pelosi claims Horrid Harris won the Democrat nomination in an “open primary.” Which of course, is just more lying and a rather absurd untruth.
Could Orwell ever have believed that doublespeak could be so bold? Or that anyone would actually fall for such propaganda? But one can hear her lies and listen to the audience clapping enthusiastically in response!
This is probably why none of the major MSM outlets except Fox, choose to cover the story. They know this kind of outright lyin isn’t going to work for the persuadable middle and they are all in -in helping Horrid Harris win.
Pelosi is working the “D” base in the video above to get them excited about a candidate with all the appeal of a glass of water. This is all about turn-out on November 5th and before.
“This glass of water with a “D” would win in those districts.”
-Rep. Nancy Pelosi
Pelosi is speaking to the true believers in that clip above, those who lives revolve around TDS. The third of this country who are so brain-washed, they no longer think for themselves.
“We Had An Open Primary And Kamala Harris Won It, It’s Just Nobody Got In Because She Had A Running Start”
-Rep. Nancy Pelosi
You honestly can’t make this stuff up.
As censorship becomes normalized, parady becomes outlawed…at least in California.
Jak pamiętamy, za pierwszej komuny Polskę regularnie nawiedzały dwie klęski i cztery kataklizmy.
Pierwsza klęska, to była klęska nieurodzaju, ale równie groźna była klęska druga – klęska urodzaju. Chodziło o to, że zarówno nieurodzaj, jak i urodzaj drastycznie zaburzał gospodarkę planową. Tu centralny planifikator dajmy na to zaplanował sobie, że podczas jesiennych wykopków zbierze się tyle a tyle kartofli, a tu się okazało, że owszem, zebrało się – ale tylko połowę zaplanowanej ilości.
Jeszcze gorsza była klęska urodzaju – kiedy okazywało się, że podczas jesiennych wykopków wykopano półtora raza więcej kartofli, niż przewidział centralny planifikator. To było jeszcze gorsze, to ponadplanowe kartofle trzeba było przewieźć – a niby gdzie, skoro magazyny były obliczone na całkiem inne ilości? W tej sytuacji dyrektorzy departamentów w ministerstwach dostawali zawałów, partia mobilizowała masy, by dawały odpór i w ogóle – robił się prawdziwy sądny dzień.
A cóż dopiero, kiedy na te cykliczne klęski nałożyły się cztery regularne kataklizmy w postaci wiosny, lata, jesieni i zimy? Na to już nie było rady, więc partia tylko pilnowała, żeby za każdym razem znaleźć jakiegoś winowajcę, no bo wiadomo było, że partia jest niewinna z zasady.
Wspominam o tym, bo wydaje się, że mimo transformacji ustrojowej, ta sytuacja się powtarza. Mam oczywiście na myśli słynny Cyklon Genueński, zwany w skrócie „Cyklonem G”, który doprowadził do obfitych, długotrwałych opadów w centralnej części Europy, a jeśli chodzi o nasz nieszczęśliwy kraj – to w Kotlinie Kłodzkiej, na Śląsku Opolskim i Śląsku Dolnym. Akurat gdy rozpoczęły się te opady, pojechałem do Wiednia na Targi Książki i nawet nie wyściubiliśmy nosa na miasto, bo przez trzy dni padał ulewny deszcz, niczym w pobożnej piosence biesiadnej:
„Przez dni czterdzieści padał deszcz, Pan ziemię wodą raził. Przez dni czterdzieści Noe pił, spod beczki nie wyłaził. I przyszedł Cham i zaśmiał się, że Noe tak urżnięty. Za to go wyklął Pan i Cham do dziś wyklęty.”
Jak pamiętamy, Noe co prawda się urżnął, ale dopiero, gdy Arka została zwodowana I potem można było tylko czekać. Przedtem, wraz z synami uwijał się przy budowie Arki, dzięki czemu nie tyko uratował siebie i swoją rodzinę, ale również zwierzęta – każdego po parze. Krótko mówiąc – nie lekceważył doniesień o nadchodzącym potopie. Tymczasem premier Donald Tusk zachował się trochę inaczej. Jego rząd programowo nie uznaje wielu rzeczy, na przykład – Trybunału Konstytucyjnego – i innych instytucji państwowych. Według fałszywych pogłosek nie chciał uznać też „Cyklonu G”, jako, że uznaje tylko całkiem inny Cyklon. Tymczasem zwiastuny nadchodzącego Cyklonu pojawiły się już zawczasu, ale wiadomo, gdy nie ma pewności, czy rząd taki Cyklon uznaje, czy nie, to lepiej się nie wychylać. Jak tam było, tak tam było; w każdym razie sztaby kryzysowe zaczęły odprawować posiedzenia, kiedy kryzys był już ante portas. Nawiasem mówiąc, przedwojenny premier-generał Felicjan Sławoj Składkowski, zapytał kiedyś pewnego starostę, jak zamierza rozwiązać jakiś problem, na co starosta odpowiedział, że właśnie zwołał posiedzenie. Zirytowany premier pouczył go tedy, że problemy rozwiązywać trzeba głową, a nie d…ą!
Więc kiedy sztaby kryzysowe radziły, jakby tu zaradzić katastrofie, woda, nic sobie nie robiąc z urzędowych ustaleń i procedur, przerywała jedną po drugiej tamy i wlewała się do miast, z których trzeba było ewakuować mieszkańców. Podobno przybyły na miejsce premier Tusk z całym vaginetem, własną piersią próbował zagrozić wodzie dostęp do wnętrza kraju, ale w bałwanach premier Tusk nie wzbudza żadnego respektu, podobnie jak występujący w dwóch osobach minister obrony narodowej: Kosiniak i Kamysz. W rezultacie bezczelna woda wdziera się coraz głębiej i głębiej, powodując rozmaite szkody, które rząd będzie naprawiał w ramach stanu wyjątkowego – bo właśnie zamierza wprowadzić stan wyjątkowy. Najsampierw przyzna po 10 tysięcy złotych poszkodowanym obywatelom, potem obiecuje 100 tys. złotych na zrekompensowanie różnych szkód, a wreszcie – po 200 tys. złotych na odbudowę domów.[No i zalecił przecież tańszy zakup kas fiskalnych.. md]
W tej sytuacji wypada czekać, aż wody potopu ustąpią i gdyby mieszkańcy zalanych terenów nie doświadczyli tragedii, to można by powiedzieć, że ten cały „Cyklon G”, to felix culpa, czyli szczęśliwa wina. Kiedy wydawało się, że Donald Tusk już kompletnie zafiksował się na znienawidzonym Jarosławie Kaczyńskim i „rozliczeniach”, dla których gotów byłby na wszelkie łajdactwa, z łamaniem konstytucji na czele – nagle okazało się, że poza Jarosławem Kaczyńskim i jego kolaborantami z PiS, istnieje jeszcze państwo ze swoimi realnymi problemami, którym trzeba stawić czoła. Dotychczasowe rezultaty aktywizmu rządowego pokazują, że sytuacja przerasta i to znacznie, możliwości rządu i samego pana premiera. Cóż tu mówić w tonie przechwałki o „Wale Tuska”, zwanym inaczej „Linią Imaginota”, skoro istniejące wały i zapory nie wytrzymały naporu wody? Cóż dopiero, gdyby do akcji włączył się zimny, ruski czekista Putin, popychając wezbrane rzeki do przodu?
W tej sytuacji tylko patrzeć, jak rząd, po ochłonięciu z pierwszego wrażenia, zacznie poszukiwać winowajców zaistniałej klęski żywiołowej. Wychodząc naprzeciw społecznemu zamówieniu na teorie spiskowe, od razu zgłaszam trzy możliwości, kierując się starą, rzymską zasadą, że omne trinum perfectum, czyli, że wszystko co potrójne, jest doskonałe. Otóż przy typowaniu winowajców na pierwszy plan wysuwa się oczywiście zimny ruski czekista Putin. Po tym, jak Donald Tusk tyle razy mu się odgrażał, nie mówiąc już o panu marszałku Hołowni, mógł sobie pomyśleć: jak wy mi tak – to ja wam tak – i zobaczymy, jak będziecie się bujać. Skoro dla Naszego Najważniejszego Sojusznika sprokurowanie Cyklonu Genueńskiego nie przedstawia żadnych trudności, to dlaczego miałoby ono być niewykonalne dla zimnego ruskiego czekisty? Druga możliwość jest taka, że Cyklon Genueński jest reakcją Nieba na rozporządzenie feministry Nowackiej z vaginetu Donalda Tuska w sprawie ograniczenia nauki religii w rządowych szkołach. Pani Nowacka oczywiście będzie rezonować, że jako ateistka w żadne Niebo nie wierzy – ale przecież Cyklon G jakąś przyczynę musi mieć – więc niby dlaczego akurat nie taką? Czy nie powinna odzyskać przynajmniej odrobiny poczucia rzeczywistości, żeby swoim butnym rezonerstwem nie narażała obywateli na straty materialne, a premier Tuska – na ryzyko dalszej utraty popularności? I wreszcie możliwość trzecia – że jeszcze pod koniec lat 50-tych komuna zainaugurowała szeroko zakrojony program melioracji wodnych. W rezultacie wszystkie, czy prawie wszystkie, naturalne i sztuczne zbiorniki retencyjne zostały skasowane, a woda deszczowa z pól spływa bezpośrednio do strumieni i rzek, a następnie – do morza.
Na tę możliwość wskazuje wypowiedź ministry klimatu, pani Pauliny Hening-Kloski, jakoby wszystko było w jak najlepszym porządku, bo wprawdzie na południu jest powódź – ale za to, na północy kraju – susza – więc wszystko – jak mawiają gitowcy „gra i koliduje”.
Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Nie wiemy jakie asy mają jeszcze w rękawie – wiemy, że grają znaczonymi kartami. Nadchodzący nieunikniony kryzys będą chcieli jak najlepiej wykorzystać.
Wiedeń 22.09.2024 r.
Właściwie cały mój blog dotyczy tej wielkiej gry, która odbywa się współcześnie na naszych oczach. Dlaczego akurat taki tytuł wybrałem do dzisiejszego artykułu? Obejrzałem właśnie wywiad na YouTube Artura Kalbarczyka z europosłem Grzegorzem Braunem i tam właśnie padło to określenie.
W moim przekonaniu te imperia nie odpowiadają naszemu dotychczasowemu rozumieniu geopolitycznemu. To nie Chiny, Rosja czy USA. Naturalnie, że te państwa istnieją i biorą udział w tej grze, jednak dzisiaj mamy walkę z dwoma innymi imperiami, dla których granice państwowe nie odgrywają roli.
Imperium sprawcze, czyli ONI, według moich szacunków jest to grupa nieprzekraczająca na całym świecie 5 tysięcy osób. Nie wliczam tu współpracujących z nimi marionetek w rozumieniu rząd, czy urzędnicy ważniejszych urzędów w stylu Komisja Europejska, gdyż są to najczęściej skorumpowane miernoty wykonujące rozkazy szarych eminencji. Nie otwierają oni swoich chorych umysłów, ale jedynie kieszenie na srebrniki jako nagrodę za zdradę.
Drugie imperium, z którym walczy to pierwsze to MY – pozostali ludzie zamieszkujący tę planetę. ONI mają pieniądze – NAM wolno płacić na nich podatki.
Najwyraźniej ten „sprawiedliwy” podział nie był IM na rękę, skoro podjęli próbę przechwycenia władzy na świecie i stworzenia jednego globalnego rządu stojącego na szczycie piramidy i decydującego o tym, co wolno, a czego nie wolno osobom na niższych szczeblach tej hierarchii. Ten rząd już od dawna istnieje i czeka na przejęcie władzy nad światem.
ONI przedstawili swoje cele w 10 punktach dekalogu. Te cele można znaleźć także w książce Klausa Schwaba „COVID-19: The Great Reset” oraz w programie ONZ Agenda 2030.
„Twoje posłuszeństwo nie zna granic i z każdym dniem staje się coraz bardziej niewybaczalne”. Tomasz Mann (1940 r.)
Finansowa – CBDC cyfrowy pieniądz pozwalający kontrolować wszelkie płatności.
Te widoczne dzisiaj na każdym kroku pola walki były przygotowywane przez dziesiątki lat. Z pewnością imperium MY nie dorównuje IM w zakresie organizacji i planowania.
Prawda nie zmienia się tylko dlatego, że nie chcesz jej słyszeć!
Kim są ci ONI? Większość z nich, nie bez powodu ukrywa się w cieniu kilku nadgorliwców, takich jak George Soros, Bill Gates czy Larry Fink. Liczą się z możliwością porażki. Wtedy ci nadgorliwi pójdą na pierwszy ogień gniewnego tłumu, by zaspokoić wzburzone emocje. To imperium jest zwaśnione ich ambicjami oraz odmiennymi sposobami walki, które mimo skrupulatnego planowania wymagają ciągłych poprawek.
Nie wiemy jakie asy mają jeszcze w rękawie – wiemy, że grają znaczonymi kartami.
Nadchodzący nieunikniony kryzys będą chcieli jak najlepiej wykorzystać. Pewnie po wygranej Trumpa w wyborach amerykańskich zainicjują krach gospodarczy, właśnie po to, by ludzie kojarzyli ten kryzys z Trumpem. Sytuacja gospodarcza jest w tak dużym stopniu labilna, że wystarczy niewielki ruch, by wywołać panikę na giełdzie. Potem to już nikt nie będzie w stanie kontrolować wydarzeń.
Taki przykład z naszego podwórka obszaru decyzyjnego szefa państwa.
Te ważniejsze decyzje przyjmuje premier od NICH bez sprzeciwu.
Nam nie pozostało nic innego, jak przygotować się na ten wielki kryzys. Macie już zapas wody nadającej się do picia?
Niemal wszystkie pisma gnostyckie, takie jak tzw. Ewangelia Judasza, opierają się na swego rodzaju odwróceniu porządku dobra i zła stąd też różne sekty gnostyckie programowo głosiły na przykład pochwałę łamania prawa moralnego. Chodziło o to, żeby przez zbawić się przez grzech. Zdaniem gnostyków prawo moralne to prawo, które wiąże człowieka w sumieniu i jest dziełem złego Demiurga, złego Boga. Dlatego też zbawienie można uzyskać albo łamiąc to prawo, albo nie uznając go. Ci, którzy go nie uznawali, musieli to zamanifestować. Ci zaś, którzy chcieli je złamać i wyjść ze „szponów złego Demiurga”, musieli odwrócić wszystkie znaki i przez to ze złego Apostoła zrobić „ostatniego sprawiedliwego”, który poprzez swoją zdradę przyczynił się do naszego zbawienia – mówi w rozmowie z portalem PCh24.pl Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, ekspert programu „Ja, Katolik. EXTRA” na antenie PCh24 TV.
Szanowny Panie Redaktorze, pozwolę sobie zacząć naszą rozmowę od sarkazmu, co podkreślam, żeby nie było co do tego wątpliwości. Skąd w Panu aż tyle nienawiści? Pytam, bo zapewne taki wniosek nasunął się modernistom, progresistom i innym „nowoczesnym” i „liberalnym” katolikom po przeczytaniu Pana eseju pt. „Judasz i wyrok potępienia”. Niejednokrotnie słyszałem od współczesnych teologów i kapłanów, że Kościół nikogo nie potępił, ani nigdy kategorycznie nie orzekł, że ktoś po śmierci trafił do piekła. W związku z tym jak może Pan Redaktor łączyć Judasza z potępieniem i sugerować, że taki zapadł na niego wyrok?
Kościół został założony przez Chrystusa i ma być wierny Chrystusowi. W tej konkretnej sprawie, nawet jeśli któryś z oficjalnych głosów reprezentujących Kościół ogłosiłby, że Judasz nie został potępiony, to przypominam, iż Judasza potępił sam Pan Jezus. Rozumiem więc, że ci teologowie, którzy twierdzą, że takiego głosu nie było mają tylko jedno wyjście: mogą oni uważać i głosić, że opisane w Nowym Testamencie słowa Pana Jezusa dotyczące Judasza – że wstąpił w niego zły duch; że jest tym, który wydał Chrystusa na śmierć; że jest synem zatracenia; że „byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził” (Mt 26, 24) – przez stulecia były źle interpretowane i źle odczytywane, a oni sami lepiej wiedzą, co Pan Jezus miał na myśli. To by jednak prowadziło nas do swego rodzaju przewrotu, do osobliwej autonomizacji Kościoła. Okazałoby się, że porzuciwszy naukę swojego Mistrza i Założyciela, Kościół sam zacząłby ustanawiać swoją własną naukę przeciwną temu, co mu zostało przekazane.
Można oczywiście twierdzić, że wszystkie te słowa i twierdzenia Pana Jezusa, są nieprawdziwe, że pochodzą z późniejszych źródeł. To jest postawa charakterystyczna dla teologii liberalnej, protestanckiej. Jeśli przyjmiemy ją za własną, wówczas w ogóle stracimy podstawę, jaką dla autorytetu Kościoła musi zawsze być Pismo Święte. No bo jeśli jasne, wyraźne, jednoznaczne i niebudzące żadnych wątpliwości wypowiedzi Chrystusa Pana w różnych Ewangeliach o Judaszu zostaną odrzucone, podważone, uznane za nieważne, niebyłe i nieistotne, to taki sam manewr można zastosować do każdej innej wypowiedzi, każdego innego słowa Syna Bożego. Nic się nie ostoi.
To by nas prowadziło do wniosku, że w ogóle nie ma Objawienia Bożego, nie ma Słowa Bożego, a cała Tradycja apostolska, która od wieków stanowi nienaruszalny depozyt dla Kościoła jest nieważna i nieistotna.
Ale przecież sam generał jezuitów nazywany „czarnym papieżem” ojciec Arturo Sosa w 2018 roku komentując słowa prefekta Kongregacji Nauki Wiary kardynała Gerharda Müllera o nierozerwalności małżeństwa, stwierdził, że w czasach Pana Jezusa nie było dyktafonu pozwalającego nagrać Jego słowa… Skoro takie słowa padają z ust ważnej postaci w Kościele…
Chrześcijanie od zawsze przyjmowali naukę Chrystusa, nie w oparciu o to, że ktoś im puścił nagranie z dyktafonu, czy nie, tylko w oparciu o zeznania, wyznania świadków bezpośrednich; tych, których Chrystus sam wybrał. Tych, którzy swoją prawdomówność potwierdzali gotowością śmierci. To mocniejsze niż jakikolwiek dyktafon.
Kiedy dokonała się zdrada Judasza, a Apostołowie zebrali się w Jerozolimie, aby uzupełnić kolegium Dwunastu ostatecznie wybrano Macieja. Stało się to w drodze losowania spośród dwóch kandydatów. Kto mógł zostać wybrany? Najważniejszym kryterium było to, że kandydat musiał towarzyszyć Panu Jezusowi od początku, czyli od chrztu Jana, aż do Jego śmierci i zmartwychwstania. Musiał być on w związku z tym obecny przy Chrystusie przez cały okres publicznego nauczania i w chwilach największych wyzwań. By wejść do Dwunastu musiał wszystko widzieć i słyszeć.
Słowo „martyr” pierwotnie oznaczało świadka w sądzie, świadka sądowego, człowieka powołanego w czasie procesu po to, żeby poświadczył jakiś fakt, czyli to, co mógł dostrzec swoimi albo wzrokiem, albo co mógł usłyszeć swoimi uszami. Więcej. Miał to być człowiek, co do którego istniało przekonanie, że jest rzetelny, że jest wiarygodny, nie oszukuje, nie ulega emocjom, nie kreuje rzeczywistości. Takimi świadkami byli właśnie Apostołowie, którzy byli świadkami, do których możemy mieć pełne zaufanie. Byli to ludzie posiadający prawdziwą wiedzę na temat życia i śmierci Jezusa Chrystusa. Z Nim jedli i pili, patrzyli na Jego cuda i słuchali Jego nauk. Byli przez Niego posłani. Zawsze fizycznie byli obecni tam, gdzie dokonywały się wielkie rzeczy Boże.
Trzeba również pamiętać, że ludzie w starożytności dysponowali nieporównywalnie lepszymi od nas technikami mnemotechnicznymi. Dzisiaj ten cały ogrom informacji, z jakim mamy do czynienia jest najczęściej zapisywany już nawet nie na papierze, tylko gdzieś w wirtualnej chmurze, na dyskach komputerów, w telefonach etc. W starożytności takich możliwości nie było. W związku z tym trzeba było ćwiczyć własną pamięć, co Żydzi na przykład robili od najmłodszych lat. Mamy przekazy mówiące o tym, że w bardzo wczesnym okresie, czasem od czwartego, czasem od piątego roku życia ćwiczono chłopców właśnie do tego, żeby zapamiętywali ogromne partie materiału, aby mogły potem z pamięci przywoływać różne fakty.
Krótko mówiąc: pamięć uczniów Chrystusa, pamięć Dwunastu, pamięć Apostołów, sprawiała, że możemy mieć bardzo daleko idące zaufanie co do autentyczności przekazu Nowego Testamentu. W ich oczach Jezus był Prorokiem, potomkiem Dawida, boskim Synem Człowieka. Od początku zatem chwili zachować w pamięci wszystkie Jego czyny i słowa. Można sądzić, że jeszcze gdy żył notowali Jego nauki i zapisywali opowieści o Jego czynach. Potem wielokrotnie powtarzali w pamięci przekazy. Apostołowie nie potrzebowali dyktafonów, ponieważ taką rolę pełniła ich pamięć. Co więcej: nie była to pamięć martwa, to znaczy taka, że oni tylko przekazywali suche, nagie fakty. Apostołowie przekazywali bowiem fakty z interpretacją, z kontekstem etc.
Jeśli więc Ewangelie przekazują nam wiedzę na temat tego, co działo się z Judaszem i w jaki sposób był traktowany przez Chrystusa jego czyn, to możemy mieć pewność, że naprawdę było.
Dlaczego w związku z tym fakty zawarte w Ewangeliach są tak często poddawane reinterpretacjom albo „odczytywane na nowo”? Dlaczego do Ewangelii jest tak mocno krytyczne podejście, a jako prawdę objawioną, której nie należy badać, tylko przyjąć jako pewnik podchodzi się do tzw. Ewangelii gnostyckich, m.in. Ewangelii Judasza, czyli gnostyckiego apokryfu odnalezionego kilkadziesiąt lat temu?
Sama kwestia wszystkich możliwych przeinaczeń Ewangelii, to temat na kilka osobnych, bardzo długich rozmów. Nie ulega jednak dla mnie żadnej wątpliwości, że kluczowym jest tutaj przypadek Judasza i zmiana podejścia do zdrajcy Chrystusa.
Żyjemy w epoce, w której ogół ludzi jest przekonanych o tym, że zostaną zbawieni. Dzieje się tak, ponieważ i do Kościoła wkradła się w bardzo niepokojący sposób swego rodzaju ideologia powszechnego zbawienia czy też może raczej teologia powszechnego zbawienia. Jest ona inna stroną szerzącego się od wieków kultu człowieka. Chwałę Boga zastępuje kult człowieka, jego rzekomej nieskończonej godności. Człowiek staje się quasi Bogiem. A zatem musi być zbawiony.
Pierwowzorem tej teologii jest stary błąd Orygenesa, który został potępiony zresztą przez Sobór w Konstantynopolu w 553 roku. Według Orygenesa wszyscy ludzie zostaną zbawieni. Co tam zresztą ludzie… Jego zdaniem również wszystkie złe duchy, demony zostaną zbawione, co stoi w jaskrawej sprzeczności z licznymi wypowiedziami Chrystusa Pana.
Niestety od okresu Oświecenia ten „radykalny optymizm zbawczy”, czyli przekonanie, że wszyscy ludzie zostaną zbawieni, przeniknął do Kościoła i dzisiaj zbiera coraz większe żniwo. Zaczęło się m.in. od tez głoszonych przez Karla Rahnera, według którego wszyscy ludzie są chrześcijanami, nawet jeśli o tym nie wiedzą. Nieważne w co i jak wierzą świadomie, nieświadomie są „anonimowymi chrześcijanami”. Nawet ateiści przeżywają własną egzystencję i tym samym „anonimowo” wierzą. W tym ujęciu wiara nie ma żadnej treści.
Podobne tezy głosił Henri de Lubac. Jego zdaniem również niewierzący zostaną zbawieni dzięki temu, że wierzący w ich imieniu przyjmują chrzest, o którym tamci nie wiedzą etc.
Takich różnych teorii mających uzasadnić, że Chrystus jednoczy się z każdym człowiekiem na wieki i każdego zbawi jest całe multum. Wszystkie one mają wywyższyć naturalnego człowieka. Są one ukrytą forma bałwochwalstwa człowieka. Zamiast stać się przebóstwiony dzięki łasce, okazuje się on naturalnym bogiem z urodzenia.
Żeby ta fałszywa teologia zdobyła uznanie trzeba pozbyć się potępienia Judasza. Judasz stanowi swego rodzaju przypadek graniczny. Gdyby się udało „ocalić” Judasza wszystko byłoby łatwiejsze. Gdyby udało się oficjalnie ogłosić, że stanowcze, jednoznaczne słowa Chrystusa potępiające Judasza i jego zdradę Syna Człowieczego to jakieś „ojcowskie upomnienie”, „wezwanie Judasza do rozeznania sytuacji”, „wyraz miłosierdzia” i w związku z tym czyny Judasza absolutnie nie pociągają za sobą żadnej kary, to wówczas otwiera się droga dla wszystkich. Oznaczałoby to bowiem, że nie ma już takiego czynu, takiego zła, takiej niegodziwości, za którą człowiek jest potępiony. A jeśli tak, jeśli Judasz nie jest potępiony, to tym bardziej nie można potępić już kogoś, kto dopuścił się „mniejszych zbrodni”.
Właśnie dlatego Judasz jest kluczem. Obalenie jego potępienia, tak wyraźnego w Nowym Testamencie, jest sposobem by przyjąć ideologię powszechnego zbawienia, uniwersalnego zbawienia wszystkich ludzi. Właśnie dlatego tak wielu teologów próbuje odwracać kota ogonem i nadawać nowy sens postawie Judasza oraz całkowicie pomijać bądź albo zmieniać przekaz zawarty w Ewangeliach.
Stąd również tak wielkim uznaniem cieszą się różnego rodzaju pseudo-ewangelie, bo tak należy nazywać te dokumenty. Gdybyśmy bowiem chcieli mówić o Ewangelii, to musielibyśmy mówić o zapisie przekazu świadków, tak jak to jest w przypadku czterech Ewangelii kanonicznych, o opisie historycznym, o ludziach, którzy byli na miejscu, widzieli, słyszeli, którzy byli wiarygodnymi świadkami.
W przypadku tzw. Ewangelii Judasza ogromna popularność tego gnostyckiego apokryfu bierze się stąd, że odwraca on cały porządek rzeczy. Okazuje się, że Judasz jest „tym dobrym” i nie można go potępiać. Że w zasadzie był postacią tragiczną a to dlatego, że to on najbardziej i najmocniej zaufał Chrystusowi, a Chrystus zaufał jemu powierzając mu misję „zdrady Syna Bożego”.
Niemal wszystkie pisma gnostyckie, takie jak tzw. Ewangelia Judasza, opierają się na swego rodzaju odwróceniu porządku dobra i zła stąd też różne sekty gnostyckie programowo głosiły na przykład pochwałę łamania prawa moralnego. Chodziło o to, żeby przez zbawić się przez grzech. Zdaniem gnostyków prawo moralne to prawo, które wiąże człowieka w sumieniu i jest dziełem złego Demiurga, złego Boga. Dlatego też zbawienie można uzyskać albo łamiąc to prawo, albo nie uznając go. Ci, którzy go nie uznawali, musieli to zamanifestować. Ci zaś, którzy chcieli je złamać i wyjść ze „szponów złego Demiurga”, musieli odwrócić wszystkie znaki i przez to ze złego Apostoła zrobić „ostatniego sprawiedliwego”, który poprzez swoją zdradę przyczynił się do naszego zbawienia.
Nieważne, jakie jest Prawo Boże, jakie jest prawo moralne i czy ktoś go przestrzega czy złamie, bo i tak będzie zbawiony. Mało tego teologia powszechnego zbawienia stanowi wręcz zachętę do łamania Prawa Bożego, bo zawsze zostaniemy uratowani przez Boże Miłosierdzie. Nie ma więc dobra i zła; jest tylko zbawienie, nie ma potępienia. Czegokolwiek człowiek nie zrobi to i tak po śmierci trafi do nieba. W tej koncepcji jedynym prawem jest bezprawie. Człowiek pozbywa się sumienia i nie odczuwa potrzeby pokuty i zadośćuczynienia za swoje grzechy. Dlaczego miałoby tak być, skoro nie stoi ponad nim żaden sędzia? Pojęcie Bożej sprawiedliwości, zostaje wymazane. Zostaje nam tylko jakieś pseudo-miłosierdzie. Bóg nie może człowieka potępić, bo przyznałby, że jest okrutny. Nowa teologia bierze Boga w jasyr, szantażuje Go. Albo zbawi wszystkich, albo jest okrutnikiem.
Mówię pseudo-miłosierdzie, ponieważ samo miłosierdzie jest bardzo ważnym aspektem działania Bożego, ale tylko wtedy, jeśli jednocześnie myślimy o Bogu jako o Bogu Sprawiedliwym. Miłosierdzie bez sprawiedliwości jest pojęciem całkowicie pustym, a ono niestety w taki sposób jest często przedstawiane. Co więcej: takie podejście czy takie uznanie, że wszyscy zostaniemy zbawieni, jest wypisz, wymaluj dokładnie tym, co przez wieki teologia katolicka określała jako jeden z najcięższych grzechów. To był ten grzech pychy, grzech przesadnego zaufania w miłosierdzie Boże.
Jak to się stało, że wielu współczesnych teologów głosi tezy, które przez Kościół były wielokrotnie i jednoznacznie potępiane; tezy, które przeczą zdrowemu rozsądkowi; które zaprzeczają Nowemu Testamentowi, to oczywiście temat na osobną rozmową. Wracając jednak do głównego wątku, czyli do Judasza. Niezbawiony Judasz jest niewygodny dla progresistów, ponieważ stanowi on zaprzeczenie teorii powszechnego zbawienia.
To jest tak jak z kwantyfikatorem. Jeśli istnieje chociaż jeden przypadek negujący powszechną prawdę, to prawda już nie jest powszechna. W tym wypadku oznacza to, że nie wszyscy zostaną zbawieni, a jak nie wszyscy, to ktoś zacznie się zastanawiać: „A może ja też nie zostanę zbawiony?”. I to jest oczywiście coś, z czym ci teologowie, publicyści etc. nie są się w stanie pogodzić.
Doszliśmy więc do sytuacji absurdalnej, że tezy i ideologie anty-chrześcijańska są często uznawane i głoszone jako rzecz należąca do depozytu wiary. Właśnie dlatego jest lansowane hasło, że to Judasz był pierwszym męczennikiem za wiarę, że to on był najgorliwszym uczniem Chrystusa o to on w pełni wykonał wolę Zbawiciela. To dlatego również Judasz jest przeciwstawiany świętemu Piotrowi, który trzy razy zaparł się w Pana Jezusa, a mimo to dzierży klucze Królestwa Niebieskiego? To dlatego Judasz jest przeciwstawiany Dobremu Łotrowi, któremu Pan Jezus obiecał na Krzyżu, że jeszcze tego dnia będziesz z Nim u Ojca w niebie?
Tak. Jest to efekt przeniknięcia do Kościoła nauk gnostyckich, czyli odwrócenia wszystkich wartości, czy też przewartościowania wszystkich wartości. To jest koncepcja zła, które – że tak powiem – nie jest złem. Zło jest tutaj nieuchronnym momentem rozwoju dziejów, czymś wręcz koniecznym dla rozwoju. Bez zła nie byłoby dobra, a dobro rośnie przechodząc przez zło.
Judasz tu idealnie pasuje, bo jest koniecznym elementem tego rzekomo wykonywanego przez Boga planu. Wszystko to oczywiście ma się nijak do przedstawień ewangelicznych. Cała ta koncepcja, cała ta konstrukcja jest wyłącznie konstrukcją pseudofilozoficzną, wynikającą z ludzkiego chciejstwa i z potrzeby pewności bycia zbawionym.
To jest po prostu psychologizowanie i budowanie teologii i filozofii w oparciu o naszą potrzebę zabezpieczenia się. Widzi mi się zastępuje obiektywne Słowo. Oznacza to zerwanie z tym, co historyczne; z tym, co przekazane; z tym, co objawione; z tym, co jasne i z tym, co wyraźne.
Oczywiście każdy z nas może sobie tworzyć dowolną teorię. Ktoś może uznać, że wszyscy jesteśmy krasnoludkami. Ktoś inny może ogłosić, że w ramach rozwoju dziejowego za chwilę przemienimy się w maszyny parowe albo w komputery. Każdy więc może wygłaszać dowolną tezę. Język ludzki ma bowiem tę zdolność, że za jego pomocą tworzymy zdania. Jedne są sensowne, inne nie. Jedne odpowiadają rzeczywistości, a inne nie etc. Natomiast jeśli mówimy o Judaszu poważnie, odwołując się do Nowego Testamentu, to żadna z hipotez mówiących o jego zbawieniu nie ma podstaw.
Przepraszam, ale ludzie, o których rozmawiamy, którzy tworzą tę nową teologię, którzy posiłkują się gnozą etc. mają już gotową odpowiedź na Pana wątpliwości: Apostołowie po prostu nie lubili Judasza, dlatego wybrali go na kozła ofiarnego i to na niego zrzucili całą winę. To tak samo jak z teoriami o Żydach – ich też Apostołowie mieli nie lubić i dlatego to oni zostali obarczeni winą za śmierć Chrystusa, a nie Rzymianie…
Cóż mogę powiedzieć? Wielu wrogów Kościoła od wieków twierdziło, że Ewangelie w takiej postaci jak do nas dotarły tak naprawdę zawierają przekaz zafałszowany przez Apostołów.
Takie podejście jest obecne np. w islamie. Wyznawcy Allaha też uważają, że Ewangelie nie są prawdziwymi Ewangeliami, że jest to zafałszowany przekaz Apostołów, że rzeczywistość i prawda były zupełnie inne, że tak naprawdę w „prawdziwych” Ewangeliach nie było mowy o Panu Jezusie jako o Synu Bożym, o tym, że On zasiada po prawicy Boga Ojca etc.
Podobne brednie możemy usłyszeć np. od Świadków Jehowy. Oni również uważają, że duża część Ewangelii została zafałszowana, by przypisać Jezusowi boskość.
W odpowiedzi na tego typu niemądre tezy jest jeden argument, którym posłużył się w debacie z Manichejczykami Święty Augustyn. Manichejczycy podnosili dokładnie te same argumenty o prawdziwości Ewangelii, jakie wyżej wymieniłem. Twierdzili, że zostały one zafałszowane, że w pierwotnej wersji wyglądały one całkiem inaczej. W odpowiedzi Święty Augustyn postawił im bardzo proste pytanie, które – mimo że minęło od tamtego momentu 1700 lat – nie straciło nic ze swojej siły. Pytanie to brzmiało: „Czy pokażecie mi niezafałszowane Ewangelie?”. Manichejczycy wzruszali wówczas bezradnie rękami, ale dalej mówili, iż wiedzą, że takie istnieją. Chociaż nie mają i nigdy nie mieli ich w ręku i tak twierdzili, że muszą one istnieć. To klasyczny przykład, kiedy to emocja i wola dyktuje rozumowi jaka jest prawda.
Dokładnie to samo pytanie możemy zadać wszystkim pseudo-teologom, którzy opierają swoje konstrukcje na rzekomych zafałszowaniach, twierdząc, że mają dostęp do autentycznych Ewangelii. Niech je pokażą! Niech pokażą nam tę „autentyczną” Ewangelię, niezafałszowaną przez apostołów! Oczywiście nic takiego nie istnieje. Jest to wymysł, jest to zjawa, jest to kompletne chciejstwo i nic więcej.
Niestety ta sama mentalność, która była charakterystyczna dla Manichejczyków, potem dla muzułmanów, potem dla różnych innych sekt, jak Świadkowie Jehowy, charakteryzuje teologów liberalnych czy publicystów liberalnych. Przycinają oni sobie Ewangelię do swoich własnych potrzeb, a to, co im nie odpowiada, co sprzeczne jest z ich uczuciami, emocjami, pragnieniami, odrzucają, twierdząc, że to „nieautentyczne”. Potem tworzą z tej wycinanki dziwną konstrukcję i ogłaszają, że to jest właśnie ta prawdziwa i jedyna Ewangelia, w której to Judasz jest wielkim bohaterem. Nie są w stanie pogodzić się z potępieniem Judasza i co za tym idzie z istnieniem Piekła i co za tym idzie usuwają mówiące o tym fragmenty Pisma.
A co do Żydów i Apostołów, którzy rzekomo chcieli obciążyć ich odpowiedzialnością. Ta teza jest pod każdym względem niedorzeczna, chociażby z tego powodu, że wszyscy Apostołowie byli w sensie etnicznym Żydami. Zresztą do lat czterdziestych I wieku praktycznie wszyscy wyznawcy chrześcijaństwa byli Żydami etnicznymi. Zaczęło się to zmieniać dopiero od momentu, kiedy św. Piotr ochrzcił Korneliusza.
Napisałem na ten temat obszerną książkę „Krew na naszych rękach” i tam szczegółowo przedstawiłem, dlaczego ta koncepcja jest niedorzeczna. Przepraszam… Byłaby ona niedorzeczna i niewarta uwagi, gdyby nie funkcjonowała jako miarodajna opinia niektórych kół w Kościele. Jest to jednak temat, którym na kolejną, już chyba trzecią dłuższą dyskusję na przyszłość.
W Pańskiej książce „Epoka Antychrysta” papież przyjmuję imię Judasz… Czy to wszystko, o czym Pan tutaj powiedział, czy to całe posiłkowanie się gnostyckimi apokryfami, Ewangeliami Judasza, usprawiedliwianiem Judasza, robieniem z niego męczennika, etc. nie jest przejaw tego, że żyjemy w epoce Antychrysta czy też tego, że epoka ta zbliża się wielkimi krokami?
W jakimś sensie stąd właśnie wziął się mój pomysł, żeby obsadzić w roli eschatologicznego Antychrysta Judasza.
Mam wrażenie, że żyjemy w epoce, w której te wszystkie opinie tak zwanych teologów oraz hierarchów kościelnych mają jeden cel – ogłoszenie powszechności teologii uniwersalnego zbawienia. Kult człowieka ma wyprzeć kult Boga. Żeby ta wizja była spójna nikt nie może zostać potępiony.
Jest to teologia skrajnie niebezpieczna i skrajnie bezbożna, i dlatego – jak już wspominałem – dąży się do tego, by ogłosić Judasza świętym, zadeklarować, że jest on w Niebie, wśród zbawionych. Każdy, kto wyznaje teologię powszechnego zbawienia, musi prędzej czy później zmierzyć z granicznym przypadkiem Judasza. Jak można mówić o powszechności, uniwersalności zbawienia, o tym, że Chrystus zjednoczył się na zawsze z każdym człowiekiem, niezależnie od tego, czy ten o tym wie czy nie, jeśli zostawia się Judasza poza granicami szczęścia wiecznego, w piekle?
Dlatego w powieści przedstawiłem ostatniego papieża, który przybrał imię Judasza i wyniósł Judasza na ołtarze. Moim zdaniem to konieczna konsekwencja tej nowej teologii. Rozwija się ona w czasie. Z roku na rok obserwujemy jej postępy. U kresu pojawia się postać Judasza, zbawiciela, świętego, Judasza ofiary apostołów. To konieczny rezultat teologii powszechnego zbawienia.
Można to powiedzieć tak: wiara w uniwersalne i powszechne zbawienie wszystkich jest nową zdradą Judaszową. Współcześni teologowie, którzy przyjmują tę koncepcję zachowują się jak Judasz, który pocałunkiem wydał Syna Człowieczego.
Zgodnie z nową teologią nie rozróżnia się dobra i zła, nie ma podziału na wiernych i niewiernych Ewangelii, Prawo Boże nie istnieje, a nadprzyrodzona godność dziecka Bożego, którą zdobywa się przez chrzest, to zabobon. Liczy się tylko to, że Judasz się powiesił i cierpiał. Wynosi się na piedestał jego rozpacz i sam fakt upadku Judasza staje się jego usprawiedliwieniem. Cierpiał przecież i popadł w rozpacz nieskończony bóg, bo tym jest każdy człowiek, a więc należy mu się wybawienie. Skoro Judasz sam sobie wymierzył sprawiedliwość, nie licząc na Miłosierdzie Boże, bez skruchy i bez błagania o pokutę, to powinien być on wzorem do naśladowania. Nieskończona godność człowieka nie może zostać naruszona. Rozpacz i samobójstwo Judasza stają się nie tylko usprawiedliwione, ale wręcz pochwalone, wywyższone, uświęcone. Czym jest wydanie Syna Człowieczego na śmierć w porównaniu z rozpaczą zdrajcy? To perwersyjne rozumienie szerzy się w Kościele niczym rak.