Strona Mirosława Dakowskiego

Strona Mirosława Dakowskiego

Decentralizacja Kościoła, czyli pojednanie z Rewolucją

Decentralizacja Kościoła, czyli pojednanie z Rewolucją

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/decentralizacja-kosciola-czyli-pojednanie-z-rewolucja/

(Oprac. PCh24.pl)

Synod Biskupów o synodalności zakończony 27 października 2024 roku wyraził oczekiwanie zaprowadzania w Kościele katolickim głębokiej decentralizacji w oparciu o różnorodność. Oczekiwanie to jest zbieżne z wolą samego Franciszka, który prezentował decentralizację jako strategiczną drogę Kościoła już w 2013 roku. Jak poważne będą to zmiany i co konkretnie zmieni się w Kościele?

24 listopada 2013 roku Franciszek opublikował swój pierwszy, programowy dokument: adhortację apostolską Evangelii gaudium. Przedstawił w niej własną wizję „Kościoła katolickiego przyszłości”. Uwagę przykuwały wówczas zwłaszcza dwa stwierdzenia papieża: pierwsze dotyczące decentralizacji, drugie – różnorodności.

W paragrafie 16. Franciszek napisał:

„Nie uważam także, że należy oczekiwać od papieskiego nauczania definitywnego lub wyczerpującego słowa na temat wszystkich spraw dotyczących Kościoła i świata. Nie jest rzeczą stosowną, żeby Papież zastępował lokalne Episkopaty w rozeznaniu wszystkich problemów wyłaniających się na ich terytoriach. W tym sensie dostrzegam potrzebę przyjęcia zbawiennej decentralizacji”.

W paragrafie 40. stwierdził z kolei:

„[…] w obrębie Kościoła istnieją liczne kwestie, wokół których trwają badania i przeprowadza się refleksję z wielką wolnością. Różne prądy myślowe filozoficzne, teologiczne i duszpasterskie, jeśli pozwalają się zharmonizować przez Ducha w szacunku i prawdzie, mogą przyczynić się do wzrastania Kościoła, o ile pomagają lepiej wyrazić wielki skarb Słowa. Ludziom śniącym o monolitycznej doktrynie, bronionej bez żadnych wyjątków przez wszystkich, może się to wydawać niedoskonałym rozpraszaniem. Ale prawdą jest, że tego rodzaju różnorodność pomaga w ukazywaniu i lepszym pogłębianiu różnych aspektów niewyczerpanego bogactwa Ewangelii”.

Połączywszy jedno z drugim można było już wtedy, na początku papieskiej drogi Franciszka, stworzyć obraz Kościoła, w którym znacząco wzrasta różnorodność doktrynalna w Kościele.

Realizacja idei. Początek nowej ery

Autor cytowanych tu słów zaczął przekuwać powyższe idee w czyn już w lutym roku 2014, kiedy zwołał do Watykanu pierwszy konsystorz. O wygłoszenie przemówienia do zebranych kardynałów poprosił niemieckiego teologa, kard. Waltera Kaspera. Ten, ceniony jako myśliciel także przez poprzednika Franciszka, kard. Józefa Ratzingera/Benedykta XVI, stał wówczas na stanowisku konieczności „pchnięcia naprzód” sprawstwa biskupów w różnych zagadnieniach – zwłaszcza moralnych. Postulował między innymi wprowadzenie nowych zasad dotyczących rozeznawania sytuacji osób żyjących w tzw. związkach nieregularnych, w tym rozwodników. Według Kaspera, w wielu przypadkach, pomimo trwania w powtórnym związku niesakramentalnym i życia w nim more uxorio (utrzymywania relacji intymnych), możliwe byłoby dopuszczenie do Komunii świętej, wbrew wcześniejszemu nauczaniu Kościoła.

Kasper powoływał się w swojej argumentacji na rolę sumienia indywidualnego, nawiązując do filozoficznej koncepcji sumienia wprowadzonej do myśli niemieckiej przez Immanuela Kanta, a w kolejnych dekadach coraz chętniej przyjmowanej w kręgach katolickich, zwłaszcza od lat 60. XX wieku, co przypieczętował w 1971 roku ks. prof. Alfons Auer, publikując monumentalną pracę z zakresu teologii moralnej (Autonome Moral und christlicher Glaube).

Kasper, argumentując na rzecz nowej dyscypliny sakramentalnej oraz większej odpowiedzialności biskupów w dziedzinie jej regulowania, posiłkował się też koncepcją eklezjologiczną, która wychodzi od historycznego pierwszeństwa Kościołów lokalnych wobec Kościoła powszechnego pod ścisłym kierunkiem Rzymu. W opozycji do tej koncepcji stał Ratzinger, akcentując ontologiczne pierwszeństwo Kościoła powszechnego. Rozstrzygnięcie problemu ma dziś poważne implikacje dla zakresu autonomii krajowych konferencji episkopatów.

W latach 2014 i 2015 z inicjatywy Franciszka odbyły się w Rzymie dwa Synody Biskupów poświęcone rodzinie. Ojciec Święty zdecydował się podsumować synody własną adhortacją apostolską Amoris laetitia, w której zawarto zasadnicze koncepcje promowane przez kardynała Kaspera. W punkcie 37. papież pisał o konieczności stworzenia większej przestrzeni dla „sumienia wiernych”, którzy winni „rozwijać swoje własne rozeznanie”, podczas gdy duchowni mają te sumienia „kształtować”, a nie je „zastępować”. W punkcie 303. Autor adhortacji stwierdził, że sumienie może uznać, iż w danej sytuacji nie da się wypełnić normy ogólnej Kościoła i wystarczające jest wypełnienie czegoś, co do tej normy tylko dąży, pozostając poniekąd realistycznie odległe od ideału. Wreszcie pojawił się też słynny przypis nr 351, który sugerował możliwość dopuszczania rozwodników do Eucharystii, nawet jeżeli w nowym związku nie zachowują wstrzemięźliwości.

W dniu publikacji Amoris laetitia 19 marca 2016 roku rozpoczęła się w Kościele katolickim nowa era, zgodnie ze strategią decentralizacji i różnorodności wyłożoną niespełna trzy lata wcześniej w Evangelii gaudium. Nie jest przypadkiem, że w tym samym 2016 roku w Niemczech ponownie wydano wspomniane tu już Autonome Moral und christlicher Glaube zmarłego jedenaście lat wcześniej ks. prof. Alfonsa Auera. Kolejne konferencje episkopatu zaczęły wydawać własne wytyczne do Amoris laetitia. Niektóre decydowały się pójść za propozycją Kaspera (Niemcy, Malta, Filipiny, część Argentyny), inne – nie (Polska, Kanada, Ukraina). Sytuacja w pewnej mierze przypominała o tym, co wydarzyło się po ogłoszeniu przez św. Pawła VI 25 lipca 1968 roku encykliki Humanae vitae o godności życia ludzkiego i planowaniu rodziny. Część episkopatów wydała wtedy własne wytyczne, pozwalając wiernym na stosowanie antykoncepcji na gruncie decyzji swojego sumienia (Niemcy, Austria, Kanada i inne). Podczas gdy w 1968 roku odejście od nauki Kościoła i przyjęcie „różnorodnego” podejścia odbywało się wbrew woli papieża, w 2016 roku było dokładnie odwrotnie.

Ku pojednaniu z rewolucją oświecenia

Decyzje podejmowane przez Franciszka były w oczywisty sposób inspirowane przez zmarłego w 2012 roku jezuickiego kardynała, Carlo Marię Martiniego. Martini optował za przyjęciem w Kościele katolickim nowej perspektywy. W 1999 roku podczas zwołanego do Rzymu przez św. Jana Pawła II Synodu Biskupów o Europie wygłosił szeroko komentowane przemówienie.

Purpurat mówił wówczas o szczególnym marzeniu, jakie żywi: o Kościele, który zdolny byłby do wejścia w permanentny stan synodalny, tak, by biskupi w doskonalszy niż dotąd sposób korzystali z zasady kolegialności, podejmując decyzje na najważniejsze tematy doktrynalne i duszpasterskie.

– Istnieje poczucie, że dla biskupów dnia dzisiejszego i dla biskupów jutra – w Kościele, który jest coraz bardziej zróżnicowany w swoim języku – byłoby dobre i użyteczne, gdyby powtórzono doświadczenie komunii, kolegialności i Ducha Świętego, które ich poprzednicy przeżyli podczas Vaticanum II, a które nie jest już obecnie żywym wspomnieniem, nie licząc kilku świadków – przekonywał. Martini stwierdził, że „zasadniczo głównym zadaniem jest pogłębienie i rozwinięcie eklezjologii komunii Soboru Watykańskiego II”. Kardynał wymienił też najważniejsze tematy, którymi – jego zdaniem – Kościół powinien zająć się priorytetowo, korzystając z nowych narzędzi budowania komunii i kolegialności między biskupami. Wskazał następujące zagadnienia: sposób rozumienia i przeżywania kapłaństwa w związku z dotykającym wiele krajów brakiem powołań; rola kobiety w społeczeństwie świeckim oraz w Kościele; dyscyplina małżeńska oraz katolicka wizja seksualności; praktyka penitencjarna; relacje z Kościołami wschodnimi; ożywienie nadziei ekumenicznych; nowe rozważenie stosunku, jaki Kościół ma do demokracji oraz związków między prawem moralnym a prawem cywilnym.

Zasadniczym trzonem koncepcji kardynała Martiniego na płaszczyźnie filozoficznej było pogodzenie Kościoła katolickiego z rewolucją intelektualną, jaka wydarzyła się na Zachodzie wraz z oświeceniem i jego późniejszymi mentalnymi reperkusjami. Martini wiele razy mówił, że Kościół katolicki jest zapóźniony względem świata o 200 lat. Papież Franciszek, który lubi cytować te słowa, rozpoczął wielką operację likwidacji tego „zapóźnienia” właśnie 19 marca 2016 roku. Wprowadzenie w Amoris laetitia nowej koncepcji sumienia, zgodne z wizją Kantowską, stanowiło fundamentalny element nawiązywania łączności pomiędzy Kościołem a światem współczesnym.

W cytowanych wyżej słowach Martiniego Czytelnik znajdzie też zarys koncepcji synodalnej, którą rozwija papież Franciszek. Nie ma tu miejsca na to, by malować analogię pomiędzy wizją włoskiego jezuity, określaną często jako „permanentna soborowość”, a synodalnością forsowaną przez Jorge Mario Bergoglia jako „konstytutywny wymiar Kościoła”. Trzeba jednak pamiętać, że Franciszek jest intelektualnie i kościelno-politycznie zależny od Martiniego nie tylko w obszarze filozofii, ale również w kwestii narzędzi używanych do jej implementacji.

Proces synodalny jako pogłębienie decentralizacji i różnorodności

W 2020 roku obecny papież zapowiedział zwołanie na kolejny rok Synodu Biskupów o synodalności. Plany zostały jednak zmienione; możliwe, że jednym z powodów był wybuch problemów sanitarnych na świecie. W każdym razie już rok później Franciszek przedstawił nową wizję Synodu Biskupów. Nie miało chodzić tym razem o jedno pojedyncze wydarzenie, ale o kilkustopniowy proces, który zakończyłby się wypracowaniem „mapy drogowej” dla Kościoła przyszłości tak, aby nabrał on cech synodalnych. Historia tego procesu ze wszystkimi jej trudnościami i niejasnościami jest zbyt długa, by przedstawiać ją tu choćby pobieżnie; Czytelnika odsyłam do innych swoich tekstów i książek, gdzie od samego początku analizowałem dokumenty watykańskie i wypowiedzi czołowych przedstawicieli synodalności z Kurii Rzymskiej. Tu zwrócę uwagę jedynie na efekt finalny, to znaczy – dokument końcowy przyjęty w Rzymie przez zgromadzenie synodalne 26 października 2024 roku, a zaakceptowany przez papieża Franciszka jako własny.

W punkcie 129., w nawiązaniu do Evangelii gaudium, tekst mówi o konieczności zaprowadzania „zdrowej decentralizacji” w Kościele w oparciu o „inkulturację wiary”. W punkcie 134. wskazano z kolei, że biskupi powinni mieć swobodę podejmowania pewnych decyzji o rozwiązywania niektórych kwestii. Jakich, ma to zostać dopiero ustalone w procesie rozróżnienia między kwestiami do przekazania biskupom, a tymi zarezerwowanymi dla Ojca Świętego (reservatio papalis).

W tekście dokumentu aż dwudziestokrotnie pojawia się słowo „różnorodność”. Synod wskazuje, że „różnorodność” realizują Jezus Chrystus i Duch Święty, a papież jest „gwarantem jedności w różnorodności”. Sugeruje się, że „różnorodność” jest tożsama z katolickością. „Jedność w różnorodności jest dokładnie tym, co rozumiemy przez katolickość Kościoła” – głosi tekst, dodając, że taka różnorodność polega na „pluralizmie Kościołów sui iuris”. W punkcie 39. wskazuje się, że „kontekst lokalny” Kościoła jest miejscem, gdzie „manifestuje się i wypełnia powszechne powołanie Boga”. Punkt 124. mówi o „rozpoznaniu i docenieniu partykularnego kontekstu każdego Kościoła lokalnego, razem z jego historią i tradycją”. Ten sam punkt wskazuje, że Kościół ma mieć różne „tempo”, zależnie od regionu. Czytamy dosłownie: „Styl synodalny pozwala Kościołom lokalnym poruszać się w różnym tempie. Różnice w tempie mogą być postrzegane jako wyraz uprawnionej różnorodności oraz jako okazja do dzielenia się darami i wzajemnym ubogaceniem”. Następny punkt, 125., wskazuje na możliwość „rewizji” roli krajowych konferencji episkopatów tak, aby mogły one „autentycznie nauczać wiary we właściwy i zinkulturowany sposób wewnątrz różnych kontekstów” w takich kwestiach jak liturgia, katecheza, dyscyplina, teologia pastoralna i duchowość. Sugeruje się, że decyzje konferencji episkopatu mogłyby „narzucać kościelne zobowiązanie na każdego biskupa, który uczestniczył w decyzji”.

Kardynała Németa zapowiedź przyszłych zmian

O konkretnym charakterze synodalnej decentralizacji mówił niedawno abp László Német, metropolita Belgradu, nominowany przez Franciszka do kardynalskiej purpury. Abp Német jest ważną postacią Kościoła europejskiego. Urodził się w Serbii w rodzinie węgierskiej, w miejscowości, która przed II wojną światową była zamieszkana głównie przez ludność przybyłą tam dwa wieki wcześniej z niemieckiego Schwarzwaldu. Niemieckie odniesienia abp. Németa nie sprowadzają się jedynie do jego nazwiska (po węgiersku oznacza ono po prostu „Niemiec”); biskup, choć skończył seminarium werbistów w polskim Pieniężnie, pracował przez pewien czas w Austrii i dobrze zna tamtejsze środowiska kościelne. Przez lata pełnił ważne funkcje w Kościele katolickim na Węgrzech, a do Serbii skierował go Benedykt XVI. Franciszek w roku 2022 uczynił go metropolitą Belgradu, w tym roku kreuje go kardynałem. Abp Német łączy w swojej osobie europejski wschód i zachód; od 2021 roku jest też wiceprzewodniczącym ważnej organizacji kościelnej CCEE, czyli Rady Konferencji Episkopatów Europy, której Franciszek powierzył przygotowanie procesu synodalnego na naszym kontynencie.

Német, który nie kryje swojej bliskości intelektualnej wobec germańskiego progresizmu, był uczestnikiem obu sesji Synodu Biskupów o synodalności w Rzymie. W rozmowie z portalem Katholisch.de, podsumowując dokument finalny synodu, ten wpływowy hierarcha wielokrotnie podkreślał przyjęty w Kościele kierunek decentralizacyjny. Wskazywał na dwie konkretne sprawy: rolę kobiety oraz podejście do fenomenu homoseksualizmu. W przypadku kobiet, jak powiedział, w Kościele zdecentralizowanym różne mogą być ich posługi i rola, zależnie od danego regionu – inne w Serbii, inne w Niemczech albo Szwajcarii. Podobnie gdy idzie o homoseksualizm. Abp Német odniósł się do recepcji deklaracji doktrynalnej Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 roku, która została na świecie przyjęta bardzo „różnorodnie”: podczas gdy episkopaty albo duże grupy biskupów w krajach zachodnich (nie tylko germańskich, także po części we Francji, Hiszpanii czy Włoszech) wypowiedziały się na ten temat pozytywnie i zapowiedziały swobodę w udzielaniu błogosławieństwa parom LGBT, to w innych miejscach hierarchowie zareagowali inaczej. Abp Német wskazał na przykład Czarnej Afryki, gdzie większość biskupów (choć nie wszyscy) odrzucili deklarację o błogosławieniu par jednopłciowych. Według abp. Németa, jest to właśnie przykład na funkcjonowanie zdecentralizowanego Kościoła w duchu synodalnym: papież wydaje jakieś zarządzenie, ale zależnie od lokalnego kontekstu jest ono różnie interpretowane, choć – zaznacza serbski hierarcha – z odrzucaniem takich zarządzeń nie można „przesadzać”, musi to mieć jakieś „granice”.

Podsumowanie

W lutym 2024 roku papież powołał 10 specjalnych komisji, które przygotowują szczegółową reformę Kościoła, zajmując się również tzw. tematami kontrowersyjnymi w obszarze doktryny i moralności. Dodatkowo pracują jeszcze dwa inne gremia, z których jedno opracowuje reformę prawa kanonicznego. Jest prawdopodobne, że wkrótce zostaną powołane kolejne, bo tego oczekiwali decydenci zgromadzeni na Synodzie Biskupów. Komisje mają zakończyć swoje prace w 2025 roku, a papież zrobi z tym, co zechce: wdroży w życie albo zwoła kolejne synody celem omówienia projektów reform.

Pewne jest jednak, że konstytutywnym elementem zmian synodalnych będą decentralizacja i różnorodność, tak, jak Franciszek ogłosił to 24 listopada 2013 roku w Evangelii gaudium, jak realizował to w praktyce poprzez Amoris laetitia z 19 marca 2016 roku i Fiducia supplicans z 18 grudnia 2023 roku, i tak wreszcie, jak wyraźnie oczekuje tego dokument finalny Synodu Biskupów o synodalności.

Specyfika Kościoła zdecentralizowanego może w najbliższych latach nie być na pierwszy rzut oka dostrzegalna w przeciętnej polskiej parafii czy nawet diecezji; jednak w perspektywie Kościoła powszechnego – już tak. Różnice pomiędzy poszczególnymi krajami oraz regionami, już dziś istniejące, będą tylko narastać, prowadząc do sytuacji, w której coraz większa liczba zagadnień poddana zostanie głębokiej „inkulturacji” zależnie od „lokalnego kontekstu”.

W ten sposób Franciszek umożliwia chętnym realizację projektu likwidacji sprzeczności pomiędzy Kościołem katolickim a filozoficzną i społeczną rewolucją zapoczątkowaną przez oświecenie, jednocześnie umożliwiając kroczenie „własnym tempem” tym lokalnym wspólnotom, które – z różnych przyczyn – nie chcą implementować u siebie całości tej rewolucji.

Jak wybiorą Polacy, czas pokaże.

Paweł Chmielewski

W piekle każdy jest mile widziany. „Todos, todos, todos”

Przerwana tama. „Fiducia supplicans” to droga do największego kryzysu w historii

https://pch24.pl/przerwana-tama-fiducia-supplicans-to-droga-do-najwiekszego-kryzysu-w-historii

(Fot. Pixabay)

Fiducia supplicans jako zerwanie tamy; Kościół jako przestrzeń zalana przez złowrogą ideologię szerzoną przez wpływowe grupy nacisku. Tak sytuację po ogłoszeniu deklaracji doktrynalnej o błogosławieniu par LGBT opisują dwaj brazylijscy działacze, José A. Ureta oraz Julio Loredo z TFP. Wstęp do ich książki „Zerwana tama” napisał holenderski biskup, Rob Mutsaerts.

„W 1994 roku założyciel TFP Plinio Corrêa de Oliveira potępił odgórne wysiłki władz Kościoła katolickiego i społeczeństwa świeckiego nakierowane na narzucenie «małżeństw» homoseksualnych. Rozumiał, że tego rodzaju autorytarne działanie doprowadzi do rozłamu, jako że nauka moralna Kościoła katolickiego na temat homoseksualizmu jest jasna i niezmienna: «Dojdzie wówczas do wewnętrznego starcia w Kościele; ten kryzys doprowadzi z kolei do jednego z największych wstrząsów w całej historii». «Przerwana tama» José A. Urety i Julia Loredo pokazuje, jak i dlaczego ostatnia deklaracja Watykanu «Fiducia supplicans» przyspieszyła nadchodzące starcie” – czytamy w opisie książki.

Książka na nieco ponad stu stronach przedstawia błędy, niejasności i dwuznaczności deklaracji Fiducia supplicans; przypomina o odwiecznym nauczaniu Kościoła na tematy moralne; wskazuje na przyczyny, dla których konkretnym grupom nacisku zależało na ogłoszeniu tego dokumentu.

 Praca została poprzedzona wstępem pióra holenderskiego biskupa, Roba Mutsaertsa z diecezji ‘s-Hertogenbosch. Od 2010 roku pełni on w niej urząd biskupa pomocniczego; jest znany z działalności publicystycznej, zarówno w formie książkowej jak i jako bloger.

„Pogląd, według którego Fiducia supplicans jest zgodna… z doktryną i tradycją, jest nie do utrzymania. FS przedstawia oczywiste sprzeczności. Pismo Święte i Tradycja są całkowicie jednoznacznie, gdy chodzi o moralną ocenę homoseksualizmu. FS z tym zrywa, prezentując możliwość błogosławienia grzesznego związku w imię Boga. Fakt, że błogosławieństwo ma trwać tylko kilka minut i że nie udziela się go w pobliżu ołtarza nie zmienia tej prawdy. W Piśmie i Tradycji nie ma podstaw do takiego błogosławieństwa” – napisał bp Rob Mutsaerts.

„FS odmawia nazwania zła po imieniu. W tej kwestii jest zgodna z obecnym Zeitgeistem: zaprzeczeniem grzechu, co jest konsekwencją dominującego subiektywizmu i współczesnego relatywizmu; zaprzeczenie prawdy, która – z definicji – odnosi się do wszystkich i zawsze” – dodał.

Biskup zwrócił też uwagę, że dzisiaj głosi się miłosierdzie bez żadnej pokuty – mówi się, że wszyscy są zaproszeni, jak to ujmuje Franciszek: „todos, todos, todos”. „Czy każdy jest zaproszony? Oczywiście. Ale nie bezwarunkowo. Bóg stawia warunki. Całą Biblię można podsumować w ten sposób: to wezwanie do pokuty i obietnica przebaczenia. Jednego nie można oddzielić od drugiego. Każdy jest zaproszony, ale nie każdy przyjmuje zaproszenie. […] Inny jest scenariusz w piekle. Tam każdy jest zaproszony bez żadnych warunków. Slogan diabła brzmi: chodź taki, jaki jesteś, nie musisz się zmieniać. Nie musisz prosić o przebaczenie. […] W piekle każdy jest mile widziany. Todos, todos, todos” – napisał.

Jak podsumował biskup, książka „Przerwana tama” Urety i Loredo „jasno pokazuje, że Fiducia supplicans jest rezultatem procesu przygotowanego przez dobrze zorganizowaną grupę nacisku w Kościele katolickim”.

Źródło: tfp.org Pach

Zasiłki powodziowe trafiły do 778 rodzin. Kilkanaście tysięcy rodzin wciąż czeka. Śnieg pada.

Do ilu powodzian trafiły pieniądze z zasiłków? Zapytaliśmy rzecznika wojewody

Do poniedziałku 18 listopada w województwie dolnośląskim liczba przyznanych zasiłków wynosiła zero.

21.11.2024 https://www.tysol.pl/a131098-do-ilu-powodzian-trafily-pieniadze-z-zasilkow-zapytalismy-rzecznika-wojewody

Przyznawanie zasiłków idzie opornie. Dwa miesiące po powodzi, zdecydowana większość poszkodowanych rodzin wciąż nie może rozpocząć remontów za obiecane przez rząd zasiłki. – Przecież to jest ogromna liczba osób, kilkanaście tysięcy wniosków, a w gminach jest ograniczona liczba urzędników w OPS-ach. To są malutkie urzędy – tłumaczy rzecznik wojewody dolnośląskiego.

Żelaźno, jedna ze zniszczonych podczas powodzi miejscowość na Dolnym Śląsku Do ilu powodzian trafiły pieniądze z zasiłków? Zapytaliśmy rzecznika wojewody

Żelaźno, jedna ze zniszczonych podczas powodzi miejscowość na Dolnym Śląsku / fot.Monika Rutke/Tysol.pl

Zasiłki trafiły do 778 rodzin

Dwa miesiące po powodzi, temperatura powietrza spada, zaczynają się opady śniegu, a poszkodowani wciąż nie mają pomocy finansowej deklarowanej przez rząd Donalda Tuska tzw. zasiłków na remonty mieszkań i domów. Wojewoda dolnośląski uspokaja, że środki “już” są przelewane. Jak powiedział Tysol.pl rzecznik prasowy wojewody dolnośląskiego Bartosz Wojciechowski, na dzisiaj pieniądze z zasiłków trafiły do 778 rodzin. 

Wpłynęły dla 3060 rodzin wnioski o wartości 227 mln zł, do dzisiaj wypłaciliśmy gminom kwotę 148 229 571 zł, a 778 rodzin ma już pieniądze na koncie  – mówi rzecznik.

Kilkanaście tysięcy rodzin wciąż czeka

Oznacza to, że w województwie dolnośląskim wciąż ponad kilkanaście tysięcy rodzin czeka na zasiłki.
Na pytanie, dlaczego proces wypłaty zasiłków tak się ciągnie pomimo zapewnień rządu, że powodzianie nie zostaną bez pomocy przed zimą, rzecznik odpowiada:

Przecież to jest ogromna liczba osób, kilkanaście tysięcy wniosków, a w gminach jest ograniczona liczba urzędników w OPS-ach. To są malutkie urzędy. Tymczasem my nie odpowiadamy za samorząd, my wspieramy samorząd. I teraz po tych wszystkich rozmowach i doświadczeniach już jesteśmy o tyle do przodu i wiemy, że to wsparcie urzędników jest potrzebne. Oni też myśleli, że sobie poradzą, przekierowywali z różnych innych wydziałów w swoich miejscowościach, w swoich miastach tylko to się okazało jeszcze niewystarczające.

Na szczęście, dzięki nagłośnieniu przez media w poprzednim tygodniu (w tym przez telewizję wPolsce24) stanu faktycznego (do poniedziałku 18 listopada w województwie dolnośląskim liczba przyznanych zasiłków wynosiła zero), będą z całej Polski kierowani urzędnicy dla wsparcia samorządów. 

Pragnę podkreślić, że ten system w tej formie jest dla nas nowością, że taka liczba wniosków i takie kwoty mają być wypłacane. Dlatego poprawiamy go z dnia na dzień – mówi Bartosz Wojciechowski. 

Widziałem, jak pochodził

Widziałem, jak pochodził

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  21 listopada 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5722

„Słyszałem, że S. jest pochodzenia żydowskiego. Nawet widziałem, jak pochodził.”

———————————-

Któż nie pamięta wiekopomnego odkrycia dokonanego w roku 1968 przez Antoniego Słonimskiego? Akurat odbywało się zebranie Związku Literatów Polskich, podczas którego przemówił literat Czesław Centkiewicz. Zazwyczaj zajmował się on Eskimosami, ale tym razem straszliwie pomstował na Żydów. Kiedy skończył swoją perorę, o głos poprosił Antoni Słonimski i powiedział: kolega Centkiewicz tak pomstuje na Żydów, a przecież on sam też Żyd. Na co Czesław Centkiewicz, czerwony z oburzenia, porwał się na równe nogi i krzyknął: jak to, jaki Żyd?! – na co Słonimski wyjaśnił: Żyd Polarny! Ale zanim jeszcze Antoni Słonimski dokonał swego wiekopomnego odkrycia nowego gatunku Żyda, zajmował się też żydowskim pochodzeniem. W cyklu felietonów „Załatwione odmownie” pisał m.in.: „słyszałem, że S. jest pochodzenia żydowskiego. Nawet widziałem, jak pochodził.”

Wspominam o tych odkryciach i obserwacjach w związku z ostatnim nieporozumieniem, jakie nastąpiło z udziałem naszej resortowej „Strokrotki”, czyli pani red. Moniki Olejnik odraz Księcia-Małżonka. Resortowa „Stokrotka” wezwała bowiem Księcia-Małżonka na przesłuchanie w związku z objawioną przezeń intencją kandydowania na stanowisko tubylczego prezydenta – no i zaczęła go przesłuchiwać. Podobny incydent przytrafił się jej już wcześniej, kiedy wezwała na przesłuchanie prof. Leszka Balcerowicza i swoim zwyczajem wzięła go w obroty – żeby się przyznał. Prof. Balcerowicz najpierw bardzo się zdziwił, ale gdy już ochłonął z pierwszego zaskoczenia, zaczął panią red. Monikę Olejnik bez ceregieli sztorcować. Wyglądało to tak, jakby tygrys w pewnym momencie chwycił batog i zaczął nim okładać swego pogromcę. Pani redaktor zrozumiała wtedy swój błąd i już do końca programu była cicha i pokornego serca. Tym razem było inaczej. Kiedy resortowa „Stokrotka” zagadnęła Księcia-Małżonka, czy przypadkiem jego kandydatura nie przysporzy mu trudności w Volksdeutsche Partei w związku z żydowskim pochodzeniem jego Małżnonki, oburzony Książę-Małżonek wstał i opuścił studio przed zakończeniem przesłuchania, rzucając na odchodne pogróżkę, że wystąpi do właściciela TVN z żądaniem dopilnowania, by zatrudnieni w tej stacji funkcjonariusze Propaganda Abteilung przestrzegali standardów – dlaczegoś akurat „dziennikarskich”.

W sukurs resortowej „Stokrotce” pośpieszył pan mecenas Roman Giertych oświadczając, że z pewnością nie jest ona antysemitką. Skoro sam Wielce Czcigodny pan mecenas Roman Giertych nas o tym zapewnia, to ja mu wierzę. Któż może lepiej znać się na antysemityzmie, niż on? Jego umiejętności w tej dziedzinie doceniły nawet w swoim czasie władze bezcennego Izraela, domagając się od najwyższych władz naszego bantustanu, by pana mecenasa Giertycha usunęły z tubylczego rządu. Na tamtym etapie bowiem pan mecenas był krytykowany nie tylko przez Judenrat „Gazety Wyborczej”, ale również przez młodzież szkolną, która przed gmachem Ministerstwa Edukacji przy Alei Szucha, który – jak wiadomo – jest patronem Gestapo – wykrzykiwała: „Giertych do wora, wór do jeziora!” – właśnie z powodu antysemityzmu, zarzucanego Młodzieży Wszechpolskiej, kierowanej akurat przez pana mecenasa Giertycha. No a teraz pan mecenas występuje w obronie resortowej „Stokrotki”, wystawiając jej certyfikat osoby wolnej od podejrzeń o antysemityzm. Jak to czasy się zmieniają!

Ale nie to jest w tej całej sprawie najważniejsze, chociaż symptomy dołączania pana mecenasa Romana Giertycha do grona autorytetów moralnych też zasługują na uwagę. Ważniejsza jednak jest kwestia świętego oburzenia, jakim zapłonął Książę-Małżonek na wzmiankę o żydowskim pochodzeniu jego Małżonki. Powinniśmy to sobie rozebrać z uwagą, bo zachowanie Księcia-Małżonka wskazywałoby, jakby uważał on żydowskie pochodzenie za coś nieprzyzwoitego, o czym nie wypada przypominać w porządnym towarzystwie. Rzeczywiście; nikt dobrze wychowany nie będzie w towarzystwie nieubłaganym palcem nikomu wytykał, że na przykład cierpi na syfilis, czy inną wstydliwą chorobę, albo – że nie oddaje pożyczonych pieniędzy lub wystawia czeki bez pokrycia. Muszę powiedzieć, że w tym mniemaniu Książę-Małżonek może nie być odosobniony. Przed laty zeznawałem w charakterze świadka w toczącym się przez 7 lat w niezawisłym sądzie w Lublinie w procesie kolegi Grzegorza Wysoka. Został on oskarżony przez niejakiego pana Karola Adamaszka, zatrudnionego w Judenracie lubelskiej mutacji „Gazety Wyborczej”, że w wydawanym przez siebie „Biuletynie” dopuścił się myślo-zbrodni, informując, iż pan red. Adam Michnik jest „Żydem Roku któregoś tam”. Zeznając w tej sprawie przypomniałem, że rzeczywiście pan red. Adam Michnik został przez jakąś nowojorską organizację żydowską uhonorowany tytułem „Żyda Roku”, bodajże 1990 i ten tytuł honorowy przyjął – o ile pamiętam – nawet z satysfakcją. Nie rozumiem tedy, na czym właściwie ma polegać myślozbrodnia kolegi Grzegorza Wysoka, a jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to podejrzenie, iż pan Karol Adamaszek prawdopodobnie uważa, iż bycie Żydem jest okolicznością wyjątkowo nieprzyzwoitą, którą powinno się przed światem ukrywać. Takie przekonanie jednak uważam za antysemickie, podobnie jak negowanie istnienia narodu żydowskiego i nie mogę powstrzymać zdumienia, iż tego rodzaj poglądy wyznawane są w lubelskiej mutacji „Gazety Wyborczej”. Nawiasem mówiąc, niezawisły pan sędzia też musiał mieć wątpliwości, czy myślozbrodnie rzeczywiście miały miejsce, ale z drugiej strony nie ośmielił się wprost zbagatelizować oskarżeń wysuniętych przez wspomniany Judenrat. Wydał bowiem po 7 latach wyrok salomonowy, w którym potwierdzał winę kolegi Wysoka, ale jednocześnie odstępował od wymierzania mu kary.

Ciekawe tedy, co właściwie ma na myśli Książę-Małżonek, mówiąc o konieczności przestrzegania „standardów dziennikarskich”. Przecież informacja o pochodzeniu Małżonki Księcia-Małżonka jest prawdziwa, podobnie jak prawdziwe mogą być opinie, jakoby dotychczasowa kariera polityczna Księcia-Małżonka ma z pochodzeniem jego Małżonki ścisły związek. Tymczasem po mieście krążą fałszywe pogłoski, jakoby pan Rafał Trzaskowski, który też pragnie zostać tubylczym prezydentem, miał pierwszorzędne, żydowskie korzenie. Jeśli to prawda, to nie ma przecież czego ukrywać, przeciwnie – należałoby tę okoliczność szczególnie wyeksponować, zwłaszcza w kontekście powtarzających się oskarżeń naszego mniej wartościowego narodu tubylczego o antysemityzm.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Aborcja, dewiacja, zboczenia, perwersja. Demoralizacja naszych dzieci w szkołach !!

RatujŻycie.pl

Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Minister Edukacji Barbara Nowacka chce demoralizować dzieci przymusową edukacją (pseudo)zdrowotną.

Przedmiot ma wejść do szkół podstawowych (od IV klasy) oraz średnich już 1 września 2025 roku i będzie przymusowy.

W programie: masturbacja, przygotowanie do inicjacji seksualnej, zgoda na seks, dbanie o zadowolenie seksualne partnera, antykoncepcja, aborcja, LGBTQ+, propaganda koncernów farmaceutycznych, podważanie autorytetu rodziców, oduczanie myślenia krytycznego, dewiacje seksualne jako norma w sferze płciowej, brak moralności w działaniu o charakterze seksualnym. Dzieci będą przymusowo odbierać treści o charakterze erotycznym, a nawet stricte pornograficznym.

Bardzo proszę o pilne podpisanie petycji przeciw planom MEN.

Petycja dostępna jest pod linkiem:

https://twojepetycje.pl/petycja/nie-dla-edukacji-zdrowotnej-w-szkolach/.

Po podpisaniu proszę przesłać ją innym osobom, aby także podpisały sprzeciw. Proszę też wrzucić link do petycji do Internetu na swoje kanały w mediach społecznościowych.

Szczególnie trzeba uświadamiać rodziców, którzy mają dzieci w szkołach, ale także… w edukacji domowej… Okazuje się bowiem, że dzieci w ED także będą musiały przyswoić ohydne treści i zdawać z nich egzaminy. Nikt nie ucieknie z piekielnego systemu.

Ponadto warto zainteresować petycją znajomych księży i siostry zakonne – pracując z dziećmi i młodzieżą, znają oni problemy młodych ludzi i z całą pewnością będą chcieli w duchu miłości bliźniego ocalić ich przed demoralizacją. Niech koniecznie podpiszą petycję.

Jeszcze raz podaję link do petycji:

https://twojepetycje.pl/petycja/nie-dla-edukacji-zdrowotnej-w-szkolach/.

Minister Nowacka gra nie fair. Wymyśliła sobie, że czas na komentarze wobec jej chorych pomysłów mija 21 listopada, czyli dziś. Nas, obywateli, te obwarowania nie obowiązują. Musimy pisać do skutku – aż Nowacka wycofa się z planu seksualizacji i demoralizacji polskich dzieci.

Bardzo proszę o złożenie podpisu pod petycją i przesłanie jej dalej. 

Serdecznie Pana pozdrawiam i trzymam rękę na pulsie,

Kaja GodekKaja GodekKaja Godek
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl

PS – Seksualizacja dzieci służy pedofilom, niszczy zdolność do miłości, wierności i udanego życia rodzinnego. Ratujmy maluchy przed zbrodnią, jaką chce im zafundować MEN.

WSPIERAM

NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/

Raport profesora Władysława Mielczarskiego o energetyce i zabójczej „polityce” rządu. Video.

https://wykop.pl/link/7592769/profesor-ujawnia-ten-raport-wstrzasnie-polska

Profesor Władysław Mielczarski to znany inżynier i profesor nauk technicznych.
Jest wykładowcą w Instytucie Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej.
Razem z dr Arturem Bartoszewiczem przedstawili raport. 19 listopada 2024
roku

Czego oczekujemy od Donalda Trumpa

Czego oczekujemy od Donalda Trumpa

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”  •  19 listopada 2024 http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=5721

Postępactwo jest załamane. Przecież było zatwierdzone (”sam potężny Archikrator dał najwyższy protektorat”), że 5 listopada wybory prezydenckie w Ameryce wygra Kamala Harris, która najpierw rozsmaruje Donalda Trumpa na podłodze, a potem zawlecze przed oblicze jakiegoś niezawisłego sądu, a może nawet kilku niezawisłych sądów i w ten sposób ugruntuje „demokrację walczącą” – niczym w pewnym środkowoeuropejskim bantustanie, gdzie „demokrację walczącą” proklamowała Volksdeutsche Partei do spółki z bodnarowcami – przecież sondaże i eksperci zapowiadali mniej więcej to samo, a świat, a zwłaszcza wasale Stanów Zjednoczonych, już przygotowywali się do recepcji eksportu komunistycznej rewolucji – a tu taka nieprzyjemna siurpryza.

Donald Trump nie tylko wygrał, ale w dodatku rozgromił swoją rywalkę do tego stopnia, że schowała się w mysią dziurę, nie mając odwagi pokazać się na oczy swoim zwolennikom. Udało jej się zdobyć zaledwie 223 głosy elektorskie spośród 538, podczas gdy Donald Trump zdobył do tej pory już 291 głosów elektorskich przy minimum koniecznym do wygrania wyborów w ilości 270.

Nawiasem mówiąc, kampania wyborcza polegała między innymi na tym, że oboje uczestnicy robili wszystko, by przekonać obywateli, że przeciwnik absolutnie nie nadaje się na prezydenta USA. Jestem przekonany, że zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, mogło to się w znacznym stopniu udać – ale kiedy już znaczna część obywateli została przekonana, że zarówno jeden, jak i drugi kandydat się nie nadaje, trzeba było jednak któregoś wybrać. W takich okolicznościach trudno uwierzyć, że tak zachwalana demokracja jest najlepszym sposobem wyłaniania Umiłowanych Przywódców. Na przykład nie tylko w Stolicy Apostolskiej, ale i w Unii Europejskiej, aparat władzy w zasadzie wyłaniany jest metodą kooptacji, a nie demokracji.

Warto zwrócić uwagę, że ten aparat Stolicy Apostolskiej przez setki lat całkiem sprawnie administrował w tej chwili ponad miliardem katolików na świecie. Kłopoty mogą zacząć się dopiero teraz, kiedy zaczęto eksperymentować z tak zwaną „synodalnością”, której nikt nie potrafi w sposób zrozumiały zdefiniować – o co naprawdę tu chodzi – więc tak zwane „masy” podejrzewają, że na pewno chodzi o coś złego, bo w przeciwnym razie ani papieżowi Franciszkowi, ani purpuratom nie zabrakłoby inteligencji, żeby w sposób zrozumiały to wyjaśnili.

Z kolei w Unii Europejskiej kooptacja jest nawet bardziej zrozumiała, bo przecież w IV Rzeszy, która nie może wszak różnić się w sposób istotny od Rzeszy III, żadnej demokracji być nie może – co wyjaśnił raz na zawsze wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler. Dlatego w naszym bantustanie Volksdeutsche Partei, przy pomocy bodnarowców niwelując teren pod budowę Generalnej Guberni, daży do monopolu politycznego, nazywając to „demokracją walczącą”.

Wróćmy jednak do wyborów amerykańskich, którym wyniki okryły nieutulonym żalem środowiska postępackie, a Judenratem „Gazety Wyborczej” na czele. Pan red. Michnik najwyraźniej przeżywa kryzys, więc nie zdążył przekazać stosownego komunikatu, w związku z czym mikrocefale jeszcze nie wiedzą, co myślą. Na razie Judenrat wysunął koncepcję napuszczenia na prezydenta-elekta Donalda Trumpa „ekologów”. Nie jest przy tym jasne, o jakich ekologów konkretnie chodzi, więc możliwe, że Judenrat wyśle do Ameryki ekipę „ostatniego pokolenia”, żeby się do Donalda Trumpa przykleiła i w ten sposób odebrała mu swobodę ruchów. W przeciwnym bowiem razie Donald Trump jako prezydent, nie będzie miał przeciwnego sobie Senatu, ani Izby Reprezentantów, więc będzie miał państwo sterowne.

W takiej sytuacji spróbujmy zastanowić się, jakie ważne konsekwencje wynikają dla nas, to znaczy – dla wasali Stanów Zjednoczonych, dla członków NATO i wreszcie – dla Polski.

Otóż dla wasali Stanów Zjednoczonych zwycięstwo Donalda Trumpa oznacza, że niebezpieczeństwo, iż USA staną się eksporterem rewolucji komunistycznej przede wszystkim dla swoich wasali – bo reszta świata nie byłaby może na ten eksport tak podatna – zostało oddalone. W przypadku wygranej Kamali Harris byłoby ono nieuchronne, jako, że reprezentuje ona lewe skrzydło Partii Demokratycznej, będącej odpowiednikiem europejskiej socjaldemokracji, a to lewe skrzydło, to czysta komuna. Zresztą podczas swojej kampanii koncentrowała się ona na „wyzwalaniu” coraz to nowych grup proletariatu zastępczego: „kobiet”, zboczeńców seksualnych, amatorów amerykańskiego socjalu, czyli tak zwanych „migrantów” – a kwestię, skąd wziąć na to wszystko szmalec zbywała frazesami.

Tymczasem w USA, chociaż nadal ciągną one grubą rentę z tego, iż dolar jest walutą światową, co usiłuje obalić BRICS, rozrzutność rządu pociąga za sobą takie same konsekwencje, co w pozostałych bantustanach; poziom życia spada, rosną ceny i tak dalej. Dla przykładu, o ile przed czterema laty cena galona benzyny tzw. „Błękitnej Sunoco” wynosiła 2 dolary 90 centów, to teraz już 5 dolarów – i tak ze wszystkim. Tymczasem Donald Trump zapowiada, że będzie bronił gospodarczych interesów Ameryki – nie tylko przez Chinami, ale i przed Europą. Nasi Umiłowani Przywódcy wydają się na to kompletnie nieprzygotowani – bo trudno uznać za poważne deklaracje PSL, że ma „znakomite kontakty” zarówno z jedną, jak i drugą stroną amerykańskiej sceny politycznej. Prawdopodobnie są to tylko przechwałki bez pokrycia, a tak naprawdę, to oferta: wykorzystajcie nas! – oczywiście w zamian za jakieś polityczne koncesyjki.

Drugą sprawą jest wojna na Ukrainie. Donald Trump wielokrotnie zapowiadał, że on by ją zakończył w ciągu jednego dnia. To możliwe; wystarczy, że zamknie Ukrainie finansowanie i wojna skończyłaby się z braku prochu. No dobrze – ale jak może się ona zakończyć? Kazimierz Górski, trener naszej reprezentacji piłkarskiej mawiał, że gra się tak, jak przeciwnik pozwala. W tej sytuacji najbardziej prawdopodobnym zakończeniem wojny – o czym zresztą już pisze amerykańska prasa – jest zamrożenie konfliktu. Rosjanie utrzymają to, co zajęli, z Krymem włącznie. Między pozycjami rosyjskimi, a ukraińskimi będzie ustanowiona strefa zdemilitaryzowana – jeszcze nie wiadomo, pod czyim nadzorem. Rosja uzyska gwarancję, że co najmniej przez najbliższe 20 lat Ukraina nie zostanie zaproszona do NATO, a ktoś – jeszcze nie wiadomo kto – stworzy jej jakieś gwarancje bezpieczeństwa. Jeśli tak, to wniosek nasuwa się oczywisty – Ukraina tę wojnę przegrała, tracąc co najmniej 20 procent terytorium, mnóstwo zabitych i rannych, odnosząc zniszczenia materialne i tak dalej – a perspektywa, że koszty jej odbudowy pokryje Rosja jest tak samo prawdopodobna, jak fantasmagorie szefa ukraińskiego wywiadu, który bredził, że zwycięstwo Ukrainy ma oznaczać demilitaryzację europejskiej części Rosji. Co więcej, znając nastawienie Donalda Trumpa do europejskich sojuszników i jego dążenie do odbudowy amerykańskiej gospodarki, wydaje się prawdopodobne, że USA zechcą koszty odbudowy Ukrainy przerzucić w lwiej części na Europę. No a w ramach „Europy” państwa silniejsze i mądrzejsze też będą się starały obciążyć kosztami odbudowy Ukrainy państwa słabsze i głupsze – ot właśnie takie, jak Polska. Na tym odcinku narobiliśmy już tyle głupstw, że należy się obawiać, iż będziemy w nie brnęli coraz głębiej, zwłaszcza, że Volksdeutsche Partei wykona każdy niemiecki rozkaz, a były Naczelnik Państwa, jeśli tylko Waszyngton ukaże mu rąbek nadziei na odzyskanie żerowiska, bez rozkazu zrobi to samo, albo nawet jeszcze więcej.

I sprawa trzecia – chyba najważniejsza, z naszego, polskiego punktu widzenia. Czy prezydent USA Donald Trump potwierdzi pozwolenie udzielone w marcu ub. roku przez prezydenta Józia Bidena Niemcom, że mogą urządzać Europę po swojemu, czy też raczej je uchyli? Jest to sprawa o zasadniczym dla Polski znaczeniu – bo od tego zależy, czy stanie się ona Generalną Gubernią w ramach IV Rzeszy, czy też uchroni się od tego losu. Nieszczęściem jest to, że rządy w Polsce sprawuje akurat Volksdeutsche Partei Donalda Tuska, który otrzymał od Berlina zadanie niwelacji terenu pod budowę Generalnej Guberni. Toteż póki jeszcze Andrzej Duda jest prezydentem, powinien zrobić wszystko, co tylko możliwe, by przekonać amerykańskiego prezydenta do uchylenia tamtego pozwolenia. W pierwszej kolejności zaś powinien – bez specjalnego oglądania się na premiera Tuska, czy Księcia-Małżonka – nawiązać przyjazne stosunki z Wiktorem Orbanem – bo podtrzymywanie dotychczasowej wrogości może skłonić Donalda Trumpa do przekonania, że w takiej sytuacji może rzeczywiście lepiej będzie oddać Niemcom te wszystkie bantustany w arendę.

W tym celu pan prezydent Duda powinien przezwyciężyć swoją dotychczasową nieśmiałość i skłonić prezydenta Trumpa, – nawet jeśli on sam tego panu prezydentowi Dudzie tego nie zaproponuje – by – korzystając z sytuacji, gdy i Senat i Izba Reprezentantów są po jego stronie – doprowadzić do uchylenia ustawy nr 447, która wisi nad nami na podobieństwo miecza Damoklesa. Prezydent Trump z własnej inicjatywy nie będzie narażał się tamtejszemu lobby żydowskiemu, bo nie jest on prezydentem Polski, tylko Stanów Zjednoczonych. Jest jednak punkt zaczepienia, bo podczas swojej kampanii wyborczej Donald Trump zauważył, że chociaż podlizywał się Żydom i jako prezydent i teraz – oni w przeważającej większości – bo oczywiście są wyjątki – zieją do niego nienawiścią – co widać nawet na przykładzie świecącego światłem odbitym warszawskiego Judenratu z Czerskiej. Zatem trzeba próbować, bo chociaż jest to sprawa trudna, to – jak powiedział mi szef waszyngtońskiego Instytutu Polityki Światowej – „trudne sprawy też trzeba podejmować” – a miał na myśli właśnie majątkowe roszczenia żydowskie. Jeśli się nie uda – gorzej nie będzie, ale jeśli się uda, to prezydent Duda zakończyłby swoją drugą kadencję efektownym fajerwerkiem.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Centrum Dialogu w Toruniu. Dziś. „Integracja polskiej prawicy jako warunek skutecznego ratowania Polski”

Spotkanie z Posłem J.K. Ardanowskim, Prezesem RKW M. Dybowskim i Michaliną Szymborską w dniu 

21 listopada 2024 o godz. 19.00 

w Centrum Dialogu w Toruniu 

Zapraszamy na spotkanie z Posłem na Sejm RP i byłym Ministrem Rolnictwa i Rozwoju Wsi Janem Krzysztofem Ardanowskim, Prezesem Krajowego Zarządu Głównego Stowarzyszenia RKW Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy Marcinem Dybowskim oraz Michaliną Szymborską, autorką książki „PIS – czas na zmiany”, 

które odbędzie się w czwartek 21 listopada 2024 roku o godz. 19.00 w Centrum Dialogu w Toruniu przy ul. Frelichowskiego 1.

 Tytuł spotkania: „Integracja polskiej prawicy jako warunek skutecznego ratowania Polski”. 

Zełenski bezczelnie prowokuje Polaków

J. Kowalski: Zełenski bezczelnie prowokuje Polaków

[MD: Ba, spadł, kutasiński, to i dojrzał. Jak to gnijące jabłko. ]

https://www.fronda.pl/a/J-Kowalski-Zelenski-bezczelnie-prowokuje-Polakow,237309.html


Były wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski w mocnych słowach ocenił postawę prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który ostatnio wystąpił na tle banderowskiej flagi.

„Powinniśmy zacząć bardzo twardo rozmawiać z Kijowem. Nie może być tak, że prezydent Zełenski prowokuje Polaków, w sposób bezczelny nagrywa swoje filmiki na tle banderowskich flag UPA. To jest po prostu coś całkowicie niedopuszczalnego” – powiedział Kowalski w rozmowie z TVPolska.

„I pytam się, gdzie jest nasze MSZ? Gdzie jest Radosław Sikorski? Dlaczego nie reaguje Donald Tusk? Gdzie jest w ogóle polskie państwo? Nie ma żadnej reakcji na taki skandaliczny gest prowokacyjny ze strony prezydenta Ukrainy, który przecież cały czas wstrzymuje ekshumacje Polaków zamordowanych przez Ukraińców na Wołyniu. Tutaj nie ma przestrzeni do negocjacji. Ta sprawa musi być jak najszybciej załatwiona” – mówił polityk PiS.

Jak stwierdził Janusz Kowalski, jeśli prezydent Zełenski „chce jakiejkolwiek pomocy od Polski, musi bardzo twardo odciąć się od spuścizny Bandery i UPA”.

PAP, Sondaż: ponad połowa Ukraińców chce jak najszybszego zakończenia wojny i negocjacji

Sondaż: ponad połowa Ukraińców chce jak najszybszego zakończenia wojny i negocjacji

2024-11-20 https://www.pap.pl/aktualnosci/sondaz-ponad-polowa-ukraincow-chce-jak-najszybszego-zakonczenia-wojny-i-negocjacji

52 proc. Ukraińców chce jak najszybszych negocjacji pokojowych i zakończenia wojny z Rosją, a 38 proc. uważa, że armia powinna walczyć aż do zwycięstwa – wynika z badań Instytutu Gallupa. Eksperci zauważają zdecydowaną zmianę w nastrojach, na początku konfliktu 73 proc. opowiadało się za walką.

W raporcie opublikowanym we wtorek czytamy, że poparcie dla prowadzenia działań wojskowych zaczęło spadać wśród Ukraińców już w 2023 r. Wówczas to dwukrotnie więcej (63 proc.) opowiadało się za kontynuowaniem walki, niż za negocjowaniem pokoju (27 proc.). Zmęczenie trwającym konfliktem nasiliło się w bieżącym roku, kiedy to poparcie za rozwiązaniem pokojowym po raz pierwszy osiągnęło przeważającą większość.

Badacze wskazują, że poparcie dla kontynuowania wojny spadło we wszystkich regionach Ukrainy poniżej 50 proc., w tym na wschodzie i południu kraju, gdzie przebiega linia frontu. Największy spadek odnotowano w Kijowie – o 39 punktów procentowych. Wśród Ukraińców mieszkających we wschodnich obwodach ponad dwukrotnie więcej osób chce, aby wojna zakończyła się jak najszybciej (63 proc.), niż aby trwała nadal (27 proc.).

Według badań znaczna część Ukraińców (52 proc.) akceptuje rozwiązanie pokojowe, w którym Ukraina jest otwarta na pewne ustępstwa terytorialne, mające na celu zakończenie wojny. 38 proc. nie zgadza się na to, a 10 proc. nie ma zdania na ten temat. Instytut Gallupa nie zapytał o zakres ustępstw terytorialnych, na jakie byliby otwarci respondenci.

W 2022 i 2023 r. zdecydowana większość (odpowiednio 92 proc. i 93 proc.) Ukraińców opowiadała się za kontynuowaniem walki aż do zwycięstwa, czyli odzyskania wszystkich terytoriów utraconych od 2014 r., w tym Krymu. W 2024 r. nadal jest to wyraźna większość, choć liczba ta spadła do 81 proc.

Gallup zapytał Ukraińców opowiadających się za szybkim negocjacjami pokojowymi o ich poglądy dotyczące mocarstw, które mogłyby pomóc w osiągnięciu takiego celu. Przeważająca większość chce, aby to kraje UE (70 proc.) i Wielkiej Brytanii (63 proc.) odgrywały kluczową rolę. USA poparło mniej niż połowa respondentów.

mzb/ mal/ know/

Anne Applebaum i Radosław Sikorski. Nowa „świecka tradycja” czy prastary chiński obyczaj polityczny?

Anne Applebaum i Radosław Sikorski. Nowa „świecka tradycja” czy prastary obyczaj polityczny?

https://pch24.pl/anne-applebaum-i-radoslaw-sikorski-nowa-swiecka-tradycja-czy-prastary-obyczaj-polityczny

„Ciekawym spostrzeżeniem podzielił się z polskimi telewidzami nasz minister spraw zagranicznych – Radosław Sikorski. Indagowany przez Monikę Olejnik o pochodzenie swojej żony, Anne Applebaum, Radosław Sikorski wypalił: Ja bym powiedział, że jest już świecka tradycja, że pierwszymi damami powinny zostać osoby pochodzenia żydowskiego”, pisze na łamach tygodnika „Do Rzeczy” Dariusz Wieromiejczyk.

W ocenie publicysty opinia wygłoszona przez szefa MSZ jest „warta zastanowienia”, ponieważ Sikorski to polityk, który „od 30 lat uczestniczy w dworskich ceremoniałach polskich elit – zarówno tych prawicowych, jak i liberalnych”.

Wieromiejczyk żartuje, że opisany stan rzeczy nie jest tylko świecką tradycją czy modą, ponieważ przypomina on raczej prastary obyczaj polityczny, ukształtowany w Chinach przed dwoma tysiącami lat.

„Już w czasach dynastii Han, panującej od II w. p.n.e., dobrze urodzone chińskie księżniczki wydawane były za barbarzyńskich królów i wodzów, rządzących graniczącymi z Państwem Środka plemionami. Setki wszechstronnie wykształconych młodych kobiet oddano, dla celów politycznych, w ręce rozmaitych dzikusów”, czytamy.

„Jest faktem godnym uwagi, że wszechstronnie utalentowana i pochodząca z wpływowej amerykańskiej rodziny małżonka Radosława Sikorskiego powstrzymuje się od pisania lirycznych lamentów poświęconych jesiennej słocie, kapuście i kiszonym ogórkom. Wielu jej wyrzeczeń, których rozmiarów trudno się nam nawet domyślić, powinniśmy być jednak świadomi, a w konsekwencji zapewne i wdzięczni”, podsumowuje autor „Do Rzeczy”.

Źródło: tygodnik „Do Rzeczy”

Oskarżenie abp. Grzegorza Rysia o niszczenie obyczaju, kapłaństwa i Kościoła w Polsce.

https://citizengo.org/pl/210969-oskarzenie-abp-grzegorza-rysia-o-niszczenie-obyczaju-kaplanstwa-i-kosciola-w-polsce

===============================

Kard Arthur Roche

Prefekt Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Wasza Eminencjo!

Kościół w Polsce ma ponad tysiącletnią historię i ponad tysiącletnie katolickie obyczaje. Polak, Kardynał Stanisław Hozjusz, był autorem kanonów na Soborze Trydenckim w obronie Mszy Świętej, realnej obecności naszego Pana Jezusa Chrystusa w Najświętszym Sakramencie i obrońcą sakramentu kapłaństwa.

Ponad tysiącletni obyczaj katolicki, szafowania sakramentami tylko przez kapłanów i przyjmowania Komunii Świętej tylko do ust i na klęcząco w Polsce podlega ochronie prawno – kościelnej: (Kan. 27) „Zwyczaj jest najlepszą interpretacją ustaw”.

Tymczasem przez ostatnie dwa lata, wbrew Prawu Kanonicznemu Episkopat Polski w sposób brutalny i bezczelny wymuszał na polskich katolikach wprowadzenie Komunii Świętej na rękę i rozdawanej przez świeckich szafarzy. Kilka dni temu doszło do kolejnego skandalu, który przelał czarę goryczy: abp. Grzegorz Ryś, który od lat gwałci wszystkie przepisy Prawa Kanonicznego, rujnuje rubryki liturgiczne, „wyświęcił” kobiety – zakonnice i świeckie dziewczyny na szafarki Najświętszego Sakramentu.

Prawo Kanoniczne mówi:

Kan. 207 – § 1. Z ustanowienia Bożego są w Kościele wśród wiernych święci szafarze, których w prawie nazywa się też duchownymi, pozostałych zaś nazywa się świeckimi.

Prawo to mówi, że szafarzami sakramentów są tylko osoby duchowne czyli kapłani. Wszelkie „święcenia” świeckich mężczyzn i kobiet są niegodziwe i nieważne. Służą tylko do niszczenia sakramentalnego kapłaństwa i niszczenia Kościoła. „Święcenie” świeckich szafarzy i szafarek w Kościele jest herezją i jest nieważne, ponieważ:

„W całym Kościele, co stanowi dogmat wiary, z ustanowienia Chrystusa Pana jeden jest tylko sakrament kapłaństwa, udzielający władzy duchownej i łaski do godnego sprawowania związanych z nim obowiązków. Jak jedną władzę daną Księciu Apostołów, jedną wiarę, jedną ofiarę Mszy świętej ustanowił Chrystus Pan, tak również dał nam jeden skarbiec sakramentów, czyli znaków udzielających łaski. W ciągu wieków poza sakramentami ustanowionymi przez Chrystusa Pana Kościół innych sakramentów nie ustanowił ani też ustanowić nie mógł, gdyż, jak poucza Sobór Trydencki (Conc. Trid. Sess. VII, can. I, de Sacram. in genere) siedem sakramentów Nowego Zakonu pokrywa się całkowicie z liczbą siedmiu sakramentów ustanowionych przez Chrystusa Pana, a władza Kościoła nie sięga istoty sakramentów, tj. tego, co w znaku sakramentalnym, w świetle źródeł boskiego objawienia, pochodzi z ustanowienia Chrystusa.” (Pius XII, Konstytucja apostolska „Sacramentum Ordinis”, o święceniach diakońskich, kapłańskich i biskupich, 30.11.1947).

Prawo Kanoniczne przecież stwierdza w kan. 207, że szafarzami są duchowni, czyli kapłani. Żaden kapłan ani biskup, ani nawet sam papież nie ma władzy nad istotą sakramentów. Więc nie może dowolnie „wyświęcić” sobie świeckich do czynności kapłańskich. Nie ma takiej mocy. Już Św. Doktor Kościoła Piotr Damiani, walczący z sodomią w szeregach duchowieństwa, stwierdzał istnienie sfałszowanych kanonów, tworzonych by oszukać duchowieństwo i wiernych i aby usprawiedliwić grzech. Jednak tworzenie fałszywych kanonów, jak pozwolenie na „święcenie” świeckich szafarzy, jest fałszywe, nieważne z punktu widzenia prawa kościelnego i nie ma żadnej mocy prawnej. Kościół nie ma mocy sakramentalnych czynności oddać świeckim a jeśli to czyni, nadużywa władzy i profanuje sakramenty.

Biskupi i kardynałowie pozwalający na takie nadużycia nie mogą się powoływać na posłuszeństwo, ponieważ Prawo Kanoniczne Kan. 750 stanowi:

„Wiarą boską i katolicką należy wierzyć w to wszystko co jest zawarte w słowie Bożym, pisanym lub przekazanym, a więc w jednym depozycie wiary powierzonym Kościołowi i co równocześnie jako przez Boga objawione podaje do wierzenia Nauczycielski Urząd Kościoła, czy to w uroczystym orzeczeniu, czy też w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu; co mianowicie ujawnia się we wspólnym uznaniu wiernych pod kierownictwem świętego Urzędu Nauczycielskiego. Wszyscy więc obowiązani są unikać doktryn temu przeciwnych.”

Katolicy mają obowiązek wierzyć w zwyczajne nauczanie Kościoła, które „ujawnia się we wspólnym uznaniu wiernych”. Czyli w powszechności uznania przez cały Kościół i obecnie, i w historii. Nigdy w Kościele szafowanie sakramentami przez wiernych świeckich nie było powszechnie przyjęte. Było oznaką herezji i niewiary w sakramentalne kapłaństwo. Świeccy szafarze nie będą nigdy przyjęci przez „wspólne uznanie wiernych”, i żadna władza kościelna nie ma prawa takiego uznania wymagać. Wprowadzanie szafarzy świeckich nie podlega obowiązkowi wiary i uznania, bo jest nowością wprowadzaną brutalnie, wymuszaną na wiernych przez hierarchię. Powoduje rozłamy, zgorszenie, zamieszanie wśród wiernych. Nic, co wnosi zgorszenie, rozbija Kościół nie jest katolickie. Nie jest powszechne, nie jest ani sprawiedliwe ani słuszne. Jest antykatolickie.

Dlatego my wierni Kościoła Katolickiego w Polsce zwracamy się do Dykasterii ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ze skargą i oskarżeniem:

Oskarżamy i żądamy ukarania polskiego Episkopatu za nieważne i niezgodne z Tradycją Kościoła „wyświęcanie” świeckich do szafowania sakramentów w Polskim Kościele i powodowania wielkiego zgorszenia wiernych tą praktyką.

Oskarżamy polski Episkopat za brutalne niszczenie w ciągu ostatnich trzech lat obyczaju polskiego chronionego prawem kanonicznym przyjmowania Komunii Świętej na kolanach i do ust i tylko od kapłanów. Zgorszenie i zniszczenie wnosi wymuszanie i wprowadzanie praktyki dawania Komunii Świętej do rąk wiernym. W Polsce nigdy nie było takiej praktyki ani obyczaju. Jest on wprowadzany brutalnie, z pogwałceniem wszelkich kościelnych ustaw. Zwyczaj bowiem ponad stuletni i niepamiętny ma moc przeważyć nad nowymi ustawami.

Zaskarżamy abp Grzegorza Rysia, ordynariusza łódzkiego o niszczenie sakramentalnego kapłaństwa przez nieważne i niezgodne z nauką Kościoła „wyświęcenie” świeckich a zwłaszcza kobiet do posługi szafowania sakramentów.

Nie zgadzamy się na wymuszanie na nas zmian w polskiej obyczajowości i kulturze katolickiej. Wprowadzenie kobiet jako służby ołtarza i szafarek to zaprowadzenie w Kościele w Polsce pogaństwa. To praktyki nawiązujące do pogańskiego nierządu sakralnego. Nie ma prawa żadna władza kościelna zmuszać zwłaszcza kobiet i dzieci do patrzenia na praktyki rodem z pogańskich świątyń, gdzie kobiety uprawiały sakralną prostytucję.

Praktyka zaprowadzona w łódzkim Kościele przez abp Rysia to jak zmuszanie cnotliwych i czystych matek, dziewic, małżonek do akceptacji i zachwycania się ideą, że parafialny burdel to cnotliwa i potrzebna rzecz. Zmiany wprowadzone w kulcie przez łódzkiego ordynariusza są dokładnie takim samym moralnym gwałtem wobec wiernych świeckich, jak ta sytuacja. Żądamy ukarania abp Rysia i zdjęcia gorszyciela z urzędu.

Żądamy zaprzestania niszczenia tysiącletnich katolickich obyczajów w Polsce!

Non possumus!

Na uzasadnienie naszego oskarżenia, w obronie kościelnego prawa, przeciwko fałszowaniu ustaw Kościelnych przytaczamy dokumenty Soborów i Synodów Kościoła, które dogmatycznie wypowiadały się na ten temat:

Kan 212 Kodeksu Prawa Kanonicznego:

§ 2. Wierni mają prawo, by przedstawiać pasterzom Kościoła swoje potrzeby, zwłaszcza duchowe, jak również swoje życzenia.

§ 3. Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadają, przysługuje im prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swojego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra Kościoła, oraz – zachowując nienaruszalność wiary i obyczajów, szacunek wobec pasterzy, biorąc pod uwagę wspólny pożytek i godność osoby – podawania go do wiadomości innym wiernym.

Już papież Soter w 173 roku surowo skarcił kobietę, diakonisę, że śmiała dotknąć (!) naczynia liturgiczne. (Liber pontificalis).

ConstApost VIII 28, 6

Diakonisa nie błogosławi, ani nie spełnia żadnych czynności sprawowanych przez kapłanów lub diakonów, lecz strzeże drzwi i ze względu na obyczajność asystuje kapłanom przy chrzcie kobiet.

Synod w Nimes (1 października 396): „Niektórzy także zasugerowali, iż wydaje się, że potajemnie wbrew dyscyplinie apostolskiej, aż do tego czasu dopuszcza się kobiety do posługiwania jako diakonisy, na co jednak ponieważ jest niestosowne, nie zezwala dyscyplina kościelna i takie święcenia, uczynione wbrew zasadzie, mają być unieważnione: należy zadbać o to, aby nikt nie ważył się na to w przyszłości”.

Orange, 8 listopada 441: By nie ustanawiać diakonis. Diakonis w żadnym wypadku nie należy ustanawiać.

Synod w Galii, ok 475-485 kan 41: Kobieta niech nie waży się chrzcić.

Synod w Orleanie III z 7 maja 538r: 18. Postanowiliśmy także, by na przyszłość żadnej kobiecie nie udzielać błogosławieństwa diakonatu ze względu na ułomność tego stanu.

Laodycea we Frygii, koniec IV wieku. „Kobietom zakazujemy wchodzenia do prezbiterium” kan 44.

Synod w Braga, rok 572, rozdz. 42: Niech nie wolno kobietom wchodzić do prezbiterium.

Synod w Auxerre rok ok 585, Kan 36-37: Nie wolno kobiecie przyjmować Eucharystii gołą ręką. Nie wolno kobiecie dotykać ręką korporału.

Synod w Rzymie, rok 494, Dekret ogólny papieża Gelazego. 11 marca 494 r: O kobietach, aby nie służyły przy świętych ołtarzach, to jest o takich, które domagają się tego, co jest przypisane mężczyznom.

„Usłyszeliśmy, że doszło do takiego lekceważenia praw Bożych, że pozwala się kobietom służyć przy świętym ołtarzu, i na to wszystko, co przeznaczone jest tylko służbie mężczyzn, wydano zgodę płci, której to nie przystoi. Chyba że cała wina, całe oskarżenie, i zbrodnia tych wszystkich przewinień, o których się dowiedzieliśmy, odnosi się do kapłanów, którzy na to pozwolili albo nie pozwalając, okazali, że publicznie tym występkom sprzyjają.

Jeśli jednak stało się to po otrzymaniu słowa od kapłanów, którzy wyznaczony sobie obowiązek w Kościele tak starają się zniszczyć, że chyląc się do tego co przewrotne i pogańskie, bez żadnego baczenia na chrześcijańskie zasady idą ku upadkowi.

Skoro napisano: Kto gardzi tym, co małe, szybko upadnie (Syr 19,1), co należy sądzić o tych, którzy zajęci ogromnymi i wieloma ciężarami niegodziwości, wieloma uderzeniami spowodowali wielkie spustoszenie, które jak się wydaje, nie tylko ich samych niszczy, ale wniesie do wszystkich Kościołów śmiertelną chorobę, jeśli nie znajdzie się na nią lekarstwo. Niech nie wątpią ci, którzy odważyli się na takie rzeczy, oraz ci, którzy przemilczeli te pomysły, że podlegają karze na własnym urzędzie, jeśli nie pospieszą się, aby odpowiednim lekarstwem leczyć śmiertelne rany. I jak mają zachowywać prawa biskupie ci, którzy ukrywają to, co się stało, a w domu Bożym, któremu przewodzą, działy się rzeczy przeciwne Kościołowi? Jak mogą być ludźmi Bożymi, jeśli nie tylko nie dbają o to, co przystoi, ale tylko patrzą na to, co mogą zyskać, i jak przeklęci idą za tym, co przeciwne. Dlatego większa jest zasada, którą powinny kierować się Kościoły i gdy cokolwiek dzieje się niezgodnego z zasadami Kościoła, każdy z biskupów winien zachować w pieczy znane mu kanony. A gdyby nie miał odpowiedniej wiedzy, powinien ufnie zasięgnąć rady, aby raczej nie było wymówki dla nieświadomych, że nie wiedząc, chciałby służyć temu, czego nie znał, i w ignorancji nie zatroszczył się o to, żeby wiedzieć, co ma robić.”

Na podstawie tych prawdziwych kanonów:

Żądamy jako wierni respektowania naszych obyczajów katolickich w Polsce.

Żądamy ukarania przez usunięcie z urzędu abp Rysia, który jest niszczycielem naszej Świętej Wiary, zwłaszcza małych dzieci w Polsce, a także niszczycielem sakramentalnego kapłaństwa, i polskich obyczajów katolickich.

Żądamy przywołania do porządku i upomnienia Episkopatu Polski, który gorszy świeckich wiernych i chyba w oczekiwaniu na watykańskie urzędy, niszczy katolicyzm w Polsce.

Niżej podpisani wierni katolicy polscy:

https://citizengo.org/pl/210969-oskarzenie-abp-grzegorza-rysia-o-niszczenie-obyczaju-kaplanstwa-i-kosciola-w-polsce

================================

mail:

Zgodnie z wielowiekową tradycją hierarcha, jak by uczynili jego liczni poprzednicy, wsadzi to pismo do szafy i nie raczy odpowiedzieć. Watykan ma doświadczenie z kreowaniem rozłamów w Kościele – w tym jest mistrzem, ale potem zawsze umywa ręce.

a

Podległość na własne życzenie

Podległość na własne życzenie

Arkadiusz Miksa myslpolska

Po otwarciu amerykańskiej bazy w Redzikowie szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, stwierdził, w jednym z wywiadów, że „amerykańska baza zostanie już na polskiej ziemi na zawsze”.

Pomijając aspekt tego komu ona do czego służy, to tak sobie myślę, że gdyby oni czuli choć niewielką presję społeczną, to przynajmniej rzuciłby tekst, że ta baza będzie u nas tak długo jak długo będzie to w polskim interesie. Minister jednak wie, że w tym wypadku można być szczerym do bólu, bo Polacy i tak się głębiej nie zastanowią nad tym co im właśnie zakomunikował. Kilka dni wcześniej kandydat na prezydenta i prezydent stolicy Polski pochwalił się, że ona ma bardzo dobre relacje zarówno z Demokratami jak i Republikanami, ponieważ od obu amerykańskich ugrupowań brał pieniądze na organizacje Campus Polska.

Przypomnijmy że cały ten Campus powstał rzekomo dla budowania nowej jakości w polskiej polityce w oparciu o młode pokolenie. Czyli uczymy tych młodych ludzi już na starcie, że politykę najlepiej robić za obce pieniądze. I brzmi to nawet fajnie, po co wydawać własne jak można cudze. Problem polega na tym, że obcy to nie są Święci Mikołaje, którzy dają kasę, bo mają jej dużo. Dają tylko dlatego, że traktują je jak dobrą inwestycję. Z każdego włożonego dolara czy Jewro zamierzają wycisnąć z Polski sto. Państwo osłabić, ludzi zdemoralizować i podporządkować. Bawełny nie będą zbierać, ale ogarnie im się podobne zajęcie i równie „dobrze” płatne.

Rywalem Trzaskowskiego w ubieganiu się o fotel prezydenta RP jest Radek Sikorski, taki właściwie pół Polak, pół Anglik z żoną Żydówką i synem żołnierzem armii USA. Z drugiej strony są też przecież pozytywy – u nas tylko kolejne żony prezydentów to Żydówki, natomiast na takiej Ukrainie kolejni prezydenci są żydowskiego pochodzenia. Ktoś powie, że się czepiam i trąci to co mówię antysemityzmem. Ja tymczasem powiem tak, gdyby w Polsce czy na Ukrainie mniejszość żydowska stanowiła 25-30 procent ogółu obywateli, to z pewnością bym się nie dziwił, ale u nas oficjalnie jest ich kilka tysięcy, a na Ukrainie 40 tys., czyli też stosunkowo niedużo w porównaniu do liczby ludności. Swoją drogą to obecny skład polskiego parlamentu posiada największy odsetek tej mniejszości od czasów II RP, jest ich tak dużo, że nie tylko obstawili wszystkie partie, ale jeszcze potrafią mieć w ramach jednej partii dwie zwalczające się frakcje.

Na deser zostawiam Fundację Pułaskiego, której eksperci brylują w mediach głównego ścieku a lista amerykańskich i niemieckich sponsorów tej fundacji: Black Sea Trust for Regional Cooperation

Departament Stanu USA

Fundacja Friedricha Eberta

Fundacja Liderzy Przemian

Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej

Fundacja Heinricha Bolla

Fundacja Konrada Adenauera

NATO Public Diplomacy

Open Society Foundations (Fundacja Sorosa)

Airbus

BAE Systems

Bell Helicopter

Boeing

Eurofighter

General Dynamics

Google

Lockheed Martin

Siemens AMIC Energy

Thyssenkrupp

Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa

I teraz pomyślmy – czy wypowiadając się w programach publicystycznych na temat wojny na Ukrainie, wojny w Polsce, wojny Polski z Rosją czy na tematy dotyczące bezpieczeństwa energetycznego ci eksperci na garnuszku tych wszystkich instytucji będą mówić prawdę? Czy będą z troską mówić o polskiej racji stanu czy raczej o interesach instytucji i firm, które im płacą?

Wracając do tej bazy i wyborów prezydenckich oraz ich wyniku, który w sumie już znamy, to czy w ogóle jest sens robić te wybory? Czy może nie byłoby lepiej poprosić o wyznaczenie jakiegoś amerykańskiego gubernatora w Warszawie i dla równowagi premiera landu we Wrocławiu. Dziś chętnie mówi się o narzuconej nam dominacji ZSRR po drugiej wojnie światowej. Ona rzeczywiście była, tyle że z każdą dekadą coraz mniejsza i nam narzucona, tymczasem teraz sami akceptujemy coraz większą naszą zależność i podległość względem USA, Niemiec i Izraela. Gdyby tak w czasach PRL-u syn Gomułki czy Jaruzelskiego służył w Armii Radzieckiej, to dziś cały ten POPiS ciągle by to podnosił i mówił – patrzcie te pachołki Moskwy posyłały własne dzieci na służbę wojskową u obcego. Dziś taka sytuacja to właściwe atut świadczący o głębokiej zażyłości z zamorskim protektorem. Trwają wręcz wyścigi o to kto jest większym pacholęciem, sługusem i wazeliniarzem w jednym. Za grosz honoru, za grosz ambicji. Pustka moralna, skarlenie intelektualne, pogłębiająca się degeneracja małość, miałkość i bylejakość.

Nawet do poziomu sytuacji politycznej w państwie postanowiła dorównać reprezentacja Polski w piłce nożnej, tak jakby piłkarze chcieli nam powiedzieć, że skoro oni wstydu i ambicji nie mają, to i my nie musimy ich mieć. Mimo tego co robią ciągle ich wybieracie, a mimo tego jak gramy ciągle kupujecie bilety i oglądacie mecze z nami. Tam się łudzicie i tu się łudzicie. Życie samym mirażem jak widać wam w zupełności wystarczy.

Arkadiusz Miksa

Kolejne fale grabienia Polaków

Kolejne fale grabienia Polaków Autor: AlterCabrio , 20 listopada 2024

To, co uważaliśmy za elitę narodu i państwa, okazało się elitką kompradorską. Beton partyjny dogadał się z globalnym kapitałem, czyli rosnącym w siłę Światowym Mózgiem, dokooptował wybrane postaci z tzw. demokratycznej opozycji, razem założyli w Magdalence Lożę Okrągłego Stołu, i w najlepsze zarządzają Polską do dziś, czyli do jesieni 2024 r. Plan Balcerowicza, a właściwie Geoffreya Sachsa, a właściwie Światowego Mózgu był świetny i zdał egzamin. Udało się cofnąć Polskę w historii industrializacji, przejąć jej zasoby, infrastrukturę i bazę produkcyjną, zawłaszczyć kapitały, zniszczyć niepożądaną konkurencję, wprowadzić systemy wrogów, dokonujące dalszej eksploatacji. A nade wszystko, ukraść i zniszczyć ludzi – emigrantów zarobkowych, zniszczonych bezrobociem strukturalnym, rozpitych, źle wychowanych, zdemoralizowanych, zniszczonych wyzyskiem i nadmierną pracą, nienarodzonych. Długofalowe skutki demograficzne i społeczne będą porównywalne ze skutkami II Wojny. Przemiany ustrojowe po 1989 r. okazały się kolejną wielką falą grabieży Polaków.

−∗−

Kolejne fale grabienia Polaków

Prezentujemy kolejny fragment „Poradnika świadomego narodu”, który już niebawem ukaże się w ramach naszej działalności. Prosimy cierpliwie wyglądać, całość już niedługo.

Obecne dążenia gnostyckich elit globalno – unijnych dążą do kolejnej fali masowego rabunku majątku narodowego, który jeszcze pozostał, oraz prywatnej własności. Warto sobie jednak uzmysłowić, że obecne dążenie nie jest bynajmniej pierwszym – podobne zdarzały się cyklicznie w najnowszej historii, a raczej zostały urządzone. Cofniemy się w przeszłość niedaleko – zaledwie niecałe stulecie, gdy zlikwidowano niepodległość państwa i wolność narodu polskiego. Fale grabieży przechodziły oczywiście już wcześniej, choćby podczas zaborów, lecz to przekracza rozmiary niniejszego poradnika.

Pierwszą współczesną falą grabieży Polaków od czasu odzyskania niepodległości była Wielka Depresja, wywołana przez globalny kapitał, rządzący wówczas Anglosasami, a dziś pretendujący do władzy globalnej. Wywołana wówczas fala bankructw poprzedzona została rozkręceniem sztucznej prosperity, sztucznym napompowaniem walorów giełdowych, skuszeniem społeczeństwa amerykańskiego wizją łatwych, krociowych zysków, wpuszczeniem w bańkę spekulacyjną, pęknięciem bańki, wykupem majątków po ułamku wartości. Fala rozlała się na cały świat, poza sowietami, które wówczas posłużyły jako rynek zbytu dla amerykańskiego przemysłu. W efekcie ci, co mieli środki i wiedzę, wzmocnili swoja potęgę i kontrolę nad otoczeniem, ci, co wcześniej byli niezależni, stali się zależni, w Niemczech zwyciężyli naziści, finansowani przez kapitał, a w USA do władzy doszedł Roosevelt wraz ze swoim Brain Trust – radą przyboczną, która podyktowała New Deal – Nowy Ład, prototyp obecnego projektu nowego porządku światowego, czyli Zrównoważonego Rozwoju. Dzięki nazistom niemieckim i Stalinowi globalne siły tak poukładały sprawy, że doszło do II Wojny Światowej, która podzieliła Świat i Europę na dwa wrogie obozy. Przy okazji w ramach Wielkiej Depresji oraz reakcji na nią możliwe były potężne mechanizmy, przesuwające własność prywatną od ludzi do kapitału. Polska i Polacy również odczuli to boleśnie.

Czytaj też: Polska czerwonym suknem

Drugą falą, jak dotąd największą była II Wojna Światowa. Polaków ograbiono na wszelkie dostępne sposoby: zniszczenia wojenne, wysiedlenia, wywózki, wywłaszczenie, kolonizacja, pozbawienie wolności, eksterminacja, praca niewolnicza, rabunek, szaber, przesunięcia granic. Rabunek na ogromną skalę dotknął w najgorszy sposób Polski, zaatakowanej przez dwie największe armie świata, i dwa najbardziej zjadliwe totalitaryzmy, wywodzące się z tego samego pnia – zorientowanej talmudycznie gnozy. Zagrabiono nam ziemie, bogactwa, infrastrukturę, pieniądze, zdolności produkcyjne, a nade wszystko ludzi – zabitych, okaleczonych, wywiezionych, uwięzionych, zniszczonych moralnie i mentalnie, emigrantów, nienarodzonych.

Po zakończeniu wojny natychmiast zaczęła się odbudowa życia polskiego. Polacy z wielkim zapałem i zaangażowaniem rzucili się do odgruzowywania, odbudowy i zagospodarowania swojego kraju. Wtedy nastąpiła kolejna fala grabieży – począwszy od dekretu Bieruta 1945, potem kolejno bitwa o handel 1947 – 1949, upaństwowienie środków produkcji, reforma walutowa 1950, próba kolektywizacji rolnictwa, obowiązkowe kontyngenty. Wtedy w ciągu kilku lat władza ludowa, wprowadzona przez sowietów za przyzwoleniem kapitalistów odebrała Polakom dużą część tego, co jeszcze zachowali po wojnie, i co zaczęli odtwarzać.

Następną falą była cała historia PRL, czyli gospodarka socjalistyczna, centralnie planowana, kolonialna, zarządzana przez metropolię moskiewską. Gospodarka niedoborów, ciągłych kryzysów, braków w zaopatrzeniu i brakoróbstwa. Socjalistyczny system nie motywował, ale zmuszał do pracy, pod oficjalnie opiewanym etosem i szacunkiem dla pracujących kryła się pogarda pasożytniczych elit dla zwykłego człowieka pracy. Człowiek ten był oszukiwany, wyzyskiwany, wykorzystywany, ograbiany, demoralizowany, rozpijany, zmuszany do kombinatorstwa i złodziejstwa, oduczany wydajnej pracy, nauczany bumelanctwa. Wtedy jednak głównym grabieżcą był system zarządzania PRL, i duża część zagrabionej pracy narodu była reinwestowana w ramach uprzemysłowienia kraju. Zwykły człowiek niewiele korzystał z owoców wzrostu, ale powstawała krajowa infrastruktura i baza produkcyjna. Mimo, że była zwykle nieefektywna i niekonkurencyjna, to przy sprawnym zarządzaniu i właściwym inwestowaniu mogła w krótkim czasie uczynić Polskę potęgą gospodarczą, a Polaków narodem ludzi bogatych. Naszymi atutami były (i nadal są) położenie geograficzne, bogactwa naturalne, jednolitość etniczna i baza kulturowa. Wszystkie niedociągnięcia i patologie PRL można było usunąć w ciągu 30 lat i stać się potęgą na skalę Eurazji. Wymagało to jednak odpowiedniej elity i właściwego programu sterowania.

To jednak nie było nam dane. To, co uważaliśmy za elitę narodu i państwa, okazało się elitką kompradorską. Beton partyjny dogadał się z globalnym kapitałem, czyli rosnącym w siłę Światowym Mózgiem, dokooptował wybrane postaci z tzw. demokratycznej opozycji, razem założyli w Magdalence Lożę Okrągłego Stołu, i w najlepsze zarządzają Polską do dziś, czyli do jesieni 2024 r. Plan Balcerowicza, a właściwie Geoffreya Sachsa, a właściwie Światowego Mózgu był świetny i zdał egzamin. Udało się cofnąć Polskę w historii industrializacji, przejąć jej zasoby, infrastrukturę i bazę produkcyjną, zawłaszczyć kapitały, zniszczyć niepożądaną konkurencję, wprowadzić systemy wrogów, dokonujące dalszej eksploatacji. A nade wszystko, ukraść i zniszczyć ludzi – emigrantów zarobkowych, zniszczonych bezrobociem strukturalnym, rozpitych, źle wychowanych, zdemoralizowanych, zniszczonych wyzyskiem i nadmierną pracą, nienarodzonych. Długofalowe skutki demograficzne i społeczne będą porównywalne ze skutkami II Wojny. Przemiany ustrojowe po 1989 r. okazały się kolejną wielką falą grabieży Polaków.

Potem jednak wydało nam się, że znowu łapiemy wiatr w żagle. Zostaliśmy dopuszczeni do Unii i globalnych układów. Swojej polskiej siermięgi nie lubiliśmy tak bardzo, że bez specjalnego żalu oddaliśmy naszą własną gospodarkę narodową, byle mieć dostęp do kolorowych świecidełek, hipermarketów, wyjazdów zagranicznych, samochodów z importu, kredytów od globalnych bankierów. Wszystko to uznaliśmy za wielką łaskę bogaczy z Zachodu, dzielących się z nami swoim bogactwem. Pod wpływem pedagogiki wstydu myśleliśmy, że jesteśmy bardzo mało warci jako państwo, naród i jednostki. Zgodziliśmy się na upodlenie, aby móc ogryzać kości pod pańskim stołem i polerować klamki w antyszambrze.

Bogacze z Zachodu, używając swoich przekupnych agentów w Polsce utwierdzali nas w dezinformacji. Przedstawili nam ofertę – łaskawie zaprosili nas do swojego klubu, w którym grali sobie w kulturalną, przyjacielską grę w karty. Ponieważ byliśmy w łachmanach, łaskawie zaoferowali nam używane, ale mało znoszone liberie po swoich lokajach. Dopuścili nas do gry, której zasad nie znaliśmy, ale klepali nas po plecach, uśmiechali się bardzo ładnie, mówili komplementy i zapewniali, że teraz wszyscy będziemy równie i solidarni. Po pewnym czasie zorientowaliśmy się, że siedzimy przy karcianym stoliku z szajką szulerów, doskonale dogadanych i znających grę. My natomiast zupełnie nie znamy jej zasad, a musimy grać o cały swój majątek i wolność osobistą. Jesteśmy również tak zdezorientowani, że nie wiemy, jak możemy zmienić reguły gry, a liberia zobowiązuje nas do posług. Okazało się, że to nie oni zrobili nam łaskę, dopuszczając do swego ekskluzywnego klubu, ale to my im, wpuszczając ich do naszego pięknego kraju i pozwalając, aby przejęli w nim wpływy. Cały czas, spędzony w Unii Europejskiej był i nadal jest kolejną falą grabieży, tyle, że ukrywanej za dotacjami unijnymi i kredytami, pochodzącymi z naszego zagrabionego bogactwa.

Czytaj i rozpowszechniaj: Poradnik świadomych rodziców. Całość do pobrania.

Teraz zaś szykuje się kolejna, wielka fala grabieży Polaków, i nie tylko nas, bo w ogóle wszystkich narodów, które sobie na to pozwolą. Symbolicznym wstępem do tej fali była polityka energetyczna, system ETS, reakcja na globalne morowe powietrze, wszystkie programy pod hasłem zielonej transformacji, i w ogóle wszelkie polityki globalne i unijne. Główne hasło globalnej grabieży własności narodowej i prywatnej brzmi: Zrównoważony Rozwój, i póki co, kolejne rządy warszawskie wchodzą w to jak nóż w masło.

W odróżnieniu jednak od fal grabieży sprzed 1989 r., tu przynajmniej mamy wybór. W ramach narodu i państwa mamy możliwości uniknąć grabieży, a siłę sprawczą ma państwo polskie, na czele którego stoi rząd. Został jednak stworzony układ polityczny i system dezinformacji i debilizacji, sprawiający, że Polacy nie zdają sobie sprawy z kwestii fundamentalnych. Brak jest świadomości następujących kwestii: zagraża nam grabież wszystkiego; zagrożenie jest realne i bliskie; można się przed tym obronić; należy podjąć określone środki. Skoro od świadomości zależy, czy Polacy unikną kolejnego potopu, tym właśnie się tu zajmujemy.

_______________

Kolejne fale grabienia Polaków, Bartosz Kopczyński, 20 listopada 2024

Masowa imigracja zarobkowa rujnuje europejskie gospodarki. Polska następna?

Masowa imigracja zarobkowa rujnuje europejskie gospodarki. Polska następna?

https://pch24.pl/masowa-imigracja-zarobkowa-rujnuje-europejskie-gospodarki-polska-nastepna

(PCh24.pl)

Rząd Wielkiej Brytanii właśnie ujawnił, że masowa imigracja zarobkowa poważnie osłabia brytyjską gospodarkę. Wiadomość ta wstrząsnęła brytyjskimi mediami. Bo przecież od lat wmawiano Brytyjczykom, że masowy napływ imigrantów zarobkowych wzmacnia gospodarkę. Niestety nie było to prawdą – wręcz odwrotnie. Dane z wielu krajów Unii Europejskiej pokazują to samo. Jest już także jasne, że straty przynoszą głównie imigranci z Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki. Tymczasem do Polski przyjeżdżają setki tysięcy imigrantów zarobkowych rocznie. Coraz częściej to przybysze z takich krajów jak Indie, Turcja, Bangladesz czy Zimbabwe. Co więcej, polscy eksperci apelują o dalsze zwiększenie imigracji zarobkowej do naszego kraju.

Ale jak to możliwe?

„Masowa imigracja nisko zarabiających imigrantów to finansowa katastrofa dla Wielkiej Brytanii”. Tak ogłosiła jedna z najpopularniejszych brytyjskich gazet, oceniając wyniki najnowszego rządowego raportu o stanie finansów publicznych w Wielkiej Brytanii. Podobną wiadomość otrzymali czytelnicy większości gazet w Zjednoczonym Królestwie.

Ale jak to możliwe? Przecież od lat mainstreamowi eksperci zapewniali, że masowy import taniej siły roboczej napędza brytyjską gospodarkę. Napędza, nie rujnuje. Otóż po raz pierwszy rządowi analitycy podzielili imigrantów zarobkowych na wysoko, średnio i nisko zarabiających. I nagle wyszło na jaw, że nisko zarabiający imigranci, to same straty – i to niemałe. Nie pomaga fakt, że tania siła robocza to większość imigracji do Wielkiej Brytanii.

Pieniądze nie kłamią

Więc skąd te straty? Proste. Każdy nisko zarabiający imigrant pobiera więcej z rządowej kasy, niż wpłaca do niej w postaci podatków. Dane także pokazują, że ten typ imigranta przynosi straty brytyjskiej gospodarce już od pierwszego dnia swojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Koszty te niestety szybko rosną.

Tak więc pierwsze dziesięć lat pobytu każdego nisko zarabiającego imigranta w Zjednoczonym Królestwie kosztuje Brytyjczyków 35 tysięcy funtów. Koszt ten wynosi już 150 tysięcy funtów, w czasie gdy taki imigrant osiągnie wiek 66 lat (wiek emerytalny). Tak, imigranci też się starzeją (i pobierają emerytury) – co często wydaje się zaskakiwać zwolenników masowej imigracji.  

A ile kosztuje utrzymanie każdego imigranta, który przed pójściem na emeryturę nie wpłacił wystarczająco w postaci podatków? Niemało – mianowicie 387 tysięcy funtów do czasu kiedy taki imigrant osiągnie 78 lat i 465 tysięcy funtów w wieku 81 lat. Jeśli imigrant dożyje do lat 100, Brytyjczycy zapłacą na jego utrzymanie 1.2 miliona funtów. 

Warto tutaj dodać, że każda przeciętna osoba urodzona w Wielkiej Brytanii wpłaca do rządowej kasy 280 tysięcy funtów przed przejściem na emeryturę w wieku 66 lat. Wpłaca, nie pobiera – nawet biorąc pod uwagę pieniądze wydane przez państwo na zdrowie i wykształcenie każdego rodowitego Brytyjczyka, zanim podejmie on pracę.

Jak „zgubić” tysiące ludzi w Wielkiej Brytanii

Czy ten rządowy raport rzeczywiście ujawnił prawdziwy koszt masowej imigracji? Niestety, nie. Bowiem z każdym przeciętnym nisko zarabiającym imigrantem przyjeżdża do Wielkiej Brytanii przynajmniej jedna osoba zależna. Osobami zależnymi mogą być żona, mąż, dzieci lub partner z nieformalnego związku. Osoby zależne to często osoby niepracujące, które otrzymują pomoc finansową ze strony państwa.

Rządowi biurokraci niestety „zapomnieli” uwzględnić w swoim raporcie koszty utrzymania osób zależnych. A jest tych osób niemało, zważywszy, że do Wielkiej Brytanii przyjeżdża więcej osób zależnych niż osób na wizach pracowniczych (stosunek nisko zarabiających imigrantów do osób zależnych wynosi 1 do 1.45). Na przykład w 2023 r. do Zjednoczonego Królestwa przybyło na wizach pracowniczych około 122 tysiące nisko zarabiających imigrantów. Z tymi imigrantami przyjechało 185 tysięcy osób zależnych – te osoby rząd brytyjski w większości pominął w swoim raporcie.

Co jeszcze rząd brytyjski ukrył przed swoimi obywatelami? Tysiące dzieci. Innymi słowy, rządowy raport nie wziął pod uwagę kosztów utrzymania (przez państwo) dzieci imigrantów – tych urodzonych już w Wielkiej Brytanii. Najwyraźniej rządowi biurokraci uważają, że imigranci nie rodzą dzieci. W rzeczywistości imigranci nie tylko rodzą dzieci, ale często rodzą ich znacznie więcej niż rdzenni mieszkańcy Europy Zachodniej. Najwięcej dzieci rodzą kobiety z Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki – co jest nie bez znaczenia, biorąc pod uwagę, że ponad 85 proc. nisko zarabiających imigrantów przyjeżdża z Indii, Nigerii, Zimbabwe, Ghany, Pakistanu, Bangladeszu, Filipin, Sri Lanki, Kenii i Południowej Afryki.

Ale to nie wszystko. Aby ukryć prawdziwy koszt masowej imigracji, rząd brytyjski przestał już publikować dane, pokazujące, które narodowości przebywające w Wielkiej Brytanii pobierają najwięcej zasiłków z pomocy społecznej. Odmawiany jest także dostęp do informacji o wysokości podatków płaconych przez każdą grupę narodowościową w Zjednoczonym Królestwie. Rząd brytyjski także twierdzi, że nie zbiera informacji o narodowości i statusie imigracyjnym więźniów.

Legalna imigracja – gorsza od nielegalnej

W 2023 r. do Wielkiej Brytanii przybyło około 30 tysięcy nielegalnych imigrantów – głównie na małych łódkach przez kanał La Manche. W tym samym roku Zjednoczone Królestwo wpuściło około 1.1 miliona legalnych imigrantów spoza EU.

Niestety tylko 15 proc. z kilku milionów legalnych imigrantów, którzy przybyli do Wielkiej Brytanii spoza UE w ostatnich 5 latach, przyjechało do pracy. A ci, którzy pracują, przynoszą w większości poważne straty brytyjskiej gospodarce.  

Tak, 30 tysięcy głównie młodych mężczyzn wkraczających nielegalnie do twojego kraju to duży problem. Ale ten problem, niewątpliwie, maleje w porównaniu z corocznym napływem ponad miliona imigrantów, którzy całkowicie legalnie rujnują krajową gospodarkę.

Nie lepiej jest w krajach Unii Europejskiej

Niestety masowa imigracja to także katastrofa finansowa dla reszty Europy Zachodniej. Dane z Niderlandów, Belgii, Danii i Szwecji pokazują, że kraje te tracą miliardy euro każdego roku wskutek masowego importu taniej siły roboczej. Inne kraje Unii Europejskiej, niewątpliwie, ponoszą podobne straty.

Najwięcej kosztują imigranci z Bliskiego Wschodu, Afryki, Pakistanu i Turcji. Ci imigranci sprawiają także najwięcej problemów z integracją – oraz popełniają relatywnie więcej przestępstw niż rdzenni obywatele Europy Zachodniej. Tak, masy imigrantów to także masa innych problemów.

Przyszedł czas na Polskę?

Polska ma zacząć przyjmować od 200 tysięcy do 500 tysięcy imigrantów zarobkowych rocznie. Takie są zalecenia ZUS i wielu wpływowych organizacji w Polsce. ZUS już oszacował potrzeby polskiej gospodarki na 200 tysięcy do 360 tysięcy nowych pracowników z zagranicy co rok. Inni apelują o jeszcze więcej. Konfederacja Lewiatan chce do 400 tysięcy cudzoziemców każdego roku, podczas gdy eksperci z EWL Group domagają się wpuszczania do Polski nawet 500 tysięcy imigrantów zarobkowych rok w rok.

A jak ci eksperci uzasadniają ściąganie tak dużych liczb imigrantów do Polski? Jednoznacznie – że masowa imigracja zarobkowa jest receptą na silną gospodarkę i zdrowy system ubezpieczeń społecznych. Ale skąd ta pewność? Bo przecież dane z Europy Zachodniej jasno pokazują, że masowy napływ nisko zarabiających imigrantów zarobkowych osłabia raczej niż wzmacnia krajowe gospodarki. Wiadomo już także, że straty przynoszą głównie imigranci spoza UE.

Nie jest też tajemnicą, że duża część corocznej imigracji zarobkowej do Polski ma przyjechać właśnie spoza UE. Naturalnie wielu takich imigrantów będzie miało niskie kwalifikacje. Będą więc zarabiać relatywnie mało i płacić relatywnie niskie podatki. Już dzisiaj wiele sektorów polskiej gospodarki jest uzależnionych od nisko wykwalifikowanej siły roboczej z Indii, Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki.

Warto więc chyba zapytać, czy uzależnienie od masowej imigracji zarobkowej jest naprawdę korzystne dla polskiej gospodarki – czy może tylko dla garstki przedsiębiorców? Zyski z zatrudniania taniej siły roboczej zgarną przedsiębiorstwa, koszty utrzymania nisko zarabiających imigrantów poniosą polscy podatnicy.

Nie zapomnijmy także, że do Polski mogą wkrótce przyjeżdżać duże ilości tak zwanych uchodźców. Będą głównie zabiegać o pomoc finansową – nie o pracę. Wielu z tych imigrantów przyjedzie z Bliskiego Wschodu i Afryki. Zaczną przyjeżdżać do Polski w tym samym momencie, w którym inne kraje Unii Europejskiej zaczną zamykać przed nimi swoje granice. Niemcy już w większości zamknęły swoje.

Właściwie Polska już przyjmuje tysiące takich przybyszów. Dane pokazują, że w pierwszym półroczu 2024 roku liczba złożonych wniosków o azyl w Polsce była o 79 proc. większa w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Szybko też rośnie liczba wnioskodawców z Syrii, Afganistanu, Somalii, Erytrei i Etiopii. Polski rząd już przygotowuje centra integracji cudzoziemców.

Ale skąd ta nazwa – centra integracji? Bo przecież żadnemu krajowi europejskiemu nie udało się zintegrować imigrantów z Bliskiego Wschodu czy Afryki. Niestety kosztów porażek integracyjnych nie da się wystukać na kalkulatorze. Bo ile kosztuje spokój, kultura narodowa czy bezpieczeństwo?

Bruno Topola

Ryt majański i przyszłość liturgii w Polsce. [„Kard.” Ryś tańczy z radości]

Ryt majański i przyszłość liturgii w Polsce

Paweł Chmielewski https://pch24.pl/ryt-majanski-i-przyszlosc-liturgii-w-polsce/

(PCh24TV)

Stolica Apostolska zatwierdziła nowy ryt liturgiczny – majański. Choć na pozór nie ma to związku z Polską, tak naprawdę jest zupełnie inaczej.

———————-

8 listopada 2024 roku Dykasteria ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła tzw. ryt majański. Chodzi o cały zespół „adaptacji liturgicznych”, które mają dostosować Mszę świętą do oczekiwań ludności indiańskiej w części Meksyku.

Rzecz może wydawać się pozornie mało ciekawa: owszem, Msza święta to absolutne centrum życia Kościoła i stąd nawet to, co dzieje się na peryferiach odległego kraju, jest istotne. Ktoś mógłby jednak powiedzieć, że – ostatecznie – nie ma to wiele wspólnego z naszą rzeczywistością życia.

Nic bardziej mylnego. Oficjalne wprowadzenie w Kościele katolickim rytu majańskiego stanowi przejaw funkcjonowania nowego sposobu myślenia o liturgii i roli kultur lokalnych. Ryt majański to element szerszego układu, a w tym układzie znajduje się także Polska. Obyczaje Majów nie wpłyną na nasze życie; ale ta sama idea, która doprowadziła do ich formalnego wystąpienia w meksykańskiej liturgii, może doprowadzić do innych, lecz równie istotnych zmian u nas.

Ryt majański – skąd się wziął i na czym ma polegać

W przypadku nowego rytu chodzi póki co zasadniczo o jedną diecezję: San Cristóbal de las Casas na południu Meksyku. Głównym ośrodkiem diecezji jest zamieszkałe przez ponad 200 tysięcy osób miasto o tej samej nazwie. Na terenie diecezji mieszka jednak w sumie ponad 1,5 mln katolików, z których część to ludność silnie związana z kulturą indiańską. Władze diecezji już od wielu lat próbowały doprowadzić do „inkulturacji” liturgii. Wychodziły od ideałów krzewionych w epoce posoborowej, zgodnie z którymi zewnętrzna forma Mszy świętej powinna być „bliska ludziom”, którzy w niej uczestniczą. Te dążenia spotykały się przez długi czas z krytyką ze strony Watykanu, ale, jak w wielu innych przypadkach, krytyka ustała za pontyfikatu Franciszka. Kilka lat temu podjęto pracę na rzecz opracowania formalnego rytu majańskiego – tak, by wprowadzone już faktyczne zmiany w liturgii znalazły też swoje odzwierciedlenie w przepisach. Stało się to właśnie 8 listopada na mocy decyzji prefekta Dykasterii Kultu Bożego, kardynała Arthure’a Roche’a.

W ramach zmian dokonano tłumaczenia Missale Romanum na język tsotsil z grupy języków majańskich. Przy tej okazji wprowadzono do mszału i innych ksiąg liturgicznych szereg „adaptacji”.

Chodzi o takie zmiany jak wprowadzenie do Mszy świętej rytualnych tańców zaczerpniętych z obrzędowości pogańskiej. Mają pojawiać się w różnych momentach, między innymi w chwili przynoszenia darów albo też po Komunii świętej.

Do tego dochodzi nowa rola dla osób świeckich – ustanawia się tylko na potrzeby rytu majańskiego nową posługę, w ramach której mężczyźni i kobiety okadzają ołtarz. Okadzanie odbywa się na sposób typowy dla kultury majańskiej.

Ponadto świeccy mają też przewodniczyć modlitwie w różnych momentach Mszy świętej.

W praktykowanej w diecezji San Cristóbal de las Casas liturgii już od dawna budowano też specyficzne, kwiatowe ołtarze na ziemi, które odnoszą się do czterech stron świata.

Emerytowany biskup diecezji i zarazem jeden z głównych promotorów nowego rytu, kardynał Felipe Arizmendi Esquivel, ogłosił, że to jeszcze nie koniec zmian; trwają prace nad pogłębieniem „inkulturacji” liturgicznej. Według kardynała nie chodzi bynajmniej o jakieś „odrzucanie rytu rzymskiego”, ale o to, by „adaptować” lokalną kulturę zgodnie z duchem zmian wprowadzanych w Kościele po II Soborze Watykańskim. Kardynał podkreślił, że formalne zaakceptowanie rytu majańskiego jest wielkim przełomem, bo to w całej epoce posoborowej dopiero drugi taki przypadek – po rycie zairskim zaakceptowanym przez Watykan w 1988 roku na potrzeby Konga, a dziś rozpowszechnionym także w niektórych innych miejscach Afryki.

Czytelnika uderza na pewno fakt przejmowania elementów rdzennej kultury pogańskiej do liturgii. Autorzy nowego rytu zapewniają, że chodzi o to, by je oczyścić i schrystianizować. Czy to ambitne zadanie zostanie zrealizowane, pokaże przyszłość. Kardynał Arizmendi zapewnił, że cała sprawa nie powinna budzić niepokoju, bo zmienia się tylko zewnętrzna forma Mszy świętej, ale nie jej treść. To mało pocieszające; forma jest również treścią.

Zaakceptowanie rytu majańskiego nie jest prawdopodobnie ostatnim aktem polityki inkulturacji liturgicznej w obszarze Ameryki Łacińskiej. Od kilku lat pracuje też specjalna komisja tworząca tzw. ryt amazoński; można spodziewać się, że niedługo również i on zyska aprobatę Dykasterii Kultu Bożego.

Znaczenie dla Kościoła powszechnego

Akceptację rytu majańskiego należy czytać w kluczu zmian postulowanych i wprowadzanych przez Synod o Synodalności. W przyjętym 26 października dokumencie finalnym tego zgromadzenia wskazuje się na bardzo poważne zmiany czekające Kościół katolicki – zwłaszcza w zakresie sposobu jego funkcjonowania. Jak wiedzą czytelnicy moich wcześniejszych tekstów w PCh24.pl, słowa-klucze to decentralizacja, różnorodność oraz inkluzja. Na gruncie procesu synodalnego Kościół katolicki ma rozwijać się „w różnym tempie” oraz szerokim gestem czerpać z kontekstu lokalnego w takich kwestiach jak liturgia, katecheza, dyscyplina, teologia pastoralna, duchowość. Dokument synodalny podkreśla też konieczność „uczestnictwa wszystkich” i ściślejszego „włączania każdej i każdego” w życie Kościoła, w tym w liturgię. W odpowiednich miejscach tekstu mówi się o nadaniu liturgii „oblicza synodalnego” poprzez odejścia od skupienia się na osobie kapłana i promowania posług świeckich.

Jak widać, ryt majański realizuje wszystkie te cele. Decentralizacja jest tu ewidentna – mamy do czynienia z wprowadzeniem zmiany zapoczątkowanej i opracowanej przez jedną konkretną diecezję, na jej własne potrzeby. Różnorodność – to samo; zmiany w liturgii dokonują się poprzez szerokie zaczerpnięcie z partykularnej, lokalnej kultury. Inkluzja – jak najbardziej. Zasadniczym trzonem rytu majańskiego jest inkluzywne „powitanie” rytuałów indiańskich oraz „włączenie” świeckich, którzy wykonywać mają sporo dodatkowych zadań, co w naturalny sposób ogranicza rolę kapłana.

Czytelnik może teraz odciąć wszystkie majańskie partykularyzmy i przeprowadzić operację zastosowania tych samych zasad do Polski, albo szerzej – katolicyzmu w Unii Europejskiej. Jak będzie wyglądać zdecentralizowana, różnorodnościowa i inkluzywna liturgia polsko-europejska?

Nie jest przecież tak, że jedyną „kulturą lokalną”, która może wpływać na kształt liturgii, jest indiańska. Jak wskazuje niemiecka Droga Synodalna, której idee dobrze wyrażają ducha obecnych reform, locus theologicus – miejscem, z którego teologia czerpie swoje argumenty – są też znaki czasu (niem. Zeichen der Zeit), to znaczy aktualne przemiany społeczne.

W przypadku Polski i Europy nie ma zatem mowy o inkulturowaniu indiańskich kadzideł i zagrożeniu bałwochwalczym kultem Matki Ziemi. Można jednak mówić o hipotetycznym wprowadzaniu do liturgii zasadniczych idei przejawiających się w nowoczesnym społeczeństwie, takich jak autonomia moralna, egalitaryzm funkcyjny, egalitaryzm płciowy czy wreszcie liberalny relatywizm, a co za tym idzie – o bałwochwalczym stosunku do innych religii czy mniejszości seksualnych.

Czy zmiany mogą wejść w życie w Polsce?

Polscy biskupi nie są szczególnie chętni do przeprowadzania w Kościele jakichś większych zmian. Nie jest to jednak gwarancją stabilności. Po pierwsze, mogą zostać do przekształcenia Mszy świętej zmuszeni. Po drugie, są w episkopacie wyjątki.

Jeżeli przebudowa liturgii miałaby odbywać się w kluczu majańsko-amazońskim, to znaczy wychodzić „z dołu” i uzyskiwać później watykańskie zatwierdzenie, nie należałoby spodziewać się, że będzie dotyczyć to Polski. Może być jednak inaczej. Synod o Synodalności wezwał w swoim dokumencie finalnym do stworzenia specjalnej komisji, która opracuje synodalny charakter liturgii. Jeżeli taki dokument zostanie przyjęty przez Dykasterię Kultu Bożego za aprobatą papieża, może wejść w życie i narzucić obligatoryjne przemiany, w rodzaju konieczności zwiększenia partycypacji świeckich, nawet jeżeli konkretny zakres tej partycypacji musiałby zostać dookreślony lokalnie.

Co więcej, są w Polsce biskupi potencjalnie otwarci nawet na autonomiczne „usynodalnianie” Mszy świętej. To przede wszystkim hierarchowie wspierający chrześcijaństwo charyzmatyczne albo nawet osobiście z nim związani. Emblematyczną postacią tego nurtu jest metropolita Łodzi kard. Grzegorz Ryś, który, jak informował portal PCh24.pl, ogłosił niedawno, że „reforma liturgiczna jeszcze się nie dokonała”, a Msza święta to „teatr jednego aktora”. Wiadomo, że kardynał Ryś ma przemożny wpływ na to, jak wygląda dziś w Polsce obsada stolic biskupich; w najbliższych latach będzie się to wiązać z promocją myślenia, które reprezentuje. Być może do grona kilku szczególnie bliskich charyzmatyzmowi hierarchów dołączą wkrótce kolejni, tworząc grupę, która będzie w stanie narzucić episkopatowi jakiegoś rodzaju „inkulturację” liturgii.

Może się więc okazać, że – co do idei, nie co do szczegółów – zmiany wprowadzane dziś na południu w Meksyku jutro zawitają do Polski, przekształcając Mszę świętą w rzeczywistość pełną inkluzji, co doprowadzi do jej jeszcze głębszego ogołocenia z sacrum.

Paweł Chmielewski

11 listopada duża asteroida minęła Ziemię jedynie o 22 tys. km od powierzchni! Astronomowie odkryli ją dopiero po przelocie

Asteroida 2024 VR4 minęła Ziemię o włos! Astronomowie odkryli ją dopiero po przelocie

19/11/2024 https://zmianynaziemi.pl/wiadomosc/asteroida-2024-vr4-minela-ziemie-o-wlos-astronomowie-odkryli-ja-dopiero-po-przelocie

Świat astronomii został poruszony niezwykłym wydarzeniem, które miało miejsce 11 listopada 2024 roku. Asteroida oznaczony jako 2024 VR4 przeleciała w rekordowo małej odległości od naszej planety, przemykając zaledwie 29 300 kilometrów od środka Ziemi – to mniej niż jedna dziesiąta dystansu dzielącego nas od Księżyca. Co najbardziej niepokojące, obiekt został odkryty przez naukowców dopiero po tym, jak minął naszą planetę.

Odkrycia tego niezwykłego gościa z kosmosu dokonali astronomowie z prestiżowego programu obserwacyjnego Catalina Sky Survey. Asteroida 2024 VR4, należąca do grupy Ateny – obiektów regularnie przecinających orbitę ziemską – ma imponujące rozmiary. Według szacunków ekspertów jego średnica wynosi od 30 do 40 metrów, co czyni go obiektem wystarczająco dużym, by wzbudzić zainteresowanie naukowców.

[No i – nasze.. Bo to, przy gęstości ok. 2g/cm3, szacunkowa masa ponad 10 tysięcy ton .. md]

To zdarzenie zapisało się w annałach astronomii jako jeden z najbliższych przelotów asteroidy w historii obserwacji kosmicznych. Jest to już sto czternasty znany obiekt, który w bieżącym roku zbliżył się do Ziemi na odległość mniejszą niż dystans księżycowy, a zarazem dziesiąty tak bliski przelot. Co więcej, jest to czwarty z siedmiu obiektów zaobserwowanych w listopadzie 2024 roku, co świadczy o intensywności zjawisk astronomicznych w naszym kosmicznym sąsiedztwie.

Szczególnie istotny jest fakt, że asteroida została odkryta dopiero po minięciu Ziemi. Ta sytuacja uwypukla potrzebę zwiększenia nakładów na rozwój systemów wczesnego wykrywania potencjalnie niebezpiecznych obiektów kosmicznych. Astronomowie na całym świecie współpracują w ramach różnych programów obserwacyjnych, których celem jest jak najwcześniejsze identyfikowanie i śledzenie asteroid mogących w przyszłości zagrozić naszej planecie.

Specjaliści zwracają uwagę, że choć liczba odkrywanych obiektów przelatujących w pobliżu Ziemi może wydawać się duża, większość z nich to stosunkowo niewielkie asteroidy, które nie stanowią realnego zagrożenia. Niemniej jednak, każdy taki przelot dostarcza cennych informacji naukowych i pomaga w doskonaleniu systemów monitorowania przestrzeni kosmicznej.

Blackout na Kubie. Setki tysięcy mieszkańców bez prądu i wody

Blackout na Kubie. Setki tysięcy mieszkańców bez prądu i wody

2024-11-20 pap/blackout-na-kubie-setki-tysiecy-mieszkancow-bez-pradu-i-wody

Ludzie idą po ciemku ulicami Hawany Fot. PAP/EPA/ERNESTO MASTRASCUSA

Ludzie idą po ciemku ulicami Hawany Fot. PAP/EPA/ERNESTO MASTRASCUSA

Kilkaset tysięcy mieszkańców Kuby pozostaje od niedzieli bez energii elektrycznej i wody z powodu awarii krajowego systemu energetycznego, przekazały we wtorek kubańskie władze.

Najtrudniejsza sytuacja była we wtorek w położonej na zachodzie aglomeracji Hawany, stolicy kraju, a także w prowincji Santiago de Cuba, na wschodzie wyspy.

Problemy w dostawach prądu potwierdziła odpowiedzialna za przesyłanie energii elektrycznej spółka Union Electrica (UNE). Sprecyzowała, że paraliż systemu energetycznego w dużej mierze związany jest z awariami głównej elektrowni kraju Antonio Guiteras w Matanzas. Dyrekcja UNE przekazała, że w ciągu co najmniej czterech dni konieczne będzie przeprowadzenie jej remontu.

Paraliż energetyczny kraju przejawia się nie tylko kilkudniowymi brakami prądu, ale też niedoborami wody. Według Radia Marti najtrudniejsza sytuacja występuje w kilku miejscowościach prowincji Santiago de Cuba, gdzie energii elektrycznej oraz wody w kranach nie ma już od ponad tygodnia.

We wtorek dyrektor Narodowego Instytutu Zasobów Wodnych (INRH) Antonio Rodriguez przekazał, że poważne niedobory wody występują też w stolicy kraju. Jak oszacował, wodę w kranach straciło ponad 250 tys. mieszkańców aglomeracji Hawany. Ich potrzeby zaspokajane są regularnymi dostawami wody pitnej beczkowozami.(PAP)

zat/ wr/ know/

Ukraina użyła rakiet dalekiego zasięgu ATACMS do ataku na teren Rosji

Ukraina użyła rakiet dalekiego zasięgu do ataku na wojskowe obiekty w obwodzie briańskim

https://pch24.pl/media-ukraina-uzyla-rakiet-dalekiego-zasiegu-do-ataku-na-wojskowe-obiekty-w-obwodzie-brianskim

(Wystrzelenie rakiety wchodzącej w skład systemu ATACMS (zdjęcie ilustracyjne). Fot. Defense Ministry / Zuma Press / Forum)

Teraz mamy ATACMS; to ukraińskie możliwości rażenia bronią dalekiego zasięgu, będziemy z tego korzystać – oświadczył we wtorek prezydent Wołodymyr Zełenski, komentując medialne informacje, że ukraińskie siły po raz pierwszy wykorzystały amerykańskie pociski do zaatakowania terytorium Rosji.

Według portalu RBK-Ukraina Ukraińcy uderzyli w obiekt militarny w okolicy położonego około 130 kilometrów od granicy z Ukrainą miasta Karaczew w obwodzie briańskim w Rosji.

We wtorek po południu rosyjskie ministerstwo obrony potwierdziło, że ukraińskie wojsko użyło ATACMS. Według resortu, Siły Zbrojne Ukrainy zaatakowały nocą sześcioma takimi rakietami obiekt w obwodzie briańskim.

Zełenski powiedział też, że nadszedł czas, aby Niemcy wsparły ukraińskie możliwości ataków w głębi Rosji.

– Myślę, że po oświadczeniu Rosji na temat broni nuklearnej nadszedł również czas, aby Niemcy wydały odpowiednie decyzje – powiedział Zełenski podczas konferencji prasowej w Kijowie z premier Danii Mette Frederiksen.

pap logo

Źródło: PAP