Poddaństwo – czyli czy „każde serce pragnie wolności”

Poddaństwo czyli czy „każde serce pragnie wolności”

Autor: AlterCabrio , 24 października 2023 ekspedyt

Co prowadzi nas z powrotem do ostatnich ponad trzech lat, kiedy ludzie w zachodnich demokracjach, przyzwyczajeni do bezprecedensowego poziomu wolności obywatelskiej, chętnie z niej zrezygnowali. Posłusznie pozostawali w domu, zakrywali twarz, unikali przyjaciół i sąsiadów, rezygnowali z wakacji, odwoływali uroczystości i ustawiali się w kolejce po kolejną „dawkę przypominającą” – a wszystko to w zamian za obietnicę, że jeśli to zrobią, będą bezpieczni przed wysoce zakaźnym wirusem układu oddechowego.

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

Czy poddaństwo jest rozwiązaniem domyślnym ludzkości?

W połowie XX wieku ekonomista Friedrich von Hayek ostrzegał, że rozwój gospodarek centralnie planowanych – czy to w formie socjalizmu/komunizmu, czy faszyzmu, które jego zdaniem mają wspólne korzenie – sprowadzi nas wszystkich (wstecz) na „drogę do poddaństwa”.

Termin „poddaństwo” oczywiście nawiązuje do systemu feudalnego, który w takiej czy innej formie dominował w cywilizacji ludzkiej przez tysiące lat. Zwykli ludzie, „poddani”, wykonywali większość pracy zapewniającej funkcjonowanie społeczeństwa, a następnie przekazywali większość owoców swojej pracy silnemu rządowi centralnemu, zwykle reprezentowanemu przez „szlachcica” (tj. członka klasy elitarnej) w zamian za względny spokój i bezpieczeństwo.

System ten został ostatecznie wyparty przez powstanie liberalnej demokracji w epoce oświecenia – eksperyment, który trwa już 300 lat i przyniósł na Zachód oraz do innych części świata, gdzie został przyjęty, wolność i dobrobyt, jakiego nigdy wcześniej nie widziano w historii ludzkości.

Ale czy ten całkiem niedawny awans oznacza, jak określił to prezydent George W. Bush w przemówieniu przed Izbą Handlową Stanów Zjednoczonych w 2003r., że „wolność jest projektem natury… kierunkiem historii”? Czy prawdą jest, jak głosi popularne powiedzenie, że „każde serce pragnie wolności”?

Kiedyś w to wierzyłem. Teraz nie jestem już tego taki pewien.

Z pewnością możemy wskazać kraje takie jak Afganistan czy Irak, gdzie Stany Zjednoczone i ich sojusznicy próbowali „wyzwolić” ludzi, ale doprowadzili ich na powrót do odwiecznych walk o władzę i ustroju plemiennego watażków – zasadniczo formy poddaństwa – jak tylko mocarstwa zachodnie się wycofały. Czy ci ludzie naprawdę tęsknią za wolnością, demokracją? Dlaczego więc tego nie mają?

Ale w rzeczywistości problem jest znacznie poważniejszy. Jestem przekonany, że duża i wciąż rosnąca mniejszość ludzi w tym kraju, zwłaszcza wśród młodych ludzi, tak naprawdę nie chce wolności – na pewno nie dla innych, ale ostatecznie nawet dla siebie. Weźmy pod uwagę niedawną ankietę Instytutu Buckley, w której 51 procent studentów popiera zasady mowy [speech codes] na kampusie, a 45 procent zgodziło się, że przemoc jest uzasadniona, aby uniemożliwić ludziom wyrażanie „mowy nienawiści”.

Albo zastanów się, jak wielu ludzi głosuje niemal wyłącznie na polityków, którzy obiecują im najwięcej darmowych rzeczy, bez faktycznego przemyślenia zobowiązań i obaw o to, ile ich „darmowe rzeczy” mogą kosztować innych – a nawet ich samych, na dłuższą metę.

Następnie pomyśl o tym, jak ludzie w tym kraju i gdzie indziej zachowywali się przez ostatnie ponad trzy lata – ale nie wyprzedzajmy faktów. Za chwilę wrócę do tego punktu.

Po raz pierwszy zaobserwowałem tę wyraźną chęć zamiany wolności na rzecz względnej łatwości i bezpieczeństwa, na poziomie mikro, około 22 lata temu. Na czele mojej jednostki akademickiej stał wówczas dziekan posiadający mniej lub bardziej absolutną władzę. Przynajmniej miał ostatnie słowo we wszystkim, co działo się na wydziale, od podręczników, przez plany nauczania, po program nauczania.

Wydział, jak było do przewidzenia, twierdził, że gardzi takimi rozwiązaniami. Ciągle potępiali „strukturę odgórną” i narzekali, że nie mają nic a nic do powiedzenia. Zażądali, aby ich wysłuchano, zgodnie z zasadą „wspólnego zarządzania”.

Zatem wyższa administracja dała im to, czego chcieli. Dziekana przeniesiono na inne stanowisko, a na jego miejsce powołano komisję złożoną z wybieralnych członków wydziału, których zadaniem było kolegialne podejmowanie wszystkich decyzji podejmowanych wcześniej przez dziekana.

Czy domyślasz się, co stało się później? Już po roku wykładowcy zaczęli narzekać na nowy system. Narzekali, że czują się zagubieni. Nie było nikogo, do kogo mogliby się zwrócić i kto byłby upoważniony do podejmowania szybkich decyzji. A praca polegająca na wspólnym podejmowaniu tych decyzji – praca w komisjach i podkomisjach – była żmudna, niewdzięczna i czasochłonna.

Najważniejsze jest to, że – z całym szacunkiem dla „Niesamowitego Spidermana” – z wielką wolnością wiąże się wielka odpowiedzialność. Samodzielność to ciężka praca. Musisz być gotowy na porażkę i wziąć na siebie winę za porażkę, a następnie podnieść się i zacząć od nowa. To obciąża psychicznie i emocjonalnie. O wiele łatwiej jest po prostu pozwolić innym podejmować decyzje za ciebie. Po prostu rób, co ci każą, mając pewność, że wszystko będzie dobrze.

Co prowadzi nas z powrotem do ostatnich ponad trzech lat, kiedy ludzie w zachodnich demokracjach, przyzwyczajeni do bezprecedensowego poziomu wolności obywatelskiej, chętnie z niej zrezygnowali. Posłusznie pozostawali w domu, zakrywali twarz, unikali przyjaciół i sąsiadów, rezygnowali z wakacji, odwoływali uroczystości i ustawiali się w kolejce po kolejną „dawkę przypominającą” – a wszystko to w zamian za obietnicę, że jeśli to zrobią, będą bezpieczni przed wysoce zakaźnym wirusem układu oddechowego.

Fakt, że nawet po tych wszystkich „interwencjach” nadal nie byli zabezpieczeni przed przeważnie łagodną chorobą, na którą zapadał praktycznie każdy, jest naprawdę nieistotny. To nie tak, że ich obawy były całkowicie bezpodstawne. W tym upadłym świecie niebezpieczeństwa są niewątpliwie wystarczająco realne.

Kwestie są następujące:

1) czy rzeczywiście możemy złagodzić te zagrożenia, rezygnując z naszych wolności, oraz

2) nawet jeśli możemy, czy jest to tego warte?

Zaliczcie mnie do coraz mniej licznych, którzy deklarują, że odpowiedź przynajmniej na to drugie pytanie brzmi „Nie”. Głównym zadaniem rządu jest ochrona nas przed najazdami z zagranicy i przestępczością krajową. Poza tym chętnie podejmę wszelkie ryzyko związane z życiem jako wolna osoba, w tym podejmowanie własnych decyzji, medycznych i innych.

Wydaje się jednak, że duża i wciąż rosnąca liczba moich rodaków nie czuje już tego samego. Nie chcą odpowiedzialności związanej z takim stopniem wolności. Woleliby raczej obietnicę bezpieczeństwa. Jest całkiem prawdopodobne, jak przypomniał nam Benjamin Franklin ponad 200 lat temu, że stracimy i jedno i drugie.

Ale nie to jest najgorsze. Prawdziwy problem polega na tym, że gdy beztrosko wędrują drogą ku poddaństwu, zabierają ze sobą całą resztę. Bo nie możemy mieć kraju, w którym jedni mogą żyć swobodnie, według własnego uznania, ponosząc związane z tym ryzyko, a innym „gwarantuje się” życie wolne właśnie od takich decyzji i obowiązków.

Parafrazując (nieco) Abrahama Lincolna w jego kluczowym przemówieniu o „Podzielonym domu” (1858) [“House Divided”], naród nie może trwale znosić stanu w połowie poddaństwa i w połowie wolności. Ostatecznie wszystko stanie się jednym lub drugim.

I dokąd, moglibyśmy zapytać – ponownie powtarzając słowa Wielkiego Oswobodziciela – zmierzamy?

_________________

Is Serfdom Humanity’s Default?, Rob Jenkins, October 23, 2023

O względy „sławnej śpiewaczki”

O względy „sławnej śpiewaczki”

Stanisław Michalkiewicz „Najwyższy Czas!”    24 października 2023 michalkiewicz

Na procesie norymberskim generał Jodl, później skazany na śmierć i stracony, przesłuchiwany był m.in. na okoliczność niemieckiego uderzenia na Jugosławię. „Nasz stosunek do Jugosławii – powiedział – przypominał ubieganie się o względy sławnej śpiewaczki.” Oczywiście do czasu, bo kiedy Anglicy zorganizowali w Belgradzie zamach stanu, wskutek którego nastąpiła zmiana rządu, który wyprowadził Jugosławię z „paktu trzech”, Hitler nakazał uderzenie i po tygodniu było już po wszystkim. Wspominam o tym zeznaniu generała Jodla, bo właśnie, w ramach tzw. „części artystycznej” tegorocznych obchodów święta demokracji, będziemy świadkami, to znaczy – nie tyle może świadkami, bo ta część części artystycznej odbywa się w zaciszu gabinetów szefów poszczególnych politycznych gangów – co obserwatorami tak zwanych „znamion zewnętrznych”, po których będziemy mogli dedukować, kto kogo skorumpował i za jaką cenę.

Wyniki wyborów bowiem są takie, że największym ich wygranym jest Trzecia Droga, czyli koalicja Polski 2050 i posiadacza stuprocentowej, a w patriotycznych porywach nawet większej zdolności koalicyjnej, czyli PSL-u. Uzyskała ona 65 mandatów, podczas gdy Zjednoczona Prawica – 194, Volksdeutsche Partei z satelitami, czyli Koalicja Obywatelska – 157, Lewica – tylko 26, co w porównaniu z wynikiem z roku 2019 stanowi spadek o prawie połowę, a Konfederacja – 18 mandatów. W związku z tym ani PiS, ani Volksdeutsche Partei nie jest w stanie samodzielnie utworzyć rządu. Wprawdzie Donald Tusk zachowuje się tak, jakby te wybory wygrał, ale to, kto będzie prawdziwym zwycięzcą, zależy od tego, komu uda się na swoją stronę przeciągnąć Trzecią Drogę. Gdyby PiS dokonał tej sztuki, to miałby większość bezwzględną i rząd utworzony przez taką koalicję uzyskałby w Sejmie votum zaufania, zostałby zaprzysiężony przez pana prezydenta, no i markowałby rządzenie naszym nieszczęśliwym krajem – bo prawdziwe rządy sprawują u nas, jak wiadomo, Nasi Sojusznicy, jedni i drudzy.

Gdyby zaś Trzecią Drogę na swoją stronę przeciągnęła Volksdeutsche Partei, to mogłaby uzyskać większość bezwzględną dla swojego rządu. Wprawdzie Donald Tusk w dniu wyborów ogłosił, że jest „najszczęśliwszym człowiekiem na świecie”, ale chyba przedwcześnie i w dodatku na wyrost. Wszystko bowiem zależy od tego, komu swoje względy okaże „sławna śpiewaczka”, kto skutecznie zapuka do jej serduszka, no i oczywiście – ile to wszystko będzie kosztowało. Problem w tym, że PiS będzie mógł zapłacić więcej, bo zasoby państwa rozdzieli tylko między dwa polityczne gangi, a niechby nawet trzy – bo Trzecia Droga składa się z dwóch gangów – podczas gdy Donald Tusk musiałby rozdzielić zasoby całego państwa między cztery gangi, bo bez Lewicy większość nie stworzy, nawet jeśli pozyskałby względy Trzeciej Drogi. W tej sytuacji Trzecia Droga ma się nad czym zastanawiać zwłaszcza, że – jak 17 października powiedział Wielce Czcigodny Antoni Macierewicz – negocjacje właśnie się rozpoczęły.

Jednak bez względu na to, który polityczny gang przeciągnie na swoją stronę Trzecią Drogę, na pewno pojawią się oskarżenia o sfałszowanie wyborów. Jeśli Trzecią Drogę przeciągnie na swoją stronę PiS, to Volksdeutsche Partei, wsparta przez Judenrat „Gazety Wyborczej” i tak zwane „towarzycho” autorytetów moralnych, to znaczy – karierowiczów, co to za komuny pięli się do wyższych grządek w PZPR, SB czy później – w Wojskowych Służbach Informacyjnych – podniesie larum, że „demokracja” została „zgwałcona” i cierpi niewymowne katiusze, niczym molestowane seksualnie panienki. Natychmiast Komisja Europejska zainicjuje postępowanie, a przebierańcy z Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości przysolą Polsce kolejne surowe kary finansowe – i tak dalej.

Jeśli jednak Trzecią Drogę uda się przeciągnąć na swoją stronę Donaldu Tusku, to larum podniesie PiS, że „zdrada panowie”. Komisja Europejska puści jednak te hałasy mimo uszu, ale znowu wtrącić się może Nasz Najważniejszy Sojusznik, który wprawdzie w marcu br. uznał Niemcy za swego „niezawodnego partnera” w Europie, to znaczy – pozwolił mu na urządzanie Europy po swojemu – ale może nie do tego stopnia, by całkiem abdykował z wpływów w naszym bantustanie. Może jednak Nasz Najważniejszy Sojusznik będzie siedział cicho, bo przecież pan Szymon Hołownia, za którym jak cień stoi pan Michał Kobosko, jest wynalazkiem amerykańskim, więc jak pójdzie do Tuska, to dziury w niebie nie będzie tym bardziej, że PiS coraz bardziej podpadał Partii Demokratycznej, która przecież stoi na nieubłaganym gruncie postępu, na dowód czego pan ambasador Brzeziński wywiesił był na amerykańskiej ambasadzie w Warszawie tęczową flagę sodomczyków. Tak czy owak czekają nas kolejne jazgoty i wzajemne oskarżenia, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj upodobni się jeszcze bardziej do wiodących demokracji światowych.

Na dodatkową uwagę zasługuje powrót retoryki, jaką żydokomuna do spółki z Sowietami używała w latach 40-tych i wczesnych 50-tych. Jak pamiętamy, żydokomuna stała wtedy na czele „fołksfrontu”, zwanego „blokiem demokratycznym”, grupującym totalniaków i ich przydupasów. Teraz żydokomuna, której tradycje godnie pielęgnuje Judenrat „Gazety Wyborczej”, związała swoje losy z Volksdeutsche Partei, jako że i wiadoma diaspora na tym etapie ściśle koordynuje swoje inicjatywy np. w zakresie pedagogiki wstydu, z historyczną polityką niemiecką. Pan Włodzimierz Czarzasty, weteran „Ordynackiej”, jako demokrata jest, można powiedzieć, łącznikiem między dawnymi i nowymi laty, podobnie jak odnotowany w „Małym Słowniku Filozoficznym Akademii Nauk ZSRR” Wasilij Wasiliewicz Dokuczajew, „filozof gleboznawca, społecznik i demokrata”. U nas od takich „filozofów gleboznawców” aż się roi, więc nic dziwnego, że szeregi „bloku demokratycznego” rosną, niczym młode kadry związku kombatantów.

Największym wszelako przegranym tych wyborów wydaje się Kościół katolicki, zwłaszcza gdyby przeciągnięcie Trzeciej Drogi udało się Donaldu Tusku. Lewica, w której dominują egerie, osobiste nieprzyjaciółki Pana Boga, w rodzaju mojej faworyty, Wielce Czcigodnej Joanny Scheuring-Wielgus, czy pani Diduszko, z pewnością chciałyby nie tylko „opiłować”, co się tylko da, wyrzucić religię ze szkół, co boleśnie uderzyłoby Kościół finansowo, powierzyć resort edukacji np. pani Rubik, która nie tylko ma eksperiencję, ale nawet napisała książkę o nauce bzykania, wprowadzić skrobanki na żądanie i na koszt państwa, a w dodatku – wypowiedzieć konkordat. Wszelako PSL, któremu taki radykalizm byłby chyba nie w smak, może w tej sytuacji okazać się mężem opatrznościowym, co pokazuje, że nie ma tego złego, bo by na dobre nie wyszło.

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Co robić z wątpliwym nauczaniem Franciszka? Rozwiązanie jest proste: Posiadamy bardzo bogate dziedzictwo, które pochodzi z dwudziestu wieków rozwoju doktryny chrześcijańskiej.

Co robić z wątpliwym nauczaniem Franciszka? Rozwiązanie jest banalnie proste

https://pch24.pl/co-robic-z-watpliwym-nauczaniem-franciszka-rozwiazanie-jest-banalnie-proste/

(PCh24TV)

Jak traktować niejednoznaczne, niejasne czy zgoła sprzeczne z nauką Kościoła wypowiedzi papieża? Sam Franciszek wręcza katolikom klucz do rozwiązania problemu, uważa Leonardo Lugaresi, profesor patrystyki z Uniwersytetu Bolońskiego. Jest banalnie proste: Franciszek podkreśla, że doktryna się nie zmienia. Skoro tak, to gdy mówi niejasno – trzeba odwoływać się konsekwentnie do jasnej nauki jego poprzedników i traktować ją tak, jakby to on ją głosił. 

Prof. Lugaresi wysłał list do watykanisty Sandro Magistra, odnosząc się w nim do głośnej wymiany pism pomiędzy trzema kardynałami: Dominikiem Duką z Pragi, prefektem Dykasterii Nauki Wiary Victorem Fernándezem, jego poprzednikiem Gerhardem Müllerem. Duka wysłał do Fernándeza dubia dotyczące Komunii świętej dla rozwodników, na które prefekt odpowiedział; Müller uznał jednak tę odpowiedź za głęboko niewłaściwą – i udzielił własnej, publikując swój list do kardynała Duki.

Według Lugaresiego odpowiedź Müllera nie tylko jest nacechowana głęboką znajomością teologii; wskazuje też na to, jak należy traktować wątpliwe nauczanie Franciszka czy jego kardynałów.

Kluczowa jest ciągłość nauczania Kościoła.

Lugaresi w liście do Sandro Magistra wskazał, że papież zdaje się celowo wypowiadać niejasno.

„Taki modus operandi zakłada, że niejednoznaczność nie jest przypadkowa, ale istotowa; koresponduje to z płynną ideą prawdy, która stroni od jakiejkolwiek formy konceptualnej definicji, uważając ją za usztywnienie, które wysysa życie z chrześcijańskiego przesłania. Aksjomat, że «życie jest większe niż idea», do którego wielokrotnie odwoływał się papież Jorge Mario Bergoglio, jest w praktyce używany w taki sposób, aby złamać zasadę niesprzeczności i wynikające z niej twierdzenie, że nie można głosić jakiejś idei i jednocześnie jej przeciwieństwa” – napisał uczony z Bolonii.

„«Doktryna się nie zmienia», powtarzano tysiące razy, jak mantrę, wątpiącym i zaniepokojonym katolikom. To właśnie tutaj pojawia się argument Müllera, wskazując nam drogę z rozbrajającą prostotą «jaja Kolumba»: jeśli w odniesieniu do jakiegoś problemu magisterium Jana Pawła II i Benedykta XVI jest jasne i jednoznaczne, a magisterium Franciszka wydaje się niejednoznaczne i podatne na interpretację w kierunku przeciwnym do ich nauczania, to z zasady ciągłości wynika, że gdy my, wierni, czegoś nie rozumiemy (a papież tego nie tłumaczy), możemy spokojnie zwrócić się do jego poprzedników i podążać za ich nauczaniem tak, jakby to było jego nauczanie, ponieważ on sam gwarantuje nam, że nie ma żadnej nieciągłości” – wskazał profesor.

„W rzeczywistości religijnej zgody intelektu i woli można udzielić tylko temu, co rozumiemy poprawnie: nie możemy zgodzić się na stwierdzenie, którego znaczenie nie jest dla nas jasne” – dodał.

Kardynał Müller, napisał uczony, pokazał kierunek „w którym powinniśmy skierować nasze spojrzenie: my, katolicy, posiadamy bardzo bogate dziedzictwo, które pochodzi z dwudziestu wieków rozwoju doktryny chrześcijańskiej, a które w ostatnich latach zostało szeroko zbadane, wyartykułowane i zastosowane do współczesnych sytuacji i problemów, przede wszystkim dzięki pracy wielkich papieży, takich jak ci wspomniani powyżej. Tam możemy znaleźć odpowiedzi, których potrzebujemy. Podążajmy za tym, a nie będziemy błądzić” – podkreślił.

Prof. Lugaresi wskazał, że sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby papież Franciszek zaczął mówić o zmianie doktryny i zerwaniu. Tego jednak nie robi, nieustannie podkreślając, że doktryna się nie zmienia, że następuje tylko rozwój jej rozumienia. W tej sytuacji opisany powyżej klucz jest właściwym rozwiązaniem problemu.

Źródło: magister.blogautore.espresso.repubblica.it

Pach

Strefa Gazy: Ponad 5791 ofiar izraelskiego ostrzału

Strefa Gazy: Ponad 5791 ofiar izraelskiego ostrzału

https://pch24.pl/strefa-gazy-ponad-5791-ofiar-izraelskiego-ostrzalu/

(fot. EPA/Francisco Guasco Dostawca: PAP/EPA.)

Co najmniej 5791 Palestyńczyków zginęło, a blisko 16,3 tys. zostało rannych w wyniku trwających od 7 października izraelskich ostrzałów – poinformował w poniedziałek resort zdrowia Strefy Gazy. Wcześniejsze doniesienia mówiły o około 5,1 tys. zabitych.

Wśród ofiar śmiertelnych jest 2360 dzieci.

Tylko w ciągu ostatniej doby zginęły 704 osoby – przekazały agencje Reutera i AFP za komunikatem palestyńskich władz medycznych, związanych z organizacją terrorystyczną Hamas.

W toczących się od kilkunastu dni starciach śmierć poniosło już więcej cywilów, niż w poprzednich czterech wojnach Izraela z Palestyną – informowała 20 października agencja Associated Press.

Obecny konflikt rozpoczął atak palestyńskiego Hamasu, który 7 października wdarł się na terytorium Izraela, mordując mieszkańców przygranicznych miasteczek i porywając ich do Strefy Gazy. Zginęło wówczas ponad 1,4 tys. osób, a uprowadzono nie mniej niż 222, w tym dzieci, kobiety i seniorów.

 (PAP)/oprac. FA

Krótka opowieść o Antychryście. Władimir Sołowiow. 1900 rok.

Krótka opowieść o Antychryście
13.11.2008.
Spis treści ”Krótka opowieść o Antychryście” Strona 2 Strona 1 z 2
————————–
[Władimir Solowiow był wielkim myślicielem i filozofem końca XIX wieku w Rosji. „Tri rozgowora” z lat 1899-1900 były zwieńczeniem jego poszukiwań duchowych, zakończonych chyba  konwersją na katolicyzm.
A w Rozmowie trzeciej – mieści się prorocza perełka „Krótka opowieść o Antychryście”. Umieszczam tu jej skrót. Według „Wyboru pism” wydanych przez „W drodze”, Poznań 1988. MD]  
—————————————–
            Europa w dwudziestym pierwszym wieku sta­nowi związek mniej lub więcej demokratycznych państw – ­europejskie stany zjednoczone. Rozwój kultury zewnętrznej, nieco zahamowany wskutek mongolskiego najazdu i walki wyz­woleńczej, nabrał znowu żywego tempa. Natomiast sprawy za­przątające wewnętrzną świadomość – problem życia i śmier­ci, ostatecznego losu świata i człowieka – dodatkowo powi­kłane w wyniku nowych badań i odkryć fizjologicznych i psy­chologicznych, pozostają nadal nie rozwiązane. Następuje tylko jeden doniosły fakt negatywny: ostateczny upadek teore­tycznego materializmu. Wyobrażenie o świecie jako systemie tańczących atomów i o życiu jako rezultacie mechanicznego nagromadzenia najdrobniejszych zmian substancji – takie wyobrażenie nie mogło już zadowolić ani jednego myślącego umysłu. Ludzkość na zawsze wyrosła z tych filozoficznych powijaków. Z drugiej strony wszakże staje się jasne, że wyrosła ona również z dziecięcej zdolności do naiwnej, spontanicznej wiary. Takich pojęć, jak Bóg, który stworzył świat z nicze­go, itp., przestają uczyć już nawet w szkołach elementarnych. Wypracowany został pewien ogólny podwyższony poziom wyobrażeń o tych sprawach, poniżej którego nie może zejść ża­den dogmatyzm. I kiedy ludzie myślący w swojej ogromnej większości pozostają zupełnie niewierzący, to nieliczni wierzący stają się wszyscy z konieczności również – myślący­mi, spełniając zalecenie apostoła: bądźcie dziećmi w sercu, ale nie w umyśle.
            Był w owym czasie pośród nielicznych wierzących spirytuali­stów pewien człowiek niezwykły – wielu nazywało go nad­człowiekiem – równie daleki od dziecięctwa umysłu, jak i serca. Dzięki swojej genialności już w wieku trzydziestu trzech lat zasłynął on szeroko jako wielki myśliciel, pisarz i działacz społeczny. Doświadczając w sobie samym ogromnej siły ducha, był niezmiennie przekonanym spirytualistą, a jasny umysł ukazywał mu zawsze prawdę, w którą należy wierzyć: dobro, Boga, Mesjasza. I wierzył w to, ale kochał tylko sie­bie samego. Wierzył w Boga, ale w głębi duszy mimo woli i instynktownie dawał pierwszeństwo przed Nim – sobie. Wierzył w Dobro, ale wszechwidzące Oko Wieczności wiedziało, że człowiek ten pokłoni się złej mocy, skoro go ona tylko spró­buje przekupić – nie ułudą uczuć i niskich namiętności, na­wet nie subtelną przynętą władzy, lecz jedynie poprzez bezgra­niczną miłość własną.
Zresztą ta miłość własna nie była ani nieświadomym odruchem, ani szaleńczym uroszczeniem. Poza wyjątkową genialnością, urodą i szlachetnością również naj­wyższe znamiona wstrzemięźliwości, bezinteresowności i czyn­nej filantropii dostatecznie usprawiedliwiały, jak się zdawało, ogromną miłość własną tego wielkiego spirytualisty, ascety i filantropa. I czy można go winić za to, że tak hojnie Bożymi darami uposażony, ujrzał w nich szczególne znaki wyjątkowej dla siebie przychylności z góry i widział w sobie kogoś dru­giego po Bogu, jedynego w swoim rodzaju syna Bożego? Jed­nym słowem, uznał siebie za tego, kim w rzeczywistości był Chrystus. Ale ta świadomość swojej najwyższej godności ufor­mowała się w nim nie jako jego moralny obowiązek wobec Boga i świata, lecz jako jego prawo i poczucie pierwszeństwa przed innymi, a głównie przed Chrystusem. Początkowo nie czuł nawet do Jezusa wrogości. Uznawał Jego mesjańską rolę i godność, ale tak naprawdę to widział w Nim tylko swojego największego poprzednika – czyn moralny Chrystusa i Jego absolutna jedyność były dla tego zamroczonego miłością wła­sną umysłu niezrozumiałe. Rozumował on tak: „Chrystus przyszedł przede mną; ja jestem drugi; ale przecież to, co w porządku czasowym jest późniejsze, w istocie jest pierwsze. Przychodzę jako ostatni, u kresu dziejów, właśnie dlatego że jestem doskonałym, ostatecznym zbawicielem. Ów Chrystus jest moim zwiastunem. Jego misją było poprzedzenie i przygo­towanie mojego przyjścia”.

I w tej myśli wielki człowiek dwu­dziestego pierwszego wieku odnosił do siebie to wszystko, co powiedziano w Ewangelii o drugim przyjściu, tłumacząc to przyjście nie jako powrót tegoż Chrystusa, lecz jako zastąpienie poprzedniego Chrystusa ostatecznym, to znaczy nim samym.
            W tym stadium „człowiek przyszłości” niewiele jeszcze przeja­wia cech charakterystycznych i oryginalnych. Przecież w po­dobny sposób patrzał na swój stosunek do Chrystusa na przy­kład Mahomet – mąż prawy, którego nie można obwiniać o jakąkolwiek złą intencję. Wynosząc siebie ponad Chrystusa, człowiek ów uzasadnia to jeszcze takim rozumowaniem: „Chrystus, głosząc i urzeczywist­niając w swoim życiu dobro moralne, naprawiał ludzkość, ja zaś jestem powołany do tego, aby być dobroczyńcą tej czę­ściowo naprawionej, częściowo nie naprawionej ludzkości. Ja dam wszystkim ludziom wszystko, co im potrzebne. Chrystus jako moralista dzielił ludzi na dobrych i złych, ja połączę ich za pomocą dóbr jednakowo potrzebnych dobrym i złym. Będę prawdziwym przedstawicielem tego Boga, który każe świecić swemu słońcu nad dobrymi i złymi, który spuszcza rosę na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Chrystus przyniósł miecz, ja przyniosę pokój. On groził ziemi strasznym sądem ostatecz­nym – ale przecież ostatecznym sędzią będę ja, a sąd mój bę­dzie nie sądem prawdy tylko, lecz sądem łaski. Będzie i pra­wda w moim sądzie, ale nic prawda odpłacająca, lecz prawda rozdzielająca. Wszystkich wyróżnię i każdemu dam według jego potrzeb”.
          I w takim oto nastroju ducha oczekuje on jakiegoś wyraź­nego Bożego wezwania do dzieła ponownego zbawienia ludz­kości, jakiegoś widomego i zadziwiającego świadectwa, że jest on starszym synem, umiłowanym pierworodnym Boga. Czeka i karmi swoją jaźń świadomością swych nadludzkich cnót i ta­lentów – przecież jak było powiedziane, jest to człowiek o nienagannej moralności i niezwykłym geniuszu.
            Wyczekuje dumny mąż sprawiedliwy najwyższej sankcji, aby rozpocząć zbawianie ludzkości – i nic może się doczekać. Minęło mu już trzydzieści lat, przechodzą jeszcze trzy lata. I oto błyska w jego głowie i przenika go do szpiku kości gorącym dreszczem myśl: „A jeśli?… A nuż to nie ja, tylko ten… Gali­lejczyk… A nuż nie jest On mym zwiastunem, lecz prawdzi­wym, pierwszym i ostatnim? Ale przecież w takim razie powi­nien być żyw… Gdzież On jest? A jeśli przyjdzie do mnie… teraz, tutaj… Co Mu powiem? Przecież będę musiał oddać Mu pokłon jak ostatni głupi chrześcijanin, jak jakiś rosyjski mużyk mamrotać bez sensu: Panie Jezusie Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznym, albo niczym polska baba paść krzyżem. Ja, świetlany geniusz, nadczłowiek. Nie, nigdy!”
I w tym momen­cie w miejsce poprzedniego rozumnego, chłodnego szacunku dla Boga i Chrystusa rodzi się i rośnie w jego sercu najpierw jakaś zgroza, a potem kłująca i całe jego jestestwo ściskająca i dławiąca zazdrość oraz wściekła, pełna pasji nienawiść. „Ja, ja, a nie On! Nie ma Go wśród żywych, nie ma i nie bę­dzie. Nie zmartwychwstał, nie, nie, nie! Zgnił, zgnił w grobie, zgnił jak ostatnia…”
I z pianą na ustach, konwulsyjnymi sko­kami wybiega z domu, z ogrodu, i w głuchą, ciemną noc bieg­nie skalistą ścieżką… Pasja cichnie w nim i zastępuje ją głucha i ciężka jak te skały, mroczna jak ta noc rozpacz. Zatrzymuje się nad stromym urwiskiem i słyszy daleko w dole niewyraźny szum płynącego po kamieniach potoku. Nieznośny żal ściska jego serce. Nagle coś się w nim porusza. „Wezwać Go – za­pytać, co mam robić?” I wśród mroku ukazuje mu się pełen łagodnego smutku obraz. „On się nade mną lituje… Nie, nigdy! Nie zmartwychwstał, nie zmartwychwstał!” I rzuca się z urwiska. Ale coś sprężystego, jakby słup wodny, utrzymuje go w powietrzu, czuje wstrząs, jakby rażony prądem elektrycz­nym, i jakaś siła odrzuca go wstecz. Na moment traci świado­mość, a kiedy ją odzyskuje, klęczy w odległości kilku kroków od urwiska. Przed nim rysuje się jakaś promieniejąca fosfory­cznym zamglonym światłem postać, której dwoje oczu nieznoś­nym ostrym blaskiem przenika jego duszę…
            A on widzi tych dwoje przenikliwych oczu i słyszy ni to w sobie, ni to z zewnątrz jakiś dziwny głos – głuchy, wręcz zdławiony, a zarazem wyraźny, metaliczny i całkowicie bezdu­szny, jakby pochodził z fonografu. I głos ten mówi mu:
„Synu mój umiłowany, w tobie całe moje upodobanie. Czemuś nie wybrał mnie? Dlaczego czciłeś tamtego, nędznego, i jego ojca? Jam bóg i ojciec twój. A tamten, ukrzyżowany nędzarz, jest obcy mnie i tobie. Nie mam innego syna prócz ciebie. Tyś jedyny, jednorodzony, równy mnie. Miłuję cię i niczego od ciebie nie żądam. I tak jesteś piękny, wielki, potężny. Czyń swoje dzieło w imię twoje, nie moje. Nie żywię ku tobie za­zdrości. Miłuję cię. Niczego od ciebie nie potrzebuję. Tamten, którego uważałeś za boga, żądał od swego syna posłuszeństwa, i to posłuszeństwa bez granic… aż do śmierci krzyżowej – a kiedy był on na krzyżu, nie przyszedł mu z pomocą. Ja niczego od ciebie nie żądam, a pomogę ci. Dla ciebie samego, dla twej własnej wolności i wyższości i gwoli mojej czystej, bezinteresownej ku tobie miłości – pomogę ci. Przyjmij du­cha mojego. Jak dawniej duch mój płodził cię w Pięknie, tak teraz płodzi cię w mocy”.
Przy tych słowach tajemniczej po­staci usta nadczłowieka mimo woli rozchyliły się, dwoje prze­nikliwych oczu przybliżyło się tuż do jego twarzy i poczuł, jak ostry, lodowaty strumień wszedł weń i napełnił całe jego jeste­stwo. Jednocześnie poczuł w sobie niezwykłą moc, rześkość, lekkość i zapał. W tejże chwili jaśniejące oblicze i dwoje oczu nagle znikło, coś uniosło nadczłowieka ponad ziemię i zaraz opuściło go w jego ogrodzie, u drzwi domu.
            Następnego dnia nie tylko osoby odwiedzające wielkiego człowieka, ale nawet jego słudzy byli zdumieni jego osobli­wym, natchnionym jakimś wyglądem. Jeszcze bardziej by się wszakże zdumieli, gdyby mogli widzieć, z jaką nadnaturalną szybkością i łatwością pisał on, zamknąwszy się w swoim ga­binecie, swe znakomite dzieło pod tytułem „Otwarta droga do powszechnego pokoju i pomyślności”.
[zniszczono drugą część tego artykułu. Podaję więc I część.
Oryginał na pewno można znaleźć. MD]

Narodziny „mrocznego Kościoła”. Wizja bł. Anny Katarzyny Emmerich o Europie.

Narodziny „mrocznego Kościoła”

Wizja bł. Anny Katarzyny Emmerich o Europie.

Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami, z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203)

Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane.

Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556)

CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE

Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175)

Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102)

Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych… Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104)

Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104)

z „Tajnej … instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty”

z „Tajnej … instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty”

[Epiphanius, str. 396 md] Z Tajnej … instrukcji Wysokiej Wenty

…Kościół przypomina dziś oblężoną twierdzę – atakowany frontalnie, ale też rozsadzany od środka. Mówi o tym dobitnie pewien tekst programowy z 1819 roku (!), który pomimo upływu czasu nie stracił nic ze swej aktualności. Pochodzi on z „Tajnej stałej instrukcji przekazanej członkom Wysokiej Wenty” (była to, jak pa­miętamy, najwyższa instancja XIX-wiecznego karbonaryzmu). Poniżej przyta­czamy niektóre jego fragmenty:

„Owoż by doczekać się Papieża na miarę naszych aspiracji, trzeba najpierw wy­chować temu Papieżowi pokolenie godne królowania, o jakim marzymy. Zostawcie na boku ludzi starych i w wieku dojrzałym. Wychodźcie bezpośrednio do młodzieży, a jeśli się uda – do dzieci […]. To właśnie młodzież trzeba uwieść i, nieświado­mą, poprowadzić pod sztandarem tajnych Stowarzyszeń. Aby tą pełną niebezpieczeństw drogą iść krokiem niespiesznym, lecz pewnym, dwie rzeczy są bezwzględnie konieczne. Musicie wydawać się łagodni, jak gołębie, a jednocześnie musicie być ostrożni, jak węże […].

Skoro więc zostanie ugruntowany wasz autorytet w kolegiach, gimnazjach, na uniwersytetach oraz w seminariach i skoro zaskarbicie sobie zaufanie profesorów i studentów, postarajcie się, aby zwłaszcza ci, którzy zamierzają wstąpić w szeregi kleru, zabiegali o spotkania z wami […]. Owa renoma […] sprawi, że nasza doktryna trafi do młodych kleryków [i księży], a nawet za bramy zakonów. Po paru latach młode duchowieństwo siłą rzeczy opanuje wszystkie ważne funkcje: rządowe, admi­nistracyjne i sędziowskie; będzie też wchodzić w skład najwyższej rady; aż w końcu przyjdzie mu wybierać tego, który zasiądzie na Stolicy Piotrowej. Nowy Papież, jak ogół ludzi mu współczesnych, będzie przesiąknięty w mniejszym lub większym stopniu ideałami […] humanizmu, które niedługo zaczniemy szerzyć […].

Sprawcie więc, by kler maszerował pod waszym sztandarem w przeświad­czeniu, że kroczy nadal pod godłem Kluczy Apostolskich.”

(Henri Delassus, „Le probleme de J’heure presente”, tom I, str. 588-590)

             ,,[…] To nie ostrego sztyletu powinny lękać się najbardziej zarówno Katoli­cyzm, jak i monarchia. Ale te dwa filary porządku społecznego mogą się zawalić wskutek zepsucia – więc szerzmy je niestrudzenie. Tertulian słusznie zauważył, że z krwi męczenników rodzą się chrześcijanie. Otóż nasze rady zajęły stanowisko, że dość już mamy chrześcijan. Nie mnóżmy przeto męczenników, lecz propagujmy wszelkie występki. Niech niezliczone rzesze chłoną je wszystkimi pięcioma zmy­słami, niech pławią się w nich aż do przesytu […]. Sprzyjajcie tedy zepsuciu serc, a nie będziecie mieli katolików. Odciągajcie księdza od pracy, od ołtarza i od prakty­kowania cnót: niech czym innym zajmie swoje myśli i zacznie inaczej spędzać czas […]. Zepsucie na wielką skalę – oto, cośmy przedsięwzięli. Zepsucie ludu przez kler, a kleru przez nas […].”

(Ibid., str. 611)

,,[…] Przyznajcie wolność sumienia heretykom, żydom, ateistom, lecz bacz­cie, by nie mógł z niej korzystać ani ksiądz, ani katolik […].

             By podkopać jego [tj. księdza] wpływy, odbierzcie mu majątek, który czyni go niezależnym; utrzymujcie go wyłącznie na pensji urzędnika państwowego […]

             Ograniczcie liczbę świąt, zaś na niedziele planujcie szkolenia, uczty, zabawy i

różne zajęcia, które odciągną lud od moralności ewangelicznej […]

Żeby zaś skończyć z bezgranicznym oddaniem księdza, które zjednuje mu sym­patię ludu, starajcie się uwiązać go przy rodzinie. Przy różnych okazjach dawajcie wyraz opiniom przeciwnym celibatowi […]

             (Ibid., str. 626-628)

Jak wiemy, publiczna szkoła laicka stała się powszechnym standardem w ca­łej  Europie. Władze państwowe sprawują dziś ścisłą kontrolę nad linią i treścią nauczania. Religia stała się przedmiotem fakultatywnym albo została zredukowa­na do ,,historii ludzkich wierzeń”. Tak zwane szkoły katolickie, o ile chcą dalej działać, muszą sztywno realizować programy laickie, hołdując ideologii demokra­tycznej, która zyskała rangę absolutnego dogmatu. Nie sposób zaprzeczyć, że du­ża część księży jest dziś demokratami; to zaś rodzi ryzyko, że mogą oni bagatelizować Boskie źródła inspiracji Pisma Świętego, interpretować je przy pomocy laickiego aparatu krytyki historycznej lub – co gorsza – nadawać mu zna­czenia czysto symboliczne; podobnie mogą oni skłaniać się do tego, by dogmaty Kościoła traktować jako zmienne, podlegające ewolucji historycznej (moder­nizm). Te same demokratyczne zasady, podzielane przez wielu Ojców Soboru Watykańskiego II, doprowadziły po stronie katolickiej do polityki „zamilczania” dogmatów, do rewolucji w liturgii oraz do ekumenizmu, który jest niczym innym, jak odstąpieniem od depozytu wiary opartego na Skale Ewangelii, po to, by wspa­niałomyślnie przygarnąć do siebie błąd innych.

Na tak przetrzebionej glebie łatwo pleni się chwast libertyńskiej „moralności” masońskiej. Uważana za wartość absolutną wolność jednostki, wypisana na sztandarach lóż, przerodziła się szybko w swawolę i w występek. Skutki tego ob­serwujemy: zawrotny wzrost przestępczości w Europie, szerząca się niemoral­ność, atak (zaplanowany – o czym mieliśmy okazję się przekonać) na rodzinę poprzez rozwody, wolne związki, środki antykoncepcyjne, promocję aborcji i homoseksualizmu, pornografię i narkotyki. Ale na tym z pewnością nie koniec…

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli

PAPIESTWO, gdyby sytuacja wymknela sie spod kontroli 


ks. Malachi Martin „Klucze królestwa” – wyd. ANTYK

Oryginał wydany w 1990 roku. /fragmenty książki/, str. 906  

„Jest jeszcze jedna możliwość rozwoju wydarzeń, która, gdyby wymknęła
się spod kontroli, również mogłaby rozbić jedność struktury
rzymskokatolickiej. Mowa o sytuacji, kiedy papieskie konklawe wybiera
kandydata, którego polityka dąży do rozmycia jedności i zmiany
organizacji Kościoła przez zarzucenie piastowania funkcji namiestnika
Chrystusowego — przywileju, w oparciu o który zbudowana jest
strukturalna jedność katolicyzmu. Takie posunięcie oznaczałoby tak-że
pozbawienie czterech tysięcy biskupów kolegialnego posłuszeństwa wobec
papiestwa, na czym jak dotąd bazuje ich struktura. Wszystko to
oznaczałoby nową funkcję dla biskupa Rzymu, z pewnością nie tę
tradycyjną; pociąga to za sobą tak-że nowe stosunki pomiędzy biskupami
(łącznie z biskupem Rzymu). Jeśli ktokolwiek wątpi, czy taka
ewentualność może mieć miejsce, przypomnijmy, że w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych nikomu by się nawet nie śniło, że
papież z lat sześćdziesiątych podejmie próbę całkowitego pozbycia się
elementów, które gwarantują obecność centralnego wydarzenia mszy
świętej; mianowicie, uosobienia Ofiary Krzyżowej Chrystusa. Jednak
taka sytuacja, według wiarygodnych źródeł, miała miejsce.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinno się sądzić, iż
nakreślona powyżej trzecia możliwość jest mało prawdopodobna. Poważne,
bezstronne spojrzenie na obecną sytuację, szybko ujawni ponurą
rzeczywistość rzymskiego katolicyzmu: na lokalnym poziomie parafii i
diecezji oraz na poziomie zwierzchnictwa — papiestwa i papieskiej
posłu-gi — wszędzie tam obecne są wszystkie negatywne elementy,
wystarczające, by owe przerażające wydarzenia ziściły się. W praktyce
natomiast, okaże się, że wspomniane negatywne elementy są już bardzo
aktywne, i to na wielką skalę.

Wszędzie — w parafiach i diecezjach, pośród biskupów i księży,
zakonników i laikatu — odnaleźć można niewzruszone przekonanie, że
przed II Soborem Watykańskim istniał jeden kościół rzymskokatolicki —
kościół „przedsoborowy”; przestał on jednak istnieć, a jego miejsce
zabrał kościół „soborowy”, ożywiany „duchem Watykanu II”, którego nie
nazywa się już „kościołem rzymskokatolickim”, lecz zamiast tego
stosowane jest albo biblijne określenie „lud Boży”, albo zwyczajna,
mało precyzyjna nazwa „Kościół”.

Okazuje się, że w oczach biskupa, księdza, zakonnika i osoby świeckiej
oba „Kościoły” drastycznie się od siebie różnią w czterech ważnych
kwestiach. „Kościół soborowy” nie rości już pretensji do wyłącznego
posiadania środków do wiecznego zbawienia. Niekatolicy i
niechrześcijanie mają równe prawo twierdzić, że posiadają takowe
środki w ramach swej własnej religii — czy też „sposobu życia”, jeśli
akurat nie zaliczają się do osób wierzących. Wszyscy bowiem —
katolicy, niekatolicy i niechrześcijanie — jesteśmy tylko
pielgrzy-mami dążącymi do tego samego celu, aczkolwiek różnymi
drogami. Po drugie, w „kościele soborowym” źródłem religijnego
oświecenia, przewodnictwa i autorytetu jest lokalna „wspólnota wiary”.
Poprawność wiary i poprawność postępowania moralnego już nie pochodzi od
hierarchicznego ciała biskupów, podległych centralnej władzy jednego
człowieka, biskupa Rzymu. Po trzecie, podstawową funkcją światowych
skupisk „wspólnot wiary” jest współpraca z „ludzkością” w budowaniu i
utrzymywaniu pokoju na świecie oraz pracy nad światową reformą
wykorzystywania surowców naturalnych, tak by wyeliminować ucisk
gospodarczy i imperializm polityczny. Po czwarte, dawne reguły
kościoła rzymskokatolickiego dotyczące moralnego zachowania w
życiowych sprawach — antykoncepcji, małżeństwie, śmierci,
seksualności — winny zostać po bratersku dostrojone do światopoglądu,
praktyk i pragnień świata. W przeciwnym razie, jak członkowie Kościoła
mogą twierdzić, że otworzyli się na swych ludzkich braci i siostry?

Te radykalne różnice pomiędzy oboma „kościołami” są owocem II Soboru
Watykańskiego, którego postanowienia nieustannie cytuje się, jako
uzasadnienie zaistniałych różnic. Tak też jest w istocie. Z łatwością
można powołać się na soborowe dokumenty, aby uargumentować swojej
tezy. Są one ogólnikowo sformułowane, również w kwestiach wiary. A w
przypadku co najmniej dwóch z nich, można odnaleźć stwierdzenia, które
na pierwszy rzut oka zdają się być nie do pogodzenia zarówno z
nauczaniem kościoła rzymskokatolickiego, jak i kolejnych papieży, aż
do Jana XXIII.

Na poziomie papiestwa i papieskiej organizacji duszpasterskiej można
odnaleźć elementy, które jednocześnie podsycają i chronią oraz
pozostawiają pole do działania innowierczemu „duchowi Watykanu II”,
który panoszy się w lokalnych diecezjach i parafiach.

Okazuje się, że dwóch papieży, Paweł VI i Jan Paweł II, nie użyli
swego najwyższego autorytetu, aby zapobiec zrodzeniu się tego ducha. A gdy już tak się stało, nie stawili mu czoła, mimo że tylko oni mogli to zrobić. Katolicy już od dawna spragnieni byli oświadczenia, opartego na osobistym autorytecie Ojca Świętego oraz jego przywileju
głoszenia ex cathedra. Oświadczenie to raz na zawsze i bez dwuznaczności wyjaśniłoby wszystkim katolikom , chrześcijanom i całemu swiatu który z tych dwóch „kościołów” jest tym ortodoksyjnym, który reprezentuje kościół rzymskokatolicki, jedyny prawdziwy Kościół , za którym stoi tylu papieży. Innymi słowy konieczna jest autorytatywna
interpretacja oficjalnych dokumentów II Soboru Watykańskiego.

Jednak papieskie oświadczenie nie może sprowadzać się do samych słów.
Kościół pełen jest słów, dokumentów, programów i raportów, odkąd
skończył się II Sobór Watykański. Katolickie prawo powinno zostać
ponownie wyegzekwowane przy pomocy dobrze nam znanych, tradycyjnych
środków: ekskomuniki, odsunięcia od oficjalnych stanowisk, imiennego
nazwania wszystkich — księży, teologów, zakonników, osób świeckich —
którzy nie przyjęli papieskiego oświadczenia.

Obaj papieże nie postąpili w ten sposób. Swe zaniechanie tłumaczyli pilniejszymi i ważniejszymi sprawami — takie były przynajmniej próby wyjaśnień. Jednak rozrastający się i rozprzestrzeniający coraz bardziej „duch Watykanu II” niesie ze sobą zgubne skutki, w postaci
destrukcji rzymskokatolickiej organizacji instytucjonalnej. Jej ochrona jest kluczowym obowiązkiem, który obaj -jako zawiadujący Stolicą Apostolską namiestnicy Chrystusa na ziemi – przysięgali wypełniać.

To dlatego Pawła VI i Jana XXIII oskarżano o nadużycia w ich urzędzie.
Osądzano ich, że biorą udział w śmiertelnej grze prowadzonej przez
ludzi, którzy dążą do zlikwidowania papiestwa i rzymskokatolickiej
organizacji instytucjonalnej.

O ile nic nie powstrzyma ani nie zakłóci biegu wydarzeń, będą one
wyglądały następująco: „duch Watykanu II” będzie stopniowo przenikał
biskupie umysły, i jeśli papiestwo nie przeciwstawi się temu i nie
zajmie wyrazistego stanowiska, nieuniknione jest, iż negatywne trendy,
które w chwili obecnej dotyczą ograniczonej liczby dostojników
kościelnych, będą się rozprzestrzeniać coraz dalej.

Nikt nie wątpi, że kardynałowie, tacy jak Joseph Bernardin z Chicago,
Basil Hume z Westminsteru, Godfried Danneels z Belgii, Paulo Evanisto
Arns z Sao Paulo czy Roger Etchegeray z Francji, są zwolennikami
„ducha Watykanu II”.

Oczywiście są dziś kardynałowie, którzy wraz z kolejnymi, jeszcze nie
desygnowanymi przez Jana Pawła II, wybiorą jego następcę. Przybędą oni
na następne konklawe z kościelnej struktury, w której funkcjonowali
przez przynajmniej dwadzieścia pięć lat; i w tym czasie nie tylko nie
próbowali ukrócić, walczyć czy choćby poprawić odchyleń wynikłych z
„ducha Watykanu II”, lecz podsycali je pasywnie (poprzez swe
zaniechanie), lub aktywnie (ponieważ podzielali tego samego „ducha”).
Przybędą z diecezji, gdzie większość biskupów nie chce i nie będzie
chciała wiedzieć o niczym, co nie jest spójne z „duchem Watykanu II”,
który na dobre krąży już w ich parafiach.

O ile w ostatniej minucie nie wydarzy się jakiś cud, papieski
kandydat, którego wybiorą, zostanie wyłoniony z ich grona; a celem
jego polityki będzie oficjalne potwierdzenie i ostateczne ukoronowanie
„ducha Watykanu II”.

Podstawą działania takiego kardynała, który prawomocnie został
papieżem, będzie to, co dla Pawła VI i Jana Pawła II było tylko
tymczasowym wybiegiem; a więc nie będzie egzekwował należnej mu z
urzędu, przestarzałej władzy Piotrowej. Paweł VI publikował dokumenty
II Soboru Watykańskiego i siedział z założonymi rękami, podczas gdy
delegalizujące działania watykańskich dostojników i biskupów w różnych
krajach dziesiątkowały jego Kościół. Jan Paweł II co i rusz
sankcjonował soborowe postanowienia swymi zapewnieniami, iż ustalają
one normy katolickiej wiary i postępowania.

Taka będzie podstawowa różnica pomiędzy Pawłem VI i Janem Pawłem II,
oraz papieżem wybranym po śmierci tego ostatniego. Ograniczoność
funkcji nowego biskupa Rzymu będzie wynikała z przekonania, że
oryginalne papiestwo w postaci, w jakiej krzewiono je przez setki lat
i dwie trzecie dwudziestego wieku, było uwarunkowane panującymi
czasami i wielusetletnią kulturą; teraz zaś czas już zmniejszyć jego
znaczenie, by móc uwolnić „ducha Watykanu II”, który ukształtuje
wizerunek Kościoła i dopasuje go do postępowego sposobu myślenia
nowej, diametralnie innej epoki.

Rzymscy katolicy będą świadkami spektaklu, w którym prawomocnie
wybrany papież odetnie kościelną organizację od tradycyjnej jedności i
zorientowanej na papiestwo apostolskiej struktury, w którą Kościół jak
dotąd nieprzerwanie wierzył i nauczał, iż ustanowił ją Bóg.

W dniu, w którym to nastąpi, rzymskokatolicką organizacją wstrząsną
śmiertelne drgawki. Ten ból zgotują Kościołowi jego właśni przywódcy i
członkowie. Nie nastąpi on z ręki zewnętrznego wroga. Wielu wierzących
zaakceptuje nowy ustrój; wielu nie. Wszyscy będą podzieleni. Nikt na
ziemi nie będzie w stanie utrzymać ich razem w jednej, zwartej,
rzymskokatolickiej organizacji. Po raz pierwszy człowiek będzie mógł
zadać sobie pytanie: gdzie się podziała widzialna struktura Kościoła
założonego przez Chrystusa? Nie będzie można jej dostrzec. Kościół
będzie w takim samym stanie, jak w dniu, w którym apostoł Filip
spotkał na drodze z Jerozolimy do Gazy etiopskiego dworzanina i, gdy
okazało się, że ten człowiek otrzymał łaskę wiary w Boga, ochrzcił go
w źródle przy drodze. Potem odszedł, a Etiopczyk kontynuował swą
wędrówkę. Był już żywym członkiem Kościoła Chrystusowego, uczestnikiem
mistycznego ciała Jezusa — tak samo jak którykolwiek chrześcijanin
tysiąc lat później, ochrzczony w jednej z europejskich katedr i
zapisany rejestrach jako członek widzialnej struktury kościelnej,
skupionej wokół katedry. Jednak ów etiopski dworzanin nie miał żadnej
takowej struktury. Właściwie poprzez ową prostą ceremonię, podczas
której wraz z apostołem Filipem wkroczył do przydrożnego strumienia i
przyjął chrzest w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego, dołączył on do
rodzącego się chrześcijańskiego podziemia, którego pogrom już
organizowały lokalne władze żydowskie ….”

Wyświęcanie kobiet i Liturgia Majów

BKP: Wyświęcanie kobiet i Liturgia Majów

+ Eliasz Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

Nurt liberalny w Kościele katolickim, czyli współcześni saduceusze, dąży do likwidacji sakramentu kapłaństwa, konsekwentnie także papiestwa. Promują opinię o potrzebie wyświęcania kobiet na kapłanki, rzekomo w celu odrodzenia Kościoła. O tym, że jest to rażące oszustwo, świadczy cała Tradycja Kościoła, zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu.

Jednocześnie współcześni saduceusze wraz z fałszywymi prorokami, liberalnymi teologami propagują kościelną legalizację sodomii, lesbijstwa i wszelkich wypaczonych form pogaństwa, czczących fałszywych bogów, czyli demony.

Pseudopapież Bergoglio stworzył zgubny precedens dla całego Kościoła, z jednej strony poświęcając się szatanowi w Kanadzie podczas gwizdania czarodzieja na kości z dzikiego indyka, a z drugiej strony poprzez profanację bazyliki św. Piotra demonem Pachamamą. Już II Watykański Sobór w deklaracji „Nostra aetate” nakreślił samobójczy program szacunku dla innych religii, de facto dla ich demonów. Jest to wielki grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Kierunek ten, niszczący relację z Bogiem, pociąga za sobą także legalizację niemoralności, czyli usunięcie Bożych praw i przykazań. Bergoglio otwarcie żąda pseudokonwersji biskupów, aby powitali LGBTQ-osoby w Kościele (styczeń 2023).

Niefortunna reforma Marcina Lutra, podczas której zniósł [w swojej sekcie] kapłaństwo i Mszę Świętą, była bezpośrednią reakcją na niemoralne życie i mamonizm kościelnych prałatów. Ich zły przykład nie pozwalał na prawdziwą pokutę i odrodzenie życia wiarą. W ciągu 20 lat przeszła na protestantyzm połowa katolickiej Europy. Ale wina za podział Kościoła nie leży tylko po stronie Lutra, główna wina leży po stronie kościelnych prałatów, którzy nie dopuścili do prawdziwego odrodzenia. Dopiero gdy nastąpiła reformacja Lutra, otworzyły się już w okrojonym Kościele katolickim drzwi do prawdziwej reformy wraz z pojawieniem się zakonów i ruchów odrodzeniowych. Krwawą zapłatą za rozdzielenie Kościoła, stały się wojny religijne, w tym wojna 30-letnia.

Jednak dziś wielu pastorów protestanckich w jedności z katolickimi prałatami promują małżeństwa homoseksualne i błogosławieństwo queer-par. W ten sposób pojawia się jedność, ale nie w Jezusie Chrystusie, ale w antychryście. Rezultatem jest satanizacja Europy. Karą Bożą jest islamizacja. Szczególnie gorliwie propagują ją biskupi niemieccy wraz z pseudopapieżem Bergoglio.

Z powodu herezji i „jedności z duchem świata” chrześcijaństwo w Europie prawie wyparowało. W tych czasach kryzysu wprowadzanie wyświęcania kobiet zamiast prawdziwej pokuty i twierdzenie, że to doprowadzi do odrodzenia chrześcijaństwa, jest dosłownie szaleństwem! Kapłanki, czyli sakralne prostytutki, kojarzone były wyłącznie z pogaństwem i składaniem ofiar demonom. W chrześcijaństwie kapłanki nie mają żadnego uzasadnienia. Jezus mianował na kapłanów mężczyzn, a nie kobiety. Kościół zawsze uważał to za prawo.

Obecne wysiłki na rzecz wyświęcania kobiet są bezpośrednio związane z propagowaniem pogaństwa przez Bergoglio i z destrukcyjną feminizacją na świecie. Pseudopapież czyni diakonise z amazońskich czarownic, które palą kadzidło nie Bogu, ale pogańskim demonom. Planuje także wyświęcać je na kapłanki.

W przeciwieństwie do tego początkiem prawdziwego przebudzenia jest nazwanie grzechu grzechem, herezji herezją, a niemoralności niemoralnością. Ponownie należy wskazać na śmiertelne owoce grzechu, którymi są nieszczęście na ziemi i wieczne potępienie. Dzisiejsi kościelni saduceusze unikają prawdziwej pokuty i naśladowania Chrystusa jak diabeł krzyża. Wzorem ich tzw. odrodzenia Kościoła przez synodalną LGBTQ-drogę jest legalizacja grzechów wzywających do nieba, które ściągają przekleństwo na Kościół i narody. W ten sposób wbijają gwoździe w trumnę Kościoła, któremu już wykopali grób.

Co powiedzieć o modelu Liturgii w rycie Majów z tzw. pryncypałem i okadzaczem, którymi w szczególności mają być kobiety? Ich kadzenie i tańce mają zostać zatwierdzone przez Synod jako oficjalna część Mszy. Jest to celowe wprowadzenie ducha pogaństwa i wypędzenie Ducha Świętego z Liturgii Świętej. Ta liturgia już nie będzie służbą prawdziwemu Bogu i nie będzie tu chodzić o uobecnianie ofiary Chrystusa, ale o bluźnierstwo.

Uświadommy sobie istotę Liturgii Świętej. Tu nie chodzi o symbol, ale rzeczywiste uobecnianie ofiary Chrystusa na Kalwarii. Stale chodzi o ofiarowanie Bogu nie krwi byków i baranków, ale Krwi Syna Bożego na przebaczenie naszych grzechów. Krwawe ofiary ze zwierząt w Starym Testamencie miały zapobiegać skłonności do pogańskich krwawych ofiar, nawet ludzkich. Ofiary pogańskie oznaczają poddanie się demonom i są połączone z niemoralnością i wypaczeniem. 

Pośród obecnego duchowego i moralnego brudu uświadommy sobie raz jeszcze, że Bogu należy składać czystą, nieskalaną ofiarę, a tą jest jedynie ofiara Chrystusa na krzyżu. 

Już przez proroka Malachiasza Pan przepowiedział: „Na każdym miejscu będzie składana imieniu Memu ofiara czysta” (Mal 1:11).

Dwóch z pierwszych czterech starotestamentowych kapłanów, synów Arona, zapłaciło życiem za to, że mieli w kadzielnicach inny ogień niż ten, który miał być używany do oddawania czci Panu. Napisano: „Nadab i Abihu, synowie Arona, wzięli każdy swoją kadzielnicę, nabrali do niej ognia, włożyli na niego kadzidło i ofiarowali przed Panem ogień inny, niż był im nakazany. Wtedy ogień wyszedł od Pana i pochłonął ich. Umarli przed Panem” (Kpł 10:1-2).

Kiedy Korach, Abiron i Datan zbuntowali się przeciwko Mojżeszowi, Mojżesz powiedział do Koracha: „Czyż nie dosyć wam, że Bóg wyróżnił was, byście się mogli zbliżać do Niego?… A wy jeszcze się domagacie godności kapłańskiej! … Złączyliście się przeciw Panu, ty i cała twoja zgraja”(Lb 16:8-11).

Dzisiejsi liberałowie pod przywództwem Bergoglio, podobnie jak Korach i jego zgraja, złączyli się przeciwko Panu. Promują sodomicką antyewangelię, w ten sposób ściągając na siebie Bożą anatemę – wykluczenie z Kościoła (Ga 1:8-9). Ponadto propagują likwidację sakramentu kapłaństwa, żądając święceń kobiet, de facto czarownic i lesbijek. W przypadku Koracha chodziło jedynie o kapłaństwo Starego Testamentu. Ofiarowali Bogu krew baranów i byków lub coś innego ze żniw.

Ale kapłaństwo Nowego Testamentu jest składaniem Najświętszej Ofiary. Chodzi o uobecnienie krwawej ofiary Chrystusa w sposób bezkrwawy na ołtarzu dla odpuszczenia grzechów. Chrystusowym kapłaństwem zanikło kapłaństwo Arona i ofiary ze zwierząt. Jezus ustanowił sakrament kapłaństwa podczas Ostatniej Wieczerzy. Wybrał do tego apostołów, czyli mężczyzn. Następnie podczas zesłania Ducha Świętego otrzymali namaszczenie na nowotestamentowych kapłanów. Namaszczenie to przechodzi poprzez sukcesję apostolską na następców apostołów, czyli na biskupów i ich pomocników, kapłanów.

Jaka jest istota nowotestamentowej ofiary? Jest to uobecnienie ofiary Chrystusa na krzyżu. Jak się to dzieje? Poprzez kapłana, który ma na sobie namaszczenie Duchem Świętym. Kapłan wypowiada słowa Jezusa, którymi Pan ustanowił swoją bezkrwawą ofiarę. W tym momencie interweniuje wszechmoc Boga. Bóg, który z niczego stworzył świat widzialny i niewidzialny, oraz niezliczne galaktyki teraz swoją wszechmocą zmienia istotę chleba i istotę wina w prawdziwe Ciało Chrystusa i w Jego prawdziwą Krew. Duch Święty to czyni przez namaszczenie kapłańskie.

Czy może ubiegać się o urząd kapłański osoba, którą Bóg przez swoje namaszczenie do tego nie ustanowił? Nie może. Czy może ubiegać się o kapłaństwo osoba, która buntuje się przeciwko Duchowi Świętemu i unieważnia Boże prawa i przykazania oraz propaguje perwersje seksualne i sodomicką antyewangelię? Nie może. Czy może zostać namaszczona Duchem Świętym do kapłaństwa kobieta? Nie może. To nie jest w Bożym porządku.

Pismo Święte wyjaśnia, że składanie ofiar w celu przebłagania Boga za grzechy ludu było związane z kapłaństwem Arona, które było tymczasowe. O Jezusie ale Pismo Święte mówi: „Ty jesteś kapłanem na wieki na wzór MelchizedekaJest to inny porządek niż dziedziczne kapłaństwo według porządku Arona. „Za zmianą bowiem kapłaństwa musi też nastąpić zmiana Prawa” (Hebr 7:12).

Wraz z przyjściem Jezusa Chrystusa Stary Testament został zastąpiony Nowym Testamentem.

Do czego prowadzą wysiłki mające na celu zmianę kapłaństwa poprzez wyświęcanie kobiet? Koniecznie do zniesienia Nowego Testamentu naszego Zbawiciela i wprowadzenia pseudoprawa antychrysta.

Jeśli dzisiaj sekta Bergoglio zmieni kapłaństwo, promując wyświęcanie kobiet na diakonki i kapłanki, również zaniknie sukcesja apostolska. Według Daniela tak zostanie zniesiona codzienna ofiara (Mt 24:15; Dan 9:27), a zamiast Ducha Świętego nastąpi namaszczenie od nieczystego, demonicznego ducha. Jaki duch obecnie promuje to pseudokapłaństwo kobiet jednocześnie z kościelną legalizacją sodomii i bałwochwalstwa? Nie jest to Duch Chrystusa, ale antychrysta.

Dlatego dzisiaj do Liturgii wprowadzane są także pogańskie elementy kultury Majów i innych kultów pogańskich, zakorzenione w szacunku do demonów i szatana. Za nimi jest ogień piekielny (Judy 7), a nie ogień Ducha Świętego (Łk 3:16). Dwaj synowie Arona przynieśli Bogu inny ogień i inne kadzidło, i zostali skazani na śmierć. Jaka bolesna duchowa śmierć zapanuje w Kościele katolickim z powodu tego antysakramentu!

Sekta Bergoglio wprowadza także antysakrament małżeństwa, błogosławiąc sodomitów, lesbijki i queer-pary. Tak zwana Droga synodalna prowadzi do wczesnej samozagłady i wiecznego potępienia.

Przeciwieństwem jest wąska droga naśladowania Chrystusa. On sam jest tą Drogą, Prawdą i Życiem.

Na rozdrożu, na którym chrześcijaństwo postawił arcy-heretyk Bergoglio, okupujący papiestwo, należy dziś podjąć decyzję. Albo wrócić do zdrowego nauczania ewangelii Chrystusa, które przynosi błogosławieństwo i życie wieczne, albo zaakceptować antyewangelię Bergoglia i jego sekty, która prowadzi do doczesnej i wiecznej samozagłady. Podobnie jak dawniej Izraelitów, tak i dzisiaj Bóg stawia katolików przed wyborem: „Kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie życie” (Pwt 30:19).

+ Eliasz

Patriarcha Bizantyjskiego Katolickiego Patriarchatu

+ Metodiusz OSBMr           + Tymoteusz OSBMr

biskupi-sekretarze

4. 10. 2023

 Droga synodalna promuje kapłaństwo kobiet

vkpatriarhat.org/it/?p=10088  /italiano/

bcp-video.org/ordination-of-women/  /english/

bcp-video.org/fr/l-ordination-des-femmes/  /français/

vkpatriarhat.org/de/die-frauenordination/  /deutsche/

=======================

wideo: https://vkpatriarhat.org/pl/?p=20848  https://youtu.be/guXZoXGRPaQ

https://bcp-video.org/pl/wyswiecanie-kobiet/

rumble.com/v3qjy0dwywicaniekobiet.html  ugetube.com/watch/qNnCkwcVvwuXIMh

„Inkluzywna” armia Kanady – wyłącza… Pana Boga. Zalecenie podpisał… kapelan wojska !!

„Inkluzywna” armia Kanady wyłącza… Pana Boga. Zalecenie podpisał… kapelan wojska !!

23 października 2023 inkluzywna-armia-kanady-wylacza-pana-boga

Członkowie Kanadyjskich Sił Zbrojnych podczas publicznych wystąpień nie powinni bezpośrednio odnosić się do Boga – to istota dyrektywy, którą podpisał… generalny kapelan armii, Guy Belisle.

  Celem zalecenia jest nadanie siłom zbrojnym charakteru bardziej „inkluzywnego” (czyli rzekomo „włączającego”). Jak się okazuje, nie dotyczy to jednak samego Pana Boga, którego cenzuruje nominalnie „katolicki” kapelan.

Innowacja związana jest ze zbliżającym się Dniem Pamięci w Kanadzie. Przypada on w tym samym dniu, w którym obchodzimy Narodowy Dzień Niepodległości, czyli 11 listopada.

Kapelan zaleca mundurowym przyjęcie „uwrażliwionego i włączającego podejścia podczas publicznych wystąpień do członków wojska”.

„Chociaż dla niektórych naszych członków aspekt modlitwy może mieć duże znaczenie, nie wszyscy modlimy się w ten sam sposób. Dla niektórych nie odgrywa ona żadnej roli w ich życiu” – uzasadniał dyrektywę z 11 października ksiądz Belisle cytowany przez gazetę „The Epoch Times”.

Według zaleceń, każda wygłaszana publicznie przez kapelanów „refleksja o charakterze duchowym” powinna mieć „charakter inkluzywny”. Ma również być „pełna szacunku wobec religijnej i duchowej różnorodności Kanady”.

Normy skomentował minister obrony Bill Blair. Według niego „kapelani nie mają i nie będą mieli zakazu modlitwy w Dniu Pamięci ani w żadnym innym momencie”. Zaraz jednak w tej wypowiedzi pojawia się znaczące „ale”.

Otóż, zdaniem zwierzchnika armii, kapelani występując publicznie „nie powinni używać słowa Bóg ani innych odniesień do siły wyższej, takich jak np. Ojciec Niebieski”. Takie sformułowania mogłyby bowiem rzekomo sprawić, że niektórzy słuchacze poczuliby się „wyłączeni”.

Jeśli nie potrafimy nawet żyć zgodnie ze swoim sumieniem, jeśli nie potrafimy mówić prawdy tak, jak ją widzimy, to zatraciliśmy istotę tego, co to znaczy być w wojsku – skomentował jeden z członków Kanadyjskich Sił Zbrojnych. – Obecnie jedyną akceptowalną religią będzie sekularyzm – dodał.

Źródło: Interia.pl/Life Site News RoM

„Synodalne aggiornamento”. Synod o Synodalności na stabilnym kursie „w lewo”. Ale „tajnie”!!

„Synodalne aggiornamento”. Synod o Synodalności na stabilnym kursie „w lewo”

Paweł Chmielewski synodalne-aggiornamento

Rzymski Synod o Synodalności wkroczył w ostatnią fazę. Papież obłożył obrady tajemnicą, ale głosy docierające z obrad wskazują jasno: cała rewolucyjna agenda została położona na stole i jest przedmiotem dyskusji. Rzymski synod nie zakończy się przyjęciem twardych, konkluzywnych [po polsku: rozstrzygających] wniosków; końcowy dokument będzie jednak bez wątpienia zawierać tak dobrane słowa-klucze, żeby pozwolić na kontynuację „progresywnej pracy” i wyciąganie odpowiednich wniosków, zgodnych z liberalnym duchem czasu.

Relatorem generalnym Synodu o Synodalności jest przecież kard. Jean-Claude Hollerich, admirator niemieckiej Drogi Synodalnej. Uwagę przykuwają też sekretarze specjalni synodu, o. Giacomo Costa SJ, Włoch, który przygotowywał już syntezę etapu kontynentalnego Synodu o Synodalności oraz ks. Riccardo Battocchio, prezes Włoskiego Stowarzyszenia Teologicznego. W 2021 roku o. Costa poparł włoskie ustawodawstwo wymierzone w „dyskryminację” środowisk homoseksualnych, choć biskupi kraju stali na innym stanowisku. Ks. Battocchio brał w 2015 roku udział w prezentacji książki „Miłość homoseksualna” aspirującej do przedstawienia „nowej syntezy” psychoanalizy, teologii i duszpasterstwa w obszarze homoseksualizmu. Co ciekawe nie wiadomo, kto dokładnie napisze syntezę. Wprawdzie znane są nazwiska 13-osobowego komitetu ds. syntezy pracującego pod kierunkiem kard. Hollericha, ale właściwymi autorami tekstu mają być „eksperci”. Nie wiemy, kto to – Watykan utajnił ich nazwiska.

Same tematy podejmowane na rzymskim zgromadzeniu są znane, bo zostały opisane w Instrumentum laboris – dokumencie roboczym na synod opublikowanym przez Stolicę Apostolską w czerwcu tego roku. Na portalu PCh24.pl omawialiśmy ten tekst, wskazując na fakt, że zawiera bardzo wiele elementów typowych dla progresywnej narracji. To między innymi zniesienie obowiązku celibatu, święcenia diakonatu dla kobiet, zwiększenie udziału świeckich we władzy w Kościele, inkluzywność sakramentalna – dopuszczanie do Komunii świętej takich „wykluczonych” grup jak rozwodnicy w powtórnych związkach, homoseksualiści czy poligamiści (problem Afryki). W dokumencie wiele miejsca poświęcono też przełamywaniu władzy biskupów przez różnego rodzaju kolektywy synodalne, zwłaszcza kontynentalne. Z wypowiedzi uczestników trwającego synodu wiemy, że wszystkie te tematy – władza, rola kobiet, moralność seksualna – rzeczywiście były i są podejmowane, rodząc ożywioną dyskusję. Nie wiadomo jednak ani kto reprezentuje jakie stanowisko ani gdzie jest ewentualna większość. Rzymski etap Synodu o Synodalności jest bezprecedensowy pod względem tajemnicy przebiegu obrad. Wcześniejszym synodom Franciszka towarzyszyły media i prowadzone debaty były dość transparentne. Teraz jest inaczej i z woli papieża z synodu nie wypływają niemal żadne informacje. Tak naprawdę o wyniku prac synodalnych zostaniemy poinformowani dopiero na zakończenie zgromadzenia, kiedy zostanie przyjęty tekst finalny.

Strategiczny brak konkluzywności

Nie należy sądzić, że znajdą się w nim jakieś konkluzywne passusy dotyczące tak kluczowych dla Kościoła kwestii jak struktura sprawowania władzy, rola kobiet czy moralność seksualna. Tegoroczny synod jest dopiero pierwszym etapem; drugi nastąpi jesienią 2024 roku. Trzeba jednak spodziewać się, że środowisko progresywne zdoła zamieścić w dokumencie odpowiednie słowa-wytrychy, które pozwolą później na łatwiejsze procedowanie własnej agendy.

To właśnie te słowa-wytrychy są najważniejsze. Proces synodalny nie będzie wprowadzać żadnych konkretnych rozstrzygnięć. Mówił o tym litewski arcybiskup Gintaras Grusas, obecnie przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy (CCEE). Według Grusasa tematem Synodu o Synodalności jest sama synodalność; chociaż trwają dyskusje nad szczegółowymi kwestiami, nie będzie rozstrzygnięć „ani teraz, ani w fazie do roku 2024; nie jestem nawet pewien, czy [rozstrzygnięcia] będziemy mieć w 2024” – powiedział. – Jeżeli będziemy jako Kościół bardziej synodalni, to synod przyniesie swoje owoce – dodał enigmatycznie.

Ważniejsze od tego, co ustali synod, o wiele ważniejsze są decyzje podejmowane osobiście przez papieża Franciszka i jego prefekta Dykasterii Nauki Wiary, kard. Victora Manuela Fernándeza. W ostatnich tygodniach ukazały się najpierw odpowiedzi Franciszka na dubia pięciu kardynałów, a później odpowiedź Fernándeza na pytania kard. Duki. Z dokumentów wynika, że papież i prefekt pozwalają błogosławić związki homoseksualne oraz udzielać Komunii świętej rozwodnikom, wszystko na zasadzie „indywidualnych przypadków”. W pierwszym wypadku powinno temu towarzyszyć nieco „skryte” duszpasterstwo, papież sprzeciwił się wydawaniu jakichś wytycznych przez episkopaty; w drugim, wprost przeciwnie, wytyczne powinny się pojawiać – kard. Fernández wyraźnie do tego zachęcał. To właśnie te decyzje w o dalece większej mierze niż jakiekolwiek synody kształtują codzienność duszpasterską Kościoła. Franciszek i Fernández dali zielone światło środowiskom progresywnym, które mogą teraz bez obaw budować parafie inkluzywne wobec wszystkich „wykluczonych” ze względu na życie w obiektywnym grzechu.

Synodalne aggiornamento

Czemu zatem służy cała ta niekonkluzywność Synodu o Synodalności? Czy to naprawdę jedynie wielkie zgromadzenie, które debatuje o tym, jak debatować? Według oficjalnych deklaracji organizatorów – papieża, kard. Hollericha i innych – synodalność służy do tworzenia w Kościele nowej kultury dyskusji, opartej o wzajemne wysłuchiwanie się, otwartość na argumentację, na rezygnacji z apodyktycznego podawania ustalonej nauki. Temu służy przede wszystkim tak zwana metoda „rozmowy w Duchu Świętym”, nowatorska koncepcja rozmów w niewielkich grupach, polegająca na naprzemiennym wypowiadaniu się, refleksji i modlitwie.

Sądzę jednak, że w ostateczności konsekwencje procesu synodalnego mogą być równie głębokie, co konsekwencje II Soboru Watykańskiego, z założenia również przecież duszpasterskiego, a nie doktrynalnego. Sobór nie musiał wprost przekształcać żadnego elementu nauki Kościoła, żeby przygotować grunt pod głębokie zmiany. Wystarczyło stworzenie mglistego klimatu rewolucji, który pozwalał wpływowym środowiskom podpiąć się pod hasło „udzisiejszenia” (aggiornamento). Związek pomiędzy niemiecką Drogą Synodalną czy patologicznymi formami liturgii a Soborem jest wyraźny, ale po stronie Soborowej wychodzi nie tyle z samych dokumentów, co raczej z ich progresywnej interpretacji. Podobnie może być z Synodem o Synodalności. Zamieszczenie w dokumentach końcowych haseł o powszechnej inkluzji „dyskryminowanych i wyłączonych”, partycypacji świeckich, docenieniu roli kobiet, podmiotowości Ludu Bożego, „włączeniu” niekatolików w obszar „misji Kościoła” – to wszystko nie ma i nie będzie mieć znaczenia doktrynalnego per se. Będzie jednak tworzyć zasłonę dymną potrzebną rewolucjonistom. Odwołując się do kilku wybranych zdań z dokumentów synodalnych, włączanych w ogólny klimat „zmiany” i „inkluzji” – będą mogły z większą swobodą forsować upragnione zmiany duszpasterskie i doktrynalne.

Synod o Synodalności nie musi zadekretować błogosławienia par LGBT. Wystarczy, że w jego dokumentach zostaną zawarte długie wywody o „otwartości na wykluczonych”, żeby każdy chętny do tego biskup wprowadził w swojej diecezji rewolucyjne duszpasterstwo, powołując się jeszcze na „magisterium Franciszka”. To samo dotyczy rozwodników, poligamistów i wszystkich, którzy zostaną uznani za dyskryminowanych seksualnie.

Nie należy się też spodziewać, aby dokumenty synodalne wprost przewidywały diakonat czy kapłaństwo kobiet. Wystarczy, że będą pełne frazesów o „kobiecej twarzy” Kościoła. Na tej podstawie Franciszek powoła niejawną posynodalną komisję, która opracuje konkretne rozwiązania, a on ogłosi na tej podstawie motu proprio, wprowadzając albo żeński diakonat, albo nowe posługi i urzędy. Będzie mógł wskazać na „wyraźną wolę” zgromadzeń synodalnych, które pragnęły przejęcia przez kobiety „większej odpowiedzialności”.

To samo dotyczy sprawowania władzy. Rzymski synod nie musi wprost opowiadać się przeciwko biskupom; wystarczy, że – wskazując swój własny przykład – dokumenty będą mówić o „konieczności” partycypacji „całego Ludu Bożego” w sprawowaniu władzy. Papież korzystając ze swoich prerogatyw ustanowi konkretne gremia synodalne, które przejmą część kompetencji krajowych episkopatów, a poszczególnych biskupów zobowiąże do „synodalnego” sprawowania władzy, polegającego na konieczności „konsultowania” ciał synodalnych, bez których podjęcie jakiejś decyzji będzie możliwe tylko w teorii, ale nie w praktyce – bo stanowiłoby pogwałcenie „paradygmatu synodalnego”.

Kto zwycięży w bitwie o przyszłość Kościoła?

Póki co cieszyć się będą ci, co zawsze: progresiści z Europy, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Współczesna „twarz” wewnątrzkościelnej Rewolucji bp Georg Bätzing nie kryje zresztą zadowolenia z dotychczasowego przebiegu Synodu o Synodalności. – Wszystkie ważne tematy forów naszej niemieckiej Drogi Synodalnej odgrywają w Rzymie rolę. Leżą na stole Kościoła powszechnego – powiedział hierarcha. Jak dodał, można mówić o „dużym kroku naprzód”.

Radość biskupa Bätzinga nie powinna oczywiście nikogo zaskakiwać. Wprawdzie w rzymskim synodzie uczestniczy wielu konserwatystów bardzo krytycznie patrzących na proces synodalny, ale papież skrupulatnie zadbał o to, by narzędzia realnej władzy kształtowania przebiegu całego procesu leżały w rękach jego zaufanych ludzi, bliskich ideowo niemieckim środowiskom. Na to nic nie da się już po ludzku poradzić. Jedyną nadzieją pozostaje czasowe rozciągnięcie całego procesu: nawet jeżeli to papież Franciszek zakończy w 2024 roku drugi rzymski etap Synodu o Synodalności, być może wdrażać synodalność w życie będzie już jego następca. Nie musi to bynajmniej oznaczać, że rewolucyjny kurs zostanie zatrzymany i odwrócony; a jednak tak może być.

Patrzmy w przyszłość powtarzając słowa modlitwy za synod ułożonej przez bp. Athanasiusa Schneidera: „Panie, z pokornym duchem i ze skruszonym sercem prosimy Cię, nie dopuść, aby wrogowie Kościoła mogli radować się ze zwycięstwa nad autentycznym Kościołem katolickim”.

Paweł Chmielewski

Lwów – ratowanie dóbr kulturalnych

Lwów – ratowanie dóbr kulturalnych

Posted by Marucha w dniu 2023-10-23 lwow-ratowanie-dobr-kulturalnych

Naukowe osiągnięcia prof. Mieczysława Gębarowicza i jego ogromne zasługi położone w dziele dokumentowania i naukowego opracowania polskich zabytków sztuki i kultury we Lwowie i na dawnych południowo-wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej są dość dobrze znane.

Najkompetentniej mogliby wypowiadać się tutaj historycy sztuki. Natomiast ja chciałbym przedstawić prawie w ogóle dotąd nie znany, ale jednocześnie bardzo ważny fragment biogram Profesora.

Dotyczy on okresu II wojny światowej i pierwszych lat powojennych, kiedy to prof. Gębarowicz, rezygnując ze swoich ambicji naukowych i dalszej kariery zawodowej, całkowicie poświęcił się ratowaniu dla Polski zgromadzonych we Lwowie polskich zbiorów kulturalnych.

Działalność ta nierozerwalnie złączona była z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich, na którego czele stanął z nominacji kuratora najpierw w lipcu 1941 r. jako kierownik, a od kwietnia 1943 r. jako dyrektor. Stanowisko to, pełnione w konspiracji, w tajemnicy przed okupantami – przypomnijmy, że Zakład został w 1940 r. zlikwidowany przez władze sowieckie – łączył w latach 1941-1946 z oficjalnym stanowiskiem kierownika Biblioteki Ossolineum, włączonej w latach okupacyjnych najpierw do struktur niemieckiej Staatsbibliothek Lemberg, a od sierpnia 1944 r. jako tzw. Sektor Polski do Lwowskiej Biblioteki Akademii Nauk USRR.

Spośród lwowskich placówek naukowo-kulturalnych Zakład Narodowy im. Ossolińskich (do 1939 r – łączący w sobie Bibliotekę, Wydawnictwo i Muzeum im. Lubomirskich) był jednym z najważniejszych i najbardziej zasłużonych ośrodków kultury polskiej, o czym decydowały przede wszystkim niezwykle bogate zbiory biblioteczne, pod względem wartości drugie w kraju po Bibliotece Jagiellońskiej.

W latach okupacji niemieckiej kierowane przez prof. Gębarowicza Ossolineum stało się miejscem schronienia dla różnego rodzaju zbiorów polskich, narażonych na zniszczenie lub rozproszenie w warunkach wojennych. Taką akcję ratowania dóbr kultury prof. Gębarowicz podjął już w 1941 r., przyjmując w formie depozytów księgozbiory wielu polskich uczonych, zagrożonych aresztowaniem lub zmuszonych do wyjazdu ze Lwowa.

W Ossolineum znalazły wówczas schronienie m.in. księgozbiory profesorów Uniwersytetu Lwowskiego: filologa Jerzego Manteuffla, fizyka Stanisława Lorii, historyka ks. Józefa Umińskiego, filozofa Kazimierza Twardowskiego, a także znanego chirurga Adama Grucy. Największym osiągnięciem było jednak uratowanie w lutym 1943 r. bibliotek seminaryjnych kilku zakładów uniwersyteckich (filologii polskiej, romańskiej i klasycznej oraz historii, prawa i filozofii), które M. Gębarowicz zgodził się przyjąć do Ossolineum natychmiast po wydanym przez władze niemieckie zarządzeniu ewakuacji gmachu uniwersytetu i zajęciu go przez niemieckie wojska lotnicze.

Pomimo niesprzyjających warunków atmosferycznych i braku środków transportowych w ciągu kilkunastu dni pracownicy Ossolineum przenieśli do gmachu Biblioteki ok. 100 tysięcy książek.

Innym, choć jednocześnie jak się później okazało połowicznym sukcesem M. Gębarowicza było uratowanie od zniszczenia nie rozprowadzonych przed 1939 r. nakładów Wydawnictwa Ossolineum (były to m.in. podręczniki szkolne, prace naukowe i dzieła z literatury pięknej), których ilość szacowano orientacyjnie na 2-3 wagony towarowe. W 1942 r. do książek tych, znajdujących się wówczas w dawnych magazynach Ossolińskich przy ul. Kaleczej, pretensje wysunęło ukraińskie przedsiębiorstwo handlowe Knyhotorh, planując przekazanie ich w zależności od decyzji niemieckiej cenzury na sprzedaż lub na przemiał. M. Gębarowicz, interweniując jednak skutecznie u swoich władz zwierzchnich, nie dopuścił do wydania tych książek Ukraińcom i spowodował przeniesienie ich do gmachu Ossolineum.

Troska o los polskich dóbr kulturalnych we Lwowie zmuszała prof. Gębarowicza do szukania różnych sposobów ich ochrony. W związku ze zbliżaniem się linii frontu do ziem polskich i coraz wyraźniej rysującą się perspektywą objęcia Lwowa działaniami wojennymi, a co za tym idzie ponowną okupacją sowiecką, M. Gębarowicz w ścisłym porozumieniu z dyrektorem Biblioteki Jagiellońskiej dr. Edwardem Kuntze wystąpił w jesieni 1943 r. z inicjatywą ewakuacji najcenniejszej części zbiorów Ossolińskich z zagrożonego Lwowa do Krakowa.

Podjęcie ostatecznej decyzji w tej sprawie na pewno nie było dla niego łatwe, ale rozwój wypadków wojennych przesądził sprawę. W początkach 1944 r. władze niemieckie zarządziły przeprowadzenie ewakuacji lwowskich zbiorów bibliotecznych – oprócz Ossolineum także bibliotek uniwersyteckiej i politechnicznej oraz Towarzystwa im. Szewczenki – co prof. Gębarowicz wykorzystał do realizacji swoich planów. Przygotowane przez niego z udziałem nielicznych pracowników Biblioteki dwa transporty ewakuacyjne zawierały – wbrew wyraźnym instrukcjom niemieckim, nakazującym przede wszystkim ewakuację niemieckiej literatury fachowej i księgozbiorów podręcznych czytelni głównych – najcenniejsze i starannie wyselekcjonowane zbiory specjalne i cymelia Ossolineum. Było to ok. 2300 rękopisów, ok. 2200 dokumentów (dyplomów), ok. 1700 starych druków, ok. 2400 rycin i rysunków z dawnych zbiorów Muzeum im. Lubomirskich i kolekcji Pawlikowskich oraz kilkaset sztuk numizatów. Ponadto znalazło się tam ok. 170 najcenniejszych rękopisów innej fundacyjnej biblioteki polskiej – Biblioteki Baworowskich, oraz najcenniejsze rękopisy i inkunabuły Biblioteki Uniwersyteckiej we Lwowie.

W celu zilustrowania wartości ewakuowanych wówczas ze Lwowa zbiorów Ossolińskich można podać, że znajdowały się tam prawie wszystkie najstarsze ossolińskie kodeksy średniowieczne od XII w. poczynając, materiały do historii Polski XVI-XVIII w., w tym miscellanea historyczne, diariusze sejmów, reiacje poselstw zagranicznych, zbiory oryginalnych dokumentów oraz listów królów polskich i obcych, zbiory praw i przywilejów koronnych i litewskich, akta sądowe, majątkowe i cechowe miast (m.in. Biecza, Grodziska, Kościerzyny, Stanisławowa, Lwowa), archiwa polskich rodzin magnackich Mniszchów, Rzeczyckich, Wodzickich i Fredrów oraz utwory i papiery najwybitniejszych polskich pisarzy i poetów epoki staropolskiej: Łukasza Opalińskiego, Wacława Potockiego (w tym autograf Wojny okocimskiej), Jana Andrzeja Morsztyna i Ignacego Krasickiego

Wśród ewakuowanych materiałów literackich XIX i XX w. znalazł się autograf Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, całe spuścizny rękopiśmienne Juliusza Słowackiego (z autografami Mazepy, Lilli Wenedy, Króla Ducha) i Aleksandra Fredry (z autografami Pana Jowialskiego, Ślubów Panieńskich, Zemsty i Dożywocia), a w dalszej kolejności autografy prac Seweryna Goszczyńskiego, Teofila Lenartowicza, Józefa Conrada Korzeniowskiego, Henryka Sienkiewicza (w tym autograf Potopu), Józefa Ignacego Kraszewskiego, Jana Kasprowicza, Władysława Reymonta (w tym autograf Chłopów), Stefana Żeromskiego.

Ponadto ewakuowano spuścizny rękopiśmienne lwowskich uczonych: Wojciecha Kętrzyńskiego, Ludwika Bernackiego, Oswalda Balzera, Karola Szajnochy oraz archiwum galicyjskich działaczy ruchu ludowego Bolesława i Marii Wysłouchów. Jeśli idzie o dokumenty, do ewakuacji wytypowano przede wszystkim egzemplarze najstarsze i najcenniejsze, poczynając od dokumentów papieża Grzegorza IX z 1227 r. i ks. śląskiego Henryka Brodatego z 1229r.

Ewakuowane zbiory Ossolineum dotarty w ciągu marca i kwietnia 1944 r. do Krakowa, gdzie w bezpiecznych piwnicach Biblioteki Jagiellońskiej przeczekać miały okres działań wojennych. Zbiory te jednak zostały niespodziewanie w lecie 1944 r. wywiezione przez Niemców dalej na zachód i zmagazynowane w miejscowości Adelin (obecnie Zagrodno) koło Złotoryi na Dolnym Śląsku. Szczęśliwie przetrwały tam wojnę i w 1947 r. zasiliły reaktywowaną we Wrocławiu Bibliotekę Ossolineum. Wywieziony wówczas do Krakowa zbiór grafiki obejmował w większości grafikę polską.

Prof. Gębarowicz nie chciał zapewne przekazywać w ręce Niemców najcenniejszych zabytków sztuki zachodnioeuropejskiej, obawiając się, aby nie podzieliły one losów rysunków Albrechta Durera, skonfiskowanych przez nich w Ossolineum w 1941 r. Jest natomiast prawdopodobne, że zdecydował się wówczas poza wiedzą władz niemieckich na wyekspediowanie ze Lwowa do Krakowa drogą prywatną kilkudziesięciu rysuków obcych mistrzów ze zbiorów Muzeum im. Lubomirskich, w tym zwłaszcza kolekcji rysunków Rembrandta. W końcu marca 1944 r. prawdopodobnie powierzył je wyjeżdżającemu do Krakowa konserwatorowi lwowskiemu Janowi Marksenowi, który z kolei w połowie kwietnia tego roku złożył je jako depozyt w Muzeum Narodowym w Krakowie u dyrektora Feliksa Kopery.

W tym samym czasie prof. Gębarowicz wspólnie z muzealnikami lwowskimi wziął udział w wyekspediowaniu ze Lwowa trzech dużych obrazów Jana Matejki, tj. będącej przed wojną własnością Muzeum im. Lubomirskich „Unii Lubelskiej” oraz prawdopodobnie „Rejtana” i „Batorego pod Pskowem”. Dwa te ostatnie obrazy znalazły się we Lwowie w 1943 r. po przewiezieniu ich z Łucka, i jak świadczy zachowana w papierach M. Gębarowicza fragmentaryczna dokumentacja fotograficzna, podjęto wówczas nad nimi wstępne prace zabezpieczające, a w Ossolineum spisano ich dzieje wojenne.

Warto przy tej okazji zaznaczyć, że podobne starania ewakuacyjne podjęły również archiwa lwowskie. Wówczas to – w lutym 1944 r. – ewakuowano z Archiwum Państwowego do Tyńca pod Krakowem najcenniejsze archiwalia, w tym komplet ksiąg grodzkich i ziemskich przemyskich. Natychmiast po zajęciu Krakowa w styczniu 1945 r. księgi te zostały zabrane przez Rosjan i przewiezione z powrotem do Lwowa, gdzie dotąd się znajdują.

Wobec coraz bardziej rysującej się od momentu zajęcia Lwowa przez Rosjan w lecie 1944 r. perspektywy, że Lwów znajdzie się po wojnie poza granicami państwa polskiego, uwagę M. Gębarowicza zaczął wówczas zaprzątać problem dalszych losów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

Są przesłanki pozwalające stwierdzić, że pierwsze starania o uratowanie tych zbiorów dla Polski podjął już pod koniec 1944 r. W każdym razie bezporny jest fakt, że co najmniej od początków 1945 r. opowiadał się za przeniesieniem Zakładu ze Lwowa, jako przyszłe miejsce jego lokalizacji proponując Kraków. Stał się wówczas jednym z najgorliwszych i najbardziej aktywnych rzeczników rewindykacji całych bez wyjątku zbiorów Ossolińskich przez Polskę, a jednocześnie gorącym przeciwnikiem reprezentowanych przez stronę ukraińską planów podziału zbiorów i przekazania Polsce jedynie ich małej części jako „daru” od narodu ukraińskiego.

Prof. Gębarowicz uważał Ossolineum za polską instytucję narodową. Jako dzieło całego narodu przez kilka pokoleń tworzone i utrzymywane” i za niedopuszczalne uznawał pozostawienie go w całości lub w części poza granicami Polski. Prowadzona przez niego w latach 1945-1946 działalność zmierzająca do uratowania dla polskiej kultury i nauki zbiorów Ossolińskich była rzeczywiście imponująca, zważywszy na warunki, w których przyszło mu działać, i ograniczone, coraz bardziej kurczące się możliwości.

Przede wszystkim ze względu na rozstrzygające się wówczas losy Ossolineum nie zdecydował się na opuszczenie Lwowa. Pozostając na miejscu miał możliwość bezpośredniego czuwania nad sprawami instytucji, obserwowania poczynań władz ukraińskich, a także podejmowania konkretnych prób ratowania zbiorów.

Jednym z ważniejszych kierunków jego działalności było nieustanne informowanie odpowiednich władz i środowisk w kraju o stanie spraw Ossolińskich, a także ciągłe przypominanie o konieczności pełnej rewindykacji zbiorów. Służyć temu miały przede wszystkim zarówno pisane przez niego liczne memoriały i relacje, jak i osobiste spotkanie z przebywającym we wrześniu 1945 r. we Lwowie z oficjalną wizytą wiceprzewodniczącym Krajowej Rady Narodowej prof. Stanisławem Grabskim. Uczestniczył również w pracach polskiego środowiska naukowokulturalnego we Lwowie i w sierpniu 1945 r. został wybrany na przewodniczącego działającej pod egidą Związku Patriotów Polskich we Lwowie Komisji Ekspertów dla Przejęcia Polskiego Dobra Kulturalnego, która miała się zająć zebraniem danych dotyczących polskich dóbr kulturalnych w tym mieście.

W przygotowanym wówczas – w sierpniu 1945 r. – przez M. Gębarowicza memoriale wśród podlegających zwrotowi Polsce dóbr kulturalnych wymieniano przede wszystkim całość zbiorów dwóch polskich bibliotek fundacyjnych, tj. Ossolineum i Baworowskich, polonica ze zbiorów bibliotek uniwersyteckiej i pedagogicznej, lwowskie zbiory miejskie, akta archiwalne dotyczące terenów należących do Polski, archiwa i zbiory prywatne oraz zabytki kościelne. Memoriał ten, będący najpełniejszą i najkompetentniejszą charakterystyką polskich dóbr kulturalnych we Lwowie, został wręczony wiceprzewodniczącemu KRN prof. Grabskiemu oraz dostarczony do instytucji polskich zajmujących się sprawami rewindykacyjnymi (Wydział Rewindykacji i Odszkodowań Ministerstwa Kultury i Sztuki, Polska Akademia Umiejętności).

Gębarowicz był na pewno jeśli nie autorem, to przynajmniej współautorem kolejnego memoriału skierowanego do polskich władz państwowych w pierwszej połowie 1946 r. W memoriale tym domagano się niezwłocznego podjęcia oficjalnych rozmów z ZSRR na temat rewindykacji dóbr kultury, a rozwiązanie całej sprawy widziano jedynie w zawarciu stosownego porozumienia, „gwarantującego Rzeczypospolitej całkowity zwrot prawnie się jej należącego mienia kulturalnego z obszarów wschodnich, które przez tyle wieków pozostawały w nierozdzielnej łączności z Macierzą”.

Jak argumentowano, „nie wolno tych skarbów kulturalnych uważać za zdobycz wojenną Związku Radzieckiego. Jesteśmy bowiem państwem sprzymierzonym, a nie pokonanym wrogiem, którego można ogołacać z jego dóbr kulturalnych, nagromadzonych żmudnym wysiłkiem wielu pokoleń”.

Niestety, wbrew nadziejom prof. Gębarowicza, polskie władze państwowe nie podjęły żadnych aktywniejszych starań w sprawie rewindykowania polskich dóbr kulturalnych, nie doszło również do oficjalnych rozmów z ZSRR czy Ukrainą na ten temat. W sprawę tę najsilniej zaangażowały się środowiska naukowe skupione w Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, występujące z własnymi memoriałami do rządu i prezydenta Bieruta.

Warto przypomnieć nazwiska tych naukowców, którzy w kraju wspierali działania prof. Gębarowicza. Byli to dawni profesorowie Uniwersytetu Jana Kazimierza: Franciszek Bujak, Stanisław Łempicki, Stefan Inglot oraz najbliższy przyjaciel M. Gębarowicza, dr Tadeusz Mańkowski.

Gębarowicz nie ograniczał się tylko do działań propagandowo-informacyjnych, lecz zgodnie z przyjętą przez siebie zasadą, że jeśli istnieje możliwość wyrwania stąd [tj. ze Lwowa] czegokolwiek, należy z niej skorzystać”, podjął razem z innymi zaufanymi pracownikami lwowskiego Ossolineum akcję ratowania dla Polski zbiorów Ossolińskich. Jest to najmniej znana, podejmowana z osobistym ryzykiem strona jego działalności.

Z zachowanej w jego papierach fragmentarycznej dokumentacji, a także prywatnej korespondencji i akt archiwalnych Ossolineum można stwierdzić, że w latach 1945-1946 zdołał on potajemnie przekazać do bibliotek i muzeów krakowskich poza wiedzą władz sowieckich, za pośrednictwem osób prywatnych i instytucji opuszczających Lwów, pewną ilość głównie nie zinwentaryzowanych zbiorów Ossolineum. Najważniejszą i udokumentowaną rolę odegrali tutaj oo. Dominikanie lwowscy, którzy przesiedlając się ze Lwowa w organizowanych przez siebie transportach przewieźli do Krakowa dużą partię nie zinwentaryzowanych rękopisów i starych druków Ossolineum. Była to zapewne jakaś część zbiorów, która ukryta przez Ossolineum na wiosnę 1944 r. w podziemiach klasztoru Dominikanów w obawie przed bombardowaniami nie została później stamtąd zabrana i bez większych przeszkód mogła zostać wyekspediowana ze Lwowa.

Z cenniejszych wywiezionych wówczas do Krakowa rękopisów warto wymienić autografy prac Józefa Maksymiliana Ossolińskiego, spuściznę rękopiśmienną prezydenta Lwowa Tadeusza Rutowskiego, archiwa rodzinne Prusiewiczów, Massalskich i Pruszyńskich, zbiór autografów wybitnych Polaków, rękopisy ormiańskie i korespondencję arcybiskupa Józefa Teodorowicza, rękopisy ze zbioru księgarza i historyjka krakowskiego Ambrożego Grabowskiego, kartoteki i wykazy legionistów polskich z lat I wojny światowej oraz depozyty złożone w Ossolineum w latach wojny (archiwa biskupa lwowskiego Bilczewskiego i księży zmartwychwstańców oraz archiwum lwowskiej Armii Krajowej). Na stare druki składały się głównie zbiory Biblioteki Poturzyckiej Dzieduszyckich oraz mniejszych kolekcji.

Wiele szczegółów tych osłoniętych zrozumiałą tajemnicą działań nie zostanie zapewne nigdy już wyjaśnione. Przy tak szeroko zakrojonej akcji nieuniknione były też straty. Nie wszystkie przesyłki dochodziły na miejsce swego przeznaczenia, wiele zbiorów zaginięło, a pozostający we Lwowie M. Gębarowicz nie miał żadnych możliwości kontrolowania dalszych losów przekazywanych w pełnej dyskrecji zbiorów. W sumie jednak w latach 1945-1946 dzięki inicjatywie i wysiłkom M. Gębarowicza oraz innych pracowników lwowskiego Ossolineum przekazano do Krakowa znaczną ilość zbiorów lwowskich, które w latach 1948-1957 były sukcesywnie przejmowane przez wrocławskie Ossolineum.

Nie udało się natomiast M. Gębarowiczowi doprowadzić do wywiezienia ze Lwowa nie rozprowadzonych przed 1939 r. wydawnictw Ossolineum. Próby wpłynięcia na stanowisko władz Akademii Nauk USRR, zainteresowania tą sprawą Związku Patriotów Polskich, jak i nakłonienia polskiego Ministerstwa Oświaty do podjęcia interwencji nie przyniosły rezultatu, wskutek czego książki te, których wartość dla polskiej kultury i nauki po zniszczeniach wojennych wielokrotnie wzrosła, nie trafiły do polskiego czytelnika i całkowicie bezużyteczne pozostały zmagazynowane we Lwowie.

Przedstawiona działalność M. Gębarowicza była tym ważniejsza, że możliwości jego wpływu na ukraińską politykę wydzielenia części zbiorów Ossolineum jako tzw. „daru” dla Polski były od samego początku dość ograniczone. Ostateczna decyzja w sprawie wyboru druków i rękopisów do przekazania Polsce pozostać miała w rękach ukraińskiej komisji, w której zabrakło dyrektora Ossolineum.

W ten sposób, gdy we wrześniu 1945 r. pełną parą ruszyły prace około przygotowania „daru” dla Polski, M. Gębarowicz – jako „element niepewny i niepożądany” – został całkowicie odsunięty od jakiegokolwiek wpływu na podejmowanie zasadniczych decyzji, przy czym nadzorująca przygotowanie „daru” ukraińska komisja nie szczędziła mu licznych szykan i przykrości.

Uwagi powyższe staną się może bardziej zrozumiałe, gdy przybliżymy realia dokonanego w latach 1946-1947 przez Ukraińców podziału zbiorów lwowskich. Przyjętą przez nich generalną zasadą było, że wszystkie materiały pochodzące lub odnoszące się do ziem leżących na wschód od linii Curzona, a zwłaszcza materiały związane (w pojęciu komisji ukraińskiej) z historią i kulturą zachodniej Ukrainy, a także w jakikolwiek sposób wiążące się z Rosją, Białorusią, Podolem, Wołyniem, Litwą, Turcją itd. miały pozostać we Lwowie. Zasady tej przestrzegano nawet w stosunku do materiałów, w których była choćby jedna wzmianka dotycząca zachodniej Ukrainy. Znany był przypadek, że wielki fascykuł zawierający materiały wielkopolskie i śląskie nie mógł być zwrócony Polsce, gdyż znalazła się w nim tylko jedna karta poświęcona Żółkwi. Odnosiło się to także do wszelkich materiałów obcych, nie wiążących się W opinii komisji ukraińskiej z Polską.

Jak wyglądał podział w praktyce? Z Biblioteki Ossolineum Ukraińcy planowali pierwotnie przekazać zaledwie 30 tysięcy tomów książek. Liczba ta była kilkakrotnie podwyższana, aby wreszcie ostatecznie dojść w maju 1946 r. do 150 tysięcy starych druków, druków XIX i XX w. i rękopisów, co stanowiło zaledwie ok. 15-20% całości zbiorów, przy czym nie uwzględniono w ogóle zbiorów graficznych, kartograficznych oraz praktycznie całego zbioru czasopism polskich z XIX-XX w.

Personel polski wykonywał prace tylko techniczne, natomiast decyzja, kierownictwo i kontrola została powierzona Ukraińcom. Lokale, w których odbywało się pakowanie, były zamykane i personel polski nie miał do nich dostępu, a cała praca odbywała się w ogromnym pośpiechu. Podczas dzielenia zbiorów stosowano dość oryginalne kryteria. Zakwestionowano m.in. akt abdykacji króla Stanisława Augusta ponieważ nastąpił w Grodnie, druki leszneńskie Jana Amosa Komeńskiego jako bohemica, wszelkie druki dotyczące dysydentów, materiały dotyczące konfederacji barskiej, korespondencję dyplomatyczną dotyczącą rozbiorów Polski.

Podobnie przedstawiała się sytuacja w muzeach lwowskich. W Muzeum Historycznym polski personel został całkowicie odsunięty, a większość pierwotnie wytypowanych do przekazania Polsce eksponatów komisja ukraińska zakwestionowała. Tak np. z pierwotnego spisu obrazów, który obejmował 1000 pozycji, pozostało zaledwie 105, wśród których tylko nieznaczny procent stanowiły cenniejsze. W Galerii Obrazów większość wytypowanych do wysłania przez polskich pracowników obrazów komisja ukraińska zakwestionowała. Polecono m.in. wyłączyć wszystkie tzw. martwe natury, portrety dzieci, obrazy przedstawiające zwierzęta, sceny i widoki ze Wschodu, Francji itd., malowane zresztą przez polskich artystów, oraz obrazy poruszające ogólniejsze tematy, jak np. cykl „Wojna” Grottgera, motywując to tym, że wszystkie te dzieła posiadają „międzynarodową wartość”. Mieczysław Gębarowicz – Lwów- rok 1983. Fot. Piotr Szczepański

Argumentowano także, że portrety osobistości polskich malowane przez artystów obcych nie posiadają żadnego związku z kulturą polską, że wszystkie portrety kobiece, malowane nawet przez artystów polskich, nie mają znaczenia dla narodu polskiego. Sprzeciwiono się wysłaniu do Polski szkicu Jana Stanisławskiego przedstawiającego widok Zakopanego, ponieważ w tej miejscowości bawił kiedyś „nasz wielki Lenin”, oraz portretu dzieci Jana Matejki, gdyż uznano, że jest to zbyt ładny obraz na prezent. Poza tym skreślono wszystkie cenniejsze eksponaty (np. popiersie Chopina Xawerego Dunikowskiego, portrety Boznańskiej, rysunki Wyspiańskiego, obrazy Jacka Malczewskiego i Juliusza Kossaka) motywując to tym, że w Polsce znajduje się wiele dzieł tych artystów, we Lwowie natomast musi być odpowiednio reprezentowana sztuka „najbliższego sąsiada Ukrainy”. Na takich samych zasadach w Muzeum Przemysłu Artystycznego odpadła porcelana korecka itp. jako ukraińska, pasy słuckie jako białoruskie, meble gdańskie jako niemieckie.

Pozbawiony oficjalnego wsparcia ze strony władz polskich i coraz bardziej ograniczany w swoich kompetencjach prof. Gębarowicz był bezsilnym świadkiem poczynań Ukraińców. Tak, jak w latach pierwszej okupacji sowieckiej 1940-1941, tak i teraz obserwował rozgrabianie i zawłaszczanie polskich zbiorów narodowych. Szczególnie podział zbiorów Ossolińskich, dokonany arbitralnie przez Ukraińców bez liczenia się ze zdaniem i racjami strony polskiej, był nie tylko klęską jego ponad dwuletnich wysiłków o uratowanie dla Polski tej substancji narodowej, ale także osobistą tragedią ostatniego lwowskiego dyrektora tej instytucji.

Pozostając na swoim posterunku we Lwowie, M.Gębarowicz zrobił wszystko, co mógł, dla ratowania dóbr polskiej kultury. A zrobił rzeczywiście wiele. Najwięcej zawdzięcza mu wrocławskie Ossolineum. Niestety, ciągle sprawa ratowania polskich dóbr kultury we Lwowie jest przysłowiową „białą plamą”. Przez wiele lat nie można było o tym oficjalnie pisać, obecnie nie żyje już większość uczestników i świadków wydarzeń. Również i prof. Gębarowicz nigdy nie doczekał się uznania za swoje zasługi. Dlatego też przypomnienie tych faktów w setną rocznicę jego urodzin jest jakąś formą oddania hołdu temu wybitnemu polskiemu humaniście i wielkiemu patriocie.

Aleksander Szumański
https://ksi.btx.pl

MISTRZ I NAUCZYCIEL: Profesor Mieczysław Gębarowicz

Profesor Mieczysław Gębarowicz (ur. 17 XII 1893 w Jarosławiu, zm. 2 IX 1984 we Lwowie) wielki uczony i humanista – historyk sztuki i historyk, w latach 1923-1939 wykładowca Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i Politechniki Lwowskiej, ostatni dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Lwowie; wybitnie zasłużony dla sprawy kultury i sztuki Lwowa, w którym pozostał do śmierci. Autor licznych prac naukowych. Został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim.  
==============================
  Władysław Szczepański MISTRZ I NAUCZYCIEL Świetlanej pamięci
Profesora Mieczysława Gębarowicza   Z okresem mej młodości w mieście rodzinnym łączą się moje najpiękniejsze wspomnienia, gdyż miałem szczęście spotkać tam ludzi niezwykłych, którzy równocześnie kierowali moim życiem. Jest to już świat, który w znacznej mierze odszedł, ale to właśnie dzięki tym cichym ludziom, do końca wiernym swojej ojczyźnie, istnieje jeszcze na naszych dawnych ziemiach wschodnich polskość i ludzie posiadający świadomość swojej odrębności duchowej i swojej rodzimej kultury. Jednym z tych ludzi, który wpłynął na mnie w sposób zasadniczy, był Profesor Mieczysław Gębarowicz – wybitny uczony humanista. Poznałem Go, jako student wydziału grafiki, w roku 1974, gdy był już na emeryturze. Kim był ten człowiek dla mnie i dla całego polskiego środowiska we Lwowie ? Musiałbym na te sprawy spojrzeć z większego dystansu czasu, aby najpełniej oddać swoje spostrzeżenia i refleksje. Ponieważ mieszkam już kilka lat w Polsce i patrzę na te rzeczy jakby z boku, nabierają one dla mnie coraz większej wymowy i wartości. We Lwowie był Profesor postacią znaną i trudno należycie ocenić Jego wielką rolę w tamtym środowisku. Wartości, które wniósł do naszej historii, przetrwają, nie tylko ze względu na wielki dorobek naukowy, ale też poprzez postawę Profesora, bezkompromisowość i niezłomność Jego ducha. I właśnie ta Jego postawa jest chyba najistotniejsza, jeżeli chodzi o rolę odgrywaną w środowisku Polaków we Lwowie po 1945 roku. Postawa całego życia, którą dowiódł, ze mimo niszczenia kultury i dorobku stuleci, zniewalania ludzi i prób podporządkowania ich wschodniemu niewolnictwu, nie sposób wydrzeć człowiekowi wolnemu tego, co ma w sercu i w duszy. To właśnie, moim zdaniem, reprezentował Profesor Mieczysław Gębarowicz całym sobą, swoim niezwykle silnym, nieugiętym i szlachetnym charakterem – w obcym otoczeniu, w okupowanym powojennym Lwowie. Był tam autorytetem, przykładem i wzorem dla całego środowiska, choć przede wszystkim dla Polaków, którzy znaleźli się tam w mniejszości. Siła wewnętrzna, a równocześnie niesłychanie wysoka kultura osobista tego człowieka, robiła na otoczeniu – i to nie tylko polskim – ogromne wrażenie. Przypomina się wiele tłumaczące powiedzenie Napoleona: „Religia i narodowość – to jest jak gwóźdź, im mocniej się go bije, tym on głębiej wchodzi.” Z Profesorem miałem sposobność wiele rozmawiać. Zawsze, do końca życia był młody i – co znamienne – rozmawiając z Nim nie wyczuwało się wcale różnicy wieku. Był dla mnie Przyjacielem, odgrywa do dziś w moim życiu dużą rolę, gdyż był znawcą sztuki niezwykle wymagającym, a Jego stosunek do twórczości był na wskroś uczciwy. Wysiłek twórczy stanowił dla Niego kryterium wartości artystycznej dzieła. Przy tym jako nauczyciel nigdy niczego nie narzucał, a jest to chyba nie bez znaczenia dla młodego artysty, który ciągle poszukuje swoich dróg. Uważał, ze warunkiem każdej twórczości jest wolność, nauczył wierzyć we własne siły i nie cofać się nigdy przed tym, co mogłoby się wydawać trudne. Jego uwagi krytyczne były wprost bezcenne, był jednym z niewielu spotkanych przeze mnie ludzi o tak niesłychanie subtelnym wyczuciu i wyjątkowej wprost wrażliwości na piękno i formę plastyczną. Dużą wagę przywiązywał do tego, czy artysta, a szczególnie grafik, umie rysować. Wiele od Niego się nauczyłem, pomógł mi odnaleźć swoje własne możliwości w sztuce. Entuzjazm w moim działaniu – Jemu niewątpliwie zawdzięczam. Powojenna działalność Profesora przypadała na okres, kiedy kultura i sztuka podporządkowane były propagandzie. Moja twórczość, która rozwijała się wówczas w kierunku czystej abstrakcji, mało kogo obchodziła, a na wystawach liczyło się tylko to, co służyć mogło w jakiś sposób dyktaturze partii. Profesor należał do nielicznych w tamtym środowisku ludzi, z którymi mogłem na temat swojej twórczości rozmawiać, a ponieważ każda twórczość skierowana jest do odbiorcy – żywe zainteresowanie nią Profesora i rzeczowa, nieraz surowa krytyka miały dla mnie nadzwyczaj istotne znaczenie. Interesował się też Profesor moją pracą pedagogiczną, której się poświęciłem. Od roku 1977, po ukończeniu studiów, zacząłem uczyć uzdolnione plastycznie dzieci i młodzież. Działalność tę prowadziłem w realiach szkoły sowieckiej, gdzie nauczanie i wychowywanie było właściwie tępieniem indywidualności dziecka. I na tym tle dochodziło nieraz do nieporozumień miedzy mną i kolegami, gdyż uważałem, że dziecku nie należy narzucać schematów i swojej woli, ale traktując każdego ucznia indywidualnie, pozostawiać mu wiele swobody i przyzwyczajać do samodzielnego wypowiadania się przy pomocy rysunku i koloru. Zrozumienie i oddźwięk dla swego wysiłku, swoich poczynań i, nieraz, eksperymentów pedagogicznych znajdowałem u swoich uczniów, no i u swego Profesora, ale nie w kręgach kierowników i specjalistów z urzędu. Wiele się od Profesora nauczyłem dzięki rozmowom, w bezpośrednim kontakcie, ale równie dużo czerpię, także dziś, z Jego prac. Mają one dla mnie wielką wartość – problemy w nich zawarte są nadal aktualne. Na szczególną uwagę zasługuje opublikowana w maju 1982 roku w Znaku „Autobiografia. Jeden żywot w służbie nauki”. Nie dziwię się też, że recenzja „Wstępu do historii sztuki” pod redakcją P. Skubiszewskiego i „Niektóre zagadnienia metodologii sztuki” ogłoszone przez Profesora w Biuletynie Historii Sztuki (w latach 1975-76) były wtedy bardzo cenione, szczególnie w kręgach historyków sztuki w Polsce. Słyszałem o takich przypadkach, że były przez studentów przepisywane ręcznie. Dla mnie Profesor ciągle żyje i jest kimś bardzo realnym. Jest to zapewne dowód na to, że istnieją rzeczy ponadczasowe. Nie ulegają one zniszczeniu i właśnie chyba one stanowią największą i najgłębszą, nieprzemijającą wartość. Na pewno jest nią wysiłek twórczy w nauce i sztuce, w którym człowiek może się, w jakimś stopniu, upodabniać do Stwórcy. Postać Mieczysława Gębarowicza jest dla mnie równocześnie uosobieniem czegoś niezwykle czystego i szlachetnego. Może dlatego, że właściwie nigdy nie zajmował się własną osobą, jakby przekreślił samego siebie… „Jeśli człowiek chce coś w życiu stworzyć, coś po sobie zostawić – musi wyjść poza siebie samego” – tak kiedyś powiedział Profesor do swego młodego rozmówcy. Niczego nie robił dla swojej własnej wygody i korzyści i chyba z taką postawą przeszedł przez cale swoje życie. Na dzisiejszym tle sylwetka Profesora może czasami sprawiać wrażenie szaleńca. A przecież takie bezinteresowne poszukiwanie prawdy – na każdej drodze życiowej – stanowi istotę życia i jego głęboki sens. Jakim był Profesor w bezpośrednim kontakcie ? Była to niezwykła i pełna czaru w obcowaniu osobowość. Cechami, które zwracały uwagę od początku były Jego optymizm, pogoda i hart ducha, a przy tym niezwykłe wprost poczucie humoru. Obcowanie z nim nie tylko wzbogacało innych wewnętrznie, ale przynosiło ludziom radość i dodawało sił duchowych. W atmosferze bezprawia, beznadziejności, wegetacji i zdemoralizowania oraz zakłamania i obłudy, które nas tam zewsząd otaczały, wśród ludzi, których postawą życiową była kapitulacja, często przejawiająca się w negacji i bierności – Jego cechy, mające swoje źródło w zdrowiu moralnym, budziły podziw w otoczeniu znajomych i bliskich Mu osób. Obcych – powojennych mieszkańców Lwowa – nieraz to intrygowało, gdyż nie potrafili takiego usposobienia i postawy życiowej logicznie wytłumaczyć. Reprezentował wśród napływowej ludności Lwowa, jak zresztą większość mieszkających tam Polaków, którzy nie zatracili swojej tożsamości, inny świat – i na tle systematycznie niszczonego człowieka stanowił zagadkę. Wspomnieć tu należy, ze po wkroczeniu sowietów cała niemal Jego rodzina została wywieziona na Wschód, On zaś pozostał we Lwowie sam, ale nigdy tej swojej podjętej raz decyzji nie komentował i nie żałował. Jako historyk sztuki był przez tamto środowisko naukowe i kulturalne dyskryminowany, a po solidarnie zorganizowanej przez kręgi nowych naukowców nagonce został odrzucony i po prostu nie istniał. Nie miał tam możliwości zabierania głosu jako humanista. Był niewygodny. Na każdym niemal kroku doznawał, tak jak i inni Polacy, różnego rodzaju przykrości. Ponadto nie miał możliwości publikowania swoich prac. W roku 1963 został zwolniony z pracy w Muzeum Etnografii, drogę zaś do źródeł w Archiwum Miasta i zbiorów rękopisów Biblioteki Ossolineum miał zamkniętą. Mimo wielu trudności i szykan, które Go tam spotykały, ratował dorobek kulturalny wielu pokoleń, do końca swoich dni pracował, korzystając jedynie ze zbiorów biblioteki uniwersyteckiej, gdyż do jej czytelni tylko miał dostęp. Był człowiekiem prostym i przystępnym, a równocześnie niezwykle delikatnym oraz niespotykanie taktownym i dyskretnym. Posiadał szaloną dyscyplinę wewnętrzną i wiele wymagał – przede wszystkim od siebie. Mówił niewiele, głosem spokojnym, nie uciekając się do retoryki, myśli swe zawsze formułował prosto i jasno, nieraz w sposób syntetyczny. Często posługiwał się aluzjami, pozostawiając pole dla domysłu. Każde wypowiadane przez Niego zdanie, czy to o życiu, czy też o sztuce, miało głęboki sens i prawdziwą wartość. Posiadał wyjątkowe poczucie odpowiedzialności za słowo. Można było podziwiać bogactwo Jego wiedzy, myśli i spostrzeżeń. Nieraz przytaczał w odpowiednim momencie przysłowia (nie tylko polskie) i dowcipy jako skróty myślowe. A pamiętał ich naprawdę wiele. Folklor, zwłaszcza ukraiński i rosyjski, znał znakomicie, często – ku zdumieniu tych, do których ów folklor należał – o wiele lepiej niż oni. Zarówno w swoich pracach, jak i w żywym słowie na co dzień, posługiwał się piękną polszczyzną. Zawsze żywo interesował się tym, co się działo dookoła w życiu i w kulturze. Miał niezwykle szerokie horyzonty i zainteresowania – można z Nim było rozmawiać o wielu sprawach. Każdy problem – czy to w kulturze, czy w życiu – widział w szerokim ujęciu. Przy tak wielkiej wiedzy i erudycji nie wytwarzał z nikim w rozmowie dystansu i nie dawał odczuć swojej wyższości. Mimo sędziwego wieku nie zatracił wrażliwości na otaczający Go świat i żywej wyobraźni. Do wszystkiego próbował się ustosunkować, wnikliwie i uważnie obserwował i mnóstwo niejasnych, nowych zjawisk umiał sobie wytłumaczyć, a zdanie swoje potrafił odważnie zaznaczyć. Ciągle pracował, szczególnie intensywnie już po przejściu na emeryturę, kiedy stracił pracę. Obserwując człowieka w tak podeszłym wieku z bliska, można było zauważyć, jak praca twórcza potrafi regenerować cały organizm. Praca z powołania może odradzać i mobilizować, gdyż warunkiem zdrowia człowieka jest – jak mi się wydaje – jego życie duchowe i właściwie obrany cel. Zawsze służył życzliwą radą i pomocą naukowcom, którzy przyjeżdżali z Polski, jak magnes przyciągał do siebie miejscowych z najbliższego otoczenia ale i przyjeżdżających swoich i obcych, nieraz z Kijowa, Moskwy czy Petersburga. Drzwi Jego mieszkania były zawsze otwarte dla wszystkich, niezależnie od narodowości, przekonań i poglądów. Wielu jest takich ludzi, którym pomógł i którzy korzystali z Jego rad. Z każdym, kto tego pragnął, próbował rozmawiać. Dla każdego miał czas i był niezwykle gościnny. W całym okresie powojennym miał wiele kontaktów korespondencyjnych z Polską i, co warto zaznaczyć, nigdy nie zostawiał listów bez odpowiedzi. Wyznawał zasadę: „Pisać listy jest grzecznością, ale odpisywać jest to obowiązek”. Sądzę, że korespondencja Profesora z kolegami, przyjaciółmi i krewnymi w Kraju stanowić może w przyszłości nieoceniony materiał do pełnego naświetlenia Jego sylwetki, gdyż to, co sam pisał przemawia bardzo mocno – czasami silniej niż jakikolwiek komentarz. Listy Jego robią duże wrażenie, wypowiadał się w nich w sposób bezpośredni, między innymi o kulturze i sztuce. Myślę, ze niektóre z nich złożyć się mogą na taki swego rodzaju Jego autoportret. Żywo się interesował i autentycznie przeżywał wszystko, co działo się w Polsce powojennej i nieraz był lepiej zorientowany w sytuacji, niż niektórzy odwiedzający Go z kraju. W rozmowie każdego traktował z szacunkiem i umiał słuchać. Był życzliwy dla wszystkich, nie był Mu obojętny los Polaków we Lwowie, i co istotne, zawsze pamiętał o innych, nawet zwykłych, szarych ludziach. Opiekował się też młodzieżą, przekazywał jej swoje wiadomości. Na wielu wpłynął, wielu wychowywał, ale zawsze odbywało się to w sposób cichy, bez rozgłosu. Interesował się też amatorskim teatrem polskim i bywał na jego przedstawieniach przy ul. Kopernika. Była to jedyna placówka we Lwowie, gdzie Polacy mogli się spotykać i zaspokajać swoje potrzeby kulturalne. Niełatwo jest w słowach ująć i przybliżyć taką sylwetkę, choć miałem okazję obserwować Profesora z bliska przez ponad 10 lat. W ostatnich latach (a nawet miesiącach) życia Profesor Mieczysław Gębarowicz pozował mi do portretu. W ten sposób powstało kilka rysunków wykonanych z natury. Głęboki umysł, równowaga wewnętrzna i jakąś taka doskonałość Profesora nie były dla mnie czynnikami ułatwiającymi portretowanie. Niemniej jednak uważam, że udało mi się coś o Mieczysławie Gębarowiczu przez te portrety powiedzieć i w tej postaci utrwalić. Profesor zmarł nagle, w niedzielę, drugiego września 1984 roku. Z głębokim żalem pożegnaliśmy Go we Lwowie 5 września na cmentarzu Łyczakowskim. Odszedł w wieku 91 lat, do końca swoich dni czynny jako naukowiec, oddany i wierny swojemu miastu. Nadal żyje w swoich pracach i w pamięci tych wszystkich, którzy zetknęli się z Nim osobiście. Żyje jako człowiek prawy, który pozostał sobą, bez względu na okoliczności, w jakich przyszło Mu żyć. Spojrzenie na Jego drogę życiową wywołuje głęboki szacunek, napawa optymizmem i wiarą w swój własny naród. Przychodzą mi na myśl słowa Benedykta Dybowskiego, który tak kiedyś powiedział: „Według mojego widzenia rzeczy ten kto kocha szczerze kraj swój, potrafi sercem być w nim zawsze, chociażby był od niego oddalony o tysiące kilometrów, kto tej miłości nie posiada, będzie mu kraj własny obcym, chociażby w nim przebywał stale.” Mieczysław Gębarowicz był niewątpliwie człowiekiem opatrznościowym w zagarniętym powojennym Lwowie. Wartości moralne, które wniósł do naszej kultury na zawsze pozostaną wzorem cichego i skromnego życia, w całości podporządkowanego sprawom Ojczyzny. Copyright 1994 Władysław Szczepański
Wszystkie prawa zastrzeżone.
GŁOS LECHA KALINOWSKIEGO W IMIENIU PAU, STOWARZYSZENIA HISTORYKÓW SZTUKI I UNIWERSYTETU JAGIELLOŃSKIEGO W imieniu Wydziału Filologicznego Polskiej Akademii Umiejętności, którego profesor Mieczysław Gębarowicz był członkiem-korespondentem od 17 czerwca 1938, a członkiem czynnym od 20 lipca 1945, i w imieniu Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Historyków Sztuki, które w roku 1972 nadało mu godność członka honorowego, a także w imieniu Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego profesor Gębarowicz był wypróbowanym przyjacielem, w setną rocznicę jego urodzin i w roku dziesiątej rocznicy jego śmierci składam hołd jego pamięci, wyrażając głęboką wdzięczność za naukowe osiągnięcia i patriotyczne dokonania. Znakomity historyk sztuki i historyk zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach polskiej nauki, a swoim patriotycznym dziełem dał przykład, jak należy służyć ojczyźnie za cenę osobistych wyrzeczeń. Jest tragicznym znamieniem polskiego losu, że w roku 1994 czcząc w wolnej Polsce pamięć zmarłego w roku 1984 we Lwowie uczonego powtórzyć przychodzi, nie bez goryczy, słowa wypowiedziane w roku 1911, w czasach rozbiorowej niewoli przez Kazimierza Morawskiego, ówczesnego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, nad trumną twórcy polskiej historii sztuki Mariana Sokołowskiego: „Kto porówna pogodne twarze uczonych Zachodu, którym błogiego spokoju w służbie nauki nie zmącą boleść dnia teraźniejszego, żadne utrapienia publiczne, z naszymi zatroskanymi twarzami, na których nieszczęścia kraju wyciskają piętno ciągłego niepokoju, ten uzna ogromną odrębność warunków, wśród których się znoimy, przyzna, że praca nasza bywa często zwycięstwem nad samym sobą, wysiłkiem i poświęceniem, a dosięga niekiedy dostojności ofiary i modlitwy za ojczyznę”. Profesor Mieczysław Gębarowicz całą swoją pracą, całą swoją działalnością, całym swoim życiem ukazał, jak się dostojność tej ofiary osiąga, jak brzmi zrodzona z niej modlitwa za utraconą ojczyznę. Był, jest i pozostanie wzorem szlachetności umysłu, prawości postępowania i wierności Polsce. Za Czasopismem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich Z.4, Wrocław 1994. Piotr Czartoryski-Sziler Wielcy zapomniani Mieczysław Gębarowicz – strażnik dóbr narodowych Nasz Dziennik, 1-2 października 2005, Nr 229 (2334) W okresie II wojny światowej i w latach powojennych prof. Mieczysław Gębarowicz, rezygnując ze swoich ambicji naukowych i kariery zawodowej, całkowicie poświęcił się ratowaniu zgromadzonych we Lwowie dzieł polskiej kultury. Działalność ta związana była nierozerwalnie z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich, którego przez lata był kierownikiem. Urodził się 17 grudnia 1893 roku w Jarosławiu. Dom rodzinny ukształtował jego przywiązanie do wartości elementarnych, tj. umiłowania prawdy, uczciwości, rzetelności, wierności obowiązkowi i samemu sobie. Naukę szkolną rozpoczął w Stanisławowie, w którym zamieszkał z rodzicami po kilku latach. Kontynuował ją w Buczaczu, potem we Lwowie, z którym związał się już na stałe do końca swojego pracowitego życia. Początek kariery We Lwowie właśnie w 1912 roku rozpoczął wyższe studia historyczne na dwu kierunkach: historii powszechnej i historii sztuki na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza. W 1918 roku brał udział w obronie Lwowa. Następnie, już w 1920 roku, został asystentem katedry Historii Polski Uniwersytetu Lwowskiego, a w 1921 r. skończył studia uzyskaniem doktoratu. Rok 1922 to rok podjęcia przez profesora pracy w Zakładzie Narodowym imienia Ossolińskich, „początkowo jako bibliotekarza, ze specjalnym przydziałem do Zbiorów Pawlikowskich, od 1923 r. jako kustosza Muzeum im. Lubomirskich”. To muzeum, będące integralną częścią składową Ossolineum, zajmowało jedno z naczelnych miejsc wśród kolekcji muzealnych II Rzeczypospolitej, szczycąc się też mianem jednego z najstarszych w kraju muzeów publicznych. Profesor prowadził tutaj szeroko zakrojoną pracę naukową. „Mój profil naukowy – pisał w 'Autobiografii’ – sprawiał kłopot przy próbach opatrzenia go etykietką: historyk czy historyk sztuki. Mam wrażenie, że w tym wypadku, jak i w podobnych, problem przestałby istnieć przy zastąpieniu dylematycznego 'czy’ łącznikiem 'i’. W rzeczywistości bowiem jestem – jeśli idzie o przygotowanie teoretyczne – jednym i drugim. Zasadniczo uprawiam historię sztuki, ale z zastosowaniem historycznego trybu myślenia. Jeśli czasem daję się skusić 'czystej’ historii, jest to zabieg higieny duchowej. Idzie o to, aby najeżone niebezpieczeństwami subiektywizmu manowce historii sztuki zastąpić na chwilę twardym gruntem zobiektywizowanej metodologii i jednoznacznej terminologii historii, tej matki i królowej nauk”. Profesor podróżował często do Włoch, Francji, Belgii, Hiszpanii, Niemiec, Austrii i Czechosłowacji. W 1928 roku obronił rozprawę habilitacyjną na Uniwersytecie Lwowskim, uzyskując stopień docenta historii sztuki, w roku 1936 zaś został mianowany profesorem na Wydziale Humanistycznym tej naukowo-dydaktycznej placówki. Od 1923 do 1938 roku wykładał również historię sztuki na Wydziale Architektonicznym Politechniki Lwowskiej. Wybuch II wojny światowej przyniósł straty w ludziach nauki we Lwowie. Już 18 września 1939 roku, w czasie niemieckiego oblężenia Lwowa, zmarł na zawał serca ówczesny dyrektor Zakładu Narodowego Ludwik Bernacki. Kierownicze funkcje w Ossolineum przejęli wówczas: Mieczysław Gębarowicz, Kazimierz Tyszkowski i Władysław Wisłocki, z tym że drugi z wymienionych wkrótce zmarł, nie wytrzymawszy ciężkich, zimowych warunków pierwszej sowieckiej okupacji Lwowa. Ostatni polski opiekun Ossolineum Profesor Gębarowicz nie miał dużego wpływu na losy Ossolineum, które zostało wkrótce nazwane „Lwowską filią Biblioteki Akademii Nauk USRR”, a mimo to całe swoje życie poświęcił na ratowanie znajdujących się w nim zbiorów kultury narodowej. W grudniu 1939 roku nowa władza formalnie już włączonego do USRR Lwowa postawiła na czele Ossolineum polskiego komunistę Jerzego Borejszę, po którym przychodzili kolejni ludzie oddani Sowietom. Zajmowali się oni likwidacją Ossolineum, która przebiegała równolegle z likwidacją innych zbiorów bibliotecznych. Delegowani ze wschodu ludzie nie byli zorientowani w charakterze i znaczeniu miejscowych zbiorów muzealnych czy bibliotecznych. Nie liczyli się oni z historycznie ukształtowanymi kolekcjami, gromadzonymi w ciągu całych dziesięcioleci. Rozpraszano więc je zupełnie dowolnie, wcielając do innych zespołów. Taki los dotknął jedną z najstarszych polskich kolekcji muzealnych o charakterze publicznym, a mianowicie Muzeum im. Lubomirskich, jedną z części składowych Zakładu Narodowego. „Muzeum Lubomirskich ze swymi cennymi zbiorami historycznych i artystycznych poloniców i zbiorami malarstwa europejskiego poszło w rozsypkę. Jedynie kolekcja rysunków i grafiki pozostała w ramach Biblioteki. Likwidacja Muzeum im. Lubomirskich była jednym z gorzkich doświadczeń profesora Gębarowicza. Jako kustosz Muzeum, nie mógł przeciwstawić się skutecznie zarządzeniom nowej władzy. (…) Nie mógł przeciwdziałać nie tylko faktycznej likwidacji Muzeum im. Lubomirskich, ale nawet nie miał jakiegokolwiek wpływu na system przewożenia muzealiów z gmachu Ossolineum do nowych miejsc przeznaczenia (…) Zbiory malarstwa i rzeźby natomiast podzielono między lwowskie muzea, skąd później – w wyniku wymian muzealiów – niektóre obiekty wywędrowały w ogóle ze Lwowa. Jedynie część – i to wyłącznie malarstwo polskie – znalazła się po wojnie w muzeum wrocławskim (Muzeum Śląskim, później Narodowym), a 'Unia Lubelska’ Jana Matejki w Lublinie. Trafiły tam w ramach tzw. daru muzeów Ukraińskiej SRR dla muzeów polskich. Niekiedy osoby mało zorientowane używają w stosunku do tej części zbiorów lwowskich (prócz prac z Muzeum Lubomirskich, również i innego pochodzenia) określenia 'rewindykowane ze Lwowa’, co jest oczywistym nieporozumieniem” – pisze Janusz Michałowski w pracy zatytułowanej „Mieczysław Gębarowicz – obywatel Miasta Zawsze Wiernego”. Pomimo panujących wówczas bardzo ciężkich warunków zespół dawnych współpracowników Ossolineum pod kierunkiem prof. Gębarowicza porządkował i inwentaryzował duże zbiory biblioteczne, które po wybuchu wojny z różnych powodów trafiły do Zakładu Narodowego we Lwowie. Kiedy w 1941 roku trwały walki niemiecko-sowieckie, których wynikiem było wycofanie Armii Czerwonej ze Lwowa i zajęcie miasta przez Niemców, kierownikiem Ossolineum został ponownie Mieczysław Gębarowicz. Pod jego przewodnictwem, mimo szykan i przeszkód zarówno ze strony Niemców, jak i ukraińskich nacjonalistów, w dalszym ciągu trwały prace nad porządkowaniem, uzupełnianiem i katalogowaniem zbiorów bibliotecznych. Z jego inicjatywy pracownicy dokonywali np. systematycznego przeglądu zbioru periodyków, uzupełniając je o brakujące strony czy numery z egzemplarzy, które trafiły do zbiorów po wrześniu 1939 r. w rezultacie konfiskaty mniejszych bibliotek i zbiorów prywatnych. Inną rzeczą podjętą z myślą o przyszłości było zainicjowane przez profesora w czasie niemieckiej okupacji Lwowa opracowanie katalogu systematycznego księgozbioru. Trzeba także wspomnieć o uratowaniu zbiorów Biblioteki Uniwersytetu Jana Kazimierza oraz bibliotek, zakładów i katedr uniwersyteckich. Mimo że profesor był fizycznie wątły i słaby, nie przeszkodziło mu to z niespożytą energią organizować akcji ratowania i zabezpieczania skarbów Ossolińskich, zagrożonych wobec zajęcia gmachu uniwersytetu przez niemieckie lotnictwo. Pisze o tym Witold Szolginia w „Tamtym Lwowie”: „Gdy w następstwie zajęcia gmachu Uniwersytetu Jana Kazimierza przez niemiecką Luftwaffe (wojska lotnicze) zbiory jego Biblioteki oraz bibliotek zakładów i katedr uniwersyteckich zostały skrajnie zagrożone ich zniszczeniem – z inicjatywy profesora cały ten liczący ponad sto tysięcy woluminów księgozbiór został własnymi siłami pracowników Ossolineum przeniesiony ręcznie (żadnymi bowiem środkami transportu nie dysponowano) do gmachu Zakładu Narodowego. (…) Pod sam już koniec niemieckiej okupacji Lwowa, w następstwie sowieckich bombardowań miasta w kwietniu i maju 1944 roku, które uszkodziły między innymi także budynki Zakładu i naraziły na zniszczenie zbiory biblioteczne, głównie dzięki – jak to zapisał jeden z biografów profesora Gębarowicza – 'jego niebywałej energii naprawiono powstałe uszkodzenia i zabezpieczono zbiory'”. Kiedy nastała druga sowiecka okupacja miasta, profesor w latach 1946-1949 pełnił jeszcze funkcje kierownicze zarówno w dawnym Ossolineum, jak i na uniwersytecie. Niestety, już w lutym 1950 roku władza sowiecka zaostrzyła postępowanie wobec profesora. Został on, jak później sam to opisał w swojej autobiografii, „wraz z innymi starymi pracownikami Biblioteki, jako żywioł niepożądany, zwolniony z pracy”. Pracował więc jako zwykły bibliotekarz w różnych instytutach Akademii Nauk ZSRR, a gdy zorganizowano Oddział Nauki o Sztuce Instytutu Nauk Społecznych AN USRR we Lwowie, został tam przeniesiony na stanowisko młodszego pracownika naukowego. Dopiero w 1962 roku Sowieci nadali mu nominację na „starszego pracownika naukowego”. Były to oczywiste kpiny, ponieważ prof. Mieczysław Gębarowicz był już wtedy znany w Polsce i w Europie jako wybitny lwowski uczony o ogromnym dorobku naukowym. Niezłomny Polak Profesor Mieczysław Gębarowicz nie opuścił Lwowa, jak wielu mu doradzało. Pozostał wierny miastu swojej młodości i ogromnym zbiorom kultury polskiej, które po wojnie w większości pozostały za wschodnią granicą. Nie mógł pogodzić się z faktem, że Lwów został zabrany Polsce i do ostatnich swoich dni uważał, że nie mieszka poza Polską, a Miasto Zawsze Wierne to w dalszym ciągu jego Ojczyzna. Z tego też względu traktowany był przez tamte władze z zajadłą wrogością, nieufnością i podejrzliwością. Często był upokarzany i narażany na ohydne prowokacje mające na celu jego pognębienie. Mimo to zachował spokój ducha, wewnętrzną niezależność i wolność. Janusz Michałowski, jeden z biografów profesora, pisze o nim następująco: „Zachował twarz, niezależność, a jednocześnie musiał lawirować, by jakąś spontaniczną reakcją nie dać argumentów przeciwko sobie, zwłaszcza że był podejrzewany o to, że jest… rezydentem Rządu RP na Obczyźnie, 'rządu londyńskiego’. Siłę czerpał z przekonania, że jest tam właśnie, we Lwowie, mieście młodości i pierwszych naukowych sukcesów, potrzebny, i że nikt go na tym posterunku nie zastąpi. W trudnych więc warunkach podejmuje pracę naukową, choć stopniowo zamykają się przed nim te właśnie zbiory, których ratowaniu poświęcił tyle wysiłku, choć brak partnerów do naukowych dyskusji, a przed 'kolegami’ z instytucji, w których pracował, należy się kryć z tym, co się robi…”. W latach 1927-1939 powstały najważniejsze prace mediewistyczne tego wielkiego uczonego: „O początkach kultu św. Stanisława i jego średniowiecznym zabytku w Szwecji” (1927 r., 1928 r.), „Zabytki sztuki romańskiej na Śląsku” i dwie prace wydane w 1934 r.: „Architektura i rzeźba na Śląsku do schyłku XIV w”. oraz II tom uniwersyteckiego podręcznika historii sztuki (zwanego popularnie „Historią sztuki Ossolineum”) poświęcony sztuce średniowiecza. Wymienić należy jeszcze choć kilka pozycji książkowych, które profesor w skrajnie trudnym dla siebie powojennym okresie życia napisał we Lwowie. Są to: „Studia nad dziejami kultury artystycznej późnego renesansu w Polsce” (1962 r.), „Psałterz Floriański i jego geneza” (1965 r.), „Szkice z historii sztuki XVII wieku” (1966 r.), „Portret XVI-XVIII wieku we Lwowie”(1969 r.), „Materiały źródłowe do dziejów kultury i sztuki XVI-XVIII wieku” (1973 r.), „Jan Andrzej Próchnicki (1553-1633), mecenas i bibliofil. Szkic z dziejów kultury w epoce kontrreformacji” (1980 r.). Dodajmy, że pierwsza z wymienionych powojennych książek stała się powodem gwałtownej napaści rosyjskich i ukraińskich „uczonych” na profesora Gębarowicza, co w efekcie przyczyniło się do jego karnego przeniesienia na emeryturę. Jako powód tej krzywdzącej go decyzji podano w uzasadnieniu, że napisał książkę „antynaukową i antyukraińską za ukraińskie pieniądze”. Chodziło o to, że profesor jako przykład uzasadniający swoje wywody zawarte w tej książce podawał renesansową architekturę Lwowa, który z przyczyn dla niego oczywistych umiejscawiał w Polsce. Ci zaś nie mogli pogodzić się z prawdą, że to miasto i Ruś Czerwona należały do Rzeczypospolitej. Miłośnik i strażnik zabytków Lwowa Oddajmy jeszcze raz głos Witoldowi Szolgini, który we wspomnianej już wyżej książce w szczególny sposób podkreśla wielkie zasługi dla Lwowa prof. Mieczysława Gębarowicza: „Oto w ileś tam lat po zakończeniu drugiej wojny światowej komunistyczni 'gospodarze’ miasta postanowili odnowić stojącą na Wałach Gubernatorskich Basztę Prochową. Zrobili to oczywiście po swojemu, czyli zarazem po dyletancku i po barbarzyńsku: dokumentnie otynkowali (!) stare, kamienne mury warownej budowli i zniszczyli zabytkowe, ceramiczne pokrycie jej stromego dachu. Kiedy zrzucano z niego stare dachówki, ich potłuczone czerepy zbierał ukradkiem profesor Mieczysław Gębarowicz – Arcylwowianin, wielki polski uczony, znakomity historyk sztuki o europejskiej sławie, były wieloletni kustosz i potem dyrektor Ossolineum, były profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza, który pilnie śledził dalsze, jakże często fatalne losy lwowskich muzealiów i archiwaliów. W trybie tych właśnie działań chronił od ostatecznego zniszczenia także wspomniane ułomki zabytkowych dachówek z Baszty Prochowej… (…) I takim właśnie – wybitnym uczonym, niezwykle pracowitym i twórczym, duchowo niezależnym, niepodległym i nieugiętym, a przy tym nadzwyczaj skromnym i powściągliwym, strażnikiem skarbów narodowych, wzorowym Polakiem i zawsze wiernym synem Zawsze Wiernego Miasta – pozostał profesor Mieczysław Gębarowicz aż do końca swego żywota”. Dodajmy, że przez całe życie towarzyszyło mu poczucie misji uczonego i intelektualisty w społeczeństwie oraz umiłowanie wartości nieprzemijających. Zmarł we Lwowie 2 września 1984 r., został pochowany na cmentarzu Łyczakowskim. Piotr Czartoryski-Sziler

Emanacja Złego. Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich.

Emanacja Złego. Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich.

Izabela Brodacka, 24 paźdz. 2023

Stan Kalifornia przyjął niedawno ustawę umożliwiającą odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie zgadzają się na poddanie dzieci procedurze zmiany płci. Procedura zmiany płci to nie tylko zmuszanie rodziców i nauczycieli żeby Jasia nazywali Małgosią, bo taką fantazję ma w danej chwili przekorny bachor. Procedura zmiany płci, która może odbywać się bez wiedzy i zgody rodziców, niejako za ich plecami, to podawanie dziecku ogromnych dawek hormonów rujnujących jego rozwijający się organizm, a następnie amputowanie właściwych jego płci genitaliów i z resztek tych genitaliów odtwarzanie namiastki narządów płci przeciwnej, rzekomo pożądanej.

To zabiegi czy operacje nieodwracalne, głęboko okaleczające poddaną im osobę. Pół biedy jeżeli poddaje się im kierowana modą czy faktycznym pragnieniem zmiany płci osoba dorosła. Sama ponosi konsekwencje własnej głupoty albo cieszy się uzyskanym efektem operacji.  Do dorosłych stosuje się -choć nie zawsze- starożytna zasada volenti non fit iniuria czyli chcącemu nie dzieje się krzywda.

Nie zawsze – bo jeżeli dorosły zechce na przykład spalić swój dom, świadkowie nie tylko nie muszą mu w tym pomagać lecz wręcz przeciwnie, powinni mu przeszkodzić w realizacji tego pragnienia. Zasady „volenti non fit iniuria” w żadnym przypadku nie wolno jednak stosować do dzieci. Dziecko może zapragnąć na przykład wypić płyn borygo, albo wyskoczyć z dziesiątego piętra, albo zrezygnować z nauki w szkole i nikt nie ma chyba wątpliwości, że dorośli powinni realizacji tych marzeń przeciwdziałać.

Brak właściwej identyfikacji płciowej to zaburzenie czy dolegliwość psychiczna, która dotyczy nie tylko dorosłych lecz faktycznie zdarza się również w wieku dziecięcym. Skutecznie leczył to zaburzenie Andrzej Samson choć jego metody nie wszystkim przypadłyby do gustu. Andrzej Samson oskarżony o pedofilię podobno popełnił samobójstwo. Nie doczekał legalizacji pedofilii która -obawiam się -jest już bliska.  Pracują nad tym liczni „ profesorowie”. Słowo „profesorowie” piszę w cudzysłowie bo za dawnych dobrych czasów takiego profesora, za przykładem Kmicica,  pognano by batem po śniegu aż za ruską granicę.

Naiwnością byłoby sądzić, że to problemy amerykańskie i nas nie dotyczą. Kiedy wiele lat temu przetłumaczyłam książkę „Kinsey – seks i oszustwo” autorstwa Edwarda W. Eichel oraz Judith Reisman ( tak naprawdę miała to być tylko adiustacja lecz ze względu na błędy tłumaczki przerodziła się w tłumaczenie) znajomi nie chcieli czytać otrzymanych w prezencie moich autorskich egzemplarzy. „To nas nie dotyczy”- mówili. Mieli na myśli opisywane w książce lekcje seksu w szkołach oraz odbieranie dzieci rodzicom, którzy nie chcieli się na to zgodzić. Również opisywane przez autorów zajęcia integracyjne na wakacyjnych obozach, podczas których chłopcy mieli za zadanie badać sobie wzajemnie prostatę  per rectum.

Gdy świadomi zagrożeń dziennikarze opisywali praktyki niemieckiego urzędu do spraw młodzieży ( Jugendamt) odbierającego dzieci rodzicom nie zgadzającym się na lekcje masturbacji w przedszkolu naiwni twierdzili, że to nieprawda albo że do nas to nie dotrze.  Pomylili się.

Wprawdzie -mam przynajmniej taką nadzieję – w polskich przedszkolach nie odbywają się lekcje masturbacji, dłubania w nosie, puszczania bąków i innych fizjologicznych, niepożądanych w cywilizowanym świecie czynności lecz po przedszkolach chodzą różne drag queen i czytają dzieciom bajeczki. Zainicjował ten proceder  w Wielkiej Brytanii niejaki Colin Jones występujący pod pseudonimem Donna La Mode. Poza czytaniem bajeczek podczas podobnych zajęć uczy się dzieci piosenek trans. Bajeczki też są specjalnie dobrane- jedna z nich opowiada o misiu który uświadamia sobie, że jest dziewczynką a nie chłopcem.

To obliczona na lata strategia przyzwyczajania ludzi od dzieciństwa, że pewne zachowania są powszechne, a więc normalne, w nadziei, że w przyszłości faktycznie staną się normą. Nie wystarczy więc nie zgadzać się na przeprowadzanie u naszego dziecka zmiany płci. Może się okazać, że za kilka lat nasze dziecko, poddawane przez całe lata praniu mózgu, samo zgłosi się do jakiegoś życzliwego, który pomoże mu  okaleczyć się na całe życie. Podpowie, że zgodnie z polskim prawem trzeba podać do sądu własnych rodziców, zgłosić się do wskazanego seksuologa, czy psychiatry, który stwierdzi trans-seksualność i poddać się terapii hormonalnej a następnie chirurgicznej korekcie płci, która jest przecież zwykłym nieodwracalnym okaleczeniem człowieka.

Jeżeli nie podejrzewamy naszego dziecka o podobną głupotę zastanówmy się czy czasem nie nosi ono modnej obecnie wśród młodzieży tęczowej torby, czy nie oburza się gdy powiemy coś krytycznego na temat małżeństw homoseksualnych lub adopcji dzieci przez pary jednopłciowe. Pełną parą trwa indoktrynacja , czyli produkcja naiwnych Julek popierających wszelkie rozmiękczające ich mózg ruchy- obronę planety przed człowiekiem, obronę dzieci przed rodzicami, obronę kobiet przed mężczyznami. 

Groźna mutacja marksizmu czyli marksizm kulturowy postawił wszystkie karty na deprawację nieletnich a w drugiej dopiero kolejności na podbój instytucji kulturalnych, uniwersytetów, kin, teatrów czyli ten wielokrotnie opisywany „długi marsz przez instytucje”.  Często nie doceniamy stopnia zindoktrynowania naszych dzieci, bo zgodnie ze strategią lewactwa jest to indoktrynacja miękka, w wersji soft. Penalizując tak zwaną „mowę nienawiści” odebrano nam wolność słowa i przekonań. Narzucono nam autocenzurę. Nie cenzuruje nas obecnie urząd z ulicy Mysiej ale dla świętego spokoju, dla uniknięcia kłopotów w pracy sami cenzurujemy nasze wypowiedzi. Wystrzegamy się nie tylko mocnych słów lecz nawet jednoznacznych opinii. Nasza mowa stała się mdła, pokrętna, niejednoznaczna. A przecież jak mówi Pismo Święte: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi (Mt 5,1-7,29)”.

Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że okaleczanie dzieci pochodzi od Złego nawet jeżeli potraktować jego imię tylko jako figurę retoryczną. [Tylko jego wyznawcy, oraz uwiedzeni, tak go traktują. Mirosław Dakowski].

Lekarz ujawnia, dlaczego świat medyczny poddał się propagandzie w sprawie COVID

Lekarz ujawnia, dlaczego świat medyczny poddał się propagandzie w sprawie COVID-19

23 października 2023 dlaczego-swiat-medyczny-poddal-sie-propagandzie-COVID

W wywiadzie udzielonym współzałożycielowi LifeSiteNews, Steve’owi Jalsevacowi, dr Trozzi szczegółowo opisał, w jaki sposób branża medyczna została psychologicznie osaczona i zmuszona do odgórnego podporządkowania się nieustannym rządowym komunikatom dotyczącym COVID.

Kanadyjski bojownik o wolność medyczną, dr Mark Trozzi, ujawnił ciemne pieniądze, naciski polityczne, korupcję establishmentu i fałszywe wiadomości, które sprawiły, że kampania propagandowa COVID-19 stała się operacją terrorystyczną, która rzuciła świat na kolana.

W wywiadzie dla współzałożyciela LifeSiteNews, Steve’a Jalsevaca, Trozzi szczegółowo opisał, jak jego dziesięcioletnie doświadczenie w medycynie urazowej w Ontario stało w jaskrawym kontraście z narracją COVID-19 śpiewaną przez media głównego nurtu i establishment medyczny na początku tak zwanej „pandemii”.

„CBC, CNN i wszyscy ci propagandyści mówili ludziom, że szpitale są pełne ludzi chorych na COVID, umierających z powodu COVID” – powiedział Trozzi. „Cóż, byłem w szpitalach i były puste. W rzeczywistości nigdy w mojej karierze nie miałem tak spokojnego czasu”.

[Mój znajomy ordynator mówi, że dostał propozycje na spędzenie czasu od chyb a 16-tej do rana na „kowidowym Stadionie Narodowym” – za 15 tysięcy zl. Odmówił, a mógł takich spokojnych popołudni i nocy mieć z 10. Podobnych relacji, np. o 45 tys. zł za dobę, było w swoim czasie dużo. Mirosław Dakowski]

Niestety dla Trozziego ten „spokojny czas” był ciszą przed „burzą kulturową”, która miała ogarnąć jego zawód.

Kiedy zaczął studiować objawy COVID-19 i jego implikacje, nieustanne komunikaty alarmowe dotyczące COVID-19 od rządów i ich agencji wstrząsnęły całą branżą medyczną. Szpitale, lekarze i szkoły medyczne zostały psychologicznie osaczone i zmuszone do odgórnie narzuconej zgodności.

„Lekarze byli poddawani wielkiej presji psychicznej… Panowała panika, mimo że nic się nie działo” – wspomina Trozzi. „Powiedziano nam, że w każdej chwili drzwi zostaną wyłamane, a my zostaniemy zalani ludźmi”.

Kontynuował: „Od samego początku było to przedstawiane jako całkowicie nowatorskie, jak nic, co kiedykolwiek widzieliście. Zapomnij o wszystkim, co myślisz, że wiesz o leczeniu zapalenia płuc i chorób wirusowych... Dość szybko stało się również jasne, że kwestionowanie rzeczy nie będzie tolerowane – to na pewno. Stało się to bardzo oczywiste”.

Wielu kolegów Trozziego było oczarowanych i „przekonanych” rządową kampanią strachu przed COVID-19. Zauważa jednak, że inni odkryli, że przestrzeganie nakazów zakładu dotyczących leczenia COVID-19 – takich jak przeprowadzanie tylko testów PCR lub wymazów z nosa – opłacało się nawet o 20% więcej niż zwykła praca w ich normalnej praktyce.

Kampania mająca na celu narzucenie globalnej populacji tak zwanych „szczepionek” na COVID-19 niosła ze sobą również ogromne wynagrodzenia pieniężne.

„Jak rozumiem, te zastrzyki wszędzie bardzo dobrze się opłacały” – powiedział Trozzi. „Jednym z przykładów jest to, że jeden z moich kolegów jest chirurgiem ucha, nosa i gardła w Niemczech i przestał wykonywać operacje. Powiedział: „Wykonuję tylko minimalną ilość specjalistycznej pracy V.A., aby zachować licencję, ponieważ zarabiam o wiele więcej pieniędzy, wykonując zastrzyki podczas tego szczytu”.

Źródło: LifeSiteNews

Wojna Izraela z Hamasem przyspiesza program Wielkiego Resetu

Wojna Izraela z Hamasem przyspiesza program Wielkiego Resetu

babylonian-empire-przyspiesza

Date: 22 ottobre 2023Author: Uczta Baltazara 5 Commenti

(przekład automatyczny)

Kilka dni temu opublikowaliśmy artykuł omawiający, jak program Wielkiego Resetu wciąż postępuje za kulisami, podczas gdy nagłówki gazet pełne są tematu Izrael-Palestyna.

Ale prawdą jest również, że w ciągu trzynastu dni swojego istnienia wojna sama popchnęła już ten program do przodu.

CENZURA

Normalizacja tłumienia sprzeciwu i tworzenie kultury strachu wokół wolności słowa to główna część Wielkiego Resetu, w końcu wszystkie pozostałe kroki są o wiele łatwiejsze, jeśli zakazuje się niewygodnych protestów.

I oczywiście od początku wojny wszędzie pojawiają się wezwania do tłumienia wolności słowa. Omówiliśmy to w naszym artykule „Wojna” Izraela i Hamasu – kolejny pretekst do zamknięcia wolności słowa”

Od czasu opublikowania tego artykułu kampania nabrała tempa.

Komisarz Unii Europejskiej Thierry Breton wysłał listy z ostrzeżeniami do wszystkich głównych platform mediów społecznościowych , twierdząc, że muszą „zwalczać dezinformację” na temat Izraela i grożąc im karami.

Stanowiąc kolejny cios w narrację „Chiny są po naszej stronie”, chiński serwis udostępniania wideo TikTok chętnie zgodził się na „walkę z dezinformacją” .

Studentom z Harvardu i Berkeley grożono umieszczeniem na „czarnej liście” za wyrażanie poparcia dla Palestyny.

Niemiecka i francuska policja rozbija propalestyńskie demonstracje, podczas gdy – zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w USA – pojawiają się wezwania do aresztowania ludzi za wymachiwanie flagami palestyńskimi lub deportacji tych, którzy „wspierają Hamas” .

Tworzenie kultury strachu, sprawianie, że ludzie boją się wyrażać siebie lub swoje opinie polityczne, to tylko jedna z wielu rzeczy, które łączą Covid, Ukrainę, zmiany klimatyczne, a teraz Izrael.

OPROGRAMOWANIE DO ROZPOZNAWANIA TWARZY

Zawsze jest ciekawie, kiedy rzekomo „lewa strona” historii urywa się i łączy z tematem już poruszanym w wiadomościach.

Jednym z nich jest rozwój oprogramowania do rozpoznawania twarzy, które stanowi zagrożenie dla prawa każdego człowieka do prywatności.

Przed „niespodziewanym atakiem” Amnesty International określiła wykorzystanie przez Izrael technologii rozpoznawania twarzy jako „automatyczny apartheid” . W USA stany od dawna sprzeciwiają się stosowaniu FRT, a niektóre wprowadziły projekty ustaw całkowicie go zakazujące .

Teraz jednak Izrael rzekomo używa technologii rozpoznawania twarzy do identyfikacji zabitych i rannych . „Jerusalem Post” nazywa to „narzędziem pomagającym Izraelowi podnieść się po wojnie Hamasu” .

I w bardzo ciekawym zbiegu okoliczności –

trzy dni przed rzekomym „niespodziewanym atakiem” zgłoszono, że rząd Szwecji został „zmuszony” do zwiększenia jego użycia z powodu „przemocy gangów” .

W Wielkiej Brytanii zbiegło się to w czasie z planami rządu polegającymi na przesyłaniu każdego zdjęcia paszportowego znajdującego się w ich bazie danych do programu rozpoznawania twarzy [omówiliśmy to tutaj ].

Plany wywołały cichy protest, głównie dlatego, że tak naprawdę nikt o nich nie słyszał. Następnie w sobotę, podczas marszu propalestyńskiego w Londynie, policja metropolitalna narzuciła uprawnienia określone w sekcji 60AA, nakazując uczestnikom niezakrywanie twarzy, aby ułatwić FRT na żywo . (Nawiasem mówiąc, jest Szwecja, kolejny z krajów „dobrego człowieka”).

Nikt nie powiedział ani słowa przeciwko temu. Nagle to, co w kwietniu było „orwellowskie” , teraz – dzięki ostatniej wojnie – jest zupełnie w porządku.

https://platform.twitter.com/embed/Tweet.html?dnt=true&embedId=twitter-widget-0&features=eyJ0ZndfdGltZWxpbmVfbGlzdCI6eyJidWNrZXQiOltdLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X2ZvbGxvd2VyX2NvdW50X3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9iYWNrZW5kIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19yZWZzcmNfc2Vzc2lvbiI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZm9zbnJfc29mdF9pbnRlcnZlbnRpb25zX2VuYWJsZWQiOnsiYnVja2V0Ijoib24iLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X21peGVkX21lZGlhXzE1ODk3Ijp7ImJ1Y2tldCI6InRyZWF0bWVudCIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfZXhwZXJpbWVudHNfY29va2llX2V4cGlyYXRpb24iOnsiYnVja2V0IjoxMjA5NjAwLCJ2ZXJzaW9uIjpudWxsfSwidGZ3X3Nob3dfYmlyZHdhdGNoX3Bpdm90c19lbmFibGVkIjp7ImJ1Y2tldCI6Im9uIiwidmVyc2lvbiI6bnVsbH0sInRmd19kdXBsaWNhdGVfc2NyaWJlc190b19zZXR0aW5ncyI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdXNlX3Byb2ZpbGVfaW1hZ2Vfc2hhcGVfZW5hYmxlZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdmlkZW9faGxzX2R5bmFtaWNfbWFuaWZlc3RzXzE1MDgyIjp7ImJ1Y2tldCI6InRydWVfYml0cmF0ZSIsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfbGVnYWN5X3RpbWVsaW5lX3N1bnNldCI6eyJidWNrZXQiOnRydWUsInZlcnNpb24iOm51bGx9LCJ0ZndfdHdlZXRfZWRpdF9mcm9udGVuZCI6eyJidWNrZXQiOiJvbiIsInZlcnNpb24iOm51bGx9fQ%3D%3D&frame=false&hideCard=false&hideThread=false&id=1713236394347270597&lang=it&origin=https%3A%2F%2Fbabylonianempire.wordpress.com%2F2023%2F10%2F22%2Fwojna-izraela-z-hamasem-przyspiesza-program-wielkiego-resetu%2F&sessionId=e8f361d9dc95eac19049f0d4b84cd1006393f52e&theme=light&widgetsVersion=01917f4d1d4cb%3A1696883169554&width=550px

Fakt, że ci sami ludzie, którzy teraz żądali, aby nikt nie zakrywał twarzy, krzyczeli „noś maskę!” przez ostatnie trzy lata jest najbardziej poetycką ironią.

I, co równie ironiczne, ale o wiele bardziej tragiczne, ci sami ludzie, którzy sprzeciwiali się wykorzystaniu tej technologii podczas protestów związanych z blokadą, będą ją wiwatować na rzecz „sympatyków terrorystów”, co prowadzi nas zgrabnie do punktu trzeciego…

PODZIAŁ ALT-MEDIA

Niezależne media były najczęstszym powodem, dla którego narracja o „pandemii” nie osiągnęła swoich wspaniałych celów. Narracja straciła dynamikę w obliczu odparcia zestalonego oporu ze strony prawicy z całego spektrum politycznego – od anarchistycznej lewicy po libertariańską prawicę.

Od tego czasu główne ramię strategii globalistycznej podważa tę solidarność i zasięg alternatywnych mediów, atakując ich finansowanie, ograniczając ich zasięg i – co najbardziej oczywiste – siejąc niezgodę za pomocą czynników rozpraszających, które powodują podziały.

To nie przypadek, że rosyjska inwazja na Ukrainę złamała opór Covida w połowie, rozbijając go wzdłuż staromodnych linii uskoków.

„Wojna” Izraela i Hamasu podzieliła już te dwie strony na dwie kolejne. Zbiorowe działanie i niezależne myślenie zostały zepchnięte do krainy cieni na rzecz trybalizmu. Zmanipulowano ludzi, aby porzucili stanowisko antyglobalistyczne i zdecydowali się zaciekle bronić „dobrych globalistów” przed złymi.

Nie tylko złamało sojusz przeciwników blokad i szczepionek, ale także złamało ich zasady i zdyskredytowało ich opinie.

Wielu – głównie konserwatywna prawica – zapomniało, że Izrael był na czele kłamstwa dotyczącego Covid-19, zapomniało, że to oni pierwsi zaszczepili i pierwsi skorzystali z „zielonych przepustek”, i rzucili się do ich obrony (lub, ściślej, skorzystał z okazji, aby forsować program antyislamski).

Obecnie nawołują do kar zbiorowych i – jak wspomniano powyżej – wiwatują na rzecz zniesienia wolności słowa dla „sympatyków terrorystów”.

Weźmy na przykład Douglasa Murraya, którego uważa się za „absolutystę wolności słowa”, ale w następstwie „niespodziewanego ataku” pisze felietony o takich nagłówkach …

Dlaczego pozwalamy na protesty gloryfikujące rzeź?

Niezależnie od tego, czy ci ludzie kiedykolwiek szczerze protestowali przeciwko wolności, czy nie, ich wiarygodność na tym froncie została teraz na zawsze nadszarpnięta.

Myślę, że ten tweet oddaje to najlepiej:

„ŚWIAT WIELOBIEGUNOWY”

Drugą stroną frakcyjności, która w dalszym ciągu łamie ruch sceptyków Covida, jest jednoczesne promowanie tak zwanego „świata wielobiegunowego”.

Fakt, że siłą rządzącą światem jest globalistyczna elita, która nie nazywa żadnego państwa domem, został brutalnie ukazany przez fałszywą „pandemię”. Od tego czasu głównym celem tej globalistycznej elity było wymazanie tego faktu z naszego zbiorowego umysłu.

Sprzedaje się fałszywą narrację, że rozpadające się imperium amerykańskie to „globalizm” i że istnieje szorstka oś opozycji w postaci Rosji, Chin, Iranu i in.

Tę narrację sprzedają zarówno media głównego nurtu, jak i alternatywne od początku „specjalnej operacji wojskowej” Rosji.

To uproszczona, binarna narracja o dobrym/złym facecie, zaprojektowana tak, aby wyrzucić z ludzkich umysłów 2 lata globalnej współpracy na pełną skalę pomiędzy tymi rzekomymi „wrogami”.

Już konflikt Hamas-Izrael przyczynia się do pogłębiania tej zwodniczej narracji. Stwarza wrażenie świata podzielonego według wytartych (ale coraz bardziej pozbawionych znaczenia) linii.

Pandemia pokazała jasno, że wszystkie elity świata podążają tym samym scenariuszem.

Wojna ma na celu sprawić, że zapomnimy o tym fakcie.

A jeśli oznacza to, że w tym procesie musi zginąć kilka tysięcy ludzi – i co z tego? Zarówno Zachód, jak i Wschód chętnie zabijały swoich ludzi za pomocą blokad i toksycznych szturchnięć – więc dlaczego nie rakietami?

Sprzedają wysłużone memy z czasów zimnej wojny, aby przekonać cię, że nie są twoim wrogiem – to ci ludzie „tam” – muzułmanie, Żydzi, Rosjanie…

…możesz wypełnić według potrzeb.

Korea Północna została oskarżona o dostarczanie broni Hamasowi.

Według doniesień Iran sfinansował – nawet planował – atak.

Nawet Rosja, która tradycyjnie stanowczo sprzeciwia się wszelkim islamskim „terrorystom”, wykazuje oznaki narażania na szwank swojej zwykłej „neutralności” wobec Palestyny. Wysyłają transporty z pomocą do Gazy i omawiają uchwały o zawieszeniu broni przed Radą Bezpieczeństwa ONZ (które Stany Zjednoczone oczywiście natychmiast zawetowały).

Za swoje kłopoty izraelscy parlamentarzyści grożą Rosji wojną na żywo w RT .

W swoim wczorajszym przemówieniu do narodu Joe Biden całkiem celowo utożsamił Putinowską Rosję z Hamasem. Prezydent Ukrainy Władymir Zełenski zrobił to samo niemal natychmiast po tym, jak miał miejsce „niespodziewany atak”.

Wytyczane są globalne linie bitwy dla rzekomej „3 wojny światowej”.

Wszystko to podsyca iluzję, że te państwa narodowe dzielą ogromne, sejsmiczne różnice ideologiczne, podczas gdy w rzeczywistości podzielają one zdecydowaną większość celów Nowej Normalności.

Pamiętajcie, że zarówno Izrael , jak i Hamas poświęciły swój naród na ołtarzu firmy Pfizer. Wszelkie twierdzenia, że ​​obydwie strony troszczą się obecnie o życie cywilów, muszą zostać przyjęte z najwyższym sceptycyzmem.

*

Jak widać, „niespodziewany atak” Hamasu nadał nowy impet niektórym celom NN, które od jakiegoś czasu znajdowały się na liście rzeczy do zrobienia establishmentu. I to tyle, co do tej pory , są inne, które jeszcze się nie zmaterializowały, ale z łatwością mogłyby.

Mówi się o kryzysie uchodźczym – zwiększeniu nielegalnej imigracji i wznieceniu większej liczby pożądanej retoryki prowadzącej do podziałów, przy jednoczesnym zrzuceniu na zachodnie rządy gąbki za nędzę finansową, którą celowo stworzyły.

Ceny ropy już rosną , w każdej chwili mogą wywołać kolejny „kryzys energetyczny”.

Być może będą to kraje Zatoki Perskiej, które nałożą embargo na Izrael lub kraje Zachodu nałożą sankcje na kogokolwiek, ale to one kładą podwaliny. The Wall Street Journal ostrzega przed „echem roku 1973” , Stany Zjednoczone sprzedały połowę swoich rezerw i mogą nie być „gotowe na kryzys” .

Dwie historie z dzisiejszego poranka ostrzegają przed „potencjalnym kryzysem” .

Jeśli (kiedy?) nadejdzie, może (i prawie na pewno zostanie) natychmiast wykorzystana do realizacji programu „zmian klimatycznych”. Powiemy, że jest dobre rozwiązanie, ponieważ „zwiększamy naszą zależność od energii odnawialnej”.

To ogromna plątanina kłamstw, ale wszystkie prowadzą w tym samym kierunku.

W kręgach alternatywnych mediów toczy się już wiele dyskusji na temat natury Hamasu. W jakim stopniu zostały one stworzone przez Izrael lub przynajmniej pozwolono im na to? A jak bardzo dotyczy to samego „ataku z zaskoczenia”?

Niektórzy nazywali to „pracą od wewnątrz” od chwili, gdy wiadomość się rozeszła, i rzeczywiście nosi ona typowe cechy tradycyjnego ataku „fałszywej flagi”. Niewytłumaczalne „awarie wywiadu”, ignorowanie ostrzeżeń i opóźnione reakcje. Być może był to przypadek „pozwólcie, żeby to się wydarzyło celowo” (LIHOP), a może oni sprawili, że tak się stało (MIHOP).

Kto wie, jak daleko posunie się elita w zarządzaniu rzeczywistością, której potrzebuje, aby narzucić światu swoje plany.

Jakakolwiek jest prawda w tej sytuacji, nie można zaprzeczyć, że już ciężko pracujemy nad forsowaniem bardzo znanego planu.

INFO: https://off-guardian.org/2023/10/20/the-israel-hamas-war-is-already-pushing-the-great-reset-agenda/

Demokracja zwyciężyła – a potem się zobaczy

Demokracja zwyciężyła – a potem się zobaczy

Stanisław Michalkiewicz „Goniec” (Toronto)    22 października 2023 oj, ta demokracja

Wielkie święto dziś…” – ale nie u Gucia, bo co to za święto, kiedy Gucio tylko gumę miał do żucia, podczas gdy my obchodziliśmy święto naszej demokracji? W demokracji chodzi o wiele więcej, niż o gumę do żucia, chociaż i o gumę też – jakże by inaczej – ale przede wszystkim o to, kto i w jaki sposób będzie przez najbliższe lata przychylał nam nieba. Jak wiadomo, nieba przychylają nam nasi Umiłowani Przywódcy, którzy 15 października stanęli do konkursu o 560 lukratywnych i pozbawionych jakiejkolwiek odpowiedzialności synekur, zwanych mandatami poselskimi, albo senatorskimi.

Z takimi mandatami wiążą się rozmaite przywileje z immunitetem na czele, co dla wielu porządnych obywateli stanowi skarb nieoceniony. Chroni on zarówno przed wtrąceniem do aresztu wydobywczego, jak i przez zaciągnięciem przed niezawisły sąd, z którym – jak to z sądem – nigdy nic nie wiadomo. Byle komu takiego przywileju przyznać nie można, toteż suwerenowie przyznają je osobom, które gotowe są poświęcić wszystko dla Polski. Cóż bowiem wynagradzać przywilejami i sowitym uposażeniem, jak nie gotowość służenia Polsce i przychylania obywatelom nieba? Toteż wszyscy kandydaci unisono zachęcali suwerenów, by udzielili im mandatu – i tak się stało. Do głosowania w wyborach stanęło ponad 74 procent obywateli, co stanowi rekord od czasu sławnej transformacji ustrojowej, kiedy to do głosowania w tzw. kontraktowych wyborach stanęło tylko 68 procent. Poprzednio Umiłowani Przywódcy odczuwali pewien niedosyt, bo trudno mówić o „poparciu narodu”, kiedy do głosowania idzie niecałe 50 procent. W dodatku ordynacja nasza jest tak skonstruowana, że gdyby do wyborów poszli tylko sami kandydaci i zagłosowali – każdy na siebie – to wybory byłyby ważne. Kiedy jednak do wyborów idzie prawie 75 procent narodu, to co innego.

Jak się po dwóch dniach okazało, najlepszy wynik uzyskała Zjednoczona Prawica, zdobywając w Sejmie 194 mandaty. Na drugim miejscu znalazła się Koalicja Obywatelska, to jest – Volksdeutsche Partei z satelitami, która zdobyła 157 mandatów. Na trzecim miejscu znalazła się „Trzecia Droga”, czyli PSL i Polska 2050 pana Szymona Hołowni, zdobywając 65 mandatów. Za nią uplasowała się Lewica z 26 mandatami, co w porównaniu do wyników z roku 2019 stanowi prawie połowę mniej, a na ostatnim miejscu – Konfederacja z 18 mandatami. W porównaniu z rokiem 2019 zwiększyła swój stan posiadania o 7 mandatów – ale dominuje tam podobno poczucie klęski i szykują się nawet jakieś dintojry. Widocznie wszyscy spodziewali się lepszego wyniku i teraz koniecznie trzeba znaleźć ojca klęski, która – jak wiadomo – jest sierotą.

Ale nie o to chodzi, bo najważniejszym zadaniem Sejmu jest utworzenie rządu. Tak się jednak składa, że nikt nie uzyskał tylu mandatów, by mógł samodzielnie utworzyć rząd – bo do tego trzeba mieć przynajmniej 231 mandatów. Toteż wbrew pozorom, największym zwycięzcą tych wyborów okazała się „Trzecia Droga”. Wprawdzie ma tylko 65 mandatów, ale bez jej poparcia nikomu nie uda się utworzyć rządu. A w takiej sytuacji konstytucja dopuszcza rozwiązanie Sejmu i rozpisanie nowych wyborów. Słowem – cały pogrzeb, to znaczy, pardon – oczywiście nie żaden pogrzeb, tylko całe święto na nic, a w dodatku, kto wie, co wtedy zrobiliby suwerenowie, bo wiadomo – łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Toteż zarówno Zjednoczona Prawica pod przywództwem Jarosława Kaczyńskiego, jak i Koalicja Obywatelska pod komendą Donalda Tuska rozpoczęła umizgi do „Trzeciej Drogi” w nadziei, że uda się ją skaptować , by utworzyć rząd. O ile Zjednoczonej Prawicy to by wystarczyło, o tyle Donald Tusk musi się dodatkowo umizgać do Lewicy, bo bez niej nadal nie miałby większości. Toteż rozpoczęły się tzw. „rozmowy programowe”, to znaczy – dzielenie skóry na niedźwiedziu, a konkretnie – wszystkich zasobów państwa z dochodami budżetowymi, czyli dochodami z przyszłych podatków na czele, między poszczególne grupy naszych Umiłowanych Przywódców. Pan prezydent Duda prawdopodobnie powierzy misję tworzenia rządu zdobywcy największej liczby mandatów, ale jeśli Jarosławowi Kaczyńskiemu nie uda się przeciągnąć „Trzeciej Drogi”, to sklecony przezeń rząd nie uzyska w Sejmie votum zaufania, więc prezydent nie będzie mógł wręczyć mu nominacji. W takiej sytuacji trud utworzenia rządu może podjąć Sejm – ale jeśli Donaldu Tusku też nie udałoby się skaptować „Trzeciej Drogi”, to też nic z tego i pan prezydent nie miałby innego wyjścia, jak rozwiązać Sejm i rozpisać nowe wybory. Oznaczałoby to, że Zjednoczona Prawica z Mateuszem Morawieckim, jako premierem rządziłaby aż do następnych wyborów, a ich wynik trudno dziś przewidzieć.

Myślę jednak, że w „Trzeciej Drodze” dojdzie do głosu zarówno instynkt samozachowawczy, jak i gotowość poświęcenia się w służbie dla Polski, bo ten niespodziewany sukces może się nie powtórzyć. Na razie Donald Tusk uznał się za najszczęśliwszego człowieka na świecie, bo „Trzecia Droga” daje mu do zrozumienia, że najchętniej zlałaby się z nim – oczywiście nie za darmo, co to, to nie – więc na początek stanowisko marszałka Sejmu dla pana Władysława Kosiniaka-Kamysza i resort obrony dla Polski 2050. Kto ma być szefem tego resortu – na razie nie wiadomo, ale myślę, że pan Michał Kobosko, który z pewnością cieszy się jeszcze większym zaufaniem Naszego Najważniejszego Sojusznika, niż dotychczasowy minister, pan Mariusz Błaszczak.

W ten sposób, nawet w sytuacji, gdy kierownictwo rządu objęłaby Volksdeutsche Partei, Nasz Najważniejszy Sojusznik kontrolowałby naszą niezwyciężoną armię, co w związku z wojną na Ukrainie, jest dla niego szczególnie ważne. To może mu w zupełności wystarczyć, jako że w marcu br. prezydent Józio Biden pozwolił Niemcom urządzać Europę po swojemu. Dlatego też nie tylko Donald Tusk, ale i Judenrat „Gazety Wyborczej” oraz grono autorytetów moralnych już nie może się doczekać objęcia rządów przez „blok demokratyczny” – taki sam, jak w latach 40-tych. Młodzi ludzie, którzy po raz pierwszy dorośli do wyborów, takich rzeczy nie pamiętają i myślą, że z tą demokracją to wszystko naprawdę – ale nie ma rady; każdy musi doświadczyć na własnej skórze skutków swojej naiwności. Oczywiście przewidziane będą też atrakcje za sprawą kolejnego koalicjanta, to znaczy Lewicy. Skupia ona nie tylko osobistych wrogów Pana Boga, ale również „kobiety”, które z jednej strony nie mogą doczekać się wprowadzenia do szkół nauki bzykania, a z drugiej – co zresztą jedno z drugiego wynika – aborcji na życzenie i oczywiście – na koszt podatników, którzy w bzykaniu udziału nie brali. Nietrudno się domyślić, że Lewicy chodzi o objęcie resortu edukacji, a na myśl o tym, co się teraz będzie w szkołach wyprawiało, nauczyciele podobno już na to konto tańcują do upadłego

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Wesoło merdamy ogonkami

Wesoło merdamy ogonkami

michalkiewicz   21 października 2023

Jedynie słuszna operacja pokojowa, jaką bezcenny i miłujący pokój Izrael właśnie prowadzi w Strefie Gazy, spotyka się z pełnym zrozumieniem ze strony miłującego pokój świata, a jedynie grupki ekstremistycznych populistów próbują sypać piasek w szprychy rozpędzonego parowozu dziejów – za co słusznie bije ich policja i potępia francuski prezydent Emanuel Macron, który na codzień jest zwolennikiem pełnej wolności zgromadzeń i oczywiście wypowiedzi. Ale w sytuacjach wyjątkowych – a właśnie mamy sytuację wyjątkową – wszystkie te demokratyczne dyrdymały schodzą na plan dalszy, bo każdy – nawet amerykański prezydent Józio Biden – rozumie, że operacja pokojowa, podjęta w ramach świętego prawa do obrony, jest nie tylko najważniejsza, ale w ogóle – święta.

Oczywiście święte prawo do obrony nie przysługuje każdemu; co to, to nie. Na przykład nie przysługuje Serbom wobec Kosowerów, podobnie jak nie przysługiwało „separatystom” z obwodów ługańskiego i donieckiego na Ukrainie przed banderowcami z Kijowa. Jak pamiętamy, kiedy Serbowie w naiwności i bezczelności swojej myśleli, że i oni mają święte prawo do obrony przed oderwaniem od Serbii jednej z prowincji, to NATO wybiło im te zuchwałe myśli z głowy bombardowaniami lotniczymi. Nie była, to – ma się rozumieć – żadna „zbrodnia wojenna”, bo zbrodni wojennych dopuszczają się jedynie ci, którzy stają po ciemnej stronie Mocy, a nie po tej jasnej, czyli po tej, gdzie stoją Stany Zjednoczone.

Toteż amerykański twardziel, rzecznik Białego Domu pan Kirby, na wieść o żydowskich dzieciach zaatakowanych przez zbrodniczy Hamas rozpłakał się, jak dziecko, podczas gdy na konferencji prasowej, gdzie była mowa o dzieciach ze Strefy Gazy, zachowywał znakomity humor. Jaka szkoda, że wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler tak się pomylił i ulepszanie świata rozpoczął od Żydów. W przeciwnym razie nawet SS Gruppenfuhrer Jurgen Stroop mógłby dożyć sędziwego wieku i jeśli do tej pory nie umarłby w opinii świętości śmiercią naturalną, to mógłby służyć radą i pomocą we wspomnianej operacji pokojowej, jako że w tłumieniu powstań w mieście nabrał eksperiencji.

Już widzę, jakie gromy za tę myślozbrodnię na mnie spadną; kto wie, czy pan Jaś Kapela nie napisze do prokuratury kolejnego doniesienia o przestępstwie, pan Jakub Żulczyk pryncypialnie mnie nie skrytykuje, podobnie jak pani reżyserowa. Wszyscy oni, bez uprawnień do przetwarzania moich danych osobowych posłużyli się moim nazwiskiem. Ale oni przetwarzali moje dane osobowe w słusznej, a nawet jedynie słusznej sprawie, podczas gdy ja właśnie zostałem przez niezawisły sąd w Warszawie skazany na grzywnę i rozmaite „koszty” za podanie nazwiska mojej wierzycielki, a więc w sprawie głęboko niesłusznej.

Toteż wszyscy płomienni obrońcy praw człowieków, co to w marcu 2017 roku wystąpili do Komisji Europejskiej, by zrobiła z Polską porządek, jako że poziom ochrony praw człowieków urąga tu wszelkim standardom, wskutek czego człowieki, zwłaszcza te eksportowe, najbardziej wartościowe, cierpią niewymowne katiusze, nabrali wody w usta. Jak pamiętamy, Komisja Europejska, która wcześniej zainicjowała u nas walkę o demokrację, mobilizując jej obrońców i „Polskie Babcie”, rozpoczęła walkę o praworządność, którą prowadzi do dnia dzisiejszego przy udzialedomy całego legionu niezawisłych sędziów – oczywiście tych nierządnych. Toteż nawet nie próbuję zaciągać przed niezawisły sąd nikogo z tych, co przetwarzali moje dane osobowe bez podstawy prawnej, bo wiem, że nie oni, tylko ja byłbym skazany za fałszywe oskarżenie.

Toteż płomienni obrońcy praw człowieków podkulili pod siebie ogony i nawet nie próbują komentować – bo o potępieniu nie ma przecież mowy – ogłoszonego przez premiera Netanjahu żądania, by głupi cywile ze Strefy Gazy opuścili swoje domy w ciągu iluś tam godzin, bo te tereny są potrzebne izraelskim siłom pokojowym do kontynuowania operacji. Ciekawe, że SS Gruppenfuhrer Stroop też tak robił – no ale on robił to z pozycji głęboko niesłusznych, podczas gdy premier Netanjahu, co to jeszcze niedawno był zagrożony kondemnatką, aż gwoli odsunięcia tego zagrożenia musiał zainicjować zbawienne reformy – teraz stoi na czele rządu jedności narodowej w bezcennym Izraelu, a nawet amerykański prezydent Józio Biden powinność swej służby zrozumiał i wesoło merda izraelskiemu premierowi ogonkiem. Jakże w tej sytuacji pani Ochojska miałaby pyskować, a pani reżyserowa kręcić jakieś filmy w których dźgałaby izraelskie siły pokojowe i cały tamtejszy najwartościowszy naród nieubłaganym palcem w oczy? I ona wie i my wiemy, że jest czas krytykowania i czas milczenia – chyba, że padnie rozkaz, żeby zacząć etap apologii – aaa, to wtedy wszystkie autorytety rozćwierkają się, aż miło będzie popatrzeć.

Tak zresztą pisze w Starym Testamencie, gdzie zawarte są rozmaite mądrości żydowskie, Eklezjasta, czyli Kohelet („ach, jest czas obłapiania – powiada Eklezjasta”), więc trudno, żeby pani reżyserowa, a nawet pani Ochojska, która należy chyba do narodu mniej wartościowego, zaczęły wierzgać przeciwko ościeniowi. Toteż nawet i niekonwencjonalny papież Franciszek pilnie koncentruje się na „synodalności”, w ramach której już niedługo nikogo w Kościele nie będziemy „wykluczać”, ani „stygmatyzować” nikogo, choćby nawet urządził spółkowanie na ołtarzu, zwłaszcza jednopłciowe. Podobno pojawił się na Synodzie kolejny politycznie poprawny pomysł, by nie „wykluczać” również poligamistów. Myślę, że autor tego pomysłu wprawdzie dobrze chciał, ale chyba niedostatecznie to przemyślał, bo poligamię uprawiają przecież muzułmanie, którzy właśnie są przedmiotem operacji pokojowej, podjętej przez bezcenny Izrael.

[No, szczególnie starannie wybijają w Strefie Gazy Palestyńczyków – chrześcijan, bo to widocznie najgorsi wrogowie pokoju.. MD]

Mam tedy nadzieję, że tradycja zwycięży i poligamistów nie będzie się w Kościele tolerowało, chociaż myślę, że trzeba będzie w tym celu ocenzurować św. Pawła, którego chyba trochę poniosło, gdy pisał, że „nie ma już Żyda, ani poganina, nie ma już niewolnika, ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny, ani kobiety”. Jakże „nie ma” Żyda, kiedy nie tylko jest, ale przecież w imieniu całego miłującego pokój świata prowadzi operację pokojową? „Poganina” może wskutek tego rzeczywiście wkrótce nie być, ale to przecież dobrze, bo wraz z ostatnim poganinem zniknie też i pogaństwo. Z niewolnikami też byłbym ostrożny, bo cóż to za przyjemność z wolności, skoro nie ma nigdzie niewolników, którym można by przynajmniej pożyczać pieniądze na wysoki procent? No a z kobietami to już całkiem źle; jakże to ich „nie ma”, kiedy cały miłujący pokój świat, z moją faworytą, Wielce Czcigodną Joanną Scheuring-Wielgus, właśnie rozpoczyna decydującą operację pokojową w obronie ich „praw”?

Genewa – czyli tu „odciąć głowę węża”

Genewa czyli gdzie „odciąć głowę węża”

Autor: AlterCabrio , 23 października 2023

“Dlaczego? WEF, WHO, GAVI, Big Pharma, Big Tech i Bill Gates opowiadali się za globalnym zaszczepieniem ludzkości za pomocą broni biologicznej wstrzykującej nanolipidy 5,7 miliarda ludzi. A my, Szwajcarzy, gościmy ich. To straszne. Nie możemy tolerować żadnej istoty, która promuje wstrzykiwanie ludzkości trucizn. (…)”

−∗−

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

−∗−

„Odcinanie głowy węża” w Genewie

W tym minidokumencie ‘Cutting off the Head of the Snake’ [„Odcinanie głowy węża”] Pascal Najadi i dr Astrid Stuckelberger omawiają ciemne strony globalnych organizacji z siedzibą w Genewie w Szwajcarii.

„Wszystko, co złe na świecie związane z demokracją, niestety pochodzi z Genewy” – mówi Najadi. „Masz WHO w Genewie, masz GAVI, potem masz WEF… który ma immunitet dyplomatyczny.

„Ja, jako obywatel Szwajcarii, oświadczam teraz, że WEF nie kwalifikuje się już do immunitetu dyplomatycznego. Wzywam władze szwajcarskie i służby bezpieczeństwa do natychmiastowego aresztowania tych osób”.

“Dlaczego? WEF, WHO, GAVI, Big Pharma, Big Tech i Bill Gates opowiadali się za globalnym zaszczepieniem ludzkości za pomocą broni biologicznej wstrzykującej nanolipidy 5,7 miliarda ludzi. A my, Szwajcarzy, gościmy ich. To straszne. Nie możemy tolerować żadnej istoty, która promuje wstrzykiwanie ludzkości trucizn. Ale tak się dzieje. Ja jestem ofiarą. Umieram od tego, moja matka też. To ludobójstwo w ramach państwa [democide] i zostanie osądzone. Zostanie to naprawione [corrected] w imieniu ludzkości”.

Na początku tego roku Pascal Najadi, emerytowany bankier ze Szwajcarii, złożył akt oskarżenia o nadużycie stanowiska na podstawie art. 310 szwajcarskiego kodeksu karnego przeciwko prezydentowi Szwajcarii Alainowi Bersetowi, który był także byłym ministrem zdrowia tego kraju. Ku zaskoczeniu wszystkich, prokurator generalny Szwajcarii wszczął śledztwo w sprawie prezydenta – pierwszego urzędującego szefa państwa w związku z jego polityką „szczepień” – co spowodowało rezygnację Berseta!

Pascal urodził się w Szwajcarii, a jego szwajcarska matka, Heidi Anderhub-Minger, jest wnuczką Rudolfa Mingera, który był prezydentem Szwajcarii przed II wojną światową. Ojciec Pascala, Hussain Najadi, był znanym persko-bahrajńskim międzynarodowym bankierem i deweloperem biznesowym, który został członkiem-założycielem Europejskiego Forum Zarządzania [European Management Forum], zanim zerwał z Klausem Schwabem w 1987r., a spotkania w Davos zostały przemianowane na Światowe Forum Ekonomiczne.

Pascal twierdzi, że jego ojciec zerwał z Klausem Schwabem, ale mówi też, że wczesne Europejskie Forum Zarządzania było małym zgromadzeniem liczącym nie więcej niż 100 osób, które odbywało się w czterogwiazdkowym hotelu, i określa je jako „mądre” i „korzystne” [“clever” and “benign”]. W zasadzie był to zjazd [schmoozefest] dla liderów „rynków wschodzących”, głównie z Azji, gdzie Hussain zakładał banki, aby rozwijać kapitał z Bliskiego Wschodu. W 2013 roku Hussain został śmiertelnie postrzelony w Kuala Lumpur wraz z żoną, która również została ciężko ranna. Pascal uważa, że ​​jego ojciec został zamordowany za informowanie o korupcji w Malezji.

W międzyczasie Światowe Forum Ekonomiczne zostało przejęte przez tę samą grupę, która forsuje w ONZ Agendę 2030, którą Pascal nazywa „końcem ludzkości”.

W lutym ubiegłego roku Pascal powiedział na temat Międzynarodowych przepisów zdrowotnych: „Trump był dobry, bo opuścił WHO. Jeśli wy możecie to zrobić, będzie to najmądrzejsza rzecz, jaką zrobicie. Po prostu wyjść… To faszystowska deklaracja”.https://rumble.com/embed/v3nttla/?pub=4

_____________

‘Cutting off the Head of the Snake’ in Geneva, Switzerland, Alexandra Bruce, Oct 22, 2023

Materiał filmowy pochodzi z kanału ‘neutralswiss’ w serwisie rumble.

BREAKING Documentary Short: Cutting off the Head of the Snake in Geneva, Switzerland

−∗−

Powiązane tematycznie:

Dr Astrid Stuckelberger z Uniwersytetu w Genewie obnaża prawdę o WHO i zbrodni szczepień [2021]
„Ten film to absolutny MUST! Ci, którym propaganda jeszcze nie wyjadła mózgu, powinni posłuchać tej profesjonalnej do bólu i odważnej kobiety. Wybitnej specjalistki ochrony zdrowia z Uniwersytetu w Genewie. Nie słuchajcie pajaców, słuchajcie mądrych ludzi, którzy widzą rzeczywistość przenikliwie, jasno, bez złudzeń. […]”