Rosyjski gaz z Europy przemieszcza się na wschód: Moskwa i Teheran budują nową oś energetyczną

Rosyjski gaz z Europy przemieszcza się na wschód: Moskwa i Teheran budują nową oś energetyczną – Europa jest skończona.

Przez X

Rosyjski gaz z Europy przemieszcza się na wschód: Moskwa i Teheran budują nową oś energetyczną – Europa jest skończona.

Europa chciała uwolnić się od rosyjskiego gazu. Rosja miała stracić jeden ze swoich najważniejszych rynków eksportowych, Gazprom miał ponieść straty gospodarcze, a moskiewski biznes energetyczny miał zostać trwale osłabiony.

Cztery lata później pojawił się inny trend: Rosja buduje nowe szlaki eksportowe na wschód – a rynek europejski traci w tym procesie swoje dawne strategiczne znaczenie.

Według irańskiego ministra ropy naftowej Mohsena Paknejada, Moskwa i Teheran uzgodniły podstawowe warunki długo przygotowywanej umowy gazowej. Do ostatecznych negocjacji pozostały tylko dwa punkty. Rosyjski gaz ma być transportowany do Iranu przez Azerbejdżan.

Skala projektu jest ogromna. W perspektywie długoterminowej oznacza on nawet 55 miliardów metrów sześciennych rosyjskiego gazu rocznie . Dokładnie tyle Nord Stream1 był w stanie transportować rocznie z Rosji do Niemiec. To, co wcześniej było przeznaczone dla europejskiego przemysłu i gospodarstw domowych, będzie teraz miało, przynajmniej pod względem skali, swój wschodni odpowiednik.

Jednak nie wszystkie umowy zostały jeszcze podpisane i pełna kwota nie będzie dostępna od pierwszego dnia. Oczekuje się, że pierwszy etap będzie znacznie mniejszy; Rosja początkowo mówiła o około dwóch miliardach m3 rocznie. Rozszerzenie do 55 miliardów m3 byłoby projektem długoterminowym i wymagałoby odpowiedniej infrastruktury.

Jednak geopolitycznie trudno nie zauważyć tego kierunku.

Rosja straciła znaczną część swojego trwającego dekady europejskiego rynku gazowego po 2022 roku. Agencja Reuters donosiła o gwałtownych spadkach w Gazpromie już w 2024 roku w wyniku utraty europejskiego rynku. Jednocześnie Moskwa pracuje nad zwiększeniem eksportu energii do Chin, a teraz także do Iranu.

Iran, ze wszystkich miejsc na świecie, ma szansę stać się nowym węzłem gazowym.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Iran posiada drugie co do wielkości złoża gazu ziemnego na świecie. Niemniej jednak, z powodu braku inwestycji, barier technicznych i skutków sankcji ze strony Zachodu, kraj ten potrzebuje dodatkowych dostaw. Rosja z kolei posiada największe złoża gazu na świecie i poszukuje nowych kanałów sprzedaży.

Oznacza to, że dwa objęte najcięższymi sankcjami państwa świata łączą siły gospodarcze i podejmują próbę zbudowania dokładnie takiej architektury energetycznej, której powstaniu miały zapobiec sankcje Zachodu.

Według doniesień regionalnych, Iran będzie miał również możliwość odsprzedaży nadwyżek rosyjskiego gazu krajom trzecim. Szacunki analityków wskazują na potencjalne przychody sięgające dwunastu miliardów dolarów rocznie. Jest to jednak kwota szacunkowa , a nie gwarantowana w ramach kontraktu .

Oznaczałoby to, że Iran byłby nie tylko klientem, ale w dłuższej perspektywie mógłby sam stać się dystrybutorem rosyjskiego gazu na południu i wschodzie.

Europa skutecznie wycofała się z rosyjskiego systemu energetycznego.

Właśnie w tym tkwi ironia polityczna.

Przez dekady Europa była najbardziej dochodowym i najlepiej skomunikowanym infrastrukturalnie rynkiem gazu dla Rosji. Gazociągi biegły bezpośrednio do Niemiec i dalej do europejskich ośrodków przemysłowych. Sam Nord Stream 1 został zaprojektowany z myślą o 55 miliardach metrów sześciennych gazu rocznie.

Ta era dobiegła końca.

Nie oznacza to jednak, że 55 miliardów metrów sześciennych byłego europejskiego gazu jest już fizycznie przekierowywane do Iranu . Nadal brakuje niezbędnej infrastruktury i ostatecznego kontraktu. Rosyjski LNG również nadal dociera do Europy. Zatem stwierdzenie „Europa jest poza zasięgiem” opisuje kierunek strategiczny , a nie w pełni zrealizowaną fizyczną wymianę wszystkich przepływów dostaw.

Europa chciała zmusić Rosję do znalezienia nowych rynków zbytu.

Rosja ich szuka – i ich znajduje.

Chiny, Iran i potencjalnie inne rynki azjatyckie zyskują na znaczeniu. Planowany korytarz irański mógłby również otworzyć nowe możliwości dla Pakistanu, Indii i innych krajów, choć obecnie nie ma gwarancji dalszego transportu.

Europa z kolei świadomie restrukturyzuje swoje zaopatrzenie w energię, nie polegając na rosyjskim gazociągu.

Oznacza to zniknięcie czegoś, co trwało przez dziesięciolecia, nawet w czasie najpoważniejszych kryzysów politycznych: wzajemnej zależności energetycznej między Rosją a Europą Zachodnią.

Tego, co zostało zniszczone, nie da się po prostu powrócić.

Budowane są nowe rurociągi, które mają przetrwać dekady. Nawiązywane są relacje handlowe. Konsumenci odpowiednio dostosowują swoją infrastrukturę. Rosja coraz bardziej inwestuje w połączenia ze Wschodem, podczas gdy Europa inwestuje miliardy, aby trwale zastąpić rosyjski gaz. Im dalej postępują oba procesy, tym trudniejszy będzie powrót do starych metod.

Zachód chciał odciąć Rosję od jej najważniejszego rynku energii. W krótkiej perspektywie mocno to uderzyło w Moskwę. Ale w dłuższej perspektywie pojawia się coś jeszcze: rosyjska infrastruktura energetyczna, której Europa potrzebuje coraz mniej.

Planowane porozumienie z Iranem jest tego wyraźnym symbolem.

Źródła:

Iran i Rosja bliskie historycznego porozumienia w sprawie handlu gazem – minister

Iran i Rosja zbliżają się do finalizacji kontraktu na dostawy rosyjskiego gazu: Paknejad

Rosja planuje eksport 55 mld m³ gazu do Iranu rocznie, mówi Putin

İran və Rusiya qaz sazişinin əsas şərtlərini razılaşdırıb

Kościół Święty a Synagoga Szatana

Kościół Święty a Synagoga Szatana

Kościół Święty a Synagoga Szatana

magnapolonia.org/kosciol-swiety-a-synagoga-szatana

Kościół Święty a Synagoga Szatana

Z radością informujemy, że Fundacja Magna Polonia objęła patronatem kolejną niezwykle interesującą publikację, zatytułowaną: Kościół Święty a Synagoga Szatana.

Kiedy w poważnej rozmowie na temat wpływu różnych sił na społeczeństwo, kulturę, gospodarkę czy moralność z ust jednego z dyskutantów pada określenie „masoneria”, na twarzach pozostałych zwykle pojawia się pobłażliwy uśmieszek. Jeśli zaś ów rozmówca doda przedrostek „żydo-”, spotka się z otwartym zażenowaniem otoczenia, a jego dalszych wywodów, bez względu na wysuwane argumenty, nikt już nie traktuje poważnie.

Jest to jednak nowość. Jeszcze kilka dekad temu słowo „masoneria” traktowano z powagą, a jeżeli rodziło jakieś emocje, to raczej niepokój. W przeszłości spośród naszych rodaków tak podchodził do tej kwestii choćby św. Maksymilian Maria Kolbe, zakładając do walki z nią Rycerstwo Niepokalanej. Nie inaczej sprawa się miała z Józefem Pelczarem, świętym biskupem i badaczem wolnomularstwa. Co zatem zaszło, że powszechny stosunek do owego zjawiska uległ tak radykalnej zmianie?

(z wprowadzenia)

„Synagoga szatana” to określenie pochodzące z Księgi Apokalipsy (Ap 2,9 oraz 3,9). Odnosi się ono do Żydów ze Smyrny i Filadelfii, którzy w I wieku po Chrystusie zwalczali wczesnochrześcijańskie wspólnoty, sami określając się mianem ludu Bożego. Św. Jan oskarża ich o to, że „podają się za Żydów, a nimi nie są”. Poprzez odrzucenie jedynego i prawdziwego Mesjasza, prześladowanie Jego wyznawców oraz kolaborację z Rzymem, sprzeniewierzyli się prawdziwemu powołaniu Izraela. Wedle tej interpretacji, stali się narzędziem w rękach diabła.

W kontekście tajnych stowarzyszeń wyrażenia „synagoga szatana” użył bł. Pius IX w encyklice Etsi multa luctuosa z 21 listopada 1873 roku. Wikariusz Chrystusa napiętnował w ten sposób masonerię, którą obwiniał o trzy kampanie skierowane wówczas przeciw Kościołowi: Kulturkampf w Cesarstwie Niemieckim, zlikwidowanie Uniwersytetu Gregoriańskiego przez władze po zjednoczeniu Włoch oraz ruch antyklerykalny w Szwajcarii.

Tekst niniejszy jest skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Książkę można zakupić tutaj:

sklep.magnapolonia.org/produkt/kosciol-swiety-a-synagoga-szatana

Kościół Święty a Synagoga Szatana

Z radością informujemy, że Fundacja Magna Polonia objęła patronatem kolejną niezwykle interesującą publikację, zatytułowaną: Kościół Święty a Synagoga Szatana.

Kiedy w poważnej rozmowie na temat wpływu różnych sił na społeczeństwo, kulturę, gospodarkę czy moralność z ust jednego z dyskutantów pada określenie „masoneria”, na twarzach pozostałych zwykle pojawia się pobłażliwy uśmieszek. Jeśli zaś ów rozmówca doda przedrostek „żydo-”, spotka się z otwartym zażenowaniem otoczenia, a jego dalszych wywodów, bez względu na wysuwane argumenty, nikt już nie traktuje poważnie.

Jest to jednak nowość. Jeszcze kilka dekad temu słowo „masoneria” traktowano z powagą, a jeżeli rodziło jakieś emocje, to raczej niepokój. W przeszłości spośród naszych rodaków tak podchodził do tej kwestii choćby św. Maksymilian Maria Kolbe, zakładając do walki z nią Rycerstwo Niepokalanej. Nie inaczej sprawa się miała z Józefem Pelczarem, świętym biskupem i badaczem wolnomularstwa. Co zatem zaszło, że powszechny stosunek do owego zjawiska uległ tak radykalnej zmianie?

(z wprowadzenia)

„Synagoga szatana” to określenie pochodzące z Księgi Apokalipsy (Ap 2,9 oraz 3,9). Odnosi się ono do Żydów ze Smyrny i Filadelfii, którzy w I wieku po Chrystusie zwalczali wczesnochrześcijańskie wspólnoty, sami określając się mianem ludu Bożego. Św. Jan oskarża ich o to, że „podają się za Żydów, a nimi nie są”. Poprzez odrzucenie jedynego i prawdziwego Mesjasza, prześladowanie Jego wyznawców oraz kolaborację z Rzymem, sprzeniewierzyli się prawdziwemu powołaniu Izraela. Wedle tej interpretacji, stali się narzędziem w rękach diabła.

W kontekście tajnych stowarzyszeń wyrażenia „synagoga szatana” użył bł. Pius IX w encyklice Etsi multa luctuosa z 21 listopada 1873 roku. Wikariusz Chrystusa napiętnował w ten sposób masonerię, którą obwiniał o trzy kampanie skierowane wówczas przeciw Kościołowi: Kulturkampf w Cesarstwie Niemieckim, zlikwidowanie Uniwersytetu Gregoriańskiego przez władze po zjednoczeniu Włoch oraz ruch antyklerykalny w Szwajcarii.

Tekst niniejszy jest skromną próbą prezentacji tradycyjnego nauczania Kościoła na temat „monstrualnej doktryny” i „zaraźliwej plagi”. Jeśli przy okazji uchyli on rąbka jej mrocznej tajemnicy, to mam nadzieję, że nie dla sensacji – ale ku przestrodze dusz.

Książkę można zakupić tutaj:

sklep.magnapolonia.org/kosciol-swiety-a-synagoga-szatana

„Lex szarlatan”, czyli wszystko dla pacjenta

„Lex szarlatan”, czyli wszystko dla pacjenta

Michał Radzikowski

W dniu 3 lipca br. Sejm uchwalił ustawę o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta zwaną potocznie „lex szarlatan”. Ustawa po zaakceptowaniu poprawek senackich została ostatecznie przyjęta w dniu 31 lipca br. Obecnie dokument oczekuje na podpis prezydenta.

Przedmiotem powyższej nowelizacji była kwestia rzekomej dezinformacji pacjentów przez osoby nieposiadające uprawnień medycznych, a prowadzące działalność paramedyczną (m.in. bioenergoterapeuci, zielarze, kręgarze). Zdaniem projektodawców osoby te stwarzają realne zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów, stosując niesprawdzone metody terapii, bądź też odwodząc chorych od konwencjonalnego leczenia. Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wprowadziła możliwość formułowania ostrzeżeń publicznych przez Rzecznika Praw Pacjenta przed praktykami paramedycznymi i podmiotami świadczącymi taką działalność.

Po drugie – Rzecznik Praw Pacjenta uzyskał prawo kierowania nakazu natychmiastowego zaprzestania powyższych praktyk. Po trzecie – wprowadzona została sankcja wysokich kar (do 1 miliona złotych) na podmioty prowadzące działalność paramedyczną, a ściśle rzecz ujmując działalność, która nie jest potwierdzona oficjalną wiedzą medyczną. Ponadto Rzecznik Praw Pacjenta uzyskał prawo udziału w postępowaniach dotyczących pacjentów na prawach prokuratora. Co więcej, nowelizacja przewidziała możliwość blokowania stron internetowych uznanych za szerzące dezinformację oraz wpisywania ich do specjalnych rejestrów. Powyższe zmiany Sejm przyjął stosunkiem głosów – 232 za, 34 przeciw i 162 wstrzymujących się. Nowelizację poparły kluby Koalicji Obywatelskiej, Lewicy, koło Razem oraz większość posłów PSL i Polski 2050.

Przeciwni byli posłowie Konfederacji i Konfederacji Korony Polskiej, a posłowie Prawa i Sprawiedliwości wstrzymali się od głosu.

Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta wywołała szereg obaw i kontrowersji i to nie tylko w środowiskach, do których się odnosi. Między innymi negatywną opinię o przyjętych rozwiązaniach legislacyjnych wydał Instytut Ordo Iuris, wskazując na nadmierną i uznaniową rolę Rzecznika Praw Pacjenta, niosącą za sobą zagrożenie dla praw i wolności obywatelskich. Część ekspertów uznała, że „lex szarlatan” uderzy w uznane od dawna metody leczenia, takie jak ziołolecznictwo, czy homeopatia. Krytyka dotyczyła także nieostrych i nie do końca sprecyzowanych pojęć i sformułowań pozwalających na dowolność interpretacyjną. Dotyczy to na przykład definicji „praktyk pseudomedycznych” i „dezinformacji medycznej”. Przy braku jednoznacznych kryteriów niesie to niebezpieczeństwo, że egzekwowanie prawa będzie zależeć od subiektywnej oceny urzędników. Wreszcie, krytyka dotyczyła naruszania praw pacjentów do wolnego wyboru metod leczenia i stosowania terapii alternatywnych.

Warto zatem przyjrzeć się wprowadzonym zapisom i zastanowić się jakie zagrożenia z sobą niosą. Na wstępie podkreślić należy, że funkcjonowanie rynku usług paramedycznych w żaden sposób nie stoi na przeszkodzie korzystaniu przez pacjentów z placówek „oficjalnej służby zdrowia”. Co więcej – usługi paramedyczne mają charakter marginalny i w zdecydowanej większości dotyczą leczenia wspomagającego (obok leczenia konwencjonalnego), bądź też leczenia „beznadziejnych przypadków”, kiedy „oficjalna medycyna” jest już bezradna.

Tak zwani „szarlatani” nie zmuszają nikogo do korzystania ze swoich usług, jak również nie stosują nachalnej propagandy, w tym „reklam podprogowych”, co jest udziałem wielu firm farmaceutycznych. Po prostu nie mają środków na stosowanie takich metod promocji. Nawet jeżeli określone podmioty oferują niesprawdzone metody terapeutyczne, bądź niesprawdzone specyfiki, to korzystanie z tego typu usług zależy wyłącznie od woli pacjentów. Należy podkreślić, że również w przypadku korzystania z medycyny konwencjonalnej – w wielu przypadkach leczenie jest nieskuteczne, a nawet prowadzi do śmierci. Wiele leków i preparatów leczniczych  jest nie tylko nieskutecznych, ale wręcz przynosi niepożądane skutki uboczne. Wspomnieć również należy o długiej liście tak zwanych „błędów medycznych” i braku odpowiedzialności personelu medycznego za powyższe uchybienia. Nawet jeżeli błąd medyczny zostaje stwierdzony, to ewentualne zadośćuczynienie jest rażąco nieadekwatne do doznanej krzywdy.

Oczywiście są również przypadki nieuczciwych i szkodliwych działań podmiotów świadczących usługi paramedyczne, jednak nawet gdy „szarlatan”  przekonuje, że jego metody są skuteczniejsze, to przecież nie jest w stanie zabronić swoim pacjentom leczenia konwencjonalnego. Ostateczna decyzja zawsze należy do pacjenta. Reasumując – pacjent posiada niezbywalne prawo do decydowania o swoim zdrowiu i preferowanych metodach leczenia, nawet jeżeli z obiektywnego punktu widzenia jest ono nieskuteczne. Zakazane powinny być jedynie takie praktyki terapeutyczne, które w sposób ewidentny niosą zagrożenie dla życia i zdrowia pacjentów (np. terapie muchomorem, czy też środkami psychoaktywnymi, co samo w sobie jest przestępstwem).

Podkreślić przy tym należy, że z usług tzw. szarlatanów korzystają z reguły ci, których oficjalna medycyna zawiodła, bądź też ci, którym oficjalna medycyna nie daje już żadnych nadziei. Czy odbieranie osobom śmiertelnie chorym, którym konwencjonalne leczenie nie pomogło, ostatniej iskierki nadziei w postaci alternatywnych metod terapii – nie jest działaniem nieludzkim? Oczywiście, ktoś powie, że zapisy „lex szarlatan” nie zakazują wprost działalności paramedycznej, jednak faktyczny zakaz reklamowania takiej działalności (np. poprzez strony internetowe), zagrożenie procesami, a przede wszystkim drakońskimi karami finansowymi – z całą pewnością doprowadzi do zaniku takiej działalności, ewentualnie do powstania „szarej strefy”, która będzie jeszcze trudniejsza do kontroli.

Nawet jednak jeżeli uznamy działalność podmiotów świadczących usługi paramedyczne za szkodliwe społecznie, to walka z tym zjawiskiem powinna być racjonalna i adekwatna do rozmiaru zagrożenia. Przede wszystkim powinna być sformułowana precyzyjna definicja praktyk pseudomedycznych ze ścisłym rozgraniczeniem jaka działalność jest dozwolona, a jaka nielegalna. Nie można przy tym opierać tego rozgraniczenia na kryterium „aktualnej wiedzy medycznej”, gdyż wiedza ta jest płynna i dynamiczna, a pomiędzy samymi specjalistami nie ma często zgody jakie metody leczenia są wskazane, a jakie niepożądane. Jak słusznie zauważyła Polska Organizacja Zdrowia w liście skierowanym do Prezydenta RP Karola Nawrockiego – ustawa uderza nie tylko w ewidentnych szarlatanów, ale także „w osoby i podmioty działające legalnie, uczciwie i odpowiedzialnie: zielarzy, fitoterapeutów, naturopatów, edukatorów zdrowotnych, sklepy zielarsko-medyczne, producentów, dystrybutorów, rolników uprawiających rośliny zielarskie oraz pacjentów korzystających z legalnych form wspierania zdrowia”, a „osoby działające legalnie i uczciwie mogą zrezygnować z edukacji zdrowotnej, wypowiedzi publicznych, działalności informacyjnej lub doradczej z obawy przed karami, ostrzeżeniami publicznymi lub stygmatyzacją społeczną”.

Zgodzić się również należy z Polską Organizacją Zdrowia, że „ochrona pacjenta nie może oznaczać kneblowania debaty publicznej ani ograniczania dostępu do rzetelnej informacji o profilaktyce, żywieniu, fitoterapii, ziołach i legalnych formach wspierania zdrowia”. Nieprecyzyjne i stwarzające pole do nadinterpretacji i nadużyć jest również pojęcie „dezinformacji medycznej”, z którą ustawa ma walczyć. Teoretycznie przez dezinformację medyczną rozumiane są działania wprowadzające w błąd i polegające na publicznym rozpowszechnianiu lub promocji metod niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną jako skutecznych w leczeniu chorób lub kwestionowaniu uznanych metod leczniczych.  Pytanie brzmi, co jest jeszcze aktualną wiedzą medyczną, a co już nieaktualną? Czy na przykład ziołolecznictwo, lub tradycyjna medycyna chińska spełniają te standardy? I czy decydowanie o tym, co jest dezinformacją mamy powierzyć urzędnikom, którzy nie posiadają elementarnej wiedzy medycznej?

Przy okazji należy przypomnieć jakie pole do nadużyć stwarza walka z tak zwaną „dezinformacją rosyjską”, za pomocą której wprowadzana jest zakazana w Konstytucji RP cenzura i kneblowane są usta wszystkim, którzy nie podzielają narracji geopolitycznej sił rządzących naszym krajem. Wszystko to prowadzi do naruszenia zagwarantowanej w Konstytucji RP wolności słowa (art. 54 Konstytucji), a w przypadku działalności, która nie spełnia wymogów „aktualnej wiedzy medycznej” – również naruszenia prawa do działalności naukowej przez niezależnych badaczy (art. 73 Konstytucji).

Dodatkowo zaznaczyć należy, że w przypadku szkody na zdrowiu spowodowanej przez faktycznych szarlatanów i oszustów – pacjenci są objęci ochroną na podstawie przepisów innych ustaw. Każdy pokrzywdzony może wystąpić na drogę sądową, w trybie powództwa cywilnego i żądać odszkodowania, bądź zadośćuczynienia na podobnych zasadach jak w przypadku błędów medycznych, których zresztą jest więcej niż szkód wyrządzonych przez paramedyków. Ustawę „lex szarlatan” należy uznać zatem za przejaw zbędnej talmudyzacji prawa. Na koniec należy postawić pytanie – kto za tym stoi i pociąga za sznurki? Czy faktycznie pacjenci? Czy zatroskani o tychże pacjentów urzędnicy? A może przedstawiciele miłościwie nam panującej koalicji rządowej? Czy oby na pewno? W tym miejscu można powołać rzymską paremię: „is fecit, cui prodest”. Reszta niech będzie milczeniem…

Michał Radzikowski

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Czego Zachód nie może zobaczyć? Korespondent wojenny rzuca poważne oskarżenia pod adresem zachodnich mediów

Czego Zachód nie może zobaczyć? Korespondent wojenny rzuca poważne oskarżenia pod adresem zachodnich mediów.

Czego Zachód nie może zobaczyć? Korespondent wojenny rzuca poważne oskarżenia pod adresem zachodnich mediów.

Podczas gdy wojna na Ukrainie od lat dominuje w nagłówkach gazet, brytyjski korespondent wojenny Johnny Miller stawia zarzut, który podważa wizerunek zachodnich mediów. Po czterech latach relacjonowania wydarzeń w strefie konfliktu dochodzi do trzeźwiącego wniosku: Donbas jest celowo pomijany przez główne zachodnie media – nie z braku zainteresowania, ale dlatego, że rzeczywistość na miejscu nie pasuje do dominującej narracji.

Na krótko przed powrotem do Wielkiej Brytanii Miller rozmawiał z niemiecką dziennikarką Aliną Lipp o swoich przeżyciach i przedstawił obraz wojny, który jego zdaniem trudno znaleźć w zachodnich mediach.

Nie był obecny ani jeden z większych zachodnich nadawców.

Dla Millera sytuacja jest wyjątkowa. To największa wojna na europejskiej ziemi od dziesięcioleci – a jednak, według niego, ani jeden reporter dużej brytyjskiej ani amerykańskiej firmy medialnej nie był stale obecny na linii frontu w Donbasie.

Opisuje tę sytuację jako „szokującą”. Kiedy szkoła niedaleko jego domu została ostrzelana, zdał sobie sprawę, że na miejscu nie było żadnego korespondenta dużej zachodniej stacji telewizyjnej, który mógłby zrelacjonować incydent. Miller uważa to za bezprecedensowe w przypadku konfliktu o takiej skali.

Martwi cywile – historia, która według niego jest rzadko opowiadana.

Miller donosi, że regularnie budził go ostrzał artyleryjski w Doniecku. Jeden z jego pierwszych artykułów dotyczył ostrzału celów cywilnych przez armię ukraińską. Czterech nauczycieli zginęło po trafieniu w pobliską szkołę.

Jego zdaniem każdy zachodni korespondent, który faktycznie był na miejscu, musiałby zrelacjonować taki incydent. Miller uważa, że ​​to właśnie dlatego główne zachodnie media w dużej mierze unikają Donbasu: relacjonowanie wydarzeń na jego temat ujawniłoby wydarzenia, które nie pasowałyby do dominującej narracji o wojnie.

Świadoma decyzja czy dziennikarska porażka?

Miller stawia daleko idące oskarżenie. Jego zdaniem zachodnie media celowo powstrzymują się od wysyłania reporterów na Donbas na stałe.

Jego rozumowanie jest jasne: każdy dziennikarz pracujący niezależnie w terenie będzie nieuchronnie musiał relacjonować wydarzenia politycznie niewygodne – w tym, według niego, ataki armii ukraińskiej na cele cywilne. Jednak te doniesienia przeczą narracji, którą zachodnie rządy i wiele głównych mediów promuje od lat.

Alina Lipp potwierdza ten schemat

Niemiecka dziennikarka Alina Lipp, która od pewnego czasu relacjonuje wydarzenia z Doniecka, potwierdza wersję Millera, opierając się na własnych doświadczeniach.

Opisuje również regularne ostrzały w regionie i uważa, że ​​wiele z tych wydarzeń nie cieszy się zainteresowaniem zachodnich mediów. Jej zdaniem wynika to z faktu, że takie doniesienia nie wpisują się w dominującą narrację konfliktu.

Nie tylko spór o wojnę na Ukrainie

Dla Millera i Lippa problem wykracza daleko poza samą wojnę.

Uważają to za fundamentalną porażkę zachodniego dziennikarstwa. Zamiast relacjonować wydarzenia w sposób niezależny, wiele głównych mediów, ich zdaniem, coraz bardziej koncentruje się na interesach politycznych i utartych narracjach. Ci, którzy faktycznie prowadzą badania na miejscu i publikują obserwacje odbiegające od tych narracji, są często ignorowani lub marginalizowani.

Zdaniem dwóch dziennikarzy, ma to daleko idące konsekwencje. Ludność Donbasu od lat żyje pod ostrzałem i płaci za to wysoką cenę. Jednocześnie uważają, że opinia publiczna w wielu krajach zachodnich otrzymuje jedynie niepełne zrozumienie tego, co się naprawdę dzieje.

Ostatecznie Miller i Lipp stawiają fundamentalne pytanie: Jak kompletny jest obraz wojny, skoro duże obszary strefy konfliktu są słabo udokumentowane lub wcale nie są udokumentowane przez wiodące zachodnie media na podstawie ich własnych obserwacji – i kto korzysta na tym, że pewne perspektywy pozostają niewidoczne?

„Rządzący podżegacze” podsycają rusofobię i popychają Niemcy w stronę wojny w sposób sprzeczny z konstytucją

Rysy elewacji

„Rządzący podżegacze” podsycają rusofobię i popychają kraj w stronę wojny w sposób sprzeczny z konstytucją

fassadenkratzer/regierende-bedrohungslugner-schuren-russophobie-und-treiben-grundgesetzfern-zum-krieg

„Rządzący podżegacze” podsycają rusofobię i popychają kraj w stronę wojny w sposób sprzeczny z konstytucją.

„Rządzący podżegacze zagrażają pokojowi, osłabiają życie kulturalne i rujnują państwo opiekuńcze”. Tak Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam, byli pracownicy nadawcy publicznego, a obecnie jego najzagorzalsi krytycy, podsumowują swój nowy, elokwentny artykuł. Ci, którzy uważają ich sformułowania za zbyt prowokacyjne i dosadne, powinni bez wahania zapoznać się z drobiazgowymi dowodami potwierdzającymi ich szeroko rozpowszechnione oskarżenia. Kończą prostą mądrością: „Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!”. Poniżej zamieszczamy artykuł z „Permanent Public Conference”. (hl) 

Jutro przyjdą Rosjanie, wszyscy zginiemy!

Autorzy: Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam

Rusofobia, rusofobia. Dokładnie tak to wygląda, gdy niemiecki minister (nasz podżegacz wojenny Pistorius) woli przygotowywać się do wojny z Rosją, zamiast ściśle przestrzegać polityki obronnej, która ma chronić pokój, zgodnie z Ustawą Zasadniczą. Ze słów i czynów prezydenta Putina należy wyciągnąć wniosek:  „Istnieje zagrożenie, które może się zmaterializować od 2029 roku ”. Naprawdę? ARD Tagesschau, biegły w sztuce kształtowania opinii publicznej, poszedł jeszcze dalej: według „ustaleń” wywiadu może to nastąpić już w 2028 roku . Jednak ten rządowy organ celowo pominął fakt, że Rosja oferuje kompleksową gwarancję nieagresji.

Minister spraw zagranicznych Ławrow: „ Wielokrotnie powtarzaliśmy, że nie mieliśmy i nie zamierzamy atakować żadnego z obecnych członków NATO ani UE. Jesteśmy gotowi uwzględnić to stanowisko w przyszłych gwarancjach bezpieczeństwa dla tej części Eurazji ”. Rząd niemiecki, jak wiadomo, odrzucił tę propozycję, nawet jej nie rozważając. Nasz żałosny berliński reżim nie rozmawia z Rosjanami.

„ Naród niemiecki, inspirowany wolą służenia pokojowi na świecie jako równoprawny członek zjednoczonej Europy … Naród niemiecki uznaje zatem nienaruszalne i niezbywalne prawa człowieka za fundament każdej ludzkiej wspólnoty, pokoju i sprawiedliwości na świecie ” . Jakże pocieszające są te wzniosłe słowa w naszej Ustawie Zasadniczej! Tyle że naród niemiecki nie stał się równoprawnym członkiem „zjednoczonej Europy”, lecz pozostał (od 1990 roku) pod butem Waszyngtonu. Kiedy Donald Trump patrzy gniewnym wzrokiem, kanclerz Merz płaszczy się przed nim i posłusznie podaje mu łapę . A następnie wykonuje rozkazy transatlantyckiego przemysłu zbrojeniowego.

Były analityk CIA Larry C. Johnson: „Merz, Pistorius, a właściwie wszyscy europejscy podżegacze wojenni, absurdalnie twierdząc, że Rosja chce podbić i okupować Europę, wywołują masową histerię. Dlaczego? Europie nie zostało już nic, czego Rosja potrzebuje ani chce ” .

Nie wiemy, czy zwykli Niemcy są „ inspirowani wolą pokoju ”. W końcu ich wola tradycyjnie nie jest nawet poważnie poszukiwana. Niezaprzeczalne jest jednak to, że elity rządzące zrzuciły swoje starzejące się maski pokoju i ponownie zachowują się jak podżegacze wojenni, pogardliwi lobbyści zbrojeniowi, kłamcy, bezwstydni propagandziści i bezwzględni orędownicy cięć socjalnych.

Te kręgi potrafią uniemożliwić dosłowne przestrzeganie woli ludu (jeśli w ogóle się ujawni). Formy demokracji bezpośredniej są dla nich anatemą. Dlatego referenda – „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu. Jest sprawowana przez lud w wyborach i referendach [???]  …” – pozostają jedynie opcją konstytucyjną. Papier jest cierpliwy, jak wiemy.

Szczyt bezwzględności

Nasi podżegacze wojenni biorą obecnie udział w eksterminacji całego pokolenia młodych mężczyzn na ukraińskich polach bitew – bezlitośnie, bez skrupułów, ale rzekomo w obronie (zachodnio)europejskiej wolności i demokracji. Przy wsparciu Komisji Europejskiej pod przewodnictwem von der Leyen i rządu Merza, sprawnym mężczyznom kategorycznie odmawia się prawa do opuszczenia Ukrainy w poszukiwaniu „zachodniej wolności” , ponieważ szalejącemu pronazistowskiemu władcy w Kijowie (Zełenski: „ Pokonamy ich wszystkich … Chwała Ukrainie! ”) brakuje żołnierzy na froncie.

Rządząca chadecja odmawia teraz nawet pełnosprawnym Ukraińcom statusu ochrony prawnej w Niemczech, odsyłając ich z powrotem w wir wojny ukraińsko-rosyjskiej. Merz: „ Ukraina broni nie tylko swojej wolności, ale także naszej wolności ”. Absolutnie, aż do śmierci! Do ostatniej chwili. Aby skorumpowany przywódca w Kijowie mógł kontynuować tę morderczą wojnę, nasz „ pokojowy ” reżim już w tym roku przekupił go (kolejnymi) 11,8 miliarda euro w formie „pomocy wojskowej ” .

Polityka naszego rządu, przygotowująca do wojny, byłaby niemożliwa do utrzymania na dłuższą metę, gdyby sprzeciwiała się jej opinia publiczna. Pozbawiona solidnych uzasadnień, wypełnia pustkę dezinformacją, sianiem strachu i nienawistną propagandą. Temu celowi służą państwowe media.

Jaki jest cel tego wszystkiego? Przestraszeni obywatele są łatwiej obciążani nowymi podatkami i pozbawiani świadczeń socjalnych. Wymuszone pieniądze są wpychane przemysłowi zbrojeniowemu i jego lobby podżegającemu do wojny. Społeczeństwo to akceptuje. Rzekomo niezbędne wydatki „obronne” – w tym roku przekraczające budżet o 124,7 miliarda euro – są ostatecznie jedynie abstrakcyjną, niewyobrażalną sumą pieniędzy dla przeciętnego obywatela. A ci, którzy muszą korzystać z banków żywności, bo nie stać ich nawet na zakupy spożywcze w Aldi czy Penny, mają gdzieś nasz 2,5 biliona euro długu publicznego – tak samo jak nie przejmują się kłamstwami antyrosyjskimi.

Nasi nazistowscy przodkowie doprowadzili imperialistyczną rusofobię cesarza Wilhelma II do skrajności. Minister propagandy Goebbels wygłosił pełną nienawiści tyradę: „ W naszej walce z bolszewizmem nie jesteśmy już sami. Aby skutecznie z nim walczyć, konieczna jest jedność wszystkich zdrowych sił. Bolszewizm jest zasadniczo zainteresowany sianiem wojny i zamętu… Walka z bolszewizmem to nie tylko walka o zachowanie kultury w naszym kraju, ale walka o pokój na świecie ”. Nienawiść do bolszewików nabrała również wymiaru rasistowskiego: „ Słowiańscy podludzie” to niemiecki neologizm.

Nazistowskie Niemcy rzeczywiście zostały pokonane przez Związek Radziecki (przy wsparciu zachodnich aliantów). Jednak niemiecka rusofobia i nieznośnie aroganckie poczucie wyższości przetrwały. Zaledwie siedem lat po zakończeniu wojny Konrad Adenauer, pierwszy kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, uciekł się do moralizatorskiego porównania, które relatywizowało potworne zbrodnie nazistowskie: „Związek Radziecki jest państwem znacznie większym, znacznie potężniejszym i znacznie bardziej totalitarnym niż nazistowskie Niemcy ” .

A jak jest dzisiaj? W 2018 roku zaledwie 28 procent respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy rosyjska polityka zagraniczna i bezpieczeństwa zagraża Niemcom. Do 2024 roku odsetek ten wzrósł do 66 procent. To tak, jakby prezydent Rosji Putin w listopadzie 2021 roku praktycznie nie błagał o zaprzestanie groźnych wpływów NATO na Ukrainę i o porozumienie w sprawie paneuropejskiej koncepcji bezpieczeństwa.

Niemiecka nienawiść do wyzwolicieli

Badania potwierdzają niezmiennie antyrosyjskie nastawienie społeczeństwa niemieckiego do wyzwolicieli spod narodowego socjalizmu. Nic dziwnego, skoro nasze elity polityczne nieustannie podnoszą swoje rusofobiczne doktryny do rangi dogmatów. Od 24 lutego 2022 roku, kiedy Putin dał się sprowokować do wojny na Ukrainie z powodu ich agresywnej i wywrotowej polityki, z radością powtarzają swój codzienny refren o „zagrożeniu dla naszej wolności”. I udało im się to, ponieważ wszystkie informacje i fakty dotyczące przyczyn wojny, stworzone przez USA, NATO, UE, a zwłaszcza Niemcy, zostały zatarte i zapomniane.

Presja na Ukrainę , by przystąpiła do NATO i UE. 5 miliardów dolarów Nuland na przygotowanie zamachu stanu na Majdanie, posunięcia okrzykniętego „Pieprzyć UE”. Oszukańcze porozumienie Steinmeiera z prezydentem Janukowyczem, który został odsunięty od władzy następnego dnia. Równie podstępne porozumienie Merkel z Mińska II, które nie miało na celu zaprowadzenia pokoju, lecz danie Kijowowi czasu na zbrojenia i przygotowania do wojny. Określenie „ rosyjska wojna agresywna z naruszeniem prawa międzynarodowego ” skutecznie pogrzebało i zapieczętowało tło, obiektywne przyczyny i całą prawdę o wojnie na Ukrainie pod betonowym sarkofagiem – takim jak ten w Czarnobylu. To zapobiegło niebezpieczeństwu , że nasi przywódcy zostaną zdemaskowani jako podżegający do wojny oszuści polityczni.

Rusofobia naszych przywódców politycznych stała się powszechna i normatywna we wszystkich dziedzinach życia społecznego: w wojsku, biznesie, sporcie i instytucjach kulturalnych. Rusofobia jako element polityki państwa: przesadna, bezwzględna, a nawet karalna . Każdy, kto sprzeciwia się temu historycznemu rewizjonizmowi i głośno deklaruje świadomość historyczną i rzetelność faktów, podlega karze.

Przykłady rusofobii i pogardy dla ludzkości przekazane przez naszych czołowych przedstawicieli wybranych w wyborach:

Minister spraw zagranicznych Wadephul: „ Rosja zawsze pozostanie dla nas wrogiem ”. (W rozmowie telefonicznej, którą rzekomo odbył z bliskimi współpracownikami prezydenta Ukrainy; w rzeczywistości padł ofiarą rosyjskich telefonicznych żartownisiów).

Kanclerz Merz: „ Jesteśmy obecnie świadkami głębokiego barbarzyństwa tego kraju (Rosji) . To się nie zmieni w dającej się przewidzieć przyszłości i musimy to zaakceptować ”. A ponieważ Putin rzekomo zaatakuje inne kraje po zwycięstwie nad Ukrainą: „ Będziemy musieli się ponownie bronić ” . Świadomie lub nieświadomie, Merz powtarza w ten sposób hitlerowską propagandę, że niemiecka wojna na wyniszczenie przeciwko Związkowi Radzieckiemu była uzasadniana jako „wojna prewencyjna” (obrona wyprzedzająca) . Jednak Rosja, a raczej Związek Radziecki, nigdy nie zaatakował Niemiec. Merz kultywuje ograniczony pogląd na wroga. To uniemożliwia mu wyciągnięcie właściwych wniosków z niszczycielskiej historii Niemiec i odpowiednie ukształtowanie swojej polityki w celu promowania pokoju.

Kolarze z Eastland w nastroju odjazdowym

Złośliwa retoryka Merza jest znakiem, że niemiecka burżuazja nigdy nie pogodziła się z porażką zadaną przez „barbarzyńców” ze Wschodu – i że wciąż żywi myśli odwetowe .

Oczywiście, rządzący establishment polityczny stara się zachować pozory, podkreślając, że jego pełne nienawiści tyrady skierowane są wyłącznie przeciwko „przestępczemu” rządowi rosyjskiemu, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu. Ta bezsensowna deklaracja ma również złowrogą historię. Na przykład: w dniu ataku na Związek Radziecki, 22 czerwca 1941 roku, Adolf Hitler wygłosił w Radiu Rzeszy następujący wywód: „ Naród niemiecki nigdy nie żywił wrogich uczuć wobec narodów Rosji. To nie Niemcy próbowały narzucić Rosji swój narodowosocjalistyczny światopogląd, ale żydowsko-bolszewiccy władcy w Moskwie, którzy bezlitośnie próbowali narzucić swoją władzę naszym i innym krajom europejskim … ”.

Skutek tych niekontrolowanych „wrogich uczuć wobec narodu rosyjskiego” jest dobrze znany: 27 milionów zamordowanych obywateli radzieckich. Co ósmy mieszkaniec zginął w wojnie. (W Niemczech, gdzie zginęło 6,3 miliona ludzi, co jedenasty zginął w wojnie).

Niemiecka polityka „tylko” przeciwko Kremlowi, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu? Czysta hipokryzja, ponieważ sankcje gospodarcze („ zrujnowanie Rosji ”) służą do nękania ludności, zmuszając ją do odsunięcia rządu i zaakceptowania posłusznych następców, akceptowalnych dla Zachodu. Ten sam cel przyświecał brukselskiej Ursuli von der Leyen i jej berlińskiemu kolesiowi Merzowi, którzy planowali ukraść 300 miliardów euro zamrożonych rosyjskich aktywów państwowych, które ostatecznie należą nie do Putina, a do narodu rosyjskiego. Co więcej, pośrednie zaangażowanie w wojnę po stronie Ukrainy nie dotyczy Putina, ale znacznej części społeczeństwa. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Niemcy dostarczają śmiercionośną broń na masową skalę.

Dokładne słowa Merza: „ Rosja jest krajem głęboko europejskim pod względem kulturowym, literackim i muzycznym, ukształtowanym przez kulturę europejską ” . O rany, cóż za przełomowe odkrycie! Pochwała kanclerza oczywiście idealnie wpisuje się w nowe podejście do rosyjskiej kultury i postaci kulturalnych.

Skutki systematycznie promowanej rusofobii są widoczne również na rynku książki. Literatura rosyjska wyszła z mody. Rynek się załamał .

Rusofobiczna polityka miała podobny wpływ na sport. Rosjanom zakazano udziału w niemal wszystkich zawodach sportowych. Czasami dopuszczano wyjątki, ale tylko pod warunkiem, że uczestnicy powstrzymają się od eksponowania rosyjskiej flagi i odśpiewania hymnu narodowego.

Kiedy Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski (IPC) poparł udział rosyjskich i białoruskich sportowców w igrzyskach olimpijskich w 2022 roku, niemieccy działacze sportowi, w szczególności, zagrozili bojkotem. Komitet następnie zmienił swoją decyzję i wykluczył Rosjan . Kiedy federacje wchodzące w skład Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego zniosły w tym roku zakazy po głosowaniu większością głosów w swoich organach (w tym zakaz rosyjskiej flagi i hymnu narodowego), niemiecka federacja zdecydowała się zbojkotować ceremonię otwarcia igrzysk paraolimpijskich. Oczywiście, niemiecki obserwator polityczny, minister stanu ds. sportu Schenderlein (CDU), reprezentujący kanclerz Merz, również zbojkotował ceremonię otwarcia .

Główne federacje sportowe uznały absurdalność tej polityki sankcji, która ich zdaniem jest wymierzona wyłącznie w rząd Putina. Zniosły zakazy.

Konsekwencje rusofobii

Oficjalna rusofobia rządu ma konsekwencje dla nas wszystkich. Rząd dyktuje nawet, z których rosyjskich mediów nie wolno nam korzystać. Nasi cenzorzy pozostają niewzruszeni napomnieniem Thomasa Jeffersona: „Tylko kłamstwa potrzebują wsparcia władzy państwowej. Prawda obroni się sama ” . Tymczasowo zabrania się nam eksponowania flag radzieckich na pomnikach wojennych w Berlinie, upamiętniających poległych radzieckich wyzwolicieli. Oficjalnym przedstawicielom Rosji zabrania się nawet udziału w uroczystościach wyzwolenia w byłych obozach koncentracyjnych (Buchenwald, Sachsenhausen itp.). W maju administracja Miejsca Pamięci Obozu Koncentracyjnego Dachau nakazała wycięcie wstążek w rosyjskich i białoruskich barwach narodowych z wieńców, dzień po nabożeństwie żałobnym z udziałem ambasadora Rosji i konsula generalnego Białorusi . Podłe, haniebne…

Niepokojące konsekwencje antyrosyjskiego nastawienia: 88% Niemców z Zachodu i 77% Niemców z NRD postrzega obecnie Rosję jako zagrożenie dla bezpieczeństwa globalnego. A jak Rosjanie postrzegają nas, Niemców? Wcześniej ponad 80% Rosjan postrzegało nas pozytywnie. Jeszcze w 2010 roku prawie żaden Rosjanin nie uważał Niemiec za niebezpieczne. Dziś większość Rosjan (55%) postrzega Niemcy jako swojego głównego wroga .

Nasi czołowi truciciele, Merz i Pistorius, jeszcze bardziej zwiększą ten udział. Położyli już podwaliny pod kolejną wojnę z Rosją, którą, zgodnie z prawem historii, ponownie przegramy. Ta berlińska agresja na mocarstwo atomowe, Rosję, to absurd! Ale przecież jest tyle pięknych miliardów do roztrwonienia na zbrojenia…

I ta hołota kontynuuje swoją tyradę. Merz: „Wojna [na Ukrainie] skończy się dopiero wtedy, gdy Rosja będzie wyczerpana, przynajmniej gospodarczo, jeśli nie militarnie, i właśnie do tego zmierzamy ”. „Będziemy nadal pomagać Ukrainie… Środki dyplomatyczne zostały wyczerpane ” . To rodzaj tyrady kanclerza, który nigdy nie rozmawiał z Putinem i uparcie odmawia jakiegokolwiek kontaktu z nim.

Analityk CIA Larry C. Johnson, cytowany na początku, powiedział o naszym kanclerzu: „ Znowu to samo – mały chłopiec z 21% poparciem doprowadza Niemcy do ruiny. To pokazuje, że ten intelektualny karzeł w wysokim ciele uważa się za nowego przywódcę, ponieważ prawdziwy przywódca nie przejmuje się poparciem ” .

My, Niemcy, nie mamy wrogów zewnętrznych, tylko wewnętrznych. Można ich wymienić: bogatych arystokratów, producentów broni i podżegających do wojny polityków, takich jak Merz, Pistorius i ich kolesi. Do tego dochodzą kontrolowane przez rząd media masowe, które dogłębnie ogłupiają całe społeczeństwo – w połączeniu z uporczywie niedostatecznym systemem edukacji.

O, drodzy dobrzy ludzie: Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!

—————————

Source:
publikumsconference.de/morgen-kommen-der-russe-wir-muessen-alle-denken

Dziwne zbiegi okoliczności

Mirosław Dakowski 

Uważacie Koledzy, że o tym już można nie tylko rozmawiać, ale i publikować? Spróbuję.

W latach 60-tych zeszłego wieku na jakiejś konferencji z fizyki jądrowej w Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej poznałem młodego rosyjskiego fizyka i matematyka.

Przypadliśmy sobie do gustu, więc długo w noc piliśmy. Przecież bez tego nie ma w Rosji porządnej rozmowy.

Ale, jak to młodzi i jurni fizycy, nie dyskutowaliśmy o wdziękach Maryny, lecz o przyszłości matematyki i fizyki.

Ja opowiadałem mu o marzeniach i planach lotów w Układzie Słonecznym. Wtedy pracowałem głównie nad silnikiem jonowym. Chciałem bowiem lecieć na księżyce Saturna. A perspektywę wleczenia się, co najmniej miesiącami, może latami, przy użyciu paliwa chemicznego odrzucałem ze względu na groźbę promieniowania kosmicznego. No i nudę w czasie tak długiego lotu. Wtedy loty w obrębie Układu Słonecznego wydawały się być tuż za horyzontem. Jest jak dotąd niepojęte, czemu tak Sowiety, jak i USA nagle zahamowały w latach 70-tych „wyścig kosmiczny”.

Sasza zaś opowiadał z zapałem o tym, że torpedy i w ogóle pociski nie muszą się wbijać przy wielkich prędkościach w twarde: wodę czy powietrze, ale mogą być wciągane przez bąbel kawitacji [„pustkę”]. Powiedziałem: z tym pomysłem powinieneś się zwrócić do wojska, na pewno dadzą pieniądze i warunki pracy. Wypiliśmy. „No właśnie, tych warunków chciałbym uniknąć”.. . I zamilkł.

Poszliśmy spać, bo niedługo rozpoczynała się ciekawa poranna sesja konferencji. Ku satysfakcji sowietów udało im się ściągnąć paru Noblistów. Ale tych już nie stać było na wielkie prace oryginalne, zadowalali się świetnymi referatami przeglądowymi.

Więcej go nie spotkałem, a jego publikacji już nie znajdowałem.

————————————

W latach 70-tych zeszłego wieku, jak i wcześniej, Zachód, a szczególnie USA utrzymywały ścisłe embargo na aparaturę i materiały mogące mieć znaczenie militarne w Obozie Pokoju i Zwycięskiego Socjalizmu. PRL do tego obozu oczywiście należał.

Ale…. Coraz więcej prac polskich uczonych znajdowało uznanie wśród kolegów na Zachodzie. Już mogli oni też przyjeżdżać na konferencję czy z wykładami do tego najweselszego baraku w naszym obozie. A Polscy matematycy, fizycy i podobni bardzo potrzebowali w swojej pracy potężnych mocy obliczeniowych. Sowieci mieli BESM 6, który był wierną kopią chyba któregoś z IBM 360. Ale wtedy sowiecka kopia była jeszcze na lampach, gdy IBM na tranzystorach i początkowych układach scalonych. W Dubnej musieliśmy dzielić duże programy na kawałki, bo przy dłuższym liczeniu szansa, że maszyna [BESM-6] nie wysiądzie w trakcie liczenia dużego programu była bardzo mała. Moja grupka musiała czy chciała, między innymi odwracać macierze, co wymagało ogromnej mocy obliczeniowej.

W Polsce byli jednak profesorowie, niektórzy nawet kandydaci na Nobla, którzy pielęgnowali bliskie kontakty z członkami Biura Politycznego, nawet towarzyskie. I tak, rada w radę, uzyskano zgodę w USA [? Kongres? CIA? nie wiem], by jakiś potężny komputer jednak sprzedać PRL -owi. Po jakimś czasie podobno przyszedł do Polski… Ale… Po kilku miesiącach jakby się zdematerializował, i mówić już o tym nie wypadało, nie było zbyt bezpiecznie.

Wiele lat później dowiedziałem się, że zjawisko to nie było zdematerializowaniem, lecz teleportacją. Części zjawiły się mianowicie w jakimś jaszczykie o nieznanym mi, oczywiście , numerze [Ящик…] – to numer skrzynki pocztowej, po cywilnemu zaś w Iwańkowie, czyli w Fabryce Wózków Dziecięcych [Завод детских колясок]. Sądzę, że stało się to ku cichej radości amerykańskich Obrońców Pokoju.

Już kiedyś pisałem, jak to z Piotrkiem D., już pracując w Dubnej, poznaliśmy piękne, urocze ale i inteligentne dziewczęta. Był to czas, gdy Algieria muzułmańsko- komunistyczna wyzwoliła się spod gniotu i wyzysku Francuzów. Więc Francuzi przestali pić świetne wina z plantacji, które wcześniej posadzili i pielęgnowali w Algierii. Związek Radziecki przyszedł towarzyszom algierskim z pomocą, i tak w sowietach pojawiło się doskonale wino „alżyrskoje„. Nie wszędzie oczywiście, ale w Miasteczku Atomowym tak. Po drugiej butelce te miłe dziewczęta powiedziały nam, że są matematyczkami. A pracują w Iwankowie w Fabryce Wózków Dziecięcych. I programują optymalizację kształtu dysz wylotowych.[—-].

Minęły lata.

W ostatnich latach rozeszły się opowieści, w dużej części na pewno propagandowe, o rosyjskich pociskach sterowalnych osiągający prędkość Mach 8 do 12, czyli wielokrotnie przekraczających prędkość dźwięku. Kindżał, Cyrkon, Awangard oraz Oriesznik.

Dowiedzieliśmy się też o torpedzie Posejdon. Ze skąpych oczywiście danych propagandowych, ujawnionych przez Rosjan wynikało że tak w rakietach, m. inn. Буревестник, i jak i torpedach Posejdon zastosowano bąbel kawitacyjny zmniejszający radykalnie opory środowiska. Zainteresowało mnie to tak ze względu na tę kawitację i Saszę, jak i przez wiadomość że projekty te przez wiele lat były rozwijane w Iwańkowie koło Dubnej. Widać, że na początku każdego takiego pomysłu musi być jakiś genialny wariat. A i spece od rozszczepienia są pod ręką, tuż za Wołgą.

Podaję skrót wiadomości z Viki i meRdiów:

Status-6 Posejdon (kod NATO: Kanyon) to rosyjski, strategiczny bezzałogowy pojazd podwodny o napędzie jądrowym. Może przenosić głowicę termojądrową w celu niszczenia portów i miast przybrzeżnych za pomocą fal tsunami oraz skażenia terenu.

Cechy techniczne

  • Napęd: jądrowy, dający niemal nieograniczony zasięg.
  • Głębokość: do 1000 metrów, co utrudnia wykrycie i zniszczenie.
  • Prędkość: ok. 100 km/h (54 węzły) lub więcej, dzięki kawitacji.
  • Głowica: termojądrowa o mocy od kilkudziesięciu do 100 megaton.
  • Nosiciele: specjalnie przystosowane okręty podwodne, m.in. K-329 Biełgorod.
  • ====================================
  • Buriewiestnik (ros. 9M730 Буревестник) – rosyjski pocisk manewrujący w powietrzu, z napędem jądrowym

Głównym znanym rosyjskim pociskiem z napędem jądrowym jest 9M730 Buriewiestnik. Jest to strategiczny pocisk manewrujący o napędzie atomowym, który ma w założeniu zapewniać nieograniczony zasięg i możliwość omijania obrony przeciwrakietowej.

Charakterystyka techniczna

  • Zasięg: Teoretycznie nieograniczony (napęd jądrowy pozwala na krążenie w powietrzu przez długi czas).
  • Profil lotu: Lot na bardzo niskiej wysokości (od 25 do 100 metrów) z prędkością poddźwiękową (850–1300 km/h).
  • Uzbrojenie: Przystosowany do przenoszenia głowicy jądrowej lub termojądrowej.
  • Zagrożenie radiacyjne: Ze względu na otwarty obieg reaktora jądrowego w silniku, pocisk – nawet bez głowicy bojowej – powoduje skażenie radioaktywne na trasie przelotu. [No i oczywiście – w celu !! md]
  • Istnienie systemu po raz pierwszy publicznie zapowiedział prezydent Władimir Putin w marcu 2018 roku.
  • Rozwój technologii napotkał na ogromne trudności techniczne i katastrofy. W 2019 roku doszło do wybuchu podczas prac nad silnikiem tego typu na poligonie wojskowym w Nienoksie (obwód archangielski), co spowodowało skażenie radioaktywne.
  • Powtarzać chyba warto:
  • Otóż z rozbawieniem przeczytałem niedawno, że oba te projekty były przez lata rozwijane w Iwankowie koło Dubnej.

Zaś dla fizyka rozszczepienia, analityka zbrodni w Czarnobylu i Fukushima, to wiadomości piekielne.

WAŁY. Przy powodzi. MEM-y VIII. [uzup.]

===================================

————————————

—————————

——————————–

—————————–

——————————————-

————————–

—————————–

—————————————–

————————–

——————————–

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

Ministerstwo Prawdy. Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było…

14.08.2026 Autor: Stanisław Michalkiewicz ministerstwo-prawdy

NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP
NCZAS.INFO | Premier Donald Tusk oraz prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. / Foto: PAP

Już czwarty rok toczy się wojna rozpoczęta przez prezydenta USA Baracka Obamę, który wyasygnował 5 mld dolarów na uruchomiony w 2014 roku „Majdan”, którego celem było wyłuskanie Ukrainy z „rosyjskiej” strefy Europy. Kilka lat wcześniej bowiem, 20 listopada 2010 roku, na szczycie NATO w Lizbonie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO–Rosja, będące ukoronowaniem 25-letnich prac nad ustanowieniem nowego porządku politycznego w Europie, który miał zastąpić nieaktualny już porządek jałtański.

Najważniejszym postanowieniem tego nowego porządku było strategiczne partnerstwo NATO– Rosja. Jego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo rosyjsko- niemieckie, które pojawiło się zaraz po podpisanym 12 września w Moskwie traktacie „o ostatecznym uregulowaniu odnośnie Niemiec”, potocznie zwanym „traktatem 2 plus 4”. Niemcy bowiem nawróciły się wtedy na linię polityczną kanclerza Bismarcka, według której Niemcy zarządzają Europą w porozumieniu z Rosją, a zewnętrznym wyrazem tego nawrócenia było wspomniane strategiczne partnerstwo – no a kamieniem węgielnym owego partnerstwa był podział Europy na część niemiecką i część rosyjską – prawie dokładnie wzdłuż linii Ribbentrop– Mołotow.

I kiedy wydawało się, że klamka zapadła na 50, a może nawet na 100 lat, prezydent Obama wysadził to wszystko w powietrze, wykładając wspomniane 5 mld dolarów na „Majdan”. Dlaczego to zrobił – to sprawa osobna, której roztrząsanie rozsadziłoby ramy tego artykułu, więc tylko wskażemy trop, którym gwoli wyświetlenia tej sprawy trzeba by podążać, a który zaczyna się od „szczytu” w Deauville w październiku 2010 roku z udziałem francuskiego prezydenta Mikołaja Sarkozy’ego, Naszej Złotej Pani z Berlina i ówczesnego rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa.

Od Bismarcka do Wilhelma

Od rzemyczka do koniczka – powiada przysłowie – i tak właśnie było w tym przypadku. Inicjatywa Baracka Obamy doprowadziła wprawdzie do wysadzenia „porządku lizbońskiego” w powietrze – ale jeszcze nie do wojny. Do wojny doszło dopiero za prezydentury Józia Bidena, który naobiecywał wystruganemu z banana przez żydowskiego „oligarchę” Igora Kołomojskiego ukraińskiemu prezydentowi rozmaite cuda na kiju, wskutek czego odrzucił on tzw. „porozumienia mińskie”, a to sprowokowało Rosję do rozpoczęcia w 2022 roku „specjalnej operacji wojskowej”. Rosyjski wywiad zawiódł tu na całej linii, bo najwyraźniej liczył na powtórzenie sytuacji z roku 2014, kiedy to Krym został przez Rosję przejęty bez jednego wystrzału. Tym razem trafiła kosa na kamień, bo Amerykanie i Anglicy uzbroili ukraińskie wojsko po zęby i odpowiednio przeszkolili. W rezultacie Blitzkrieg spalił na panewce, a Rosjanie natychmiast zrezygnowali z zajmowania Kijowa, ograniczając cele wojenne do wyrąbania lądowego korytarza do Krymu – i ten cel w zasadzie już został osiągnięty, a to, co się teraz dzieje, to tylko walka o to, jaką będzie miał szerokość.

W wojnę z Rosją, za sprawą Amerykanów, zaangażowany został cały Pakt Atlantycki, co po kilku latach doprowadziło do zmiany niemieckiej polityki we Wschodniej Europie. Po wysadzeniu bałtyckich gazociągów Niemcom łatwiej było odstąpić od strategicznego partnerstwa z Rosją – ale doszło do tego dopiero w marcu 2023 roku, kiedy to amerykański prezydent Józio Biden, w nagrodę za odstąpienie Niemiec od strategicznego partnerstwa z Rosją pozwolił niemieckiemu kanclerzowi Olafowi Scholzowi na to, by Niemcy urządzały sobie Europę po swojemu. W Europie nie ma zbyt wiele miejsca na coraz to nowe – jak powiedziałby Kukuniek – „koncepcje”, więc w tej sytuacji Niemcy powróciły do polityki, jaką prowadziło Cesarstwo Niemieckie w roku 1917. Jak pamiętamy, za jego przyzwoleniem powstała wtedy Ukraińska Republika Ludowa w celu szachowania Rosji i utrzymywania w ryzach Polaków. Zewnętrznym wyrazem powrotu Niemiec do tej polityki było proklamowanie w kwietniu br. strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego. I zaraz prezydent Zełenski nabrał animuszu, nadając jednostce niezwyciężonej armii ukraińskiej imię „Bohaterów UPA”, co w naszym nieszczęśliwym kraju wywołało rodzaj burzy w szklance wody.

Polska opinia w rozkroku

Nasz nieszczęśliwy kraj prowadzenie prawdziwej polityki ma od Naszych Sojuszników surowo zakazane, toteż Polska polityce europejskiej najwyżej kibicuje. Pokrzykuje, przytupuje, wymachuje rękami – i to nie w ramach żadnej samowolki, ale zgodnie ze wskazówkami któregoś z Sojuszników – jak nie tego, to tamtego. Nic się nie zmieniło pod tym względem od początku lat 90., kiedy to scharakteryzowałem postawę naszego nieszczęśliwego kraju w felietonie pod tytułem „Polska ormowcem Europy”. Różnica między początkiem lat 90. a sytuacją obecną sprowadza się do tego, że kibicowaniu europejskiej polityce towarzyszy nieustanny lęk, by nie paść ofiarą „wojny hybrydowej”. Lęk ten jest odczuwalny zwłaszcza wśród warstw lepiej czy gorzej wykształconych, które mają ambicję kibicowania ośrodkom sprawującym w naszym nieszczęśliwym kraju tzw. rząd dusz. Właściwie jest to jeden ośrodek w postaci Judenratu, na czele którego stoi Główny Cadyk III Rzeczypospolitej w osobie pana red. Adama Michnika. Za pośrednictwem Judenratu sufluje on mikrocefalom, stanowiącym krąg jego wyznawców, co i jak mają myśleć. No a oni – wiedząc, że tylko w ten sposób będą mogli również we własnych oczach ujść za mądrych, roztropnych i przyzwoitych, posłusznie myślą w sposób nakazany, w lot dostrajając się do mądrości etapu.

Na przykład kiedy po proklamowaniu strategicznego partnerstwa niemiecko-ukraińskiego pan red. Michnik rzucił hasło: „wszyscy jesteśmy Ukraińcami”, mądrzy, roztropni i przyzwoici natychmiast zaczęli piętnować nosicieli „nienawiści”, co to tworzą u nas „atmosferę przedpogromową”. Doszło do tego, że nawet przewielebna siostra Małgorzata Chmielewska oderwała się na chwilę od warzenia gorącej strawy dla nieszczęśliwych i pobiegła do Judenratu wypłakać się ze wstydu za mniej wartościowy naród i nieszczęśliwy kraj. I słuszna jej racja, bo jeszcze kilka takich demonstracji i przewielebna siostra Małgorzata zostanie kandydatką na ołtarze – a czegóż mogłaby chcieć więcej?

Ale głoszenie aktualnych mądrości etapu to jedna sprawa, a sprawą drugą jest wystrzeganie się ulegania kremlowskiej” dezinformacji” i „propagandzie”. Ta ostrożność posunięta jest do tego stopnia, że gdy Kreml, a zwłaszcza gdy Putin na krzesło powie krzesło, mądrzy, roztropni i przyzwoici gotowi są natychmiast się z nim spierać – o ile oczywiście pan red. Michnik podpowie im, co mają mówić. Niebezpieczeństwo polega również na tym, że oprócz pana red. Michnika głos zabierają również inne osoby, które w dodatku wyrażają opinie niezatwierdzone przez żaden urząd ani nawet licencjonowaną organizację pozarządową w rodzaju Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Na domiar złego wiele z tych samowolnie głoszonych opinii ma znamiona „mowy nienawiści” – a wiadomo, że jest rozkaz, iż nienawiść ma być powszechnie i bez zastrzeżeń znienawidzona. Na straży tego rozkazu staje właśnie pani Sylwia Gregorek-Abram, której Wielce Czcigodni parlamentarzyści z koalicji 13 grudnia właśnie przyznali fuchę Rzecznika Praw Obywatelskich. Gwoli wyjaśnienia – „mową nienawiści” nazywamy każdą opinię, która nam się nie podoba, a ponadto nie została zatwierdzona przez żaden Sanhedryn.

Prof. Dudek wzywa obywatela Tuska

Jednym z takich patentowanych nienawistników jest Grzegorz Braun. Nie dość, że ani nie uzgadnia swoich opinii z Judenratem, ani nie akomoduje się do mądrości etapu, to „jątrzy” i „dzieli” opinię publiczną, również w sytuacjach gdy wielkim nakładem sił i środków udało się doprowadzić do ujednolicenia stanowisk ponad podziałami. Polega to na tym, że takie samo zdanie wyrażają zarówno ci, którzy wyznają jeden światopogląd, jak i ci, którzy wyznają drugi światopogląd, bo – podobnie jak było za pierwszej komuny – również i teraz są dwa światopoglądy, bo są dwie kasy.

Jedną z takich uzgodnionych ponad podziałami i zatwierdzonych przez Judenrat opinii jest apologetyczna ocena Komisji Edukacji Narodowej. Jak wiadomo, powstała ona dzięki kasacie zakonu jezuitów. Majątki poklasztorne zostały przekazane właśnie na jej rzecz – przy czym nie obyło się bez rozmaitych brzydkich rzeczy. Stanisław Cat-Mackiewicz wspomina o tym, mówiąc, że pierwsze koryto wylewa się dla świń. W przypadku Komisji Edukacji Narodowej tych wylanych koryt było co najmniej kilka, a może nawet – kilkanaście – podobnie jak w przypadku uwłaszczenia nomenklatury podczas przygotowań do transformacji ustrojowej – a i potem, podczas tworzenia narodowych funduszy inwestycyjnych i ich prywatyzacji.

I oto złowrogi Grzegorz Braun nie tylko bez upoważnienia, ale i bez przyzwolenia zabrał na ten temat głos, piętnując Komisję Edukacji Narodowej, a zwłaszcza – tzw. Kuźnicę Kołłątajowską – że była to grupa opłacana kwotą kilkudziesięciu milionów franków przez władze rewolucyjnej Republiki Francuskiej, żeby w naszym nieszczęśliwym kraju doprowadzić do rewolucji.

Ta rewolucja zaangażowałaby z pewnością mocarstwa ościenne w jej tłumienie, dzięki czemu rewolucja we Francji mogłaby chwilę odetchnąć. Nie dość, że gada takie rzeczy, to jeszcze wraz z Janem Taturą wydał książkę pod tytułem „Polskie biesy”, w której dopuszcza się mnóstwa innych myślozbrodni. Tymczasem jest rozkaz, że jeśli ktokolwiek dopuszcza się prowokacji, to tylko zimny ruski czekista Putin, podczas gdy ani w słodkiej Francji, ani wilgotnej Anglii każdy ma serce na dłoni i od jakichkolwiek prowokacji trzyma się z dala.

Nic dziwnego, że w obliczu takiej samowoli ze strony złowrogiego Grzegorza Brauna nie mógł już dłużej wytrzymać pan prof. Antoni Dudek. Wprawdzie nauka, jak wiadomo, polega na poszukiwaniu prawdy, ale z drugiej strony, na nieustannym weryfikowaniu tego, co dotąd udało się ustalić – ale mimo to – porządek musi być. Kto to widział, żeby jakiś Braun, w dodatku powołując się na wyszperane w korcu maku publikacje, podważał solenne ustalenia profesorów zwyczajnych i nadzwyczajnych, orderowych panów, co to swoimi wiekopomnymi dziełami pozapychali biblioteki? Solenni profesorowie najlepiej wiedzą, jak było, a jeśli nawet nie wiedzą, to zawsze ktoś starszy i mądrzejszy im podpowie, dzięki czemu zarówno oni, jak i lud prosty, wie, czego się trzymać i w co wierzyć, a w co nie.

Toteż pan prof. Dudek wystąpił publicznie do obywatela Tuska Donalda, żeby tej myślozbrodniczej działalności Grzegorza Brauna położył kres. Inaczej diabli wezmą całą „naukę przodującą” – jak mówił Józef Stalin – i nie będziemy już wiedzieli, w co wierzyć, a w co nie. Pan prof. Dudek nie podsuwa żadnego konkretnego rozwiązania, ale wszystko wskazuje na to, że niezawisłe sądy mogą okazać się niewystarczające.

Czas więc uderzyć w czynów stal i odwołując się do profetycznego dzieła Jerzego Orwella „Rok 1984”, niezwłocznie powołać Ministerstwo Prawdy, a pana prof. Antoniego Dudka mianować jego szefem. Bez tego daleko nie zajedziemy, zwłaszcza w sytuacji gdy Nasz Najważniejszy Sojusznik raz sztorcuje prezydenta Zełenskiego, a zaraz potem robi mu na rękę i traktuje jak swoją najukochańszą Duszeńkę.

Stanisław Michalkiewicz

KOLOS ZE WSI KONOTOPIE

KOLOS ZE WSI KONOTOPIE

Czyją postać ukazuje monumentalny posąg i dlaczego nie jest to przedstawienie Maryi Matki Bożej?

Jacek-Rafał Kudelski

Ubiegłoroczna prezentacja projektu budowy konotopskiego pomnika wywołała niekończącą się internetową dyskusję na temat potrzeby i zasadności realizacji tak niecodziennych projektów. Bo zaiste nie tak często i nie wszędzie powstają podobne dzieła sztuki, planowane z tak niezwykłym rozmachem i wykonane w imponującej skali.

Medialne doniesienia o realizacji figury Matki Bożej „większej niż świebodziński pomnik Jezusa Chrystusa” stały się przyczynkiem dla brutalnych, antykatolickich wypowiedzi i obraźliwych, rasistowskich ocen formułowanych w duchu agresywnego antypolonizmu.Tym, co w szczególny sposób ekscytuje większość komentatorów tego przedsięwzięcia są drugorzędne rozważania na temat niewłaściwego według nich rozporządzania środkami finansowymi przez fundatorów. Przywodzą one na myśl słowa jednego z uczniów pańskich: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? (J 12, 5).

Liczne są też dywagacje indywidualnych egzegetów Pisma Świętego na temat sakralnej sztuki związane z prawem mojżeszowym: Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! (Wj 20, 4). Pierwsi jednym tchem wymieniają pilniejsze potrzeby oczekujących na wsparcie bliźnich, które należałoby zaspokoić niebagatelną kwotą 100 milionów złotych, desygnowanych na budowę statui, zaś ci drudzy to współcześni zwolennicy ikonoklazmu, sprzeciwiający się kultowi religijnych wizerunków. Według ich opinii budowa takiej figury to zwyczajne bałwochwalstwo.

W ferworze licznych dyskusji, prowadzonych na internetowych forach, osobom zainteresowanym tym intrygującym dziełem sztuki, umyka sprawa najważniejsza. Jest nią ustalenie, czyją postać owa tajemnicza rzeźba przedstawia i jaki jest cel budowy monumentu? Oczywiście w przestrzeni medialnej można z łatwością odnaleźć oficjalną odpowiedź na to zdawałoby się banalne pytanie. Jednak nie należy bezkrytycznie przyjmować tego, co w tej sprawie przekazują opinii publicznej dziennikarze, ponieważ mogą się mylić, a tym samym nieumyślnie wprowadzić swoich odbiorców w błąd.

Wykonany z betonu posąg przedstawia stojącą w hieratycznej postawie młodą kobietę z lekko pochyloną do przodu głową, opuszczonymi wzdłuż tułowia rękami i otwartymi dłońmi. Postać ubrana jest w długą suknię spiętą wąskim paskiem, podkreślającym kształt sylwetki, rozszerzającą się ku dołowi i zakrywającą stopy. Kobietę okrywa płaszcz zawiązany pod szyją wąskimi tasiemkami. Głowę figury okrywa, opadająca na plecy chusta ozdobiona podtrzymującą ją opaską z kolistych elementów, przypominającą bliskowschodni smed. Oblicze postaci nie posiada indywidualnych cech, a spokojny wyraz twarzy pozbawiony jest ekspresji. Zapewne największy na to wpływ ma sposób rzeźbiarskiego opracowania oczu.Podczas uroczystości wmurowania kamienia węgielnego, w miejscu budowy monumentu przedstawione zostały jego komputerowe wizualizacje i wykonany z metalu niewielkich rozmiarów odlew figury. Dziennikarze poinformowali opinię publiczną, że we wsi Konotopie wzniesiony zostanie ogromny pomnik Matki Bożej Bolesnej wzorowany na rzeźbie, która znajduje się w tamtejszej małej kaplicy.

Niestety medialna relacja nie jest zgodna z prawdą. Cudowna figura Matki Boskiej Bolesnej z Konotopia to pieta. Przedstawienie zgodne z dobrze znanym od XIV wieku chrześcijańskim typem ikonograficznym, w którym Matka Boża opłakuje śmierć Syna i trzyma na kolanach zdjęte z krzyża martwe ciało Jezusa Chrystusa. Już pierwsza prezentacja projektu konotopskiego monumentu była dużym zaskoczeniem dla każdego, kto zna tradycyjne, katolickie przedstawienia Maryi Matki Bożej. Bowiem wzorem dla ich formy są Tradycja, Pismo Święte i zatwierdzone przez Kościół objawienia. Ich treść jest związana z wcieleniem i zbawczą misją Jezusa Chrystusa od zwiastowania w Nazarecie do śmierci na Golgocie. Dlatego niemal wszystkie dopuszczone przez kościelne przepisy katolickie typy ikonograficzne to przedstawienia Maryi Matki Bożej z Jezusem Chrystusem.

Niewiasta z Apokalipsy św. Jana, Cudowny Medalik, brzemienna Matka Boża z Guadalupe, Matka Boża Ostrobramska lub Matka Boża Fatimska to nieliczne wyjątki, obwarowane bardzo szczegółowymi zasadami. Kościół precyzyjnie skodyfikował, jaka jest wymagana forma i treść przedstawienia, aby mogło ono zostać poświęcone i przeznaczone do kultu. Szczegółowe przepisy określają sposób przedstawienia fizjonomii i postaci Matki Bożej, rodzaju i koloru jej szat, atrybutów takich, jak Niepokalane Serce Maryi, nimb, królewska korona na głowie, wieniec z gwiazd, różaniec oraz wychodzące z dłoni promienie łask, a nade wszystko depczące węża stopy na ziemskim globie lub księżycu. Figura Maryi Matki Bożej stoi na kolumnie.

To proste zasady, które od najmłodszych lat zna każdy katolik, a w szczególności katolicki kapłan oraz artysta podejmujący się wykonania przeznaczonego do publicznego kultu wizerunku Niepokalanej. Symbolika oparta na dogmatach i ewangeliczna narracja od wieków stanowią fundament dla modlitwy i kontemplacji oraz mariologicznej katechezy.

Kiedy na konotopski monument spojrzymy z perspektywy formalnych wymogów ikonografii chrześcijańskiej oraz ideowego programu zawartych w nim treści, zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jest to przedstawienie Maryi Matki Bożej.

Odsłonięcie gigantycznego monumentu zbudowanego we wsi Konotopie zaprasza wszystkich oglądających to niecodzienne dzieło sztuki do oceny jego artystycznej wartości oraz zrozumienia zawartego w nim przesłania. Dzięki analizie porównawczej możemy stwierdzić, że nie jest to żaden znany w chrześcijaństwie maryjny typ ikonograficzny. Młoda kobieta stoi na koronie… Intrygujące jest to, że w identyfikacji tego przedstawienia nie pomoże nam wiedza ugruntowana na fundamencie naszej łacińskiej cywilizacji i europejskiej kultury. Tego nikt nie uczył w katechetycznych salkach, ani na uniwersyteckich wykładach.

Jest to dla katolika zupełnie obcy i niezrozumiały ezoteryczny kod. Skoro odbiorca ma przed sobą szyfr, to zapewne istnieje do niego klucz? Cyfrowy kod i nie chodzi tu o liczbę sto milionów. Miłośnikom sztuki z pomocą przychodzą lokalne i ogólnopolskie media. W jednym z wywiadów można usłyszeć intrygującą wiadomość: „monument był budowany jak piramida z 32 warstw betonu”. Dziesięć sefir i 22 łączące je kanały to 32 Ścieżki Mądrości. Rzeźba stoi na dwóch połączonych ze sobą kwadratach. Oktagon (korona jest jak Drzewo Życia) plus kobieta i coś jeszcze we wnętrzu to razem 10. „Monument ma 55 metrów wysokości i detronizuje Jezusa w Świebodzinie, który jest mniejszy”. W gematrii 55 to liczba o wyjątkowym znaczeniu. Dwie piątki. Suma cyfr od 1 do 10., liczba Małżonki-Oblubienicy, etc.

W 1755 roku według członków pewnej sekty miały miejsce ważne religijne wydarzenia. Tych liczb i cyfr jest znacznie więcej. Dziennikarze przekazują kolejną ekscytującą wiadomość: „monument wykonany z betonu przetrwa 300 lat”. Dlaczego nie 283 lub nie bez kozery 500? Ponieważ 300 lat to dla niektórych religii pewien zamknięty mesjanistyczny cykl, który ma swój ważny punkt w 2026 roku (notabene rok i liczba 26 też mają swoje symboliczne znaczenie). W takim razie coś zaczyna się teraz, a jak się zakończy za 300 lat tego się nie dowiemy.

W Wikipedii możemy sprawdzić, co wydarzyło się 300 lat temu. Otóż w 1726 roku urodził się Jakub Frank. Przez 13 lat przebywał w jasnogórskim klasztorze i tam opracował swoją mesjanistyczną doktrynę, w której przedstawił, kto według niego „jest uwięziony w wizerunku Matki Bożej”. Jego dzieł i Ksiąg Jakubowych nie czytałem i nie zamierzam.

Kolos ze wsi Konotopie to imaginowany portret jego córki Ewy Frank. To jest Szechina.

Jak się pani powodzi? Nie przelewa się? MEM-y VII.

Powtórka:

——————————————-

To SMIERDZI, chłopie…

———————————-

————————–

———————————————–

—————————————-

Anna Konieczyńska…

—————————————

———————————————-

——————————–

————————————————–

————————————-

—————————–


Newsweek: Morale załogi USS Abraham Lincoln

morale załogi USS Abraham Lincoln

(Fragment artykułu)

Annabelle Loma powiedziała, że jej mąż jest „wypalony” i próbował wyskoczyć za burtę z Lincolna podczas obecnego rozmieszczenia. „Boi się”, że może zostać niehonorowo zwolniony z wojska USA, powiedziała Navy Times.
Maria Rodriguez powiedziała, że w osobnym incydencie jej mąż, który również jest na lotniskowcu, wyciągnął na pokład towarzysza statku, przygotowując się do wyskoczenia za burtę.

W poniedziałek przedstawiciel Demokratów Mike Levin z Kalifornii powiedział w mediach społecznościowych, że marynarze na Lincoln nie mają podstawowych środków higieny, mają tylko dostęp do spleśniałych pryszniców i zepsutych toalet, a często nie mają ciepłej wody ani wystarczającej ilości jedzenia.
W oświadczeniu dla Newsweeka w środę wieczorem Levin wezwał do pełnego śledztwa.
„Kilkanaście rodzin opisało teraz, co ich marynarze i Marines wytrzymują na USS Abraham Lincoln: spleśniałe jedzenie, niedobory żywności, brak podstawowych zapasów, niskie morale i skrajne zmęczenie” – powiedział Levin.

„Ponad 5000 żołnierzy jest na morzu w dziewiątym miesiącu tego, co miało być siedmiomiesięcznym rozmieszczeniem, wszystko po to, by walczyć z Iranem, na co ustawodawcy nigdy nie zezwolili.
„Kiedy rodziny zabrały głos w kwietniu, Sekretarz Hegseth odrzucił to jako „fałszywe wiadomości”, ale ci członkowie służby nie okłamują osób, którzy ich kochają. Odpowiedzieli na najwyższe wezwanie i tak są traktowani? Wymaga to pełnego dochodzenia i należy to naprawić teraz.”

Większość rejsów lotniskowców trwa od sześciu do siedmiu miesięcy, chociaż w pewnych okolicznościach można je przedłużyć. Przez cały ten okres zwykle zawijają do portu w celu zatankowania i umożliwienia członkom załogi odpoczynku.
Lincoln jest na morzu przez prawie dziewięć miesięcy, z krótkim zawinięciem do bazy Guam w grudniu.
„Wyprtawy tej długości wywierają dużą presję na statek i jego załogę, co ma długoterminowy wpływ na personel, utrzymanie statku i cykl realizacji przyszłych akcji” – powiedział emerytowany wiceadmirał Marynarki Wojennej USA Robert Murrett, który jest obecnie profesorem praktyki administracji publicznej i Spraw Międzynarodowych na Uniwersytecie Syracuse.
„Marynarka Wojenna zwykle stara się unikać nadmiernie trwających okresów rozmieszczenia, takich jak ten, a Lincoln ma swego rodzaju nie do pozazdroszczenia zapis najnowszej historii w tej dziedzinie” – powiedział Newsweekowi.

newsweek/uss-abraham-lincoln-deployment-sailors-overboard-safety-concerns

Siedmiu członków marynarki wojennej USA zostało zabitych, a kilku innych rannych na pokładzie USS Abraham Lincoln.

mehrnews/Deadly-brawl-reported-aboard-USS-Abraham-Lincoln

Siedmiu członków marynarki wojennej USA zostało podobno zabitych, a kilku innych rannych w gwałtownym starciu na pokładzie USS Abraham Lincoln.

Wciąż narastające niepokoje wśród załogi lotniskowca ujawniły rosnącą presję wewnątrz armii amerykańskiej podczas długotrwałego rozmieszczenia.

Incydent wybuchł po tym, jak doradca szefa Centralnego Dowództwa USA (CENTCOM) Brad Cooper przyleciał na pokład lotniskowca, aby odpowiedzieć na rosnące skargi członków załogi po protestach ich rodzin w związku z przedłużającym się rozmieszczeniem statku, według Tasnim News Agency, powołując się na poinformowane źródło wojskowe.

Doradca został podobno przywitany z wygwizdaniem i rzucono w niego butelkami wody podczas jego przemówienia na zebraniu personelu.

Konfrontacja przerodziła się następnie w bójkę między członkami załogi z udziałem noży i innej broni ostrej, w wyniku której zginęło siedem osób, a kilku innych zostało rannych, według źródła.

Atmosfera na pokładzie lotniskowca pozostaje napięta i niespokojna, donosi Tasnim.

Abraham Lincoln jest w akcji od 263 dni i obecnie działa na Oceanie Indyjskim, gdzie jego podstawową misją jest egzekwowanie nielegalnej blokady morskiej przeciwko Iranowi.

Lotniskowiec spędził 208 kolejnych dni na morzu, co jest najdłuższym ciągłym rozmieszczeniem amerykańskiego lotniskowca w epoce nowożytnej, z wyjątkiem krótkiego postoju w Omanie w lipcu.

mehrnews/Deadly-brawl-reported-aboard-USS-Abraham-Lincoln

Koniecznie aresztować sędziego z Czeladzi. Złota Rybka… MEM-y V.

——————————————–

———————————————

—————————————————

—————————

—————————————-

——————————

————————-

——————————-

——————————————

—————————————————

———————————–

Nadchodzi termin zapłaty rachunku rzeźnika: Wyprawa wojskowa przekroczyła swoje możliwości. Samobójstwa żołnierzy USA

Nadchodzi termin zapłaty rachunku rzeźnika: wyprawa wojskowa przekroczyła swoje możliwości i przywódcy, którzy wciąż powtarzają, że wszystko jest w porządku

13 sierpnia 2026 przez Larry C. Johnson sonar/the-butchers-bill-comes-due-a-military-run-past-its-limits-and-the-leaders-who-keep-saying-everything-is-fine

Uwaga Larry’ego: W tym artykule omówiono samobójstwa. Żołnierze, weterani i członkowie rodzin w kryzysie mogą skontaktować się z linią kryzysową dla weteranów/wojska, dzwoniąc pod numer 988 i naciskając 1, wysyłając SMS-a pod numer 838255 lub odwiedzając stronę VeteransCrisisLine.net.

===============================================

Kiedy Sekretarz Armii nakazuje każdemu oficerowi i sierżantowi osobiście sprawdzać każdego żołnierza, każdego dnia, nie jest to rutynowy, świąteczny gest. To alarm.

I przez dziesięć miesięcy, odkąd Dan Driscoll wydał ten rozkaz, alarm dzwonił nieustannie – z lotniskowca na Morzu Arabskim, z tajnego dowództwa w Forcie Meade, z rodzin marynarzy, którzy nie mogą już uzyskać jednoznacznej odpowiedzi na temat tego, dlaczego ich dzieci są głodne. Historie docierają z różnych oddziałów i misji, ale składają się na jeden akt oskarżenia: amerykańskie wojsko jest wykorzystywane ponad siły swoich ludzi, a zbyt wielu jego dowódców zareagowało nie rozwiązując problemu, ale zaprzeczając jego istnieniu.

Zamówienie, które było przyjęciem

Zacznijmy od tego, co tak naprawdę przyznała notatka Driscolla z listopada 2025 roku. „W zeszłym roku straciliśmy 260 żołnierzy w wyniku samobójstw” – napisał. „Żołnierze nie otrzymują potrzebnej im pomocy”. Przeczytaj to jeszcze raz. Cywilny dowódca armii poinformował na piśmie całe siły, że istniejący system zapobiegania samobójstwom – lata odpraw, obowiązkowych szkoleń, kampanii uświadamiających i dedykowanych biur prewencji – nie dociera do osób, które go potrzebują. Jego rozwiązaniem było sięgnięcie po najbardziej podstawową ludzką interwencję: polecenie jednej osobie, aby dzwoniła do drugiej osoby raz dziennie i pytała, czy wszystko w porządku.

W tym instynkcie nie ma nic złego. Codzienne meldowanie się jest humanitarne, a Driscoll zasługuje na uznanie za to, że uczyniło je osobistym i obowiązkowym, a nie performatywnym. Ale odrzuć sentyment, a notatka stanie się wyznaniem. Dane Pentagonu pokazują, że wskaźniki samobójstw wśród żołnierzy w służbie czynnej rosły mniej więcej równomiernie od 2011 do 2023 roku, w wyniku kolejnych administracji i niezliczonych „inicjatyw prewencyjnych”. Kiedy rozwiązaniem dekady instytucjonalnej porażki jest nakazywanie jednostkom, aby ręcznie obserwowali się nawzajem, instytucja przyznaje, że jej systemy nie działają. Codzienne meldowanie się leczy objaw. Nie robi nic z warunkami, które spowodowały ranę – a te warunki miały się wkrótce pogorszyć.

Marynarka wojenna próbowała zignorować walkę o jedzenie

Do kwietnia 2026 roku obciążenie przeniosło się ze statystyk na tace z posiłkami. „USA Today” opublikował zdjęcia – wykonane przez rodziny żołnierzy na pokładzie lotniskowca USS Abraham Lincoln i okrętu szturmowego USS Tripoli – przedstawiające na wpół puste tace, małe porcje i szary kawałek przetworzonego mięsa. Marynarz podobno powiedział swojej matce, że załoga „je, kiedy może” i dzieli się jedzeniem równo, gdy ktoś dostaje więcej niż inni. Lincoln został wciągnięty w wojnę z Iranem i z trudem przechodzi misję, która miała trwać ponad 250 dni.

W tym miejscu odpowiedzialność przestaje być abstrakcyjna. Skonfrontowany ze zdjęciami i relacjami z pierwszej ręki, Sekretarz Wojny, Pete Hegseth, nie zlecił dochodzenia ani nie obiecał zbadania sprawy. Udał się do mediów społecznościowych i nazwał doniesienia „FAŁSZYWYMI WIADOMOŚCIAMI”. Ta reakcja jest schematem, który przewija się w całej tej historii: gdy pojawiają się dowody napięcia, odruchem z góry zbyt często jest atakowanie osoby, która je ujawniła, zamiast zbadania stanu rzeczy. Trudno rozwiązać problem, który publicznie ogłoszono jako nieistniejący – a zaprzeczenie Sekretarza Wojny wysyła jednoznaczny sygnał w dół łańcucha dowodzenia, wskazujący, jaką odpowiedź chce usłyszeć kierownictwo.

Fort Meade: gdzie tempo stało się zabójcze

Potem pojawił się najpoważniejszy sygnał, który nie zawierał fotografii. W sierpniu Bloomberg poinformował, że US Cyber ​​Command – jednostka broniąca amerykańskich sieci i prowadząca ofensywne operacje cybernetyczne – bada skupisko zgonów wśród swoich ludzi. Według wewnętrznej komunikacji, dokumentacji i wywiadów, z którymi zapoznał się serwis, aż pięć osób, które pracowały w dowództwie lub były z nim blisko związane, popełniło samobójstwo między początkiem czerwca a początkiem lipca 2026 roku. Koncentracja była na tyle nienormalna, że ​​Cyber ​​Command podobno powołało się na określenie Pentagonu jako „skupiska samobójstw”; kierownictwo potwierdziło trzy zgony w wewnętrznym e-mailu już w czerwcu.

Precyzja ma tu znaczenie i prowadzi do pociągnięcia do odpowiedzialności, a nie do jej odrzucenia. Urzędnicy nie ustalili wspólnej przyczyny, a nie ma publicznych dowodów łączących zgony poza momentem ich wystąpienia – nikt nie powinien sugerować inaczej. Jednak raporty ujawniają tło: siłę roboczą dotkniętą gwałtownym wzrostem obciążenia pracą spowodowanym konfliktami zagranicznymi, przede wszystkim wojną z Iranem, a zgony miały miejsce w jednym z najbardziej intensywnych okresów tej wojny. Cyber ​​Command podobno rozpoczęło osadzanie klinicystów zdrowia psychicznego w Fort Meade w maju – zanim opinia publiczna cokolwiek wiedziała – co sugeruje, że kierownictwo już wiedziało, że jego ludzie mają kłopoty.

To jest pytanie o odpowiedzialność w najostrzejszej postaci. Skoro dowódcy byli na tyle zaniepokojeni, że zdecydowali się na przeniesienie klinicystów wiosną, to kto odpowiadał za tempo operacyjne, które sprawiło, że ci klinicyści byli niezbędni? Wypalenie zawodowe w elitarnych jednostkach cybernetycznych nie jest kwestią pogody. Jest to wynik decyzji dotyczących misji, personelu i tempa – decyzji podejmowanych przez osoby z nazwiskami i stopniami. Komisja ds. Sił Zbrojnych Senatu podobno dyskutuje obecnie o zwiększeniu zasobów dla zdrowia psychicznego, a komisja Izby Reprezentantów uznała wzrost liczby samobójstw za „krytyczny problem”. Uwaga Kongresu jest mile widziana, ale pojawia się ona po zgonach, a nie przed nimi, a większa liczba doradców nie odpowiada na wcześniejsze pytanie, dlaczego dopuszczono do niekontrolowanego wzrostu obciążenia.

Lincoln , znowu – i ten sam odruch

O ile kwietniowy spór o żywność można było zbagatelizować jako jednorazowy problem z dostawami, o tyle sierpień usunął tę wymówkę. Portal MS Now donosił – powołując się na około tuzin członków rodzin i nagrania spotkań rodzin z dowództwem Marynarki Wojennej – że załoga Lincolna zmagała się z niedoborami żywności, długimi kolejkami po posiłki, zepsutymi toaletami, pleśnią w prysznicach, niedziałającymi pralkami, brakującymi mydłem i pastą do zębów oraz upadkiem morale po około 250 dniach na morzu. Doniesienia te wzbudziły obawy dotyczące bezpieczeństwa, a według niektórych relacji rodzinnych, na pokładzie załogi, wyczerpanej do szpiku kości, doszło do prób samobójczych.

I odruch instytucjonalny zadziałał. Rzecznik Piątej Floty przyznał, że 250-dniowy rozmieszczenie „jest wyzwaniem dla załogi i jej sprzętu”, ale nalegał, aby marynarze „pozostali odporni i gotowi”, a statek „w pełni zdolny do podołania wszystkim zadaniom misji”. Weryfikatorzy faktów nadal wymieniali elementy zarzutów jako będące w trakcie dochodzenia. Konkretne zarzuty nie zostały jeszcze rozstrzygnięte i uczciwe rozliczenie wymaga, aby to powiedzieć. Zwróć jednak uwagę na kształt odpowiedzi: nie „sprowadzamy tę załogę do domu”, nie „nie uzupełniliśmy zapasów”, ale zapewnienie, że misja nadal może zostać wykonana. To jest sygnał. Kiedy odruchowym priorytetem jest obrona gotowości, a nie gotowości istot ludzkich, dowiadujesz się dokładnie, czyje dobro leży u podstaw.

Kto jest odpowiedzialny

Nieuczciwe byłoby wrzucenie czterech sytuacji do jednego spisku, a równie nieuczciwe byłoby udawanie, że są to niepowiązane ze sobą zbiegi okoliczności, które przypadkowo wydarzyły się w tym samym roku w tej samej armii. Prawda jest strukturalna i ma swój adres.

Powszechnym czynnikiem przyspieszającym jest wojna z Iranem, która trwa już szósty miesiąc, nałożona na lata wysokiego tempa operacyjnego – a tempo operacyjne nie jest aktem bożym. To wybór polityczny dotyczący tego, ile misji przeprowadzić, jak długo utrzymywać lotniskowce w gotowości bojowej i jak mocno naciskać na cyber-siły, które nigdy nie pojawiają się na liście ofiar. Ktoś wybiera to tempo.

Powtarzającym się drugim wątkiem jest reakcja na dowody: sekretarz armii, który przynajmniej nazwał porażkę na piśmie, w zestawieniu z sekretarzem obrony, który nazwał relacje z pierwszej ręki „fake newsami”, oraz flotą, która odpowiedziała na zarzuty o rozbitą załogę zapewnieniami o zdolności do realizacji misji.

Wojsko, które nie potrafi przyznać, że jego ludzie się łamią, nie może ich chronić, ponieważ pierwszym krokiem w każdym programie prewencyjnym, jaki kiedykolwiek napisano, jest głośne przyznanie się do problemu.

Codzienne meldunki Driscolla, widziane z tego miejsca, wyglądają mniej jak świąteczny gest, a bardziej jak ciche wotum nieufności wobec wszystkiego, co znajduje się wyżej – przyznanie, że formalne systemy zawiodły i jedyne, co pozostało, to nadzorowanie przez jedną wyczerpaną osobę drugiej. To może uratować życie na marginesie. Powinno.

Ale to opaska uciskowa, a po nią sięga się, gdy instytucja odpowiedzialna za zapobieganie ranie już pozwoliła jej się otworzyć. Ludzie, którzy nadają tempo, którzy odcięli dostawy, którzy sięgnęli po „fałszywe wiadomości” zamiast śledztwa – to oni mają władzę, by faktycznie zatamować krwawienie. Jak dotąd zbyt wielu z nich upiera się, że nie ma krwi.


Jeśli Ty lub ktoś, kogo znasz, jest żołnierzem, weteranem lub członkiem rodziny wojskowego w kryzysie, linia kryzysowa dla weteranów/wojskowych jest dostępna 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu: zadzwoń pod numer 988, a następnie naciśnij 1, wyślij SMS pod numer 838255 lub odwiedź stronę VeteransCrisisLine.net. To drażliwy temat; zachęcamy osoby, które borykają się z problemami osobistymi, do kontaktu z tą linią lub innym zaufanym źródłem wsparcia.


Zakopać Skarb ! MEM-y IV.

——————————————-

——————————————–

—————————

————————————

———————————————-

—————————

——————————————-

————————————-

——————————————————–

Prekursor suwerenizmu. Andrzej Lepper.

Prekursor suwerenizmu

Mateusz Piskorski myslpolska/piskorski-prekursor-suwerenizmu

W ubiegłym tygodniu minęła kolejna, już piętnasta rocznica śmierci założyciela i lidera Samoobrony, Andrzeja Leppera. Okolicznościowe publikacje na jej temat koncentrowały się głownie na wątkach pobocznych jego działalności i wpływu, jaki niewątpliwie wywarł na nasze życie publiczne.

Warto jednak sięgnąć nieco głębiej i dokonać próby spojrzenia na rolę polskiego buntownika przeciwko neoliberalnej transformacji na tle szerszej panoramy polskiej debaty publicznej. Po pierwsze, Lepper był niewątpliwie zwolennikiem suwerenizacji polskiej polityki. Wiedział, że jest ona warunkiem uprawiania jakiejkolwiek polityki. Bez niej nie ma przecież mowy na przykład o rewizji stosunków własnościowych wykreowanych w naszym kraju po 1989 roku. Lepper utrzymywał, że te stosunki własnościowe można w dużym stopniu zmienić. Uznał, że gotowość do takich zmian wykażą jego partnerzy koalicyjni (przecież gwarantował to swoim popisem Jarosław Kaczyński, o którym być może lider Samoobrony nie miał wystarczającego rozeznania, pozostając głuchym na przestrogi bardziej doświadczonych polityków próbujących mu uświadomić, że prezes PiS był i pozostaje notorycznym oszustem i manipulantem). Lepper domagał się rzeczy na pierwszy rzut oka prostej: rewizji prywatyzacji lat 1990., czyli podjęcia próby odzyskania przynajmniej części polskiej własności i majątku narodowego. Odpowiednią procedurą miała zająć się specjalnie do tego powołana komisja, która badałaby każdy przypadek prywatyzacji z osobna. W przypadkach, w których okazywałoby się, że najczęściej zagraniczny nabywca danego zakładu pracy nie wywiązał się z przyjętych zobowiązań (na przykład odpowiednich inwestycji, badań rozwojowych czy utrzymania poziomu zatrudnienia), akt prywatyzacji byłby unieważniany, a dany podmiot wracałby we władanie Skarbu Państwa.

Lepper uwierzył również, że państwo suwerenne nie może pozwalać na pewne praktyki na swoim terytorium wojskom i służbom obcym. Dotyczyło to zarówno stacjonowania w naszym kraju żołnierzy amerykańskich, jak i działania ośrodków kontrolowanych przez obce wywiady bądź służby specjalne (takich, jak te na Mazurach, gdzie bezprawnie i przetrzymywano na naszym terytorium obywateli państw trzecich). Mówił zatem lider Samoobrony o konieczności wyrwania się Polski spod kurateli amerykańskiej.

Jednocześnie zwracał też uwagę na problem zadłużenia zagranicznego naszego kraju. Tu znów postulował suwerenność, czyli maksymalne ograniczenie naszej zależności od międzynarodowych, najczęściej po prostu zachodnich instytucji finansowych. Rozumiał doskonale, że zależność ta w praktyce uniemożliwia realizację jakichkolwiek działań prowadzących do samodzielnej polityki gospodarczej. Za liniami kredytowymi szedł bowiem polityczny dyktat, znany pod nazwą konsensusu waszyngtońskiego. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy w zamian za udzielane nam wówczas wsparcie żądały otwarcie, m. in. wspomnianej już prywatyzacji, ale także deregulacji czy powolnej, rzeczywistej likwidacji usług publicznych.

Mówił zatem Lepper przez wszystkie lata swojej politycznej drogi o trzech suwerennościach: 1) gospodarczej; 2) polityczno-militarnej oraz 3) finansowej. Bez osiągnięcia każdej z nich nie ma mowy o prowadzeniu jakiejkolwiek polityki, bo ogranicza się ona do zarządzania, pozostawiającego jedynie skrajnie wąski margines modelowania określonych decyzji i adresowania ich do poszczególnych grup interesu. Polityka przeradza się w administrowanie nie swoimi zasobami.

Andrzej Lepper nawołujący do suwerenizacji wspomnianych trzech obszarów nie mógł być jeszcze świadkiem skrajnie daleko posuniętej utraty rządności władz polskich związanej z coraz bardziej żarłoczną ekspansją kompetencyjną Unii Europejskiej. Nie doczekał też czasów wykorzystywania polskiego terytorium do transferów broni na cudzą wojnę, ani bezpośrednich, publicznych i nieskrywanych ingerencji jednej z placówek dyplomatycznych w Warszawie w prawo tworzone w polskim parlamencie. Po jego śmierci zrobiło się zatem jeszcze gorzej.

To jednak on może zostać uznany za jednego z prekursorów polskiego suwerenizmu. A że oskarżano go o populizm? Żadna ujma. Kolejne ekipy rządzące reprezentowały bowiem i reprezentują interesy mniejszości (np. najzamożniejszych kompradorów i zarządców zatrudnionych przez obce korporacje, a z drugiej strony lobbystów hałaśliwych mniejszości kulturowych i obyczajowych). Ten aspekt jego dorobku w polskim życiu publicznym jakoś wielu z nas umyka. Niesłusznie.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)

Nie na próżno krążą te ciężarówki… MEM-y II.

——————————————

——————————–

———————————————

———————————-

———————————————-

——————————————–

——————————————-

————————————

———————————————