[bez daty; niechluje. Chyba z pierwszych lat tysiąclecia. MD]
Francuski (pochodzenia żydowskiego) historyk idei i publicysta. Urodził się w 1932 roku w Paryżu. Jako student został członkiem partii komunistycznej, z której wystąpił w 1956 roku, a rychło stał się nieprzejednanym antykomunistą i liberałem. Od 1977 roku jest dyrektorem naukowym Szkoły Wyższej Nauk Społecznych w Paryżu, a od 1996 – członkiem Akademii Nauk Moralnych i Politycznych. W latach 1983-1988 był komentatorem tygodnika L’Express, a od 1986 zasiada w radzie redakcyjnej miesięcznika Commentaire.
Główną część dorobku Besançona stanowią prace rusycystyczne (Zgładzony carewicz, 1967; Wychowanie i społeczeństwo w Rosji, 1974; Być Rosjaninem w XIX wieku, 1974) oraz sowietologiczne (Krótki traktat sowietologii na użytek władz cywilnych, wojskowych i kościelnych, 1976, wyd. polskie: 1984 (II obieg); Źródła intelektualne leninizmu, 1977; Sowiecka teraźniejszość i rosyjska przeszłość, 1980; Anatomia widma: ekonomia polityczna realnego socjalizmu, 1981, wyd. polskie: 1984 (II obieg)). Po polsku, w drugim obiegu, ukazały się też: Nacjonalizm i bolszewizm w ZSRR (1988) oraz Krótki kurs polskiej kwadratury koła, czyli krytyka obserwatora z zewnątrz (1989), a współcześnie obszerny, dwutomowy wybór: Alain Besançon – świadek wieku (Warszawa 2006).
W interpretacji Besançona komunizm reprezentuje rodzaj perversa imitatio – zepsutego naśladownictwa chrześcijaństwa.
Intelektualne korzenie leninizmu to gnoza, czyli idea, że zbawienia dostępuje się przez odkrycie wewnętrznej zasady rządzącej światem, która oświeca teraźniejszość, przeszłość i przyszłość ludzkości oraz „przemienia” człowieka. Istnieje atoli różnica pomiędzy „klasyczną” (parareligijną) gnozą a ideologią komunistyczną: gnoza stanowi kontr-dogmat uformowany na sposób dogmatu ortodoksyjnego, lecz w postaci mitu, natomiast ideologia zgłasza pretensje do bycia nauką w rozumieniu nowożytnym i pozytywnym. W tym też leży zasadnicza odmienność komunizmu od dawnych tyranii, że nie wystarcza mu podporządkowanie podbitych społeczeństw terrorem fizycznym, ale koniecznym narzędziem panowania ideologii staje się sam sposób identyfikacji rzeczywistości, czyli język.
Wobec katolicyzmu i Kościoła zajmuje Besançon pozycję „życzliwego mentora”, który wytykając zaniechanie potępienia komunizmu przez Vaticanum II, a także błąd intelektualny polegający na stosowaniu „fałszywej symetrii” potępień socjalizmu i liberalizmu, wikła tę (nie pozbawioną racji) krytykę w tendencyjny slogan o „drugim milczeniu Kościoła”, gdzie milczeniem „pierwszym” miało być niepotępienie holocaustu przez Piusa XII (Pomieszanie języków, 1978, wyd. polskie: 1988 (II obieg); Trzy kuszenia Kościoła, 1996). Pogląd o „jedyności Shoah” stanowi także leitmotiv analizy porównawczej komunizmu i nazizmu – Przekleństwo wieku (1998, wyd. polskie: 2000).
U podstaw religii opartych na wierze jest świadoma nie-wiedza. Abraham, św. Jan, Mahomet, wiedzą, że nie wiedzą.
Kiedy Lenin oznajmia, że materialistyczna koncepcja historii nie jest hipotezą, ale udowodnioną naukowo doktryną, to chodzi tu o wiarę, którą sobie wyobraża jako udowodnioną, opartą na doświadczeniu. […] Lenin nie wie, że wierzy. On wierzy, że wie.
Z Maryją Królową Polski modlić się będziemy o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
BIŁGORAJ – w każdą drugą niedzielę miesiąca w kościele pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny o godz. 18.00 Msza Święta za Ojczyznę i Pokutny Marsz Różańcowy!
WARSZAWA – zapraszamy na comiesięczny Pokutny Marsz Różańcowy, który już od 9 lat odbywa się w stolicy. Rozpoczynamy Mszą Świętą o godz. 8.00 w kościele św. Andrzeja Apostoła i św. Brata Alberta na pl. Teatralnym 20, po niej udajemy się ulicami Warszawy pod Sejm RP.
Zgodnie ze słowami Najświętszej Dziewicy Maryi (zawartych we wszystkich uznanych objawieniach) modlitwa na Różańcu Świętym jest ostatnim ratunkiem dla świata. To jest FAKT – władze tego świata, odrzucają Boga a na Jego miejsce intronizują zachcianki człowieka (lub w najlepszym wypadku sentymentalnie celebrują humanizm).
Trasa naszego comiesięcznego Pokutnego Marszu Różańcowego w Warszawie: Po drodze z placu Teatralnego idziemy ogarniając modlitwą Różańca Świętego ważne instytucje i ministerstwa położone przy Krakowskim Przedmieściu, modlimy się za Prezydenta RP pod jego siedzibą, skręcamy w ul. Świętokrzyską by modlić się pod Ministerstwem Finansów, później przy pl. Powstańców Warszawskich 7 dochodzimy do budynku TVP, gdzie mieszczą się główne studia informacyjne telewizji publicznej (przez dziesięciolecia komunizmu i liberalizmu siejących nienawiść oraz kłamstwa). Modlić się będziemy o konieczne zmiany w mediach i nawrócenie środowisk dziennikarskich. Kierujemy się później w stronę placu Trzech Krzyży i na ul. Wiejską aby ogarnąć modlitwą władze ustawodawcze naszego Kraju. Zakończenie Pokutnego Marszu Różańcowego będzie pod Sejmem i Senatem RP (wcześniej podejdziemy pod ambasadę Kanady, gdzie Panu Bogu i Jego Matce zawierzać będziemy Mary Wagner, która toczy samotny bój o przestrzeganie prawa Bożego w Kanadzie).
Będziemy się modlić o ustanie kłamliwych ataków na nasz Kościół i Ojczyznę, o nawrócenie nieprzyjaciół i pojednanie ludzi, narodów i państw na fundamencie prawdy, aby wobec ofiar zbrodni i ludobójstwa nastąpiło sprawiedliwe zadośćuczynienie za zło jakiego doświadczyli od prześladowców. Będziemy modlić się także o to by dla wszystkich narodów, dawniej i dziś zamieszkujących ziemie Rzeczypospolitej i Europę Środkowo Wschodnią, Jezus Chrystus był j e d y n ą Drogą, Prawdą i Życiem, o to też by na ziemiach nasączonych krwią ofiarną poprzednich pokoleń umocniona została święta wiara katolicka, poza którą nie ma zbawienia, by porzucone zostały błędne wyznania i religie wiodące na bezdroża nienawiści.
– W pierwszych czterech miesiącach 2023 r., gdy trwały już protesty polskich rolników, sprowadzono z Ukrainy prawie 338 tys. ton pszenicy. To aż 610 razy więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – mówi dr hab. inż. Arkadiusz Artyszak, prof. SGGW. Na zdjęciu protest rolników przy przejeździe kolejowym w Hrubieszowie w kwietniu br.
W ciągu roku import zbóż do Polski potroił się – z 1,1 mln ton w 2021 r. do 3,2 mln ton w 2022 r., a największy wzrost dotyczy pszenicy i kukurydzy, której w ubiegłym roku sprowadziliśmy ponad 2 mln ton – dane Ministerstwa Finansów i Krajowej Administracji Skarbowej, które „Rzeczpospolita” uzyskała z resortu rolnictwa, potwierdzają rekordowy, nienotowany dotąd wwóz produktów rolnych z Ukrainy.
– W pierwszych czterech miesiącach 2023 r., gdy trwały już protesty polskich rolników, sprowadzono z Ukrainy prawie 338 tys. ton pszenicy. To aż 610 razy więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego – mówi dr hab. inż. Arkadiusz Artyszak, prof. SGGW. – Skala importu zbóż z Ukrainy w ostatnim półtora roku jest dla mnie szokująca – dodaje.
Z 6 tys. ton kukurydzy z Ukrainy w 2021 r. do blisko 2 mln ton w roku ubiegłym – przedstawiamy szokujące dane rządu o polskim imporcie zbóż.
Zalew zbóż to efekt decyzji Brukseli z maja 2022 r. o bezcłowym otwarciu granic dla produktów rolnych z Ukrainy.
Zboże z Ukrainy. Techniczne zjedliśmy?
Nie wiadomo, czy dane te uwzględniają zboże techniczne (uprawiane na potrzeby przemysłowe, nie do spożycia), a i takie sprowadzano z Ukrainy. Pojęcie to wymyślono, by obejść kontrole na granicy i przyspieszyć wwóz.
Według resortu rolnictwa w 2022 r. z Ukrainy sprowadzono blisko 101 tys. ton zbóż deklarowanych jako techniczne i przemysłowe, a w obecnym (styczeń–kwiecień) – 2 tys. ton. Po wjeździe było sprzedawane jako paszowe lub konsumpcyjne. Trwa śledztwo w sprawie oszustw związanych ze zbożem technicznym, obejmuje ok. 90 spraw. – W czerwcu KAS przeszukała ponad 200 firm i agencji celnych – wskazuje Biernat-Łożańska, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie.
Rząd puścił na żywioł tranzyt ukraińskiej żywności przez Polskę, zalała więc nasz rynek. To zagrożenie dla rodzimej produkcji. Pomysłów na systemowe rozwiązanie problemu nie widać.
Co się stało ze „zbożem technicznym” z Ukrainy? – Zjedliśmy je, a część poszła na paszę. Nie słyszałem, żeby zostało spalone w piecach – mówi nam Wiesław Gryń, lider stowarzyszenia Oszukana Wieś.
Obawy rolników ws. zboża z Ukrainy
Blokadę na cztery zboża z Ukrainy do pięciu państw UE przedłużono tylko do połowy września. Rolnicy boją się, że potem KE otworzy granice.
Oliwy do ognia dolały słowa prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie, które odczytano jako opowiedzenie się za szybkim uwolnieniem handlu. Ukraiński portal Kyiv Post napisał wprost, że „Polska zgadza się na zniesienie blokady Ukrainy po 15 września”. Wpis usunięto po reakcji ministra Przydacza z Kancelarii Prezydenta. „W rzeczywistości prezydent powiedział, że istnieje potrzeba skutecznego mechanizmu zapobiegania nadużyciom” – wyjaśnił sekretarz stanu. Protestujący rolnicy ze stowarzyszenia Oszukana Wieś zapowiedzieli, że jeżeli embargo zostanie zniesione, zablokują granicę.
Nie przycicha sprawa sprzedaży skażonego, zboża ukraińskich oligarchów w Polsce. Choć tranzyt tego zboża cały czas trwa, Kijów domaga się możliwości zalania nim polskiego rynku. Straszy też sądem.
Ukraina zapowiada pozew przeciwko Polsce. –Z pełnym szacunkiem i wdzięcznością dla Polski, w przypadku wprowadzenia jakichkolwiek zakazów po 15 września, Ukraina wniesie sprawę przeciwko Polsce i UE do Światowej Organizacji Handlu – powiedział w rozmowie z Politico Taras Kachka, wiceminister gospodarki Ukrainy.
Jak przypomina amerykańskie medium, eksport zboża z Ukrainy jest obecnie objęty zakazem na rynki Polski, Węgier i trzech innych krajów UE na mocy porozumienia zawartego z Komisją Europejską na początku tego roku, aby chronić rolników przed napływem tańszych produktów z ich rozdartych wojną krajów sąsiadujących.
–Nadmiar, wywołany inwazją Rosji na Ukrainę i blokadą przez nią tradycyjnych szlaków eksportowych tego kraju nad Morzem Czarnym, wbił klin między Ukrainą a państwami wschodniego frontu UE, które były jednymi z największych zwolenników militarnej walki Kijowa – czytamy w Politico.
Ograniczenia wygasną 15 września. W obliczu spekulacji, że przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen pozwoli na ich wygaśnięcie, Polska i Węgry zagroziły nałożeniem własnych jednostronnych zakazów importu, co stanowi naruszenie wspólnych zasad handlowych bloku.
Komentarze Kachki potwierdziły ostrzeżenie wydane w tym tygodniu przez doradcę prezydenta Zełenskiego. Jeśli Bruksela nie podejmie działań przeciwko krajom, które naruszają umowę handlową, Kijów „zastrzega sobie wybór mechanizmów prawnych dotyczących reakcji” – powiedziała Igor Żółka Interfax-Ukraine.
Ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy stwierdziło, że Kijów zastrzega sobie prawo do wszczęcia postępowania arbitrażowego w ramach układu o stowarzyszeniu z UE lub do wystąpienia do WTO.
–Niemamy zamiaru natychmiast podejmować działań odwetowych, biorąc pod uwagę ducha przyjaźni i solidarności między Ukrainą a UE – wyjaśnił Kaczka. Dodał jednak, że systemowe zagrożenie dla interesów Ukrainy „zmusza nas do wniesienia tej sprawy do WTO”.
Kaczka w pisemnych uwagach nadesłanych w odpowiedzi na pytania Politico stwierdził, że nie ma dowodów na istnienie odchyleń cenowych lub znaczącego wzrostu dostaw zbóż, które uzasadniałyby rozszerzenie ograniczeń importowych. Kijów zaangażował się w „konstruktywną współpracę” z Komisją, pięcioma państwami członkowskimi, a także z Mołdawią, kluczowym węzłem tranzytowym dla ukraińskiego eksportu do UE.
–Otrzymaliśmy duże wsparcie w zapewnieniu lepszego tranzytu towarów przez terytorium sąsiadujących państw członkowskich, w tym Polski i Węgier – przyznał Kachka.
Sprawę wymownie skomentował m.in. europoseł PiS, Jacek Saryusz-Wolski. Napisał m.in.: “Ukraina w tej sprawie działa w złej wierze, wykorzystując sytuację wojenną do wymuszenia na UE nienależnego otwarcia dla UA na stałe rynku rolnego UE i utrwalenia tego czasowo ograniczonego precedensu. (…) Czyniąc to, Kijów szkodzi sam sobie, marnując kapitał dobrej woli po stronie tych, którzy jak Polska, najbardziej Ukrainie pomagają i zarazem tworząc napięcia, które są w interesie Moskwy.”
===========================
NASZ KOMENTARZ: Swoją dwuletnią już uległością, rząd warszawski spowodował, że bezczelność ukraińska osiągnęła niesamowite rozmiary. Jej zachowanie idealnie wpisuje się w powiedzenie ludowe: “Daj kurze grzędę, a ona: jeszcze wyżej siędę”.
Cogitationis poenam nemo patitur – mawiali starożytni Rzymianie, którzy – w odróżnieniu od innych starożytnych Żymian – każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji. Ta zacytowana wykłada się, że myśli nie podlegają karze. Tak było w koszmarnych czasach starożytnych, ale kiedy rewolucja francuska zapoczątkowała erę nowoczesności, pojawiły się – jak to nazwał Jerzy Orwell – „myślozbrodnie”, które od tamtej pory już nam towarzyszą. Na przykład w Stanach Zjednoczonych za myślozbrodnię uchodzi krytykowanie tamtejszej konstytucji, podczas gdy w Związku Radzieckim amerykańską konstytucję, nie mówiąc już o prezydencie, można było krytykować do woli. Za to krytyka konstytucji stalinowskiej stanowiła w ZSRR potworną myślozbrodnię, za którą – na podstawie art. 58 kodeksu karnego RFSRR – wędrowało się do dołu z wapnem, a w najlepszym razie – na tak zwaną „ćwiarę”, czyli na 25 lat do łagru. W Polsce za sanacji myślozbrodnię stanowiło demonstrowanie niewiary w tak zwaną „legendę” Józefa Piłsudskiego, którego kult rozwinął się wtedy do rozmiarów jeszcze większych od obecnego kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego – ale w tej sprawie jesteśmy dopiero na początku drogi. Z kolei za pierwszej komuny w Polsce myślozbrodnię stanowiło krytykowanie ustroju socjalistycznego i sojuszy. Na tym właśnie polegała różnica między dozwoloną krytyką konstruktywną, a myślozbrodniczym krytykanctwem; krytyka konstruktywna musiała stać na nieubłaganym gruncie akceptacji socjalizmu i sojuszy, bo w przeciwnym razie stawała się krytykanctwem. Transformacja ustrojowa i odwrócenie sojuszy nic tu w zasadzie nie zmieniły; myślozbrodnie nie przestały nam towarzyszyć, z tym, że zyskały zupełnie inną treść. No, może niezupełnie zupełnie inną, bo na przykład krytykowanie socjalizmu spotyka się z niezmiennym odporem i to w dodatku – płynącym z tych samych środowisk, które taki odpór organizowały również za pierwszej komuny. Mówię oczywiście nie tylko o Lewicy, z ramienia której do Sejmu będzie kandydowała moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, ale również – a może przede wszystkim – o Judenracie „Gazety Wyborczej”, który przez całe dziesięciolecia znajdował się w awangardzie rewolucji komunistycznej, a zmieniały się tylko tytuły gazet. Dzisiaj przeciwko myślozbrodniczemu krytykowaniu socjalizmu w wykonaniu pana Sławomira Mentzena, zdecydowany odpór daje pan Ryszard Petru – w okresie dobrego fartu przewodniczący partii Nowoczesna – który obecnie znalazł przytułek w „Trzeciej Drodze”, podobnie jak pan Artur Dziambor.
Ale mamy do czynienia nie tylko z myślozbrodniami świeckimi. Zwłaszcza w okresach przedwyborczych pojawiają się też myślozbrodnie o charakterze nadprzyrodzonym, nazywane inaczej grzechami, które – jak wiadomo – można popełnić na trzy sposoby: myślą, mową i uczynkiem. Na przykład podczas kampanii w wyborach prezydenckich w 1995 roku, JE ks. biskup Tadeusz Pieronek ogłosił nowy grzech. Grzechem mianowicie miało być powstrzymanie się od uczestnictwa w wyborach, w których trzeba było dokonać wyboru między dżumą a tyfusem, czyli między Lechem Wałęsą, a Aleksandrem Kwaśniewskim. Już miałem się z tego grzechu wyspowiadać, ale po wyborach, które Lech Wałęsa przegrał, JE ks. biskup Pieronek ten grzech odwołał, w dodatku na łamach „Życia Warszawy” piętnując tych, którzy „w kampanii wyborczej nadużywali religii dla celów politycznych”. Wspominam o tym, bo właśnie wielkie oburzenie w środowiskach zawodowych katolików wywołała myślozbrodnia JŚ. papieża Franciszka, który – zamiast wykląć i ekskomunikować rosyjskich katolików zgromadzonych w Petersburgu – zachęcał ich do kontynuowania dzieła zapoczątkowanego przez Piotra Wielkiego i Katarzynę II. Słów oburzenia nie krył pan red. Terlikowski, podobnie jak pan minister Czarnek, a także oczywiście – władze Ukrainy, którym najwyraźniej nie wystarcza demonstrowanie mocarstwowości wobec Polski, ale chętnie zajęłyby mocarstwową pozycję również wobec Królestwa Niebieskiego. To, że pan red. Terlikowski najwyraźniej uznaje te ambicje ukraińskich oligarchów za oczywiste, nie powinno nas dziwić, bo od pewnego czasu ma on we wszystkich sprawach poglądy takie, jak trzeba – to znaczy – zatwierdzone przez odpowiednie instancje. Pewne zaskoczenie natomiast wzbudziły objawy rygorystycznego przestrzegania ukraińskich norm życia partyjnego i w ogóle ukraińskich norm moralnych przez luminarzy tubylczej telewizyjnej publicystyki, np. panią red. Agnieszkę Gozdyrę. Pani red. Gozdyra przyswoiła sobie metodę wprowadzoną do tubylczego dziennikarstwa przez resortową „Stokrotkę”, czyli panią red. Monikę Olejnik, która swoich rozmówców wprawdzie jeszcze nie bije, tylko zwyczajnie przesłuchuje i sztorcuje za udzielanie nieprawidłowych odpowiedzi. Toteż kiedy zabrała się do przesłuchiwania pani Małgorzaty Zych, która chciała dostać się do Senatu z ramienia PSL, od razu zadała jej „śmiertelnego” w postaci podchwytliwego pytania, czy nazwałaby ruskiego prezydenta Putina „zbrodniarzem wojennym”. Pani Zych, zamiast skorzystać z mojej rady i scenicznym szeptem zapytać panią Gozdyrę, jak brzmi poprawna odpowiedź, a potem głośno powtórzyć ją do kamery, zaczęła plątać się w zeznaniach, co pani redaktor Gozdyrze wystarczyło do udowodnienia jej myślozbrodni w postaci wątpliwości, czy Putin jest zbrodniarzem wojennym. Tymczasem żadnych wątpliwości w tej kwestii nikomu mieć nie wolno, skoro nie tylko prezydent Zełeński obdarzył go takim epitetem, ale w dodatku Senat USA tak właśnie go podsumował. Wprawdzie Rosja nie poddała się jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze, ale USA też przezornie nie poddały się tej jurysdykcji z obawy, by ich przywódcy nie zostali skazani za zbrodnie wojenne Iraku i Afganistanie – ale kto w Polsce by zawracał sobie głowę takimi głupstwami, kiedy jest rozkaz, że kto głośniej wymyśla Putinowi, ten bardziej kocha nasz nieszczęśliwy kraj? Pewien dysonans poznawczy może wzbudzić okoliczność, że Polska utrzymuje ze zbrodniczą Rosją stosunki dyplomatyczne, podobnie zresztą, jak Stany Zjednoczone. Ciekaw jestem tedy, czy standardy demonstrowane przez panią red. Agnieszkę Gozdyrę, dotyczą również charge d’affaires Rzeczypospolitej w Moskwie, pana Jacka Śladewskiego, który podczas wręczania listów uwierzytelniających prezydentowi Rosji Włodzimierzowi Putinowi I przy innych okazjach, powinien zwracać się do niego per: „ty s…synu, wojenny zbrodniarzu, podetrzyj się tymi papierami!” – i tak dalej – czy może jednak w sposób trochę bardziej wyszukany? Ale skoro by się okazało, że pan Śladewski nie ma obowiązku obsobaczać Putina, to dlaczego pani red. Gozdyra uważa, że pani Małgorzata Zych taki obowiązek ma? Byłoby to sprzeczne z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec prawa. Czyżby pani red. Agnieszka Gozdyra tej zasady nie uznawała? To by znaczyło, że i ona dopuściła się myślozbrodni. Ładny interes!
W środę „Gazeta Wyborcza” napisała, że polski MSZ mógł sprowadzić do Europy setki tysięcy migrantów, a premier Mateusz Morawiecki przyznał, że dymisja wiceministra Piotra Wawrzyka jest wynikiem dochodzenia służb w MSZ. „Możliwe, że chodzi o wielką aferę korupcyjną, w wyniku której do Europy napłynęły setki tysięcy imigrantów” – napisał dziennik. W czwartek Radio ZET ujawnia zaś kulisy całego procederu.
„GW” napisała, że Wawrzyk był w MSZ odpowiedzialny za sprawy konsularne i wizowe. Dziennik podał, że okazał się on autorem projektu rozporządzenia w sprawie ułatwień wizowych dla robotników tymczasowych z około 20 krajów, w tym krajów islamskich. „Zakładało ono możliwość zatrudnienia w Polsce do 400 tys. pracowników” – pisze „GW”.
Dziennik napisał, że „z nieoficjalnych informacji wyłania się jednak obraz afery korupcyjnej, która umożliwiała napływ do Europy dziesiątków tysięcy imigrantów za pośrednictwem międzynarodowych firm rekruterskich. To one, według informacji «Wyborczej», stały za projektem rozporządzenia ministra Wawrzyka” – napisała „GW”. Podała, że w 2022 r. do Polski przybyło około 200 tys. migrantów, w tym 130 tys. z krajów muzułmańskich.
W rozmowie z Radiem ZET jeden z wysoko postawionych urzędników resortu spraw zagranicznych miał wyjaśnić, na czym polegał proceder dotyczący wydawanych wiz. Ujawnił m.in., że w jednym z krajów afrykańskich „przed naszą ambasadą stały stoiska, gdzie można było kupić już podstemplowane dokumenty”.
CBA w MSZ
W zeszły czwartek do MSZ weszło CBA. Agenci przedstawili postanowienie o zabezpieczeniu sprzętu elektronicznego należącego do wiceministra Wawrzyka – który kilka godzin później stracił stanowisko. Oficjalnie powodem dymisji był „brak satysfakcjonującej współpracy”.
Z nieoficjalnych doniesień wynika, że akcja CBA ma związek z aferą korupcyjną dotyczącą przyznawania – niezgodnie z przepisami – polskich wiz migrantom z Afryki i Bliskiego Wschodu. W ciągu ostatnich trzech lat mogło dojść do nawet 350 tys. takich przypadków. Tak przynajmniej wynika ze środowej kontroli poselskiej, jaką w MSZ przeprowadzili posłowie KO Marcin Kierwiński i Jan Grabiec.
Nielegalny proceder
Radio ZET, powołując się na swojego rozmówcę – urzędnika MSZ, który chce pozostać anonimowy – ujawniło, jak wyglądać miał proceder załatwiania nielegalnych wiz dla cudzoziemców. Do nieprawidłowości miało dochodzić już w konsulatach, m.in. w jednym z krajów w Afryce.
– Przed naszą ambasadą stały stoiska, gdzie można było kupić już podstemplowane dokumenty, wystarczyło wpisać nazwisko. Wysłaliśmy tam kontrolę i zdecydowaliśmy o wstrzymaniu wydawania wiz – mówił urzędnik w rozmowie z Mariuszem Gierszewskim i Radosławem Grucą.
– Najpierw w ambasadzie urywały się telefony od lokalnych oficjeli, a później z MSZ-tu prawie nie wychodził ambasador tego kraju. W końcu musieliśmy ustąpić – dodał.
Z doniesień medialnych wynika, że specjalne firmy pośredniczyły w „obchodzeniu systemu”. Za otrzymanie polskiej wizy cudzoziemcy mieli płacić od 4 do 5 tys. dolarów. To zaś dawało im możliwość starania się o legalne zatrudnienie w Polsce.
– Ocena ryzyka imigracyjnego należy do konsula. Jeśli firmy miały problem z szybkim załatwieniem wiz w konsulacie, przychodziły do centrali i mówiły: „jeśli nam nie pomożecie, to cena owoców będzie 2-3 razy wyższa, bo bez pracowników z zagranicy ich nie zbierzemy”. Każda firma przychodziła z politykiem, przychodzili ze wszystkich stron sceny politycznej – twierdził cytowany przez Radio ZET urzędnik MSZ. Jak dodał, „znaleźliśmy się pod presją”.
Polska liderem
Według unijnych statystyk Polska jest liderem wśród państw UE – jeśli chodzi o przyznawanie imigrantom zezwoleń na tzw. pierwszy pobyt. Z danych Eurostatu wynika, że w 2022 roku Polska wydała ponad 700 tys. takich pozwoleń cudzoziemcom ze 148 państw, czyli najwięcej w całej Unii. Dalej były Niemcy (540 tys.), Hiszpania (ponad 450 tys.), czy Włochy (prawie 340 tys.).
Co więcej, z opublikowanego w czerwcu raportu ZUS-u „Cudzoziemcy w polskim systemie ubezpieczeń 2022” wynika, że przybywa zgłoszeń do systemu ubezpieczeń emerytalnych i rentowych m.in. dla obywateli Gruzji, Turkmenistanu, czy Indonezji. Są to wzrosty rzędu odpowiednio ponad 54-krotności, ponad 39-krotności i ponad 36-krotności.
„Urzędnicza pomyłka”
Z informacji ujawnionych Radiu ZET przez urzędnika polskiego resortu dyplomacji wynika też, że sygnały o nieprawidłowościach miały pojawiać się już dwa lata temu. Przynajmniej w jednym takim przypadku ministerstwo miało przekazać sprawę służbom.
Jednocześnie cytowany przez rozgłośnię urzędnik twierdził, że były już wiceminister Wawrzyk mógł paść ofiarą „różnych grup interesów”. – Mogło chodzić też o polityczne wskazanie kozła ofiarnego za rozporządzenie, z którego musiał wycofać się PiS – zastrzegł.
Chodzi o projekt rozporządzenia MSZ, który pojawił się na stronach rządowych w czerwcu 2023 roku. Zakładał on ułatwienie imigracji do Polski obywatelom 21, w większości obcych nam kulturowo, państw (Arabia Saudyjska, Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Filipiny, Gruzja, Indie, Indonezja, Iran, Katar, Kazachstan, Kuwejt, Mołdawia, Nigeria, Pakistan, Tajlandia, Turcja, Ukraina, Uzbekistan, Wietnam oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie).
Już na początku lipca ówczesny wiceminister Wawrzyk stwierdził w Sejmie, że „rozporządzenie było urzędniczą pomyłką”. Oświadczył, że „zostało wycofane”.
Wchodzę na konto mbanku, a tam dług w wysokości 2 milionów.
Ja, przeciętny młody obywatel, 21 letni pracownik firmy zajmującej się wentylacją i klimatyzacją mam dług w wysokości prawie 2 milionów złotych. Pierwsza myśl – sprawdzam sygnaturę egzekucyjną i dzwonię do Urzędu Skarbowego. Okazało się, że zadłużenie nie jest moje, a US, który zablokował te środki znajduje się w Żarach – 500km od miejsca, w którym mieszkam i żyje. Pani, która odebrała ten telefon oznajmiła, że dług o tej sygnaturze wystawiony jest na zupełnie inną osobę, a ja nawet nie widnieje w ich rejestrze, więc błąd leży po stronie banku. A dokładnie mBank Polska. W placówce @mbank poinformowano mnie, że nie zdejmą ze mnie długu, bo przecież wystawiony jest na mnie (tak, bo ktoś niekompetentny zajął moje konto, a nie prawdziwego dłużnika).
Sprawę zgłosiłem na policję, lecz ci odmówili przyjęcia i skierowali mnie do prokuratury. Co jest z Tobą nie tak Polsko? Jak to jest, że z dnia na dzień z powodu braku kompetencji i profesjonalizmu urzędników i pracowników banku (osób, do których społeczeństwo powinno mieć zaufanie), budzisz się i nagle stajesz się dłużnikiem państwa na prawie 2 MILIONY złotych!?
Urząd Skarbowy w Żarach nie może wystawić oficjalnego pisma potwierdzającego, że dług nie należy do mnie, dopóki sami nie otrzymają ode mnie oficjalnego pisma z prośbą o wystawienie takiego dokumentu. Ile to może potrwać? Nie wiem. Tydzień, miesiąc, 2 lata… Jak wiadomo urzędy lubią w papierologie.
Nie wiem przed czym tutaj was przestrzec. Przed bankiem, urzędem czy po prostu byciem Polakiem, bo mogą pomylić Was z innym? Nie wiem czego mogę się spodziewać – że będę musiał płacić czyjeś długi, iść do więzienia za czyiś dług publiczny? Bo widząc obecną postawę obsługi mBank Polska, US czy policji na szybkie rozwiązanie tej sprawy nie mam co liczyć.
Sprawdźcie swoje konta bankowe – może też macie miliony, o których nie wiecie.
Update:
Udałem się do placówki mbank, aby przedłożyli mi dokumenty, na podstawie, których dokonali zajęcia mojego konta. Zamiast tego otrzymałem informację, że pracownik pomylił numer rachunku bankowego i po prostu zdejmą dług w wysokości 2 mln złotych z mojego konta jeszcze dzisiaj. Tak po prostu. Dlaczego nie mogli zrobić tego od razu? Nie wiem. Chyba presja i siła internetu, za co dziękuję!
Nie otrzymałem przeprosin, ani żadnej dokumentacji. Nadal zostaje w kontakcie z prawnikiem.
Do łask wracają piece kaflowe i ziemne piwniczki. W ten sposób Polacy próbują omijać podwyżki cen za ogrzewanie i prąd
Tomasz Kolanek
Podwyżki cen gazu i prądu spowodowały, że Polacy coraz częściej wracają do dawnych rozwiązań grzewczych, czy chłodniczych. Ogromnym zainteresowaniem cieszą się obecnie piece i kuchnie kaflowe. Na wsiach i w miastach budowanych jest też coraz więcej piwnic ziemnych, których nasi przodkowie używali jako lodówek.
Obecnie działalność w Polsce prowadzi około dwustu zdunów. To niewielka liczba, zważywszy na fakt, iż zamówień na kuchnie i piece kaflowe jest mnóstwo.
Jacek Tetelewski, zdun z Kielc, zauważa że zainteresowanie stawianiem kaflowych pieców w prywatnych domach w ostatnich latach mocno wzrosło. – Wszystko przez inflację, podwyżki cen gazu i kryzys energetyczny. Od ubiegłego roku zainteresowanie budową kuchni i pieców w naszej firmie wzrosło o 30 procent. I z tego co wiem u innych zdunów jest podobnie. Klienci boją się, że może być brak dostępu do prądu, do gazu z uwagi na sytuację za granicami i wtedy takim niezależnym źródłem grzania i gotowania jest jednak drewno i piec kaflowy z kuchnią– mówi Jacek Tetelewski. Dobrze wykonany piec kaflowy, po napaleniu drewnem, potrafi trzymać ciepło nawet przez 14 godzin.
Problemem w stawianiu pieców czy kuchni kaflowych jest nie tylko mała ilość zdunów, ale też kafli, gdyż z powodu braku zamówień, co miało miejsce w przeszłości, kaflarnie upadły. Jest jeszcze w Polsce kilka punktów, gdzie się je wyrabia, ale kafle są tam bardzo drogie. Zainteresowani budową w swoim domu pieca kaflowego, kupują raczej używane kafle pochodzące z rozbiórek. Można je nabyć w specjalnych magazynach.
Co ciekawe wśród Polaków wraca też zainteresowanie, życiem na wsi. We wschodniej części województwa podlaskiego, gdzie rdzennych mieszkańców jest coraz mniej, osiedla się coraz więcej byłych mieszkańców wielkich miast. Kupują oni opuszczone siedliska, remontują je i tam zamieszkują. Pracują przeważnie zdalnie.
Coraz większą popularnością cieszą się też ogrody działkowe, gdzie znów uprawia się warzywa i owoce. Budżet domowy na tym korzysta, gdyż w sklepach są one bardzo drogie. Poza tym są to uprawy super ekologiczne, zdrowe.
Warzywniaki powstają też koło domów jednorodzinnych. Wraz z nimi wraca zapotrzebowanie na, dawniej obecne przy każdej wiejskiej chacie, ziemne piwnice. Obecnie jest coraz więcej firm, które je wykonują.
W takich piwnicach, w których warunki przechowania żywności są optymalne (temperatura, wilgotność) przy zerowym zużyciu energii eklektycznej, składuje się warzywa i owoce oraz inną żywność. Obecnie podczas częstych letnich upałach, w piwnicy takiej samemu można się doskonale schłodzić, bez przeziębiania się klimatyzatorami, gdyż latem panuje tam temperatura zdecydowanie niższa, niż na zewnątrz.
Adam Białous
=====================================
M. Dakowski: Pamiętajcie, że są nowoczesne, wysoko-sprawne kotły centralnego ogrzewania: ŻUBR, wylansowałem ten typ kotłów już dwie dekady temu. Oni ciągle ulepszają – a „władze” usiłują szkodzić..
Huragan Idalia, który siał zniszczenie na Florydzie w minionym tygodniu, spowodował nie tylko typowe zniszczenia domów, ale także pozostawił bomby z opóźnionym zapłonem. Samochody elektryczne, które zaczęły stawać w płomieniach po czasie.
Według relacji CBS News, przynajmniej dwie Tesle stanęły w płomieniach w wyniku zanurzenia w słonej wodzie podczas powodzi towarzyszącej huraganowi Idalia. Jeden z tych incydentów miał miejsce podczas próby holowania przez straż pożarną w hrabstwie Pinellas. Te wydarzenia skłoniły straż pożarną w Palm Harbor do wydania ostrzeżenia dla właścicieli pojazdów elektrycznych, w którym zaleca się wyprowadzenie ich z garaży, jeśli miały kontakt ze słoną wodą. Departament ostrzega, że akumulatory litowo-jonowe w pojazdach elektrycznych mogą stanowić zagrożenie po kontakcie z wodą morską. To ostrzeżenie dotyczy nie tylko pojazdów osobowych, ale także mniejszych pojazdów elektrycznych, takich jak hulajnogi czy rowery, które również korzystają z akumulatorów litowo-jonowych.
Samochody elektryczne po zalaniu słoną wodą, to bomby z opóźnionym zapłonem. Już po ustaniu huraganu Idalia w USA, Tesle stają w płomieniach przez pozostałości soli, które działają jak przewodnik.
Departament ostrzega również przed prowadzeniem pojazdów elektrycznych w obszarach zalanych słoną wodą, ponieważ resztki soli działają jak przewodnik między ogniwami akumulatora, co zwiększa potencjalne ryzyko pożaru. Chociaż sól może zwiększać to ryzyko we wszystkich rodzajach pojazdów elektrycznych, większe pojazdy są bardziej podatne niż np. rowery elektryczne, ponieważ mają znacznie większą liczbę ogniw w akumulatorach. Hybrydy typu plug-in (PHEV) także są narażone, ponieważ zawierają akumulatory litowo-jonowe.
Warto również zaznaczyć, że Tesla również ostrzega użytkowników przed prowadzeniem pojazdów elektrycznych, które miały kontakt z wodą. Zaleca się holowanie lub przeniesienie takich pojazdów na odległość co najmniej 15 metrów od innych materiałów palnych, takich jak inne pojazdy czy mienie osobiste. Firma doradza także skontaktowanie się z ubezpieczycielem w takiej sytuacji.
If you’ve been reading any news about wildfires this summer—from Canada to Europe to Maui—you will surely get the impression that they are mostly the result of climate change.
Here’s the AP: Climate change keeps making wildfires and smoke worse. Scientists call it the “new abnormal.”
And PBS NewsHour: Wildfires driven by climate change are on the rise—Spain must do more to prepare, experts say.
And The New York Times: How Climate Change Turned Lush Hawaii Into a Tinderbox.
And Bloomberg: Maui Fires Show Climate Change’s Ugly Reach.
I am a climate scientist. And while climate change is an important factor affecting wildfires over many parts of the world, it isn’t close to the only factor that deserves our sole focus.
So why does the press focus so intently on climate change as the root cause? Perhaps for the same reasons I just did in an academic paper about wildfires in Nature, one of the world’s most prestigious journals: it fits a simple storyline that rewards the person telling it.
The paper I just published—“Climate warming increases extreme daily wildfire growth risk in California”—focuses exclusively on how climate change has affected extreme wildfire behavior. I knew not to try to quantify key aspects other than climate change in my research because it would dilute the story that prestigious journals like Nature and its rival, Science, want to tell.
This matters because it is critically important for scientists to be published in high-profile journals; in many ways, they are the gatekeepers for career success in academia. And the editors of these journals have made it abundantly clear, both by what they publish and what they reject, that they want climate papers that support certain preapproved narratives—even when those narratives come at the expense of broader knowledge for society.
To put it bluntly, climate science has become less about understanding the complexities of the world and more about serving as a kind of Cassandra, urgently warning the public about the dangers of climate change. However understandable this instinct may be, it distorts a great deal of climate science research, misinforms the public, and most importantly, makes practical solutions more difficult to achieve.
The aftermath of the wildfire in western Maui, Hawaii, on August 14, 2023. (Yuki Iwamura via Getty Images)
Why is this happening?
It starts with the fact that a researcher’s career depends on his or her work being cited widely and perceived as important. This triggers the self-reinforcing feedback loops of name recognition, funding, quality applications from aspiring PhD students and postdocs, and of course, accolades.
But as the number of researchers has skyrocketed in recent years—there are close to six times more PhDs earned in the U.S. each year than there were in the early 1960s—it has become more difficult than ever to stand out from the crowd. So while there has always been a tremendous premium placed on publishing in journals like Nature and Science, it’s also become extraordinarily more competitive.
In theory, scientific research should prize curiosity, dispassionate objectivity, and a commitment to uncovering the truth. Surely those are the qualities that editors of scientific journals should value.
In reality, though, the biases of the editors (and the reviewers they call upon to evaluate submissions) exert a major influence on the collective output of entire fields. They select what gets published from a large pool of entries, and in doing so, they also shape how research is conducted more broadly. Savvy researchers tailor their studies to maximize the likelihood that their work is accepted. I know this because I am one of them.
Here’s how it works.
The first thing the astute climate researcher knows is that his or her work should support the mainstream narrative—namely, that the effects of climate change are both pervasive and catastrophic and that the primary way to deal with them is not by employing practical adaptation measures like stronger, more resilient infrastructure, better zoning and building codes, more air conditioning—or in the case of wildfires, better forest management or undergrounding power lines—but through policies like the Inflation Reduction Act, aimed at reducing greenhouse gas emissions.
So in my recent Nature paper, which I authored with seven others, I focused narrowly on the influence of climate change on extreme wildfire behavior. Make no mistake: that influence is very real. But there are also other factors that can be just as or more important, such as poor forest management and the increasing number of people who start wildfires either accidentally or purposely. (A startling fact: over 80 percent of wildfires in the US are ignited by humans.)
In my paper, we didn’t bother to study the influence of these other obviously relevant factors. Did I know that including them would make for a more realistic and useful analysis? I did. But I also knew that it would detract from the clean narrative centered on the negative impact of climate change and thus decrease the odds that the paper would pass muster with Nature’s editors and reviewers.
This type of framing, with the influence of climate change unrealistically considered in isolation, is the norm for high-profile research papers. For example, in another recent influential Nature paper, scientists calculated that the two largest climate change impacts on society are deaths related to extreme heat and damage to agriculture. However, the authors never mention that climate change is not the dominant driver for either one of these impacts: heat-related deaths have been declining, and crop yields have been increasing for decades despite climate change. To acknowledge this would imply that the world has succeeded in some areas despite climate change—which, the thinking goes, would undermine the motivation for emissions reductions.
This leads to a second unspoken rule in writing a successful climate paper. The authors should ignore—or at least downplay—practical actions that can counter the impact of climate change. If deaths due to extreme heat are decreasing and crop yields are increasing, then it stands to reason that we can overcome some major negative effects of climate change. Shouldn’t we then study how we have been able to achieve success so that we can facilitate more of it? Of course we should. But studying solutions rather than focusing on problems is simply not going to rouse the public—or the press. Besides, many mainstream climate scientists tend to view the whole prospect of, say, using technology to adapt to climate change as wrongheaded; addressing emissions is the right approach. So the savvy researcher knows to stay away from practical solutions.
Here’s a third trick: be sure to focus on metrics that will generate the most eye-popping numbers. Our paper, for instance, could have focused on a simple, intuitive metric like the number of additional acres that burned or the increase in intensity of wildfires because of climate change. Instead, we followed the common practice of looking at the change in risk of an extreme event—in our case, the increased risk of wildfires burning more than 10,000 acres in a single day.
This is a far less intuitive metric that is more difficult to translate into actionable information. So why is this more complicated and less useful kind of metric so common? Because it generally produces larger factors of increase than other calculations. To wit: you get bigger numbers that justify the importance of your work, its rightful place in Nature or Science, and widespread media coverage.
Another way to get the kind of big numbers that will justify the importance of your research—and impress editors, reviewers, and the media—is to always assess the magnitude of climate change over centuries, even if that timescale is irrelevant to the impact you are studying.
For example, it is standard practice to assess impacts on society using the amount of climate change since the industrial revolution, but to ignore technological and societal changes over that time. This makes little sense from a practical standpoint since societal changes in population distribution, infrastructure, behavior, disaster preparedness, etc., have had far more influence on our sensitivity to weather extremes than climate change has since the 1800s. This can be seen, for example, in the precipitous decline in deaths from weather and climate disasters over the last century. Similarly, it is standard practice to calculate impacts for scary hypothetical future warming scenarios that strain credibility while ignoring potential changes in technology and resilience that would lessen the impact. Those scenarios always make for good headlines.
A much more useful analysis would focus on changes in climate from the recent past that living people have actually experienced and then forecasting the foreseeable future—the next several decades—while accounting for changes in technology and resilience.
In the case of my recent Nature paper, this would mean considering the impact of climate change in conjunction with anticipated reforms to forest management practices over the next several decades. In fact, our current research indicates that these changes in forest management practices could completely negate the detrimental impacts of climate change on wildfires.
This more practical kind of analysis is discouraged, however, because looking at changes in impacts over shorter time periods and including other relevant factors reduces the calculated magnitude of the impact of climate change, and thus it weakens the case for greenhouse gas emissions reductions.
Science journals—once considered the gold standard for truth—have succumbed to the confirmation biases of their editors and reviewers. (Astrid Riecken via Getty Images)
You might be wondering at this point if I’m disowning my own paper. I’m not. On the contrary, I think it advances our understanding of climate change’s role in day-to-day wildfire behavior. It’s just that the process of customizing the research for an eminent journal caused it to be less usefulthan it could have been.
As to why I followed the formula despite my criticisms, the answer is simple: I wanted the research to be published in the highest profile venue possible. When I began the research for this paper in 2020, I was a new assistant professor needing to maximize my prospects for a successful career. When I had previously attempted to deviate from the formula, my papers were rejected out of hand by the editors of distinguished journals, and I had to settle for less prestigious outlets. To put it another way, I sacrificed contributing the most valuable knowledge for society in order for the research to be compatible with the confirmation bias of the editors and reviewers of the journals I was targeting.
I left academia over a year ago, partially because I felt the pressures put on academic scientists caused too much of the research to be distorted. Now, as a member of a private nonprofit research center, The Breakthrough Institute, I feel much less pressure to mold my research to the preferences of prominent journal editors and the rest of the field.
This means conducting the version of the research on wildfires that I believe adds much more practical value for real-world decisions: studying the impacts of climate change over relevant time frames and in the context of other important changes, like the number of fires started by people and the effects of forest management. The research may not generate the same clean story and desired headlines, but it will be more useful in devising climate change strategies.
But climate scientists shouldn’t have to exile themselves from academia to publish the most useful versions of their research. We need a culture change across academia and elite media that allows for a much broader conversation on societal resilience to climate.
The media, for instance, should stop accepting these papers at face value and do some digging on what’s been left out. The editors of the prominent journals need to expand beyond a narrow focus that pushes the reduction of greenhouse gas emissions. And the researchers themselves need to start standing up to editors, or find other places to publish.
What really should matter isn’t citations for the journals, clicks for the media, or career status for the academics—but research that actually helps society.
Patrick Brown is a PhD climate scientist and co-director of the Climate and Energy Team at The Breakthrough Institute. Follow him on Twitter (now X) @PatrickTBrown31. And read Jamie Blackett’s Free Press piece to find out how European farmers are fighting climate change through innovation.
Naukowcy z wielu krajów wspólnie podpisali deklarację odrzucającą istnienie kryzysu klimatycznego i podkreślającą, że dwutlenek węgla jest korzystny dla Ziemi.
„Nie ma zagrożenia klimatycznego” – stwierdziła Global Climate Intelligence Group (CLINTEL) w swojej Światowej Deklaracji Klimatycznej upublicznionej w sierpniu. „Nauki o klimacie powinny być mniej polityczne, a polityka klimatyczna powinna być bardziej naukowa. Naukowcy powinni otwarcie zająć się niepewnością i przesadą w swoich przewidywaniach dotyczących globalnego ocieplenia, podczas gdy politycy powinni beznamiętnie liczyć rzeczywiste koszty, a także wyobrażone korzyści swoich środków politycznych”.
Deklarację podpisało łącznie 1609 naukowców i specjalistów z całego świata, w tym 321 ze Stanów Zjednoczonych. Koalicja wskazała, że klimat Ziemi zmieniał się od początku jej istnienia, a planeta przechodzi kilka faz zimnych i ciepłych. Twierdzą, że mała epoka lodowcowa zakończyła się dopiero w 1850 roku.
„Dlatego nie jest zaskoczeniem, że doświadczamy obecnie okresu ocieplenia” – stwierdzono w deklaracji. Ocieplenie postępuje „znacznie wolniej” niż przewidywał Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu. „Modele klimatyczne mają wiele niedociągnięć i w najmniejszym stopniu nie są wiarygodne jako narzędzia polityczne” – stwierdziła koalicja, dodając, że modele te „wyolbrzymiają wpływ gazów cieplarnianych” i „ignorują fakt, że wzbogacanie atmosfery CO2 jest korzystne”. Na przykład, chociaż panikarze klimatyczni określają CO2 jako szkodliwy dla środowiska, koalicja wskazała, że gaz ten „nie jest substancją zanieczyszczającą”.
Dwutlenek węgla jest „niezbędny” dla wszelkiego życia na ziemi i jest „korzystny” dla przyrody. Dodatkowy CO2 powoduje wzrost globalnej biomasy roślinnej, jednocześnie zwiększając plony upraw na całym świecie.
CLINTEL odrzucił także narrację o powiązaniu globalnego ocieplenia ze zwiększoną liczbą klęsk żywiołowych, takich jak huragany, powodzie i susze, podkreślając, że „nie ma dowodów statystycznych” na poparcie tych twierdzeń.
„Nie ma stanu nadzwyczajnego klimatycznego. Dlatego nie ma powodu do paniki i niepokoju. Zdecydowanie sprzeciwiamy się szkodliwej i nierealistycznej polityce zerowej emisji CO2 netto zaproponowanej na rok 2050. Zamiast łagodzić, postaw na adaptację; adaptacja działa bez względu na przyczyny” – stwierdzono.
„Wiara w wynik modelu klimatycznego oznacza wiarę w to, co włożyli twórcy modelu. To jest właśnie problem dzisiejszej dyskusji klimatycznej, w której modele klimatyczne odgrywają kluczową rolę. Nauka o klimacie przerodziła się w dyskusję opartą na przekonaniach, a nie na solidnej nauce. Czy nie powinniśmy uwolnić się od naiwnej wiary w niedojrzałe modele klimatyczne?”
Wśród sygnatariuszy CLINTEL jest dwóch laureatów Nagrody Nobla – fizycy John Francis Clauser ze Stanów Zjednoczonych i Ivan Giaever, Amerykanin pochodzenia norweskiego.
„Popularna narracja o zmianach klimatycznych odzwierciedla niebezpieczne zepsucie nauki, które zagraża światowej gospodarce i dobrobytowi miliardów ludzi” – stwierdził Clauser w oświadczeniu z 5 maja.
„Wprowadzająca w błąd nauka o klimacie przekształciła się w masową szokującą pseudonaukę dziennikarską. Z kolei pseudonauka stała się kozłem ofiarnym wielu innych, niepowiązanych ze sobą problemów.
Oświadczenie CLINTELA przeciwko narracji o zmianie klimatu przeciwstawia się propagandzie szerzonej przez alarmistów klimatycznych, którzy od dawna przepowiadają scenariusze zagłady wywołane globalnym ociepleniem, z których żaden nigdy się nie spełnił.
“The world is coming to an end, and the climate is the reason.”
Code Red for Humanity
Ask almost anyone, and they will tell you the above statement is accurate. It must be true. There is, after all, an “overwhelming scientific consensus.” Children learn about it in school as they have for at least two decades. The news media take every possible opportunity to parrot this message. President Biden announces oncoming doom, as in this speech from July 2022.
“I come here today with a message: As President, I have a responsibility to act with urgency and resolve when our nation faces clear and present danger. And that’s what climate change is about. It is literally, not figuratively, a clear and present danger.”
Then, he applied one of the oldest rhetorical tricks in the book—the appeal to an absent authority.
“The U.N.’s leading international climate scientists called the latest climate report nothing less than, quote, ‘code red for humanity.’ Let me say it again: ‘Code red for humanity.’ It’s not a group of political officials—elected officials. These are the scientists.” =====================================
“All the Scientists Say…”
President Biden would have you believe that all scientists agree with the sentence at the beginning of this article. The message is clear. The scientists know more than you do. Therefore, you should listen to them and give the politicians the power to deal with the crisis.
That power includes telling you how much electricity and water you can use, what kind of car you can drive and if you can continue to live in your home. In comparison to the incredible risk, individual freedoms count for nothing.
“I said last week, and I’ll say it again loud and clear: As President, I’ll use my executive powers to combat climate—the climate crisis in the absence of congressional actions, notwithstanding their incredible action.”
Apparently, the traditional separation of powers counts for nothing.
A Nobel Prizewinner
What President Biden, the news media and the sixth-grade teachers don’t tell you is that there are scientists who disagree. There are lots of these scientists, and some are very knowledgeable.
One of them is Dr. John Clauser. He is no ordinary scientist. He won the 2022 Nobel Prize for Physics.
On July 25, 2023, Dr. Clauser made a speech to the Brownstone Institute. Its title is intriguing, “The Crisis of Pseudoscience.”
Spreading Scientific Disinformation
Dr. Clauser begins with a fundamental scientific truth: “Good science is always based upon good experiments.” On the other hand, poorly done experiments lead in the wrong direction and “provide scientific disinformation.”
Once produced, that disinformation can be misused. “Its promotion by a commercial enterprise is called marketing…. When promotion is done by government or political groups, it’s called spin or propaganda.”
Then, the physicist aims at one of the most potent sources of politico-scientific propaganda.
“[I]n my opinion, the IPCC [the U.N.’s International Panel on Climate Change] is one of the worst sources of dangerous misinformation.”
Then he provides his conclusion.
“I believe that climate change is not a crisis.”
No Tolerance for Dissenting Opinions
The academic establishment will not tolerate such opinions regardless of a scientist’s qualifications. According to Zero Hedge’s financial news site, he was scheduled to speak to the International Monetary Fund’s (IMF) “Independent Evaluation Office.” His topic sounds intriguing, “Let’s talk—How much can we trust IPCC climate predictions?”
The IMF is one of the most powerful non-government organizations in the world. Its self-description drips with self-satisfaction and power.
“The IMF works to achieve sustainable growth and prosperity for all of this 190 member countries. It does so by supporting economic policies that promote financial stability and monetary cooperation, which are essential to increase productivity, job creation, and economic well-being.”
Indeed, so important a group would want to know if the risks presented by climate change are real or phony, wouldn’t it?
Apparently not. The IMF canceled Dr. Clauser’s talk.
Dr. Clauser is not the IPCC’s only critic. Another is climatologist Judith Curry of the Georgia Institute of Technology, who was quoted by American Insider. According to Dr. Curry, the U.N. agenda was “manufactured.” Furthermore, its motivation was the socialist mentality prevalent throughout the organization.
The Roots of Climate Change “Science”
If anything, Dr. Curry’s background is even more applicable to this issue than Dr. Clauser’s. She has been a fellow of the American Meteorological Society since 1995 and a fellow of the American Geophysical Union since 2004. She co-authored Kinetics and Thermodynamics of Clouds and Precipitation and Thermodynamics of Atmospheres and Oceans.
“‘The origins go back to the U.N. environmental program,’ says Curry. U.N. officials were motivated by ‘anti-capitalism. They hated the oil companies and seized on the climate change issue to move their policies along.’”
Eliminating Opposition
“‘The IPCC wasn’t supposed to focus on any benefits of warming. The IPCC’s mandate was to look for dangerous human-caused climate change.’”
If you are looking for a way to end free market economics, climate change absolutism would be an excellent way to do it. The only way that reasonable people, in the absence of other constraints, will give up their natural, God-provided rights is in the face of some overwhelming threat. So the IPCC, aided by Marxist university administrators, set out to create such a threat.
The process was relatively simple. “Promote the alarming papers! Don’t even send the other ones out for review.” Then, ensure that budding scientists knew that acquiescence was the price of success. “If you wanted to advance in your career, like be at a prestigious university and get a big salary, have big laboratory space, get lots of grant funding, be director of an institute, there was clearly one path to go.”
World Climate Declaration
Fortunately, some scientists are willing to resist the prevailing sentiment. In 2019, the “Global Climate Intelligence Group” (CLINTEL) authored a “World Climate Declaration” that now claims over 1,609 signatories. Dr. Clauser added his signature in August 2023.
The Declaration makes six significant points:
Natural as well as anthropogenic factors cause warming.
Warming is far slower than predicted.
Climate policy relies on inadequate models.
CO2 is plant food, the basis of all life on Earth.
Global warming has not increased natural disasters.
Climate policy must respect scientific and economic realities.
There is little doubt that some of the 1,609 signatories are more qualified than others. Even with that caveat, however, that number alone should serve to make one point loudly and clearly. No matter what the climate absolutists say, there is no “overwhelming scientific consensus.”
Szanowni Państwo, Nie tak dawno pisaliśmy o wyzwaniach na TikToku, które doprowadziły do licznych tragedii, w tym do śmierci uczestników. Dziś piszemy o kolejnej aplikacji, lecz tym razem w kontekście otwartego zaangażowania jej twórców w promowanie ideologii gender i wspieranie środowisk LGBT. Zapewniamy, że nie pisalibyśmy o niej, gdyby dotyczyło to jakiejś niszy. Ale chodzi tutaj o jedną z najpopularniejszych aplikacji do nauki języków, z której korzysta już ponad 500 000 000 użytkowników na całym świecie – o Duolingo. Myślę, że wielu z Państwa ją zna, niewykluczone, że z niej korzysta, a być może uczą się przy jej pomocy także i Państwa dzieci. Albo zamierzają to robić w nowym roku szkolnym. Nie ma co ukrywać: jest profesjonalnie zrobiona, przyjemna w użyciu i pomaga w nauce licznych języków, zwłaszcza – dzięki swojej kolorowości, opcjom zdobywania nagród, odkrywania skarbów i wygrywania lig – najmłodszym użytkownikom… I tu dotykamy sedna problemu: Duolingo jest oficjalnym „sojusznikiem LGBT” i te wartości… chcieliśmy napisać, że przemyca, ale tak nie jest.
Po prostu otwarcie je wprowadziło i wręcz kpi z tych, którzy ośmielają się to krytykować!arch. Centrum Życia i Rodziny W artykule na naszym portalu opisujemy, że w czerwcu 2021 r. na oficjalnym blogu firmy pojawił się artykuł zatytułowany „Reprezentacja LGBTQIA+ w historiach i postaciach Duolingo”. Celem jest „normalizowanie odmienności w historiach Duolingo”. Pozwolenie na istnienie postaci LGBTQ bez szczególnego zwracania uwagi na tę tożsamość – naszym zdaniem powinno być najlepszą praktyką w opowiadaniu historii. Aby coś znormalizować, po prostu przedstawiasz to jako normalne, co oznacza, że nie zwracasz na to uwagi podczas przedstawiania – podają pracownicy aplikacji. Główna myśl jest jasna: powinieneś przecież wierzyć, że z moralnego punktu widzenia [sic!] nie ma różnicy między stylem życia osoby homo- czy biseksualnej, a stylem życia kogokolwiek innego. Jak wspomnieliśmy, Duolingo chlubi się ze swojej „tęczowej” polityki. W postach w mediach społecznościowych firma umieściła tłumaczenia takich sformułowań, jak „walczy o prawa gejów”, „ona ma dziewczynę” czy „moja babcia ma dziewczynę”. W przytoczonym wpisie na blogu znajdujemy taki dialog: [kobieta]: To mój miesiąc miodowy…[mężczyzna]: A gdzie jest Twój mąż? [kobieta]: Nie mam męża. Mam za to trudną żonę! To przecież normalny dialog, bardzo przydatny w nauce języka, prawda? Przekora i zadufanie zarządzających tą aplikacją zdaje się nie mieć granic. Opublikowali nawet na TikToku film, w którym drwią z tych, którzy nie zgadzają się z ich stanowiskiem w sprawie programu LGBT. Sugerują, że te osoby prawdopodobnie… pójdą do piekła.
Szanowni Państwo, chyba jest jasne, że celem takiego kursu jest oswajanie najmłodszych z „tęczową normalnością”. Nie możemy na to pozwolić! Z aplikacji korzysta kilka, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy młodych Polaków. Czy ich rodzice wiedzą, jakie „wartości” są w niej promowane? Czy nauczyciele wiedzą, co polecają swoim uczniom? Bardzo więc prosimy Państwa o wsparcie promocji tego artykułu. Informacja o „tęczowym” kursie Duolingo musi trafić do jak największej liczby odbiorców. Dlatego bardzo prosimy Państwa o pomoc w rozpowszechnieniu tego artykułu poprzez datek w kwocie 30 zł, 60 zł, 100 zł, a nawet i 200 zł. Nie dajmy oswajać naszych dzieci z ideologią LGBT pod przykrywką nauki języków! Wspieram promocję tego artykułu! Już teraz serdecznie dziękujemy za Państwa hojność i każde wsparcie, które przekazują Państwo na rozwój naszego wspólnego projektu! Z pozdrowieniami Redakcja portalu Marsz.info
Wydawca portalu: Centrum Życia i Rodziny Skrytka Pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81tel. +48 22 629 11 76 Dane do przelewu: Centrum Życia i Rodziny, Skrytka pocztowa 99, 00-963 Warszawa 81 Nr konta: 32 1240 4432 1111 0011 0433 7056 / Bank Pekao SAZ dopiskiem: „Darowizna na działalność statutową Centrum Życia i Rodziny” SWIFT: PKOPPLPWIBAN: PL32 1240 4432 1111 0011 0433 7056
Strategia demograficzna Polski (2021-2055) Pod warunkiem powrotu do Prawa Bożego!!!
Zanim przejdziemy do naszej przyszłości, spójrzmy jak było w minionych dwóch stuleciach.
W ostatnich stu latach poprzez aborcje wyzbyliśmy się w Polsce 33,5 mln dzieci nienarodzonych, I i II wojna światowa pozbawiła nas 15 mln osób, emigracja polityczna i zarobkowa uszczupliła nam około 4 mln osób. Największego spustoszenia demograficznego uczyniła antykoncepcja, pozbawiła nas około 115 mln istnień ludzkich.
Wizja optymistyczna
Czy są możliwe zmiany w wymiarze społecznym w Polsce? Przyjmę scenariusz optymistyczny, który zakłada, że liczba mieszkańców przestaje się kurczyć i z każdym rokiem rośnie. W ciągu dwóch dekad wskaźnik dzietności przekracza 3 punkty.
Czy to jest możliwe? By tak mogło się stać, potrzeba radykalnych zmian w wymiarze duchowym, moralnym i społecznym, a także politycznym. Należy kategorycznie zakazać, ścigając pod groźbą kary utraty wolności, używania jakichkolwiek środków antykoncepcyjnych, wprowadzić absolutny zakaz pozbawiania życia dzieci nienarodzonych, absolutny zakaz rozwodów. Nakazać zamknięcie wszystkich domów publicznych, klubów nocnych.
Za handel narkotykami powinno grozić więzienie, i to bardzo surowe. Zabawy dla młodzieży powinny mieć charakter przyzwoity, lansować kulturę przyjaźni i wzajemnej życzliwości. Grupy społeczne i polityczne propagujące destrukcję wśród ludności powinny zostać zdelegalizowane. Władzę powinny przejąć osoby tworzące porządek zgodny z prawem Bożym i naturalnym.
Kolejna pilna potrzeba to przeprowadzenie zmiany podstawy programowej w szkołach na zrównoważoną edukację. Miałoby to polegać na odpowiedniej liczbie godzin nauk humanistycznych i tyleż samo godzin przedmiotów matematyczno-przyrodniczych. Na uczelniach nie powinno być poprawności politycznej. Badania naukowe powinny cieszyć się autonomią.
Nauka religii w szkołach powinna być jednym z najważniejszych przedmiotów, wychowująca dzieci i młodzież do właściwej relacji do Pana Boga i bliźnich. Kształtując odpowiednie postawy moralne i duchowe w młodym pokoleniu Polaków, po trzech dekadach społeczeństwo polskie w ogromnym procencie by się odrodziło.
Życie wymusiłoby budowę nowych szkół i przedszkoli. Świątynie byłyby wypełnione wiernymi, a kraj o ogromnym potencjale ludzkim rozwijałby się dynamicznie w wymiarze ekonomicznym. Powstałyby nowe osiedla domków jednorodzinnych, nowe osady pełne dzieci i młodzieży.
Jest to jedyna droga ratunku narodu polskiego. Powrót do Prawa Bożego. Ale, czy ideolodzy cywilizacji śmierci na to pozwolą? Czy znajdzie się mąż stanu, który uratuje naród polski, przed niebytem dziejowym?
Dekadentyzm polskiej rodziny – w 2022 r. w Polsce było 3 mln bedzietnych małżeństw. Aborcja, antykoncepcja, deprawacja.Głosując na PO czy LEWICĘ wspierasz idee satanistyczne. Aborcja, antykoncepcja, rozwody, eutanazja.Aborcja dzieci polskich – to zabicie Polski.Dla polskiej młodzieży PO i LEWICA to obciach. Sekta satanistyczna. Aborcja i antykoncepcja.Polacy w 2023 r. za życiem dzieci nienarodzonych. 78% Polaków broni życia dzieci nienarodzonych.Faszyści lewicowi i skrajne feministki w latach 2021-2022 pozbawiły życia około 100 tys. polskich dzieci. Aborcja, antykoncepcja.Masowa deprawacja i demonizacja młodzieży w klubach nocnych. aborcja, antykoncepcja.
Dramatyczne dane. Tak źle jeszcze nie było w powojennej historii Polski
W 2022 roku w Polsce urodziło się 305 tys. dzieci. To najmniej od zakończenia drugiej wojny światowej. Spada liczba kobiet w wieku rozrodczym, w dodatku coraz później i coraz rzadziej decydują się na macierzyństwo, a wskaźnik dzietności nieznacznie przekracza 1,26.
– Największym problemem w polskiej demografii jest rozpad więzi społecznych. Duży wpływ mają również kwestie ekonomiczne – ocenia Michał Kot, dyrektor Instytutu Pokolenia.
Z opracowania GUS „Sytuacja demograficzna Polski do 2022 roku” wynika, że pod koniec 2022 roku liczba ludności Polski wyniosła niecałe 37,8 mln, o ponad 141 tys. mniej niż rok wcześniej. Stopa ubytku rzeczywistego wyniosła –0,37 proc., co oznacza, że na każde 10 tys. ludności ubyło 37 osób.
Liczba ludności zmniejsza się od 2012 roku (z wyjątkiem 2017 roku), a pandemia w sposób szczególny pogłębiła niekorzystne trendy obserwowane na przestrzeni ostatniej dekady. Wpływa na nie przede wszystkim przyrost naturalny, który pozostaje ujemny od 10 lat.
– Jeszcze kilka lat temu rodziło się w Polsce około 400 tys. dzieci rocznie, 40 lat temu było to ponad 500 tys., dzisiaj liczba urodzeń oscyluje wokół 300 tys. rocznie i najprawdopodobniej w kolejnych latach będzie spadać – mówi Michał Kot.
W ubiegłym roku urodziło się ok. 305 tys. dzieci. To o niemal 27 tys. mniej niż rok wcześniej i jednocześnie najgorszy wynik w powojennej historii Polski.
GUS – na podstawie trendów z ostatnich 30 lat – określa sytuację ludnościową w kraju jako trudną i ocenia, że w najbliższej perspektywie nie można się spodziewać znaczących zmian gwarantujących stabilny rozwój demograficzny.
– Spadek liczby urodzeń w kolejnych latach jest spowodowany dwoma czynnikami. Po pierwsze, jest mniej kobiet, które mogą urodzić dzieci. Kobiet w wieku 20–39 lat jest około 4,8 mln, ale jeszcze 20 lat temu było to 5,5 mln. Natomiast dziewczynek w wieku od 0 do 19 lat jest w tej chwili 3,7 mln, czyli za 20 lat będziemy mielijeszcze mniej kobiet, które mogą urodzić dziecko. Liczba kobiet w wieku rozrodczym spadła o około 1/3– mówi dyrektor Instytutu Pokolenia. – Drugim czynnikiem jest spadek średniej liczby dzieci, którą urodzi kobieta w ciągu swojego życia.
Współczynnik dzietności to miara określająca przeciętną liczbę dzieci, które urodziłaby kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego. Aby zapewnić stabilny rozwój demograficzny kraju, w danym roku na każde 100 kobiet w wieku 15–49 latpowinno przypadać średnio co najmniej 210–215 urodzonych dzieci, obecnie jest to ok. 126. Jeszcze w 1990 roku wskaźnik ten wynosił 1,99.
Rodziny coraz później decydują się na dzieci. W 1990 roku średni wiek kobiety w momencie urodzenia pierwszego dziecka wynosił 22,7, a obecnie – 28,8. W latach 1990–2022 udział matek w wieku co najmniej 30 lat podwoił się – w ubiegłym roku stanowiły one 55 proc. kobiet rodzących. Coraz więcej pań decyduje o posiadaniu mniejszej liczby dzieci lub nawet o samotnym życiu.
– Około 30 proc. kobiet w wieku 40 lat nie ma żadnego dziecka, ze względu na wiek i na biologię prawdopodobnie już tego dziecka nie urodzi. Kiedy przyglądamy się badaniom osób bezdzietnych, dlaczego tych dzieci nie mają, to najczęstszym wskazaniem jest to, że kobiety nie znalazły odpowiedniego partnera. Czyli można powiedzieć, że samotność, rozpad więzi społecznych to najważniejszy problem polskiej demografii. Wpływ na to mają też kwestie ekonomiczne – mówi Michał Kot. – Największym wyzwaniem są kwestie mieszkaniowe, zwłaszcza problem „uwięzienia” młodych ludzi w małych mieszkaniach. Często są to mieszkania, na które jest wzięty kredyt, czasami jest to kredyt we frankach szwajcarskich, co utrudnia zmianę tego lokum.
Z ubiegłorocznego sondażu Ipsos dla OKO.press wynika, że według 41 proc. badanych kobiety nie decydują się na macierzyństwo ze względu na lęk przed utratą pracy. Niewiele mniej (39 proc.) wskazuje na wysokie wydatki związane z utrzymaniem dziecka. Trzecim z najważniejszych czynników jest ryzyko związane z zajściem w ciążę. Kobiety obawiają się, że nie będzie ich stać (finansowo i psychicznie), aby podjąć się samodzielnego wychowania dziecka. Co czwarta wskazuje na zbyt małe mieszkanie, a 22 proc. – brak pomocy ze strony ojca dziecka.
– Pojawia się często w debacie publicznej taki argument, że zmiana prawa aborcyjnego dokonana przez Trybunał Konstytucyjny wpłynęła na spadek dzietności, ale pytanie, czy to jest prawda. Nie ma żadnych wiarygodnych badań, które potwierdzałyby tę tezę, natomiast kiedy przyjrzymy się liczbie urodzeń w poszczególnych miesiącach przed wyrokiem i po nim, to widzimy, że nie było istotnego spadku. Nie widać, by liczba urodzeń spadła bardziej, niż wynika to z długoterminowych trendów – podkreśla ekspert. – Badania społeczne pokazują, że Polacy i Polki chcą mieć dzieci, chcą mieć zdecydowanie więcej dzieci, niż mają, według wskazań z różnych badań to jest mniej więcej 2,1–2,2 dziecka na osobę. Gdybyśmy te rodzinne aspiracje mieli zrealizowane, to nie mielibyśmy w ogóle problemu demograficznego, bylibyśmy jedynym krajem europejskim z poziomem dzietności powyżej 2, z zastępowalnością pokoleń.
Eksperci GUS podkreślają, że nie należy oczekiwać powrotu do wysokiego poziomu dzietności sięgającego istotnie ponad wartość 2. Utrzymywanie się przez długi czas niskiej dzietności grozi wejściem w tzw. pułapkę niskiej płodności, z której wyjście jest bardzo trudne. Skoro teraz rodzi się mało dzieci, to gdy to pokolenie dorośnie, nie będzie miało licznego potomstwa.
– Będziemy mieli przez najbliższe dekady do czynienia z takimi trendami, że będzie coraz więcej zgonów i coraz mniej urodzeń. To oznacza spadek liczby ludności, oczywiście bez uwzględnienia migracji, starzenie się ludności. Oznacza to, że więcej osób będzie w wieku emerytalnym czy poprodukcyjnym, mniej osób w wieku produkcyjnym. Ma to konsekwencje dla bardzo wielu zjawisk ekonomiczno-społecznych – ocenia dyrektor Instytutu Pokolenia.
Wyniki „Prognozy ludności na lata 2023–2060” GUS wskazują, że w scenariuszu głównym liczba ludności Polski do 2060 roku spadnie do 30,4 mln osób, jednak w scenariuszu niskim może to być jeszcze głębszy spadek – do 26,7 mln. W dodatku kurczyć się będą zasoby ludności w wieku produkcyjnym. Według wyliczeń ZUS na 1 tys. osób w wieku produkcyjnym w 2023 roku będzie przypadać ok. 390 osób w wieku poprodukcyjnym, w 2061 roku – 806 osób, a w 2080 roku – 839 osób. Zmiany demograficzne przełożą się też na wyższe koszty opieki zdrowotnej.
Zdaniem eksperta powinniśmy czerpać z przykładów krajów, którym udało się odwrócić negatywny trend demograficzny, np. Czech. Raport Instytutu Pokolenia „Czeski sukces demograficzny” wskazuje, że jest to kraj z jednym z najwyższych wskaźników dzietności w UE (1,71), podczas gdy jeszcze 20 lat temu miał jeden z najniższych na świecie – 1,14. W przeliczeniu na 1000 kobiet w wieku rozrodczym rodzi się tam zdecydowanie więcej pierwszych (36 proc. więcej) i drugich dzieci niż w Polsce. [Ale wskaźnik (1,71) znczy, że wymierają, tylko.. odrobinę wolniej… MD]
– Przyczynami czeskiego „sukcesu demograficznego” jest przede wszystkim to, że Czesi nie kopiowali innych państw, tylko znaleźli swoją drogę, swoją politykę społeczną, która była zakorzeniona w ich systemie wartości. Czesi w praktyce mocno cenią rodzinę, bardziej niż pracę zawodową i bardziej niż mieszkańcy innych krajów – tłumaczy Michał Kot.
Rodzice w Czechach otrzymują w przeliczeniu 60 tys. zł do wykorzystania na pokrycie kosztów opieki nad dzieckiem od siódmego miesiąca życia dziecka do ukończenia przez nie czwartego roku życia jako zasiłek rodzicielski.
– Czeszki budują więzi, zajmują się dziećmi, a dopiero po ukończeniu przez nie trzeciego roku życia wracają do aktywności zawodowej, czyli przerwa w aktywności zawodowej wśród Czeszek jest elementem, który wyróżnia ich politykę od innych krajów. Czesi są krajem, w którym dzieci od 0 do 3 lat mają najmniejszy odsetek opieki instytucjonalnej i największy odsetek opieki przez rodziców, a jednocześnie kobiety, które wychowują dzieci do lat trzech, mają najniższy wskaźnik aktywności zawodowej spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. Z kolei po ukończeniu przez dzieci trzeciego roku życia mają najwyższy wskaźnik aktywności zawodowej – wyjaśnia ekspert.
W Czechach wskaźnik zatrudnienia matek mających dziecko w wieku 6–14 lat wynosi 92 proc., dla porównania w Polsce jest to 79 proc.
– Na pytanie, czy urodzenie i wychowanie dziecka jest obowiązkiem wobec społeczeństwa, dwa razy więcej młodych Czechów odpowiada twierdząco niż wśród młodych Polaków. Natomiast na pytanie, czy praca zawodowa jest obowiązkiem wobec społeczeństwa, to Polacy częściej odpowiadają „tak”. Na tym systemie wartości Czesi zbudowali swój system polityki społecznej – podkreśla dyrektor Instytutu Pokolenia.
Śmierć wielkich intelektualistów, jak Alain Besançon, pozostawia zawsze po sobie pustą przestrzeń, której nikt nie jest w stanie wypełnić – gdyż takie zjawiska intelektualne są niepowtarzalne. To właśnie wyróżnia tych, którzy stają w gronie gigantów, od szeregu sprawnych, często nawet błyskotliwych historyków, dziennikarzy i pisarzy, którzy nie mają w sobie owej iskry geniuszu.
Śmierć Besançona stanowi dla Polaków tym dotkliwszą stratę, iż opisywał on w znakomity sposób historię imperialnej, zaborczej Rosji, a także, jako jeden z niewielu ludzi Zachodu, rozumiał zachodzące w Europie procesy historyczne. W tym te dotyczące Polski…
„Urodziłem się na ulicy Guynemer, na rogu z ulicą de Vaugirard, naprzeciwko Ogrodu Luksemburskiego, na pierwszym piętrze, wieczorem. Moja mama oczekiwała, że przyjdę na świat trochę później” – pisał o dniu swoich narodzin w Paryżu (25 kwietnia 1932 roku). Pochodził z rodziny lekarzy i farmaceutów, jego ojcem był prof. Louis Justin-Besançon. Swoje życie osobiste, w tym czas dotyczący istotnych przełomów w rozumieniu świata i wpływu ideologii na kształt historii, Alain Besançon opisał w książce „Une géneration” („Pokolenie”), wydanej w roku 1987.
Odkupienie win
Historia i myśl polityczna to był przedmiot jego studiów paryskich, zakończonych dyplomem pod kierunkiem znakomitego historyka Rogera Portala (1957 rok). Okres studiów miał dla niego o tyle istotne znaczenie, że w ich trakcie zapisał się do Francuskiej Partii Komunistycznej i trafił do środowiska intelektualnego mocno lewicującego. Obracał się wśród takich postaci jak Emmanuel Le Roy Ladurie, Annie Kriegel czy François Furet. „Nawrócił się” z komunistycznej drogi (podobnie notabene jak kilku innych jego znakomitych kolegów) w roku 1956, po krwawym stłumieniu przez Sowietów rewolty wolnościowej na Węgrzech. Był wstrząśnięty własnym błądzeniem intelektualnym, gdy dowiedział się, co zawierał słynny tajny referat Chruszczowa o kulcie jednostki i zbrodniach epoki stalinizmu (raport ten został wygłoszony w lutym 1956 roku na XX zjeździe KPZR). Besançon zapisał w „Pokoleniu”: „Z wykształcenia i z ducha jestem historykiem. Postawiony wobec rzeczywistości, zadaję sobie pytanie: jak do tego w ogóle doszło? Jakie znaczenie powinienem nadać temu, co dostrzegam?”. Zaczął więc zastanawiać się także nad tym, w jaki sposób ideologia komunistyczna owładnęła i nim samym, w jaki sposób mogła go uwieść… „To właśnie wówczas postanowiłem poświęcić się studiowaniu i analizowaniu historii Rosji oraz Związku Sowieckiego, by lepiej zrozumieć prawdziwą istotę tego zjawiska. Być może kiedyś zostanie to uznane jako swego rodzaju odkupienie win”.
To wyznanie ma swoją fundamentalną rolę w odkrywaniu nie tylko fenomenu, jakim był Besançon – historyk, myśliciel, filozof idei – lecz także tego, co stanowi i dla nas, Polaków, zadanie do ciągłej pracy, której celem jest lepsze zrozumienie procesów wpływających na dzieje najnowsze Polski i procesów kształtowania naszej zbiorowej świadomości. Historia komunizmu i opresji komunistycznej, której byliśmy poddani przez pół wieku, to przecież nie tylko kwestia zbrodni czy wydarzeń o naturze politycznej, to także historia niewolenia umysłów.
Uwierzyć w niewiarygodne
Besançon (podobnie jak u nas czyni to teraz prof. Andrzej Nowak) umiał spojrzeć na historię Rosji i Związku Sowieckiego w szerokiej perspektywie, rozumiejąc często procesy trwające przez długie wieki, a odciskające piętno nie tylko na historii współczesnej, lecz wręcz na dniu dzisiejszym. Właśnie to „dzisiaj” – z Putinem i Rosją roku 2022, 2023,[—] – wskazuje, że Besançon w wielu swoich analizach, sądach, opiniach miał po prostu rację. I to pisząc na wiele lat przed tym, zanim te opinie mogły się zweryfikować.
Oto biorę do ręki „Krótki kurs sowietologii”, niewielką książkę wydaną w połowie lat 80. przez podziemne wydawnictwo Feniks, a napisaną przez francuskiego historyka dekadę wcześniej. Odkrywa się w niej takie zdania, jak to dotyczące historii ZSRS: „Trzeba uznać za prawdziwe to, co większość ludzi uważa za nieprawdopodobne, trzeba uwierzyć w niewiarygodne. Dwadzieścia lat temu tylko niewielu ekspertów dawało wiarę absurdalnym wprost liczbom wynikającym z obiektywnych danych. Kto zdrowy na umyśle mógłby podawać liczbę sześćdziesięciu milionów ofiar śmiertelnych, jak to czyni obecnie Sołżenicyn, nie wywołując przy tym szczególnej sensacji?”. Opowieść o tym, co w historii Sowietów wydaje się, do dzisiaj zresztą (ten sam model można odnieść do polityki Putina ostatnich dekad), niewiarygodne dla wielu ludzi, a jednak jest prawdziwe – stanowi o tym właśnie, co w pisarstwie Besançona odnajdujemy jako tak celne i wartościowe. Szczególnie że często chodzi tu o pisanie prawdy, wbrew środowiskowym naciskom, wbrew intelektualnym demiurgom sięgającym po rządy dusz za pomocą, mających przewagę we współczesnym świecie, liberalnych mediów. Czyż nie tu leży źródło konfliktu i polemik Besançona z Adamem Michnikiem?
Historia świadomości
„Przekleństwo wieku”, „Anatomia widma” czy też „Święta Ruś”, a także wiele innych książek, które wyszły spod pióra Alaina Besançon, łączą cechy wspólne, przenika je podobny sposób myślenia, wnioskowania, opisywania procesów – czy to będzie dotyczyło kwestii czysto historycznych, sięgających nawet w odległą przeszłość Rosji, Polski, Francji, Europy, czy też religijnych, odnoszących się do Kościoła, wiary, stosunku naszej cywilizacji do islamu, albo wreszcie roli intelektualistów we współczesnym świecie. Taką cechą wspólną jest, wychwytywana w wielu zjawiskach, kwestia wpływu ideologii na umysły, a przez to i na dzieje ludzkości. Ideologia przecież czai się zawsze za ścianą – czy będziemy chcieli opowiadać o niemieckim nazizmie czy o komunizmie, czy wreszcie o leninowskim bolszewizmie. O związkach wzajemnie się przenikających historii, ideologii i jej wpływu na jednostki, a także kształtowania przez jednostki pisał Besançon szeroko. W „Leninizmie metafizycznym” zauważał: „Istnieje historia świadomości, tak jak istnieje historia materii; jest to zresztą ta sama historia”. W ideologii leninowskiej widział korzenie wykwitającego z niej zła totalitaryzmów. Obu zresztą – i sowieckiego, i niemieckiego.
Dlaczego zgłębianie dziejów Rosji ma takie znaczenie? „W historii Rosji istnieje najbogatszy wachlarz typów władzy absolutnej. Rytualizm bizantyjski, mongolskie okrucieństwo, mesjanizm XVI wieku, piotrowy woluntaryzm, petersburski imperializm stanowią tyleż modeli i form gotowych do ponownego zastosowania” – twierdził w „Sowieckiej teraźniejszości i rosyjskiej przeszłości” w 1978 roku w „Commenataire” (A. Besançon, „Świadek wieku”, wyd. Fronda 2006).
Wspólnota narodów dawnej Rzeczypospolitej
Kluczowa, także dla Polaków, była ocena Besançona dotycząca wydarzeń czasów przełomu, upadku komunizmu i przepoczwarzenia się go w inne systemy: mowa tu zarówno o samej Rosji, jak i o Polsce. W obszarze rosyjskiej polityki zagranicznej pisał Besançon już w 1993 roku („Arka” nr 44–45), iż celem Rosji stanie się „odtworzenie imperium, odzyskanie dawnych republik”. W którą stronę będzie skierowana agresywna polityka Kremla? Odpowiedź nie pozostawia złudzeń: „Celem imperialnej rekonkwisty będzie więc naturalnie zachód. W pierwszym rzędzie region nadbałtycki – obszar dążeń zaborczych Rosji od czasów Iwana Groźnego i Piotra Wielkiego, oraz Ukraina, bez której Rosja nie mogłaby osiągnąć statusu wielkiego mocarstwa [wytłuszczenie TŁ]. Dopóki Ukraina jest oddzielona, dopóty Rosja może być faktycznie tylko czymś w rodzaju wielkiej eurazjatyckiej Kanady”. I dodawał znamienne słowa o roli Polski: „Od powrotu do rangi super-imperium odgrodzić może ją tylko odrodzona w jakiejś nowej formie wspólnota narodów dawnej Rzeczypospolitej: Polski, Ukrainy, Białorusi, Litwy. (Dodam przy okazji, że jestem gorącym zwolennikiem odtworzenia takiej wspólnoty, odnowienia Rzeczypospolitej)”. Besançon swoje rozważania (jeszcze raz podkreślę – to był 1993 rok!) zakończył ostrzeżeniem przed tym, jaką politykę będzie prowadzić Rosja – nie demokratycznych zmian, lecz podboju oraz „rekonkwisty Ukrainy, Białorusi i Litwy, odwojowania tego wszystkiego, co niegdyś – w XVII i XVIII wieku – Rosja zabrała już raz Rzeczypospolitej i co uczyniło z niej mocarstwo”.
Kolejne dekady pracy twórczej Besançona przyniosły jeszcze inne ważne teksty, artykuły, eseje, ostrzegające przed prawdziwym obliczem Rosji i Putina. Tym bardziej że Putin pokazywał owo oblicze wielokrotnie, choćby w Czeczenii, a Zachód nadal ślepo wierzył w jakąś „demokratyzującą się” Rosję, którą będzie można „oswoić”. W wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” z 2000 roku mówił Besançon o Putinie: „Ten człowiek winien jest zbrodni ludobójstwa, jak zatem można wierzyć w jego obietnice, że będzie demokratyzował państwo? Nie zapominajmy także, że Rosja stanowi zagrożenie dla byłych republik sowieckich, przede wszystkim dla państw bałtyckich i Ukrainy”.
Co znamienne, Alain Besançon doczekał się przeciwników także nad Wisłą. Z racji tego, iż celnie i prawdziwie komentował wydarzenia związane z pieriestrojką oraz przeprowadzenie zmian systemowych w Polsce, atakując sposób transformacji, układ okrągłostołowy i zawiązany wówczas „sojusz solidarnościowo-komunistyczny”, jako swego rodzaju „podwójną monopartię”. Michnik – wskazywany przez niego jako jeden z głównych macherów odpowiedzialnych za taki właśnie kształt transformacji – zaatakował go w odwecie tekstem pod tytułem „Przegrałeś, Alain”.
Lecz, jak zawsze, ostateczny rachunek przynosi historia. Alain wygrał, na przekór życzeniom redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Wygrał, gdyż zostawił po sobie dzieło intelektualne, którego owocem było, jest i będzie to, co w istocie najważniejsze – prawda. Prawda, która zwycięża mrok. Intelekt idący szlakiem Prawdy idzie zawsze szlakiem Miłości.
W nachalnie powtarzanej reklamie energetyki jądrowej pojawia się rodzina państwa Atomickich. To typowi wykształceńcy. Gdyby pofantazjować trochę na temat tej rodzinki można założyć, że tatuś jest socjologiem, a mamusia psychologiem klinicznym. Obydwoje są przekonani że zjedli wszelkie rozumy, że znają się równie dobrze na wirusologii, wyścigach konnych zasadach dodekafonii i energetyce jądrowej. Tatuś pracuje jako head hunter na rzecz międzynarodowej korporacji, mamusia diagnozuje osoby nie przystosowane do życia we współczesnym społeczeństwie. Tacy ludzie działają według zasady– „ja wam rzucam myśl a wy go łapcie”.
Nie ustalono definitywnie autora tej rewolucyjnej zasady. Zdania są podzielone – jedni twierdzą, że był to Roman Werfel inni że Hilary Minc a jeszcze inni, że słynny generał gazrurka – Kazimierz Witaszewski. Dodam, że Witaszewski funkcjonował swego czasu jako jednostka inteligencji. Jeden Witaszewski równał się jednej czwartej nogi stołowej. Dla nie znających specyfiki PRL mogę przybliżyć sposób działania naszych domorosłych reformatorów przywołując Ferdynanda Kiepskiego, bohatera znanego serialu. „Mam pomysła” twierdzi Kiepski i żąda natychmiastowego wcielania tego „pomysła” w życie.
Może to być projekt zastąpienia samochodu spalinowego samochodem elektrycznym. Nie ma znaczenia, że produkcja elektryków przynosi środowisku o wiele większe szkody niż produkcja i eksploatacja samochodów spalinowych, że elektryki w przypadku pożaru są gaszone przez kilkanaście godzin hektolitrami wody w specjalnych kontenerach, że są potwornie drogie.
Może to być również projekt zainstalowania w każdym mieście małego reaktora jądrowego. Kiepski nie ma pojęcia o fizyce jądrowej, nic go nie obchodzą znane katastrofy elektrowni jądrowych i ich konsekwencje. Kiepski ma pomysła i koniec. Kiepski locuta causa finita. Kiepski uważa, że bawełniana szmatka na twarzy chroni przed covid- 19. To bez znaczenia, że jak twierdzą specjaliści taka zawilgocona oddechem szmatka działa jak szalka Petriego na której hoduje się bakterie i wirusy. Kiepski jest ekonomistą lecz bez wahania podejmuje wiążące decyzje w sprawach medycznych, można powiedzieć, że w sprawach życia i śmierci. Kiepski jest moralnie odpowiedzialny za blisko dwieście tysięcy tak zwanych nadmiarowych zgonów związanych z jego zarządzeniami lecz któżby pociągał Kiepskiego do odpowiedzialności prawnej. Kiepski jest z definicji kiepski intelektualnie więc jak góry u Goethego jest poza dobrem i złem. Nie podlega ocenie prawnej ani żadnej innej. Jak wykazują liczne badania część rzekomych szczepionek zawierała roztwór soli fizjologicznej czyli placebo. To bez znaczenia gdyż Kiepski nie ma oporów przeciw przeprowadzaniu eksperymentów na ludziach bez ich wiedzy i zgody.
Małe reaktory to prototyp testowany w Kanadzie i przeznaczony do instalowania w Polsce. Jak wiadomo prawo w Polsce zabrania instalowania eksperymentalnych urządzeń jądrowych. Cóż kiedy Kiepski miał pomysła a regulacje prawne niewiele go obchodzą. I tak nie ma przecież pojęcia o fizyce jądrowej a dyskusje z fachowcami w tej dziedzinie niewiele by zmieniły. Kiepski ma zresztą pod ręką fachowców dyspozycyjnych takich jak niezniszczalny Strupczewski, a przede wszystkim specjalistów od geopolityki którzy widzą w energetyce jądrowej okazję do zagrania na nosie Niemcom. Przyznam, że ten aspekt wprowadzenia w Polsce energetyki jądrowej przyjęłabym z prawdziwą schadenfreude pod warunkiem, że Kiepscy z właściwym im poziomem kultury technicznej nie wysadzą w powietrze całej planety, o której dobro tak się przecież troszczą. Kiepskim wydaje się, że są niezwykle nowocześni i postępowi. Przewidział to Mrożek (prorok jakiś – ki diabeł) i opisał w wydanym w 1959 roku satyrycznym opowiadaniu „ Wesele w Atomicach”. Nie ma sensu tego streszczać. Zacytuję dosłownie
„Nadszedł dzień wesela. Trochę nieporęcznie wypadło, bo akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, pustynie zaś zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugą stronę. W związku z tym droga do kościoła wypadła nieco dalej, zaś u mnie na podwórku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością można było wyjść z domu.”
Jak to na wiejskim weselu – doszło do bójki lecz bójka była też bardzo nowoczesna.
„Smyga zaszedł Piega i niespodziewanie wypalił go głowicą atomową, co ją miał schowaną za pazuchą. Pieg zatoczył się i zaczął promieniować, ale zdążył jeszcze guzik u surduta nacisnąć i z wyrzutni, co ją miał ukrytą w prawej nogawce, rakietę średniego zasięgu prosto w czoło tamtemu puścił. Byłby niewątpliwie Smygę wykończył, gdyby nie to, że mu ostatni człon rakiety nie odpalił i przez to nastąpiła dewiacja z kursu. Cofnął się Smyga, zakołysał i oparł o barierę cieplną, ale ta pękła i Smyga poleciał w głąb temperatury, przy stale wzrastającym jej współczynniku. – Ludzie, co robita?! – zawołał ojciec panny młodej, wskazując na staroświecki ścienny licznik Geigera”.
Narrator wraca z wesela do domu:
„Noc była jasna, bo od zagrody, gdzie odbywało się wesele – takie promieniowanie biło, że bez trudu drogę znajdywałem. Szło się rześko, bo deszczyk radioaktywny też skropił raz i drugi. Trochę mi tylko to przeszkadzało, że czułem ssanie w organizmie, no, ale po zabawie – to rzecz zwyczajna – no i to, że zaczęły mi wyrastać dodatkowe nóżki, po trzy pary z każdej strony, zielony róg na czole, a na grzbiecie chitynowy pancerzyk. Jakoś jednak dobrnąłem do chałupy, przelazłem przez szparę w ramie okiennej i znalazłszy sobie zaciszne miejsce na listwie za szafą, z dala od pająków – zasnąłem spokojnie, rozpamiętując, jak to było na tym hucznym weselisku”.
Byłoby to bardzo zabawne gdyby nie lekcja jaką udzieliły ludzkości katastrofy w Czarnobylu i Fukushimie. Po obejrzeniu w sieci zdjęć zatytułowanych: „ dzieci Czarnobyla” nawet największy entuzjasta energetyki jądrowej odzyska być może rozum.
Już to pierwsze, jakżeż arcy-katolickie pozdrowienia nowo wybranego papieża, którym został postępowy biskup argentyński, jezuita Bergoglio, wskazywało, w jaką stronę będzie sterował i prowadził Kościół nowy arcypasterz. Pominę tu, dla jasności wywodu, alarmy i wskazania, że w konklawe przeważyła intryga tak zwanej mafii z Sankt Galen, jak sami siebie ci postępowi hierarchowie nazwali. Włoski watykanista Socci w książce „To nie jest Franciszek” [po polsku ostrożny wydawca kazał zmienić na „Czy to naprawdę Franciszek”] wskazywał również, wykazał raczej, że Bergoglio został wybrany w sposób sprzeczny z prawem watykańskim, więc jest fałszywym papieżem. Ponieważ jednak tak biskupi z całego świata, jak i tak zwany lud boży przyjęli go jako papieża, o tej sprawie tylko wspominam. Jedynie dla zastanowienia się umieszczam uwagę Antonio Socci [str. 175]: Warto mieć na uwadze fakt, że wybór papieża to nie kłótnia przy pichceniu bigosu, którą można zażegnać na włoską modłę, przechodząc do porządku nad zaszłościami przy szklance wina. Papież nie jest przewodniczącym komitetu blokowego. Konwalidacja wyboru nowego wikariusza Chrystusowego angażuje i zobowiązuje samego Boga, który «stosuje się» do reguł stanowionych przez jego zastępcę, w tym wypadku Jana Pawła II. Z ustanowienia Bożego Piotrowi powierzona jest władza kluczy. Jeżeli zaś nie respektuje się norm ustanowionych przez Piotra, nie następuje elekcja jego następcy, którą może uznać za ważną sam Bóg, udzielający z wysoka władzy Piotrowej. Gdyby nawet arbitralnie za ważny uznali ten wybór ludzie, to i tak jeszcze sam Bóg musi go uznać za ważny. Jeśli zatem 13 marca 2013 roku doszło do pogwałcenia norm ustanowionych przez Jana Pawła II, to na kardynała Bergoglio nie zstąpiła w sposób nadprzyrodzony władza, która — według doktryny katolickiej — wypływa z prawomocnego wyboru. Brak łaski stanu i brak asystencji nadzwyczajnej Ducha Świętego, gwarantowanej papieżom wybranym prawomocnie, tłumaczyłyby ponadto ogrom «nieroztropnych» wypowiedzi kardynała Bergoglio w ostatnich latach.
— 0 —
Przejdźmy jednak do już 10-letniej działalności duszpasterskiej Franciszka. Wymienię tylko hasłowo: Jego cześć i oddanie dla jakiś bożków pogańskich, na przykład: drewniana figura ciężarnej Paczamamy, jak również poddawanie się okadzaniu i zaklęciom przez szamanów czy czarowników, na przykład w czasie wizyty w Kanadzie, bulwersujące zdania o zboczeńcach, w tym pederastach, które rozrosły się do całej nauki o tym że ‘najważniejsze to jest miłość i miłosierdzie, a w jaki sposób okazywane to już zostawmy poszczególnym ludziom’ czy nurtom a przecież zboczenia w tym pederastia były najsurowiej piętnowane tak w Starym jak i w Nowym Testamencie.
Wskazuje to więc, że Franciszek wszedł na jakąś nową drogę można by powiedzieć odkrywczo próby połączenia wszystkich religii, w pierwszym rzędzie tak zwanych monoteistycznych, to jest islamu talmudyzmu i chrześcijaństwa, a w chrześcijaństwie uwzględnienie w tym nurtu ‘jakiegoś pobocznego’, jakim jest katolicyzm – wskazuje, że jego, Franciszka mentor dąży do jawnego stworzenia religii synkretycznej. Wspomnę tylko, że Franciszek w czasie ostatniej wizyty w Mongolii, gdzie jest przecież tylko około 1000 katolików, wyraził ogromne uznanie dla zdolności Czyngis-chana integrowania różniących się ludów, jak również zachwycał się tam szamanami, buddyzmem i ekologią tamtejszych mieszkań czyli jurt.
PAPIEŻ ??
Uważam, że cele Generała prowadzącego Franciszka na tych wertepach wiary są podwójne, ale tylko pozornie rozbieżne. [Dla mniej domyślnych: jest to z pewnością Syn Jutrzenki, czyli Lucyfer]. Jednym z tych celów jest pójście dużej części owieczek pasących się na łąkach Kościoła katolickiego za tym, może mniej pasterzem, a raczej – głównym baranem. I ta część idzie właśnie, wesoło bieży w kierunku kościoła synkretycznego. Jest jednak i drugi nurt owieczek, czy baranów, który wynika z nauczania Franciszka:
Mianowicie część ludzi zniesmaczona i zniechęcona taką mieszanką wiary niby- katolickiej, z elementami islamu i pogaństwa, odejdzie całkowicie od religii uważając, że „wszystkie te religie to taki sobie podobny do siebie bełkot”. Ten kierunek również jest przewidziany przez Ojca Kłamstwa.
====================
Dzięki Bogu, jest jednak i trzecia droga którą jak widzę, wybiera coraz więcej księży, nawet biskupów, a szczególnie wiernych. Jest to droga powrotu do Tradycji katolickiej, do Mszy Wszechczasów, i wiary przekazanej nam przez Jezusa Chrystusa i jego apostołów. Do wzmocnienia się tego nurtu przyczyniła się już znacznie hucpa z tak zwanym covidem, tchórzliwe i głupie zachowanie się wielu hierarchów kościoła posoborowego, jak na przykład nakaz, by w czasie mszy świętej w kościele było jedynie pięć osób [i to – w kagańcach czyli namordnikach..] doprowadziło do silnej reakcji tak wiernych, jak i kapłanów. Przypomina mi się tu ksiądz proboszcz, który w tym najgorszym czasie szantażu covidowego mówił w wielkim kościele do wiernych przed mszą świętą: Nakazano nam, by na mszy było jedynie pięć osób. Więc policzmy: raz, dwa, trzy, cztery, pięć; i w tym momencie zdejmował okulary i mówił ku radości i rozbawieniu wiernych: więcej nie widzę. Otrzeźwienie nastąpiło więc raczej na poziomie parafii, niż na poziomie diecezji. Sporo księży przeszło jednak w ostatnich kilku latach do Bractwa Świętego Piusa X, czyli powróciło na normalne drogi tradycji religii katolickiej. Pomogły w tym tak groźne bujdy o „pandemii”, jak i dziesięć lat trwające brednie Franciszka. No i – miałkość i bierność „posoborowych” biskupów. Piszę to w niedzielę, w którą w samej Warszawie, to jest w Radości i Józefowie było sześć mszy świętych wszechczasów, a w dni powszechne – też, widzę pięć… Mamy już kilkudziesięciu księży w Polsce, na świcie ponad siedmiuset. W Polsce jest już 37 przeoratów, kościołów i kaplic Bractwa. Bo taki jest napór ludzi otrząsających się z tych lewacko- ekumeniczno – ekologicznych bredni Franciszka okupującego Tron Piotrowy.
Niemcy wycofują się z energetyki atomowej i mimo kryzysu energetycznego, nie zamierzają zmieniać swoich planów. Kanclerz Olaf Scholz w odpowiedzi na apele FDP o wstrzymanie rozbiórki wygaszanych elektrowni atomowych, wyraził się dość jasno: to „padły koń, na którego nie na sensu wsiadać”.
Słowa te padły w radiu Deutschlandfunk. Kanclerz wskazał, że proces wycofywania się Niemiec z atomu już się prawnie dokonał.
Olaf Scholz był pytany o sprawę atomu, bo w piątek partia FDP, która tworzy wraz z SPD i Zielonymi rząd, zażądała od szefa rządu, by powstrzymać demontaż elektrowni atomowych. Chodziło o trzy zakłady, które wciąż jeszcze można uruchomić.
Kanclerz jednak rozwiał wszelkie wątpliwości, wskazując, że energetyka jądrowa w Niemczech się skończyła i nie ma do niej powrotu. – Fakty są takie, że wraz z zakończeniem używania energii atomowej, rozpoczęła się także rozbiórka elektrowni – dodał.
Niemcy chcą do końca obecnej dekady pozyskiwać 80 procent swojej energii ze źródeł odnawialnych i inwestując w energetykę wiatrową, solarną, wodną, a także w biomasę.
Źródło: dorzeczy.pl
==========================
Mirosław Dakowski, fizyk rozszczepienia: Niemiec, panie dziejaszku, polityk, a mówi sensownie..
Żydoukraiński oligarcha Ihor Kołomojski, który według śledczych dopuścił się oszustw i prania pieniędzy, został aresztowany na 2 miesiące z możliwością wpłacenia półmiliardowej kaucji.
Zelenski pozbywa się swojego sponsora. Jak napisał portal ukrinform.net, w sobotę sąd w Kijowie zdecydował o zastosowaniu środka zapobiegawczego wobec Ihora Kołomojskiego. Aresztowano go na 60 dni z możliwością wniesienia ponad 509 mln hrywien (około 57 mln zł) kaucji.
Wcześniej podano, że Służba Bezpieczeństwa Ukrainy uznała Kołomojskiego za podejrzanego o oszustwo i pranie brudnych pieniędzy. Zdaniem śledczych, w latach 2013-2020 Kołomojski miał zalegalizować ponad pół miliarda hrywien, transferując je za granicę z wykorzystaniem instytucji bankowych, które wówczas były w jego posiadaniu.
Jak zaznaczono, nawet w razie wpłaty kaucji na Kołomojskim będzie ciążyć obowiązek stawiania się na wezwanie sądu i oddania paszportu. Nie będzie mógł też opuszczać miejsca zamieszkania bez zgody sądu. Ponadto, oligarsze nie wolno kontaktować się ze świadkami lub innymi podejrzanymi.
W lutym br. SBU i Biuro Bezpieczeństwa Gospodarczego przeprowadziły przeszukanie w domu Ihora Kołomojskiego. Chodziło o śledztwo dotyczące spółek „Ukrtatnafta” i „Ukrnafta”, których jest udziałowcem.
Na pytanie dziennikarza, czy miał czas zapoznać się z zarzutami, Kołomojski oświadczył, że „naprawdę krótko, powierzchownie”. Zaznaczył też, że się z nimi nie zgadza.
Latem ubiegłego roku Hennadij Korban, bliski współpracownik Kołomojskiego, utknął na polsko-ukraińskim przejściu granicznym. Miał zostać poinformowany, że na mocy prezydenckiego dekretu pozbawiono go obywatelstwa Ukrainy. Wcześniej nieoficjalnie informowano, że obywatelstwo miał stracić również sam Kołomojski. Obaj mają żydowskie pochodzenie.
Jak przypomniał portal kresy.pl, w marcu 2021 roku Stany Zjednoczone wpisały Kołomojskiego na listę sankcyjną Powodem była “znacząca korupcja”, której miał dopuścić się w latach 2014-2015, kiedy to był gubernatorem obwodu dniepropietrowskiego. Według Amerykanów, wykorzystywał piastowany urząd do celów osobistych.
Należy zaznaczyć, że prezydent Wołodymyr Zelenski, był przez dłuższy czas uważany za powiązanego z Kołomojskim. Faktem jest, że politycznie wywodzi się ze środowiska tego żydo-ukraińskiego oligarchy. Kołomojski był faktycznym protektorem obecnego prezydenta, który wyniósł go na stanowisko głowy państwa. To właśnie na antenie stacji „1+1”, należącej do oligarchy, Zełenski ogłosił swój start w wyborach (oświadczenie w tej sprawie wyemitowane dokładnie w tym czasie, gdy inne stacje pokazywały noworoczne przemówienie Poroszenki). Sam Zełenski zapewniał, że jego relacje z Kołomojskim miały charakter wyłącznie biznesowy.
NASZ KOMENTARZ: Wygląda na to, że z jakichś powodów na Ukrainie doszło do “kłótni w rodzinie”. Zełenski pozbył się swojego sponsora w ramach bliżej nieznanych porachunków mafijnych. W każdym razie walka tych dwóch panów nie może być nazywana “antysemityzmem”, gdyż obaj są Żydami