=====================================
Horizon Air Services:

Tak sobie „Джентельмены” rozmawiają…
==============================








————————————-


O wiele więcej tu:
=====================================
Horizon Air Services:

Tak sobie „Джентельмены” rozmawiają…
==============================








————————————-


O wiele więcej tu:
https://www.oficyna-aurora.pl/aktualnosci/lotnicze-wojny-wyborcze,p1407416953
LOTNICZE WOJNY WYBORCZE
2023-06-30 Sławomir M. Kozak
Do prezydenckich wyborów w USA jeszcze prawie półtora roku, ale będą one z pewnością ciekawe. Oto, z ramienia Demokratów zamierza w nich startować członek klanu Kennedy’ch, Robert Francis junior, który domaga się ujawnienia dokumentów dotyczących okoliczności śmierci swego stryja, zamordowanego w 1963 r. amerykańskiego prezydenta Johna Kennedy’ego i ojca – prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych Roberta, który stracił życie w zamachu, w r. 1968. Miliony Amerykanów chciałyby poznać szczegóły tych zabójstw, stąd obecny kandydat może z pewnością liczyć na duże poparcie, już choćby dla tej sprawy.
Niewiele jednak osób pamięta już o pierwszym z rodu Kennedych, który również zginął tragicznie – śmiercią lotnika. Był nim Joseph Kennedy junior, brat obu polityków.
Porucznik Joseph Kennedy Junior, pilot Marynarki Wojennej USA, uczestnik inwazji w Normandii, poległ podczas jednej z misji w r. 1944 nad Suffolk we wschodniej Anglii, jako członek załogi samolotu BQ-8, zmodyfikowanej wersji bombowca B-24, będącego jedną z pierwszych, prymitywnych jeszcze wersji dzisiejszych dronów. Idea narodziła się w głowach sztabowców amerykańskiego lotnictwa wojskowego i, realizowana pod kryptonimem „Afrodyta”, miała wykorzystywać przebudowane bombowce B-17 do misji bezzałogowych. Wiemy, że w roku 1946 taki zdalnie sterowany prototyp drona oparty na płatowcu B-17 pokonał z sukcesem 4 000 km, co stanowiło wówczas rekord odległości lotu dla tego typu maszyny.
Podobne próby podejmowała Marynarka Wojenna, która przeprowadziła tylko dwie tego typu misje, w ramach tak zwanej operacji „Anvil” z zamysłem zwalczania silnie bronionych celów na japońskich wyspach Pacyfiku. Korzystając z okazji polecam swoją książkę „Requiem dla Amelii Earhart”, w której pisałem między innymi o tym właśnie miejscu świata i ówczesnych operacjach wojennych. W tym przypadku Marynarka wykorzystywała wysłużone i wyeksploatowane B-24, które po usunięciu wyposażenia i opancerzenia wypełniano silnie wybuchowym materiałem Torpex. „Anvil” wykorzystywał dosyć skomplikowany system zdalnego sterowania. Obraz z kamery telewizyjnej drona był przesyłany do będącego w powietrzu innego samolotu typu B-17, który następnie wysyłał polecenia korekty kursu do przerobionego samolotu PV-1 Lockheed Ventura, który faktycznie sterował dronem. W rejonie Morza Północnego odbyły się dwie misje „Anvil”, obie nieudane. Załoga, po doprowadzeniu samolotu w rejon celu, powinna się po uzbrojeniu ładunku ewakuować. Podczas pierwszej z nich, samolot z materiałem wybuchowym eksplodował przedwcześnie i zabił obu pilotów, w tym pilota Kennedy’ego. Po drugiej, równie nieudanej misji, zrezygnowano z dalszych tego typu operacji. Przypomnę, że ojciec Josepha był w latach 1938-1940 ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Londynie. Opowiadał się za polityką ustępstw wobec Niemiec i izolacjonizmem. Na rok przed wejściem Ameryki do wojny został z placówki odwołany, choć encyklopedie podają do dziś, że podał się do dymisji.
Jego rodzina doświadczała w każdym pokoleniu nagłych zgonów. W dniu pogrzebu najsławniejszego z rodu – prezydenta J. Fitzgeralda Kennedy’ego, jego syn, też John, kończył dokładnie 3 lata. Cały świat zobaczył wówczas poruszające ujęcie małego chłopca oddającego salut okrytej sztandarem trumnie przed katedrą św. Mateusza w Waszyngtonie. 35 lat później zginął w wypadku pilotowanego przez siebie samolotu Piper Saratoga u wybrzeża atlantyckiej wyspy Martha’s Vineyard. Razem z nim zginęła jego żona oraz jej siostra. Wrak zlokalizowano po dwóch dniach, po kolejnych dwóch wydobyto zwłoki i poddano autopsji, w wyniku której stwierdzono, że śmierć całej trójki nastąpiła na skutek silnego uderzenia samolotu o wodę. Ciała błyskawicznie skremowano i już następnego dnia rano prochy rozsypano nad oceanem. Oficjalnie rozgłaszano wtedy pogląd, jakoby lot odbywający się nocą był wykonywany w niesprzyjających warunkach pogodowych, co według mojej wiedzy nie było prawdą, bo komunikaty meteo podawały „niebo bez chmur do wysokości 12 000 stóp, widzialność 10 mil”.
Tymczasem, 4 czerwca tego roku, miał miejsce w USA niezwykły wypadek lotniczy. Mieszkańcy stolicy państwa, a także części stanów Maryland i Wirginia usłyszeli około 15ej grzmot, który wielu wystraszył. Jak się później okazało, był to odgłos wydawany przez myśliwce przekraczające barierę dźwięku. To niezbyt częste zjawisko w rejonie Waszyngtonu. Cóż się wydarzyło?
Z lotniska Elizabethton w stanie Tennessee, wystartował dwusilnikowy samolot typu Cessna Citation 560. Zmierzał na nowojorskie lotnisko MacArthur na Long Island, odległe o 930 kilometrów. Nie znamy jeszcze większości szczegółów, ale wiemy, że w miejscu, w którym powinien rozpocząć podejście do lądowania, zawrócił i zaczął lecieć w kierunku lotniska, z którego wystartował. A to oznaczało, że kierował się prosto na Waszyngton. Kiedy Cessna zbliżała się do strefy ograniczonego ruchu lotniczego, jakim objęty jest rejon wokół stolicy, z tak zwanej bazy wspólnej Andrews wystartowała para dyżurna, czyli dwa samoloty F-16, żeby maszynę przechwycić, skierować poza rejon zastrzeżony i zmusić do lądowania. Podleciały do niej z dwóch stron, a prowadzący samolot myśliwski próbował wywołać pilota przez radio. Jako, że wezwanie to nie spotkało się z żadną reakcją, piloci wystrzelili flary, które miały zwrócić uwagę prowadzącego Cessnę na obecność wojskowych maszyn. Także to nie przyniosło żadnego efektu. Jeden z myśliwców zbliżył się do Cessny i pilot F-16 zauważył, że w kokpicie znajduje się pilot złożony wpół i nie dający oznak życia. Chwilę później Cessna niespodziewanie runęła w dół. Co ciekawe, policję powiadomiono o katastrofie dopiero pół godziny później, dokładnie o 16ej. Dotarcie do miejsca upadku samolotu zabrało ratownikom 4 kolejne godziny. Wypadku nikt nie przeżył.
Na pokładzie, oprócz pilota, znajdowały się dwie kobiety i dziecko. Samolot był zarejestrowany na firmę Encore Motors z Melbourne, na Florydzie, której właścicielami są John i Barbara Rumpel. Po odwiedzinach w ich rodzinnym domu w Tennessee, do Nowego Jorku samolotem wracała ich 49-letnia córka Adina Azarian ze swoją 2-letnią córeczką i nianią. Adina nie była związana z państwem Rumpel więzami krwi. Zaadoptowali ją, kiedy była już dorosłą kobietą. Prawdopodobnie wpływ na tę decyzję miała tragiczna śmierć ich córki Victorii, która w 1994 roku, w wieku 19 lat, utonęła podczas nurkowania. Upamiętnili jej imię kupując w roku 2004 11-piętrowy budynek, w którym uruchomili ośrodek dla seniorów, nazywając całość Victoria Landing. Czy takich ludzi, zdolnych do pięknych i wzruszających gestów dotknęło kolejne fatum? Ślepy los, który się na nich uwziął? Tego nie wiemy.
Wiele wskazuje na to, że w samolocie wystąpiła dekompresja, która może doprowadzić do hipoksji, czyli niedoboru tlenu w organizmie, choć wydaje się to dziwne, żeby systemy ostrzegawcze zawiodły i pilot nie skorzystał z dostępnej w kabinie maski. A, być może mamy tu pierwszy efekt eksperymentów medycznych przeprowadzanych w ostatnich dwóch latach również na pilotach?
I tu kolejne pytanie – dlaczego w kokpicie nie było drugiego pilota? Tego typu samolot na ogół pilotują dwie osoby. I najdziwniejsze – z jakiego powodu samolot runął nagle w dół? Czy obawiano się, że samolot może kolejny raz zawrócić i przelecieć nad Białym Domem lub Kapitolem i postanowiono, że lepiej byłoby, gdyby się rozbił w górzystym i zalesionym terenie odległym od skupisk ludzkich? Uważam, że nie można odrzucić takiej wersji zdarzeń. Państwo Rumpel przyjaźnią się od lat z Donaldem Trumpem, na którego kampanię wyborczą łożyli potężne środki. Nawiasem mówiąc – John Rumpel wspiera też gubernatora DeSantis – kolejnego politycznego przeciwnika obecnej administracji, a do tego wraz z żoną są szczególnie aktywnymi działaczami Narodowego Stowarzyszenia Strzeleckiego Ameryki, propagującego, jakże zwalczane obecnie w Stanach, prawo do posiadania broni palnej. Cóż, tragedia tej konkretnej rodziny szybko przestała być newsem w samej Ameryce, a u nas w ogóle niewiele osób ją odnotowało.
Ale może to dlatego, że w zasadzie rozpoczęła się już w Polsce nieoficjalna jeszcze kampania wyborcza i mamy swoje własne lotnicze przypadki, które rozgrzewają tubylczą scenę polityczną. Oczywiście, na miarę naszych możliwości. Oto, tego samego dnia, 4 czerwca tego roku, nad głośnym już i licznym antyrządowym marszem tak zwanej opozycji, przeleciał samolot ciągnący banner z napisem „do Berlina”, co rozsierdziło polityków Platformy. W prasie pojawiły się zapowiedzi pociągnięcia nieprawomyślnego pilota do odpowiedzialności. Żeby było ciekawiej, dokładnie w tym samym czasie inny pilot, lecący śmigłowcem, wyrysował na warszawskim niebie mało przychylną, acz powszechnie znaną, ośmioliterową opinię na temat grupy trzymającej władzę. Cóż, wojna wyborcza dopiero się rozpędza, a skoro obie strony sięgają po siły powietrzne już na tym etapie, to finisz z pewnością będzie widowiskowy.
Sławomir M. Kozak
www.oficyna-aurora.pl
„Protektor” diabelskiego komunizmu w Turkmenii. Kiedy takie „inteligentne miasto” pod Warszawą? Wielki soc- projekt.
„inteligentne-miasto”-kosztowalo-ponad-3-miliardy-dolarow/

Prezydent Turkmenistanu Serdar Berdymuhamedow oficjalnie zainaugurował w czwartek ogromną, wielomiliardową inwestycję okrzykniętą pierwszym „inteligentnym miastem” w kraju i nazwaną na cześć ojca prezydenta, który ustanowił wszechobecny kult jednostki, gdy przez kilkanaście lat sprawował władzę.
Miasto zaprojektowane dla 73 000 osób nosi nazwę Arkadag (Protektor) – to tytuł używany przez byłego prezydenta Gurbangułę Berdymuhamedowa, który rządził krajem przez ponad 15 lat i w 2022 roku został zastąpiony przez swojego syna Serdara.
Ceremonia otwarcia obejmowała m.in. teatralny korowód lokalnych robotników śpiewających pieśni patriotyczne na cześć imiennika miasta. W mieście znajduje się m.in. pomnik ulubionego konia byłego prezydenta, który ustanowił rekord Guinnessa w biegu na 10 metrów na tylnych nogach.
Budowa nowego miasta kosztowała 3,3 miliarda dolarów, ale władze planują wydać jeszcze tyle samo w ciągu najbliższych kilku lat na udoskonalenie tego miejsca.
W Arkadagu wszystkie budynki są białe, a wszystkie bloki mieszkalne mają siedem pięter. Dozwolone jest używanie tam tylko pojazdów elektrycznych, a docelowo miasto ma być zasilane energią słoneczną i mieć „inteligentne” domy, którymi mieszkańcy będą mogli sterować za pomocą swoich smartfonów.
Miasto zostało zbudowane w pobliżu rodzinnej wioski byłego prezydenta w południowym Turkmenistanie, ok. 30 kilometrów na południe od stolicy Aszchabadu.
Od czasu uzyskania niepodległości od Związku Radzieckiego w 1991 r. Turkmenistan jest rządzony przez autorytarny reżim, który nie dopuszcza do głosu opozycji i ma bardzo ograniczone relacje z zagranicą. [ładny dowcip: przecież robią to pod dyktando !! MD]
Zarówno Gurbanguła Berdymuhamedow, jak i jego poprzednik Saparmurat Nijazow rozwinęli „kult jednostki” [hi, hi… md] , a gospodarka kraju w przeważającej mierze jest zależna od ogromnych rezerw gazu ziemnego.[nu, sam widzisz… md]
ŹRÓDŁO: PAP
| KAMIL OSIĘGLEWSKIJUN 29 |

Kiedy karmione telewizyjną propagandą owce trzęsły portkami, prócz rozsianych po świecie wolnościowców jedna grupa religijna postanowiła masowo nie umierać na najniebezpieczniejszego wirusa XXI wieku.
Mało tego, postanowiła się nie szczepić, nie nosić maseczek, nie przestrzegać dystansu społecznego, ani nie wprowadziła lockdownu.
„Istnieją trzy rzeczy, których amisze nie lubią: Rząd; nie zaangażują się w politykę. Państwowy system edukacji; nie poślą swoich dzieci do szkoły. Państwowa służba zdrowia. Zdzierają z nas wszystko. Te trzy rzeczy są przecież częścią tego, czym jest COVID. (…) Mamy odporność stada i nie obchodzi nas, co mówią inni. Uważamy, że zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić”.
NOWY WSPANIAŁY ŚWIAT jest publikacją wspieraną przez czytelników. Aby otrzymywać nowe posty i wspierać moją pracę, rozważ zostanie darmowym lub płatnym subskrybentem.
Amisze są znani z prostego życia, prostego ubioru, chrześcijańskiego pacyfizmu i powolności w przyjmowaniu wielu udogodnień nowoczesnej technologii. Prowadzą pełne samowystarczalne życie.
Cenią życie na wsi, pracę fizyczną, pokorę, a wszystko to pod auspicjami życia tym, co interpretują jako Słowo Boże.
Aby prowadzić „cnotliwe” życie, wielu członków grupy powstrzymuje się od prowadzenia pojazdów i korzystania z energii elektrycznej.
I to proste życie obnażyło kłamstwo pandemiczne.
W swoim magazynie informacyjnym „Full Measure” dziennikarka śledcza, Sharyl Attkisson, udała się do hrabstwa Lancaster, znanego z dużej populacji Amiszów, aby porozmawiać z miejscowymi o tym, jak radzili sobie z pandemią.
Amisz-menonicka Calvin Lapp, z którym rozmawiała, wyjaśnił – Istnieją trzy rzeczy, których amisze nie lubią: Rząd; nie zaangażują się w politykę. Państwowy system edukacji; nie poślą swoich dzieci do szkoły. Państwowa służba zdrowia. „Te trzy rzeczy są przecież częścią tego, czym jest COVID” – powiedział.
Attkisson zauważyła, że po krótkim przestoju w zeszłym roku amisze wybrali wyjątkową ścieżkę, która doprowadziła do przebicia się przez zagrożenie COVID-19 z prędkością światła.
Wspólnota zebrała się na uroczystości religijnej w maju 2020 r., podczas której wszyscy przyjęli komunię.
– Nalewamy wino do kubka i pijemy z kielicha na zmianę. Więc idziesz całą kolejkę i wszyscy piją z tego kubka, więc jeśli jedna osoba ma koronawirusa, reszta kościoła dostanie koronawirusa – wyjaśnił Lapp.
Chociaż przyznał, że „wszyscy mają koronawirusa”, Lapp bronił podejścia społeczności.
– Zaprzestanie pracy to gorsza rzecz niż śmierć. Zrobić lockdown i powiedzieć, że nie możemy chodzić do kościoła, nie możemy spotykać się z rodziną, nie możemy widywać starszych w szpitalu, że musimy rzucić pracę… to jest całkowicie wbrew wszystkiemu, w co wierzymy – skwitował Lapp.
Około rok po wybuchu pandemii koronawirusa w USA krajowe serwisy informacyjne w tym The Associated Press poinformowały, że społeczność amiszów hrabstwa Lancaster osiągnęła odporność stadną, co oznacza, że duża część populacji została zarażona COVID- 19 i stała się odporna.
Jednak trudno jest znaleźć dokładne dane, ponieważ amisze wahali się, czy nagłaśniać przypadki koronawirusa w swojej społeczności.
Steve Nolt, badacz kultury amiszów i menonitów, powiedział Sharyl Attkisson:
– Amisze odmówili pójścia do szpitala, nawet gdy byli bardzo chorzy, ponieważ gdyby tam poszli, nie byliby w stanie przyjmować gości, a ważniejsze było być chorym, nawet bardzo chorym, w domu i mieć możliwość posiadania kilku ludzi wokół siebie, niż iść do szpitala i być odizolowanym.
Nolt dodał, że nawet ci, którzy wierzyli, że mają COVID, zwykle nie poddawani byli testom.
Ich podejście zwykle brzmiało: „Jestem chory, to wiem, że jestem chory, nie trzeba, aby ktoś inny mówił mi, że jestem chory”.
Była też obawa, że jeśli uzyskają pozytywny wynik testu, mogą zostać zmuszeni do radykalnego ograniczenia tego, co robią w sposób, który może być dla nich niewygodny.
– Nie ma dowodów na więcej zgonów wśród Amiszów niż w miejscach, które były szczelnie zamknięte. Niektórzy twierdzą, że było ich tu mniej – utrzymywała Attkisson.
Dziennikarka nie mogła była pominąć najważniejszego tematu związanego z pandemią i umieralnością.
– Czy większość społeczeństwa Amiszów, albo chociaż dorośli, wzięli szczepionkę przeciwko koronawirusowi? – spytała Steve’a Noltona.
Badacz nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ, jak przyznał – Nie mamy żadnych danych na ten temat.
Podzielił się za to swoją opinią, że uważa, iż procent zaszczepionych jest oczywiście relatywnie niski.
– Naturalnie, cieszymy się, że większość Anglików wzięła szczepionki na koronawirusa, ponieważ teraz możemy chodzić bez masek i robić, co chcemy. Także, dobry ruch, dziękujemy i doceniamy to.
– My? Nie, my nie bierzemy szczepionek. Mieliśmy COVID, więc po co mamy się szczepić? – kontynuował, kwitując Calvin Lapp.
Lapp podkreślił, że brak przedłużonego lockdownu oznaczał, że amisze „zarobili więcej pieniędzy w ostatnim roku niż kiedykolwiek”, ponieważ reszta kraju doświadczyła trudności gospodarczych z powodu lockdownu właśnie.
– Krąży u nas taki żart, że kiedy wszyscy inni się zatrzymali, po czym zaczęli chodzić, my biegaliśmy.
Wspominając rok 2020, określił go jako „nasz najlepszy rok w historii”.
– To był nasz najlepszy rok. Nigdy tyle w życiu nie zarobiliśmy.
Na koniec podsumował podejście licznej grupy religijnej, żyjącej w stanie Pensylwania:
– Mamy odporność stada i nie obchodzi nas, co mówią inni. Uważamy, że zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić – dodał na koniec.
Całość nagrania dostępna poniżej:
Stive Kirsch zeznał przed senatem stanu Pensylwania, że Amisze umierali na COVID w tempie 90 razy niższym niż reszta Ameryki.
„Dokonałem obliczeń” Biorąc pod uwagę śmierć pięciu Amiszów w Lancaster Country w Pensylwanii, „Amisze umierali w tempie 90 razy niższym niż wskaźnik śmiertelności z powodu infekcji w Stanach Zjednoczonych Ameryki”.
„Jak to możliwe?” spytał. „Jest to możliwe, ponieważ Amisze nie są szczepieni. I dlatego, że Amisze nie przestrzegali ani jednej wytycznej CDC” – odpowiedział.
„Nie robili lockdownów. Nie nosili masek. Nie zachowywali dystansu społecznego, nie szczepili się, a w społeczności Amiszów nie było nakazu szczepienia. Zasadniczo zignorowali każdą wytyczną, którą przekazało nam CDC. Ignorowanie tych wytycznych oznaczało śmiertelność 90 razy niższą niż w pozostałej części Ameryki”.
Globaliści i Rosja – dwa oblicza Szatana?
Abp Carlo Maria Viganó podsumowując w swoim przesłaniu charakterystykę i ocenę zachodniego globalizmu pisze: „Ten Lewiatan musi zostać nazwany i zwalczony poprzez wspólne działanie wszystkich wolnych narodów”. Dlaczego właśnie Lewiatan? Może to przypadek? Może to tylko takie biblijne skojarzenie Arcybiskupa, bo, choćby w „Psalmach” pojawia się Lewiatan jako potwór morski, a globaliści (USA) są „za morzem”?
W tekstach Dugina imię Lewiatan pojawia się często i to z reguły w sąsiedztwie imienia Behemot.
I tak np. w jego tekście pt. „W obliczu wojny”, w którym USA nazywa „Morzem”, a Rosję „Lądem” czytamy:
„Po roku 1991 Morze skutecznie wypiera Ląd, Lewiatan spycha do defensywy Behemota” (M. Dugin, Manifest Wielkiego Przebudzenia i pisma czasu wojny, s. 86).
Już z polskojęzycznej Wikipedii dowiadujemy się, że: „Według twórcy Kościoła Szatana, Antona Szandora LaVeya, Lewiatan symbolizuje żywioł wody (łączący się z Życiem i stworzeniem) oraz kierunek zachodni. W biblii satanistycznej jest on wymieniany jako jeden z Czterech Koronnych Książąt Piekieł (co zostało zainspirowane przez treść XV-wiecznej Księgę Świętej Magii Abramelina Maga).
Kościół Szatana używa także pentagramu Bafometa, na którego rogach widnieją litery hebrajskie. Zaczynając od najniższego z nich i posuwając się przeciwnie z ruchem wskazówek zegara (w hebrajskim czyta się wspak), litery układają się w słowo (LVIThN), czyli Lewiatan”.
Czy Bafomet i Behemot to jest to samo? Z satanistycznego wykazu demonów dowiadujemy się, że „Bafomet był demonem czczonym najczęściej przez satanistów. Był antychrześcijańskim bóstwem, wyznawanym najpierw przez Templariuszy. Przedstawiano go jako ogromnego kozła z rogami, z kobiecymi piersiami, o skrzyżowanych kopytach”.
– Z tego wykazu dowiadujemy się też, że „Behemot, słoń o łapach niedźwiedzia, zasiada w Piekle jako podczaszy i opiekuje się obżarstwem. W religii hebrajskiej utożsamiany z Szatanem”.

Rysunek przedstawiający Behemota, Lewiatana i Ziza
==========================
A tak przy okazji wykaz ten podaje, że: „Lewiatan był potworem morskim i złym smokiem. Jest odpowiednikiem Behemota – demona lądowego. Stworzony piątego dnia stworzenia. W kabale utożsamiany jest z Samaelem, królem piekła oraz powiązany z Szatanem. W okultyzmie Lewiatan zachęca do niewierności”.
W polskojęzycznej Wikipedii czytamy pod hasłem „Behemot: „Przez Augustyna z Hippony utożsamiany był z diabłem (O Państwie Bożym, XI,15)”. A tak przy okazji, imię Behemota nosi w „Mistrzu i Małgorzacie” Bułhakowa jeden z członków świty Szatana występujący pod postacią kota, mogącego zamieniać się w człowieka.
I jeszcze ciekawa informacja z „Bestariusza Wiki” (wykazu demonów i innych bestii): „Według midraszu (komentarza rabinicznego – dop. S. K.) niemożliwym jest pokonanie go (Behemota – dop. S. K.) przez kogokolwiek, za wyjątkiem jego twórcy – w tym wypadku Jahwe.
Późniejsza tradycja żydowska głosi, że „zostanie złożony ludziom na Końcu Świata i spożyty, razem z Lewiatanem i Zizem. Opisuje także walkę, którą stoczą pomiędzy sobą Behemot i Lewiatan, ale końcem końców i tak obaj zostaną pokonani mieczem przez swojego stwórcę”.
Tak więc, nie ma co do tego wątpliwości, Lewiatan i Behemot, według tradycji tak satanistycznej jak i judaistycznej, to dwa demony ze świty Szatana, które walczą ze sobą o Władzę.

Co takiego twierdzi zatem Dugin? W zasadzie mówi prawie wprost: tak USA jak i Rosja rządzone są przez demony i walka pomiędzy nimi nie jest walką zła z dobrem tylko walką dwóch postaci zła. Warto dopowiedzieć jeszcze: walczą ze sobą o władzę nad światem dwa odłamy masonerii, a za każdym z nich stoi demon. No i oczywiście, ostatecznie oba odłamy masonerii i oba demony przegrają.
Wygra Jezus Chrystus i ci, którzy przy Nim będą.
Jak Dugin kusi przeciwników globalizmu
Dugin w swoim „Manifeście Wielkiego Przebudzenia” (i wielu innych tekstach) kusi zachodnich przeciwników globalizmu (wcześniej pisał o masonerii, teraz na określenie tego samego używa terminu „globalizm”) namawiając ich do przystąpienia do jego „frontu”. Gdy charakteryzuje globalizm, trudno się z nim nie zgodzić, choć zastrzeżenia niektórych może budzić jego niewyparzony język.
W jednym z tekstów pisze: „Współczesny Zachód, gdzie triumfują Rothschild, Soros, Schwab, Bill Gates i Zuckerberg, jest najbardziej obrzydliwa rzeczą w historii świata. To już nie jest zachód grecko-romańskiej kultury śródziemnomorskiej, ani chrześcijańskie średniowiecze, ani gwałtowny i sprzeczny XX wiek. To cmentarz toksycznych odpadów cywilizacji, to antycywilizacja”.
W „Manifeście Wielkiego Przebudzenia” Dugin dokonuje szczegółowej charakterystyki tego, co dzieje się na Zachodzie uwypuklając te działania „globalistów” i wynikające z nich fakty i zjawiska, które ja opisuję dokładnie tak samo jako działania masonerii oraz fakty i zjawiska z nich wynikające.
Do tej charakterystyki trudno mieć jakieś zastrzeżenia, ukazuje ona faktyczny obraz sytuacji, przygotowań do Wielkiego Resetu i niektórych cech świata po nim. Podsumowując stwierdza zaś: „Koniec końców, władza globalistów opera się na sugestii i czarnej magii. (…) I w końcu Wielki Reset ogłosiła garstka zdegenerowanych i ledwie dyszących globalistycznych staruszków bliskich stanu demencji (Biden, pomarszczony łajdak Soros i spasiony Burger Schwab) oraz marginalne męty mające ilustrować możliwość oszałamiającej kariery otwarta dla każdego zera.. Faktycznie pracują dla nich giełdy i drukarki pieniędzy, złodzieje z Wall Street i narkomani – wynalazcy z Doliny Krzemowej. Mają do dyspozycji zdyscyplinowanych funkcjonariuszy wywiadu i posłusznych generałów armii”.
Gdy te partie „Manifestu Wielkiego Przebudzenia” przeczyta konserwatywny katolik, zdecydowany prawicowiec, zadeklarowany patriota jak i antyglobalistyczny lewak, wszyscy zgodnie stwierdza: „Dobrze mówi”.
Czyżby już myślał o kolejnej fusze na wypadek zwycięstwa totalniaków?
Parę dni temu minister Niedzielski zamieścił na Twitterze wpis (link is external), który dość wyraźnie wpisuje się w lewicowo liberalną tendencję do otwarcia w Polsce drogi do przyzwolenia na wykonywanie aborcji na życzenie.
„Każda kobieta w tym kraju, w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ma prawo do przerwania ciąży. Te dwa warunki powinny być traktowane rozłącznie. Zdrowie jest szeroko definiowane. Chodzi zarówno o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne.”
Mówiąc po ludzku i wprost: Jeżeli Szanowną Panią stresuje ciąża (ciekawe, czy może nie stresować?) to jest ona tym samym dla Szanownej Pani zagrożeniem dla zdrowia psychicznego, a zatem zapraszamy na aborcję.
Na sprawę zwrócili m.in. uwagę nieoceniony Jerzy Karwelis, autor bloga Dziennik zarazy [Niedzielski – minister wcale nie „jednej choroby”. Tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.] oraz dr Paweł Basiukiewicz, który podaje także interesujące dane [Mordedrczynie swych dzieci: “Bo psycha mi wysiada…” ] z Wielkiej Brytanii, gdzie „zdrowie psychiczne” stało się pretekstem wręcz masowej likwidacji istnień ludzkich na etapie prenatalnym. Otóż w 2021 roku niemal wszystkie aborcje zostały dokonane tam z powodu „domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki”.
„98% wszystkich aborcji (209 939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: „ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej.”
99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone).”
Karierowicz Niedzielski, choć na tę chwile otrzymał już biorące miejsce na listach wyborczych PiS, myśli, jak widać, perspektywicznie. Swoją drogą plątać po instytucjach rządowych zaczęło się toto w czasach Włodzimierza Cimoszewicza w 1996.
Ale w tym miejscu oddajmy głos z kolei blogerowi Matce Kurce, który na swoim blogu Kontrowersje.net (link is external)krótko opisał karierę tej postaci:
„Poniżej przedstawiam CV Adama Niedzielskiego i z puszczoną szczęką oświadczam, że czegoś takiego dawno nie widziałem, aby ekspert rządowy pasował do wszystkich rządów, w tak wielu departamentach i spółkach państwowych. Wydaje mi się, że to absolutny rekord i polecam lekturę najwyższej uwadze, ponieważ robi gigantyczne wrażenie
Adam Niedzielski karierę zaczął za czasów rządów Włodzimierza Cimoszewicza, w 1996 roku trafił do Departamentu Polityki Finansowej i Analiz Ministerstwa Finansów, gdzie zajmował się analizą makroekonomiczną i długiem publicznym. Stanowisko utrzymał przez dwa lata, a od 1997 roku jego szefem był Jerzy Buzek. Od 1998 roku kariera Niedzielskiego nabrała wyjątkowego tempa i człowiek orkiestra okazał się niezbędny na kilku stanowiskach jednocześnie. Pracował w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową (1998–2004), w Katedrze Teorii Ekonomii i Polityki Wyższej Szkole Handlu i Finansów Międzynarodowych (1999–2007), a w latach 2002–2007 był doradcą ekonomicznym w Najwyższej Izbie Kontroli, gdzie prowadził analizy dotyczące kontroli finansowych i wykonania budżetu państwa. Wszystko to działo się za kolejnych rządów: Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego. Gdy nastały światłe rządy Donalda Tuska, wszędobylski Adam Niedzielski trafił do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, gdzie do 2013 roku był dyrektorem Departamentu Finansów Zakładu oraz Departamentu Kontrolingu.
W 2016 roku, premierem Polski była Beta Szydło, a ministrem sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, wówczas nasz bohater Adam Niedzielski został dyrektorem Departamentu Strategii i Deregulacji oraz Departamentu Strategii i Funduszy Europejskich w Ministerstwie Sprawiedliwości. W tym samym roku nastąpił spektakularny powrót Niedzielskiego do ZUS, na początek w roli doradcy prezesa tej instytucji, ale już 23 listopada został dyrektorem generalnym w Ministerstwie Finansów. 12 lipca 2018, za rządów Mateusza Morawieckiego, minister zdrowia Łukasz Szumowski, powołał Adama Niedzielskiego na wiceprezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. 18 lipca 2019 ten sam Łukasz Szumowski, tego samego Adama Niedzielskiego awansował na pełniącego obowiązki prezesa NFZ, by 10 października uczynić prezesem. Wreszcie 20 sierpnia 2020 roku, Leonardo da Vinci naszych czasów, na mocy decyzji Mateusz Morawieckiego, został ministrem zdrowia i na tym stanowisku, niestety, zasiada do dziś.
Jak widać z przedstawionego CV, genialny człowiek, niezastąpiony od 24 lat, kolejno przetrwał rządy: Włodzimierza Cimoszewicza, Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego, Donalda Tuska, Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. W tym czasie Niedzielski był ekspertem: NIK, ZUS, PZU, NFZ, Ministerstwa Sprawiedliwości i Ministerstwa Zdrowia. Skoro już wiemy z jaką wybitną postacią mamy do czynienia to pora sobie odświeżyć pamięć i przypomnieć, jakie to spektakularne sukcesy odniosły instytucje, w których przez lata pracował Niedzielski? Która z jego „strategii”, bo on zawsze był od analizy i strategii, doprowadziła do fantastycznego funkcjonowania ZUS albo NFZ? A może jakakolwiek próba wysilania pamięci, to czysty masochizm, ponieważ gołym okiem widać, że mamy do czynienia z pospolitym karierowiczem od wszystkiego i niczego, który z zawodu jest dyrektorem? O ile przyjmiemy do wiadomości tę oczywistą recenzję, to musimy zdać sobie sprawę, że ostatnim etapem kariery Niedzielskiego jest Ministerstwo Zdrowia i w tym przypadku jego ignorancja oraz kabotyństwo masowo zabijają ludzi!”
Co do mnie, uprzejmie wyjaśniam, że postać Niedzielskiego (obok podobnych zresztą innych „niezatapialnych” tego rodzaju indywiduów w rządzie Morawieckiego) jest dla mnie jedną z głównych przyczyn, dla których nie zamierzam już głosować na PiS w nadchodzących wyborach.
Tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.
niedzielski-minister-wcale-nie-jednej-choroby
łaściwie przeleciało to bez echa. No, coś tam ktoś zauważył, ale rabanu nie było. Nie piszę tego aby wskazać na siebie jako źródło wytropienia tej rewelacji, bo chociażby niezastąpiony doktor Basiukiewicz mnie uprzedził, ale przydałoby się tu więcej uwagi.
Otóż minister Niedzielski, minister bądź co bądź prawicowego rządu, ba – kandydat na posła z ramienia PiS-u, ostatnio wykazał się dość niecodzienną wypowiedzią. Zacytujmy: „Każda kobieta w tym kraju, w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia ma prawo do przerwania ciąży. Te dwa warunki powinny być traktowane rozłącznie. Zdrowie jest szeroko definiowane. Chodzi zarówno o zdrowie fizyczne, jak i psychiczne.” Niby nic, a jednak.
Właśnie ostatnio zwrócił na to uwagę doktor Basiukiewicz, na przykładzie Wielkiej Brytanii. Tam dokonano w roku 2021 214.256 aborcji (rekord), z czego „98% wszystkich aborcji (209.939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: ‘ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej, z czego 99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% [aborcji – JK] zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone).”
Kto się poddaje aborcji? Głównie przedstawicielki rasy białej.
Znowu Basiukiewicz: „Rasa pośród kobiet, które poddały się aborcji w UK:
78% biała
9% żółta
7% czarna
5% mieszana
1% inna.
Przy tak otwartym podejściu do zdefiniowania zdrowia psychicznego i jego diagnozy, praktycznie tak rozszerzona praktyka dozwolonych przyczyn aborcji stanowi właściwie wprowadzenie aborcji na życzenie.
No dobrze, a czemu takie rzeczy wspomina, ba – promuje minister prawicowego rządu? A czemóż by nie? Nie po to się siedziało DZIEWIĘĆ dni w Genewie na Światowym Zgromadzeniu Zdrowia, żeby tam zbijać bąki. A było o czym gadać i na co się godzić. W końcu to o wiele więcej rzeczy, niż te oficjalnie wskazane.
Bo na omówienie przewidzianych w programie:
A więc o czym gaworzono dni dziewięć? No – pierwszym tematem to na bank była kwestia zakresu i tempa wdrażania Traktatu Pandemicznego. Jak pisałem już w Do Rzeczy, tam się odbyła runda międzynarodowych konsultacji w tym zakresie, parę rzeczy spadło, ale zdaje się, że tylko wyłagodzono kwestie językowe, by deklarowane odebranie suwerenności ciałom rządowym w zakresie decyzji zdrowotnych nie kłuło w oczy. Drugą sprawą była na bank aborcja.
Bo mamy tu pewną niekompatybilność. W końcu przedstawiciele pisowskiej władzy we wrześniu 2022 roku zgodzili się na dopisanie przez ONZ prawa aborcji do listy praw człowieka (ciekawe – którego, bo na pewno nie aborcjonowanego). Co prawda obyły się potem żenujące tłumaczenia, że tak naprawdę to nie, że ktoś tam zaspał, a co najmniej jak głosował to się nie uśmiechał. No, a jak to mamy w spisie praw człowieka, to musimy to realizować, bo jeszcze wyjdzie, że jak obok bycia niepraworządnym wobec Unii jesteśmy jeszcze gwałcicielem praw człowieka wobec ONZ, to nic już naszego image nie uratuje.
A więc trzeba będzie zrobić tak jak ze wszystkim robi PiS: w rezultacie realizując de facto agendę globalistów z Brukseli, ale mówiąc ogłupiałem ludowi, że jednocześnie walczy przeciwko podpisanym przed chwilą przez siebie papierom. Coś jak z Niedzielskim i Pfizerem: tu zamówiliśmy 6 dawek na głowę dwudawkowej szczepionki, a jednocześnie stajemy na froncie (medialnym) walki z kontrahentem. To samo było z Zielonym Ładem, za chwilę będzie z imigrantami. Zaraz stanie się to samo z aborcją.
No, bo narracyjnie będziemy przeciw. Kto tam spamięta kto jak głosował na jakiejś sesyjce w 2022 roku? Lud się zajmował wtedy jakimiś odwracającymi uwagę aferkami z lokalnego boiska, zaś poważne konsekwencje zapadły właśnie wtedy.
I teraz – wedle słów ministra – każda Polka, wzorem Brytyjek, będzie mogła wskazać, że „źle psychicznie czuje się z ciążą, nie wyobraża sobie macierzyństwa, porodu i opieki”. I dostanie kwit z zezwoleniem na aborcję. Zgodny nie tylko z prawami człowieka, ale i polskimi regulacjami, wystarczy tylko wpisać w rozporządzenie to, co mówi minister od pandemii.
Będzie więc aborcja na życzenie wprowadzona tylnymi drzwiami do szpitali położniczych. W czasie rządów prawicowej jak najbardziej koalicji, ba – przy mrugnięciu okiem do Polek, że wicie-rozumicie, jak się chce, to można.
I tak oto, środkiem, po krawędzi, pomiędzy dwoma przepaściami, Polacy mają przejść robiąc nie tylko co chcą, ale co chce agenda, której wydają się być przeciwni. Przynajmniej tak mówią im rządzący. Ale to w wypadku kiedy rząd po wyborach się utrzyma – wtedy będziemy świadkami dalszego ciągu tego osuwania się w dualizm.
Jak wygrają totalni, to ci przynajmniej niczego nie będą udawali. W sumie to nawet nie wiadomo co lepsze, znaczy gorsze. Na pewno dla wyskrobywanych dzieci to wszystko jedno.

Brytyjska statystyka aborcyjna. Zwłaszcza dla osób, którzy chcą, by stan psychiczny kobiety stał się wskazaniem do aborcji.
1. W 2021 r. w UK dokonano 214 256 aborcji (najwięcej w historii).
2. 87% z nich było farmakologicznych, 13% to były aborcje chirurgiczne.
3. 98% wszystkich aborcji (209 939) zostało przeprowadzonych w następującym wskazaniu: „ciąża NIE przekroczyła 24 tygodnia i kontynuacja ciąży wiązałaby się z większym niż w przypadku przerwania ciąży ryzykiem uszczerbku na zdrowiu fizycznym lub psychicznym ciężarnej.”
4. 99,9% z spośród wymienionych wyżej 98% zostało przeprowadzonych na podstawie domniemanego zagrożenia dla zdrowia psychicznego matki (ICD10: F99 – zaburzenie psychiczne inaczej nieokreślone). https://gov.uk/government/statistics/abortion-statistics-for-england-and-wales-2021/abortion-statistics-england-and-wales-2021
Kategoria: Archiwum, Biologia, medycyna, Polecane, Polityka, Polska, Świat, Ważne
Autor: Rebeliantka , 29 czerwca 2023
Ministerstwo Zdrowia „nie radzi” sobie ze sporządzeniem raportu o pandemii COVID-19 na wezwanie Rzecznika Praw Obywatelskich. RPO już kilkakrotnie wzywał Ministra o wyjaśnienie powodów zwiększonej umieralności na COVID-19 w Polsce w porównaniu z innymi krajami oraz przyczyn tzw. zgonów nadmiarowych. Za szczególnie niepokojącą RPO uznał też wysoką śmiertelność pacjentów leczonych na oddziałach intensywnej terapii, podłączonych do respiratorów.
Ostatnie publiczne wezwanie do przedstawienia stanowiska w tej sprawie miało miejsce 12 stycznia br. Resort zdrowia w osobie wiceministra Waldemara Kraski deklarował, że nie później niż do dnia 31 marca 2023 r, przedstawi raport z analizy sytuacji zdrowotnej ludności Rzeczypospolitej Polskiej w czasie pandemii COVID-19 oraz jej konsekwencji zdrowotnych. Niestety, raportu do dzisiaj nie ma. Podobno ma powstać do końca czerwca.
Na tym tle rodzi się kilka refleksji.
I. Nie do zaakceptowania jest fakt, że Minister Zdrowia nie potrafi bezzwłocznie odpowiedzieć na elementarne pytania w związku z pandemią COVID-19.
OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju podawała, że Polska była w ścisłej czołówce, jeśli chodzi o zgony nadmiarowe. W okresie od marca 2020 do czerwca 2022 odnotowywaliśmy w kraju ponad 6 tys. zgonów na milion mieszkańców. Za nami były już tylko kraje takie, jak Rumunia, Bułgaria, Słowacja czy Estonia (info wg posła Marka Hoka z KO).
Mizerię polskiej organizacji służby zdrowia potwierdzają nawet dane WHO.
„Na całym świecie, według stanu na 26 kwietnia 2023 r ., zgłoszono do WHO 764 474 387 potwierdzonych przypadków COVID-19, w tym 6 915 286 zgonów”. Czyli śmiertelność mierzona wskaźnikiem CFR (liczba zgonów odniesiona do liczby osób zakażonych potwierdzonej testami) wyniosła 0,9%. Według tego samego źródła w Polsce zakażonych (co potwierdziły testy) było 6 512 571 osób, z tego zmarło 119 531 osób, czyli CFR wyniósł 1,83 % (dwa razy więcej niż średnia światowa).
Wskaźnik CFR nie monitoruje zjadliwości wirusa, ale według WHO w pewnym stopniu obrazuje czy system ochrony zdrowia dobrze sobie radzi z epidemią i czy organizacja walki z epidemią jest właściwa. Wskaźnik ten jest częściowo ułomny, tym bardziej im bardziej zawyżana jest liczba zgonów z powodu COVID-19 z powodu błędnej klasyfikacji zgonów oraz im więcej błędów popełniono podczas testowania zakażeń. Z tego powodu wszelkie fałsze statystyczne, popełnione także w Polsce, wymagają wyjaśnienia.
II. Zwłoka w sporządzeniu raportu nie pozwala też na wyciągnięcie przez władze niezbędnych wniosków, jeśli chodzi o przystąpienie Polski do tzw. traktatu pandemicznego.
Jeśli pandemia Covid-19 była pandemią fałszywą i stosowana podczas niej polityka radykalnych interwencji niefarmaceutycznych (lockdownów, kwarantann, testowania, śledzenia kontaktów, noszenia masek, etc.) wraz z paraliżem służby zdrowia (teleporadami, tworzeniem szpitali jednoimiennych, olbrzymim spadkiem hospitalizacji) oraz iluzjami co do skuteczności i bezpieczeństwa szczepień, była polityką błędną, co nie budzi już dzisiaj wątpliwości, to bezzwłocznie należy w tym zakresie postawić kropkę nad i. Muszą to zrobić władze i w konsekwencji nie przystępować do traktatu pandemicznego, skoro jego stroną ma być skompromitowana Światowa Organizacja Zdrowia.
Instytut Ordo Iuris alarmuje:
“Nie tylko nas zaniepokoiły niedawne słowa dyrektora WHO Thedrosa Adhanoma Ghebreyesusa na temat „przygotowań do kolejnej pandemii”, w których kluczową rolę ma odegrać negocjowany od kilkunastu miesięcy pod auspicjami WHO traktat pandemiczny. (…) Skuteczności WHO przeczy jednak niedawna publikacja naukowców z amerykańskiego Uniwersytetu Johna Hopkinsa oraz szwedzkiego Uniwersytetu w Lund, którzy przeanalizowali prawie 20 tys. badań na temat sposobów walki z pandemią Covid‑19. Ich ustalenia jasno wskazują, że wprowadzenie promowanych przez WHO lockdownów miało „znikomy wpływ” na ograniczenie śmiertelności z powodu choroby, a korzyści z tej polityki były „kroplą w morzu w porównaniu z szokującymi kosztami ubocznymi”.
Nie chcąc, aby przyjęcie traktatu WHO uderzyło w polskie interesy, nasi eksperci szczegółowo monitorowali ostatnie posiedzenie Międzyrządowego Organu Negocjacyjnego WHO, który jest odpowiedzialny za przygotowanie kontrowersyjnego traktatu. Właściwie wszystkie delegacje państw poparły przygotowany dokument i rosnącą pozycję WHO. To jasne świadectwo braku refleksji z ich strony.
Podobnie jak rok temu, gdy skompromitowany dyrektor WHO został wybrany na kolejna kadencję, a Korea Północna zdobyła miejsce w Radzie Wykonawczej WHO. (…) Dlatego zabierając głos w konsultacjach publicznych nad dokumentem podkreśliliśmy, że nie może on prowadzić do ograniczenia suwerenności państw narodowych i przekazania kompetencji niewybieralnym urzędnikom WHO (…)
Niestety obecna wersja traktatu zawiera także groźne fragmenty o walce z „infodemią”, czyli zbyt dużą liczbą informacji na temat pandemii. Może to posłużyć do wprowadzenia odgórnej cenzury pod pretekstem walki z fake newsami, co ograniczy wolność debaty naukowej, utrudniając wyłonienie skutecznych metod walk z chorobami”.
Zbigniew Bartuś ,prywatne-pakiety-medyczne-marna-jakosc-i-podobienstwo-do-nfz
Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.
Mamy dziś w Polsce pięć poziomów dostępu do usług medycznych:
– na NFZ,
– w ramach prywatnego pakietu medycznego,
– w ramach prywatnego pakietu VIP/komfort (z gwarancją szybkiego dostępu),
– prywatnie z ulicy i
– prywatnie po znajomości.
Coraz więcej Polek i Polaków płaci za każdy z tych dostępów – bo bez tego nie jest w stanie wykonać pilnych badań, ani uzyskać porady specjalisty. Publiczne ubezpieczenie dawno stało się fikcją, ale to prywatne też nią często jest.
W XXI wieku prywatne pakiety medyczne podzieliły Polaków na lepszych, z przyzwoitym dostępem do opieki medycznej, i gorszych – z dostępem „na NFZ”, czyli często bez dostępu.
Ale to się w ostatnich dwóch latach zmieniło – nie dlatego jednak, że dostęp „na NFZ” się poprawił (bo wręcz przeciwnie). Po prostu usługi oferowane w pakietach przestały się specjalnie różnić od tych „na NFZ”, zwłaszcza poza metropoliami, w tzw. Polsce powiatowej, gdzie dostawcy pakietów zlecają wykonanie usług lokalnym placówkom – poradniom, przychodniom, rzadziej szpitalom.
Właśnie poza największymi miastami najsilniej odczuwalne są skutki – spowodowanych przez politykę rządu – ograniczeń publicznej opieki zdrowotnej. Wielu pacjentów odnosi wrażenie, że ktoś sabotuje podaż usług „na NFZ”, aby podbić ich cenę na (swa)wolnym rynku. Ów, jak się wydaje, powszechny proceder ułatwiony jest przez fakt, że – wedle statystyk światowych – Polska jest krajem o gigantycznym niedoborze kadr medycznych. W praktyce objawia się to często tak, że ci sami lekarze, w tej samej placówce, przyjmują jednocześnie „na NFZ”, na prywatne pakiety medyczne i komercyjnie z ulicy.
Aż dwie trzecie z ponad 100 tysięcy skarg i zawiadomień kierowanych co roku do Rzecznika Praw Pacjenta dotyczy naruszenia prawa do świadczeń zdrowotnych. W swoim sprawozdaniu za 2021 r. (to za 2022 r. jeszcze powstaje) rzecznik napisał, że jest to (jako jedyne) „prawo bardzo często naruszane”.
Lekarze nie rozdwoją się, ani tym bardziej nie roztroją. Większość wybiera to, co im się najbardziej opłaca – czyli żywą gotówkę do ręki. Ci najbardziej szczerzy przyznają już niemal otwarcie, że najpopularniejsze pakiety medyczne nie są w stanie przeciętnemu płatnikowi zapewnić czegokolwiek, a już na pewno nie zagwarantują świadczeń adekwatnych do marzeń, wyobrażeń, albo choćby podstawowych potrzeb.
Problemy z dostaniem się na badania i do specjalistów, zwłaszcza tych lepszych, w ramach popularnych pakietów medycznych dostrzega coraz więcej pacjentów. Sfrustrowani pytają głośno o sens płacenia abonamentu. Większość nie zdaje sobie sprawy, że ich frustracja wynika z banalnie prostej matematyki.
Wedle danych Polskiej Izby Ubezpieczeń pod koniec trzeciego kwartału 2022 r. liczba Polek i Polaków objętych prywatnym ubezpieczeniem zdrowotnym zbliżyła się do 4,1 mln. Populacja ta rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie, a wydatki na abonamenty zwiększają się jeszcze szybciej:
Porównajmy tę kwotę z wydatkami NFZ na wszystkie świadczenia „opieki zdrowotnej”. Po czerwcowej nowelizacji budżetu Funduszu mają one w tym roku wynieść ponad 153,1 mld zł, a wraz z kosztami realizacji świadczeń – prawie 161 mld zł.
Po przeliczeniu tej ostatniej sumy przez liczbę ubezpieczonych (na koniec 2022 r. było ich niespełna 34,2 mln) otrzymamy:
Oczywiście, porównujemy tu nieporównywalne: zakres usług świadczonych przez NFZ jest znacznie szerszy (blisko połowę środków pochłania leczenie szpitalne, z czego ok. 10 mld zł kosztują programy lekowe, w tym 2 mld chemioterapia; 9,8 mld zł idzie na refundację leków, 3,4 mld zł na długoterminową opiekę i świadczenia pielęgnacyjne, 1,5 mld na pomoc paliatywną i hospicję).
Mimo to coraz częściej zadawane jest pytanie: jakim cudem prywatne firmy oferujące pakiety medyczne byłyby w stanie za ok. 200 złotych gwarantować przeciętnemu pacjentowi coś, czego publiczna opieka zdrowotna nie jest w stanie zapewnić za 400 zł?
Same firmy przyznają, że 200 złotych to – przy lawinowo rosnących kosztach – zdecydowanie za mało, by uzyskać wyższy poziom dostępu niż na NFZ. I wprowadzają specjalne pakiety – „z gwarancją szybkiego dostępu”. Oczywiście – wyraźnie droższe, a przy tym obwarowane wieloma warunkami.
Przy lawinowo malejącej – za sprawą inflacji – sile nabywczej przeciętnego Polaka, niewiele osób stać na podwojenie lub potrojenie miesięcznych opłat. W efekcie najskuteczniejszymi pakietami prywatnymi dysponuje w tej chwili jedynie elita. Znany krakowski rajdowiec i przedsiębiorca, Rafał Sonik, przyznał ostatnio publicznie, że na badania diagnostyczne swej rodziny wydaje 20 tys. zł miesięcznie.
Trzeba również pamiętać, że struktura osób posiadających prywatne pakiety medyczne zdecydowanie różni się od struktury ubezpieczonych w NFZ. Z usług publicznej służby zdrowia korzystają, z natury, przede wszystkim seniorzy oraz ludzie z ciężkimi chorobami przewlekłymi.
Tymczasem w gronie pakietowiczów:
W sektorach takich jak IT czy GBS (globalne usługi dla biznesu) większość firm prowadzi permanentne rekrutacje i musi oferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. Pakiety medyczne urosły tu do rangi wymaganego bonusu, czy – jak w IT – wręcz standardu. Bez nich oferta pracodawcy wydaje się kandydatom niekompletna i przez to nieatrakcyjna. Z raportu ENEL-MED wynika, że już prawie trzy czwarte pracowników uważa pakiet medyczny oferowany przez pracodawcę za „ważny”. Ale korzystać z tego rozwiązania może mniejszość.
Mniej więcej półtora roku temu, po pandemicznej przerwie, Polacy postanowili (a raczej musieli) masowo pójść do lekarzy i na badania. Ostatni raport PIU potwierdza, że w trakcie pandemii narósł w Polsce tzw. dług zdrowotny z uwagi na to, że wiele zabiegów, badań i wizyt u specjalistów trzeba było odłożyć na lepsze czasy. Kiedy owe lepsze (?) czasy nadeszły, skumulowały się dwie kolejki do lekarzy, diagnostów i gabinetów zabiegowych – „standardowa”, znana sprzed zarazy, i nowa, związana właśnie z odrabianiem długu zdrowotnego. To musiało się skończyć dramatycznym ograniczeniem – i tak już mizernego – dostępu do gabinetów lekarskich i diagnostycznych oraz zabiegów. Co szczególnie tragiczne, dotyczy to również chorób onkologicznych czy kardiologicznych, w których przypadku obowiązują – formalnie –szybkie ścieżki; te dziedziny zaczęły się w niespotykanym dotąd tempie prywatyzować.
Z danych resortu zdrowia wynika, że zapotrzebowanie na większość usług zdrowotnych, w tym badań i konsultacji specjalistów, wzrosło średnio o 20 procent, ale w niektórych wypadkach nawet o jedną trzecią. Na logikę, aby zaspokoić ów popyt, nakłady na opiekę zdrowotną winny również wzrosnąć o minimum 20 procent – i to realnie, czyli po uwzględnieniu skutków inflacji, która w sektorze medycznym przekroczyła jesienią 2022 r. 20 proc. Policzmy: jeśli w rok zapotrzebowanie na usługi zdrowotne wzrosło o średnio jedną piątą i zarazem ceny poszczególnych usług skoczyły w górę średnio o jedną piątą, to budżet NFZ winien się zwiększyć o 44 proc. – tylko po to, by utrzymać dotychczasowy (czyli mizerny) poziom usług.
W 2022 roku, po kolejnych nowelizacjach, NFZ wydał na realizację swoich zadań 135,5 mld zł, na 2023 zaplanowano 153,3 mld, czyli o 13,1 proc. więcej, a po czerwcowych poprawkach – wspomniane 161 mld zł, czyli o 18,8 proc. więcej. Ten wzrost nie rekompensuje nawet kosztów inflacji w sektorze zdrowia, co oznacza, że sfinansowanych zostanie MNIEJ świadczeń niż w przerażająco słabym i tragicznym (rekordowa liczba zgonów Polek i Polaków, w tym nadmiarowych) roku 2022. Mimo że nasze potrzeby zdrowotne są coraz większe – i będą rosnąć wraz z bardzo szybkim starzeniem się społeczeństwa.
Kolejne raporty CALPE (Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej) przypominają, że – zgodnie z ustawą zapewniającą wzrost nakładów na ochronę zdrowia – w 2023 r. poziom publicznych wydatków na zdrowie powinien wynieść minimum 6 proc. PKB. Rząd chwali się, że będą jeszcze wyższe, albowiem wyniosą aż 6,65 proc. PKB. To bardzo blisko do pożądanej przez ekspertów unijnej średniej, wynoszącej 7 proc. Fundamentalny problem z tym odsetkiem polega na tym, że jest on kompletnie nieprawdziwy. W majestacie prawa (ustawy) tegoroczne wydatki NFZ odnosi się bowiem do PKB Polski SPRZED DWÓCH LAT, a nie obecnego.
Taki mechanizm nie był nadmiernie szkodliwy w realiach inflacji zbliżonej do zera, natomiast przy jej dwucyfrowym poziomie potężnie zafałszowuje rzeczywistość. Jak wyliczają eksperci CALPE, po uwzględnieniu prognozowanego na 2023 r. PKB, zaplanowane przez rząd wydatki na zdrowie stanowić będą tylko nieco ponad 5 proc. PKB, czyli zdecydowanie za mało, by choćby utrzymać dostępność świadczeń.
Po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej (PPS) Polska wydaje na ochronę zdrowia nieco ponad 44 proc. średniej unijnej. Jesteśmy lepsi tylko od Węgier, Rumunii, Grecji, Łotwy, Cypru i Bułgarii (ta ostatnia ledwie przekracza 30 proc. unijnej średniej). Daleko nam nie tylko do liderów: Niemiec (154,4 proc.), Szwecji (135,6), Holandii (131), Danii (130,6), Luksemburga (128), Francji (126,4) i Austrii (121,4), ale i do Czech (77,2) oraz Słowenii (65). Relatywnie więcej wydaje też biedniejsza od Polski Portugalia (56 proc. średniej unijnej).
Reasumując: nominalne PKB Polski rośnie jak na drożdżach za sprawą rekordowo wysokiej inflacji, dwukrotnie wyższej od średniej w UE, natomiast wydatki na ochronę zdrowia nijak nie nadążają za tym wzrostem. Wedle CALPE już dziś trzeba by je zwiększyć o kilkadziesiąt miliardów złotych, by spełnić wymóg ustawy mówiący o minimum 6-procentowym udziale zdrowia w PKB.
Jeśli podejście rządu do finansowania się nie zmieni, w 2027 r. brakująca kwota przekroczy… 100 mld złotych.
Te liczby nie przebiły się, przynajmniej na razie, do świadomości publicznej, więc nie toczy się w tej palącej kwestii – życia i śmierci – znacząca dyskusja. Co może się wydawać dziwne, zważywszy, że z jednej strony wielu Polaków odczuło boleśnie wzrost składki zdrowotnej (z tytułu reform Polskiego Ładu), a z drugiej – równie wielu boryka się z problemem marnego dostępu do publicznych usług zdrowotnych.
Dzisiaj osoba zarabiająca ponad 7,1 tys. zł brutto – czyli tyle, ile wyniosło przeciętne wynagrodzenie w Polsce za pierwszy kwartał 2023 r. – oddaje państwu ponad 6,6 tys. zł składki zdrowotnej rocznie. Informatyk z sektora GBS (globalnych usług biznesowych) przy etatowej pensji 19 tys. zł wpłaca do NFZ prawie 18 tys. zł rocznie. Rekordziści potrafią oddać na publiczne zdrowie pięć razy więcej… miesięcznie. Problem w tym, że wysokość składek na NFZ ma się nijak do dostępności publicznych usług zdrowotnych.
Teoretycznie system powinien się opierać na solidarności, której fundamentem są składki proporcjonalne do dochodów. Ale tak nie jest.
Składki płatników utrzymujących system – przede wszystkim dobrze zarabiających etatowców – drastycznie wzrosły, natomiast składki licznych grup uprzywilejowanych przez władzę stoją w miejscu. Z raportu PIU wynika jednoznacznie, że gwałtowny wzrost kosztów w opiece zdrowotnej (tzw. inflacja medyczna powyżej 20 proc.) sprawił, iż wyższe wpływy ze składki zdrowotnej nie przekładają się ani na większą liczbę świadczeń, ani poprawę stanu zdrowia ubezpieczonych. Sytuację pogorszyło jeszcze przeniesienie finansowania części świadczeń (jak wysokospecjalistyczne procedury, ratownictwo medyczne czy leki dla kobiet w ciąży i osób w wieku 75+) z budżetu państwa do NFZ, gdyż nie poszły za tym odpowiednio duże środki.
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zwraca uwagę, że – przy obecnym mechanizmie finansowania świadczeń zdrowotnych – rządowy plan wprowadzenia bezpłatnych leków dla dzieci i młodzieży do 18 roku życia oraz seniorów 65+ oznacza znaczące zmniejszenie środków na realizację pozostałych celów, w tym diagnostykę, wizyty u specjalistów i niezbędne zabiegi. Czyli jeszcze większe kolejki.
Jakie są efekty takiej polityki społecznej i zdrowotnej? Z najnowszego biuletynu GUS wynika, że w pierwszych czterech miesiącach 2023 roku urodziło się w Polsce 92 tysiące dzieci, najmniej w tym okresie od czasów II wojny. Jednocześnie zmarło 143 tysiące Polek i Polaków, najwięcej od II wojny. Na koniec kwietnia 2022 roku liczba Polaków wynosiła 37,84 mln, a na koniec kwietnia 2023 roku – o 124 tys. mniej. W dekadę populacja zmniejszyła nam się o prawie pół miliona.
Z badań Polskiej Izby Ubezpieczeń z cyklu „Mapy ryzyka Polaków” wynika, że ok. 80 proc. ankietowanych najbardziej boi się tego, że z powodu zawalenia się publicznej służby zdrowia oraz braku środków na usługi prywatne nie będą w stanie leczyć najpoważniejszych chorób, w tym nowotworów. U 70 proc. powodem obaw jest po prostu brak dostępności opieki medycznej. Według raportu PZUW, odsetek Polaków twierdzących, że ich potrzeby w zakresie badań medycznych są niezaspokojone, wzrósł z 4,2 proc. w 2019 r. do 30 proc. w 2022 r.
To właśnie dlatego tak gwałtownie zwiększyło się w ostatnich latach zainteresowanie Polek i Polaków prywatnymi pakietami medycznymi. Skoro publiczna opieka zdrowotna coraz bardziej nie daje rady i nie ma nadziei, by kiedykolwiek się to poprawiło, to wykupienie pakietu mogło dać nadzieję, że za sto, dwieście złotych miesięcznie uda się przyspieszyć niezbędne badania i wizyty u specjalistów. Albo chociaż zapewnić sobie lepsze miejsce w (lepszej) kolejce.
Co bardzo istotne, ta powszechna potrzeba zbiegła się w Polsce z innym trendem: narastającym deficytem pracowników. Szukający ludzi pracodawcy musieli zaoferować nie tylko lepsze płace, ale i atrakcyjne, silnie motywacyjne systemy pozapłacowe. A z opisanych wyżej przyczyn, pakiety medyczne – pożądane przez ok. 75 proc. pracobiorców – znalazły się tutaj na pierwszym miejscu.
Dorota M. Fal, doradczyni zarządu PIU, podkreśla, że prywatni ubezpieczyciele, po przebadaniu potrzeb Polek i Polaków, szybko rozbudowali swe pakiety: oprócz podstawowej ambulatoryjnej opieki zdrowotnej zaoferowali dostęp do kompleksowych badań i profilaktyki. W założeniu ma to ułatwiać systematyczną kontrolę stanu zdrowia. Sęk w tym, że to KOSZTUJE, zwłaszcza w realiach takich jak polskie.
– Mamy niedobór kadry medycznej, na co nakłada się wypalenie zawodowe i syndrom stresu pourazowego po pandemii. Publicznych środków nie wystarczy, aby uzdrowić ten system ‒ przekonuje ekspertka. A szefowie firm sprzedających prywatne pakiety medyczne powtarzają od miesięcy, że konieczne jest „urealnienie stawek”.
Nikt nie powie głośno i wprost, że pakiet za 100-150 złotych nie gwarantuje w zasadzie niczego ponad to, co można – po spędzeniu odpowiedniego czasu w kolejce lub szczęściu – dostać „na NFZ”. Coraz więcej pacjentów twierdzi wręcz, że w publicznej służbie zdrowia da się załatwić wiele kwestii sprawniej i szybciej. Dotyczy to przede wszystkim mniejszych miejscowości, w których firmy oferujące pakiety medyczne nie mają własnych wielospecjalistycznych placówek i podzlecają usługi lokalnym poradniom czy firmom diagnostycznym. Zdarza się, że taka poradnia świadczy usługi klientom kilku ogólnokrajowych firm. Formalnie pacjent z pakietem w firmie M. dzwoni do rejestracji firmy M., pacjent z pakietem od L. – do rejestracji L., a pacjentka z pakietem od S. – do rejestracji S. Ale i tak wszystkie te telefony przekierowywane są na „linię oczekującą” obsługiwaną przez jedną panią Jadzię, rejestratorkę lokalnej poradni zdrowia. I pani Jadzia, wedle zaleceń i prerogatyw, zarządza wszystkimi kolejkami.
Nikt nie powie głośno, że za sprawą kumulacji pacjentów z wielu kolejek oczekujących – na NFZ, na pakiety i komercyjnie z ulicy – pakiety medyczne stają się w coraz większym stopniu, zwłaszcza w Polsce powiatowej, FIKCJĄ. Poniekąd padły ofiarą własnego sukcesu: im więcej ludzi je ma, tym więcej traci realny szybki dostęp do usług.
Pikanterii całemu zjawisku przydaje fakt, że – w ramach walki z dyskryminacją pacjentów – NFZ ściga placówki próbujące dzielić ubezpieczonych na lepszych i gorszych. Jest to w obecnych polskich realiach typowa walka z wiatrakami, bo dzielenie takie stało się powszechną praktyką. Wynika wszakże z samej istoty prywatnych usług medycznych współistniejących na przedziwnych zasadach z publicznymi: skoro płacisz za coś dodatkowo, to chcesz wiedzieć, za co.
No właśnie: za co? I właściwie – dlaczego musisz płacić tyle razy?
Zarówno publiczna, jak i prywatna opieka zdrowotna w Polsce opierają się na specyficznej matematyce. W tej publicznej duzi płatnicy, odprowadzający do NFZ w ramach składki zdrowotnej od kilku do nawet 100 tys. zł miesięcznie, nie wykupują w zasadzie żadnej usługi – bo nie mają czasu tkwić (i umierać) w kolejkach do lekarzy, ani czekać na odległe wizyty u specjalistów. Na pomoc publicznej opieki medycznej mogą liczyć właściwie tylko wtedy, gdy ich stan zdrowia gwałtownie się pogarsza i karetka zawiezie ich do szpitala. Dalszy ich los stał się już jednak w polskich realiach niepewny: przeciętny szpital nie gwarantuje szybkiego dostępu do wszystkich niezbędnych badań, ani tym bardziej specjalistycznych konsultacji. O wielu zabiegach można – dosłownie – zapomnieć, bo terminy są patologicznie odległe. Jedynym sposobem na przyspieszenie procedur RATUJĄCYCH ZDROWIE I ŻYCIE jest:
Można rzec, że polska opieka medyczna w czasach PiS silnie się amerykanizuje – z zachowaniem bardzo kosztownych i finansowo bolesnych (dla wybranych) pozorów istnienia służby publicznej.
Efekt jest taki, że miliony średniaków płacą haracz na NFZ, finansując wizyty innym, m.in. rolnikom, których składka zdrowotna wynosi od lat 1 zł miesięcznie; oraz VIP-om, zwłaszcza wpływowym politykom korzystającym z szybkiej ścieżki do diagnostyki, lekarzy i zabiegów. Ci sami średniacy próbują korzystać z prywatnych pakietów medycznych (czyli płacą drugi raz) – i są nimi coraz bardziej rozczarowani / sfrustrowani. Ostatecznie zmuszeni są bowiem zapłacić trzeci raz – za prywatną wizytę z ulicy. W przypadku wziętych specjalistów również odbiją się tu od długiej kolejki. Chyba że mają status „prywatnie po znajomości”.To najwyższy poziom dostępu.
Równie ciekawa sytuacja powstała w prywatnej opiece zdrowotnej – w systemie pakietów. W relatywnie najlepszej sytuacji są tutaj mieszkańcy czołowych metropolii, ponieważ działają tam placówki własne najważniejszych firm oferujących pakiety. Tu nie ma pani Jadzi ogarniającej rejestrację do pięciu różnych podmiotów i jeszcze dwie inne kolejki (na NFZ i prywatnie z ulicy). Jest jedna rejestracja, do której stosunkowo łatwo się dodzwonić. Poza tym większość pacjentów (przypomnijmy – trzon pakietowców to młodzi przed trzydziestką) korzysta z coraz bardziej funkcjonalnych stron internetowych oraz dedykowanych usługom aplikacji, za pomocą których można sprawdzać terminy, umawiać wizyty i załatwiać inne formalności.
Jednak i w metropoliach pacjenci-abonenci sygnalizują ograniczony dostęp do wielu lekarzy i diagnostyki, terminy bywają „odległe jak na NFZ”; ewentualnie trzeba skorzystać z usług innej placówki, działającej na peryferiach miasta lub w innym mieście, albo z porady mniej cenionego specjalisty.
Jako się rzekło, najgorzej mają mieszkańcy mniejszych miejscowości, w których dużo osób posiada wykupione podstawowe pakiety. Popyt jest wysoki, podaż usług wręcz elitarna. W efekcie podstawowi abonenci – sami z mocno ograniczonym dostępem do usług – w największym stopniu zrzucają się na… arcyszybkie wizyty tych, którzy wykupili sobie (lub pracodawca im opłacił) pakiety VIP, z gwarantowanym dostępem do kluczowych lekarzy i diagnostyki. Najtańszy taki pakiet dla dwóch osób, z licznymi obostrzeniami i ograniczeniami, kosztuje ponad 6 tys. zł rocznie.
– Konieczność zaciskania pasa, co jest spowodowane trudną sytuacją gospodarczą w związku z wysoką inflacją czy stopami procentowymi, przy równoczesnym wzroście świadomości zdrowotnej jako efekcie ubocznym pandemii koronawirusa oraz grypy, rodzi wśród Polaków powszechną frustrację. Chcemy mieć szybki dostęp do najlepszych usług medycznych i specjalistów w jak najniższej cenie. Ale to już nie jest możliwe, bo rzeczywistość zmusza do coraz większej dyscypliny finansowej. Zarówno samych pacjentów, którzy wkładają do koszyka zakupowego coraz mniej, jak i dostawców prywatnej opieki medycznej, którzy mierzą się z coraz wyższymi kosztami prowadzenia działalności. Nowoczesne zaplecze placówek, technologia czy doświadczeni lekarze kosztują i musimy brać to pod uwagę, konstruując naszą ofertę – wyjaśniał niedawno Jacek Rozwadowski, prezes zarządu Centrum Medycznego ENEL-MED, komentując wprowadzenie na rynek pakietów „komfort”, zawierających gwarancje szybkiego dostępu do usług.
Część firm odpowiada w ten sposób na coraz bardziej paranoiczną sytuację. Oto w publicznej opiece medycznej główne koszty funkcjonowania systemu ponosi grupa nieuprzywilejowanych płatników składek, którzy nie uzyskują w ten sposób dostatecznego, ani nawet miernego dostępu do usług. W systemie pakietowym zaczęło być podobnie. Pakiety z gwarancją dostępu są próbą wyjścia z tej paranoi.
Pytanie, czy w obecnej sytuacji kadrowej w polskiej opiece zdrowotnej ta próba może się powieść. A przede wszystkim: ilu podwójnych płatników może się znaleźć w gronie szczęśliwców z gwarantowanym szybkim dostępem do usług, a ilu pozostanie w szarej masie płatników potrójnych…
Za sprawą umasowienia pakietów medycznych prywatna opieka zdrowotna doszła dziś do tej samej ściany, o którą obija się od wielu lat opieka publiczna i dlatego w niemal identyczny sposób zaczyna się zatykać. Zarządzanie w prywatnych placówkach jest, oczywiście, lepsze – ale nie na tyle, by pokonać fundamentalną barierę – mocno ograniczonych zasobów. Mamy określoną liczbę lekarzy, pielęgniarek i itd., określoną infrastrukturę do diagnostyki i leczenia – a wszystko to nijak nie przystaje do rosnących potrzeb starzejącego się i zarazem coraz bardziej świadomego zdrowotnie społeczeństwa. Zarządzanie polega więc na żonglowaniu czymś, czego mamy za mało. Bez radykalnego zwiększenia liczebności personelu medycznego i rozbudowy nowoczesnej infrastruktury będziemy skazani na wydłużające się kolejki – i w publicznej, i w prywatnej opiece zdrowotnej.
Najskuteczniejszym promotorem prywatnych pakietów medycznych okazał się w Polsce rząd, który kompletnie nie poradził sobie z zarządzaniem publiczną opieką medyczną w chwili największej próby, czyli w pandemii. Byliśmy świadkami totalnego zawalenia się publicznej opieki, wielomiesięcznego braku dostępu do świadczeń, co doprowadziło do rekordowej w historii liczby nadmiarowych zgonów, a zarazem wygenerowało potężny dług zdrowotny – w związku z tym, że ludzie zmuszeni byli odwołać lub odłożyć „na lepsze czasy” nie tylko wizyty u specjalistów czy diagnostykę, ale i ważne zabiegi. Co więcej, lepsze czasy nie nadeszły i odpowiada za to znowu polityka rządu, który nie wykorzystał zwiększonego za sprawą Polskiego Ładu strumienia pieniędzy ze składki zdrowotnejdo radykalnej poprawy dostępu do usług zdrowotnych. Odbijając się od zamkniętych drzwi publicznej służby zdrowia wielu ludzi uznało, że jedynym sposobem na udrożnienie dostępu do usług zdrowotnych jest wykupienie prywatnych pakietów medycznych.
Exodusowi milionów ludzi ku prywatnej opiece zdrowotnej sprzyjały postawy sporej części pracodawców, którzy potrafią liczyć i wiedzą, że – bez zapewnienia pracownikom przyzwoitego standardu badań i leczenia – będą mieli notorycznie chorującą załogę, o wysokim poziomie absencji – a to oznacza straty. Przerażeni taką wizją pracodawcy zaczęli inwestować w grupowe pakiety medyczne. W efekcie wystąpiło zjawisko, które zna każdy, kto kiedykolwiek próbował wlać wielki baniak wody do za małej butelki przez zdecydowanie zbyt wąski lejek…
Dwadzieścia lat temu, kiedy pojawiły się prywatne pakiety medyczne, korzystało z nich bardzo mało osób. Co więcej – byli to głównie trzydziestolatkowie, co do zasady rzadko korzystający z usług zdrowotnych. Żeby ich wszystkich sprawnie obsłużyć, np. w obszarze schorzeń oczu, wystarczyło mieć jednego okulistę na cały powiat. Dzisiaj „pakietowiczów” jest kilkaset razy więcej i mają 50 lub więcej lat, a więc ich potrzeby zdrowotne także niepomiernie wzrosły. Nie da się tych potrzeb zaspokoić poprzez sprzedaż egalitarnych pakietów medycznych, bo to prowadzi do zderzenia ze wspomnianą ścianą ograniczonych zasobów. W moim przekonaniu w segmencie prywatnej opieki zdrowotnej musi dojść do silnego zróżnicowania pakietów – w efekcie tego tylko zasobniejszych klientów będzie stać na zapewnienie sobie szybkiego dostępu do wysokiej klasy usług, reszta będzie tkwić w kolejkach.
Czerw. 28, 2023 wstyd-w-80-rocznice-apogeum-ukrainskiego-ludobojstwa
Zbliża się 80. rocznica Krwawej Niedzieli (11 lipca), apogeum ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, w czasie którego Ukraińcy masowo mordowali Polaków na przeróżne sposoby: przybijając do drzwi, wyłupując oczy, odcinając kończyny i języki, dzieci nabijając na płoty, kobiety brutalnie gwałcąc, a brzemiennym rozpruwając brzuchy.
Tak ukraińskie bestialstwo wspominają Świadkowie, których świadectwa uwiecznił Jacek Międlar w najnowszej książce pt. “Sąsiedzi. Ostatni Świadkowie ukraińskiego ludobójstwa na Polakach”.
Z racji okrągłej rocznicy w całej Polsce organizowane są uroczystości, podczas których Polacy oddadzą cześć pomordowanym Polakom w wyniku Holokaustu przeprowadzonego przez Ukraińców.
11 lipca swoją obecnością z racji obchodów w 80. rocznicę Krwawej Niedzieli nie uraczy nas prezydent Andrzej Duda.

W dniach 11–12 lipca 2023 roku (wtorek–środa) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda weźmie udział w Szczycie NATO w Wilnie – czytamy na oficjalnej stronie Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.
To w jaki sposób polskojęzyczna władza z prezydentem Dudą na czele traktuje sprawę upamiętniania Polaków pomordowanych przez ukraińskich ludobójców w latach 1939-1947 woła o pomstę do nieba. Czy w dzień pamięci o żydowskich ofiarach Holokaustu Duda także wybrałby się na zlot NATO zamiast wziąć udziału w marszu kroczącym uliczkami byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu?
Czyż absencja prezydenta Dudy w rocznicę tak ważną dla Polaków, zwłaszcza w dobie szaleńczej banderyzacji na Ukrainie, nie jest napluciem na doły śmierci, w których do dziś gniją ciała naszych pomordowanych rodaków?
Na zakończenie przywołamy wspomnienia trzech świadków ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, które obok kilkudziesięciu innych świadectw znajdziecie Państwo w najnowszej książce Jacka Międlara pt. “Sąsiedzi”.
Relacja Świadka Władysława Rachwała: W kwietniu 1944 r. rozpoczęły się morderstwa na ludności polskiej w całym powiecie lubaczowskim. Ludność szukała schronienia za Sanem na terenie powiatów leżących na terenie powiatów leżących na zachód. Masowo opuszczała powiat lubaczowski. Droga prowadziła przez Las Bachorski [położonego pomiędzy Lipiną a Jarosławiem – przyp. JM]. Bandyci UPA mówili, że nadeszły dla nich żniwa, więc mordowali wszystkich: dzieci, kobiety, starców. Pomordowani mieli niejednokrotnie połamane kości rąk, nóg, kręgosłupa i inne zniekształcenia ciała. Ciała pomordowanych były tak zmasakrowane przez zadawanie im różnych uderzeń, ciosów i innych tortur przy pomocy specjalnych narzędzi zbrodni, że w wielu wypadkach trudno było ustalić tożsamość zamordowanej osoby. To było bestialstwo, którego nie da się opisać.
Relacja Piotra Piekły: W Lesie Bachorskim mordowano masowo ludność polską uciekającą za San, żołnierzy Wojska Polskiego i żołnierzy radzieckich. Dziś jeszcze można spotkać tam ludzkie kości. Bandyci spod znaku UPA mordowali bezlitośnie swoje ofiary. Łamali kości, wpychali drut do oczu, wydziobywali oczy.
Relacja Michała Ważnego: Było to w roku 1944, to jest zaraz po wyzwoleniu powiatu lubaczowskiego spod okupacji niemieckiej. Nie pamiętam dokładnie daty, ale doskonale utkwił mi w pamięci straszny obraz zbrodni. Idąc, spotkałem w Lesie Bachorskim około 20 żołnierzy Wojska Polskiego pomordowanych przez bandę. Widok był straszny. Ciała żołnierzy zmasakrowane, bez mundurów, bez bielizny leżały na drodze.
Posted by Marucha w dniu 2023-06-28 (Środa)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Polski_Korpus_Ochotniczy stan na 29 czerwca 2023
Niedawno na portalu Myśl Polska ukazał się artykuł pt. „Niewypowiedziana wojna”, w którym autor opisał udział polskich najemników w ataku na terytorium Federacji Rosyjskiej i próbował ustalić czy polskie „psy wojny” działają pod patronatem RP czy nie.

Logo Polskiego Korpusu Ochotniczego
Zostało postawione pytanie czy członkowie „Polskiego Korpusu Ochotniczego” uzyskali formalną zgodę od warszawskiego rządu, co według autora ma być kluczową przesłanką, by uznać lub odrzucić odpowiedzialność III RP. Jest to tylko część prawdy.
Majestat bezprawia
Są przesłanki, żeby stwierdzić, iż RP nie wydawała nikomu zgody na udział w siłach zbrojnych Ukrainy. Jednocześnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że III RP w majestacie prawa, a właściwie bezprawia, o czym poniżej, popiera i identyfikuje się ze wszystkimi Polakami nielegalnie walczącymi po stronie Ukrainy. Podkreślam, że pisząc III RP mam na myśli całą sejmową klasę polityczną od Lewicy po Konfederację – może z małymi wyjątkami. Na tym właśnie polega perfidia tej sytuacji, że prawo jest łamane zarówno przez koalicję rządzącą, jak też przez tych, którzy mają na sztandarach „Konstytucja” i samozwańczo mianowali się obrońcami praworządności.
Gdyby jacyś polscy obywatele wstąpili do Grupy Wagnera, nie uzyskując przed tym stosownych zezwoleń z Ministerstwa Obrony Narodowej, to oczywiście Rzeczpospolita Polska z całą swoją mocą ukarałaby przestępców. Celowo użyłem określenia „wstąpili”, a nie np. walczyli w Grupie Wagnera, bo przestępstwo określone w art. 141 k.k. ma charakter formalny i nie jest ono uzależnione od wystąpienia jakiegokolwiek skutku. Jest ono spełnione już z chwilą przyjęcia przez sprawcę (obywatela polskiego) obowiązków wojskowych w obcym wojsku lub w obcej organizacji wojskowej bez zgody właściwego polskiego organu (§ 1) lub obowiązków w wojskowej służbie najemnej zakazanej przez prawo międzynarodowe. Oczywiście jest to przestępstwo ścigane z urzędu, co znaczy, że zaniechanie ścigania jest przestępstwem niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego.
Nie prawo, lecz sejmowa wola polityczna
W przypadku polskich „psów wojny” walczących po stronie ukraińskiej mamy bez wątpienia do czynienia z zaniechaniem ścigania tych przestępców. Prokuratorzy nie mogą się tłumaczyć, że nie wiedzą o tym procederze i jego skali, albowiem jest to wiedza powszechna. Proceder trwa od roku 2014, a w 2022 roku przybrał na sile. Z najemnikami przeprowadzane są długie wywiady na różnych kanałach TV, opisuje ich wiele tytułów prasowych nazywając „polskimi żołnierzami” i „bohaterami” – co jest aberracją. W przypadku śmierci takiego człowieka często jest on żegnany przez władze RP.
Oczywiście ci prokuratorzy, którzy nie dopełnili swoich obowiązków (231 kk) mają swoich przełożonych, którzy także kogoś nad sobą mają. Jest wielce prawdopodobne, że ci prokuratorzy nie dopełnili swoich obowiązków, bo ich szefowie udaremniają im wszczęcie postępowania karnego, czyli zachodzi podejrzenie popełnienia przestępstwa poplecznictwa (239 kk). Ci szefowie też nie działają w próżni, tylko w realiach politycznych III RP, która jak widać na tym przykładzie, nie jest już państwem prawnym określonym w art. 2 Konstytucji RP.
W naszych realiach państwowych nie prawo, a wola polityczna ma pozycję nadrzędną. Przecież cała sejmowa klasa polityczna ma gdzieś, że nikt nie ściga nielegalnie walczących po stronie ukraińskiej polskich najemników. Zarówno przez „kaczystów”, jak też „obrońców konstytucji”, prawo jest traktowane przedmiotowo i jest narzędziem do osiągania celów politycznych. To nie prawo wyznacza im zakres i zasady działania, co nakazuje Konstytucja, a wprost przeciwnie. To oni wyznaczają kiedy i w jakim zakresie prawo ma działać, a kiedy jest „wyłączone”.
Takich praktyk nie było nawet w najmroczniejszym okresie PRL. Po ośmiu latach, gdy liczba walczących Polaków po stronie Ukrainy gwałtownie wzrosła, posłowie wszystkich partii zaczęli histerycznie szukać rozwiązania tego problemu. W grudniu 2022 roku do Sejmu trafił poselski projekt abolicji dla osób walczących po stronie ukraińskiej, pod którym podpisali się przedstawiciele wszystkich klubów oraz kół Polska 2050 i PPS (poza Konfederacją). Nie jest to niestety projekt abolicji tylko nieudolna próba zmiany treści części art. 141 kk z naruszeniem zasady lex retro non agit (prawo nie działa wstecz), ale po kolei.
Co to jest abolicja
Abolicja to akt prawny, ustawa, w oparciu o którą odstępuje się od ścigania określonych, popełnionych przestępstw, jak też umarza się postępowanie przygotowawcze i sądowe, nawet po ogłoszeniu wyroku, ale przed jego uprawomocnieniem. Abolicja może dotyczyć tylko i wyłącznie już popełnionych przestępstw. Abolicja nie powoduje zalegalizowania przestępstwa, a także nie zmienia jego kwalifikacji prawnej. Jest to jednorazowe anulowanie kary osobom, które popełniły czyn karalny w pewnym ściśle określonym czasie.
Projekt poselski określił tylko datę początkową – 20 lutego 2014 roku, po której odstępuje się od ścigania, ale nie określił daty końcowej. Według takiego zapisu nie powinno się ścigać także sprawców czynów, które dopiero zostaną popełnione w dowolnej przyszłości. Zatem nie jest to żaden projekt abolicji tylko prymitywna próba zalegalizowania przestępstw już popełnionych i tych, które zostaną popełnione.
Czy ci posłowie którzy złożyli ten projekt są tak merytorycznie słabi, że podpisali się pod takim potworkiem prawnym, czy tak leniwi, że nie zbadali co podpisują – pozostaje nierozstrzygnięte. A może ani jedno ani drugie, tylko są po chamsku cwani, bo wiedzą, że wytresowany lud zaakceptuje każdą ich głupotę, pod warunkiem, że będzie ona szkodziła Rosji. W takim brzmieniu z mocy prawa ten projekt musi być odrzucony w pierwszym czytaniu. Nie będzie on jednak póki co procedowany bo został wrzucony do „zamrażarki”, nie z przyczyn merytorycznych tylko z powodu animozji wewnątrz PiS.

Opozycja udaje przywiązanie do Konstytucji
Jedyna zaletą tego projektu jest to, że nasi „mężowie stanu” publicznie ujawnili, iż wojna trwa od 2014 roku, a polscy obywatele uczestniczą w niej od początku. Ujawnili też, że władze o tym wiedziały od dziewięciu lat i łamały prawo, nie ścigając tych przestępców.
Że do lutego 2022 taki stan rzeczy był dla polskich władz do zaakceptowania, bo skala procederu nie była zbyt wielka i można było to potem „zamieść pod dywan”. Ponad rok temu „mleko się rozlało” i ujawniło się tylu ukraińskich patriotów z polskim obywatelstwem gotowych ginąć na stepach Ukrainy, że ukraińscy patrioci z Wiejskiej mają teraz nie lada problem.
Elektorat to widzi i póki co akceptuje. Ale czy będzie akceptował w nieskończoność? Czy dojdzie wreszcie do „Janów Kowalskich”, że cała klasa polityczna ma ich za idiotów? Bo jak inaczej opisać zachowanie posłów Lewicy czy PO którzy jednego dnia drą mordę „Konstytucja!”, a na co dzień razem z PiS łamią tą Konstytucję, akceptując, że nie ściga się wybranych sprawców przestępstw bo taka jest decyzja polityczna. Posłowie opozycyjni takim zachowaniem demoralizują obywateli jeszcze bardziej niż PiS. PiS nikogo nie gra, on taki jest. Natomiast posłowie opozycji grają szlachetnych i praworządnych, lepszych niż ogół obywateli.
Widać wyraźnie, że polscy najemnicy są chronieni przez polityków, którzy pozwalają im łamać prawo. Dlatego też cała polska klasa polityczna, co najmniej politycznie, odpowiada za poczynania naszych „zuchów” na Ukrainie i prędzej czy później zostanie im wystawiony za to rachunek. Ale póki co Agnieszka Romaszewska jest z nich dumna, chwaląc na Twitterze: „Chyba nikt nie jest w stanie zjednoczyć Polaków – już tylko Moskale…”.
Na razie ludzie patrzą na ten teatrzyk i biją brawo. Pytanie jak długo jeszcze?
Cezary Michał Biernacki
https://myslpolska.info/
wg. kaczynski-ma-poczucie-humoru

Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej w KPRM mówił o wolności prasy w Polsce. Dla czytelników portalu NCzas.com, którzy wiedzą, z jaką cenzurą się zmagamy, słowa „naczelnika” zabrzmią jak żart.
Przemawiając w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Jarosław Kaczyński udowodnił, że ma poczucie humoru. Polityk mówił o wolności mediów w Polsce.
– Mało jest państw, mówię o państwach demokratycznych na świecie, gdzie wpływ władzy na media jest tak minimalny, w gruncie rzeczy żaden, jak w Polsce, a już w szczególności na media opozycyjne, a te media opozycyjne są w zdecydowanej większości – stwierdził przywódca obozu rządowego.
Wystarczy włączyć Telewizję Polską, albo posłuchać Polskiego Radia, by stwierdzić, że słowa wypowiedziane przez „naczelnika” nie mogą być wypowiadane „na serio”.
Dowodem nie jest oczywiście jedynie propisowska narracja tzw. „reżimówki”. W Polsce dochodzi także do prześladowań niezależnych mediów.
Naprawdę żałośnie brzmi także mówienie, że w Polsce wpływ władzy na media jest (rzekomo) „minimalny”. Oczywiście wpływ ten jest ogromny, a nie „minimalny”, ale tak naprawdę władza nie powinna mieć ŻADNEGO wpływu na media.
W wolnym społeczeństwie nie powinno być państwowej cenzury i na pewno nie powinno być państwowych mediów. Na 100 % natomiast nie powinny istnieć media w takim kształcie, jaki obecnie ma Telewizja Polska, Polskie Radio i reszta mediów, które są sterowane z Warszawy. Obecna rzeczywistość bardziej przypomina w tej kwestii ustrój słusznie miniony niż państwo wolnych obywateli.
Chcą zalegalizować śluby dla gejów i oddać im dzieci do adopcji |

| Kaja Godek – Fundacja Życie i Rodzina <kontakt@zycierodzina.pl> |
Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!
„Geje chcą adoptować dzieci, aby je molestować i gwałcić”. W 2019 roku powiedziałam to zdanie na antenie Polsat News, a lewacki Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych zorganizował wobec mnie proces. Kilkanaście miesięcy później sądy dwóch instancji potwierdziły, że wygłoszona opinia była uzasadniona i że wypowiedzenie tego zdania nie wyczerpuje znamion przestępstwa. W ten sposób założyciel Ośrodka przestępca Rafał Gaweł i jego koledzy, którzy chcieli ukarania za prawdę o LGBT, pomogli zalegalizować mówienie tejże prawdy. Oczywiście w sprawie tak poważnej jak wykorzystywanie seksualne dzieci wolałabym nie mieć racji. Niestety pora bić na alarm. Geje naprawdę zabierają się za przysposabianie dzieci, a zjawisko to upowszechnia się.
W niektórych krajach normą stały się już targi dla gejów, na których umożliwia im się kupno dzieci. „Men Having Babies” (mężczyźni mający dzieci) – tak nazywa się organizacja, która patronuje dorocznemu wydarzeniu na salonach Europy Zachodniej i USA. Kontaktuje klientów z firmami oferującymi in vitro oraz surogację. Konsultuje prawnie. Umożliwia coraz większej liczbie par homoseksualnych uzyskanie łatwego dostępu do dzieci – w pokoju za ścianą, we własnym domu, bez świadków…
Jaki los czeka maluchy urodzone przez surogatki i oddane w ręce pederastów? Strach pomyśleć. Opisywaliśmy już głośne przypadki patologii związanych z homoadopcjami.
Proszę posłuchać, co o targach dzieci dla gejów mówi nasza koleżanka Laura Lipińska. Nagranie jest dostępne na BanBye:

Video można obejrzeć także na Rumble: https://rumble.com/v2wtlib-pro-life-bez-cenzury-geje-kupuj-dzieci-na-targach.html
Z każdym miesiącem wychodzą na światło dzienne nowe skandale w homoseksualnym półświatku. Jednak zniszczone poprawnością polityczną społeczeństwa nie widzą powodu, aby zacząć skutecznie walczyć o bezpieczeństwo dzieci. Nie budzą się, by odsunąć aktywistów LGBT od kontaktu z najmłodszymi. Wolą zamknąć oczy, byle nie zostać oskarżonym o nietolerancję. Dlatego dramat wielu maluchów trwa.
Kluczem do tego, aby w Polsce nie zdarzyły się podobne tragedie, jest budowanie świadomości, co naprawdę dzieje się dzieciom adoptowanym przez pary jednopłciowe. Dlatego edukujemy wychodząc wielokrotnie na ulice i pokazując prawdziwe historie, które miały miejsce w krajach, gdzie dopuszczono przekazywanie dzieci gejom i lesbijkom. Pikietujemy, opisujemy, przygotowujemy nagrania video, prowadzimy szkolenia, żeby ludzie wiedzieli. Nie chcemy, aby propaganda LGBT zatryumfowała w Polsce.

Jestem głęboko zaniepokojona, że w Polsce także może wydarzyć się najgorsze. Szczególnie teraz – przed wyborami obserwuję, jak skrajnie lewicowe formacje polityczne licytują się, kto da więcej. Chcą wpłynąć na polską politykę i wprowadzić śluby jednopłciowe, a następnie będą dążyć do zalegalizowania homoadopcji.
Nie możemy pozwolić, aby polskie dzieci znalazły się w tak wielkim niebezpieczeństwie.
Proszę Pana o pomoc w prowadzeniu działań, aby uchronić polskie dzieci przed homolobby. Czy może Pan wesprzeć kampanię Fundacji finansowo?
Czy może Pan wpłacić 40, 80, 150 złotych lub wybraną przez siebie sumę, aby wesprzeć pokazywanie prawdy, której zwolennicy LGBT nie chcą nikomu pokazywać?
Przełamujemy zmowę milczenia.
Jesteśmy za to nienawidzeni.
Działamy mimo ataków, bo wiemy, że bezpieczeństwo dzieci jest najważniejsze.
Proszę nam pomóc.
Serdecznie Pana pozdrawiam!


Kaja Godek
Inicjatywa #ZATRZYMAJABORCJĘ
Inicjatywa #STOPLGBT
Fundacja Życie i Rodzina
zycierodzina.pl
PS – Wpłat można dokonać na numer konta: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230lub systemami przelewowymi i do płatności kartą pod linkiem www.ZycieRodzina.pl/wspieraj . Już teraz dziękuję za każdą pomoc!
WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW
MOŻESZ TEŻ SKORZYSTAĆ Z SZYBKICH PRZELEWÓW ONLINE:
LUB SKORZYSTAĆ Z PŁATNOŚCI KARTĄ:

13-osob-oskarzonych-o-ustawianie-


13 osób, w tym pracownicy placówek medycznych m.in. szpitali, stacji pogotowia, przychodni oraz przedstawiciel firmy, która dostarczała sprzęt medyczny, zostało oskarżonych o ustawianie przetargów na sprzęt medyczny. Podejrzanym grozi do 10 lat więzienia.
Rzecznik Prokuratury Regionalnej we Wrocławiu prok. Katarzyna Bylicka poinformowała w czwartek, że Prokuratura Regionalna we Wrocławiu skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy – Mokotowa akt oskarżenia przeciwko 13 osobom, m.in. z zarzutami zakłócania postępowań przetargowych na sprzęt medyczny dla placówek służby zdrowia na terenie kraju.
„Oskarżonym zarzuca się także udzielanie i przyjmowanie korzyści majątkowych w zamian za naruszenie przepisów prawa. Polegało to na wejściu w porozumienie, a następnie uzgadnianie w drodze rozmów osobistych, telefonicznych oraz kontaktu mailowego, istotnych warunków przetargów na zakup ambulansów z wyposażeniem medycznym, urządzeń do mechanicznej kompresji klatki piersiowej, defibrylatorów z modemami do transmisji danych EKG” – powiedział rzecznik.
29/06/2023przez antyk2013

Krucjata Różańcowa za Ojczyznę prosi:
Z Maryją Królową Polski módlmy się o Polskę wierną Bogu, Krzyżowi i Ewangelii, o wypełnienie Jasnogórskich Ślubów Narodu
Jako przedstawiciele Kościoła walczącego wychodzimy na Publiczny Różaniec św. WYNAGRADZAJĄCY Niepokalanemu Sercu Matki i Królowej
1 lipca 2023 r. o godz.17:00 w Łomży na Starym Rynku
i tak toczymy duchową bitwę o Polskę wolną od publicznego obrażania Boga i Matki i POKÓJ BOŻY w sercach ludzi i na świecie
Zaczynamy o 16:45 Koronką do Miłosierdzia Bożego za braci błądzących i dusze w czyśćcu cierpiące
Króluj nam Chryste, w Polsce i wszędzie!
Krucjata Różańcowa za Ojczyznę
DOŁĄCZ: https://krucjatarozancowazaojczyzne.pl/
23 czerwca 2023 nik.gov-agencja-badan-medycznych
Z roku na rok do Agencji Badań Medycznych (ABM) trafiało coraz więcej pieniędzy, jednak do końca czerwca 2022 r. jej działalność nie przyniosła wymiernych korzyści ani systemowi ochrony zdrowia, ani budżetowi państwa. To oznacza, że choć NFZ, którego ponad 90% przychodów stanowią składki zdrowotne przekazał ABM ponad 888 mln zł, pożytek z jej działalności dla pacjentów był niewielki. Co więcej, w latach 2023-2025 Narodowy Fundusz Zdrowia planuje przekazać Agencji 1,3 mld zł, mimo że ABM nie oceniała korzyści finansowych, jakie wspierane przez nią badania przynoszą co roku budżetowi państwa i systemowi ochrony zdrowia. Jest do tego zobowiązana ustawowo.
Na duże obciążenie dla budżetu, jakim będzie utworzenie Agencji Badań Medycznych, zwracało uwagę Biuro Analiz Sejmowych, opiniując w 2019 r. projekt ustawy dotyczącej powołania ABM. Prawnicy podkreślali, że kosztowna instytucja ma powstać w sytuacji, w której wyznaczone jej zadania są zbliżone do zadań wykonywanych już przez Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Obie te instytucje zostały utworzone w 2010 r., kiedy to dostrzeżono w Polsce potrzebę finansowego wspierania niekomercyjnych badań klinicznych produktów leczniczych i wyrobów medycznych. Chodziło o potwierdzenie lub sprawdzenie ich skuteczności przez ośrodki niezależne od firm farmaceutycznych. Niekomercyjne badania wyrobów medycznych nie były prowadzone w naszym kraju od 2012 r. i to się nie zmieniło po utworzeniu ABM.
Agencja rozpoczęła działalność 22 marca 2019 r., a już 10 miesięcy później premier zdecydował o przyznaniu tej instytucji statusu jednostki o szczególnym znaczeniu dla państwa. Tak się stało, mimo że w tym czasie nie stwierdzono jeszcze znaczących rezultatów podejmowanych przez nią działań. Nie zostały także spełnione przesłanki ustawy kominowej, które powinny być w tym wypadku uwzględnione – rodzaj świadczonych przez ABM usług, zasięg działania, obroty i liczba zatrudnionych pracowników. Kontrola przeprowadzona przez NIK pokazała, że w 2019 r. Agencja nie przeprowadziła jeszcze żadnych badań, była dopiero w trakcie tworzenia wewnętrznej struktury organizacyjnej, dysponowała jedynie 14 etatami, a Minister Zdrowia przekazało jej 7 mln zł dotacji wyłącznie na pokrycie bieżących kosztów działalności. Tymczasem w efekcie wpisania Agencji na listę podmiotów o szczególnym znaczeniu dla państwa, miesięczne wynagrodzenie brutto jej prezesa (także osoby pełniącej obowiązki prezesa) wzrosło w 2020 r. o ponad 58%, a w 2022 r. o niemal 96% – do 47 tys. zł brutto.
NIK zwraca uwagę na fakt, że od 2000 r., kiedy to weszła w życie ustawa kominowa, na podstawie której premier może decydować o nadaniu podmiotom statusu o szczególnym znaczeniu dla państwa, do 2018 r. żaden z szefów rządu nie skorzystał z tej możliwości. Tymczasem od 29 maja 2018 r. do końca 2021 r. do takiego wykazu trafiło 15 podmiotów, z czego cztery podlegały Ministrowi Zdrowia. Dzięki temu, że znalazły się w wykazie, można było zwiększyć o 50% maksymalną kwotę miesięcznego wynagrodzenia osób kierujących tymi instytucjami. Inicjatorami wpisania ABM na listę byli przewodniczący Rady Agencji Badań Medycznych Marcin Moniuszko oraz ówczesny wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński.
ABM rozpoczęła działalność w marcu 2019 r. Pełnienie obowiązków prezesa Agencji Minister Zdrowia Łukasz Szumowski powierzył dr. hab. n. med. Radosławowi Sierpińskiemu. Pierwszy konkurs na stanowisko prezesa został ogłoszony kilka miesięcy później. Jedyny kandydat, który wziął w nim udział został powołany w październiku, ale już w grudniu zrezygnował ze stanowiska. Kolejny konkurs na stanowisko prezesa ogłoszono dopiero w maju 2021 r., a do tego czasu obowiązki prezesa ponownie pełnił Radosław Sierpiński i to on, jako jedyny kandydat wystartował w konkursie. Obowiązki prezesa objął 12 czerwca 2021 r.
Przeprowadzone przez ówczesnego Ministra Zdrowia postępowanie konkursowe na to stanowisko, NIK uważa jednak za nierzetelne. Wymagania ustawowe, które musieli spełniać kandydaci dotyczyły m.in. co najmniej pięcioletniego doświadczenia zawodowego, w tym trzyletniego w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Z uzyskanych przez kontrolerów Izby informacji wynika, że pracodawcy wymienieni w przedstawionym przez Radosława Sierpińskiego dokumencie nie składali do ZUS raportów, z których wynikałoby że płacili za niego obowiązkowe składki. Z kolei w Centralnej Ewidencji i Informacji o działalności gospodarczej nie było danych, które wskazywałyby na to, że Radosław Sierpiński prowadził taką działalność, co mogłoby potwierdzać jego doświadczenie na stanowisku kierowniczym.
Od kandydatów na stanowisko prezesa Agencji wymagano także odpowiedniego wykształcenia; uzyskania co najmniej stopnia doktora habilitowanego nauk medycznych. Radosław Sierpiński uzyskał habilitację w kwietniu 2021 r. na Uniwersytecie Medycznym we Wrocławiu, 11 dni przed ogłoszeniem konkursu na prezesa ABM.
NIK zwraca uwagę także na to, że w okresie objętym kontrolą Radosław Sierpiński kierował Agencją sam, choć zgodnie z przepisami, prezesa powinien wspierać przynajmniej jeden, a maksymalnie trzech zastępców – do spraw medycznych, finansowania badań oraz do analiz i badań własnych. Stanowisko zastępcy prezesa do spraw medycznych było obsadzone tylko przez nieco ponad miesiąc w 2019 r., zajmował je sam Radosław Sierpiński zanim stanął na czele całej instytucji. Zastępca prezesa do spraw analiz i badań własnych nie został powołany do czasu zakończenia kontroli NIK, a zastępca prezesa do spraw finansowania badań pełnił swoją funkcję od 7 listopada 2019 r. do 31 lipca 2021 r. i następnie od 31 stycznia 2022 r. do 5 czerwca 2022 r. W trakcie kontroli prezes ogłosił nabór na to stanowisko, które zostało obsadzone już po jej zakończeniu.
Choć Radosław Sierpiński nie powołał swoich zastępców dostał zgodę ministrów zdrowia – najpierw Łukasza Szumowskiego, a następnie Adama Niedzielskiego – na podjęcie dodatkowej działalności zawodowej w 10 innych podmiotach, w tym także w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa niezwiązanych z systemem ochrony zdrowia – Totalizatora Sportowego, Spółki AB Kauno tiltai (z sektora budownictwa infrastrukturalnego w krajach bałtyckich) i KGHM TFI SA.
Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli angażowanie się prezesa w działalność innych jednostek, w sytuacji, gdy nie wyznaczył on swoich zastępców, stwarzało ryzyko niewłaściwego zarządzania Agencją i nieprawidłowego nadzorowania realizowanych przez nią zadań. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ABM powierzono ogromne środki i wpisano ją na listę podmiotów o szczególnym znaczeniu dla państwa.
Agencja Badań Medycznych ma realizować zadania zlecane przez Ministra Zdrowia i własne badania naukowe i prace rozwojowe, a także finansować projekty wyłonione w drodze konkursu, ze szczególnym uwzględnieniem badań klinicznych i epidemiologicznych. Od września 2021 r. cele działalności ABM zostały rozszerzone o dofinansowywanie eksperymentów badawczych.
W okresie objętym kontrolą, ABM nie inicjowała i nie prowadziła własnych badań naukowych oraz prac rozwojowych, mimo zapewnionych na ten cel środków.Co prawda w 2020 r. Ministerstwo Zdrowia zleciło Agencji opracowanie szczepionki przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 i wspieranie prac badawczych, których celem było poszukiwanie skutecznej metody leczenia zakażeń koronawirusem, jednak do zakończenia kontroli działania ABM nie przyniosły spodziewanego efektu – nie odnotowano wymiernych korzyści dla pacjentów i nie zastosowano wyników badań w ramach systemu ochrony zdrowia. Agencja otrzymała na te badania ponad 4 mln zł w formie dotacji, a realizowały je trzy podmioty zewnętrzne wykorzystując na ten cel ponad 91% otrzymanych środków.
Działania Agencji od początku jej istnienia skupiały się przede wszystkim na organizowaniu konkursów, wyborze projektów badawczych i ich finansowaniu. Nie była ona jednak w stanie ograniczyć ryzyka dofinansowywania takich samych lub bardzo podobnych badań. Przyczyną był nie w pełni funkcjonalny system informatyczny, który w lipcu 2022 r. umożliwiał jedynie przyjmowanie wniosków o dofinansowanie projektów oraz ich ocenę merytoryczną. Wbrew przepisom nie można było jednak dzięki niemu oceniać wniosków pod względem formalnym, rozliczać umów, a także nadzorować i kontrolować stanu realizacji projektów. System ten nie umożliwiał także wymiany korespondencji między ABM a wnioskodawcami i beneficjentami.
Podstawowym źródłem finansowania projektów badawczych zgłoszonych w konkursach były środki otrzymywane przez ABM z Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ jest bowiem ustawowo zobowiązany do przekazywania Agencji 0,3% planowanych przychodów określonych w planie finansowym, z tytułu składek na ubezpieczenie zdrowotne.
W ramach 18 konkursów zorganizowanych w latach 2019-2022 (do 30 czerwca) ABM podpisała umowy z 43 beneficjentami o dofinansowanie 127 projektów za w sumie niemal 1,8 mld zł. Najwięcej zrealizował ich Gdański Uniwersytet Medyczny – 14, na co otrzymał blisko 187 mln zł (10,6% wartości wszystkich podpisanych umów).

W 2020 r. ABM dofinansowała 21 projektów związanych z epidemią COVID-19 (większość zakończono, pięć wciąż było w trakcie realizacji). Wśród tych projektów znalazły się niekomercyjne badania kliniczne dotyczące wykorzystania chlorochiny w leczeniu wirusa SARS-CoV-2, które prowadził Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu. Koszt dofinansowania projektu wyniósł ponad 1 mln zł, a umowa przewidywała objęcie badaniem 400 pacjentów. W badaniu wzięło udział zaledwie 16 osób, ponieważ zdaniem prezesa ABM, „rekrutacja pacjentów przebiegała znacznie wolniej niż zakładano”. Jednocześnie dwa duże ogólnoświatowe badania nie wykazały skuteczności hydroksychlorochiny ani w prewencji, ani leczeniu COVID-19. Na wniosek rektora Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu prezes ABM zawiesił prace badawcze.
Mimo że w badaniu wzięło udział 16 zamiast 400 osób, wydano na nie niemal 800 tys. zł, czyli 69% przeznaczonej na ten cel dotacji. Harmonogram przyjęty do umowy nie określał jakiego rodzaju zakres prac można było uznać za kwalifikujący się do rozliczenia. Uczelnia kupiła m.in. sprzęt i wyposażenie, które w 2021 r., w formie darowizny przekazała utworzonemu przez siebie Uniwersyteckiemu Szpitalowi Klinicznemu (USK) we Wrocławiu. Wartość darowizny wyniosła ponad 485 tys. zł. Od 1 kwietnia 2022 r. pełniącym obowiązki dyrektora USK był Jakub Berezowski, były wiceprezes Agencji Badań Medycznych.
Dofinansowanie z ABM do badań związanych z COVID-19 dostały także m.in. uczelnie z Białegostoku i ze Szczecina. W tym przypadku NIK zwraca uwagę na to, że choć kontrola nie wykazała by doszło do rzeczywistego konfliktu interesów, to jednak kierownikami projektów i głównymi badaczami byli członkowie Rady Agencji Badań Medycznych. Chodzi o jej przewodniczącego prof. dr hab. n. med. Marcina Moniuszkę, prorektora ds. nauki i rozwoju Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, który realizował siedem projektów za w sumie ponad 80 mln zł oraz wiceprzewodniczącego Rady prof. dr hab. n. med. Bogusława Machalińskiego, rektora Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie, która to uczelnia dostała od Agencji łącznie 14,2 mln zł na pięć projektów. Rada ABM, której członkowie są powoływani na sześć lat przez Ministra Zdrowia opiniuje kierunki działalności badawczej Agencji, plan roczny określający zakres organizowanych konkursów i projektów własnych, a także zasady podziału przyznanych Agencji pieniędzy. Zgodnie z przepisami członkowie Rady mają także prawo wglądu do dokumentacji finansowej ABM i do żądania od prezesa niezbędnych informacji dotyczących tej dokumentacji.
W okresie objętym kontrolą większość dofinansowanych przez Agencję projektów badawczych wciąż była w trakcie realizacji, wobec tego nie uzyskano dzięki nim nowych rozwiązań systemowych w ochronie zdrowia. ABM nie miała informacji, czy wspierane przez nią badania przyniosą korzyści finansowe budżetowi państwa i systemowi ochrony zdrowia, choć zgodnie z przepisami powinna co roku przeprowadzać analizy w tym zakresie.
NIK jest także zdania, że realizacja jednego zadania nałożonego ustawowo na Agencję (organizowanie konkursów) nie może uzasadniać tego, że inne nie są wykonywane. Zwłaszcza, że w ABM do prowadzenia przez nią własnej działalności badawczo-rozwojowej wyznaczono właściwą komórkę organizacyjną. Co więcej, od początku funkcjonowania Agencji takim badaniom zapewniono źródło finansowania – najpierw ze środków Ministerstwa Zdrowia, a potem także Narodowego Funduszu Zdrowia.
W związku z wynikami kontroli, NIK złożyła wnioski do Ministra Zdrowia i do Prezesa Agencji Badań Medycznych.
Wnioski do Ministra Zdrowia:
Wniosek do Prezesa Agencji Badań Medycznych
Prowadzenie systematycznej ewaluacji finansowanych projektów w zakresie korzyści finansowych dla budżetu państwa i systemu ochrony zdrowia.
Kategorie: zdrowie, Ministerstwo Zdrowia
========================
|
Jarosław Kaczyński po raz kolejny zabrał głos na temat swobody dostępu do aborcji w Polsce. Wicepremier powiedział otwarcie, że: „niemalże na każdym rogu w Warszawie i w wielu różnych miejscach można to załatwić, nikt tego nie zwalcza.” To prawda. Wedle szacunków liczba nielegalnych aborcji za pomocą pigułek poronnych to kilkadziesiąt tysięcy rocznie. Jest to powszechnie reklamowany proceder. Z kolei legalną aborcję na żądanie można przeprowadzić w szpitalu. Kilka dni temu wicedyrektor szpitala w Oleśnicy poinformowała, że na jej oddziale przeprowadzono kolejne 3 aborcje na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa. Dzieci abortowano poprzez wykonanie im zastrzyków z chlorku potasu w serca, a za wszystko zapłacił NFZ z naszych podatków! To wszystko dzieje się dzisiaj, w Polsce, na naszych oczach. Podległe rządzącym służby nie zwalczają nielegalnej aborcji, a premierzy i ministrowie informują Polki w mediach jak wykorzystywać furtki w prawie aby wykonywać legalne aborcje w szpitalach. Musimy ratować Polskę i powstrzymać eskalację tego barbarzyństwa! 22 października 2020 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł, że tzw. przesłanka eugeniczna do aborcji jest niezgodna z Konstytucją RP. Tym samym zakazana została w Polsce aborcja z powodów podejrzenia u nienarodzonego dziecka choroby lub niepełnosprawności. Jak to jest zatem możliwe, że w szpitalu w Oleśnicy abortowano właśnie 3 kolejnych dzieci z podejrzeniem zespołu Downa? Jak publicznie powiedziała wicedyrektor tej placówki Gizela Jagielska: „My dzisiaj na oddziale na przykład mamy trzy kobiety, które są w trakcie terminacji ciąży z powodu trisomii 21 [zespół Downa] i zagrożenia zdrowia psychicznego (…). Przed chwilą przeszły zabieg wstrzyknięcia chlorku potasu, zatrzymały się serca ich dzieci”. Troje dzieci abortowano poprzez wstrzyknięcie im trucizny. Jak może wyglądać taka metoda aborcji opowiedział nawrócony aborcjonista dr Anthony Levatino, praktykujący ginekolog i położnik, który we wczesnym okresie swojej kariery lekarskiej wykonał ponad 1200 aborcji. Opis tej procedury przypomina na myśl praktyki rodem z obozów koncentracyjnych: „Procedura aborcji trwa 3 lub 4 dni. W pierwszym dniu aborter używa dużej igły, aby wstrzyknąć dziecku substancję, która skutkuje nagłym zatrzymaniem krążenia. Aborter wsuwa igłę poprzez jamę brzuszną lub pochwę i wbija ją w dziecko. Celuje w jego głowę, tułów lub serce. Dziecko czuje ból i umiera. Następnie aborter wkłada listownicę do szyjki macicy, aby doprowadzić do jej rozszerzenia. Kobieta, czekając na rozszerzenie szyjki macicy przez listownicę, nosi w sobie martwe dziecko przez 2–3 dni. Drugiego dnia aborter upewnia się za pomocą USG, że dziecko jest martwe. Jeśli dziecko nadal żyje, wstrzykuje mu kolejną dawkę trucizny i kobieta wciąż musi czekać, aż w czasie skurczów wyda na świat martwego syna lub córkę. Jeśli dziecko nie wyjdzie w całości, rozpoczyna się procedura rozszerzenia i wyłyżeczkowania. Do rozczłonkowania ciała dziecka na kawałki aborter używa szczypiec i kleszczy. Kiedy wszystkie części ciała dziecka i łożysko zostaną usunięte z macicy, aborcja jest zakończona.” To nie pierwsze dzieci z podejrzeniem zespołu Downa abortowane w Oleśnicy w ostatnim czasie. W 2022 roku padł tam rekord takich aborcji – na 71 wszystkich aborcji 19 wykonano na dzieciach z podejrzeniem zespołu Downa. Aborcje na kolejnych dzieciach w szpitalu w Oleśnicy wykonywane są zgodnie z prawem, a za całą procedurę płaci NFZ z moich i Pana podatków. Do podobnych praktyk dochodzi także w innych szpitalach w Polsce. To wszystko jest możliwe, gdyż legalnych aborcji można dokonywać z formalnego powodu „zagrożenia zdrowia psychicznego matki”. Do przeprowadzenia takiej aborcji potrzebne jest zaświadczenie od psychiatry. Jak wiemy z licznych wypowiedzi medialnych, takie zaświadczenia wystawiane są przez pro-aborcyjnych psychiatrów każdej chętnej kobiecie, która się po nie zgłosi. Kontakt do takiego lekarza można załatwić sobie w kilka minut dzięki organizacjom aborcyjnym, które szeroko reklamują się w mediach. Szczegółów tej procedury nie ukrywa zresztą dyrekcja szpitala w Oleśnicy otwarcie mówiąc, że kolejnych aborcji dokonano z powodu tego, że podejrzenie zespołu Downa u dzieci rzekomo zagrażało zdrowiu psychicznemu ich matek. Idąc tym tokiem myślenia można stwierdzić, że KAŻDA ciąża może potencjalnie zagrażać szeroko pojętemu i bliżej niesprecyzowanemu „zdrowiu psychicznemu” matki. W ten sposób legalna, dostępna i coraz szerzej praktykowana jest w Polsce de facto aborcja na życzenie na każdym etapie ciąży. Nasza Fundacja głośno ostrzegała, że do tego dojdzie, już 3 lata temu, gdy Trybunał Konstytucyjny wydawał orzeczenie ws. aborcji eugenicznej. Do tego jeszcze bardziej rozpowszechniona jest w Polsce nielegalna aborcja, dokonywana za pomocą pigułek poronnych, które w naszym kraju rozprowadzają aborcyjne grupy przestępcze. Wedle szacunków, w ostatnich latach dochodzi do kilkudziesięciu tysięcy (!) aborcji tabletkami rocznie. Pigułki można sobie z łatwością zamówić u aborcjonistów z dostawą do domu. Ma zatem rację Jarosław Kaczyński, że aborcję w Polsce można sobie łatwo załatwić. Rządzący Polską politycy mają pełną świadomość tego, jak bardzo dostępna i powszechna jest aborcja w Polsce. Jednocześnie sami przyznają, że nie zwalczają tego zjawiska i zwalczać nie zamierzają. Od dawna, a konkretnie od momentu dojścia do władzy, jasno dają do zrozumienia, że są przeciwnikami wprowadzenia w Polsce skutecznego i egzekwowalnego zakazu aborcji. Gdy Prawo i Sprawiedliwość było w opozycji, politycy tej partii zawsze popierali w głosowaniach projekty dążące do wprowadzenia zakazu aborcji. Wszystko zmieniło się, gdy PiS przejął władze w Polsce. Od tego czasu głosami PiS odrzucono wszystkie obywatelskie projekty ustaw zmierzające do ograniczenia lub zakazania aborcji. Równolegle, od czasu dojścia PiS do władzy, w licznych mediach i środowiskach, które są teoretycznie i werbalnie „pro life”, zapanowała zmowa milczenia na temat plagi nielegalnych, pigułkowych aborcji oraz rosnącej liczby aborcji na życzenie w szpitalach Zamiast tego utrzymuje się, że polityka rządu doskonale wspiera ochronę życia, a polskie prawo jest wzorem dla całego świata. W konsekwencji, nie ma znaczącej presji na powstrzymanie aborcji w Polsce i wprowadzenie jej zakazu. W związku z tym, zorganizowane grupy przestępcze dynamicznie rozwijają sieć sprzedaży nielegalnych pigułek poronnych, a w szpitalach dochodzi do kolejnych rekordów aborcji na dzieciach. Aby to powstrzymać, musimy działać! Musimy organizować kolejne, niezależne akcje informacyjne, za pomocą których dotrzemy do Polaków z prawdą o aborcji i będziemy wywierać nacisk na skuteczne zakazanie barbarzyństwa, jakim jest aborcja. Jedną z takich akcji, z użyciem furgonetki ostrzegającej przed konsekwencjami pigułkowej aborcji, prowadziliśmy ostatnio na ulicach Warszawy. Gdy nasze auto przejeżdżało przez centrum stolicy, grupa aktywistów aborcyjnych wyskoczyła na ulicę i zablokowała drogę naszemu kierowcy. W tym samym czasie do naszej furgonetki podszedł mężczyzna, który przebił oponę ostrym narzędziem i unieruchomił pojazd. Niedługo potem, do auta podeszła grupa nieletnich chłopców, którzy wrzucili jajo do środka szoferki. Do tego właśnie prowadzi aborcyjny aktywizm, szeroko reklamowany na platformach społecznościowych dla dzieci i młodzieży. Aktywni byliśmy także m.in. pod szpitalem w Oleśnicy, gdzie dokonuje się obecnie najwięcej aborcji w Polsce. Po raz kolejny zorganizowaliśmy przed wejściem do tej placówki publiczną modlitwę różańcową w intencji powstrzymania aborcji oraz wystawę obrazującą, czym jest i jak wygląda aborcja. Prawdę o tym procederze mogli zobaczyć wszyscy wchodzący do szpitala, a dodatkowo o akcji informowały lokalne media. Po ulicach Oleśnicy jeździła także nasza furgonetka. Konieczna jest organizacja kolejnych tego typu działań w całej Polsce oraz zwiększenie liczby akcji. Stała i regularna pomoc naszych Darczyńców umożliwia nam obecnie przeprowadzanie kilkudziesięciu ulicznych kampanii miesięcznie na terenie całego kraju, w tym publicznych modlitw różańcowych o powstrzymanie aborcji, ulicznych akcji informacyjnych, pikiet, wystaw i akcji mobilnych z użyciem furgonetek. Oprócz tego, prowadzimy kampanie billboardowe wykorzystując dobre miejsca reklamowe w pobliżu uczęszczanych miejsc. Działamy także w internecie, gdzie prowadzimy m.in. nasz portal stronazycia.pl oraz wydajemy kolejne publikacje takie jak przewodnik „Jak rozmawiać o aborcji?”, który dostarcza argumentów do dyskusji i działania przeciwko temu barbarzyńskiemu procederowi. Na przeprowadzenie kolejnych takich działań w najbliższym czasie potrzebujemy ok. 13 000 zł. Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o przekazanie 35 zł, 70 zł, 140 zł, lub dowolnej innej kwoty, aby umożliwić prowadzenie kolejnych, niezależnych kampanii informacyjnych i dotrzeć do tysięcy nowych Polaków z prawdą o aborcji. Numer konta: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667 Fundacja Pro – Prawo do życia ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków Dla przelewów zagranicznych – Kod BIC Swift: INGBPLPWOk. 30 000 – wedle szacunków tylu nielegalnych aborcji dokonuje się rocznie w Polsce za pomocą nielegalnych pigułek poronnych. Równolegle, z roku na rok rośnie liczba legalnych aborcji w szpitalach. W 2022 roku tylko w jednym szpitalu w Oleśnicy abortowano 75 dzieci. Jeśli nie będziemy głosić prawdy o aborcji i wywierać presji na powstrzymanie tego procederu, liczba ofiar będzie rosnąć. Jak powiedział papież Jan Paweł II: naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości. Przyzwolenie na mordowanie najmniejszych i najsłabszych doprowadzi nasz kraj do zagłady. Dlatego musimy kształtować sumienia i budzić świadomość Polaków aby powstrzymać aborcję! Serdecznie Pana pozdrawiam, PS: Do powodzenia naszych akcji w sposób szczególny przyczyniają się Patroni naszej Fundacji, czyli osoby regularnie wspierające nas finansowo. Więcej o naszym programie patronackim w linku.Fundacja Pro – Prawo do życiaul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszkówstronazycia.pl |
28.06.2023 typ-powinien-ogladac-swiat-zza-krat-a-nie-kandydowac-do-sejmu

„Minister pandemii” Adam Niedzielski przypuścił „atak” na Konfederację i proponowane przez nią rozwiązania w służbie zdrowia. Szefowi resortu odpowiadają dziennikarze i politycy.
„Miałem wolne 10 min więc przeczytałem program @KONFEDERACJA_ w aspekcie ochrony zdrowia. Po przeczytaniu zostało mi 6 min wolnego. Esencja programu: dają pacjentowi minimum świadczeń, które mają być bardzo tanie i dzięki którym lekarze zarobią bardzo dużo. To po piwie czy przed?” – grzmiał Niedzielski na Twitterze.
Do jego wpisu odniosło się spore grono internautów, w tym lekarzy, dziennikarzy i polityków.
„Pan Minister przez 4 minuty przeczytał program ochrony zdrowia @KONFEDERACJA_ ale przez 2 lata nie zauważył, że system, którym zarządza masowo zabija pacjentów, wtrąca społeczeństwo w psychozę a dzieci pozbawia edukacji” – skwitował kardiolog Paweł Basiukiewicz.

Pan Minister przez 4 minuty przeczytał program ochrony zdrowia
ale przez 2 lata nie zauważył, że system, którym zarządza masowo zabija pacjentów, wtrąca społeczeństwo w psychozę a dzieci pozbawia edukacji.
Cytuj Tweeta

Adam Niedzielski
@a_niedzielski
·
14 g.
Miałem wolne 10 min więc przeczytałem program @KONFEDERACJA_ w aspekcie ochrony zdrowia.Po przeczytaniu zostało mi 6 min wolnego. Esencja programu: dają pacjentowi minimum świadczeń, które mają być bardzo tanie i dzięki którym lekarze zarobią bardzo dużo. To po piwie czy przed?
„250 tysięcy extra trupów.
Setki milionów złotych w błoto.
Poniszczone firmy.
Pacjenci pozbawieni opieki zdrowotnej.
Inflacja.
Terror psychologiczny.
Dodatki covidowe dla lekarzy.
Wszystko oparte na widzimisię.
I ten gość pisze o tanim państwie 🙂
#Wybory2023” – napisał publicysta Rafał Otoka-Frąckiewicz.
250 tysięcy extra trupów.
— Rafał Otoka Frąckiewicz (@rafalhubert) June 27, 2023
Setki milionów złotych w błoto.
Poniszczone firmy.
Pacjenci pozbawieni opieki zdrowotnej.
Inflacja.
Terror psychologiczny.
Dodatki covidowe dla lekarzy.
Wszystko oparte na widzimisię.
I ten gość pisze o tanim państwie 🙂#Wybory2023 https://t.co/kTKqkdDQG6
„Miałem wolne 10 minut, więc przeczytałem wszystkie rzetelne materiały uzasadniające wprowadzenie lockdownu i zamówienie 200 milionów szczepionek.
Po przeczytaniu zostało mi 10 minut wolnego” – odparł polityk Konfederacji Michał Wawer.
Miałem wolne 10 minut, więc przeczytałem wszystkie rzetelne materiały uzasadniające wprowadzenie lockdownu i zamówienie 200 milionów szczepionek.
— Michał Wawer (@MichalWawer) June 27, 2023
Po przeczytaniu zostało mi 10 minut wolnego. https://t.co/61b6Ek3oWC
„Odezwał się ten, który wdrożył system odcinający pacjentów od służby zdrowia, czym doprowadził do 200 tys. zgonów. Typ powinien oglądać świat zza krat, a nie kandydować do Sejmu” – skomentowała publicystka Katarzyna Treter-Sierpińska.
Odezwał się ten, który wdrożył system odcinający pacjentów od służby zdrowia, czym doprowadził do 200 tys. zgonów. Typ powinien oglądać świat zza krat, a nie kandydować do Sejmu. https://t.co/xRMaqc5KFN
— Katarzyna Treter-Sierpińska (@katarzyna_ts) June 27, 2023
„Minimum świadczeń to wciąż lepiej niż kij, którym trzeba walić w parapet, żeby dostać receptę” – napisała dziennikarka Ewa Zajączkowska-Hernik.
Minimum świadczeń to wciąż lepiej niż kij, którym trzeba walić w parapet, żeby dostać receptę. https://t.co/oNOCnsRz2M
— Ewa Zajączkowska-Hernik (@EwaZajaczkowska) June 27, 2023
Krytyka postulowanych przez Konfederację zmian rozgorzała po Wielkiej Konwencji Programowej tej partii, która odbyła się w ostatnią sobotę. O bon zdrowotny pytany był w Polsat News Konrad Berkowicz. Polityk wyjaśnił, że będzie on funkcjonował na zasadzie ubezpieczenia.
W „Konstytucji Wolności” Konfederacja wyjaśnia, że jej postulat dotyczy „likwidacji państwowego monopolu NFZ i umożliwienia pacjentom dokonywania swobodnego wyboru ubezpieczyciela”. Każdy ubezpieczyciel miałby zapewnić swoim klientom określony prawem „koszyk świadczeń gwarantowanych”, a świadczenia dodatkowe byłyby elementem konkurowania o klienta – podobnie jak jakość świadczonych usług. Zastrzeżono też, że żaden ubezpieczyciel nie będzie mógł odmówić nikomu ubezpieczenia go.
Konfederacja wyjaśnia, że Polacy nadal płaciliby składki – ale już nie do skarbca NFZ, a do prywatnych ubezpieczycieli. Składki te byłyby zaś rozdzielane w formie bonu zdrowotnego. Przy obecnych nakładach na ochronę zdrowia i liczbę osób ubezpieczonych bon ten wyniósłby średnio 4340 zł.
Nie oznacza to jednak, że świadczenia udzielone danemu pacjentowi nie mogłyby przekroczyć tej wartości. Mechanizm działania bonu zdrowotnego obrazowo wyjaśnił wydawca portalu nczas.com Radosław Piwowarczyk.
„Politycy i dziennikarze o małym rozumku atakują bon zdrowotny. Twierdzą, że 4340zł będzie musiało pokryć wszystkie koszty leczenia. To tak, jakby twierdzić, że jak płacę 2100zł za ubezpieczenie auta, to tylko za tyle mogę go naprawić. Kretyni czy propagandyści? Tertium non datur” – napisał na Twitterze.
Politycy i dziennikarze o małym rozumku atakują bon zdrowotny. Twierdzą, że 4340zł będzie musiało pokryć wszystkie koszty leczenia. To tak, jakby twierdzić, że jak płacę 2100zł za ubezpieczenie auta, to tylko za tyle mogę go naprawić. Kretyni czy propagandyści? Tertium non datur.
— Radosław Piwowarczyk (@R_Piwowarczyk) June 28, 2023
W swoim programie Konfederacja zastrzega, że postulowane przez nią zmiany należy wprowadzać „bardzo ostrożnie i stopniowo”.
„System ochrony zdrowia jest bardzo złożony i próby wprowadzenia z dnia na dzień ogólnokrajowej rewolucji mogłyby przynieść fatalne skutki pomimo dobrych założeń” – wskazano. Partia proponuje, by reformę rozpocząć od tych sektorów ochrony zdrowia, które już dziś są w dużej części sprywatyzowane – np. stomatologia. Jako ostatnie zaś miałyby być zreformowane obszary najtrudniejsze do przekształcenia – jak ratownictwo medyczne czy onkologia. Zaznaczono, że zanim to nastąpi, trzeba poddać je „dalszym szczegółowym analizom”.
„Zasady rządzące poszczególnymi sektorami systemu nie muszą być identyczne – celem reformy jest dobro pacjenta, podniesienie jakości ochrony zdrowia i ograniczenie jej kosztów, a nie spełnienie jakichś sztywnych ideologicznych założeń” – podkreślono.