Human-ape hybridization experiments

https://en.wikipedia.org/wiki/Ilya_Ivanov

Ilya Ivanovich Ivanov (Russian: Илья́ Ива́нович Ивано́в, August 1 [O.S. July 20] 1870 – March 20, 1932) was a Russian and Soviet biologist who specialized in the field of artificial insemination and the interspecific hybridization of animals. He is famous for his controversial attempts to create a human-ape hybrid by inseminating three female chimpanzees with human sperm.[1]

Biography

Ilya Ivanovich Ivanov was born in the town of Shchigry, Russia. He graduated from Kharkiv University in 1896 and became a professor in 1907. He worked as a researcher in the Askania-Nova natural reserve, also for the State Experimental Veterinary Institute (1917–1921, 1924–1930), for the Central Experimental Station for Researching Reproduction of Domestic Animals (1921-1924), and for the Moscow Higher Zootechnic Institute (1928–1930).

Around the start of the 20th century, Ilya Ivanov perfected artificial insemination and its practical usage for horse breeding. He proved that this technology allows one stallion to fertilize up to 500 mares (instead of 20–30 by natural fertilization). The results were sensational for their time, and Ivanov’s station was frequented by horse breeders from many parts of the world.

In the course of a general political shakeup in the Soviet scientific world, Ivanov and several scientists involved in primate research and experiments lost their positions. In the spring of 1930, Ivanov came under political criticism at his veterinary institute. Finally, on December 13, 1930, Ivanov was arrested He was sentenced to five years of exile to Alma Ata, where he worked for the Kazakh Veterinary-Zoologist Institute until his death from a stroke on 20 March 1932.

The renowned physiologist and psychologist Ivan Pavlov wrote an obituary for him.

Human-ape hybridization experiments

The most controversial of Ivanov’s studies was his attempt to create a human-ape hybrid.[2] As early as 1910, he had given a presentation to the World Congress of Zoologists in Graz, Austria, in which he described the possibility of obtaining such a hybrid through artificial insemination.[3]

In the 1920s, Ivanov carried out a series of experiments to create a human/nonhuman ape hybrid in French Guinea. Three female chimpanzees were inseminated with human sperm, but he failed to create a pregnancy. In 1929, after returning to the Soviet Union, he attempted to organize a set of experiments involving nonhuman ape sperm and human volunteers but was delayed by the death of his last orangutan.[4]

Orango Opera

His work was one of the sources of inspiration for the unfinished satirical opera Orango whose Prologue was sketched in 1932 by Dmitri Shostakovich with a libretto by Aleksey Nikolayevich Tolstoy and Alexander Osipovich Starchakov but the whole was later abandoned and discarded.

The manuscript was found by Olga Digonskaya, a Russian musicologist, in the Glinka Museum, Moscow in 2004 and orchestrated by Gerard McBurney; this work was premiered on 2 December 2011 in Los Angeles, California by the Los Angeles Philharmonic under Esa-Pekka Salonen (conductor) and staged by Peter Sellars (director).[5][6]

In popular culture

Season 1, episode 1, of the 2011 science fiction and horror dramatized documentary television series Dark Matters: Twisted But True features a segment, „Ape-Man Army,” in which the theories of Ivanov on human-ape hybridization are dramatized.

======================================

The libretto was written by Aleksey Nikolayevich Tolstoy and Alexander Osipovich Starchakov.[1] Since Orango is the protagonist of the opera, half-ape and half-man, one of the sources of inspiration for the libretto was the work of Russian biologist, Ilya Ivanovich Ivanov who attempted hybridization of humans and other primates.

Dzikie eksperymenty sowieckiego naukowca, który próbował stworzyć hybrydę człowieka i szympansa

Dziki eksperyment sowieckiego naukowca, który próbował stworzyć hybrydę człowieka i szympansa

[Inne spojrzenie na to krzyżowanie. MD]

Mika Nojewska 24.09.2022 ilja-iwanowicz-iwanow

Pewni ludzie nie powinni realizować swoich marzeń. Oczywiście wszystko zależy od tego, co jest ich ambicją, ale do takich osób niewątpliwie zaliczał się Ilja Iwanowicz Iwanow.

Ilja Iwanow

Każdy, kto pragnie pewnego dnia rozpocząć naukę, by ostatecznie stworzyć człowieko-małpę powinien raczej zrezygnować z podążania za marzeniami. Za doskonały przykład posłuży rosyjski biolog.

Ilja Iwanow urodził się w 1870 roku. Mógł pochwalić się imponującymi osiągnięciami w swojej dziedzinie, jak choćby sztuczne zapłodnienie. Ktoś musiał stać się pionierem, a tak się składa, że Iwanow naprawdę był w tym dobry.

Mówiono, że Iwanow nie ma sobie równych w pobieraniu i wszczepianiu końskiego nasienia. Był w stanie zapłodnić 500 klaczy nasieniem z tylko jednego ogiera. To imponujący wynik zarówno dla naukowca, jak i konia.

Pierwsze hybrydy

Kiedy rywalizujesz sam ze sobą, nieuniknione, że umysł zacznie błądzić po dzikich zakamarkach i poszukiwać nowych wyzwań. Iwanow zaczął się zastanawiać, co się stanie, jeśli sztucznie zapłodni różne gatunki.

Zaczęło się powoli i całkiem niewinnie. Najpierw powstała zebryna (zebra i osioł), później myszoszczur oraz myszo-świnka morska. Na końcu stworzył jakiegoś potwora z antylopy i krowy.

W 1910 roku Iwanow poinformował zgromadzenie zoologów, że stworzenie hybrydy człowieka i małpy jest możliwe. W tamtym czasie była to tylko hipoteza, jak dzisiejsze rozważania na temat daty zakończenia pandemii koronawirusa.

wordpress

Marzenia o włochatych ludziach

Ilja Iwanow nie był pierwszym i nie ostatnim, który marzył o stworzeniu człowieko-mapły. Miał jednak swoje marzenia, które postanowił dogonić. Szansa na ich spełnienie pojawiła się w Instytucie Pasteura w 1924 roku.

Właśnie w Gwinei miał możliwość pracy nad schematem hybrydyzacji. Iwanowi, który pewnie jest ostatnią osoba, która powinna znajdować się w pobliżu szympansów, powiedziano, że może mieć dostęp do dowolnych zwierząt.

O dziwo, biolog otrzymał 10000 dolarów od Komisji Finansowej na majstrowanie przy małpach z ludzkimi plemnikami w roli głównej. Oczywiście podkreślił, że eksperyment może udowodnić teorię Darwina.

Człowieko-małpa

Dowód na to, że jesteśmy blisko spokrewnieni z małpami był ciosem w religię, więc członkowie ówczesnego rządu byli zachwyceni pomysłem. Możliwe także, że po rewolucji chciano pokazać co można osiągnąć za pomocą genetyki.

Iwanow przybył do Instytutu Pasteura, by robić to, co wychodziło mu najlepiej. W 1926 roku wraz z Siergiejem Woronowem przeszczepiono szympansowi ludzki jajnik i podjęto próbę zapłodnienia ludzkim nasieniem.

Eksperyment nie powiódł się, dwie kolejne próby również nie przyniosły skutku. Można przypuścić, że Iwanow się poddał i przyznał do porażki, ale zamiast tego zaproponował alternatywne i bardzo niepokojące podejście.

Iwanow planował wziąć nasienie od szympansa i wszczepić je afrykańskim kobietom bez ich wiedzy i zgody. Plan polegał na udawaniu, że zapłodnienie szympansa było jedynie badaniem lekarskim, nikt miał o niczym nie wiedzieć.

Kontrowersyjne pomysły

Wyjątkowo włochate i podejrzanie dobre we wspinaczce dziecko z pewnością zwróciłoby uwagę, ale Iwanow swój pomysł uważał za genialny. Na szczęście gubernator odmówił i udał się z małpami do Abchazji.

W takich okolicznościach należało wymyślić nowy plan. Iwanow planował stworzyć bardzo włochatego człowieka bez względu na wszystko. Zaczął więc rekrutować rosyjskie kobiety, które zechciałyby się poświęcić nauce.

Co najdziwniejsze, Iwanow ponownie przekonał ludzi, by zgodzili się na jego niezrównoważone eksperymenty na małpach. Zgłosiło się pięć kobiet, które zgodziły się na zapłodnienie nasieniem szympansa.

filmozercy

Koniec Iwanowa

Na szczęście żadna małpa nie przetrwała długo w żłobku. Iwanow po swojej stronie nadal miał pięć kobiet gotowych na poświęcenia w imię nauki. Tym razem okazało się, że brakuje mu nasienia szympansa.

Zanim zdołał kontynuować eksperyment, Rosyjska Akademia Nauk dowiedziała się o jego wcześniejszych planach inseminacji kobiet w Afryce. Wsparcie finansowe zostało wycofane, a projekt zamknięto.

Zanim Iwanow znalazł nowy sposób na kontynuowanie eksperymentu, został wygnany przez rząd w ramach czystki na naukowcach. Wkrótce później zmarł nie doczekawszy się potomka człowieka i małpy. [No, ściślej – zdechł z głodu w łagrze.. md]

To Stalin chciał stworzyć krzyżówkę człowieka i małpy

To Stalin chciał stworzyć krzyżówkę człowieka i małpy

[Przypominam, to może się przydać nowym pretendentom do władzy nad światem. MD]

The American Association for the Advancement of Atheismzaczęła zbierać fundusze na ten cel

Sigma dakowski.pl/archiwum

 Sowiecki dyktator Józef Stalin chciał w połowie lat 20-ych zeszłego wieku wzmocnić Czerwoną Armię batalionami krzyżówek ludzi z małpami.

Pewien naukowiec sowiecki specjalizujący się w hodowli hybryd, Ilia Iwanow miał  wyprodukować owego super-wojownika. Stalin powiedział mu: „Chcę nowego, niezwalczonego człowieka, niewrażliwego na ból, odpornego i obojętnego na jakość przyjmowanego pożywienia.”

W 1926 roku Politbiuro przekazało rozkaz stworzenia „żywej maszyny wojennej” Akademii Nauk. Akademia Nauk zaangażowała Iwanowa i wysłała go do Afryki zachodniej z odpowiednią gotówką, aby tam przeprowadzał eksperymenty sztucznej inseminacji ludzkim nasieniem na szympansach Bonobo. W Związku Sowieckim centrum podobnych eksperymentów powstało w Gruzji.

Eksperymenty Iwanowa w zachodniej Afryce zakończyły się totalną klęską.

Dalsze próby przeprowadzane w Gruzji, gdzie dla odmiany używano małpiego nasienia do sztucznej inseminacji ludzkich ochotniczek również zakończyły się klęską.

Ilia Iwanowicz urodził się w roku 1870, ukończył studia weterynaryjne na uniwersytecie w Charkowie w 1896 i został profesorem w 1907. Udoskonalał metody sztucznej inseminacji w hodowli koni. Był również pionierem sztucznej inseminacji do tworzenia krzyżówek zwierząt domowych i ich dzikich odpowiedników. Jako pierwszy skrzyżował zebrę z koniem Przewalskiego.

W 1910 wygłosił wykład na Światowym Kongresie Zoologów w Graz (Austria) na temat możliwości wyhodowania krzyżówki człowieka z małpą. W 1924 otrzymał zezwolenie z Instytutu Pasteura w Paryżu na skorzystanie z ich eksperymentalnej placówki we francuskiej Gwinei celem przeprowadzenia tego eksperymentu. Iwanow starał się również o poparcie dla jego eksperymentu przez rząd sowiecki. Wreszcie w 1925 otrzymał od sowieckiej Akademii Nauk $10 000 na ten cel. Na owe czasy była to suma olbrzymia. Placówka we francuskiej Gwinei nie dysponowała żadną dojrzałą do rozrodu szympansicą, więc w 1926 roku otrzymał zezwolenie od gubernatora Gwinei na przeprowadzenie swojego eksperymentu w ogrodach botanicznych w Conakry.

Tutaj Iwanow dokonał sztucznej inseminacji trzech szympansic, jednak wszystkie inseminacje zakończyły się porażką. Żadna z szympansic nie zaszła w ciążę.

Iwanow powrócił do Związku Sowieckiego i w 1930 roku podczas wielkiej czystki został aresztowany, dostał wyrok pięciu lat zsyłki do Kazachstanu, gdzie zmarł w 1932 w wieku lat 62.

Otrzymanie na ów obłąkany projekt niewyobrażalnej na owe czasy sumy $10 000 wymagało solidnego poparcia u Stalina. Stalin jako wyznawca ewolucjonizmu, wierzył że ludzie i małpy są ze sobą blisko spokrewnione.

Zgodnie z teorią Darwina Afrykanie byli w łańcuchu ewolucyjnym bliżsi małp, niż biała rasa, w związku z czym w Afryce do sztucznej inseminacji Iwanow używał spermy tubylców. Zresztą, jak wyznawał, sam nie chciał mieć dzieci z małpami. [Ale jego syn, towarzyszący mu w Gabonie, był tam „honorowym [??] dawcą spermy”. MD]

Specjalista historii Rosji z uniwersytetu w Cambridge, urodzony w ZSRR Aleksander Etkind w artykule „Meandry eugeniki: Zapomniany skandal krzyżowania ludzi z małpami” napisał że Iwanow przedstawiając swój eksperyment do akceptacji twierdził, że w ten sposób udowodni, że człowiek pochodzi od małpy. Dodatkowym argumentem była wizja, jakim ciosem okaże się to dla religii.

Zresztą zainteresowany jego eksperymentem był nie tylko rząd sowiecki. Również w USA The American Association for the Advancement of Atheism zaczęła zbierać fundusze na ten cel.

By Russell Grigg  http://creation.com/stalins-ape-man-superwarrior …  

Patrząc na ekscesy ruskich kiboli nie jestem pewna, czy Stalinowi jednak nawet bez biednych małp nie udało się dopiąć swego celu.

Zdrowotny totalitaryzm – „Traktat pandemiczny” WHO.

Zdrowotny totalitaryzm – „Traktat pandemiczny” WHO.

Leszek Szymowski zdrowotny-totalitaryzm

nowe przepisy dadzą WHO możliwość wyeliminowania innych poglądów. Czytaj: poglądów niewygodnych dla koncernów farmaceutycznych.

Pod koniec maja ma się rozpocząć proces przyjmowania „traktatu pandemicznego”, który daje lewackiej organizacji WHO prawo zarządzania ważnymi obszarami naszego życia ponad głowami rządów. Rodzi się właśnie wielki totalitaryzm pod pozorem ochrony zdrowia.

21 maja w szwajcarskiej Genewie rozpocznie się 76 sesja Światowego Zgromadzenia Zdrowia. Delegaci z WHO (Światowej Organizacji Zdrowia) będą formować ostateczny kształt tzw. traktatu pandemicznego i nakłaniać przedstawicieli państw do jego przyjęcia.

Dążą do tego, aby wszystkie państwa należące do WHO (wśród nich Polska) przyjęły i podpisały traktat, który ma spowodować lepsze zwalczanie pandemii w przyszłości. To recepta WHO na problemy, które na całym świecie wywołała pandemia COVID. Problem w tym, że walka z zagrożeniami epidemicznymi to tylko pretekst.

Faktycznie chodzi bowiem o stworzenie ponadnarodowego rządu, który odbierze państwom dużą część ich suwerenności pod pozorem troski o zdrowie ich obywateli. A samym obywatelom odbierze wolność i prywatność.

Nad-rząd

Forsowany „traktat pandemiczny” daje WHO możliwość wprowadzania ponad głową rządu narodowego zarządzeń w obszarze zdrowia, które rząd ten musi wykonywać niezależnie od tego, czy mu się to podoba i bez pytania obywateli o zdanie. Wprawdzie traktat zawiera zastrzeżenie, że te uprawnienia dotyczą tylko obszaru zarządzania zdrowiem, żadnego innego, czyli np. wysokość podatków będzie nadal uchwalana przez rząd. Tyle że „zdrowie publiczne” jest pojęciem tak szerokim, że może się pod nim mieścić wszystko.

Po drugie: zapisy wykluczają jakiekolwiek ciało kontrolne oraz jakąkolwiek formę kontroli obywatelskiej. Kierownictwo WHO (organizacją kieruje etiopski komunista Tedros Adhanom Ghebreyesus) będzie samo wprowadzać swoje zarządzenia, nie konsultując tego z nikim oraz nie podlegając niczyjej kontroli.

Czyje więc interesy tak naprawdę będzie reprezentować WHO? Formalnie ciało to jest agendą ONZ ale z ONZ pochodzi tylko 20% jego budżetu. 80% pochodzi z darowizn na cele statutowe, a tutaj głównym donatorem są koncerny farmaceutyczne. Można więc postawić tezę, że WHO – finansowana przez producentów leków – jest w rzeczywistości agendą obrony interesów koncernów farmaceutycznych, a nie pacjentów.

Trzy założenia

Co zawiera przygotowany „traktat Pandemiczny”? Najważniejsze są trzy zapisy.

Pierwszy daje WHO prawo ogłoszenia i zniesienia stanu epidemii. Tak więc to nie rząd, tylko etiopski komunista ma decydować o tym, gdzie i kiedy zostanie ogłoszony taki stan. Ale to nie wszystko. Nowe prawo ma dać etiopskiemu komuniście możliwość decydowania o tym, na jakim dokładnie obszarze i na jaki czas zostanie wprowadzony stan epidemii. Co więcej: WHO ma również zdecydować o obostrzeniach związanych z pandemią, tzn. np. o noszeniu maseczek, zakazie poruszania się, godzinie policyjnej, wyłączeniu konkretnego obszaru (np. województwa) i otoczeniu go kordonem sanitarnym, wprowadzeniu specjalnych procedur szpitalnych itp. To również WHO ma decydować o zniesieniu tych obostrzeń. Jeśli więc WHO dojdzie do wniosku, że na jakimś obszarze Polski występuje zagrożenie epidemiczne, to wprowadzi tam stan epidemii i sama zadecyduje, jakie specjalne środki tam wprowadzić. Oczywiście nie zapyta o zdanie mieszkańców w ani jednej, ani drugiej kwestii. Wówczas los mieszkańców będzie zależał od widzimisię urzędników WHO.

Drugi obszar daje WHO prawo do podejmowania decyzji w sprawie lekarstw i szczepionek. Urzędnicy będą więc mogli zakazać stosowania określonych medykamentów lub paramedykamentów, suplementów diety itp. Będą też mogli określić, jakie leki czy szczepionki są zalecane, a jakie są np. przymusowe. Inaczej mówiąc: urzędnicy z WHO będą decydować, jak i czym wolno nam się leczyć, a jakie formy leczenia są zabronione. Problem w tym, że nie wiadomo, jakimi kryteriami będą się kierować urzędnicy WHO. A w kontekście tego, że ich głównymi sponsorami są koncerny farmaceutyczne, można się domyślić, że będą to decyzje korzystne właśnie dla tych koncernów.

Trzeci obszar to walka z dezinformacją w zakresie zdrowia. WHO ma więc dostać narzędzia do tego, aby eliminować z przestrzeni publicznej tych, którzy sieją dezinformację. Problem polega jednak na tym, że nie ma odgórnie przyjętej definicji „dezinformacji”. Oczywiście przedstawiciele WHO przebąkują, że chodzi o przeciwdziałanie rozgłaszaniu tez niezgodnych z „wiedzą naukową”, przy czym znowu nie wiadomo, o jaką wiedzę chodzi i kto ma decydować o tym, co jest „naukowe”, a co nie.

Pole do nadużyć

Tyle teoria. Co wyniknie z tych tromtadrackich zapisów w praktyce? Tego nie wiadomo, bo zapisy są tak skonstruowane, że może z nich wynikać wszystko.

I tak oddanie urzędnikom WHO władzy nad decydowaniem o „obowiązkowych”, „zalecanych” i „zakazanych” preparatach medycznych będzie zapewne w interesie koncernów farmaceutycznych. A co jest w ich interesie? To, żeby sprzedać jak najwięcej swoich leków i szczepionek. Aby tak się stało, trzeba wyeliminować konkurencję. A kto jest konkurentem tych koncernów? Przede wszystkim cała medycyna naturalna. Można więc się spodziewać, że wejdą w życie przepisy utrudniające stosowanie i handel rozmaitymi specyfikami, np. herbatami, ziołami, syropami.

Można to pokazać na przykładzie produktu, który nazywa się „świecie woskowe Indian Hopi”. To świece z pszczelego wosku, które pomagają wyleczyć zapalenie ucha. Świecę należy włożyć do bolącego ucha i zapalić. Płomień powoli pożera świecę, tworząc podciśnienie, które w połączeniu z temperaturą zabija szkodliwe dla ucha bakterie i wyciąga je na zewnątrz. Zastosowanie tego wynalazku pomaga w ciągu kilkunastu dni wyleczyć zapalenie ucha (wynikające np. z przemrożenia) bez żadnych skutków ubocznych.

Alternatywą jest zastosowanie antybiotyku, który wprawdzie wyleczy zapalenie ucha, ale zniszczy osłonę wątroby. Jednak producentem antybiotyków jest firma medyczna. I to ona ma interes w tym, aby wyrzucić z rynku sklepy zielarskie i inne oferujące produkty medycyny naturalnej. Patrząc na działania rządu w ostatnich latach, nie sposób uniknąć wniosku, że eliminacja z rynku całego przemysłu ziołolecznictwa już trwa. W miejsce tych sklepów powstają apteki – zwłaszcza należące do wielkich sieci – oferujące sprzedaż antybiotyków i lekarstw. Są one nie tylko o wiele droższe (napędzają biznes koncernom), ale także wywołują nieprzyjemne skutki uboczne. Wszystko wskazuje na to, że podobne działania będą się rozwijać.

Wielka cenzura

Przerażenie budzi również pomysł walki z „dezinformacją”. W praktyce będzie wyglądać to tak, że urzędnicy WHO odgórnie ustalą, co jest naukowe, a co nie jest – i wyeliminują możliwość głoszenia tez niezgodnych z określoną przez siebie „naukowością”. Paradoks tego polega na tym, że nauka i badania naukowe obejmują konfrontacje poglądów i merytoryczne dyskusje, a nie odgórnie narzucone schematy (mam kolegę, pasjonata historii, który na serio broni tezy, że Polska przegrała bitwę pod Grunwaldem). Tymczasem ta „naukowość” i „nienaukowość” to tylko zawoalowana forma cenzury. W praktyce więc urzędnicy WHO stworzą katalog poglądów „nienaukowych”, których wygłaszanie będzie zabronione.

Jak to wyglądało – widzieliśmy w przypadku COVID-19, kiedy zakazano głoszenia tez przeciwko obowiązkowym szczepionkom właśnie jako „nienaukowych”.

Teraz nowe przepisy dadzą WHO możliwość wyeliminowania innych poglądów. Czytaj: poglądów niewygodnych dla koncernów farmaceutycznych. Tajemnicą na razie pozostaje, to jakie narzędzia będzie wdrażać WHO – czy będzie to tylko cenzura internetowa, czy też represje karne. Te drugie wcale nie są wykluczone. Jeśli do więzienia można trafić za głoszenie poglądów odmiennych od jedynie słusznych w sprawie wojny na Ukrainie albo w sprawie LGBT, to dlaczego nie za głoszenie sprzeciwu wobec przymusowych szczepionek?

Francja: Mer Paryża wpadła w szał. „Antyaborcyjny kolaż to wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”.

Francja: Mer Paryża wpadła w szał. „Antyaborcyjny kolaż to wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”.

To reakcja na antyaborcyjną kampanię obrońców życia

[Może ją wreszcie zawiążą w kaftan bezpieczeństwa? MD]

mer-paryza-wpadla-w-szal

Francuscy obrońcy życia przeprowadzili w Paryżu antyaborcyjną kampanię. W jej ramach rozklejali na miejskich rowerach do wypożyczenia naklejki z hasłem „A gdybyście pozwolili mu żyć?”. Kampania rozwścieczyła mer Paryża, która użyła ostrych słów pod adresem działaczy pro life.

Obrońcy życia postanowili przeprowadzić kampanię uświadamiającą, że aborcja jest zabójstwem człowieka nienarodzonego. W jej ramach naklejali na miejskie rowery Velib specjalne naklejki o charakterze pro life. Widnieje na nich wizerunek dziecka nienarodzonego, niemowlęcia oraz małego dziecka wsiadającego na rowerek. Grafika została opatrzona hasłem „A gdybyście pozwolili mu żyć?”.

Na reakcję lewicowych polityków nie trzeba było długo czekać. Jako pierwsza głos zabrała mer Paryża Anne Hidalgo, która określiła antyaborcyjną kampanię jako: „Wstyd dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości”. Swój gniew wyraziła w mediach społecznościowych, zapowiadając ostrą reakcję.

„Niedopuszczalne i nielegalne! Antyaborcyjny kolaż, do którego powołują się błędnie nazywani „Ocaleni” to hańba dla naszej Republiki, dla Paryża i jego wartości. Podejmę wszelkie kroki, aby taka sytuacja się nie powtórzyła” – oceniła na Twitterze akcję pro life Anne Hidalgo.

Na kampanię obrońców życia zareagowali także członkowie rządu. „Gorsząca. Aborcja jest podstawowym prawem kobiet. Nie pozwolimy nikomu ingerować w to” – napisała na Twitterze minister delegowana ds. równości kobiet i mężczyzn Isabelle Rome. „W obliczu reakcjonistów rząd i większość zawsze będą po stronie kobiet, aby zagwarantować wolność wyboru” – dodał minister zdrowia.

Do kampanii przyznała się antyaborcyjna organizacja „Les Survivors”, tzn. Ocaleni. „Ty, który jeździsz tym Velibem, czy nie pamiętasz tych wszystkich czasów, kiedy jak dziecko uczące się jeździć na rowerze odważyłeś się podjąć tę przygodę? – napisała w komunikacie prasowym organizacja, której członkowie – jak sami o sobie mówią – są tymi, którzy mieli szansę się urodzić, w przeciwieństwie do ponad 200 tys. rocznie „nienarodzonych z powodu aborcji braci i sióstr”.

We Francji aborcja jest legalna i można ją przeprowadzić na życzenie. Prawo pozwala na zabijanie dzieci nienarodzonych do 14 tygodnia ciąży.

Nowa fobia „na prawicy”: kurfo-fobia

Nowa fobia na prawicy: kurfofobia

Autor: CzarnaLimuzyna , 27 maja 2023

W czasach unieważniania prawie wszystkich norm pomagających ocenić, odróżnić i ostatecznie oddzielić rzeczy dobre od złych oraz prawdę od kłamstwa, lewicowa antykultura celebruje swój największy triumf w historii. Poddani represywnej tolerancji ludzie normalni często boją się reagować na niemieszczące się w cywilizowanych normach obsceniczne ekscesy osób niemoralnych, a nawet, coraz częściej, ludzi chorych psychicznie, psychopatów, socjopatów, zboczeńców – mięsa armatniego współczesnej rewolucji.

„Kurwofobia zabija”

‘Whorephobia kills’ — To mark International Women’s Day, hundreds came to together for a joint women’s and sex worker strike in central London.

Pamiętam jak ponad 10 lat temu w ramach antynarracyjnej satyry napiętnowałem fikcyjną wówczas, jak mi się zdawało, fobię nazywając ją kurwofobią. Po jakimś czasie, okazało się, że i ta „fobia” znalazła się wśród „niepoprawnych politycznie” rzekomych przypadłości, którymi piętnuje się ludzi normalnych kojarzonych z tzw. prawicą.

W mediach społecznościowych, a także w głównym medialnym ścieku coraz częściej pojawiają się  zarzuty kierowane do wszystkich tych, którzy nazywają prostytutki-prostytutkami, dziwki-dziwkami. W artykułach pojawia się promocja prostytucji jako wyzwalającej, rozwijającej i przynoszącej zasłużone profity. Aby zwalczać towarzyszącą jej kurfofobię (wstawiłem „f”) lewicowi edukatorzy zalecają aby osoby uprawiające nierząd nazywać pracownikami seksualnymi (sex worker).

Walka z whorephobią otworzyła kolejny front wspierania patologii stając się obok zwalczania homofobii, bifobii, transfobii walką o “nowy porządek moralny”. Nowy porządek ma polegać na normalizacji zachowań patologicznych i niemoralnych. Jedną z takich prób związanych z prostytucją widzimy poniżej:

Bardzo często – wbrew rzeczywistości – realia pracy seksualnej są przedstawiane jako realia handlu ludźmi, wyzysku, przemocy. Osoby wykonujące tę pracę są traktowane jako ofiary. Tworzenie przeciwwagi dla takiej narracji jest ważne

– mówi dr Agata Dziuban, socjolożka i outreachworkerka, członkini grupy Sex Work Polska. /Mam seksualność i mogę na niej zarabiać/ Gazeta Wyborcza/.

Nie będę podawać więcej przykładów, bo materiałów związanych z antykulturą, w tym z promocją prostytucji, jest w sieci aż nadto.

“Zawstydzanie dziwek, kurwofobia i niedokończona rewolucja seksualna”

Ideologiczny przekaz jest prosty. Aby dokończyć rewolucję seksualną trzeba raz na zawsze skończyć z zawstydzaniem moralnym. Autorki pogadanek i broszur programowych twierdzą, że  whorephobia jest skrajną wersją zawstydzania dziwek w formie stygmatyzacji słownej. Całkowita swoboda seksualna ma wyeliminować małżeństwa i przynależność dzieci do biologicznych rodziców (ojca i matki). Wspólnoty seksualne będą mogły w przyszłości swobodnie adoptować lub składać zamówienia na dzieci traktowane jako seksualne obiekty. Widać wyraźnie, że pod pozorem dbałości o socjalny i finansowy dobrostan osób uprawiających nierząd dokonuje się najbardziej nikczemny proceder demoralizacji służący całkowitej ruinie cywilizacji.

Krzysztof Karoń mówiąc o ideologii gender podkreślał jeden z jej podstawowych celów, jakim jest doprowadzenie człowieka do poziomu zwierzęcia, poziomu bezmyślności, niezdolności do pracy i braku moralności. Ks. prof. Tadeusz Guz zwraca uwagę na stopień zaawansowania w dziele niszczenia człowieka jako bytu zdolnego do wolności, korzystającego z rozumu. O neomarksistowskim współczuciu dla ludzi zagubionych mówił tak:

U podstaw ich współczucia nie ma gleby miłości duchowej, lecz to „współczucie” jest osadzone na wyniszczającej nienawiści. Jeżeli wiem, że ktoś jest na złej drodze i go wspieram, żeby wpadał jeszcze głębiej, to znaczy, że go nie miłuję. /Nienawiść i miłość w czasach Wielkiego Resetu/.

Kulturalna mafia

Kulturalna mafia

   mtodd
           Szanowni Państwo!
        Czy mafia może być kulturalna? Chyba tylko tak „kulturalny”, jak był stan wojenny Jaruzelskiego dla jego zasłużonych towarzyszy.

Ale mafia w kulturze, to całkiem inne zjawisko. Jesteśmy świadkami cenzurowania kultury, a może już nawet rewolucji kulturalnej, podobnej do tej chińskiej z połowy XX wieku. Zjawisko niewątpliwie ma zasięg światowy.

Nasz rząd, w innych dziedzinach życia, takich jak prawo, nauka, czy gospodarka, próbuje przeciwstawiać się brukselskim urzędnikom. [czyżby ??? My, zajmujący się dziedzinami takimi jak prawo, nauka, czy gospodarka, tego nie zauważamy. md]

W kulturze dał za wygraną. Ciekawe dlaczego? Trudno zakładać, że to tylko przejaw lenistwa. Skąd ta bierność? Cóż więcej mogłaby zrobić „wielka artystka”, której nasz rząd „robi na głowę” milionowymi dotacjami? Poskarżyć się Brukseli? Nic nowego!
           Czy my, widzowie jesteśmy skazani na antykulturę? Czy mamy jakąkolwiek szansę na to, żeby odsunąć mafię trzymająca władzę w sferach filmowych? Sprzedawczyki i nieudaczniki znaleźli tam swoje miejsce, obsypywani są mamoną, chętnie więc wysługują się „sponsorom” pokroju Sorosa. Trudno mieć nadzieję, że sami zrezygnują. A my przecież nie wyjdziemy na ulice w geście protestu. Możemy sobie co najwyżej przerzucać kanały nie znajdując niczego, co dałoby się oglądać. Warto przy tym pamiętać, że kultura spaja naród. No chyba, że wolimy być „Europejczykami polskiego pochodzenia”.
           A może chodzi o coś więcej? Oglądając produkcje typu „Nasze matki, nasi ojcowie” powinniśmy nabrać wstrętu do nas samych. Wówczas o reparacjach od Niemiec nikt nawet nie pomyśli.

Z czasem zapłacimy Żydom realizując uchwałę 447, a potem może i Niemcy zażądają reparacji od Polaków. Dlaczego nie?

Z pozdrowieniami

Małgorzata Todd

Palma odbija

Palma odbija

Izabela Brodacka

Byłam pewna, że śnię albo, że pomyliły mi się daty i właśnie jest prima aprilis. Usłyszałam w wiadomościach że w Warszawie przy placu 5 Rogów stanęło kolejne dzieło Joanny Rajkowskiej – rzeźba dźwiękowa „Pisklę”, która kosztowała podatnika 250 000 złotych. Ta sama rzeźba przyniosła uprzednio artystce sukces międzynarodowy.  W  2019 roku w ramach Frieze Sculpture Joanna Rajkowska pokazała „Pisklę” w  Regents Park w Londynie. Pisklę to powiększone jajo kosa. Wykonane jest z pigmentowanego gipsu akrylowego, ma 240 cm długości i około 180 cm wysokości. Niebieskawy kolor skorupy uzyskano dzięki użyciu zmieszanych z gipsem sproszkowanych skał. Powierzchnia została ręcznie pomalowana przez artystkę. Rzeźba emituje dźwięki wykluwającego się pisklęcia -bicie serca, ćwierkanie i uderzanie dziobem w skorupę. Specjalne urządzenie (sound trasducer) zamienia całe jajko w głośnik co powoduje delikatną wibrację skorupy.

Nikt nie zapytał mieszkańców stolicy czy chcą wydawać tak ogromną kwotę na to dzieło. Również na inne, podobne „arcydzieła” tej samej artystki czyli palmę na rondzie de Gaulla,  sztuczne jeziorko na placu Grzybowskim oraz na szmacianą tęczę Julity Wójcik na placu Zbawiciela, która na szczęście zniknęła już z przestrzeni miejskiej,  wielokrotnie podpalana przez rozwścieczonych warszawiaków i pilnowana potem jak jakaś święta relikwia w dzień i w nocy przez dwa radiowozy.

 Banalnym jest stwierdzenie, że kultura jarmarczna wypiera, a właściwie już wyparła kulturę wysoką. Na przykład tancerki towarzyszące naszej gwieździe Eurowizji Blance w Liverpoolu poruszają się jak w ataku epilepsji wypinając tyłki i eksponując co chwila  krocze. Taniec stosowny w agencji towarzyskiej dla impotentów stał się normą i nikogo już właściwie nie razi ani nie obraża. Mnie też nie tyle obraża co śmiertelnie nudzi więc wyłączyłam to paskudztwo po kilku sekundach.

Wracając do gigantycznego jajka zdobiącego odtąd warszawski plac. Istnieje wiele pomysłów na ożywienie przestrzeni miejskiej  takich jak śpiewające ławeczki, pomalowani na srebrno czy złoto żywi faceci, piętnastometrowa gąsienica, którą porusza kilkanaście zamkniętych w jej wnętrzu osób, czy arlekiny tańczące na szczudłach. To wszystko widziałam wiele lat temu na festiwalu sztuki jarmarcznej, który odbywa się co roku w Awinionie. Uczestnicy tego festiwalu realizują jednak swoje pomysły za własne pieniądze. Przygotowują się do festiwalu przez cały rok, szyją kostiumy, projektują happeningi, a miasto ma za darmo turystyczną atrakcję. Na tym festiwalu  widziałam  „dzieło sztuki” porównywalne poziomem z palmą czy jajem. Była to naturalnej wielkości, drewniana, odpowiednio wyważona, męska kukła, która po dotknięciu wykonywała przez pewien czas miarowe ruchy frykcyjne. Oby tylko pani Joanna albo inny „artysta” nie skorzystali z tej inspiracji, bo prezydent Trzaskowski może za milion złotych wystawić taką „interaktywną instalację” przed ratuszem. Mieliśmy już przecież przed ratuszem ogródek z siedziskami z drewnianych skrzynek po burakach i z kilkoma rachitycznymi drzewkami w doniczkach, który kosztował podatnika około miliona złotych.

Prezydent Trzaskowski, nazywany powszechne Don Fecalio w uznaniu za wzbogacenie Wisły aż do samego Gdańska fekaliami ze stolicy, a sam siebie nazywający  (excusez le mot) Dupiarzem  ma talent do lekkiego wydawania publicznych pieniędzy. Do finansowania działalności osób takich jak Jolanta Gontarczyk vel Lange, komunistyczna agentka o pseudonimie Panna, zasłużona w inwigilowaniu księdza Blachnickiego, która przerzuciła się obecnie na propagowanie LGBT w szkołach i dostała na to przedsięwzięcie od Trzaskowskiego prawie dwa miliony złotych. 

Czy takie jajo, sztuczny stawek oraz palmę słusznie nazywa się dziełami sztuki? Przede wszystkim należałoby zastanowić się kim jest Joanna Rajkowska? Jeżeli jest artystką to jej wytwory są z całą pewnością sztuką zgodnie z przewrotną definicją – sztuką jest to czym zajmuje się artysta. Podobnie jak fizyką jest to czym zajmuje się fizyk, a religią to w co wierzy wierny. Pozostaje pytanie skąd biorą się artyści?   Ukończenie Akademii Sztuk Pięknych jak wiadomo nie wystarcza. Wielu jej absolwentów sprzedaje cebulę i kartofle, podczas gdy ceny nikiforów  ( to nazwa pospolita a nie imię własne) stale idą w górę.

Sądzę, że z wartością dzieł sztuki jest podobnie jak z pieniądzem zaufania. Nie mają pokrycia w złocie, a zaufanie po prostu się kreuje. Obawiam się, że w PRL zaufanie do artysty i jego dzieł kreował kiedyś Borejsza ( zwany powszechnie Borejsza – najważniejsza) pomazując na artystów wybranych według własnego, czyli stalinowskiego klucza. Ci pomazani pomazują (czyli wskazują) następnych i tylko tak można wytłumaczyć fakt, że obrzydliwa, tandetna  szmaciana tęcza, wbrew powszechnemu odbiorowi, może być traktowana jako dzieło sztuki. Szerzej na to patrząc – pisuar jest dziełem sztuki wtedy i tylko wtedy gdy wystawia go jako „Fontannę” Marcel Duchamp, a jest zwykłym urządzeniem łazienkowym gdy kupuje go w sklepie Kowalski. Kowalski na wystawie sztuki readymade przeżywa więc dysonans poznawczy. Nie wie czy ma do czynienia z dziełem sztuki czy też ma się czuć oszukany i obrażany. Sztuką jest obrazić mieszczucha i kazać mu za to zapłacić. Taką definicję sztuki zaproponowali przecież francuscy skandaliści.

Arcydzieła Joanny Rajkowskiej nie wyczerpują jednak tej definicji. Są prymitywne, naiwne, nieproporcjonalnie drogie lecz jednocześnie odwołujące się do drzemiącej w każdym fałszywej, infantylnej wrażliwości. Przytulić się do ogromnego jajka żeby wyobrazić sobie dobijającego się do nas pisklaka słuchając  nagranego i odtwarzanego przez głośnik oraz wzmocnionego mechaniczną wibracją dźwięku. To tak jakby zamiast zająć się dzieckiem przytulać porcelanową lalkę, zamiast zaprzyjaźnić się z kimkolwiek w realu -korespondować z awatarem, a zamiast uprawiać seks oglądać pornograficzne filmy.

To podkultura substytutu, wewnętrzna zgoda na to żeby wiązać emocje z namiastkami rzeczy realnie istniejących. 

Skrzyżować człowieka z szympansem !!! Szokujące eksperymenty genetyczne stalinowskich „naukowców”

W archiwalnym wydaniu mego portalu – przed laty omawiałem książkę o krzyżowaniu małp Bonobo z człowiekiem. Robiono to m.inn. w Gabonie i na Krymie. „Uczonym” był Ilja Iwanowicz Iwanow. Proszę o pomoc – albo ten artykuł moim Archiwum – albo namiar na tę książkę. MD

=========================================

Jak skrzyżować człowieka z szympansem? Szokujące eksperymenty genetyczne stalinowskich naukowców

Janusz Ślęzak jak-skrzyzowac-czlowieka-z-szympansem

Zapładnianie kobiet metodami stosowanymi w hodowli bydła. „Uprawa” ludzi na siłę roboczą i z myślą o pokazach piękności. A w końcu próba skrzyżowania człowieka z szympansem. Do czego zdolna była posunąć się garstka szarlatanów, by uczynić zadość mocarstwowym ambicjom Stalina?

W pierwszych latach po zdobyciu władzy w Rosji bolszewicy pozostawali pod wrażeniem tempa rozwoju przemysłowego w USA. Fascynowały ich amerykańskie auta, samoloty, wielkie fabryki, wynalazki i osiągnięcia naukowe. Zamierzali naśladować wzory zza oceanu. Sytuacja zaczęła się zmieniać po śmierci Lenina. W ciągu kilku lat jego następca – Józef Stalin – podporządkował sobie partię i państwo.

Atak Stalina na fortecę nauki

Stalin szybko odstąpił od „kapitalistycznych” modyfikacji marksistowskiej doktryny w rodzaju leninowskiego NEP-u (Nowej Polityki Ekonomicznej lat 1921-1929, wprowadzonej głównie dla walki z powszechnym głodem). Wolał wielkie państwowe kampanie, rozpisane w formie pięcioletnich planów. W ten sposób partia przejmowała całkowitą kontrolę nad krajem we wszystkich możliwych dziedzinach ludzkiej aktywności, nie wyłączając działalności naukowej. Rosja miała być zresztą pierwszym państwem na świecie rządzonym metodami naukowymi.

fot.domena publiczna

Gdy w 1919 roku Stalin i Lenin pozowali do tego zdjęcia wraz z Michaiłem Kalininem, Lenin pewnie nie przypuszczał, że jego ideowy druh sprzeniewierzy się wypracowanym przez niego koncepcjom, gdy tylko przejmie ster rządów w państwie.

W 1928 roku partia zaapelowała do naukowców, by przedstawili propozycje na pierwszą pięciolatkę. W książce „Stalin i naukowcy”, wydanej właśnie w polskim przekładzie, angielski pisarz Simon Ings przytacza przemówienie Stalina z maja 1928 roku:

Stoi przed nami forteca. Ta forteca to nauka z całym mnóstwem dziedzin wiedzy. Musimy zdobyć tę fortecę za każdą cenę. (…) To, czego teraz potrzebujemy, towarzysze, to zmasowany atak rewolucyjnej młodzieży na [fortecę] nauki.

Wyprodukować nową istotę ludzką

Jednym z problemów młodego sowieckiego państwa był kryzys demograficzny wywołany I wojną światową, rewolucją oraz klęską głodu i epidemiami chorób zakaźnych. Szacuje się, że od początku wojny w ciągu sześciu lat zginęło 16 milionów obywateli Rosji. W latach 1917-1920 sama Moskwa straciła niemal połowę populacji, a Piotrogród 70 procent ludności. Rosja potrzebowała boomu demograficznego, a bolszewicy i posłuszni im naukowcy śmiało kreślili swoje wizje.

Aleksander Sieriebrowski, który kierował wydziałem hodowli drobiu w Moskiewskim Instytucie Zoologicznym opublikował pseudo-naukowy artykułu zatytułowany „Ludzka genetyka i eugenika w społeczeństwie socjalistycznym”. Zalecił w nim masową akcję dobrowolnego sztucznego zapłodnienia kobiet sowieckich metodami stosowanymi w hodowli bydła i koni.

Inspiracją do powstania artykułu była najnowsza książka Simona Ingsa „Stalin i naukowcy. Historia tryumfu i tragedii” (Wydawnictwo Agora 2017) opowiadająca o szalonych pomysłach radzieckich naukowców, którzy stali się pośmiewiskiem świata.

„Biorąc pod uwagę ogromną zdolność mężczyzn do produkcji spermy (…), jeden zdrowy i cenny producent byłby w stanie spłodzić do tysiąca dzieci (…) W tych warunkach (…) niezliczone kobiety i całe społeczności mogłyby szczycić się (…) wyprodukowaniem nowych form istot ludzkich” – pisał Sieriebrowski twierdząc, że jego pomysły pozwolą zrealizować plany pięcioletnie w dwa i pół roku.

Autor artykułu otrzymał oficjalną reprymendę za „obrazę radzieckiej kobiecości”, ale nie był on jedynym zwolennikiem „produkowania nowych form istot ludzkich”. Bardziej znanym okazuje się Ilja Iwanowicz Iwanow, który już przed rewolucją zyskał międzynarodowe uznanie za badania nad sztucznym zapłodnieniem. Na początku lat 20. XX wieku korespondował z amerykańskim biologiem Raymondem Pearlem na temat możliwości skrzyżowania istoty ludzkiej z szympansem.

„Orango padł, szukamy następcy”

Zainteresowanie projektem okazało się ogromne. W Ludowym Komisariacie Oświaty obszar badań Iwanowa uznano za „nadzwyczaj istotny problem materializmu”. Lew Fridrichson z Ludowego Komisariatu Rolnictwa twierdził, że:

Temat poruszony przez profesora Iwanowa (…) powinien stać się decydującym ciosem zadanym nauczaniu religijnemu oraz może zostać sprawnie wykorzystany w propagandzie i w walce o wyzwolenie ludu pracującego spod władzy Kościoła.

fot.Library of Congress/ domena publiczna

Raymond Pearl (na zdjęciu) był amerykańskim biologiem specjalizującym się w genetyce klasycznej. To do niego o radę postanowił zwrócić się Iwanow, gdy zaczął planować realizację swojego szalonego pomysłu: krzyżówki człowieka z szympansem.

W 1925 roku Iwanow zdobył dla swego eksperymentu akceptację sowieckiej Akademii Nauk i wyposażony w równowartość 10 tysięcy dolarów opuścił Rosję, by uzyskać międzynarodowe wsparcie. Wkrótce trafił na pierwsze strony gazet. „The New York Times” opublikował prowokacyjny artykuł o planach skrzyżowania człowieka z szympansem i jednocześnie listy z pogróżkami od Ku Klux Klanu. Tymczasem, wspierany przez paryski Instytut Pasteura, Iwanow dotarł do afrykańskiej Gwinei, ale pierwsza próba krzyżówki nie powiodła się.

Rosjanin wrócił zatem do Moskiewskiego Instytutu Zootechnicznego z zamiarem wykorzystania spermy pobranej od ssaków naczelnych do zapłodnienia kobiet w Rosji. O dziwo, szybko znalazł kilka chętnych towarzyszek. Pewna mieszkanka Leningradu 16 marca 1928 roku napisała do Iwanowa:

Drogi Profesorze (…). Moje życie jest zrujnowane i nie widzę sensu dalszej egzystencji (…). Kiedy jednak myślę, że mogłabym poświęcić się nauce, mam dość odwagi, by skontaktować się z Panem. Błagam, niech Pan mi nie odmawia. Proszę o przyjęcie mojej oferty wzięcia udziału w eksperymencie.

fot.Alex 'Florstein’ Fedorov/ CC BY-SA 4.0

Rosyjska Akademia Nauk została założona w 1724 roku w Petersburgu. W latach 1925-1991 przemianowano ją na „Akademię Nauk ZSRR”, a jej siedzibę przeniesiono z Petersburga (na zdjęciu) do Moskwy. To tu między innymi, naukowcy, którzy zawarli pakt z komunistyczną władzą prowadzili swoje badania pod czujnym okiem Stalina.

Sprawa przeciągnęła się jednak na tyle, że w końcu – jak odpisał ochotniczce Iwanow – „orango padł, szukamy jego zastępcy„. Ostatecznie kariera Iwanowa legła w gruzach, gdy Akademia Nauk odkryła, że naukowiec próbował zapłodnić afrykańskie kobiety… bez ich wiedzy.

Ulepszenie ludzkiej rasy

W latach 20-tych XX wieku w elitach sowieckiej Rosji popularność zdobyła na krótko eugenika. Państwo bolszewików nie było zresztą wyjątkiem. Idea selektywnego rozmnażania zwierząt, ludzi i roślin dla ulepszenia gatunków rozprzestrzeniła się w środowiskach naukowych wielu krajów już pod koniec XIX wieku. Samo pojęcie eugeniki wprowadził w 1869 roku Brytyjczyk, Francis Galton, kuzyn Karola Darwina.

fot.domena publiczna

Eugenika, czyli pojęcie wprowadzone przez Francisa Galtona (na zdjęciu) dotyczyło próby ulepszenia gatunków z pokolenia na pokolenie. Wraz z wykorzystaniem jej przez reżim narodowosocjalistyczny, nauka ta zaczęła mieć wyraźne negatywne konotacje.

Jak twierdził Galton, hodowcy zwierząt krzyżują tylko najzdrowsze okazy, a nie dopuszczają do rozrodu osobników chorowitych, które pierwsze idą do rzeźni. Ponieważ ludzkie istoty to również zwierzęta, można zatem zaplanować ich rozród tak, jak rozmnażanie kurczaków albo psów.

Rosyjskie Towarzystwo Eugeniczne powołano w 1922 roku. W pracy zatytułowanej „Ulepszenie ludzkiej rasy”, zaprezentowanej na inauguracyjnym posiedzeniu stowarzyszenia, Nikołaj Kolcow barwnie opisywał selektywne rozmnażanie. Wyobrażał sobie inwazję Marsjan, którzy potraktowaliby nas podobnie, jak my traktujemy zwierzęta gospodarskie. Ludzie zostaliby „udomowieni”. Buntownicze jednostki podlegałby likwidacji, potulne osobniki dałyby potomstwo służące za siłę roboczą, a najpiękniejsi byliby hodowani z myślą o pokazach piękności. W następnych dziesięcioleciach sowieckiej Rosji niektóre z tych szalonych pomysłów zostały – o zgrozo – wcielone w życie.

fot.Wojsyl/ CC BY-SA 3.0

Nie wiadomo kto był większym szaleńcem – naukowiec, którzy próbował zrealizować w praktyce mocarstwowe ambicje Stalina, czy sam sowiecki dyktator inicjujący genetyczne eksperymenty. Jak widać jednak na zdjęciu – i nieobliczalnym ludziom stawia się pomniki.

Rozwiązujemy problem podgrzania Syberii

Sowiecki rząd oczekiwał od naukowców idei dających się zrealizować w praktyce. Przy tej okazji światło dzienne ujrzało mnóstwo kuriozalnych projektów i pospolitych oszustw. Komisja ds. Wynalazków, pełniąca funkcję biura patentowego, donosiła o przypadku „naukowca” bez formalnego wykształcenia, który otrzymał 200 tysięcy rubli i laboratorium „biologii elektrycznej”, by sprawdzić, w jaki sposób bombardowanie nasion falami ultrakrótkimi wpływa na zwiększenie zbiorów. Ostatecznie milicja namierzyła go w nocnym lokalu w Leningradzie.

Poważnie zastanawiano się nad dokonaniami pewnego fizyka z Aszchabadu, który wywoływał deszcz za pomocą naelektryzowanego dymu. Marksistowski filozof Izaak Prezent ogłaszał z dumą:

Wykonujemy największe zadanie – planową przemianę klimatu (…). Organizujemy specjalny instytut mający zajmować się tworzeniem lub powstrzymywaniem deszczu (…). Doprowadzimy do irygacji suchych regionów kraju i przeprowadzimy zmasowany atak na pustynie. Rozwiązujemy też problem podgrzania Syberii

fot.domena publiczna

Ciekawe jaką minę miał Stalin gdy przekazywano mu kolejne kuriozalne pomysły sowieckich naukowców….

Towarzysz Stalin i życie wieczne

Jak pisze Oleg Khlevniuk, biograf Stalina, sowieccy przywódcy byli bardzo zainteresowani badaniami nad długowiecznością. Ings, w swojej najnowszej książce „Stalin i naukowcy” dodaje, że:

(…) naiwnie dawali [oni] wiarę w skuteczność różnych „najnowocześniejszych” technik odmładzania, takich jak przeszczep gruczołów od małp, wazektomia, (…) czy wreszcie stosowanie grawidanu – tajemniczej substancji wyizolowywanej z moczu ciężarnych kobiet.

Zaskakujące kariery zrobiło w sowieckim imperium dwoje kontrowersyjnych specjalistów w tej dziedzinie, choć pierwszy z nich długo swoją sławą się nie nacieszył.

fot.domena publiczna

Olga Lepieszynska i Aleksandr Bogdanow. Na pewno nie można nazwać tych ludzi geniuszami. Można ich jednak z pewnością zaliczyć do szeregu sowieckich pseudo-naukowców, których teorie były nie tylko kuriozalne, ale i niebezpieczne. Bogdanow przepłacił swoje nieprzemyślane eksperymenty życiem.

Aleksandr Bogdanow propagował transfuzje krwi jako metodę regeneracji organizmu. Twierdził, że zapewniają one lepszy sen, poprawiają cerę, korygują wady wzroku, wzmacniają odporność i usuwają zmęczenie. Eksperymenty Bogdanowa skończyły się jednak tragicznie. W 1928 roku wymienił się krwią z pewnym studentem i doznał wstrząsu hemolitycznego, ponieważ była to już jedenasta transfuzja, której się poddał. Zmarł dwa tygodnie później.

Olga Lepieszynska zalecała odmładzające kąpiele w wodzie sodowej.

Wsławiła się ponadto pseudonaukową teorią, wedle której żywe komórki nie muszą powstawać z innych żywych komórek. Oznaczałoby to, że człowiek – niczym Bóg – może tchnąć życie w nieożywioną materię. Na dowód przedstawiła film, który w rzeczywistości był oszustwem. Sfilmowała śmierć i rozkład komórki, po czym na projektorze puściła wszystko od tyłu.

Mimo to w 1950 roku odebrała Nagrodę Stalinowską, ustanowioną przez samego Stalina w 1939 roku, za wybitne dokonania naukowe.

Bibliografia:

  1. Czapski Józef, Na nieludzkiej ziemi, Znak, Kraków 2011.
  2. Fitzpatrick Sheila, Zespół Stalina, Czarne, Wołowiec 2017.
  3. Goworscy Marta i Andrzej, Naukowcy spod czerwonej gwiazdy, PWN, Warszawa 2016.
  4. Holloway David, Stalin i bomba, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996.
  5. Ings Simon, Stalin i naukowcy, Agora, Warszawa 2017.
  6. Khlevniuk Oleg, Nowa biografia, Znak Horyzont, Kraków 2016.
  7. Köhler Piotr, Studia nad łysenkizmem w polskiej biologii, Dante, Kraków 2013.
  8. Miedwiediew Żores, Miedwiediew A. Roj, Nieznany Stalin, Videograf, Chorzów 2006.
  9. Montefiore S. Simon, Dwór czerwonego cara, Magnum, Warszawa 2004.
  10. Pipes Richard, Rosja bolszewików, Magnum, Warszawa 2005.
  11. Rapoport Jakow, Ostatnia zbrodnia Stalina. 1953: Spisek lekarzy kremlowskich, Erica, Warszawa 2011.
  12. Sacharow Andriej, Wspomnienia, Pomost, 1991.

Jak radziecki naukowiec chciał skrzyżować człowieka z małpą

Jak radziecki naukowiec chciał skrzyżować człowieka z małpą

————————————-

W moim archiwalnym wydaniu przed laty omawiałem książkę o krzyżowaniu małp Bonobo z człowiekiem. Robiono to m.inn. w Gabonie i na Krymie. „Uczonym” był Ilja Iwanowicz Iwanow. Proszę o pomoc – albo ten artykuł w moim Archiwum – albo namiar na tę książkę. MD

Wspominałem o tym przy otrzymywaniu Komandorii Polonia Restituta…

==============================================

Piotr Cielebiaś hybryda-czlowieka-z-malpa-radziecki

W latach 20. ub. wieku wybitny rosyjski biolog podjął się jednego z najbardziej makabrycznych eksperymentów w dziejach. U szczytu kariery dr Ilja Iwanow postanowił stworzyć hybrydę człowieka i małpy. W Gwinei próbował zapładniać szympansice ludzkim nasieniem. Gdy w 1927 r. wydalono go stamtąd za próbę eksperymentowania na kobietach, starał się założyć w Abchazji „małpią kolonię”, która miała wyhodować małpoluda. Znalazł nawet ochotniczkę na jego matkę…

Dr Ilja Iwanowicz Iwanow, rozpoczynając kontrowersyjny projekt stworzenia ludzko-małpiej krzyżówki, był jednym z najbardziej szanowanych specjalistów od hybrydyzacji zwierząt

  • Pracując w stepowym rezerwacie Askania Nowa k. Chersonia (Ukraina), udoskonalił metody sztucznego zapładniania klaczy, dzięki czemu zyskał uznanie carskich władz
  • Eksperyment Iwanowa wiąże się z wieloma teoriami spiskowymi

Ilja Iwanowicz Iwanow urodził się w 1870 r. w Szczygrach k. Kurska, w rodzinie sądowego czynownika. Od 1886 r. studiował fizjologię zwierzęcą na Uniwersytecie Charkowskim. Odbył nawet praktyki w paryskim Instytucie Pasteura z zakresu mikrobiologii, ale wkrótce zainteresowania badawcze skupił na czymś innym. Po powrocie do Petersburga w 1898 r. rozpoczął współpracę z wielkimi postaciami rosyjskiej nauki, m.in. Iwanem Pawłowem (1849-1936), doskonaląc metody sztucznej inseminacji zwierząt.

Ponieważ pojawiły się zarzuty, że to praktyki sprzeczne z naturą, Iwanow postanowił udowodnić, że dla nowoczesnej nauki nie ma granic. W 1910 r. na konferencji zoologicznej w Grazu (Austro-Węgry) ogłosił, że trzeba wyzbyć się moralnych oporów i podjąć próbę skrzyżowania człowieka z małpą. Śmiały plan zastopowała I wojna światowa i rewolucja w Rosji. Gdy władza bolszewicka krzepła, Iwanow pracował w Wyższym Instytucie Zootechniki. W 1921 r. – jako człowieka wielce przydatnego krajowi – wysłano go na „naukowy zwiad” do Paryża. Tam, w salach Instytutu Pasteura, zrodził się w umyśle Iwanowa plan godny dr. Frankensteina.

Łamanie tabu

W kwietniu 1922 r. uczony skontaktował się ze starym znajomym, amerykańskim biologiem Raymondem Pearlem (1879-1940), informując o zamiarze wyhodowania małpoluda. Pisał, że musiałoby się to odbyć gdzieś w Afryce, z dala od uwagi europejskiej opinii publicznej. Także eksperci z Instytutu Pasteura uznali ten plan za „pożyteczny i pożądany”. Sam Iwanow uzasadniał to następująco: „Stworzenie hybryd między dwoma antropoidami […] dostarczy niezwykle cennych informacji o pochodzeniu człowieka i wielu innych sprawach odnośnie dziedziczności, embriologii, patologii i psychologii”.

Jako miejsce pracy uczonemu zaproponowano szympansi rezerwat w miejscowości Kindla w dzisiejszej Gwinei (wówczas we Francuskiej Afryce Zachodniej), choć o sfinansowanie projektu musiał zadbać sam. Iwanowowi udało się pozyskać 10 tys. dolarów od ludowego komisarza oświaty, Anatolija Łunaczarskiego, w czym prawdopodobnie pomogło poparcie Pawłowa oraz argumentacja ideologiczna. Powołanie do życia „nowego człowieka” pozwoliłoby uświadomić masom, że proces stworzenia to jedynie biologia, nie dzieło Boga.

Iwanow poruszał się jednak po śliskim gruncie. Nie wiadomo bowiem, jak w przypadku pomyślnego zakończenia eksperymentu zareagowałaby opinia publiczna. Ale nie tylko on myślał w początkach ub. wieku o wyhodowaniu małpoluda. Podobne wizje snuł holenderski antropolog Hermann Marie Moens (1875-1938) oraz niemiecki seksuolog Hermann Rohleder (1866-1934), za co tego pierwszego wyrzucono z posady na uczelni. Iwanowowi los również zgotował rozmaite problemy, tym bardziej, że jego koncepcje niezbyt podobały się Stalinowi, który doszedł do władzy w 1924 r.

Matka hybrydy pilnie potrzebna

Do Gwinei dr Iwanow i jego 22-letni syn przyjechali w listopadzie 1926 r. Kirył Rossijanow, autor obszernego artykułu o ich kontrowersyjnym projekcie wspomina, że rosyjski uczony w swoich pismach nie krył pogardy dla Afrykanów, których uważał za niższą rasę. Wzmiankował też, że próbował badać doniesienia o kobietach, które zostały rzekomo zgwałcone przez małpy, co – jak dodawał – zmusiło je do życia na uboczu jako osoby nieczyste – „społecznie martwe”.

28 lutego 1927 r. Iwanow przeprowadził eksperyment z zapłodnieniem szympansic Babette i Syvette ludzkim nasieniem. Kolejna próba miała miejsce w lipcu na samicy o imieniu Czarna. W międzyczasie poszukiwał on kobiet – ochotniczek do bycia matką małpoluda. W tym celu zwrócił się do gubernatora z prośbą o pomoc, a ten skierował go do szpitala w Konakry. Iwanow nie miał oporów wobec eksperymentów na kobietach, także bez ich zgody. Twierdził, że najodpowiedniejsze byłyby do nich Pigmejki, ze względu na niski stopień ucywilizowania.

Niebawem pojawił się jednak problem. Kolonialne władze, bojąc się reakcji miejscowych, zakazały Iwanowowi eksperymentów w szpitalu. Również Akademia Nauk ZSRR wycofała poparcie dla niego, uzasadniając, że jego działalność „prowadzi do podważania u Afrykanów zaufania do europejskich lekarzy oraz uczonych i może rzutować na rosyjskie ekspedycje”. Nieprzyjaźnie patrzyli na niego także Francuzi z ośrodka w Kindla, bojąc się, że doniesie on Paryżowi o ich niegospodarności.

Niezrozumiani i trapieni kłopotami Iwanowowie w lipcu 1927 r. ewakuowali się z Gwinei, zabierając ze sobą kilka zwierząt. Miały one zostać przewiezione do Suchumi w Abchaskiej SRR, do kolejnej „małpiej kolonii”. Niestety po drodze zdechły zapłodnione szympansice, u których – co gorsza – uczony nie stwierdził ciąży. To go jednak nie martwiło, bo uznawał, że sukces gwarantują tylko często powtarzane próby. Co ciekawe, po powrocie znalazł nawet ochotniczkę na matkę małpoluda, którego zamierzał wyhodować nad Morzem Czarnym.

Kobieta pochodziła z Leningradu i zgłosiła się do niego listownie: „Proszę Was, weźcie mnie do eksperymentu. Błagam. Wiem, że takie krzyżowanie jest możliwe” – pisała. Iwanow potrzebował co najmniej kilku chętnych. Dla władz radzieckich było to jednak zbyt kontrowersyjne i urągające roli kobiety przedsięwzięcie. Poważny problem stanowił też brak małp do udziału w testach. Ostatni stary orangutan z Suchumi zdechł, ponieważ karmiono go… jajkami. W 1930 r. zakupiono jednak pięć szympansów i wszystko wydawało się być na dobrej drodze, ale…

Humanzee czyli „człopans”

W 1929 r. rada Akademii Nauk omówiła na posiedzeniu postęp prac nad stworzeniem mieszańca małpy i człowieka, jednak wszystkiemu stanęła na drodze polityka. Ponieważ Iwanow należał do starej gwardii carskich naukowców, oskarżono go o działalność wywrotową i „tworzenie komórki kontrrewolucyjnej wśród specjalistów od rolnictwa”, za co został potem zesłany do Kazachstanu. Pracował w tamtejszym instytucie weterynaryjnym do 1932 r., kiedy został zwolniony. Jak pisze Rossijanow, miał wówczas w planach przejście na emeryturę i podreperowanie zdrowia. Niedługo potem zmarł jednak na udar.

Eksperyment Iwanowa okazał się niewypałem, ale zrodził wiele teorii spiskowych. Do dziś natknąć można się na opowieści, że uczony pracował na rozkaz Stalina nad stworzeniem silnego i wytrzymałego robotnika mogącego znieść warunki syberyjskich kopalń. Według innej wersji małpoludy miały stanowić „supergwardię” gotowych na wszystko sołdatów. Paul Stonehill – amerykański publicysta ukraińskiego pochodzenia przypomina, że według niektórych zbiegłe hybrydy Iwanowa odpowiadają za falę doniesień o dziwnych włochatych istotach nazywanych w byłym ZSRR „śnieżnymi ludźmi” (inaczej ałmas).

Choć eksperymentu Iwanowa nikt nie miał odwagi powtórzyć, niewykluczone, że hybrydy ludzi i małp mogły rodzić się w sposób „naturalny”. Jedną z nich mogła być istota złapana w 1958 r. w Republice Konga. Oliver – jak nazwali go właściciele – był małpą poruszającą się na dwóch nogach o groteskowej twarzy i łysej głowie. Jego wygląd i zachowanie sprawiły, że określono go jako „Humanzee” („Człopans”).

Zauważono też, że Olivera „interesują” kobiety, a nie szympansice. Przetrzymywany wiele lat w klatce, został na starość przeniesiony do kolonii małp w Teksasie, gdzie budził ogromne zainteresowanie.

Pomysł dr. Iwanowa wzbudził wielowątkową dyskusję. Zastanawiano się nie tylko nad wyglądem małpoluda i jego statusem prawnym, ale też tym, czy pozwolić wychować go matce i co zrobić, jeśli urodzi się „zły z natury”. Iwanowa interesowały jednak konkrety i nie czuł oporów przed łamaniem tabu.

Problem krzyżówki małpy i człowieka nurtował nie tylko jego. Geoffrey Bourne (1909-88) – ceniony amerykański prymatolog i twórca centrum dla małp w Yerkes dywagował: „Wydaje się, że istnieje niewiele przeszkód natury fizjologicznej przed sztucznym zapłodnieniem na linii człowiek – małpa, które może stworzyć zdolne do życia dziecko…”.

______________________

Cytaty pochodzą z artykułu K. Rossijanowa,

Beyond species: Ilya Ivanov and his experiments on cross-breeding humans and anthropoid apes, „Science in Context”, nr 02/2002 (15).

Sodoma w Kościele: Błogosławienie znad tęczowej flagi, czyli „synodalność” w praktyce

Sodoma w Kościele: Błogosławienie znad tęczowej flagi, czyli „synodalność” w praktyce

26 maja 2023 blogoslawienie-znad-teczowej-flagi-czyli-synodalnosc

Kościół katolicki w Polsce staje się coraz bardziej synodalny. Synodalny, to znaczy „zjednoczony w różnorodności”. Co to oznacza w praktyce? Dominikanina, który razem z kalwinem i luteranką błogosławi społeczność LGBTQ+ znad tęczowej flagi. A zamiast spotkać się z reprymendą – otrzymuje liczne głosy wsparcia.

Już za kilka dni czerwiec – miesiąc poświęcony kultowi Najświętszego Serca Pana Jezusa, miesiąc, w którym szczególnie czcimy Eucharystię, pobożnie uczestnicząc w procesjach Bożego Ciała.

W świecie rewolucyjnym czerwiec jest jednak czymś zgoła przeciwnym: czasem wyuzdania i promocji niemoralności. Organizuje się tęczowe parady, które głoszą chorobliwą pożądliwość oraz fałszywą antropologię (istnienie „wielu płci”).

Jednak już 17 maja środowiska rewolucyjne obchodzą tak zwany Międzynarodowy Dzień Przeciwko Homofobii, Transfobii i Bifobii. Dotyczy to również Polski, gdzie w tę akcję włączają się różnorodne struktury tzw. „chrześcijańskie”.

W tym roku głównym tego rodzaju wydarzeniem było ekumeniczne nabożeństwo LGBT odprawione w „kościele” ewangelicko-reformowanym (kalwińskim) w Warszawie. Obok kalwińskiego pastora Michała Jabłońskiego rolę protagonistów odegrali w nim jeszcze luterańska pastorka Halina Radacz oraz o. Maciej Biskup, dominikanin, przeor klasztoru w Łodzi.

O szczegółach nabożeństwa pisaliśmy już wcześniej. Po publikacji portalu PCh24.pl na temat udziału o. Macieja Biskupa w wydarzeniu otrzymaliśmy wyjaśnienia od polskiej prowincji dominikanów, zgodnie z którymi o. Biskup uczestniczył w nabożeństwie ekumenicznym „z własnej inicjatywy”.

Pomimo upływu dni nie ma jednak żadnego komunikatu krytycznego ze strony dominikanów względem o. Macieja Biskupa. Mnożą się za to głosy wsparcia.

Na łamach portalu „Więź.pl” ukazało się krótkie oświadczenie w sprawie „solidarności z osobami LGBTQ+”. Jego sygnatariusze postanowili przeprosić za „język nienawiści, który często sączy się z wielu ambon, i za wykluczenie, którego doznają w naszym, rzymskokatolickim Kościele, który powinien być domem dla wszystkich”. Podziękowali też o. Maciejowi Biskupowi „za udział w tym nabożeństwie, podczas którego reprezentował wielu i wiele z nas, którym bliska jest idea tolerancji i szacunku dla wszystkich niezależnie od orientacji seksualnej i tożsamości płciowej”. Oświadczenie zostało podpisane przez około sto osób, w tym przez szereg duchownych, w tym trzech dominikanów. Są to: o. Tomasz Biłka OP, ks. Maciej Cyran, o. Paweł Gużyński OP, ks. Roman Jagiełło, o. Wojciech Jędrzejewski OP, ks. Dariusz Kaczor, ks. Maciej Kubiak, ks. Krzysztof Niedałtowski, ks. Andrzej Perzyński, o. Jacek Prusak SJ, s. Barbara Radzimińska, ks. Andrzej Szostek MIC, ks. Alfred Wierzbicki, ks. Jacek Zdrojewski.

Portal „Więź.pl” opublikował też ekscerpt z wystąpienia o. Macieja Biskupa. Całość jego przemowy wygłoszonej znad stołu ołtarzowego, na którym zawieszono tęczową flagę i ustawiono na niej Pismo Święte, można obejrzeć na youtube.

W ponad 16-minutowym przemówieniu o. Maciej Biskup ani słowem nie wspomniał o nieuporządkowaniu moralnym skłonności homoseksualnych; nie zająknął się na temat grzeszności pozamałżeńskich stosunków intymnych; nie wspomniał o katolickiej i naturalnej antropologii (dwie płcie). Zamiast tego umacniał słuchaczy w ich własnych wyborach życiowych. Mówił krytycznie o chrześcijanach, którzy „oskarżają, wykluczają, są oszczercami” oraz chcą – uwaga – być „strażnikami pewnego projektu życia wobec drugiego człowieka”, mówiąc im, jacy mają być „w społeczeństwie, w rodzinie, w Kościele”, będąc powodowani „lękową moralnością”. Przywoływał powstanie w gettcie warszawskim, mówiąc o murze niechęci i wrogości.

Osoby LGBT+ mają w sobie potencjał człowieczeństwa, którym można kimś się zaopiekować, o kogoś się można zatroszczyć, przy kimś być na dobre i na złe, że przyjmowanie oznacza tę wrażliwość, która jest związana także z taką a nie inną orientacją seksualną” – mówił o. Maciej Biskup.

Nie ma wątpliwości, że dominikanin sugerował w ten sposób akceptację dla związków homoseksualnych. Jak to możliwe? W czyim imieniu się wypowiadał? Jest przecież przeorem klasztoru dominikańskiego; był ubrany w szaty liturgiczne; cytował Pismo Święte; powoływał się Jezusa Chrystusa i Ducha Świętego.

Czy tak ma wyglądać nowe polskie „synodalne” duszpasterstwo?

Przeglądałem dziś aktualną prasę katolicką. W kilku tytułach znalazłem obszerne relacje z prac niemieckiej Drogi Synodalnej, utrzymane w tonie albo otwarcie pochwalnym, albo po prostu afirmatywnym. W innych tygodnikach biskupi mówią o synodalności, zapraszając do „odważnej podróży” naprzód. W lutym tego roku na spotkaniu biskupów i świeckich z całej Europy w Pradze ustalono, że Kościół na naszym kontynencie będzie oparty o zasadę „jedności w różnorodności”.

Coraz więcej wskazuje na to, że taki program ma dotyczyć nie tylko różnic w poszczególnych krajach, ale również różnic między diecezjami czy nawet parafiami.

Tęczowe ekumeniczne celebracje? Oto jest synodalna „jedność w różnorodności” w praktyce.

Paweł Chmielewski

Nie umarł nikt…

Nie umarł nikt…

 Jerzy Karwelis Nie umarł nikt…

Wcześniej w takim Izraelu to ludzie do pięćdziesiątki przez kowida to marli jak muchy, ale jak się oddzieliło ziarno zdrowych od plew fałszywej narracji, to się okazało że nie umarł nikt. Nikt….

Jak to – nikt nie umarł na kowida, to na co umierali ci ludzie?

W Izraelu wydała się sprawa. Może już ostatecznie. Jak pamiętamy tam się mocno sanitaryzowali przeciwko kowidowi, ale to w czasach przedszczepionkowych. Jak przyszła szczepionka to tam była ostra jazda, choć właściwie lud podzielił się na dwie grupy – zaszczepionych po kokardę i kompletnych dysydentów szczepionkowych.

Ale okazało się, że tam w Izraelu są sądy, a nie dwie wojujące kasty, jak u nas, i sąd kazał ministerstwu zdrowia opublikować dane ważne dla oceny pandemii.

Okazało się, że „całkowita liczba zgonów z powodu Covid-19 w grupie wiekowej poniżej 50 lat bez chorób współistniejących: zero. Zero zdrowych osób poniżej 50 roku życia zmarło na Covid. Nie było pandemii, która zdarzałaby się raz na sto lat.” Komunikat ministerstwa jest oficjalny i nikt nie zarzuci, że to jakieś szury sobie wystrugały z banana. Co więc z tego wynika?

Ano, po pierwsze, że teza o pandemii pozytywnych testów jest prawdziwa. To znaczy, że śmierci oznaczone jako kowidowe, a raportowane przecież w sposób alarmujący, były dęte. Zaraz dojdziemy do tego, jak to robiono.

Po drugie – to wiele pokazuje o kowidzie nie tylko w Izraelu, ale i na świecie, bo to przecież – wedle rozumu i WHO – jest choroba międzynarodowa, o wspólnych cechach, bez względu na rasę i geografię. A więc czemu nie miałoby być tak samo w innych krajach, jak jest w Izraelu?

Po trzecie – po co było więc szczepić osoby do 50 roku życia, jak nikt z nich nie umarł na kowid, i należy przypuszczać, że nie umarłby do dziś? A trochę się tego towarzystwa poszczepiło, nie mówiąc już o dzieciach. Tu już kompletna załamka – te szczepiono, by nie zakaziły dziadków odbierających je z przedszkola, ale ta teza runęła po rewelacjach przedstawicielki Pfizera, pani Small, która oficjalnie stwierdziła, że nic jej nie wiadomo, by ich szczepionka powstrzymywała transmisję. Teraz doszło jeszcze to, że nie było po co szczepić Milusińskich, bo ci – co było wiadomo od razu – mało chorują, a już w ogóle nie umierają.

Ta izraelska rewelacja jest jak walnięcie obuchem w głowę. Jak to – nikt nie umarł na kowida, to na co umierali ci ludzie? Dane dotyczą ludzi zdrowych, to znaczy, że umierali pozytywnie testowi ale tylko z chorobami współistniejącymi. A to oznacza, że to nie kowid był przyczyną ich zejścia. Właściwie to nikt w takim razie nie wie ile ludzi zmarło na kowida. Bo z pozytywnym testem w czasie śmierci to już wiadomo. Ale tę dętą liczbę (6,9 miliona na świecie i 113.000 w Polsce), którą ostatnio strzelił we mnie demagog.pl można znacznie zweryfikować w dół.

Pomoże nam w tym doktor Jerzy Milewski, który w Do Rzeczy zaprezentował inny sposób liczenia zgonów kowidowych. Uznał on, za WHO, że efektem ostrej formy infekcji koronawirusem jest ARDS, czyli ostra niewydolność oddechowa. I doktor zbadał to – ile mieliśmy HOSPITALIZOWANYCH, a nie zmarłych z tą niewydolnością osób. Okazało się, że w krytycznym roku 2020 wśród osób w szpitalach z zapaleniem płuc o różnych przyczynach wykryto pozytywnie stestowanych na kowid 10-11.000 przypadków. Z czego nie wiadomo ilu z nich zmarło. Ale ci wszyscy to i tak o rząd mniej niż podano śmiertelnych przypadków „chorych” zmarłych na pozytywne testy. Skoro nie umierali oni na płuca, to jasne, że umierali nie na kowida, ale z innych przyczyn, głównie nieleczonych chorób „właściwych” oraz systemu nieleczenia infekcji w pandemii. Nie tylko tych chorób „właściwych”, ale i infekcji dróg oddechowych, z kowidem włącznie.

Mówiliśmy o tym w wywiadzie z doktorem Czyrycą. Ten polski naukowiec pracujący dla amerykańskiej farmacji wskazał nie tylko na to, że nie leczono kowida, choć było wiadomo od lat, jak się leczy takie infekcje. Z rozmowy wynikało, że nieleczony wirus dróg oddechowych łatwo przechodzi w bakteryjne zapalenie płuc. Można temu zapobiec stosując antybiotyki, ale wtedy słyszeliśmy narrację sanitarystów – antybiotykami nie leczy się wirusa, co usprawiedliwiało niestosowanie antybiotyków u pacjentów w kwarantannie, kiedy lekarz wiedział o potencjalnym zapaleniu płuc u pacjenta tyle, co wywnioskował przez telefon.

Z rozmowy z doktorem Czyrycą wynikała jeszcze jedna rzecz. Ci, co umierali na „czyste” wirusowe zapalenia płuc mogli być ofiarami wirusa, w tym koronawirusa. Ale ci, którzy umierali na BAKTERYJNE zapalenie płuc – czyli znaczna większość – umierali z powodu nieleczenia infekcji wirusowej, które prowadziło do bakteryjnego zapalenia płuc, znowu zbyt późno leczonego, albo – co gorsza – leczonego respiratorem.

Stąd się bierze ta różnica pomiędzy –  w tym wypadku izraelskimi – danymi o zgonach kowidowych, które po takiej weryfikacji stają się już tylko straszakiem zrobionym z fałszywie pozytywnych testów, które miały się nijak do rzeczywistego stanu człowieka. Te fałsze zaś czyniły z niego chorego, zaś w przypadku chorób współistniejących doprowadzały go poprzez ich nieleczenie do stanów na krawędzi śmierci. Często przekraczając tę krawędź. Zaś w przypadku rzeczywistej infekcji osób bez chorób współistniejących procedury nieleczenia uruchamiały proces szybkiego przeistoczenia się infekcji wirusowej w super groźną postać bakteryjnego zapalenia płuc, w dodatku nieleczonego antybiotykami.

I właśnie dlatego mamy taki rozjazd w logice i statystyce. Kiedy zweryfikować panikarskie dane z czasów kowida z logiką i – wcale nie najnowszą, ale znaną od dawna –  nauką, to ta konfrontacja wypada żałośnie dla dotychczasowych oficjalnych procedur i statystyki.

Wcześniej w takim Izraelu to ludzie do pięćdziesiątki przez kowida to marli jak muchy, ale jak się oddzieliło ziarno zdrowych od plew fałszywej narracji, to się okazało że nie umarł nikt. Nikt.

I taka to była pandemia.

Napisał Jerzy Karwelis

Sto pociech z karą śmierci

Sto pociech z karą śmierci

Stanisław Michalkiewicz sto-pociech

Śmierć ośmioletniego Kamila, skatowanego przez ojczyma, zepchnęła na dalszy plan dyskusję na temat seksualizacji dzieci, której nieubłaganą walkę, jak przystało na 5 miesięcy przed wyborami, wydał rząd „dobrej zmiany” z Naczelnikiem Państwa na czele. Chodzi o to, żeby rodzice mieli więcej do powiedzenia, czego uczą się w szkołach ich dzieci.

Jest tu bowiem pewien dysonans, jako że szkoły są państwowe, to znaczy – rządowe, albo nierządne – w zależności od tego, kto akurat rządzi powiatem czy gminą – podczas gdy dzieci są prywatne. To znaczy – chyba nie do końca – bo coraz częściej podnoszą się głosy, że „wszystkie dzieci są nasze”, to znaczy – albo państwowe, albo bezpańskie.

Gdyby nie było szkół państwowych, to żadnego dysonansu by nie było, bo i szkoły, i dzieci byłyby prywatne. Tymczasem ze względów ideologicznych nawet rząd „dobrej zmiany” na coś takiego zgodzić się nie może i stąd ten dysonans, w który próbują wcisnąć się rozmaite „organizacje pozarządowe”.

Jak wiadomo, podstawowym problemem takich organizacji jest to, za co by tu wypić i zakąsić. Na szczęście zdecydowana większość z nich jest popodłączana do rozmaitych finansowych kurków, rządowych, samorządowych albo nawet europejskich, przez które płynie sama małmazja – ale od przybytku głowa nie boli, zwłaszcza gdy można połączyć piękne z pożytecznym, to znaczy – wypić i zakąsić – ale w poczuciu misji.

Toteż wiele takich organizacji próbowało wciskać się do szkół i przedszkoli, żeby uświadamiać seksualnie cudze dzieci, bo jak tylko podrosną, to znaczy – skończą 15 lat – co u nas oznacza wejście w tzw. wiek rębny, to tygrysy będą miały świeże mięsko. Nie jest to, mówiąc nawiasem, jedyny dysonans w tej dziedzinie, bo z jednej strony kładzie się nacisk na „seksualizację” dzieci od najmłodszych lat – ale z drugiej strony bezwzględnie ściga się i piętnuje tych, którzy próbują robić to na własną rękę, to znaczy – bez przynależności do jakiejś pozarządowej organizacji pożytku publicznego. Mówię oczywiście o pedofilach, którzy są wyjęci spod prawa, również przy aplauzie organizacji seksualizujących dzieci.

Jest to zrozumiałe; podobnie było w średniowieczu, kiedy to rzemieślnicy skupieni w cechach energicznie zwalczali tzw. partaczy, czyli fachowców niezrzeszonych. Tymczasem pedofile, zwłaszcza rekrutujący się ze stanu duchownego, mają na polu seksualizacji znacznie lepsze osiągnięcia niż zorganizowane weteranki po rozmaitych przejściach czy stażu w agencjach towarzyskich albo weterani z tzw. darkroomów.

Nie przypominam sobie bowiem, by jakieś dziecko po 30 czy nawet 40 latach rozpamiętywało przeżycia doznane w przedszkolu czy szkole w ramach zajęć seksualizacyjnych, podczas gdy pedofile, zwłaszcza należący do stanu duchownego, potrafią dostarczyć takim osobom przeżyć, których starczy na całe życie.

Nomina sunt odiosa, ale mógłbym przytoczyć wiele przykładów, kiedy uczestnicy czy uczestniczki bliskich spotkań III stopnia z takimi pedofilami przez całe dziesięciolecia rozpamiętują tamte chwile. Do niedawna ograniczało się to do łzawej tęsknicy serca, ale obecnie te sprawy ujęli w swoje ręce pierwszorzędni fachowcy, kładąc w ten sposób fundamenty pod prężnie rozwijający się przemysł molestowania, dzięki czemu można i rozpamiętywać przeżycia, i zarobić pieniądze. Czegóż chcieć więcej?

Nie będzie „samowolki”?

Ale przemysł swoją drogą, a śmierć 8-letniego Kamila swoją. Opinia publiczna została poruszona, z czego z pewnością narodzi się mnóstwo pomysłów dalszego ograniczania władzy rodzicielskiej, której właściwie już nie ma – może z wyjątkiem obowiązku alimentacyjnego – bo byłoby dziwne, gdyby biurokratyczne gangi nie skorzystały z takiej sposobności – ale niezależnie od tego rozhuśtana przez niezależne media opinia publiczna bardzo się zradykalizowała.

W dobiegające z czeluści odgłosy wsłuchują się politycy i dlatego pan minister Ziobro przekazał śledztwo w tej sprawie do prokuratury ze słynnego w całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego.

Przypomnijmy, że to właśnie tamta prokuratura śledziła Amber Gold i podjęła tzw. energiczne kroki nie wcześniej, aż ukradziona naiwniakom forsa rozpłynęła się w nicości. Od razu widać, że tamci prokuratorzy powinność swojej służby zrozumieją i pokierują śledztwem tak, jak się należy.

Ale nie tylko pan minister Ziobro wsłuchuje się w odgłosy dobiegające z czeluści opinii publicznej. Wsłuchuje się w nie również pan premier Morawiecki, który na jakimś mityngu powiedział nawet, że „jest za przywróceniem kary śmierci”. Jak pamiętamy z czasów pierwszej komuny, jeśli partia mówi, że weźmie, to weźmie, a jeśli partia mówi, że da, to mówi. Toteż pan premier Morawiecki może składać takie deklaracje całkowicie bezpiecznie, bo i on wie, i my wiemy, że Unia Europejska na taką samowolkę by nie pozwoliła, a w tej sytuacji co to komu szkodzi, jak pan premier podliże się trochę opinii publicznej? To nie szkodzi nikomu, bo żadnego przywrócenia kary śmierci nie będzie, a pan premier może dzięki temu uzbiera jakieś dodatkowe listki do wieńca sławy?

W ogóle z tą karą śmierci to mamy sto pociech. Jeszcze za pierwszej komuny, w ramach programu pilotażowego, została ona zniesiona w Niemieckiej Republice Demokratycznej. W praktyce oznaczało to tylko tyle, że nie mogły jej orzekać tamtejsze sądy, ale za to kaprale pełniący służbę przy murze granicznym między NRD i RFN nadal ją stosowali, i to w formie uproszczonej, po prostu otwierając ogień do każdego nieszczęśnika, który próbował ten mur sforsować. Likwidacja kary śmierci doprowadziła tam w ten sposób do zmiany hierarchii przestępstw; morderstwa, niechby nawet ze szczególnym okrucieństwem, stawały się przypadkami mniejszej wagi w porównaniu z próbą samowolnego przekroczenia granicy, bo one śmiercią karane być już nie mogły, podczas gdy próba sforsowania granicy – jak najbardziej.

Potem nastały przygotowania do transformacji ustrojowej, której bezpieczniacy trochę się obawiali, bo niby pan Daniel Fried wszystko uzgodnił w Władimirem Kriuczkowem, ówczesnym szefem KGB, ale – jak mówi poeta – „na tym świecie pełnym złości, nigdy nie dość jest przezorności”. Na wszelki tedy wypadek w całym socu ogłosiło „moratorium” na wykonywanie kary śmierci. Mogła być ona jeszcze orzekana, bo inaczej prawo mogłoby zostać złamane, a wiadomo, że nie ma nic gorszego niż złamane prawo – ale już nie można było jej wykonywać.

Dodatkowo, też na wszelki wypadek, wykreślono z Kodeksu karnego przestępstwo zagarnięcia mienia wielkiej wartości, dzięki czemu nawet afera FOZZ zakończyła się wesołym oberkiem. To „moratorium” miało swoje konsekwencje, bo szubienicznikom, skazanym na karę śmierci, zamieniano w tej sytuacji tę karę na 25 lat więzienia, czyli tzw. ćwiarę – bo dożywotnie więzienie zostało zniesione bodajże jeszcze w 1969 roku.

Wskutek tego pobożny pan Jarosław Gowin, który – jako prawdziwy człowiek renesansu – w rządzie zdrady i zaprzaństwa zajmował stanowisko ministra sprawiedliwości, musiał utworzyć obóz koncentracyjny w Gostyninie. Pretekstem był koniec kary 25 lat więzienia, którą, wskutek „moratorium”, właśnie kończył pan Trynkiewicz. W obawie, że wyjdzie na wolność i zacznie dokazywać, kobiety mdlały, więc pobożny i na łzy kobiece czuły pan minister Gowin nie miał innego wyjścia, jak założyć wspomniany obóz koncentracyjny, do którego niezawisłe sądy kierują delikwentów, pod pretekstem że „stwarzają zagrożenie”. To oczywiście prawda, bo czyż jest ktokolwiek, o kim można by powiedzieć, że na pewno nie stwarza zagrożenia? Takiego człowieka na świecie nie ma, bo nawet paralityk może prowadzić rozmaite knowania, w związku z czym jestem pewien, że na jednym obozie koncentracyjnym w Gostyninie się nie skończy, tym bardziej że podobno pęka on już w szwach.

Moratorium

Tymczasem w roku 1995 Sejm to „moratorium” na wykonywania kary śmierci przedłużył, bodajże do roku 2000. W związku z tym zapytałem pisemnie ówczesnego ministra sprawiedliwości w rządzie SLD-PSL, pana Jaskiernię, kto wprowadził to „moratorium” w roku 1988. W odpowiedzi pan minister napisał m.in, że „nie można ustalić autora tej decyzji”. No, proszę: „nie można ustalić” – a tymczasem do życzenia tego anonimowego dobroczyńcy ludzkości posłusznie zastosowało się całe państwo, z niezawisłymi sądami włącznie. Jeśli zatem komuś mało dowodów, że nasza młoda demokracja, z wymiarem sprawiedliwości na czele, podszyta jest bezpieką, to trzeba by mu chyba jeszcze narysować obrazek. To „moratorium”, mówiąc nawiasem, zakończyło się wcześniej, bo jeszcze przed rokiem 2000 znowelizowany został Kodeks karny, z którego kara śmierci została definitywnie wykreślona – i tak jest aż do dnia dzisiejszego.

Wykreślenie kary śmierci z arsenału kar kodeksowych pociąga za sobą bardzo daleko idące konsekwencje. Po pierwsze – niektóre przestępstwa, i to ciężkie, muszą w tej sytuacji pozostać bezkarne. Jeśli bowiem więzień odbywający karę więzienia dożywotniego zamorduje współwięźnia albo strażnika, to to przestępstwo pozostaje już całkowicie bezkarne.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z prawną sytuacją Sił Zbrojnych. Jak wiadomo, jest to grupa obywateli, specjalnie szkolona i wyposażona w narzędzia do sprawnego zabijania innych ludzi, niszczenia mienia i temu podobnych czynności, które w Kodeksie karnym figurują jako ciężkie zbrodnie. Ale w Kodeksie karnym są też inne zbrodnie – na przykład taka, że kto działając wspólnie i w porozumieniu z innymi osobami dopuszcza się gwałtownych zamachów na czyjeś życie lub zdrowie, podlega karze… – ano właśnie. Jeśli w Kodeksie karnym byłaby kara śmierci, to taki przestępca podlegałby takiej właśnie karze. Tu musimy postawić pytanie, czy wojna jest stanem chaosu prawnego, czy nie.

Doniesienia, którymi bombardują nas media rządowe i nierządne, że na Ukrainie Putin dopuszcza się „zbrodni wojennych”, przekonują nas, że i na wojnie obowiązują jakieś reguły. Jakie? Na to pytanie możemy sobie odpowiedzieć i bez Putina, opierając się tylko na polskim systemie prawnym. Jednym z jego elementów jest Kodeks karny, w którym są umieszczone m.in przestępstwa wojenne, na przykład – mordowanie jeńców. Jest to ciężka zbrodnia, podlegająca surowym karom. Ale elementem systemu prawnego państwa są też regulaminy wojskowe, m.in. – regulamin walki. I cóż tam mamy? W sytuacji kiedy żołnierz w obliczu wroga odmawia walki, czyli zabijania nieprzyjaciół, jego dowódca może nawet zastrzelić go na miejscu. Jak widzimy, wojna nie jest stanem chaosu prawnego. Obowiązują tu reguły; proste i surowe – ale obowiązują.

Jeśli nieprzyjaciel rzuci broń i się podda, a ta kapitulacja zostanie przyjęta, to zabicie potem takiego nieprzyjaciela jest ciężką zbrodnią. Ale ciężką zbrodnią jest także odmowa zabijania nieprzyjaciół, czyli odmowa walki w obliczu wroga. Raz można, a nawet należy wrogów zabijać, a innym razem – nie wolno.

W takiej sytuacji możemy postawić pytanie – co z punktu widzenia prawnego robią członkowie naszych Sił Zbrojnych, zabijając nieprzyjaciół? Wykonują na nich karę śmierci w trybie uproszczonym, bo ci nieprzyjaciele, działając wspólnie i w porozumieniu, dopuszczają się gwałtownych zamachów na życie naszych obywateli, niszczą mienie, próbują pozbawić Polskę niepodległości albo oderwać część terytorium – ale pod warunkiem, że taka kara jest w ogóle dopuszczalna w polskim systemie prawnym.

Jeśli jej nie ma, to nikt w całym państwie zgodnie z art. 7 Konstytucji, stanowiącym, że organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa – nie ma prawa wydać rozkazu otwarcia ognia do nieprzyjaciół. Może co najwyżej wydać polecenie, by tych nieprzyjaciół chwytać. Oczywiście nikt się takimi rzeczami nie przejmuje, bo skoro już nakazano zlikwidować karę śmierci, to kto by miał głowę do takich drobiazgów. „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – pisał Voltaire.

Jak widzimy, istnienie kary śmierci ma fundamentalne znaczenie dla systemu prawnego państwa – bo nie jest tak, że można z niego bezkarnie wyjmować jakieś elementy w nadziei, że gmach się nie zawali. Właśnie zaczął się walić, bo w przeciwnym razie nie trzeba by go podpierać obozami koncentracyjnymi w Gostyninie, gdzie – podobnie jak więźniowie skazani na bezterminowe, dożywotnie więzienie, pensjonariusze cały czas pozostają na utrzymaniu podatników, podobnie jak strażnicy, wychowawcy, psychologowie i inni specjaliści od resocjalizacji. Tymczasem przywrócenie kary śmierci pozwoliłoby tego wszystkiego, tych wszystkich specjalistów i tych wszystkich kosztów, uniknąć. Jak pamiętamy z popularnej w swoim czasie piosenki, przyszłaby policja, zabrała drania i przywiązała do słupa; huknęłaby salwa, opadłyby gacie, rodzinie oddano by trupa.

Czerwona fala marksizmu w Ameryce Łacińskiej cofa się?

Latin-america-the-red-tide-of-marxism-is-receding? 27 mai 2023

Często mówiliśmy o „czerwonej fali”, która groziła ogarnięciem Ameryki Łacińskiej. Prawie wszędzie skrajna lewica zaczęła wygrywać wybory, zmieniając na czerwono kontynent, który do niedawna był głównie prawicowy.

Ten nadmierny wpływ socjalistów/marksistów szybko znalazł drogę do wielu organizacji między-amerykańskich. W ten sposób lewica zdominowała Organizację Państw Amerykańskich (OPA), Wspólnotę Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (IACHR) i inne. Wiele z tych organów straciło swój demokratyczny charakter i stało się prawdziwymi „strażnikami rewolucji” w Ameryce Łacińskiej.

Ten zdecydowany postęp marksistowskiego socjalizmu w Ameryce Łacińskiej nastąpił równolegle z pontyfikatem papieża Franciszka i do pewnego stopnia był jego konsekwencją. Franciszek jest obrońcą „teologii wyzwolenia” i „teologii ludu”, które starają się zaangażować katolików w rewolucyjny proces zmierzający do komunizmu. Systematycznie okazywał sympatię lewicowym kandydatom, zaniedbując tych z centroprawicy. Jego nominacje biskupie często wzmacniały „postępowe frakcje” w duchowieństwie.

Przez cały ten czas nie byliśmy pod wrażeniem czerwonej fali. Od samego początku staraliśmy się obnażyć jej wyraźną piętę achillesową: słabą zdolność do przekonywania mas.

Na początku naszej krytyki, fala ta nigdy nie była uniwersalna. Wiele narodów pozostawało poza jej wpływem. Kraje takie jak Ekwador, Urugwaj, Salwador i Paragwaj mają centroprawicowe rządy.

W innych krajach lewica zdołała przejąć władzę jedynie poprzez wybory skażone poważnymi zarzutami o oszustwa i korupcję. Ten podstęp został najpierw przetestowany w Wenezueli, a następnie wyeksportowany w całym regionie, wraz z zespołami kubańskich, boliwijskich, wenezuelskich i nikaraguańskich obserwatorów. Taka taktyka pokazuje słabość lewicy, która nie jest w stanie wygrać czystych wyborów.

Innym czynnikiem słabości jest preferowanie przez latynoamerykańską lewicę metod dyktatorskich. Po dojściu do władzy lewica z łatwością porzuca demokratyczne ścieżki i narzuca te brutalne. W ten sposób jej rządy tłumią wolność prasy, więżą przeciwników, zamykają opozycyjne media itp. Użycie siły jest ukrytym przyznaniem się do porażki, ponieważ ujawnia niezdolność do przekonania opinii publicznej za pomocą pokojowych i legalnych środków.

Ta fala wykazuje obecnie oznaki odwrotu.

Być może punktem zwrotnym w antykomunistycznym oporze jest Peru. Zirytowany sprzeciwem centroprawicowej większości parlamentarnej, marksistowski prezydent Pedro Castillo podjął próbę zamachu stanu w grudniu 2022 roku.

Wbrew oczekiwaniom, krajowe instytucje rządowe i siły porządkowe zareagowały natychmiast. Castillo został aresztowany, a prezydenturę przejęła wiceprezydent Dina Boluarte. Parlament odrzucił następnie próbę unieważnienia konstytucji.

Rozwścieczona tą porażką lewica pomogła rozpocząć szeroko zakrojoną ofensywę o charakterze terrorystycznym i wywrotowym, mającą na celu przejęcie władzy przemocą.

Przy ogromnym wsparciu opinii publicznej policja i siły zbrojne zdołały pokonać tę rewolucję.

„Nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. Wycofaliśmy się, ponieważ nie byliśmy przygotowani” – jęczał jeden z przywódców rewolty w ulicznym przemówieniu w lipcu.

Ten antykomunistyczny opór, model dla całego kontynentu, jest obecnie przedmiotem badań w ośrodkach badań politycznych i szkołach wojskowych w Ameryce Łacińskiej.

Niedawno czerwona fala poniosła dwie znaczące porażki.

30 kwietnia w Paragwaju odbyły się wybory prezydenckie. Znana francuska lewicowa gazeta Le Monde mówiła o „bardzo ważnych wyborach”. Lewica spodziewała się zwycięstwa, które przełamałoby hegemonię partii centroprawicowej, która, z wyjątkiem krótkiej przerwy w latach 2008-2012, rządziła krajem przez ponad pół wieku. Wybory były tak ważne, że VIP-y promujące lewicowy globalizm – takie jak prezes Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab i amerykański ambasador w Paragwaju Marc Otsfield – zrobiły wszystko, by faworyzować lewicowych kandydatów.

Była to skandaliczna ingerencja w wewnętrzne sprawy kraju.

Wbrew tym oczekiwaniom wybory wygrał konserwatywny, antykomunistyczny kandydat Santiago Peña z Partii Narodowego Stowarzyszenia Republikanów (Partido Colorado). Uzyskał on ponad dwukrotnie więcej głosów niż drugi w kolejności kandydat w pierwszej turze wyborów.

Peña broni modelu konserwatywnego Paragwaju. „Jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem; konserwatywny duch jest w nas głęboko zakorzeniony, co czyni nas ostrożnymi w obliczu poważnych zmian w społeczeństwie”, powiedział Agence France-Presse.

Rana nie zdążyła się jeszcze zagoić, gdy latynoamerykańska lewica otrzymała kolejny, jeszcze mocniejszy cios: wyraźne zwycięstwo prawicy w Chile.

Chile jest nadal rządzone przez konstytucję z 1980 roku, która została zatwierdzona przez rząd generała Augusto Pinocheta. Carta Magna uzyskała wówczas 67% głosów w referendum uznanym za sprzyjające reżimowi wojskowemu. Od tego czasu była ona zmieniana setki razy, aby dostosować się do obecnych potrzeb.

Wzmocniony zaskakującym zwycięstwem wyborczym w marcu 2022 r., lewicowy prezydent Gabriel Boric zwołał we wrześniu plebiscyt w celu zatwierdzenia nowej konstytucji, która przekształciłaby Chile w komunistyczny i anarchistyczny kraj. Dokument został pospiesznie opracowany przez małe grupy legislacyjne powiązane z wywrotowymi środowiskami, a następnie odrzucony przez 62% chilijskich wyborców.

Wstrząśnięty tą porażką Boric rozpisał nowe wybory, aby wybrać zgromadzenie konstytucyjne składające się z pięćdziesięciu jeden radnych, którzy mieliby opracować nowy lewicowy projekt konstytucji w sposób bardziej demokratyczny i otwarty. Został jednak ponownie pokonany 7 maja, kiedy wyniki wyborów odzwierciedlały wyraźne zwycięstwo prawicy.

Wielkim zwycięzcą został José Antonio Kast, lider Partido Republicano, którą media uparcie definiują jako „skrajną prawicę”. Uzyskał on 35% głosów. Tradycyjna prawica, reprezentowana przez partię Chile Seguro, otrzymała 21% głosów. Lista Todo por Chile, grupująca lewicę, zdobyła tylko 9%. Tak więc prawica i centroprawica będą miały trzydziestu trzech z pięćdziesięciu jeden posłów, co stanowi większość odporną na weto.

Znana gazeta La Tercera (5-8-23) przeprowadziła sondaż wśród nowych posłów i podała zaskakujące wyniki: 60% twierdzi, że nie ma nic wspólnego z propozycjami lewicy; 90% chce minimalistycznej konstytucji, która nie naruszy obecnie obowiązującego systemu; 60% deklaruje się przeciwko aborcji; a 87% chce silnego sektora prywatnego. Prawica ma teraz czek in blanco na kształtowanie przyszłości kraju.

„Skrajna prawica staje się wiodącą siłą polityczną w kraju. Trzęsienie ziemi w chilijskiej polityce” – tak brzmiał nagłówek hiszpańskiej gazety El País (5-8-23).

Niektóre trzęsienia ziemi mogą powodować ogromne pływy, takie jak przerażające tsunami.

Inne trzęsienia ziemi mogą powodować cofanie się pływów i niwelować skutki wcześniejszych pływów. Wydaje się, że taka zmiana ma miejsce w Chile i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Czerwona fala marksizmu w Ameryce Łacińskiej cofa się?

Latin-america-the-red-tide-of-marxism-is-receding? 27 mai 2023

Często mówiliśmy o „czerwonej fali”, która groziła ogarnięciem Ameryki Łacińskiej. Prawie wszędzie skrajna lewica zaczęła wygrywać wybory, zmieniając na czerwono kontynent, który do niedawna był głównie prawicowy.

Ten nadmierny wpływ socjalistów/marksistów szybko znalazł drogę do wielu organizacji między-amerykańskich. W ten sposób lewica zdominowała Organizację Państw Amerykańskich (OPA), Wspólnotę Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC), Międzyamerykański Trybunał Praw Człowieka (IACHR) i inne. Wiele z tych organów straciło swój demokratyczny charakter i stało się prawdziwymi „strażnikami rewolucji” w Ameryce Łacińskiej.

Ten zdecydowany postęp marksistowskiego socjalizmu w Ameryce Łacińskiej nastąpił równolegle z pontyfikatem papieża Franciszka i do pewnego stopnia był jego konsekwencją. Franciszek jest obrońcą „teologii wyzwolenia” i „teologii ludu”, które starają się zaangażować katolików w rewolucyjny proces zmierzający do komunizmu. Systematycznie okazywał sympatię lewicowym kandydatom, zaniedbując tych z centroprawicy. Jego nominacje biskupie często wzmacniały „postępowe frakcje” w duchowieństwie.

Przez cały ten czas nie byliśmy pod wrażeniem czerwonej fali. Od samego początku staraliśmy się obnażyć jej wyraźną piętę achillesową: słabą zdolność do przekonywania mas.

Na początku naszej krytyki, fala ta nigdy nie była uniwersalna. Wiele narodów pozostawało poza jej wpływem. Kraje takie jak Ekwador, Urugwaj, Salwador i Paragwaj mają centroprawicowe rządy.

W innych krajach lewica zdołała przejąć władzę jedynie poprzez wybory skażone poważnymi zarzutami o oszustwa i korupcję. Ten podstęp został najpierw przetestowany w Wenezueli, a następnie wyeksportowany w całym regionie, wraz z zespołami kubańskich, boliwijskich, wenezuelskich i nikaraguańskich obserwatorów. Taka taktyka pokazuje słabość lewicy, która nie jest w stanie wygrać czystych wyborów.

Innym czynnikiem słabości jest preferowanie przez latynoamerykańską lewicę metod dyktatorskich. Po dojściu do władzy lewica z łatwością porzuca demokratyczne ścieżki i narzuca te brutalne. W ten sposób jej rządy tłumią wolność prasy, więżą przeciwników, zamykają opozycyjne media itp. Użycie siły jest ukrytym przyznaniem się do porażki, ponieważ ujawnia niezdolność do przekonania opinii publicznej za pomocą pokojowych i legalnych środków.

Ta fala wykazuje obecnie oznaki odwrotu.

Być może punktem zwrotnym w antykomunistycznym oporze jest Peru. Zirytowany sprzeciwem centroprawicowej większości parlamentarnej, marksistowski prezydent Pedro Castillo podjął próbę zamachu stanu w grudniu 2022 roku.

Wbrew oczekiwaniom, krajowe instytucje rządowe i siły porządkowe zareagowały natychmiast. Castillo został aresztowany, a prezydenturę przejęła wiceprezydent Dina Boluarte. Parlament odrzucił następnie próbę unieważnienia konstytucji.

Rozwścieczona tą porażką lewica pomogła rozpocząć szeroko zakrojoną ofensywę o charakterze terrorystycznym i wywrotowym, mającą na celu przejęcie władzy przemocą.

Przy ogromnym wsparciu opinii publicznej policja i siły zbrojne zdołały pokonać tę rewolucję.

„Nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. Wycofaliśmy się, ponieważ nie byliśmy przygotowani” – jęczał jeden z przywódców rewolty w ulicznym przemówieniu w lipcu.

Ten antykomunistyczny opór, model dla całego kontynentu, jest obecnie przedmiotem badań w ośrodkach badań politycznych i szkołach wojskowych w Ameryce Łacińskiej.

Niedawno czerwona fala poniosła dwie znaczące porażki.

30 kwietnia w Paragwaju odbyły się wybory prezydenckie. Znana francuska lewicowa gazeta Le Monde mówiła o „bardzo ważnych wyborach”. Lewica spodziewała się zwycięstwa, które przełamałoby hegemonię partii centroprawicowej, która, z wyjątkiem krótkiej przerwy w latach 2008-2012, rządziła krajem przez ponad pół wieku. Wybory były tak ważne, że VIP-y promujące lewicowy globalizm – takie jak prezes Światowego Forum Ekonomicznego Klaus Schwab i amerykański ambasador w Paragwaju Marc Otsfield – zrobiły wszystko, by faworyzować lewicowych kandydatów.

Była to skandaliczna ingerencja w wewnętrzne sprawy kraju.

Wbrew tym oczekiwaniom wybory wygrał konserwatywny, antykomunistyczny kandydat Santiago Peña z Partii Narodowego Stowarzyszenia Republikanów (Partido Colorado). Uzyskał on ponad dwukrotnie więcej głosów niż drugi w kolejności kandydat w pierwszej turze wyborów.

Peña broni modelu konserwatywnego Paragwaju. „Jesteśmy konserwatywnym społeczeństwem; konserwatywny duch jest w nas głęboko zakorzeniony, co czyni nas ostrożnymi w obliczu poważnych zmian w społeczeństwie”, powiedział Agence France-Presse.

Rana nie zdążyła się jeszcze zagoić, gdy latynoamerykańska lewica otrzymała kolejny, jeszcze mocniejszy cios: wyraźne zwycięstwo prawicy w Chile.

Chile jest nadal rządzone przez konstytucję z 1980 roku, która została zatwierdzona przez rząd generała Augusto Pinocheta. Carta Magna uzyskała wówczas 67% głosów w referendum uznanym za sprzyjające reżimowi wojskowemu. Od tego czasu była ona zmieniana setki razy, aby dostosować się do obecnych potrzeb.

Wzmocniony zaskakującym zwycięstwem wyborczym w marcu 2022 r., lewicowy prezydent Gabriel Boric zwołał we wrześniu plebiscyt w celu zatwierdzenia nowej konstytucji, która przekształciłaby Chile w komunistyczny i anarchistyczny kraj. Dokument został pospiesznie opracowany przez małe grupy legislacyjne powiązane z wywrotowymi środowiskami, a następnie odrzucony przez 62% chilijskich wyborców.

Wstrząśnięty tą porażką Boric rozpisał nowe wybory, aby wybrać zgromadzenie konstytucyjne składające się z pięćdziesięciu jeden radnych, którzy mieliby opracować nowy lewicowy projekt konstytucji w sposób bardziej demokratyczny i otwarty. Został jednak ponownie pokonany 7 maja, kiedy wyniki wyborów odzwierciedlały wyraźne zwycięstwo prawicy.

Wielkim zwycięzcą został José Antonio Kast, lider Partido Republicano, którą media uparcie definiują jako „skrajną prawicę”. Uzyskał on 35% głosów. Tradycyjna prawica, reprezentowana przez partię Chile Seguro, otrzymała 21% głosów. Lista Todo por Chile, grupująca lewicę, zdobyła tylko 9%. Tak więc prawica i centroprawica będą miały trzydziestu trzech z pięćdziesięciu jeden posłów, co stanowi większość odporną na weto.

Znana gazeta La Tercera (5-8-23) przeprowadziła sondaż wśród nowych posłów i podała zaskakujące wyniki: 60% twierdzi, że nie ma nic wspólnego z propozycjami lewicy; 90% chce minimalistycznej konstytucji, która nie naruszy obecnie obowiązującego systemu; 60% deklaruje się przeciwko aborcji; a 87% chce silnego sektora prywatnego. Prawica ma teraz czek in blanco na kształtowanie przyszłości kraju.

„Skrajna prawica staje się wiodącą siłą polityczną w kraju. Trzęsienie ziemi w chilijskiej polityce” – tak brzmiał nagłówek hiszpańskiej gazety El País (5-8-23).

Niektóre trzęsienia ziemi mogą powodować ogromne pływy, takie jak przerażające tsunami.

Inne trzęsienia ziemi mogą powodować cofanie się pływów i niwelować skutki wcześniejszych pływów. Wydaje się, że taka zmiana ma miejsce w Chile i innych krajach Ameryki Łacińskiej.

Syn niemieckiego zbrodniarza oskarża Polskę o współudział w Holokauście. Duet oszczerców z polakożercą Engekling

Syn niemieckiego zbrodniarza oskarża Polskę o współudział w Holokauście. Duet oszczerców z polakożercą Engekling

Syn-niemieckiego-zbrodniarza-oskarza-Polske

Syn niemieckiego zbrodniarza wojennego Martin Pollack oskarża na łamach „Neue Zürcher Zeitung Deutschland” Polaków o „współudział w Holokauście”.

Martin Pollack to austriacki pisarz i tłumacz, syn odpowiedzialnego m.in. za zbrodnie dokonane na cywilnej ludności Warszawy SS-Sturmbannführera Gerharda Basta. Teraz na łamach NZZ zaatakował Polaków przekonując, że w naszym kraju „coraz częściej dochodzi do incydentów antysemickich, a agencje rządowe oczerniają i grożą niezależnym historykom”.

– „Polski rząd rozprawił się z historykami, których badania rzucają cień na bohaterski obraz narodu. Dotyczy to zwłaszcza Holokaustu” – pisze Pollack.

– „W dzisiejszej Polsce wypowiedzi, według których obywatele polscy nie przejmowali się eksterminacją Żydów, są surowo odrzucane, a nawet zabronione. Każdy, kto twierdzi coś takiego, musi spodziewać się ostrej reakcji prawicowego konserwatywnego rządu PiS, ze zniesławieniem, surowymi sankcjami, a nawet postępowaniem karnym” – dodaje.

Przywołuje tutaj przykład prof. Barbary Engekling, która w 80. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim przekonywała, że Polacy utrudniali Żydom przeżycie. Powołując się na wypowiedź badaczki Pollack twierdzi, że „większość polskich sąsiadów odwracała wzrok, a nawet brała udział w prześladowaniach w taki czy inny sposób”.

Sławomir M. Kozak : Skąd tyle nagłych zgonów na Uniwersytecie Adama Mickiewicza

Szanowni Państwo

polecam najnowsze nagranie zespołu redakcyjnego PL1z drem Piotrem Rubasem

a tym z Państwa, którzy nie czytali mojego ostatniego felietonu może wygodniej będzie go wysłuchać

zachęcam również do symbolicznego choćby wsparcia mojej pracy

https://buycoffee.to/s.m.kozak

pozdrawiam

Sławomir M. Kozak

Skutki „ubogacenia kulturowego”. Francuzi chcą wydalania migrantów, którzy popełnili przestępstwa

Skutki „ubogacenia kulturowego”. Francuzi chcą wydalania migrantów, którzy popełnili przestępstwa

chca-wydalania-migrantow

Narastająca fala przestępczości z udziałem „zagranicznych przestępców” wywołuje normalne reakcje i przytłaczająca większość Francuzów chciałaby, aby przestępcy z zagranicy skazani przez sądy byli wyrzucani z ich kraju. Nastroje antyimigracyjne na Zachodzie rosną, co może być jednym z motywów pomysłów Timmermansa et consortes o „relokacji migrantów” po całej Europie.

Według sondażu 85 % Francuzów chce wprowadzenia dodatkowej kary dla „zagranicznych przestępców”, która polegałaby na ich wydalaniu po wydaniu wyroku przez sądy z kraju. Taki pomysł wprowadził we Francji lata temu centroprawicowy polityk i b. MSW Charles Pasqua w czasach, kiedy walkę z napływem nielegalnej imigracji traktowano jeszcze poważnie.

Przepisy te znieśli socjaliści po do dojściu do władzy w 2013 roku. Teraz 85% Francuzów opowiada się za przywróceniem takiego środka. 81% ankietowanych chciałoby z kolei uznania za przestępstwo nielegalnego pobytu imigrantów we Francji, którzy otrzymali nakaz opuszczenia terytorium kraju (tzw. OQTF, który w praktyce okazuje się fikcją i jest nieegzekwowany).

Francuzi mają dość imigracji i staje się to tematem politycznym nie tylko dla Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen, czy Reconquête Ercia Zemmoura. Centroprawicowa Parta Republikanie (LR) wezwała prezydenta Emmanuela Macrona do zorganizowania referendum w sprawie „imigracji wymykającej się spod kontroli”.

Rząd na razie jedynie markuje „walkę z nielegalną imigracją”, powołuje debaty, komisje, MSW Darmanin żongluje liczbami i kpi z premier Włoch Meloni, że ta też nie daje sobie rady z imigracją. Teraz liderzy LR Éric Ciotti, Bruno Retailleau i Olivier Marleix zażądali w liście skierowanym bezpośrednio do Prezydenta Republiki, aby Emmanuel Macron zorganizował referendum w sprawie imigracji w celu „drastycznego zaostrzenia polityki migracyjnej Francji”.

Le Figaro/BFM

Polska nadal jest zalewana ukraińskim zbożem. Do Hrubieszowa wjechało 70 wagonów zboża z Ukrainy bez żadnych plomb.

Polska nadal jest zalewana ukraińskim zbożem. Do Hrubieszowa wjechało 70 wagonów zboża z Ukrainy bez żadnych plomb.

Wiesław Gryn przewodniczący Oszukanej wsi alarmuje, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, rolnicy będą zmuszeni wyjść na ulicę i protestować.

19 maja podczas konferencji Minister Rolnictwa Robert Telus ogłosił nowe stawki dopłat do zbóż, tego samego dnia na polski rynek wjechało łącznie 4 000 ton ukraińskiego zboża. Początkowo zboże wjechało przez Słowację i zostało rozładowane na Zamojszczyźnie, stamtąd zostało przeładowane i pojechało dalej do Polski, jako rzekomo „nasze zboże”.

Rolnicy alarmują, że problem ukraińskiego zboża, mimo obietnic rządu o „natychmiastowym wstrzymaniu importu i wzmożonej kontroli na granicach”, nie został rozwiązany. Wiesław Gryn zapowiedział, że jeżeli ukraińskie zboże nadal będzie importowane, rolnicy będą protestować:

„Jeżeli zboże z Ukrainy będzie dalej wjeżdżało, wyjdziemy na ulicę. Powinniśmy zrobić to od razu, jak tylko zorientowaliśmy się, że te pociągi wjechały, ale na razie przekazaliśmy te informacje do ministerstwa i czekamy na reakcję”.

Głos zabrał także Stanisław Barna, działacz NSZZ Solidarności Rolników Indywidualnych i organizator protestu w Szczecinie:

„Też będziemy protestować, bo import zboża to główny punkt, który łamie wszelkie uzgodnienia z ministerstwem. Jeżeli będzie ono wjeżdżało do Polski, na pewno będziemy protestować, na pewno złączymy siły i dołączymy do „Oszukanej Wsi ”

Wiesław Gryn zwrócił uwagę, że mimo dopłat dla polskiej wsi, problem ukraińskiego zboża nie zostanie rozwiązany.

Co z tego, że będziemy robili skupy z dopłatą ze skarbu państwa, jeśli to zboże będzie dalej napływało z Ukrainy? Jeśli tego nie ukrócimy, to nadal będziemy trwali w tym samym marazmie.”.

Czytaj także: unia-publikuje-dane-zboza-rolnicy-w-nie-nie-wierza/

——————–

mail: No to wyjdźcie, nie gadajcie jak impotenci!!

Ten artykuł to reakcja kury na przejechanie przez Trabanta

Mocno dbają o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury

Mocno dbają o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury

Witold Gadowski: pamiec-kury

„System działa tak, że wzmacnia tych najbardziej uzależnionych od siebie, tak aby automatycznie popadali w jeszcze większe uzależnienie. System jednocześnie eliminuje tych, którzy potrafią zjeść robaka z haczyka, ale sami się nie złapią”, pisze na łamach tygodnika „Niedziela” Witold Gadowski.

Publicysta wyjaśnia, że ów System ma na celu sprawienie, że ludzie staną się „chorzy”, a konkretnie uzależnieni od systemu. „Chory przestaje rozumować, posługiwać się zdrowym rozsądkiem, kieruje się jedynie emocjonalnie podbarwianymi wytycznymi płynącymi z wnętrza systemu. Po pewnym czasie człowiek – nawet gdyby zrozumiał fakt, że znalazł się w rzeczywistości sprytnie zamienionej i podstawionej – nie wykazuje już najmniejszej skłonności do wyrwania się z niej. Boi się powrotu do rzeczywistego świata i poruszania się według prawdziwie istniejących praw – woli życie w systemie, który podpowiada mu, co, kiedy i jak ma zrobić. Dotyka go uzależnienie więźnia”, podkreśla.

Autor zwraca uwagę, że ludzie wsiąkają w ekrany smartfonów i tabletów, a wykreowana tam rzeczywistość tak ich wciąga, że pozostają nam jedynie ich pozbawione wnętrza ciała. Wirtualny potwór wciąga z wielu powodów, ale najważniejszym z nich jest absolutna kontrola nad człowiekiem, który się tam znalazł. „W tym świecie feudałowie finansowi tworzą swoje prawa i bezwzględnie je egzekwują. Masy padają ofiarami tej zbiorowej kreacji, w której świat realny (w nim reguły ustanowił Pan Bóg) zostaje sprytnie zastąpiony kreacją wszechwładnego pieniądza; kontrolę nad nim mają współcześni feudałowie, którzy z coraz mniejszą cierpliwością znoszą opieranie się ich kaprysom przez zwykłych ludzi”, tłumaczy dalej ekspert programu „PRAWY PROSTY PLUS” na antenie PCh24 TV.

Zdaniem Gadowskiego miażdżący strumień propagandy, lejącej się z wielkonakładowych mediów, ma unieważnić wszelki przejaw zdrowego rozsądku i sensownego protestu.

„Ktoś mocno dba o to, aby opinia publiczna zyskała pamięć nierozgarniętej kury. (…) Najważniejsze i promowane w mediach siły polityczne nawet nie kwestionują „prawd” ogłaszanych przez zaciskający się system. Ich istnienie jest przecież uzależnione od akceptacji systemu. Pamiętajmy jednak, że sami musimy walczyć o swoją wolność i swoje prawo dostępu do niezmanipulowanej wiedzy o rzeczywistości. Mamy prawo do buntu i nie dajmy sobie wmówić, że bunt to zło. Kiedy buntowaliśmy się przeciwko komunizmowi, wielu realistów także oskarżało nas o narażanie wszystkich na ryzyko. I kto miał rację?!”, podsumowuje Witold Gadowski.

Źródło: tygodnik „Niedziela”

Trans-humanistyczne wizje: Firma Elona Muska uzyskała zgodę na interfejs mózg-komputer człowieka

Transhumanistyczne wizje: Firma Elona Muska uzyskała zgodę na interfejs mózg-komputer człowieka

Piotr Relich transhumanistyczne-wizje-coraz-blizej-polaczenie-chipu-z-mozgiem-czlowieka

Założona przez Elona Muska firma Neuralink pochwaliła się uzyskaniem zgodny rządowej Agencji Żywności i Leków (FDA) na rozwój badań w obrębie interfejsu mózg-komputer. Od teraz będzie mogła testować rozwiązania na ludziach.

„Z radością informujemy, że otrzymaliśmy zgodę FDA na rozpoczęcie naszego pierwszego badania klinicznego na ludziach! Jest to wynik niesamowitej współpracy zespołu Neuralink z przedstawicielami FDA i stanowi ważny pierwszy krok, który pewnego dnia pozwoli naszej technologii pomóc wielu ludziom” – na Twitterowym koncie firmy.

Regulator jeszcze nie skomentował oświadczenia Neuralink. Mimo uzyskania zgody administracyjnej, firma wstrzymuje się jeszcze z rozpoczęciem rekrutacji uczestników do badań.

Interwencje administracyjne wstrzymywały poprzednie ambicje Muska. Właściciel Twittera i technologiczny wizjoner zapowiadał rozpoczęcie badań klinicznych kolejno na 2020 i 2022 r. Na przeszkodzie do tej pory stawały głównie względy bezpieczeństwa oraz oskarżenia o łamanie tzw. praw zwierząt, jako że mózgowe implanty testowano głównie na świniach i małpach.

Neuralink został założony przez Elona Muska w 2016 r. w celu opracowania funkcjonalnego interfejsu mózg-komputer, umożliwiającego wzmacnianie funkcji poznawczych mózgu za pomocą technologii informacyjnych. Narzędzie przedstawiane jest głównie jako „nowoczesny element medycyny naprawczej”, pomagający w leczeniu schorzeń i zaburzeń o podłożu neurologicznym. Od elementu naprawczego, dużo większe od zainteresowanie wzbudzają potencjalne możliwości udoskonalające (ang. enhanced).

Jak przekonywała chociażby Kathleen Phillips, wicedyrektor instytutu badawczego Imec z Belgii na World Economic Forum, jeszcze ściślejsze połączenie świata wirtualnego z mózgiem umożliwi np. szybsze przyswajanie informacji, tłumaczenie języków w czasie rzeczywistym, widzenie w ciemności czy wykrywanie alergenów w jedzeniu. To jednak nic w porównaniu z możliwościami, jakie stwarza zainstalowanie w implantach narzędzi wykorzystujących najnowsze osiągnięcia sztucznej inteligencji.

Zdaniem niektórych trans-humanistycznych „filozofów” Doliny Krzemowej, znalezienie efektywnego sposobu na połączenie ludzkiego mózgu z tzw. silną sztuczną inteligencją (ang. Artificial General Intelligence) doprowadzi do wykładniczego wzrostu ludzkiej inteligencji, powodując wprowadzenie człowieka na wyższy poziom ewolucji, z osiągnięciem fizycznej nieśmiertelności włącznie.

Źródło: bbc.co.uk / własne PCh24.pl PR