„Stosy czarownic” – największy fałsz w historii?

Jedna z „najczarniejszych kart Kościoła” – największy fałsz w historii?

6.10.2024 Jacek Laskowski

Kościół.
Kościół. Zdjęcie ilustracyjne. / foto: Pixabay

Jedną z „najczarniejszych kart Kościoła” są „polowania na czarownice”. Fanatyczni średniowieczni mnisi inkwizytorzy torturujący i palący na stosie niewinne kobiety za urojone czary stanowią element powszechnej świadomości historycznej. Nawet pobożni katolicy żyją z ciężarem wstydu za „straszne grzechy Kościoła”. Tymczasem te „grzechy” nigdy nie miały miejsca. Kościelne „polowania na czarownice” są jednym z największych fałszów historii.

Zgroza „polowań na czarownice” weszła do powszechnej świadomości w Oświeceniu. W „epoce rozumu” jej filozofowie podjęli się zaprojektowania lepszej rozumnej przyszłości dla całej ludzkości jako przeciwwagi czasów mijających, pełnych zabobonu, ciemnoty i okrucieństwa. Jednym z przejawów postępu było położenie w XVIII w. kresu procesom o czary. To intelektualiści Oświecenia wykonali pierwsze obliczenia, według których w dawnych mrocznych czasach na stosach mogło spłonąć od setek tysięcy do nawet 9 milionów kobiet. W XIX w. rodzące się ruchy feministyczne i neopogańskie postawiły hipotezy, że czarownice były pozostałością religii pogańskich, tropionych przez średniowieczny Kościół, którego zbrojnym ramieniem była Inkwizycja. Wiedźmy miały być żyjącymi w ukryciu kapłankami tajemnych kultów. Oskarżanie kobiet o czary miało wynikać z patriarchalnej mizoginii Kościoła, a histeryczne fale prześladowań służyły poszukiwaniu kozłów ofiarnych w czasach klęsk nieurodzaju bądź walce religijnej między katolikami a protestantami.

Hipotezy te w pierwszej połowie XX w. podjęli z wielkim zainteresowaniem naziści, żywiący gorący szacunek dla staro-pogańskiego dziedzictwa Germanów. Po dojściu do władzy w Niemczech Heinrich Himmler powołał specjalny zespół SS do przejrzenia wszystkich źródeł archiwalnych i skatalogowania procesów o czary. Miały one pomóc odkryć zapomniane dziedzictwo rasy aryjskiej, a zarazem stać się całościowym materiałem historycznego oskarżenia Kościoła o jego niepoliczone zbrodnie wobec tej rasy (równolegle trwała wielka nazistowska akcja poszukiwania i ogłaszania wszystkich przypadków pedofilii w Kościele). Po II wojnie światowej publicystyczne określenia „polowanie na czarownice” albo „czasy stosów” weszły do powszechnego użytku, a nawet stały się terminami naukowymi. Środowiska feministyczne (czujące się duchowymi dziedzicami czarownic) zaczęły stawiać tezy, że dotychczasowe szacunki 9 milionów ofiar są zbyt ostrożne.

Średniowieczne zjawisko zaczynające się w renesansie

Niesłabnące zainteresowanie tematem sprawiło, że procesy o czary zostały w ostatnich dziesięcioleciach policzone w oparciu o dostępne zapiski historyczne i zachowane akta sądowe. Obraz, jaki wyłonił się z tych badań – najdelikatniej mówiąc – odbiega od tego, w co do dziś święcie wierzą ludzie Zachodu. Już prace naukowe z lat 70. i 80. ostatecznie skorygowały krążącą przez 200 lat liczbę rzekomych 9 milionów ofiar, redukując ją raczej do setek tysięcy. Co rzuca się w oczy, to fakt, że prace te opisują „polowania na czarownice”, począwszy od XV w. Dlaczego nie od średniowiecza? Przecież każdy laik wie, że Kościół „polował na czarownice” w średniowieczu. Powodem jest to, że naukowcy nie znaleźli takowych przypadków. Sławne egzekucje czarownic odnotowywane są w źródłach dopiero na progu renesansu – epoki humanizmu i wyzwalania się z „mroków średniowiecza”.

Gdzie te miliony?

Pod wpływem nowszych badań pojawiły się głosy obrony Kościoła. W Polsce podjęli się jej Rafał Ziemkiewicz głośnym artykułem z 1996 r. „Stosy kłamstw o inkwizycji” oraz Roman Konik książką „W obronie Świętej Inkwizycji” (2004 r.). Broniąc całokształtu instytucji Inkwizycji, poruszyli m.in. kwestię procesów o czary. Przywołali naukowe szacunki, zgodnie z którymi w XVI w. spłonąć miało na stosie 300 tys. (wg Ziemkiewicza) bądź 500 tys. ludzi (wg Konika), z czego większość w krajach protestanckich, podczas gdy Inkwizycja w Hiszpanii procesy te miała hamować. Głosy te oceniane były jako radykalnie wybielające Kościół. W rzeczywistości Ziemkiewicz i Konik, broniąc Inkwizycji, rażąco zawyżyli, a nie zaniżyli skalę procesów o czary. Opierali się na danych autorów zachodnich, którzy w nowszych wydaniach swoich prac coraz bardziej obniżali statystyki procesów o czary.

Skurczyły się one do 100 tys., potem 60 tys., a obecnie 40-50 tys. Nawet to nie są liczby faktycznie odkrytych egzekucji za czary, tylko szacunek oparty o niekompletne już akta sądowe. Liczba faktycznie zachowanych źródłowych wzmianek o wyrokach śmierci jest jeszcze 3-4-krotnie niższa. Straszna karta historii okazała się mieć finalnie nader mikrą skalę, 200-krotnie mniejszą niż rozpowszechniana przez całe pokolenia. Geograficznie 2/3 z tych egzekucji przypada na dwa kraje: Niemcy (15-26 tys.) i Szwajcarię (4-10 tys.), 1-5 tys. na Francję, ok. 2 tys. na całą Skandynawię, po ok. 1-2 tys. na Szkocję, Czechy i Austrię, po kilkaset na Anglię, Węgry, Holandię, Włochy i półwysep Iberyjski, a na USA – 37. W krajach prawosławnych nie było ich prawie wcale.

Polska statystyka

Jak na tym tle wypada Polska? Do niedawna tylko jeden badacz Bohdan Baranowski podjął próbę syntezy rodzimych procesów o czary. Jego książka z 1952 r. stanowiła punkt odniesienia dla publikacji przez następne 60 lat i jedyne źródło danych o Polsce zagranicą. Baranowski podawał, że na terenach przedrozbiorowej etnicznej Polski spalonych zostało ok. 10 tys. czarownic, a 15–20 tys. na Śląsku. Dopiero w 2008 r. liczby te zweryfikowała Małgorzata Pilaszek w książce „Procesy o czary w Polsce w wiekach XV-XVIII”. Odnalazła ona w źródłach z epoki wzmianki o 867 procesach na terenie przedrozbiorowej „Korony” (czyli z obszaru obecnej Polski i Ukrainy bez Śląska, Pomorza Zachodniego, Mazur i Krymu). W procesach tych sądzonych było łącznie 1316 osób, z których stracono 558. Dane dla Prus Książęcych (obecne Mazury i obwód kaliningradzki) ustalił Jacek Wijaczka. Odnalazł łącznie 167 egzekucji, w tym 1 za rządów krzyżackiego państwa zakonnego.

Dane Pilaszek obejmują tylko odnalezione dokumenty. Większość dawnych akt sądowych została jednak zniszczona w czasie II wojny światowej (w tym całość akt z obszaru Mazowsza). Stąd rzeczywista liczba egzekucji za czary jest znacznie wyższa. Autorka nie podjęła się ich kalkulować. Szacunek wciąż obarczony jest bardzo dużym ryzykiem błędu. Zależy przede wszystkim od tego, jaką część akt można uznać za utraconą. Gdyby uwzględnić fakt, że w 1/3 spraw przebadanych przez Pilaszek nie zachowała się informacja o wyroku, oraz uogólnić informację Baranowskiego, że zachowała się mniej niż 1/6 ksiąg miejskich z Archiwum Głównego Akt Dawnych, to w skrajnym szacunku na terenie Korony spłonąć mogło ok. 5 tys. czarownic. Gdyby jednak przyjąć, że ogólnie przepadła tylko połowa do 2/3 akt, to liczba spalonych czarownic zamyka się w 1,5-2 tys.

Jak Kościół dręczył czarownice w Polsce

Można by stwierdzić, że to wciąż wiele „ofiar Kościoła” w Polsce. Czy są to jednak „ofiary Kościoła”? Otóż nie. W średniowieczu sprawy herezji, magii, obyczajowe i rodzinne, podlegały sądom kościelnym. Tyle że zmieniło się to w latach 1551–1563 w apogeum reformacji. Wówczas antyklerykalnie nastawiona szlachta zakazała egzekucji starościńskiej wyroków sądów kościelnych (sytuacja, w której starostwie wykonywali wyroki wydawane przez sądy kościelne – dop. red.). Do tego czasu mogły one, podobnie jak sądy świeckie, orzekać za ciężkie przewinienia nawet kary śmierci czy konfiskaty majątków, ale egzekucję ich mogły przeprowadzić tylko przy pomocy królewskich starostów. Zakaz egzekucji starościńskiej sprawił, że sądownictwo kościelne stało się zupełnie bezzębne. Od tego czasu mogło co najwyżej nakładać ekskomuniki i modlitwy pokutne, podczas gdy sprotestantyzowana szlachta siłą konfiskowała kościoły i zabierała dla siebie daniny kościelne.

Na skutek tej bezsilności Kościoła sprawy o czary przeszły na świeckie sądy miejskie. Zdecydowana większość procesów czarownic w Polsce miała charakter świecki. Jaką ich część zdążyły od średniowiecza do połowy XVI w. przeprowadzić sądy kościelne? Według badaczki Joanny Adamczyk 60 , opierając się na tabelarycznym zestawieniu zawartym w książce Pilaszek – 76 (owe 76 procesów miało stanowić 0,5 proc. z 13 968 różnych zapisków sądowych ujętych w księgach konsystorskich). Tyle że z zestawienia tego wynika, że faktycznie 21 z tych procesów było pozwami o zniesławienie wytaczanymi przez kobiety osobom nazywającym je czarownicami, zaś 17 – procesami o trucicielstwo . Sprawy o czary kompletnie więc nie interesowały średniowiecznych sądów kościelnych. W ilu z tych spraw ostatecznie spalono czarownice na stosie? Odpowiedź brzmi: literalnie w żadnej. Pierwszy znany przypadek spalenia czarownicy w Polsce pochodzi ze świeckiego procesu z 1511 r. Co ciekawe, źródłem tej informacji jest książka Baranowskiego z 1952 r. Wynika z tego, że kiedy obciążał on Kościół odpowiedzialnością za stosy, to doskonale wiedział, że w rzeczywistości Kościół nie spalił w Polsce żadnej czarownicy.

Czy ktoś przeprosi Inkwizycję?

Liczby te pozwalają zrozumieć, jakim fałszem jest powszechne wyobrażenie o rzekomych „polowaniach na czarownice”. To nie mityczna wszechwładza Kościoła zapaliła stosy czarownic, tylko pozbawienie go władzy. Spośród jednoznacznie katolickich obszarów ówczesnej Europy tylko we Francji zjawisko egzekucji za czary wystąpiło w stopniu większym niż znikomy. Był to kraj, w którym podobnie jak w Polsce procesy o czary przeszły na sądy świeckie. Jak pisali już wcześniej R. Ziemkiewicz i R. Konik, tam gdzie utrzymało się sądownictwo kościelne, szczególnie owa „straszna” Inkwizycja, tam egzekucje były hamowane. Do jakiego stopnia? Z kilkuset szacunkowych egzekucji za czary, obejmujących cały obszar Włoch, Hiszpanii i Portugalii, inkwizycja włoska i hiszpańska przeprowadziły ich po kilkadziesiąt (Henry Kamen dla Hiszpanii przytacza 24 przypadki w 6 procesach) , zaś inkwizycja portugalska dokonała 1 egzekucji z zaledwie 7 znanych w tym kraju . W koloniach portugalskich i hiszpańskich, które obejmowały wówczas całą Amerykę Łacińską, niektóre kraje Afryki i Azji Wschodniej, nie znaleziono żadnych wzmianek o egzekucjach za czary . Jedynie w niesławnej Rzeszy Niemieckiej sądy w katolickich księstwach biskupich skazały na stos kilka tysięcy ludzi, a i tam niekoniecznie były to sądy kościelne. Zjawisko procesów o czary miało wyraźnie świecki, a nie kościelny charakter.

Dodać należy, że nawet ten 1 przypadek egzekucji w Portugalii nie był niesłuszny. O czarownicach nie pisze się inaczej niż o ofiarach mordów sądowych. Tymczasem dawne pojęcie czarów było dość rozległe i obejmowało też czyny, za które niewątpliwie należy karać z najwyższą surowością. Oznaczało także trucicielstwo przy użyciu mikstur, okultyzm i kontakty z diabłem, czyli satanizm. Wprawdzie zdecydowana większość przyznań do winy stanowiła efekt tortur, w rezultacie czego skazywano osoby niewinne, nie zawsze jednak tak było. Owa egzekucja z Portugalii była właśnie skutkiem praktykowania magii i satanizmu.

Podobne sprawy zdarzały się w historii, jak np. XV-wieczna egzekucja bretońskiego rycerza Gilles de Rais – przez krótki czas towarzysza Joanny d’Arc, który później zaczął parać się sodomią, mordami i czarną magią; czy wielka afera trucicielska z 1677–1682 r. we Francji, kiedy wykryto całą sieć czarownic sprzedających trujące mikstury arystokratkom na dworze Ludwika XIV. „Król-Słońce” utajnił tę aferę, gdy zaczęła sięgać jego osobistych kochanek, a ostatecznie przed śmiercią kazał zniszczyć jej akta.

[Ale ostały się. Są dalej ukrywane, ale np. Andrzej Sarwa opisał te czasy i sprawy dokładnie. MD]

Kiedy podobne zbrodnie karze się dziś, to wszyscy uważają to za oczywiste. Gdy dotyczą one rzekomo ciemnych czasów minionych, to kwalifikuje się je jako paranoję „łowców czarownic”.

Miłujący pokój Izrael uderzył w meczet i szkołę

„Dwie brutalne masakry”. Izrael uderzył w meczet i szkołę. Kilkadziesiąt ofiar śmiertelnych [VIDEO]

6.10.2024 nczas/dwie-brutalne-masakry-izrael-uderzyl-w-meczet-i-szkole

Izrael zaatakował cele w Strefie Gazy i Bejrut. / foto: screen X (kolaż)
Izrael zaatakował cele w Strefie Gazy i Bejrut. / foto: screen X (kolaż)

Armia jest w stanie najwyższej gotowości na wypadek ataków terrorystycznych w rocznicę zamachu Hamasu, który 7 października 2023 r. dokonał największego w historii ataku na Izrael – ogłosił w piątek rzecznik sił zbrojnych Daniel Hagari. W nocy z soboty na niedzielę Izrael po raz kolejny uderzył na stolicę Libanu, a także zaatakował meczet i szkołę w Strefie Gazy.

Siły zbrojne Izraela ogłosiły w nocy z soboty na niedzielę, że uderzają w cele wspieranego przez Iran Hezbollahu na terenie Bejrutu, stolicy Libanu. Świadkowie poinformowali agencję Reutera o zmasowanym ostrzale południowych przedmieść miasta.

Izrael przeprowadził co najmniej pięć uderzeń na Bejrut, cztery z nich były „bardzo gwałtowne”, w mieście słychać było eksplozje, nad zaatakowanym terenem unoszą się chmury dymu – przekazała agencja AFP, powołując się na relacje własnych reporterów i informacje mediów libańskich.

Szef Sztabu Generalnego izraelskich sił zbrojnych gen. Herci Halewi zapowiedział w piątek, że armia będzie dalej walczyć z Hezbollahem, nie pozwalając tej terrorystycznej grupie na chwilę „ulgi lub wytchnienia”. Halewi dodał, że w trwającej od wtorku operacji lądowej na południu Libanu zabito ok. 440 bojowników Hezbollahu.

Hezbollah ogłosił natomiast w niedzielę nad ranem, że zaatakował izraelskie wojska na północy Izraela. Siły zbrojne tego kraju przekazały, że z terytorium Libanu wleciało nad Izrael około 30 pocisków, z czego część została przechwycona przez obronę przeciwlotniczą, a część spadła – podała CNN.

Ataki w Strefie Gazy

Izrael zaatakował także meczet w mieście Deir al-Balah w środkowej części Strefy Gazy. Współpracownik CNN przekazał, że w ostrzelanym meczecie chronili się przesiedleni Palestyńczycy. Podobną informację przekazali wcześniej świadkowie, na których powoływała się agencja Reutera.

W wyniku izraelskiego ataku zginęło co najmniej 21 osób. Po ataku cywile, przedstawiciele obrony cywilnej i pracownicy szpitala pracowali w ciemności, przy świetle latarek z telefonów komórkowych, starając się wydobyć rannych spod gruzów – podała CNN.

Na opisywanym przez tę stację nagraniu widać rozrzucone zwłoki zabitych oraz uczestników akcji ratunkowej, którzy krzyczą, znajdując kolejne ofiary. Ranni są przenoszeni na kocach do pobliskiego szpitala, niektórzy pokryci krwią i pyłem.

Siły Obronne Izraela poinformowały natomiast o „precyzyjnym uderzeniu” z powietrza na ośrodek dowodzenia terrorystów Hamasu znajdujący się „w budynku służącym dawniej za meczet Szuhada al-Aksa w Deir al-Balah”.

Samoloty bojowe zaatakowały również w tym mieście bojowników ukrywających się w centrum dowodzenia na terenie, gdzie dawniej mieściła się szkoła – podał portal Times of Israel, cytując izraelskie wojsko.

Również w przypadku szkoły, wbrew informacjom izraelskiej armii, pojawiły się doniesienia o znajdujących się tam przesiedleńcach. Władze Strefy Gazy poinformowały w sumie o 24 ofiarach obu ataków i blisko setce. Oskarżyły one Izrael o dokonanie „dwóch brutalnych masakr”.

[Obrazy w oryginale MD]

150 Million Tons of Water Injected Into Atmosphere by Hunga Tonga Eruption. [Powinno wstrząsnąć „klimatem”].

150 Million Tons of Water Vapor Injected Into Atmosphere by Hunga Tonga Eruption

150-million-tons-of-water-vapor-injected

Climate-Industrial-Complex doesn’t talk much about volcanos John Leake Oct 04, 2024

Living in a world in which we are constantly barraged with information, it is easy to remain unaware of even earth moving events if our media doesn’t direct our attention to them. A couple of days ago, I read a column by fellow Substack author, Jeff Childers in which he mentioned the Hunga Tonga-Hunga Ha’apai volcanic eruption (from Dec 20, 2021 – Jan 15, 2022) in the South Pacific.

Hunga Tonga erupted with the explosive equivalent of a 61 megaton (61 million tons of TNT) nuclear bomb and released 150 million tons of water vapor and vast quantities of other gasses into the atmosphere. The following images taken from outer space will give the reader some sense of the blast’s magnitude.

Here is a video of the blast taken from outer space:

https://www.youtube-nocookie.com/embed/yIn9ZqWG1xg?rel=0&autoplay=0&showinfo=0&enablejsapi=0

As some readers may know, water vapor is a far more potent greenhouse gas than carbon dioxide.

Last December, NOAA Research published a paper titled “A volcanic eruption sent enough water vapor into the stratosphere to cause a rapid change in chemistry.” While we are often told that human activity is primarily responsible for climate changes, the following passage from the article suggests that the role of human activity and possible human intervention in the atmosphere remains poorly understood at best.

The tremendous amount of water vapor that this volcano sent to the stratosphere led to a rapid production of sulfate aerosol particles that we were able to observe within days of the eruption,” explained Asher.  Under normal atmospheric conditions, sulfate aerosols form from sulfur dioxide on a timescale of about a month. In this case, rapid measurements provided critical clues for determining the chemical and microphysical processes required to cause these effects – clues that would have vanished if the measurements had been taken a month later. 

Such measurements are critical for furthering scientific understanding of aerosol processes in the stratosphere, which remain one of the largest sources of uncertainty in climate predictions. Volcanic eruptions in particular are of significant interest because they are considered natural analogs for stratospheric aerosol injection — a proposed method of climate intervention that would spread reflective particles like sulfur dioxide in the stratosphere to intercept solar radiation and cool the Earth’s surface

Note that the NOAA report mentions nothing about the possible insulating (greenhouse) effect of such a vast quantity of water vapor injected into the atmosphere. The authors are primarily interested in sulfur dioxide as a cooling agent, possibly because they have been incentivized to favor the harebrained stratospheric aerosol injection programs that are currently in the works.

The Truth About FEMA and hurricane Helene

The Truth About FEMA and Helene

#Harris Hates Americans 

OCT 5

I want to open this article by asking people to pray for those impacted by the hurricane. While FEMA and Harris may be leaving these people behind, God will not.

The situation in the North Carolina area impacted by the Hurricane is dire. There are numerous credible reports of death counts likely exceeding a thousand people and almost the final tallies will almost certainly exceed those of Hurricane Katrina of New Orleans fame. The difference between Helene and Katrina couldn’t be more stark. Both were devastating but Bush was sending aid immediately and being excoriated by the media (I’m no fan of Bush but facts are facts) while Harris/Biden are on the beach or having parties while FEMA is reportedly BLOCKING aid and the mainstream is ignoring it. I wanted to share some facts and other info on this national tragedy.

First of all, let’s be clear about what is happening with FEMA. First they claimed there was no money for hurricane season. Once the American public literally hit the roof over the fact that FEMA is absolutely funding illegals but doesn’t have money for Americans the fact checkers got moving.

Now – regarding Mayorkas – FEMA is absolutely helping fund illegal immigrants. As you can see below the Shelter and Services program is a FEMA program done in partnership with Border Patrol.

This funding was allocated and ultimately, regardless of how it was allocated, it was money spent out of the pockets of the American taxpayer that is funding people here illegally instead of American citizens. No amount of fact checking can change that. 

That’s right, at present the average amount approved per individual/household is $894. That’s it. Compare that to Ukraine. Ukraine has a total population of 38 million and we’ve allocated $175 billion to them for about $4605 per person – not per household. Why is it that we are spending roughly 5 times more on Ukrainians than Americans? You can see my tweet here to get a good view of the pics: https://x.com/renztom/status/1842355205653873036?s=61&t=chcz9dPKlqWymEZk8PFPug

This might be a good time to remind everyone of my previous article published right here on Substack about the last Ukraine funding bill. In that article I broke down the last Ukraine funding bill and showed that just under $500 million was budgeted without restriction for “refugee resettlement.” The unrestricted part means it could also be used to fund illegals from anywhere and probably is being used for just that. You can find that article here and a relevant excerpt below: 

Is Congress Funding Illegal Immigration or Helping the People of Ukraine?
TOM RENZ·SEP 1
Is Congress Funding Illegal Immigration or Helping the People of Ukraine?
As of today, the United States has spent approximately $175 billion on the war in Ukraine. Depending on who you ask this is about saving people from war, stopping Russian aggression, preserving the security of European allies, or preventing any of a plethora of other geopolitical outcomes. These arguments carry varying amounts of weight but if our goal …

Here’s the excerpt:

You may be asking about the legality of all this. Well, it’s questionable but basically the law is a bit ambiguous as to the DHS’s authority to do this and the spending bills are written so poorly by Congress that there are loopholes. The loopholes can be demonstrated the fact that Biden and Harris have promoted executive order after executive order requiring that all federal agencies, including FEMA, focus their efforts on social justice programs.

Above is an excerpt from a FEMA report required under a Presidential Executive Order from the Biden/Harris Administration. The full document can be found here: https://www.fema.gov/sites/default/files/documents/fema_equity-action-plan.pdf. This is just one of many documents that constitute the Harris/Biden push to ensure federal agencies like FEMA are more worried about equity than results. 

The level of corruption, incompetence and damage that this administration is doing to America is staggering but they are not doing it alone. I would be remiss to end this article without sharing a bit about the money that is being spent on illegals is going. You can find a link to the program and look for yourself here – https://www.fema.gov/grants/preparedness/shelter-services-program/fy24-awards/ssp-a – but there are few important details.

First when you look at the grants to resettle immigrants (presumably to steal the election) there is a ton of money going to places where illegals being registered to vote would have a big impact. Top on the list is Maricopa County, AZ (yes that county) and Texas in general. Texas seems to be a MAJOR target for Biden/Harris to turn blue with election fraud and there’s a ton of money going there to get it done

The second thing I saw is the number of NGOs and a TON of Catholic Charities branches. The Catholic Church (I’m Catholic) seems to be hell bent on bringing in as many illegals as possible without any respect for our laws. This is not new but easy to see here and shocking nonetheless.

Ultimately the inexorable conclusion is that Harris is simply far more concerned with stealing an election than she is with helping Americans. She seems to have made peace with the fact that she is incredibly unlikable, totally devoid of any coherent thought, and that there is no one else to give her a Willie Brown boost to the next level. Instead, she apparently has made peace with the fact that if she wants to win this election she’ll have to do it the Democratic way – by cheating.

===================

Psychologia tłumu [uczonego, w tym medyków]

Psychologia tłumu [uczonego, w tym medyków]

  • anthony sobota, 5 października 2024,

Myślenie podstawowe

Tylko prawda jest ciekawa

czyli dlaczego ponad 60% Polaków i ponad 90% pracowników wyższych uczelni dało się „wyszczepić” jak wiejskie kundle, choć dowody na to, że popełniają samobójstwo były na wyciągnięcie ręki?

O tym jak szmatławe mamy elity polityczne, wiedzieliśmy od dawna. Jednak dopiero tak zwana pandemia covid-19, pokazała w pełnej kasie dno intelektualne i moralne środowisk medycznych, oraz kadr naukowo dydaktycznych polskich wyższych uczelni!

Ponad 90 % polskich naukowców i co gorsze studentów „wyszczepiło” się jakąś cieczą o nieznanym składzie chemicznym i nieznanym działaniu ani w krótkim ani w długim okresie.

Ciecz wyprodukowała firma kilkanaście razy karana sądownie za działanie na szkodę pacjentów, zmuszona wyrokami sądów do wypłacenia miliardów dolarów odszkodowań ofiarom swoich przestępczych działań.

Również dużej części lekarzy i innego personelu medycznego nie przeszkadzał fakt iż tak zwaną „szczepionkę” wyprodukowała firma którą prokuratura w USA określiła jako notorycznego przestępcę i zaszprycowała siebie i najbliższych nie wiadomo czym i nie wiadomo po co!


Załóżmy, że intelektualny „kwiat” narodu nie miał czasu i ochoty szukać w internecie informacji dotyczących szczepionek i zaufał zapewnieniom różnych Grzesiowskich i Simonów, że są one w 100 % bezpieczne i skuteczne.

Ale gdyby w przerwie pomiędzy jednym sympozjum „naukowym” a drugim, ludzie ci sprawdzili sobie w oficjalnych danych statystycznych (co by trwało 15 minut!) jaki jest średni wiek osób które zmarły na kowida (84 lata i osoby te zmarły nie na kowida tylko z powodu chorób starczych!), oraz jaka jest śmiertelność na tą chorobę (0,21%, czyli tyle samo co w przypadku grypy, bo w istocie kowid i grypa to ta sama choroba tylko inaczej nazwana)

to być może połapali by się, że ktoś ich chce zrobić w konia, gdyż kovid nie stanowi żadnego zagrożenia dla zdrowia i życia, więc po co się szprycować jakimś zajzajerem o którym nic nie wiadomo?!

Nawet takiego działania nie podjęli, co już świadczy o ich krańcowym debilizmie!!



Ci ludzie obecnie koncertowo „kopią w kalendarz” czego dobrym przykładem jest uniwersytet w Poznaniu, którego kadra naukowa wykrusza się w szybkim tempie w wyniku zgonów „nagłych i niespodziewanych”.

Wymienione wyżej środowiska skompromitowały się w żałosny sposób. Mając do dyspozycji świetnie wyposażone laboratoria analiz chemicznych, żaden z naukowych bęcwałów nie zadał sobie trudu aby sprawdzić co zawierają tak zwane szczepionki. Albo im się nie chciało albo nie potrafili takich analiz przeprowadzić, co jest bardziej prawdopodobne.

Gdyby wykonali taki minimalny ruch, to by się dowiedzieli, że tak zwana szczepionka, to broń biologiczna będąca mieszaniną przeróżnych trucizn, za pomocą której globalna chazarska mafia finansowa chce wytruć większość ludzi na ziemi, z czym przedstawiciele owej mafii nawet się nie kryją!


Ale nawet gdyby było tak, że polscy naukowcy nie potrafią wykonać prostych analiz chemicznych, to chyba wszyscy z nich potrafią obsługiwać komputer i bez trudu wyszukują informacji w internecie. Dlaczego więc nie zadali sobie trudu aby zapoznać się z wynikami badań szczepionek, przeprowadzonych przez prawdziwych naukowców z całego świata?


To niezrozumiałe zaniechanie dotyczyło przecież ich zdrowia i życia, oraz zdrowia i życia ich rodzin, gdyż regułą było, że zaszczepiony naukowy bęcwał, szczepił też swoją rodzinę.

Znany mi lekarz kardiolog „wyszczepił” siebie i rodzinę i w tej chwili jest już po dwóch zawałach i ledwie „zipie”, zaś jego dziesięcioletni syn „wysechł” na wiór i przebywa bezustannie w szpitalach z nie zdiagnozowaną chorobą.


I takie to mamy „elity” medyczno – naukowe: żałosnych durni którzy stanowią zagrożenie nie tylko dla pacjentów i studentów ale i dla samych siebie. Koncertowo popełnili samobójstwo szczepionkowe, przymuszając do tego samego swoje rodziny, swoich pacjentów i studentów, czego efekty obserwujemy codziennie czytając nekrologi o zgonach „nagłych i niespodziewanych.”


Przez całe lata nie było sposobu pozbycia się z medycyny, nauki i edukacji ludzi głupich i ograniczonych umysłowo, którzy swój awans do grona „elit” zawdzięczali różnym zabiegom politycznym.

Tak zwane „szczepionki” już przetrzebiły grono tych pasożytów i nadal dewastują to środowisko, co dobrze rokuje na przyszłość!

Dlaczego z uporem maniaka wracam do sprawa „kowidowych”?

Gdyż rząd warszawski  już szykuje  powtórkę z rozrywki, czyli nagania do następnych szczepień, tym razem nie tylko na kowida, ale i na raka szyjki macicy i krztusiec!!  
Jeśli pomimo tragicznych doświadczeń szczepień na kowida, ludzie powtórnie pozwolą się oszukać i zaszczepić, to  skończy się to  masakrą Polaków, co już widać na cmentarzach  i nekrologach osób zmarłych „nagle i niespodziewanie”!


————————————–

Jak wytłumaczyć łatwość z jaką globalna mafia chazarska  oszukała większość populacji świata, wmawiając ludziom pandemię „śmiertelnej” choroby zwanej dotychczas grypą, a przemianowanej przez nią na kowid-19?
Uważam, ze wyjaśnienie tego psychologicznego fenomenu kryje się w teorii psychologii tłumu.

„...Pojęcie „mentalności tłumu”, opartej na koncepcji zbiorowej nieświadomości, wprowadzili na przełomie XIX i XX wieku francuscy psychologowie społeczni Gustave Le Bon (Psychologia tłumu) i Gabriel Tarde. Ich prace rozwinęli psychoanalitycy tacy jak Sigmund Freud, tworząc teorie dynamiki grupy i procesów grupowych[1]. Wyrażały one pesymistyczne założenia co do zachowania jednostki w tłumie, kładąc nacisk na utratę indywidualnej racjonalności w obecności innych ludzi. Badania w nurcie psychologii behawioralnej, poznawczej i społecznej, takie jak eksperyment Ascha, eksperyment Milgrama i eksperyment więzienny Zimbardo, potwierdziły część założeń tych teorii, wykazując duży wpływ konformizmu, pragnienia zachowania spójności grupy i podążania za liderami oraz autorytetami na zachowanie jednostek[2][3][4]. Udowodniono także na przykład występowanie efektu facylitacji społecznej, w której obecność innych ludzi ułatwia wykonywanie różnych (dobrze opanowanych) czynności[5]….” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Psychologia_t%C5%82umu

Jeśli potraktujemy dane społeczeństwo jako „tłum”, czyli zbiorowisko zatomizowanych ludzi, zaś media i kreowane przez nie autorytety, jako liderów tłumu, to zgodnie z teorią tłumu, ludzie w nim uczestniczący tracą indywidualną racjonalność na rzecz narzuconych im poglądów przez „autorytety” wypromowane przez media!
Teoria tłumu doskonale tłumaczy przyczyny dla których ponad 90% pracowników uczelni wyższych (i około 60% Polaków) zaszczepiło się, czyli popełniło szczepionkowe samobójstwo, choć dowody wskazujące na ten fakt były na wyciągnięcie ręki!

Anthony Ivanowitz 5.10.2024r. www.pospoliteruszenie.org 

=================

Mail:

Psychologia tłumu.
Słusznie, ale przede wszystkim terror, policyjny i moralny.

Zmuszanie personelu medycznego.
Masowe wymuszane zastrzyki w zakładach opieki.

Ów apel papieski, „zastrzyk dowodem miłości bliźniego”.
I punkty szczepień pod kościołami,

U progu III etapu. Partia odzyskała zaufanie do narodu.

U progu III etapu

Stanisław Michalkiewicz  5 października 2024 michalkiewicz

Jeszcze nie do końca uporaliśmy się z tegoroczną powodzią i prawdę mówiąc – trudno powiedzieć kiedy się uporamy, a tu już nadciąga kolejne wyzwanie. Co do powodzi, to wody potopu, popychane siłą grawitacji, powoli spływają ku morzu. Ciekawe, że rząd nie musi rzek w tym celu dodatkowo popychać. Specjaliści twierdzą, że fala się „wypłaszcza”, co jest chyba kolejną wiadomością dobrą. Wprawdzie powódź uznana została przez rząd za „klęskę żywiołową”, w następstwie której mnóstwo obywateli utraciło dorobek całego życia, a wiele miejscowości zostało zdewastowanych – ale za to nie tylko rząd zachował się na poziomie, ale również obywatele.

Wielce Czcigodny pan poseł Paweł Zalewski z sejmowej trybuny wystawił obywatelom znakomite świadectwo – że mianowicie „zdali egzamin”. Przypomina mi to wystąpienie Stanisława Gucwy, początkującego wówczas polityka ludowego, który w 1956 roku oznajmił, że partia odzyskała zaufanie do narodu. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tak, dajmy na to, nie odzyskała. Pewnej odpowiedzi udzielił w jednym ze swoich utworów niemiecki pisarz Bertold Brecht stwierdzając, że w tej sytuacji nie byłoby innego wyjścia, jak takie, że partia musiałaby znaleźć sobie jakiś inny naród. Na szczęście wszystko skończyło się wtedy wesołym oberkiem, podobnie jak i teraz, chociaż oczywiście mężny Donald Tusk, co to własną piersią zasłaniał kraj przez powodzią, musi odpowiadać na niecne krzyki opozycji, która doszukuje się dziury w całym, a już zwłaszcza uczepiła się sztandarowego postulatu rządu, by rozpocząć nieubłaganą walkę z bobrami. Okazało się bowiem, że bobry – jak to bobry – nic, tylko bobrują, a konkretnie, gdy tylko rząd wybuduje jakiś wał, niekoniecznie od razu „Wał Tuska” tylko zwyczajny wał przeciwpowodziowy, to złowrogie bobry od razu gremialnie się na ten wał rzucają, rozkopują go, ale nie zwyczajnie, tylko podstępnie. Na zewnątrz wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku; wał stoi – ale co z tego, że stoi, kiedy w środku podziurawiony jest od bobrów, niczym szwajcarski ser? Toteż kiedy nadchodzi powódź, to rząd, myśląc, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, wzywa do zachowania spokoju i unikania paniki, no a potem już jest za późno, bo woda, zupełnie niewrażliwa na zaklęcia, kierowane pod jej adresem przez sztaby kryzysowe, płynie tam, gdzie chce, aż zgodnie z zasadą naczyń połączonych, wyrówna poziomy. Tak było dotychczas, ale teraz, dzięki przenikliwości Donalda Tuska i zbiorowej mądrości Volksdeutsche Partei, już wiemy, czego się trzymać i bobrom wypowiadamy nasze zdecydowane NIE! Dzięki temu rząd, pławiąc się w odmętach pierwotnej niewinności, znowu będzie mógł objąć przewodnią rolę w budowie socjalizmu – jak to było za pierwszej komuny.

A skoro już jesteśmy przy przewodniej roli i rozpamiętujemy analogie z pierwszą komuną, to wypada zwrócić uwagę, że oto kiedy w najogólniejszych zarysach właśnie próbujemy uporać się z klęską żywiołową, na horyzoncie jawi się kolejne wydarzenie. Mam oczywiście na myśli rozpoczęcie 2 października w Watykanie III etapu „Synodu o synodalności”, który ma potrwać do 27 października. Co będzie potem, to znaczy – jak już III etap dobiegnie końca? Na pewno zostaną sformułowane mądrości III etapu, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, bo podobno materiałów, które mogą posłużyć za surowiec do sformułowania mądrości etapu, jest pod dostatkiem. Sęk w tym, że te materiały, przynajmniej dotychczas, sporządzane były specyficznym, specjalistycznym, eklezjalnym żargonem, który wprawdzie ma wszelkie znamiona języka naukowego, ale – jak to język naukowy – nie zawsze bywa zrozumiały i to nie tylko dla profanów, jak niżej podpisany, ale bywa, że i dla luminarzy. Przypominam sobie, jak to kiedyś, kiedyś, byłem zaproszony do „Areopagu Gdańskiego”, w którym zasiadłem miedzy JE bp. Tadeuszem Pieronkiem, a panią prof. Jadwigą Staniszkis. I stało się, że pani profesor wygłosiła tam przemówienie, które wszystkich słuchaczy wprawiło w osłupienie. Po zdawkowych oklaskach, którymi wypadało skwitować każde wystąpienie i kiedy głos zabrał następny mówca, pani profesor zwróciła się do mnie z pytaniem, czy to, co powiedziała, było zrozumiałe. – Ani w ząb – odpowiedziałem szczerze – co pani profesor przyjęła z całkowitym zrozumieniem, które skłoniło mnie do podejrzeń, że być może ona sama też nie rozumiała tego, co powiedziała.

Podobnie jest z „synodalnością”, na którą ma został przestawiony Kościół katolicki. Od kilku lat próbuję się dowiedzieć, co to konkretnie jest, ta cała „synodalność” – ale dotychczas udało mi się uzyskać enigmatyczne wyjaśnienie, że chodzi to o wspólne „podążanie” i w ogóle. To częściowo rozumiem, podobnie, jak Tuwim wynurzenia Władysława Broniewskiego: „ Ostro urżnęliśmy się czystą, Władek i ja. Władek jest twardym komunistą, gdy w czubie ma. (…) A Władzio mi o kolektywach. A won! Industrializacja – racja; pożytek z niej. Indus – rozumiem, trializacja – już mniej.” Podobnie jest z synodalnością, na temat której odbyło się na całym świecie coś, co przypominało mi tak zwane „konsultacje społeczne” za pierwszej komuny. Jak partia nie wiedziała co zrobić, albo wiedziała, ale nie chciała brać za to odpowiedzialności, to urządzała „konsultacje społeczne”. Takie konsultacje są bowiem całkowicie bezpieczne. Na przykład podchodzę na ulicy do jegomościa i mówię jemu tak: szanowny panie, właśnie postanowiłem pana obrabować i zabić. I co pan na to? On na to, że jest przeciwny. No dobrze – ale kiedy już zrobię z nim porządek zgodnie z zapowiedzią, to nikt nie będzie mógł postawić mi zarzutu, że się z nim uprzednio nie skonsultowałem.

Podobnie na te konsultacje napłynęło mnóstwo deklaracji i wypowiedzi – ale jak to przy konsultacjach; jeden chce tego, drugi tamtego; jedno i drugie kupy się nie trzyma, więc co w tej sytuacji ma zrobić partia? Ano, zrobić to, co od razu chciała zrobić, tyle, że teraz może zwalić odpowiedzialność na konsultowanych: przecież samiście tego chcieli, no nie? Toteż odwołuję się w tym momencie do pada doktora Andrzeja Olechowskiego, który swoją kampanię prezydencką odbywał pod hasłem: „Przejdźmy do konkretów”. Więc konkretnie – czy sodomczykowie będą oficjalnie dopuszczeni nie tylko do „błogosławieństw”, ale i do sakramentów, z kapłaństwem i małżeństwem włącznie, czy nie – a przede wszystkim – czy będziemy mogli w demokratycznym głosowaniu wybrać sobie jakiegoś innego Pana Boga, kiedy ten dotychczasowy, z jakichś powodów przestanie nam pasować? O inne rzeczy nawet nie pytam, bo konkretna odpowiedź przynajmniej na te dwa pytania otwiera przed nami nieograniczone możliwości, niczym przed Wielce Czcigodnym posłem Kierwińskim, właśnie mianowanym pełnomocnikiem rządu do odbudowy Dolnego Śląska i Opolszczyzny.

Stanisław Michalkiewicz

Zalewa nas…zwykła głupota

Zalewa nas…zwykła głupota

Izabela BRODACKA

Czekając kiedyś na Dworcu Centralnym na gości z Zakopanego usłyszałam następujący komunikat:„ pociąg z Zakopanego jest opóźniony o około 40 minut. Opóźnienie pociągu może się zmniejszyć, zwiększyć lub ulec zmianie”. Naprawdę nie zmyślam. Oczekujący na peronie zaśmiewali się do łez ale mnie przeraziła głupota personelu dworca i świadomość, że od takich ludzi zależy bezpieczeństwo pasażerów.

Dokładnie tak samo czuję się teraz słysząc mądrości, które wygłaszają politycy. Planeta płonie, w wyniku globalnego ocieplenia grozi nam susza, musimy oszczędzać wodę, zakazujemy podlewania ogródków, nie wolno budować zbiorników retencyjnych, nie wolno regulować Odry, trzeba renaturalizować krajobraz.

A że właśnie teraz woda zatapiała polskie miasta i wsie? Globalne ocieplenie może się przecież – jak opóźnienie pociągu z Zakopanego – zwiększyć, zmniejszyć, lub ulec zmianie. Jeżeli termometry będą wskazywały -20 C to też będzie przecież globalne ocieplenie, które właśnie uległo zmianie.

Bezspornym faktem jest, że klimat Ziemi zmienia się. Tak jak wielokrotnie zmieniał się w jej historii. Wątpliwą jest natomiast teza, że zmienia się wyłącznie w wyniku działalności człowieka. Działalność człowieka ma niewątpliwie wpływ na klimat i stan przyrody lecz jest to wpływ znikomy. Tym bardziej nonsensowną i groźną w skutkach jest teza, że niekorzystne zmiany klimatu powoduje emisja dwutlenku węgla do atmosfery. Dwutlenek węgla jest gazem życia, gdyż jest niezbędny jako surowiec asymilacji. Brak dwutlenku węgla spowodowałby degradację świata roślinnego, w konsekwencji zmniejszenie pogłowia zwierząt roślinożernych, a w dalszej konsekwencji wymieranie zwierząt mięsożernych oraz wszystkożernych. W tym człowieka, który biologicznie rzecz biorąc jest ssakiem. Reglamentowanie emisji dwutlenku węgla i pobieranie za tą emisję opłat to oczywiście świetny interes więc nic dziwnego, że istnieje potężne lobby, które tym się zajmuje i tym steruje.

Równie dobrze można by reglamentować ludziom oddychanie czy wydalanie i wprowadzić opłaty za te czynności fizjologiczne. To byłby jeszcze lepszy interes.

Ostatnie wydarzenia to całkowita kompromitacja klimatycznych utopii – i przy okazji rządu Tuska. Trudno sobie wyobrazić większą liczbę kompromitujących ich wypowiedzi i wydarzeń. Jak słusznie kiedyś powiedział Ziemkiewicz „ Rządzi nami gang Olsena, który potyka się o własne sznurowadła”. Tragiczne jest, że za głupotę rządzących płacą niewinni ludzie. Tusk postulował, żeby ci którzy nie mają nic do powiedzenia milczeli. Szkoda, że sam nie zastosował się do swoich światłych rad. 13 września obwieścił urbi et orbi, że: „ nie ma powodu do paniki, prognozy nie są przesadnie alarmujące” podczas gdy już 11 września IMGW ogłasza III stopień zagrożenia powodziowego. W niedzielę 15 września podczas konferencji w Kłodzku Tusk stwierdza : „tama powinna wytrzymać”. Za niespełna 3 godziny tama pęka i Kłodzko zostaje zalane. W jednej z wypowiedzi odpowiedzialnością za powódź Tusk obciążył bobry. Byłoby to nawet śmieszne gdyby nie było tragiczne. Pamiętamy, że kiedy 6 kwietnia 2024 w rosyjskim mieście Orsk na południowym Uralu pękła tama, która następnie częściowo się zawaliła, jeden z odpowiedzialnych za jej stan oświadczył, że tamę przegryzły myszy.

Ta analogia wydaje się nie być przypadkowa. Nawet ludzie, których trudno podejrzewać o sympatię do obecnej opozycji stracili cierpliwość. „Były miejsca, gdzie państwo nie zadało egzaminu. Bo go nie było” – powiedział Adrian Zandberg i dodał „Tego nie da się załatwić opowieścią o dobrym carze i złych bojarach. Mamy problem systemowy, coś nie zadziałało z zarządzaniem kryzysowym”

Dziennikarz śledczy Marcin Wyrwał napisał: „ W Kotlinie Kłodzkiej nie było polskiego państwa”. Natomiast Jacek Żakowski w programie TVP Info powiedział: „ Tusk sięgnął po metodę putinowską, której się w demokracjach nie stosuje” W ten sposób ocenił łajanie urzędników przez premiera podczas zebrań sztabów kryzysowych. Bronił Tuska Marcin Kierwiński, pełnomocnik rządu do spraw odbudowy po powodzi, a sam Tusk oświadczył, że krytykują działania rządu źli ludzie. „To niedopuszczalne, odrażające próby rujnowania zaufania pomiędzy ratowanymi i ratującymi” – stwierdził.

Za taką próbę przeszkadzania w akcji ratowniczej uznano wpis pewnego młodego człowieka do którego zatrzymania potrzebnych było aż sześciu policjantów. Tymczasem młody człowiek skarżył się w mediach społecznościowych właśnie na nieobecność w jego miejscowości policjantów, którzy mogliby przeszkodzić w szabrowaniu pozostawionego dobytku. Tragikomedia omyłek i idiotyzmów trwa nieustannie. 25 września minister klimatu i środowiska Paulina Henning- Kloska głosuje – podobno przez pomyłkę – przeciwko specustawie powodziowej. To jeden z dwóch głosów „ przeciw” przy 416 głosach „za” . Drugi głos „ przeciw” oddał Paweł Zalewski. W ramach pomocy dla powodzian Niemcy przysłali podobno zupełnie niekompletne mopy. Brakuje im kijów. Przypomina to wysłanie na Ukrainę w ramach niemieckiej pomocy starych hełmów. Choć to brzmi jak ponury żart minister finansów Andrzej Domański ogłosił dopłaty w kwocie 2 tys. zł do zakupu kas fiskalnych dla powodzian prowadzących firmy. Przypomina im w ten sposób, że choć stracili firmy i cały dobytek podatki i tak będą musieli płacić. Nie pomylił się jak widać Beniamin Franklin twierdząc, że „na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki”

Donald Tusk w niezwykle długim przemówieniu sejmowym zapowiada, że będzie musiał podejmować niezwykle trudne „decyzje infrastrukturalne” i będzie przekonywał ludzi do budowy zbiorników retencyjnych. Jakby zapominał, że jego rząd miał zamiar renaturalizować krajobraz, a mieszkańców terenów zalewowych do budowy zbiorników nie trzeba przekonywać.

Można zauważyć, że warunkiem powodzenia tych wszystkich wręcz humorystycznych zabiegów jest pełna amnezja wsteczna społeczeństwa. Nawet antyrosyjskość stała się obecnie bronią obrotową i zwolennicy resetu nie wstydzą się zarzucać innym sprzyjanie Putinowi.

=====================

Mail:

No, zalewa już też wściekłość. Kiedy jednak zamieni się w siłę obalająca te Wieżę Głupoty i bezczelności?

Non grata – czy Izrael wymieni szefa ONZ?

Non grata – czy Izrael wymieni szefa ONZ?

Autor: Ewaryst Fedorowicz , 4 października 2024

Od razu zaznaczę, że kompletnie nie obchodzi mnie, kto jest szefem ONZ, bo nie obchodzi mnie sama ONZ, jako byt fasadowy, służący za instrument do chronienia przy pomocy veta, interesów nuklearnej ferajny, tworzącej (o ironio!) tzw. Radę Bezpieczeństwa.

Cała reszta (ze Szczerskim włącznie) to sztafaż czyli „mało istotne elementy, uzupełniające lub ozdabiające coś”.*

Zainteresowało mnie (ale tylko troszkę), to całe non grata, co chyba znaczy, że gratów/ odpadów/śmieci nie przyjmujemy , tym bardziej, że tzw. polskie media poinformowały, że Izrael przed tym oenzetowskim nołnejmem zamyka granicę.

I to, przyznam, bardzo mi się spodobało, jako że PRLbis/3RP granice przed odpadem wszelkim otwiera na oścież i choć, póki co, kończy się to otwarcie jedynie sekwencją pożarów składowisk, to jesteśmy dorośli i wiemy, że sytuacja jest rozwojowa i najciekawsze fajerwerki dopiero przed  nami.

***
I gdy tak sobie patrzyłem za okno (bo ja mam okno, a za oknem miły widok) przyszło mi na myśl, że to non grata, w rozumieniu Izraela może znaczyć coś innego i niosącego znacznie poważniejsze konsekwencje, bo Izrael to nie jest jakaś popierdułka, ale państwo na serio i to serio bardzo, bo jak już zacznie, to na jednej serii się nie kończy.

No i ma należne mu, związane w posiadaniem veta, miejsce w tzw. Radzie Bezpieczeństwa – teraz siedzi na nim Murzynka, wyposażona dla ozdoby we flagę USA.

I to izraelskie non grata w formie, że użyję nowomowy, wielkoskalowej, ma teraz miejsce w Palestynie i oznacza utylizację, co brzmi ekologicznie, a zatem nikomu ważnemu nie przeszkadza.

***
Wystarczy włączyć sobie po południu Ale Jazeera, by mieć wolny wieczór od oglądania czegokolwiek i zająć się czymś pożytecznym – na przykład nic nierobieniem.

Nadwiślańskie media, ze swoją okrojoną treścią i prymitywną formą (staram się być uprzejmym) są, w porównaniu z tą stacją, 100 lat za Arabami.

Dziennikarze i eksperci różnych narodowości, mówiący (w odróżnieniu od np. CNN) po angielsku nie tylko ładnie, ale i  WYRAŹNIE i stosujący zasadę “The Opinion and the Other Opinion”, znakomite zdjęcia i materiały wideo.

A właśnie: podsumowanie roku porządkowania sytuacji w Gazie przy pomocy sekwencji slajdów, składających się ze zdjęcia + liczby + jej opisu (to dla wyjątkowo niekumatych, bo zdjęcia i liczby są self-explanatory), co udowodnię na jednym tylko obrazku (prawda, że zawodowstwo?) niewymagające protez.

***
Wracając do oenzetowskiego nołnejma, co to od paru dni jest oficjalnie non grata:

w obliczu rozmachu, z jakim jest przeprowadzane oczyszczanie Gazy,  jedna katastrofka samolotowa, a co dopiera jedna, banalna kawa, spontanicznie wypita gdzieś na mieście, to byłby ten, no… przypadek.
Nieistotny zupełnie.

Zresztą, jeśli chodzi o kawę, to i w kraju nad Wisłą, jeden taki wścibski polityk, któremu się zachciało grzebać w nafcie, po paru łykach został rośliną na lat wiele, zanim sobie umarł.

Brrr…

Ja, na miejscu tego nołnejma, ustąpiłbym ze stanowiska, poszedłbym na sutą emeryturę, unikałbym nikomu niepotrzebnych podróży i zająłbym się osobistym parzeniem kawy.

A właśnie  – dziś rano zmieliłem sobie nową porcję ziaren.
Co za zapach…

* https://sjp.pwn.pl/sjp/sztafaz;2577232.html

Tagi:Gaza, Izrael, ludobójstwo, ONZ

O autorze: Ewaryst Fedorowicz

1 komentarz

  1. CzarnaLimuzyna 4 października 2024
  2. Wygląda na to, że potomkowie Kaina chcą wszystkich ludzi wymordować lub wypędzić z Palestyny. Ułatwiając sobie zadanie nie nazywają ich ludźmi.Czy któryś z naszych partyjnych szambonurków przestał bulgotać z wyrazami poparcia? Zdażył się choć jeden taki wypadek?Innym aspektem jest nasza “humanitarna mocarstwowość” to nowe określenie na przyjmowanie wszelkiego syfu z zachodu i ze wschodu. Za obiecane paciorki przyjmujemy śmieci, odpady i bandytów. No i preparaty światowej mafii farmaceutycznej do utylizacji w ciałach pokłutych Polaków, a co gorsze bezbronnych dzieci.

Energy Transfer Sues Greenpeace: Will It Face Bankruptcy?

Energy Transfer Sues Greenpeace: Will It Face Bankruptcy?

by Edwin BensonOctober 4, 2024

Energy Transfer Sues Greenpeace: Will It Face Bankruptcy?
Energy Transfer Sues Greenpeace: Will It Face Bankruptcy?

Everybody is afraid of these environmental groups and the fear that it may look wrong if you fight back with these people, but what they did to us is wrong, and they’re gonna pay for it.”

The speaker is Kelcy Warren. He runs Energy Transfer, which moves so-called fossil fuels from one part of the world to another. Chances are excellent that the gasoline in your car’s tank passed through one of Energy Transfer’s pipelines.

Risky Business

The energy business has always been risky. Oil and natural gas prices swing violently and are subject to natural disasters and government regulation. Those regulations usually result from environmental lobbying and protests rather than careful consideration or wise deliberation. Even a project that obtains federal approval can be blocked by state bureaucracies.

Additionally, pipelines are uniquely exposed. Unlike oil fields and refineries, which are in concentrated areas, the often unguarded pipelines lie exposed and extend for hundreds of miles.

One of Energy Transfer’s projects is the Dakota Access Pipeline, which has been controversial from the start.

A Political Football

Wrangling over permits went on for years, as did the protests. The Obama Administration blocked it, but the Trump Administration granted final approval. Completed in 2017, its 1,172-mile path crosses four states: North and South Dakota, Iowa, and Illinois. It stretches from the shale fields of northwest North Dakota to Patoka in southern Illinois. It can transport 750,000 barrels of “light sweet crude” every day.

Other than the government’s watchdogs, Dakota Access’s two most prominent opponents were the international ecological organization Greenpeace and the Standing Rock Sioux Indians.

The pipeline’s construction inspired two lawsuits involving protesters. Both may soon reach their conclusions. Both have spent years in the “legal pipeline,” separating questionable actions from a court’s assessment of responsibility.

The State Verses the Feds

The first is between the State of North Dakota and the U.S. Army Corps of Engineers. The state hopes to recover over $38 million. On September 12, 2024, Senator Kevin Cramer (R-North Dakota) released a statement when the state filed its final brief in the long-running dispute.

“The Army Corps of Engineers and Department of Justice leadership knew protestors were unlawfully occupying the land and engaging in illicit activities. Instead of assisting North Dakota law enforcement the Corps willfully violated its own legal obligations which emboldened protestors and caused extensive damages. North Dakota taxpayers cannot be expected to bear the cost of the federal government’s deliberate inaction.”

Those protestors figure in the second lawsuit as well. In this one, the stakes are considerably higher. Energy Transfer is seeking $300 million in damages from the environmentalists at Greenpeace. A state court in North Dakota will hear the case in February 2025.

The Usual Plaintiff Becomes the Defendant

According to a recent article in the Wall Street Journal, Energy Transfer alleges that “several Greenpeace entities incited the Dakota Access protests, funded attacks to damage the pipeline, and spread misinformation about the company and its project.” Perhaps more importantly, a North Dakota state court will hear the case. This jury won’t consist of Washington, D.C. liberals. These jurors will be salt-of-the-earth types who know the value of private property.

When Greenpeace appears in courtrooms around the United States, it often wins. This case is different. Usually, Greenpeace is the plaintiff. This time, its role as defendant is far less comfortable. The WSJ article quotes Greenpeace USA’s acting co-executive director, Deepa Padmanabha, who labeled the lawsuit “an existential threat.”

Mr. Warren’s lawsuit has a real chance of causing Greenpeace USA to go bankrupt, and the national chapter is running scared.

Last March, the organization’s language was considerably more strident. In an article prepared for its supporters, the environmentalists argued that the lawsuit was “outrageous” and “dangerous.” It buttressed that language with six “things you should know.” The logic behind them says a lot about the state of thought among modern radicals.

Six Weak Arguments…

Their first argument is peculiar. It alleges that the lawsuit is racist. How did they arrive at that conclusion? The path is convoluted. They think that the Energy Transfer should have sued the Standing Rock Sioux. Greenpeace argues that the Indians actually organized the protest actions. The organization played only a secondary role. Greenpeace contends that the company’s attempt to blame them is a case of “[r]ewriting history to erase Indigenous communities and leadership.” So, suing the Indians would be less racist than suing leftists.

Their second contention quibbles with the fact that Energy Transfer is using the Racketeer Influenced and Corrupt Organizations Act (RICO) to sue Greenpeace. It accurately states that those laws were written to prosecute organized crime. However, as the official term indicates, those statutes exist to fight against “organizations” committing “crimes,” precisely what Energy Transfer accuses Greenpeace of doing.

The third point is that the lawsuits attack Greenpeace’s “legitimate First Amendment-protected speech” rights. Perhaps the crack legal team at its offices in Washington, D.C., haven’t informed its bosses that the $300 million being sought by Energy Transfer is for damages. 

Each More Feeble than the Last

The fourth assertion is that “the lawsuits directly attack statements of solidarity with the Standing Rock Sioux.” The explanation doesn’t make much sense, either. “[T}he lawsuit seeks to shatter the networks and mutual support that make our social movement powerful.” No one doubts that Energy Transfer wants to weaken Greenpeace, which is the purpose of most lawsuits against those who damage the property and reputation of others.

Greenpeace’s fifth defense is that the lawsuit tries to “impose collective liability. “Again, they are correct, but it is a point not worth making. Collective liability is precisely what organizations that advocate for or cooperate in breaking the law incur. Greenpeace’s quibble is the rough equivalent of a child saying, “We both ate the cookies, but Jimmy is the one who actually climbed up on the counter and broke open the jar.”

The last point makes an even more juvenile argument. It says that Greenpeace can’t be guilty because Energy Transfer was convicted in another court for other acts-unrelated to the Dakota Access Pipeline. The point may be accurate, but it is irrelevant. It is like saying that the boy next door must have burned down his neighbor’s garage because he stole a candy bar from the corner store two years ago.

Mr. Padmanabha could well be correct when he says this suit could put Greenpeace USA out of business. If the six arguments it used to convince its supporters indicate the strength of its legal case, it would seem that the group doesn’t have a chance against an actual jury.

Niedziela, Warszawa: „Modlitwa publiczna jest bardziej skuteczna od modlitwy indywidualnej dla złagodzenia gniewu Bożego i wyjednania Jego miłosierdzia”.

Zapraszam serdecznie na Różaniec publiczny o odnowę moralną Narodu Polskiego, a także w intencji zadośćuczynienia za grzechy publiczne Polaków i te dokonywane w majestacie prawa.
 To znaczy jakie? Choćby promowanie grzechu sodomskiego (homoseksualizmu) poprzez tzw. Parady Równości. Ten Różaniec odbędzie się również jako zadośćuczynienie za próby legalizacji aborcji i związków partnerskich. Pragniemy prosić o nawrócenie w sercach ludzi, którzy podejmują decyzje mające wpływ na nasze życie społeczne. 
Miejsce i czas:
📍 Lokalizacja: Pod figurą Matki Bożej Passawskiej, Krakowskie Przedmieście 64, Warszawa
🗓️ Termin: 6 października (niedziela)
🕖 Godzina: 19:00 
„Modlitwa publiczna jest bardziej skuteczna od modlitwy indywidualnej dla złagodzenia gniewu Bożego i wyjednania Jego miłosierdzia. Z tego powodu Kościół popierał ją zawsze w czasach powszechnych klęsk i katastrof.” – św. Ludwik Maria Grignion de Montfort. 
Zachęcam do wzięcia udziału w tym ważnym wydarzeniu.Nasza obecność i modlitwa stanowią wyraz troski o przyszłość naszego Narodu oraz o moralne odnowienie naszej Ojczyzny. Razem możemy wzmocnić naszą duchową więź i wyprosić potrzebne łaski.

Dołącz do wydarzenia i zaproś swoich znajomych:

Dobrostan, samorealizacja, poczucie wartości

Dobrostan, samorealizacja, poczucie wartości – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio , 4 października 2024

Tak właśnie rodzice, nauczyciele i specjaliści od siedmiu boleści niszczą polskie dzieci, tak hodują przyszłą patologię, tak edukują dozgonnych klientów opieki społecznej. Te trzy pojęcia to oczywiście nie wszystko, psychopeda ma w zanadrzu więcej narzędzi antywychowania, które stosuje codziennie na masową skalę. Nie można się dziwić, że młodzi ludzie popadają w coraz głębsze problemy psychiczne. Ten skutek musiał nastąpić, i z pewnością architekci pajdocentrycznego modelu wychowania byli tego świadomi. Musiał on być nie tyle nawet przewidziany, ile zaplanowany.

−∗−

Dobrostan, samorealizacja, poczucie wartości

Niniejszy artykuł jest zapowiedzią – fragmentem większej całości, która niebawem ukaże się na naszym portalu. „Poradnik świadomego narodu. Szkoła – dom – przyszłość”. Tekst, który pierwotnie miał być poradnikiem nauczycieli szkolnych, rozrósł się do rozmiarów poradnika nauczycieli narodu. Bardzo wiele ważnych kwestii jest tam omówione w sposób wyczerpujący, a zarazem esencjonalny. Fundament zrozumienia rzeczywistości i odmiany przyszłości na lepszą. Pozycja obowiązkowa każdego reformatora.

(…) Wymienione pojęcia są współczesnymi zaklęciami na ustach wszystkich, szczególnie zajmujących się dziećmi i młodzieżą. Pochodzą od psychopedy (co oznacza przemysł psychologiczno – pedagogiczny) i zastąpiły wskazania klasycznej etyki wychowawczej, którymi były cnoty moralne i intelektualne. Wyrzucono je na śmietnik, psychomagowie nie znają ich nawet, a jeśli się o nich wspomni, budzą albo szyderczy śmiech, albo pogardliwy grymas.

Dobrostan (wellbeing) oznacza współczesny cel działań wszystkich dorosłych wobec dziecka, zarówno konkretnego, jak i w ogóle wszystkich. Definicja dobrostanu oznacza subiektywnie odczuwane przez jednostkę zadowolenie z własnego stanu – fizycznego, psychicznego i społecznego. Kierujący się dobrostanem dorośli dążą więc do tego, aby dziecko było zadowolone przez cały czas swego życia, i to nie według jakiegoś wzorca, ale subiektywnie. Wymusza to na dorosłych, aby wciąż odczytywali w lot z zachowań dziecka jego aktualne oczekiwania co do dobrostanu i natychmiast zaspokajali potrzeby. Jeśli bowiem dziecko będzie z czegoś niezadowolone, nie będzie dobrostanu, a to jest dziś największy grzech dorosłych. Człowiek jest formalnie dzieckiem do dnia ukończenia 18-go roku życia. Z tym dniem kończy się obowiązek dostarczania dobrostanu przez dorosłych, chociaż nie kończą się nawyki, utrwalone dzięki dorosłym przez 18 lat. To szmat czasu, szczególnie ważny dla rozwoju, kształtujący człowieka na całe życie. I przez ten cały okres współczesne dziecko ma być zadowolone, i nie ma nawet szansy stać się młodzieżą. Jeszcze nie tak dawno temu pojęcie dobrostanu odnosiło się do zwierząt. Przeniesiono je na teren pedagogiki nieprzypadkowo. Człowiek co prawda jest czymś więcej, niż zwierzęciem, bo ma duszę, ale jeśli przez 18 lat zostanie przyzwyczajony przez dorosłych, że jest zwierzątkiem, o które trzeba dbać, coś mu z tego zostanie.

Są dwa najgorsze błędy, które dorośli mogą popełnić w procesie wychowawczym – okrucieństwo i rozpieszczenie. Dobrostan jest tym drugim błędem. Człowiek rozwija się nie wtedy, gdy jest ze wszystkiego zadowolony, bo wtedy jedynie kontempluje swój komfort. Trwaj, chwilo, jesteś piękna. Rozwój następuje wtedy, gdy człowiek odczuwa dyskomfort. Jest mu niewygodnie, coś mu przeszkadza, więc się mobilizuje i poprawia swoją sytuację. Zorientuje się, że czegoś nie wie lub nie umie, więc się nauczy. Aby człowiek mógł się dowiedzieć o swoich brakach, skądś musi o nich się dowiedzieć. Albo podpowie mu to rzeczywistość, albo wskaże mu inny człowiek, na przykład rodzic lub nauczyciel. Każde dziecko odczuwa wtedy dyskomfort, być może nawet zasmuci się lub rozpłacze. A jak mu przejdzie, to weźmie się za siebie, nadrobi braki i wejdzie na wyższy poziom rozwoju. Dziecko utrzymywane w dobrostanie nie musi tego robić. Jest to stan, więc młody człowiek może pozostać całkowicie bierny, oczekując bezczynnie, aż ktoś go obsłuży. Nie zastanawia się przy tym, skąd się ów dobrostan wziął, i co będzie w przyszłości. Dla ludzi dobrostanu istnieje tylko „teraz”, które w ich umysłach rozciąga się na „zawsze”. Nie podejmują więc żadnej aktywności, ani intelektualnej, ani fizycznej, aby rozpoznać swoje własne środowisko, a tym bardziej, aby je ulepszyć, a także poprawić samego siebie. Kiedy wreszcie następuje jakiś dyskomfort, człowiek dobrostanu oburza się, wierzga, złości się, ale nie stara się sam przywrócić komfortu, tylko czeka, aż ktoś to zrobi za niego.

Takie wychowanie dzieci sprawia, że mają ugruntowaną postawę roszczeniową i wygórowane oczekiwania wobec otoczenia. Nie mają natomiast ciekawości poznawczej, ambicji, zasad dobrego wychowania ani nawyków, niezbędnych do własnej pracy. Gdy dziecko dorasta i przestaje być dzieckiem, nagle młody dorosły traci przywileje dziecka i zostaje wystawiony na świat, w którym nikt już nie zapewnia dobrostanu, trzeba natomiast pracować i czynnie starać się o swój dobrobyt, czyli zaspokajać potrzeby własnym wysiłkiem. Dla wychowanego w dobrostanie młodego dorosłego jest to szok, powodujący traumę i PTSD – zespół stresu pourazowego. Zjawisko to zaczyna występować jeszcze przed formalna dorosłością, gdy dzieci stają się młodzieżą i przechodzą do szkoły ponadpodstawowej. Mamusia daleko, a nauczyciele zaczynają wreszcie wymagać. Powoduje to naturalną reakcję obronną powrotu do bezpieczeństwa, czyli dobrostanu. Nie da się jednak do tego powrócić, tak jak nie można cofnąć się do łona matki, pojawia się więc depresja. Młody człowiek, dziecko chowu egotycznego, od urodzenia hodowany w dobrostanie nie wie, że tak już jest i będzie, i nie jest to tragedia, tylko normalne życie. On jednak przez rodziców i psychopedę nie został w najmniejszym stopniu do tego życia przygotowany, bo trzymali go w sztucznym dobrostanie i nie poddawali presjom, aby nie stresować. Wówczas młody człowiek zostaje przez specjalistów zakwalifikowany do rosnącej grupy młodych ludzi, zmagających się z problemami psychicznymi i skierowany do psychomagów na terapie. A oni dobrze wiedzą, co mają mówić – za mało dobrostanu! Więcej tego samego! Jak nie pomaga, środki doustne!

Wystarczyłaby porządna kindersztuba, a większość problemów psychicznych dzieci i młodzieży ulotniłaby się jak kamfora. Są dwa główne czynniki powszechnego błędu dobrostanu – feminizacja wychowania i działalność psychomagów (w większości kobiet). Małe dziecko trzeba przytulać, ale jak dorasta i idzie do szkoły, trzeba z nim coraz częściej postępować po męsku, szczególnie z chłopakiem, bo wyrośnie ofiara losu lub eunuch. Mężczyzn jednak teraz jakby nie było, matki samotne po rozwodach, ojcowie cały dzień w pracy, a ci, co na miejscu są, często słuchają psychomagów. Pozostają jeszcze nauczyciele, i oni mają skuteczne narzędzia do walki z dobrostanem – dyscyplina szkolna, wymogi edukacyjne i oceny. Środki te, stosowane konsekwentnie bardzo są dobre dla rozwoju dziecka, mimo, że sami uczniowie ich nie lubią. Dlatego właśnie tak bardzo globaliści i ich słudzy walczą z klasycznymi narzędziami szkoły.

Samorealizacja alias samo-aktualizacja to kolejne zaklęcie, piękne słówko, uwodzące nauczycieli rodziców i młodzież. Wikipedia twierdzi, że oznacza to stałe dążenie do realizacji swojego potencjału, rozwijania talentów i możliwości, proces stawania się „tym, kim się chce być” (a nie tym, kim się jest), dążeniem do wewnętrznej spójności, jedności z samym sobą, spełnienia swojego przeznaczenia lub powołania.Osoba samo-aktualizująca się odznacza się spontanicznością, dystansem wobec zdarzeń, bliskimi związkami z innymi, niezależnością, ale też poczuciem humoru. (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Samorealizacja)

Wszystko wiadomo? Nie, niczego nie wiadomo z tej definicji, a jest ona wzięta z Abrahama Maslowa. Tłumaczenie nieznanego przez nieznane, jak przystało na psychomagów. Idzie o to, że w to pojęcie można włożyć wszystko, każde zachowanie dziecka można określić samorealizacją. I nie będzie to błąd, faktycznie, każde zachowanie dziecka, czy słuszne, czy niesłuszne, czy pożądane, czy niepożądane jest właściwe, bo ono się w taki właśnie sposób samorealizuje. Jeśli więc chcemy konsekwentnie zapewnić dziecku samorealizację, to musimy pozwolić mu na wszystko, i tak też zachowują się postępowi rodzice, z tą modyfikacją, że pozwalają robić wszystko, co im powiedzą specjaliści psychomagii. Jest jeszcze drugi haczyk tego zjawiska, wyrażający się w przedrostku „samo”. Samorealizacja wyklucza współrealizację, czyli współdziałanie z innymi ludźmi. Większość dzieł ludzkich potrzebuje współpracy, albo w procesie tworzenia, albo zastosowania, albo w obydwu. Samo-realizator działa sam, spontanicznie „staje się tym, kim chce być”. Równocześnie jednak poddany jest reżimowi dobrostanu, czyli jego samorealizacja nie może zakłócić jego dobrego samopoczucia. Człowiek przyzwyczajony do samorealizacji w połączeniu z dobrostanem jest egoistą, robiącym tylko to, co lubi. Nie nadaje się ani do pracy, ani do założenia i utrzymania rodziny. Najbardziej oczywistym skutkiem dobrostanowej samorealizacji jest masturbacja, która jako praktyka życiowa nie jest rozwojowa, ale za to pasuje do nowej edukacji o zdrowiu.

Poczucie własnej wartości, a właściwie jego brak jest podawany przez rozmaitych specjalistów jako jedna z głównych problemów psychicznych młodzieży, co prowadzi do depresji, te do myśli samobójczych, a te prób, należy więc temu przeciwdziałać i poczucie to zapewniać każdemu młodemu człowiekowi. Najkrótszą definicję możemy zaczerpnąć z badania pt. Młode głowy, realizowanego w polskich szkołach w latach 2022 – 2023. Badanie to spowodowało spore kontrowersje, o czym jednak nie będziemy tu mówić. Dla wiedzy warto wykorzystywać wszystkie źródła, dla mądrości warto niektóre pominąć.

Definicja brzmi tak: Poczucie własnej wartości to to, co dziecko o sobie myśli i jak samego/ą siebie ocenia. No i mamy właściwie wszystko – co dzieciak o sobie myśli, i oto główny cel wychowawczy. Skoro młodzi ludzie cierpią, bo mają niskie poczucie wartości, to najprościej im je podnieść. I tu zaczynają się realne problemy – jak podnieść, co to jest wartość, i co oznacza poczucie.

Wartość jest czymś, co należy do osobistych atrybutów danej osoby. Nie da się tego kupić, ukraść lub sztucznie wmontować, trzeba to w sobie wypracować. Z urodzenia każdy ma godność osobową jako podmiot. Dysponuje też ogólnymi zdolnościami, takimi, jak każdy, oraz specyficznymi uzdolnieniami – talentami. Te są jednak dopiero zalążkiem wartości, Arystoteles nazwał te przypadłości możnościami. Aby człowiek nabył wartości, musi dokonać aktualizacji, czyli wykonać pewną pracę, aby rozwinąć się i coś osiągnąć. Nauczyć się wiedzy, nabyć umiejętność, postępować uczciwie. Budowanie własnej wartości nie jest aktem jednostkowym, ale trwa długo i wymaga wysiłku i zwykle wielu powtórzeń. Ale nie mówimy tu o wartości, a o poczuciu wartości. Poczucie czegoś nie jest tym czymś, ale jest tym, co dana osoba myśli o sobie. Nie musi więc posiadać wartości, wystarczy, że myśli sama o sobie, że ją ma. A to różnica. Użyjmy przykładu – wartością jest posiadanie jakiejś umiejętności, np. jazdy na rowerze. Ale kto nie umie jeździć na rowerze, może mieć poczucie, że potrafi. Możliwe jest więc poczucie wartości bez żadnej rzeczywistej wartości. Wówczas wartością jest poczucie danej osoby, czyli samopoczucie, element dobrostanu.

I wreszcie podnoszenie poczucia własnej wartości. O ile budowanie wartości jest procesem żmudnym i wymaga własnego wysiłku, ale prowadzi do wytworzenia realnej wartości, o tyle budowanie poczucia dużo jest prostsze. Działalność ta zwykle dostarczana jest z zewnątrz i przybiera postać afirmacji. Należy przez dłuższy czas zapewniać daną osobę o jakimś stanie rzeczy, aby wzbudzić jej przekonanie, że ten stan jest rzeczywisty. Ulubione zajęcie psychomagów. Zamiast więc wychowywać młodych ludzi, wmawia im się wartości, których nie mają. Mogliby je mieć, gdyby zechcieli zadać sobie trud, ale skoro wszyscy naokoło wmawiają im, że są wspaniali, cudowni, mistrzami, cały świat ich kocha, akceptowani tacy, jakimi są, nie mają powodu, aby się rozwijać.

Tak właśnie rodzice, nauczyciele i specjaliści od siedmiu boleści niszczą polskie dzieci, tak hodują przyszłą patologię, tak edukują dozgonnych klientów opieki społecznej. Te trzy pojęcia to oczywiście nie wszystko, psychopeda ma w zanadrzu więcej narzędzi anty-wychowania, które stosuje codziennie na masową skalę. Nie można się dziwić, że młodzi ludzie popadają w coraz głębsze problemy psychiczne. Ten skutek musiał nastąpić, i z pewnością architekci pajdocentrycznego modelu wychowania byli tego świadomi. Musiał on być nie tyle nawet przewidziany, ile zaplanowany. No więc jedyna droga wyjścia z tej zapaści, jedyna, która nie prowadzi do zupełnej katastrofy to odrzucenie psychopedy i jej twierdzeń, oraz powrót do klasyki – kindersztuby, dyscypliny szkolnej, wychowania do cnót. Niezbędne jest też wskazanie młodym ludziom celu życia, ale o tym będzie w rozdziale Twierdza Kulturowa. (…)

Niebawem opublikujemy całość do pobrania. Zapraszamy też do czytania naszego pierwszego poradnika:

Czytaj też poradnik dla rodziców:

Poradnik świadomych rodziców – całość do pobrania.

______________

Dobrostan, samorealizacja, poczucie wartości, Bartosz Kopczyński, 4 października 2024

Nastoletni pacjent zmarł po przyjęciu trzeciej dawki szczepionki. Ale procedury furkocą…

Nastoletni pacjent zmarł po przyjęciu trzeciej dawki szczepionki. GIS wycofuje z obrotu serię szczepionki przeciwko WZB typu B

4.10.2024 Nastoletni-pacjent-zmarl-po-przyjeciu-trzeciej-dawki-szczepionki-gis-wycofuje-serie-szczepionki-przeciwko-wzb-typu-b

Szczepienia, skutki uboczne
Obrazek ilustracyjny Fot. Pixabay

Serię szczepionki przeciwko WZW typu B prewencyjnie wstrzymano w obrocie po informacji o śmierci pacjenta z nawracającą obturacją oskrzeli. Decyzję podjęto mimo braku jednoznacznych przesłanek wystąpienia niepożądanego odczynu poszczepiennego – poinformował GIS.

Obrót szczepionką w całym kraju wstrzymał Główny Inspektor Farmaceutyczny (GIF) do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego, mając na uwadze bezpieczeństwo szczepień.

GIS poinformował, że do czwartku, czyli dnia wstrzymania w obrocie, wydano 86 852 dawki tej serii szczepionki i nie zanotowano poważnych ani ciężkich niepożądanych odczynów poszczepiennych.

Z informacji podanych przez GIS wynika, że w poniedziałek z elektronicznego systemu nadzoru nad bezpieczeństwem szczepień ochronnych Państwowej Inspekcji Sanitarnej podjęto informację o wystąpieniu ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej u nastoletniej osoby z nawracającą obturacją oskrzeli, która kilka godzin wcześniej otrzymała trzecią dawkę szczepionki przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B.

GIS poinformował, że osoba ta zmarła we wtorek mimo [a może : „na skutek”, jak przy kowidzie? md] hospitalizacji i intensywnej terapii, a informacja o tym w czwartek została przekazana inspekcji sanitarnej.

„Główny Inspektor Sanitarny niezwłocznie wdrożył postępowanie wyjaśniające, w tym czynności.. [i dalej urzędnicze bla-bla… i „procedury”.. md

Sezon na mętnologów

Stanisław Michalkiewicz: Sezon na mętnologów Magnapolonia

Stanisław Cat-Mackiewicz za jedną z najgłupszych rzeczy uważał niemiecką filozofię. Nie tylko za jedną z najgłupszych, ale również – za jedną z najbardziej szkodliwych. W ogóle współczesna filozofia nie jest żadną nauką; była nią w starożytności, kiedy to filozofia była syntezą całej ówczesnej wiedzy. Później było to już niemożliwe i dlatego współcześni filozofowie tak naprawdę opowiadają nam o sobie, o swoich urojeniach, lękach, obsesjach, fascynacjach i tak dalej. Jeśli taki filozof ma talent literacki, to może to być nawet interesujące – ale to zdarza się rzadko.

Współcześni filozofowie przeważniej talentu literackiego nie mają; albo jeden zrzyna z drugiego, albo dla odmiany rozdziobują sobie nawzajem swoje “koncepcje” na coraz drobniejsze okruszki, zawalając biblioteki stertami makulatury – ale że za tę makulaturę dostają tytuły  naukowe, to ta twórczość uznawana jest za “naukę”. Tak w każdym razie myślą biedni studenci – że to wszytko naprawdę – podczas gdy naprawdę to są fantasmagorie.

Ale nawet o urojeniach można mówić z sensem, albo nie. Dawniejsza filozofia francuska, która tak naprawdę była publicystyką, nawet o urojeniach mówiła z sensem, to znaczy – jasno. Z tamtych, dawnych czasów pochodzi nawet porzekadło: ce qui n`est pas claire, n`est pas francais – co się wykłada, że co nie jest jasne, nie jest francuskie. Tymczasem filozofia niemiecka szła w kierunku odwrotnym; im bardziej mętny był wywód, tym bardziej był ceniony przez profanów, którzy uważali, że skoro nawet oni go nie rozumieją, to musi być on bardzo mądry.

Ten szkodliwy wpływ filozofii niemieckiej daje się odczuć również u nas. Kiedyś, gdy jeszcze brałem udział w wyborach do Sejmu, któregoś razu trafiłem do telewizji na tak zwany program wyborczy. Redaktor, który – jak sądzę – miał za zadanie zrobić ze mnie marmoladę – powiedział mi tak: to, co wy (chodziło mu o Unię Polityki Realnej) mówicie, to jest zrozumiałe, nawet dla mnie – ale w takim razie to nie może być prawda. Cóż mogłem na to powiedzieć, poza zaapelowaniem o większe zaufanie do własnych władz umysłowych?

Te poglądy przekładają się również na politykę. Weźmy takiego Wiktora Orbana, który na Węgrzech cztery razy pod rząd wygrał wybory z większością konstytucyjną – co żadnemu z naszych  mądrali jeszcze się nie udało. Raz, to mógł być przypadek, ale już dwa razy pod rząd – raczej nie, a cóż dopiero mówić o czterech?  No dobrze – ale czym właściwie Wiktor Orban zarobił na takie poparcie? Otóż kiedy tylko objął władzę, to przeforsował nową konstytucję, w preambule której znalazło się sformułowanie o “koronie św. Stefana”.

W Polsce nic ono nie mówi, ale na Węgrzech – bardzo dużo. Korona św. Stefana to inna nazwa terytorium węgierskiego sprzed traktatu w Trianon, który został Węgrom narzucony 4 czerwca 1920 roku, jako kara za uczestnictwo w I wojnie światowej po niewłaściwej stronie. Traktat w Trianon był dla Węgier traktatem rozbiorowym; Węgry utraciły 2/3 terytorium państwowego. Jednocześnie Wiktor Orban zapowiedział, że będzie dążył do wydobycia Węgier z pułapki zadłużenia. Wymagało to przykręcania obywatelom śruby i Orban to robi – ale mimo to cieszy się wysokim poparciem.

Najwyraźniej większość Węgrów rozumie, że bez wydobycia państwa z pułapki zadłużenia, prowadzenie przez nie polityki zgodnej z własnym interesem państwowym  nie byłoby możliwe – a cóż dopiero osiągnięcie celów, do których nawiązuje preambuła węgierskiej konstytucji? Tymczasem u nas odwrotnie; państwo wpychane jest  coraz głębiej w pułapkę zadłużenia, w związku z tym nie może już prowadzić żadnej polityki, tylko może wysługiwać się naszym tak zwanym sojusznikom, którzy kierują się oczywiście własnymi interesami państwowymi, a nie polskimi.

Tajemnicę tę zdradził przed kilkoma laty ówczesny rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych, pan Łukasz Jasina stwierdzając otwartym tekstem, że “Polska jest sługą narodu ukraińskiego”. Nie dlatego przecież, że naród ukraiński wyświadczył narodowi polskiemu , albo Polsce jakieś cenne przysługi, tylko dlatego, że taki rozkaz dali naszym Umiłowanym Przywódcom Nasi Sojusznicy, którzy w przeciwnym razie tych wszystkich Naszych Umiłowanych zdmuchnęliby, jak gromnicę.

Dlatego – co wielokrotnie mówiłem – Nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki, to znaczy – działania na rzecz polskich interesów państwowych – mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane. Wolno im tylko wysługiwać się Naszym Sojusznikom – nawet poświęcają w tym celu polskie interesy państwowe. Tymczasem przykład Węgier i Wiktora Orbana pokazuje, że nawet państwo trzykrotnie mniejsze od Polski może prowadzić politykę zgodną ze swoimi interesami – no ale tam nie rządzi obca agentura.

Tymczasem  co mamy u nas? Cała Polska słyszała, jak Jarosław Kaczyński powiedział Donaldowi Tuskowi: “wiem jedno; jest pan niemieckim agentem!”, a z kolei w niezależnych rządowych mediach aż się roi od oskarżeń Jarosława Kaczynskiego, że jest agentem ruskim.

To oczywiście nieprawda – ale to jest oskarżenie zastępcze, ponieważ Donadu Tusku nie wolno powiedzieć, że Jarosław Kaczyński reprezentuje stronnictwo amerykańsko-żydowskie, bo w przeciwnym razie  przypomniano by mu natychmiast, skąd wyrastają mu nogi.

Stąd też w retoryce politycznej naszego bantustanu dominują niedomówienia, stanowiąc pożywkę dla wszelakiego mętniactwa.

Warto przypomnieć, że mętniactwo jest znakomitym parawanem, za który może schować się dureń, obawiający się zdemaskowania. Dureń – albo łajdak. Toteż nic dziwnego, że coraz częściej pojawiają się nader pokrętne komentarze i “wyjaśnienia” polityki kolejnych rządów, które nie mogą się przecież przyznać, że po prostu wykonują zadania zlecone im przez ich mocodawców.

Dlatego z pewnym zrozumieniem odnotowałem, że funkcjonariusze Propaganda Abteilung coraz częściej czerpią z krynicy mądrości najtęższych mętnologów, których u nas reprezentuje między innymi Kukuniek, czyli były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa. Nawiasem mówiąc, uważam, że kandydatura Lecha Wałęsy była ze strony generała Kiszczaka zemstą i zarazem kpiną z narodu polskiego: “nie podoba się wam generał Jaruzelski, to będziecie za prezydenta mieli Wałęsę”.

I oto właśnie do niego udała się z pielgrzymką pani red. Justyna Dobrosz-Oracz – a Kukuniek swoim zwyczajem uraczył ją słowotokiem, że to niby jest za, a nawet przeciw, bo wszystko ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Jesteśmy bowiem już w tej fazie, że sytuację naszego nieszczęśliwego kraju można zilustrować już tylko takimi bon-motami, ponieważ bardziej sensowne wyjaśnienia do tej rzeczywistości już nie pasują.

Kto nami rządzi

Kto nami rządzi – Bartosz Kopczyński

Autor: AlterCabrio , 2 października 2024

Przez pewien czas nie było żadnego sita, bo jeśli ktoś dotarł aż dotąd, znaczy, prawda mu niestraszna. Teraz jednak muszę umieścić kolejne, bo sprawa tyczy się wprost polityki. Jeśli, drogi Czytelniku, przywiązany jesteś do myśli, że Twoją rzeczywistością rządzą politycy, których widzisz na ekranach i pierwszych stronach gazet, mylisz się bardzo – oni tu nie rządzą, a tylko zarządzają, my zaś nie mamy teraz czasu, aby uzasadnić to twierdzenie szczegółowo. Uwierz autorowi, albo przestań czytać.

−∗−

Kto nami rządzi

Niniejszy artykuł jest zapowiedzią – fragmentem większej całości, która niebawem ukaże się na naszym portalu. „Poradnik świadomego narodu. Szkoła – dom – przyszłość”. Tekst, który pierwotnie miał być poradnikiem nauczycieli szkolnych, rozrósł się do rozmiarów poradnika nauczycieli narodu. Bardzo wiele ważnych kwestii jest tam omówione w sposób wyczerpujący, a zarazem esencjonalny. Fundament zrozumienia rzeczywistości i odmiany przyszłości na lepszą. Pozycja obowiązkowa każdego reformatora.

(…) Przez pewien czas nie było żadnego sita, bo jeśli ktoś dotarł aż dotąd, znaczy, prawda mu niestraszna. Teraz jednak muszę umieścić kolejne, bo sprawa tyczy się wprost polityki. Jeśli, drogi Czytelniku, przywiązany jesteś do myśli, że Twoją rzeczywistością rządzą politycy, których widzisz na ekranach i pierwszych stronach gazet, mylisz się bardzo – oni tu nie rządzą, a tylko zarządzają, my zaś nie mamy teraz czasu, aby uzasadnić to twierdzenie szczegółowo.

Uwierz autorowi, albo przestań czytać.

Powyższa wiedza pozwoli nam zrozumieć, dlaczego kolejne gabinety pozwalają na taką patologię. To prawda, że są tam ludzie notorycznie niekompetentni, to prawda, że znajdują się między nimi złodzieje, prawdą również jest, że przedkładają interes osobisty i partyjny nad ogólnym. To byłoby jednak za mało, mieszanina durni, złodziei i oszustów nie dokonałaby tak wielkiego dzieła. Mamy tu bowiem nie tylko ze zniszczeniem systemów sterowania społecznego, ale z destrukcją inteligentną, ściśle z góry zaplanowaną, prowadzącą do powstania czegoś nowego. Poza więc wszystkimi negatywnymi cechami, jakie można przypisać tym ludziom, należy przyznać im haniebne miano zdrajców. Dzieje się to zresztą w każdym państwie Zachodu.

Należy pamiętać, czym jest III RP, zostało to opisane w rozdziale Kto nam to robi. III RP nie jest więc tożsama ani z narodem, ani z państwem polskim, bo te byty są niezależne od rządów i ponad nimi. III RP jest narzuconym nam podstępem układem politycznym, który przejął zarządzanie państwem polskim. Jego głównym celem jest wydanie narodu i państwa polskiego na wpływy potężnych organizatorów zewnętrznych, ale tak, aby naród nie miał tej świadomości. III RP jest czymś na kształt PRL, tyle, że jej podległość jest bardziej ukryta za fasadą demokracji liberalnej, niż charakter PRL za fasadą demokracji ludowej.

Polskę penetrują więc obce siły, wprowadzają tu swoich agentów i swoje wpływy, określają politykę państwa, w tym edukacyjną. Do agentur wpływu należą m.in. media polskojęzyczne i liczne organizacje pozarządowe, udające głos ludu. Generalnie tam, gdzie są granty i dotacje, tam jest przejęcie przez donatorów. Na przykładzie Edukacji Włączającej można prześledzić, jak wygląda i działa ośmiornica inkluzyjna – struktura, wprowadzająca do szkół obce wpływy.

Rząd podpisuje umowy, w wykonaniu których albo sam inicjuje działania, albo pozwala siłom zewnętrznym na wnikniecie do resortu. Działaniom tym towarzyszą pieniądze, głównie z UE lub z ONZ i jej agend. Urzędnicy ministerstwa rozdzielają strumienie finansowe do odbiorców głównych. Są to duże uczelnie i wydzielone jednostki ministerstwa. Stamtąd idą poszczególne strumyki pieniężne do specjalistów, produkujących opracowania, do poszczególnych placówek i do prywatnych firm, realizujących szkolenia. Całe grono ludzi z tego żyje, uczelnie mają pożywkę, profderhaby robią kariery, krewni i znajomi żyją wreszcie na godnym poziomie, ręka rękę myje.

Ten wzorzec działa w całej Europie, i dopóki państwa będą wpuszczać obce pieniądze i agentury wpływu, a na czele rządów stać będą zdrajcy i sprzedawczycy, czyli dopóki naród nie odzyska kontroli nad państwem, nie zmieni się na lepsze nic, będzie tylko gorzej. Odzyskanie niepodległości nie będzie możliwe bez oderwania się od Unii Europejskiej, a wymaga również zrzucenia uzurpatorskiej władzy ONZ i jej agend, oraz wpływów globalnej finansjery. (…)

Niebawem opublikujemy całość do pobrania. Zapraszamy też do czytania naszego pierwszego poradnika:

Poradnik świadomych rodziców – przeczytaj

_________________

Kto nami rządzi, Bartosz Kopczyński, 2 października 2024

Dupochron

Dupochron

Redakcja Konserwatyzm.pl Andrzej Szlęzak

Uwielbiam patrzeć, jak coś dobrze działa. Szczególnie zachwyca mnie sprawnie działające państwo. Niestety Polacy nie mają tradycji sprawnie działającego państwa. Chyba po raz kolejny potwierdza to powódź, która spustoszyła nadrzeczne obszary Dolnego Śląska.

Pan Jacek Żakowski, bardzo wpływowy publicysta środowisk określanych jako liberalno – lewicowe, skrytykował premiera Donalda Tuska za sposób zarządzania akcją przeciwpowodziową na Dolnym Śląsku. Żakowski zarzucił Tuskowi putinowskie metody, czyli prowadzenie działań na pokaz, ręczne sterowanie pracą administracji i służb z czego wynikać ma autorytaryzm na wzór rządów w Rosji Włodzimierza Putina.

Nie mam zamiaru bronić premiera Tuska, ale motywy jego zachowania chyba rozumiem. Jednak bardziej mnie interesuje czy z tej katastrofy struktury państwa wyszły obronną ręką, czy też tradycji stało się zadość i górę wziął bałagan i niekompetencja. Zapewne, żeby to rzetelnie ocenić trzeba być na terenie objętym powodzią. Takich możliwości nie mam. Mam jednak w tym pewne doświadczenie, ponieważ będąc prezydentem Stalowej Woli zetknąłem się z powodzią poprzez organizowanie zakwaterowania dla setek powodzian, a przygotowany byłem na ich kilka tysięcy. Pamiętam, że odniosłem zdecydowanie złe wrażenie z organizacji wszystkich służb oraz administracji państwowej i samorządowej. Zarówno w służbach, jak i administracji największy problem sprowadzał się do odpowiedzialności, a w zasadzie strachu wzięcia jej na siebie.

I tu dochodzimy do fundamentalnej wady administracji w państwie polskim. Otóż mamy w Polsce, kształtowany już przez sto lat, od II Rzeczpospolitej poprzez PRL do dzisiaj, model działania urzędników, w którym najważniejsze jest mieć tzw. dupochron, czyli robić tak, żeby się żaden zwierzchnik nie czepił i w razie jakichś problemów nie mógł winy zwalić na podwładnego. Cała struktura administracji w praktyce nie jest nastawiona na rozwiązywanie problemów, co nieuchronnie wiąże się z braniem odpowiedzialności na siebie, ale właśnie z załatwianiem sobie owego dupochronu, czego istotą jest uciekanie od odpowiedzialności. Obawiam się, że ta patologia opanowuje – jeśli już nie opanowała – służby mundurowe i nie mundurowe. Biada każdej organizacji, w której przywódcy uciekają przed braniem odpowiedzialności za swoje decyzje, ale i po części nie swoje. Dla kontrastu można wskazać administrację w krajach skandynawskich, gdzie również zdarzają się przerosty biurokracji, ale tam urzędnicy zdecydowanie nastawieni są na rozwiązywanie problemów, a nie zapewnianie sobie dupochronu.

Czego krytycznego nie powiedzieć by teraz o zarządzaniu poprzez ręczne sterowanie przez premiera Tuska, to jedno z tego wynika bezsprzecznie; czy robi to świadomie, czy nie, to Donald Tusk wziął osobistą odpowiedzialność za prowadzenie akcji przeciwpowodziowej. Z kolei istotne jest czy zrobił to dlatego, że jest świadomy słabości struktur państwa i skali nieprzygotowania na klęskę żywiołową o rozmiarach tej na Dolnym Śląsku? Albo czy kierowały nim motywy czysto polityczne? W tym regionie Platforma Obywatelska ma tradycyjnie bardzo duże poparcie, więc być może Tusk uznał, że musi osobiście dopilnować tych spraw, by wyborcy nie odwrócili się od PO. Nie wykluczony jest jest również zbieg tych motywów. Jednak po braku kompetencji kilku ministrów, bezradności części samorządowców i pewnej nieporadności służb, dochodzę do wniosku, że ręczne sterowanie prze premiera Tuska wzięło się przede wszystkim z obawy, że struktury państwa się skompromitują, a o taką kompromitację szczególnie łatwo biorąc pod uwagę ogromną skalę klęski żywiołowej, jaką okazała się wspomniana powódź.

Zapewne na ostateczne oceny jeszcze za wcześnie, ale już teraz można powiedzieć, że struktury państwa cały czas są słabo przygotowane na mierzenie się z takimi klęskami żywiołowymi. Niezmiennie niezawodna jest solidarność, a co za tym idzie poczucie odpowiedzialności za państwo, ogółu Polaków. Szkoda tylko, że do cementowania więzi narodowych potrzeba klęsk żywiołowych. Oczywiście największe partie ani myślą o cementowaniu tych więzi. Klęska żywiołowa, to dla nich idealna okazja, żeby się wściekle atakować i przerzucać odpowiedzialnością, czyli w zasadzie brakiem odpowiedzialności za powódź, a zwłaszcza jej skutki.

.

Uznam, że w Polsce jest normalnie, gdy reakcja struktur państwa na klęski żywiołowe będzie taka, jak działanie pralki automatycznej, czyli w wypadku zagrożenia premier nastawia program, a poszczególne urzędy i służby zaczynają działać wedle dużo wcześniej przygotowanych i przećwiczonych procedur. Wiadomo kto, kiedy i co ma robić, jakimi środkami dysponuje i za co odpowiada, a ta odpowiedzialność jest egzekwowana tak, że nikt od odpowiedzialności za swoje decyzje i czyny nie ucieka, bo uciec nie może. Na razie strukturom państwa do sprawności pralki automatycznej dużo brakuje, więc pewnie po premierze Tusku będą następni politycy urządzający pokazówki, jak to dzielnie walczą z problemami, które w normalnych państwach już dawno rozwiązano.

A Państwo sądzicie, że doczekam czasów, w których będę się zachwycał sprawnie funkcjonującym państwem polskim?

Andrzej Szlęzak